[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Piątek, weekendu początek, a skoro piątek i skoro minęła nam godzina 20:00 w Radiu Paranormalium i Book Radiu, to znaczy, że czas najwyższy rozpocząć kolejne spotkanie z książkami, filmami i ciekawymi gośćmi, czyli Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:48] - Dzień dobry wieczór państwu. Święta idą, święta, a niektórzy nie ulegają świątecznym nastrojom, inni z kolei bardzo. Szkoda, że niektórzy ulegają im głównie w tej warstwie polegającej na robieniu porządków i czyszczeniu szyb. I to takie dla mnie zawsze mało świąteczne było. No ale to muszę sobie trochę pozrzędzić, bo już swój wiek mam. I wiecie państwo, w pewnym wieku człowiek jak sobie nie ponarzeka i nie powie, że kiedyś było lepiej, a na pewno kiedyś było lepiej. Wybaczcie państwo, sam się śmieję z tego, co mówię, bo wcale tak nie uważam, ale żeby być trendy i zgodnie ze swoim wiekiem, to powinienem sobie trochę ponarzekać. To już sobie ponarzekałem. Przejdźmy zatem spokojnie już teraz do audycji. Już narzekań nie będzie.
Tradycyjnie rozpoczynamy od zapowiedzi wydawniczych, od tego, co się ukaże, jak to się mówi na dniach. A na dniach, to znaczy 10 kwietnia tego roku w wydawnictwie Skarpa Warszawska, bo dzisiaj o propozycjach właśnie tego wydawnictwa będziemy mówić. 10 kwietnia pokaże się książka Mieczysława Gorzki „Nie anioł”. Co wiemy o tej książce? Na razie tyle. Na jednym z wrocławskich osiedli zamordowany zostaje dawny kolega nadkomisarza Marcina Zakrzewskiego, niejaki Parol Szawczak. Zabójca kontaktuje się z Marcinem. Przedstawia się jako Anioł Stróż i przekazuje mu dziwną wiadomość. Zakrzewski zostaje odsunięty od śledztwa. Podczas napadu na hurtownię zastrzelony zostaje jeden z napastników.
Szybko okazuje się, że obie sprawy w dziwny sposób są ze sobą powiązane. Zakrzewski podejrzewa, że za wszystkim stoi tajemniczy anioł stróż. Tylko kim jest i jaki jest jego motyw? Przeszłość niespodziewanie znowu upomina się o nadkomisarza Zakrzewskiego. Tym razem to on staje się ofiarą i musi liczyć na pomoc przyjaciół. Anioły też mają swoje mroczne tajemnice. To był, proszę państwa, pierwszy tytuł polecanek, a właściwie zapowiedzi. Powtórzę „Nie anioł” Mieczysław Gorzka. Drugi tytuł, który również ukaże się 10 kwietnia tego roku to „Jej wszystkie życia”. Napisał tę książkę Brian Cole.
Czytamy o niej, co następuje. Trzymający w napięciu thriller o sekretach rywalizacji między rodzeństwem i kobiecie poszukującej zaginionej siostry. Tylko czy na pewno chce, aby ją odnaleziono? „To nie moja siostra” – to jedyne słowa, jakie zaszokowana Daven może wydusić z siebie, gdy zostaje wezwana do zidentyfikowania ciała ofiary samobójstwa. Kim jest ta kobieta? Dlaczego Daven została wymieniona jako rodzina? I najważniejsze gdzie jest Kennedy? Intuicja podpowiada kobiecie tylko jedno. To nie może być zupełny przypadek. Zdeterminowana, by ułożyć wszystko w całość, rozpoczyna własne śledztwo.
Wkrótce zostaje wplątana w sieć tajemnic i kłamstw tak pokręconych, że zacierają się granice między faktem a fikcją. Myślała, że zna własną siostrę, jednak ta zdawała się prowadzić zupełnie inne życie i tylko ona mogłaby odpowiedzieć na wszystkie pytania. Czy na pewno zginęła? A może po prostu nie chce, aby ją odnaleziono? Może tak naprawdę nigdy nie można poznać drugiej osoby, nawet własnej siostry? Przypomnę to była druga książka z polecanych dzisiaj. Tych, które ukażą się 10 kwietnia tego roku w wydawnictwie Skarpa Warszawska. Przypomnę tytuł „Jej wszystkie życia”. Autor Brian Cole. I tradycyjnie trzecia książka.
Data ukazania się premiery ta sama. Cóż tutaj mamy? Kinga Jesman „Klejnoty Dubaju. Devi, waleczna bogini”. Devi, waleczna bogini to historia młodej Hinduski, która manipulacją zostaje zmuszona do ślubu z jak mogłoby się wydawać kandydatem idealnym. Wszystko było w nim perfekcyjne. Niestety jej serce i rozum głośno protestują. Devi nie potrafi zrozumieć, dlaczego bogaty mężczyzna sukcesu miałby zainteresować się ubogą dziewczyną, jaką przecież była. Jednak z braku argumentów poddaje się woli rodziców i wychodzi za mąż. Pomimo temperamentnego charakteru prowadzi życie posłusznej małżonki.
Pierze, sprząta, gotuje jak na dobrą hinduską żonę przystało. Wszystko komplikuje się, kiedy na jej drodze staje kusząco atrakcyjny Marokańczyk, nachalnie okazując jej zainteresowanie. Devi, ulegając jego urokowi, nie potrafi stwierdzić, czy ta relacja okaże się dla niej błogosławieństwem, czy jednak przekleństwem. Małżeństwo aranżowane, oszustwo, tajemniczy spadek, hinduscy bogowie oraz zakazana miłość. Tak, proszę państwa, to było o książce „Klejnoty Dubaju. Devi waleczna bogini”. No to czas na kolejny punkt programu. To są tradycyjnie korepetycje filozoficzne. Dzisiaj artykuł mistrza Jana Woleńskiego. To nestor polskiej filozofii i on w czasopiśmie, w dwumiesięczniku „Filozofuj” zamieścił tekst „Filozofia i nauka.
Konflikt czy symbioza?”. Myślę, że to ważny tekst, ponieważ bardzo często, chociażby w państwa wpisach, pojawia się taka dychotomia, że filozofia to takie pierdzielenie o niczym, nie wiadomo, o co chodzi, a twarda nauka to jest to, czym powinniśmy się w naszym świecie zajmować. A filozofia to oderwane od rzeczywistości bajanie, brzdękanie i tak dalej. Myślę, że ten podział, tak ostry, nie jest do końca poprawny i raczej świadczy o zbyt małym wgłębieniu się w istotę tego, czym może być albo czym jest, czym bywa filozofia. Rzeczywiście filozofia bywa czasami nudnym pierdzieleniem o rzeczach błahych albo mało istotnych, ale filozofia bywa też całkiem poważną i ważną refleksją nad otaczającym nas światem. Nestor polskiej filozofii, Jan Woleński, zdaje się to dokładnie dostrzegać i pisze o tym w artykule „Filozofia i nauka. Konflikt czy symbioza?”. Jan Woleński to jest emerytowany profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz profesor Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Jest członkiem Polskiej Akademii Nauk, Polskiej Akademii Umiejętności oraz Międzynarodowego Instytutu Filozofii. Interesuje się wszystkimi działami filozofii, a jego hobby to opera i piłka nożna.
Tekst „Filozofia i nauka. Konflikt czy symbioza?” jest dostępny dla państwa dzięki licencji 3.0 Polska. Uznanie autorstwa i tak jak powiedziałem, na tych samych warunkach 3.0 Polska. Tekst ukazał się w numerze czwartym w roku 2016. Cóż jeszcze? No to zacznijmy, proszę państwa, lekturę artykułu „Filozofia i nauka. Konflikt czy symbioza?”. Popularne powiedzenie głosi, że filozofia jest królową nauk. Jak ktoś jednak zauważył, królowa nauk wcale nie musi być nauką. Tak czy inaczej, filozofia zawsze była porównywana z nauką.
Dla jednych była jedną z nauk, dla innych czymś od nauki odrębnym. Byli i nadal są tacy, którzy utrzymują, że konflikt nauki i filozofii jest nieunikniony, ale odmienny pogląd głosi, że wzajemnie się uzupełniają. Nieco historii. Wedle popularnego poglądu filozofia na początku obejmowała całą wiedzę, ale potem zaczęły się z niej wyłaniać tak zwane nauki szczegółowe, jak na przykład matematyka, astronomia. Szczególnie w szkole pitagorejskiej. Arystoteles odróżniał fizykę od filozofii pierwszej, z czasem nazwanej metafizyką, a więc przyjął, że obie dziedziny mają odmienny przedmiot. Greckie słowo episteme, podobnie jak łaciński wyraz scientia, oznaczał zarówno to, co dzisiaj nazywamy wiedzą, jak i to, co określamy jako naukę. Armenides, a za nim Platon traktowali episteme jako wiedzę pewną oraz nieodwoływalną i przeciwstawiali ją opinii, czyli doxie. Wszelako Platon zauważył, że opinia może być uzasadniona lub nie. Tak czy inaczej, badanie empiryczne prowadzi co najwyżej do opinii.
Natomiast metoda episteme reprezentowana przez matematykę jest czysto rozumowa. Arystoteles starał się zrównoważyć obie metody, sądząc, że także doświadczenie może produkować wiedzę pewną. Termin scientia odnosił się w średniowieczu w zasadzie tylko do teologii. Scientia divina, wiedza o Bogu. Natomiast dyscypliny szczegółowe były kwalifikowane jako tak zwany artes liberales: gramatyka, logika, retoryka, geometria, arytmetyka, astronomia i muzyka. Filozofia nie mieściła się w sztukach wyzwolonych, ale to nie znaczy, że w ogóle jej nie było. Uniwersytet średniowieczny miał cztery wydziały: teologiczny, prawa, medycyny I sztuk wyzwolonych. Ten ostatni z czasem przemianowano na filozoficzny. Nazwa ta sugeruje, że filozofią była każda specjalność akademicka oprócz teologii i prawa oraz medycyny. Sprawa jeszcze bardziej się skomplikowała, gdy zaczęły powstawać uczelnie techniczne, artystyczne i tym podobne.
Na dodatek Isaac Newton zatytułował swoje wielkie dzieło, które ukazało się w 1685 roku „Philosophiae Naturalis Principia Mathematica” – matematyczne zasady filozofii przyrody. Zatem w XVII wieku, przynajmniej w Cambridge, fizyka teoretyczna była rozumiana jako filozofia przyrody. Obecnie przyjęty podział nauk ma więc długą i skomplikowaną historię. Z grubsza rzecz ujmując i pomijając matematykę, można powiedzieć, że fizyka ostatecznie wyodrębniła się pod koniec XVII wieku, chemia mniej więcej sto lat później, biologia w pierwszej połowie XIX wieku, a nauki humanistyczne i społeczne w drugiej połowie XIX wieku. Znalazło się też miejsce dla filozofii jako specjalności nauczanej i uprawianej w sensie akademickim. Oceny wzajemnego stosunku filozofii i nauki. Wedle Ludwiga Wittgensteina filozofia jest niżej lub wyżej od nauki, ale nigdy obok niej. Jest wyżej dla tych wszystkich, którzy uważają filozofię za jakąś super naukę. Tak sądził Platon i Edmund Husserl, dla których filozofia dostarczała epistemy, podczas gdy tak zwane nauki szczegółowe miały do zaoferowania tylko wiedzę przybliżoną, to jest niepewną. Słabszą odmianą tego stanowiska jest pogląd, że zadaniem filozofii jest formułowanie ogólnych założeń, na przykład metodologicznych, jak badać i ontologicznych, co istnieje jako przedmiot badania.
Tak czy inaczej, pogląd ten w obu wersjach silniejszej i słabszej głosi, że między nauką a filozofią zachodzi symbioza. Friedrich Waismann, jeden z kontynuatorów Wittgensteina, uważał, że w filozofii nie ma twierdzeń, nie ma dowodów, a więc nie ma problemów, które można by rozstrzygnąć na tak pozytywnie lub na nie negatywnie. Stanowisko Waismanna może, ale nie musi prowadzić do deprecjonowania filozofii. Filozofowie hołdujący pozytywizmowi traktują obserwacje Waismanna oraz podobne jako uzasadniające poważne zarzuty wobec tak zwanej filozofii spekulatywnej. Ma ona sprzeniewierzać się powołaniu każdej wiedzy, które polega na tym, że jak głosił August Comte, wiemy po to, aby przewidywać, a przewidujemy po to, aby móc działać praktycznie. A to w filozofii, w przeciwieństwie do nauki, nie ma postępu, gdyż filozofowie wciąż roztrząsają te same problemy i stale oferują te same rozwiązania, co najwyżej ubrane w inne słowa. Pozytywiści proponują scjentyzm, to jest przekształcenie filozofii w jedną z nauk. Inaczej mówiąc, metoda filozofii ma być taka sama jak metoda nauk empirycznych, ewentualnie matematycznych. Wedle wspomnianego Comte'a zadaniem filozofii jest synteza nauk szczegółowych, a zdaniem filozofów z koła wiedeńskiego neopozytywistów filozofia może stać się nauką, o ile zostanie przekształcona w gałąź logiki skierowanej na logiczną analizę języka nauki. Szkopuł jednak w tym, że propozycja Comte'a owocowała bardzo spekulatywnymi teoriami.
Natomiast neopozytywiści wedle powszechnego mniemania, z którym w końcu zgodzili się i oni sami, dokonali zbyt ostrego zabiegu chirurgicznego na filozoficznym korpusie, eliminując z niego istotne problemy. Scjentyzm stara się postawić filozofię obok nauki, to jest na tym samym poziomie. Dotyczy to jednak tylko filozofii zreformowanej, to jest przekształconej w naukę taką jak każda inna. Filozofia spekulatywna zajmuje miejsce niższe od nauki. Tym samym zachodzi konflikt między nauką a filozofią, filozofią spekulatywną, zaś ich symbioza staje się po prostu niemożliwa. Cele nauki versus cele filozofii. Znane są też rozwiązania wskazujące na odmienność filozofii i nauki z uwagi na ich różne cele. Przykładem może być egzystencjalizm ateistyczny lub religijny, który wskazuje, że nauka nie jest przydatna do rozstrzygania rozmaitych kwestii egzystencjalnych, na przykład sensu życia, powinności moralnych, natury wartości czy kwestii związanych ze stosunkiem człowieka do transcendencji Boga. W ogólności można powiedzieć, że nauka nie pomaga w stawianiu i rozstrzyganiu kwestii związanych ze światopoglądem, bo nie może tego uczynić. W zależności od tego, jak bardzo te problemy są cenione Filozofia może być wyżej, bo zajmuje się zagadnieniami osobliwie istotnymi, jak sądził Martin Heidegger lub niżej od nauki, bo nie rozstrzyga owych zagadnień, chociaż nie może ich pomijać.
Być może sam Wittgenstein tak uważał. Najczęściej jednak w modelu tym jako być może jedynym stwierdza się niewspółmierność obu tych dziedzin. Inna koncepcja, której hołduje autor niniejszych rozważań, uznaje, że filozof winien respektować naukę. Na przykład trudno dyskutować o determinizmie bez uwzględniania tego, co mówi nauka, a w szczególności fizyka o porządku świata. Ale też nie może zakładać a priori, że każdy problem filozoficzny ma swoje zwierciadlane odbicie w nauce. Wedle tego poglądu czasem właściwym modelem jest symbioza, czasem konflikt, gdy filozof decyduje się na dyskwalifikację nauki na podstawie swoich przeświadczeń filozoficznych, a czasem niewspółmierność. Nauka górą? Trudno oczekiwać jednego jedynego rozstrzygnięcia problemu wzajemnego stosunku nauki i filozofii. Konkretne rozwiązania w dużej mierze zależą od oczekiwań wobec obu tych dziedzin, zwłaszcza filozofii, bo stosunek ludzi do nauki jest bardziej ustalony. Wynika to z faktu, że nauka jest po prostu ceniona jako użyteczna, a filozofia kwestionowana jako bezużyteczna właśnie.
A to sami filozofowie mają bardzo różne stanowiska. Stanowiska metafilozoficzne, to jest dotyczące konkretnych kwestii na temat przedmiotu i dziedziny, którą uprawiają. Na koniec zwróćmy uwagę na pewne niebezpieczeństwo. Otóż bywa, że przedstawianie kwestii filozoficznych, w szczególności związanych ze światopoglądem jako naukowych, prowadzi do negatywnych, a czasem nawet zbrodniczych konsekwencji. To, proszę państwa, był artykuł, ale autor pod artykułem zamieszcza jeszcze kilka pytań do ewentualnej dyskusji. I ja te pytania państwu przytoczę, bo myślę, że w kontekście całego artykułu są one niezwykle, naprawdę niezwykle istotne. Pierwsze z tych pytań. Sądzisz, że nauka jest w stanie wyeliminować pytania, które podejmowali egzystencjaliści dotyczące na przykład sensu życia, Boga etc.? Pytanie drugie. Jakie negatywne, a czasem nawet zbrodnicze konsekwencje autor ma na myśli, kiedy ostrzega przed przekształceniem twierdzeń światopoglądowych w twierdzenia naukowe?
Który z modeli relacji między filozofią i nauką, współpracę naukową, dominację czy niewspółmierność uważasz za najlepszy dla obu dziedzin? Cztery. Autor pisze, że celem twierdzeń naukowych jest zazwyczaj użyteczność. Co jest zatem celem bezużytecznej filozofii? Dlaczego oba cele są różne? I to jest, proszę państwa, koniec dzisiejszego artykułu. Ja przypomnę, artykuł był napisany przez nestora polskiej filozofii, emerytowanego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz profesora Uczelni Wyższej z Rzeszowa. Tekst zatytułowany „Filozofia i nauka. Konflikt czy symbioza?” napisał profesor Jan Woleński. Proszę państwa, proszę państwa, no to teraz czas najwyższy na to, na co czeka bardzo, bardzo wielu słuchaczy.
Czas na Filmotekarium. Dzisiaj odejdziemy na chwilę od uświęconej tradycji, to znaczy omawiania filmów kinowych i na chwilę, ale naprawdę na chwilę przeniesiemy się w świat seriali. No bo tak się złożyło, że mniej więcej tydzień temu, a nawet jeśli mówimy o nagrywaniu, to dokładnie tydzień temu dla państwa to tydzień i dzień, premierę miał film na podstawie książki stworzony „Problem trzech ciał”. I wbrew temu, co mogą przypuszczać ci wszyscy, którzy nie pasjonują się science fiction, to nie jest opowieść o erotycznym trójkącie, tylko twarde science fiction. Cóż, proszę państwa, tak jak zawsze powtarzam Piotr Cielebiaś już czeka. Zatem czas na Filmotekarium. Czołem, czołem Piotrze.
[23:25] - Witam, witam.
[23:26] - Cóż, musimy na chwileczkę zrobić odskok od rutyny filmów kinowych i na chwilę przeniesiemy państwa w świat seriali. No ale powód jest znaczący, bo całkiem niedawno na wiadomym streamingowym serwisie pojawił się serial zatytułowany „Problem trzech ciał”. I tak jak to często powtarzam, ci wszyscy z państwa, którzy nie interesują się science fiction, mogą w tym momencie odnieść wrażenie, że to jest jakiś serial erotyczny o trójkącie właśnie jakimś seksualno-erotycznym. Nie. To jest twarda fantastyka naukowa Z tym, że z takimi koneksjami chińskimi, właściwie zasadniczo chińska, bo została napisana książka, która jest pierwowzorem serialu przez Chińczyka właśnie.
[24:35] - Tak. Jak powiedziałeś, dzisiaj robimy małą przerwę od filmów. W normalnym toku Filmotekarium nie dokonujemy przeglądów seriali. Ostatnio żeśmy to zrobili w wakacje. Natomiast tutaj robimy wyjątek. „Problem trzech ciał”. Hitowa produkcja, której fani oczekiwali od wielu miesięcy. Wreszcie w marcu tego roku pierwszy sezon trafił na platformę. I tutaj Marek ma ciekawą koncepcję, bo twierdzi, że to może być pierwszy i ostatni sezon, ale o tym za chwilę. Myślę, że wchodzimy tutaj na wyjątkowe trzęsawisko, bo problemów z „Problemem trzech ciał” jest wiele.
Serial jako produkcja to jedno, serial jako ekranizacja to drugi. Z jednej strony to jest takie pełnokrwiste sci-fi z rozmachem, z drugiej interesujący jest początek, pierwsze trzy, cztery odcinki, a potem mamy gonitwę, wielką pardubicką w wersji sci-fi z przeplatanymi wątkami chińskimi. Nie chodzi o to, że w „Problemie trzech ciał” się nic nie dzieje. Wręcz przeciwnie, w pewnym momencie miałem takie wrażenie, że dzieje się za dużo i akcja uderza od bandy do bandy. Bohaterowie biorą udział w starzeniach epickich, których skutki są jednak nijakie bądź tragiczne. I tak koniec końców wszyscy oczekują na przełomowcy, który się ma wydarzyć za 400 lat. Nie wiem, Marku, może trzy słowa o serialu, bo też nie możemy powiedzieć za dużo o tym, o czym on jest, bo jeżeli ktoś nie oglądał, a są szanse na to, to będzie zły. Ale myślę, że takie podstawowe rzeczy możemy wam tutaj powiedzieć. Może nie w kolejności takiej, jak się rozgrywają. Poznajemy tam piątkę absolwentów fizyki, z których każdy po studiach wybiera inną drogę.
Jeden zostaje biznesmenem od chrupek, drugi nauczycielem. Pozostała trójka pracuje naukowo. Pewnego dnia ich mentorka, wykładowczyni, przyjaciółka popełnia widowiskowe samobójstwo. Jak się okaże potem, ona odkryła w archiwach, w komputerze dokładnie swojej matki, dodajmy, że się rzecz dzieje w Wielkiej Brytanii, ona odkryła w komputerze swojej matki, która z kolei jest Chinką i przybyła z państwa środka po okresie prześladowań, odkrywa coś dziwnego. Coś, co skłania ją do, niestety, takiego, a nie innego wyboru. I w sumie powiem ci, że ja to przedstawiłem od trochę innej strony niż historię poznajemy w serialu. Bo tutaj na początku mamy wrażenie, że główną bohaterką jest owa matka. Owa więźniarka była z Chin Ludowych, która w wyniku szaleńczego eksperymentu, jak się dowiemy, zaprosiła na Ziemię przedstawicieli obcej inteligencji.
[27:39] - Tak, a powiem jeszcze jedną ważną rzecz, że trzeba się zdecydować, czy najpierw poznać film, czy najpierw poznać książkę. To nie jest wybór, że najpierw coś trzeba, a dopiero później coś drugiego. Nie. Tylko że te dwa utwory różnią się między sobą. W pewnych momentach, takie jest moje zdanie, dosyć znacząco, ale to w niczym nie przeszkadza. Ja przynajmniej przyjąłem w tym omówieniu zasadę, że książka na ten moment mnie nie interesuje. Interesuje mnie sam serial i traktuję go jako dzieło niezależne, po części przynajmniej od książki. I z tym założeniem warto teraz do tego serialu nawiązać. Otóż moje wrażenia z obejrzenia ośmiu odcinków są bardzo nierówne. Ja dosyć dobrze bawiłem się do piątego odcinka.
Podążałem, bo akcja rzeczywiście chwilami galopuje, nawet dosyć intensywnie, ale jest też dużo fajnych momentów, o których za chwilę. Natomiast gdzieś tak właśnie ósmym, siódmym i szóstym odcinku czujemy, ja przynajmniej czułem wyraźne spowolnienie i pojawiają się dłużyzny. Sam nie wiem, czym uzasadnione. Tam oczywiście są pewne wątki, które może wymagają namysłu, czym jest człowiek i jaki jest, ale też do czego to wszystko prowadzi, jakie niebezpieczeństwa i tak dalej. Ale ja wyraźnie poczułem takie obniżenie tempa. Tak, to ładnie wszystko brzmi, obniżenie tempa. Zaczyna wkradać się chwilami nuda i to nuda nie wiążąca się z tym, że nie biegają i nie strzelają, tylko nuda związana z tym, że my już wiemy. I co z tego? I później śledzimy coś, co wiemy, bo się musi przetoczyć przez ekran. Ja nie do końca dałem się porwać tej konwencji.
Natomiast zostańmy może na razie przynajmniej przy pierwszych pięciu odcinkach. Bawiłem się nieźle, ale bez szału. To znaczy bawiłem się nieźle dlatego, że tam dużo się dzieje, ale to już była o tym mowa. Poznajemy Chiny Ludowe w latach 60. w okresie rewolucji kulturalnej. Kiedy naukowcy byli gnębieni. Ja nie wiem, czy ona jest wstrząsająca. Jest z poznawczego punktu widzenia ciekawa scena, kiedy uczniowie, studenci wyciągają na scenę profesora. To się źle kończy. W tej publiczności, czy też tym tłumie zgromadzonym pod sceną jest główna bohaterka, córka.
Widzi rzeczy straszne, gdzie wiedza, pewne doświadczenie tego naukowca nie mają żadnego znaczenia, bo rodzi się nowe. A jak nowe, to wiadomo, że postępowe, a jak postępowe, to musi być lepsze. Cały czas walczy z tym stereotypem. Nowe wcale nie musi być lepsze, o czym się Chińczycy boleśnie przekonali, ale politykę porzućmy. Idźmy dalej. W tym serialu mamy takie przeskoki pomiędzy tym, co było w latach 60. Tego, jak Piotr powiedział, jak doszło do owego zaproszenia obcych. Ale w serialu pojawiają się w naszych czasach, mamy do czynienia z fascynującą grą VR. Właściwie to jest pełna wirtualna rzeczywistość, nieodróżnialna praktycznie od naszej rzeczywistości, co do której nie mamy pewności, czy też nie jest wirtualna. Ale te rozważania sobie zostawmy na kiedy indziej.
Natomiast ta gra jest fascynująca i muszę powiedzieć, że chyba ten wątek w „Problemie trzech ciał" podobał mi się najbardziej, bo ta gra jest jednocześnie rodzajem, i żeby tu za dużo nie sprzedać i nie spalić, pewnego testu, bo jej pojawienie się na świecie nie jest przypadkiem, bo owa gra coś nam o nadlatujących obcych mówi, coś zaczynamy o nich wiedzieć.
[32:33] - Tak, nie wszyscy mogą dostać te gogle VR, które przenoszą do tej ultrarealistycznej gry. Co jeszcze tutaj, Marku, można wspomnieć o fabule, żeby nie popsuć? Nie chcę za dużo mówić, dlatego że z jednej strony jest to tak naprawdę, o czym zresztą za chwilę opowiemy, pomysł dość nieoryginalny. Oryginalny jest pod tym względem dla europejskiego odbiorcy, który pewnie nieczęsto ogląda filmy z Chin, że mamy przeniesienie się właśnie do czasów rewolucji kulturalnej, gdzie się to wszystko zaczyna. Natomiast potem się przenosimy już na stałe do Londynu i dzieją się tam rzeczy bardzo interesujące, chociaż bywa różnie. Marku, może przejdźmy do tych naszych tradycyjnych punktów, w których oceniamy różne elementy, sfery, dobre i złe strony omawianych pozycji. To może ja zacznę. Mam ogromny problem z nomen omen właśnie „Problemem trzech ciał". Polega to na tym, że jak powiedziałeś, to jest nierówne. To jest i ciekawe, i nieciekawe jednocześnie, i w miarę realistyczne, i do granic naciągane tak naprawdę.
Postaram się jakoś te wnioski rozwinąć. Ja nie wiem, nie czytałem książki. Ty czytałeś. Ja w sumie nie wiem teraz, czy chcę przeczytać, ale jak jest twoim zdaniem, bo nie powiedzieliśmy o tym jeszcze w szerszy sposób, czy ten serial, czy „Problem trzech ciał" wypełnia starą zasadę, że nie wszystkie dzieła sci-fi są realizowalne filmowo?
[34:18] - Westchnąłem sobie. Może za cicho, więc mogę westchnąć jeszcze raz, ale ja nie potrafię odpowiedzieć na tak postawione pytanie. To znaczy ja uważam, że przy odrobinie talentu oraz sporej ingerencji efektów specjalnych film da się zekranizować każde dzieło, pod warunkiem, że reżyser i aktorzy są ludźmi, którzy naprawdę to dzieło chcą przenieść na ekran, a nie tylko zarobić gażę. Wiem, okrutne jest to, co mówię, ale czasami można odnieść takie wrażenie. Co więcej, wiecie państwo, Piotr mówi o tym, że ten film jest nierówny. Ja powtarzam, że jest nierówny, bo on jest nierówny. Tam są absolutne perełki w tym filmie. Perełki związane z fabułą, związane z pewnymi rozwiązaniami, nazwijmy to technologicznymi, które są absolutnie ciekawe. Nie mówię, że jakieś odkrywcze. Piotr o tym powiedział.
Sam koncept opowieści da się sprowadzić właśnie do tego, że jeśli popełniamy błąd, siejąc naszymi komunikatami radiowymi, wszelkimi w ogóle komunikatami w niebo otaczające Ziemię, bo mogą tu przylecieć nie tylko krzywiciele kultury, miłośnicy pokoju, ale mogą też przylecieć istoty groźne, takie, które zrobią nam krzywdę. W samym serialu rzecz jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo my nie do końca mamy pewność, jakie te istoty są, czy one są niebezpieczne, czy one właśnie przylecą tutaj, żeby zmienić świat. Tam pada taka fraza, też moja ulubiona chyba, że my już przestaliśmy tu na Ziemi, już nie potrafimy rozwiązać swoich problemów. I to jest jakby żywcem wzięte z komunizmu. W końcu z Chin to pochodzi. I muszą się znaleźć istoty w tym wypadku, które te nasze problemy rozwiążą. Ja nie wiem jak państwu, ale mnie ciarki przechodzą po plecach, że są ludzie, którzy uważają, że tak może być i że to jest może świetne rozwiązanie dla ludzkości, żeby ktoś za nas rozwiązał nasze problemy, bo on to być może zrobi lepiej. To jest moim zdaniem, ale powtarzam, to jest bardzo subiektywne. To jest taki fałsz, który wybrzmiewa w serialu, z którym ja się nie identyfikuję, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że ktoś powie tak, tak, tak, tak właśnie powinno być. Ale wróćmy do tego statusu obcych, którzy tu lecą i przybędą za 400 lat względem tego, co się przynajmniej na razie w serialu dzieje.
To właśnie my cały czas nie mamy pewności, jacy oni są, czy są dobrzy, czy są źli i co oni tak naprawdę nam przyniosą. Więcej dowiadujemy się, że oni nie bardzo mieli wyjście i oni właściwie szukali okazji, żeby się gdzieś w kosmosie przemieścić, ponieważ tego dowiadujemy się z gry wspomnianej. Te warunki w okolicy, gdzie mieszkali, nie były najfajniejsze i tego się chociażby dowiadujemy. To nie jest tak wszystko do końca wprost powiedziane. Być może to się wiąże z pewną kulturą, z której wywodzi się autor pierwowzoru książkowego. Być może tak, być może nie. To byłyby za proste podsumowania. Nie mam takiej wiedzy, w związku z czym trudno mi jest postawić kropkę nad i. Ale wiecie państwo, powtarzam i Piotr to powtarza chyba do znudzenia o nierówności, bo tam są momenty, które zapierają dech w piersi. Znowu nie powiem jakie, ale zapamiętacie państwo, że chociażby scena statku ze statkiem, pewnym ważnym statkiem, jest wstrząsająca i jednocześnie budzi respekt.
Muszę o tym statku jeszcze coś powiedzieć, bo proszę państwa, wiadomość o tym, że obcy lecą albo w każdym razie ta informacja sprawia, że przynajmniej część ludzi na ziemi, część ludzi poinformowanych przechodzi na tryb czegoś w rodzaju religii. Ci obcy, którzy przyniosą nam tutaj rozwiązanie naszych problemów, oni jednocześnie uzyskują taki troszeczkę boski statut. Status przepraszam, zawsze się rąbnę na tym. Więc uzyskują ten boski status. Statutu to oni jeszcze nie mają, ale w każdym razie my się tego dowiadujemy. Ten statek odgrywa tam jakąś rolę w tym całym kulcie. No właśnie. Czujecie państwo, że się jąkam? Bo ja się, mówiąc szczerze, zacinam troszeczkę, jak się zacina ten serial, bo on ma momenty absolutnie porywające i takie, przy których ja sobie mówiłem: no wreszcie będziemy omawiali jakiś serial, przy którym ja będę entuzjastycznie nastawiony, będę mówił, jak się to świetnie ogląda, bo akcja, akcja, a w dodatku jeszcze głupi nie jest ten serial. Wyobraźcie sobie wtedy państwo moje rozczarowanie, kiedy w pewnym momencie ta machina, która na początku wydawała się nieźle naoliwiona, nasmarowana, w pewnym momencie zaczyna się zacinać.
To są na początku takie zacięcia drobne. Tyk i jedziemy dalej. Czyli tak jak powiedziałem, te pierwsze cztery, pięć odcinków jest super, pomimo zacięć. Te zacięcia się już pojawiają na wczesnym etapie, ale później według mnie, już to sygnalizowałem, jest dramatycznie. Ja byłem drugą częścią, czyli tym szóstym, siódmym i ósmym odcinkiem, chwilami mocno znudzony, ale to nawet nie o nudę chodzi. Byłem też tak lekko... Mówiłem sobie: kurczę, to się nie skończy. I tu jest to niebezpieczeństwo, o którym wspomniał Piotr. Ja mam wrażenie, że ten serial w ogóle się nie skończy, bo on z tego, co czytałem, być może to są na razie niemiłe początki, ale może to się jakoś rozkręci. Natomiast podobno ten serial nie spełnił oczekiwań Netflixa.
Ten dzień premiery, całkiem niedawny, nie był taki zachęcający i podobno dalej też nie było tak za bardzo zachęcająco. A Netflix jest okrutny, jak mu jakiś obraz nie przynosi kasy, to go kasuje. W związku z tym dostaniemy serial, który wkracza z nami w historię, ale jej nie kończy. Jeśli dodam państwu jeszcze, że „Problem trzech ciał" w wersji książkowej to jest zaledwie początek trylogii, to ja się martwię. Martwię o to, co będzie dalej. A jeszcze mnie intryguje, Piotrze, jedna rzecz, bo dowiedzieliśmy się, że Chińczycy nakręcili swoją wersję „Problemu trzech ciał" i ponoć wrzucili to do YouTube'a, ale jak Piotr szukał, to znalazł tylko dwa odcinki. To już w ogóle jest niesamowita historia.
[42:23] - Tak, są dwa odcinki i nie wiem, może źle szukałem. Tak dane trochę na zachętę. Może jest tego gdzieś więcej. Są nawet z tłumaczeniem angielskim, jakby ktoś chciał. Tutaj napomknąłeś o tym, że serial może nie znaleźć kontynuacji. Powiem ci tak: miałem takie wrażenie, że twórcy byli tak przekonani o swojej zarąbistości i o zarąbistości tej książki, tego konceptu, że sobie pomyśleli: pal licho, my nie musimy się tutaj martwić o to, żeby robić jakieś cliffhangery, żeby sprawić, że ktoś by chciał oglądać drugi sezon. Tak zupełnie trzeźwo patrząc, ósmy odcinek to jest katastrofa. I jeżeli w serialu nam się mówi, że kosmici będą lecieć tutaj 400 lat, a dopiero się to zaczęło, to jak ja mam w perspektywie oglądanie drugiego, trzeciego sezonu i czekanie na to 400 lat, aż się zdarzy, to trochę kiepska promocja. Tam powinno się wydarzyć coś, co by postawiło wszystko na głowie. Druga rzecz: problem trzech ciał nie opiera się na przełomowych koncepcjach.
Wręcz przeciwnie. Punkt wyjścia jest bardzo prosty: kontakt dwóch cywilizacji na nierównym poziomie, problemy związane z SETI i tak dalej. Dodatkowo też musimy pamiętać, że ci kosmici, którzy lecą, czyli San-Ti, bo tak są nazywani, mają na Ziemi swoją piątą kolumnę. Oczywiście taki scenariusz, że ktoś wysyła sygnał w kosmos i odbierają go źli kosmici, to jest coś, o czym się dyskutuje w ramach projektu SETI, przestrzegał przed tym na przykład Stephen Hawking. Dlatego powiedziałem, że ten serial jest w miarę realistyczny. Problem w tym, że gdy główni bohaterowie zaczynają się mierzyć z problemem tej potencjalnej inwazji, to już się zaczyna robić jakoś dziwnie. Co prawda do przybycia obcych jest jeszcze bardzo długo, całe wieki, ale obcy i tak się dają ludziom we znaki. Do czego ten mój przydługi wywód zmierza? Otóż film nam pokazuje dość ciekawy scenariusz. Mamy naukowców, natomiast dyskusja nad potencjalnymi skutkami kontaktu, nad tym, jak na przykład zareagują ludzie, ma charakter minimalny.
To jest jakieś tło. Tam rzeczywiście się pojawiają osoby, które modlą się do kosmitów. Widzimy, że są jakieś strajki, jakieś protesty, ale tak naprawdę to wszystko spływa po ludziach, dopóki nie pojawia się wielkie oko na niebie i przekaz, że jesteśmy robakami. Wiesz, czego w tym filmie brakuje? Napięcia brakuje na wielu poziomach. Napięcia związanego z oczekiwaniem na przylot. Bo z jednej strony my się dowiadujemy: oni lecą, oni są potężni, nie wiemy, czego chcą, ale będą tu za 400 lat. Z pierwszego sezonu nie dowiadujemy się, że w drugim się wydarzy coś przełomowego, że cały czas będziemy czekać, oni nas będą straszyć, prawda? Czyli taki potencjalny widz jak ja się trochę zastanowi, czy warto.
[45:30] - No i właśnie. A po ekranie miotają się ponadto służby specjalne. A te służby specjalne też jakieś takie są, nie wiem, szukam dobrego słowa, żeby nikogo za bardzo nie obrazić, ale jakieś takie pierdołowate wyjątkowo te służby specjalne. Bo z jednej strony są w stanie posunąć się do masakry. O jaką masakrę chodzi, to oczywiście państwu nie powiem. Są w stanie się posunąć do tego. Ale z drugiej strony, jak słuchamy koncepcji, bo oczywiście jest dyskusja, czy trzeba się bronić, czy może trzeba czekać grzecznie i tak dalej, to właśnie te służby są absolutnie pierdołowate. Nie wiadomo, jaka jest koncepcja, czy będziemy się bronić, czy będziemy jakiś spisek organizować tu, zanim przylecą, co w ogóle będziemy robić. Ma się takie wrażenie, co nie jest prawdą, bo ja przypomnę, książka istnieje i istnieją kontynuacje książki, ale gdyby ktoś nie wiedział, to może mieć wrażenie, że serial jest robiony trochę według zasady: nie wiemy, dokąd jedziemy. Co nam wyjdzie, to zobaczymy.
Może dokądś jednak dojedziemy. Bo właśnie miotają się niektórzy bohaterowie po tym ekranie. Oczywiście mamy też takie zabiegi, które mnie rozśmieszają w filmach, bo oczywiście zrobione zgodnie ze sztuką, że już zaraz na początku filmu dowiadujemy się, że ktoś jest ciężko chory, a nawet śmiertelnie chory, ale on się nam jeszcze przyda. Nie sądźcie państwo, że jak ktoś ma umrzeć, to w ogóle będzie bezużyteczny. Nie, przyda się. I to jest tak sprawnie zrobione filmowo, że jak my się o tym dowiadujemy w pierwszym, drugim odcinku, to później się wszystko okazuje w siódmym czy ósmym, do czego on będzie wykorzystany. Śmieję się, po prostu się śmieję, bo to są chwyty z kreskówki jakiejś. Wiecie państwo, miałem chwilami wrażenie, że ono jest nieobiektywne, bo jednak z książką miałem kontakt, ale że pewne chwyty filmowe są zrobione tak, żeby broń Boże żaden widz ich nie przeoczył, żeby wiedział: o, tu będzie to, to będzie ważne, to jest ważne. Za kilka odcinków się okaże. Ja nie wiem, czy tak się robi filmy.
Nie jestem specjalistą, często to powtarzam, ale mam wrażenie, że przynajmniej w niektórych momentach przez twórców filmu jestem traktowany jak jakiś niedorozwój. Nie obrażam tu nikogo, bo to raczej odnosi się do mnie, człowieka, który nie jest w stanie skojarzyć faktów, nie jest w stanie podążać za fabułą, w ogóle nie jest w stanie rozkminić żadnej fabuły. Nie, to jest jakieś nieporozumienie. Ale powtarzam, to jednocześnie Z tym, co powiedziałem przed chwilą, jednocześnie równolegle podążają pewne fajne momenty. Znowu wspomnę grę, znowu wspomnę pewne motywy, które są zastanawiające. One, tak jak Piotr powiedział, nie są nowe. I to jest być może w tym serialu najgorsze, że jeśli mielibyście państwo poszukać czegoś naprawdę, ale absolutnie przełomowego, to nie ma. Więc można odnieść wrażenie, że albo fantastyka naukowa się już skończyła, już nie ma nam nic do powiedzenia, albo twórcy filmu nie mają nam do powiedzenia, a w każdym razie może nie nic, ale niewiele. Jeśli pojawiają się jakieś wynalazki, to one jednak są echem wynalazków, o których już państwo w innych utworach słyszeli. Nawet sposób, w jaki potraktowano ów statek, o którym wspomniałem, może się wydać nowatorski, ale jak dobrze państwo poszukacie takiej inżynierii materiałowej, to znajdziecie państwo nakopy w fantastyce naukowej, zarówno tej książkowej, jak i filmowej.
I ja się, Piotrze, obawiam, że my dzisiejszą audycję zakończymy nijak. Bo ja tak naprawdę mam problemy, żeby z czystym sercem państwu odradzić ten film. Nie oglądajcie państwo tego serialu, bez sensu. Ale z drugiej strony, żebym miał rozpływać się w pochwałach, zachwytach i mówić: tak, koniecznie państwo to obejrzyjcie. Człowiek, który nie obejrzy „Problemu trzech ciał”, nie może się czuć znawcą, człowiekiem obeznanym ze współczesną fantastyką naukową. Ja myślę, że zupełnie spokojnie można bez tego serialu żyć.
[50:32] - Jest jeszcze jedna rzecz na minus według mnie, która mnie trochę mierziła. Bo inaczej to wyglądało, jak mówiłeś, w książce, inaczej jest przedstawione w serialu. Tam mamy taką grupkę przyjaciół, którzy zupełnym zbiegiem okoliczności się włączają w ratowanie świata przed kosmitami. W ogóle w tym serialu jest strasznie dużo zbiegów okoliczności, które są zauważalne. To towarzystwo całe jest z początku lekko irytujące. Jest śmieszek, jest geniusz o wspaniałej pamięci i umiejętnościach dedukcji, jest pyskata pani fizyk, jest genialna pani fizyk. Wszyscy są jakoś wzajemnie powiązani. Tyle że początkowo miałem problem, by się przekonać do tych nieco drewnianych bohaterów, bo byli początkowo bardzo drewniani. W sumie dużo sympatyczniejsi i dużo bardziej charyzmatyczni są bohaterowie z dalszych planów. Im dalej, to znaczy kiedy przekraczamy połowę serialu, połowę pierwszego sezonu, tym bardziej melancholijnie nam się robi, a bohaterowie wpadają w wir wydarzeń równie tragicznych, co momentami absurdalnych.
I znowu w tym nie ma napięcia, nie ma oczekiwania, że coś się stanie. Wszystko w tym serialu się rozbija o to, że kosmici przylecą późno. Czyli co by było zrobić jakiś twist, że oni są już tutaj gdzieś bliżej. Serial do tej połowy jest naprawdę intrygujący i ciekawy. Potem mamy jednak coś, co nie wbija w fotel. Otrzymujemy szereg zdarzeń, projektów, planów, które mają przyciągać uwagę swoją spektakularnością, że czegoś takiego jeszcze w serialach nie było. A w rzeczywistości to odniosłem wrażenie, że wszyscy bohaterowie i ci kosmici, i ludzie miotają się, bo nie wiedzą, co zrobić, jak zadziałać. I powiem ci, że jeszcze jedna rzecz. Trudno to przyznać może, ale momentami ten serial jest lekko nielogiczny. Chyba że pewne rzeczy łatwo umykają, tak jak w przypadku tej rzeczonej gry, w której udział biorą bohaterowie.
Ma ona tam być wielce trudna i wielce wymagająca, że tylko jakieś elitarne grono geniuszów potrafi ją rozwiązać. Koniec końców się okazuje ona banalna, przy czym sami autorzy gry sugerują rozwiązanie na samym początku. Tam mamy taką scenę przedstawioną bardzo charakterystyczną, złożoną z komputera analogowego, w skład którego wchodzi kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy chyba, czy kilkaset, już nie pamiętam. I że oni poruszając się z transparentami wyliczają wzór matematyczny. Fajnie to wygląda, tylko niech ktoś to wyjaśni jak. Przecież to było absurdalne. To było głupie. To było po prostu głupie. Nie wiem, czy miałeś takie wrażenie.
[53:21] - Tak, miałem takie wrażenie. Czekałem, aż powiesz o tej książce, że w książce właśnie było to troszeczkę inaczej podane. Natomiast ja się zastanawiałem głównie, jak ten sygnał tam wędruje, na jakiej zasadzie działa ten, powiedziałeś dobra nazwa, analogowy komputer. Gdzie są wprowadzane dane i gdzie się później pojawiają wyniki? Na jakiej zasadzie to działa? I zostaniecie państwo z tą myślą.
[53:51] - Tak, ktoś potem przynosi karteczkę z rozwiązaniem po kilku sekundach. To było po prostu głupie. To było widowiskowe, ale było głupie. Kolejny absurd z tego serialu. Tam mamy takiego pana, już nie będę wyjaśniał kogo, ale faceta, który się wydaje kluczową postacią, a potem to już zobaczycie. I on rozmawia z kosmitami przez radio, z tymi przybyszami jakoś rozmawia. No i tam mamy przedstawioną taką sytuację, że on rozmawia przez bardzo długi czas, a nagle się okazuje, że on im mówi, że ludzie czasami kłamią. No i kosmici się wystraszyli, że ludzie kłamią, to nie można z nimi współpracować i tak dalej. Naprawdę? Po kilkudziesięciu latach rozmów czy nawet kilku latach Dopiero wtedy superzaawansowana rasa skapnęła się, że ludzie kłamią albo że dysponują jakimiś metaforami czy przenośniami.
To też było trochę żałosne moim zdaniem. I ostatni odcinek, to był chyba siódmy, ósmy chyba. Jeden z głównych bohaterów zostaje wybrany przez ONZ na bardzo wysokie stanowisko, które ma pomóc w rozwiązaniu kryzysu ze zbliżającymi się obcymi. I to jest chyba najgłupsza scena z tego serialu. On zostaje wybrany, zostaje zaproszony do ONZ tak sobie, że zapraszają go gdzieś i okazuje się, że jest w Nowym Jorku. Idzie na taką sesję specjalną i tam go przedstawiają jako jednego z trzech, którzy mają rozwiązać problem związany z inwazją Santi. Facet mówi: „Ale ja nie chcę być tym...”. Jak to się nazywało? Widzący? Patrzący w ścianę?
Tak?
[55:40] - Tak.
[55:42] - On mówi: „Ja nie chcę być tym patrzącym w ścianę, bo to nie dla mnie. Ja nie jestem taki znany”. I w końcu idzie do sekretarza generalnego ONZ, mówiąc, że on nie chce być. I się pyta: „Dlaczego ja zostałem wybrany?”. Na co sekretarz mówi: „Ja nie wiem. Domyśli się pan. Potem to będzie”. Jeżeli to ma tak dalej wyglądać, to naprawdę wielkie dzięki.
[56:08] - Ale Piotrze, ja muszę z jedną rzeczą się nie zgodzić. Otóż dla mnie nie jest problemem to, że obcy przybędą za 400 lat. Moim zdaniem nie trzeba robić twista, żeby oni przybyli szybciej. Moim zdaniem, ale to już jest pewno zarzut do twórcy książki, może już nie jednak do serialowców, bo dało się tak napisać akcję tego, co się dzieje na Ziemi. Mamy perspektywę 400 lat, że przybędą obcy. Takie odnoszę wrażenie, że tu by się na Ziemi działy cuda, tylko trzeba by to zamknąć w jakąś fajną fabułę. Te cuda mam na myśli w różnym rozumieniu: od cudownych wynalazków po cudowne wręcz przepoczwarzania się społeczeństw, cudowne działania wynalazcze, zbrojeniowe, wszelkie inne. Dałoby się z tego ukuć, zmontować naprawdę rewelacyjną, sensacyjną fabułę związaną chociażby z przyspieszonym podbojem kosmosu, jakimś okopaniem się tutaj. A ci siedzą na tej Ziemi, smędzą, w ONZ-ecie mówią, że chcą albo nie chcą. To jest wszystko w tym serialu takie dziwne.
Wszystko się toczy, jakby ci obcy z tych 400 lat świetlnych, z tej perspektywy, troszkę inaczej to, dobrze, ale z tej dużej odległości jakby zaczarowali ludzkość i ona w szybkim tempie zgłupiała do tego stopnia, że oni nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą. Czy chcą się bronić, bo może oni są źli, czy są dobrzy. Powiem ci, co tak naprawdę mnie zaciekawiło: że ta pani, która najpierw była więźniarką w Chinach i w ramach wykonywania swoich więźniarskich obowiązków obsługiwała radioteleskop i w rezultacie powiadomiła tych obcych, że ta pani wychowana w takim społeczeństwie, w którym widziała, do czego prowadzi to, jak się tam ślepo wierzy w pewne idee i za wszelką cenę wprowadza, żeby było nowe, bo nowe jest zawsze lepsze. Ona nagle zaczyna mówić tym językiem i się przekonujemy, że stare powiedzenie „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci” jest prawdą. Tylko czy to jest warte całego serialu? Ja o tym wiem bez oglądania ośmiu odcinków. Bo pani też wygłasza takie kwestie, że to właśnie oni rozwiążą nasze problemy, bo my już sami tych problemów rozwiązać nie potrafimy. To też jest taka skaza. Nie wiem, bo my na początku przywiązujemy się do tej bohaterki, śledzimy jej losy, jak współpracownik, kiedy obsługuje ten radioteleskop chiński, robi ją w konia i takie czysto obyczajowe historyjki. My w pewnym momencie zaczynamy się może nie identyfikować z główną bohaterką, ale w każdym razie jakoś jej kibicować.
Ale później następuje zwrot. My już nie jesteśmy w Chinach komunistycznych, jesteśmy w Europie. Ta pani zdążyła się nie tylko zestarzeć w tak zwanym międzyczasie, ale też wyraźnie przeszła jakieś zmiany charakterologiczne bardzo silne, którym, jak powiedziałem, nie dziwię się, bo naprawdę wchłonęła ideologię komunistycznych Chin. To musiało się odbić i odbyć w taki sposób, że to nie pozostawało bez wpływu na to, jaka ona jest. Jest osobą kontrowersyjną, a to nigdy serialowi nie szkodzi, jeśli ktoś jest kontrowersyjny. Z tym że ona jest kontrowersyjna w słowach. Ona właściwie tak za dużo nie robi w tym serialu. Ona gdzieś tam działa, ale jest taką działaczką jak w Koglu-Moglu. Przychodzą działaczki do również działaczki i działają na niwie Ona troszeczkę tak działa w tym serialu. Nie wiadomo właściwie, jaka jest jej rola w tej chwili.
Kiedyś powiadomiła, ale teraz to... Piotrze, jakbyś miał odpowiedzieć, co ta pani podstarzała już-- ageizm przeze mnie przemawia, tak? Proszę państwa, absolutnie. Jako też przedstawiciel tego mocno ageistowskiego środowiska, które już mocno zapadło na latach, to nic innego nie robię, tylko ageizmem się posługuję. Ale cóż ta podstarzała pani, jaką rolę tak naprawdę w tym serialu spełnia, poza tym, że jest łącznikiem pomiędzy dawnymi chińskimi czasami a tymi obecnymi? Jaką rolę?
[01:01:28] - W sumie nie wiem. Poznajemy ją w młodym wieku, kiedy żywi tam sobie jakieś ideały, które stoją w sprzeczności do ideologii panującej w Chinach, a potem jedzie umrzeć do tego miejsca, w którym była uwięziona. Mamy też taką scenę w ostatnich odcinkach, która być może wyjaśni się w kolejnych sezonach. Co się tam z nią stało? Dlaczego to wszystko tak się potoczyło, a nie inaczej? Ogólnie rzecz biorąc, powiem ci, że nie wiem, czemu nadzieje związane z problemem trzech ciał były tak pompowane. Czy to wynikało z popularności książki, czy-
[01:02:12] - Czy z takiej iluzji. Ja mówię, nie czytałem tej książki, zapoznałem się z kilkoma omówieniami na YouTubie i to naprawdę nie jest nic, co by jakoś zagryzło banie strasznie, że tego jeszcze nie było. Momentami mam wrażenie, że tam się za szybko rzeczy dzieją. I jeżeliby zekranizować, choć myślę, że do tego nie dojdzie, bo to jest po prostu mało możliwe, żeby zekranizować wszystkie trzy książki w formie serialu, to naprawdę nie znajdujemy nic takiego, co by nas zszokowało. Na dobrą sprawę pomyśl teraz, gdyby to tak do końca dociągnąć, to nam wyjdzie jakiś taki w sumie nie serial, a wręcz saga. Nowy "Star Trek" prawie, bo gdyby to dociągnąć do końca, to trzeba chyba z trzech, czterech sezonów jeszcze. Wiesz co, "Star Trek" to przynajmniej bywał zabawny, a tutaj zabawnie jest średnio. Jeśli-
[01:03:15] - O właśnie, powiem ci tak. Przepraszam, że przerywam. Ważna rzecz: w tym serialu praktycznie nie ma humoru. Jest ten safandułowaty policjant były i to wszystko. Zauważ, jacy drewniani są ci główni bohaterowie. Oni są tacy scjentystyczni do bólu, że oni są albo poważni, albo nijacy, prawda? Tam nie ma na jakieś jajca, na jakieś żarty, nie ma miejsca. Oni albo filozofują i to jest jakieś w ich mniemaniu śmieszne, albo mówią coś mądrego. Chociaż tak naprawdę szczerze ci powiem, że ani ciekawych koncepcji z ich strony się nie dowiadujemy, nic więcej. Brak napięcia, brak wizji, miotanie się po tym ekranie.
Trochę jak taka zacięta kura, że biega, biega, biega, robi szum, wszędzie się kretle, a koniec końców to nic z tego nie wynika prócz rosołu.
[01:04:12] - Ale żeby nie kończyć, proszę państwa, tak pesymistycznie, bo bardzo często książka i za jej sprawą film jest przedstawiana jako taka rzecz odkrywcza. Już znacie państwo nasze zdanie. Ja niespecjalnie tą książkę uważam za jakiś fenomen, czy to literacki, czy później dobrą podstawę do nakręcenia serialu. Jeśli już szukacie państwo książek trudnych, takich, w których się nie strzelają, to moim zdaniem znacznie lepiej sięgnąć po taką książkę "Ślepowidzenie". "Ślepowidzenie" jest napisane przez Petera Wattsa, ma swoją kontynuację, " Echopraksję", ale wiecie państwo, człowiek się przebija przez tekst, idzie ciężko, czasami nawet ponosi klęskę i musi wracać. I jest naprawdę ciężko, ale dostaje człowiek rzeczy naprawdę nowe. Materiały do przemyślenia, które naprawdę ryją banie i naprawdę mogą sprawić, że człowiek się zaduma, jak to wszystko może wyglądać i być może nie ogarniamy tego, co nas otacza. Ja wiem, przy tej książce również człowiek może powiedzieć: a w cholerę, co się będę męczył, książka ma być rozrywkowa, mają się strzelać. Też tak miałem, ale jednak przebrnąłem i to moim zdaniem jest znacznie lepsza fantastyka niż "Problem trzech ciał". Ja wiem, miłośnicy książki już sięgają po kamienie, żeby mnie nimi ukamienować, ale my dzisiaj mówiliśmy, proszę państwa, o serialu i powiem tak, żeby coś optymistycznego, bo poleciłem książkę trudną, poleciłem książkę, która może wpędzić w zadumę, czyli "Ślepowidzenie", ale to nie jest rzecz wymyślona przeze mnie.
Przeczytałem to przy jednym z komentarzy jako komentarz w ogóle do tego pierwszego sezonu "Problemu trzech ciał". Pewien autor napisał, że jego zdaniem ten serial polegnie. Będzie ciężko z kontynuacją i w ogóle słabo go porusza. To są odrobione lekcje. On jest tam wyprodukowany, może bez specjalnych błędów, ale nie porywa. A serialem, który porywa, sprawdźcie sobie to państwo, ja sprawdziłem, rzeczywiście coś w nim jest. Jest taki serial, który właśnie chyba wkracza w trzeci sezon, ale tak naprawdę pierwszy jest dostępny na znanej nam wszystkim platformie, na N. To jest serial „Resident Alien”. To jest komedia i moim zdaniem chwilami bardzo udana. Główny aktor grający takiego właśnie aliena, który się trochę przebiera za człowieka.
Słówko przebiera weźmy w cudzysłów. Ten aktor jest świetnie dobrany. Tam gagi, które się pojawiają, wynikające chociażby z tego, że nasz bohater, ten alien nie czuje żadnych przenośni. On bierze wszystko tak, jak rozumie. W związku z tym pojawiają się pewne śmiesznostki, ale to nie jest komedia slapstickowa, to nie tak, nie kopią się w tyłki. Jest zabawna, jak każda tego rodzaju produkcja związana z fantastyką. Ona musi w pewnym momencie pęknąć, nie do końca realizować wyobrażenia oglądających. Ale i tak moim zdaniem, jeśli się porówna te dwa seriale, to obejrzyjcie państwo „Resident Alien”. Przynajmniej się pośmiejecie. Tak, proszę państwa, to skoro mamy już odfajkowany serial.
Ciekawe. Ale to było o serialu. To czas, proszę państwa, na odrobinę literatury. Czas na Władysława Sadkę i „Gości z Marsa”. A zatem księga trzecia, rozdział siódmy. Zapraszam.
[01:08:44] - Władysław Sadkę. „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Hadar. Do dwudziestego roku życia mieszkałem w falansterze wolnych ludzi. Dopiero gdy mi przeznaczono za żonę kobietę starszą już nieco, zajmującą się wyrobem naszych sukien, przeniosłem się wraz z nią do falansteru żonatych. W trzecim roku pożycia naszego urodził się nam chłopak. To jednak nie powstrzymało zupełnie naszej rady od rozdzielenia nas po upływie trzech lat. Ja utrzymywałem wkrótce nową żonę, ona zaś dopiero po rozłączeniu się z dzieckiem wyszła za mąż ponownie. O jakiej radzie wspomniałeś? Nie mówiliśmy ci jeszcze o tym?
Zrozumiesz łatwo, iż w społeczeństwie najidealniejszym nawet, gdzie wszyscy bez wyjątku są równo wykształceni, gdzie cywilizacja doszła do najwyższego już stopnia, altruizm wsiąknął w każdy atom każdego osobnika, musi być mimo zupełnej równości ktoś, który by utrzymywał ład w nim i zajmował się sprawami ogółu. U nas zatem już od wieków weszło w zwyczaj, iż utrzymywaniem porządku w społeczeństwie zajmuje się rada składająca się ze stu członków. Ta rada nie jest wybieralną, ale sto najstarszych osób, bez różnicy płci i zajęcia poprzedniego należy do niej, a najstarszy wiekiem jest z urzędu jej przewodniczącym. Jako jedyny warunek wstąpienia do tej rady stawia społeczeństwo, aby członek jej nie miał już żadnego zatrudnienia. Więc u was znajdują się przecież ludzie niezajmujący się żadną pracą. Gdzież ta równość wasza? Czy żądałbyś, aby i bezsilni starcy pracowali? U nas po roku czterdziestym każdy może opuścić swe dotychczasowe zatrudnienie i oddać się zasłużonemu spoczynkowi, otrzymując od społeczeństwa wszystko, czego mu potrzeba. Dla takich starców istnieją osobne falanstery. Jak to?
Czterdziestoletniego człowieka zowiesz już starcem? Zapominasz, że to mowa o wiekowym Marsie, gdzie ludzkość nie dochodzi takiego wieku, jak na młodej względnie Ziemi. Zresztą i nasza cywilizacja zdegenerowała nas po części. Zwłaszcza że już od wieków matki nie wykarmiają same swych niemowląt, ale od pierwszego dnia żywi się je sposobem sztucznym, że już od wieków jest u nas niemożebnym odnowienie krwi. Co przez to rozumiesz? Wiadomo ci przecież z waszych dawniejszych i dzisiejszych stosunków, że potomkowie rodziców pochodzących z tych samych warstw społecznych ulegają stopniowemu, choć powolnemu osłabieniu, zdegenerowaniu, a wreszcie zupełnemu zanikowi. To samo dzieje się w większym rozmiarze u narodów odgraniczających się od sąsiadów lub nienarażonych na napady innych ludów. Temu prawu przyrodniczemu zawdzięczają niektóre narody swą siłę fizyczną i umysłową, inne podzielone na ścisłą kastowość swój upadek i powolny zanik. Temu samemu prawu ulegamy i my także, ponieważ od bardzo wielu wieków nie nastąpiło u nas odnowienie krwi przez inne ludy lub rasy. Stąd też pochodzi, że przychodzimy na świat coraz bardziej niedołężni, słabi, jako też, że się prędko starzejemy i umieramy.
Czemu nie łączycie się ze Słowianami i z Anglosasami? Ponieważ oni są bardziej osłabieni i zdegenerowani niż my, a nadto musimy się obawiać, by ich liczne wady nie weszły w krew naszą. Dla nas nie ma już ratunku i musimy z wolna wyginąć. Więc nastać jeszcze może okres przewagi rasy śródziemnej. Tego się nie obawiamy zupełnie, bo rasa ta już na wymarciu i lada rok zniknie z powierzchni naszej planety. My, Chińczycy, byliśmy pierwsi na niej i ostatni z niej zejdziemy.
[01:13:04] - Chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do waszej rady, która rządzi wami.
[01:13:08] - Źle się wyraziłeś o naszej radzie, bo ona nami wcale nie włada. Rządzący nie pyta się wcale o wolę swych podwładnych i nie wyjawia im swych zamiarów. A nasza rada nie postanawia nic w tajemnicy, bo jej posiedzenia są publiczne i odbywają się zawsze po ukończonej już pracy dziennej. Nadto jeszcze zauważyć muszę, iż nawet rozmowy telefoniczne między radami miast są wszystkim wiadome, gdyż nie tylko przysłuchiwać się im wolno każdemu w parlatorium miasta, ale równocześnie ogłaszane bywają w parlatorium każdego falansteru. Nic się nie dzieje w żadnym mieście naszym, o czym by nie wiedział natychmiast każdy mieszkaniec naszej planety.
[01:13:52] - W takim razie u was musi panować ustawiczny krzyk i hałas.
[01:13:56] - Mylisz się. U nas panuje ogromna, jakby przedśmiertna cisza. Sam uważasz, jak my cicho przemawiamy, jak drażliwi jesteśmy na wszelkie szmery i podniesione głosy. Osłabieni i zdenerwowani ustawiczną jednostajnością, brakiem wszelkich trosk i codziennych kłopotów, znieść nie możemy ani mowy głośniejszej, ani światła jaskrawszego. Na twarzach wszystkich nas ujrzysz niechęć, apatię, znieczulenie zupełne, pogardę dla wszystkiego, co nas otacza.
[01:14:27] - Jakże pogodzić z tym wasz altruizm, o którym tylekroć wspomniałeś?
[01:14:32] - Nasz altruizm odbywa się prawie instynktowo, prawie bezwiednie, a apatia nasza popiera go tylko, bo każdy staje się bardziej czułym na cierpienie cudze niż na własne. Te okoliczności, jako też jednostajność trybu życia naszego, sprawiają też, iż w naszych parlatoriach wcale nie słychać hałasu, który przypuszczasz, bo bardzo mało mamy spraw, które by ogół obchodziły. Rozmowy nasze ograniczają się prawie jedynie do przeniesień ustawicznych osób z jednego miejsca do drugiego.
[01:15:03] - Chciałbym ci zadać jeszcze kilka pytań, ale widzę wielkie zmęczenie na twej twarzy.
[01:15:09] - Zatem zakończę dziś tylko krótko swą historią, bo istotnie jestem bardzo osłabiony. Drugą żoną moją była kobieta zajmująca się wyrabianiem naszego pokarmu. Z tą żyłem tylko dwa lata, jeśli w ogóle można to nazwać wspólnym pożyciem, bo ja byłem właściwie wolnym człowiekiem zupełnie, a żona moja większą część tego czasu przeżyła w naszym szpitalu. Po dwu latach umarła. Czuła ona zbyt ciężko tę jednostajność naszego życia, z czego wywiązała się silna choroba nerwowa. Lekarze nasi, wbrew woli psychologów, uznali ją za nieodpowiednią dla małżeństwa i wkrótce też zabrali mi ją pod swą opiekę. Według ich zdania przepracowała się, zagłębiała się nadto w nauce, chciała zabić nudy pracą. Mimo to byłem jej mężem oficjalnym aż do śmierci. Umierała zupełnie spokojnie, a nawet z uśmiechem na twarzy, jakby zadowolona, iż porzuca te męczarnie, co się życiem nazywa. Nie kochałem wcale jej, bo nam nic dla nikogo odczuwać nie wolno.
A jednak zazdrościłem jej prawie śmierci, gdyż i mnie powoli poczęła ogarniać apatia do życia. Wkrótce potem miałem otrzymać trzecią żonę, ale zachorowałem ciężko, a następnie przez dwa lata przychodziłem z wolna do zdrowia. Nie dano mi zatem żony aż do zupełnego wyzdrowienia, jakkolwiek już od roku pełniłem znowu swe obowiązki pasterza. Gdy wyzdrowiałem zupełnie, lekarze uznali, iż po pół roku mogłem pojąć żonę trzecią. Wtem przybyła do Aking moja towarzyszka.
[01:16:48] - Władysław Sadker. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar. Piotr Cielebiaś jeszcze nie uciekł. Nie poszedł do swoich czynności, do swoich spraw, których ma sporo. Wiecie państwo, kanał UFO Historie rozwija się prężnie. Trzeba mu poświęcać sporo czasu, ale jeszcze Piotr Cielebiaś z nami został. A to dobrze się składa, bo czas na UAP. Dzisiaj będziemy rozmawiać z Piotrem o książce, o tajemnicy. Ale my wszystkie książki, które omawiamy, staramy się tak dobierać, żeby one były o tajemnicy.
To drugie przybliżenie. To jest książka o tym, co mógł robić Jezus pomiędzy okresem dziecięcym a okresem, kiedy zaczął głosić swoją naukę. Książka klasyczna. Książka, która ma już swoje lata, ale niektórym z państwa na pewno może wydać się ciekawa. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:18:14] - Witam serdecznie.
[01:18:16] - Dzisiaj pogrążymy się w wielkiej tajemnicy. Trzeba będzie ważyć słowa, bo temat jest, dla niektórych przynajmniej, bardzo ważny i musimy pilnować się, żeby z czymś jakimś takim dziwnym nie wyjechać. Bo przypomnę, nie, właściwie poinformuję: dzisiaj będziemy rozmawiać o książce, która próbuje nam przekazać informacje na temat tego, co robił Jezus pomiędzy tymi scenami biblijnymi z Nowego Testamentu, które znamy. Znamy jego dzieciństwo, przynajmniej w niektórych Ewangeliach, a czasem, kiedy rozpoczął nauczanie. A to było sporo czasu i okazuje się, że znajdujemy źródła, według których Jezus był w tym czasie człowiekiem niezwykle zajętym. Zgłębiał nauki Dalekiego Wschodu.
[01:19:22] - Tak. W dzisiejszym odcinku przyjrzymy się książce „Nieznane życie Jezusa”. Tak naprawdę to jest książka trzech autorów. Nie wiem, czy to jest wytwór wydawnictwa, które się nazywa Aquarius z Zakopanego. Książka jest z roku 1993. Cóż o niej możemy jeszcze powiedzieć? Masz rację, że ona uderza w bardzo czułe struny i tony, odnosząc się do jednej z najczęściej powtarzanych teorii alternatywnych związanych z Jezusem, a mianowicie z tym, co działo się w okresie tak zwanych zaginionych lat. Dowiadujemy się z tej książki, że nim Jezus się objawił jako prorok, to w wieku lat kilkunastu wyruszył z karawaną kupców do krainy Sind, gdzie dał się poznać jako cudowny, oświecony młodzieniec znany tam pod imieniem Issa. Przemierzał Indie i święte miasta, szokował braminów swoimi poglądami, a wreszcie na swoje nieszczęście wrócił do ojczyzny. A co się potem działo, to już wiemy.
Zbliża się Wielkanoc, także taką książkę postanowiliśmy wybrać. Ona się składa z trzech części. Pierwsza to dzieło Nikołaja Notowicza, rosyjskiego oficera, o którym sobie na koniec trochę powiemy, który pod koniec XIX wieku podróżował po Indiach, a na koniec swojej wycieczki trafił do Ladakhu, małego Tybetu, gdzie się dowiedział o proroku Issie, wielkim mędrcu, który przybył do Indii z Izraela. Oryginał książki Notowicza się ukazał pod sam koniec XIX wieku i wywołał spore zamieszanie i zarzuty wobec Notowicza, bo od razu mu zarzucono kłamstwo. Zresztą ta jego historia, Marku, jest też troszeczkę przygodowo-bajkowa, bo on w tym Ladakhu łamie nogę. Ponad miesiąc spędza w klasztorze w Himiz. No i nie ma co robić. Koniec końców natrafia na dzieło poświęcone mistrzowi, mędrcowi Issie i postanawia je z pomocą miejscowych przetłumaczyć.
[01:21:31] - Co więcej, tam jest fragment, z którego my się dowiadujemy, że miejscowi mu czytają to dzieło, a on robi notatki w trakcie tego czytania, co oczywiście jest bardzo fabularne, jak fragment powieści kolejnej, ale nie przydaje wiarygodności jego rewelacjom, które się ukazały w książce. Ta książka, proszę państwa, jest w ogóle krótka, ale bywa męcząca chwilami, bo na początku właściwie mamy historię przygodową. Pewien pan udał się daleko na Wschód i przemierza te rozległe przestrzenie. I tak się dowiadujemy, jak on je przemierza. Jedzie sobie tu i tam. I właściwie to jest książka pod tytułem „Podróżujemy po Dalekim Wschodzie”. Dopiero od pewnego momentu i to już naprawdę głęboko wejdźmy w tę książkę, kiedy zdarzyło się to, o czym powiedział Piotr i kiedy nagle w kolejnym rozdziale dostajemy plon sporządzania owych notatek. I to są krótkie, nie wiem, jak to określić, numerowane dwuwiersze. To są krótkie notatki dotyczące działalności Issy, czyli tego znanego w naszym kręgu kulturowym Jezusa. I to są rzeczy, które bywają frapujące.
Niektóre naprawdę frapujące. Ale wiecie państwo, kiedy zaczyna się ten fragment dotyczący Issy, nie ma ciągłości. Dostajemy taki rwany tekst. Powtarzam, on może zafascynować, ale czasami uruchamia się nam wyobraźnia w tym momencie. Być może to jest zabieg celowy autora, że właśnie to, czego nie napisał, chyba jest tam równie ciekawe, jak to, co napisał odnośnie Issy.
[01:23:47] - Tak. Dodajmy jeszcze może, że Notowicz się bronił, twierdząc, że nie zmyślił całej sprawy, że on dosłownie musiał ciągnąć tych mnichów za język, bo oni uważali, że jeżeli Europejczyk chce się czegoś dowiedzieć, to musi mieć jakiś interes i nie należy mu o tym mówić. Koniec końców Notowicz zrobił te notatki, wydał swoją publikację. Według tej książki Jezus, czyli Issa, przybył do Indii, bo w wieku 14 lat chciano go ożenić. On się chyba nie chciał żenić i udał się z karawaną do Indii, by zdobywać wiedzę. Tam potępiał politeizm, czym wywołał zgorszenie. Podobnie krzywo patrzono na jego kontakty z nietykalnymi, z członkami najniższych kast. Postanowiono więc Jezusa zgładzić. Koniec końców nie udało się i on wyemigrował do swojej ojczyzny, ale pamięć o nim przetrwała w wielu miejscach Indii. I chociaż nie odegrał wielkiej roli i nie był akceptowany przez ani buddystów, ani hinduistów jako mędrzec, prorok czy reformator, to rzeczywiście jakaś legenda tam krążyła.
To ciekawe. Potwierdzali to inni, na przykład słynny podróżnik i artysta Nikołaj Roerich, znany z bardzo interesujących relacji z podróży po Himalajach, po ogólnie wschodniej Azji. Jest też autorem bardzo interesujących, charakterystycznych obrazów przedstawiających pejzaże Himalajów czy Azji Środkowo-Wschodniej. Jest jednak problem, Marku. Kiedy czytam wersję żywotu Issy, czy to u Notowicza, czy u Abhedenandy, bo zaraz o nim powiemy, to mam takie wrażenie, że to jest bardzo chrześcijańskie, po pierwsze. Po drugie, przepełnione taką narracją, jakby ktoś nam chciał coś usilnie powiedzieć i przekazać. Ja nie wiem, czy ktoś, kto by tworzył żywot Jezusa w Tybecie, akurat by go napisał tak pod odbiorcę europejskiego.
[01:26:03] - Zawsze się może bronić autor, Notowicz, tym, że on tylko robił notatki z oryginalnego tekstu. Ale tak jak powiedziałeś, my się dowiadujemy, że błogosławiony młody Issa dotarł do Sind, osiedlił się pośród Ariów w kraju umiłowanym przez Boga. Ja w tej chwili cytuję państwu fragmenty. I że się rozeszła wieść o cudownym młodzieńcu. Nie wiem, na czym ta cudowność. Właśnie to są te niedopowiedzenia, które mogą z jednej strony fascynować, z drugiej jednak pokazują, że to, co dostajemy, takie czasami bardzo deklaratywne jest. W każdym razie osiedlił się wśród tych Ariów. Co więcej, jak tu jest napisane, w pewnym momencie kapłani Bramy powitali go z radością, a on odwiedził też miejsca święte dla tamtych religii, między innymi związane z Kriszną. Oni go tam nauczyli czytać i rozumieć Wedy. Tak jak powiedziałem, był bardzo zajętym człowiekiem i tak jak ty z kolei, Piotrze, wspomniałeś, on jednak, wynikałoby z tych notatek, miał pewną swoją wizję i nie bardzo tam się dogadywał.
W każdym razie nie ze wszystkimi. Proszę państwa, to jest tak, że tę książkę czyta się z pewną fascynacją, szczególnie tę część, kiedy rzeczywiście zaczynamy dowiadywać się czegoś o Jezusie, o Issie, bo wcześniej ta część podróżnicza niespecjalnie mnie porwała. Takie dosyć z cyklu dookoła świata, ale nieudane. W związku z tym takie sobie, ale kiedy się pojawia ta część dotycząca Jezusa, bywa fascynująco. Kiedy się dowiadujemy, że Issa szerzył nauki w krajach pogan, przez które wędrował i ich mieszkańcy porzucali swych bożków, czyli właśnie tak jak Piotr powiedział, nawracał, ale nawracał na prawdziwego Boga. Już wtedy odwoływał się do tego, co zaczął głosić, przynajmniej w naszym kręgu kulturowym znacznie, znacznie później. Tu dowiadujemy się natomiast, że on już wtedy, w tych ciemnych, zapomnianych latach był człowiekiem, który tamtejsze ludy starał się przeciągnąć na swoją stronę. Był takim trochę człowiekiem, który pełnił misję nawracającą. Ale z drugiej strony dowiadujemy się, że dużo czerpał z tekstów, z którymi się stykał, z kultury i religii, które go otaczały, kiedy się znalazł w tamtych rejonach świata. Więc z jednej strony ktoś powie: „No dobrze, nie czepiaj się”.
To znaczy, że on po prostu zgłębiał, uczył się, nie musiał wszystkiego przyjmować. On po prostu poznawał świat, poznawał, jak patrzą na to inni i być może szukał tego, co łączy, a nie tego, co dzieli. I jeśli tak spojrzymy na te notatki, to rzeczywiście mogą nas one zafascynować i możemy się nimi zafascynować. Tylko właśnie jest to, o czym powiedział Piotr, i tu wybaczcie państwo, to jest prywatna recenzja. Jakoś w te rewelacje trudno jest mi uwierzyć. Ale tak jak Piotr wspomniał, my do tego wydania mamy dołączone jeszcze dwie publikacje innych autorów, które zdają się potwierdzać słowo, słowa, czy też cały ogrom zapisków autora książki. Zatem rzecz nie jest taka prosta, że my sobie powiemy: „Nie, nie wierzymy mu”, bo nagle dostajemy kilka strzałów od innych autorów i to takich strzałów intelektualnych oczywiście, strzałów bardzo poważnych. Mam czasami wrażenie, że te teksty trzech autorów w jakiś sposób ze sobą grają, jakby rozmawiały ze sobą. Ja wiem, to takie tanie porównanie, ale rzeczywiście w ten sposób tak to wygląda, jakby pewien dialog tam był nawiązany. Trudno mi było znaleźć jakieś wielkie, ideologiczne sprzeczności pomiędzy poszczególnymi zapisami, ale też przyznam się, że jakoś tak nie studiowałem tego aż tak dogłębnie.
Być może one tam są. Kiedy się kończy lekturę całej książki, a więc wszystkich trzech części, przy wszystkich zastrzeżeniach, które wygłosiłem, o których mówił Piotr, ma się jednak takie wrażenie: wow, ciekawe. I to nawet wtedy, kiedy człowiek skonstatuje, że ta książka pod względem formy bardzo się zestarzała. Naprawdę bardzo. Ale cały czas człowieka coś nurtuje. Kurczę! Co z tym było? Jak to było? Dlaczego? Czy można temu wierzyć?
[01:31:31] - Ogólnie w tej książce jest tak, że Jezus wcale nie przynosi do swojej ojczyzny wiedzy buddyjskiej czy hinduistycznej. Jest wręcz odwrotnie.
[01:31:42] - Tak jak mówiłem, Piotrze, dokładnie. On raczej tam nawracał.
[01:31:46] - Tak, on już jest ukształtowany, jak tam trafia, prawda?
[01:31:49] - A miał 14 lat.
[01:31:51] - Tak. A wiele osób wierzy, że on po pobycie tam te nauki przeszczepił. Zgodnie z relacjami źródłowymi jest odwrotnie. Czyli on już był, jaki był, wiedział, co wiedział i tam już działał. I tam mu chcieli zrobić to samo, co mu w końcu zrobili u siebie. Natomiast książka Notowicza wzbudzała skrajne emocje. Jedni twierdzili, że w ogóle Rosjanina tam nie było w lataku, nie było go w Himis. Inni, jak Abhedananda, nie tylko potwierdzali jego obecność, ale nawet dodawali, że żywot Isthy istnieje. Nie wiem, jak oceniać to źródło. O ile tłumaczenie w książce polskiej jest dość kiepskie i jest to de facto rozszerzenie Ewangelii o jakieś wątki hinduskie, buddyjskie, to tak naprawdę trudno mi jest cokolwiek tutaj powiedzieć.
W dzisiejszych czasach na pewno ktoś by do oryginału dotarł. Tym bardziej że potem żeśmy się dowiedzieli, że to, co widział Notowicz, to nie był jednak oryginał. Oryginał jest gdzieś w Tybecie. I choć ta sprawa bywa uważana za mistyfikację, jeden z najpopularniejszych mitów w chrześcijaństwie, to koniec końców, patrząc zupełnie spoza tej perspektywy mistyczno-religijnej, to czy nie jest niewyobrażalne coś takiego, że w Indiach, w kręgu kultury buddyjskiej krążyły jednak jakieś opowieści o Jezusie w momencie, kiedy tam Notowicz był? On się poruszał po przecięciu świata muzułmańskiego, hinduistycznego i buddyjskiego. W świecie muzułmańskim Jezus istnieje. Innymi słowy, oni mogli o nim wiedzieć w tym Tybecie, mogli gromadzić jakieś informacje, mogli sobie to nawet trochę pomieszać ze swoimi wątkami. Taki przykład prosty: w Europie średniowiecznej krążyła opowieść o świętym Jozafacie, który miał być synem księcia indyjskiego i tak dalej, porzucił to swoje życie. Tak dobrze kminicie, chodzi o Buddę. Tak że nie jest tak bardzo niemożliwe, że opowieści o Jezusie krążyły po dalekiej Azji i były po prostu zmieniane.
Natomiast czy Notowicz to jakoś wykorzystał i sobie dopisał coś podczas tej kuracji w klasztorze Himis? Nie wiem. Natomiast jest jeszcze jedna rzecz, którą trzeba o autorze dodać. Otóż żaden Notowicz. Żaden Notowicz. Szulim. Szulim, Żyd z Krymu, który podawał się za rosyjskiego arystokratę. W sieci znajdziemy też szereg sprzecznych informacji i to takich, że niektórzy potwierdzali jego obecność i spotkanie z nim w Indiach. Inni zaś twierdzą, że Notowicz koniec końców przyznał się do fałszerstwa. Ale powiem ci tak: książka sama w sobie, samo jej wydanie, to, jak została posklecana, to nam przypomina wiele publikacji w ogóle z tamtego okresu, takich nastawionych na sensacyjność.
Ona jako wydanie rzeczywiście zestarzała się brzydko. Natomiast powiem ci, że jeżeli ktoś chciałby sięgnąć do tej publikacji, na nowo ją opracować i zwrócić uwagę, czy w ogóle w tej sprawie coś się ruszyło, to myślę, że od tej strony sprawa jest cały czas otwarta. Natomiast to wydanie z 1993 roku to jest kawał historii polskiej literatury sensjonalistycznej, żeby to dobrze ująć. Coś, co w tamtych czasach bardzo się sprawdzało i coś, co jest takim znakiem tamtych czasów.
[01:35:29] - Z takich jeszcze zarzutów, które można by wyciągnąć mówiąc o książce, wyciąga się często Notowiczowi pewne niezgodności dotyczące chociażby buddyzmu, tego, że tam dotarł do Tybetu. Niezgodności w datach i dotyczące tego, że Jezus nie mógł pobierać nauk w tamtejszych klasztorach buddyjskich, bo po prostu ich tam nie było, bo buddyzm dotarł ponoć do Tybetu już w naszej erze, w wieku VII i tak dalej. W związku z tym trzeba, czytając tę książkę, mieć świadomość, że tam z faktografią może być bardzo różnie. Ale znowu, ponieważ prowadzę kanał Wehikuł Wyobraźni, to ja jedno mogę państwu powiedzieć. Mogę o jednym zapewnić, że na pewno wasza wyobraźnia poszybuje pod niebiosa po lekturze tej książki. Oczywiście, jeśli przebrniecie przez dosyć długawe fragmenty, o których już mówiłem, podróżnicze i przez nie najlepsze jednak tłumaczenie, to rzeczywiście wasza wyobraźnia może gdzieś tam wystrzelić. Ale myślę, że warto sobie nie tylko samą książkę przeczytać, ale o tej książce również poczytać. Wówczas znajdziecie państwo całą listę tych zarzutów, które pod adresem autora się kieruje, bo jest ich więcej niż ten jeden, który wypowiedziałem o klasztorach tybetańskich. Jest tych zarzutów więcej. One są dosyć konkretne i powiem szczerze, o ile cenię sobie wyobraźnię i być może z tym mamy do czynienia, to warto uwzględnić, że ta książka nie musi mieć wiele wspólnego Z faktami, z tym, jak było rzeczywiście.
Chociaż dodatki tych dwóch pozostałych autorów czynią całość niepokojącą. Proszę państwa, patrzę sobie teraz w rozpiskę dzisiejszego odcinka. Rozpiska to jest chyba rosyjskie słowo. Tak, używam zupełnie bezrefleksyjnie, ale to ewidentnie jest rosyjskie słowo. Ale jakie polskie? Lista, spis. Dobrze, niech zostanie rozpiska. Więc patrzę w tę rozpiskę i cóż, czas na alchemię tworzenia. I patrzę sobie na tytuł alchemii tworzenia. Paradoks.
To nie po raz pierwszy u Katarzyny Prychacz pojawia się w tytule odcinka paradoks. Dzisiaj mamy futurystyczną prehistorię. Ciekawe. A zatem zapraszam. Katarzyna Prychacz i Alchemia tworzenia.
[01:38:53] - Dobry wieczór, Bóg Radiowa Ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na: Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w czternastym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia tworzenia. Jest to podcast, który aktualnie opiera się na wymyślaniu historii, ale oczywiście, że zawsze przemycę gdzieś jakieś swoje mądrości. Także zapraszam serdecznie na ten odcinek. Witam was, mam nadzieję, że macie cudowny wieczór. Mój jak zawsze jest cudowny, zwłaszcza w dzień premiery. Oczywiście premiery odcinka tego podcastu. Na razie jeszcze żadnej innej. Jakby jakaś miała się zbliżać, to oczywiście, że was poinformuję.
Tymczasem przechodzimy do farszu. Co my dzisiaj nazmyślamy? Podoba mi się formuła, którą robimy przez ostatnie odcinki, więc na razie przy niej zostajemy. Czyli mamy sześć kości Story Cubes i karty z klubu detektywów. Karty z grafikami. Cztery karty, sześć kości i mamy potężne historie. Jak nie wierzycie, to zapraszam do poprzednich odcinków. Dzisiaj na tapet wjeżdżają kości z serii prehistoria i galaktyka. Powiem wam szczerze, że jak mi się to wylosowało, to od razu szare komórki zaczęły nie być szare. Takie zderzenie przeszłości z, właściwie można powiedzieć, przyszłością.
Przynajmniej mi się galaktyka kojarzy jednak jako coś, co jeszcze nie do końca jest odkryte. Coś, o czym jeszcze na przykład nie wiemy. Więc widzę właśnie w tym przeszłość i przyszłość i może one spotkają się w teraźniejszości. Dobra, to co? Klasycznie losuję karty. Oczywiście najpierw je przetasuję. Losuję, nie odkrywam i na bieżąco będziemy się zapoznawać, co tam dzisiaj los nam zesłał. Dobra. Karta jeden, karta dwa, karta trzy i jakaś tam jeszcze z prawie końca, ale nie z końca. Karta numer cztery.
Dobra, to odkładam. Mamy kości. No dobra. Mam wrażenie, że z odcinka na odcinek mam coraz lepszy czas. Ale wiecie co? Ja mam trochę taką niecierpliwość, że już mi się właściwie nie chce gadać tak jak zawsze tych wstępów. Tak samo zakończenia. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, że już też nie lubię przedłużać. Znaczy staram się nie przedłużać, bo nie mogę się po prostu doczekać. Mam wrażenie, że co odcinek to coraz lepsza historia, naprawdę dobra passa.
Dlatego na razie nie zmieniam formuły. A może wreszcie to jest formuła, z którą się polubiłyśmy. Okej, czy coś muszę jeszcze przed startem? Klasycznie co środę możecie mnie tutaj na Bóg Radio posłuchać. A jak chcecie popatrzeć na obrazki, na to wszystko, co po kolei wyciągam w trakcie tych historii, to zapraszam o 20:00 w każdą sobotę na YouTube. Mój prywatny YouTube, właściwie taki nieprywatny, bo publiczny, ale mój osobisty. Katarzyna Prychacz. Zresztą jak wpiszecie Alchemia tworzenia, to powinno też was przekierować. Jest też w razie czego cała playlista, jeżeli ktoś z was na przykład nie zna odcinków, zwłaszcza z tego sezonu, bo poprzednie sezony są tylko na Bóg Radio. I co?
Można sobie czasami puścić gdzieś tam w tle do poduszki. Jakby ktoś miał ochotę usypiać przy moim ględzeniu to w ogóle bardzo miło. Dobra, lecimy z tematem. Zobaczymy cóż nam powie pierwsza karta. Czy będzie to lokacja, bohater, może jakiś problem? Jakieś werble dostanę? Dobra, lecimy. Okej, jest fajnie. Mamy kartę, która przedstawia kubek przecięty na połowę. Ale uwaga ten kubek jest wypełniony wodą i mimo że jest przecięty na połowę wzdłuż, czyli od góry do dołu, to ta woda dalej wypełnia ten kubek.
Woda pozostała w kształcie kubka, mimo że kubek już do końca nie jest kubkiem, tylko półkubkiem. Co mamy w tej wodzie? W wodzie mamy stateczek taki trochę złożony. Wygląda, jakby był z origami złożony i on sobie pływa po powierzchni, a pod stateczkiem możemy się dopatrzeć wieloryba. On chyba nie jest z origami. Jeżeli kogoś by to interesowało. I co dalej? Kubeczek stoi na blacie, a właściwie konkretniej na mapie, która leży na blacie drewnianym I ta mapa właśnie tutaj możemy się dopatrzeć, że jest czerwony stateczek, że jest ten wieloryb pod stateczkiem. Tu mamy też jakiś X zaznaczony, więc można by przypuszczać, że mapa pokazuje nam historię czy trasę tego czerwonego okręciku, który pływa w kubku. No i według mapy wygląda na to, że niedługo dopłynie on do miejsca zaznaczonego iksem, czyli właśnie tu.
Może do jakiegoś skarbu, a może do jakiegoś tajemniczego miejsca? Nie wiemy, bo na mapie jest tylko X. Nie ma nawet żadnych podpowiedzi, konturów, nie ma nic. A może ten stateczek jednak nigdzie nie dopłynie, bo myśli, że pływa po oceanie, a pływa tak naprawdę w kubku. Chciałoby się powiedzieć w szklance wody, ale nie jest to szklanka. Dobra, jest fajnie. W sumie to się zastanawiam teraz. Można powiedzieć, że ten stateczek czy załoga tego okrętu mogłaby być tutaj bohaterem. Ale wiecie co? Zastanawiam się, czy tej karty nie użyć jako taki motyw przewodni.
Wiecie, że mamy tutaj podróż w nieznane, że mamy odkrycia. Pewnie i tak zaraz pokornie wrócę do tej karty i będę tu szukać bohatera, bo oczywiście jak zawsze trudno bez bohatera, ale zobaczymy. Myślę, że zaraz losujemy trzy kosteczki i po prostu lecimy z tematem i zobaczymy. Jest fajnie. Powiem wam szczerze, aż poczułam taką ekscytację odkrywcy, żeby się właśnie na tej naszej wyprawie historycznej, chciałam powiedzieć, na naszej opowieściowej wyprawie, żeby się dowiedzieć, dokąd zapłyniemy. Dobra, jakieś trzy kości. Postaram się, żeby były z różnych serii. Chyba mi się udało. No dobra, no to miałam nie rzucać na macie. Nauki z poprzednich odcinków.
Bo na macie kości się nie toczą. Dobra, no to biorę jakąś pierwszą i lecimy. Okej, to jest chyba kość z tej serii Galaktyka i mamy tutaj... Teraz nie wiem, czy to jest taka jakaś komora, w sensie taka kapsuła. No nie wiem, takie łóżko może jakieś te biomedyczne, biometryczne. Leży sobie człowieczek w takiej kapsule. Więc wiecie, jak tutaj seria Galaktyka to równie dobrze albo to może być jakiś taki statek bezpieczeństwa, że się katapultował, albo może właśnie takie to łóżko lecznicze, że można się położyć i ono wszystko tam skanuje i ulecza. A może nasz bohater właśnie jest zamknięty w takiej kapsule? I teraz wiecie co myślę? Pomyślałam o tym, że mógł być ciężko ranny i jest w takiej śpiączce farmakologicznej i ta historia będzie jego snem, więc mielibyśmy fabułę osadzoną właśnie już w tej przyszłości, w tych kosmicznych czasach.
Takie wiecie, sci-fi jakieś czy tam „sajfaj”, bo ja ciągle to przecież źle mówię. Ale i w tym śnie się cofnął do prehistorii. Tak o tym pomyślałam. Bo patrzę na tą kartę z kubkiem, że może ten nasz bohater, może była katastrofa tego statku matki, tego głównego, jakiejś ich bazy, czy tam nie pamiętam. Właśnie to nie był chyba statek matka, ale jak są te statki, gdzie tam jest to życie, że jak ludzie nie mieszkają na planetach, tylko na statkach, to ten statek taki główny, gdzie tam są wszystkie zasoby i tak dalej, to on miał chyba jakąś nazwę mądrą. Tak jak pomyślę o filmach czy serialach, ale nie będę szukać na siłę tego w odmętach pamięci. Niemniej pomyślałam o tym, że może właśnie była katastrofa i on jest w tej kapsule i właściwie to wie, że jest skazany na śmierć, bo ten statek główny został zniszczony i właściwie tyle, co tego tlenu w tej kapsule ma. Na przykład wie, że nie ma planety, na którą mógłby wrócić. Nie ma też sterowania w tej kapsule. Więc może on się właśnie czuje jak taki podróżnik, który niby miał misję, niby miał mapę z zaznaczonym iksem, wiedział, dokąd zmierza i po co zmierza, a aktualnie czuje się, jakby dryfował w kółko właśnie po jakimś kubku i to uszkodzonym kubku, bo wie, że zaraz się ta zawartość wyleje, jak tylko się skończy tlen w kapsule.
To mi przypomina motyw z bardzo moim zdaniem pięknej animacji, jeżeli chodzi o fabułę. No bo tak kreska to jak kreska, jak te animacje chyba produkcje amerykańskie, ale nie będę wam kłamać, nie wiem. Ale z tych współczesnych „Final Space” polecam, bo jest tam bardzo dużo takich właśnie wątków. Niby heheszki, niby animacja, a jednak dużo takich tematów z trochę wyższego kalibru. Można się wzruszyć, można się wkurzyć. Dosyć zaskakująca fabuła. I tam właśnie w pierwszym sezonie jest taki motyw, że nasz główny bohater właśnie w takiej kapsule czy on ma ten hełm taki, który go podtrzymuje przy życiu i dryfuje w kosmosie. Bardzo ciekawy motyw swoją drogą. Przewija się przez cały pierwszy sezon. Aż chyba sobie obejrzę jeszcze raz, jak tak wam opowiadam.
Więc może zastosujmy ten motyw też tutaj, że to takie poczucie utraconej misji. Bo to w sumie, jeżeli kiedykolwiek ktoś z was miał jakąś taką misję i z przyczyn niezależnych od was na przykład wydaje wam się, że zarwała się ta misja, że wam ją odebrano, no to możecie sobie wyobrazić uczucia naszego bohatera, takiej pustki, nawet nie zagubienia, tylko takiej straty, pustki, serca w strzępach. Jak człowiek się nakręci na coś, ma motywację i gdzieś pędzi, już widzi metę i nagle ta meta w ogóle znika, zanim do niej dotarł. Sama się zastanawiam, jak to najlepiej ująć. Czy jest jedno słowo, jedna emocja, która by to wszystko ujęła? Ale myślę, że to jest bardzo dużo czynników. To i zawód. To w sumie jest trochę jak złamane serce. Oddajesz się komuś, tutaj oddajesz się czemuś w imię jakiegoś ideału, w imię wartości, tak jak w miłości. I nagle ktoś wam to bezceremonialnie odbiera, zanim dosięgnęliście tego.
Myślę, że nasz bohater będzie się z czymś takim zmagał. Rzucam kolejną kością, żebyśmy zobaczyli co dalej. Dobra, i tu już mamy na grubo prehistorię. Mamy dinozaura. Nigdy nie pamiętam, czy to był diplodok . Taki z długą szyją i długim ogonem. Taki śmieszny. To chyba były te roślinożerne. Ciało miał jak słoń i miał długaśną szyję jak jakaś żyrafa. Co on mógł tu wnieść?
Myślę, czy popchniemy naszego bohatera na jakąś planetę, a może wpadnie w jakiś wir czasu? Może to będzie jego ratunek, że nie wiedział nawet, albo wpadł w jakąś czarną dziurę i ona go wyrzuciła w innych czasach. Chyba że uciekniemy bohaterem do jego głowy, że może w ostatnich minutach swojego życia będzie zastanawiał się nad tymi czasami prehistorycznymi, o których się uczyli ci ludzie, którzy byli epoki przed jego epoką. A może o tajemnicy? Chociaż myślę, że taka czarna dziura, która zakrzywia wymiary i naprawdę by go cofnęła w czasie, to też byłoby ciekawe. I to jak ten bohater będzie się zmagał z tym wszystkim, bo mimo że trochę w spartańskich warunkach, bo jednak nie na żadnej planecie, tylko na statku cały czas. I te drukarki z jedzeniem i te łóżka, które leczyły i wszystko inne. Może i nie mieli stałego domu, ale wszystko było. Komfort i wygoda były, a tutaj jego życie zostaje oszczędzone, owszem, ale zostaje wyrzucony w jakieś abstrakcyjne czasy z wielkimi stworami. I przede wszystkim trafia na planetę, a nie na statek.
Dobra, zdecydujmy się na tą czarną dziurę. Nasz bohater z tą kapsułą spada do czasów prehistorycznych. I ostatnia w tej rundzie, w tej sekwencji kość. I już mamy tutaj tubylca. Kość przedstawia człowieczka biegnącego. W łapce trzyma dzidę. Więc kapsuła została odnaleziona. Pomyślałam, że się cała wioska zbiegła, a może właśnie tu przybiegł jeden. Może to też będzie taki trochę wywrotowiec, że on zawsze będzie biegał za daleko od domu, bo mu się nudzi. Taki trochę brawurowiec.
Myślę, jak będą się komunikować. Czy pójdziemy w tym kierunku, że może jednak ten nasz bohater będzie miał jakiś sprzęt ze sobą? Może jeszcze ma tą baterię, że w tej kapsule będzie miał jakiś hologram w ręku ukryty, taką encyklopedię, takie internety i może kapsuła na jakiś czas mu to załadowała, więc jeszcze będzie mógł z tym funkcjonować. Może dzięki temu szybciej się nauczy języka. Myślę, na ile oni będą tacy zdzicшали. Czy będą mówić, czy tylko na przykład pomarkiwać do siebie? Albo jest jakieś plemię chyba, które język ma oparty o kląskanie. Jak się udawało, jak koń biegnie po betonie, to chyba takie dźwięki mają w języku swoim, że często słowo jest zakończone albo gdzieś w trakcie jest taki dźwięk. Kiedyś myślałam, że ktoś sobie jaja robił, ale okazuje się, że chyba naprawdę gdzieś są takie plemiona. Ciekawe to, ale może ta ludność nie będzie za dużo mówiła, może będą jakieś stare zapisy gdzieś o nich.
Dobra, mamy to. Zobaczmy w takim razie drugą kartę, gdzie dalej nas fabuła popchnie. I cyk. Tu się dzieje dużo. Teoretycznie mamy wielką skałę w hełmie. Oczywiście widzimy niebo z chmurami, latające ptaki, właściwie chyba nawet jaskółki. Co prawda jakieś takie białe czy szare, ale jak popatrzymy na tą skałę jak nie na skałę, to możemy widzieć twarz żołnierza. Bo ten hełm taki jest trochę jak połączenie hełmu żołnierza i hełmu rycerza z przyłbicą. I ten rycerz, nazwijmy go może wojownikiem, płacze. Z tej przyłbicy wygląda, jakby się wylewały łzy.
Tylko że właśnie te łzy to są te jaskółki, że one jakby wyciekają i wzbijają się do lotu. Kurczę, bardzo ciekawa karta, taka metaforyczna. Może tutaj ona by nam mogła pokazywać zmagania naszego bohatera, bo z jednej strony nie umarł, ale jednocześnie stracił życie. Wie, że wszyscy bliscy, jego towarzysze zginęli, że właściwie jedyna rzecz, która mu pozostała, jedyny fragment jego domu to jest ta kapsuła i musi wszystko zbudować na nowo. Ale może właśnie nawet niekoniecznie chce. Może on już tak był pogodzony ze śmiercią, że on już po prostu nie wie, jak żyć. Że żył swoje, pogodził się, był już gotowy, odliczał, a tu nagle tak naprawdę ma nowy start. Więc stąd może te łzy by tutaj były. No a ten hełm to tak właśnie myślę, kim on mógł być. Chociaż właściwie będzie musiał zostać takim wojownikiem, więc można by pomyśleć, że tak jakby symbolicznie ten hełm został mu włożony na głowę.
W sensie, że żyjąc w tych czasach będzie musiał się nauczyć walczyć. A może on właśnie był naukowcem? Tutaj wiadomo walka o przetrwanie, walka o pożywienie i może właśnie, mimo że będzie uczył się od tych tubylców, będzie może właśnie z tym wywrotowcem polował. A może ten wywrotowiec, na razie są sami. Może to jest też tak, że on bardzo daleko od domu odbiegł, znalazł tą kapsułę i będą musieli przebyć bardzo, bardzo długą drogę sami, żeby dojść w ogóle do wioski, gdzie też nasz bohater nie będzie miał pojęcia, że idą do wioski. Chociaż z drugiej strony fajnie by było, jakby miał tą kapsułę blisko. Tak pomyślałam, że mógłby może próbować coś skorzystać później z tej kapsuły. Bo wiecie, ja już myślę tak fabularnie na szeroką skalę. Natomiast jak najbardziej moglibyśmy na przykład użyć tego w drugiej części, że przenosimy wtedy fabułę. Jest wyprawa po tą kapsułę, żeby spróbować na przykład zmodernizować wioskę.
Może się też okazać, że nasz bohater się przyczyni właśnie do szybszego rozwoju cywilizacyjnego. Więc tutaj może po prostu on żyje, funkcjonuje, biegnie za tym wywrotowcem. Dał się prowadzić, ale jednocześnie przeżywa taką, można właściwie powiedzieć żałobę i to nawet nie tyle po bliskich, co właściwie po samym sobie. Może właśnie postanowił uznać, że umarł i na razie chce się pożegnać, żeby mógł się zastanowić, kim on teraz będzie. Bo też w tym wszystkim to jest człowiek totalnie z innego świata, więc też jest zupełnie odcięty. I mimo że jest niby bardziej rozwinięty, niby zna technologię, niby zna ileś języków i tak dalej, widział ileś rzeczy, no to tutaj jest totalnie obcy. I tak naprawdę żadna technologia, wszystko, co ma ze sobą, to właściwie nie nadaje się, nie pomaga mu to ani nie ułatwia mu funkcjonowania w tym dzikim świecie, takim prehistorycznym. Dobrze. Ładnie, ładnie. Lecimy dalej.
Trzy kości. Dobra i rzucamy. Zobaczymy co wypadnie nam teraz. O matko z córką, znowu jakieś obrazki, których nie ogarnę. Seria Galaktyka. Mamy tutaj... A może to jest startująca rakieta? Coś takiego jak odznaka. Taki trójkąt i jest właśnie symbol wydaje mi się, że rakiety albo że to trochę wygląda jak odrzutowiec z lotu ptaka widoczny. No ale może i to jakaś rakieta czy jakiś statek.
Pod spodem jest jakiś napis, ale on chyba jest celowo w jakimś dziwnym języku, zapisie. Nie wiem, czy to istnieje. No ale to wygląda trochę jak taka naszywka na mundurze, czy tam gdzieś na ramię. Czy się naszywa, czy na rzepy się przykleja jak to teraz sporo czapek i mundurów taktycznych ma. Więc co ta naszywka mogłaby nam powiedzieć tutaj? Nie wiem, czy tutaj na przykład już dotarli do tej wioski. No nie wiem, może w trakcie podróży zniszczył kostium, że może też temperatura otoczenia nie pozwoliła mu biegać w jego kostiumie, więc musiał ten kostium porzucić i może właśnie jako pamiątkę wziął tylko tą naszywkę, jako właśnie pamiątkę po dawnym czasie, po dawnych czasach. Chociaż z drugiej strony szkoda byłoby tak- z jednej strony szkoda byłoby porzucać ten kostium, bo miałby na przykład można było jakieś zasoby z niego zrobić i tak dalej. Ale z drugiej strony nasz bohater jest pogrążony w żałobie, więc nie musi myśleć racjonalnie. No chyba że ta naszywka, nie wiem, że w tej wiosce byłaby jakaś furora spowodowana tą naszywką.
No bo co, trochę głupio by było, gdyby znalazł naszywkę. Ale z drugiej strony, gdyby znalazł tą naszywkę, to może mogłoby się okazać, że ktoś jeszcze przeżył, że może w trakcie tego biegu z tym tubylcem. Myślę teraz, czy po prostu znalazł na ziemi tą naszywkę, czy ten tubylec mu dał naszywkę. Może ten tubylec właśnie temat cały pokapował, że... A może nasz bohater już tak załamany, może jednak on przestał biec? Wiecie, że on na przykład usiadł i stwierdził, że właściwie to on nie chce żyć, że może sobie tutaj umrzeć, poczeka na jakiegoś dinozaura czy tam innego potwora stwora. I ten tubylec zawrócił po niego i może wyjął tę naszywkę drugą? A może zerwał mu naszywkę z kostiumu? Jak uznamy, że to była naszywka na rzepy, a on miał kostium, to miał pewnie ubranko z jakiejś skóry zwierzęcej i chyba niekoniecznie rzepy by się przyczepiły. Chyba że to było zwierzątko pokroju owcy.
I teraz pytanie, czy do owczej wełny się przyczepia coś na rzepy? Dobra, słuchajcie, nie będę robić researchu tak jak już tu nieraz obiecywałam i wam, ale przede wszystkim sobie. Ale może uznajmy, że ten tubylec miał ubranko. Chyba że jakąś kieszonkę miał. Może gdzieś miał to ubranko. Co on mógł mieć, żeby to miało ręce i nogi? Dobra, o co mi chodzi? Pomyślałam o tym, że skoro tamten usiadł i postanowił umrzeć, to ten tubylec zawróci, wzruszy ramionami na zasadzie „chcesz, to se tutaj zostań” i mu zerwie naszywkę z ramienia i ją sobie przypnie. I wtedy nasz bohater zobaczy, że jest druga naszywka. Że on już ma jedną naszywkę.
Tamten dziadek. Nie wiem, czemu dziadek powiedziałam. Tamten dziad, tubylec, dzikus. Jak go nazywałam? Brawurowiec. To mi się podobało. Dziki brawurowiec. Najfajniej by było, jakby on sobie to przyczepił do ubrania. Tylko kuźwa, z czego to ubranie musiałoby być? Bo w sumie taka prawdziwa wełna owcza też jest pokryta tym łojem.
Chociaż nie wiem, czy to na rzepy wpływa. A druga sprawa, na ile w galaktycznych czasach naszywki dalej by były na rzepy. Sama jak zawsze się zawikłałam. Dobra, załóżmy, że miał tę owczą wełnę na sobie i tak jak mówiłam, zerwał tę naszywkę i sobie ją przyklepał do siebie. I nasz bohater wtedy zobaczył, że on już ma jedną naszywkę. Odzyskał nadzieję i próbował się zapytać, skomunikować, o co chodzi, skąd tamto, a tamten wtedy pokazał, żeby ten biegł za nim. Więc nasz bohater jednak powstał z tej ziemi i z nadzieją, że spotka jednak kogoś ze swojej ekipy lub ze swoich czasów, pobiegł wraz z naszym brawurowcem. Dobra, kolejna kość. To jest satelita. Tu chyba nic więcej nie ma co mówić.
Satelita. I teraz co ten satelita mógł zrobić? Teraz myślę, czy dotarliśmy już do wioski, czy może tutaj dalej są jednak jeszcze myśli naszego bohatera, że może pomyślał, że jak jest druga osoba z załogi, to może będą w stanie wrócić do jego kapsuły albo tej drugiej kapsuły i połączyć się z satelitą. Albo wiecie co? Może właśnie dlatego też odzyskał nadzieję, bo oprócz tego, że byłby tu jakiś jego towarzysz, to może mając dwie kapsuły da się w jakiś sposób przerobić je czy zrobić coś takiego, żeby wysłać SOS, żeby satelita wychwycił. Dlatego tym bardziej nasz bohater wrócił do gry. Myślę, że tu chyba nie ma co na razie wymyślać, więc on sobie tutaj w głowie rozwija plan. Ostatnia kość z serii prehistoria, więc zobaczymy, co nas tutaj teraz czeka. Mamy tutaj pędzelek i szpachelkę. Atrybuty archeologa.
Czy ta szpachelka się kielnią nazywa jak w budownictwie? Dobra, niech będzie jakaś szpatułka, szpachelka. I teraz co to nam daje? Archeolog. Możemy też patrzeć na to jak na narzędzia, ale to są ewidentnie narzędzia. Chyba że to są grabki, a nie pędzel. Wygląda jak pędzel. I teraz co? Patrzę na pierwszą kartę. Może nasz bohater był odkrywcą.
Może właśnie ich załoga odkrywała nowe lądy gdzieś w galaktyce, a teraz sam z siebie się śmiał, że się czuje jak archeolog, że przyszło mu teraz kopać w ziemi i razem z tym brawurowcem musieli jakieś korzonki odkopywać czy coś na tej trasie. Bo tak myślę sobie, że ta ich podróż by bardzo długo trwała. Jakbyśmy mieli to na osi czasu rozkładać. Może coś takiego, że pomyślał o takiej ironii losu. A może to byłaby jakaś retrospekcja, że ktoś z towarzyszy żartował sobie z niego. Może on był takim odkrywcą, który zawsze musiał wiercić dziurę w brzuchu, w sensie dokopać się gdzieś do głębin jakichś. Zawsze wszystko analizował, wszystko musiał sprawdzić. Może też miał poczucie winy. Może przez jego zawziętość oddalili się od statku na tyle daleko, że nie zdążyli uratować tego statku. Może coś takiego się stało i może to był śmiech przez łzy, ironia losu, że może on miał przezwisko Archeolog i sobie uświadomił, że kiedyś, w tych czasach przedgalaktycznych, ale nie prehistorycznych, przypomniał sobie, że istniał taki zawód.
Chociaż myślę, że ten zawód dalej by istniał w tych czasach, tylko trochę może na innych rzeczach by polegał. A może też to, że on wertował księgi, że zawsze w tej encyklopedii był stałym bywalcem i może dlatego właśnie taki miał przydomek archeolog, nie? I tutaj się sam zaśmiał pod nosem. Bo na przykład może już widział, że dobiegają do wioski. Bo tak myślę sobie, że przed nami trzecia karta i może warto byłoby jednak dotrzeć do tej wioski i zobaczyć, jaki jest finał tej historii. Więc może właśnie cieszył się, czuł ekscytację, że może, że spotka tego drugiego towarzysza ze swoich czasów i się na przykład nie mógł się już doczekać, żeby opowiedzieć mu o tej myśli, o tej ironii. Właśnie o tym, że on jest, że dosłownie jest archeologiem teraz. Dobra, trzecia karta i cyk. Dobra. Kolorowo, cukierkowo, nawet dosłownie.
Mamy tutaj na pierwszym planie wielkiego ślimaka. Niebieski ślimak w zielonej skorupie stoi sobie na takiej dróżce między trawkami. No i przed nim jest finisz, a jak jest przed nim finisz, to znaczy, że może on bardzo długo się ślimaczył w jakimś wyścigu i wreszcie prawie dotarł do celu. To jest właśnie w sumie trochę jak nasz bohater na początku, bo on jeszcze nie przekroczył tej mety. Już właściwie jest przy tej mecie, więc mamy taką kartę w zawieszeniu. To od nas zależy teraz, co dalej z tym zrobimy. Za naszym ślimaczkiem z kolei w pierwszej chwili pomyślałam, że mamy drzewa. Albo może to są drzewa? To wygląda jakby tak wiecie, z ziemi rosły prawie tam do nieba, za chmury, daleko, gdzieś wysoko. Takie niebieskie jakieś patyki.
Nie wiem, jak to powiedzieć. Takie. Bo to nawet nie są drzewa, wiecie, z koroną, tylko tak jakby taki cienki pieniek rozgałęziony jak proca. Gdzieniegdzie na tych niektórych właśnie pieńkach jest cukierek, taki zakręcony jak w sumie lizak, no tylko bez patyczka i w niego jest wbita strzałka. Wiecie, jakby ktoś z łuku strzelał. I co dalej? Na jednym z tych patyków też do góry tam jakiś jeden z tych ślimaków idzie. Jeszcze jest jeden ślimak, który tam ogląda sobie te pieńki. No oczywiście świeżutka, zieloniutka traweczka, piękne niebo, takie błękitne z chmurkami białymi. Hmm.
A może to po prostu na zasadzie takiej, że dotarli do tej wioski? No w sumie mamy tutaj trochę taką, bardzo dużo podpowiedzi trafiania do celu, więc może nasz bohater trafił do celu. Może jednak przekroczył ten finisz, gdzie na początku już myślał, że ta misja została mu wyrwana, że nie odkryje nowego lądu. A może właśnie, kiedy otworzyły się wrota tej wioski, może właśnie to, co tam zobaczył, bardzo go zaskoczyło, że mimo że ten brawurowiec tam biegał taki wiecie, dzikus, który tam tylko coś tam warknął, coś tam zaseplenił i nasz bohater spodziewał się, że zobaczy całą wioskę takich, że zobaczy dosłownie prehistoryczną wioskę. A może właśnie trafił do miejsca, gdzie... O, ale mam! Takie trochę postapo. W sensie, że trafili ci tubylcy zaczęli na nowo jakby tak zasiedlać, no nie wiem, działać w tej wiosce, która okazuje się miastem starym, wiecie, takim w sensie miastem z tych czasów galaktycznych. Dobra, robię teraz mindfuck i sobie, i wam. Porzucone miasto.
Miasto bardzo rozwinięte technologicznie. Miasto właściwie z czasów naszego bohatera. No bardzo dobrze zna tą architekturę, te budynki, więc tak naprawdę to trochę jak jego dom, ale wyniszczony, nadżerknięty zębem czasu. No widać, że tak jakby bardzo, bardzo dawno temu coś się wydarzyło i gdzieś tam wszystkich wymiotło z tego miasta. Może właśnie podobne technologie, które były na jego statku. Czyli wiecie, mamy taką incepcję czasową tutaj, czyli on tak naprawdę wcale się nie copnął w czasie, tylko może właśnie wystrzeliło go daleko w przyszłość. A że koło życia, cykl czasu i tak dalej, no że może tak naprawdę wystrzeliło go w przyszłość i trafił akurat do momentu, gdzie nowi ludzie tak dopiero będą budowali cywilizację, będą próbowali właśnie zrozumieć, odkryć te technologie, to wszystko, co tam jest, te porzucone miasta, może nawet nie będą mieli tego uruchomić. I teraz, czyli patrzę na tego ślimaka. On w sumie takie dosyć przekrwione oczka ma, zmęczony jest. Więc może też nasz bohater.
Może jemu się strasznie po prostu dłużyła ta podróż, nie? Że bardzo daleko biegli. On też nie był przyzwyczajony do takiego wysiłku typowo fizycznego, że te misje jednak w kosmosie mieli dużo krótsze. Tam też może właśnie brak atmosfery lub w ogóle atmosfera na statku. No było to wszystko zupełnie inne, tak, że może nawet ten wysiłek fizyczny był, ale był dużo łatwiejszy. Paradoksalnie tak czy mniej męczący. A tutaj może też na przykład kostium, który miał, powodował, że wysiłek fizyczny właśnie. No, że szybciej się ciało jakby... Chciałam powiedzieć redukowało, ale nie to chciałam powiedzieć. Regenerowało.
A tutaj musiał na przykład w trakcie tego biegu jednak zdjąć ten kostium, że może on się zaczął już przecierać, szarpać, może też było mu za gorąco i on niósł ten kostium, więc taki po prostu zajechany przekroczył próg tej wioski. Był tak zmęczony, że mimo iż był w ogromnym szoku i czuł ogromną euforię trafiając do tego miejsca, nie miał siły się po prostu cieszyć. Właściwie padł ze zmęczenia. Czyli dotarliśmy do wioski. I teraz mamy ostatnią kartę, która by nam podpowiedziała, czy faktycznie był tam jakiś jego towarzysz. Może tu już się coś zaczęło dziać, a może naprawdę tego brawurowca, on był taki dziki, to sobie wybiegał. Może mu się nawet nie chciało gadać, dlatego coś tam tylko stękał, a tak naprawdę może ci ludzie wcale nie są prehistoryczni. Tak myślę teraz. Chociaż wizja tego opuszczonego, futurystycznego miasta w otoczeniu dinozaurów brzmi super. Naprawdę brzmi mega.
Dobra, to zróbmy tak, że było dwóch towarzyszy. A może z czasem, czy fabularnie mielibyśmy to rozwijać, to faktycznie z czasem tam co jakiś czas mógłby spadać inny przybysz z nieba. Może właśnie ten brawurowiec po tych przybyszy biegał. On zawsze był taki narwany i szukał jakiegoś celu. Może też z czasem to byłoby fajne, że w jakiś sposób by się dogadali z tym naszym archeologiem, bo się okaże, że właśnie ta zawziętość, to dążenie do celu, że to jest właśnie coś, co ich łączy, co mają właściwie identyczne. No dobra, to zobaczymy czwartą kartę. I cyk! Powiem wam, że w temacie. Karta właśnie przedstawia, można powiedzieć bramę, a właściwie taką wyrwę w murze. Nazwijmy to bramą, bo mamy takie dwa filary po bokach i na szczycie każdego z tych filarów, widzimy, co prawda to już za kadr wychodzi, ale to wygląda jakby był wielki mur.
I tu są dwa filary i jest przejście pomiędzy nimi. Na szczycie każdego z nich jest dźwig i te dźwigi podnoszą wielkie kamienne klocki jak w „Tetrisie”. Ewidentnie z tych klocków jest budowana brama. Jest zabudowywana ta wyrwa w murze. Nie mam na myśli, że tu jest dziura wybita, tylko zaplanowana przerwa w murze, którą teraz tymi dźwigami, klockami właśnie w kształcie tych tetrisowych się ją wypełnia. Tam w oddali możemy gdzieś dopatrzeć się właśnie jakichś budynków, jakiejś architektury. Co prawda nawet nie wiem, jaka epoka, bo niby mamy tu jakieś takie trochę może nie bardzo strzeliste, ale jednak wieżyczki z daszkiem, jakieś dachy. Trochę to w sumie tak przypomina bardziej współczesne, bo pomyślałam o średniowiecznym mieście. No ale dobra, słuchajcie, nieistotne, bo na pierwszym planie tu mamy jeszcze zieloną trawkę, dróżkę, porozrzucane, nieużyte klocki i tam jakieś drzewka. Może tę kartę potraktujmy jako właśnie symbol odbudowy miasta.
Chyba że teraz to już będę improwizować, bo myślę, co z tym drugim człowiekiem? Czyli tak finalnie oczywiście, że dzięki temu, że on jest, będą na przykład mogli właśnie odbudować. Czy może ten brawurowiec pokapował, bo gościu wygląda jak z obrazka na przykład gdzieś tam z tych ruin, które odnaleźli, gdzie się tam osiedlili. Więc może właśnie on pomyślał, dlatego może zaczął tam biegać, sprawdzać, że on im pomoże obsługiwać to miasto czy coś wytłumaczy i może z jego pomocą docelowo uruchomią tę technologię. On będzie uczył tych tubylców tego wszystkiego czy języka, czy może stworzą jakiś nowy język wspólny. Natomiast myślę sobie, jeżeli chodzi o fabułę, to może ja bym tutaj wyrwała kolejny raz serce naszemu bohaterowi. W sensie wiecie, że on biegł z nadzieją, że będzie któryś z towarzyszy. Tylko że może on nie przeżył albo niestety tlen zdążył się skończyć, zanim go ta czarna dziura pochłonęła. Więc tak naprawdę jest kapsuła, jest kostium, była ta naszywka, ciało i może właśnie później ten tubylec zaprowadzi naszego bohatera tam i wtedy będzie mógł może nawet pochować tego swojego towarzysza czy tam towarzyszkę. A tutaj po prostu jako nowy cel, nowy ląd po prostu stwierdził, że będzie robił to, co umie zawsze.
Może właśnie ten towarzysz, który nie przeżył, to będzie ten, który wymyślił to przezwisko z tym archeologiem. A może towarzyszka? Zróbmy takie smutne love story, może nawet nieskonsumowane love story. Czyli wiecie, że mieli się ku sobie, ale nic więcej z tego nie zdążyło wyjść. I może właśnie stwierdził, że żeby uczcić pamięć po tej dziewczynie, to jednak postara się być tym prawdziwym archeologiem, jak zawsze z niego żartowała i postanowi swoją misję, całą energię, wszystko przelać na to, żeby to miasto odbudować, żeby rozwinąć nową cywilizację. O! No mamy to. Ja myślę, że więcej nie gadam. Jest ładnie. Powiem szczerze, że jakby to spisać, to mogłoby to być nawet tak wzruszająco.
W ogóle myślę o takiej opowieści biegu, żeby faktycznie całość osadzić jakby bardziej w głowie naszego bohatera. W sensie przerywaną tylko jakimiś starciami z dinozaurami. Ale że gdyby to na przykład miała być jakaś nowelka, to przez większość treści oni by biegli. A później wszystko jako taka kompilacja wątków i na koniec z tą odbudową miasta epilog. A może na przykład 50 lat później. Zależy, w jakim wieku nasz bohater był. Ale pomyślałam sobie, że mógłby wtedy już jako starszy człowiek opowiadać tę historię. Czy wtedy byłoby tu miejsce na opis, jak to miasto rozbudowali, że przywrócili tę technologię. Dobra, super, podoba mi się. Ja jestem zadowolona.
Wy czy tak, czy nie. Ja już nic na to nie poradzę więcej, ale mam nadzieję, że wam też się podobało, że może wam się łezka w oku zakręciła, a co! Dobra, bo mi się zakręciła. Mi się zakręciła, ale nie pierwszy raz na tym podcaście. Kończę. Kończę. Trzymajcie się cieplutko i słyszymy się za tydzień. Pa!
[02:21:25] - Zmieniamy nieco klimat. Cóż, teraz zapraszam na kolejny odcinek audycji „Bez Tajemnic”. Dzisiaj usłyszycie państwo o tym, czym jest opętanie. Zapraszam.
[02:21:51] - Jeden z moich znajomych zadał mi kiedyś pytanie: dlaczego spirytyści odradzają wywoływanie duchów, organizowanie seansów spirytystycznych? Przecież w końcu spirytyści czerpią swoją wiedzę z seansów, z komunikatów, które uzyskują od duchów, zaświatów. Dlaczego to jest zakazane? Dlaczego? Prawo Mojżeszowe tak, prawo Mojżeszowe już dawno, dawno zakazało organizowania seansów spirytystycznych pod groźbą kary śmierci i nie zostało to uczynione bez powodu. Kościół katolicki także zakazuje wywoływania duchów. Wiele innych religii również przestrzega przed tego rodzaju praktykami. Spirytyści także ostrzegają, aby nie bawić się w tego rodzaju rzeczy, szczególnie jeśli chodzi o zabawę. Ponieważ popularne tabliczki Ouija są bardzo rozpowszechnione wśród młodzieży, nawet jeżeli nie są to tabliczki, są to różnego rodzaju rekwizyty, które służą właśnie do organizowania seansów, ale seansów takich dla zabawy, dla rozrywki, co jest szczególną głupotą, jest szczególnie niebezpieczne. Dlaczego Mojżesz zakazał?
Tak samo jak teraz, tak i dawniej. I wydaje mi się, że dawniej jeszcze bardziej. Ludzie po prostu nie potrafili się uchronić przed opętaniem. Wiedza spirytystyczna, którą posiadamy dzisiaj, nie była tak rozpowszechniona jak dawniej, nawet jeśli chodzi o samą wiedzę spirytystyczną, ponieważ spirytyzm nie jest jeszcze aż tak bardzo znany, chociaż 100, 150 lat temu bardzo dużo osób interesowało się tą tematyką. Ale jeśli chodzi ogólnie o wiedzę taką ezoteryczną, wiedza ezoteryczna dawniej była jakimś takim tabu. Wiedza ezoteryczna, wiedza spirytystyczna należały do jakichś takich dziwnych, ciemnych praktyk, o których nie wolno było mówić. W średniowieczu za tego rodzaju rzeczy palono na stosie, więc po prostu nikt nie wychylał się. Tak, praktyki spirytystyczne są niebezpieczne i mówią także o tym spirytyści nie tylko w Polsce, ale spirytyści w ogóle na całym świecie. W literaturze spirytystycznej wielokrotnie pojawiają się różnego rodzaju teksty, które mają przestrzec amatorów spirytyzmu, praktyk spirytystycznych przed organizowaniem seansów. Dlaczego?
One mogą prowadzić do opętania. Spirytyści wychodzą z założenia, że sam kontakt z zaświatami nie jest niczym złym, ale to kontakt ten powinien być zainicjowany przez drugą stronę. Jak to się mówi, telefon dzwoni stamtąd, a nie stąd. Więc jeżeli ktoś posiada zdolności medialne rozwinięte w większym lub mniejszym stopniu, powinien czekać, aż to duchy skontaktują się z nim, a nie na odwrót. Duch, jeżeli kontaktuje się z jakąś osobą, to wie po co i jest w tym jakiś cel. Natomiast jeżeli człowiek zaczyna szukać kontaktu z zaświatami, wygląda to troszkę tak, jakby mieszkaniec wielkiego, zatłoczonego miasta, jakiejś metropolii otworzył drzwi na oścież i powiedział: „No kto chce niech wchodzi. Zapraszam”. Teraz wyobraźmy sobie: zaczynają schodzić się do nas różnego rodzaju osobniki, różne typy, których niekoniecznie chcielibyśmy spotkać, ale w końcu zaprosiliśmy ich. I oni wchodzą do naszego mieszkania i siedzą. Siedzą, ponieważ im się podoba.
Ponieważ jest ciepło. Mieszkanie jest ładnie umeblowane, można się czegoś napić, można sobie coś zjeść i jest bardzo sympatyczna atmosfera. Przynajmniej z jednej strony. Allan Kardec w „Księdze Mediów” wyodrębnił trzy rodzaje opętania. „Księga Mediów” jest zasadniczo skierowana, jak sama nazwa wskazuje, do mediów, ale te opętania można także odnieść do osób, które mediumizmem się nie zajmują. Ja zaraz króciuteńko wyjaśnię, na czym to polega. Czyli tak: pierwszy rodzaj opętania, opętania zwyczajne. Następnie jest fascynacja i Zawładnięcie, opętania zwyczajne. Duch przychodzi i tak jak ten człowiek z ulicy, zasiada w fotelu i nie chce odejść. Notorycznie daje o sobie znać w taki czy inny sposób.
Nie wiadomo, jak się go pozbyć. Nie jest to opętanie szkodliwe, które mogłoby poza nerwicą doprowadzić do innej choroby, ale jest to opętanie i jest to uciążliwe. Do tego opętania dodam podszepty, nękanie. To są rzeczy, które w zasadzie dotykają nas, ludzi przeciętnych, którzy nie są mediami w największym stopniu. Na czym to polega? Nękanie. Ja tu pomijam przypadki schizofrenii. Mówię o ludziach zdrowych, którzy mają różnego rodzaju, nie chcę powiedzieć, że słyszą w głowie, ale przychodzą im do głowy różnego rodzaju myśli tak jakby z zewnątrz. Człowiek nie identyfikuje się z nimi, ale równocześnie jakieś myśli niepasujące do niego gdzieś w tej głowie siedzą. To jest nękanie.
Duchy próbują nam coś podszeptywać, próbują nam coś podpowiadać, narzucać swoje myśli, które my wiemy, że do nas nie należą. Nękanie to już jest takie uciążliwe, ponieważ są też podszepty. Podszeptom ulegamy non stop, każdego dnia wielokrotnie i nie tylko duchy mające złe intencje nam podszeptują różne rzeczy. Czasami na przykład prowadzimy samochód i nagle naciskamy pedał hamulca, po czym okazuje się, że przed samym nosem wyjeżdża nam inny samochód. Można to zrzucić na intuicję. Można powiedzieć, że mieliśmy odruch, ale spirytyści powiedzieliby, że prawdopodobnie był to podszept dobrego ducha, ducha opiekuna, anioła stróża, jak to się też mówi, który podpowiedział nam, że musimy w tym momencie zahamować, bo jeżeli nie, to coś się złego stanie. Myślę, że ten przykład z samochodem jest najbardziej trywialny, ale jestem przekonany, że jeżeli zajrzymy w głąb siebie, każdy z nas doszuka się przynajmniej jednej takiej sytuacji, która w jakiś niewytłumaczalny sposób uratowała go przed czymś dobrym bądź wręcz przeciwnie. Czasami człowiek wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew własnym interesom popełnia jakiś czyn, który przyszedł mu do głowy, ale tak w zasadzie nie wie skąd. To też są podszepty, które z kolei przychodzą od tych duchów, które pragną się zabawić naszym kosztem lub z takiego czy innego powodu próbują nam zaszkodzić. To jest opętanie zwyczajne.
Jest także coś takiego jak fascynacja. To jest drugi rodzaj opętania według „Księgi mediów” Allana Kardeca. Fascynacja dotyczy bardziej mediów, które uzyskują różnego rodzaju komunikaty z zaświatów. Fascynacja, słowo takie niewinne, ale tak naprawdę dla mediów jest to jedno z gorszych rodzajów opętań, ponieważ duch próbuje zafascynować swoją osobę medium. Prawi mu komplementy. Tutaj mówimy o mediach, które są w stanie w taki sposób jasny i konkretny odbierać komunikaty i taki duch takiemu medium słodzi. Jeżeli medium nie ma w sobie mocnego charakteru, jeżeli nie jest zapatrzone samo w siebie, jest w stanie tym pochlebstwom się oprzeć. Jeżeli nie, to ulega tej fascynacji i zaczyna uważać siebie za nie wiadomo kogo i zaczyna traktować owego ducha jako jedynego przedstawiciela zaświatów. Zaczyna odbierać komunikaty tylko od niego i zaczyna wypełniać jego wolę. Zdarza się, że te komunikaty czasami przekazują jakieś absurdalne treści, ale medium zafascynowane i wpatrzone w tego konkretnego ducha po prostu łyka wszystko jak młody pelikan, nie zastanawiając się.
Uważa, że to jest bardzo dobry przekaz, że ma do czynienia z duchem wyższym, z duchem, który jest duchem dobrym, a tak naprawdę ten duch ciągnie za sznureczki i manipuluje medium jak mu się tylko zachce. Są różnego rodzaju lekarstwa, różne sposoby, aby medium mogło się z takiego opętania wyzwolić. Między innymi takie medium powinno kontaktować się z innymi mediami, z innymi osobami znającymi temat, z innymi spirytystami, którzy są w stanie ocenić jego komunikaty i w logiczny sposób, którzy mogą starać się dotrzeć do niego, wyjaśnić mu, że to, co napisał, to jest bzdura. Jeżeli takie medium nie obrazi się na swoich kolegów, jeżeli nie uniesie się dumą, będzie w stanie zauważyć swój błąd i odeprzeć, zignorować ducha, który próbuje nim manipulować. Nie jest to łatwe, ale to jest tak naprawdę jedyny sposób dla medium, aby uwolnić się od wpływu ducha, który próbuje go Nad nim zawładnąć w taki sposób. Trzeci rodzaj opętań. Tutaj jest zawładnięcie. Ten rodzaj opętania najbardziej utkwił w świadomości społecznej jako negatywny wpływ zaświatów. Mianowicie chodzi o to, że człowiek przy całkowitym zawładnięciu działa wbrew sobie. I tutaj nie mam na myśli takiego działania, o jakim wspomniałem wcześniej, że z głupoty ktoś coś zrobi coś złego dla siebie, ale mam na myśli rzeczywiście całkowite zawładnięcie, kiedy człowiek chciałby postąpić inaczej, a nie jest w stanie.
Najbardziej obrazowym przypadkiem są egzorcyzmy Aneli z Michel, które miały miejsce w Niemczech po 1968 roku. Bardzo znana historia, o której w szczegółach opowiadał nie będę, ponieważ w internecie można znaleźć bardzo dużo informacji na ten temat. Powstał nawet film „Egzorcyzmy Emily Rose”. To jest ta znana historia, gdzie dziewczyna została opętana. Ksiądz próbował ją leczyć, odprawiał nad nią egzorcyzmy. Dziewczyna zmarła i ksiądz trafił przed sąd. W efekcie końcowym nie można powiedzieć, że zupełnie dobrze się skończyło, ponieważ dziewczyna zmarła, ale historia została zatwierdzona przez Kościół i służy jako pewnego rodzaju lekcja dla innych. Jeśli chodzi o ten trzeci rodzaj zawładnięcia, mówi się też o chorobach psychicznych. Lekarze psychiatrzy nie zawsze potrafią rozróżnić chorobę umysłową od opętania. Lekarze, którzy nie wierzą w duchy, którzy nie wierzą w zaświaty, którzy tkwią w materializmie, jeżeli w swoje ręce dostaną pacjenta, który de facto jest opętany, uznają go za chorego psychicznie.
Spirytyści przeprowadzali tego rodzaju eksperymenty polegające na odprawianiu egzorcyzmów w szpitalach psychiatrycznych i gro pacjentów odzyskiwało później dobrą formę. Zarzuca się spirytyzmowi i spirytystom, że zainteresowanie spirytyzmem powoduje opętanie. Oczywiście, tak jak powiedziałem na początku, praktyki spirytystyczne są niebezpieczne i mogą prowadzić do opętania. To jest fakt. Jednak nie tylko ludzie, którzy interesują się spirytyzmem, którzy zajmują się spirytyzmem, mogą zostać opętani. Podałem przed chwilką przykład chorych umysłowo, którzy niekoniecznie spirytyzmem musieli się interesować, niekoniecznie musieli wiedzieć, czym jest spirytyzm. Tutaj chciałbym przytoczyć pewną historię z połowy XIX wieku. Historia, która została opisana przez Alana Kardeca w książce „Opętanie”, która jeszcze w Polsce się nie ukazała, ale mam nadzieję, że niebawem. Historia kobiety, która miała adoratora. Ten adorator na początku był dobrym przyjacielem.
Często miał zamiar się z nią spotykać. Jednak w momencie, gdy kobieta zrozumiała, że mężczyźnie chodzi o coś więcej niż tylko spotkania towarzyskie, a jego obecność zaczynała być natarczywa, nie chciał jej w ogóle opuszczać i było to dla niej uciążliwe, postanowiła mężczyznę zupełnie odepchnąć. Kobieta pochodziła z wyższych sfer, spotykała się z wieloma osobami, prowadziła bardzo towarzyskie życie. Mężczyzna został odsunięty na margines tego towarzystwa salonowego. Ten nieszczęśnik tak bardzo tym się przejął, że rozchorował się i któregoś dnia w samotności umarł. Umarł sobie w samotności, otoczony jedynie jakimś sługą i pokojówką. I tego samego dnia, punktualnie o godzinie 3.00, jeśli dobrze pamiętam, codziennie o godzinie 3.00 przez dwa i pół roku miały miejsce różnego rodzaju dziwne sytuacje. Na początku był to krzyk. Później, zdaje się, ten krzyk przeobraził się w jakiś dźwięk, jakieś granie na trąbce czy coś takiego. Następnie pojawił się aplauz czy jakieś śpiewy niebiańskie i za każdym razem miało to miejsce o godzinie 15.00.
Jeszcze w międzyczasie było słychać strzały, które wyglądały tak, jak gdyby ktoś próbował do tej kobiety strzelać na ulicy. I nie tylko ona to słyszała. Te dźwięki były słyszane przez wiele innych osób. Rozbijało się okno za każdym razem, gdy ktoś rzekomo strzelał z ogrodu w jej stronę. Była o tym poinformowana policja, było prowadzone śledztwo. Wiele osób poważanych w społeczeństwie także było świadkami tej sytuacji i trwało to dokładnie dwa i pół roku, po czym okazało się, że mężczyzna na łożu śmierci zagroził, że po śmierci, w momencie, gdy już opuści ten świat, będzie nękał ową kobietę tak samo długo, jak czynił to za życia. A za życia spotykał się z nią także dokładnie dwa i pół roku. Kobieta, która de facto nie miała nic wspólnego ze spirytyzmem, także została przez ducha opętana. I trwało to dwa i pół roku. To jest tylko jedna z wielu historii, które można by przytoczyć, ale jeżeli kogoś to interesuje, to radziłbym raczej sięgnąć po literaturę, która przytacza bardzo wiele tego rodzaju przykładów.
I jeszcze na koniec chciałbym wspomnieć o ostatniej bardzo ważnej rzeczy. Mówiłem o podszeptach i o nękaniu. Tutaj bardzo ważną rolę gra nasz charakter. To, jakimi my jesteśmy i to, jakich przyciągamy ludzi, a także jakie przyciągamy duchy. Podobnie jak w życiu codziennym mamy różnego rodzaju znajomych na prawo, na lewo. W pracy potrafimy lepiej dogadać się z pewnymi osobami, z innymi gorzej. Wydaje mi się, że wszyscy doskonale wiemy, na czym to polega. Mamy jakieś swoje poglądy, mamy jakiś swój sposób bycia i z reguły staramy się otaczać ludźmi, którzy są do nas w jakiś sposób podobne. Zbir przyciągnie zbira, uczony przyciągnie uczonego, plotkara przyciągnie plotkarę i tak dalej. Człowiek cichy będzie się otaczał osobami spokojnymi.
W kontaktach ludzi z duchami jest dokładnie tak samo. Przyciągamy takie duchy, jakimi my jesteśmy. Jeżeli przypałęta się do nas jakiś duch, który stara się przekonać nas do czegoś nieodpowiedniego, do czegoś złego, tak naprawdę jedynym skutecznym rozwiązaniem tej sytuacji jest ignorowanie tego ducha. To znaczy pracowanie nad samym sobą. Czym bardziej będziemy pracować nad własnym charakterem, czym bardziej będziemy starali się być lepszymi ludźmi, tym mniej sposobności będą miały jakieś niewidzialne kreatury, aby sprowadzić nas na złą drogę. Takie duchy, które są nisko rozwinięte, które próbują bawić się kosztem innych ludzi, po prostu nie będą do nas przychodziły, ponieważ nie będą w stanie wywęszyć żadnego interesu, nie będą w stanie uzyskać tego, co pragną. Ja tu widzę trzy możliwości, aby uchronić się przed opętaniem. Pierwsza rzecz to pracowanie nad własnym charakterem, pracowanie nad tym, aby być coraz lepszym człowiekiem, aby nie dawać powodu duchom niższym, istotom nisko rozwiniętym do zaczepki. Druga sprawa nie organizować groteskowych seansów spirytystycznych, które otwierają drzwi wszystkim istotom, które tylko mają akurat odrobinę wolnego czasu i chciałyby się zabawić naszym kosztem, a także trzecia taka rada oddać się po prostu pod opiekę istocie, która tak naprawdę ma władzę nad wszystkim. Jeżeli ktoś postanowił całkowicie oddać się pod opiekę Bogu, w zasadzie nie musi się obawiać, że coś mu się przytrafi.
Mówię w zasadzie, ponieważ jednak każdy z nas ma jakieś obciążenia karmiczne, które w większym lub mniejszym stopniu kierują naszym życiem. Niemniej zawsze dobrze jest mieć do kogo się zwrócić. I według mnie taką najbardziej odpowiednią osobą, której można zawierzyć własne zdrowie, własne bezpieczeństwo, to jest właśnie Bóg.
[02:43:14] - Proszę państwa, dostałem całkiem niedawno mailika, jednego wprawdzie dotyczącego tej sprawy, ale ja jestem dosyć czuły i staram się reagować na te maile od państwa. W tym mailiku był zarzut, a właściwie miękki taki zarzut, raczej pewna prośba czy sugestia dotycząca tego, że wprawdzie Katarzyna Prychacz świetnie się z nami bawi, układając różnego rodzaju historie, układając albo ucząc tego, w jaki sposób wykorzystywać swoją wyobraźnię, aby owe historie tworzyć, ale mój korespondent czuł wyraźny niedosyt. Chyba go czuje do teraz. Mam nadzieję, że po dzisiejszej audycji to się zmieni. Niedosyt takich porad dla osób piszących, porad dotyczących tego, jak coś robić czysto technicznie, jak napisać dialog, jak napisać opis, jak skonstruować dany rozdział albo jak się w ogóle do tego zabrać, jak w ogóle usiąść do pisania i po prostu zacząć pisać. Czasami te niby banalne sprawy okazują się dosyć trudne. No to sięgnąłem do bogatych archiwów Book Radia i znalazłem całkiem fajny cykl tworzony przez naszą współpracowniczkę Kamilę Ciołko-Borkowską Ten cykl nazywa się „Pisząca z fiordami” i gwarantuję państwu, że ponieważ autorka, kiedy zaczynała ten cykl, to była początkującą autorką, bo miała na koncie dwie książki, jedną poetycką, jedną prozatorską. Dzisiaj to się już kompletnie zmieniło, jest kompletnie nieaktualne. I prozatorskich książek więcej, i poetyckich książek więcej, i udziału w rozmaitych antologiach również więcej. W każdym razie ja myślę, że Kamila Ciołko-Borkowska to jest znakomite źródło informacji dotyczących tego, co czasami pisarza gryzie.
A nawet nie pisarza — człowieka, który próbuje rozpocząć przygodę z pisaniem. I myślę, że te jej rady, takie wzięte bardzo z praktyki, z tego, jak ona sama przeżywała różnego rodzaju problemy, kłopoty, jakieś takie dysonanse związane z pisaniem, to właśnie jej rady dotyczące tych technikaliów pisarskich mogą się tym wszystkim z państwa, którzy o pisaniu myślą poważnie albo w każdym razie myślą, żeby coś tam napisać, spisać, przydać. Te porady Kamili Ciołko-Borkowskiej mogą być bezcenne. Zapraszam na pierwszy odcinek „Piszącej z fiordami”.
[02:46:36] - Dzień dobry, wieczór. „Pisząca z fiordami” zaprasza do siebie. Dobry wieczór, z tej strony Kamila Ciołko-Borkowska i zapraszam na audycję „Pisząca z fiordami”, w której będziemy zastanawiać się, w sumie to ja się będę zastanawiać, a wy będziecie słuchać. Czasem może mówiąc na głos albo pod nosem, że nie mam racji i że gadam głupoty. Można, można. Nie przeczę, nawet pozwalam jak najbardziej, ponieważ racji mieć nie muszę. Ja sobie tylko tu siedzę po drugiej stronie kabelka internetowego i snuję różnego rodzaju okołopisarskie rozważania. Tak więc to są moje prywatne rozważania. Mogą się nie zgadzać z waszymi. I będą to rozważania, będą to pewne treści, okołopisarskie treści.
Będą to rzeczy związane z pisaniem, które już zostało zakończone, które ma jakieś opinie wydane przez pokolenia czy nawet tylko przez kilka osób. Jednak będzie to pisanie, które już zostało wydane. Ewentualnie pisanie, które jest w trakcie albo dopiero będzie miało miejsce, ponieważ będą to rzeczy dotyczące na przykład warsztatu. Czyli jeśli ktoś pisze albo będzie pisał w przyszłości, to takie rozważania dotyczące warsztatu pisarskiego bardzo mogą mu się przydać jako przykład pozytywny lub czasem jako negatywny. I jak najbardziej to jest też w porządku. Dzisiaj, jako że to jest pierwsza audycja, chciałabym zastanowić się nad tym, dlaczego w sumie piszemy. Dlaczego piszemy, co jest początkiem tego pisania, jak to na tym początku wygląda. Ponieważ każdy jakoś zaczynał. Mickiewicz nie od razu pisał cudowne utwory, tak samo Słowacki czy nawet którykolwiek z autorów. Jakoś musiał zaczynać.
I właśnie tego początku, tego zaczątku, tego zalążka pisania będzie dotyczyć dzisiejsza audycja. Zacznę od tego, że współprowadzę, bo nie sama oczywiście, ale współprowadzę pewną grupę na Facebooku, która zrzesza adeptów pisania, takich fascynatów tworzenia historii jak ja sama. I my tam się razem szkolimy w tym pisaniu. Trenujemy warsztat, dyskutujemy, przedstawiamy swoje problemy, próbujemy znaleźć rozwiązania. I ja czasem razem z pozostałymi osobami, które są administracją, dajemy różnego rodzaju tematy do dyskusji, ćwiczenia warsztatowe. I któregoś razu, właśnie wiedziona ciekawością, zapytałam młodych ludzi, w sumie młodych w kategorii stażu pisarskiego, niekoniecznie wieku, ponieważ wiek jest tam naprawdę zróżnicowany, a staż pisarski zazwyczaj jednak duży nie jest. Są bardzo różne staże pisarskie, jednak zazwyczaj trenujemy to pisanie jako osoby, które jeszcze jako takiego doświadczenia pisarskiego za dużego nie mamy. No bo co to jest wydanie jednej czy dwóch książek? W sumie ciągle się jeszcze uczymy. I słuchajcie, odpowiedzi na to pytanie pozytywnie mnie zaskoczyły, ponieważ były tak zróżnicowane.
Były tak indywidualne. To nie było tak, że wszyscy: „A, bo ja piszę, bo coś tam, coś tam” i powielamy tą samą odpowiedź. Nie. Ja na przykład śmieję się, że ja piszę dlatego, że każdy trup w mojej historii uchodzi mi płazem. Nie piszę kryminałów, aczkolwiek tych trupów trochę w tych moich historiach było. I powiem wam, że gdybym miała teraz za takiego trupa odsiedzieć swoje w więzieniu, to trochę by mi to zajęło. No a tu widzę, proszę bardzo, jeden trup, drugi trup, a ja dalej chodzę na wolności i dalej tych trupów planuję w swoich historiach umieszczać więcej. Tak więc to tak śmiechem, żartem. Moja własna prywatna motywacja. Chociaż z drugiej strony pisać uwielbiam i to jest naprawdę rewelacyjna rzecz.
I powiem wam właśnie, że odpowiedzi były przeróżne. Były odpowiedzi związane z tym, że to daje radość, że to uspokaja, że to pozwala stworzyć książki takie, jakie się chciałoby czytać. Były też odpowiedzi związane z terapeutycznym jakimś działaniem literatury. I te wszystkie motywacje, póki nie raną kogoś z zewnątrz, kogoś, kto jest obok nas, są jak najbardziej w porządku. Bo jeśli ja piszę po to, żeby komuś zrobić krzywdę czy żeby komuś zrobić przykrość, to jako motywacja jest dość słaba. Widząc jakie są różne motywacje, mogę wam też powiedzieć, że nie ma jednego wieku, kiedy ludzie zaczynają pisać. Są tacy, którzy już w podstawówce tworzą krótkie opowiadanka na jedną stronę formatu A5 i te opowiadanka są chowane gdzieś do szuflady. I oni naprawdę z takim zafascynowaniem piszą te historie. Jeszcze czasem ozdabiają i robią własne ilustracje. I to jest jak najbardziej w porządku, bo to jest szlifowanie tego warsztatu od lat najmłodszych i jeśli nic się nie zmieni, to ten ktoś dalej będzie pisał.
Czasami jest tak, że się gdzieś gubi to pisanie po drodze. To jest tak, że w wieku szkoły podstawowej można już jak najbardziej znaleźć osoby, które są zainteresowane pisaniem. To jest jak najbardziej w porządku. To jest po prostu fascynujące. Ale zdarzają się też takie osoby, które przeszły podstawówkę, czytały tych lektur sporo. Czytały, czytały, czytały, bo wiadomo, trzeba czytać lektury szkolne. Idą do szkoły średniej i nagle w szkole średniej trafiają na jakieś inne lektury, trochę bardziej ambitne, dla trochę starszych osób. I one stwierdzają, że albo to jest coś fascynującego, one też chcą to robić, albo „Boże drogi, jaki kicz!” Takie też mogą być opinie. To, że to napisał, powiedzmy Adam Mickiewicz, to nie znaczy, że dla kogoś nie będzie to po prostu jedną wielką katastrofą. Dlaczego by nie?
I ten ktoś sobie myśli: „Nie, nie, nie, nie. Ja to zrobię lepiej. Ja to zrobię tak, że pokolenia usiądą z wrażenia” i jak najbardziej. Pokolenia mogą siadać z wrażenia, tylko ten ktoś musi wziąć się za warsztat. Z tym różnie bywa, ale ten wiek też jest bardzo dobry na rozpoczęcie pisania, jak każdy zresztą. Zdarza się ten wiek dojrzewania właśnie bardzo jest popularny. Bardzo często w wieku dojrzewania młodzież sięga po długopis, dziś to też po klawiaturę i zaczyna pisać, tworzyć poezję. To jest też jak najbardziej w porządku. Bardzo byłabym daleka od tego, żeby odmawiać komukolwiek możliwości tworzenia poezji tylko dlatego, że tego potrzebuje. Wiek dojrzewania jest taki specyficzny i wtedy potrzeba bardzo mocno uzewnętrzniać swoje emocje.
Dlatego pisanie wierszy wtedy jest jak najbardziej wskazane, ponieważ poezja bardzo pięknie pokazuje emocje. I część osób faktycznie później dalej pisze te wiersze, a część, kiedy dorasta, porzuca to na rzecz zupełnie innych czynności. I to też jest jak najbardziej w porządku. Nie mówię, że nie. Można pisać, można przestać. Nie trzeba tego robić cały czas. Są też osoby, które dopiero kończąc szkołę, kończąc studia odczuwają potrzebę pisania. Są już dorosłe i na przykład skończyły politechnikę albo jakieś inne techniczne uczelnie i na przykład wtedy dopiero ujawnia się u nich miłość do pisania, bo na przykład przeczytały masę książek i są zafascynowane. Chciałabym teraz przy okazji powiedzieć, że czytanie wielu książek nigdy nie jest równoznaczne z tym, że ktoś zacznie pisać. Nie, nie, nie, moi drodzy, tak to nie ma.
Ponieważ fakt, że ktoś czyta, nie zrobi z niego z automatu osoby piszącej. Do tego potrzebne jest kilka innych czynników, czyli chęć, czyli próby pisania. I naprawdę czasem po prostu ktoś czyta tylko dlatego, że czerpie z tego radość i nic więcej nie jest mu do szczęścia potrzebne. Są za to osoby, które czytając mają wielką ochotę tworzenia swoich własnych światów, swoich własnych historii i sięgają po tą klawiaturę, po ten komputer i klikają godzinami, żeby stworzyć własną historię, ponieważ czują taki niepohamowany apetyt do tego, żeby to robić. To też jest jak najbardziej w porządku. To jest bardzo w porządku, powiedziałabym nawet. Jednak z drugiej strony powiem wam, że nie da rady pisać, nie czytając. Ponieważ kiedy czytamy książki, poznajemy różnego rodzaju style i czerpiąc z nich możemy stworzyć swój własny styl. Nie żeby tam zaraz kalkować masę innych styli i tworzyć swój własny styl. Jednak czerpiąc z historii napisanych różnymi stylami można stworzyć swoją własną drogę pisarską, taką unikalną, zupełnie unikalną, co jest jak najbardziej w porządku.
Czytanie to jest taka furtka do tego, żeby zacząć pisać po swojemu. Ponieważ poznajemy sposoby na pisanie opisów, na tworzenie dialogów, widzimy, jak możemy opisać jakieś działania, jakieś postawy. Czerpiemy z tego, potem tworzymy to po swojemu. Coś dodajemy, coś odejmujemy, coś przekształcamy. Tworzymy zupełnie odmienny opis, zupełnie odmienną rzecz w oparciu o to, co przeczytaliśmy. Czyli na przykład troszeczkę z tej książki, kapeczkę z tej książki, odrobinkę z tej książki i tworzymy z tego zupełnie swoją własną historię, swoje własne opisy, swoje własne rzeczy, które umieszczamy później w książce. I to jest jeden z etapów edukacji pisarskiej. Ponieważ kiedy zaczynamy pisać, musimy pamiętać o tym, że musimy trenować. Pierwsze prace, które stworzymy, na pewno nie będą jakimiś super ekstra wypiekami twórczymi. To będą takie raczej zakalce, które w sumie da się jakoś przełknąć, ale Do ideału jeszcze sporo brakuje.
Dopiero później, w trakcie tej pracy nad tekstem, zaczynamy dodawać wszystkie elementy tak, że ten wypiek zaczyna wyglądać naprawdę imponująco. A kiedy się go spróbuje, po prostu słuchajcie: eksplozja. Eksplozja smaku, eksplozja wszystkiego po kolei. To jest tak wtedy piękne, że aż słów brakuje, tylko się mlaszcze z zadowolenia. Dlatego bardzo ważne jest, żeby czytać, żeby pisać, żeby trenować, żeby pytać innych o to, jak poprawić swój warsztat pisarski. Może nie rodzinę, nie bliskich, nie przyjaciół, ponieważ dla nich to zawsze będzie dobre. Znaleźć kogoś, kto będzie obiektywny i obiektywnie będzie oceniał tekst. I on wtedy pokaże, gdzie są braki, nad czym trzeba popracować, żeby ten tekst poza tym, że dobrze się czytało na przykład wizualnie, żeby on też porywał, żeby człowiek się w nim zanurzył, żeby czytelnik się w nim zanurzył i żeby nie mógł się od niego oderwać. Chciałoby się takie rzeczy czytać, prawda? Chciałoby się.
Jednak to wymaga naprawdę wielkich pokładów pracy, ponieważ samo pisanie, moi drodzy, to jest 10% tego radosnego pomykania razem z weną po łąkach. Po łąkach Weny, zrywania kwiatków i takiego szału pisarskiego. To jest tylko 10%, ponieważ 90 pozostałych procent tej historii to są żmudne poprawki. To jest tak jak rzeźbiarz, który najpierw narysował sobie, co będzie chciał rzeźbić, a później godzinami z dłutkiem i młotkiem siedzi i próbuje nadać temu, co sobie wyobraził, kształt w kamieniu. To jest podobna praca, chociaż mniej męcząca fizycznie, bardziej męcząca psychicznie. Ale to jest ten sam etap. Ta praca, te poprawki, to rzeźbienie w tej bezkształtnej na początku masie. Ponieważ jeżeli zaczynamy pisać, to ja tak przynajmniej mam, że ja płynę. Ja płynę z tym tekstem, popełniam masę błędów, tam jest masa powtórek, masa jakichś zaimków niepotrzebnych, masa wyrazów, które gdzieś tam się powtarzają. Naprawdę jakieś jedno słowo mam, które powtarza się w co drugim zdaniu i to trzeba wszystko wywalić.
Zdania trzeba niejednokrotnie przebudować, żeby to miało jakiś wygląd. I to jest, słuchajcie, 100% całości. Kiedy to podamy już czytelnikowi po odpowiednim czasie, bo tekst jeszcze powinien swoje odleżakować. A o tym powiem kiedyś indziej, dlaczego powinien odleżakować. Ale w tym momencie, po tych 100% naszej pracy, czyli najpierw radosne pomykanie po klawiaturze, a później 90% ciężkiej pracy z dłutem pisarskim. Kiedy damy ten tekst do przeczytania, to wtedy faktycznie mogą być te fajerwerki. Ja nie mówię, że nie. Wtedy faktycznie mogą być te fajerwerki i dla tych fajerwerków u czytelnika warto pisać. Dlatego najczęściej też pisarze piszą. Dla tych fajerwerków, dla tego zachwytu w oczach czytelnika.
To jak najbardziej. Ja należę właśnie do takich osób, do grona tych osób, które po prostu piszą głównie po to, też dlatego, żeby poczuć, że czytelnikowi to się podoba, że on naprawdę się cieszy, że czyta, że on po prostu nie czuje marnowania czasu na moją pracę. To jest po prostu niesamowite, kiedy ktoś mówi mi, że moja książka coś wniosła do jego życia. Po prostu słuchajcie, skrzydła mi rosną takie coraz większe, coraz większe. Fakt, że później, kiedy siadam do pisania czegoś innego, to one tak trochę opadają. Ale da się nad tym popracować. Ale trochę uciekłam od pierwotnego tematu ad rem, jak to się mawia. Tak więc powiem wam, że w sumie jak tak zerknąć na te wszystkie odpowiedzi osób piszących dotyczące tego, dlaczego piszą, to w większości, a nawet w 100% tych odpowiedzi będzie przewijała się jedna rzecz, czyli coś, co powoduje ten zew literackiej przygody, że po prostu gnamy wołani przez tą muzę pisarską. Czujemy potrzebę. My po prostu czujemy potrzebę i mam wrażenie, że przyznacie mi rację, że czujemy potrzebę do tego, żeby składać wyrazy w zdania, a zdania w konkretne historie.
Ponieważ nie oszukujmy się, tworzenie historii to prawie jak oddychanie u osób piszących. Nie potrafimy tego nie robić. Nawet jak jedziemy autobusem, to gdzieś tam w głowie myślimy historią. Myślimy naszym narratorem w głowie. Przynajmniej ja tak mam, że jak coś robię, to czasami zdarza mi się, że nie myślę tak normalnie, tylko widzę coś jako historię i to próbuję złapać, żeby później to zostało użyte do historii. Chociaż kawałeczek z tego, co widzę i jeżeli się tego użyje w historii, to słuchajcie, czasami jest naprawdę niesamowita rzecz. Ponieważ pisarz potrafi umieścić w swojej historii coś, co faktycznie istnieje i on to umieści w tej historii jak naprawdę niesamowicie zręczny Jubiler umieszcza kryształy czy diamenty w biżuterii. Tak samo jak jubiler, tak samo i pisarz muszą szkolić się, trenować. Czasem miną lata, zanim osoba pisząca będzie w stanie swój tekst w właściwej formie przekazać czytelnikom. I to też jest dobre, bo nie trzeba od razu każdego tekstu pokazywać szerszej publiczności.
Ja wiem, mamy internet, mamy ułatwiony dostęp do tego, mamy szybszy dostęp do czytelników niż kiedyś i to nęci takie udostępnianie swoich prac. Czasami one są naprawdę bardzo marnej jakości. Ja wiem po sobie, że moje pierwsze opowiadania najlepsze nie były. I chociaż mam do nich sentyment, mam do nich wielki sentyment, naprawdę, to wiem, że są to opowiadania warsztatowo słabe i wracając do nich dziś łapię się za głowę, bo jest mi naprawdę siebie żal. Po prostu. Tak szczerze mówiąc żal tego, jak ja kiedyś pisałam. Nie, żebym dzisiaj pisała wszystko cudownie i pięknie i idealnie, bo ja i dzisiaj potrafię napisać taki pasztet literacki, że to się po prostu w głowie nie mieści. Bo to nie jest tak, że ma się tylko szczyt formy. Czasem ma się spadek formy, nawet pisarskiej i potrafi się zrobić naprawdę coś bardzo słabego. To, że ktoś trenuje warsztat, nie znaczy, że będzie od pewnego czasu robił tylko wspaniałe rzeczy.
Zaczynając więc przygodę z pisaniem, proponowałabym wykonać najpierw kilka prób pisarskich. To nie muszą być jakieś długie opowieści. To mogą być krótkie historie, mogą być nawet drable. Drable też są w porządku. Lubię drable. Chociaż z drugiej strony drable to już jest wyzwanie pisarskie, a wyzwania pisarskie, słuchajcie, to już dla kogoś, kto wie, że pisanie go kręci. Później, kiedy już się zacznie pisać, proponowałabym przedstawić tę historię komuś, jak już wspominałam wcześniej, obiektywnemu, żeby powiedział, czy to ma ręce i nogi, czy to da się czytać, czy to w ogóle ma sens. Jeśli nadal jesteśmy zainteresowani pisaniem, wszystkie uwagi należy wysłuchać, a wykonać, jeśli chodzi o uwagi, należy tylko te, z którymi się notabene zgadzamy. Ale nie tak, że jestem autorem tej wspaniałej historii, a ty się nie znasz, bo jesteś zwykłym czytelnikiem i ja chciałem przekazać coś zupełnie innego, tylko najpierw zastanowić się, czy ten ktoś faktycznie nie ma racji, ponieważ patrzył na tą historię zupełnie obiektywnie, jako zwykły czytelnik. I wiecie, jeśli nie potrafimy zaakceptować tego, że ktoś nam krytykuje tą książkę, tą opowieść, to nie wiem, czy to jest dobry pomysł, żeby dalej pisać.
Ponieważ jeśli ten piszący człowiek wyda tą książkę, to z negatywnymi opiniami spotka się na pewno. Ale ja tutaj teraz o wydawaniu. A dziś mieliśmy rozmawiać o początkach pisania. Dlatego, słuchajcie jeszcze raz powiem, że najpierw trzeba próbować, próbować i próbować, ponieważ trening czyni mistrza, a mistrzostwo chyba każdy z nas chce osiągnąć. Jak najbardziej to jest bardzo dobra motywacja, żeby być mistrzem w pisaniu. Niektórzy nie chcą być mistrzem, chcą być czytani, chcą zarabiać miliony. Ale jeśli zaczniemy od motywacji takiej, że ktoś chce zarabiać miliony na swoim pisaniu, to myślę, że daleko nie zajedzie. Ponieważ najpierw pisanie powinno być zwykłym hobby. Zawsze pisanie jest zwykłym hobby. Na początku oczywiście, bo wszyscy, których znam, pisali najpierw do tak zwanej szuflady, czyli pisali jakieś utwory, a później one leżakowały przez lata praktycznie albo przez miesiące.
Zależy jakie tam kto ma usposobienie, ale one były ukryte gdzieś tam w zakamarkach. Kiedyś były faktycznie w szufladach, w zeszytach, dziś są w zakamarkach dysku w komputerze i nikomu nie są pokazywane, ponieważ ktoś, nie wiem, się wstydzi, wątpi w swoje możliwości albo nie chce nikomu mówić, że na przykład pisze. Dopiero później, kiedy dorastamy do tego pisania, kiedy nabieramy pewności, dopiero wtedy wychodzimy z tej szuflady, z tego dysku, który jest zamknięty gdzieś tam i nikomu nie pokazywany. Tak więc na początku to jest zwykłe hobby, któremu poświęcamy każdą wolną chwilę. I to jest naprawdę w porządku. Jak najbardziej, ponieważ wszystko, wszyscy artyści, tak samo malarze, rzeźbiarze, najpierw zaczyna się od zwykłego hobby, które później w pocie i znoju. Bo przykro mi bardzo, ale nie znam jeszcze nikogo, kto bez ciężkiej pracy zrealizował swoje postanowienia dotyczące pisania, malowania czy nawet rzeźbienia. Bo nie ma takiej osoby, która ot tak po prostu usiądzie z biegu i postanowi, że będzie pisać i będzie to robić świetnie, ponieważ nawet jeśli ma, powiedzmy, nie wiem, warsztat opracowany, ponieważ wie, jak się pisze, bo zna zasady ortografii, to niekoniecznie może stworzyć porywającą fabułę. Z drugiej strony wiem sama, jak ciężko jest przelać fabułę, która po prostu jest, wiecie, eksplozją w głowie, która po prostu jest cudownym pomysłem, a spisana na papier traci na jakości, robi się miałka, taka jakaś mało czytelna. Dlatego trzeba wkładać dużo pracy.
Jak już wspominałam wcześniej, te 90% pracy nad tekstem to są poprawki, to są ćwiczenia warsztatowe, to jest ciężka praca. Na którą nie każdy z piszących jest gotowy. To tak samo jak z zajęciami z malarstwa. Zaczyna naprawdę wielu zainteresowanych, ale kończy już tylko garstka ludzi, która naprawdę jest w stanie poświęcić czas, żeby narysować, namalować, wyrzeźbić. Artystycznie się wyrazić w ten sposób malarski. To już tylko garstka. Tak samo jest z pisaniem. Ale nie chcę was straszyć, bo nie na tym polega ta audycja. Nie będę was tutaj straszyć, że tak strasznie jest pisać, ponieważ powiem wam, że wszyscy piszący, pomimo tej ciężkiej pracy, którą muszą włożyć, tych 90% ciężkiej harówy, my wszyscy uwielbiamy pisać i żaden z nas nie zamieniłby tego na nic innego. I tym oto bardzo optymistycznym akcentem chciałabym skończyć dzisiejszą audycję i zaprosić was wszystkich za dwa tygodnie.
Mam nadzieję, że nie wystraszyłam was za bardzo. Dobranoc. Życzę udanego wieczoru.
[03:11:04] - I jak to się państwu podobało? Gwarantuję, że z odcinka na odcinek będzie jeszcze lepiej. Tu w pierwszym troszkę trema, pierwsze koty za płoty, jak to się mówi, ale i tak chyba było niezwykle merytorycznie, bo Kamila Ciołko-Borkowska to jest właśnie taki bardzo merytoryczny, konkretny pisarz. Pisarka. Wiem. Poprawiłem się. Więc taka bardzo merytoryczna, konkretna pisarka, która myślę, że doskonale wie, o co w pisaniu chodzi zarówno w tej części, nazwijmy nadbudowy, czyli o czym piszemy, ale też jak piszemy. Myślę, że to będzie fajna przygoda z cyklem „Pisząca z fiordami”. Teraz kolejna nasza współpracowniczka Luiza Dobrzyńska Eviva. Dzisiaj jej recenzjum poświęcone jest książce Celestynie „A cóż to za dziwo!”
[03:12:42] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Nie wiem, czy ktokolwiek dzisiaj pamięta takie nazwisko jak Stanisław Krzysztof Stopczyk. Powiem szczerze, sama nie zetknęłam się z nim nigdzie poza jedną krótką książką, którą przeczytałam jeszcze w dzieciństwie. Nazywa się ona dość osobliwie „Celestynie, a cóż to za dziwo!” Jest to jedna z tych książeczek, które były wydawane w PRL-u dla dzieci. I jak już czasami podkreślałam, PRL owszem, był straszny, był bardzo opresyjnym systemem, ale literatura dziecięca wtedy przewyższała o głowę to, co mamy teraz. Można powiedzieć raczej, że biła na głowę, albowiem wychodziło wtedy dużo książek, które rzeczywiście czegoś uczyły. Nie służyły tylko rozrywce i utwierdzeniu malucha w przekonaniu, że jest pępkiem świata i że cokolwiek nie zrobi, wszystko cacy. Nie, właśnie o to chodzi. Teraz takich książek się już nie wydaje, bo po co? Jeżeli chodzi o Celestyna, to ta książka odbiega nawet od tego, co wydawano w PRL-u.
Jest wyjątkowa pod wieloma względami, chociaż w sumie bardzo uboga w treść, bardzo króciutka, ale mimo to bogata w filozofię, w przemyślenia. O czym bowiem mówi tytuł? Celestyn jest mieszkańcem miasteczka o nazwie Kalamburia. Właściwie jest mieszkańcem tylko z nazwy, bo tak naprawdę jego dom się znajduje poza miasteczkiem, czego nikt z Kalamburyjczyków nie potrafi zrozumieć. Dlaczego ktoś mógłby chcieć mieszkać na uboczu? Kiedy próbuje im wyjaśnić, jak cudowne widoki ma ze swojej małej chatki, nie rozumieją tego. Nie pojmują tego, że ktoś może tęsknić za pięknem, szukać go, a nie zająć się czymś, można powiedzieć bardziej pożytecznym. Wielkim marzeniem Celestyna jest wydmuchanie największej z możliwych baniek mydlanych. Cóż bardziej nietrwałego? No właśnie.
Ale opracowawszy metodę pozwalającą na uczynienie bańki mydlanej naprawdę wielką, Celestyn zaczyna myśleć o tym, jak ją utrwalić. Inwentaryzuje sposób. Posługując się pajęczymi nićmi nie tylko tworzy, ale i niejako więzi największą i najpiękniejszą bańkę mydlaną, o jakiej można pomarzyć. Ponieważ jego dzieło w Kalamburii nie jest doceniane, postanawia ruszyć z nią w świat, pokazać ją ludziom. W tej podróży przeżywa wielkie rozczarowanie. Trafia bowiem do miasta, które zamieszkują sami wojskowi i ich interesuje tylko to, czy bańkę można wykorzystać jako broń. Potem do miasta zamieszkałego przez samych mędrców, którzy nie rozumieją ani czym jest piękno, ani czym jest szczęście. I bańka mydlana budzi w nich jedynie niepokój. Potem jeszcze dochodzi do miasta, w którym jego dzieło wzbudza zainteresowanie pewnego człowieka, ale tylko jako coś, co można powielić i sprzedać. To tak jest wszędzie.
Rozgoryczony tym, czego się dowiedział o ludziach, wraca na miejsce swego urodzenia i tam spotyka go wielka niespodzianka. Jaka to niespodzianka? Poszukajcie tej książeczki, może jeszcze gdzieś znajdziecie. Jest ona, jak już powiedziałam, przeznaczona dla dzieci. Pokazuje im jednak świat z perspektywy człowieka dorosłego. Człowieka, który zachował dziecięcą wrażliwość i dziecięcą radość i usiłuje niejako podzielić się tym z całym światem. Tylko że świat tego nie potrzebuje. Właśnie to jest w tym najsmutniejsze. Nie chcę powiedzieć przez to, że książka jest smutna. Ma bardzo poetycki nastrój, ale nie jest też wesoła, bo w sumie pokazuje świat taki, jaki jest.
Pokazuje różne typy ludzi, którzy myślą o tym, jak wszystko skodyfikować, wszystko zrozumieć. Albo jak na wszystkim zarobić, albo jak wszystko opanować. Dzieło niezwykłe, ale nieprzynoszące nikomu żadnej wymiernej korzyści, jest lekceważone. Kocha je tylko twórca. Dla Celestyna bowiem bańka mydlana uosabia całe piękno świata razem z jego nietrwałością, ulotnością. Wbrew zdrowemu rozsądkowi on pragnie to zatrzymać, ale później orientuje się, że jego pragnienie nie ma sensu i że w gruncie rzeczy jest dość egoistyczne. Każdy pisarz, poeta, malarz, każdy artysta jest w głębi duszy właśnie takim Celestynem, często niezrozumianym przez otoczenie. Ludzie, którym ofiarowuje swoje dzieło, w które włożył całe serce, całe życie, wyśmiewają go czasem i odpychają. Czasem. Właściwie to bywa bardzo częste.
Z artystów będących na szczycie znamy niewielu, a na każdego z nich przypadają tysiące tych, których nie znamy, którzy nie przebili się do zbiorowej podświadomości i zbiorowej świadomości. Czy oni są gorsi? Tego nie możemy wiedzieć. To jest właśnie najgorsze. My tego nie wiemy, albowiem ich nie znamy. Tak właśnie jak Celestyn pozostawał nieznany. I tak naprawdę ludzie zaczęli go doceniać wtedy, kiedy odszedł. Kiedy zniknął. To jest, można powiedzieć, parafraza tego, że wielu artystów docenia się dopiero wtedy, kiedy ich nie ma pośród nas. Czasami mogą upłynąć nawet wieki i nagle ludzie dostają szału.
Jak to? Nie doceniano kogoś tak wspaniałego. Jak to możliwe, że umarł w zapomnieniu, często w nędzy? Ano bardzo prosto możliwe, ponieważ w głowie się nam nie mieści, że ktoś żyjący obok nas może być geniuszem czegokolwiek. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, jak to się mówi. Warto tę książkę przeczytać, jeżeli ją jeszcze gdzieś znajdziecie, w co wątpię, bo raczej jest zapomniana. Ale gdyby wam się udało, spróbujcie. Naprawdę, jeżeli dacie ją swoim dzieciom, powinny to zrozumieć. Chociaż w dzisiejszych czasach dzieci też są inne niż za czasów PRL-owskich. Czego innego potrzebują i na co inne zwracają uwagę.
Mimo wszystko uważam, że bardzo źle się stało, iż tego rodzaju książki przestały wychodzić. Być może po prostu się zestarzałam. Nie potrafię pojąć, co jest dobrego w dzisiejszej edukacji młodzieży. Trudno, wszyscy się starzejemy, ale takie książki jak ta starzeć się naprawdę nie powinny. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:19:32] - Proszę państwa, to czas teraz na drugi dzisiaj odcinek powieści Władysława Sadkę „Goście z Marsa”. Powoli, notabene, zbliżamy się do końca, ale póki co księga trzecia, rozdział ósmy tej teozoficznej, trochę fantastycznej, trochę nawet science fictionowej powieści. Zapraszam.
[03:20:02] - Władysław Sadke. „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Hadar. Zapewne niedługo już nacieszysz się nami, Szołmani. Patrz, towarzysz mój leży już bez ruchu. Tak go zmęczyła wczorajsza rozmowa i brak pożywienia, a ja zaledwie podnieść się zdołałam, aby cię przywitać. Zaledwie sił mi starczy do opowiadania. Cierpimy oboje i gdyby nie chęć zaspokojenia twej ciekawości, którą tak widocznie okazujesz, bylibyśmy już przed kilkoma dniami ukrócili nasze cierpienia. A to jakim sposobem? Oto płynem zawartym w tym flakoniku, którego jedna kropla starczy do natychmiastowej śmierci.
Więc u was samobójstwo jest dozwolonym? Dlaczegóż miano by go wzbraniać? Alboż ja nie panią swego życia? Jeśli mi życie staje się nieznośnem, zrzucam je jak suknię już niepotrzebną. Od samobójstwa nikt nie ma prawa mnie powstrzymywać, bo się na świat nie wpraszałam. Nie wpraszałam. Jak to się u was wydarza, jest zbrodnią niezaprzeczoną, bo dzieje się to zwykle wbrew życzeniu ofiary. Ale odebrać życie sobie samemu nie można za zbrodnię poczytywać, bo to uskuteczniam za zgodą mej woli. Jeśli zaś zaprzeczam istnienie wolnej woli, jak to jest u nas twierdzeniem ogólnym, na ten czas samobójstwo jest nadto zupełnie wytłumaczonem jako skutek konieczny poprzednich przyczyn. U was potępienie samobójstwa miało jeszcze częściową słuszność w tem, iż często pozbawiało rodziny jedynego opiekuna, która w braku tegoż popadała w nędzę.
U nas ten wypadek nie może się wydarzyć, bo u nas nie ma rodziny Dlatego też w naszym społeczeństwie samobójstwo, zwłaszcza między ludźmi starszymi, jest na porządku dziennym, a mało kto umiera śmiercią naturalną. Młodzież żywi się jeszcze jakąś nadzieją przysłużenia się społeczeństwu i to ją utrzymuje przeważnie przy życiu. Starsi jednak chętnie zrzucają z siebie ten ciężar obarczający ich tylko cierpieniem ustawicznym, gdy przyszli do przekonania, że to wszystko już marność, że nie ma nic na świecie, co by warte było życia. Zgadzam się z tobą zupełnie, bo w waszym społeczeństwie, mimo wielu stron dodatnich, napotykam taką jednostajność, taki brak wszelkiej zachęty do życia, że z nas żaden nie zniósłby pobytu między wami przez rok jeden nawet. Wierzę ci, boście jeszcze nie dorośli do tego życia, ale za sto wieków nastanie u was ten sam stan, w jakim obecnie my się znajdujemy. Musicie jeszcze dojrzeć, kształcić się, doświadczyć wiele, przejść te wszystkie stopnie, któreśmy przechodzili, aby... Aby dojść do tak okropnego życia, prawda? To chciałaś powiedzieć? Wyznam, że tak jest. Nie sądź bowiem, byśmy byli zadowoleni z naszego życia, bo przekonaliśmy się już od dawna, co mówiłam ci już nawet, że myśl jest przekleństwem.
A im większy rozwój, tym gorsze piekło dla ludzi. Jak my wam zazdrościmy waszego życia, tak rozsądni między wami z zawiścią spoglądają na tych idiotów, którzy bezmyślnie przechodzą przez życie. Dziwi mnie tylko nadzwyczajnie, jak mogliście się pozbyć tak wszelkich uczuć. Wytępiliśmy je, bo tak nam nasz rozum nakazywał. Bo każde uczucie więcej pociąga za sobą cierpień więcej niż rozkoszy. Bo uczucie nie da się pogodzić z równością bezwzględną i rządzącym rozumem. Cywilizacja to rozwój tylko rozumu, a zanik uczucia. Najwyższym jej stopniem to właśnie nasza równość, nasza jednostajność i brak wszelkiego interesu w życiu. Mało się może z was zgodzi na to, iż cywilizacja przytępia, a wreszcie zupełnie wyniszcza uczucie wszelkie. A jednak tak jest w istocie.
Porównaj tylko dzikich z cywilizowanymi, a przekonasz się łacno, że uczucia jak gniew, litość, miłość macierzyńska, przywiązanie do ojczyzny występują w wyższym stopniu u pierwszych niż u drugich. Bo u tamtych objawia się uczucie czyste, niezmącone jeszcze zastanowieniem. U tych zaś rozsądek wpływa na okazanie uczucia i często go tam uwidacznia, gdzie go wcale nie ma. Nasze więc istnienie stało się zupełnie podobnym do istnienia tych najniższych stworzeń. Bez czucia, bez zmysłów, o mechanicznym tylko trawieniu i rozmnażaniu się. Z tą atoli różnicą jedyną, iż my nieszczęśni posiadamy świadomość swego istnienia. To są skutki tej tak przez was upragnionej, wychwalanej cywilizacji. Wspominałaś jednak przed kilkoma dniami, jakobyście znali jedno uczucie: miłość. Tak jest. Jest to jedno jedyne uczucie, które się u nas wyjątkowo czasami pojawia.
Bo jak ci już mówiłam, to uczucie wytępiają u nas z największą starannością i od dzieciństwa przestrzegają przed nim jako przed najokropniejszą zbrodnią. Ponieważ atoli jest ono głównym prawem przyrody, przeto zapewne tak trudno przychodzi nam zupełnie je wytępić. Mimo wszelkich zabiegów pojawia się ono atawistycznie u niektórych osobników. Do tych szczęśliwych należał mój towarzysz, bo we mnie obudził to uczucie inny wypadek. Już w drugim roku mego pożycia z mężem udało mi się powiększyć za pomocą szkieł fotografię Ziemi milion razy, skutkiem czego zdołałam ujrzeć nie tylko osoby poszczególne, ale nawet rozpoznawać ich uczucia. To wydało mi się tym dziwniejszym, ciekawszym, iż u nas wszystkie twarze są jakby z marmuru wykute i nigdy nie drgają żadnym uczuciem. Za pomocą tychże szkieł mogłam podglądnąć w domowe wasze stosunki, obaczyć was w najdrobniejszych szczegółach i to nie tylko w opozycji, ale i w koniunkcji obu planet. Możesz sobie wyobrazić, z jakim zapałem, z jaką pożądliwością spoglądałem na ten świat dla mnie nowy i z jakim upragnieniem wyczekiwałam nowych fotografii, które przygotowywali dla mnie ludzie zajęci zdejmowaniem w moim obserwatorium. Zapał mój wzrósł wnet do tego stopnia, iż przesiadywałam nad fotografiami nie tylko ósm godzin przeznaczonych na pracę, ale wymykałam się często w nocy do obserwatorium i przeglądałam fotografie złożone w archiwum z wieków upłynionych. Wszystko, co uważałam za ciekawe, ogłaszałam publicznie natychmiast po wszystkich miastach naszej planety za pomocą telefonów, dodając nadto ustne objaśnienia.
Wywołałam tym sposobem niebywały ruch i zajęcie na całym Marsie i wszystkie nasze parlatoria, wszystkie nasze miejsca publiczne były szczelnie zapełnione już od godziny piątej wieczorem, oczekując na obrazy, które zwykłam była wówczas rozsyłać. Na ogólną prośbę wszystkich mieszkańców skrócono o godzinę nawet przekazaną przejażdżkę, aby tylko wszyscy mogli przypatrywać się tym zwykle arcyśmiesznym okazom z Ziemi. Opowiadano mi potem, jaką niezwykłą radość i uciechę zdołałam wywołać na całym Marsie. Jak wzruszałam kamienne oblicza jego mieszkańców, pokazując im walkę ludzi o kawał metalu okrągłego, zwanego u was drobną monetą. Jak kurczyły się ich twarze, widząc opasłego Europejczyka robiącego słodką minę do młodej dziewczyny. Jaka litość wstrząsała nimi, gdy ujrzeli kobietę wynędzniałą, okrytą w łachmany, a wyciągającą wychudłą rękę o jałmużnę. Jak się wzdrygali i odwracali oczy z obrzydzeniem, gdy im pokazałam ofiarę napadu morderczego. Jak z podziwem wpatrywali się w młodą parę ściskającą się miłośnie. Tak postępowałam przez dni kilka. Interesowało mnie to samo wielce i cieszyło niezmiernie, że mogę poruszyć wszystkimi mieszkańcami ich jednostajne życie przerwać.
Dotąd jednak wybierałam z fotografii okazy na chybił trafił, bez względu na wzajemny ich związek, nie badając wcale życia poszczególnych osobników. Pewnego jednak poranku na jednej z fotografii zdjętej o wieczornej porze na Ziemi zauważyłam obraz szczególny. W oknie małego domu, już za miasteczkiem tuż nad Wisłą się rozciągającym, spostrzegłam dziewczę z wyrazem przestrachu trzymającą palec na ustach dla przestrogi. Dziewczę to było tak młode, a tak piękne i miłe, iż uczułam jakieś niezwykłe wzruszenie w sobie na jego widok i zapragnęłam gorąco dowiedzieć się, co je tak przeraziło. Wpatrywałam się uważnie w otoczenie i wnet odkryłam twarz młodzieńca ukrytą w gąszczu pobliskich krzaków. Nie rozumiałam związku obu tych postaci i ja byłam bardzo zaciekawiona. Nie dziw, ja nie znałam miłości jeszcze ani jej objawów. Oczekiwałam niecierpliwie dalszych fotografii, ale nic z nich nie skorzystałam, bo wkrótce nastał zmrok na Ziemi, a wnet potem noc ciemna. Tego dnia nie mogłam z nadmiaru ciekawości już pracować, lecz dnia następnego poczęłam przerzucać fotografie z dni poprzednich, by zbadać, czy nie spostrzegę gdzie znajomych mi twarzy. Długo mozoliłam się daremnie, aż na jednej przed tygodniem zdjętej zdawało mi się ujrzeć obie postacie.
Ona z głową spuszczoną szła w przód chodnikiem po bezludnej uliczce. On postępował za nią i zdawał się coś przemawiać do niej. Ona z rumieńcem na twarzy wsłuchiwała się w słowa jego i wdzięczny uśmiech pojawiał się na jej ustach. On pokornie, lecz okiem błyszczącym wpijał się w jej oblicze i starał się do niej zbliżyć. Długo myślałam. Zastanawiałam się nad tym, jaki by związek mogły mieć oba te obrazy, ale nie zdołałam ich połączyć w jedną całość, bo nie rozumiałam uczuć ziemskich. Ponieważ jednak Ziemia przyciągała mnie teraz gwałtownie ku sobie, więc skierowałam olbrzymi nasz refraktor ku niej i z zadowoleniem spostrzegłam, iż Księżyc w pełni oświeca ją własnym swym blaskiem. Natychmiast wzięłam się sama do zdjęcia fotografii i z niezmierną radością zauważyłam, że i przy oświetleniu Księżyca nasze fotografie są dokładne. Rozumie się i że zaraz poczęłam szukać mego domku nad Wisłą. Znalazłam go jasno oświeconego, ale okienko było już zamknięte.
W gąszczu nie odkryłam już twarzy młodzieńca. Spokój, cisza zaległy całą okolicę, tylko rzeka lśniła się srebrzysto i toczyła spokojnie swe wody ku morzu. Mimo że młodych moich Ziemian nie znalazłam, byłam bardzo zadowoloną z odkrycia możliwości fotografowania Ziemi przy świetle Księżyca. Z radością udałam się wieczorem do domu. Mało jednak spałam i z niecierpliwością oczekiwałam dnia, aby moje odkrycie ogłosić światu, a zarazem uprosić, by mi przydzielono więcej ludzi celem zdejmowania fotografii co 10, a nawet co 5 minut. Ponieważ rada nasza oczekiwała z tych spostrzeżeń niemałych korzyści dla społeczeństwa, przeto zezwolono mi chętnie na tę pomoc. Pojmiesz łatwo, iż od tej chwili rzuciłam się z większym jeszcze zapałem do dalszych obserwacji i-- co ci jest? Słabo mi bardzo. Za wiele dziś mówiłam. Wspomnienie chwil najprzyjemniejszych wprawiło mnie w gorączkę.
Jutro skończę powieść swoją, gdy mi sił na to starczy. Władysław Stare. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar. No i proszę państwa, ostatnia część programu. Ta ostatnia część programu to tradycyjnie już Archiwum ABW. W tym archiwum kolejne fajne opowiadania, które kiedyś gościły na antenie audycji. Trochę mi żal, no ale cóż, ABW to już przeszłość. Teraz mamy AWF, Akademię Wszelkiej Fikcji, a ABW pamiętacie państwo, a ci z państwa, którzy nie pamiętają, to przypomnę: to była taka audycja, której całe archiwum znajduje się na stronie Radia Paranormalium. To była taka audycja, której słuchacze nadsyłali swoje utwory literackie.
One były czytane i Wiktor Żwikiewicz, znany pisarz oraz moja nieskromna osoba, a w pewnym momencie jeszcze trzecia osoba w postaci Tomasza Fąsa, doktora Tomasza Fąsa. To warto podkreślić, bo w tak zwanym międzyczasie nasz współpracownik zrobił doktorat z dziedzin ścisłych, niehumanistycznych, co dodatkowo, przynajmniej w moich oczach, podnosi wartość owego doktoratu. Bo wiecie państwo, ja co prawda cały z humanistyki, ale wiem
[03:34:33] - Te doktoraty z nauk ścisłych albo nauk ścisłych stosowanych wymagają dużego samozaparcia, dużej wiedzy i dużego spięcia, żeby to zrobić, dociągnąć ten doktorat. Więc spóźnione, ale szczere gratulacje dla Tomasza Fąsa. To tyle wspomnień o ABW. Zapraszam państwa na opowiadania, które naprawdę bardzo dawno temu były publikowane na antenie Radia Paranormalium.
[03:35:14] - Roman Rzepka, „Okruchy życia”. Etap. Kiedy wartość świeczek na torcie urodzinowym staje się najpoważniejszym składnikiem jego ceny, zaczyna być mało ciekawie. Wtedy z niemałym zaskoczeniem człowiek zdaje sobie sprawę, że nieodwołalnie dowędrował do tak zwanego dojrzałego wieku. Dojrzały wiek to oczywisty eufemizm, bo brutalna prawda, która nim nie dopadła, jest taka, że zaczynam stawać się zwyczajnym starym dziadem. Ubieranie w delikatności owego status quo nic nie pomoże. To ostatni etap życia. Koniec, kropka. Do łamania i rwania w kościach jakoś można się przyzwyczaić. Trudno jednak zaakceptować niemrawość w technologii gorliwego wypełniania biblijnego nakazu zaludniania ziemi.
Coś tu Panu Bogu nie wyszło z synchronizacją pomiędzy physis a psyche. Szczegółów drążyć nie będę, bo trzeba by być ekshibicjonistą, żeby publicznie obnażać swoje biologiczno-fizjologiczno-obsceniczne puzzle. „Kolego, czy nie przesadzasz z tą starością? Przecież dopiero teraz doczekałeś błogiego luzu. Tylko pozazdrościć. Kasa co miesiąc jest, no i wolność absolutna” – tak mnie uświadamiał Loczek z trudną do ukrycia nutką zazdrości. „Wolność? Chyba nie” – powątpiewałem. Od pewnego czasu systematycznie więcej wydaję na ratowanie zdrowia niż na jego psucie, a to jednak zabiera dużo czasu i pieniędzy. „Chłopaczku, a tak w ogóle to młody jesteś.
Życie widzisz przez różowe okulary jako coś niezmiennego. Ale czy to dobrze, to wątpię. Może lepiej by było, żebyś tak ciągle nie łaził za mną, bo to mnie męczy”. „Ale ja ciebie lubię. Lubię ci towarzyszyć, kiedy uciekasz od ludzi. I choć to nie jest mój żywioł, to coś mnie do tego pcha” – oznajmił Loczek. „Wiesz, chłopcze, doszedłem do wniosku, że wielki konstruktor, maestro albo stwórca, jak kto woli, powołując naszą cielesność, stawia ciągle na ilość, a nie na jakość. Zaprogramował nas, aby żyć szybko, byle jak, byle z kim, byle gdzie. Testuje jakieś swoje pomysły, a potem już tylko masa organiczna użyźniająca środowisko. Aż nadto widoczna jest ta filozofia obranej technologii.
Patrząc na ów proces z czysto inżynierskiego punktu widzenia, powiedzieć trzeba, że to sknocona technologia. Taki chiński bubel za pięć centów. Jeśli już jest to zgodne z czymkolwiek, to tylko z ideą ekonomii kapitalistycznej. Dużo, tanio, szybko, a potem recykling. Wiesz co, młody? Życie, a w szczególności życie chłopa, to taki stosunek bez orgazmu”. „Jak to? Nie rozumiem. Coś takiego jest możliwe?” „Mówię o całym życiu. Bo widzisz, natrudzisz się, namarnujesz kasy, niedośpisz.
Jednym słowem urobisz się jak wół. I kiedy już dorwiesz się do owocu tych mitręg i zaczynasz zanurzać się w zasłużonej błogości, maestro mówi ci: stop, chłopie, gra skończona. Jako młody kogucik chyba wiesz, o czym mówię. Nerwicy można się nabawić”. A można. Machina czasu wypełniła moją wyobraźnię scenkami z dzieciństwa. Fajnymi, tyle że z wiadomych względów mocno nostalgicznymi. Otóż w centrum kadru objawił się tematyczny zespół ekspertów, który spontanicznie zawiązaliśmy z kolegami na czas wakacji. Głównym jego zadaniem miało być zbadanie różnic pomiędzy nami, chłopcami a dziewczynami. Zespół bazował na starej, sprawdzonej metodzie naukowej polegającej na obserwacji, czyli na podglądaniu zza krzaków kąpiących się w jeziorze dziewczyn, zwanych dalej materiałem badawczym.
Szczególnie cennymi okazami były trzy dorastające córki pani Agaty, miejscowej nauczycielki, które z reguły kąpały się na naguska, bo w ich domu obowiązywała filozofia wyzwolenia. Jak już się ów materiał wytaplał i wyszedł z wody, to nagle, jak na komendę, wesoło i głośno piszczał, sygnalizując, że dopiero teraz zorientował się, że my, świętokradziki, go chyba cały czas podglądaliśmy. Z tym podglądaniem to nie była tylko naukowa mitręga i stracony czas. Otóż odkryliśmy, że w pewnych szczegółach różnice między nami są istotne, a w ostatni dzień wakacji gotowa była ekspertyza, z której jasno wynikało, że dziewczyny jednak bardziej różnią się od chłopaków niż chłopaki od dziewczyn. Spostrzeżenie owo, uszczegółowione w czasie kolejnych, coraz doroślejszych wakacji, stało się na kilka dekad dla całej ekipy naukowców bardzo pomocne. Wracając do konieczności wymyślenia jakiegoś sensownego scenariusza na czas, który nieubłaganie pognał mocno do przodu i sprawił, że o przysłowiowy kant dupy można było rozbić korzyści z wiekopomnych badań, posłuchałem rady Loczka. O dziwo, tym razem dość mądrej. Otóż młody powiedział: „Zostań poszukiwaczem skarbów. Nawet jeśli niczego wartościowego nie znajdziesz, to przynajmniej poszpanujesz wśród znajomych. Zdrowiu na dobre wyjdzie, a o ich głupotach myśleć nie będziesz”.
Pomysł spodobał mi się i pomyślałem, w czym pomogła mi wrodzona fantazja, że wobec dotkliwej mizery i świadczeń emerytalno-rentowych w Polsce będzie to rozwiązanie korzystne. Nie bez znaczenia było moje podejście do tak zwanego nieznanego. Otóż jako że zupełnie poważnie traktowałem filozofię Wschodu, przy tym jako człowiek ze świadomego wyboru dobry, wierzyłem, że powracająca karma objawi się w formie na przykład wykopania jakiegoś scytyjskiego woja w złotej zbroi albo choćby Bursztynowej Komnaty. Karma jednak spóźniała się, bo nawet dotychczasowa sytuacja zdrowotna i materialna nie wróżyła tej hojności. No ale to może jeszcze nie była ona. Może to przedłużające się pokłosie. Taka swoista klamra spinająca wzburzone echo brutalnie przerwanej, obiecującej dorosłości. Mówię tu o końcówce lat 80., kiedy to Polacy zwariowali. Zbiorowy amok wywołał totalny rozpiździał, niemal samounicestwienie. Mnie zaś pozbawił jakichkolwiek korzyści i nadziei związanych ze zdobytymi studiami, które generalnie przestały mieć znaczenie dla twórców nowej rzeczywistości.
Akademicka wiedza zastąpiona została zaświadczeniami z zakładów karnych, przekonaniami politycznymi, układami i zasługami w obalaniu komunizmu. W tych burzliwych czasach wraz z milionami podobnych mi okazałem się być według tych nowych kryteriów wyjątkowym gamoniem i nieudacznikiem. Wspomnianych kwitów nie miałem, więc profity mnie ominęły. Nie potrafiłem też aktywnie włączyć się w ukradzenie pierwszego miliona i dewastację tego wszystkiego, co uczciwi Polacy stworzyli z powojennej nicości i chaosu. Takim sposobem znalazłem się w towarzystwie Polaków, do których bez wahania można zaadresować słynne znanego Stanisława słowa: „Miałeś chamie złoty róg”. Pomimo inżynierskiej niejako powinności nie ograniczałem się do oglądu świata przysłowiowym szkiełkiem i okiem, ale głęboko zastanawiałem się i nad nieuchwytną zmysłom jego konstrukcją, o której realność otarłem się niejeden raz. Wierzę na przykład w coś takiego jak wspomniana karma i paradoksalnie nie kłóci się ona z materialnością, a tylko tłumaczy fenomen jako takiej równowagi w świecie i życiu. Innymi słowy mówiąc, pocieszałem się, że jako człowiek konsekwentnie starający się być dobrym po latach życiowych niedogodności, przykrości i trudności zostanie mi to w odpowiednim czasie sprawiedliwie wyrównane. Ale zostawmy to wszystko filozofom, bo lepiej się na tym znają i muszą z czegoś żyć. Ja tymczasem wracam do opowieści, jak to usiłowałem zostać naśladowcą Indiany Jonesa.
Wcielając w życie swoje nowe, a naprawdę to niespełnione młodzieńcze marzenia kupiłem niedrogi, rodzimej produkcji detektor do wykrywania metalu w ziemi oraz zgromadziłem niezbędną literaturę przedmiotu. Literatura okazała się być pasjonująca, zaś wykrywacz był indywidualistą ze złośliwym dla poszukiwacza charakterem. Ot, piszczał kiedy chciał, niekoniecznie wtedy, kiedy powinien. W połowie lat 90. przydarzył mi się pewien epizod, za sprawą którego utwierdziłem się w przekonaniu, że świat nie ma klasycznych początków i końców, a jego konstrukcja nawet w najdrobniejszych szczegółach oparta została o ideę małych i wielkich kręgów. Pewnego razu, po przeczytaniu cyklu artykułów w Gazecie Olsztyńskiej, tym razem mając stuprocentową pewność znalezienia złotego skarbu generała Samsonowa, odbyłem kolejną wyprawę. Zaszyty w zielonym gąszczu lasu wymachiwałem po nieznanej mi leśnej polanie wyjątkowo prawdomównym tamtego dnia wykrywaczem. W pewnym momencie nieskazitelną ciszę zakłócił charakterystyczny klekot rowerowych błotników. Jak przystało na prawdziwego mężczyznę, dźwięk rozpoznałem od razu. Ot, po prostu życiowe doświadczenie chłopaka z innej epoki niż ta współczesna.
Kątem oka zauważyłem pomiędzy drzewami, jak jacyś dwaj rowerzyści, zataczając piaszczystymi ścieżkami coraz ciaśniejsze kręgi, osaczają mnie. W kontekście, w jakim miało to miejsce, natychmiast wyobraziłem sobie dwóch tajemniczych jeźdźców Apokalipsy, nieuchronnie gotujących mi zagładę. Czyżbym miał polec na tej obcej, oddalonej od domu o dwadzieścia kilometrów ziemi? Przeraziłem się. Jednak gruszek w popiele nie zasypiałem, a całą uwagę skupiłem na obserwacji przeciwnika i na planowaniu taktyki odporu czyhającej agresji. Sytuacja stawała się z każdą chwilą coraz dramatyczniejsza, bo agresorzy systemowo coraz ciaśniej okrążając polanę zbliżyli się do mnie na niewielką już odległość. Z pewnością rozzuchwaliła ich moja absolutna bierność. Napięcie sięgnęło zenitu, kiedy przybysze zatrzymali się i zeszli z rowerów. Umilkł złowrogi klekot rowerowych błotników i nastała niesnośna cisza. Zdjąłem z krzaczka i ubrałem swoją reniferową kowbojską kamizelkę ze stylowymi pasmami frędzelków, z którą rozstawałem się rzadko.
Oprócz tego, że była oryginalna, amerykańska, to miała mnóstwo kieszonek, co czyniło ją bardzo praktyczną. Jednym słowem była unikalna i w całej okolicy podobnej nikt nie miał. Znowu kątem oka zerknąłem na intruzów, będących teraz już zupełnie blisko mojego eksploracyjnego stanowiska. Pomyślałem, że mazurskimi kłobukami, czyli takimi psotnymi diabełkami, które zabierają bogatym i rozdają biednym, to one nie są, bo tamte to raczej nocami grasują. Zresztą ich współczesny fizis i środki lokomocji też nie pasowały do baśniowych standardów. Po kilkuminutowym bezruchu każdej ze stron sytuacja zaczęła łagodnieć, kiedy spoza oskubanego przez sarny krzaczka dostrzegłem dwie pary czarnych dziecięcych oczątek wpatrujących się we mnie. Strach ustąpił. Dzieciaki, na oko oceniając, miały po 12, 13 lat i były bliźniętami, bo praktycznie nie różniły się niczym od siebie. Ich bardzo letni strój był na tyle uniseksowy, że gdyby nie nabrzmiałe guziczki wypinające się spod bawełnianej koszulki u jednego z nich, mogłoby się wydawać, że to dwaj chłopcy. Jednak niezapomniane wakacyjne prace badawcze i ów drobny szczegół naprowadziły mnie na właściwy trop.
Obydwoje podobni byli do przepięknych aniołków, chociaż zważywszy na ich wyrazisty wygląd, to w tym konkretnym miejscu i okolicznościach do diabelskiego świata stosowniejsza mogła być ich przynależność. Pogubiłem się trochę, ale po krótkim namyśle znowu pomyślałem o najprawdziwszych mazurskich kłobukach, tyle że działających pod przykrywką. Diabełki, aniołki czy psotne kłobuki. Dla mnie nie miało to w końcu żadnego znaczenia. Tu, w mazurskim tyglu narodowościowym zwykło się mówić w podobnych przypadkach kakaja raznica. Bo przecież i tak były piękne z tymi swoimi czarnymi, kręconymi włosami na zgrabnych główkach i z buziami umorusanymi jagodami i z przylepionym do tych umorusanych twarzyczek kurzem z leśnych dróżek. Gdyby tak je teraz umyć, pomyślałem z fantazją, to zostałoby z nich chyba niewiele. Może tyle, co z niemieckiego magazynka od empi, jaki przed chwilą wykopałem z ziemi, kiedy oczyścić się go z kilkudziesięcioletniej warstwy rdzy. Nieziemskie zjawy zaczęły żywo interesować się moim zajęciem. Najpierw grzecznie chórem ku mnie wykrzyknęły „Dzień dobry”.
Ja też ich pozdrowiłem. Zaraz, niemal jednocześnie wykrzyczały zapytanie, czy mogą podejść bliżej, bo chcą sobie popatrzeć. Oczywiście, że pozwoliłem. Kiedy zbliżyły się, to najpierw wszystko dokładnie zlustrowały swoimi czarnymi oczami, a chwilę potem zaczęły zasypywać mnie dziesiątkami różnych fachowych i podchwytliwych pytań w rodzaju: „A jak pan wykopie wielki skarb, to jak go pan stąd zabierze?” Odpowiedziałem im, że jeśli taki skarb znalazłbym na przykład teraz, to nie będzie problemu. „Wy go tu popilnujecie, a ja pójdę na skraj lasu po samochód” – odpowiedziałem im. Chłopak chytrze spojrzał na siostrę i krótko zachichotał. O czymś przez chwilę myślał, by następnie ochoczo odpowiedzieć: „Pewnie, że popilnujemy pana skarbu”. Zerkając na niego już wiedziałem, o czym mój młody rozmówca myślał. Jak na zawołanie moje domysły potwierdziła jego siostra, która dyskretnie poszturchiwała go i wymownie karciła wzrokiem, co wyraźnie ostudzało jego idee w kwestii zaopiekowania się moimi skarbami. Było jasne, że ona dobrze znała swojego brata i szybko odczytała jego zamiary i ukryte marzenia.
„Bardzo mi się podoba to szukanie skarbów. Chyba pan jest bardzo bogaty od tego szukania” – marzycielskim głosem zagadnął chłopak. „Ee, gdzie tam.” „To naprawdę nie jest pan bogaty?” „Nie jestem bogaty. A skarby... No cóż, sami popatrzcie, co to są za skarby.” Tu odchyliłem klapkę starej wojskowej raportówki z zawartością paru garści zardzewiałego złomu. Potem, budując dramaturgię, popatrzyłem na dzieci manierą iluzjonisty i wolnym ruchem ręki wywlokłem z torby pół metra rudej od rdzy, pustej taśmy amunicyjnej. Chłopak z dotąd chciwie przyczajonym wzrokiem szybko zmienił wyraz twarzy. „E tam, takie skarby” – zdziwił się. „Jakie to ładne!” – wykrzyknęła dziewczynka. Ze zdziwieniem zauważyłem, jak zaświeciły jej się brązowo-czarne oczy.
Patrzyłem jak urzeczony na tych dwoje diablątek. Pomyślałem: wybierz, wymaluj, jakaś orientalna rasa. Spekulowałem, że może przed laty na wakacjach bawił tu jakiś student z czarnego lądu. Ależ, o czym ja myślę? Przecież to by znaczyło, że ich mama zachowała się wtedy frywolnie, może nieprzyzwoicie. Odkryłem, że jestem bezwstydnikiem i skarciłem się w duchu. Wstyd mi się zrobiło, że mam taką wybujałą fantazję. No bo jak to? Tu, w takiej głuszy taka rozpusta? Nonsens.
Nie mogłem jednak powstrzymać się, aby ich nie zapytać, do kogo są podobni. „Do taty” – rezolutnie odpowiedziały bez zastanowienia. Odpowiedziały jednocześnie jak na komendę, co tylko przydało im wiarygodności. Chłopak był konsekwentnie dociekliwy, z charakterem. O coś ciągle pytał i nie wiem, co chciałby ze mnie jeszcze wyciągnąć, gdyby nie czujna cenzura siostry. Nawet nie musiałem widzieć tych szczegółów, bo w chwili jej aktywnego czuwania nastawała chwila ciszy przerywana obrzydliwym odgłosem wciąganego zielonego gila, który ciągle chłopakowi wysuwał się z nosa. A jak umrze człowiek, to jemu wyjmuje się wszystko z kieszeni? A czy zakopują go ze złotą obrączką na palcu? Nie dawał za wygraną. Przeraził mnie ten młodzieniec i przeraziłem się samego siebie.
Jego pytania uświadomiły mi niemiłą prawdę o tym, co ja teraz robię. W jednej chwili wtuliłem głowę w ramiona i poczułem się jak pospolity złodziej, jak taka cmentarna hiena, niczym nie różniąca się od tego gówniarza z zielonym śpikiem pod nosem. Wprawdzie nigdy by mi nie przyszedł do głowy pomysł, aby w najmniejszy choćby sposób zakłócić wieczny spokój takiego miejsca jak grób czy cmentarz. To przecież owe pordzewiałe szczątki żołnierskiego ekwipunku, teraz przykryte zielonym dywanem leśnych ziół, też są swego rodzaju częścią cmentarzyska. Ważną częścią. Niepozorny strzęp wojskowego oporządzenia czy przestrzelony hełm, zanim stały się często trudnymi do zidentyfikowania kawałkami złomu, służyły żołnierzowi. Pomagały mu walczyć o limit przydzielonego żołnierskiego szczęścia. To był przecież człowiek. To był czyjś syn albo ojciec. Niezależnie od nacji i miejsca na świecie określenia te wszędzie znaczą to samo.
Upłynęło dwanaście lat od lekcji, jaką otrzymałem dzięki przypadkowemu spotkaniu z dwoma aniołkami albo, jak kto woli, z dwoma diablątkami. W końcu jakaż to różnica, kim owe dzieciaki były? Niby takie banalne spotkanie, to jednak trąciło, i to mocno, o sprawy głębokiej moralności. Wbiły się refleksją w moje dotychczasowe postrzeganie pewnych zachowań. Uświadomiłem sobie o to, że pozornie zwykłe grzebanie w ziemi może okazać się dość ryzykownym zajęciem i może uświadomić, jak bardzo niewyraźna jest granica pomiędzy wygrzebywaniem z pobojowiska kawałków żelastwa a zakłócaniem przynależnego człowiekowi sacrum. Wstyd mi się zrobiło, kiedy przypomniałem sobie kolegów uprawiających to hobby, którzy nieraz wspominali o znalezionych w ziemi kostnych szczątkach. Czyje one były? Ich to nie interesowało. Nie dociekali. Ich interesowały fanty.
Zrozumiałem, że może tym bardziej uświęconym powinno być takie bezimienne miejsce w porównaniu z zadbanym i ogrodzonym cmentarzem, gdzie zwykle o parę kroków od niego jest kościół. Początek naszej drogi i jej ostatnia stacja. Przecież ewangeliczny pulvis et in pulverem transformaris. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Właśnie na pobojowisku ma dosadną i pełną wymowę. Nietrudno sobie wyobrazić, jak w ulotnym mgnieniu oka, w ułamku sekundy wybuch pocisku na bitewnym polu zamienia żołnierza w czarnokrwistą chmurkę. A kiedy rozwieje ją wiatr, nie ma już nic. Pulverem transformaris. Dosłownie. W czasie, który minął od owego spotkania, pokrewieństwo swoje z ziemią lepiej zrozumiałem.
Słowa te zapożyczyłem z jednego z opowiadań Adama Bienia, członka kierownictwa Polskiego Państwa Podziemnego, ofiary NKWD w słynnym procesie szesnastu, a prywatnie świętokrzyskiego górala i przyjaciela od dzieciństwa mojego dziadka ze strony mamy. I pod nimi się podpisuję również. Do Loczka pretensji nie miałem za podsunięty mi archeologiczny pomysł, bo cóż on, taki żółtodziób o zakamarkach życia i sumienia mógł wiedzieć. W rezultacie refleksji z ulgą zmieniłem swoje dotychczasowe zainteresowania na poszukiwania, ale tym razem nieziemskiej materii. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bo właśnie czymś takim są meteoryty. Zajęcie pozwalało na dalsze włóczenie się po zakątkach Mazur ze swoim ulubionym, pomimo wszystko, sprzętem. Poszukiwania meteorytów okazały się być zajęciem nad wyraz ambitnym, zmuszającym do ciągłego uczenia się geologii, kosmochemii i wielu jeszcze innych bardzo mądrych rzeczy. Zresztą była to swego rodzaju kontynuacja, gdyż od zawsze interesowałem się kosmosem, widząc w nim bramę do egzystencjalnych, fundamentalnych pytań i odpowiedzi. A za niezwykłe swoje osiągnięcie uważam fakt, że jako sześciolatek w roku 1957 samodzielnie wypatrzyłem na nocnym niebie pierwszego sztucznego satelitę Ziemi.
Ponadto meteorytyka, tak nazywana jest ta dziedzina nauki, wydała mi się lepiej wpasowana do mojego wieku, a z czysto praktycznych powodów hobby to jawiło się bardziej pasującym do nieuchronnej przyszłości. Mówiąc wprost — oswajało z niebem. Same więc korzyści. Wreszcie, za sprawą nowych zainteresowań, pewnego dnia dokończona została lekcja mojego filozoficznego stosunku do życia. A stało się to w pewną wakacyjną niedzielę kilkanaście lat temu. O pięknej kłobuczce z Paryża. Otóż pewnego dnia wybrałem się do kolegi, którego wcześniej wielokrotnie odwiedzałem z wykrywaczem metalu. Tym razem celem mojej podróży było obejrzenie stosu kamieni, które po moim przeszkoleniu zebrał jako potencjalne meteoryty. Pojechałem do niego autobusem, bo w okresie letniej kanikuły bezpiecznie na ciasnych mazurskich dróżkach nie jest, jako że zjeżdża tu cała Warszawa i ćwierć Polski. Jadąc PKS-em przejechałem jeden przystanek dalej i po to tylko, żeby wrócić równo jeden kilometr pod prąd, a potem dopiero skręcić w boczną dróżkę prowadzącą do celu podróży.
Ten manewr był niezwykle pożądany, aby dotlenić i podreperować moje pozawałowe serce. Pogoda była piękna. Taką można sobie tu wymarzyć najczęściej tylko w lipcu. Wlokąc się rozkosznie, co raz umykałem na pobocze przed mijającymi mnie różnej maści samochodami, głównie terenówkami, które swoją technicznością, nieskazitelnymi kolorami wywoskowanych lakierów i oślepiającym blaskiem wypucowanych chromów mocno gwałciły mazurską żywą naturę. Patrząc na te jeżdżące choinki śmiać mi się zawsze chciało, bo te terenówki bynajmniej nie służyły do jazdy po bezdrożach. Wiele razy przecież widziałem, jak dumny posiadacz takiego cuda, kiedy tylko przyszło mu zboczyć z asfaltówki w polną drogę, to zostawiał samochód na poboczu i szedł piechotą nawet kilka kilometrów, aby tylko broń Boże nie zakurzyć swojego prestiżu. W pewnym momencie zaintrygowany odgłosem, jaki wydaje szybko zbliżający się samochód, odwróciłem głowę i bez trudu rozpoznałem pędzącą granatową, imponujących rozmiarów terenówkę marki Pajero. I chociaż od wielu dni nie spadła tu ani kropla deszczu, to cały pojazd pokryty był zaschniętą warstwą kurzu i błota. Terenówka, gwiżdżąc turbiną, minęła mnie tak szybko, że ledwie zdążyłem zauważyć, że była na francuskich numerach rejestracyjnych. Pomyślałem, że oto pomknął prawdziwy pełnokrwisty Francuz, a nie Niemiec, bo ten ostatni to by nawet nie wsiadł do czegoś tak umorusanego.
Po prostu miałem wyrobione oko na takie drobiazgi, bo z zasady niemieckie samochody, niezależnie od pogody, ich wieku i wieku ich właścicieli zawsze nienagannie wyglądały. Kiedy Pajero odskoczył już dobrych kilkadziesiąt metrów ode mnie, usłyszałem przeraźliwy, przerywany pisk jego hamulców i gdyby nie ABS, samochód z pewnością zostawiłby na szosie imponujące, wyślizgane czarne pasy. Odruchowo wytężyłem wzrok. Ze sporej już odległości ode mnie na wstecznym biegu zaczęło to granatowe monstrum cofać w moją stronę. Pomyślałem: „Na pewno jakiś Francuzik zabłądził i chce zapytać o drogę”. Przypuszczenie moje było o tyle uzasadnione, że wszystko to odbywało się na mało uczęszczanej bocznej drodze, więc natychmiast przyjąłem postawę lingwistyczno-obronną. Kiedyś to nawet nieźle językiem żabojadów posługiwałem się, ale że okazji do kultywowania umiejętności w okresie mojej szeroko pojętej aktywności zbyt wielu nie było, więc solidna praca włożona w naukę tego pięknego języka zmarnowała się. Żałosne szczątki mojej francuszczyzny pozwalały jednak, przy pewnym wsparciu narzędziami Melpomeny, jakoś chłopinie wytłumaczyć, jak wyjść z tarapatów. Nie zważywszy na manewry samochodu, człapałem obojętnie w swoją stronę. A co!
Niech sobie Francuzik nie myśli, że swoją osobą i swoim wehikułem wywoła tu u mnie jakąś narkotyczną ciekawość. Tymczasem samochód, delikatnie cofając, precyzyjnie zatrzymał się na mojej wysokości. Niczym na ekranie radaru w wycinkach szyb wyczyszczonych przez wycieraczki ujrzałem delikatną twarz ciemnolicej dziewczyny. Ona jechała sama, prowadząc tak wielki samochód. Ledwie zatrzymała wóz, natychmiast wyskoczyła i w paru susach podbiegła do mnie. „Bonjour monsieur”. Zgodnie z przewidywaniem pozdrowiła mnie językiem żabojadów, wyczekująco przy tym wlepiając we mnie swoje ciemnobrązowe oczy. Zauważyłem, że pomyliłem się jedynie co do płci, ale jako koneser owego Pana Boga wynalazku nawet ucieszyłem się, że nie będę musiał gimnastykować się przed jakimś tam starym, zasuszonym żigolo. „O, bonjour madame” — udałem zaskoczonego. Dziewczyna stała przede mną i przekrzywiła zgrabną główkę na lewo i na prawo.
Przyglądała mi się tak jak mój ciapek, świeć Panie nad jego duszą, zwykł oglądać nowo poznanego w domu gościa. I gdyby nie jej szelmowski uśmiech na ładnej buzi, obraziłbym się za to oglądanie mnie jak jakiegoś borsuka w zoo. Oprócz pozdrowienia nic nie mówiła, tylko dalej tak mnie oglądała, a ja ją. „Ça va bien, mademoiselle?” Zapytałem, czy wszystko w porządku, aby jakoś zaatakować. Byłem teraz dumny z siebie i zupełnie nie podejrzewałem brązowookiej chauffeur o niecny podstęp, który wkrótce obnażyła. Oto najwyraźniej nie wytrzymując już dłużej sztucznej powagi, dziewczyna głośno zaniosła się śmiechem, mówiąc, a właściwie radośnie wykrzykując: „I co? Nie poznaje mnie pan? Ja pana poznałem od razu. Ta kamizelka!”. Cóż za prawdziwy majstersztyk Stwórcy.
Mentalnie westchnąłem i jako koneser takich konkretnych jak ona Pana Boga dokonań natychmiast zauważyłem oczywiste walory tego dzieła. Tak sobie w duchu filozofowałem, że Pan Bóg chyba zesłał mi ją z nieba, znając moje w tej materii upodobania i tudzież niemrawość w ich materializowaniu. Czyżby Stwórca dawał mi, teoretykowi, taką seniorską nagrodę? Myśląc zapewne w tym momencie: „A co tam, niech sobie chłopina popatrzy”. No tak, lepiej późno niż wcale. Jednak w tym momencie coś mi błysnęło w głowie. Zardzewiałe synapsy zaczynały przewodzić i już oto zatrybiłem. Już wiedziałem, kim jest to ciemnolice dziewczątko z kręconymi jak sprężynki włosami upiętymi w kucyk. Nagle stanął mi w oczach obraz 12-, 13-letniej dziewczynki z poobijanymi kolanami i z buzią umorusaną czarnymi jagodami. Teraz te wtedy poobijane kończyny zakrywały niebieskie, obcisłe dżinsy, ale za to zmysłowo rozbudzały wyobraźnię.
Tu informacja dla żony. Całe to opowiadanie to tylko literacka fikcja, jedna wielka ściema i moja fantazja. Powiedzmy: „Mon Dieu, quelle est belle!” Mentalnie wyraziłem zachwyt jej pięknością. Odruchowo zadziałał kontekst, więc i francuski mi się przypomniał, nawet w myśleniu. „Od razu panią poznałem.” Ma się rozumieć, że skłamałem, gdyż zapamiętany wtedy rysunek młodziutkiej buzi dopiero po paru minutach nałożył mi się na tę, którą miałem przed sobą. „Co pani tu robi?” Rozpocząłem przepytywankę. „Jadę do rodziców. Prawie prosto z wykopalisk w Aleksandrii do nich jadę.” „Czy nie przesłyszałem się? A może pani sobie ze mnie żartuje?” Tu wylazły moje kompleksy i nadwrażliwość związana z pewnym trudnym dla mężczyzny okresem. „Skądże znowu.
Już się wobec tego chwalę. Studiuję archeologię na Sorbonie. Zacząłem na Uniwersytecie Warszawskim, ale przeniosłem się i teraz żyję sobie i studiuję w Paryżu. C'est mieux comme ça. A mówiąc po polsku, tak jest dla mnie lepiej. Chociaż tak naprawdę to nie wiem, bo jestem pokrzywiona jakaś. Trochę Polka, trochę Arabka, Francuzka. Sama nie wiem. A moi rodzice to mieszkają za tym wzniesieniem, tam na skraju lasu, w którym pan wtedy kopał.” Trochę zawstydziłem się z powodu tych moich wtedy wykopalisk, które ona przed chwilą przywołała, a już zupełnie zgnębiło mnie, kiedy usłyszałem o Sorbonie i o prawdziwej ekspedycji w Aleksandrii. Na dodatek wszystkiego tego słuchałem z ust młodej dziewczyny, która takimi potworami potrafi przemierzać świat łatwiej niż ja swój powiat.
„A tam, tak tylko dla rozrywki się chodziło na to grzebanie w ziemi.” „Ładna mi rozrywka. No i takie trofea.” „Tym razem to pani jednak żartuje. Nie wypada kpić z dojrzałego człowieka.” „Nie żartuję. A wie pan, ja nie lubię gówniarzy, szczególnie tych Francuzików z ciemną karnacją. Im to tylko jedno w głowie.” Speszyło mnie to, co usłyszałem i zupełnie nie wiedziałem, dlaczego to wtrąciła, więc nie skomentowałem usłyszanego oświadczenia. Tym razem to ciemnolice dziewczątko popatrzyło na mnie z wyrzutem, że chyba niezbyt poważnie zacząłem ją traktować. „Tak sobie tu rozmawiamy, a ja się panu nie przedstawiłam. Przecież de facto znamy się już od 12 lat. Tak, tak, to było 12 lat temu.” Wyciągnęła do mnie rękę, a ja natychmiast chciałem przysunąć ją do ust, lecz ona wyszarpnęła dłoń zdecydowanym ruchem. „No co pan?
Ja nazywam się Halima Aïme i niech pan mi mówi Halima. Moje imię i nazwisko są algierskie. I musi pan wiedzieć, że imiona arabskie nader trafnie charakteryzują jego właściciela, bo jakby pełnić miały rodzaj drogowskazu na całe życie.” „A pani imię co oznacza?” – zapytałem. Odpowiedziała mi dopiero po chwilowym zawahania, że Halima to po arabsku znaczy cierpliwa albo łagodna, jak kto woli. „Wie pan, mój ojciec jest Algierczykiem, a mama Polką. Poznali się, kiedy Francuzi budowali w Olsztynie Novotel. Przy budowie pracowali głównie Algierczycy. Przychodził Ali na dyskoteki do Rakora. Pamiętam, że to był taki kultowy klub studencki na Kortowie, gdzie studiowała mama. No i dalej to już wszystko odbyło się banalnie, jak w każdym taniutkim filmie.
Banał nie ominął też i ich życia. Mama po studiach wróciła z Alim na swoją ojcowiznę, rozbudowała rodzinne ogrodnictwo i tak sobie spokojnie tam za lasem żyją. Ali... ”Tak ciągle mówiła po imieniu o swoim ojcu. „Zabierał mnie kilka razy do Algierii i do Paryża. On ma tam ogromną rodzinę, dlatego nietrudno zauważyć, że dość łatwo mogłam znaleźć się na Sorbonie oraz dzięki temu, a raczej dzięki komu noszę takie egzotyczne tu imię i nazwisko. Bo z wyglądu to jestem chyba typową Słowianką.” Szelmowsko się roześmiała. „No i już wiem, dlaczego wyglądam jak księżniczka z bańki tysiąca i jednej nocy.” Przerwałem jej i dopowiedziałem głośno swój mentalnie wiedziony wątek, który kończył się bezgłośnym zachwytem la douceur de vos yeux si tendres. Byłem bardzo zadowolony ze swojego komplementu dotyczącego jej pięknych, słodkich oczu. Coraz bardziej zadziwiał mnie fenomen odruchowego i wyjątkowo łatwego myślenia w języku francuskim.
Halima też była bardzo zadowolona z mojego komplementu. Roześmiała się długo i serdecznie i to tak, że mógłbym bez kłopotu policzyć wszystkie jej perłowe zęby. Była dziewczęciem błyskotliwym. Zauważyła, że ja nie interesuję się na przykład jej samochodem, tylko nią. I miała rację. Muszę tu przy okazji powiedzieć, że w moim życiu tak zwana fortuna toczyła się z prawidłowością przebiegu sinusoidy, więc bywały i takie jej piki, w których mogłem sobie pozwolić na niezłą furę, ale nigdy nie czułem potrzeby jeżdżenia niczym innym ponad popularne marki za takież względnie popularne pieniądze. Mówi się, że samochody są symbolem męskości, a zamiłowanie do nich jest atrybutem twardego macho. Ci, którzy już mają takie bryki do szpanowania, często dopełniają swoją męskość rozmiłowaniem w koniach i grą w golfa. Mnie nigdy nie interesował żaden z owych męskich sportów. Byłem więc zwyrodniałym wyjątkiem, bo zawsze uważałem, że mężczyźnie może dodać splendoru, a nawet uskrzydlić go tylko kobieta.
Najgenialniejsze dzieła tworzone przez wieki w taki czy inny sposób miały ścisły związek z kobietą. Od matki począwszy, a na żonie, kochance czy nawet całej kolekcji kochanek skończywszy. Bardziej więc cenię sobie nawet epizodyczne spotkania, jak choćby spotkanie Halimy, niż tracenie czasu na monotonnym kiwaniu się na grzbiecie chabety i babraniu się w końskim nawozie. Podkreślę jeszcze raz, że jestem pokoleniem Polaka wychowanym na zdrowych zasadach i w otoczeniu zdrowo myślących ludzi, ceniących wartości zupełnie inne, abstrakcyjne dla pokolenia urodzonego po roku 1989. Po ponad 20 latach życia w tak zwanej wolnej Polsce mogę to stwierdzić z czystym sumieniem i z głębokim przekonaniem. No tak, miało już nie być o polityce, a jednak nie da się po prostu usytuować swoich emocji bez takich retrospektyw. Wracając do rozmowy z Halimą, w pewnym momencie powiedziałem, dokąd zmierzam, wymieniając przy okazji nazwisko kolegi. „Znam, znam tego pana. Mówią tu na niego przyrodnik. Chętnie podwiozę” – ucieszyła się.
– „Przecież nie zabłądzę, jeśli trochę zboczę. To nie Sahara. A zresztą to jest prawie po drodze do mnie, tylko z innej strony. Zapraszam do auta.” Z przyjemnością wsiadłem do tej ogromnej fury, w której panował kojący chłodek, przyprawiony dyskretnym zapachem orientalnych perfum. Ruszyła ostro. Nie słychać było pracy silnika, tylko kosmiczny, przytłumiony gwizd turbosprężarki. Poczułem się jak na pokładzie jakiegoś międzygalaktycznego statku mistrza Lema. Chwilami, jakby zapominając się, ostro przyciskała pedał gazu, a ja ze strachu odruchowo mocniej wczepiałem się w specjalną trzymankę umocowaną nad moim bocznym oknem. „Niech pan się nie boi. Praktykowałam na Saharze, a jak już coś, nie daj Boże, to poduszek powietrznych mamy tu w bród.” „Co one pomogą?” Głośno powątpiewałem.
„Trochę pomogą, chociaż najważniejszy to dar. Mój ojciec często wymienia to słowo, a po arabsku oznacza niemal to samo, co po polsku los, fatum, nieuchronność.” Dar, dar. Z nawyku przyswajania obcych słówek kilka razy powtórzyłem w myślach, starając się je zapamiętać. Wkrótce z narastającej ciekawości spróbowałem podjąć nowy wątek. „A jak ma się pani brat? Czy on też nosi arabskie imię?” „Brat? Brat w życiu nie zginie. Ma się dobrze. Mieszka w miasteczku. Dla odmiany to z tamtej strony Olsztyna.
I żyje sobie jak panisko. Aha, pyta pan o jego imię. On dla poszanowania domowej demokracji ma dwa imiona. Na pierwsze mu Adam. To jest chyba imię uniwersalne. Pasuje niemal dla wszystkich nacji. Ali, mój ojciec, jest praktycznym człowiekiem i nazwał go tak, że w razie czego wszędzie będzie dobrze się z nim czuł. Muszę jednak powiedzieć, że tylko mama mówi do brata Adam, Adaś, bo dla ojca to on zawsze był Mantusem. Tak właśnie ma na drugie imię. W szkole spolszczyli mu to imię na Maniuś i tak już pozostało, więc wśród znajomych tak funkcjonuje.
Skomplikowane, n'est-ce pas, nieprawdaż?” Halima tą wielką bestią sprawnie omijała pokaźne kamienie wystające z głębokich kolein dawno niewyrównywanej polnej drogi, którą teraz jechaliśmy. Tak sprawnie to robiła, że terenówka zachowywała się niczym zwinna jaszczurka. „Mój brat” – wróciła do mojego pytania i jakby z nutką zażenowania powiedziała: „On już się ożenił, urządził się i muszę panu powiedzieć, że ma pracę, o jakiej marzył od dziecka.” Tu dziewczyna oczekująco wlepiła we mnie swoje ciemnobrązowe oczy. Czekała, tajemniczo uśmiechając się. Teraz było widać, że jednak bliższa ona była figlarnemu diabełkowi, może nawet psotnemu mazurskiemu kłobukowi niż ułożonemu aniołkowi z duszą saharyjskich nomadów. Wyraźnie chciała się nade mną popastwić, wprawiając mnie w stan oczekującego zakłopotania. „No a czymżeż on się zajmuje?” Zapytałem, spełniając jej nieme życzenie i natychmiast prowokacyjnie dodałem: „O czym to chłopak może marzyć od dziecka, jak nie o zawodzie strażaka? Zgadłem?” Szybko uciekały minuty wspólnej jazdy i to pomimo, że od zjechania z asfaltowej drogi Halima często po chwilowym przyspieszeniu mocno zwalniała nawet wtedy, kiedy polna dróżka zachęcała do szybszej jazdy. Nie miałem żadnych wątpliwości, że w ten sposób chciała wydłużyć czas na pogaduszki. Niepostrzeżenie wjechaliśmy do wsi, do której zmierzałem, o czym powiadomił zgiełk ujadających psów i widok pryskających na boki rozwścieczonych kur.
Takie mi natychmiast przyszło do głowy pytanie: co one robią na tej wiejskiej uliczce? Można zrozumieć, jakie przysmaki przez całe stulecia tu je zwabiały. No ale teraz, w erze stalowych rumaków? „Uśmieje się pan.” Halima wróciła do pytania o brata. „A z czego to miałbym się uśmiać?” „Wie pan, on jest grabarzem. Adaś ma swoją firmę pogrzebową. Taki zawód wywróżyło mu jego drugie imię, Mantus.” A pochodzi ono, à vrai dire, prawdę mówiąc, od nazwy etruskiego boga piekieł. A ja to jestem młodą panną. Ha, ha, ha. Jestem jeszcze panienką, pokrzywioną Słowianką na wydaniu.
Ha, ha. Byliśmy już na miejscu. Ona zakończyła jazdę nagłym, ostrym hamowaniem. I to właściwie przeze mnie wykonała ten manewr tak nagle, bo jakoś nie mogąc zapanować nad sobą, odruchowo klepnąłem w te jej niebieskie dżinsy na udzie, sygnalizując, że to już tutaj powinna się zatrzymać. A Halima, jak automat, w tym samym ułamku sekundy nacisnęła pedał hamulca. Zerknęła na licznik. Stąd do Paryża jest tylko 1777 kilometrów. Przejechałam to niemal jednym skokiem. Odwiedzi mnie pan tam? Naprawdę zapraszam.
I coś teraz zdradzę. Grzebiąc w tych saharyjskich piaskach często o panu myślałam. Uśmiechałam się do siebie, kiedy przypominał mi się ten zabawny srebrny loczek spływający wtedy na pana czoło. Zapraszam do siebie na Montmartre. Nazwisko bohaterów jest fikcyjne. Bruno Kadyna „Kret”. Kobieta stała przed oknem balkonowym. „Mój biedny ogród!” Czuła się bezsilna i wściekła. Walka trwała już szereg lat. „Skurczysyn, niech no się tylko pojawi” warczała często.
Nie była pewna, czy to wciąż ten sam, czy już inny. Nie wpadła, żeby sprawdzić w internecie, jak długo żyją krety. Wnuczek pociągnął za jej spódnicę, ale nie zwróciła na niego uwagi. „Babciu, proszę pić.” Dalej mówiła do siebie: „Ta gnida zwyczajnie robi sobie ze mnie jaja.” „Babciu, babciu.” „Co?” „Proszę pić.” „Niech ci matka da.” Chłopczyk z traktorkiem w rączce pobiegł do pokoju pukać paluszkiem mamę, a babcia dalej wyobrażała sobie szkodnika, jak siedzi w norze pod ziemią i śmieje się z niej, zajadając tłustą czczownice. Nakręcała się coraz bardziej. „Zabiję.” Miała ochotę znowu wyjść do ogrodu, mimo że dopiero tam była. Złamany trzonek od łopaty wciskała w świeże kopce, próbując je udrożnić, żeby chociaż przeciągów śmierdzielowi narobić. Wydawało jej się, że wiedziała, czego krety nie lubią, ale bezskutecznie próbowała już wszystkiego. Puszki po piwie na drutach pobrzękiwały na wietrze, ale kret oprócz tego, że ślepy, najwidoczniej był przygłuchy, bo nic sobie z tego nie robił. Specjalne odstraszacze dźwiękowe tylko go ciekawiły, bo wylazł z ziemi tuż obok jednego.
Sprawdzić pewnie, co tak popiskuje. Trutki nie działały. Trzymał się od nich z daleka albo ćpał to i śmigał tunelami jak Indiana Jones. Podobnie było pewnie z gazem, którym go traktowała. Zalanie wodą też nic nie dało. Woda ze szlauchu wetkniętego głęboko w kopiec wsiąkała od razu w żyzną glebę, nie wyrządzając żadnych szkód. Jeśli już coś działało, to na krótko. Kret znikał na chwilę, po czym wracał i robił swoje. Najspokojniej było latem, bo dzieciaki dużo biegały po ogrodzie. Najgorzej wiosną.
I właśnie pojawiły się pierwsze pąki na drzewach, a na ziemi taka ilość kopców, że szlag kobietę trafiał. „Mogłam głębiej wepchnąć kil.” Odchodząc od okna trąciła córkę przysadzistym zadem. „Mamo, nie mogłaś dać małemu pić, jak prosił?” „A co? Nie masz rąk? Co ja, opiekunka?” Prychnęła i poszła do ogrodu. Wzięła trzonek i zaczęła drążyć w kopcach. „Mamo, jedziemy już” zawołała córka z okna. Gospodyni nie słuchała. „Masz gnoju, obyś się przeziębił i zdechł.” Gderała pod nosem i wpychała kil głęboko, kręcąc nim jak korbą. Kiedy wróciła do domu, zapytała męża: „Już pojechali?” „A co mieli robić?” „Myślałam, że jeszcze posiedzą.” Umyła ręce w kuchni.
„Coś musimy wymyślić na tego kreta.” Mężczyzna przewrócił oczami. „Co wymyślić? Za kim będziesz latać, jak go nie będzie?” „Idiota. Poszukaj lepiej w internecie, jak go ukatrupić” powiedziała. „Daj mi spokój. Niczego nie będę szukał.” „Musisz być takim chałem nieużytym? Możesz coś zrobić?” „Głupia babo! Ile jeszcze pieniędzy mam wydać?” Prychnęła na starego i poszła do pokoju zadzwonić do córki. „Przyjedźcie jutro na obiad. Zrobię gołąbki.” „Nie wiem, mamo.
Mam dużo pracy i muszę małego szybko położyć, bo w poniedziałek do przedszkola.” „Mój wnusiu, przyjedźcie. Nie będziesz musiała robić obiadu. Odejdzie ci roboty.” „Dobrze, zobaczę jeszcze. Może zrobimy frytki? Maciuś bardzo lubi.” „No pewnie, że zrobimy.” „Okej, raczej będziemy. Buziaki, mamuś.” „Pa, córciu.” Kobieta była zadowolona. Bała się, że Kasia się obraziła, chociaż powinna rozumieć, jak ten kret niemiłosiernie uprzykrzał życie jej matki. Mieszkanie było już wysprzątane. Stary, jak co wieczór siedział z piwem przed telewizorem. Nigdzie się już dziś nie ruszy.
Ewentualnie do lodówki po kolejną puszkę i do łazienki na siku. Kobieta mogła sobie otworzyć karmę, rozsiąść się w fotelu, położyć nogi na pufie i obejrzeć ulubione szkło kontaktowe na TVN-ie. Wzięła butelkę z lodówki i podeszła do okna popatrzeć na zrujnowany ogród. Nie zazna spokoju, dopóki ten szkodnik będzie zatruwał jej życie. I nagle ją oświeciło. Przecież najwięcej kopców pojawia się rano, w ciągu dnia o wiele mniej. Ranny ptaszek z tego zasrańca. Już ja cię urządzę. W głowie wykiełkował plan. Wstała bardzo wcześnie.
Było jeszcze ciemno. Na koszulę nocną zarzuciła kurtkę starego i wyszła. Wzięła szpadel z piwnicy, mały stołek i ostrożnie stąpając, dotarła na środek ogrodu. Usiadła i czekała. Potworne zimno ciągnęło od ziemi. Jej gołe stopy w klapkach szybko skostniały. Żałowała, że nie włożyła chociaż podkolanówek. Jednak nienawiść do kreta grzała na tyle mocno, że nawet jej do głowy nie przyszło odpuścić. Najważniejsze to ukatrupić śmiertiela. Kiedy zobaczy wypiętrzający się kopiec, już nie pozwoli mu uciec.
To się musi dziś skończyć. Zaczęło świtać. Wtedy zobaczyła, co kret zrobił, kiedy czekała. To gnój! Tuż pod jej nosem odbudował dwa stare kopce. Miała ochotę poderwać się, kląć i naparzać w nie szpadlem. Tyle czasu ją upokarzał ten mały, ślepy szkodnik, a teraz jeszcze tak bezczelnie dolał oliwy do ognia. Ledwie się powstrzymała. Da upust złości, kiedy go dopadnie. Zacisnęła zęby, mocniej ścisnęła trzonek i czekała dalej.
Było już jasno. Teraz nie będzie miał szans. Wyglądała jak cudaczna figura ogrodowa. nieruchoma, napięta jak żołnierz na froncie. Odbierała każdy dźwięk i ruch. Wszystkie zmysły i myśli były skupione na przeciwniku. Świat jeszcze spał. Oprócz kilku ptaków, wiatru i tej szumowiny pod ziemią. Minęło tyle czasu, że mąż już wstał i zaczął jej szukać. „Ha, ha, ha, no głupia baba” — śmiał się z okna.
„Zamknijże się!” Wiedziała, że przez te krzyki z polowania nic dziś już nie będzie. „Musiał wydrzeć mordę. Już go prawie miałam” — warczała, wstając ze stołka. Jutro spróbuje znowu. Lepiej ubrana i uzbrojona w latarkę. Tymczasem wpadła do domu jak pijany chłop szukający awantury. „I co? Musiałeś mordę wydrzeć?” Miała ochotę zdzielić starego w łeb. „Durna babo, zwariowałaś do reszty. Masz mi na jutro załatwić latarkę.
Przydaj się na coś, nieużyte jajcodrapie.” Trzasnęła drzwiami od łazienki. „Szurnięta baba” — fuknął pod nosem. „Granaty sobie załatw.” Poszedł do piwnicy szukać latarki. Zapomniała na chwilę o krecie, kiedy robiła obiad. Gołąbki wymagają sporo pracy, a nagotowała cały gar. Frytki usmaży, jak przyjadą. Na razie wlała świeży olej. Straszny był z wnusia frytkożerca. Uwielbiała patrzeć, jak w nieprawdopodobnym tempie te małe usteczka pochłaniają jedna za drugą. Widok małej, słodkiej buzi niesamowicie ją rozczulał.
Uwielbiała rozpieszczać wnuczka i psuć córce robotę wychowawczą. Nie zdawała sobie sprawy, z jaką premedytacją trzylatek owinął ją sobie wokół paluszków. Nie mogła sobie darować, że brzydko potraktowała go wczoraj pod oknem, że mogła wywołać w nim choć cień smutku i niechęci do babci. Wszystko przez tego pieprzonego kreta. „Strasznie wygląda ten ogród, ale dalej uważam, że nie jest wart takich nerwów. Wykończysz się” — powiedziała córka. „Nie pozwolę, żeby robił taki syf. Jutro dorwę tę mendę na pewno.” „Już jest syf, a ty tylko tracisz zdrowie. Jeszcze żeby jakieś kwiaty były albo nie wiadomo ile pracy włożone. Ale to tylko trawa.” „Nieważne.
To moja trawa i ma tego skurczysyna nie być.” Ojciec usłyszał i przyleciał do kuchni. „Ha, ha, ha, ha, ha. Będzie polować na niego, głupie babsko. Rano wzięła sobie stołeczek na środek ogrodu i czekała ze szpadlem, żeby go zdzielić w łeb, głupia.” „Pójdziesz ty, nieużyty dziadu!” — zamachnęła się ścierką. Chłop się uchylił i dostał w ramię. „Tylko szydzić potrafi, a nic nie zrobi. Latarkę masz. Leży na komodzie, szurnięta stara.” Kasia nic nie mówiła. Nie było sensu. Rodzice całe życie tak ze sobą rozmawiali.
„Maciuś, smakowały gołąbki?” — zapytała babcia. „Nie.” „No coś ty, nie smakowały ci? A ja się tak starałam, żeby były dobre.” „Smakowały. Przecież zjadł.” „To jak, niuniu? Dobre czy niedobre?” Niektóre babcie łakną uznania wnucząt jak heroinista działki. Chłopczyk pokręcił główką. „Niedobre.” Kasia zaczęła się śmiać, a babcia posmutniała. „No wiesz, a ja cię tak kocham i chciałam, żeby ci smakowało.” „Mamo, przestań wzbudzać w nim poczucie winy. Co to, gra na uczuciach? Daj spokój.” Kobieta wstała niepocieszona i zaczęła zbierać talerze.
„Maciuś, a masz ochotę na frytki?” — zapytała. Tak! Wybuch radości zadowolił babcię. Wydarła się za to na dziadka, kiedy podniósł się, żeby wynieść talerz. Do zmywarki od razu! Zamknij się, babo. Zwrócił się do córki. Jedziemy? Chciałbym już wypić piwko. A gdzie wy jedziecie?
Zapytała kobieta. Nie mamy prądu w sypialni i w przedpokoju. To chyba nie bezpiecznik, tylko cała ta część z bezpiecznikami, bo pstrykam i nie działa. Tata zobaczy, czy da się coś z tym zrobić, czy trzeba kupić całą tę część. A frytki? Niedługo będziemy. Maciuś zje, a my jak wrócimy. A dziadek piwko. Nachylił się do wnuczka, żeby ten go pacnął, jak miał w zwyczaju, kiedy twarz dziadka znajdowała się za blisko. Maciuś, nie podnoś ręki na dziadka, bo ci uschnie.
Tato, nie pozwalaj mu. Mały skupił się na bajce, a kobieta zapytała: Ty stare pijaczyno. Codziennie będziesz chlał piwo? Jakie chlał, głupia babo. Tato, chodźmy już. Ech, idiota. Wracajcie szybko. Kobieta zabrała się za obieranie ziemniaków. Kiedy wystarczyło na pierwszą porcję, zapaliła gaz pod olejem. Wypłukała ziemniaki i zaczęła kroić w paski.
Z pokoju przybiegł Maciuś. Już są frytki? Jeszcze nie. Za chwilę. Idź, oglądaj jeszcze. Zawołam cię. A może chcesz soczku? Tak. Wnuczek z małym kubkiem poszedł do pokoju. Tylko nie rozlej.
Olej wzburzył się gniewnie po zanurzeniu sitka z pierwszą porcją. Babcia wyciągnęła talerz z szafki i sięgnęła na parapet po ręcznik papierowy, żeby po usmażeniu wysypać na niego frytki. Wyjrzała przy okazji przez okno i zobaczyła w ogrodzie dwa świeże kopce. To szmaciarz. Wściekła pyrgnęła rolkę papieru na szafkę i poleciała wbić w kopce kij i zrobić szkodnikowi przeciąg. Nie będziesz mi tu rozkopywał. Złamany trzonek od łopaty miał ponad metr długości. Wbijała go prawie cały, kręcąc nim jak młynkiem, nie wyrządzając krotowi praktycznie żadnych szkód, bo sieć tuneli budował płycej. Szczerze nienawidziła tego zwierzaka i nie mogła się doczekać, kiedy zdzieli go szpadlem i wyrzuci na śmietnik. Jutro cię zabiję.
Nie licz na łaskę — warczała. Usłyszała stłumiony krzyk. Znieruchomiała na moment i nasłuchiwała. Był tak przedziwny, że w pierwszym momencie nie skojarzyła, że to może być dziecko. Szczególnie, że krzyk szybko ucichł. Maciek! Rzuciła kij i pobiegła do domu. Znalazła wnuczka na podłodze w kuchni. Obok niego leżał garnek i rozsypane frytki. Podłoga lśniła od trzech litrów oleju.
O mój Boże, o mój Boże! To Maciuś? Nie mogła go rozpoznać. Ta mała postać na podłodze w ogóle nie przypominała jej ślicznego wnusia, nawet żywego dziecka. O mój Boże, Maciuś, to Maciuś? Powtarzała, jakby próbowała tym pytaniem upewnić się, że nie wydarzyła się żadna tragedia. Chciała nawet sprawdzić, czy mały wciąż siedział na kanapie i oglądał Świnkę Peppę, która jak gdyby nigdy nic, chrumkała ze swoją rodziną z telewizora w pokoju. Głowa chłopca była jak u lalki, na której zostały resztki włosów, a buzia zwyczajnie zaczęła się rozpuszczać. Wyglądała, jakby ktoś pomalował ją niedbale na czerwono. Prawe oczko było zamknięte, drugie otwarte, bo powiega zwinęła się od gorąca, a oprawa stała się dziwnie nieregularna i zamiast gałki wypełniał ją jakiś żółtawy płyn.
Co z oczkiem, Maciuś? Co z twoim oczkiem? O mój Boże! Koszulka chłopczyka zmarszczyła się mocniej niż skóra na głowie, a lewa rączka i nóżka miały kolor zupy pomidorowej. Babcia nie krzyczała. Była w zbyt dużym szoku. Przypomniała sobie, co powinna zrobić. Próbowała podnieść małego, ale wywróciła się na śliskiej podłodze. O mój Boże! O mój Boże!
Zbite biodro poczuje później, ale w głowie nie będzie już miejsca na taki ból. Olej jest jeszcze gorący. Dlaczego jest jeszcze gorący? Szok zaczął się nasilać, ale nie przestała działać. Odciągnęła martwego chłopczyka z plamy oleju, podniosła i zaniosła do łazienki. Ostrożnie włożyła do wanny i odkręciła zimną wodę. Nerwowo polewała go całego. W głowie czuła mrowienie, jakby mózg jej się trząsł. O, jak pachnie frytkami — powiedziała Kasia. Wejście do mieszkania było zaraz obok łazienki, więc od razu zobaczyła przez otwarte drzwi stojącą matkę ze słuchawką prysznica.
Lała wodę do wanny, jakby podlewała kwiaty w ogrodzie. Co robisz, mamo? Nie odpowiedziała. Wtedy córka podeszła i zajrzała do wanny. Potrzebowała kilku sekund, żeby zrozumieć, na co patrzy. Dlaczego wciąż jest ciemno? Powinno być już jasno — powiedziała kobieta. Siedziała na środku ogrodu w samej koszuli nocnej, boso. Było chłodno jak na czerwiec. Lato miało się spóźnić i nie rozkręcić zbytnio.
Była druga w nocy. Do wschodu słońca zostały dwie godziny. Spędzała tak każdą noc. Wychodziła z domu, kiedy mąż zasypiał i przestawał ją pilnować. Oprócz żalu, który rozrósł się jak bluszcz i zrujnował psychikę, było w niej miejsce już tylko na nienawiść do kreta. Mendo. Mendo, to twoja wina, Mendo. „Ty jesteś winien” powtarzała. Mówiła za głośno, przy tym tupała i często podrywała się ze stołka, żeby uderzać kijem w kopce, w głębi których już dawno nie było kreta.
[04:35:55] - Proszę państwa, troszku krótszy nam wyszedł ten odcinek niż zwykle. Ale wiecie państwo, czas przedświąteczny. Szyby trzeba myć, jajka malować. Proszę bez żadnych skojarzeń. Pisanki trzeba robić po prostu i każdy sobie jakieś zajęcie przed świętami znajduje mniej lub bardziej, tu wybaczcie państwo, absurdalne. Bo święta to jest właśnie taki dziwny czas. Z jednej strony mamy świętować i wypoczywać, z drugiej strony tak się wcześniej niektórzy gotowi są urobić prawie na śmierć. Znam takie rodziny, które po prostu zapylają przed świętami tak ostro, że później tego odpoczynku świątecznego nie wystarcza. Nie wiem, czy państwo to zauważyli, ale jakiś taki przeze mnie przemawia nie najlepszy ton odnośnie świąt, ale tak jakoś sobie to ostatnio skojarzyłem, że jakiś paradoks w tych świętach bywa czasami. Z jednej strony to, co powiedziałem, mamy świętować, z drugiej jakoś tak sami zarzynamy, niszczymy magię świąt jednych, drugich, trzecich, czwartych czy piątych, bo robimy wszystko, żeby ta nadbudowa nie przedarła się, broń Boże, do naszych umysłów i skupiamy się, moim zdaniem, wybaczcie państwo, ale mycie szyb, wycieranie kurzy to może i ważne, nie mówię, że nie, ale to chyba nie jest istota jakichkolwiek świąt.
Wiem, to banalne wszystko, co mówię. Każdy z państwa to wie. Ale cóż, mogłem się wygadać, za co państwu pięknie dziękuję, że co piątek mogę sobie pogadać do sitka mikrofonu. Mam nadzieję, że przynajmniej część z państwa znosi to dzielnie i bez specjalnego dyskomfortu. Pięknie zatem państwu dziękuję i oczywiście zapraszam za tydzień. Pozdrawiam tym wszystkim, którzy obchodzą święta, wesołych świąt, tym wszystkim, którzy ich nie obchodzą albo niespecjalnie te święta interesują, to też spokoju i odpoczynku. Dobrej nocy.
[04:38:13] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.