Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. I zrobiło się bialutko. Szkoda tylko, że na krótko. Ale nie ma tego złego, bowiem mamy właśnie tutaj, właśnie teraz kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:39] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Witam w kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0. I zaczynamy. Zaczynamy bez zaskoczeń, tradycyjnie od polecanek książkowych. Dzisiaj książki z różnych wydawnictw. Łączy je jedno. Wszystkie ukażą się, będą dostępne na rynku 27 listopada tego roku. Zaczynamy zatem. Pierwsze wydawnictwo to Skarpa Warszawska, a w niej, w tym wydawnictwie ukaże się książka Piotra Kościelnego zatytułowana „Potrzask”.
Co znajdujemy na stronie wydawnictwa na temat tej książki? „Piotr Kościelny, autor bestsellerowych thrillerów powraca z nową książką. Komisarz Sikora po zranieniu przez Cieślaka dochodzi do siebie. Michał Bielecki opiekuje się partnerem i jego synem. Wydział Zabójstw nadal prowadzi śledztwo w sprawie napadów na emerytów. Zabójca kolejny raz atakuje. Aneta zastanawia się nad odejściem z policji. Zaczyna się bać o swoje życie i zdrowie. Za namową członków wydziału postanawia jednak zostać. Powoli z Łukaszem zaczynają przygotowania do ślubu.
Sikora rozpoczyna batalię z rodzicami Moniki o Piotrusia. Zdaje sobie sprawę, że nie może dopuścić, by trafił w ich ręce. W mieście pojawia się kolejny zabójca. Cały wydział wie, że z czymś takim nie mieli jeszcze do czynienia. Jest brutalny i wyjątkowo inteligentny. Czy uda się złapać zabójcę emerytów? Czy nowy morderca rzeczywiście jest tak bardzo niebezpieczny? Pełen nagłych zwrotów akcji thriller, w którym zło czyha na każdym kroku”. Przypomnę, to była książka „Potrzask” Piotra Kościelnego, która pojawi się na rynku 27 listopada. A teraz zaproponuję państwu dwie książki z Wydawnictwa Literackiego.
Ta krakowska oficyna 27 listopada wyrzuci na rynek książkę zatytułowaną „Faebund. Więzy magii”. Autorką jest Saara El-Arifi. Mam nadzieję, że to egzotyczne nazwisko przeczytałem chociażby poprawnie. Cóż na temat tej książki znajdziemy na stronie wydawcy? „Czy dwie elfie siostry przetrwają w zdradzieckim świecie Fae, w którym miłość i fałsz tylko czekają, by je upoić? Yeran jest nieustraszoną wojowniczką armii elfów i w życiu nie zaznała niczego poza przemocą. Jej siostra Letle, zarabiając na życie jako wróżbitka, szuka w przepowiedniach obietnicy lepszej przyszłości. Kiedy fatalny błąd prowadzi do wygnania Yeran z krainy elfów, obie podążają przez pustkowia poza granicami królestwa. Nieoczekiwanie trafiają do krainy Fae, legendarnych istot niewidzianych od tysięcy lat.
Niebezpieczny, ale też uwodzicielski świat Fae pochłania obie kobiety bez reszty. Siostry rozdarte między lojalnością wobec swojej elfiej ojczyzny a pokusami, będą musiały podjąć decyzję, która zaważy na ich losach”. Przypomnę, to była zapowiadajka, polecajka książki „Faebund. Więzy magii”. I trzecia pozycja, również z Wydawnictwa Literackiego. Premiera również 27 listopada. „Masło”. Czy to jest temat książki sensacyjnej? Czy aby na pewno? Otóż tak.
Autorka to Asako Yuzuki. Poczytajmy zatem. „Nieposkromiona miłość do masła. Gastronomiczny challenge między seryjną morderczynią a młodą reporterką i kilka kilogramów więcej. Kulinarna emancypacja w japońskiej wersji »Milczenia owiec«. Są jednak dwie rzeczy, których nie toleruję. To feminizm i margaryna” — to był cytat z książki. „Manako Kai, wyśmienita kucharka i autorka popularnego bloga o luksusowej kuchni, przebywa w areszcie śledczym w Tokio. Została oskarżona o zabójstwo trzech samotnych biznesmenów. Miała ich uwieść swoim kulinarnym wyrachowaniem.
Sprawa żywo interesuje opinię publiczną, ale osadzona uparcie odmawia kontaktu z mediami i nie przyjmuje żadnych wizyt. Jednak gdy młoda dziennikarka Rika Mahida zwraca się do niej z prośbą o przepis na gulasz wołowy, postanawia zrobić wyjątek. Rika, jedyna kobieta w redakcji tygodnika „Shūmei”, każdego wieczoru pracuje do późna, a jej kolacje to najczęściej podgrzewany ramen w kubku. Tymczasem spotkania z Manako, której obiecała rozmowy wyłącznie o jedzeniu i gotowaniu, bardziej niż reporterskie śledztwo zaczynają przypominać profesjonalny kurs kulinarny. Rika się zmienia. Z każdym nowym posiłkiem coś budzi się w jej ciele, a czysto zawodowe zainteresowanie przeradza się w dziwną fascynację. Zainspirowana prawdziwą historią zabójczyni Konkatsu powieść Asako Yuzuki stała się literacką sensacją w Japonii i za granicą”. „Masło” to żywa, niepokojąca eksploracja mizoginii, obsesji i transgresyjnych przyjemności jedzenia w kraju, w którym kobiety muszą zawsze zadowalać mężczyzn, a nigdy siebie. Robert Małecki, znany autor bestsellerowych kryminałów napisał o tej książce: „Mistrzowska, gęsta i tłusta intryga, która trzyma w napięciu do ostatniej strony. Komu wierzyć?
Po czyjej stanąć stronie? Asako Yuzuki napisała »Masło«, inspirując się prawdziwymi zdarzeniami. Czytając, zastanawiałem się, jak tę sprawę poprowadziłby mój komisarz Bernard Gross. Nie miałby prostego zadania. I jeszcze jeden wniosek: więcej masła w powieściach kryminalnych”. Przypomnę, to było omówienie książki Asako Yuzuki „Masło” wydanej w Wydawnictwie Literackim. Premiera 27 listopada. I to jest koniec polecanek książkowych. Natomiast to nie jest koniec polecanek. Przed nami omówienie najnowszego numeru Nieznanego Świata, numeru grudniowego.
Dzień dobry, wieczór państwu. Nieznany Świat regularnie dociera do państwa domów. Dotarł zatem numer grudniowy, a w numerze grudniowym to zawsze tradycja, że pojawia się laureat Nagrody Nieznanego Świata. Piotrze, kto w tym roku?
[08:26] - Zanim powiem, kto w tym roku, to na początek przypomnę o czymś bardzo ważnym. Pamiętajcie, drodzy państwo, że prasa padła ofiarą pewnego zabiegu niedopatrzenia ze strony władzy. Władza zrobiła prasie kuku i nie zależy jej chyba za bardzo na wspieraniu czytelnictwa, bo kto czyta, ten myśli, a kto ogląda, to nie zawsze. Zatem jeżeli wam zależy na tym, żeby NS Nieznany Świat i inne gazety sobie jeszcze trochę podziałały, to pamiętajcie o zaglądaniu na stanowiska z prasą w popularnych marketach, ale też pamiętajcie o prenumeracie Nieznanego Świata na nadchodzący 2025 rok. To bardzo ważne. Odnośnik do prenumeraty znajdziecie pod spodem w opisie. Pamiętajcie też o możliwości czytania miesięcznika w wersji elektronicznej, bo niektórym jest po prostu tak wygodniej. Odnośnik do wersji elektronicznej też znajdziecie w opisie tejże audycji. Ale przejdźmy do nagrody honorowej za ten rok, bo tak jak wiele innych numerów, także ten grudniowy ma swój stały element tradycyjny. Jest to właśnie doroczna nagroda honorowa, od kilku lat nosząca imię Marka Rymuszko, która tym razem powędrowała do Dietera Broersa.
Postaci tej nie trzeba przedstawiać chyba tej części czytelników Nieznanego Świata, którzy się zajmują tematami z pogranicza i którzy są aktywni w internecie, bo duet Kierzkowski-Broers znany jest wielu osobom i jego działalność w sieci również. A kim konkretnie jest laureat? Przede wszystkim to biofizyk, wynalazca, ale też autor bestsellerowych publikacji, który stara się połączyć dwa światy, dwa systemy myślenia pozornie sprzeczne, czyli system metafizyczny i fizyczny, duchowy i materialny, jak to ujmują inni. W swoich publikacjach Broers odnosi się do bardzo wielu tematów, takich jak zmiany zachodzące na Ziemi, ale o tym, o czym mówi i czym się zajmuje, można będzie przeczytać w jego wywiadzie z panem Kierzkowskim, którego kolejne części ukażą się w następnych numerach w roku 2025.
[10:51] - Jeśli chodzi o następny punkt, który niezwykle mnie zainteresował, to Nieznany Świat nie mógł mi zrobić większej radości. Ten punkt to artykuł o Juliuszu Verne, człowieku, który właściwie był protoplastą współczesnej fantastyki, ale też literatury podróżniczej. Juliusz Verne to był człowiek wielkich talentów, człowiek, którego książki w młodości pochłaniałem w ilościach hurtowych. Ale dodatkową radością, jeśli chodzi o artykuł zamieszczony w Nieznanym Świecie, jest tematyka powiązania jego osoby ze zjawiskiem, które w drugiej połowie XIX wieku było równie popularne albo przynajmniej zbliżone popularnością do tego, co dzisiaj nazywamy UFO. Na niebie pojawiały się latające statki, latające łodzie. Przyznam, że temat jest mi bliski, w swoim czasie niezwykle mnie interesował i ten artykuł Damiana Treli jest niezwykłym podarunkiem na święta.
[12:14] - Ten artykuł dotyczy historii, która jest dość dobrze znana, natomiast wątek vernowski jest dość nieoczywisty i rzadko poruszany. Chodzi o to, że pod koniec XIX wieku doszło w Stanach Zjednoczonych do serii spotkań z dziwnymi obiektami, które pod pewnymi kątami, głównie pod kątem zachowania, przypominały współczesne obiekty UFO. Tyle że różniły się wyglądem i miały te wydarzenia charakter niemalże masowy. To się wszystko z największą intensywnością odbywało w latach 1896-1897. Przy czym te airships, czyli statki powietrzne, bo tak nazywano te obiekty, terminu UFO nikt nie znał. One nie były, jak mówiłem, fizycznie podobne do UFO czy do latających talerzy i tak dalej, latających trójkątów, ale to były właśnie latające statki, dość oryginalnie wyglądające, często posiadające poszycie z metalu, często posiadające jakieś śruby, wirniki. Wyglądały jak pojazdy typowe dla tak zwanego steampunku. One się pojawiały znienacka, paradowały po niebie, manifestowały się, niekiedy nawet lądowały, a ich pasażerowie przypominający często dziwnie ubranych ludzi, ucinali sobie nawet absurdalne pogawędki ze świadkami obserwacji. To wszystko przypomina po prostu wypisz wymaluj zachowanie ufonautów. Tyle że, jak mówię, te obiekty mocno różniły się wyglądem.
Niekiedy nawet przybysze z tych statków powietrznych podawali się za istoty z Marsa, natomiast nie rozpatrywano ich w takim kontekście jako przybyszów z głębokiego kosmosu, tak jak my widzimy dzisiaj ufonautów. Zjawisko to było oczywiście szeroko komentowane w prasie, pojawiały się relacje także w prasie brukowej, także zapewne część z tych obserwacji została w jakiś sposób ubarwiona. Ale o czym ta zagadka jeszcze nam mówi? Otóż na około 10 lat przed największą aktywnością tych airships ukazuje się książka Verne'a pod tytułem „Król przestworzy albo Robur zdobywca”, gdzie pojawia się właśnie taka maszyna latająca. Ona się zaszczepia jakoś w świadomości ludzi. Ale nie oszukujmy się, książka była popularna, ale chyba nie na tyle, by po dekadzie wywołać masową panikę w postaci obserwacji tych obiektów. I tutaj wskakuje nam Damian Trela ze swoją koncepcją, która mówi, że być może zadziałała tam trochę tak zwana teoria dystorsji, która mówi, że inteligencja czy siła ukrywająca się za zjawiskiem UFO po prostu sczytuje z ludzkiego umysłu pewne wyobrażenia tylko po to, żeby się za nimi schować, skryć. My rzadko widzimy albo nawet nigdy nie widzimy jej prawdziwej natury, bo ona zawsze nam pobiera z głowy takie wzorce, w które się potem ubiera, żeby nam się tak pokazać. I może tu właśnie zadziałała taka taktyka tej siły bardzo zagadkowej.
[15:21] - Powiem, że podkreślę właściwie, że do Juliusza Verne'a mam taki stosunek niezwykle ciepły. Kiedy mówię do państwa te słowa, patrzę na półkę, a na niej stoi ponad 70 tomów książek tego autora. Niektóre tomy to książki podwójne, bo oczywiście wszyscy znają „Podróż do wnętrza Ziemi”, „Dzieci kapitana Granta”, „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi”, „W osiemdziesiąt dni dookoła świata”, „Tajemniczą wyspę”, może „Michała Strogowa, kuriera carskiego”. Ale okazuje się, że Verne był tytanem pracy i wśród mniej znanych książek jest właśnie ta, którą Piotr wymienił. „Robur”. Różnie tłumaczenie dalsze brzmi: król przestworzy, władca przestworzy. Różnie to wyglądało. W każdym razie książka, ja wiem, dzisiaj troszeczkę już się zestarzała, ale i tak warto ją przeczytać. Przerzucam strony „Nieznanego świata” i tak sobie myślę, że kolejnym fascynującym tekstem jest tekst o diabelskich kamieniach.
[16:33] - Równie diabelskich co i świętych. Dlatego, że tutaj wszystko zależy od regionu i od historii danego kamienia. Jest to kolejny materiał bardzo ciekawy. Znowu doktor Joanny Bohaczek-Trąbskiej dotyczący magicznych, anielskich, ale też i diabelskich kamieni z terenu naszego kraju oczywiście, to trzeba zaznaczyć. Łączy je w zasadzie kilka wspólnych cech. Na przykład to, że wiele z nich to głazy narzutowe. Wiemy, czym są głazy narzutowe, ale też diabelskie kamienie występują w takich bardziej kamienistych regionach, jak na przykład na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Sam kilka takich widziałem. Tutaj łatwiej im się ukryć, ale jednak też są. Te głazy narzutowe oczywiście gdzieś tam na północy Polski często są bardziej widoczne, wyróżniają się z otoczenia i wiążą się z tymi kamieniami legendy o czartach, o świętych, o cudach, o wszystkim, co niezwykłe.
I tutaj się pojawia pytanie dlaczego? Kto sprawił, że te kamienie zaczęto postrzegać w taki sposób? Sprawili ci, którzy wyżłobili w tych głazach takie ryty, zagłębienia. Różną to ma formę, prawdopodobnie o charakterze kultowym. Te ryty, te wyżłobienia wywodzą się z różnych epok, stąd często motywem w legendach jest stópka, stopa albo kopytko, które dany święty czy dany demon odcisnął na danym głazie, a ta dziurka w rzeczywistości była na przykład takim wyżłobieniem ofiarnym, gdzie składało się chociażby jedzenie. Takie kamienie były obiektami kultu jeszcze względnie niedawno. I to jest ciekawe. Niedawno, czyli tak naprawdę w niektórych rejonach Polski jeszcze W ubiegłym stuleciu. To wszystko się działo na zasadzie: Panu Bogu świeczkę, diabłu ogarek. To nie to, że tam chodzono odprawiać pogańskie msze, przepraszam, przedchrześcijańskie obrzędy, ale wiązało się z tymi kamieniami wiele ciekawych tradycji.
I o tej fascynującej zagadce poczytacie sobie w numerze 12. A ja dodam od siebie, że z diabelskimi kamieniami wiążą się też inne legendy. Ba! Ten temat nawet przeniknął do ufologii, ale to już zupełnie inna historia. A w numerze 12, grudniowym „Nieznanego Świata” wiele innych artykułów, na przykład o tym, że coś z głębi kosmosu leci w naszą stronę. Takie plotki się pojawiły jakiś czas temu w internecie, ale jest też duża dawka informacji ze świata zdrowia. Jest rubryka Igora Witkowskiego i wiele innych tematów. A ja ze swojej strony przypominam raz jeszcze: zbliża się koniec roku. Warto pomyśleć nad opcją prenumeraty „Nieznanego Świata”, która jest pod wieloma względami korzystniejsza. Jest też oczywiście opcja prenumeraty elektronicznej.
Wszystkie dostępne informacje, wszystkie linki znajdziecie w opisie audycji. Numeru bieżącego szukajcie na stanowiskach z prasą, a także na stronie www.nieznany.pl, gdzie można nabyć również numery archiwalne. Proszę państwa, to tyle polecanek książkowo-miesięcznikowych w tej audycji. Czas na kolejny stały punkt programu, a mianowicie na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj idę troszeczkę za ciosem. Pamiętacie państwo zeszłotygodniowy artykuł z dwumiesięcznika „Filozofuj”, w którym mowa była o tolerancji? Dostałem kilka maili na ten temat. Niektóre z nich były oburzone. Jakżeż można tak pisać o tolerancji? Przypomnę, że to pretensje nie do mnie, chociaż nie, właściwie do mnie, bo ja zgadzam się w pełni z zeszłotygodniowym artykułem.
Tolerancja i akceptacja to nie jest to samo. I tolerancja, owszem, tak. Akceptacja obowiązkowa wszystkiego i zawsze absolutnie nie. Powiedziałem, że poszedłem za ciosem, bo dzisiaj tekst Bernarda Williamsa „Kłopotliwa cnota”. Również będziemy snuli rozważania na temat tolerancji, na temat wszystkich zjawisk z tolerancją związanych. Tekst Bernarda Williamsa ukazał się w przekładzie Pawła Pijasa w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2016 roku. Autor, Bernard Williams urodził się w roku 1929, zmarł w 2003 i był jednym z najwybitniejszych współczesnych filozofów brytyjskich. Był autorem między innymi takich książek jak: „Ile wolności powinna mieć wola?”. Ta książka wydana była w Polsce w 1999 roku. Inna jego książka to „Moralność.
Wprowadzenie do etyki”. To było wydane w 2001 roku. Tekst „Kłopotliwa cnota” jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Ruszajmy, proszę państwa, zatem z tą ciekawą lekturą. Bernard Williams, „Kłopotliwa cnota”. Problematyczność tolerancji polega na tym, że wydaje się ona zarazem konieczna i niemożliwa. Tolerancja jest konieczna w sytuacji, gdy różne grupy uznają wzajemnie niezgodne przekonania moralne, polityczne lub religijne i uświadamiają sobie, że są skazane na współistnienie. To znaczy, że jedyną alternatywą jest zbrojny konflikt, który nie rozstrzygnie ich sporów i przysporzy im wielkiego cierpienia. Wydaje się jednak, że w tych samych okolicznościach jest ona niemożliwa. Groźba przemocy i załamania się współpracy społecznej pojawia się dlatego, że ktoś uważa przekonania lub sposób życia innych za dalece nieakceptowalne.
Na przykład w przypadku religii tolerancja jest potrzebna, ponieważ przynajmniej jedna z grup uważa, że członkowie innej grupy mylą się w bluźnierczy, katastrofalny czy nieprzyzwoity sposób. Dosyć często uważają oni także, że przywódcy lub starszyzna drugiej grupy powstrzymują młodzież bądź kobiety przed oświeceniem i wyzwoleniem. W takim przypadku wydaje im się, że zwycięstwo prawdziwej religii, tej, w którą wierzą, leży nie tylko w interesie ich grupy, lecz także w interesie niektórych członków drugiej grupy. Ponieważ spór sięga tak głęboko, skłócone stronnictwa są przekonane, że nie mogą nawzajem zaakceptować swojego istnienia. Musimy tolerować innych i ich sposób życia tylko w sytuacjach, w których jest to bardzo trudne. Tolerancja, możemy powiedzieć, jest potrzebna tylko wobec czegoś, co jest nie do zniesienia. Na tym polega podstawowy problem. Tolerancja ze strony większości. Możemy rozumieć tolerancję jako możliwą postawę silniejszej grupy lub większości wobec słabszej grupy lub mniejszości. W kraju, w którym jest wielu chrześcijan i niewielu muzułmanów, pojawia się problem, czy chrześcijanie tolerują muzułmanów.
Sami muzułmanie, by tak rzec, nie mają wyboru, czy tolerować chrześcijan, czy też nie. Jeśli proporcja między liczebnością chrześcijan i muzułmanów ulegnie odwróceniu, odwróci się też kierunek tolerancji.
[24:34] - W ten sposób myślimy zazwyczaj o tolerancji i wydaje się to naturalne, ponieważ dyskusja o niej często dotyczyła prawa stanowionego, a zwłaszcza prawa zabraniającego różnych praktyk religijnych lub zezwalającego na nie, a to było z kolei określane przez przekonania silniejszej grupy. Co do zasady tolerancja dotyczy postawy jakiejkolwiek grupy wobec innej grupy i nie ogranicza się jedynie do postawy silniejszych wobec słabszych. Rzeczywisty problem tolerancji pojawia się na poziomie ludzkich relacji i nastawienia ludzi żyjących w określony sposób do ludzi żyjących w sposób odmienny. Problemu tolerancji nie można sprowadzić wyłącznie do pytania o to, w jaki sposób państwo powinno korzystać ze swej władzy. Napięcie między pragnieniami a przekonaniami. Jeżeli jakaś grupa po prostu nienawidzi innej, jak to jest w przypadku mafijnej wendety lub zwyczajnego rasizmu, to w takiej sytuacji potrzeba czegoś innego niż tolerancja. To raczej ci ludzie powinni wyrzec się nienawiści, uprzedzeń czy nie zatartej pamięci o doznanych krzywdach. Rzeczywiście będą musieli czegoś się wyrzec, mianowicie pragnienia ograniczenia lub wyeliminowania konkurencyjnego poglądu, lecz zarazem będą mogli coś zachować. Przywiązanie do własnych poglądów, czyli to, co jest w ogóle przyczyną wywołującą wspomniane pragnienie. Pojawia się tutaj napięcie między z jednej strony przywiązaniem do własnych przekonań, z drugiej zaś akceptacją tego, że inni ludzie mogą być przywiązani do czegoś odmiennego, a nawet odrażającego.
To napięcie jest charakterystyczne dla tolerancji i sprawia, że jest ona niezwykle trudna. Tolerancyjna praktyka polityczna. Wieloletnie wojny religijne toczące się w Europie na przestrzeni od XVI i do XVII wieku dały początek nowej idei. Idei, zgodnie z którą lepszym rozwiązaniem jest pokojowe współistnienie różnych Kościołów chrześcijańskich. Z tą zmianą sposobu myślenia wiązały się różne postawy. Niektórzy stali się sceptyczni wobec roszczeń do prawdy wysuwanych przez poszczególne Kościoły i uznali, że spór o słuszność doktryny między różnymi Kościołami jest nierozstrzygalny, przynajmniej dla ludzi. Inni z kolei zaczęli myśleć, że konflikty te pozwoliły im lepiej zrozumieć Boże zamiary. Bóg nie przejmuje się bowiem tym, w jaki sposób czczą go ludzie, o ile tylko robią to w dobrej wierze i w ramach szeroko pojętego chrześcijaństwa. Współcześnie podobny ekumeniczny styl myślenia rozciągnięto poza granice chrześcijaństwa. W pewnym sensie te dwa rozumowania rozeszły się w przeciwnych kierunkach.
Rozumowanie sceptyczne doprowadziło do uznania, że o Bożych planach możemy wiedzieć mniej, niż zakładały z właściwym im fanatyzmem zwaśnione stronnictwa. Rozumowanie ekumeniczne doprowadziło natomiast do przekonania, że możemy przeniknąć Boże plany lepiej, niż zrobiłyby to skłócone strony. Niemniej w odniesieniu do wojen religijnych oba rozumowania doprowadziły do tego samego wniosku, mianowicie do przeświadczenia, że szczegółowe kwestie dotyczące wierzeń chrześcijańskich nie są aż tak istotne, jak pierwotnie zakładano i że stawka tego konfliktu nie jest aż tak wysoka. Prowadzi to do tolerancyjnej praktyki politycznej, która stanowi niezwykle istotny skutek omawianych wydarzeń, ale nie jest tym samym, co właściwie rozumiana tolerancja. Jeżeli nie obchodzi was, w co ludzie wierzą, to nie musicie być wobec nich tolerancyjni. Podobnie jak nie musicie być tolerancyjni wobec osób o innych gustach kulinarnych. Tolerancja a obojętność. W wielu przypadkach postawy bardziej tolerancyjne pojawiają się w praktyce właśnie z tego powodu, że ludzie przestają uważać określone zachowanie za coś, co zasługuje na dezaprobatę czy jakikolwiek negatywny osąd. Ów proces zachodzi w wielu miejscach na świecie i dotyczy na przykład tych praktyk seksualnych, które były uprzednio potępiane lub zagrożone sankcjami karnymi. Lecz i w tym wypadku, chociaż mamy do czynienia z tolerancyjną praktyką, jej źródłem jest postawa obojętności, a nie ściśle biorąc tolerancji.
Bez wątpienia istnieje wiele konfliktów i obszarów nietolerancji, w których najlepszym rozwiązaniem jest właśnie wzrost obojętności. Kwestie dotyczące zachowań seksualnych i społecznych, które w małych i bardziej tradycyjnych społeczeństwach są przedmiotem ogromnego zainteresowania publicznego, zaczną być traktowane jako sprawy prywatne, których nie ocenia się w kategoriach słuszności lub niesłuszności. Rosnąca obojętność może także stanowić, jak to się stało w Europie, jedyne rozstrzygnięcie niektórych dysput religijnych. Oczywiście nie wszystkie religie chcą nawracać innych ludzi, zwłaszcza z przymusu. Ważna koncepcja, która zyskała wpływ w Europie, głosi, że jeśli religie ekspansywne naprawdę chcą przekonać do siebie ludzi, to muszą zrozumieć, że nie da się tego osiągnąć za pomocą siły. Siłą Można osiągnąć jedynie uległość i zewnętrzny konformizm. Liberalny pluralizm, neutralność państwa i autonomia jednostki. Niestety ani spadek zaangażowania, ani też wycofanie się religii do sfery prywatnej nie może rozwiązać wszystkich problemów. Jeżeli wszystko staje się kwestią prywatnego osądu lub gustu, to tracimy poczucie posiadania społecznej tożsamości i przynależności do wspólnoty, której interesy przekraczają nasz własny pożytek. Do pewnego stopnia jest możliwe, aby ludzie należeli do mniejszej społeczności połączonej wspólnymi przekonaniami, choćby przekonaniami religijnymi, a tolerancja była trwała dzięki wyraźnej granicy między takimi społecznościami a państwem.
Państwo nie identyfikuje się z przekonaniami uznawanymi w ramach którejś z grup i nie narzuca ich. Nie pozwala ono również żadnej grupie, aby narzucała swoje poglądy innym. Jakkolwiek każda z tych grup może bronić tego, w co wierzy. Z jednej strony mamy silne i różniące nas przekonania religijne i moralne wyznawane przez różne grupy w ramach jednej społeczności. Z drugiej zaś strony mamy hipotetycznie bezstronne państwo, które w równy sposób traktuje prawa każdego obywatela, w tym równe prawo do sformułowania i wyznawania własnych przekonań. Jest to model liberalnego pluralizmu. Wydaje się, że uosabia on tolerancję. Wyraża charakterystyczne dla tolerancji połączenie pewności i akceptacji, ponieważ znajduje miejsce dla różniących nas przekonań w grupach i wspólnotach mniejszych od państwa. Natomiast akceptację różnorodności umieszcza na poziomie struktury samego państwa. Nie znaczy to, że społeczność może obyć się całkowicie bez wspólnych przekonań.
Z pewnością musi ją spajać wspólne przeświadczenie o wartości liberalnego systemu. Model społeczności, której spoiwem jest zbiór praw i dążenie do równego szacunku dla wszystkich obywateli, a nie podzielanie jakiegoś zbioru bardziej rzeczowych przekonań, wymaga współgrającego z nim ideału obywatelskiego. Prawdopodobnie najbardziej imponujący wariant tego ideału został zaproponowany przez kantowską tradycję liberalizmu, która identyfikuje ludzką godność z autonomią. Autonomiczną osobą jest ktoś, kto ma kontrolę nad swoim życiem i kto sam formułuje swoje poglądy. Ideał liberalny nie ma charakteru wyłącznie negatywnego czy też sceptycznego. W przeciwnym razie nie mógłby w żaden sposób połączyć w jedną wspólnotę ludzi wyznających odmienne przekonania. Nie mógłby też być źródłem motywacji, której potrzebują wszystkie tolerancyjne społeczności, aby gdy inne sposoby zawiodą, zwalczać tych, którzy są nietolerancyjni. Granice neutralności państwa. Neutralność państwa w sporach etycznych ma swoje granice. Istnieją kwestie takie jak choćby problem aborcji, w których państwo nie jest w stanie zachować neutralności niezależnie od tego, co zrobi.
Państwo może odróżniać różne przesłanki dla dopuszczalności aborcji, ale koniec końców nie da się uciec od faktu, że niektórzy ludzie z głębokim przekonaniem wierzą, iż określone działania powinny być dozwolone, podczas gdy inni są w równym stopniu przekonani, że te działania powinny być zabronione. Żadna wspólnota nie może uchylić się od zajęcia zbiorowego i rzeczowego stanowiska w sprawach tego typu i w tym sensie istnieją granice tolerancji. Nawet w przypadku, gdy ludzie w dalszym ciągu szanują nawzajem swoje poglądy. Niektórzy krytycy liberalizmu twierdzą, że liberalne pluralistyczne państwo, w którym panuje tolerancja, tak naprawdę nigdzie nie istnieje. Ich zdaniem w praktyce takie państwo subtelnie narzuca określone wartości, w przybliżeniu faworyzując zasady społecznej wspólnoty, współpracy i efektywności gospodarczej, podczas gdy przekonania, które ludzie z zaangażowaniem wyznają dotyczące religii, spraw seksualnych i kultury zostają zepchnięte do sfery prywatnych upodobań. Inni krytycy przyznają, że państwo liberalne istnieje i do pewnego stopnia nawet udaje mu się rozwiązać problem tolerancji, ale upierają się zarazem, że tolerancja jest w najlepszym wypadku tylko jedną spośród cnót politycznych, której wartość należy oceniać w kontekście innych dóbr, takich jak poczucie satysfakcji wynikające z głębokiego doświadczania wspólnoty, w której ludzkie prawa lub też ich brak traktuje się jako pewnik, a nie stale je kwestionuje w atmosferze sporów i wymiany argumentów. Przypuszczam, że dopiero przyszłość pokaże, czy społeczności liberalne mogą zachować różnorodność silnych przekonań w najważniejszych sprawach. Być może tolerancja okaże się cnotą czasu przejściowego, która służyła nam w okresie pomiędzy przeszłością, gdzie nikt o niej nie słyszał, a przyszłością, w której nikt jej nie będzie potrzebował. Obecnie jednak jest oczywiste, że nadal istnieją fanatyczne przekonania, których wyznawcy gorąco pragną wyłączenia ich spod krytyk. Jest też oczywiste, że praw wielu ludzi można bronić jedynie stając się niemal niewidzialnym.
Chyba nie nadszedł jeszcze czas, w którym możemy obyć się bez kłopotliwej cnoty tolerancji. Przypomnę państwu, że przedstawiłem artykuł, który został zaprezentowany w dwumiesięczniku „Filozofuj”. Artykuł autorstwa Bernarda Williamsa zatytułowany „Kłopotliwa cnota”. Pięknie państwu dziękuję za cierpliwość i wysłuchanie tych rozważań i przypomnę, że natłok informacji jest taki, szczególnie w tekstach filozoficznych Że warto czasami cofnąć, kiedyś powiedziałoby się taśmę, dzisiaj cofnąć ten zapis i posłuchać niektórych fragmentów po raz drugi, bo to, co czasami przeleci nam przez uszy, nie dotrze do końca, może okazać się kluczowe dla zrozumienia, o co chodziło autorowi. Ciekawy tekst, muszę przyznać, ale tekst warty głębokiego przemyślenia. I jeśli nawet nie będziecie się Państwo zgadzać z niektórymi tezami, to bardzo dobrze. Pokażcie tylko Państwo tolerancję. Porzućmy te głębokie filozoficzne rozważania, ale nie porzucimy rozważań tak zupełnie. Zapraszam Państwa na spotkanie z Wiktorem Żwikiewiczem. Spotkanie, które po raz pierwszy zaprezentowałem na kanale youtube'owym Wehikuł Wyobraźni, na który Państwa nieustannie zapraszam.
Tamtych różnych filmów na różne tematy, pewno mniej lub bardziej ciekawe, ja zakładam, że wszystkie są ciekawe, jest naprawdę sporo. A dzisiaj wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem, sławnym pisarzem, człowiekiem, który ma na koncie kilka naprawdę znakomitych książek, które przeorały polską scenę fantastyki naukowej w latach 70. i 80., puszczamy wodze fantazji. Posłuchajcie Państwo, co Wiktor Żwikiewicz jakiś czas temu wykombinował i do czego odwołujemy się w naszej rozmowie. A zatem zapraszam na podcast Gwiezdne Bramy. I oczywiście zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. Witam Państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj porozmawiamy o słońcu oraz podróżach kosmicznych. Egzotyczne zestawienie? Owszem, nieco egzotyczne, ale być może pobudzi ono naszą zbiorową wyobraźnię.
Zaczynamy. Od początku marca 2012 roku Ziemia była bombardowana silnym wiatrem słonecznym. Trudno to zresztą uznać za zjawisko w jakiś sposób niezwykłe, gdyż Słońce weszło wówczas w okres wzmożonej aktywności z apogeum przypadającym na rok 2013. NASA, która zawsze dosyć skrupulatnie obserwuje przestrzeń kosmiczną, zarejestrowała wówczas pewne tajemnicze zjawisko. Zjawisko, które na pierwszy rzut oka przypominało koronalny wyrzut masy. To dzieje się tak wtedy, gdy wielki obłok plazmy gwiazdowej wyrzucany jest w przestrzeń międzyplanetarną. Zatem chyba nie było się czym ekscytować. Okazuje się, że niekoniecznie. Tym razem w zarejestrowanych obrazach było coś nietypowego. Linki do filmów z uwiecznionym zjawiskiem znajdziecie Państwo pod filmem.
Na razie powiem tyle. Na owych obrazach i filmach strumień naładowanych cząstek zdaje się trafiać bezpośrednio do kulistego obiektu znajdującego się w stosunkowo bliskiej odległości od Słońca. Natychmiast pojawiły się spekulacje, że to statek kosmiczny. Statek przedstawicieli pozaziemskiej cywilizacji, który właśnie uzupełnia zapasy energii i paliwa bezpośrednio ze Słońca. Czy tak właśnie było? Niekoniecznie. Chociaż trzeba przyznać, że niektóre ujęcia w filmikach, które zalinkowałem, są bardzo efektowne. Ten obraz, który Państwo możecie podziwiać, został zarejestrowany przez Solar Dynamics Observatory, a następnie przetworzony przez placówkę NASA Goddard Space Flight Center. Jak to było naprawdę, tego nie wie nikt z nas. Nie wiedzą tego nawet naukowcy, którzy tak chętnie i autorytatywnie wypowiadają się na ten i na szereg innych tematów.
Nie wiedzą tego nie dlatego, że brakuje kompetencji, tylko dlatego, że obrazy są średniej jakości i wyciąganie wniosków na ich podstawie przypomina nieco wróżenie z fusów. Natomiast te filmy przypomniały mi o pewnych czytanych już dosyć dawno temu książkach autora, którego przecież dobrze znam. I stąd dzisiejsza wizyta Wiktora Żwikiewicza w Wehikule Wyobraźni. Jeśli zestawi się owe obrazy, filmy z 2012 roku z twórczością autora, to człowiek jest lekko zdziwiony. O tym wszystkim opowie już za chwilę sam autor. Zanim jednak oddam mu głos, krótka refleksja. W 2012, 2013 roku internet polski oraz zagraniczny był zalany tekstami i filmami z owego tankowania słonecznego. Dzisiaj teksty na ten temat dosyć trudno znaleźć. Oczywiście one gdzieś tam są. Kilka nawet znalazłem, ale jakoś tak jest ich mniej i są pochowane.
Wyszukiwarka nie stara się zbytnio, aby nas na nie naprowadzić i to niezależnie, czy wpisujemy poszukiwane frazy w języku polskim, czy w języku angielskim. Stąd moje podejrzenie, swoista myśl o zbrodni, że zapewne władcy Internetu doszli do wniosku, że to oni wiedzą lepiej. Wiedzą, że nie należy szczuć ludzi takimi filmami. Niech się ludziki nie ekscytują, bo im jeszcze zaszkodzi. Ja postanowiłem się jednak trochę podekscytować. Zapraszam zatem państwa na spotkanie z Wiktorem Żwikiewiczem o słońcu i o podróżach międzygwiezdnych. Obiecałem, że Wiktor Żwikiewicz pojawi się kiedyś po raz kolejny na kanale Wehikułu Wyobraźni. No i to jest ten dzień, kiedy Wiktor właśnie się pojawia. Dzień dobry wieczór, Wiktorze.
[44:43] - Witam.
[44:44] - A dzisiaj mamy temat, który właściwie wymyślił Wiktor, kiedy jeszcze się nie znaliśmy. A bardzo szybko doszedłem do wniosku, że tu zadziałała jakaś siła związana z przewidywaniem przyszłości, bo dawno, dawno temu pojawił się pewien pomysł, a my później, gdzieś tak w drugim dziesięcioleciu XXI wieku zaczęliśmy obserwować pewne obiekty, o których myślę, że bez przesady można powiedzieć, iż wyłoniły się jakby z tej wizji Wiktora. Ale najpierw zacznijmy w takim razie, co takiego, Wiktorze, w swoim czasie wymyśliłeś? Gdzie to było? W jakiej powieści? W jakim utworze? Masz głos.
[45:36] - To nie było nic wielkiego. Wydawałoby się, tak mówię kokieteryjnie, że to jest nic wielkiego. Natomiast po prostu, kiedy pisałem taką grubaszną powieść „Imago”, brakowało mi możliwości, bo to wszystkim ludziom brakuje, żeby jakoś przeciwstawić się temu relatywizmowi Einsteinowskiemu i tej barierze prędkości światła, żeby zwykłą, normalną, jakąś potoczystą historię rozwinąć, która ma początek, koniec, kontynuację. I to się wszystko dzieje za życia jednego bohatera czy jednej bohaterki i w pewnych ramach, bo wszystkiemu przeszkadzają takie horrendalne odległości między słońcami niebieskimi, a już szczególnie gwiazdami czy galaktykami. Problem był.
[46:33] - Oraz bariera, jaką stanowi prędkość światła.
[46:37] - Światła. Bariera prędkości światła uniemożliwia właśnie taką potoczystą swobodnie, chyba żeby się uciec do fantasy totalnie. A ja chciałem być jednak w miarę racjonalny i w miarę naukowy jednak. No i cóż, czy to jest wielka sztuka wymyślić coś? Moje rozumowanie było bardzo proste. Jeżeli odległości między gwiazdami są takie, to co mnie obchodzi odległość między gwiazdami? A czy ja wiem, czym jest jądro gwiazd? Jądro gwiazd dla mnie w tamtej fizyce, którą ja wtedy wyznawałem, którą wyznawali fizycy i chyba do dzisiaj to jest bardzo bliskie, jest bardzo, bardzo bliskie czarnej dziurze. To znaczy siły grawitacyjne, które tam ściągają materię w kierunku jądra gwiazd, bardzo przypominają warunki towarzyszące formowaniu się czarnych gwiazd. No i jakie są właściwości fizyczne przestrzeni wewnątrz czarnych gwiazd?
Dziur. Czarnych dziur. Tak. To ja nie wiem, nie? Ale mniej więcej można sobie to wyobrażać i przynajmniej wiele teorii na ten temat jest. Skoro one są bliskie, blisko spokrewnione dla mnie z jądrami gwiazd, szczególnie ciężkich gwiazd, to mamy bliską drogę do mojego dalszego rozumowania. A jeżeli ta teoria rozbiegającego wszechświata, który wybiegł z jednego punktu i rozwinął się w przestrzeń, materię i energię, tą, która dzisiaj jest wyobrażalna, to był punkt. A jeżeli punkt pozostaje punktem, nawet jeżeli ma styczność z drugim punktem, to i tak jest jeden punkt. A jeżeli czarne dziury, ich wnętrza, ich jądra mają właściwości tego jednego punktu, który skupia w sobie całą otaczającą przestrzeń i materię, i energię, to jest jeden punkt, a jeden punkt może być bardzo bliski temu punktowi, z którego wszechświat kiedyś cały eksplodował. Prowadząc dalej takie rozumowanie, to ja w tym momencie widzę doskonale, że ja po pierwsze, żeby pokonać jakąś przestrzeń, która jest ze względu na prędkość światła niemożliwa, ja po prostu nurkuję do wnętrza gwiazdy, do wnętrza czarnej dziury, gdzie nie obowiązują te prawa fizyki, które nas ograniczają.
A już przy lepszej technice albo możliwościach ja po prostu zwyczajnie nurkuję do wnętrza gwiazdy i tam- Zbliżam się do punktu zerowego, a punkt zerowy jest bliski do wszystkich innych punktów zerowych istniejących we wszechświecie, do każdego jądra każdej czarnej dziury we wszechświecie.
[49:52] - Każdej gwiazdy.
[49:53] - I również bliski, a przynajmniej bliższy niż normalna realistyczna przestrzeń, bliższy każdej gwiazdy. I w tym momencie poruszam się między ośrodkami tego nadciśnienia, które ściąga w siebie przestrzeń, energię i materię, i między tymi ośrodkami przelatuję błyskawicznie, a później już tylko w określonym układzie słonecznym, planetarnym wyłaniam się z wnętrza gwiazdy i już mnie obowiązuje wyłącznie przelot do planety, która otacza tą gwiazdę. Taki zabieg techniczny.
[50:37] - Czyli wymyśliłeś sposób podróżowania po wszechświecie omijający to przekleństwo prędkości światła, trochę nawiązujący do nadprzestrzeni czy hiperprzestrzeni. Różnie to w różnych powieściach bywa nazywane. Zawsze chodzi mniej więcej o to, żeby przeskoczyć niejako z punktu do punktu, omijając te tabele kosmiczne odległości.
[51:05] - A tym bardziej, że ja to potem rozwijałem w powieści, której nigdy nie napisałem, czyli w „Kosmodramie na Żółwich”, czy tam to bardziej uwiarygodniłem, spuentowałem później w krótkiej powieści, która była końcem „Kosodramu” oraz „Imago”, czyli w „Balladzie o przekleństwie”. Tam też w ten sposób błyskawicznie się przenoszą po wszechświecie od punktu zerowego do punktu zerowego z pominięciem przestrzeni, energii, czasu.
[51:37] - Czyli pojawiła się sposobność, możliwość podróżowania przez wszechświat. Twoje statki, te, które tworzyłeś w poszczególnych powieściach, musiały wykazywać się niesamowitą wręcz odpornością na warunki zewnętrzne. Bo, proszę państwa, te warunki wewnątrz, powiem tyle, mamy wewnątrz Słońca gazy, które mają postać metaliczną. Znowu i słowo gazy i metaliczną to są tylko pewne przybliżenia, bo tam już właściwie atomy nie funkcjonują. To jest wszystko jednak troszeczkę odarte. Mówię szczególnie o wnętrzu gwiazdy. Te atomy to już działa troszeczkę inaczej, ale to każdy z państwa może sobie wyobrazić. I teraz mam dla ciebie informację, Wiktorze. W latach, tak jak powiedziałem, nastych XXI wieku zaczęto obserwować w pobliżu Słońca różne dziwne obiekty. Pamiętam, na początku drugiego dziesięciolecia pojawiły się w internecie, na YouTubie filmiki, które pokazywały olbrzymi, tak się przynajmniej wydawało, statek kosmiczny, który zdawał się tankować coś ze Słońca, jakby podłączył się do gwiazdy i zaciągał, być może energię.
Większość ludzi określała to jako tankowanie, potraktowanie Słońca jako swoistej stacji benzynowej. No i to był pierwszy przypadek. Na razie przy nim pozostaniemy. To niesamowicie pobudziło wyobraźnię wielu oglądających, bo było kilka tych filmików. I rzeczywiście, jak się spoglądało, to człowiek mówił: „Ależ oczywiście, ja tam widzę fragment wielkiego, gigantycznego statku kosmicznego. Wow, to jest coś niesamowitego”. Wtedy, mówiąc szczerze, przypomniałem sobie o tej twojej koncepcji i mówię sobie: „Wow, znowu Wiktor wymyślił coś, co przynajmniej na pierwszy rzut oka sprawdzało się na naszych oczach”.
[54:09] - To są takie rzeczy, że być może, odnosząc się do tych filmów, po prostu nie wiem, tak jak ty nie wiesz. Nie wiemy.
[54:20] - Co to było, co to naprawdę było.
[54:22] - Natomiast wiemy również, a niewiedza również potrafi być wiedzą. Wiemy, że właściwie nie wiemy niczego o naszej własnej atmosferze, o stratosferze, o tej granicy między atmosferą a kosmosem, tam, gdzie ściera się wiatr słoneczny z osłoną, którą atmosfera sprawi naszej planety, jak się rozładowuje ten wiatr słoneczny, jakie zjawiska, nasze wizje, skąd się pojawiają, pojawia UFO na przykład. To mogą być zjawiska bardzo dziwne albo wykorzystywanie pewnych potencjałów energetycznych między gwiazdą a planetą przez jakieś istoty albo przez nas samych w przyszłości. My tego po prostu nie wiemy i nie wiemy dalej, i być może długo nie będziemy wiedzieli nic o procesach. Boże, jakie jest Słońce? Mamy akurat erę spokojnego Słońca. Jakie jest Słońce, skoro my naprawdę niewiele wiemy o Marsie, który jest taką samą sferą, o Księżycu już może troszeczkę więcej, ale to są prawie martwe planety. O nich wiemy dużo, ale o żywych?
[55:45] - Ja powiem tak, Wiktorze, z tym rokiem spokojnego Słońca to nie przesadzajmy. Słońce czasami robi w tej chwili takie figle, że widać zorzę polarną na terenie Polski.
[55:57] - Ja tak się śmieję.
[55:59] - Tak, więc to jest raczej rok niespokojnego Słońca. Natomiast ja chciałbym zapytać o coś jeszcze, bo bardzo często, kiedy przywołuję ten filmik z tankującym statkiem kosmicznym, tak sobie to nazwijmy, co to w istocie było, tak jak mówiliśmy, już nie wiemy, ale kiedy mówi się o UFO, które być może odwiedza Ziemię, to wszyscy, może nie wszyscy, ale spora część naukowców, spora część miłośników tego tematu zastanawia się, jak te małe stateczki, czasami są duże, to też się umówmy, ale bardzo często są te mniejsze, skąd one miałyby przylecieć, jak miałyby przylecieć? I wtedy pojawia się koncepcja statku matki, który jest gdzieś tu, cudzysłów, zaparkowany w naszym Układzie Słonecznym. Jedni mówią, że on może gdzieś tam się ukrywa za Jowiszem, może za Saturnem, jest wielki i ta wielka planeta go przykrywa, i w związku z tym sobie wysyła te mniejsze stateczki ku naszej Ziemi i dzięki temu może być ona niemal nieustannie inwigilowana. Ale przecież równie dobrze taki statek może się ukrywać gdzieś, tu znowu cudzysłów, w Słońcu. To nie chodzi o to, że wewnątrz Słońca, ale po prostu gdzieś tam blisko korony słonecznej, bo umówmy się, obserwowanie tego, co otacza Słońce jest bardzo trudne.
[57:31] - Bardzo się asekurujesz. Ja jestem dużo odważniejszy w takich sprawach. A dlaczego nie wewnątrz Słońca? Przecież to jest ukrycie nie do rozwałkowania, jak na razie przez nasze skanery, przez naszą technologię. My możemy już prześwietlać atmosfery Jowisza czy Wenus i tak dalej, ale do Słońca to nam jeszcze nie podskoczymy.
[57:55] - Mówisz, że się asekuruję. Nie, bardziej myślę o praktycznym wymiarze tego wszystkiego. Bo taki statek gdzieś zaparkowany w okolicach korony słonecznej, gdzieś tuż nad nią, w tych wielkościach to naprawdę jest bardzo, bardzo daleko. Sama ta przestrzeń otaczająca Słońce jest gigantyczna po prostu. Dlatego tam bym umiejscowił statek, że po prostu te mniejsze wygodniej byłoby wysyłać. Taki statek baza i tak byłby trudny do wykrycia, bo przeciętny człowiek to w ogóle, no co? Spojrzyjcie państwo w Słońce. To bywa niezdrowe. Oczywiście są różnego rodzaju przyrządy, od zakopconego szkiełka, przez które można Słońce obserwować, po takie bardzo specjalistyczne urządzenia. Są teleskopy przystosowane właśnie do obserwacji korony słonecznej.
Ale mimo wszystko, jeśli by tam umieścić jakiś nawet bardzo ogromny obiekt, to on by był trudny do wykrycia. Zauważcie państwo, że ten filmik, ten tankujący statek kosmiczny obcych to był film zrobiony przypadkowo. Sięgnijcie państwo po historię tej obserwacji. To w dalszym ciągu są filmiki, które pojawiają się w bardzo wielu miejscach YouTube'a. W związku z tym nietrudno to znaleźć. Tankujący statek kosmiczny obcych, statek baza. Bez problemu to państwo znajdziecie. W związku z tym ja uważam to miejsce, które podałem, nie tyle asekuracyjnie, co za bardzo wygodne do z jednej strony ukrycia się, z drugiej strony do wysyłania obiektów materialnych w naszą stronę. Stąd taka moja koncepcja.
[59:45] - Bardzo słusznie. Ja w tym, może to dla poparcia tej śmiesznej być może teorii, no sztuka dla sztuki trochę. Jak się wymyśla, niby można się uśmiechnąć, ale z drugiej strony popatrzmy, jeżeli sobie symbolicznie przedstawimy przestrzeń jako prosty kij o pewnej długości, my, żeby z jednego końca kija dotrzeć do drugiego, mamy cholernie daleką drogę, prawda? Ale jak leciutko nagniemy końce tego kija i pojawi nam się łuk, to między tymi punktami pojawia się miejsce na strunę, a struna już może być dużo krótsza od samego długiego łuku. A jak pociągniemy te dwa końce łuku, że one się zbliżą i zejdą ze sobą, to struna już jest niepotrzebna.
[01:00:49] - Ja powiem o jeszcze jednej motywacji, która skłania mnie do rozpatrywania Słońca jako z jednej strony miejsca, poprzez które mogą tutaj obcy się pojawiać w naszym Układzie Słonecznym, to z jednej strony oraz miejsca, w którym rzeczywiście mogliby zaparkować statek bazy. Dlaczego mówię, że jeszcze coś trzeba powiedzieć? Powiedzmy to, że gdyby obcy przylatywali do nas gdzieś z dalekiego kosmosu i wędrowali od ostatniej planety, czyli od obłoków, które się na końcu, przynajmniej dzisiaj to wiemy, że tam lokalizujemy koniec Układu Słonecznego. Myślę, że to się jeszcze może zmienić, ale jeśli oni by przybywali, to my dosyć dobrze wszechświat obserwujemy. Mamy ustawione przyrządy, teleskopy orbitalne i one nieustannie przeczesują niebo. Gdyby jakiś ogromny statek matka przylatywał od strony kosmosu To istniałoby potencjalne ryzyko, że nawet przez przypadek ktoś wykryje ów nadlatujący wielki, masywny obiekt, bo on by sobie wędrował gdzieś tam od Plutona poprzez orbity poszczególnych planet i można by go gdzieś tam wylukać.
[01:02:13] - Galileuszów jest pełno.
[01:02:15] - Właśnie. Byłaby spora szansa, żeby go odnaleźć. Tymczasem gdyby obcy przybywali z tak niespodziewanego kierunku jak Słońce, a to już jest zupełnie inna koncepcja. Koncepcja, która pozwala kombinować, czy właśnie to nie jest dobra kryjówka i czy to nie jest dobre miejsce, które pozwala przedostawać się tutaj do nas niejako w sposób niezauważony.
[01:02:45] - Może na sam koniec to ja bym jednak się zamachnął na te same gwiazdy, również na Słońce. My już dzisiaj dopuszczamy możliwość życia na Marsie czy na niektórych księżycach Jowisza, być może również w głębi jego atmosfery. Natomiast przy cały czas aktualnym pytaniu o to, czym jest życie, zadałbym pytanie, skąd wiemy, czy gwiazda jest żywa?
[01:03:16] - Co więcej, oczywiście ty lubisz stawiać bardzo radykalne tezy, ale ostatnio odkryłem w kilku utworach science fiction, nie wszystkie wyszły w Polsce, w związku z tym na razie nie będę państwu tytułów podawał, ale odkryłem w kilku utworach na przykład istoty żyjące w atmosferach gazowych gigantów z zupełnie inną biologią, jeśli to w ogóle można nazwać biologią, z zupełnie innymi zasadami życia, czy też może trwania. Brakuje słów, kiedy zaczyna się mówić o tak dziwnych tworach, które żyją w atmosferach gazowych gigantów. Bo znowu tam, przypomnę państwu, te ciśnienia, te warunki wewnątrz gazowych gigantów są trudne do wyobrażenia. I w związku z tym, skoro mógł ktoś wymyślić, że coś, ktoś, być może ktoś żyje w atmosferze gazowych gigantów, być może jest nawet świadomy, to przypomnę tylko państwu, Jowisz podobno jakby się trochę bardziej postarał, jakby troszkę więcej materii zgromadził, mógłby zostać tak zwanym brązowym karłem, takim rodzajem gwiazdy bardzo słabej, malutkiej. Jednak przypomnę państwu zresztą, że w powieści Arthura C. Clarke'a takie bardzo podobne zjawisko zachodzi, że w pewnym momencie na niebie Ziemi pojawia się drugie słońce, ale to już sobie państwo musicie doczytać. Natomiast nawiązując, Wiktorze, do tego, co powiedziałeś, skoro patrzymy, że w atmosferach wielkich gwiazd może coś żyć, podkreślam słowo żyć traktujmy jednak bardzo umownie.
[01:05:14] - Może być w jakiś sposób zorganizowane.
[01:05:19] - Tak. Albo traktujmy w każdym razie to słowo żyć umownie, bardzo umownie. Słowo istnieć rzeczywiście zdecydowanie lepiej pasuje. To może również takie coś istnieć w słońcu. To, że my dzisiaj pukamy się w czoło, sam się zastanawiam, na ile to możliwe, to jeszcze wcale nie oznacza, że mówimy rzeczy, które nie mogłyby się wydarzyć czy są niemożliwe. Ileż w toku naszej cywilizacji rzeczy było niemożliwych, absolutnie niemożliwych i kompletnie niewyobrażalnych.
[01:05:56] - Przedwczesna odpowiedź. Nie może przecież próba być.
[01:06:01] - Tak jest. Oczywiście. I to było, co należało udowodnić. To było oczywiste. Więc tu bym się zastanowił. I tak naprawdę już na koniec wspomnę tylko państwu, że jeśli chodzi o te obiekty znajdujące się w pobliżu Słońca, jakieś dziwne, bardzo przypominające obiekty techniczne, ale niemogące pochodzić z Ziemi, pojawiły się również w przesyle danych jednej z sond słonecznych. Ta sonda przesłała obiekty. Na zdjęciach pojawiły się obiekty, które miały po pierwsze bardzo regularny kształt, na tyle regularny, że zwróciły uwagę. Bardzo to podekscytowało obserwatorów. Oczywiście operatorzy owych sond słonecznych natychmiast wyjaśnili, że to są błędy na matrycy, ponieważ Słońce wysyła sporo cząsteczek w kierunku kosmosu okolicznego i w związku z tym one czasami trafiają w matrycę i się pojawiają błędy w matrycy.
I w związku z tym to, co widzimy, takie bardzo regularne, to nic nie jest. To jest, proszę państwa, oczywiście błąd matrycy. Powiedzieli, co wiedzieli, zapewne coś tam jednak wiedzieli, ale zawsze pozostaje to pytanie, czy aby na pewno i czy to na pewno był błąd matrycy, czy może jednak przez przypadek znowu coś tam zaobserwowaliśmy. Wiem, że opowiadanie o tym, co się nam wydaje, bywa czasami mało przydatne. Ale czy to wszystko, o czym my dzisiaj mówimy, uważasz za wytwór kompletnej fantazji? Czy jednak istnieje jakaś doza prawdopodobieństwa?
[01:07:53] - Wiesz, ja tak sądzę. Jestem jeszcze z czasów, kiedy większość ludzi się rodziła przypadkiem. Skoro ja jestem dzieckiem przypadku, to być może zaistniał zwyczajny błąd w matrycy. Tylko że ja istnieję, nawet jeśli jestem błędem matrycy. Może one te statki też istnieją.
[01:08:17] - A powiedz jeszcze, Wiktorze, jedną rzecz. Mamy taki wszechświat, w którym podróż ze słońca na słońce, z gwiazdy na gwiazdę nie stanowi problemu, bo można przez jądro gwiazd dostawać się w dowolną część kosmosu. Powiedz, jak to u ciebie funkcjonowało? Przytocz jakiś obraz z tej powieści, którą wymieniłeś na początku, z „Imago”, czy może z jakiejś innej, dowolnej. Ale jak to wyglądało? Bo już wiemy: wlatujemy w środek gwiazdy, tam bum, bum i przelatujemy do zupełnie innego miejsca we wszechświecie. To jest tak ogólnie. Jak to u ciebie wyglądało? Jak te statki wyglądały? Uchyl rąbka tajemnicy.
[01:09:02] - Ciężko, bo sam nie wiem, jak to wyglądało. Natomiast przypomina mi się jedna fabułka, taka z „Ballady o przekleństwie”, gdzie statek ziemski, również poruszający się między gwiazdami, ucieka przed obcymi, przed całą flotą obcych statków. Ucieka i już nie ma żadnej szansy prawie, bo próbuje uciec w stronę Słońca. Ucieka w stronę Słońca i wtedy z wnętrza tego Słońca wyłania się ostatni obrońca Ziemi, gigantyczny statek, który tkwił tam jako ostatnia deska ratunku. Taki gigant, potworny gigant, który tkwił poza naszą przestrzenią. Jego w naszej przestrzeni, w naszej rzeczywistości nie było. On był gdzieś i czekał na taki moment, kiedy będzie potrzebny. On staje, że tak powiem, między tymi uciekinierami a tą flotą nadlatujących. I on musi zginąć. To jest statek tak potężny, ale on musi zginąć.
Ci nadlatujący dopędzają go i on co wtedy robi? On dokonuje kolapsu. Kolapsuje przestrzeń wokół siebie, czyli sam się zapada do punktu zerowego i pociąga za sobą tą całą flotę obcych. To się staje jeden punkt, ale w ten sposób ratuje tego ostatniego uciekiniera. To jest dziewczyna, która doleci do takiego hidalgo, ostatniego miejsca, gdzie ludzie żyją w układzie słonecznym i oni przetrwają.
[01:10:57] - Jak wielki był ten statek?
[01:10:58] - Taki jak planeta.
[01:11:00] - Proszę państwa, i tym optymistycznym akcentem, takim bardzo fantastyczno-naukowym kończymy dzisiejsze spotkanie. Pięknie ci, Wiktorze, dziękuję za niezbędną, moim zdaniem nam wszystkim dawkę fantastyki. Myślę, że ona każdemu się przyda. Jeszcze raz pięknie dziękuję.
[01:11:20] - Ja również.
[01:11:24] - I jak było? Niektórym z państwa te rozważania, wnikanie do gwiazd, przeskakiwanie pomiędzy poszczególnymi układami wyda się absolutnie odjechane i głupie, i że współczesna fizyka nie przewiduje czegoś takiego. To ja tylko przypomnę, że współczesna fizyka, ale też fizyka, która była współczesna 100 lat temu i fizyka, która była współczesna 200 lat temu, również różnych rzeczy nie przewidywały. A czasy się zmieniły, że nawiążę do klasyka zupełnie z innej bajki. Czasy się zmieniły i dzisiaj fizyka już tamte sprawy sprzed lat dopuszcza. Kto wie, ile lat będzie musiało minąć, aby zweryfikować tę na dzisiaj lekko odjechaną, lekko szaloną teorię Wiktora Żwikiewicza. Kto to wie? Ale porzuciwszy te rozważania, nie wychodzimy ze sfery dziwnych opowieści. Zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem będziemy mówili o dziwnym filmie.
Filmie, który nie poddaje się jednoznacznej interpretacji i to bardzo, ale to bardzo dobrze, że się jej nie poddaje. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:12:51] - Dzień dobry wieczór. Witam, witam.
[01:12:52] - Powiem, że film, który dzisiaj będziemy omawiać, to jest film, który mnie kilka razy zdziwił. To znaczy, może żeby być bardziej precyzyjnym, ja miałem huśtawkę nastrojów, jeśli chodzi o ten film. Początek uznałem za brawurowy, później lekko się wynudziłem. Ale w pewnym momencie coś się przetyka w tym filmie i znowu jest, do pewnego stopnia przynajmniej, brawurowo. A na koniec dostajemy pole do interpretacji, bo konia z rzędem temu, kto jest w stanie do końca jednoznacznie zinterpretować to, co widzimy na ekranie.
[01:13:39] - Mam podobne zdanie, chociaż ja jestem, że tak powiem, pełniejszy entuzjazmu. A dzisiaj kilka słów o filmie „Things Will Be Different”. Jest to taki thriller sci-fi produkcji amerykańskiej, debiut reżyserski Michaela Faulkera. I muszę powiedzieć, że po raz kolejny debiut reżyserski omawiany w naszym programie jest dziełem udanym. Film chyba zalicza się do nurtu kina niezależnego, acz można zaryzykować stwierdzenie, że już na początku widzimy pewne jego aspiracje. Ja też nie chciałbym zdradzać wam za dużo. Też nie leży w mojej naturze, ale Po takiej ogromnej ilości barachła i bardachy, i dziadostwa, które się przewinęło przez sci-fi w ostatnich dwóch latach, to tutaj widać progres. Jest ewidentnie lepiej. To znaczy, drodzy państwo, nie jest tajemnicą, że wysokobudżetowe filmy sci-fi pojawiają się względnie rzadko. Więcej jest seriali takich mainstreamowych, osadzonych gdzieś tam w świecie, w tematyce science fiction.
Jeżeli idzie o filmy, to mieliśmy sporo produkcji niezależnych, ale to się czasami w ogóle nie nadawało do oglądania. Tutaj mamy do czynienia z całkiem fajnym, przynajmniej zjadliwym filmem, który wywołał u widza wiele pytań, bo w czym ci bohaterowie się w zasadzie dobrowolnie zamknęli, w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, w linii czasu, a może w grze? Są jakieś nawiązania do serialu "From". Delikatne, ale są. Może ktoś zwęszył okazję, zwęszył to, że serial odniósł sukces. Trzeci sezon leci, pewnie będą następne. Może wejdźmy w coś takiego, ale powiedzmy kilka słów o scenariuszu, o plocie tak zwanym, o tym, co się tam dzieje. Brat i siostra pochodzący z rodziny o trudnej przeszłości kradną pieniądze i to ogromną sumę pieniędzy, kilka milionów dolarów. I oczywiście chcą z tym uciec, bo mają policję na karku. Nie uciekają do Meksyku czy gdzieś tam dalej do Ameryki Środkowej.
Znajdują rozwiązanie niezwykle nietypowe, aby przeczekać ten okres, kiedy będą ich szukać. Udają się na wieś, na farmę. W grę wchodzi stara, w miarę zadbana, bardzo przyjemna na pozór farma znajdująca się... Właśnie, gdzie ona się znajduje? Bo my sobie to pytanie będziemy zadawali do końca. Czy to ta farma się znajduje gdzieś, czy w tej farmie się coś znajduje? Na niej się coś znajduje, raczej w tym domu farmianym. Czyli Joseph i Sydney, nasi bohaterowie udają się w to miejsce, żeby przeczekać obławę, ale dobrze wiedzą, że to nie jest takie zwyczajne refugium, że to nie jest takie miejsce, gdzie się schowają. Po prostu wejdą pod wersalkę i będą czekać. Nie, nie.
Tu w grę wchodzi coś bardziej złowrogiego, bo ta farma skrywa, Marku, właśnie co? Co ona skrywa? Bo tutaj wchodzimy w bardzo ciekawą sferę i nawiązujemy do wielu naszych wcześniejszych audycji, gdzie motywem był czas. Ostatnio mówiliśmy na UFO historiach na przykład o tym, czy czas przyspiesza i tam zrobiłeś taką dygresję mówiącą o tym, że podróże w czasie to tak naprawdę nie jest tak bardzo stara koncepcja. I tutaj troszeczkę takie nawiązanie do tego, jak sobie dawniej maszyny czasu wyobrażano, bo pewnym bardzo prostym ruchem, bardzo prostym gestem, czynnością bohaterowie przenoszą się. No i kolejne pytanie: gdzie oni się przenoszą?
[01:17:22] - Odpowiedź na to pytanie, tak jak zaznaczyłem w pierwszej wypowiedzi, jest trudna, aczkolwiek otwiera pole, a właściwie pola interpretacyjne. Ja lubiłem sobie wyobrażać przy tym filmie, że jest to rodzaj gry, takiej gry totalnej, matrixowej niemalże. Czyli jesteśmy podłączeni do pewnej maszynerii czy do czegoś tam i po prostu dostajemy pełen komplet bodźców i wydaje nam się, że jesteśmy w jakiejś rzeczywistości. To nie jest jedyna interpretacja tego obrazu, ale tu się muszę z państwem podzielić taką historią z przeszłości. W latach 80. miałem kumpla, z którym nałogowo czytaliśmy fantastykę naukową i naszym ulubionym sportem było wymyślanie historii. To była taka szkoła perypetycka, czyli spacerowaliśmy po mieście, robiliśmy naprawdę dziesiątki kilometrów. Od tego czasu zresztą uwielbiam chodzić. To jest moja ulubiona aktywność, ale chodzić tak właśnie totalnie w dziesiątkach kilometrów. Chodziliśmy po mieście najchętniej, kiedy miasto już zasypiało.
Wtedy problem bandytyzmu praktycznie nie istniał. Zdarzał się, powiedzmy tak. I jedną z takich historii pamiętam. Wyobraziliśmy sobie właśnie grę, grę taką matrixową, czyli z pełnym, realnym takim podłączeniem do zmysłów i po prostu wydaje nam się w tej grze, że jesteśmy w rzeczywistości. Na czym miała polegać ta gra? Ona byłaby pewno w rzeczywistości bardzo nudna, ale niesamowicie ekscytowała nas. Wyobraziliśmy sobie Bydgoszcz, miasto całkiem spore, kilkusettysięczne. Wyobraziliśmy sobie tą Bydgoszcz całkowicie opustoszałą. Nie ma żadnego człowieka. Jesteśmy tylko my dwaj.
Rozdzielamy się i po kilku dniach zaczynamy na siebie polować. Bo to gra. Nie naprawdę, ale w grze oczywiście polować i to z bronią. Tylko problem, dlatego powiedziałem, że gra będzie nudna, bo musimy się najpierw w tym ogromnym mieście znaleźć. To są naprawdę olbrzymie przestrzenie. Jak w ogóle upolować drugiego człowieka na takiej przestrzeni? Przez przypadek? A może trzeba w nocy spoglądać na to miasto uśpione i szukać jakiegoś pełgającego światełka gdzieś tam na odległym osiedlu, bo tam może być nasz przeciwnik. Zostawię te wspomnienia, ale one dobrze wprowadzają to, co mnie w filmie urzekło. Z jednej strony to, że być może jesteśmy w grze, być może jesteśmy w innej rzeczywistości.
Tego nie rozstrzygam, nie wiem. Ale to, co się dzieje w tej rzeczywistości, jej namacalność, jej taka... Jeszcze jednej rzeczy nie powiedziałem. Przenosimy się do tej alternatywy rzeczywistości, do tej gry w sposób w gruncie rzeczy symboliczny. Piotr o tym powiedział, cofając wskazówki zegara, przestawiając je. To oczywiście w grze by zadziałało. W życiu nie sądzę. A może się mylę. Mnie to bardzo związane z grami się wydało. Być może dlatego się zawiesiłem na takiej, a nie innej interpretacji.
W każdym razie to, co się później dzieje, kiedy ten dom, w którym się kryją nasi bohaterowie, zostaje wyrwany z rzeczywistości, z czasu. Nie ma tam nikogo. Oni w tym domu chcą przeczekać. Pojawiają się komplikacje, bo oni tam mają być krótko. Okazuje się, że są długo, a nawet bardzo długo. W dodatku to, co na początku -- wspomniałem o tym, że mnie to w pewnym momencie zaczęło nudzić, bo było sennie -- nagle następuje zwrot, bo już przestaje być sennie, zaczyna być wręcz bojowo, zaczyna być niebezpiecznie. Zaczyna być growo. Kiedy mówiłem państwu o tym, że w tej grze, którą zaplanowaliśmy z kolegą, chcieliśmy na siebie polować w tym mieście, to niedaleko ten film ucieka od zaproponowanej przez nas gry. Tam nagle tej parze zaczyna towarzyszyć ktoś, kto jest niebezpieczny.
[01:22:07] - Tak, ale to dopiero po pewnym czasie. Ja tutaj, nie chcąc wam psuć radości z oglądania, ograniczę się do minimum szczegółów, bo myślę, że jednak, Marku, warto ten film obejrzeć. Brat i siostra mają tam być formalnie tymczasowo. Potem się okazuje, że w tym miejscu utknęli. To miejsce jest co prawda ciche, spokojne i, co dziwne, dostatnie, ale nie ma stamtąd ucieczki.
[01:22:32] - Ale Piotrze, ja nic takiego nie sugerowałem, żeby filmu nie oglądać. Nawet myślę, wystawiłem całkiem pozytywną laurkę. To, że był taki fragment tego filmu, który budził mój ziew, o niczym nie świadczy. To raczej były miłe złe początki, bo później zaczyna być naprawdę dynamicznie. Tak że co do tego, że film warto obejrzeć, to się absolutnie zgadzamy.
[01:23:03] - Tak. Myślę, że można nawet powiedzieć, że troszeczkę taryfy ulgowej trzeba dać, jako że jest to debiut reżyserski. Wróćmy do tego rodzeństwa. Ono tam utknęło w tym nudnym miejscu i automatycznie oni poszukują sposobu na wydostanie się stamtąd. Odkrywają też, tu już nie powiem jak, bardzo zaskakującą rzecz. Otóż jest nagle możliwość porozumienia się z kimś, kto za to miejsce odpowiada. To nam trochę przywodzi na myśl sceny z serialu "From". Inna rzecz: ktoś najwyraźniej dobrze wie o ich obecności i zdaje sobie sprawę z ich położenia. Te analogie do wspomnianego serialu, który u nas się nazywa "Stamtąd", a czasami "Stąd" — spotkałem się z takimi dwoma tłumaczeniami — w pewnym momencie są widoczne. Muszę to powiedzieć.
On tutaj czerpie, nasz reżyser debiutant, pewne inspiracje. Może i dobrze, bo jeżeli jest coś prostego, jeżeli jest prosta opowieść, którą można w fajny sposób opowiedzieć, to okej. Oczywiście nie dzieją się w tym filmie rzeczy tak dramatyczne i tak straszne jak we wspomnianym serialu, ale pewne podobieństwa są. Nie jeden do jednego, ale zauważycie je. Tutaj już zdradzę: ten głos, który się pojawia w bardzo ciekawych okolicznościach, przypomina to, co widzieliśmy we "From", kiedy oni starali się porozumieć za pomocą masztu radiowego z twórcami tego czegoś, w czym oni siedzą. Oczywiście tutaj nam się to wszystko toczy nieco mniej śpiesznie w filmie "Things Will Be Different". Otóż fakt utknięcia tego rodzeństwa na tej farmie rodzi rozmaite koncepcje na temat tego, jak się stamtąd wydostać. W grę wchodzi po prostu przeczekanie. Przeczekanie po pewnym czasie okazuje się nieskuteczne. Szukanie luk w matriksie też nie za bardzo.
Ale w końcu pojawia się sygnał, o którym wspomniałeś. I ten sygnał jest swego rodzaju misją. I to nas naprowadza na pewien trop. Sygnał jest misją do spełnienia. Nagle się ktoś pojawi i wy będziecie mogli, albo przynajmniej będziecie mieli szansę opuścić to miejsce. Wypełnienie tej misji, przejście tej misji nie jest, Marku, moim zdaniem bez znaczenia dla interpretacji tego filmu, bo on rzeczywiście gdzieś tak w połowie nas zaczyna usypiać. Drugą rzeczą jest to, że lepiej go obejrzeć w wersji z tłumaczeniem polskim, bo tam się można troszeczkę pogubić. Do gry aktorskiej się absolutnie nie czepiam, natomiast w pewnym momencie otrzymujemy coś takiego również, że to jest chyba naturalne, że jeżeli to rodzeństwo utknęło na długi czas na tej farmie, z której nie ma wyjścia, to się pojawiają automatycznie te rozterki związane z przeszłością, z rozliczeniem przeszłości, która jest trudna i która też odgrywa jakąś rolę w tej całej zagadce. I właśnie to jest coś, co mnie tam trochę mierzi już. Takie rozterki, co tam kiedyś było, jak to tam ktoś coś przeżywa, jak sobie rozpamiętuje.
Muszą być, wiadomo, ale one niewiele wnoszą do całej historii. Zaczynamy się po czasie jednak zastanawiać, gdzie oni właściwie siedzą, w czym oni utknęli. Czy w jakimś eksperymencie, czy w jakiejś pułapce, jakiejś bańce rzeczywistości, czy w symulacji? A może w grze? I ta ostatnia koncepcja wydaje mi się deczko ciekawa Dlatego, że to miejsce jest lekko nierzeczywiste, chociaż wygląda jak normalny dom, to oczywiście normalnym domem nie jest. Mają oni tam zapasy. To jest ciekawe, że oni tam żyją w świecie, który nie jest rzeczywisty. Oni nic nie robią, a dostają zapasy. W grach też zapasy się zdobywa w magiczny sposób. To znaczy taki, kiedy dostajesz coś, ale pomijasz kwestię wytworzenia tego czegoś.
W grach także na przykład budujesz, ale szybko, jest wszystko przyspieszone, wszystko jest łatwiejsze. Mamy też misję, bardzo charakterystyczną rzecz dla gier. Mamy też ciekawy fakt, że oni się nie mogą wydostać poza pewien określony obszar. To, co widzą na horyzoncie, możemy potraktować, ale nie musimy oczywiście, to jest coś, co mnie się nasunęło, możemy potraktować jako tło wizualne. Być może gry, które nie posiadają takich rozbudowanych światów, po których można błądzić, takie gry starsze dawały nam podobne odczucie osadzenia w świecie, z którego nie da się wydostać. Dochodzisz do pewnego punktu i bach! Orientujesz się, że to wszystko, co jest poza tym światem dla ciebie stworzonym, jest tylko tłem. Także tutaj mamy też horyzont, ale horyzont, który ma pewne granice określone i to możemy na różne sposoby interpretować. Chociaż ja powiem ci szczerze, Marku, nie lubię interpretować, wolę zachować albo zostać w tym miejscu, gdzie jest jakaś tajemnica, ale ona daje do myślenia. Muszę powiedzieć, że było to ciekawe.
Dodać warto, że gdyby ten film posiadał znacznie większy budżet, to może by to wszystko było nieco, może nie nieco bardziej, bo to i tak było ciekawe, ale trochę bardziej porywające niż jest to przedstawione. Natomiast jest okej. Ja ten film polecam.
[01:28:43] - Ktoś zarzuci mi pewno niekonsekwencję. Powiem, że ja w gruncie rzeczy też polecam, tylko wolałem uprzedzić, że pojawia się ten moment, o którym ty też wspomniałeś, że następuje taka zwiecha. To znaczy oni sobie żyją w tym dziwnym miejscu. Growym, niegrowym, ale dziwnym. I te dni upływają, tym bardziej że ten pobyt się im przedłuża i to mocno się przedłuża. Nie chcę zdradzać szczegółów. I taka szarzyzna codziennego dnia sprawia, że my też się czujemy tacy lekko poszarzali. I ja naprawdę już zacząłem tracić cierpliwość i gdzieś tam nagle pojawia się akcja. Znowu jest akcja, tak jak na początku filmu. I nagle sobie mówię: warto było.
Warto było przetrzymać ten czas jakiejś tam nudy. Weźmy to w cudzysłów. Ja nie do końca się podpisuję pod własnym zdaniem. Dlaczego? Dlatego, wydaje mi się po prostu, że ten okres ziewu jest potrzebny, żeby później akcja i to, co się dzieje w końcówce filmu wybrzmiało lepiej. A już końcówka jest naprawdę, wierzcie mi państwo, brawurowa. Ona też naprowadza nas na pewne tropy. Znowu nie będę zdradzał, ale mnie naprowadziła. Ja się utwierdziłem w pewnym swoim przekonaniu. To jest tak naprawdę, proszę państwa, dobry film.
I taki paradoks przyszedł mi do głowy. Myśmy w ciągu ostatniego roku omawiali z Piotrem różne filmy. Niektóre z nich to było mniej lub bardziej udane science fiction, ale powiem państwu, omawialiśmy przecież też filmy wysokobudżetowe, naprawdę napompowane pieniędzmi. Okazuje się, że w filmie, to jest banał, co powiem, ale okazuje się, że w filmie nie jest ważne, ile pieniędzy się wpompuje, czy to w film, czy w reklamę tego filmu. Liczy się tak naprawdę, czy autor, czy scenarzysta, czy reżyser mieli nam coś do powiedzenia, czy to było na tyle zbieżne z naszym chociażby poczuciem rzeczywistości, z naszą wrażliwością, z tym, co uważamy za ważne, czy to było wszystko takie kompatybilne. I wtedy ten film, chociaż byłby wcale nienapompowany pieniędzmi i tak odniesie sukces. A film, który stara się nam wtłoczyć na siłę jakieś tam przekonania, bo oni dostali pieniądze, dostali dużo pieniędzy, dostali górę pieniędzy i uważają, że pokażą nam byle co, a i tak głupi lud to kupi, to okazuje się, że lud tego nie kupi. I wcale nie jest taki głupi, że sobie zrymuję zupełnie nieświadomie. To tylko chyba filmowcy, może część filmowców, to będzie chyba bardziej odpowiadało rzeczywistości. Część filmowców doszła do wniosku, że widzowie są po to, żeby oglądali nasze arcydzieła i taki jest ich psi obowiązek.
Otóż nie, wcale nie. I w sumie cieszę się, że są takie filmy jak ten, który omawialiśmy dzisiaj. On, powtarzam, nie porwał mnie, nie oszalałem na punkcie tego filmu, ale przyznaję mu, że to był film, który nie pozostawił mnie na zasadzie takiej, że wzruszę sobie ramionami. Znowu zmarnowałem albo przynajmniej jakoś tam przetrwałem półtorej godziny. Nie. Ja po tym filmie, po jego końcówce doszedłem do wniosku, że było warto. Naprawdę było warto.
[01:32:42] - Po ogromnej dawce filmów sci-fi, które żeśmy przedstawili w ubiegłym sezonie, ale było też wiele takich, które żeśmy przemilczeli Myślę, że mamy do czynienia z czymś zjadliwym. To oczywiście nie jest mega dzieło na miarę nie wiem czego nawet, bo wszystkie dobre filmy sci-fi były tak dawno, że trudno mi cokolwiek wspomnieć. Trochę żartuję. Pamiętacie, że chwaliliśmy niektóre produkcje, na przykład "Vivarium"? To były w większości filmy gdzieś na pograniczu horroru, bo to jest dobry blend, kiedy jest horror, science fiction, ale nie takim science fiction typowym, tylko takim, który się ociera gdzieś o granicę naszej rzeczywistości. Czyli jako debiut i jako film niezależny "Things Will Be Different" wypada dobrze. Tak naprawdę na tle innych filmów wypada dobrze. Nie dłuży się tak jak inne produkcje, chociaż jak mówiłem, przypomina nie tylko "From", ale też kilka innych filmów. Niektórzy mogą mieć pewne zastrzeżenia o przewidywalność, która może trochę postępować, taka prawda, ale jak na pełnometrażowe dzieło wypada to całkiem dobrze. Podkreślę, Marku, tylko coś, co zauważyłem na początku, co daje pewną nadzieję.
Otóż filmy sci-fi leżą i kwiczą od dawna. Nie pamiętam, abyśmy się dobrze wypowiadali o jakimś pełnokrwistym sci-fi w ubiegłym sezonie. Poza pewnym filmem, kiedy jakaś parka zagubiła się w czasie nad jeziorkiem. To też niby jest science fiction, ale bardziej związane z anomaliami.
[01:34:32] - Ale co charakterystyczne, to również był film niskobudżetowy, a nawet bardzo niskobudżetowy i też okazuje się, że mógł być interesujący.
[01:34:44] - Tak, chociaż ja pamiętam też takie filmy, które się działy w alternatywnych rzeczywistościach, zrealizowane z większym rozmachem, które już nie były takie okej, ale chciałbym skończyć tą myśl, bo mi ucieknie. Zauważam, że sci-fi odpływa w dobrym kierunku. Znaczy może odpływa, że seriale, które wykorzystują te wszystkie motywy, do których jesteśmy przyzwyczajeni w fantastyce naukowej, robią to niekiedy lepiej niż filmy. I przykładem tego jest nasza seria wakacyjna, kiedy omawialiśmy seriale czerpiące dużo z science fiction. Tam was odsyłamy. I taka koncepcja mi się nasuwa. Czy to właśnie nie jest nadzieja tego gatunku? Bo zrobić dzisiaj dobry, fajny film science fiction to trzeba mieć albo mega pomysł, albo mnóstwo pieniędzy. To mnóstwo pieniędzy to nie zawsze jest prawda. Pamiętasz ten film o cyborgach, o tych robotach, który żeśmy omawiali?
Zapomniałem tytułu, dlatego, że był tak zły. Miał być takim hitem, był wysokobudżetową produkcją, a okazał się totalną klapą. Także może dobrze, że to wszystko dryfuje w stronę seriali, ale raz na jakiś czas ktoś wymyśli taki film, który naprawdę się da oglądać bez czerech żenady i bez zbyt długiego poziewu, że tak powiem. A w przypadku "Things Will Be Different" dajemy taką taryfę ulgową. To jest debiut. Mamy nadzieję, że będzie tylko lepiej.
[01:36:21] - Piotrze, zupełnie nieświadomie przypomniałeś mi film "Rebel Moon". I tak, jeśli to miałby być obraz współczesnego sci-fi, to byłoby niedobrze. Ja naprawdę wolę ten film, o którym rozmawiamy dzisiaj. W nim jest moc obrazu, moc wyobraźni, bo część rzeczy musicie sobie państwo po prostu wyobrazić. Ja nie bez przyczyny podałem państwu w pewnym momencie naszej rozmowy to odwołanie do wirtualnej gry, którą wymyśliliśmy kilkadziesiąt lat temu z kolegą. Tak, bo właśnie takie demony się w nas budzą. Demony albo też pewne zdolności, pewne tęsknoty za kreacją, za tym, żeby samemu spróbować sięgnąć do ukrytych światów, do światów, które gdzieś tam są w naszych głowach i które należy uruchomić tak, jak się uruchamia wehikuł wyobraźni. Ja myślę, że ten film bardzo w takim procesie może pomóc. Ja też bardzo polecam. Teraz, proszę państwa, coś lżejszego, zdecydowanie lżejszego.
Zapraszam na recenzarium Ewiwy. Luiza Eviva Dobrzyńska opowie państwu dzisiaj, teraz, za chwilę o "Wybryku natury".
[01:37:56] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Prawie każdy z nas ma swego ulubionego pisarza w różnej dziedzinie. Są tacy, którzy mają ulubieńców w dziedzinie fantasy, fantastyki, obyczaju, horroru, romansu, a każdy jest kimś innym. I tak jest dobrze, ponieważ nie ma na tym świecie pisarza, który by się równie dobrze odnajdywał w każdym z rodzajów literackich. Dla wielu ludzi postacią absolutnie pierwszoplanową w horrorze jest Stephen King. Inni z kolei wolą Graema Mastertona i daliby się zabić za to, że jest najlepszy absolutnie nie do pobicia. Cóż, zdania bywają podzielone. Jeśli chodzi o mnie, to rzeczywiście Mastertona uważam za może nie tak genialnego jak na przykład Lovecraft, ale na pewno lepszego niż King. Jednak i on miewa w swoim dorobku książki, które nie dorównują innym. Tak to określmy.
I właśnie jedną z tych książek jest “Wybryk natury”. Najnowsza pozycja w jego dorobku. Jest to kolejny odcinek przygód niebanalnej pary policyjnych detektywów, to znaczy Amerykanina Jerry’ego Pardo oraz Pakistanki Jamili Patel. Oboje tym się różnią od kolegów po fachu, że nie tylko wierzą w zjawiska nadprzyrodzone, ale mają pewne doświadczenia z nimi. To jest już czwarta, a może piąta książka o ich przygodach. Trudno mi w tej chwili sobie przypomnieć. W każdym razie powiem tak: najnowsza seria, bo tak to można nazwać, Graham Mastertona nie należy do moich ulubionych. Nie to, żeby była zupełnie zła, jest tylko, trudno mi określić. Sprawia wrażenie z lekka wymuszonej. Nie tylko chodzi tutaj o wszechobecną poprawność polityczną, która już naprawdę człowiekowi uszami wyłazi.
Po prostu czuć podczas czytania, że pisarz zaczyna mieć z lekka dość własnej sławy. Nie pisze już z tą pasją i tą iskrą co kiedyś. A “Wybryk natury” akurat bardzo dobitnie to ukazuje. Jest to książka, w której Graham Masterton postanowił pożenić świat paranormalny z fizyką kwantową. Teoretycznie ma to pewne podstawy, chociaż podejrzewam, że każdy fizyk, który zajmuje się tym zagadnieniem, przeczytawszy jego książkę, dostałby ataku serca. I to bynajmniej nie ze strachu. No ale mniejsza o to. O czym mówi ta książka? Otóż dzielnicą Lavender Hills wstrząsa seria niepowiązanych ze sobą, a wyjątkowo brutalnych i wyglądających na bezsensowne zabójstw. Detektywi, którzy przesłuchują świadków, odnajdują coś, co łączy te zbrodnie.
Nie jest to, jakby się można było spodziewać, coś uchwytnego. To znaczy nic nie łączy tych, którzy padają ofiarą tych zbrodni. Natomiast coś łączy napastników. Mianowicie każdemu z nich czegoś brakuje. A to nóg, a to głowy, a to połowy ciała. Mimo to działają bardzo sprawnie, z wielkim okrucieństwem. Kielich goryczy zostaje przelany, kiedy znika dwoje dzieci i okoliczności ich zniknięcia są na tyle dziwne, że prowadzący sprawę śledczy postanawiają zwrócić się do Jerry’ego Pardo i do Jamili Patel, którzy mają już za sobą sprawy o charakterze paranormalnym. Jednak nawet oni potrzebują dodatkowej pomocy, a rozwiązanie sprawy wydaje się być rzeczą całkowicie beznadziejną. No tak. Cóż mogę jeszcze dodać?
Przede wszystkim książka nosi wszystkie cechy powieści Mastertona z rodzaju horroru. To znaczy mamy tam dosyć sporą dawkę makabry, co do tego nie ma dwóch zdań, ale czytelnicy Mastertona do tego przywykli. Charakteryzuje się ona jednak swoistym brakiem logiki. Podróżujący po czasoprzestrzeni przestępcy zachowują się irracjonalnie jak na osoby, które mają dość podstaw do tego, by wiedzieć, że dzieje się coś dziwnego z ich życiem. Bo że mogą łatwo uniknąć odpowiedzialności za swoje zbrodnie, oczywiście ich cieszy. Jednak nawet największy idiota zastanowiłby się, jak to się dzieje i dlaczego oraz zorientowałby się, że ląduje nie tam, gdzie powinien. Ja wiem, że to są osobnicy zdegenerowani. Wiem, że są na swój sposób pomyleni, ale to, jak się zachowują, jest bezsensowne nawet jak na nich. Równie bezsensowna jest postać będąca osią całej historii. Już nie mówiąc o tym, że mam żal do Mastertona, że konstruując ją, posłużył się postacią historyczną i to bardzo nieszczęśliwą, która naprawdę zasługuje na to, żeby zostawić ją w spokoju i nie szargać po jakichś tam powieściach.
Otóż ta osoba nazywana Pazurem również zachowuje się w sposób bezsensowny. Jej pobudki są niejasne, a sposób przeprowadzenia czegokolwiek, owszem, wskazuje na chorobę umysłową, ale z drugiej strony Pazur wcale się nie wydaje być chory, a w każdym razie nie na umyśle. Jego problemy są zupełnie innego rodzaju i dlatego to, jak się zachowuje jest nie do przyjęcia. Po prostu czuje się, że taka osoba jak on postępowałaby inaczej. Inaczej by się zachowywała choćby w stosunku do stróżów prawa. Tymczasem osobnik z jednej strony na pewno bardzo inteligentny, z drugiej strony zachowuje się jak kompletny debil. Towarzyszka jego życia również nie budzi ani zachwytu, ani też nie ma w niej cienia prawdopodobieństwa. Tak to można określić. Chociaż wiem, że kobiety miewają różne dziwne pomysły, ale to już było po prostu trochę za dużo. Reasumując, “Wybryk natury” to coś, co nawet miłośnik Mastertona może sobie darować.
I to chyba najlepsze, co mogę powiedzieć o tej książce. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:45:11] - Szanowni Państwo, czas na MAUP. Dzisiaj w „Książkach z pogranicza” porozmawiamy o wielkim dziele, naprawdę wielkim, napisanym kilkadziesiąt lat temu. Takie większe kilkadziesiąt. To jest książka Roberta Gravesa „Mitologia grecka”. I ktoś zapyta: „Ale jak to? To jest książka z pogranicza? Opowiadanie bajek starożytnych Greków?” Po pierwsze to nie są baśnie wyciągnięte, wygrzebane gdzieś z antyku. Mit to jest zjawisko znacznie głębsze, znacznie bardziej dotykające nas współczesnych, znacznie bardziej dotykające tych czasów, niż nam się to na ogół wydaje. A poza tym sądzę, że te mity odwołujące się do archetypów rządzących w gruncie rzeczy ludzkim postępowaniem, kto wie, czy w tych mitach nie odnajdziemy z czasem śladów czegoś, co tak naprawdę wzbudza zainteresowanie we współczesnych. Chociażby śladu obcych, którzy przybyli tutaj, którzy bywali tutaj, którzy kontaktowali się z ludźmi, ale w bardzo dawnych czasach.
Czy mity greckie czy inne mity nie przypominają państwu czasami opowieści o kosmitach? Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:46:55] - Dzień dobry wieczór. Witam tradycyjnie.
[01:46:58] - „Książki z pogranicza” i przypuszczam, że dzisiaj wielu słuchaczy zarzucać będzie nam, że książka, którą wybraliśmy, jest tak średnio z pogranicza. Od razu powiem, że się nie zgadzam. To jest książka, która daje przepustkę do rozumienia niektórych wydarzeń, być może nawet całych wielkich historii związanych ze starożytnością grecką. Bo dzisiaj będziemy rozmawiali o mitologii greckiej wielkiego pisarza, wielkiego erudyty, człowieka, który napisał w życiu kilkaset książek. Mówimy o Robercie Gravesie.
[01:47:46] - Omówimy jego mity greckie, chociaż oczywiście tych samych mitów, ma się rozumieć, omawiać nie będziemy, ale to nie są takie mity w wersji lightowej, jak to się mówi, jak te u Parandowskiego. Nie. Jedni książkę Gravesa o mitach greckich kochają, inni ją nienawidzą. Dlaczego nienawidzą? Za chwilę o tym będzie. Jedni chwalą autora za takie encyklopedyczne podejście, drudzy za to, że wplata zbyt dużą dozę własnych przekonań i interpretacji, tegoż samego autora ganią i krytykują. Swego czasu, pamiętam, mity Gravesa były lekturą w szkole średniej i pewnie to tam niektórzy z was przynajmniej skonfrontowali się z tym niełatwym przy pierwszym podejściu autorem. Jednak powiem tak z własnej perspektywy: z biegiem lat zaczynamy doceniać tą książkę. Książkę i autora, który był znany swego czasu bardziej. Znaczy swego czasu, powiedzmy w ostatnich kilku dekadach, bo Graves jednak szczyt swojej działalności tak naprawdę miał bardzo dawno temu.
Ale był taki okres w PRL-u nawet, kiedy jego proza, kiedy jego książki odnosiły niezwykłe sukcesy. Może nie tyle książki, co ekranizacje, szczególnie jednej powieści. I tutaj, Marku, może taka krótka podróż sentymentalna do czasów dawnej telewizji.
[01:49:23] - Tak, to był „Klaudiusz”, a właściwie „Ja, Klaudiusz” i druga powieść w tym samym cyklu „Klaudiusz i Mesalina”. To było przedstawienie takiego teatru telewizji brytyjskiego, ale ze znakomitym dubbingiem polskich aktorów. I to robiło robotę. To był serial, przy którym zbierała się cała Polska. Ktoś powie: „Zbierała się, bo były tylko dwa programy”. Trochę prawdy w tym jest, ale na tle tego, co pokazywała PRL-owska telewizja, to te przedstawienia brytyjskiego teatru były magiczne. Były cudowne. Trochę żałowałem, że owszem, tę część „Ja, Klaudiusz” mogłem oglądać, ale kiedy pojawiła się część druga, bo to było w odcinkach, więc druga seria jakby się pojawiła, „Klaudiusz i Mesalina”, to wtedy zapowiedź brzmiała, że bardzo nam przykro, ale film jest przeznaczony dla widzów dorosłych. A ponieważ moi rodzice dosyć mocno przestrzegali rygoru tego, co można, a co nie można, co młody człowiek powinien albo nie powinien w telewizji oglądać, to Klaudiusza i Mesalinę poznałem już nie z teatru, a z książki troszkę później. Serial był, jak powiedziałem, magiczny.
Ja tego słowa nadużywam, zdaję sobie z tego sprawę, ale wierzcie mi państwo, te dekoracje, to wszystko, co się działo na ekranie, owszem, to było w pewnym sensie umowne. Chociaż dekoracje wyglądały całkiem nieźle, ale gra aktorska, ale też sama intryga stworzona przez Gravesa to sprawiało, że chciało się to oglądać. Ja powiem o Gravesie jeszcze coś. Graves ma tę wspaniałą zaletę, że jest erudytą. Jest pisarzem, który stworzył, tak jak wspomniałem, wiele książek beletrystycznych, poetyckich, no i takich związanych z mitami, bo oprócz mitów greckich stworzył też książkę dotyczącą mitów żydowskich związanych w ogóle z tym kręgiem kulturowym. I to też warto odnotować. Ale co jeszcze warto odnotować? Czym różni się mitologia Gravesa od tych, które znamy? W moich czasach w liceum obowiązkowe było czytanie Parandowskiego. Wydawało mi się to strasznie suche.
Ja cenię Parandowskiego, ale akurat nie za mitologię. Uwielbiam jego książkę „Alchemia słowa” to uważam za wielkie osiągnięcie. Być może dlatego, że w tej książce Parandowski mówi o tym magicznym procesie tworzenia literatury. Ale mity Parandowskiego, umówmy się, ja to później potwierdziłem sobie u kilku badaczy literatury, którzy pewno gdybym przytoczył ich nazwiska, to by mnie wyklęli i wykreślili z listy swoich znajomości, ale po cichu mi powiedzieli: „Wiesz Marek, nudne to jest i źle napisane. Te mity nie wciągają”. Właśnie, nie wciągają, w przeciwieństwie do tego, co pisał Graves. Ja, mówiąc szczerze, miałem to szczęście, że wciągnąłem się w mity na długo przed szkołą średnią, jeszcze w podstawówce i to takiej młodszej podstawówce, bo moja mama podsunęła mi mity Greków i Rzymian Markowskiej i to było znacznie lepiej napisane, bardziej przystępnie. Państwo mogli się jeszcze w Polsce zetknąć z mitologią Greków i Rzymian Zygmunta Kubiaka. Nie mam jakiegoś osobistego stosunku do tej książki. Uważam, że jest poprawna.
Ja cały czas jednak lubię Markowską. No i lubię Roberta Gravesa. I żeby skończyć to przydługie wystąpienie, powiem jeszcze jedną rzecz, którą pewno później rozwinę. Otóż Graves, dlaczego mnie tak fascynuje? Owszem, on podaje, możemy odczytać, poznać te mity. Znacznie szerzej to robi zresztą niż wymienieni przeze mnie wcześniej autorzy. To jest rozbudowane, to jest wielkie, tam jest więcej szczegółów, takich czasami bardzo drobnych. Ale Graves robi jeszcze jedną kapitalną rzecz. Moim zdaniem kapitalną. Otóż on żył w czasach, kiedy starano się dociec, czym jest tak naprawdę mit.
I Graves pokazuje, czym on jest. Odwołuje się i Graves do archetypów, do tego, co tworzy mit i stara się to przesiać, oddzielić od tradycji, nazwijmy ją ludowej, od pewnych przekazów takiej natury, nazwijmy to pospolitej. Takiej po prostu jedna pani drugiej pani powiedziała. Stara się też oddzielić od pewnej otoczki historycznej. W przypadku mitów to szczególnie ważne. Stara się podać nam ten grecki mit takim, jakim on jest, a więc z odwołaniem się do tego, co w micie najważniejsze, do tego, w jaki sposób mit mówi do człowieka. Bo mit to nie jest prosta, czasami bardzo prosta, wręcz naiwna historia o życiu bogów i półbogów. To są czasami przypowieści, które odwołują się do ludzkiego, do tego, co w człowieku jest tak ważne i pierwotne. To nie chodzi o to, że to są opowieści, które mają nas czegoś na przykład nauczyć. To jest właśnie ta otoczka, którą Graves uwzględniał, ale oddzielał.
On mówił natomiast bardzo mocno o tym, jak mit z głębi wieków mówi do nas współczesnych i co do nas mówi.
[01:55:43] - Zanim przejdę do kilku słów komentarza, to ja tylko dodam, że na podstawie Roberta Gravesa powstał taki film Jerzego Stolimowskiego pod tytułem „Wrzask”. I to był horror co ciekawe. Także możemy zobaczyć, jak to wszechstronny był pisarz. Ale wróćmy do tych mitów. Powiedziałeś o Parandowskim. Rzeczywiście jest słaby. Parandowski jest dobry dla dzieci. Natomiast jeżeli idzie o mity greckie Gravesa, no to tak. Nie przypominają one tych prostych, symbolicznych opowieści o bogach i ludziach, za które powszechnie mity uchodzą w takim masowym odbiorze, czyli tam Herkulesy, nie Herkulesy i tak dalej. Tylko że co ciekawe, Marku, ja się dowiedziałem, że istnieje, ale nie chyba w Polsce, tylko w Wielkiej Brytanii funkcjonuje może raczej uproszczone wydanie książki Gravesa bez jego komentarzy, które bardziej przypomina nam to, co nam serwował na przykład Parandowski.
Natomiast co jest charakterystyczne dla Gravesa i jego odczytu mitologicznego? To, że on nam ukazuje po pierwsze nieco brutalniejszą stronę mitów i kultury antycznej w ogóle, ale to wynika z po prostu kolejności dziejowej, z kolejności biegu dziejów. Jeżeli chodzi o to, czy nas mity czegoś uczą, no to tutaj możemy się zastanowić, bo mit też na pewno był traktowany jako wyraz pewnego tabu, niepisanego tabu, które sobie nasi odlegli przodkowie przyswajali i wiedzieli, że na przykład czegoś nie wolno robić, bo nie wypada. I mity greckie i inne też nam to pokazują dobitnie. Natomiast tak, Graves nam przypomina o tym, że antyk wyrósł, jak by nie było, na spuściźnie praeuropejskiej i na dość prymitywnych podstawach tak naprawdę i mocno z nich czerpał. Pominę tutaj ten temat o bogini matce, bo on się tam mocno przebija w jego dziełach i w książce. No i to jest pewien element, który możemy zaliczyć może nie do tematu z pogranicza, ale na pewno do tematu alternatywnej historii, co nam broni w pewien sposób tego, dlaczego się Graves tutaj znalazł. Natomiast w dużym skrócie, do czego dążę, bo się rozgadałem. On nam prezentuje mity odarte z pewnych naleciałości kulturowych i z pewnego pudru. One są trochę odbrązowione, bo chodzi o historie.
Chodzi o opowieści, przez które coś starano się przekazać, coś powiedzieć. Tylko że odczyt i interpretacja się zmieniały na przestrzeni dziejów. Zresztą tak samo jest z Biblią. Mity nam wskazywały pewne normy i wartości, tyle że my je dzisiaj nie do końca rozumiemy. Na pewno nie w taki sposób jak ówcześnie. Nie da się z mitów brutalizmu wyrugować. Sami to dobrze wiecie. Natomiast renesans, humanizm, one zaczęły postrzegać antyk jako triumf intelektu, jako epokę wielkich osiągnięć, wielkich odkryć, przede wszystkim epokę filozofów. I chyba dlatego jest nam trudno dzisiaj uwierzyć, że niektóre rzeczy, jakich się dowiadujemy na temat wierzeń czy nawet kultury greckiej, mogą być takie prymitywne, takie barbarzyńskie. Nam się barbari cum z czymś zupełnie innym kojarzy.
Dlatego też Graves może wielu osobom się z tego powodu nie podobać. On nie jest przeznaczony, moim zdaniem dla laika, który dopiero stawia pierwsze kroki w tym temacie, bo on burzy wizerunek takiego doskonałego antyku, a przecież z tego antyku czerpie nasza cywilizacja. Ale jest też druga sprawa, bo Graves nie był historykiem. Był literatem przede wszystkim. I wśród zarzutów, jakie można natrafić, są takie, że często zbyt swobodnie i w nazbyt autorski sposób analizuje on sobie te opowieści. I tutaj jest problem natury bardzo ogólnej, Marku, bo jeżeli do mitu, a o tym można dyskutować naprawdę długo, podejdziemy od strony historycznej, to w takim wypadku staramy się dostrzegać pewien trzon historii, który pozostaje niezmieniony, który jest powtarzany w różnych wersjach tej opowieści. Czyli szukamy tego trzonu. Ale człowiek jest człowiekiem i nie minę się za bardzo z prawdą, jeżeli powiem, że mity to jest bardzo ruchomy grunt. Czyli wystarczy jedna zmiana narracji, wystarczy jedna zmiana paradygmatu, jakaś zmiana w historii, a przecież wiemy, jakie wichry przechodziły przez Europę i już kolejny słuchacz albo zna inną wersję tego mitu, albo inaczej sobie to interpretuje. Dlatego nam jest po tych wielu wiekach trudno wejść w skórę starożytnych.
Co chyba najważniejsze i myślę, że to jest coś, z czym trzeba się pogodzić, kiedy się podchodzi do Gravesa, jest to fakt, że my znamy starożytność, znaczy antyk. Starożytność to bardzo szeroki termin, ale my znamy antyk, my znamy Grecję i Rzym, ale tylko dzięki najwybitniejszym umysłom tamtych czasów, tej kultury, tych kultur w zasadzie. A co z masami? I na tym to polega, że my dzięki Gravesowi dostrzegamy coś, co może nie jest wygodną prawdą, ale jednak prawdą jest. Tylko że pokazuje nam również, iż de facto nasza cywilizacja, która się opiera o antyk, która się opiera o cywilizację grecko-rzymską, czerpie z głębszych korzeni jeszcze. Czerpie z kultur praeuropejskich. To chyba będzie dobre sformułowanie. To się potem pojawia w koncepcjach innych autorów, na przykład Marii Gimbutas i reszty. Tylko że zarówno Graves, jak i ona funkcjonują dzisiaj troszeczkę na uboczu, co jest dość chyba niesprawiedliwe, bo ja tutaj widzę sporą niechęć wśród historyków, wśród archeologów to może nie, ale wśród historyków do mówienia w ogóle o korzeniach współczesnej Europy. Albo inaczej do mówienia o tak zwanej starej Europie.
Bo my wiemy, że Germanie, Słowianie, Celtowie i tak dalej, ale to wygląda dużo bardziej skomplikowanie i dużo bardziej fascynująco. I czerpie tak naprawdę z takich pokładów, które są iście barbarzyńskie, ale myślę, że mocniej tylko osadzają, mocniej konstytuują naszą europejskość tutaj.
[02:02:24] - Wyraźnie widzę Piotrze, że troszeczkę do innych teorii związanych z mitem jesteśmy przyzwyczajeni. Zaraz to rozwinę. Jedną rzecz chciałbym powiedzieć, że nie wiem co prawda czy ukończył, ale Robert Graves studiował historię. Nie wiem, czy to się skończyło jakąś obroną, czy to był kierunek ukończony, ale nie był też kompletnym profanem, jeśli chodzi o historię. Był literatem, studiował filologię. Co chciałem powiedzieć o tym micie? Otóż ja przyjmuję koncepcję, ona mi jest dosyć bliska, że mit to nie jest baśń dla dorosłych, że niczego się nie mamy z mitu nauczyć. Nie taki był cel powstawania mitów. Owszem, tradycja ludowa, czy też tradycja związana z kulturą, z różnymi kulturami, ona z czasem nałożyła na mity taką funkcję baśni dla dorosłych i w szkołach średnich najczęściej ten element wydobywa się, że właśnie to rodzaj takiej baśni. Tymczasem mity, ja wspomniałem wcześniej o archetypach, warto o tym powiedzieć.
Archetyp to jest coś uniwersalnego, oddzielonego od kultury. Niezależnie od kultury człowiek w pewnych sytuacjach zachowuje się tak samo. To są bardzo często sytuacje skrajne. Nie chcę tutaj iść w Jaspersowską sytuację graniczną, raczej w takie sytuacje, które wymagają bardzo twardych decyzji, czasami podejmowanych w ułamku sekundy. Wtedy te archetypy wyłażą z człowieka. Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa związana z mitami i z tym, co przedstawia Graves. Otóż, proszę państwa, warto pamiętać o tym, że grecka literatura, dramaty, mam na myśli tragedie greckie, ale i komedie, były również oparte o mitologię i o archetypy mitologiczne. Dlatego do dzisiaj greckie sztuki, pominąwszy warstwę językową, są ważne dla współczesnej europejskiej kultury. Ja wiem, że dzisiaj przeczytać jakąś tragedię antyczną albo nawet komedię to jest spory wysiłek. Zmienił się sposób zapisu, sposób przedstawiania pewnych sytuacji, ale jądro tych utworów jest cały czas żywe.
To, że jest żywe, świadczy o tym taki chociażby fakt, że Szekspir wiele wieków później wzorował się, ale nie w formie, tylko właśnie w ustawianiu postaci na scenie, w ich wzajemnych relacjach oraz wzajemnych miłościach i niechęciach oraz pewnych tragicznych sytuacjach, wzorował się właśnie na twórczości greckiej, na tym, co Grecy stworzyli. Co więcej, powiem państwu rzecz, która mnie zadziwiła. Bawiłem się kiedyś w taką oto zabawę, że przeanalizowałem kilka książek, oczywiście z dziedziny SF, które odniosły sukces na rynku wydawniczym, które cieszyły się ogromną popularnością wśród współczesnego czytelnika. I co się okazało? Spora część z tych książek, jak się dobrze podrapało, oparta była na mitach pochodzących z antyku. Czasami tych mniej znanych. Czasami nie odwoływała się do tych mitów wprost. Odwoływała się natomiast ta twórczość do schematu psychologicznego relacji pomiędzy ludźmi. Zostawię już ten temat, bo okazuje się, że ta antyczna twórczość mityczna do dzisiaj działa. Ona do dzisiaj tłumaczy nam człowieka.
To moim zdaniem jest ważne i Graves to pokazuje. Ja wiem, ktoś powie, że on dużo gada, dużo interpretuje. Te interpretacje są różne, to muszę przyznać. Niektóre są chyba bardziej udane, inne mniej. Nie mnie oceniać. Ja nie jestem w tej dziedzinie akurat ekspertem, fachowcem. Nie znam się tak bardzo na tym, ale jedną rzecz przyznać muszę, że jeśli nawet niektóre z tych komentarzy nie są w punkt, nie są celne, to jednak inspirują do pomyślenia o tym, o czym Graves pisze. Jego interpretacje mitów o tyle są, nazwijmy to, przyzwoite, że on najpierw przedstawia warstwę faktograficzną. Waham się, czy tego słowa użyć. Może bardziej tę warstwę, którą przekazują nam wieki.
Opowiada nam historię, opowiada nam warianty tej historii, dopiero później przystępuje do interpretacji. I to też jest moim zdaniem ważne, bo świadczy jednak o pewnej uczciwości w stosunku do czytelnika. Powtórzę, mnie Graves dawno temu udowodnił, że jeśli będziemy mit traktować jak baśń dla dorosłych, to będziemy mieli taki obraz, że antyk to był prawie złoty wiek. Było fajnie, było ciepło, bo w Grecji najczęściej jest ciepło. Oni tam chodzili i dyskutowali o filozofii niemal wyłącznie. Albo upijali się winem, bo wiadomo, bachanalia, albo startowali w igrzyskach i w ogóle było super. Tymczasem mity pokazują, że Grecja była krajem pełnym emocji, pełnym sprzeczności, pełnym brutalizmu, tak jak nasz świat jest pełen sprzeczności, pełen brutalizmu, czasami miłości. Ale kiedy się czyta Gravesa, to człowiek dochodzi do wniosku, że aż tak bardzo nie różnimy się od tych ludzi, którzy dawno temu żyli w Grecji.
[02:09:00] - Nie różnimy się i to akurat łączy wszystkich autorów, którzy się zajmują mitologią, powiedzmy grecko-rzymską, bo ukazują nam oni, że wszyscy mamy cały czas te same problemy i rozterki. Natomiast moim zdaniem, tak jak mówiłem, Gravesa się docenia po czasie, bo pokazuje, że w tym wszystkim jest coś jeszcze, że niektóre nasze wzorce, symbole, normy moralne, przekonania nawet, wywodzą się z bardzo zamierzchłych czasów, takich, których nawet nie jesteśmy w stanie zidentyfikować. To jest właśnie stara Europa, to jest spuścizna, która jest niezapisana. To dotyczy nas wszystkich, także Polaków. Tu już wchodzimy na tematy, o których powinniśmy nie mówić, dlatego, że nie wiążą się z Gravesem. Natomiast kiedy sobie czytamy mity greckie w jego wykonaniu, to rodzi się pytanie, co jest bliższe prawdy, co jest lepsze dla mnie na przykład. Czy te lukrowane opowieści o herosach i bogach, które stanowią kanwę dla seriali typu „Herkules” na przykład? Czy ta odrobina realizmu życia, bo przecież mówimy o czasach historycznych, o życiu, o funkcjonowaniu codziennym. I to nam pokazuje właśnie Graves, że to jednak było życie. To nie był piedestał.
I jeszcze jedna rzecz, bo to nie jest tak, że Graves sobie coś tam wymyślił, bo jego praca researcherska jest doskonała. To widzimy po obudowaniu tej książki, po przypisach. Chociaż dla niektórych będzie to dzieło nazbyt chaotyczne na przykład. A czy znajomość mitologii jest Marku potrzebna? Moim zdaniem i owszem, bo to jednak są jakieś tam symboliczne podstawy kultury i cywilizacji europejskiej. Jeżeli się o tym zapomni, to szybko nam importują nowe wzorce albo zastąpią pewne korzenie nowymi. I mogą to być takie wzorce, mogą to być takie wartości kulturowe, gdzie już o bogach nie wolno mówić, nie wolno mówić o bogach, bo przecież nie ma Boga prócz. I tu zamilknę politycznie.
[02:11:19] - To ja jeszcze na koniec dodam, myślę, że ważną rzecz. Otóż kiedy myślimy o Robercie Gravesie i jego mitologii greckiej, to warto też pomyśleć w kontekście, który może być dla państwa interesujący. Otóż kiedy spróbujemy wyobrazić sobie te wydarzenia, które opisują poszczególne mity, od razu zastrzegę, ja nie namawiam państwa do metody stosowanej w serialu „Starożytni kosmici”, gdzie właściwie wszystko kojarzy się z przybyszami z odległych planet, z odległych części wszechświata. Nie, to chyba nie tak. Do tego państwa nie namawiam, ale z drugiej strony, jeśli przeczyta się tę mitologię serwowaną przez Gravesa i człowiek zastanawia się, jak to było, co legło u podstaw tego czy innego mitu, to kto wie, czy w niektórych momentach nie zaczną się państwu pojawiać skojarzenia związane chociażby z pojawieniem się tutaj na Ziemi obcych. Ja nie chcę, żebyście państwo to robili na siłę. To nie ma sensu. Ale jeśli takie skojarzenia się pojawią, to nie rugujcie ich państwo. To nie o to chodzi, żeby za wszelką cenę być takim poważnym, przekształcać się w akademika, który nie dopuszcza nic poza tym, co jest literalnie napisane. Ta książka wbrew pozorom jest takim wehikułem wyobraźni.
Dlaczego? Dlatego, że ona tę wyobraźnię uruchamia. Owszem, w pewnych ramach związanych z antykiem, z greckim antykiem, ale jednak raz uruchomiona wyobraźnia podąża z prędkością światła, a kto wie, czy nie większą. Bo nie tylko historie zaczynają się pojawiać, ale też próby reinterpretacji tego, co się przeczytało. Ja myślę, że to jest pozycja, mówię o książce Gravesa, pozycja dla wszystkich, którzy chcieliby tę swoją wyobraźnię poruszyć jeszcze bardziej. Pewną tradycją od kilku audycji stało się to, że recenzarium prezentuję w większych dawkach. Postanowiłem podtrzymać tę tradycję, tym bardziej że kolejna książka, którą omawia Ewiwa, Luiza Dobrzyńska, to jest jedna z moich, jak powiedziałby Ferdek Kiepski, ulubienych książek, „Kwiaty dla Algernona”. To najpierw było opowiadanie, opowiadanie wstrząsające, a później pojawiła się książka w tłumaczeniu Krzysztofa Sokołowskiego, znakomitego polskiego tłumacza, tłumacza między innymi Stephena Kinga. Tym autorem, który napisał „Kwiaty dla Algernona” jest Keyes. I wierzcie mi państwo, kto przeczyta „Kwiaty dla Algernona”, nie będzie już tym samym człowiekiem.
Tak mi się przynajmniej wydaje. Zapraszam zatem na recenzarium Ewiwy.
[02:14:43] - Wita się z państwem Luiza Ewiwa Dobrzyńska. Są takie książki, które po zakończeniu lektury zostawiają nas niejako w stanie zawieszenia. Bardzo chcemy się dowiedzieć, co było dalej. Niektórzy nawet próbują sami dopisywać dalsze części. Dobrym tutaj przykładem jest „Powrót z gwiazd” Lema. Przy czym sam Lem bardzo źle się wypowiedział o takiej inicjatywie, ponieważ uważał, że każdy powinien sam tworzyć swój świat i swoich bohaterów, a nie podbierać innym. No tak, ale co zrobić, jeżeli człowiek bardzo chce się dowiedzieć, co było dalej? A jeśli nie jest możliwe uzyskanie informacji od autora, to próbuje sam dopisywać. Jedną z takich książek, które aż proszą się o to, żeby je kontynuować, jest bez wątpienia klasyczna pozycja science fiction „Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa. Pewnie nie sięgnęłabym w ogóle po tę książkę, gdybym przedtem nie obejrzała „Kosiarza umysłów”.
Zainteresował mnie medyczny aspekt sprawy i muszę powiedzieć, że była to jedna z bardziej przykrych lektur, z którymi się zetknęłam. O czym też ona mówi? Bohaterem jest Charlie Gordon, mężczyzna w średnim wieku, ale na poziomie rozwoju dziecka. Jest niepełnosprawny umysłowo praktycznie od urodzenia. Jego iloraz inteligencji wynosi zaledwie 68 punktów. Z trudem uczy się pisać i liczyć. Jest też obiektem drwin i prześladowań. Pewnego dnia otrzymuje propozycję wzięcia udziału w eksperymencie, któremu jak dotąd została poddana jedynie mysz o imieniu Algernon. Eksperyment ma na celu zwiększenie ilorazu inteligencji. Charlie godzi się na to i powoli staje się kimś zupełnie innym, jakby stał się odmienną osobą.
Jego możliwości rosną bardzo szybko. Do tego stopnia, że zaczyna pisać rozprawy naukowe, a nawet komponować muzykę. Nadal jednak jest równie samotny jak wtedy, kiedy był biednym, niepełnosprawnym Charliem. Jego właściwie jedynym towarzyszem jest Algernon. Pewnego dnia lekarze zauważają, że u myszki następuje regresja. Wkrótce potem Algernon umiera. Charlie zdaje sobie sprawę z tego, że i jego dotyka ten sam proces. W książce mamy poruszoną bardzo ważną sprawę. Jedna jej strona to jest kwestia naukowa. Czy możemy podnieść możliwości ludzi, którzy wskutek niedorozwoju albo choroby znajdują się na niskim poziomie sprawności intelektualnej?
Czy jesteśmy w stanie im pomóc? Teoretycznie tak. Teoretycznie jest to możliwe, chociaż w praktyce jak dotąd osiągnięcia są mierne. Ten aspekt jest bardzo ciekawy, jednak stanowi tylko przykrywkę. Prawdziwą treścią książki jest bowiem traktowanie przez naukowców człowieka, który im zaufał, jak taką większą mysz, jak laboratoryjne zwierzę, na którym przeprowadza się doświadczenia. Tak naprawdę los Charliego staje się im całkowicie obojętny. Interesuje ich tylko wynik eksperymentu. Dlatego właśnie w pewnym momencie nasz bohater zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele łączy go z Algernonem i że jest to w praktyce jedyny jego towarzysz na świecie. Stąd taka rozpacz po tym, jak Algernon umiera. Co stało się z Charliem po zakończeniu eksperymentu?
Tego nie wiemy. Książka ma formę dziennika pisanego najpierw bardzo niezdarnie, na poziomie kilkulatka, a potem coraz bardziej czystym literackim językiem, po to, by znowu wrócić do niespójnych bazgrołów. Co było dalej? Co się stało z Charliem? Czy naprawdę jego los po tym, jak ogłoszono fiasko eksperymentu, nikogo już nie obchodził? Czy rzeczywiście jedyną istotą, z którą łączył więź, była ta nieszczęsna mysz? Tu aż się prosi o wprowadzenie kogoś, kto zająłby się chłopakiem, a właściwie mężczyzną, dzieckiem uwięzionym w ciele mężczyzny. Ale zdajemy sobie sprawę z tego, że nie ma dla niego właściwie ratunku. Ponieważ nasz świat jest okrutny, a naukowcy bardzo pragmatyczni. Dlatego mówię, że „Kwiaty dla Algernona” to książka, która pozostawia bardzo przykry smak, jeżeli tak to można określić.
Wiem doskonale, że po ludziach uczonych nie można spodziewać się zbyt wielkiego zaangażowania emocjonalnego w sensie takim, jakim moglibyśmy oczekiwać, ale mimo wszystko mogliby naprawdę okazać trochę serca. Niestety to dotyczy nie tylko uczonych. Dotyczy też lekarzy, którzy w czasie studiów zmuszani do eksperymentowania na zwierzętach, zadracają możliwość empatii. I chyba tylko temu służy ten dział szkolenia ich. Ponieważ wyniki eksperymentów, które przeprowadzają, są doskonale znane nie od dziesięcioleci, a od stuleci. A jednak każe im się je robić chyba właśnie po to, żeby przestali czuć więź z obiektem. To im pozwoli później traktować pacjentów jak przedmioty. A efekty? Słyszymy o nich codziennie. Warto by to przemyśleć i zmienić diametralnie sposób szkolenia przyszłych medyków.
Tak, „Kwiaty dla Algernona” to książka, która właśnie do tego powinna ludzi skłonić. Oczywiście ani się śni, żeby tak było, ale tak być powinno. Informacja do przemyślenia, jak powiedziałby Sztyrc. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:20:55] - Pewną cechą charakterystyczną takich składankowych audycji jest to, że nie powinno się ich konstruować w taki sposób, że cały czas funkcjonujemy na jednej nucie, że się tak wyrażę, czyli na takim samym stopniu rozbawienia albo takim samym stopniu napięcia, albo też na takim samym stopniu pewnego przygnębienia i tak dalej. Ważne, żeby było kolorowo, żeby było różnorodnie. Z tym kolorowym to wiecie państwo też ostrożnie. W każdym razie myślę, że warto, abyśmy sięgnęli po tematy trudne. Takim tematem jest temat samobójstwa. No nie, no zabrzmiało naprawdę poważnie. I to nie są tematy, które przelatują przez człowieka. Przeciwnie, one sprawiają, że mamy możliwość, okazję zadumania się, jak to jest. Całe tomy na temat tego zjawiska napisano i czasami drażnią mnie jakieś takie stwierdzenia, które starają się udowodnić, że jeżeli ktoś sięga po taki drastyczny krok, to on był na granicy szaleństwa. Albo może niekoniecznie.
Może myślał o naszym świecie bardzo racjonalnie, bardzo przenikliwie. A może nie? Nie wiem. Posłuchajmy zatem kolejnej audycji z cyklu Bez Tajemnic, bo okazuje się, że na samobójstwo można również patrzeć od strony spirytyzmu.
[02:22:42] - Jeżeli oglądasz mój materiał i masz myśli samobójcze, to prawdopodobnie dlatego, że jesteś opętany lub opętana. Wiem, że to wygląda dziwnie, ale nikt nie trafia przez przypadek na takie kanały jak ten. Zdanie sobie z tego sprawy jest krokiem milowym w przezwyciężeniu cierpienia i odsunięciu od siebie próby skończenia z własnym życiem. Chcesz żyć. Każdy człowiek chce żyć. Każdy człowiek jest skazany na miłość, ale nie wszystkim to się podoba. Największym wrogiem człowieka, poza jego własnym egoizmem, są duchy niskie, które podszeptują mu destrukcyjne myśli. Na tym właśnie polega opętanie. Myśli o samobójstwie nie są twoimi myślami. Czujesz to, ale nie potrafisz sobie wytłumaczyć, skąd się biorą.
Zajrzyj wewnątrz siebie, skieruj swoje głuche wołanie o pomoc do własnego rozumu, do własnej świadomości i zobaczysz, że chcesz żyć, ale nie wiesz, jak się uwolnić od tych myśli samobójczych. Rzecz nie jest prosta, ale zapewniam was, że jest znacznie łatwiejsza, niż wam się wydaje. Wszelkie klasyfikacje, które przytoczę w tym materiale, tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia, ale chodzi tylko o to, abyśmy się zrozumieli. Zanim przejdę do konkretów, chciałbym wymienić kilka różnych powodów samobójstw, aby uzmysłowić wam, że teoria spirytystyczna nie jest oderwana od rzeczywistości, a nawet zagląda głębiej w przyczyny choroby niż większość lekarzy psychiatrów. W gruncie rzeczy medycyna dostrzega przyczynę choroby tam, gdzie spirytyzm widzi skutki, gdyż rdzeń złego samopoczucia i myśli samobójczych często znajduje się poza zasięgiem materialistycznej nauki. Oczywiście nie wszystkie samobójstwa są wynikiem opętania i w moich rozważaniach pomijam ewidentne choroby psychiczne, takie jak na przykład schizofrenia. Ale nie martw się, sam fakt, że zastanawiasz się nad samym sobą oznacza, że problem schizofrenii najprawdopodobniej cię nie dotyczy. Zachowanie rozsądku i opanowanie choćby w najmniejszym stopniu wewnętrznych popędów jest kluczem do uwolnienia się od wpływu złych duchów, które pragną twojej zguby. Samobójstwo jest aktem, poprzez który człowiek sam sobie odbiera prawo do decydowania o swoim istnieniu. Na pewno nie można traktować go jako dowodu odwagi, ponieważ prawdziwa odwaga polega na przezwyciężeniu, na przeciwstawieniu się przeciwnościom losu.
Te przeciwności losu tak naprawdę znajdują się tylko w twojej głowie, a dowodem na to jest fakt, że większość ludzi na całym świecie radzi sobie z nimi, chociaż tobie wydaje się, że tylko ty spotykasz się z takimi problemami. Według Arystotelesa, tutaj będzie troszeczkę teorii, samobójstwo jest wynikiem tchórzostwa i chęci ucieczki przed trudnościami. Samobójstwo narusza prawa obywatela i państwa. Jest też następstwem w wielu przypadkach niegodziwości popełnionych w życiu. Zło samobójstwa polega na tym, że człowiek ucieka w nim przed złem, któremu tak naprawdę powinien się przeciwstawić. Samobójstwo jest dowodem klęski. Po samobójstwie dusza człowieka nie umiera, lecz opanowuje ją stan, w którym jej cierpienia wzrastają, gdyż dochodzi do nich świadomość bezsilności, z której nie sposób się wyrwać. Później wrócę do tego wątku i przytoczę świadectwo duchów samobójców wywołanych podczas seansów spirytystycznych. I teraz mamy dwa rodzaje samobójstw. Samobójstwa egoistyczne i eutanazje oraz samobójstwa z poświęcenia.
Samobójstwa egoistyczne i eutanazje wrzucam do jednego worka, ponieważ ich skutki duchowe są identyczne. Nawet jeśli uznamy, że przeprowadzenie eutanazji jest chęcią odciążenia rodziny. Wielu zdrowych fizycznie samobójców myśli tak samo i mówią: „A będzie lepiej, gdy odejdę.” Ale to jest bzdura. Ten argument nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Nie ma. O samobójstwie egoistycznym mówimy wtedy, gdy osoba pragnąca dobrowolnie zakończyć swoje życie w ogóle nie interesuje się tym, co odczuwają jej bliscy po jej śmierci. Rodzice, rodzeństwo, przyjaciele, znajomi czy nawet pies. Każdy człowiek jest skazany na miłość i każdy ma choćby jeden powód, by żyć. By żyć dla kogoś. Samobójstwo bliskiej osoby, a nawet zwykłego znajomego wprowadza przecież pustkę.
Krewni samobójcy zostają przez ten akt całkowicie rozbici i naznaczeni na resztę życia. Dla każdego zdrowego człowieka informacja o samobójstwie jest szokiem. Mniejszym lub większym, ale jest. W każdym razie taka rzecz nigdy nie przechodzi niezauważona. Też dlatego w samobójstwie jest coś poniżającego. Samobójstwo w rodzinie jest czymś wstydliwym. Bliscy samobójcy zwykle nie chcą mówić o tym bądź używają różnego rodzaju zwroty etoryczne, które próbują to w jakiś sposób zakamuflować. Mówi się, że na przykład ktoś zdecydował się nas opuścić albo że życie go zmęczyło, albo opuścił nas w tragicznych okolicznościach. Ale przecież to wszystko tak naprawdę niczego nie zmienia. W głębi duszy wszyscy czujemy, że ten akt jest zły, gdyż samobójca godzi we wszystkie wartości, które są nam drogie, cenne, dla których ludzie są skłonni zdecydować się na wielkie wyrzeczenia, wielkie poświęcenia.
Samobójstwo burzy pewien uczuciowy porządek między ludźmi. Młodym ludziom, rzecz jasna, samobójstwo nie kojarzy się z destrukcją, ale dla nich to jest chęć. To jest ucieczka od aktualnego stylu życia, z którym tak naprawdę się nie zgadzają, którym są rozczarowani. Ale to prowadzi donikąd, ponieważ osoba, która w ten sposób traci swoje życie, nawet z punktu widzenia spirytyzmu, który mówi przecież o kontynuacji życia po śmierci, po zgonie nie może taka osoba skorzystać z pomocy przyjaciół, o którą zabiegała, ani nawet nie może cieszyć się z zemsty na osobach, które w jej mniemaniu ją skrzywdziły. Duchy samobójców nie trafiają do piekła, jakie znamy z religii, ale za to ich stan emocjonalny staje się dla nich jak najbardziej rzeczywistym piekłem. Trzeba też starać się wyzbyć myśli, że nikt nas nie rozumie. Najważniejszym według mnie powodem istnienia samobójstw w naszym kręgu kulturowym jest zabójczy rytm pracy, kult pieniądza i dobrobytu, zatopienie się wyłącznie w doczesności. To z jednej strony, a z drugiej strony osłabienie religijności i stępienie hamulców moralnych. Tym sposobem powstaje społeczny klimat, w którym tendencja do samobójstwa znajduje doskonale doskonałe warunki rozwoju. Bo przecież krąg zainteresowań przeciętnego współczesnego człowieka bardzo się zawężył i myśl o zaświatach już przestała wpływać twórczo na życiowe postępowanie człowieka.
Sens swojej egzystencji człowiek utożsamił z posiadaniem dóbr materialnych oraz z pozycją społeczną, którą te środki zapewniają. Jeżeli zatem w pewnych sytuacjach postawa ta zaczyna ulegać zachwianiu, człowiek współczesny nie znajduje już innego punktu oparcia i wtedy zaczyna do niego przemawiać pokusa do samobójstwa. Niektórzy decydują się na samobójstwo właśnie ze strachu przed bezsensownością egzystencji. Wynika to z braku wiary w Boga. Po prostu. Na podstawie wyjaśnień wielu odratowanych samobójców stwierdza się, że większość z nich próbowała ze sobą skończyć dla banalnych motywów i wręcz z niebywałą lekkomyślnością. Część osób oczywiście była, podejmowała tego rodzaju akty pod wpływem alkoholu, narkotyków, różnych innych środków odurzających. I trzeba też sobie zdać sprawę z tego, że w prymitywnych kulturach nie było czegoś takiego jak samobójstwo, ponieważ mentalność nie dopuszczała możliwości, możliwości zaistnienia takiej sytuacji. I właśnie dlatego to powinno nam dać do myślenia, że samobójstwo nie jest tak zupełnie naturalnym odruchem. Człowiek ma do niego wrodzoną awersję.
Na samym początku zacząłem mówić o opętaniach i teraz chciałbym rozwinąć ten wątek. Jakie są najczęstsze przyczyny egoistycznych samobójstw? Depresje, choroby psychiczne, alkoholizm, kłótnie w małżeństwie, sprzeczki w rodzinie, obawa kary, zdenerwowanie, tęsknota za zmarłym, uczucie wstydu, niepowodzenie życiowe, zawód miłosny, ciąża niechciana, porzucenie przez kochanka, męża lub żonę, zdrada małżeńska, warunki materialne i utrata pozycji społecznej, niepowodzenia w szkole. Często problemy nagromadzają się, ale to dopiero, dopiero jakieś krótkie napięcie życiowe doprowadza do duchowej kapitulacji. I coś podpowiada nam, że zło, które nas zaatakowało, jest nie do pokonania. To jest też chwila, w której człowiek ostatecznie traci wiarę. Dlaczego tak się dzieje? Alan Kardec w Księdze duchów i także w książce pod tytułem Opętanie, którą miałem przyjemność przetłumaczyć z języka francuskiego dla polskich czytelników, napisał, że wpływ duchów na ludzi jest znacznie częstszy, niż to się powszechnie wydaje. Duchy dobre również nas otaczają, aby poprowadzić nas drogą do szczęścia, ale duchy złe chcą realizować na żyjących swoje egoistyczne cele i wykorzystują ich jak narzędzia. Nie ma w nich ani grama empatii.
Duchy opętujące podsuwają ludziom określone myśli i czerpią z tych ludzi energię potrzebną do życia. Wszyscy słyszeliśmy przecież o tak zwanych wampirach energetycznych. Czasami wystarczy, aby taka osoba choćby na chwilkę pojawiła się w naszym otoczeniu, aby spuściła, jak to się mówi z nas całą energię. Tak samo jest z duchami. I tu widzimy zasadniczą różnicę pomiędzy opętaniem a schizofrenią. Człowiek, do którego przykleił się jakiś duch, może zdawać sobie z tego sprawę bądź nie, bądź nie, ale widzi, czuje, że w jego głowie kłębią się różne myśli, których nie jest autorem i równocześnie jest świadomy, że to wewnętrzne rozdwojenie nie jest niczym normalnym, niczym naturalnym. Widzi w tym coś dziwnego. Schizofrenicy nie mają takich przemyśleń. A poza tym twierdzą oni, że słyszą głosy. Osoba opętana nie słyszy głosów.
To są obce myśli, które przylatują do niej, do tej osoby, niczym z wiatrem. Tak jakby przelatywały przez głowę. Aby zdać sobie z tego sprawę, trzeba zajrzeć w głąb siebie. Mówiąc to, zdaję sobie sprawę, że w sytuacji głębokiej depresji taki wysiłek może być bardzo ciężki do ogarnięcia. Duchy opętują jak bakterie, ale przecież każdy zdrowy organizm ma system odpornościowy, który broni go przed infekcjami. Człowiek o silnej psychice i mocnym kręgosłupie moralnym jest mniej narażony na wpływ złych duchów. Ale czasami nawet w takim przypadku wystarczy chwila słabości, która otwiera furtkę opętaniom. Są to wszystkie sytuacje, w których człowiek traci nad sobą kontrolę, na przykład w upojeniu alkoholowym, pod wpływem narkotyków, nawet podczas palenia papierosów. Po utracie przytomności bądź w trakcie operacji, gdy na przykład znajdujemy się pod narkozą. Duch może opętać nasze ciało bez naszej wiedzy i pozwolenia.
Duch może obrać sobie kogoś za cel. Nierzadko są to zmarli członkowie rodziny, te duchy, którzy tęsknią za dotychczasowym życiem i nawet po śmierci nie chcą z niego zrezygnować. W takiej sytuacji duch może na przykład wykorzystać chwilę słabości żyjącego, wynikającej z żałoby i smutku. I ten duch, na przykład duch dziadka, może opętać wnuka. Zdarza się też tak, że odejście rodzica stwarza u jego dziecka chęć przygarnięcia, przyciągnięcia do siebie zmarłego. Wówczas duch ma otwartą drogę i wystarczy, że przyklei się do człowieka i czerpie z niego energię. Taka osoba może żyć przez wiele długich lat z nadbagażem na swoich barkach, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest on źródłem, ten nadbagaż, różnych wielu życiowych problemów i niepowodzeń. Gdy duch chce zachować kogoś tylko dla siebie, będzie starał się zdominować swoją ofiarę, odciągnąć ją od otoczenia. Może to czynić, wmawiając opętanej osobie, że nie warto spotykać się z tym czy z tamtym, a nawet będzie podsycał złość przeciwko jej bliskim, przyjaciołom, rodzinie i wszczynał awantury. Czasami człowiek kłóci się przecież, nie wiedząc nawet dlaczego.
Czasami nawet najdrobniejszy powód staje się idealnym powodem do awantury i w wielu przypadkach duch trafia na swoją ofiarę przez przypadek, tylko po to, aby zaczerpnąć z niej odrobinę energii, a potem z jakiegoś powodu nie może się od niej uwolnić. Wówczas taki duch może próbować doprowadzić do jej śmierci, która przyniosłaby mu wyzwolenie i przywróciła swobodę. Zamiast czekać, aż człowiek umrze, łatwiej takiemu duchowi, czy też tak mu się przynajmniej wydaje, doprowadzić do jego śmierci. Ale to przecież nie jest takie proste z drugiej strony, ponieważ każdy człowiek chce żyć. Każdy człowiek urodził się po to, aby rozwijać się i czerpać z życia wszystko to, co to życie ze sobą niesie. Wszystkie dobre rzeczy, nawet te złe, które nas kształtują. Dlatego duch nakłania człowieka do samobójstwa przez bardzo długi czas i człowiek bardzo długo musi się z tym męczyć. Gdy człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy, wpada w pułapkę ducha. Na przykład szukając ukojenia w alkoholu i wtedy ta pętla tak jakby się zamyka, a pod wpływem jeszcze większego moralnego osłabienia ofiara dopuszcza do siebie jeszcze więcej duchów opętujących. Doskonałymi przykładami obrazującymi taką sytuację są egzorcyzmy przeprowadzone przez Jezusa, gdzie z jednego człowieka wypędzał On legion duchów.
A legion, trzeba wiedzieć, liczył do czterech tysięcy ludzi w praktyce. Podałem ten przykład tylko dlatego, że dzieje Jezusa są powszechnie znane i tutaj nie muszę się wdawać w jakieś szczegóły, ale przecież wielu świeckich i katolickich egzorcystów spotyka się z dokładnie takim samym problemem. Dla spirytystów nie jest żadnym zaskoczeniem, że ktoś może być opętany przez kilka, a nawet kilkanaście duchów równocześnie. Wszystko to, o czym do tej pory powiedziałem, prowadzi do depresji. Spirytyści uważają, że nawet 80% stanów depresyjnych u ludzi wynika właśnie z opętania. Jak temu przeciwdziałać? Po pierwsze, stroń od używek, od alkoholu, od narkotyków, nawet lekkich. Znajomi, którzy ewentualnie będą cię namawiali na małe piwko, nieświadomie będą pchali cię w łapy ducha opętującego. Unikaj. Pełna świadomość samego siebie, własnych myśli jest punktem wyjścia do całej reszty.
A później modlitwa. Nawet jeżeli będzie szła ci opornie i będziesz ją odmawiał od niechcenia, czyń to. To jest pierwszą linią obrony przed wpływem złego ducha, którego trzeba pokonać na płaszczyźnie moralnej. Idź do kościoła, idź na mszę, usiądź blisko ołtarza i nie opuszczaj jej przynajmniej do podniesienia. Nie będziesz miał bądź miała na to ochoty, a już pewnie nawet w tym momencie uważasz, że to jest głupi pomysł, ale zastanów się, skąd bierze się ta niechęć. Przecież w kościele nie dzieje ci się żadna krzywda. Msza trwa godzinę, a potem do domu. To duch opętujący próbuje odciągnąć cię od rzeczy świętych, ponieważ wie, że wiara i modlitwa dadzą ci siłę, a on wolałby cię osłabić. Nie obwiniaj się także za bluźniercze myśli, które pojawiają się w twoim umyśle. To nie ty jesteś ich autorem bądź autorką.
I nie obwiniaj się. Nie obwiniaj się za złość, za to, że się denerwujesz, ponieważ to te duchy cię doprowadzają do takiego stanu. Wokół ciebie jest dużo dobrych duchów, także wcielonych, które pragną ci pomóc, ale musisz się na nie otworzyć. Udaj się do księży egzorcystów, porozmawiaj z nimi. Samemu można się umówić na takie spotkanie. Nawet jeżeli jest się osobą niepełnoletnią, można pójść i porozmawiać z księdzem. Nie izoluj się, nawet wbrew sobie. Idź do ludzi, a przede wszystkim poinformuj innych o twoim problemie. Jeżeli tego nie zrobisz, inni mogą się nie domyślić, że w ogóle coś ci dolega. Ludzie zwykle nie wiedzą, po czym rozpoznać stan depresyjny.
Winę za twoje złe samopoczucie zwalą na przykład na niskie ciśnienie albo na kłótnie rodzinne. Ponieważ ludzie rzadko bywają wnikliwi. Nie pozostawaj sam w swoim kącie. Duchy opętujące chcą cię odizolować od innych, ponieważ łatwiej kogoś zniszczyć, gdy ten nie ma czyjegoś wsparcia. Nawet kontakt z twoim dotychczasowym przyjacielem bądź przyjaciółką. Odnów ten kontakt. To jest ważne. Powiedz mu otwarcie, że coś jest nie tak. Powiedz mu otwarcie, że coś ci dolega. Warto też pomyśleć o zwróceniu się do psychiatry, ponieważ to jest bardzo istotne, chociaż uważam, że to powinien być drugi krok w całym tym przedsięwzięciu.
Niestety w Polsce, aby umówić się z psychiatrą, trzeba być osobą pełnoletnią, dlatego warto zdecydować się na odwagę i porozmawiać najpierw z rodzicami, a jeżeli to jest niemożliwe, to przynajmniej z psychologiem szkolnym. Czasami kuracja farmakologiczna jest potrzebna, ponieważ nawet jeśli depresja była wynikiem opętania, to też w wyniku długoletniej, wieloletniej i długotrwałego tego stanu ta depresja może przemienić się w chorobę psychiczną. I trzeba też to wziąć pod uwagę. Natomiast osoby, do których zgłaszają się tacy potrzebujący, pod żadnym względem nie powinny tego bagatelizować i mówić, że na przykład jej przejdzie. Taki człowiek potrzebuje dyskusji, potrzebuje, aby go wysłuchać, potrzebuje czyjejś empatii. I nawet gdyby sto razy na minutę taka osoba mówiła, jak bardzo jest jej źle, trzeba cierpliwie poświęcić jej trochę czasu. Czasami trzeba wyjść do takiej osoby w depresji, chwycić ją za rękę i pociągnąć do siebie. Trzeba przy tym wykazać się dużą wyrozumiałością i cierpliwością. I nieraz nawet sama obecność drugiej osoby, milcząca obecność, jest już rodzajem wsparcia. Ostatnią ważną rzeczą, o której w zasadzie powinienem był powiedzieć na samym początku, jest wybaczenie.
Opętany powinien chcieć wybaczyć. Brazylijski lekarz spirytysta Andrei Moreira w swojej książce pod tytułem „Leczenie i samouzdrawianie” napisał, że opętanie może być wynikiem właśnie braku wybaczenia, ponieważ brak wybaczenia i złość, którą w sobie dusimy, pochłania naszą energię, która tak naprawdę nas osłabia. Praca nad samym sobą jest dużym wysiłkiem, który odciąga, odpycha złe duchy od takiej osoby, która postanowiła nad sobą troszeczkę popracować. Duchy złe do takiej osoby nie są dopuszczane. I teraz zacznę powoli zmieniać troszeczkę klimat. Warto w kilku słowach wspomnieć o samobójstwie z tęsknoty, kiedy to na przykład rodzic pragnie połączyć się ze swoim zmarłym dzieckiem. Samobójca wpada w pułapkę, ponieważ po śmierci dodatkową karą dla takiej duszy jest niemożliwość spotkania się z ukochanym bliskim. Relację z rozmowy z duchem samobójcy tego rodzaju znajdziemy u Kardeca w książce „Niebo i piekło”. Matka i syn. W marcu 1865 roku u pana C., kupca w małym mieście pod Paryżem, przebywał jego poważnie chory 21-letni syn.
Ten młody człowiek, czując, że jego życie się kończy, zawołał matkę i miał jeszcze tyle siły, by ją przytulić. Matka zaś, obficie roniąc łzy, stwierdziła: „Idź, mój synu, niedługo przyjdę za tobą”. I wyszła, ukrywając twarz w dłoniach. Obecni, widząc tę scenę, uznali słowa pani C. za zwyczajny wybuch rozpaczy, który ukoi czas i rozsądek. Tymczasem, gdy chory zmarł, zaczęto jej szukać w całym domu i znaleziono powieszoną w spiżarni. Wywołanie syna nastąpiło wiele dni po tym wydarzeniu. Pytanie do ducha: „Czy wie pan, że pańska matka popełniła samobójstwo, wpadając w rozpacz po pańskiej stracie?”. „O tak. I gdyby nie smutek z powodu jej fatalnego czynu, byłbym zupełnie szczęśliwy.
Biedna, wspaniała matka nie mogła znieść próby tej chwilowej rozłąki i aby być razem z synem, którego kochała, wybrała drogę, która niestety rozdzieli nas na bardzo długo. W ten sposób nie wiadomo, na ile opóźniła to zjednoczenie, które było już tak blisko. Gdyby tylko jej dusza poddała się woli Pana pokornie i z żalem wypełniając przewidzianą próbę, która miała być jej pokutą i oczyszczeniem. Módlcie się. Och, módlcie się za nią i przede wszystkim nie naśladujcie jej. O matki, które porusza smutne opowiadanie o jej śmierci. Nie sądźcie, że ona lepiej od innych matek kochała swojego syna, który był jej radością i dumą. Nie. Kochała tak samo, ale brakowało jej odwagi i cierpliwości. Matki, które mnie słuchacie, gdy ujrzycie, jak agonia zasłania oczy waszym dzieciom, pamiętajcie, że jak Chrystus kroczą one drogą kalwaryjską, skąd wzniosą się ku wiecznej chwale”.
Wywołanie matki. „Chcę zobaczyć moje dziecko. Czy jesteście w stanie mi je oddać? Okrutni zabrali mi je, by zaprowadzić do światła, a mnie zostawili w ciemności. Chcę je. Chcę je. Należy do mnie. Czy nic nie znaczy matczyna miłość? Nosić je przez dziewięć miesięcy, karmić mlekiem własnego ciała. Jego ciało własną krwią.
Jego krew.
[02:46:41] - Prowadzić jego pierwsze kroki, uczyć wymawiać święte imię Boga i słodkie imię matki. Uczynić z niego człowieka pełnego aktywności, inteligencji, uczuciowości, prawości, miłości synowskiej i je stracić? Gdy realizowano pokładane w nim nadzieje i gdy otworzyła się przed nim świetlana przyszłość. Nie! Bóg nie jest sprawiedliwy, nie jest Bogiem matek. Nie rozumie ich rozpaczy, ich bólu. I kiedy ja oddałam się śmierci, by nie opuszczać swojego dziecka, znów mi je zabrano. Mój synu. Mój synu, gdzie jesteś? Biedna matko.
Współczujemy pani w bólu, lecz znalazła pani smutny sposób na połączenie się z synem. Samobójstwo jest zbrodnią w oczach Boga, a musi pani wiedzieć, że Bóg karze za wszystkie pogwałcone prawa. Niemożność ujrzenia syna jest pani karą. Nie. Nie uważam Boga za lepszego od ludzi. Nie wierzyłam w jego piekło, lecz wierzyłam w zjednoczenie dusz, które kochają się tak, jak my się kochaliśmy. Pomyliłam się. Bóg nie jest ani sprawiedliwy, ani dobry, skoro nie rozumie ogromu mego bólu i mojej miłości. Kto odna mi syna? Kto?
Czy straciłam go na zawsze? Litości! Litości! O, mój Boże! Ależ proszę dać spokój tej rozpaczy. Proszę pomyśleć, że jeżeli istnieje sposób, aby znów ujrzała pani syna, to nie jest nim bluźnierzenie przeciw Bogu, jak pani to czyni. Zamiast pracować na Bożą łaskę, zasługuje pani na jego gniew. Powiedziano mi, że już go nie zobaczę. Zrozumiałam, że zaprowadzono go do raju. A ja?
Czy jestem w piekle? W piekle matek. Ono istnieje. Za dobrze je widzę. Pani syn nie jest stracony na zawsze. Proszę mi wierzyć. Zobaczy go pani z pewnością. Trzeba jednak na to zasłużyć, poddając się woli Boga. A buntując się, tylko oddalałby się pani moment spotkania. Nie wiadomo na jak długo.
Proszę posłuchać. Bóg jest nieskończenie dobry, ale i nieskończenie sprawiedliwy. Nigdy nie karze bez powodu i jeśli na ziemi bardzo pani cierpiała, to znaczy, że na to pani zasłużyła. Śmierć pani syna to próba pani cierpliwości. Niestety za życia się pani nie udało i po śmierci trzeba będzie przejść próbę jeszcze raz. Kolejnym rodzajem śmierci egoistycznej jest samobójstwo zbiorowe, gdy to na przykład para kochanków postanawia wspólnie odejść z tego świata. Można powiedzieć, że jest to dokładnie taka sama sytuacja, jak wcześniejszy przypadek. Ale nie dość, że duchy w zaświatach nie odnajdą się, to jeszcze duch, który ponosi większą odpowiedzialność za śmierć obojga, zostanie ukarany jak za zbrodnię. Trzeba przyznać, że jest to nieciekawa perspektywa. Zanim opowiem o kolejnych duchowych skutkach samobójstwa, muszę nadmienić kilka słów o eutanazji.
Pierwotnie słowo eutanazja oznaczało łagodną śmierć, ale z czasem zdeformowano jego znaczenie. Dzisiaj poprzez eutanazję rozumiemy śmierć na własne życzenie, a śmierć na własne życzenie nie jest niczym innym jak samobójstwem. Zwolennicy tej formy zakończenia życia podają różne argumenty, starając się nadać eutanazji pozytywny wydźwięk, ale nie chce mi się ich tutaj przytaczać, gdyż bez względu na to, co bym w tej kwestii powiedział, faktem jest, że eutanazja jest samobójstwem i z moralnego punktu widzenia, ze spirytystycznego punktu widzenia, żadne usprawiedliwienie tego aktu nie jest wystarczające. W zaświatach duchy osób po eutanazji ponoszą takie same konsekwencje co duchy samobójców. Nawet niedbanie o własne ciało, o własne zdrowie, na przykład palenie papierosów, zażywanie alkoholu, nadużywanie alkoholu, nieodpowiednia dieta, czyli obżarstwo. To wszystko jest również traktowane jak forma samobójstwa. Czy na przykład śmierć poniesiona w wyniku podjęcia głupiego ryzyka tylko po to, aby poczuć odrobinę adrenaliny. W książce „Nasz dom” spisanej pismem automatycznym przez medium Chico Xavier znajdujemy opis sytuacji, w jakiej znalazł się duch, który o siebie nie dbał za życia oczywiście. Oto fragment filmu zrealizowany na podstawie tejże właśnie książki.
[02:52:04] - Od razu zorientowałem się, że nie należę już do świata żywych. Wtedy dotarła do mnie niespodziewana prawda, że życie toczy się wiecznie na różnych etapach. Obudziłem się w innym wymiarze, zwanym Umbral, czymś w rodzaju czyśćca. Moja historia zaczynała się na nowo.
[02:52:45] - Papież Jan Paweł II w encyklice pod tytułem „Ewangelia życia” przedstawił bardzo trafną według mnie opinię o braku chęci kontynuowania życia w chorobie. Po pierwsze, chory powinien rozróżnić chęć zaprzestania kuracji od chęci zadania sobie śmierci. To są dwie różne rzeczy. Jeżeli leczenie nie daje współmiernych korzyści, a jego kontynuowanie jest szczególnie uciążliwe, pacjent ma prawo z niego odstąpić i całkowicie powierzyć swoje zdrowie Bogu. Czyli inaczej, taka osoba ma prawo zaakceptować swój los. Jeżeli natomiast istnieje szansa, nawet niewielka, na uzdrowienie, człowiek powinien walczyć o życie. Teraz może druga sytuacja. Chory nie chce dalej żyć, ponieważ nie ma szans na wyzdrowienie, a jego pogarszający się stan zdrowia będzie skutkował dużym cierpieniem. Według spirytyzmu każdy człowiek jeszcze przed narodzinami planuje sobie życie. Wszystkie ważne momenty i punkty zwrotne naszego życia były wcześniej zaplanowane.
Także cierpienie tego rodzaju, które przecież nakłania człowieka do eutanazji. Jeżeli ktoś postanawia ominąć ostatni etap swojego planu, najpewniej w kolejnym wcieleniu będzie musiał tę lekcję nadrobić i w gruncie rzeczy nie ucieknie od przeznaczenia. Po prostu to cierpienie najprawdopodobniej jest cierpieniem karmicznym. No chyba, że ktoś przez kilka minut dusi się pestką od śliwki. Ale wtedy to nie jest karma. To jest po prostu skutek łapczywości. Współczesna medycyna dysponuje środkami zmniejszającymi uciążliwość poważnych stanów chorobowych w ostatnich chwilach życia. Dlatego umierający powinien z nich skorzystać, zamiast uciekać jak wagarowicz ze szkoły, zanim jeszcze zadzwoni ostatni dzwonek tuż przed wakacjami. Znamy wszyscy takie sytuacje. Niejedna osoba znajdująca się przecież w sytuacji, w której mogłaby dokonać eutanazji, rezygnuje nawet ze środków znieczulających po to, aby świadomie przekroczyć barierę śmierci.
Po to, aby świadomie przejść na drugą stronę. Ponieważ ludzie w stanie odurzenia, gdy przechodzą na drugą stronę, ich duch nie zawsze zdaje sobie sprawę z tego, że umarł i nadal wydaje mu się, że żyje. I to nie jest tak do końca dobra sytuacja. Duch zamiast odejść i skupić się na swoim życiu, na kontynuacji swojego rozwoju, co niektórzy nazywają przejściem na drugą stronę, pozostaje z rodziną i nie rozumie, dlaczego na przykład wszyscy nagle zaczęli go ignorować. Taki duch próbuje żyć jak wcześniej, a dopóki nie ma w nim chęci odejścia, nikt nie może mu pomóc. Tematyka dzisiejszego odcinka wideobloga nie pozwala mi niestety na bardziej wnikliwe rozwinięcie tego tematu, ponieważ za bardzo byśmy się odsunęli od tytułu odcinka. Wielu powie, że człowiek ma prawo decydować o sobie, że Bóg dał mu wolną wolę. A nawet jeżeli ktoś w Boga nie wierzy, to przecież skoro można sięgnąć po papierosa albo po niezdrowe jedzenie, można też chwycić za nóż i zrobić z tego taki czy inny użytek. A człowiek ma prawo żyć w szczęściu i jeśli go nie znajduje, może ze sobą skończyć. Tak, człowiek może tego wszystkiego dokonać i nikt mu w tym nie przeszkodzi, ale później poniesie tego konsekwencje.
Czy w to wierzy, czy nie, to nie ma znaczenia. Człowiek ma wolną wolę, to prawda, ale jego wolna wola ma swoje ograniczenia. Porównam to do sytuacji, gdzie na przykład podczas wojny generał wyznacza swoim pułkownikom zadania do wykonania. Pułkownicy oczywiście mają swoich ludzi do czołgania się w błocie. Rzecz jasna planowaniem i strategią zajmuje się sztab, ale podczas walki oficer dowodzący grupą żołnierzy ma pewną swobodę w realizacji zadania. Dowódca wyższy rangą może nawet zadać pytanie oficerowi niższego kapitanowi, czy na przykład uważa, że jego ludzie poradzą sobie z takim zadaniem. Chociaż tak naprawdę nie sądzę, aby w realiach bojowych miało to jakiekolwiek znaczenie. W każdym razie tu kapitan symbolizuje każdego żyjącego człowieka, który ma wolną wolę, ale jego wola nie może wykraczać poza zakres jego kompetencji. Kapitan kieruje swoimi podwładnymi na podstawie precyzyjnego rozpoznania terenu, sytuacji w terenie i dobiera odpowiednie środki, wydaje rozkazy poszczególnym żołnierzom i na tym kończy się jego wolna wola. Możliwość podejmowania decyzji na polu walki nie obejmuje dezercji.
Może taki żołnierz się wycofać, ale nie może zdezerterować. Jeżeli zdezerteruje, trafi przed sąd wojskowy i poniesie karę przewidzianą przez regulamin. Natomiast regulamin moralny człowieka mówi, że samobójstwo podlega karze. Można też wymienić inny przykład, który będzie bardziej przemawiał do przeciętnego człowieka. Na przykład rodzice ograniczają wolność swojego dziecka, aby dziecko nie zrobiło sobie krzywdy i aby nauczyło się funkcjonować w społeczeństwie. Mimo to dziecko nie siedzi przecież nieustannie zamknięte w pudełku i również posiada pewną swobodę działania. Tak to wygląda. W niniejszym wideoblogu już recytowałem fragment książki Alana Kardeca pod tytułem „Niebo i piekło”, ale chciałbym podkreślić, że znajduje się w niej bardzo dużo interesujących relacji duchów, które opowiadają o swoim losie w zaświatach, po tym, jak popełnili samobójstwo egoistyczne.
[02:58:55] - Antoine Bell, kasjer w placówce bankowej w Kanadzie. Popełnił samobójstwo 28 lutego 1865 roku. Jeden z naszych korespondentów, doktor nauk medycznych i farmaceuta z tego samego miasta, przekazał nam o nim następujące informacje. Znałem Bella ponad 20 lat. Był człowiekiem łagodnym, ojcem licznej rodziny. Jakiś czas temu przyszło mu do głowy, by kupić u mnie truciznę i kogoś nią otruć. Często przychodził pytać mnie błagalnie, kiedy mu ją sporządzam, kiedy mu ją sprzedam i był wówczas bardzo wzburzony. Nie mógł spać, miał poczucie winy, bił się w piersi. Jego rodzina żyła w ciągłym strachu o niego od 4:00 po południu do 9:00 rano, kiedy to wychodził do banku, w którym bardzo systematycznie i bezbłędnie prowadził księgi rachunkowe. Miał zwyczaj mawiać, że jest w nim jakaś istota, która pomaga mu prowadzić księgowość skrupulatnie i regularnie.
W momencie, gdy prawdopodobnie był już przekonany o absurdalności tych myśli, krzyknął: „Nie! Nie chce mnie pan oszukać. Pamiętam. To prawda”. Antoine Bell został wywołany w Paryżu 17 kwietnia 1865 roku na prośbę swego przyjaciela. Wywołanie. Czego chcecie ode mnie? Przesłuchać mnie? To na nic. Wszystko sam powiem.
Jesteśmy dalece od zamiaru zadawania panu niedyskretnych pytań. Chcemy po prostu dowiedzieć się, jak panu jest w świecie, w którym pan się znajduje i czy moglibyśmy panu jakoś pomóc. Gdybyście mogli, byłbym wam bardzo wdzięczny. Jestem przerażony moją zbrodnią. Jestem bardzo nieszczęśliwy. Mamy nadzieję, że nasze modlitwy złagodzą pańskie cierpienia. Poza tym wydaje nam się, że pana stan jest dobry. Żałuje pan tego, co pan zrobił, a to jest już dobry początek poprawy. Bóg, który jest nieskończenie miłosierny, zawsze lituje się nad skruszonymi grzesznikami. Proszę się z nami pomodlić.
Teraz bardzo proszę nam powiedzieć, o jaką zbrodnię pan się obwinia. Takie pokorne wyznanie zostanie panu policzone. Najpierw pozwólcie mi podziękować wam za nadzieję, którą wlaliście do mojego serca. Niestety, dość dawno temu żyłem w mieście, którego mury otaczało Morze Śródziemne. Kochałem młodą, piękną dziewczynę, która odwzajemniała moje uczucie. Byłem jednak ubogi i jej rodzina mnie odrzuciła. Dziewczyna oświadczyła mi, że ma pójść do syna kupca. Ma poślubić syna kupca. Kupca, którego interesy rozciągały się daleko za dwa morza. I tak zostałem porzucony.
Szalony z bólu postanowiłem pozbawić się życia, lecz przedtem zemścić się, zabijając swojego znienawidzonego rywala. Stosowaniem przemocy brzydziłem się. Na samą myśl o zbrodni robiło mi się zimno, lecz moja zazdrość wzięła górę. W przeddzień oddania mu mojej ukochanej zmarł otruty przeze mnie, bo taki środek uznałem za najłatwiejszy. Tak można wyjaśnić moje wspomnienia z przeszłości. Tak żyłem. Żyłem i muszę żyć po raz kolejny. O mój Boże, miej litość dla mojej słabości i moich łez. Współczujemy panu nieszczęściu, które opóźniło pański rozwój i szczerze pana żałujemy. Skoro jednak odczuwa pan żal, to Bóg zlituje się nad panem.
Proszę nam powiedzieć, czy wówczas urzeczywistnił pan zamiar popełnienia samobójstwa? Nie. Wyznaję ze wstydem, że w moim sercu znów odżyła nadzieja, więc chciałem wykorzystać owoce tej zbrodni. Ale zdradziło mnie wyrzuty sumienia. Odpłacono mi za mój wybryk. Zostałem powieszony. Czy w swym ostatnim istnieniu był pan świadomy swego złego czynu? Tylko w ostatnich latach mego życia. I oto w jaki sposób. Byłem z natury dobry, jak wszystkie duchy morderców.
Najpierw zostałem ukarany nieustannym widokiem swej ofiary, który towarzyszył mi jak żywy wyrzut sumienia. Wyzwoliłem się od tego po długich latach modlitw i żalu. Następnie rozpocząłem nowe życie. To, które właśnie się zakończyło. Przeżyłem je spokojnie i bojaźliwie. Intuicyjnie wciąż wyczuwałem swą wrodzoną słabość i wcześniej popełniony błąd, o którym zachowałem uśpione wspomnienie. Jednak pewien mściwy, opętujący duch, będący nikim innym jak ojcem mojej ofiary, bez trudu mną zawładnął i sprawił, że w moim sercu jak w lustrze odżyło wspomnienie przeszłości. Ulegając na przemian jego wpływom i wpływom mojego opiekuna, który mnie chronił, raz byłem trucicielem, a raz ojcem rodziny, który swą pracą zdobywał chleb dla sześciorga dzieci. Opętany przez tego demona zostałem popchnięty do samobójstwa. To prawda, jestem winny, lecz mniej niż gdybym sam podjął tę decyzję.
Samobójcy mojej kategorii, którzy są zbyt słabi, by oprzeć się duchom opętującym, są mniej winni i łagodniej karani od tych, którzy odbierają sobie życie tylko dlatego, że taka jest ich wola. Módlcie się za mną, aby duch, który miał na mnie tak fatalny wpływ, wyzbył się swych mściwych myśli. Módlcie się także za mnie, abym nabrał sił i energii niezbędnych, by nie upaść w próbie i oprzeć się pokusie samobójstwa z własnej woli, której, jak mi mówią, zostanę poddany w moim najbliższym wcieleniu.
[03:06:10] - Do wcześniej omówionych zagadnień możemy dorzucić samobójstwo wynikające z szantażu emocjonalnego, które jest równocześnie już wspomnianym samobójstwem z zemsty i samobójstwem z poświęcenia. W tym przypadku mówimy o samobójstwie z zemsty i szantażu emocjonalnym, gdy na przykład chłopak odbiera sobie życie, ponieważ dziewczyna nie chciała się z nim spotykać. Czy dziewczyna w takiej sytuacji powinna mieć wyrzuty sumienia? Absolutnie nie. Nie można ulegać szantażowi emocjonalnemu, ponieważ jest to próba zniewolenia człowieka bazująca na strachu i miłosierdziu osoby szantażowanej. Inaczej niż w przypadku eutanazji, gdzie pomoc w jej dokonaniu jest współudziałem w zabójstwie, dziewczyna swoją odmową nie pomogła chłopakowi w odebraniu sobie życia. Zawsze to samobójca jest odpowiedzialny za swoją śmierć, o ile oczywiście intencje w tej sytuacji dziewczyny były czyste. Drugą formą samobójstwa wynikającego z szantażu emocjonalnego jest w tym przypadku tak zwane samobójstwo z poświęcenia. Przykładem jest strajk głodowy, gdzie dochodzi do śmierci człowieka. Chociaż strajkującemu zwykle przyświeca jakaś idea, sam fakt, że doprowadza on do własnej śmierci jest godny potępienia i w zaświatach duch takiej osoby nie powinien z pewnością liczyć na jakąś taryfę ulgową.
Nie wiadomo, czy gdyby człowiek przeżył, czy nie udałoby mu się osiągnąć celu w inny sposób. Śmierć takiej osoby nie jest jej przeznaczeniem i podlega ona takiej samej karze jak śmierć samobójców egoistycznych. I tym sposobem dochodzimy do punktu, w którym kwestia samobójstwa z poświęcenia może zostać lepiej rozwinięta. Ale uwaga! Co jest samobójstwem z poświęcenia, a co jest śmiercią wynikającą z poświęcenia? Autorzy niektórych książek o samobójcach podają jako przykład los Maksymiliana Kolbe, który, powiem, bo może nie wszyscy wiedzą, w Auschwitz poszedł na śmierć za innego więźnia. Trafił on do celi głodowej, ale przeżył i ostatecznie został zamordowany zastrzykiem fenolu w serce. W tej konkretnej sytuacji życie Kolbego od początku do samego końca znajdowało się w rękach innych ludzi, którzy gdyby odstąpili od wykonania wyroku, duchowny by żył. Intencją Maksymiliana Kolbe nie było popełnić samobójstwo, ale uratować więźnia, który, nawiasem mówiąc, przeżył wojnę. Więc jeszcze raz podkreślam: Maksymilian Kolbe nie popełnił samobójstwa jako takiego.
Niemniej w literaturze fachowej czyn taki tego rodzaju zostaje sklasyfikowany jako samobójstwo pośrednie i równocześnie samobójstwo okazyjne. Samobójstwo pośrednie jest wtedy, gdy działanie osoby dopuszcza możliwość zaistnienia śmierci, czyli na przykład w przypadku sapera, który rozbraja bombę, której to nie da się przewieźć w bezpieczne miejsce w celu jej zdetonowania. Jeżeli intencją sapera jest uchronić innych przed skutkiem eksplozji, a popełni błąd i zginie, wówczas z moralnego punktu widzenia samobójstwo nie miało miejsca. Człowiek chciał żyć. I dalej. Samobójstwo okazyjne jest wtedy, gdy zaistnieje działanie skierowane na osiągnięcie jakiegoś dobrego celu i równocześnie wiąże się z tym nieunikniona śmierć. Teoretycznie tylko do pełnego usprawiedliwienia takiego rodzaju śmierci, takiego aktu, konieczna jest jeszcze racjonalna racja, racja odpowiednio ważna. Ale to też jest bardzo złudne. W książce „Niebo i piekło” Allan Kardec przytacza rozmowę medium z duchem samobójcy, który chciał swoją śmiercią uchronić syna przed służbą wojskową. Komunikat został spisany pismem automatycznym podczas seansu spirytystycznego.
[03:10:38] - Wywołanie. O, dziękuję. Tak bardzo się cieszę. Ale to sprawiedliwe. On mi jednak wybaczy.
[03:10:47] - Proszę uzupełnić puste miejsce, które pan zostawił.
[03:10:50] - O nie. Nie jestem godzien.
[03:10:53] - Mówi pan, że pan cierpi. Zapewne żałuje pan samobójstwa, ale czy jego przyczyna nie powinna zapewnić panu trochę wyrozumiałości?
[03:11:00] - Moja kara będzie krótsza, lecz czyn sam w sobie jest zły.
[03:11:03] - Czy mógłby nam pan opisać, jakiej kary pan doświadcza?
[03:11:07] - Cierpię podwójnie, duszą i ciałem. Cierpię tym ostatnim, choć go już nie ma. Podobnie jak osoba po amputacji cierpi, czując to, co jej odcięto.
[03:11:18] - Czy do tego kroku popchnęła pana wyłącznie sprawa syna, czy może był jeszcze jakiś inny powód?
[03:11:23] - Kierowała mną tylko ojcowska miłość, ale kierowała mną źle. Z tej przyczyny moja kara będzie krótsza.
[03:11:32] - Czy przewiduje pan koniec swych cierpień?
[03:11:36] - O nie! Nie wiem, kiedy nastąpi. Jest jednak pewne, że do tego dojdzie. I to jest moją pociechą.
[03:11:45] - Przed chwilą nie mógł pan napisać słowa Bóg. Tymczasem widzieliśmy już duchy cierpiące, które je pisały. Czy to jakiś element pańskiej kary?
[03:11:54] - Mógłbym to zrobić, wzbudzając w sobie ogromny żal.
[03:11:58] - To proszę zrobić ten wysiłek i spróbować napisać to słowo. Jesteśmy przekonani, że gdy się to panu uda, przyniesie to panu ulgę. Jesteśmy panu wdzięczni. Jesteśmy panu wdzięczni, że odpowiedział pan na nasze wezwanie i będziemy się za pana modlić, aby Bóg miał dla pana litość.
[03:12:21] - Tak, bardzo proszę. Bardzo proszę.
[03:12:26] - Nie wiadomo, jaki los spotkałby syna samobójcy, gdyby ten jednak poszedł do wojska. Może, jak napisał Kardec, młody mężczyzna znalazłby się w okolicznościach umożliwiających mu szybszy rozwój. Może zmieniłby przebieg wojny, a może uratowałby komuś życie. W jednej z książek znalazłem interesujący przypadek, który mógłby stanowić świetną podstawę do rozważań etycznych dotyczących właśnie samobójstwa z poświęcenia. Proszę sobie wyobrazić trzech mężczyzn idących przez pustynię, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zapasy wody są ograniczone i aby starczyło im tych zapasów do dotarcia do kolejnej oazy, po prostu jeden mężczyzna, jedna osoba musi się poświęcić, ponieważ dla trójki nie starczy, ale dla dwójki jak najbardziej. I teraz wspólnie dochodzą do wniosku, że któraś tam osoba musi odejść. I teraz na pierwszy rzut oka taka sytuacja jest godna pochwały. Człowiek, który postanowił się poświęcić, w gruncie rzeczy nic nie traci, ponieważ gdyby nie dokonał swojego wyboru, tak naprawdę i tak by umarł. Więc tak czy owak jego los jest przesądzony, można powiedzieć, i jest tragiczny. Tak samo jak w greckiej komedii, gdzie jakiekolwiek rozwiązanie by się nie nadarzyło, to zawsze będzie źle.
I tu po raz kolejny należy sobie zadać pytanie, skąd mężczyźni wiedzieli, że tuż przed wyczerpaniem zapasów wody nie nadejdzie nagle jakaś pomoc? Przecież mogli trafić na jakąś karawanę albo na amerykańskich turystów w hawajskich koszulkach z lodówkami pełnymi coca-coli. Nie wiem, wymyślam, ale przykładów może być wiele. Poza tym biblijna opowieść o mannie spadającej z nieba, gdy ludzie nie mieli już co jeść i mogli przecież umrzeć na pustyni, mówi właśnie o tym, że nie należy tracić wiary. Nie należy tracić wiary, ponieważ pomoc może nadejść w każdej chwili, w najmniej spodziewanym momencie. Człowiek, który odłączył się od swoich kompanów, aby umrzeć z pragnienia, popełnił takie samo samobójstwo, jak ojciec pragnący uchronić swojego syna przed wojskiem. W każdym razie Bóg nie jest bezmyślnym sadystą i mimo wszystko potrafi wynagrodzić dobre intencje, ale za samobójstwo trzeba odpokutować. Człowiek nie ma prawa w takim sensie decydować o sobie. Prawo to przysługuje jedynie Bogu z tytułu jego suwerennego władztwa nad człowiekiem. Zadając śmierć samemu sobie, człowiek narusza to prawo Boga i postępuje wbrew Jego woli, czyli źle.
Przed złem moralnym lepiej aniżeli samobójstwo chroni człowieka jego chęć wsparcia się pomocą Bożą. Zanim zamknę temat, chciałbym na chwileczkę wrócić do samobójstwa z poświęcenia. Jak już powiedziałem, akt Maksymiliana Kolbe nie był samobójstwem, lecz śmiercią zastępczą. W takiej sytuacji człowiek nie ma intencji umrzeć, choć liczy się z tym, że w wyniku podjętych przez niego działań śmierć może nastąpić. Na przykład strażak ginący w płomieniach podczas akcji ratunkowej nie jest samobójcą ani na przykład żołnierz, który zabezpiecza odwrót swojego oddziału, wiedząc, że będzie miał znikome szanse na ucieczkę przed wrogiem. Przykłady można mnożyć, ale ostateczny wniosek jest tylko jeden. Samobójstwem jest śmierć, która była zamierzona i na którą ostatecznie miał bezpośredni wpływ sam umierający. Jezus wiedział, że swoją działalnością doprowadzi do swojego ukrzyżowania, ale przecież decyzja o jego śmierci zależała od wielu ludzi i gdyby podjęli oni inną decyzję, Jezus mógłby dożyć nawet późnej starości. Czy ostatecznie wszyscy samobójcy zostają ukarani? Tak.
Samobójca zawsze źle się czuje z tym, co uczynił. Nawet w takich przypadkach, gdzie już przed śmiercią, samobójczą śmiercią samobójca nawraca się. Przeczytałem kiedyś o przypadku wywołania ducha chłopaka, który skończył z sobą, skacząc z mostu. Jego duch nie został potępiony, ponieważ zanim jego ciało roztrzaskało się o dno rzeki, on zreflektował się, że źle postąpił i zaczął żałować. Czas jest względny. To wiemy. Szczególnie w świecie duchowym. Więc kilkusekundowy upadek z wysokości w świadomości samobójcy może trwać Wystarczająco długo, aby jeszcze przed śmiercią przemyśleć sobie wszystkie sprawy i nawet poprosić Boga i bliskich o przebaczenie. Kończąc, trzeba jeszcze spojrzeć na ten problem z innej strony. Rodzice dzieci, które popełniły samobójstwo, mogą chcieć się obwiniać i oskarżać Boga, ale akt samobójczy nigdy nie jest wpisany w plan życia.
Bóg o tym nie decyduje. Bóg nie może powstrzymać człowieka, gdy ten chce ze sobą skończyć, ponieważ tym samym odebrałby mu wolną wolę. Za samobójstwo zawsze odpowiada samobójca. A co jeżeli samobójstwo jest wynikiem zaistnienia patologii w rodzinie? Z punktu widzenia samobójcy to nic nie zmienia, a z punktu widzenia rodziny? No cóż, trudno to tak jednoznacznie osądzać, ponieważ być może zadaniem rodziny było odciągnięcie człowieka od samobójstwa i po prostu zadanie to rodzinę przerosło. Może duch rodzica również kiedyś popełnił samobójstwo i teraz oto nadarzyła się okazja, w której może on przekonać się, jak to jest żyć z takim piętnem, z takim ciężarem. Oczywiście nie można tego wszystkiego bagatelizować, ale prawdą jest, że wszystkie błędy da się naprawić, a Bóg w swoim miłosierdziu pozwala nam na to i dlatego warto pokładać w nim nadzieję i ufać. To, co już powiedziałem, że nic w naszym życiu nie dzieje się bez powodu i wszystko czemuś służy. Każde życie kiedyś się kończy, a później dostajemy nową szansę.
I tak bez końca. I ja uważam, że to jest właśnie piękne. Ostatnia ważna rzecz i kończę. Jeżeli chcecie pomóc samobójcy, to módlcie się za niego. To jest jedyne, co możecie zrobić. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:19:40] - Było, proszę państwa, do pewnego stopnia poważnie. Do pewnego stopnia, bo chyba państwo zauważyli, że o tym zjawisku, o którym była mowa w audycji Bez Tajemnic, można albo mówić z przygnębieniem, albo z taką, wybaczcie państwo, kłubkowatą beztroską, ale można też próbować, tak jak w audycji Bez Tajemnic dojść sedna. O co w tym wszystkim chodzi? Jeśli nawet jest to droga fałszywa, jeśli nie o to właśnie, co wskazuje autor podcastu, chodzi, to zastanowić się nad tym zawsze warto. Czas, proszę państwa, na odrobinę literackich warsztatów. To sobie z dzisiejszej audycji zostawiłem na koniec. Jako pierwsza nasza korespondentka z Islandii Kamila Ciołko-Borgowska. Czas zatem na piszącą z fiordami. Odcinek 24 przed państwem.
[03:20:43] - Dobry wieczór wszystkim. Po dość długiej przerwie i od razu nadmienię, dlaczego ta przerwa miała miejsce. Otóż zasypało mnie trochę mentalnie i fizycznie i tak szczerze mówiąc ostatnio o czym mogłam myśleć podczas tego zasypania, to były problemy związane z pisaniem i z tworzeniem i z redagowaniem. Trochę się odkopałam i mentalnie, bardziej mentalnie, bo fizycznie to znowu nas zasypuje. Ale troszkę się odkopałam i wracam do was dzisiaj z takimi luźnymi pisarskimi uwagami. Myślę, że troszkę się rozkręcimy tematycznie z czasem. Dziś zaczniemy tak lekko, z taką pisarską przystawką i o czym będę do was dzisiaj tutaj opowiadać, o czym będę mówić? Nad czym będziemy się zastanawiać? Otóż pierwsza kwestia to taka, że miałam ostatnio troszkę pracy, takiej autorskiej, nad moim własnym prywatnym tekstem. I troszeczkę refleksji mi się zrodziło w związku z tą pracą, ponieważ moja druga książka pucuje się, makijażuje się i dopracowywuje się, aby w niedługim czasie, mam nadzieję jak najszybszym, ukazać się na rynku.
I teraz przyznam się wam, że prace autorskie, te wszystkie poprawki, uwagi od redaktora i to wszystko, co się z tym wiąże, sprawiło mi naprawdę nieukrywaną radość. Ale zanim do tej radości dojdę, to muszę wam powiedzieć, że takie poprawki, taka praca autorska, taka praca indywidualna to jest coś naprawdę ciężkiego. I jak już kiedyś wspominałam, potrzebne są takie olbrzymie pokłady pokory Ponieważ niestety, ale pisarz, ogólnie twórca powinien zaakceptować fakt, że jego dzieło może lekko kuleć. W momencie, kiedy pracujemy na tekście, który ma się wydać, każdy tekst powinien być dopracowany do jak najlepszego poziomu, na jaki autor i redaktor są w stanie sobie na to pozwolić. W momencie, kiedy ja wysyłam gdzieś mój tekst i jest to tylko i wyłącznie redakcja autorska, to jak już wcześniej wspominałam, bo ta audycja dzisiejsza to będzie w sumie takie podsumowanie tych wszystkich dotychczasowych audycji. Taka pigułka w pigułce. Ale o tym też za chwilę będę właśnie mówić. I ta praca autorska, te pierwsze poprawki, które autor robi sam, bez jakichś wskazań osoby z zewnątrz, to powinna być praca. I teraz tak, bo mamy dwie grupy ludzi, powiedzmy, że więcej, ale skupimy się na tych dwóch grupach ludzi. Mamy autora, który twierdzi, że w jego tekście nie ma prawa być błędów i ten tekst jest idealny i on go wysyła.
Ale mamy też autora, który będzie poprawiał, za przeproszeniem, do usranej śmierci i do momentu, w którym ktoś mu nie powie, że ten tekst jest już dobry, bo zrobił naprawdę dużo i widać poprawki to może go wysyłać. Bo zawsze jest tak, że każdy tekst można poprawiać w nieskończoność i można przedobrzyć, można go popsuć poprawkami i chodzi o to, żeby zrobić to jak najlepiej, ale nie żeby doszlifowywać jak diament. Poniekąd jak diament, ale nie żeby spędzić nad tym jednym tekstem połowę życia i wysłać go dopiero po tej połowie życia. Tylko w tym momencie mojej świadomości literackiej, mojego poziomu edukacji, mojego poziomu wiedzy literackiej, czy też zwykłej wiedzy. Bo też są błędy fabularne, nie tylko takie w budowie zdań, ortograficzne, leksykalne, bla bla bla. Ale są też błędy w tekstach, które związane są z rzeczywistością. Są to błędy takie po prostu fabularne. I te błędy też czasami się pojawiają i te błędy też dobrze jest poprawiać. I w momencie, kiedy kończymy pracę nad tekstem, musimy sobie jasno postawić sprawę i powiedzieć sobie samemu, ja jako autor, ja jako autorka, że ten tekst doprowadziłem do najwyższego poziomu, jaki teraz sam reprezentuję czy sama reprezentuję. I tyle.
I później mogę go na przykład wysłać do jakiegoś zaprzyjaźnionego redaktora czy do beta czytelnika. Aczkolwiek z beta czytelnikiem to też zależy od naszej wewnętrznej umowy, bo mogę mu wysłać tekst, który jest jeszcze surowy, bez takich totalnych poprawek i wtedy beta czytelnik będzie na przykład zaznaczał miejsca, w których tekst leży bardzo mocno. To jest wszystko indywidualne i tak samo, jak każdy z nas jest indywidualny, każdy z nas zupełnie inaczej pisze. No ale dobra, mamy ten tekst. Odleżał swoje. Bo wiadomo, jeśli pozwolimy mu leżakować, to on sobie jak dobre winko nabierze takiej mocy. A my nabierzemy odpowiednich, że tak powiem, okularów do oceniania tego, do lepszego spojrzenia na tekst. Ponieważ w momencie, kiedy tekst sobie odleżakuje i my do niego stracimy pewne przywiązanie, to będziemy na ten tekst patrzeć zupełnie inaczej. Czyli stracimy tą pewność, na pewno nie całą, ale część tej pewności, że wiemy, co chcieliśmy napisać. I w momencie, kiedy będziemy czytać ten tekst na świeżo, na nowo, po miesiącu czy po dwóch tygodniach, to wszystko jest indywidualne, to wyłapiemy większość błędów fabularnych i to nam po prostu ułatwi pracę.
Ja nie mówię, że zaraz trzeba temu tekstowi kazać leżakować, ale to jest bardzo dobre rozwiązanie, jeżeli mamy nauczyć się tego warsztatu. Bo nie oszukujmy się, na czymś trzeba ćwiczyć. I jeśli weźmiemy do ręki swój tekst z jakiegoś czasu wcześniejszego, to na pewno będą fragmenty, a może całość tekstu, nie wiem, przed którymi załamiemy ręce i będzie nam się zdawało, że zrobiliśmy coś katastrofalnego, coś okropnego. Ale jak już wspominam, na tamten okres, w którym to pisaliśmy, to było najlepsze, na co było nas stać, ponieważ każdy się rozwija, każdy nabywa jakiejś wiedzy. Jeśli pozwolimy sobie na to, żeby zerknąć na nasz własny tekst przez te okulary związane z czasem, te okulary, które zdobyliśmy poprzez to odleżakowanie, wtedy nabędziemy troszkę więcej wiedzy i umiejętności. Mam takie teksty, do których wracam. Mam dwa teksty, trzy nawet. Reszta została wyrzucona jako nienadająca się do niczego. W przyszłości mogę tego żałować. Nie mówię, że nie.
Może lepiej nie wyrzucać wszystkich tekstów, trzymać na pliku. Mamy dzisiaj pliki w komputerze. To zdecydowanie ułatwia ich przechowywanie. Ale jak się wyrzuca, to się wyrzuca, już na amen. Aczkolwiek mam takie pliki, do których planuję kiedyś wrócić, ugładzić je, ewentualnie przy jednym napisać go od nowa. Kiedyś to zrobię, ponieważ jak dzisiaj czytam, jak dzisiaj zerkam, wtedy wydawały mi się naprawdę fajne. Wtedy wydawały mi się naprawdę dobrze napisane, poprowadzone naprawdę fajnie. Dziś widzę, że wtedy to nie było fajne. Dziś zrobiłabym to zupełnie inaczej i dziś poprowadziłabym to troszeczkę inaczej. Dlatego tak jak mówię, to wszystko pozwala początkującemu pisarzowi na lepszą edukację, na lepsze poprowadzenie swojego warsztatu.
W momencie, kiedy już zaczynamy pisać te książki i postanawiamy pisać te książki w taki sposób, żeby pozwalały one nam się utrzymywać, to wtedy już nie ma czasu na takie odleżakowanie i bardziej kładziemy nacisk na pracę beta czytelników, redaktora i tak dalej. Ale w momencie, kiedy chcemy się doszkolić, w momencie, kiedy chcemy popracować nad naszym warsztatem, bo jeszcze jednak nie jesteśmy na etapie, żeby się utrzymać z pisania. Bo nie oszukujmy się, niewielu pisarzy jest w stanie utrzymać się z pisania. Sporo czasu podczas początków związanych z pracą nad warsztatem, poprawą warsztatu, to praca nad tekstem. To powrót, poprawki. To jest ciężka praca, ale jeśli to jest mój tekst, to ona daje też dużo frajdy. Zauważyłam, to takie moje wewnętrzne wnioski, że w momencie, kiedy już po tych wszystkich poprawkach, po tych wszystkich redakcjach, uwagach, odsyłaniu tego tekstu w tę i z powrotem. W momencie, kiedy już mamy dość naszego tekstu, bohaterowie już nam wychodzą bokiem i mamy ochotę rzucić to wszystko w kąt, to nadszedł moment, kiedy ten tekst jest już mniej więcej dobrej jakości tekstem. Czyli włożyliśmy już w ten tekst wystarczająco pracy i praktycznie osiągnęliśmy ten nasz dzisiejszy szczyt naszych umiejętności, który mamy na tą chwilę. Ja wam powiem tak, że w momencie, kiedy poczułam, że już mam dość tej mojej bohaterki, że już nie mam ochoty patrzeć na ten tekst, już mam go dość.
Mam dość tej historii i w ogóle nikt tego nie będzie czytał, bo ta historia jest słaba i źle opowiedziana. Nie żebym reklamowała tą książkę, tylko mówię o swoich odczuciach odnośnie tych wszystkich poprawek. To jest właśnie już dobry moment, że ta książka jest w całkiem dobrym stanie. Bo to i redaktor włożył trochę pracy, i ja włożyłam trochę. Nawet nie trochę, bo powiedzmy, że to było sporo pracy. I można już uznać, że ten efekt finalny majaczy nam na horyzoncie. I to jest dobry moment. W sumie największym moim wnioskiem związanym z pracą nad moją drugą książką i moimi refleksjami związanymi z pierwszą książką, to jest temat pewnych wyrazów, które pojawiają się bardzo często. Mamy taką fanaberię, bardzo indywidualną. U każdego autora jest ona zupełnie indywidualna.
Czytając książki danego autora można zauważyć, że jest tam jakiś zwrot, jakieś określenie, jakiś wyraz, coś, na czym mózg autora się zafiksował i czego używał nadmiernie. W momencie pisania pierwszej mojej książki mój mózg zafiksował się na wyrazie „jednak”. I on pojawiał się chyba milion razy w tej książce. Chyba przesadzam, ale pojawiał się bardzo często. Bardzo umiłowałam sobie to słowo. I podczas redakcji załamywałam ręce, bo to wszystko trzeba było poprawić. To wszystko trzeba było napisać tak, żeby wyglądało dobrze, żeby to „jednak" nie pojawiało się w co drugim akapicie, żeby to „jednak" nie pojawiało się w co drugim zdaniu. Przeglądając ten tekst zauważyłam, że to „jednak" pojawia się tak często, że to jest przerażające. Patrząc na drugą książkę naprawdę bardzo się starałam tego „jednak" nie wklepywać w takiej ilości jak w pierwszej. Ale zwracając uwagę na słowo „jednak", pominęłam zupełnie słowo „który", „która", „którzy".
Boże, ile tego było w tej drugiej książce! Ile razy redaktorka zaznaczała mi na czerwono, bo ja tego naprawdę nie wyłapałam. I właśnie po to jest ta redakcja. Po to są beta czytelnicy, bo niektórzy naprawdę są takimi pasjonatami słowa, że będą wam to zaznaczać. Nie mówię, że od razu wszyscy. Zależy, jak się ugadacie z tym beta czytelnikiem, jak on podchodzi do waszej literatury. Bo może on chce tylko sprawdzić, jak fabuła leży. Nic nie będzie tutaj robił, nic nie będzie poprawiał przy tekście. Ale są też tacy, którzy na przykład napiszą w uwagach: „Słuchaj, bo jest za dużo w tym tekście takich i takich zwrotów, takich i takich określeń". Podczas czytania mojej „Marysi", bo jest tak, że jak przychodzi do mnie tekst do poprawki, to najpierw robię te poprawki, które są zaznaczone, akceptuję i potem jeszcze raz przeglądam.
To jest sporo roboty, ale myślę, że to jest najlepsza z możliwych dróg, przynajmniej w moim przypadku. I teraz powiem wam, że jest też masa rzeczy, które będę musiała poprawić, bo moi bohaterowie ciągle robią coś z rękoma. Naprawdę bez przerwy opisuję, co oni robią z rękoma i wiem, że na przykład przy następnej książce będę musiała jakoś to ograniczyć. To jest moje prywatne odczucie. Nie wiem, jak czytelnik to odbierze, ale podczas tego czytania zauważyłam, że moi bohaterowie ciągle coś robią z rękoma i ja zwracam ciągle uwagę w tym tekście, co oni zrobili. Założył ręce, pomachał. Może ilość tych wspomnianych czynności jest zupełnie naturalna, jest zupełnie neutralna. Z wnioskami odnośnie tego będę czekała na odzew od czytelników, bo to jest tak zawsze, że autorowi wydaje się na przykład, że wspomniał za mało o czymś, wspomniał za dużo o czymś, jakoś źle to napisał, a czytelnik i tak to odbierze po swojemu. Zupełnie inaczej niż autor chciał bardzo często. I teraz, jeżeli chcemy coś na przykład poprawić przy następnej książce, bo uznajemy, że to nam nie pasuje, to powiem wam, że grono czytelników może uznać to za element waszego stylu i uznać, że tego zmieniać nie trzeba.
Nie mówię, że to koniecznie tak będzie, ale istnieje takie prawdopodobieństwo. Dlatego dobrze jest później odbierać ten tak zwany feedback. Te opinie, które będą się pojawiać i będą zawierać informacje zwrotne odnośnie tego danego problemu, który nas gryzie, który nam wlazł za skórę i nie chce wyjść. I nie będę wam tu oszukiwać, że samo autorskie powiedzenie, że ja już tego nie będę robić, ja już to wywalam i nie będę o tym pisać, to w sumie może trochę skrzywdzić te następne książki, bo może czegoś zabraknie, może czegoś będzie za mało. A na przykład czytelnicy bardzo lubią te wtręty, jakieś określenia, gry słowne czy na przykład jak w moim przypadku te opisy czynności, które bohaterowie robią rękoma. One są bardzo związane z emocjami, bo na przykład założył ręce, wzruszył ramionami, uniósł ręce w geście poddania się czy tego typu rzeczy. To wszystko związane jest z emocjami, ze stanem psychicznym moich bohaterów. I jeśli ja to usunę, jeśli ja to wyrzucę, to może czytelnik poczuć pewien niedosyt. Dlatego dobrze jest na przykład poczytać sobie później opinie, czy też popytać czytelników, tylko też nie takich związanych z nami, którzy powiedzą: „Wszystko jest w porządku, wszystko jest pięknie, wszystko jest ładnie, wszystko jest cacy. Książka na najwyższym poziomie.
10/10", bo każdy chciałby to usłyszeć, a nie zawsze jest to prawda. I jeśli mamy już ten tekst i chcemy przy następnym już nie popełniać tego typu błędów, to możliwe, że nam się to uda. Bo problem pod tytułem „jednak" nie pojawił się w drugiej książce, ponieważ bardzo się pilnowałam. Ale pojawił się za to inny problem pod tytułem „który", „która", „którzy". I ten problem należało zlikwidować w tej książce. I jeśli będę przy następnej książce próbowała unikać tych dwóch słów, to na bank obiecuję wam to pojawi się coś zupełnie nowego. I Tak samo w waszym przypadku też pojawią się jakieś wtręty, opisy, zwroty, których będziecie używali nagminnie, które nie zawsze są potrzebne, czasem są zbędne w 110%. Co ja mogę wam jeszcze powiedzieć? Że tak łatwo się tego nie pozbędziecie i niestety to będzie wracać. Nie ten dany problem będzie wracać, tylko jakiś inny wtręt, inne określenie, inny zwrot, inny wyraz będzie was dręczył w następnym tekście.
Niestety takie życie pisarza, ale spokojnie, dacie odleżeć tekstowi, wrócicie do niego i wyłapiecie część baboli, albo betaczytelnik wyłapie, albo redaktor na końcu. Tylko też pamiętajcie, żeby nie zwalać całej roboty na redaktora, że napiszecie jakiś beznadziejny tekst. Bo w sumie wydawca nie będzie chciał wydawać tekstu, który będzie zredagowany przez autora, tą autorską redakcją, byle jak. Bo to będzie ciężkie dla wydawcy, a on nie chce wkładać zbyt dużo energii, zbyt dużo pieniędzy, bo każdemu trzeba zapłacić za wydawanie czegoś, co jest notabene słabe. Dlatego trzeba tekst doprowadzić do takiego stanu najlepszego, na jaki sobie możemy pozwolić w danej chwili. To różnie bywa. Wiadomo, że i tak tekst wróci do nas czerwony od uwag, czerwony od komentarzy, podkreślony, wykreślony, zamazany i będziemy się zastanawiać, kto uznał nasz tekst za ciekawy, skoro jest tyle do poprawy. To też wszystko jest normalne. Są rzeczy, które można poprawić, ponieważ historia sama w sobie, fabuła, opis, bohaterowie, wszystko może być zbudowane naprawdę rewelacyjnie, ale na przykład lepiej będzie brzmiało, jeżeli zbudujemy jakieś zdania troszeczkę inaczej. Przedstawimy wyrazy, bo na przykład szyk wyrazów jest kulejący.
Na przykład mamy jakieś powtórzenia w sąsiadujących zdaniach. Wtedy dobrze jest poprzestawiać, usunąć, zamienić. Tu się przydaje wtedy słownik synonimów. Korzystajcie z tego internetowego, czasem przydaje się. Jeżeli piszecie na komputerze, to on jest zawsze pod ręką, bo taki szeleszczący z kartkami trochę może rozpraszać i trochę sprawiać kłopoty z używaniem, bo trzeba szukać, marnujemy czas. Internetowy, słuchajcie, szybciutko wklikujemy nazwę. Jest taki bardzo fajny słownik synonimów. Używam, uwielbiam. Przydaje się też w poezji. Co jeszcze mogę wam powiedzieć?
Mogę wam jeszcze powiedzieć, że zawsze takie prace autorskie, redaktorskie są bardzo fajnym pomysłem na rozkręcenie się w momencie, kiedy na przykład mieliście jakąś przerwę, jakiś suchy, martwy pisarski okres. To pozwala trochę się rozkręcić przy rozpoczynaniu ponownym, systematycznym pisaniu. Choć wiem, że z tym systematycznym pisaniem to różnie bywa i niech się schowają wszyscy krzyczący, że codzienne pisanie jest najlepsze. Jest dobre naprawdę. Czasem nawet dobrze usiąść chwilę bez czekania na wenę, bo wena to akurat, jak już wcześniej wspominałam, marudna kobita albo nie kobita, zależy jak tam wygląda wasza wena. Ale w sumie wena marudna jest i nie zawsze się pojawia, kiedy chce. I dobrze jest, kiedy spotyka nas ta wena, kiedy zaczynamy pisać. Tak więc dobrze jest przynajmniej usiąść, popracować nad jakimś tekstem albo chociażby pomyśleć, jak coś tam zrobić. Ja ostatnimi czasy opracowywałam sobie kolejną część mojej książki i powiem wam, że troszkę pozmieniałam. Na tym głównie przez ten czas zasypania mentalnego, o którym wam wspominałam wcześniej, polegały moje prace pisarskie.
I to też jest bardzo ważne, bo w sumie takie rozmyślania o tym, jak ma wyglądać fabuła, jak mają wyglądać bohaterowie, to też jest proces pracy pisarskiej i też nie możemy jakoś go umniejszać w naszym pisaniu, bo bez tego będzie nam ciężko. Może niektórzy tak mają, ale nie każdy ma tak, że usiądzie do klawiatury i wszystkie pomysły spływają na niego w momencie pisania. On pisze i wszystko ładnie mu się układa w głowie. Bardzo często jest tak, że to sobie wszystko trzeba uporządkować, ugładzić, uklepać jak taką babkę z piasku, jak taki zamek z piasku. Bardzo dużo czasu poświęciłam na rozmyślania nad tą książką, nad relacjami między bohaterami w tej drugiej części, nad wyglądem pewnych scen, nad cytatami, które chcę tam umieścić, nad jakimiś istotnymi fragmentami, jak chcę to przekazać czytelnikowi, nad zakończeniem, nad tymi punktami zwrotnymi. Jeśli ktoś wam powie, że to nie jest praca pisarska, to będzie kłamał wierutnie. To będzie naprawdę bardzo duże kłamstwo z jego strony, ponieważ jeżeli nie macie zawsze czasu na to, żeby usiąść i popisać, bo życie jest, jakie jest. Nie zawsze damy radę znaleźć nawet te pięć, 10 minut na popisanie, bo na przykład wracamy z pracy, mamy dzieci, mamy dom, mamy Mount Everest prania, który czeka pod pralką. Mamy pełen zlew brudów i to wszystko na nas czeka I powiedzmy, że nie starczy nam rąk w domu do ogarnięcia tego wszystkiego, to przecież nie usiądziemy i nie będziemy pisać. Fakt, że można część obowiązków sobie odpuścić, bo nie wszystko musi być zrobione na hop siup, na tu i teraz.
Ale kiedy wracamy z pracy po naszym normalnym etacie, kiedy siadamy w domu i musimy jeszcze coś zjeść, ugotować, ogarnąć dzieci, jest praca domowa i zajęcia dodatkowe i pies na spacer i kot na balkon, i weterynarz i nie wiem co jeszcze, to po prostu nie mamy siły nawet. Więc dobrze jest przynajmniej chociaż troszkę sobie pomyśleć, jak chcemy zbudować. Jeżeli na przykład piszemy opowiadanie krótkie czy powieść, jesteśmy w trakcie pisania powieści, to nigdy, ale to nigdy nie miejmy do siebie pretensji o to, że na przykład dzisiaj nie popisaliśmy, bo takie pretensje będą męczyć nas psychicznie, będą nas dołować, będą nas ściągać w dół i na pewno nie pomogą w osiąganiu takiej radości z pisania. Bo pisanie to powinna być radość. Powinno być coś, co nas fascynuje, coś, co nas pociąga. Wzbudza takie zainteresowanie. Bo w momencie, kiedy będziemy odczuwać to pisanie tylko jako i wyłącznie obowiązek, to nie będzie tej radości. Nie będzie w ogóle tej ochoty do siadania do pisania. Dlatego dobrze jest chociaż przez chwilę sobie pomyśleć w momencie, kiedy ładujemy pranie do pralki czy ogarniamy naczynia w zlewie, czy zmieniamy kotu żwirek w kuwecie. To jest ten czas albo kiedy na przykład jedziemy autobusem.
Jeżeli jeździmy do pracy i z pracy autobusem, to mamy tą chwilę na przykład, żeby sobie ułożyć w głowie pewne fakty w naszym pisaniu, w naszym opowiadaniu czy w naszej powieści. To też się liczy jako pisarska praca. Nie taka przy klawiaturze stricte, która pozwoli nam zachować to, co przemyśleliśmy. Ale to jest praca, która pomoże nam wszystko ładnie ugładzić, wszystko ładnie ułożyć. Jak w szafie, jak otwieramy szafę, takie ładne ubranka są poukładane kolorystycznie, gabarytowo, czy na tej półce bluzki, na tej spodnie, na tej podkoszulki. I tak samo będziemy mieć z naszym pisaniem, jeżeli sobie w pewnych momentach dnia, kiedy mamy tą chwilę na oddech, pomyślimy sobie nad jakąś tam kwestią i sobie poukładamy. A ten bohater to będzie to, ten bohater, to będzie tamto. Te relacje to zrobimy tutaj tak i uwydatnimy je w tym i w tym momencie. I to już jest kolejny krok do tego, że w momencie, kiedy usiądziemy do klawiatury i będziemy zaczynać pisać, to wtedy nam pójdzie łatwiej, zdecydowanie łatwiej. I ta wena nie będzie musiała już stać nad nami i drapać po pleckach i dawać nam tego natchnienia, bo masę roboty zrobiliśmy wcześniej, kiedy mieliśmy jakieś inne zadania, nie mieliśmy czasu usiąść do klawiatury.
Dlatego też nie przeceniajmy tylko samego tego siedzenia przy klawiaturze. Przestańmy nie doceniać myślenia o naszych historiach, bo o ile efekt jest zupełnie inny, o tyle ważność takich czynności jest bardzo podobna. I w momencie, kiedy już usiądziemy do tego pisania, będziemy mieć już mniej więcej uklepane to wszystko, ułożone i usiądziemy. Będzie nam już zdecydowanie łatwiej ogarnąć historię, która tylko czeka na to, żeby ją już wtedy spisać. Bo już opracowaliśmy plan, opracowaliśmy wszystko po kolei. Mamy to nie zawsze spisane, bo nie zawsze mamy ten czas, nie zawsze mamy siłę, żeby to wszystko spisać, ale na pewno będzie nam zdecydowanie łatwiej, kiedy sobie już ułożymy w głowie to wszystko. To jest tak samo jak stajemy do gotowania. W momencie, kiedy sobie ułożymy w głowie plan działania połączony z przepisem i wiemy na przykład, że najpierw mamy pokroić cebulę, później jeżeli zrobimy na przykład jakiś leczo albo coś, cokolwiek i co mamy po kolei pokroić, co mamy na przykład podsmażyć, a co mamy później wymieszać, jakie przyprawy dodać, ile wody dodać. Zdecydowanie jest nam łatwiej, kiedy to sobie już w głowie ułożymy, niż jak staniemy przed zebranymi produktami i zaczniemy od gotowania wody na makaron, a wszystkie inne składniki będziemy kroić dopiero jak makaron będzie już ugotowany. To zupełnie zabieramy się zupełnie od tyłu, od zadka strony i to nam nie wyjdzie.
Dlatego dobrze jest najpierw obmyśleć wszystko, ułożyć i potem usiąść pisać. Tak więc zerkam teraz, że trochę się rozgadałam. Miało być krótko, a jest mniej więcej tak jak zwykle. To są takie moje prywatne, indywidualne wnioski, które wyciągnęłam z tego dość długiego okresu zakopania mentalnego i fizycznego. I chciałam się właśnie tymi wnioskami z wami podzielić, bo wiem, że bardzo często te właśnie rzeczy, które tutaj poruszyłam Są problematyczne dla osób, które dopiero zaczynają pisać i wiem, że stanowią one bardzo często duży problem. Największym problemem bardzo często jest już zdobycie pokory. Zaakceptowanie tego, że mój tekst ma błędy. Mój tekst ma rzeczy, które należy poprawić i inni ludzie mogą na pewno wskazać rzeczy, które poprawić trzeba, żeby tekst był jeszcze lepszy. Że mój tekst nie jest idealny w 100%. Mój tekst nie jest idealny do Nagrody Nobla na przykład.
Może kiedyś będzie, ale jeszcze nie teraz. I z tym optymistycznym przesłaniem życzę wam wszystkim dobrego wieczora i do zobaczenia następnym razem. Dobranoc.
[03:55:12] - Tak, to była pierwsza część warsztatów, a teraz część druga. I muszę sobie tu w tym miejscu teraz natychmiast jęknąć, bo państwo tego nie wiecie, ale ja już to wiem. Przed nami ostatni odcinek Alchemii Tworzenia. Ostatni. Już więcej nie ma, nie powstało. Póki co Katarzyna nie dała się namówić na kolejne. Nie tracę nadziei. Cały czas ufam, że kiedyś wrócimy do tego formatu. Ale tak, dzisiaj ostatnia Alchemia Tworzenia. Absurdy i dośmieszanie treści.
I ktoś powie... Ja to przeczytałem w jednym z maili. Ktoś zaproponował, żeby to od początku puścić jeszcze raz, bo ci, co słuchali audycji te kilkadziesiąt odcinków temu, to już dawno zapomnieli. Nie jestem przekonany. Ostatecznie te audycje cały czas sobie wiszą w internecie. Wystarczy po nie sięgnąć, więc pakowanie do nowych wydań starych treści chyba mija się z celem. Znajdziemy coś, co zastąpi mniej lub bardziej dobrze, ale jakoś będzie próbowało przynajmniej zastąpić Alchemię Tworzenia. Cały czas będziemy negocjowali z Katarzyną, może da się namówić. No i skończmy to przydługie gadulstwo w moim wykonaniu. Alchemia tworzenia zaprasza.
[03:56:43] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z Alchemii tworzenia. Skoro wy już jesteście i ja już jestem, to zaczynajmy. Alchemia tworzenia. Sponsorem inspiracji do dzisiejszego odcinka jest niezmiennie Salvador Dali. Zamierzam nakręcić film na temat historii paranoiczki zakochanej w taczce, upodabniającej się stopniowo do ukochanego, którego trupowi posłużyła jako środek transportu. Na końcu taczka przybierze człowieczą postać i stanie się ciałem. Dlatego film będzie nosił tytuł „Mięsna taczka”. Jak zapewne zauważyliście po tytule odcinka albo zwyczajnie po tym cytacie, dzisiaj pobłądzimy trochę po świecie absurdów.
Wiadomo, że nie byłabym sobą, gdybym nie przytaszczyła ze sobą naszego zmurszałego, właściwie mojego zmurszałego Słownika języka polskiego w wersji papierowej. Pokrótce zobaczymy, co nam słownik mówi na temat słowa absurd. Żebyśmy mieli główny człon tego, o czym rozmawiamy. A zatem: absurd. Znaczenie pierwsze: niedorzeczność, nonsens. Znaczenie drugie: filozoficznie — wypowiedź sprzeczna. Absurdalny: niedorzeczny, pozbawiony sensu, wewnętrznie sprzeczny. Definicje za nami. Pomyślałam o tych absurdach, że przed wakacjami troszeczkę będzie luźniejszy odcinek, trochę z przymrużeniem oka. I teraz po co w ogóle wywlekam te absurdy?
Osobiście jestem fanem absurdów, dlatego myślę, że uznałam ten temat za istotny. Natomiast jak najbardziej serdecznie zachęcam, żeby każdy z was spróbował swoich sił w tym temacie. Oczywiście nie mówię tutaj, żeby od razu konkurować o miano następcy Pratchetta. Oczywiście jak chcecie, próbujcie. Natomiast czasami wystarczy jakaś krótsza forma albo jakiś jeden element. Do tego za chwilę przejdziemy. Natomiast myślę, że oczywistą rzeczą jest, że wiadomo, że nie w każdym momencie ten absurd będzie wskazany czy pożądany, bo prawdę mówiąc, to wszystko zależy między innymi od tematyki, w jakiej piszecie czy w jakiej się obracacie. Także tutaj musicie sami doskonale wiedzieć, na ile możecie coś wprowadzić, a na ile faktycznie może lepiej tego nie wprowadzać. Oczywiście to też jest kwestia stylu. Jeżeli wymyślicie, że faktycznie to ma być wszystko w patetycznym stylu, na poważnie, wszystko ma być takie ą, ę i ma być na przykład jeszcze mrocznie przy tym, to faktycznie może ten absurd nie będzie tam do końca pasował.
Aczkolwiek moglibyście podjąć próbę umieszczenia tego absurdu, gdzieś tam przemycenia. Może akurat niektóre rzeczy by podkreślił czy odciążył. Zresztą do tego też przejdziemy. Dlaczego warto czy co można z tym absurdem dalej robić.
[04:00:16] - Wiadomo, same okoliczności, w których używamy absurdu, zarówno pisząc w naszych powieściach, jak i na przykład stosując go w komunikacji później wokół naszych powieści czy naszych mediów społecznościowych i tak dalej. To wszystko też niestety będzie wymagało od was wyczucia, bo tutaj nie dam wam jednego gotowego przepisu na to wszystko. Natomiast myślę, że wy i tak sami wiecie najlepiej. Też właśnie ten absurd. Zależy, jaki pożądacie efekt. Czy to wszystko ma być po prostu czymś typowo komediowym? Może w ogóle piszecie komedię, a może piszecie niby nie komedię, ale na przykład sam narrator będzie komediowy albo jakiś jeden bohater. Musicie na początku sprecyzować, jaki chcecie efekt końcowy czy jaki efekt chcecie wywrzeć na czytelniku i wtedy do tego dobierać elementy. Teraz myślę, że takie pytanie, które mi się nasunęło tutaj, jak tylko w ogóle pomyślałam sobie o tym absurdzie, to przede wszystkim dlaczego warto sięgać po absurd? I teraz w kontekście na przykład tak jak wspominałam, mediów społecznościowych czy waszej marki osobistej.
Może zakładacie swojego fanpage'a, może macie bloga, może zakładacie fanpage waszej twórczości czy kanał na YouTubie, czy cokolwiek tam uważacie. To rodzaj absurdu stosowanego w komunikacji. To znaczy możecie na przykład pisać coś takiego patetycznego, na poważnie. Natomiast wasza komunikacja z odbiorcami jak najbardziej może zawierać znamiona absurdu czy po prostu wiadomo, poczucie humoru, żarciki i takie rzeczy. To się nie będzie wykluczało, o ile to jest spójne z wami. Bo jeżeli absolutnie nie jesteście osobami takimi ze skłonnościami absurdalnymi, to wiadomo, że ten absurd, zwłaszcza na samym początku, będzie wam przychodził nienaturalnie, co z automatu akurat w komunikacji z potencjalnym odbiorcą może zostać odebrane jako jakaś taka sztuczność, jakaś taka nie za fajna poza. Także musicie tutaj akurat w tych tematach sobie to wyczuć. Aczkolwiek taki absurd może też pokazać waszą ludzką twarz, że mimo że piszecie na przykład na poważne tematy, to wcale nie oznacza, że jesteście wycofanymi z życia towarzyskiego ludźmi czy osobami bez poczucia humoru. Także musicie to sobie dobrać do siebie. Tak jak mówiłam, absurd też może być przydatny właśnie w samym budowaniu relacji.
Czyli tutaj, tak jak mówię, ten język komunikacji czy w ogóle relacji z waszym czytelnikiem, jeżeli absurd będzie przez nich odnajdywany w waszych treściach, tych bezpośrednich. Natomiast sama komunikacja w stylu absurdalnym może wam też pomóc przyciągać społeczność, nawet na zasadzie takiego kontrastu, że tutaj właśnie jest wszystko na poważnie, tematyka poważna, a na przykład pozwoliliście sobie na jakiś jeden post, taki bardzo humorystyczny czy jakiś tam jeden wpis od was. Samą społeczność można przyciągać na wiele sposobów. Zresztą dobra, dzisiaj nie na ten temat. Tak tylko podpowiadam, że zawsze gdzieś coś można. Także próbujcie. Oczywiście kolejną zaletą absurdu czy w ogóle sięgania po absurd jest jak najbardziej ćwiczenie poczucia humoru. To, że możecie go sobie używać w waszych treściach czy pisać sobie jakieś krótkie wierszyki, czy jakieś notatki sami dla siebie, na przykład w sposób absurdalny, to z automatu będzie przekładało się też właśnie na takie to wasze zwyczajowe poczucie humoru, ponieważ będziecie się troszkę otwierali na dużo więcej rzeczy czy wyłapywali może szybciej jakieś żarty sytuacyjne czy jakieś tam gry słów i tak dalej. Kolejną rzecz, którą mam tu jeszcze wypisaną, to jest ćwiczenie umiejętności łączenia wymyślonych faktów. Wiecie, jeżeli nawet piszemy kryminał czy czytamy kryminał, czy po prostu komponujemy jakąś intrygę w naszych fabułach, to wiadomo, że musimy mieć dane tak jak...
Dobra, chciałam wyjechać z ćwiczeniami z fizyki, ale może większość z was mogłaby poczuć się przerażona. Ale chodziło mi po prostu o to, że zbieramy sobie na przykład różne dane, różne zależności, które planujemy w tej intrydze, a później zestawiamy je ze sobą w różny sposób. Jeżeli pójdziemy w absurd, to absurd ma to do siebie, że właściwie to nic nas nie ogranicza, bo nie ma tam żadnych zasad. Wszystko możemy połączyć ze wszystkim i dzięki temu możemy właśnie ćwiczyć sobie naszą umiejętność, właściwie umiejętność naszego mózgu, żeby szukać logiki czy sensu w rzeczach, w których jej nie ma. Bo zapewniam was, że nasz mózg działa tak cudownie, że jeżeli tylko go poprosimy, on zawsze nam znajdzie sens i połączenie. Ale pamiętajcie, to też nie oznacza, że taka musi być prawda jakaś czy że odkryliście coś nowego. Może odkryliście, może nie. Wiecie, wtedy trzeba robić pogłębione badania. Kolejna rzecz jeszcze to właśnie takie rozładowywanie napięć w fabule. Czyli wiecie, czasami nawet jeżeli piszecie na poważnie, warto— ja nie mówię, że macie od razu wjechać z jakimś tam grubym absurdem, bo tak jak już ustaliliśmy wcześniej, dużo zależy od tematyki, stylu i okoliczności.
Aczkolwiek taka lżejsza scena czy jakiś humorystyczny dialog, może po prostu chociaż jedna wypowiedź któregoś z bohaterów może nam w bardzo łatwy sposób właśnie poprzeplatać sceny akcji czy sceny, gdzie faktycznie jest jakaś cięższa emocjonalnie scena. Taka chwila oddechu po prostu dla czytelnika, jak i dla was samych w trakcie pisania. Także myślę, że pewnie jeszcze byśmy znaleźli dużo więcej zalet absurdu. Ale lecę dalej, bo mam jeszcze tutaj trochę rzeczy zgromadzonych. Jak będzie trzeba, to możemy się wspólnie zastanowić może na jakiejś mapie myślowej, jakbyście mieli ochotę w naszej grupie facebookowej Alchemia Tworzenia. Zawsze robię dedykowane posty, więc jak najbardziej możemy tam też wrzucić raz na jakiś czas coś à la ćwiczenia, ale mam tu na myśli po prostu skorzystanie z narzędzia, w którym możemy brać udział wspólnie i coś razem budować. Dobra, słuchajcie, wiemy sobie, dlaczego warto sięgać po ten absurd i co to jest i tak dalej. Natomiast często jest tak, że nawet jak byśmy chcieli po niego sięgnąć, to są jakieś rzeczy, które nas w tym blokują. Oczywiście klasyczne, że ja nie mam takiego poczucia humoru czy ja nie mam wyczucia. Wiadomo, to jest klasyka rodzaju.
Natomiast pytanie, czy chcecie mieć? Jeżeli chcecie mieć, to na pewno znajdziecie sposób, jak to sobie wykształcić, czy jak edytować rzeczy, które macie, żeby wam działały na korzyść. Nieraz wspominam tutaj wiecie, taka konsoleta didżeja, suwaczki i sami decydujecie, czy coś robicie głośniej, czy ciszej. Jedną z takich właśnie większych blokad najczęściej są właśnie te wszystkie zasady rzeczywistości, w której żyjemy. Savoir-vivre czy po prostu to, co wypada, to, czego nie wypada i tak dalej. To bardzo często może generować w nas właśnie rodzaj takich zahamowań. Może to jest zbyt mocne słowo, ale mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi. Mam na myśli tutaj takie blokady, które sami na siebie często nakładamy. Chociażby te, o których wspomniałam na początku. To są rzeczy, które oczywiście czasami nie znikną w pięć minut.
Natomiast jeżeli blokują nas nasze wewnętrzne rzeczy, to tak jak wspominałam, tutaj jest już coś, co musimy bardziej przepracować. Natomiast jeżeli blokują nas zasady zewnętrzne rzeczywistości, z którą obcujemy na co dzień, to z tym tematem już jest dużo łatwiej. Tutaj możemy jak najbardziej stworzyć sobie na potrzeby naszego absurdu jakieś takie bezpieczne warunki. Na przykład mam to swoje miasteczko Bredni. Kiedyś wspominałam wam o tym. To jest moje uniwersum szkoleniowe, w którym robię treningi kreatywności i tam jak najbardziej głównym celem, dla którego stworzyłam to uniwersum, było właśnie stworzenie miejsca, w którym nie będą obowiązywały żadne zasady lub będą obowiązywały te zasady, które sam użytkownik sobie na swoje potrzeby wymyśli. I to wam polecam. Jeżeli właśnie chcecie stworzyć nawet jakieś absurdy, to wiecie, po prostu zwyczajnie musicie pozwolić sobie na wymyślenie jakiejś głupoty. Nie wiem, czy wam się zdarzało. Mi się zdarzało czasami usłyszeć gdzieś w życiu, nie tyle, że od rodziców, ale gdzieś tam z zewnątrz też, żeby nie gadać głupot, bo się ośmieszę, że nie warto i tak dalej.
A potem stwierdziłam: „Ej, ale co mi szkodzi? Nawet jak się ośmieszę, to co? Co z tego?”. I nie znalazłam jakichś takich grubych argumentów. Dlatego właściwie ten absurd wprowadziłam do rzeczywistości, z którą obcuję na co dzień i już żadne ośmieszenie nie jest mi straszne. Oczywiście kolejną rzeczą, też dotyczącą właśnie tych wewnętrznych naszych rzeczy, jest lęk przed oceną. W sumie trochę więcej o tym mówię w odcinku numer dwa, zdaje się. Tam chyba mówiłam i o hejtach, i o ocenach. Nie wiem, czy któryś odcinek też jeszcze by tam nie był wam pomocny. Szczerze, to teraz nie pamiętam.
Trochę tu gadam do was. Natomiast jak najbardziej jest to lęk, który też warto byłoby przepracować. Zwłaszcza w naszej branży, gdzie siłą rzeczy wcześniej czy później, jeżeli chcemy być pisarzami, to będziemy musieli gdzieś coś opublikować czy dać komuś do czytania. Tak że dobrze byłoby się odważyć i przełamać w tej kwestii. Kolejna z blokad to jest właśnie ten lęk przed ośmieszeniem swojego wizerunku. Tutaj właśnie pytanie też, na ile świadomie budujecie swoją markę, a na ile nie zastanawialiście się jeszcze nad tym. Tak że tutaj też trzeba byłoby zrobić za i przeciw. Natomiast wiecie, sprawa wygląda tak, że jeżeli nie macie jakiejś marki, nie zależy wam na tym i nie macie na to pomysłu, to nie macie się czym przejmować. Natomiast jeżeli już macie jakiś pomysł czy macie zbudowaną markę, zbudowany wizerunek, to wtedy warto po prostu, zamiast bać się jakiegoś ośmieszenia czy łączenia, czy tego, że ktoś was połączy z kimś na przykład niepoważnym, śmiesznym i tak dalej, to warto też troszeczkę sprytnie to ograć i wcześniej pomyśleć w razie czego, jakich argumentów mogę użyć, czy jak mogę wyjaśnić swoje podejście nowe. Na przykład jeżeli do tej pory wcześniej nie wprowadzaliście poczucia humoru czy absurdu gdzieś do komunikacji albo po prostu nie tłumaczcie nic, tylko róbcie, jak czujecie.
To też jest rozwiązanie. Wiadomo, że zawsze będą ludzie, którzy będą was podziwiali i zawsze będą ludzie, którzy gdzieś tam zawsze znajdą jakąś dziurę w całym i nie będą was podziwiali. Tak że nie ma co się tam martwić na zapas, po prostu reagować, kiedy sytuacja będzie. I tutaj też mam właśnie dopisany jeszcze lęk przed utratą powagi. No ale to w sumie z tym ośmieszeniem to bardzo blisko siebie leżało. Natomiast tutaj też tylko chciałabym jeszcze zaznaczyć, że często my sami boimy się w swoich oczach utracić taką powagę. A tutaj myślę, że z rozwiązaniem by przyszło właśnie stworzenie sobie takiej bezpiecznej przestrzeni na bycie niepoważnym, co też w sumie możecie we własnej komunikacji w mediach społecznościowych czy gdzieś tam ze światem zewnętrznym. Możecie też sami ustalać po prostu takie zasady. Czyli na przykład co środę będę wrzucał humorystyczny post. Na przykład coś, żeby to też było dla was niemęczące, naturalne.
Wiadomo, łatwiej byłoby mi na konkretnych przykładach pracować czy na konkretnych pytaniach. Dlatego jeżeli po przesłuchaniu tej audycji będziecie mieli jakieś, to zachęcam. Możecie zarówno przy postach w grupie napisać albo złapać mnie mailowo. Namiary na mnie na pewno znajdziecie bez problemu, także zapraszam i wtedy możemy jakieś indywidualne przypadki omówić. I ostatnia z blokad, która tak mi na szybko przyszła do głowy, to może też być troszeczkę zardzewiała: abstrakcyjność myślenia. Wypisałam to, natomiast bardzo często niby jako gatunek mamy to abstrakcyjne myślenie. To nas wyróżnia na tle innych zwierząt. Aczkolwiek mam wrażenie, że nie zawsze każdy z nas tego w pełni używa. Oczywiście, że jako pisarze to wiadomo, że już z marszu używamy tego więcej, ponieważ kreujemy różnych bohaterów, różne sytuacje. Natomiast czasami boimy się pójść o krok dalej czy zagłębić się w swojej abstrakcyjności.
Także myślę, że tutaj świetnym rozwiązaniem na rozruszanie czy odrdzewienie tej abstrakcyjności, jeżeli czujecie, że faktycznie moglibyście robić to jeszcze lepiej, to są różnego rodzaju ćwiczenia kreatywne. Myślę, że jedne z lepszych tutaj, a zarówno z prostszych, byłyby właśnie te ćwiczenia na skojarzenia różnego rodzaju. W poprzednim odcinku, zdaje się gdzieś pod koniec, podrzucałam wam pomysł. Zresztą chyba też na samym końcu rzuciłam ćwiczenie związane właśnie z budowaniem skojarzeń liniowych. Także zachęcam. To jest nic innego jak pytania kreatywne, ale nie chcę się już tutaj powtarzać. Także albo sobie zerknijcie pod koniec poprzedniego odcinka, albo namierzajcie mnie. O pytaniach w kreatywności, zdaje się, chyba też nagrywałam na swoim backstage'u z Twórczy. To jest mój kanał na YouTubie, także tam trochę więcej mówię o tym, dlaczego warto sobie zadawać pytania i różnego rodzaju rozkminy. Dobra, słuchajcie dalej.
Jak już to mamy, wiemy, co nas blokuje, wiemy, jak nad tym pracować, to może pora by się zastanowić nad takim czymś jak przepis na absurd albo właściwie jak sobie ten absurd skonstruować mniej lub bardziej. Jak budować absurd? Pierwsza rzecz, którą mam tu wypisaną. Nie wiem w sumie, na ile tu jest kolejność akurat istotna. Skoro wiemy mniej więcej, co nas blokuje i jak mniej więcej sobie z tym poradzić, to może pora zastanowić się nad czymś takim jak przepis na absurd. Dobra, brzmi poetycko. Natomiast tutaj po prostu chciałam zebrać przykłady absurdów czy przykłady użycia absurdu. Także zapraszam. Lecimy dalej. Pierwsza rzecz, którą tutaj sobie wypisałam, to taki absurd pod tytułem kontrznaczenie.
Czyli na przykład mamy sobie krzesło i chcemy posadzić na nim bohatera, czyli na przykład krzesło jako podłoga lub podłoga jako krzesło. Taki przykład, że możemy powiedzieć, że bohater usiadł sobie na środku salonu na podłodze i zwiesił nogi, jak gdyby siedział na krześle. I tutaj oczywiście możemy zostawić takie zdanie, które będzie totalnie pozbawione sensu i właściwie wprawi czytelnika w takie zawirowania umysłowe. Jak można siedzieć na podłodze i zwiesić z niej nogi? Zwłaszcza jeżeli na przykład wcześniej nie pisaliśmy, że to były jakieś schody czy jakaś specjalna podłoga. Natomiast jak najbardziej później możemy dopisać o specjalności tej podłogi. A może właśnie chodziło o jakąś grę słów lub o nawiązanie do poprzedniej sceny czy do jakiejś wypowiedzi bohatera. Natomiast tutaj mamy takie znaczenie, że z jednej strony wiemy, w jaki sposób się siedzi domyślnie na krześle i w jaki sposób się siedzi na podłodze, a wy zrobiliście takie trochę combo i pomieszanie znaczeń. Takie kontrznaczenie. Nie przychodzi mi teraz lepszy przykład do głowy.
Natomiast chodzi mi o takie kontrznaczenie, czyli albo siedzimy na prosto, albo siedzimy ze zwieszonymi nogami. Oczywiście, że można byłoby to ograć na różne sposoby. Mam nadzieję, że tutaj będziecie wiedzieli, o co mi chodzi. O taką przeciwność przedmiotów. Czyli na przykład mamy przedmiot, który używa się tak, a użyjmy go jak zupełnie inny przedmiot lub używając przedmiotu A, opisujmy go tak, jakbyśmy używali przedmiotu B na przykład. Nawet nie chodzi o samo używanie. Czasami to będzie w wypowiedzi jakaś gra słów. Jeżeli będziecie mieli ochotę, może bym wtedy postarała się stworzyć odcinek, gdzie może bym wyszukała przykładów absurdów różnego rodzaju lub najzwyczajniej w świecie posiedziała dłuższą chwilę i wymyśliła stado przykładów. Może takie małe szkolenie z tworzenia absurdów. Czemu nie?
Dalej jedna z myślę, nie wiem, czy fajniejszych. Ja chyba po prostu lubię tę metodę kreowania absurdów. To jest personifikacja. Możemy wziąć jakikolwiek przedmiot czy po prostu rzecz martwą, czy nawet jakąś cechę, część ciała, cokolwiek, co domyślnie nie ma osobowości i nie żyje życiem własnym. Po prostu ożywienie tego różnymi sposobami czy stosowanie czasowników bezpośrednich. Na przykład: Ekspres łypał swoim czerwonym okiem na Marcina i czekał. Z chwilą, kiedy mężczyzna rozpoczął poranną medytację, maszyna rozpoczęła proces autoczyszczenia. Oczywiście opisując to dalej, jeżeli ktoś nie ma ekspresu, może nie wiedzieć. Natomiast niektóre ekspresy mają coś takiego, że nagle zaczynają się czyścić tak po prostu i wtedy jest duży hałas, szum, syczenie i wszystkie inne rzeczy. Tutaj oczywiście taka ożywiona maszyna, tak jakby była wredna i chciała tylko zakłócić tę medytację.
Może chwilę wcześniej opisywaliście, że ten bohater był rozedrgany, potrzebował spokoju albo co chwilę coś mu przeszkadzało w medytacji. I kiedy już wreszcie wszystko załatwił, wszystko uciszył, usiadł, tu jeszcze ten ekspres wjechał. To jest też taki kierunek absurdu. Oczywiście tutaj nikomu chyba boków ze śmiechu nie zerwało w tym momencie. Natomiast tak jak mówiłam, to jest kwestia często też kontekstu czy tego, jakie te poprzednie sceny były. Myślę, że wiecie też, o co mi tutaj chodziło. Taka martwa rzecz, która też może mieć swój charakter w pewnym sensie. Kolejna rzecz tutaj, na przykład taki pomieszany kontekst użycia danego słowa, danej frazy czy po prostu danego elementu, który sobie wymyśliliśmy. Przykładowo: Był taki upał, że nawet powietrze załamywało się tuż obok autobusowego silnika. Załamywało się i ubolewało nad ludzką głupotą.
Tutaj mamy przykład gry słów, czy wręcz podwójnego znaczenia danego słowa. I też pomieszania kontekstu. Czyli z jednej strony mówimy o zjawisku fizycznym, atmosferycznym, takie falujące, załamujące się powietrze i upał i jeszcze ten silnik. Ale z drugiej strony mamy też to załamanie mentalne i że to powietrze jednocześnie mogło też ubolewać nad jakąś ludzką głupotą. Załóżmy, że bohater coś wcześniej zrobił, czy narrator opisuje jakieś zjawisko społeczne na przykład. Także tutaj chodzi mi o tego typu konteksty, czy użycia tych samych słów o różnym znaczeniu. Dalej. Myślę, że jednym z takich bardziej klasycznych absurdów to jest taka niespodziewana wizja. Tutaj właściwie ten cytat, od którego zaczęliśmy. Ta taczka, którą były przewożone zwłoki mężczyzny i ta taczka później zaczyna się przemieniać w tego mężczyznę.
Mamy tutaj bardzo niespodziewaną wizję dla naszego odbiorcy. Fajnie to, że przewozi się ciało taczką, jak ktoś gdzieś kryminały czytał, oglądał. Zresztą w sumie ma to sens. Natomiast już taczka, która się zamienia w człowieka, tu już się robi absurd. To już jest coś, co faktycznie zmusza czytelnika do takiej pauzy. Taka niespodziewana wizja, która go wyrywa z zasad codzienności, z którą obcuje w swoim życiu. Także to jest to. I tu mam jeszcze dopisaną taką frazę, takie słowo. Tutaj mam to napisane w kontekście tego, że może nie chcecie za bardzo szaleć z tymi absurdami. Natomiast faktycznie rozważacie, że może gdzieś warto byłoby wprowadzić jakąś taką bardziej komediową scenę czy jakiś element.
Tutaj taką technikę edytowania swoich treści, ja jej tak nie nazwałam, ja tylko tu sobie przywłaszczyłam czy zapożyczyłam słowo "dośmiesznianie", które w sumie dosyć często jest używane w kontekście montowania na przykład wideo na kanałach YouTube. To jest takie dorzucenie, podkręcenie danej sceny czy danego momentu w filmie, czy jakiegoś zdania, czy zjawiska prezentowanego. Takiego podkręcenia, żeby jeszcze bardziej wyeksponować żart albo żeby wręcz, mimo że tam nie było żartu, sprawić, żeby odbiorca się uśmiechnął wtedy, czy może żeby popatrzył na to wszystko z takim trochę przymrużeniem oka. Myślę, że to też się nam świetnie nada jako taki element też w trakcie naszego pisania, czyli nawet stworzenia takiej gry słów czy określenia, czy takie puszczenie oczka gdzieś do czytelnika. To nie musi być jakiś stand-up zaraz w książce albo że wszyscy wstaną i po prostu rykną śmiechem, tylko każdy będzie wiedział, o co chodzi. Tutaj na przykład w takim dośmiesznianiu możemy też ująć jakiś jeden element danej sceny. Może jakiś opis tego ekspresu do kawy. Niby to jest opis otoczenia, a jednak dorzucimy, dołożymy jeszcze naszemu bohaterowi. Albo może to być na przykład element dialogu, czyli jakaś wypowiedź, jakaś gra słów czy cokolwiek innego. Dalej.
Sama forma narracji. Chyba też już dzisiaj gdzieś o tym ciutkę wspomniałam, a konkretnie o języku narratora. Czyli możemy mieć na przykład bardzo poważne treści na poważne tematy, ale możemy na przykład stworzyć osobę narratora, która będzie mówiła o tym wszystkim w taki trochę lekceważący sposób. Albo wręcz prześmiewczy. Po prostu. To też często może być bardzo ciekawe zjawisko. Oczywiście, tak jak mówiłam na samym początku, zależy od efektu, jaki chcecie na samym końcu uzyskać. Takim dośmiesznianiem może też być sam bohater o funkcji trickstera. Trickstera znajdziemy sobie u Voglera. Ja wam wspominałam, zdaje się już o tej książce.
To jest podróż autora Christophera Voglera. W ogóle serdecznie polecam. Dla mnie to jest moja Biblia pisarska, jeżeli chodzi właśnie o fabułę, o konstrukcję. I tam mamy też różne funkcje bohaterów wypisane i między innymi mamy tam trickstera, który często jest oddzielną postacią, czy może jakimś pomocnikiem, mniejszym czy pobocznym bohaterem, który towarzyszy głównemu bohaterowi. Natomiast równie dobrze może to być sam główny bohater, który będzie miał takie cechy. Ale myślę, że to też od was zależy, bo równie dobrze sam antagonista, czemu nie, w waszych tekstach. Wszystko zależy od tego, co i jak opisujecie. Natomiast o co chodzi z tą funkcją trickstera? Trickster, czyli taki żartowniś. I tutaj chodzi o to, żeby ta postać wprowadzała swoistą energię żartu, czyli takiego trochę luzu, trochę oddechu.
Może to być też przydatne do takiego harmonizowania patosu. Trochę mówiłam wcześniej o tych scenach przeplatanych. Jeżeli mamy ciężkie sceny czy sceny nasycone opisami, czy nasycone akcją, to jak najbardziej taka postać może nam dać świetną furtkę do tego, żeby nawet zrobić tak czasami, jakbyśmy przesunęli kamerę, taki kadr poboczny, a ta postać robi jakieś dziwne rzeczy na boku. Tam, gdzie główna kamera tego nie wyłapie. Oczywiście mogą to też być u trickstera zdrowe szpileczki, takie trochę umoralnianie poprzez żart czy wytykanie jakichś cech, które bardzo często każdy z nas ma. Czy jakichś naszych mankamentów. I to oczywiście możemy wrzucać w formie żartu, czy nawet w formie samego tego trickstera, który na przykład będzie miał bardzo wyolbrzymione tego typu cechy. Sam trickster wprowadza też zamieszanie. I tutaj pozwolę sobie zacytować wam fragment. To jest fragment z książki Voglera, natomiast tam Vogler powołuje się właściwie na opracowanie Campbella, na wyniki jego badań i obserwacji.
A tu akurat chyba mamy przywołaną opowieść, którą również Campbell u siebie przywołuje. Campbell, czyli Joseph Campbell, „Bohater o tysiącu twarzy” zdaje się taka najbardziej popularna książka. Też autor warty pozgłębiania. Zarówno jego osoba, jak i jego twórczość. Przeczytam wam ten fragmencik odnośnie wprowadzania zamieszania poprzez takiego trickstera w fabułę. Tricksterzy lubią wprowadzać zamieszanie dla samej przyjemności takiego działania. Joseph Campbell przywołuje opowieść o nigeryjskim bogu figlarzu Edshu, który wędruje w kapeluszu, którego każda ze stron jest w innym kolorze. Rolnicy pracujący po jednej stronie drogi twierdzili, że widzieli staruszka w białym kapeluszu. Zaś ci, którzy byli z drugiej strony drogi, twierdzili, że starzec miał kapelusz czerwony. Wywiązała się awantura, prawie doszło do bójki, zaś Edshu, wykorzystując całe wydarzenie, ostatecznie stwierdził: „prowokowanie awantur sprawia mi wielką przyjemność”.
Jak widzicie, mamy tutaj tego trickstera, który właściwie to on tak nie do końca musiał być tu głównym bohaterem, bo na przykład ta historia cała, nie znam jej w oryginale. Więc teraz trochę będę sobie dywagować na ten temat, bo nie wiem, w jaki sposób tam była narracja opisana. Myślę, że tu to był rodzaj przypowiastki. Natomiast załóżmy, że pisaliście o dwóch rodach rolniczych i te rody były bohaterami lub na przykład przedstawiciele tych rodów albo tylko jeden. Oni byli głównymi postaciami. Natomiast tutaj faktycznie mogłaby być taka scena poboczna, czyli kamera główna przesuwa się na jakiś inny kadr. Scena, która rozładowuje, bo na przykład już była jedna awantura między tymi rodami i potrzebujemy sceny, żeby na przykład rozładować jakąś opisaną bijatykę. I opisujemy właśnie jakiegoś tam tutaj tego boga, trickstera takiego, który sobie zażartował z nich tym kapeluszem. I potem z powrotem wracamy na główny plan kamerą i jest prawie kolejna bójka i jedziemy dalej z fabułą. Także samo zamieszanie, czyli tak jak mówiłam, nie muszą to być konkretne przykłady absurdu, ale może to być na przykład jeden element takiej sceny czy bohatera, który właśnie raz na ileś będzie się pojawiał i dośmieszniał temat.
W sumie tutaj, w tym miejscu tak mi się teraz przypomniało. Nie wiem, czy oglądaliście film „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”. To było o tym człowieku, który urodził się jako starzec i on potem przez całe życie młodniał, aż w końcu zamienił się w zarodek i zniknął. Natomiast ja bym ten film sklasyfikowała jako naprawdę taki gruby dramat. Natomiast nie wiem, czy pamiętacie, jeżeli oglądaliście. Tam co jakiś czas pojawiał się taki bohater trickster. Scena po prostu taka totalnie z offu, może nie tyle z offu, co po prostu taka scena poboczna, właściwie nie do końca związana z całą historią. Właśnie to była postać jednego ze starców, którego nasz bohater na samym początku poznaje w domu starców i on tam opowiadał o swoich przypadkach w życiu. A konkretniej był to człowiek, którego zdaje się siedem razy czy ileś razy uderzył piorun. I co jakiś czas, kiedy naprawdę już było bardzo ciężko emocjonalnie w samym filmie, pojawiała się taka scena, jak ten człowiek zostaje rażony prądem czy piorunem.
I z jednej strony to jest scena tragiczna, bo ten człowiek mógł zginąć i tak dalej. Natomiast jest to w tak humorystyczny sposób opowiadane przez tego bohatera. I oczywiście wszyscy wiemy, że on przeżył te uderzenia piorunem, bo przecież siedzi tu i nam opowiada, że faktycznie to działa na zasadzie takiego absurdu, dośmieszniania. I myślę, że taka scena poboczna jak tutaj z tym Bogiem w kapeluszu, czemu nie? To jest też coś, co myślę, że nawet jeżeli nie czujecie się mocni za bardzo w jakimś absurdzie, myślę, że spokojnie moglibyście spróbować zacząć od dośmieszniania. Czy to poprzez stworzenie takiego trickstera oddzielnego, który będzie to robił, czy może poprzez dorzucenie do waszego głównego bohatera jakichś cech. A może po prostu to będzie taka scena gdzieś tam totalnie odcięta od głównej historii. Tutaj jeszcze wypisałam sobie u Voglera ciekawą rzecz. On wspominał o tym, że często postać trickstera bardzo wpływa na zmianę innych bohaterów. W jakiś sposób, tak jak mówiłam o tych szpileczkach zdrowych, że w jakiś sposób pomaga tym bohaterom się zmienić.
Natomiast faktycznie sam trickster przez całą historię, przez naszą opowieść się nie zmienia. W sumie to jest też ciekawa technika, bo właściwie po co miałby się zmieniać, skoro on tutaj pełni jakąś konkretną rolę, konkretną funkcję. Aczkolwiek jeżeli będziemy mieli głównego bohatera trickstera, to fajnie by było jednak oś przemiany bohatera zrobić albo tak jakby mu rozdwoić tą jaźń, że tu będziemy mieli taką główną oś podróży bohatera, jego przemiany, jego przeżyć i tak dalej. Natomiast taka poboczna oś, jego oś tricksterska, która będzie co jakiś czas sobie wypływała na schemacie fabularnym. I wtedy ta oś nie musi się zmieniać. Natomiast ta główna warto, żeby się chociaż trochę, w którąś stronę zmieniła. Wypisałam sobie tutaj jeszcze coś takiego. Ja wam wspominałam o archetypach osobowości. Odcinek ósmy: ożywianie i projektowanie. Tam mówiłam właśnie o świadomym projektowaniu uniwersum i wspominałam o profilu psychologicznym postaci.
I tam was też odsyłałam do miejsc różnych odnośnie archetypów. Zresztą wspominałam już też dzisiaj o moim kanale na YouTubie. Tam też omawiałam archetypy osobowości. Tak pokrótce wszystkie 12, nawet 13. Korzystałam z opracowania Gabrieli Borowczyk, więc u niej jest o jeden archetyp więcej. I zdaje się, że jeszcze coś wspominałam o tym w odcinku numer 16. To był tytuł: prawdziwi i autentyczni. I tam mówiłam troszeczkę więcej o budowaniu bohaterów. Także jak najbardziej tam też myślę coś znajdziecie z tych informacji. Ale dobra, nie ogólnie o archetypach, bo chciałam wam przytoczyć jeden tylko z tych archetypów, a konkretnie archetyp błazna.
Okej, no i co z tymi archetypami? Archetypy osobowości, o których wspominam czy do których teraz nawiązuję, one niekoniecznie są przeznaczone do czynów, do działań literackich. To jest narzędzie coachingowe, narzędzie do rozwoju osobistego, czyli do pracy nad sobą tak naprawdę, czy szukaniem w sobie różnych archetypów, czy rozpoznawaniem, które mamy, które dominują. Aczkolwiek ja uwielbiam sobie na podstawie tych kart robić profile psychologiczne moich bohaterów. I tak sobie pomyślałam, że przytoczę wam, jak już mówimy o tricksterach, no to tutaj mamy właśnie taki klasyczny archetyp błazna. Natomiast pamiętajcie, że jeżeli byście chcieli korzystać z tych archetypów, trickster wcale nie musi być błaznem. To, że on ma poczucie humoru, że gdzieś tam w jakiś sposób umoralnia. Okej, natomiast równie dobrze może być osadzony w ogóle na innym archetypie. A zresztą zachęcam do tego, żeby robić combo archetypów różnych, więc wtedy możecie wziąć błazna i na przykład jakieś dwa inne. Zależy jak bardzo ta postać jest wam potrzebna.
W sensie jak bardzo jest potrzebne jej rozbudowanie. Bo jeżeli to jest jakiś tam mały element, epizod, może się okazać, że nie będziecie musieli bardzo jej rozbudowywać. A jeżeli to jest jakiś główny bohater czy towarzysz głównego bohatera, to zachęcam, żeby go troszeczkę lepiej przemyśleć i opracować. Dobra, oczywiście mam, tak jak mówiłam, archetyp z opracowania Gabrieli Borowczyk. Błazen. No i tu wam przeczytam jego cechy takie skomasowane, wypisane. Ma poczucie humoru i zaraża nim innych. Zachęca, by oderwać się od szarości i codzienności, przełamać stereotyp. Cechuje go radość życia i kreatywność, czasem też prowokacja. Żart jest w życiu potrzebny.
Może być sposobem na rozładowanie napięcia i rozluźnienie. Inteligentny, trafnie i błyskotliwie komentuje rzeczywistość. Bywa, że jak Stańczyk posuwa się do ironii i sarkazmu. Więc mamy tutaj takie ogólne cechy błazna, trickstera. Także jak najbardziej czerpcie sobie z tego, używajcie. Patrzę, czy coś tu jeszcze mam. Wiecie co? Nawet nie wiem kiedy dotarłam tutaj do końca moich notatek na dzisiaj. Przede wszystkim zachęcam was do tego w kwestii absurdu, żebyście się nie bali. Najzwyczajniej w świecie nie macie nic do stracenia.
Nic nie stracicie używając absurdu, natomiast możecie tylko zyskać. Bo zauważcie, że oprócz tego, że na przykład może zyskać wasza komunikacja ze społecznością, z waszymi czytelnikami Może zyskać sam czytelnik jako odbiorca waszego produktu, waszych tekstów, treści. Możecie zyskać wy sami, bo poćwiczycie swój mózg, swoje różne umiejętności, zardzewiałe mniej lub bardziej. Może dzięki takim ćwiczeniom zmieni się wasze poczucie humoru. Może zaczniecie łatwiej wyłapywać żarty sytuacyjne lub tworzyć je sami. Może do tej pory nigdy ich nie tworzyliście, a jak zaczniecie bardziej oglądać czy przyglądać się tematowi absurdów, to może się okazać, że zaczniecie inaczej patrzeć na waszą codzienność. Chciałam powiedzieć szarą, ale może się okazać, że ona wcale taka szara nie jest. Na moje pozytywne oko minus sześć są to same pozytywy. Natomiast oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że nie każdy z was będzie miał tyle korzyści z tego na samym początku zwłaszcza. Dobra, na początku wspomniałam wam, że jest to ostatni odcinek przed przerwą wakacyjną.
Jak najbardziej potrzebuję, żeby podrasować kolejne treści. A co więcej, stwierdziłam, że oczywiście nie będę sobie próżnować w wakacje, tak jak Alchemia sobie będzie odpoczywać. Więc was zachęcam do nadrobienia tych odcinków, które już są. A może tych, co dzisiaj polecałam. Może jednak potrzebujecie sobie tam zajrzeć, to jak najbardziej. Niech wam się dobrze używa. Natomiast ja w tym czasie będę robić nowy podcast. Będziemy tworzyć e-book z ekipą naszą. Nie wiem, czy tu wspominałam. Mamy zbiór opowiadań grozy „Nie otwieraj” na stronie Sigma.
Postanowiliśmy w tym roku zrobić sobie kolejne wyzwanie i tym razem tworzymy e-book w klimacie absurdów, więc jak najbardziej. Ja się z wami będę żegnała dzisiaj absurdami, a z absurdami sobie spędzę całe wakacje. Wam też życzę. I teraz jedna rzecz. Ten nowy podcast. Wspomniałam wam o moim miasteczku Bredni i pomyślałam, żeby stworzyć podcast, tak jak ten mamy tutaj, taki trochę na poważnie edukacyjny, tak tam będzie to skarbnica absurdów, zwłaszcza że będą to najzwyczajniej w świecie relacje z miasteczka Bredni. Jeżeli będziecie chcieli więcej sobie o tym miasteczku może jeszcze nie od razu doczytać, ale posłuchać czy zapoznać się z tematem moich treningów, to zerknijcie sobie na fanpage'a. To jest trening kreatywności Creative Quest. Albo po prostu poszukajcie mojego profilu i tam gdzieś zobaczcie w informacjach o mnie. Tam powinny być odniesienia.
Tam będę wrzucała informacje na temat podcastu. Jeszcze nie postanowiłam, kiedy go wystartuję. Na razie wiem, że muszę przygotować do niego materiały. Także dzisiaj zmierzam już ku końcowi, a od jutra działam już z moimi bredniami. I wiecie co? Skoro jesteśmy przy temacie Bredni, to pomyślałam sobie, że dzisiejsze zadanie, takie to kreatywne na sam koniec jak zawsze, będzie rodem z miasteczka Bredni. Dlatego zanim się z wami pożegnam, to tylko tak chciałam wam zarysować mniej więcej. Miasteczko Bredni ma dwa poziomy i górny poziom składa się z czterech dzielnic. Zadanie pochodzi z treningów fabularnych, które robiłam w terenie w 2019 roku. I to jest zadanie pochodzące z puli jednej z dzielnic, a konkretnie dzielnicy Złotego Kranu.
Ta dzielnica jest klimatem taka trochę w stylu Wenecji. Piękne klimatyczne kamieniczki i oczywiście kanały. Kanały i mosty. Tam mieszkańcy poruszają się w wielkich gondolach, a właściwie w łodziach bakłażańskich, czyli łodziach stworzonych z wielkich zmutowanych bakłażanów. Więcej wam o tym nie będę mówić. Myślę, że jeszcze istotna rzecz, żebyście pamiętali, że w tej dzielnicy to jest taka jedna wielka impreza, luzik. Myślę, że właśnie taki świetny klimat na wakacje, więc z tego miejsca już życzę wam udanych wakacji, inspirujących wakacji i żebyście wpadli na jakieś przełomowe pomysły w waszych treściach w te wakacje. Ja na dziś kończę i już nie przedłużam. Trzymajcie się ciepło, trzymajcie się w zdrowiu. Pa!
A teraz leci zadanko. Napada was banda chytrych bakłażanierów. No ileż można naprawdę? To wasza chwila. Wymyślcie pięć oryginalnych obelg, jakimi moglibyście ich obrzucić. Tylko kulturalnie tam. Pokonajcie ich siłą swojego intelektu.
[04:42:14] - To tyle, proszę państwa, jeśli chodzi o warsztaty natury literackiej. A teraz? Teraz, proszę państwa, czas na praktykę. Co mam na myśli? Na myśli mam literackie tête-à-tête naszej nieocenionej autorki, naszej współpracowniczki Krystyny Śmigielskiej. Dzisiaj spotkanie z Kazimierzem Szymeczko. Proszę państwa, czasami warto posłuchać, jak robią to inni ludzie, którzy już swoje napisali, którzy zapełnili wiele stron i to zapełnili te strony z sukcesem. Sukcesem mierzonym chociażby liczbą czytelników. Zapraszam zatem na literackie tête-à-tête.
[04:43:06] - Dobry wieczór państwu Długo zastanawiałam się, do którego z prowadzonych przeze mnie cykli zaliczyć naszą dzisiejszą audycję. Ale myślę, że chociaż będziemy rozmawiać z pisarzem kierującym swoje teksty do dzieci i młodzieży, śmiało możemy umieścić ją w „Literackim tête-à-tête”. Moim i państwa gościem będzie mieszkaniec Rudy Śląskiej, pisarz, laureat Międzynarodowego Konkursu Literackiego „Uwierz w siłę wyobraźni”, nauczyciel języka polskiego, bibliotekarz, opiekun osób niepełnosprawnych oraz zagorzały hodowca królików. Pan Kazimierz Szymeczko. Dobry wieczór, panie Kazimierzu. Witam pana w naszym „Literackim tête-à-tête”.
[04:43:58] - Dobry wieczór. Witam panią redaktor. Witam wszystkich słuchaczy.
[04:44:02] - Debiutował pan w 1996 roku, publikując w prasie, w „Guliwerze” i w „Świerszczyku”. Pierwszy tekst, który ukazał się w „Guliwerze”, czasopiśmie piszącym o literaturze dziecięco-młodzieżowej, dotyczył czy pan pamięta czego?
[04:44:24] - Tak, to był tekst „O wilku mowa obronna”. Powstał on nawet nie dla „Guliwera”, ale jako praca zaliczeniowa. Brałem udział w studium bibliotekarskim i w czerwcu oddałem pracę. Wracam na następny semestr jesienią, a tu praca przepisana komputerowo. Proszę sobie wyobrazić, połowa lat 90. Ale zalecenie pani, która prowadziła ten przedmiot: „Proszę to wysłać do Guliwera”. Nie chciałem, ale z duszą na ramieniu wysłałem. Otrzymałem bardzo miły list od pani profesor Papuzińskiej, wtedy redaktor naczelnej. I tak się zaczęło. „O wilku mowa” i nie tylko.
[04:45:09] - To bardzo piękny początek. Wspaniały debiut jak dla pisarza dziecięcego. W 2006 roku nakładem Wydawnictwa Literatura ukazała się pana „Zemsta Budzika”. Od opowiadania dzieciom bajek są przeważnie starsze panie z upiętymi na głowach siwymi koczkami, a nie młodzi mężczyźni. Skąd te predyspozycje, umiejętności nawiązania kontaktu z odbiorcą, rozpoznania jego potrzeb? Czy może pochodzi pan z dużej, wielodzietnej rodziny, w której relacje między młodszym a starszym rodzeństwem są sprawą naturalną?
[04:45:50] - Nie, nie pochodzę z dużej rodziny. Jestem jedynakiem, ale tak się składa, że pierwsze siedem lat rodzice budowali dom, a mieszkaliśmy jeszcze w domu dziadków. Także rodzina wielopokoleniowa. Wujek studiował na politechnice i naprzeciw jego wydziału była księgarnia rosyjska. Za grosze można tam było kupić pięknie ilustrowane książki. Czytać ich nie potrafiłem, bo w ogóle nie umiałem czytać. Po drugie były pisane po rosyjsku, ale co się naoglądałem, to moje. A przy okazji wieczorami opowiadało się różne rzeczy o utopcach. To są takie nasze wodniki śląskie. O innych stworach, takich jak skarbniki, o krasnoludkach.
I gdzieś tam z tego wszystkiego wyszedł dar czy potrzeba opowiadania. I choć nigdy nie chciałem być szefem podwórka, to zawsze mnie pytali: „Kaziku, w co się dzisiaj będziemy bawić?”. I Kazik musiał wymyśleć w co. Tak powstawały kolejne zabawy, kolejne opowieści. Stałem się takim, już w wieku lat 10, prasowym poetą, powiedzmy. A potem poszło. Miły z złego początki. Kazimierz Szymeczko, „Budzik”. Budzik pracowicie odmierzał czas, a gdy wskazówki stanęły na siódmej, zaśpiewał najpiękniej, jak tylko potrafił. I od razu dostał za to po głowie.
Wszyscy spieszyli się do pracy lub przedszkola. Gdy mieszkanie opustoszało, telefon zaczął pocieszać Budzika. „Nie martw się mały, damy ludziom nauczkę. Ze wszystkimi przedmiotami źle się obchodzą, a tobie obrywa się najczęściej”. „Ale ja lubię ludzi” pociągnął nosem Budzik. „Napisałem nawet wiersz. Głowi się Budzik, bo ma zmartwienie, bo wielu ludzi to straszne lenie. Sami wieczorem mnie nakręcają, a kiedy dzwonię i tak nie wstają. Co ja mam zrobić? Kto mi podpowie?
Nie chcę obrywać ciągle po głowie. Kiedy zadzwonię, biją mnie w ucho albo chowają mnie pod poduchą. I co tych ludzi właściwie złości? Czy mi zazdroszczą punktualności? A może za to biją mnie w głowę, że im przerywam sny kolorowe?”. „Wiersz niezły” ocenił telefon. „Ale może właśnie trzeba im trochę poprzerywać sen, żeby cię docenili. Ja się tym zajmę. Najczęściej tłucze cię ojciec, więc jemu damy nauczkę”. Gdy wieczorem wszyscy już zasnęli, telefon zadzwonił.
Ojciec poczłapał w jego stronę. „Czy to numer 247 49 56?” rozległ się głos w słuchawce. „Nie, pomyłka” mruknął ojciec i wrócił do łóżka. Około północy telefon znów się odezwał. „Tu salon sprzedaży budzików. Dziś w specjalnej promocji mogą państwo kupić budzik za jedyne 4 zł i 99”. „Mamy budzik! Co to za kawały?” Trzasnął słuchawką, aż telefonowi tarcza zawiroowała i powlókł się spać.
[04:49:13] - O trzeciej nad ranem znowu dzwonek telefonu przerwał mu sen. Cześć Harry, to ty jeszcze nie w pracy? Jaka dziś pogoda w Nowym Jorku? Przespany ojciec próbował tłumaczyć, że kiedy w Ameryce jest dzień, to w Europie jest noc. A tak w ogóle to nie nazywa się Harry. Budzik i telefon śmiali się cicho. O świcie telefon odezwał się po raz ostatni. Witam, jest 6:55. Pan zamawiał budzenie — rozległ się miły kobiecy głos. Nieee, niczego nie zamawiałem.
Mam piękny, dokładny budzik. Cudowny budzik. Po co mi budzenie telefoniczne? — krzyczał tata jeszcze kilka minut. Gdy wybiła siódma i budzik zaśpiewał, przytknął go do słuchawki telefonu. Słyszy pani? Taki mam budzik! Dał budzikowi całusa i delikatnie odstawił go na stolik. Poranne zamieszanie było większe niż zwykle, ale gdy ludzie powychodzili wreszcie z domu, wymęczony telefon i budzik zadzwonili wspólnie, podskakując z radości. Widzisz mały, ludzi trzeba sobie wychować — śmiał się poobijany telefon.
Może niepotrzebnie szukałem winy w sobie — zamyślił się budzik. Lubię ich. Kilka godzin później ułożył nowy wiersz. Stoi na stole budzik. Tykanie go nie trudzi. Dzień i noc sobie tyka. To taka praca budzika. Stoi na stole budzik. Dzwoni i budzi ludzi. Dzwoni o dobrym czasie, bo na budzeniu zna się.
Stoi na stole budzik. Nie śpieszy, nie marudzi i nikt się nie leni, choć wie, że ludzi nie zmieni. A może z pomocą telefonu odrobinę zmienił.
[04:51:11] - W 2013 roku został pan uhonorowany wspaniałym tytułem Ambasadora Polszczyzny Literatury Dziecięcej i Młodzieżowej. W „Literackim Teda Ted” nie miałam jeszcze przyjemności rozmawiać z pisarzem, który otrzymał takie wyróżnienie. Proszę nam opowiedzieć, kto przyznaje ten wspaniały tytuł i w jaki sposób należy sobie zasłużyć, żeby zostać nim uhonorowanym.
[04:51:40] - Oj, tak z pamięci to nie pamiętam dokładnie za co, ale chyba głównie za różnorodność. To był rok, kiedy wielkim ambasadorem został Sławomir Mrożek. Na scenie stałem obok pana Wojciecha Młynarskiego świętej pamięci i pani Anny Dymnej. No i jako pierwszy, bo to była nowa kategoria Ambasador Literatury dla Dzieci i Młodzieży. Właśnie za zasługi na tym polu odebrałem, bardzo godnie się zachowując, mogę powiedzieć dlaczego. Dyplom, medal, kopertę. A pan Radziwiłłowicz nawet nauczył się odmieniać moje nazwisko, bo w pierwszym rzędzie siedział profesor Miodek, który wyciągając te trzy palce do przodu mówił nie Szynecko. Komu? Czemu? Szyneckce.
Tak jak Kościuszce. No, zapamiętałem sobie, że jednak moje nazwisko się odmienia. Trochę mnie dziwi postawa Grzegorza Kasdepke, który twierdzi, że on się w ogóle nie deklinuje, co tak chyba nie do końca jest prawdą, ale to tak zupełnie na marginesie. Grzesia pozdrawiam. To właśnie on był, Grzegorz Kasdepke, redaktorem naczelnym „Świerszczyka”, kiedy ukazywały się tam moje pierwsze opowiadania i on mi podpowiedział, gdzie mogę wysłać dłuższe teksty. No a potem spotkałem już panią Jędrzejczykową, szefową Wydawnictwa Literatura i tak się to dalej potoczyło. Co się tyczy samego odbioru nagrody Ambasador Polszczyzny, to było emitowane w telewizji. Dowiedziałem się od znajomych, że poruszałem się bardzo godnie, mówiłem wolno i z rozwagą. A to wszystko dlatego, że po prostu bardzo mnie bolał kręgosłup. Byłem po czterech katonach.
Ja nie pamiętam dokładnie, jak się poruszałem. Na pewno wolno, bo nie chciałem sobie nadwyrężyć kręgosłupa jeszcze bardziej. A co ja mówiłem? No jak się ma przed sobą salę pełną ludzi, reflektor prosto w oczy, to się różne rzeczy mówi, ale mam nadzieję, że nikogo nie zgorszyłem.
[04:53:46] - Ciekawa bardzo anegdota. Tak jest, że czasem w tych ważnych dla nas chwilach niestety coś się nam przytrafi takiego, że tą chwilę trochę potrafi nam zepsuć. Pan w swoim dorobku wydawniczym posiada pozycje opisujące dzieje Polski. Pisanie książek historycznych dla dzieci to praca lekka i przyjemna? Czy może też tak, jak jest to w przypadku twórczości dla dorosłych, proces bardzo żmudny, pracochłonny, połączony z wizytami w archiwach, ze szperaniem, gromadzeniem materiałów, tekstów źródłowych.
[04:54:25] - Pierwszą książkę napisałem, to był rok 1998, kiedy pisałem w oparciu o źródła papierowe, obłożony książkami, kserokopiami. No i pisałem opowiadanie po opowiadaniu. Pierwsze dwadzieścia, powiedzmy z zapałem i dbałością o źródła. Kolejne dwadzieścia z dbałością o źródła. Tego się nie da uniknąć, jeżeli piszemy opowiadania czy powieść historyczną, ale już tak z mniejszym zapałem. A kilka ostatnich to wyjąc do księżyca, bo już mi właśnie zapału do przekopywania się przez kolejne źródła zaczynało brakować. Obiecałem sobie, że nigdy więcej nie napiszę książki historycznej. No ale dotrzymałem słowa bodajże pięć lat. A potem jeszcze i tak ten wątek historyczny w wielu moich książkach się
[04:55:19] - Pojawiał, przewijał różne miejsca, wydarzenia, okoliczności. Jakieś tło historyczne, czasami wplecione w zupełnie inną sytuację, w powieść przygodową czy obyczajową.
[04:55:31] - Historia ciągle gdzieś tam jednak wraca.
[04:55:34] - Powraca, czy tego chcemy, czy nie. Żyjemy w określonym czasie i miejscu, ale to miejsce też ma swoją historię, więc chociażby dlatego. Poza tym jestem współtwórcą serii pięciotomowej „Zdarzyło się w Polsce”. Dziesięć opowiadań piastowskich, dziesięć z czasów Jagiellonów i tak dziesięć z czasów królów elekcyjnych po kolei, aż do roku '76 i Solidarności w '80. Wspólnie z Pawłem Wakułą i Grażyną Bąkiewicz.
[04:56:04] - A to takie książki bardzo interesujące, na których młodzi czytelnicy rzeczywiście mogą poznawać historię naszego kraju. One są też bardzo ładnie ilustrowane, prawda?
[04:56:16] - Tak, to są książki bardzo ładnie ilustrowane i jednolicie przez pana Mikołaja Kamlera, który też ma swój copyright, dwadzieścia pięć procent udziałów w tych książkach i który wpadł na pomysł wprowadzenia przez wszystkie pięć tomów osi czasowej, gdzie na dole jest napisane: 1331 Bitwa pod Płowcami. Także widzimy przyczynę, skutek, konsekwencje i to z kolei, co jest w jednym opowiadaniu, jest jak gdyby punktem zaczepienia do opowiadań kolejnych, pisanych chronologicznie.
[04:56:53] - Ja mówię o tej serii dlatego, że jeżeli ona jeszcze by była gdziekolwiek dostępna, teraz okres przedświąteczny polecam na prezenty dla młodych czytelników. Na pewno znakomita pozycja.
[04:57:06] - Mam nadzieję, że jest dostępna, a czytać można począwszy od dowolnego tomu. Może ktoś lubi właśnie Polskę szesnasto-, siedemnastowieczną, taką trochę sienkiewiczowską. No to wtedy tom trzeci. A jeżeli mamy teraz w dwudziestym piątym roku pierwszych Piastów jako jubilatów, no to pierwszy tom „Piastowskie orły”. Kazimierz Szymeczko „A to historia: średniowieczne wojowanie”. Wierszynek i Historynek zakuci w zbroję siedzieli na wieży zamku zbudowanego z książek i spoglądali na siebie niepewnie. „Już zaczynam żałować, że zgodziłem się na ćwiczenia bojowe wymyślone przez militarka” — westchnął miłośnik poezji. „Na początek zaatakuje was baranem na kozłach”. Trzeci mól wyrósł jak spod ziemi. „To zajmiemy się zoologią, a nie walką?” — spytał Wierszynek z nadzieją.
„Baran zwany też taranem to belka okuta żelazem i zawieszona na kozłach, czyli na stojakach. Gdy się ją rozhuśta, kruszy mury i bramy”. Militarek przysunął machinę do wejścia zamku i wyrżnął z całej siły. „Tak walczono w Polsce już we wczesnym średniowieczu” — wyjaśnił Historynek. „Jako obrońcy zamku powinniśmy oblać nacierających wrzątkiem lub smołą, no i zrzucić im na głowy kamienie”. „Jakim im?” — Wierszynek pogubił się w niecodziennej sytuacji. „Przecież militarek jest sam”. „Na ćwiczeniach sam. Ale wszystkie machiny oblężnice były ciężkie i obsługiwało je nawet po kilkunastu wojaków, a wtem--” Nie dokończył, bo oberwał w ucho papierową kulą. „Wprowadzam do walki katapulty.
Macie szczęście, że używam amunicji ćwiczebnej, a nie prawdziwych głazów”. „No to już wiesz, że napastnicy ciskali czym popadnie w mury i za nie, by niszczyć warowne miasta” — mruknął trafiony. „Wyglądają jak naprężone łyżki albo duże kusze. Proce.” — Wierszynek wychylił się z książkowej fortecy. „Płonące strzały, hmm, płonące strzały sobie niestety darujemy, bo w bibliotece łatwo zaprószyć ogień” — mruczał pod nosem militarek. „Przystaw drabinę” — radził Historynek. „Przygotowałem już długi kij z hakiem, by cię z niej zrzucić”. „Figa z makiem. Miałem taki plan, ale niepotrzebnie zdradziłeś mi swoje zamiary. Użyję wieży oblężniczej”.
„Coś źle z nami. Wieża okryta jest mokrymi skórami, więc niełatwo ją podpalić. Drabiny i podesty dla łuczników są w środku za obudową, a całość porusza się na kołach. Gdy wejdzie pod mury, przerzuci kładkę na nasze blanki i wedrze się do środka. Biegnij po miecze i topory!” I tak to mole zdobywały i broniły książkowego zamku.
[05:00:07] - „Tetrus” to tytuł pana powieści, która ukazała się w 2015 roku, a została wydana również przez wydawnictwo Literatura. Pozycja przeznaczona jest dla starszych dzieci, właściwie młodzieży. Porusza niezwykle trudny temat, ale jakże bardzo jest potrzebna. Podobną książkę czytałam pięćdziesiąt lat temu. W tej chwili nie pamiętam ani tytułu tej książki, ani autora czy imion głównych bohaterów, ale tematykę jak najbardziej. I pamiętam również myśli, które towarzyszyły mi w trakcie czytania tej lektury. Pracował pan jako opiekun niepełnosprawnych. Czy to właśnie obcowanie z tymi ludźmi uświadomiło panu, jaki ważny jest to temat i że z problematyką niepełnosprawności każdy z nas może się spotkać w najbliższym swoim otoczeniu?
[05:01:04] - Pani Krystyno, pani redaktor. Tak, pracowałem z osobami, które z różnych powodów cierpiały na porażenie czterokończynowe, czyli na tetraplegię. Stąd nazwa „Tetrus”. Powiem, temat jest ważny. Niektórzy z tych ludzi zrobili na mnie kolosalne wrażenie. Tak jak Marian Popenda. Pozdrawiam z tego miejsca. Z którym raz zagrałem w szachy. On grał na leżąco z zamkniętymi oczami. Ja siedziałem nad szachownicą i mówiłem mu: E2 na E4 i tak dalej.
Po dziesięciu ruchach było pozamiatane. Wytarł mną szachownicę. Przenośnie oczywiście, bo się nie ruszał. Potem powiedział, że tak naprawdę możemy zagrać rewanż, ale on już wie, że pewnych sztuczek nie znam, a szachy to się zaczynają dopiero troszeczkę wyżej. No, przełknąłem to. Nie muszę być we wszystkim najlepszy. Z kolei on nie wygrałby ze mną w biegu na sto metrów, bo porusza się na wózku. Także każdy z nas może być liderem w pewnej dziedzinie. To nie jest prawda, że wszyscy niepełnosprawni malują ustami czy inną częścią ciała jakieś obrazy, ale mogą być na przykład technikami, serwisantami internetowymi, programistami. To wszystko zależy od tego, do jakiego stopnia została im odrobina władzy w ciele i chęć, żeby na nowo sobie życie poukładać.
Główny bohater w wieku lat szesnastu ulega wypadkowi. No i co się dzieje? Najpierw jest okres tak zwanej studni, całkowitego wycofania się, załamania, chęć śmierci. Potem przychodzi dziwienie się światu, ale dziwienie pod kątem po co rosną mi paznokcie u stóp, skoro w ogóle nie czuję ciała, nie czuję nóg. W dodatku ktoś mi je musi obciąć, bo sam nie potrafię. Jestem uzależniony od kogoś, zależny. No i wreszcie przychodzi ten etap trzeci. To starają się właśnie pokazać w książce, jak to przebiega, w którym zaczynamy myśleć, że życie nam się bardzo zmieniło, ale się nie skończyło. Po prostu stało się inne i musimy to oswoić. Musimy jakoś nauczyć się z tym żyć, poszukać sobie nowych pasji.
W przypadku Michała, głównego bohatera, to będzie rugby na wózkach. Zachęcam do poszukania sobie obojętnie którego filmiku. To jest bardzo ciekawa dyscyplina sportowa. Nie można dotknąć ręką ręki na przykład, choć te ręce są sparaliżowane, ale można drugiego zawodnika przewrócić razem z wózkiem. I to nie jest faul. No bo to jest rugby. To jest gra dla twardych facetów. Także widząc ich na treningach, widząc, jak próbują sobie radzić, czasami niezgodnie z regulaminem ośrodka, no ale to tam o to mniejsza. Ludzie mają swoje potrzeby różne. Starałem się wejść w to środowisko i dzięki temu, że jeździliśmy właśnie z niektórymi mieszkańcami na palarnie, no i tam było: opiekun, przypal mi, to ci sprzedam takiego jednego suchara z mojego życia.
No i opowiadali, opowiadali i zebrało się tego ponad czterysta stron. Tylko trzeba było wymyśleć głównego bohatera i jakoś oddzielić ziarno od plew, bo czasami ktoś mówi o sobie trochę wyżej, licytując niż było naprawdę. O tym też w książce jest mowa.
[05:04:30] - Ludzkie cechy jednak pozostają. Mimo niepełnosprawności człowiek zostaje człowiekiem.
[05:04:37] - Kazimierz Szymeczko, Tetrus: Nogi straciłam przy żniwach. Siedziałam na przyczepie traktora, a ziarno sypało mi się na głowę. Fajna zabawa. Byłam do połowy utopiona w pszenicy. Wygrzebałam się, zeskoczyłam i pobiegłam ze śmiechem prosto pod kombajn. Niewiele pamiętam. Miałam wtedy cztery lata. Nie ma sensu opowiadać o szczegółach. Przykre. Nas zmiotła ciężarówka, gdy staliśmy na skrzyżowaniu.
Miałem wrażenie, że powinienem odpowiedzieć szczerością na szczerość. Rodzina nie dawała sobie rady z nową sytuacją. W szpitalu pytałam, kiedy nóżki mi odrosną i niechcący wpędzałam ich w depresję. Teraz to rozumiem, ale maluchy myślą inaczej. Skończyło się ośrodkiem. Siedziałam na wózku i codziennie sprawdzałam, czy są już odrobinę dłuższe. Głupie, ale nic na to nie poradzę. Pewnie też przechodziłeś przez okres wiary w cuda. Bardziej stwierdziła niż spytała. Raczej krótko.
Prawie nie minąłem się z prawdą. No a potem przyszły święta. Dostałam od Mikołaja flet. Wolałabym rowerek, ale nogi nie chciały urosnąć, więc zaczęłam grać. Tydzień później zabrano mi instrument, bo robiłam postępy i dużo hałasu. Darłam się tak, że opiekunka oddała mi zabawkę, zanim zdążyła ją schować. Na otarcie łez dostałam od kierowniczki organki. No, grały niewiele ciszej. A gdy tylko skończyłam pięć lat, zapisano mnie do ogniska muzycznego. Chyba chcieli, żebym jak najczęściej hałasowała z dala od ośrodka.
I tak się zaczęło.
[05:06:12] - Tajemnica jednej nocy to książka wydana. I tu mam pewien problem, ponieważ ja znalazłam kilka wiadomości na temat miejsca wydania tej książki, przez kogo została wydana i kiedy. Proszę nam to jakoś usystematyzować, wyjaśnić, czy może było więcej niż jedno wydanie. I stąd się właśnie taki mętlik w wiadomościach w internecie pojawił. Akcja powieści rozgrywa się w konkretnym mieście. Mieście, które jest panu doskonale znane — w Rudzie Śląskiej. Fabuła jest przygodowa jak najbardziej. Paczka nastolatków próbuje rozwiązać tajemnicę. I tu chciałabym, aby przypomniał pan sobie pracę nad fabułą i sposób rozmieszczenia akcji w terenie. To jest bardzo ciekawe, ponieważ pisarze często piszą o konkretnych miejscach.
Proszę nam powiedzieć, jak to wyglądało w pana przypadku. Czy spacerował pan po Rudzie Śląskiej z notatnikiem w ręce i spisywał rozmieszczenie budynków, drzew, ławeczek w parku?
[05:07:21] - Dokładnie tak. Ale ja bym się wrócił jeszcze o dwa lata. W dwa tysiące piątym roku napisałem Pościg za czarną hondą Gdzie w tle mamy bunkry, obszar Warowny Śląsk. To się wzięło z fascynacji właśnie tymi bunkrami. Pierwszy raz byłem tam z ojcem, kiedy miałem lat może siedem, może dziesięć. Potem bawiliśmy się tam z kolegami. Potem zabierałem tam moje dzieci. No i po prostu byłoby czymś dziwnym, niegodnym wręcz pominąć te moje ukochane stare umocnienia w pierwszej powieści. A ci sami bohaterowie występują w „Tajemnicy jednej nocy”. I tu rzeczywiście chodziłem wzdłuż ulicy 1 Maja.
Jest tam nawet chyba scena, kiedy jeden z bohaterów liczy, ile budynek ma kroków od strony ulicy, a ile z boku i czy kubatura przekłada się na to, jak wielkie mogą być piwnice, bo w tych piwnicach będą czegoś szukali. Także to naprawdę chodził sobie Szymeczko po dzielnicy i liczył kroki albo z zegarkiem w ręku sprawdzał, czy jest możliwe w trzy minuty dobiec od domu, trochę wymyślonego domu Krzysia, do właśnie do dawnej poczty, gdzie obecnie znajduje się zakład weterynaryjny, bodajże. Tak. Pozdrawiam pana weterynarza. Właśnie te wszystkie drzewa, ławeczki, żywopłoty to wszystko było dosyć dobrze udokumentowane, tak jak i w innych powieściach, gdzie często zaczynam od tego, że chodzę z aparatem fotograficznym i robię zdjęcia tych miejsc, które mogłyby być wykorzystane w książce po to, żeby potem już przeglądając właśnie tło mieć podstawy do opisu. Dobrze, jeśli to się dzieje w tej samej porze roku, kiedy zdjęcia były robione, a całe tło. Wiem, że budynek, w którym moi bohaterowie szukają skarbu, jest podliczony. Wiem, że rozlokowanie komórek jest standardowe, tak jak we wszystkich stuletnich budynkach na terenie Śląska. To był po prostu pewien szablon. A to, że coś znaleźli, że jakieś poniemieckie złoto i inne ciekawe przedmioty, no to, to już jest, bo ja wiem, chyba wymyślone.
Ale byłem w lesie, bo mowa jest też o ostatniej kompanii Niemców, która się wycofywała i dostała się w okrążenie. I tam właśnie Armia Czerwona zepchnęła ich do lasu, wystrzelała i zakopano ich w jednej mogile. Ta mogiła została w tamtych latach właśnie odnaleziona, dokonano ekshumacji. No i przy okazji znaleźli się też poszukiwacze przeróżnych artefaktów z czasów II wojny światowej. Także to wszystko w trakcie pisania książki jeszcze dodawało mi informacji. A jeżeli chodzi o „Tajemnicę jednej nocy”, o tytuł, to chodzi o noc w styczniu czterdziestego piątego roku, kiedy przechodził front. Ludzie siedzieli po piwnicach. Miasto było niczyje. Niemców już nie było, Rosjan jeszcze nie było. No ale kto by wyszedł na taki niepewny czas?
I w taką noc ktoś mógł ukryć coś, czego nie chciał zabierać ze sobą, bo było albo za duże, albo zbyt obciążającego. No i ta sprawa wraca jako element fabuły po pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu latach po wojnie. Tego szukają moi bohaterowie, których umieściłem właśnie w tych miejscach, które są mi najlepiej znane. Dobrze jest pisać o tym, co się zna. Nie potrafiłbym ot tak na poczekaniu napisać powieści o Kołobrzegu. Wybieram się tam w tym miesiącu. Zaproszony jestem na spotkanie, ale może po odwiedzinach będę miał jakieś znikome informacje, jak wygląda między dworcem a biblioteką. Ale to jest za mało, żeby pisać książkę o danym mieście. To trzeba to miasto znać, lubić, a jak się tam mieszka, to dlaczego by nie miało być miejscem akcji?
[05:11:47] - Kazimierz Szymeczko „Tajemnica jednej nocy”. Deski ustąpiły pod naporem stalowego narzędzia i Sójka z triumfalną miną wyciągnęła w naszym kierunku srebrny siedmioramienny świecznik. „Jest tego więcej. Podawaj. Czekaj, pomogę ci” prawie się ślizgł. „Krzysiu, nie wchodź, proszę.” Ania spojrzała na niego tak, że przycupnął na skraju wyłomu jak sęp na skalnej półce. „Odbiło ci! Czas pogania” warczał, ale nie gramolił się dalej. „Chodzi o to, że na tych czterech dużych jest tylko hitlerowskie godło i w środku uchyliłam, jest pełno srebrnych przedmiotów, ale na tych mniejszych jest napisane Achtung! Pawełku, co to znaczy Sprengstoff?” zatrzepotała rzęsami, ale głos miała niepewny.
„Nie ruszaj się na wszelki wypadek.” Wawrzynek przełknął ślinę. „Ale co to znaczy?” „Zaraz wracam.” „Nie, nie, nie. To ja zaraz wracam, a ty się nie ruszaj.” Germanista zaczął wycofywać się w stronę schodów. „Ty coś knujesz. Gadaj zaraz, bo coś tu nie gra.” Gogol siedział w kucki na murku i usiłował jednym okiem obserwować studenta, a drugim liczyć łupy. Światło i kroki na klatce schodowej nie wróżyły niczego dobrego. Zza zakrętu wyszedł aspirant Marek. „Dzwoniłem do wszystkich po kolei i okazuje się, że albo wam komóry padły, albo jesteście w miejscu, gdzie nie ma zasięgu. Po porannym telefonie Krzysia byłem pewien, że tu zajrzycie, ale nie mogłem wcześniej. Narozrabialiście?” „Znaleźliśmy skarb i należy nam się procent od znalezionego.
Jest tak?” Rozbójnik nie tracił nadziei, że jednak coś uda się utargować. „Panie aspirancie, a co to znaczy Achtung! Sprengstoff?” Bo tamten blondyn zna niemiecki, ale nie chce mi powiedzieć. To znaczy, uwaga, materiał wybuchowy. Marek mówił głośno, ale działał szybko. Gogol pofrunął przez całą długość korytarza. Zorientowałem się w locie, że mu towarzyszę. To jest napisane na tych skrzyniach, do których idą druty zamocowane na hakach w murze. Głos Ani był dziwnie spokojny i matowy. Policjant zaklął tak, że nawet król podwórka by się zarumienił.
Podobno przyjechała potem brygada antyterrorystyczna i saperzy, ale tego już nie widzieliśmy. Mnie i Krzysia od razu zapakowano do ambulansu.
[05:14:19] - Nie korci pana, ot tak, dla sprawdzenia samego siebie, aby usiąść i poczynić kryminał taki z krwi i kości, z porządną tajemnicą, ze złym i dobrym policjantem albo dawnym komandosem jako tym jedynym zdolnym do rozwiązania morderczej zagadki? Literatura dziecięco-młodzieżowa a literatura dla dorosłych to zupełnie inne formy. W tej drugiej można bardziej siebie uzewnętrznić, opisać rzeczywistość bez jakiegokolwiek zakłamania czy pomijania niewygodnych faktów.
[05:14:57] - Pani redaktor, od czasu, kiedy przestała pisać, a potem zmarła świętej pamięci pani Śmielewska, namnożyło nam się autorów, którzy chcą pisać kryminały, kryminały pół serio, kryminały osadzone w pewnym czasie, dawniejsze. Jest tego dużo. Nie widzę dla siebie miejsca akurat w powieści kryminalnej. Znam dwóch policjantów, emerytowanych już, także mogą więcej powiedzieć. Jeden z nich był konsultantem moich przygodówek dla młodzieży, bo pytałem, co policja może zrobić, jeżeli zatrzyma piętnastolatka. W zasadzie nic. Może go zatrzymać, ale trzeba czekać, aż przyjedzie osoba pełnoletnia i psycholog. Wtedy można go przesłuchać. Także są rzeczy, których można nie wiedzieć, a w trakcie pisania człowiek się dowiaduje. Jeżeli chodzi o pisanie dla dorosłych, czy ja wiem?
Na pewno można się bardziej uzewnętrznić, ale szukam wydawcy na taką powieść dla dorosłych. Nie wiem, czy znajdę, bo od trzech wydawców już się dowiedziałem, że ona jest zbyt prawoskrętna. Za bardzo piszę o tym, że ludzie mają własne zdania. Niedawno mieliśmy Marsz Niepodległości i w tym roku on się odbył trochę dziwnie. A tam jeden z trzech opiekunów w domu opieki nad osobami niepełnosprawnymi intelektualnie jest narodowcem. Drugi jest typowym intelektualistą, a trzeci jest pragmatycznym masażystą, który chciałby wszystkim usłużyć, a jednocześnie na tym zarobić. I taka opowieść rozbita na trzy głosy. Budowa szkatułkowa. Jakoś nie potrafi się przebić. Gdybym dodał więcej przemocy, więcej seksu, coś tam jeszcze poopowiadał, może byłoby mi łatwiej wpisać się w pewien nurt pisania, ale mam niechęć do śpiewania w chórze.
Ja już sobie wolę pośpiewać solo, a jeżeli się nie znajdzie wydawca, to trudno. Będzie to jeden z projektów, które zostaną w szufladzie. Po prostu uważam, że każdy pisarz ma prawo poszukiwać własnej drogi, budować własny warsztat, pisać na tematy, które go interesują. Jeżeli trafi w gust czytelnika, bardzo dobrze. Jeżeli nie, mówi się trudno. Całej wódki nie wypijemy i tak dalej. Ale pisać dla czytelnika to jest jedno, a pisać pod czytelnika tak, żeby mu dogodzić, żeby mu się przypochlebić jak bluszcz pod dębem pełzający korze, jak to powiedział Cyrano de Bergerac, to nie. Dlatego jeżeli wszystkich czytelników traktuję jednakowo poważnie, to staram się mieć dobry materiał, dobrą propozycję i dla tych najmłodszych, tak właśnie jak w „Zemście Brudzika” na przykład, i dla tych nastolatków, powieści przygodowe, obyczajowe. I chciałbym, jeżeli to możliwe, napisać coś dla dorosłych, ale nie tak, żeby Szymeczko zabiegał o ich względy, tylko żeby oni poczuli, że warto było parę godzin spędzić na przeczytanie czegoś, co napisał Szymeczko.
[05:18:19] - Tak jest, że jesteśmy ze swoimi predyspozycjami skierowani do pewnej grupy i czasem nie należy tych grup ze sobą mieszać. Jak najbardziej. A co do kryminałów, jest ich teraz rzeczywiście bardzo dużo.
[05:18:35] - Tak się składa, że książka „Sprawa dla rozsupływacza”, fantasy takie, była pisana właśnie jako powieść dla dorosłych. Wysyłałem ją do Nowej Fantastyki, raczej do czasopism. Raz się dowiadywałem, że jest za długa, raz, że jest za krótka, raz, że chcieliby coś bardziej osobistego. I skończyło się na tym, że wydawnictwo Ossolineum w takiej serii dla młodzieży powiedziało: „Usuń kilka pikantnych scen, nadwulgaryzmów i powiedzcie jako powieść dla młodzieży”. I poszło. I sprawdziło się, także naprawdę nie wiem, od czego to zależy. Może właśnie od tego, że jeżeli mamy bohaterów, którzy więcej piją, więcej klną, to nam się wydaje, że to jest książka dla dorosłych. A jeżeli oni tych rzeczy nie robią, a przynajmniej nie oficjalnie, to już to jest książka bardziej dla młodzieży.
[05:19:37] - Kazimierz Szymeczko, „Sprawa dla rozsupływacza”. Zawróciłem konia w stronę traktu. „Poczekajcie, jaśnie panie”. Krzepki pół gnom, pół krasnolud zerwał się na równe nogi. Zerwał się i tak już został, drapiąc się po głowie. Po namyśle odchrząknął, splunął, westchnął, pokręcił głową, podrapał się między nogami i poczuł się gotowy do zabrania głosu. „Poczekajcie. My nie z lenistwa ani z zachciwości, tylko psia mać, kurde. Zapłata zapłatą, a życie też swoją cenę ma. Znaczy nie ma, bo jak je stracim, to co nam po pieniądzach?” „Czego się boicie?” Dzierżawca promu zaprezentował kolejny zestaw gestów i odgłosów świadczących o wysiłku umysłowym.
„Kłodońce po rzece pływają, a złe one psie krwie, że aż dziwno i straszno”. „Z tego, co wiem, to każdy doświadczony rybak potrafi to stworzenie zwabić i upolować. To nie potwory ani rusałki”. „Niewiele dni temu psie juchy, taka ich mać, rzuciły się na prom. Ten, do którego macie najbliżej. Z czterech naszych, co się dzielnie bronili i dwóch potworów to razem tyle zostało, co do jednego worka by wlazło. O”. „Kłodońce nie polują stadami”. „No może i nie, ale jak na tratwie były dwie łby i pięć łapów, to po prawdzie latoś im się odmieniło”. Pociągnął nosem.
„O świcie popłyniemy, jak tylko mgła opadnie” – poparł go kuma. „Przecież nie ma mgły. Mam miecz. Jest nas pięciu. Wiemy, czego się pilnować”. „Tako przez dzień bez strachu popłyniem. Nawet nie weźmiemy drożej jak się należy” – wyjaśnił krasnoludowaty, drapiąc się pod pachą. „A teraz na wieczerzę prosim”. Wyborny wędzony szczupak nie poprawił mi humoru. Rozmowa składała się głównie z narzekań na ciężkie czasy.
Dzierżawca tratwy przeszedł z plucia na cmokanie. „Bez urazy, ale ludziom kurde łatwiej. Cztery roki starałem się o królewski przywilej. Znaczy o prawo przewozu na patent. Podatki wysokie, ale płacę, bo co zrobić? A nad tamtymi jeszcze się ziemia dobrze na kurhaniku nie usiadła, a już ludzie ich promem pływają. Widać podpłacili u wielmożnego”.
[05:22:01] - Pan był bibliotekarzem. Często pan współpracuje z bibliotekami. Proszę o kilka spostrzeżeń na temat pracy w bibliotece. Jak z perspektywy byłego bibliotekarza i pisarza ocenia pan zmiany w tych instytucjach? Czy pana zdaniem placówki te są nadal potrzebne?
[05:22:21] - Te placówki są bardzo potrzebne z różnych powodów. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy pracowałem w bibliotece, przyszli do mnie chłopcy z klasy siódmej i ósmej i zapytali, czy mogą sobie wejść do czytelni na dłużej. To akurat były ferie. Miałem dyżur tylko. Mówię: „No dobra, ale po co?” „A bo wie pan, jest taka jedna gra”. Mówię: „Nie, nie, nie, mamy tylko na razie dwa komputery. Nie pozwalam”. „Ale nie, to jest taka gra bez komputera”. „Dobra, możecie siedzieć kilka godzin, ale ja z wami”. No chcąc nie chcąc zgodzili się.
I tak się dowiedziałem o grach fabularnych, o typowych RPG. Kiedy grupa ludzi siedzi przy stoliku i na kilka godzin mogą być postaciami wymyślonymi, a te postaci tworzą grupę, która przemieszcza się i na poczekaniu jakbyśmy układali opowiadanie o losach tej grupy. Czy skręcają w prawo, czy w lewo, czy idą badać stare zamczysko, czy najpierw zanocują w gospodzie. Można być elfem, krasnoludem, człowiekiem. Systemów gier fabularnych jest cała masa, a ja dowiedziałem się o nich dzięki uczniom, dzięki czytelnikom. Także każda jedna aktywność w bibliotece, czy to będzie czytanie książek, szukanie czegoś właśnie po źródłach, czy zagadki, kółko takie czy inne, może być teatralne, może być gier fabularnych, może być filmowe. Takie też prowadziłem. Krótko, bo krótko, ale coś tam się udało nakręcić. To za każdym razem jest miejsce, gdzie człowiek może się czuć w miarę dobrze. Teraz się mówi inkluzywnie.
To nie do końca o to chodzi, bo wszystkim nie dogodzimy, ale chodzi o to, że biblioteka każdego przygarnie, chociażby dlatego, że pada deszcz. A jeżeli przy okazji ten człowiek znajdzie tam pożyteczne zajęcie, no to już jesteśmy wygrani. To wtedy wiadomo, po co ta biblioteka istnieje. Zresztą podobnie jak koła gospodyń wiejskich, gdzie panie mają się gdzie spotkać, mogą usiąść i upiec dobre ciasto, a potem podzielić się z tymi, którzy nie pieką. Polecam się do częstowania. A jeżeli ktoś nie chce czytać i nie przejawia żadnej aktywności. Z tym się ostatnio też spotykamy, to czasami na spotkaniach autorskich, zachęcany przez panie bibliotekarki, żebym zachęcił do czytania, tak trochę przekornie odpowiadam, że kochane dzieci możecie czytać albo nie czytać. Wasz wybór. Ale za dwadzieścia lat ci, którzy czytają, będą szefami tych, którzy nie czytają. Ale nie martwcie się tym, bo takich, co będą machali łopatami, też nam potrzeba.
No i chyba o to tu chodzi. Czytanie ma ogromne znaczenie. Rozwija wyobraźnię, kreatywność. Dlatego gdzież, jeśli nie w bibliotece, mielibyśmy się pewnych rzeczy dowiedzieć? A od tego jest kadra coraz lepiej wyszkolona, coraz lepiej wyposażona, choć i tak nadal będziemy narzekać, że za małe są nakłady na biblioteki i szkolne i miejskie. Dlatego jest ta kadra, żeby pokierować tym młodym czytelnikiem, który czasami wie, czego szuka, a czasami bardzo intuicyjnie, tak jak Thomas Alva Edison, który chciał od A
[05:25:47] - począwszy przeczytać wszystkie książki w bibliotece, żeby być mądrzym. Na szczęście dowiedział się od pani bibliotekarki o tym, że istnieją katalogi.
[05:25:57] - Rzeczywiście to jest duże udogodnienie. Tu bym się zgodziła. Ostatnio udostępnił pan na Facebooku nową stronę, stronę autorską. Do kogo jest ona skierowana i jakie treści zamierza pan na niej umieszczać?
[05:26:13] - Strona skierowana jest do wszystkich czytających, do ludzi, którzy chcieliby się czegoś więcej dowiedzieć o pisarzu, o zawodzie pisarza. I nie ukrywam, jest to rodzaj kryptoreklamy, bo przy okazji wrzucam tam filmiki o tym, że w 2025 roku można będzie porozmawiać o Żeromskim, o Reymoncie, o pierwszych Piastach. Są na to granty. Czyli chodzi o organizowanie spotkań autorskich, ale niezależnie od tego publikuję tam w formie kto chce, niech pobierze, niech sobie skopiuje stare opowiadania. Właśnie te ze „Świerszczyka", „Sposób na brudoluba" na razie jest. Może wrzucę jeszcze coś, co się może przydać do czytania na lekcji, do jakiegoś konkursu pięknego czytania czy recytatorskiego. Jeżeli komuś by się to spodobało, to proszę korzystać. Nie ma żadnych ograniczeń w tej materii, a Kazio będzie wspominał, jak to było w latach 90. i 20 i 15 i 10 lat temu. I przy okazji chwalił się tym, co robi teraz.
Także jest to strona dla ludzi, którzy po prostu chcą się pośmiać czasami z tego, że pisarz niechcący wręcz, nie zamierzałem tego w żaden sposób, na czterech różnych imprezach, począwszy od teleturnieju „Jeden z dziesięciu", a skończywszy na Wikipedii, gdzie jest moje zdjęcie przy targach książki, stale jestem w tej samej koszuli. Jak wije się w piersi. Przysięgam, że mam więcej niż jedną koszulę, ale to jest moja ulubiona. No i tak się złożyło, że na co drugim zdjęciu występuję w tej właśnie takiej ciemnoczerwonej koszuli.
[05:27:57] - Czy w Polsce można utrzymać się z pisarstwa?
[05:28:01] - Oj, to zależy na kogo się pisze. Pomijając to, że uprzejmie donoszę, że ten czy tamten sąsiad coś ma i z tego się utrzymuje, no to trzeba trafić do dużej grupy czytelników albo trzeba właśnie bywać. Jest jeszcze gdzieś na YouTubie na pewno mój filmik, w którym mówię o tym, że pisarz żyje z tego, że bywa. A gdzież on to bywa? No bywa tam, gdzie go nakarmią, gdzie dadzą mu za darmo długopis, smycz, pasek odblaskowy, reklamówkę z napisem „Belplin Miasto 700 lat", gdzie dają mu różne inne gratisy. No i on dzięki temu właśnie sobie powiększa może nie warsztat literacki, ale warsztat wśmienniczy. Tak bym to nazwał. A tak naprawdę czy można wyżyć? To zależy. To zależy od tego, kto jeszcze w rodzinie pracuje i jakie mamy priorytety.
U nas w domu jest pięcioro osób. Jestem jedynym żywicielem siebie i pozostałej czwórki. Liczę na to, że może za jakiś czas najstarsza córka trochę mnie odciąży. Ona chce być weterynarzem. No to może przynajmniej mi pomoże przy królikach. Czy da się wyżyć? Bo ja wiem. Są lata, kiedy się da. Są lata, kiedy dziękuję niebiosom, że mam właśnie choćby ułamek etatu w instytucji typu dom pomocy społecznej. W szkole już nie chcę pracować.
Rozstaliśmy się w zgodzie, ale po prostu to jest już zamknięty etap w moim życiu, choć podobno znowu poszukują polonistów. Jeżeli wchodzę do urzędu, to nie mówię jestem panem pisarzem, tylko mówię jestem zatrudniony na umowę o pracę. A to proszę siadać. Człowiek normalny, chętnie obsłużymy. Bo jeżeli ktoś wchodzi i mówi, że jest pisarzem, to zaraz jest pytanie: a kto pana zatrudnia? Czy wydawca opłaca panu ZUS? Mówię nie, skąd. Ja siedzę w domu, wymyślam, skreślam, piszę na brudno, piszę na czysto, wysyłam do wydawnictwa tekst, zostaje przyjęty. No i z tego są pewne tantiemy. To wszystko się rozkłada w czasie.
Są miesiące, kiedy ja mogę zarobić do 10 tysięcy złotych bez ruszania się z domu. Po prostu akurat taki jest urodzaj, bo tu wyszła nowa książka, tu jest wznowienie. Ale są też miesiące, kiedy nie zarobię ani grosza, choć dzień w dzień siedzę, stukam w klawiaturę, wymyślam, bo dopiero coś robię. To jest tak jak z wiewiórką. Wiewiórka musi późnym latem i jesienią nazbierać orzeszków, pochować po różnych kryjówkach i potem sobie zimą powolutku, powolutku zjada te zapasy i tak wytrzymuje do wiosny. No a potem, jak już wszystko się zieleni, no to wiewiórka jest siódma w niebie i znowu żyje sobie pełną piersią. Podobnie jest z pisarzami, którzy muszą mieć pewien margines finansowy, zapas na wypadek, gdyby książka okazała się niewypałem. Gdyby się pochorowali i musieliby wydać na leczenie, a nie na siedzenie i pisanie, za co im w gruncie rzeczy nikt nie płaci na pierwszym etapie. Dlatego myślę, że da się wyżyć. To jeszcze też zależy od tego właśnie, czy chcemy jeździć do Egiptu na wakacje, czy chcemy pojechać do Sandomierza, rozbić sobie bazę w agroturystyce pod Sandomierzem i objechać całe województwo.
Dziesięć dni. Dzień tu, dzień tam. Zabytki, zamki przeróżne, muzea, parę dni nad wodą. No ja lubię tego typu spędzanie czasu, dlatego udaje mi się wiązać koniec z końcem i jak już powiedziałem, mam nawet więcej niż jedną koszulę.
[05:31:53] - Powiem krótko: króliki. Proszę opowiedzieć nam o swojej hodowlanej pasji.
[05:31:59] - Pasję odziedziczyłem po ojcu. Ojciec hodował króliki, odkąd ożenił się tutaj właśnie na Halembie i wybudował dom. Były czasy, kiedy hodowla królików była czymś bardzo powszechnym na Śląsku, podobnie jak hodowla gołębi. Ojciec był i gołębiorzem, i królikorzem. Ale to wtedy jeszcze było mięso na kartki i ten królik to było pewne uzupełnienie jadłospisu. Obecnie to jest bardziej hobby, dlatego że owszem, policzyłem sobie, zarobiłem około dziewięciuset złotych prawie za cały rok pracy przy królikach. Czyli króliki zasponsorowały nam na przykład wyjazd do wesołego miasteczka dla całej rodziny, przekładając z kieszeni do kieszeni. Ale to jest dosyć dużo pracy, a wychodzi zarobek około dwóch złotych z groszami na dzień. Dlatego musi być chęć, musi być pasja. Jest zeszyt z obserwacjami, która samica, z którym samcem, ile miała młodych, jaki miały kolor, kiedy się wykociły.
To jest coś, co mi pozwala odpocząć od całego tego zgiełku. Dlatego też między innymi nigdy się nie przeprowadzę do Warszawy, bo musiałbym razem z królikami. Pamięta pani historię pana Balcerka, który na Alternatywy 4 nie mógł gołębi zabrać?
[05:33:25] - Tak, pamiętam.
[05:33:26] - Dramat przecież.
[05:33:27] - Tak.
[05:33:28] - Ja się ruszę bez królików. Także mam teraz cztery samice, dziewięć młodych i pięknego samca tatuowanego z legalnej hodowli w Piekarach Śląskich. Myślę, że na wiosnę, kiedy się trawa zazieleni, będę miał znowu królików więcej. Teraz jest taki okres, kiedy się chodzi, zagląda, planuje się. To jest tak jak z pisaniem książki. Trzeba wiedzieć na początku już kto, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego, co było przedtem i co z tego wyniknie. Podobnie jest w hodowli. Połowa hodowli to jest obserwacja. Jak jedzą, czy rosną, czy akurat ta samica będzie dobrą matką, czy któryś królik nie jest chory, czy mu coś nie dolega. Trzeba wiedzieć, trzeba planować naprzód, że jeżeli teraz na przykład będzie samica, to się mówi pojedzie do Ciechocinka do samca.
No to mamy listopad, młode się wykocą w grudniu. Wow, to nie jest dobry czas na większą ilość młodych królików. Nie ma trawy, nie ma kapusty, nie ma sałaty. A to są króliki, które jednak dużo zjedzą. A im więcej ich jest, tym więcej zjadają. Dlatego ja sobie lubię przy nich posiedzieć. One nie są zbyt rozmowne, ale pojawia się ten motyw królika też w kilku moich opowiadaniach, jednym poświęconym powstaniom śląskim i już nie pamiętam, którym jeszcze, ale... O, przepraszam! „Dwanaście supermocy”. Tam właśnie dziewczynka pod nieobecność dziadka zajmuje się jego królikami.
Tytuł: „Poradzę sobie nawet z Predem” z tomu „Dwanaście supermocy”, wydawnictwo Publicat. W tym roku wyszło. Także ten motyw królików gdzieś tam przewija się w tle. Myślę, że to jest dobre, bo każdy powinien pisać o tym, na czym się zna. Opowiadania o piraniach nie potrafię napisać, bo nie hoduję rybek. Zwłaszcza takich, które odgryzają palce. A króliki dlaczegoż by nie?
[05:35:27] - Chciałabym, żebyśmy się teraz szybciutko pobawili w takie krótkie pytania i odpowiedzi. Ja zapytam: pies czy królik? Góry czy morze?
[05:35:38] - Góry.
[05:35:39] - Pływanie czy latanie?
[05:35:42] - Pływanie.
[05:35:43] - Zima czy lato?
[05:35:45] - Lato.
[05:35:46] - Książka czy audiobook?
[05:35:49] - Książka dużymi literami pisana.
[05:35:52] - Pisanie czy oglądanie filmów?
[05:35:56] - Częściej pisanie.
[05:35:57] - Spacer po parku czy filiżanka kawy w kawiarni?
[05:36:02] - Spacer po parku.
[05:36:04] - Proszę państwa, w literackim tête-à-tête rozmawiałam z panem Kazimierzem Szymeczkiem, pisarzem, nauczycielem, bibliotekarzem, opiekunem osób niepełnosprawnych oraz miłośnikiem zwierząt. Polecam państwu książki naszego gościa i wizyty na jego stronach facebookowych. Pamiętajcie państwo, że literatura dziecięca to przepiękne opowieści, czytanie których może poprawić nastrój również dojrzałemu czytelnikowi. Zachęcam do szukania, a przede wszystkim do kupowania książek Kazimierza Szymeczki i podsuwania ich swoim pociechom, dzieciom i wnuczętom. To doskonały prezent. Panie Kazimierzu, bardzo serdecznie dziękuję za spotkanie, opowiedzenie nam o swojej twórczości i o swoich pasjach. Życzę panu wszystkiego dobrego, wielu wspaniałych następnych książek, cudownych, mądrych czytelników. Państwu dziękuję za uwagę i życzę dobrej nocy.
[05:37:08] - Dziękuję bardzo słuchaczom za cierpliwość, pani redaktor też za umiejętne poprowadzenie mnie przez meandry pytań, na które starałem się odpowiedzieć. No i życzę wszystkim miłego wieczoru. Do usłyszenia.
[05:37:23] - Dziękujemy bardzo, do usłyszenia i do zobaczenia w bibliotekach.
[05:37:28] - No cóż, proszę państwa, niniejszym ogłaszam, że sto dwunaste wydanie Bibliotekarium 2.0 dobiegło końca. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pięknie dziękuję za cierpliwość. Jeśli któreś treści znosili państwo z trudem, przypomnę, że na początku audycji jest całkiem, całkiem rozbudowany tekst o tolerancji. Ona może mieć tutaj zastosowanie, jeśli nawet jakiś fragment Bibliotekarium się państwu absolutnie nie podobał, no to może jednak da się znaleźć coś, co sprawi, że będziecie państwo zadowoleni ze spotkania z Bibliotekarium. Mam przynajmniej taką nadzieję. Jeszcze raz pięknie państwu dziękuję. Pozdrawiam, życzę miłego weekendu i do usłyszenia za tydzień. Dobrej nocy.
[05:38:26] - A teraz mam złą wiadomość dla miłośników białego szaleństwa. Jeżeli coś zdążyło napadać w czasie trwania tej audycji, to do rana prawdopodobnie stopnieje. Ale mamy nadzieję, że nie stopnieje audytorium Bibliotekarium 2.0, bowiem słyszymy się ponownie już za tydzień. Mówił do państwa przed chwilą Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.