[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Piątek, weekendu początek, a skoro piątek i skoro minęła godzina 20:00, to znak, że czas najwyższy rozpocząć kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:39] - Dzień dobry wieczór państwu. Czerwiec to jest zawsze dla mnie, może nie zawsze, od dawna jest to zawsze miesiąc, w którym już bardzo mocno myślę o Sedeńkonie. O tym, że duża grupa fantastów spotyka się na Mazurach. Właściwie to są Mazury już. Nawet na pewno są Mazury. W pięknych okolicznościach przyrody. Tam można spotkać naprawdę sławy polskiej i nie tylko polskiej fantastyki naukowej. Można z tymi sławami, co kto lubi, wypić piwo, wypić oranżadę, pogadać – to może najważniejsze. I za dwa tygodnie od tego czasu już właśnie w Waplewie, konkretnie na Sedeńkonie będę obecny i będę tam pracowicie nagrywał. Oczywiście na potrzeby Bibliotekarium 2.0, ale też na potrzeby kanału Wehikuł Wyobraźni.
To przed nami. A teraz początek czerwca. To jest dobry czas, żeby się przypomnieć chociażby z serią, którą znowu, notabene z Wojtkiem Sedeńko nagrywamy i prezentujemy państwu na kanale Wehikuł Wyobraźni, a czasami Bibliotekarium 2.0. To jest seria, która nosi tytuł „Opowieści o książkach i autorach”. Główną rolę gra tam oczywiście Wojtek Sedeńko, znawca fantastyki naukowej, człowiek, który potrafi o tej fantastyce opowiadać i to hoho, proszę państwa. Ja tam robię za człowieka, który jakoś się orientuje i czasami może coś ciekawego powie, a w każdym razie odwoła się do wspomnień. W takim teamie, w takim tandemie opowiadamy o fantastyce. Dzisiaj tak na zachętę, żeby państwa troszeczkę ściągnąć na kanał Wehikuł Wyobraźni, zaprezentuję jeden z odcinków. To będzie odcinek o literce B. Jeden z trzech odcinków o literce B.
Będziemy mówić między innymi o Bułyczowie. Kiryle albo Kirze Bułyczowie, ale też o innych autorach, bo nie tylko o nim. Zaczniemy tradycyjnie od polecanek książkowych. Co będzie nietradycyjne? Nietradycyjne będzie to, że dzisiaj różne wydawnictwa. Doszedłem do wniosku, że nie ma co robić takiej monokultury, że w jednej audycji jedno wydawnictwo. Dzisiaj mieszanka. Zaczynamy od wydawnictwa Czwarta Strona. 19 czerwca tego roku pojawi się nowa książka Izabeli Janiszewskiej, „Noc kłamstw”. To jest autorka, z którą wywiad mieliście państwo okazję odsłuchać w jednym z pierwszych Bibliotekariów 2.0.
To dawno temu było. Niemniej jednak było. I teraz kolejna książka tejże autorki, „Noc kłamstw”, jak powiedziałem. Zobaczmy, co pisze wydawnictwo na temat tej książki. „Każda rodzina ma swoje sekrety, ale ta skrywa ich więcej niż inne. Anna i Mikołaj wiodą wspaniałe życie. Ona pisze książki, on prowadzi kawiarnię. Mają piękny dom i cudowne dzieci. Niemal każdy chciałby się z nimi zamienić. Aż do dnia, w którym stają się podejrzani o zabójstwo.
Gdy w październikową noc ginie opiekunka ich synów, na idealnej fasadzie rodziny pojawiają się rysy, a tajemnice skrywane przez lata zaczynają wyłaniać się z cienia. Chcąc odróżnić prawdę od fałszu, prowadzący sprawę komisarz Leon Mruk musi uważnie wsłuchać się nie w to, co Tochmanowie mówią, lecz w to, co pomijają milczeniem. Bo czasem najstraszniejsze sekrety tkwią w tym, co niewypowiedziane, a najgłębsza prawda o ludziach kryje się w ich kłamstwach.” Tak, proszę państwa, to była taka najkrótsza opisowa zachęcajka do książki „Noc kłamstw” Izabeli Janiszewskiej. To teraz przeskakujemy do wydawnictwa Zysk i Spółka. 11 czerwca, a więc jak to się mówi, na dniach ukaże się książka zatytułowana „Opowiastki do przemyślenia”. Autorem jest Jorge Bucay. Chyba tak. Może Bacay. Nie wiem, z jakiego kręgu kulturowego w związku z tym. Jest napisane Bucay, czyli Bacay albo Bucay.
Pisarz i psychoterapeuta Jorge Bucay jest znany polskim czytelnikom dzięki swojej antologii „Pozwól, że ci opowiem”, w której mistrzowsko pokazał, jak opowiadanie bajek i przypowieści może zmienić nasze nastawienie do życia. Opowieści jest o wiele łatwiej zrozumieć niż ćwiczenia czy psychoterapeutyczne komentarze, a ich moc jest znana ludzkości od wieków. Dzięki nim rzeczy pozornie skomplikowane stają się prostsze, a między autorem i czytelnikiem nawiązuje się szczególna więź, która sprawia, że wspólnie starają się znaleźć odpowiedzi na nurtujące każdego z nas pytania. „Opowiastki do przemyślenia” to kolejny zbiór pouczających historii, które Bucay od lat wykorzystuje w swojej praktyce, by pomóc ludziom lepiej zrozumieć siebie i zastanowić się nad źródłem swoich problemów i zmartwień. Tak, proszę państwa, to była książka „Opowiastki do przemyślenia” Jorge Bucaya. I wreszcie trzecia premiera. Premiera, która wyskoczy na rynek księgarski 18 czerwca. Tytuł: „Ostatnia przysługa”. I będzie problem z nazwiskiem. W każdym razie Dennis Lehane.
Chyba tak to się czyta. Wiecie państwo, ja czasami się robię bezradny, kiedy pojawiają się nazwiska z różnych kręgów Europy, kręgów kulturowych, te różne nieme literki, jakieś takie zbitki zgłosek. Czasami się czuję bezradny. Ale okej. „Ostatnia przysługa”, Dennis Lehane. Przeczytajmy, co na temat tej książki pisze wydawnictwo. Bestsellerowy autor „New York Timesa” powraca z powieścią, która może śmiało konkurować z jego „Rzeką tajemnic”. Oto intrygująca opowieść o zemście, rodzinie, miłości i jątrzącej nienawiści. Opowieść osnuta na tle najbardziej burzliwego epizodu w historii Bostonu. Mary Pat Fennessy jak zwykle stara się przeżyć kolejny dzień i jakoś wiązać koniec z końcem.
Spędziła całe życie w bloku komunalnym w irlandzkiej enklawie Bostonu, gdzie mieszkańcy są przywiązani do tradycji i dumnie podkreślają swoją odrębność. Któregoś dnia 17-letnia córka Mary Pat, Jules, nie wraca do domu. Tego samego wieczoru na stacji metra zostaje znalezione ciało czarnoskórego nastolatka, który zginął w tajemniczych okolicznościach. Tych dwóch wydarzeń z pozoru nic nie łączy, ale Mary Pat, zdeterminowana odnaleźć córkę, zagląda nawet tam, gdzie nie powinna, niepokojąc szefa lokalnej mafii i jego ludzi, i odkrywa coraz to nowe, wstrząsające, brutalne szczegóły. „Ostatnia przysługa” to doskonały thriller oraz realistyczny obraz bezwzględnej przemocy i mrocznego serca amerykańskiego rasizmu. Hipnotyzująca, poruszająca powieść. Apple TV planuje zrealizować na podstawie „Ostatniej przysługi” serial, którego showrunnerem, taką osobą kierującą serialem, będzie sam autor. Tak, proszę państwa, to była trzecia i ostatnia dzisiaj polecanka. Trzy wydawnictwa, trzy niezwykle interesujące książki. A teraz?
A teraz, proszę państwa, tradycyjnie, oczywiście, korepetycje filozoficzne. Dzisiaj tekst Adama Tuszyńskiego „Gdzie kończy się umysł, a zaczyna reszta świata? W poszukiwaniu umysłu rozszerzonego”. Ten tekst, jak się państwo zapewne domyślają, ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” dosyć dawno, bo w roku 2018. Tekst jak zawsze dostępny jest na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Adam Tuszyński w 2018 roku był doktorantem na Uniwersytecie Warszawskim, absolwentem Uniwersytetu w Edynburgu. Przedmiotem jego filozoficznych badań było i zapewne jest grupowe działanie i możliwość zawiązywania się tak zwanego grupowego sprawcy i umysłu. Prywatnie jest mężem, ojcem dwojga dzieci, account managerem w agencji reklamowej oraz miłośnikiem muzyki rockowej i zapalonym perkusistą amatorem. A zatem ruszamy, proszę państwa, z tekstem „Gdzie kończy się umysł, a zaczyna reszta świata? W poszukiwaniu umysłu rozszerzonego”.
Autorem, przypomnę, jest Adam Tuszyński. Smartfon, laptop, notatnik lub zwykła kartka. Czy te i inne z pozoru zwyczajne i tak dobrze nam znane przedmioty codziennego użytku mogą stanowić naturalne rozszerzenie naszych procesów poznawczych? Na czym właściwie miałoby polegać takie rozszerzenie? Jak zmienia się pod wpływem takiego ujęcia nasze rozumienie tego, czym jest umysł? Andy Clark i David Chalmers przedstawiają w artykule „The Extended Mind” niezwykle śmiałą wizję uwolnienia umysłu z zamkniętej przestrzeni naszej głowy, a nawet ciała. To uwolnienie z przestrzeni naszej głowy obecne jest już w notatkach Ludwiga Wittgensteina, wydanych pod tytułem „Zettel” w 1967 roku. Narzędzia takie jak laptop, smartfon, tablet czy nawet zwykły notatnik stają się w sposób dosłowny częścią naszych procesów poznawczych i tym samym naszego umysłu. Jak twierdzą autorzy, rozszerzają go. Ta przełomowa w swym charakterze praca rozpaliła żarliwą, trwającą do dziś debatę na temat natury tego, czym jest umysł i poznanie oraz jak należy je badać.
Podejmiemy tutaj próbę odpowiedzi na pytanie, czym tak właściwie jest tak zwany rozszerzony umysł. Przyjrzyjmy się w tym celu kluczowemu argumentowi, który przedstawiony został w artykule z 1998 roku. Przytoczmy także podstawowe problemy, z którymi musiało jak dotąd mierzyć się omawiane przez nas stanowisko. Otto i Inga. Jednym z najsłynniejszych twierdzeń Clarka i Chalmersa jest to, że procesy poznawcze nie są w głowie, a w każdym razie nie wszystkie. Umysł przekracza granice naszej czaszki i nawet naszego ciała. Co więcej, autorzy ci uważają, że i tu cytat: „Czaszka i skóra nie są żadną świętością. Informacje są traktowane jako przekonania na mocy odgrywanych przez nie ról. Nie ma powodu, żeby taką istotną rolę mogły odgrywać tylko czynniki zlokalizowane wewnątrz ciała”. Najbardziej znany argument za przyjęciem tezy o rozszerzonym umyśle zilustrowany jest za pomocą przypadku dwóch osób, Otta i Ingi.
Zarówno Otto, jak i Inga mają zamiar odwiedzić Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku. Inga przypomina sobie, że muzeum zlokalizowane jest na 53 ulicy. Udaje się więc tam i jest wiedza. Jest przekonana, że muzeum jest na 53 ulicy. Ma co do tego pewność. Co więcej, była o tym przekonana, zanim sobie o tym przypomniała. Przekonanie to było w jej pamięci. Otto natomiast cierpi na chorobę Alzheimera i zawsze ma przy sobie notatnik. Zapisuje w nim wszystkie istotne dla siebie informacje. Innymi słowy, notatnik jest dla Otta tym, czym pamięć biologiczna dla zdrowej osoby.
Gdy Otto chce udać się do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, sięga po swój notatnik i dowiaduje się dzięki niemu, że muzeum zlokalizowane jest na 53 ulicy. Tak jak Inga żywi on przekonanie, że muzeum znajduje się właśnie na 53 ulicy i miał to przekonanie, nawet zanim odczytał informację o lokalizacji muzeum z notatnika. Przypadek Otta jest analogiczny do przykładu Ingi. Informacje w notatniku funkcjonują w ten sam sposób, co informacje zawarte w pamięci w tak zwanych przekonaniach nieaktualnych. Jedyna różnica jest taka, że znajdują się one poza granicami naszej czaszki i skóry oczywiście. Nie stanowią one zatem granicy, poza którą nasze przekonania nie mogą istnieć. Wszelkie informacje są przekonaniami ze względu na funkcje, które pełnią. To, gdzie realizowane są te funkcje, nie ma żadnego znaczenia. Reasumując. Jeden: to, czy jakąś informację możemy uznać za przekonanie, zależy od funkcji, jaką pełni.
Dwa: jeśli informacja w notatniku Otta funkcjonuje jako stan mózgu, to jest odgrywa tę samą rolę co przekonanie zlokalizowane w pamięci biologicznej zdrowego człowieka, to tworzy ona przekonanie. Trzy: przekonania Otta są więc stanem jego umysłu. Cztery: notatnik należy do najbliższego otoczenia Otta, a więc do świata zewnętrznego względem jego czaszki i skóry. Pięć. Wniosek. Umysł rozszerza się na świat zewnętrzny. Umysł rozszerzony będziemy więc rozumieć jako ścisłe sprzężenie ze sobą naszych naturalnych, biologicznych zdolności poznawczych z niektórymi elementami świata zewnętrznego. Innymi słowy, jako dynamiczny i złożony system poznawczy. Co ciekawe, częścią tak skonstruowanego systemu mogą stać się nie tylko przedmioty, ale i inni ludzie. Na przykład wtedy, kiedy próbujemy grupowo rozwiązać jakiś problem.
Takie postawienie sprawy rodzi oczywiście konkretne trudności. Podstawowe problemy. Nie mamy tu sposobności, aby omówić całe spektrum zarzutów i problemów, które zostały postawione wobec omawianego stanowiska. Skupimy się tutaj na dwóch podstawowych problemach. Jeden: problem nieokreśloności granic systemu poznawczego. Wielu badaczy zwraca uwagę na to, że trudno jest określić granice rozszerzonego systemu poznawczego. W szczególności, jeśli rozważymy tutaj wspomnianą powyżej możliwość, kiedy to inni ludzie stają się częścią naszego systemu poznawczego. Gdzie kończy się jeden podmiot poznający, a zaczyna drugi? Jak rozróżnić w takim wypadku jeden system poznawczy od drugiego? Czy mamy tu do czynienia z jednym grupowym systemem?
Dwa: nieustalone składniki systemu. System poznawczy w rozumieniu Clarke'a i Chalmersa nie ma ustalonych składników. Innymi słowy, bardzo trudno jest określić zbiór wszystkich istotnych dla funkcjonowania systemu poznawczego elementów oraz relacji, jakie między nimi zachodzą. Problem ma swoje źródło w założeniu, że choć rozszerzony system poznawczy ma strukturę dynamiczną i otwartą, to nie znaczy to, że obejmuje dowolne elementy. Jak wybrać te, dzięki którym system poznawczy będzie mógł sprawnie wykonywać swoje zadanie? Zarówno jeden, jak i drugi zarzut wynikają z obawy niektórych filozofów, że tak otwarty, dynamiczny, ale i złożony system poznawczy może być niestabilny. To jest zbyt łatwo może dojść do rozprzężenia jego elementów. Dlaczego? Wskazywany jest tu między innymi brak wyróżnienia przez Clarke'a i Chalmersa naszego biologicznego układu poznawczego, a więc mózgu jako centralnej jednostki zarządzającej całym rozszerzonym systemem poznawczym. Bez takiego wyróżnienia, twierdzą niektórzy, zacierają się granice między elementami systemu i nie sposób ich odróżnić od elementów nienależących do systemu.
Nie wystarczy tutaj, jak pisze Menary w książce „Cognitive Integration” samo przyczynowe oddziaływanie elementów na siebie. Musi być jeszcze coś. Coś, co je integruje. Czy na pewno jednak Clarke i Chalmers deprecjonują w tak radykalny sposób nasze biologiczne zdolności poznawcze, zrównując je de facto z funkcjami niektórych elementów świata zewnętrznego? Umysł nie może zostać ograniczony do mózgu. To dla autorów jest jasne. Jednak to właśnie nasz mózg posiada zdolność do odnajdywania odpowiednich elementów środowiska i wykorzystywania ich przy sprawnej realizacji zadań poznawczych. To mózg decyduje o ich istotności. Takie, a nie inne zdolności mózgu mogą mieć swe źródło w takiej, a nie innej jego ewolucji. Na pytanie jednego ze studentów o to, gdzie leży granica pomiędzy jednym podmiotem poznającym a drugim w przypadku, kiedy to inni ludzie stają się częścią naszego systemu poznawczego i odwrotnie, Andy Clarke odpowiedział: „Zawsze mamy do dyspozycji procesor, centralną jednostkę sterującą całym układem, czyli mózg.
To on określi poszukiwaną przez nas granicę”. Krótkie podsumowanie. Gdzie kończy się umysł, a zaczyna reszta świata? Pytanie nieprzypadkowe, bo to właśnie nim Andy Clarke i David Chalmers rozpoczynają w artykule z 1998 roku swoje rozważania na temat rozszerzonego umysłu. Umysł jest sprzęgnięty z elementami świata zewnętrznego w dynamiczny, ewoluujący i otwarty system poznawczy. Świat stanowi dla niego naturalne rozszerzenie. Przedmioty codziennego użytku dostępne nam na co dzień: laptopy, smartfony, tablety i tym podobne, przez swoje funkcje potrafią przejąć, odciążyć nasze naturalne funkcje poznawcze w celu sprawnej realizacji stojących przed nami zróżnicowanych zadań poznawczych. Umysł korzysta z elementów świata zewnętrznego i sam stanowi jego integralną część, w szczególności, kiedy staje się on częścią systemu poznawczego innego podmiotu poznawczego, drugiego człowieka, konkretnie. Drugiego człowieka, z którym staramy się na przykład rozwiązywać jakiś problem. Granica pomiędzy umysłem a światem nie jest więc ściśle określona, co nie oznacza, że nie istnieje.
Ten dynamiczny system poznawczy ma wszak w swym centrum mózg umiejętnie zarządzający elementami świata zewnętrznego, dobierający je pod względem funkcji w taki sposób, by zadanie, które przed nami stoi, zostało zrealizowane jak najbardziej sprawnie. Dyskusja nad zasadnością teorii rozszerzonego umysłu wciąż trwa. Zadaniem niniejszego tekstu nie było przechylenie szali z jednej strony na drugą. Niezaprzeczalnym faktem jest, że przedstawione tu stanowisko wywołało niemałe poruszenie w świecie zarówno nauki, jak i filozofii. Teoria Clarke'a i Chalmersa postawiła do góry nogami całą naszą teorię na temat natury umysłu i poznania. Historia nie tylko nauki, ale też świata uczy nas, że rewolucje nieustannie i nieodwracalnie zmieniają znany nam obraz świata. Niezwykle śmiała wizja umysłu, z którą mamy tu do czynienia, jest właśnie taką rewolucją. Jej koła wciąż się toczą, a jej wyniki zna tylko czas. Tak, proszę państwa, to był tekst Adama Tuszyńskiego „Gdzie kończy się umysł, a zaczyna reszta świata. W poszukiwaniu umysłu rozszerzonego”.
Tym wszystkim, którzy doszli do wniosku, że pan doktor doktoryzujący się pisze właściwie o rzeczach oczywistych, pragnąłbym powiedzieć, że być może filozofia jest czasami taką dziedziną wiedzy, która zastanawia się nad rzeczami podstawowymi. Tu, w tym wypadku, nad tym rozszerzonym poznaniem, nad tym, czy aby na pewno jest tak, że poznajemy świat tylko dzięki naszemu umysłowi i do momentu, kiedy sobie tego pytania nie zadamy, to nie myślimy o tym w ogóle. Kiedy to pytanie pada, to mówimy: „Oczywiście! Zawsze wiedziałem, że mój laptop, mój tablet, moje notatki to jest część mojego stanu wiedzy”. Co poniektórzy studenci, szczególnie w czasie sesji, wiedzą o tym doskonale, że jakoś tak się dziwnie dzieje, że kiedy posługują się notatkami, to potrafią wszystko, wiedzą wszystko i właściwie są genialni. Ale kiedy się pojawiają przed egzaminatorem i tych notatek już nie ma i nie można korzystać, to jakby część wiedzy i obrazu świata się nam po prostu wyłącza. I to tego właśnie dotyczy, że my, kiedy mamy te swoje różne ściągawki, notatki, czy też chociażby wujka Google'a, to my wtedy stajemy się jakby mądrzejsi. Mówię jakby, bo nie wystarczy same fakty ściągnąć gdzieś od wujka Google'a. Trzeba je jeszcze umiejętnie pokojarzyć. Ale właśnie to jest rola tego procesora, naszego mózgu, tej szarej substancji w czaszce, żeby to wszystko, co jest na zewnątrz, umiejętnie kojarzyć ze sobą.
Żeby to kojarzyć, musimy to rozumieć przynajmniej na podstawowym poziomie. I o tym tak naprawdę jest ten artykuł. Ja tu, ponieważ to nie jest tekst lekki, łatwy i przyjemny, chociaż wydaje się dosyć prosty, proponuję, żeby w wolnej chwili przesłuchać go jeszcze raz. Kiedy już nie łapiecie państwo każdego zdania i nie próbujecie go rozwinąć, rozszyfrować, tylko kiedy już wiecie, o czym jest cały tekst, to przesłuchanie go jeszcze raz może pokazać, że w tym tekście jest troszeczkę więcej, niż się na początku może wydawać. I to tyle. Już państwa nie dręczę korepetycjami filozoficznymi. Tak na marginesie to powiem, że dostałem nawet takiego maila, w którym ktoś napisał, że on rozumie, że ja muszę o tej filozofii ględzić na początku, ale on to robi tak, że on na pierwsze pół godziny „Bibliotekarium” po prostu wyłącza dźwięk i zajmuje się innymi, bardziej ekscytującymi sprawami, a później włącza i już jest normalne „Bibliotekarium” bez całego tego filozoficznego ble, ble, ble. No cóż.
[27:47] - No cóż, Marku, każdy ma swoich fanów i każdy ma jakichś antyfanów, niestety.
[27:53] - Tak jest i ja to rozumiem. Co więcej, nie staram się nigdy nikogo przekonywać, że filozofia jest najważniejsza na świecie. Filozofia bywa ważna. Dla mnie bywa ważna bardzo często, ale rozumiem też tych wszystkich, którzy po pierwsze gdzieś w czasach studiów uzyskali kompletną niechęć do filozofii. Bo jak ja sobie przypomnę, jak filozofia jest na innych kierunkach wykładana, to ja sam właściwie protestowałbym, bo wtłaczanie w głowy młodych ludzi historii filozofii to jest zbrodnia i to jest rzecz niegodna filozofów, którzy to robią. Tak naprawdę na zajęciach z filozofii powinno się rozważać pewne problemy filozoficzne i to myślę, dla tych młodych ludzi, dla ich umysłów było lepsze niż tłuczenie historii filozofii. Ale to jest moje zdanie, nikogo ono, a już na pewno filozofów akademickich, to zdanie zupełnie nie obchodzi. W związku z tym po cichutku się wycofujemy z pozycji filozoficznych i przechodzimy do właściwego „Bibliotekarium”. Tak jak państwu zapowiadałem na początku, dzisiaj mały skok, małe kuknięcie do kanału „Wehikuł Wyobraźni”. Notabene bardzo serdecznie państwa na ten kanał zapraszam.
Jakby ktoś miał ochotę, to naprawdę myślę, że warto. Może nie wszystkie podcasty są fascynujące, ale przynajmniej niektóre. Ja jakbym był, to ja bym sam sobie je polecał. Taki bywam nieskromny czasami, aż mnie to przeraża. No dobrze, zostawmy. Kukniemy w każdym bądź razie na kanał „Wehikuł Wyobraźni”, aby spojrzeć do podcastu, którego taką siłą napędową jest Wojtek Sydeńko, znany wydawca i znany człowiek od fantastyki, znawca fantastyki. W dzisiejszym odcinku będziemy rozmawiali o panach na B, o Bułyczowie, o Bradburym, o Ballardzie i Besterze. Kto fantastyką naukową się interesuje, to te nazwiska zna albo przynajmniej powinien je znać. A jeśli się tak złożyło, że ktoś jest dopiero adeptem science fiction, to myślę, że dzisiejszego odcinka opowieści o książkach i autorach warto posłuchać. Warto posłuchać.
To w takim razie oddajmy głos Wojtkowi Sedeńce? Oczywiście nie ma tak łatwo. Na początku ja będę zagajał i będę ględził, ale na szczęście nie tak długo. Zapraszam. Opowieści o autorach i książkach. Opowieści Wojtka Sedeńki. Dzień dobry, wieczór państwu. Cóż, przeszliśmy gładko przez literę A. Czas zatem na literę B. Witam Wojtku.
[31:03] - Cześć Marku. Dzień dobry czy dobry wieczór wszystkim słuchaczom. Poznajemy się w boju. To jest moje nowe doświadczenie i w przypadku litery B nie będzie tak łatwo jak z A, dlatego że tychże autorów na literę B troszeczkę naliczyłem, a chciałbym przynajmniej o części z nich trochę więcej opowiedzieć. Tę literę B podzielimy po prostu na dwie audycje. Pierwsza z nich będzie opowieścią o czterech autorach. Litera B w tym słynnym alfabecie A, B, C, D autorów amerykańskich. Literką B obejmuje Roya Bradbury’ego, ale Bradbury nie będzie tutaj na pierwszym miejscu dla mnie dlatego, że autorem dla mnie najważniejszym na literę B był zdecydowanie Kir Bułyczow. Właściwie Igor Możejko. Kir to jest imię, które wziął od imienia swojej żony Kiry Soszyńskiej.
Autor żyjący w latach 1934-2003. Jak w swojej książce autobiograficznej powiedział, żaden mężczyzna w jego rodzie nie przeżył siedemdziesięciu lat i tak samo Bułyczowowi się to niestety nie udało. Wielka szkoda, bo dla mnie jest to jeden z najwybitniejszych autorów rosyjskich pisarzy SF. Może czasami nawet wyżej go stawiam od braci Strugackich. Miałem okazję poznać Bułyczowa, kilkukrotnie z nim rozmawiać. On często przyjeżdżał do Polski. Przyjaźnił się tutaj z kilkoma osobami, między innymi ze swoim tłumaczem Tadeuszem Goskiem, również już nieżyjącym, który przekładał większość książek Bułyczowa na język polski. Był to człowiek-- dzisiaj mamy ten stosunek do rosyjskiej fantastyki, do rosyjskiej literatury, do rosyjskiej kultury i w ogóle do Rosji bardzo negatywny albo przynajmniej zabarwiony pejoratywnie. Ale Bułyczow należał do ludzi, którzy mieli bardzo negatywny stosunek do komunizmu i do tego, co komunizm robił z jego ojczyzną. Myślę, że dzisiaj byłby w opozycji antyputinowskiej, jako że Bułyczow należał do tego gatunku intelektualistów z bardzo rzadkim w Rosji genem buntu.
Tam rzadko się ludzie buntują, a Bułyczow do nich należał. Jeżeli ktoś chciałby się o tym przekonać, poznać jego myśli na temat komunizmu, na temat fantastyki w Związku Radzieckim, na temat tego, jak wydawano książki i o absurdach rynku, polecam jego historię radzieckiej fantastyki, która się nazywa „Pasierbica epoki”. Książka jest do kupienia aktualnie. Bułyczow był z wykształcenia orientalistą, znał kilka języków obcych. Tutaj taka anegdota. Mianowicie w czasie jednego ze spotkań w Polsce jeden z naszych rodzimych pisarzy, nie wymienię tu jego nazwiska, chciał porozmawiać z Igorem. A ponieważ był to pisarz, który nie chciał rozmawiać po rosyjsku, dlatego że właśnie ten gen polski buntu powoduje, że niechętnie rozmawiamy w języku rosyjskim, chociaż się uczyliśmy go przynajmniej osiem lat każdy z nas. Więc zagadał do Bułyczowa po angielsku. To znaczy dosyć słabą angielszczyzną, ale chciał pokazać mu, że jakby zakasować tego Rosjanina europejskim obyciem. A tymczasem Bułyczow sru!
Odpowiedział nienagannym, pięknym akcentem językiem angielskim. Nawiasem mówiąc, bardzo wielu Rosjan uczy się w Rosji angielskiego na naprawdę bardzo wysokim poziomie i czasami Rosjanie mówią angielskim doskonale, z doskonałym akcentem uniwersyteckim. Oczywiście nie dotyczy to tak zwanej mafii, worów i tak dalej. I po prostu ten polski pisarz, gdy usłyszał odpowiedź w języku angielskim, którą niekoniecznie do końca zrozumiał, odpuścił sobie dalszą rozmowę i troszeczkę było dokania polsko-rosyjskiego. Bułyczow był człowiekiem bardzo dowcipnym, takim inteligentnym ruskim niedźwiedziem. Zrobiłem z nim wywiad. Później była korespondencja listowa, dosyć długa, a po jego śmierci korespondowałem z wdową Kirą Soszyńską. Właściwie Bułyczowowi wydałem większość powieści, także wiele opowiadań. Nadal jest to jeszcze pisarz warty odkrycia, chociaż ja mam takie wrażenie, że pod koniec życia, kiedy się uwolniło, padł Związek Radziecki, uwolnił się rynek książki w Rosji. Te książki Bułyczowa były wydawane bardzo szybko i mam wrażenie, że bez redakcji, a czasami nawet bez korekty.
Taki był młody ten kapitalizm rosyjski. Dość powiedzieć, że w jednej z książek, której przekład robiłem, jeden z bohaterów jest zabity mniej więcej na dwudziestej stronie, po czym znikąd pojawia się, wychodzi z dumpli na jakiejś sto dwudziestej stronie, więc redaktorzy to puścili. Autor chyba też puścił, jakby nie sądził, że redakcja rosyjska mu to puści do książki. Bułyczow zaczął publikować na początku lat sześćdziesiątych i był aktywny pisarsko aż do śmierci. Początkowo pisał takie przygody o Alicji, bardzo takiej żywej, inteligentnej dziewczynce. Pokazał tu Bułyczow już wtedy wielki zmysł obserwacji. Tą Alicją zresztą była jego córka i obserwując jej psoty i zabawy stworzył kilkanaście znakomitych opowiadań i powieści. Bardzo dawno tego już niestety na rynku nie było.
[36:04] - Mówiłeś o absurdach, które w Związku Radzieckim były pewną codziennością. Natychmiast mi się to skojarzyło z monumentalnym cyklem guslarskim, chociaż akurat słowo monumentalny nie bardzo tu pasuje, bo to są właściwie takie perełki głównie do wcipu, bo ten „Wielki Guslar” to jest miejscowość, w której dzieją się rzeczy naprawdę niesamowite, z pogranicza fantastyki naukowej, ale i magii i różnych dziwnych zjawisk, które się w naszym świecie nie zawsze manifestują, a w „Wielkim Guslarze” i owszem. Ale przy okazji tej dziwnej miejscowości ukazywane jest właśnie szaleństwo, jakim był komunizm i to jeszcze w wydaniu radzieckim. Sąsiaduje ze sobą humor, opowieści fantastyczne, tak najszerzej mówiąc, właśnie z codziennością Związku Radzieckiego. I to jest mieszanka, chciałoby się powiedzieć wybuchowa, ale w najlepszym znaczeniu tego słowa. Czyli to się po prostu czyta. A w tym cyklu guslarskim tych opowiadań dłuższych, krótszych, niektóre z nich wyszły nawet jako takie mini powieści. To są opowiadania, które się układają nawet w takie mini cykle, podcykle. Mamy tam bohaterów, którzy się pojawiają w kolejnych opowiadaniach. Mamy też takich jednorazowych oczywiście.
Absolutnie fenomenalna historia, zapisana, tak jak powiedziałem, w kilkudziesięciu utworach literackich.
[37:40] - Ja mam taką pewną teorię na temat stylu, jaki obrał Bułczow. Myślę, że w trudnych czasach, kiedy człowiek żyje, takich jak komunizm czy przeżywszy jakąś traumę, jednak idziemy w humor. Humor, dowcip wypiera tę traumę i po prostu daje nam w jakiś sposób żyć lepiej, w lepszym świecie. I ten humor Bułczowa chyba się właśnie stąd brał, bo on mógłby pisać w sposób dęty o komunizmie. Oczywiście by mu tego nie publikowano. On wybrał zupełnie inną formę protestu. „Wielki Guslar” to jest cykl nawet nie kilkudziesięciu, bo tych opowiadań jest ponad sto. Są tam powieści jak „Rycerz na rozdroża”, kapitalna zresztą „Powieść o nieśmiertelności”. I te opowieści już zaczął pisać w latach 70. i pisał je aż do 2002 roku.
Tuż przed śmiercią kończył. Najlepsze opowieści o Guslarze powstawały właśnie w latach 70. i do rozpadu Związku Radzieckiego. Potem już w tych opowieściach, ponieważ bohaterowie starzeją się razem z Bułczowem, więc ci pierwsi wspaniałe postacie, takie jak urzędnik Korneliusz Udałow, jak profesor Minz czy inni, powiedzmy Grubin, Łoszkin. Więc ci bohaterowie starzeją się i już później, w późniejszych opowiadaniach nie występują. I te opowiadania, które nawet nazwano „Nowy Guslar” w odpowiedzi na „Nowych ruskich”, one są już inne. On się nabijał z tego, czym stał się po rozpadzie Związek Radziecki, jak powstawały te nowe kasty społeczne, jak zaczęła rządzić mafia, jak zaczął powstawać ten biznes oligarchów i tak dalej. Z tego Bułczow się natychmiast śmiał, ale te opowiadania już nie niosły takiego ciepła i przesłania jak te pierwsze w latach 70. W ogóle sam pomysł wziął się na takie opowieści z miasteczka. W ogóle cała lista bohaterów pochodzi z książki telefonicznej miasta Wielki Ustiug, które gdzieś tam jest w okolicach Uralu, między lasami i jeziorami.
I tym mieszkańcom przytrafiają się przeróżne przygody, o czym wspomniałeś. Ja bym te przygody podzielił na takie dwie kategorie, to znaczy spotkania z obcymi, których jest dosyć dużo oraz na opowieści zupełnie baśniowe. I jeżeli bym tak miał z pamięci kilka opowiadań wymienić, to bardzo mi się podobało opowiadanie „Zmartwychwstanie Czapajewa”. Czapajew to był taki komunistyczny bohater. On się tutaj Bułczow troszeczkę z tej postaci naśmiewa, ale Czapajew to był jeden z podstawowych bohaterów propagandy komunistycznej wczesnego Związku Sowieckiego i wszyscy pionierzy i młodzi ludzie w Związku Radzieckim w wyniku propagandy bardzo żałowali tego Czapajewa i jakby wyszedł im Bułczow tutaj naprzeciw i opowiada opowieść o tym, że Czapajew jednak nie umarł. Albo na przykład opowiadanie „Świeży transport złotych rybek”. Cudowne opowiadanie, w którym do miasteczka Wielki Guslar przyjeżdża ten świeży transport złotych rybek. Każdy może sobie złotą rybkę kupić, która natychmiast spełnia trzy życzenia, więc w miasteczku pojawiają się natychmiast różnego rodzaju czy pojazdy, czy spełnione marzenia. Ale pokazuje tutaj Bułczow w takim krzywym zwierciadle rosyjską duszę. To znaczy każdy mieszkaniec coś tam sobie dla siebie w pierwszych dwóch życzeniach wyprosił i otrzymał, a potem myśli: „Ale może by jednak to trzecie życzenie komuś oddać?” I nagle, w ostatniej scenie tego opowiadania pojawia się kaleka z Wielkiego Guslaru, kaleka wojenny, który nie miał nóg.
I on nagle ma więcej rąk, więcej nóg, bo wszyscy mu podarowali po prostu po jednej kończynie. I nagle ten kaleka ma ich w nadmiarze. Także kapitalna rzecz. Wielce polecam. Akurat w tej chwili nie ma na rynku, ale myślę, że „Wielki Guslar” jeszcze do Polski wróci. Jedną z powieści, którą ja bardzo lubię, już zrobiłem kilka wydań i ta powieść jest cały czas dostępna. Jedną z najlepszych powieści Bułczowa jest „Przełęcz”. Tutaj trudno powiedzieć, jaki jest dokładnie tytuł, bo w Polsce chodziły tytuły „Osada”, „Przełęcz”, „Poza przełęczą”. „Przełęcz” to był taki odcinek, pierwsza część tej powieści, która się ukazała w „Fantastyce” w miesięczniku. Potem ukazała się w wydawnictwie Współpraca.
Ja w tej chwili to wznawiam również w całości. Jest to historia o rozbitkach. Ziemski statek rozbija się na obcej planecie, wysoko w górach. Załoga chcąc ocalić się, bojąc się, że statek wybuchnie, po prostu w wielkich trudach schodzi z tej przełęczy, na której się statek rozbił w dół, szukając jakiegoś miejsca, gdzie mogliby po prostu założyć jakąś osadę i przeżyć. Ale pamiętają wciąż o tym, że ten statek gdzieś tam na przełęczy jest i można byłoby z tego statku nawiązać łączność z galaktyką i z Ziemią i żeby przybył statek na ratunek. Niestety warunki dotarcia do tej przełęczy, mimo że wyprawy kolejne ruszają, mające dotrzeć do rozbitego statku, niestety się nie udają. Rośnie już następne pokolenie. W ogóle poznajemy tę powieść oczami młodego już pokolenia. Niby biegają jakieś króliki, zające i tak dalej, tylko one w ogóle nie wyglądają jak zające. Jest to dla nas taki dysonans poznawczy, który oczywiście miłośnik fantastyki natychmiast rozpoznaje.
O, znajdujemy się na obcej planecie. Tylko te zwierzęta się nazywają jak ziemskie, ale tak nie wyglądają. I ci młodzi ludzie idą w górę. W końcu im się udaje dotrzeć do statku i nadać sygnał. Jest to historia dotarcia do miejsca, gdzie ewentualna ekspedycja ratunkowa mogłaby wylądować. Kapitalna opowieść. Właściwie takich powieści o rozbitkach jest w fantastyce światowej nie za dużo. Nie jest to jakaś opowieść o Robinsonie Crusoe, bo nie jest to jeden rozbitek, a cała grupa. Ale fantastyczna sprawa, jak niewielka grupa ludzi wykształconych, inżynierów kosmicznych, pilotów i tak dalej, powoli obsuwa się ku barbarzyństwu, zapomina o tym, skąd pochodzą, zapomina o swoich umiejętności. Bardzo polecam „Przełęcz”.
Jest to jedna z najlepszych powieści SF ever. Myślę, że będzie czytana jeszcze przez wiele pokoleń.
[44:03] - Z tego, co pamiętam, to ta powieść ukazała się również pod tytułem „Dzikusy”. Tak mi się wydaje, że pod takim tytułem ona również funkcjonowała. Kiedy mówiłeś o „Wielkim guslarze”, to ja na przykład do dzisiaj pamiętam opowiadanie „Nie drażnić czarnoksiężnika czy czarownika”. Dlaczego je pamiętam? Dlatego, że to było jedno z pierwszych opowiadań, które przeczytałem w całości po rosyjsku i byłem bardzo dumny z siebie, że dokonałem tego. Język rosyjski od czasu do czasu się jednak przydawał. To jest taka opowieść o tym, że czarnoksiężnik bywa czasami pamiętliwy, ale też bywa taki, że się go da przeprosić, tylko się trzeba troszeczkę postarać. Kto ciekawy, niech zajrzy. To naprawdę jest zabawne opowiadanie. Później, po wielu latach czytałem je również po polsku.
Cóż jeszcze? Wspomniałeś, Wojtku, o cyklu o Alicji. To jest ciekawy cykl, bo on zaczął się ukazywać w Polsce dość szybko. Pojawiły się pierwsze dwa tomy. Ponieważ Kir Bułyczow dopisywał kolejne już nieco później, to nie wiem, jak było z wydawaniem w Polsce, ale te dwa pierwsze tomy cieszyły się, to wiem dokładnie z kolei od swojej mamy, która pracowała w bibliotece, niezwykłym powodzeniem. Były wypożyczane i zaczytywane na śmierć. Taką fizyczną książkową śmierć. Rozpadały się po prostu te książki.
[45:40] - To, że się książki w PRL-u rozpadały, to też była wina chrzczenia kleju, którego nie było za dużo w drukarniach i niestety te książki się rozpadały. Ale tak, „Alicja” była niezwykle popularna. On później kontynuował już przygody nastoletniej Alicji, tylko inaczej nazwał ten cykl. Była to „Policja intergalaktyczna”. Dziewczynka się trochę inaczej nazywała, ale Bułyczow cały czas pamiętał o tym, co mu przyniosło pierwszą popularność. „Alicję”, to jeszcze też trzeba powiedzieć, w PRL-u były wydawnictwa, które ściągały przekłady, zwłaszcza z tak zwanych demoludów, do swoich profili wydawniczych. „Alicję” wydawała Nasza Księgarnia, która była wydawnictwem powstałym z myślą o młodym czytelniku czy młodzieżowym czytelniku, a fantastyka dorosła wychodziła w innych wydawnictwach. Myślę, że jeszcze trzeba byłoby powiedzieć, zamykając już historię postaci Bułyczowa, o dwóch książkach. Pierwsza z nich to „Miasto na górze”. Powieść zdecydowanie political fiction i zdecydowanie idąca pod prąd prawomyślności radzieckiej.
Bułyczow napisał ją w 1973 roku, czyli w tym czasie, kiedy zaczynał opowieści guslarskie, ale światowa premiera odbyła się 10 lat później, w 1983 roku w Polsce w tłumaczeniu Tadeusza Goska, a pierwsze i to skrócone wydanie rosyjskie ukazało się dopiero w 1986 roku, a pierwsze pełne dopiero po rozpadzie Związku Radzieckiego. Więc była to książka, której na pewno by cenzura sowiecka nie puściła. A właściwie historia dosyć banalna. Tylko my, żyjący w czasach PRL-u, nauczyliśmy się czytać między wierszami. Jest to dzisiaj umiejętność, mam wrażenie, zapomniana. A szkoda. Mianowicie tam po wojnie atomowej ludzie żyją pod ziemią, stworzywszy takie państwo ze sztywną, hierarchiczną strukturą. Oczywiście nazwijmy to od razu totalitarną. Zawsze jednak w każdym społeczeństwie znajdą się jednostki niepokorne, z genem buntu, które chcą się dowiedzieć, jak świat wygląda dalej, za tymi zamkniętymi drzwiami, za zakrętem. Niespodziewanie jeden z tych bohaterów niepokornych dociera tak daleko i okazuje się, że ten świat jest zupełnie nie taki, jak namalowała propaganda w jego schronie.
Nie zdradzę zakończenia, bo warto z książką się zapoznać. A druga powieść jest również powieścią anty-, chyba troszeczkę rosyjsko-antyradziecką. Mianowicie mówię o powieści „Rezerwat dla naukowców”. Jest to samodzielna powieść w większym cyklu, którego już niestety Bułyczow przed śmiercią nie zdążył zakończyć. Jest to cykl „Rzeka Chronos”. On polegał na tym, że Bułyczow tworzył powieści o alternatywnej historii, gdzie opierał się na takich punktach głównych historii radzieckiej, czyli na przykład jedna trylogia „Spadkobiercy” rozgrywa się w czasach rewolucji październikowej. Powieść „Rezerwat dla naukowców” rozgrywa się pod koniec lat 30. i kończy się bardzo spektakularnie w 1939, gdzie inaczej się zaczyna II wojna światowa i absolutnie szybko i inaczej się kończy niż znamy to z historii. A jest to powieść o alternatywnym ZSRR, jak powiedziałem, i radzieckim programie Manhattan. To znaczy Rosjanie wyprzedzają Niemców, już nie mówię o Amerykanach, w budowie bomby atomowej i tworzą na dalekiej Syberii miasteczko dla naukowców.
Trzeba młodszym czytelnikom powiedzieć, że te wszystkie wielkie wynalazki Związku Radzieckiego brały się stąd, że wybitnych naukowców, inżynierów zamykano po prostu w czymś w rodzaju obozu koncentracyjnego, którego nie mogli opuścić, zamkniętego całkowicie blokadą informatyczną ze światem. Oni oczywiście żyli tam nie jak w obozie w barakach, ale w dosyć luksusowych warunkach i na pewno nie zbywało im na towarach, na żywności, na pewnych luksusowych towarach, które nie były dostępne zwykłemu obywatelowi. Ale niestety musieli tylko i wyłącznie mieszkać w tym obozie i tworzyć kolejne wynalazki. Najczęściej były to wynalazki związane z obronnością Związku Radzieckiego, a więc rakiety, bomby i tak dalej. Ciekawostka może taka, że w „Rezerwacie dla naukowców” powieść była bardzo chwalona przez polskich krytyków, między innymi przez Marka Oramusa. Jest w jaki sposób zorientować się, jak eksplozja takiej bomby atomowej będzie wyglądała i miała wpływ na ludzi. Więc to, co miało faktycznie miejsce w Związku Radzieckim, ale później, bo w latach 50. Mianowicie buduje się miasteczko, zasiedla się je i w tym miasteczku się tę bombę detonuje, żeby nie jak w projekcie Manhattan w Nevadzie na pustyni po prostu dokonać eksplozji, ale od razu przekonać się, jaki będzie miała wpływ na ludzi, na budynki i tak dalej. I to jest po prostu tragiczna opowieść o historii, jaką faktycznie w Związku Radzieckim budowa I to byłoby chyba tyle, jeśli idzie o Kiryła Bułyczowa. Mam nadzieję, że zainteresowałem czytelników i sięgniecie po te książki.
Zacznijcie od „Guslaru”, jeżeli uda wam się zdobyć i na pewno od „Przebudzeń”.
[50:52] - Ja chciałbym jeszcze dodać, jeśli chodzi o cykl ten ostatni „Rzeka Chronos”, a konkretnie o „Rezerwat dla naukowców”, że jest w tej powieści również wątek Polski. Oczywiście Polski w takim historycznym wydaniu. Dzieje to jest miejsce, w którym się dużo, że tak nawiążę, dzieje. W związku z tym tam jest bardzo i to bardzo mocna scena tego, co można zrobić z Warszawą. To jest pierwsza sprawa i druga, ze zdziwieniem odkryłem, że w polskiej Wikipedii ten cykl w ogóle nie jest uwzględniony. Może czas przejrzeć polską Wikipedię i troszeczkę ją uzupełnić, bo to chyba duże faux pas. Przejdźmy zatem do kolejnego autora na literę B. Kogo wybrałeś na drugie miejsce?
[51:49] - Numer jeden w amerykańskiej fantastyce Ray Bradbury żyjący w latach 1920-2012. Jest to absolutnie panteon amerykańskiej fantastyki, ale i amerykańskiej literatury w ogóle. Dlatego, że jest to jeden z pierwszych pisarzy, który wyszedł z getta fantastycznego i wspiął się do panteonu pisarzy amerykańskich głównie dzięki stylowi. Bradbury bywał nazywany poetą fantastyki. Styl poetycki, trochę nostalgiczny. No i oczywiście wymowa jego utworów. Głośno mówił o Ameryce, o tym, co złego w Stanach Zjednoczonych się dzieje. Te jego książki czasami trafiały na listy książek zakazanych, ale o tym powiedzmy za chwilę. Bradbury wydawał fanzin „Futuria Fantasia”, mając dziewiętnaście lat. Publikował u niego Robert Heinlein, proszę sobie wyobrazić.
Pierwszy zbiór opublikował w czterdziestym siódmym roku. To było „Dark Carnival”. Te utwory mocno przerobione plus chyba cztery opowiadania dodatkowe zostały w Polsce opublikowane w zbiorze „Październikowa kraina”. Zbiór już niestety nie jest dostępny, a w pięćdziesiątym roku, czyli mając trzydzieści lat, wydał książkę, która przyniosła mu olbrzymie uznanie krytyki nie tylko fantastycznej, mianowicie „Kroniki marsjańskie”. Właśnie za styl, który zaprezentował w tych kronikach, a za chwilę o zbiorze trochę więcej, okrzyknięto go poetą fantastyki. A w pięćdziesiątym pierwszym roku wydał kolejny zbiór opowiadań. To były właściwie takie powieści szkatułkowe, czyli jedno opowiadanie w drugie, trzecie, czwarte i kolejne opowiadały po prostu pewną spójną historię i można je traktować też jako powieść. „Człowiek ilustrowany”. Niektóre z tych opowieści z „Człowieka ilustrowanego” trafiały do polskiego czytelnika jeszcze w latach sześćdziesiątych. Musiałbym to dokładnie sprawdzić, ale na łamach „Przekroju” się ukazywały.
Przejdźmy do tych „Kronik marsjańskich”. To jest bardzo klasyczna pozycja w amerykańskiej literaturze science fiction. Zostały właśnie napisane w formie opowiadań, ale one mają taką nadrzędną koncepcję kompozycyjną. On w tym zbiorze relacjonuje historię podboju Marsa przez ludzi w latach 1999-2026. Czyli tak jakbyśmy w tej chwili latali na Marsa. Autorom w latach pięćdziesiątych bardzo często wydawało się, że po roku dwutysięcznym, kiedy wejdziemy w dwudziesty pierwszy wiek, to już naprawdę będziemy obecni praktycznie codziennie na Marsie, a loty w kosmos turystyczne i biznesowe będą normą. Wiemy, że tak się nie stało. W tej swojej wizji kolonizacji Bradbury dał wyraz takiemu głębokiemu zniechęceniu i oburzeniu wobec stylu życia amerykańskiego społeczeństwa, bowiem na tym Marsie koloniści z Ameryki napotykają wyższą kulturę marsjańską, ale ją natychmiast rabują, niszczą, bezmyślnie przenosząc dobrodziejstwa, w cudzysłowie, swojej cywilizacji na grunt marsjański. Jest to bardzo smutna konstatacja, ale ta proza Bradbury'ego w „Kronikach marsjańskich” głęboko taka humanistyczna, przepojona troską o przyszłość ludzkości, dała mu olbrzymią popularność. Ona wcale nie straciła na aktualności, mimo ponad siedemdziesięciu lat od powstania.
Drugi zbiór tych opowieści „Człowiek ilustrowany” to jest opowieść też szkatułkowa. Opowieść o człowieku, który ma ciało pokryte tatuażami. Każdy z tych tatuaży jest żywą opowieścią i ten człowiek ilustrowany zabiera widza, czyli nas, czytelników do różnych niezwykłych światów obcych, czasem dziwnie znajomych, odległych, ukrytych. Czasami jest to spotkanie Marsjan z lwami na sawannie. Czasami są to opowieści grozy. Misjonarz ze sztucznym człowiekiem. Jakaś deszczowa dżungla z ognistymi kulami, koniec świata i tak dalej. Są to przejmujące opowieści. Bradbury w ogóle bardzo często szedł w stronę grozy. I jeżeli miałbym jeszcze wymienić jakiś jego cykl taki znany, to jest to cykl „Green Town”.
On jest aktualnie dostępny na rynku. Tam są w środku dwie powieści i kilkanaście opowiadań. Również bardzo gorąco polecam.
[56:07] - Tak, „Człowiek ilustrowany”. Osiemnaście opowiadań. Zresztą jeśli ktoś ma odrobinę takiej smykałki do szukania w Internecie, proponuję, żeby poszukać, bo ukazał się „Człowiek ilustrowany” również w formie słuchowiska radiowego. Te poszczególne opowieści, które rzeczywiście chwilami zahaczają o grozę, taką czystą grozę, czasami o science fiction, ale takie refleksyjne science fiction Jeszcze w wykonaniu aktorów, kiedy ta wrażliwość pisarska, niewątpliwa Raya Bradbury'ego przefiltrowana jest jeszcze przez wrażliwość reżysera i aktorów, to daje naprawdę niesamowite. Macie państwo przeżycia naprawdę warte tego, żeby ileś tam minut poświęcić. Nie będziecie państwo żałować. Natomiast jeśli chodzi jeszcze o cykl marsjański, to jest cykl, który bardzo lubię. Powiedziałeś Wojtku o tym, że pokazuje Amerykanów w krzywym zwierciadle. Do dzisiaj pamiętam opowiadanie, w którym ciała Marsjan są jak takie liście zamiatane, bo tak po prostu. Ale takim opowiadaniem, które najbardziej mi utkwiło w pamięci, być może dlatego, że było jednym z pierwszych opowiadań, które przeczytałem w starym wydaniu „Rakietowych szlaków”, tych z lat 50.
Znalazłem opowiadanie, które nie mówi o Marsie, bo cykl „Kroniki Marsjańskie” opowiada głównie o Marsie, ale też trochę o Ziemi, co tam się dzieje, bo na Ziemi nie dzieje się dobrze. I tam było opowiadanie „Nadejdą deszcze”. Ja byłem wtedy w takiej fazie, kiedy się bardzo obawiałem konfliktu nuklearnego. Wtedy się wszyscy obawiali, ale ja jakoś tak czułem, że tylko ja. Więc bardzo przeżyłem to opowiadanie do tego stopnia, że tam jest przytoczony wiersz, który wstrząsnął mną po prostu. Ja, będąc nastolatkiem, nauczyłem się go na pamięć. Do dzisiaj go zresztą pamiętam. „Nadejdą deszcze, wzejdzie ziemi zapach, jaskółki śmigną po nieba pułapach. Wieczorem w sadzawce żab zabrzmi kumkanie, a dzika śliwa w drżącej bieli stanie. Gile, przywidziawszy pióreczka ogniste, na drutach płotu zasiądą ze świstem.
Nikt się nie dowie, że wojna gdzieś trwa. Nikt się nie dowie, gdy ucichnie i zniknie. I obojętne to drzewom, ptaszynom, choćby ród ludzki do szczętu wyginął. A wiosna rankiem przebudzona z drzemań zaledwie pozna, że nas tu już nie ma.” Być może dzisiaj to nie wydaje się takie straszne, ale wtedy to był wiersz, który mną wstrząsnął i opowiadanie mną wstrząsnęło. Dlatego ja nie potrafię mówić w sposób spokojny, jakiś taki wyważony o Rayu Bradburym, ponieważ to był rzeczywiście człowiek, który czarował. To była magia, którą on roztaczał. Pewno za chwilę powiemy o głośnej powieści, ale muszę jeszcze powiedzieć o takim cyklu. To jest niby powieść, albo może bardziej zbiór opowiadań połączony wspólnym bohaterem, w którym fantastyki jest troszkę tylko, a jest to zbiór. Jest to powieść. Jest to książka zatytułowana „Słoneczne wino”.
Mało tam fantastyki, ale wierzcie mi państwo, warto sięgnąć po tę książkę. Ona też państwa oczaruje. Jeśli lubicie książki, które przemawiają do nas trochę poetycką nutą, to bardzo państwu „Słoneczne wino” polecam. A teraz Wojtku, pewnie będziemy mówić o „Fahrenheicie”.
[59:56] - Tak, na pewno będziemy mówić o „Fahrenheicie” i odbiorze tej powieści w Polsce i na świecie. Ale jeżeli wspomniałeś o „Słonecznym winie”, to ta powieść należy do cyklu „Green Town”, o którym wcześniej wspomniałem i w tym wielkim tomie wydanym przez wydawnictwo MAG „Słoneczne wino” się znajduje. Przechodzimy więc do „451 stopni Fahrenheita”, bo pełen tytuł to nie 450, a 451 stopni Fahrenheita. Jest to temperatura, w jakiej zaczyna palić się papier. Dlaczego? O tym za chwilę. Co ciekawe, Bułczow to był autor pełen humoru, dowcipu. Ale teraz sobie tak pomyślałem, czy jakikolwiek tego typu humor znajdziemy u Bradbury'ego? Chyba jednak nie. Te jego najgłośniejsze powieści powstały w czasie zimnej wojny, kiedy tak jak ty powiedziałeś, obawiano się nuklearnej zimy, wojny atomowej i końca świata.
I te jego powieści bardzo często mają wydźwięk antywojenny. Są antyutopiami i „451 stopni Fahrenheita” to jest absolutnie jedna z najbardziej znanych antyutopii o mrocznej wymowie. Dość powiedzieć, że ta książka do dzisiaj jest na wykazie książek zakazanych w niektórych bardziej religijnych stanach USA. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić. Jest to świat, w którym po niebie latają odrzutowce z głowicami atomowymi. Ludzie spędzają sobie czas przed telewizyjnymi ścianami, a strażacy zamiast gasić pożary wzniecają je, a najchętniej palą książki, bo do tego została ta instytucja w tej powieści powołana. Ta książka wciąż szokuje. Kiedyś była odbierana jako głos przeciwko totalitaryzmowi, ale myślę, że bardziej Bradbury'emu chodziło jednak o pokazanie świata w masowej indoktrynacji. O tym jeszcze za chwilę powiem więcej. W każdym razie ten świat Fahrenheita jest wyzbyty z wysokiej kultury.
Jest zdominowany przez opery mydlane, telewizyjne, przez historyjki obrazkowe. Gazety to są właściwie komiksy bez dymków. One tylko opowiadają obrazkami jakieś tam błahe historie. Przyjemności zastępują narkotyki. Jest ta ogłupiająca telewizja, jest przemoc, jest samotność w tłumie. Właściwie ludzie rezygnują z posiadania dzieci. Ta wizja Bradbury'ego wtedy w Ameryce lat 50. bardzo szokowała. A dzisiaj? Dzisiaj patrzymy, że wiele tych jego zapowiedzi, tych jego przestróg się spełniła.
I to jest coś nieprawdopodobnego. Zobaczcie państwo, takie dobrowolne odrzucenie dorobku kultury, bo mamy w tej powieści takie odrzucenie kultury z chęcią po pokoleniach, ono wciąż szokuje. Jest tam taka iskierka nadziei, bo strażak Guy Montag, który pali książki. Jeżeli oglądaliście film François Truffaut, który jest ekranizacją, pierwszą z dwóch ekranizacji tej powieści. Jest to człowiek, który właściwie ma twarz Schwarzeneggera, powiedzmy, bo w ogóle nieskażoną jakąkolwiek mimiką i z pustymi oczami. I dopiero z chwilą, kiedy zaczyna czytać książki, jakaś mimika na tej twarzy się pojawia. Ten świat, który stworzył Bradbury, świat przyszłości opowiada o Stanach Zjednoczonych. One w tej jego książce są wielką potęgą, właściwie największą potęgą światową i prowadzą zupełnie bezmyślną wojnę, w której nie wiadomo, o co chodzi ze wszystkimi krajami świata. Jednak w Stanach Zjednoczonych mieszkańcy nie odczuwają tej wojny. Jest ciągle wysoki poziom życia, jest zaawansowana medycyna, jest technologia.
Chociażby interaktywna telewizja. Są domy zbudowane z niepalnych materiałów. Dzięki temu strażacy paląc książki wcale się nie muszą przejmować, że spłoną przy okazji domy. Jest takie ogólne poczucie bezpieczeństwa, ale w tym świecie zostaje zakazana wszelka literatura. Właściwie nie wolno czytać książek ani nawet ich posiadać. Ludzie są w bardzo wielkim stopniu zmanipulowani przez media. Mamy propagandową telewizję w wielu krajach Europy i świata i widzimy, że te wizje Bradbury’ego się jak najbardziej spełniają w wielu krajach. Media pokazują wszystko, że wszystko jest dobrze, wszystko jest wspaniałe, kolorowe, wszystkie katastrofy potrafią propagandowo przerobić na sukces. Zachwiana jest też w tej powieści wartość rodziny, bo żony w ogóle się nie martwią o mężów, o dzieci. Dzieci są właściwie traktowane jako niepotrzebny ciężar, a najlepiej tych dzieci nie mieć.
Uczniowie w szkołach uczą się z filmów. Ludzie odreagowują te swoje dosyć ponure jednak życie w wesołych miasteczkach. Gabinet luster zastąpiony jest tłuczeniem szyb. Samochodziki, karuzele z superszybkimi samochodami. Dorośli poświęcają czas tej interaktywnej telewizji, gdzie mogą rozmawiać z innymi aktorami tych pseudowidowisk. Te „451 stopni Fahrenheit’a” było, jak wspomniałem, książką w domyśle skierowaną przeciwko totalitaryzmowi, ale tak naprawdę przeciwko telewizji jako narzędziu masowej indoktrynacji społeczeństw. Bradbury twierdził, że telewizja niszczy zainteresowanie czytaniem literatury. Zobaczcie Państwo, robimy podcast o tym, żeby czytać książki. Wizja Bradbury’ego chyba się powoli spełnia, bowiem czytelnictwo w Polsce spadło do naprawdę już dramatycznego poziomu. W opinii Bradbury’ego telewizja zasypuje wręcz ludzi bezużytecznymi informacjami, nie podając ich kontekstu.
My to również dzisiaj w telewizji widzimy. I co ciekawe, ta powieść odniosła olbrzymi sukces na Zachodzie, ale na przykład w Polsce zdaniem Stanisława Lema, który w „Fantastyce i futurologii” dosyć mocno potraktował tę książkę. Lem uważał, że powieść „Fahrenheit” jest infantylna, że to dzieło Bradbury’ego zupełnie nieproporcjonalnie podkreśliło temat palenia książek w reżimach totalitarnych, bowiem w czasie II wojny światowej nie palono książek, a palono ludzi. On nawet takie zdanie napisał, ja je sobie wynotowałem: „Nie wydaje mi się, żeby tych, których tygrysy nie dojadły, można było myszami straszyć, nawet jeśli to są jakieś wściekłe myszy.” Moim zdaniem niekoniecznie Lem miał rację w przypadku tej powieści, bo jest to nadal powieść nieśmiertelna. A chciałbym przypomnieć, że Niemcy najpierw palili książki, Niemcy hitlerowskie, a potem palili ludzi.
[01:06:37] - Tak. Mistrzowie czasami się również mylą i myślę, że tak było w przypadku Lema. Może nie dostrzegł jakichś aspektów tej powieści. Natomiast ludzie bardzo często głosują poprzez zaczytywanie książek. Po raz kolejny dzisiaj pojawia się słowo zaczytywać. Otóż ja pod koniec lat 70. usiłowałem zdobyć tę książkę. Tak, zdobyć to jest dobre słowo. Nie udawało mi się przez długi czas. Wreszcie w jakiejś zapyziałej bibliotece dorwałem to.
Ale to się rozpadało. Po prostu to był stos luźnych kartek. Właściwie usłyszałem od pani wypożyczającej, że ona nie wie, czy mi może to wypożyczyć. Postawcie się państwo w sytuacji człowieka, który przez długi czas szuka jakiejś pozycji, ma ją na wyciągnięcie ręki i ktoś mu mówi, że nie. Doszło do scen dramatycznych, przebłagalnych i tak dalej. Nie będę Państwu przybliżał szczegółów. W każdym bądź razie ja tę książkę zdobyłem i byłem nią oczarowany, ale muszę też sprzedać Państwu pewną historię, jak płytka bywa wyobraźnia. Przynajmniej moja. Otóż kiedy tam są sceny, gdzie te teleścianki stanowią część rodziny. Otóż ci widzowie stają się częścią tego przedstawienia, które jest prezentowane przez telewizję tamtejszą.
Co więcej, tam jest taki myk, że bohaterowie owych telenowel zwracają się do domowników ich imionami. Tam jest nawet opisany szczegół, że tam jest zmieniana pewna część, usta się odpowiednio układają i w danym domu zwracają się do domowników. Mnie się to wtedy wydawało absolutnie, że tu już przegiął pałkę autor. Proszę państwa, w dobie sztucznej inteligencji, dzięki której różni ludzie przemawiają do nas w różnych językach, okazuje się, że da się to zrobić. To po prostu moja wyobraźnia była gdzieś tak na przełomie lat 70. i 80. zbyt płytka, żeby to zaakceptować. Wojtku, jest jeszcze jedna książka, o której ze względów sentymentalnych chciałbym wspomnieć. To jest zbiór opowiadań, który ukazał się w latach 70. Nosił tytuł „Kajak Kosmos”.
Bradbury wydał dwa takie tomy. Jeden to było „S for Space”, a drugi „R for Rocket”. Ten drugi się nie ukazał w Polsce, ale ten „Kajak Kosmos” wiem, że w tych młodzieńczych latach on zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To niby są opowiadania dla młodzieży, takie lżejsze, spokojniejsze. To ja mam wrażenie, że literatura dla młodzieży kiedyś i literatura dla młodzieży dzisiaj to są dwie zupełnie inne literatury.
[01:09:36] - Tak, to się zgadzam. Bradbury można powiedzieć wielkim pisarzem był. Koniec i kropka. W Polsce istnieją trzy przekłady „451 stopni Fahrenheit.” Ten, na który polowałeś był już troszeczkę przestarzały. Ja do swojego wydania poprosiłem Iwonę Michałowską o nowy przekład i myślę, że bardzo dobrze to zrobiła. Teraz pojawił się przekład kolejny w wydawnictwie MAG, ale jak słyszałem troszeczkę poprawny politycznie. Ja jestem przeciwnikiem dokonywania zmian w myśl aktualnie panujących społecznych mechanizmów i powieść napisana w latach pięćdziesiątych powinna zostać przełożona dokładnie tak, jak wtedy uważano i pisano. No ale to tyle powiedzmy o Bradburym. Myślę, że trzeba byłoby się przenieść za ocean do Wielkiej Brytanii i zająć się kolejnym autorem na literę B, czyli Jamesem Grahamem Ballardem, który żył w latach 1930-2009. Ballard został uznany przez The Times na liście pięćdziesięciu największych pisarzy brytyjskich po czterdziestym piątym roku.
W Polsce na temat Ballarda napisała książkę Dominika Oranus. Ballard jest jednym z trzech autorów nowej fali brytyjskiej, która wniosła bardzo dużo nowego do fantastyki światowej. O Aldissie już wspomnieliśmy. O Moorcocku myślę, że przy literce M będzie należało wspomnieć. Ballard był pisarzem, który sięgał po fantastykę i sporo tej fantastyki napisał, ale pisał też powieści głównonurtowe. Jego autobiograficzna, z której jednak dosyć dokładnie wygumkował sceny, wątki autobiograficzne, ale wszyscy wiedzieli, że jest to historia, którą widział własnymi oczami. To jest „Imperium Słońca” sfilmowana przez Stevena Spielberga. Jest to opowieść o Szanghaju w czasie drugiej wojny światowej. Ballard jako dziecko znajdował się w Szanghaju w tamtym czasie. Ballard miał dosyć charakterystyczny i rozpoznawalny styl pisarski.
On nie każdemu czytelnikowi może pasować. Styl Ballarda trzeba po prostu polubić. Ale w języku angielskim nawet powstał przymiotnik „ballardian” na oznaczenie tego stylu przypominającego styl Ballarda, a opisującego w taki sposób antyutopijny człowieka wobec zmian technologicznych, społecznych, środowiskowych i tak dalej. On dopiero fantastykę zaczął pisać pod koniec lat pięćdziesiątych, kiedy znalazł się w piśmie New Worlds. Piśmie, które założył Michael Moorcock i które było taką awangardą fantastyki światowej brytyjskiej. Zajmował się wychowywaniem trójki swoich dzieci. Zmarła mu nagle w sześćdziesiątym czwartym żona, co bardzo mocno przeżył. Nigdy się potem już nie ożenił, mimo że Moorcock go poznał z Claire Walsh, która aż do śmierci była partnerką Ballarda. Zanim przejdziemy do opisów książek fantastycznych, dzisiaj myślę, nazwalibyśmy go troszeczkę performancem. Mianowicie jest to człowiek, który bardzo często wywoływał specjalnie, bo to było sterowane, specjalnie skandale.
Na przykład w latach siedemdziesiątych wywołał jeden z głośniejszych skandali w Wielkiej Brytanii, publikując „Atrocity Exhibition.” To jest zbiór nowel, chociaż niektórzy uważają, że jest to właściwie jedna większa całość. Książka ta, w której opisywał światowy establishment, okrucieństwo świata, gdzie umieścił wielu bohaterów znanych z pierwszych stron gazet. Książka została już wydrukowana, ale w drodze do księgarni zostały wszystkie egzemplarze zatrzymane i zostały zniszczone. Po prostu wydawca jednak poszedł po rozum do głowy i pomyślał, że po prostu nie wypłaci się i zbankrutuje w wyniku procesów, które by natychmiast nastąpiły. A drugim takim trochę skandalem była „Powieść kraksa”, którą napisał też w wyniku własnych przeżyć, bo miał dosyć ciężki wypadek samochodowy w siedemdziesiątym trzecim roku. I Ballard opisał tę „Powieść kraksa.” Zrobił zresztą wystawę rozbitych samochodów. Książka została sfilmowana. On tutaj opisał, jakby to powiedzieć, taki seksualny potencjał tych wypadków samochodowych. To brzmi naprawdę skandalicznie. Czyli po prostu śmierć, ból, okaleczenie w połączeniu z podnietą seksualną.
Była to powieść, która naprawdę mocno namieszała na rynku brytyjskim.
[01:14:12] - Ja jeszcze na chwilę wrócę do „Imperium Słońca”, bo to jest, tak jak powiedziałeś, książka z elementami biograficznymi, ale kiedy omawialiśmy ją jakiś czas temu z Wiktorem Żwikiewiczem, to doszliśmy do wniosku, że w niej są elementy, które mogą zaciekawić człowieka zainteresowanego fantastyką naukową. Otóż kiedy chłopak już po inwazji japońskiej udaje się na swoim rowerku do dzielnicy, która kiedyś była zajmowana przez białych ludzi, w każdym razie przez jego rodziców i innych ich znajomych, to mamy wrażenie, jakby on poruszał się po innej planecie. To jest tak napisane, jakbyśmy właśnie śledzili człowieka, który porusza się w niby znanym dla siebie środowisku, a jednak w jakimś stopniu obcym. Kto jest z państwa ciekawy, to radzę sięgnąć po tę książkę. Brak tam takiej fantastyki stricte, ale zdecydowanie polecam tę książkę. Natomiast ja z książką Ballarda po raz pierwszy zetknąłem się w latach osiemdziesiątych i to nie była książka właściwie fantastyczna, chociaż między innymi recenzja ukazała się w Fantastyce. To była książka „Wyspa” i do dzisiaj trwają spory, na ile jest tam tej fantastyki i czy ona w ogóle tam jest, a na ile jej nie ma. Ja myślę, że rzecz nie w tym, żeby się doszukiwać, ile tam jest fantastyki w fantastyce albo braku fantastyki, tylko w tym, żeby Poznać całe to uniwersum. To brzmi górnolotnie i bardzo obszernie. Natomiast mamy do czynienia z pewnym zamkniętym światem.
Nie powiem więcej, ale zamkniętym światem tu na Ziemi, ale światem do pewnego stopnia obcym, który trzeba znowu poznawać, eksplorować, w którym spotykają głównego bohatera, a nas za jego pośrednictwem również, przygody. To może złe słowo, przygody. Pewne zaskoczenia się pojawiają i to jest książka, która nie będąc książką stricte fantastyczną, jednak element baśniowości fantastyki ma w sobie zdecydowanie. Drugą książką był zbiór opowiadań, fenomenalny, zatytułowany „Ogród czasu”.
[01:16:45] - „Ogród czasu” to była dosyć legendarna książka opublikowana przez Wydawnictwo Literackie i w tymże zbiorze znalazło się kilka opowiadań, w tym głośny „Rzeźbiarze chmur”. Opowiadań należących do większego cyklu Ballarda „Sands of Vermillion”. Jest to cykl dosyć sugestywnych opowiadań, antyutopijnych często, gdzie on w popularny sposób opisywał różne formy sztuki przyszłości. „Sands of Vermillion” to jest nazwa miejscowości wypoczynkowej na pustyni, gdzie mieszkają sobie zapomniane gwiazdy, jacyś ekscentryczni artyści, a także kupcy. I każda z opowieści zajmuje się jakimiś egzotycznymi technologiami, poezją komponowaną przez komputery. Napisał to tak dawno temu, jeszcze nikt nie myślał o sztucznej inteligencji. Dzisiaj takie wiersze możemy na komputerze po prostu zlecić. Orchideę z operowymi głosami, fototropiczne płótna malarskie i tak dalej. To były bardzo ciekawe wizje i Bruce Sterling, jeden ze znanych autorów cyberpunku, uważał, że Ballard był wielkim inspiratorem rewolucji cyberpunkowej i myślę, że można byłoby się z tym zgodzić. Ballard w fantastyce w ogóle używał fantastyki jako jednego z elementów swojej twórczości.
On nie napisał chyba powieści, która byłaby generalnie stricte powieścią science fiction. Po prostu opisywał jakieś historie toczące się w bliskiej przyszłości. Brał jakiś element, który należałoby pokazać mocniej, zarysować mocniej. Na przykład „Witaj Ameryko” to jest taka powieść o kryzysie energetycznym. Powieść już też bardzo profetyczna, prawda? Bowiem eksperymenty na prądach oceanicznych, patrzcie państwo, dzisiaj mamy z tym do czynienia, bowiem Golfstrom wyraźnie słabnie i ma ochotę zmienić kierunek swojego biegu, co się zakończy bardzo źle dla Europy. I te eksperymenty na tych pływach w tej powieści doprowadzają do tego, że większa część Ameryki Północnej zamienia się w pustynię, a mieszkańcy USA muszą wyemigrować do Europy, która cofnęła się w tej książce technologicznie do XIX wieku i zaczęła racjonować żywność. Niby to jest fantastyka, ale jest to właściwie powieść obyczajowa. Z drugiej strony kolejna powieść, w której zmiany klimatyczne mają znaczenie, to „Zatopiony świat”. Wzrasta tak temperatura, że poziom mórz podnosi się.
Europę porasta tropikalna dżungla, a ludzie umykają na biegun, a ich miasta biorą w posiadanie gady, krokodyle i tak dalej. Więc taką fantastykę pisywał Ballard. Ty wspomniałeś o „Wyspie” Marku, ale jest jeszcze powieść „Wieżowiec”. Właściwie też tutaj trudno doszukać się elementów fantastycznych. Jest to historia londyńskiego wieżowca, samowystarczalna enklawa, w której żyją bogaci czy średniozamożni, a czasami nawet mniej zarabiający londyńczycy. I w tejże enklawie w krzywym zwierciadle odbijają się wszystkie problemy społeczne współczesne. Te trzy książki, które tylko wymieniłem, to są trzy wizje bardzo pesymistyczne. I Ballard był pisarzem, który nie miał nam nic wesołego do powiedzenia.
[01:20:06] - Zanim jeszcze przejdziemy do kolejnego autora, to przypomniałem sobie, że zupełnie nieświadomie troszeczkę państwa okłamałem. Otóż z twórczością Ballarda ja się zetknąłem w problemach. Wychodziło takie czasopismo, w którym były tak zwane kolorowe stronice, bo one na początku były żółte, później już miały inne kolory, były różowe, niebieskie, różne, ale tam pojawiły się opowiadania Ballarda. Ja trafiłem w latach 70. na opowiadanie „Ostatnia plaża”, „Terminal Beach” i ono mi się wydało takie mało fantastyczne albo mało fantastycznonaukowe, napisane charakterystycznym stylem Ballarda, który mi wtedy jako takiemu młodziakowi jednak nie podszedł. Ale kiedy pojawił się tom „Ogród czasu”, tam trafiłem na to opowiadanie i na wiele innych, to ten styl mi już bardziej odpowiadał. A w tym zbiorze są opowiadania bardzo różne, od takich bardzo SF-ów, na przykład o statku kosmicznym, nazwijmy pokoleniowym. Na ile on się okazał statkiem kosmicznym i pokoleniowym, to się państwo przekonacie czytając opowiadanie, ale na przykład jest fenomenalne opowiadanie o przeludnieniu Ziemi. Znakomite, może przesadzone, może nieco absurdalne. Ale bardzo dobrze oddający psychologię ludzi.
I takich opowiadań jest tam cała masa, bo to grube tomiszcze. Naprawdę bardzo grube, ale warte po pierwsze swojej ceny, bo dzisiaj to czasami są duże kwoty, żeby tamten tom zdobyć, a po pierwsze warte ceny, a po drugie naprawdę warte czasu, bo to sporo trzeba go poświęcić, żeby ów tom zgłębić. Wojtku, to mamy autorów na B jeszcze sporo, sporo. Który następny?
[01:22:05] - Myślę, że na zamknięcie dzisiejszego odcinka powiemy parę słów o Alfredzie Besterze. Bester żyjący w latach 1913-1987 był jednym z autorów złotego wieku amerykańskiej science fiction, ale autorem, który szedł obok głównych nurtów. Autorem, który pisał po prostu swoje, a do historii fantastyki, i to jest ciekawe, wszedł właściwie do tego panteonu gwiazd dzięki wyłącznie dwóm powieściom. Nie napisał ich więcej. Ma na koncie troszeczkę opowiadań, ale one przeszły bez echa. Ale te dwie powieści, o których za chwilę powiem, to były powieści, które do dzisiaj są wznawiane. Również są na rynku dzięki serii Rebisu. Ja je wydałem kilka lat wcześniej, a jeszcze wcześniej wydawał je Amber. Jedna z nich była drukowana w odcinkach w miesięczniku Fantastyka, więc są to książki, które powinny być non stop dostępne, dlatego, że te dwie powieści Bestera są książkami, dzięki którym łapie się bakcyla. Mówię o powieściach „Człowiek do przeróbki”, „The Demolished Man”, powieść, która zdobyła pierwszą w historii nagrodę Hugo w 1953 roku i powieść „Gwiazdy moim przeznaczeniem”, czasami zwaną „Hrabią Monte Christo w kosmosie.” Może najpierw o „Człowiek do przeróbki”, bo to była powieść chronologicznie pierwsza.
Ona opowiada o takim świecie, którym rządzą wszechpotężne korporacje. Powieść powstała w 1953 roku. Siedemdziesiąt lat później praktycznie już mamy te megakorporacje rządzące, a przynajmniej posiadające większość zasobów ludzkich, finansowych w swoich rękach. I te korporacje rządzą światem i całym systemem słonecznym. Do tych korporacji należą ludzie, polityka, niewyobrażalny majątek. I jest to opowieść o Benie Reichu, właścicielu korporacji Monarch, który chce, bo mu mało, jeszcze większą władzę. Ale na jego drodze stoi Carter Courtney i Reich postanawia go usunąć, tego swojego najgroźniejszego rywala. Problem w tym, że można zaplanować doskonałe morderstwo. Tylko jak to zrobić w świecie esperów, czyli telepatów? Otóż policja natychmiast wie o każdym planie zabójstwa czy przestępstwa.
Wszystko jest przez nich, przez tych jasnowidzów i telepatów przewidziane. Każda jednostka społeczna natychmiast wędruje do tak zwanej przeróbki. Ale ten Ben Reich ma tyle majątku, wdzięku, intelektu, że potrafi wykonać i zaplanować morderstwo doskonałe w świecie telepatów. W jaki sposób udaje mu się oszukać telepatów? Będziecie musieli państwo przekonać się, czytając tę książkę. Z kolei „Gwiazdy moim przeznaczeniem” to jest już dosyć odległa przyszłość. Człowiek tam opanował Układ Słoneczny. Posiadł też umiejętność teleportacji z miejsca na miejsce. O ile zna bardzo dobrze koordynaty miejsca docelowego. One muszą mu się wyryć w umysł i można się teleportować wyłącznie po obszarze Ziemi.
Oczywiście do czasu. O tym jest między innymi ta powieść. I nikomu się nie udaje teleportować przez kosmiczną pustkę. Tę umiejętność, ona w książce Bestera nazywa się „huntować” z hiszpańskiego. Często tłumaczy się to jako „jaunting”. W każdym razie chodzi o teleportację. I dlaczego jest to powieść, którą możemy nazwać Monte Christo? Bowiem jest to powieść o zemście. Mianowicie główny bohater, to są pierwsze sceny książki. Człowiek szary, ani inteligentny, ani ambitny, po prostu zwykły pracownik na statku kosmicznym, który uległ katastrofie.
Jest ostatnim żyjącym rozbitkiem w tym wraku, który gdzieś tam powoli niknie przez pustkę kosmiczną. I ten Foil nie wie, jak wezwać pomoc i jak się uratować. I widzi przez bulaj, że obok tego jego wraku przemieszcza się inny statek kosmiczny. Próbuje na wszelkie możliwe sposoby dać sygnał, że jest tutaj żywy. Wie, że ten statek ten sygnał jego odebrał, ale statek odlatuje i nie jest zainteresowany udzieleniem mu pomocy. I to ten właśnie przypadek tego zwykłego obywatela, pana Foila zmienia nie do poznania. Ten człowiek żyje od tej chwili zemstą. Chce się po prostu na wszystkich, na właścicielach, na pilotach, na wszystkich, którzy byli w tym statku, który go nie uratował, zemścić. I zamienia się po prostu w nadczłowieka zdolnego do zupełnie nieprawdopodobnych czynów. Ta powieść zawiera tak dużo różnych pomysłów fantastycznych, że mógłby Bester chyba obdzielić co najmniej kilku autorów i kilkanaście powieści, bo od momentu tego pierwszego rozdziału powieść nabiera takiego tempa, że znam sporo czytelników, którzy jak usiedli do „Gwiazdy moim przeznaczeniem”, to już po prostu czytali, nie wstając z fotela aż do ostatniej stronicy.
[01:27:26] - W dodatku główny bohater ma w sobie coś z tygrysa. To mówię tak przez ogródki, ale naprawdę jest tak, że jak się na niego spojrzy, to widzi się tygrysa. Dlaczego? No to musicie państwo ... rzecz sprawdzić. Ja za chwilę jeszcze powiem o pewnej scenie, o której już Wojtek mówił, czyli tej scenie z początku, ale wiem, że jeszcze chcesz coś powiedzieć.
[01:27:53] - Okładki polskich książek pokazują głównego bohatera jako tygrysa. Ze względu na tatuaż nie możemy zdradzić, bo nie zdradzamy reszty książki, a wydanie amerykańskie nazywało się „Gwiazdy moim przeznaczeniem”, a brytyjskie „Tiger, tiger”, czyli „Tygrys, tygrys”, zdradzając pewne elementy, a szkoda. Ale nadal to pozostaje jedną z najwybitniejszych książek do złapania bakcyla do fantastyki. Ja bardzo polecam.
[01:28:22] - A ta scena, o której chciałem państwu opowiedzieć, o której wspominał już Wojtek. On jest ostatnią żyjącą osobą na rozbitym statku kosmicznym i żyje w jakimś schowku na szczotki, na małej przestrzeni. Co jakiś czas wybiera się w bezdechową podróż po kolejną butlę z tlenem. Czepia się życia za wszelką cenę. To trwa bardzo długo i każda wyprawa po butlę z tlenem to mogą być ostatnie minuty jego życia. A jednak uparcie trzyma się tego życia, chce żyć i poświęca się wbrew logice. Być może niektórzy ludzie doszliby do wniosku: „To nie ma sensu, i tak już nie przeżyję.” A on uparcie do ostatniego oddechu trzyma się tego życia. To był ten moment w książce, który niesłychanie mi zaimponował. Drugi to oczywiście motyw zemsty, o którym wspominał Wojtek. On jest tutaj mocno podkręcony, ale bardzo prawdopodobny i wynika troszeczkę z konstrukcji.
Nie chcę udawać, że się znam na psychologii, ale takiej psychologicznej konstrukcji bohatera. Jest wiarygodny. Wiecie państwo, to jest tak, że pisarze science fiction bardzo często mają świetne pomysły, ale czasami z psychologią bywa różnie. Ja myślę, że akurat w książce „Gwiazdy moim przeznaczeniem” ta psychologia, przynajmniej w przypadku głównego bohatera, zagrała bardzo dobrze. A te pierwsze sceny z książki naprawdę państwu bardzo polecam, bo te dramatyczne wyprawy po tlen, po jeszcze jeden dzień życia, jeszcze kilka godzin życia, to jest poruszające. Cóż, Wojtku, myślę, że na dzisiaj literę B mamy zakończoną i bardzo serdecznie zapraszamy na część drugą, w której kolejnych autorów na literę B z całą pewnością nie zabraknie.
[01:30:36] - Tak, nie zabraknie. A ja czytelnikom, słuchaczom podcastu życzę takiej samej wytrwałości jak bohater „Gwiazdy moim przeznaczeniem” w szukaniu dobrych książek. I oby nie skończyło się zemstą na autorach podcastu, bo im coś złego poleciliśmy. Dziękuję i do następnego razu.
[01:30:53] - Do usłyszenia. Proszę państwa, było o science fiction i o tuzach science fiction. Teraz czas na Filmotekarium. Będzie horror zapodany państwu. Horror nosi tytuł „Omen: Początek”. Troszkę się dzisiaj z Piotrem będziemy spierać, będziemy się nie zgadzać ze sobą. O co chodzi? Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:31:33] - Dzień dobry wieczór, witam.
[01:31:35] - Musiałbym teraz zagrać odpowiednio scenę, odpowiednio głęboko westchnąć, ale już tego państwu oszczędzę. Załóżmy, że właśnie w tej chwili głęboko i żałośnie westchnąłem. Bo proszę państwa, dzisiaj będziemy mówili o filmie, który mniej więcej zaczyna się tak: pewna młoda Amerykanka przybywa do Włoch, do Rzymu konkretnie, aby rozpocząć życie dla Kościoła, stać się zakonnicą. Ten klasztor jakiś taki dziwny jest. I jeżeli w tym momencie macie państwo poczucie, że my całkiem niedawno o takim filmie już mówiliśmy, że dzisiaj pomyłka nastąpiła, że się nam coś pozajączkowało, to spieszę poinformować państwa, że nie, nic nam się nie pomyliło. My dzisiaj mówimy o filmie „Omen: Początek”, produkcji, która się pojawiła na ekranach kin w tym roku. A to uczucie, które państwo mają, też nie wzięło się znikąd, bo rzeczywiście całkiem niedawno o takim filmie, który się mniej więcej tak zaczyna, żeby się tylko zaczynał tak, on się nawet toczy bardzo podobnie, też już mówiliśmy. Przypadek? Nie sądzę, że tak sobie zagaję.
[01:33:04] - A ja powiem tak: mnie się podobał „Omen: Początek”, ale w konfrontacji z „Niempokalaną”, o której tutaj wspomniałeś, coś jest nie tak. W tych dwóch filmach tkwi jakaś tajemnica, bo one są do siebie podobne niesamowicie. Tu się stało coś brzydkiego, ale o tym za chwilę coś powiemy. A dzisiaj rozmawiamy o „Omenie”, szóstym filmie z tej serii nieco przykurzonej i zapomnianej. Tak mnie się przynajmniej wydaje, chociaż nie bez przyczyny mi się tak wydaje, bo tak naprawdę wszystkie „Omeny” powstały dawno. Ten ostatni powstał prawie 20 lat temu. To był remake tego pierwszego. Natomiast dzisiaj mamy do czynienia z prequelem do pierwszego odcinka serii. Powiem ci Marku, z prequelami albo nowymi odsłonami starych serii jest bardzo różnie. To jest ogólnie duże ryzyko, moim zdaniem, ze strony twórców, bo nie zawsze się trafi w masowe gusta.
Przykładów i powodów jest wiele, dlaczego się nie trafi w masowe gusta. Po pierwsze, jeżeli się bierzemy za stary film, a "Omen" jest starym filmem, to zawsze ryzykujemy, że dokonujemy zamachu na dzieło kultowe. Ono się nie spodoba tym, którzy są fanami oryginału. Druga kwestia jest taka, że jeżeli film jest stary, to młodzi widzowie go kojarzą jako coś, co trąci myszką. Robienie prequela do czegoś, co już trąci myszką, też jest trochę dziwne. Ja tylko powiem tak: nosiliśmy się w Filmotekarium, w tej serii, która powoli dobiega końca, z takim cyklem pod tytułem "Zmierzch wielkich serii". W sumie nie wiem, czy "Omen" tu zaliczyć. Chyba jeszcze nie. Natomiast takim przykładem na zmierzch wielkich serii jest to, co się stało z "Predatorem", z "Parkiem jurajskim" i z "Hellraiserem" na przykład. Natomiast "Omen", ten ostatni, czyli ten, o którym dzisiaj mówimy, ostatni, a tak naprawdę pierwszy w kolejności, moim zdaniem jest okej.
Dlaczego? Powiem ci tak: po pierwsze zrobiono coś, co jest sztuką, nawet nie znając pierwszego filmu, nie mając o nim absolutnie żadnego pojęcia, nie mówiąc już o kolejnych częściach, można to obejrzeć i można mieć całkiem dobrą zabawę. Tylko że trzeba nie oglądać wcześniej "Niepokalanej" i trzeba być mocno otwartym na świat horroru. Ale jak ja zwykle tutaj krytykuję i utyskuję i w ogóle sarkam na różnego rodzaju produkcje, które się wiążą z Kościołem, tak w tym przypadku ja to obejrzałem bez ciarek żenady. Nie wiem, jak było z tobą, a sądzę, że było zupełnie inaczej.
[01:36:16] - Było zupełnie inaczej. Nie wiem, czy to była kwestia niskiego ciśnienia. Wiecie państwo, burze się przetaczają przez Polskę i tym podobne zjawiska atmosferyczne, ale ja na tym filmie przede wszystkim ze cztery razy zasnąłem po prostu. Mnie ta poetyka w ogóle nie rusza. Naprawdę grozy dla mnie w tym filmie było bardzo mało, żeby już nie być obrazowym zbyt mocno. To było dla mnie coś, co nawet nie wiem, czy gdybym wcześniej nie oglądał "Niepokalanej", to ja bym się lepiej bawił. Obawiam się, że nie, bo być może na tym wszystkim zaważyło to, że "Omen" to był film mojego późnego dzieciństwa. Film, którego się bałem, który sobie opowiadałem z kolegami na obozie wędrownym. I było strasznie. I ten film się jakoś toczył.
Powiem ci tak: przy "Omenie: Początku" oryginalny "Omen" z lat 70. miał brawurową akcję. Po prostu działo się tyle, działo się groźnie jak na tamte czasy. Dla mnie "Omen: Początek" to jest taka produkcja, nic dziwnego, że wpędziła mnie w senność, ponieważ ona chyba nie mogła się do końca, owa produkcja, tak bezosobowo pojedźmy, zdecydować, czy ona chce być bardziej filmem artystycznym, czy może chce być filmem nawiązującym, być rzeczywiście prequelem. Co zresztą podkreśla, bo się nagle zdjęcie Gregory Pecka pojawia. To ambasador amerykański w Rzymie. Czyli nawiązujemy wprost do tego filmu. Mówimy widzom: "Patrzcie, my wam przedstawiamy, co się działo, zanim ten Gregory Peck w 76. roku, czyli ambasador amerykański, pojawił się i adoptował". Tam bardziej skomplikowana historia.
Zamożny dyplomata, jego dziecko oryginalne umiera w czasie porodu, to tak nieoficjalnie bierze sobie inne dziecko, którego matka zmarła. To przedstawiam początek filmu "Omen". W każdym razie okej, to wszystko jest do akceptacji. Skoro ten prequel się dokładnie powołuje: "Tu, patrzcie, my o tym będziemy opowiadać". Tylko moim zdaniem współczesny film, który ma odsłonę w tym roku, jest opowiedziany mniej dynamicznie, mniej wciągająco z mojego punktu widzenia. Bo ja, wiecie państwo, jestem prymitywnym oglądaczem filmów, który oczekuje po filmie akcji. Jeśli artyzmu, to specyficznie, ale łączenie akcji i artyzmu to bywa często dosyć karkołomne, więc przede wszystkim oczekuję akcji, oczekuję ciekawej historii i to jest dla mnie najważniejsze. I jeżeli film sprzed 50 lat jest pod tym względem bardziej atrakcyjny niż to, co dostaję na bieżąco, to też jest chyba coś nie w porządku. Bo może ten film, ten prequel, "Omen: Początek" ma szereg wspaniałych zalet polegających na tym, że opowiada nam, co się działo wcześniej, skąd w ogóle ten satan się pojawił. Ale ta historia ma to do siebie, że mnie nie wciągnęła.
[01:40:07] - Mi się podobało. Film w dużym skrócie skupia się wokół historii siostry Margaret, młodej Amerykanki, która przybywa do klasztoru w Rzymie, aby pełnić tam misję opieki nad dziećmi. Aklimatyzuje się dość szybko, jednak trafia na szczególną podopieczną, z którą, jak się okaże pod koniec, łączy ją bardzo dużo, ale tu już nie będę mówił co. W międzyczasie poznaje księdza Brennana, wyklętego, którego bardzo interesuje ten sierociniec i właśnie ta dziewczyna wspomniana podopieczna. Akcja się toczy wokół tajemnego planu pewnej tajnej organizacji, która chce, i tutaj chyba nie można tego ukryć, bo jeżeli ktoś oglądał oryginalny "Omen" albo remake, to wie, stworzyć antychrysta. Film się wokół tego kręci. Szczegóły pominiemy, żeby was już nie zniechęcać dodatkowo. Ja tylko chcę dodać jedną rzecz, która uzasadnia moje pozytywne podejście do tego filmu. Otóż tak, ja horrory spożywam co tydzień, spożywam praktycznie każdą nowość od kilku lat. One mi się już trochę nawet mieszają, niektóre zapominam, natomiast pamiętam kanwy, pamiętam wzorce.
Był czas, może źle powiedziałem, że był, ten czas cały czas jest, kiedy filmy o demonach święciły triumfy, ale był rzeczywiście okres, kiedy one były bardziej popularne i temat eksploatowano raz źle, raz dobrze. Mieliśmy filmy typu "Sinister", gdzie to jako tako wyglądało. Mieliśmy "Pamiętnik egzorcysty", który też był jako taki, ale były też takie filmy z demonami, które absolutnie o kant D można było potłuc. I muszę powiedzieć, że te filmy z demonami cielesnymi stały się nudne i przewidywalne. Natomiast "Omen: Początek", chociaż jest takim odgrzewanym kotletem, jakby nie było, dla niektórych może być nudny, to jego się dobrze ogląda. Te istniejące mankamenty, jakie by one nie były, nie przysłaniają całokształtu i nie ma ciarek żenady, jak w przypadku "Zakonnicy", jak w przypadku "Niepokalanej". Zachowany jest pewien balans, który pozwala traktować ten film w miarę poważnie. Czyli my widzimy, że się dzieje pewna historia, ale nie mamy też takiego wrażenia od samego początku, że to jest taki cringe, taka żenada, że nam się już nie chce, bo scenarzyści i twórcy nam puścili tyle razy oko, że już mamy dość. Nie, gdyby nie pewne wątki, gdyby nie pewne próby, o tym zaraz powiem, o co mi chodzi, to naprawdę byłoby całkiem znośne. Tylko że jest pewien zasadniczy problem z "Omenem", który pewnie zaważy na jego ocenie w oczach i uszach i umysłach wielu osób.
Wspomniane podobieństwo do "Niepokalanej". Na samym początku powiedziałeś, że mamy wrażenie, że ten film jakbyśmy już widzieli albo o nim słyszeli. I tak jest. To jest o tyle podejrzane, że na samym wstępie nam się rodzi pytanie, kto się kim inspirował. Te dwa filmy o podobnym scenariuszu, o podobnych nawet niektórych scenach trafiły do kin w jednym czasie chyba albo w bardzo krótkim odstępie. I się automatycznie rodzi pytanie, kto z kogo zrzynał, ewentualnie kto się kim inspirował. Tutaj te podobieństwa się nie tylko ograniczają do tego, że mamy podobną główną bohaterkę, podobne środowisko, w jakim ona się obraca, nawet mamy niektóre podobne postaci drugo- czy trzecioplanowe, ale żeby było jeszcze śmieszniej i bardziej podejrzanie, to nie wiem, czy wychwyciłeś, ale tam mamy nawet podobne sceny.
[01:44:31] - Dokładnie.
[01:44:32] - I to już rodzi pytanie, co się tam stało. Bo "Niepokalana" była filmem głupim, dużo gorszym według mnie, mniej udanym, tylko że takim samym. Dlaczego? Nie wiem. Puścimy tutaj nasze wodze fantazji. Nie wiem, czy fantazji. Postaramy się wydedukować może. Wydaje się mało prawdopodobne, by twórcy wpadli na te same pomysły. Być może po prostu w tym środowisku filmowym poszły plotki, że jest nowy "Omen" i komuś się tak spodobała kanwa, że postanowił stworzyć "Niepokalaną". Ewentualnie doszło do jakiegoś konfliktu pomiędzy producentami a scenarzystami, którzy postanowili po prostu dokonać wolty czy jakiejś zdrady i w ten sposób mieliśmy dwa filmy.
Nie wiem. Natomiast one są podobne. Tego się nie da ukryć. O tym pisze internet. Zastanawiają się ludzie, co się stało. To nie jest zbieg okoliczności, tylko że "Niepokalana" nie czuje ducha horroru. Jest filmem gorszym zarówno pod względem artystycznym, ale też po prostu takim logicznym. Ja mam tutaj takie wrażenie, nie wiem, czy się Marku zgodzisz, bo "Omen" opowiada pewną historię, która formalnie się klei. Ona jest elementem pewnej Pewnego tak naprawdę uniwersum, tak zwanego franczyzu, jak to mówią Amerykanie. Natomiast "Niepokalana" jest filmem, który wyskakuje nagle.
Drogą dedukcji idąc możemy dojść do wniosku, że to "Niepokalana" kopiowała z "Omenu", a nie na odwrót. Chyba że, nie wiem. Naprawdę jest to podejrzane i szczerze ci powiem, że to jest gwóźdź do trumny jednego i drugiego filmu, jeżeli chodzi o ewentualną popularność, ewentualne zapamiętanie go po prostu przez widza. Ale gdybym miał być szczery, gdyby ktoś jeszcze nie widział ani jednego, ani drugiego, to bez kozery mówię, że "Omen" jest bez porównania lepszy.
[01:46:43] - Wiesz Piotrze co, ja jednak mam do filmu, który dzisiaj omawiamy spore pretensje, bo on jest do bólu przewidywalny. Idziemy w kierunku pewnego rozwiązania, o którym wiemy, że musi nastąpić. I przypomniał mi się taki film. Niestety wrodzona skleroza do tytułów nie pozwala mi sobie przypomnieć filmu, ale krótko go opiszę. Dziewczynka, która udaje młodszą niż jest, bo jest starsza. Ona pochodzi gdzieś chyba z Estonii i pojawia się w rodzinie w Stanach Zjednoczonych, po czym tę rodzinę po części wymordowuje. I do tego filmu dostaliśmy prequel. I ten prequel był ciekawy. Pomijam wartości tego filmu. Dlaczego był ciekawy?
Ponieważ był nieoczywisty. Niby wiemy, czego się spodziewać, że ona musi trafić do tej rodziny kiedyś tam, ale ten prequel był zrobiony w taki sposób, że czekaliśmy, co będzie dalej. Bo jedyną rzeczą, o której wiedzieliśmy, że ta dziewczynka przeżyje, ale co się stanie, nie było wiadomo. I tak się moim zdaniem kręci prequele. Czyli owszem, dajemy film, który nawiązuje do czegoś, co już jest, ale robimy ten prequel tak, że widzowie patrzą na film i mówią sobie: „Co będzie dalej?” Nie było ani jednej chwili, kiedy bym sobie zadał podobne pytanie przy okazji filmu, który omawiamy dzisiaj. "Omen: Początek" to jest film od początku do końca przewidywalny. Urodzi? Urodzi w końcu. Owszem, jedynej rzeczy, której nie wiemy, co się stanie dalej. Ale ponieważ mamy podaną informację, że to "Omen", to szybko kojarzymy, o co tak naprawdę chodzi.
W związku z tym ja się wcale nie zdziwię, kiedy ludzie po prostu odmówią współpracy z tym filmem, bo tak się rzeczywiście złożyło i pewno nie dojdziemy przyczyn, dlaczego te filmy są tak podobne, czyli "Niepokalana" i "Omen: Początek". Kto kogo zżynał, ciął, nie wiem. Natomiast co z tego, kiedy i tak dostajemy widowisko do bólu przewidywalne, które nas nie zaskakuje. Ja nie czułem się zaskoczony ani razu. To pytanie, a może sobie darować po prostu obejrzenie tego filmu? Motywacje oglądania horroru mogą być różne. Albo się chcemy przestraszyć, to życzę powodzenia. Ja się tu nie czułem przestraszony specjalnie. Sam fakt, że zasypiałem i to nie raz, świadczy o tym, że poziom napięcia był średni, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Dobra, są też ludzie, którzy oglądają horrory po to, żeby się zniesmaczyć.
Dużo krwi, dużo bebechów, dużo wszystkiego tam lata i niektórzy to lubią, tego rodzaju klimaty. Ja wiem, widziałem już bardziej krwawe sceny i bardziej poruszające. Dobra, jest jeszcze horror, który nas epatuje pewną tajemnicą, mrocznością i tak dalej. Czy film "Omen: Początek" jest naprawdę mroczny? Nie wystarczy powiedzieć, że jest klasztor i tam się różne niecne rzeczy dzieją w tym klasztorze. Nie wystarczy. W związku z tym dzisiaj pozostaniemy niepogodzeni, Piotrze. Ja tego filmu nie trawię. Po prostu nie wiem, po co powstał. Po to, żeby zepsuć, wdeptać w ziemię już tak ostatecznie fajną historię z lat 70.
pierwotnego "Omena". Ja nie mówię o kontynuacjach, bo później był "Omen 2", "Omen 3", "Omen 4". Co kto lubi, ale "Omen" pierwszy był jeszcze w porządku. Nie, to trzeba było mu dorobić prequel. Nie widzę powodu.
[01:50:58] - To znaczy, ja ci powiem tak: ja wspomniałem przed chwilą, że się wydaje, iż "Niepokalana" korzystała, opierała się o "Omen: Początek", ale jeżeli to oglądamy uważnie, to jak spałeś, to chyba nie wiesz. Ale wiesz, co mi przychodzi do głowy teraz? Że wcale to nie jest takie do końca rozstrzygnięte. Co prawda "Omen" się doczepił do serii, która jest starsza, ale zobacz jedną rzecz. Przecież sceny, które nam pokazują centralną postać, nie chodzi o dziecko, tylko chodzi o demona, które nam pokazują centralną postać w "Omenie: Początku" są nakręcone strasznie paskudnie i źle. To nie pasuje do filmu. To jest jak kwiatek do kożucha. I ja mam takie wrażenie, że tam się między "Omenem" a "Niepokalaną", między twórcami tego filmu coś odpierdzieliło takiego, o czym oni nie chcą mówić. I pewnie o tym nie powiedzą. Oni się nawzajem pogrążyli.
I jak sobie tak myślę, to nie jestem w stanie powiedzieć, kto tam zawinił na dobrą sprawę, bo jednak są poszlaki w przypadku "Omenu", które wskazują, że może oni się po prostu wybierając lepszą strategię podczepili pod film i to wygląda na to, że z nich zrzynano. Ale i tak podtrzymuję wniosek, że to się dobrze ogląda. To można obejrzeć, nie będziemy zawiedzeni. To nie jest festiwal żenady, jak w przypadku filmów typu "Zakonnica" albo "Egzorcysta papieża". To się nawet trzyma pewnej kupy jako opowieść, zachowuje pozory realizmu. Jeżeli chodzi o mroczność i o tą sferę, o której mówiłeś, to trochę kuleje. Ten film nie jest aż tak mroczny. On nas nie przestraszy tak, jak nas przestraszały tego typu horrory właśnie wtedy, jak byliśmy dziećmi, jak byliśmy młodzi czy kiedy one powstawały. Ja nie pamiętam, kiedy wyszedł "Omen", ale on robił duże wrażenie. Pamiętam, jak byłem młodszy, ale teraz nie, absolutnie.
Tak jakbyś trzeci raz zaparzył tą samą torebkę herbaty. Nie wiem, dlaczego twórcy horrorów nie są w stanie nadać takiej wartości, takiej mroczności tym nowym produkcjom. To jest interesujące. Jeżeli próbują to robić, to robią to zazwyczaj poprzez efekty specjalne. Tutaj na szczęście sobie to darowano i jako tako to wygląda, bo gdyby jeszcze dodali efekty specjalne, to by w ogóle było nie do oglądania. Natomiast taki główny mankament, jakbym miał powiedzieć, oprócz tej powtarzalności, sztampowości, podobieństwa do "Niepokalanej", to jest też to, że "Omen: Początek" jest przeciągnięty. Tam jest bardzo wiele scen, które są niepotrzebne, które kiedy oglądamy, to sobie zadajemy pytanie: dobrze, ale po co to trwa tak długo? Po co ona tak długo krzyczy na przykład? Po co tak się długo ubiera? Po co tak długo gada?
I tych scen dodano naprawdę dużo. Chyba tylko po to, żeby ten film trwał te dwie godziny. Ale powtarzam, jest to dużo lepsze od "Niepokalanej", ma większe wartości artystyczne, walory artystyczne, także pod względem aktorskim wypada "Omen" dużo lepiej. No i cóż, bardziej się klei przede wszystkim. Minusem jest to przeciągnięcie, ale można to wybaczyć. Jakiekolwiek, moim zdaniem, mankamenty by tego "Omenu" nie były, to i tak nie jest to najgorszy film. Ja mam świadomość tego, Marku, że on zostanie zapomniany. Tylko jeszcze jedno pytanie się rodzi, jeszcze jedna kwestia pozostaje. Czy fakt, że dostaliśmy prequel prawie 20 lat po remake'u, świadczy o tym, że możemy się teraz spodziewać kolejnego remake'u? Jeżeli tak, to by usprawiedliwiało, albo inaczej, to by nam mówiło, że to jednak "Niepokalana" zrzynała, bo "Omen" miał powstać i powstał.
Czyli jeżeli ten remake się pojawi, to twórcy będą mieli jakieś alibi. Ale moim zdaniem "Omen: Początek" nie odniesie dużego sukcesu i nie pozwoli na to, żeby restartować to uniwersum. Także szkoda. Kupa kasy poszła nie wiadomo gdzie. Na szczęście ma to pewne walory, ma pewną wartość. Film nas absolutnie nie zaskakuje, ale jest znośny. To się moim zdaniem da oglądać. Omawialiśmy dużo gorsze rzeczy.
[01:56:08] - No to ja muszę jeszcze z jedną teorią wyskoczyć. Najpierw jeszcze małe sprostowanie, Piotrze. To, że ja zasypiałem na tym filmie, to ja jednak cofam wówczas film i od momentu, kiedy coś jeszcze pamiętam, oglądam dalej, więc ja mam ten film obcykany całkiem nieźle.
[01:56:26] - Ja tutaj nie mam do ciebie żadnych zastrzeżeń. Pamiętasz, jak opowiadaliśmy o filmie Cronenberga, chyba "Zbrodni w przyszłości"? Ja się tam bez bicia przyznałem, że ja go oglądałem prawie dwa tygodnie.
[01:56:38] - To się zdarza, ale moja szalona teoria przyszła mi do głowy, kiedy opowiadałeś to, co mówiłeś przed chwilą o tych zależnościach i czy będzie kontynuacja, czy nie. Moim zdaniem remake'u nie będzie. Dlaczego? Dlatego, że się właśnie pojawia zdjęcie Gregory Pecka z tego filmu z lat 70. Czyli ten "Omen: Początek" nawiązuje wprost do tamtego filmu. Nie ma miejsca na kręcenie remake'u, bo Gregory Peck w nim już nie zagra, a więc to byłby taki strzał w kolano. Ale przyszła mi do głowy absolutnie odlotowa, wręcz spiskowa teoria, że być może twórcy filmu doszli do wniosku, że kręcą właśnie coś niemal identycznego jak "Pokalana". Być może to był przypadek, a być może ktoś z kogoś zrzynał. Nawet nie chcę dochodzić kto. I ktoś, może ekipa była bardziej rozbudowana, może zarabiali więcej pieniędzy i doszedł do wniosku, że trzeba by ten film jakoś wybronić.
I może wtedy pojawiło się zdjęcie Gregory Pecka. Bo zauważ, że to jest tak, że film się toczy i on by się mógł toczyć w zupełnie dowolną stronę. Nie musiałby się nazywać nawet "Omen". Ale w pewnym momencie ukierunkowanie na "Omen" jest takie właśnie, że to jest "Ambasador", że może tu podrzućmy, bo coś się uda i tak dalej. I dostajemy opowieść, która robi wiraż, robi zakręt dopiero w pewnym momencie. I przyszło mi do głowy, że może po prostu ktoś zaniepokojony tym, jak podobne są te filmy, i nie wnikam, z czyjej winy były podobne, kto komu co ukradł albo co podpatrzył. Tylko ktoś w tej, powiedzmy, lepiej opłacanej ekipie, a zakładam, że "Omen" to ta lepiej opłacana ekipa, doszedł do wniosku, że nie można zrobić aż takiej siary. Zrobimy mniejszą siarę. Po prostu zrobimy tutaj wprost nawiązanie do tego starego filmu. I czy to coś wyjaśnia albo czy coś usprawiedliwia?
Nie, nic nie wyjaśnia i nic nie usprawiedliwia. Jest to po prostu teoria spiskowa, dobra jak każda inna. No i cóż ja państwu powiem? Piotr jest tym filmem usatysfakcjonowany, a w każdym razie nie wdeptuje go w ziemię. Ja mam ochotę, ale nawet ochoty, żeby go wdeptywać w ziemię nie mam, bo ja jestem jedną z tych osób, która na pewno dosyć szybko o tym filmie zapomni.
[01:59:27] - Zobacz jeszcze jedną rzecz. Gdyby na przykład ci twórcy "Niepokalanej" i "Omenu" zorientowali się, że robimy coś podobnego, to mogliby zrezygnować z przenoszenia akcji do Włoch. Tymczasem akcja w "Omenie" jest przeniesiona do Włoch, dlatego, że mamy potem naturalną kontynuację, że jest "Ambasador" i tak dalej. Także wiele wątków jednak, jak sobie prześledzimy, wskazuje na to, że to jednak "Niepokalana" zżynała. Po co? Nie wiem.
[02:00:01] - Ale jak sobie, Piotrze, przypomnę tę łzawą historię, bo tam, przypomnę państwu, grała całkiem rozpoznawalna aktorka w "Niepokalanej" i tam do tego filmu była dołączona cała łzawa historia, jak to ona stała się producentką, jak ona od lat chciała tę "Niepokalaną" nakręcić. Nie wiem, czy sobie, Piotrze, to przypominasz, bo po prostu miałem się wzruszyć, przy tym się słabo wzruszyłem. No więc cała historia była, jak ona już od lat chciała tę "Niepokalaną" nakręcić, to aż tacy są dobrzy, że aż takie potrafią historie układać tak sobie a muzom, żeby usprawiedliwić istnienie filmu? To czapki z głów, proszę państwa, bo powstają nie tylko filmy, ale też gotowe historie opowieści do tych filmów.
[02:00:53] - Ja przypomnę tylko, że to była Sydney Sweeney, aktorka słynąca z walorów różnych. I powiem ci, że ja tam wyczytałem na przykład, że ona jest w ogóle osobą bardzo wierzącą, dlatego postanowiła wyprodukować film, który mówi o tym, jak sklonować Jezusa z materiału biologicznego. I to jest naprawdę coś, co idzie w parze z takim ortodoksyjnym amerykańskim protestantyzmem. Nie, ja tutaj nie chcę się naśmiewać w żaden sposób. "Niepokalana" była filmem nieudanym, moim zdaniem absolutnie do zapomnienia. "Omen" da się oglądać. Arcydzieło to nie jest, ale da się. Pytanie, tak na koniec, gdzie pójdą może te horrory z demonami w roli głównej? Bo chyba dużo już pokazano. Nie wiem, czy jest nas w stanie coś zaskoczyć.
Były też takie filmy, których żeśmy w Filmotekarium nie omawiali, bo były po prostu starsze. Miały premierę wcześniej niż się zaczęła audycja. Był to między innymi "Sinister" jeden i dwa, wspomniany "Pamiętnik egzorcysty". Mieliśmy też ostatnio odsłane "Paranormal Activity", gdzie też mieliśmy demona. Także jak ktoś jest zainteresowany tematem, to widzi. Tylko że tak: cały czas podtrzymuję swój wniosek. Na tyle filmów, które powstało, na tak ześwechtany temat, naprawdę "Omen" wyszedł. Da się to obejrzeć.
[02:02:35] - To ja jednak muszę powiedzieć, że więcej napięcia będziecie mieli państwo, jak sobie obejrzycie odcinek "Szpitala w Leśnej Górze", czy jak się to tam nazywa, bo to jest naprawdę zero napięcia w tym filmie. Naprawdę zero napięcia. I już. Ja zapominam o tym filmie, a państwo najpierw obejrzyjcie, a później zapomnijcie. To jedyne, co mogę doradzić. Albo obejrzyjcie moją metodą: trzy drzemki w trakcie załatwiają sprawę. Da się to obejrzeć wtedy. Proszę państwa, tydzień temu była "Akademia pana Kleksa". "Akademia" była w różnych wydaniach, w wydaniu z 1983 roku, w wydaniu całkiem nowym, tym z zeszłego roku, ale była też Eviva. Eviva, czyli Luiza Dobrzyńska opowiedziała o książce "Akademia pana Kleksa".
A dzisiaj zapraszam państwa na omówienie drugiej części, "Podróży pana Kleksa". Głos oddajemy zatem Evivie.
[02:04:11] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Poprzednim razem omawiałam na państwa użytek „Akademię Pana Kleksa”, czyli prawdziwą klasykę polskiego fantasy. Jak pamiętają ci, którzy słuchali tej audycji, pan Kleks nie uważał się wcale za magika ani za czarodzieja. Wręcz przeciwnie, bardzo się oburzał, gdy go tak nazywano. Uważał bowiem, że jest wynalazcą, naukowcem, a poza tym zna się trochę na bajkach. W drugiej części, to znaczy w „Podróżach pana Kleksa”, poznajemy go też jako wynalazcę, ale przede wszystkim jako podróżnika. Podróżnika, awanturnika. Trudno powiedzieć. Osobę, która pragnie pomóc Królestwu Bajdocji, czyli krajowi, który jest niejako kolebką wszelkich bajek na świecie. Przy czym słowem bajka Brzechwa określa każdą opowieść fantastyczną.
Nie tylko bajki dla dzieci. Bajdoci zmagają się z bardzo poważnym problemem, ponieważ z braku atramentu nie są w stanie zapisać rodzących się w ich głowach wspaniałych historii. Znają co prawda różne sposoby utrwalania tekstu, ale okazują się one zawodne. Pan Kleks obiecuje im zdobycie atramentu. Otrzymuje wielki okręt z całą załogą i wyrusza. Trafia do podwodnego kraju. Znamy dobrze z filmu „Podróże pana Kleksa” opowieść o Meluzynie. Tutaj ona nie występuje. Królowa Aba tutaj nie śpiewa, ale poza tym wszystko mniej więcej się zgadza. Następnie pan Kleks oraz jego towarzysze trafiają w bardzo ciekawe miejsce i tutaj mamy coś, co dowodzi, że Jan Brzechwa — myślimy zresztą, że nie tylko on, bo to dotyczy każdego zdolnego pisarza — miał zdolności profetyczne.
Albowiem na Wyspie Wynalazców, gdzie zamieszkują istoty zajmujące się wyłącznie wynajdywaniem nowych zdobyczy techniki, tak to określmy. Otóż na tej wyspie podróżnicy zostają obdarzeni czym? Oto, proszę bardzo, otrzymują od arcymistrza jako prezent powitalny każdy metalowe pudełeczko, które jest jednocześnie radioaparatem, zapalniczką, latarką elektryczną, muchołapką i maszynką do strzyżenia. Z tą muchołapką oczywiście trochę przesadzili. Nasze smartfony też jeszcze maszynkami do strzyżenia nie są, ale za to mają inne funkcje. W każdym razie podobieństwo jest uderzające. Jeśli chodzi o smartfony, to wspomnijmy jeszcze o tym, że Patetończycy nie rozmawiają ze sobą. Porozumiewają się za pomocą ruchomych obrazków, które się ukazują na ich okularach. Tak, bardzo często teraz rozmawiamy za pomocą obrazków, właśnie przez smartfony. A jeśli chodzi o okulary, to są już takie, które mają połączenie z siecią komputerową i mogą odgrywać rolę smartfonu założonego na nos.
Jak najbardziej. Cóż zatem jeszcze mają Patetończycy? Na przykład ruchome chodniki. Na przykład świdrowce, czyli pojazdy powietrzne poruszające się za pomocą świdrów. Śmigieł — nie da się ukryć. Są one wykonane z przezroczystego, lekkiego metalu. Mamy już przezroczyste aluminium. Wdrożenie do masowej produkcji to jest kwestia czasu. Cóż dalej? Arcymechanik ofiarowuje podróżnikom, też jako prezent pożegnalny, pelerynę mającą funkcję ogrzewania.
To też już mamy. Wystarczy zajrzeć na Allegro. Kamizelki z wbudowanymi panelami grzewczymi, ale nawet całe kurtki. Naciśniesz guzik i jest ci ciepło. Na tej samej zasadzie działała peleryna Arcymechanika. Co jest jeszcze? Samoczynna mapa. GPS. Tak. Mówiąc szczerze, kiedy zaczęłam o tym myśleć, nabrałam wielkiego szacunku dla przenikliwości Brzechwy.
Jasne, nie mamy jeszcze powiększających pompek. Z tą pompką zresztą jest pewien problem, ponieważ według „Podróży pana Kleksa” tę pompkę pan Kleks otrzymał właśnie od Arcymechanika. Tymczasem posługuje się nią już podczas akcji „Akademii Pana Kleksa”. Można powiedzieć, że podróże były wcześniej, ale nie. Bowiem w dalszej drodze pan Kleks natyka się na Wyspie Farmaceutów, czyli na Przylądku Aptekarskim, na nikogo innego jak Alojzego Wąbla. Co prawda w „Akademii Pana Kleksa” nosił nazwisko Kukuryk. Skąd ta zmiana? Nie wiemy. Nieistotne. W każdym razie tożsamość osoby nie budzi wątpliwości.
Jest to ten sam android, którego pan Kleks rozebrał na kawałki w swojej akademii. Jak widać, potem został złożony i działał nadal, powodowany chęcią zemsty. Jest to pierwszy android w polskiej powieści fantastycznej, ale nie jest to robot. Mimo że pan Kleks w „Akademii Pana Kleksa” sam określał go jako mechaniczną lalkę, to jednak Alojzy myśli samodzielnie, a już chęć zemsty przepełniająca go jest jak najbardziej dowodem na jego samodzielne myślenie. Jako pierwszy admirał floty Przylądka Aptekarskiego Alojzy ma bardzo dużo możliwości, żeby zaszkodzić swemu wrogowi, i robi to. Jednak później zostaje na przylądku, podczas gdy pan Kleks rusza dalej. Spokojnie, jeszcze go spotkamy. Po wielu innych przygodach pan Kleks jednak nie odnajduje atramentu. Nie udaje mu się to. Traci całą załogę, od której zostaje oddzielony i dalej musi wędrować sam.
I tu następuje ta część opowieści, która wywarła na mnie największe wrażenie. Mianowicie pan Kleks trafia do Nibycji, do miejsca zamieszkanego przez ludzi z bajek, czyli opowieści, których jeszcze nikt nie wymyślił. Są właściwie tylko cieniami. Pan Kleks próbuje się wydostać z tego dziwnego miejsca. Okazuje się to jednak bardzo trudne. Z pomocą przychodzi mu cień psa, którego rasy nie sposób określić. Pies wyprowadza go Z krainy cieni potem znika. Jest to tak niezwykle wzruszająca scena, że przyznaję, miałam łzy w oczach, kiedy to czytałam po raz kolejny po tylu latach. Być może Jan Brzechwa sam miał ulubieńca, którego stracił. Jak wiadomo psy żyją krócej niż ludzie.
Dlatego właśnie stworzył w „Akademii Pana Kleksa” ulicę Dręczycieli, a w „Podróżach pana Kleksa” cień psa, który uratował naszego bohatera i wyprowadził go prosto pod mur, z którego drzwi wiodły tam, dokąd miał się udać. Jako książka „Podróże pana Kleksa” są raczej niedoceniane. Co innego film. Jednak przyznam szczerze, że wolę książkę. Jest mniej zabawna, za to daje znacznie więcej do myślenia. Pokazuje nie tylko przedziwne wynalazki z Patetonii, łącznie z automatami, w których mieszkańcy mogą się zaopatrzyć w żywność, artykuły przemysłowe, a nawet klejnoty czy różnymi drobnymi wynalazkami w bardzo dziwny sposób przypominającymi to, co mamy dzisiaj. Nie tylko pokazuje nam Półwysep Aptekarski, gdzie opracowuje się nowe leki czy inne tego typu dziwne krainy, ale przede wszystkim właśnie dzięki tej ostatniej części bardzo wzrusza. To wzruszenie jest czymś, co towarzyszy człowiekowi niezależnie od tego, czy ma lat 10 czy 50. Ten fragment jest czymś, co należy czytać sercem. Serdecznie wszystkim polecam lekturę „Podróży pana Kleksa”.
Nawet tym, a przede wszystkim właściwie tym, którzy znają i lubią film, będą mogli wyszukać sobie różnice i podobieństwa i samemu się zastanowić, co jest ciekawsze. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:12:09] - Co my się, proszę państwa, będziemy dużo rozdrabniać, skoro i tak wszyscy wiedzą, że pan Kleks w wersji książkowej ma trzy części. To jest „Akademia pana Kleksa”, „Podróże pana Kleksa”, o których państwo przed chwilą słyszeli. Ale jest jeszcze „Triumf pana Kleksa”. To tak jak powiedziałem, co my się tu będziemy rozdrabniać. Czas zapodać sobie drugą dawkę recenzariu. Oddaję głos Evivie. „Triumf pana Kleksa”.
[02:13:06] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Po dwóch pierwszych częściach przyszła wreszcie kolejna część, ostatnia przygód pana Kleksa, to znaczy „Triumf pana Kleksa”. Od razu powiem, że ta część też została sfilmowana. Jednakże to, co powstało, było zupełnie nieudane. Film częściowo animowany kompletnie wykrzywił historię stworzoną przez Brzechwę i był zwyczajnie nudny. Tak jak poprzednie ekranizacje można było polubić. Miały wdzięk, miały sens i przede wszystkim rewelacyjnego Piotra Fronczewskiego, tak „Triumf pana Kleksa” w wersji filmowej nadaje się wyłącznie do śmietnika. Co innego jednak z oryginałem. W tej części dzieją się przeróżne rzeczy. Przede wszystkim powraca Adaś Niezgódka.
Jest już absolwentem akademii i postanawia wrócić do domu, jednak ku swemu zdziwieniu nie zastaje w nim rodziców. Natomiast wierny dozorca informuje go, że jego ojciec zamienił się w ptaka, zaś matka poszła go szukać. Brzmi to dość niezwykle, jednakże pan Weronik wydaje się być pewny swego. Adaś podejrzewa, że za całą aferą stoi Alojzy Bąbel. Właściwie nie wiem, dlaczego Brzechwa uparł się przy tym nazwisku, skoro początkowo Alojzy nazywał się Kukuryk. Ale mniejsza o to. W każdym razie po krótkim namyśle postanawia nie siedzieć i czekać, a ruszyć na poszukiwanie ojca. Szybko jednak dochodzi do wniosku, że nawet jak go znajdzie, to co zrobi, jeżeli jego ojciec rzeczywiście zamienił się w ptaka? Co prawda mógłby się z nim porozumieć, stał się bowiem specjalistą od ptasich naszyjek. Jednak co dalej?
Jedynym rozsądnym pomysłem wydaje się odnalezienie najpierw pana Kleksa, który w licznie dni wcześniej wyruszył na poszukiwanie Bajdotów, z którymi stracił kontakt podczas wyprawy po atrament. Upłynęło od tego czasu co prawda całe lata, jednak panu Kleksowi udało się wreszcie ustalić, gdzie oni przebywają. Adaś postanawia ruszyć śladem starego profesora. Na statku, którym płynie w towarzystwie dozorcy, gdyż pan Weronik postanowił nie opuszczać swego najlepszego lokatora, spotyka pana Lewkonika oraz pięć jego córek. Oni także płyną do Alamakoty, czyli tam, gdzie podąża pan Kleks. Z tym, że pan Kleks chce umożliwić Bajdotom powrót do ich ojczyzny. Natomiast pan Lewkonik ma zupełnie inne plany. No tak, czym się wyróżnia trzecia część spośród całej trylogii? Otóż nie chcę tu zabrzmieć jak zapamiętała feministka, ale w dwóch pierwszych częściach Jan Brzechwa istnienie płci pięknej praktycznie pomijał. Jakaś tam kobieta od czasu do czasu się przewinęła, ale nie odgrywała żadnej roli.
W trzeciej części postanowił to niejako nadrobić. Panu Lewkonikowi towarzyszą jego córki. Pięć dorosłych panien nie odznaczających się, jak Brzechwa napisał urodą. Wszystkie były bardzo inteligentne, każda miała inne talenty i niestety były brzydkie. Tu się od razu nasuwa pytanie: po co się na tym skupiać? Czy naprawdę uroda jest najistotniejsza w przypadku kobiety albo mężczyzny, czy jakiejkolwiek istoty ludzkiej? Raczej nie. Ale w czasach Brzechwy patrzono na to odrobinę inaczej. Dziewczęta płyną do Alamakoty razem ze swym ojcem po jedyne na świecie lekarstwo, które rzeczywiście wykazuje właściwości upiększające. Po to, żeby wyglądać ładniej można przejechać nawet cały świat.
Oczywiście rodzi się pytanie: po co? Załóżmy, że miało to sens. W każdym razie dzięki tej podróży Adaś Niezgódka spotyka wreszcie swoją, można powiedzieć, drugą połowę. Albowiem zakochuje się w jednej z panien Lewkonikównych i to w zasadzie zanim zostały upiększone. To właśnie najlepsze w tym wszystkim. Delikatne napomknienie, że zaczął odczuwać sympatię dla swojej przyszłej żony, jeszcze zanim stała się piękna. W takim razie po co właściwie stała się piękna? Ten wątek bardzo przypomina to, co mamy w serialu „Brzydula”. Niekoniecznie w polskiej wersji, ale przede wszystkim w oryginale kolumbijskim, w którym główny bohater zakochuje się w tytułowej brzyduli wtedy, kiedy ona jeszcze jest taka, jaką ją poznał. Wyjątkowo nieatrakcyjna.
Właśnie na tym rzecz polega. Dosyć już na ten temat. W powieści oczywiście pojawia się Straszny Alojzy. Zostaje jednak spacyfikowany wreszcie przez pana Kleksa, przy czym okazuje się, że, jak to określono, wypadła mu sprężyna prawidłowego myślenia. Dlatego właśnie szalał i wyprawiał rozmaite brewerie. Można tutaj też odnieść się do tego, że naprawiając niejako Alojzego, pan Kleks pozbawił go wolności, którą on cieszył się wcześniej. Z androida, który w zasadzie był wolnym człowiekiem, Alojzy stał się rzeczywiście posłuszną mechaniczną lalką. Mam wątpliwości co do etyczności tego przedsięwzięcia. Brzechwa nie miał kiedy zapoznać się z dziełami Asimova, jeżeli tak można to określić. Nie miał też kiedy, jak myślę, rozważyć tego z punktu widzenia etyki.
Chociaż coś mu chyba świtało, ponieważ Adam Niezgódka napomyka, że właściwie wolał Alojzego takim, jakim był wcześniej. Nieprzewidywalnego i trochę szalonego, bo bardziej wtedy przypominał prawdziwego człowieka. I coś w tym naprawdę jest. Poza tym „Triumf pana Kleksa” nie odznacza się niczym szczególnym. Jest to miła, całkiem wesoła opowieść z wątkiem romantycznym, nawet niejednym i z prawdziwie hollywoodzkim happy endem. Może to i dobrze, chociaż powiem szczerze, wolałabym, żeby Brzechwa pociągnął trochę dalej swoją opowieść, żeby napisał jeszcze coś w tym duchu. Jednak mimo wszystko, mimo wszystkich anachronizmów, mimo to, że sposób, w jaki pisał teraz jest uznany za przestarzały, jego książki nadal chwytają za serce. Nie wiem jak inni, ale ja chętnie bym przeczytała dalszą część przygód pana Kleksa. Bardzo jestem ciekawa, czy jakiś pisarz nie skusi się na to, bo chyba w tej chwili cały ten świat należy do domeny publicznej i dopisanie kolejnych przygód nie nosiłoby znamion plagiatu. Tylko kto będzie z jednej strony na tyle odważny, z drugiej na tyle zręczny, żeby móc oddać ducha Brzechwy i nie zepsuć całości?
To jest najwłaściwsze pytanie. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:20:28] - Czas na MAUP. Porozmawiamy z Piotrem o książce „Zaginione tajemnice technologii Trzeciej Rzeszy” Gary'ego Hejlanda. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:20:44] - Witam tradycyjnie.
[02:20:47] - Omawiamy kolejną książkę. Dzisiaj tytuł, który wiele zapowiada: „Zaginione tajemnice technologii Trzeciej Rzeszy”. Powiem ci, że gotowałem się, a właściwie przygotowywałem się na coś, co mną poruszy, wstrząśnie, a na pewno zainteresuje. Nie do końca ta książka spełniła moje nadzieje, bo to jest w gruncie rzeczy całkiem fajna książka z wątkami historycznymi. Nawet fajnie są pewne historie przedstawione. To, co lubię w opowieściach historycznych bardzo, czyli pewien proces wynikania, co z czego wynika i dlaczego tak się stało. To wszystko autor, niejaki Gary Hejland, sobie ładnie opisał. Natomiast istoty rzeczy, czyli tej technologii Trzeciej Rzeszy w tej książce, moim zdaniem, jest trochę za mało. Trochę z takim westchnięciem wspominałem, myślę, że sławny pięcioksiąg Igora Witkowskiego o tajemniczych broniach Hitlera. Tam rzeczywiście technologia, szczególnie ta technologia bojowa, wojenna Trzeciej Rzeszy była omówiona ze szczegółami, z powołaniem się na pewne dziwne wydarzenia i tak dalej.
W tej książce, o której będziemy dzisiaj rozmawiali, za mało jest moim zdaniem. Owszem, są wspomniane różne dziwne, ciekawe wydarzenia. Jest na przykład sławna wyprawa, a właściwie wyprawy Byrda na Antarktydę, jest mowa o Hanebu i o innych, o foo fighterach, ale to wszystko jest napomknięte.
[02:22:45] - Czego w tej książce nie ma? Zaraz będziemy wymieniać. Kiedy sobie ją przeglądałem, przypomniały mi się pewne czasy, tylko nie do końca pamiętam, kiedy to było, ale był taki okres w historii polskiej literatury z pogranicza, kiedy tematy związane z Trzecią Rzeszą i tymi wszystkimi tajnymi projektami były bardzo na topie. To było gdzieś tak od połowy lat 90. wzwyż. Wtedy się to zaczęło i gdzieś tam na tym tle wypłynęła nam właśnie książka Gary'ego Highlanda. Jest w niej wszystko to, czego się można spodziewać po tytule. To znaczy jest napomknięte, jak powiedziałeś, czyli przede wszystkim tajne stowarzyszenia, okultyzm, kontakt z obcymi i próba zbudowania przez Niemców własnego UFO. Zresztą ja muszę powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Napomniałeś tutaj o pięcioksięgu Igora Witkowskiego, ale tak naprawdę ta tematyka jest taka, że każdy się w niej spodziewa czegoś innego.
Jedni będą chcieli dokładnych opisów, numerów patentów, nazwisk inżynierów i tak dalej, a drudzy będą drążyć bardziej w stronę tej spiskowej części, która nam mówi, że ta technologia pochodzi z jakiegoś niewiadomego źródła i inspiracje były magiczne albo obco i tak dalej. Powiem ci, Marku, jeżeli mam być szczery ze wszystkimi i z sobą, to ja nie lubię tego tematu. Nigdy go nie lubiłem. Uważam go za bardzo naciągany, za deczko już nieaktualny i oparty na wątłych podstawach. Mówię to z ręką na sercu. Prawdopodobnie temat Nazi UFO nigdy nie zagości na moim kanale UFO Historie. Po prostu jest w nim coś, co mnie nie interesuje. Chyba że wydarzy się coś, nie wiem, Grusch David się odpali i nam coś o tym opowie, to wtedy będziemy musieli się do tego odnieść. Natomiast ja tego tematu nie lubię, ale jeżeli ktoś mnie o niego pyta, to zawsze odsyłam do Igora Witkowskiego. I tutaj szczerze, gdybym chciał szukać książki, która te kwestie przedstawia w sposób przystępny, przekrojowy i taki dla osoby nienastawionej na historię, tylko na coś na pograniczu popularnonaukowego dzieła połączonego z dziełem historycznym i z takim lekko spiskowym, to bym polecił to.
O samym autorze w ogóle wiem bardzo mało, Marku. To jest kanadyjski pisarz ogólnie. Ja poszukałem trochę na jego temat i wynika w ogóle, powiem ci, że Gary Highland był przede wszystkim, uwaga, poetą. Chyba że było ich więcej, ale okazuje się, że on miał na koncie więcej tomików poetyckich niż książek poświęconych tajemnicom historii. A tu nagle cyk i nasz Słowacki okazuje się znawcą tajemnic Trzeciej Rzeszy. Ciekawe to.
[02:25:58] - Ciekawe jest to również, co powiedziałeś, że nie lubisz tematu Nazi UFO, bo zaczynam, zastanawiam się, od czego zacząć. Też mam wrażenie, że owa tematyka jest tak mocno powiązana, co zresztą autor pokazuje, z tajnymi stowarzyszeniami, których korzenie sięgają jeszcze XIX wieku i w ogóle teozofii. Ja troszeczkę o tym mówię w takim mini cyklu na swoim kanale, w którym omawiam kontaktowców z lat 50. I pokazuję, jak bardzo ci kontaktowcy, to co oni głosili, zakorzenione jest w teozofii. A że teozofia, jakby to delikatnie powiedzieć, ma to do siebie, że co się pojawi nowy teozof, to głosi nowe idee. Trochę przesadzam, ale mniej więcej o to chodzi, że jak ktoś się poczuje silny, to natychmiast głosi swoje idee. Więc to ładnie przepłynęło z XIX wieku do lat 50. I stąd się, między innymi spłaszczając temat, kontaktowcy wzięli, a przynajmniej ich część. Nazi UFO jakby tego dotyka, bo tajne stowarzyszenia, które powstały w Trzeciej Rzeszy, one też garściami dosłownie czerpały z teozofii i to z różnych nurtów tej teozofii. Te tajne stowarzyszenia nazistowskie, część włączona w struktury nie tylko partii, ale w ogóle tych organizacji nazistowskich to po prostu wariactwo kompletne.
Gdzieś do tego wszystkiego, o czym mowa jest w książce, dołączone są te wszystkie dziwne teorie o lodowym wszechświecie. Oni mieli zresztą wiele koncepcji tego, jak wygląda wszechświat. One, mówiąc szczerze, troszkę sobie przeczyły. Jak był jeden nurt, który uważał, że istotą świata, wszechświata jest lód, to byli też drudzy, ja gdzieś o tym nawet kiedyś mówiłem, byli tacy, którzy uważali, że my żyjemy w takim bąblu powietrznym pośród nieskończonego jakiegoś takiego skalistego, nie wiem nawet, jak to określić. Coś wielkie, skaliste i od czasu do czasu jakiś bąbel. I w tym bąblu jednym żyjemy my. Być może w sąsiednim bąblu, ale tysiące mil, tysiące kilometrów, żyją jakieś inne istoty. To była jedna z nazistowskich teorii. Dlaczego o tym mówię tak szeroko? Bo Highland mówi o tajnych stowarzyszeniach i pokazuje stopień pewnej ideologizacji, również wynalazków, że pewne rzeczy były podporządkowane temu, co akurat sobie w głowach umyślili odpowiedzialni za poszczególne wynalazki.
On to dosyć zgrabnie łączy, dlatego nie mam pretensji do tej książki jako książki. To jest całkiem zgrabny wykład o tych wariactwach, które się tam odbywały. Wybaczcie państwo ten język dosadny, ale tak to po prostu oceniam. Mam w końcu prawo. Wariactwach, ale ciekawych i czasami budzących grozę czy tajemnicę. Te dwie rzeczy oddzielam od siebie oczywiście, bo jedno i drugie ma prawo bytu, ale niekoniecznie jedno z drugiego wynika, czy jedno z drugim się łączy w sposób ścisły. Coś może być ciekawe, tajemnicze, mroczne, a jednocześnie może być kompletnym wariactwem, ale dalej jest mroczne i tajemnicze. Mam nadzieję, że nie popadłem w jakiś słowotok niezrozumiały.
[02:29:49] - Powiem ci tak: co zawsze mnie troszeczkę trzymało na dystans od tego typu publikacji i literatury, to jest punkt widzenia tak naprawdę. Kiedy się spotka sześciu starszych panów ubranych w bawarskie stroje i kiedy oni będą rozmawiać o ciężkiej filozofii, to ktoś, kto tego posłucha i ubierze to w odpowiednie słowa i odpowiedni koloryt temu nada, też powie, że to jest jakieś niezwykłe tajne stowarzyszenie. Także ile z tego jest prawdą, a ile zostało dopowiedziane i dokolorowane, to jest inna rzecz. Dlatego mnie ten temat, zresztą jak każdy temat tajnych stowarzyszeń, tajne stowarzyszenia są z natury tajne i nic o nich nie powinniśmy wiedzieć. Jeżeli to jest stowarzyszenie, o którym wiadomo wszystko, to jest psiunio, a nie tajne stowarzyszenie. Także nie wiem czemu, ale do tematu nazistów jakoś nie pałam szczególnym sentymentem i afektem. Ale jeżeli ktoś mnie pyta o jakąś literaturę, jest jej sporo tak naprawdę, także naszych rodzimych autorów. Ja tylko powiem tak: autor nietuzinkowy. Książka też o nieco zmienionym tytule, bo to, co jest tytułem wydania polskiego, jest podtytułem oryginalnego wydania. I powiem tak, bo wiem, że będziesz się chciał chyba do tego trochę odnieść, jak tytuł nam tutaj rzutuje na zawartość.
Natomiast co w tej książce jest? Ona się odnosi między innymi, tutaj warto podkreślić to słowo i zapamiętać, tajnych broni Hitlera, które miały odmienić losy II wojny światowej. Natomiast jest więcej tego między innymi. Po drodze mamy cały szereg tematów pobocznych, od kręgów okultystycznych, przez kontakt z obcymi, bazy na Antarktydzie, szeroko rozumianą wiedzę tajemną i tak dalej. Czyli Highland nam opowiada historię formalnie niezrealizowanych fantastycznych projektów niemieckich. Nawet wiąże to w jakiś sposób z Roswell, a także z tym, jak to wszystko kształtowało się inaczej. Co z tą wiedzą próbowano zrobić po wojnie, że pojawiły się różnego rodzaju układy państw zachodnich, które obejmowały oprócz współpracy politycznej takie próby dzielenia się schedą po hitlerowskich inżynierach. Tylko że narracja jest bardzo nierówna, bo to się dobrze czyta. To jest jakaś literatura, muszę powiedzieć. Tylko ja miałem problem, Marku, z oddzieleniem, gdzie się kończą fakty, gdzie się kończą źródła, gdzie jest krytyka źródeł na przykład, gdzie są opinie autora i na jakiej są podstawie wysnute, a gdzie się zaczyna jego dywagacja.
Bo szczerze ci powiem, momentami się można w tej książce pogubić.
[02:32:55] - Oczywiście ta książka nie ma walorów naukowych ani popularnonaukowych. Przypisów zero, ale to nie jest konieczne. Ale rzeczywiście to, o czym powiedziałeś. Jedni to uznają za wadę, inni za zaletę, że autor to miesza ze sobą, ponieważ dostajemy opowieść taką trochę momentami wchodzącą, ale chciałbym być dobrze zrozumiany, w pewną prawie beletrystyczną. Kiedy dostajemy opis tego, że te Haunebu jednak powstały i te latające dyski nazistowskie coś tam na tej Antarktydzie. I wiecie państwo, dwie operacje admirała, później Byrda i coś tam się wydarzyło. Żyjemy w takiej sferze, a właściwie tkwimy podczas lektury w tej sferze takiej: coś się wydarzyło. Pewno walczyli z latającymi spodkami ci, którzy się wyprawili na Antarktydę. To wszystko jest niedopowiedziane, ale my to wszystko już gdzieś czytaliśmy, gdzieś to wszystko kiedyś wybrzmiało. Highland z tego korzysta, uzasadniając, że może jednak naziści zbudowali te swoje latające dyski i później trzeba było z tymi dyskami walczyć.
Właściwie jakbym miał postawić na to, co w tej książce naprawdę sięga tej technologii III Rzeszy i jest rozwinięte, a nie tylko wspomniane, to właśnie ten wątek, że gdzieś tam w którymś momencie naziści zbudowali dyski, talerze czy cokolwiek, jak to nazwiemy. I one później sobie w tajemniczy sposób przefrunęły na Antarktydę i później trzeba było to zwalczać. Powtarzam, tę historię znacie państwo z wielu książek, z wielu źródeł. Była pewno w internecie miliony razy już omawiana. W związku z tym nie będę się dalej rozwodził na ten temat, ale ja się po prostu zastanawiam, nawet się nie zastanawiam. Według mnie temat nie jest wyczerpany. Tylko autor posługuje się taką metodą lekkiego napomknięcia. Tu napomknę o tym, tu napomknę o tamtym i w państwa głowie wytworzy się jakaś tajemnicza opowieść. I to trzeba przyznać, jak ktoś nie ma takiego zmysłu krytycznego, to się da temu porwać. I ja się wcale temu nie dziwię.
Nawet popieram, bo to świadczy jednak o pewnej maestrii pisarskiej autora, że potrafi taką atmosferę w książce usmażyć, wysmażyć czy jakkolwiek to określimy. Natomiast jakbyśmy mieli szukać źródła wiedzy, to owszem, to źródło dotyczy na przykład właśnie tych tajnych stowarzyszeń, teozofii, różnych dziwnych teorii wysnuwanych gdzieś tam w nazistowskich Niemczech, ale samej technologii III Rzeszy, która przecież jest w tytule, przynajmniej polskim. W angielskim też, tylko jako podtytuł. O tej technologii jest mało. Dlatego od początku naszej rozmowy z pewnym westchnięciem wspominam książki Igora Witkowskiego. Bo znowu to nie chodzi o to, czy tak dokładnie było, jak to jest sugerowane w książkach Igora Witkowskiego. Nie wiem, jak było. Natomiast te książki mają zasadniczą zaletę. Igor Witkowski podpiera się różnymi, mniej lub bardziej wiarygodnymi dokumentami. Tego nie jestem w stanie weryfikować.
Natomiast budzi Igor Witkowski autentyczne zainteresowanie, bo on zgłębia temat. Poszczególne tematy właściwie dotyczące różnej broni, która mogła być produkowana w nazistowskich Niemczech, która była produkowana i czasami nawet rozwinięte pewne wątki są bardzo mocno. Przypomnę wątek dzwonu, wirującej rtęci i tak dalej. Ja w swoim czasie po tym tomie, w którym te elementy zostały opisane, używam często tego słowa, ale go użyję po raz kolejny: oszalałem, bo to było tak sugestywnie opisane przez Igora Witkowskiego, że naprawdę na dłuższy czas pobudziło moją wyobraźnię. Książka Gary'ego Highlanda nie ma takich cech. To jest dobrze odrobiona lekcja. I powtarzam: jak ktoś lubi historię, tylko trzeba to bardzo selektywnie czytać, ale jak ktoś lubi historię, to kilka ciekawostek, kilka ciekawych fragmentów w tej książce znajdzie. I to nie będą fragmenty dotyczące technologii III Rzeszy, tylko raczej pewnej obyczajowości, kulturowości związanej z III Rzeszą.
[02:38:19] - Tutaj jeszcze warto dodać jedno słowo o tym, jak ta książka w ogóle wygląda. Problemem jest to, że jest ona dzielona na nietytułowane rozdziały, przez co powiem ci, jest pewien problem z jej oceną. Wiadomo, że każdy sobie lubi spojrzeć na zawartość rozdziałów. Tutaj jednak tego nie ma. Jeżeli chodzi o styl, wydaje mi się, że wszystko jest poprawnie, ale jak mówiliśmy, ona łączy teorie spiskowe z historią i ta płynna narracja, bogata w szczegóły, czasami się porywa na krytycyzm i na przykład autor gani pewne teorie spiskowe, mówiące o tym, że Hitler uciekł na Antarktydę i próbowano go tam sklonować. Z drugiej strony on twierdzi, że katastrofa w Roswell to żadni obcy, tylko ludzie. Dziwi mnie w tej narracji Highlanda to, że on z taką łatwością, ja wiem, że łatwiej jest odrzucić hipotezę o tym, że klonowali Hitlera na Antarktydzie, bo to sobie nawet trudno wyobrazić. On z taką bardzo nonszalancją podchodzi do oceny faktów. Jeżeli pisze się o rzeczach niezwykłych, to na jakiej podstawie? Skąd wynika jego krytyka, skoro nie opiera się na żadnych źródłach, tylko dywaguje?
To jest bardzo śliski temat jednakże, trzeba to przyznać, bo z jednej strony historia, z drugiej nie historia. Czyli albo budujemy sobie tak zwaną historię alternatywną albo jakieś scenariusze. Natomiast tutaj mamy taki bardzo dziwny miszmasz. Jeszcze coś powiem, bo wiesz co? Zastanawiam się, jak ta tematyka Nazi UFO będzie się kształtowała w następnych latach, bo powiedzmy sobie szczerze, zmieniły nam się trochę realia. Mówię tutaj przede wszystkim o ruchu Disclosure, o tej całej dyskusji o UAP-ach, która się przetoczyła przez świat w ostatnich latach. I powiem ci, że pierwsze pytanie, które się pojawia i ciśnie na usta odnośnie Nazi UFO w naszych czasach brzmi: gdzie to jest? Skoro to było, skoro te technologie były, to gdzie one są? Gdzie one są te kilkadziesiąt lat później? Jest to trudne pytanie.
Wydaje mi się, że chyba najtrudniejsze pytanie, jakie możemy skierować do kogoś, kto zajmował się tym tematem na poważnie. Ale gdybym miał szczerze powiedzieć, czy ta książka jest dobra czy zła, ona zła nie jest. Widziałem dużo gorsze pozycje. Ona ma swoje mankamenty, natomiast jako takie czytadło Dla osoby niewymagającej, dla takiej, która lubi taką tematykę. Powiem ci szczerze, że ta książka jest dla współczesnego czytelnika, takiego, który lubi YouTube'a, który lubi teorie spiskowe, ale dla kogoś, kto chce wiedzy, to już niekoniecznie. Przede wszystkim nie dla historyka.
[02:41:29] - Tak, ale warto powiedzieć, że w takim razie ta książka w jakimś stopniu wyprzedziła swój czas, bo ona przynajmniej w Polsce pojawiła się na początku XXI wieku. Niżej spojrzę. Bodajże w 2001 roku, przynajmniej w Polsce, gdzieś tutaj sobie zawitała. Mówisz, że nie dla historyka. Powiem tak: jakby czytać krytycznie, to się fajne wątki da wyciągnąć, ale właśnie trzeba bardzo uważać przy tej książce. Ty o tym wspominałeś, bo rzeczywiście można wstąpić na minę. Płynne przejścia, które mówiąc szczerze, nazwijmy to, paraliteracko mi nie przeszkadzały, bo tworzy to czystą narrację. Ale tam można się przejechać właśnie na tym, że w jednym momencie czytamy o czymś, co dałoby się wyszukać w źródłach, a zaraz potem trafiamy na takie fragmenty, które czym są? Być może dywagacją autora, ale tego już nie wiemy i nie bardzo mamy szansę się dowiedzieć, bo tak jak powiedziałem, książka nie jest jakoś szczegółowo opisana w sensie przypisów czy chociażby odnośników do poszczególnych fragmentów książki. I dlatego powtarzam: to książka ciekawa, ale trzeba na nią po prostu uważać.
Nawet najdłuższa seria ma swój koniec. Informuję państwa, że grzybki i fermenty dzisiaj właśnie będą miały koniec. To znaczy dziewiąty odcinek i koniec. Koniec grzybków i fermentów. Jasno z tego wynika, że za chwilę „Alchemia tworzenia" Katarzyny Pychacz.
[02:43:32] - Halo, halo, Bóg radiowa ludności. Z tej strony jak co środę Katarzyna Pychacz. A wy przybyliście... Na co wy przybyliście w tą środę? Co to może być? Ja nie wiem. Może dżingiel nam coś powie. „Alchemia tworzenia". Witam was serdecznie w 24. odcinku trzeciego sezonu podcastu o nazwie „Alchemia tworzenia".
Tych, co słuchają na Bóg Radio witam w środę, natomiast tych z YouTube'a witam w sobotę. Okej, misiaki. Co my dzisiaj robimy? Jak co każdy podcast od drugiego sezonu będziemy dzisiaj również wymyślać. Ale dzisiaj jest bardzo wyjątkowy odcinek, ponieważ wreszcie podsumujemy ostatnią serię odcinków. Podsumujemy nasze śledztwo kreatywne. Nasze grzybki i fermenty wreszcie dobiegają końca. Sprawa się wyjaśniła już pewnie troszeczkę w trakcie, natomiast dzisiaj oficjalnie już mamy złapać sprawców morderstwa dokonanego na naszym alchemiku bimbrowniku. Powiem wam szczerze, że jeżeli byliście na Facebooku „Alchemii", to możliwe, że już widzieliście zdjęcie. Rozłożyłam wszystkie elementy tej serii na stole.
Przeraża mnie tego ogrom. Powiem szczerze, nagrywam ten odcinek i sobie patrzę na to, także trochę dzisiaj nagrywam w innym miejscu niż zawsze, bo na stole nie ma już na mnie miejsca. Oczywiście jeszcze tutaj dojdzie dzisiejsze ostatnie rozdanie. Nie ukrywam, że nie dałam rady fizycznie nadrobić tego. Tak jak wcześniej wam mówiłam, że na fanpage'u jest też album ze zdjęciami tych rzeczy, tych wszystkich komponentów, które tutaj losuję. I tam starałam się też pokrótce rozpisywać, co tam wyniknęło w trakcie śledztwa. Myślę, że już jak to wszystko mam dzisiaj, to postaram się nadrobić. Zwłaszcza że informuję was, że za tydzień wezmę wolne. Skorzystam z tej karty, ponieważ w sumie jest majówka i zapowiada się dosyć rodzinnie. A teraz jeszcze możliwe, że remontowo przed majówką troszeczkę albo przynajmniej przymiarki do remontu.
Więc nie chcę robić na zapas odcinka i to takiego między wierszami, na siłę, na szybko. Także myślę, że troszeczkę sobie odpocznę po tej naszej serii, odsapnę i wrócę z nową energią po majóweczce. Może z nowym narzędziem? Coś nowego już mam. Zobaczymy. Czy od razu z grubej rury, czy jeszcze tam gdzieś pomiędzy wierszami zrobimy coś drobniejszego. Dobra, bo ja znowu się tutaj rozwinęłam twórczo, jeżeli chodzi o wstęp, a dzisiaj może być dosyć długi odcinek. Także co? Myślę, że chyba zaczniemy od podsumowania tego wszystkiego, co mamy do tej pory i wtedy bierzemy się za dzisiejszą sytuację. Wiecie co?
Powiem wam jeszcze od razu formułę. Czyli dzisiaj wracamy już do tego, od czego zaczęliśmy. Więc będziemy mieli cztery karty z klubu detektywów i sześć ostatnich story cubesów, które mam z mojej kolekcji. Oczywiście tak, czyli będzie tak jak zawsze poprzeplatane. Karty będą poprzeplatane kośćmi. Powiem wam tak: wzięłam moją kość, o której wspominałam w poprzednim odcinku, ponieważ w poprzednim odcinku rozmawialiśmy o potencjalnych podejrzanych. Więc mamy trzech mężczyzn. Któryś z nich jest tutaj współwinny tych morderstw. Zresztą zaraz jeszcze przybliżę ich sylwetki. Natomiast mówiłam też o tym, że do jednego mojego narzędzia kreatywnego śledztwa stworzyłam kość.
Ona ma sześć ścianek, ale może wypaść tylko jeden, dwa albo trzy. I to miała być właśnie kość do losowania sprawcy. Ale powiem wam szczerze, że tę kość zostawię na koniec i myślę sobie, że zobaczymy co dzisiaj wyjdzie, kto jest tym winnym, jak to wszystko wygląda. Jeżeli nic się nie złoży z fabuły, to ja trochę tutaj poszyję, bo mam dwóch podejrzanych z trzech. Jeden mi w ogóle nie pasuje, ale z ciekawości na koniec możemy też sobie tą kością rzucić jako taki bonusik i zobaczymy co by było gdyby. Gdyby to kość decydowała, a nie ja czy te karty pomiędzy. No dobra, podsumowanie. Miałam mówić o podsumowaniu. Mam przed sobą wielki zeszyt. Spisałam wszystko w nim, także już pędzę do was.
Ogólnie w całym tym śledztwie, tak jak już wspominałam, zaczęło się od naszego alchemika bimbrownika. Natomiast w toku śledztwa wyszło, że on nie jest tak naprawdę pierwszą ofiarą. Właściwie to był, jeżeli dobrze liczę, siódmą. W trakcie pojawiła się też ósma ofiara. No i jesteśmy fabularnie zawieszeni w momencie, gdzie trzecia ofiara została na szczęście uratowana i mamy tutaj taką ustawkę, że nasz śledczy będzie zaczajony, będzie udawał tą ofiarę, żeby złapać sprawców. Ponieważ to też nie było tak, że oni po prostu kogoś mordowali i kropka. Proceder wyglądał tak, że najpierw ofiara zostawała otruta, a potem jej zwłoki zostały w odpowiedni sposób zbezczeszczone. Mieliśmy odciętą głowę, jakiś dołożony kołnierz, stylizację w przypadku naszego alchemika na klauna. Nie ukrywam, że nie drążyłam dalej tematu, bo gdybyśmy mieli to faktycznie spisywać w jakąś powieść na przykład, to warto byłoby wymyślić, czy wszystkie ofiary były stylizowane na klauny i miały odciętą głowę, czy każde zwłoki były w jakiś sposób bezczeszczone w inny sposób, stylizowane na jakąś inną postać. Bo tutaj mamy też trzy działy tych ofiar.
Zaraz już do tego przejdę. I te ofiary są co trzy. Więc może każdy z tych działów miał jakąś jedną mechanikę działania. Czyli ofiara była otruta, a potem na przykład zwłoki były w inny sposób stylizowane w danym okręgu. Bo tutaj te trzy działy, czyli trzy najważniejsze okręgi, jeżeli chodzi o działalność Tajnego Stowarzyszenia Alchemików. Okej, od czego się zaczęło? Jeżeli chodzi o ofiary. Właśnie w jednym z okręgów, pomyślałam sobie, że ci sprawcy mogliby się opierać troszeczkę na takiej triadzie. Jak wam to powiedzieć? W rozwoju osobistym, w duchowości, w psychologii tak naprawdę te trzy działy się przewijają i wszędzie mają jakieś inne nazwy, nawet w mitologiach czy w religii byśmy to znaleźli.
Także triady zawsze gdzieś były i tutaj chodzi o takie trzy sektory rozwoju. Mamy tutaj ciało, duszę i umysł jako takie trzy filary, z których my się składamy. To „ja” składa się właśnie z tych trzech filarów, gdzie filar ciała odpowiada za naszą fizyczność, dosłownie za zdrowie naszego ciała i jego funkcjonowanie. Filar umysł to są wszystkie nasze doświadczenia, umiejętności, cechy, wszystko to, co się składa na wszystko, co możemy sami wypracować. I jest też ta dusza, czyli coś można powiedzieć troszeczkę bardziej metafizycznego, ale też nie do końca, ponieważ w tej duszy mieszczą się też uczucia i emocje, czyli te właściwie stany, w których może nasz umysł i ciało się znaleźć, czyli takie właściwie to mniej namacalne spoiwo. I tak jak mieliśmy trzy okręgi w przypadku naszych morderców, które reprezentowały właśnie te trzy sektory, tak jeszcze w każdym sektorze każda z tych ofiar też była reprezentantem danego sektoru. Dobra, może brzmi chaotycznie, więc myślę, że jak przejdziemy do farszu to się bardziej poukłada. Czyli w pierwszym sektorze mieliśmy sektor towarzyszy. Tak ich nazwałam. To był sektor odpowiedzialny za ducha, za duszę.
I mieliśmy tutaj trzy ofiary. Pierwszą z nich był kowal. Obok niego znaleziony został wypatroszony gołąb i złota kromka chleba. Bo to była też dalsza metoda działania. Czyli było otrucie, zbezczeszczenie zwłok, a później jeszcze przy każdych zwłokach był zostawiony żywy, znaczy prawdziwy w sensie, bo już nieżywy, ale zabity zwierzak i złote, co później się okazało w toku śledztwa nie ze złota, tylko z tombaku, jakieś elementy reprezentujące pokarm tego zwierzaka. Myślę, że to też byłoby fajne, gdybyśmy to mieli spisywać, żeby zastanowić się właściwie dlaczego ten pokarm. Jakoś to fajnie uszyć, powiązać. Wiecie, w sumie to mógł być pokarm duszy. Może w tych trzech elementach też bym znalazła jeszcze jakąś spójność, ale to zobaczymy w trakcie. I tutaj nasz kowal Odpowiadał za umiejętności.
Tak jak wspomniałam, mówiłam o gołębie w złotej krące i tu jeszcze wypisałam funkcje w tym okręgu. Czyli właśnie tu jest ta funkcja. Kowal reprezentował w tym okręgu umysł, czyli właśnie te wszystkie umiejętności. Kucie żelaza, kucie wszystkiego czy właśnie hobby, rozwijanie się, rozwój siebie jako człowieka. Dalej. Drugą ofiarą była krawcowa, obok niej był wypatroszony szop i jako pokarm. Zostałam przy tych złotych śmieciach tylko dlatego, bo to by śmiesznie pewnie wyglądało, brzmiało. Ale oczywiście, że jak najbardziej można to sobie gdzieś będzie na coś. Jeżeli mielibyśmy to spisywać, może znaleźlibyśmy lepszy pokarm, a może właśnie to byłoby jakieś chore poczucie humoru sprawcy. A może właśnie w tym sektorze był wcześniej inny sprawca?
I ta krawcowa reprezentowała tutaj właśnie sektor duszy, czyli trochę jak też każda, może nie każda, ale jak większość kosmetyczek czy fryzjerek. Czyli z tą osobą się spotyka, tej osobie się opowiada. Często się idzie do krawcowej po jakieś kreacje na ważne uroczystości czy na przykład właśnie czy jakiś ślub, komunie, jakieś spotkania biznesowe, jeżeli chodzi o garnitury. Także w pewnym sensie krawcowa też może być takim powiernikiem. I tutaj to był klucz do tej ofiary, znaczy do tej postaci. I trzecia ofiara to była zielarka. Też chatka w lesie, wszystko ładnie, pięknie. Koło niej był właśnie rozpruty niedźwiedź i złoty miód tam pozostawiony. Tutaj jej funkcja to było właściwie ciało, czyli też te eliksiry, które odpowiadały za dobry stan zdrowia. Powiem wam szczerze, że teraz nie jestem pewna, czy przypadkiem nie pomyliłam tutaj tak szczerze tych funkcji, bo nie pamiętam, a już nie ogarnęłam, żeby to nadrobić.
Powiem szczerze, mam dziury w notatkach i chyba zwyczajnie nie zauważyłam, że miałam sobie jeszcze to przed nagrywaniem odsłuchać. Natomiast nieistotne, wiadomo, o co kaman. Dalej, jeżeli chodzi o drugi sektor, drugi okręg, kolejną serię trzech ofiar. Mamy tutaj królów. Tak ich nazwałam. Oni reprezentują umysł. Tutaj chodziło o sektor tego stowarzyszenia osób bardzo wpływowych. Także mamy tutaj legendarną psychiatrę. Obok niej był wypatroszony tukan i tam porzucony był złoty banan. Jej funkcja to właśnie rozwój duszy, czyli te rozmowy czy wspieranie ludzi troszeczkę starego typu terapią.
Starego mam na myśli rzetelną terapią. Dobra, wiecie co? Nie będę się w to zagłębiać, bo to i tak nie jest tutaj jakoś bardzo ważne. Chodzi mi po prostu o to, że jest to typ psychiatry, która faktycznie stawiała człowieka i jego zdrowie na piedestale, a nie zarobek na sesję. Może powinnam właśnie od tego zacząć dla tych, którzy tu nie byli, że jeżeli chodzi o to stowarzyszenie, te tajne stowarzyszenie alchemików, oni wypowiedzieli taką cichą wojnę. Tu mam właśnie to w podsumowanie śledztwa. W sumie mogłam od tego zacząć. Taką cichą wojnę złemu postępowi. Czyli tutaj chodziło trochę o ten, jak ja to określałam, postęp w kierunku transhumanizmu, czyli nie rozwijaniu ludzi, tylko ulepszaniu w kontekście zmieniania ludzi. Czyli że ludzie już przestawali być tak do końca ludźmi, bo zostały im domontowywane jakieś inne rzeczy stworzone przez ludzi.
A nie że ten ludzki potencjał był eksponowany, tylko on po prostu był przerabiany na coś, co się komuś wydawało, że jest lepsze. Więc tutaj w kontekście właśnie tego stowarzyszenia miałam na myśli tą psychiatrę i stare terapie. Stare, starożytne wręcz można powiedzieć, że tutaj chodziło o takie właśnie podejście, żeby jak najszybciej znaleźć dziurę w łódce i ją załatać, a nie tylko wylewać papierowym kubeczkiem wodę z łódki. Czyli po prostu łatanie tej głównej przyczyny, a nie zamiatanie pod dywan tylko objawów czy przygłuszanie. Więc tutaj to tego typu psychiatra miała być. Kolejną ofiarą tutaj właśnie z tego okręgu był właściciel kawiarni. Obok niego był... To było najtrudniejsze, powiem szczerze, bo tu się wylosował kleszcz, taki duży odzwierzęcy. Napisałam sobie „rozkrojony kleszcz”. Nie mam pojęcia, jak on by miał być w widocznym miejscu porzucony na tym polu, znaczy na miejscu zbrodni.
Tutaj była też z automatu, jak kleszcz, jego pokarm, czyli krew. I też czy to była torebka ze złotą krwią, czy właśnie płynna jakaś substancja złoto podobna. Też nie ma co wchodzić w detale. Gdybyśmy to mieli spisywać myślę, że też fajna opcja, żeby tu się trochę tym pobawić. Funkcją tej ofiary, właśnie ten sektor, który reprezentowała, to było ciało. Tutaj wypisałam dietę, że to był właściciel kawiarni, który karmił ludzi, poił ludzi odpowiednimi produktami. Ale był też właśnie tutaj znanym przedsiębiorcą. Miał może sieć tych kawiarni, ale przede wszystkim stawiał właśnie na jakość i na coś, czego nie ma na rynku i coś, co faktycznie ludzi nie, że uzależniało, na przykład, że nie dodawał jakichś tam polepszaczy do jedzenia czy coś, tylko właśnie wszystko od lokalnych rolników. Wszystko najwyższej jakości. Jedzenie, które faktycznie leczyło ciało.
I trzecia ofiara to był senator. Obok niego była rozpruta wiewiórka i wypisałam złoty żołądź. Nie pamiętam w odcinku właśnie, czy to był orzech, czy ja przypadkiem jeszcze nie popłynęłam gdzieś w inną stronę. Jego funkcja to był umysł w kontekście umiejętności napisałam sobie wpływu, ale tutaj chodzi bardziej o taki zdrowy wpływ, o coś, co faktycznie osoba na przykład, która pracowała, wypracowała sobie to stanowisko, a nie na przykład kupiła czy dostała i osoba, która faktycznie zmieniała daną społeczność. Używając swojego stanowiska, tego wpływu w dobry, zdrowy sposób. W sposób ludzki. Dobra, to tu mamy te dwa filary. Trzecim filarem są herosi, czyli filar odpowiedzialny za ciało. Bo herosi byli półbogami. Ich ciało miało zawsze lepszy start, lepszy stan i było bardziej odporne.
Tutaj był nasz alchemik bimbrownik. Tak jak wspomniałam, tutaj było to zmasakrowane ciało. Obok niego był wypatroszony królik i porzucona złota marchew. On reprezentował ciało. Też miał eliksiry. Co prawda, tak jak zielarka w pierwszym sektorze miała typowo ziołowe, lecznicze eliksiry, taka uzdrowicielka, tak nasz alchemik robił takie turbo trunki, funkcjonalne eliksiry, które w pewien sposób, można powiedzieć, nie tyle modyfikowały ciało, co po prostu podkręcały naturalny potencjał danego ciała. Nie mylić z potencją, aczkolwiek pewnie jak ktoś potrzebował, to i alchemik by coś na to znalazł. Kolejną ofiarą była emerytowana lekarka. Ona też została otruta, ale sprawcy nie zdążyli zbezcześcić zwłok, bo gdyby nasz śledczy nie był w areszcie, to najpewniej ofiara by przeżyła. Ale niestety wyszło jak wyszło.
Obok niej mimo wszystko znaleziono rozprutego koalę i został porzucony złoty eukaliptus. W sumie mogłoby tego nie być, ale myślę sobie, że może właśnie tak oni działali. Czyli jeden trupoz pozostawiał zwierzaka i te jakieś elementy, a przychodził później kolejny i zwłoki już jakoś stylizował. Jej funkcja to była dusza, czyli rozmowa. Tutaj chodziło o taką lekarkę, też szukającą dziury w łódce, żeby załatać. Lekarkę, która znała swoich pacjentów, która prowadziła bardzo pogłębione wywiady, tak jak niegdyś lekarze domowi prowadzili, że oni właściwie wiedzieli wszystko o wszystkich. Także to była tego typu lekarka. I ta trzecia ofiara z tego kręgu niedoszła, o której dzisiaj zobaczymy całą ustawkę, to był latarnik z latarni morskiej. Próbowali go otruć, na szczęście został znaleziony w porę, więc jest w szpitalu. Przeżył.
Ale zostało to już robione trochę pod ladą, pod dywanem, za kotarą, za kulisami, bo najprawdopodobniej ktoś od góry chciał storpedować całe śledztwo. Natomiast po śmierci lekarki komendant zauważył, że faktycznie coś jest bardzo nie tak, że coś się dziwnego dzieje, że nasz śledczy miał rację. Dlatego policjanci działają bardziej teraz w cywilu. Właściwie to nawet nie jest oficjalna tajna akcja. Zresztą zaraz jeszcze o tym powiem. Więc mieliśmy próbę otrucia. I teraz tutaj wyszło, że miało być zwierzątko. Uznaliśmy, że te złote ziarna kawy mają zostać porzucone, bo w tok śledztwa wyszła też gablota w przetapialni złota, w takim miejscu. W holu była gablota, gdzie były różne rośliny czy jakieś inne dziwne elementy z tombaku wykonane. I między innymi jak zrobili zdjęcia, to zauważyli, że co jakiś czas zaczynało brakować tych elementów.
Właśnie te elementy były porzucane przy ciałach ofiar i brakowało kawy. Więc dedukując dalej co się żywi kawą, wpadło to zwierzątko, co zaczęłam mówić odnośnie tej kawy kopi luwak. Ta najdroższa kawa na świecie. W tym miejscu pozwoliłam sobie zrobić research, żebyśmy mogli nazwać jakieś rzeczy po imieniu. Najpopularniejszym chyba zwierzakiem był łaskun palmowy. Natomiast zauważyłam, że jest też cyweta afrykańska. Polecam sobie wygooglować, bo jedno i drugie zwierzątko ciekawe. Cyweta ma takie fajne, jak to powiedzieć, włosy na grzbiecie. Jak patrzyłam na zdjęcia, ona jest bardziej pocieszna. Ale to chyba jest podobna grupa zwierzaków.
I chyba jest jeszcze jakieś inne zwierzę. Natomiast to są te dwa najbardziej popularne. Gdybyśmy to mieli spisywać, to warto byłoby pewnie podjąć jakieś decyzje. Chyba fabularnie mówiłam, właściwie nie pamiętam, czy o tym mówiłam, czy już tylko pomyślałam o tym, że w tym momencie jest ciche poszukiwanie tych zwierzaków gdzieś w portach czy w jakichś dziwnych miejscach, bo musiały zostać przywiezione w jakiś sposób. I te złote ziarna kawy. Ale to też jeszcze nie zostało znalezione. Chociaż, patrzę teraz, wiecie co, jak próba otrucia, musielibyśmy zwierzaka, tak jak w przypadku koali, musielibyśmy chyba też zabić. Nieistotne, to i tak nam w tym momencie nie wnika już. Jak byśmy mieli spisywać, trzeba by to poukładać wtedy. Funkcją latarnika tutaj umysł, wiedza.
Bo to był człowiek, który znał wiele historii, był bardzo oczytany. Marynarze i kapitanowie statków z nim zawsze rozmawiali. Zawsze o tych ludzi dbał, więc on miał reprezentować ten filar. Dobra, jeżeli chodzi o śledztwo, takie podsumowanie, to że giną członkowie Tajnego Stowarzyszenia Alchemików z różnych okręgów. To już powiedziałam? Najczęściej są to wysoko postawieni członkowie. Oni odpowiadają ogólnie za funkcjonowanie danego okręgu w danym miejscu, w danym mieście. Stowarzyszenie wypowiedziało, tak jak mówiłam, cichą wojnę z Eą Postępowi i ktoś z góry, w cudzysłów, próbuje położyć to śledztwo. Ja w sumie nie podjęłam chyba cały czas oficjalnie decyzji odnośnie tej wojny globalnej, ale najczęściej są to duże korporacje, którym się to nie podoba. W sensie tajne stowarzyszenie z nimi walczy.
Więc na pewno są to osoby, które mają dużo pieniędzy i dużo wpływów. I faktycznie była sytuacja taka, że nagle niby znalazł się ktoś, kto się przyznał do tego, że zamordował tego alchemika. Był to, nie wiem, człowiek borsuk czy coś takiego. I gdzieś tam kapitan się zaczął dziwnie zachowywać. W sensie ten komendant, kapitan, nie wiem w sumie, jak ja go nazwałam na posterunku. I dopiero po tej drugiej ofierze on się zorientował, że faktycznie jakieś dziwne rzeczy się dzieją. Komendant postanowił tą cichą akcję przeprowadzić w latarni morskiej. Jeżeli chodzi o podejrzanych, na szybko: najprawdopodobniej był to mężczyzna i kobieta. Mamy ogólnie dwóch sprawców tych zbrodni. Jeżeli chodzi o kobiety, to już postanowiłam, że nie będziemy bardziej tego rozwijać.
Pojawiła nam się w toku fabuły właśnie w tej przetapialni złota kobieta w kapeluszu, bo to też się zaczęło od tego, że znaleziono na miejscu zbrodni fragment kapelusza, tam w chacie tego alchemika bimbrownika. To był specjalny, na zamówienie kapelusz. Nasz śledczy trafia do kapelusznika. Kapelusznik jest taki trochę zastraszony, nie za bardzo chce gadać, ale śledczy znajduje tam wizytówkę, trafia do pobliskiego miejsca o nazwie Przetapialnia Złota. I ta kobieta też jest dosyć nieprzystępna. Coś było na rzeczy. Ostrożna też w tym, co mówiła. Więc już uznajemy, że to jest ona na potrzeby naszej fabuły. I dalej, jeżeli chodzi o tych trzech sprawców z poprzedniego odcinka. Znaczy podejrzanych.
Zaznaczam, że mamy podejrzanych na razie. Więc plażowy nudysta, tak go nazwałam w skrócie. On regularnie kręci się w okolicach latarni morskiej. I znaleziono na monitoringu, że grzebał gdzieś przy... Czekajcie, to u niego nie był monitoring, tylko po prostu badano miejsce pracy latarnika, czyli gdzieś pomost i tam znaleziono jego odciski palców, zdaje się. Chyba w tym kierunku szłam. Na wiaderku, którym pobierana była woda pitna, woda słodka, bo nasz latarnik sam sobie filtrował za pomocą kamieni typu szungit. Filtrował sobie wodę i ktoś tam grzebał przy tym. A tą wodą właśnie otruto naszego niedoszłego zamordowanego. Bo to się okazało potem, że rybka w akwarium, której on tą wodę dolał.
Więc rybka zdechła, kotek zdechł, który też pił tą wodę. Na szczęście latarnika udało się odratować w porę. Aha, jeszcze alibi. Ustalaliśmy alibi, czyli w dzień śmierci alchemika bimbrownika on był na jakimś wyjeździe czy spotkaniu klubu kolarskiego, a w dzień śmierci tej emerytowanej lekarki był na basenie i ma na to świadków. Dalej, kolejny podejrzany to jest sprzedawca beretów i beret, który został u niego zakupiony w jego sklepie internetowym. Ten beret był zatruty i właśnie ta emerytowana lekarka zmarła po zatruciu tym beretem. I to jeszcze wyszło, że ten sprzedawca beretów okazuje się, że był partnerem jednej z właścicielek zoo, z którego właśnie zniknął koala, który był rozpruty przy tej lekarce. I tutaj alibi, czyli w dzień śmierci alchemika tutaj mam zapisane, że był na posiedzeniu klubu Eko NASA. Tak to nazwałam. Bardziej chodziło o taki klub broniących klimatu, nie walczących z klimatem.
I też tutaj mówiliśmy o jakimś projekcie kosmicznym, że na przykład, żeby do kosmosu wysyłać jakieś zagrożone gatunki, żeby je przechować, bo Ziemia ulega zagładzie. A z kolei w dzień śmierci lekarki, no to tutaj mamy właśnie, że brał udział w poszukiwaniach tego koali. Dalej. Trzeci podejrzany to jest właściciel restauracji, która znajduje się obok przetapialni złota. No i tutaj mamy właśnie na monitoringu dowody na to, że on bardzo często przebywał w przetapialni złota, w tym budynku i też, że zna się z tą ekspedientką, z tą kobietą podejrzaną. Jego alibi to w dzień śmierci alchemika to były, napisałam zajęcia kreatywne dziecka, ogólnie zajmował się dzieckiem. Natomiast w dzień śmierci lekarki był w klubie sterowca, interesował się sterowcami. Też nam to wyszło z kart. Dobra, mamy chyba co najważniejsze. I co?
Chyba czas najwyższy przejść już dzisiaj do działań. Także ja sobie już przetasuję karty i tak jak zawsze rozłożę karty, ale nie będę jeszcze w nie zaglądać. I będziemy sobie razem patrzeć. Dobra, lecimy! Dobra. Karta jeden, karta dwa, karta trzy i karta cztery. Dobra, karty sobie już odkładam. Nie będą nam już dziś potrzebne. Tak myślę. Kości będę rzucać na bieżąco.
Kość jeden, dwa, trzy sobie na razie odsunę. No dobra, to chyba będzie trzeba już tutaj rzucać pierwszą kosteczką i zobaczymy. A nie, gdzie ja kosteczką? Kartę trzeba odwrócić. Matko, ale jestem dzisiaj zawinięta! Wybaczcie, wybaczcie. Dobra, no to lecimy. Pierwsza karta i cyk! Huhuhu! Zimowo.
Mamy tutaj zimę. Właściwie mamy widok z okna na gałąź. I na tej gałęzi siedzi wielki kruk i trzyma w dziobie czerwony jakiś owoc, nasionko. A właściwie to na pierwszym planie mamy jeszcze na parapecie korale to właściwie są, bo tak pomyślałam o jakichś nasionkach, ale widzę tutaj igłę, nitkę, więc tak jakby ten kruk skradł jeden z tych koralików. Albo ten kruk przynosi koraliki osobie, która to robi. Tak więc tak, karta z krukiem. I co teraz? W którym kierunku idziemy z tym? Myślę, bo jesteśmy fabularnie w miejscu, czyli nasz śledczy sobie leży. Udaje zwłoki, że tak powiem.
I co teraz? Kruk. Kruk symbolizuje co? Śmierć, ale też wiedzę. Nie wiem też, czy nie oczyszczenie. Nie pamiętam. Te czerwone koraliki, wiecie, tutaj w ogóle wszystko w takim zimowym anturażu. Śnieg pada, jasne, przymglone niebo i od razu tę czerwień widać. Dobra, już chyba mi się tego nie uda wyciąć, więc wybaczcie ten dźwięk. Za mało miejsca mam w miejscu, gdzie siedzę, więc wazony zastrajkowały.
Dobra. Koraliki jak krew. Bo teraz co? Sprawcy musieliby przyjść i go poćwiartować tak naprawdę. To może to są wizje naszego śledczego, że wiecie, okej, leży tutaj, ale jest przerażony. Boi się, że nie zdąży zareagować, że może coś się stanie, że go żywcem poćwiartują czy coś takiego. I może właśnie usłyszał dźwięk. Nie wiem. Właśnie myślę, czy w tej latarni na piętrze gdzieś to może słyszy kroki na schodach, gdzie wie, że tutaj wszyscy są pochowani, jeżeli chodzi o policjantów i nikt nie ma prawa tutaj być. Więc słychać może te kroki na schodach i on już tak wiecie, boi się jakby śmierci.
Ten kruk, ta śmierć do niego szła. Może to tak na razie zostawmy i wylosuję sobie. Rzućmy pierwszą kością teraz. Dobra, już pamiętam. To jest kość z tej serii „Podróże” i ja ją zawsze wyjmę do góry nogami, że to wygląda jak kobiecina w chuście na głowie, taka trochę zdegustowana. Natomiast tak, teraz widzę, że zgodnie z pozostałymi grafikami powinnam na to patrzeć, co jest idealne dla naszej historii, ponieważ jest to zamaskowany bandzior, ma takie groźne spojrzenie i ma chustę na twarzy, więc ewidentnie przyszli tutaj nasi sprawcy i chyba bardziej nie będę kombinować na razie z tą kością. Wezmę kolejną kość i zobaczymy, co dalej z tymi sprawcami. Bo właśnie pytanie, czy ta kość by symbolizowała jednego sprawcę, tego na przykład mężczyznę, czy ci sprawcy przyszli razem? Zobaczymy. Aha, widzę, że dzisiaj kości dają mi po prostu dowolność.
Wypadł znak zapytania. Kości same nie wiedzą, moi drodzy, co mamy tutaj zrobić. Teraz sobie myślę, bo jeżeli na początku też ustalaliśmy, ja sobie brałam pod uwagę, że kobieta truła, podawała truciznę w jakiś dziwny sposób, gdzieś tam przemycała, a mężczyzna później te zwłoki bezcześcił. Co prawda jak dzisiaj wam to podsumowanie opowiadałam i tak sobie pomyślałam o tej kobiecie, że ona była taka gustowna i w kapeluszu. Wiecie, stylówka się musiała zgadzać. To ja się zastanawiam, czy tutaj nie odwrócić tych ról i to mężczyzna na przykład właśnie zabijał te zwierzęta i podawał truciznę. A może ta kobieta, która też była taka dosyć zimna, nieprzystępna w tej przetopieni złota, może właśnie ona tak jak miała współczucie do zwierząt i nie zabijałaby ich osobiście, tak na przykład ludzie... Widziała w nich jakieś zło. Może też prywatnie nienawidziła tych alchemików, że może ona właśnie pragnęła tego postępu, nie? Więc może to kobieta teraz będzie szła?
Myślę, czy jedna, czy dwie osoby. Z drugiej strony poprzednia akcja nie wyszła, to może jednak przyszli we dwójkę tak wyjątkowo. Chociaż u alchemika też byli we dwoje, bo tam było, że szamotanina. No dobra. Musimy ująć w końcu tych sprawców, więc mamy dwójkę. Przyszła dwójka. Zobaczymy trzecią kość. Kwiatek. Kurde mol, kwiatek. Co mi ten kwiatek daje?
Życie. Wiosna. Taki kwiatek, wiecie, słonecznikowy jakiś taki. Czy tam jak stokrotka. Może tak jakoś o niej rozmawiają? Bo są przekonani, że przyszli, że tutaj jest tylko trup, że nikt się nie odkrył. Że może faktycznie ten latarnik to miał być za szybko. Myśleli, że policja się nie ogarnie. Zwłaszcza że dostali informację, że to śledztwo zostaje umorzone. Że oni może wiedzieli, że został aresztowany ten śledczy, więc czują się bezkarni.
Nie wiem, co? On się zwrócił do niej stokrotko? Bo kogo my tu mieliśmy? Tu był właściciel, sprzedawca beretów, ten nudysta. Wiecie, też takie dziecko kwiatów. Się śmiałam w sumie. I właściciel restauracji, który tam przychodził. No nie wiem. Wiecie co? Nie będę chyba na siłę tego kwiatka szyć.
Może słychać, że oni są w jakiejś relacji, myślę, czy bliższej No chyba że co? Jak ojciec z córką? Pomyślałam, że można do dziecka się też zwrócić, moja stokrotko czy coś tam, kwiatuszku. Chociaż chyba tutaj bardziej jeśli w ogóle, to romansowo, aczkolwiek nie planowałam tego. Kurde, wiecie co? Teraz fabuła mi się miesza w moich pomysłach, kto jest sprawcą. Ten kwiatek mi tutaj miesza straszliwie. Może sama będę musiała tą kością rzucić. Dobra, lecimy. Karta numer dwa.
Okej, mamy tutaj czarnego kota z złotym medalionem. On siedzi w trawie i w tej trawie mamy trzy kwiatki, ale te kwiatki nie mają takiej typowej główki kwiatka, tylko tam jest żarówka. I tu latają jakieś motylki. Całość jest w lesie ciemną nocą. Teraz tak myślę, czy ten kot-- tutaj mieliśmy też czarnego kota. Ten kot umarł, został otruty. Ale może nasz śledczy zobaczy jakąś zabawkę? Patrzę, że żarówka jako taki symbol pomysłu może na przykład. Może już ci sprawcy się zbliżają, a teraz nasz śledczy myśli, jak zareagować, bo musi udawać tego trupa i niby musielibyśmy ukryć kogoś, gdzieś tych policjantów zaczajonych. Nie wiem, czy tutaj coś na siłę dalej takie główkowanie, pomysły.
W sumie kot też jest taki czujny. Może ta karta by mogła symbolizować nasłuch tych złodziei. Tak patrzę, bo ten kot ma jeszcze taką dosyć wyzutą z emocji minę, takiego zabójcę trochę. Może tutaj właśnie nasz śledczy, on w sumie był w tej przetapialni złota, więc może poznał po głosie tą kobietę i może tutaj słychać, że to. Tak patrzę też, że czarny kot czy w ogóle kot w symbolice to był często symbol zła, szatana, tak też kobiety. I może właśnie nasz śledczy jest też zaskoczony, bo słyszy, że to kobieta tutaj dowodzi, że ta kobieta. Może ten do niej się zwrócił „kwiatuszku”, ona go pocisnęła, żeby jej nie umniejszał. I teraz tutaj te żaróweczki, pomysły, trybiki, łączą się kropeczki w głowie naszego śledczego, i że to ta kobieta jest ta najbardziej przebiegła. Też ten medalion złoty tutaj trochę jak ten z tombaku. Więc myślę właśnie, czy te elementy złote już leżały.
Te ziarna kawy leżały, wszystko tak musiało być przygotowane. I tego zwierzaka też, musi leżeć koło martwego zwierzaka. Kurde, na grubo to. Dobra, to wiecie co? Chyba dalej, bo już i tak dużo dzisiaj gadam, długo jest, więc zobaczmy co dalej. Rzucam kolejną kością. Wypadła nutka, czyli jakiś dźwięk, muzyka, jakaś wirtuozeria. Dobra, po głosie poznał tą kobietę. Też tych podejrzanych, nie wiem, czy ktoś ich przesłuchiwał. Z drugiej strony ja wypisałam sobie tych podejrzanych, ale gdyby ktoś ich przesłuchiwał, to by się wydało, że jest śledztwo.
Tam mówiłam wcześniej o jakichś profilach, więc patrzę, czy to coś z muzyką było. Tu były berety, tu był ten, co się kręcił, ten nudysta. Aha, to był taki zestresowany ten właściciel restauracji. Patrzę sobie też, jak już mam stół zajęty obok, akurat ci podejrzani obok mnie leżą, to sobie popatrzę. Pomyślałam o jakiejś melodii, o czymś, co mogłoby w jakiś sposób wskazywać, który to z podejrzanych był. Nie wiem, czy ten koala, czy może oni się kłócili o jakąś muzykę. A może ona? Patrzę, bo tutaj jest, że ten właściciel restauracji obok przetapialni. Może oni rozmawiali o tym, że ta muzyka jest słaba w tej restauracji. I teraz to by mogło wskazywać na to, że jest to ten właściciel restauracji, ale z drugiej strony zdania były tak konstruowane, że oni równie dobrze mogli po prostu rozmawiać o tej restauracji, o tym, że oni gustu nie mają, na tej zasadzie.
Tak sobie myślę, żeby trochę też te kości nam pomieszały. Jakbyśmy mieli fabułę z tego konstruować, to żeby też nie było za łatwo, kto tu jest winny. Dobra, zostawmy to, bo też jak nic więcej mi nie przychodzi do głowy, lecimy dalej. Trzecia kość. Przepraszam, druga, przedostatnia. I jest kłódka, czyli co? Jakaś tajemnica, sekret. Coś jest zamknięte. Oni się może zbliżają, już na przykład weszli do pomieszczenia. Dobra, ono nie mogło być zamknięte.
Więc weszli do tego pokoju, gdzie leży nasz śledczy. I co ta kłódka mogłaby oznaczać tutaj? Nie wiem, bo coś się mogło zaciąć albo o coś się mogli zaczepić. Chyba że trochę wtopa w śledztwie, że może ktoś odruchowo zamknął od środka ten pokój. To by mogło zaalarmować trochę naszych sprawców, przestraszyć ich, że jak to się mogło zamknąć, nie? I to mogła być jedna z tych scen, że któryś z ukrytych funkcjonariuszy musiałby się bezszelestnie Nie wiem, przybliżyć do tych drzwi, żeby je odblokować, otworzyć i jeszcze zdążyć zniknąć przed sprawcami, żeby się nie sypnęła akcja, nie? Chyba że właśnie ten śledczy, który udaje... A może drzwi po prostu były zablokowane jakimś meblem i on na przykład stopą przesunął krzesło czy coś. Może to właśnie blokowało niechcący. Może chcieli upozorować, że ten latarnik miotał po pokoju i się otruł i ktoś tak właściwie postawił za blisko kanapę czy drzwi.
Może jakąś szafkę, może też jakiś podsłuch czy coś tam montowali. To tak zróbmy. Więc w ostatniej chwili ktoś odblokował te drzwi, a sprawcy pomyśleli, że się drzwi zacięły, nie? Że stare drzwi, latarnia. Czyli akcja jest dalej w toku i zobaczymy ostatnią kość. No i teraz sobie weź zinterpretuj. Rozbłysk, wybuch, uderzenie. Takie promienie jakby są tutaj, nie? A może po prostu sprawcy weszli i ten jeden ze śledczych na przykład zatrzasnął za nimi drzwi i włączyli światło. I teraz po prostu sprawcy zostali złapani na gorącym uczynku, zostali ujęci.
A teraz zobaczmy na trzeciej karcie właśnie, co tutaj dokładnie będzie z tymi sprawcami. Także cyk. Wiecie co? Tak jak zawsze karty tutaj same idą, same tworzą. Idealnie. Mamy tutaj kartę, która przedstawia detektywa w żółtym płaszczu. To jest detektyw Banan. Ma na głowie zatknięty kapelusz. Nie wiem, czy to fedora, aż się nie znam, ale tego typu trochę noirowy klimacik. Ten banan ma odznakę szeryfa.
Tam z tyłu właśnie mamy taki fajny retro samochód i on tak patrzy groźnie, jeszcze taka filmowa mgła za nim, opary takie nocą. I on wskazuje na tych śledczych, więc może właśnie nasz śledczy wstał i tutaj jest jego triumf, że „ha ha, ujęliśmy was!” Tak mi się wydaje, że tutaj chyba ta karta mówi sama za siebie. I dobra, odkręcam ostatnią kartę tej serii. Normalnie jakieś werble tu trzeba i zobaczymy, czy ona nam powie, kto tu jest tym winnym. Jak nie, to będę szyła dalej, jeszcze podsumowując. Dobra, lecimy! Ojej! Ile tu się dzieje. Dobra, mamy las, mamy sznury i chorągiewki i na tych sznurach wiszą kosze takie piknikowe. Tylko że tam nie ma jedzenia, tylko są właściwie miecze, szable, jakieś sztylety przykryte ładną ściereczką, taką białą, tu w jakieś gwiazdki w coś tam.
I co by to mogło symbolizować? Wiecie, ta czwarta karta zawsze miała być takim podsumowaniem wszystkiego. Mamy te trzy kosze. Tak patrzę trochę, jak te trzy nasze okręgi i te trzy ofiary. Miecze. Że wojują. Patrzę na podejrzanych. Czy to by nam coś mogło podać, powiedzieć? Trochę jak koszyk, plaża to i trochę też ten nasz naturysta, nudysta. Nie wiem, może naprawdę rzucimy kością.
Powiem wam, jakie ja mam typy, co by tutaj według mnie było fajne fabularnie, a potem jeszcze zobaczymy za chwilę po prostu co kość by tutaj narzuciła. Chyba tak zrobimy. A te kosze... Z tej karty też emanuje taki zorganizowany spokój, że tutaj wygląda, jakby to był system podawania tej broni czy tych koszy. Może tutaj właśnie dzięki ujęciu tych sprawców została rozpracowana ta korporacyjna siatka. Może tak naprawdę tutaj wyjdzie, że to jest dużo bardziej zorganizowane, ale może tutaj też z tego wszystkiego wyszły te tropy. Może też rozbili ten jeden. Ta przetapialnia złota była jakimś takim miejscem wypadowym tego wszystkiego. Więc siatka, zorganizowana siatka to mi się podoba. To też by mogło być preludium do jakiejś serii kryminalnych opowieści, rozwiązywania sprawy wraz z tym tajnym stowarzyszeniem alchemików.
Dobra, mi się wydaje, że to jest to, że tutaj nie ma teraz co szukać na siłę. Patrzę na tych sprawców, bo kobietę ustaliliśmy, że ona to ona. I teraz, żeby było zabawnie, to moim pierwszym typem tak w ogóle, jak losowałam tych naszych podejrzanych, to był ten właściciel restauracji. Bo wiecie, oni znają się, obok są, a on wyglądał na takiego bardzo zestresowanego z tego portretu. I mógłby udawać takiego, tutaj jeszcze, że dzieckiem się zajmował, że niby taki niepozorny, taki trochę może ciapowaty ten właściciel restauracji i tak dalej, a tak naprawdę był mordercą takim krwiożerczym. Natomiast później, jak zaczęłam spisywać te notatki sobie dzisiaj, to pomyślałam: ten sprzedawca beretów. Bo w sumie on miał sposobność, tak jak tutaj, że niby brał udział w tych poszukiwaniach koali. To alibi na noc zamordowania tej lekarki. To równie dobrze mógł, że niby w lesie gdzieś szukał. Nie było świadków, a tak naprawdę w tym czasie zamordował tą lekarkę.
I druga sprawa, że był też partnerem jednej z tych właścicielek zoo, więc załatwił tego koalę. Miał dojścia. Tak pomyślałam, że tutaj to też by mogło być. Zwłaszcza że on też był, tu mówiliśmy o tym, jeżeli chodzi o portret, że on był taki Zdegustowany, oburzony, jak ktoś mógł tak obrzydliwy beret kupić i w ogóle, że bezguście. Tak jakby był zdegustowany w ogóle tą lekarką. Więc dodatkowo jeszcze tutaj te emocje, ta pogarda taka trochę wobec tej ofiary. I teraz wam powiem, że jak ten kwiatek mi wypadł na kości, to właśnie skojarzyło mi się z tym nudystą, że właściwie on tutaj się kręcił obok latarni, grzebał coś przy tej wodzie i niby taki beztroski, wiecie, eko i tak dalej, ale z drugiej strony w pewnym sensie dziki. Taki zwykły standardowy Kowalski jak idzie i widzi gołego gościa biegającego po plaży, to albo się boi, albo dzwoni po policję, albo w ogóle go unika. Czy czuje się zawstydzony, czy nie patrzy, odwraca wzrok. Więc to też byłoby dobre, bo byłby taki niepozorny.
I też taki trochę poza systemem, czyli ciężko byłoby go namierzyć. Dzięki temu byłby dobry w to, że niepostrzeżenie truł te ofiary. Sama nie wiem. Może i ta kość jest dobra, bo powiem szczerze, że każda z tych opcji byłaby ciekawa dla fabuły. Można byłoby próbować to fajnie fabularnie ograć. Zwłaszcza że najmniej chyba rzeczy wskazuje na tego plażowego nudystę. Dlatego tym bardziej mógłby się okazać twistem fabularnym. Z kolei właściciel restauracji z jednej strony jest oczywisty, ale z drugiej strony ta oczywistość mogłaby być zbyt oczywista. Sprzedawca beretów. To jest też ten zatruty beret.
Kiedy on został zatruty? Jak to wygląda? Kurde, nie wiem. Równie dobrze nie musi to być żaden z tych podejrzanych, jeżeli mielibyśmy to w fabule spisywać. Ale my ustaliliśmy, że jest tak, jak jest. Dobra, to rzucam kością. Rzucamy. Zamykamy śledztwo. Dwa. Beret wypadł.
Sprzedawca beretów. No dobra, to mamy, tak jak mówiłam z tym misiem koala, to faktycznie tutaj trochę było lipne to alibi na czas morderstwa tej lekarki. Natomiast na czas morderstwa alchemika to niby posiedzenie tego klubu Econasa. Może być, że w ogóle takiego projektu nie ma. Albo on jest twórcą tego projektu i nikt nie myślał, że może on miał na przykład tam prowadzić jakieś wykłady czy coś, a tego dnia nie było, ale nikt na to nie wpadł. Albo właśnie jakiś asystent go zastępował w jego imieniu, jakby mówił. Więc oficjalnie wszyscy utrzymują, że on był i ten wykład się odbył na przykład. Czy jakaś prelekcja jego. Pytanie, czy oni też w tych poprzednich okręgach mordowali. Mogłoby tak być.
Może ta przetapialnia była takim punktem. Ta kobieta się tym zajmowała, ale później gdzieś sobie jeździli w te okręgi dalsze. Dobra, mamy to. Słuchajcie, tutaj nie ma co więcej rzeźbić. Ujęliśmy sprawców, trafiliśmy na tą siatkę zorganizowaną. No i co? Może nasz śledczy gdzieś w wyobrażeniowym świecie będzie rozwiązywał sprawy dalej. A może cała ta seria zainspirowała kogoś z was. Także, tak jak zawsze podkreślam, nie krępujcie się, czerpcie stąd, jak coś was inspiruje, coś się spodobało, czy może jakaś postać, może to jakaś ofiara, jakaś metoda morderstwa, cokolwiek piszecie, bierzcie z tego, bo kurczę, aż czasami szkoda, żeby to wszystko się marnowało. A ja też jestem raczej człowiekiem, więc też mam jakieś tutaj ograniczenia czasowe i przerobowe, a w głowie i właściwie w komputerze i w zeszytach pełno swoich jakichś autorskich pomysłów, typowych, bez wspomagaczy kreatywnych, więc na pewno chcę się skupić najpierw na nich.
Aczkolwiek powiem szczerze, że to, co tutaj w tym podcaście wychodzi, to mamy tutaj bardzo dużo pereł. Zresztą tak jak mówiłam o tym śledztwie pierwszym takim w drugim sezonie, tym kreatywnym Chuck Malkers, to też była świetna sprawa. Tajemnica białego maku. Też bardzo ciekawe rzeczy wyszły. Karty też nam tutaj grały z nami w drużynie, także też aż się prosi, żeby to zamknąć. Spisać też. Dobra, uciekam. Uciekam moi drodzy, bo dzisiaj jest długo, więc zamykam temat. Obrabiam wszystko dla was, żebyście też mieli na YouTube przedmajówkowo, kto tam będzie chciał sobie w to zajrzeć. Trzymajcie się, bawcie się dobrze właśnie na majóweczkę.
Niezależnie od tego, czy gdzieś jedziecie, czy zostajecie w domu. Ale żebyście mieli piękną pogodę, żebyście się czuli zainspirowani, żebyście się w ogóle bardzo dobrze czuli w tych trzech filarach, czyli żeby wasze ciało działało super, żebyście mieli taki rozbuchany umysł. Może właśnie ochota na wypróbowanie czegoś nowego, na nauczenie się czegoś nowego. I żeby wasza dusza czuła taki spokój, może miłość, wszystko, co dobre, co tylko będziecie chcieli. Dobra, do usłyszenia w takim razie tym razem za dwa tygodnie. Pa!
[03:35:33] - Cały czas fascynuje mnie to, dlaczego... Nie, to nie tak. Zastanawiam się, dlaczego seria „Bez tajemnic” wzbudza aż takie emocje. To, że wzbudza zainteresowanie to oczywiste. Kiedy mówimy o spirytyzmie, to zawsze to cieszy się powodzeniem. Ale ta seria wzbudza emocje, autentyczne emocje, o czym się mogłem kilka razy w mailach przekonać. Wiecie państwo, ja tych emocji nie bardzo mogę udzielić państwu łączności z tymi emocjami, bo tam padają słowa na K, H i wszelkie inne na temat tego, gdzie my mamy łby i na cośmy się z tymi łbami pozamieniali, że takie bzdury puszczamy. To jeden typ komentarzy, bardzo specyficzny. Wolno? Niby wolno, ale po co właściwie?
Czemu to ma tak naprawdę służyć? Można po prostu rzecz puścić w niepamięć. Ale jest też drugi rodzaj komentarzy, w którym ludzie piszą o tym, że te audycje skłaniają do myślenia. Może niekoniecznie w tym kierunku, w którym podąża prowadzący, ale jednak sprawiają, że gdzieś tam jakaś taka się myśl dziwna, czasami zaskakująca dla samych myślących, lęgnie. No to cóż, proszę państwa. Zatem bez tajemnic. Dzisiaj o problemie następującym: czy zwierzęta mają duszę? Część pierwsza.
[03:37:30] - Dzień dobry. Przedstawiam wszystkim ulubioną kurę mojej córki. Nazywa się Kura. Tak. I teraz takie spostrzeżenie. Ktoś, kto nie zna tego zwierzęcia z bliska, powiedziałby, że to jest po prostu głupie zwierzę i będzie miał rację. Kury są bardzo głupie. Można to zaobserwować, gdy się na nie popatrzy w takim stadzie. Są bardzo głupie, wredne, bezmyślne. Ale czego nie można im zarzucić, to braku takiej inteligencji emocjonalnej.
Wbrew temu, co się może wydawać wielu osobom, które spożywają sobie rosołki co niedzielę, kury posiadają właśnie tę inteligencję emocjonalną. Lubią, jak się je głaszcze tu po łepetynce, po szyjce. Są bardzo wdzięczne i bardzo łatwo przyzwyczajają się do swojego pana. Nie są płochliwe, wbrew temu, co się wydaje. One się boją tylko tych, którzy je skrzywdzili. A ponieważ tutaj nasze kury, kury mojej córki, są przez nas bardzo czule pielęgnowane, karmione i głaskane, toteż te kury nas się nie boją i mamy z nich taką pociechę, można powiedzieć. Uciechę chciałem powiedzieć. Moja córka tutaj sobie przychodzi i karmi sobie te kury. Moja dwuipółroczna córka. Więc trzymamy tutaj taki mały kurnik, trzy kurki w celach pedagogicznych, więc nie możemy trzymać w domu kotka ani pieska.
Za to mamy kurki. I te kury to są kury inwalidki, które przyjechały do nas z ptasiej fermy i każda z nich ma jakiś defekt. Ta na przykład ma tylko jedną nogę. Koleżanki kury jej oddziobały. Mamy tutaj jedną kurę, która jest ślepa na jedno oko, a także mamy kurę, która ma złamaną nogę. I gdybyśmy tych kur nie przygarnęli, one po prostu w stadzie 300 sztuk zostałyby po prostu zadziobane. Kury są naprawdę pod tym względem bezlitosne, ale mają inteligencję emocjonalną. I teraz kiedyś pewien kolega śmiał się ze mnie, gdy powiedziałem mu, że obserwując rybki... Dobrze, może dam teraz kurze spokój. Idź sobie.
Obserwując rybki w akwarium stwierdziłem, że każda z nich ma swój charakter, że każda z nich zachowuje się w jakiś specyficzny dla niej sposób. Każdy, kto posiada dużo rybek, interesuje się tym, po prostu patrzy na rybkę i wie, że to jest rybka A, a to jest rybka B. Te rybki się nie mylą i każda z tych rybek ma jakiś swój instynkt, ma jakiś swój własny model zachowania. To nie są jakieś mechaniczne odruchy. To ich życie to nie jest mechaniczny odruch. Dlatego gdy człowiek na przykład patrzy na taką kurę albo patrzy na rybki, albo patrzy, co jest nam bliższe, w oczy ukochanego psa bądź kotka, to dostrzegamy, że za tymi oczami kryje się jakaś osobowość, coś takiego indywidualnego. Każdy, kto miał w życiu kilka zwierząt wie, że każde z tych zwierząt jest inne. Nawet jeżeli to jest kot tej samej rasy, pies tej samej rasy, kura tego samego koloru. Ale chce pofruwać, tak. Więc dzisiaj właśnie o tym.
Czy zwierzęta mają duszę? Spirytyści wiedzą, że tak. Spirytyści wiedzą, że tak, że zwierzęta mają duszę. Coś tam kury walczą. Idę zobaczyć. Zaraz wrócę. Alan Kardec, analizując przekazy mediumiczne, zauważył wyłaniające się z nich dwie konkurencyjne hipotezy dotyczące początków człowieczeństwa. Pierwsza z tych hipotez mówi o tym, że dusza człowieka zaczęła się od razu tak jakby inkarnować w ciele ludzkim, nie mając wcześniej żadnej duchowej przeszłości, byśmy powiedzieli. Więc Bóg stworzył duszę człowieka, która od razu hop-siup wskoczyła w ciało człowieka. Druga hipoteza natomiast mówi o tym, że dusza człowieka, zanim hop-siup wskoczyła w ciało człowieka, musiała wcześniej przejść przez szereg inkarnacji zwierzęcych, musiała przejść przez ten etap zwierzęcy.
I teraz spirytyści Przyjmują za najbardziej wiarygodną tę drugą hipotezę, dotyczącą ewolucji od roślin, przez zwierzęta, aż do człowieka. Ponieważ pierwsza teoria zakładałaby, że Bóg stworzył człowieka jako istotę wyższą, a wszystkie kolejne stworzenia: zwierzęta, owady i tak dalej, są skazane na wieczną niższość, na wieczne życie w stanie niższym. Według spirytystów kłóci się to z pojęciem Bożej sprawiedliwości i według nas Bóg nie zachowałby się w ten sposób. Dlatego wolimy teorię, według której wszystkie zwierzęta przechodzą w swoim życiu duchowym tę samą drogę. Czyli wszystkie ewoluują, wszystkie pracują nad sobą po to, aby stać się w którymś momencie człowiekiem. A człowiek musi nadal nad sobą pracować, ponieważ on też ma jeszcze bardzo daleki etap przed sobą, bardzo daleką drogę przed sobą, po to, aby stać się duchem czystym. Aniołem, archaniołem. Kwestia terminologii. Allan Kardec napisał w „Księdze duchów”, że poziom rozwoju zwierząt w porównaniu do człowieka jest mniej więcej taki sam, jak poziom rozwoju człowieka w porównaniu do Boga. Więc możemy sobie wyobrazić, ile jeszcze musimy zrobić, żeby chociażby w jakimś stopniu przybliżyć się do boskiej doskonałości, której wiadomo osiągnąć nie możemy.
Według spirytyzmu wszystkie żywe istoty posiadają w sobie tak zwany zalążek życia. Jest to taki rodzaj siły motorycznej, który sprawia, że żywe istoty żyją, rozwijają się, reprodukują się, a gdy tego elementu zabraknie, po prostu umierają. Duchy informują, że wszystkie byty fizyczne są uporządkowane według konkretnej hierarchii. Na samym dole są minerały, czyli skały nieożywione. Następnie rośliny, które posiadają zalążek życia. Następnie zwierzęta, które żyją, reprodukują się, posiadają instynkty. A na samej górze znajduje się człowiek, który oprócz tych wszystkich już wymienionych wcześniej elementów, posiada także umiejętność rozróżniania dobra od złego, czyli poczucie moralności. Równocześnie bierze odpowiedzialność za swoje czyny. Proces ten przebiega tylko jednokierunkowo. Człowiek nie może się cofnąć w swoim rozwoju.
To jest tak, jak gdybyśmy wzięli profesora uniwersyteckiego, który już osiągnął jakiś poziom inteligencji. Z moralnością to już czasami różnie bywa, ale inteligencji. I to jest tak, jakbyśmy nagle podejrzewali, że ta jego inteligencja może się cofnąć. Pomijam tutaj jakieś przypadki choroby, wypadków i tak dalej. Ale nie! W momencie, kiedy ktoś osiągnie już pewien poziom inteligencji, to nie pójdzie się bawić samochodzikami do piaskownicy, bo będą go interesowały rzeczy bardziej ambitne: literatura, eksperymenty naukowe i tak dalej. Duch lekarza André Louiza, który podyktował książkę „Nasz dom” spisaną ręką medium Chico Xavier, potwierdza tę drogę rozwoju duchowego. A na przykład medium, tu muszę sobie pomóc, Marlene Nobre ma na ten temat taką samą opinię. Przy czym jako dowód podaje fakt, że rozwój embrionalny człowieka przechodzi przez fazy zwierzęce. Więc początek rozwoju embrionu wygląda tak, jak gdyby się w kobiecie rozwijało jakieś zwierzę, a dopiero później ten embrion nabiera właściwości ludzkich.
Ja osobiście nie jestem przekonany, czy ten dowód można traktować jako dowód na potwierdzenie tezy, które dyktują duchy. Ale czemu by nie? Ja tu jestem troszeczkę sceptyczny. Duży wkład do rozważań nad fizyczną i duchową ewolucją wniósł także Alfred Russel Wallace, brytyjski geograf, przyrodnik i spirytysta, znany skądkąd jako współtwórca darwinowskiej teorii doboru naturalnego, której pozostał wierny do końca życia, mimo swojego akcentu do ruchu spirytystycznego. Wallace podzielił ewolucję człowieka na trzy etapy. Pierwsza jej faza to przejście od świata nieorganicznego do organicznego. Druga to pojawienie się świadomości, która stanowi zasadniczą różnicę między zwierzętami a roślinami. Trzeci etap to ukształtowanie się u ludzi najbardziej wzniosłych cech intelektualnych, które otworzyły przed nimi nieograniczone możliwości rozwoju. Zdaniem Wallace'a możemy przyjąć, że znane nam już prawa zmienności i doboru naturalnego i wynikająca z nich walka o byt oraz nieustające i coraz dokładniejsze przystosowanie się do środowiska fizycznego i biologicznego doprowadziły najpierw do udoskonalenia budowy anatomicznej, która dziś tak bardzo wywyższa nas ponad wszystkie znane zwierzęta, a potem i w związku z tymi zmianami do powstania większego i lepiej rozwiniętego mózgu, który pozwolił nam w pełni wykorzystać te anatomiczne udoskonalenia i podporządkować sobie w coraz większym zakresie cały świat roślin i zwierząt. Tu jednak kończy się rola doboru naturalnego.
Według Wallace'a umysł ludzki był zbyt rozwinięty, aby mógł stanowić jedynie rolę adaptacyjną organizmu do środowiska. Jest wszakże zdolny do pełnienia funkcji, których zwykle wcale nie musi pełnić. Wymienione wcześniej etapy rozwoju od nieorganicznych początków aż po powstanie istoty ludzkiej wskazują więc na istnienie świata duchowego, któremu materia jest podporządkowana. W tym ujęciu również cierpienie ma swój udział w kształtowaniu ludzkiego ducha oraz jego dalszego rozwoju. Najszlachetniejsze zdolności człowieka doskonalą się w przezwyciężeniu trudności, co służy dążeniu do rozwoju cech leżących u podstaw naszej moralności: sprawiedliwości, współczucia i samopoświęcenia. Spirytyści szukając odpowiedzi na pytanie o istnienie duchów zwierząt, nieraz przytaczają niezwykłe opowieści właścicieli zmarłych zwierząt, które mają być dowodem na to, że inteligencja zwierzęca po śmierci też istnieje, utrzymuje się, nie umiera razem z ciałem fizycznym. Są media, takie jak na przykład francuskie medium Reynald Roussel, który już powoli odchodzi na mediumiczną emeryturę, ale przez wiele lat człowiek ten organizował publiczne seanse, w których przywoływał duchy zwierząt, których właściciele siedzieli na sali. Jak to wyglądało? Medium mówiło na przykład, że nad salą widzi tłum gołębi. Teraz czy ktoś z państwa miał gołębie?
I na przykład zgłasza się z końca sali człowiek, który mówi, że miał gołębie i z tymi gołębiami coś się stało. Wtedy to medium na przykład mówi: „Te gołębie zachowują się w taki czy inny sposób”. Tutaj znajdujemy potwierdzenie, ponieważ ludzie, właściciele tych zwierząt, nie tylko w przypadku gołębi, ale przede wszystkim w przypadku na przykład psów, kotów, u tych duchów zauważają jakieś znane im zachowania. Medium potrafi przekazać myśli ducha zwierzęcia i na przykład może poinformować właściciela zmarłego zwierzęcia, zmarłego psa, zmarłego kota, co czuje ten mały pupil w zaświatach. Czy był szczęśliwy, czy był nieszczęśliwy, czy był dobrze traktowany, czy był źle traktowany, czego mu brakowało. Na przykład właściciel psa myśliwskiego dowiedział się kiedyś, że jego pies był nieszczęśliwy, ponieważ nigdy nie zaznał przestrzeni. Nigdy nie biegał po lesie, cały czas tylko mieszkał w małej kawalerce w dużym mieście. I ten pies po prostu się męczył. Właściciel był zaskoczony, ponieważ był przekonany, że dobrze dbał o swojego czworonożnego przyjaciela, a tu nagle okazało się, że jednak nie. Przy czym warto podkreślić, iż potwierdziły się wszystkie inne informacje, które medium podało na temat sposobu traktowania pieska i różnych innych okoliczności.
Obserwując reakcje ludzi, którzy znajdują się na takiej sali podczas takiego seansu, trudno jest podejrzewać, że medium to wszystko sobie wymyśla. To nie są tylko ogólne informacje w stylu: „Pański pies dobrze się czuje, kocha pana”, ale medium trafia z tymi informacjami w dziesiątkę. Dla osoby, która jest na sali, nie ma wątpliwości. Osoby te nie mają wątpliwości, że na pewno chodzi o ich zmarłe pociechy. Interesujące przypadki przytoczył jeden z twórców polskiej parapsychologii Józef Świtkowski, opierając się na badaniach zdolności Franka Kluskiego, popularnego w międzywojniu medium materializacyjnego. Zdarzało się, że na jego seansach badacze obserwowali zjawy zwierząt, choć występowały one rzadziej niż postacie ludzkie. Pewnego razu obok Kluskiego ukazała się zjawa małpoluda o niskiej inteligencji, ale ogromnej sile fizycznej i gotowości do usług. Innym razem świadkowie widzieli manifestację małej łasiczki, która była bardzo ruchliwa i przez wszystkich lubiana. Wśród pozostałych zjaw zwierzęcych Świtkowski wymienił także duże zwierzę przypominające panterę lub geparda. Zaświatowe zwierzę uprzykrzało się obecnym natrętnym lizaniem ich po twarzach, a odchodząc pozostawiło po sobie przykrą woń menażerii.
Z kolei w trakcie innego posiedzenia nad głową Kluskiego uczestnicy seansu dostrzegli zjawę wielkiego ptaka i zdołali go nawet sfotografować. Opisując te dziwne przypadki, warto mieć na uwadze, że wspomniane medium nigdy nie zostało przyłapane na oszustwie ani nawet na próbach oszustwa, a jego zdolności potwierdzili między innymi badacze z Międzynarodowego Instytutu Metapsychicznego w Paryżu. Niezależnie jednak od oceny relacji o zwierzętach ukazujących się na seansach materializacyjnych, faktem jest, że podobne zdarzenia należą do wyjątkowych. Z drugiej strony należy też brać pod uwagę krytyczne spojrzenia Allana Kardeca na kwestię wywoływania duchów zwierząt. Gdy zadał medium pytanie: „Jak to się dzieje, że zwierzęta odpowiadają podczas seansów spirytystycznych?”, duchy odpowiedziały Allanowi Kardecowi: „Wywołaj skałę, a ona ci odpowie”, gdyż w zaświatach jest wiele duchów, które chętnie podają się za cokolwiek lub kogokolwiek, byleby tylko zostać wysłuchanym. Ten temat rozwinę w kolejnym odcinku o zwierzętach, który na pewno pojawi się za jakiś czas. Być może część wątpliwości rozwieje analiza zdarzeń spontanicznych. Niektórzy uważają, że są one wartościowe, jeżeli opierają się na wiarygodnych świadectwach. O ile bowiem obserwatorom seansów spirytystycznych można czasem zarzucić, że powstały w wyniku wcześniejszego przygotowania czy zmowy uczestników, tutaj podobne zarzuty nie wchodzą w grę. Ich wartość nieco jednak maleje, gdy zdamy sobie sprawę, że spontaniczne zjawiska dla samych świadków stanowią przekonujący dowód, ale dla innych zwykle mają charakter anegdotyczny.
O tym, że duchy zwierząt czasami ukazują się ludziom, mogłyby świadczyć wydarzenia zanotowane przez Prospera Schumera, polskiego badacza zajmującego się w okresie międzywojennym metapsychiką, autora książki pod tytułem „Ze świata tajemnic”. Pierwsze zdarzenie autor przytoczył za spirytualistycznym periodykiem „Light”. Dotyczyło ono manifestacji, której świadkiem była pielęgniarka opiekująca się umierającym człowiekiem w jego domu. W pewnym momencie zobaczyła pod stołem dość dużego psa.
[03:54:26] - Wkrótce niestety jej pacjent umarł, a pies zniknął. Nazajutrz pielęgniarka zapytała wdowę o zwierzę, którego od tamtego czasu już więcej nie widziała. Zaskoczona kobieta odparła, że w domu nie ma żadnego psa. Gdy jednak pielęgniarka uporczywie utrzymywała, że na pewno go widziała i kiedy szczegółowo opisała jego wygląd, zdumiona wdowa przyznała, że istotnie posiadali kiedyś takiego psa, ale zginął 10 lat temu. Drugi przypadek, który przytacza Shmurło, pierwotnie został opisany przez włoskiego spirytystę Ernesto Bozzano w czasopiśmie „Luce e Ombra”. Historia dotyczy profesora Emila Maguina, który miał psa imieniem Kreola. Maguin wysłał go na kilkanaście dni do Rambouillet w okolicach Paryża na tresurę do leśniczego. Niedługo potem, pewnego ranka profesor usłyszał wyraźne drapanie psa do drzwi wejściowych. Mój aktor nie chciał drapać drzwi, dlatego nagrałem szczekanie. Gdy usłyszał znajome szczekanie, wstał, otworzył drzwi, ale nikogo nie zobaczył.
Dwie godziny później otrzymał depeszę z zawiadomieniem, że Kreola nie żyje. Ukochany pies profesora przypadkiem został zastrzelony na polowaniu przez niezręcznego myśliwego. Kura i ja dziękujemy za oglądanie odcinka. Zapraszamy do subskrybowania konta po to, abyście nie przegapili kolejnych odcinków i zapraszam do oglądania następnych materiałów wideo. Państwo się przyzwyczaili, że „Archiwum ABW” to tak godzinka pęknie bez wątpienia. Dzisiaj, żeby nie było tak sztampowo, to dzisiaj nie. Dzisiaj będzie tylko 20 minut i nie będzie masy opowiadań, tylko mniej. Zapraszam państwa zatem na „Archiwum ABW”. Przypomnę tylko, że „ABW” to archiwalna audycja dostępna. Wszystkie odcinki państwo znajdziecie w archiwum Radia Paranormalium.
Podcasty czekają. To taka audycja, w której czytane były przez Marka Sęka opowiadania nadsyłane do redakcji, a my pracowicie z Wiktorem Żwikiewiczem, a chwilami z Tomkiem Fonsem omawialiśmy te opowiadania, czepiając się paskudnie albo czasami mniej paskudnie, ale najczęściej racjonalnie i literacko. Myślę, że kilka osób dzięki tej audycji troszeczkę podkręciło swoje myślenie o pisaniu, o tym, w jaki sposób należy pisać. To było „ABW” i ja nieustannie od pewnego czasu apeluję, żeby jak ktoś z państwa pisze, niech to będą nawet krótkie utwory, drable chociażby czy jakieś takie wprawki. Warto, proszę państwa, jeśli się w ogóle pisze, to pisze się po coś. Nie wierzę, powiem szczerze, ale mi się zrymowało. Nie wierzę, powiem szczerze, w ludzi piszących do szuflady. „Ja tu sobie, wie pan, tutaj tak na boczku piszę, to nie dla ludzi, ja to tak dla siebie”. Niby tak spora część osób mówi. Ja, wybaczcie państwo, w to nie wierzę.
Pisze się jednak zawsze, prawie zawsze, tak mi się wydaje, że pisze się jednak dla kogoś. Bo po co mam pisać dla siebie? Ja wiem, co jest w mojej głowie. Te historie wszystkie znam, które się gdzieś tam lęgną w tych czeluściach czy w tej szarej substancji. Nie ma sensu, żebym to pisał dla siebie. Jeśli piszę, zamykam myśli w słowa, w zdania, w pewną narrację, to chciałbym, żeby przynajmniej jedna osoba to przeczytała. Może dwie, może trzy, może dziesięć, może jeszcze więcej. Wiecie państwo, jeśli coś takiego robicie, czyli zajmujecie się pisaniem, to ja cały czas nieustająco zapraszam. „Bibliotekarium 2.0” to może być taki przeddebiut. Wiadomo, ludzie by chcieli debiutować od razu na łamach jakiegoś pisma albo antologii, albo gdzieś tam na papierze.
Słusznie. Popieram tego rodzaju marzenia, ale od czegoś warto zacząć. Może warto zacząć od takiego para-audiobooka, czyli od usłyszenia swojego własnego opowiadania na antenie Radia Paranormalium, na antenie Book Radia, słowem w „Bibliotekarium 2.0”. Czasami takie odsłuchanie własnych słów przefiltrowanych przez lektora daje dużo do myślenia. Ja wiem, co mówię, proszę państwa. W życiu napisałem ponad 50 słuchowisk, wszystkie zrealizowane. I wierzcie mi państwo, kiedy w większości przypadków słuchałem tych słuchowisk, każde słowo w tych słuchowiskach wyszło spod mojego pióra czy spod mojej klawiatury, a jednak zdarzało mi się zapominać o tym. To jest tak, jakbym słuchał utworu kogoś innego. Doszło do tego, że ja później brałem nagranie i sprawdzałem z maszynopisem, z komputeropisem, czy ja naprawdę tak napisałem. Czasami był to element dumy, że tak dobrze napisałem, a czasami zdarzało się, na szczęście nieczęsto, że nie byłem dumny z jakichś sformułowań, z jakichś zdań.
I patrzę, a to ja tak napisałem. To bywa naprawdę bardzo pouczające i to jest dobre doświadczenie dla osoby piszącej. Podobnie jak audiobooki. Kilka audiobooków w życiu na podstawie moich tekstów też zostało stworzonych. I wierzcie mi państwo, słuchałem ich z pewną taką nieśmiałością tu na początku, a później z pewnym zadziwieniem. Mówiłem sobie: „Ten Żelkowski, to on tak to napisał? No ja bym to napisał inaczej”. Żarcik taki, bo tak często się zdarza, że tekst jak się już przeleży, już trafi do ludzi, to człowiek sobie uświadamia, że można to było zrobić, nawet nie wiem, czy lepiej. Inaczej, po prostu inaczej. I to też jest nauka.
Właściwie przez cały czas człowiek, który pisze, uczy się czegoś. I ja jeszcze raz dlatego do państwa apeluję: przysyłajcie państwo swoje opowiadania. Już państwo zapomnieli, o czym mówiłem na początku, to przypomnę. Przed nami archiwum ABW.
[04:02:07] - Kamila Cionką-Borkowska, „Rola życia”. Czekał już pół godziny. Jego myśli składały się głównie ze słów uznanych za wulgarne. Ile ma siedzieć pod tymi drzwiami? Przeczytał już wszystkie ogłoszenia na tablicy. Przestudiował też plakaty reklamujące nowe spektakle. Niewiele brakowało, a zacząłby zapewne robić przysiady. Nie byłoby tak źle, gdyby w porannym pośpiechu nie zapomniał telefonu. Patrząc na klamkę, powtarzał szeptem litanię: „Otwórz się, otwórz się, no otwórz się, kurna!” Gdy drzwi uchyliły się, młody człowiek podskoczył. Stanął z lekkim uśmiechem, patrząc na kobietę wychodzącą z pokoju.
„Stażysta?” „Tak” Uśmiechnął się jeszcze szerzej. „Trochę poczekałeś”. „Naprawdę? Oglądałem plakaty. Fascynujące”. „Tak, tak” Machnęła ręką, przerywając. „Za mną. Nazywam się Maria Antonina. Możesz pośmieszkować później przy kawie. O, tam.” Kiwnęła blond głową.
„Nie przy mnie. Nie rozumiem żartów. Rano przynosisz mi kawę. Resztę wyjaśni ci Tomek. Nasz inspicjent będzie twoim opiekunem”. „Rozumiem”. „Mnie nie zawracasz dupy. Ja pracuję. Nie prowadzam praktykantów za rączkę”. „Stażystów.
Jestem stażystą”. „Jeden pies”. Doszli do małego pokoiku. Wśród masy gratów kręcił się łysy mężczyzna, który spojrzał na nich z zainteresowaniem. „Tomek, to nowy stażysta. Spojrzała na niego wymownie. Przypilnuj, żeby sobie krzywdy nie zrobił”. „Tak jest, szefowo”. Wyciągnął rękę na powitanie. „Tomek jestem”.
„Mirek. To nowa Ania. Pokaż mu, co ma robić”. „Z całym szacunkiem szefowo, ale nawet gdyby stepował uszami, to Ani nie zastąpi”. „Tak, tak” Na odchodne znów machnęła ręką. „Chodź, pokażę ci, z czym się je nasz teatr”. Spacer po budynku sprawił, że chłopaka rozbolała głowa. Okazało się, że jego obowiązki to robota dla przynajmniej dwóch osób. Ma jednak nie marudzić, bo Ania, kimkolwiek nie była, dawała radę. Miał ochotę skopać swojej poprzedniczce tyłek.
Co trzeba mieć we łbie, żeby być aż tak nadgorliwym? Informacje zdobyte w ciągu dnia zaczęły się mieszać. Po powrocie do domu musiał położyć się na chwilę. Nie potrafił przestać myśleć o Marii Antoninie. Lubił starsze kobiety. Nie dawał rady jednak skupić się na rozmyślaniach, ponieważ wiecznie zmartwiona matka zasypywała go pytaniami. Niestety był tak zmęczony, że nie przejmując się gadaniem rodzicielki, zasnął od razu. Obudził się z krzykiem, nie pamiętając dokładnie, co mu się śniło. Zza mgły sennych majaków przebijała się wizja magazynu z lalkami i nowa szefowa. Tysiące martwych, malowanych oczu, przerażających sztucznych uśmiechów i elektryzująca kobieta.
Wzdrygnął się na wspomnienie koszmaru. Piąta rano. Za godzinę i tak musi wstać. Weźmie prysznic, by zmyć z siebie okropne wrażenie namacalnego zagrożenia. Stojąc pod strumieniem ciepłej wody, przypomniał sobie, jak jego opiekun otworzył drzwi lalkalni i złapał go za łokieć, gdy chciał wejść do środka. Pod żadnym pozorem nie pozwolił mu przekroczyć progu pokoju. Do magazynu może zaglądać tylko szefowa. Czasem wchodzi tam i spędza kilka godzin. Jeśli ktoś złamie zakaz, zostaje zwolniony w trybie natychmiastowym. Nie ma nawet okresu wypowiedzenia.
Wspaniała Ania podobno złamała zakaz i więcej się w pracy nie pojawiła. Magazyn jak magazyn. Lalki były straszne i nie zamierzał łamać żadnej zasady zabraniającej zbliżać się do tego pokoju. Nie ma takiej siły, która kazałaby wejść do tego miejsca. Mógłby za to zbliżyć się do szefowej. W łóżku pewnie nie jest taka oschła. Ciepła woda pomogła oczyścić myśli. Kawa natomiast pozwoliła z optymizmem spojrzeć na nowy dzień. „To teraz mi powiesz, jak było?” „Staż. To staż, mamo.
Byłem przecież już na czterech, ale nie w teatrze. Wolałem ten w gazecie.” „Może zostaniesz tam na dłużej.” „Kto wie? W cholerę dziwni ludzie pracują w tym miejscu.” „Artyści, synek. Jedz śniadanie.” Matka miała rację. Jeśli mu się w końcu nie poszczęści, nie ucieknie z domu już nigdy. Rzygać mu się chciało dobrymi radami matki i jej wiecznym nadskakiwaniem. Jednak w dzieciństwie za często dostawał pasem za pyskowanie. Nauczyło go to szacunku. Mógł myśleć, co chciał, jednak przez gardło mu nie przechodziło to, co często chciał powiedzieć. Zaciśnie zęby i może się uda.
Drugi dzień stażu okazał się bardziej optymistyczny. Dziewczyny z charakteryzatorni opowiadały mu właśnie kto, co, z kim i dlaczego. „I wtedy…” kończyła historię korpulentna szatynka. Koleżanka z cichym „sssz” szturchnęła ją łokciem, przewracając jednocześnie oczami. Bez słowa obie skupiły się na swoich kubkach z kawą. Mirek zdziwił się zachowaniem dziewczyn. „I co wtedy?” Obie przecząco pokiwały głowami. W tej chwili usłyszały stukanie obcasami i stolik, przy którym siedzieli, minęła szefowa. Zaciśnięte usta nie zachęcały do nawiązania rozmowy. Każdy, kogo mijała, spuszczał głowę.
Dziwne zachowanie. Jeszcze w żadnym miejscu nie spotkał się z czymś takim. Był jedyną osobą, która nie opuściła wzroku. Czuł się zahipnotyzowany. Nawet gdyby chciał, nie mógłby na nią nie patrzeć. Kobieta, nie zwalniając kroku, skierowała się w stronę magazynu z lalkami. Dopiero gdy zamknęła za sobą drzwi, nowe znajome odetchnęły z ulgą. „Co to było?” „Maria nie lubi dyskusji w pracy. Całe szczęście weszła do swoich laleczek. Mamy luz na kilka godzin.” „Co ona tam robi?” „Zgadniesz, jak nie wiesz?
Nikt ci nie mówił, że tam nie wolno wchodzić?” „Mówił, ale nie ogarniam.” „Nie musisz. Pracuję tu 10 lat i dam ci dobrą radę.” Zbliżyła twarz do jego ucha. Poczuł dotyk jej ust. „Nie zbliżaj się do tamtej części korytarza. Szefowa ma bzika na jego punkcie.” W nocy znów miał dziwne sny, w których pojawiała się ona. Próbował ją złapać. Uśmiechała się i kusiła go. W końcu znaleźli się sam na sam. Kiedy miał już ją pocałować, usłyszał głuchy dźwięk. Drażnił uszy podobieństwem do spadających drewnianych łyżek, które uderzają o siebie.
Dotykał jej ust swoimi. Nagle zasypały ich elementy teatralnych lalek. Nie mógł się poruszyć ani oddychać. Był sam. Obudził go szyderczy śmiech. Piąta rano. Koszmar prześladował go przez cały miesiąc, noc w noc. Doszło do tego, że bał się zasnąć. Dodatkowo mroczna królowa jego serca nie dawała okazji, aby pokazał się z lepszej strony. Udało mu się za to poderwać korpulentną charakteryzatorkę.
Nigdy nie miał śmiałości do kobiet. Brał, co się nawinęło. Z jego charakterem nie mógł wybrzydzać. Zresztą mieszkał z matką. Która kobieta na stanowisku zainteresuje się takim przegrywem? Sypiał więc z Moniką z powodu braku innych perspektyw. Ranek był pochmurny i prawie nikogo jeszcze nie było w pracy. Skierował się do pomieszczenia socjalnego, w którym co rano parzył kawę szefowej. Póki co kilka razy na niego mruknęła. Traktowała go jak muchę, przeganiając ręką, gdy pojawił się na horyzoncie.
Zamyślony szedł przed siebie, gdy nagle zauważył dziwną rzecz. Drzwi od magazynu były otwarte. Pracował już ponad miesiąc i wiedział, że nie zdarza się to nigdy. Szefowa była zbyt zbzikowana na punkcie lalek, żeby zostawiać te drzwi otwarte. Stanął więc, patrząc jak cielę na malowane wrota. Powinien zamknąć drzwi. Jednak jakaś siła pchała go do środka. Miał wrażenie, że coś wewnątrz pokoju woła go. Walczył z nieodpartą ochotą zerknięcia do środka. Może Maria jest w środku i będzie mógł zamienić z nią choć słowo.
Walcząc z głosem rozsądku, wyciągnął rękę i otworzywszy drzwi, wszedł do środka. Gdy przestąpił próg, drzwi zatrzasnęły się same, a dookoła roztoczył się dźwięk znany z nocnych koszmarów. Przestał czuć cokolwiek. Nie mógł oddychać i miał wrażenie, że zawisł w powietrzu. Nie wiedział, gdzie jest podłoga, a gdzie sufit. Chciał wołać o pomoc, jednak głos nie chciał wydobywać się z gardła. Otoczyła go ciemność. Pasmo światła rozświetliło mrok panujący w magazynie. Włącznik pstryknięciem powitał światło żarówki Które oświetliło stojące w koło i wiszące na każdej ze ścian tysiące lalek. Maria Antonina podeszła do najnowszej marionetki.
Ujęła ją delikatnie, zdejmując z haczyka. Ułożyła delikatnie na stole i z uczuciem pogładziła po drewnianej twarzy. „Mówili ci przecież, żebyś tu nie wchodził”. Justyna Ignaczak „W tłumie”. Sukienka mnie spłaszcza, zabiera kontury i wyrazistość. Marynarka pozbawia elegancji, a skórzane buty niszczą autentyczność. Tłum sunący koło mnie o godzinie 6:30 wyciska resztki mojego ja. Sprawia, że jestem wyblakła i śmieszna. Zagłuszam jednak wszystko nieatrakcyjną muzyką i dzięki temu czuję się weselej. Biegnę, pracuję.
Czasem rozróżniam niektóre słowa wypowiedziane przez tłum i próbuję nieudolnie się wpasować i przybrać odpowiednie kształty. Tłum próbuje zrobić to samo, ale ja jestem po drugiej stronie lustra i tego nie dostrzegam. Co jakiś czas przeglądam się w szybach nowych biurowców i sprawdzam, czy ja to ja. Pewnego razu, zamiast dostrzec swoje odbicie, dostrzegłam obraz. Wystawiono go przed szybą na sztaludze, by dumnie reprezentował bezimienną galerię. Obraz jest stały, jego nieoszlifowana forma się nie zmienia, a jednak pasuje do mojego niepoukładanego zmiennego dnia. Dostrzegam go za każdym razem, gdy idę do pracy i po jakimś czasie nawet przestaję się dziwić, że w tym miejscu nie widzę mojego odbicia. Mój grafik staje się jeszcze bardziej tłoczny, dlatego patrzę na niego w różowych okularach, by dostrzec tylko najbliższe godziny i duży neonowy napis „Świetlana przyszłość”. Twierdzę, że duszę się i nie mogę oddychać z powodu smogu i alergii na kota. Zamieniam okulary na soczewki, by podkreślić swoją nieatrakcyjność.
Staram się poruszać z gracją, by ukryć, że moja torebka nie pasuje do całości. Odwracam znowu głowę, by ujrzeć obraz i zatrzymuję się. Przestaję próbować dogonić tłum. Obrazu nie ma. Zniknął. Stoję i uświadamiam sobie, że nie pamiętam, co przedstawiał. Widzę tylko moje odbicie. Jurjan „Kamień”. Moja świadomość rosła. Nie potrzebowałem snu ani odpoczynku.
Mimo że nie pojmowałem dokładnie istoty czasu, czułem, że rozumiem więcej wraz z jego upływem. Czas. Czym był czas? Nie potrafiłem pojąć tego fenomenu. Umiałem jedynie dzielić go na odcinki. Od jednego do drugiego trzęsienia ziemi, od lawiny do lawiny czy okresowego pojawiania się strumienia. Dotarło do mnie, że materia, z której jestem zbudowany, posiada ogromną energię. Nie potrafiłem jej wykorzystać. Na razie. Tymczasem zajmowałem miejsce w wilgotnej jaskini.
Nade mną górowały lśniące filary. Nie posiadałem zmysłów. Wszystko, co mnie otaczało, przeczuwałem, a przeczucia zlewały się z ideami. Ten dziwny konglomerat tworzył pierwocinę świadomości. Z pewnością byłem niezależnym bytem. Czułem niechęć do strzelistych, monumentalnych ścian. To, co mnie różniło od ich spokojnego trwania, to agresywna potrzeba ekspansji. Chciałem zdominować całą pieczarę, najlepiej w porozumieniu z innymi. Takich jak ja było więcej. Często wyobrażałem sobie miejsce, w którym przyszło mi żyć.
Z pewnością mogłem to nazwać życiem. Potrzebowałem szybkiego i możliwie dużego przyrostu. Zrozumiałem, dlaczego jest mi to potrzebne. Wzrastająca masa i stopień skomplikowania formy powodowały poszerzenie świadomości. Póki co nie zastanawiałem się nad dalekosiężnymi planami. Kolejny ciekawy koncept, który pojąłem, to cud marzenia. Od tamtej chwili wyraźne poczucie odrębnej obecności wobec świata zewnętrznego potrafiłem także oddzielić od wizji pragnień. Rozwinąć się możliwie szybko, wygrać wyścig i górować nad innymi. W pewnej chwili rozwoju zrozumienie sensu istnienia przyjdzie samo. Tak było ze wszystkim, co do tej pory osiągnąłem.
Wiele razy przeżywałem kataklizmy w jaskini. Na szczęście takie sytuacje nie przekładały się negatywnie na tempo realizacji założonego celu. Zaskoczenie. To pojęcie, a w zasadzie jego zrozumienie ogarnąłem w dość nietypowej sytuacji. Inny byt tego samego rodzaju, ale o nieco mniejszej świadomości postanowił połączyć się ze mną. Nagły skok zdolności pojmowania pozwolił zrozumieć, że to najszybszy sposób na zdominowanie otoczenia. Euforia trwała dość długo. Powoli pojmowałem kolejne aspekty egzystencji. Co jakiś czas powracała do mnie natrętna myśl. Obsesja dotyczyła możliwości porzucenia fizycznej struktury.
Czułem, że materia mnie krępuje, że pełną wolność mógłbym poczuć tylko w formie czystej energii. To była najdonioślejsza koncepcja, na jaką było mnie stać. Coś się zmieniło. Strach to ostatnie odkrycie, jakiego dokonałem. Zrozumienie odeszło tak samo szybko, jak się pojawiło. Kolejne myśli upadały coraz niżej. Zadawałem pytania i udzielałem odpowiedzi, mieszając znaczenia. Pojęcia traciły sens i zanikały w niebycie. Spirala w dół. Czym jest ona?
Rosnąć. Być. Sto pięćdziesiąt, tak jak się umawialiśmy? Usiadłem w końcu wygodnie. Wymęczony, ale zadowolony. Tak. Przez jakiś czas może pan czuć dyskomfort. Podrażnione szkliwo czasem reaguje na zmianę temperatury albo słodkie, kwaśne jedzenie. Warto kupić dobrą pastę na nadwrażliwość. Teraz jest tego pełno.
[04:22:20] - Tak, proszę państwa, to była porcja prozy, nieodzowna w każdym Bibliotekarium 2.0. A teraz, skoro była audycja „Czy zwierzęta mają duszę? Część pierwsza", to jest oczywiste, że nie każę państwu czekać do przyszłego tygodnia na część drugą. Zapraszam państwa na „Bez Tajemnic".
[04:22:59] - Ten odcinek powinien mieć inny tytuł, ale chciałem nawiązać do wcześniejszego odcinka o zwierzętach. Dzięki temu nie będę musiał powtarzać wielu rzeczy. Dzisiejszy materiał oparłem na opowieściach francuskojęzycznych mediów, ponieważ doszedłem do wniosku, że relacje polskich mediów są w zasięgu ręki wszystkich. Wystarczy wpisać odpowiednie hasło w wyszukiwarce YouTube i wszystko można ładnie sobie obejrzeć. We wcześniejszym odcinku rzeczywiście starałem się odpowiedzieć na pytanie, czy zwierzęta mają duszę. Natomiast teraz zamierzam skupić się troszeczkę bardziej na roli zwierząt w życiu człowieka, ich śmierci i życiu w zaświatach. Zaraz zobaczycie na ekranie różne media, które przedstawią swoje własne opinie na ten temat i zwróćcie uwagę, jak ważne jest nie tracić z oczu jakiegoś punktu odniesienia. Dla mnie takim punktem jest „Księga duchów" Alana Kardeca. Medium Leila del Monte uważa, że duch każdego zwierzęcia ewoluuje swoją drogą i nie można tworzyć gradacji, twierdząc, że na przykład tygrys jest bardziej rozwinięty od jeża. Człowiek nie może wiedzieć, które zwierzęta są bardziej, a które mniej rozwinięte.
Według medium w zwierzętach często inkarnują się duchy wysoko rozwinięte, które swoją osobowością wpływają na człowieka. Malory twierdzi także, że duchy zwierząt przybywają z misją do spełnienia względem człowieka. Względem nas wszystkich. Potwierdza to medium Karin i dodaje, że psy, koty, konie i delfiny są szczególnie rozwinięte, a ich wpływ na ludzi jest odpowiednio większy niż w przypadku innych zwierząt. Kanadyjczyk Yvon Poirier mówi, że zwierzęta pomagają nam przejść przez życie, łagodzą pewne trudne sytuacje i cieszą się, gdy jesteśmy szczęśliwi. Podkreśla, że duchy zwierząt są bardziej rozwinięte, niż nam się wydaje. Człowiek może się wiele nauczyć od zwierząt, szczególnie w kwestii bezwarunkowej miłości. Ja nie mogę zgodzić się z opinią, że duchy zwierząt inkarnują się w ludzkich ciałach. Bo na początku istnienia ludzkości owszem, ale wówczas poziom rozwoju człowieka był pod wieloma względami znacznie niższy niż aktualnie. Sądzę, że nasze słodkie kotki, zanim staną się ludźmi, muszą przejść jeszcze długą ewolucję w innych światach i na pewno nie stanie się to z dnia na dzień.
Malory zapewnia, że na ducha zwierzęcia składa się kilka zwierzęcych dusz, więc nie wygląda to tak jak u człowieka. Jest to jakby zbiorowy duch pozlepiany z nawet 15 osobników, lecz najczęściej z siedmiu, ale nie wiadomo dlaczego z siedmiu. Według tej medium świadomość zwierząt jest sumą kilku świadomości, przy czym tylko jedna jest świadomością wiodącą. Ten pogląd kłóci się z informacjami zebranymi w „Księdze duchów”. Według mnie bliższy prawdy jest medium Poirier. Twierdzi on, iż psy i koty mają indywidualne dusze jak człowiek. To sprawia, że zwierzęta są równie ważne co my. Duchy niektórych ptaków, na przykład orłów, według medium wcześniej inkarnowały się na innych planetach. Każde zwierzę pełni jakąś rolę dla funkcjonowania Ziemi, co też medium wielokrotnie podkreśla. To medium, Amandine Deschamps sądzi, że zwierzęta mają za zadanie dawać ludziom szczęście, miłość i uzdrawiającą energię, jak w przypadku kotów.
A gdyby ich nie było na naszej planecie, według medium wszyscy byśmy się pozabijali. Mówi, że zwierzęta są jak inkarnujące się anioły, a po śmierci mogą stać się w pewnym sensie naszymi duchami opiekunami. Bezpośrednio po zgonie ciało astralne zwierzęcia przechodzi do innego wymiaru. Wraca do formy ducha zbiorowego, zmieniającego się w zależności od rodzaju zwierząt. Jeśli ich ciało materialne zostało uszkodzone, duchy zwierząt mogą do nas powracać nawet przez miesiąc od zgonu. Czy w takim razie należałoby założyć, że zwierzęta są bardziej rozwinięte niż duchy ludzkie, skoro są naszymi opiekunami? Wątpliwe. Malory ma podobne zdanie, chociaż według niej po śmierci duchy zwierząt pozostają na Ziemi przez około 15 dni, w zależności od przywiązania się do nich człowieka. Nie chcą pozostawić nas w potrzebie. Po śmierci zwierzętom także zmieniają się priorytety i niekoniecznie mają ochotę tkwić przy dawnym właścicielu.
Szczególnie, że nie mają względem nas żadnych oczekiwań. Po dwóch tygodniach od zgonu najlepiej jest pozwolić im odejść. Aby im to ułatwić, Kanadyjczyk radzi, by pozbyć się wszystkich przedmiotów, które mogą przedłużyć przywiązanie człowieka do ducha zwierzęcia, czyli smycze, zabawki, jakieś kagańce i tym podobne należy po prostu wyrzucić. Ellen Delfine twierdzi, że zwierzęta przepełnione są miłością, dlatego po śmierci ich dusze przez pewien czas pozostają przy nas. Zawsze jest im przykro, gdy mają sprawić nam przykrość. Z tego też powodu pozwalają człowiekowi zadecydować o eutanazji. Zwierzęta akceptują jego decyzję, gdyż zdają sobie sprawę z tego, że życie trwa nadal. Medium Carine Giraudeau wyjaśnia, że sposób, w jaki przebiega eutanazja, zależy od gatunku zwierzęcia i stosunku do niego jego właściciela. Przed eutanazją należałoby zapytać zwierzę o zdanie przez pośrednictwo medium. Chore zwierzę może na przykład wybrać odejście lub pozostanie u boku człowieka.
Można także wyjaśnić zwierzęciu, że śmierć nie jest końcem, ponieważ nie wszystkie zwierzęta to rozumieją. Niektóre wybierają cierpienie w chorobie, gdyż smutek ich pana nie pozwala im opuścić tego świata. Innymi słowy, to najpierw człowiek powinien mentalnie odseparować się od pupila. Gdyby jednak miało dojść do uśpienia, właściciel powinien przez cały czas uspokajać zwierzę. W tym czasie duch zwierzęcia powoli zaczyna rozluźniać więzy z ciałem materialnym, a rozmowa ze zwierzęciem powinna być kontynuowana również podczas samego zabiegu. Zwierzę oczekuje okazania miłości i obecności człowieka aż do końca. Właściciel umierającego zwierzęcia musi nieustannie przesyłać mu pozytywne myśli. Niektórzy weterynarze, jak twierdzi medium, zasięgają opinii mediów przed eutanazją. Osoby, które bardzo dobrze znają swoje zwierzęta, mogą bazować na własnej intuicji, aby wiedzieć, czy pupil jest gotowy do odejścia. Jeżeli eutanazja jest wynikiem miłosierdzia i ma na celu uchronić zwierzę przed cierpieniem, jest odbierana jako coś pozytywnego.
Wówczas zwierzę odchodzi spokojnie. Według Carine zwierzęta zabijane w rzeźniach, jeśli dobrowolnie wybrały swoje wcielenie, bez problemów przechodzą na drugą stronę. Zależy to również od sposobu uśmiercenia tego zwierzęcia. Czasami ich dusze są zablokowane tu na Ziemi i w wielu miejscach na naszej planecie natrafia się na błąkające się duchy zwierząt. No ale to z kolei nie zgadza się z tym, co czytamy w „Księdze duchów”. Allan Kardec napisał, że duchy zwierząt są od razu wykorzystywane. Jeżeli człowiek żałuje, że był niedobry dla zwierzęcia, może prosić o wybaczenie, a prośba ta na pewno dotrze do adresata. Zwierzęta wybaczają znacznie łatwiej niż ludzie i starają się nawet ich pocieszać. Zwierzęta dobrze zapamiętują traumatyczne wydarzenia i po śmierci odczuwają złość, lecz nie prowadzi to do zemsty na oprawcach. Zwierzę według medium będzie nawet pragnęło raczej poprawy człowieka.
Zwierzęta po śmierci są szczęśliwe i nie trafiają do jakiegoś specjalnego rodzaju piekła. Malory dodaje, że po śmierci zwierzęta są segregowane według kategorii lub społeczności. Duchy trafiają na coś, co przypomina jakąś formę planety podzielonej na części. Każdą z tych części zajmują inne gatunki zwierząt. Przebywają w przyjaznym środowisku z innymi zwierzakami, które nie stanowią dla nich zagrożenia. Duchy umierających zwierząt tym łatwiej przechodzą na drugą stronę, czym więcej dostaną od człowieka miłości. I tak jak w przypadku duchów ludzi, u zwierząt również obowiązuje podział według stopnia rozwoju. Według Malory poziom rozwoju zwierzęcych dusz ma wpływ na rodzaj późniejszej inkarnacji. Na przykład pies jest bardziej rozwinięty od motyla czy od ptaków i tym podobne. Podobno najwyżej rozwiniętym stworzeniem na Ziemi poza człowiekiem jest niedźwiedź polarny, ale raczej proponuję, aby traktować to jako ciekawostkę.
Tę opinię potwierdza jednak Ivan Poirier. Twierdzi także, iż niektóre zwierzęta mogą reinkarnować się w tej samej rodzinie, czyli jedna dusza może przybierać kolejne zwierzęce ciała na przestrzeni wielu lat. Melanie twierdzi, że zwierzęta mogą się reinkarnować w człowieku, a człowiek w zwierzęciu, jeśli tylko istnieje taka prośba ze strony ducha. Według medium jedna z jej pacjentek kiedyś inkarnowała się w żabie. Dziwne, ale według medium do takich informacji nie zawsze możemy mieć dostęp podczas hipnozy regresyjnej. Decyzja o wcieleniu się w zwierzęciu musi być przez ludzkiego ducha dobrze przemyślana. Melanie zapewnia, że również duch zwierzęcia ma prawo podjąć decyzję odnośnie tego, czy odrodzić się na przykład w roślinie. Jako medium jest w stanie zobaczyć ducha zwierzęcia jedynie w takiej formie, jaką przybrał podczas ostatniego wcielenia. Kot na przykład mógł być wcześniej innym zwierzakiem. Wszystko jest kwestią wyboru.
Medium twierdzi, że jeśli ktoś w sposób szczególny boi się jakiegoś zwierzęcia, jakiegoś stworzenia, to być może dlatego, że w przeszłości sam nim był, ale ja osobiście w to nie wierzę. Również według Karin duch zwierzęcia może inkarnować się w człowieku i na odwrót. Według mnie jednak teoria o wcielaniu się duchów zwierząt w roślinach jest do bezwzględnego przekreślenia. Księga duchów podaje, że rośliny nie myślą, więc dla rozwiniętego ducha powrót do stanu roślinnego byłby uwstecznieniem i równałby się z uśpieniem jego świadomości. Taki duch przestałby się rozwijać, a jego egzystencja po prostu nie miałaby sensu. Podobnie rzecz ma się, gdy rozważamy inkarnację ducha człowieka w zwierzęciu. Dla ducha potrafiącego myśleć abstrakcyjnie, obdarzonego poczuciem moralności, taki żywot mijałby się z celem naszego istnienia. Człowiek ma przecież dużo większe wymagania rozwojowe niż nawet najzdolniejsze zwierzę. I chyba nie ma sensu po prostu tak bardzo się uwsteczniać. A teraz mała taka ciekawostka.
Medium Anne Givaudan twierdzi, że delfiny są społecznością duchową przybyłą z kosmosu, aby nieść ludziom miłość i radość. Aktualnie na Ziemi pozostają te delfiny, których przodkowie nie chcieli odejść z naszej planety i podobnie ma być z wielorybami. Ale ja osobiście nie chcę za bardzo się do tego ustosunkowywać, ponieważ dla mnie moglibyśmy w tym momencie równie dobrze zacząć rozmawiać o UFO albo krasnoludkach, albo elfach. Nie wiem. W każdym razie według tej medium dla kota, to jest inna ciekawostka, śmierć jego pana nie ma zbyt dużego znaczenia, ponieważ cały czas żyje on pomiędzy dwoma światami. Gdy duch pana przechodzi na drugą stronę, dla kota jest to czymś całkowicie naturalnym, więc nie będzie się smucił. To tak, jakby człowiek raz stał przed witryną sklepową, a później za nią. Po prostu zwierzęta żyją bliżej śmierci niż człowiek. Francuskie medium Raynald Russell, który mówi o sobie, iż należy do starego pokolenia mediów kardecjańskich, czyli takich, które wychowały się na Księdze Duchów i Księdze Mediów, również zajmuje się komunikacją ze zwierzętami. Raynald Russell zdradził mi, że nie zawsze zgadza się z tym, co różne media opowiadają o reinkarnacji zwierząt.
Myślę, że jest to typowa reakcja osób, dla których książki kodyfikatora spirytyzmu stanowią fundament wiedzy o funkcjonowaniu zaświatów. Oczywiście dopuszcza się drobne odstępstwa od Księgi Duchów, gdyż przez półtora wieku od jej powstania ludzkość rozwinęła się i jest w stanie lepiej zrozumieć obserwowane fenomeny spirytystyczne i dawniej nieznane zależności pomiędzy światem niewidzialnym i światem materialnym. I nie sądzę, aby przez 150 lat duchy zwierząt ewoluowały tak bardzo, by w XXI wieku można było stwierdzić, że dorównują człowiekowi, a nawet, że mogą się nim stać. Skąd w takim razie pojawiają się opinie tak sprzeczne? Po pierwsze, wiele osób bezrefleksyjnie powtarza zasłyszane informacje. Natomiast media nierzadko, jak sądzę, dają się oszukać przez duchy niskie podające się za zwierzęta. A w przypadku niektórych polskich mediów, których konferencje usłyszałem, obejrzałem na YouTube, jestem wręcz przekonany, że tak właśnie jest. Być może media te uległy fascynacji, czyli jednej z form opętania, ale mówiłem o tym już w jednym z moich pierwszych odcinków wideobloga, dlatego zachęcam do obejrzenia, jeżeli ktoś nie widział. Zapytałem Reynalda Russella, jak on sobie z tym radzi. Wyjaśnił mi, że podczas kontaktu mediumicznego ze zwierzętami duchowi rozmówcy są mu podsuwani przez jego opiekuna duchowego, więc nie ma możliwości oszustwa.
Duchy kłamliwe nie są po prostu do niego dopuszczane. Reynald Russell dodaje, że w przypadku słabo rozwiniętych mediów teoretycznie może dojść do przekłamania, ale wówczas medium także staje się ofiarą mistyfikacji. Francuskie medium również uważa, że zwierzęta są tutaj dla nas. Myślą i odczuwają emocje, dlatego po śmierci powracają, aby na przykład podziękować za dobrą opiekę lub wyrazić niezadowolenie. Zwierzęta mają jedną duszę, za którą można się modlić, gdyż są one częścią boskiego stworzenia. Z tego właśnie powodu, gdy przygarniamy zwierzę, odpowiadamy przed Bogiem za jego los. Medium twierdzi, że nie zawsze bylibyśmy dumni, gdyby zwierzęta mogły nam opowiedzieć, co o nas sądzą. W kwestii eutanazji zwierząt wszystkie zacytowane w tym materiale media są zgodne. Eutanazja jest zabiegiem korzystnym, jeśli motywacją do jej przeprowadzenia jest głębokie miłosierdzie. Duchy zwierząt wielokrotnie dziękują za uśpienie i oszczędzenie im wielu cierpień.
Czasami duchy zwierząt opowiadają szczegóły o ich śmierci, odciążając sumienie ich dawnych panów, dokąd przekonanych, że są odpowiedzialni za zgon pupila. Do wszystkich informacji trzeba podchodzić z rozsądkiem. Zanim przejdę do takiego podsumowania, chciałbym przeczytać fragment książki Roberta Monroe pod tytułem „Podróże poza ciałem", gdzie opisuje on spotkanie ze zwierzętami w świecie astralnym. To będzie taki dodatkowy smaczek w tym materiale. „Początkowo, nie uświadamiając sobie, co się właściwie dzieje, wyskoczyłem z łóżka, chcąc bronić żony i siebie. Natychmiast zostałem zaatakowany przez coś, czego w ciemności nie mogłem w ogóle zobaczyć. To coś walczyło w sposób zwierzęcy, to znaczy próbowało mnie gryźć i drapać. Wydawało się, że całą wieczność walczyliśmy w pokoju. W ciemności niczego nie widziałem i tylko dzięki czystej determinacji popychałem to coś krok po kroku w stronę okna i w końcu wypchnąłem na zewnątrz. Nie zauważyłem ani śladu ludzkiej powierzchowności czy inteligencji.
Wielkością zaś przypominało to dużego psa. Już po pozbyciu się tego czegoś stałem przy oknie i odwróciwszy się spostrzegłem dopiero, że nie znajduję się w fizycznym ciele". I tutaj chciałbym tylko zauważyć, że Ojciec Pio także był atakowany przez duchy, które przybierały formę wielkich psów. A to wszystko w nawiązaniu do tego fragmentu dzisiejszego materiału, w którym powiedziałem, że część mediów być może daje się oszukać przez duchy, które właśnie udają zwierzęta. I aby jakoś poprzeć moją opinię, podeprzeć moją opinię na czymś konkretnym, chciałbym też tutaj przeczytać dosłownie dwie linijki z tej samej książki Roberta Monroe, w którym opisuje, w jaki sposób duchy właśnie mogą przekształcać się w zwierzęta. Duchy znajdujące się właśnie w tym świecie astralnym. „Ciało pozostawione sobie zachowuje normalny, humanoidalny kształt. Jeśli myśli się o innym kształcie, to podejrzewam, że taki kształt można przybrać na przykład psa lub kota". A teraz krótkie spirytystyczne podsumowanie. Według mnie na naszej planecie duchy zwierząt reinkarnują się tylko w zwierzętach.
Duchy te znajdują się na różnym poziomie rozwoju, więc wcielają się w te gatunki, dzięki którym będą mogły poczynić kolejny krok do przodu w ewolucji własnej świadomości. Duch zwierzęcia nie może inkarnować się w roślinie. Na Ziemi zwierzęta są towarzyszami człowieka i pomagają mu w przezwyciężeniu trudności życia. Eutanazja zwierzęcia jest dopuszczalna, jeżeli postępowaniem człowieka kieruje miłosierdzie. Po śmierci duchy zwierząt pozostają przy swoim byłym właścicielu przez krótki czas, jeżeli człowiek jest z nim związany emocjonalnie. Później dusza trafia do gromady podobnych jej duchów i po niedługim czasie ponownie się reinkarnuje. Nie należy wykluczyć, że w czasie trwania jednego ludzkiego życia zwierzę może wielokrotnie umierać i wcielać się ponownie. Akceptuję także tezę, wedle której istoty z innych światów inkarnują się w ludziach, ale wówczas ich poziom rozwoju nie pozwalałby nam przypisać tych duchów do grupy zwierząt. To by było na tyle. Zapraszam do zadawania pytań w komentarzach, a ja postaram się na nie odpowiedzieć, jeżeli tylko będę w stanie.
I proszę pamiętać, że pozostawione przez Was łapki w górę zawsze są dla mnie dużą motywacją do nagrywania kolejnych odcinków. No i zawsze jest to dla mnie też jakaś taka mała radość. Proszę subskrybować konto, jeżeli ktoś jeszcze tego nie uczynił. Nie przegapicie kolejnych odcinków. No i zapraszam do oglądania kolejnych odcinków. Dziękuję.
[04:42:42] - Była już audycja Alchemia Tworzenia, czyli literatura, a właściwie tworzenie literatury w wersji zabawowo-humorystycznej. No to teraz czas na poważne rozważania o pisaniu. Przed państwem pisząca z fiordami, czyli Kamila Ciołko-Borkowska
[04:43:17] - Dzień dobry wieczór. Pisząca z fiordami zaprasza do siebie. Dobry wieczór, miłośnicy słowa. Zapraszam dziś na spotkanie, podczas którego postaramy się, przynajmniej ja postaram się, wy posłuchacie. Postaram się omówić pewien temat, który idealnie nadawałby się na maturę. Jednak my ugryziemy go z odrobinę innej strony i nie będzie to perspektywa analityczno-czytelnicza, a perspektywa analityczna. A jakże, też tak można. Analityczno-pisarska, czyli bardziej pod kątem analizy i tworzenia. I teraz muszę zdradzić, czego będzie dotyczyło to spotkanie. Analizy i tworzenia świata przedstawionego.
Bardzo często maturalne zawierają pytania dotyczące właśnie analizy świata przedstawionego. My dzisiaj postaramy się zastanowić, jak zbudować ten świat przedstawiony, żeby zainteresował czytelnika, potrafił skupić jego uwagę na sobie oraz nie nużył i był taki ekstra, że to nasz bestseller będzie najlepszy. Sam bestseller. Tak więc to tyle słowem wstępu i może weźmiemy się już do roboty. Przypomnijcie sobie wszystkie ostatnio czytane książki. Każda z tych książek posiada zarysowany w jakiś indywidualny sposób. Pokazanie świata przedstawionego przez autora jest za każdym razem zupełnie indywidualne, ale nie ma, powtarzam, nie ma książki, która nie ma miejsca. Nie ma książki, która nie jest gdzieś konkretnie umiejscowiona. Musi być jakieś miejsce. Powtarzam się ciągle.
Pamiętajcie, że powtarzanie to nie jest najlepsza rzecz w pisaniu, ale czasami trzeba. Każda historia, czy to opowiadanie, czy to powieść, ma swoje miejsce. Mamy bohaterów, którzy skądś pochodzą, gdzieś przybyli i ich historia toczy się też gdzieś. I to jest bardzo ważne, ponieważ bardzo często ich przygody są związane z tą różnicą, z pewnymi cechami danego otoczenia, które wpływają na ich zachowanie, podjęte decyzje. I to wszystko musi współgrać ze sobą. Autor musi pamiętać, że jeżeli na przykład umiejscawia akcję w miejscu rzeczywistym, to musi pamiętać, że to miejsce ma jakąś kulturę. Pewne cechy zachowań, które są określane jako normalne i musi o tym pamiętać podczas pisania książki. Fakt, że jeśli ktoś pisze fantastykę, to może się wydawać, że jest to łatwiejsze. Ale guzik prawda. I o tym za moment.
Jednak pamiętajmy, że musimy pewne cechy kulturowe określić i musimy się ich pilnować. I tak samo jak już kiedyś wspominałam podczas którejś audycji, tak samo i dzisiaj będę wałkować pewne jedno słowo i będzie ono się pojawiało bardzo często, ponieważ to jest kwintesencja pisarstwa, że tak powiem poniekąd. A mianowicie jest to, uwaga, wyciągać kartki i długopisy. Konsekwencja. To jest podstawa przy budowaniu świata przedstawionego. Dlaczego? A dlatego, że już wam to wszystko wyłuszczam. Wracając najpierw. Wracając najpierw. Oczywiście.
No pięknie. Wracając do opowieści obyczajowych, o której już zaczęłam wcześniej. Musimy jako autorzy pamiętać, że umieszczamy naszych bohaterów w miejscu, które najprawdopodobniej istnieje, ma faktyczną, konkretną nazwę, jakieś tam ulice, ludzi, mieszkańców. I jeśli chcemy zbudować tą książkę zgodnie z rzeczywistością, to musimy pilnować się i umieszczać miejsca, w których nasz bohater bierze udział w jakiejś tam akcji. To musi być zgodne z rzeczywistością, żeby nas po prostu później czytelnicy nie zjedli, że jesteśmy niekonsekwentni czy niezgodni z rzeczywistością. A miało być tak pięknie. Bo jeśli napiszemy na przykład, że miejsce akcji naszej książki to Katowice i nasza bohaterka w Katowicach, urodzona w Katowicach, ma swoje przygody takie jakieś tam konkretne. Opisujemy tam, streszczamy, co tam się jej stało. I w sumie słuchajcie, poza tym, że Jest nazwa miasta Katowice, to nie mamy tam ani ulic, które są rzeczywiste, ani sklepów, ani nic nie mamy, co się wiąże z tymi Katowicami, tylko lejemy wodę. To nie jest prawdą.
To już lepiej nam nazwać to miasto Węglowice i stworzyć zupełnie od podstaw jakąś miejscowość i w tej miejscowości puścić sobie wodze fantazji i po prostu, żeby nikt nam potem nie zarzucił, że wykorzystaliśmy nazwę miejscowości i poza tym nic więcej z tym nie zrobiliśmy. To jest taka totalna niekonsekwencja i tego powinniśmy unikać. Chyba że powiedzmy wszystko nam się zgadza, ale umiejscowimy w danej miejscowości. Umieścimy w danej miejscowości na przykład jakiś budynek, którego normalnie nie ma, ale my tam zrobimy jakiś stojący budynek. Ale wszystko poza tym się zgadza, tylko po prostu potrzebujemy jakiegoś budynku, jakiegoś miejsca, w którym możemy umieścić akcję, a nic nam więcej do tego nie pasuje, bo na przykład nie ma w tym mieście czegoś, co nam by odpowiadało. Nie wiem, teoretycznie brzmi trochę bez sensu, ale jak tak się nad tym zastanowić podczas tworzenia planu i tworzenia historii, to naprawdę ma sens. Tylko podczas tworzenia tej historii musimy pod uwagę brać to, że to wszystko musi współgrać, ponieważ ja już to nie raz wspominałam, że opowieść, którą piszemy, opowiadanie czy powieść, wszystko ma być jak ładnie udziergany sweter. Tam nie może być nic, co nie będzie w ogóle pasowało, nie będzie symetryczne. Jeżeli mamy jakiś wzorek na swetrze i nagle ni stąd, ni zowąd jakaś kreska wyrasta w prawo czy w lewo zupełnie niepasująca, to czujemy taki dyskomfort, że tam jest taka dysharmonia, a tego w powieści czy w opowiadaniu być nie powinno. Ale wróćmy do tego świata przedstawionego.
I tak jak już podejrzewam, nie raz słyszeliście: a stworzenie świata w fantastyce na przykład to pikuś. A guzik prawda, jak już wcześniej wspominałam. Ponieważ musimy stworzyć świat zupełnie od podstaw, od samego począteczku, czyli musimy rozrysować mapę. Najlepiej byłoby tak zrobić, ponieważ żebyśmy się sami nie zgubili w tym, co piszemy, musimy najlepiej mieć to na papierze, żeby móc do tego wrócić, kiedy będziemy pisać, żeby nie zrobić takiego kotła. Żeby czytelnik sam się nie pogubił, bo on w końcu nie sięgnie po naszą następną historię, po naszą następną książkę, jeśli tak brzydko go potraktujemy przy tej konkretnej, tej jednej. Czy tej pierwszej, czy drugiej. Dlatego musimy zacząć wymyślać świat przedstawiony od samiusieńkiego początku, od tej mapy. Później musimy iść dalej. To jest naprawdę masa roboty, bo musimy stworzyć pewne zasady, pewne reguły, kulturę, nawet zwierzęta czasami. Ponieważ przypomnijcie sobie książki, jakiekolwiek książki, które czytaliście, te fantastyczne.
One mają taki naprawdę często rozbudowany świat przedstawiony. W książkach fantastycznych mamy krasnoludy, mamy elfy, mamy cyklopy czy tam nie wiem, co jeszcze. Naprawdę tego jest masa i to wszystko jest tak pięknie połączone, że to jest taki sweter. Cudo! Po prostu pięknie splecione w jedną całość. A jak to świetnie wygląda. Naprawdę. Dlatego budując świat przedstawiony musimy spędzić najpierw trochę czasu. Bardzo często jest to dużo czasu, żeby stworzyć te pewne zasady, reguły, kulturę, jakieś prawa, które rządzą i przyrodą, i społeczeństwem. I najlepiej to gdzieś spisać sobie w jakimś pliku jednym czy rozpisać na kartkach.
Ja bardzo często pracuję na kolorowych, tych samoprzylepnych karteczkach. Rozklejam je sobie na papierze, żeby było mi łatwiej i później podczas pisania po prostu tylko otwieram i sprawdzam co mam, gdzie, jak, z czym, żeby było łatwiej. Fakt, że moje opowieści nie dzieją się w jakichś niesamowitych miejscach. Nie ma żadnych elfów. Znaczy miałam raz elfkę. Tak, faktycznie przyznaję rację, ale to było krótkie opowiadanie. Może kiedyś do niego wrócę i rozpiszę. Ale jeżeli chodzi o moją książkę pierwszą, którą wydałam i teraz tą drugą, która czeka na wydanie, czy czeka na decyzję wydawnictwa, czy w ogóle będzie wydawana, to mam tam niebo, więc w sumie żadnej jakiejś rozbudowanej mapy nie powinnam też robić, bo to miejsce, że tak powiem, nie istnieje. Znaczy nie istnieje. Wszystko tam jest jakby w jednym miejscu.
Takie jest nierzeczywiste i niecielesne, więc w sumie to mi trochę ułatwiło, ale wszystkie prawdy, zasady czy nawet ta biurokracja, która w mojej książce jest w ilości naprawdę niesamowitej, to o tym musiałam pamiętać. Musiałam spisać sobie wszystkie biura, które w tej biurokratycznej warstwie niebieskiej istniały. Porozpisywać, czym się zajmują. I niestety, ale musiałam się tego trzymać, ponieważ tak samo i w pierwszej, i w drugiej części korzystałam z działalności administracji niebieskiej. Tak więc musiałam o tym pamiętać. Dlatego wiem, że tworzenie świata w literaturze fantastycznej to nie takie hop siup, nie jakieś tam krasnoludy, elfy i inne jakieś trylogicznici. To naprawdę kawał roboty. Jak widać, nie samym pisaniem żyje pisarz. Tworzenie świata przedstawionego to jest naprawdę kawał roboty. Tak samo w literaturze obyczajowej, kiedy piszemy historię, która jest umiejscowiona w miasteczku, którego rzeczywiście nie ma.
Musimy pomyśleć, przy jakiej ulicy będzie znajdowała się restauracja, w której spotykają się nasi bohaterowie. Przy jakiej ulicy będzie znajdowała się szkoła, do której nasza bohaterka prowadza swoje dzieci. Czy te ulice się krzyżują, bo któregoś razu może spotkać się na rogu tych ulic z najlepszą przyjaciółką. To wszystko musi być dopracowane. Dlatego jak już powtarzałam, konsekwencja w tym przypadku jest bardzo ważna. Dlatego istotne jest przynajmniej zaszkicowanie sobie tego, jak może wyglądać dana miejscowość czy dana ulica, bo na przykład historia toczy się tylko i wyłącznie na jednej ulicy. Nie ma problemu, jeśli cała sytuacja toczy się w miejscu, które znacie i gdzie mieszkacie. Wtedy nie trzeba nic rozrysowywać. Wtedy korzystacie tylko z tego, co macie w głowie i co pamiętacie, i co jest faktycznie dookoła. Ale jeśli na przykład jesteście z miasta i piszecie opowieść o tym, co było na wsi, to dobrze byłoby wiedzieć, jak wygląda życie na wsi.
Jak wyglądają zwyczaje, zachowania ludzi, żeby nie strzelić sobie w stopę. Dlatego tak bardzo ważny jest research. Angielskie słowo, ale takie rozpoznanie tematu po polsku, po naszemu. Dlatego warto poświęcić czas na to, żeby się zorientować, jak wygląda otoczenie, rzeczywistość w miejscu, w którym chcemy umiejscowić. Znowu takie powtórzenia bezsensowne, ale nie dam rady inaczej tego powiedzieć. Dobrze jest orientować się w tym, jak to wygląda. Sama wiem po sobie, że pisałam opowiadanie, którego akcja miała miejsce na wsi. Było to opowiadanie, które brało udział w konkursie Rubieże rzeczywistości. Głównym bohaterem był tam kot i akcja działa się na wsi. Dlatego mniej więcej musiałam wiedzieć, jak wygląda rzeczywistość na wsi.
Fakt, że nie opisywałam aż tak bardzo, jak wygląda ta wieś, ale czytelnik musi czuć, że ty wiesz jako autor, gdzie twoi bohaterowie się poruszają, żeby chociaż jednym zdaniem napomknąć podczas trwania danej czynności bohatera, że na przykład idąc sobie, nasz bohater mijał stary, przechylony w jedną stronę, najprawdopodobniej do środka, w prawą stronę, taki omszały płot. Czyli co? Czyli jesteśmy na wsi, która jest, lekko mówiąc, niezadbaną wsią, a przynajmniej to gospodarstwo jest niezadbane, bo ten płot jest stary, przechylony i grozi zawaleniem. Trzeba takimi rzeczami operować. I mamy już przedstawienie świata. Czytelnik sobie już wyobrazi, jak wygląda ten świat. Tak samo w fantastyce, tak samo w literaturze obyczajowej. Jednak musimy być konsekwentni, bo jeśli napiszemy, że to gospodarstwo wygląda tak, a nie inaczej, z tym rozpadającym się dachem czy płotem, rozpadającym się dachem też przy okazji. Ściany na przykład są popękane, cegły są porysowane jakimiś sprayami, więc widzimy, że już nawet otoczenie nie dba o to piękno. I później napiszemy, że nasza bohaterka zajrzała w umyte, czyste okno, powiedzmy plastikowe, niedawno wymieniane.
To coś tu nie gra. Jeśli mamy taką zapadłą wioskę, to zapadłe jedno gospodarstwo i nagle w tym jednym gospodarstwie dach jest zapadnięty, płot grozi zawaleniem, a okno jest pięknie umyte i jeszcze wymienione na plastikowe. To nie. To jest niekonsekwencja i czytelnik już będzie czuł, że halo, lampka mu się zapali, coś jest nie tak. Coś jest nie w porządku. Dlatego należy trzymać się jednej konkretnej rzeczy. I ja nie mówię, że ja zawsze pięknie i idealnie opisuję sytuację w danym środowisku. Mi też się zdarzają gafy tego typu. Już teraz nawet wam nie powiem, bo to częste. To jest bardzo częste, ponieważ jeżeli się pisze, to historia niesie i później dopiero przy poprawkach bardzo często zauważalne są te błędy.
Naprawdę. Dlatego nie należy się też jakoś za bardzo tym przejmować, że coś wam nie wyszło za pierwszym razem. Można poprawić później bez paniki takiej. Ponieważ jeżeli nie dopracujemy pewnych szczegółów, będą jakieś luki, niezgodności, to czytelnik rzuci książkę w połowie czytania i nie będzie chciał kontynuować. Bo co z tego, że akcja jest niesamowita, że bohaterowie mają takie cudowne relacje między sobą. Cudowne, w sensie takie pełne emocji, pełne napięć, pełne jakiejś akcji. To jest takie niesamowite. Kiedy świat przedstawiony będzie słabiutki jak taka słaba herbata, to się nie trzyma wszystko razem. To nie jest ten pięknie spleciony sweter, który ma wywoływać ten efekt wow. Tu nie ma efektu wow.
Jeśli mamy jakiś element książki czy opowiadania niedopracowany, to trzeba wszystko tak ładnie dopracować, żeby efekt był. Wszystkie szczególik trzeba sobie obmyśleć, żeby ten efekt wow został u czytelnika nawet na dłużej, żeby on potem pamiętał, że tą książkę czytał i to było coś niesamowitego. Musimy też pamiętać, że czytelnik będzie chciał poznać przedstawiony przez nas świat. Ten cały ekosystem, rzeczywistość kulturową, zasady panujące, prawo. Wszystko będzie chciał poznać. Ale musimy pamiętać, że przedstawienie świata musimy stopniować. Nie możemy zalać. Znaczy możemy, ale ja odradzam. Naprawdę odradzam zalew czytelnika informacjami. To znaczy, jeśli rozpoczniemy historię i pierwszy rozdział to będzie przedstawienie rzeczywistości, to uwierzcie mi, czytelnik znudzi się po tym pierwszym rozdziale.
Ponieważ jeśli zarzucimy go tysiącem nazw, opisów rzeczywistości, przyrody, otoczenia, to on wymięknie. On nie dotrze do drugiego rozdziału. Musimy robić to po kolei, powoli, w każdym rozdziale po trochu. Po dwa, trzy zdania w jednym akapicie. W jakiejś scenie podrzucić jakąś informację, przedstawić, że na przykład na tym osiedlu, w tym mieście mieszkają czarownice i to miasto jakaś para unosi się nad tym miastem przez całą dobę i w nocy ta para, ta mgła nabiera kolorów jakichś konkretnych, fioletowych na przykład. Tak dla przykładu zupełnie. Nawet jeśli piszemy opowieść stricte obyczajową, to też nie zarzucajmy czytelnika nadmiarem informacji dotyczących świata przedstawionego, ponieważ znudzi to. Nieważne, czy to jest fantastyka, obyczaj czy cokolwiek. Stopniujmy. Dawajmy.
Czy to w ogóle poprawne jest dawajmy? Nie, coś mi nie pasuje, ale w każdym razie trzeba przedstawiać czytelnikowi. Dozować jak czekoladki w bombonierce. Jemy te czekoladki po jednej, po troszku. Poznajemy smak tej całej bombonierki, delektując się. Nie pożeramy całej bombonierki na raz razem z pazłotkiem, bo to ani zdrowe, ani smaczne, ani cokolwiek. Możemy się nabawić tylko jakiejś niestrawności od tego celofanu i pazłotka. Jednak delektujemy się tymi czekoladkami pojedynczo, sprawdzając smaki, próbując. Tak samo jest z historią. Musimy przedstawiać czytelnikowi po troszeczku świat przedstawiony jak czekoladki.
W tej mamy ekosystem, w tej mamy kulturę, w tej mamy tu, o proszę, tu spróbuj. Tu mamy bohaterów. Przedstawioną kastę, na przykład robotniczą, która ma cztery ręce, bo jest zmodyfikowana genetycznie. Będziemy się obracać pośród tych stworzeń podczas naszej historii. Czytelniku, poczęstuj się tą czekoladką. Ta czekoladka jest wypełniona atmosferycznymi ciekawostkami, ponieważ nie pada tutaj deszcz, a spadają kryształki zamrożonej wody, które rozpuszczają się dopiero podczas dotknięcia ziemi, gleby czy na przykład jakiejś innej stałej materii. Takie drobiazgi będą interesować czytelnika niezmiernie. Ale gdy będą jak te czekoladki po troszeczku, będą serwowane na raty. Nie wszystko naraz. I musimy też pamiętać, a ja już powtórzę to po raz nie wiem który i będę powtarzać tak samo w tej audycji i w poprzednich i następnych odcinkach.
Konsekwencja to jest najważniejsze, ponieważ warsztat możemy zawsze dopracować. To, jak napisaliśmy, może się kiedyś poprawić. Ale to, że nie jesteśmy konsekwentni, to się będzie mścić, ponieważ przy następnej książce czy przy następnym opowiadaniu też będziemy to omijać. Dlatego musimy się starać być jak najbardziej konsekwentni. Musimy starać się pracować jak najbardziej nad tymi szczegółami, ponieważ to nam zwróci się przy następnej książce. Ponieważ jeśli wyuczymy się, wyuczymy w sobie, wyszkolimy pewne dążenie do tej konsekwencji, do dopracowywania szczegółów, to będzie nam z czasem coraz łatwiej pracować przy następnych książkach. Czy przy następnych opowiadaniach. Bo nie każdy, umówmy się, nie każdy jest stworzony do tego, żeby pisać grube powieści. Ja osobiście jestem pisarskim krótkodystansowcem i ratuje mnie to, że piszę na raty. Opowieści piszę rozdziałami.
Nie piszę razem ciągiem, tylko dzielę sobie książkę na części i piszę tymi opowiadaniami. I też nie zostawiam sobie pierwszego rozdziału na to, żeby przedstawić całą rzeczywistość, która otacza mojego bohatera. Nie. Dzielę to na raty. To taka propozycja. W pierwszym rozdziale możemy przedstawić czytelnikowi to miejsce, w którym będzie działa się cała historia. Czyli na przykład na początku pokazujemy naszego bohatera, który odnajduje się na przykład gdzie? W jakimś mieście, we wsi, w lesie. Pokazujemy, zarysowujemy rzeczywistość. Czyli na przykład, że mieszkanie przy ulicy Kowalskiego 12 to jest mieszkanie, w którym będzie działa się cała akcja naszej historii.
Przy obyczajówce na przykład. Czy jak już wcześniej wspominałam, ta wioska czarownic z tym unoszącym się dymem. To jest do pierwszego rozdziału. Później możemy w międzyczasie, czy też nawet jeszcze w pierwszym rozdziale gdzieś tam napomknąć, jak wygląda rzeczywistość, jakie mamy zwierzęta. Tak przedstawiać wszystko po kolei podczas na przykład rozmowy jakiejś, podczas jakiegoś działania, kiedy nasz bohater coś robi i zauważa. W dialogu napomykamy, że: „A, no bo wiesz. Kasia na przykład” – trochę śmiesznie będzie pasowało imię Kasia do fantastyki, ale niech będzie – „kupiła sobie jakąś tam nornicę, której futro wykorzystywane jest do mioteł, do przylatania”. Wiecie, takie drobiazgi, że mamy już tutaj przedstawione także nornice, z których produkuje się na przykład czapki. Nie miotły do latania, tylko czapki dla czarownic. To już mamy, że to jest okolica, w której mamy i nornice, i czarownice i chodzą one w czapkach takich konkretnych z tych nornic.
Wszystko jest podane czytelnikowi gdzieś tak nie bezpośrednio, a pośrednio. I musimy z tego bardzo często korzystać, przedstawiając świat, bo to jest bardzo fajny sposób i nie męczy czytelnika. To jest takie trochę trudniejsze, wplatanie wszystkich tych informacji w wypowiedzi, w opisy i tak dalej, ale to potem owocuje w to, że czytelnik faktycznie się wciąga w historię i będzie wracał do naszych opowieści. A nie oszukujmy się, jako pisarze chcielibyśmy, żeby czytelnik wracał i czytał nas więcej. To, o czym chciałabym jeszcze teraz wspomnieć, to fakt, że możemy, na przykład tworząc fantastykę, bo przy opowieści obyczajowej jest odrobinkę łatwiej z takimi rzeczami, ponieważ wiemy, że korzystamy z tego, co istnieje naprawdę i możemy sobie co najwyżej wymyślić rodzaj kawy. Nikt nie będzie miał o to pretensji. Jednak przy tworzeniu świata w fantastyce możemy korzystać na przykład z rzeczy, które są ogólnoznane, ogólnodostępne, że tak powiem. Czyli możemy pozwolić, by nasi bohaterowie walczyli bronią, którą znamy. Czyli jak te wszystkie miecze, łuki, halabardy, tasaki, nawet te wszystkie karabiny czy coś takiego. To wszystko jak najbardziej jest do wypożyczenia, że tak powiem, do użyczenia sobie, do opisania, do korzystania.
Dlatego ciężko byłoby czasami wymyślić wszystko od A do Z. Już samo wymyślenie tego, o czym wspomniałam wcześniej, tych wszystkich zasad, reguł, kultury i tak dalej, to jest czasochłonne. A gdybyśmy jeszcze mieli wymyślać na przykład bronie czy narzędzia, czy naczynia, cokolwiek, wszystko po kolei. Nie wiem, czy przy naczyniach to by w ogóle przeszło wymyślanie jakichś naczyń. Tu chyba łatwiej jednak te wszystkie nasze naczynia i sprzęty użytku codziennego, krzesła czy te inne, to jednak łatwiej korzystać. I to naprawdę z ręką na sercu mówię, że z pewnych rzeczy naprawdę można skorzystać bez wyrzutów sumienia przy tworzeniu fantastyki, bo nie wszystko musi być zaraz wymyślone od A do Z i być fantastyczne w fantastyce. Mam nadzieję, że się rozumiemy i nie muszę tego bardziej tłumaczyć, ponieważ nie będziemy każdego krzesła i każdego stołu przerabiać na fantastykę. Mogą być nasze zwykłe, tylko mogą mieć kształty takie zupełnie od czapy, że tak powiem, dopasowane. Uwaga, powtórzę, konsekwentnie dopasowane do miejsca, w którym mieszkamy. Czyli na przykład, jeśli jesteśmy czarownicami w tej wiosce, o której wspomniałam, to nasz stół może być czarny z powykręcanymi nogami albo może być drewniany z bardzo mocno zarysowanymi słojami.
To jak najbardziej. Musimy tylko wszystko dopasować do rzeczywistości, do tego świata, w którym historia jest pisana. Tak samo jak wcześniej. Jeżeli chodzi o szczegóły, nie zarzucajmy wszystkimi szczegółami naszego czytelnika, bo poza tym, że on się w końcu znudzi Tym, że on po prostu nie załapie wszystkich nas i wszystkich opisów. To on się jeszcze biedny pogubi. On będzie musiał się cofnąć później, żeby jeszcze raz przeczytać, żeby zapamiętać, żeby przypomnieć sobie. Bo nasz mózg jest tak skonstruowany, że on nie przyjmie zbyt dużej ilości szczegółów, którą zarzucamy go do zapamiętania. Wiecie jak ciężko jest nauczyć się zbyt dużej ilości materiału na klasówkę w szkole. To jest tak samo z czytaniem opisów świata przedstawionego. Jeśli damy tego za dużo, to nasz mózg po prostu tego nie przetrawi i będzie kaszanka.
Będzie słabo, będzie źle, bo czytelnik nie dość, że się zagubi, nie dość, że się znudzi, to zniecierpliwi się jeszcze i w ogóle uzna, że to wszystko nie ma sensu. Bo sami pamiętacie na pewno z lektur szkolnych, że nadmiar opisów świata przedstawionego męczy, bardzo mocno męczy i po prostu zniechęca do czytania. Dlatego będąc po tej stronie literatury, tworząc ją, musimy pamiętać o tym, jak odczuwaliśmy literaturę będąc czytelnikami, a nawet jak odczuwamy ją, ponieważ dalej czytamy literaturę i dalej jesteśmy też czytelnikami. Dlatego musimy pamiętać o tym, jak odbieramy literaturę my jako czytelnicy i podczas pisania postawić się po tej drugiej stronie. Jak czytelnik będzie to odbierał, czytając ten świat przedstawiony. Czy to ma ręce i nogi? Czy ten świat w ogóle jest taki rzeczywisty? Niekoniecznie on musi być rzeczywisty jako w sensie takim, że istnieje w rzeczywistości. Tylko czy rzeczywiście te istoty, które my tam opisaliśmy, mogą w tym świecie żyć? Czy to jest takie dopasowanie jak pięść do nosa.
Jak uderzamy w nos pięścią, to w ogóle nie pasuje. W ogóle nic. Nie uderzajcie, bo ja nie radzę, ale to musi być dopasowane. Wiecie, jak mamy takie te zabawki, klocki, które mają pasować do odpowiedniego otworu w układance. Tak właśnie jest z budowaniem świata. Bohaterowie, czyli ten nasz klocek, mają pasować do tej układanki z odpowiednim otworkiem. Bo w innym przypadku nie będzie wszystko idealnie dopasowane. Będzie wystawać, tu będzie za dużo, tam będzie za mało. I to po prostu jest żadna zabawa, bawić się w takie klocki, które nie pasują. Dlatego ważne jest, abyśmy my jako pisarz odnosili się do tej swojej sfery czytelniczej i tworząc świat przedstawiony pisali go tak, żeby czytelnik, czyli ta druga strona mnie, była tym zainteresowana.
To tyle, jeśli chodzi o moje wynurzenia odnośnie świata przedstawionego. Mam nadzieję, że chociaż trochę wam rozjaśniłam, pomogłam albo naplątałam jeszcze bardziej. Tak więc powiem wam dobranoc i do następnego spotkania.
[05:16:56] - Proszę państwa, proszę państwa. Na koniec zostawiłem sobie poezję. Dzisiaj spotkanie z Elżbietą Żukrowską. Krystyna Śmigielska zaprasza na kolejny odcinek audycji „Nie wiem, co to poezja”.
[05:17:27] - „Nie wiem, co to poezja”. Dobry wieczór państwu. Kolejny raz będziemy się wspólnie zastanawiać nad tym, czym tak naprawdę jest poezja i skąd się bierze jej moc. Naszym dzisiejszym gościem będzie pani Elżbieta Żukrowska, poetka, pisarka, która w swoich utworach obdarza nas dobrocią serca, dzieląc się z nami tym, co uważa, że jest godne pochylenia, zastanowienia, po prostu godne uwagi. Dobry wieczór, pani Elżbieto. Miło nam panią gościć w programie „Nie wiem, co to poezja”.
[05:18:23] - Dobry wieczór pani, dobry wieczór państwu.
[05:18:27] - Szykując się do naszego spotkania, rozmawiałyśmy o początkach pani twórczości. Tej jeszcze nieporadnej, ale już dla pani bardzo ważnej, bo spełniała ona ogromną rolę w życiu małej dziewczynki, którą kiedyś pani była. Proszę nam opowiedzieć o swoich tych najwcześniejszych literackich próbach.
[05:18:53] - Żyłam w otoczeniu książek i moim jedynym wielkim marzeniem było pisać. Pisać. Pisać, ale to wielkimi literami. Pisać. Z tym że nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać. A bardzo wcześnie nauczyłam się pisać i prawie natychmiast zaczęłam coś tam tworzyć. Tak że to było bardzo szybko. Bardzo. Te wszystkie moje próby były potrzebne, pomimo że na przykład rodzeństwo się ze mnie wyśmiewało, bo zaczęłam pisać takie opowiadanko pod tytułem „Niebieski jeleń”. To taka dygresja.
Moja mama miała bardzo czarne włosy i w blasku słońca te włosy były aż niebieskie. I stąd się wziął ten niebieski jeleń u mnie, a byłam świeżą po lekturze Rogasia z Doliny Roztoki. I tak właśnie to się zaczęło. Później pisałam bardzo dużo prozy. To wszystko było do wywalenia, bo przecież to było nieporadne i takie bzdurne. Ale to było potrzebne, bo to kształtowało już mój charakter. A do wierszy...
[05:20:25] - To do wierszy zaraz przejdziemy. Poprosimy wpierw o taką krótką próbkę. Jak to z tymi wierszami pani sobie radzi?
[05:20:38] - Jeden z pierwszych moich wierszy mogę przeczytać?
[05:20:41] - Bardzo chętnie posłuchamy.
[05:20:45] - „Wiosna w sercu. Słońce mi się dzisiaj jasne ukłoniło. Słonecznikiem spadło wprost pod moje stopy. Zaśmiało się radośnie, śmiechem zakrztusiło i na błękit nieba uciekło z powrotem. Firmament aż się zachwiał, gdy wróciły ptaki. Kaczeńcem świat rozmaił w radosnym śpiewaniu. Rozpachniał czeremchą, uczerwienił maki. Serce rozkołysał w nowym miłowaniu. Idąc ku tobie, nie wiedziałam jeszcze, ile tej miłości już we mnie zastaniesz, a ile tylko na miłość czekania, gotowości mojej do brania, dawania, tęsknoty mojej, ciebie przeczuwania i tego niezwykłego w moim sercu grania.”
[05:21:39] - Pani Elżbieto, nie prowadziłam badań żadnych, ale tak intuicyjnie wyczuwam, że jest więcej poetów wśród prozaików niż prozaików wśród poetów. Proszę mi teraz powiedzieć, jak to się stało, że na początku zajmowała się pani prozą, a potem wierszami. Czy ten wiersz, który pani nam przeczytała, wiąże się z jakimś pierwszym uczuciem, które sprawiło, że musiała pani szybko wykrzyczeć tą swoją miłość?
[05:22:15] - Ten wiersz, który przeczytałam, to jest taki radosny wiersz, ale tutaj chodziło, trafił mi się taki dzidzi amoroso.
[05:22:23] - Czasem się nam tacy trafiają. Tak, to prawda.
[05:22:27] - Który był ze mną przez wakacje. W tym sensie, że byliśmy razem na kilku zabawach i że odwiedzał mnie w domu. Ale później żeśmy się rozstali i w wyniku tego był taki rodzaj rozpaczy, ponieważ ten chłopak został zmuszony do tego, żeby zapomnieć o mnie. Tam jakieś dziecko było w drodze już.
[05:22:54] - Życie się swoimi prawami rządzi, prawda? Tak.
[05:22:58] - I przysłał mi jakiś list, ale moja mama była czujna i ten list nieotwierany wylądował w piecu w kuchni, w palenisku. Ja nie pamiętam tego wiersza, jaki wtedy napisałam, ale pamiętam do dziś jego końcówkę.
[05:23:20] - Poprosimy.
[05:23:21] - „Pierwszy list, czyli ostatni. Nie wi nic, tylko łza, łza za łzą spod zaciśniętych mocno powiek.” Tak, to przetrwało w mojej pamięci, bo do dzisiaj uważam, że to jest bardzo zgrabna fraza.
[05:23:39] - Bardzo ładna rzeczywiście. Ale też mówi o tym, że uczucie musiało być bardzo gorące.
[05:23:46] - Ach tam, nie wiem, czy ono było takie gorące. Raczej było...
[05:23:52] - Młodzieńcze. Młodzieńcze nazwijmy je tak, prawda? Dobrze. Młodzieńcze wiersze to łatwo pisać, bo wiadomo, młodość rządzi się swoimi prawami. Zawsze tym młodym ludziom więcej wolno. Ale proszę mi powiedzieć, jak sobie radzi kobieta, która musi spełniać wszystkie swoje, teraz się to mówi modnie, powinności, obowiązki, jakie płeć na nią nakłada, czyli zajmować się domem, dziećmi, mężem, bardzo często też pracą zarobkową. I w tym wszystkim powinna się jeszcze spełnić, poczuć satysfakcję z tego, że zrobiła coś, co grało w jej duszy. Jak to się dzieje, że zapomina się na chwilę o codziennej gonitwie, odcina się od rodziny, siada się i pisze? Proszę powiedzieć, jak to w pani przypadku było, bo wiem, że pisała pani nawet wtedy, kiedy tych obowiązków miała pani sporo.
[05:24:59] - Pisałam, tak, to prawda. Pisałam. Jak to powiedzieć? To jest ciężko wytłumaczyć, bo tak jak ktoś jest głodny i musi zjeść, tak samo ja musiałam pisać. Tu nie było mowy o tym, żeby nie pisać. Tego się nie dało. A skąd wziąć czas? A od czego noce?
[05:25:24] - Aha, czyli zarywała pani noce.
[05:25:27] - Oczywiście. Z tym że jednocześnie bardzo dużo czytałam. Czytałam i pisałam. Pisałam i czytałam. Bardzo dużo czytałam, bo tak już w tym domu zawsze były te książki, tak i później przez całe moje życie książki. I po dzisiejszy dzień Czytam i piszę. Piszę i czytam. To jest nierozerwalne.
[05:25:53] - Ponieważ zawsze szukam jakichś wspólnych cech z moimi bohaterami audycji, to muszę powiedzieć pani, że ja również tak robię, że czytam i piszę. Czytam i piszę. I robię tak od dziecka do dnia dzisiejszego. Wydaje mi się, że to dobra cecha, bo przez to poznajemy i świat i lepiej siebie. A to jest trudna sztuka poznać samego siebie.
[05:26:22] - Staram się czytać dobre książki, ale muszę pani powiedzieć, muszę państwu powiedzieć, że pisarz więcej się uczy na złych książkach.
[05:26:33] - O! To bardzo pięknie pani powiedziała. Widzi pani, ja też tak uważam.
[05:26:39] - Dostrzega te wszystkie błędy, których później może w swoich powieściach unikać. Ale nie mamy mówić o poezji ani o pisarstwie.
[05:26:52] - To ja poproszę wiersz w takim razie, dobrze?
[05:26:56] - To ja jeszcze taki zabawny wierszyk, też młodzieńczy.
[05:27:01] - Prosimy bardzo.
[05:27:02] - Z tego czasu, kiedy miałam szesnaście lat. „W zajęczym szczawiu”. I znowu wiosna. W wysokich kaloszach idę łąką zalaną wodą wrzącą od kaczeńców. To nie tu. W ledwie rozwijających się pączkach brzozy szukam i nie znajduję, choć lepkie są od soku. To nie tu. Pod czeremchami, które jeszcze wonią nie uwodzą, szukam, dotykam dłonią. To nie tu. Zgubiłam cię zeszłej wiosny.
W miękkim posłaniu zajęczego szczawiu całowałaś drżącymi ustami bez końca, aż zapomniałam, kim jesteś. Aż zapomniałam, kim jestem. Zgubiłam cię w zajęczym szczawiu jak szpilkę do włosów.
[05:27:58] - Bardzo piękny wiersz. Naprawdę piękne początki. Ja chciałam powiedzieć, że właściwie w roli poetki przedstawiła się pani czytelnikom dopiero w 2011 roku i od tej pory prezentuje pani swoją twórczość zarówno na stronie facebookowej, jak i na swoim blogu. Proszę podać nazwę blogu.
[05:28:23] - O, zapomniałam, jak się mój blog nazywa. Myślę sobie trzy kropeczki.
[05:28:28] - Myślę sobie trzy kropeczki. Tak. Jak to się stało, że się pani tak otworzyła z tą poezją? Bo tak jak mówimy, bardziej pani jednak woli pisać prozą. Jak to się stało, że ta poezja tak w pani wybuchła?
[05:28:48] - Otworzyłam konto na Facebooku i tam poznałam kilka grup poetyckich i zaczęto mnie namawiać, żebym pokazała, bo tam komuś telefonicznie powiedziałam, że piszę i ta osoba namawiała mnie, żebym pokazała te wiersze. Ja się bardzo wstydziłam, bardzo. Był taki Zbyszek Murawski w tej grupie i on też później naciskał, żebym coś tam pokazała. No i wreszcie się odważyłam. Odważyłam się i strasznie się bałam. Strasznie się wstydziłam, bo proszę państwa, każdy wiersz to jest obnażanie się, to jest pokazywanie swojej duszy. Oczywiście, że są wiersze tylko o przyrodzie, powiedzmy, to tam tej duszy nie ma. Ale też jest w pewnym sensie pokazywanie, jak ja na tą przyrodę patrzę. Kiedyś, pamiętam, strasznie się zdenerwowałam na jakąś dziewczynę na Facebooku, bo ona napisała, że „skowronek w krzakach śpiewał”. Nie słowik, tylko skowronek.
No, także tu tak trzeba.
[05:30:13] - Przyrodę trzeba też znać, tak, wiedzieć. No i niestety wiersz musi też, mimo swoich metafor, w jakiś sposób odnosić się do realiów życia, prawda?
[05:30:25] - Tak, tak. Nie można głupot pisać, bo to się wyłapuje. To ludzie wiedzą, czytają. A jest wiele osób, które-- dotarły do mnie takie sygnały, że moje wiersze odpowiadają dosyć dużej grupie ludzi właśnie przez to, że nie używam wymyślnych słów, że mój język jest bardzo zwyczajny, codzienny.
[05:30:55] - Ale ja tu wtrącę. On jest może zwyczajny, codzienny, ale broń Boże nie jest ubogi, broń Boże nie jest prosty. Pani wiersze są bardzo refleksyjne i bardzo pięknie zbudowane. To nie jest taka tam rymowanka. Naprawdę ja bardzo dużo czytałam pani wierszy i jestem pełna uznania.
[05:31:21] - Piszę różne wiersze. Piszę i białe wiersze i wiersze rymowane. Starałam się przez długi czas, żeby nauczyć się pisać sonety, villanelle, strofę spencerowską, żeby to opanować. Trzynastozgłoskowiec, dwunastozgłoskowiec. Ale później doszłam do wniosku, że mi to jest niepotrzebne. Że ja mam pisać to, co mi w duszy gra, a nie to, że ja muszę pod przymusem coś napisać. Ale umieć chcę. Ja bym teraz może zaprezentowała.
[05:32:06] - Bardzo prosimy.
[05:32:08] - Taki wierszyk biały, króciutki. Miłość nie ma kształtu, zapachu, nawet cienia. Kiedy jednak patrzę na ciebie, to wiem. Jesteś moją miłością. Ten wierszyk nie miał tytułu. Jeszcze jeden wierszyk bez tytułu.
[05:32:33] - I prosimy również.
[05:32:34] - Też taki króciutki. Błyskawica oślepia tak, że nie czujesz bólu. On przychodzi później, po sekundzie, może już po pięciu latach. Wtedy już wiesz, że z twego serca pozostała garsteczka popiołu.
[05:32:56] - Bardzo piękny. Naprawdę piękny. Proszę nam w takim razie powiedzieć, jak to się stało, że z tych prawie pięciu tysięcy wierszy, jak pani mi kiedyś powiedziała.
[05:33:08] - No tak.
[05:33:09] - Zaczęły powstawać-
[05:33:10] - Przepraszam. Przerwę, koniecznie przerwę. Muszę powiedzieć, proszę pani. Fotograf zrobi setkę zdjęć i z tej setki wybiera może pięć, może dziesięć. Tak samo jest z wierszami. Ja zapisuję na blogu wszystkie wiersze, ale tych dobrych też jest tak malutko, może 10%.
[05:33:33] - Tak niestety jest ze sztuką, że my poszukujemy, dokonujemy różnych prób. One są już w jakiś sposób atrakcyjne dla odbiorcy, ale my dążymy do tej doskonałości. Artysta chce, żeby to dzieło było całkowicie skończone i niepowtarzalne. Tych wielkich dzieł zdarza się jednak dużo mniej, ale to jest prawidłowość. To nie tylko u pani, to u wszystkich artystów tak właśnie jest. Ale mnogość tych wierszy jednak jest imponująca. Proszę mi więc powiedzieć, jak to się stało, że zostały one zebrane w czterech tomikach. Ja wymienię tutaj tytuły: Lira, Lutnia, Wiersze szarozłote, Przyjaciołom, Wiersze szarozłote. Proszę tak pokrótce nam te tomiki przybliżyć.
[05:34:33] - Moim sponsorem pierwszego tomiku była moja siostra. Ona zresztą malarka i tu się pochwalę jeszcze, że ona nawet-
[05:34:44] - Potem porozmawiamy o pani siostrze bliżej, dobrze? Za chwilę.
[05:34:50] - Dobrze. Teraz ja nie pamiętam już pytanie.
[05:34:56] - O tomikach proszę nam trochę opowiedzieć.
[05:35:01] - Ona zachęciła mnie do tego. Ona zachęciła, ona sponsorowała pierwszy tomik, ona czytała moje wiersze i poprawiała je. Była takim dobrym duchem. Tu za często używasz takiego sformułowania, tam innego. Ten wiersz zbyt smutnie się kończy. Zmień to. Ludzie chcą radości, nie chcą smutków. I ja się stosowałam do tego. Dla mnie to były bardzo cenne porady. Kiedy ona zmarła, poczułam się osierocona.
[05:35:38] - I składała pani w jakieś takie, jakby to powiedzieć, określone tematy wierszy, czy po prostu tak, jak się one pani ułożyły, tak szły do tych tomików?
[05:35:57] - Nie. Była segregacja. Ja już dzisiaj nie pamiętam, jak to szło, bo to był 2012 rok ukazania się pierwszego tomiku. Także to już dosyć dawno temu. Wiem, że moja siostra dokonywała wyboru i ona tam jeszcze sugerowała pewne zmiany. W większości wypadków ja przystawałam na te zmiany, bo to były mądre, to było przemyślane. A ja byłam bardzo świeżym wtedy-
[05:36:27] - Poetą. Nazwijmy to poetą.
[05:36:29] - Wcześnie było na te słowo. Dużo za wcześnie. Może i dzisiaj jest za wcześnie. W każdym bądź razie w moim przekonaniu pierwszy tomik był zbyt wcześnie wydany, o jakieś dwa lata za wcześnie. Ja powinnam dojrzeć w tym swoim pisaniu, ale jej zależało na tym. To jest tomik przepiękny, bo na każdej stronie jest jej kolorowy obraz, więc to jest wyjątkowe wydanie.
[05:37:04] - A proszę mi jeszcze powiedzieć, czy te tomiki są gdzieś dostępne jeszcze? Gdyby nasi słuchacze chcieli kupić na przykład taki tomik, wiersze pani.
[05:37:14] - Nie. Dwa pierwsze już nie są. Lira i Lutnia już nie są dostępne. Natomiast Wiersze szarozłote jedne i drugie tak.
[05:37:24] - Aha. I gdzie ich możemy szukać?
[05:37:27] - A u mnie.
[05:37:28] - Aha. Można się zgłosić po prostu do pani na stronie facebookowej i wtedy zakup tego tomiku, podejrzewam, że łącznie z autografem, dedykacją można sobie zafundować.
[05:37:42] - To są nieduże formaty. To są książeczki, które się mieszczą łatwo w torebce. A jednocześnie każdy z nich zawiera około dwustu wierszy.
[05:37:54] - To rzeczywiście są poważne już dzieła. Proszę nam w takim razie przeczytać jakiś wiersz, żebyśmy się zachęcili jeszcze bardziej do kupna.
[05:38:08] - Przeczytam państwu teraz villanelle. Uprzedzam, villanelle bardzo ciężko się czyta, bo niektóre frazy trzeba czytać na jednym oddechu, a ja już taka nie wiem, czy ten oddech mi wystarczy.
[05:38:22] - My tutaj powiemy, że z tym oddechem ma pani teraz kłopoty po przejściu niedawnej choroby, prawda?
[05:38:30] - Tak, to też. Coś miałam jeszcze dodać. Villanella to jest wiersz jeden z trudniejszych do napisania. Tam frazy muszą się powtarzać. To nie jest tak, że to jest błąd, że ja powtarzam całe wersy. To tak musi być. Takie są zasady budowy villanelli. A tytuł „Wiatr nad Bałtykiem”. To wiatr fale rozhuśtał. Grzywy pędzi białe.
A choć słońce zachodzi, nie chce wcale ścichnąć. Rozkołysany Bałtyk wygląda wspaniale. Wiatr udaje, że nie dba, że wszystko niedbały. Zabronił ptakom latać, szczególnie rybitwom. Tak fale rozhuśtał, że grzywy są białe. Czyżby gniewał się bardzo? Groził arsenałem? Potrafi być cyrkiem. Bryzą energiczną. Rozkołysany Bałtyk wygląda wspaniale.
Słońce musi utonąć. Jest pod chmur nawałem. Samo ma wybrać falę szarą, aksamitną. A wiatr jest coraz większy. Grzywy pędzi białe. Choć bywa, że przycichnie, wtem zrywa się cwałem. Ma niespożyte moce, siłę energiczną. Rozkołysany Bałtyk wygląda wspaniale. Północny, lodowaty lubi morskie fale. W tworzeniu wielkiej grozy bywa rekordzistą.
To on fale rozhuśtał. Grzywy pędzi białe. Rozkołysany Bałtyk wygląda wspaniale.
[05:40:20] - Bardzo pięknie. Chciałabym jeszcze, pani Elżbieto, dopytać o tematykę, bo właściwie większość wierszy, jakie nam pani tutaj zaprezentowała, mówią nam o różnych wydarzeniach w przyrodzie. Czy tylko taka tematyka w pani wierszach występuje? Czy możemy znaleźć również człowieka?
[05:40:44] - Moje wiersze ociekają miłością. Tęsknota za miłością jest wszędzie. Czasem piszę jako kobieta, czasem piszę jako mężczyzna, ale to nie zawsze, że to ja tak kocham, tylko po prostu się wcielam w jakąś tam kobietę.
[05:41:03] - Czyli tak zwany podmiot liryczny.
[05:41:06] - Tak jest.
[05:41:07] - Pisze pani też z punktu widzenia mężczyzny. Ja może znowu wrócę troszeczkę do swoich doświadczeń. Bardzo lubię pisać z punktu widzenia mężczyzny, ale to tak trochę przekornie, ponieważ panowie zawsze uważają, że oni najlepiej piszą o kobietach. Oni bardzo dobrze znają duszę kobiecą, więc ja im pokazuję, że my męską też znamy. A jak pani sobie radzi z tym pisaniem jako mężczyzna?
[05:41:38] - Widzi pani, pani Krystyno, to nie jest tak, że ja specjalnie chcę pisać jako mężczyzna. Dla mnie wiersz to jest błysk. Powieść piszę dwa, trzy lata, a wiersz to jest chwila. To jest kilka minut. Tyle, ile ręce biegną po klawiaturze albo po kartce papieru. Więc ja się nie zastanawiam, czy to będzie mężczyzna, czy kobieta. Po prostu tak naszło, tak zapisałam.
[05:42:08] - Mamy już pełne wyjaśnienie. W takim razie poprosimy o kolejny wiersz.
[05:42:17] - Zaufaj mi ostatni raz. Krąglika miłości, cud obdarowania. Świętosowania. Zaufaj mi, może to uratuje moją duszę. To był wiersz bez tytułu. I to doskonale, to tak, jakby mężczyzna prosił.
[05:42:39] - Oczywiście, jak najbardziej tak to wyczuwamy. W takim razie jeszcze chciałam zapytać o ten projekt z siostrą. Proszę nam trochę więcej o nim opowiedzieć, bo to słowo, obraz, takie połączenie znane już wielokrotnie było u innych osób, ale robiła to pani z siostrą. Jakie w pani to wywoływało emocje?
[05:43:09] - Aż westchnęłam tutaj sobie. Nie wiem, nie umiem. Nie wszystko się da wprost odpowiedzieć. Ona miała wejście na mojego bloga. Wchodziła i czytała i dzwoniła. To jest źle, to jest źle, tamto bardzo dobrze. I ja poprawiałam. Ona nie zawsze miała czas, bo ona była zajęta. Ona była malarką przecież. Także później miała wernisaż i wpadłyśmy obie na pomysł, żeby do każdego jej obrazu napisać wiersz.
I napisałam te wiersze do jej obrazów. Zresztą pisałam wiersze nie tylko do jej obrazów, ale był taki pan Henryk, malarz z Krakowa. I tam powstało kilka moich wierszy do jego obrazów. Nie pamiętam tytułów, ale jeden to chyba był coś o czarnym stawie, inny był o białym koniu. Jeszcze inny opisywał jakąś miłość w zielonościach. Lubiłam pisać do obrazów. To mi się podobało. To nie były ekfrazy, tylko opisywanie moich emocji wywołanych obrazem.
[05:44:35] - Ale czy te wiersze zostały wydane w formie takiej: obrazy i wiersze?
[05:44:41] - Nie.
[05:44:43] - To tylko pani robiła to dla siebie. I jeszcze dopytam o siostrę. Mówi pani, że była pani pierwszą taką czytelniczką, bardzo wnikliwą korektorką. Na jej korekty pani przeważnie przystawała. Czy ma pani teraz jakąś taką osobę, tego pierwszego czytelnika, który jednak w pewnym sensie pomaga twórcy, bo zwraca uwagę na pewne niedociągnięcia?
[05:45:13] - Nie, teraz nikogo takiego nie mam. Mam koleżanki poetki, mam kolegów poetów, ale do nikogo nie zwracam się z takimi sprawami. Ludzie są zagonieni, a poza tym nie tylko zagonieni, ale zdarzają się i zazdrośni.
[05:45:38] - To jest taka cecha, która niestety jest ludziom przypisana. I zawiść taka dzisiaj rzeczywiście, a zwłaszcza wśród twórców.
[05:45:49] - To jest bardzo nagminne. Bardzo.
[05:45:52] - Tak. Wie pani, ciężko się jest pogodzić, że to, co w naszej duszy gra w dzisiejszych czasach, w tym natłoku tych wszystkich dzieł, które się ukazują, nazwijmy to tak, gdzieś tam ginie. My byśmy chcieli, żeby to było bardziej zauważone. Dlatego jest taka rywalizacja, taka walka o to, żeby gdzieś pokazać się jednak, zabłysnąć bardziej niż inni twórcy. To rzeczywiście się zgadzam. I stosuje się różne metody, żeby osiągnąć ten cel, chociaż nie wszystkie są moim zdaniem dobre, ale to jest inna sprawa. Poprosimy o wiersz i jeszcze chcieliśmy pani zadać jedno pytanie.
[05:46:41] - To może teraz bardzo króciutki pod tytułem „Umieram bez ciebie”. Zabrałeś ze sobą skrzydła naszej miłości. Szept pełen najczulszych wyznań. Zgasiłeś światło. Umieram z tęsknoty za tobą. I jeszcze jeden, trochę dłuższy.
[05:47:06] - Proszę bardzo.
[05:47:08] - „Jeśli ukołyszesz”. Gdy kołysać będziesz, gdy zamkniesz naszą ciszę, gdy całując ręce będziesz szeptał swą czułość, delikatne słowa. Wiem, mój drogi, pamiętam. Tak byś mnie całował, jak kiedyś to robiłeś, jak nadal to robisz i otwierasz niebo, w cudowności zdobisz. A ja cię kocham bardzo. Aż nie przystoi, by z takim oddaniem ja tak do ust twoich, do ramion, do bliskości. Powstaje poemat o naszej miłości. Może to tak trzeba, by wikłając się w miłość i wielkie oddanie, szeptać: zostań do świtu, zostań. Czy dla mnie zostaniesz?
[05:47:59] - Muszę powiedzieć, że przepiękne historie nam pani opowiada tutaj w wierszach. Bardzo piękne i dziękujemy za to. Chciałam jeszcze powiedzieć, że w naszym programie zawsze staramy się z gośćmi odpowiedzieć sobie na pytanie, czym właściwie jest ta poezja. Czasem staramy się to własnymi słowami, taką definicję ułożyć, a czasem po prostu nasz gość odpowiada na to pytanie swoim wierszem. Czy mogłaby nam pani powiedzieć, co to jest poezja? Czym jest poezja dla pani?
[05:48:42] - Nie wiem, czym jest poezja. Słowa zebrane, związane najpiękniej, jak się potrafi. I ważne, żeby wywołały emocje. Jeżeli nie wywołują emocji w ludziach, nieważne, czy dobrych, czy złych, to znaczy w tym sensie, czy ludzie się cieszą, czy złoszczą, to to byle jaki wiersz. Wiersz musi przemawiać do ludzi. A pani mówi, że moim wierszem... To jest taki żartobliwy wierszyk.
[05:49:29] - Ale chętnie go poznamy.
[05:49:32] - „Żartobliwie”. Nie ma mnie, jakbym pod ziemię się z nagła zapadła. Może nie do końca została kokarda. Nie ma, gdyż trzeba tak zwinnie pomiędzy słowami wyminąć prozę. Pozostać z wierszami, gdy tak lirycznie, niemal natręctwo słów w ciszy jest wiersz za wierszem w obrazach i w myśli. Tak jak mówiłam, wiersz przychodzi moment i jest wiersz, kilka minut. To nie znaczy, że ten wiersz można ludziom pokazać. Powinno się poczekać. Niech on sobie poleży. Dopiero później poprawić go, sprawdzić, czy nie ma powtórzeń.
Trzeba go wycyzelować, wygładzić.
[05:50:27] - Tak, ale ten Facebook, te Instagramy, to, że my możemy już natychmiast się podzielić tym, co właśnie wymyśliliśmy, to on nas pcha do tego, że już chcemy. I ja taki twórczy pośpiech wyczuwam czasem w tekstach czytanych właśnie na social mediach. I muszę powiedzieć, że często sobie myślę, że jednak ten czas odleżenia, ja bym to powiedziała, czasem dobrze robi naszym utworom. Pani Elżbieto.
[05:51:08] - Czas leczy.
[05:51:11] - Ja bardzo chciałam serdecznie podziękować za niezwykle miłe, sympatyczne spotkanie. Za to, że tak pięknie się pani przed nami otworzyła, że opowiedziała nam pani o rzeczach, które dla pani są bardzo ważne, a my mogliśmy ich w skupieniu wysłuchać. Dziękuję też za piękne wiersze, które nam pani tutaj przeczytała. Chciałam przypomnieć naszym słuchaczom, że naszym dzisiejszym gościem była poetka, pisarka pani Elżbieta Żukrowska, której twórczość możecie Państwo śledzić zarówno na stronie facebookowej Elżbieta Żukrowska, jak i na blogu „Myślę sobie...”. Do tego Państwa ze swojej strony serdecznie zapraszam. Znajdziecie tam Państwo naprawdę cudne, wspaniałe, refleksyjne, mądre wiersze, pisane może nie tak strasznie współcześnie jak to dzisiaj, ale za to z jaką piękną frazą i można śmiało powiedzieć mistrzostwem. Oprócz wierszy znajdziecie Państwo tam również prozę, o której dzisiaj mało mówiliśmy, ale muszę o tym wspomnieć, ponieważ pani Elżbieta na swoim blogu i na stronie facebookowej pisze powieść w odcinkach. Ta powieść ma fanów, którzy codziennie czy co kilka dni czekają na kolejny odcinek. Kiedyś forma takiej powieści w odcinkach była bardzo modna i stosowana w różnych pismach. Dzisiaj jest to właściwie taki, można by powiedzieć, pewnego rodzaju fenomen.
Ja zapraszam do czytania tej powieści i lajkowania, pisania swoich uwag, bo jak wiem, autorka sobie je bardzo wysoko ceni. Bardzo dziękuję pani Elżbieto za udział.
[05:53:15] - Dziękuję bardzo za możliwość spotkania się z Państwem w tym wieczornym radio. Dziękuję pani Krystyno. Bardzo mi było miło gościć u państwa, u pani. Dobranoc.
[05:53:27] - Cieszę się bardzo. Myślę, że to może nie ostatnie nasze spotkanie. Dobranoc, pani Elżbieto. Dobranoc państwu.
[05:53:37] - I w ten sposób, proszę państwa, dotarliśmy do końca audycji. Nie wiem, chyba pogoda nam nie działa, proszę państwa, bo dzisiaj nasz nieoceniony Ivellios będzie miał sporo montowania. Pewno gdzieś w archiwum odkłada te wszystkie kiksy, które podczas nagrywania wykonuje tutaj. Będzie się z czego pośmiać w przyszłości. Nie wiem, w jakiejś audycji pośmiertnej prawdopodobnie albo w jakiejś innej humorystycznej, bo na razie to ja bym nie chciał, żeby to jednak przedostało się do opinii publicznej, ale dzisiaj jakoś tak się zrobiło. Pewno na skutek ciśnienia, burzowej pogody czy jakichś innych czynników, niekoniecznie mi znanych, że się, za przeproszeniem, ciąłem raz po razie. I to dzisiaj będzie duże wyzwanie dla Ivelliosa, żeby w jakiś taki cywilizowany sposób to Państwo mogli później odsłuchać, bo dzisiaj Żelkowski dawał plamę za plamą. Na szczęście Państwo tego nie mogli usłyszeć, z czego się bardzo cieszę. No i cóż, płynnie przechodzę do zaproszenia do kolejnej audycji. Kolejnej, czyli tej w przyszłym tygodniu, 89.
A zatem zbliżamy się do jakiegoś kolejnego jubileuszu. Państwo już wiedzą, że nic tak mnie nie cieszy, nie raduje, sam nie wiem dlaczego zresztą, jak wszelkiego rodzaju okrągłe jubileusze, jakieś tam kolejne dziesiątki odtwarzania audycji czy kolejnych odcinków audycji. Już się zbliżamy do 90. Spieszę poinformować. Zapraszam zatem w przyszłym tygodniu, jeszcze nie jubileuszowa, 89. audycja. Postaram się, żeby było ciekawie. Mam nadzieję, że było w miarę ciekawie dzisiaj. Pięknie Państwa pozdrawiam. Zapraszam na kanał Piotra Cielebiasia „UFO Historie”.
Zapraszam na kanał Radia Paranormalium. I oczywiście na swój kanał również zapraszam, na „Wehikuł Wyobraźni”. Pięknie Państwa pozdrawiam. Dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Życzę miłego, fajnego, dobrze spędzonego weekendu. Niech Państwu pogoda sprzyja i w ogóle. Pozdrawiam. Dobrej nocy.
[05:56:09] - Mówił te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios", Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radio.