[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. „Chodzi piaskowy dziadek. Hej mały smów paciorek. Nie zapomnij synku o nikim. Najedz się dobrze, żebyś miał ciepło w brzuszku. Trzymaj się z dala od grzechu i czekaj na piaskowego dziadka”. Trochę metalowo dzisiaj zaczęliśmy ten odcinek Bibliotekarium 2.0. Metalowo, bo wiecie co to jest? Początek jednego z polskich tłumaczeń utworu „Enter Sandman” Metalliki.
A więc mam nadzieję, że przynajmniej część z was, a najlepiej wszyscy, najedliście się dobrze i macie ciepło w brzuszkach. Możemy zacząć spokojnie kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[01:06] - Halo, halo. Dzień dobry, wieczór państwu. Tak, 113. odcinek. Myślałem długo, co na ten temat powiedzieć. Nic mądrego nie wymyśliłem. Zatem ruszamy z ramówką. Zaczynamy oczywiście od książkowych polecanek. Dzisiaj na tapet bierzemy wydawnictwo Vesper, a wydawnictwo Vesper proponuje dwie książki w twardych oprawach. Obie książki to są utwory Stefana Grabińskiego.
Pierwszy z tych tomów to „Muzeum dusz czyśćcowych”. Co czytamy w polecance wydawnictwa? Stefan Grabiński, jedyny polski klasyk opowieści niesamowitej. Maszynista widmowych pociągów, mediumista zabłąkanych dusz, geometra przestrzeni między światami. Nikt tak jak on nie potrafił postrzec grozy przyczajonej w prowincjonalnych miasteczkach, w kątach starych mieszkań, pod podszewką zwyczajności. Nikt prócz niego nie poznał demona ruchu, białego wyraka i zabójcy czasu. Zapatrzony w Edgara Allana Poe, szybko zapomniany, po latach inspirował między innymi Stanisława Lema, ale długo czekał na ponowne odkrycie. „Muzeum dusz czyśćcowych” to nowy wybór najlepszych nowel mistrza grozy. To był tom pierwszy wydany przez wydawnictwo Vesper. Zajrzyjmy zatem do tomu drugiego.
Nosi on tytuł „Szalona zagroda”. Wyobraźnia Stefana Grabińskiego jest jak lokomotywa porywająca pociąg pełen pasażerów w sferę dominującego mroku i wyrafinowanych koszmarów. Zapraszamy do wagonów. Skład tomu „Szalona zagroda” gwarantuje odwiedziny w krainach pionierskich dokonań mistrza grozy. Opowiadanie tytułowe „Zez”, „Engramy”, „Szatery”, jak i wyprawę do dojrzałych, późnych kreacji: skandalizująca powieść „Salamandra” czy satanistyczny „Cień Bafometa”. Odważny podróżnik może zwiedzać też efekty brawurowych eksperymentów artystycznych w utworach rozproszonych i nierzadko zapomnianych: „Czad”, „Czarna wólka”, „Parkan”, „Lepianka”, „W czystym polu”, a nawet zagłębić się w tunele podświadomości pod fantazją polskiego Lovecrafta: „Zmora”. Opowiadanie „Zmora”. Podróż do niezwykłego świata wykreowanego przez najwybitniejszego rodzimego twórcę literatury niesamowitej w wyborze i z przewodnictwem zdeklarowanego miłośnika Stefana Grabińskiego. Tak, proszę państwa, to były dwa tomy wydane przez wydawnictwo Vesper: „Muzeum dusz czyśćcowych” i „Szalona zagroda”. Ale Stefan Grabiński to przeszłość.
To dwudziestolecie międzywojenne, to groza, która dzisiaj trąci myszką, co nie oznacza, że nie przestrasza. Czasami wręcz przeciwnie. Jednak wydawnictwo Vesper to również fantastyka naukowa i to ta najnowsza, ale też taka klasyczna science fiction. Chciałbym państwa namówić do takiego tomu poświęconego Harry Harrisonowi, a konkretnie bohaterowi, który nazywany jest Stalowym Szczurem. Tom wydany przez wydawnictwo Vesper nosi tytuł „Początki Stalowego Szczura”. Seria o Stalowym Szczurze Harry'ego Harrisona to literatura ewidentnie rozrywkowa, przygodowa, w której doprawiona sporą dawką satyry i absurdu akcja pędzi na złamanie karku, a zwroty tejże akcji naprawdę nie pozwalają na odłożenie książki chociażby na moment. Niniejszy tom „Początki Stalowego Szczura” to trzy minipowieści: „Narodziny Stalowego Szczura”, „Stalowy Szczur idzie do wojska” oraz „Stalowy Szczur śpiewa bluesa”. No i cóż, chyba dobrze byłoby coś zacytować. „Nasze zorganizowane i praworządne społeczeństwo praktycznie pozbawione jest przestępczości. Zapewne 99% obywateli nawet nie wyobraża sobie, że mogliby złamać prawo.
Zostaje jednak ten 1%. To on uzasadnia istnienie policji. Ten 1% składa się ze mnie i garstki mi podobnych, rozsianych po całej galaktyce. Teoretycznie nie powinniśmy istnieć. A już na pewno nie powinniśmy mieć żadnej możliwości działania. Jak zwykle teoria nie idzie w parze z praktyką. Jesteśmy skuteczni, niezwykle skuteczni, a żyje nam się całkiem wygodnie. Jesteśmy niczym szczury. Bytujemy między ludźmi, ale reguły życia społecznego nas nie dotyczą. Przestrzegamy żelaznych zasad, dlatego nazywają nas stalowymi szczurami.
Bycie stalowym szczurem skazuje każdego na samotność, ale zarazem daje poczucie dumy i dostarcza ekstremalnych przyjemności. Oczywiście dopóki nie trafi się za kratki. W naszym świecie nie ma miejsca na półśrodki. Nie istnieją najemnicy, włamywacze, dżentelmeni czy osoby wiodące podwójne życie. Nie ma alternatywy. Albo jesteś pełnoprawnym członkiem społeczeństwa, albo nikim. Stalowym szczurem. Ja wybrałem to drugie. To był oczywiście fragment prozy Harry'ego Harrisona. A teraz krótkie podsumowanie.
Stalowy szczur to przydomek Jamesa Bolivar Liguriia, znanego także jako Śliski Jim. Liguria to kosmiczny awanturnik, oszust i złodziej obdarzony charyzmą, inteligencją i nieprzeciętnym poczuciem humoru. Mistrz sztuk walki, ekspert w dziedzinie kamuflażu. Przypomnę to była polecanka tomu wydanego przez wydawnictwo Vesper „Początki Stalowego Szczura”. Autor Harry Harrison. A na tom składają się trzy minipowieści: „Narodziny Stalowego Szczura”, „Stalowy Szczur idzie do wojska” oraz „Stalowy Szczur śpiewa bluesa”. To teraz, proszę państwa, czas najwyższy na to, co jedni bardzo lubią, a drudzy niekoniecznie. Tak to już jest, proszę państwa, z korepetycjami, z wykładami wszelkiego rodzaju, że niekoniecznie budzą entuzjazm, ale ja konsekwentnie korepetycje filozoficzne w Bibliotekarium 2.0 prowadzę. Zawsze można na ten czas wyłączyć, jeśli ktoś nie cierpi filozofii i jeśli go przy filozofii strzyka. A dzisiaj tekst Jacka Hołówki, człowieka, który w polskiej filozofii jest naprawdę ważną personą.
Tekst zatytułowany „Dwa światy”. Artykuł ukazał się, tradycyjnie to powiem, w dwumiesięczniku Filozofu w roku 2020, w numerze czwartym. Tekst jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Jacek Hołówka, tak jak powiedziałem, to jest człowiek wiele znaczący w polskiej filozofii. Urodził się w roku 1943 w Lwowie. Jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie jest profesorem filozofii w Pedagogium w Warszawie. Redaktor Przeglądu Filozoficznego zajmuje się filozofią analityczną, moralną i polityczną. Hobby: opera, ale sam nie śpiewa oraz kolarstwo. Kolarstwo amatorskie.
W tym wypadku uprawia je czynnie. Sięgnijmy zatem po tekst. Przypomnę „Dwa światy”. Do potocznej świadomości hipoteza symulacji trafiła przez film „Matrix”. Są w nim niezapomniane sceny ataku czarnych charakterów, czyli agentów na kochanego chłopca, czyli Keanu Reevesa. Nie pamiętam tego filmu ze wszystkimi szczegółami, więc może się zdarzyć, że odtworzę kluczową scenę, lekko ją przeinaczając, za co przepraszam. Te niezamierzone zmiany mogą się jednak okazać korzystne dla fabuły i dla rozważań filozoficznych, jakie ta fabuła inspiruje. Agenci w czarnych garniturach i czarnych okularach całkiem bez powodu strzelają do Reevesa z bliskiej odległości i chcą go zabić. Serce nam skacze do gardła. Jednak jakimś cudem Reeves odkrywa w sobie moc.
Wiedziony wiarą w swą niezniszczalność, skupia wolę i przenosi się do nowej, głębszej rzeczywistości psychofizycznej. Prawa fizyki w zasadzie nie ulegają zmianie, ale jego zdolność postrzegania faktów i reagowania na nie nie jest stukrotnie przyspieszona. Reeves widzi kule, które lecą w jego stronę, ale widzi je tak, jakby leciały sto razy wolniej. To jego świadomość pracuje sto razy szybciej i dlatego nabieramy nadziei, że może się uratować. Kule powolnie płyną w powietrzu. Reeves widzi ich lot, podczas gdy agenci tkwią nadal, co prawda chyba tylko przez chwilę, w świecie ukazanym w gruboziarnistych obrazach. Ujawnia się im tylko co setna klatka realnych wypadków. Natomiast Reeves ma czas podskoczyć lub przykucnąć, uchylić się lub nagle zatrzymać. Kule mijają go o włos. Agenci rzucają się w jego stronę, ale poruszają się jak mucha w smole.
Niezdarnie próbują go schwytać. Zasypują go nowymi pociskami, ale Reeves wykręca ciało, zawisa poziomo nad ziemią i wychodzi cało z opresji. Ratuje go to, że wykonuje ewolucję w czasie jakby bardziej realnym, podczas gdy agenci tkwią w jakiejś spowalniającej wydarzenia, zagęszczonej, metafizycznej papce czasoprzestrzennej. Szeroko rozwiany płaszcz Reevesa zajmuje się ogniem od tarcia o powietrze. Płomienie rozchodzą się jednak leniwie i Reeves szybko je zadeptuje. Sprawnie ubiega wszystkie nieszczęścia i ataki. Mamy wrażenie, że tylko on żyje naprawdę, podczas gdy jego przeciwnicy chwytają tylko co setną klatkę z tego wszystkiego, co się wokół nich dzieje. My i agenci ubrani na czarno tkwimy w jakimś zastępczym świecie składającym się z wyrywkowych wydarzeń. Dwa światy. Wydaje mi się, że to jest najprostsza koncepcja świata symulowanego.
Ta koncepcja przyjmuje istnienie dwóch światów. Jeden jest realny i wszystko w nim zachodzi dokładnie i w szczegółach. Drugi świat jest tylko jakby metafizycznym streszczeniem tego pierwszego. To rzeczywistość niepełna, wyrywkowa, zawierająca tylko wyselekcjonowaną część świata szybkiego i kompletnego. To świat, który my widzimy. Selekcja dokonuje się systematycznie i niezawodnie, ale jest wybiórcza. Pozwala nam żyć spokojniej i dłużej, ponieważ pozwala nam żyć wolniej. Chyba, że natrafimy na czarnych agentów i wtedy koniec z nami, bo oni są szybsi. Choć ich świat jest jakby pięćdziesięciokrotnie przyspieszony. Są wolniejsi od Reevesa, choć szybsi od nas.
Możemy tylko marzyć o tym, by im dorównać. W ich świecie delektowalibyśmy się niewystygającą filiżanką kawy pięćdziesiąt razy dłużej. Pięćdziesiąty raz dokładniej widzielibyśmy ewolucję sportowca skaczącego z wieży do basenu. Może nawet zrozumielibyśmy, w jaki sposób motyl steruje swymi dwiema parami skrzydeł i jak dolatuje tam, gdzie chce, mimo latania zygzakiem. Zrozumiemy też, że do światów wyższych prędkości nie należy brać psa, kota ani motyla, bo nabierając wyższej prędkości motyl połamałby sobie skrzydła, na psie zapaliłaby się sierść, a kot spadając z dachu mógłby zasnąć w locie. Jakie jest prawdopodobieństwo, że taki szybszy świat może istnieć, tylko jest niewidzialny? Tu zaczynają się ciekawe spekulacje. Problem z prawdopodobieństwem. Po pierwsze, jakie jest prawdopodobieństwo, że w naszym zwykłym fizycznym świecie wszystko będzie się toczyć tak, jak się toczy? Odpowiedź jest nieprzyjemna.
To prawdopodobieństwo nie zależy od świata, tylko od tego, jak go opisujemy. Rozważmy dlaczego. Gdybyśmy dziś mieli dokładny opis tego, co się zdarzy w następnym roku, od sylwestra do sylwestra i gdybyśmy założyli, że w ciągu tego czasu zajdzie miliard zdarzeń, to przy założeniu, że elementarne zdarzenie zachodzi z prawdopodobieństwem jedna druga, bo zachodzi albo nie zachodzi, to prawdopodobieństwo, że przez cały rok zajdzie to, co przewidujemy, będzie wynosiło dziesięć do minus dziewiątej razy dziesięć do minus dziewiątej, czyli dziesięć do minus osiemnastej. Jest bardzo mało prawdopodobne, że dobrze przewidujemy. Natomiast gdybyśmy założyli, że w tym samym czasie będzie ogólnie rzecz biorąc lepiej niż w obecnym roku, to jeśli nie mamy dodatkowych informacji mających wpływ na to przewidywanie, prawdopodobieństwo, że zdarzy się to, co przewidujemy, wynosi jedna druga, czyli jest olbrzymie. Z prawdopodobieństwem jest tak jak z maszynką do mięsa. Dostaje się to, co się włożyło, tylko przemielone. Jeśli chcemy znać szczegóły, to nasze przewidywania są bardzo mało prawdopodobne. Jeśli wystarczy nam bardzo ogólny obraz, to nasze przewidywania są wiarygodne. Prowincjonalizm.
Po drugie, możemy zapytać, czy istnieje granica przyspieszania czasu. To znaczy, czy czas jest nieskończenie podzielny, czy jest dyskretny? A jeśli jest dyskretny, to jak długo trwa minimalny moment czasowy i czy zawsze jest tej samej długości? A także czy możemy nadać jakiś sens pojęciu równoczesności? To znaczy, czy możemy powiedzieć, że coś dzieje się tutaj i w odległej galaktyce w tej samej chwili? Wydaje się, że ten newtonowski obraz świata z rozlicznymi, stałymi punktami odniesienia jest zbyt uproszczony. Jak wygląda zatem obraz realny, inspirowany teorią względności i mechaniką kwantową? Tego nikt nie wie, bo jak wiadomo, tych dwóch teorii nie udało się dotąd uzgodnić. Najprostsze i chyba najtrafniejsze wyjaśnienie mówi zatem, że jesteśmy skazani na prowincjonalizm. Podobnie jak plemiona koczownicze dziesięć tysięcy lat temu znały tylko najbliższą okolicę, tak i my teraz w większej skali znamy tylko stosunkowo ograniczony wycinek czasoprzestrzeni.
Poszukiwanie fundamentalnej rzeczywistości jest na razie skazane na niepowodzenie. To na razie Może trwać tysiące lat. Do tego czasu, a może już na zawsze, będziemy musieli sobie mówić, że żyjemy w pewnym wycinku całego wszechświata i ten wycinek jest jednym z wielu lokalnych światów. Światów, które są przybliżonym odzwierciedleniem innych światów, częściowo podobnych do naszego i zapewne podległych podobnym prawom jak prawa rządzące naszym światem. Wszystkie te światy będą w ramach tego opisu symulacją, czyli realizacją powszechnie obowiązujących praw przyrody. Natomiast zbiór tych naczelnych praw będzie dla nauki ostateczną rzeczywistością. Rzeczywistością, na którą składać się będą pierwsze przyczyny i regularny porządek rzeczy przez te przyczyny wymuszany. Czy istnieje taki ostateczny blueprint? To jest zagadka, której właśnie nie umiemy rozwiązać. Natomiast jak zawsze w filozofii werbalnie każdy problem można enigmatycznie rozwiązać, opierając się na dychotomicznej logice.
Albo we wszechświecie pewne prawa obowiązują powszechnie i to jest ostateczny blueprint, tylko nikt nie umie ich na razie znaleźć i wyliczyć, albo tak nie jest. Ta odpowiedź nie poszerza naszej wiedzy, ale pozwala spokojnie spać. Znaturalizowana epistemologia. Po trzecie, możemy zasadniczo zmienić temat, machnąć ręką na kosmogonię i zapytać, czy nasz obraz świata jest symulacją realnego świata i jeśli tak, to pod jakim względem? Inaczej mówiąc, czy fakty przyrodnicze, które wywierają stały i systematyczny wpływ na nasz mózg, są jedynym źródłem naszej wiedzy o świecie? Jeśli tak, to świata nigdy nie poznajemy, tylko odczytujemy następstwa jego oddziaływań na nasze organy, głównie na system nerwowy. Fakty psychiczne są tylko idiosynkratycznym, właściwym danej osobie odczytaniem faktów fizjologicznych. To jest program naturalizacji epistemologii. Pytanie o prawdziwość naszych psychicznych przedstawień jest w tym programie nieistotne. Liczą się tylko naturalistyczne powiązania i prawidłowości zachodzące między stanami przyrody na zewnątrz naszego ciała i stanami fizjologicznymi w naszym organizmie.
Naukowość tego programu polega głównie na tym, że nie zadaje pytań szukających wyjaśnienia, tylko pyta o nowe fakty lub o na nowo uporządkowane fakty. Takie podejście rezygnuje z interpretacji faktów, czyli ogranicza się do symulacji. Nie pyta o sens zrozumienia, adekwatność i prawdę. Pyta o to, kto to mówi, że chwyta sens, kto się skarży, że nie może nic zrozumieć. Czy dwie struktury do siebie pasują i czy zdanie „śnieg jest biały" jest wypowiadane przede wszystkim tam, gdzie śnieg jest czysty i oświetlony. Zapewne wbrew intencjom zwolenników tego programu, nie ma wtedy istotnej różnicy między widzeniem koguta na płocie, tęczy na niebie i Matki Boskiej na wieży kościelnej. Filozofowie o bardziej dociekliwym, czyli mniej schematycznym nastawieniu uznają, że symulacja niewiele tu wyjaśnia. Lepiej powiedzieć, że kogut jest widoczny na płocie, bo tam wskoczył i lubi patrzeć na świat z góry. Że tęcza na niebie nie jest tam, gdzie ją widać, tylko jest iluzją wywołaną przez załamanie promieni słonecznych w chmurze pyłu wodnego zamieszczonego w szerokim zakresie odległości od widza. A Matkę Boską widzą ci, którzy bardzo tego pragną, ponieważ są głęboko religijni lub i naiwni.
Związki przyczynowe nie wyczerpują opisu świata. To był, proszę państwa, tekst profesora Jacka Hołówki zatytułowany „Dwa światy". Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Filozofuj". Jeżeli czujecie państwo teraz mały dysonans poznawczy, to możliwości są dwie. Albo ja nie dość dobrze ten tekst przeczytałem, albo też ten tekst zawiera tyle problemów, że warto go przesłuchać przynajmniej raz jeszcze. Ja nieskromnie powiem tak: może nie jestem mistrzem czytelniczym, ale jedno wiem. Ten tekst jest wręcz napakowany problemami, na które na co dzień, umówmy się, nie zwracamy uwagi, ale problemami, które może nie przebudują naszego świata, ale pozwolą nam troszeczkę inaczej o tym świecie myśleć. Dlatego jeśli czujecie państwo taką czarną dziurę, nie bardzo wiecie, do czego niektóre myśli profesora Jacka Hołówki przyporządkować, to naprawdę żaden to wstyd. Bywały teksty filozoficzne, które czytałem po kilka albo nawet kilkanaście razy, zanim wreszcie dotarło do mnie, o co w nich tak naprawdę chodzi. Może nie aż tak intensywnie, ale może warto spróbować.
A teraz już, proszę państwa, jedziemy dalej z ramówką. Czy jesteście państwo gotowi na dawkę czeskiego absurdu, konsternacji, horroru i szaleństwa? Coś takiego zamierzam bowiem państwu w tej chwili zafundować. A właściwie nie ja, tylko Igor Fränder, autor wielu powieści kryminalnych, literat Człowiek, który z literaturą jest za pan brat, a jednocześnie potrafi traktować literaturę jako naprawdę świetną zabawę. W swoim czasie Igor Friender był gościem naszej audycji. Dzisiaj zapraszam Państwa do wysłuchania słuchowiska „Zabójcza proteza”. Słuchowiska, które przeniesie nas w lata 80. XX wieku. To wciągająca opowieść, w której na pierwszy plan wysuwają się zjawiska paranormalne oraz zgrabnie poprowadzona intryga. Narastająca atmosfera grozy oraz tajemnicy będzie trzymać was, nie, nas w napięciu.
Czy Jan Jedyna, dzielny kapitan Milicji Obywatelskiej, rozwikła zagadkę osobliwych morderstw? A może to, co wydaje się obiektywne, okaże się zupełnie inną, przerażającą rzeczywistością? Posłuchajcie Państwo słuchowiska, które za chwilę będzie odpalone na antenie, a przekonacie się Państwo sami. Ale zanim odpalimy słuchowisko, to najpierw kilka informacji. Obsada tegoż przedstawienia radiowego. Kapitan — Kamil Pruban, Alicja — Monika Stanowska, Medium — Waldemar Barwiński, Sierżant — Michał Klawiter, Modelka — Ewa Jakubowicz. Realizacja słuchowiska: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Oddział Wielkopolski w Poznaniu, Studio DFM w Warszawie. Zaręczam Państwu, że będzie paranormalnie i przy okazji zabawnie.
[26:16] - Czy wszystko przygotowane?
[26:20] - Tak, kapitanie. Może pan działać.
[26:24] - Dobra, okej.
[26:37] - Panie kapitanie, ten człowiek już czeka.
[27:04] - Dobry wieczór. Kapitan Milicji Obywatelskiej Jan Jedyna. Nadzoruję śledztwo.
[27:10] - Dobry wieczór. Czesław Imago Pantzewicz. Medium. Jestem medium.
[27:15] - Szanowny panie, na polecenie Komendy Głównej Milicji został pan przydzielony do zespołu śledczego. Przypomnę, że ścigamy mordercę kobiet. Tu niestety mamy kolejną ofiarę. Wiem, że pańskie metody, nie do końca potrafię je precyzyjnie nazwać, niech będą badawcze, są nieco inne, nietypowe i dla mnie, powiem szczerze, w ogóle nieznane.
[27:38] - Rozumiem, kapitanie. I wyjaśnijmy to sobie wprost. Wiem, że jest pan zaskoczony, że do tak ważnej sprawy, skomplikowanej sprawy, skierowano mnie, medium. Do teraz nie może pan w to uwierzyć, prawda?
[27:55] - Kwestia wiary nie ma tutaj nic do rzeczy, szanowny panie. Cóż, za piękny księżyc. Prawie pełnia. Ale wróćmy na ziemię. Zamordowana kobieta to bratanica pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego, więc sprawa ma najwyższy priorytet. Rozumie pan?
[28:20] - Oczywiście. Już dawno zrozumiałem. Zanim tu przyjechałem, odczuwałem napięcie.
[28:27] - Ciepło tu. Sierżancie, może pan otworzyć okno?
[28:30] - Już się robi, kapitanie.
[28:34] - Czy obejrzał pan, panie Medium, dokładnie miejsce zbrodni?
[28:38] - Wie pan, akurat miejsce mniej mnie zaintrygowało. Raczej badałem zwłoki.
[28:44] - Badał pan czy raczej oglądał?
[28:47] - Tak, rzecz jasna, obejrzałem, a nawet, co zapewne jest najważniejsze, uzyskałem kontakt ze zmarłą. Czy może pan, panie sierżancie, przynieść mi szklankę wody? Przyznam się, że kontakt ze zmarłymi naprawdę mnie męczy. Oni mają zawsze tyle pretensji i tyle pytań. Tak wiele do przekazania. Przez to właśnie często bywam w stanie skrajnego wyczerpania. Kapitanie?
[29:14] - Tak, proszę.
[29:21] - Nie chciałem, żeby ten młody człowiek poznał sekrety mojej profesji, kapitanie.
[29:25] - Oczywiście. Przejdźmy jednak do rzeczy, panie Medium. Co może pan powiedzieć po tak zwanym kontakcie ze zmarłą?
[29:34] - Dlaczego po tak zwanym? Kontakt był, został nawiązany. A pan, jak widzę, ciągle mi nie wierzy. Ten sarkazm w pana głosie.
[29:44] - Już panu oznajmiłem, że wiara nie ma tu nic do rzeczy. Naprawdę nie mamy czasu na zaczepki słowne. Nie idźmy tą drogą.
[29:51] - Ma pan rację, kapitanie. Trzeba przejść do rzeczy. Sprawa tego wymaga, prawda?
[29:57] - Tak, oczywiście. Proszę już bez...
[30:00] - Tak, tak, bez tych, wiadomo. Jestem tutaj już od jakiegoś czasu i na początku, przyznaję, nie potrafiłem skomunikować się z ofiarą. Jej dusza zapewne oscylowała jeszcze na granicy trzech, nie trzech, lecz bez wątpienia dwóch światów. Później ten kontakt nastąpił i mogę z całą stanowczością stwierdzić, że mordercą jest ktoś z najbliższego otoczenia zamordowanej.
[30:28] - Niezwykle ciekawe. A jak się odbyło to spotkanie z ofiarą?
[30:33] - Znowu pan drwi, kapitanie.
[30:35] - W żadnym wypadku. W takim razie zapytam inaczej. Proszę powiedzieć, na czym polegał ten kontakt?
[30:43] - Zmarła nawiązała ze mną kontakt jako pierwsza. Dziękuję za stworzone warunki. To w dużej mierze ułatwiło mi zadanie. Proces kontaktu odbywa się w pełnym skupieniu, więc cisza to jeden z najważniejszych czynników tej enigmatycznej relacji. Choć nie wiem, dlaczego nie mogłem zostać tutaj dłuższą chwilę sam. Komunikacja ze zmarłymi wymaga niebywale otwartego umysłu, kapitanie.
[31:07] - Czy widział pan zamordowaną, czy tylko słyszał?
[31:10] - A co to za różnica? Czy widziałem, czy słyszałem? Jedno i drugie.
[31:14] - Jak ofiara była ubrana?
[31:16] - Tak jak teraz.
[31:18] - W koszulę nocną?
[31:21] - A co to ma do rzeczy?
[31:23] - Czy w jej wypowiedziach zauważył pan coś specyficznego?
[31:28] - A co niby miałem zauważyć?
[31:30] - Zamordowana nie wymawiała litery R.
[31:32] - Bez takich tanich gierek, proszę pana. Po śmierci wszystko się zmienia. Komunikujemy się nie z osobą, lecz z jej czynnikiem myślowym. Formą, która jest bytem przejściowym, zmierzającym do reinkarnacji.
[31:50] - Niech będzie. Proszę mówić dalej.
[31:56] - Jest rzeczą oczywistą, że ofiara musiała znać mordercę, gdyż zginęła w łóżku podczas snu.
[32:02] - Ciekawa hipoteza, panie medium.
[32:04] - To nie przypuszczenie, tylko prawda. Zmarła mi to powiedziała i to już kilkukrotnie.
[32:10] - Skoro została zabita we śnie, to skąd wie, kto to zrobił?
[32:14] - Żartuje pan sobie, kapitanie. Coraz mocniej i coraz śmielej. Ale ja się nie zrażam. Zamordowana widziała swojego mordercę już po śmierci. Jest. Mam kontakt z obiektem. Nie. O teraz znowu coś się dzieje. Wyczuwam. Czuję obecność zabójcy.
Wyczuwam jego obecność. On tu jest. Jest blisko. Gdzieś obok nas. Tutaj. O nie, nie. Widzi pan, kapitanie, ten nóż wbity w jej ciało prawie po rękojeść to tylko kamuflaż. Zwykły blef. Ona tak nie zginęła. Kapitanie, ona została uduszona, a dopiero potem wbito nóż w jej pierś.
Och, straszne! Och, nie! Właśnie mi to powiedziała. Mówiła mi to prosto do ucha. Płakała przy tym. To jest takie trudne do zniesienia. Nie wiem, czy to udźwignę. Czuję nieodpartą chęć snu. Nie.
[33:21] - Proszę.
[33:22] - Jestem wyczerpany.
[33:29] - Niech pan, panie Medium, mówi dalej.
[33:34] - Ten dramat rozegrał się tutaj, w tym pomieszczeniu. Jest to dramat rodzinny, ale nie zabił jej nikt z rodziny, lecz człowiek, którego niedawno poznała. To on udusił tą nieszczęsną, zakochaną kobietę.
[33:54] - Muszę przyznać, że to niezmiernie frapująca, wręcz śmiała hipoteza, panie Medium.
[34:01] - Ależ kapitanie, znów ten pana kpiarski ton. Już mówiłem, ja nie stawiam hipotez. Ja opieram się tylko na faktach. Zresztą zapewne wykaże to sekcja zwłok. Bez dwóch zdań.
[34:14] - No właśnie. W tym momencie docieramy do sedna sprawy. Jeżeli sekcja zwłok, panie Medium, wykaże, że ta kobieta faktycznie najpierw została uduszona, a dopiero potem w jej pierś wbito sztylet, to będę musiał pana aresztować.
[34:34] - Co? Co to ma być? Aresztowanie w ramach podziękowania? Niech pan sobie ze mnie nie kpi. Człowieku, dlaczego to robisz? Dlaczego deprecjonujesz mnie jako wybitne medium? Co to ma być?
[34:46] - Panie Medium, nikt z pana nie kpi. Nie deprecjonuje. Jest wręcz odwrotnie.
[34:51] - Jak to?
[34:52] - To pan próbował sobie zakpić z nas.
[34:59] - Zostawcie medium. To ja mu wszystko powiedziałam. On mówi prawdę. Najszczerszą prawdę. Tylko prawdę.
[35:08] - I ma rower, co? Dobra, dobra. Panie medium, dajmy sobie spokój z tym żenującym przedstawieniem. Z tym R to ja przecież żartowałem. Panie medium, to pan próbował sobie ze mnie zakpić i zdeprecjonować mnie jako detektywa. Tu mamy poważną sprawę. Morderstwo, w które najwyraźniej jest pan po prostu zamieszany. Patolog doktor Modzel już tu był i powiedział to samo co pan, że ta modelka została najpierw uduszona, a dopiero potem wbito jej nóż w pierś.
[35:38] - No właśnie. Przecież nie trzeba być lekarzem, by to stwierdzić. Ale zaraz. A ta kobieta? Nie, to niemożliwe. Tu coś jest nie tak. Ona jest taka sama. Wszystko tu jest takie samo.
[35:54] - Panie medium. Fakty są jednak takie. Wczoraj w nocy znaleźliśmy w tym domu ciało kobiety i było dokładnie tak, jak pan powiedział. A dzisiaj to inscenizacja. Nad wszystkim czuwał sierżant. Dlatego, pomimo że pan prosił, nie zostawiłem pana tutaj samego. Nie mógł pan też dotykać zwłok ani przekroczyć wyznaczonej linii. Włączono pana do zespołu, którego celem jest znalezienie seryjnego zabójcy kobiet. Zatrudniono pana, bo jest pan znany i ceniony, ale dla mnie od samego początku było coś nie tak. Za dużo pan wiedział o sprawie.
A rozmowa ze zmarłymi to raczej nie jest pana specjalność. Mamy jasną sytuację. A pani może już wstać. Dziękujemy pani. I wyłączcie mi tego kruka. To krakanie mnie drażni.
[36:46] - No nareszcie! Nigdy więcej na coś takiego się nie zgodzę. Cała zesztywniałam i swędzą mnie cycki od tej sztucznej krwi. Gdzie tu jest łazienka?
[36:56] - Co to ma znaczyć? Co to ma być? Pani zejdzie na dół i pierwsze drzwi po lewej stronie. W holu czeka na panią charakteryzatorka.
[37:05] - Wisi mi pan kolację i to w Merkury kapitanie. Może potem jakiś taniec? A teraz żegnam panów.
[37:16] - Co to jest za grę? Jakiś nóż z schowanym ostrzem? To jest jakiś teatr? Cyrk?
[37:22] - Tak, to inscenizacja, a pan jest jej głównym aktorem. Czy może raczej był pan.
[38:01] - Co robimy?
[38:03] - Czekamy, pani doktor. Czekamy.
[38:11] - Gimnastyka działa na mnie odstresowująco. Co tu było?
[38:17] - Zakład krawiecki. Duży zakład krawiecki.
[38:22] - Nawet stoją jeszcze dwie maszyny do szycia. O, i manekiny. Raz, dwa, trzy, cztery.
[38:32] - Uczące podobne do człowieka. Panie medium. Co to ma znaczyć? Dlaczego wbił pan nóż we framugę?
[38:43] - No właśnie, co to miało być?
[38:47] - To jest manifestacja mojej osoby. Człowieka, który nie podda się żadnym testom.
[38:53] - Ależ panie Pancewicz, proszę się uspokoić. Tu nic panu nie grozi. Bardzo proszę, niech pan siada. Porozmawiajmy. Dobrze pan wie, w jakiej się pan znajduje sytuacji.
[39:08] - Chcemy zadać panu tylko kilka pytań.
[39:11] - Czuję się tutaj jak więzień, a nic mi nie udowodniono. Nie zamordowałem tej dziewczyny, nie zabijałem kobiet. Ja nie jestem tym seryjnym mordercą. Jestem poważnym medium, czyli człowiekiem, który potrafi nawiązać kontakt ze zmarłymi istotami. Jestem również hipnotyzerem oraz badaczem niezidentyfikowanych obiektów latających i pozaziemskiej inteligencji. To wy mnie tu trzymacie już trzeci dzień i poddajecie jakimś psychologicznym testom. Mam dosyć. Czuję się uwięziony.
[39:46] - Rozumiemy pana. Jednak bardzo proszę usiądźmy, panie medium. Papierosa? Marlboro są najlepsze.
[39:55] - Dziękuję, nie palę.
[39:59] - To może kieliszeczek koniaku?
[40:04] - Może później.
[40:05] - A ja się z chęcią napiję. Całkiem, całkiem dobry. Może odrobinę za słodki.
[40:20] - Panie medium. Dzisiaj przecież spotykamy się w zupełnie innej sprawie. Proszę zachować spokój. Proszę, niech pan nam powie, czy uczestniczył pan w badaniach niezidentyfikowanych obiektów?
[40:34] - No nareszcie jakieś rozsądne pytanie. Tak. W Emilcinie w 1978 roku. Tam miało miejsce lądowanie UFO.
[40:47] - W wiosce koło Lublina. Słyszałem, to bardzo głośna sprawa.
[40:50] - Właśnie to zjawisko badałem. Przeprowadziłem wraz z psychologiem i badaczem UFO szereg rozmów ze świadkiem tego zdarzenia, miejscowym rolnikiem Janem Rolskim. Poddałem go hipnozie oraz weryfikacji wewnętrznej. Aktualnie jest to najlepiej udokumentowany przypadek lądowania UFO w Polsce.
[41:10] - Weryfikacji wewnętrznej. Co to znaczy?
[41:14] - To znaczy, że sprawdziłem, czy badany rolnik wierzy w to, co mówi. Weryfikacja polega na połączeniu duchowym, ale również na badaniach psychologicznych, które potwierdziły wiarygodność badanego. Człowiek ten opisał całą sprawę bardzo szczegółowo.
[41:30] - Aha. To mam zeznania tego Rolskiego zapisane przez dziennikarza. Oczywiście przeczytam skrót. Myślę, że to w zupełności wystarczy. Tak. Rolski twierdził, że spotkał kosmitów, gdy wracał wozem do domu przez las. W pewnym momencie ujrzał na drodze dwie dziwne postaci. Z jego opisu wynikało, że przybysze mieli po około 145 centymetrów wzrostu, oliwkowo zielone twarze, skośne oczy, wystające kości policzkowe i byli ubrani w czarne kombinezony, które odsłaniały jedynie dłonie i twarze. Do tego kosmici mieli garby i błonę między palcami. Trzeba przyznać, że ta relacja jest bardzo szczegółowa, ale idźmy dalej.
Co ciekawe, istoty wskoczyły na wóz Rolskiego, a ten jechał dalej. Co prawda zdziwiła go mowa pasażerów oraz ich duży, nieproporcjonalny do wzrostu ciężar, ale mimo to nie zatrzymał się aż do momentu, gdy na polanie ujrzał wielki, lśniący pojazd rozmiarów połowy autobusu, który unosił się kilka metrów nad ziemią. Rolski na prośbę tajemniczych istot zsiadł z wozu, wszedł na windę i po chwili znalazł się w środku UFO. Tam czterej kosmici, dwaj spotkani w lesie i dwaj zastani na statku, mieli przeprowadzić na nim badania. Rolski, mimo uprzejmości gospodarzy latającego obiektu, odmówił poczęstunku w formie sopla i został wypuszczony. Na koniec ukłonił się przybyszom, na co oni zareagowali tym samym. Wszystko oparte jest w gruncie rzeczy na jednym świadku.
[43:14] - Całe to zdarzenie wydaje się nierzeczywiste.
[43:17] - Dlaczego? Przecież już wcześniej powiedziałem, że poddaliśmy go weryfikacji wewnętrznej.
[43:23] - Ale czy tylko pan przeprowadzał badania?
[43:26] - Ależ skąd, pani doktor. Był tam również psycholog i lekarz medycyny. Już to przecież mówiłem. Sama weryfikacja została przeprowadzona bardzo rzetelnie.
[43:36] - Nie twierdzę, że nie.
[43:37] - Tak, ale wyraźnie pani wątpi w nasz zespół.
[43:40] - Nie, nie podważam państwa kompetencji, lecz z tego, co jest zamieszczone w aktach, człowiek, który doświadczył bliskiego spotkania z, nazwijmy to, obcymi, nie ma nawet wykształcenia podstawowego i ledwo umie pisać, a czytanie sprawia mu poważne kłopoty.
[43:59] - To chyba tym bardziej potwierdza jego wiarygodność.
[44:02] - Człowiek, który ledwo pisze i czyta, nagle w szczegółowy sposób opisuje spotkanie z obcymi.
[44:08] - A co, nie wierzy pani w jego spostrzegawczość?
[44:12] - Chodzi tylko o to, że jego opowieść jest zbyt precyzyjna, jakby wcześniej skrupulatnie ułożona.
[44:20] - Co pani insynuuje? Rozmawialiśmy z nim wielokrotnie i nie stwierdzono żadnych luk w tej historii. Wszystkie rozmowy zostały zarejestrowane na taśmach. Panie Medium, wiem, że sytuacja jest trudna i naprawdę nikt z nas nie podważa pana badań. Raczej jesteśmy skłonni zaakceptować weryfikację, jaką pan przeprowadził. To jest bez wątpienia przełom. I co zamierzacie z tym zrobić? Czy władza będzie przesłuchiwać naszego świadka? Spokojnie, absolutnie nie widzimy takiej potrzeby. Spokojnie.
Pani doktor? Niech pan poczeka. Odpręży się. Pani doktor, czy mogę prosić na słowo?
[45:09] - Tak.
[45:18] - I co ty na to?
[45:20] - Myślę, że ten człowiek niczego się nie domyśla. Jest po prostu pochłonięty swoim odkryciem.
[45:25] - Czyli co? Najwyraźniej łyknął prowokację z UFO.
[45:28] - On naprawdę w to wierzy. Wierzy w relację tego Rolskiego.
[45:34] - Straszne, jak brutalnie potraktowano tych ludzi. Jego i Rolskiego. Bez względu na to, co zrobili. To niedopuszczalne. Na co sobie pozwalają w tym pionie B? Rozumiesz. On, ten człowiek musiał uwierzyć. Wszystko podobno było przygotowane perfekcyjnie. Udało się tego rolnika zmanipulować. Twierdzą, że trafili na podatny grunt.
Podawali mu wcześniej sprawdzone narkotyki i indoktrynowali, co ma widzieć i słyszeć. Wyświetlali filmy, a tego dnia, kiedy miało nastąpić spotkanie bliskiego stopnia, przebrali czterech karłów za obcych.
[46:08] - Tak, wiem, znam to. Potem z tektury zbudowano pojazd kosmiczny, a on, świadek Rolski, każde zjawisko w sposób bezrefleksyjny łyknął. Kiedyś myślałam, że takie rzeczy z ludzkim mózgiem robią, no nie wiem, tylko Ruscy albo inne dyktatorskie kraje. Straszne. To jest niszczenie człowieka. Po prostu nie mieści mi się to w głowie. Jednak jedno trzeba im przyznać, że tam w Akademii SB doskonale wskazali typa. Prosty, ledwo piśmienny chłop, który zobaczywszy, że interesuje się nim ufolog, a potem prasa i telewizja, jeszcze bardziej w to uwierzył.
[46:47] - Może, może. Ale mieli jedną obawę.
[46:52] - Że się rozpruje? Nie wiem.
[46:56] - To może też na początku, ale na to mieli plan awaryjny. Kaftan bezpieczeństwa i wywiezienie go do szpitala. Całkowite odosobnienie, izolacja, gumowe ściany, brak okien i koniec po sprawie. To są bezwzględni ludzie, ale z tego, co wiem, bardziej bali się, że od tej sławy uderzy świadkowi woda sodowa i zacznie wymyślać nowe rzeczy, konfabulować. Na szczęście dla nich to się nie stało.
[47:21] - A ten ufolog, Medium, pięknie we wszystko uwierzył. Dla niego relacja Rolskiego jest autentyczna.
[47:27] - Wiesz, co napisano w raporcie?
[47:29] - Nie wiem, czy chcę wiedzieć.
[47:31] - Że u tego Medium żądza sławy, poważanie w świecie ufologów i pisanie artykułów wygrały ze zdrowym rozsądkiem. Że obaj dopasowali się idealnie. Wzajemnie utwierdzali się w swoich przekonaniach. Kretyn popierał kretyna. Prawdziwy kretyn często jest świadomy swoich ograniczeń, ale wykształcony kretyn zazwyczaj myśli, że jest najmądrzejszy.
[47:53] - Proszę, nie mów dalej. To bezczelna prowokacja. Kiedyś mam nadzieję, ci prowokatorzy za to odpowiedzą. I po co to wszystko? W imię czego zniszczono tych ludzi? Dlaczego?
[48:09] - Widzisz, po to gromadzą zjawiska paranormalne. A raczej je produkują. Bo to wszystko ma prowadzić do utajnionej legalizacji badań nad życiem po śmierci. Uwiarygodnić je.
[48:21] - Co ty mówisz? Nigdy bym nie pomyślała, że to zaszło aż tak daleko.
[48:26] - Wiem, to jest szaleństwo.
[48:28] - A ja nie wiem, czy chcę w tym dalej uczestniczyć. Nie wiem. Mnie to naprawdę, kurczę, przerasta. To jest popieprzone.
[48:37] - Tak, ale pociągnijmy to dalej. Przecież i tak jesteśmy tu w innej sprawie. Muszę się dowiedzieć, kto stoi za morderstwami kobiet. Myślę, a nawet wiem, że on ma coś wspólnego z co najmniej jednym z tych zabójstw.
[48:51] - Ale czy oni naprawdę wierzą w to, co robią?
[48:53] - Trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne: znalazł się w rządzie ktoś, kto myśli, że dzięki tym badaniom dowie się, co dzieje się po śmierci.
[49:03] - Wracajmy. Co tu tak zimno?
[49:19] - Śmierć nadchodzi. Wbija się śmiertelnymi kolcami w ciało. Tnie na pół serce, wypruwa ze skóry napęczniałe żyły. Tysiącami myśli atakuje umysł. A coraz silniej, mocniej obejmuje mnie. Zaciska. Jestem przerażony. To nastąpi za chwilę. On tu był. Morderca!
[49:51] - Przepraszam, nie rozumiem pana, panie Medium.
[49:54] - Halo? Panie Medium. Co się z panem dzieje? Halo? Słyszy mnie pan?
[50:00] - Pomocy! Pomóżcie mi! Zamordowano mnie! On tu był.
[50:08] - Kto tu był? Medium. Kto? No niech pan mówi. No mów, kto tu był. No kto? Kto?
[50:16] - Alicja. Cholera, co mu jest?
[50:18] - Jestem doktorem psychologii, nie lekarzem.
[50:22] - Nie żyje.
[50:24] - Jak to? Co?
[50:29] - Wygląda mi to na cyjanek. Zarzył cyjanek?
[50:32] - Krzyczał, że go właśnie zamordowano.
[50:35] - Ale kto? Kiedy? Tu nikt nie mógł wejść.
[50:38] - Właśnie. Drzwi były zamknięte na klucz.
[50:41] - Samobójstwo odpada. Nie ma ku temu żadnych racjonalnych podstaw.
[50:45] - Tak, zgadzam się. To jest, znaczy była osobowość narcystyczna. Co tu dużo mówić, facet naprawdę myślał, że jest wybitny i że już wszystko wie.
[50:56] - Więc kto i jak podał mu truciznę? Wygląda na to, że cyjanek był w kieliszku.
[51:07] - Sam też wypiłeś jeden.
[51:09] - Ale mój widocznie nie był zatruty. Ktoś dodał trucizny do kieliszka Medium po naszym wyjściu.
[51:14] - Właśnie. I skoro nikt nie mógł tutaj wejść, to nikt tu nie wszedł, bo nie miał takiej możliwości. Musiałby przejść obok nas. W takim razie on tu był cały czas.
[51:27] - On, czyli morderca.
[51:29] - Ale jak to zrobił? Medium by go zobaczył.
[51:33] - Niekoniecznie.
[51:34] - Morderca był tu cały czas.
[51:36] - A sugerujesz, że ktoś z nas jest mordercą?
[51:39] - Nie czas na żarty, kapitanie. Nie powiedziałam, że ktoś z nas, ale że morderca był tutaj podczas całego eksperymentu.
[51:45] - To ma sens. Chociaż tu nie ma gdzie się schować.
[51:49] - Fakt, nie ma.
[51:51] - Czyli jednak to bez sensu.
[51:53] - Ale ja ci mówię, że morderca tu był i wcale nie musiał się chować.
[51:57] - Jak? Co? A tak. Zaczynam rozumieć.
[52:05] - Dobrze. W takim razie powiedz mi, ile jest manekinów w pokoju?
[52:10] - Trzy.
[52:11] - A ile ich było na początku, kiedy je liczyłam? Pamiętasz?
[52:15] - Cztery. Cholera, cztery. No cztery.
[52:19] - No właśnie, cztery. Patrz, okno jest na wpół przymknięte.
[52:24] - Sierżancie, proszę, by nikt nie opuszczał budynku. Każdego musimy przesłuchać, a pan niech przeszuka budynek po sam dach. Wszyscy przesłuchani mają alibi.
[52:50] - Można powiedzieć, że utknęliśmy. Ale wiem, że coś odkryłeś.
[52:55] - W całej tej historii przewijały się dwa wątki: sprawa seryjnego mordercy kobiet i sprawa zabójstwa Medium. I oba te wątki łączą się. Po pierwsze wiemy, że zabójcą co najmniej jednej kobiety był najprawdopodobniej Medium. Po drugie wiemy, że ten, kto zamordował Medium, przebrał się za manekina i w odpowiednim momencie dodał do kieliszka Medium truciznę. Po trzecie przesłuchaliśmy wszystkich świadków i każdy z nich ma alibi. W toku śledztwa ustaliliśmy, że tylko jedna osoba miała motyw. Jest nią pracownik ośrodka Rafał Przybylski.
[53:31] - Lecz z tego, co mi wiadomo, ma on niepodważalne alibi. Podczas zbrodni przebywał w świetlicy i potwierdza to kilka osób, łącznie z kierownikiem placówki.
[53:42] - Proszę, przejrzyj te zdjęcia, przyjrzyj się twarzom.
[53:49] - Tak, to jest Rafał Przybylski, a ten obok to jego młodszy brat Krzysztof. Obaj byli przesłuchiwani. Rafał zdaje się karykaturą tego młodszego. Dziwna jest ta jego twarz.
[54:02] - Co jeszcze o nich możesz powiedzieć?
[54:04] - Jako psycholog?
[54:05] - Mhm.
[54:10] - O to ci chodzi. Obaj bracia, Rafał i Krzysztof, pomimo że dzieli ich jakieś 10 lat, mają też niemal identyczne charaktery. Są nerwowi, łatwo wpadają w złość, nadużywają alkoholu. Są raczej zadowoleni z siebie. Mogą to być osobowości narcystyczne.
[54:26] - Dowiedziałem się, że ostatnia zamordowana przez medium kobieta była platoniczną miłością starszego z braci, który jest malarzem. Ponoć pozowała mu kiedyś do obrazów.
[54:38] - Czyli zabicie medium wynikało po prostu z zemsty. Mamy motyw, ale Rafał Przybylski ma przecież alibi.
[54:45] - Właśnie z tym alibi miałem największy problem i okazało się, że...
[54:51] - Mów, co wymyśliłeś. Aż mi się trzęsą łydki.
[54:54] - Nic nie wymyśliłem, tylko przeanalizowałem sytuację. Spójrz teraz na to. Na te zdjęcia.
[55:09] - Ale na tych zdjęciach, co to są za zdjęcia? Tu obaj bracia są niemal identyczni. Zdają się być starsi. Bliźniacy? Niemożliwe. To fotomontaż, jakaś karykatura.
[55:25] - Absolutnie nie. Tak, to bliźniacy. To są jednojajowe bliźnięta.
[55:30] - Co ty mówisz? Ale to niemożliwe. Jest przecież między nimi wiele lat różnicy. O charakteryzacji nie ma mowy. Zauważylibyśmy to. Co ty wymyśliłeś? To nie trzyma się kupy. Nabierasz mnie.
[55:44] - Ja nie mówię o żadnej charakteryzacji, bo to by było bez sensu. Powiem ci coś, co może ci wyjaśni, jak to możliwe, że oni jednak są bliźniakami.
[55:53] - Zamieniam się w słuch.
[55:56] - Posłuchaj, co odkryłem. Obaj bracia są całkowicie bezzębni.
[56:02] - I co w związku z tym, kapitanie?
[56:04] - Słuchaj mnie teraz uważnie, Alicjo. Obaj bracia mają, noszą całkowicie ruchome protezy zębowe, górną i dolną. Wystarczy, że jeden z braci wyjmie protezy i od razu staje się starszy. Wygląda starzej wskutek opadnięcia mięśni mimicznych. Rozumiesz? Całkowite bezzębie powoduje, że człowiek wygląda starzej. Mogli się zmieniać rolami do woli.
[56:31] - A to spryciarze. Jeden z braci, ten w naszej ocenie młodszy, wyciągnął z ust protezy i stał się starszym bratem. Zamienili się rolami. Tymczasem starszy z braci w przebraniu manekina dokonał zbrodni. Otruł medium. Młodszy natomiast, by zapewnić sobie i bratu alibi, raz ściągał, raz zakładał protezy. Dzięki temu odgrywał rolę obu braci. Na swój sposób genialne, zuchwałe i nieco absurdalne. Na tych zdjęciach, które mi przed chwilą pokazałeś, obaj bracia nie mają protez zębowych i dlatego wyglądają tak staro, jak karykatury samych siebie. Faktycznie, człowiek bez zębów wygląda jak karykatura samego siebie z zębami.
To ci historia.
[57:15] - Od początku jeden z nich, Rafał, nie nosił protez i udawał starszego brata. Daliśmy się nabrać. Niezłe, co?
[57:24] - Dla mnie rewelacja, ale sam przebieg zabójstwa zuchwały, absurdalny. Chory umysł mordercy wyłączył logiczne myślenie. Chciał widzieć, jak medium kona, umiera na jego oczach. Ludzie to jednak zaskakujący gatunek. Ale świetna to była zabawa, kapitanie.
[57:42] - Nadal jakoś nie potrafię ich polubić.
[57:45] - Wolisz koty?
[57:50] - Nie no, żartuję. To co, wyłączamy się z tego świata? Kończymy grę?
[58:01] - Tak. Wbrew temu, co mówią ludzie, my też musimy odpocząć.
[58:06] - Wiesz, co jeszcze mnie tutaj zaskoczyło? To ich nieustanne mierzenie czasu.
[58:13] - A mnie emocje. Nawet coś poczułam.
[59:18] - A teraz tradycyjna część programu Filmotekarium. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o filmie wielu tytułów. Ja przyzwyczaiłem się do tytułu "Strefa", ale jak się państwo przekonacie, tych tytułów jest więcej. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[59:46] - Dzień dobry wieczór. Witam, witam. A dzisiaj kilka słów o nowym filmie sci-fi klasyfikowanym trochę jako thriller, a trochę jako takie typowe postapo. Jego tytuł to "Elevation" albo "Poziom". I tutaj już bym się mógł na samym początku przyczepić i powiedzieć coś o poziomie tego filmu, ale właśnie się ugryzłem w język i nic nie powiem.
[01:00:12] - Ja znam z kolei tytuł "Strefa".
[01:00:15] - Ano widzisz, tak to jest z tymi tłumaczeniami. Ale dobrze. Mamy tutaj bardzo nietypową sytuację nie tylko z tytułem, ale też z naturą tego filmu, ze stylem. Trudno to określić. Reżyserem tego obrazu jest George Nolfi, znany przede wszystkim jako scenarzysta filmów sensacyjnych i nagle on się bierze za historię, która się dzieje w takim świecie. Pozwolisz Marku jeszcze, że chwilę zajmę anteny. Po inwazji na Ziemię potworów zwanych reaperami, ludzie są zmuszeni przenieść się w góry, ponieważ te stwory nie są w stanie z jakichś przyczyn, i te jakieś przyczyny należy zapamiętać, dotrzeć na wysokość większą niż 8000 stóp. 8000 stóp to jest jakieś 2500 metrów, czyli w Polsce praktycznie wszyscy byliby zjedzeni. To jednak się wiąże z pewnymi problemami dla ludzi natury technicznej, zdrowotnej i tak dalej. Jak wiemy, w górach ziemia jest wyjałowiona.
Poza tym wszystkie osady w dolinach są prawdopodobnie absolutnie unicestwione. W filmie poznajemy Willa, który jest zmuszony wyrwać się z tej swojej spokojnej osady i zejść w dół, poszukując ratunku dla chorego na płuca syna. Zamierza się Will wybrać do miasta Boulder. Oczywiście jeżeli po drodze nie zostanie zeżarty przez reaperów. Marku, to jest tak, że on wyrusza w towarzystwie dwóch koleżanek, które są jak ogień i woda. I oni tak sobie idą, idą, idą, idą trochę jak we "Władcy Pierścieni", tylko nudniej. Okazjonalnie napotykają potwory. I jak w drodze im ten czas mijał?
[01:02:04] - Mijał im różnie, bo tak jak powiedziałeś, dwie panie są mocno ze sobą skłócone. Mówiąc wprost, nienawidzą się serdecznie, całej swojej postawy życiowej nienawidzą, w ogóle nie pałają do siebie sympatią. Tak to podsumujmy. To z jednej strony. Z drugiej strony łączy ich ta wyprawa. Tak jak powiedziałeś, to skojarzenie z "Władcą Pierścieni" jest jakoś takie odpowiednie, bo oni też się snują i snują, tak jak powiedziałeś, nudniej, ale od czasu do czasu, kiedy zejdą poniżej tej umownej granicy, to się zaczyna robić ciekawie, zaczyna się robić dynamicznie. Chciałbym, żeby tak było. Niestety, owszem, coś się zaczyna dziać, ale ta dynamika i to bycie ciekawym to jest jednak z mojej strony przynajmniej chciejstwo. Owszem, rzecz staje się wtedy dynamiczniejsza, bo siłą rzeczy jak się walczy z jakimś potworem albo przed nim ucieka, to jest dynamiczniej, ale nie żeby od ekranu odejść nie można było. Zdarza się kilka takich przypadków.
I tu nie mogę sobie odmówić, żeby pierwszej szpili nie wbić. Otóż jakoś tak się dziwnie składa, że wszystkie miejsca, które są granicą, trudno mówić umowną, realną granicą dla potworów, czyli powyżej tej granicy one już nie atakują, w ogóle nie włażą, jakby nie widziały terenu powyżej tych 8000 stóp. To jakby to powiedzieć? One są wszędzie oznaczone. I o ile ja to rozumiem w pierwszych scenach filmu, kiedy chłopak ten, to dziecko, które choruje, ale z drugiej strony lubi sobie czasem popatrzeć na widoki, że tak to ujmę, ucieka przed potworem i wiemy dokładnie, kiedy stanie się bezpieczne, bo jest to dokładnie wyznaczona granica i on zdążył i potwór go nie zaatakował. To jest okej. Wierzę w to chętnie. W pobliżu jest przecież osada, w której żyje ów malec, w której żyje jego ojciec i inni ludzie. To dobrze jest w takim miejscu wyznaczyć granice. Problem natomiast, dla mnie przynajmniej problem, pojawia się wówczas, kiedy te granice pojawiają się w miejscach, które są opuszczone, bezludne.
Z tego, co się dowiadujemy na początku filmu, owa inwazja przebiegła błyskawicznie. Te potwory to coś, co tam się rozpełzło po ziemi. One dokonały czystki na ludziach błyskawicznie. To jak to się dzieje, że zarówno przy wyciągu krzesełkowym, który odgrywa tam w pewnych scenach bardzo ważną rolę, ale i w innych miejscach zawsze jest dobrze wyznaczona granica pomiędzy strefą bezpieczną i strefą niebezpieczną. Ja wiem, dlaczego ona jest wyznaczona, bo widz musi widzieć, gdzie jest bezpiecznie, a gdzie nie. A jakby tej granicy nie było, to by nie wiedział i film byłby mniej widowiskowy. Przyjmuję to wyjaśnienie, którego sobie udzieliłem sam, ale to wyjaśnienie nie bardzo trzyma się realiów. Nie sądzę po prostu, żeby każde miejsce na świecie powyżej 8000 stóp było odznaczone, że tu już jest więcej i w związku z tym czujcie się bezpieczni. Dla mnie to taki spory minus w filmie, takie chciejstwo typu: ponieważ musimy wam wyłożyć kawę na ławę, to ją tam tak wyłożymy, żebyście już żadnych wątpliwości nie mieli. Słabo kupuję takie rozwiązania.
[01:06:25] - "Elevation" to jest film, który jest mocno inspirowany, ba, czerpie garściami z koncepcji serii "Quiet Place", czyli coś przybywa na Ziemię, po czym dziesiątkuje ludzi, wywraca cywilizację do góry nogami. Mamy też wrażenie, że tam nastąpiły lekkie inspiracje serialem "From", bo ludzie sobie żyją w takich komunach, które próbują przetrwać. Tylko że tam wszystko jest. To też jest dziwne, że oni jakoś się tam dobrze czują. Problem w tym, że o ile "Quiet Place" nam trochę wyjaśnia z biegiem czasu, czym są te istoty, które dokonują hekatomby, to tutaj jest to, chciałoby się powiedzieć, owiane mgłą tajemnicy, ale równie dobrze może być przemilczane. Otrzymujemy pewne wskazówki, co się stało, że jakieś stwory dokonały inwazji, ale one sobie ogólnie żyją w ziemi i na pewną wysokość nie są w stanie się przedostać. Tutaj jest minusik, o którym Marek wspomniał, bo w sumie nie wiem, może nieuważnie oglądałem, może się zagapiłem na te widoki, które w filmie są, ale co powstrzymuje to monstrum przed dostaniem się na wysokość 2500 metrów nad poziomem morza? Czy są to jakieś ograniczenia naturalne? Problem z adaptacją do środowiska, do ciśnienia na przykład atmosferycznego? Za bardzo nie wiemy i nie liczcie, że się od razu domyślicie, bo pod koniec i chyba można to zdradzić, okazuje się, że te istoty to nie są tak do końca stworzenia.
To są organizmy dekosyntetyczne, ale tych luk w scenariuszu, w których wyszukiwaniu Marek się lubuje, mamy tam trochę więcej. Wiesz co? Dochodzę do takiego wniosku. Ja się tak trochę napaliłem na to "Elevation". Niby fajny film to może być. Dawno nie było dobrego science fiction, przynajmniej ze 20 lat. To może tu będzie coś fajnego. I odpalam i znowu rozczarowanie. Filmy typu albo podgatunku post-apo to jest na tyle rozwinięta gałąź, że naprawdę po kilku dekadach twórcy powinni wreszcie doceniać intelekt widza, zacząć skupiać się na odpowiadaniu na niektóre pytania, które się rodzą w sposób naturalny. Bo jednym z największych problemów dla mnie jest to, że kiedy oglądam filmy typu post-apo, to często się tam pojawiają na przykład takie skupiska ludzi, którzy przeżyli inwazję obcych na przykład.
Tak samo jest w serialu "From" zresztą. I oni sobie funkcjonują w tych społecznościach jakoś, jakoś sobie są w stanie poradzić. Ale Marku, tam nigdy nam nikt nie pokazuje, jak oni sobie to życie organizują, skąd biorą żarcie, skąd biorą papier toaletowy na przykład i tak dalej. Dla mnie pod tym względem film "Elevation" jest po prostu odcięciem kolejnego kuponu w sposób taki bardzo już bezsensowny nawet. Nie chcę oglądać po prostu po raz kolejny tego samego. Ja miałem wrażenie, że ja już to wszystko widziałem. Tutaj jeszcze pozostaje kwestia tego, dlaczego ten film się nieco wyróżnia na tle innych, ale o tym może za chwilkę, bo tutaj mówiliśmy o tych lukach w scenariuszu. Ich jest trochę więcej tak naprawdę, bo wiesz, może to jest jakaś gra niedopowiedzeń, może jesteśmy za głupi, żeby tutaj niknąć zamysły Nolfiego i scenarzysty, bo Nolfi głównie był scenarzystą. Tutaj się wziął za reżyserię. Tak naprawdę scenarzystą jest autor strasznych gniotów horrorowych.
Niestety nie pamiętam nazwiska, ale kiedy sobie przeglądałem listę jego dzieł, to były jedne z gorszych horrorów, jakie widziałem. Toteż teraz nie jestem szczególnie zdziwiony.
[01:10:39] - Tak, to prawda. Powiem, że nawet te bardzo dynamiczne części filmu, kiedy bohaterowie udają się do miasteczka, wcześniej jeszcze jest oczywiście dynamiczna seria scen, które mają miejsce w kopalni, dramatycznych zresztą scen. Bo wiecie państwo, kopalnia ma wejście powyżej 8000 stóp, wyjście też, to rodzaj skrótu, też powyżej 8000, ale korytarze, które prowadzą, chwilami schodzą poniżej 8000. I co teraz? Trochę się obawiają i słusznie się obawiają, bo w tychże kopalnianych korytarzach dzieją się rzeczy straszne. Ale zostawmy kopalnię. Kiedy główni bohaterowie udają się do miasteczka, które zdecydowanie leży poniżej 8000 stóp, to w tym miasteczku owszem, znajdują szpital, znajdują to, czego szukają, czyli te środki, które są niezbędne, aby podtrzymać syna głównego bohatera przy życiu i to w takim w miarę dobrym życiu. Tak, to znajdują, ale znajdują coś jeszcze. Jedna z bohaterek wpada na pomysł. To jest taka jej idea, żeby znaleźć środek, który owe bestie będzie eliminował.
I ona robi to, kiedy jest w tej wiosce, z której wyruszają. Bez przerwy pije wódę i strzela, wypróbowując różne środki, które mogłyby być przydatne do zabijania tychże potworów, bo od razu dodam, że zwykłe kule się tych potworów nie imają. One mają to w trąbie że się do nich strzela. Więc ta bohaterka szuka czegoś, co jak strzeli, to załatwi na amen. Nie znajdowała, nie znajdowała i w tym szpitalu dochodzi do wniosku, wpada na pomysł. No i robi się dramatycznie. Zaraz zacznę państwu ten film opowiadać, więc się szybko wycofuję. I oczywiście jest finałowa scena, kiedy główny bohater już musi zginąć, ale nie ginie, bo zostaje wybawiony. Od razu zdradzę, że się pojawia coś takiego, co te potwory załatwia. Bohaterka to wymyśla i w ostatniej chwili zjawia się, żeby uratować.
Już tak opowiedziałem państwu film, ale opowiedziałem go z pewnym zamysłem. Miałem wrażenie, że to jest robione tak na siłę, tak naiwnie, tak schematycznie. To jest chyba najbardziej delikatne słowo, które przychodzi mi do głowy. Tak schematycznie, że bardziej się już nie da. A później następuje koniec, który jest po prostu, dla mnie to było studium nie tyle nonsensu, bo to logicznie wypływało z treści filmu, ale jednak takiego traktowania widza jak do rozwoju. Ja się przynajmniej tak poczułem. Może słusznie.
[01:14:01] - Wiesz, w Ameryce to ujdzie, ale tutaj wspomniałeś, że jedna z bohaterek idzie i chleje, a i Polak się od razu zastanowi, skąd ma zacier, skąd ma surowce. Przecież oni tam mieszkają na szczycie góry, to muszą skądś mieć. To z czego robią? I ten film jest pełen właśnie takich wątków. Na tych wysokościach problemem jest nie tylko jedzenie, zacier, ale też opał oczywiście, który trzeba dostarczać, a oni sobie tam żyją jakoś tak w miarę okej. W sumie nic nie robią oprócz tego, że sobie łażą w kółko. Zresztą tak jak w serialu "From" trochę. To jest takie rozwiązanie magiczne pojawiające się w wielu tego typu filmach. Twórca i widz amerykański powie: "No jest jak jest, po co drążyć temat? To jest takie przedstawienie świata i tyle.
A może tam pod spodem działa cała machina przemysłowa i odczepcie się". Ogólnie bym zapomniał, ale mamy jeszcze jeden film z tego roku, który opierał się na bardzo podobnej koncepcji inwazji potworów, kosmitów. W tamtym wypadku były to stworzenia przypominające takie ludowe klekotki jakieś, takie turonie nawet, coś takiego. Chodzi mi o film "Arcadian" z Nicolasem Cage'em, z którego zapamiętałem właśnie takie absurdalnie wyglądające, kłapiące paszczami stwory. "Elevation" z wyglądem tych stworów też za dobrze nie jest. Potwory są, cóż, jakby to rzec, mało angażujące ośrodek strachu w mózgu. Człowiek zaczyna się zastanawiać: okej, ale jak chcecie przestraszyć człowieka albo chcecie zrobić wrażenie, to się trochę postarajcie, panowie i panie. To już pomińmy. Zrównaliśmy "Elevation" z ziemią, nomen omen, ale padło wiele słów krytyki. Film jest ogólnie powtarzalny, przewidywalny.
Bohaterowie to taka grupka ludzi, którzy mało nas znowu obchodzą. Są tacy płytcy, małostkowi. W sumie miałem w nosie, co się z nimi stanie i tak dalej. Natomiast jest dziwna rzecz. Powiem ci, że to mnie strasznie zaskoczyło, bo w "Elevation" mamy obsadę, która nie jest wzięta z ulicy. Tam jest Anthony Mackie. To nie jest może pierwszoplanowy gwiazdor Hollywoodu, ale facet znany z filmów Marvela. Wnosi on pewną jakość do tego filmu i na tym się niestety kończy. Pozostałe odtwórczynie, bo mamy tam w sumie grupę żeńskich postaci drugoplanowych, to też nie są byle jakie aktorki. I to mnie dziwi.
Ktoś zapłacił ogromną sumę za to, żeby zaangażować aktorów niepoślednich. Ktoś stworzył scenografię i w sumie po co? Po co? Ostatecznie dochodzę do wniosku, że to jest albo pranie pieniędzy, albo głupota, bo tworzenie filmów, które mają na samym starcie zmarnowany potencjał, nie może być inaczej nazwane. Bo zobacz Marku, "Elevation" to jest porwanie się z motyką na słońce i to słońce, które już kiedyś wyszło w postaci serii "Quiet Place" na przykład. Nawet to, że wprowadzono motyw, iż ludzi ścigają potwory stworzone z pomocą obcej inteligencji, nie zmienia faktu, że to nadal jest kopia, że to nadal jest inspiracja głęboka, że to jest jakiś offshot i że zauważy to każdy, kto oglądał wspomnianą serię, która ma przecież chyba trzy odsłony. Nie pamiętam, może więcej. Taki film na starcie jak "Elevation" będzie od razu zaszufladkowany jako coś wtórnego. To po co wydawać pieniądze na coś, co się nie mogło udać? To tak, jakby drugi raz nakręcić "Model na sukces" albo "Rebel Moon".
Takich przypadków w świecie sci-fi mamy mnóstwo. Może nie mnóstwo, mamy więcej i chyba po raz kolejny i to jest moje chyba ostatnie zdanie na temat tego filmu, najważniejszy jest pomysł, nie kasa. Bo nawet jeżeli ten pomysł czerpie inspirację z wcześniejszych dzieł i zachowuje swój styl, zachowuje poziom, to jest okej. Ale w przypadku "Elevation" mamy otwarte kopiowanie. I to nie jest chyba Marku tak, że ten film jest tak absurdalnie zły, jak wiele innych filmów sci-fi, które żeśmy tutaj omawiali. Chodzi mi oczywiście o te nowe produkcje, bo to się oglądać da. Tylko jeżeli jesteś takim wyżeraczem, jeżeli trochę już widziałeś, to tak naprawdę nie zaskoczy cię już nic w tym świecie, który się dzieje na wysokości ponad ośmiu tysięcy stóp.
[01:19:12] - Chciałem zakończyć jakoś absurdalnie, bo w sumie absurdalny scenariusz na takie właśnie zakończenie zasługuje. I wymyśliłem coś takiego. Co prawda otrzemy się niebezpiecznie o pieczątkę z napisem "PatoYouTube", ale powiem. Otóż główna bohaterka, o której już powiedziałem wcześniej, owszem, dzieli czas pomiędzy chlanie i wynajdywanie sposobu zabicia bestii. To już mówiłem, ale jest też koneserką przy tym całym chlaniu, bo kiedy schodzą gdzieś tam w doliny i trafiają na miejsce, w którym nocują, to jest miejsce pod dachem, opuszczone oczywiście, to natykają się na butelkę dobrej whisky i nasza pani potrafi to docenić. Potrafi nawet rozpoznać, że to jest dobra whisky, bo to jest single malt i naprawdę normalnie, proszę państwa, chleją tak, jak się zwykle chleje. Wiecie państwo, koneserka. Po prostu koneserka. Tak jak Piotr powiedział, co ona musiała chlać w tej wioseczce, w której żyli. Na pewno jakiś zacier pracował i to było coś bardzo świeżego i prostego.
Ale kiedy trafiła na całkiem wyrafinowany alkohol, to nagle potrafiła go docenić. Czy to jest dobre podsumowanie? Nie, to nie jest dobre podsumowanie. Ono jest tak samo złe, jak zły jest ten film.
[01:20:59] - Tak, to chyba najlepiej pokazuje, że czepiając się szczegółów, detali tak naprawdę pokazujemy słabość tego filmu. Że my widzimy nie jego wartość jako historię, jako opowieść, tylko właśnie elementy, które się rzucają w oczy. A dlaczego? Dlatego, że całą historię już żeśmy na podstawie innych filmów przerabiali.
[01:21:26] - Czasami, wiecie państwo, już to kiedyś mówiłem, kombinuję, jak państwa zaskoczyć. Bo umówmy się, w Bibliotekarium 2.0 ciężko jest to zrobić, bo w końcu różne programy następują po sobie i trudno tu proch wymyśleć. Ale mnie się udało dzisiaj. Taką mam przynajmniej nadzieję. Jeszcze chyba takiego przypadku nie było. Było Filmotekarium i zawsze pomiędzy Filmotekarium a kolejną audycją z Piotrem Cielebiasiem pojawia się jakiś przerywnik. Dzisiaj przerywnika nie będzie. Zapraszam na Sentymentalnik, a dzisiaj ten Sentymentalnik będzie naprawdę sentymentalny, bo sięgniemy, proszę państwa, czasów, kiedy nawet mnie jeszcze nie było na świecie. To się wydaje niemożliwe, ale naprawdę telewizja istniała nawet wtedy. Dzień dobry wieczór Piotrze.
Zaczynamy Sentymentalnik.
[01:22:30] - Tak, zaczynamy. A dzisiaj taki odcinek dość nietypowy, bo zbiorczy. Pozwolisz, że zacznę od takiej złotej myśli, że dzisiaj młode pokolenie nie wie i pewnie się nie dowie, bo nas nie słucha, bo słuchają nas pewnie tylko starsi, sądząc po komentarzach. Jeżeli nie, to niech się odezwą ci młodsi. Ale były takie czasy, kiedy telewizja bawiła ucząc i uczyła bawiąc. Nie zawsze tak było, ale często tak bywało. To było dawno. Zresztą jeszcze kilka lat temu, w dobie zawirowań politycznych wokół TVP, słyszeliśmy o jej misyjnej roli. Ta misyjność tkwiła gdzieś korzeniami w ubiegłym wieku, ba, w ubiegłym minionym ustroju, kiedy telewizja jako medium o ogromnej sile oddziaływania nie tylko dyktowała trendy, ale też starała się właśnie uczyć. Swego czasu istniała przecież nawet telewizja edukacyjna.
O niej kiedyś powiemy również, bo to młodym ludziom może się wydawać wręcz abstrakcyjne i bardzo egzotyczne. Ale telewizji nie chodziło tylko o wbijanie wiedzy do głowy. Chodziło o kreowanie pewnych zachowań, także obywatelskich, a także wiedzy czysto praktycznej. Dzisiaj opowiemy o trzech postaciach, trzech programach, trzech cyklach, które muszę powiedzieć pamiętam słabo, a niekiedy wcale, ale mam nadzieję, że Marek, niczym jeden z patriarchów biblijnych, otworzy nam morze czarno-białe i przeprowadzi nas po dnie dawnej telewizji. Marku, jedna z osób, o której dzisiaj powiemy, zyskała ogromną popularność, popularność międzypokoleniową. O drugiej postaci pamięta sporo osób. Poniekąd z racji chwytliwego tytułu programu. Natomiast ta trzecia grupa, o której dzisiaj powiemy, pozostaje zapomniana, ale też było to coś, co odcisnęło piętno na
[01:24:32] - ... historii polskiej telewizji, ale też popkultury. Ogólnie też mam taką uwagę, która łączy jakoś te wszystkie sfery, o których dzisiaj powiemy, bo ślady tych wszystkich programów zapisały się w języku potocznym. Hasła takie jak: „Zrób to sam”, „Piłkarska kadra czeka” czy „Niewidzialna ręka” może nie są znane najmłodszym, ale mówią coś pokoleniom tym, które oczywiście dorastały i wychowały się w PRL-u, ale tym młodszym również dlatego, że one słyszały te powiedzonka, hasełka z ust swoich rodziców. Także to tytułem mojego wstępu. Chyba naprowadziłem naszych słuchaczy na trop. To może zacznijmy od Adama Słodowego i jego kultowego programu „Zrób to sam”. On nie bez powodu był programem kultowym. Zaczął się w 1959 roku. Tych czasów nie pamiętam.
Na szczęście, bo bym był jeszcze starszy od węgla. Ale ja już pod koniec lat 60. byłem widzem programu „Zrób to sam”. Trochę śmiesznym, ale też pewno typowym widzem tego programu. O tym za chwilę. Adam Słodowy w tym programie, zastanawiam się, czy on nauczał. On pokazywał, jak z takich pozornie niepotrzebnych przedmiotów, które w każdym domu się po prostu walały, czy to na strychu, czy w piwnicy, czy w ogóle gdzieś tam się walały, można skonstruować, zbudować ciekawe czasami zabawki, czasami przedmioty codziennego użytku. I to było wszystko bardzo proste. Tak, było proste na ekranie, kiedy to robił Adam Słodowy, to było bajecznie proste, ale kiedy zaczynało się to robić samemu, to problem gonił problem. Te problemy się piętrzyły i w rezultacie kilka prób, które podjąłem, żeby coś tam skonstruować według przepisu, który zobaczyłem w telewizji w wykonaniu Adama Słodowego, to mi się nigdy nie udało.
Absolutnie nigdy. Ten program był arcyciekawy wizualnie, bo Adam Słodowy był świetnie przygotowany, miał taką charakterystyczną strzałkę, co w telewizji czarno-białej było niezwykle ważne, bo umówmy się, telewizory w 1959 i na początku lat 60. ten kontrast i w ogóle ten obraz i sam ekran był nieduży, ale to wszystko było tak trochę na słowo honoru. I ta strzałka była ważna, bo tą strzałką Adam Słodowy wskazywał poszczególne elementy i ona miała z dzisiejszego punktu widzenia prosty myk. Z jednej strony była jasna, być może biała, z drugiej była ciemna, być może czarna i zawsze się odbijała kontrastem. Adam Słodowy wiedział, kiedy należy odwrócić ową strzałkę, strzałkę wskaźnikową, wskaźnik. Dzięki temu to wszystko hulało. Cóż, pamiętam, że moją fascynację w latach 70. wzbudziły odcinki, w których Adam Słodowy budował gokarta. Poziom skomplikowania tego przedsięwzięcia był tak duży, że ja czułem się zmęczony oglądając, a co dopiero gdybym miał to wykonywać.
Nie jestem pewien, czy ktokolwiek w Polsce takiego gokarta wykonał, ale oglądało się to znakomicie. Powiem tylko, że Adam Słodowy i jego program miał różne etapy w swoim życiu telewizyjnym, bo na początku był to program, który, tu cudzysłów, chodził samopas, czyli był osobnym programem. To się zresztą zdarzało kilka razy w tak zwanym międzyczasie, bo ten program został w pewnym momencie przypisany do ekranu z bratkiem, o którym dzisiaj jeszcze powiemy. Funkcjonował również w „Teleranku”, ale tak jak powiedziałem, w międzyczasie hulał też po ekranie jako osobny program z osobną czołówką. Zresztą świetnie zrobioną, ze świetną melodią. A o tym, jak to był popularny program i tak nie pozbędę się przekonania, że większość ludzi oglądała tę maestrię wykonania, w której to Adam Słodowy ze starej sklejki, z jakiegoś wkładu do długopisu, z puszki po kawie Marago czy jakiejś innej, ze szprychy albo z wentyla. O, przepraszam, nie z wentyla. Ja zawsze byłem przekonany, że to coś, co jest w rowerze, to jest wentyl. Otóż był to, właśnie jak to było, element z zaworu dętki rowerowej. Jakoś tak to ujmował Adam Słodowy.
No cóż, to wszystko budziło fascynację do tego stopnia, że w pewnym momencie, w latach 70. ukazała się na rynku książka „Zrób to sam”. Tam wszystkie przepisy na różnego rodzaju cuda wykonywane przez Adama Słodowego były spisane, pokazane krok po kroku. No cóż, nawet przejrzałem i fragmentami przeczytałem tę książkę, ale jedyne co mi się udało wykonać to takiego pieska z papieru. Był taki serial, w każdym razie gdzieś z południa socjalistycznych demoludów. Nie wiem, czy to była Rumunia, być może Rumunia, być może jakiś inny kraj. Taki papierowy piesek występował i tam był przepis, jak owego pieska wykonać i dosłownie dziesiątki innych przepisów na różne cuda. Nigdy nic mi się nie udało. Ja widocznie jestem człowiekiem z antytalentem do majsterkowania. Mam jednak przekonanie, że ludzie nieco hojniej obdarzeni zmysłem konstrukcyjnym mogli dzięki programom Adama Słodowego uczyć się czy uczać się do tego, żeby te swoje pasje w późniejszym życiu rozwijać, czy to na poziomie niższym, średnim czy wyższym.
To akurat nie ma znaczenia. Ten program z jednej strony był programem edukacyjnym, z drugiej, tak jak już to podkreślałem, rozrywkowym, bo to się oglądało z zapartym tchem, jak na przykład z dwóch puszek po kawie Marago nasz dzielny konstruktor wykonywał minipralkę, pralkę zabawkę. Używał silniczka elektrycznego, baterii i malował to. I to była autentyczna pralka. Wyglądało to super. Tych wszystkich wynalazków była cała masa. I wierzcie mi państwo, że nie przesadzam, kiedy mówię o rozrywkowości tego programu. To była jakaś taka umiejętność ówczesnej telewizji łączenia rozrywki z praktyką. I to właśnie nawet na tym poziomie młodzieżowym. Pewno jeszcze dzisiaj o tym powiemy, bo to była do pewnego stopnia fascynująca umiejętność.
Umiejętność, którą z jednej strony, tak jak powiedziałem, zawdzięczamy talentowi Adama Słodowego, ale była jeszcze jedna postać, o której powiem później. Na razie zamilknę.
[01:32:35] - Ja tutaj chciałem ci przerwać i wtrącić coś o tych gokartach. Sądząc po ilości tak zwanych samów bądź papajów, które jeżdżą po polskiej wsi, to ja myślę, że tutaj nie tacy konstruktorzy są i że taki gokart niejeden już w tamtych czasach powstał. Ale ja bym tutaj dodał kilka słów o Adamie Słodowym, bo jak powiedziałem, on został trochę przypomniany w naszych czasach w dość takich, nie wiem, jak to powiedzieć, niemiłych okolicznościach, bo szczerze mówiąc został po prostu uśmiercony przez telewizję. Potem okazało się, że to nieprawda. Wkrótce potem niestety zmarł, ale chociaż jego się kojarzy jako osobowość telewizyjną, to jest to postać o znacznie szerszym spektrum działania, że tak powiem, szerszych zainteresowaniach. Po pierwsze oficer LWP, po drugie też wynalazca i konstruktor, konstruktor w zakresie urządzeń. Nie wiem, jak to określić, dlatego że często czytamy o tym, że on konstruował urządzenia dla telewizji na przykład, czy nie wiem, czy dla teatru też. Był też scenarzystą. Scenarzystą, oczywiście też pisarzem, ale przede wszystkim jako autor programu i prowadzący program „Zrób to sam” zdobył największą popularność. Nie wiem, czy był inny program, który się ukazywał przez tak długi czas.
Zaczęło się wszystko od budowy karmnika, a skończyło właśnie na ogromnej popularności. Adam Słodowy był takim trochę MacGyverem PRL-u. Pokazywał, jak zrobić coś z niczego, aczkolwiek tu były dwie szkoły. Zresztą ja to słyszałem od wielu osób, oglądając ten program we fragmentach. Nie oglądałem, przyznam się tutaj, oczywiście całości. Przejrzałem sobie parę odcinków i widzę tutaj taką dychotomię pewną, bo o ile to było niekiedy bardzo ciekawe, to były też pewne minusy. Minusem było to, że on miał świetnie wyposażony warsztat. To była pierwsza rzecz. Po drugie zawsze miał dziwnie pod ręką rzeczy, które były mu potrzebne, czyli miał pod ręką półprodukty. Większość ludzi chyba nie miała niektórych z nich.
Także to też był chyba problem duży. Kolejna sprawa. Z dzisiejszej perspektywy powiedziano by, że „Zrób to sam” to był program, który uczył, jak radzić sobie w okresie powszechnych niedoborów, ale przede wszystkim uczył zdolności technicznych, manualnych, praktycznych i angażował kreatywność. Ale jak mówiłem, były też sprzeczne opinie, były też nawet żarty i tak dalej. Ale ja się tak zastanawiam, co by powiedzieli na powrót takiego programu ludzie, którzy dzisiaj tak sarkają, mówią, że młodzież współczesna nic nie potrafi i w ten komputer patrzy. Jaki komputer, Piotrze? W komórkę patrzy i nic więcej. Ja myślę, że taki Adam Słodowy dzisiaj by się nie do końca sprawdził. Dlatego, że ta telewizja z tamtego okresu jest mocno passe. O tym jeszcze za chwilę powiemy, ale rzeczywiście często, ja nawet widziałem w tym tygodniu, nagrywamy to pod koniec listopada 2024, widziałem taki odcinek popularnej serii internetowej i jego tytuł brzmiał mniej więcej w ten sposób: „Nie wiedzą, co to kombinerki”.
Odnosił się oczywiście do współczesnej młodzieży. I ci starzy sarkają tak: „Nie ma w szkole ZPT, nikt do zawodówek nie uczęszcza, nikt nic nie potrafi zrobić. Polska wygląda jak kraj z dyktury”. Coś w tym jest. Ja myślę, że czegoś takiego bardzo jednak brakuje. Internet tego Słodowego nie zastąpi w żaden sposób, chociaż mamy tam multum ludzi, którzy pokazują, jak niektóre rzeczy się praktycznie robi. I powiem ci, Marku, że kiedy się ogląda te programy na temat na przykład, rzucę pierwszy z brzegu, na temat ludzi, którzy chociażby coś restaurują czy odnawiają, że tak powiem, na temat ludzi, którzy coś odnawiają, na przykład meble i tak dalej, to oni też trochę działają jak Słodowy. Zawsze jest ta magia ekranu, prawda? Czyli nic nie zastąpi pewnej smykałki, którą trzeba mieć i której nawet najbardziej skomplikowany opis najlepszego nauczyciela nie zastąpi. Słodowego też wyróżniała ogromna elegancja, dykcja, język.
I mam takie pytanie do ciebie: jak go postrzegali wtedy ludzie? Jak ten program był odbierany? Bo rzeczywiście, tak jak powiedziałeś, jak ktoś próbował czasami niektóre rzeczy skopiować czy podążać jego drogą, to wychodziło to bardzo różnie. Czy on rzeczywiście był takim programem kultowym? Czy nie przesadza się trochę mówiąc, że to było takie remedium na czasy niedoboru? Innymi słowy, czy to wszystko, co on pokazywał, pomińmy tego gokarta, było wykonalne?
[01:37:34] - Wydaje mi się, że w przeciwieństwie do dzisiejszych poradników internetowych, w których sprzedaje się czasami bzdury, po prostu, nawet są następne kanały, które weryfikują te bzdury i na przykład wyjaśniają, że czegoś się zrobić nie da, to myślę, że w przypadku Adama Słodowego i jego programów to by się chyba nie udało udowodnić mu, że się nie da wykonać. Raczej to były rzeczy wykonalne, tylko trzeba było mieć tę przysłowiową złotą rączkę, bo najlepszym dowodem jest to, że wydał książkę, o której wspomniałem. Tam już było czarno na białym, tam już były rysunki, tam już były takie ściągi bardzo konkretne i to się dało. Myślę, że się dało wykonać, tylko trzeba było, tak jak powiedziałem, mieć odrobinę tej iskry bożej w sobie, tej smykałki. Ja jej nie miałem. Bardziej mnie interesowały efekty. I powiem ci, Piotrze, że był Adam Słodowy osobowością, to już oczywiste, ale był też przedmiotem, to źle brzmi, przedmiotem, jego program był przedmiotem takiego małego, bo małego, ale kultu. Ja pamiętam, jak się w szkole rozmawiało o tym, co Słodowy w nowym programie wykombinował. Raczej nikt z moich kolegów nie skonstruował czegoś takiego z tego programu. Niemniej jednak budziło to emocje, budziło to wręcz wyobraźnię.
Co więcej, do dzisiaj pamiętam, nie weryfikowałem tego, bo nie bardzo mam możliwość, ale te opowieści o tym, że Adam Słodowy skonstruował teleprompter, to może nie był teleprompter, raczej jego pierwowzór mechaniczny. Zrobił to ponoć dla Gierka. Składało się to ponoć ze wstęgi papieru, na której było wydrukowane czy jakoś naniesione przemówienie i osoba stała tak, żeby jej kamera nie uchwyciła i kręciła korbką, a Gierkowi, czy też innemu dygnitarzowi, rozwijało się przemówienie i mógł, patrząc w kamerę, recytować ową mowę. Czy to jest prawdziwa opowieść? Powiedziałem, nie wiem, ale znając różne dokonania Adama Słodowego, jest prawdopodobna. Z całą pewnością jest prawdopodobna i myślę, odpowiadając wprost na pytanie twoje, Piotrze, że te rzeczy, które on konstruował, były wykonalne, były do zrobienia. On rzeczywiście posługiwał się takim mykiem, którego nie lubiłem. Otóż przystępował do konstruowania, powiedzmy, tej pralki z puszek, ale miał przygotowane półprodukty, to znaczy poszczególne etapy wykonania prac i brał, powiedzmy: tu mam przygotowaną, powiedzmy, sklejone te dwie puszki albo jakoś tam przymocowane i tu już mamy kształt naszej pralki. Teraz zdzieramy farbę, teraz nakładamy farbę. Tu już mam przygotowaną właśnie taką wersję z naniesioną farbą.
To się często zdarzało, ale to nie odbierało autentyczności, raczej dynamizowało program, sprawiało, że nie było tam dłużyzn. I cóż, a na końcu, jak była demonstracja danego wynalazku, zostanę przy tej pralce i tam naprawdę można było wlać wodę i naprawdę ta pralka à la Frania to była tego rodzaju pralka. Ona naprawdę działała. To wielki szacun. I takich wynalazków, które widziałem w działaniu na ekranie było bardzo dużo. Każdy odcinek kończył się demonstracją. Do dzisiaj pamiętam też takie pytanie, bo do programu przychodziły również listy i pytanie jednego z widzów, który marzył o tym, żeby skonstruować aparat latający. Wtedy było chyba pytanie o śmigłowiec, czy da się skonstruować? Adam Słodowy odpowiedział, że nie. Wtedy silniczki elektryczne, które można było kupić w takim sklepie, który się nazywał Składnica Harcerska.
To były normalne sklepy, teoretycznie dla harcerzy, ale one rzeczywiście gromadziły takie przedmioty jak na przykład kompasy, ale silniczki elektryczne, jakieś inne gadżety, z których Adam Słodowy korzystał. Można tam było kupić silniczki elektryczne. Z tym, że te silniczki elektryczne wówczas były ciężkie, bo były takimi klasycznymi silniczkami. Adam Słodowy odpowiedział, że nie, że aparatu latającego nie da się skonstruować. Minęło trochę lat i dzisiaj drony to jest nasza rzeczywistość, to jest powszedniość. Właściwie kilkulatkowie takie zabawkowe drony eksploatują, bawią się nimi. Tak się czasy, proszę państwa, zmieniły. Tak bardzo. To, co wtedy było niewykonalne, o czym Adam Słodowy uczciwie powiedział, stało się dzisiaj naszą powszedniością. Ale ty, Piotrze, masz inny program, z zupełnie innego czasu.
Ja go pamiętam, chociaż nie byłem jego fanem. To był program, który pojawił się w latach 80. XX wieku.
[01:43:25] - Tak, to nie jest program, który pamiętam, tylko to jest program, który okazjonalnie, może nie który okazjonalnie przypominany, tylko którego pokłosie wciąż trwa i ciągle się o tym mówi. Albo ta idea jest cały czas żywa, dlatego, że wyjdźmy od tego, że jeżeli ktoś śledzi wyczyny polskiej kadry w piłce nożnej, to często sobie zadaje takie proste pytanie: jest 40 milionów ludzi i jak to jest, że nie można znaleźć jedenastki albo tych 20, którzy dobrze grają? Czyli PZPN, Bońki, Kulesze i ci wszyscy inni szukają odpowiedzi na te pytania i nie umieją sobie z tym poradzić i nie robią nic poza komentowaniem i gadaniem i wnerwianiem kibiców. Ale taki sam problem na początku lat 80., nie na początku, około roku 1984 miał Adam Gocel, dziennikarz redakcji rolnej, co ciekawe i weterynarz. On chyba wyszedł z takiego założenia, że skoro wiesz, że w Brazylii największe talenty piłkarskie kryją się w fawelach, to pewnie w Polsce jest analogicznie i te największe talenty futbolowe można znaleźć na prowincji, może gdzieś tam na boiskach, we wsiach PGR-owskich i tak dalej. I tak powstał w bardzo dużym skrócie projekt pod tytułem „Piłkarska Kadra Czeka”. Ale nie była to tylko i wyłącznie telewizyjna seria popularyzująca grę w piłkę i pokazująca, jak się to robi, dlatego, że włączyli się w to działacze, sędziowie, piłkarze. Były turnieje, były nagrody i była telewizja przede wszystkim. W kolejnych edycjach tego turnieju, bo to chyba tak trzeba nazywać, brało udział nawet do kilkudziesięciu tysięcy chłopców. Był tam też taki ktoś jak poszukiwacz futbolowych talentów, Stanisław Tymowicz.
To wszystko się cieszyło sporą popularnością. Tylko że ja mam na przykład, Marku, taki problem, że nie wiem, czy „Piłkarska Kadra Czeka” miała jakiś realny wpływ na polską piłkę. Jeżeli miała, to niech mnie ktoś poprawi. Wiem, że tam się pojawiło parę nazwisk, które do dzisiaj się wymienia, także w kategoriach trenerskich. Niemniej jednak to było coś, co też zafunkcjonowało w języku. I ta idea tego programu pojawiała się też później, oczywiście w takich oddolnych inicjatywach futbolowych, ale Adam Gocel był równie ciekawą postacią jak Adam Słodowy. Dlatego że to był trener piłkarski również, ale raczej tak półamatorsko. Przede wszystkim lekarz weterynarii, reporter, współpracownik marokańskiego rządu, prezenter, ale i bioenergoterapeuta. Pod koniec życia dał się właśnie poznać od tej strony jako healer. Wydał książkę, ba!
Odwiedził nawet księgarnię Nieznanego Świata. Ale Marku, kiedyś, dawno temu żeśmy rozmawiali o Adamie Gocelu, bo nam gdzieś przyszedł na myśl. On już niestety nie żyje. I ty go zapamiętałeś jako człowieka, przynajmniej w pewnym okresie, uwydatniającego, prezentującego raczej takie tematy, nie wiem, jak to powiedzieć, agrarne. Dopiero potem stał się człowiekiem kojarzonym z tym jakże chwytliwym hasłem „Piłkarska Kadra Czeka”.
[01:46:46] - Trochę się śmiałem, jak się tak troszeczkę wiłeś, jak to ująć. To ja ujmę to tak, jak zwykłem to ujmować. Niestety ja zapamiętałem tego prezentera z przeraźliwie nudnych pogadanek o rolnictwie, które mnie jako dzieciaka kompletnie nie interesowały. Redakcja rolna mnie kompletnie nie interesowała, a Gocel miał takie wstawki, a to w dzienniku telewizyjnym jakieś takie mikro reportaże, a to jakieś pogadanki o tym rolnictwie. Nie muszę państwu wyjaśniać, że nastolatka czy kilkulatka wcześniej kompletnie nie interesowało. Kompletnie. To było coś tak skrajnie obcego, że ja nawet nie miałem zamiaru. W dodatku mam wrażenie, że to nie był dziennikarz, który miał taki dar porywania za sobą ludzi, kiedy mówił o tematach rolniczych. On oczywiście bardzo skrupulatnie informował. Bardzo to było pewno kompetentne.
Ale mnie nie porywało i nawet nie wiem, czy porywało dorosłych słuchaczy. To nie było to. I mam wrażenie, że kiedy przerzucił się, dostał ten program, rodził się ten program, o którym powiedziałeś, „Piłkarska kadra czeka”, to tam był na swoim miejscu bardziej. Te programy były bardziej dynamiczne. Bo umówmy się, nie jestem przekonany, czy da się zrobić dynamiczny program o rolnictwie albo o tym, kiedy należy siać, kiedy orać, a kiedy nawozić. Ja tego nie deprecjonuję. To są oczywiście rzeczy potrzebne, tylko nie jestem przekonany, czy akurat pan Gocel nadawał się do tego, żeby o tym mówić. To było nudne po prostu. A być może ja byłem do tego po prostu za mały. Natomiast w piłkarskiej kadrze to się sprawdzało.
Tam on był na swoim miejscu i myślę, że nie wiem, czy to wzmocniło kadrę w jakichś tam latach, ale jedno jest pewne – wiele osób łyknęło tę fascynację piłką. Ten bakcyl został rozsiany i chyba bardzo dobrze. Zresztą muszę ci, Piotrze, powiedzieć, że PRL-owska telewizja w ogóle umiała rozsiewać bakcyle pewnej akcyjności, pewnego działania, które nagle stawało się działaniem powszechnym. Młodzi ludzie nagle coś zaczynali robić. I tu chciałbym przejść, chyba że chcesz jeszcze coś uzupełnić o piłkarskiej kadrze.
[01:49:44] - Nie, w zasadzie nie. Dlatego, że tutaj musielibyśmy wejść na jakieś tematy sportowe. Może fakt, że nie da się znaleźć nowego Maradony i Ronaldinho przez takie turnieje wynika z tego, że błąd z wyławianiem tych talentów i szkoleniem tkwi gdzie indziej. Ale tyle o Adamie Gocelu i piłkarskiej kadrze. Tutaj jeszcze z naszym programem dzisiaj się wiąże hasło: telewizja chłopców i dziewcząt. Wiesz, co jeszcze warto wymienić i kogo warto wymienić? Bo myśmy wskazali tylko dwa programy, a tego było dużo więcej. „Niewidzialna ręka” to tylko jedna z pozycji.
[01:50:30] - To już mówię. Otóż taką postacią w telewizji dziewcząt i chłopców – i to nie była nazwa, którą my w tej chwili ukuliśmy. To była oficjalna nazwa, która funkcjonowała w drugiej połowie lat 60. i w latach 70. W ramach tej telewizji dziewcząt i chłopców wychodziły różne programy. Takim motorem, który napędzał telewizję dziewcząt i chłopców był Maciej Zimiński. Wątpię, żebyście państwo kojarzyli, może starsze osoby tak. To od razu powiem, wyprzedzając troszeczkę, że to był ten gość, który prowadził „Ekran z bratkiem”. On zapowiadał, urządzał pogadanki i zapowiadał kolejnych gości. Ale zanim się pojawił „Ekran z bratkiem”, bodajże w 1967 roku, to jeszcze było kilka innych inicjatyw tegoż Macieja Zimińskiego.
Pierwszą taką inicjatywę, którą jeszcze pamiętam ledwo, ledwo, wiązała się z pojawieniem się na ekranach telewizyjnych serialu „Czterej pancerni i pies”. I wtedy pojawił się w telewizji „Klub pancernych”. On był emitowany przed kolejnymi odcinkami serialu o Janku Kosie i jego kumplach. I to był taki program telewizyjny, w którym znowu zmobilizowano młodych. Ktoś powie: „A, to była taka do wojska i szkolili, żeby później na Zachód szli”. Kto wie, czy gdzieś tam w takich trepiarskich umysłach taka idea się nie pojawiła. Niemniej jednak muszę powiedzieć, że ta telewizja uczyła, bo jak gminna wieść niesie, jednym z pierwszych zadań, które zlecono młodym pancernym, bo się w całej Polsce zaczęły organizować grupy właśnie Czterech Pancernych i bardzo często te grupy znajdowały sobie psa. I to był rodzaj takiej akcji. I te grupy dostawały zadania od wymienionego przeze mnie Macieja Zimińskiego. Dostawałeś zadania i jednym z tych zadań na początku było na przykład ocieplanie budy dla psa.
Więc takie małe kroczki, małe zadania, małe, bardzo proste zlecenia. Ale to działało. To się nie wzięło znikąd, bo wcześniej tenże sam autor, tenże sam prezenter Maciej Zimiński zorganizował coś, co się nazywało Klub Niewidzialnej Ręki. Idea tego pojawiła się tak naprawdę jeszcze w latach 50. na łamach „Świata młodych”. Ale dosyć szybko przeniosła się do telewizji i na początku lat 60. ten program się pojawił. "Niewidzialna ręka". Idea była bardzo prosta. Maciej Zimiński niewidoczny na ekranie, bo stał w cieniu, cała jego sylwetka to była po prostu sylwetka czarna, nie było widać twarzy i takim dosyć ponurym głosem, ale zlecał różne zadania i odczytywał też meldunki.
Takie relacje, które niewidzialne ręki, chyba tak by to trzeba odmienić, zgłaszały, że wykonały coś tam. Co więcej, należało napisać do programu, dostawało się wówczas swój unikalny numer, kupony, takie specjalne wizytówki, które się wypisywało. Wypisywało się swój numer, jak się jakiś dobry uczynek zrobiło, a to nalało wody, wyciągnęło ze studni i nalało wody sąsiadce, a to coś pomalowało, a to coś wyczyściło. I to wszystko bez oczekiwania na nagrodę, tylko właśnie z tym bilecikiem niewidzialnej ręki. Coś się robiło nie dla splendoru, nie dla podziękowania, tylko dla drugiego człowieka. Muszę powiedzieć, że dzisiaj to czasami by się przydało, żeby młodzi ludzie tak działali. Wtedy to była norma. Wtedy to było coś takiego, że ludzie młodzi chcieli być tymi niewidzialnymi. I to, proszę państwa, nie jest asumpt do tego, żebym ja teraz zaczął narzekać, że kiedyś to młodzież była lepsza, a dzisiaj jest gorsza. Nie, nie, nie.
To w ogóle nie o to chodzi. Bardziej chodzi mi o to, że ta telewizja, wydawałoby się telewizja nie dość, że komunistyczna, to jeszcze prymitywna. Ona potrafiła wzbudzić jakiś taki społeczny, młodzieżowy odzew. I to drugi program Klub Pancernych. Dalej właśnie Niewidzialna ręka. Warto powiedzieć, że ta niewidzialna ręka, podobnie jak program Adama Słodowego, ona się odbijała od różnych programów, czasami działała niezależnie, czasami pojawiała się w innych programach, takich znowu jak Ekran z bratkiem czy Teleranek. I tam to działało dosyć prężnie. No cóż, to ja chyba teraz zacznę mówić o Ekranie z bratkiem. Czy ty, Piotrze, masz skojarzenia związane na przykład z niewidzialną ręką?
[01:56:04] - Nie, tylko takie, które wiążą się z opowieściami mojej mamy, która działała w takim klubie i też robiła potajemnie dobre uczynki sąsiadce, której nie miał kto pomóc. I muszę powiedzieć, że taki uśmiech się pojawia, kiedy się o tym mówi, dlatego że kiedy to porównamy z tym, co się dzisiaj dzieje w przestrzeni publicznej, dzisiaj telewizja tak nie działa na dzieci, ale internet. A kiedy porównamy te dwie sfery wpływu, to widać, że coś idzie w dziwnym kierunku jednak. Ale przejdźmy do tego Ekranu z bratkiem, bo tu nam się program nasz własny bardzo już wydłuża. Ja jeszcze na koniec powiem tylko może ze dwa słowa o późniejszych próbach uchwycenia tego fenomenu przez telewizję, żeby jakoś młodzież do siebie przyciągnąć, ale najpierw o tym ekranie.
[01:56:54] - To ja jeszcze tylko tak wspomnę. Ponoć liczbę niewidzialnych rąk w latach działania programu, to jest pomiędzy rokiem 66. a 80., 81. Podobno było tych niewidzialnych około dwóch milionów, a liczba dobrych uczynków, czy też uczynków w ogóle szacowana jest na 8-10 milionów. No to wiecie państwo, szacun wielki. Ale wróćmy, a właściwie rozpocznijmy Ekran z bratkiem. Znowu Maciej Zimiński, który był taką siłą napędową, jak już powiedziałem, telewizji dziewcząt i chłopców. Ekran z bratkiem to był program, który ukazywał się w czwartki w paśmie popołudniowym. To tak w okolicach godziny 17:00, trochę przed 17:00. Trwał tak mniej więcej, kończył się koło 18:00.
On miał dosyć stałą ramówkę. No może nie przesadzajmy. Pewien model był taki, że gospodarzem był Maciej Zimiński i on zapraszał różnych gości. W różnych okresach to byli różni goście, ale to byli goście znamienici. A na koniec programu były filmy i to filmy atrakcyjne. O tych filmach za chwilę. Ja wymienię gości. Oczywiście była niewidzialna ręka, ale to sam Zimiński. Ale pojawiał się na przykład Wojciech Pijanowski. Prowadził kącik o grach.
Pojawiał się Marek Grot. Ja nie wiem, czy państwo kojarzycie, ale to był z kolei człowiek, który opowiadał o grach podwórkowych. W tym programie Ekran z bratkiem pojawiał się kapitan Krzysztof Baranowski, który mówił o żeglarstwie. Mówiłem już o tym, że się pojawiał Adam Słodowy. Pojawiał się Jacek Gmoch, który opowiadał o piłce nożnej oczywiście, ale uczył młodych ludzi już nie jak się tylko piłkę kopie, ale jak się myśli na boisku, jak się ustawia grę, w jakich formacjach się gra i tak dalej. Pojawiał się w Ekranie z bratkiem również Michał Sumiński. Tak, ten od Zwierzyńca. I tak dalej. Gości tam była cała masa. To był taki program, który był rodzajem magazynu, to znaczy o tym kącik, o tamtym kącik.
Łącznik to oczywiście Zimiński. Było to ciekawe, muszę powiedzieć, że było to ciekawe, ale i tak większość osób czekała na film, który był po Ekranie z bratkiem. I tych filmów było naprawdę sporo w historii programu. Był "Ivanhoe", rycerz, był "Zorro", o którym w swoim czasie już mówiliśmy. Był film "Tiri śmiałek". Był Wilhelm Tell, był Sir Lancelot, Robin Hood, Pippi Langstrumpf, Przygody Czarnego Królewicza. Była też emisja rysunkowego filmu Był sobie człowiek z tej francuskiej serii. Był sobie człowiek to była opowieść o historii. Ale były te filmy, o których już tu często wspominaliśmy w naszym programie: Stawiam na Tolka Banana, Podróż za jeden uśmiech, Wakacje z duchami, Gruby, Przygody psa Cywila, Samochodzik i templariusze. No i szaleństwo Majki Skowron.
Cóż mogę jeszcze powiedzieć o Ekranie z bratkiem? To był program, na który ja czekałem. Uważałem, że to był program, który niósł ciekawe treści. To, że czekałem na niego, to był dowód. Jest to dzisiaj dla mnie dowód, że ta telewizja dziewcząt i chłopców naprawdę działała, że Maciej Zimiński miał łeb, wiedział, jak to zrobić i ta telewizja była żywa. To nie były udawane listy do redakcji. Tam do tej redakcji naprawdę przychodziły całe wory korespondencji i ta telewizja nie udawała, że z kimś koresponduje albo że z kimś wymienia myśli. Wręcz przeciwnie, tam był nieustanna presja na to, żeby coś zmienić, żeby coś zaprezentować. Co więcej, Maciej Zimiński był takim redaktorem, który odpowiadał na te prośby. Jeśli jakaś prośba w listach od czytelników pojawiała się często, to telewizja reagowała.
To było coś, co widzowie, młodzi widzowie, ale pewno ci starsi również uważali za rzecz cenną, bo nie starano się. Zimiński to dobrze wiedział, że jeśli będzie starał się narzucać coś młodym ludziom, wmawiać im bierz ta, bierz ta, bo to dobre, to to się nie uda. Ale kiedy będzie z młodymi ludźmi współpracował, kiedy to będzie wymiana myśli, poglądów, opinii, a także pewnych inicjatyw, bo tam się nawet inicjatywy pojawiały, to to będzie telewizja żywa i telewizja, która będzie przyciągała, będzie ze sobą wiązała ludzi. Ktoś powie: komuna była mistrzem w wiązaniu ludzi. Być może, ale ja myślę, że Maciejowi Zimińskiemu nie o to chodziło. Myślę, że stworzył telewizję żywą i taką, którą do dzisiaj się pamięta.
[02:02:28] - Myśmy się tu rozgadali. Myślę, że temat nie jest wyczerpany jeszcze. Czekamy na wasze komentarze o starej telewizji, dlatego, że to jest coś fajnego, jednak coś, co pobudza wspomnienia. Także apelujemy tutaj, jeżeli macie jakieś kwestie związane z latami późniejszymi, 90., to dawajcie znać. Telewizja lat 90. to już zupełnie inna sfera. Formaty znane z poprzednich dekad jeszcze się utrzymują, ale chwieją się w posadach, odchodzą do lamusa. Obumieranie jest szybsze albo wolniejsze. Zaczyna się stawiać na rozrywkę. Programy mające uczyć i wychowywać znikają, tak naprawdę.
Znikają pasma dedykowane dzieciom. Ja pamiętam, ale to już są naprawdę późniejsze czasy, Rower Błażeja to jest taki łabędzi śpiew TVP, który ma przyciągać młodzież, robić w zasadzie coś podobnego, co robił wspomniany tutaj przed chwilą dziennikarz, czyli przyciągać młodzież, wchodzić z młodzieżą w dyskusję. Tymczasem to wieje fajansiem. I chyba wtedy właśnie gdzieś włodarze TVP się orientują, że tracą dystans do młodszych pokoleń. A potem nastaje internet i chyba wszystko się kończy. To internet do dzisiaj wychowuje młodzież, uczy, promuje postawy. Jak to wychodzi? Wiemy. Nie trzeba tego mówić. Chyba sobie to daruję.
Dla dzisiejszych najmłodszych, dla młodych ludzi, dla młodzieży chyba telewizja mogłaby nie istnieć. Dla mnie też w sumie już mogłaby nie istnieć. Ale Marku, jeszcze tak na koniec powiem, że według mnie jednak pogłoski o śmierci telewizji są przesadzone. Myślę, że to medium się nadal trzyma całkiem nieźle, dlatego, że oferuje pewną otoczkę, pewne continuum wizualno-rozrywkowe. Tego nie jest w stanie zaoferować telewizja internetowa. Nawet największe kanały, najbardziej rozbuchane kanały w polskim internecie to nadal są tylko gadające głowy. I cóż, chyba tym akcentem zakończymy nasz przegląd trzech tematów tak naprawdę z dawnej telewizji. A co wy z nich zapamiętaliście? Dajcie też znać, które tematy powinniśmy jeszcze poruszyć z tych, które się kręcą wokół dawnego TVP, bo przecież tego jest mnóstwo. Pieprz i wanilia, Z kamerą wśród zwierząt i wiele innych.
[02:04:56] - Proszę państwa, to teraz czas na recenzarium Evivy. Dzisiaj? O, dzisiaj opowieść, bardzo długi tytuł. No to odpalam ten tytuł. Bajeczna opowieść o królewiczu Laficaniu, o żołnierzu Soju i o dziewczynce Kio. Zapraszam.
[02:05:18] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Jak wiadomo, dobry tytuł to właściwie połowa sukcesu. Jeśli jest chwytliwy, potencjalny czytelnik na pewno po książkę sięgnie, chociażby po to, żeby ją przejrzeć i niewykluczone, że jej nie odłoży. Jeśli tytuł jest kiepski — tragedia. Może to oznaczać marketingową klapę. Jednak nie zawsze tak było. Kiedyś tytuł miał po prostu odzwierciedlać to, co będzie działo się w książce. I tyle. Nic więcej. Czasami w związku z tym powstawały tytuły, które dzisiaj na pewno by nie przeszły.
Tak jest z jedną z najpiękniejszych bajek, jakie w życiu czytałam. Jest to książka Kazimiery Iłłakowiczówny, którą znamy przede wszystkim jako wspaniałą poetkę, ale była również prozaiczką i między innymi napisała bajkę dla dzieci. Bajka ta miała dość przydługi tytuł, mianowicie nazywa się tak: „Bajeczna opowieść o królewiczu Laficaniu, o żołnierzu Soju i o dziewczynce Kio". Dzisiaj tego tytułu nie przepuściłby żaden redaktor. A czy przepuściłby samą treść? Mam nadzieję, że tak, bo książka jest niezwykle piękna. O czymże opowiada? Akcja toczy się w Królestwie Bomboni. Władający nim król i królowa są dobrzy, sprawiedliwi, piękni i w sumie szczęśliwi. Nie mają jednak dziecka.
W pewnym momencie królowa, nie mogąc już dłużej wytrzymać bezdzietności — w końcu co to za królowie bez następcy? — udaje się do Bożka Spełnionych Marzeń i prosi go o syna. Boże klituje się nad nią i ustami swego posągu nakazuje jej udać się do Wielkiej Czarownicy, a kiedy spełni się życzenie królowej, o stosowną ofiarę. Królowa postępuje tak, jak jej nakazano i rzeczywiście w stosownym czasie rodzi syna. Jest jednak tak uszczęśliwiona, że zapomina o ofierze dla Bożka. Rozgniewane bóstwo oznajmia jej, że jej syn nigdy w życiu nie będzie się śmiał. Jest to wielka tragedia, ponieważ w Królestwie Bomboni uśmiech należy do najważniejszych obowiązków nie tylko królewskich, ale królewskich przede wszystkim. I nieumiejący się uśmiechać król nie będzie miał możliwości objęcia tronu. Królowa umiera ze zmartwienia, a wkrótce po niej także jej małżonek. Osierocony królewicz jest wychowywany przez niańki oraz najmądrzejszych ludzi w królestwie.
Chociaż robią, co mogą, nie udaje im się nauczyć chłopca, jak się uśmiechać. Przed objęciem tronu, które stoi pod znakiem zapytania, królewicz, który już wcześniej dowiedział się, na jak straszną przypadłość cierpi, postanawia coś z tym zrobić. Udaje się więc do Bożka Spełnionych Marzeń i prosi go o radę. I tę radę otrzymuje. Jednak odwrócenie klątwy będzie od niego wymagało ogromnego poświęcenia, a przede wszystkim pozostawienia królestwa na łasce Rady Regentów. I kiedy królewicz znika, w królestwie zaczyna się dziać bardzo źle. Władzę przejmuje osoba najmniej do tego stosowna. Zaprowadza terror i wkrótce już ludzie zaczynają wzdychać do królewicza, który miał objąć tron. Powstają o nim nawet niezwykłe legendy. Nikt nie jest pewny, dokąd się udał, ani czy w ogóle wróci.
W książce widać wyraźną inspirację literaturą i obyczajami Wschodu. Nie jest to pierwsza książka tego rodzaju, a może raczej nie jedyna. Mamy jeszcze „Przygodę w krainie Chryzantem" Anny Świrszczyńskiej, którą to książką zajmę się w innym czasie. Po prostu Wschód oddziaływał bardzo mocno na wyobraźnię naszych pisarzy. Zresztą to jest do dzisiejszego dnia, chociaż teraz już nikt nie usiłuje osadzać tam swoich opowieści. Ludzie teraz wiedzą dużo więcej i paradoksalnie wiedzą też, jak łatwo byłoby popełnić błąd. W książce Kazimiery Iłłakowiczówny nawiązania do Wschodu są, jak już powiedziałam, bardzo wyraźne. Jednak bardziej są, można powiedzieć, zmyślone realia niż prawdziwe. Oczywiście mamy tutaj chociażby imiona, które bardzo przypominają chińskie, ale poza tym niewiele tam jest oczywiście wspólnego z Chinami. W książce występuje też żołnierz wychowywany od dziecka w wojsku, który nie zna innego życia niż ciągła poniewierka i walka, oraz mała dziewczynka, która mu towarzyszy.
Jest to naprawdę przeurocza para, chociaż oczywiście centralną postacią powieści jest sam królewicz Laficani, który przypomina trochę pradawnych herosów, trochę jakiegoś świętego pustelnika, a trochę półboga. Jasne, że jest to postać przerysowana, ale taka też ma być. Najbardziej taką zbliżoną do postaci, które można spotkać, jest żołnierz Soj. Towarzysząca mu dziewczynka o imieniu Kio jest córką znakomitej rodziny, która ginie w zamieszkach. Oboje sprawiają wrażenie postaci bardziej życiowych, chociaż też ich dobre cechy są zanadto uwypuklone, zanadto jednostronne, ale mimo to są bardziej żywe. Mamy też w książce coś, co rzadko się zdarzało wtedy: sztuczną inteligencję. Tak, właśnie tak. Chociażby dlatego tę książkę warto przeczytać, ponieważ połączenie takiej bajkowej fantasy z fantastyką naukową jest czymś bardzo ciekawym, szczególnie w wykonaniu przedwojennej poetki. Teraz ta książka jest słabo dostępna, ale jeżeli znajdziecie ją gdzieś w bibliotece, radzę: sięgnijcie po nią i dajcie ją swoim dzieciom.
[02:11:42] - Na pewno da im więcej niż to, co jest popularne w tej chwili. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:11:52] - Czas na audycję Krystyny Śmigielskiej „Literackie tête-à-tête”. A dzisiaj gość wielu talentów. Chociaż powinienem chyba mówić gościni. Jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tej formy. Jakoś nie bardzo mi ona pasuje. No ale dobrze. Agata Suchocka jest dzisiaj gościem, gościnią Krystyny Śmigielskiej. No nie, Marku, ja się nie przyzwyczaję nigdy do tej formy gościni. Znaczy się jestem kompletnym, ale to kompletnym dziadersem i kompletnie nie uwzględniam nowych trendów. Musicie mi to państwo wybaczyć.
Najważniejsze, że teraz czas na „Literackie tête-à-tête”.
[02:12:37] - Dobry wieczór państwu. Dzisiejszy program z cyklu „Literackie tête-à-tête” powinien upływać nam śpiewająco, ponieważ gościmy osobę o wielu talentach, a jednym z nich jest właśnie talent wokalny i instrumentalny. Nasza gościni, proszę państwa, gra na ukulele. Oprócz muzyki fascynują ją jeszcze przekłady, pisanie książek i zbieranie starych instrumentów. Bardzo serdecznie witam w „Literackim tête-à-tête” Agatę Suchocką. Dobry wieczór, Agato.
[02:13:11] - Dobry wieczór. Ja dziękuję serdecznie za zaproszenie i bardzo się cieszę, że możemy przeprowadzić tę rozmowę, która wiem, że będzie pasjonująca dla słuchaczy.
[02:13:21] - Ukończyłaś filologię angielską, a potem uczyłaś dzieci języka angielskiego. Czego ty się nauczyłaś w czasie wykonywania tej pracy? Co cię cieszyło, a co sprawiało ci kłopot podczas twojej pedagogicznej przygody?
[02:13:37] - Ja rozpoczynałam swoją karierę nauczycielską wiele lat temu, jeszcze w zupełnie innych realiach niż te, które mamy obecnie. To było jakieś 20 lat temu, tak lekko licząc. Uczyłam również prywatnie i po wielu latach już na Facebooku odnalazła mnie jedna z moich pierwszych uczennic. Dziewczyneczka, którą uczyłam, jak była w piątej klasie, czyli całkiem jeszcze była niedużych rozmiarów. Teraz już dorosła kobieta sukcesów. I powiedziała mi, że to jedno zdanie, które jej kiedyś powiedziałam na korepetycjach, że angielski jej otworzy drzwi na cały świat, że to z nią zostało. Zrobiła kurs pilota wycieczek i zwiedziła cały świat właśnie z językiem angielskim. Więc to jest taki mój mały sukcesik, do którego wracam w takich chwilach, w których myślę sobie, że jednak edukacja to jest bardzo ciężka rzecz, bardzo trudny temat. Szybko tracimy pasję jako edukatorzy, jako nauczyciele i myślę, że ważne jest to, aby ciągle mieć w sobie dziecko. Szczególnie jeśli pracuje się z najmłodszymi.
Trzeba umieć po prostu zejść do ich poziomu, spojrzeć na świat ich małymi oczkami i po prostu złapać wspólne wibracje. Mnie się to ciągle udaje. Teraz już wprawdzie nie uczę angielskiego, a uczę gry na różnych instrumentach, bo gram nie tylko na ukulele. Gram na gitarze, gram na perkusji, uczę też śpiewu. I trafiają do mnie właśnie takie różne, nie chcę powiedzieć trudne przypadki, bo to jest określenie pejoratywne, ale właśnie na przykład takie dzieciaki niezdecydowane albo takie, które mają problemy z koncentracją, które jeszcze tak naprawdę nie wiedzą, chcą muzycznie się rozwijać, ale nie wiedzą tak naprawdę, co chcą zrobić. I właśnie mam takich uczniów. Pokazuję im różne muzyczne możliwości. Gramy na różnych instrumentach, śpiewamy, bawimy się, stukamy w perkusję. To jest niesamowita satysfakcja, kiedy taki kilkulatek, maluch łapie z nami wspólny muzyczny język i możemy sobie pomuzykować. Możemy to tworzyć razem.
[02:15:32] - Muzyka to nic innego przecież jak rozmowa. Można by nawet powiedzieć rozmowa w języku angielskim.
[02:15:39] - Muzyka to jest język uniwersalny. Ona przemawia bez słów do każdego i jest to taka dziedzina sztuki, która przemawia do człowieka natychmiast i natychmiast wywołuje w nas jakieś emocje, jakieś uczucia. Porywa do tańca albo wyciska z oczu łzy. Dlatego myślę, że jest bardziej wymagająca niż literatura właśnie pod tym względem, że musimy natychmiast wejść w interakcję ze słuchaczem. Tutaj nie ma czasu na poprawki, nie ma czasu na doszlifowywanie, nie ma czasu na zmiany, tylko po prostu na żywo dzieje się ta interakcja między muzykiem a słuchaczem.
[02:16:16] - Ale ty też masz za sobą czy właściwie dalej kontynuujesz inną pasję i jesteś tłumaczem. Opowiedz nam o blaskach i cieniach tej profesji. Jakie teksty przekładasz? Skąd je bierzesz? I który z tych tekstów uważasz za najciekawszy?
[02:16:35] - Myślę, że największe osiągnięcia jeszcze przede mną, ponieważ do tej pory tłumaczyłam literaturę stricte rozrywkową. Mało tego, zaczynałam od tłumaczenia powieści erotycznych. No i to była taka z jednej strony zabawa, a z drugiej strony wyzwanie takie, że człowiek konfrontował się z treściami, z którymi być może niekoniecznie chciałby się konfrontować jako czytelnik. Ale jest zlecenie, trzeba je wykonać, trzeba wykonać to jak najlepiej. Trzeba tekst doprowadzić do takiego stanu, by brzmiał jak najlepiej w języku docelowym. Ja jestem właśnie z takiej szkoły tłumaczy, ze szkoły parafrazy. Nie zawsze dotrzymujemy takiej stuprocentowej wierności oryginałowi, co zresztą uważam, jest niemożliwe, jeśli mówimy o językach pochodzących z dwóch różnych rodzin, tak jak polski i angielski. I pierwsze zlecenie tłumaczeniowe dostałam przypadkiem. Było to tuż przed pandemią, kiedy zaproszono mnie do stworzenia opowiadania do tomu „Gorące lato”. I tak od słowa do słowa dogadałyśmy się, że oprócz tego, że piszę, że tworzę opowiadania i dłuższe formy i powieści, to też tłumaczę.
A że akurat wtedy w wydawnictwie czekał stos powieści wykupionych na przetłumaczenie, dostałam fragment próbny, który został zaakceptowany i w ten sposób otrzymałam swoje pierwsze zlecenie. Była to powieść „Od pierwszego wejrzenia”. Potem przetłumaczyłam jeszcze cztery tytuły w podobnym klimacie, ale już po Poddałam się, jeśli chodzi o literaturę erotyczną. Po prostu miałam przesyt. Czułam zmęczenie tymi treściami, bardzo bezpośrednimi i tak mocno oddziałującymi na wyobraźnię. Poprosiłam o inne teksty i dostałam do przetłumaczenia dwa thrillery. Jeden z nich „Głusza” Marka Edwardsa. To jest książka, którą bardzo wszystkim polecam. Thriller z elementami delikatnie paranormalnymi. Dzieje się w głuszy, w otchłani, w pięknym, dzikim miejscu, w lesie nad jeziorem.
Tam tajemnica morderstwa sprzed lat i zbrodni dopada naszych głównych bohaterów, ojca i córkę odciętych od świata. Świetnie się bawiłam, tłumacząc tę powieść i naprawdę bardzo ją polecam.
[02:18:46] - Agata Suchocka „Wielki błękit” z antologii morskiej „Odbęd”. „Jacques! Jacques! Nie słyszał jej już. Głos połknął rytmiczny chlupot wody rozbryzgującej się o słupy falochronu. Wynurzył głowę ponad powierzchnię, nabrał wielki haust powietrza, czując, jak klatka żeber się rozszerza i zanurkował. Po raz ostatni. W ustach pojawił się metaliczny posmak krwi. Kręciło mu się w głowie i to nie od tego, że fale targały nim na wszystkie strony. Jeszcze chwila i zemdleje.
Pod wodą. A to oznacza śmierć. Wszystko ucichło, gdy tafla zamknęła się ponad pikującym w stronę głębi ciałem. Rozdarta o falochron łydka pulsowała tępym bólem. Miotany podwodnymi prądami, poderwany z dna piasek ocierał się o skórę jak peeling. Właśnie teraz wróciło wspomnienie randki w spa z Marie. Wrócili do domu rozochoceni i kochali się leniwie. Brał ją posuwistymi ruchami, a po szczypaniu został głęboko w jej ciele, czując, że dryfuje. Nieważki. Bezcielesny.
Dokładnie tak samo jak teraz. To tamtej nocy spłodzili Juliena. Chłopca, który rzucił się z ostatniego kołka falochronu z uśmiechem na ogorzałej buzi i okrzykiem: Tak jak tata! Sól wyżerała oczy, ciśnienie gniotło skronie i miał wrażenie, że organy wewnętrzne kurczą się w nim do rozmiarów znalezionych pod kuchenną szafką zapomnianych rodzynek, które wpadły tam jako dojrzałe winogrona. Julien nie lubił winogron. Wolał banany. Coś podeszło mu do gardła. Może ostatni oddech, a może łyk przetrawionego piwa. Spanikował, czując ból w płucach, ucisk pod językiem, jak kiedyś, gdy podczas bójki dostał cios prosto w grdykę. Rozpaczliwie zamachał wszystkimi kończynami.
Zupełnie stracił orientację. Nie wiedział, gdzie jest powierzchnia. Ciało przestało go słuchać. Coś tąpnęło. Rąbnął łopatkami o wylizany pływami pal. Potem ukąsił go piekący ból, gdy wypiętrzająca się fala docisnęła ciało do kolonii małży. A może pąkli? Muszle ciąły skórę jak ostrza skalpeli. Krzyknął, uwalniając z płuc resztkę powietrza. Odruchowo zaczerpnął oddech, lecz zamiast powietrza do tchawicy wpłynęła mieszanina pylistego piasku i słonej wody.
Pomyślał, że to koniec. Czy to samo czuje teraz mały Julien? Bezbronny pod wodą, gdzieś tutaj, może obok, pomiędzy słupami, rzucany przez fale i pływy jak szmaciana laleczka? Jego syn, jego synek tonie. Poczuł chwyt, coś oplotło jego tors, zacisnęło się wokół klatki piersiowej, wbiło pod pachy i szarpnęło w górę. Rozkaszlał się ponad wodą. Zaczął walczyć. Szarpać. Julien! Wrzasnął jak kiedyś w wannie jako dzieciak.
Tak brzmiał ten głos. Jak rozpaczliwy bulgot. Otrzymał cios w skroń i stracił przytomność.”
[02:21:27] - Debiutowałaś w 2015 roku powieścią „Woła mnie ciemność” z cyklu Daję ci wieczność. Tytuły naprowadzają nas na tematykę książek, bo jeśli mamy do czynienia z ciemnością i wiecznością, to do kompletu potrzebny był nam tylko już osikowy kołek i pęczek świeżego czosnku. Skąd twoja fascynacja wampirami? I jak komentujesz jedną z recenzji gejowskie porno?
[02:22:00] - Tak, to nawet było takie piękne określenie frenetyczne homoporno. Pamiętam, takie też pojawiło się na początku, które mnie bardzo rozczuliło, bo jestem w drużynie trudnych wyrazów, więc opiniodawca musiał troszeczkę się wysilić, żeby takie określenie ukuć. Skąd moja fascynacja? Całą przygodę z literaturą, nie tylko jako twórczyni, nie tylko jako pisarz, ale przede wszystkim jako czytelniczka, rozpoczęłam od lektur książek Anne Rice w połowie lat 90. Konkretnie od książki „Wampir Lestat”, czyli od drugiego tomu długiego cyklu wampirycznego autorstwa Anne Rice. Potem przeczytałam „Krzyk w niebiosa”, wspaniałą powieść historyczną o kastratach. Bardzo mnie temat zafascynował i w skutek tej fascynacji stworzyłam postać uczelnia Ptaszyny, czyli Aleksandra, śpiewaka operowego, który staje się obiektem fascynacji wampira w trzecim tomie moim wampirycznym, zatytułowanym „Pieśń słowika”. Więc zaczynałam tak naprawdę pisanie właśnie w połowie lat 90. I dzięki Anne Rice w ogóle poczułam taką pasję do sztuki, do muzyki, do literatury. Zaczęłam pisać teksty piosenek, zaczęłam komponować, grając na gitarze.
Zaczęłam pisać wiersze, zaczęłam rysować. Czyli można powiedzieć, że lektura jej książek odpaliła we mnie te wszystkie moje pasje artystyczno-muzyczno-literackie. Więc siłą rzeczy pierwsza moja powieść „Woła mnie ciemność” powstawała, jej pierwszy zarys powstał właśnie w tamtym czasie. Ona przeszła bardzo długą drogę, była kilkakrotnie przepisywana i swój ostateczny kształt osiągnęła, wyrzeźbiłam ją gdzieś w roku 2013, 2014. Od tego czasu doczekała się już kilku wznowień. Skąd to określenie gejowskie porno? Ponieważ Anne Rice eksplorowała związki międzyludzkie, także związki między osobami tej samej płci, ale zawsze czyniła to w sposób lekko zawoalowany, mało bezpośredni. Może nie licząc tej powieści historycznej, bo tam to się dzieje naprawdę grubo. Ale w swoim cyklu wampirycznym robiła to w sposób bardzo delikatny. Ja poszłam o krok dalej.
Dodałam troszeczkę pikanterii relacjom międzyludzkim i przede wszystkim chciałam ponieść takie przesłanie dalej, że miłość nie ma płci, że fascynuje nas osoba, to co robi, jaka jest, co tworzy, bo w tym cyklu bardzo dużo jest wątków sztuki i muzyki. I w tym się zakochujemy. O tym jest ten cały cykl. O fascynacji, o miłości silniejszej niż czas i śmierć, która przekracza wszelkie granice, wszelkie bariery i nie daje się w żaden sposób stłamsić ani przykleić sobie jakichś łatek. Bo lubimy przyklejać łatki, a ja nie lubię.
[02:24:51] - Już tu wspomniałaś, że pierwszą swoją książkę wydałaś trzykrotnie. „Woła mnie ciemność” to jest troszeczkę, powiem ci, dziwne na dzisiejszym rynku wydawniczym, który bardziej przypomina mi pole walki, na którym pokotem leżą niespełnione nadzieje autorów. Jak to zrobiłaś, że aż trzykrotnie udało ci się książkę wydać? Magia wampirów zadziałała?
[02:25:19] - Co ciekawe, w cyklu wampirycznym ani razu aż do tomu piątego nie pada słowo wampir. Dopiero w piątym tomie pada dosyć prześmiewczo. Jeden z głównych bohaterów mówi antagonistce, że „Twoim błędem było to, że uwierzyłaś w bajki o wampirach. Ale proszę, jestem twoją spełnioną bajką” i tylko w tym kontekście pojawia się tam słowo wampir, więc ja przez jakiś czas troszeczkę się broniłam. Chciałam, żeby te moje postacie były jak najbardziej ludzkie, ale to, że nie mogą znieść słońca, że zapadają w letarg, że żywią się krwią, to jednoznacznie je już definiuje jako wampiry. I faktycznie to jest archetyp potwora, który ciągle jest popularny i w literaturze, i w sztuce. Teraz czekamy na nowego Nosferatu, który już miał pierwsze pokazy i doczekał się entuzjastycznych recenzji. Więc tak, temat jest nośny, aczkolwiek 10 lat temu, gdy debiutowałam, sytuacja rynkowa była zupełnie inna. Ja ćwicząc swoje umiejętności tłumaczeniowe, przełożyłam tę powieść na język angielski i została wydana w Nowej Zelandii przez wydawnictwo Chikikiya Printworks. Najpierw to było wydawnictwo hawajskie, potem rozdzieliło się na dwa inne i potem już z tą kartą przetargową w postaci takiej, że jestem autorem publikującym za granicą, mogłam wrócić na nasz rodzimy rynek, wydać powtórnie w języku polskim „Woła mnie ciemność”.
Teraz cały cykl pięciotomowy jest wydawany przez Empik. Jest dostępny również we wspaniałej interpretacji audio najseksowniejszego polskiego głosu, czyli Filipa Kosiora.
[02:26:51] - Piszesz wiele opowiadań, które ukazują się w tematycznych zbiorach. Zdradź nam, jak to się dzieje, że twoje krótkie formy literackie mają takie powodzenie wśród edytorów. Wolisz wypowiadać się samodzielnie pod własnym nazwiskiem, czy bardziej odpowiadają ci prace zbiorowe, gdzie możesz skonfrontować swoje teksty z tekstami innych autorów?
[02:27:17] - Przyznam, że ze wszystkich zbiorów, w których ukazały się moje teksty od deski do deski przeczytałam tylko jeden. To „Odmęt”, zbiór antologii opowiadań marinistycznych od Planety Czytelnika. Czasem jest tak, że niestety nie czytam tych wszystkich opowiadań, gdyż uważam, że autor odpowiada tylko za swój tekst w danym zbiorze. Ja nie lubię się porównywać. Lubię dawać z siebie to, co mam najlepszego i to, co najlepiej robię. A akurat w opowiadaniach czuję się świetnie. Czuję się wspaniale w krótkiej formie. Zaczynałam wszystkie moje literackie przygody najpierw od wierszy, od tekstów piosenek, potem właśnie od opowiadań 25 lat temu. I bardzo lubię pisać opowiadania. Podejmuję każde wyzwanie, więc jeśli pojawia się jakiś projekt na horyzoncie, czy też jestem do niego zapraszana, to nie zdarzyło mi się jeszcze odmówić.
Myślę, że w opowiadaniach odnajduję się nie tyle lepiej niż w powieściach, ale jest mi po prostu łatwiej je tworzyć, bo jest to moja ulubiona forma literacka. Ja jestem dosyć zwięzła w przekazie, więc te wymagane 10 arkuszy, czyli 400 tysięcy znaków, to jest dla mnie każdorazowo pułap trudny do osiągnięcia. Ja nie lubię wodolejstwa, nie lubię sztucznego rozpychania tekstu dialogami czy zbędnymi opisami, czy wprowadzaniem nowych wątków i postaci, które gdzieś tam po drodze znikają i nic się z nimi nie dzieje. Więc faktycznie chyba najlepiej czułabym się w formie noweli, ale nowelek już u nas się nie wydaje od wielu lat. A szkoda.
[02:28:55] - Z tymi opowiadaniami też właśnie jest różnie. Jeszcze zbiory różnych autorów, owszem, chętnie są wydawane, ale już zbiór opowiadań jednego autora raczej też spotyka się z trudnościami na rynku wydawniczym.
[02:29:10] - Ale to zależy, do jakiego wydawcy się zwrócisz, bo wspomniana już Planeta Czytelnika ma właśnie w swojej ofercie kilka antologii tematycznych i tam są różni autorzy, ale ma też kilka zbiorów opowiadań autorstwa jednej osoby. I wyobraź sobie, że odpowiednio zareklamowane na imprezach bardzo fajnie się te książki sprzedają i zyskują uznanie. Zauważyłam, że być może chodzi o to, że w światku grozy i fantastyki opowiadania są o wiele popularniejsze niż w literaturze obyczajowej. Obyczajówki puchną do rozmiarów powieści, nawet sag kilkutomowych, a w grozie i w fantastyce opowiadania mają się fajnie, więc myślę, że w tych gatunkach znajdziemy więcej zbiorów opowiadań również solowych, czyli tekstów jednej autorki lub jednego autora.
[02:30:00] - Oczywiście tutaj się z tobą zgodzę, że te obyczajowe są może mniej popularne, chociaż one również są wydawane i również mają swoich odbiorców. Ale tak jak mówię, wydawcy mniej łaskawym okiem czasem na te opowiadania patrzą.
[02:30:17] - Agata Suchocka „Zimowe zapomnienie”. „Dzień dobry” — zagaił, odkładając tablet na stolik. — Pani do Krzysztofa? — wskazał głową na mumię leżącą na sąsiednim łóżku. — Chyba śpi. Ja ci dam Krzysztofa, pomyślała Marita. „Nie, nie do Krzysztofa. Do Piotra Zetera” — odpowiedziała Marita, powoli się zbliżając. Mężczyzna na łóżku, jej domniemany narzeczony, rozejrzał się po sali, jakby miało się w niej zmaterializować kolejne łóżko. „Ale...
Ty jesteś Zeter Piotrek. Przyszłam do ciebie. To ja, Marita, twoja narzeczona”. Zamachała sugestywnie dłonią. Ćwiczyła ten gest przed hotelowym lustrem, ale chyba nie wyszło tak przekonująco, jak chciała. Narzeczona? Boże, on naprawdę jej nie poznaje. Co teraz? „Nie przypominam sobie...” „No nie” — weszła mu w słowo. — Bo masz amnezję.
Nie powiedzieli ci? Na pewno powiedzieli. „Powiedzieli, ale...” O Jezu, nie mogła na to patrzeć. Nie mogła go słuchać. To nie jej Piotrek. Nie ten samiec alfa, którego usidliła, tylko jakaś rozlazła mameja. „Posłuchaj, zabiorę cię do domu i na pewno pamięć wróci” — zasugerowała, przysuwając sobie taboret. Patrzył na nią bez zrozumienia. Kim jest ta kobieta? Otworzyła postawioną na łóżku aktówkę.
Na oko drogą, choć nie wiedział, czemu tak pomyślał. Podała mu paszport i jakieś papiery. „To twój paszport, a to dokumentacja, którą miałeś w Mikołajki zawieźć do Damiana. Pamiętasz Damiana Nowickiego? To twój biznesowy partner. Macie jakąś fuzję z Holendrami. Sorry, ale szczegółów nie znam. Wszystko tu masz”. Zamachała dokumentami. „Naprawdę mnie nie poznajesz?” Nie odpowiedział.
Przyglądał się jej tylko uważnie, ale bez zachwytu, bez entuzjazmu. Chyba facet, który się dowiaduje, że żyje z taką kobietą jak ona, powinien wykazać choć iskierkę entuzjazmu, do diabła. „Piotrek, do cholery” — podniosła głos. — Weź się ogarnij, co ty odwalasz? Wracamy do domu. Przestań się wydurniać. Czy to jakiś koszmar? Co ten Piotrek odpie...? Ona naprawdę nie ma czasu na takie głupoty. Zabierze ze sobą tego połamanego niemotę i co z nim zrobi?
„Przepraszam, ale ja...” „Ale weź mnie nie przepraszaj, okej?” — Marita weszła na wyższe tony. — Za co mnie przepraszasz? Za jelenia? Pamiętasz jelenia? Zdaje się, że chirurgowa wspominała, iż do wypadku doszło przez jelenia, co wylazł na drogę. Jakiego jelenia, do cholery? „Chodzić możesz? Sikać sam możesz? To wstawaj i jedziemy do domu, bo ja mam zobowiązania”. „Proszę się uspokoić”.
Marita odwróciła głowę w stronę drzwi. W progu stała jakaś lekarka, a może pielęgniarka. Wyglądała jak Maryna z warkoczem. Nie będzie jej taka obsztorcowywać. „Ja mam się uspokoić? Uspokoić? Kto tu jest odpowiedzialny za leczenie mojego narzeczonego? Co zrobiliście, żeby mu pamięć przywrócić, co? Dlaczego on mnie nie pamięta?” „Droga pani, pro...” „Bez takich mi tu. Ja was pozwę za błąd lekarski.
Kim pani jest, do diabła?” „Kaja Balicka”. „Leczy pani Piotrka?” Kaja zastanawiała się, co ma jej odpowiedzieć. Że jest tu pediatrą w przychodni i tylko przyłazi do niego, bo wpadł jej w oko? „Tak” — odpowiedział zamiast niej Adam. Czy też Piotr. — Pani Balicka prowadzi ze mną psychoterapię. „Co?” — zapytały kobiety unisono i nie było wiadomo, która jest bardziej zdziwiona tym oświadczeniem. Piotr Zeter natomiast kontynuował z kamienną twarzą, patrząc nie na Maritę, a na Kaję. „Rozmowy z nią bardzo mi pomagają. Mam dzięki nim przebłyski”.
„Co? Jakie przebłyski?” — zapiała Marita. „Z przeszłości”. „Czyli?” — Marita stanęła między łóżkiem i Kają, jakby chciała zapobiec zbliżeniu się lekarki. — Jakie konkretnie naszego wspólnego życia? Zeter zacisnął usta. „Z czterech lat wspólnego życia?” — skłamała gładko Marita, nagle rozhisteryzowana. Przecież Piotrek może sobie sprawdzić w internetach, od kiedy są razem. Nie omieszkała tego ogłosić na swoim profilu. I ten pudelkowy kapiszon o nowej power couple sprzed kilku miesięcy nadal wyświetla się jako pierwszy w wyszukiwarce.
Teraz nie będzie się tym martwić. Musi go jak najszybciej wywieźć z tego zadupia przekonanego, że są parą z długim stażem planującą ślub.
[02:34:14] - Powiedz nam, jak to jest. Grasz, śpiewasz, komponujesz, prowadzisz edukację muzyczną. Nie zapytam cię, czy muzyka, czy literatura, bo jak już słyszymy, dajesz sobie znakomicie radę w połączeniu tych dwóch dziedzin sztuki. Chodzi mi o to, żebyś nam powiedziała o symbiozie, która zachodzi w tobie, tym słowno-muzycznym jestestwie twojej duszy. Czy pisząc słyszysz już odpowiednie dźwięki, które byłyby jakimś podkładem pod twój tekst? A grając z kolei układasz sobie frazy tekstu literackiego, który mógłby ilustrować twój komponowany utwór?
[02:34:58] - To jest pytanie niełatwe, bo już mi się podczas słuchania go różne obszary w mózgu teraz uaktywniły i zastanawiam się, jak to jest. Lubię pisać teksty pod gotową muzykę, teksty do piosenek, a teraz udzielam się wokalnie w dwóch projektach, w dwóch zespołach. Jeden jest to zespół rockowy Unicorn. To jest młody projekt i tutaj właśnie próbujemy utwory autorskie skręcać. Panowie podrzucają muzykę. Gdy mamy gotową linię melodyczną, ja dopisuję do tego tekst. Ostatnio udało nam się skomponować przepiękną, smutną balladę o podróży autobusem do pracy. Czyli o temacie, który pojawia się często w moich wypowiedziach. Drugi zespół jest to formacja bluesowa Gorszy Sort i tutaj skupiamy się na odkrywaniu na nowo nieznanych utworów bluesowych. Wykopujemy je gdzieś z jakichś archiwów, takie hity z dawnych lat, które nie są szerzej poznane, a zasługują na szerszą publiczność.
A jeśli chodzi o pisanie pod teksty, to kilka moich opowiadań właśnie do zbiorów było inspirowanych piosenkami. Na przykład opowiadanie do, to zdaje się do zbioru „Świąteczne namiętności" jest inspirowane utworem zabierz tę miłość, nie mogę jej już znieść. I na kanwie tego tekstu powstało opowiadanie. Podobnie jak opowiadanie do „Niebezpiecznych związków". Tutaj mamy spalam się pa pa pa ra pa ram. I właśnie tekst tego utworu Kazika stał się taką bazą do zbudowania niebezpiecznej relacji młodej nauczycielki i ucznia w klasie maturalnej. Więc tak, zdarza mi się konkretnie inspirować jakimiś utworami, ale daleko jest mi na przykład do zamieszczania playlisty w książce. To było niedawno modne. Nie, myślę, że jednak nie chcę tak rozpraszać czytelników. Jeśli mają usłyszeć muzykę czytając mój tekst, to ją usłyszą.
I tak się działo. I miałam takie głosy właśnie jeśli chodzi o cykl wampiryczny. Tam głównymi bohaterami są pianista i skrzypek, więc opisów muzyki jest sporo. I faktycznie ludzie mówili, że słyszeli tę muzykę w głowie czytając. No i we wspomnianej „Pieśni słowika" mamy śpiewaka operowego i tutaj jest mocno wszystko posadowione historycznie. Tam odwołuję się do konkretnych kompozytorów, do konkretnych utworów, więc myślę, że czytelnik taki ogólno erudycyjny już będzie wiedział, o co chodzi i będzie słyszał tę muzykę w głowie podczas lektury.
[02:37:35] - Koncertujesz. Gdzie i kiedy można cię zobaczyć i usłyszeć?
[02:37:40] - Jak każda szanująca się wampirzyca mam zupełnie inną miarę czasu niż reszta ludzi, więc koncertujemy bardzo rzadko ze wspomnianymi już wcześniej zespołami. Tak się składa, że teraz przygotowujemy się do koncertu andrzejkowego, podczas którego z formacją Unicorn wykonamy utwory autorskie oraz kilka naprawdę takich dancingowych hitów w stylu daj mi tę noc. Bo jak Andrzejki, to musi być impreza i musi być zabawa. Troszeczkę żałuję, że ostatnimi czasy mniej komponowałam i mniej wykonywałam piosenek autorskich. Można powiedzieć, że zawsze lato jest moją sceną. Gdy spotykamy się ze znajomymi przy ogniskach co wieczór, czasem są to dwie gitary, czasem są to trzy gitary. Wtedy faktycznie możemy się popisywać i robić tę fajną gitarowo-ogniskową atmosferę dla wszystkich zgromadzonych. No, a teraz prowadzę jeszcze audycję dla dzieciaków, na których prezentuję jedenaście instrumentów strunowych, więc można powiedzieć, że jest to też jakiegoś swego rodzaju muzyczny performance. No i zdarza mi się rozpoczynać spotkania autorskie od jakiejś piosenki.
[02:38:54] - Jakie pozycje twojego autorstwa oprócz opowieści o wampirach znajdziemy w księgarniach i bibliotekach? Powieściami obyczajowymi, romansami, a może książkami o tematyce historycznej? Tej, która dzisiaj jest bardzo modna. Możesz pochwalić się swoim wydawniczym dorobku?
[02:39:13] - Myślę, że najwięcej w bibliotekach znajdziemy pozycji obyczajowych. „Jesienny motyl", „O jeden krok za daleko", „Tydzień z życia Adeli" są to książki, które wiem, że są do bibliotek nabywane. Często o nich mówię podczas właśnie bibliotecznych spotkań autorskich czy podczas spotkań dyskusyjnych klubów książki. A z książkami w księgarniach no dzisiaj nie jest łatwo. Jest taka nadpodaż książek i tytuły żyją tak krótko, że trzeba naprawdę mieć przeogromne szczęście, żeby znaleźć się na księgarskich półkach. To są kwestie finansowe, to są kwestie układowe, to są różne takie sprawy, które niekoniecznie są jasne czy wychodzą gdzieś tam na światło dzienne. A więc nie jest łatwo, przyznaję, znaleźć moje książki tak w księgarniach, że wchodzi się z ulicy i widzi się Suchocką na półce. Chociaż bardzo, bardzo bym chciała, żeby tak było i kilkukrotnie zdarzyło mi się gdzieś tam wygrzebać jakiś swój tytuł. Ale oczywiście można książki zamówić w księgarni i każdy księgarz ma obowiązek klientowi moją pozycję ze wszystkich dostępnych na rynku sprowadzić.
[02:40:26] - A książki historyczne?
[02:40:28] - Książki historyczne. „Melodia serca", pierwsza moja powieść historyczna. No, cyklu wampirycznego nie liczę z oczywistych przyczyn, gdyż oprócz tego, że są to powieści historyczne, to jest to fantastyka. A więc jednak literatura bardziej niszowa niż obyczajówki. Tak, „Melodię serca" można również znaleźć w bibliotekach. No i mam nadzieję, że ostatnią moją premierę, czyli „Grzechy południa" też już niedługo. Podczas imprez książkowych bardzo wiele pań bibliotekarek się pojawiało przy naszym stoisku i nabywało „Grzechy południa" właśnie do swoich zbiorów. Podpisywałam już dedykacje dla przeróżnych bibliotek z miejscowości mniejszych i większych, więc mam nadzieję, że szerzej to po prostu trafi do czytelników.
[02:41:10] - Czy lubisz szokować, zaskakiwać, łamać ustalone zasady?
[02:41:15] - Wystarczy na mnie spojrzeć, żeby wiedzieć, że skromność i pokora to moje drugie imię. Pewnie, że lubię. Ja chciałam być gwiazdą rocka dwadzieścia lat temu, ale nie wyszło. A nie wyszło dlatego, że mam w sobie przeświadczenie, poparte doświadczeniem wieloletnich występów scenicznych, że na scenie kiedyś, teraz i pewnie w przyszłości też o wiele więcej pozwala się robić mężczyznom. Oni mogą szaleć, oni mogą szokować, oni mogą wywoływać skandale. Ja skandali może wywoływać nie chcę ze względu na to, że prowadzę jednak swoją karierę zawodową dwutorowo. Z jednej strony są to książki wyłącznie dla widzów i czytelników dorosłych, a z drugiej strony jest to edukacja muzyczna dla najmłodszych, więc nie chcę, żeby to za bardzo się ścierało. Mam to oddzielone grubą kreską. Jestem profesjonalistką w obu tych dziedzinach i nie łączę ich po prostu. Wtedy, kiedy jestem z dzieciakami, to jestem na poziomie dzieciaków i dzieciaki bardzo mnie lubią, co jest bardzo fajne.
A wtedy, kiedy jestem dla dorosłych, to po prostu jestem dla dorosłych. Podczas ostatniego koncertu, przyznam się, wykonywałam taniec Salmy Hayek z wężem znany z filmu „Od zmierzchu do świtu". Bardzo kultowa scena. Sama Hayek była bardzo skromnie ubrana w tej scenie i miała białego boa jako towarzysza swojego bardzo zmysłowego tańca. Ja byłam ubrana kompletnie, a mój wąż był pluszowy, więc myślę, że wolę raczej uprawiać stand-up literacko-muzyczny, żeby trochę z przymrużeniem oka rozbawiać słuchaczy czy czytelników. Nie ma co szaleć i nie ma co za bardzo szokować, bo myślę, że w dzisiejszych czasach pokazano już wszystko. Jednak wolę pokazać klasę. To, że mam jakieś ponadprzeciętne umiejętności, a nie pokazać goliznę na przykład. Nie.
[02:43:10] - Tak to w dzisiejszych czasach jest, że już nawet golizna nie jest w stanie nas doprowadzić do szoku społecznego, bym powiedziała. Raczej wszystko należy przyjmować spokojnie. Ale niedawno dopadła cię frustracja. Wiem o tym, ponieważ zamieściłaś dosyć trudny wpis na Facebooku. Kilka gorzkich słów, deklaracja zaprzestania twórczej aktywności. Ot, takie normalne ludzkie wynurzenia. Zły nastrój minął jednak. O czym poinformowałaś swoich znajomych również na Facebooku. A ja zapytam, może wpadłaś podczas tego krótkiego załamania na pomysł, jak uzdrowić patologiczną sytuację na polskim rynku wydawniczym? Może chociaż jakieś światełko w tunelu zobaczyłaś?
[02:44:05] - To jest bardzo proste rozwiązanie, za którym ja optuję od początku swojej, że tak szumnie to nazwę, kariery literackiej. Uważam, że powinniśmy wydawać mniej złych książek. Jeśli chodzi o sztukę, o muzykę, to umiejętności artysty czy performera są weryfikowane w jakiś sposób. Muzyk, który fałszuje, który nie potrafi śpiewać na scenie się nie obroni. Podobnie jest ze sztuką. Sztuka współczesna niepoparta żadnymi umiejętnościami manualnymi i artystycznymi rzadko zdobywa uznanie. Natomiast w dzisiejszych czasach do tworzenia literatury nie potrzeba żadnych podstaw, żadnego kierunkowego wykształcenia. Mało tego, zbyt szeroka znajomość języka, budowanie zbyt długich zdań, używanie zbyt trudnych wyrazów zdaje się nawet w tym przeszkadzać. Z czym ja nie mogę się pogodzić właśnie od tych dziesięciu lat, bo dla mnie zawsze książka, lektura, powieść była inspirująca. W jakiś sposób mnie uskrzydlała, sprawiała, że się rozwijałam.
Była dla mnie wyzwaniem. Takich książek jest coraz mniej. Ustępują miejsca tworom książkopodobnym. Nie jest to moje wyrażenie, tylko któraś z zaprzyjaźnionych autorek właśnie w komentarzu użyła takiego stwierdzenia. I myślę, że gdybyśmy staranniej dobierali my jako rynek wydawniczy, jako wydawcy, jako twórcy, troszeczkę te utwory do publikacji, wydawali ich mniej, z większą starannością i gdyby były to utwory niosące ze sobą coś więcej niż tylko szybko przemijającą rozrywkę, to może to byłby pierwszy krok do tego, żeby nie produkować tak wielu książek, które w większości nie przebijają się do mainstreamu, nie przebijają się do masowej świadomości, nie pozostają dłużej w czytelnikach, nie zostawiają im niczego w głowach. Może to jest właśnie rozwiązanie. Niestety, tak jak wielu autorów, a nawet jak większość autorów na naszym rynku, moje książki również nie zyskują takiego uznania, jakie ja bym chciała dla nich zdobyć. Co za tym idzie, nie sprzedają się w dziesiątkach czy w setkach tysięcy egzemplarzy, jak to być może wyobrażają sobie czytelnicy. Potem niestety ta rzeczywistość nas dopada. Może to się zmieni?
Nie wiem. Chciałabym w to wierzyć, ale niestety z roku na rok jest coraz trudniej utrzymać się na powierzchni. Stąd histeryczna, duża ilość szybkich publikacji. Ja się staram i zawsze dbam o to, żeby były to książki jednak najwyższej jakości, a nie pisane na kolanie i sklecone z byle czego. Zobaczymy. Obserwujemy to, co się dzieje. Na pewno jakieś decyzje podejmę. Na pewno będą jakieś zmiany. Jeśli uda mi się udzielać literacko w innych dziedzinach, które są bardziej intratne, na pewno po prostu tam właśnie się pokieruję.
[02:47:03] - Kilka lat temu myślałam, że istnieje możliwość, że w końcu dojdziemy do tego stanu, że będziemy wydawać tylko dobre dzieła. W tej chwili, kiedy wchodzi inteligencja sztuczna, wydaje mi się, że właściwie o literaturze
[02:47:20] - O takiej dobrej literaturze jako sztuce możemy zapomnieć.
[02:47:26] - Wiesz, czego się boję? Mam wrażenie, że sztuczna inteligencja prędzej się nauczy tworzyć wartościową literaturę niż niektórzy autorzy.
[02:47:37] - To na pewno.
[02:47:38] - Naprawdę zdarzyło mi się skonfrontować z dziełami tak miałkimi i tak źle napisanymi, a mimo to wydanymi, stojącymi gdzieś na półkach, że to aż niewiarygodne. Nie chcę nikogo tutaj obwiniać, a z drugiej strony chcę obwinić wszystkich, bo tak naprawdę to i czytelnik, i wydawca, i autor – żyjemy w symbiozie. My tworzymy ten rynek literacki. Jakiś wydawca wpadł na pomysł wydania złej książki, zarobienia na niej. To zadziałało. Inni poszli w jego ślady. Jakiś autor miał parcie, żeby wydać swoją książkę, podpisał niekorzystną umowę. Inni zobaczyli, że można, wystarczy obniżyć swoje standardy. Poszli w jego ślady i to się posypało lawinowo. To są setki i tysiące podmiotów i przedmiotów, firm wydawniczych, mniejszych wydawców, większych wydawców, autorów, pisarzy i przede wszystkim czytelników, którzy ciągle chcą więcej, więcej i więcej.
Chcą mieć wybór, chcą mieć dostęp do wszystkiego. Wystarczy spojrzeć na ogólne wokół afery Legimi, że nagle ludzie, którzy tak naprawdę czytali po kilka książek czy kilkanaście miesięcznie, gdy obcięło im się ofertę, nawet tą, z której nie korzystali, poczuli się po prostu pokrzywdzeni i w jakiś sposób odarci z tego, co im się należy. Jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji. Zobaczymy, jak to się rozwinie. Czy to się odwróci i faktycznie czy tworzenie i wydawanie literatury znowu stanie się misją i czy znowu czytanie stanie się rozrywką, która jednak będzie stawiała czytelnikowi jakieś wyzwania, jakieś wymagania i będzie zmuszała go do poszerzania swoich horyzontów, a nie do zamykania się w jakiejś ciasnej, łatwo przyswajalnej bańce?
[02:49:19] - Agata Suchocka „Grzechy południa”. „Przecież życie tutaj tylko pozornie wygląda jak bajka. Weźmy chociażby jej całkiem niedawny poranny spacer. Wybrała się na pola, by sprawdzić, czy szkodniki nie zaatakowały kwitnącej bawełny. Czy którakolwiek z pozostałych żon wie, jak wygląda kwiecie bawełny? Niepozorne różowe płatki, rachityczne, niewielkie pąki, delikatne, półprzejrzyste, otwierają się na krótko, a potem zamykają, by przeistoczyć się w gotowe do zbioru puchate kłębuszki. Niesamowity cud natury, dzięki któremu wszyscy tutaj świetnie prosperują. Lucille w nocnej koszuli, rozkoszując się porannym chłodem, również trwającym tylko chwilę, a potem zamieniającym się w lepki upał, szła niespiesznie skrajem pola, patrząc na skąpane w różowym blasku jutrzenki szpalery krzewów biegnące pozornie aż po horyzont. Żyzne, nasiąknięte wodą równiny ciągnące się na północ, na południu niespodziewanie przeistaczały się w zdradzieckie bagna pełne śmiercionośnego plugastwa, wiecznie głodnych aligatorów, jadowitych węży i trujących roślin. Na granicy tych dwóch krain stały w zadbanych ogrodach ogromne domy plantatorów, jak pałace wycięte z bajek i wklejone w miejsce, do którego przecież wcale nie pasują.
Wśród kwitnących magnolii i szeleszczących na wietrze bananowców nieświadome prawdziwego życia księżniczki pijały herbatę, wyszywały, przyjmowały gości i śmiały się beztrosko, obserwując, jak ich kształtowani przez guwernantki i nauczycieli fechtunku synowie nabierają tężyzny. Lucille nie miała syna. Miała za to świadomość, co tak naprawdę dzieje się na polach i w niewolniczych chatach. Nie była beztroską księżniczką i na straży własnego dobrostanu stała sama. Odetchnęła szybko nagrzewającym się aromatycznym powietrzem. Krzewy przekwitną i niewolnicy ruszą w pola. Każdy przechodzący w pobliżu będzie mógł usłyszeć ich dziwny, przejmujący dreszczem śpiew. Lucille mogła się tylko domyślać, o czym niskimi, dźwięcznymi głosami śpiewają pracujące niewolnice. Pozwalała im na to chyba jako jedyna z właścicieli ziemskich. Wolała, by czarnoskórzy robotnicy ją szanowali, niż się jej bali.
Weszła pomiędzy krzewy na ubitą ścieżkę. Dotknęła różowych płatków, nie chcąc ich uszkodzić. Każdy zniszczony kwiat to niezarobiony cent. Do jej nozdrzy doleciał aż za dobrze znany, słodkawy odór śmierci. Pewnie jakieś zwierzę padło między krzewami. Może to ten lis, który zakrada się do ich kurników. Zgubił swoją ofiarę spłoszony przez psy. Gdyby Lucille była zalęknioną damą, zawróciłaby i odeszła do domu. Zamiast tego ruszyła za zapachem, aż znalazła jego źródło. Jak już mówiliśmy, z prozą jest trudno.
W takim razie zapytam, czy oprócz powieści, opowiadań w swojej twórczości posiadasz również wiersze? Czy wydałaś może jakiś tomik?
[02:52:11] - Nie, tomiku nie wydałam, ale w czasach przedinternetowych, prawie 30 lat temu moje wiersze ukazywały się w antologiach zbiorczych będących zwieńczeniem konkursu jednego wiersza. Był to konkurs, nawet nie wiem, czy do tej pory nie jest organizowany przez moje liceum w Suwałkach, szkołę już z ponad 180-letnią tradycją, więc tam zdarzyło mi się kilkakrotnie zdobyć laury. Patrzę tutaj teraz na wyróżnienie, które otrzymałam w IV Ogólnopolskim Konkursie Literackim imienia Anny German i to wyróżnienie otrzymałam za tekst do piosenki. A teraz zdarza mi się tworzyć haiku od czasu do czasu, dalej pisać teksty do piosenek. Ale moim najciekawszym wyzwaniem poetyckim było uzupełnienie libretta do opery komicznej „Kabalista” do muzyki Józefa Elsnera. Manuskrypt zaginął. To znaczy trzy ostatnie strony tego dzieła zaginęły. Zachowały się tylko partie muzyczne, natomiast zaginęły recytatywy pisane trzynastozgłoskowcem. A ja trzynastozgłoskowiec uwielbiam. Po prostu team Pan Tadeusz i ówczesny dyrektor filharmonii zlecił mi uzupełnienie tego libretta.
To była wspaniała przygoda, bo oprócz tego, że uzupełniłam ten tekst, to jeszcze brałam udział w próbach. Poznałam wielu młodych, obiecujących wokalistów, którzy teraz już zrobili kariery. Jeden z nich, Damian Żebrowski, jest lektorem mojej powieści science fiction „Bite me”. A spektakl został nagrany, uwieczniony i można go obejrzeć na stronie Filharmonii Opolskiej.
[02:53:51] - To bardzo pięknie. Zachęcamy państwa, szukajcie, słuchajcie, oglądajcie. Powiedz mi Agato tak szczerze o tych festiwalach książki. Jeździsz, bo wiem, że szykujesz się teraz również do wyjazdu. Komu i czemu one właściwie służą? Kto czerpie z nich najwięcej i dla kogo te korzyści są, jakby powiedzieć, przeznaczone? Uczestniczysz w tych imprezach chętnie?
[02:54:17] - Dwa ostatnie lata były bardzo intensywne, jeśli chodzi o moją działalność targową, ale teraz już wyhamowuję. Będzie mnie mniej. Od nowego roku będę pojawiała się już raczej sporadycznie. Jest to podyktowane trochę zmęczeniem materiału, trochę różnymi problemami zdrowotnymi, o których nie będę się tutaj rozwodziła, ale mam wrażenie, że padła też taka klątwa komercjalizmu na te wszystkie wydarzenia książkowe, gdyż początkowo większość z nich była darmowa dla uczestników. Teraz większość imprez jest biletowana. Mało tego, na niektórych imprezach trzeba dopłacać dodatkowo za możliwość ustawienia się w kolejce do autorów po autograf. Ceny stoisk też rosną. Wiem, że wydawcy ponoszą bardzo duże koszty, więc mam wrażenie, że największe korzyści odnoszą te powierzchnie wystawiennicze. Tak naprawdę te wszystkie wydarzenia ostatnich dwóch lat zlały mi się w taką jedną, niekończącą się książkową imprezę. Ja naprawdę nie pamiętam, gdzie byłam, z kim się widziałam.
Znam tylko te wydeptywane ścieżki między dworcem a miejscem, w którym odbywa się impreza. Tutaj bardzo sobie chwalę Lublin, bo halę widać, jak się tylko wyjdzie z dworca, można dojść do niej w trzy minutki, może cztery. To jest fajne. Myślę, że czytelnicy zyskują, bo mogą poznać swoich ulubionych autorów, mogą z nimi pogadać, mogą strzelić sobie zdjęcie, mogą zdobyć książkę z autografem. I to jest najważniejsze, bo bez czytelnika nie ma rynku wydawniczego. Tylko mam wrażenie, że teraz już impreza goni imprezę i ten kalendarz targowy się tak zagęścił, że nieraz w ciągu jednego weekendu odbywają się dwie czy nawet trzy imprezy w różnych częściach Polski. Trzeba wybrać, gdzie jechać, trzeba wybrać, gdzie się pokazać i to również muszą zrobić czytelnicy, bo nie mogą być we wszystkich miejscach jednocześnie. Tak jak jeszcze niedawno, jak zaczynałam te osiem, dziewięć lat temu, to był Kraków, Warszawa, może Poznań. To były chyba takie trzy największe imprezy. Teraz już każde miasto ma swój festiwal, każde miasto ma swoje targi książki.
To fajnie, że tak się dzieje i że jest taka dostępność do tych usług, tak to nazwijmy. Zastanawiam się, skąd właśnie te opinie, że w naszym kraju się nie czyta, skoro przez każdą taką książkową imprezę, nawet biletowaną dosyć drogimi biletami, przewijają się naprawdę tysiące, a nieraz dziesiątki tysięcy ludzi. Pochylmy się nad tym, że jednak się czyta w Polsce i kupuje się książki.
[02:56:52] - Niech tak zostanie. Czytajmy, kupujmy, a my pobawmy się. Bardzo modne teraz krótkie pytania, krótkie odpowiedzi, więc i ja ciebie zapraszam do takiej zabawy. Jako literatka o czym marzysz?
[02:57:06] - O ekranizacji.
[02:57:07] - No tak. Audiobook czy książka tradycyjna?
[02:57:12] - Audiobook.
[02:57:13] - Za najważniejszy w życiu uważasz...?
[02:57:16] - To, że fanem mojej literatury jest uznany światowej sławy skrzypek Nigel Kennedy.
[02:57:22] - Brawo! Na spotkania autorskie chodzisz z...?
[02:57:27] - Z gitarą. Chodzę z gitarą po to, żeby ilustrować niektóre swoje książki. Na przykład „Tydzień życia Adeli” fabuła jest osnuta wokół piosenki „W domu z betonu nie ma wolnej miłości” i od tego zaczynam właśnie spotkanie i rozmowę o tej książce. Lubię się bawić. Dla mnie muzyka jest równoważna i równie ważna co literatura, więc czasem po prostu sobie śpiewamy, żeby się odprężyć na koniec spotkania autorskiego.
[02:58:00] - Polecam, proszę państwa, spotkania autorskie z Agatą Suchocką plus gitara. Gdybyś była na bezludnej wyspie, kogo byś chciała mieć w roli swojego Piętaszka?
[02:58:16] - Filipa Kosiora, żeby mi czytał jakąś fajną książkę w kółko i w kółko.
[02:58:20] - A u boku kogo chciałabyś wystąpić na festiwalu w Sopocie?
[02:58:24] - Może Urszuli?
[02:58:27] - Proszę państwa! Grała, śpiewała i czytała fragmenty swoich utworów nasza gościni, pani Agata Suchocka, kobieta wielu talentów, którymi chętnie się dzieli ze swoimi fanami. Państwo już wiecie, że znajdziecie wiadomości na temat jej twórczości na stronach internetowych, na Facebooku, Instagramie. Lubimy czytać. Pytajcie państwo o pozycje Agaty Suchockiej zarówno w bibliotekach, jak i w księgarniach. Szukajcie książek, szukajcie audiobooków. Bardzo serdecznie dziękuję ci Agato za poświęcony nam czas, za to, że tak pięknie opowiedziałaś nam o swoich pasjach. Mam nadzieję, że naszym programem dzisiaj zyskasz wielu czytelników. Dziękuję i życzę wszystkiego dobrego. Nie rezygnuj ze swoich twórczych pasji, bo naprawdę trzeba je dalej kontynuować, bo są tego warte.
Już masz odpowiedź przecież od swoich czytelników, słuchaczy. Życząc dobrej nocy, życzę państwu wszystkiego dobrego, a tobie dziękuję Agato, że gościłaś dzisiaj w „Literackim tête-à-tête”.
[02:59:42] - Bardzo dziękuję za zaproszenie. Mam nadzieję, że fajnie się bawiliście, że z przyjemnością sięgniecie po moje książki. Po te, których jeszcze nie znacie. Może odświeżycie sobie te, które już czytaliście, może posłuchacie ich sobie w wersji audio. A ja zapraszam jeszcze na imprezy targowe. Póki sił starczy, pojawiam się i do przeczytania.
[03:00:04] - Dziękuję bardzo. Dobranoc Agato. Dobranoc państwu
[03:00:10] - Nawiązując do tego, co powiedziałeś przed literackim tête-à-tête, zaraz pewnie ktoś wyskoczy, znając polski internet z tekstem, że feminatywy przecież były już przed II wojną światową. Były powszechnie stosowane, powszechnie występowały. Więc o co chodzi?
[03:00:29] - No tak, nawet nie wiem, jak to skomentować. Może po prostu ja mam taki apel do wszystkich, którzy kochają feminatywy: dajcie żyć. To znaczy, jeśli chcecie, to ich używajcie. Nic mi do tego i ja będę chyba ostatnią osobą, która będzie zwracała państwu uwagę. Ale apelując o to, żebyście dali żyć, apeluję o to, żebym miał prawo, pokornie się o to dopraszam, żebym miał prawo używać, zaznaczam, poprawnych form języka polskiego. Może one państwu nie odpowiadają, ale są poprawne. To może jednak w swej łaskawości byście jednak zezwolili. Wiem, to złośliwe, okrutnie złośliwe, ale cała ta wojna wydaje mi się absurdalna. Nie kłóćmy się o rzeczy tak proste. Chcecie?
Używajcie. Nie mam ochoty, nie używam. I to tyle komentarza. Czas, proszę państwa, na korespondentkę z dalekiej Islandii, Kamila Ciołko-Borkowska i kolejny odcinek „Piszącej z fiordami”.
[03:01:39] - Dzień dobry, wieczór. Fascynaci słowa. Dziś słuchajcie, przychodzę do Was z taką małą analizą, powiedzmy takim studium przypadku. Studium przypadku brzmi bardzo fajnie i dzisiaj nie będzie jako takich suchych rozważań literackich. Będzie za to marudzenie o pewnych konkretnych błędach, że tak powiem, w tekście już napisanym oraz ogólnie w pisaniu, bo tych tekstów było sztuk kilka. O, tyle tematem pierwszego wstępu. W dalszej części wstępu przedstawię wam naszego bohatera. Nasz bohater to nastolatek, nastoletni adept pisarstwa, że tak powiem ładnie i ambitnie. Chłopak, bo to oczywiście jakoś tak się stało, że to chłopak. Uczy się sobie w szkole średniej, czyli to już jest taka starsza młodzież i jest zainteresowany pisaniem.
Mam nadzieję, że słuchają nas osoby też zainteresowane pisaniem i będą mogły się w tym przypadku trochę odnaleźć. No ale ad rem, do rzeczy, słuchajcie, do brzegu. No więc wiem, że nie zaczynamy od więc. No ale trudno. Tak już jak się zaczęło, tak trzeba kończyć. Nasz bohater zainteresowany jest pisaniem. No i wiecie, tu trochę poczytał, tam trochę popróbował pisać, tu podpytał, tam posłuchał. Uznał, że zdobył jako tako wiedzę teoretyczną, żeby swoje zainteresowania uwiecznić, że tak powiem, w tekście pisanym. Chociaż nie wiem. No dobra, teksty pisane.
No usiadł, popisał jeden tekst, drugi tekst, trzeci tekst, ale uznał, że należy ten tekst podesłać do kogoś, kto oceni, może zasugeruje jakieś zmiany i zaczął szukać sobie beta czytelnika do swoich tekstów. Na początku, kiedy spotykamy się z tą pasją literacką, napotykamy ją na naszej drodze i próbujemy realizować ją, to dzieje się różnie. Piszemy do szuflady, nie dzielimy się z nikim naszą twórczością. Ewentualnie dzielimy się z bliskimi, z rodziną, przyjaciółmi, którzy zachwalają, klepią po pleckach i mówią, że żadnych błędów tam nie ma. Ale dobrze jest mieć kogoś, kto spojrzy na tekst troszkę inaczej i dalej będzie mówił, że jest dumny z nas. Bo nic tak nie wspiera pisarza, jak okazywanie, takie zewnętrzne okazywanie zainteresowania jego twórczością i potwierdzanie tego, że jednak nie jest takim beztalenciem wielkim, za jakie się często uważa. Bo w sumie, jakby nie patrzeć, na pewno większość z was przyzna mi rację, że bardzo często jako pisarze zaniżamy swoją wartość i twierdzimy, że to, co napisaliśmy, to jest w sumie nic niewarte. Jedyne miejsce, gdzie można to chować, to kosz na śmieci i nikt tego nie będzie czytał. A tak w ogóle to lepiej iść i zająć się karmieniem gołębi w parku niż pisaniem. Ale dobrze jest mieć kogoś, kto zerknie na tekst i nawet jeżeli tekst jest do bani, to powie, że słuchaj, ten tekst jest do bani, ale w sumie pisałeś lepsze.
I teraz wracając do naszego bohatera dzisiejszego naszego spotkania, to powiem wam tak. Dostałam od niego kilka sztuk opowiadań, kilka sztuk próbek jego literackich i nie wszystkie naraz. Robiliśmy to po kolei. Jedna próbka, moje uwagi, odsyłanie, przesyłanie. Taka praca literacka normalnie, jak się robi, przesyła się tekst, wpisuje uwagi, odsyła i potem takie przesyłanie między sobą tekstów z uwagami. No więc było takich tekstów kilka sztuk. I co mogę powiedzieć? Na początku pierwszy tekst nie był najgorszy. Fakt, że zdarzyło się kilka nieścisłości fabularnych i teraz nie ustrzeżemy się przed nimi, bo jeżeli piszemy nawet tekst krótki, to bardzo często gdzieś tam nasze myśli uciekają w taki sposób, że takie nieścisłości fabularne się pojawiają, ponieważ to, co umieścimy na kartce, to jest niezmienialne. To, co mamy w głowie, to ciągle ewoluuje, to ciągle się zmienia, to ciągle dopasowywuje się do sytuacji, którą wymyślamy na bieżąco.
Więc może być tak, że pewne szczególiki nam się nie zgadzają. Możemy to wypatrzeć przy poprawkach autorskich samodzielnie, kiedy też tekst troszkę odleżakuje. Ale nie oszukujmy się, nie będzie to taki hop siup i nie wszystko wypatrzymy, ponieważ to jest nasz tekst. My wiemy, co chcieliśmy napisać, wiemy, jak to chcieliśmy napisać i wiemy, co nasz mózg tutaj miał do powiedzenia podczas pisania. Czytelnik nie ma wglądu do naszej głowy, nie ma wglądu do naszych emocji, do tego, co myśleliśmy, jak rozpatrywaliśmy ten problem. Więc on jest taką gąbką, która wsiąka cały tekst i analizuje go zupełnie odrębnie, co jest bardzo dobre, co pozwoli wykazać nam troszkę większą ilość pewnych baboli, które należy poprawić. I nie możemy też nie doceniać tej korekty i redakcji autorskiej, która musi być wykonana i nie możemy przeceniać pracy osób z zewnątrz, czyli beta czytelników, redaktorów, korektorów, całej rzeszy innych ludzi, ponieważ to jest nasz tekst, mój, twój i należy go dopracować, zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby był jak najlepszy. Ja to ciągle powtarzam, bo to jest bardzo ważne i będę to powtarzać przy każdej sposobności, przy każdym naszym spotkaniu, ewentualnie nawet jak się spotkamy na ulicy. Ponieważ jest kilka rzeczy, które są tak istotne, pomimo tego, że są to profesjonaliści. Ci z zewnątrz to są bardzo często profesjonaliści i mogą wyhaczyć więcej niż my sami, ale nie możemy tylko na tym polegać.
Dobra, bo ja tak trochę coraz bardziej odpływam od tematu, a trzeba trochę konkretniej. Ale o czym ja właściwie chcę powiedzieć? Jest kilka kluczowych rzeczy, które wyłapałam podczas tej współpracy i które należy podkreślić, o których należy powiedzieć. I nie wolno też o tym zapominać. Bo to nie jest tak, że ja wam powiem, że należy o tym pamiętać i tego się trzymać i że wy, jak będziecie tego słuchać, to potem przy pisaniu będziecie się tego trzymać bardzo mocno i tego błędu nie zrobicie. Guzik prawda, ale podczas poprawek już napiszecie tekst, poniesie was ta wena, będzie ciągiem, bo to różnie ludzie piszą. Niektórzy piszą ciągiem, nawet nie patrzą na błędy i po prostu potem dopiero poprawiają. Ale w momencie, kiedy usiądziemy już później i czytamy ten tekst. Aha, pamiętam, to było, to trzeba poprawić, to tak nie może być. To trzeba przenieść.
To jest dobry fragment, ale przeredagujemy go i wrzucimy go w inne miejsce, bo na przykład w tym miejscu jest czegoś za dużo. I czego może być za dużo? Może być za dużo opisów w jednym miejscu. To jest jedna z większych bolączek nie tylko początkujących autorów. Pamiętacie, na przykład w Kanonie Lektur jest masa książek, masa pięknych, naprawdę niesamowitych historii, które męczą czytelnika masą opisów. Opisów przyrody, opisów postaci, wszelkich opisów, jakie tylko mogą mieć miejsce. To tam jest taka, wiecie jak to krzesło jest takie, które robi za szafę w pokoju i tam układacie ubrania. I teraz wyobraźmy sobie, że nasza historia to jest takie krzesło obrotowe do biurka i pakujemy tam masę ubrań, z których korzystaliśmy, ale które jeszcze nie pasują do prania na przykład. I odkładamy. I w pewnym momencie nie widać krzesła, nie widać tej fabuły, nie widać naszej historii, bo zarzuciliśmy to krzesło całą masą rzeczy, które ewentualnie mają sens do tej historii.
Bo to są nasze rzeczy, ale zupełnie przez nie nie widać naszej historii, tego, co chcieliśmy przekazać. Dlatego z opisami zawsze trzeba tak trochę ostrożnie. I dlaczego zaczęłam od tego studium przypadku? Dlatego, że przyszedł do mnie pewnego razu tekst od naszego pacjenta. Naszego pacjenta, jak to ładnie brzmi, słuchajcie. Od naszego pacjenta przyszedł tekst. Od naszego pisarza, naszego autora przyszedł tekst. I słuchajcie, był naprawdę fajnie napisany, ale nie przebrnęłam przez pierwsze kilkanaście stron. Dlaczego? Dlatego, że tekst zaczynał się od pięciu stron opisów.
Chyba było pięć stron opisów. W każdym razie masa opisów. Można to było zrobić zupełnie inaczej. Ja wam zaraz mniej więcej powiem jak, ale pierwsze strony tego opowiadania to były opisy budynku, w którym się dzieje historia bohatera, jego dnia, jego życia, jego pracy, mieszkańców tego miejsca. Słuchajcie, to było tak ciężkie do przebrnięcia, że możliwe, że reszta była naprawdę fajna, ale to było niestrawne. Tego było za dużo, nic się nie działo i w momencie, kiedy zarzucimy czytelnika zbyt wielką ilością szczegółów, które według nas są istotne, to zrobi mu się taki bałagan w głowie, że on tego czytać już nie będzie. Po prostu nawet nie ma szans, żeby on przez to przebrnął i żeby skupił się później na tej historii. Chociażby ona była najlepsza, najfajniejsza i naprawdę napisana rewelacyjnie. Jeszcze zależy jak ten opis zrobimy, słuchajcie, ale też te opisy nie powinny być jakieś niesamowicie długie, bo samo opisywanie, że nasz bohater był taki, taki, taki. Bożeż ty mój, jak to się ciężko będzie czytać, jak to się będzie okropnie czytało, jak się człowiek będzie przy tym nudził.
Ile można czytać, kiedy mamy masę tylko określeń do danej rzeczy, danej osoby, które nam opisują to, jak ona wygląda, że jest taka, taka, śmaka i owaka. Nie. Broń cię Panie Boże. Wszystkie opisy, jakie mamy, możemy umieścić na przykład podczas jakiejś akcji. Na przykład nie piszemy, że kanapa w pokoju była koloru bordowego, pluszowa. Tylko możemy napisać, że nasz bohater wziął na przykład szklankę z herbatą i znudzony, zmęczony czy jakiś tam, usiadł albo zapadł się na przykład, czy co zrobił, na wielkiej, puchowej, brązowej kanapie. Między poduszkami brązowej, puchowej kanapy. Coś takiego. Żeby to nie był suchy opis, a żeby te wszystkie informacje gdzieś były umieszczone w tych czynnościach, które będą interesowały naszego czytelnika. Nie możemy robić też tego, o czym przed chwilą mówiłam, tego umieszczania wszystkich opisów.
Jeśli opis nie jest istotny na przykład teraz, jeżeli nawet jest fajnie napisany, możemy go umieścić później, bo na przykład na początku nie wszystko musimy podawać na talerzu. Opis miejsca pracy czy miejsca zamieszkania naszego bohatera możemy umieścić troszeczkę później, na przykład w drugim rozdziale albo w czwartym akapicie jeśli to opowiadanie. I jeśli nie jest niezbędne na początku, to możemy z tym poczekać, żeby wprowadzić czytelnika powolutku. Nie zniechęci to czytelnika, nie zirytuje go nadmiarem jakichś opowieści, tych początkowych opisów, a na pewno będzie miał to poczucie, że poznał naszego bohatera, że się z nim identyfikuje. Ale zrobimy to powolutku. Jak wchodzicie na przykład do wody, do oceanu czy do morza, to nie skaczecie od razu na główkę, tylko wchodzicie powolutku. Najpierw nogi, najpierw stopy moczycie, potem są kolana, potem całość, potem dalej. I na końcu, kiedy jesteście już gdzieś do jakiegoś poziomu zamoczeni, dopiero wtedy idziecie płynąć. Tak samo jest z opowieścią. Tak samo jest z opowiadaniem czy powieścią.
Tak samo jest z fabułą. Nie wrzucajcie czytelnika od razu na pełne morze swojej opowieści. Musicie go przygotować. Musicie go delikatnie zapoznać, ale tylko delikatnie zapoznać, powolutku i nie suchym opisem co jest gdzie, jak i dlaczego. Że na przykład w pokoju mamy pięć osób i przez najbliższe 20 akapitów czy 20 stron będziemy opisywać po kolei każdego z bohaterów w pokoju. Nie, bo nikt przez to nie przebrnie. Ja w tym momencie odpisałam temu naszemu adeptowi, że czytać tego nie będę. Nie mam siły. Po prostu nie będę marnować swojej energii na coś, co mnie zbyt męczy. Nawet betaczytelnik ma swoje pewne granice i kiedy do nich się zbliży, to tego tekstu nawet nie będzie poprawiał, bo są rzeczy, których poprawić nie można, a należy napisać od nowa.
I ten tekst, o którym właśnie teraz mówię, był jednym z tych tekstów. Tu trzeba było wszystko wywalić, zamiast poprawić. Nie wiem, jak później reszta tego tekstu, bo początek był naprawdę bardzo ciężki do przebrnięcia, a niestety nie oszukujmy się, nikt nie będzie przecierał się przez takie chaszcze tekstu tylko po to, żeby później utwierdzić się, że reszta jest słaba. Wolałam się nie irytować bardziej. Odesłałam tekst z uwagami już nie takimi jak mówiłam, że komentarze z boku, tylko z ogólnymi uwagami, że całość należy przepisać, poprawić i wywalić większość z tych opisów. Chłopak powiedział, że to wszystko, te wszystkie opisy, te wszystkie suche opisy, te wszystkie fragmenty tekstu są potrzebne do historii. Ja to rozumiem, bo są rzeczy, które na przykład jeżeli usuniemy, to tekst straci na przejrzystości i nie wolno tego robić, bo inaczej sens całego tekstu, całego przesłania, tego wszystkiego gdzieś nam ucieknie. I ja rozumiem, że często trzeba postawić na swoim i często trzeba powiedzieć, że się czegoś nie usunie, tak ma zostać, bo ja tak wymyśliłem. Ale w tym przypadku należy jednak słuchać głosu rozsądku, głosu redaktora czy beta czytelnika, który podpowiada, który wskazuje, że ten tekst należy przepisać według tych wskazówek, o których mówiłam. Czyli rozbicie tego suchego opisu, który ma te pięć, 10 stron i włożenie tego w akcję.
Może ta akcja być opisem, też będzie opisem, ale może być zupełnie opisem tego, co robi nasz autor i ten opis, te czynności, czyli na przykład opisujemy zwykły dzień naszego bohatera i to może być wprowadzenie, które przedstawi czytelnikowi naszego bohatera i w międzyczasie w to przedstawienie naszego bohatera, czyli pokazujemy, jak jego dzień wygląda, wstawiamy na przykład te opisy, które są niezbędne, czyli na przykład pokazujemy jego relacje z rodziną i gdzieś tam w międzyczasie wpisujemy opis czegoś tam. Tylko też nie opis na pół strony, bo tego nikt nie przeczyta. Mamy zasugerować, mamy jakoś tak przedstawić to w taki sposób, żeby to weszło z automatu, między wierszami powiedzmy, żeby tak weszło mięciutko czytelnikowi do głowy. Żeby nie tak łopatologicznie, tak twardo, żeby to nieprzyjemnie się czytało. To ma wejść ładnie jak cała fabuła, wszystko ma być jednym pięknym kawałkiem literatury, niepodzielonym na akcje i opisy. To wszystko ma stanowić jedną całość. Ja wiem, że to jest ciężkie, bo sama z tym walczę, sama się z tym jakoś, że tak powiem brzydko, użeram i wiem, że to nie jest takie łatwe, bo czasami chciałoby się czytelnikowi pokazać dużo naraz, szybko, już teraz, żeby on wiedział to samo, co ja widzę, bo to jest istotne. Ale tak nie można, bo czytelnik się zniechęci i nie będzie nawet na to patrzył dalej. A szkoda, bo na przykład nasza historia ma jakieś przesłanie, chce coś pokazać, chce powiedzieć, chce komuś dać nadzieję na przykład. Są różne teksty i rozumiem, że chcemy to wszystko podać na tacy na dzień dobry, ale tego się nie da zrobić.
Tego się nie da zrobić, to nie są parówki w cieście i niestety tak tego nie podamy. To musimy podać w międzyczasie, tak żeby to porównać, to wszystkie opisy przyrody, postaci, otoczenia, wszystkie opisy mają być jak przyprawa w daniu. To nie ma być główne danie, mamy się tym nie najeść. To ma nam dać takiego smaczku historii. To nam ma dać poczucie, że ta historia jest taka konkretna, taka naprawdę smaczna. Bo bez tych przypraw to będzie tylko taka zwykła opowieść, taki suchy schabowy bez niczego. Ale w momencie, kiedy dodamy te wszystkie opisy, danie zrobi się jak z restauracji z pięcioma gwiazdkami. I tyle. Tylko tyle i aż tyle. Bo ja sama wiem, że to jest trudne.
To jest naprawdę dość skomplikowany proces, a zwłaszcza jeśli zajmujecie się tym dopiero od niedawna i na przykład jak ten nasz autor, jesteście na początku swojej drogi. Ja mam na przykład trochę już popisanego, ale dalej uważam, że jestem na początku tej drogi pisarskiej i ciągle tak samo walczę z tym wszystkim. Już nie mówię o ortografii, interpunkcji, bo to jest już w ogóle inna bajka, zwłaszcza dla osoby takiej jak ja, która ma dysleksję, ale to już zupełnie sprawa na inne spotkanie. O tym może też kiedyś sobie porozmawiamy, ale dzisiaj to studium przypadku, które pokazuje, że jednak trzeba sporo pracy wkładać w dobre opisy. Już kiedyś mieliśmy spotkanie, ja już kiedyś marudziłam na temat opisów w tekście i jeżeli chcecie, to warto do tego wracać, warto tego odsłuchiwać, warto sobie to powtarzać i warto ćwiczyć. Naprawdę warto ćwiczyć, warto sobie czasem nawet w głowie, jak idziecie na przykład do pracy albo na spacerze jesteście. O, jakie ładne drzewo! I gdzieś tam ten opis przyrody na przykład czy postaci. Jeżeli widzimy kogoś, kto nam podpasuje, że tak powiem w cudzysłowie, do naszej historii, to dobrze jest sobie zrobić w głowie taki krótki opis postaci, ale też nie rozwlekać, bo to nie jest tak, że mamy im więcej, tym lepiej w tekście. Tylko mamy to zrobić tak, żeby czytelnika to ujęło, czyli nie rozwlekać, nie streszczać.
Ja na przykład jestem z tej grupy, która bardzo mocno streszcza, bardzo mocno przycina i bardzo mocno ściaśnia tekst i później muszę dopisywać. To nie jest tak, że ja nie wywalam. Ja wywalam też, ale więcej muszę dopisywać na przykład opisów, bo ubogo w te opisy. I ja sama wiem, że za mało opisów to jednak jest niewystarczająco dla historii i czytelnik będzie miał pewien niedosyt, bo nie pozna tego świata przedstawionego. Tak więc nie można też tych opisów bagatelizować, ich istotności w tekście, bo to zupełnie popsuje historię. Wiem po sobie. Ale też nie można zrobić tak, że trzy czwarte naszej opowieści to opisy, bo to popsuje zupełnie relacje z czytelnikiem, a chcemy, żeby czytelnik jeszcze kiedyś do nas wrócił, do naszej pisaniny, do naszej twórczości. I żeby sobie zapewnić powrót czytelnika, to musimy znaleźć równowagę. Taki balans pomiędzy opisami a pomiędzy całą historią i tym, co się dzieje w historii, fabułą. I teraz może nie zaskoczę was, jak powiem, że to wszystko jest sprawą indywidualną, zależną od naszego stylu.
Styl wypracowujemy sobie z czasem. Styl nie jest rzeczą, z którą się rodzimy. Styl nie jest rzeczą, którą nabywamy w 15 minut od samego zaczęcia pisania. Styl budujemy przez setki rozpisanych kartek, plików w Wordzie, rozmyślań nad tekstem i fabułą. To przychodzi z czasem, a nie jest od razu. Dlatego też w momencie, kiedy dostałam ten tekst, o którym już wspominałam, nad którym dzisiaj cały czas rozważam i powiedziałam, że nie będę tego dalej czytać, to nie dlatego, że nie podobał mi się styl pisania tego człowieka, bo on ma naprawdę bardzo sympatyczny sposób pisania i ostatnie opowiadanie, które mi wysłał, było całkiem fajne. Fajnie napisane, czytało się naprawdę fajnie. To opowiadanie, o którym teraz mówię, było jego pisarską katastrofą. I żeby nie było dla potwierdzenia tego, co mówiłam, że dotyka to każdego, ja sama mam jedno opowiadanie, przynajmniej jedno. Powiem o jednym.
Mam jedno takie opowiadanie, które muszę napisać od nowa. Ja już o nim wcześniej opowiadałam. Zamysł mam naprawdę bardzo fajny do tego opowiadania. Mam pomysł. Jednak wykonanie wyszło dość słabo i naprawdę czytelnik bardzo by się umęczył czytając to opowiadanie, ponieważ moja bohaterka ciągle idzie i ja to podkreślam ciągle i już samo to iście, to chodzenie tej mojej bohaterki umęczyłoby czytelnika. Dlatego to nie jest tak, że ja się wymądrzam, ja po prostu dzielę się tym, co mnie także dotyka. Co jest także moją własną prywatną bolączką, żebyśmy wszyscy razem jakoś z tego wnioski wyciągnęli i czegoś się nauczyli. I to też nie jest tak, ja już to też powtarzałam, że to nie jest tak, że ja to powiem, wy to usłyszycie i będziemy wszyscy razem pisać pięknie i cudownie i staniemy się Adamem Mickiewiczem XXI wieku. Nie. To jest tak, że będziemy ciężko pracować w oparciu o to, co ja powiem, co wy usłyszycie i nad czym pokiwamy głowami.
I tak samo ten właśnie mój znajomy, który podesłał mi ten tekst. Nie wiem, czy on to wyrzucił, czy ten plik zapisał i będzie nad nim pracował kiedyś tam, bo historia zapowiadała się naprawdę bardzo ciekawie. Ja widziałam tego bohatera. Fakt, że było mi ciężko czytać tę historię i ja widziałam, że ten bohater ma do przekazania coś ciekawego, coś fajnego. Ale niestety tego wszystkiego było za dużo. I to wszystko, ta cała historia, nasz bohater, on utonął. On utonął w tych opisach. On utonął w nadmiarze słów, które były suche, pozbawione akcji, pozbawione emocji. A jak wiecie, ja jestem ciągle za tym, że historie powinny opierać się na emocjach czy to bohatera, czy też czytelnika, bo jakieś emocje wzbudzić musimy. Musimy grać na tych emocjach czytelnika.
Bo w sumie po co czytelnik sięga po książki? On chce coś poczuć. Poczuć się rozbawiony, przestraszony. Są różne emocje. Są różne gatunki literatury, które wzbudzają różne emocje. I teraz, w momencie, kiedy czytelnik sięga po naszą książkę, to chce coś poczuć i my musimy mu coś dać. To, czego on oczekuje. I oczywiście możemy dać też jeszcze cały bukiet innych emocji poza tym, co oczekuje czytelnik. Ale musimy coś dać. Nie możemy serwować tylko suchych biurów, opisów, bo to nie o to chodzi.
W momencie, kiedy ktoś przychodzi do nas na przykład w odwiedziny, to nie serwujemy mu tylko suchych paluszków, tych suchych paluszków opisów. Serwujemy mu na przykład ciasto z kremem. Serwujemy mu kanapki, serwujemy jakieś inne fajne rzeczy, które się je z przyjemnością. Dlatego kiedy zapraszamy czytelnika do naszej książki, nie możemy mu Zaoferować tylko i wyłącznie suchych faktów przedstawionych w formie opisu. Nie, to się nie sprawdzi, moi drodzy. I dobrze jest popracować nad tym, popracować nad tymi opisami, żeby one gdzieś tam były. Zapraszam jeszcze raz do posłuchania czy też do poczytania na internecie, zróbcie to jak chcecie, wskazówek dotyczących pisania opisów, bo tu jednak jest dzisiaj trochę za mało czasu, żeby to wszystko tak ładnie opowiedzieć, bo w końcu mamy określoną ilość czasu na nasze spotkanie i nie będę wam tutaj zagracać pięciu godzin, żeby opowiadać o tym, jak mają być rozpisane opisy. Masło maślane, ale jak mamy tworzyć opisy, żeby były takie do przełknięcia przez czytelnika. I wracając do tego naszego autora, który notabene zaczyna swoją przygodę z pisaniem, to pomimo tego, że robimy to bardzo fajnie, pomimo tego, że robimy to w sposób interesujący dla czytelnika, to musimy pamiętać, że są rzeczy podstawowe, których musimy się trzymać, czyli tworzenie opisów, dialogi, to wizualnie, ponieważ ten tekst był trochę ciężki do przeczytania, ponieważ jeżeli wysyłamy tekst do beta czytelnika, to też dobrze, żeby on był wizualnie dopracowany. Tak jak już o tym wcześniej opowiadałam, o tworzeniu, o formatowaniu tego tekstu, żeby to się lepiej czytało, żeby to nie było jednym wielkim zbitym tekstem bez żadnych enterów, bez niczego, bez tabulatorów, żeby to był zbity tekst, który będzie męczył oczy naszego beta czytelnika.
Nie. Szanujmy ludzi, którzy postanowili nam pomóc, którzy postanowili zerknąć na ten tekst i na przykład nanieść poprawki. Nie każmy im poprawiać tego od samego początku. Wyślijmy w ładnej formie. To jest tak samo jak z pisaniem listu. Jeżeli będziemy pisać list do kogoś nam bliskiego i będziemy pisać ten list tak, żeby on był taką jedną zbitą kulą wyrazów bez żadnych odstępów, bez niczego, linijka w linijkę. Mamy na przykład brzydki charakter pisma, nie robimy żadnych odstępów między wersami, między linijkami. Nikt tego nie rozczyta, nikt nie będzie chciał się w to bawić, a nawet jeżeli ktoś to zrobi, to należą mu się oklaski na stojąco. Naprawdę. Tak więc jeżeli jesteście beta czytelnikiem dla kogoś, to też się nie bójcie odesłać tego tekstu z prośbą o sformatowanie tak, żeby szanować wasz czas, wasze zdrowie.
Bo nie oszukujmy się, jeśli usiądziecie do tego tekstu i będzie to zbity taki jeden tekst w jedną brzydką kulę i będzie to na przykład 50 stron, bo to będzie na przykład fragment powieści czy nowelka czy coś, to czytanie tego będzie tak męczące, że nie dość, że stracicie czas, to przecież mogliście zrobić to szybciej, bo jeżeli tekst będzie przejrzysty, to będzie się czytało zdecydowanie lepiej i zdecydowanie łatwiej będzie nanosiło się poprawki, uwagi czy tam jakieś poprawki, czy podkreślenia. Więc na pewno będzie to szybszy efekt, niż na przykład tłuczenie linijki po linijce tekstu na przykład w czcionce mało praktycznej z interlinią minus półtora. To wtedy jest praca naprawdę... I czcionka na przykład rozmiar dziewięć. Ja wiem, że sobie beta czytelnik to może poprawić. Ale dlaczego autor wysyła akurat w takim formacie? To jest brak szacunku do beta czytelnika. Dobra, bo się rozgadałam znowu i nam to studium przypadku uciekło. Wiem, nie zaczynamy od „tak więc”, ale dobra. I od „no” też nie zaczynamy, ale co chciałam powiedzieć.
Nad każdym tekstem można się pochylić. Tak, wiem. I w każdym tekście można znaleźć błędy, i w każdym tekście można znaleźć rzeczy, które można poprawić. W każdym tekście można znaleźć też rzeczy, które są fajne. W każdym tekście można znaleźć fragmenty, które należy pochwalić. Styl, który jest bardzo sympatyczny, zwroty akcji, opisy, forma przedstawienia postaci. Wszystko. Są teksty, które na pierwszy rzut oka mogą być na przykład straszne, ale można w nim znaleźć coś fajnego. Tylko nie zawsze autor na to pozwala, bo jeżeli wysyła tekst, który jest słabo napisany, to bardzo często beta czytelnikowi też się nie za bardzo chce. No i ja się wcale nie dziwię, bo jesteśmy tylko ludźmi i nie będziemy przecież udawać, że tak nie jest.
Czy coś jeszcze, co mi umknęło teraz? Zdaje mi się, że to wszystko, co mogę wam na tę chwilę powiedzieć. I dziękuję wam za ten wspólny czas, za słuchanie tych ogólnikowych uwag, ale dość istotnych, jak by nie patrzeć. I zapraszam na następne spotkanie. Dziękuję jeszcze raz i miłego wieczoru. Dobranoc.
[03:37:28] - Bez Tajemnic. Bez Tajemnic, czyli różne oblicza spirytyzmu. Dzisiaj odcinek niezwykle ciekawy, zatytułowany: Manipulacja genami.
[03:37:53] - Jeden z chińskich uniwersytetów poinformował media, iż w listopadzie 2018 roku w Chinach narodziły się dwie bliźniaczki, których geny zostały zmodyfikowane w taki sposób, aby nie mogły zachorować na HIV. Żadne inne niezależne źródła nie potwierdziły tej informacji, przynajmniej do momentu nagrywania tego materiału. Niemniej wygląda na to, że dziewczynki są zdrowe, czują się dobrze. Co dalej z tego wyniknie? Życie pokaże. W każdym razie na genetyków wylała się fala krytyki. Ludzie piszą w mediach komentarze, że to jest niemoralne, że bawią się w bogów, że tak nie przystoi, że zaraz będzie to wykorzystywane jakoś źle, negatywnie. Ktoś nawet porównał tych genetyków do doktora Mengele. Oczywiście osoby, które dokonują takich porównań, tak naprawdę w ogóle nie wiedzą, o czym mówią. Niemniej takie opinie się pojawiły.
I teraz zastanówmy się z punktu widzenia spirytyzmu, jak można na to spojrzeć. Czy rzeczywiście modyfikacja genetyczna jest czymś złym, czy może czymś pozytywnym, co będzie można wykorzystać dla dobra ludzkości? Po pierwsze zacznijmy od tego, iż wszystko, co robi człowiek, wszystkie narzędzia, jakimi dysponuje, wszelkie dziedziny, którymi się zajmuje, mogą być wykorzystane w dwojaki sposób. Lubię podawać tutaj przykład noża. Nożem można pokroić chleb, aby kromką nakarmić głodnego bądź nożem, tym samym nożem można zabić drugiego człowieka. Więc fakt, że posiadamy jakieś narzędzie, nie musi koniecznie oznaczać, że zostanie ono źle wykorzystane. Wszystko zależy od konkretnych osób, które zaczną się tym zajmować. Temat genetyki odłóżmy na moment na bok i zastanówmy się, w jaki sposób na przestrzeni dziejów człowiek dostosowywał się do warunków życia, do otoczenia. Po pierwsze ewolucja. Ewolucja nie jest niczym innym jak naturalnym eliminowaniem nieprzystosowanych genów.
Czyli innymi słowy to jest taka naturalna modyfikacja genetyczna. Jeżeli spojrzymy na człowieka, w jaki sposób wyglądał, w jaki sposób zachowywał się kilkaset tysięcy lat temu, w jaki sposób wyglądał, w jaki sposób zachowywał się kilka tysięcy lat temu i jak to jest dzisiaj, zauważymy, że dokonała się w nas seria zmian, które sprawiają, iż jesteśmy lepiej dostosowani do życia we współczesnych nam warunkach, co wcale nie jest powiedziane, że to jest coś lepszego albo coś gorszego, ponieważ najprawdopodobniej współczesny człowiek nie przeżyłby nawet tygodnia 200 000 lat temu. Więc do osób, które twierdzą, że genetycy chcą być bogami, że zachowują się jak bogowie, mówię, iż człowiek od początku swojego istnienia zawsze pracował nad własnym rozwojem. Tak samo jak człowiek, który idzie na siłownię po to, aby popakować troszeczkę i wyrobić sobie większe mięśnie. Czy o takiej osobie powiemy, że zachowuje się jak Bóg? Brazylijski lekarz spirytysta Andrei Moreira napisał, iż myśl człowieka może oddziaływać na jego organizm i to także jest tak jakby modyfikacją właściwości organizmu poprzez myśli. I myślę, że to raczej ta naturalna zdolność człowieka mogłaby być porównana do jakichś boskich umiejętności. Wiadomo, że człowiek jest stworzony na obraz Boga. O! I oto moja córka przyszła.
Proszę, córunia. Więc... To taki mały przerywnik. No, ale chyba powiedziałem, co miałem powiedzieć. Kolejna sprawa — transplantacja. Już z samego filmu pod tytułem „Bogowie" możemy dowiedzieć się, w jaki sposób reagowali ludzie, medycy, lekarze na myśl o przeprowadzeniu pierwszego przeszczepu serca. Tam również padło takie oskarżenie, że kardiolodzy uważają się za bogów. Dzisiaj przeszczepy serca uważamy za coś zupełnie normalnego. Nie tylko serca się przeszczepia i wszyscy z tym żyją. Nikt nie robi z tego żadnego problemu.
Ale teraz ktoś mi powie: „No tak, ale dorosły człowiek, gdy godzi się na przeszczep, jest tego świadomy i podpisuje zgodę. Jeżeli coś nie wyjdzie, no to jest na jego odpowiedzialność. A tutaj w przypadku tych dziewczynek, które narodziły się w Chinach, one nie mogły decydować". No, ale jeżeli na przykład weźmiemy pod uwagę choroby u dzieci, dokonuje się przeszczepu serca u małych dzieci i to zawsze dorośli podejmują decyzję, czy taką operację przeprowadzić. Więc oczywiście można z dzieckiem porozmawiać, ale gdy na przykład mamy do czynienia z jakimiś chorobami u niemowląt, gdzie te operacje są bardzo skomplikowane i te operacje różnie mogą się skończyć, tutaj również dzieci nie podejmują decyzji. Tutaj dorosły bierze na siebie odpowiedzialność. Tak samo jak w przypadku tej modyfikacji genetycznej, gdzie rodzice i lekarz wzięli na siebie odpowiedzialność moralną za ewentualne niepowodzenie tej manipulacji genetycznej. Przed momentem wspomniałem o rozwoju mięśni, o tężyźnie fizycznej, ale przecież można też wspomnieć o intelekcie. Człowiek, który pracuje intelektualnie, rozwija swój mózg, w którym też dochodzą pewne zmiany. Na przykład u taksówkarza rozwija się zmysł orientacji w przestrzeni, więc w mózgu zachodzą pewne zmiany.
Osoba, która uczy się języków obcych, która zna dużo języków, również pracuje nad innym ośrodkiem w swoim mózgu. I tak dalej, i tak dalej. Więc to również należy uznać jako dostosowanie swojego ciała do potrzeb życia. I ostatni element w tej części materiału: szczepienia. Źródła historyczne podają, iż pierwsze szczepienia były stosowane nawet pięć wieków przed naszą erą, więc nie jest to żaden nowy wynalazek. Jedynie zmieniły się metody i z pewnością ilość szczepień, dzięki którym wyeliminowaliśmy z naszego życia bardzo dużą część chorób, na które ludzie masowo umierali. Szczepienie nie jest niczym innym jak zmianą składu chemicznego naszego ciała. To też jest poważna ingerencja. I tutaj również szczepi się dzieci, nie pytając ich o zgodę. Również rodzice podejmują decyzję.
Jak to wszystko ma się do genetyki? Genetyka jest dokładnie tym samym, o czym powiedziałem przed momentem, z tym że jest to sposób troszeczkę bardziej radykalny i zdecydowanie bardziej nowoczesny niż na przykład szczepionki. I wydaje mi się, że tylko dlatego, tak jak większość rzeczy nowych, budzi kontrowersje. Według spirytyzmu człowiek ma obowiązek wykorzystywać swój rozum, swój intelekt, swoją wiedzę po to, aby poprawiać jakość życia na Ziemi. Gdybyśmy tego nie czynili, do tej pory nie wyszlibyśmy z jaskiń. Według spirytyzmu duch wciela się w ludzkie ciało w momencie, gdy materiał genetyczny ojca i matki połączą się. Od tego momentu zawiązuje się więź między ciałem a duchem. Jeśli dziecko rodzi się martwe, to dlatego, że ta więź między ciałem a duchem została w którymś momencie rozerwana, bądź w ogóle nie nastąpiło zawiązania takiej więzi. Do nie każdego płodu jest przywiązany jakiś duch. Czasami po prostu żaden duch nie chce bądź nie ma potrzeby wcielić się w tym momencie w to konkretne ciało, w tej konkretnej rodzinie.
Gdy duch inkarnuje się w ciele materialnym, zostaje tak jakby przez to ciało materialne skrępowane. Ja lubię to porównywać do zakładania rękawiczki gumowej. Jeżeli rękawiczka jest za ciasna, ogranicza ruchy dłoni. Jeżeli jest z kolei za luźna, to nie mamy takiego czucia, jaki chcielibyśmy mieć. Tak samo jest z duchem i z ciałem materialnym. Z jednej strony ciało materialne ogranicza ducha, a z drugiej strony duch nadaje pewne cechy ciału materialnemu. Genetyczna modyfikacja ciała materialnego może sprawić, iż duch będzie miał tak jakby więcej przestrzeni w tym ciele. To ciało stanie się bardziej elastyczne. Jeżeli na przykład zmodyfikujemy geny człowieka w taki sposób, aby był bardziej podatny na przykład na oddziaływanie muzyki, to też taki duch, który wcieli się w to ciało, będzie mógł z tych zdolności skorzystać. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o tworzenie mutantów albo jakiejś odrębnej rasy człowieka.
Czy duchy cierpią z powodu inkarnacji w jakichś ciałach wadliwych? Gdyby na przykład taka modyfikacja genetyczna nie wyszła. Oczywiście tak, ale przecież Bóg wie o tym. Więc skoro taki duch wciela się w takie ciało, to znaczy, że to doświadczenie materialne dla tego ducha jest pożyteczne. Żeby nie wyglądało na to, że mówię o nieszczęściu ludzkim w jakiś taki bezduszny sposób, chciałbym od razu podać jako przykład braci syjamskich, w których przecież człowiek jako tako nie ingerował, a przynajmniej niespecjalnie. Ja tu nie chcę nawet mówić już o jakichś chorobach popromiennych gdzieś tam w Hiroszimie czy w Nagasaki, bądź w Czarnobylu i tak dalej, gdzie w związku z jakimiś tragediami mogłyby się narodzić dzieci, których geny zostały zmodyfikowane. Gdy mamy rodzeństwo syjamskie, to w takim ciele inkarnują się dwa duchy, które mają swoją osobowość i one muszą w ten sposób żyć. Modyfikacja genetyczna sama w sobie nie jest niczym złym, ponieważ to jest narzędzie, które człowiek sobie wypracował, na które jest przyzwolenie Boga, ponieważ Bóg wymaga od nas, abyśmy wykorzystywali nasz intelekt, ale w sposób pozytywny. Więc w jaki sposób w przyszłości modyfikacja genetyczna będzie wykorzystywana, to już jest zupełnie inna sprawa. Mamy przykład II wojny światowej, gdzie medycyna, która ma służyć ludziom, była wykorzystywana po to, aby tych ludzi mordować.
I mimo to nikt nie przekreśla zdobyczy medycyny jako takiej. Wszystko na tym świecie odbywa się według praw natury, które kiedyś ustanowił Bóg. Czy wydaje wam się, że Bóg nie przewidział, iż człowiek będzie w stanie w którymś momencie swojego rozwoju manipulować genami? A skąd wiemy, czy idee, które narodziły się w głowach naukowców, nie zostały im podszepnięte z zaświatów przez duchy wyższe? Bo przecież według spirytyzmu Ziemia znajduje się na stosunkowo niskim stadium rozwoju. To oznacza, że gdzieś tam są światy, istnieją światy, które znajdują się na poziomie dużo wyższym, gdzie wszystko to, co my teraz tutaj przeżywamy, już minęło. Nauka tak czy owak będzie postępować, ale najważniejsze jest nie stracić z oczu wartości, które nauka może nam przynieść. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:48:53] - Proszę państwa, dzisiejszy odcinek troszkę krótszy niż zwykle, bo nam coś wypadło. W sensie spadło z playlisty i dlatego będzie trochę krócej. No ale żeby tak nie było ponuro na koniec, że coś się nie udało, no to zapraszam na drugi odcinek Recenzarium Evivy. Ten odcinek nosi tytuł „Deman”.
[03:49:20] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Na ogół lubię horrory, niekoniecznie nawet te najlepsze. Chodzi o to, żeby Nie były szczególnie głupie. Nie muszą być też jakoś przekombinowane, ale po prostu muszą mieć w sobie to coś. I lubię, kiedy horror rzeczywiście wywołuje u mnie dreszczyk trwogi, a nie odruch wymiotny, co się niestety czasami zdarza. Dotąd nie zdarzyło mi się niestety przeczytać polskiego horroru, który uznałabym za rzeczywiście dobry. Oczywiście mowa tutaj o literaturze współczesnej, ponieważ dawniej zdarzały się może nie książkowe, ale opowiadania grozy pióra polskich pisarzy, które były bardzo dobre. Obecnie jednak byłam zdania, że Polacy jakoś nie mają do tego ręki. Do czasu, kiedy w moje dłonie trafiła grubaśna książka pod tytułem „Deman”. Autorem jej był zupełnie mi nieznany Artur Urbanowicz.
Zabrałam się do czytania, nie obiecując sobie zbyt wiele. Okazało się jednak, że nie tylko trafiłam na bardzo dobrego autora, ale i na bardzo ciekawą książkę. Niekonwencjonalną, interesującą, poruszającą różne tematy i jednocześnie bardzo spójną w swojej logice wewnętrznej. A to jest bardzo ważne, albowiem wielu pisarzom zdarza się pisać, można powiedzieć, właśnie nielogicznie. Coś w rodzaju takiej pomyłki, że na początku główny bohater był przysadzistym brunetem, a na końcu wysokim, smukłym blondynem. Oczywiście nie aż tak, ale takie sprawy się zdarzają. Takie podobne. Urbanowicz sobie na to nie pozwolił. Jego książka jest czymś naprawdę osobliwym i bardzo dobrze się stało, że ją wydano. O czymże mówi?
Jest podzielona na kilka czasokresów. W pierwszym jest to rok 1939. Młody marynarz wraca z Madagaskaru. Był tam tylko dwa lata, jednak do swojej rodzinnej wsi dociera jako człowiek przedwcześnie postarzały i umierający. Wszyscy oczekują, że rzeczywiście umrze, ale tak się nie dzieje. Zamiast tego zaczyna atakować swoich bliskich. Dwa miesiące później wieś zajmują niemieccy żołnierze i nie znajdują tam nikogo. No, prawie nikogo. W roku 1944 w obozie koncentracyjnym prowadzone są pseudonaukowe badania. Jeden z obiektów eksperymentu ucieka.
Jak się okazuje ten najważniejszy. I tutaj mamy już przeskok. Rok 1990. Małżeństwo z dwójką dzieci podczas spaceru w lesie trafia na tajemniczy obiekt, którego istnienia nawet nie podejrzewali. Zostają zaatakowani przez stado wilków i ocaleni przez nieznajomego myśliwego, ale jedno z dzieci zostaje pogryzione. Ma to przerażające konsekwencje. Przeskok następny. Rok 2019. Młody ksiądz o imieniu Dorian jest bardzo zaangażowany w swoją pracę. Stara się dawać świadectwo wiary, co nie zawsze jest łatwe, gdyż wokół kleru gęstnieje atmosfera oskarżeń i nienawiści, konsekwentnie nakręcana przez lewicujących dziennikarzy.
Zmagając się z własnymi demonami, Dorian nawet nie przypuszcza, że wkrótce będzie musiał zmierzyć się ze złem nieabstrakcyjnym, ale jak najbardziej materialnym i że odmieni to jego życie na zawsze. Tak. Artur Urbanowicz stworzył niezwykle zgrabną opowieść grozy. Poruszył w niej wiele spraw, które są teraz czymś codziennym. Tak właśnie jak bezwzględne ataki na księży, kiedy to za grzechy jednego z nich oskarża się wszystkich. Poruszył również problem tak zwanych szklanych dzieci, to znaczy starszego rodzeństwa, które po narodzinach młodszej pociechy przestaje być zauważane przez rodziców. Jak również sporo czasu poświęca prywatnemu życiu księży. Jasne, że nie są oni aniołami. Autor temu nie przeczy, jednak opisuje ich po prostu jako ludzi. Jako ludzi, którzy mają takie same pokusy, takie same problemy emocjonalne jak my wszyscy.
Bardzo mi się podoba sposób, w jaki poprowadził ten wątek. Nie skupił się na bezrefleksyjnej obronie, ani też na ataku, co jest teraz bardzo modne. W związku z tym, no i nie tylko z tym, chodzi o całokształt, powstał wspaniały thriller psychologiczny, który naprawdę według mnie jest porównywalny z książkami Stephena Kinga. Może to zabrzmi jak bluźnierstwo, ale nawet lepszy, bo mówiąc szczerze przy książkach Kinga nieraz się nudziłam. A tutaj, chociaż “Deman” to książka niezwykle gruba, o nudzie nie było mowy. Jak zaczęłam ją czytać wieczorem, tak dopiero usnęłam o czwartej rano, bo po prostu już nie mogłam oczu otwartych utrzymać. Jest to książka niezwykle ciekawa, z którą naprawdę warto się zapoznać, szczególnie jeśli jest się miłośnikiem literatury grozy. Polecam szczerze. “Deman”, autor Artur Urbanowicz. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:55:01] - Cóż, sto trzynasty odcinek Bibliotekarium 2.0 dobiegł końca. Pięknie Państwu dziękuję za towarzystwo. Pięknie dziękuję za to, że wracacie do Bibliotekarium 2.0. Mam nadzieję, że pomimo swojego dziaderstwa nie nudzę zbyt przeraźliwie. No cóż, a jeśli nudzę, no to wiecie Państwo, może trzeba staruszków również tolerować. Sam nie wiem. Sam nie wiem, bo wiem, jak upierdliwy staruszek może być irytujący. Zostawmy te rozważania, bo one nie sprawiają mi specjalnej radości, kiedy człowiek sobie uświadamia, że czas nieuchronnie mija i tego czasu zostaje trochę mniej niż więcej. No to różne takie dziwne myśli przychodzą człowiekowi do głowy. Niekoniecznie optymistyczne.
Ja tam z natury jestem optymistą, ale jak już wejdę w spiralę pesymizmu, to ciężko mi wyprowadzić ów samolocik z tego morderczego manewru. No to może sobie darujmy. Jeszcze raz pięknie Państwu dziękuję. Zapraszam na Bibliotekarium 2.0 za tydzień, sto czternaste. No i cóż, fajnego weekendu. Zimowy, bo zimowy, ale może być fajny, więc fajnego weekendu i dobrej nocy. Do usłyszenia.
[03:56:27] - A mówił do siebie do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.