[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Szanowni Państwo, nie pozdrawiam małych, latających, żądlących, toksycznych socjalistów. Rzekłem. A wracając do tematów przyjemniejszych, zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:45] - Witam Państwa bardzo serdecznie w Bibliotekarium 2.0. Zaczynamy odcinek numer 80. 80 jeśli chodzi o 2.0, bo w ogóle to jest tego znacznie, znacznie więcej.
[01:01] - A ja tak jeszcze nawiążę do początku. Ósemka w tej osiemdziesiątce ma taką jakby talię osy.
[01:08] - O, chociażby. Znaczy się niebezpiecznie. Ale będzie dzisiaj tradycyjnie. Tradycyjnie to znaczy zaczynamy od zapowiedzi wydawniczych. Dzisiaj bierzemy na tapet wydawnictwo Skarpa Warszawska. Wszystkie książki, które dzisiaj Państwu przedstawię, pojawią się na rynku 24 kwietnia bieżącego roku. Swoją drogą bieżącego roku to mi się zawsze kojarzy z jakimś takim urzędniczym pismem, w którym informuje się mnie, co następuje, że tego i tego bieżącego roku nastąpi to i to albo nie nastąpi to i to. Jakoś tak niedobrze kojarzę. No ale my kojarzmy jak najlepiej. 24 kwietnia pojawią się książki następujące.
Pierwszy tytuł „Charles Dickens na tropie. Opowieść o dwóch morderstwach”. Jeżeli Państwo pomyśleli, że serwuję Państwu historię literatury, to już wyprowadzam z błędu. To nie jest książka Charlesa Dickensa. To jest książka o tamtych czasach. Napisał tę książkę Redmond Heather. I cóż możemy o niej przeczytać? U progu wiktoriańskiej ery Londyn ma nowego detektywa. Zimą 1835 roku młody Charles Dickens zostaje dziennikarzem Evening Chronicle. Zaproszony na kolację do posiadłości współredaktora gazety, jest oczarowany córką swojego szefa, pełną życia dziewiętnastoletnią Kate Hoggart.
Wieczór zakłóca krzyk z domu sąsiadów. Charles, Kate i jej ojciec znajdują nieprzytomną pannę Christianę Luxon. Kobieta wkrótce umiera. Kiedy Charles dowiaduje się od kolegi o bardzo podobnej, tajemniczej śmierci młodej kobiety rok wcześniej, zaczyna podejrzewać otrucie. Postanawia zbadać sprawę. Urocza Kate oferuje pomoc, wykorzystując swoją pozycję społeczną, by dotrzeć do wyższych sfer, w których ktoś jest podejrzany o morderstwo. Charles ma nadzieję, że uda mu się odkryć prawdę i sprawić, by sprawiedliwość dosięgła sprawców. To była pierwsza książka. Książka Redmonda Heathera „Charles Dickens na tropie. Opowieść o dwóch morderstwach”.
Druga książka ze Skarpy Warszawskiej to jest kolejne wydanie powieści, która po raz pierwszy ukazała się w 2010 roku. Nosi ona tytuł „Mróz” i to jest, proszę Państwa, Meisterstück, bo na okładce widzimy tytuł „Mróz” napisany wielkimi literami i już mamy podejrzenie, że oto właśnie kolejna książka czołowego polskiego twórcy kryminałów pojawiła się na rynku. A tu nie, bo „Mróz” to jest tytuł, a książkę tę napisał Marcin Ciszewski. Tak jak powiedziałem, to jest reedycja, kolejne wydanie, ale książka warta grzechu, warta zakupienia. Cóż o niej czytamy? Trzymający w napięciu thriller polityczny na miarę naszych czasów. Niespodziewane zwroty akcji, nietuzinkowi bohaterowie i meteorologiczna katastrofa w tle. Nadciąga nowa epoka lodowcowa. Temperatury spadają do minus sześćdziesięciu stopni Celsjusza. Wiatr zrywa linie energetyczne, a miasta przykrywa kilkumetrowa warstwa śniegu.
Gdy na najwyższych szczeblach władzy dochodzi do trzęsienia ziemi, na żądanie premiera nadkomisarz Jakub Tyszkiewicz ląduje nie tylko w samym centrum śledztwa, ale też kataklizmu. I to była druga książka, która ukaże się 24 kwietnia. Przypomnę tytuł „Mróz”, autor Marcin Ciszewski. No i trzecia dzisiejsza polecanka, trzecia dzisiejsza zapowiedź. Znowu 24 kwietnia. Tytuł „Zbrodnia przed północą”. Autorka Małgorzata Rogala, a zatem autorka, która na rynku polskiego kryminału jest świetnie znana i rozpoznawalna. O czym jest nowa książka? Mieli żyć długo i szczęśliwie. Przedwiośnie w pełni.
Po latach do rodzinnego miasteczka wraca Antoni z narzeczoną. Para kupuje dom, bierze ślub w kościele na wzgórzu i organizuje wesele w pensjonacie nad jeziorem. Na przyjęciu są obecni przyjaciele Antka z dawnych lat oraz najbliższa rodzina. Kiedy zabawa trwa na całego, na oczach gości umiera panna młoda. Wkrótce się okazuje, że została otruta. Kto zabił Judytę? Jakim motywem kierował się sprawca? A może dziewczyna zginęła przez pomyłkę? Podkomisarz Monika Gniewosz oraz starszy aspirant Tadeusz Sokół prowadzą śledztwo. Jednak podjęte działania nie przybliżają ich nawet o krok do rozwiązania zagadki.
Jakby tego było mało, znika Kornelia, córka Moniki. Zaczyna się wyścig z czasem. Policjantka rozdarta między powinnością zawodową a pragnieniem chronienia bliskich, musi ponownie zawalczyć o bezpieczeństwo swojej rodziny. Tak, proszę państwa, to była trzecia propozycja. Przypomnę: „Zbrodnia przed północą” Małgorzata Rogala. Ponieważ dzisiejsza audycja ma się toczyć niezmiennym trybem, w związku z tym nadszedł czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj zajmiemy się tematem, chciałem powiedzieć, że abstrakcyjnym, ale nie, on nie jest abstrakcyjny. Jest tylko taki, wydawać by się mogło, mało filozoficzny. To nieprawda. Estetyka to jest część filozofii.
Może nie wybijana na pierwszy plan, ale jednak ważna część filozofii, ciągle jeszcze. Zatem dzisiaj pochylimy się nad artykułem Mirosława Żelaznego zatytułowanym bardzo prosto: „Piękno”. Artykuł pochodzi oczywiście z dwumiesięcznika „Filozofuj” z 2018 roku, konkretnie z numeru pierwszego, a dostępny jest dla państwa na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autor tego artykułu, Mirosław Żelazny, jest profesorem zwyczajnym, kierownikiem Zakładu Estetyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Z przekonania egzystencjalista. Zajmuje się głównie estetyką, filozofią niemiecką, filozofią i psychologią egzystencjalną. Jest także redaktorem dzieł zebranych Immanuela Kanta, wydanie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Hobby naszego autora to literatura przygodowa, zwłaszcza Robinsonady, uczenie studentów języka niemieckiego. Jakież to dziwne ludzie mają czasami hobby. A więc zaczynamy.
Mirosław Żelazny „Piękno”. Na czym polega esencja piękna? Do odpowiedzi na to pytanie przybliży nas kilka ważnych obserwacji. Na początku należałoby przytoczyć sentencję wypowiedzianą przeszło dwa i pół tysiąca lat temu przez chińskiego mędrca Laozi: „Gdy świat cały uznał piękno za piękno, wtedy pojawiła się szpetota”. Tak, proszę państwa, przejdźmy dalej do artykułu. Zadumałem się trochę nad tą myślą. Piękno to trudne słowo. W języku potocznym obecne jest zarówno w deklinacji jaka piękna dziewczyna, jak i w okrzyku mojego znajomego chirurga, który wpadł spóźniony na swoje przyjęcie urodzinowe, krzycząc: „Jakie miałem dziś piękne zapalenie otrzewnej”. To drugie znaczenie zostawmy na boku. Zajmijmy się pierwszym i wyobraźmy sobie następującą sytuację.
Na placu zabaw bawią się dwie dziewczynki. Jedna jest prześliczna, co potwierdzają wszyscy, a drugą można byłoby uznać nawet za nieco brzydką. Jej mamusia mówi jednak do mamusi latorośli powszechnie podziwianej: „Bawią się dwie najpiękniejsze dziewczyny na całym osiedlu”, ale jej sądu nikt tak naprawdę nie podziela. Wszyscy podziwiają walory estetyczne pierwszego dziewczęcia. Oczywiście mamusia córeczki mniej pięknej ma święte prawo uznawać swoją latorośl za piękną, lecz jej wypowiedź może mieć wyłącznie charakter deklaracji upodobania, a nie sądu estetycznego. W estetyce bowiem, jak stwierdził Kant, za piękne nie można uznać czegoś, co podoba się tylko jednej osobie. Cóż to oznacza, że coś podoba się większej liczbie osób? To mianowicie, że na temat tego czegoś można dyskutować, używając pojęć. Piękna dziewczyna może mieć na przykład głowę i twarz zbudowaną zgodnie z arystotelesowskim kanonem złotego środka, a ciało zgodnie z kanonem złotego cięcia, którego ucieleśnienie można zaobserwować w posągu Wenus z Milo i Apolla z Belwederu. Tu docieramy do starego greckiego pojęcia piękna kryjącego się w terminie kalos.
Piękno to harmonia i proporcja. W wyobraźni plastycznej oznacza to, że materia przedmiotu nazywanego pięknym przy minimalnej masie wchodzi w stan równowagi z siłą ciążenia. Właśnie dlatego tak piękny jest kłos zboża, choć faktu tego nie doceniamy na co dzień, bo jest zbyt pospolity. Za piękne zwierzęta uznamy jaskółkę i antylopę, a nie wróbla i wołu. Więcej. Mimo że antylopa w sensie fizycznym jest cięższa od wróbla, to przecież istnieje konsekwencja estetyczna pozwalająca nam nazwać wróbla zwierzęciem ociężałym, a antylopę lekkim. Istnieje taka dyscyplina sportowa: skoki z wieży do wody. Dyscypliny tej nie może uprawiać ani niski grubasek, ani dama obficie obdarzona przez naturę, czy wreszcie ktoś zbytnio wyrośnięty, lecz jedynie osoba o budowie ciała zbliżonej do kanonu złotego cięcia. Zdaniem Kanta widok przedmiotu, w którym optymalna masa ciała, często po prostu minimalna, pozostaje w harmonii z ogromem siły ciężkości, staje się dla nas źródłem specyficznej rozkoszy. Mamy tu bowiem do czynienia z precyzją, a w domyśle mądrością porządku natury.
Kolejna teza związana z filozoficznym pojęciem piękna brzmi: ocena piękna winna opierać się na wydaniu sądu, a nie na upodobaniu. Jakże często zdarza się nam widzieć na przykład w telewizji osoby piękne, które samym wyglądem wzbudzają w nas odczucia negatywne. Ale będąc wierni prawdzie, cechy piękna osobom takim przecież nie odmówimy. Albo inny przykład: czy dyrygent na 40. próbie orkiestry wciąż może odczuwać, jak piękny jest wykonywany utwór? Na pewno nie. A przecież to ten dyrygent najlepiej wie, na czym polega piękno owego utworu i jakie braki przejawia jego wykonanie. Stąd kolejna teza. Komuś, kto wydaje sąd na temat, czy prawdą jest, że jakieś zjawisko należy uznać za piękne, zjawisko to wcale nie musi się nieustannie podobać. Dyskusja dwóch entuzjastów piękna dzieła sztuki będzie więc wyglądała inaczej niż dyskusja dwóch profesjonalnych artystów.
Ci pierwsi będą starali się przedstawiać sobie nawzajem swoje odczucia. Ci drudzy zaś nie będą dyskutować w kategoriach piękny, piękniejszy, lecz poprawny, niepoprawny. Pierwsi w swej dyskusji sięgną po alegorie poetyckie. Drudzy użyją na przykład pojęć proporcji, rytmu czy perspektywy. Padnie na przykład stwierdzenie: „Ta piosenkarka powinna popracować nad górnym A”. Pojęcia takie jak piękny, brzydki, wzniosły i tak dalej to wartości estetyczne. Kategorie takie jak proporcja, rytm czy perspektywa to wartości artystyczne. Profesjonalny znawca sztuki powie nam o wartościach estetycznych, jak piękno, można skutecznie dyskutować tylko za pośrednictwem wartości artystycznych. Nie wystarczy mu więc na przykład stwierdzenie, że jakiś obraz nie jest zbyt piękny. Będzie starał się wykazać, jakie jego twórca popełnił błędy, często czyniąc to w języku dla przeciętnego miłośnika sztuki niezrozumiałym.
Na podobnej zasadzie jesteśmy w stanie oceniać walory estetyczne zjawisk natury. Jeśli mają one stać się przedmiotem dyskusji, często traktujemy je jako efekty pracy nieznanego nam artysty, który to gdy porównamy jego dzieło z naszym idealnym wyobrażeniem przedmiotu, mimo wszystko też popełnia błędy. Ostatnia ważna teza dotycząca istoty piękna brzmi: sąd dotyczący piękna powinien być bezinteresowny. Cóż to oznacza? W otaczającym nas świecie na każdym kroku dostrzegamy, jak własność bycia pięknem łączy się z innymi wartościami, względnie przypisywana jest przedmiotom niekoniecznie pięknym. I tak ze względu na odczuwany popęd erotyczny za piękną możemy uznać osobę, która ten popęd wzbudza, niekoniecznie będąc przy tym piękną. Nasz sąd o dziele sztuki, obok oceny estetycznej, może zawierać odniesienia do czynników natury obyczajowej, estetycznej, historycznej, zaś w przypadku osobowości patologicznych mogą go zakłócać na przykład skłonności sadystyczne. We wszystkich tych wypadkach na sąd estetyczny wywierają wpływ czynniki z zakresu władzy pożądania. Chcąc udowodnić autonomiczność estetyki, filozofowie poszukiwali przykładów sądów o pięknie, które byłyby ewidentnie bezinteresowne. Szczególnie wdzięczny obiekt stanowią tu niektóre zjawiska przyrody nieożywionej, jak Kantowskie rozgwieżdżone niebo.
Innego przykładu, zdaniem tego wielkiego filozofa, dostarcza obserwacja płatku śniegu. Cóż łączy te tak odległe od siebie w sensie wielkości zjawiska? Otóż fakt, że trudno sobie wyobrazić, by mogły one stać się przedmiotem czyjegoś pożądania. Dlatego sąd o ich pięknie łatwo sobie wyobrazić jako bezinteresowny. Problemem piękna zajmowaliśmy się tu w znaczeniu greckiego kalos. Jest to tak zwane piękno pitagorejskie, którego głównym wyznacznikiem są harmonia i proporcja. To właśnie piękno stanowiło cel artystów klasycznych, jeśli można użyć tak szerokiego terminu. Od starożytnych rzeźbiarzy po twórców Wieży Eiffla. Nie jest to oczywiście jedyny sposób rozumienia pojęcia piękna, nawet w języku filozoficznym. Współczesne kierunki socjologizujące Postmodernizm, relatywizm kulturowy zwracają uwagę, że ocena i pojmowanie wartości estetycznych zawsze zależne są od realiów kulturowych.
Są to trafne spostrzeżenia. Należy je jednak uzupełnić uwagą, że powszechnie spotykana jest sytuacja, w której wartości uznawane przez jedną kulturę mogą zostać zrozumiane i zaakceptowane przez przedstawiciela innej kultury, często po dokonaniu przez niego intensywnej pracy w zakresie samokształcenia. Wartość bycia człowiekiem jako istotą poznającą zawsze okazuje się więc nadrzędna w stosunku do wszelkich innych wartości, jakkolwiek relatywnych. Przyznam się państwu, że dużo zbiegów głosek, które ciężko wypowiedzieć było w tym tekście. Stąd pewne zawahania, które pojawiały się podczas jego odczytywania. Ale zostawmy to na boku. Mam nadzieję, że byłem w miarę komunikatywny, a przede wszystkim, że tekst, który przedstawiłem, rzucił państwu odrobinę światła na to, czym jest estetyka, czym jest piękno, jak różnie to wszystko może być pojmowane. A teraz, proszę państwa, ruszamy z kolejnymi pozycjami na liście. Bibliotekarium 2.0 ma zaszczyt zaprezentować państwu kolejny odcinek w cyklu Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka, a dzisiaj film z Półwyspu Iberyjskiego, z Hiszpanii.
Horror albo horroropodobny film zatytułowany "Wenus". Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[20:22] - Witam, witam.
[20:25] - Tak się dzisiaj jakoś zrobiło, przynajmniej po tytule sądząc, miłośnie. Ale to tylko miłe złego początki.
[20:36] - Nie wiem, czy miłośnie. Koniec końców za wiele erotycznej temperatury w tym filmie nie ma.
[20:43] - Ale za to Wenus w tytule.
[20:46] - Przepraszam też, że nie ma. Jak ktoś zobaczy pierwsze pięć minut, to powie, że jest odwrotnie. Nie, potem już nie ma takich scen. Dzisiaj sobie powiemy o hiszpańskim horrorze, względnej nowości. Jest to horror z gatunku paranormal z elementami kina akcji. Film "Wenus". Marku, wreszcie chyba nie byłeś bardzo rozczarowany, bo i się strzelali, i kradli, i zabijali. Także chyba byłeś ukontentowany, bo to taki film dość nietypowy, bo muszę powiedzieć, że ostatnio to horrory mają raczej melodramatyczną naturę. Mówię o tych nowościach.
[21:29] - Zdecydowanie coś się działo i to działo się nawet logicznie, bo ten film, będziemy państwu przynajmniej po części go opowiadać, nie za dużo, ale ten film toczy się do pewnego momentu albo w pewnych momentach toczy się w miarę logicznie i zgodnie z prawidłami kina akcji. Może to kino akcji to już przesadziłem, ale taki element sensacyjności oraz logiki bandyty albo logiki bandytów w tym filmie jest i nie da się ukryć, że te momenty z mojego punktu widzenia były najlepsze. Cóż, tam się w pewnym momencie wkrada wątek... Ten wątek właściwie pojawia się na samym początku, bo zaraz przy czołówce widzimy jakąś taką notkę, słyszymy głos o tym, że jakaś planeta i my tę planetę zresztą też obserwujemy w tym filmie, która gdzieś się zbliża do Ziemi. To mi się wydało najsłabsze w tym wszystkim, ale niech będzie, nie przeszkadzało w odbiorze filmu. I główna bohaterka, która ucieka przed swoimi kolegami, chociaż trudno to nazwać kolegami, bo oni tak naprawdę ochraniali dyskotekę, czy taką dyskotekę jednocześnie z jakimiś inklinacjami narkotyczno-erotyczno i wszelkimi innymi. Główna bohaterka tańczy tam trudno powiedzieć, że na rurze, ale na takim podwyższeniu, co z jednej strony ma panów kontentować, z drugiej strony jakoś napędzać zabawę. Nie wiem, nigdy nie byłem fanem tego rodzaju miejsc. W każdym razie poza tym, co opisałem, ta pani zajęła się, postanowiła się zająć, podjęła próbę okradzenia swoich pracodawców, którzy co prawda są bandytami, w każdym razie mają trochę na bakier z prawem i z prochami trochę kombinują. Ale ona nie wpadła na ten pomysł sama, o czym się później przekonujemy.
Ale jak ktoś z mafią albo paramafią zadziera, to się nigdy dobrze nie kończy, nawet jeśli ktoś stara się bardzo, żeby tej sprawiedliwości mafijnej nie stało się zadość. Myślę, że jakoś tam zarysowałem przynajmniej ten początek, to zawiązanie akcji.
[24:18] - Tak. Nasza główna bohaterka Lucia lub Lucja w roli głównej sprawdziłem Ester Expósito. Tutaj mówię, dlaczego w roli głównej. Dlatego, że muszę powiedzieć bardzo sprytnie wychodzi. Dobrze się ten film ogląda, przede wszystkim ze względu na nią. Nie wypada na pewno kiepsko. Jest też kilka innych znanych twarzy z kina hiszpańskiego. Jeżeli oglądaliście seriale różnego rodzaju na Netflixie, to też ich kojarzycie. Film, ogólnie rzecz biorąc, jest inspirowany wieloma obrazami. Rzekomo ponoć w ogóle jest oparty na prozie Lovecrafta, ale ja tak za bardzo tego nie zauważyłem, powiem ci.
Chyba że to jest taka inspiracja, że jest po prostu jakiś wątek pociągnięty. Natomiast ja tam się dopatruję innych inspiracji, na przykład "Suspirią", na przykład filmem "Hereditary", ale to jest też taki podgatunek horrorowy, gdzie głównym, może nie głównym bohaterem, ale jednym z głównych bohaterów jest budynek. Ciesząca się złą sławą rudera, ona jest właśnie Wenus, żeby nikt nie myślał, że Wenus to nazwa głównej bohaterki czy tej dyskoteki. Tak jak powiedziałeś, ona pracuje tam w tym klubie. Warto też dodać, że ona zostaje złapana na kradzieży i udaje jej się ukraść torbę z jakimiś pastylkami. Postanawia je przechować i ukryć się w miejscu, gdzie jej nikt nie będzie szukał. Tym miejscem jest wspomniany budynek. W tym budynku mieszka jej siostra. Siostra mieszka w mieszkaniu dość obskurnym, które jest nawiedzone. Potem się dowiadujemy, że to nawiedzenie w sumie zatacza trochę szersze kręgi.
No i oczywiście, co się dzieje? Dzwonek do drzwi, w progu staje ta obdrapana Lucia z torbą narco, i trzeba ją ukryć. Kobieta, czyli jej siostra, się godzi. Natomiast pojawia się pewien problem, bo ta siostra w nocy znika. Znika, nikt nie wie gdzie. Ta Lucia nie tylko ma na głowie torbę pastylek, ale też siostrzenicę. Widzimy tam następnie dość ciekawe sceny, że ona się miota. Wie, że jest jak zając ścigany przez stado ogarów i ona się próbuje ukrywać. Przez pewien czas jej to wychodzi i w końcu ją lokalizują. Dochodzi do wielkiej konfrontacji.
Z bohaterów, powiem ci, Marku, bo warto dodać, trzeba wymienić społeczność sąsiedzką też, bo ona odegra ważną rolę w tym filmie. I cóż tu możemy powiedzieć? Ten film nie jest najgorszy. To jest przyjemny zabijacz czasu, chociaż wraz z rozwojem akcji intensyfikują się wydarzenia, ale mam wrażenie, że nam spada napięcie mocno. Im dłużej, tym tego napięcia jest mniej. Powiem ci, że chociaż ta kulminacja powinna nas wywalić z sandałów, to jest zupełnie inaczej. Takie mam odczucie.
[27:32] - Wspomniałeś właściwie o sąsiadach, a sąsiedzi, właściwie sąsiadki, to też jest niezła menażeria. I stamtąd, z wyższego piętra idzie... Dobra, użyję języka przesady: samo zło stamtąd idzie. Z tym że tak nie do końca i to nie jest takie proste. W ogóle jedna z głównych sąsiadek, bohaterek, aktorek grających sąsiadki, przypominała mi, jakoś tak obsesyjnie do tego wracałem, Beatę Tyszkiewicz, tylko w trochę młodszym wieku. Zupełnie nie wiem, skąd to skojarzenie, ale nie mogłem się go pozbyć. W związku z tym to też wpływało na mój odbiór filmu. Te sąsiadki też się dziwnie zachowują. My się w pewnym momencie przekonujemy, że one biorą udział w jakimś tajnym sprzysiężeniu, stowarzyszeniu, sekcie najprawdopodobniej, która tam coś przywołuje, a w dodatku ubzdurała sobie ta sekta, a może nie, a może wcale to nie jest ubzduranie sobie, że dziewczynka, córka głównej bohaterki, to jest ktoś, kto powinien być im bliski. Nie wiem, ile my jeszcze z tego filmu możemy opowiedzieć, żeby nie zniszczyć państwu odbioru tego filmu.
Ja się w tym momencie zatrzymam, ale tak jak Piotr powiedział, im się robi dziwniej w tym filmie, tym napięcie spada, bo na początku, tak jak mówiliśmy, jest akcja związana z ucieczką, związana z ukrywaniem się, z sensacją po prostu. A później wchodzą te wątki, dla porządku nazwijmy je paranormalne, i one jeszcze na początku jakieś emocje budzą, a później wszystko odbywa się według pewnego schematu. Mnie rzeczywiście, podobnie jak Piotrowi, napięcie spadało i czekałem już później na koniec tego filmu. On oczywiście stara się być, ten koniec, ktoś się postarał, scenarzysta prawdopodobnie, żeby on był lekko przewrotny, ale wiecie państwo, nie takie przewrotki już w kinie się widziało.
[30:02] - Tak, tutaj nawiązałeś do tej dziewczynki. To jest taka inspiracja filmem "Hereditary". Myśmy go nigdy nie poruszali w Filmotekarium. Myślę, że to jest błąd. Kiedyś musimy do niego przejść, chociaż już ma kilka lat na karku. Co ja bym tu jeszcze dodał? Wiesz co, początek jest naprawdę fajny. I miałem takie wrażenie, że ta druga część horrorowa będzie równie dobra. A tutaj spore rozczarowanie niestety, bo trochę przesadyzmu się wkrada. To jest nowoczesny horror i tak jak w wielu nowoczesnych horrorach mamy dwie linie Dwie linie poprowadzone, czyli te zjawiska z pogranicza nam się przecinają z historią dramatyczną bądź obyczajową, w tym przypadku taką z zadęciem sensacyjnym.
One się w pewnym momencie fajnie zaplatają nawet. Czyli w chwili, kiedy ona siedzi z tym dzieckiem w tym przeklętym mieszkaniu, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Mamy wrażenie, że finał będzie jak najbardziej okej. Myśmy tu powiedzieli na początku chyba, że to jest historia trochę o nawiedzonym domu. Nie do końca, jak zresztą wspomniałeś, bo to nie jest zwykłe nawiedzenie. Jakby ktoś teraz nie chciał usłyszeć pewnego spoilera, to niech zatka uszy. Ja policzę do pięciu i wyjaśnię, o co tam chodzi. Liczę w myślach. Otóż jest to taka historia okultystyczno-demoniczna, przy czym to wszystko jest bardzo nieemocjonujące. Nieemocjonujące może dlatego, że już to i owo w filmach się widziało i mamy taką sytuację, że jest za dużo.
To tak, jakbyś zjadł deser z dodatkową porcją lukru albo pączka z potrójnym lukrem. I tego jest zbyt wiele. A jeżeli dochodzi już do tego ten wątek astronomiczny, który jakoś wyparłem ze swojej pamięci, to mamy wrażenie, że jest ewidentnie za dużo w tym filmie, ale i tak się go da oglądać i efekt jest nie najgorszy. Muszę powiedzieć, jak zwykle narzekamy, powiem ci, i gdyby to było inaczej zrealizowane, gdyby to był na przykład film amerykański, podejrzewam, że byłby nie do obejrzenia. Natomiast tutaj jest w miarę okej. Ja zacząłem się zastanawiać dlaczego. I powiem ci, że doszedłem do wniosku, że po prostu jest to film w miarę, jakby nie było, realistyczny. On nam opowiada historię, która może poza tą samą końcówką miała prawo się wydarzyć. I ci aktorzy nie przesadzają. Nie ma tam takiego hollywoodzkiego zadęcia i to się ogląda naprawdę dobrze.
[32:53] - Co więcej, ja odniosłem wrażenie, że tak: powiedziałeś, że my często narzekamy. Więc traktujcie państwo dzisiejsze nasze narzekanie tak lajtowo, bo my, powiedzmy dwaj zgryźliwi, może nie tetrycy, ale w każdym razie mocno zgryźliwi faceci narzekamy i narzekamy, ale jedno narzekanie drugiemu nierówne, więc dzisiaj narzekamy lajtowo, bo rzeczywiście ten film da się obejrzeć. Człowiek nie ziewa, nie czeka na koniec, że: „Ile jeszcze? Już minęła pewno godzina. A nie, to 15 minut dopiero”. Nie, tu to wszystko dosyć szybko pomyka. Człowiek ani się obejrzy, film się zaczyna kończyć, więc wszystko jest niby okej, ale jak sobie człowiek tę historię przemyśli, to chyba można było ją zrobić troszeńkę lepiej. Mówię o samym finale. Co więcej, tam są takie obrazy, które się ogląda z zainteresowaniem. Tam w pewnym momencie jest jeden z bohaterów, oczywiście mężczyzna i to taki, który czyhał na główną bohaterkę.
Trafia do pomieszczenia, gdzie wita go, co mnie się skojarzyło z taką paleolityczną Wenus, wręcz te same kształty. I tam to się nie kończy dobrze dla tego pana. W ogóle tam w pewnym momencie dochodzi do zdrowej, solidnej jatki. Szczegółów państwu nie zdradzę, ale to jest jatka, którą da się obejrzeć z tego względu, że ona nie jest paranormalna, a w każdym razie nie do końca. Tam się dzieje. Zdradzę tylko tyle, że mafiozi nie są głupi i wcześniej, a właściwie troszkę później, wpadają na pomysł, gdzie uciekinierka, główna bohaterka mogła się zadekować. I ruszają tam. Na przedzie rusza pewien człowiek, który ma interes w tym, żeby być pierwszy. I tyle. Więcej nie powiem.
W każdym razie ten film od strony wizualnej również się w wielu momentach sprawdza. Nastrój grozy, nastrój takiej ciasnoty tego budownictwa. Bo wiecie państwo, to jest tak, że w Polsce dałoby się taki horror nakręcić w co drugim wieżowcu, bo te pomieszczenia, te klitki, właściwie to budownictwo wieżowcowe chyba na całym świecie jest takie samo, czyli małe pomieszczenia, ciasno, duszno i dosyć, powiedzmy sobie, obskurnie. To widać, że to jest jednak budownictwo w przypadku tego wieżowca o nazwie Wenus, to jest jednak jakaś taka budowla, do której się przesiedlało ludzi biednych. A może ona kiedyś była, ta budowla, w lepszej dzielnicy, ale później dzielnica podupadła i w związku z tym się tam przenosili ludzie tacy nie do końca majętni czy nie do końca przystosowani społecznie. W dodatku jeszcze ten dom jest przynajmniej w połowie, w większości właściwie opustoszały. Większość mieszkań jest niezasiedlona. Mieszka tam siostra głównej bohaterki, która później, jak powiedział Piotr, ucieka, zostawiając swoją córkę. Mieszkają te sąsiadki z góry z taką córeczką, która nie do końca jest rozwinięta umysłowo. I tych lokatorów tam za dużo nie ma.
W związku z tym jak mafia szuka, to znowu oglądamy takie sceny dynamiczne. Jak mafia szuka, to oczywiście znajduje. I te sceny są znowu takie, że da się to oglądać. Przedłużam, przedłużam, bo mam zamiar powiedzieć, że obejrzyjcie państwo ten film. I teraz nie mówię tego na zasadzie takiej, że my się z Piotrem męczyliśmy, to państwo też się pomęczcie. Nie. Moim zdaniem nie będziecie się państwo nudzili, aczkolwiek pod koniec możecie się czuć państwo lekuchno zawiedzeni. Może zrekompensuje ten zawód sama dynamika filmu, bo ona tam jest i to jest niekłamana dynamika. To rzeczywiście da się oglądać, ale wątek horrorowy, o który tak naprawdę nam przecież chodzi, kiedy oglądamy filmy właśnie takie horrorowo podobne, ten wątek moim zdaniem nie trzyma poziomu, przynajmniej nie trzyma go do końca.
[37:56] - Tak, jest po prostu nudny i odtwórczy. Tam jest za mało demoniczności w tym wszystkim. To jest taki trochę diaboliczny horror dla ubogich. Taki "Hellraiser" mocno zubożony, ale i tak nie jest źle. To się da obejrzeć. Przy czym pamiętajcie o tym: tam nie ma żadnych ukrytych filozoficznych podtekstów. Nie, to nie jest tego rodzaju kino. To jest opowieść czysto fantastyczna, powiedzmy w jakimś stopniu. Tym się przecież interesujemy w Filmotekarium, także nie dopatrujcie się tutaj drugiego dna i jakichś egzystencjalnych wartości. To nie jest ten program.
Tu jest kuźnia fantastyczna. Tu się historie liczą, a nie jakieś tam smęty. Tak to więc z "Venus" wygląda, ale trzeba też rozpatrywać ten film na szerszym polu, bo to jest kolejna produkcja hiszpańska. Rzecz się zresztą dzieje w Madrycie i ten budynek, chociaż się wydaje taką komunałką, takim jakimś slangsem, tak źle z nim nie jest. Ale on w ogóle, co ciekawe, ma właścicielkę. Ta właścicielka tam mieszka, co trochę też potęguje potem nastrój jakiejś dziwności, że pozwala na to, żeby był pusty, prawda? Ale wróćmy do tej Hiszpanii. Jak wiadomo, to jest europejski potentat horrorowy od lat. Co roku mamy kilka produkcji mniej lub bardziej udanych. Nawet tutaj już się zdarzało w Filmotekarium, że były omawiane takowe.
Chyba ostatni film hiszpański to był "Tin i Tina", jeżeli dobrze pamiętam. Jest ich też oczywiście więcej. Ciągle się tam coś nowego pojawia i ta hiszpańska szkoła horroru jest bardzo charakterystyczna. One, te filmy są specyficzne, niekiedy podobne do siebie, ale nie to, że podobne do siebie względem scenariusza, tylko pewnej poetyki, pewnego przedstawienia tych strachów, które tam są. I co ciekawe, akcentowana jest zazwyczaj sfera paranormalna. Paranormalna w tym zakresie, że wskazuje się na duchy i te duchy, powiedzmy, potępione również. Muszę wam powiedzieć, że nie jestem zbyt wielkim fanem tych hiszpańskich horrorów. One mnie nie do końca przekonują, nie do końca mnie straszą. Czasami są po prostu smętne, czasami te ładunki, te linie są poprowadzone tak, że mamy historię, która jest jakaś tam bardzo łzawa i tragiczna i dodatkiem jest jakiś element paranormalny. Czasami się to po prostu nie udaje.
Nie udaje się sklecić z tego fajnej opowieści. Ale "Venus" ma w sobie nieco życia, ma nieco animuszu i powiem ci, że jest tam element niepotrzebny. Znaczy ja już to mówiłem, że jest niepotrzebny ten element astronomiczny. On jest do tego stopnia zbędny, że powiem ci, że ja o nim zapomniałem nawet. Absolutnie to jest niepotrzebne w tym filmie. Zupełnie. Nawet jeżeli chodzi o, tutaj się ugryzę w język, nie mogę wam powiedzieć, jakie on ma znaczenie, bo ma, ale równie dobrze mogłoby go nie być. Nic by się nie stało.
[41:17] - Tak, to przejście związane z rytuałem pewnym, który następuje, który się odbywa. Jesteśmy jego świadkami. On nie jest też specjalnie oryginalny, żebyście państwo nie zyskiwali jakiejś złudnej nadziei. Nie. Co państwu powiem, to państwu powiem. Mnie ta hiszpańska Beata Tyszkiewicz przeszkadzała w tym filmie. Żart taki bezsensowny, ale jednak jak się do czegoś przyczepię i jakoś sobie to tak wbiję w głowę, to po prostu ze mną to siedzi. Cóż, coś jeszcze możemy o tym filmie, Piotrze, powiedzieć? Myślę, że za dużo to już chyba nie, bo zaczniemy wchodzić w spoilerowanie, a to chyba byłby jednak niepożądany krok. Ale znowu powtórzę: obejrzyjcie państwo ten film.
Tym razem to nie jest taka podstępna zachęta, żebyście państwo cierpieli na równi z nami. Obejrzyjcie. Żal nie będzie taki wielki.
[42:17] - Jeżeli można coś jeszcze dodać, to tak dla zupełnej ciekawości zwróćcie uwagę, jeżeli jesteście fanami horroru, na filmy i seriale właśnie z tego gatunku, w których głównym bohaterem jest dom lub mieszkanie. Jest tych filmów sporo. O dziwo, niektóre są udane bardzo, inne są absolutnie do kosza, ale może kiedyś o nich jeszcze będziemy mówić.
[42:42] - No cóż, pięknie ci, Piotrze dziękuję i do usłyszenia. Tak, proszę państwa, to był film zatytułowany „Wenus”. Czas się troszeczkę zabawić. A jeśli chodzi o zabawę, szczególnie zabawę literaturą, niezawodna jest Katarzyna Prychacz. To widomy znak, że sięgamy po alchemię tworzenia. „Alchemia tworzenia. Grzybki i fermenty. Część pierwsza”.
[43:19] - Wieczór dobry, szanowni słuchacze. Jak co środę, z tej strony Katarzyna Prychacz. A wy na co przybyliście? Po co wy tutaj w ogóle? Daj pan dżingiel i lecimy z tematem. „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w 16. odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Podcast, w którym sobie wymyślam. Jeżeli ktoś tu przybył po raz pierwszy, to się zdziwi.
Polecam nadrobić jakieś odcinki z kiedyś. Dobra, a tak na poważnie, to od trzeciego sezonu, właściwie to chyba zaczęło się już od drugiego, ten podcast opiera się na improwizowaniu kreatywnym, na wymyślaniu. Losuję sobie różne obrazki, różne inne cuda wianki, komponenty z różnych gier i na podstawie tego wymyślam historyjki mniej lub bardziej inteligentne. Niektóre są nawet z jakąś głębią, niektóre są nawet bez happy endu czasami, a niektóre po prostu są. Wszystko zależy od tego, dokąd zaprowadzą mnie karty. Dzisiaj kontynuuję sobie już od paru odcinków, może nawet od kilku, chyba jeszcze nie od kilkunastu, formułę, do której używam kart z gry „Klub Detektywów” oraz kości Story Cubes. Karty z grafiką, coś takiego jak w grze „Dixit”. Bardzo fajne, barwne grafiki, dosyć inspirujące. Wystarczająco inspirujące, żeby tutaj coś podziałać. I Story Cubes, fajne kości, proste rysunki.
Nie ukrywam, że czasami mam problem ze zdecydowaniem się, co widzę na kości, ale dajemy radę. Jest fajnie. Przynajmniej ja się dobrze bawię. Cały czas nie wiem, jak wy się bawicie, ale myślę, że dobrze, skoro tu jesteście. Dzisiaj niezmiennie oczywiście wylosujemy cztery karty, a pomiędzy nimi zmieścimy sześć kości. Czy coś więcej muszę powiedzieć? Tak, muszę powiedzieć. Muszę już sobie jakąś mechanikę przygotować. Po tylu odcinkach, a ja dalej błądzę. Okej, jeżeli chcecie być w miarę na bieżąco, zapraszam was na fanpage'a „Alchemia tworzenia podcast”.
Oczywiście fanpage'a na portalu Facebook. Tam zwykle staram się wrzucać post na temat tego, że wjechał nowy odcinek lub są jakieś zmiany i tak dalej. Jeżeli macie ochotę popatrzeć na to, co ja tutaj będę wam opowiadać, w sensie te karty, które będę losować, to zapraszam was serdecznie na mój osobisty kanał na YouTubie. „Katarzyna Prychacz” albo jak wpiszecie „podcast Alchemia tworzenia”, czy po prostu „Alchemia tworzenia” powinno was przekierować. Tam robię dla was montaż tego odcinka. Czyli tak jak w każdą środę na antenie bookradio.pl możecie posłuchać mnie, tak po prostu posłuchać, tak ten sam mój głos możecie też dodatkowo sobie połączyć z kartami, bo montuję to razem ze zdjęciami. To jest w każdą sobotę na YouTubie. Czyli środa 20 sam głos, a głos plus zdjęcia sobota 20. Różne nośniki. Jak będziecie oglądali na YouTubie, to pewnie będziecie mieli też taką fajną planszę z adresami potrzebnymi.
Natomiast tutaj zdaję się na was, żebyście sobie tam powpisywali adresy, jeżeli chcecie. Dobra, co więcej? Aha, dzisiaj, bo jeszcze korzystam ze Story Cubes z takich starych wydań. One były paczkowane po trzy kości i każde te trzy kości miało taką swoją nazwę. Więc dzisiaj sięgniemy po kości z serii „Średniowiecze” i „Poszlaki”. Myślę, że może być to ciekawe combo, może jakieś średniowieczne śledztwo, a może jakieś współczesne śledztwo z nawiązaniami do średniowiecza. A może w ogóle coś jeszcze innego. Dobra, nie gadam, lecimy z tematem. Przetasuję karty, żeby nie było. Losuję najpierw, a potem będziemy sobie wspólnie odwracać, także też jeszcze nie wiem, co tu jest.
Karta jeden, karta dwa, karta trzy i karta cztery. Zawsze się czuję, jakbym rozkładała jakiegoś tarota czy coś z tymi kartami. Dobra, kości przełożę, bo to za chwilę. I co? Lecimy, lecimy. Karta numer jeden. Zobaczymy w ogóle, gdzie my zaczynamy, z kim my zaczynamy i w ogóle o co chodzi. A zatem przejdźmy do historii. Dobra, jest grzybowo. Mamy tutaj kartę ze świecącym grzybkiem, moi drodzy.
W sumie to taki trochę jak muchomorek, ale bardziej taki trójkątny, w trójkąt ten kapelutek idzie. Czerwony, jasne kropeczki. I od spodu jakby tam ktoś mu żarówę zamontował, bo świeci. Ale co tu jest istotne, w tle też mamy takie grzybki i ogólnie one wystają z chmur. Więc ciekawe. Wpletam jeszcze księżyc, taki sierp. Natomiast ten nasz grzybek na pierwszym planie, nie wiem, czy można powiedzieć, że jest wetknięty, czy wyrasta, ale wystaje z korka, który jest w butelce. Nie wiem, czy widzieliście kiedyś jak się robi wino lub inne trunki fermentujące. Jest taki korek i w ten korek montuje się zakręconą rurkę, żeby powietrze mogło odchodzić. I bardzo możliwe, że ten grzybek może taką rolę pełnić.
Jego trzonek jest zakręcony. Wygląda identycznie jak rurka wetknięta w korek. A może ten grzybek wyrósł z tej rurki? Ciekawy temat, bo moglibyśmy pójść w temat pędzenia różnych rzeczy, czy w ogóle używek, prawdę mówiąc, bo ten grzybek nie ukrywam, że nie ma aż tak trójkątnej kapelusza jak łysiczka. Nie wiem, czy wiecie, ale między innymi takie grzybki, nie pamiętam tylko jakie. To jest łysiczka i one mają walory, chciałam powiedzieć wyskokowe, ale może to jest złe słowo. Może walory bardziej wizyjne, kolorowe. A jednocześnie mamy tutaj też nawiązanie do alkoholu, do wina, do fermentacji. Może będziemy mieli tutaj bohatera bimbrownika? Taki leśny bimbrownik.
Brzmi ciekawie. Jeszcze te chmury, takie opary jakieś. Normalnie alchemik jakiś tutaj nam się trafił. Dobra, wiecie co? Nie będę tutaj wymyślać na siłę. Rzucę sobie pierwszą kością i zobaczymy, gdzie ta kość nas popchnie. Dużo fajnych tropów z tej karty wyszło i zobaczymy, którą ścieżką pójdziemy. Dobra, ja sobie od razu wylosuję trzy kości, bo teraz będziemy rzucać trzy i później też trzy. Odkładam na bok tutaj. No dobra.
Ach, i teraz nie mam dzisiaj miejsca. Miałam nie rzucać na macie, bo się kości nie toczą. Ach! Dobra, damy radę jakoś. Rzucam pierwszą kością. Okej, obstawiam, że jest to seria poszlaki. Mamy tutaj helisę DNA. Wiecie, ten taki zawijak ładny. No i zaczyna się na grubo. Pytanie teraz, czy idziemy po śledztwo, czy co to z tym DNA może być?
Może to było jakieś laboratorium? Może ten nasz bimbrownik zaczął eksperymentować z ludźmi? Albo wiecie co? W sumie mógłby robić eliksiry, nie? Jak w „Wiedźminie” na przykład pił eliksiry. Albo w różnych grach, czy filmach, czy w ogóle w fantasy. Takie eliksiry bardziej funkcjonalne. Nie tylko jakieś uzdrawianie, tylko może właśnie takie coś, co daje supermoce. Jakieś różne niespodziewane umiejętności, może poszerzające percepcję. Wiecie co?
Zobaczymy, bo nie chcę od razu ustalać na przykład, żeby on był ofiarą i będziemy prowadzić śledztwo, bo myślę, że gdzieś indziej te karty nas mogą jeszcze zaprowadzić. Ale w razie czego to byłby fajny motyw, gdybyśmy na przykład chcieli to spisać, to super. W ogóle jak sobie wyobrażę tę lokację, że na przykład nasz śledczy trafia do chaty tego alchemika bimbrownika i odkrywa jakiś tajny dziennik, zapiski, nad czym on pracował. Może na przykład na sobie testował te eliksiry, a może porywał ludzi i na nich testował? A może ludzie chętni przychodzili do niego na te eksperymenty? I może w kręgu podejrzanych na przykład mógł być ktoś, kto go w ramach zemsty zabił, tak? Może tym eliksirem zmienił go w jakiegoś mutanta czy coś. Ciekawie jest. Podoba mi się. Dobra, czyli na razie mamy motyw tego bimbrownika i te bardzo eksperymentalne eliksiry.
Zobaczymy co druga kość nam powie. Też jest fajnie. Mamy tutaj kałamarz i pióro. To idealnie nam pasuje do alchemika. Od razu widzę taką retro chatę i to, że będzie miał księgi, papier czerpany i będzie mógł tam sobie zapisywać piórem. Na przykład nie wierzy w technologie albo nie lubi technologii. Tylko dobra, to mi się tak kojarzy. A co nam tutaj to da fabularnie? W sumie może być to trochę to, co powiedziałam wcześniej, że jakiś jego dziennik się znajdzie. A może pójdźmy w to śledztwo.
Co ja się będę hamować? Podoba mi się ten motyw. Trochę szkoda alchemika bimbrownika, ale to by na pewno było bardzo ciekawe śledztwo. Jeszcze jakbyśmy to w ogóle osadzili w klimacie współczesnym na przykład. A tutaj nasz śledczy, na przykład typowy mieszczuch, musi wyjechać gdzieś w środek lasu do jakiejś chaty pełnej jakichś chaszczy, komarów, zwierzyny, błota. Też fajnie można byłoby jego postać przedstawić, na przykład jakby narzekał na te rzeczy. I jeszcze teraz będzie musiał kombinować, jak rozczytać te gryzmoły czy jakieś kleksy z atramentu. Okej, to uznajmy, że tu będziemy mieli charakterystykę ofiary. Wiecie co? Żeby nam to nie poszło tak, jak poszło nam w drugim sezonie.
Jak ktoś jest nowy to zachęcam. Nie pamiętam w sumie ile odcinków było z tego, ale Chuck Malkers to był śledczy. Bardzo fajne śledztwo nam wyszło na parę podcastów. Zobaczymy. Powiem szczerze, że najarałam się na to śledztwo z naszym bimbrownikiem. Jeszcze trochę kart przede mną. Nie ględzę, rzucam trzecią kością. Dobra, tutaj mamy kość ze średniowiecza, widzę. Przypuszczam, że chyba ten kałamarz też był z tej serii. I tutaj mamy hełm.
Tak myślę. Taki rycerski, natomiast nie taki klasyczny, okrągły, jak się kojarzy, tylko tu jest taki bardziej podłużny. Powiem wam, że nie pamiętam ze studiów. Uczyłam się, jaka to epoka. W sumie chyba też mieliśmy fajnego nauczyciela w gimnazjum od historii i on też nam o tym opowiadał. Nie wiem, czy to też nie miało jakiegoś znaczenia, te kształty hełmów. To taki trochę jak wiadro z dziurą na oczy i dziurami jakimiś na oddychanie. Dobra, czyli mamy tutaj pierwsze skojarzenie: rycerz, a drugie skojarzenie: jak hełm, to zakuty łeb. I teraz, do czego to się będzie odnosić? Co ten zakuty łeb nam może tu zrobić?
Chyba że naprawdę odniesiemy to do śledczego. Chyba że może się okazać, że śledczy znał tego bimbrownika z przeszłości na przykład i ten zawsze do niego mówił: „Ty zakuty łbie!”. Ale z drugiej strony chyba wtedy niekoniecznie powinien to śledztwo prowadzić. Jeżeli już byśmy chcieli bazować na takich prawdziwych wykładniach. Wiadomo, są różne wyjątki. Wszystko można wyjaśnić w fabule. Wiecie co? Możemy też tu się odwołać do tej walki, że może tutaj nasz alchemik, bimbrownik walczył ze współczesnością. Czyli na przykład on nie wierzył w to, może nie uznawał, może chciał udowodnić, że nie trzeba eksperymentować na ludziach tak, że im coś wszczepiać czy rozcinać, czy właśnie w pewnym sensie naruszać ciała. Tylko że to się wszystko da na przykład zrobić drogą naturalną, że może właśnie jakimiś grzybami, a może jakimiś ziołami, może odpowiednią konfiguracją.
A może po prostu finalnie mogłoby wyjść, że on na sobie testował i po prostu sam się zabił niechcący. Ale może właśnie to był taki badacz i on wypowiedział jawną wojnę współczesnym naukowcom na przykład i współczesnym rozwiązaniom technologicznym, czy nawet nie współczesnym, a przyszłym. Takim bardziej, że łączenie ludzi z robotami. Moglibyśmy pojechać tutaj z jakimś tematem bardziej futurystycznym i to by mogło być też jednym z motywów. Czyli mielibyśmy na przykład motyw tego, że może jakiś ochotnik po jego eliksirach źle to przeżył albo miał jakieś pretensje, a jednocześnie mógł to być ktoś, kto chciał uciszyć go na przykład, bo ten tam bruździł gdzieś swoimi działaniami czy podburzał ludzi, żeby na przykład nie wierzyli w technologię czy w coś, co załóżmy, w ich miasteczku było wprowadzone. Ciekawe. Dobra, słuchajcie, mamy coś. Zobaczymy, co nam mówi druga karta. O matko z córką! A w ogóle wiecie co?
Żeby było śmieszniej, to mam dwie sklejone. Dobra, tamtą odkładam nadmiarową, a była fajniejsza. Tutaj mamy kłębek. Co to jest w ogóle? Tak mi się skojarzyło w pierwszej chwili, że kłębek wełny, takiej jakiejś włóczki, ale to w sumie też wygląda, jakby to z siana było. Jest jakaś strzałka, która na to wskazuje. Też mamy takie strzały jak z łuku, takie wystrzelone i powbijane. To trochę jakby taka kula otoczona z siana. Nie taka, jak to się nazywa? Bela?
Bala? Takie ładne walce, które leżą na polach. To nie. To jest taka kula. Nie wiem. A do góry nogami może to mam? Nie rozumiem. Tutaj jest jakaś taka otoczka szara, jakby komuś po prostu markerem sobie zakreślił to w kółko. Nie wiem, co to by mogło symbolizować. Dobra, nieistotne.
Skupmy się na tym, że mamy taki stóg siana i te strzały, które trafiają w ten stóg siana. Co by to mogło mówić o tym w tym naszym śledztwie? Tak naprawdę to mi się kojarzy z takim klasycznym: „Dobra, sprawdźmy wszystkie tropy. Strzelajmy i sprawdzajmy”. Ale myślę, czy coś nam to więcej może podpowiedzieć. Strzała. Od razu widziałam, że łucznik, że tarcza, że cel, że osiągnięcie celu. A może nasz śledczy odkryje, że ten alchemik osiągnął swój cel? Że może właśnie w tym jego notesie będą bardzo niebezpieczne dla współczesnej technologii zapiski? I teraz może nasz śledczy będzie miał taki trochę dylemat moralny.
Może tam też będą dowody na to, że te przełomy technologiczne wcale nie są takie przełomowe. Czy przełomy tej firmy. Musielibyśmy tutaj wymyślić, nazwać tego wroga, ale tutaj też nie chcę aż za bardzo się zagłębiać. Tylko tutaj sobie rzucamy tematy, pomysły na historię. Ale to byłoby super Czyli że nasz bimbrownik trafił do celu. Nasz śledczy to odkrył. Będzie badał te motywy, ale jednocześnie może sam zacznie się zastanawiać, czy przypadkiem ta nasza ofiara to może wcale tak do końca nie był jakiś wariat z lasu, tylko że może jednak on tam miał rację w tym jakąś. Czyli w tym notatniku na przykład były nie tylko jakieś przepisy, ale może właśnie zgromadzone dowody, obserwacje albo jakiś trop, który na przykład mógłby powiedzieć, gdzie jest skrytka z dowodami albo gdzie ją w tej chacie znaleźć na przykład. Dobra, kolejne trzy kości i lecimy. Pierwsza kość.
Serduszko. Ależ jakie piękne, wielkie serce. I teraz co? Co nam to serce daje? Możemy dalej krążyć w tym, że nasz alchemik bimbrownik tutaj serce oddał do tej walki, bo serca chyba mu nie będziemy wypruwać. Ciężki wybór. Moglibyśmy tu wprowadzić na przykład partnerkę, w sensie taką nie z pracy, tylko życiową naszego śledczego. Może ten śledczy skradnie ten notes alchemika. Że na razie go postanowi nie oddawać oficjalnie. Nie brać jako dowód, tylko schował za pazuchę i zabrał.
I może w domu wraz z ukochaną patrzyli na to. I może właśnie ta ukochana też miała podobne zdanie jak ten alchemik. A może też dlatego ten nasz śledczy się zawahał, nie? Że może on w to nie wierzył, ale przypomniał sobie, z jaką pasją jego ukochana o tym mówiła i na przykład starała się, jak tylko mogła, żeby też u nich w domu nie było jakichś chemicznych rzeczy. W sensie... Dobra, nie mówiliśmy o zatruciu chemicznym, tylko o przebudowywaniu ciała. No nie wiem. Dobra, może ona lubiła po prostu taką medycynę naturalną i takie rzeczy. I może właśnie ona słyszała o tym alchemiku. I tak wiecie, trochę jak taka psychofanka.
Może właśnie gdzieś ten temat jakoś tutaj wypłynął. Może ona zaczęła analizować po prostu ten dziennik. Albo mogła go znaleźć w marynarce męża czy partnera i on ją przyłapał, jak ona to przeglądała na przykład. I wtedy dopiero zaczęli rozmawiać o tym. Albo ona powiedziała, że to przeczytała, że tam w sumie jest dużo racji i tak dalej. W sensie, że jej się też coś tam tak wydawało. A może on w ogóle jakimś szyfrem pisał, a ta dziewczyna mogłaby umieć w szyfry. Też ciekawie. Takie byłoby śledztwo główne i takie śledztwo poboczne. Takie może bardziej mistyczne nawet trochę.
Jak tu mamy tego alchemika i magiczne eliksiry. Magiczne, niemagiczne, że tak powiem. Dobra, kolejna kość. No proszę, i wszystko w temacie. Mamy folder z dokumentami, a to oczywiście seria poszlaki. No i właśnie. I teraz te dokumenty. Ja dzisiaj spoileruję chyba to wszystko. Okej, no dobra, ale to tutaj mogłaby być... A może właśnie zaczął nasz śledczy na własną rękę, a z racji, że jeszcze miał to śledztwo przydzielone, to mógł szukać w innych dokumentach i może zaczął po prostu niby że krąg podejrzanych, a zaczął tak naprawdę kopać, kontynuować śledztwo alchemika i wykopywać dokumenty na różne jakieś firmy na przykład.
Albo może trafił do jakiegoś archiwum danych. Myślę po prostu, jak bardzo byśmy tutaj poszli na skalę globalną, a na ile na lokalną, nie? Na lokalną na pewno byłoby ciut łatwiej, ale z drugiej strony patrząc na tutaj, cały czas widzę tą helisę DNA, to brzmi jednak jak coś bardziej globalnego, nie? Że ta misja naszej ofiary była na szeroką skalę. Więc myślę, jakie to dokumenty mogłyby być, jeżeli byśmy przyjęli, że to było na szeroką skalę. No chyba że po prostu okoliczne firmy, czyli filie na przykład tych dużych globalnych firm, które były na przykład w ich miasteczku. Albo nasz śledczy mógłby się kontaktować po prostu ze swoimi informatorami czy z ekspertami z innych miast, czy tam nawet państw. Chociaż myślę... Ale wiecie co? Jeżeli miałabym to opisywać fabularnie, to fabułę bym trzymała w małej lokacji.
Czyli właśnie tam jesteśmy w jednym miasteczku, mamy tam parę tych lokacji na krzyż, a nie że będziemy teraz podróżować tym naszym bohaterem. Więc tu bym bardziej rozwaliła to telefonem czy tam gdzieś mailowo, nie? Żeby przychodziły do niego te rzeczy. No chyba że jakieś tajne archiwum. Albo może był klub. Może ten alchemik wcale nie był jedyny, tylko na przykład dzięki informacjom z tego notesu nasz śledczy trafia na trop tajnych jakichś zebrań czy posiedzeń innych alchemików, gdzie właśnie może tam jakieś dokumenty mógłby pozyskać. Ciekawie. Idziemy jak burza dzisiaj. Ja i mój zespół wewnętrzny. I wy jako słuchacze.
Mam ostatnią kość. Trochę mnie przeraża, bo mam wrażenie, że dopiero rozgrzebaliśmy śledztwo, a już je trzeba kończyć. Dobra, rzucam ostatnią kością i zobaczymy, co tu jeszcze nam ona powie. Dobra, nie poturlała się za bardzo, ale już będę fair. Zgodnie z zasadami. Wypadł mi jakiś brodacz w szlafmycy, jakiś czarodziej. I co? I znowu zaspoilerowałam tajne stowarzyszenie alchemików. Ja nie wiem, czy to ja wymyślam tę historię i dobieram karty, czy karty mi wymyślają historię. Dobra, mamy tu jakiegoś brodatego Merlina.
Możemy tu wprowadzić jakąś wiedzę tajemną. Też fajny kontrast by był w fabule, gdybyśmy teraz naszego śledczego, takiego mieszczucha, wysłali do jakichś jaskiń albo jakichś tajnych korytarzy, przejść. W sumie w tym śledztwie, o którym wam mówiłam z drugiego sezonu, też mieliśmy tajne korytarze i tam jakiś kult był nawet. Dobra, to się samo wymyśla, co ja mogę poradzić? Wkładamy mieszczucha w badanie wiedzy tajemnej, starożytnej albo starodawnej. W grzybki. Grzybki i fermenty. O! Wreszcie chociaż raz w trakcie podcastu wymyśliłam tytuł. Jak zawsze off top.
Za każdym razem muszę wymyślić tytuł, żeby też Marek mógł wrzucić na Book Radio, żeby to wszystko było fajnie opisane. Chociaż już na YouTubie zaczynam kasować te tytuły, bo za długie te nazwy. I zawsze tak kminię już pod koniec montażu jakiś tytuł, żeby to wszystko wysupłać zawsze po skończonej historii. A dzisiaj, kurczę, tytuł złoty. Chociaż wy już znacie ten tytuł. Dobra, co za incepcja. Dobra, już do brzegu, Katarzyno. Lecimy z trzecią kartą. Trzecia karta. Weź daj nam coś dobrego, czego jeszcze nie mówiłam dzisiaj.
O, proszę, jest na grubo. Jest w ogóle petarda. Powiem wam szczerze, że wow! Dokąd mój mózg teraz poleciał. Karta przedstawia manekin, na którym jest suknia. Biała suknia, bardzo delikatna, bardzo biała razem z manekinem. Taka trochę retro. Powiem wam szczerze, patrzę na te wzory, może nawet mogłaby zakrawać o jakąś ludową suknię. Ona jest w centrum, jest światłem bardzo wyeksponowana. W tle mamy czerwone, podarte szmaty, dosłownie takie porozciągane.
Nawet ciężko stwierdzić, czy to były kotary, czy o co w tym chodzi. Wszystko jest w takim ciemnym wnętrzu. U góry mamy jakieś pajęczyny, więc widać jakieś opuszczone miejsce. Może jakaś jaskinia, bo mamy tak granatowo-niebiesko w tle. I co jest teraz największą petardą tej karty to to, że manekin z tą suknią stoi na stosie żetonów. Takich żetonów z kasyna. I teraz to tajne stowarzyszenie może się na przykład spotykać w jakimś zamkniętym kasynie, w jakimś upadłym kasynie. A może to też jest jednocześnie jakaś jaskinia, w której uprawiają hazard. Czyli na przykład się na pokerka spotykają. Taka nielegalna miejscówa.
Dużo opcji, bo tak jak wyobraziłam sobie porzucone kasyno, tak w sumie chyba tutaj bardziej by pasowało miejsce, w którym spotykają się ludzie do robienia niekoniecznie legalnych rzeczy. I tak jak na przykład w poniedziałki i środy grają w pokera, we wtorki walki kogutów, to może właśnie w piątek spotykają się alchemicy i debatują, jak obalić koncerny farmaceutyczne i technologię, która doprowadzi do wyniszczenia gatunku ludzkiego. Zabrzmiało twardo. Dobra, czyli na poziomie tego śledztwa nasz śledczy trafia do tej jaskini. I została nam ostatnia karta. Ja nie wiem. Szkoda mi. Ja chcę wiedzieć, co dalej. Dobra, zaglądam w ostatnią kartę i wtedy podejmę decyzję, czy to kontynuujemy, czy nie. Dobra, pokaż nam karto coś dobrego.
Ojoj, co my tu mamy? Właściwie to w centrum mamy buciory, takie stare trepy wypełnione piaskiem. I właściwie to one stoją na piasku. To wygląda jak taka wielka pustynia, ale jednocześnie mamy tutaj jakieś małe jeziorko, małe domki z tego piachu wyrastające. I te ogromne buciory tak jakby były dużo większe niż domy. Pełno jakichś żółtych chmur. Trochę jakby to była taka zamieć piaskowa. I u góry lata latawiec i on jest przyczepiony żyłką do jednego z buciorów. Wiecie, jak taka na ryby z wędki zerwana z haczykiem, to tak ten latawiec jest do buciora przymocowany. I co to nam dało?
Wiecie co? To by mogło nam dać to, że w momencie, kiedy nasz śledczy trafił do jaskini, został ogłuszony i w tym ogłuszeniu przypomniało mu się dzieciństwo, jak puszczał latawiec z dziadkiem. Szczerze to takie coś mi przyszło do głowy. Dobra, kurde, zróbmy drugą część za tydzień, co? Ja wiem, że wy teraz nawet jak zaprotestowaliście, to nie macie nic do gadania. Ale sobie tak pogadam. Nie, dobra, wiecie co? Naprawdę, bo mi szkoda tego kończyć. Szkoda mi teraz na siłę wymyślać jakieś zakończenie, a jestem bardzo ciekawa, gdzie dalej w tej sprawie byśmy poszli. Ja chyba mam słabość do śledztw.
W tamtym sezonie też to nie było planowane. Dobra, ej, naprawdę. Jeżeli was zostawiłam z niedosytem, przepraszam, ale sama siebie też zostawiam z niedosytem i za tydzień dowiemy się, co było dalej. Kto go ogłuszył, co się stało, skąd oni wiedzieli, że on jest śledczym i tak dalej. Zobaczymy, co się wydarzyło. A tutaj może też ta lokacja, możemy później pociągnąć to. Może w tym śnie nasz śledczy zobaczy jakieś poszlaki, na które nie zwracał uwagi na przykład. A może to skojarzenie z dziadkiem będzie też w jakiś sposób przełomowe w następnym odcinku. Jest dużo pytań, a pewnie będzie jeszcze więcej odpowiedzi. Ej, słuchajcie, naprawdę jest moc.
Dobra, ja nie przedłużam, misiaczki moje drogie, moje słuchacze. Moje i nie moje, bo w sumie słuchacze Book Radia. Ale przez tą godzinę czy dzisiaj pewnie pół godziny to moje słuchacze. Serduszko do was. Ja naprawdę zawsze jestem bardzo wdzięczna za to, że w ogóle chcecie, że słuchacie, że jesteście tutaj ze mną i że to moje wymyślanko was nie nudzi i jednak na tą premierę przybywacie na Book Radio. Dobra, jak zawsze cudowności wam życzę, dużo inspiracji i wspieram was też w tym oczekiwaniu, bo sama też będę oczekiwać pewnie. Może trochę krócej niż wy, ale jednak będę oczekiwać na dalszy ciąg tej historii. Dobra. Pa.
[01:15:17] - Jak się państwo bawili? Bo ja tradycyjnie naprawdę dobrze. Zapraszam teraz na MAUP. Zatem wspólnie z Piotrem Cielebiasiem przeglądamy kolejną książkę z pogranicza. A dzisiaj klasyk: Lucjan Znicz Sawicki. Dzień dobry wieczór Piotrze. Zaczynamy kolejne spotkanie z książkami z pogranicza.
[01:15:51] - Dzień dobry wieczór. A dzisiaj szacowny, bardzo dobrze znany, według niektórych kultowy polski autor, czyli Lucjan Znicz Sawicki i jego książka „Cywilizacje nieludzkie”. Brzmi bardzo współcześnie. Ciągle, kiedy spotykamy się z tematem UFO, UAP, słyszymy istoty nieludzkie, pojazdy nieludzkie, inteligencja nieludzka, a tutaj Znicz nam ponad 20 lat temu pisze o cywilizacjach nieludzkich. Nim przejdziemy do odpowiedzi, czy był wielkim wizjonerem i przewidział pojawienie się tego terminu jako synonimu kosmita, obcy, to kilka słów by wypadało powiedzieć o nim samym. Tylko że myśmy już kiedyś zrobili audycję na jego temat, gdzie podaliśmy kilka szczegółów z jego życia. Także taki interesujący wątek, nieco osobisty, że on swego czasu pracował, był z twoim tatą w jednej redakcji i myślę, że tam możemy słuchaczy odesłać, bo tam o sylwetce autora, metodach jego pracy i poglądach powiedzieliśmy sporo.
[01:17:00] - Tak. To był człowiek bardzo, użyję takiego starego słowa, akuratny. Bardzo porządkował materiał, bardzo lubił układać go w teczkach. Miał tych teczek bardzo dużo. To już mówiłem. Nie ma co o tym wspominać po raz kolejny. Natomiast wspominam dlatego, że w książce, którą będziemy omawiali dzisiaj, bardzo widać ten rys charakterologiczny autora, że on lubi wszystko porządkować, układać, gromadzić, przekazywać i tak dalej. Ta książka jest napakowana rozmaitymi faktami. Tam jest cała masa tego. Czasami, rozmawialiśmy przed audycją, w jednym akapicie możecie państwo znaleźć całą masę faktów z różnych stron świata, z różnych czasów i tak dalej.
Czytelnik jest wprost zasypywany tymi faktami, wydarzeniami. Chwilami ma się wrażenie, że nie sposób to wszystko ogarnąć. Ale ktoś kiedyś ogarnął. I tą osobą był właśnie Lucjan Znicz Sawicki. I ta książka kiedy się urodziła, to ona była na pewno książką, która starała się pewne rzeczy uporządkować. Myślę, że taką naczelną tezą, która pojawia się w tej książce, zgodna ta teza zresztą z tytułem, jest głębokie przekonanie autora. To troszeczkę mam mu za złe. Zaraz wytłumaczę co. Jest to głębokie przekonanie autora, że obcy są na pewno i jest to rzecz udowodniona. I wtedy masa faktów.
Ja myślę, że co prawda jakoś tam sympatyzuję z autorem, że obcy są, ale jeśli autor w książce, której stara się przytaczać argumenty za, ale powinien też czasami te argumenty przeciw również pokazywać, bo one są. Ale jeśli poznajemy zdanie autora, że on już na początku troszeczkę pisze pod tezę, czyli ja wiem, że są kosmici. Zresztą takich badaczy obecnie nawet w Polsce jest bardzo dużo. Oni już wiedzą, co jest, jak jest, a teraz już dobierają fakty pod określoną tezę. To może być atrakcyjne, czasami bywa atrakcyjne, ale i tak na dłuższą metę nie sprawdza się. Po prostu się nie sprawdza, bo w pewnym momencie, jak już zbieramy fakty przemawiające za tym, w co wierzymy, to w sposób niezauważalny przestajemy być obiektywni. Przestajemy dostrzegać to, co zgrzyta, co nie pasuje do tezy, którą lubimy. Przestajemy dostrzegać, że są argumenty za tezą przeciwną, za tezą, której nie lubimy. I to nigdy dobrze nie robi żadnej publikacji.
[01:20:22] - Tutaj porównywanie Znicza do kogoś z dzisiejszego poletka ufologicznego byłoby według niektórych herezją. Natomiast bez wątpienia jest jednym z klasyków polskiej literatury ufologicznej Znicz. On zapoznawał naszych czytelników z problemem UFO. Jeżeli słuchaliście poprzedniej audycji, to wiecie, że ja mam z recepcją jego publikacji pewien problem. Otóż uznaję jego książki za niestety nudne i nieatrakcyjne. Wiem, herezja według niektórych, atak wręcz na świętość. Ale cóż, omawiana dzisiaj książka „Cywilizacje nieludzkie" trochę mnie utwierdza w przekonaniu o ciężarze gatunkowym twórczości Znicza. Bo książka, w ogóle czemu my ją omawiamy? Z tego powodu, że jest na czasie. Serial „Problem trzech ciał" ożywił dyskusję o SETI, o kontakcie z kosmitami, o hipotezie ciemnego lasu i tak dalej.
I „Cywilizacje nieludzkie", jakby nie było, traktują o poszukiwaniach w kosmosie życia inteligentnego i próbie nawiązania z nim kontaktu. I powiem pewną rzecz. Nie wiem, Marku, czy się zgodzisz, ale wydaje mi się, że ta książka na swoje czasy, czyli początek tego wieku, była w miarę okej. Przeszła trochę bez echa, moim zdaniem bez rozgłosu. Niestety, dlatego że ona na tamte czasy była naprawdę srogim źródłem wiedzy. Pamiętajmy, że to jeszcze był ten okres, kiedy internet był rozpowszechniony, jakoś funkcjonował, tylko że nie było tam aż takiej dużej ilości ciekawych informacji. Znicz się jeszcze w tamtych czasach bronił z dostarczaniem, z zasypywaniem czytelnika ogromną ilością informacji. Myśmy mówili w poprzedniej audycji, że tu jest taki dysonans trochę, kiedy czytamy Znicza, bo on z jednej strony nas zasypuje czymś, co się wydaje faktem niezaprzeczalnym, ale jak spojrzymy na to z dystansu, to widzimy, że on czerpał skądś te informacje. Na ile one są prawdziwe? Czy wszystkie są prawdziwe?
Nie do końca. To się akurat nie tyczy może tej książki, co raczej tych o obserwacjach czy spotkaniach z UFO. Natomiast mam spory problem z tym autorem, bo on by się dzisiaj nie przebił. To znaczy, on żył w czasach, kiedy się spełniał w 100%, natomiast dla współczesnego czytelnika byłby nie do strawienia. Nawet powiem ci, że nie wiem, czy byłby do strawienia jako publicysta, jako autor lżejszych form. On jest po prostu za ciężki. On jest za trudny. Ma pewną manierę, która mi osobiście nie odpowiada. Nie wiem, czy masz takie też wrażenie, że zaciekawić się Zniczem jest trudno.
[01:23:33] - Nie wiem, ja aż tak źle tego nie oceniam. Myślę, że próg wejścia w to, co pisze Znicz, jest dosyć wysoki, ale jak się już wejdzie, to zaciekawić się można. To oczywiście nie jest książka dla znawców. To raczej jest książka, z którą można rozpocząć przygodę dotyczącą tych wszystkich zagadnień, o których rozmawiamy. Niemniej próg wejścia jest dosyć wysoki. Pewną wiedzę już trzeba mieć. A à propos tego, co powiedziałeś. Ja myślę, że głównym problemem autora jest to, że on nie snuje opowieści. On niczym karabin maszynowy strzela w nas faktami, co, umówmy się, złe nie jest, bo dobrze jest mieć książkę, w której zgromadzone są liczne fakty, a w każdym razie opisy wydarzeń, które za fakty możemy przyjąć. Natomiast Znicz nie tworzy z tego opowieści.
Tu dobrym przykładem jest w sumie jeden z moich ulubionych tematów, czyli Kardaszow i jego stratyfikacja cywilizacyjna związana z energią. Znicz o tym pisze w jednym z fragmentów książki, ale ja ten temat rozgryzałem z różnych stron i analizowałem z różnych stron i wiem, że można go podać, można go przedstawić, można omówić go w sposób naprawdę zajmujący albo przynajmniej taki wciągający. Tymczasem Znicz Przedstawia znowu fakty. To jest tak, to jest tak. Zatem cywilizacje w naszej galaktyce istnieją na pewno. Na pewno? Na pewno. Wierzcie mi, bo to wynika z tego, że Kardaszow kiedyś coś tam powiedział, tu jeszcze Sagan mu wtórował, tu jeszcze to, tu jeszcze to. I nie ma w tym opowieści. Nie ma opowieści o Kardaszowie, o tym, o co tak naprawdę w tej skali Kardaszowa chodzi i dlaczego ona może być ważna, ale wcale nie musi.
Właśnie ci wszyscy, którzy zgłaszają wątpliwości do owej skali, mogą mieć rację przecież. Mogą. To nie jest tak, że jest jedna objawiona prawda, w którą musimy wierzyć. Nawet dobrze, jeśli nie wierzymy i nawet jeśli się czepiamy tak dla porządku, to też jest zdrowe. Tak powinna między innymi funkcjonować przecież nauka. To, że ona dzisiaj tak nie funkcjonuje albo nie zawsze tak funkcjonuje, to o tym się nie musimy nawzajem przekonywać. Rzeczywiście nauka dzisiaj też troszeczkę zaczyna stąpać po jakichś takich bezdrożach, kiedy należy się trzymać jednej ustalonej prawdy. Jednej ustalonej prawdy, to się należy trzymać w religiach, ale w nauce śmiem wątpić. Ale to już są moje problemy. Natomiast wracając do Znicza, ten przykład z Kardaszowem, po prostu to nie wciąga.
Mnie to zainteresowało, dlatego że zagadnienie znam. Natomiast mam wątpliwości, czy to, co podaje Znicz, czy ja byłbym w stanie po lekturze książki powiedzieć coś ciekawego na temat samego zagadnienia owej skali Kardaszowa. Nie jestem przekonany. On po prostu używa tych elementów z opisu przemyśleń radzieckiego naukowca, które mu pasują, ale nie pokazują nam pełnego obrazu. I w bardzo wielu miejscach tej książki my dostajemy wyciąg, który ma nas przekonać. Są, na pewno są. Wierzcie mi, na pewno są. I to jest właściwie taki leitmotiv powtarzany do zludzenia w tej książce. I ja rozumiem, ja świetnie rozumiem intencje autora, ale niekoniecznie muszę się z nimi zgadzać.
[01:28:07] - Tak. Mówisz, że ten wstęp jest dość z wysokiego progu albo jest jak w skokach narciarskich, że tak powiem, belka w takim miejscu zawieszona, postawiona, że startuje się trudno. I tak jest rzeczywiście. Tylko że ja mam nieco inne zdanie. Kiedy się nawet pisze książkę dla osób średnio zorientowanych w temacie, czyli trochę wiedzących, ale jeszcze nie takich, które są ekspertami, to jednak stara się znaleźć takie elementy, które są fascynujące. Znicz to robi w taki sposób, że de facto jesteśmy zniechęceni. Przynajmniej ja byłem zniechęcony momentami do lektury. Czyli on próbuje odpowiedzieć na pytanie, gdzie są, kim są i jak znaleźć potencjalnych kosmitów i się z nimi dogadać. Analizuje wiele koncepcji i teorii. I tutaj odniosę się jeszcze do jednej rzeczy.
Od ćwierćwiecza się mnóstwo zmieniło, ale fakt jest taki, że omawiamy książkę sprzed 20 lat, to chyba nie trzeba mówić, że ona nie będzie w 100% aktualna. Natomiast wiesz co? Jedno, co się nie zmieniło, to jest ludzka naiwność. Przez te 20 chyba, nie wiem, dwa lata czy trzy, nie pamiętam, z którego jest ta książka roku. Chyba 2002 lub 2000. Znicz momentami tą naiwność wyraża. Zresztą o tym powiedziałeś. Spodziewa się tych wizyt wspaniałych gości z kosmosu w ich wspaniałych maszynach latających. Z drugiej strony on wyraża też te wszystkie obawy, które się pojawiają dzisiaj, czyli w kontekście ujawnienia i disclosure słyszymy, co się stanie z religiami. U Znicza też to mamy.
Na samym końcu mamy rozdział, który mówi, że religie chyba upadną. Co się stanie z nauką? Czy w ogóle jesteśmy gotowi na kontakt? Pod tym względem z jednej strony się wiele zmieniło i dużo się nie zmieniło. Niektóre pytania są wciąż takie same. I tu przechodzimy do sedna. Chyba nie było w naszym programie do tej pory książki tak niejednoznacznej. Ją można polecać i można jej nie polecać jednocześnie. Muszę to jakoś uporządkować teraz to, co powiedziałem. Jeżeli chcecie informacji na szybko, na już, informacji aktualnych, pokazujących stan rzeczy, to automatycznie nie ma co tego czytać, bo to jest książka stara.
Wiele się zmieniło w kosmologii, w podejściu do poszukiwań obcych. Odkryto planety pozasłoneczne, mamy teleskopy kosmiczne, które poszukują już technosygnatur. Wszystko weszło w zupełnie nową fazę, o której się chyba Zniczowi nawet nie śniło. Zatem książka jest nieaktualna. Natomiast jeżeli was interesuje historia astronautyki, poszukiwania obcych inteligencji, SETI, to już jest książka akurat dla was. Czyli jak chcecie zrozumieć początki, a nie tylko wiedzieć, co się dzieje teraz, to należy po tą książkę sięgnąć. Tylko jest z nią pewien problem, bo narzekałem na chaotyczność dzieł Znicza już w poprzednim programie. One są przeładowane informacjami Autor nam, jak Marku powiedziałeś, serwuje ogromne ilości faktów. Informacji. Nie wiem, czy faktów, informacji.
Faktów prasowych na przykład. Praktycznie każdy paragraf w tej książce, a szczególnie w tym pierwszym rozdziale, to jest mega dawka informacji. Wymieniane są miejsca, zdarzenia, odkrycia, opinie i tak dalej. Problem w tym, że zarówno w tej książce, jak i w innych, Znicz gubi się w tym, zatraca się w tym. Jak powiedziałeś, nie ma opowieści. Zapętla się w serwowaniu nam danych i nie tworzy z tego żadnej spójnej wizji. To się po prostu ciężko czyta, to jedno, ale się też ciężko przyswaja. Wlatują nam nagle dziesiątki haseł. Autor rozpoczyna narrację, prowadzi nas w jedno miejsce, by za chwilę przenieść się w inne. Przykładem tego niech będzie pierwszy rozdział, o którym powiedziałeś w naszej rozmowie przed nagraniem, że to było jego swoiste pożegnanie z czytelnikami.
Może nie powinienem w to uderzać z tego faktu. Natomiast zobacz na pewien poziom absurdu, który tam jest widoczny, takie pomieszanie z poplątaniem, absolutnie nawet niepasujące do tej książki. W książce o SETI, o kosmitach, o naukowej próbie kontaktu mamy Atlantydę, Palenkę, Trójkąt Bermudzki, latające spodki, panspermię. To wszystko dosłownie na kilku stronach. Możemy mieć takie wrażenie na samym początku, że ta książka jest o niczym i o wszystkim jednocześnie.
[01:33:12] - Tak się zadumałem. Wiesz co, tak dużo rzeczywiście tematów, ale mnie się to układa w pewien obraz człowieka, który przez, tak jak sam pisze, sporą część swojego życia zajmował się tematem UFO, tematem paleoastronautyki, w ogóle tematami, o których my tu często rozmawiamy i stara się nadać temu wszystkiemu pewien sens. Stąd ten pierwszy rozdział, ten rodzaj pożegnania, kiedy wręcz pisze o tym, że to ma sens, bo musi mieć sens. Może to brutalnie zabrzmi, ale inaczej zaprzeczyłby temu, co robił przez tak długi czas. Więc ja go tak psychologicznie rozumiem. Ale jest też jeszcze jedna rzecz, o której warto pamiętać. Piotr o niej wspomniał. Jeśli państwo szukacie, zostańmy przy tej nazwie, faktów prasowych, to w bardzo wielu miejscach tej książki znajdziecie te fakty. Trzeba by je sobie może wynotować, bo rzeczywiście ilość. Tu widać od razu to przywiązanie Znicza do porządkowania, segregowania, odkładania.
I ta ilość jest skutkiem tego właśnie. Więc ilość faktów dotyczących na przykład zwariowanych obiektów wysyłanych przez ludzi w kosmos, czyli jak różnego rodzaju sondy, satelity psuły się od początku do czasów, w których książka była pisana. Psuły się, wariowały, wyczyniały różnego rodzaju dziwactwa w tym kosmosie. Mamy podaną serię od lat 60. do początku XXI wieku. A zatem dostajemy listę rzeczy dziwnych, które się w tym kosmosie odbywały. Oczywiście ta lista jest podana po to, żeby powiedzieć nam, że oni już tu są i oni się z nami kontaktują w taki sposób. I to są odwołania do rzeczy bardzo dawnych i tak jak powiedziałem, tych niemal bieżących, przynajmniej dla autora wtedy. To jest pewna panorama i takich miejsc w książce Znicza jest całkiem sporo, gdzie on strzela jak z karabinu, zostanę przy tym porównaniu, różnymi faktami prasowymi, żebyśmy wiedzieli, żebyśmy byli przekonani. Mnie, jeśli w tej książce coś przeszkadza, to nawet nie ten brak pewnej narracji, pewnej opowieści, ale że ta książka jest pisana pod tezę.
I jeśli nawet z tą tezą sympatyzuję, to ja uważam, że to jest jednak pewien błąd natury warsztatowej. Źle jest pisać książki pod tezę, bo tak jak już powiedziałem zaraz na początku, wówczas przestajemy dostrzegać argumenty przeciw. A to zawsze stawia nas w takim świetle. Może nie jesteśmy podejrzani, ale już ktoś może nam zarzucić, że staramy się odwracać głowę, jeśli słyszymy, że coś nie pasuje do naszej koncepcji. To nie jest dobre rozwiązanie i to jest mój główny zarzut do tej książki, bo jeśli chodzi o ilość nagromadzonych faktów, ilość ciekawostek, ona mnie jednak do tej książki przyciąga. Chociaż powtarzam, to się przyswaja średnio, bo nagromadzenie i niepołączenie tego taką potoczystą narracją. Ale to nie chodzi o to, żeby to ładnie było napisane, bo Znicz pisać jakoś potrafi przecież. Tylko chodzi o to, że my przez długi czas w poszczególnych rozdziałach nie wiemy Czy autor nas doprowadzi do jakiegoś miejsca, czy tylko nam powie, że to wszystko, co przedstawiłem powyżej, ten milion pięćset faktów świadczy o tym, że to, co mówię, czyli że obcy już tu są, na przykład, to jest absolutna prawda, mnie wierzcie. Tak się wypowiadają przywódcy sekt, a Znicz taki nie był. Znicz we wcześniejszych latach potrafił dyskutować.
Oczywiście on miał swoje poglądy, ale potrafił dyskutować, potrafił stukać, spierać się, wytaczać jakieś argumenty przeciwko argumentom, które miały zniszczyć jego poglądy. Potrafił prowadzić taką, może nie naukową, ale taką popularnonaukową dyskusję. Tymczasem ja odnoszę wrażenie, że w książce, którą omawiamy, tej dyskusji nie ma. Jest podanie: mnie wierzcie, ja powiem, jaka jest prawda. To nie, tak nie.
[01:38:35] - Ja się czepię jeszcze tego wstępu, bo po nim jest jeszcze gorzej. Znicz w tej książce nie jest błyskotliwy. Jeżeli zadaje pytania czytelnikowi, są one obudowane jakimiś tam pobocznościami, że się w ogóle po chwili zapomina, o co on pytał i gdzie w ogóle dryfujemy. Dryfujemy nagle w każdą stronę. Na samym początku, na kilku stronach on, jak mówiłem, przechodzi od protofauny po Atlantydę, życie na innych planetach i tworzenie cywilizacji. To się absolutnie nie łączy. To są tylko trzy, cztery przykłady, które podałem. Finalnie w pierwszym rozdziale on mnie doprowadza do szału tą ilością przeskoków, wątków, że mi się już nie chciało po prostu tego czytać. Powiem ci, że czułem się przeładowany i rozzłoszczony tym wszystkim. Czasem mam takie wrażenie, zapoznając się z życiorysem Znicza, że on w swoich książkach rekonstruował bazę danych albo tworzył bazę wiedzy.
Nie było internetu. To był PRL. Wiadomo, jaka była sytuacja, powiedzmy, takiego szarego czytelnika, który miał na przykład na bakier z biblioteką. My o Zniczu wiemy, że on stracił podczas okupacji dość zasobny, pokaźny księgozbiór. Potem zbierał, kolekcjonował, wycinał, kompilował, byleby nie stracić informacji. Powiem ci, że to jest cholernie widać w jego książkach. Z drugiej strony jest ten PRL daleki od szosy, czyli taki Znicz jest absolutnie potrzebny, jest na wagę złota. Zamiary więc miał dobre. Nie można mówić, że to było coś, co wprowadzało tylko chaos. Nie, tam się chaos wkradł.
Po prostu się chłop przebodźcował. Dzisiaj się tak ładnie mówi, nie? Takie jest modne słowo w ostatnich kilkunastu miesiącach. Jeżeli ktoś już nie ma głowy do niczego, to mówi, że jest przebodźcowany informacjami. I ze Zniczem mi się wydaje też tak było. Tylko że zrozumienie problemu, zrozumienie sedna pewnej sprawy, to ono nie tkwi w zgromadzeniu danych, wiedzy, informacji, tylko w zbudowaniu sobie jakiegoś obrazu. Pewnie jednego z wielu obrazów, bo na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron, jak mawiano w filmie „Miś”. Natomiast tutaj jest chaos. To jest taka pajęczyna, z której jest ciężko wyjść. I to nie tylko w tej książce.
Nie chcę atakować Znicza. Chciałbym uznać go za wspaniałego popularyzatora nauki i zjawisk z pogranicza. Natomiast wiesz co? Porównajmy jeszcze tak pod koniec jego styl i styl Krzysztofa Borunia, postaci też ci bliskiej zapewne. Wiesz, króciutkie książki Borunia z końcówki jego działalności poświęcone zjawiskom z pogranicza. One były minimalne, ale wiesz co? One zawierają czasami więcej treści niż tomiszcza Znicza. Ja myślę, że gdyby Znicz żył, miałby spory problem z przekonaniem się do współczesnej literatury popularnonaukowej. Tylko że ona też nie jest bez skazy, bez winy. Za dużo showmanictwa w propagowaniu nauki też nie jest dobre.
Ale na koniec mi przychodzi takie pytanie do głowy: czy dobry nauczyciel, propagator, pedagog to jest ten, który ci wbija do głowy formułki i dane, czy ten, który cię zaciekawia światem i zmusza do refleksji nad problemem? I to mnie najbardziej zastanowiło po lekturze „Cywilizacji nieludzkich”.
[01:42:43] - Coś muszę jeszcze powiedzieć à propos Borunia. Boruń miał naturalną przewagę nad Zniczem, ponieważ pisywał, a właściwie pisał beletrystykę i to daje jednak pewien warsztat, który sprawdza się, po prostu się sprawdza. Daje warsztat polegający na tym, że umie się snuć opowieść. I Boruń umiał snuć opowieść. To właśnie w jego książkach niebeletrystycznych również widać. Natomiast wiesz, kiedy zadałeś pytanie o nauczyciela, to przyszło mi do głowy i przyznaję, że jest to owoc naszej rozmowy, że być może, nie wiem, czy taka była intencja Znicza, ale być może To, co kierowałem jako zarzut, czyli że on podaje dużą ilość faktów i pod pewną tezę prowadzi. A może jest tak, że ta duża ilość faktów przytaczanych przez Znicza, niech to będą nawet fakty prasowe, jest po to, żebyśmy my sami pod naporem tej lawiny wyrobili sobie jakieś zdanie. On, co prawda, powtarza często: „Mnie wierzcie, bo ja wiem, że obcy tu są”. Ale z drugiej strony, kiedy sobie przypomnę ten rozdział o podmorskich światłach, o kręgach gdzieś pod falami różnego rodzaju akwenów, to nagle dostajemy przegląd od bardzo dawnych czasów po współczesność. Sukcesywnie to było wtedy, w takim roku, w takim wieku i tak dalej.
Znowu dostajemy pewną listę wydarzeń i przyszło mi do głowy, że to mogła być metoda. Czy ona się sprawdziła? To jest inne zupełnie zagadnienie, ale to może była metoda Znicza, żeby zasypać czytelnika różnego rodzaju faktami prasowymi, wtłoczyć niejako w głowę, a później, czytelniku, musisz sobie już radzić sam. Musisz wykuć z tego albo tezę, z którą się zgadzasz, albo wykuć tezę, która mi zaprzeczy. Ale musisz znaleźć argumenty. Może to była taka szkoła, która stała za różnego rodzaju dziełami Znicza Sawickiego. Ale tak jak powiedziałem, to jest taka refleksja na gorąco, która przyszła mi do głowy, kiedy wymienialiśmy myśli.
[01:45:35] - Ja na koniec powiem tylko tyle. Pewnie ktoś, kto nas słucha, zastanowi się: „Dobrze, gadacie kilkadziesiąt minut o książce, którą nie warto czytać”. Otóż nie. Jak powiedziałem na samym początku, jeżeli kogoś interesuje historia SETI, kontaktu z inteligencjami pozaziemskimi, to okej, może się dość dobrze wprowadzić w temat. Sticz ma pewien minus dostrzegany z dzisiejszej perspektywy, że on każdą wypowiedź naukowca traktuje jako hipotezę naukową. Jest tak i dobrze to wiemy, analizując prasę popularnonaukową, że jedno mówią naukowcy, inaczej to widzą publicyści, żeby móc snuć jakąś opowieść. I ten Znicz jest przeładowany różnymi koncepcjami. Nie ma też takiego wyważenia czasami między wiodącymi ideami, wiodącymi koncepcjami a takimi, które zostały wyczytane gdzieś w zachodniej prasie i odnotowane. Czy nie warto? Warto.
Nie powiedzieliśmy o rzeczy chyba najważniejszej, że ta książka jest popularnonaukowa, ale tylko do pewnego momentu, bo pod koniec mamy już kwestie bardzo nienaukowe, kwestie wręcz spiskowe. I tam jest taki fajny rozdział na przykład o tym czarnym księciu słynnym. I tam pod koniec już się robi bardzo mrocznie, spiskowo, jak powiedziałem i absolutnie nienaukowo, przynajmniej według mnie.
[01:47:22] - Ja przyłączam się do tego, co powiedział Piotr. Na pewno warto po tę książkę sięgnąć, jeśli pożądacie państwo dużej ilości wiedzy, faktów, faktów prasowych, tego wszystkiego, co działo się wcześniej. Bo kiedy on mówi o czarnym księciu, to mówi również, już wspominałem o tym, o różnych innych wariactwach, które w kosmosie się wyczyniały z tym razem ziemskimi pojazdami mknącymi gdzieś ku granicom Układu Słonecznego, ale też tymi na orbicie. Tak jak to dzisiaj państwu przekazywaliśmy, książka, którą trudno jednoznacznie ocenić, ale myślę, że każdy, kto gdzieś wokół tych tematów się obraca, przynajmniej powinien książkę Znicza Sawickiego przekartkować. To myślę obowiązek. Teraz państwa zapraszam na archiwum ABW, a właściwie na pierwszą część opowiadań z archiwum ABW, bo dzisiaj w tym cyklu będą dwa wejścia, troszkę krótsze niż zazwyczaj, ale postanowiłem rozbić opowiadania na dwa bloki. Zapraszam zatem na pierwszy. Dobrej zabawy.
[01:48:56] - Wiktor Żwikiewicz, „Appendiks Solariana”. Pewnego dnia Stanisław Lem w posłowiu do „Pikniku na skraju drogi” Strugackich zawarł własną, diametralnie inną od autorskiej interpretację tej znakomitej zresztą powieści. Korciło mnie, żeby podobny zabieg dokonać z jego dziełem. Zrobiłbym to pewnie, lecz tymczasem udało mi się rozszyfrować fragment encefalogramu doktora Chrisa Kelvina z drugiej próby nawiązania kontaktu z oceanem Solaris. Tym samym pierwotny mój zamysł uznaję za spóźniony, jeśli nie chybiony. Wikor Da Vincius
[01:49:40] - Stałem przy oknie, ramieniem wsparty o srebrną framugę. Harry przysiadła na parapecie i mówiła, o czym nie wiem. Wciąż myślami wracałem do lektury Montjusa i prostego wyznania Gibariana w kwartalniku Parerga Solariana. Dlaczego jestem Solaristą? Ponad ramieniem Harry patrzyłem w przestrzeń wypełnioną pożarem wznoszącym się nad powierzchnią oceanu. „Ciągle przejmujesz się” – ciągnęła Harry. „A przecież mówiłeś: to tylko eksperyment. Coś zdarzy się albo nie”. W tym rzecz. Pomyślałem, że czasami najtrudniejsze jest oczekiwanie na odpowiedź.
Dotknąłem czołem oksydowanej listwy. Jej chłód był inny niż pamięć zimnych elektrod, które Snaut przystawił mi do skroni, a potem w pustej otchłani dwa echa przeniknęły się nawzajem. Tkliwość dla Harry i pogarda dla missin doktora Kelvina, Sartoriusa i Snauta. Mój encefalogram zakodowany w wiązkę rentgenowskiego promieniowania. Posłaliśmy go w wybrzuszoną ku niebu powierzchnię oceanu, a potem patrzyliśmy, jak rodzi się półprzezroczysty kwiat kolejnej symetriady. „Kris!” – zawołała Harry. Mimo zamkniętych oczu zobaczyłem światło przenikające nas na wylot i równocześnie poczułem wstrząs stacji, którego dwie fale od stóp i od czoła przyklejonego do framugi okna zderzyły się we mnie, jakby drgające dłonie chwyciły mnie za serce. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Harry. Przez moment była ciemną sylwetką na białym tle. Światło zgasło jak ogień pożerający papier.
Chwila i popiół osypie się z powietrza, lecz rzeczywistość znów ubrała kształty. „Spójrz” – powiedziała Harry i koniuszkiem palca dotknęła szyby. Przez rdzawy kurz atmosfery srebrna iskra płynęła w stronę stacji. „Co się stało?” – zapytałem, pokonując skurcz gardła. „Zobaczyłam błysk. To było jak wybuch”. „Tam? W dole?” – wskazałem powierzchnię oceanu. „Nie tam. Ani nie od strony gwiazd.
Zwyczajnie, na wprost stacji. Przez moment zagaszało wszystko. Niebo, ocean i tutaj. A potem pojawił się punkt. Najpierw był nieruchomy. Potem zrozumiałam, że zbliża się. Sam widzisz”. Powolutku przesuwała rękę, a punkt pod opuszką jej palca nie był już pozbawionym wymiarów lśnieniem. Coraz bardziej sylwetka przypominała rakietową szalupę przeznaczoną do krótkodystansowych lotów między stacją a sateloidem. Kiedy stał się tym, czym powinien być, zniknął z pola widzenia.
Równocześnie usłyszałem pomruk silników odsuwających przesłony nad dokiem. Krótki wstrząs podłogi poświadczył, że amortyzatory szalupy zetknęły się z płytą lądowiska. Potem nastąpiła cisza. W przestrzeni pozbawionej dźwięków echo kroków zabrzmiało jak siupanie jaszczura po dnie płytkiego jeziora. Ślady stóp pozostawiają wgłębienia w szlamie, który zamienia się w kamień i na wieki wieków utrwala trop. Na dnie kambryjskiej laguny i w korytarzach stacji monstrualne zwierzę powłóczy kolumnami nóg. Nagle krok nabiera lekkości. To już bieg. Może Behemot zwęszył padlinę i śpieszy na żer. Przez mgłę w oczach zobaczyłem posadzkę korytarza i wiedziałem, że to ja biegnę.
Gnam na złamanie karku. Obok drzwi obitych skórą i tych naznaczonych biało-zieloną szachownicą, przez włazy, które pod uderzeniem mojej pięści ustępują, jakbym miał w sobie moc neutrinowych gości. Bieg, gdy muszę być pierwszy. Ja i nikt więcej. Nikt, gdyż tylko ja i może Snaut wiemy, kto wrócił do stacji spokojnie płynącej w atmosferze nad powierzchnią oceanu Solaris. Kiedy dopadłem do ostatniej śluzy, uświadomiłem sobie, że nie jestem sam. Lekkie kroki szły za mną trop w trop. Jak mogłem zapomnieć o Harry? O której Harry? Po tej czy po tamtej stronie drzwi?
Obróciłem się i plecami oparłem o wybrzuszoną tarczę śluzy. „Och, Kris!”. Nawet nie zwolniła kroku. Lekka i zwinna z rozpędu wpadła na mnie i chichocząc wtuliła mi się w pierś. „Kris, chyba to lubię. Następnym razem mnie tak łatwo nie złapiesz”. Objąłem ją i przytuliłem. Czułem spokojne bicie jej serca tam, gdzie moje tłukło się jak opętane. „Nie możesz tam wejść, Harry” – powiedziałem. „Wstydzisz się mnie?” – zapytała, wciąż z rozbawieniem i odrobiną kokieterii.
„Chciałabym poznać kogoś jeszcze poza twoim Snautem i drętwym Sartoriusem. Kto to?” Miałem jej powiedzieć o tamtej Harry? Uwięzionej w pułapce rakiety, którą posłałem w martwą pętlę orbity wokół Solaris? O tym, jak pękały blachy poszycia kapsuły, kiedy walczyła o życie, a może tylko o to, aby być przy mnie. Dlaczego założyliśmy i wierzymy w to ciągle, że muszą być z nami, bo taki im stwórca założył kajdany? Może tamta Harry, tak samo jak ty, chce być przy mnie po prostu z miłości. Obiecałem sobie, że nigdy żadne drzwi nie staną między mną a tą Harry. I dotrzymałem tej obietnicy. Zawsze, tylko nie teraz. Wejdę tam, powiedziałem.
A ty zaczekasz na mnie. Chris. Zaufaj mi, to ostatni raz. Jej oczy zaszkliły się przez moment, ale tylko potrząsnęła głową, zrobiła głęboki wdech i powiedziała już spokojnie: Ufam ci, Chris. Idź. Gwałtownie pchnąłem dźwignię włazu i już byłem po przeciwnej stronie. Z jeszcze większym impetem zatrzaskując za sobą pancerne drzwi. Przywarłem do nich plecami i tak znieruchomiałem. Smokłe cygaro rakiety tkwiło w osnowie wsporników tak jak przed startem. Słychać było cichutkie potrzaskiwane stygnących dysz.
Tylko to. Żadnych drgań, nic. Zrozumiałem nagle, że nie mam pojęcia, co teraz począć. Przecież nie zrobię nic więcej ponad to, co już uczyniłem, a na pewno nie po raz drugi. Może trzeba było zawołać Snauta? Przecież oni to mają większe ode mnie doświadczenie. Im po prostu byłoby łatwiej, bo to nie ich Harry. Równocześnie poczułem drgnienie dźwigni, którą zaciskałem w spoconych dłoniach i wibracje całej płyty wybrzuszonej na zewnątrz, jakby pod naporem nieludzkiej siły gotowa była odkształcić się w moją stronę. Wytrzymaj, Harry. Modliłem się w duchu.
Przez moment chciałem dopaść sterowniczego pulpitu i uruchomić radiostację, którą sam wyłączyłem wtedy, uciekając przed strasznym krzykiem. Po co? Żeby teraz samemu błagać jedną z nich. Odejdź. Odejdź. Tkwiłem w miejscu i patrzyłem, jak naprzeciw mnie powoli uchyla się klapa włazu rakiety, której śruby z zewnątrz dokręciłem przecież własnymi rękami. A potem nie rozumiałem już nic. Kiedy stanął przede mną i trochę z dołu spojrzał mi w oczy, wiedziałem, zupełnie obojętne, co o mnie pomyśli. Moje nogi były tak miękkie, że nie potrafiły już utrzymać ciała. Puściłem dźwignię drzwi i powoli osunąłem się do podłogi.
Tylko twarz ukryłem w dłoniach. I tak trwałem, dygocząc cały, chociaż to coś we mnie nie było śmiechem idioty. Domyślam się, doktor Kelvin — powiedział głosem bez wyrazu. Zebrałem siły, żeby podnieść się z kretyńskiego przysiadu. Nie próbował mi pomóc i za to byłem mu wdzięczny. Przepraszam — powiedziałem. Nie oczekiwał więcej. Po prostu stał, gdzie się zatrzymał i trochę przekrzywiając głowę, przyglądał mi się z pewnym zaciekawieniem. Jednej rzeczy byłem pewien, że skądś go znam. Pamiętałem te puste oczy i twarz, która byłaby zupełnie nijaką, gdyby w dziwny sposób nie uszlachetniła jej zwyczajna starość.
Ale nigdy przedtem nie widziałem tak starego człowieka. Wydawało mi się, że jego łysy czerep otacza ledwie uchwytna poświata, zanim zrozumiałem, że to tylko resztki włosów, cieniutkie jak puch na ciele noworodka. Ubrany był w skafander trochę mniej przedpotopowy niż on sam. Odruchowo poszukałem wzrokiem. Powinienem to był zrobić od razu. Oczywiście na piersi nosił maleńki identyfikator wszyty w skafander. Znałem go. Każdy z nas go znał. Snaut i Sartorius, może nawet Harry. Komandorze — wykrztusiłem zupełnie bez sensu.
To pan...? Chciałeś powiedzieć: to pan jeszcze żyje? Uśmiechnął się samymi oczami. Potem, jakby coś sobie przypomniał, uniósł ramię i chwilę mrużąc oczy, wpatrywał się w zegarek nałożony ponad nadgarstkiem na rękaw skafandra. Muszę porozmawiać z Gibarianem — stwierdził, nad całą resztą, przechodząc do porządku dziennego. Przypomniałem sobie minę Snauta, kiedy zjawiłem się przed nim z tym samym żądaniem. Nie żyje — wyjaśniłem po prostu. Aha — powiedział po chwili namysłu. Snaut i Sartorius? Są u siebie.
O! Jego wyblakłe oczy zrobiły się nieco okrągłe. Jak widzę, rozmowa może być milsza, niż oczekiwałem. Nie pojmowałem, o co mu chodzi, aż zauważyłem, że jego spojrzenie kieruje się nieco w bok od mojego ramienia. Ruch powietrza powinien dużo wcześniej ostrzec mnie, że drzwi za moimi plecami są już otwarte. Odstąpiłem w bok. Pan pozwoli. To Harry, moja żona. Aha — stwierdził po swojemu. Znów zerknął na zegarek.
Mam bardzo mało czasu — wyjaśnił. Jest tu miejsce, gdzie moglibyśmy się zebrać i chwilę porozmawiać? Może biblioteka? Świetnie. Zaakceptował natychmiast. Tylko... Wahałem się. Ktoś musi pójść po Sartoriusa i Snauta. Więc idź, Chris. Nieoczekiwanie odezwał się do mnie po imieniu.
I nie rób takiej miny. Znamy się, ale pamięć to przywilej starców. Idź. Damy sobie radę. Twoja milsza połowa zaprowadzi mnie do biblioteki. Trochę bezradnie spojrzałem na Harry. Nigdy jej nie widziałem takiej. Żadnego napięcia w twarzy. Kiedy patrzyła na tego starego człowieka, wyglądała trochę jak roześmiana, zupełnie beztroska dziewczynka, jaką pewnie kiedyś była, zanim ją poznałem. „Idź, Kris” — zareagowała na moje spojrzenie.
— „Zaprowadzę pana do biblioteki”. Bezceremonialnie wsunęła mu dłoń pod łokieć i okręciła się na pięcie, a ja stałem i patrzyłem, jak odchodzą. Tym razem z pewnością miałem idiotyczny wyraz twarzy. Szczęśliwie nikt tego nie widział. Kiedy powlokłem się wreszcie w przeciwną stronę, spotkałem Snauta przed drzwiami Sartoriusa. „Jesteś sam?” Popatrzył na mnie z pewnym zdziwieniem i uznaniem. Przemilczałem. „Sartorius jest u siebie? Właśnie chciałem uciąć z nim pogawędkę w cztery oczy”. „Szykuje się rozmowa większego kalibru” — powiedziałem.
„Co jest?” Przez jego twarz przemknął niepokój. „Zaczekaj. Nie będę się powtarzał”. Tym razem szklane drzwi laboratorium nie były od wewnątrz niczym przesłonięte. Mimo poświaty z podsufitowych okien korytarza trochę żółtego światła przesączało się też przez chropowate szkło. „Sartorius!” Dość bezceremonialnie uderzyłem w drzwi. „To ja, Kelvin. Jest ze mną Snaut. Mamy sprawę”. Wiedziałem już, że Harry potrafi być dzielna, ale niepokój o to, jak długo może się obejść beze mnie, spowodował, że po kolejnym uderzeniu pięścią w szkło Snaut chwycił mnie za rękę.
„Czekaj. Słyszę coś”. Rzeczywiście, w laboratorium rozległo się szuranie. Cień podobny do wiatraka z przetrąconymi płatami śmigła nałożył się na taflę szkła. Klucz niemiłosiernie zgrzytał w zamku, jakby oduczył się otwierać drzwi. Wreszcie Sartorius spojrzał na nas przez wąską szparę, całym sobą przesłaniając widok na resztę laboratorium. Nie miał na nosie swoich czarnych szkieł i pierwszy raz naprawdę zobaczyłem jego twarz. Nie budziła sympatii. Wierzchem dłoni przetarł prawie ślepe oczy. „No i co?” — spytał.
„Chciałbym kiedyś normalnie wyspać się do końca”. „Musimy porozmawiać”. „Tak? No to jesteśmy w komplecie. Może u mnie?” Nieoczekiwanie odstąpił krok i otworzył drzwi. Kątem oka widziałem minę Snauta. „Życie nie jest takie proste, doktorze Sartorius” — zaśmiałem się. „Komplet będzie dopiero w bibliotece. Mamy gościa”. „Kto?” Powiedzieli to równocześnie.
Prawie z przyjemnością patrzyłem, jak twarz Sartoriusa wydłużyła się jeszcze bardziej, a Snaut zrobił się prawie biały. Mógłbym tę chwilę przeciągać w nieskończoność, ale ten stary człowiek wciąż patrzył na zegarek. „My” — podkreśliłem. „Wszyscy razem”. „Kto to jest?” — trochę chrapliwie spytał Snaut. „Pirx” — powiedziałem. „Kto?” Dopiero teraz mieli miny warte zapamiętania. „Ten Pirx?” — upewnił się Snaut. „We własnej osobie” — przyznałem. „Skąd się tu wziął, u licha?” W głosie Snauta zabrzmiało rozdrażnienie.
„Zapytajcie go sami. Przyleciał rakietką nie większą od naszych transportowych, więc można brać pod uwagę tylko sateloid”. „Czego chce?” „Porozmawiać. Chciał z Gibarianem. Kiedy mu wyjaśniłem, że spóźnił się tak samo jak ja, zgodził się na całą resztę”. „Chwileczkę” — mruknął Sartorius i zniknął w drzwiach. Wrócił z czarnymi soczewkami przytwierdzonymi do twarzy. „Chodźmy więc”. „Czego może tu szukać pilot Pirx?” — głowił się po drodze Snaut. „Komandor Pirx” — poprawił Sartorius.
„Ech”. Snaut tylko machnął ręką. „Dostał to pośmiertnie. Pech tych, którzy mu dali stopień, polegał na tym, że przeżył, gdzie nie powinien”. „Nie pierwszy raz” — wtrąciłem. „I trzeba się z nim liczyć” — poważnie stwierdził Sartorius. „Pewnie. Latająca legenda ma przyjaciół. Ile on może mieć dzisiaj lat?” „Na moje oko co najmniej 200”. „Tak długo się nie żyje” — z pewną goryczą przyznał Sartorius.
„Wszyscy wiemy, że pogrzebano go już kilkakrotnie”. „Cholera”. Snaut jak wryty zatrzymał się przed drzwiami biblioteki. „To on może nawet...” „Co?” „Pamiętać odkrycie Solaris”. Trochę długo w milczeniu staliśmy w korytarzu, a potem Snaut uczynił coś, czego z pewnością nie robił nigdy wcześniej. Zapukał do drzwi biblioteki. „Wejść” — rozległo się za drzwiami, ale ja byłem pewien, że słyszę też głos Harry. Snaut otworzył drzwi i nie przestąpił progu. Ponad jego ramieniem widziałem to samo co on. W panoramicznym oknie biblioteki nad mglistym horyzontem Solaris wstawał świt czerwonego słońca.
Jeszcze ocean pogrążony był w czerni. Jak zwykle świt najpierw zaglądał w okna stacji zawieszonej wysoko w atmosferze. W szkarłatnym zarzewiu wnętrze biblioteki sprawiało wrażenie miejsca przynależnego bardziej zewnętrznemu światu niż cywilizacji, która tego świata zrozumieć nie potrafi. Nie piękno świtu zatrzymało nas w progu. W fotelu przy oknie siedział pilot Pirx. A raczej komandor Pirx. Jak pamiętam ze starych zdjęć, był z niego kiedyś całkiem postawny mężczyzna. Teraz prawie nie było go widać w przepastnym fotelu, tylko skafander srebrzył się nieco w czerwonym półmroku. Za to Harry tkwiła w pełnym świetle. Pirx zapadł się w fotel, a ona siedziała mu na kolanie z rękami jeszcze zawieszonymi w powietrzu, jakbyśmy naszym wtargnięciem nie pozwolili jej dopowiedzieć czegoś, co jest tak niezwykłe, że trzeba słowa poprzeć gestem obejmującym cały świat.
Głowa Snauta powoli obróciła się twarzą tylko w moją stronę. W oczach miał takie szyderstwo, jakby prosił, żebym mu złamał szczękę. „Dwieście?” — odczytałem z ruchu jego warg. „No, no.” Sartorius zachowywał się tak, jak można było spodziewać się po nim. Nienawidziłem go bardziej niż Snauta. Przepchnął się obok nas i jakby nigdy nic poszedł do Pirxa z wyciągniętą ręką. Dla niego Harry znaczyła nie więcej niż powietrze. „Witamy na Solaris.” „No tak” — z pewnym wahaniem odparł Pirx. — „Tak się składa, że nie jestem tu po raz pierwszy.” Nawet nie zauważyłem, kiedy Harry sfrunęła mu z kolan. Już uczepiła się mojego ramienia, radosna jak nigdy przedtem.
Słyszałem jej szept prosto w ucho. Czułem jej oddech i przy każdym słowie leciutki dotyk ust. „Chris. Chris. Wiesz, co zrobiłam?” „Oczywiście.” „Nic nie wiesz. Powiedziałam mu wszystko.” „Co?” „Kim jestem. Zrobiłam to od razu. A wiesz, co on na to powiedział? A ja jestem Pirx.” „Imponujące.” „Och, Chris, nie masz pojęcia, jaki on jest. Nigdy nie czułam się tak nawet przy tobie.
Bo ty możesz odejść, a ja nie przeżyję tego. Rozumiesz, Chris? A on...” „Co on?” „On może zniknąć, jak się pojawił. Ale kiedy jest, wiedziałam to od razu, jestem bezpieczna. Jak przy tobie. A powiedzieć mogłam mu jeszcze więcej.” „O czym?” „O sobie i o tobie.” Westchnąłem z rezygnacją. „Zostawmy to maleńka. Czekają na mnie. Zajmiesz się czymś?” „Pewnie. Strasznie jestem ciekawa, co on ma wam do powiedzenia.” „No tak.” Moja rezygnacja osiągnęła kolejne przyspieszenie kosmiczne.
„Chodźmy.” Snaut tymczasem zrobił sobie legowisko z książek zwalonych na podłogę. Tylko nogi zarzucił na blat stołu. Sartorius zajął miejsce strategiczne w fotelu wciśniętym w najciemniejszy kąt, skąd dokładniej widział wszystkich, chociaż z niego zostały dwie czarne plamy na wysokości twarzy. Pirx stał przy oknie. „Jestem winien drobne wyjaśnienie, dlaczego doktora Kelvina trochę obcesowo traktuję po imieniu” — powiedział. — „Gibarian i ja prowadziliśmy kiedyś dość ożywioną korespondencję. Odwiedziłem go nawet w solaryjskim instytucie w Adenie, gdzie przyszły doktor Kelvin był asystentem mojego przyjaciela. Wspomniał parę razy o tym młodym człowieku i używał przy tym wyłącznie imienia Chris. Osobiście nie mieliśmy okazji porozmawiać, chociaż raz jeden zauważyłem go w archiwum mikrofilmów. Podszedłem nawet, żeby zagadać, ale akurat weszła mi w paradę szkolna wycieczka.
Większość dzieciarni była oszołomiona ogromem archiwum, ale jedna dziewczynka, pamiętam, zadała wtedy pytanie: a po co to wszystko? Sporo czasu upłynęło od tamtych dni, ale pytanie pozostaje aktualne i mam wrażenie, że przez te lata nikt z nas naprawdę nie wydoroślał.” Zabrzmiało to dość patetycznie. Pirx musiał to zauważyć, gdyż machnął ręką z pewną irytacją, po czym zwrócił się do mnie. „Niech pan tak nie stoi przede mną, doktorze Kelvin, bo się nabawię kompleksów” — stwierdził. — „Usiądź gdzieś, przyjacielu, choćby na tym fotelu. Ja w nim czuję się i pewnie wyglądam podobnie, jak na krawędzi czarnej dziury. Garnitur jeszcze tutaj, właściciel po tamtej stronie.” Co miałem począć? Usiadłem. Harry pewnie już przyswoiła sobie to miejsce, gdyż natychmiast skorzystała z okazji i wylądowała mi na kolanach. Snaut prawie dławił się ze śmiechu.
„Wszystkich panów przepraszam, że to nie będzie rozmowa, tylko monolog” — podjął Pirx. — „Ale zostało mi jakieś dziesięć minut. Po pierwsze więc nie jestem tu z sateloidu, ale bezpośrednio z Instytutu, który opuściłem może pół godziny temu. Kilku pańskich przyjaciół, doktorze Sartorius, zrealizowało projekt, którego sensu nie mógł potwierdzić wiarygodny eksperyment ze względu na powszechne zniesienie statusu zwierzęcia doświadczalnego. Nie znam się na tym, ale mówili coś o pozaprzestrzennym przeskoku informacji. Jako człowiek szukający okazji do chwalebnego przejścia na wieczystą emeryturę zaproponowałem im swoje usługi. Podpisałem właściwe formularze i wtedy poinformowano mnie, że cel przerzutu dla eksperymentu nie ma istotnego znaczenia, więc mogę sam wybrać adres, pod jaki ci panowie zobowiązują się dostarczyć nie mnie, jak zrozumiałem, lecz pełną o mnie informację w jakiejś formie.” „Pilocie Pirx” — zaczął Sartorius, z pewnością nieprzypadkowo rezygnując z komandora. Pirx tylko uniósł ramię i wskazującym palcem postukał w zegarek. „Jeszcze raz proszę o wybaczenie” — przerwał Sartoriusowi. — „Za chwilę muszę być w przestrzeni.” Chcę panom wyjaśnić, że po ewentualnie szczęśliwym moim powrocie do Instytutu nie będę miał zielonego pojęcia o tym, co zobaczyłem na stacji Solaris i czego udało mi się tu dowiedzieć.
Eksperymentatorzy tłumaczyli mi, że musi się zgadzać jakiś bilans przestrzeni informatycznej i są w stanie odebrać tylko tyle informacji, ile zostało wysłane. Nie będę nawet pamiętał tego, co teraz do panów mówię, chociaż takie intencje miałem. Wyłącznie panowie będą mogli kiedyś zaświadczyć, jak było z realizacją. Słuchałem go, ale nie wiedzieć czemu, wciąż myślałem o pytaniu tamtej piętnastoletniej dziewczynki. Zobaczyłem, jak Snaut westchnął i jednak wtrącił swoje, kiedy Pirx nabierał oddech. To niech pan już powie pilocie, dlaczego wybrał pan akurat ten adres. W istocie, jak już wspomniałem, nie jest to moja pierwsza wizyta na Solaris. Dawno temu byłem pilotem w ekspedycji Gieseego, która w historii solarystyki zapisała się tak zwaną erupcją stu sześciu. Kiedy zdarzyło się to, co się zdarzyło, pilotowałem maszynę Tsankena, dowódcy grupy rezerwowej. On o nawigacji miał raczej blade pojęcie.
Może dlatego jego ocalenie zostało spisane na karb przypadku. Ten przypadek to byłem ja, Pirx. Nieoczekiwanie, chociaż słowa może tak brzmiały, nie było w tym stwierdzeniu ani śladu pychy, tylko jakiś bezgraniczny smutek. Tak więc mam swoje porachunki z Solaris – ciągnął Pirx. Może dlatego przez lata śledziłem wszystko, co dotyczy tej planety. Pewnie dlatego też zaprzyjaźniłem się z Gibarianem. A poza tym nikt nie odbył tylu lotów nad oceanem. Nie ma tego w archiwach, bo była to, że tak powiem, raczej moja prywatna inicjatywa. Co wiedziałem? Może więcej niż Burton, może mniej.
Może jak doktor Kelvin zostawię komuś w spadku mój encefalogram, żeby to sobie obejrzał i zrozumiał więcej. Nieważne. Widziałem, jak dłonie Pirxa zwinęły się w pięści. Musiał spostrzec, że patrzę na jego ręce, gdyż prawie ze złością wcisnął je w kieszenie skafandra. To, że dzisiaj mówię, a nie słucham, ma dwa uzasadnienia. Po pierwsze wiem prawie o wszystkim, co tu się zdarzyło i czego dokonaliście, gdyż miałem okazję porozmawiać z tą młodą osobą. Tutaj twarz Pirxa trochę złagodniała, kiedy spojrzał na Hari. A ona, jak by to ująć, wie chyba więcej niż wie. Po drugie, przecież i tak nie jestem w stanie przekazać komukolwiek informacji, jaką wy moglibyście się ze mną podzielić. Skończmy więc na tym, o czym chciałem porozmawiać z Gibarianem.
Pirx okręcił się na pięcie i stanął plecami do nas, twarzą w stronę okna, jakby chciał widzieć ocean, kiedy wreszcie powie, co ma do powiedzenia. Jak każdy z was przeczytałem wszystko, co zostało o tej planecie napisane. Przeżyłem więcej niż wy, bo był w tym optymizm mojej młodości i jest to, co wam zostało – bezradność. Znałem ludzi, którzy pierwsi patrzyli na ten ocean jak na żywą istotę i tych, którzy w jego działaniu dopatrywali się świadomości, boskości nawet. Zjawiali się pełni natchnienia. Podejmowali próby kontaktu tak samo, jak wy próbujecie. I odchodzili odtrąceni. Powiem wam dlaczego. Pirx zamilkł, ale Snaut i Sartorius nie skorzystali z okazji. A jeżeli tam nic nie ma?
Zamiast twierdzenia Pirx zadał pytanie. Co znaczy nic? Po długiej chwili odezwał się Snaut. Słyszymy coś. Widzimy. Dotykamy – powiedział Pirx. Usta mówią, więc próbujemy nawiązać kontakt z ustami. Co pan przez to rozumie, pilocie Pirx? Nie wytrzymał Sartorius. Czy próbował pan kiedyś nawiązać kontakt z monitorem albo z głośnikiem radiostacji?
Na ekranie jest obraz, w głośniku głos. A gdzie według pana jest nadawca? – zapytał Snaut. Może jest, może nie ma. A jeżeli Ocean Solaris to tylko ekran? Drgająca membrana, która w naszą stronę odbija coś, co z nim samym nie ma nic wspólnego. Jaką świadomość ma w lustrze nasze w nim odbicie? Każdego z nas poraził drobny błysk zwierciadła i już mniemamy, że ono wie coś o nas, skoro posłało nam w oczy świetlnego zajączka. I może nie do końca jesteśmy tacy, jak to widać w odbiciu. Może to trochę krzywe lustro.
Chce pan poprawić nam samopoczucie? Dziwnie zduszonym głosem odezwał się Sartorius. A może sobie? Bynajmniej – z nieoczekiwaną zawziętością odparł Pirx. Nie jestem od rozgrzeszania, ale jeśli to tylko lustro, to przeglądamy się w nim nie tylko my przecież. Może cały wszechświat. Widzimy nad oceanem erupcję symetriad i upatrujemy w nich jego dzieło. A jeśli to tylko echo aktywności innych cywilizacji? Może takich, po których dawno ślad ostygł we wnętrzu wszechświata, zanim znak ich bytu wzbudził rezonans w neutrinowej membranie. Może w tym lustrze swój ślad zostawia szczątkowe promieniowanie wszechświata, nawet to coś, co dało mu początek Szukajcie, a jeśli znajdziecie w nim nawet głos pana, czy też podejmiecie próbę ustanowienia kontaktu?
Dopiero teraz poczułem, że Harry trzyma mnie mocno za rękę. Mam tylko jedno pytanie, komandorze — odezwałem się. Ta planeta posiada niestabilną orbitę. Jeśli ocean jest tylko tym, o czym pan mówi, jak wytłumaczyć fakt, że planeta nie uległa zniszczeniu? Spostrzegłem, jak Snaut spojrzał na mnie i uniósł brwi. Patrzyłem na Pirxa, wciąż odwróconego do nas plecami. Jego ramiona drżały. Musiał wyczuć nasze spojrzenia i oczekiwanie, gdyż odwrócił się powoli. Pirx śmiał się. Mój młody przyjaciel mniema, że mnie dostał — powiedział.
Ale na to pytanie mogę odpowiedzieć pytaniem. Jak myślisz, dlaczego ja wciąż żyję, chociaż nie powinienem? Najzwyczajniej w świecie, wciąż śmiejąc się, bezradnie rozłożył ręce. Czas na mnie — stwierdził. Jak uznacie to za słuszne, możecie tę rozmowę uznać za niebyłą. Odprowadzisz mnie, Harry? Niewiele sobie robiąc z ich obecności, Harry pocałowała mnie w policzek, potem pobiegła do Pirxa. Szarmancko podał jej ramię. Kiedy wyszli, z ulgą wyrwałem się z fotela. Snaut i Sartorius też podeszli do okna.
Wciąż milczeliśmy. Po jakimś czasie drgnienie stacji oznajmiło nam, że Pirx wystartował. Nie żegnał się z nami. Czy miał powód, żeby pominąć tę formalność? Odprowadzaliśmy wzrokiem jego rakietę. Kiedy zmieniła się w punkt, odruchowo zmrużyłem oczy. Snaut i Sartorius nie byli tak zapobiegliwi. Po tym, jak biały błysk prześwietlił nas na wylot, długo przecierali oczy. Twoja Harry dobrze się czuje w jego towarzystwie — odezwał się Snaut. Spojrzeliśmy po sobie i równocześnie każdy z nas przeniósł wzrok na ocean.
Myślisz, że Pirx też? — zapytał Sartorius. Drzwi otworzyły się. To wróciła Harry.
[02:22:41] - Teraz zapraszam państwa na cykl, który dopiero się rozkręca. Cykl zatytułowany „Bez tajemnic”. Dzisiaj posłuchamy o rozwoju duszy.
[02:23:06] - Punktem zasadniczym, punktem wyjściowym do rozważań na ten temat jest reinkarnacja. Troszeczkę tak, jak to jest w buddyzmie, ale spirytyści zakładają, że dusza człowieka może reinkarnować się tylko w ciele ludzkim, a nie w zwierzętach. I to jest ważne, ponieważ takie pojmowanie reinkarnacji wyjaśnia, dlaczego człowiek sam jest w stanie pracować nad własnym rozwojem. Spirytyści często używają określenia karma, ale tylko dlatego, że jest to pojęcie, które jest powszechnie znane i nie trzeba za każdym razem wyjaśniać, o co chodzi. Ale dla spirytyzmu bardziej poprawnym określeniem jest oczyszczenie. Allan Kardec w „Księdze mediów” pisał o oczyszczeniu, a nie o karmie. Jaka jest różnica między karmą a oczyszczeniem? Karma obliguje nas do spłacania zaciągniętych długów w poprzednich wcieleniach. Więc dajmy na to, jeżeli na przykład w poprzednim wcieleniu kogoś skrzywdziliśmy, będziemy musieli w następnym wcieleniu, w następnej inkarnacji ten dług spłacić, jakoś zadośćuczynić. Natomiast oczyszczenie polega bardziej na doskonaleniu siebie poprzez różnego rodzaju doświadczenia, poprzez różnego rodzaju próby, które wybieramy jeszcze przed naszymi narodzinami.
Tak więc można ogólnie powiedzieć, że prawo karmy skupia się na spłacaniu zaległości, a oczyszczenie na własnym rozwoju duchowym. Oczywiście wszystko to jest ze sobą powiązane. Nie ma oczyszczenia, jeżeli nie jesteśmy gotowi zadośćuczynić wyrządzonych krzywd. Każdy z nas się doskonali, każdy z nas staje się istotą coraz mądrzejszą i sami w pewnym momencie jesteśmy w stanie ocenić, czy nie mamy jakichś długów, które należałoby spłacić. A może ktoś kiedyś nam pomógł? A może dana osoba będzie potrzebowała teraz naszej pomocy? A może nadużyliśmy czyjejś cierpliwości albo nadużyliśmy czyjejś dobroci? Więc powiedzmy, że to są takie rzeczy, do których człowiek, dusza, duch dojrzewa. Więc reagowanie na takie wewnętrzne bodźce jest znakiem, że w naszym rozwoju posunęliśmy się o krok do przodu. Różnica między prawem karmy a oczyszczeniem według spirytyzmu jest także taka, że dusza ma możliwość samodzielnego wyboru próby, którą chce przejść.
Oczywiście należy starać się spojrzeć na ten mechanizm z dalekiej perspektywy. Duch, tak samo jak na przykład człowiek żyjący na Ziemi, który jest osobą odpowiedzialną, która podejmuje świadome decyzje, wie, czego potrzebuje, ale równocześnie patrząc na sprawy ziemskie, że tak powiem, z góry, nie podchodzi do spraw życia materialistycznego w taki sam sposób jak my, którzy już jesteśmy na tej Ziemi wcieleni. Można to porównać do takiego ucznia w szkole Który będąc dzieckiem jest wysyłany do szkoły i musi się uczyć różnych przedmiotów. Dzieciaki często szkoły po prostu nie lubią. Najchętniej zostałyby w domu rano przed telewizorem albo przed komputerem, ale jednak do tej szkoły idą i uczą się. Później, gdy już człowiek jest dorosły i chce się dokształcić, bardzo często przecież sam dobrowolnie wraca na studia zaoczne i tak dalej. I nawet jeżeli niektóre przedmioty sprawiają mu problem i najchętniej czasami w ogóle nie ruszyłby się z domu, to jednak wie, że skoro zgłosił się do tej szkoły, to do tej szkoły pójść powinien. Więc tutaj można dziecko idące do szkoły porównać do człowieka żyjącego na ziemi, który najchętniej uniknąłby wszelkich nieprzyjemności, a dorosłą osobę dobrowolnie powracającą na studia porównalibyśmy właśnie do ducha, który jest odinkarnowany i który świadomie dokonuje wyborów. I tak jak człowiek pragnący dobrowolnie doskonalić swoje wykształcenie, może wybrać sobie dowolny kierunek studiów, który go interesuje lub którego potrzebuje na przykład do pracy, albo ponieważ po prostu jakaś dziedzina go kręci, tak samo duch w zaświatach przed narodzinami wybiera sobie taką próbę życiową, która jest mu potrzebna do kontynuowania swojej duchowej drogi. Wydaje mi się, że ten przykład jest wystarczająco jasny, więc jeżeli połączymy go z wewnętrznym poczuciem sprawiedliwości, doskonałości duchowej, która nakłania nas do podejmowania także trudnych prób, robimy poniekąd taką pętelkę i wracamy do prawa karmy.
Ponieważ prawo karmy każe nam spłacać długi, ale według spirytyzmu to my sami decydujemy się na spłacanie tych zaległości. Oczywiście istnieją duchy bardziej rozwinięte i słabiej rozwinięte. Duchy bardziej rozwinięte są bardziej światłe, więc podejmują bardziej odpowiedzialne decyzje. Duchy słabiej rozwinięte, jak już możemy się domyślić, czasami trzeba popchnąć do działania. I tutaj należy podkreślić, że nie każdy duch ma taką całkowitą swobodę wyboru. Duchy bardzo zacofane, troszeczkę tak jak małe dzieci, muszą być prowadzone za rękę, dopóki nie nabiorą jakiejś tam już konkretnej świadomości. Niemniej duchy, które my tutaj na Ziemi oceniamy jako słabo rozwinięte, również mają pewną ograniczoną swobodę działania. Z przekazów spirytystycznych wynika, że nawet duchy opętujące potrafią wykazać skruchę i obrać drogę rozwoju i odkupienia. I teraz jakimi kryteriami posługują się duchy, które mają wybrać jakąś konkretną próbę? Duch doskonale orientuje się, nad jakimi własnymi wadami powinien pracować.
Jeżeli, dajmy na to, taka istota jest skąpa, pazerna na pieniądze, może wybrać sobie w kolejnym wcieleniu życie w rodzinie na przykład zamożnej, gdzie będzie żyła w dostatku po to, aby nauczyć się dysponować pieniędzmi, dysponować bogactwem, aby nauczyć się dzielić tym bogactwem z osobami bardzo ubogimi. Lub wręcz przeciwnie, może chcieć wybrać sobie życie w rodzinie bardzo ubogiej, aby zrozumieć, jak to jest nie mieć co włożyć do garnka. Jak to jest żyć u boku ludzi, którzy mają bardzo dużo pieniędzy, a którzy tymi pieniędzmi na przykład dzielić się nie chcą. Jeżeli duch będzie za słabo rozwinięty, aby podjąć taką dojrzałą decyzję, wówczas inne duchy wyżej rozwinięte, a może nawet sam Bóg popchnie go w tym kierunku. Poniekąd zmusi go, aby ten duch skąpca obrał troszeczkę trudniejszą próbę. Niemniej żadna próba życiowa, która jest duchowi narzucona, nie wykracza ponad jego siły. Innymi słowy, każdy duch, który zostaje skazany na jakąś próbę, na pewno jest w stanie przez tę próbę przejść. I tutaj znowu zahaczę o prawo karmy. W momencie, kiedy duch został zmuszony do wcielenia się w takiej, dajmy na to ubogiej rodzinie, może to być dla niego poniekąd kara za to, że kiedyś był skąpy, za to, że kiedyś nie chciał się podzielić. Ale tutaj pojawia się kolejny element.
Czym jest kara, a czym jest nauczka? Spirytyści nie lubią mówić o karach. Raczej używamy zwrotu nauczka, ponieważ kara może się wiązać z zemstą, a nauczka zawsze ma jakiś cel pedagogiczny. Więc jeżeli Bóg każe duszy skąpca wcielić się w rodzinie ubogiej, to nie po to, żeby go ukarać, ale po to, żeby ten duch nauczył się, jak to jest być biednym. Trzeba przyznać, że takie postrzeganie reinkarnacji znacznie lepiej oddaje poczucie Bożej sprawiedliwości i Bożego miłosierdzia, niż gdybyśmy mówili o Bogu srogim, który ukarze nas za to, że zrobiliśmy to albo że zrobiliśmy tamto. Nie, Bóg nie ukarze nas za to, że coś zrobiliśmy źle. My sami podejmiemy decyzję, aby pewne winy, pewne nasze błędy naprawić, aby winy spłacić, aby czegoś się nauczyć. A jeżeli nie będziemy potrafili sami podjąć takiej decyzji, Bóg pomoże nam obrać odpowiednią drogę, podjąć odpowiednią decyzję. Ogólnie rzecz biorąc, na tym polega właśnie oczyszczenie w spirytyzmie. Na tym polega ewolucja duszy.
Dusza nie może się cofnąć w rozwoju. Więc jeżeli mamy do czynienia z jakimś człowiekiem, który był wspaniały, o którym mieliśmy znakomite mniemanie i nagle okazuje się, że on pokazuje swoją złą stronę, złą naturę, pokazuje swoje takie małe różki, to nie dlatego, że on się cofnął, tylko dlatego, że on po prostu tę swoją autentyczną naturę skrupulatnie ukrywał.
[02:32:23] - Reasumując, według spirytyzmu człowiek rodzi się wielokrotnie. To są może setki albo i tysiące wcieleń. Tego tak naprawdę nikt nie wie do końca. Przed każdym wcieleniem ma możliwość wyboru próby, która pomaga mu w rozwoju. W trakcie życia materialnego, w trakcie życia na Ziemi człowiek powinien pracować nad swoimi słabościami. Następnie żyje sobie ileś lat, umiera, pewien czas spędza w zaświatach, po którym obiera kolejną próbę. Ponownie się wciela i dalej pracuje nad swoim rozwojem, równocześnie w wyniku swojej własnej dojrzałości podejmując takie decyzje, aby nie pozostawić za sobą żadnych niespłaconych długów. No to, proszę państwa, czas na rady praktyczne dla piszących. Trzeci odcinek cyklu z dalekiej wyspy na Atlantyku, na Islandii. Autorka na Islandii, ale przekaz dociera do nas jak najbardziej przejrzysty i klarowny.
Czas zatem na Piszącą z fiordami. Głos oddaję Kamili Ciołko-Borkowskiej.
[02:33:57] - Dzień dobry, wieczór. Pisząca z fiordami zaprasza do siebie. Dobry wieczór, zapraszam na kolejny odcinek rozważań okołopisarskich. Dziś na tapet swoich marudzeń wezmę temat opisów, które zawarte są w opowieściach, w powieściach, opowiadaniach, w czymkolwiek. Jeżeli piszemy jakąkolwiek historię, to mamy oczywiście bohaterów, mamy ich przeszłość, mamy jakąś akcję, mamy też miejsce, w którym ta historia się dzieje. I teraz musimy, bo bez tego będzie bardzo ciężko zbudować dobrą historię, przedstawić czytelnikowi tak bohaterów, jak i miejsce, w którym opowieść ma miejsce. To trochę masło maślane, ale musimy przedstawić im to miejsce, w którym akcja się dzieje i bez opisów będzie nam bardzo ciężko. To będzie nawet niemożliwe nie tworząc jakiegokolwiek opisu tak sytuacji, miejsca, jak i bohatera. Wprawdzie nie musimy tego robić tak, jak dawniej było to uznawane za normalne, jak dawniej się to praktykowało. Nie musimy tworzyć opisów na trzy, cztery strony.
Mogą to być krótkie opisy, ale o tym też za chwilę. Reasumując, historia składa się z akcji, z miejsca i bohaterów. Bez tego nie ma dobrej historii. Po prostu nie ma. Jak powinniśmy tworzyć te opisy, żeby nie nudziły czytelnika? W ogóle po co są te opisy? Opis jest poza tym, że jest używany w celu przedstawienia danej sytuacji, danego bohatera, emocji. To wszystko jest w opisach najczęściej. Opis jest też czasem używany w celu spowolnienia akcji. Ponieważ jeśli czytelnik dostaje zadyszki podczas czytania danego fragmentu, on czyta i po prostu nie może nadążyć za tym, co się dzieje z głównym bohaterem, ponieważ to wszystko leci tak szybko.
Należy wprowadzić wtedy krótki opis czegoś, który pozwoli czytelnikowi na lekkie złapanie dystansu od historii, ponieważ gdzieś tam w międzyczasie czytelnik może nam się zgubić. To jest bardzo częste, jeżeli akcja toczy się bardzo szybko. Fakt, może na tym polegać cały urok opowieści, jednak to bardzo rzadkie, że autor zbuduje tak szybką historię bez zmęczenia czytelnika. Do tego trzeba takich umiejętności, że początkujący pisarz, nad którym się teraz skupiamy, o którym mówimy w tej audycji, raczej nie da sobie z tym rady. Należy wtedy umieścić opis. Nie powinien być to opis wielki, rozbudowany, jednak coś, co spowolni wartką akcję i pozwoli czytelnikowi odetchnąć. Ale się powtarzam. Tak więc opis poza tym, że ma spowolnić tą akcję, ma pokazać czytelnikowi, gdzie się znajdujemy, jak wyglądają bohaterowie. Chociaż to nie zawsze jest istotne, jak wyglądają bohaterowie. Ja osobiście bardzo rzadko używam opisów, które określają jakieś walory wizualne bohaterów.
Bardzo rzadko skupiam się na tym, jak oni wyglądają. Gdzieś tam czasem napomykam o tym, ale to nie jest istotne w moich opowieściach. Jednak bardzo dobrze jest umieścić jakiś opis, który pozwoli czytelnikowi wiedzieć, gdzie dana historia ma miejsce. Dla przykładu podam wam moje własne opowiadanie. Swojego czasu wysyłałam opowiadania do konkursów Rubieże rzeczywistości. Antologia Rubieże rzeczywistości była wydana z opowiadań, które zostały nadesłane do konkursu i wysłałam swoje opowiadanie, które przeszło do dalszego etapu i Kontaktowali się ze mną organizatorzy tego konkursu. Prawie błędów, które występują w opowiadaniu i które należało poprawić w tak zwanej redakcji. Trzeba to robić, ponieważ bez tego żadna historia nie zostanie wydrukowana. Znaczy są historie wydrukowane, wydane bez redakcji, ale uwierzcie mi, to nie jest warte tego i tego się nie robi. Tego nie warto robić.
Nie, nie, nie, nie. Jednak wracając do tego opowiadania było to opowiadanie „Targowisko próżności" z pierwszego tomu antologii. I słuchajcie, dowiedziałam się, że w sumie opowiadanie jest spoko, naprawdę fajnie się je czyta, jest nawet bardzo ciekawe i interesujące, tylko w sumie nie wiadomo gdzie to się dzieje wszystko. Niby tak, coś tam przebłyska, jakiś tam jest tego, gdzie to jest albo kiedy to jest, ale w sumie to pływamy w czasoprzestrzeni. I wtedy faktycznie musiałam troszkę popracować nad tym opowiadaniem. Nie było to dużo. Nie były to jakieś duże zmiany. Były to czysto kosmetyczne zmiany w tekście, jednak nakierowywały one czytelnika na jakieś konkretne miejsce, na jakiś konkretny czas. I powiem wam, że to nie dopisywałam jakiejś wielkiej ilości tekstu do tego opowiadania, żeby pokazać czytelnikowi, gdzie to jest, gdzie to ma miejsce, ani w jakim czasie. Po prostu gdzieś tam w tekście.
Czy na przykład podczas ubierania się głównego bohatera napomknęłam o marynarce, czy tam o gorsetach, czy czy tam o jakimś tam o Big Benie. Czyli już mamy miejsce. Już mamy miejsce, w którym to opowiadanie się dzieje. Mamy tak gorsety, że Coco Chanel zrezygnowała z gorsetu, zaproponowała rezygnację z gorsetów. Czyli mamy już mniej więcej odpowiednią linię czasową. Więcej nie trzeba, więcej nie trzeba. Naprawdę czasami minimalizm jest lepszy w opisach niż rozpisywanie się nad tym, w jakim kolorze są kwiatki na stole i pod jakim kątem znajdują się liście w tych kwiatach. Na pewno każdy z was pamięta „Nad Niemnem". Broń cię Panie Boże, nie mówię, że to jest zła książka. To jest naprawdę majstersztyk literacki, naprawdę majstersztyk literacki.
Tak samo jak na przykład „Lalka", „W pustyni i w puszczy" czy „Pan Tadeusz". To są książki, które są naprawdę niesamowite. To jest klasyka literatury, z którą ja osobiście bardzo polecam się zapoznać. Jednak opisy zawarte w tych książkach są naprawdę ciężkie czasem do przebrnięcia. Spójrzmy na przykład na opisy w „Nad Niemnem", które potrafią trwać przez kilka stron, naprawdę kilka akapitów. To już są najdrobniejsze opisy. Fakt, one bardzo czasem mają przekazać czytelnikowi jakieś konkretne dane, naprawdę istotne. Jednak podawanie koloru i kątu nachylenia każdego listka na łące jest naprawdę ciężkie dla czytelnika, zwłaszcza młodego czytelnika, który nie ma cierpliwości do długich i bardzo skomplikowanych opisów. Zresztą nie ma co się oszukiwać, wyobraźnia czytelnika też ma swoje granice i autor nie powinien jej wystawiać na, no nie oszukujmy się, tych słów, na takie ciężkie próby. Ponieważ jeżeli zmęczymy czytelnika zbyt opasłymi opisami, zbyt męczącymi rzeczami w naszej opowieści, wtedy czytelnik nie sięgnie po następną książkę.
No a nie o to nam chodzi podczas pisania, prawda? No przynajmniej mi nie o to chodzi. Tak więc słuchajcie, wracając do tych naszych opisów, ustaliliśmy, że bardzo często minimalizm jest lepszy od takiego rozbudowanego opisu. No wiecie, pamiętacie na pewno. No ja pamiętam. Na pewno pamiętacie „Lalkę", tak? Pamiętam taki opis w „Lalce". On nie był zbyt długi, ponieważ to był opis na, powiedzmy jeden akapit. Jednak to był opis biurka. To był opis biurka i wiecie, no w sumie dobra, ale to był tak żmudny opis, który zawierał szczegóły każdego elementu, który znajdował się na nim, który był gdzieś tam wyrzeźbiony.
To naprawdę jest bardzo męczące, a nie zawsze jest potrzebne. No fakt, w tym momencie tak pokazywane było czytelnikowi, że bohater był człowiekiem inteligentnym i takim z nawiązaniem do tradycji. No dobrze, w porządku, ale można to było zrobić krócej i co powiem, że jest bardzo dobre. Wplątać opis w akcję. Tak jak mówiłam wcześniej, jeśli mamy natłok jakichś akcji, natłok jakiegoś działania, spowolnijmy to wpleceniem jakiegoś opisu. Jeśli mamy rozmowę, mamy dialog zróbmy przerwę w tym dialogu. Wplećmy tam na przykład to, jak zachowywała się główna bohaterka. Opiszmy na przykład, że jej policzki, które zdobiły na przykład piegi, zarumieniły się bardzo mocno. Już wiemy, że główna bohaterka ma piegi, więc gdzieś tam, powiedzmy w międzyczasie wcześniej dowiemy się na przykład, że jest blondynką albo brunetką, później na przykład, że nosi okulary.Z tych drobnych opisów, które wpleciemy niby od niechcenia w tekst, dowiemy się, jak wyglądała nasza bohaterka. Nie musimy też mówić wszystkiego wprost.
Możemy jakiś opis dać, żeby czytelnik sam się domyślił pewnych rzeczy. Nie bójmy się, czytelnik jest inteligentny. Z takim przynajmniej musimy podchodzić nastawieniem do czytelnika, że jest on inteligentny, nie jest półgłówkiem i nie musimy mu dawać wszystkiego na tacy. Możemy mu podrzucić pewne informacje w międzyczasie. Dlaczego by nie? Wykorzystujmy to, że czytelnik ma mózg i potrafi z niego korzystać. Wracając jeszcze raz do opisów w międzyczasie. Możemy na przykład podpowiedzieć, że nasz bohater ubrany był w koszulkę sportową, czy miał adidasy i coś tam. Ze wspomnień, które podrzucimy, wywnioskujemy, że nasz bohater uprawia sport. Nie musimy tego mówić.
Możemy to umieścić w międzyczasie. Możemy też na przykład użyć metafor, ale z tym byłabym bardzo ostrożna, ponieważ metafory są najczęściej używane w utworach poetyckich i nadmiar metafor może być negatywnie odbierany przez czytelnika, ponieważ czytelnik nie po to tu przyszedł, żeby mieć kontakt z metaforami, a przyszedł po tekst prozatorski. Niewielka ilość tego typu opisów może być jak najbardziej w porządku, jednak co za dużo, to niezdrowo. Jak już wcześniej wspominałam, umiar jest bardzo ważny, a bardzo często ilość minimalna to ilość w sam raz. O czym dalej? O tym, że opisy są też po to, żeby nakierować czytelnika na to, co jest w tekście ważne. Czyli najpierw mamy jakąś historię, coś się dzieje, jest super pięknie, ale autor próbuje: halo, halo! Ja tutaj jestem, drogi czytelniku i ja ci chcę pokazać, że odwracamy teraz wzrok od tego, co widziałeś. Wracamy do punktu wyjścia. Czyli dobrze, że główni bohaterowie sobie walczą, krew się leje, ale musimy wrócić do miasta, w którym poboczny bohater z drugiego planu robi coś, co będzie bardzo ważne dla naszego głównego bohatera później.
To jest sposób prowadzenia czytelnika przez historię. To jest bardzo ważne i bardzo potrzebne. Czytelnik puszczony samopas po historii nie będzie wiedział tak właściwie, w którą stronę ma iść ani co jest istotne w danej opowieści dla bohatera. Tego się po prostu nie robi. Jednak, uwaga, nie tylko opis miejsca, nie tylko opis wyglądu bohatera. To nie są jedyne opisy w historii. Opisujemy też stany emocjonalne, opisujemy emocje, opisujemy akcję, prowadzimy czytelnika przez życie naszego bohatera. Bo czymże jest dana powieść, dane opowiadanie? To jest fragment życia naszego bohatera i przez ten opis czytelnik ma uczestniczyć w tym fragmencie razem z bohaterem. To są opisy konkretnych zdarzeń, konkretnych stanów emocjonalnych, konkretnych zachowań, konkretnych reakcji, czyli łańcuchów przyczynowo-skutkowych, które mają miejsce, które następują po sobie.
Czyli jeżeli nasz główny bohater nadepnął na grabie, to dostał trzonkiem w nos. Logiczne, tak? I musimy napisać, że polała się krew, że rzucił jakimś niecenzuralnym słowem, bo to był trzonek bardzo twardy. I musimy pokazać, że zaszkliły mu się oczy, bo to ból okropny jest przecież, że ta krew kapała mu po koszulce. To wszystko to są właśnie opisy. Opis tego, jak to wyglądało. Opis tego, co czuł bohater. Opis tego, jak wyglądały te grabie, jak były położone i tego, co zrobił później bohater, kiedy już opadły pierwsze chwile, kiedy dostał tym trzonkiem w nos. I co on wtedy zrobił? Żeby nie musiał sobie wymyślać, jak teraz na języku polskim: co autor miał na myśli?
Co on chciał nam przekazać? Ano nic. Po prostu główny bohater dostał trzonkiem od grabi w nos. Wybił sobie jedynkę, więc musiał jechać na pogotowie, bo na przykład nie chciała mu krew przestać lecieć. I na przykład cała akcja tej historii będzie toczyła się w poczekalni na pogotowiu, bo tu będziemy chcieli pokazać rzecz, która działa się później, która miała bezpośredni związek z tym właśnie wydarzeniem. I nie możemy zostawić czytelnika bez konkretnych informacji, które byłyby w tym momencie istotne. Tak jak mówiłam: co czuł bohater? Jak wyglądała cała ta sytuacja? Czyli jak nadepnął? Co dostał tym trzonkiem, czy w nos, czy może tylko w bark mu się ten trzonek wbił?
To wszystko jest bardzo istotne i to wszystko musimy zawrzeć w tym opisie. Tu nie ma miejsca na to, żeby robić to półgębkiem i tylko troszkę, jak wcześniej mówiłam. Takie rzeczy trzeba opisywać konkretnie i w danej sytuacji. Tego nie możemy odłożyć na później. O ile możemy wpleść jakieś rzeczy w historię, o tyle opisy związane z daną sytuacją powinny być związane z nią bezpośrednio i powinny znajdować się właśnie w tym miejscu, a nie w innym. I powinny zawierać wszystkie potrzebne informacje. To jest bardzo trudne w pisaniu, ponieważ niewielka ilość informacji może spowodować, że czytelnik będzie czuł się zdezorientowany, ponieważ nie wszystko będzie wiedział, a nadmiar informacji może spowodować z kolei, że czytelnik będzie czuł lekkie zmęczenie czytaniem, ponieważ po co mu informacja, że trzonek był w kolorze czerwonym, a grabie były lekko zardzewiałe, a trampek, którym nadepnął nasz główny bohater na te grabie, miał pięć lat i kupiony był w promocji w Tesco. Takich informacji nie musimy zamieszczać, chyba że będą istotne później. Na przykład grabie miały bardzo ostre zęby. Trampki były bardzo stare.
Ząb tych grabi wbił się w stopę, a że były zardzewiałe, to wdała się infekcja. Jeżeli któraś z tych informacji jest istotna i będzie w tej historii potrzebna później, jak najbardziej możemy ją zawrzeć w opisie. Jednak niepotrzebnych informacji nie zawieramy, ponieważ czytelnik będzie czuł brak sympatii do autora. W sumie po co nam informacja, że te trampki były niebieskie? Po co? Zawieramy tylko informacje, które w tekście będą potrzebne. Znów się powtarzam. Robię to po to, żeby pokazać, że jest to bardzo istotne i należy o tym pamiętać, ponieważ część rzeczy należy wpisywać tylko i wyłącznie w odpowiednich miejscach. Nie możemy tego zrobić później albo wcześniej, bo: „Ojejku, w sumie to mi się zapomniało, że mój bohater miał trampki z dziurami w podeszwach” i wpisuje to później. Nie.
Cofam się i wpisuję to w tym momencie, w którym jest to istotne, ponieważ później czytelnik będzie czuł zniecierpliwienie, że skacze po tej książce i już nie wie, co jest istotne, a co jest mało istotne, co mało ważne. Ale mam też małą niespodziankę. Uwaga! Opisy mogą też spowodować, że akcja przyspieszy. A jak? Otóż to taki drobny szczególik. Jeśli podczas jakiegoś opisu dodamy jakiś drobiazg, który odwróci nieco uwagę, który pokaże na przykład, że nasz bohater się śpieszy, czyli na przykład, że nasz bohater biegnie przez podwórko, potyka się o gałązkę, poślizgnął się na jakimś liściu i próbuje łapać równowagę. Jeśli napomkniemy o takich drobiazgach w międzyczasie, to podkreślimy fakt, że ta akcja dzieje się szybko. Czyli na przykład świst kul, bo ucieka przed pościgiem, podczas którego do niego strzelają i biegnąc tak, uciekając przed kimś, nadział się na te nasze grabie nieszczęsne i stracił przytomność. Podczas tego pościgu musimy pokazać czytelnikowi jakieś drobiazgi, żeby zwrócił uwagę, że cała akcja dzieje się szybko.
Tylko musimy uważać i dawać czytelnikowi tylko takie informacje, które w tym momencie są potrzebne. Nie musimy teraz dawać informacji o tym, jakiego koloru były cegły w murze, który mijał, czy że były szorstkie w dotyku, czy na przykład, że w chodniku brakowało fragmentów płytek chodnikowych. Nie, to nie będzie potrzebne. Chyba że napomkniemy czytelnikowi, że w tych ubytkach nasz bohater potknął się o brakujący fragment płyty chodnikowej, stracił równowagę i przewrócił się. To jest istotne, ale nie możemy pisać, że mur był chropowaty, bo to w tym momencie spowolni akcję, zamiast dać jej prędkość, zamiast pomóc nam. Ona będzie przeszkadzała zupełnie. Jak najbardziej na miejscu będzie tu wpisanie opisu emocji czy opisu reakcji bohatera, czyli na przykład, że czuje przyspieszony oddech, bijące szybko serce, że pot mu zalewa oczy, że niewiele widzi, że w sumie to jest ciemno i tylko na dotyk. Wtedy w tym momencie czuje tylko, że ten chodnik mu pod nogami strasznie przeszkadza biec, bo nierówny jest. Takie rzeczy należy wtedy umieszczać. Później możemy umieścić konkrety, czyli na przykład jak się czuł, co czuł, jakie były emocje i można dodać na przykład jakieś zwykłe reakcje organizmu, że było mu niedobrze, czuł mdłości.
To wszystko jak najbardziej w tym momencie jest potrzebne i istotne. Nie to, że na przykład czuł piękny zapach bzu. Nie, to w tym momencie jest nam niepotrzebne, bo on ucieka przed kimś, kto go goni, żeby później nadepnąć na te wspomniane już grabie, dostać trzonkiem w nos i zemdleć albo wylądować na pogotowiu. Te opisy wszystkie są bardzo potrzebne, bardzo istotne i one naprawdę działają cuda w opowieściach. Jak już wspomniałam, jak sami widzicie, możemy nimi przyspieszyć akcję, możemy nimi zwolnić akcję. Możemy przedstawić bohatera, pozwolić, żeby czytelnik wczuł się w klimat tej opowieści, bo to też jest bardzo ważne, żeby czytelnik poczuł to, co dzieje się w historii. Dzięki takim właśnie opisom, dzięki nakierowaniu go, pokazaniu, gdzie to się dzieje Tylko tu też trzeba ostrożnie z tym pokazywaniem, ponieważ jeżeli piszemy na przykład książkę o miejscu, które naprawdę istnieje i możemy sprawdzić coś w Google Maps, dobra, w porządku. Opisy mogą się zgadzać z rzeczywistością albo nie muszą być takie rozbudowane. Ale bardzo często spotykam się z tym, że książki fantastyczne z wymyślonym światem mają bardzo dużo opisów i czasami ciężko się przedrzeć przez te opisy, ponieważ jest ich tyle. Jest naprawdę masa jakichś nowych zupełnie nazw, opisów przyrody, kwiatów, miejsc, które są zupełnie nowe, wymyślone przez autora, czasem zupełnie takie od czapy.
I naprawdę bardzo ciężko czyta się taką historię, kiedy wszystkie te informacje zawarte są na jednej stronie. Ale o tym już mówiłam na samym początku odnośnie normalnych historii, takich zwykłych, obyczajowych, typu tych naszych klasyków literackich. A tutaj mamy fantastykę z zupełnie całkowicie wymyślonymi światami od zera. Jednak należy też znać umiar, ponieważ jeżeli zarzucimy czytelnika nadmierną ilością informacji, które nie będą pozwalały mu się skupiać na akcji, a będą kazały mu tkwić w tym miejscu, w którym tkwi przez na przykład pół rozdziału i poznawać faunę i florę świata, który został wymyślony dla tej historii, to on nie będzie tej książki czytał dalej. Bardzo niewielu czytelników pozwoli sobie na to, żeby kontynuować czytanie tej książki, żeby ją poznawać dalej, ponieważ to jest bardzo męczące, jeśli zarzucamy czytelnika nadmierną ilością faktów, na które on nie jest po prostu gotowy. Tak więc jak sami widzicie, temat opisów jest bardzo rozległy i zdawałoby się, że bardzo prosty, ale jednak jest dość skomplikowany, ponieważ budowanie dobrych opisów, które pomogą nam w tworzeniu historii i w tworzeniu prawidłowego nastroju, który chcemy przekazać czytelnikowi, to jest dość skomplikowane i na pewno jeszcze do tego tematu będę wracać podczas tych audycji. Obiecuję wam to albo i straszę. Nie wiem, jak wolicie. Na dziś jednak kończę. Dziękuję wam za cierpliwość i za wysłuchanie tego, co mam do powiedzenia.
Zapraszam za dwa tygodnie i życzę udanego wieczoru. Dobranoc.
[02:59:14] - Tak sobie, proszę państwa, patrzę na dzisiejszą rozpiskę audycji. To, co państwu powiem, to państwu powiem, ale dzisiaj kobiety rządzą w audycji. Tak sobie przeliczam. Tak, zdecydowanie rządzą kobiety. No cóż, zatem potwierdźmy tylko to moje spostrzeżenie. Zapraszam na recenzarium Ewiwy. A dzisiaj omawiany będzie klasyk. Klasyk w postaci powieści „Solaris” Stanisława Lema.
[02:59:56] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Kiedy myślicie o Stanisławie Lemie, jakie jest pierwsze skojarzenie? Ma się rozumieć „Solaris” to sztandarowe dzieło wielkiego pisarza, najważniejsze w jego karierze. I to nie tylko dlatego, że dwukrotnie zostało sfilmowane. Zresztą oba razy w sposób niezbyt udany. Wersji Andrieja Tarkowskiego sam pisarz nie znosił. Uważał, że twórca zupełnie niepotrzebnie skupił się jedynie na wątku relacji między głównym bohaterem a widmem jego zmarłej żony. Tymczasem ta wersja była o niebo bliższa powieści niż to, co później zrobili Amerykanie. Adaptacja z George'em Clooneyem w roli głównej nie nadaje się nawet do tego, żeby nią ściany wytapetować. Jednak na ten temat Lem już nic nie mówił.
Dostał bowiem ogromną sumę. Jeśli mnie pamięć nie myli, milion dolarów i w zamian zobowiązał się milczeć. I jako człowiek uczciwy zrobił to. Wcale mu się nie dziwię. Prawdopodobnie potrzebował tych pieniędzy na sobie wiadomy cel. Będąc na jego miejscu jednak nie wiem, czy bym wytrzymała. To może nie dywagujmy na ten temat. Czym więc jest „Solaris”? Jest to książka z jednej strony science fiction jak najbardziej, poruszająca temat bardzo bliski Lemowi, to znaczy w jakim stopniu możemy się porozumieć z rozumem nieludzkim. Z drugiej strony jest to książka psychologiczna.
Jej głównymi bohaterami są ludzkie fobie, ludzkie traumy, samotność, żal, poczucie winy. I to właśnie wybija się na plan pierwszy. Chociaż nie to było zamysłem Lema. Lem chciał po prostu opisać zetknięcie z formą życia całkowicie niezrozumiałą dla ludzi, formą prawdopodobnie inteligentną. W krótkim zarysie Chris Kelvin, psycholog, zostaje wysłany na stację kosmiczną orbitującą wokół planety, na której istnieje żywy ocean. Ma tam przeprowadzić śledztwo na temat zagadkowych wydarzeń. Kiedy pojawia się na stacji, okazuje się, że człowiek, który go wezwał, już nie żyje, a reszta wykazuje zachowania, które można określić jako psychotyczne. Kelvin zabiera się do pracy, ale
[03:02:37] - Jego działania zostają niemal natychmiast zakłócone, ponieważ na stacji pojawia się jego zmarła dawno temu żona Hari. Nie jest to widmo. Jest to żywa, dotykalna istota. Kelvin dobrze wie, że nie może to być Hari. Mimo to bardzo szybko ulega fascynacji swoim gościem. Tak, tym jest właśnie ten wątek uczucia. Uczucia, które w sposób zagadkowy materializuje się na stacji. Nie bardzo wiemy, jakich gości mieli inni załoganci. Wiemy jedynie, że byli przerażeni i zdezorientowani ich obecnością. Lem skupił się na opisie Hari, ponieważ jest ona gościem głównego ludzkiego bohatera powieści.
Albowiem drugim bohaterem, nieludzkim, jest Ocean. Ogromny Ocean żywej plazmy. Wiadomo, że żyje. Wiadomo również, że myśli. Ponieważ udało się zarejestrować fale mogące być zapisem jego myśli. Jednak uczeni nie potrafią rozstrzygnąć, czy mają do czynienia z przeogromnym zwierzęciem, czy też z istotą inteligentną w naszym rozumieniu. Kelvin przychyla się raczej do tej drugiej wersji. Do tego stopnia, że nawet usiłuje niejako rozmawiać z Oceanem. Jednak poczynania mieszkańca planety trudno zrozumieć. Tworzy on przeróżne budowle.
Tworzy nawet widoki ludzi o różnych proporcjach, czasami niewłaściwych. Wiadomo, że potrafi czytać w ludzkim umyśle, ponieważ stamtąd właśnie czerpie wzorce do swoich miraży. Jednak w jakim celu to robi, pozostaje nierozstrzygnięte. Nie można bowiem nawiązać z nim normalnego kontaktu. No właśnie, tak naprawdę nie wiemy, czym jest Solaris. To, co tworzy, może być wynikiem jakiegoś wysoko rozwiniętego mimetyzmu, ale niemającego nic wspólnego z wyższą inteligencją. Nie potrafimy zrozumieć, dlaczego postępuje tak, a nie inaczej. Tak samo jak średniowieczni ludzie nie potrafili zrozumieć, dlaczego niektóre zwierzęta zachowują się tak, jak się zachowują. Możliwe jest jednak, że Ocean jest istotą rozumną i tworząc swoje fatamorgany, usiłuje w jakiś sposób porozumieć się z tymi, którzy go obserwują. Stanowili istoty z jego punktu widzenia niezwykle dziwaczne, nie tylko obce.
Prawdopodobnie nie postrzega ludzi jako zagrożenie, ponieważ żadnych wrogich, typowo wrogich działań nie można zaobserwować. Być może to nie ludzie badają Solaris, a Solaris bada ludzi, bada ich zachowania. To, co wydobywa z ich umysłu, jest najprawdopodobniej dla niego kompletnie niezrozumiałe. Stanowi bowiem byt krańcowo odmienny od ludzkiego. Za tym, że jest to istota rozumna, przemawia pewien fakt. Kiedy ludzie dają do zrozumienia Oceanowi, że wysyłając do nich gości, krzywdzi ich, wizyty ustają. Tak naprawdę to nie może być przypadek, a w każdym razie nie powinien być. To jest właśnie ta część bardzo naukowa. Oczywiście pozostaje jeszcze wątek uznany za najważniejszy i przez Tarkowskiego, i przez Soderbergha. To znaczy wątek utraconej miłości, która w niewiadomy sposób powraca.
Mamy do czynienia z bardzo trudnym dylematem moralnym. Zarówno Kelvin, jak i inni uczeni na stacji dobrze wiedzą, że istota, która się tam pojawiła, nie jest Hari, ale mimo to Kelvin tak ją traktuje. Jego miłość, jego zaangażowanie powodują, że usamodzielnia się ta istota coraz bardziej. Coraz bardziej staje się ludzka. Tym trudniej Kelvinowi myśleć o rozstaniu z nią. Wie, że nie może jej zabrać ze sobą na Ziemię. Po pierwsze dlatego, że zabraniają tego przepisy. Po drugie dlatego, że po opuszczeniu stacji Hari nie mogłaby dłużej istnieć. Jej życie jest uwarunkowane połączeniem z Solaris. Mimo to nie chce jej opuścić.
Decyzję za niego podejmują inni. To jest bardzo poważny dylemat, czy mieli takie prawo. Ponieważ jakkolwiek powstała druga Hari, zaczynała być odrębnym bytem, odrębną świadomością. Czy ludzie mieli prawo tę świadomość niszczyć? Jest to pytanie, na które w tej sytuacji, z jaką mamy do czynienia na orbicie nieznanej planety, nie ma odpowiedzi. Nie ma odpowiedzi ani na tak, ani na nie. Jest to po prostu zbyt trudne. Zwłaszcza że tak jak wcześniej zaznaczyłam, ludzie nie wiedzą, z czym mają do czynienia. Nie wiedzą, czy Ocean naprawdę chciał się z nimi porozumieć w jakimś swoim celu, czy tylko ulegał instynktowi niepojętemu dla ludzi. Aż się prosi o jakąś kontynuację.
Lem jej nie napisał. Świadomie, jak podejrzewam. Ale naprawdę czasami chciałoby się dopisać coś. Coś, co rozwiązałoby zagadkę Solaris. Może opisać powtórne spotkanie Kevina i nowej Hari. Może, to oczywiście bardzo dalekie skojarzenie, ale przypomina mi się film „Star Trek: The Motion Picture”. Pierwszy kinowy film Star Treka, w którym Will Decker, oficer Gwiezdnej Floty, w sytuacji, kiedy sztuczna inteligencja zabija, a następnie kopiuje jego ukochaną Ilię, decyduje się porzucić świat ludzi po to, żeby się z nią połączyć. Czy Chris Kelvin byłby zdolny do czegoś takiego samego? To bardzo ciekawe pytanie i chciałabym po prostu przeczytać książkę, która by na nie odpowiedziała. Kto wie, może taka kiedyś powstanie.
Na razie wszystkich, którzy próbują Zacząć swoją przygodę z Lemem właśnie od przeczytania „Solaris”. Życzę cierpliwości oraz bardzo dokładnego wczytywania się w każde słowo. Nie jest to bowiem książka łatwa, nie należy do lektur relaksacyjnych. Przy jej czytaniu naprawdę trzeba myśleć. Ale stałaby się wielka szkoda, gdyby nigdy nie powstała. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:09:04] - Proszę państwa, jeśli dobrze się państwo bawiliście na grzybkach i fermentach Katarzyny Prychacz, to postanowiłem zafundować państwu jeszcze jeden odcinek. A zatem po raz drugi w dzisiejszej audycji Katarzyna Prychacz „Grzybki i fermenty część druga”. Oddaję głos naszej mistrzyni wymyślania.
[03:09:32] - Dobry wieczór, z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na Alchemię Tworzenia. No to co? Lecimy z tym dżinglem. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w siedemnastym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Dzisiaj kontynuujemy historię z poprzedniego odcinka, więc mam nadzieję, że nic nie zapomniałam istotnego. Dla tych, co dopiero dotarli, zachęcam, żeby się nadrobić może po dzisiejszym odcinku. Jeżeli chodzi o formułę, to przypomnę, że używamy kart z „Klubu detektywów”, z takiej gry planszowej. To są karty z grafikami, na podstawie których właśnie wymyślam historię. I dodatkowo mamy tutaj też na tapecie kości z serii Story Cubes.
Story Cubes po prostu, taka marka. Zaraz powiem z jakich serii dzisiaj, co dzisiaj nas czeka. Zanim to powiem, to jeszcze tylko z tego, co dobrze pamiętam, powinnam w tym momencie jeszcze zaprosić was na jakieś media społecznościowe. Więc zachęcam tutaj do obserwowania fanpage'a na Facebooku. To jest Alchemia Tworzenia Podcast. Tam staram się na bieżąco wrzucać właśnie jakieś informacje o odcinku, ewentualnie jak są jakieś obsówki. Przypominam też wtedy o innych mediach społecznościowych. Czasami zdarza się, że jakieś ćwiczenie poboczne wrzucę. Jak nas będzie tam więcej, to myślę, że możemy sobie też pozwolić częściej na jakieś ćwiczenie kreatywne albo właśnie dyskusje na temat historii, które były w podcastach. W każdym podcaście pojawia się inna historia, aczkolwiek tydzień temu skroiła nam się bardzo fajna opowieść i postanowiłam ją dzisiaj kontynuować.
Każdą środę samo audio macie tutaj właśnie na bookradio.pl. A jeżeli chodzi o wersję taką, gdzie możecie zobaczyć faktycznie te karty, które wyciągam, te kości, jak rzucam, jakie są obrazki i co ja tam wymyślam, to zapraszam was serdecznie w każdą sobotę o 20:00 na portal YouTube. Jak wpiszecie Katarzyna Prychacz albo po prostu Alchemia Tworzenia, wyszukiwarka powinna was przekierować na mój kanał osobisty, że tak powiem. I tam staram się teraz już cały trzeci sezon na czas, na bieżąco wrzucać odcineczki, żebyście w każdą sobotę faktycznie mogli przeżyć to jeszcze raz albo sobie na spokojnie nadrobić z tą wersją wizualną. Okej, o socjalkach powiedziałam. Myślę, że przechodzimy do farszu, bo tu nie ma co odwlekać. Nie ukrywam, że sama się nie mogę doczekać, gdzie dzisiaj pójdziemy. Dzisiaj będziemy się bawić kośćmi Story Cubes z serii Potwory i Supermoce, więc może być ciekawie. Możemy gdzieś dzisiaj zabrnąć w nieco fantastyczne rejony. I tutaj myślę, że jest idealny moment do przejścia, do przypomnienia trochę, co mieliśmy w poprzednim odcinku.
Tam prowadziliśmy śledztwo. Zmarł czy właściwie najprawdopodobniej został zamordowany alchemik bimbrownik , który sobie w lesie, gdzieś w swojej chacie badał różne eliksiry, które miały wspierać trochę takie, wiecie, tak jak współcześnie mówimy na przykład o modyfikacjach genetycznych czy o takich projektach, które miałyby na przykład ulepszyć nasze DNA, nas jako ludzi, tak żebyśmy na przykład byli odporni na jakieś choroby, może na ból, może moglibyśmy się szybciej regenerować czy odrosnąć sobie rękę i tak dalej. Nasz bohater, nasza ofiara morderstwa była stanowczym przeciwnikiem takiej medycyny w tym kierunku. Czy to nawet już chyba nie medycyna się nazywa wtedy, nie wiem. Mówi się o jakimś transhumanizmie, ale to jest chyba jeszcze coś innego. Nie chcę w to wnikać. Nieważne. Nasz bohater był przeciwnikiem tego czegoś i uważał, że medycyną bardziej naturalną czy łączeniem właśnie medycyny z pewnym rodzajem mistyki, tak jak na tym polega alchemia, że tak też się da. I on się parał tym, że robił właśnie takie funkcjonalne eliksiry. Trochę jak ktoś grał lub czytał „Wiedźmina”, czy oglądał film, czy serial.
Chociaż mam wrażenie, że w samym serialu nie było bardzo dużo o tym. Najwięcej chyba w grze. Mam na myśli tutaj eliksiry, nie? Czyli w zależności od potrzeby zażywał inne specyfiki i łapał tam wtedy jakieś nowe umiejętności. Więc nasz bimbrownik alchemik właśnie robił takie eliksiry i jednocześnie prowadził zapiski. Badania, zbierał jakiś materiał dowodowy, żeby obalić. W sumie nie zdecydowałam, czy on działał globalnie, czy jakąś firmę, czy oddział firmy globalnej w ich miasteczku. Tak czy siak zbierał kwity na to, że to wcale nie są dobre kierunki rozwoju świata czy medycyny, czy postępu medycznego. I co dalej? Nasz główny bohater, którego oczami patrzymy, to jest śledczy, którego oddelegowano do tej sprawy.
To jest taki typowy mieszczuch, który trafia do lasu, do tych nieprzyjemnych warunków i obejrzał chatę alchemika i skradł jego notes. W sensie takim, że zabrał zapisnik tej ofiary i jeszcze go nie oddał, nie dołączył go do materiału dowodowego, bo coś mu mówiło, żeby tego nie robił. Chciał po prostu się sam najpierw z tym zapoznać, bardziej zgłębić ten temat. Zabrał go do domu. W domu jego ukochana, która znała się na szyfrach, na różnych analizach, bez jego wiedzy zajrzała w ten notatnik. Później się otworzyło parę różnych furtek, podejrzeń, że może faktycznie lepiej na razie do systemu tego notatnika nie przekazywać, że tam są naprawdę bardzo mocne dowody. Patrzę, czy coś więcej tu muszę powiedzieć. Aha, kończy się tak, że dotarliśmy naszym śledztwem do momentu takiego, że nasz śledczy odkrył miejsce, bo okazało się, że ten nasz alchemik nie był jedyny. Tych osób jest więcej i spotykali się, nie wiem, czy wtedy ustaliliśmy, że to miała być jakaś jaskinia, czy korciło mnie opuszczone kasyno, ale chyba stanęło na tym, że to jakaś jaskinia gdzieś tam na jakimś odludziu, gdzie spotykali się i hazardziści, i szmuglerzy, i tak dalej. Trochę taki półświatek, szara strefa.
I między innymi w tamtej lokacji też były w określone dni spotkania tych, nie wiem, aktywistów. Może to nie jest dobre słowo, bo jednak oni działali trochę w podziemiu. Niemniej nasz śledczy tam dociera i tak niestety wyszło, że został uderzony w głowę i traci przytomność. Zakończyliśmy na tym, że podczas tej utraty przytomności doznał wizji. Czy można powiedzieć tak, jakby mu się coś tam przyśniło, w której było dużo nawiązań do jego dzieciństwa, do postaci jego dziadka. I teraz co? Teraz chyba przetasuję karty, kości przygotuję sobie i zobaczymy. Czyli klasycznie wylosuję cztery karty i w międzyczasie będziemy mieli sześć kości. Dobra, tasujemy. Okej i teraz sobie tutaj ładnie wyjmiemy, ale jeszcze nie odwrócimy karty.
Czyli karta numer jeden, dwa, trzy i cztery. To odkładam na bok. I co mamy? Kosteczki sobie wybiorę tak może, żeby trochę te serie były pomieszane. Dobra, jesteśmy gotowi. Okej, zobaczymy teraz pierwszą kartę i zobaczymy, czy będziemy dalej tą wizję kontynuować. Dobrze byłoby jakoś tak połączyć to fajnie, nie? Dlaczego ta postać dziadka się tu pojawiła? Tu mieliśmy, zdaje się, chyba łowienie ryb, jakiś latawiec, burzę śnieżną, zamieć śnieżną, przepraszam, nie śnieżną tylko piaskową i w ogóle dużo piasku, jakaś pustynia. Więc zobaczymy może tutaj jak to połączyć.
Może właśnie oducimy naszego śledczego, żeby poznać jakieś jego nowe wnioski. Dobra, pierwsza karta. Cyk. Powiem wam, że może dalej zostaniemy w dzieciństwie, jeszcze w tej wizji. Karta przedstawia tutaj klawiaturę pianina lub fortepianu. To prawdę mówiąc nie widać, bo jest wyjęta z instrumentu i ona stanowi taki bardzo nierówny chodnik. Ona takim idzie zygzakiem. Tutaj rosną przy niej jakieś krzaczki, jakieś roślinki. Z jednej strony to mi się skojarzyło z jakimiś pomarańczami, bo na tych krzaczkach rosną owoce, ale chyba liście pomarańczy wyglądają trochę inaczej, a nie pamiętam. To wszystko w ogóle lewituje nad jakimiś chmurami, więc w sumie to trochę tak, jakby ten chodnik, te pomarańcze to tak, jakby były korony drzew.
Pod spodem jest pełno chmur. Po tej klawiaturze tego instrumentu idzie dziecko. Patrzę, czy tu możemy... Dziewczynka. Dziewczynka, widzę, bo to sukienka. Myślałam, że to takie spodenki na szelkach. Jest dziewczynka w sukieneczce i tak dziarsko sobie idzie po tych ni to schodach, ni to nierównym chodniku. I co by to mogło symbolizować? Nie wiem, czy chcę wprowadzać w obieg kolejną postać tej dziewczynki. Może tutaj weźmy po prostu tą dziewczynkę jako symbol dziecka, dzieciństwa dalej.
Myślę co tutaj mamy. Klawiatura, instrument, muzyka, pomarańcze. Może, jak tutaj patrzę, dziadek i latawiec. Może ten sen właśnie zaczął się na jakiejś takiej dziwnej pustyni i gdzieś tam przeszedł w klawiaturę. Patrzę na słowa klucze, które by nam się mogły przydać, że z tamtej pierwszej karty bym wzięła faktycznie tego dziadka, latawiec, buciory. A tutaj mamy owoce i muzykę. I w ogóle ta karta jest taka... Nie wiemy, dokąd prowadzą te schody, ale ona jest taka, mam wrażenie, dająca nadzieję, że tutaj te światła, te kolory. Nie jest jakaś mroczna, że to jest jakaś ścieżka nie wiadomo dokąd. Tylko to dziecko tak beztrosko, tak dziarsko idzie.
Może ten śledczy... Może dziadek w ogóle obudził w nim zmysł prowadzenia różnych dochodzeń, dociekania prawdy. I te owoce. Myślę, czy zrobimy, żeby one były ważne dla naszego śledczego? Czy może uznamy jako owoce jego pracy, czy może owoce relacji z dziadkiem? Że to, kim jest dzisiaj. Że dziadek. Nie bez powodu się jakieś sny pojawiają. Możemy uznać, że śledczemu się przypomni coś, co miało związek z dziadkiem, co może mu pomóc w tym śledztwie. A może przypomni mu się, że dziadek też był trochę przeciwnikiem rozwoju, tylko on wtedy jako dziecko tego nie rozumiał.
W sumie ja chyba nie ustaliłam, kiedy on umarł, czy on w ogóle umarł. Ale może byśmy mogli zrobić tak, że dziadek zmarł, kiedy nasz bohater był mały i to wczesne dzieciństwo pamiętał. Tylko stamtąd pamiętał dziadka, bo tam ten czas spędzali razem. Może to mu przybliży. O, już wiem! Może to mu da do myślenia, żeby udać się do domu rodzinnego i porównać zapiski tego alchemika bimbrownika z zapiskami dziadka. Natomiast przypominam, że jesteśmy w sytuacji takiej, że nasz śledczy został ogłuszony, więc może dobrze byłoby go obudzić, żebyśmy zaczęli, co dalej się zadzieje w tej jaskini. A jednocześnie może później go wyślemy do domu rodzinnego albo może ten notatnik odnajdzie. Dobra, biorę pierwsze kości, bo tu nie ma co dalej się rozckliwiać nad tym. Rzucam pierwszą kością.
Dobra, to jest chyba seria supermoce. Tutaj mamy lewitujące pudełko, takie drgające. Czyli supermoc, nie wiem, czy to telekineza, czy może po prostu lewitacja, nie? Tak podejrzewam, że może to autor kości miał na myśli. Co nam to daje? Możemy pójść na zasadzie takiej, że nasz bohater lewitował sobie we śnie. A może się ocknął i miał helikopter. Myślę, że to chyba by miało teraz najwięcej sensu. Potrzebujemy go obudzić. Nasz bohater może się zerwał, ale po uderzeniu może mieć zachwiania równowagi i może czuć się jakby lewitował.
Że on w pierwszej chwili w ogóle nie rozumie, co się dzieje. I myślę, że tutaj chyba nie będę nic więcej na razie na siłę wymyślać. Zobaczymy kolejną kość. Dobra, to też są chyba supermoce. Teraz tylko co to może być? Mamy tutaj człowieczka, który jest przepołowiony. Tak jakby pół człowieczka jest jakieś i pół jest jakieś. Może to chodzi o to, że to jest podwójna tożsamość. Że mamy zwykłego ludzika. Tak teraz patrzę po lewej stronie lewa połowa to taki zwykły ludzik, a prawa połowa to taka przepaska na oczach, jakieś buty, jakaś koszulka inna.
I też się trzyma pod bok, zadowolony, zacięty. Czy to będzie ktoś, kogo on zobaczył po otwarciu oczu? Myślę, czy jakaś postać nam się w międzyczasie pojawiła. Tę historię upraszczałam, ale gdybyśmy mieli to ograć fabularnie, to może mógłby spotkać osobę, którą znał. Na przykład może to też jakiś policjant, ktoś, z kim się znają z pracy i kogo by w ogóle nie podejrzewał o to, że ta osoba się w ogóle interesuje takimi rzeczami. I może tą osobę rozpoznał. Tutaj klucz to ta podwójna tożsamość. Czyli nasz bohater się ocknął, jeszcze mu w głowie wiruje, ale powoli wyostrza mu się wzrok. Powoli to wszystko ustaje i na przykład widzi przed sobą kogoś z pracy. W sumie nie wiem, czy mówiliśmy, że on jakiegoś partnera miał.
Nie chyba. Mógł być śledczy i może nie partner, może ktoś, z kim ma mniejszą relację w pracy. Ktoś z pracy. Nie chcę też na siłę się zatrzymywać za długo przy jakichś symbolach. Może to gdzieś nam wpadnie w trakcie. Na pewno zobaczył znajomą twarz i był zaszokowany, że tą osobę tutaj zobaczył. Dobra, trzecia kość. Trzecia kość nie ułatwia. Aha, bo tu mamy kość potwory. Uwielbiam czasami te rysunki, bo mam taki: „Na co ja patrzę?” i dalej nie wiem.
Miały to być potwory. Tutaj mam wrażenie, że widzimy dwa ludziki. Jeden jest zrozpaczony albo przerażony, a drugi wygląda, jakby go przytulał. Jakby go uspokajał. Tylko nie wiem, czy to jest na zasadzie, że ich scaliło i to jest jakiś potwór, czy może tu chodzi o strach na tej kości? Bo nic innego tutaj nie widać na tym. Strach. Tak myślę. Czy nasz śledczy... Dobra, został zaatakowany.
Możemy mu wprowadzić jakiś moment paniki, bo się zastanawiam, czy oni go po prostu ogłuszyli albo kogoś poniosły emocje i go odruchowo ogłuszył, bo ktoś obcy wszedł na teren. Myślę, czy go nie przykuli gdzieś do grzejnika w jaskini zwłaszcza. Chyba że strach tej osoby, którą rozpoznał. A może damy tu jakąś kobietkę, panią sekretarkę? Może to nie byłoby głupie. Jakaś niepozorna pani z recepcji, z którą się widział codziennie, a się z nią nie znał. I może właśnie ona tutaj będzie przerażona, że coś mu się mogło stać. Może tak jak tutaj ten ludzik jeden jest w panice, drugi go uspokaja. Może ona tutaj się rzuci mu na szyję albo coś takiego. Może tutaj nie rozwijajmy bardzo tego.
To będzie strach. I ona po prostu patrzyła przerażona, czy z nim wszystko w porządku. Może właśnie gdzieś leżała apteczka, że to ona opatrzyła mu ranę głowy, że może nie zdążyła powstrzymać kogoś. A z drugiej strony może też nie wiedzieli, z jakim on tu nastawieniem przybył do tej jaskini. Dobra, lecimy z drugą kartą. Myślę, że tutaj karta nam powie coś więcej. Także cyk. Mamy tutaj szeryfa. Świetna karta. Szeryf Kaktus wręcz.
Dobra, bo się śmieję bez was. Już was wtajemniczam. Mamy w tle pełnię księżyca. To takie na pograniczu dnia i nocy. Nasz bohater, tak jak już wspomniałam, jest kaktusem w doniczce. Na tej doniczce ma gwiazdę szeryfa przyczepioną. Ma takie krzaczaste rude brwi i kapelusz Kowboja, taki kowbojski. A jego rumak, który lewituje poprzez chmury, to poduszka. I ta poduszka ma dwa guziki zamiast oczu z przodu i on trzyma sznur, taką uzdę na tej poduszce i na tej poduszce leci. W ogóle powiem wam szczerze, to jest taka karta, że dałabym wiele, żeby porozmawiać z autorem tej grafiki i się dowiedzieć w ogóle, co tu się zadziało w tej głowie.
Kaktus, poduszka. No niesamowite. Niemniej mamy tutaj szeryfa. On ma taką mordkę, taką twarz, jeżeli można mieć. Nie wiem, co ma kaktus, czy ma mordkę, czy ma twarz, ale ma taką zaciętą minę, skupioną. Taki pewny siebie ten szeryf. Może tutaj sekretarka mu opatrzyła te rany, a teraz właśnie pojawia się, na scenę wychodzi główny przywódca i zaczynają się pytania. Może on jak taki szeryf tej jaskini, tej miejscówy. Tylko co to może być ta poduszka? Poduszka mi się kojarzy z czymś takim miękkim, miłym, łagodnym.
Po całym dniu kładziemy głowę na poduszkę, żeby się zrelaksować. Czy w momencie, kiedy źle się czujemy, to idziemy się położyć i najczęściej kładziemy głowę na poduszkę. Czy często małe dzieci też mają swoją podusię ukochaną. To jest taki symbol miękkości, ciszy i bezpieczeństwa. I może tutaj mamy scenę, w której ten szeryf, w sensie ten przywódca przeprasza naszego bohatera, sprawdza, czy wszystko jest w porządku, że to tak wcale nie miało być. Że tak jak wcześniej mówiłam, może któregoś z ludzi poniosło, żeby się nikt nie dowiedział, że strzegą tej miejscówy. I tutaj zaczynają rozmawiać, w jakim celu przybył. Ta sekretarka go opatrzyła. Wyszło też, że oni się znają, że ona wie, że on jest śledczym. I tutaj może się zaczyna rozmowa, a ten śledczy też ma taką minę...
znaczy nie śledczy, tylko ten szeryf na poduszce wygląda jak taki starszy gość, bardzo doświadczony już, że w sumie ma w tych oczach taką zaciętość, ale i mądrość. Więc może właśnie to jest jeden z tych starszych takich alchemików. Może ten nasz bimbrownik też był taki trochę już bardziej sędziwy i oni się znali i dopiero teraz wyszło, że to śledztwo. Tylko myślę, na ile by... Nie, akurat to nie, to jest jawne, że mamy ofiarę morderstwa, więc o tym akurat śledczy mógłby powiedzieć, że tutaj w tej sprawie jest. Dobra, lecimy. Kolejna kość. Aj, się odbiło ze stołu, ale się poturlało. O matko z córką. Absolutnie nie mam pojęcia, na co ja patrzę.
Nie lubię tych nowych kości, bo tu się czasami naprawdę ciężko odnaleźć w tym. Dobra, to chyba jest w tym kierunku. To jest chyba panorama miasta w tle i mamy na pierwszym planie może jakiś krater? Tak mi się skojarzyło. Albo krater wulkanu, czy jakaś dziura pouderzeniowa. Może coś tu wybuchło. Może skoro mamy miasto i wybuch, to może właśnie tutaj myślę o takiej bardziej metaforze, że gruchnęła jakaś informacja, że miasto jest w takim trochę rozgardiaszu. A może ktoś zabija tych alchemików i może oni dlatego zareagowali tak agresywnie, bo na przykład teraz nasz szeryf... Patrzę na szeryfa. Teraz nasz śledczy może się właśnie dowie, że to nie jest pierwsze morderstwo, że to nie jest ten alchemik bimbrownik jedyny I to jest jedno śledztwo, tylko okazuje się, że mamy tutaj do czynienia z, można powiedzieć, seryjnym mordercą.
Z jakąś serią przypadków. Myślę, czy my nie ustaliliśmy chyba, w jaki sposób został zamordowany. Chyba nie mówiliśmy o zwłokach. Czy on został zatruty? Nie wiem. Mamy tutaj całkiem otwarte pole, żeby nawet gdzieś sobie... Tak myślę, czy nie zrobimy trzech odcinków, żeby ustalić rdzeń historii i później będę sobie dobierać karty. Zrobię sobie listę pytań na przykład. W jakim stanie ofiara została znaleziona? Jakieś poszlaki.
Chyba że zrobimy tak, jak w tamtym odcinku wspominałam. Pod koniec drugiego sezonu prowadziliśmy śledztwo. Chuck Malkers. On był naszym śledczym. I to była, zdaje się, tajemnica białego maku chyba. Tam też korzystałam z komponentów, które sama robiłam na swoje autorskie warsztaty. Miałam tam karty z rodzajem ekspertyzy. Może byśmy to tak podsumowali. Na razie mamy zarys takiej ogólnej historii. W sumie śledczy robi swoją pracę, a może w następnym odcinku faktycznie sięgniemy po jakieś rzeczy od ekspertów.
Może dopiero teraz jest jakiś poszlak, wyszły informacje dodatkowe. To w sumie byłoby ciekawe, myślę. Jak już mamy robić śledztwo, to tak z przytupem, nie? Więc tutaj okazuje się, że w różnych częściach miasta od tych ludzi nasz śledczy dowiaduje się bezpośrednio, że ich znajomi ginęli. No i nasz śledczy będzie może to teraz sprawdzał, że w tej jaskini takie tropy zebrał. Myślę, ten sen o dziadku. Jak tu jeszcze to użyć? Może też wyjdzie to powiązanie, że może ten stary szeryf jaskini skojarzy nazwisko śledczego. Zapyta sam o dziadka. I tutaj może też wyjdzie ta rozmowa, że dodatkowo nasz śledczy w pewnym sensie będzie trochę, może nie profesjonalne to będzie z jego strony, ale może poniekąd personalnie odbierze tą sprawę, tą całą sytuację, bo właściwie jego dziadek też zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.
I może badając śmierć naszego alchemika bimbrownika i te inne przypadki, może też trafi na jakieś info o dziadku. A może dziadek nie zaginął? Tutaj mamy jakiegoś starego szeryfa, a nasz bohater był bardzo mały, kiedy dziadek zginął. A może dziadek stracił pamięć? To byłoby fajne w sumie. Albo uległ jakiemuś wypadkowi czy coś, że się trochę nie rozpoznali. Fajny twist fabularny by to był, gdyby to się okazało, że to jest jego dziadek, który utracił pamięć na przykład. Ale jedyne, co pamiętał, to ten ruch cały, prowadzenie tego. Dobra, rzucamy kolejną kością, zobaczymy, gdzie nas to poprowadzi. Okej, tutaj mamy człowieczka w czapce, w kapeluszu, wojskowa czapka i taki to chyba wąs jest?
Gęsty wąs. Nie wiem, ale człowieczek w mundurze. To jest też seria Potwory, ale często jak jest jakaś tematyka potworów, to mamy generałów. Więc może właśnie teraz nasz śledczy dostaje telefon, że ma zabrać swoje szanowne dupsko na komisariat, że może coś wypłynęło, coś się zadziało i jego przełożony jest bardzo zły. I teraz zobaczymy może co dalej. Czy na przykład wyszło, że zataił jakieś dowody, czy może przyszły jakieś rozkazy z góry, że on ma to śledztwo porzucić. To też byłoby fajne, bo wtedy zabieramy mu fabularnie zasoby. To znaczy zabieramy mu dostęp na przykład do bazy danych, do ekspertów. Doprowadzamy do klasycznej sytuacji rzucenia odznaką. Czy tam bronią, że zawieszenie.
Zobaczymy. Nie powiedziałam może o tym, że ten człowieczek na kości wygląda bardzo zły i wskazuje palcem oskarżycielsko przed siebie. Więc może to jest na zasadzie: „Ty tam, ty! Masz zaprzestać tego, co robisz”. To byłoby fajne, ciekawe. Fajne, ciekawe i będziemy wtedy prowadzili sobie śledztwo między wierszami, z podziemia. Dobra, fajnie, ja już się jak zawsze wkręcam, a tu jesteśmy pod koniec już dzisiaj. Trzecia kość, ostatnia. Lecimy. Okej, tu ewidentnie mamy nawiązanie do Wolverina z X-Menów.
Mamy człowieczka, się śmieję, ale faktycznie człowiek, który na łapkach ma jakieś szpony i na głowie ma czapeczkę z jakimiś uszami, rogami i groźne spojrzenie. Taki dziki tu wygląda. Ni to kot, ni to właśnie Wolverine to Rosomak chyba był, nie? Też te pazury mają porządne. Mhm. Mógłby to być też nasz złoczyńca. Ale jak to połączyć? No dobra, załóżmy, że nasz bohater opuszcza jaskinię, wraca na ten posterunek, komisariat czy tam, gdzie on ma do tej jednostki swojej. Wiecie co? Pomyślałam jeszcze o tym, że jeżeli mielibyśmy tutaj tymi martwymi ustami alchemika bimbrownika wypowiedzieć wojnę globalną Wiadomo, że moglibyśmy fabularnie spróbować przekłamywać rzeczywistość.
Czyli nasz śledczy zaczyna łączyć kropki. Jest coraz więcej faktów, poszlak. Dostaje reprymendę, że ma to śledztwo porzucić albo nawet dostaje informację, że śledztwo zostało zamknięte, ponieważ znaleźli złoczyńcę. Patrzę na tego rosomaka. Może byśmy faktycznie w jakiś sposób zbezcześcili zwłoki naszej ofiary fabularnie, żeby dopasować. Może to ciało było porozcinane, ponacinane i może wykreowali jakiegoś seryjnego zabójcę. Albo może ktoś się przyznał do winy. Może ujęli człowieka, czy na komisariat zgłosił się człowiek, który stwierdził, że on w nocy zamienia się, może nie zgapiajmy tego rosomaka. Jakieś inne zwierzę. Co ma takie?
Borsuk? Ma takie pazury chyba też. Borsuk jest padlinożerny? Ktoś wie? I tak mi nie pomożecie, bo was tu nie ma ze mną. Owady chyba żre. Czy mięso. Dobrze pamiętam, że takie pazury miał. Nieistotne. Niech on się zmienia w tego borsuka.
Jak byśmy to pisali fabularnie, to możemy zrobić research, doczytać, jakoś fajnie to z tym borsukiem połączyć. I ten człowiek jest już w areszcie. On powiedział, że w nocy budzi się w nim groźny borsuk i każe mu mordować ludzi. Albo wtedy w nocy on biegał po lesie i kazał mu zamordować tego alchemika. I teoretycznie wtedy śledztwo jest zamknięte. Mamy sprawcę i może okazuje się, że wszystkie dowody, wszystko się zgadza. Te jego szpony pasują do rany i w ogóle. Ale nasz śledczy wie, że to tak nie do końca i odruchowo chciał zaprotestować, ale zauważył, że ze swoim przełożonym, on się w dziwny sposób zachowywał. Tak jak zwykle normalnie rozmawiali, tak tutaj kategorycznie koniec i bez dyskusji. Czyli coś tu mamy na rzeczy.
Trzecia karta. Cyk! Jaka ładna karta, a tu się dużo dzieje. Przede wszystkim dominuje tutaj czerwień, odcienie czerwieni. Gdzieś tam daleko w tle mamy półkę z książkami i troszeczkę książki poprzewracane. Mamy wielką dłoń. Może powinnam zacząć od innej strony troszeczkę. Ewidentnie mamy tutaj jabłko, fragment jabłka, który stanowi ziemię, takie pole. Tak jakby to jabłko było światem. I na tym jabłku wyrastają drzewa.
Tutaj oczywiście mamy też w samym centrum tego lądu ogonek z listkiem. Listek jest zielony, bo tak to właściwie raczej mamy odcienie czerwieni, pomarańczu, coś tam żółtego, więc to trochę wygląda jak miejsce w centrum polany jakiejś. Jakby ten ogonek z liściem był czymś bardzo ważnym. Otoczone jest to trzema drzewami i pod jednym z tych drzew stoi zarys człowieczka. Biały, wymazany kolor z tego jabłuszka. Te drzewa mają też owoce. I tutaj około tego człowieczka leży na ziemi owoc. Natomiast ta ręka, o której mówiłam, dominuje nad tym wszystkim. To trochę tak, jakby ta ręka sięgała po to jabłko. I na tej ręce mamy wytatuowanego węża.
Moglibyśmy pójść w symbolikę zła, grzechu, szatana. Trochę tu jest takich nawiązań, bo samo jabłko, jeżeli byśmy mieli połączyć to z historią biblijną i zjedzenie jabłka z drzewa poznania dobra i zła. Czy w ogóle drzewo poznania to było. I ten człowieczek wygląda trochę, jakby patrzył przerażony na tę rękę i może upuścił to jabłko, bo koło niego leży taki owoc. I co by to mogło oznaczać? Myślę, że tutaj bardziej naszego bohatera i jego rozterki. Może tu pojawi się pierwszy konflikt, chciałam powiedzieć nieetyczny, moralny. Że nasz bohater może do tej pory był takim trochę służbistą. Wierzył w to, że działa na korzyść dobra, że ujmuje sprawców i że po to właściwie poszedł do tej policji. Po to został śledczym, żeby pomagać ludziom czy rodzinom znajdować odpowiedzi na temat ich bliskich.
A tutaj trochę miał wrażenie, jakby wiedział, że musi kontynuować to śledztwo z takiej wewnętrznej powinności, ale jednocześnie wiedział, że będzie teraz łamał prawo. Że to jest ten moment w fabule, moment decyzji naszego bohatera, czy wyrusza na wyprawę bohatera. Jeżeli znacie schemat podróży bohatera. Ja się posługuję akurat schematem z książek Voglera, ale on budował swój schemat na podstawie Campbella, tej klasyki, jeżeli chodzi o budowanie fabuły. Mamy tam 12 kroków i właściwie pierwszy i ten najważniejszy, ten, który sprawia, że fabuła rusza, to jest wezwanie do wyprawy. I ten moment wahania. Ten moment, chęć wycofania. Nasz bohater nie czuje się na tyle silny. On nie wie, że ma taką moc, że mógłby coś tu zmienić. Myślę, że fabularnie byśmy się znaleźli w tym miejscu teraz, kiedy nasz bohater musi się zastanowić, na ile ma jaja, żeby działać wbrew rozkazom, a na ile boi się i może dla bezpieczeństwa siebie czy swojej ukochanej porzuci to śledztwo, żeby się nie wmieszać w coś.
Tutaj giną ludzie, a wiedział, że to jest zbyt naciągane. To nie ma tak, że sprawca się zgłosił. Może sam przesłuchiwał tego sprawcę, widział, że to jest może człowiek faktycznie niespełna rozumu. Albo człowiek, który zapętlił się i cały czas powtarza to samo. A nasz bohater zna więcej poszlak i wie rzeczy, o których nie wie ten rzekomy sprawca, który powinien o tym wiedzieć, skoro jest sprawcą. Więc może tutaj jest ten moment decyzyjny. Okej, jedziemy z ostatnią kartą i zobaczymy, gdzie nas to zatrzyma. A w następnym odcinku naprawdę fajnie będzie dorzucić tutaj poszlak, bo to może być naprawdę fajna historia. Fajna, gruba historia. Na razie jej nie spisujemy, więc możemy się przelewać między wątkami.
Dobra, czwarta karta. Cyk. O proszę, dalej pozostajemy w iście baśniowym klimacie. Mamy tutaj las. Jest noc, pełnia księżyca, ciemny, dosyć mroczny las. Na pierwszym planie mamy oświetlone czerwonym światłem czy pomarańczowym, może właśnie przez ogień, którego nie widzimy w kadrze. Mamy ciernie. Nie wiem, czy tutaj jesteśmy między gałęziami tych drzew, czy gdzieś na dole. A na tych cierniach siedzi ptaszysko, czarne. Może i kruk, chociaż takie dziwne te piórka ma potargane.
Niemniej ogromny ptak z ogromnym dziobem. Możemy przyjąć, że to jest kruk i on trzyma w tym dziobie wisiorek z jakimś kryształem. Dobra, jeżeli chodzi o symbolikę. Kruki to jest w wierzeniach i symbol śmierci, ale też symbol mądrości i symbol oczyszczenia. Pełnia księżyca jako moment mistyczny w kalendarzu. W sumie wcześniej ta pełnia też pojawiła się nam na kartach przy tym szeryfie. Więc mistyczna pełnia. Trochę chmurek, ale pięknie widoczna. Mroczny las, ciernie. Tutaj mamy trochę grozę, niebezpieczną, niewygodną drogę i kryształ też.
On jest symbolem czystości, oczyszczania. Więc może ta karta mogłaby mówić o stanie emocjonalnym naszego bohatera, o tym, że jest świadomy, że jeżeli teraz podejmie decyzję, to wyruszy na niebezpieczną i niewygodną, ciernistą drogę, ale zachowa tą swoją czystość, ten kryształ, czystość serca, że będzie szedł zgodnie ze swoimi zasadami, ze swoją moralnością, że musi się dowiedzieć prawdy. Po to poszedł do policji, więc chce znaleźć odpowiedzi. Może ten alchemik nie miał rodziny genetycznej, ale miał właśnie tą grupę alchemików. Oni byli taką przybraną rodziną, więc może właśnie dla nich. Może też po części dla swojego dziadka gdzieś tam w środku nasz bohater decyduje się, żeby wyruszyć na tą drogę, że jego zasady, jego moralność jest ważniejsza nawet kosztem kariery, kosztem problemów, może nawet kosztem sprowadzenia niebezpieczeństwa na siebie, na swoją ukochaną. Ale są rzeczy ważne i ważniejsze. I dobra. I mamy to. Ja bym to tutaj zakończyła.
W następnym odcineczku połączymy trochę to z poszlakami, bo w takim razie ruszamy już poza prawem z naszym śledztwem, ale jednocześnie dalej mamy zbudowane relacje i może właśnie będziemy mogli jeszcze jakieś poszlaki sobie tutaj podsumować, pozyskać. Postaram się w tym tygodniu spiąć pośladyczki i spróbować stworzyć skrót dla was właśnie na fanpage'u, tak jak zaczęłam robić, bo nie ukrywam, że czekam Malkerza. Chyba trochę mi zabrakło tam motywacji pod koniec, żeby ładnie posty opisać, ale myślę, że tu już się pojawiło na tyle dużo wątków, że i mi się to przyda, a przy okazji wy będziecie mogli nadrobić. Jeżeli nawet nie słuchaliście poprzedniego odcinka albo traficie za tydzień na kolejny odcinek, a te dwa wam umknęły, to będę mogła was nawet wcześniej poinformować, odesłać do takich trochę skrótów fabularnych. Jak to w tym previously. Tak jak w poprzednim odcinku. Dobra, mamy to. Ja nie ględzę. Historia nabiera rumieńców. Uwielbiam te seryjne historie.
Przy Malkersie tak się bawiłam. Mega się bawiłam. Mega się tam też wkręciłam w historię. I tutaj z karty na kartę, z komponentu na komponent ja po prostu się nakręcam jeszcze bardziej. Dobra, trzymajcie się cieplutko, dużo inspiracji jak zawsze wam życzę. I co? I słyszymy się za tydzień i odkrywamy dalsze karty i tajniki naszego śledztwa. Ale fajnie. No to pa.
[03:50:46] - Tak, to była Alchemia tworzenia. Było zabawnie, było trochę niezwykle. No to odwróćmy kartę. Teraz też będzie niezwykle, ale w innym znaczeniu tego słowa. Zapraszam państwa bowiem na audycję Nie wiem, co to poezja. Nie wiem, co to poezja. To jest cykl, w którym nasza współpracowniczka Krystyna Śmigielska rozmawia z poetami, poetkami. W każdym razie z ludźmi piszącymi wiersze. Dzisiaj spotkanie z Agnieszką Krizel.
[03:51:36] - Nie wiem, co to poezja. Dobry wieczór państwu. Naszym dzisiejszym gościem jest pani Agnieszka Krizel, mieszkająca w Borach Tucholskich blogerka, poetka, korektorka oraz działaczka kultury. Jej wiersze ukazywały się w licznych antologiach zarówno w Polsce, jak i za granicą. Pani Agnieszka często bywa jurorem w przeglądach i konkursach regionalnych. Prowadzi blog literacki „Recenzje Agi”, na którym szczególnie promuje polską literaturę i to dla czytelników w każdym wieku. Jej recenzje możecie przeczytać Państwo na Facebooku i na Instagramie. Obecnie współpracuje z wydawnictwem Anagram jako korektorka i redaktorka tekstów. Dobry wieczór pani Agnieszko, bardzo nam miło panią dzisiaj gościć.
[03:52:44] - Dobry wieczór, witam państwa bardzo serdecznie. Mnie również jest bardzo przyjemnie.
[03:52:50] - Pani Agnieszko, zanim zaczniemy rozmawiać o poezji, bo to przecież program o poezji, musimy wspomnieć o innych pani literackich poczynaniach. Chodzi mi tu przede wszystkim o antologię „O matko!”, której była pani koordynatorką projektu, oraz pozycję „Twórcy Ludowi Gminy Kęsowo”, której była pani współautorem. Zacznijmy może od antologii. „O matko!” to antologia 13 opowiadań, która ukazała się w 2019 roku nakładem wydawnictwa ebookowo.pl. Zamieściła pani w niej swoje opowiadanie „Moja matka”. To historia o trudnym dzieciństwie, dojrzewaniu i trudnym macierzyństwie. Czytając ją zastanawiałam się nad postawami obu kobiet. Przedstawiła pani matkę jako osobę z gruntu złą, ale i postawa córki, zwłaszcza po latach, kiedy już odsunęła się od życia rodzinnego, pozostawia moim zdaniem wiele do życzenia. Oczywiście to tylko moje bardzo subiektywne odczucie. Myślę jednak, że w literaturze, tak jak w życiu, nikt nie powinien być skazany na brak możliwości dokonania tej psychologicznej przemiany.
Tu widziałam jedynie powielanie błędów bohaterki, tych, które wyniosła z domu. Czy pani zdaniem relacje pomiędzy rodzicami a dziećmi, stosowane wzorce postępowań mają w rzeczywistości tak kolosalny wpływ na nasze dorosłe życie?
[03:54:34] - Jak najbardziej uważam, że mają wpływ. Co więcej, ja nieraz nawet łapię się na tym, że dostrzegam u siebie pewne zachowania, które widziałam u swojej mamy czy u taty.
[03:54:51] - Ja słyszałam kiedyś o takich badaniach prowadzonych przez angielskich naukowców, którzy właśnie w patologicznych rodzinach pytali dzieci, jakie postępowania rodziców się im nie podobają. Po latach jednak okazało się, że większość tych złych zachowań rodziców była powielana przez dzieci. To jest bardzo trudny temat. Zachęcam więc Państwa do przeczytania opowiadania „Moja matka” i wyrobienia sobie własnej opinii na ten temat. „Twórcy Ludowi Gminy Kęsowo” to jest bardzo ciekawa publikacja. Promowanie rodzinnych artystów powinno być odgórnym obowiązkiem każdej podstawowej jednostki terytorialnej. Niestety wcale tak nie jest. Rzadko spotykamy włodarzy gmin zwracających uwagę na talenty lokalnych mieszkańców, a już o pomaganiu im czy promowaniu przeważnie nie ma mowy. Pani Agnieszko, proszę opowiedzieć nam, skąd pomysł na taką książkę i skąd na nią pieniądze. Czy czytając ją poznamy sylwetki pani i pana Marka Sasa, współautora?
Czy to państwo przedstawiacie nam uzdolnionych mieszkańców gminy Kęsowo?
[03:56:16] - Bardzo dziękuję za wyróżnienie właśnie tej publikacji na antenie programu. Podpisuję się pod tym, co pani powiedziała. My jesteśmy winni tym naszym lokalnym twórcom ludowym takie i podobne publikacje. Winni jesteśmy ich ukoronowanie, ich pracy. Ta publikacja powstała dzięki dofinansowaniu, które uzyskała nasza gminna biblioteka. Koleżanki z biblioteki napisały projekt. Otrzymał ten projekt pieniążki na tę publikację. Wspólnie z Markiem Sasem. Marek Sas to historyk, nauczyciel, ale też i poeta. Znaliśmy się wcześniej.
Marek też wspomniał, że jeżeli taka publikacja miałaby powstać pod jego imieniem i nazwiskiem, to chciałby do pomocy przy jej tworzeniu, przy pracy też osobę z naszej gminy. I akurat myśmy się znali wcześniej, więc tak poszło, że wspólnie zaczęliśmy działać. To też nie było tak, że myśmy wiedzieli, jak ta publikacja powstanie od A do Z. Przed zbieraniem materiałów, przed objeżdżaniem po naszych twórcach ludowych, myśmy się kilka razy spotykali i w bibliotece z dziewczynami obgadywaliśmy różne kwestie. Obgadywaliśmy też kwestie techniczne, bo to nie jest tylko tak, żeby się skoordynować czasowo, terytorialnie i z naszymi twórcami, tak żeby wygospodarowali również czas dla nas, żeby z nami porozmawiać.
[03:58:25] - W każdym razie przepraszam, że przerwę. Tę pozycję można jeszcze w gminie, choćby w bibliotece, prawda? Zobaczyć, przeczytać, zapoznać się z tymi ciekawymi osobami.
[03:58:39] - Tak, tę pozycję, ale tylko i wyłącznie w naszych gminnych bibliotekach, bo nasza biblioteka ma też swoje oddziały i tylko w bibliotekach się ją znajdzie, bo to nie jest publikacja przeznaczona do sprzedaży. Nie ma jej w dystrybucji, ona nie jest ogólnie dostępna. To jest tylko taka nasza wizytówka.
[03:59:03] - Wizytówka. Tak, jak najbardziej. Ja naprawdę jestem zwolenniczką takich sytuacji, gdzie rodzimi twórcy są bardzo szeroko prezentowani. Przejdźmy w takim razie, pani Agnieszko, już teraz może do tego, co nas najbardziej interesuje, czyli do pani tomiku poezji. Ukazał się w 2020 roku nakładem wydawnictwa Anagram. Nosi tytuł „Iluzja życia”. Przetłumaczyłam sobie ten tytuł tomiku na własny użytek, bo tak naprawdę, proszę państwa, tomik nosi tytuł „Illusion de vie”. To jest francuska nazwa, a ja niestety z językiem francuskim niewiele miałam wspólnego w życiu. Pani Agnieszko, proszę nam powiedzieć, to pierwsza pani samodzielna publikacja?
[04:00:00] - Nie. To jest druga taka moja publikacja, ale to jest pierwsza taka bardzo poważna, powiedziałabym, i publikacja, która znajduje się w dystrybucji.
[04:00:15] - I ten tomik jest dalej dostępny, prawda?
[04:00:19] - Tak, jest dostępny. Można go zakupić w księgarniach internetowych.
[04:00:24] - Bardzo to mnie cieszy, ponieważ na mnie zrobił naprawdę bardzo dobre wrażenie. Jest wyjątkowo atrakcyjny, udany. Wiersze są naprawdę bardzo piękne. Tomik podzielony jest na dwie części. Pierwsza nosi tytuł „Iluzja”, druga „Życie”. Taki podział jest dla pani ważny? Czy to, co nieuchwytne, majaczące gdzieś w oddali stawia pani w kontraście z codziennością?
[04:00:55] - Natchnienie. Zmieniam zasady gry. Rozkładam czyste karty. Zaostrzam stalówkę pióra. Urywam zwyczajność po kawałku. W tle czaruje muzyka. Odsuwa się w zmienności pojedynczych kadrów. Hoduję autentyczne zdarzenia, by na grządkach wersów rozpisać ich fotografie. Jak najbardziej ten podział jest ważny i to jest taki podział świadomie przeze mnie dokonany. Te wiersze z pierwszego rozdziału „Iluzja” to są wiersze, które przeszły bardzo solidną redakcję z tego pierwszego mojego tomiku.
Tylko że ten tomik już nie jest dostępny. On po prostu był takim wydaniem kolekcjonerskim, tak bym powiedziała, i takim moim spełnieniem marzenia właśnie o wydaniu swojego tomiku. Natomiast tak jak wspomniałam, te wiersze z pierwszego rozdziału „Iluzja” to są te wiersze, które przeszły bardzo solidną korektę i redakcję wydawnictwa Anagram.
[04:02:19] - W dzisiejszych czasach niestety na korektę i na redakcję powinno się kłaść wyjątkowy nacisk, ponieważ jak wiemy, gdzieś w naszych polskich książkach to ostatnio, zwłaszcza w tych mniejszych wydawnictwach, troszeczkę kuleje. Bardzo się cieszę w takim razie, że potrafiła pani włożyć nowe życie w teksty już kiedyś opublikowane. Myślę, że pytanie dlaczego i od kiedy pani pisze w naszej rozmowie musi paść. Odpowiedź na nie zainteresuje na pewno naszych słuchaczy, a ja dowiem się czegoś więcej w ten sposób o pani. Proszę nam powiedzieć, dlaczego i od kiedy chwyta pani za pióro?
[04:03:06] - Za pióro, tak powiedziałabym-
[04:03:10] - Oczywiście pióro, użyjmy to symbolicznie, prawda? W dzisiejszych czasach.
[04:03:14] - Tak, wiem, rozumiem. Symbolicznie. Ja bym powiedziała, że ja nawet nie mam takiej odwagi nazywać siebie poetką, bo uważam, że do poetki to mi bardzo daleko. Bo żeby być poetką, to ja muszę napisać jeszcze więcej wierszy i tyle samo wydać tomików i gdzieś tam być dostrzeżonym przez czytelników. Ale to jest takie moje prywatne odczucie, moje prywatne zdanie.
[04:03:46] - Tak, każdy ma właśnie jakiś taki pułap, do którego musi dojść, żeby stwierdzić, że teraz już rzeczywiście mam prawo nazywać siebie w ten czy w inny sposób. To się zgadzam. Też mam taki swój pułap. Także w tym jesteśmy podobne do siebie. Przepraszam, że przeszkodziłam.
[04:04:11] - I w ogóle myślę, że żeby też określać się czy poetą, czy pisarzem, to trzeba, tak jak pani wspomniała, dojrzeć do pewnych wniosków. Od kiedy zaczęłam? Myślę, że takim pierwszym moim pisaniem były takie artykuliki do szkolnej gazetki. Ta gazetka nazywała się „Kleks”. To była szkolna gazetka, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły podstawowej, więc to są lata temu. Gdzieś te pierwsze moje teksty, artykuliki się tam oczywiście pokazywały. Później, kiedy byłam w szkole średniej, zaczęłam popełniać jakieś pierwsze wiersze. Wiadomo, że w perspektywie czasu, jak tak człowiek przypomina sobie, no to powiedziałaabym, że pozostawiały wiele do życzenia. Ale to wiadomo, trzeba dużo pisać i czytać. Ja te swoje pierwsze wiersze podsunęłam kiedyś, pamiętam, w szkole średniej naszej polonistce i ona powiedziała, że owszem, pod kątem błędów ona może mi je sprawdzić, ale niestety nie powie swojej opinii, bo ona się nie zna na poezji.
Ja to moje pisanie tych wierszy zarzuciłam na długie lata. Później pamiętam, że przyszedł taki czas w moim życiu, kiedy zostałam mamą, kiedy macierzyństwo całkowicie zawładnęło moim życiem emocjonalnym i duchowym, tym wewnętrznym. I w pewnym momencie doszłam do takiej ściany, że zaczęłam dostrzegać, że nie potrafię wypowiadać prostych zdań. I powiedziałam sobie sama do siebie: „Dziewczyno, weź się w garść, bo to nie prowadzi do niczego dobrego”. I wróciłam do książek w ogóle, do czytania książek, bo to czytanie książek gdzieś tam też po drodze się zagubiło, zostało przeze mnie zarzucone. Wróciłam do czytania książek. Wróciłam też do jakiegoś pisania sobie czegokolwiek. To nie były jakieś konkretne teksty na jakieś konkretne tematy. I właśnie po tych wielu latach zaczęły się znowu pojawiać wiersze.
[04:07:10] - No to ja widzę, że jednak macierzyństwo potrafi kobietom całkowicie zawładnąć. To też jest mi znane uczucie, ale dobrze, że jednak pani całkowicie tego pisania nie zarzuciła. Chciałam zapytać w takim razie, skąd francuskie tytuły wierszy? To fascynacja obcym językiem, czy może chęć kamuflażu, schowania się za tarczą słów, aby nie do końca ujawnić czytelnikowi swoje prawdziwe wnętrze?
[04:07:44] - Ja myślę, że jedno i drugie, ale przede wszystkim na pierwszym miejscu stawiam fascynację obcym językiem. Po prostu podoba mi się język francuski. A że niestety nie jestem poliglotą i nie mam absolutnie żadnych predyspozycji do nauki języków obcych, więc pomyślałam, dlaczego nie wykorzystać tego właśnie czy to przy tytule tomiku, czy przy tytułach wierszy. Ale też taki kamuflaż i właśnie taki pstryczek w stronę odbiorcy, czytelnika, aby zechciał jednak odkryć, co ja chciałam tym wierszem danym przekazać.
[04:08:26] - Ja muszę powiedzieć, że jeżeli chodzi o język francuski, sprawia mi pewne kłopoty, więc nie będę próbowała nawet czytać poprawnie. Po prostu będę używała polskich nazw. Moją uwagę zwrócił wiersz „Bo ja, proszę pana” dedykowany Krzysztofowi Pieczyńskiemu. „Bo ja, proszę pana” Krzysiowi Pieczyńskiemu. Odpowiedź na jego „Bo ja, proszę pani”. Bo ja, proszę pana, w koszyku niosę tuzin kolorów. Niech pan powie drugie słowo. Pierwszemu dam uśmiech, trzeciemu serce na zakręcie. Bo ja, proszę pana, jestem w słońcu, w opadzie, w locie ptaków pod niebem, w radości, smutku, spojrzeniu wiatru.
[04:09:29] - Bo ja, proszę pana, dam światu i pana, i siebie.
[04:09:38] - To swoista polemika bądź deklaracja. Proszę o kilka słów opisania nam, w jakich warunkach, w jakiej sytuacji powstał ten utwór.
[04:09:53] - Zdecydowanie jest to polemika z panem Krzysztofem Pieczyńskim. Pan Krzysztof Pieczyński to znany aktor polski. Otrzymałam od znajomego poety jego dwa tomiki. Nie pamiętam tytułów, bo te tomiki już puściłam dalej w świat, ale pamiętam, że jego wiersz „Bo ja, proszę pani”, wywarł na mnie takie dosyć osobliwe, nie wiem dlaczego, poczułam jakąś osobliwą więź z tym wierszem i postanowiłam napisać mu odpowiedź. I to jest właśnie odpowiedź na jego wiersz „Bo ja, proszę pani”.
[04:10:32] - Bardzo ładna odpowiedź, bardzo mi się podobała. Ale zapytam jeszcze o inne fascynacje literackie w takim razie, bo przeczytałam również wiersz „Być jak Leopold Staff”.
[04:10:45] - „Być jak Leopold Staff. Zaglądać motylom w oczy, rozmawiać z biedronkami, cykać ze świerszczami, tańczyć na wiatru nosie. Skakać po kwiatów kielichach, zbierać słodycz nektaru, upijać się miodem o zmierzchu, kołysząc księżycem do snu. Poznać deszczu zapach, w strugach kąpać nadzieję, tęczę założyć na niebo, na szyję korale z pereł. Samotnie czekać pod drzewem, wiewiórkom łupać orzechy, ptakom opowiadać historie i fruwać, szepcząc trzepotem.”
[04:11:41] - To piękny, wręcz sielankowy obraz przyrody z nutką nostalgii towarzyszącej nam często samotności. Na ile próbuje pani dorównać swoim mistrzom? Rozumiem, że jednym z nich jest właśnie przytoczony w tytule Leopold Staff.
[04:12:02] - Tak. Jestem bardzo wielką miłośniczką poezji Leopolda Staffa, ale myślę, że to wynika z tego, że ta poezja Staffa jest bliska właśnie mojemu codziennemu światu. Myślę tutaj o mojej wsi, w której urodziłam się, żyję i raczej nie zamierzam jej opuszczać. Ta nasza polska wieś przepełniona zapachami, kolorami jest chyba najlepszą inspiracją do pisania wierszy.
[04:12:37] - Ja jeszcze państwu-
[04:12:37] - Nie zamierzam w ogóle nawet porównywać się z żadnym z moich tak zwanych mistrzów poezji, bo po prostu nie mogę się porównywać. Nie mam takiego prawa, żeby się porównywać. Dlatego napisałam wiersz „Być jak Leopold Staff”, bo bardzo bym chciała być jak Leopold Staff.
[04:12:58] - Ja tego bardzo życzę. A państwu przypomnę, że pani Agnieszka mieszka rzeczywiście w cudownym miejscu, w Borach Tucholskich i jest tam naprawdę co podziwiać. Maj to chyba jeden z najbardziej ukochanych miesięcy poetów. Jego urokowi nie oparła się również i pani. Nie będę siliła się tutaj na analizę wiersza. Poproszę panią autorkę o kilka refleksji związanych z tym majowym opisem świata.
[04:13:34] - „Maj. W alejkach kwitną kasztany. Bzy otwierają swe bystre oczy. Koniczyna czterolistna z kroplą rosy. Jak na obrazie impresjonisty. Brzęczą pszczoły w sadach. Spod filiżanek kwitną jabłonie. Lekko przysiada ważka. W wazonach niezapominajki. Na strychu opadłym kurzem wciera się ciepły promień.
Na stare, pożółkłe pamiętniki. Albumy wypchane wspomnieniami, akordeon co stoi w kącie. Niedaleko drogi chylą się ku polom drzewa. Na skraju lasu gromada saren. W konarach siedzi gawron. Od jezior wiatr niesie kłapanie głuszca. Rzepaków mdły zapach. Zachód słońca. Maj zalotnie spogląda na odkryte ramiona, kolana spod krótkich spódnic i zwiewne w swej lekkości suknie. Plastyczność form i kolorów.” Oj maj.
Maj to jest tak jak właśnie w wierszu. Brzęczą pszczoły w sadach, zaczynają kwitnąć kasztany. Ten taki symbol polskich matur. Ale maj to także miesiąc moich urodzin.
[04:15:17] - To teraz się wszystko wyjaśnia.
[04:15:20] - No właśnie. Teraz to się wszystko w ogóle posypało.
[04:15:24] - W każdym razie rozumiem, że jest to maj, miesiąc przez panią bardzo lubiany.
[04:15:32] - Bardzo lubiany. Myślę, że chyba ukochany albo nawet i najukochańszy, bo kwiecień to jest dopiero rozbudzanie się przyrody, a maj to już jest takie rozbuchanie się tej przyrody. Ale w wierszu zawarłam też ważne dla mnie słowa: „albumy wypchane wspomnieniami”.
[04:16:00] - O, właśnie.
[04:16:00] - „Akordeon co stoi w kącie”. Tak, nie wiem dlaczego, ale-
[04:16:07] - Piękne metaforę
[04:16:08] - ... moja rodzina cała jest związana z wsią i to są moje wspomnienia. Też te z dzieciństwa, tej naszej polskiej, prostej, zwykłej, ale niesamowicie magicznej wsi. I ten akordeon, który zawsze dziadek brał i nam przygrywał przy różnych spotkaniach. Dziadek, potem mój tata.
[04:16:32] - Zrobiło się nam nastrojowo, nostalgicznie, magicznie wręcz. W takim razie zapytam o inny wiersz. Z nieukrywaną przyjemnością odniosę się do pani wiersza „W lustrze”. Tu również jest francuski tytuł, ale ja już sobie przetłumaczyłam i nazywam ten wiersz po prostu „W lustrze”. To srebrna tafla, która tworzy w naszych umysłach niesamowite obrazy. Zastanawiam się, co też możemy odnaleźć, zaglądając w głąb lustra. Proszę nam opowiedzieć, co pani dojrzała w magicznym zwierciadle.
[04:17:13] - „Danse le miroir. W lustrze. Odbicie rysów naszkicowanych węglem. Delikatne zamyślenie zbiera z równej tafli rozmyte cienie minionej nocy. W lustrze prościej zdobywa się świat. Gra role, nakłada maski. W lustrze widać wyraziściej. Codzienność uchyla magię tańczących z pozytywek baletnic. Znajome kształty, dalekie ideały. Stojąc na krawędzi optycznych złudzeń”.
W tym magicznym zwierciadle dostrzegłam przede wszystkim dwulicowość naszych, niestety niezmiernie trudnych czasów. Tę naszą trudną rzeczywistość, w której się znaleźliśmy. Stąd wiersz „W lustrze”. To, że w lustrze możemy odgrywać różne role. Przywdziewać różne maski, odgrywać niesamowicie dla nas fantastyczne, pogranicze jawy i snu sceny. Co kryje się w naszych lustrach?
[04:18:46] - Niby stojąc przed lustrem widzimy siebie, ale nie widzimy swojego wnętrza, a chcielibyśmy się przejrzeć aż na wylot. Wróćmy w takim razie do przyrody. Pory roku to temat ograny, opisany na tysiące sposobów, a jednak udało się pani tknąć wizję wiosny czy jesieni, własny, niepowtarzalny klimat. Którą porę roku uważa pani za najbardziej sprzyjającą poetom, dającą im możliwość wykazania się lirycznym kunsztem?
[04:19:24] - „Jesienne myśli. W moich jesiennych myślach papierowe motyle rozgrywają teatralne sceny. Radość ucieka zdrobnieniom, a nostalgia chowa się za puchowym płaszczem, zgrabnie roztrząsając intymność chłodu. Przez myśl jesiennych poranków przedziera się zapach wrzosów tkanych na wzór obrazów impresjonisty, gdzie szelest liści zagłusza echo odbijanych od ścian kroków. W jesienne myśli układa się spokój nowych dni. Krzątać się będą jak stara gospodyni”. Myślę, że każda pora roku niesie ze sobą pierwiastki magiczne, że pozwalają nam się zainspirować. Chociaż moja, tak jak wspomniałam, jest wiosna, lato. To są te pory, w których bardziej to na mnie odgrywa ważniejszą dla mnie rolę i jest głębszą inspiracją do tworzenia.
[04:20:48] - Czyli jesień to już jest schyłkowa część roku, prawda?
[04:20:53] - To już jest bardziej nostalgia.
[04:20:56] - Tak. W takim razie-
[04:20:59] - Chowanie się pod ciepłymi kocami i myślę, że chyba też najwięcej wierszy przytłaczających, może nawet i tragicznych w tym czasie powstaje.
[04:21:16] - To jest może i prawda. Chociaż powstają też niektóre piękne, jak „O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny”. Też bywa pięknie. W pierwszej części tomiku zatytułowanego „Iluzja” poruszamy się w przyjaznym środowisku. Jest tam las, łąka, rzeka, pola, pszczoły i cisza. Tylko gdzieniegdzie natkniemy się na relacje międzyludzkie, jakieś wzmianki o bliskości, uczuciach. Wyjątkiem są wiersze dedykowane Romie Ligockiej. Proszę mi powiedzieć, czy stało się tak za sprawą przedstawianych w jej powieściach tematów, czy też może istnieje inny powód, dla którego składa pani takie wyrazy sympatii, dedykując autorce, pisarce, malarce aż dwa wiersze?
[04:22:17] - Nie ukrywam tego, że bardzo, ale to bardzo i najczęściej inspiruje mnie właśnie proza Romy Ligockiej. Pisarki niezwykle emocjonalnej, która niby jakoś nadzwyczajnie nie pisze, nie posługuje się jakimś wysublimowanym językiem, ale w tej narracji jest tyle emocji. Nie da się ukryć też jej przeżycia, jej wspomnienia. To, co przeszła w przeszłości jako dziecko i to, co opisała, ma na mnie niesamowity wpływ i najczęściej właśnie inspirują mnie jej książki. Bo wystarczy, że gdzieś w jakimś jej opowiadaniu — prawie wszystkie książki przeczytałam Romy Ligockiej — pojawi się jakieś zdanie, jakaś fraza i ja już po prostu gdzieś dostaję jakąś iskierkę i już siadam i piszę.
[04:23:31] - Czyli jest to pisarka, osoba w ogóle, osobowość dla pani bardzo ważna w życiu?
[04:23:37] - Tak, bardzo ważna.
[04:23:39] - To bardzo dobrze, że mamy takie wzorce, do których lgniemy, które podziwiamy. Zauroczyła mnie metafora: „Intensywność świata nie ma dla mnie znaczenia”. W wierszu z listu odsłania pani niewielki, ledwie dostrzegalny strzępek własnych uczuć. W tym utworze po raz pierwszy mówi pani o osobie, która jest pani bliska. Myślę, że to ważna dla pani postać. Czyli liczy się tylko najbliższy krąg, w którym pani się obraca, a o świat się pani nie martwi?
[04:24:22] - Powiedziałabym, że o świat się martwię, ale trochę. A jednak ważne i najważniejsze jest dla mnie rodzina, moi najbliżsi. Tu właśnie w listu przywołuję obraz i wspomnienia związane z moją babcią, która już nie żyje i do dzisiejszego dnia nie mogę sobie darować tego, że nie zdążyłam się po prostu z nią pożegnać, kiedy odchodziła. I stąd właśnie ten wiersz.
[04:24:52] - Bardzo piękny hołd, również muszę przyznać.
[04:24:56] - „Lunatycy”. Żyjemy ciągle z przypisami. Doczepioną maleńką gwiazdką w górnym prawym rogu. Z niedopitą kawą, niedoczytaną książką, chybotliwym poczuciem bezpieczeństwa. Żyjemy ciągle po omacku, z niekompletnymi instrukcjami obsługi, pozornie przepływającymi przez palce systemami względności. Na chwilę rozmyci. Żyjemy ciągle po coś, bez umiejętności głębszych wdechów. Umieramy ciągle niedokończeni.
[04:25:44] - W drugiej części zbioru wierszy zaczyna się jakoś jakby zaludniać. Co zresztą jest chyba zgodne z tytułem „Życie”. Poznajemy emocje podmiotu lirycznego, jest przeżywanie, pragnienia, codzienność. Uważa pani, że bez opisu ludzkich emocji trudno jest komunikować się z czytelnikiem?
[04:26:12] - „Tuż obok byłeś”. Trzynastego maja zgubiłam zegarek. Zimno było jak diabli, pamiętam dokładnie. Odzyskałam poczucie czasu, gdy przez mozaikę kolorowych szkiełek dostrzegłam brzemienną jabłoń rosnącą tuż obok. Pobiegłam rozsmakować się w soczystym miąższu zatrzymanych sekwencji. Próbuję dostrzec twoje szczęście w chaosie krzyków. Wyciągasz tylko ręce i niemym wzrokiem budujesz ciągnące się oczekiwania. Zamknęłam ten rozdział na dobre. Chcę zapomnieć ciebie tuż obok. Myślę, że tak.
I to nie tylko na gruncie poezji, ale i prozy. Chociaż gdyby tak to też zestawić z innymi gatunkami, to myślę, że w każdym jednym gatunku literackim najważniejsze są emocje do komunikowania, do tego dyskursu z czytelnikiem, z odbiorcą naszych treści.
[04:27:27] - Bo właśnie w pierwszej części jest więcej takiej pochwały najbliższego środowiska, ja bym to powiedziała. Zresztą bardzo pięknej pochwały. A już w drugim widzę, że pojawiają się te takie nasze zwykłe, codzienne emocje i sprawy związane już choćby nawet z najbliższymi naszymi. Od 15 lat prowadzi pani blog „Recenzje Agi”. Proszę krótko opowiedzieć nam o tej pani działalności.
[04:28:01] - Od ośmiu lat.
[04:28:02] - Jak się przejęzyczyłam. Przepraszam.
[04:28:05] - Tak, od ośmiu lat. W styczniu miałam mały jubileusz, ośmiolecie mojego bloga. Aczkolwiek teraz już odchodzę od tradycyjnego formatu bloga. Bardziej skupiam się na social mediach, czyli na Facebooku i na Instagramie. To jest miejsce, w którym przynajmniej staram się jak najlepiej tylko umiem i jak najlepiej pozwalają mi na to i mój czas i moje środki, na promowanie literatury, szczególnie z naciskiem na literaturę polską, naszych rodzimych pisarzy.
[04:28:57] - Rzeczywiście recenzji pani ukazuje się dosyć dużo i sama śledząc blog zauważyłam, że zmieniła się jego konwencja. Większy jest nacisk na obraz, na krótkie fragmenty, cytaty niż na wyrażanie pani opinii. Jest to z całą pewnością ciekawe.
[04:29:24] - Tak, bo zmieniają się odbiorcy naszych treści. Dlatego bardzo dużo teraz przenosi się do Facebooka, do Instagrama. Tradycyjne blogi powoli odchodzą już do lamusa.
[04:29:43] - No właśnie, a czy nie uważa pani, że jest to może też troszeczkę idące w złym kierunku? Ponieważ my jakbyśmy się cofali. Zaczynamy hołdować kulturze obrazkowej. Szybko, krótko i z taką dynamiką. A przecież nie wszystko możemy załatwić szybko, krótko i dynamicznie. Nie mamy czasu wtedy na zastanowienie się, na pomyślenie, głębszą analizę. Ja osobiście uważam, że chociaż wiersz jest krótką formą, ale o dużym ładunku emocjonalnym, to uważam, że jednak za mocno hołdujemy tej skrótowości w dzisiejszych czasach.
[04:30:33] - Tak, to prawda, ale ja myślę, że niestety, to chyba raczej się już nie zmieni. Z tego, co widzę w ostatnim czasie, w ogóle ostatnie lata, czyli ten okres dla nas, ten czas bardzo ciężki, ten pandemiczny, gdzie cała promocja literatury czy czegokolwiek przeniosła się do sieci, to są właśnie treści krótkie, zwięzłe, na temat. I tak jak pani wspomniała, kultura obrazkowa niestety, ale zaczyna rozkwitać.
[04:31:12] - No właśnie, jest to wtórne, ale zobaczymy. Może rzeczywiście będzie to dobry kierunek świata. Pani Agnieszko, bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę, za piękne przeczytanie swoich utworów. Mam nadzieję, że zachęciliśmy naszych słuchaczy do sięgnięcia po pani zbiór poezji „Illusion de vie”. Anagram jeszcze dostępny. Można szukać. Ja zachęcam do nabywania, czytania, poznawania. Naprawdę warto. I zachęcam też do odwiedzania na Facebooku i na Instagramie „Recenzji Agi”. Życzę pani wielu sukcesów i wszystkiego dobrego.
Dziękuję, do widzenia.
[04:32:07] - Bardzo dziękuję również za zaproszenie i życzę wszystkim przede wszystkim zdrowia i siły do tego, żeby tworzyć, cokolwiek to nie jest i w jakim kierunku, ale żeby się rozwijać. Życzę wszystkim wszystkiego dobrego.
[04:32:26] - Dziękujemy jeszcze raz i żegnamy naszych słuchaczy. Dobranoc.
[04:32:32] - Dobranoc.
[04:32:35] - No i obiecałem państwu, że archiwum ABW będzie dzisiaj w dwóch częściach. To czas na tę drugą część. Życzę, podobnie jak przy pierwszym odcinku, świetnej zabawy i tylko przypomnę, że to są opowiadania z audycji, która funkcjonowała na antenie Radia Paranormalium przez ładnych parę lat, do której to audycji słuchacze nadsyłali opowiadania. Myśmy je później z Wiktorem Żwikiewiczem, a później z Wiktorem Żwikiewiczem i Tomaszem Fonsem omawiali, czasami krytykowali, czasami chwalili, jakieś zgłaszali uwagi, ale w takim warsztatowym trybie to funkcjonowało. Audycja odeszła w niepamięć, ale cały czas powtarzam: jeśli ktoś z państwa pisze, jeśli ktoś z państwa chciałby pochwalić się tym, co pisze, chciałby przesłać swoje opowiadanie do audycji, to ja serdecznie zapraszam, obiecując, że nie tylko to opowiadanie po kwalifikacji zostanie opublikowane, ale też, że omówię je tak, jak będzie na to zasługiwało. Jeśli się państwo nie boicie takiej konfrontacji, jeśli nie boicie się konfrontacji ze mną, jeśli nie boicie się konfrontacji przede wszystkim ze słuchaczami To jeszcze raz podkreślam: zapraszam do współpracy. Opowiadania można słać zarówno na maila Radia Paranormalium, jak i na maila Book Radia. Przypominam się, antena jest otwarta. A teraz już zapraszam na drugą część archiwum ABW.
[04:34:28] - Piotr Prokopowicz „Tylko nie czerwony kaptur”. „Ech, tylko zielony albo brązowy kaptur” – wzdycha głośno Pikulinek. – Skrzaty czapeczkowe mają więcej opcji. Czemu my kapturkowe mamy tylko takie pospolite barwy? „Ależ nikt ci nie zabrania zażądać innego koloru.” Pojawiła się nagle skądś Łasica Cmentarnica. Pikulinek wzdrygnął się na jej widok. Niespecjalnie przepadał za jej towarzystwem. Zawsze tak dziwnie patrzyła i uśmiechała się przewrotnie. Zainteresował się jednak jej słowami i zapytał: Co? Jak?
Jak to zażądać? „Przecież wiesz.” Oblizała się nieprzyjemnie. „Gdy zażyczysz sobie jakiś kolor, magia wiążąca Myszkę Igiełkę z wami skrzatami wymusi na niej wykonanie polecenia.” Po chwili, niby od niechcenia zapytała: Jaki kolor cię interesuje? Chciałbym mieć choć jeden czerwony kaptur, a nie tylko te nudne zielone albo brązowe. „To czemu jeszcze nie masz?” Łasica Cmentarnica uśmiechnęła się i dodała: Coś ci zdradzę. Większość skrzatów ma choć jeden czerwony kubrak z kapturem głęboko schowany w swojej szafie. – Oblizała się dziwnie. Tak? To czemu ich nie noszą? „A nie wiem.
Jeśli mi nie wierzysz, sam sprawdź. Dam ci jednak radę. Nie pytaj wprost.” Co? Dlaczego? „Żeby ich nie złościć. Skoro ich nie noszą, to znaczy, że chyba nie lubią tego koloru. Najlepiej przy wizycie, gdy będziesz wieszał swój kubraczek w ich szafie, przyjrzyj się, co trzymają w niej na samym dnie” – podpowiedziała. Minął tydzień i Pikulinek wyruszył do Myszki Igiełki z zamówieniem po nowy kubrak. Łasica Cmentarnica miała rację – myślał. Rabatek miał głęboko w swej szafie kubrak z czerwonym kapturem.
I nie tylko on. Również Wawrzynek i Florynek mieli podobne i również wciśnięte na samym dnie. Gdy był u Rabatka, próbował nawet zapytać o tamten kubrak. Jednak gospodarz nagle przypomniał sobie o pilnych zajęciach. Przepraszał uniżenie, ale musiał szybko wyjść do lasu, kończąc tym samym koleżeńską wizytę. „O, witaj Pikulinku” – uśmiechnęła się Myszka Igiełka. – Przyszedłeś zamówić nowy kubrak? Tak, moja droga. „Stań tu i nie ruszaj się. Zaraz weźmiemy miarę.” Przyniosła z norki taboret.
„Ho ho ho. Podrosłeś Pikulinku.” Mierząc, pisnęła radośnie. – Jesteś już naprawdę dużym i dorosłym skrzatem. Jaki kolor byś chciał tym razem? Może taki ładny, wiosenny, zielony jak świeże listki. Wybacz droga Myszko Igiełko, ale tym razem chciałbym czerwony. „Cze-czerwony?” – zająknęła się. Ale... „Słyszałaś. On chce czerwony.” Swoim zwyczajem, jakby znikąd pojawiła się Łasica Cmentarnica.
Biedna Myszka aż się skuliła. Nie trzeba tak krzyczeć – upomniał łasicę Pikulinek. Po czym zwrócił się uprzejmie do Igiełki: Tak, Myszko. Chciałbym czerwony. Czy jesteś w stanie uszyć mi kubrak w tym kolorze? „Tak, oczywiście” – odpowiedziała smutno. – Na jutro będzie gotowy. Po czym wycofała się do norki. Zachowałaś się bardzo niegrzecznie – zwrócił się skrzat do łasicy. „Rzeczywiście.
Wybacz.” Oblizała się z uśmiechem, po czym zniknęła w zaroślach. Następnego dnia Pikulinek wesoło maszerował do norki Myszki Igiełki. Nie mógł już się doczekać swojego nowego kubraka z czerwonym kapturem. Przy norce była też Łasica Cmentarnica. Czemu cały czas za mną łazisz? – zżymał się skrzat. – Idź, zajmij się swoimi sprawami. „Właśnie się zajmuję.” Wskazała na listki przykrywające zakrwawione martwe ciałko Myszki Igiełki. „Przecież wiesz, że sprzątanie ciał należy do mnie.” Oblizała się radośnie. Oj nie, nie, nie – zawodził smutno Pikulinek.
„Co się stało? Proszę, oto twoje zamówienie.” Łasica podała mu jaskrawo mieniące się nowe ubranie. Jak myślisz, naiwny skrzacie, skąd ona wzięła barwę do tego kubraka? Pikulinek długo stał, trzymając w rękach swój piękny kubrak z czerwonym kapturem i płakał. Wiedział, że schowa go gdzieś na dnie szafy i nigdy, przenigdy go nie założy. Jakub Karbownik „Cavum auris”. Przyjemnie tutaj cieplutko, milutko, ciemniutko, wilgotnie, ale nie za mokro. Ciekawe i zróżnicowane wnętrze. Kulturalni sąsiedzi. Chyba znalazłem sobie nowy dom.
Trochę się położę. Zerknął w prawo. Oho! Tamto miejsce wygląda zachęcająco. Parę godzin później. Wygodny ten biały leżak. Można poleżeć i podumać w spokoju. O, a co to za jasne światło? Lepiej wycofam się nieco i zejdę niżej. Zeskoczył i podreptał nieco dalej.
Być może to nie był dobry pomysł przyłazić tutaj. Zaraz, zaraz. Ktoś tu chyba leci. „Raczej spada” – zabrzmiał nieznajomy głos z tyłu. Sylwetka kaskadera była coraz bardziej wyraźna na tle mocnego światła. Chwilę później wylądował na miękkim czerwonym tarasie. „A gdzie ja jestem?” – powiedział przybysz, przeciągając się. „Witamy w Cavum Oris. Nazywam się Amaliza, a mój brat to Lizozym” – dostojnym tonem przywitała nowego. Lizozym zaś jedynie kiwnął głową.
„A ja jestem gościem z tych białych leżaków. Aspartam, miło mi. A jak ty się nazywasz?” – zapytał grzecznie, podając rękę przybyszowi. „Zwą mnie Azbestos.” Korzystając z uprzejmości również podał rękę, dzięki czemu wstał bez przeszkód. „Jak się tu znalazłeś? Przyznam, że twoje imię brzmi nieco egzotycznie w tych stronach” – dociekał Aspartam. „Sam do końca tego nie wiem.” Podrapał się po głowie. „Siedziałem z braćmi jak co dzień, a tu nagle jakieś wstrząsy, piski i zanim się obejrzeliśmy, część z nas zaczęła spadać.” Usiadł i kontynuował nieco przybity: „Z tego, co widzę, tylko ja tutaj trafiłem. Reszta musiała skończyć gdzie indziej.” „Nie martw się, ja też jestem tu nowy” – pocieszał Aspartam. „Możemy zostać przyjaciółmi, jeśli chcesz.” „Jasne” – odpowiedział nieco weselszy Azbestos.
„A wy od kiedy tu jesteście?” – zwrócił się do Amylazy i Lizozyma. Wyręczył ich Aspartam: „Oni byli tu od początku, przynajmniej przed moim przybyciem, co nie?” „Owszem, mieszkamy tu od dawna.” Nuta pogardy zabrzmiała znacząco. „Dla nas oboje jesteście gośćmi, dlatego zapraszamy was dalej.” Wskazała kierunek. „Tam nie sięga to światło.” Azbestos i Aspartam spojrzeli po sobie. „Jasne” – odpowiedział wesoło Aspartam. „Ta cholerna jasność zaczyna działać mi na nerwy. Chodźmy Azbestosie.” „Poczekaj. Coś mnie w nich niepokoi. Pozwól na stronę.” Odeszli kawałek dalej. „Ufasz im?
Ile ich znasz?” „To znaczy w sumie dopiero teraz ich poznałem.” – Uśmiechnął się. „To skąd wiesz, że tu byli przed tobą?” – zirytował się Azbestos. „Bo widziałem ich już, ale z góry.” Wskazał białe leżaki, które znajdowały się nieco wyżej. „Coś tam mamrotali do mnie wcześniej, ale ich nie słyszałem, bo stali za daleko. Także pierwszą rozmowę z nimi w sumie odbyłem przy tobie.” Jego uśmiech był jeszcze szerszy. „Powiem wprost” – spoważniał Azbestos. „Już gdzieś widziałem podobne spojrzenie i prezencję. Uważajmy na nich. Mogą coś szykować.” „E tam, wymyślasz. Mnie też co dopiero poznałeś, a chyba mnie nie podejrzewasz, co nie?” „Powiedzmy, że nie wykrywam od ciebie złych intencji.” „Czemu, do cholery, cały czas się tak szczerzysz?” „Kiedy leżałem, to wymyśliłem, gdzie później będę leżał.” Pełny dumy ruszył do czekającej na nich dwójki.
„Nie smęć, tylko chodź.” Azbestos pokręcił głową, ale summa summarum poszedł za towarzyszem. „Czek skończony?” – zapytała pełna irytacji Amylaza. Azbestos spojrzał groźnie i już miał coś powiedzieć, ale uprzedził go nadpobudliwy kompan: „Nie dąsaj się.” „No, prowadź do tego waszego legowiska.” „Tędy, proszę.” Kroczyli jakiś czas w kolumnie, zaczynając od Amylazy, kończąc na Lizozymie. Niepokój w Azbestosie rósł z każdym krokiem. Bacznie obserwował tą enigmatyczną dwójkę. „Jesteśmy na miejscu” – obwieściła Amylaza. „O, widzę rokujące miejsce na leżakowanie” – powiedział uradowany Aspartam. Azbestos chwycił roztargnionego towarzysza: „Gdzie tam znowu leziesz? Czy nie ma w tobie krzty ostrożności?” „Teraz!” – ryknęła Amylaza. Razem z Lizozymem objęli gości, trzymając ich w mocnym uścisku.
Azbestos przeklął się w myślach za swoją głupotę. Rozproszył się. „Co wy, do cholery, robicie?” – krzyknął gniewnie. „Każdego, kto tu trafia, czeka ten sam los.” – Szyderczy uśmiech pojawił się na twarzy Amylazy. „Co was wzięło na przytulanie?” – rzucił zmieszany Aspartam. „Możesz się ruszać?” – zapytał Azbestos. „Co za potężna siła. Nie mogę nawet drgnąć. Czuję się jakoś tak słabo, Azbestosie” – prawie szeptał Aspartam. „Chyba się rozpływam.” „Zostawcie go!” „Wygląda na to, że twój wesołek zginie tutaj” – mówiła, prawie śmiejąc się, Amylaza.
„A ty, cóż, na dole się z tobą rozprawią.” Azbestos dopiero teraz zobaczył ciemną przepaść. Zaczął wyrywać się maniakalnym oporem, ale skutek był mizerny. „Przecież sami zginiecie.” – Próbował przemówić do rozsądku napastników. Jak zwykle Lizozym pozostał cichy. „Śmierć nie ma tutaj nad nami władzy. Odrodzimy się na nowo.” – triumfalnie oznajmiła Amylaza. „Jesteście szaleni.” Azbestos pomału godził się ze swoim losem. „Aspartamie, chociaż znaliśmy się krótko, to i tak zaszczytem było cię poznać.” Nie otrzymał odpowiedzi. Kompan za jego plecami był coraz słabszy. Poczuł ciepły uśmiech na skórze.
Jedyny znak, że jego towarzysz jeszcze żyje. Spojrzał w górę w płodnej nadziei, że ujrzy miejsce, z którego przyleciał. Jego oczy zastały jedynie coś w rodzaju kropli, która nie może spaść. „Cóż to za paskudztwo?” – pomyślał. Wtem ta galaretowata kropla zaczęła wibrować. „Znowu nadchodzi” – syknęła Amylaza. Nad ich głowami pojawił się ogromny cień. Dosłownie kilka sekund później nastąpiły potężne drgania. Azbestos poczuł, jak uścisk znacząco słabnie. Instynktownie szarpnął gwałtownie, odpychając tym samym napastniczkę.
Ta omalże spadła w przepaść, jednak w ostatniej chwili złapała się krawędzi. „Zapłacisz mi za to” – ryknęła. „Nie jesteś w pozycji do wypluwania gróźb” – odgryzł się Azbestos. Nie tracąc momentum złapał przymulonego lizozymu i cisnął nim w stronę siostry. Trafił idealnie, strącając uparcie uczepioną Amylazę. Słychać było coraz bardziej oddalający się krzyk tylko jednej osoby. „Aaa!” Lizozym do końca pozostał cicho. „Aspartamie” – podbiegł do niego Azbestos, delikatnie go podnosząc. – „Co oni ci zrobili?” „Byłem już w gorszych sytuacjach” – odpowiedział z uśmiechem, ale bez jednej ręki. „Zabieramy się stąd” – oznajmił Azbestos, po czym pomógł wstać towarzyszowi.
Następnie wziął go pod ramię i obaj zmierzali w stronę źródła drgań. „Przynajmniej dzięki temu czemuś to światło tak nie daje po oczach” – zauważył pozytywny aspekt Aspartam. „Twoja doza optymizmu wydaje się niezdrowa” – pokręcił głową Azbestos, ale też delikatny uśmiech wykiełkował na jego twarzy. Byli mniej więcej w połowie drogi, kiedy dostrzegli coś bardzo dziwnego. „Azbestosie, od kiedy to ściany mają oczy?” – zapytał zmieszany Aspartam. „Co ty znowu bredz…” – przełknął ślinę. Chyba jednak nie kłamała z tym odracaniem. Na zaróżowionych ścianach mozolnie pojawiały się sylwetki Amylazy i Lizozymu. W ich oczach błyszczała czysta furia. „Wiesz, już nie chcę, żeby mnie przytulali” – głos Aspartamu pierwszy raz niósł w sobie dozę smutku.
„Uwierz mi, ja też.” Nagle zapadła ciemność. „Do cholery, co tym razem?” – rzucił pytanie w powietrze Azbestos. Z tyłu dochodził ich upiorny śmiech napastników, a w zasadzie tylko napastniczki. Wydawać by się mogło, że ciemność nie robi na nich wrażenia. „Jeszcze tylko kawał…” – głos Azbestosa został przerwany. Ujrzał cieniutką linię światła, a wraz z nią coś niezwykłego. W ich stronę zmierzała niejednorodna ściana jakiejś dziwnej substancji. Promyk zniknął, a dzielni towarzysze zaczęli unosić się bezwładnie, obijając się od ściany do ściany, dryfując bezwładnie w nieznanej dla nich cieczy. „Proszę teraz spokojnie wypluć wodę do zlewiku”. Pacjent posłusznie wykonał polecenia dentysty.
Zauważył szarawą plamkę na tle białej porcelany. „Coś tam chyba pan chciał powiedzieć przed uruchomieniem wiertła”. „A, to. Mógłbym przysiąc, że doktorowi coś z poddasza się posypało”. „Wie pan, to całkiem możliwe. Budynek już swoje ma, a tutaj widzi pan, mam gabinet zastępczy na czas remontu dolnej kondygnacji” – spojrzał do góry lekarz. „Jak doktorze moje zęby? Wygląda to w miarę?” – zapytał lekko niespokojnym głosem pacjent. – „Przerzuciłem się na słodzik, żeby w części wyeliminować cukier” – uśmiechnął się dumnie. „Rzeczywiście słodzik nie przyczynia się do rozwoju próchnicy” – pochwalił dentysta.
– „A co do uzębienia na pewno jest lepiej niż ostatnio. I w ogóle pańska cavum oris wygląda zdrowiej”. „Cavum oris?” – zapytał zmieszany mężczyzna. „Przepraszam, po tylu godzinach na nogach łacina mi czasami przychodzi na język. Po prostu jama ustna wygląda lepiej” – uśmiechnął się lekarz. Piotr Prokopowicz „Dobre warunki na surfing”. Od jakiegoś czasu stacje zapowiadały, że tego dnia będą świetne warunki na surfing. Jim przeklinał ich w myślach. Wszyscy wiedzą, że dziki surfing jest zabroniony, ale jak się trąbi nieustannie o tym, że będzie dobry wiatr, dobra fala, to wiadomo, że znajdzie się grupa dzieciaków, które będą chciały popisać się przed innymi. Najgorzej jak coś się stanie.
Wtedy wszyscy będą pytać: „A co w tym czasie robiła straż?”. Ale nikt nie przyczepi się do tych redaktorków za jawne zachęcanie do łamania przepisów. Przeklęty niefart, że wypadało to akurat podczas służby Jima. Dobrze przynajmniej, że miał ją razem z Carlem. Ten chociaż miał głowę na karku, w odróżnieniu od Boba, Hala i innych. Jeszcze zanim fala dotarła, postanowili z Carlem ograniczyć liczbę incydentów i zasadzili się ze skanerami na wybrzeżu Morza Obfitości. To był dobry pomysł. Dzięki temu zgarnęli sprzęt kilkudziesięciu dzieciakom, zanim zdążyły z niego skorzystać. Niestety sporej grupie surferów udało się wystartować z cypla na Morzu Nektaru. Strażnicy ruszyli w pogoń.
Pierwszych 15 zatrzymali gładko. Nie ma to jak strzał z jonizatora darkonowego w żagiel magnetobrionowy. Defluatyfikuje się od razu, a delikwent zostaje bezpiecznie na desce. Można ich zatem na spokojnie, po kolei i bez ryzyka zgarniać. Na skanerach mieli jeszcze siedmiu. Widać było, że część zainwestowała w nowy sprzęt. Mimo że deski były niesione tylko wiatrem, turbolud służbowy Jima ledwie ich doganiał. Faktycznie fala musiała być potężna. Carlovi udało się zatrzymać jeszcze czterech. Kolejny zrobił błąd przy sterach i wpadł na Amora.
Carl poleciał za nim sprawdzić, czy nie trzeba będzie wzywać hospitalota. Jim nacisnął przepustnicę, koncentrując się na dwóch najszybszych surferach. Pierwszego dogonił i zatrzymał dość łatwo. Ostatni miał piękny żagiel, który pobłyskiwał kolorami tęczy i niesiony potężną falą wiatru słonecznego mknął w kierunku Marsa. Lecieli z tą samą prędkością. Za daleko, żeby strzelać. Nie było rady. Jim wcisnął czerwony przycisk. Nieoficjalna mieszanka paliwa zrobiła swoje. Wystarczyła minuta i ostatni delikwent został pozbawiony pięknego żagla.
To był kilkunastoletni podrostek w wieku jego syna Lewisa. Jim, przechwytując chłopaka do luku bagażowego, nadał swój ulubiony tekst: „Zostałeś zatrzymany przez jednostkę Straży Księżycowej. Wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciw tobie”. Był zszokowany, gdy w odpowiedzi usłyszał głos swojego syna: „Tylko nic nie mów mamie. Dobrze, tato?” Bruno Kadyna „Co się stało z moim kumplem?”. Uff, koniec. Dobrze, że dzisiaj nie było dużo zadane. Nienawidzę odrabiania lekcji. „Skończyłeś?” – zapytała mama. Mhm.
„Pokaż”. Podeszła sprawdzić, jak zawsze. Nie da się jej oszukać. „Tu mogłeś zrobić ładniej, ale już dobrze. Spakuj się na jutro”. Wstałem od stołu i podniosłem plecak. Wiesz co, mamo? „Co synku?” Bartek jest jakiś dziwny. „Dlaczego?” Zaczął się dziwnie zachowywać od kilku dni. „Kilka dni temu zaczął się dziwnie zachowywać?” – zapytała mama.
Właśnie powiedziałem. „Poprawiam cię. Czyli od kilku dni dziwnie się zachowuje? To znaczy jak?” No dziwnie. Przestał na przykład... Ups, prawie się wygadałem. Zacząłem pakować zeszyty i piórnik. „Co przestał?” Ja nie, ale inne chłopaki biegają na przerwach, a Bartek szalał najbardziej i nagle przestał. „Ty nie?” Ja nie. „A dlaczego Bartek przestał?” No nie wiem właśnie.
Jednego dnia normalnie wariował. Ciągnął Natalię za włosy i dokuczał, a na drugi dzień przestał. „Może przestała mu się podobać”. Mówił, że mu się nie podoba, ale ja wiem, że się w niej zabujał. A od poniedziałku jakby w ogóle już nie był zabujany. „No to faktycznie chyba się odbujał”. Dziwnie też mówi. Jak stary. „Stary?” No jak dorośli. Jak tata na przykład.
„Grubym głosem?” Nie tak dziwnie jak dorośli. Staro i nudnie. „To dziwne”. Nie biega na przerwach i jakby w ogóle nie widział Natalki. Aż się na niego wkurzyła i krzyknęła, że nie wie, o co mu chodzi, a on się uśmiechnął i ukłonił jak gmentelmen. „Dżentelmen” – poprawiła mama. Ukłonił się jak dżmentelmen i odszedł jak jakiś dziwak. Nie wiem, co to było. Może coś się stało u niego w domu i jest przygnębiony. Jest jakiś poważny i spokojny.
Nagle się dobrze uczy, jakby już świetnie umiał, czego się uczymy. Kiedy pani go woła do tablicy, nie boi się, że znowu dostanie pałę, tylko się uśmiecha. Wczoraj pani się zdziwiła, bo wszystko wiedział i dostał pionę. „To bardzo ładnie”. Zapytałem go, co mu się stało, a on tylko puścił oko i klepnął mnie w plecy. „I nic nie powiedział?” Nic a nic. Może nie chce się chwalić, że się przykłada do nauki i widzi, że warto się wysilać. Nie wiem, ale czemu nie biega z chłopakami na przerwach i nie zaczepia dziewczyn, tylko siedzi i czyta jakąś nudną książkę dla dorosłych. On nigdy nie czytał żadnej książki, a co dopiero dla dorosłych. „Jaką książkę?” Nie wiem.
Same małe litery, jakąś nudną i pewnie bez sensu. A jak nie czyta, to patrzy za okno albo na dzieciaki i się uśmiecha. Może on zwariował, mamo? „Musiało coś się wydarzyć w jego życiu, co go zmieniło i wygląda na to, że to zmiana na lepsze”. Na lepsze? To katastrofna nuda. „Katastrofalna chyba”. Tak, porozmawiaj z nim jutro. Może ci powie. Nie wiem.
Nie chcę, żeby mnie zaraził swoją nudą. Mama się roześmiała i ucałowała mnie w czoło. Fuj! Nie lubię, jak mnie całuje. Nie jestem dziecią. „Nie zarazi” – powiedziała. – „Idź, umyj ręce. Zaraz będzie obiad i zanieś plecak do pokoju”. Na drugi dzień podszedłem do Bartka na przerwie. Chciałem, żeby mi powiedział, co czyta.
Znowu spojrzał na mnie jakoś dziwnie. „A ty lubisz czytać?” – zapytał. Głupie pytanie. Wiesz, że nie. To nuda. Tyle razy byłem u niego w domu, a on u mnie. Kumplujemy się chyba ze sto lat od zerówki, a on się zachowuje, jakby mnie nie znał. Szkoda. Wiele byś się nauczył. „Spróbuj coś przeczytać” – powiedział.
Ale to nuda! „Czytanie jest milion razy lepsze od gier i filmów”. Taa, jasne. Wiesz dlaczego? No niby dlaczego? Bo kiedy czytasz, możesz znaleźć się na przykład po drugiej stronie ziemi i poczuć jak tam jest. A w kosmosie? Pewnie, tam też. Nawet na innych planetach. Przecież to niemożliwe.
W książkach wszystko jest możliwe i najlepsze, że twoja głowa zapamięta to tak, jakbyś naprawdę tam był. Tak, jasne. Weź przestań. W życiu nie uwierzę. Przecież nie musisz. Przestał ze mną gadać i dalej czytał. Drapałem się w głowę i myślałem, że nie muszę mu wierzyć. Ale może naprawdę jest tak, jak powiedział. Jak mogę zapamiętać, że gdzieś byłem, skoro nie byłem? Zapytałem.
Spojrzał na mnie. Widzisz i czujesz to, o czym czytasz. Bardzo blisko. Pojawia się od razu w głowie. Dlatego jest tak, jakbyś tam był. Tak działa mózg. Tak działa? Możesz nawet przeżyć czyjeś życie powiedział. Jak to? Kiedy czytasz o tym, co ktoś czuje, o czym myśli i co przeżywa, to mózg odbiera to tak, jakbyś to był ty.
Filmy i gry tak nie działają. Lubię filmy i gry. Ja też lubię. Można oglądać, grać, ale czytanie daje więcej. Trochę oglądać, trochę grać i trochę czytać? Zapytałem. Bystrzak. Puścił oczko i wrócił do książki. W ogóle nie przeszkadzał mu hałas na korytarzu, że dzieciaki się wycierają. Przez te książki udawał jakiegoś mądrego, jakby nie wiadomo ile miał lat.
Stałem i patrzyłem na niego. W końcu znowu na mnie spojrzał i dodał: trzeba się tylko nauczyć skupić na czytaniu, wyćwiczyć się i dać wciągnąć. Jak wciągnąć? Zacząć od czegoś lekkiego i nie przestawać. Nie zniechęcać się. Wydawało mi się, że kumam, o co mu chodzi. No a ty co czytasz? Odwrócił książkę i spojrzał na okładkę, jakby zapomniał, co czytał. To akurat za ciężkie dla ciebie. Może za kilkanaście lat powiedział.
Pokazał okładkę. Ty czytasz, a jesteś przecież w moim wieku powiedziałem i zacząłem czytać tytuł. Pro-ces. Autora już mi się nie chciało odczytywać. Proces to takie coś stopniowe? Bartek się uśmiechnął. Można tak powiedzieć powiedział i wrócił do czytania. Od kilku dni czułem się przy nim jak przy dorosłym, a teraz to już w ogóle. Dobra, na następnej przerwie idę do biblioteki po jakąś książkę. Co mam wypożyczyć, panie mądrusiu?
Coś łatwego na początek. Jakiego łatwego? Powiedz pani w bibliotece, że chcesz zacząć czytać książki i poproś, żeby poleciła ci coś prostego. A teraz daj mi czytać dzieciaku. Wkurzył mnie tym dzieciakiem. Normalnie bym się na niego wydarł, bo jest ode mnie tylko miesiąc starszy, ale powiedział to jakoś dziwnie, jakby naprawdę był stary jak mój tata. Do końca przerwy patrzyłem jak czytał. Natalia z dziewczynami przeszły obok niego kilka razy, ale nie zwrócił na nie uwagi. Nie wiem, co się z nim stało. Był taki od poniedziałku.
Przyszedł do szkoły i jakby mnie nie poznawał. Nikogo nie poznawał. Wyglądał jak wystraszony, ale też uśmiechał się, jakby wszystko go śmieszyło i wszystko umiał. Nawet z matmy. A przecież to taki sam głąb jak ja. Coś mu się musiało stać w weekend. Mówił, że jedzie do babci i dziadka. Nie wiem, czy tam był, bo od poniedziałku gadało się z nim tak właśnie, jak przed chwilą. Na następnej przerwie poszedłem do biblioteki i zrobiłem, jak powiedział. Pani poleciła mi lekturę o psie, który jeździł koleją.
Jak usłyszałem słowo lektura zrobiło mi się niedobrze, ale wypożyczyłem. Co mi szkodzi? Przecież mogę nie przeczytać, jak mi się nie spodoba i wypożyczyć inną. Wracałem pod klasę, a Bartek jak zwykle siedział na ławce i czytał. Wszyscy grali w czekoladę, ale on miał to gdzieś, a wcześniej zawsze grał. Kiedy wpadł na niego Maras, to nawet mocno go nie odepchnął. Odsunął się i dalej czytał. W ogóle nie zwrócił uwagi. A kiedyś już by go lał, że na niego wleciał. Hej Bartolo, zobacz.
Zrobiło mi się miło, ale byłem też zły, że mnie olewał. Kiedyś popukałby się w czoło, zrobił zezę albo wywalił jęzor i zaczął się ganiać. Na lekcji znowu wszystko umiał. Nie wyrywał się do odpowiedzi jak Ala czy Marzena. Kujonki mądralińskie co się lubią popisywać, gdy coś wiedzą. Pani sama go zapytała i dziwiła się, że tyle wiedział, chociaż patrzył w okno i wyglądało, że w ogóle nie uważał. Powiem teraz uczciwie Bartek i ja uczyliśmy się najgorzej w klasie i najwięcej rozrabialiśmy. Kiedy nas pytali, to była jakaś masakra. Staliśmy, pociliśmy się i udawaliśmy, że wiemy, ale nigdy się nie udało nie dostać pały. Byliśmy najgorszymi łobuzami w klasie.
Nie mogliśmy się powstrzymać, żeby nie wariować. To było silniejsze od nas. Chociaż często potem żałowałem. Najgorzej po wywiadówce albo kiedy rodzice musieli przyjść do szkoły, bo coś odwaliliśmy. A teraz zostałem sam. Nie dawało mi to spokoju. Paweł, powtórz, co mówiłam powiedziała pani. Musiałem się dowiedzieć, dlaczego się taki zrobił. Halo, Paweł, jesteś z nami? Podskoczyłem na miejscu.
Yyy co? Słucham? Dobrze, że nie powiedziałem: obecne. Cały czas wpatrujesz się w Bartka. Może lepiej skup się na lekcji. Tak, proszę pani. Może się zakochał – powiedział Wojtek. Może chciałbyś oberwać. Paweł! Wojtek!
Bez głupich komentarzy. A Bartka to w ogóle nie obeszło. Dalej patrzył w okno. Na przerwie podszedłem do niego wkurzony. Hej, Bartolo, teraz ja sam będę dostawał pały, bo ty się zrobiłeś mądruś i nudziarz? Spojrzał na mnie, jakby miał się zaraz popłakać i nic nie powiedział. Gadaj. Przeczytam książkę o tym psie i jak mi się spodoba, to przeczytam też inne. Ale gadaj, co się z tobą dzieje. Czytanie jest naprawdę świetne – odpowiedział.
Gadaj, co się z tobą dzieje. Spokojna głowa, już niedługo znowu będę taki jak dawniej – posmutniał Bartek. Jakoś wcale się nie ucieszyłem, że to powiedział. Sam nie wiem czemu. I coś musiałem jeszcze palnąć. Oby, bo już mam dość, że zostawiłeś mnie samego. Wziął książkę i zaczął czytać. No ale dlaczego będziesz jak dawniej, a nie jesteś cały czas? Przypomniało mi się, co mówiła mama, że pewnie coś się wydarzyło u niego w domu i dlatego jest taki. Przestał czytać i zaczął się we mnie wpatrywać.
Długo, aż mi się głupio zrobiło. W końcu się odezwał. Powiem ci. W sumie, czemu nie? Kto miałby uwierzyć, jak nie dziecko? Nie spodobało mi się, że tak na mnie powiedział. Czemu tak gadasz? Przecież mamy po tyle samo lat. Ja mam 38 – powiedział całkiem poważnie. Co ty wygadujesz?
Mamy po osiem, gamoniu. Zaczął masować sobie głowę po bokach, jak mój tato czasami. W sobotę najwyraźniej pojechałem do babci i dziadka – powiedział. Jak najwyraźniej? Że bardziej wyraźnie pojechałeś? Zaśmiał się ze mnie. Najwyraźniej znaczy prawie na pewno. Nie pamiętam tego. Obudziłem się w niedzielę u nich w domu i byłem w szoku, że znowu mam osiem lat. Dziadek żyje, a babcia wygląda tak młodo.
Nic nie kłamam. O czym ty gadasz? Na głos brzmi to jeszcze dziwaczniej – powiedział do siebie. Znowu masował sobie głowę. Wziął kilka głębokich oddechów i zaczął mówić. Zanim się obudziłem w niedzielę u dziadków, miałem 38 lat. Swój dom, żonę i syna starszego niż my teraz. Ma na imię Nikodem. To znaczy będzie miał. Zrobiłem wielkie oczy.
Co ty wygadujesz? Nie zwrócił uwagi, że mu przerwałem. Mówił dalej. Dawno zapomniałem o dzieciństwie i o szkole. Tej i następnej. Miałem swoją firmę i poukładane życie. A teraz znów jestem dzieckiem. Zacisnął pięści. Był smutny i zły. Sam nie wiem co bardziej.
Ty mówisz poważnie? Spojrzał na mnie. Miał łzy w oczach. A co, wymyśliłbym to? Ty byś wymyślił? Skąd wiem, o czym mowa na lekcjach? No właśnie. Wiem o wiele więcej. O rzeczach, które nawet ci się nie śniły, chłopaku, na które przyjdzie czas w przyszłości. Nie wiedziałem, co powiedzieć.
Czułem, jakbym naprawdę rozmawiał z dorosłym i głupio mi się robiło jakoś. Ale jak to się stało, że znowu jesteś dzieckiem? Wytarł oczy rękami. Nie mam pojęcia. Pamiętam, że było lato i zaczynała się silna burza. zszedłem do ogrodu zdjąć hamak, żeby nie zmókł. I tyle. Potem obudziłem się u dziadków 30 lat wcześniej. Ja cię. A moi rodzice jacy młodzi.
Młodsi niż ja byłem. Martwią się, że coś ze mną jest nie tak. Zaśmiał się. Ja cię. No ja cię. Może walnął cię piorun i przeniósł w czasie. Nie wiem. Może. I co teraz zrobisz? – zapytałem.
A co mam zrobić? Będę żył i dorosnę. Pokręcił głową, jakby sam w to nie wierzył. Najgorsze, że tęsknię za żoną i synem. A ich nie ma. Moja żona ma roczek. Ach, zwariować od tego można. Taka dzidzia? Gdyby nie oni, nawet bym się cieszył. Bardzo chciałem znowu być dzieckiem.
Każdy dorosły chce. Dlaczego? Przecież super być dorosłym. Tak? A dlaczego super? Zdziwiłem się, że zapytał. Można robić, co się chce. Jeździć samochodem. Nie trzeba iść spać wieczorem. Można sobie kupować, co się chce.
Popatrzył na mnie jak na wariata i się zaśmiał. No a co, niby nie? – zapytałem. Nie. No jak nie? Te super rzeczy wcale nie dają takiej radochy, jak myślisz. Jak nie dają? Marzę o tym. Marzysz, bo wydaje ci się, że jest tylko fajnie, a w rzeczywistości jest coś jeszcze. No co niby?
Mnóstwo innych rzeczy i spraw, które sprawiają, że nie jest fajnie. Ciekawe jakich. Westchnął ciężko. Takich, które martwią bardzo i zabierają radość. Teraz jesteś najszczęśliwszy w swoim życiu. A wiesz dlaczego? No dlaczego niby? Bo o nic się nie martwisz. Mama z tatą wszystko dają. Mówią, co trzeba robić.
To jest wspaniałe. Czujesz się bezpiecznie. Nieprawda. Nieprawda? To wyobraź sobie, że już tego nie masz. Ty od dzisiaj dbasz o rodziców i o dom, a oni idą do szkoły. Musisz dać rodzicom jeść, kupić ubrania i paliwo do samochodu i jeszcze zapłacić za prąd, wodę i ogrzewanie. Ale nie masz pieniędzy. Musisz zarobić. I to jak najszybciej.
Inaczej wyrzucą was z domu. Poszedłbym do babci. Zaczął się śmiać. A twoi rodzice chodzą do babci? Myślałem. Chodzimy do babci tylko w odwiedziny. Nawet słucha się tego ciężko, co? Dorosłe życie jest bardzo trudne - powiedział. Dlaczego? Bo dopiero wtedy trzeba robić mnóstwo rzeczy, których się nie chce.
Jakich? Popatrz na swoich rodziców. Czy wciąż się bawią? Są radośni, czy raczej poważni i ciągle się spieszą? Nic nie powiedziałem. Nie wiedziałem, o czym mówił, ale pomyślałem o tacie. Ciągle nie miał czasu i pracował. Zawsze mi mówił, że wolałby być ze mną, a ja mu mówiłem, że przecież może, jeśli tylko zechce. A może naprawdę nie może. Ale dlaczego?
— zapytałem. Co dlaczego? Dlaczego mój tata musi wciąż pracować? Żebyście mieli co jeść. Żeby w domu paliło się światło i było ciepło. Żeby z kranu leciała woda. Żeby było się w co ubrać, za co chodzić do szkoły i za co się bawić. Tak jest i już. Nic nie jest tak po prostu i już. Trzeba na to bardzo dużo wysiłku.
I to nie jest fajne. Przez ten cały trud dorosłość nie jest taka, jakby się chciało. W głowie zrobiło mi się ciężko od tego. Nuda tego słuchać - powiedziałem. A co dopiero to robić. I to dużo dłużej niż trwa dzieciństwo. Nic nie mówiłem. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Wiesz, co jest za darmo? - zapytał.
Co? Miłość rodziców i to, że tak dbają o ciebie. Chociaż ich to dużo kosztuje. Łe! Wyobraź sobie dzisiaj wieczorem, jak będziesz leżał w łóżku, że już nie ma mamy i taty. Zniknęli. Zostałeś sam. Chciałem krzyknąć, że super, ale to chyba byłoby głupie. Ciesz się, że cię kochają i przytulają. Nie lubię przytulania.
W końcu przestaną. Ciesz się z tego teraz i dziękuj, że się nie bawią, tylko się wysilają, żebyś ty był bezpieczny i miał wszystko, co trzeba. Uśmiechnął się. Znowu się ze mnie śmiał. Myślałeś, że tak po prostu jest, co? Tak. Więc jak możesz im pomóc i podziękować za to, że się wysilają? Jak? Bądź dla nich dobry i słuchaj ich, bo chcą dla ciebie jak najlepiej. Tak sprawisz im radość.
Tak myślisz? I zacznij się uczyć. Wtedy w dorosłym życiu będzie ci łatwiej. Nie wiedziałem. Po to właśnie jest szkoła, żeby nauczyć się radzić sobie z dorosłymi zmartwieniami, które są ciężkie i straszne. Nie myślałem tak o szkole. W ogóle nie zastanawiałem się wcześniej nad tym, co powiedział. Dalej chcesz być dorosły? - zapytał. Nie odpowiedziałem.
Zadzwonił dzwonek. Na lekcji chciałem się skupić, ale wciąż myślałem, o czym mówił. Skoro był już stary, to wiedział, co się dzieje, jak się dorasta i po co trzeba się uczyć. Nie gadałby o tym, gdyby to nie było ważne. To była ostatnia lekcja. Dorwałem go jeszcze w szatni i zapytałem o coś: Wiesz, co jeszcze jest za darmo? No? Wypożyczanie książek z biblioteki. Uśmiechnął się. Racja.
Jeśli chcesz poczuć się super, to czytaj książki. Długo myślałem o tym, co mówił i obserwowałem rodziców. Tata zawsze po pracy wyglądał na zmęczonego. Myślałem, że tak jest i już. Nie myślałem dlaczego. A to chyba przez ten dorosły wysiłek, który nie jest fajny. Faktycznie tata się uśmiechał dopiero, kiedy mnie zobaczył. Zapytałem ich, czy to fajnie być dorosłym. Odpowiedzieli jak Bartek, że dużo fajniej jest być dzieckiem. Kiedy przyszedł do nas wujek z ciocią, ich też zapytałem.
Odpowiedzieli tak samo. A na drugi dzień, jak mama mnie wysłała po bułki, zapytałem panią w sklepie. Zaczęła się śmiać i powiedziała, żebym nigdy nie dorastał. Potem zapytałem jeszcze kilku dorosłych. Wszyscy odpowiadali tak samo. To znaczy, że Bartek nie kłamał. Miał też rację, że czytanie jest świetne. Przeczytałem książkę z biblioteki. Podróżowałem razem z tym psem i dokładniej wiedziałem, jak wygląda. Potem wypożyczyłem kolejną książkę i kolejną.
Czytanie naprawdę daje wolność i można uciec naprawdę daleko. Śmieszne, że później ja musiałem mówić Bartkowi, że czytanie jest super. Skłamałem. Dlaczego powiedział, że niedługo będzie taki jak dawniej. Z dnia na dzień zapominał swoją dorosłość i stawał się znowu ośmiolatkiem. Tylko że ja nie zapomniałem i już nie chcę być szybko dorosły. No i tak, proszę państwa, dobrnęliśmy. To dla tych, którzy się męczyli albo niestety musimy skończyć dzisiejsze wydanie audycji. Zapraszam na audycję numer 81. Za tydzień będzie.
Mam nadzieję, że będzie, że się świat nie skończy. Ja jednak pozostaję niepoprawnym optymistą. Wbrew temu, co czasami obserwuję w tak zwanej infosferze, to jednak staram się. Czasami to wymaga dużego wysiłku, ale staram się być optymistą. Optymista mówi państwu, że 81. wydanie naszej audycji Bibliotekarium 2.0 pojawi się za tydzień i bardzo serdecznie państwa zapraszam. A teraz już pięknie, naprawdę pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu i do usłyszenia.
[05:17:33] - A mówił te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.