[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Za oknem zrobiło się już naprawdę mroźno, ale u nas niezmiennie jest gorąco. Gorąco od ciekawych książek, fajnych filmów i ciekawych, inspirujących gości. Rozpoczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bert Goszcz.
[00:41] - Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 i zaczynamy tradycyjnie od polecanych książkowych. W zeszłym tygodniu mówiłem między innymi o książkach wydawnictwa Vesper. No i przyjrzałem się nieco dokładniej ofercie tego wydawnictwa. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Wydawnictwo jest w ataku i to dobrze rozumianym ataku. Naprawdę wydaje książki, które wgniatają miłośników fantastyki przynajmniej podłogę. Postanowiłem zatem dzisiaj przedłużyć polecanki właśnie na wydawnictwo Vesper. No cóż, startujemy. Pierwsza książka, którą chciałbym Państwu polecić.
Taka nówka nierdzewka w wykonaniu wydawnictwa Vesper to książka Johna Scalzi „Towarzystwo ochrony Kaiju”. Cóż czytamy: Podczas epidemii C19 w Nowym Jorku Jamie Gray wiedzie nudny, pozbawiony emocji i jakichkolwiek wyzwań żywot jako dostawca jedzenia, które uwięzieni w domach mieszkańcy zamawiają za pomocą popularnej aplikacji. Wszystko zmienia się z chwilą, gdy dostarcza posiłek mężczyźnie, którym okazuje się jego stary znajomy. Tom, który pracuje w, jak to sam określa, organizacji chroniącej prawa zwierząt, prosi Jamiego o pomoc. Zespół, z którym ma wyruszyć na misję terenową, potrzebuje jeszcze jednego członka. Jamie czekał na taką okazję i natychmiast się zgadza. Tom nie uprzedził jednak Jamiego, że zwierzęta, którymi zajmuje się jego zespół, nie żyją na Ziemi. Przynajmniej nie na naszej Ziemi. W alternatywnym wymiarze olbrzymie, przypominające dinozaury stworzenia nazywane Kaiju wędrują po ciepłym, pozbawionym niszczycielskiego wpływu ludzkości świecie. To największe i najniebezpieczniejsze pandy we wszechświecie i mają kłopoty.
A to wszystko dlatego, że nie tylko Towarzystwo Ochrony Kaiju trafiło do alternatywnego świata. Inni też tam trafili i przez swoją nieostrożność mogą spowodować śmierć milionów mieszkańców naszej Ziemi. To była pierwsza propozycja, ale do autora Johna Scalzi jeszcze wrócimy. Bowiem druga książka, którą chciałbym Państwu polecić nosi tytuł „Wojna starego człowieka” i jest autorstwa właśnie Johna Scalzi. W dniu swoich siedemdziesiątych piątych urodzin John Perry zrobił dwie rzeczy. Najpierw odwiedził grób swojej żony, a potem wstąpił do armii. Ludzkość znalazła drogę do międzygwiezdnej przestrzeni. To ta dobra wiadomość. Zła wiadomość jest taka, że w kosmosie istnieje niewiele nadających się do zamieszkania planet, za to aż roi się tam od obcych, którzy chcą o nie walczyć. Wychodzi na to, że wszechświat jest dla człowieka wrogim miejscem.
Walczymy zatem, żeby obronić Ziemię, ale też o nasz planetarny stan posiadania. Ta wojna trwa od dekad. Jest brutalna, krwawa i nieubłagana. Sama Ziemia jest zaściankiem. Większa część zasobów ludzkości znajduje się w rękach sił obronnych kolonii, które robią wszystko, aby informacja ta nie stała się powszechna. Regułą jest, że można wstąpić do SOK tylko wtedy, gdy osiągnie się wiek emerytalny. Chcą bowiem ludzi, którzy dysponują wiedzą i doświadczeniem zebranym w ciągu długiego życia. A gdy się zaciągniesz, zostaniesz zabrany z Ziemi i już nigdy na nią nie powrócisz. Jeśli uda ci się przeżyć na froncie, osiądziesz na jednej ze z trudem wywalczonych planet. John Perry zgadza się na te warunki.
Nie ma jednak bladego pojęcia o tym, co go czeka. Prowadzona w kosmosie wojna okazuje się o wiele poważniejsza, niż mógł sobie wyobrazić i jak się przekona, o wiele dziwniejsza. Tak, proszę państwa, to była druga propozycja. Przypomnę książka Johna Scalziego „Wojna starego człowieka”. No i czas na trzecią, ostatnią dzisiaj propozycję. To jest książka Jacka Vance'a „Kroniki umierającej Ziemi”. Ta książka to jest tak zwany omnibus, czyli zawiera w sobie cztery tomy, które wcześniej kiedyś tam były wydane jako osobne książki. Cóż, ten cykl Jacka Vance'a, no jest naprawdę czymś, czymś, co jest nie lada gratką dla miłośników fantastyki naukowej. Ja tylko przypomnę, że wydawnictwo Solaris dosyć dawno temu wydało, jakby to powiedzieć, połowę tej książki. Wydało bowiem dwa tomy Które składają się na ten tom obecny, na "Kroniki umierającej ziemi".
I cóż mogę jeszcze powiedzieć? Może oddajmy głos wydawcy. Jeszcze coś powiem. Ta książka to jest, proszę państwa, 1200 stron w dobrej, solidnej oprawie. Naprawdę warto. Omnibusy to jest coś, co się przydaje. Coś, co wbrew pozorom nie rozsypuje się po pierwszym czytaniu. Niemal na pewno te omnibusy wydawnictwa Vesper zrobią sporą karierę na rynku. Ale zobaczmy, o czym ta książka traktuje. Miliony lat upłynęły od czasów świetności cywilizacji człowieka.
Ziemia uległa przeobrażeniu. Zwierzęta i rośliny wyewoluowały w niezwykłe formy, a większość ludzi opuściła swe dotychczasowe siedziby, by uciec w nieznane przed zbliżającą się i nieodwracalną katastrofą. Słońce gaśnie, a planeta nieubłaganie pogrąża się w mroku. W tych ostatnich latach istnienia życia sprawy wielkiej polityki czy dążenie do rozwoju przestały mieć znaczenie. To, co pochłania umysły ostatnich pozostałych na Ziemi ludzi, to chęć godnego doczekania wielkiej katastrofy. Rozproszeni, żyjący w niewielkich społecznościach na ruinach wielkich miast ludzie nie są już panami świata. Wiedza pradawnych cywilizacji została zapomniana, a wciąż gdzieniegdzie napotykane są przejawy jej dawnej potęgi. Są one traktowane jak magiczne artefakty o nieznanym przeznaczeniu. W zamkniętych, pilnie strzeżonych enklawach mieszkają nie dbający o nic poza własnymi interesami potężni magowie władający opartymi na skomplikowanych matematycznych wzorcach czarami. Na szlakach żerują potwory zrodzone z eksperymentów i magii.
Potwory spragnione ludzkiego mięsa. Deodandy o martwej matowej skórze, szczuropodobne stworzenia zamieszkujące niezbadane jaskinie, jeźdźcy warzeg sprzedający informacje za pakunki z solą czy wampirze pnącza zdolne do wyssania resztek życia z każdego, kto nieopatrznie znajdzie się w ich zasięgu. Przyroda naznaczona istnieniem przedziwnej flory, bujnie kwitnących niebezpiecznych lasów czy hybrydowych roślin włada na terenach niegdyś zajmowanych przez dumne i zaawansowane cywilizacje. Magia i zapomniana technologia zespoliły się w jedno. Zwierzęta, a także powstałe dzięki czarom wynaturzone stworzenia rządzą niepodzielnie na rozległych obszarach umierającej ziemi. Poznając przedziwne rejony umierającej ziemi, podążamy śladami maga, który wbrew swym zasadom udaje się w pościg za tajemniczą, piękną kobietą nawiedzającą go codziennie w magicznym ogrodzie. Proszę państwa, to były polecanki książkowe. A teraz czas na kolejny stały punkt programu, czyli na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj będzie filozofia, a właściwie pewna część filozofii. Ta część nazywana jest najczęściej estetyką.
Nigdy specjalnie nie przepadałem za tą tematyką, ale spróbujmy. Dzisiaj tekst Moniki Bokiniec "Piękno w laboratorium, czyli o estetyce eksperymentalnej". Tekst ukazał się w dwumiesięczniku "Filozofuj" w 2018 roku i jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Monika Bokiniec, pani filozof, pani socjolog, tłumaczka pracująca w Instytucie Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa Uniwersytetu Gdańskiego. W filozofii bada relacje między sztuką a moralnością, zagadnienia związane z humorem oraz płcią kulturową. Jako pracująca matka trójki małych dzieci na razie -- a przypomnę, ten tekst był pisany w 2018 roku, więc pewno sporo się zmieniło. Ale tak jak to napisano, na razie nie ma wolnych chwil, ale jak już będzie je miała, wróci do śpiewania w chórze. No to cóż, proszę państwa, dzisiaj zajmujemy się estetyką. Monika Bokiniec. "Piękno w laboratorium, czyli o estetyce eksperymentalnej." Gdybyście mieli opisać swój wymarzony, piękny obraz, jaki miałby rozmiar?
Jaki byłby jego dominujący kolor? Przedstawiałby jakąś scenę realistyczną czy raczej abstrakcję? Kolory raczej ostre czy rozmyte? Nastrój na obrazie raczej poważny czy radosny? Sądzicie, że nie można w ten sposób opisać wymarzonego obrazu? Można. Co więcej, jak pokazał jeden z opisywanych poniżej projektów, zdecydowana większość z nas opisze go podobnie. Czy piękno można zbadać w laboratorium? Potocznie jawi się ono jako swoista tajemnica, zgłębiana od dawna przez filozofów. Jego nośnikiem jest sztuka, a medium artysta, któremu kulturowo czasami przypisuje się nadprzyrodzone moce.
Michał Anioł mówił, że Bóg jedynie odkrywa jego ręką piękno, które ukrył w kamieniu. Być może aura otaczająca czar dzieła sztuki i artystę, który je stworzył, niejednokrotnie zniechęca badaczy do jego opisu przy pomocy liczb. Czy wykresów, lecz coraz częściej wybierają właśnie tę drogę do rozumienia fenomenu piękna. Już niektórzy klasycy myśli estetycznej ocierali się o zagadnienia i metody, które dziś zaliczylibyśmy raczej do psychologii czy socjologii niż filozofii sensu stricto. Przypomnijmy choćby Arystotelesa i jego ujęcie katharsis w tragedii, które można uznać za opis zarówno estetyczny, jak i psychologiczny. Również dziś podejmowane są próby odpowiedzi na ważne pytania estetyczne za pomocą nauk empirycznych. Słowo estetyka, nazwa dyscypliny filozoficznej mającej za swój przedmiot piękno i sztukę, pochodzi od greckiego słowa aisthetikos, oznaczającego poznanie poprzez zmysły. Dlatego też jednym z kluczowych pojęć estetyki jest doświadczenie estetyczne, rozumiane właśnie jako doświadczanie piękna w jego różnych postaciach. Tak ujmowana estetyka aż prosi się o jakąś formę badań empirycznych. Tymczasem jej historia to w znacznej mierze historia spekulacji raczej niż eksperymentów, nawet tych myślowych.
Współcześnie dosyć prężnie rozwija się nurt estetyki eksperymentalnej, której obecnemu stanowi warto pokrótce się przyjrzeć. Estetyka eksperymentalna. W ramach tej estetyki filozofowie zaczęli konstruować eksperymenty, których zadaniem jest konfrontacja intuicji filozoficznych traktowanych jako hipotezy badawcze z doświadczeniem. Część badaczy sięga po nowoczesne techniki neuroobrazowania, budując podwaliny pod nową, prężnie rozwijającą się dziedzinę wiedzy o pięknie i sztuce: neuroestetykę. Inni korzystają z narzędzi z obszaru nauk społecznych, głównie psychologii i socjologii. Jeszcze inni łączą te narzędzia badawcze z performansem artystycznym, jak na przykład dwóch pochodzących z Rosji artystów Komar i Melamid. Stworzyli oni ogromny projekt badawczo-artystyczny o nazwie Najbardziej pożądany obraz. Czy piękno można wyrazić w liczbach? Od narodzin refleksji nad pięknem za jego istotę bywały uznawane obliczane matematycznie harmonia i proporcja. Słynny człowiek witruwiański sławi doskonałe proporcje idealnej sylwetki ludzkiej.
Włoski mnich Luca Pacioli, matematyk, a jednocześnie miłośnik sztuk wszelakich, uprawiający matematykę piękna, opisał je według reguły złotego podziału. Zasady matematycznej, zgodnie z którą długość dłuższej części ma być średnią geometryczną długości krótszej części i całego odcinka. Do dziś złoty podział wyznacza idealną kompozycję i proporcję w wielu dziedzinach sztuki: malarstwie, architekturze czy fotografii. Więcej! Wykorzystywany jest on często w grafice użytkowej. Wyznacza na przykład strukturę identyfikacji wizualnych wielu marek, jak chociażby logo Pepsi. Inną wersją ujęcia piękna w liczbach jest wspomniany wyżej projekt Komara i Melamida. Artyści postanowili zbadać preferencje artystyczne najpierw Amerykanów, a potem innych narodów. Stworzyli w tym celu drobiazgowy kwestionariusz, w którym zadali reprezentatywnej grupie respondentów szczegółowe pytania o ich preferencje estetyczne, a następnie dla każdego badanego kraju namalowali obraz statystycznie najbardziej i najmniej pożądany. Rezultaty jednocześnie były i nie były zaskakujące.
Całą galerię obrazów można zobaczyć na stronie ich projektu. Wspomnę tu jedynie, że we wszystkich przebadanych krajach z jednym wyjątkiem, w tym w Polsce i w Kenii, obrazy te są zaskakująco podobne. Najbardziej lubimy nieduże pejzaże z dominacją koloru niebieskiego. Lubimy, jak jest jakieś zwierzątko, a jeśli ludzie, to ubrani. Zwykle najmniej pożądany obraz to duża abstrakcja. Jaki kraj okazał się pod tym względem wyjątkowy? Jedynie w Holandii najbardziej pożądanym obrazem okazał się niewielki obraz przedstawiający barwne plamy, a najmniej obraz figuratywny. Drogie wino lepiej smakuje. Jak pokazują badania prowadzone w ramach estetyki eksperymentalnej, na doświadczenie i poczucie piękna wpływa wiele czynników. Jednym z nich jest nasze nastawienie, czyli coś, co w estetyce nazywa się postawą estetyczną.
Czy aktywnie poszukujemy piękna i nastawiamy się na jego doświadczenie, czy doświadczanie piękna stanowi jedynie skutek uboczny? Nasze doświadczanie piękna zależy też niejednokrotnie od tego, czy jesteśmy zaznajomieni z danymi typami przedstawień. Do klasycznych badań w tym zakresie należy eksperyment Jamesa Cattalba, w którym pokazuje on, że przyjemność czerpania z kontaktu z dziełem uznawanym za piękne wynika z podświadomego rozpoznania. Zjawisko znane jest pod nazwą efektu ekspozycji. Zdarza się również, że mylimy doświadczenie piękna ze statusem społecznym. Można tu wówczas mówić o efekcie snobizmu. Dobrze pokazuje to słynne badanie dotyczące innego zmysłu, zmysłu smaku. Badacze z Caltech i Uniwersytetu Stanforda za pomocą rezonansu magnetycznego wykazali, że osoby degustujące to samo wino faktycznie odczuwały większą przyjemność zmysłową, gdy sądziły, że piją wino, które jest droższe. Nieprzypadkowo więc za piękne uznajemy te przedmioty, które dają nam poczucie wyższego statusu. Na tym bazują przecież reklamy przedmiotów luksusowych, na przykład samochodów Które powyżej pewnego pułapu cenowego nie dają już ani wzrostu komfortu, ani bezpieczeństwa, lecz właśnie odwołują się do estetyki.
Uznanie dzieła za piękne często powiązane jest z innego rodzaju przekonaniami. Na przykład, że mamy do czynienia z oryginałem, a nie kopią lub że jego autorem jest na przykład mężczyzna, a nie kobieta. Historia sztuki zna wiele przypadków błędnej atrybucji uznania za twórcę dzieła kogoś innego, a następnie radykalnej zmiany oceny dzieła po tym, gdy zostało ono przypisane rzeczywistemu autorowi bądź autorce. Taki los spotkał na przykład obrazy Judith Leyster. „Szczęśliwa para”, „Wesoły Pius”, które były uważane za wybitne, dopóki uważano je za dzieła Fransa Halsa. Gdy jednak zostały zidentyfikowane jako autorstwa Leyster, okazało się, że od razu widać słabość kobiecej ręki. To był cytat, by przytoczyć jednego z krytyków. Nie tylko piękno w sztuce. Zainteresowanie badaczy estetycznymi aspektami rzeczywistości wykracza poza triadę artysta-dzieło-odbiorca. W psychologii dawno już opisano tak zwany efekt aureoli, zwany również z angielska efektem halo, który wskazuje na skłonność ludzi do przypisywania cech pozytywnych, takich jak życzliwość lub inteligencja osobom ocenianym jako atrakcyjne fizycznie, czyli mówiąc językiem estetyki jako piękne.
Również piękno rzeczy codziennego użytku, dla którego wartości estetyczne wydają się pozornie bez znaczenia, stało się przedmiotem dociekań. Okazało się, że piękno rzeczy użytkowych nie stanowi jedynie dodatku do ich funkcjonalności, lecz ma z nią zasadniczy związek. Pokazał to na początku lat dziewięćdziesiątych słynny eksperyment dwóch Japończyków, którzy zaprojektowali dwa bankomaty o identycznej funkcjonalności, różniące się estetyką interfejsu. Okazało się, że badani przez nich użytkownicy oceniali ten piękniejszy bankomat jako bardziej funkcjonalny, szybszy, łatwiejszy w użytkowaniu. Eksperyment powtórzono kilkukrotnie w różnych miejscach na świecie i uzyskano podobne wyniki, zarówno replikując eksperyment z bankomatami, jak i przedmiotami codziennego użytku. Aureola piękna oświetla więc swym blaskiem nie tylko ludzi, lecz i przedmioty. Przyszłość estetyki eksperymentalnej. W ramach estetyki eksperymentalnej badacze szukają sposobu, by empirycznie zweryfikować filozoficzne twierdzenia dotyczące wartości estetycznych. Czynniki, które wpływają na nasze przekonania i preferencje artystyczne, czy też sposób, w jaki używamy pojęć z dziedziny estetyki. Badają zjawiska powiązane z doświadczeniem, wyobraźnią czy emocjami estetycznymi.
W trakcie jednego z eksperymentów pokazywano uczestnikom ten sam fragment filmu, informując ich, że oglądają dokument albo że oglądają fabułę. Okazało się, że ten sam film wzbudzał większe emocje negatywne i surowszą ocenę zachowania bohatera, jeśli odbiorcy sądzili, że oglądają dokument. Estetyka eksperymentalna to dziedzina stosunkowo młoda, wciąż szukająca swojej tożsamości. Pozostaje otwarta na krytykę, której ostrze wymierzone jest przede wszystkim w jej wątpliwą filozoficzność. Jeśli estetykę rozumieć będziemy jako subdyscyplinę filozofii, wówczas obowiązywać ją będą rygory problemów i metod filozofii, co pociąga za sobą również skomplikowane relacje z empirią. Wtedy można mieć słuszne zastrzeżenie, że większość badań prowadzonych w ramach estetyki eksperymentalnej pozostaje na poziomie zero, czy też mówiąc językiem bardziej filozoficznym, w nastawieniu naturalnym, które filozofia przecież próbuje przekroczyć. Innymi słowy, twierdzenia z poziomu filozofii traktuje się jak hipotezy do weryfikacji za pomocą narzędzi, które filozofia właśnie przekracza, spoglądając na rzeczywistość krytycznie i zapytując: a co, jeśli nam się tylko tak wydaje? Czy może być zupełnie inaczej? Pomyślmy o estetyce jako o zespole zagadnień czy pytań badawczych dotyczących piękna i sztuki, dla których można szukać odpowiedzi za pomocą różnych kanałów poznawczych lub metodologii. Filozofia stanowi wtedy dla estetyki eksperymentalnej źródło hipotez i pytań, na które być może będzie ona w stanie w miarę swojego rozwoju udzielić niezwykle interesujących odpowiedzi.
To, proszę państwa, był artykuł Moniki Bokiniec „Piękno w laboratorium, czyli o estetyce eksperymentalnej”. Przypomnę, tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Filozofuj” z 2018 roku i był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Proszę państwa, myślę, że teraz czas najwyższy na niezwykle interesujący program. Program pod nieco prowokacyjnym tytułem: A co, jeśli żyjemy w czyimś mózgu? Nie będę ukrywał, że rozmowa, którą prowadziliśmy z Piotrem Cielebiasiem, pierwotnie ukazała się na kanale Wehikuł Wyobraźni. Tam państwa nieustająco zapraszam, bo tych różnych, mam nadzieję, ciekawych materiałów jest na tym kanale całkiem sporo. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem zapraszamy państwa na niezwykłą podróż i niezwykłe spojrzenie na to, co nas otacza, czyli na wszechświat. Zanim zaczniemy dyskutować, ja jeszcze tylko przypomnę. Bardzo serdecznie zapraszam państwa na kanał youtubowy Piotra Cielebiasia UFO Historie. Tam właściwie w tej chwili jest nieprzebrana liczba materiałów dotyczących Właśnie UFO.
Przy okazji zapraszam również na kanał Wehikuł Wyobraźni, skąd pochodzi rozmowa, którą państwo za chwilę usłyszycie. W Wehikule Wyobraźni również sporo jest UFO, ale także innych zagadnień, które mogą być początkiem, punktem wyjścia do, mam nadzieję, ciekawych rozważań, do uruchomienia wyobraźni. Pięknie zatem zapraszam na rozmowę zatytułowaną: „A co, jeśli żyjemy w czyimś mózgu?”. Dzień dobry wieczór państwu. Witam bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Jest mi tym bardziej przyjemnie, że witam w towarzystwie Piotra Cielebiaś.
[25:47] - Witam wszystkich. Witam ciebie, Marku. Bardzo interesujący temat dzisiaj.
[25:54] - Tak, a w dodatku jeszcze taki mega temat. I to nie chodzi w tym wypadku o to, że on jest taki ciekawy, chociaż jest, ale przede wszystkim o skalę, w której będziemy się poruszali, bo skala jest iście kosmiczna. Na pewno państwo pamiętacie, natrafiliście w internecie, bo to rzecz dosyć popularna, na informacje mówiące o tym, że wszechświat przypomina mózg. Jak człowiek tego posłucha troszeczkę z boku, stanie obok i posłucha, to to się wydaje kompletnym wariactwem. To może zacznijmy, Piotrze, od tego, żeby troszeczkę przybliżyć, o co w tym dosyć obrazowym porównaniu tak naprawdę chodzi.
[26:49] - Zacznijmy od tego, że jest taka prastara zasada hermetyczna, która mówi: „Jak w niebie, tak i na ziemi”, że te struktury w świecie mikro przypominają do złudzenia swoją budową struktury w świecie makro. Tutaj możemy zwrócić uwagę na przykład na model atomu czy model Układu Słonecznego. I chociaż te podobieństwa czasami są bardzo ogólne, to inteligentny umysł je zauważa. Dotyczy to dziesiątek innych rzeczy. Płatki śniegu rozchodzą się niczym gałęzie drzewa. Płatki śniegu przypominają nam rozgwiazdy na przykład, niektóre koralowce przypominają budową swoją korę mózgową i jej pofałdowania. Także umysł ludzki, kiedy sobie obserwuje rzeczywistość, zaczyna tą zasadę zauważać. Jest jeszcze oczywiście kwestia symetrii w naturze, ale to inna sprawa. I pytanie, skąd się to wszystko bierze? Eksperci nam mówią, że to wynik działania pewnych praw ewolucji, przede wszystkim praw fizyki.
Ale pojawiły się takie spekulacje nieco dalej idące, mówiące o podobieństwach między pewnymi strukturami w mózgu a strukturami wszechświata. W 2020 roku napisali o tym w swojej publikacji dwaj Włosi, Alberto Felletti, neurochirurg oraz Franco Vazza, astrofizyk. Porównali oni tam budowę sieci galaktyk z siecią neuronalną w ludzkim mózgu. Oczywiście pomimo różnic w skali doszli do wniosku, że w wyniku, po pierwsze pewnych procesów zachodzących w naturze pojawiają się podobne układy. Dlaczego? Nie wiadomo, ale działają podobnie pod względem kompleksowości i powiedzmy samoorganizacji. Vazza i jego kolega piszą, że w obu wymienionych systemach, to jest w mózgu i w kosmosie, mamy ciekawe podobieństwa. Na przykład tylko 30% stanowią galaktyki i neurony. W obu tych układach są one ułożone w podobne struktury, między którymi znajdują się takie węzły. Ostatecznie, i to jest bardzo ciekawa informacja, w obu układach, w mózgu i w kosmosie 70% dystrybucji masy i energii, cytuję: „Składa się z komponentów, które odgrywają rolę raczej pasywną.
W mózgu to woda, w obserwowalnym kosmosie ciemna energia”. To nie jest koniec, dlatego że oni tutaj mówią jeszcze o innych analogiach. Możecie sobie z łatwością znaleźć artykuł ich autorstwa na portalu sci-org, do którego link pewnie będzie gdzieś w komentarzach. To jest niezwykle zastanawiające, dlaczego się tak dzieje, dlaczego mamy tutaj do czynienia z takimi podobieństwami. Oczywiście powiedzenie, że kosmos jest jak mózg, moim zdaniem jest w tym przypadku pewnym uproszczeniem, ale że jesteśmy w Wehikule Wyobraźni, to zaraz sobie powiemy o tych możliwościach, o implikacjach tej hipotezy nieco dalej idących.
[29:47] - Tak, bo oczywiście nęcące jest to, że mózg i wszechświat mają liczne podobieństwa. To, tak jak powiedziałeś, zostawmy sobie jeszcze na za chwilę. Natomiast teraz warto powiedzieć o tym, że dla mnie to spostrzeżenie jest dowodem na to, zresztą pisze się o tym dosyć powszechnie, że kosmos, sieci takie, które występują w ludzkim mózgu, ale i sieci społecznościowe na przykład, które państwo świetnie znacie, one rozszerzają się na przykład w pewien określony i bardzo podobny sposób. To jest dla mnie dowód oraz te podobieństwa na to, że być może, tak powiem państwu po cichu, że dla mnie to niemal na pewno, wszelkie rojenia o tym, że my już poznaliśmy prawa rządzące wszechświatem, to jest bajka i to bajka troszeczkę zrobiona na zasadzie tej XIX-wiecznej bajki, kiedy mówiono, że niedługo trzeba będzie zamknąć już wydziały fizyki, ponieważ wszystko zostało odkryte. Niestety naukowcy obecnie też mają taką tendencję, że oni już wszystko wiedzą i tego rodzaju Przypadki, które dzisiaj omawiamy, dosyć dobitnie świadczą o tym, że jeszcze nam bardzo daleko do poznania praw, które rządzą wszechświatem. I to jest taki przykład, że my bardzo wielu rzeczy nie wiemy, bo być może jest tak, że te podobieństwa, to co powiemy za chwilę, to już jest science fiction, a te podobieństwa wynikają z jakiejś dynamiki, z jakiegoś procesu, którego nie rozumiemy i dlatego wysnuwamy być może pochopne wnioski. Być może to jest tylko zewnętrzne podobieństwo, które nam się kojarzy. Tego nie wiem. Jak rozmawiamy o wiedzy, której nie mamy, to możemy właściwie puszczać wodze fantazji i naprawdę rozważać różne, bardzo różne sytuacje. W związku z tym myślę, że chyba pożeglujemy, Piotrze, w kierunku wehikułu wyobraźni na pełnej petardzie, żebyśmy sobie mogli trochę pofantazjować.
Tych możliwości jest kilka, które moglibyśmy przytoczyć. Załóżmy, że te podobieństwa pomiędzy mózgiem a wszechświatem, tym widzialnym wszechświatem, bo tu małe jeszcze uzupełnienie. My widzimy jakiś kawałek wszechświata. W tej chwili jest to jakieś 91 do 93 miliardów lat świetlnych. Jeszcze jakiś czas temu było to znacznie mniej. Przypuszczam, że za kilka lat będzie to nieco więcej, bo w dalszym ciągu uczeni zastanawiają się, czy aby na pewno z tym wszechświatem to jest tak, że on jest skończony, a może jednak nieskończony. My tylko obserwujemy pewną jego część i widzimy tyle, ile widzimy. To, co widzimy, kojarzy nam się z mózgiem, kojarzy nam się ze strukturami, które zastajemy w mózgu i jesteśmy tym bardzo podekscytowani. Ale czas byłby na wnioski i to takie wnioski wynikające z fantazji, z wehikułu wyobraźni, który czas najwyższy uruchomić. A tu, kiedy go uruchamiamy, wnioski mogą być bardzo różne.
Może zacznijmy od wniosku w skali makro, czyli załóżmy, że żyjemy w mózgu jakiejś giga istoty. Wariactwo, prawda?
[33:49] - Wariactwo niby tak, ale to wszystko może tak naprawdę mieć głęboki sens. Ogólnie to wkraczamy na bardzo rozległe pole. Nie brak jest takich uczonych, którzy twierdzą, że coś takiego jak świadomość się pojawia automatycznie tam, gdzie są jakieś zbiory i układy. Ale podkreślam, to jest bardzo rozległy temat. Pytanie za 100 punktów. Skoro nasz mózg zawiera sieć neuronową, podobną swoją budową do tej struktury czy wzorca, jakim są rozmieszczone w kosmosie galaktyki, to może oznaczać, że podobieństwo nie jest przypadkowe i może tak naprawdę te długoletnie przypuszczenia filozofów, że żyjemy w umyśle Boga, to coś w sobie ma jednak jakby nie było. Bo co jeżeli to, co my mamy w mózgu, jest odzwierciedleniem pewnych procesów, które zachodzą w mózgu, tylko znacznie większym istoty, której tak naprawdę nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić? Bo gdyby wszechświat był mózgiem tak naprawdę, który oglądamy od środka jakiejś ogromnej istoty. Ogromnej to chyba nie jest dobre słowo. Gigantycznej też nie.
Nie ma takiego słowa, które by to opisała. Bo skoro widzimy tylko fragmenty mózgu tej istoty, żyjemy w jej myślach tak naprawdę, to jak ona wygląda w rzeczywistości? Jak wygląda jej rzeczywistość, skoro widzimy tylko jej neurony? Skoro jesteśmy wytworami jej procesów myślowych, bo chyba pasożytami czy jakimiś drobnoustrojami nie jesteśmy. To jest jedna koncepcja, która myślę, że była eksploatowana już dawno, zanim ktokolwiek pomyślał o galaktykach, zanim ktokolwiek pomyślał o odkryciach, o których mówią nam włoscy uczeni. Ale czy my tutaj, Marku, nie popadamy czasami w takie trochę magiczne myślenie? Wspomniałem na początku, że istnieje stara hermetyczna zasada jak na górze, tak i na dole. Ktoś pewnie kiedyś zaobserwował, że gwiazda na niebie wygląda w bardzo ładną noc jak ta rozgwiazda. Czyli jest jakiś łącznik pomiędzy różnymi schematami w naturze, ale to może po prostu wynikło z czystej obserwacji, z takiego magicznego myślenia ludzi, że to wszystko ma jakiś ukryty sens. Ale tutaj naukowcy i to myślący na chłodno nam potwierdzają, że struktury, które paradoksalnie nie mają ze sobą żadnego związku, są do siebie tak podobne i to nie tylko na pierwszy rzut oka.
Przecież my się od nich dowiadujemy, że w grę wchodzą zimne liczby, zimne statystyki. I ta analiza pokazuje, że coś tutaj jednak jest na rzeczy. Ale poszukując tej mega istoty, w której mózgu moglibyśmy żyć, czy my przypadkiem nie powinniśmy znaleźć jeszcze jednego łącznika, ewentualnie jakiejś jeszcze jednej poszlaki, która by nam sugerowała, że siedzimy w jej głowie, że siedzimy w jej mózgu? O tym może za chwilę powiemy. Bo skoro te galaktyki to neurony, to może warto by poszukać na przykład móżdżka tej mega istoty albo spróbować przynajmniej ustalić, czym w jej rozumie byłyby na przykład czarne dziury albo czym byłyby gwiazdy. Coś, co znamy. Ciekaw jestem w ogóle, czy tutaj nasi włoscy uczeni podejmowali ten temat, bo skoro są analogie tak widoczne między neuronami a galaktykami, czy możemy to przełożyć też na inne struktury? Ale wróćmy do tej mega istoty w środku głowy, której możemy żyć, bo to zaprzątało umysł nie tylko filozofów, ale też wielkich pisarzy sci-fi.
[37:23] - To prawda. Ten umysł Boga, w którym żyjemy, to Berkeley, którego zawsze z pewnym wzruszeniem oraz taką nostalgią wspominam jego dzieła. Ale mówiłeś o słońcach. Obawiam się, że to skala zbyt mała, bo te galaktyki to nawet jest mało, bo te węzły, które moglibyśmy potraktować jako te neurony, te centralne części neuronów, to są całe skupiska galaktyk. W związku z tym widzicie państwo, w jakiej skali my to rozpatrujemy. Ale wspomniałeś, Piotrze, o literackich konotacjach. To ja taką literacką konotację przygotowałem. Otóż jest w „Bajkach robotów” takie opowiadanie Stanisława Lema, jak Mikromił i Gigancjan ucieczkę mgławic szczeli. Ja oczywiście nie będę państwu czytał całej tej opowieści, natomiast dwa, trzy zdanka pozwolę sobie zacytować. Tam był spór pomiędzy dwoma bohaterami, jak powinno się skonstruować taki wspaniały umysł.
Jeden z nich uważał, że rzecz polega na zminiaturyzowaniu wszystkiego. Drugi z wynalazców robocich wygłosił mniej więcej takie zdanie: „Ze wszystkiej masy wszechświata trzeba zatem jeden mózg zbudować nadzwyczajnej całkiem wielkości myślenia pełen. Kiedy będę go pytał, wszystkie sekrety wszechwśrółości mi wyjawi on jeden”. Wiecie państwo, i tu Lem, oczywiście to miało być zabawne i dalej zabawne było, bo Lem bawił się naszym pojęciem czasu, gdyż ta gigantyczna istota, która przez owych robocich wynalazców została, nie, przez jednego z nich została zbudowana, on był takim troszeczkę trollem, bo zanim obrócił głowę, to minęły dwa lata, zanim łypnął okiem wielkości galaktyki, to tam jeszcze dużo czasu. To i tak przy tej skali, o której my dzisiaj mówimy, to i tak ta lemowska skala dosyć mała, a i tak to wszystko trwało bardzo długo. I Lem puszczając do nas oko mówił: „Wiecie, to głupie by było, gdyby taka istota kilka lat myślała albo kilka lat w ogóle reagowała na zadanie i pytanie”. I tu oczywiście moglibyśmy powiedzieć, że przecież prędkość światła we wszechświecie ma określone parametry. W związku z tym, zanim te 91, 93 miliarda lat świetlnych informacja przebiegnie, to proszę państwa, to nas już jako cywilizacji nie będzie, a co dopiero myśleć o nas jako jednostkach. Zatem ta istota nie dość, że będzie mega, ale w skali mega. To w ogóle będzie dla nas niezrozumiała.
Tak, ale kto powiedział, że my cokolwiek musimy rozumieć, że ta istota, ten mózg Boga ma w ogóle z nami jakiś kontakt nawiązywać? To, że my czegoś nie rozumiemy albo nie ogarniamy, to jeszcze wcale nie znaczy, że to nie może istnieć, że to jest do wyrzucenia, ponieważ się nie mieści w naszych czysto ludzkich skalach. Tak, to myślę, jest ważne zagadnienie, o którym warto wspomnieć, ponieważ my mamy taką naturalną tendencję do antropomorfizowania wszystkiego, co nas otacza. W związku z tym ten mózg najpewniej musiałby z nami kontakt nawiązać. Ale problem polega na tym, że tutaj ja już nie mówię o trwaniu ludzkiego życia, ale nawet istnienie Układu Słonecznego to jest chwila dla owego mózgu. Tak żeby jeszcze obrazy przybliżyć, to jeśli wspomnicie sobie państwo taki film „Faceci w czerni”, koniec pierwszej części. Przypomnijcie sobie państwo, o co tam chodziło z pewnym klejnotem i z pewnymi skalami wielkości. To myślę, to jest dobra rzecz do przypominania albo do poszukiwania dla tych, którzy jakoś nie pamiętają. Do czego prowadzę? Do tego, że po pierwsze wcale nie jest powiedziane, że my jakieś tam, ja nawet nie wiem, jak skalę tego podać, bo my względem Układu Słonecznego jesteśmy pyłem, a względem całego wszechświata ja nie wiem, my niczym nie jesteśmy.
W związku z tym ten kontakt, nie, w ogóle to naturalne myślenie o kontakcie w ogóle nie ma sensu. My raczej powinniśmy myśleć o tym, o czym mówił, pisał Berkeley. Czyli jesteśmy w umyśle Boga, czy też istoty, którą z naszej perspektywy za boską możemy uważać, ale to nic nie oznacza. Komunikacja nie musi być dwustronna, ona może być jednostronna, czyli po prostu dostajemy pewien świat, w którym mamy żyć i to jest wszystko. Reszty komunikacji nie będzie, bo to nie ta skala czasowa, nie ta dynamika i tak dalej. Ja myślę, że my dzisiaj, Piotrze, naprawdę poruszamy się w takich skalach, że ciężko jest to wszystko ogarnąć.
[42:54] - Z jednej strony tak, z drugiej nie. Powiem ci, że te tematy, o których dzisiaj rozmawiamy, to one są obecne w filozofii, w kosmologii hinduskiej. Tylko że tak, my dzisiaj tego tematu nie wyczerpiemy. Ale istnieje coś takiego, takie pojęcie istnieje jak dzień Brahmy na przykład, który trwa chyba cztery i coś miliarda lat. I to już jest obecne w kosmologii hinduskiej. Ktoś to kiedyś wymyślił i nagle się okazuje, że może my nie tyle dochodzimy do tych samych wniosków, ale w oparciu o naukowe odkrycia zaczynamy sobie stawiać podobne pytania. A ponieważ to jest wehikuł wyobraźni i my tutaj stawiamy pytania idące bardzo daleko, to załóżmy, że żyjemy w umyśle wszechświata, Boga. Oglądamy po prostu rozum wszechświata, to, co się dzieje w umyśle Boga od środka. De facto jednak jesteśmy chyba jego wyobrażeniem bardziej. I tutaj pewna analogia kolejna.
Czy my na przykład jesteśmy w stanie się porozumiewać ze swoimi snami, z bohaterami naszych snów? W śnie tak, ale świadomie nie. Jesteśmy ponad tym. Sny dzieją się w zupełnie innej części naszej świadomości. Także może, jeżeli rzeczywiście egzystujemy w umyśle tej mega istoty, to coś takiego jak kontakt z jednej strony jest niemożliwe, bo i jak? A z drugiej po cóż kontakt, kiedy my jesteśmy jej immanentną częścią, jakby nie było. Tutaj się nam wkrada panpsychizm, panteizm również, to są pojęcia, które się z naszą audycją dzisiejszą wiążą. Ale jakie jeszcze problemy się pojawiają, Marku, kiedy sobie pomyślimy o tym, że żyjemy w czyjejś głowie? Po pierwsze są pewne analogie, że możliwe, iż ta istota wyobraża sobie nas na swoje własne podobieństwo, tak jak zresztą my jesteśmy informowani, że zostaliśmy stworzeni przez Boga. Tutaj już masło maślane wchodzi ostro, ale ta istota sobie o nas myśli, a ponieważ jej umysł przekracza wszelkie wyobrażenia nasze, to jej myśli, jej sen, jak w przypadku dnia Brahmy, bo tam jest jeszcze coś takiego jak koncepcja snu w hinduizmie.
Natomiast tutaj dzisiaj już tego nie poruszajmy, bo to jest bardzo rozległe. Może do tego jeszcze wrócimy na pewno. Ale chodzi o to, że jeżeli żyjemy w umyśle tej istoty, która jest niepojęta, acz pod pewnymi względami podobna, to możemy się zastanowić, ponieważ ona wykracza absolutnie poza nasze wszelkie wyobrażenia, a może ten Bóg sobie śpi i śni sobie o istotach podobnych do nas? To coś jak ludzie, którzy wymyślili sobie bajkę o krasnoludkach, o smerfach. Może jemu się coś roi, może jemu się coś śni, tylko że jest to umysł na tyle wielki, że jego wyobrażenia przybierają formę dla nas materialną. To, co się dzieje u nas od milionów lat na Ziemi jest tak naprawdę jego wielkim snem. Ale zauważ tutaj pewien paradoks. Sieci neuronowe w umyśle człowieka, ten mega mózg, ale my pojawiliśmy się względnie niedawno. Czyli ten wielki umysł, w którego środku siedzimy, ten mózg Boga tak naprawdę, od kiedy on rozmyśla o nas? Czy on zaczął myśleć w czasach dinozaurów?
Czy on zaczął myśleć, kiedy się formowała Ziemia? Tutaj z jednej strony nauka nam rzuca pewną kotwicę, mówi: „Słuchajcie, jest taki temat bardzo mistyczny”. Zresztą kosmologia lubi mistykę, jakby nie było, ale jest taki temat mistyczny, a potem jest takie uderzenie, taki kopniak, który mówi: „Ale jednak człowiek nie jest miarą wszechrzeczy. Człowiek jest tutaj od krótkiego czasu”. Wpada nam magiczne pojęcie świadomości, która nie jest przynależna tylko nam. Zdaniem niektórych przecież kosmologów świadomość jest wbudowaną częścią kosmosu i tak naprawdę my jesteśmy tu po to, żeby kosmos sam siebie mógł obserwować. Nie wiem, co o tym myśleć, ale jest jeszcze druga hipoteza, może trochę łatwiejsza do przyswojenia. Może ją powiem, bo czemu nie? Skoro te wszystkie struktury w przyrodzie są podobne, skoro w przyrodzie jest tyle analogii, to nam to wygląda na pewien wzór, na pewien pattern, jak mówią ładnie Amerykanie i Anglicy. Skoro te patterny, skoro te wzorce, skoro te różnego rodzaju drogi, kształty, modele, idee są, to może ktoś je stworzył, bo one są optymalne.
Stworzył je dlatego, że kosmos, gdyby chciał je wypracować sam, mógłby nigdy do nich nie dojść. I tutaj nam się kłania hipoteza symulacji oczywiście, która mówi, że ta zasada hermetyczna jako na górze, tak i na dole mogła zostać tak naprawdę inaczej. Ona mogła przyświecać twórcom symulacji po to, żeby wszechświat, który oni powołali do życia gdzieś nie w swoim mózgu organicznym, ale w jakimś mózgu elektronowym, gdzieś na jakimś superkomputerze mógł zaistnieć. Może to jest też ślad dla nas, taka wskazówka, te wszystkie wzorce, które się pojawiają w przyrodzie, te wszystkie schematy, że jednak ktoś zrobił kiedyś podobne wszechświaty i w nich nie wyszło. Dlatego w naszym zastosował, nie wiem, jak to nazwać, bo to jest cała gałąź nauki, jeżeli chodzi o systemy, jeżeli chodzi o samoorganizację, prawda? Ale może gdzieś tam, w głębi tych trybów naszej rzeczywistości są zapisane takie prawa, które pozwalają na to, żeby ta nasza rzeczywistość jednak funkcjonowała. Funkcjonowała od tych szczebli najniższych po struktury takie jak galaktyki i wyżej.
[48:35] - Piotrze, ileż tematów do poruszenia. Zacznę może od tego, że przede wszystkim powinniśmy rozpatrzeć dwa zagadnienia, a nawet 50 zagadnień, ale dwa nasuwają mi się od razu. Czy my jesteśmy snem tego umysłu, o czym mówiłeś, czy też może jesteśmy na przykład jakimiś żyjątkami, które się w tym mózgu, jakimś rodzajem pasożyta, mikropasożyta? Nie wiem, zaczyna mi brakować słów, to się rzadko zdarza. W każdym razie być może czy my jesteśmy bardziej materialni, czy bardziej właśnie tacy wirtualni, senni? Tego nie rozstrzygniemy oczywiście. To jest jedno zagadnienie, które rzucam dla naszych słuchaczy do rozpatrzenia, do rozwałkowania, do wyobrażenia sobie, bo w końcu Wehikuł wyobraźni. Ale ja mam jeszcze kilka takich zagadnień. Powiedziałeś o hinduizmie, ale w ogóle o tym wszystkim, co z subkontynentu indyjskiego pochodzi. I ja dosyć mgliście pamiętam taką pewną przypowieść.
Ja jej nie przytoczę dokładnie, bo jej już po prostu nie pamiętam, ale pokażę skalę, w jakiej skali myślą ludzie właśnie z subkontynentu pochodzący. Otóż mówią oni, wypowiadali mniej więcej taką przypowieść: raz do roku na Diamentową Górę przylatuje ptak, ociera swoim dziobem raz z jednej, raz z drugiej strony o szczyt tej Diamentowej Góry i odlatuje. Przylatuje za rok. Kiedy zetrze ową Diamentową Górę, minie jedna sekunda wieczności. Chodziło mi, żeby pokazać skalę, w jakiej myśli się w Indiach. To jest kolejna rzecz, którą rzucam dla państwa. Może bez konsekwencji, a może z konsekwencjami. W każdym razie, kiedy rozważamy te wszystkie zagadnienia związane z materialnością, niematerialnością, z tym, czy wszechświat jest dlatego optymalny, że został wymyślony, został skonstruowany, on taki po prostu jest, bo taki musi być, czy też jest kolejną wersją, która akurat spowodowała, że nam pasuje. Jest jeszcze jedno zagadnienie. Może nie do końca będzie wszystkim pasowało, ale może my wcale nie jesteśmy tacy ważni.
Może istot, które ów umysł wymyślił, które stworzył, jest znacznie więcej i to, że my się pojawiliśmy trochę po dinozaurach, chociaż niektórzy politycy sądzą, że już z dinozaurami, zostawiam tą małą złośliwość, ale być może inne rasy w tym wszechświecie, umyśle powstały wcześniej. Być może nie jesteśmy pępkiem wszechświata. Jest jeszcze jedna możliwość, że w ogóle nie jesteśmy obserwowani. Jesteśmy w tym umyśle niejako przy okazji i sam ten umysł, ten mózg nie zdaje sobie sprawy, że my tu gdzieś jesteśmy, bo przecież i tak może być, a wszystko, co się dzieje, dzieje się dlatego, że my jesteśmy powołani sami z siebie, a może nie sami z siebie i tu gdzieś funkcjonujemy. Tylko ten umysł nie zdaje sobie z tego sprawy. Ja myślę, że zabrnęliśmy już w tak wielką abstrakcję i w tak wielką wyobraźnię, że czas jeszcze bardziej dorzucić do pieca, że tak się wyrażę. Bo jest jeszcze jedna możliwość Piotrze.
[52:27] - No jest jeszcze jedna, ale ja tutaj chciałbym coś dodać, że my zabrnęliśmy w jakąś abstrakcję, bo z drugiej strony okej, może to podobieństwo struktur galaktycznych do struktur neuronowych jest tylko takie obrazowe, tylko takie przypadkowe. Tylko że to jeszcze nie jest koniec. Dlatego, że dobrze wiemy, jeżeli się ktoś interesuje astronomią, iż jest coś więcej, że kosmos jest zorganizowany w struktury większe, których nie rozumiemy, których funkcjonowanie jest dla nas czarną magią tak naprawdę. I kto wie, bo to może być też potwierdzenie, jakby nie było tych wszelkich, no nie wiem, czy je nazwać mistycznymi, czy nie, ale potwierdzenie tych naszych dociekań, że jeżeliby się okazało, że ten kosmos ma coś takiego, wiesz co? Jak na przykład wzgórze swoje albo jak hipokamp albo jak móżdżek, przecież to byłoby dla nas coś wstrząsającego. A co jeżeli za, nie wiem, 20, 30 lat okaże się, że właśnie te megastruktury w kosmosie, ja nie chcę tutaj, żebyście kojarzyli megastruktury z tymi megastrukturami, o których mówimy, kiedy dyskutujemy o obcej inteligencji, ale kiedy się okaże, że są w kosmosie takie, nie wiem, jak to nawet nazwać, bo to ani nie obiekty, ani nie zbiory, ale takie struktury właśnie, które mogą odpowiadać anatomicznym częściom naszego mózgu, które mają różne przecież właściwości, inaczej, które odpowiadają za różne właściwości naszego organizmu, które regulują nasz organizm, które przyczyniają się do istnienia świadomości. Przecież gdyby się okazało, że tam w kosmosie oprócz tych galaktyk są jeszcze jakieś większe struktury, no to by to mocno dawało do myślenia. Ale teraz otwieram się na tą twoją już bardzo, bardzo fantastyczną koncepcję.
[54:18] - No tak, bo ja kierując się zasadą hermetyczną, którą przytoczyłeś, odwróciłem ją niejako. A jeśli jest tak, że dobrze ten gigantyczny mózg gigantycznym mózgiem i znowu nawiązanie do „Facetów w czerni", końcówka pierwszej części, to wyobraźcie sobie państwo, że schodzimy w dół i w naszym umyśle również funkcjonuje cały wszechświat. Wszechświat, z którego my do końca przecież nie zdajemy sobie sprawy. My wiemy, że ta szara substancja gdzieś tam pod kopułką naszej czaszki sobie funkcjonuje, ale no przecież my nie korzystamy w pełni świadomie. Znaczy z mózgu korzystamy, mam nadzieję przynajmniej, ale przecież nie robimy tego w sposób świadomy, że myślę sobie: a teraz prześlę sobie myśl z jednej części mózgu do drugiej. Nie, nie, coś takiego nie występuje, przynajmniej u mnie. I wyobraźmy sobie, że w odpowiedniej skali gdzieś tam w naszym mózgu Również funkcjonują światy, cywilizacje, pewne klastry galaktyk. I idźmy niżej, niżej. Pewne układy słoneczne, jakieś ziemie, jakieś istoty. I co?
Jesteście państwo gotowi nawiązać kontakt? Nie. I teraz odwróćmy znowu. Czy ta istota ogromna nawiązywałaby z nami kontakt? Nie. I znowu powrót do skali mikro. A może my z tymi światami, tymi mikroświatami kontaktujemy się właśnie podczas naszych snów, kiedy nie do końca ów mózg kontrolujemy, kiedy to troszeczkę inaczej się odbywa. Może wtedy czasami trafiamy do światów, które są gdzieś tam w nas w środku. To mi się wydaje z jednej strony szalone, ale z drugiej strony z ogromnym potencjałem wyobrażeniowym, wyobraźni.
[56:23] - Wyobraźni albo i religii. Moglibyśmy tutaj jeszcze rozpocząć drugą część audycji, w której byśmy zapytali, co to za mega istota, która sobie wyśniła, wymarzyła taki świat jak nasz. Czy jej się dobrze śni? Czy ona czasami nie jest tam na bani i nie śni jej się coś, co nie powinno mieć nigdy miejsca? To jest bardzo ważne pytanie z perspektywy filozoficznej. Natomiast jak wspomniałem, może się tak okazać, że w przyszłości, nawet może niedalekiej, bo przecież już widzimy jakieś zalążki tych odkryć, okaże się, że istnieją w kosmosie większe struktury. Coś, co jest większe niż galaktyka, coś, co jest większe niż grupa galaktyk i tak dalej. I co jeżeli to będą takie elementy podobne do elementów naszego mózgu? To jest jedno. Tu mamy skalę makro, ale mamy też skalę mikro.
Gdzie tam szukać w naszym mózgu słońc? Jeżeli szukamy tych analogii. Gdzie szukać czarnych dziur? Tutaj pewnie ktoś bieglejszy w biologii, a ja wielkim biologiem nie jestem, powiedziałby: „No dobra, ale spójrzcie na jądro komórkowe, spójrzcie na jego budowę. Przecież ono jest podobne do Słońca jakby nie było swoją budową". W pewnym stopniu tak, oczywiście. Jest też swego rodzaju reaktorem. Spójrzcie na mitochondria i tak dalej. Jak mówię, wielkim biologiem nie jestem. Nie chcę was tutaj zasypywać informacjami, które pewnie w uszach znawcy zabrzmią jak banał.
Ale widzisz, te analogie jakby nie było są i coś oznaczają. Tylko jak one daleko idą? A może to jest tak, że nasz umysł jest jednak kulawy w jakimś stopniu i on dopatruje się rzeczy, dopatruje się wzorców. Wzorców nawet takich pozornych i widzi je tam, gdzie ich nie ma. Ale przecież nasi włoscy koledzy astronomowie nie oceniali sprawy podobieństwa między neuronami a galaktykami na oko. Oni przecież mówili o rzeczach bardzo skomplikowanych, o stosunku procentowym, o ciemnej energii, o wodzie. Woda nie jest niczym skomplikowanym, ale wskazywali akurat na te wszystkie stosunki procentowe. I tutaj jednak pewna zagwozdka, nawet powiem ci, że pewien niepokój, bo co jeżeli się okaże, że przy pomocy, a to już oczywiście idziemy na sam koniec korytarza dzisiaj, ale co jeżeli się okaże, że w bardzo odległej przyszłości, dzięki super metodom obserwacyjnym naukowcy będą w stanie zajrzeć w kosmos głębiej i się okaże, że rzeczywiście są tam struktury, które jakoś tak dziwnie przypominają nasze własne umysły? Gdzie nas to zaprowadzi? Do czego nas to doprowadzi?
Czy będzie to rozczarowujące w jakimś stopniu, bo okaże się, że jednak ta istota, w umyśle której może żyjemy, nie jest chyba do końca doskonała. Nawet jeżeli jej dzień trwa miliardy lat, to jej się śni coś, co jest zaskakująco słabe. Mówię tutaj o naszej rzeczywistości. Zawsze dyskutując o filozofii, popadamy ze skrajności w skrajność, bo z jednej strony przecież Berkeley mówił o tym, że żyjemy w umyśle Boga, ale byli tacy filozofowie, którzy mówili, że tak naprawdę żyjemy w piekle. To jak jest, drodzy państwo?
[59:44] - Na to pytanie pewno nie odpowiemy, a nawet na pewno nie odpowiemy, ale myślę sobie, że jeśli przyjmiemy, że gdzieś tam w naszej czaszce również kłębi się Wszechświat, przecież się kłębi, to my przecież również śnimy czasami rzeczy idiotyczne. W związku z tym, kiedy sobie pomyślę o naszym świecie, że on chwilami też przypomina sen wariata, to może te sformułowania właśnie typu sen wariata nie są aż tak dalekie od prawdy, jak zwykliśmy to sądzić. My, proszę państwa, oczywiście dzisiaj nie postawimy żadnych wniosków, bo tych wniosków, zdaje się, nie można wysnuć tak zupełnie na poważnie. Natomiast mam nadzieję, Piotrze, że wspólnie rozbudziliśmy w naszych słuchaczach taką gorączkę fantazjowania, gorączkę wyobraźni, bo my, od razu przyznam, myśmy dopiero nakreślili, naszkicowali, powiedziałbym nawet, pewne ścieżki, które zupełnie swobodnie można rozwijać. I to ho, ho, proszę państwa, w jak ciekawe historie. Pięknie państwu dziękuję za uwagę.
[01:01:06] - Ja również dziękuję.
[01:01:07] - I cóż, zapraszam na kolejne wydania Wehikułu Wyobraźni. A do tej sprawy, o której mówiliśmy dzisiaj wspólnie z Piotrem, na pewno będziemy jeszcze wracali. Mam nadzieję, proszę państwa, że było ciekawie. Sam się zastanawiam, czy ta historia o podobieństwie Wszechświata, pewnych struktur we Wszechświecie do Ludzkiego mózgu. Na ile ona jest porywająca i na ile sprawia, że wehikuł naszej wyobraźni naprawdę rusza? Jeszcze kilka uwag. Kiedy film pojawił się na kanale Wehikuł Wyobraźni, pojawiły się komentarze, że model atomu wcale nie jest planetarny, że już dawno go porzucono. Ja mam wrażenie, że Piotr mówił o czysto formalnej sprawie, nie o podobieństwie jeden do jeden. Przez cały czas powtarzamy, że to nie chodzi o to, że wszystko jest identyczne, tylko że pewne struktury odpowiadają. O co chodzi z tym atomem?
Chociażby o to, że jeśli mamy do czynienia ze wszechświatem, to wszechświat tak naprawdę w większości składa się z pustki. Układ planetarny również w większości składa się z pustki. Słońce i krążące wokół niego planety to tak naprawdę, jakby wziąć czy to ekliptykę, czy może całą sferę wokół Słońca, to są punkciki drobne. Nawet Słońce ogromne jest tylko punkcikiem, jeśli odniesiemy się do całości. Więc właściwie głównie pustka. To bardziej o to, moim zdaniem Piotrowi chodziło, a nie odwoływanie się do tego dawno już przestarzałego modelu planetarnego. Proponuję podejść do tej naszej dyskusji z otwartym umysłem. To nie chodzi o to, że my naprawdę twierdzimy, że gdzieś tam i tak dalej, ale zastanowić się warto, czy może Berkeley ze swoim żywotem w umyśle Boga nie miał racji. Może to wcale nie o Boga chodziło. Proszę państwa, wszystko wskazuje na to, że czas porozmawiać o filmach.
Piotr Cielebiaś już czeka, a my dzisiaj będziemy mówili o koprodukcji polsko-czesko-słowacko-serbskiej. Tytuł filmu „Punkt przywracania”. Zapowiadało się naprawdę nieźle. Ale zawieszę tu swój głos. Posłuchajcie państwo Filmotekarium. Dzień dobry wieczór państwu. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie zaczynamy Filmotekarium. Czołem Piotrze.
[01:04:10] - Witam, zaczynamy taką nie wiem, jak to powiedzieć, bo można by rzec, że perełką, ale nie do końca, bo w 2023 roku na Festiwalu Filmowym w Karlovych Varach zaprezentowana została, dlaczego to perełka? Bo słowiańska koprodukcja, słowiański film science fiction pod tytułem „Punkt przywracania”. Film jest koprodukcji czesko-polsko bodajże serbskiej.
[01:04:39] - Ale słowackiej. Cztery kraje.
[01:04:43] - I słowackiej, czyli takie combo słowiańskie. Ale de facto mamy do czynienia z produkcją czeską. W rzeczywistości czeski jest reżyser, scenarzysta, tylko produkcja jest międzynarodowa. Może obsada lekko też, bo mamy dwójkę polskich aktorów, ale nie w głównych rolach. I jest dofinansowanie z PISF-u, czyli każdy z nas de facto do tego filmu się jakoś dołożył. Tyle że ten film nie został w odpowiedni sposób nagłośniony, a szkoda. Szkoda i nie szkoda. Zaraz się dowiemy, bo na tle takiego bobka, jaki wyprodukowała pani Adamik, pamiętamy córka Agnieszki Holland, która kręci film pod tytułem „Erotica”, mający być polskim postępowym sci-fi, to „Punkt przywracania” wygląda przynajmniej jak film. To się da obejrzeć, a przynajmniej mamy pewność, że to jest sci-fi. Formalnie.
Oczywiście na miarę naszych skromnych słowiańskich, europejskich możliwości. Jest rok 2040 bodajże pierwszy w tym filmie i w wyniku eskalacji przemocy wprowadzony zostaje system, dzięki któremu człowiek może zostać przywrócony do życia, i to z pełną świadomością, o ile, i tutaj jest konieczny wymóg, robi sobie coś w rodzaju update'a, kopii zapasowej, o jakiej jest mowa. I nam się to kojarzy przede wszystkim z systemem Windows, ale w filmie coś takiego w bliskiej przyszłości mają ludzie. Czyli muszą się zładować na taki jakby a la pendrive, żeby potem mogli zostać przywróceni. To nie wszystkim pasi ideologicznie i filozoficznie, bo jak ktoś umarł, to umarł i finito. I niektórzy tego po prostu nie przyjmują, że mogą z martwych wstać. I szczerze, Marku, to jest taka główna oś tego filmu, bo nagle i to na samym początku już się wszystko dzieje, zaczyna się dziać w tym dziwnym świecie coś złego. Ginie jeden z filarów ojców tej technologii razem z małżonką i co dziwne, ich się nie da przywrócić bezpośrednio. Jego się udaje wielkim fuksem. A za rozwiązanie całej zagadki bierze się kto?
Bierze się oczywiście niepokorna agentka, policjantka. Taka, która podchodzi do wszystkiego bardzo czupurnie, emocjonalnie i nerwowo. A potem to, Marku, się już to wszystko toczy i toczy.
[01:07:15] - I toczy. Właśnie to mniej więcej oddaje poetykę tego filmu. Dodam jeszcze, że z takich polskich wkładów to jeszcze mamy kilka widoczków nieco przekształconych, ale jednak widoczków Warszawy jako nowoczesnego, przyszłościowego miasta. Ciekawostka taka. Dodam też, że człowieka odpowiedzialnego za technologię przywracania udaje się przywrócić ze złamaniem wszystkich zasad, jakie są przyjęte. Dosyć skomplikowana sytuacja polega na tym, że kopia nie może być starsza niż 48 godzin. To wyjaśnienie, które w trakcie filmu dostajemy, dlaczego tak musi być, jest trochę wyjęte z tej części ciała, z której nie chcieliby państwo za dużo wyjmować. Może w ten sposób to ujmijmy. Nie do końca przekonujące. Zresztą ja w wielu momentach miałem takie niejasne wyobrażenie, że ten film przypomina inny film, a właściwie serial "Węgiel modyfikowany" czy też "Modyfikowany węgiel", oparty z kolei na książce pod tym samym tytułem.
Tam pojawiają się podobne elementy. Moim zdaniem świat w "Węglu modyfikowanym" jest bardziej spójny niż ten, który dostajemy w filmie, który dzisiaj omawiamy, "Punkt przywracania". Jest bardziej spójny, bardziej się to wszystko trzyma w takiej wirtualnej, ale jednak rzeczywistości. Mamy podobne grupy, które protestują przeciwko temu zabiegowi przywracania. Jest to ich zdaniem niemoralne. Tak się nie powinno robić. To jest ingerowanie w sprawy boskie. Zawsze się tacy ludzie znajdą. A zatem dostajemy taki film, który powtarza pewne rzeczy, ale powtarza jakby lekko gorzej. Zresztą to, co państwu w tej chwili mówię, znalazłem przynajmniej w kilku komentarzach odnośnie tego filmu.
Mówię gorzej, ponieważ ja cały czas nie mogę tego przeżyć, że dostajemy taki obraz, bo wiecie państwo, w "Węglu modyfikowanym" te kopie, jeśli chodzi o ich fizyczność, gdzieś tam są hodowane, wszczepia się po prostu świadomość. Tutaj dostajemy taki dziwny zabieg, który mamy okazję obserwować na ekranie, gdzie się te zwłoki, czy też tego człowieka, co był sobie, umarł, ale go się przywraca, gdzieś się wpakuje w jakiś basen, tam się coś bulgocze, niby to ciało przywracają. Czyli tak na dobrą sprawę właściwie każdego przemielonego przez maszynkę dałoby się przywrócić, co jest mało realne. To rozwiązanie z "Węgla modyfikowanego" podoba mi się bardziej, bo tam ta kopia fizyczna zapasowa jest. Trzeba tylko ją uzupełnić o w miarę bieżące nagranie. A zresztą zestawienie tego, że jak jest nagranie starsze i się da do tej kopii, tego ciała, które jest młodsze, które już jakby rozbieżność pomiędzy datą wgrania świadomości czy zgrania świadomości a tego ciała im jest większa, tym ono się źle, gorzej rozwija, w końcu to w ogóle się buntuje i tam coś nie styka. Wybaczcie państwo, ale ja tego nie kupuję. Ale dobrze, zmrużmy oczy i przyjmijmy, że to wszystko pasuje. Dostajemy opowieść, która ja nie wiem Piotrze jak ciebie, ale mnie w ogóle nie angażowała. Mogę państwu powiedzieć w ten sposób.
Ta historia się toczy i tak jak już tam sobie potoczyliśmy przed chwilą, ale mnie kompletnie nie angażowała, naprawdę nie angażowała. Nie śledziłem, bo zacząłem oglądać i miałem to dla państwa obejrzeć, więc obejrzałem. Ale emocje, proszę państwa, takie jak na zbieraniu grzybów. Naprawdę. Coś się tam przez ten ekran przetacza. Czasami nawet gdzieś podbiegną albo coś odkryją, albo w ogóle jest jakoś niesamowicie. No nie jest niesamowicie. Oglądamy te różne lokacje, niby takie przyszłościowe. Nic mnie w tym filmie nie interesowało tak do końca. Śledziłem go uważnie.
Nie wciągał mnie ten film w ogóle. Gra aktorska mnie nie porywała. Może tak. Pani policjantka była tak jak powiedział Piotr czupurna i taka zbuntowana, ale nawet to zbuntowanie było jakieś takie, że w ogóle się z nią nie identyfikowałem. I ktoś powie, że ja już jestem tak zblazowany, że ja nie wiem, co by się musiało dziać na ekranie, żebym dał się temu porwać. Chyba to nie o to chodzi. Chyba chodzi o to, że ten film nie wzbudza emocji. On może wzbudzić dyskusję na temat moralności, na temat tego, czy to warto, czy można robić tego rodzaju eksperymenty z człowiekiem, na temat tego, czy warto komercjalizować tego rodzaju działalność. Bo tam też między innymi o to chodzi, że póki co to przywracanie jest w gestii ogólnie powiedzmy państwa, ale pewna firma ma ochotę, żeby tę usługę skomercjalizować, uczynić ją usługą prywatną, między innymi o to się tam koty są darte. Tylko dobrze wszystko, wszystko znakomicie i wszystko jest materiałem na fajny film, na fajny scenariusz.
Problem polega na tym, że "Punkt przywracania" nie jest fajnym filmem i nie jest zrobiony na podstawie fajnego scenariusza. Czegoś tam brakuje. Ja nie jestem takim znawcą filmu czy też procesu twórczego w filmie, żebym państwu powiedział, czy potrafił powiedzieć: tego tam brakuje. Ja po owocach mogę ocenić i ten film naprawdę mnie nie zaangażował. Prześledziłem tę historię. Ona ma swoje luki, ma też swoje silne strony, ale emocji, tak jak powiedziałem na początku, nie odczuwałem żadnych. No dobrze, zostanę. Będę ten złośliwy i wredny. Te emocje naprawdę takie jak na grzybach.
[01:13:45] - W zasadzie zgadzam się ze wszystkim, co powiedziałeś i moglibyśmy zakończyć. Ja tylko może się pokuszę jeszcze o kilka wniosków, takich ogólniejszych. "Punkt przywracania", po pierwsze jest dostępny na polskim streamingu. Nie powiem jakim, bo to by była reklama, ale nie tym na N, tylko na innych. I to jest takie aspirujące europejskie sci-fi. Czym się wyróżnia europejskie science fiction? To najnowsze, współczesne. Tym, że za nieduże pieniądze, z niewielkim udziałem efektów specjalnych próbuje się tworzyć oryginalną opowieść. Taką, która wciąga, taką, której nie opowiadano nigdy albo nowy wątek, który się opowiada w inny sposób. Przykłady pozytywne europejskiego sci-fi to na przykład "Aniara" czy "Vivarium", chociaż tutaj były efekty specjalne, ale też takie niskobudżetowe.
Przykłady złe europejskiego sci-fi to erotika i twórczość pani córki Agnieszki Holland, czyli coś, kiedy za duże pieniądze, przy braku absolutnie pojęcia i pomysłu tworzymy dzieła pretensjonalne i one mają być dobre tylko dlatego, że przebieramy Agatę Buzek za naszą noblistkę Olgę Tokarczuk. I to już jest science fiction. "Punkt przywracania" ma to do siebie, że jest filmem zrealizowanym poprawnie. On jest wykonany dobrze jako produkt, tylko że w nim jest tyle temperatury co w niemieckim serialu kryminalnym. Ale o wykonanie chyba nie ma się o co czepiać. Bądźmy realistami, to nie miał być hit kinowy, więc jest, jak jest. Efekty specjalne tak naprawdę ograniczają się w zasadzie do tych przeciągniętych widoków futurystycznych, poskręcanych wieżowców w metropolii, po której się porusza główna bohaterka. Powiem ci, że to po pewnym czasie można już naprawdę oszaleć, kiedy pokazują te wieżowce z dziurkami i te pozakrzywiane ściany. To chyba był jedyny pomysł twórców na to, żeby pokazać przyszłą Europę Środkową. Ja nazywam ten film poprawnym, ale czy on jest strawny i przede wszystkim czy jest ciekawy?
To jest jakaś historia. To już jest dużo. Tyle że, szczerze mówiąc, ona jest mega nieoryginalna i nie jest wciągająca. Sama koncepcja przywracania ludzi do życia to jest wątek frankensteinowski, ale są też inne wątki. Marek tutaj wspomniał o węglu modyfikowanym, ale jest też transcendencja i na przykład te wszystkie seriale, nawet takie, któreśmy omawiali Marku, kiedy bohaterowie buntują się wobec pewnej nowej technologii, która ma zmienić życie ludzi. Tak było na przykład w serialu "Buddies". Tak było w serialu tym, widzisz, cholera, nie pamiętam, kiedy facet wchodził do dziwnego urządzenia i się przenosił w inne alternatywne wersje świata. Także takie wątki w "Punkcie przywracania" są, tylko tam nie ma temperatury. On się wlecze ten film, on się niemiłosiernie wlecze od samego początku. Szybko zaczął mnie męczyć bardzo, muszę powiedzieć.
On jest poprawny, tylko że nie jest fajny. No dobrze, ale nawet jeżeli to jest taka oklepana historia, motywy są znane z dziesiątków innych produkcji, to przecież nie oznacza wcale, że nie dało się z tego czegoś fajnego stworzyć. No może i by się dało. Wszyscy się do tego dołożyliśmy. No i kolejna rzecz, też o tym mówiłeś każdy film, nawet najgłupszy, mogą uratować aktorzy. I tutaj jest duży problem, bo o ile w tym filmie coś się dzieje, no jest jakaś akcja, to aktorstwo jest, jak mówię w niemieckim serialu, formalne. Gdy wzrasta temperatura, to tam jest letnio. Postaci są niewyraziste, nie przywiązujemy się do nich. Główna bohaterka robi się absolutnie obojętna po pewnym czasie. Zatem "Punkt przywracania" to jest film formalny, poprawny, ale nie jest nowatorski i nie jest atrakcyjny nawet.
To jest sci-fi na zasadzie jest, bo jest. PISF wydał pieniądze i kręcimy. Tyle że tak Marku, ja ci powiem, jeżeli ktoś się lubi katować takimi rzeczami, to może to obejrzeć. To nie jest coś, co jest kiczem. To jest do obejrzenia. Tylko że to jest po prostu nieciekawe dla mnie na przykład. Osobom, które lubią taką stylistykę, nie wiem, czy takie w ogóle istnieją, to może nawet się w jakiś sposób, jak mówię, spodobać, to może zaciekawić. Tym bardziej że strasznie się tam napalano na samym początku, że to jest produkcja taka, wiesz, słowiańska, taka wspólna i w ogóle nic, żadnej prawdy w tym nie ma. To nie wyszło po raz kolejny. Natomiast miłośnicy sci-fi się zawiodą, chociaż każdy lubi co innego, to wiadomo.
Ale niczego takiego, co by nam zryło beret, tutaj nie ma. Po raz kolejny sobie zadaję pytanie, po co wydawać 55 milionów koron? Nie wiem, ile to jest, ale to jest chyba na oko 10 milionów złotych. Po co wydawać 10 milionów złotych na kręcenie takiego filmu, kiedy można by to podzielić na przykład między nas tutaj Ivelliosa i my byśmy nakręcili znacznie lepsze, może nie filmy, ale na pewno ciekawsze audycje niż "Punkt przywracania". To jest taki mój wniosek z tego wszystkiego. No wy pewnie powiecie w komentarzach: "O, znowu zrobili audycję o filmie, który jest nie do oglądania". Nie, nie. On jest do obejrzenia, tyle że nic nie wnosi. Absolutnie nic. On nawet nie jest, wiesz, dziwny.
On nawet nie jest nielogiczny, bo jego można by zjechać i powiedzieć: porwali się z motyką na słońce, chcieli zrobić coś, a nie wyszło. A tutaj to taka historyjka. No jest, bo jest. Dzieje się, bo się dzieje. Ale temperatury, ale jakości to tutaj nie uświadczycie.
[01:19:42] - Piotrze, to jest troszeczkę tak, że mam swoją teorię na temat tego filmu, a właściwie ta teoria skrystalizowała się, kiedy ten film obejrzałem, bo jednocześnie całkiem niedawno miałem okazję do rozmowy z człowiekiem, który pisze scenariusze filmowe, pisze scenariusze serialowe I troszeczkę mi o tym świadku opowiedział. To się, proszę państwa, włos jeży na głowie. Jak ktoś ma włosy. Ja mam mało, więc nie miało się co jeżyć. Ale stopień sformalizowania drogi scenariuszowej jest nieprawdopodobny. To, co się robi ze scenariuszem wymyślonym przez inteligentną osobę, która ten scenariusz napisała. Później się pojawia ktoś, kto ma ksywę script doctor, bo z założenia jedna osoba nie może napisać dobrego scenariusza. Zaraz jej trzeba przydzielić script doctora, którego głównym zadaniem jest ratowanie tego scenariusza. Od razu zakłada się, że ten scenariusz nie jest dobry i trzeba go ratować. Dobre scenariusze piszą tylko jednostki wybitne i jest ich może w kraju naszym może trzy, a może cztery, a całą resztę należy ratować.
I ten script doctor na gotowym scenariuszu ma swoje pomysły. Każe je nakładać, bo jak nie, to scenariusz nie pójdzie do realizacji. Autor scenariusza nakłada te pomysły script doctora i ten scenariusz jest lepszy. Przychodzi reżyser albo ten, kto ma być w przyszłości reżyserem i on ma swoje uwagi. I scenariusz od nowa, i od nowa, i od nowa. Tak naprawdę z pierwotnego pomysłu, który bardzo często jest nośny i właśnie taki żywy, nie zostaje nic, bo zostaje to przepuszczone przez sita formalizmu. Ja mam wrażenie, że film „Punkt przywracania” przeszedł przez niejedno takie sito i w niejednym kraju. W związku z tym z pierwotnej, być może nieco wtórnej, ale jakiejś tam pewno żywiołowej historii. Wtórnej dlatego, że jednak te nawiązania do „Modyfikowanego węgla” są ewidentne. Z tej pierwotnej historii, po tych wszystkich ingerencjach script doctorów i innych bardzo ważnych person, powstała taka papka, którą nazwano scenariuszem i nakręcono na podstawie tego scenariusza film.
Efekty są takie, jak państwu dzisiaj przedstawiliśmy. Nie za dobre. Proszę państwa, ruszmy w kierunku literatury. A zatem recenzarium Evivy. Dzisiaj Luiza Eviva Dobrzyńska mówi o książce „Never King”.
[01:22:48] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Jak kiedyś mawiano, człowiek kulturalny może czytać wszystko. Może. Co nie znaczy, że koniecznie musi. Jest typ książek, do którego w zasadzie się nie dotykam. Są to książki mocno erotyczne, żeby nie rzec pornograficzne. Jednak zdarzało mi się, przyznaję, skusić się na niektóre z nich, na przykład na trylogię o Śpiącej Królewnie Anne Rice. Może kiedyś się o niej opowiem, chociaż prawdę mówiąc nie bardzo jest o czym. Słysząc entuzjastyczne piski jednej z moich koleżanek na temat książki Nicki St. Crowe „Never King”, postanowiłam spróbować.
Co prawda zerknąwszy w opis wiedziałam już, że jest to książka raczej nieadresowana do takich czytelników jak ja, ale ponieważ poruszała temat postaci, która kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze sama byłam dzieckiem, bardzo mnie fascynowała, zdecydowałam się przeczytać. No cóż, przeczytałam i do tej pory właściwie nie wiem, co przeczytałam. Książka opowiada historię, która ma punkt wyjścia sugerujący możliwość stworzenia naprawdę ciekawej opowieści. Oto słynny Peter Pan został przez jedną z kobiet z rodu Darling pozbawiony czegoś bardzo istotnego. Nie, nie tego, o czym zaraz pomyślicie, ale w każdym razie czegoś, bez czego nie może normalnie egzystować. Rzecz w tym, że pomóc mu w odzyskaniu utraconej szczegóły może tylko inna kobieta z rodu Darling. W związku z czym porywa każdą z nich w jej 18. urodziny i usiłuje zmusić do pomocy. Jednak nie udaje mu się to. Kobiety wracają do domu złamane i szalone, podobnie jak matka głównej bohaterki Winnie.
Mimo wszelkich jej starań Winnie również zostaje uprowadzona. Jednak nie ma zamiaru poddać się zbyt łatwo. No właśnie, o tym, co zginęło Peterowi, dowiadujemy się względnie szybko. Natomiast tajemnicą pozostaje, w jaki sposób osoba, która nie miała z tym absolutnie nic wspólnego, może mu pomóc. Książka zresztą tak kipi od różnego rodzaju opisów erotycznych czy wręcz pornograficznych, że wszelki sens się w niej kompletnie gubi. Narracja jest na poziomie licealisty. Dialogi, jeżeli się pojawiają, kompletnie bezsensowne, a w najlepszym razie drętwe. To naprawdę jedna z tych książek, co do której nie wiadomo, po co zostały napisane, a mają za adresata grupę ludzi, którzy po prostu nie mogą żyć bez pornografii. Bo na pewno nikogo innego ta książka nie zainteresuje. Trzeba przyznać, że teraz, po latach wiem, że „Piotruś Pan” to tak naprawdę opowieść, której dzieci wcale nie powinny czytać.
Ale jako dziecko oczywiście nie zdawałam sobie z tego sprawy i bardzo ją lubiłam. Później, znaczy mocno później, próbowałam recenzować książki Jakuba Ćwieka z cyklu „Chłopcy”, również bazujące na historii „Piotrusia Pana”. I chociaż przyznam, że moje recenzje były bardzo negatywne, to jednak w porównaniu z książką Niki St. Crowe Jakub Ćwiek stoi o jakieś siedem poziomów wyżej. Bo też trzeba przyznać, jest to człowiek obdarzony dużym talentem i ma bardzo dobry warsztat, chociaż zupełnie nie wiem dlaczego i ten talent, i ten warsztat marnuje na przerabianie cudzych pomysłów. Ale trudno, to już jego sprawa. Natomiast Niki St. Crowe jest pisarką, można by rzec, bardzo mierną. Gdyby nie operowała z takim rozmachem pornografią, to pewnie w ogóle nikt by jej książek nie czytał. Na całe szczęście w książce pornograficznej, tak samo jak w filmie tego rodzaju, fabuła jako taka jest nieistotna.
Dialogi też, bo chodzi o coś zupełnie innego. Także jest to zdecydowanie dział literacki dla tych pisarzy, którzy tak naprawdę niewiele mają czytelnikom do powiedzenia. W przypadku Niki St. Crowe jest to tak niewiele, że nawet nie zdobyła się na jakiś własny pomysł, tylko sięgnęła po cudzy, przy okazji go przerabiając na tę swoją cudaczną modłę. O takim paskudzeniu klasyki bajek pisał już Stanisław Lem w „Kongresie futurologicznym”. W czasach, kiedy do Polski tego rodzaju przeróbki wcale nie docierały. I powiem, że chociaż komuniści rzadko kiedy mieli rację, to w tej sprawie owszem, można powiedzieć: niech każdy czyta, co chce. Jednak jakakolwiek użyteczność tego rodzaju literatury jest naprawdę mocno dyskusyjna. Zacytuję tutaj Bolesława Prusa: „Ma właściwości starego sera, który podnieca chore żołądki, ale zdrowy smak może pobudzić do wymiotów”. Prus tak napisał o Starskim w „Lalce”, ale to określenie właśnie pasuje do tego typu książek.
Także ostrzegam. Cykl „Vicious Lost Boys”, autorka Niki St. Crowe. Omijać szerokim łukiem. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:28:30] - Kolejna przygotowana audycja należy do jednego z ulubionych państwa cykli. To cykl bez tajemnic. Prosty tytuł: „Cmentarze pełne duchów”.
[01:28:56] - Na Halloween niczego nie publikowałem, ponieważ nie mam jakichś szczególnie strasznych historii do opowiedzenia. Ale jeżeli ktoś lubi się bać, to przynajmniej tego dnia niech sobie zmieni kanał, ale później zapraszam z powrotem. Tutaj raczej znajdziecie treści, które mają dodawać nadzieję, a nie strach. I w związku z tym chciałbym wam dzisiaj opowiedzieć pewną historię z mojego własnego podwórka, właśnie związaną z 1. listopada. Zanim przejdę do tematu, który wcześniej nadmieniłem, chciałbym odpowiedzieć jeszcze raz, po raz kolejny, ponownie na pytanie, które już wielokrotnie pojawiało się na moim kanale, mianowicie: czy na cmentarzach są duchy? Więc odpowiem tak: tak, są duchy, ale nie tyle, ile byśmy chcieli albo nie tyle, na ile podpowiada nam wyobraźnia. Oczywiście w związku z tym, że na cmentarzach jest wiele zwłok, jest wiele osób chowanych, miejsce to kojarzy się ze śmiercią, to też wyobrażamy sobie, że muszą tam być tłumy duchów. Ale co te duchy miałyby tam robić tak naprawdę? Przecież duch to jest odinkarnowany człowiek.
Wiadomo, że są ludzie, którzy lubią sobie spacerować po cmentarzach, oglądać, kontemplować, czytać napisy na nagrobkach i pewnie niektóre duchy też tak czynią, ale nie należy chyba z tego robić reguły. Są też oczywiście duchy, które były tak bardzo przywiązane do swojej cielesnej powłoki, że nawet po śmierci mogą chcieć chodzić i doglądać swoje zwłoki, pilnować ich. Ale tego rodzaju sytuacje należałoby raczej traktować jako sytuację patologiczną, więc też nie należy robić z tego reguły. Na cmentarzach duchy pojawiają się wtedy, kiedy przychodzą ich bliscy. Szczególnie we Wszystkich Świętych, kiedy to właśnie bliscy, rodzina przyjeżdżają z bardzo odległych miejsc, aby pomodlić się na grobie, aby zapalić znicz, aby z innymi członkami rodziny powspominać. I wtedy myśli tych osób rzeczywiście mogą przyciągać duchy. Oczywiście tutaj są też inne czynniki, które wpływają na to, czy ten duch na przykład pojawi się, czy nie, ale to jest inny temat. W każdym razie należy zakładać, że jeżeli spotykamy się razem z rodziną, idziemy na grób, rozmawiamy, dyskutujemy, wspominamy, myślimy o danej osobie, to dana osoba o tym przynajmniej wie. Przynajmniej jest tego świadoma i może być w naszym pobliżu. Ale normalnie na co dzień cmentarze są raczej puste i potwierdzają to nie tylko literatura spirytystyczna, ale także media bądź media, które zostały opisane w literaturze spirytystycznej.
Cmentarze generalnie są puste. Duchy przebywają tam, gdzie są ludzie na ogół. A teraz przejdę do wątku, który chciałbym dzisiaj wam opowiedzieć Wiele lat temu, to już będzie z 10 przynajmniej, 1 listopada udałem się na cmentarz z plecakiem wypełnionym zniczami. Miałem zamiar zapalić jeden znicz na każdym grobie, który jest pusty. To już był koniec dnia. Było ciemno, pełno ludzi. Znicze paliły się na całym cmentarzu. Cmentarz w Oświęcimiu jest olbrzymi. I tak nie wiem, ze dwie godziny, trzy godziny chodziłem po tym cmentarzu, zapalałem te znicze, modliłem się przy każdym grobie za osobę, która była w danym grobie pochowana. I rzeczywiście były to groby, których nikt tego dnia nie odwiedził.
W pewnym momencie poczułem znużenie. Postanowiłem wrócić do domu, ale przed opuszczeniem cmentarza tak jakby powiedziałem tak jakby do tych duchów, za które się modliłem: „Słuchajcie, no jestem zmęczony. Teraz wrócę do domu, ale obiecuję wam, że w domu pomodlę się za was jeszcze raz”. Żeby przynajmniej te ostatnie dusze, za które chciałem się modlić na cmentarzu, nie były tak jakby zaniedbane. Ponieważ wiadomo, że tym pierwszym poświęciłem jakby tak troszeczkę więcej czasu. W każdym razie z taką myślą wyszedłem. Opuściłem cmentarz, wróciłem do domu na nogach. Akurat mieszkałem w pobliżu i gdy tylko przekroczyłem próg mojego mieszkania, poczułem tak jakby taki nacisk, takie naleganie w sensie takim duchowym, takie naleganie, że przecież złożyłem im obietnicę, żebym teraz tę obietnicę spełnił, żebym pomodlił się za nich. I tak naciskali, naciskali, naciskali, aż gdy tylko się rozebrałem, poszedłem do pokoju i zacząłem modlić się za te duchy. Modliłem się tak długo, aż to takie, że tak powiem, to takie napieranie się skończyło.
Gdy mogłem już, że tak powiem, na spokojnie powiedzieć sobie, że już co miałem zrobić, to zrobiłem i jesteśmy kwita. I to był 1 listopada. I teraz będzie ciąg dalszy. Ciąg dalszy tej historii nastąpił kilka miesięcy później, o czym, gdy byłem na cmentarzu, nie mogłem wiedzieć. I teraz będzie troszeczkę halloweenowo. Kilka miesięcy po 1 listopada trafiłem do szpitala, ponieważ miałem w kuchni drobny wypadek w trakcie zmywania naczyń. Pękł talerz, rozciął mi łapę. Krwi co prawda zbyt wiele nie było, ale zobaczyłem w mojej dłoni wielką dziurę. Kciuk złożył mi się w dłoni. Pocięte ścięgna, jak się później okazało.
Udałem się do szpitala. Lekarz poinformował mnie, że niestety zostanę tutaj na noc, co niespecjalnie mi się podobało. Miałem inne rzeczy do roboty w tym czasie. No ale trudno. W każdym razie no streszczam się. Trafiłem już po jakimś czasie na stół operacyjny. Leżałem na stole, wpatrywałem się w sufit. Oślepiające światło waliło mi prosto w oczy i pielęgniarka powiedziała, że jestem bardzo zdyscyplinowanym pacjentem. Dostałem znieczulenie miejscowe. W trakcie operacji miałem możliwość porozmawiania z lekarzem, zapytania co robi.
Poprosiłem, aby wyjaśnił mi, aby pokazał, czym się akurat zajmuje, bo jestem ciekawy po prostu, więc w trakcie operacji miałem też możliwość przyjrzenia się, co tam lekarz majstrował z moją dłonią. Pielęgniarka była wniebowzięta, że jestem takim spokojnym pacjentem. Ja tego za bardzo nie rozumiałem, ale wyjaśniła mi kobieta, że podobno pacjenci są w stanie robić różne rzeczy na tych stołach operacyjnych. Niektórych należałoby nawet po prostu przywiązywać pasami. A ja leżałem spokojnie i myślałem sobie, że w końcu palec to nie serce. Najwyżej jak coś nie wyjdzie, no to... Ale dlaczego miałoby nie wyjść? I miała miejsce pewna sytuacja, o której nigdy nikomu nie mówiłem. Leżąc na tym stole operacyjnym i wpatrując się w oślepiające światło poczułem tak jakby obecność tych duchów, za które modliłem się 1 listopada na cmentarzu. Czułem tak, jakby one unosiły się nade mną gdzieś tam pod sufitem i tak jakby przesyłały do mnie taką kojącą, uspokajającą energię, która sprawiała, że byłem zrelaksowany, niczym się nie przejmowałem.
Jak już wspomniałem, dyskutowałem z lekarzem. Pokazywał mi ranę, którą mi leczył i byłem zupełnie spokojny. I to było takie przyjemne. To było takie fajne, że te duchy — ja jestem osobą sensytywną, jeżeli ktoś nie wie i ja takie rzeczy odczuwam — te duchy po prostu były i one tak jakby mnie głaskały, uspokajały. To było fajne, że do takiej sytuacji doszło. Taka interakcja pomiędzy tym światem duchowym i światem żywych. Toteż warto pamiętać o tym, że te cmentarze są puste, ale jednak, jeżeli tego sobie życzymy, wokół nas mogą być te istoty, które jeżeli my im pomożemy, to i one mogą chcieć się w jakiś sposób odwdzięczyć. Jestem przekonany, że nieustannie doświadczamy takich sytuacji, ale najczęściej jednak nie zdajemy sobie z tego sprawy. Trzeba być troszeczkę otwartym na ten świat duchowy i ludzie, którzy są zanurzeni w materii zamykają sobie dostęp do tych wspaniałych i świadomych uczuć. Jak wspomniałem już, ja jestem osobą sensytywną, więc to nie pierwszy i nie ostatni raz doświadczyłem czegoś takiego.
[01:38:28] - I więc mówię, opowiadam wam o tym z pewnym przekonaniem, że ta sytuacja rzeczywiście była realna i równocześnie taka mistyczna i bardzo przyjemna.
[01:38:46] - Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[01:39:06] - Proszę państwa, a teraz czas na audycję, która w Bibliotekarium 2.0, jak to się mówi, chodzi pod tytułem albo pod takim zbiorczym szyldem MAUP. Dzisiaj w MAUP-ie, czyli w książkach z pogranicza, tytuł, który budzi emocje u niektórych, a niektórzy muszą go dopiero poznać. Książka „Jezus. Największa tajemnica templariuszy”. Nie mogę się oprzeć i zacytuję państwu kilka zdań z okładki. Czy wiecie państwo, dlaczego począwszy od drugiej połowy XIII wieku, reguła templariuszy swoim adeptom nakazywała odrzucenie wiary w świętość Jezusa i powrót do jedynego Boga? Czy wiecie, że katarzy na długo przed templariuszami znali sekret prawdziwego pochodzenia Jezusa z Nazaretu? Co było powodem zagłady tak jednych, jak i drugich? Czy wiecie, że Jezus w rzeczywistości narodził się w 16 lub 17 roku p.n.e., że został ukrzyżowany przez Rzymian w 33 lub w 34 roku w wieku około 50 lat? Czy wiecie, że był z królewskiej linii Dawidowej, że ubiegał się o odzyskanie Królestwa Izrael i był, jak jego ojciec i jego dziad, przywódcą żydowskiego oporu przeciw Rzymowi?
Czy wiecie, że został ukrzyżowany głową do góry, co było zasadą przy karze dla złoczyńców, a nie głową w dół jak przestępca polityczny? Cóż, proszę państwa, to tylko niektóre pytania, które pojawiają się w książce, którą dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy książki z pogranicza. Czołem Piotrze.
[01:41:04] - Czołem, czołem, witam wszystkich.
[01:41:06] - A dzisiaj książka o długachnym tytule „Jezus. Największa tajemnica templariuszy”. Mówiąc szczerze, nie bardzo wiem jak przeczytać nazwisko, więc powiem, że na okładce widnieje nazwisko Ambeline. Pewno jakby to przeczytać po francusku, to jakby to brzmiało Piotrze?
[01:41:29] - Nie mam pojęcia. Chyba Ambelineau, coś takiego.
[01:41:33] - Ale Robert. W każdym razie Robert.
[01:41:36] - Tak. To był francuski pisarz i eseista. Ja nie pamiętam Marku, czy w Polsce ta książka miała więcej wydań niż jedno, bo ona oryginalnie pochodzi gdzieś z lat 70. I ona trafiła na nasz rynek w, nie chcę powiedzieć dziwnych, ale specyficznych okolicznościach. To znaczy pamiętacie, że był czas, kiedy się ukazywało wiele podobnych publikacji, które zalewały rynek i przed, i po okresie szczytowej popularności twórczości Dana Browna. Myśmy po prostu mieli dużo tego rodzaju książek. Nawet niektóre żeśmy omawiali. Ambelineau przeszedł lekko bez echa na tle innych autorów, często mniej znanych. Tymczasem trzeba zaznaczyć, że tutaj mamy do czynienia z osobistością nie byle jaką. On był nie tylko literatem, ale również działaczem i twórcą lóż.
Lóż nie tylko masońskich, lóż kontynuujących pewne tradycje ezoteryczne, chociaż osadzone, zbudowane na chrześcijaństwie. Chodzi o tak zwany martynizm, który się odwoływał do gnostycyzmu, a koncentrował myślowo, ideologicznie wokół upadku pierwszego człowieka i konieczności powrotu do, że tak powiem, stanu pierwotnego. Także Ambelineau oferuje nam tą książkę jako człowiek wierzący i wiele osób pewnie nie wie, kim był autor, że był chrześcijańskim ezoterykiem tak naprawdę. Kiedy zgłębimy jego biografię, to ta książka nam się wydaje jeszcze ciekawsza. Z drugiej strony możemy nabrać pewnych obiekcji, prawda Marku? Bo się rodzą kontrowersje. Bo oprócz ezoteryki chrześcijańskiej Ambelineau interesuje się także w swoim życiu astrologią, okultyzmem, zakłada wspomniane loże, a po wojnie, co ciekawe, zostaje biskupem. Zostaje biskupem uniwersalnego Kościoła gnostyckiego. Występuje jako Tau Robert. I tak, kiedy do tej książki zaglądamy, kiedy ją kartkujemy, to mamy wrażenie, że to jest coś na wzór „Żywota Jezusa” Ernesta Renana.
Książki, która wywróciła postrzeganie Jezusa, postaci Chrystusa w Europie. Tyle że tak, musicie ocenić sami, jaką wartość ma ta książka, mając na uwadze to, kim był autor. Bo z jednej strony on się tutaj podejmuje analizy historycznej i rozkodowania pewnych zagadek związanych z postacią Jezusa. Ale Marku, z drugiej strony my musimy mieć świadomość, że jeżeli to jest biskup Kościoła gnostyckiego, nie katolickiego, ale gnostyckiego, to ta jego krytyka i tak będzie miała pewien punkt końcowy i określony wymiar. On chyba nie zapyta, czy Jezusowi się zdawało, że ma jakąś misję na ziemi. Jak ty oceniasz ostrze krytyki historycznej autora?
[01:44:36] - Zanim o tym ostrzu, to jeszcze kilka słów na temat wydania. Ta książka, z tego, co się orientowałem, rzeczywiście miała tylko jedno wydanie. To było wydawnictwo Czakra. Wydawało taką Bibliotekę Zagadek Wszechświata. Książka się ukazała w 1993 roku i troszeczkę było za wcześnie, żeby ona skonsumowała sukces powieści Dana Browna, ponieważ książka Dana Browna ukazała się na rynku w 2003 roku. Trzy lata później była sfilmowana. Książka Ambelaina nie załapała się. Po prostu się nie załapała. Zresztą wiecie państwo, trochę tak było, że w Polsce pojawiały się książki, na przykład autorzy tej książki oskarżyli później Dana Browna o plagiat. Książka „Święty Graal, święta krew”.
Proces był, proszę państwa, i to ho, ho jaki! Bo to była książka, która w Polsce ukazała się w 1999 roku, a napisana była jeszcze wcześniej. Takich książek, które się nie załapały, było całkiem sporo. Powiem tak, że ja kiedy przejrzałem, przeczytałem tę książkę, to ta informacja, a właściwie sukcesywne informacje, które się pojawiają w tej książce, które zdają się przeczyć temu, co oficjalnie głosi Kościół, te informacje sprawiły, że to, że autor był związany z Kościołem i to, jak powiedziałeś Piotrze, bardzo mocno z nim związany, to wzbudziło we mnie spore zdziwienie, bo tutaj mamy informacje między innymi o tym, dlaczego templariusze w pewnym momencie odrzucili naukę o świętości Jezusa, dlaczego wcześniej podobny zabieg wykonali katarzy, dlaczego to się działo. Autor podaje nam szereg takich faktów, które mają nas zadziwić. Ja po prostu nie potrafiłem, być może ja nie czuję się po prostu specjalistą od akurat tych zagadnień, ale nie potrafiłem części faktów podanych w tej książce w żaden sposób zweryfikować. Nawet się nie zbliżyłem do części weryfikacji. Część da się zrobić, ale część jest trudna do weryfikacji. A tymczasem my tam dostajemy informacje z punktu widzenia Kościoła obrazoburcze. Dowiadujemy się bowiem na przykład, że Jezus nie urodził się w roku zerowym.
To niby każdy wie, ale ta data, którą podaje autor, ona jest mocno przesunięta w tę umowną starożytność, ten minus siedemnasty czy tam któryś rok. Oczywiście wtedy tak nie datowano, to my tak dzisiaj to datujemy, ale to sprawia, znowu mamy kolejną informację, że kiedy Jezusa ukrzyżowano, to on był człowiekiem blisko pięćdziesięcioletnim. Czyli znowu informacja, która płynie do nas chociażby przez święte księgi, jest zupełnie inna niż ta informacja, którą podaje autor. Takich informacji, które ryją banie przeciętnemu czytelnikowi, jest w tej książce całkiem sporo. One dotyczą zarówno egzekucji, którą wykonano na Jezusie, zarówno tych takich ciemnych lat, czyli tych lat, w których nic nie wiemy o życiu Jezusa i tak dalej. To jest książka, którą się dobrze czyta, jeśli ktoś lubi tajemnice. Ja przyznaję, lubię tajemnice, one mnie ekscytują. Ja łatwo wchodzę w te wibracje takie: ojej, co będzie? Ale później się zamyka książkę i człowiek zaczyna o tym myśleć. Ja powiem szczerze, mnie się to dobrze czytało.
Bardzo mnie ekscytowała ta książka, ale kiedy te okładki zatrzasnąłem, to nie o wszystkich faktach, nie o wszystkich informacjach, może to lepsze słowo, które podaje autor, jestem w stanie coś powiedzieć. Jestem w stanie rozstrzygnąć, czy to jest bardziej plotka, czy to jest może prawda i skąd on tę prawdę tak naprawdę wyciągnął. Trochę się poplątałem w słowach, ale troszeczkę taki był stan mojego umysłu, kiedy tę książkę przeczytałem po raz pierwszy. Dzięki naszej planowanej rozmowie miałem okazję z tą książką w sporych fragmentach zapoznać się po raz drugi. I powiem państwu, że to uczucie niedopowiedzenia, takiego zagubienia pozostało mi. Jesteśmy skazani w takim razie, ja przynajmniej poczułem się troszeczkę tak, jakbym był skazany na pełne zaufanie autorowi. Ja rzadko daję się aż tak pociągnąć, że w pełni ufam, że podał pan same fakty i nic tam nie odbiega od rzeczywistości. Rzadko się temu poddaję, ale z drugiej strony, kiedy jest mi trudno weryfikować, o czym już wspomniałem, to dyskomfort mi się poszerza.
[01:50:18] - Tak, miałem podobne wrażenia. Ta książka jest w ogóle skonstruowana bardzo ciekawie, bo dzieli się na takie rozdziały, które nam wyjaśniają różne aspekty życia Jezusa i pokazują, co mogło być inaczej niż naprawdę. Ja myślę, że gdyby Ambelain reprezentował trochę inne pokolenie, gdyby on to pisał dzisiaj, to ona by była trochę bardziej przejrzysta. Tutaj ja na przykład nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, skąd on niektóre rzeczy wiedział i w świetle jego biografii, jak ta wiedza, którą posiadał gdzieś tam z tajnych gnostyckich przesłań wpłynęła na to, co napisał i czy to jest krytyka historyczna, czy to jest po prostu już takie bajdurzenie religijne. A jakby nie było, pamiętajmy, że to był biskup Tau Robert i na przykład kiedy ja sobie to uświadomiłem, to ta książka dla mnie w tym momencie stała się tak jakby trochę mniej wartościowa, że Renan to jednak był Renan. Ernest Renan to był facet, który zaszokował Europę książką, w której odbrązowił Jezusa. Pokazywała ta książka, że chociaż on się mienił synem Bożym, to jednak nie musiał być, ale musiał za to żyć i musiał robić, babrać się w rzeczach, z którymi Jezus nie jest w tradycji religijnej kojarzony. Bo dla chrześcijan, dla katolików szczególnie, ale dla protestantów też, powiedzmy dla całego świata chrześcijańskiego chyba, on nie potrafi się wczuć w inne denominacje. Mówię o Europie i Ameryce. Jezus jest postacią posągową, bez skazy, jest upudrowany, ale przecież on swoje przeżył.
Nikt mu pieniędzy z nieba nie zrzucał, nie zrzucał mu jedzenia. I Ambelain pokazuje nam w niektórych rozdziałach to, jak on funkcjonować mógł. Mógł mieć na przykład rodzeństwo formalnie, bo na pewno miał. Z tego powodu Jezus może mieć krewnych, którzy żyją do dzisiaj na przykład. Musiał się mierzyć z wieloma problemami, zagadnieniami dnia codziennego, na przykład musiał mieć jakiś stosunek do kobiet. Natomiast te tematy, codzienne życie Jezusa, zauważ Marku, one są tabu niekiedy w chrześcijaństwie. Ludzie nie chcą o tym słyszeć. Jezus jest postacią doskonałą. On nawet jak jadł, to jadł po Bożemu. Nie było tak.
Czego jeszcze dotyka Ambelain? Na przykład sfery magii, przesądów. Przecież kiedy poddajemy je analizie krytycznej, to widzimy, że on wypowiada się na niektóre tematy, które oscylują w stronę okultyzmu. Egzorcyzmy, złe duchy, diabeł, szatan, zło. Przecież Jezus w to wierzył. Nie wierzył w sposób dzisiejszy, tylko w sposób ówczesny. I takie odarcie Jezusa, odbrązowienie go jest niekiedy szokiem dla ludzi, ale też pokazuje, że edukacja religijna nie idzie nigdy w stronę historyczną Marku. Na katechezie cię nie nauczą historii, a nawet jej nie naświetlą. I tutaj te analizy porównawcze, które się w tej książce pojawiają, mają swoich lepszych kontynuatorów dzisiaj, bo ja czytałem wiele opracowań i często to były artykuły, kiedy na przykład ekspert od danej dziedziny próbował wyjaśnić poprzez realia życia w epoce Jezusa niektóre szczegóły i niektóre niuanse zawarte w Biblii. Taki pierwszy z brzegu przykład: specjalistka od mody analizuje, w jaki sposób Jezus i jego towarzysze byli ubrani.
I wynika z tego, że albo byli takimi, wiesz, trochę... Czy za użycie słowa „smutruchy” grozi coś na YouTubie? Chyba nie. Więc może byli kimś takim. Ale z drugiej strony na przykład Jezus był ekstremalnie biedny do tego stopnia, że nosił ubrania dziecięce. Tylko że na takie rzeczy Biblia, księża, ogólnie Kościół nie zwraca uwagi. Historyczny Jezus, zły Jezus. Nie pytajcie. Nie pytajcie najlepiej. Padają też często takie pytania, porównania, czy apostołowie byli kimś w rodzaju ówczesnych hipisów.
Trudno to stwierdzić jednoznacznie, ale takimi kontestatorami na pewno byli. I to uderza. Ten temat zawsze uderza. Nie wiem tylko, Marku, na jakim poziomie tutaj książka Ambelain ma wartość historyczną. Bo jeżeli on byłby sobie nawet tym biskupem i on by nam miejscami wskazał, co jest jego interpretacją, a co wynika na przykład z pewnych pism, z pewnych przekazów. Przecież nie oszukujmy się, że istniało coś takiego jak apokryfy, które powstały często po to, żeby zaspokoić wiedzę wiernych odnośnie niektórych szczegółów z życia Jezusa. I byłbym spokojniejszy, i może bym był bardziej pozytywnie nastawiony wobec tej książki, gdybym niektóre z tych informacji uzyskał w taki sposób bardziej otwarty. Tyle że tak: ta książka jest zrobiona, układ jej jest taki przekrojowy i dużym plusem jest to, że kiedy patrzymy na tytuły kolejnych rozdziałów, to my sobie możemy dzięki temu poprzez dalsze poszukiwania docierać do bardzo interesującej wiedzy, bardzo interesujących analiz już współczesnych, które nam pokazują, że Nowy Testament Nowym Testamentem. Ale są pewne niuanse, które pewne fakty, pewne zdarzenia, pewne opisy stawiają nam w zupełnie innym świetle.
[01:55:59] - Powiem ci, Piotrze, że troszeczkę żałuję, bo w swoim czasie miałem okazję rozmawiać z bardzo mądrym człowiekiem, biblistą, teologiem. Człowiekiem, który różne te rzeczy, o których Ambelain pisze, miał w małym palcu. Tylko ja za słabo pamiętałem książkę, żeby spróbować rozmawiać na jej temat. Więc rozmawialiśmy o zupełnie innych sprawach i muszę powiedzieć, że biblista wydał mi się niezwykle kompetentny. On o szczegółach tamtego świata potrafił mówić, proszę państwa, to było naprawdę fascynujące. A co najważniejsze, nie mówił o tych szczegółach na kolanach. To znaczy, to nie było tak, że ponieważ tytuł zobowiązuje, był biblistą, teologiem, ale jednak pewien taki sznyt naukowy był dla niego ważny i on nie szedł na konfrontację z Biblią. Starał się tego unikać. Niemniej jednak nie był też tak jednoznacznie nakierowany, że to Pismo Święte jest elementem rozstrzygającym. Wręcz przeciwnie, mówił mi o rzeczach, które były fascynujące, tak jak to powiedziałem, i trochę żałuję, że nie byłem w stanie skonfrontować tych informacji, które Ambelain podaje.
No bo właśnie i ty na to, Piotrze, zwracałeś uwagę i ja. O niektórych informacjach Nie wiemy skąd się wzięły. Ty sugerujesz, że może z jakichś pism ezoterycznych, może z jakichś okultystycznych kręgów to wszystko wyciągnięte. Nie wiemy, proszę państwa. To jest tak, że jeśli się czegoś nie wie i skazani jesteśmy, żeby z jednej strony wierzyć jednym albo wierzyć drugim, to równie dobrze możemy rzucić kostką. Bo tak naprawdę w czym jest jedna wiara lepsza od drugiej? Wolałbym jednak podejście bardziej naukowe z przypisami. To najlepsze by było. Tym bardziej, że Ambelain zwraca uwagę, bardzo akcentuje w całej książce, w tych częściach książki, które są temu poświęcone, polityczny wymiar działalności Jezusa. Mówi o tym, że Jezus pochodził z linii dawidowej, że chciał odzyskać królestwo Izrael.
To go interesowało ziemskie. Przynajmniej tak Ambelain twierdzi. Jego ojciec, jego dziad byli ludzie zaangażowani, dzisiaj byśmy powiedzieli w ruch oporu. Jego dziad był przywódcą właśnie takiego oporu przeciw Rzymowi. To wszystko są informacje, przyznacie państwo, fascynujące. Zresztą to ma później wpływ nawet na takie szczegóły, kiedy Ambelain pisze o tym, że sposób, w jaki ukrzyżowano Jezusa, był charakterystyczny dla złoczyńców. Potraktowano ponoć Jezusa jak złoczyńcę, a nie przestępcę politycznego. Widzicie państwo sprzeczność? Bo skoro jednak prowadził działalność polityczną, a nie potraktowano go jak przestępcę politycznego. Ambelain podaje, że przestępcę politycznego ukrzyżowano by głową w dół.
Ja nawet tego nie byłem w stanie zweryfikować. Znowu wierzę na słowo. Nie wiem tego po prostu. Więc ta książka, powiem tak, jeszcze raz to podkreślę, ta książka bywa fascynująca. Ona podaje szereg takich faktów, na które człowiek mówi: „Wow, to niesamowite!” Ale później przychodzi ten moment weryfikacji i z tym jest problem. Historia, którą opowiada Ambelain wciąga. Tak jak Piotrze powiedziałeś, nieco można się przyczepić do formy, w jakiej te informacje są podane. To znaczy ten podział na rozdziały, to wszystko dałoby się lepiej skomponować. Ale zostawmy, to jest jego autorskie dzieło. Ale nawet jeśli będziemy się czepiać kompozycji, bo zawsze się do czegoś trzeba przyczepić, to jednak informacje, które są tam podane, są niezwykłe, fascynujące.
Ja tych przymiotników mogę jeszcze państwu namnożyć, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że to się dobrze czyta. Człowiek ma taką satysfakcję. Przeczytałem inne spojrzenie na postać, która jest z jednej strony postacią historyczną, z drugiej strony jest postacią, którą współczesna religia jest najważniejsza, jest osią, wokół której ta współczesna religia jest skupiona i czegoś nowego się dowiadujemy. Tak, ale to byłoby cenniejsze, fajniejsze, bardziej ważne, gdyby źródła tam się pojawiły. Bo ja nie przeczę, że to, co podaje Ambelain, to on sobie z palca wyssał. Tylko właśnie skąd?
[02:01:18] - Ja tylko dodam jeszcze tutaj, bo napomniałeś o księżach. Księża dzielą się na różne grupy. Tych, którzy mają kontakt z ludźmi i tych, którzy mają kontakt z pismem. Sam wiem z autopsji, że niektórzy teolodzy, niektórzy bibliści i to osoby duchowne, mają duży dystans do wielu rzeczy. Tylko że tak: oni przedkładają tradycję nad historię. Bo jeżeli coś się utarło, jeżeli coś się przyjęło, to tak jest. Tak przyszło sądzić. Poza tym Jezus jest Synem Bożym, jest Zbawicielem i tutaj w zasadzie nie ma żadnej dyskusji, bo fakty się nie liczą. Mogło być tak, mogło być inaczej. Liczy się dzieło.
I zawsze, kiedy jest dyskusja z historykiem proweniencji kościelnej, to dochodzimy do punktu, w którym wiemy, że on nie zada pewnych pytań. Jakich? Nie zada pytań na przykład związanych z czymś, co jest względnie nowe, czyli z psychologiczną stroną działalności Jezusa. A co jeżeli mu się zdawało na przykład? Mogło. Nie da się tego wykluczyć, ale tych odpowiedzi nie usłyszymy ani od biskupa Tau Roberta, ani od wielu innych duchownych. To jest jednak fascynujące. Ja myślę, że co roku, teraz może w tym roku mamy tych doniesień mniej, natomiast ja je z lubością śledziłem. Co ciekawe, te doniesienia rzadko kiedy trafiają do Polski, ale mamy bardzo wiele nowych odkryć, które stawiają nam i Stary, i Nowy Testament w nowym świetle. I warto o tym dyskutować, bo to nie musiało być tak, jak jest.
My się zbliżamy do świąt, my jesteśmy w odpowiednim momencie, żeby odczuć, o co tu chodzi. Celebrowane jest pewne zdarzenie, które nigdy mogło nie mieć miejsca, ale liczy się intencja. Intencja, która tak naprawdę w tym wypadku odnosi się zarówno do wierzących, jak i do niewierzących, bo Bo święta Bożego Narodzenia to jest taki konsens. I chrześcijanie mogą obchodzić, i niewierzący też mogą. Przecież to jest święto uniwersalne, wypadające w bardzo szczególną datę. I wydaje mi się, że w książce Ambelana, Ambeleu też mamy pewne bardzo wyraźne ślady, tropy mówiące może nie o jego zainteresowaniach, tylko jego inspiracjach duchowych, że tak powiem, które nam transformują postać Jezusa w osobę zupełnie inną, ale właśnie nadal kluczową. I to jest coś, co nie do końca się zgadza z taką sytuacją, bo powiem ci, że ja się na przykład często spotkałem z tym, że ta książka jest cytowana w opracowaniach naukowych, popularnonaukowych. Były przypisy, znaczy się, że miało to coś wspólnego z jakimś procesem naukowym i tam ona jest brana jako próba krytyki Pisma Świętego. Okej, ale chyba autorzy posługujący się opiniami Ambelana nie znali jego biografii, nie wiedzieli, kim był. Także moim zdaniem w tym przypadku jest tak, jak powiedziałeś, na dwoje babka wróżyła.
Dostajemy pewne informacje, ale odpowiedź tak, nie w niektórych przypadkach jest równoznaczna z rzutem kostką. Tak mogło być, tak mogło nie być. Możemy sobie to brać tylko pod uwagę. Ja jeszcze chciałbym powiedzieć, że biblista bibliście nierówny. Są oczywiście tacy, którzy się w ten sposób tytułują, którzy coś postudiowali. Ja rozmawiałem z człowiekiem, który miał, już użyję tej przenośni, w małym palcu archeologię bliskowschodnią, miał duże odniesienie i taką wiedzę z historii. Świetnie znał kilka języków z tamtego regionu. O archeologii już mówiłem. To, że znał Pismo Święte na wyrywki, to już w ogóle oczywista oczywistość. Był człowiekiem wszechstronnie wykształconym i myślącym.
I krytycznym. Może jeszcze to powinienem dodać, krytycznym. Ja nie wiem, nie starałem się zresztą przekraczać pewnych granic, ale słyszałem w pewnych wypowiedziach, że gdzieś niebezpiecznie ocierał się o herezję. I przyszło mi do głowy, że jest pewne podobieństwo. Ten przykład z templariuszami, w końcu wybitymi na tytuł książki oraz podawanym przykładem katarów, czyli takie dwie grupy, które interesowały się życiem Jezusa i w przypadku templariuszy możemy to z dużą dozą pewności powiedzieć, mocno szukały, mocno interesowały się, szukały źródeł właśnie ta grupa, którą nazywamy templariuszami i w pewnym momencie, przypuszczam, że na skutek pewnej uzyskanej wiedzy, podobnie jak ten współczesny nam biblista, doszli do wniosku, że pewnych faktów, które odnaleźli i pewnych przekazów, które znajdują się w Nowym Testamencie, nie da się ze sobą zestawić, że trzeba dokonać wyboru. Ten wybór w przypadku templariuszy, pewnych relacji, które następują, był taki, jaki był, czyli oni po prostu w jakimś tam stopniu, jeżeli wierzyć tej legendzie, zakwestionowali świętość Jezusa. Biblista, z którym rozmawiałem, tak daleko się nie posunął, ale tak jak powiedziałem, jak się śledziło te wypowiedzi, to ja czekałem, że w pewnym momencie on powie: „Wie pan, to mogło być zupełnie inaczej”. Ten przekaz kulturowy, który dostajemy, religijny, który dostajemy, on oczywiście jest i on trwa w tradycji. I może dobrze, że trwa, ale jeśli podchodzimy do tej historii z takim odniesieniem historycznym, archeologicznym i wszelkim innym, to ta historia mogła wyglądać inaczej. Tak, zaczęliśmy od książki, a tak naprawdę wzbudziłem w sobie wielki żal, że nie porozmawiałem z tym biblistą na temat książki Roberta Ambelaina.
Proszę państwa, czas teraz na drugie recenzarium Evivy. Dzisiaj ruszamy z omówieniem cyklu napisanego przez Isaaca Asimova. Ten cykl otwiera powieść „Nagie słońce”.
[02:08:20] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Dzisiaj wracam do autora, który wywarł na mnie ogromny wpływ. Omawiałam w tym cyklu jego książkę „Pozytronowy detektyw”. Mowa oczywiście o Isaacu Asimovie. „Pozytronowy detektyw” w założeniu miał być powieścią, która była sama w sobie. To znaczy miała po prostu być i tyle. Jednak po latach autor wrócił do tematu. Ściśle mówiąc po 20 latach. I tak powstał cykl „Roboty”. Drugą książką po „Pozytronowym detektywie” było „Nagie słońce”.
W tym tomie ponownie możemy spotkać głównych bohaterów pierwszego tomu, to znaczy Elijah Baley'a oraz R. Daniela Olivawam. Jak mi się wydaje, Asimov miał troszeczkę inną wizję, ale nie chciał przeskoczyć bezpośrednio do niej ze świata opisanego w „Pozytronowym detektywie”. Dlatego musiał stworzyć jeszcze tom przejściowy. Tom, który nie byłby Skupiony wyłącznie na androidach. Jak czytelnicy na pewno pamiętają, w "Pozytronowym detektywie" występuje android Earl Daniel Olav. Pomaga on Elijah'owi Bailey'owi rozwiązać trudną zagadkę mordercy kosmity, który przybył na Ziemię w dość niejasnym celu. Właśnie głównym tematem tej książki był cel pobytu kosmitów na Ziemi. Weźmy też pod uwagę, że tak naprawdę wcale nie byli to kosmici. To byli ziemianie, tyle że pochodzący z założonych dawno temu kolonii, które znacznie prześcignęły macierzystą planetę w dziedzinie technologii, a także rozwoju społecznego.
Na światach zewnętrznych, jak nazywa się te kolonie, panują zupełnie inne prawa niż na Ziemi, a także inne obyczaje. Ziemia pozostała swoistym skansenem. Czemu więc, kiedy na jednym z tych światów, na planecie nazwanej Solaria, zdarza się pierwsze od prawie dwustu lat morderstwo, zwracają się do detektywa właśnie z Ziemi? Asimov to wyjaśnia właściwie od razu. Solarianie nie są w stanie rozwiązać zagadki. Ich świat jest praktycznie pozbawiony zbrodni, pozbawiony przemocy. Elijah musi więc lecieć na Solarię, choć wcale nie ma na to ochoty. Niestety nie może odmówić. Pewną pociechą dla niego jest fakt, że znowu spotyka Daniela, który ma mu służyć wszelką pomocą. Okazuje się, że system społeczny Solarii jest czymś, czego Elijah w ogóle nie potrafi zrozumieć.
Nie chodzi tylko o to, że mieszkańcy tej planety dysponują, w porównaniu z mieszkańcami Ziemi, nieprawdopodobną przestrzenią życiową. Nie chodzi też o to, że mogą oni wychodzić na słońce, co na Ziemi jest niemożliwe. Tutaj chodzi o to, że oni myślą inaczej i postępują inaczej. Rozwój społeczny zrobił z nich rasę niezwykłych wprost egocentryków oraz, jak by to określić, introwertyków. Skrajnych introwertyków. Nie są w stanie nawet przebywać ze sobą w najprostszych czynnościach dnia. Także każde z nich żyje oddzielnie, ma oddzielny dom i spotyka się z drugim tylko przez telewizyty. Taki system społeczny jest możliwy dzięki obecności olbrzymiej ilości robotów, które w zasadzie robią za ludzi wszystko. Bailey'a uderza to, że nawet wychowanie dzieci jest tutaj odmienne, ponieważ dzieci wychowują roboty. Ludzie ograniczają się do prokreacji.
Właściwie to jest jedyny ich bliższy kontakt fizyczny i na tym koniec. Nie interesują się swoimi dziećmi, nie interesują się sobą nawzajem. Jest to obraz tak przerażający, że aż trudno w niego uwierzyć. Chociaż to, co mamy teraz, niewiele się już od tego różni, bo właśnie do tego zmierzamy. Na całe szczęście nie sądzę, żeby udało się to wprowadzić na Ziemi. Przede wszystkim mamy dużo mniej miejsca. Rozwiązując zagadkę śmierci znanego embriologa, Bailey poznaje jego żonę, Gladię. Jest nią oczarowany. Chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że na Ziemi czeka na niego żona i ich syn, nie potrafi się oprzeć uczuciom w stosunku do pięknej kosmitki. Ku jego zdumieniu ona zdaje się te uczucia odwzajemniać, przynajmniej do pewnego stopnia.
Jest nieco odmienna niż inni Solarianie. Jednak to właśnie ona jest główną podejrzaną. Książkę czyta się bardzo dobrze. Widać ogromną różnicę warsztatową między "Pozytronowym detektywem" a "Nagim słońcem". No i nic dziwnego, bo te książki dzieli dwadzieścia lat. Jednak mamy tutaj mniej więcej tego samego ducha. Chociaż rozgrywa się akcja nie na Ziemi, tylko na Solarii. Jak dla mnie akurat Ziemia jest bardziej interesująca, ale Asimov miał swoje powody. Te powody stają się jaśniejsze w trzeciej części, "Roboty z planety Świt". Ale o tym to już może innym razem.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:14:15] - Proszę Państwa, to teraz po "Nagim słońcu" czas na naszą korespondentkę z Islandii, gdzie słońce ostatnimi miesiącami zagląda coraz mniej. Pewno niedługo w ogóle się przestanie pojawiać. Nie wiem, jak to dokładnie tam wygląda, ale nie o słońcu będzie dzisiaj Kamila Ciołko-Borkowska nam mówiła. Dzisiaj w cyklu "Pisząca z fiordami" zastanowi się Kamila nad problemem bohatera literackiego. Ja wiem, już się kiedyś zastanawiała. Dzisiaj zastanowi się jeszcze raz pod troszeczkę innym kątem. Będzie mówiła o konsekwencji autorskiej, o tym, że warto być konsekwentnym, jeśli się jakieś postacie literackie buduje. To tylko dobrze zrobi tej potencjalnej powieści czy jakiemuś utworowi literackiemu nieco mniejszej objętości. Serdecznie Państwa zapraszam. "Pisząca z fiordami".
[02:15:22] - Dobry wieczór i witam wszystkich w naszym kolejnym spotkaniu z pisarskimi bolączkami. Dzisiaj chciałabym porozmawiać sobie z wami troszkę, ponarzekać, może pomarudzić, a wy sobie posłuchacie.
[02:15:42] - Na taki jeden temat. Może będzie tych tematów trochę więcej niż jeden, ale zacznę od tematu, który zrodził się w mojej głowie. Ten problem pojawił się w mojej głowie w ciągu ostatniego tygodnia, a nawet dwóch, kiedy to próbowałam dokończyć krótkiego szorcika, takie krótkie opowiadanie. I wtedy to też pojawiło się w mojej głowie pewne zagadnienie, które stwierdziłam, że bardzo dobrze będzie poruszyć na naszym spotkaniu. Już kiedyś ten temat braliśmy na tapetę i uznałam, że dobrze będzie poruszyć ten temat ponownie. Mianowicie chodzi mi o temat bohatera. Już jest odcinek mojej audycji, tego podcastu mówiący stricte o tym, jak go tworzyć i jak pociągnąć dalej naszego bohatera w naszej historii, żeby wszystko się jakoś trzymało kupy i żeby było fajnie, ładnie, zgrabnie i w ogóle cudownie. Dzisiaj natomiast chciałabym troszkę ten temat uściślić, ponieważ powtórzę jeszcze raz, że najważniejsze, co powinno interesować autora podczas tworzenia bohatera, to konsekwencja. Za każdym razem będę jak mantra powtarzać, bo to jest najważniejsze w całym naszym szkoleniu, warsztatu, czyli ta konsekwencja, o której bardzo często początkujący pisarze zapominają. Czym może się na przykład objawiać brak tej konsekwencji?
Nasza niekonsekwencja pisarska przy budowaniu na przykład bohatera. Ponieważ nie oszukujmy się, to nie jest tak, że w książce jest tylko jeden bohater i strół, za przeproszeniem, lecimy z tym koksem i mamy tylko jednego bohatera i na nim się skupiamy, a cała reszta jest nieważna. Nie. Jeśli mamy bohaterów pobocznych, którzy gdzieś tam trochę częściej nam się pojawiają w tym tekście, nie są tylko jeden raz, nie pojawiają się nam tylko podczas jednego akapitu, to musimy też pilnować tych bohaterów. Tak więc mamy tutaj już uwagę rozłożoną na kilkoro osób, kilkoro bohaterów i musimy pamiętać o tym, że one wszystkie muszą być konsekwentne. Ich zachowania muszą być zgodne z jakimś systemem, który opracujemy, z jakimś planem, który na pewno ma miejsce, bo musimy te postacie jakoś stworzyć konkretnie. Jak już wcześniej wspominałam, musimy mieć jakąś wizję danego bohatera opracowaną, wiedzieć, z czego wynika, dlaczego tak, a nie inaczej zachowuje się nasz bohater. I teraz wracając do tej konsekwencji. To jest tak, że jeśli powiemy na przykład, że nasza bohaterka, ja to już wcześniej wspominałam na przykładzie moich bohaterów i może na tym się skupię, na przykładzie moich bohaterów. Nie wiem, czy czytaliście „Przezwykle przygody nieboszczki Marysi”.
Teraz wydawała się będzie druga część „Gdy diabeł nie może”. Są to inne trochę przygody mojej nieboszczki. Nie będę zdradzać fabuły, ale uwaga, mam pewne powiedzenia, których używają moi bohaterowie, dla przykładu mamy teraz Mariana, który bardzo często używa sformułowania „po ptokach” i mamy Juliana, który według naszej Marysi często używa sformułowania „ad rem”. I jeśli ja to tylko wspomnę w pierwszej części na początku i nie będzie tego podczas rozmów z tymi bohaterami, o ile w pierwszej części, jeżeli chodzi o Mariana, to mamy tylko to, co mówi nasza główna bohaterka, czyli ta Marysia, ponieważ Mariana z nami nie ma, ponieważ jest w zupełnie innej części rzeczywistości. W sumie żyje i Marysia ma z nim bardzo niewielki kontakt. O tyle z Julianem mamy troszkę większy kontakt i trzeba by było to słówko gdzieś tam w dialog jakiś wkomponować, żeby to pojawiło się kilka razy, żeby nie było, że Marysia mówi, że Julian bardzo często „ad rem” wspomina, a w sumie podczas czytania tej książki czytelnik nie widzi tego sformułowania, tego zdania w wypowiedziach Juliana. To już coś jest nie tak. Jeżeli Marysia mówi, że Julian tak mówi, a Julian tak nie mówi. Pisząc drugą część, musiałam przynajmniej kilka razy w sytuacjach, które będą do tego pasowały, te zdania wtrącić. Te sformułowania.
Żeby to nie było tak, że czytam jako czytelnik pierwszą część, jest spoko, wszystko w porządku. Czytam drugą część, ale w połączeniu z tą pierwszą częścią te postaci, które mamy, Juliana i Mariana, one nie są konsekwentne. I w sumie to są tylko takie drobiazgi, ale one już psują harmonię historii. Bo wychodzi na to, że ta Maria kłamczucha trochę i autorka też trochę kłamczucha, bo oni tak wcale nie mówią, oni tacy nie są. Więc dlaczego Marysia tworzy taką wizję? A w sumie tak nie jest. I czytelnik to też wyłapie bardzo łatwo, bardzo szybko i tego trzeba się pilnować. Dlatego jeśli tworzycie na przykład daną postać, to musicie pamiętać o tej konsekwencji. Bo tu teraz przez te siedem minut praktycznie ględzę o tym, jak ważna jest konsekwencja, żeby nie popsuć historii, która teoretycznie może być naprawdę bardzo dobra. Bo przecież takimi drobiazgami można popsuć naprawdę bardzo dobrze zapowiadającą się książkę.
Co jeszcze? Dla przykładu, tak jeszcze przy okazji powiedzmy, że przedstawiam trzy przyjaciółki i na przykład mówię, że jedna jest bardzo wesoła, druga jest taka pesymistyczna trochę, a trzecia miesza różnego rodzaju powiedzonka i zawsze się z tego śmieje. Ale poza tym, że ja o tym wspomniałam, to ona tego nie robi przez całą historię nawet ani razu. Więc to jest przedstawienie zupełnie obcej osoby i ona jest niekonsekwentna, więc czytelnik poczuje się oszukany i powiedzmy, że na przykład nie będzie chciał więcej czytać naszych książek, bo piszemy panienki, przysłowiowe smalone i koniec. Nikt nie będzie chciał nas czytać. Trzeba tego bardzo mocno pilnować. Ja nie mówię, że to jest bardzo łatwe, że takie pilnowanie się, taka konsekwencja. Panie Boże! Ciężko jest zbudować konsekwentnie bohatera, trzymać się go, bo to jest tak, że piszemy książkę przez jakiś tam okres. Nie wiem, każdy pisze inaczej, każdy pisze w innym tempie.
Ale powiedzmy, że piszemy książkę w kilka miesięcy i wizja naszego głównego bohatera, a nawet nie tylko głównego bohatera, ale bohaterów, którzy nam się tam gdzieś pojawiają, ulega pewnym zmianom, deformacjom pewnym. Bo to jest logiczne. Wszystko się zmienia, wszystko płynie, jak to mówili filozofowie. I nie ma co się dziwić, że wizja naszego bohatera w naszej głowie w ciągu tych kilku miesięcy także uległa zmianie. To będzie logiczne, ponieważ podczas całej naszej opowieści bohater też ulega pewnym zmianom. On nie jest taki sam na samym początku i na samym końcu. Ale jeżeli mamy jakieś zmiany, nasz bohater ulega pewnym zmianom. Mamy jakieś zmiany zachowań, poglądów, czegokolwiek. To jest wszystko w porządku, jak najbardziej. Tylko teraz musimy to tak pokazać czytelnikowi, żeby on to zauważył, żeby to było widać, żeby on zrozumiał, dlaczego nasza bohaterka na przykład z takiej szczebioczącej optymistki stała się taką optymistką nienachalną, powiedzmy.
Dlaczego? Co się przydarzyło tej naszej bohaterce? Jak to, co przeczytał czytelnik wpłynęło na bohatera? Zrozumiecie. Mam nadzieję, że to jest logiczne. Bo to nie jest proste. To wszystko nie jest takie łatwe, bo to, co się dzieje w naszej głowie, to jest nasza głowa, a to, co czytelnik odczytuje, to już zupełnie oddzielnie od tego, co my widzimy. I to jest zupełnie coś innego, coś takiego odrębnego już. To nie jest połączone z nami, ponieważ my nie będziemy siedzieć przy każdym czytelniku i pokazywać mu palcem i tłumaczyć za każdym razem coś, czego się wzięło w tej książce, co myśmy wymyślili, co mamy w głowie, ponieważ czytelnik będzie potem chciał sam. Sam będzie wyciągał wnioski.
To jest bardzo istotne, żeby tak poprowadzić tę historię, żeby czytelnik zrozumiał wszystkie zmiany w naszych bohaterach i wszystkie zachowania, ponieważ to jest wszystko dość istotne. I nie będę teraz wchodzić w te same tematy co poprzednim razem dotyczące nazwania bohatera, prowadzenia bohatera bla, bla, bla. Tych historii, że to musimy znać. To wszystko jest do odsłuchania gdzieś tam w tych podcastach możecie sobie poogrzewać. I to jest też tak, że musimy też pamiętać, to też należy do konsekwencji, że każdy z naszych bohaterów jest zbudowany zupełnie inaczej, ponieważ przedstawiamy czytelnikowi zupełnie odrębne istoty i przedstawiamy czytelnikowi bohaterów, którzy się od siebie różnią i ich reakcje na pewne sytuacje, na pewne zachowania jakichś odrębnych na przykład ludzi, którzy się pojawiają czy na cokolwiek. Nawet jeżeli powiedzmy mamy dwoje bohaterów w jednym pomieszczeniu i powiedzmy, że mamy burzę z piorunami i mamy gdzieś piorun, który strzeli blisko i mamy dwoje- Odrębnych ludzi, to oni zareagują zupełnie inaczej. I tak samo nasi bohaterowie muszą zareagować zupełnie inaczej, używać innych słów, inaczej muszą chodzić. A bardzo często jest tak, że pisarze, jak to teraz ładnie nazwać, ujednolicają wszystkich bohaterów. I oni chodzą tak samo, mówią tak samo, używają tych samych słów, zwrotów, wszystkiego. Tworzenie bohaterów różnych, bo poza tym, że mamy bohaterów na tym pierwszym planie, mamy też bohaterów na drugim planie i tworzenie wszystkich bohaterów przez kalkę jest mało atrakcyjne dla czytelnika.
A nie oszukujmy się, czytelnik szuka zabawy w naszych książkach, szuka urozmaicenia swojego życia. Różni ludzie się różnie bawią, różne rzeczy ich cieszą, innych cieszą kryminały, innych romanse. Nie wnikamy, tylko dajemy im rozrywkę albo edukację, bo zależy kto jaką ma misję. Wszystko jest w porządku, jeżeli chodzi o odbiór i o przekazywanie tego, co chcemy przekazać. Ale budowanie bohatera jednak to są pewne zasady, których trzeba się trzymać. Nieważne jakie efekty chcemy osiągnąć, co chcemy dać czytelnikowi. Jeśli czytelnik będzie widział wszystkich bohaterów, którzy reagują tak samo, mówią tak samo, robią wszystko tak samo, są zbudowani przez kalkę, to wyrzuci tę książkę i nie będzie w ogóle chciał jej czytać. Nie będzie w ogóle zainteresowany. Bo nie ma takiej różnorodności. A w literaturze bardzo fajnie jest, jeśli mamy taką różnorodność i ten kawałek mięsa, taki konkretny, zróżnicowany, z takimi fajnymi elementami, które będą.
Czyli tu jakiś kawałek tłustego, tu kawałek chudego, jakąś kosteczką. I to się w efekcie końcowym złoży na bardzo fajny, konkretny kawał literatury, bardzo fajny do przeczytania. Jeszcze taki przykład. Sięgnijmy na przykład po znowu na przykład. No cóż, zdarza się. Tylko pamiętajcie, żeby nie robić tak w literaturze. Nadmiar pewnych wyrazów fajny nie jest, o czym wspominałam w poprzednim spotkaniu. Wracając do naszego tematu. Weźmy sobie teraz coś z kanonu lektur. Co tam?
Lalka. Weźmy Lalkę. Pierwsza, która wpadła mi do głowy. Mamy tam bohaterów zupełnie różnych. I teraz nie będę robić rozbioru tego, kto jaki jest i dlaczego, bo to mieliśmy w szkole, każdy pamięta. Teraz zwróćcie uwagę, że oni są konsekwentni przez całą książkę. Oni mają jakiś światopogląd, oni mają jakiś sposób zachowań, jakiś system wartości. Oni się tego trzymają przez całą książkę i autor w jakiś sposób, nie wiem jak on to zrobił, znaczy wiem, jak on to zrobił, bo też sama staram się pisać, więc mniej więcej się orientuję, jak to się robi. Ale autor trzymał się tego konsekwentnie. Dla niego wszyscy bohaterowie byli jacyś tacy sami i oni też dokonywali pewnych zmian w swoim życiorysie, w swoim systemie wartości na bieżąco.
No nie wszyscy może, bo niektórzy się w ogóle nie zmienili w ciągu tej historii, ale główny bohater na pewno się zmienił, czego byliśmy świadkiem czytając tę książkę. No i wiadomo, zakończenie tej książki pokazuje, jak bardzo odcisnęło się to wszystko na naszym bohaterze. I tak właśnie, niedokładnie to samo, ale tak właśnie powinna wyglądać nasza historia. Nasz bohater czy nasi bohaterowie, bo na przykład możemy pisać o grupie przyjaciół czy o rodzinie na przykład. Nasz bohater czy bohaterowie doznał jakichś zmian na podstawie tego, co się dzieje, na podstawie co inne jako autor fundujemy w naszej historii. Dokonuje się jakaś zmiana w ich myśleniu, czego na pewno nie unikniemy. Niestety musimy o tym pamiętać, że nasz bohater nie będzie taki sam na początku i taki sam na końcu. Jakieś tam zmiany będą miały miejsce. Czy coś jeszcze? Widzę, że ten odcinek będzie taki lekko chyba krótszy niż zazwyczaj.
Czy coś jeszcze? Czy jest coś jeszcze, co powinnam wam powiedzieć na temat bohatera, czego nie powiedziałam wcześniej? Na pewno tego, że na przykład jeżeli zapiszemy, że nasz bohater nie zachowuje się logicznie, ma ryz z logiką na bakier, to musimy się tego trzymać na pewno. Więc tak, nasz bohater nie musi być logiczny. Powinien być konsekwentny, ale niekoniecznie logiczny. Za to my jako pisarz, jako autor powinniśmy zachować i logikę, i konsekwencję, ponieważ jest różnica między bohaterem a autorem. Więc To nie jest to samo. Autor nie będzie bohaterem, więc musi pamiętać, że musi być logiczny i konsekwentny. A nasz bohater z logiką może być na przykład na bakier. Powiedzmy, że mamy główną bohaterkę, która ogólnie jest bardzo odważną kobietą.
Jest naprawdę pomocna, odważna, bo zawsze stoi na baczność przed wszystkimi kryzysami w życiu, nie tylko swoimi i zawsze jest chętna do pomocy. Zawsze znajdzie rozwiązanie każdej sytuacji. I na przykład mamy taką scenę, która okaże się bardzo potrzebna w naszej historii, że znajdujemy się w kuchni, coś robimy i nagle po podłodze w kuchni przebiega mysz. I nasza bohaterka wskakuje na krzesło, zaczyna drzeć się jak opętana ze strachem w oczach. Taka wielka panika. I w sumie to nie jest logiczne. Jeżeli nasza bohaterka jest odważna i nie boi się niczego i tak się zachowuje, że zawsze stawia czoło wszelkim niepowodzeniom, jest super, ale ona nie musi być logiczna w momencie, kiedy przebiegnie jej ta mysz. Ona może wskoczyć na krzesło, tylko musimy też to tak wykorzystać, żeby to potrzebne było do naszej fabuły, że na przykład w przyszłości ten lęk przed myszą przeszkodzi jej w tym, żeby pomóc komuś albo zrealizować jakieś założenie czy zrealizować cokolwiek innego. To wszystko musi być pokazane z sensem. Jak powiedziałam, autor musi być logiczny, sensowny i tego się musi trzymać konsekwentnie.
Za to bohaterowie mogą wykazywać się brakiem sensu, brakiem logiki, ale też muszą być konsekwentni. Na przykład nasz bohater może bać się małego psa sąsiadów, którym jest na przykład chihuahua, ale już nie będzie bał się owczarka, który jest wielki, groźny albo buldoga czy dobermana. On tego się nie będzie bał, bo dla niego to nie jest straszne. To przykład, który przy naszym dzisiejszym spotkaniu strasznie mocno mnie prześladuje. Ale pamiętajmy, że musimy przedstawić czytelnikowi powód, dla którego nasz bohater poniekąd boi się tych małych piesków, a duże nie są dla niego straszne, bo to też może okazać się dość istotne. Jeśli to jest istotne dla fabuły, to przedstawiamy. Jeśli nie, to tak właściwie jest nam to niepotrzebne. Może to być tylko informacja dla nas przy budowaniu fabuły i postaci. I tego się należy pamiętać i trzymać. Bo jeśli przedstawimy naszego bohatera jako tego bojącego się chihuahua sąsiadów, a później pójdzie na jakąś imprezę i zacznie głaskać – nie wiem, jakie są tam jeszcze takie te małe rasy – ale zacznie głaskać pinczerka i będzie się z nim świetnie bawił na tej imprezie, bo po prostu to jest niesamowicie świetny piesek, to coś tu nam już nie łączy się w naszej postaci.
Jest jakieś spięcie i to już nie będzie grało i czytelnik to już na pewno wyłapie. Możemy na przykład poprowadzić książkę tak, że zbieg tych wszystkich okoliczności, które narzucimy na naszego bohatera, spowodują to, że nasz bohater przestanie się bać tych małych piesków i na końcu będzie miała miejsce ta impreza, na której on z tym pinczerkiem będzie sobie tam się bawił bardzo wesoło. To jest historia zupełnie oderwana od jakichkolwiek książek, mam nadzieję, które czytałam i tak po prostu wymyślona, więc może niekoniecznie z sensem, ale dla przykładu bardzo dobra. Czy coś jeszcze? Niech ja zetnę moją magiczną karteczkę. Jeszcze co istotne, nie możemy zapominać, że w naszej opowieści są też inni bohaterowie. Nie tylko ci z pierwszej linii, nie tylko ci pierwszoplanowi. Ponieważ jeśli będziemy po macoszemu traktować bohaterów drugoplanowych, trzecio-, czwartoplanowych, to czasami to może być zupełnie uzasadnione. Jeśli taki mamy zamysł naszej książki i wszyscy bohaterowie dodatkowi są tylko tłem dla naszego głównego bohatera, wtedy jak najbardziej, proszę bardzo. Jeśli to jest jakiś monodramat albo coś w tym stylu, to jak najbardziej możemy tak poprowadzić.
Ale jeśli w naszej książce nasz bohater ma jakieś relacje z innymi osobami, to musimy o tym pamiętać, że nie możemy zrobić tych bohaterów dodatkowych zupełnie płaskich. Nasz bohater ma trzy wymiary, jest trójwymiarowy, a bohaterowie poboczni, czyli ci drugoplanowi, trzecioplanowi, którzy gdzieś tam nam się pojawiają i wpływają na naszego bohatera i mają jakieś relacje z nim, oni są zupełnie płask- cytacie jakby namalowani, naszkicowani. I o tym nie można pamiętać, bo nie możemy przelać całej naszej uwagi pisarskiej na głównego bohatera, bo to wyglądałoby tak mniej więcej, jak byśmy robili tort. Robimy tort super ekstra i na tym torcie mamy ozdoby. I powiedzmy, że na tym torcie mamy Psi Patrol. Powiedzmy, że Psi Patrol. Też pierwsze, co wpadło mi do głowy. I teraz powiedzmy, że Skupiamy się, robimy bardzo ładnie tylko jednego pieska, którego lubi dziecko, dla którego tort będziemy robić. A reszta piesków to jest tylko byle jak ulepiona, bez żadnych szczegółów bezkształtna masa, którą postawimy obok, bo dziecko się i tak nie zorientuje. Jak teraz sobie zamkniecie oczy i wyobrazicie sobie ten tort, to znacie jak on będzie wyglądał.
Z jednym pięknie wyrzeźbionym pieskiem z masy cukrowej i resztą piesków, która będzie taką breją z masy cukrowej, która pieska nie będzie przypominała. Tak samo jest z bohaterami. Jeżeli ulepimy głównego bohatera cudownie, wspaniale, a resztę potraktujemy po macoszemu i to nie będzie uzasadnione w fabule, to będzie czytelnikowi się to bardzo źle czytało. Ponieważ bohater główny jako taki niesamowity i cała reszta, która jest tylko naszkicowana z lekka i on z nimi nawiązuje relacje. Ale czytelnik czuje wielki niedosyt, bo jak te relacje ma budować, jeżeli on nic nie wie o tych pozostałych bohaterach? Oni nie są na doczepkę, nie są przy okazji rzuceni jak konfetti. Oni są w tej historii tak samo potrzebni. Może nie tak samo, ale też są potrzebni dla głównego bohatera. On nie żyje sam. Tak samo jak w życiu.
On nie żyje sam, nie jest sam w tej historii. On ma innych bohaterów, których też musimy bardzo ładnie zbudować. Tak więc dobrze jest, jeśli dopilnujemy i dopracujemy naszego bohatera dość konkretnie, uważnie i szczegółowo, żeby to nie było tak, że gdzieś tam mamy jakieś braki, które potem się odbiją na fabule. To tak się nie da. Da się, ale to będzie słaba książka. To będzie słaby bohater. To nie będzie ciekawe dla czytelnika. Dlatego co najważniejsze, nasza mantra, od której powinniśmy chyba zaczynać każde spotkanie – konsekwencja. O konsekwencji należy pamiętać na każdym etapie pisania. Jeśli macie możliwość zapisywania sobie rzeczy, które są istotne dla bohatera, rozpisywania, to wszystko jest jak najbardziej dobre.
Wszystko, co pomoże wam stworzyć postać, rozpracować ją, rozwinąć, a nawet pamiętać o niej, to wszystko jest dobre. Czy używacie komputera, czy rozpisujecie ręcznie, czy malujecie – wszystko, co jest pomocne dla was jak najbardziej się nada, jak najbardziej jest w porządku i z tego korzystajcie. To chyba już tyle. Chyba wszystko, co miałam wam powiedzieć. W sumie wyszedł jeden temat, mniej więcej. Pozostałe tematy, które wpadły mi do głowy omówimy może następnym razem, przy dobrych wiatrach. A teraz pozostaje mi tylko powiedzieć wam wszystkim dobranoc, miłego pisania, wytrwałości w byciu konsekwentnym, czego wam i sobie życzę oczywiście. Dobranoc. Do następnego spotkania.
[02:44:36] - To teraz od teorii przejdźmy do praktyki. Czas na literackie tete-a-tete. Dzisiaj Krystyna Śmigielska zaprosiła panią Agnieszkę Bednarską.
[02:44:51] - Dobry wieczór państwu. W literackim tete-a-tete czeka nas kolejna rozmowa z pisarką od lat mieszkającą poza krajem, nadal piszącą i wydającą w języku polskim. Gościmy dzisiaj panią Agnieszkę Bednarską, obecnie przebywającą na terenie Wielkiej Brytanii, z której jednak bardzo chętnie kontaktuje się ona ze swoimi polskimi czytelnikami, przesyłając nam również filmiki z recenzjami książek, które ukazują się u nas tutaj w kraju. Dobry wieczór, pani Agnieszko. Bardzo mi miło gościć panią w literackim tete-a-tete.
[02:45:30] - Dobry wieczór, witam serdecznie.
[02:45:32] - Debiutowała pani w 2012 roku książką „Emigracja uczuć”, opublikowaną nakładem wydawnictwa Replika. Bardzo dobrze pamiętam okładkę tej powieści. Od 2005 roku przebywa pani w Wielkiej Brytanii, a więc zagadnienia związane z emigracją są pani na pewno doskonale znane. Jak pani sądzi, czy obecnie problem rozdzielonych małżeństw wygląda podobnie i czy realia przedstawione w książce są nadal aktualne?
[02:46:09] - Jeżeli chodzi o ten problem, to mam już teraz inny pogląd na to. Z innego punktu na to patrzę, ponieważ moje małżeństwo już nie jest rozdzielone. Jesteśmy razem. Ale moim zdaniem problem rozdzielonych małżeństw jest niezmienny zawsze. Czy dzieje się to przez wojnę, przez pracę, przez emigrację, z każdego powodu czy z innego powodu, niekoniecznie przez emigrację. Rozdzielenie nie służy małżeństwu i prędzej czy później odbije się czkawką. Jeżeli to jest krótkotrwałe rozdzielenie, to oczywiście to może być nawet sprawdzian dla uczuć i może małżeństwo czy związek wzmocnić. Natomiast jeżeli to jest rozdzielenie długotrwałe, to proszę mi wierzyć, to nigdy nie jest dla związku dobre. I tak samo wtedy, kiedy moje małżeństwo zostało z powodu emigracji zarobkowej rozdzielone, ponieważ ja zostałam w Polsce z synem, a mój mąż wyjechał. I był to ten moment, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej, więc bardzo dużo związków w ten sposób zostało rozdzielonych.
Moja mama mi wtedy mówiła: „Dziecko, bądźcie razem i to jak najszybciej, bo to wam się odbije czkawką”. Ja wtedy młoda, wydawało mi się: oj mama, jak mama zawsze mówi. A dzisiaj przyznaję jej oczywiście rację, bo moi drodzy, ludzie się od siebie odzwyczajają. Później jak się schodzą, zaczynają działać sobie na nerwy i bardzo wiele małżeństw się po prostu rozpada. Nie przechodzą tej próby. Nie ma co się łudzić, że miłość, że my damy radę na krótką metę, na krótki okres czasu tak, ale w dłuższej perspektywie rozstania zabijają związki. Takie jest moje zdanie.
[02:47:55] - Czyli współczesne Penelopy jednak nie istnieją.
[02:48:00] - Wydaje mi się, że nie. Po prostu mamy zbyt dużo bodźców, zbyt dużo pokus. Świat tak bardzo pędzi, że ciągle przeskakujemy, ciągle pragniemy innych wrażeń. No i niestety jesteśmy ludźmi. Jesteśmy tylko słabi, więc wpadamy w ten rytm. Mamy nowych znajomych za granicą czy te osoby, które zostają w kraju. Mamy nową pracę. Życie nas pochłania. Wpadamy w ten nurt, a ta druga osoba ze związku ciągle stoi w miejscu, czeka i przestaje być dla nas z czasem atrakcyjna. Nie rozstawajmy się na długo, bo jeżeli chcemy utrzymać szczęście naszej rodziny, to nie rozstawajmy się na długo.
[02:48:39] - Zanim przejdziemy do następnych pytań, chciałam jednak wyjaśnić naszym słuchaczom i pani czytelnikom, że co prawda powieść „Emigracja uczuć” jest w tej chwili niedostępna, ponieważ nakład książki jest wyczerpany, a mimo to można nadal poznać jej treść. Proszę nam wytłumaczyć, pani Agnieszko, jak to jest? Proszę nam zdradzić, na czym polega ten paradoks.
[02:49:07] - Książka „Emigracja uczuć” jest dzisiaj dostępna jedynie w formie audiobooka. Być może jeszcze nawet e-booka gdzieś można znaleźć. Tego nie wiem, ale w formie audiobooka jest dostępna w świetnej interpretacji. Tyle że ma zmieniony tytuł, ponieważ została wydana przez inne wydawnictwo, a jej tytuł brzmi „Za lepszym życiem” i „To lepsze życie”, czyli kontynuacja pierwszej części. Tytuły są inne z racji tego, że właśnie jak mówię, jest inne wydawnictwo, jest inna okładka. No i wydawnictwo miało prawo nadać jego zdaniem lepszy tytuł.
[02:49:44] - Czyli nie szukamy teraz papierowej wersji, a szukamy wersji audiobooka bądź e-booka pod podanymi przez panią tytułami.
[02:49:54] - „To lepsze życie” i „Za lepszym życiem”.
[02:49:56] - Fantasy, horror, kryminał, sensacja, thriller, ale też literatura obyczajowa, a nawet romans. Tak przedstawia pani twórczość portal LubimyCzytać.pl. Do których z tych gatunków się pani przyznaje i które swoje książki przydzieliłaby pani do poszczególnych z nich?
[02:50:19] - Ja się zastanawiam właśnie, kto to przydziela moje książki do tych różnych kategorii, bo tak naprawdę wychodzi na to, że zajmuję się wszystkim, a to nie jest prawda. Gdybym miała jednym określeniem ująć całą swoją twórczość, to nazwałabym to literaturą lekkiej grozy. I jest to taki gatunek, który wymyśliłam na własne potrzeby, ponieważ moje książki to absolutnie nie są horrory. To są thrillery, owszem, mogę się zgodzić, że to są thrillery, ale z tłem obyczajowym czasami owszem też, ale gdybym miała naprawdę je określić, jest to literatura lekkiej grozy w tych gatunkach, które my znamy już z nazewnictwa thriller. Dwie pierwsze książki to są książki obyczajowe, te, o których mówiłyśmy, ale cała szóstka pozostałych to już będą thrillery.
[02:51:07] - Jest pani również krytykiem literackim. Tak to dzisiaj trzeba nazwać, ponieważ umieszcza pani recenzje przeczytanych przez siebie książek w internecie, ocenia je i w jakiś sposób promuje. Dlaczego to pani robi? Co skłoniło panią do podjęcia takiej działalności? A może łatwiej jest mówić o cudzych książkach niż o swoich?
[02:51:30] - Krytyk literacki to zdecydowanie za mocne słowo na określenie tego, co robię. Powiedziałabym bardziej, że ja jestem promotorką dobrego czytania, dobrej książki. Ja nie opowiadam, staram się przynajmniej nie opowiadać o złych książkach. Jeszcze na Lubimy Czytać gdzieś tam, to tak, jak książka mi się nie podoba, to wrzucę te kilka zdań informujących o tym, ale tam, gdzie udzielam się najbardziej, czyli głównie na TikToku, staram się opowiadać o książkach, które są świetne, bardzo dobre, fenomenalne, które wyrwały mnie z kapci, jak to się często określa. O książkach, które wywarły na mnie ogromne wrażenie, bo chcę, żeby te dobre tytuły utrwalały się w pamięci ludzi. Nie te złe. Bo co z tego, że ja kogoś skrytykuję, że ja jakąś książkę skrytykuję i to pójdzie w świat. Z czasem człowiek, który ten tytuł usłyszał, on nie będzie już pamiętał, czy ja mówiłam o niej dobrze czy źle. Tylko będzie pamiętał tytuł, a nie o to chodzi w tym, co robię. Ja chciałabym, aby dobre książki były po prostu popychane bardziej w świat i dlatego tylko o nich mówię.
Staram się. Już teraz dojrzałam do takiego momentu, że jeżeli zaczynam książkę i ona mi się nie podoba pierwsze powiedzmy sto stron, czasami nawet mniej, nie przekonują mnie, to ja ją bez żalu odkładam. Zdaję sobie sprawę, że może to nie jest po prostu dla mnie. Brnę tylko w tą literaturę, która z jakiegoś powodu mnie zachwyca, czy to ze względu na fabułę, czy język, czy budowę bohaterów. Bo czasami jest tak, że jedna z tych rzeczy jest dobra, a druga nie albo mniej. W każdym razie z jakiegoś powodu książka musi mnie zachwycić, żebym ja ją dokończyła. I wtedy chcę, aby te książki trafiały do ludzi. Zbyt wiele jest miernej literatury na rynku i ją po prostu omijam i jej nie polecam i o niej w ogóle nie mówię. Ale o dobrych książkach z wielką przyjemnością.
[02:53:24] - A proszę mi powiedzieć, czy łatwiej jest cudze książki promować niż własne?
[02:53:30] - Ile można mówić o własnych książkach? I mnie w sumie z trudnością przychodzi opowiadanie o własnych książkach, bo nie chcę wychodzić na kogoś, kto bez przerwy przechwala się. Przecież nie mogę powiedzieć: „O, moje książki to są takie średnie” czy coś tam, bo to mijałoby się w ogóle z celem. A z kolei samozachwyt też nie jest zbyt dobrze odbierany. Zatem wolałabym, żeby o moich książkach mówili inni, a ja będę mówiła o książkach innych osób. O własnej twórczości mogę mówić godzinami z osobami, które czują w ten sam sposób i które rozumieją, co chcę powiedzieć, ale nie mogę być taka monotematyczna. Poza tym zawsze, kiedy opowiadam o książkach innych ludzi, gdzieś tam przemycę od czasu do czasu informację o tym, że ja również piszę. I wtedy, jeżeli nawiąże się jakaś nić sympatii pomiędzy mną a odbiorcą moich treści, to ta osoba, przypuszczam, sięgnie choćby z ciekawości po jakiś mój tytuł. Tak samo, jak ja robię. Bo jeżeli spotkam autora czy na ulicy, czy na spotkaniu autorskim, czy w internecie, który wzbudzi moją sympatię albo zainteresuje mnie sposobem, jakim mówi, czy czymś jeszcze innym, to sięgam głębiej, sprawdzam, co czyta, co pisze i się po prostu nim interesuję.
I na tej zasadzie też nie opowiadam o własnych książkach. A przynajmniej nie robię tego zbyt często, ale skupiam się na dobrej literaturze, która powstaje, która jest tworzona przez innych autorów.
[02:54:57] - Agnieszka Bednarska „Zanim się obudzę” czyta autorka.
[02:55:02] - „Nie chcę, żebyś wyjeżdżała. Przez ostatnich kilka dni powtarzała to zdanie wielokrotnie, ale teraz zabrzmiało ono najbardziej dramatycznie. Wrócę. Przecież wiesz, że nigdy bym cię nie zostawiła. Dźwięk klaksonu ponaglił Ewę. Lekko, choć zdecydowanie odsunęła siostrę od siebie. Zachowywała pozory pewności siebie, chociaż w środku była pokruszona jak zdeptany herbatnik. Mama nigdy nie wróciła – z wyrzutem przypomniała dziewczynka, robiąc dwa kroki w tył i patrząc na siostrę spod ściągniętych brwi. Ty też nie wrócisz. Zapomnisz o nas.
Lena. Ewka chwyciła ją za ramiona i aby przywołać do porządku, lekko nią potrząsnęła. Nigdy, ale to nigdy tak nie myśl. Nie jestem taka jak ona. Zawsze będę blisko ciebie. Przysięgam na wszystko. Na chwilę głos uwiązł jej w gardle. Odkaszlnęła niby mimochodem, po czym dodała stanowczo: Gdziekolwiek byś poszła, ja pójdę tam z tobą. Zagryzła wargi. Wiedziała, że teraz nie może się rozkleić.
Wolałabym umrzeć, niż cię porzucić – wyznała na koniec, zgodnie z tym, co naprawdę czuła. Pomiędzy siostry wdarł się natarczywy, długi dźwięk klaksonu. Przysięgasz? Przysięgam – oświadczyła bez wahania, a potem uniosła obie dłonie na wysokość piersi i otworzyła je przed siostrą. Dziewczynka niepewnie zrobiła krok w przód. Obie smutno się uśmiechnęły, ciasno splatając palce swoich rąk i trwając w tym uścisku aż do następnego, bardzo długiego klaksonu. Cierpienia Lenki potęgowały ból Ewy, która w tej chwili byłaby skłonna ulec prośbom i zostać w tym zimnym domu, nawet jeśli oznaczałoby to, że nie przetrwają do wiosny. Ale wtedy z pomocą przyszła jej babcia. Twoja siostra nie jest taka jak mama. Stając za plecami młodszej wnuczki, powiedziała z ostrożnością, z jaką stąpa się po cienkim lodzie.
Ona nas nie opuści. Wróci. Jestem tego pewna. Spojrzała Ewie prosto w oczy. Czy przeczucie, jakie ogarnęło ją po wypowiedzeniu tych słów, było jedynie wynikiem wcześniejszych doświadczeń, rozczarowania własną córką, która dawno temu zaprzepaściła wszystkie pokładane w niej nadzieje, czy może głosem intuicji? Tego Leokadia Morawiec nie wiedziała. Cokolwiek to było, zostało przez nią zignorowane. Ewa odwróciła się i sięgnęła do klamki. Do powiedzenia nie zostało nic więcej, gdy nagle powstrzymana jakąś myślą zawróciła. W pośpiechu rozwinęła szalik, włożyła ręce za kołnierz, jak gdyby szukając czegoś, co uwiera ją na karku, a gdy je wyjęła, miała w dłoni swój łańcuszek ze zawieszką Ewa.
Łańcuszek, którego nigdy nie zdejmowała. Jedyny prezent od mamy, nierozerwalnie wiążący się również z pojawieniem się w życiu Ewy malutkiej wtedy Lenki. Dostała go od matki na polnej drodze, gdy spotkały się, zmierzając w stronę domu babci. Tylko ten łańcuszek ze zawieszką łączył Ewę z matką. Bez słowa odgarnęła długie, jasne włosy Lenki i zawiesiła go na jej szyi. Wiesz, że go lubię – powiedziała. I będę go chciała odzyskać. Na razie jednak zostawiam łańcuszek pod twoją opieką. Oddasz mi go, jak wrócę. Dobrze?
Dziewczynka skinęła głową. Stojąca za nią babcia dała starszej wnuczce znak, że już czas, aby poszła.
[02:58:31] - W takim razie zapytam jeszcze. W masie wychodzących każdego dnia książek bardzo trudno jest rzeczywiście odnaleźć te wartościowe, z przekazem, poruszające ważne tematy, rozbudowujące i rozbudzające ciekawość i zmuszające do przyjrzenia się w nich tak jak w lustrze. Pani w swoich książkach kładzie nacisk na właśnie te walory literatury. Obie wiemy, że dzisiaj świat raczej nie lubi takich twórców, którzy mają coś do powiedzenia. Nie tylko przedstawia, ale zmusza również do zatrzymania i zastanowienia się. Taki twórca jest jakby gorzej widziany. Ma pani nadzieję, że uda się pani wstrzymać czytelnika w biegu, że wpłynie pani w jakikolwiek sposób na jego życie, postępowanie, na to, jak spojrzy na otaczający go świat i jak rozpozna rzeczywistość?
[02:59:26] - Oczywiście pisząc, tworząc swoje treści, liczę na to, że zatrzymam czytelnika, że to, co mu przekazuję w moich książkach, go zaintryguje, że zmusi go do myślenia. Staram się, aby nie były to książki napchane pustostany, że tam jest dużo literek, ale nie ma treści. Dlatego ja nie piszę książek, które mają po tysiąc stron. Nie są też jakoś szczególnie cienkie, po prostu przeciętne trzysta kilka stron. Ale staram się, aby każde zdanie było w tej książce potrzebne. Dlatego piszę długo. Długo myślę, długo przerabiam. Zastanawiam się nad układem słów, myśli, rozdziałów, bo chciałabym zdobywać czytelnika stopniowo, żeby on wsiąkł w fabułę książki, a przy okazji, kiedy ją już skończy, żeby nie było tak, że on ją po prostu zamknie, odłoży i zapomni. Tylko żeby coś w tej głowie zostało przynajmniej na krótko. Jakaś refleksja, żeby się zmierzył z jakąś myślą, chociażby na przykład taką: czy istnieje życie po śmierci?
Czy transplantologia ma tylko jedną dobrą stronę, czy może ma też inne, swoje bardziej mroczne oblicze? Czy coś takiego jak wędrówka dusz, czy przebywanie zmarłych pomiędzy żywymi jest możliwe? Albo znaki, które wydawało nam się, że czasami powstrzymujemy. Czy są to po prostu kwestie przypadku, czy może ktoś próbuje się z nami porozumieć? Są to rzeczy, które mnie zastanawiają. Wiem, że sporo ludzi się nad tym zastanawia również i podkręcam tę ciekawość. Co nie znaczy, że w moich książkach opowiadam o moich osobistych poglądach. Bo często jest tak, że ja piszę o czymś, o czym ja bym na przykład chciała, żeby tak było, ale w to nie wierzę. Albo mam nadzieję, że tak jest, ale nie jestem przekonana. Chciałabym wejść w dyskusję z czytelnikiem psychiczną.
Bo oczywiście nie jesteśmy w stanie naprawdę fizycznie ze wszystkimi porozmawiać, ale w taką dyskusję autor-czytelnik, żeby się nawiązała taka nić porozumienia. Pomyśl o tym, o czym ja myślę i zastanów się nad tym. Chwilę się zatrzymaj, bo często po prostu ten brak czasu nas ogranicza. Nie myślimy o tym, bo nie mamy na to czasu, a książka jest po to, aby się zastanowić i troszeczkę zwolnić.
[03:01:44] - Czyli jednak jest możliwe, że i współczesny czytelnik przejrzy się w literaturze i znajdzie w niej to, co jego samego intryguje i ciekawi.
[03:01:55] - Myślę, że nie ma sensu w ogóle sięgać po książki, jeżeli tego nie znajdujemy. Bo jeżeli mamy chemię z książką, to właśnie dlatego, że znajdujemy w niej najczęściej odbicie samych siebie, swoich myśli, swoich lęków. A jeżeli nie ma tej chemii, to my tę książkę przełkniemy jak pastylkę i nie będzie żadnych doznań przyjemnych.
[03:02:17] - Strach jest jedną z mocniejszych emocji, ale też jedną z najważniejszych. To on nas informuje, że powinniśmy mieć się na baczności, wypatrywać niebezpieczeństwa, aby móc w odpowiedniej chwili powstrzymać zbliżającą się tragedię. Boimy się, a tak właściwie to powinniśmy być naturze wdzięczni, że odczuwamy ten lęk, niepokój. Pani lubi strach? Jaką rolę odgrywa on w pani twórczości?
[03:02:47] - Przeogromną. Strach to jest taka emocja porównywana z bólem. Nie chcemy tego czuć, ale jest on niezbędny do przetrwania. W moich książkach staram się nie straszyć tak wprost, czyli gdzie straszyć martwym ciałem czy patologiczną przemocą, mordercą czającym się w bramie. Ten strach niekoniecznie mnie interesuje i nawet go unikam, kiedy ja czytam książki. Mnie interesuje ten podprogowy strach. Kiedy czytam, boję się, ale dokładnie nie wiem czego, bo przecież nic aż takiego się nie dzieje. Pisząc, staram się dotrzeć do rdzenia czytelnika, aby on przełknął ślinę, aby obejrzał się przez ramię, bo wydaje mu się, że może coś tam się dzieje za jego plecami. Coś usłyszał, ale za chwilę zastanowił się, co mnie przestraszyło. Bardzo lubię tego rodzaju strach, kiedy czuję, oczywiście nie w życiu, nie w realnym życiu, tylko w książkach, w filmach.
Lubię bać się podprogowo, dokładnie sama nie wiedząc czego. Kiedy zapalam światło, ten strach mija. Ale kiedy jestem skupiona na książce albo jest wieczór, ten strach mnie ogarnia i sprawia, że wszystko we mnie drga. I właśnie taki strach jest moim zdaniem w pewien sposób przyjemny. Bo gra na nas. Uwrażliwia nas. I uwielbiam i staram się właśnie w ten sposób pisać, żeby czytelnik drżał, bał się, niekoniecznie wiedząc czego i o co.
[03:04:22] - Postać. Kiedyś w literaturze budowało się bohaterów, którzy na kartach książek przetrwali do dziś i są symbolami epoki, kultury. Powiedziałabym, parafrazując tekst piosenki: dziś prawdziwych bohaterów już nie ma. Bo też komu chciałoby się zgłębiać ludzką psychikę, kiedy większość czytelników interesuje jedynie sprawnie opowiedziana historia. Pani Agnieszko, skąd biorą się pani postaci? Jak powołuje je pani do życia i w co wyposaża, aby dali sobie radę w świecie fikcji?
[03:05:00] - Ta różnica, o której pani wspomniała na początku tego pytania, wynika zdaje mi się z tego, że kiedyś książka znaczyła dużo więcej niż dzisiaj. Ona była tym, czym dzisiaj jest telewizja, radio, internet. W tej książce musiało być wszystko, a zatem musiało być tło polityczne. Musiało być dużo powiedziane o ludziach, o ich charakterach, o przyczynie ich zachowania. Książka była odbiornikiem całego świata, przekaźnikiem tego świata. Natomiast dzisiaj mamy tak wiele różnych źródeł, że książka stała się bardziej płytka i dlatego ci bohaterowie też są bardziej płytcy. Akcja szybko się toczyła, żeby czegoś tam dostarczała. A te książki, które są do delektowania się, które mają bardzo rozbudowanych, skomplikowanych bohaterów, są często męczące dla czytelnika, ponieważ on nie tego pragnie. On to miał już w internecie czy w telewizji, a w książce chce czegoś innego. Moi bohaterowie staram się, aby byli przede wszystkim wiarygodni.
Oni muszą być z krwi i kości, czyli tacy ludzie, których spotykamy. Jeżeli nawet mam bohaterkę, która ma zdolności widzenia świata poza światem, czyli na przykład rozmawiania ze zmarłymi, która ma zdolność nawiązywania kontaktu z osobami zmarłymi, to ona i tak musi gdzieś pracować, gdzieś mieszkać, coś jeść, chodzić na zakupy. Ona musi być taka jak inni ludzie, bo inaczej po prostu nie będzie wiarygodna. Jeżeli mam bohaterkę, która jest pogrążona w śpiączce, ale ona ma też jakąś historię. Ona ma jakieś uczucia, bo nie jest przecież jeszcze martwa. Czyli ja muszę mojego bohatera stworzyć tak, żeby czytelnik potrafił się z nim zidentyfikować. Musi być bohater wiarygodny. Musi być też konsekwentny. Jeżeli na początku książki ja napiszę, że moja bohaterka jest wegetarianką, to ona pod koniec książki nie może iść na hamburgera. Chyba że ta przemiana zostanie podczas fabuły jakoś udowodniona, udokumentowana, że ona po prostu zmieniła swoje poglądy.
Jak najbardziej. Ale nie może być tak, że ona jest sprzeczna ze sobą na początku i na końcu książki. A zatem budowa bohatera to jest przede wszystkim bardzo dokładna analiza ogólnie człowieka. Jacy jesteśmy. I w tym pomagają książki psychologiczne, pedagogiczne. W tym pomagają rozmowy z różnymi ludźmi, nie tylko z ludźmi, którymi lubimy się otaczać, ale również z ludźmi, z którymi jest nam zupełnie nie po drodze. Bo my poznajemy wtedy tych ludzi. I moi bohaterowie muszą być tacy, żeby czytelnik nie miał wrażenia, że oni przybyli z kosmosu. Oni mają ręce, nogi i są z krwi i kości, a cała reszta wynika z sytuacji, w jakich ich osadzam. Agnieszka Bednarska „Zanim się obudzę” czyta autorka.
Cztery godziny wcześniej w gabinecie lekarskim kobieta, której nazwiska, funkcji ani nawet twarzy Krystyna i Jan Nowaccy nie zapamiętali, stwierdziła bez cienia wątpliwości, że u Kamila nastąpiła śmierć mózgowa. Zbicie pnia mózgu, obrzęk, stan beznadziejny. Przysunęła się z fotelem bliżej biurka, oparła na nim łokcie, dłonie splotła na blacie i pochyliwszy się w stronę oszołomionych starszych ludzi, zapytała: „Czy wiedzą państwo, że syn zarejestrowany jest w Centralnym Rejestrze Dawców?” Oboje potwierdzili ledwo dostrzegalnym skinieniem. To oznacza, że wyraził zgodę na transplantację swoich organów, mimo iż formalnie nie jest to konieczne. Mam moralny obowiązek zapytać, czy zgadzają się państwo na pobranie organów od waszego syna. Żadna informacja o kataklizmie, nagle rozprzestrzeniającej się zarazie czy o wybuchu wojny nie wstrząsnęłaby nimi tak bardzo jak pytanie, które właśnie usłyszeli. Poprzedniego wieczoru wszyscy troje jedli w kuchni kolację. Wypadek zdarzył się nad ranem, a teraz ktoś ich pytał, czy pozwolą wydrzeć z ciała syna wnętrzności i rozdać je obcym ludziom. „Nie!” Kobieta poderwała się z miejsca i gdyby nie mąż przytrzymujący ją za rękę, z pewnością wybiegłaby z gabinetu. Pani ordynator, doktor anestezjolog Anna Maria Katarzyna Myśliwiecka-Pyrkoń, bo z nią właśnie rozmawiali, nie była zaskoczona zachowaniem matki pacjenta.
Zaczekała, aż Nowacka ponownie usiadła, a mąż ujął w dłonie jej roztrzęsione ręce. Gdy oboje uspokoili się na tyle, by móc dalej słuchać, powiedziała łagodnie: „Proszę państwa, spotkało was wielkie nieszczęście i ja to rozumiem, ale czasu nie da się cofnąć. Kamil już nie żyje, ale jeszcze może pomóc innym”. „On oddycha” – nieśmiało wtrącił mężczyzna. „Przykro mi, ale to tylko złudzenie. Odłączenie od respiratora spowoduje ustanie oddechu, ponieważ ośrodek oddechowy znajdujący się w pniu mózgu został zniszczony. Z czasem samoistnie ustanie praca serca, nawet jeśli funkcje życiowe będą podtrzymywane. Tego procesu nie da się zatrzymać, a tym bardziej odwrócić. Na pobranie organów mamy niewiele czasu. Powinno to nastąpić w ciągu 24 godzin od chwili, gdy komisja orzeknie śmierć.
W innym wypadku z każdą godziną pogarszała się będzie u dawcy praca organów wewnętrznych i mogą się już nie nadawać do przeszczepów”. „Czy jakaś komisja orzekła śmierć mojego syna?” Matka Kamila wyrwała dłonie z uścisku męża i nadzwyczaj sprawnie jak na kogoś w jej wieku doskoczyła do biurka. Oparła się o blat i pochylając się, spojrzała w twarz pani ordynator. Ich nosy dzieliło od siebie zaledwie kilka centymetrów. Pani doktor cofnęła się nieznacznie. „Najprawdopodobniej nastąpi to rano.” Ordynator była nieco zbita z tropu. „Czy orzekła?” Krystyna Nowacka powtórzyła pytanie. „Nie.” Więc niech pani, do cholery, nie nazywa mojego syna dawcą. Nazywa się Kamil Nowacki. Ma 21 lat i jest pacjentem.
Jest silny i zdrowy. Uprawia sporty, studiuje i pracuje, by nie obciążać nas kosztami swojego utrzymania. Głośno słucha muzyki, za co wiecznie na niego krzyczę, ale już nie będę. Jest przemądrzały, ale też mądry i dobry. Kocha mnie i swojego ojca, swojego psa i motocykl, który znienawidziłam już od pierwszego dnia, bo nie mogłam wyzbyć się myśli, że się na nim zabije. Wiem, że chce żyć, bo ma jeszcze dużo do zrobienia. Na ścianie w jego pokoju wisi lista rzeczy, które zamierza zrobić w tym roku. I druga, na której spisał swoje cele na najbliższe 50 lat. On nie umrze, bo jest uparty jak osioł. Skoro to wszystko zaplanował, to nie umrze, bo musi swój plan zrealizować.
Gdy skończyła, z trudem łapała oddech, ale nie pozwoliła się zatrzymać. Wyszła z gabinetu z rozmysłem, trząsając drzwiami tak mocno, jak to tylko było możliwe, a potem usiadła przy łóżku syna z postanowieniem, że od niego nie odejdzie, dopóki nie będzie miała pewności, że jest bezpieczny.
[03:12:14] - Pani powieści poruszają bardzo trudne tematy. Znajdziemy wśród nich dylematy na pograniczu życia i śmierci, problemy związane z przeszczepami narządów, klęsk żywiołowych, klątwy, sprawy metafizyczne, o których tu już pani nam wspomniała. Skąd czerpie pani pomysły? Jak je pani rozszerza, obudowuje, aby stały się nie tylko czytelne, ale też strawne dla odbiorcy?
[03:12:44] - Najczęściej dla mnie inspiracją jest literatura faktu. Kiedy czytam reportaż, a czytam ich naprawdę dużo, wnikam w świat prawdziwy i wtedy najczęściej przychodzi do mnie myśl: o, tutaj by można było stworzyć świetną powieść. Już nie literaturę faktu, ale powieść opartą na tych wydarzeniach. Bo moje książki w większości oparte są na jakichś wydarzeniach, które miały miejsce, czyli na przykład „Piękno Katriny” — fabuła opiera się na huraganie, który przeszedł przez Luizjanę, który siał spustoszenie. Mamy tam wątek upiornej spalarni zwłok. Mamy wątek właśnie upiornego zakładu pogrzebowego, który naprawdę istniał. I ta cała tragedia, która się tam rozegrała, to jest fakt. Więc ja opieram się często na tym, co gdzieś w świecie się wydarzyło i wokół tego buduję fabułę. Przy czym oczywiście muszę zwrócić uwagę na to, żeby to nie był jeden do jeden jakiś przekład, tylko inspiracja. „Zanim się obudzę” — książka, w której mamy bohaterów pogrążonych w śpiączce.
Do jej napisania zainspirowały mnie wykłady profesora Talara, który jest przeciwnikiem orzekania śmierci mózgowej. Dla mnie było to dziwne bardzo na początku i budziło mój sprzeciw. Dlatego mimo oporu się wczytałam w to i doszłam do wniosku, że coś w tym jest. Zaczęłam drążyć zarówno zdanie przeciwników, jak i zwolenników orzekania śmierci mózgowej. I z tego też wyszła książka, ponieważ wiem, że ludzie, jeżeli już się nad tym zastanawiają, jeżeli zmuszą się do tego, żeby ten trudny temat podjąć, to też nie wiedzą, co o tym myśleć. I w tej książce ścierają się ze sobą właśnie te dwa przeciwstawne poglądy, ale ocena zostaje dla czytelnika. A zatem to też wynika z czegoś, co w swoim realnym życiu spotkałam. Te wykłady, ten temat śmierci mózgowej. „Płaczący chłopiec” z kolei jest to historia, która była mocno głośno relacjonowana w Wielkiej Brytanii w latach 80. I w nagłówkach gazet było podane, że istnieje taki portret, który powoduje pożary.
Okrzyknięto go przeklętym portretem, że zawieszony w domach wywołuje pożar, w którym giną ludzie. Płonie cały dobytek ludzki, ale portret nigdy nie spłonął. Zainteresowałam się tym tematem. Zaczęłam się zastanawiać, czyj jest ten portret, kogo przedstawia, kto go namalował, skąd pochodzi. Wielu tych informacji nie mogłam znaleźć, więc sama je stworzyłam. Wzięłam ten portret i utworzyłam dla niego historię. Jak powstał, jak przybył do Wielkiej Brytanii, dlaczego spoczywa na nim ta klątwa. I właściwie całą tę historię dookoła stworzyłam sama. A zatem inspiracją dla mnie są wydarzenia autentyczne, które mnie poruszą i zaciekawią.
[03:15:40] - Audiobooki to pani zdaniem zmora czy wybawienie dla współczesnej literatury? Czy lektor jest w stanie uratować lub zniszczyć dzieło literackie?
[03:15:53] - Audiobooki są moim zdaniem fenomenalnym wynalazkiem. Od wielu lat ich słucham. Więcej teraz słucham, niż czytam ze względu na brak czasu, bo trudno jest mi często znaleźć ten moment spokoju, kiedy usiądę sobie z książką i poświęcę na jej czytanie kilka godzin. Natomiast słuchając audiobooka przy wszystkich prostych czynnościach typu prasowanie, sprzątanie, spacer z psem, kiedy nie trzeba się za bardzo skupiać i myśleć o tym, co się robi, audiobook jest ze mną i dzięki temu przesłuchałam ogrom literatury, na przykład nie tylko współczesnej, ale klasyki, do której być może bym nawet nigdy nie wróciła ani sięgnęła właśnie ze względu na brak czasu. Ponieważ ciągle te nowe tytuły pojawiające się mnie zaciekawiają i ciągle chcę czytać to, co nowego wychodzi na rynku. A klasyka tak zawsze troszeczkę jakby z tyłu odkładana na później. Natomiast audiobooki mnie ratują przed tą stratą i wszystkie takie prozaiczne czynności, które musiałam wykonać, ale czułam, że marnuję na to swój czas Teraz nabierają innego sensu, bo kiedy mam świetny audiobook, to mogę spać trzy godziny i prasować czy sprzątać, czy cokolwiek innego robić. I ja nie czuję, że ten czas jest stracony, bo robię to, co muszę, a przy okazji to, co lubię, czyli słucham. Audiobooki są fenomenalne. A druga część pytania, czy lektor może zepsuć albo wyciągnąć audiobook?
Owszem, lektor to jest pół sukcesu książki. Są książki, przez które nie przebrnęłam w papierze. Pamiętam je na przykład z lat szkolnych albo z jakichś innych powodów nie potrafiłam się przez nie przebić. Natomiast słuchając ich w audiobooku przy świetnej interpretacji, przebiłam się przez nie i nie tylko, nawet mi się podobały. A zatem lektor to jest naprawdę bardzo ważny element składowy audiobooka i wiem, że na przykład wiele osób słucha tylko określonych lektorów. Ja tego nie robię, ale jeżeli słucham audiobooka i słyszę już, że w pierwszych iluś minutach mi nie odpowiada ten głos, ta interpretacja, to go odkładam, bo wiem, że będę się męczyła. Potrafi świetną książkę zepsuć, a średnią książkę wyciągnąć na wyżyny.
[03:18:06] - Przeczytałam w udzielonym przez panią wywiadzie na „Lubimy czytać”, że pracuje pani nad każdym zdaniem, wygładza, przestawia, szlifuje. Czy to, że już prawie 20 lat mieszka pani w Wielkiej Brytanii, ma jakiś wpływ na pani wrażliwość na słowo? Czy podczas pracy nad tekstem miewa pani chwile wahania i rozważa pani wyraz, jaki będzie dobry w języku polskim, ale już pani wie, że w języku angielskim jakiś wyraz by idealnie w to miejsce pasował?
[03:18:41] - Nie mam takiego problemu, dlatego że staram się bardzo mocno być osadzoną w języku polskim. Staram się w swojej mowie nie łączyć, nie wtrącać nawet takich prostych określeń, które są również w Polsce znane. Staram się ich nie wtrącać w swoją polską mowę, ponieważ chcę, żeby mój język polski był w 100% polski, żeby był zrozumiały, żeby był nie tylko dobry, ale żeby był taki wymowny, soczysty. I nie mam absolutnie problemu z mieszaniem słów. Wiem, że język polski jest tak bardzo kwiecisty, tak bardzo wymowny potrafi być, że nie są mi potrzebne żadne inne wtrącenia. I nawet jeżeli słowo angielskie mogłoby być w danej frazie bardziej adekwatne, to wiem, że jak się postaram, to znajdę równie dobre słowo polskie. A zatem nie ma opcji, żebym mieszała, chyba że z jakiegoś powodu wymaga tego fabuła, na przykład w dialogach. I wtedy mówię ustami bohatera. A jeżeli mój bohater jest taki, że te wtrącenia stosuje, to wtedy ja się niestety muszę dostosować.
[03:19:55] - Oczywiście bohater rządzi, prawda?
[03:19:58] - Oczywiście.
[03:19:59] - Agnieszka Bednarska „Piękno Catherine” czyta autorka.
[03:20:04] - Ponieważ Rebeka miała więcej oporów, Amy zaczęła mówić pierwsza. Najpierw o tym, jak obudził ją huk i na rysunku Marcusa ożyły postacie w oknach, że czuła ich strach i potrzebę uwolnienia i o tym, że te dzieci i kobieta naprawdę są w domu, bo Marcus widzi je codziennie i że ona też je widziała wieczorem przy stole. „Potrzebują pomocy” powiedziała. „Nie wiem, co to dokładnie znaczy, bo przecież już dawno zostali pochowani. Wiem za to, że boją się zamkniętej, ciemnej przestrzeni, dlatego otwierają drzwi i okna w waszym domu. Coś nie pozwala im go opuścić.” „W jaki sposób się w nim znaleźli?” Rebeka mówiła trochę niewyraźnie, jakby słowa były szybsze niż myśli. Nie mogła zaprzeczyć, że to, co właśnie usłyszała, zgodne było z jej przeczuciami. W ich nowym domu działy się dziwne rzeczy, które z logiką nie miały wiele wspólnego. „Była tu kiedyś” Amy wskazała za siebie na dom. „Szkółka jeździecka.
Podczas huraganu w piwnicy, która miała służyć za schron, ukryła się grupka chłopców ze swoją instruktorką jazdy konnej. Wszyscy w niej utonęli. Baker mi opowiadał. Zrujnowany dom odbudowano. Piwnicę miano zasypać.” Powiedziała to, chociaż już wiedziała, że tego nie zrobiono. W miarę jak Amy mówiła, Rebeka zdawała się coraz bardziej przeźroczysta. Elementy układanki, choć początkowo nie miała pojęcia, że w ogóle chodzi tu o układankę, zaczynały się łączyć ze sobą. „Ale piwnicy nie zasypano” domyśliła się Rebeka. Wyciągnęła rękę w stronę Amy. Dziewczyna chwyciła ją i przytrzymała.
„Ta piwnica wciąż tam jest, prawda?” Dziewczyna skinęła głową. „Myślę, że to i tak niczego by nie zmieniło. W moim domu pod podłogą te ślady” przypomniała sobie. Zamknęła oczy i zobaczyła rysy i wyżłobienia na zbitym z desek włazie. Wydrapały je palce tych dzieci w panice przed śmiercią. Natychmiast otworzyła oczy. „To jakiś koszmar.” Nagle przeraziła się jeszcze bardziej. „Czy mój syn, czy Marcus ma z tym wszystkim coś wspólnego?” „Zdaje mi się, że wszyscy jesteśmy w to uwikłani, lecz Marcus najsilniej. W dużej mierze dlatego, że jest dzieckiem. Bierze świat takim, jakim jest.
Nie udaje, że czegoś nie ma” przyznała Rebeka, mimo woli karcąc siebie za to, że postępowała dokładnie odwrotnie.
[03:22:37] - Aby promować swoją twórczość należy bywać, spotykać się, pokazywać, brać udział. Jak pani radzi sobie z promocją swoich książek?
[03:22:48] - I tu właśnie spotykamy problem, dlatego że faktycznie fajnie jest być na miejscu, być w Polsce, móc umawiać się z księgarniami, z bibliotekami, z czytelnikami, spotykać się twarzą w twarz. Ja jestem pozbawiona tego przywileju, a przynajmniej bardzo rzadko mam taką możliwość. Niemniej, kiedy ona się pojawia, to korzystam z tego. Miałam wielokrotnie spotkania autorskie w Polsce. Byłam na targach, ale jest to bardzo mały odsetek tego, co mogę zrobić, co powinnam zrobić dla swoich książek. I być może właśnie też dlatego zaczęłam swoją działalność w internecie, żeby ten kontakt jednak był utrzymany. Działam na TikToku, na Instagramie i Facebooku dużo mniej, ale na TikToku mam żywy kontakt z czytelnikami i jest to jakiś substytut tego, że nie mogę być z nimi na żywo, twarzą w twarz. Mamy tutaj w Manchesterze, gdzie mieszkam, świetną polską księgarnię-bar, księgarnio-kawiarnię, gdzie również miałam spotkania autorskie, gdzie od czasu do czasu zdarzają się inne spotkania autorskie i można tam iść po to, aby chociaż troszkę poczuć ten klimat. Bo są tam polskie książki, są tam polscy autorzy, przychodzą klienci również polscy, więc ten język jest tam żywy. I to jest taka namiastka tego, gdzie powinnam bywać, co powinnam dla moich książek robić.
Ale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem bardzo do tyłu w tej kwestii i promocja przeze mnie moich własnych książek jest niewystarczająca.
[03:24:19] - Mam nadzieję, że nasza dzisiejsza rozmowa przysporzy pani nowych czytelników.
[03:24:25] - Bardzo byłoby mi miło.
[03:24:27] - Na koniec proponuję kilka krótkich pytań i odpowiedzi. Dzisiaj wszyscy szybko i krótko. Którą ze swoich książek uważa pani za najciekawszą, najbardziej udaną?
[03:24:40] - Myślę, że „Piętno Katriny”. Wymieniłabym to tak: to jest pierwsza część trylogii, ale bardzo lubię bohaterkę. Bardzo lubię to, co się tam wydarzyło i przyznam, że czytając fragmenty sama czasami troszeczkę mam dreszcze, więc „Piętno Katriny”.
[03:24:55] - Która okładka pani zdaniem jest najbardziej adekwatna do przedstawionej w powieści treści?
[03:25:04] - „Zabierz dzieci, wyjedź z miasta”. Okładka, która przedstawia mamę z dwójką dzieci na tle Prypeci, na tle miejsca, gdzie miał wybuch elektrowni jądrowej w związku radzieckim wtedy. I ta okładka jest mocno niepokojąca, mimo że zdaje się, że trochę tęczowa i ktoś by mógł pomylić kolory z tęczą, to jest to po prostu poświata po wybuchu elektrowni atomowej. I ta okładka wzbudza duży niepokój. Chociaż „Piętno Katriny” uważam też ma piękną okładkę.
[03:25:37] - Ukochany pani bohater książkowy to...?
[03:25:40] - To Dominik z książki pod tytułem „Płaczący chłopiec”. Dominik jest czteroletnim chłopcem w zdradze, nieszczęśliwym, porzuconym, wokół którego rozwija się cała fabuła książki.
[03:25:54] - Współpraca, z którym wydawnictwem była dla pani najmilsza? Najlepiej pani ją wspomina.
[03:26:01] - Z Media Rodzina. Współpracowało mi się z nimi bardzo dobrze. Byli kontaktowi. Zawsze odpowiadali na moje maile. Nie obyło się oczywiście bez pewnych nieporozumień, ale zawsze potrafiliśmy sobie to jakoś wyjaśnić. Także Media Rodzina bardzo dobrze wspominam.
[03:26:22] - Nad którą powieścią pracowała pani najdłużej i co było tego przyczyną?
[03:26:28] - Chyba nad tą, którą właśnie teraz piszę i kończę. Ponieważ to już prawie trzy lata będą. A przyczyną tego jest oczywiście brak czasu. Ciągle inne przyziemne czynności rozpraszają mnie. Muszę skupić się na zarabianiu pieniędzy, na dbaniu o dom. I to mnie rozprasza. Nie potrafię usiąść i pisać przez godzinę. W ogóle nawet nie zaczynam, jak mam tylko godzinę, bo cały proces przygotowania się myślowego, chociażby wejścia w fabułę, trwa długo. Zatem potrzebuję co najmniej kilku wolnych, spokojnych godzin, aby zacząć pisać. I dlatego to wszystko trwa tak długo.
Poza tym, kiedy książka jest już gotowa, jak mi się wydaje, to ją nieustannie czytam, poprawiam, sprawdzam fakty. I to wszystko wymaga czasu. Mam nadzieję, że książkę, którą właśnie piszę, skończę do końca roku, bo już sobie nawet na to przeznaczyłam tydzień urlopu, aby się tylko tym zająć i mam nadzieję, że wkrótce będzie dostępna dla państwa.
[03:27:25] - Która z pani książek jest najchętniej czytana i czy domyśla się pani dlaczego?
[03:27:32] - Zdecydowanie „Zanim się obudzę” jest książką, która wzbudziła największe zainteresowanie czytelników. Myślę, że ze względu na temat poruszony. Właśnie w tej książce mamy poruszoną tę kwestię przeszczepu organów i śmierci mózgowej. Szerokim echem odbiła się ona zarówno wtedy, kiedy była dostępna w wersji papierowej, jak i teraz, kiedy jest dostępna w audiobooku. Chociaż wersja papierowa też jeszcze gdzieś tam pula, można ją zwłaszcza z drugiej ręki zdobyć. „Zanim się obudzę” to książka, która pozwoliła mi nawiązać najbardziej ścisłe relacje z czytelnikami, bo miała największy odzew.
[03:28:12] - Bardzo dziękuję. Proszę państwa, w literackim tête-à-tête rozmawiałam z pisarką, promotorką literatury, panią Agnieszką Bednarską, autorką książek: „Taki piękny most”, „Zabierz dzieci, wyjedź z miasta”, „To lepsze życie”, „Za lepszym życiem”, „Piętno Katriny”, „Zanim się obudzę”, „Dwa oblicza”, „Płaczący chłopiec”. Gorąco polecam państwu sięgnięcie po pozycje autorstwa naszego gościa, pani Agnieszki Bednarskiej, bo to jest naprawdę dobra, wartościowa literatura. Szukajcie państwo tych książek w bibliotekach, w księgarniach. W sprzedaży dostępne są nadal audiobooki i również zachęcam do ich kupowania. Śledźcie też państwo filmiki naszego gościa umieszczane przez panią Agnieszkę na stronach facebookowych, bo dzięki nim będziecie mieli możliwość dowiedzenia się, co wartościowego, interesującego pojawiło się na naszym polskim rynku wydawniczym. Na TikToku natomiast pani Agnieszka posiada również swoją stronę „Kto czyta, ten chwyta”. Szukajcie państwo, oglądajcie. Naprawdę warto. Pani Agnieszko, bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę, za poświęcony nam czas.
Proszę pisać, bo czytelnicy w kraju niecierpliwie czekają na każdą kolejną książkę. W imieniu swoim i słuchaczy życzę pani wspaniałych fabuł, cudownych bohaterów i wyrozumiałych, mądrych czytelników. Państwu serdecznie dziękuję za uwagę. Dobranoc, pani Agnieszko.
[03:29:54] - Dziękuję bardzo za rozmowę. Również życzę wszystkiego dobrego. Dobranoc.
[03:29:59] - Dobranoc.
[03:30:04] - Na koniec dzisiejszego spotkania, dzisiejszego „Bibliotekarium 2.0” proponuję jeszcze raz audycję „Bez Tajemnic”. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że ją państwo lubicie, a po drugie wybrałem ten odcinek dlatego, że autor mówi o książce księdza Jerzego Zamejcia, książce o spirytyzmie. Ona była wydana wiele dziesięcioleci temu, co nie znaczy, że się zdeaktualizowała. Ostatecznie sprawy spirytystyczne aż tak szybko się nie deaktualizują. Serdecznie zapraszam.
[03:30:48] - Dzięki wsparciu moich patronów mogłem pozwolić sobie na zakup książki pod tytułem „Znaki tamtego świata w zjawiskach spirytyzmu”. Autorem jest ksiądz Jerzy Zamejc. Książka została wydana w 1946 roku, więc sam z własnego budżetu ciężko by mi było sobie na taką książkę pozwolić. Był to niemały wydatek. Także moim drogim patronom bardzo dziękuję. Jako że kupiłem tę książkę przede wszystkim po to, aby uczynić z niej użytek właśnie tutaj na moim kanale YouTube, postanowiłem fragmentami tej książki z wami się podzielić. Już po przeczytaniu wstępu książki moglibyśmy sobie zażartować, że ksiądz Zamejc polubiłby się z Allanem Kardecem, ponieważ ksiądz ten wykorzystuje spirytyzm na korzyść katolicyzmu. Allan Kardec zarzucał duchownym, że posiadając tak wspaniałe narzędzie, jakim jest właśnie spirytyzm, nie potrafią tego narzędzia wykorzystać na swoją korzyść, a wręcz atakują to narzędzie, atakują spirytystów, zarzucając im kontakty z demonami. A tutaj mamy nagle księdza Zamejca, który już od pierwszej strony swojej książki twierdzi, że skoro duchy kontaktują się z ludźmi, to znaczy, że to jest jasny dowód na istnienie życia pozagrobowego, a nawet podaje, że duch w wyjątkowych sytuacjach zezwala na kontakt z ludźmi, na kontakt tych duchów czyśćcowych. Nie robi tego często, ponieważ wychodzi z założenia, że ludzie posiadają Kościół katolicki i Biblię, aby te dwie rzeczy wyznaczały ludziom drogę, którą powinni podążać.
Więc te duchy przychodzą tylko w wyjątkowych przypadkach. Ale my spirytyści wiemy, że te wyjątkowe przypadki są częstsze niż to się wydaje, ponieważ te duchy, które do nas przychodzą, to nie zawsze są te istoty, które katolicy nazywają demonami. Ksiądz Zamejc właśnie w tej książce, o której teraz mam przyjemność wam opowiedzieć, tak właśnie ten temat przedstawia. Uczony niemiecki Zellner oraz inni mężowie nauki stwierdzili wiele wypadków tajemniczego pisma. Pisma te zjawiały się na tabliczce położonej w oddali od uczestników i medium. Takie pisma ukazywały się w sposób tajemniczy od środka, na tabliczkach związanych ze sobą i opieczętowanych albo w zamkniętych i opieczętowanych skrzynkach. Jest w tej książce kilka fajnych historii, które po prostu opowiem. Pierwsza z nich opowiada o tym, że czterech starszych, inteligentnych panów spotkało się na seansie spirytystycznym, który sobie zorganizowali. Trzymali się za ręce i próbowali tam wywołać jakiś efekt. Nagle fotel, który znajdował się w pomieszczeniu, uniósł się, zaczął lewitować i krążyć nad ich głową.
Oni oczywiście przestraszyli się, ponieważ nie wiedzieli, co się dzieje i chcieli z jednej strony przerwać ten krąg zamkniętych dłoni, ale z drugiej strony wzajemnie do siebie nawoływali, żeby nie przerywać. I ten fotel zaczął, wirując nad ich głowami, opadać powoli na stół, przy którym siedzieli. Oni wytrwali w odwadze i fotel ten wylądował na stole w ten sposób, że nogi fotela umiejscowiły się pomiędzy rękami tych czterech panów, nie robiąc nikomu krzywdy. Pewnego razu cesarz Napoleon III, cesarzowa Eugenia i książę Montobello siedzieli ze spirytystą Home, szeroko znanym jako medium. Na stole były przygotowane papier, pióro i atrament. Oto nagle ukazuje się tajemnicza ręka, bierze pióro, zamacza w atramencie i pisze wyraz „Napoleon”. Charakter pisma był bardzo podobny do charakteru pisma Napoleona I. Daniel Douglas Home, znane brytyjskie medium, które potrafiło lewitować i wykazało to wielokrotnie na seansach w Londynie i w Paryżu. W trakcie lewitacji zaznaczało na suficie ołówkiem różne znaki, żeby przekonać wszystkich, że nie są ofiarami złudzenia. I te znaczki oczywiście po seansie pozostawały na tym suficie, a w trakcie lewitacji ludzie przechodzili pod jego nogami.
Protokoły i podpisy świadków stwierdzają to wszystko. Na seansach z medium Polyciem uczestnicy otrzymywali w sposób tajemniczy rozmaite przedmioty, a porty te doglądał i prawdziwość ich poręcza profesor mój Angelo Zacchi, Włoch, w książce swej „Spirytyzm i życie pozagrobowe”. Między innymi najciekawsze były dzwonek, wachlarz z kości słoniowej i obraz Najświętszej Marii Panny z Dzieciątkiem. Wachlarz na skrzydłach ma misternie wyrzeźbione kwiaty i zwierzęta. Obraz jest prawdziwe dzieło sztuki rysunkowej. Oblicze Matki Najświętszej nadzwyczajnie miłe, a na obrazie widnieje napis Mater Amabilis, co znaczy po polsku Matka Najmilsza. Zdarza się, że na seansach spirytystycznych istota bezcielesna dowodzi swojej obecności odpowiedziami w językach obcych albo odpowiedziami danymi pismem i literami odwróconymi, które można odczytać łatwo tylko w lustrze. Medium Eusapia Palladino, władająca tylko jednym językiem włoskim i to tylko w narzeczu swojej prowincji, podczas seansów zdradzała znajomość innych języków europejskich. W miesięczniku Misje Katolickie został opublikowany artykuł, w którym opisano sytuację, gdzie misjonarz katolicki został odwiedzony przez indyjskiego fakira, który to zapewniał, że jest w stanie doprowadzać do różnych dziwnych zjawisk. Misjonarz oczywiście nie wierzył, ale pomyślał sobie: a co, a nuż widelec?
Spróbujemy, zobaczymy i powiedział do fakira: „Panie fakir, jeżeli pan rzeczywiście mówi prawdę, to może pan po prostu zapomniałem miesiąc temu i jak pan to zrobi, to panu uwierzę”. No i nagle fakir wpadł w jakiś trans, zaczął się tam obracać, lewitować, jakieś dziwne rzeczy się działy i po chwili przez okno do misji, do tego pomieszczenia, w którym oni się znajdowali, wpadł parasol. Właśnie ten parasol, który misjonarz zapomniał gdzieś tam u sąsiadów jakiś czas wcześniej. Po kilku minutach fakir po prostu wybudził się z tego transu, wziął ten parasol i przekazał misjonarzowi. W Ilustrowanym Kurierze Codziennym z dnia 10 października 1929 roku znany badacz zjawisk dziwnych pan Szmurło przytacza bardzo ciekawy i pouczający komunikat z tamtego świata pod tytułem Prośba zza grobu. Rzadki komunikat mogący wytrącić z równowagi największego sceptyka przytoczył niedawno na odczycie zamieszczonym następnie w Bulletin de la Société d'Études Psychiques de Nancy znany i poważany spirytysta francuski pan Meiluson, którego przed czterma laty poznałem osobiście na kongresie w Paryżu. Na jednym z seansów przyjawił się zmarły żołnierz nazwiskiem Jeunet, zamieszkały za życia, jak się potem okazało, w Lyonie. Na zapytanie obecnych, czego pragnie i czy nie można mu w czymś dopomóc, odpowiedział za pośrednictwem medium: „Owszem, zostałem zabity podczas wojny, a obecnie przychodzę do was z powodu mej biednej żony. Za wszelką cenę należy ją powstrzymać od samobójstwa z nędzy i zgryzot. Miałem trzysta franków oszczędności, których w żaden sposób nie można teraz znaleźć.
Ja tylko bowiem jeden wiem, gdzie są ukryte. Byłem rzemieślnikiem i w podwójnym dnie lampy zalutowałem na czarną godzinę trzy banknoty po sto franków. Jestem przekonany, że nikt o tym nie wie. Dotychczas udało mi się jakoś zapobiec sprzedaży owej lampy”. Odszukano wdowę Jeunet pod wskazanym przez nieboszczyka adresem. Po śmierci męża wpadła ona w nędzę i powoli zmuszona była spieniężyć cały swój dobytek, z wyjątkiem tylko stołu i lampy. Jak się okazało z rozmowy, istotnie myśl o samobójstwie coraz częściej ją napastowała. Wyjaśniono jej cel przybycia i z trudnością przekonano, żeby pozwoliła posłać po pobliskiego blacharza i odlutować podwójne dno lampy, gdzie znaleziono trzy nietknięte asygnaty stofrankowe, o istnieniu tam których nikomu nawet się nie śniło. Ksiądz Amets opisuje tutaj także seanse spirytystyczne z udziałem duchów, które były, że tak powiem, topione w parafinie i następnie uzyskiwano gipsowe odlewy. Fajnie, że ten temat tutaj się pojawił, ponieważ pada też nazwisko Geley'a, który zajmował się tego rodzaju badaniami i który powiedział, że na takich seansach oczywiście nie zawsze pojawiają się w pełni zmaterializowane postacie.
Najczęściej są to pojedyncze kończyny, bądź nawet tylko głowa ducha. Można by się przerazić. W każdym razie ci spirytystyczni naukowcy mogli na spokojnie przebadać te ukazujące się kończyny i stwierdzali, że ta imitacja jest wręcz, imitacja ludzkiego ciała jest wręcz idealna. Czyli mogli oni badać układ kostny, tkanki miękkie i tego typu rzeczy. Ja zrobiłem kiedyś troszeczkę taki zabawny odcinek na ten temat, więc zapraszam do oglądania W końcu tego krótkiego opisu zjawisk spirytystycznych zwróćmy uwagę na ukazywanie się całych postaci ludzkich. Na seansach z mediami ukazują się postacie żywych ludzi. Mężowie nauki, jak Crookes, Nocig, Riche, Ochorowicz i wielu innych oglądają te zjawy, ważą je, badają ich układ kości, oddech i obieg krwi, rozmawiają z nimi i fotografują. Dla mocniejszego przekonania się o prawdziwości tych zjawisk i na pamiątkę ucinają kawałki tajemniczych ubrań i loki włosów. Te dziwne postacie ludzkie ukazują się w sposób tajemniczy w zamkniętym pokoju i tak samo znikają. Ukazują się, chodzą po pokoju, a czasem chodzą pod rękę z uczestnikami seansów, kiedy medium dla kontroli jest związane powzorami i przylakowane sznurkami i włosami do ściany albo zamknięte w drucianej klatce.
Zjawiają się postacie mężczyzn i kobiet, i to bez względu, czy medium jest kobietą, czy mężczyzną. Ukazują się te postacie ludzkie przeważnie wtedy, kiedy medium śpi. Zdarzają się jednak wypadki i takie, że ukazują się te zjawy jeszcze przed rozpoczęciem seansu, gdy uczestnicy seansu nie zdążyli usiąść. I teraz przeskakuję na sam koniec książki, gdzie autor napisał krótkie podsumowanie i myślę, że to podsumowanie również spodobałoby się Alanowi, ponieważ ksiądz Szelmez napisał, że nie wolno wywoływać duchów, nie wolno brać udziału w seansach spirytystycznych, jeżeli nie mają one na celu prowadzenia badań naukowych, więc nie wolno bawić się tymi sprawami. I z tego też wynika, że wówczas było to oficjalne stanowisko Kościoła. Ale żeby nie było wątpliwości, to po prostu przeczytam. Nie wolno zaś dlatego brać udziału w seansach, że Pismo Święte Starego Testamentu uważa takie praktyki za rzecz niedobrą i naganną, zakłócającą spokój umarłych, a Kongregacja Oficjum Kościoła rzymskokatolickiego dekretem z dnia 17 kwietnia 1917 roku zabrania urządzania seansów spirytystycznych i uczestniczenia w nich w celach nienaukowych. No cóż, nie ma w tej czterdziestokilkustronicowej broszurze niczego, czego my dzisiaj byśmy nie wiedzieli, ale trzeba przyznać, że ta broszura to jest początek nowej ery spirytyzmu polskiego po wojnie, gdzie dwudziestolecie międzywojenne było bardzo bogate w różnego rodzaju zjawiska spirytystyczne, bogate w aktywność spirytystów, bardziej powinienem powiedzieć. W okresie wojny oczywiście wszystko się przerwało, ucichło. I tutaj w 1946 roku została wydana ta broszura napisana przez księdza, co jest też takim ewenementem.
Chociaż tutaj współcześnie mieliśmy księdza François Bruyère, który już niestety nie żyje i który również parał się spirytyzmem. W każdym razie ja traktuję tę broszurkę jako ciekawostkę. Fajnie, że mogłem ją kupić. Jeszcze raz powtarzam dzięki wsparciu patronów, bo samemu troszeczkę byłoby mi ciężko wydać pieniądze na taki stary egzemplarz, który jak już wspomniałem i w tym momencie się powtarzam, tak naprawdę nie wnosi niczego nowego, ponieważ od tamtej pory, kiedy ta książka została wydana i tak w świecie spirytystycznym, w tym światku spirytystycznym zdarzyło się bardzo wiele i jesteśmy znacznie mądrzejsi dzisiaj niż w tamtych czasach. Przynajmniej jeśli chodzi o wiedzę spirytystyczną. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:45:32] - No cóż, proszę państwa, nie da się ukryć, że kolejny odcinek, 114. odcinek „Bibliotekarium 2.0” niniejszym dobiegł końca. Pięknie państwu dziękuję za spędzenie tych kilku godzin przy odbiornikach. Tak się kiedyś mówiło, ale w końcu komputer czy komórka to też są odbiorniki. W związku z tym nie czuję jakiegoś błędu, więc dziękuję państwu za spędzenie tego czasu przy odbiornikach. Życzę miłego weekendu, weekendu chyba już trochę przedświątecznego, więc może być naprawdę miło. Życzę, żeby ta pogoda, która ostatnimi czasy nie tylko jest zimna, ale jest ponura i taka ogólnie depresyjna, chociaż troszeczkę zaświeciła do państwa słońcem. Mam na myśli pogodę, żeby zaświeciła. I cóż, zapraszam na przyszły tydzień na 115. wydanie „Bibliotekarium 2.0”.
Postaram się, żeby było ciekawie. Cóż, jeszcze raz dziękuję i życzę dobrej nocy.
[03:46:39] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.