[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Dzisiaj szykuje się niezły kosmos. Będziemy zaglądać między innymi do tuneli na Marsie, ale nie tylko. Oczywiście w towarzystwie ciekawych książek i ciekawych filmów. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami gospodarz Akademii Wszelkiej Fikcji, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry wieczór państwu. Czerwiec to już czas, kiedy wykłady akademickie, ćwiczenia, to wszystko przechodzi powoli do historii. Zaczynają się wakacje. W Bibliotekarium 2.0 wakacje również nadciągają, ale póki co mamy normalne wydanie audycji. Zaczynamy zatem od polecanek książkowych. Dzisiaj na tapet wziąłem wydawnictwo IX. Pisane z rzymska. Książki bardzo ciekawe. Ja dzisiaj skupiłem się na pewnym rodzaju literatury, które w wydawnictwie IX jest dosyć mocno reprezentowane. W tym sensie, że sporo tytułów dotyczących horroru, ale też pewnych spraw związanych chociażby z teozofią pojawia się.
Przejdźmy do szczegółów. Pierwsza książka z wydawnictwa IX, którą chciałbym państwu polecić, to książka Charlesa Nodiera „Infernaliana”. Cóż można o tej książce powiedzieć? Może zajrzyjmy do tego, co napisane jest na stronach wydawnictwa. Czy duchy, dżiny i przede wszystkim wampiry mogą być romantyczne? To zależy od punktu widzenia. „Infernaliana” to kompilacja trzech utworów Charlesa Nodiera żyjącego w latach 1780-1844. Dziś to pisarz nieco zapomniany, przedstawiciel francuskiego romantyzmu, ale swego czasu ten człowiek był wymieniany na równi z takimi pisarzami, tuzami literatury jak Stendhal, za swój francuski akcent czy też wymowę, od razu przepraszam, jak Francis René de Chateaubriand czy Jacques Cazotte. Na zbiór, o którym mówię, składają się trzy części. „Cztery talizmany” to jest orientalna powiastka filozoficzna o braciach, z których trzech otrzymało od potężnego dżina osobiste magiczne talizmany.
Pierwszy zapewniał nieskończone bogactwo, drugi powodzenie u kobiet, trzeci natomiast znajomość wszystkich chorób oraz metod ich leczenia. Czy jednak to, co jest pożądane przez wszystkich ludzi, na pewno przynosi szczęście? Istnieje bowiem jeszcze jeden, czwarty talizman. To część pierwsza. W części drugiej zatytułowanej „Infernaliana” znajdziecie państwo powieść wystylizowana na XIX-wieczną pracę badawczą kompilującą opowieści o najróżniejszych dziwach, poczynając od wampirów, przez duchy, zjawy i upiory, na nawiedzonych zamczyskach kończąc. Lekturze grozy przedstawionej z dużym przymrużeniem oka towarzyszy jeszcze jeden niepokój. Czy uczony kompilator dowiedzie tezy postawionej w przedmowie? A może przyjdzie mu ją całkowicie obalić? To była część druga. I część trzecia.
To są opowiadania, właściwie wybór opowiadań autora. Osiem tekstów Charlesa Nodiera z różnych okresów jego twórczości. Zbiorek jest bardzo różnorodny, jeśli chodzi o wymowę tych opowiadań, bowiem są to opowieści niesamowite, średniowieczne legendy przedstawione w formie romantycznych dreszczowców, a nawet baśnie. To była, proszę państwa, pierwsza książka. Przypomnę Charles Nodier „Infernaliana”. Czas na kolejną pozycję. I tu jest prawdziwy rarytas. Helena Bławacka, przedstawicielka teozofii, „Opowieści okultne”. W „Opowieściach okultnych” czytelnik znajdzie dużo elementów, które składały się na barwne życie samej autorki. Ciągłą zmianę otoczenia, różnorodność krajobrazów, kultur i religii, zainteresowanie magią, mesmeryzmem, okultyzmem, szamanizmem, wreszcie próbę przekazania uniwersalnych treści ubranych w rozmaite kostiumy.
Czasem będą to historie o hinduskich świętych, innym razem o egzotycznych wojownikach, jeszcze innym o buddyjskich mnichach. Przez karty, jak w ezoterycznej defiladzie przejdą yamabushi, derwisze, mesmeryści, szamani, mityczni bogowie i boginie. Buławacka zabierze nas do skąpanego w słońcu Konstantynopola, skutej lodem wyspy podbiegunowej, gotyckich zamków i europejskich salonów. Wszędzie tam czekają na nas niesamowite wydarzenia, które kiedyś były częścią rzeczywistości autorki. To, proszę państwa, była druga propozycja Wydawnictwa IX. Helena Buławacka „Opowieści okultne”. Czas na trzeci tytuł. I to też jest rarytas. Edward Bulwer-Lytton „Nadchodząca rasa”. Kto nie słyszał o tej książce, to koniecznie powinien odszukać ten tytuł w internecie, poczytać, jak ważny był dla teozofii, ale i dla XX-wiecznej mitologii związanej chociażby z latającymi talerzami.
Tak, nie chodzi o UFO, chodzi o latające talerze. Tak to kiedyś nazywano w latach 50., 40. To bardzo mocno wtedy wiązało się z teozofią. Było dziedzictwem teozofii. Było też dziedzictwem tego, co Edward Bulwer-Lytton napisał w „Nadchodzącej rasie”. To według rekomendacji wydawnictwa jedna z pierwszych powieści science fiction. Westchnę sobie, bo pozwolę się nie zgodzić z takim ujęciem tematu. Ale licentia poetica wydawnictwa. Ja nie do końca uważam tę książkę za powieść science fiction, chociaż elementy rzeczywiście da się tam znaleźć. Ale pomykajmy dalej.
Powieść zawierająca elementy satyry oraz dystopii, która nie została do tej pory przetłumaczona na język polski. Jak państwo widzicie, właśnie została. Opublikowana anonimowo w maju 1871 roku. Stała się natychmiast bestsellerem, który na przestrzeni lat wywierał ogromny wpływ na osoby zainteresowane okultyzmem, jak również wzbudzał dyskusje na temat między innymi teorii ewolucji Darwina czy równouprawnienia kobiet. Była to także jedna z pierwszych książek, w której pojawiły się zmechanizowane, napędzane elektrycznością automaty służące wysokorozwiniętemu społeczeństwu. Pierwowzór robotów. Jednak najważniejszą ideą zawartą w powieści jest tajemnicza moc Vril, która niesie ze sobą jednocześnie siłę twórczą i destrukcyjną, pozwalającą uzdrawiać, ale także niszczyć całe miasta. Niektórzy badacze doszukują się w tym pierwszych odniesień do doktryny MAD: wzajemne zagwarantowane zniszczenie, która dotyczy konfliktu nuklearnego. Niektórzy teozofowie przełomu XIX i XX wieku, w szczególności Helena Buławacka, William Scott Elliott, Rudolf Steiner uznali tę książkę za przynajmniej częściowo opartą na ezoterycznej prawdzie, przez co wpisuje się ona również w nurt powieści okultystycznej. Bardzo wiele o Vril pisano po II wojnie światowej, kiedy to w teoriach spiskowych sugerowano, że mocą Vril zainteresowani byli naziści i że z nią właśnie wiązały się ich tajne eksperymenty.
Przypomnę Edward Bulwer-Lytton „Nadchodząca rasa”. Jeśli to nazwisko państwu nic nie mówi, to powiem tak: jeśli kiedykolwiek zetknęli się państwo z powieścią albo z filmem „Ostatnie dni Pompei”, to to właśnie jest autor, który to dzieło napisał, a potem napisał „Nadchodzącą rasę”. I to, proszę państwa, koniec polecanek dzisiaj. Przypomnę, przedstawiałem książki wydane przez Wydawnictwo IX. Jeśli zainteresowała państwa ta oferta, to zapraszam na stronę wydawnictwa. Bardzo prosty adres: wydawnictwoix.pl. No cóż, proszę państwa, a teraz nadszedł czas na korepetycje filozoficzne. Dostało mi się za ostatnie korepetycje, że były podobno zbyt trudne, trochę nieprzejrzyste. Cały czas polecam. Posłuchajcie państwo po raz drugi albo trzeci.
Może wydadzą się przejrzyste bardziej. Ale dobrze. Dzisiaj temat znacznie lżejszy. Nie będę państwa katował, szczególnie przed wakacjami, jakimiś skomplikowanymi problemami. Przed nami tekst Wojciecha Załuskiego „Nie legalizujmy eutanazji”. Już widzę, jak się państwo uśmiechają. Miał być lżejszy temat, a tutaj coś takiego. Tak, ale dzisiejsze omówienie to jest w miarę proste, przystępne i takie, powiedziałbym, popularne omówienie problemów, które Mogą się pojawić w związku z tym, że część środowisk w Europie zaczyna eutanazję lansować. Eutanazja staje się modna. Może nie u nas, na szczęście nie u nas, że tak dodam.
Ale są takie kraje w Europie, w których uważa się, że eutanazja to jest coś wspaniałego. Zawsze wtedy zastanawiam się: mamy wolną wolę. Jeżeli postanowimy się zabić, to zawsze możemy. Od tysięcy lat ludzie znajdują sposoby, żeby tego dokonać. I mówienie o tym, że w świetle prawa coś takiego musi następować, myślę, że ostatnią rzeczą, którą interesują się osoby w takiej poważnej sytuacji, o jakiej będziemy za chwilę mówić, to jest kwestia tego, czy coś zgodne z prawem, czy niezgodne. Zostawmy, bo za dużo będzie tutaj mnie i moich przekonań, a one są chyba najmniej ważne. Zagłębmy się w takim razie w tekst Wojciecha Załuskiego „Nie legalizujmy eutanazji”. Tekst, tak jak większość tego, co państwu przedstawiam w cyklu „Korepetycje filozoficzne”, ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2019 roku w numerze piątym. Jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 4.0 Polska. Wojciech Załuski to profesor, doktor habilitowany, pracownik Katedry Filozofii i Etyki Prawniczej na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Jest autorem kilkunastu książek, w tym „Przeciw rozpaczy. O tragicznej wizji świata i sposobach jej przezwyciężania” wydanej przez Copernicus Center Press, „Etyczne aspekty doświadczenia czasu”, Wydawnictwo UJ, oraz wielu artykułów z zakresu filozofii prawa i etyki. Hobby Wojciecha Załuskiego jest sport i muzyka. A zatem Wojciech Załuski, „Nie legalizujmy eutanazji”. „Zwolennicy legalizacji eutanazji, to jest dokonywanego przez lekarza i motywowanego współczuciem zabójstwa cierpiącej osoby na jej żądanie, na poparcie swego stanowiska przywołują zwykle dwa argumenty. Po pierwsze, że eutanazja jest wyrazem szacunku dla autonomii cierpiącej osoby, pomaga jej uczynić to, czego rzeczywiście pragnie, a po drugie, że jest wyrazem humanitaryzmu, kładąc kres cierpieniom pacjenta. Przyczynia się w perspektywie indywidualnej do zwiększenia jego dobrostanu, a w ogólniejszej do realizacji postulatu minimalizacji cierpienia na świecie. Argumenty te mają uzasadniać legalizację eutanazji niejako po obu stronach pacjenta i lekarza. Pacjent ma prawo zwrócić się do lekarza z żądaniem eutanazji, a lekarz ma prawo albo nawet obowiązek owej eutanazji dokonać. Mogą się one wydawać na pierwszy rzut oka przekonujące.
Czy są jednak takie w istocie? Wątpliwa autonomia. Rozważmy dokładniej pierwszy argument. Zakłada on, iż cierpiący pacjent potrafi podjąć w pełni autonomiczną decyzję, to jest posiada odpowiednią wiedzę na temat swojego stanu zdrowia, czyli wie, że choroba powodująca jego cierpienie jest nie tylko nieuleczalna i śmiertelna, ale chwila jego śmierci jest nieodległa. Jest ponadto w stanie racjonalnie rozważyć wszystkie racje przemawiające za i przeciw decyzji o eutanazji. I dodatkowo nikt nie wywiera na niego presji, aby podjął taką właśnie decyzję. Pierwsze dwa założenia będą jednak spełnione rzadko, jeśli w ogóle kiedykolwiek. Pacjent nie może wiedzieć na pewno, ile miesięcy czy lat może przeżyć ze swoją chorobą, ponieważ nie wie tego nawet sam lekarz. Liczba błędnych prognoz medycznych dotyczących przeżycia pacjentów, na przykład z chorobą nowotworową, jest tak duża, że byłoby naiwnością wierzyć, że medycyna na obecnym etapie jej rozwoju w ogóle uzasadnia formułowanie tego rodzaju przepowiedni. Jej słabość przejawia się zresztą już w kontekście samych rozpoznań choroby.
Na przykład Richard Fenigsen w swojej pracy „Przysięga Hipokratesa” twierdzi, że co najmniej 20%, a prawdopodobnie około 40% rozpoznań jest błędnych. Krótko rzecz ujmując, większość cierpiących, którzy podejmują decyzję o eutanazji, nie może wiedzieć, jaka jest oczekiwana długość ich życia, a w wielu przypadkach nie wie także, jaki jest prawdziwy stan ich zdrowia. Co do drugiego założenia o zdolności do podejmowania racjonalnej decyzji, już sam opis warunków eutanazji — pacjent przeżywa cierpienia fizyczne o ogromnej intensywności — każe wątpić, czy osoba znajdująca się w takim stanie jest zdolna podjąć racjonalną decyzję. Wątpliwość ta okaże się tym bardziej uzasadniona, gdy zauważy się, iż pacjent cierpiący fizycznie przeżywa często także cierpienie psychiczne, na przykład tkwi w depresji. Jeśli chodzi o założenie trzecie, nie można bagatelizować ryzyka związanego z tym, że samo istnienie opcji eutanazji może wywierać mniej lub bardziej silną presję na cierpiącym pacjencie, aby zwrócił się do lekarza z prośbą o jej dokonanie, nawet gdy tak naprawdę jej nie pragnie. Może mieć bowiem poczucie winy, że stanowi obciążenie czy to dla rodziny, czy dla systemu opieki zdrowotnej, utrudniając lekarzom zajęcie się lepiej rokującymi pacjentami. Presja ta może zresztą przybrać postać mniej abstrakcyjną. Lekarz, zwłaszcza silnie wierzący w racjonalność eutanazji czy członkowie rodziny zniecierpliwieni czy psychicznie wyczerpani opieką nad chorym, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób, gestem, tonem głosu, a także argumentacją mogą zasugerować pacjentowi, że żądanie eutanazji będzie najlepszym rozwiązaniem. I jeszcze jedna ważna rzecz. Czy przy legalizacji eutanazji lekarz będzie miał uprawnienia do jej wykonania na żądanie pacjenta, czy też może obowiązek?
Jeśliby przyjąć, że to drugie, mielibyśmy do czynienia z możliwą kolizją autonomii pacjenta i lekarza, a także pole dla rozważań o ewentualnej klauzuli sumienia w tym kontekście. Nadgorliwy humanizm. Także argument z humanitaryzmu okazuje się przy bliższej analizie nieprzekonujący. Jego podstawową słabością jest to, że nie uwzględnia możliwości uśmierzania bólu cierpiącego pacjenta, jakimi dysponuje współczesna medycyna paliatywna. Oczywiście będą występować pojedyncze przypadki, w których medycyna okaże się bezradna. Są one jednak, jak można sądzić, rzadkie, a i w tych przypadkach można ulżyć pacjentowi, wprowadzając go za pomocą środków farmakologicznych w stan sedacji, obniżenia aktywności układu nerwowego, któremu może towarzyszyć wyłączenie świadomości. Czynność ta może przyspieszyć śmierć pacjenta. Jeśli jednak intencją lekarza dokonującego tej czynności i jej bezpośrednim skutkiem jest uśmierzenie bólu pacjenta, a przyspieszona śmierć stanowi wyłącznie skutek uboczny i niezamierzony, choć przewidywalny, to jest ona dozwolona, przynajmniej zgodnie z tak zwaną zasadą podwójnego skutku, dopuszczającą skutek zły, jakim w tym wypadku jest śmierć pacjenta, jeśli był on drugi, to jest niezamierzony i niestanowiący środka do realizacji skutku pierwszego, dobrego, jakim w tym przypadku jest uśmierzenie bólu pacjenta. Przeciwnicy eutanazji często podnoszą także zarzut, że względy humanitarne mogą skłaniać lekarzy do dokonywania eutanazji wbrew woli pacjenta, rzekomo dla jego dobra, ulżenia jego cierpieniu, wyzwolenia go z jego beznadziejnej kondycji, czyli do tak zwanej eutanazji niedobrowolnej, będącej kryptanazją, czyli ukrytą eutanazją. Zarzut ten jest oparty na tak zwanym argumencie równi pochyłej, zgodnie z którym jeśli uznaje się za dopuszczalną pewną czynność A, to doprowadzi to z dużym prawdopodobieństwem do uznania dopuszczalności tej jej bardziej radykalnego wariantu A+.
Jest to argument sam w sobie kontrowersyjny. Dane empiryczne na temat jego zasadności w kontekście eutanazji są także niejednoznaczne. Traktuję go więc jako marginalny w mojej argumentacji przeciw legalizacji eutanazji. Troska o zaufanie między lekarzem i pacjentem. Argumentacja ta miała do tej pory charakter negatywny. Stanowiła odparcie dwóch najczęściej podnoszonych i najsilniejszych argumentów za legalizacją eutanazji. Na zakończenie chciałbym jednak przedstawić moim zdaniem najbardziej przekonujący argument pozytywny przeciw legalizacji eutanazji, wskazujący na jej niepożądane skutki dla etosu lekarza. Być może w pojedynczych przypadkach eutanazja jest uzasadniona. Decyzja pacjenta jest autonomiczna, a jego cierpienie jest niewyobrażalne i nie daje się uśmierzyć. Rozważając jednak kwestię legalizacji eutanazji, mówimy nie o konkretnych przypadkach, lecz o zbiorze pewnych sytuacji stypizowanych w przypisie prawnym.
W tym zbiorze, wbrew temu, co twierdzą zwolennicy legalizacji, przypadki ewidentnie uzasadnionej eutanazji będą, jak argumentowałem, nieliczne i ich obecność nie zrównoważy największego negatywnego skutku związanego z legalizacją, jakim jest podważenie tradycyjnego hipokratejskiego etosu lekarza jako osoby mającej troszczyć się wyłącznie o zdrowie i życie pacjenta. Legalizacja eutanazji zrodziłaby pęknięcie w tym etosie. Lekarz miałby także prawo doprowadzić do śmierci pacjenta, a w rezultacie mogłoby spowodować to erozję zaufania między pacjentem i lekarzem. Jeśli bowiem powstanie wśród lekarzy klimat przyzwolenia na eutanazję, w tym zwłaszcza na eutanazję niedobrowolną, motywowaną opacznie pojmowanym humanitaryzmem To wśród pacjentów, a także ich rodzin będzie rodzić się podejrzenie, czy lekarz rzeczywiście robi wszystko, co możliwe, aby uratować życie pacjenta. Nie jest to snucie czarnej, nierealnej wizji. Ryszard Feniks Sent w przywołanej już pracy „Przysięga Hipokratesa” w poruszający sposób, opierając się na swoim bogatym doświadczeniu klinicznym w szpitalach holenderskich, pokazał, że jest to wizja jak najbardziej realna. Być może gdyby przypadki ewidentnie uzasadnionej eutanazji były częste, zrównoważyłyby lub nawet przeważyłyby ten skutek. Ponieważ są one jednak, jak próbowałem wykazać, rzadkie, argumentacja przeciw legalizacji eutanazji okazuje się dosyć jednoznaczna. Nie musimy ważyć argumentów za legalizacją eutanazji i przeciw, ponieważ argumenty za uzasadniają eutanazję tylko w nielicznych przypadkach. Polskie konserwatywne rozwiązanie prawne, artykuł 150 Kodeksu karnego, przewidujące penalizację eutanazji jako tak zwanego zabójstwa eutanatycznego, ale traktujące ją jako tak zwane zabójstwo uprzywilejowane, to znaczy karane łagodniej z uwagi na szczególne okoliczności, w tym przypadku współczucie wobec cierpiącej osoby, należy więc uznać za racjonalne i wyważone.
Tak, proszę państwa, to był tekst o eutanazji. I jeżeli ktoś z państwa mówi w tej chwili: „Zaraz, zaraz, ale przecież już kiedyś ten tekst czytałeś, Marku Żelkowski”. Tak, ale ponieważ w ostatnim czasie miałem kilka takich dyskusji na ten temat, bardzo poważnych i uzasadnionych dyskusji, to postanowiłem ten tekst przypomnieć, bo on, uważam, jest bardzo ważny. On jest prosty. Nie sądzę, żeby zmienił zdanie kogokolwiek, ale jednocześnie pozwala uporządkować czasami rozbiegane myśli. Takie, człowiek sam nie wie, co ma sądzić o danym zagadnieniu. I dlatego po raz kolejny go państwu przytoczyłem. Myślę, że warto tę argumentację po prostu zapamiętać. No a proszę państwa, zostawmy tematy poważne, zostawmy tematy filozoficzne. Przejdźmy do tematów równie poważnych, ale może mniej filozoficznych.
Zapraszam państwa na fragment wyciągnięty z kanału Wehikuł Wyobraźni. Od razu powiem, mojego kanału. Tam jakiś czas temu pojawił się filmik, a właściwie podcast „Tajemnica tuneli na Marsie”. Wiecie państwo, to jest tajemnicza sprawa, o której zaraz państwo usłyszycie. Ja tylko tytułem uzupełnienia, ponieważ jest to wyciągnięte, jak powiedziałem, z mojego kanału, ten podcaścik. Tam jest w pewnym momencie mowa o linkach do zdjęć, bo ja opowiadam państwu o kanałach, właściwie nie o tyle o kanałach, co tunelach. Przepraszam za przejęzyczenie. O tunelach takich szklistych czy może takich ciekawych w każdym razie konstrukcjach. No ale nawet tysiąc słów nie zastąpi obrazu. To taka stara prawda, już oklepana.
Więc mowa jest w podcaście o linkach, gdzie można owe tunele zobaczyć. Ja zapraszam państwa po prostu na kanał. Jeśli zaciekawi państwa to, co powiem za chwilę o tych tunelach na Marsie, to zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam proszę znaleźć filmik pod tytułem „Tajemnica tuneli na Marsie”. Zaraz pod filmem są linki do zdjęć. No i tam państwo te tunele będą mogli zobaczyć. A teraz już nie przedłużając i nie trzymając państwa w niepewności, kto tego jeszcze nie słuchał na Wehikule Wyobraźni, to zapraszam tutaj w Bibliotekarium 2.0. „Tajemnica tuneli na Marsie”. Zapraszam. „Nikomu z nas nie przyszła do głowy myśl, że są inne, starsze od naszego światy.
Każdą myśl o życiu na nich odpędzaliśmy od siebie, uważając to za nieprawdopodobne, a przynajmniej mocno wątpliwe” — tak w „Wojnie światów” pisał o Marsie Herbert George Wells. Wydawało się, że kolejne bezzałogowe wyprawy na Marsa ostatecznie rozwieją marzenia fantastów i położą kres opowieściom o inteligentnych mieszkańcach Czerwonej Planety. Rzeczywiście na krótki czas tak właśnie się stało. Dane oraz zdjęcia przekazane przez pierwsze kosmiczne próbniki Mariner i Mars rozczarowały poszukiwaczy pozaziemskiego życia. Potwierdziły przepowiednie naukowców, iż glob nazwany imieniem rzymskiego boga wojny jest zimną, jałową pustynią. Testy przeprowadzone przez bliźniacze sondy Viking umocniły jeszcze to przekonanie. Jednak dzisiaj, na początku XXI wieku, coraz częściej powraca się do problemu aktywności biologicznej na Czerwonej Planecie. Zanim rozpocznę naszą wyprawę na Marsa, tradycyjnie poproszę o łapki w górę i komentarze, nawet te techniczne dla podniesienia zasięgów. Chociaż fajniejsze są te, które odnoszą się do treści audycji. Przypomnę również, że w opisie dzisiejszej audycji znajdziecie Państwo linki do tych miejsc w sieci, w których można zerknąć na obiekty, o których opowiem.
Za to, co Państwo na tych zdjęciach dostrzegą, nie biorę odpowiedzialności. Pod audycją znajdziecie Państwo również linki do moich książek. Tych papierowych, z natury droższych, ale i do w miarę tanich e-booków. Jest też link do audiobooka czytanego przez Rocha Siemianowskiego. Te książki to wprawdzie beletrystyka, space opera konkretnie, ale są tam nawiązania do teorii symulacji. Szczególnie w tomie drugim „Wojny cieni”. Tomie, który można spokojnie czytać bez znajomości tomu pierwszego. To dwie zamknięte historie. Dzieją się po prostu w tym samym uniwersum. Wróćmy do Marsa i dziwnych struktur na jego powierzchni.
W lutym 2001 roku, w czasie wywiadu dla internetowej strony www.space.com, znany pisarz i popularyzator nauki Arthur C. Clarke miał oświadczyć: „Jestem przekonany, że odkryliśmy życie na Marsie. Istnieją niewiarygodne fotografie, które mnie przekonują i są dowodem istnienia dużych form życia. Nie widzę jakiejś innej interpretacji”. Widziałem ten wywiad na własne oczy na wspomnianej stronie i wtedy, w 2006 roku, sporządziłem notatki. Kiedy całkiem niedawno próbowałem ów wywiad odnaleźć, niestety nie udało mi się. Na stronie www.space.com zieje jakaś czarna dziura. Wielu komentatorów jest zgodnych co do tego, iż autor „Odysei kosmicznej 2001” chciał zwrócić w ten sposób uwagę opinii publicznej oraz naukowców na zagadkowe struktury na powierzchni Czerwonej Planety, które określił mianem najbardziej interesujących formacji w całym Układzie Słonecznym. Niestety, charakterystyczna dla naukowego establishmentu zmowa milczenia sprawiła, że w dalszym ciągu niewiele wiadomo o tajemnicach czwartej planety odkrytych dzięki misji Mars Global Surveyor, MGS. Ta niezwykle nowoczesna sonda, zaprojektowana i wykonana przez NASA we współpracy z Jet Propulsion Laboratory, została wprowadzona na orbitę wokół Czerwonej Planety we wrześniu 1997 roku.
Początkowo przewidywano, że misja potrwa do roku 2001, ale specjalistom z ośrodka kontroli lotu udało się ją z powodzeniem przedłużyć. Satelita wykonał kilkaset tysięcy niezwykle dokładnych zdjęć powierzchni globu oraz przeprowadził setki milionów pomiarów. Najważniejsze urządzenie na pokładzie MGS, Mars Orbiter Camera, umożliwiło fotografowanie niezwykle małych obiektów z dużą dokładnością. Od samego początku informacje nadsyłane przez MGS budziły wiele emocji. Kiedy w 1998 roku NASA zdecydowała się opublikować najnowsze zdjęcia słynnej marsjańskiej twarzy z rejonu Cydonii, została niemal natychmiast oskarżona o fałszerstwo. Poszukiwaczy dowodów na istnienie obcych cywilizacji nie przekonywały obrazy rozwiewanego przez wiatr pagórka przypominającego dużą, nieregularną wydmę. Natomiast natychmiast pojawiły się spekulacje, że agencja ukrywa prawdę i szerzy dezinformację. Byli też i tacy, którzy twierdzili, że to mieszkańcy Czerwonej Planety zamaskowali gigantyczną rzeźbę. Duża rozdzielczość obiektywów, która miała ułatwić rozwiązanie wielu tajemnic Marsa, stała się w końcu paradoksalnie źródłem kolejnej zagadki. Kiedy NASA oraz Jet Propulsion Laboratory zdecydowały się udostępnić internautom tysiące fotografii przekazanych przez MGS, wśród badaczy pozaziemskiego życia dosłownie zawrzało.
Na wielu zdjęciach powierzchni Czerwonej Planety widoczne były bowiem niezwykłe formacje, które do złudzenia przypominały olbrzymie dżdżownice. Nic więc dziwnego, że część osób, które miały okazję zapoznać się z obrazami przesyłanymi przez orbiter MGS, uznała owe twory za wielkie organizmy żyjące na i pod powierzchnią Marsa. Coś na kształt czerwi z „Diuny”. Jednak większość zainteresowanych doszła do wniosku, że są to twory sztuczne, rodzaj budowli o lekkiej konstrukcji. Przy ich opisach najczęściej pojawiały się określenia w rodzaju „rura” lub „tunel”. A ponieważ ściany obiektów były transparentne lub częściowo transparentne, dodawano też chętnie przymiotnik „szklany”. W internecie pojawiły się dziesiątki szczegółowych analiz, których autorzy udowadniali rozmaite, czasami wzajemnie sprzeczne tezy. Tam, gdzie jedni widzieli niezwykłe konstrukcje, drudzy dostrzegali tylko naturalne twory- Geologiczne. To, co dla entuzjastów było wypukłe, okazywało się wklęsłe dla sceptyków. I tak rozległe, kilkusetmetrowe kopuły, stworzone podobno przez geniusz obcej inżynierii, zamieniały się po odwróceniu zdjęcia w najzwyklejsze kratery uderzeniowe.
Użebrowane rury w pofałdowane doliny, a odbłyski na szklanej powierzchni w zły kontrast obrazu komputerowego. I to jest chyba ten moment, kiedy warto spojrzeć na wskazane przeze mnie pod filmem strony. Łatwiej będzie zrozumieć, o czym przed chwilą mówiłem. Dyskusjom o złudzeniach optycznych oraz zwodniczych efektach wywołanych specyficznym marsjańskim oświetleniem nie było dosłownie końca. Niektórzy badacze uważają, że Czerwona Planeta jest opleciona systemem szerokich tuneli. Część z nich wychodzi na powierzchnię i jest doskonale widoczna na zdjęciach. Inne leżą natomiast pod cienką warstwą czerwonego piasku albo znikają głęboko pod skorupą Marsa. Przeciętny przekrój owych tuneli wynosi 20 do 40 metrów. Na zdjęciach można też jednak odnaleźć formacje znacznie większe, które mają po kilkaset metrów średnicy. Pomimo że obiekty uwidocznione na fotografiach z MGS robią piorunujące wrażenie, to problem szklanych tuneli na Czerwonej Planecie jest mało znany, a większość ludzi nauki wypowiada się na ten temat bardzo ostrożnie i raczej niechętnie.
Dzieje się tak zapewne dlatego, że doskonale pamiętają oni historię marsjańskich kanałów. W drugiej połowie XIX wieku dla wielu ludzi było oczywiste, iż proste linie obserwowane na powierzchni Marsa są twardym dowodem na istnienie na tej planecie inteligentnego życia. Czas pokazał jednak, że w przypadku planety boga wojny należy wygłaszać swoje sądy bardzo, ale to bardzo ostrożnie. Osiem lat po otwarciu dla żeglugi Kanału Sueskiego, a więc w roku 1877, mało znany astronom z Waszyngtonu, Asaph Hall, odkrył dwa niewielkie księżyce Marsa. Miało to miejsce w połowie sierpnia, a więc niemal dokładnie miesiąc przed wielką opozycją. Sukces Amerykanina spowodował, że uczeni z całego świata zaczęli niezwykle żywo interesować się Czerwoną Planetą. W stronę jej tarczy zwróciły się oczy niemal wszystkich badaczy wszechświata. Był wśród nich również Giovanni Virginio Schiaparelli z Mediolanu. Uczony ten używał do obserwacji niewielkiego teleskopu o średnicy 21 centymetrów. Dla porównania powiem, że Hall dysponował urządzeniem o średnicy 66 centymetrów.
Efektem pracy Schiaparellego stały się dokładne szkice, na których astronom naniósł zarysy obszarów jasnych, kontynenty oraz ciemnych, morza. W drugiej połowie XIX wieku sporo elementów marsjańskiej topografii było już nieźle znanych z wcześniejszych obserwacji, między innymi Christiana Huygensa, Giovanniego Domenico Cassiniego i Williama Herschela. Toteż początkowo rysunki Schiaparellego wyglądały bardzo zwyczajnie. Kiedy jednak po kilku miesiącach planeta oddaliła się już nieco od Ziemi, na mapach mediolańskiego astronoma zaczęły pojawiać się długie, proste linie, będące odzwierciedleniem podłużnych struktur łączących ze sobą ciemne obszary globu. Było ich niezwykle dużo i tworzyły gęstą sieć. Opisując owe obserwacje w publikacjach naukowych, astronom używał włoskiego słowa „canali”, którym określano zazwyczaj twory naturalne, na przykład cieśniny, rzeki. Schiaparelli nie dostrzegał w swym odkryciu niczego sensacyjnego, a jego prace były dosyć starannym oraz systematycznym zapisem działalności naukowej i z całą pewnością trudno byłoby znaleźć w nich sugestię, iż struktury obserwowane na powierzchni Marsa mają charakter sztuczny. Traf chciał, że jedną z pierwszych osób, która zainteresowała się pracami Schiaparellego, był francuski astronom Nicolas Camille Flammarion. Ten niestrudzony popularyzator nauki od lat był głęboko przekonany o istnieniu pozaziemskiego życia. Nic więc dziwnego, iż niemal natychmiast uznał, że canali zostały zaprojektowane oraz wybudowane przez przedstawicieli inteligentnej rasy, którzy, cytuję: „mają różną postać od naszej i potrafią latać w atmosferze swojej planety”.
Takie postrzeganie odkrycia dokonanego przez badacza z Mediolanu umocnione zostało jeszcze przez błąd translatorski, jaki popełniono podczas przekładu prac Schiaparellego na język angielski. Nikt nie jest dziś w stanie rozstrzygnąć, czy była to pomyłka świadoma, czy też absolutnie przypadkowa. Ale fakt pozostaje faktem, że słowo „canali” przetłumaczono jako „canals” – sztuczne drogi wodne. W 1879 roku, w czasie trwania kolejnej opozycji wielu astronomów potwierdziło obserwacje Schiaparellego. Nie próżnował też Flammarion, który opublikował dokładną mapę Marsa. Prawie nikogo nie obchodziły już wówczas wyjaśnienia odkrywcy, że praca francuskiego astronoma z zacięciem literackim ma niewiele wspólnego z pierwotnymi obserwacjami planety. O tajemniczych budowlach na Marsie robiło się coraz głośniej. Ludzie zaczęli je kojarzyć z takimi wielkimi osiągnięciami inżynierii wodnej, jak wspomniany przeze mnie Kanał Sueski czy Kanał Panamski. A skoro istniał olbrzymi system irygacyjny zasilany z czap polarnych, to musieli istnieć również jego inteligentni budowniczowie. W ten sposób narodził się jeden z najtrwalszych współczesnych mitów.
Powielony dziesiątki, jeśli nie setki razy w literaturze, filmie oraz grach komputerowych trwa do dzisiaj i nic nie wskazuje na to, by miał ulec osłabieniu. Dowodem na to mogą być powtarzające się raz po raz sensacyjne doniesienia z Czerwonej Planety. W połowie lat 70. XX wieku na Marsa zostały wysłane sondy Viking. Ich lądowniki wyposażone były między innymi w urządzenia do pobierania niewielkich ilości gruntu, analizatory biologiczne i chemiczne, przyrządy meteorologiczne oraz sejsmometry. Próbniki miały bowiem dostarczyć jak największej ilości informacji o planecie oraz poszukiwać przejawów życia. Uzyskane wyniki sugerowały, że Mars jest martwą planetą. Do dziś toczy się jednak dyskusja dotycząca jednoznacznej interpretacji zdobytych wówczas danych. Podczas gdy lądowniki analizowały skład gleby, orbitery Vikingów wykonywały niezliczoną liczbę zdjęć. Wiele lat później na jednym z nich przedstawiającym rejon Cydonii ekspert od analizy zdjęć kosmicznych Vincent Di Pietro odkrył niezwykłą formację skalną.
Przypominała ona do złudzenia olbrzymią kamienną głowę człowieka. Średnica ponad 1500 metrów. Wiara w możliwość inteligentnego życia na Marsie odżyła. Di Pietro zainteresował swym znaleziskiem specjalistę od komputerów Gregory'ego Molenaara, którego niezwykłe zdjęcie tak zafascynowało, że zdecydował się podjąć pracę nad komputerowym podniesieniem jakości obrazu i wydobyciem z niego większej ilości szczegółów. Współpraca badaczy zaowocowała opracowaniem nowatorskiej metody uzyskiwania większej rozdzielczości obrazu Starburst Pixel Interleaving Technique Speed. Po jej zastosowaniu marsjańskie oblicze ujawniło sporo nowych szczegółów. Na oświetlonej części twarzy można było wyróżnić gałkę oczną, grzbiet nosa, usta, podbródek i nasadę włosów. Wkrótce obaj badacze odszukali kolejne fotografie interesującego ich rejonu zrobione przez orbiter Vikinga 35 dni po pierwszym przelocie. Sonda zajmowała wówczas niższą pozycję na orbicie. Inne były też położenie Słońca oraz kąt wykonania zdjęcia.
Kolejne fotografie nie tylko potwierdziły wcześniejsze obserwacje, ale zawierały także nowe, istotne szczegóły. Drugie oko oraz nasadę włosów. Ku swemu zaskoczeniu badaczy odkryli jeszcze jedną tajemniczą strukturę. W odległości około 14 kilometrów na północny wschód od rzeźby rysowały się wyraźnie ruiny murów wielkich piramid oraz budynków. Gdy Di Pietro i Molenaar opublikowali wyniki swych analiz, liczni przedstawiciele środowisk naukowych oświadczyli, że marsjańska twarz to bez wątpienia złudzenie optyczne. Złudzenie spowodowane grą świateł oraz cieni. Przypomnieli też, że ludzkie oko jest zmysłem bardzo niedoskonałym, a mózg analizujący przesyłane obrazy ma tendencję do widzenia rzeczy, które naprawdę nie istnieją. Takie argumenty nie były jednak w stanie przekonać entuzjastów marsjańskiego mitu. Podobnie jak kiedyś zwolennicy istnienia kanałów na Marsie obstawali uparcie przy swoim. Na przełomie XIX i XX wieku prace Percivala Lovella oraz innych uczonych sprawiły, że istnienie kanałów na Czerwonej Planecie wydawało się już definitywnie przesądzone.
Co więcej, było ono tak głęboko osadzone w ludzkiej świadomości, że książkę „Wojna światów” Herberta George'a Wellsa wiele osób przyjęło z nieukrywaną zgrozą. Byli co prawda astronomowie, którzy dróg wodnych na Marsie nie dostrzegali, ale stanowili oni naprawdę nieliczną i marginalizowaną grupę. Wśród zagorzałych zwolenników istnienia kanałów był też młody astronom Eugène Marie Antoniadi, który od wczesnego dzieciństwa obserwował planetę boga wojny i wykonywał cenione za rzetelność rysunki jej powierzchni. Owymi szkicami zachwycał się między innymi Nicolas Camille Flammarion. Do 1909 roku Antoniadi pracowicie odwzorowywał na swych mapach przebieg marsjańskich rowów irygacyjnych, jednak przestał je nagle dostrzegać, kiedy rozpoczął badania w obserwatorium pod Paryżem. Funkcjonował tam duży teleskop o średnicy 83 centymetrów. Po wielu latach tak zrelacjonował tamto zdarzenie. Cytuję: „Gdy po raz pierwszy spojrzałem na Marsa przez wielki refraktor, myślałem, że śnię. W jednej chwili zrozumiałem, że odkryta przez Schiaparellego geometryczna siatka pojedynczych i podwójnych kanałów jest tylko złudzeniem optycznym”. Wstrząśnięty Antoniadi przeanalizował też dokładnie rysunki innych astronomów i wykazał, że są one niezgodne nie tylko z prawami dyfrakcji, ale również perspektywy.
Mimo to Lowell z uporem twierdził, że dostrzega na Marsie wyraźnie kanały. Nie przekonały go nawet eksperymenty astronomów Oudera i Evansa, polegające na pokazywaniu uczniom rysunku koła z nieregularnie rozrzuconymi na nim plamkami. Dzieci siedzące w pierwszych rzędach odwzorowywały rysunek w miarę wiernie, natomiast te, które zajmowały ostatnie rzędy, widziały proste linie. Dyskusja na temat kanałów nigdy właściwie do końca nie wygasła i co ciekawe, do dzisiaj można natknąć się na poważne rozważania na ich temat. Podobnie marsjańska twarz w dalszym ciągu budzi gorące emocje, których nie ostudziła wspomniana już publikacja zdjęcia wykonanego przez MGS, a przedstawiającego nieregularny piaszczysty pagórek w miejscu tajemniczego oblicza. Marsjański mit ma się dobrze i w najmniejszym stopniu nie osłabia go fakt, iż większość naukowców nie traktuje poważnie argumentów na istnienie wysoko rozwiniętego życia na Czerwonej Planecie. Szklane tunele, rzeźba i kanały są dla nich kolejnymi mutacjami tego samego zjawiska: tęsknoty człowieka za spotkaniem z rozumnymi braćmi. Warto jednak podkreślić, że podobne generalizacje bardzo często bywają zwodnicze i absolutnie nieprawdziwe. Kto jak kto, ale umysły ścisłe, kierujące się logiką, powinny o tym dobrze pamiętać. Z faktu, że próbniki kosmiczne nie znalazły sztucznych dróg wodnych na Czerwonej Planecie, w żaden sposób nie da się wyprowadzić wniosku, iż należy lekceważyć sprawę marsjańskiej twarzy.
Świat nauki zdecydowanie zbyt często traktuje pewne problemy z pobłażaniem czy wręcz z lekceważeniem. W konsekwencji profesorski establishment po prostu wie lepiej, zamiast dążyć do prawdy i wyjaśnienia wątpliwości. A przecież jeśli nawet tajemnicze kamienne oblicze z rejonu Cydonii rzeczywiście okaże się piaszczystym wzniesieniem, to wcale jeszcze nie oznacza, że problem szklanych tuneli należy zbagatelizować, gdyż są one kolejnym wcieleniem marsjańskiego mitu. Przeciwnie, warto poznać i dogłębnie przeanalizować wszystkie fakty związane z owymi tajemniczymi formacjami sfotografowanymi na Czerwonej Planecie. Szklane rury na powierzchni Marsa wydają się strukturami niezwykle realnymi, gdyż widoczne są doskonale na dużej ilości zdjęć wykonanych z orbity. Formacje te, czymkolwiek by nie były, nie są raczej zwykłymi wydmami, jak tego chcą niektórzy sceptycy. Po pierwsze dlatego, że ich kolor różni się, i to znacznie, od koloru otoczenia. Jest ono przeważnie znacznie ciemniejsze. Drugim powodem może być wygląd tajemniczych marsjańskich struktur. Naprawdę trudno uznać walcowaty kształt za charakterystyczny dla wydm.
Wiatr zwykł im nadawać zdecydowanie inną formę. Zdjęcia z MGS są na tyle dokładne, że można dostrzec charakterystyczne cechy konstrukcyjne tuneli. Należy do nich przede wszystkim tak zwane użebrowanie. Najprawdopodobniej jest to rodzaj wsporników umieszczonych wewnątrz konstrukcji, które sprawiają, że wielkie budowle nie zapadają się pod własnym ciężarem. Być może dodatkowym elementem usztywniającym jest gaz wypełniający konstrukcję nośną. Podpory nie są ze sobą połączone, a ich konstrukcja umożliwia dowolne ugięcie szklanej rury. W niektórych tunelach można wyraźnie dostrzec mniejsze użebrowanie wewnątrz i większe na zewnątrz. Zupełnie tak, jakby dana struktura składała się z dwóch warstw, jedna w drugiej. Badacze oceniają, że w przeciętnej marsjańskiej rurze, średnica od 20 do 40 metrów, można by zmieścić dwie szerokie autostrady. Jednak na niektórych zdjęciach powierzchni Czerwonej Planety pojawiają się obiekty znacznie większe.
Przez badaczy zostały one ochrzczone mianem stacji lub dworców. Są to miejsca, w których łączą się dwa tunele. W ocenie specjalistów rozmiary tych konstrukcji są na tyle duże, że ich ściany mogłyby z powodzeniem osłonić nawet spore miasteczka. Do czego służy lub służył system szklanych rur? Do transportu. A może dzięki niemu nieznane nam inteligentne istoty podróżują pomiędzy poszczególnymi rejonami Marsa? Niektórzy badacze twierdzą, że zaobserwowali przemieszczanie się w tunelach olbrzymich form żyjących. Rodzaj inteligentnych czczownic? Dowodem na to mają być zdjęcia z tych samych rejonów planety wykonane w różnym czasie. Zdarza się, że na kolejnych fotografiach rozmyty cień owych domniemanych gigantycznych organizmów, a może wehikułów transportowych, znajduje się w innym miejscu rury.
A może szklane tunele służą do recyrkulacji wody lub do jej oczyszczania? Skoro jednak przepływa nimi jakaś ciecz, to ściany budowli powinny być wykonane z niezwykle wytrzymałego materiału. W przeciwnym razie olbrzymie ciśnienie zniszczyłoby misterną konstrukcję. A może środowiskiem naturalnym Marsjan była lub jest właśnie woda? Legenda starożytnych Sumerów opowiada przecież o Oannesie, ryba o ludzkiej głowie, który przybył na Ziemię, aby dać ludziom kulturę i naukę. Warto też pamiętać, że bogowie ludów Mezopotamii egzystowali zarówno w niebie, jak i w podziemiach. Te ostatnie często utożsamiane były również z oceanem. Spora część badaczy jest przekonana, że marsjańskie tunele to nie budowle, a efekt aktywności życiowej gigantycznych organizmów żyjących pod powierzchnią planety. Zwolennicy tej teorii wskazują, że przezroczyste, użebrowane rury mogłyby być rodzajem wylinek zostawianych przez te gigantyczne stwory. A analogia z wężami?
Zwolennikom tej teorii zdecydowanie trudniej jest już jednak odpowiedzieć na pytanie, czym owe istoty mogłyby się żywić. Inni obserwatorzy tajemniczych marsjańskich obiektów są z kolei przekonani, że są to jedynie szkielety wielkich organizmów. Na Ziemi bardzo podobne krzemionkowe konstrukcje o charakterystycznej symetrii osiowej, oczywiście nieporównywalnie mniejsze, wytwarzają choćby promiennice. Domysły można mnożyć, ale fakt pozostaje faktem, że na powierzchni Czerwonej Planety znajdują się obiekty, które wymykają się prostym interpretacjom. Przez cały czas powstają więc nowe teorie. Teorie, które starają się wyjaśnić fenomen odkryty przez Orbiter MGS. A ponieważ zarówno dla entuzjastów życia, jak i dla sceptyków jedynym źródłem informacji są tylko i wyłącznie zdjęcia, to niektóre z owych teorii są mocno naciągane. Z pewnością warto przejrzeć w internecie artykuły poświęcone szklanym tunelom, ale znacznie bardziej twórcze może być wpisanie adresu strony, na której NASA zamieściła olbrzymią liczbę fotografii wykonanych przez MGS. Wszystkie te obrazy można ściągnąć do komputera i rozpocząć samodzielne poszukiwanie tajemniczych struktur na Marsie. Nie jest to łatwa praca, gdyż zdjęć jest naprawdę dużo.
Za pomocą programu graficznego, ja wiem, chociażby Photoshopa, należy owe fotografie odpowiednio powiększyć, zmienić ich kontrast, poprawić ostrość oraz bardzo często mocno rozjaśnić. Dzięki tym wszystkim zabiegom można stać się prawdziwym badaczem tajemnic, które skrywa Czerwony Glob. Im więcej osób obejrzy te zdjęcia, tym realniejsza jest szansa, że zagadka szklanych tuneli zostanie rozwikłana. Trochę żartuję, ale kto wie. Ostatecznie przed Eugene'em Marie Antoniadim tysiące ludzi patrzyło w teleskopy, podziwiając kanały na sąsiedniej planecie. On ich jednak nie dostrzegł. Dzięki niemu została rozwiązana pierwsza z wielkich zagadek Marsa. Śledząc dzieje narodzonego w XIX wieku mitu, można odnieść wrażenie, że czwarta planeta jest niekończącą się zagadką, a pod jej czerwonymi piaskami ukryta jest jeszcze niejedna tajemnica. Carl Sagan, kosmobiolog i pisarz SF, najwyraźniej myślał bardzo podobnie, gdyż przed laty powiedział: Mars jest światem pełnym niespodzianek i cudów, a to, co nam w przyszłości odkryje, będzie prawdopodobnie o wiele bardziej ekscytujące od wszystkich naszych wcześniejszych wyobrażeń o nim. Jedno mogę państwu obiecać.
Do tajemnic Marsa jeszcze wrócimy. I to tyle. Pięknie państwu dziękuję za uwagę i zapraszam na kolejny Wehikuł Wyobraźni. A, i przypominam o linkach do fotografii szklanych tuneli na Marsie. No i o linkach do moich książek. Pozdrawiam. Proszę państwa, proszę państwa, tylko jeszcze przypomnę sprawę linków. Linki znajdziecie państwo, jeśli wejdziecie na kanał Wehikuł Wyobraźni. Jakbyście przy okazji zalajkowali filmik, o którym mówię, czyli Tajemnica tuneli na Marsie, zanim klikniecie państwo w link ze zdjęciami, to ja będę niezwykle wdzięczny. A jeśliby państwo jeszcze zasubowali kanał, no to wdzięczność moja nieskończona prawie.
Tyle załatwiania interesów. No to teraz zapraszam państwa na Filmotekarium. Filmotekarium dzisiaj Dzisiaj rozmawiamy z Piotrem Cielebiasiem o polskim filmie, który został wyreżyserowany, a wcześniej napisany. Scenariusz został napisany przez Piotra Biedronia. Tytuł tego filmu: "W nich cała nadzieja". Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:01:15] - Witam, witam. Dzień dobry wieczór wszystkim.
[01:01:18] - Filmotekarium, a w Filmotekarium film science fiction. Dodam, że polskie science fiction. Dodam, że polskie postapo. I już ci z państwa, którzy nie trawią tego rodzaju klimatów, a dodatek, że to polskie kino to już kompletnie wyłączył, niniejszym zostali wyeliminowani. Teraz mówimy do mniejszego grona słuchaczy, Piotr.
[01:01:48] - Tak. Dzisiaj "W nich cała nadzieja". Taki film. W roli głównej Magdalena Wieczorek jako Ewa, rozbitek na wyniszczonej klimatycznie planecie. Towarzyszy jej, chciałoby się powiedzieć, pixarowski Wall-E, czyli taki robot. Cóż, do obejrzenia tego filmu zachęcił mnie nie tylko Marek, ale i komentarze na Filmwebie, które wychwalały twórcę, pana Biedronia. Ale nie tego pana Biedronia, który jedzie do Brukseli, tylko innego.
[01:02:20] - Piotra.
[01:02:21] - Okazało się jednak, że recenzje z innych portali, a także opinie szeregowych widzów mocno się różnią od tych peanów na Filmwebie. Cóż, sam fakt, że jest to film polski sprawia, że ostrze naszej krytyki jest bardziej łaskawe dla tego filmu, bo jest on bardzo specyficzny. Również dlatego, że jest to raczej coś w rodzaju sfilmowanego spektaklu aniżeli pełnokrwistego sci-fi, gdzie bardziej się nam eksponuje przemyślenia bohaterów, a świat przedstawiony to jest w sumie tylko tło albo właściwie tło, gdzie się ta historia rozgrywa. Ogólnie rzecz biorąc, prawie zawsze utyskujemy, że nie ma polskiego sci-fi, a jeżeli już jest, to sarkamy, że ono jest złe i nie powinno się pojawić. Pewnie tutaj zapytacie: "Panowie, gdzie jest konsekwencja? Zamiast wspierać rodzimych producentów, to się zawsze czepiacie". Powiem ci, Marku, to wyjdzie w praniu, czy się przyczepię, czy nie. Zastanawiam się, co można tutaj powiedzieć o fabule, żeby tego filmu nie spalić i nie zniechęcić widza, a wręcz przeciwnie, myśląc patriotycznie, zachęcić go do tego, żeby po ten film sięgnął. Od czego by tu wyjść? Mamy ziemię z problemami, jak to w filmach postapo.
[01:03:55] - Piotrze, powiem tak, że fabuła tego filmu, to co jest tam przedstawione, jeszcze by się jakoś broniła na tle innych polskich produkcji. Tu w ogóle coś się dzieje, a sam fakt, że mamy do czynienia właściwie z monodramem, bo tego robocika à la Wall-E nie liczę, to jeszcze nawet podbija i ten film nie sprawia, że się nudzimy, ale w pewnym momencie zadana jest widzowi zagadka, którą usiłuje rozwiązać razem z bohaterką. To wywołuje pewne napięcie, ale powiedzmy sobie szczerze... Właśnie, będę musiał mówić szczerze. Dobrze. Albo jeszcze od innej strony zacznę. Ja bardzo często utyskuję nad polskim sci-fi filmowym, dlatego, że mam takie wrażenie, iż za robienie filmów SF biorą się w Polsce ludzie, którzy SF nie znają albo znają je bardzo pobieżnie. Znają je, bo ktoś im opowiadał. W każdym razie mam głębokie przekonanie, że twórcy filmowi traktują science fiction jako taki gatunek, na którym stosunkowo łatwo się wybić, bo ludzie przyjdą, zobaczą i nie trzeba w ogóle czuć tego gatunku, nie trzeba nic o nim wiedzieć. W ogóle super.
I zbieramy żniwo tego sposobu myślenia. Nikt o nic nikogo nie pyta, tylko robi kolejną produkcję. Ale z tym filmem jest jeszcze gorzej, bo ponoć pan Piotr Biedroń, który jest scenarzystą i reżyserem tego filmu, interesuje się fantastyką naukową. I powiem państwu, że to widać, ale nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Chyba się interesuje, bo ja nie wiem, z czego to wynika. Być może właśnie z oczytania pana scenarzysty. Nic nie sugeruję, ale ten film jest przynajmniej mocno inspirowany pewnym opowiadaniem made in USA. Otóż był sobie taki pisarz, który nazywał się Robert Sheckley. On pisał fantastykę dowcipną. To były właściwie powiastki rozrywkowo-humorystyczne niż twarda SF.
Stąd wywiązała się taka dyskusja na Filmwebie na temat inspiracji, że ten film jest mocno inspirowany pewnym opowiadaniem Roberta Sheckleya i oceniano, że to jest takie marne opowiadanko, że to wcale nic ważnego. Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym, ponieważ Robert Sheckley pisał naprawdę zabawne perełki humoru, a jednocześnie perełki SF i napisał w swoim czasie opowiadanie. Sami to państwo możecie sprawdzić. Opowiadanie nazywało się "Okrutne równania" i mam nieodparte wrażenie, że scenarzysta tego filmu czytał to opowiadanie. Czytał i je zapamiętał. Nie wiem, czy świadomie, czy podświadomie. Nie siedzę w głowie. Nie wiem, jaki był mechanizm powstania scenariusza, ale to widać i to najlepiej państwo sprawdźcie. Nie wierzcie mi na słowo. Znajdźcie w sieci.
Jest dostępny, da się znaleźć opowiadanie, powtórzę, Roberta Sheckleya "Okrutne równania". Ono się dzieje w innych okolicznościach przyrody. Ono inaczej jest zawiązane, inaczej rozwiązane, ale sam motyw zagadki, która pojawia się w tym filmie, pewnego problemu do rozwiązania jest identyczny. Co więcej, pewne zwroty akcji, które się pojawiają, również są identyczne. I jeśli to była jakaś głęboka inspiracja, to warto by było chyba zaznaczyć to gdzieś w liście płac tego filmu, że to jest film inspirowany opowiadaniem Roberta Sheckleya. Ale takiej uwagi ja przynajmniej nie znalazłem. Film ponoć cieszył się dużym uznaniem. Uznano, że to jest odkrywcze, że to jest ciekawe. Właśnie, ale kto to uznał? Ludzie, którzy nigdy z SF nie mieli nic do czynienia.
Oni uznali, że ten film jest po prostu super. Że to, jak to jest tam przedstawione wszystko, że jest super jeszcze bardziej. Bo tam się pojawia motyw ekologiczny między innymi. I też jest taki mały dramacik, bo główna bohaterka żyje na czymś w rodzaju płaskowyżu, wzgórza, cholera wie, jak to inaczej nazwać. W dole widać elektrownię, ale jest po katastrofie. Tymczasem już w pierwszych scenach dostrzegamy, że ta elektrownia dymi. Kominy dymią, a chłodnie kominowe wyrzucają parę wodną. Właściwie to się jeszcze jakoś inaczej nazywa, bo te krople wody są bardzo duże. W każdym razie wyrzucają parę wodną, bo nie wiem, czy państwo ekolodzy wiedzą, że chłodnie kominowe, chociaż to tak z daleka wygląda, nie walą w niebo dymem, tylko parą wodną. I to się dzieje.
Ale mówimy sobie: zaraz, zaraz, przecież ludzkość poza naszą główną bohaterką praktycznie wyginęła. To co? I dostajemy odpowiedź. Ja się tak ucieszyłem, że dostałem odpowiedź, dlaczego ta elektrownia działa, że straciłem w ogóle logikę. Bo w pewnym momencie dowiadujemy się, że ta elektrownia jest obsługiwana automatycznie przez pobratymców tego robocika, który na pierwszym planie występuje i w związku z tym ta elektrownia działa. To zadaję pytania logiczne. W takim razie dlaczego główna bohaterka nie korzysta z prądu, który jest produkowany w elektrowni, tylko ciągle montuje panele fotowoltaiczne? Ale to jest jeszcze pikuś, proszę państwa. Każdy, kto chociaż kiedykolwiek był w elektrowni, a ja byłem, co więcej, chłodnię kominową widziałem nie tylko od zewnątrz, ale też od środka. Była akurat wyłączona.
Tu też jest wyłączona jedna z chłodni kominowych, ale o tym za chwilę. Każdy wie, że jeśli to jest elektrownia węglowa, to te robociki kopią węgiel, który służy do spalania w elektrowni i to tak od lat wszystko niby działa. Słabo. Ja tego nie kupuję po prostu. Ten automatyzm tak mnie ucieszył na początku, że nie zwróciłem na to uwagi. Później sobie uświadomiłem, że po jaką cholerę i jak w ogóle jest możliwe, że roboty wydobywają węgiel w kopalni, potem roboty dostarczają go do elektrowni i roboty nadzorują załadunek i produkcję energii elektrycznej, która idzie w kosmos, bo główna bohaterka montuje panele fotowoltaiczne. To jest pierwsza rzecz, która przeraża swoją naiwnością i pewną ideologizacją, bo tak naprawdę chodzi o to, żeby nam pokazać, jacy jesteśmy straszni. Ta ekologia. Okropność. Ale to jeszcze nie koniec różnych dziwnych sytuacji w tym filmie.
Otóż w pewnym momencie, na skutek pewnego wydarzenia główna bohaterka nie ma wody. Trochę przyczynia się do tego ten robot Wall-E. On się inaczej nazywa, ale niech już będzie Wall-E. Przyczynia się do tego, bo jej robi pod górkę i ona postanawia, że ponieważ nie ma wody, to pójdzie do elektrowni i tam sobie jakąś wodę znajdzie. Nie wiem, z jakiego powodu dostaje się do tej elektrowni przez chłodnię kominową. Zjeżdża po wewnętrznej krawędzi chłodni kominowej. Każdy, kto był w elektrowni wie, że wejście do elektrowni jest znacznie prostsze. Nie trzeba przez chłodnię kominową. To jest pierwszy idiotyzm. To ładnie, malowniczo dosyć wygląda filmowo, ale sensu nie ma.
Potem sztuka w elektrowni. Znajduje od razu, ma mało czasu, ale znajduje miejsce, gdzie się przechowuje butle z wodą, ale puste są niestety. I wiecie państwo, to niedobrze, jak się science fiction pisze bez sensu pod zadaną ideologię, zadany temat, wszystko inne mając w pompie. Bo albo tworzymy zwarty scenariusz, zwartą fabułę, która ma sens, albo mówimy sobie: jakoś to będzie, proszę państwa. Tam nieważne wszystko, ważna idea, którą chcemy przekazać. Ja się absolutnie z takim science fiction nie zgadzam. I paradoksalnie ten film ratuje pomysł, który jest zaczerpnięty z Sheckleya, o którym mówiłem. I powtarzam, ja nie chcę drążyć sprawy, czy pan Piotr Biedroń zrobił to świadomie, czy nieświadomie. W każdym razie ludzie, którzy to oglądali, zachwycili się pomysłowością tego scenariusza. A jedyne, co się w tym scenariuszu może budzić w nas zachwyt, to właśnie ten pomysł sheckleyowski z problemami z wejściem do obozu i wiążący się z problemami z hasłem.
Ale jeżeli to jest zachwycające, to znaczy, że w tym filmie nic poza inspiracją sheckleyowską wartościowego, fajnego nie ma, bo trudno uznać taki nachalny przekaz ekologistyczny za coś wartościowego. Przynajmniej nie dla mnie.
[01:14:07] - Tutaj wiele wątków poruszyłeś. Ja wrócę do samego początku twojej wypowiedzi, kiedy mówiłeś o tym, że pan reżyser zna science fiction i wszyscy, którzy mu przyklaskiwali, też znają. Otóż nie znają, bo gdyby znali, gdyby obejrzeli na przykład trochę Netflixa, to by zobaczyli, jak bardzo ten film jest odtwórczy i do jak wielu produkcji netflixowych, takich przeciętnych bardzo nawiązuje.
[01:14:34] - Ja przerwę. Ja tylko powiedziałem, że on deklaruje, że zna.
[01:14:39] - Tak. Drugim ważnym wątkiem jest to, że ten film jednak czerpie z czegoś prawdopodobnie, może nieumyślnie, nie wiem, ale podobieństwa są. Zostało to w internecie wychwycone. Ale do czego chciałbym przejść? Musimy wam powiedzieć jedną rzecz: główna bohaterka po jakichś wojnach klimatycznych otrzymuje od swojego ojca robocika, który ma ją pilnować, ma ją strzec. Nawet na samym początku sobie ucinają jakąś pogawędkę, a ten robocik, ten Wall-E, bo on tak samo wygląda jak Wall-E z tej animacji, wycina jej numer, mówiąc brzydko i robi się dramatycznie. Tylko czy robi się ciekawie, to już musicie sami ocenić. Przejdę do tego, co mnie rzuciło się w oczy od samego początku. Film jest za długi. Półtorej godziny praktycznie w jednym miejscu z dwoma bohaterami, z czego jeden jest człowiekiem, doprowadza do ogromnego przeciągnięcia, do strasznych dłużyzn.
Już od początku widać, ale to powiem ci od samego początku, od pierwszych minut, że te sceny są przeciągnięte strasznie. Nawet interwały w dialogach wydają się specjalnie poszerzone, żeby ten film dotrwał do tych 90 minut. I to jest naprawdę potężny minus. O ile to jest oczywiście nagminnie stosowane w innych filmach, to tutaj atakuje od samego początku i w pewnym momencie jest ciężko przez to przebrnąć. Ale wspomniałem o braku oryginalności, bo to też jest ważne. Film jest osadzony w świecie, gdzie doszło do katastrofy klimatycznej. Ludzie są rozproszeni po świecie, żyją na szczytach gór. Doszło do klimatycznej wojny, jak powiedziałem. Natomiast samość filmu mówi o samotnej dziewczynie, która sobie tłucze się po tym postapokaliptycznym świecie. Powiem ci tak: pierwsze sceny filmu, o którym dzisiaj mówimy, przypominają netflixowy film "Ijo" z roku 2019.
Początek jest bardzo podobny. Ogólnie, wbrew tym przychylnym opiniom, które są wyrażane między innymi na portalu Filmweb, film Biedronia jest nudny i odtwórczy. Nie ma tam nic, co by go wyróżniało na tle innych kameralnych produkcji fantastycznych czy postapo nawet. Ja powiem więcej: ten film jest kręcony pod festiwale. Dlaczego? Bo tam mamy, jak zresztą zauważyłeś, zarysowane bardzo nośne medialnie problemy — sztuczną inteligencję oraz klimat, zmiany klimatu, wpływ człowieka na te zmiany. Tylko że to wszystko jest osadzone w świecie totalnie nijakim. Wrócę do Filmwebu jeszcze. Tam jest pewien recenzent, pan Jankowski, który się rozpływa nad tym filmem, dodając, że Biedroń dobrze się orientuje, co się dzieje w amerykańskim kinie postapo. On dodaje, że ten świat taki spieczony i taki brudny w ogóle.
Panie Jankowski, tak wygląda sceneria postapo po pierwsze w podstawowym wydaniu, a po drugie w wydaniu najtańszym. Trochę złomu, trochę rdzy, trochę piachu, trochę starych kabli. I tu nie ma żadnej oryginalności. Wiesz co? Wymęczyłem się na tym filmie. Ja wiem, że można powiedzieć, że my narzekamy za bardzo na polską fantastykę, ale po raz kolejny dochodzimy do wniosku, o którym zresztą powiedziałeś: za to się biorą ludzie, którzy powinni kręcić inne filmy. To znaczy film Biedronia jest nie dość, że nijaki, to on jest tylko osadzony w pewnej scenerii postapokaliptycznej. Natomiast to nie ma żadnego ducha. To jest gorzej niż słabe. My od początku mamy wrażenie, że to jest sztuczne.
Tam nie ma żadnej prawdy w tym filmie. Nie ma dramatu, nie ma napięcia. Dziewczyna żyje sobie praktycznie na pustyni w Polsce, chyba w Polsce, nie wiem, gdzie nie ma wody, gdzie już nic nie ma i tak dalej. I to wszystko jest takie wesołe, niczym się tam nie przejmuje. Ja myślę, że człowiek, który byłby uwięziony w takim świecie, miałby dużo rzadszą minę. Ale ten brak logiki i niespójności, o którym wspomniałeś, jest też widoczny na innych polach. Zresztą sam początek tego filmu już jest takim mocnym kopniakiem na odchodne, żeby go nie oglądać, bo tam już na samym początku mamy powiedziane, że była ta wojna, były te zmiany klimatu i resztki ludzi uciekły w kosmos i prawdopodobnie umarli. Byli to głównie politycy i biznesmeni, którzy tam polecieli na pewno na śmierć. Widzieliśmy to w wielu filmach, na przykład "Nie patrz w górę", "Elysium" i starszych produkcjach. Natomiast samo w sobie jest to dość bezsensowne, tak jak wiele innych motywów, wątków, zachowań w tym filmie Biedronia.
Także powiem ci Nie chciałbym, aby następny film polski z gatunku science fiction był taki, przy którym znowu będziemy narzekać, ale niestety tak jest. Ja bym tutaj jeszcze chciał zwrócić uwagę na jedną rzecz. Jeżeli nie ma fajnej historii, jest taka odtwórcza, jeżeli to wszystko jest naciągane, to może chociaż aktorstwo to trochę ratuje. Nie ratuje, niestety. Mam takie wrażenie, jakbyśmy oglądali jakiś film krótkometrażowy, jakiś klip. Nie ma w tym dramaturgii i to jest gwóźdź do trumny tej produkcji, moim zdaniem.
[01:20:32] - Wiesz Piotrze, ja się powtórzę, ale jedyne co w tym filmie naprawdę może przyciągnąć, to ten motyw z hasłem, z tą pomyłką. Ale podkreślam, to nie jest motyw oryginalny. Poza tym pragnę poinformować, że Sheckley pisał na ogół krótkie opowiadania. Bardzo krótkie. 10 minut to jest czas lektury. I w takim opowiadaniu tego rodzaju zagadka, a właściwie pewien problem do rozwiązania, notabene w opowiadaniu Sheckleya on zostaje rozwiązany, w tym filmie niestety nie. Ale to jest tak, że ten krótki, zabawny, trudno mówić o paradoksie, bardziej problem, on o ile w opowiadaniu Sheckleya gra, to również jest w tym dziele, czyli "W nich cała nadzieja" przeciągnięty. Kolejna rzecz, która jest tam przeciągnięta, bo jakby to powiedzieć najdelikatniej, najlepszy dowcip opowiadany zbyt długo po prostu przestaje być śmieszny. I tu może nawet nie o śmieszność czy zabawność chodzi, tylko o pewne napięcie, które jest związane z sytuacją. Tu to jest tak pociągnięte, że nie wiem, uśmiecham się.
A o podobieństwach, wiecie państwo, o ile tutaj w tym filmie to lawenda chyba jest hasło, czy w każdym razie o lawendę chodzi. Notabene to w finale się okazuje. A w opowiadaniu Sheckleya to jest bławatek, więc nawet tu nie ma oryginalności, bo i tu, i tu mamy jakąś roślinę. I powtarzam, ja o nic autora filmu nie oskarżam, poza świadomą bądź nieświadomą inspiracją. Ale skoro ten temat się już pojawił, bo nie ja go wywołałem, chociaż ja go odkryłem dopiero, kiedy sam oglądając ten film, a ja dosyć dobrze znam prozę Sheckleya, bo był czas, kiedy się fascynowałem akurat tym rodzajem pisarstwa, to sam odkryłem to podobieństwo i później z pewnym zaciekawieniem odkryłem, że nie byłem sam, że wiele osób, wielu widzów odkryło te podobieństwa. I wiecie państwo, to jest tak, to się może zdarzyć, ale jeśli się już zdarzy, to myślę, że reżyser, scenarzysta powinien wyjść, powiedzieć: "Faktycznie dużo czytam fantastyki. Może tego nie notuję, bo ona jest dla mnie literaturą rozrywkową, którą czytam przy okazji, więc może nie odnotowałem, gdzieś to weszło mi w zwoje mózgowe i nieświadomie skorzystałem. Okej, przyznaję się, nie ma sprawy. Ja to nawet na filmie zapiszę." Ale nie. Idziemy w zaparte.
Nikt tematu nie porusza, tematu nie ma. I okazuje się, że ktoś zrobił super film, wykorzystując czyjś pomysł. I ja nie dramatyzuję. Chodzi po prostu o oddanie twórcom tego, co im się należy. I takie zlekceważenie, a jakiś tam pisarzyna Sheckley. Ja życzę panu Biedroniowi, żeby stał się na polu filmu polskiego, może międzynarodowego tak ważną postacią, jaką był Robert Sheckley dla anglosaskiej fantastyki naukowej. Naprawdę mu tego życzę. No cóż, to chyba tyle.
[01:24:21] - Także reasumując, mamy do czynienia z teatrem telewizji w tanim wydaniu postapokaliptycznym, z podkreśleniem tak zwanych problemów aktualnych politycznie, które chyba miały zagwarantować autorom uznanie i poklask. Tam możemy wymienić wiele innych inspiracji współczesnych, filmowych, nie takich bezpośrednich, związanych z wzorowaniem się na czyimś dziele, ale też takich, w których po prostu podobne problemy zostały poruszone. Na Netflixie mamy mnóstwo takiego barachła science fiction, takich tanich produkcji typu "Mother" na przykład. Także Biedroń poszedł w te same ślady i jakbym miał szczerze powiedzieć, to ja tego filmu nie polecam, bo on męczy. On po prostu męczy. Gdyby może przedstawiono tam postapokaliptyczną Polskę, ale tak w pełni, to byłbym tym bardziej zainteresowany. Natomiast tutaj kolejna opowieść o tym samym tak naprawdę. Chyba tylko po to skrojona, żeby społeczność międzynarodowa poprawna politycznie była ukontentowana. Także niestety kolejny raz polskie science fiction na minus. Ja tylko bym chciał jeszcze dodać, że tu w niektórych portalach, jest taki portal Immersja, gdzie się pojawiła bardzo krytyczna recenzja filmu, o którym dzisiaj mówimy i tam padają takie słowa, że to jest pierwsze polskie postapo.
Nie jest pierwsze polskie postapo w wersji filmowej. Było „Obioba”, była „Seksmisja”, jakby nie patrzeć. Był też film „Erotica”, który masakrowaliśmy chyba rok temu i który też był w podobnych klimatach utrzymany. Tylko że to polskie postapo często bywa subtelne, czyli te odniesienia nie są takie, że mamy tam ruiny wielkie i scenerie straszne. Niekiedy jest to subtelne, niekiedy jest to tylko dopowiedziane, ale postapokaliptyczne wątki w polskiej kinematografii występowały. Tutaj też występują, tylko że już ze strasznym upodobnieniem się do tego, co w kinematografii zachodniej jest znane i co bywa nagminnie niestety wykorzystywane. Powiem ci, że w tym przypadku ucieczka w klimaty związane z Armagedonem i z tym, co się po nim stanie, jest tak naprawdę pójściem na łatwiznę i wydaje mi się, że tego rodzaju filmy są tanie. I pewnie będziemy widzieli jeszcze wielu innych twórców, którzy będą po to sięgać i mówić, że to jest pełnokrwiste sci-fi.
[01:27:10] - A ja bym się, Piotrze, jeszcze zgodził z tym, że to jest tanie, że to bazuje na modnych tematach, czyli trzeba coś o ekologii i tak dalej. Nawet bym się zgodził z tym, że można się inspirować amerykańskim pisarzem. Powtarzam to do znudzenia. Z tym wszystkim mógłbym się zgodzić. Sam to jakoś przełknął. Co więcej, może nawet jakoś bym to zaakceptował. Natomiast ja się nigdy nie zgodzę, żeby traktować widza jak imbecyla, bo tak się poczułem potraktowany, kiedy — już państwu wymieniałem te dziury logiczne — chociażby ta chłodnia kominowa. Po co jest to robione? Ja wiem, że większość ludzi, którzy będą film oglądali, nigdy chłodni kominowej z bliska nie widziała, ale to jeszcze nie jest powód, żeby wciskać im kit, że główna bohaterka musi wejść najpierw na koronę tej chłodni kominowej, później musi po ściance schodzić w dół i dopiero tędy dostaje się do elektrowni. To jest traktowanie widza jako jakiegoś mutanta popromiennego, który w ogóle o niczym nie ma pojęcia.
Tak nie jest. W gruncie rzeczy ja sądzę, że spora część ludzi, nawet tych, którzy chłodni nie widziała z bliska, domyśli się, że fajnie to wyglądało w kamerze. Fajny obraz był, bardzo widowiskowy. Wklejmy to do filmu. Ale tak się robi filmy artystyczne, artystowskie, że tak sobie powiem. To nie był komplement. Natomiast tak się nie robi rasowego sci-fi, jeszcze z dodatkiem postapo. Tam pewna logika musi być jednak, powinna przynajmniej być zachowana. Nie jest zachowana. Już podałem państwu kilka przykładów.
Ta elektrownia pracująca i te panele fotowoltaiczne. Panele muszą być, bo panele są w tej chwili modne. To nachalne epatowanie nas tym, że ekologia. Wiecie państwo, świat się zawalił. Już było, a dawno apokalipsa nastąpiła. Ale jak sobie panelik kolejny wkręcimy, podłączymy, to będzie lepiej. Tam co prawda od lat, jeśli wierzyć scenarzyście, ta elektrownia sobie w dole dymi, kopci, produkuje prąd, ale nie będziemy z niego korzystać. Nie ma takiej możliwości. My sobie sami wytworzymy w tym postapokaliptycznym świecie swój prąd ze swoich paneli. I takich bzdur — tak, dokładnie, niech padnie to słowo — takich bzdur, takich dziur scenariuszowych w logice scenariusza jest cała masa.
I zastanawiam się nad jednym: czy to jest zasługa scenarzysty, pana Biedronia, czy też to jest zasługa montażu, że ktoś w postprodukcji powiedział: "Wiesz, tu sobie to wyrzućmy, tamto wyrzućmy, bo film nie może trwać za długo. Zresztą i tak trwa długo, więc tu musimy wyrzucić". Bardzo często obserwuję, że filmy w Polsce tracą na logice właśnie na etapie montażu, bo scenariusz napisany jest w miarę logicznie, ale później są oszczędności. Tę scenę wywalmy, tę scenę wywalmy, jeszcze tę i następną, i następną. I w pewnym momencie dochodzimy do takiej sytuacji, że film przestaje się kleić, ponieważ ilość scen wyrzuconych powoduje, że nie ma tego lepiszcza, które łączy poszczególne sceny. Są dziury i nijak nie da się tego skleić w opowieść, która jest zwarta. W którą wierzymy, której możemy zaufać. I to jest typowy przykład takiego filmu. Tak mi się przynajmniej wydaje, że albo scenarzysta popełnił rażące błędy, albo na etapie montażu ten film został kompletnie załatwiony.
[01:31:36] - Z takimi filmami jest podstawowy problem. Trzeba mieć naprawdę dobrą historię do opowiedzenia, dobrych aktorów, niekoniecznie znanych, żeby to poruszyło widza. My nierzadko mówiliśmy, że współczesne science fiction trochę zatoczyło krąg. Robi się dużo filmów, ale czasami nie wiadomo po co, dlatego, że one są nie tylko złe, są po prostu niepotrzebne. W tym sezonie w Filmotekarium o tym mówiliśmy wielokrotnie. I tutaj jest tak samo. Co jeszcze bym chciał dodać? Wy możecie powiedzieć: "Narzekacie panowie, narzekacie, a weźta i nakręćta film i dopiero potem mówcie jak to jest, że przecież twórcą nie jest tak łatwo". Ja myślę, że lepiej się nie porywać na pewne rzeczy. To znaczy się, wiesz, po co oglądać w kinie science fiction kolejną rzecz, która jest powtarzana do znudzenia?
Po co wykorzystywać te same schematy, a potem znajdować sobie klakierów na Filmwebie, którzy mówią: "O, jakie to jest super zarąbiste". Nie jest. Nie oszukujmy się, wszystko w tym filmie leży. Nawet ten biedny Wall-E, który jest tak bardzo podobny do tej swojej wersji pixarowej, tego filmu w żaden sposób nie ratuje. To by się dało zmieścić tak naprawdę w 30 minutach, może w jakiejś antologii polskiego sci-fi, takiego krótkometrażowego i by to było całkiem może nawet zjadliwe, ale 90 minut naprawdę nikt nie jest w stanie wytrzymać z takim smutem. I mówię to z ręką na sercu. To nudzi, po prostu nudzi. Nie ma tutaj żadnego novum. Mamy tylko ten przekaz, że ten film jest robiony pod określoną narrację polityczną. I pewnie to był główny motyw do jego stworzenia.
Ale żeby on miał być hitem zapamiętanym w kolejnych latach, to już dam sobie palca uciąć, że tak niestety nie będzie.
[01:33:43] - Kiedy powiedziałeś o polityce, to jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała. W tym filmie ta nachalna propaganda dotycząca uchodźców, migrantów, czy jakkolwiek to nazwiemy, w pewnym momencie się pojawia. Ten polski Wall-E, czyli Artur, tak ma na imię ów robot, jest tak naprawdę robotem strażniczym, który kiedyś pilnował granicy, żeby ludzie z południa nie mogli przedostać się przez granicę i tak dalej. Możecie sobie państwo wyobrazić, ponieważ w tym momencie film wchodzi na ideologiczne rejestry, to możecie sobie państwo wyobrazić, co tam się dzieje, co tam za dialogi, teksty padają. Ja rozumiem, że filmy trzeba kręcić o żywotnych problemach, o tym, co się dzieje w naszej cywilizacji. Ale błagam, ja błagam po prostu, żeby nie kręcić filmów ideolo, które muszą odpowiadać na zapotrzebowanie. No właśnie, czyje? Widzów? Ja sądzę, że widzowie mają nieco inny pogląd, przynajmniej w sporej części, na ten właśnie problem, o którym zacząłem w tej chwili mówić. Natomiast gremia jury różnego rodzaju festiwali przypuszczam, że będą oczadziały z zachwytu, jakżeż to sprytnie reżyser i scenarzysta zarazem przemycił ten ważny społecznie problem.
Proszę państwa, ja mam dosyć. Po kokardę mam oglądania ideologicznych produkcji, które mówią: "A ja jestem science fiction". Nie, tak to nie powinno wyglądać. To nie znaczy, że science fiction musi być głupie i pozbawione jakiejkolwiek refleksji. Ale ta refleksja, ona się gdzieś tam oczywiście powinna pojawiać przy okazji, nawet czasami rozbudowane sekwencje, ale istotą science fiction jest coś zupełnie innego. Natomiast jeżeli serwuje nam się ideolo, to ja już nie mam więcej komentarzy. Ja również nie polecam państwu tego filmu, chociaż w tym sezonie wspólnie z Piotrem omawialiśmy masę jeszcze gorszych filmów. Naprawdę całą masę jeszcze gorszych filmów omawialiśmy. Ten film chwilami jeszcze się broni, ale nie bierzcie państwo tego, co mówię w tej chwili za dobrą monetę. To jest taka mała obrona i nie.
Jeśli państwu wystarczy to, co powiedzieliśmy, to już sobie ten film państwo darujcie. Tak. Polskie science fiction. Może kiedyś doczekam czasów, że obejrzę coś z wypiekami na twarzy i nie będę się mógł doczekać, żeby państwu zrelacjonować, jaki to był doskonały film. Ale to jeszcze nie był ten przypadek. Teraz zapraszam państwa na Recenzarium Evivy. Dzisiaj Isaac Asimov, "Koniec wieczności". Mam zupełnie inne zdanie na temat tej powieści Isaaca Asimova niż Luiza Eviva Dobrzyńska. Ale tak to jest z literaturą, że każdy ocenia Przez pryzmat swoich doświadczeń, swojej wizji, tego jak postrzega czy to autora, czy sam problem. Mnie ta książka po prostu się podobała.
Kto z Państwa byłby zainteresowany rozszerzeniem wiedzy, to również zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam rozmowy z Wojtkiem Sedeńko i w jednym z odcinków o literze A znajdziecie Państwo omówienie twórczości Isaaca Asimova. To tam między innymi troszeczkę jest o książce „Koniec wieczności”. My tam z Wojtkiem specjalnie nie oceniamy, raczej mówimy o problematyce. Bardziej mówimy o tym, czy to się fajnie czytało, czy niefajnie. Teraz oddajmy jednak głos recenzenckiemu spojrzeniu Luizy Vivy Dobrzyńskiej. Zapraszam. Recenzarium Ewiwy. Fantazyji pełne.
[01:39:23] - Wita się z Państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Z twórczością Isaaca Asimova zetknęłam się dość późno, głównie dlatego, że za czasów PRL-u nie był on w Polsce wydawany. Dopiero w późnych latach 80. wpadła mi w ręce niewielka książka zatytułowana „Pozytronowy detektyw”. Było to moje pierwsze zetknięcie z twórczością Asimova i bardzo udane. Chyba właśnie wtedy niejako zaraziłam się tą androidomanią. Przyznam, że późniejsze książki z cyklu o robotach mniej mnie zainteresowały. Jakoś ta pierwsza jest najpełniejsza, najlepsza. Może dlatego, że w całości w zasadzie działa się na Ziemi, natomiast pozostałe przenoszą się akcją w kosmos, przez co są, jakby powiedzieć, bardziej oderwane od nas, ludzi. Jednak Asimov to nie tylko świat robotów i świat fundacji.
Zresztą te dwa światy zazębiają się ze sobą przez postać R. Danila, czyli głównego androida. Asimov pisał również wiele innych książek. Między innymi tę, która została właśnie wydana w cyklu Wehikuł Czasu. Wydawnictwo Rebis wybrało w tym celu „Koniec wieczności”. I tutaj nie do końca jestem pewna, czy było to dobre posunięcie. O czymże mówi ta książka? Andrew Harlan jest obserwatorem tajnej organizacji zwanej Wiecznością. Żyje ona poza czasem. Właściwie nie wiadomo dokładnie gdzie, a jej pracownikami są ludzie wyrwani ze swojej linii czasu.
Ambicją Harlana jest zostać technikiem, czyli kimś, kto nie tylko obserwuje wydarzenia, ale też dokonuje delikatnych ingerencji, by naprawić pewne rzeczy w czasie. Jego marzenia o wielkiej karierze zostają zmącone, kiedy spotyka młodą dziewczynę, tak jak on zwerbowaną właściwie przemocą, bo trudno to inaczej nazwać. Nancy Lambent niepokoi go, i to bardzo mocno. Do tego stopnia, że w rozmowie z przełożonymi sugeruje pozbycie się jej. Odesłanie tam, skąd przybyła. Jego prośba zostaje jednak odrzucona. Wkrótce okazuje się, że za ich spotkaniem stoi coś więcej i że Wieczność, podobnie jak wiele innych organizacji, jest siedzibą intryg, których Harlan nawet nie podejrzewał. Cóż mam do tej książki? Przede wszystkim nie cierpię opowieści o podróżach w czasie. Po prostu tego nie znoszę, ponieważ są zazwyczaj tak absurdalne, że nie pasują mi zupełnie do niczego.
Skąd takie nastawienie u miłośniczki fantasy oraz fantastyki? No właśnie. Kiedy podróże w czasie odbywają się w krainach fantasy, jeszcze to można jakoś zrozumieć. Magia i te rzeczy. Natomiast science fiction to coś zupełnie innego. To coś, co wychodzi z podstaw naukowych i dopiero niejako później rozkwita fantazją. No właśnie, nauka wyklucza coś takiego jak podróże w czasie. Chyba że mamy na myśli jedną podróż, to znaczy ku przodowi, którą wszyscy odbywamy. Cofanie się w czasie, żeby coś naprawić, coś zmienić. Wiem, wielu ludzi to bardzo lubi.
Dla mnie jest to nieznośnie irytujący chwyt. Jak wiemy, jedyną naprawdę niezmienną rzeczą na świecie jest właśnie przeszłość. To, co za sobą zostawiliśmy. Tam się już nic nie da zmienić. Możemy pracować tylko dla tego, żeby zmienić to, co będzie. Natomiast filmy i książki sugerujące, że możemy wrócić i coś tam poprawić, sprowadzają akcję, czasami nawet dość interesującą, do roli bajki dla młodszych dzieci. Nie tego oczekiwałabym po pisarzu pokroju Asimova. Nie mogę powiedzieć, że jest to książka zła. Wręcz przeciwnie. Asimov pisze tak dobrze, że poradzi sobie nawet z najgorszym tematem.
Nie rozumiem tylko, po co wziął się właśnie za naprawianie czasu. Przyjemność z lektury psuła mi świadomość, że czytam o czymś, co jest beznadziejnie głupie i zupełnie nie do zrealizowania. Warto tu zauważyć, że Właśnie ta książka posłużyła za punkt wyjścia dosyć zabawnej serii animowanej pod tytułem „Strażnicy czasu", w swoim czasie puszczanej na Cartoon Network. Właśnie tam mamy takich techników, którzy próbują naprawić linię czasu oraz chłopca, którego zabierają z jego linii, żeby im towarzyszył. Ten serial miał tak naprawdę o niebo więcej sensu niż cała książka, ponieważ jego konstrukcja od początku mówiła wyraźnie widzowi, że powstał tylko po to, żeby go zabawić. Nie miał pretensji do, jakby to powiedzieć, poważnej science fiction. Natomiast „Koniec wieczności" do tego pretenduje. Niestety nie jestem w stanie tego przełknąć. Nic na to nie poradzę. Każdy z nas ma jakieś wątki, które w science fiction kocha i takie, których nie cierpi.
U mnie to jest właśnie koncepcja podróży w czasie. Nie można powiedzieć, żebym nie kochała wszelkich zwariowanych pomysłów, ale właśnie ten zgrzyta mi nieznośnie i dlatego omijam wszystkie filmy i wszystkie książki, które go wykorzystują. Wyjątkiem jest jedynie „Wehikuł czasu" Wellsa, ponieważ w jego przypadku te podróże w czasie są tylko dekoracją. W tej noweli chodzi o coś zupełnie innego. Cofanie się w czasie czy wybieganie naprzód w przyspieszonym tempie mamy też w „Star Treku", ale to już musiałam przeboleć jako miłośniczka „Star Treka". Po prostu nasi ukochani miewają czasem wady, które bardzo nam przeszkadzają, ale które im wybaczamy. No i właśnie to jest ta. Bardzo ciekawy sposób do zaganiania podróży w czasie odniósł się Lem w jednym ze swoich opowiadań. Otóż niejaki Molteris wynalazł tam wehikuł czasu i postanowił udać się w przyszłość. Efekt: postarzał się na śmierć.
No i to rzeczywiście w tym momencie miałoby sens. Mimo wszystko wiem, że większość miłośników science fiction z chęcią przeczyta „Koniec wieczności", ponieważ tak jak powiedziałam, Asimov wszystko, co pisze, pisze świetnie, więc i to też. Mimo to nie sądzę, żebym kiedykolwiek spróbowała do tej książki wrócić. Wolę sięgnąć po którąś z części „Fundacji" albo wrócić do cyklu o robotach. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:46:18] - Czy pamiętacie państwo Gamerę? Nie wszyscy zapewne. Nawet jeśli doskonale państwo znacie. A jeśli powiem superpotwór? No może niektórzy coś zaczynają sobie przypominać, ale też nie wszyscy. Muszę państwu powiedzieć, że jak Piotr zaproponował ten właśnie film do Sentymentalnika, mówię sobie: „Kurczę, ja tego chyba nie znam. Chyba nie pamiętam." No ale później Piotr podsunął mi kilka materiałów i nastąpiło olśnienie. Nie wszystko sobie przypomniałem, to o tym będę za chwilę mówił w Sentymentalniku. Nie wszystko, ale ten film widziałem. Pamiętam go.
To dziwny film, ale okazuje się, że nawet dziwne filmy w czasach PRL-u mogły być hitami kinowymi. Zapraszam. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:47:17] - Witam, witam.
[01:47:18] - Tak. Sentymentalnik czas rozpocząć. Dzisiaj znowu klimaty japońskie. Mówię znowu, bo w swoim czasie omawialiśmy film „Załoga G" i to daje mi pretekst, żeby powiedzieć znowu. Ale proszę państwa, japońska kultura w czasach PRL-u to jednak głównie kultura wysoka. W rozmowie przed programem Piotr powiedział Akira Kurosawa. Tak, te rzeczy były. Natomiast kultura popularna japońska w czasach PRL-u była ograniczona do minimum. Jeśli czasami coś się pojawiało, to na przykład filmy o potworach. Godzilla to było, jakieś inne potwory, na przykład „Pojedynek potworów" to też było, ale wiele więcej nie.
Film, o którym dzisiaj będziemy mówić, on się właściwie wpisuje w filmografię potworną, czy inaczej mówiąc filmografię z potworami w tle.
[01:48:26] - Tak. Jeżeli wierzyć internetowi i naszym poszukiwaniom, no to ten film ma status kultowy. Oczywiście dla pewnego pokolenia. Jest to taki ersatz Godzilli, który zrobił w Polsce ogromną karierę. No ogromną w tamtych czasach. Nie wiem, czy dzisiaj go wiele osób pamięta. Posklejany z fragmentów wcześniejszych produkcji superpotwór zyskał naprawdę szeroką widownię, w większości ludzi bardzo młodych albo bardzo, bardzo młodych, ale też dzięki temu potworowi, dzięki Gamerze oni się czuli bliżej Zachodu. Wiesz co, ja pamiętam superpotwora tak jak przez mgłę. To znaczy na pewno go pamiętam z późniejszych czasów. Na pewno nie z kina, bo to ten element właśnie kultowy związany z tym filmem.
Ta jego ogromna popularność opierała się właśnie na tym, że on leciał w kinie, ale prawdopodobnie też potem był dostępny na VHS-ie. Możliwe też, że był emitowany przez jakieś stacje komercyjne i tam na niego natrafiłem. Zapadła mi w pamięć scena, w sumie to sceny z tym takim odrzutowym żółwiem, w zasadzie odrzutową skorupą i tenże żółw, chociaż na dobrą sprawę to on wcale żółwia nie przypomina. Wspomniana Gamera, rzeczona Gamera walczą z tandetnie wykonanymi przeciwnikami, samemu też będąc bardzo tandetnym. Zobacz Marku, ten film jest zaledwie o rok młodszy od „Obcego. Ósmego pasażera Nostromo". Superpotwór to rok 1980. I kiedy sobie dzisiaj na niego patrzymy z naszej perspektywy dzisiejszej, to trudno powstrzymać się od śmiechu. Nawet przecież jeżeli ktoś jest Może nie miłośnikiem, ale widzem Gojiry, do takich się zaliczamy. To super potwór, na tle tych najstarszych Gojir kłuje w oczy.
Ale on jednak był i on zrobił swoje. Jakimś takim dziwnym zbiegiem okoliczności wkradł się w serca polskich miłośników fantastyki. Może właśnie dlatego, że był takim powiewem, nie tyle Zachodu, co Dalekiego Wschodu, ale jednak takiego zachodniego.
[01:50:47] - Muszę ci, Piotrze, powiedzieć, że coś jest dziwnego z tym filmem, bo ja wiem jedno: oglądałem go w czasach, kiedy on był w kinie. Natomiast w przeciwieństwie do większości przypadków seansów filmowych kompletnie nie potrafię sobie przypomnieć kina, w którym to oglądałem, w ogóle sytuacji oglądania tego filmu. Pamiętam tylko jedną scenę. Przed filmem mój kolega, taki, z którym chodziłem na różne seanse science fiction, również miłośnik science fiction, mówił mi, że już był na tym filmie, że chętnie pójdzie jeszcze raz i że on nie jest taki zły. Pamiętam, że on wtedy mnie już w jakiś sposób żenował. Pamiętam jeszcze jedną rzecz tak naprawdę, ale zupełnie nie pamiętam okoliczności, że początek był taki, że tam się pojawia statek kosmiczny i w tym pierwszym ujęciu on jeszcze w miarę wygląda, bo się tak przesuwa, coraz go więcej widzimy. Jest odpowiednia muzyka i mówię sobie: "Może nie będzie tak źle". Wiem, że później nie byłem zachwycony, ale ta dziura w pamięci, nie wiem, jaką to ma podstawę, z czego to się wzięło. Kompletnie nie pamiętam okoliczności przyrody, że tak się wyrażę, samego oglądania filmu czy wyjścia z kina. Kompletnie nie.
Natomiast treść filmu oczywiście sobie przypomniałem. Natychmiast wprowadziła mnie w nastrój muzyczka, która się tam pojawia. Od razu powiem, proszę państwa, że to jest taki japoński pop, który trochę przypomina wytwory... Jest taki zespół północnokoreański popowy pod pieczą samego Una, Kim Jong-ila. Przepraszam. No nieważne. W każdym razie któregoś z Kimów. On się nazywa Moranbong i troszeczkę ta muzyczka przypomina to, co Moranbong wytwarza. Jeżeli państwo są ciekawi, to na YouTubie znajdziecie Moranbong, na przykład pieśń o podróży na górę Paektu bodajże. To jest taka góra, która z pierwszym Kim Ir Senem miała coś wspólnego.
Nieważne. Muzyka, jak się nie rozumie słów, to miłośnika popu może wciągnąć. A ponieważ nie wszyscy są miłośnikami popu, to rozumiem, że nie każdy będzie zachwycony. Dlaczego tak długo o tym mówię? Bo tu miałem do czynienia z takim powrotem pamięci. Otóż zaczęło się od tej muzyczki i natychmiast ją skojarzyłem. Rzeczywiście kiedyś to słyszałem. Potem zacząłem sobie przypominać te sceny, jak mój kolega ze mną rozmawia i mówi, że nie jest tak źle, a potem zacząłem sobie przypominać niektóre sceny z tego filmu. Później zresztą potwierdziłem je, oglądając film dalej. I powiem, Piotrze, tak: zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć, co nas wszystkich wówczas jednak w tym filmie fascynowało.
Bo ja wiem, ja już wtedy byłem człowiekiem z fantastyką obeznanym i mnie ten film nie kupił. Nie kupił mnie na pewno. Szczególnie, że ta rozmowa z moim kolegą i później ten stan niezadowolenia, ja to pamiętam. Natomiast jedno nie da się ukryć, że to prawda, ludzie chodzili na ten film, musiał im się podobać. Tylko ja dzisiaj, oglądając po wielu latach, pojęcia nie mam, co się w tym filmie ludziom w PRL-u tak podobało. Powiedziałeś wcześniej o tym, że mieliśmy okazję wcześniej oglądać ósmego obcego pasażera Nostromo. No tak, w Polsce, w PRL-u również. Więc co tak zachwycało? Nie mam pojęcia.
[01:54:55] - Też nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że traktowano to po prostu trochę jak film dla dzieci z dość egzotycznego kraju. I tutaj mam takie pytanie, do którego nawiązałeś na samym początku: jak to było w PRL-u z tymi wytworami kultury niewysokiej, popularnej, japońskiej, na przykład z anime? Bo w latach 90. już mieliśmy bardzo długi początek fali popularności japońskich produkcji animowanych. Ja wiem, że istnieją ich fanatycy, ale tutaj mówię o takiej popularności masowej, wynikającej z tego, że to po prostu leciało w telewizji. "Czarodziejka z Księżyca", "Dragon Ball", "Nikan", "Kapitan Tsubasa", wreszcie na końcu "Pokemon" i wiele pomniejszych, mniej znanych. One sprawiły, że dzieci dorastające w latach 90. były z anime za pan brat. Pewnie niektórzy powiedzą, że niektóre z wymienionych tytułów to nie anime, ale dobra, jak mówię, nie wchodzimy w fandom, ale japońskie potwory kaiju- U nas nad Wisłą się chyba nie do końca poza Godzillą przyjęły.
Myśmy o Godzilli rozmawiali już chyba więcej niż raz przy różnych okazjach. Film "Superpotwór" w zasadzie jest klonem Godzilli. Zamiast tego przerośniętego legwana mamy przerośniętego żółwia Gamerę, który tak jak król potworów walczy z istotami przerośniętymi, które sieją chaos i zniszczenie. Te potwory, które obserwujemy w filmie nomen omen "Superpotwór", są bardzo powiedziałbym nie tylko tandetne, ale i dość fantastyczne. Nie przypominają przerośniętych zwierzaków jak główny bohater, ale raczej takie coś. Prawdziwe potwory. Powracając jeszcze do kwestii obecności kultury japońskiej masowej w PRL-u. Mówiliśmy o bodajże załodze G, która była produkcją japońską, ale u nas dostępną w wersji amerykańskiej. A co z resztą?
[01:57:02] - Powiem ci, Piotrze, że nie było tego dużo. Ja nawet nie pamiętam, aby wówczas funkcjonowała w powszechnym obiegu nazwa anime. Być może wiedzieli to fachowcy, jacyś znawcy, ale w ogóle to się raczej nie przebijało. Były po prostu filmy animowane produkcji japońskiej i było ich w sumie niewiele. Jednak PRL, szczerze, przynajmniej w tej warstwie oficjalnej, nienawidząc Stanów Zjednoczonych, jeśli ściągał filmy, to ściągał je właśnie z Zachodu, głównie z USA. Stąd właśnie załoga G weszła do nas w wersji amerykańskiej. Po prostu opracowanej przez Amerykanów. To są te same obrazki. Oni tam nic nowego nie kręcili, tylko w jakiś sposób przemontowali całość, pewne sceny usunęli i tak dalej. Nie wchodźmy w tej chwili w szczegóły.
W każdym razie w ówczesnej Polsce kultura japońska, ta popularna, była dawkowana. Ja, mówiąc szczerze, niewiele pamiętam, żeby to jakoś się pojawiało w większych ilościach. Czasami to były jakieś koprodukcje z innymi telewizjami z innych krajów. Pewnie przy okazji tego jakieś produkcje made in Japan pojawiały się, natomiast takiej czystej produkcji japońskiej w tej chwili nie pamiętam. Na pewno to był jakiś margines, który wówczas się pojawiał. Tak jak powiedziałem, potwory. Prym wiodła Godzilla. Godzilla walczyła z kolejnymi potworami i to była właściwie podstawa. Dochodziło się do kina właśnie na potwory. Być może, tak w tej chwili głośno myślę, być może Gamera to była tęsknota za kolejnymi filmami o Godzilli.
Powiedziałeś o tandetności tych potworów. Myśmy wtedy nie wiedzieli, że te potwory to, tak jak powiedziałeś wcześniej, zaraz na początku, to był wytwór wielu filmów. To znaczy wytwórnia miała po prostu kłopoty finansowe i zmontowano z kilku filmów jeden film. Ktoś, kto napisał scenariusz filmu "Superpotwór", to był z jednej strony mistrz, ale z drugiej strony tandeciarz. Ta fabuła jest grubymi nićmi szyta. To widać. Dzisiaj widać to w każdym calu, a wtedy jakoś się tak mocno tego nie dostrzegało. Widziało się, że film jest jakiś potworowaty na pół gwizdka, że w gruncie rzeczy jednym z bohaterów jest dzieciak, jakieś trzy kosmitki, a właściwie jeszcze dochodzi czwarta, ale taka zła, która w końcu nie okazuje się aż taka zła. To wszystko było naprawdę, szwy było widać wręcz w tym filmie, ale myśmy tych szwów nie widzieli. Podobno, ale to już jest rzecz, za którą nie biorę odpowiedzialności, podobno było jedno miejsce na ziemi, gdzie ten film naprawdę zrobił furorę i pozwolił jakoś tam zarobić.
Może nie przesadzajmy, ale w każdym razie cieszył się powodzeniem. To właśnie była Polska. Na świecie "Gamera. Superpotwór" nie znalazł odzewu, nie cieszył się popularnością, a w Polsce owszem tak. To z jednej strony pokazuje, jakim dziwnym rynkiem filmowym byliśmy w tamtych czasach, jak spragnieni byliśmy fantastyki filmowej w wydaniu właśnie na pełen gwizdek. Tylko że "Gamera" nie jest na pełen gwizdek. Trudno nawet mówić o efektach. To coś, co udaje efekty, jest tutaj na poziomie takim, już nadużywam często tego słowa, ale pszenno-buraczanym. Sztuczność tego widać. Ale jeśli się weźmie pod uwagę, że filmy, które zmontowane są w "Superpotworze", to są filmy sprzed dekady, czyli film wszedł "Superpotwór" w '80 roku do dystrybucji, to filmy, które weszły w skład "Superpotwora", to był przełom lat 60.
i 70. To coś mówi z jednej strony o efektach, dlaczego one są takie, jakie są, z drugiej o narracji. Jak się szyje film z kilku innych, a w dodatku on musi być inny niż tamte kilka innych, to w takim filmie się niewiele zgadza. I tu rzeczywiście te szwy, o których mówię, to Naprawdę czasami ocieramy się o kicz i brak logiki. Niby scenarzyści ratują, zawsze jakoś z tego wybrną. Kiedy Gamera walczy z jednym z potworów na innej planecie, to dostajemy napis, że na tej planecie uruchomiono kolejnego potwora. I Gamera leci na tę planetę. Cholera wie właściwie dlaczego i jak to się stało, ale leci. I tak dalej. Film się kończy szybko, tak jakby już nie starczyło pomysłu.
Oczywiście jest znowu bohaterski. Młody człowiek przyjmuje to dramat, który się tam rozgrywa, spokojnie. Kosmitki. Tak, w polskim tłumaczeniu kosmitki. Ponoć to są kosmitki ze świata, który został zniszczony kiedyś, dawno, przez tych samych najeźdźców, którzy teraz wysyłają potwory na Ziemię. Chętnie w to wierzę, żeby być oczarowanym tą bajką. W każdym razie kosmitki przekonują młodego człowieka, że Gamera poświęcił się dla dobra ludzkości i dzięki temu wszystko kończy się dobrze. Bajka, absolutna bajka.
[02:03:48] - Ja tylko dodam może, że "Superpotwora" można sobie obejrzeć za darmo w internecie, jeżeli się go tylko umiejętnie poszuka. Ale powiem ci, że powrót do niego po latach był jednak ciężkim przeżyciem. Estetycznym przede wszystkim. Film w ogóle się rozpoczyna trochę jako animacja. Widzimy tam też wspomniany statek kosmiczny, mocno inspirowany "Gwiezdnymi Wojnami". I powiem ci, że gdyby on może tą animacją został, nie byłoby tak źle. Natomiast to połączenie technik, o czym zresztą wspomniałeś, nie wynikało z artystycznego aktu jakiegoś, tylko z braku funduszy, że trzeba było sobie coś tam dokręcić. Zatem "Superpotwór" trafił do PRL-u w czasach, kiedy tak naprawdę jego popularność praktycznie zamierała, chyliła się ku upadkowi, a jego twórcy zamierzali postać uśmiercić. I tak się stało. Co do fabuły, tu już trochę powiedziałeś.
Z nią jest tak, jak w większości filmów o potworach japońskich. Czyli jest dobry potwór, obrońca ludzi i złe potwory, które demolują miasta. Mamy te słynne sceny, gdzie paradują sobie bohaterowie w kostiumach, po prostu przebrani ludzie i nawalają się, naparzają, rozwalają tekturowe miasta japońskie. Dlaczego te filmy mają status kultowych? To jest coś, o czym się nie dyskutuje. Jest jakiś dyskretny urok, który do części ludzi trafia, do innych nie. I tak powstają kultowe filmy. Niektórzy mogą powiedzieć, że ci, którzy się fascynują kaiju, jeszcze tymi starszymi, to są masochiści. Ale może jest w tym pewien klimat tamtych lat, bym powiedział. Czyli coś, co idealnie pasuje do sentymentalnika, że ludzie nadal do tych filmów wracają.
Zatem ten Gamera był takim superpotworem już na mocnej emeryturze, na mocnym wykończeniu, jak to się mówi, który znalazł nad Wisłą wielu fanów w jesieni swojego życia, stając się filmem kultowym dla pewnego pokolenia, ale moim zdaniem już w takim masowym odbiorze inaczej bym to powiedział. On jest czymś mało znanym nawet dla takich nostalgistów, sentymentalistów, że pamięta go chyba niewielkie grono ludzi. To znaczy, jak mówię, jego jest łatwo znaleźć, natomiast pamięć o jego popularności przetrwała tylko dzięki internetowi tak naprawdę. I chyba nie ma większych szans na to, żeby ją ożywić, żeby znowu ludzie tego Gamerę pokochali. Ale fajna kartka z historii, chyba ukazująca nam bardziej, jak powiedziałeś, dziwaczną niekiedy specyfikę naszego rynku i naszej popkultury.
[02:06:37] - Wiesz, Piotrze, ja myślę, że ponieważ jesteśmy w serii sentymentalnik, to rzecz jest oczywista. Nas wszystkich z tym filmem wiąże nasza młodość, czy też te czasy, kiedy jeszcze takie filmy chciało się oglądać, bo może nic nie było, a może w jakiś sposób to fascynowało. Właśnie ta wartość sentymentalna Gamery, "Superpotwora" to chyba jest najważniejsze w tym wszystkim. Dzisiaj gdybyśmy ten film wzięli do Filmotekarium na przykład, to odbyłaby się masakra. Nawet bez piły łańcuchowej można by ją zrobić. Bo to jest film, który wymyka się jakimś kanonom, które zwykło się do filmów przykładać czy poddawać Oceniać przez ich pryzmat. Natomiast to, że ten film omawiamy w sentymentalniku sprawia, że jakoś inaczej na niego patrzymy. Jakoś tak z przymrużeniem oka nie, bo to byśmy sugerowali, że żartujemy sobie. Nie. Raczej tak łagodnie, na zasadzie tego, że to kiedyś było.
„Jacka Jagadkę” oraz „Gąskę Balbinkę” również ktoś kiedyś oglądał. One też były dosyć proste, żeby nie powiedzieć toporne, a jednak się to oglądało. Bo to było dzieciństwo, bo to była taka wczesna młodość. I bardzo podobnie jest z „Gamerą”. Jak teraz ostatnio oglądałem i zobaczyłem tego żółwia. Żółwia, nie żółwia, bo żółwie nie mają takich kłów. Raczej tam to inaczej jest rozwiązane. W tych pyszczkach kłów po prostu nie ma. Zresztą rzadko który żółw chodzi na dwóch łapach. Ale dobra, zostawmy, bo to są szaleństwa scenariusza.
Ale kiedy zobaczyłem Gamerę, który kręcił się na drążku tak jak jakiś sportowiec, który uprawia gimnastykę artystyczną, to muszę powiedzieć, że się zacząłem zastanawiać, jakie to były czasy, że ten film przynajmniej nie spowodował, że wyszedłem z kina, bo na pewno nie wyszedłem. Obejrzałem do końca, czyli jakoś ten film jednak przyciągał. Nie wiem, co mnie tam przyciągało, a jednak. To jest taka może przydługa refleksja, moja refleksja na temat tego, że sama seria sentymentalnikowa jest specyficzna. My tutaj raczej nie będziemy mówić o wartościach artystycznych. Będziemy o nich wspominać oczywiście, ale nie będziemy się za bardzo czepiać, bo to tak naprawdę jakbyśmy próbowali wykasować jakąś część naszej młodości. To się nie godzi, proszę państwa, dlatego zostańmy przy tym zdaniu. Trudno zresztą mówić inaczej. Ten film naprawdę, mówię to ze zdziwieniem, ale jednak cieszył się powodzeniem w Polsce. Skonstatujmy to po prostu.
Proszę państwa, w „Alchemii tworzenia” skończył się już długaśny cykl zatytułowany „Grzybki i fermenty”. Dzisiaj Katarzyna Prychacz zaprasza na kolejny odcinek. Tym razem nosi on tytuł „Trzy lokacje”.
[02:10:32] - Halo, halo! Po urlopach. Z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie zapraszam na „Alchemię tworzenia”. Witam was serdecznie w 24. odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Niezmiennie będziemy dzisiaj wymyślać. Co prawda zaczynamy coś nowego. Po jakże burzliwej i pełnej twistów fabularnych serii śledztwa kreatywnego naszego poprzedniego myślę, że wszystkim nam przydało się trochę odpoczynku. I teraz, dzisiaj pomyślałam, że zrobimy wstęp do czegoś, co pewnie będziemy robić przez kolejne trzy odcinki oprócz tego. Wspomniałam gdzieś wam wcześniej, że mam w sumie takie jedno swoje narzędzie.
My chyba korzystaliśmy z jego prototypu w drugim sezonie, tak myślę. I trochę je podrasowałam. Co to za narzędzie? Jest to narzędzie bardziej warsztatowe, właściwie stworzone do stworzenia dłuższych historii. Historii składających się z trzech aktów. Nie ukrywam, że korci mnie rozszerzenie z czasem tego narzędzia jeszcze o może właśnie poszczególne kroki, jeżeli chodzi o podróż bohatera. Te kroki na podstawie mapki Voglera, który bazował na Campbellu. Ale to może kiedyś albo szybciej niż kiedyś. Natomiast teraz to, co mam, to tak: mam sobie tą planszę i tak jak mówiłam, są trzy akty. W pierwszym akcie poznajemy bohatera.
Oczywiście to jest plansza pod komponenty z różnych gier. Tak jak do tej pory sobie często losuję bez planszy, sama sobie jakieś systemy wymyślam, tak tutaj jest to gotowa plansza z rameczkami, gdzie możemy sobie układać te komponenty. Więc mamy ramkę na bohatera i tutaj ja będę sięgać po karty grafiki typu „Dixit” czy mój ukochany „Klub Detektywów”. Na upartego moglibyśmy sięgać po jakieś zdjęcia albo wycinki z gazet. Na przykład zebrać sobie wycinki portretów jakichś i gdzieś tam sobie to losować. Albo właśnie takie grafiki bardziej inspirujące. Oczywiście trzy kości od Story Cubes tutaj rzucamy, mamy trzy ramki na te kości. Może kiedyś stworzę też do tego tego typu tokeny, ale nie wiem też, po co stwarzać coś, co już jest na rynku. Myślę, że jest taki wybór, jeżeli chodzi o Story Cubesy. Zresztą mieliście przykład w ostatnich odcinkach na to, jak dużo było różnych serii, jak dużo jest tych obrazków na tych kościach.
A przecież wiadomo, że nie użyliśmy wszystkich, bo z każdej z tych kości mieliśmy tylko jeden obrazek, a kostka ma sześć ścianek. Także myślę, że tutaj nie ma co robić jakichś tam tokenów czy elementów innych. I jeszcze to, co tam wprowadziłam na tą planszę, bo coś tego typu było właśnie w tej pierwotnej wersji. A tutaj mamy dodatkowo jeszcze w pierwszym akcie coś takiego jak artefakt. Będzie to obrazek, który właśnie będzie od samego początku miał towarzyszyć naszemu bohaterowi. Może on go otrzyma, może gdzieś ten artefakt się pojawi. Zobaczymy w następnym odcinku, cóż to będzie i jak to połączymy z fabułą. Jeżeli chodzi o akt drugi, tam oczywiście też mamy trzy takie filary fabularne, właśnie te kości Story Cubes, ale mamy też takie duże okienko na główną próbę. Do tego okienka właśnie będę używać kości w stylu Story Cubes, ale po prostu większych rozmiarem. Ale równie dobrze można tam sobie tego Story Cubesa też wyrzucić.
I tutaj mamy dwa dodatkowe elementy. Więc na początku, jak wkraczamy w ten akt drugi, pojawia się panaceum. Może do końca jeszcze nie znamy problemu, jeszcze nie wiemy, ale to panaceum gdzieś już się ma fabularnie pojawić i ma być gotowe do użycia właśnie w trakcie tej głównej próby, która będzie w połowie tutaj tej linii fabularnej. I na końcu mamy trofeum, czyli po przejściu tej głównej próby nasz bohater zdobywa jakieś trofeum. I dalej w trzecim akcie mamy oczywiście też, jak wszędzie, trzy filary fabularne. Mamy nagrodę, czyli coś już takiego podsumowującego całą wyprawę naszego bohatera, całą historię. Coś takiego bardziej osobistego dla niego. Nie jakiś tam fajny przedmiot typu artefakt czy trofeum. Coś takiego, co znalazł, co jest, czego może użyć. Tylko nagroda w kontekście bardziej czegoś, co on sam personalnie zyskał.
Więc może to być przedmiot, a może to być właśnie jakaś jego wewnętrzna przemiana, a może coś, z czym się zmagał. Co na przykład, jak będziemy w pierwszym akcie omawiać bohatera, jego taką historię krótszą, to tam może właśnie się pojawi jakaś potrzeba, którą na końcu nasz bohater zaspokoi. I po tym wszystkim oczywiście mamy jeszcze ramkę na morał. I tutaj wjadą klasycznie karty z gry „Kraina Snów”, ponieważ na tych kartach mamy dwa napisy i myślę, że lubię te karty właśnie do takich momentów, ponieważ te słowa mogą w fajny sposób... Inaczej. Te słowa stanowią po prostu pewien rodzaj wyzwania, bo oczywiście grafika super, na grafice wszystko widać, ale jak na przykład postanowię, że te słowa na karcie mają się znaleźć w treści morału albo mają być bardzo istotne dla morału, to faktycznie po prostu mam większe wyzwanie, jeżeli chodzi o zszywanie inspiracji i wymyślania. Także to jest plan właściwie na najbliższe odcinki. A dzisiaj pomyślałam, bo tego nie mam uwzględnionego na tej planszy, czyli właściwie świata jako takiego. Tych lokacji, w których będziemy się znajdować. I pomyślałam sobie, że wylosuję karty.
I to są karty z gry „Sny”. Tam mamy, nie wiem teraz dokładnie, ile jest tych oddzielnych kart z ilustracjami i to właśnie bardzo często są miejsca albo właśnie jakiś dom, drzewo, ale takie sceny, które myślę, że idealnie się nadają na lokacje. Nie wiem teraz, ile tych kart jest, ale sobie na pewno się nimi pobawimy. I pomyślałam, że dzisiaj właśnie moglibyśmy tak trochę wprowadzeniowo i jeszcze troszeczkę lajtowo zastanowić się nad tymi trzema aktami na przykład i nad lokacjami, w których będziemy przebywać. Czyli wylosujemy dzisiaj trzy lokacje i później tych lokacji będziemy się musieli trzymać. Korci mnie, czy nie wylosować jeszcze jednej lokacji, która związana byłaby bezpośrednio z naszym bohaterem. Na przykład może to byłoby miejsce, gdzie się urodził, albo na przykład miejsce właśnie, z którego wystartujemy. Czyli sam pierwszy akt będzie się dział w innym miejscu, ale będziemy musieli na przykład dotrzeć na to miejsce. Ale wiecie co? Sama nie wiem, bo też nie chcę sobie sama dorzucać, jak w ostatnich odcinkach, że już tak pod koniec, tak jak jednocześnie fabuła mnie wkręciła i chciałam ją dokończyć, tak nie ukrywam, że trochę ilość komponentów mnie przeciążyła, jeżeli chodzi właśnie o to podsumowanie na Facebooka.
Także zregeneruję siły i wrócę, żeby to dokończyć. Żebyście tam mieli w tym albumie wszystko po kolei rozpisane, ale na razie po prostu musiałam troszeczkę odejść od tych tematów i skupić się może na troszeczkę innych kreatywnych rzeczach. A nie jest to jakoś super istotne, bo jednak wszystko, jak słuchaliście odcinków, to wszystko tam na bieżąco i tak mieliście powiedziane. Pewnie nawet dużo szerzej i szczegółowiej niż te moje właśnie skróty, które bym na Facebooka zrobiła. Dobra, myślę, że dzisiaj też nie będę się, chciałam powiedzieć, zarzynać z długością odcinka, ale widzę, że już do was gadam osiem minut i tu chyba dużo cięć nie będę miała. Także widzę, że ja po prostu nie będę sobie... Wiecie, jak jest ze mną. Jak zacznę gadać, to końca nie widać. Także myślę, że chyba już sięgamy po te lokacje. Co wiecie, to wiecie.
Nie wiem. Jak macie ochotę, to właśnie możecie sobie na Facebooka poszukać Alchemia Tworzenia Podcast. Można sobie tam to polubić czy zaobserwować, żeby być na bieżąco. Ewentualnie jeszcze też na YouTube'a w tym sezonie wrzucam po prostu każdy z odcinków w soboty. Ląduje on na portalu YouTube. Znaczy portalu, serwisie chyba bardziej. Także też zapraszam. Aha, no i YouTube, no to właśnie Katarzyna Prychacz. To jest mój taki, nie wiem, osobisty? Zawsze chcę odruchowo powiedzieć prywatny, a on nie jest prywatny, bo jest publiczny.
Także jak najbardziej tam możecie też sobie posłuchać jakichś tam moich pisarskich rzeczy, które czytam. Ale przede wszystkim jak sobie wpiszecie tam Alchemia tworzenia czy wejdziecie w playlisty, to jest oddzielna playlista dedykowana temu podcastowi. No i mamy tam chyba jeden odcinek świąteczny z drugiego sezonu, a cały trzeci sezon mamy wrzucony po kolei. I jednocześnie tam oprócz audio możecie oglądać na bieżąco komponenty, które losuję. Dobra, to co? Lecimy. Ja sobie przetasuję karty, chociaż i tak w sumie jeszcze z nich nie korzystaliśmy, więc tutaj chyba nie jest to bardzo istotne, ale żeby było tasujemy. Dobra i klasycznie wylosuję sobie trzy i będę je na bieżąco z wami odsłaniać. Czyli tu mamy akt pierwszy. Ze środeczka damy sobie akt drugi i gdzieś tam dalej z końca akt trzeci.
Pozostałe rzeczy będziemy oczywiście losować już na bieżąco. Dzisiaj omawiamy sobie tylko lokacje. Myślę nad całym uniwersum. To może też byłoby ciekawym wyzwaniem, jakbyśmy dzisiaj je tutaj sobie orzekli. No ale wiecie co? Zobaczymy. Zobaczę, co pierwsza karta nam powie i chyba ona będzie najlepszym punktem wyjścia. Dobra, odwracamy. Cyk! Mamy tutaj na pierwszym planie trzy wilki, które wyją do księżyca.
One siedzą na trawie. Z tym że ten księżyc to właściwie jest taka wielka żarówka. Właściwie lampa nawet. Nie sama żarówka, tylko widzę, że jest kabelek do sufitu i jest taka świetlistość, lampa i te wilki sobie tam wyją. I ogólnie cały wydźwięk karty, mimo że jest to noc, to emanuje z niej spokój. One siedzą na takiej łące bardziej. Tutaj nie widzimy choinek czy jakichś tam drzew w tle, więc nie wiem, czy to jest wzniesienie. Może to jest faktycznie jakaś taka skała czy góra, na której one siedzą. Jeszcze czy to są kwiaty, czy to są w ogóle jakieś motylki albo ćmy? Wilki przede wszystkim kojarzą mi się z lasem, więc myślę, że pierwszy akt będziemy mieli w tym lesie.
Osadzimy go sobie. W sumie nie pomyślałam. Fajnie, że tu nam wyszło, że ta pora dnia będzie określona. Czy w tym wypadku noc, tak? Właściwie noc jest porą dnia, nie? Magiczny paradoks. I co więcej, co więcej my tu musimy wiedzieć jeszcze? Są gwiazdy. Więc może jakbyśmy mieli podejść do tego tak trochę filmowo, że na przykład nasz bohater się budzi, otwiera oczy, widzi nad sobą gwiazdy, słyszy wycie wilków. Może właśnie leży na jakiejś polanie.
Może to byłoby ciekawe. Właśnie tak myślę teraz, że nie mamy czegoś takiego... Nie. Ja już jestem myślami na tej planszy troszeczkę, bo aż by się prosiło wezwanie do wyprawy. Wiecie, ten pierwszy krok z podróży bohatera. Może nie tyle problem, z którym ma się mierzyć bohater, tylko właśnie powód, dla którego bohater po prostu wstał i poszedł na ten quest cały. Oczywiście myślę, że teraz go uszyjemy, ale ja sobie zrobię notatki na pewno na poczet dalszej rozbudowy tej planszy. Myślę, że właśnie już w tej wersji z tymi krokami z rozwoju bohatera. Czy nawet nie tyle z rozwoju bohatera, co z podróży bohatera, bo akurat u Voglera też znajdziemy podobny schemat samego rozwoju bohatera. Polecam wam książkę „Podróż autora”.
To jest złoto, jeżeli chodzi o takie techniczne pisanie. Nie mówię tu o warsztacie, tylko o konstruowaniu fabuły, o tych elementach, nad którymi warto chociaż na chwilę się pochylić, żeby nasza fabuła była bardziej taka w 3D, bardziej namacalna. Bardziej taka z krwi i kości rzeczywista, a nie przeleciana na szybko albo gdzieś tylko na potrzeby jednej sceny dorzuciliśmy coś tam, co właściwie później i tak nie miało większego znaczenia, ale na przykład było wyeksponowane, jakby miało. Po co kołować czytelników? Fajnie, jak wszystko ma ze sobą powiązania i fajnie ze sobą płynie. Dobra, ale nie o Voglerze dziś. O Voglerze zapewne mówiłam wiele razy w pierwszym sezonie, gdzie mówiliśmy bardziej o takich merytorycznych, o technicznych rzeczach. Także tam was zapraszam. I co? I mamy tą pierwszą lokację.
Ja nie wiem, czy tu coś więcej mówić tak naprawdę. Widzę od razu tego bohatera leżącego. Myślę, że zaraz odkryjemy drugą kartę i to będzie ciekawe, jak sobie do tej lokacji przeskoczymy. Najwyżej zobaczymy, jak czasowo. Może na końcu wylosujemy w ogóle miejsce naszego bohatera jeszcze. Dobra, mamy lasek, stąd będziemy startować fabularnie. No i teraz akt drugi gdzie nas zaprowadzi? Cyk. O, tu mamy smoka, takiego z tych chińskich smoków, ale siedzi taki w kłębku. Wokół niego jest okrąg z kamieni, więc on trochę tak, jakby w jakimś gnieździe siedział.
Jak jakiś ptak właściwie skulony taki. Ma oczywiście rozwartą paszczę, groźne zęby i długi jęzor. I z tej paszczy wylatują mu białe motylki. I tak wracam do poprzedniej karty, bo tam to, co się zastanawiałam na tej górze, na tej trawie, to trochę wyglądało jak takie niebieskie- Motylki, takie trochę fluorescencyjne, ale równie dobrze to mogą być kwiatki. Natomiast tu w paru miejscach faktycznie moglibyśmy się doszukiwać motylka. W sumie przy tym księżycowym świetle mogłyby być to te same białe motylki. Po prostu szukam wspólnego punktu. Może te motylki prowadziłyby naszego bohatera. Może one by go doprowadziły z jednej lokacji, z tego lasu do tej lokacji. Aha, właśnie, bo tu powiedziałam o tym smoku.
Ogólnie tutaj mamy dzień. Te kamienie są ułożone na piasku. Wygląda jak taki suchy piasek z plaży. W tle gdzieś tam w oddali widać jakieś ni to drzewa, ni to takie wyrostki pokryte mchem. Coś w tle się tam dzieje. Jakaś zielenina, jakaś góra. Niebo jest takie biało-żółte właściwie, znaczy białe i ma takie żółtawe chmury. Ten smok ma tą rozwartą paszczę, ale też oczy ma takie trochę, jakby patrzył gdzieś do tyłu czy takie dziwne, wywinięte. Może jakby był taki trochę szalony albo właśnie taki poza światem, w sensie nieprzytomny do końca troszeczkę, obudzony, ale nieprzytomny. Smok, nie wiem, czy mówiłam tu, taki brązowo-czerwony jest.
Nie wiem, takie smoki mi się kojarzą gdzieś na przykład z Chinami od razu, tego typu smok. W sumie też jak tak pomyślę, to mógłby być jakiś Chiński Mur za nim. Te wyrostki są dosyć regularne i nie są ewidentnie takimi typowymi drzewami. Więc może po prostu jakieś azjatyckie klimaty, może piękne widoki, głazy, kamienie i smoki. Te miejsca takie może trochę odludne. Może właśnie z jakiegoś powodu będziemy musieli do tego smoka się udać. Może właśnie tutaj lokacją będzie nie samo tło, tylko właśnie miejsce, gdzie ten smok mieszka. Może on tu będzie istotną przy okazji postacią fabularną. Znaczy wątkiem fabularnym, nie? Patrzę tak jeszcze, że tu trochę się jakby mgły unosi na ziemi, takie trochę przymulenia w grafice są.
A może po prostu drukarka siadła, hehe. Dobra, nie ględzę chyba dłużej, bo nie wiem, co tu więcej. Bo w drugim akcie będziemy mieli główną próbę, ale tutaj też możemy sobie zebrać i panaceum, i trofeum. Więc może właśnie ten smok rzuci jakieś wyzwanie, a może w trakcie szukania tego smoka trafimy w jakieś inne miejsce, gdzie ta główna próba będzie. Dobra, odkładam i trzecia lokacja. Cyk. Tutaj mamy, to chyba jest szafa taka, chciałam powiedzieć zmurszała, ale nie. Ona jest pokryta bardziej jakimś bluszczem. U góry jakaś kępa, takie kępy. Nie wiem właśnie, czy to jakaś trawa, porosty.
Patrzę dalej. Bluszcz. I ta szafa jest otwarta. Wnętrze tej szafy wygląda jak jaskinia, jak takie miejsce, gdzie moglibyśmy właśnie w tą zieleń wejść, w ten mech. Widzimy oczy takie żółte. W pierwszej chwili pomyślałam, że kocie oczy, jakby tam był czarny kot, ale właściwie to tam jest taka ciemność i tylko te dwa ślepia takie patrzą, ale nie z pionową źrenicą, tylko takie z okrągłą. U kota w sumie chyba taka jest okrągła na co dzień? Nie wiem, jak jest mniej światła? W sumie nie pamiętam. Ale nie wygląda, jakby był zły i chciał atakować.
Bardziej jakby był taki, że ktoś mu przeszkadza. Ten wyraz oczu jest tutaj taki. I co dalej? Ta szafa jest otwarta na oścież. Mamy też na dole szufladki różne, które są uchylone i żeby wam nie skłamać, jedna trzecia, załóżmy, tej szafy to są szufladki, a potem pozostałe dwie trzecie to jest to miejsce, ta szczelina, gdzie coś mieszka lub gdzie można przejść dalej. Na jednych drzwiach mamy wagę, taką starą wagę. Szala to jest to jedno takie zawieszone. Waga taka: kijek, dwie miseczki na sznurkach i to się gdzieś na jakimś takim metalowym patyczku stawiało i dopiero wtedy można było porównać wagę jednego i drugiego towaru. To tutaj nie mamy tego patyczka, tylko mamy sam ten kijek z miseczkami i w tych miseczkach w pierwszej chwili pomyślałam, że tam są czarne worki, ale teraz widzę, że tam jakieś kruki siedzą. Co prawda kruk jest tutaj trochę też takim motywem przewodnim, jeżeli chodzi o tą grę, o te karty, więc może to jest do tego nawiązanie.
A na drugich drzwiczkach coś wisi na sznurku. Pomyślałam o jajku. Może to i jest jajko, ale z drugiej strony może jakaś zabawka dla kota mogłaby być. Całość stoi na piasku i niebo w tle mamy takie... Albo mógłby to być bardzo pochmurny dzień, może w ogóle miejsce, gdzie jest pełno mgły i za dużo nie widzimy. Albo może to już być powoli wieczór, że już tak powoli się robi taka troszeczkę szarawka. Ta szafa wygląda, jakby stała na jakimś totalnym odludziu, jakimś pustkowiu. To nie jest czyjś salon. Więc tu będzie nagroda. Tutaj jest też nasz morał.
Więc może po tej głównej próbie właśnie trafimy gdzieś, znajdziemy przejście na przykład do jakiejś magicznej lokacji? Może jakiś portal? A może ta szafa będzie właśnie portalem, który nas przeniesie w miejsce, gdzie będzie nagroda? Zobaczymy. Ciekawe miejsce na zakończenie historii. Powiem szczerze, że szafa intryguje, żeby tam wejść do niej. Piękna ta zielenina jest tu. Te kruki jeszcze. Patrzę na tę wagę, bo one wyglądają mroczne. Ale z drugiej strony w sumie idealnie, bo ta waga jako takie podsumowanie tych dobrych i złych uczynków bohatera.
Trochę mi się kojarzy to, jak były przedstawienia sądów ostatecznych, ale na przykład w starożytnej Grecji, z mitologii te przedstawienia były odnośnie tego, jak się szło do Charona. Gdzie już trzeba było życie doczesne zostawić, żeby udać się do Hadesu. Czy w Egipcie. Zresztą chyba waga akurat w Egipcie miała bardzo duże znaczenie, jeżeli chodzi właśnie o... Nie pamiętam teraz, która bogini tam była. To chyba bogini była. Bo Anubis był panem zaświatów, o ile teraz nie mylę, ale wydaje mi się, że był ktoś oddzielny od tej wagi. Ktoś, kto był sędzią bezstronnym. Trochę tak jak właśnie Temida, która nie widzi, żeby być bezstronną i ma też wagę. Chyba też był podobny punkt odniesienia w mitologii starożytnego Egiptu.
Może tutaj właśnie też taki motyw zrobić. Fajna sprawa. Te szufladki jeszcze co mogłyby oznaczać? Może trzeba wybrać właściwe szufladki, a może trzeba coś do tej szufladki wrzucić? Może trofeum albo może tutaj użyjemy tego artefaktu, który mamy od początku ze sobą. Zobaczymy. Aż się nie mogę doczekać tych naszych elementów. Okej, mamy trzy lokacje i w sumie poszło dosyć sprawnie. Nie chciałabym po prostu bardzo na siłę przedłużać odcinka jeszcze czymś, bo tak naprawdę to myślę, że następne akty, mimo że postanowiłam je podzielić, żebyśmy na spokojnie poświęcili jeden odcinek na jeden akt, to myślę, że tam może się dziać nam dużo fabularnie, bo będzie więcej elementów. Korci mnie jeszcze, żeby wylosować na przykład naszemu bohaterowi archetyp osobowości, ale też będzie chyba mi bez sensu go dzisiaj losować, skoro dopiero za tydzień będziemy się skupiać na tej postaci, na bohaterze samym w sobie.
I teraz co? Rozważałam czwartą lokację. No chyba że główna próba byłaby w innej. Ale nie, to bez sensu jest. To już lepiej zostać chyba w tym, jak mamy, że te lokacje po prostu na każdy akt jedna lokacja i nie wychodzimy poza nie. Chyba że jakoś z kości wyjdzie, to czasami można gdzieś przeskoczyć do innego pokoju czy coś. No ale wiecie co? Dobra, to może zróbmy tego bohatera. Może to nam da już lokację związaną z naszym bohaterem. To jeszcze wylosujemy w takim razie i zobaczymy, jak to później w następnym odcinku wpłynie.
Czy może jakoś pozwoli nam to w ciekawszy sposób trochę o bohaterze coś wymyślić. Żebyśmy chociaż te pół godziny dzisiaj mieli, bo powiem szczerze, że bez tego to byśmy po moich cięciach 23 minuty by było odcinka. Aż dziwne. Dobra, to skąd jeszcze wyjąć teraz kartę? Też ze środeczka weźmiemy i to będzie lokacja związana z bohaterem, więc zobaczymy za tydzień, czy to jakieś miejsce jego urodzenia, czy co tam może być. Dobra, odwracamy. Cyk. Mamy tutaj właściwie niebo, żółte niebo, białe chmury. Znaczy żółte, nie wiem nawet, jaki to kolor, bo to między takim żółto-, ale bardziej może zielony wpadający w lekki żółty. Dobra, wiecie co?
Wykoleiłam się. Nie mam pojęcia, jak określić kolor, na który patrzę. Niemniej chmurki są białe i mamy na pierwszym planie piękną czerwoną rybkę, takiego welonka. To chyba te rybki tak się nazywały. To jest trochę jak złota rybka, że ma też te takie welony za sobą, ale ona wygląda, jakby była owłosiona. Tułów ryby, ale te jej płetwy z takich włosów się składały. I tutaj widzę tak, jakby ta rybka była światem, bo widzę w niej wiatrak. Tam mamy taką przestrzeń tych jej welonków i mamy takie drzewa, pola i wiatrak. Oczywiście wszystko w tych czerwonych kolorach. Rybka ma taki ogólny, neutralny wyraz twarzy, więc mamy lewitującą rybkę.
W sumie im dłużej patrzę, to też można zobaczyć, że w niektórych miejscach kontury tego jej welonu, to tam widzimy profile twarzy. Nawet mamy gdzieś ręce. Powiem wam szczerze, niesamowita grafika. Im dłużej patrzę, to coraz więcej tu jakiegoś złota. Więc mamy taką jedną twarz, która jest wycięta po brzegach, ale mamy też takie wcięte, że to niebo. Jest profil twarzy od strony nieba i jest odcięty włosami tej ryby. Mamy tutaj raz, dwa, trzy, cztery dłonie. Na razie udało mi się zobaczyć. Wiecie, ten obrazek nie jest makabryczny, ale w takim kierunku teraz moje skojarzenia tutaj poszły. Bo ten odcień czerwieni tutaj może nie jest do końca jak krew, bo jednak trochę w rudość wpada, ale powiem wam szczerze, że chyba to jasne tło i to jak to się odcina, to taki trochę case krwi na śniegu.
Że mamy ten taki podkręcony kontrast. I tak patrzę te twarze, te ręce. Może to jest jakaś przeszłość naszego bohatera. Może coś strasznego się stało. Pomyślałam o rodzinie, która zginęła. Pomyślałam o pożarze, bo jak patrzę na ten wiatrak, to wiatraki się najczęściej palą. Taki wiatrak nie współczesny, tylko ten stary. To właściwie młyn bardziej był często. Zobaczymy, co wylosujemy, jak to połączymy z bohaterem. Bardziej tutaj widziałam jakieś morderstwo.
Może ktoś najechał wioskę naszego bohatera i jego bliskich pozabijał czy poćwiartował. Te twarze tutaj takie. Albo jakaś klątwa. Może oni są w jakiś sposób uwięzieni, bo jedna z tych twarzy, ta największa, która wygląda, jakby wychodzi z tej czerwieni, to te włosy się tak układają, jakby miała zawiązane oczy i usta. Uwięziony to jest chyba dobre słowo klucz. Te ręce beztrosko sobie wiszą, nawet nie wskazują, tylko są rozluzowane. Może trochę jak w tańcu się układają niektóre. Nie wiem, czy ta rybka mogłaby symbolizować tutaj. Złota rybka to jakieś życzenia. A może nasz bohater powiedział jakieś życzenie i przez to jego rodzinne miejsce zostało poddane klątwie.
Może był młody, zbuntowany, zły na rodziców i palnął jakieś życzenie. Może nie wierzył, że ta rybka naprawdę je spełni i może to byłoby jakieś wezwanie do wyprawy gdzieś. Może odnalezienie tej lokacji, może ten jego dom został gdzieś uwięziony. A może właśnie on nie ma tam wstępu. Bo też patrzę, że ten wiatrak trochę wygląda, jakby był w głowie. Tak jak mamy tutaj ten profil, to w centrum tej głowy mamy właśnie ten element, gdzie jest ten wiatrak i tło drzewiaste za nim. Może dom naszego bohatera został uwięziony w jego głowie. Może coś takiego, nie? Że ta lokacja jest dosłownie w jego głowie i może w jakiś sposób go też zabija czy wyniszcza. Dużo opcji.
Myślę, że na tym zakończę i za tydzień sobie w jakiś zgrabny sposób powiążemy to z naszym bohaterem. I ruszamy wtedy na przygodę za tydzień. A dzisiaj sorry, że tak krótko tym razem, ale raz na ileś może warto, żeby był oddechowy odcinek jako takie płynne wdrożenie po krótkim urlopiku majówkowym. Mam nadzieję, że miło spędziliście majówkę. U mnie było łazienkowo-remontowo, ale teraz mam odświeżone kafle i wreszcie mogę bez lęku, że na mnie spadną, oddać się kąpieli w wannie, więc prawie rok nie korzystałam pełnoprawnie z wanny, tylko szybki prysznic i uciekam, żeby kafle nie spadły. Także będę celebrować. Mam nadzieję, że wy też zrobiliście w majówkę coś fajnego dla siebie. Może tak jak ja odzyskałam moją wannę, której właściwie niby nie straciłam, a jednak. Może wy też odzyskaliście coś fajnego, godnego uwagi. Dobra, kończymy na dziś.
Życzę wam jak zawsze samych cudowności. I słyszymy się za tydzień. I śmigamy tutaj z naszą przygodą. Właśnie z pierwszym aktem naszej przygody. Trzymajcie się. Pa.
[02:42:22] - Od pewnego czasu Bibliotekarium 2.0 bez odcinka audycji zatytułowanej, i tak brnę, bo mi się zbiegło bez, więc bez odcinka, a tytuł audycji „Bez tajemnic”. Więc wiecie państwo, jak się mówi i człowiek sobie uświadamia, że będzie miał bez, bez. To tak źle brzmi. W każdym razie kolejny odcinek „Bez tajemnic” przed nami. Dzisiaj-
[02:42:51] - Może Marku, tak jak w tym memie słynnym bez bzu i bez, bez.
[02:42:56] - O tak, to jest piękny mem. Polecam go państwu. Odszukanie tych wariantów, które mogą się pojawić to była naprawdę niezła zabawa. Kto jeszcze nie widział, niech tego koniecznie poszuka. Absolutny hicior. No tak, a dzisiaj w audycji „Bez tajemnic” mówimy, a właściwie autor mówi o literaturze spirytystycznej.
[02:43:34] - Na prośbę jednego z widzów postanowiłem nakręcić taki krótki, improwizowany odcinek o książkach, które polecam. Rzecz jasna nie jestem w stanie tutaj w materiale wideo opowiedzieć o wszystkich książkach, które według mnie warto przeczytać. Tym bardziej, że ja czytam dużo książek w Po francusku, więc tych książek polecał nie będę. W dodatku coraz częściej zdarza się, że w jakiejś jednej, nawet grubej książce interesuje mnie tylko jeden krótki rozdział i tylko dla tego rozdziału daną książkę kupuję. Ponieważ gdy się te książki mieli w kółko, to te informacje ciągle się powtarzają, więc człowiek w którymś momencie zaczyna pomijać jeden, drugi, trzeci rozdział i szuka tylko tego, co go interesuje. Bo ile razy można czytać te same informacje o reinkarnacji albo o tym, że są duchy dobre i złe, i tak dalej. W każdym razie postanowiłem nagrać ten odcinek dla osób, które jeszcze nie zdążyły na przykład przejrzeć wszystkich moich materiałów filmowych, które nakręciłem bądź pierwszy raz w ogóle trafiły na mój kanał. Ja generalnie wszystkie książki, które cytuję w moich materiałach, polecam. Warto po te książki sięgnąć, nawet jeżeli czasami – chociaż nie wiem, czy to robiłem – odnoszę się na przykład do literatury katolickiej. Też można.
Ja też czytam literaturę katolicką, tylko w mojej głowie cedzę sobie te wszystkie informacje. Zastępuję słownictwo, ponieważ tak naprawdę czy tak zwani święci katoliccy, czy spirytystyczne media opowiadają o tym samym, tylko innym słownictwem. I trzeba o tym pamiętać. Dlatego nie skreślajcie literatury katolickiej. Idźcie czasami, kupcie sobie coś fajnego, coś napisanego przez papieża albo jakiegoś innego świętego, ponieważ warto te książki czytać. Tam jest naprawdę dużo informacji, ale trzeba umieć te informacje selekcjonować. Dobra i teraz przechodzę do meritum. Podstawa podstawy: „Księga duchów” Allana Kardeca. Ja o tej książce już wielokrotnie mówiłem. To jest bardzo interesująca pozycja, ponieważ czyta się ją bardzo fajnie.
Może na początku, gdzie jest wstęp i tak dalej, trzeba mieć troszeczkę samozaparcia, żeby przez to przebrnąć. W każdym razie książkę fajnie się czyta, ponieważ to są pytania i odpowiedzi, więc to nie jest jakaś nudna powieść czy coś, ani to nie jest horror, gdzie słowo duchy mogą się kojarzyć właśnie w taki sposób. Poza tym autor książki już nawet w oryginale i wszystkie kolejne wydania, z którymi ja się zetknąłem, idą tym śladem, tym torem, gdzie używa się różnej wielkości czcionek po to, aby po prostu odróżnić komentarz autora książki od odpowiedzi duchów, które udzielają odpowiedzi w tej książce na pytania, które zostały zadane. Po tę książkę, jeżeli ktoś interesuje się spirytyzmem bądź szuka odpowiedzi na pytania, które nurtują go, należy sięgnąć w pierwszej kolejności. Jest także wydanie wydawnictwa Kos w zielonej okładce. Kiedyś były dwa takie wydania i później pojawiło się chyba w czerwonej z duchami, zdaje się, na okładce. Wydawnictwo Kos też ma bardzo dobry druk, a tę książkę można kupić w księgarni internetowej rival.pl bądź – inna nazwa – ksiazki-spirytystyczne.pl. Dalej: „Księga mediów”. Tej księgi nasze stowarzyszenie jeszcze nie wydało, ale „Księga mediów” to jest druga część, w pewnym sensie, „Księgi duchów” i po tę książkę należy sięgnąć w drugiej kolejności. Jest ona podobnie przygotowana jak „Księga duchów”, czyli pytania, odpowiedzi.
Są tam również wyjaśnienia autora i po tę książkę również należy sięgnąć. Bardzo duża wiedza i tak naprawdę po opanowaniu wiedzy z tych dwóch książek można znaleźć odpowiedzi na bardzo wiele pytań. I ja na tym bazuję. Dla mnie to jest taka troszeczkę Biblia, że tak powiem. Dalej: „Opętanie” Allana Kardeca. Kto nie wie, to powiem, że to jest książka, którą ja przetłumaczyłem. Jestem z tego troszeczkę dumny, bo jednak dwa lata mojego życia spędziłem nad tym. W każdym razie „Opętanie” Allana Kardeca to jest zbiór artykułów z „Przeglądu spirytystycznego”. Dobrze mówię? I ja traktuję tę książkę jako uzupełnienie „Księgi mediów”, ponieważ „Księga mediów” i tak, jak tutaj widzicie, ma już dosyć sporo stron, więc Allan Kardec artykuły – nie powiem, że może mniej istotne, ale troszeczkę bardziej obszerne – postanowił umieścić w osobnej pozycji.
Więc po tę książkę też warto sięgnąć. Tam są różne opowiadania. To są artykuły z gazety i też fajnie się to czyta. To też bardzo daje do myślenia i też dzięki tej książce można znaleźć odpowiedzi na wiele pytań, które są bardzo ważne. „Niebo i piekło” Allana Kardeca też się bardzo fajnie czyta. I chyba przyznam, że oprócz oczywiście „Księgi duchów”, którą gdy czytałem, byłem wręcz napalony, ale gdy już troszeczkę ostygłem, to chyba powiem, że ta książka to jest książka, którą mi się najfajniej czytało. To jest zbiór komunikatów spisanych przez spirytystów z czasów Allana Kardeca. Komunikaty od duchów, które opowiadają o swojej kondycji, o tym, w jakim stanie się znajdują, co sprawiło, że cierpią bądź co sprawiło, że są szczęśliwe. I ta książka to jest też świetne uzupełnienie „Księgi duchów”. „Ewangelia według spirytyzmu” Allana Kardeca to jest książka, którą warto przeczytać, jeżeli mamy zamiar prowadzić jakąś polemikę z katolikami.
Są tutaj argumenty, które w pewnym sensie zbijają argumenty katolików, którzy uparcie próbują przekonywać nas, spirytystów, że błądzimy. Oczywiście oni mają do tego prawo, a my mamy prawo te argumenty odpierać. Ta książka, gdy została spisana i wydana przez Allana Kardeca, to można powiedzieć, że to była jakaś nowość. Dzisiaj co poniektórzy księża katolicy, którzy piszą książki atakujące spirytyzm, odwołują się do tych kontrargumentów Allana Kardeca i też próbują zanegować to, co jest napisane w tej książce. Można powiedzieć, że dyskusja przez tych ostatnich 200 lat poszła troszeczkę do przodu. Kolejna książka: „Leczenie samouzdrawianiem” Andreia Moreira. To jest spirytysta, który sobie żyje w Brazylii. Jest lekarzem, jest spirytystą, jest medium i on tutaj bardzo fajnie opisuje, w jaki sposób ten świat duchowy, ale także nasz świat mentalny, który my sobie tworzymy naszymi myślami i naszym usposobieniem, wpływa na nasze życie. Jest tutaj również wyjaśnione, jak bardzo nasz stan psychiczny wpływa na nasze ciało. To są rzeczy, które potwierdza również materialistyczna medycyna, a wręcz nawet nie trzeba być tutaj jakimś znawcą i jakimś myślicielem, aby zdawać sobie sprawę z tego, że nasz stan emocjonalny wpływa na nasze ciało.
Jeżeli ktoś jest na przykład nerwowy, to będzie miał wrzody na żołądku i tak dalej. Wiele chorób, na które my jako ludzie umieramy, są również spowodowane naszym trybem życia. Ale tutaj mówię tylko o tych sprawach związanych z psychiką, a niekoniecznie już na przykład z żywieniem. Andrei Moreira bardzo fajnie opisuje te wszystkie rzeczy i właśnie z punktu widzenia spirytyzmu. To jest książka, którą można zdobyć na portalu revive.pl tudzież ksiazkispirytystyczne.pl z myślnikiem pośrodku. I ta książka też jest bardzo fajna. Czyta się ją w miarę lekko. Jest fajny styl. Polecam. Kolejna książka to jest książka Wandy Prącińskiej „Opętani przez duchy” i to jest książka, którą powinienem był polecić zaraz po „Opętaniu” Allana Kardeca, ale chciałem najpierw przerobić Allana Kardeca, żeby po prostu mi się później nie odkładało.
Bardzo fajna książka. Jeśli chodzi o Wandę Prąnicką, to mam pewne wątpliwości co do jej sposobu pracy, ponieważ pobiera opłaty za swoje usługi egzorcyzmowania, takiego egzorcyzmowania spirytystycznego. Jej usługi nie są tanie, więc to jest taka wątpliwość. Ja osobiście nie wiem, czy zwróciłbym się do niej, gdybym chciał kogoś egzorcyzmować. Ale jeśli chodzi o teorię, którą wykłada w swoich książkach, to muszę przyznać, że przynajmniej teoria, która jest w tej książce — ponieważ nie wszystkie jej książki przeczytałem, chociaż niektóre już spoglądają na mnie z półki — z teorią, która jest w tej książce, warto się zapoznać. Jest tam dużo bardzo fajnych rzeczy, które bardzo dobrze pasują do teorii wykładanej przez Allana Kardeca. Więc Wanda Prącińska „Opętani przez duchy”. Teraz schodzimy troszeczkę do takiej bardziej lżejszej literatury. „Błękitna wyspa” Williama Styda, który utonął na Titanicu. To jest fajna, cieniuteńka książeczka, ale warto po nią sięgnąć, ponieważ podobnie jak książka „Nasz dom” spisana przez Chico Xavier, to są książki, które poruszają podobną tematykę, czyli opowiadają o tym, co się dzieje z duchem bezpośrednio po tym, jak przedostał się na drugą stronę do świata niewidzialnego.
Więc tematyka jest bardzo podobna, wręcz powiedziałbym ta sama, ale w tych dwóch książkach widzimy dwa różne opisy różnych światów niematerialnych, więc fajnie. To jest fajne. Na revive.pl można znaleźć. Te również można znaleźć na revive.pl. Z tym że tutaj jest także nakręcony film, więc jeżeli ktoś lubi sobie pooglądać filmy, to film uważam, że jest bardzo dobry. Książka troszeczkę mnie zmęczyła, prawdę powiedziawszy i przyznam się, że nie doczytałem jej do końca, ale widziałem film. Co chciałem powiedzieć? Ale to pewnie wynika ze stylu. Po prostu styl mi nie podszedł. Ale to, że mnie styl nie odpowiada, nie znaczy, że wam styl nie będzie odpowiadał, więc po tę książkę warto sięgnąć, jeżeli ktoś widział film, a chciałby się dowiedzieć jeszcze więcej, bo jak wiemy w filmie zawsze są skróty, które są konieczne.
„Opowieści spirytystyczne” Przemysława Grzybowskiego. W tej książce znajduje się bardzo dużo informacji dotyczących historii spirytyzmu. To jest chyba jedna z pierwszych książek spirytystycznych, powiedzmy lat 90. Uważam, że to jest bardzo dobra książka, chociaż koledzy spirytyści z Warszawy wykryli w tej książce kilka różnych błędów, ale te błędy tak naprawdę są To są pierdoły, więc nie należy się tym za bardzo przejmować. To są błędy, które są może istotne dla osób, które już rzeczywiście bardzo dobrze znają spirytyzm i które czepiają się szczegółów. Pozdrawiam Marcina. Ale jeżeli ktoś chce po prostu poznać, czym był spirytyzm i w jaki sposób ta historia się rozwijała, to warto po tę książkę sięgnąć. To jest bardzo duża dawka wiedzy. Naprawdę świetna książka. Dalej.
Co nam mówią zmarli Reynalda Russella, czyli to jest francuskie medium, które troszeczkę reklamuję na moim wideoblogu, ale reklamuję go nie dlatego, że jest takim świetnym, wspaniałym, idealnym medium. To jest zwykły człowiek. Zresztą możecie sobie zobaczyć materiały, które z nim nagrałem i tam zobaczycie, że on wcale nie robi z siebie nie wiadomo kogo. Ale jest to dla mnie ważna osoba, ponieważ od tej właśnie książki zaczęła się moja historia ze spirytyzmem, ponieważ w tej książce pojawiło się po raz pierwszy, z mojego punktu widzenia po raz pierwszy, imię i nazwisko Allana Kardeca, jego pseudonim. W każdym razie z tej książki dowiedziałem się, że ktoś taki istniał i chwilę później, też można powiedzieć, że przez przypadek, chociaż pytanie, czy to mógł być przypadek, kupiłem „Księgę Duchów”, „Księgę Mediów”. Ale pomijając to wszystko, ta książka też jest bardzo fajna. Ona nie jest gruba, ona już nie jest w sprzedaży, ale na Allegro widziałem, że są jeszcze jakieś pojedyncze egzemplarze, które można kupić. Reynald Russell opowiada tutaj swoje początki i są tutaj też relacje z jego prywatnych seansów z jego prywatnymi klientami, więc fajne historie można się tutaj dowiedzieć. Reynald Russell jest medium kardecjańskim. On wychował się na „Księdze Duchów” i „Księdze Mediów”.
Co prawda jego poglądy przez wszystkie lata, kiedy praktykował, troszeczkę ewoluowały, więc to nie jest dokładnie to samo, co możemy przeczytać w „Księdze Duchów”, ale jest to osoba, która w swojej teorii, w swojej filozofii myślenia jest mi bliska. Mi czy nam spirytystom. Chyba może bardziej powinienem powiedzieć mi, ponieważ wiem, że na przykład we Francji spirytyści niekoniecznie mieliby ochotę z Reynaldem Russellem utrzymywać kontakty, o czym on sam mi powiedział. Ale ja uważam, że warto po tę książkę sięgnąć, ponieważ nie można się ograniczać tylko do Kardeca. Świat ewoluował i pewne rzeczy po prostu pozmieniały się. Mamy też inne pojęcie o wielu rzeczach i inaczej postrzegamy, inaczej pojmujemy świat. Dalej. Léon Denis, „Życie po śmierci”. Léon Denis to jest wielki następca Allana Kardeca. Można przeczytać jego książki.
Tak naprawdę tę książkę polecam, ponieważ nie można nie przeczytać Léona Denisa po prostu. To jest filozofia przede wszystkim. Ja nie ukrywam, że jego styl już mi się wydaje troszeczkę archaiczny, ale Léona Denisa trzeba znać. Jeżeli ktoś poważnie traktuje spirytyzm i chce zgłębiać tę wiedzę, to nie może koło książek Léona Denisa przejść i udawać, że ich nie ma. Więc Léon Denis, „Życie po śmierci”. Są też inne jego książki. Można zerknąć. Jeżeli pierwsza, druga was nie znudzi, to może sięgniecie po kolejne. Monroe i jego „Podróże poza ciałem”. Jest trylogia tych książek, ale te dwie kolejne jakoś specjalnie do mnie nie przemówiły.
Druga książka, która jest bezpośrednią kontynuacją tej, opisuje jakieś eksperymenty i tak dalej. Takie trochę flaki z olejem. W zasadzie dobra książka dla osób, które rzeczywiście chcą ćwiczyć wychodzenie z ciała. Mnie brakuje cierpliwości, więc ja po kilku próbach, nawet nie wiem, czy można to próбами nazwać, dałem sobie spokój. W każdym razie „Podróże poza ciałem” to jest bardzo fajna książka, która dobrze opisuje, ale też z innego troszeczkę punktu widzenia, i to jest właśnie najciekawsze w tym wszystkim, że opisuje fenomeny spirytystyczne, podróże duchowe, ale właśnie takim trochę innym językiem. Nie odnosi się, nie nawiązuje do spirytyzmu jako tako, ale informacje, historie, które tutaj są podane, bardzo pasują do tego, co możemy przeczytać chociażby w „Księdze Mediów” Allana Kardeca. Więc fajnie. Inny punkt widzenia na spirytyzm. To jest moje zdanie i rzeczywiście warto po to sięgnąć. Też trzecia książka z tej trylogii, „Dalekie podróże”.
Zerkam na moją półeczkę. „Dalekie podróże”, czyli to też jest książka, która opisuje o tych podróżach do innych światów, że tak powiem. Myślę, że może się komuś spodobać. Ta książka uważam, że jest najlepsza z całej trylogii. Kolejna książka, François Brune, ksiądz, który zajął się spirytyzmem. „Umarli mówią”, bardzo fajna pozycja. To była jedna z pierwszych książek, które przeczytałem i szczerze powiedziawszy powinienem ją sobie odświeżyć. To jest fajna książka dla osób, które dopiero zaczynają poznawać spirytyzm. Ksiądz François Brune nie był takim typowym spirytystą, ponieważ jego poglądy troszeczkę mieszały się z katolicyzmem, przynajmniej chociażby w kwestii reinkarnacji. Ale historie, które tutaj opisuje, są bardzo fajne i warto po tę książkę sięgnąć.
Nie będę tej książki teraz streszczał. Po prostu poczytajcie sobie. Książka, akurat to konkretne tłumaczenie jest bardzo fajnie napisane. Jest to styl, który mi bardzo odpowiada i ja tę książkę przeczytałem z bardzo dużą przyjemnością. Kolejna książka, której oczywiście nie mogło tutaj zabraknąć „Duchy czy nieznane siły” Marcina Stachelskiego. Śmieję się, ponieważ to jest kolega spirytysta i to jest książka, którą reklamuję w każdym moim odcinku, bądź w prawie każdym odcinku mojego wideobloga. Jest to książka, która opisuje badania Juliana Ochorowicza. Jest tego dosyć dużo. Przygotowujemy trzecie wydanie, więc w zależności od tego, kiedy oglądacie ten materiał albo trzecie wydanie już się pojawiło, albo dopiero się pojawi. Przy każdym kolejnym wydaniu ta książka jest troszeczkę poszerzona, troszeczkę uzupełniona.
Autor książki bardzo się stara, aby ta książka była jak najlepszym produktem i naprawdę po tę książkę warto sięgnąć. To jest wręcz, można powiedzieć, praca naukowa. Wszystko jest udokumentowane, bardzo dużo przypisów. Pozdrawiam Marcina. Generalnie dobra książka, warto po tę książkę sięgnąć. To jest książka o wpływie świata duchowego na materię. Jest tutaj poruszony temat telekinezy, fruwających stolików, tańczących stolików. Julian Ochorowicz nie uważał się za spirytystę. To my uważamy go za spirytystę, ponieważ jego badania bardzo dobrze wpasowują się w to, czym my się interesujemy. Ale jak to powiedział Allan Kardec: „Spirytystą nie musi być ten, który o tym wie, że nim jest”.
Więc spirytystą może być każdy, kto po prostu nawet chociażby żyje według filozofii spirytystycznej, nie znając jej. Więc Julian Ochorowicz był spirytystą, chociaż sam o sobie by tego nie powiedział. I na koniec muszę skorzystać z okazji, jeżeli dobrnęliście do tego momentu, więc wytrzymacie jeszcze to. „Mój kardycjański spiritualizm” to jest moja książka, którą napisałem już parę lat temu. Pojawiło się drugie wydanie i mam nadzieję, że niebawem pojawi się kolejne. Za każdym razem troszeczkę poprawione. Ostatnio to poprawiam głównie literówki, których nie wychwyciłem za pierwszym razem. To jest troszeczkę mój punkt widzenia. Niektóre z tych tematów poruszyłem już w moim wideoblogu, więc możecie tę książkę kupić, jeżeli chcecie. Będzie mi bardzo miło.
Może w przyszłości wasze dzieci, wasze wnuki sięgną po tę książkę. Tutaj w tej książce przedstawiam mój punkt widzenia. Dorzucam tam różne historie, które gdzieś kiedyś przeczytałem, które zasłyszałem. Nie zawsze pamiętam skąd jaka historia pochodzi. Czasami po prostu mam ochotę jakąś historię przytoczyć, opowiedzieć. Więc takie rzeczy tutaj są w tej książce. Również poruszam tutaj tematy, o których Allan Kardec nie mógł mówić. Po prostu pewne tematy nie istniały, jak na przykład aborcja. Miałem na myśli in vitro. Więc poruszam też tutaj tematy, które bardziej odpowiadają naszym współczesnym realiom.
A poza tym uważam, że czasami warto niektóre rzeczy powtórzyć w troszeczkę inny sposób, bo może akurat jeden styl komuś nie odpowiadać. Ja pisałem tę książkę z myślą o osobach, które dopiero zaczynają odkrywać spirytyzm i traktuję tę książkę jako wstęp. Tak jak powiedziałem, jeśli chodzi o „Księgę duchów”, to czasami trzeba mieć troszeczkę samozaparcia, żeby przez przynajmniej ten wstęp i tych pierwszych kilkadziesiąt stron przebrnąć. Może niektórym tego samozaparcia zabraknąć. Dlatego powstała ta książka, więc też polecam, bo trudno, żebym własnego dziecka nie polecał. Słuchajcie, tak jak już powiedziałem na samym początku tego odcinka mojego wideobloga, generalnie wszystkie książki, które cytuję w moich materiałach filmowych polecam. Te książki gdzieś można kupić bądź w naszej spirytystycznej księgarni internetowej, bądź gdzieś w internecie. Musicie sobie poradzić z wyszukaniem tych książek. Ja nie zawsze podaję też źródła informacji, ale generalnie te wszystkie informacje, które są w tych moich odcinkach wideobloga, są w tych wszystkich książkach, które można kupić chociażby na portalu rival.pl bądź ksiazki-spirytystyczne.pl. Na pewno z czasem warto sięgnąć po te wszystkie książki, które tam się pojawiają.
Wiem, że w najbliższym czasie pojawią się kolejne pozycje. Nie tylko te, o których już wspomniałem, ale także nowe wydania, ponieważ koledzy tam pracują nad tymi książkami. Pozdrawiam Rafała. To chyba tyle, bo już mi w gardle zaschło. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiałów oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:08:05] - Czas, najwyższy czas, proszę państwa, żeby troszeczkę takiej poezji na nas spłynęło. Takiej albo innej. W każdym razie to widomy znak, że nadciąga audycja „Nie wiem, co to poezja”. Audycja tworzona, realizowana, a w ogóle wymyślona tak naprawdę przez Krystynę Śmigielską. Dzisiaj zapraszam państwa na spotkanie z Pawłem Ślusarczykiem
[03:08:49] - Nie wiem, co to poezja. Dzień dobry. Zapraszam państwa na nowy cykl programów, któremu nadałam wspólny tytuł „Nie wiem, co to poezja”. Celowo posłużyłam się cytatem z wiersza „Robotnik z Radomia” autorstwa Władysława Broniewskiego, bo z poezją, proszę państwa, w naszym kraju jest tak jak ze sportem czy pandemią. Wszyscy się na niej znają, ale tak naprawdę mało kto wie, czym jest i po co właściwie istnieje. Broniewski ujął to w prosty sposób: „Nie wiem, co to poezja. Nie wiem, po co i na co. Wiem, że czasami ludzie czytają wiersze i płaczą, a potem sami piszą mozolnie i nudolnie, by od dławiącej ciszy łkające serce uwolnić”. Zgadzam się z taką definicją. Poezja opisuje nasze emocje, pozwala nam je rozładować, uwolnić, przekazać dalej.
A forma to krótka, łatwa do opanowania. Tak się przynajmniej wydaje. Kiedy wiersz jest jeszcze nieregularny, nierymowany, można by powiedzieć: bułka z masłem. Nic, tylko siadać i pisać. Bo przecież jak mówił Bursa, fajnie jest być poetą. „Ja chciałbym być poetą, bo dobrze jest poecie. Bo u poety nowy sweter, zamszowe buty, piesek setter i dobrze żyć na świecie. Ja chciałbym być poetą, bo byczo u poety, bo u poety cztery żony, a z każdą dawno rozwiedziony, a ja lubię kobiety”. Mamy wszechobecne komputery, telefony, internet. Ten postęp technologiczny wbrew oczekiwaniom nie zabija w nas człowieczeństwa.
Może być wręcz przydatny do propagowania naszych myśli i uczuć. Teraz rzeczywiście każdy z nas może stać się poetą. I to nie wszystko. Nie tylko może tworzyć, ale tę swoją twórczość ma możliwość udostępniać innym, dzielić się nią, a nie jak dawniej chować gdzieś tam w zakamarkach starych szuflad. I taką poezją chcemy się z państwem dzielić. Nie tę już uznaną, nagradzaną, wydawaną w tomikach poetyckich i antologiach z twórczością uznanych poetów, lecz tą cichą, nieśmiało wypuszczoną na światło dzienne, a czasem będącą naprawdę wartościową, zmuszającą nas nie tylko do refleksji, lecz skłaniającą do sięgnięcia po więcej i po więcej. Okazuje się, że lubimy i umiemy bawić się rymowankami, opisywać świat przy pomocy metafor, wzruszeń i uśmiechu. Nie jestem znawcą literatury, a tym bardziej poezji. Zwykły ze mnie odbiorca. Chcę być pośrednikiem między wierszem a państwem, naszymi słuchaczami.
Postaram się wyłuskać perełki z portali internetowych, tomików wierszy, antologii, zapraszać twórców i rozmawiając z nimi na antenie, przybliżać państwu ich sylwetki. Będziemy radzić, jak pisać, żeby wasze wiersze nabrały szlachetniejszego wyrazu. Po prostu będziemy rozmawiać o poezji, bo ona jest taka, jak czuć ją i mówić o niej potrafi tylko Broniewski. „Ty przychodzisz jak noc majowa, biała noc, noc uśpiona w jaśminie i jaśminem pachną twe słowa i księżycem sen srebrny płynie”. Żeby nie przedłużać, chciałam zakończyć nasz wstęp dalszą częścią wiersza „Robotnik z Radomia”. „Nie wiem, co to poezja. Jest w niej coś z laski Mojżesza. Strumień dobędzie ze skały. Umie zabijać i wskrzeszać”. Dobry wieczór.
[03:14:37] - Dobry wieczór.
[03:14:37] - Naszym dzisiejszym gościem jest pan Paweł Ślusarczyk, z czego bardzo się cieszę. Zakopiański bloger, pisarz, poeta. Którego wiersze pozbawione są zbędnego patosu. Trafnymi metaforami opisują naszą rzeczywistość, otwierając nam okna, nasze oczy, nie na wielki, daleki świat, lecz na pobliskie podwórka, na stojącą nieopodal kapliczkę i zapraszając nas na spacer między możliwościami a marzeniami. Pozwala nam twórczość Pawła Ślusarczyka przeżywać kolejne pory dnia, celebrować je zgodnie z tradycją oraz naszymi emocjami. Bywa jednak, że na nas rzeczywistość spogląda ironicznie, demaskując nasze intencje, pokazując wykrzywione twarze, zniekształcone maski odbite w zwierciadle.
[03:15:45] - Tramwaj. Jechali ściśnięci krakowskim tramwajem. Jednemu znienacka odbiło się jajem. Śmierdzące zjawisko w połowie podróży udanej niedzieli na pewno nie wróży. Katolik morderstwo przywołał w pamięci. Nieważne, że jaja co roku sam święcił. Twarz jego najczystszą nienawiść wyraża, bo przecież w tramwaju nie mają ołtarza. Sadysta po trochu się cieszy i smuci. Sam chciałby ciut czadu wypuścić do ludzi. I myśli mrowisko po głowie mu goni, że dzisiaj wyprzedził go jakiś anonim.
Patolog się zbudził, choć kimnął w przelocie, powoli poznając, że jest już w robocie i aż się przestraszył, gdy podniósł swą szyję, nie wierząc, że tylu wokoło wciąż żyje. Morderca powoli szykował swe dłonie, złoczyńcy szukając po całym wagonie, by podróż mógł nazwać ostatnią podróżą. Lecz zwątpił, bo świadków tu było za dużo. Laleczka też chciała twarz skrzywić z odrazą, lecz razem z botoksem trzymają swój fason. I niechże nie pęknie nadęta jej duma, ukryta jak co dzień w tych samych perfumach. Filozof żył sznury napina naprędce, chcąc myśli wyhaczyć jak rybę na wędce i gotów jest chłostać jak ruską hajką, by wiedzieć, czy była wpierw kura czy jajko. Poeta chciał bardzo to wszystko opisać, a potem dramatem się chwalić w kulisach. Lecz problem banalny wystąpił. Niestety w tym czasie w tramwaju nie było poety.
[03:17:55] - Paweł Ślusarczyk, poeta mówiący prawdę o sobie i o nas. Przyjrzyjmy się jego twórczości i sylwetce. Dobry wieczór, panie Pawle.
[03:18:07] - Dobry wieczór.
[03:18:09] - Chciałabym wiedzieć, kiedy i w jakich okolicznościach zauważył pan potrzebę przelania swoich emocji i obserwacji na papier. Czy zrobił to pan z wiary, że w ten sposób będzie mógł pan przekazać czytelnikom swoje uczucia i przemyślenia, czy też traktował pan tę formę twórczości trochę jako terapię?
[03:18:36] - Zaczęło się w liceum, prawdę mówiąc, w wieku 16-17 lat. Nie była to ani terapia, ani nic wielkiego. W zasadzie można było z perspektywy czasu powiedzieć, że to było takie pisanie nawet nie do szuflady, tylko dla zabawy. Następnie w Zakopanem działał klub literacki, do którego niby do tej pory należę, ale on już nie funkcjonuje. Wtedy się to trochę rozszerzyło u mnie. Pisałem wtedy tylko wiersze. Następnie zafascynowany wtedy twórczością Kaczmarskiego i pewnym nutą poezji śpiewanej, głównie takie rymowane pisałem jako teksty piosenek. A później pewien rozwój nastąpił. Dwa lata temu skończyłem szkołę pisarzy, tak zwaną krakowską. Po drodze napisałem jeszcze kryminał jeden, który wydałem.
Dwa są napisane w komputerze. I ta twórczość dosyć różnorodna była. To nie tylko wiersze, także dramat był, proza, do tego proza poetycka.
[03:20:09] - Poprosiłabym o tytuł tej wydanej książki, żeby nasi czytelnicy mogli ją odnaleźć.
[03:20:16] - Mroczna tajemnica Bieszczad.
[03:20:18] - O! Mieszka pan blisko Tatr, właściwie w Tatrach można powiedzieć. A książka o Bieszczadach. Bardzo ciekawe zestawienie. W takim razie, skoro mówimy o górach, to ja powiem panu, że pierwsze zetknięcie z pana poezją wywołało we mnie prawdziwy zachwyt. Nie będę zgłębiała i analizowała dokładnie wiersza po wierszu, ale chciałam powiedzieć, że czytając je szybko w głowie jakoś skojarzyła mi się pana twórczość z twórczością Tadeusza Nowaka. Nie wiem, może to bliskość gór, ta wrażliwa nuta poruszona właśnie gdzieś od tych gór idąca, że tak powiem. Proszę mi powiedzieć, jak to jest. Górale to przecież silni mężczyźni przystosowani do życia w trudnych warunkach. Skąd więc u pana taka miękkość, wrażliwość?
[03:21:08] - Po pierwsze, góralem się jest od siódmego pokolenia ponoć, jak to głosi legenda. Ja jestem, można powiedzieć, półtora.
[03:21:16] - Aha, to jeszcze nie góral.
[03:21:18] - Nie. Mama z Zakopanego była, tata z Krakowa. A jeżeli chodzi o tę wrażliwość, też nieostrość. Takie ostrzejsze rzeczy pisałem na początku, jako nastolatek czy przez ten dwudziestolatek. Wtedy ojciec mówił, że ja protest songi tylko piszę.
[03:21:37] - Tak. Bunt młodzieńczy, prawda? To można tak podciągnąć.
[03:21:41] - Można powiedzieć, nawet kiedyś później pisałem, że mi się pióro stępiło, że już nie jest to takie ostre. Patrzy się na inne sprawy.
[03:21:50] - Życie wszystko nam układa w głowach inaczej, prawda, niż sobie wyobrażamy. To tak jest niestety. Ale wrażliwość piękna, naprawdę bardzo tu pana podziwiam, jeżeli chodzi o postrzeganie rzeczywistości. Rzeczywiście pana poezja jest wyjątkowa w tej materii. Obserwuje pan codzienność. Tej codzienności w pana wierszach jest naprawdę bardzo dużo. Właściwie one się całe obracają w takim dzisiejszym naszym dniu.
[03:22:23] - „Nieobecność. Zapisuje się w starych meblach, gdzie kornik stępił dłuto i pleśń uplotła kilimy na wilgotnych krosnach. Buty chodzą ciszej, nieogrzewane skórą, z której odeszło mrowisko i zostały puste tunele po planach dalekich i realnych. Nieobecność czuje jedna trzecia pralki, w której brakuje śniadania przyniesionego na koszulce i błota w nogawkach. Koc przytula się całym ciałem do prześcieradła. Czeka na skrzypnięcie łóżka, cichego jak oddech ryby pod mostem westchnień. Plama na obrusie nieprzykryta talerzem już nie liczy na okruchy chleba, którymi karmiła się między toastem a kłótnią. Wigilijny opłatek, któremu nie połamano gnatów, może odejść o własnych siłach wśród nocnej ciszy. Lewy płat karpia wciąż pływa w wannie, nucąc „Wieczne odpoczywanie”. Człowiek żyje, dopóki jest nieobecny.”
[03:23:46] - Jak panu się wydaje, czy ta codzienność bywa nudna, czy ona jest fascynująca jednak?
[03:23:52] - Dla poety wszystko powinno być fascynujące. Nawet nuda.
[03:23:57] - Właśnie, to pięknie powiedziane. A co najbardziej pan lubi obserwować w takim razie? Może uogólnię bardziej, ponieważ ma pan bliskość jednak do tych gór, więc obcowanie z przyrodą, mieszkając w Zakopanem chyba nie jest trudne. Czy woli pan obserwować właśnie przyrodę, naturę, czy może fascynuje pana bardziej sam człowiek?
[03:24:23] - Z literackiego punktu widzenia, czy z punktu widzenia mnie jako osoby piszącej, przede wszystkim uważam, że pisanie o górach jest rzeczą bardzo trudną. Podobnie jak pisanie o miłości na przykład. A fascynuje mnie raczej człowiek. Jednak to jest jeszcze niezgłębiony podmiot.
[03:24:48] - Niby się wydaje, że już wszystko o sobie wiemy, prawda? A jednak ciągle nas ten człowiek gdzieś tam zaskakuje.
[03:24:54] - Tak.
[03:24:55] - Mam podobne obserwacje jak pan w takim razie.
[03:24:58] - Halny na drodze nie zaskakuje. Robi spustoszenia i tyle. A człowiek jest nieprzewidywalny.
[03:25:06] - To się zgadza. Pięknie pan to powiedział, rzeczywiście. Jest pan człowiekiem w sile wieku, tak to nazwijmy. Ja bym powiedziała młody, bo w wieku moich dzieci. Ale już pan pewne doświadczenia życiowe musi posiadać. A opisuje pan świat z taką wielką dbałością o słowo. W pana pokoleniu to jest raczej trochę dziwne, bo ja zauważam, że im młodsi ludzie, tym to słowo traktują bardziej pobieżnie. Słowo traci na swoim znaczeniu. W pana wierszach jednak to słowo znaczenie posiada. Czy robi pan tak dlatego, że hołduje pan wszystkim regułom, normom językowym, czy też dlatego, że uważa pan, że dobrze napisane, zgodnie z regułami teksty będą mogły być prawidłowo odczytane przez naszych potomnych i w ten sposób będziemy mogli przekazać zarówno nasze uczucia, nasze postawy, opowiedzieć o naszym życiu?
[03:26:10] - Myślę, że to jest poniekąd mój rozwój, który się tu przez lata oczywiście wykształcił i warsztat. Wcześniej pisałem troszkę inaczej jednak. Trochę bardziej obszernie. Powiem jeszcze może taką rzecz, że inaczej się pisze wiersze rymowane, które pisałem głównie, a wiersze wolne, nie mylić z białymi, jak to też często ludzie robią. Wiersze wolne piszę od jakichś pięciu lat, powiedzmy. Takie, do których się przykładam i traktuję, że one mają jakąś wartość, bo wcześniej też pisałem, ale to było takie, raz, że rzadko pisałem, a dwa, uważałem, że wiersz powinien mieć rym. Nie wiem, dlaczego tak uważałem. Teraz znam pewne reguły. Jednak te dwa lata studiów literacko-artystycznych myślę, że nie poszły na marne. Z zajęć z poezji nie jestem do końca zadowolony.
Więcej się, prawdę mówiąc, nauczyłem tam w zakresie prozy. Ale pewne rzeczy mi tam jednak powiedzieli, na przykład, że metafory dopełniaczowej nie powinno się stosować czy innych takich rzeczy. Więc ta dbałość o słowo to są ostatnie lata. „Tylko Pompeje. Miasto, w którym piłem wino prosto z butelki odeszło. Spakowało twarze kolegów i usta dziewczyn. Nawet zegar na kościelnej wieży założył buty zamszowe i podpierając się wskazówkami zniknął w mroku, gdzie marzenia kroiliśmy spadającymi gwiazdami, a ławki w parku smakowały bez chleba. Odeszło powietrze, w które wgryzaliśmy procesjongi i kreślili na nim mapy. Nasze brzydkie zabawy zostały ukarane. Odeszło miasto, w którym pisałem wiersze.
Jeszcze Kościół Mariacki wystaje z kieszeni, ale jest już daleko, za ostatnią pętlą tramwajową, powoli zaciskającą się na jego szyi, za granicą dotyku, żeby już nie łamać na nim paznokci i rymów. Miasto, w którym teraz jestem, odejdzie. Tylko Pompeje przyspawano do mapy.”
[03:28:55] - Czytając teksty młodych ludzi teraz bardzo często zauważam, że tej dbałości o słowo w ogóle nie ma. I jest to przerażające, bo czasem nawet te teksty stają się przez to mało zrozumiałe. Ale mam nadzieję, że pana teksty dotrą do następnych pokoleń i będą bardzo dobrze odbierane. Muszę zapytać o pana fascynacje literackie, o autorów, na których dziełach pan się wychował i którzy może nadal mają wpływ zarówno na pana twórczość, jak i na życie. Czy pan się inspiruje w jakiś sposób twórczością innych poetów?
[03:29:37] - Na pewno. Zaczęło się, tak jak mówiłem, w liceum. Wtedy to był Mickiewicz. Jak wspomniałem już, pisałem wcześniej głównie teksty rymowane czy w zasadzie prawie tylko rymowane. Takim autorytetem przez wiele lat był Jacek Kaczmarski, związany z nim poniekąd Zbigniew Herbert. Herbert, wiadomo, nie pisał rymowanych, ale pisał zaangażowane i mnie ta twórczość zaangażowana fascynowała. Jednego, jak i drugiego poety, czy też barda można powiedzieć o Kaczmarskim. To było dwóch takich głównych poetów, na których się wzorowałem. Obecnie wiadomo, że świat idzie do przodu, poezja się rozwija. Z takich współczesnych Roman Honet, z którym miałem zajęcia niestety bardzo krótko, bo po pierwszym semestrze on zrezygnował.
Chyba się więcej nauczyłem, czytając jego wiersze niż na tych zajęciach z nim. To był człowiek, który wygrał parę lat temu Nagrodę Szymborskiej za jakiś swój tomik. I powiedzmy, że czytając jego wiersze, czegoś tam się uczyłem, o gęstości na przykład. On pisze gęste utwory. Z ostatnich też Bronka Nowicka to jest poetka, która też coś tam, nie pamiętam już co, ale coś wygrała. Napisała świetny tom „Nakarmić kamień”. Pod jej wpływem, można powiedzieć, napisałem cały cykl wierszy pod tytułem „Dom z widokiem na pokolenia.”
[03:31:27] - I to jednak te inspiracje są bardzo duże, jak ja widzę. A proszę mi powiedzieć, czy w ogóle twórczość poetycka ma jakiś wpływ na pana życie? Takie zwykłe, codzienne.
[03:31:41] - Chyba nie.
[03:31:43] - Chyba nie. Oddziela pan to całkowicie?
[03:31:45] - Tak.
[03:31:46] - A proszę mi jeszcze powiedzieć taką rzecz. W dzisiejszych czasach, pan wymienił tu nazwiska, ale muszę powiedzieć, że tych poetów, pisarzy jest naprawdę bardzo dużo. Dzieje się to chyba dzięki temu, że technika pozwala nam szybko trafić do odbiorcy, dużo szybciej niż kiedyś. I co za tym idzie, weryfikacja, że tak powiem, tekstów przesyłanych jest mniejsza. Mamy różne możliwości, żeby szybko porozumieć się z czytelnikiem. Możemy pisać swoje teksty i drukować je na różnych portalach internetowych. Możemy uczestniczyć w różnych grupach literackich, pismach internetowych. Czy pan również wykorzystuje te możliwości w swojej twórczości? I w ogóle jak pan ocenia obecny, nazwijmy to, rynek poetycki, czyli stosunki, jakie są między pisarzami, poetami a ich odbiorcami?
[03:32:51] - To temat dosyć szeroki. Obecnie wszystkiego jest dużo. Nawet nie mówię tutaj o sferze literackiej. W obecnych czasach podaż przewyższa popyt praktycznie wszędzie. Może poza rynkiem pracy. Poetów jest masa. Internet daje wielkie możliwości i to jest i dobre, i to jest złe. Jeżeli chodzi o samą literaturę, można nielegalnie pobierać ebooki. Są takie strony, kiedyś zauważyłem. Myślę, że tu jest mniejsze niebezpieczeństwo niż w zakresie muzyki.
Dobrze, wracajmy do pytania. Można publikować na Facebooku, na stronach internetowych czy gdziekolwiek na blogach. Tylko trzeba się zastanowić, jaki jest odbiór tego. Bo jak pani zauważyła słusznie, poetów jest mnóstwo, lepszych i gorszych. Wydać tomik poetycki czy książkę, to też nie jest problem. Trzeba po prostu zapłacić. Takie są teraz czasy.
[03:33:56] - Tak. Tylko widzi pan, zapłacić to jest jeszcze jedna sprawa. Samowydanie. Ale chodzi o to, żeby ta twórczość dotarła jednak do odbiorcy. Bo jeżeli pan nawet wyda tomik poetycki i sam pan sfinansuje jego wydanie, to wtedy okazuje się, że dostaje pan ten tomik do ręki i nie ma go jak rozprowadzić. A jednak przez internet szybciej można tego odbiorcę odnaleźć. W ten sposób myślę. Jeszcze się zapytam w takim razie, czy jeżeli pan jakieś swoje ewentualne utwory zamieszcza na stronach internetowych, czy zdarza się panu, że jakiś czytelnik komentuje te teksty?
[03:34:41] - Zdarzyło się. Tych grup na Facebooku, bo o tym rozmawiamy głównie, jest dużo. Jaki tam jest odbiór? Czasem komentowali. Jednak pozapisywałem się i potem szybko wypisywałem z tych grup. Jak to wygląda tam? Ktoś wrzuca swój wiersz. Ma tam kilku znajomych, którzy też są w tej grupie. Piszą, że super napisany, świetny wiersz. Emocje takie: popłakałam się, popłakałem się.
Głównie dziewczyny piszą, że się popłakały. A ja to czytam, mając jakąś teoretyczną wiedzę i to się czasem ociera o grafomanię.
[03:35:25] - Tak, zgadzam się. Wydaje mi się, że brakuje jednak weryfikacji, żeby teksty, które są zamieszczane, było wiadomo, że posiadają jakiś poziom literacki. A to wszystko teraz często działa na zasadzie takiego poetyckiego, ja bym to nazwała, disco polo. Często czytamy takie teksty. I właśnie ta audycja jest między innymi po to, żeby z tych wszystkich tekstów, których naprawdę jest bardzo dużo zamieszczanych dzisiaj gdziekolwiek, wyłuskać te osoby, które rzeczywiście potrafią ciekawie opowiadać nam o swoich przeżyciach, potrafią nam otwierać oczy na pewne sytuacje, mają bardzo ciekawe przemyślenia.
[03:36:11] - Ja bym był bardzo zadowolony, jakby mi ktoś napisał na forum. Po prostu mi wytyczył moje błędy. Tak to się powinno robić. Ja jestem w tym wieku, że mnie nie urażą, że to jest złe. To w ogóle bez sensu. Raz mi tak napisali. Może jako ciekawostkę dość humorystyczną powiem. Napisałem, że ktoś ubierał buty. I mi napisali, że butów się nie ubiera, tylko się zakłada. Ja poczytałem o tym, a w tym roku przeczytałem, dlaczego ja to tak napisałem, nie wiedząc o tym.
Okazuje się, że u nas w Małopolsce, chyba to jest mniej więcej ten obszar geograficzny, wychodzi się na pole, a nie na dwór i buty się nie zakłada, tylko buty się ubiera i ubranie też się ubiera.
[03:37:02] - Tak. To jest właśnie to, że ten język jest ciągle żywy i my ciągle musimy, że tak powiem, sami siebie pilnować, ale nie zawsze musimy w tym przesadzać, bo pewne rzeczy też należy zachować. Właśnie te, które są już jakimś uzusem, tradycją, ja bym powiedziała. Wie pan co, ja też miałam kiedyś taką sytuację. Czasem zamieszczę jakiś wierszyk. Oczywiście ja to traktuję w formach tylko zabawowych na swojej stronie internetowej. I jeden ze znajomych poetów też zwrócił mi uwagę, że owszem, bardzo mu się podoba, tylko tutaj trochę za dużo dałaś, tu byś zobaczyła może tak czy inaczej. I muszę powiedzieć, że byłam bardzo zadowolona z podpowiedzi, bo wtedy, kiedy dokonałam poprawek, okazało się, że jak najbardziej kolega miał rację. Warto czasem posłuchać. Ja sobie to bagatelizowałam, ale okazuje się, że jednak ludzie zwracają też uwagę na to, co zamieszczamy.
Trzeba się przykładać, pilnować, żeby zawsze być jak najbardziej correct.
[03:38:09] - Gwiezdne wojny według George'a Lucasa. Niebo równo rozświetlane, mknące statki obserwuje. Galaktyce lepszą zmianę Imperator proponuje. Ład, porządek w jednej ręce trzymającej gwiezdne lejce. Drży rebelia pochowana w polepiankach i systemach. Już ich przecież nie ochrania wyniszczony zakon Jedi. Tak nastały czasy mroczne, które mają swą wyrocznię. Gwiazda Śmierci rośnie w siłę, jakiej dotąd nikt nie widział. Jej wrogowie już za chwilę otrzymają pierwszy przydział. W jednej chwili ciał ochłapy i planeta znikną z mapy.
Kenobiego siwe skronie czują mocy zaburzenie. Czy znów rękę pchnie do broni i odeprze zagrożenie? I czy ktoś po tylu latach zechce znów słuchać wariata?
[03:39:19] - W R2D2 Howaleja tajne plany Gwiazdy Śmierci. Nowa rodzi się nadzieja, co w reaktor pocisk wkręci. Jednak wcześniej musi wolą jej przysłużyć się Han Solo. Siła kryje w sobie władzę. Ciemna strona mocy kusi i Lord Vader tkwi w niej, zatem szefa racji bronić musi. Może im się nawet uda. Razem idą wszak po trupach. Czas odpalać już maszyny, wrogom patrzeć prosto w oczy. Lecz czy słowa wcielą w czyny? Czy zdołają się zjednoczyć?
Czy Skywalker celnie strzeli i zło zginie wśród płomieni? Czy Skywalker celnie strzeli?
[03:40:14] - Proszę mi jeszcze, panie Pawle, powiedzieć o swoim blogu. Bo że pan blog prowadzi, to jeszcze nie rozmawialiśmy. Tam pan zamieszcza recenzje książek. To wiemy, bo już kiedyś miałam okazję nawet spotkać się z panem i tam się poznaliśmy właściwie w ten sposób. I proszę mi powiedzieć w ogóle o swoich osiągnięciach twórczych. Czy udało się panu kiedyś doznać jakiegoś takiego spektakularnego sukcesu?
[03:40:41] - Zacznijmy może od strony internetowej, która po części jest blogiem. Adres: pawelslusarczyk.eu. Ponieważ Internet nie lubi polskich liter. Faktycznie zamieszczam tam recenzje książek. Oczywiście nie wszystkich, które przeczytam, bo bym nie zdążył, tylko niektórych. No i też tam są moje wiersze. Jest oczywiście informacja o mojej książce „Warsztat. Tajemnice Bieszczad”, która ostatnio została wydana w formie audiobooka. Tak jest, jest wydana pod koniec tamtego roku. No i bardzo się z tego cieszę oczywiście, że nie tylko można ją przeczytać, ale także posłuchać.
Nie jestem zwolennikiem słuchania książek, tylko czytania. Dobrze, może do drugiej części pytania. Moje sukcesy. Takich spektakularnych to jeszcze nie odniosłem. Czekam na nie. No miałem jakieś wyróżnienia czy jakieś tam nagrody. Nigdy nie była to pierwsza nagroda, ale jakieś tam były w konkursach literackich różnych ogólnopolskich. Dwa razy byłem finalistą konkursu imienia Różewicza w Radomsku. To był konkurs na wydanie tomiku poetyckiego. On wygląda tak, że najpierw się wysyła pięć utworów, potem finaliści.
Różna ilość jest tych finalistów. Najpierw było nas chyba siedmioro, w drugiej edycji była nas trójka. No i wtedy się dosyła cały tomik, ale niestety dwa razy poległem. Może jeszcze w tym roku spróbuję, jeżeli będzie ogłoszony.
[03:42:25] - Droga do miasta. Krawiec przyszył drogę do małej dziewczynki, by miała bliżej do sklepu. Na ladzie leżał chleb i możliwości o oczach niepewnych jak most ze skrzydeł ważki przerzuconych nad rzeką. W mieście skupisko ludzi. Stali na dwóch nogach. Ofiary ewolucji i systemu podatkowego. Ręce mieli większe od twarzy z liniami życia wysmaganymi batem. Pływały w nich opanierowane ryby. Wzrok nabity, zawsze gotowy do wystrzału. Ofiara musi znać swoje miejsce.
Wiedziały o tym hieny wykładające na Katedrze Stosunków Międzygatunkowych. Dziewczynka nigdy nie studiowała. Kiedy postanowiła pobiec do miasta, zaplątała się w siwe włosy na nogach.
[03:43:36] - Panie Pawle, bardzo miło mi się z panem rozmawiało i tak jak mówię, będę wracała do pana twórczości i będę obserwowała dalsze pana poczynania w tym kierunku. Życzę naprawdę wielu, wielu sukcesów. Cieszę się, że mogłam zaprezentować pana naszym słuchaczom i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Proszę przypomnieć jeszcze raz swoją stronę internetową, bo mam nadzieję, że słuchacze będą chcieli zajrzeć do pana i sprawdzić, co też się dzieje w pana twórczości.
[03:44:08] - Pawelslusarczyk.eu.
[03:44:12] - Dziękuję bardzo serdecznie. Życzę panu i państwu miłego wieczoru. Do usłyszenia.
[03:44:18] - Dziękuję. Do usłyszenia.
[03:44:22] - Proszę państwa, to czas teraz na Piszącą z Fjordami. Kolejny odcinek o tym, że życie pisarza bywa nielekkie, ale bywa lżejsze, jeśli pozna się pewne tajemnice warsztatu pisarskiego. Nie tego, jak się wymyśla historie, ale tego, jak to później przelewa się na papier. To takie górnolotne określenie. Tak naprawdę chodzi o to, że zaczyna się w pewnym momencie zamykać myśli, pomysły w słowa, zdania, w pewną narrację. Tę narrację trzeba dobrze przemyśleć. Co więcej, trzeba ją, tu wybaczcie państwo to słowo, trzeba ją dobrze obsłużyć. To znaczy najlepsza nawet narracja obsłużona źle, złymi dialogami, złymi opisami, no w ogóle czymś, co nie jest przemyślane, to najlepsza narracja Leży, kwiczy i nie da się z tym nic zrobić. Najlepiej, żeby dobra narracja zyskała wszystko, co najlepsze, a w tym z całą pewnością pomoże Pisząca z Fiordami, czyli Kamila Ciołko-Borkowska. Zapraszam.
[03:45:54] - Dzień dobry, wieczór. Pisząca z Fiordami zaprasza do siebie. Dobry wieczór. Dziś porozmawiamy sobie, a raczej ja pomarudzę, wy posłuchacie, o pewnej magicznej istocie, ponieważ jej zdolności są wyjątkowo magiczne. Jednak nie będą to wróżki. Zdecydowanie nie będą to wróżki. Będą to osoby o zupełnie niesamowitych umiejętnościach, przydatnych pisarzowi. Chociaż z drugiej strony, jak teraz sobie pomyślę, mogą to być takie chrzestne wróżki wszelkich pisarzy. Tak, możemy tak powiedzieć, że beta czytelnicy są chrzestnymi wróżkami pisarzy. O!
Widzicie? To jest po prostu niesamowite porównanie. Oj, zdradziłam przy okazji, o kim będzie ta audycja. Ponieważ skończyliśmy pisać opowiadanie, rozdział, powieść. Nie wiem, jak bardzo jesteście rozrutni w literkach, ale powiedzmy, że skończyliśmy coś tam. Skończyłam ja, skończyłeś ty czy skończyłaś ty. I teraz kładziemy sobie ten tekst, on sobie leży. Dla nas jest to idealne. To jest jak z dziećmi. One są dla nas po prostu wspaniałe, bezbłędne, idealne, cudowne.
Ale nie, nie ma tak pięknie. Każdy, powtórzę każdy tekst da się poprawić. I zawsze w tekście, który został świeżo napisany, który zakończyliśmy, znajdują się błędy, luki, babole. Zdecydowanie nie ma takiego tekstu, który nie ma jakichś rzeczy do poprawy, jakichś scen, opisów, czegokolwiek. Ponieważ, i teraz uwaga, jeśli piszemy fantastykę, mogliśmy za słabo opisać świat. Oj, jak źle będzie czytelnikowi połączyć to, co się dzieje, z tym, jak wygląda świat przedstawiony. O świecie przedstawionym już wcześniej mówiłam, dlatego nie będę się powtarzać, ale jeśli zrobimy to za słabo i oddamy książkę do wydania, to wydawca może powiedzieć, że to w sumie jest pomysł niezły, ale wykonanie słabe i nic z tego nie będzie. Tak samo jest z przedstawieniem postaci, z pewnymi wątkami, które się nam nie kleją, w których jest jakiś błąd. W ogóle mogą być sprzeczne. No bo różnie to bywa.
Ja już wam kiedyś opowiadałam o tej sytuacji z czekoladą u mojej bohaterki. Ona jej nie lubi, ale na koniec, jak miała doła, to anioł stróż podsuwał jej czekoladki. Masochistka jakaś albo anioł stróż nieogarnięty totalnie. Ale jeśli skorzystamy z usług beta czytelnika, to może nas uratować. Może nam poprawić wygląd naszej książki. Ale może od początku. Kim jest ten sławetny beta czytelnik? Kim z definicji? Żeby tak przynajmniej chociaż trochę nakreślić. Ponieważ ostatnio spotkałam się z pewnym konkretnym pytaniem.
Ja myślałam, że to jest totalnie wiedza podstawowa i każdy, kto zaczyna pisać wie o tym, kim jest beta czytelnik, ale dotarło do mnie, że to nie jest wiedza wyssana z mlekiem matki. To nie jest tak, że ja zaczynam pisać i ja wiem, kim jest redaktor, kim jest korektor, kim jest wydawca. Chociaż o tym też już mówiłam wcześniej. A teraz skupię się bardziej na tym beta czytelniku, żeby to bardziej określić, jak wygląda, kim on jest, bo wiem, że już o nim wspominałam nie raz. Jednak skala pewnej niewiedzy skłoniła mnie do tego, żeby poświęcić temu cały odcinek. A dlaczego? A dlatego, że beta czytelnik to jest po prostu Święty Graal. Ja chylę czoło przed każdym beta czytelnikiem, ponieważ beta czytelnik jako drugi, zaraz po autorze. Czyli ja skończyłam pisać opowiadanie i mój beta czytelnik jest zaraz po mnie. Beta czytelnik czyta ten taki surowy tekst, którym my się podzieliliśmy.
I powiem wam, że to jest poniekąd wyzwalające, ale też trudne dla autora, dla pisarza. A dlaczego? Dlatego, że jak już wcześniej mówiłam o krytyce. Był odcinek o krytyce i ja wcześniej mówiłam, że jest to bardzo trudna rzecz. Dlatego współpraca z beta czytelnikiem to jest ten pierwszy moment, kiedy my jako autor, ja jako autor, ty jako autor zgadzamy się na tą krytykę. I teraz beta czytelnik to musi być osoba, która umie wyśrodkować to, jaką daje krytykę, a tym, żeby wskazać też Pozytywy, plusy tej opowieści, tej historii. Ponieważ to nie może być tak, żeby czytelnik brzydko mówiąc, tym paluchem pokaże tu, tu, tu. Wszystko masz źle i to jest po prostu beznadziejne. Nie, bo to zniechęci nas do wprowadzenia jakichkolwiek poprawek, do ulepszania historii, która notabene najprawdopodobniej, bo nie mówię, że każda historia ma szansę być lepsza, jednak większość historii przy odpowiedniej ilości pracy ma szansę bycia naprawdę wielkimi perełkami. I beta czytelnik powinien pomóc nam w tym, żeby ta historia nabrała rumieńców.
I teraz, kilka pytań mam. Kim może być ten beta czytelnik? W sumie może być każdym. Beta czytelnik nie jest kimś, kto usiądzie i poprawi wam tylko i wyłącznie błędy, ortografy, przecinki, interpunkcję, szyk zdania. Nie. Beta czytelnik jest od tego, żeby pokazać wam to, o czym mówiłam: babole, jakieś błędy fabularne, luki fabularne, jakieś fragmenty fabuły czy całe opisy na przykład, które się nie kleją, które nie pasują do historii. Czy na przykład bohaterowie, którzy niby mają jakiś romans na przykład, ale w sumie to tego romansu na stronach tej historii w ogóle nie widać. W ogóle nic nie iskrzy, czytelnik czytając nie widzi, że tam coś się dzieje między autorami. Ponieważ jak już tyle razy powtarzałam ja czy ty napisałam, czy ty napisałeś, czy napisałaś tą książkę, opowiadanie i my wiemy. Ja jako autor wiem, co ja chciałam przekazać, ale czytelnik nie siedzi mi w głowie.
On widzi tą historię swoimi oczami i ja muszę to tak napisać, żeby on to zrozumiał. I beta czytelnik jest pierwszą wskazówką, która pokazuje, co czytelnik może zrozumieć źle, czego może nie zauważyć, a co czytelnika może w ogóle znudzić. I to jest po prostu złoto. Naprawdę złoto niesamowite. Jeśli trafimy na beta czytelnika, z którym potrafimy dobrze współpracować. Mam w swojej pisarskiej, że tak powiem karierze dwoje beta czytelników, z którymi pracowało mi się naprawdę niesamowicie. I teraz z moich własnych doświadczeń mogę wam powiedzieć, że znaleźć beta czytelnika można w sumie wszędzie. Są fora internetowe, są blogi. Czasami na niektórych blogach ludzie się ogłaszają, są grupy facebookowe, a czasem nawet pisarze ogłaszają się na swoich własnych fanpage'ach na Facebooku czy na stronach. Znaczy początkujący pisarze, ponieważ tacy bardziej już w tym pisarstwie obeznani, to oni już mają swoich beta czytelników sprawdzonych i oni już nowych nie szukają.
Ale na przykład taki świeżak jak ja mogę poszukiwać beta czytelnika, ponieważ dobrze jest zobaczyć kilka opinii, bo każdy jest indywidualny, każdy odbiera literaturę indywidualnie. To jest świetne, to jest bomba, naprawdę podoba mi się. Ale jeśli skupimy się tylko i wyłącznie na opiniach jednego beta czytelnika, to może być trochę słabo. Dobrze jest mieć dwóch albo powiedzmy trzech beta czytelników, ponieważ wtedy widzimy dwie albo trzy opinie. Jeśli beta czytelnicy zwrócą uwagę, że jakiś fragment tym trzem osobom nie pasuje, to musi nam się zapalić czerwona lampka. Bo jeśli trzy osoby niezależnie wskazują nam ten sam fragment i ten sam babol do poprawy, to trzeba nad tym popracować. Jeśli są to natomiast rzeczy, które każdemu z nich wydają się zupełnie niepasujące, ale są to rzeczy zupełnie inne, możemy się nad nimi zastanowić i wziąć pod rozwagę, pod uwagę, co my na ten temat myślimy. Ponieważ to ja jestem autorem i to ja wiem, co ja chcę napisać, ale muszę też podchodzić do tego z pokorą. To nie jest tak, że ja jestem święty i nieomylny autor i beta czytelnik może tak właściwie mi zatańczyć na stole, ale to nie po to jest beta czytelnik. Jak już wspominałam, jest to dobra wróżka pisarza, więc należałoby się trochę pochylić nad jego pracą, ponieważ to, co on robi, to jest naprawdę kawał ciężkiej roboty, ponieważ poza tym, że on przeczyta moją książkę, poza tym, że on nad nią się pochyli, on wpisze mi uwagi, on zaznaczy babole, które gdzieś tam się znajdują.
Tak jak już wspominałam, nie te czysto ortograficzne, interpunkcyjne, tylko babole świata przedstawionego bohaterów i wszelkiej akcji. I on nakieruje mnie na to, żeby poprawić to dla następnych czytelników. To jest bomba. Więc musimy wypracować jakiś wspólny system. Na przykład, że używamy czerwonego koloru, zaznaczenia tekstu do tego i tego, żółtego koloru, do tego i tego. Komentarze wpisujemy z boku, tu na marginesie. Nie muszą być jakąś konkretną czcionką, ale zawsze je wypisujemy. Caps lockiem podkreślamy coś tam. Musimy mniej więcej ustalić pewne zasady, żebym ja jako autor mogła ujednolicić pracę i żeby mi też było łatwiej. Ponieważ jeśli mam czterech betaczytelników, napisałam powieść na 400 stron i teraz każdy z tych betaczytelników odeśle mi tę książkę z pewnymi uwagami, to ja się zajadę, jak będę czytać każdą z tych wersji z różnymi sposobami zaznaczania błędów fabularnych.
Po prostu to będzie masakra. A jeśli wiem, czego szukam, otwieram plik i widzę, że jest cały podkreślony na czerwono, połowa jest na żółto, a jeszcze druga połowa na niebiesko i uwagi mam z boku, to jest mi zdecydowanie łatwiej pracować. A następnym razem będzie też łatwiej pracować betaczytelnikowi, ponieważ on wie, czego my od niego oczekujemy. Dlatego podstawą współpracy z betaczytelnikiem jest zwykły, popularny i szary dialog. Bez tego nic nie ma. Dialog. Ja wiem, że pisarz to bardziej dialog na papierze, ale tu musi być bardziej dialog osobowy, międzyludzki. Też czasem dzięki technologii używamy Messengera czy innych półśrodków do kontaktu, jakichś aplikacji, ale to też jest dialog, którego musimy używać. Bo to nie będzie tak, że ja rzucę betaczytelnikowi książkę, on mi ją odrzuci i nie będziemy ze sobą rozmawiać. Bardzo często nawiązuje się między pisarzem a betaczytelnikiem wewnętrzna więź.
Ja na przykład uwielbiam moją betaczytelniczkę. Jeśli tego słuchasz, Marysiu, to po prostu super. Dziękuję. Ona pokazała mi naprawdę niesamowitą ilość rzeczy, które w mojej książce leżały. Najpierw wysyłałam jej pojedyncze rozdziały i ona zrobiła niesamowitą rzecz, bo ona mnie tak zagrzewała do roboty, że jestem jej niezmiernie z tego powodu wdzięczna. Ponieważ miałam w trakcie mały moment zwątpienia, że w ogóle po co ja to, to jest wszystko bez sensu. I ona przeczytała to, co jej wysłałam. Powiedziała: „To ma ręce i nogi. Pisz, dziewczyno, ja ci to poprawię, a ty pisz następne”. Dzięki temu zagrzewała mnie i nabierałam ochoty do tego, żeby pisać dalej.
Wciągnęła się tak samo jak ja w tę historię. Mam nadzieję. Przez przypadek nazwałam drugiego bohatera imieniem jej męża, tak więc trochę się chyba w łaski wkupiłam. Mam nadzieję. Nawiązuje się relacja osobowa, przyjaźń, bo praca nad tekstem bardzo mocno zbliża ludzi. Uwierzcie mi. Mam sentyment do wszystkich osób, które mi poprawiały teksty i wyraziły krytykę. I to jest naprawdę niesamowita rzecz. Ale wracając do krytyki. Musimy też zrozumieć, że praca z betaczytelnikiem to jest pierwsza chwila, kiedy natykamy się na krytykę, kiedy mierzymy się z negatywnym spojrzeniem na naszą książkę czy nasze opowiadanie i musimy być gotowi na to, że będzie to miało miejsce.
Ponieważ jeśli nie jesteśmy gotowi na to, żeby przyjąć negatywną opinię, to lepiej nie wysyłajmy tego i nie próbujmy tego wydać. W najlepszym wypadku skończy się milczeniem ze strony wydawnictw. W gorszym wypadku zjedzą nas opinie. Bo to też może mieć miejsce. Ja wam powiem, że jak natykam się na negatywne opinie dotyczące mojej książki, a są takie, ponieważ to nie będzie tak, że wasza książka spodoba się każdemu. I nawet czasami jest tak, że współpracujecie z betaczytelnikiem, napiszecie książkę zupełnie inną od tego, co pisaliście do tej pory i betaczytelnikowi w ogóle ona nie podejdzie. Może tak być. Naprawdę może tak być, bo jesteśmy tylko ludźmi. Każdy z innymi zainteresowaniami, z innym podejściem do literatury. Dlatego może też być tak, że współpracowaliśmy z jakimś betaczytelnikiem przez jakiś czas, ale nowa książka go zupełnie nie zainteresowała.
Dlatego nie ma co się denerwować. Nie ma co obrażać się na tego betaczytelnika, a zwrócić się na przykład do innej osoby, która się do nas kiedyś odezwała. Dlatego warto mieć zapas osób, które wykazały zainteresowanie. I jeśli zgłosimy się jako ochotnicy. Znaczy my jako ochotnicy. Też trochę nie za bardzo dobrze sformułowałam to. Jednak jeśli zgłosimy się, że poszukujemy ochotników, tak bardziej. Już tak bardziej będzie pasowało. Ochotników do przeczytania naszej książki czy też opowiadania i że poszukujemy betaczytelnika do współpracy, to musimy wziąć też pod uwagę fakt, że część osób, które się zgłosiły, może nie odezwać się po otrzymaniu pierwszych rozdziałów. Bo system pracy każdego autora jest inny.
Niektórzy wysyłają książkę rozdziałami, niektórzy wysyłają efekt końcowy, niektórzy tylko chcą opinii dotyczących opowiadań. Różnie bywa, ale powiedzmy, że wysyłamy książkę w rozdziałach i najpierw wysyłamy pięć pierwszych rozdziałów. Ja tak zrobiłam do osób, które się zgłosiły. To jest dobry sposób, żeby sprawdzić, czy ta książka zainteresowała betaczytelnika, czy ta współpraca będzie miała dalej miejsce. Bo nie ma co zarzucać człowieka, który nie będzie zainteresowany pracą nad książką, która go nie będzie kręcić. To jest trochę bez sensu, bo jak to się zawsze mówiło: z niewolnika nie ma pracownika. A my chcemy przyjacielskiej atmosfery jak w korporacji. To był żart. Żeby nie było. I powiem wam tak: jeśli ktoś się zgłosi, a nie odezwie się do nas później, możemy wysłać jednego maila z zapytaniem, jak idzie.
Jeśli dalej nie będzie zainteresowania, lepiej sobie odpuścić i się nie uprzykrzać takiej osobie ze zwykłej grzeczności. Trudno. Najwyraźniej albo fragment był tak zły, albo była ta osoba tak niezainteresowana, że dalszy kontakt może być bezsensowny. Bo po co na siłę się pchać? Może ktoś nie ma na tyle odwagi, żeby napisać, że ten fragment był tak kiepski, tak zły, że on się nie obliguje do dalszej współpracy. Może tak być. Jak mówiłam, każdy jest indywidualny. Bierzemy się za tę współpracę, wysyłamy, odbieramy. To też nie jest tak, że ja wysyłam dwa, trzy rozdziały czy pięć, betaczytelnik odsyła mi z uwagami, ja odsyłam betaczytelnikowi, on odsyła mi. Nie, to nie tak działa.
Powiem wam, jak to u mnie wyglądało. Wysyłałam betaczytelniczce, mojej Marysi, kilka rozdziałów. Ona nanosiła uwagi, czytając oczywiście, a następnie mi to odsyłała. Ja to sobie trzymałam w folderze na dysku, żeby jak skończę przejrzeć i wprowadzić odpowiednie poprawki. Przy okazji tekst sobie leżał, leżakował, a ja krzeplam, ponieważ trzeba trochę okrzepnąć po tym, jak się napisze opowiadanie czy też książkę, ponieważ na świeżo wszystko wydaje się idealne, bezbłędne. Dopiero kiedy poleży, a my sobie trochę o tym zapomnimy, zaglądamy tam i robimy takie: „O mój Boże, kto to pisał?”. Czasem się rozczarowujemy, czasem jesteśmy pozytywnie zaskoczeni, czasem jest to miks. Różnie bywa. A betaczytelnik pokaże nam, gdzie mamy te dziury, które musimy albo uzupełnić, albo totalnie wywalić. W moim przypadku mam jedną betaczytelniczkę, która czyta najpierw rozdziałami, później całość.
I powiem wam, że w momencie, kiedy czytała rozdziałami, odsyłała mi z uwagami i kiedy przeczytała całość, też nawrzucała mi masę uwag. Ponieważ to jest tak, że czytając fragment nie ma się wglądu w całość. Kiedy czyta się całość, widać w szerszym kontekście całą historię. To jest też dobre. Mam też jednego betaczytelnika, który czyta na końcu całość, odsyła mi z uwagami dopiero jak mam skończoną książkę. Tak więc to jest też tak, że nie z każdym betaczytelnikiem system pracy będzie ten sam. Można ujednolicić sposób wprowadzania uwag, ale jednak system pracy zależy od tego, kto jak będzie podchodził do książki. Bo na przykład niektórzy chcą mieć całą książkę, usiąść od razu, przeczytać, wprowadzić uwagi, bo na przykład chcą się cofnąć do czegoś, a nie we fragmentach, bo myślą, że mogą w międzyczasie zrezygnować. Tak też może być. Dlatego warto, jak już wspominałam wcześniej, używać tego cudownego wynalazku, jakim jest dialog.
Nie tylko przy pisaniu książki, ale też w życiu. Co dalej? Czasem możemy spotkać się z ofertami betaczytelników. Usługi betaczytelników mogą być świadczone za konkretną opłatę. Jeśli nie znajdziemy nikogo, kto w ramach wolontariatu przejrzy nam książkę, możemy też zapłacić. Ja osobiście jestem za tym, że należy być ostrożnym, jeśli chodzi o wykorzystywanie przyjaciół czy też znajomych w celach betaczytelniczych. Jeśli potrafią oni wykazać konstruktywną krytykę bez nadmiernego głaskania po główce i zachwalania tejże literatury jako największego objawienia współczesności, to jak najbardziej możemy z tego skorzystać. Ale jeśli chodzi o osoby, które są z nami związane w jakiś sposób, to one bardzo rzadko są obiektywne. Bardzo rzadko. Trudno spotkać kogoś, kto będzie w takiej sytuacji obiektywny, ponieważ najczęściej takie osoby będą bardzo mocno zachwalały tą literaturę.
A nie chodzi o to, żeby autora zachwalić i zagłaskać, a żeby pokazać mu, gdzie robi błędy i żeby mógł to poprawić. Dobrze jest, poza tym, że się nawiązuje nić relacji, to w końcu będzie to osoba, która jednak umie przekazać w sposób delikatny, nie raniąc nadmiernie ego autora. Będzie to bardzo istotne, bo ego autora czasami jest tak delikatne jak brzuszek jeża i musimy bardzo uważać, żeby ten autor się potem nie zwinął w kuleczkę i już nie chciał nigdy pisać, bo to autor. I beta czytelnik powinien to umieć robić. Powinien po prostu być empatycznym człowiekiem, jednym słowem. Co ja wam będę więcej mówić. Dlatego też musimy sprawdzić poniekąd. Dlatego ja wykonuję najpierw test z kilkoma pierwszymi rozdziałami. Jeśli osoba, która przekazuje mi te uwagi, robi to w sposób, który mnie – miałam taki przypadek – i ten sposób mnie ranił w środku, poczułam się lekko urażona, to kończę tę współpracę. Nie wysyłam następnych rozdziałów.
Dla przykładu: wysłałam pięć pierwszych rozdziałów. Pięć? Już nie pamiętam. Kilka pierwszych rozdziałów mojej drugiej książki do osoby, która się zobligowała do bycia beta czytelnikiem. I dostawałam od tej osoby kilka wiadomości w trakcie czytania. I to nie chodzi o to, żeby ona mnie zarzucała informacjami w trakcie czytania, na Messengerze. Nie. Chodzi o to, żeby ona mi przekazała cały plik, w którym zaznacza te babole, które należy poprawić, a nie, że ja dostaję masę wiadomości, o których ja potem nie będę pamiętać, pomimo tego, że prosiłam konkretnie o to, żeby to wyglądało tak i tak wizualnie. Następnie dowiedziałam się, że jest tam masa powtórzeń. Dobrze, ja rozumiem, że tam jest masa powtórzeń.
To była czysta surówka. To było jeszcze niepoprawiane przeze mnie. I wcześniej pytałam, czy nie będzie problemu, jeśli to będzie właśnie w takim stanie, niepoprawione jeszcze. Ta osoba nie wyraziła sprzeciwu. Wzięła ode mnie te pliki, a później miała pretensje, że w tekście jest masa powtórzeń. I prosiłam, żeby skupiła się ta osoba. Specjalnie nie podaję płci i imienia. Prosiłam też, żeby ta osoba nie skupiała się na błędach typowo pisarskich warsztatowo, czyli ortografach, interpunkcji, stylistyce zdań. Nie. Chciałam tylko, żeby ta osoba, bo to jest tak, że piszemy książkę w tym szale i czasami nie zauważamy pewnych baboli, przekręconych zdań, jakichś literek, które zjedliśmy.
Nie. Piszemy. I proponowałam tej osobie, żeby przyjrzała się dialogom. Czy wyglądają na rzeczywiste, czy bardziej takie jak w klanie. Sztywne, z takim kijkiem, takie w ogóle nie do czytania. Co ja mam z tym „wiecie” dzisiaj? Jakoś tak strasznie dużo. Ale dobra, wracając do tematu. Prosiłam tę osobę, żeby przyjrzała się tym dialogom i akcji. Czy tam się wszystko w sumie klei?
Wszystko było w porządku, dopóki nie dostałam informacji, że tekst jest słabo napisany, bo jest masa powtórzeń, przecinki pozjadałam i coś tam. Więc po tych kilku rozdziałach podziękowałam uprzejmie i więcej współpracy nie było, ponieważ summa summarum dodatkowo uwagi były przekazywane w sposób pretekcjonalny, że ja się poczułam tak, że w sumie ty to napisałaś, ale ty tego nie umiesz zrobić. I lepiej nie współpracować z osobami, które nas kłują w ten pisarski, osłonięty emocjonalny brzuszek jak u jeżyka małego. Lepiej współpracować z osobami, które jak już wcześniej wspominałam, będą bardziej empatyczne i będą umiały przekazać nam swoje uwagi. Ja nie mam nic do krytyki, jeśli będzie ona konstruktywna. Znam osoby, które są czasem nawet bardzo brutalne w przekazywaniu swojej opinii odnośnie tekstu, budowy fabuły czy innych rzeczy w tekście, ale są to osoby, które są po pierwsze bardzo szczere, bardzo konkretne i naprawdę zawsze ich uwagi są w punkt. Dlatego biorę to pod uwagę i przy tej współpracy wiem, że oni nie robią tego specjalnie. Chociaż tamta osoba też nie robiła tego specjalnie, ale w ich przypadku jestem w stanie współpracować, czuć się z tym lepiej. Naprawdę. A przynajmniej dobrze.
Bo to jest istotne. Jeżeli pisarz będzie czuł się dobrze podczas pisania książki, to będzie widać. Znacie na pewno ten żart, w którym napisane jest, że w Polsce literatura jest najlepsza, kiedy cierpi bohater, pisarz i czytelnik. A w ogóle to kwintesencją literatury, najpiękniejszą literaturą na świecie jest książka, w której cierpią wszyscy. Bohater, autor i czytelnik. Nie, nie musimy aż tak bardzo się przy tym starać, żeby do tego dopiąć. Lepiej, kiedy autorowi pracuje się dobrze i czuje przy tym się dobrze. Dlatego lepiej z tym beta czytelnikiem współpracować, być w dobrych relacjach, współpracować w dobry sposób, nie warcząc na siebie i nie czując się, że ktoś chce nam zrobić krzywdę i narzucić swoje własne zdanie. Bo tu nie chodzi o to, żeby beta czytelnik narzucił nam swoje zdanie Co do budowy fabuły, co do tworzenia bohaterów świata przedstawionego. Nie.
Chodzi o to, żeby on nam przedstawił swoją wizję tego, jak będzie widział tą książkę czytelnik. O to chodzi, bo my piszemy to dla czytelnika wszystko. Tak w skrócie, żeby już podsumować, żeby on nam powiedział, czy czytelnik, który hipotetycznie sięgnie po moją książkę, będzie się czuł dobrze z tą książką, będzie się dobrze bawił, wciągnie się w tą fabułę, będzie czytał do końca i co najważniejsze czy będzie chciał więcej? Bo o to nam chodzi. Czy ten czytelnik będzie chciał więcej? Czy on poczuje, że moja książka nie ma jakichś dziur, nie ma masy błędów, baboli, dziur takich, których on nie ogarnie. Błędów, których on nie zrozumie. Żartów, które nie będą go śmieszyły. To jest dość istotne. Dlatego każdemu z ręką na sercu polecam współpracę z beta czytelnikiem.
Ale sposób znajdowania, współpraca to wszystko jest indywidualne. Życzę wam, żebyście trafili na tak rewelacyjnych beta czytelników, z jakimi przyszło mi współpracować przy pisaniu mojej książki i żebyście potrafili zdziałać z nimi cuda. Żebyście trafili na tak wspaniałe, dobre wróżki pisarza, na jakie jeszcze nikt nie trafił i żeby wam się współpracowało niesamowicie. Tego życzę i wam, i przede wszystkim sobie, bo co ja będę sobie żałować? Dziękuję za to dzisiejsze spotkanie. Do następnego razu i dobranoc.
[04:18:00] - Proszę państwa i taki mały psikus. Mój psikus w stosunku do Kamili Ciołko-Borkowskiej. To jest autorka, która wydała już kilka książek. To jest autorka, której opowiadań mogli państwo słuchać w ABW. Było ich naprawdę sporo i były to na ogół świetne opowiadania. Ale dzisiaj w Bibliotekarium 2.0 opowiadanie, wcale nie mówię, że gorsze, również świetne myślowo i z przekazem intelektualnym, to opowiadanie jest świetne, ale to jest pierwsze opowiadanie, z którym wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem mieliśmy do czynienia. Pierwsze opowiadanie Kamili Ciołko-Borkowskiej. Była cała masa pracy, żeby to opowiadanie nabrało rumieńców, stało się opowiadaniem, które można zaprezentować publiczności. Pani Kamila świetnie to wie, bo sama jakiś czas później powiedziała, że kiedy przypomni sobie, jakie to było opowiadanie pierwsze, które przysłała do ABW, to się rumieni. Moim zdaniem niesłusznie się rumieni, bo to jest bardzo dobre opowiadanie.
Powtarzam, miało to, o czym wspomniałem, zanim zaczęła się pisząca z fiordami. Czasami świetny pomysł, świetne szczegóły narracyjne, jeśli ugrzęzną w materii pisarskiej, że coś tam nie gra, nie tak, to czasami może załatwić takie opowiadanie. Tu wszyscy dołożyli starań i pani Kamila, i Wiktor Żwikiewicz, i ja, żeby to opowiadanie trafiło do państwa i myślę, że trafia. To jest moim zdaniem poruszające opowiadanie i życzę państwu miłego słuchania. Zaprezentuje to opowiadanie nieoceniony Marek Sęk "Ivellios" i życzę dobrego słuchania i odrobiny wzruszenia. Zapraszam.
[04:20:21] - Kamila Ciołko-Borkowska, „Dziewczynka na ławce”. Rozejrzał się, wdychając głęboko rześki zapach poranka. Uwielbiał spacery przed świtem. Świat dopiero budził się do życia i miał wtedy wrażenie, że otacza go jedynie cisza oraz wszechobecna natura. Nie po to przeprowadzał się w to miejsce, aby wikłać się w nowe kontakty z ludźmi. Z drugiej strony to nie było tak, że zawsze ich unikał. Nie, lubił obecność innych osób i nawet miał kilku zaprzyjaźnionych sąsiadów. Był jednak typem samotnika. Póki żyła Anna, oboje byli zawsze otoczeni ludźmi. Po jej śmierci zamknął się w sobie.
Nawet gdy dzwoniło któreś z dzieci, rozmowa nie trwała nigdy dłużej niż 10 minut. Kochał je, ale doszedł do wniosku, że w jego życiu nadszedł w końcu czas na zdrowy egoizm. Po długich nieprzespanych nocach w wielkim i pustym mieszkaniu doszedł do wniosku, że nie wytrzyma samotności w miejscu, w którym każdy przedmiot przypomina mu o nieżyjącej żonie. Gdy tylko uporządkował sprawy prawne, przeniósł się więc do Aamot. Wcześniej, kiedy zaczął dopiero myśleć o przeprowadzce, nawet nie przyszło mu do głowy, że zmieni krańce mieszkania. W Norwegii znalazł się poniekąd przez przypadek. Jeden z jego znajomych wracał akurat do ojczyzny. Jakoś tak się złożyło, że oto on, Paweł Różański, spakował cały swój dobytek w jedną walizkę i postanowił mu towarzyszyć. Jego życie całkiem się zmieniło. Decyzję ułatwił mu fakt, iż znakomicie posługiwał się angielskim.
W Norwegii ta umiejętność okazała się niezwykle przydatna. W każdym razie pozwalała odsunąć w czasie naukę niełatwego miejscowego języka. Dopiero po przylocie do Kraju Fiordów uzmysłowił sobie, dlaczego dzieci płukały się w czoło, gdy mówił im, co planuje. Trudno. Niech myślą, że zwariował na starość. Wracał już do domu, gdy na ławce nad rzeką zauważył drobną, zgarbioną sylwetkę. „Dziecko?” – przemknęło mu przez myśl. Spojrzał na zegarek. 5:12. „Jest za wcześnie.
Niemożliwe” – pomyślał. Stanął w miejscu i trwał tak przez chwilę, przyglądając się odległej postaci siedzącej na ławce. Zastanawiał się, co ma zrobić. Mógł zawrócić i przejść górą, przecinając teren gospodarstwa starego Greena. Wybierając tę opcję, nie musiałby przeszkadzać niestojomemu. Ostatecznie, jeżeli ktoś wychodzi z domu o tak wczesnej porze, to szuka samotności i spokoju. Pomny nauk żony mógł też podejść i zapytać, czy wszystko gra. Wiosenne poranki w Norwegii nie należą do najcieplejszych, a postać na ławce ubrana była tylko w spodnie i cienki T-shirt. Już prawie postanowił skręcić w stronę farmy sąsiada, gdy uświadomił sobie, że nie może tak po prostu przekreślić przekonań wpojonych mu przez matkę i starannie pielęgnowanych przez ukochaną żonę. W końcu przez całe małżeństwo tak często słyszał: „A bliźniego swego jak siebie samego”, że nim się spostrzegł, faktycznie stało się to wyznacznikiem jego relacji z ludźmi.
Westchnął, wzruszył ramionami i czując, iż robi to jednak trochę wbrew sobie, skierował się w stronę ławki, na której siedziała dziwna postać. Szedł powoli, nie przyspieszając kroku. Dopiero kiedy był już całkiem blisko, dotarło do niego, że jego pierwsze przeczucie było właściwe. Na ławce siedziała dziewczynka. „Co takie dziecko robi samotnie nad rzeką o 5 rano?” – pomyślał. Szedł dalej. Gdy dziewczynka usłyszała jego kroki na szutrowej ścieżce, zgarbiła się jeszcze bardziej. Podszedł i najłagodniej, jak umiał, zapytał po angielsku: „Czy wszystko w porządku?” Cisza. Może nie rozumie. Jednak po chwili usłyszał głośne pociągnięcie nosem.
Dziewczynka spojrzała na niego załzawionymi błękitnymi oczami. Potem bez przekonania pokiwała głową i szepnęła: „Tak, w porządku. Dziękuję.” Jej angielski był znacznie lepszy niż jego. „Czy mogę się dosiąść?” Nie dawał za wygraną, pomimo że jakiś uparty głos w jego głowie mówił mu, że w domu czeka na niego bujany fotel i pyszna kawa. W imię czego ma teraz użerać się z jakąś wczesną nastolatką? Ostatecznie wciąż pamiętał, jak ciężko było dogadać się z własnymi dzieciakami, gdy były w tym wieku. Natrętny wewnętrzny głos przegrał jednak ze wspomnieniem żony. Ona na pewno usiadłaby obok dziewczynki. „Tak, jasne.” Słowom towarzyszyło kolejne głośne pociągnięcie nosem. Dziewczynka roztarła wierzchem dłoni kolejne łzy płynące po policzkach.
Paweł usiadł na ławce daleko od nastolatki. Oparł się i spojrzał w jej stronę. Mogła mieć 11, może 13 lat. Z grubego blond warkocza sięgającego do połowy pleców umykały liczne niesforne kosmyki. Zadarty, drobny nos pełen piegów był czerwony od ciągłego wycierania go wierzchem dłoni, a chude ramiona drżały chyba nie tylko z powodu płaczu. Dziewczynce było zimno. Siedziała na ławce po turecku i co jakiś czas starała się rozcierać dłońmi zmarznięte ramiona. Wbrew jakiejkolwiek logice desperacko starała się maskować swój płacz. Paweł uśmiechnął się pod nosem. Doskonale pamiętał czasy, gdy jego nastoletnia żona zmagała się z różnymi życiowymi zakrętami.
Problem polegał na tym, że zdarzało się to przynajmniej kilka razy w miesiącu, a każdy taki zakręt był odpowiednikiem końca świata. Tak bardzo tęsknił za tamtą dziewczynką, za swoją malutką Emilką. Tak bardzo różniła się od jego dorosłej już córki. Przemknęły mu się przed oczami obrazy przeszłości. Pierwszy dzień w domu, kiedy dopiero co Ania wróciła ze szpitala. Lęk przed wzięciem niemowlęcia na ręce. Mała raczkująca istotka, a potem niekompletny, szczerbaty uśmiech pierwszoklasistki. Przysiągłby, że naprawdę słyszy głos córki. „Wyżej, tato, wyżej!” – tak zawsze wołała, gdy podrzucał ją do góry. Poczuł piekące łzy i szybko zamrugał oczami.
Ponownie spojrzał na dziewczynkę siedzącą obok. Nawet nie spojrzała na niego. „Chyba jest ci zimno, co? Mogę dać ci bluzę” – powiedział. „Nie, dziękuję.” Spojrzała na niego. Jej błękitne, zapłakane oczy błyszczały. „Wtedy to pan będzie marzł.” „Nie gadaj głupot. Zgrzałem się podczas spaceru.” Wyciągnął w jej kierunku rękę, w której trzymał lekką sportową kurtkę w kolorze zgniłej zieleni. „Proszę, weź.” Widać było, że dziewczynka się waha. Ostatecznie większość rodziców do znudzenia powtarza swoim dzieciom, żeby nie brały niczego od obcych.
Uśmiechnął się, żeby dodać jej odwagi. Jednocześnie przypomniał sobie, jaką burę dostał Mirek, starszy syn, kiedy przyniósł do domu nienależący do niego czarny sweter. Chłopak miał wtedy nie więcej niż 10 lat. Rano, kiedy wychodził do kolegi, dzień zapowiadał się upalnie. Niestety około południa zaczęło się mocno ochładzać. Mirek zmarzł, gdy wracał do domu. Po drodze spotkał mężczyznę, który dał mu swój sweter. Paweł pamiętał swoje przerażenie i wielkie, zlęknione oczy żony, gdy syn opowiadał im tę historię. Jedyna reakcja, na jaką było stać wówczas dwoje dorosłych, sprowadzała się do krzyku i pretensji. Mirek poszedł spać bez kolacji, a oni mieli do siebie pretensje, że są złymi rodzicami.
Czy zawiedli? Tak? Nie? Zawsze wpajali synowi, że ludzie są dobrzy. Pamiętał, że tak naprawdę chciał wówczas przytulić syna, jednak ubzdurał sobie, że ojciec powinien być twardy. Nakazał więc: „Marsz do łóżka. Natychmiast!” Stracił wtedy wiele w oczach syna. „Dziękuję.” Dziewczynka ostrożnie wzięła od niego kurtkę, okryła się nią, a następnie zapięła po samą szyję. Wyglądała pociesznie. Zupełnie tak, jak jego dzieci, kiedy nakładały ubrania rodziców.
Emilka uwielbiała paradować w sukience, perłach i kapeluszu Anny albo człapać w jej za dużych czółenkach. Chłopcy udawali natomiast dżentelmenów w jego marynarkach oraz zawiązanych byle jak krawatach. Często krzyczał na nich za te pogniecione, źle powiązane krawaty. Ile by teraz dał, żeby te czasy wróciły? Na pewno nie krzyczałby już ani na Tomka, ani na Mirka. Wiedział już, że to inne rzeczy są naprawdę ważne. „Ciekawe, czy moje dzieci wiedzą. Czy zdają sobie sprawę, że nie ma sensu przejmować się drobiazgami? Mam nadzieję, że chociaż tego je nauczyłem” – pomyślał. Przyjrzał się dziewczynce.
Ona również powinna paradować w za dużej sukience swojej matki, śmiać się na cały głos, śpiewać dziecięce piosenki i dokazywać ze swoim rodzeństwem. „Jak masz na imię, dziecko?” Chwila ciszy, jakby zastanawiała się, czy podać mu swe imię. Westchnęła głośno i po raz kolejny pociągnęła nosem. Z pewną ulgą zauważył, że odpuściła sobie wycieranie nosa dłonią. Teraz wycierałaby go przecież rękawem jego kurtki. „Endene” – powiedziała po chwili, patrząc mu w oczy. „Na imię mi Endene. Bardzo optymistycznie, prawda?” „Bez przesady. Mogłaś nazywać się Alisa, ale to psie imię.” Na ustach Endene pojawił się cień uśmiechu. „Wiem” – powiedział.
Kiedy Emilka miała 13 lat, Mirek 10, a Tomek 9, cała trójka uparła się, że chcą mieć pieska. Naprawdę się uparli. Niestrudzenie przez dwa miesiące wychodzili na zmianę z pustą smyczą na spacer, wymieniali wodę w specjalnie przygotowanej misce w kuchni, a kiedy któreś z nich rozlało wodę, pokornie sprzątali po piesku. W końcu on i żona poddali się. Wspólnie wybrali się do schroniska. Dzieci jednogłośnie orzekły, że zabiorą do domu małą suczkę rasy nijakiej. Tę burą kupkę nieszczęścia nazwały właśnie Alisa. Już nawet nie pamiętał, skąd wzięło się to imię. Suczka bardzo szybko stała się członkiem rodziny, a kiedy nadszedł jej czas, nikt nie mógł powstrzymać łez. Dzieci już nigdy nie poprosiły o psa.
„A ja jestem Paweł.” Wyciągnął do niej dłoń, którą ona mocno uścisnęła. Jej dłoń była drobna, szczupła i przeraźliwie zimna. Ten chłód przypomniał sobie zimne stopy Ani, kiedy zaraz po ślubie wybrali się w góry. Podczas jednego ze spacerów okropnie smokli. Po powrocie do kwatery spróbowali jakoś się ogrzać, więc masował żonie zmarznięte stopy, a ona śmiała się tylko, bo miała łaskotki. Gospodarz, od którego wynajęli pokój, przygotował im termofory z gorącą wodą, a jego żona przepowiadała, że na pewno się pochorują. Pochorują i pewnie od razu umrą. Gaździna nie mogła zrozumieć, co ich podkusiło, żeby się pchać nad Morskie Oko w taki ponury dzień. Paweł nie mógł wytrzymać tego marudzenia, więc pocałował żonę. Zrobił to głównie w celu odwrócenia jej uwagi, ale udało mu się to tak dobrze, że dziewięć miesięcy później trzymał na rękach Emilkę.
Uśmiechnął się do swoich wspomnień. Czy to już oznaka starości? Zauważył, że dziewczynka przygląda mu się bardzo uważnie. „Dlaczego tu usiadłeś?” – zapytała. „A dlaczego płakałaś?” – odpowiedział jej pytaniem. Endene nie patrzyła na niego. Jej wzrok skierowany był na mały czerwony budyneczek po drugiej stronie rzeki. Wszystkie stodoły w Norwegii są czerwone. Larsenowie trzymali w tej szopie łódki. Dostawali się do rzeki wydeptaną wąską ścieżką, niosąc je wysoko nad głowami.
Pamiętał, że jego synowie uwielbiali wyprawy kajakowe. W czasach liceum prawie każdy letni weekend zajmowało im pływanie. On nie miał niestety czasu, aby razem z chłopakami wybrać się na któryś ze spływów. A teraz żałował. Żałował każdego zmarnowanego wypadu, każdej wodnej wycieczki, każdej minuty, którą mógł spędzić z dziećmi. Tomek zawsze powtarzał, że ojcowie Zdziśka, Wieśka czy Witka czasami pływają ze swoimi synami. Zawsze to był czyjś ojciec, nigdy on. Ania nie mówiła nic. Pełen smutku wzrok żony Paweł zapamiętał jednak na zawsze. Endene chrząknęła, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę, a potem wzruszyła ramionami.
Pamiętał, że jego dzieci często tak robiły. Ten nieokreślony, nieznośny ruch ramion w górę i w dół wielu rodziców, w tym jego, doprowadzał do szału. „Czyli wszystko w porządku i mogę wracać do domu? Niedługo otwierają Kiwi i nie chcę się spóźnić, bo ktoś mi jeszcze wykupi cały chleb tostowy.” Zaczął podnosić się z ławki. „Zaczekaj” – wyszeptała dziewczynka. „Czy Czy miałeś kiedyś tak, że myślałeś, że się wszystko ułoży i będzie jak dawniej albo nawet lepiej? Z radości prawie latałeś pod niebem i nagle wszystko runęło. Spadłeś w przepaść i tam już było tylko gorzej niż źle. Miałeś tak? Usiadł z powrotem na ławce.
Jego oczy zaszkliły się i znów zobaczył żonę. Chorą, zmęczoną, wykończoną. Miłość swojego życia, dla której nic już nie mógł zrobić. Mógł się tylko modlić. Siedział przy jej łóżku całymi dniami i nocami. Dzieci prosiły, żeby dbał o siebie. Jednak jak mógł dbać o siebie, kiedy zawiódł Annę? Przecież przysięgał. Płakał, przepraszał. Próbował handlować z Bogiem, z losem, z wszechświatem.
Myślał, że w końcu się udało, gdy lekarz powiedział, że wyniki są zadowalające. Ania usiadła. Ba, nawet wstała i posiedziała na balkonie. Maj był wtedy piękny, słoneczny i nie za gorący. Było naprawdę pięknie. Dwa dni po uspokajającym komunikacie doktora Anna, jego ukochana żona, konała na jego rękach, cała w igłach, rurkach, w otoczeniu piszczącej i mruczącej maszynerii. Blada i wymęczona. Przed śmiercią wyszeptała tylko: „Dziękuję”. Został sam, przerażony jak dziecko. Siedział tylko w fotelu i nie miał na nic ochoty.
Depresja, którą zdiagnozował lekarz, była niczym w zestawieniu z poczuciem klęski. Zawiódł wszystkich. Żonę, bo jej nie ochronił i dzieci, bo przez niego straciły matkę. Przez chwilę miał wrażenie, że znów czuje znajomy ciężar w piersi. Ręką dotknął się na wysokości serca, które biło jak oszalałe. „Miałem” – odpowiedział zachrypniętym z przejęcia głosem. Musiał odchrząknąć, aby móc dokończyć. „Ale ty jesteś jeszcze młoda i całe życie przed tobą. Nie chcę się wtrącać. Jestem dla ciebie obcym człowiekiem, ale myślę, że dasz radę w tej sytuacji.
Dasz radę przeżyć.” „Nie wiem. Życie wydaje się takie beznadziejne, ale ty pewnie byś tego nie zrozumiał. Dorośli zawsze powtarzają, że wyolbrzymiam.” Trzaskanie drzwiami zawsze oznajmiało, że Emilce brakuje argumentów. Okres dojrzewania ich córki był ciężki dla wszystkich. Jakimś cudem pokwitanie chłopców było mniej stresujące. Zawsze krzyczała im prosto w twarz, że są beznadziejni, że życie też jest takie. Wszystko było bez sensu. Kłótnie o najmniejszy drobiazg urastały do rangi katastrofy. Kiedy myśleli, że już nie wytrzymają, że ich cierpliwość dla wyskoków i pretensji córki już się kończy, ona niespodziewanie przyznała im pewnego dnia rację. Z wrażenia aż usiedli, a Ania zaczęła się śmiać.
Śmiała się długo i głośno, trzymając się za brzuch. Razem z Emilką patrzyli na Anię ze zdziwieniem, nie rozumiejąc sytuacji. W końcu żona otarła załzawione oczy, wstała i podeszła do córki. Spojrzała jej w oczy, pocałowała ją w czoło i wyszła z mieszkania. Pamiętał, że nie było jej kilka godzin. Kiedy wróciła, było już ciemno. Nigdy nie zapytał, gdzie i po co wyszła wtedy z domu. „Zdziwiłabyś się, jak dorośli potrafią wyolbrzymiać. Ty też?” Błękit jej oczu lśnił jak jezioro w słoneczny dzień. Miała niesamowite oczy.
Sprawiały wrażenie, jakby świdrowały rozmówcę na wylot. Miało się wrażenie, że dzięki temu Endene wie, czy jej rozmówca jest szczery. „A żebyś wiedziała” – powiedział. Uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie tych wszystkich sytuacji, gdy przesadzał. Przez całe życie nazbierała się tego całkiem pokaźna kolekcja. Pamiętał, jak okłamał Anię, gdy się poznali, a gdy prawda wyszła na jaw, nie chciała z nim rozmawiać. Musiał się mocno napocić, żeby spojrzała na niego łaskawym okiem. Gdy Anna była w pierwszej ciąży, trzy razy woził ją do szpitala, przerażony tym, że to już. Żona nazywała go panikarzem. Miliony razy pędził na pogotowie, bo według niego któreś z dzieci prawie umierało.
„Czasem myślę, że byłoby lepiej, żebym się nie urodziła albo odeszła. Wiesz, odeszła na zawsze.” Dziewczynka na chwilę zawiesiła głos, a on nie wiedział, co powiedzieć. Mieliby wtedy święty spokój. „Dla ciebie będzie lepiej, jak już umrę, kochanie.” To zdanie krążyło w jego głowie całymi nocami. Kiedy lekarz powiedział, że jego żona ma przed sobą tylko pół roku życia, niemal przestał spać. Słyszał słowa żony, które wypowiedziała z przekonaniem między kolejnymi gryzami kanapki. Opuścił kubek z kawą na podłogę. Jak mogła mówić takie rzeczy z takim opanowaniem? On przecież zrobi wszystko, poruszy niebo i ziemię, żeby jego ukochana mogła żyć. A kiedy pochylił się, żeby posprzątać, usłyszał tylko, że nie powinien tak histeryzować.
Zaczął więc na nią krzyczeć, że nie może mu tego zrobić, że jest egoistyczna i on nie pozwoli jej ot tak zostawić ich rodziny na pastwę losu. Ania patrzyła na niego, powoli żując śniadanie i kiwając potakująco głową. „Histeryzujesz” – powtórzyła tylko, popijając łyk herbaty. Gdy faktycznie umarła, miał wrażenie, że zapada się w głęboki piasek. Nie mógł złapać tchu, a łzy zalewały cały jego świat. Nie zasługiwał już na nic. Po co wstawać rano, jeśli nie ma dla kogo? Dzieci? Dzieci mają swoje sprawy, swoje rodziny. Samotny ojciec jest im potrzebny jak kula u nogi.
A on nie miał już komu robić rano kawy. Nie miał komu kupować ciastka z kremem, gdy wracał z miasta. To nie tak miało być. Krzyczał w nocy przez sen, który fundowały mu pigułki przepisane przez lekarza. W ciągu dnia przestał się odzywać. Usta, które kiedyś były zawsze uśmiechnięte, zaciskały się coraz mocniej. „Umieranie nie jest najlepszym rozwiązaniem” – powtórzył na głos swe myśli. Powiedział to stalowym głosem, może nazbyt ostrym, ale było już za późno, aby to naprawić. „Mówisz, jakbyś był do tego przekonany” – odparła dziewczynka, patrząc mu prosto w oczy, jakby niestraszny był jej ostry ton. Wydawało się, że oczy Endele zaczęły mocniej błyszczeć i ściemniały do koloru topazu.
„Jakiś czas temu zmarła moja żona” – zaczął powoli, zaciskając dłonie. – „Nie mogłem sobie z tym poradzić. Z jej śmiercią. Wolałbym sam umrzeć, niż żegnać swoją ukochaną. Żegnać na zawsze.” – odetchnął głęboko, jakby powiedzenie tego wszystkiego sprawiło mu wielką ulgę. I tak właśnie było. Wcześniej nigdy się na to nie odważył. Nawet dzieci nie słyszały, żeby mówił, że kocha matkę. A on? On tak naprawdę chciałby cofnąć czas i mówić jej to na każdym kroku.
„Nie powinno się nikogo kochać aż tak bardzo. Mnie na pewno nikt tak nie kocha. Taka wielka miłość boli za bardzo. Potem jest się zbyt samotnym. To się nie opłaca.” Był zszokowany. Takie słowa w ustach tak młodej osoby? Spojrzał na nią badawczo. Twarz dziewczynki nagle wydała mu się starsza, poważniejsza. Nie przypominała już twarzy zapłakanej nastolatki. „Nieprawda” – prawie krzyknął.
– „Człowiek bez miłości jest sam, a samotność jest okropna. Mówisz tak, bo jesteś stary.” „Jestem stary” – przytaknął jej. – „Dlatego musisz mi uwierzyć. Wiem, co mówię.” Znów się do niej uśmiechnął, jednak jej oczy były nadal pochmurne. „Czy miałeś szczęśliwe życie?” – zapytała go nagle, przekrzywiając głowę w prawą stronę tak, jak to zawsze robiły jego dzieci. „Dlaczego pytasz?” „No wiesz, jesteś stary. Umarła ci żona. To strasznie dołujące.” „To nie jest dołujące.” „Nie? Dlaczego?” „No, może utrata żony jest smutna, ale bycie starym nie jest takie straszne” – odpowiedział w końcu. – „Wprawdzie coś zawsze boli albo strzyka, ale powiem ci, że nikt niczego ode mnie teraz nie oczekuje.
Może kilka rzeczy zrobiłbym inaczej, ale ogólnie życie-- tak, to było szczęśliwe życie.” „Było? Teraz nie jest?” „Sama zapytałaś, czy miałem szczęśliwe życie. Teraz jest także szczęśliwe, ale inaczej. A kiedyś... Kiedyś było bardziej.” „Bardziej?” „Hej, usiadłem tu, bo płakałaś, a teraz to ty przesłuchujesz mnie.” – próbował zmienić temat, bo nie czuł się komfortowo, rozmawiając o tym, co było. „Bo to jest bardziej interesujące od mojego życia” – westchnęła Endele, ciężko kończąc wypowiedź. „No nie przesadzaj. Moje życie powoli dąży ku końcowi, a twoje praktycznie dopiero co się zaczęło.” „Nie przesadzam. Moje życie jest szare. Nikt by po mnie nie płakał.
Nikt nie cierpiałby po mnie tak, jak ty płakałeś, gdy umarła ci żona.” „Nie wyolbrzymiaj. A twoi rodzice?” – patrzył na dziewczynkę zdziwionymi oczami. Skąd w dziecku tyle smutnych i złych emocji? Milczenie, jakie nastało, przeraziło Pawła. Może nie powinien zadawać tak osobistych pytań. Przecież jest tylko obcym, starszym człowiekiem spotkanym o świcie nad rzeką. Już otwierał usta, aby przeprosić, gdy Endele powiedziała: „Nie mam rodziców.” – spuściła głowę, dotykając zgiętych kolan czołem. Cisza, jaka nastała, wydawała się niemal dotykalna. Nie wiedział, co powiedzieć, jak pocieszyć dziecko. Nie wiedział nawet, czy powinien ją pocieszać.
Anna zawsze mu powtarzała, że sieroty nie lubią, gdy ktoś się nad nimi użala. To, że wychowała się w domu dziecka i nigdy nie poznała swoich rodziców, było jej siłą, a nie ułomnością. Szczerze opowiadała mu, co czuła w każde święta, w Dzień Matki, Ojca czy w samotne urodziny. Mówiła, że często żałowała, że jej rodzice nie umarli i nie mogła po nich płakać, zapalić świeczki na ich grobie. Zamiast tego miała poczucie wielkiej pustki, wieczną niepewność, samotność i świadomość, że nikt jej nie chce. „Tak jak moja żona” – wyszeptał w końcu. „Wiem” – powiedziała tylko chłodno. Zdziwił się. „Jak to wiem? Co wiesz?” – zapytał.
Zaczął się zastanawiać, czy może Endele nie jest chora psychicznie. Mówiła zupełnie bez sensu. „Ja wiem wszystko.” – spojrzała na niego poważnie. Jego oddech przyspieszył. Pot wystąpił na czoło, dłonie zrobiły się mokre. Patrzył na Endele pytająco, bojąc się poruszyć. Dziewczynka wstała powoli. Stanęła przed nim. Kiedy siedziała, wydawała się niska. Teraz jednak okazało się, że jest wyższa niż on.
Wyciągnęła do niego rękę, która nadal była sina. Jej oczy stały się nagle atramentowo czarne. Twarz straciła dziecięcy wyraz niewinności i nabrała cech dojrzałej kobiety. Zdjęła jego kurtkę i położyła na ławce. Z przerażeniem zauważył, że nie ma na sobie cienkiego podkoszulka, a długą czarną suknię przewiązaną czerwonym pasem. Blond włosy związane były w ciasny kok z czerwoną tasiemką. Endene stała z wysoko podniesioną głową. Obserwowała go, czekając, aż wstanie i chwyci ją za rękę. Nie ponaglała go. „Wiem wszystko” – powtórzyła.
– A teraz chodź. Już czas. „Nic nie rozumiem” – powiedział niepewnie, chociaż tak naprawdę już rozumiał. Patrzyła na niego spokojnie. Wiedziała, że mężczyzna musi zaakceptować sytuację. „Jeszcze nie teraz. Ja jeszcze muszę…” – Paweł nie mógł wypowiedzieć nawet jednego zdania. „Już za późno na cokolwiek. Miałeś czas, jak każdy” – powiedziała lodowatym tonem, aż poczuł ciarki na plecach. Nie wiedział, jak dokończyć to, co chciał powiedzieć.
Miał pustkę w głowie. „Endene oznacza koniec. Ja jestem końcem” – odpowiedziała niemal przyjacielsko. – Spiesz się. Ona czeka. Patrzył z przerażeniem na swoją rozmówczynię. Stała przed nim. Oto nadszedł czas. Ten moment, o który prosił Boga tak długo i tak zażarcie. Przyszło jego wybawienie, jego marzenie ostatnich lat samotności.
A on? On się bał. Spojrzał jeszcze raz w czarne oczy Endene. Ich otchłań była przerażająca, a jednocześnie uspokajająca. Z jej sylwetki biła pewność. Wiedział, że ona już nie zmieni zdania. Wyciągnął rękę w jej kierunku. Powoli i niepewnie chwycił zimną, kościstą dłoń i uspokoił się. Jego oddech stał się miarowy, a wątpliwości zniknęły. Wiedział, że tak ma właśnie być.
To jego czas. „Ona czeka” – powtórzyła głosem melodyjnym, a jednocześnie ostrym jak brzytwa. Nie przeraził się, bo już wszystko wiedział. Słońce właśnie wychyliło się zza widnokręgu i świat zalało światło dnia. Wszystko błyszczało, gotowe na kolejny dzień w świecie pełnym życia. „Koniec” – przesunęła się w bok, dłonią wskazując miejsce, z którego przyszedł. Spojrzał w tamtą stronę, mrużąc oczy przed oślepiającym słonecznym blaskiem. Na szutrowej ścieżce stała drobna, jakby znajoma postać. Potrzebował jedynie chwili, żeby zorientować się, że to Anna. Krzyknął, a potem puścił trzymaną dłoń i ruszył w stronę żony.
„Tęskniła” – szepnęła śmierć. „Wiem” – odpowiedział przez łzy.
[04:50:18] - Proszę państwa, i tak dojechaliśmy do końca dzisiejszej audycji. 89. wydanie „Bibliotekarium 2.0” niniejszym uważam za zakończone. I tak jak mówiłem w poprzedniej audycji, już za tydzień jubileuszowe, 90., okrągłe wydanie. Ono w dodatku będzie pewnym przedsmakiem wakacji, bo to jest wydanie, które jak państwo będziecie słuchać, to ja w tym czasie będę na Sedeńkonie. Będę tam zawiązywał znajomości, będę tam nagrywał dla państwa do „Bibliotekarium 2.0” między innymi różne rozmowy. Siłą rzeczy czas nie jest z gumy, żeby to dla państwa przygotować. Po prostu to następne wydanie w przyszłym tygodniu będzie nieco krótsze. Ale będzie. I bardzo serdecznie państwa na 90.
wydanie „Bibliotekarium 2.0” zapraszam. Będzie krócej, ale będzie intensywnie. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę wspaniałego weekendu. Ma być podobno upalnie. Ma być podobno piękna pogoda. Ciekawe, czy to prawda. Załóżmy, że prawda. Życzę państwu zatem samych pięknych chwil w czasie weekendu. Jeszcze raz pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie i do usłyszenia w przyszłym tygodniu.
[04:51:59] - Mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.