[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji.
[00:15] - Piątek po 20.00. Kolejne spotkanie z książkami, filmami i ciekawymi gośćmi w Radiu Paranormalium i Book Radio. Witają państwa: techniczny Marek Sęk "Ivellios" i gospodarz AWF Marek Żelkowski. Hola, hola Bydgoszcz.
[00:31] - Dzień dobry wieczór państwu. Cóż, to nie jest dobry czas dla mnie, dla Ivelliosa. Zostawmy to za mgiełką tajemnicy, ale wierzcie mi państwo, że czasami niektóre audycje robi się trudniej niż inne. Dzisiaj jest właśnie taka trudniejsza audycja. Przyjmijcie to państwo do wiadomości. Nie będę wchodził w szczegóły. Jak zwykle każde Bibliotekarium zaczynamy od polecanek. Dzisiaj zamiast książek chciałbym państwu polecić pewien miesięcznik. Właściwie nie tyle miesięcznik, bo zakładam, że to pismo państwo świetnie znają, ale kolejny numer tego czasopisma. Zatem zapraszam na omówienie kwietniowego numeru Nieznanego Świata.
Dobry wieczór Piotrze.
[01:34] - Witam serdecznie.
[01:36] - Tak. Zbliża się kwiecień, zbliża się kolejne wydanie Nieznanego Świata. Co tam, Piotrze, w Nieznanym Świecie w numerze kwietniowym?
[01:48] - Będzie to pierwszy pełnoprawny wiosenny numer, niezwykle ciekawy, kwietniowy. W nim bardzo dużo interesujących treści. Nie mówię, że są numery mniej ciekawe, ale są takie, które są ciekawsze niż te ciekawe. I takim jest ten kwietniowy. Przypomnę tylko na wstępie, że Nieznanego Świata możecie szukać w kioskach, w punktach z prasą, w marketach, ale pamiętajcie też o naszej wersji elektronicznej, do której odnośnik znajdziecie w opisie tegoż filmu.
[02:18] - Niezwykle intrygującym tekstem jest tekst dwóch mistrzów. Ma jeszcze dalszą część tytułów, ale oczywiście zdradziłbym za dużo. Zostawię tobie to. Intrygujące jest to, że ten tekst zaczyna się freskiem Leonarda da Vinci, freskiem „Ostatnia Wieczerza”, dosyć specyficznie opisanym. I to jest coś, co przyciąga wzrok, a później człowiek zagłębia się w tekście. I powiem, co prawda nie brzmi dobrze, że odpływa, ale po prostu zaczyna ten tekst czytać i nagle gdzieś tam na końcu się znajduje.
[03:04] - Tak, bo jest to artykuł znanej autorki, doktor Joanny Bohaczak-Trąbskiej, która dokonuje analizy „Ostatniej Wieczerzy” w kontekście astrologicznym między innymi, co samo w sobie jest niezwykle ciekawe. Mamy też wydatny aspekt numerologiczny: 12 apostołów, 12 znaków zodiaku. A to nie koniec oczywiście dwunastek i tego, jak bardzo ta dwunastka się w kulturze odcisnęła. Autorka odnosi się również do książki Josepha Murphiego. Także to wszystko, jak się okazuje, na pewnym poziomie symbolicznym się zazębia. I tych 12 apostołów może mieć wydźwięk tkwiący głęboko, nie chcę powiedzieć, że w wiedzy tajemnej, ale w wiedzy, którą dziś nazywamy ezoteryczną. Także nie ma tam prawdopodobnie w tej historii przypadku. Jest ona głębsza, jeżeli chodzi o apostołów, o ich różne cechy. Tylko nie zawsze jest to uwydatniane przez Kościół. Jest to jakaś część mistyki chrześcijańskiej na pewno, chociaż raczej bym to określił mianem chrześcijańskiej ezoteryki.
[04:17] - I tu bardzo pięknie wychodzi również zainteresowanie doktor Bohaczak-Trąbskiej numerologią, o której nasi słuchacze nie raz mieli okazję się przekonać, bo nagle bardzo szczegółowe dostajemy rozpisanie tego, co można znaleźć na fresku.
[04:40] - Dokładnie tak. Także polecamy, jeżeli się ktoś interesuje tymi sferami. Oczywiście to jest taki temat nie dla wszystkich wygodny, dlatego że jednak spora grupa osób wzbrania się przed łączeniem religii z ezoteryką. Natomiast ja myślę, że są takie sfery, także związane z astrologią, widoczne w Nowym Testamencie, ale też w Starym, które dają do myślenia, co tam jest jeszcze ukryte. Nie to, co jest na pierwszym planie zawsze jest zauważalne. Czasami są tam takie wątki, które są zaczerpnięte na przykład z różnych dziedzin, takich jak astrologia i tak dalej. Także naprawdę jest to interesujące. Długo byśmy mogli o tym mówić.
[05:32] - Tak, tym bardziej że te podziały na religię i ezoterykę tak najogólniej, one głównie znajdują się w naszych głowach i czasami warto przełamać pewną granicę, żeby przynajmniej zerknąć na chwilę na świat nieco inaczej. Nie poprzez pryzmat jakichś takich podziałów, jakichś takich wąskich pól, tylko może troszkę szerzej. Jedźmy dalej. Kolejny autor, który znany jest naszym słuchaczom, a mianowicie Damian Trela. I UFO zestrzelone nad Jakucją.
[06:12] - Tak, to jest ciekawa sprawa, bo tutaj wspomniany autor, badacz, także pisarz Damian jest autorem kilku książek na temat UFO. Jakiś czas temu, to było w tamtym roku, z tego, co pamiętam, wszedł w kontakt z mieszkającym w Polsce Białorusinem. On teraz pracuje w Polsce, natomiast urodził się w Związku Radzieckim oczywiście, no i za młodu z rodzicami przebywał w takiej bazie wojskowej w Tiksi w Jakucji. Jest to taka ciekawa lokalizacja, bo to jest chyba najdalej na północ wysunięty port w Rosji. I on się składał, w sumie składa się nadal z dwóch osad: tej wojskowej i tej, powiedzmy, cywilnej. I tenże Białorusin był świadkiem takiego, że w roku 1986, zimą, w czasie nocy polarnej nad Tiksi przeleciał dziwny obiekt. Charakterystyczne było to, że samego obiektu nie było widać, natomiast widać było promienie, które on emituje i te promienie trafiały w grunt, w budynki, nawet w ludzi, nie czyniąc im żadnej szkody. To wyglądało jak skanowanie terenu. Tenże świadek również został zeskanowany tym promieniem. Nic mu się nie stało.
No ale to oczywiście zaalarmowało pobliską bazę wojskową. Przeleciały myśliwce. Obiekt zniknął. Kiedy tam Rosjanie dokonywali, wiesz, patrolu, czy to UFO wróci, czy nie, no to po pewnym czasie się okazało, że nie ma go i odlecieli. No i wtedy obiekt wrócił. I tu się zaczyna druga część historii, bo według informatora, według tego, co on się potem dowiedział, a oboje jego rodzice pracowali albo inaczej byli związani z wojskiem. Jego ojciec był podaj prokuratorem, matka pracowała chyba na lotnisku. Według tego informatora Sowieci nie do końca trzeźwi, zdenerwowali się obecnością tego obiektu i po prostu go zestrzelili przy pomocy śmigłowca. Oczywiście, jak to się mówi wielkim fuksem, wielkim przypadkiem, ale jednak zestrzelili i on tam spadł gdzieś w tajdze. No i okazało się, że kilka dni później przybyła delegacja z Moskwy z zamiarem przechwycenia tego obiektu.
Także bardzo ciekawa historia. Damian pisze o niej szczegółowo. Mocno polecam.
[08:30] - Nie byłbym sobą i nie byłbym miłośnikiem fantastyki naukowej, gdybym nie zwrócił uwagi na artykuł doktora Marcina Kozery „Fantastyka naukowa a rzeczywistość. Czy przyszłość jest już dziś?". To jest tekst, który albo nie. Najpierw ty Piotrze.
[08:49] - Tak, jest to tekst, który mówi o tym, czy to, co do niedawna było uważane za fantastykę naukową trochę jest już obecnie budowane i tworzone. Tyle że zauważ Marku, że jesteśmy w trochę paradoksalnych czasach żyjemy, bo dzięki sztucznej inteligencji, silnej sztucznej inteligencji za całkiem niedługo coś takiego jak postęp naukowy stanie się, no nie chcę powiedzieć mrzonką, ale okaże się, że dosłownie sztuczna inteligencja będzie w stanie dokonywać codziennych przełomów w nauce. Tylko nikt nie będzie miał czasu tych maszyn budować, bo cokolwiek się zbuduje, to już będzie stare. I tutaj pojawia się pytanie w tym artykule jak to było do tej pory? Czy na świecie funkcjonują odkrycia, urządzenia, aparaty i tak dalej, które wykraczają daleko poza nasze rozumienie techniki, nasze rozumienie postępu. Czyli innymi słowy przyszłość już jest w niektórych przypadkach. Oczywiście mówię o technice. Tyle że nie zawsze możemy z niej korzystać jako ludzkość. Ona jest często ograniczona. Jej dobrodziejstwa są ograniczone do bardzo wąskich grup.
[10:02] - Mówiąc szczerze, w tym tekście, który jest merytoryczny, który jest ciekawy i który rzeczywiście porusza szereg ważnych problemów, to najbardziej mi brakowało odwołania się do prawdziwych dzieł fantastyki naukowej, bo dałoby się pod ten tekst podpiąć szereg klasycznych i niekoniecznie klasycznych, bo całkiem nowych książek, opowiadań właśnie spod znaku SF. Tego mi najbardziej żal, że autor skupił się może na rzeczy ważniejszej, to przyznaję, ale trochę mi brakuje tego rzeczywistego odwołania się do science fiction.
[10:53] - No tak, rzeczywiście. Chociaż wydaje mi się, że po prostu zamysł był nieco inny. Nie chodziło o science fiction jako dziedzinę, tylko wiesz, takie symboliczne odniesienie do wynalazków, które jeszcze do niedawna były domeną wizjonerów, pisarzy, autorów, którzy się koncentrowali na przyszłości, futurologów i tak dalej. Także ja to tak widzę.
[11:16] - Tak to już jest. Wiesz, jak tego rodzaju teksty zaczyna czytać maniak spod znaku SF-u. No bo ja z całym szacunkiem do tego tekstu, dostrzegając jego plusy, chciałbym, żeby w nim było jeszcze więcej plusów, czyli właśnie tych odwołań do literatury, bo tak naprawdę byłoby o czym pisać. No ale może kiedyś w przyszłości. Teraz chciałbym cię zapytać o kolejny tekst, który budzi, a nawet wzbudza ciarki na plecach, bo mówimy o tekście o cieniu u Junga. A jak się pojawia Jung albo jego mistrz Freud, to nie tylko są skojarzenia natury seksualnej, ale też szczególnie w przypadku Junga ten cień, ten mrok i to, co w człowieku tkwi, to zaczyna być coś, co niepokoi.
[12:15] - Tak, w tym tekście jego autor, doktor Zbigniew Bitka, przygląda się słynnej czerwonej księdze Carla Gustava Junga, będącej wstrząsającym zapisem jego własnych wizji i doznań z pogranicza. Te doświadczenia Junga przypominają to, o czym piszą często do „Nieznanego Świata” jego czytelnicy. Ciekawe jest to, że do Junga przychodziły różne postaci, manifestowały się one przed nim jako byty z nieświadomości kolektywnej, z królestwa zmarłych. Szczególne znaczenie dla niego miały jednak spotkania z postacią o imieniu Filemon. Nie ten kotek z bajki, tylko Filemon. W tym przypadku był to grecki mędrzec, gnostyk. Także zapraszam. Bardzo ciekawa treść, tym bardziej że Jung zawsze praktycznie przejawia nam się, kiedy analizujemy różnego rodzaju doświadczenia z pogranicza. Nigdy jego za wiele, dlatego że rzeczywiście na pewnych szczeblach, na pewnych polach ocierał się o parapsychologię, nawet o ufologię.
[13:26] - Niezwykle ciekawym tekstem jest tekst Andrzeja Butry „Dotykając nieznanego Egiptu", a właściwy tytuł to „Sakkara. Szpital leczenia dźwiękiem". Muszę powiedzieć, że tekst wciąga i nie wiem, jak innych czytelników, ale dla mnie jest niepokojący. Niepokojący pod tym względem, że nam się tylko wydaje, że dużo wiemy o cywilizacji, która się nad Nilem rozwijała.
[14:01] - Tak, wystarczy poczytać starożytnych autorów, Herodota na przykład, i zobaczymy po lekturze, jak mało wiemy o starożytnym Egipcie. Tutaj Andrzej Butra zabiera nas na kolejną niezwykłą podróż po Egipcie, bo on już kiedyś pisał o innych tajemnicach kraju nad Nilem. Tym razem wędrujemy do Sakkary, która uchodzi za skarbiec archeologiczny. Jak wiemy, jest to nekropolia, ale jest też taka ukryta strona, o której mówi się niewiele. Otóż jak twierdzą niektórzy badacze, tamtejsze świątynie zawierały kamienne nisze emitujące dźwięki o różnych częstotliwościach i te dźwięki były generowane przez wodę, która przepływała podziemnymi korytarzami. Niewykluczone jest to, twierdzą niektórzy egipscy badacze, że po prostu to było takie sanatorium, leczenie dźwiękiem. Egipska dźwiękoterapia w wykonaniu przed naszą erą. Także jest to bardzo interesujące. Trzeba powiedzieć jasno, że w czasach, kiedy nie stosowano takiej ilości farmaceutyków, ludzki organizm był bardziej wyczulony na różnego rodzaju terapeutyczne oddziaływania, które są dzisiaj nazywane terapiami alternatywnymi. Czyli dzisiaj człowiek nałykawszy się tabletek często zwyczajnie nie jest już tak czuły na różnego rodzaju oddziaływania.
Zresztą my jesteśmy dzisiaj po prostu bombardowani zewsząd polem elektromagnetycznym, różnego rodzaju dźwiękami. Nas to już tak nie rusza, mówiąc brzydko. Natomiast wtedy mogło się to cieszyć większą skutecznością, tak sobie myślę.
[15:41] - Kiedy mówiłem o tym, że tak naprawdę niewiele wiemy o starożytnym Egipcie, gdzieś tam w myślach przywołałem czasy studenckie. W przeciwieństwie do ciebie, ja nie studiowałem historii, ale miałem kolegę na Uniwersytecie Toruńskim, który dosyć szczegółowo zdał mi relację z zajęć dotyczących Egiptu. I powiem ci tak, że stan zadowolenia profesorów zajmujących się egiptologią, przynajmniej na Uniwersytecie Toruńskim w latach 80., był pełen zachwytu. Oni po prostu byli skłonni twierdzić, że wiedzą już wszystko. To wtedy już wydawało się zabawne, a z perspektywy wydaje mi się zabawne jeszcze bardziej.
[16:35] - Zabawne to jest. Jeżeli ktoś nigdy nie studiował archeologii, nie miał zajęć z archeologii teoretycznej czy na przykład zajęć ze starożytności, to nie wie tego, że tak naprawdę czasami chodzi o wkuwanie rzeczy, które ustalone zostały przez innych badaczy i podważanie niektórych systemów, listy królów na przykład, uchodzi za spore faux pas. Także tutaj często bywa tak, że te tabelki z datami władców i tak dalej są świętsze niż takie ciekawe odkrycia, o których dzisiaj nikt nie pamięta. Zresztą z Egiptem jest tak, że jest z tym mnóstwo kontrowersji. Szczególnie, nie chcę powiedzieć, że tylko za sprawą Zacharyego Hawassa, który przecież trząsł i chyba trzęsie nadal, chociaż z tylnego siedzenia, tymi badaniami, ale też z faktu, że zobacz, ilu tam ciekawych odkryć dokonano na przykład pod koniec XIX, w XX wieku i one mogły zostać niezrozumiałe, niezrozumiane albo zniszczone nawet. Ile rzeczy tam rozgrabiono, ile ciekawych rzeczy przepadło. Także nasze rozumienie Egiptu jest bardzo powierzchowne. Tutaj można dać przykład Sfinksa, którego głowa tylko kiedyś wystawała ponad piasek. Ile tam jest jeszcze rzeczy interesujących? Kto wie.
Nie mamy pojęcia. To jest też trochę jak z tą ukrytą komnatą w Wielkiej Piramidzie. Wszyscy się do dzisiaj zastanawiają, co tam jest. Czy jest pusta, czy są tam jakieś niezwykłe skarby? A może rzeczy pozostawione przez kosmitów? Kto wie.
[18:12] - Kartkujmy „Nieznany Świat” dalej i docieramy do astrologii. Horoskop Antychrysta to jest tekst doktora Piotra Piotrowskiego. Muszę powiedzieć, że znowu zagwozdka dla tych wszystkich, którzy jeszcze nie przyzwyczaili się do prostego faktu, że rzeczywistość, jakkolwiek na nią patrzymy i z którejkolwiek strony, jest nieco bardziej skomplikowana niż na co dzień skłonni jesteśmy przyjmować.
[18:45] - Na podstawie analiz astrologicznych ustalono, jak pisze doktor Piotrowski, że Antychryst po pierwsze ma się bardzo dobrze, po drugie oddziałuje silnie na ludzi. Ale to wiemy, to są jego naturalne cechy. Natomiast wynika z tego również, że on żyje w naszych czasach i dziś, w roku 2024 ma 62 lata. Zobacz, już nam kilku potencjalnych pretendentów odpada, prawda? Taki jeden na P, taki jeden na T i inni. Musimy sobie tego Antychrysta gdzieś tam szukać. Ja się nawet zacząłem zastanawiać, skoro on jest tak wpływowy, skoro on tak przyciąga ludzi, a nie jest to ktoś z pierwszych stron gazet, bo to są albo ludzie dużo młodsi, albo dużo starsi, prawda? To może jest to członek tych elit, które sterują ludzkością z tylnego siedzenia. Tych ludzi, którzy się gromadzą w klubach Bilderberg i tak dalej. I my może go dopiero poznamy, kiedy przyjdzie na to pora.
On na razie jest taką szarą eminencją, a za jakiś czas może nam po prostu wyskoczyć.
[19:57] - Nie ma nic fajniejszego niż zajmowanie się teoriami spiskowymi. Może niekoniecznie z fascynacją, że to wszystko prawda, ale właśnie dzięki teoriom spiskowym, to jest ta głupia nazwa teorie spiskowe. Dzięki temu, co nazywane jest powszechnie teoriami spiskowymi, my mamy wgląd zarówno w rzeczy niezwykłe na tym świecie, ale również mamy wgląd troszeczkę w samych siebie, bo to, co nazywane jest teoriami spiskowymi, czy też ta cała otoczka wokół nich pojawiająca się, to jest jakby ukazanie, jakby próba uporządkowania świata. I to dla mnie jest duża wartość, kiedy myślę o tych wszystkich opowieściach, które nazywane są teoriami spiskowymi, a z czymś takim po części tutaj mamy do czynienia, to jest dla mnie próba zrozumienia rzeczywistości. W związku z tym ta niecna nazwa, którą sam zresztą wymieniłem, tak jestem głęboko zanurzony w tym współczesnym świecie, to ta niecna nazwa nie oddaje istoty tego, czym one naprawdę są. A tekst absolutnie, jak to w przypadku tekstów pana doktora, po prostu trzeba to przeczytać.
[21:32] - Zauważ Marku jeszcze, ilu autorów z tekstów wymienionych dzisiaj miało przed nazwiskiem tytuł doktor. Ciekawe, co nie?
[21:43] - Oczywiście, że ciekawe. Bo to tylko ludzie, zastanawiam się, jakiego słowa użyć, więc użyję bardzo lekkiego. Ludzie nieufni, ludzie, którzy uważają, że już cały świat poznali, skłonni są uważać, że w tym świecie tajemnic nie ma. W związku z tym też skłonni są uważać, że tylko ludzie bardzo prosty i prymitywni wręcz skłonni są doszukiwać się jakichś tajemnic. To, co powiedziałeś, to, o czym ja wspominałem, całkowicie burzy tę narrację. Skoro ludzie z tytułami naukowymi patrzą na tę rzeczywistość i szukają w niej pewnych dziur, pewnych zagadek, pewnych niedopowiedzeń wreszcie, to najlepiej świadczy o tym, że jeszcze dużo czasu upłynie, zanim zbliżymy się chociażby do jakichś granic poznawalności naszego świata.
[22:51] - Dokładnie. A w kwietniowym numerze Nieznanego Świata również. Czy odkryjemy w tym roku życie pozaziemskie? W numerze również Igor Witkowski pyta, od czego zależy zmiana świata. Witold Varga pisze o duchach, bestiach i smokach. Znajdziecie też wiele innych bardzo ciekawych materiałów. Przypominam, że Nieznany Świat dostaniecie w punktach z prasą, w marketach, na stacjach paliw, ale pamiętajcie też o naszej wersji elektronicznej oraz księgarni, do której traficie wpisując w wyszukiwarkę adres www.nieznany.pl.
[23:25] - Proszę państwa, to idąc zgodnie z rozpiską i z tym, co na ogół w audycji Bibliotekarium 2.0 się odbywa, czas na korepetycje filozoficzne. Ostatnio mówiliśmy o prawdzie. To dzisiaj poruszymy problem kłamstwa. Poruszy go Gerald Dworkin w tekście „Dziesięć zastanawiających kłamstw”. Ten tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2016 roku, w numerze siódmym, a wcześniej The New York Times 14 grudnia 2015 roku. Ten tekst przełożył dla nas Paweł Pijas. Kim jest Gerald Dworkin? Może Dworkin to się czyta? Jakkolwiek się czyta, to jest emerytowany profesor filozofii Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis. Ten tekst, jak zawsze, jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska.
No to startujemy! Gerald Dworkin: „Dziesięć zastanawiających kłamstw”. Większość z nas uważa, że kłamstwo jest złe. Uczymy tego nasze dzieci i mamy nadzieję, czy oczekujemy, że nasi przyjaciele i rodzina podzielają to przekonanie. W sferze publicznej potępiamy polityków i urzędników, kiedy kłamią, co w naszych czasach zdarza się dosyć często. Prawda dotycząca kłamstwa jest jednak nieco bardziej skomplikowana. Zakaz kłamstwa. Zdarza nam się kłamać. Gdy popełnimy inne czyny, które powszechnie uważa się za niemoralne, takie jak okrucieństwo czy kradzież, nie próbujemy ich usprawiedliwiać. W takich sytuacjach albo zaprzeczamy, że podjęte przez nas działania można poprawnie opisać w ten sposób, albo odczuwamy winę i żal.
Wielu z nas jest natomiast gotowych bronić własnych kłamstw czy nawet posługiwania się kłamstwem w ogóle. Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że kiedy do drzwi domu puka nazista i pyta o ukrywających się Żydów, to należy go okłamać. Być może ten ostatni przykład dowodzi jedynie, że zakaz kłamstwa nie jest absolutny. Przypadki tego typu są rzadkie. Krzywda niewinnej osoby czytelna, a nikczemność agresora oczywista. Chciałbym jednak bronić tezy, że klasa dopuszczalnych kłamstw jest o wiele większa, niż można by początkowo sądzić. Nie będę bronić stanowiska, że kłamstwo jest moralnie neutralne. Zgadzam się, że szczerość jest czymś lepszym. Uważam jednak, iż w wielu wypadkach należy się od niej powstrzymać. Definicja kłamstwa.
Pragnę zacząć od zdefiniowania kłamstwa. Gdybym zdefiniował je jako zatajenie prawdy, to zbytnio ułatwiłbym sobie zadanie. Wszyscy zgadzamy się, że takie zaniechanie jest nieraz dozwolone. Jan okłamuje Marię, jeżeli mówi X, uważa, że X nie jest prawdą i chce, aby Maria uwierzyła, że X jest prawdą. Nikogo nie powinno dziwić, że filozofowie kwestionowali lub próbowali doprecyzować każdy z elementów tej definicji. Uważam jednak, że dość dobrze wyraża ona to, co ludzie mają na myśli, powiadając, że kłamstwo jest niemal zawsze złe. Ujmuje ona również moralnie istotny aspekt kłamstwa, który tłumaczy naszą niechęć do tego kłamstwa. Mówienie czegoś, co uważasz za nieprawdziwe w celu przekonania innych do czegoś, co jest fałszem. Zyskanie nieprawdziwego przekonania zazwyczaj nie jest niczym dobrym, nawet jeśli nie jest konsekwencją zawodu, jaki sprawił nam ktoś, komu ufaliśmy. Mimo to uważam, że życie bez żadnych kłamstw byłoby niemożliwe, a w każdym razie znacznie gorsze.
Chciałbym jednak zaprosić was do określenia własnych poglądów na ten temat i do ich wymiany. Poniżej znajdziecie listę kłamstw, które uważam za dopuszczalne, a w niektórych przypadkach nawet za obowiązkowe. Czytelnicy z całą pewnością nie zgodzą się ze mną co do niektórych lub większości z tych przypadków. Nie powinniśmy jednak poprzestawać na rozbieżności zdań, lecz spróbować określić jej przyczynę. Być może w moich przykładach ukryte są jakieś założenia, które odrzucacie. Być może uważacie, że dane kłamstwo prowadzi do złych skutków, które ja z kolei uważam za mało prawdopodobne lub nie aż tak złe. W innych przypadkach możecie przyznać, że kłamstwo jest usprawiedliwione w danych okolicznościach, ale zarazem twierdzić, iż posiada ono wtedy pewną własność, której w normalnych sytuacjach jest pozbawione. Nasuwa się więc pytanie, czy i ewentualnie jak często zachodzą podobne okoliczności? Niektóre przykłady mogą po prostu wiązać się z fundamentalną różnicą zdań. Nie umiem powiedzieć dlaczego, ale to jest po prostu złe.
Tego typu przypadki są rzadsze, niż można by mniemać i wątpię, czy którykolwiek z moich przykładów się do nich zalicza. Zobaczymy. Przeczytaj teraz każdy z poniższych przykładów i zastanów się, czy twoim zdaniem w danej sytuacji kłamstwo jest, czy też nie jest dopuszczalne. Wybierz jedno lub więcej przytoczonych kłamstw. Pamiętaj, że pochwalam je w każdym z tych przypadków i wyjaśnij najdokładniej jak potrafisz dlaczego. A czego się ze mną nie zgadzasz? Przykłady. Mężczyzna okłamuje swoją żonę i nie wyjawia jej, dokąd idą. Chce zaprowadzić ją do miejsca, w którym ma się odbyć urodzinowe przyjęcie niespodzianka. Przykład drugi.
Małe dziecko zostaje uratowane z katastrofy lotniczej, ale jego stan jest bardzo niestabilny. Nie wie, że jego rodzice zginęli. Pyta o nich, a lekarz odpowiada, że przeżyli i mają się dobrze. Lekarz chce mu wyjawić prawdę, ale dopiero wówczas, gdy dziecko powróci do zdrowia. Przykład trzeci. Twój ojciec cierpi na silną demencję i przebywa w domu opieki. Zawsze, kiedy kończysz odwiedziny, zachowuje się nerwowo i często trzeba go uspokajać. Gdy mówisz mu, że wrócisz jutro, odzyskuje spokój. Dlatego postanawiasz, że od teraz zawsze będziesz mu to powtarzać, ponieważ wiesz, że za chwilę i tak zapomni, co powiedziałeś. Czwarty.
Mąż pewnej kobiety utonął, kiedy jego samochód spadł z mostu do wody. Wszystko wskazuje na to, że rozpaczliwie próbował wydostać się z auta i zginął w sposób przerażający. W szpitalu, do którego przywieziono jego ciało, żona pyta dyżurującego lekarza o to, jaką śmiercią zginął jej mąż. Lekarz odpowiada: „Zginął natychmiast w wyniku uderzenia i nie cierpiał”. Przykład piąty. W ramach programu, który ma wcielać w życie prawo antydyskryminacyjne, podstawione osoby wysyła się w celu wynajęcia domu. Najpierw pojawia się para Afroamerykanów twierdzących, że są małżeństwem z dwójką dzieci i odpowiednimi dochodami, aby wynająć dom. Gdy spotykają się z odmową, wysyła się białą parę o podobnym profilu społeczno-ekonomicznym. Przekonującym dowodem dyskryminacji rasowej byłaby sytuacja, w której druga para, w odróżnieniu od pierwszej, dostaje zgodę na wynajęcie domu. Przykład szósty.
W listopadzie 1962 roku, w trakcie kubańskiego kryzysu rakietowego, prezydent Kennedy zorganizował konferencję. Zapytany, czy rozmawiał z Sowietami o czymś innym oprócz kubańskich rakiet, kategorycznie zaprzeczył. W rzeczywistości obiecał, iż USA wycofają rakiety z Turcji. Przykład siódmy. W trakcie rozmowy kwalifikacyjnej kobieta, która aplikuje o pracę w małym instytucie filozofii, zostaje zapytana, czy planuje mieć dzieci. Sądząc, że jeżeli uprzejmie odpowie, iż to jej prywatna sprawa, nie dostanie pracy, kłamie i twierdzi, że nie zamierza zakładać rodziny. Przykład ósmy. Aby ustalić, czy artroskopowa operacja poprawia stan kolan u pacjentów, zorganizowano badania, w czasie których połowa pacjentów została fałszywie poinformowana, że odbywa się operacja. Pacjenci znajdowali się pod lekkim znieczuleniem. Lekarze dokonywali drobnych nacięć kolan i rozmawiali tak, jak gdyby trwała operacja.
Rozlegały się nawet dźwięki zwykle towarzyszące takim zabiegom. Okazało się, że taka sama liczba pacjentów twierdziła, iż ból zelżał i łatwiej im się chodzi. Niezależnie od tego, czy byli poddani prawdziwej operacji, czy udawanej. Pacjentów z góry uprzedzono, że nie wiadomo, w której grupie się znajdą. Przykład dziewiąty. Negocjuję cenę ze sprzedawcą samochodów, który pyta mnie, ile maksymalnie mogę wydać na nowe auto. Odpowiadam, że 15 tysięcy dolarów, choć naprawdę jestem gotów zapłacić do 20 tysięcy. Przykład dziesiąty. Przesadnie chwalimy nasze dzieci, gdy podejmują pierwsze próby śpiewu, tańca, rysunku czy pisania wierszy. Dzięki takim zachętom niektóre dzieci nie tracą zapału i ćwiczą dalej, co niekiedy prowadzi do rzeczywistych osiągnięć.
I to, proszę państwa, był artykuł, który dedykuję państwu w ramach korepetycji filozoficznych. No a teraz kolejna część programu. A tym kolejnym punktem programu będą listy Bruno Kadyny. Jest, proszę państwa, taki kanał na YouTubie. Nazywa się „Nie z tego świata”. Jeśli chcecie państwo ten kanał znaleźć na tym YouTubie właśnie, to w wyszukiwarce YouTube wpiszcie „Nie z tego świata Bruno Kadyna”. To dlatego, że kanał jest nowy i jeszcze słabo wyskakuje w wynikach. Samego autora państwo znacie z naszej audycji. Często pojawiają się jego opowiadania. Dwa tygodnie temu było opowiadanie „Hannah”.
Wiem, że się państwu podobało. A sam autor pisze o sobie: „Nazywam się Bruno Kadyna. Jestem pisarzem dzikim z natury. Mam swoje spojrzenie na świat. Jestem autorem powieści, opowiadań i felietonów. Urodziłem się w 1981 roku w Gdyni i tu mieszkam do dzisiaj. Moje powieści: »Metalowa Dolna«, »Wpływ«, »Ciężki bagaż«, »Kocur«”. Mały Kapeć. Już mnie znać, mamusiu. W albumie mam też 30 opowiadań różnych jak kwiaty na łące.
Niektóre ukazały się w magazynach drukowanych: „Odcisk. Magazyn literacko-kryminalny", „Akant", na platformach medialnych, takich jak Anywhere.pl. Niektóre wyróżnione w konkursach opowiadania to: „Kamień", „Choroba", „Pomost", a niektóre są częścią antologii: „Kamień", „Choroba" i „Łopka". Napisałem też kilka felietonów dla Anywhere.pl, kilka podcastów dla BookRadia i kilka wierszy: „Przestrzeń". Proszę państwa, zapraszam na fragmenty wyciągnięte z kanału Bruno Kadyny. Przypomnę kanału Nie z tej ziemi. Słuchajcie państwo, to są listy, które Bruno Kadyna kieruje do słuchaczy. Otóż nie z tego świata.
[37:44] - Jak się czujecie? Co u was? Pasuje wam rzeczywistość, w której właśnie tkwicie? Ja zostałem odcięty od mojego świata. Nie mam samochodu, na który mógłbym wrzucić kajak. I co z tego, że zimno? Pływam cały rok, dopóki w morzu nie pojawi się lodowa kasza. Marzy mi się rozkładany piecyk do namiotu. To dopiero będą wyprawy z takim w przyszłym roku. Jeśli jeszcze nas szlag nie trafi.
Jest ciemno, zimno, mokro i wieje porywisty wiatr. Alerty RCB ostrzegały wcześniej o czymś, co już się rozkręcało. U sąsiadów co jakiś czas tarabani jakaś blacha jak stworzenie, nad którym się ktoś pastwi. Oprawca zostawia w spokoju, odchodzi, po czym wraca gwałtownie i w tę blachę napieprza. W taką pogodę wybrałbym wyspę na niewielkim jeziorze, żeby poradzić sobie łatwo z falami. Kiedy mocno wieje, fajnie jest poskakać na falach. Ale latem. Teraz, kiedy lodowata woda pryśnie w gębę albo na bryczesy, to raczej nie jest przyjemne. Ale wracając na wyspę, powinienem pisać do was ten list w rozbitym na niej namiocie przy lampie naftowej, którą mam po babci, a nie w domku mojego syna w ogrodzie. Siedzę tu, żeby być bliżej lasu i roślin.
I dla tego wiatru. Zupełnie jak ludzie w opowiadaniu „Reset", które kiedyś napisałem. Lubię to życie, bo jest proste i prymitywne, a zarazem wymagające myślenia. Tu jest moje miejsce. W targanym wiatrem, cienkim schronieniu pośród rozszalałej na wietrze roślinności i wody. Oglądaliście kiedyś z bliska taki spektakl? Uwielbiam ten szum przeplatany z ciszą. Tylko woda, kiedy już jest wzburzona, nie daje się prędko uspokoić i musi sobie pochlupać. Ten jej gniew z bezpiecznego miejsca na takiej wielkości jeziorze brzmi jak bezzębna babcia marudząca pod nosem. Wiatr, mimo że wściekły tak jak teraz, albo wytrwale gnący drzewa w jedną stronę, robi coś jeszcze.
Świetnie wymiata troski. Się o nich nie pamięta. Szczególnie kiedy zdrowo dyma jak dzisiaj. Podniesie się adrenalina, owszem i jakiego daje przy tym kopa. Aż się chce stanąć pośród rozszalałych żywiołów i drzeć razem z nimi mordę. Czemu się zresztą nie jestem w stanie oprzeć. A w tobie ile jest dzikości? Powiedz. Ja lubiłem latem latać na golasa po mojej dzikiej plaży. Nigdy nikogo na niej nie było.
To się zmieniło kilka lat temu i z roku na rok jest coraz gorzej. Wszędzie zresztą. Ale teraz jesteśmy na wyspie i jest dobrze. Na zewnątrz są dwa stopnie na plusie, ale przez mokry wiatr odczuwalna temperatura to dycha poniżej zera. Piecyk w przedsionku rozgrzany do czerwoności ogrzewa wnętrze tak, że siedzę w samej bluzie. Najlepsze w tym cieple z drewna jest to, że zabija tę upierdliwą kondensację, która jest utrapieniem w niskich temperaturach. Wszystko jest wilgotne. Chyba że trzaska drewno jak teraz i powietrze jest rozkosznie suche. Piszę przy płomieniu świecy, a przez szybę kozy widać ucztujący czerwony ogień. Raczę się bijącym od niego ciepłem.
To takie proste. Nie ma nic poza tym. Żadnego miliona spraw i naglącego czasu. Tylko list do was i łopoczące na wietrze ściany schronienia. Czasami chce się towarzystwa człowieka. Najbardziej się tęskni do dziecka. Do niego szybciej wraca. Teraz śpi, a wyjeżdżam jak mama mu czas wypełnia. Liczę po cichu, że jak podrośnie polubi dzicz i kajak. Wracając do meritum.
Pasuje wam rzeczywistość, w której właśnie was zastałem? Ciekawe jaki ma wpływ na odbiór moich słów. To niesamowite jak podobni i różni jesteśmy zarazem. Interesuje mnie co u was, bo piszę różne opowieści i największą skarbnicą jest rzeczywistość. Sekcja komentarzy należy do was. Piszcie o sobie, jeśli macie ochotę. Naprawdę mnie to interesuje. Kto wie, czy na podstawie twoich słów nie powstanie nowa postać literacka? Może jakiś psychopata albo wyczynowy kochanek tudzież kochanka? W zamian postaram się dawać wam cząstkę mojego świata, głównie po to, żeby odprężyć, ale czasami może wciągnę cię do wyrażenia swojego punktu widzenia i do dyskusji.
Powiem czasami coś głośno, bez owijania w sreberko. Wiem, że lubicie, a jeśli nie, to pomacham chusteczką. Chociaż w sumie ja tak wiele do powiedzenia nie mam. Nie pogadamy o polityce na pewno, bo nie znam się kompletnie. Nie chcę nawet. Mogę najwyżej powiedzieć, dlaczego gardzę, ale to już innym razem. Trzymaj się zatem i do nabazgrania. W tym liście będzie tylko fikcja. Tęsknota za czymś, czego miało nie być, ale istnieje może, choć ja wciąż w to nie wierzę. Chodzi o miłość oczywiście i wszystko, co się z nią wiąże.
Tę romantyczną oczywiście. Kto się czuje do niej niezdolny, a kto wręcz przeciwnie, ale w rzeczywistości jest odwrotnie. Napisałem wczoraj wiersz, a nawet dwa. Zdołowany nad wyraz brakiem bratniej duszy i nadziei na nią. A jeśli jest, a ja już jestem za stary? I taki koncept miłości szczenięcej powstał w połączeniu z średnim wiekiem, o marzeniu młodym, błogo naiwnym i tak wzniosłym, że marzą o nim nawet starcy na łożu śmierci. No właśnie. I znów musi być tragicznie. Wybaczcie. Nie wiem, co jest ze mną, że widzę w tym jakieś piękno.
Może wynaturzone, pokaleczone. Kto wie? Ja nie. Leci pierwszy wiersz. Zakochałem się. Nie sądziłem, że to się może zdarzyć. Czuć się jak małolat? Nie przypuszczałem, że jestem w stanie. Dlaczego więc płaczę ze smutku, nie ze szczęścia? Bo wiem, że się nie nadaję.
I cieszę się, że czuję się tak teraz, bo jutro już mnie tu nie ma. Trzymać w ramionach choć przez chwilę kogoś z tej samej gliny, kto rozumie. A potem żyć w tej chwili, czuć przez skórę jak najdłużej, aż ostatni ślad po niej wyparuje. I drugi wiersz, również w klimacie zmarnowanego czasu. Albo po prostu, bo upłynął, a różne przecież rzeczy dzieją się po drodze. Nie wierzyłem, że cię spotkam, że to się może ziścić, więc nie walczyłem wcale. A teraz jesteś. A ja jestem już w kiepskim stanie, na samym końcu. Przepraszam kochanie, myślałem, że cię nie spotkam, że ciebie nie ma wcale. To dopiero sraka.
Czekać na kogoś całe życie i spotkać na koniec, kiedy już niewiele z tym można zrobić albo nie jest się w stanie. Zazdroszczę i życzę najlepiej tym, którym się udało odnaleźć szybko, póki mają jeszcze siły. Mnie pozostaje puścić wodze fantazji nad śliczną dziewczyną, którą poznałem. Istnieje naprawdę, choćby była fantazją. Jak się rozpoznaje? Od razu. Nawet się tego nie wie wcześniej. To się dzieje samo. Pierwsze jest spojrzenie, wiadomo zmieszane, ale jest jak kiełkujące ziarno. Albo raczej odcisk, który pozostaje na zawsze.
Nie wiadomo, co z nim zrobić. Szczególnie, kiedy są przeciwności. Nie można tylko przestać myśleć o nim. A to był przecież impuls tylko. Potem spotkanie przypadkowe, a może wcale nie. Zwykła impreza u znajomych, gdzie pojawia się ona. Niech na imię ma Agnieszka, jak moja siostra, żeby nie było. Serce zaczyna mi walić. Nie wiem, co zrobić z oczami, żeby jej nimi nie przewiercić. Jest zjawiskowa, a w środku tak stęskniona, że aż słyszę, jak woła jej wnętrze.
Przebija przez skórę, wypływa oczami i jest piękna. Ach, czar pryzmu. Właśnie. Usłyszałem w głowie głos polskiej legendy fantastyki Wiktora Żwikiewicza. Już mnie za takie słodkie pierdzenie, w którymś opowiadaniu zbeształ. Czy ciebie Kadyna porąbało? Co ty z tą egzaltacją? To jest chłop? To jakaś baba rozlazła. Także wystarczy tych fantazji o szczenięcej miłości.
Trzeba czasami tak dla krążenia. Szczególnie, kiedy się przyśni piękna dziewczyna. Krótkie te moje dwa poprzednie listy, czy trzy nawet. Czasu brak na wszystko, co wam będę tłumaczył. A piszę więcej ostatnio. Nie tylko do was. Nie mam na myśli nowej powieści, w połowie już której jestem, ale o listy pisane ręcznie właśnie. Przyznam się wam do czegoś: nie umiem pisać pismem pisanym, tylko drukowanymi napieprzam. Jako uczeń niepilny, dobry w szkole tylko z przedmiotów dotyczących złotnictwa, wymyśliłem sobie, że będę pisał maczkiem, drukowanymi literami jak koleżka Dominik, bo to o wiele lepiej wygląda niż moje bazgrolenie. Nie pamiętam, po jakim czasie.
Po kilku latach jakoś zorientowałem się, że zapomniałem, jak się pisze normalnie. Odzwyczaiłem rękę zupełnie. Moja głowa też nie pamięta już, jak to szło. I bazgrolenie wróciło, bo pismo się zmienia, szczególnie spod ręki artystów. Teraz, żeby znów pisać normalnie, musiałbym chyba cofnąć się do pierwszej klasy podstawówki i uczyć szlaczków od nowa, trenować łapsko. Może kiedyś się skuszę. Albo jakieś lekcje. Kurs ładnego pisania. Ma ktoś pomysł? Innych rzeczy też można się oduczyć.
Czytania na przykład. Wtórny analfabetyzm. Pracowałem kiedyś z kimś takim. Pan, wtedy pięćdziesięciokilkuletni, skupiony na zarabianiu pieniędzy i prostych przyjemnościach, do których nie zaliczało się czytanie, miał przeczytać akapit z książki, którą mu podsunąłem. Nie pamiętam już, co to było, ale pewnie jakiś śmieszny fragment. Czytał może sześć sekund i odsunął książkę z obrzydzeniem, kompletnie nie mogąc się skupić na tekście. Nie umiał tego przeczytać. Za dużo liter do kupy trzeba zebrać? Nie wiem. Tu specjalista by się musiał wypowiedzieć.
Pewne jest, że nie czytając złożonych, dłuższych tekstów, czyli książek na przykład, zapomina się, jak to się robi. Straszna perspektywa. Wracając do listów. Piszę ich więcej ostatnio. Ludzie już nie dostają takich, a ja lubię te analogowe wiadomości. Idą długo, ale wywołują większą ciekawość. W tych czasach zaskakują nawet bardzo. I jeszcze świetnie się można bawić treścią. Tania zabawa wywołuje mnóstwo uśmiechu. Ilość znaków nieograniczona i prawdopodobieństwo, że wiadomość przetrwa o wiele dłużej niż mail na przykład.
Tylko do kogo pisać? Do ukochanej najlepiej. Ale przecież można do kogokolwiek. Ja piszę do kobiet. Jakoś nie korci mnie napisać do kolegi długiej wiadomości. Bo i o czym? Kartki poperfumować jeszcze? Za gówniarza pisałem do przyjaciela, który wyprowadził się do Kanady. Ale to co innego. Nie było internetu.
Mnie więc zostają kobiety. Jeszcze pary może. Jakieś małżeństwo. Pomyślę, do kogo napisać. Można do rodziców i dziadków jeszcze, jeśli wam żyją. Co ja wam będę mówił zresztą. List o niczym. O pisaniu samym. Masło maślane. Mam wrażenie, że właśnie zmarnowałem wam i sobie kilka minut życia.
Za tydzień znowu to zrobię. Pisałem dziś list do kogoś i przypomniałem sobie o liście, który napisałem dawno temu do pewnej kobiety. Znalazłem wersję na brudno. Myślę, że po tylu latach nie będzie miała nic przeciwko, jeśli przytoczę wam fragment. A i pewnie tego listu z fragmentem swojego nie przesłucha. Poza tym to dziecinna głupotka tylko. Zabawa nastoletnia, powiedzieć można. No ale to później, na koniec. Lubię tak pisać do kobiet. Przynajmniej lubiłem.
A był to list nie byle jaki, bo stustronicowy niemal. Na papierze czerpanym, przyszytym do miękkiej okładki ze skóry z tłoczonymi zdobieniami i sznurkiem do zwijania notatnika w zwój. Może ma go jeszcze i opublikuje po mojej śmierci, jak będę już kultowym pisarzem i zarobi na takim rarytasie kupę kasy. Znowu gadam do was masło maślane bez sensu. Jakbym już całą wenę wykorzystał na pisanie listów i powieści, która pochłania mnie bez reszty. Jak zawsze. Pieprzone artystyczne ciągoty. Czemu nie mam łba do biznesu, tylko do srania w dziczy i do robienia biżuterii jeszcze? Artystycznej oczywiście. Zamierzam wrócić do tego.
Będę tworzył oprócz prozy też coś namacalnego. Muszę skompletować sprzęt, bo niewiele mi zostało. Rygiel, palnik, trochę srebra. Muszę sprawdzić. Nic prawie nie mam. Łapska swoje tylko i łeb wygięty. Pouczę się, jakie teraz są możliwości, nowinki. Wgryzę się w temat znowu po ponad 20 latach. Czuję, że teraz praca będzie bardziej kontrolowana, ale nie mniej odjechana. Mam w głowie kilka pomysłów.
Może da się w końcu żyć ze sztuki. Szwedzi doceniają taką chyba. Tam spróbuję. Kończyć ten list trzeba o niczym znowu. Zapraszam więc do tej nastoletniej zabawy. Nie wiem oczywiście, czy trafię w twoje gusta, ale myślę, że i tak zalicza się to do kultury wysokiej, więc może będzie to dla ciebie czymś ciekawym. Najlepiej zastosuj się do instrukcji. Odpręż się wieczorem, nalej czegoś dobrego, odetnij, zamknij oczy i posłuchaj. Fragment listu napisanego sam nie wiem ile lat temu. Musiałbym policzyć.
Prawdę powiedziawszy, nie wiem, jak adresatka go odebrała. To był burzliwy i intensywny związek, zakończony w taki właśnie sposób. Miałem ci wysłać tytuł kawałka, o którym ci mówiłem wczoraj wieczorem. No to teraz to zrobię. Włącz go sobie, ale polecam wieczorem na pełnym relaksie, bo ta trąbka opowiada piękną historię o miłości. Ciekaw jestem, co ty usłyszysz. Czy opowieść albo sceny, które zobaczysz w głowie, będą podobne do moich. Wydaje mi się, że zobaczysz coś innego, może bardziej pozytywnego albo wręcz przeciwnie. Zależy, czy cierpisz teraz, czy nie. Ważne, żebyś dała się ponieść muzyce i braku pośpiechu.
Ja tam słyszę tęsknotę do tego, co było i jak mogłoby być. I słyszę, jakie to nieosiągalne, jak się oddala coraz bardziej. Wcześnie jest dotyk kobiecej twarzy, twojej. Tuli się do mojej dłoni, a potem znika. Trąbka za nią woła jeszcze, ale nic to nie da. To nie pożegnanie nawet, tylko godzenie się ze stratą. Christian Scott „I Do”.
[57:42] - Jeśli spodobał się państwu sposób, w jaki mówi do was Bruno Kadyna, to nie ma prostszego sposobu. Wesprzyjcie państwo autora, zasubskrybujcie jego kanał. Przypominam: Nie z tego świata. Ja często się mylę, powtarzam, że nie z tej ziemi. Nie. Wpiszcie państwo Nie z tego świata Bruno Kadyna w wyszukiwarce. Właśnie, dopiszcie państwo do Nie z tego świata również Bruno Kadyna i już wtedy pokaże się kanał. Tam ukazywały się listy Bruna dosyć regularnie. Ostatnio przez kilka, dwa, trzy tygodnie nastąpiła przerwa. Autor zwątpił w sens tego, co robi.
Myślę, że niesłusznie, ale wiem, że wraca. Wraca i ponownie na tym kanale będą pojawiać się kolejne listy. Jeśli państwo zechcecie. Jeśli podobało się to, co Bruno przedstawił w Bibliotekarium 2.0, to może warto pokazać, że jego wątpliwości są bezzasadne. Sami państwo zdecydujecie. Powtarzam jeszcze raz: Nie z tego świata Bruno Kadyna. Proszę państwa, a teraz jedziemy dalej. Przed nami Filmotekarium. Dzisiaj duże wyzwanie. „Spaceman”, czyli po polsku „Astronauta”.
Piotr Cielebiaś już czeka. Piotrze, jesteś tam?
[59:22] - Jestem, ale nie wiem, czy to dobrze, czy źle, bo myślę, że na przykład dla takiego filmu „Astronauta” z Netflixa to źle.
[59:30] - „Spaceman” to tak brzmi bardzo egzotycznie. „Spaceman” to tak wow. Po polsku „Astronauta” to nie jest właściwie po polsku, ale taki jest polski tytuł. Będzie problem z tym filmem, bo to jest film, ja to powiem na początku, a w trakcie naszego spotkania się rzecz wyjaśni, to jest film zakłamany. To jest film, który oszukuje widza i to robi od początku do końca. Łże, łże i jeszcze raz łże na poziomie intelektualnym. To, co widzimy, bywa czasami atrakcyjne wizualnie, ale na poziomie intelektualnym ten film usiłuje zrobić z nas, widzów, zombie. Takie truchła, które nie myślą, łykają, co się im wrzuci, obojętnie jaka to jest papka i są te truchła zadowolone. Ja nie dam się wpasować w coś takiego, bo to, co dostajemy na ekranie, to jest rzecz, która... Zastanawiam się, dlaczego Netflix to nakręcił, mówiąc krótko.
[01:00:50] - Tak, a zajmujemy się tym dlatego, że to jest nowość bardzo świeża w sumie. Film „Astronauta” niedawno się pojawił na tej platformie. Budzi mieszane uczucia. Tak mieszane, że chyba dawno tak nie było. Jeżeli miałbym od czegoś zacząć, to od tego, że to jest czeski film typowy Po amerykańsku albo czeski film zrobiony przez Amerykanów. I mam wrażenie, że oni tam nie wszystko rozczytali zgodnie z zamysłem autora i zgodnie z duchem tej literatury. Miało być groteskowo i poważnie jednocześnie, czyli tak jak w życiu. A wyszło okropnie. Ja ci dodam tylko tyle, to jest też ciekawe. Film powstał na podstawie książki Jaroslava Kalfara pod tytułem „Kosmonauta z Czech".
Tu mam zawsze problem, jak się wymawia to poprawnie. Zawsze wymawiam po czesku czeskie „ć" jak ruskie. Ale zaraz wam coś o tych Czechach powiem. Kim jest Jaroslav Kalfar? Jest to młody, urodzony w 1988 roku twórca, który zadebiutował tą książką. Co więcej, o nim się dowiadujemy z Wikipedii czegoś takiego: „Proslavil se svým debutovým romanem Kosmonaut z Čech. Narodil se v Praze, trvale žije v New Yorku, do České republiky se pravidelně vrací." Czyli widzisz, przewidywalnie wróci do Czeskiej Republiki, ale nie wiem, czy wróci, jeżeli ludzie tam obejrzą ten film i będą mieli takie wnioski jak my. Ja nie czytałem tej powieści, bo jest trudna do osiągnięcia. Może rzeczywiście jest dużo lepsza. Natomiast sam film, nawet nie wiem, jaki to jest gatunek.
To jest ani komedia science fiction, ani majowa pranka-
[01:02:39] - Piotrze, zdecydowanie to nie jest komedia. To jest film, który ma nas wgnieść w fotel głębią przemyśleń. No to życzę państwu powodzenia.
[01:02:53] - Tak, poznajemy tam astronautę Jakuba Procházkę, który się wybiera na samotną misję w kosmos w kierunku Chopry. Chopra to jest chmura dziwnej, opalizującej materii, jaka się pojawiła w pobliżu Jowisza. I to właśnie Procházka się wybiera w jej stronę na statku, który się zwie jak? Jak się może nazywać czeski statek kosmiczny, Marku? Vaclav Havel albo Jan Hus. Jan Hus się nazywa, oczywiście. Na Ziemi zostawia żonę Lenkę Procházkovą, do której może dzwonić przy pomocy urządzenia nadającego w trybie rzeczywistym. Czyli to nie jest tak, że jest przerwa. Oni opracowali taką technologię, że można sobie dzwonić bezpośrednio, bo fale tego czeskiego telefonu kosmicznego rozchodzą się szybciej niż światło. Na Janie Husie się psuje kibel i astronauta nie może spać.
Przybity przez samotność i milczenie żony, które ma bardzo konkretną przyczynę, jest zaskoczony przez pojawienie się niezwykłego gościa. Marku, jeszcze to powiem i oddaję ci głos absolutnie. I ten gość ma postać przypominającą na pozór pająka, a jest kimś w rodzaju kosmicznego podróżnika, który obserwuje Procházkę i się staje jego psychoanalitykiem. Czyli ten kosmita, nie wiadomo w ogóle, jak się zjawia na tym statku. On mówi o sobie niewiele. Ostatecznie się dowiaduje, że pochodzi z planety, którą zaatakowali Gorompedzi i ją zniszczyli. Słowo Gorompedzi jest jedną z niewielu rzeczy, która mnie rozśmieszyła w tym filmie. I że on sobie po prostu obserwuje ludzkość. No i zaczynają gadać. Gadają, gadają, gadają.
[01:04:37] - Gadają, gadają, gadają.
[01:04:39] - Zbliżają się do Chopry, a potem gadają, gadają.
[01:04:44] - Gadają, gadają, gadają.
[01:04:47] - Dokładnie. Powiem ci, że ta Chopra to coś, co jest na niebie. To jest jedyny fantastyczny, ciekawy element w tym filmie. Tylko oni go przegadali. Oni tam dolecieli. To mogło być coś zaskakującego, coś, co mogło przyciągnąć fanów kina science fiction. I tam dolatują, facet jak gadał z tym pająkiem, tak gada.
[01:05:06] - Tak, bo być może przyczyną tego słowotoku były piękne oczy pająka i jak to u pająka, to nie była tylko para oczu, tylko tych oczu było więcej, a były fascynujące. No śmieję się, proszę państwa, no były. Jakby to państwu delikatnie powiedzieć? Jeszcze na początku miałem nadzieję. To znaczy stacja kosmiczna, właściwie pojazd kosmiczny, który gdzieś tam przywędrował w okolice tej chmury. Całkiem poważny, całkiem wielki. Trzeba było sporo czasu, żeby się przemieścić z jednego pomieszczenia do drugiego. Mamy też nieważkość. Super. I rzeczywiście bardzo prozaiczna awaria spędza sen z powiek głównemu bohaterowi i jedynemu bohaterowi ludzkiemu, jeśli chodzi o kosmos, bo na Ziemi kilku poznajemy, ale to inna historia.
Ale w kosmosie mamy jednego człowieka, który na spotkanie nieznanego wyrusza. I ten hałasujący kibel sprawia, że on nie dosypia i pewnego dnia stwierdza, że ktoś tam porozwalał w kuchni produkty żywnościowe. No to my się zaczynamy interesować, coś się dzieje. W dodatku bardzo szybko, to będę spoilerował. Proszę zatknąć uszy. I nagle on zauważa w jednym z pomieszczeń, ten jego pojazd kosmiczny bardzo przypomina, jak ktoś był w VR-ze na pokładzie stacji kosmicznej ISS, to bardzo przypomina ten jego pojazd, tę stację. Więc tak się przemieszczamy i on tam zauważa jakiegoś pająka. Tylko ten pająk jest ogromny. To takie zaskoczenie. Okej, może coś się będzie działo, może się strzelać będą.
Wycofuje się, żąda, żeby zdalnie odkażono cały ten pojazd. Tam wypuszczona jest jakaś trucizna. To miało być zabawne, ale przed wypuszczeniem owej trucizny, która miała w jakiś sposób oczyścić pokład pojazdu kosmicznego, on musi wygłosić pewną formułkę reklamową reklamującą wytwórców tego środka dezynfekcyjnego. On ją wygłasza i pokład pojazdu kosmicznego jest zdezynfekowany. Z tym że to tam, wiecie państwo, na funt kłaków się zdaje, bo pająk jak chodził, tak chodził i chodzi dalej. W dodatku mówi do głównego bohatera, żeby się nie bał, że wszystko jest okej. Przyszedł pogadać. Przyszedł, przyleciał, pojawił się. I gadają. I tak jak Piotr mówił gadają, gadają, gadają.
I czas jest wreszcie, żeby to powiedzieć. Odwołam się do tej figury, którą zaraz na początku studiów filozoficznych przedstawił jeden z moich profesorów. Przedstawił pewien bełkotliwy tekst, pełen bardzo trudnych sformułowań, bardzo zagramamicznych fraz całych i z łaciny, i z angielskiego i cholera wie z jakich jeszcze innych języków. Wszystko to było pogmatwane, ciężko zrozumiałe, napisane dosyć drętwym, ponurym stylem. I to był jeden obraz. I drugi to było pewne równanie logiczne, dosyć skomplikowane, przyznam, ale jednak równanie logiczne. I zapytał ten mój profesor: co z tych dwóch obrazów jest filozofią? Już się państwo domyślacie, że filozofią nie był ten bełkotliwy tekst, tylko to równanie logiczne. W tym filmie jest jak najbardziej odmiennie. Usiłuje się nam przedstawić jako głębię przemyśleń pewne słowotoki w wykonaniu głównego bohatera i pająka.
I oni sobie, tak jak mówiliśmy z Piotrem, gadają, gadają, gadają. A o czym gadają? A o rzeczach podstawowych. I wiecie państwo, gdyby oni jeszcze mówili coś, co warto zapamiętać, co jest oryginalne, co jest warte przemyślenia. Ja czekałem, czekałem, że się takie frazy, że się takie fragmenty pojawią, ale nie. Tam są, proszę państwa, komunały i to takie ciężkie komunały, że warto albo nie warto. A może trzeba się zastanowić. I takie trututu, trututu, trututu, trututu. Ile można tego wytrzymać? A się okazuje, że można bardzo dużo.
Oni tak gadają, gadają. Piotr powiedział o tej psychoanalizie. Tak, bo coś jest takiego, bo ten pająk nie dość, że jest filozofem, to jest jeszcze właśnie psychoanalitykiem i on opowiada głównemu bohaterowi, jaki jest ten główny bohater. Ja w pewnym momencie myślałem, że w tym filmie będzie chodziło o to, że człowiek rozmawia ze swoim drugim ja, z jakąś taką materializacją umysłu, która z nim rozmawia, która go analizuje. Tak może powinniśmy myśleć, ale ten film nie daje nam na to szansy. On jest konsekwentny w ględzeniu i, nie wiem, jak to powiedzieć jeszcze bardziej brutalnie. To jest ględzenie na poziomie właśnie bełkotu. Gadamy, gadamy, gadamy. I to ma brzmieć bardzo poważnie i brzmi bardzo poważnie, ale jak się państwo wgłębicie, o czym oni rozmawiają, co jest istotą tego dialogu, to okazuje się, że panowie, niech ten pająk zostanie też panem, więc ci panowie pierdzielą komunały po prostu. To są tak beznadziejne komunały.
Ja się zastanawiam, być może to jest kwestia tego, że widzowie w trakcie pokazu filmowego opuszczali kino, ponieważ poziom dialogu, poziom głębi tego dialogu jest tak... Tam nie ma poziomu, to jest płytkie, to jest głupie i to jest pseudointelektualne. To jest mój największy zarzut do tego filmu. Ten film oszukuje. Mówię o tym od początku. Oszukuje, mówiąc, że jestem czymś innym niż jestem. Mówi: jestem bardzo mądry, bardzo intelektualny. Rozkminiam życie, rozkminiam wasze problemy. Otóż nie. To jest takie ględzenie, ględzenie, ględzenie.
I to jest moim zdaniem największa wada, największa słabość tego filmu. Ględzenie. Chciałbym, żeby wybrzmiało to w taki prosty sposób. Czym odróżnia się ględzenie od intelektualnej rozmowy? Ględzenie to jest wtedy, jak ja państwu mówię: proszę państwa, wszyscy umrzemy. Zdajecie sobie państwo sprawę, że umrzecie? No tak, zdajecie sobie państwo, bo jesteście istotami myślącymi. No tak, ale czy sobie naprawdę zdajecie? No tak, chyba sobie naprawdę zdajecie. Ale gdybyście sobie nie zdawali, to ja wam mówię, że naprawdę wszyscy umrzemy.
To jest mniej więcej ten poziom bełkotu, z którym stykacie się państwo w filmie „Astronauta”. To naprawdę nie zachęca. Tam nie dyskutuje się żadnych problemów istotnych, takich, o których chcieliby państwo usłyszeć. Takich, które w jakiś sposób opisują waszą czy też moją rzeczywistość. To jest takie ględzenie. Życie jest ciężkie. Tak, życie jest ciężkie, ale czasami jest fajne. Tak, czasami jest fajne. Proszę państwa, naprawdę chcielibyście czegoś takiego słuchać? Bo ja nie.
[01:13:57] - Tak. Wiesz co, gdyby tam była odrobina oryginalnego science fiction, że nie to, że facet spotyka pająka przerośniętego, tylko spotyka inną inteligencję, która patrzy na świat innymi zupełnie oczyma. Tak naprawdę my otrzymujemy komentarze do dość nudnego życia głównego bohatera wygłaszane ustami pająka, który myśli jak człowiek. Czyli w zasadzie to nic nie wnosi do tego. To jest po prostu nudne. Nawet jakbyśmy zaspoilerowali tutaj cokolwiek, to nic się nie stanie. W tym filmie się nic nie dzieje. To znaczy on ma jeszcze drugą warstwę, zrobioną tak, że Amerykanie praktycznie chyba jej nie zrozumieją, bo z tym filmem jest też taki problem, że on się dzieje nie wiadomo w jakich czasach. Z jednej strony się dzieje w przyszłości, z drugiej strony widzimy, że to jest bardzo analogowa przyszłość, ale jest też w miarę nieodległa od czasów czechosłowackich.
[01:15:08] - Tak, bo telefony mają wymiary sporej cegły.
[01:15:14] - Tak. I ona jest nieodległa od czasów komunistycznych. Oczywiście one się odciskają bardzo mocno na Jakubie Procházce. Tylko to jest pokazane w tak mdły sposób, że ja myślę, że ta książka Kalfara jakoś to rozwija bardziej, a tam jest pokazane, że jego ojciec był w służbach specjalnych i nie wiadomo, co robił. I go gnębili za to, bo ojciec był czeskim ubekiem. Nie wiem, jak to się nazywało, zapomniałem. Przejdę do tego. Nie chcę tutaj się wymądrzać ani uchodzić za czechofila, bo nim nie jestem. Jednak lata oglądania czeskiej telewizji w dzieciństwie zrobiły swoje. Czechosłowackiej, przepraszam.
[01:15:56] - Ja Piotrze wiem, że jak byłem w Czechach, to mi kuzynka powiedziała, że te służby specjalne czeskie się nazywały esenbaki. To tak à propos.
[01:16:14] - Tak. I człowiek od dziecka liznął języka i kultury, potem humoru. Oprócz polskiej telewizji odbieraliśmy czechosłowacką, potem czeską i jakoś to wchodziło. Potem jednym z moich ulubionych bohaterów literackich był Švejk. Potem mi się trochę znudził i w pewnych momentach zauważyłem, że astronauta to był typowy czeski humor, tylko z taką ogromną amerykańską nakładką, że to się trochę przebijało, ale było przyciśnięte tą amerykańską interpretacją. Zamiast tego lekkiego absurdu zrobiła się tragikomedia. Przy czym może rzeczywiście u tego Kalfara jest tak, że bohater jest istotą bardziej czeską, bardziej tragiczną i śmieszną. Natomiast tutaj to się wydaje zrobione tak, że oni nie do końca odczytali pewne niuanse, zrobili to po amerykańsku. Tak samo jak te postacie są zdegroteskowane, takiego słowa użyję, one są bardzo poważne, to cała otoczka towarzysząca lotowi i tak dalej jest dziwna. Przez co ten film jest taki trudny w odbiorze, bo on jest pozszywany z elementów, których twórcy nie rozumieli.
Tak myślę. Nie jest do końca odbieralny dla Amerykanów. To jest tak, jakbyśmy my nagle zdecydowali się nakręcić film dla Zulusów na przykład albo dla Chińczyków. Taki, który byłby dla nich wartościowy w sferze symbolicznej, humorystycznej i historycznej jednocześnie. My tutaj, teraz na przykład. I mniej więcej to jest tak samo z astronautą, że po prostu próbowali coś zrobić, ale im absolutnie nie wyszło, bo chociaż to jest ten sam krąg kulturowy, to już myślenie i pewien styl jest zupełnie inny. Kompletna klapa. To jest tak, jakby kobieta za ladą czy Švejk, czy Houpari, nie wiem, jak to się nazywało, sąsiedzi, Krycík to nie, bo Krycík niedużo mówił. To jest tak, jakby nagle Amerykanie się wzięli za kręcenie samych swoich, swojej wersji. Ja to tak odbieram, że po prostu chcieli coś zrobić.
Nie odczytali tego, co jest niewidoczne, tego, co tkwi między wierszami.
[01:18:51] - Myślę, że jest jeszcze gorzej, bo ten film jest wtórny, bo nawet problem, który tam się pojawia, że główny bohater jest żonaty, nawet dzieciaty.
[01:19:08] - Ale kiedy wyruszał, to nie wiedział.
[01:19:11] - Ale jest żonaty i w pewnym momencie oświadcza żonie, że on leci w kosmos. Adieu, lecę, a ty tutaj sobie poczekaj na mnie. To nawet ten problem Ja rozumiem, że autor urodzony w roku '88 uznał to za problem swojego pokolenia. To ja śpieszę donieść, że o takich problemach pisał już Petecki, nasz polski autor. Nie specjalnie pisał Petecki jakąś głęboką prozę, raczej prozę przygodową, dlatego bardzo mi bliską, zarówno dla młodzieży, jak i dla dorosłych. I tam u niego pojawiał się w latach 70. problem, że mężczyzna, bo takie czasy były, mężczyźni i kobiety to były dwa światy, bardzo podzielone. Dzisiejsze działaczki feministyczne dostałyby apopleksji słysząc albo czytając powieści Peteckiego. Ale tam świat był podzielony, każdy miał swoją rolę i u Peteckiego też bohaterowie niektórzy oświadczają swoim kobietom, że lecą w kosmos, a one mają tutaj, jak w piosence znanej państwu, że kobiecy los to jest wiernie czekać. Więc one mają wiernie czekać, aż on przyleci.
Z takim problemem się tu stykamy, ale to jest też wtórny problem. Co to będzie, jak ktoś poleci w kosmos i zostawi swoją drugą połówkę tu na Ziemi? I czy on się zdecyduje? Czy jak się zdecyduje, znaczy jest szowinistyczna męska świnia myśląca tylko o swoim ego, żeby je zaspokoić, a kobieta w ogóle się nie liczy? Tu jest źródło problemu, który się pojawia w filmie. Ale umówmy się, proszę państwa, to nie jest problem świeży, nowy, odkryty. Dla każdego, kto science fiction zna, to to jest takie, wiecie państwo, po płuczyny, po czymś, co było wcześniej. Co więcej, w literaturze science fiction pojawiały się nawet takie problemy, że ktoś wyruszał w kosmos w wyprawę, nazwijmy to pokoleniową, a w każdym razie taką z elementem relatywistycznym. Czyli wiedział, że jak wróci, to ta jego druga połówka będzie już podstarzała mocno, jeśli w ogóle będzie jeszcze żyła. A mimo wszystko decydował się na takie podróże.
Ja pomijam ten aspekt moralny, czy tak powinno być, czy nie, czy można tak robić, czy nie można. Chodzi o to, że to już wszystko było. Albo to jest wada, albo to jest zaleta. Ja wyznaję zawsze, że trzeba znać historię gatunku, żeby w ogóle wiedzieć, czy gatunek się rozwija, czy ciągle na nowo odkrywamy te same problemy, czy też posuwamy się do przodu. Są oczywiście zwolennicy, którzy uważają, że nie, jakieś pierdoły stare będziemy oglądać. Nie, wręcz przeciwnie, tylko nowe się liczy, a to, co było kiedyś, to się nie liczy. Okej, tylko że wtedy skazani jesteśmy na powtarzanie jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz tego, co już dawno było. Moim zdaniem to nie jest najlepszy patent na tworzenie historii, które są nośne, które przyciągają i które naprawdę mogą wciągnąć. Moim zdaniem "Astronauta" jest takim przypadkiem. Notabene tak zupełnie ad hoc i może bez sensu, ale powiem państwu, że gdzieś tam na kanale Wehikułu Wyobraźni całkiem niedługo pojawi się cykl przybliżający historię fantastyki naukowej, alfabetyczną historię opowieści o pisarzach i książkach.
To była reklama, a teraz wróćmy do "Astronauty". To jest moim zdaniem przypadek nie do naprawienia. To jest opowieść, która jest wtórna w każdym momencie, tak jak powiedziałem. I w momencie tym kluczowym, czyli tego konfliktu, co przeżywa nasz astronauta, dlaczego przeżywa i tak dalej. Ten konflikt, który się pojawia pomiędzy jego żoną a nim, pomiędzy tą agendą, która kontroluje misję. Bo w pewnym momencie pojawia się dramatyczna decyzja, że nie przekażemy informacji od żony, która nie ma specjalnie ciekawych informacji do przekazania głównemu bohaterowi. Notabene gra go aktor komediowy, co też nie sprzyja temu. Nawet jak sobie brodę zapuści, to i tak wiadomo, co to za aktor. Ale to nie sprzyja takiemu nastrojowi filmu. Ona ma mu do przekazania nie najlepsze informacje à propos ich wzajemnego pożycia, pomimo że owocem tego pożycia jest dziecko w drodze, a mimo wszystko kobieta nie ma do przekazania mu najlepszych informacji.
I tutaj wraża instytucja, która dba, żeby misja się powiodła. Dba o to, żeby ta straszliwa informacja nie dotarła do astronauty. Wybaczcie państwo, poziom infantylizmu tego filmu chyba mnie dobija.
[01:25:02] - Po prostu się tam nic nie dzieje. Ta rola Sandlera jest może trochę na plus, a on mimo wszystko wypadł nie najgorzej. Nie wygląda na Czecha. Nawet pająk też na Czecha nie wygląda. Nie jest interesującą postacią. Jest zbyt bajkowe to wszystko i w połowie tego filmu miałem dość. Już około 45 minuty się zacząłem nudzić i zastanawiać, co się wydarzy w finale. Nic się nie wydarzyło.
[01:25:32] - Ale ględzili dalej, konsekwentnie ględzili dalej.
[01:25:36] - I nudziłem się. Muszę powiedzieć, że się znudziłem strasznie. Nie było oczekiwania na zbliżanie się do tej chmury, do Chopry, choć to ona czyniła z tego filmu pełnokrwiste science fiction. Nie byłoby fajnie dowiedzieć się, co tam jest? A dowiadujemy się, że to jest-
[01:25:52] - No właśnie, żeby tam się coś wydarzyło na koniec, to by uratowało ten film. Coś by pierdyknęło, coś by nagle się okazało. Tak jak jest koniec „Pikniku na skraju drogi” i w pewnym momencie główny bohater biegnie i krzyczy: „Czego życzcie ludzkości?” Ja już państwu nie będę zdradzał, o co chodzi w książce, ale nawet tego nie ma. To coś tam sobie migocze w tej przestrzeni i nic, absolutnie nic z tego nie wynika, a mogło wyniknąć. Można zrobić było taki twist absolutny, który by pewne rzeczy rozwiązał, nawet sytuację głównego bohatera z jego żoną. Cholera wie co jeszcze. Ale nie, po co wykorzystywać tak widowiskowe sceny, tak widowiskowe i zagadkowe sceny, które widzimy, te obrazy, które śledzimy. Po co to w ogóle wykorzystywać? Chmura jest? No jest.
Trochę jest wykorzystana chmura, bo pająk w pewnym momencie się oddala, ale to też jest głupie. Ja nie mam słów, nawet trudno powiedzieć, że to jest krytyka, bo to nie jest krytyka. To są słowa bezradności wobec, chciałem powiedzieć infantylizmu, ale ten film nie jest infantylny. On jest po prostu bezpłciowy kompletnie.
[01:27:21] - To jest tak, jakby Jaroslav Kalfar postanowił zilustrować piosenkę bardzo znaną, którą lubię „Space Oddity” o majorze Tomie. W sumie to tak jest. Wszystko prawie się tam sprawdza. Temu filmowi dobrze by zrobił smutny koniec tak naprawdę. Jakaś emocja, która by człowiekiem wstrząsnęła. Tam się nic nie dzieje. To jest tak miałkie. Ja się nawet zastanawiam, chciałbym, nie to, żebym bardzo chciał, bo nie miałbym na to czasu, ale jakoś dowiedzieć się, o czym jest ten kosmonauta z Czech. Czy to rzeczywiście jest tak złe jak ten film, czy to jest trochę głębsze? Wydaje mi się jednak, sądząc po końcówce, że wcale takie dobre nie jest.
Bo to jest pseudo psychologia jakaś. To nawet śmieszne nie jest. Zresztą co facet, który się urodził w roku '88 może wiedzieć o sytuacji tego kosmonauty na przykład. Przecież on jest starszy od niego nawet. Bo on jeszcze żył w tych czasach komunistycznych. Także nie wiem, to jest straszne. To mi przypomina te badziewia, które kręciła pani, jak ona się tam nazywa, ta córka Agnieszki Holland, Kasia Adamik. Ona też kręciła takie science fiction po polsku. Pamiętacie? Omawialiśmy je.
One były dużo gorsze faktycznie, ale tutaj też nie jest źle. Po co w ogóle, słuchaj Marku, takie coś robić? Kupa kasy na to idzie. Czy nie lepiej coś pożytecznego zrobić? Przecież oni by nakręcili z tego teatr telewizji i to by się lepiej sprawdziło niż naprawdę wydawanie kupy kasy na coś takiego. Ale zanim ci oddam głos jeszcze na koniec, to ciekawa rzecz, bo wiesz co? Książka Kalfara, już nie pamiętam, który to jest rok. Natomiast w roku 2016 czeska telewizja wypuściła serial „Kosmo” i to był taki serial komediowy dziejący się w kosmosie, jak Słowianie wyruszają we wszechświat. Do Polski trafiły sceny z udziałem akurat polskiej załogi w tym serialu. To zdobyło sporą popularność i ciekawi mnie strasznie, czy Kalfar w jakikolwiek sposób się na tym wzorował, czy to jest absolutnie coś innego i było na odwrót.
Bo wydaje mi się, że jednak się wzorował. No i tutaj poważny zarzut z mojej strony. W 2016 roku pojawia się film o tym, że Czesi, Słowacy, Polacy lecą w kosmos. A tutaj mamy coś, co jest bardzo podobne, tylko udaje, że jest trochę poważniejsze.
[01:30:05] - Wiesz, Piotrze co, ja myślę, że nasz autor wzorował się na całkiem poważnej science fiction. Jest taki podgatunek SF, który nazywa się innerspace. Powiem tak, był taki film, ale to zupełnie nie o to chodzi. Innerspace to jest taki gatunek, który bada kosmos wewnętrzny człowieka. Ten film, który wspominam, to chodziło o to, że tam coś w człowieku pływa pomniejszone. To w ogóle nie o to chodzi. Gatunek innerspace w science fiction to jest taka próba troszkę freudowska, trochę jungowska, takiej trochę psychoanalizy, takiego badania kosmosu wewnętrznego człowieka, tego, co w nim siedzi, jak to wygląda. Mistrzem tego gatunku, podgatunku właściwie był Ballard. Jeśli państwo znacie jego opowiadania, jeśli państwo znacie na przykład powieść „Wyspa”, ale opowiadania, które zostały w 80. latach wydane, później zresztą też „Ogród czasu” nazywał się ten tom.
I tam są absolutnie kultowe opowiadania Ballarda, które się w ten nurt innerspace wpisują. Tylko problem filmu "Astronauta" polega na tym, że o ile Ballard miał coś do powiedzenia, każde jego opowiadanie chłonie się, ponieważ tam się niewiele niby dzieje, przynajmniej w niektórych. Ale ogrom problemów, ogrom tego, co ma do powiedzenia autor, jest niewyobrażalny. Dostajemy za każdym razem, przy każdym opowiadaniu taki strzał intelektualny, który nas zostawia z poczuciem: „wow, co się przed chwilą wydarzyło? Przecież to jest nieprawdopodobne”. Myślę, że nasz autor z Czech próbował to powtórzyć, tylko nie wyszło. Po prostu nie wyszło, a w ślad za tym nie wyszło również realizatorom filmu. Bo różnica pomiędzy czeskim autorem a Ballardem, bo tych autorów inner space było całkiem sporo, polega na tym, że jeśli ktoś się bierze za ten gatunek, to po pierwsze ma zmapowanego człowieka, a właściwie jego umysł, jego problemy. Ale te prawdziwe, te problemy, które są w nas, które ciężko z nas wyrwać, ale one cały czas z nami są. On je ma przez przerwy przed sobą.
I opowiadania, które wówczas powstają, są takie, jak powiedziałem, że człowiek je odkłada i mówi sobie: „rany, jakie to było wspaniałe”. Czasem później okazuje się, że może nie do końca, ale liczy się efekt pierwszy, ten pierwotny efekt. I to jest siła działania inner space. A inner space w wykonaniu "Astronauty" polega, ja się powtórzę świadomie, żebyście państwo dobrze to zapamiętali, na ględzeniu. Gadamy, aż się państwu znudzi. O wszystkim, o życiu, o kosmosie, o tym, czy jest dobrze, czy jest źle, czy jest fajnie, czy niefajnie. Poruszamy właściwie cały zakres wiedzy, refleksji filozoficznej, nawet nie cały, wyrywki z niego, ale takie bardziej poruszające. Kim jest człowiek? Albo jaka jest rola? Co powinniśmy robić, co jest dobre, co jest złe i tak dalej.
Jak ja słyszę takie teksty, to wiem od razu, że to są pierdoły. Bo wiecie państwo, co jest dobre, co jest złe, co jest pozytywne, niepozytywne, co jest prawe, a co jest lewe. Świadomy sarkazm. To wszystko wymaga znacznie dłuższych filmów. Nawet nie wiem, czy opłaca się filmy kręcić. Może znacznie dłuższej refleksji takiej naszej wewnętrznej, może pobudzonej przez filmy, ale na pewno nie przez takie filmy jak "Astronauta".
[01:34:46] - Dokładnie tak. Reasumując, czeski film zrobiony przez Amerykanów, przegadany, dobry do spania. Taki, który by się lepiej sprawdził jako sztuka w teatrze. Tak myślę.
[01:35:00] - Piękne dzięki, Piotrze. Tym razem mieliśmy wspólny front i wspólne zdanie, ale ja myślę, że trudno, żeby było inaczej. To był naprawdę słaby film, ale ja powiem państwu na końcu paradoksalnie, spodziewacie się państwo, co powiem. Obejrzyjcie państwo ten film przynajmniej do tej 45. minuty, może 30., żebyście państwo dokładnie wiedzieli, co tracicie albo właściwie czego nie tracicie.
[01:35:39] - Dokładnie. Jestem tego samego zdania. W ogóle ja myślę, że od przyszłych odcinków „Filmotekarium” powinniśmy sobie wprowadzić, jak każde medium oceniające, skalę jakiejś oceny, na przykład od jeden do pięć, od jeden do 10. Dzisiaj się nie podejmuję tego, jakbym ocenił „Astronautę” na przykład w skali jeden do 10 albo jeden do pięć, ale myślę, że to pomoże w przyszłości naszym słuchaczom. Piszcie, co powinniśmy zrecenzować. Za tydzień będzie ciekawie, ale to się przekonacie. Do usłyszenia.
[01:36:25] - A ja zanim powiem do usłyszenia, to powiem jeszcze: film „Astronauta” oszukuje. Pięknie państwu dziękuję. Do usłyszenia. To teraz czas na „Gości z Marsa”. Władysław Sadke "Goście z Marsa", księga trzecia, rozdział piąty. Życzę miłego słuchania.
[01:36:56] - Władysław Sadke. "Goście z Marsa". Czyta Reda Paweł Hadar.
[01:37:17] - Więc wy przecie znacie jedno uczucie. Znamy je my. Znamy miłość czystszą, szlachetniejszą i wznioślejszą niż wy, ziemianie, ale też cierpimy odpowiednio więcej niż wy. Moje życie jest tego najlepszym dowodem. Wychodząc po raz pierwszy za mąż, nie znałam tego uczucia. Wiedziałam tylko, że jest to choroba szkodliwa dla naszego społeczeństwa, więc bronić się jej i strzec należy wszelkimi siłami
[01:37:41] - Tak nas uczono, tak nam ciągle przekazywano, a nawet grożono, że człowiek tej chorobie podpadający niewątpliwie umrzeć musi, gdyż społeczeństwo jej tolerować w żaden sposób nie może. Jako żona wypełniałam swe obowiązki, bo posłuszeństwo bezwzględne jest nam wszystkim wrodzone. Obowiązki te są nader małe, bo jako żona mam być tylko wierną swemu mężowi i on musi być takim dla mnie. A zresztą wiodę życie zupełnie swobodne, zwłaszcza, iż nikt u nas domu nie prowadzi, nikt rodziny nie utrzymuje. A gdzież jadacie, mieszkacie? O mieszkaniach już wspominaliśmy. Są to domy wspólne dla wszystkich, gdzie zastajemy wszystko już, czego do życia i wygody potrzeba. Małżeństwa zamieszkują osobne domy, inne są przeznaczone dla wolnych. Znowu w innych przebywają dzieci ze swymi wychowawcami i młodzież kształcąca się. Nasze pożywienie jest bardzo skromne, ogranicza się bowiem na tym płynie, który tu widzisz.
Zawiera on w sobie wszystkie pożywne cząstki świata zwierzęcego i roślinnego. Kilka więc łyżek na dzień wystarcza w zupełności dla jednego człowieka. To jakieś cudowne pożywienie. Nie tak cudowne, jak sądzisz. Ty porównujesz wasze pożywienie z naszym i dlatego przypuszczasz, iżby tego pożywienia było za mało dla jednego z was. Po części jest to prawdą, bo wyście przywykli do spożywania ogromnej ilości pokarmu, ale możecie to sobie pozwolić, gdyż ziemia jest jeszcze tak szczodrą dla was. Wprawdzie u was jedni spożywają 10 razy tyle, niż potrzeba dla utrzymania życia, innych miliony ginie z głodu, ale wasze umysły filozoficzne umieją to snadnie pogodzić. Zwłaszcza, iż w tej nierówności, jak sam już kilkakrotnie wyraziłeś, upatrujecie największy interes, największą rozkosz życia. My wolimy mniej, ale natomiast cieszymy się, że dla wszystkich starczy w równej mierze. Wy chlubiliście się swym altruizmem.
My tylko jesteśmy altruistami. Z drugiej strony znowu nie jest to zbyt skromne pożywienie, bo wyrówna waszej przeciętnej ilości dziennego pokarmu. Jeśli bowiem odejmiesz z waszych pokarmów tę ogromną ilość części niepożywnych, które wraz z pożywnymi zjadacie, zapewniam cię, iż po ich wyłączeniu niewiele nad naszą ilość pozostanie. Więc wy już smaku nie posiadacie? Nie posiadamy ani smaku, ani powonienia, bo w naszych stosunkach są to zmysły zupełnie zbyteczne. W stanie barbarzyńskim, do którego i wasz jeszcze zaliczam, były one człowiekowi niezbędnymi, bo strzegły go od pokarmów szkodliwych jego zdrowiu. U nas jednak nikt się sam nie karmi, a społeczeństwo nasze czuwa samo nad zdrowiem swego członka. Dlaczego nasz wiek zowiesz jeszcze barbarzyńskim? Bo więcej serca znalazłabym u dzikich Hotentotów i Eskimosów niż u was, ludzi cywilizowanych. Ależ u nas współczucie odgrywa ogromną rolę!
Ileż to przytułków wybudowaliśmy dla starców, kalek i chorych. Ileż to milionów wydajemy na powodzian i pogorzelców. Wszystko to jest prostą tylko obłudą, fałszem, bo pod cieniuchną warstewką altruizmu ukrywał się obrzydliwy egoizm. Że to było wszystko sztucznym tylko najlepiej dowiodę ci faktem następującym. U was największym współczuciem odznaczały się kobiety. A czytaj dzieje waszych rozruchów, rewolucji. Znajdziesz tam, iż te same kobiety litościwe, z zimną krwią lały strumienie nafty, by pożogę rozszerzyć. Zadawały największe męczarnie pokonanym wrogom. Któreż to uczucie było prawdziwsze? Sam przyznasz, że to drugie, kiedy ich nie krępowały już żadne względy.
Dajmy zresztą pokój sprzeczkom, bo nie zdołam ci dokończyć mego opowiadania. Zostałam żoną. To znaczy właściwie, iż przeniosłam się do domu innego i zamieszkałam wraz z mężem pokoje przeznaczone dla małżeństw. Innej różnicy w trybie życia poprzedniego nie zauważałam. Tak samo bowiem, jak dawniej udawałam się do swego obserwatorium codziennie i pracowałam przeznaczoną ilość godzin. O tej samej porze przychodziłam na nasze wspólne obiady i wieczerze i wraz z innymi odbywałam w oznaczonych godzinach przekazane przejażdżki balonem. Więc u was wszystko odbywa się według przepisów? Tak jest. Wszak ci wiadomo, że i nasi przodkowie żyli ściśle według poobrzut określonych przepisów. Zresztą bezwzględna równość wymaga trybu oznaczonego i ścisłego zastosowania się do czasu.
W takim społeczeństwie jak nasze musi być wszystko uregulowane jak w maszynie, bo najmniejsze zboczenie spowodowałoby zastój, a nawet pogruchotanie się całej budowy. Nie wiedziałem, iżby równość wymagała tak strasznej niewoli. Śmieszne wiece istotnie. Od wieków dążycie do równości wszystkich, do wolności bezwzględnej. Rozum wasz i słusznie nawet przemawia za tą wolnością i równością ogólną, a nie wiecie, do czego ona wiedzie. Jeśli ma istnieć wolność i równość, to w takim razie musi być wszystko, najdrobniejsza nawet czynność ludzka ściśle uregulowaną, bo każde uchylenie się sprowadza upadek równości, a zatem i ogólnej wolności. Przypuśćmy na przykład, iżby jeden z nas dla kaprysu tylko, a nie dla ważnych przyczyn wyłączył wyjazdów. Po chwili zjawiłby się drugi, trzeci taki, a następnie dziesiąty i setny, który by osobno się karmił i wzbijał balonem. Ci zapewne utworzyliby wkrótce kółko osobne, wyróżniające się od innych tą właśnie odrębnością i powstałby jakiś rodzaj arystokracji, czy to pod względem zajęcia stanowiska, czy też wyższości umysłowej. Choćby reszta w gminie nie uznawała ich wyższości, mimo to równość zostałaby poważnie zachwiana, a wnet, sam przyznasz, znikłaby i wolność ogólna.
Do tych samych wniosków możesz dojść z każdej innej czynności ludzkiej i łacno się przekonać, że wolność ogólna jest niewolą największą. Wszystkie zwierzęta żyjące gromadnie podlegają u was niewoli. Tylko drapieżce są istotnie wolnymi, ale i te stają się niewolnikami, skoro łączą się w pary. Jakąż straszną przyszłość odsłaniasz ludzkości! Wszak sami dążycie do tego i głosicie, iż jest to wolą waszą niezachwianą. Zaślepieni! To fatum rządzi waszą wolą. To tylko skutki przyczyny pierwotnej, od której nie uchylicie się nigdy. To tylko przedśmiertne wyrównanie sił przyrody. Nie unikniecie losu waszego.
Zakończmy jednak dzisiejszą rozmowę, bo czuję się słabą.
[01:43:58] - Władysław Sadge. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar. W tej powieści robi się dziwnie. Przyznacie to Państwo, ale to nie jest typowe science fiction. To jest powieść teozoficzna. Tak, to chyba najlepsze określenie. Teozofia miała tu ogromny wpływ na autora. Ona jest specyficzna, ale nie należy jej odbierać wprost. To już zresztą Państwo sami wiecie.
A ja teraz Państwa zapraszam na recenzarium Vivy. Dzisiaj powieść Stanisława Lema zatytułowana „Fiasko”.
[01:45:22] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Już wcześniej zdarzało mi się wspominać, że Stanisław Lem jest moim ulubionym polskim autorem science fiction. Nie dlatego, żeby tworzył barwniejsze światy niż inni. Raczej przeciwnie, właśnie dlatego, że tego nie robi. Stanisław Lem opisuje to, co mogłoby się rzeczywiście wydarzyć. Albowiem, jak jeden ze znanych pisarzy powiedział: „Do wymyślenia pozostała nam tylko planeta, na której ludzie będą chodzili na rzęsach.” Jednym słowem, wszystko w zasadzie zostało już opisane. Jakieś szczególne udziwnienia mogą cieszyć pewną grupę miłośników science fiction. Mam tu na myśli książki typu N. K. Jemisin „Wrota obelisków”.
Przeczytałam tę książkę i inne książki tej autorki, ale do tej pory nie wiem właściwie, co ja przeczytałam. Natomiast w przypadku Lema wszystko jest jasne. Opisuje rzeczywistość spójną logicznie i w sumie bez problemu wywodzącą się od tego, co już mamy. Jeżeli zaś pisze o czymś więcej, to ma to cel. Tym celem jest alegoryczne ukazanie problemów ludzkości. Myślę tutaj o książce „Eden”, ale dzisiaj mam zamiar poruszyć temat ostatniej z powieści Lema. To znaczy mówię o „Fiasku”. To samo w sobie jest dość gorzką ironią, że swoją działalność na niwie fantastyki Lem zakończył powieścią o tym właśnie tytule. W pewnym sensie jest ona najważniejsza z całego jego dorobku. Porusza temat, który był mu bardzo bliski, mianowicie niemożność nawiązania kontaktu z inną cywilizacją.
Kontaktu w takim sensie, w jakim to rozumiemy. Poruszał ten temat już we wspomnianym „Edenie”, w „Solaris”, a teraz mamy właśnie „Fiasko”. Dlaczego fiasko? Ano właśnie, to bardzo ciekawe. Bo właściwie dlaczego ta powieść kończy się tak, jak się kończy? Zanim się skończy, oczywiście musi się zacząć. W skrócie: z Ziemi wyrusza statek badawczy. Załoga dostała rozkaz nawiązania kontaktu z cywilizacją planety Kwinta i to właśnie ma zamiar zrobić. Po drodze z księżyca Tytana zabiera kilka pojemników hibernacyjnych, w których znajdują się ludzie zamrożeni. Przeważnie robotnicy, którzy zginęli podczas budowy kosmodromu na Tytanie.
Ale nie tylko. Okazuje się, że do procedury rezurekcyjnej nadają się tylko dwa ciała i to akurat ludzi, którzy z całą pewnością robotnikami nie byli. Badając sprawę, dochodzą do wniosku, że jeden z nich jest to słynny komandor Pirx, a drugi to Angus Purvis. Pirx zginął, ponieważ wymógłszy możliwość udania się na kosmodrom w bardzo skomplikowanej maszynie, zszedł z polecanej mu trasy. Angus Purvis natomiast zginął, próbując ustalić, co się z nim stało. Lekarze stają przed niezwykłym dylematem, ponieważ tylko jeden z nich może zostać ożywiony. Tylko dla jednego wystarczy organów. Muszą więc, niejako metodą Frankensteina, poskładać człowieka. Ale który to będzie człowiek? O tym ma zadecydować jego świadomość.
Tyle że podczas wytryfikacji, czyli wyższej formy hibernacji, ona zazwyczaj ulega uszkodzeniu i można się nie dowiedzieć, kogo właściwie wskrzeszono. Dlatego też już odhibernowanemu mężczyźnie nadają nowe imię i nazwisko. Niestety nie jest on w stanie sobie przypomnieć, czy jest słynnym komandorem Pirxem, czy też bohaterskim pilotem, który ruszył mu na pomoc. Z konieczności zostaje razem z załogą na statku, zaś jego celem staje się poznanie Kwintan. Coś jednak idzie nie tak. No właśnie, co idzie nie tak? To, co zwykle. W tej powieści Lem zawarł bardzo pesymistyczną wizję ludzkości, która nie jest w stanie się zmienić. Załoga próbuje nawiązać kontakt z cywilizacją, która tego kontaktu absolutnie sobie nie życzy. Ponieważ inaczej nie można dotrzeć, próbuje zniszczyć instalacje obronne, które otaczają planetę.
Z tragicznym skutkiem. I tutaj mamy Właśnie to, co Lem zawsze powtarzał. Po pierwsze, jeżeli nawet jakimś cudem kiedyś dotrzemy do jakiejś innej cywilizacji, to co my jej powiemy? Jak zorientujemy się, co jest dla niej ważne? Może ona być dla nas nie tylko niezrozumiała, ale całkowicie nierozpoznawalna. Owszem, we „Fiasku" kwintanie przesyłają pewne wiadomości załodze ziemskiego statku. Tutaj jednak możemy wysunąć wątpliwość, czy to są rzeczywiście wiadomości od kwintan, czy też swego rodzaju radosna twórczość pokładowego komputera, który je tłumaczy. Takiej pewności nie mamy i mieć nie możemy. Jakieś sygnały są przesyłane. Komputer usiłuje je przełożyć, stosując znane ludzkości algorytmy, ale wcale niekoniecznie to, co przekazuje załodze, musi być tym, co chcą jej przekazać kwintanie.
Sądząc po ich zachowaniu, te wiadomości raczej brzmiałyby: zostawcie nas w spokoju, lećcie dalej swoją drogą. Również portret załogi wypada raczej mrocznie. Tak jakbyśmy mieli do czynienia, mówiąc kolokwialnie, z bandą trepów. Nie są oni zdolni do własnej refleksji. Wykonują rozkazy, nawet jeśli te rozkazy im się nie podobają, nawet gdy mają wątpliwości, nie są w stanie ich złamać. Są niczym stalinowscy albo hitlerowscy oprawcy. Bo nieraz się czytuje, że ten czy inny, wydając rozkazy, które kosztowały życie setek, tysięcy ludzi, myślał sobie: a może jednak nie należałoby tego robić? To jest złe i tak dalej. Ale on i tak te rozkazy wydawał, ponieważ taki rozkaz dostał z góry. Był tylko trybikiem w maszynie.
I taka jest właśnie załoga ziemskiego statku. Z wyjątkiem jednej osoby, pokładowego kapelana. Dość osobliwe. Lem był bowiem ateistą. Jednak właśnie w pokładowym kapelanie o imieniu Arago zogniskowała się u niego cała ta lepsza strona ludzkości. Tyle tylko, że był on człowiekiem bezradnym. Nie mógł nic zrobić, na nic nie miał wpływu. Mógł tylko prosić i obserwować, nic więcej. To bardzo smutne, ponieważ nie potrafił nikogo przekonać. „Fiasko" to najbardziej mroczna powieść Lema i też właśnie dlatego może być najbliższa rzeczywistości.
Ponieważ obserwując to, co się dzieje dookoła nas, widzimy, że ludzkość wcale się nie zmienia. Nadal ci, którzy mają bandyckie zapędy, próbują za pomocą co najwymyślniejszej broni, a choćby i gołej pięści, wprowadzić własne porządki. Natomiast reszta świata, objedzona, otumaniona przez programy telewizyjne, popatruje się na to i najwyżej łezkę uroni. Tak, myśmy się tak naprawdę wcale nie zmienili od czasów „Fiaska" i nie łudźmy się, że tak jest. Myślę, że to właśnie chciał Lem przekazać we „Fiasku" i udało mu się to bardzo dobrze. A kto mi nie wierzy, niech sięgnie po książkę. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:53:16] - A skoro była mowa o Lemie, o Stanisławie Lemie, to podtrzymajmy ten temat. Zapraszam na sentymentalnik ze Stanisławem Lemem w tle. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Czas zacząć sentymentalnik.
[01:53:39] - Dokładnie jest tak, jak powiedziałeś. Witam wszystkich. A dzisiaj coś, powiedziałbym, bardzo oryginalnego. Coś, co wiele osób zaskoczy. Bo i tak, i film Wajdy, i film Lema jednocześnie. Tylko jakie są nasze opinie względem „Przekładańca"? O tym dzisiaj powiemy.
[01:54:03] - No i dodajmy jeszcze jednego mistrza, czyli Bogumiła Kobielę. Aktora, który, i to jest może najmniej zabawne w tym wszystkim, rok po premierze „Przekładańca" zginął w wypadku samochodowym. Jakby rodzaj fatum, bo w „Przekładańcu" mamy do czynienia z kierowcą rajdowym. Kierowcą, który może jest i niezłym kierowcą, ale ciągle ma wypadki.
[01:54:38] - Tak, to jest taka przedziwna synchroniczność, straszny zbieg okoliczności. O tym za chwilę powiemy. Ale mówiłeś o mistrzach ekranu, to tam przecież ich jest więcej. Pojawiają się czasem na chwilę. Ale w filmie występuje także Ryszard Filipski. Ale o aktorach powiemy na samym końcu. Powiedziałem, że mam mieszane uczucia wobec „Przekładańca" i takie główne pytanie mnie dręczy. Nie potrafię na nie odpowiedzieć. Czy ten film się zestarzał? Bo moim zdaniem i tak, i nie.
On się jako opowieść chyba nie zestarzał, ale się zestarzał trochę jako obraz, jako film. Bo jest to dzieło niezwykle charakterystyczne dla polskiej kinematografii jako takiej, nawet nie tylko fantastycznej. No ale po kolei. Jest to bardzo krótki, niespełna 40-minutowy film oparty o opowiadanie Stanisława Lema. A że Lem napisał też scenariusz do filmu, to ponoć nie narzekał na realizację, jak miewał w zwyczaju. Marku, nim ci oddam głos i oczywiście zapytam o pierwowzór literacki, to może tak trzy słowa, o czym ten film jest, bo tutaj zrobiłeś wprowadzenie. To taka groteskowa opowieść o świecie przyszłości, w którym medycyna i nauka doprowadzają do sytuacji absurdalnych. I to takich absurdów nie tylko z prawnego, ale też moralnego i życiowego punktu widzenia. Tylko że to jest komedia ogólnie, o tym pamiętajmy. Poznajemy tam kierowcę rajdowego Richarda Foxa, który ma straszne nieszczęście do kraks.
W tej roli wspaniały Bogumił Kobiela. Powiem ci, że tam widać ten jego potencjał komediowy. Dowiadujemy się, że Fox chce uporządkować sprawy związane z wypłatą odszkodowania za wypadek, w którym zginął jego brat. Problem w tym, że okazuje się, że Fox ma w sobie przeszczepione części ciała brata. Nie tylko organy, ale ogólnie części ciała. Jest poskładany z różnych elementów, wskutek czego formalnie nie do końca jest sobą, ale też nie do końca jest swoim bratem. A ponieważ przeszczepiono mu całe partie ciała, to formalnie jego część nadal jest ojcem dzieci jego brata. Bo te części, które za to odpowiadały, nadal żyją. Tu się rodzi kwestia prawna. W filmie dochodzi do wielu zabawnych wątków, sytuacji, ale główny nacisk jest kładziony na to, jakie problemy może stwarzać zaawansowana transplantologia.
Pada nawet tam ciekawe porównanie, dość zabawne, i ono nam mówi, że tu nie chodzi o taką transplantologię, że ktoś komuś podarowuje serce, które jest potem wszczepiane przez lekarzy. Podarowuje oczywiście symbolicznie. Tam pada takie znamienne zdanie, że podczas wypadku autobusu, w którym było 18 osób rannych, okazało się, że po zszywaniu ich wyszło 19. Czyli to jest taki film trochę wręcz cronenbergowski, że on z jednej strony jest komedią, jest filmem science fiction, ale od tej strony trzeciej to taka groteska, a z drugiej strony horror typu body horror. Chciałbym jeszcze cię poprosić na samym początku, żebyś odniósł się nie tylko do treści, ale też do pierwowzoru, bo to jest bardzo interesujące z kilku powodów. Także tego, że ten film w warstwie scenariuszowej się nie zestarzał. Często jest tak z ekranizacjami Lema, że chociaż to nie są dobre filmy, to sama opowieść, sama kanwa jest świetna, tylko z realizacją bywa różnie. A jak z realizacją jest w „Przekładańcu”, zaraz sobie powiemy. Warto powiedzieć, że tytuł "Przekładaniec" to jest tytuł filmu. Oryginalny tytuł opowiadania Lema to jest tytuł "Czy pan istnieje, Mr Jones?".
To o tyle jest trudne do zestawienia, że później scenariusz, tak jak powiedziałeś, filmowy też pisał Lem, przekształcając swoje opowiadanie. Lem rozumiał język filmowy, okazuje się. Film "Przekładaniec" a opowiadanie "Czy pan istnieje, Mr Jones?" to są, trudno powiedzieć, że dwa osobne utwory, ale to jednak akcenty inaczej są porozkładane. Nie wiem, czy to dobrze, czy to źle. Nie rozstrzygnę tego, ale ważne jest to, co powiedziałem przed chwilą. Natomiast kiedy sobie myślę o tym filmie i rozważam to, co Lem stworzył, to tak jak powiedziałeś, w warstwie umysłowej, myślowej to jest film, który się nie zestarzał. Chociaż tu mam drobną uwagę, do tej gwiazdki jeszcze wrócę. Natomiast rzeczywiście w warstwie obrazu to już dzisiaj troszeczkę trąci myszką. To jest rzeczywiście takie sobie. Tym bardziej, że film teoretycznie rozgrywa się w roku 2000, a my wiemy, jak wyglądał rok 2000.
Zupełnie inaczej. To oczywiste. Jak się kręci film pod koniec lat 60., to raczej trudno jest przewidzieć, co się tak naprawdę za trzydzieści kilka lat wydarzy. Więc tu odpuśćmy. Natomiast powiedziałem o tej gwiazdce. Powiedziałem też, że film myślowo się nie zestarzał, jeśli chodzi o pewne problemy, które stawia. Chociaż myślę, że w opowiadaniu jest to postawione lepiej, z większym naciskiem i więcej można zrozumieć. Ale o co tak naprawdę chodzi, jeśli odwołuję się do tej gwiazdki? Otóż mam wrażenie, że przez bardzo długi czas film "Przekładaniec" był interpretowany na takim poziomie właśnie, ile jest człowieka w człowieku i w którym momencie człowiek przestaje być tą jednostką myślącą, a staje się kawałkiem ciała, do którego momentu ja jestem ja, a w którym przestaję być ja. Troszeczkę mamy z takimi starymi, bardzo filozoficznymi problemami do czynienia, typu czy jeśli wymienimy 90% ciała, a nie wymienimy mózgu, to to jestem ja, czy to już są moi koledzy, tudzież brat na przykład, tak jak w filmie się zdarza.
A nie tylko brat, jak to już zostało powiedziane, bo może się zdarzyć, że nawet kawałek psa się znajdzie. Na tym się skupiano, a moim zdaniem popełniano błąd. Popełniano błąd, bo to są problemy, które rzeczywiście gdzieś z głębi filozofii
[02:02:16] - Gdzieś tam wypełzają i to nie jest problem. Dla mnie najzabawniejsze w tym filmie jest to, jak zachowują się prawnicy. Do jakiego stopnia z idiocenia zarówno klienta, jak i wysokiego sądu są w stanie się posunąć prawnicy, byleby tylko wykrzesać swoje. To znaczy w imieniu klienta coś uzyskać albo z kolei inni prawnicy, którzy na przykład reprezentują firmy ubezpieczeniowe, żeby tego odszkodowania nie dać. I to jest moim zdaniem clou tego filmu, a nie problemy natury egzystencjalno-moralnej, na ile jestem człowiekiem i na ile ręka przyszyta od kogoś obcego jest moją ręką, a na ile jest cudzą ręką. Nie, nie. Moim zdaniem ci interpretatorzy, a sam słyszałem audycje telewizyjne, które na tym się skupiały, że to jest taki problem, na ile jestem człowiekiem, ile jest człowieka w człowieku i tak dalej. Natomiast najzabawniejsze w tym filmie są te fikołki prawnicze, te głupoty wręcz, które wygadują prawnicy, bo okazuje się nagle, że prawo, jak to mawiają niektórzy badacze idei, prawo już dawno przestało być taką maszynką do tworzenia sprawiedliwości. Prawo zajęło się samo sobą. Prawo samo ze sobą dyskutuje, samo tworzy nowe treści i nie ma to nic wspólnego ze sprawiedliwością.
My to dokładnie w „Przekładańcu” widzimy, że to są jakieś jaja, które sobie robią z nas prawnicy. W dodatku, żeby to tak zabrzmiało i wybrzmiało do końca, robią sobie te jaja w majestacie prawa. Więc o sprawiedliwości to już w ogóle nie ma mowy.
[02:04:30] - Przejdźmy może do tej strony wykonawczej, bo tutaj jest o czym rozmawiać. Kiedy się „Przekładańcę” ogląda, to mamy wrażenie, że to jest zagraniczny film w polskim wydaniu, ale nie jest tak źle z tym. Powiem ci, że on jest w miarę udany. Nie ma scen, które tak mocno biją po oczach, jak na przykład w „Teście pilota Pirxa”. Jak w przypadku tych innych produkcji z PRL-u, które pokazywały niby Zachód. Tak?
[02:04:56] - No bo wiesz, Piotrze, ważne jest to, że Lem maczał palce w pisaniu scenariusza do tego filmu. W „Teście pilota Pirxa” i w kilku innych filmach na podstawie Lema, Lem nie miał nic do powiedzenia. Ktoś napisał scenariusz i Lem dostawał szału, regularnego szału. To, co on powiedział Tarkowskiemu, jak zobaczył „Solaris”, to podobno nie nadaje się nie tylko na antenę YouTube'a, ale w ogóle nie nadaje się, żeby to upubliczniać. Podobnie było z kilkoma innymi filmami na podstawie twórczości Lema. Podobno, a to już mówię na odpowiedzialność kilku mediów, w których to czytałem, to, że Lem nic nie powiedział o tym amerykańskim „Solaris”, to zawdzięczamy tylko i wyłącznie temu, że wytwórnia zalała go określoną ilością dolarów, żeby siedział cicho i się nie wypowiadał na temat tego, co wyprodukowali, bo gdyby, nie daj Boże, coś powiedział, to myślę, że film „Solaris” gdzieś by tam mocno dołował. Lem odpowiednio opłacony milczał. Pewno cierpiał, ale milczał. Nie milczał też w kilku innych przypadkach ekranizacji różnych, bo te ekranizacje były mniej lub bardziej dzikie albo czasami wręcz nieustalone. Siedział.
Generalnie chyba Lem nie cenił filmowców, natomiast okazuje się, że doskonale rozumiał język filmu. Bo jeśli zaczął maczać palce w „Przekładańcu”, to dostajemy obraz, nad którym pewno możemy dyskutować właśnie na temat jego dekoracji, na temat tego, na ile się zestarzał, na temat tego, czy warstwa intelektualna, ta myślowa, jest odpowiednio interpretowana. Ale nikt nie ma wątpliwości, że w tym filmie jest zawarty jakiś problem. I to moim zdaniem jest kolejne potwierdzenie tego, że Lem, i to oczywiście ci, którzy uważają, że wszyscy się zachwycają Lemem, a się nie ma czym zachwycać, zostaną przy swoim zdaniu, a ci wszyscy, którzy uważają, że Lem był niemal bogiem intelektu, tylko przyklasną. Tak, ja uważam, że Lem rzeczywiście wybijał się ponad przeciętność, jeśli chodzi o poziom myślenia o rzeczywistości. I tu, w tym filmie nakręconym, powtarzam, pod koniec lat 60., widać, jak bardzo się wybijał.
[02:07:51] - Tak, tutaj nie trzeba przekonywać nikogo, jak jest. Wystarczy, że sobie ten film znajdziecie. To nie jest trudne. Ta charakterystyczna moda, scenografia, Warszawa, bodaj Ściana Wschodnia stylizowana na Amerykę sprawiają, że chwilowo rzeczywiście mamy wrażenie, że przebywamy poza granicami. Ale wiesz, to tylko chwilowo tak naprawdę, bo ta przaśność po pewnym czasie jednak się wybija. Szczególnie że ten film jest osadzony w realiach świata wyścigów samochodowych. No to wiesz, pokazać Film o wyścigach bez wyścigów. I tutaj niestety chyba kwestie finansowe zadecydowały, bo oczywiście musiały być te sceny, kiedy oni tam jeżdżą w szaleńczy sposób. I one są słabe, bardzo. Tam nawet są takie zabiegi prawie animacyjne, trochę inspirowane komiksami.
To już nie porywa, chyba że to był specjalny zabieg, żeby sprawić, że ten film dla widza byłby nie do końca poważny. Czyli te sceny samochodowe, wyścigowe są z dzisiejszej perspektywy dość słabe i zabawne. Ostatecznie Wajda jednak jakoś tak łączy te wątki sprytnie, że nie odczuwamy ciarek żenady nawet 55 lat później. Ale widzisz, to też już nie jest tak, że ten film się ogląda z przyjemnością. To znaczy, z jednej strony transplantologia się stała normą, ale nie w takim wymiarze jak w filmie. To wiele osób może zniechęcać. Ale też jest taka sprawa, że to jest film science fiction, ale ta lekkość, pogrywanie konwencjami sprawiły, że mam takie wrażenie, nie wiem, jak się do tego odniesiesz, że ten film nie tylko się nie stał kultową komedią, ale nawet nie jest filmem, który jest szczególnie pamiętany.
[02:09:49] - Oczywiście, że nie stał się kultową komedią. O tym za chwilę. À propos jeszcze wyścigów. Rzeczywiście te sceny są mało wyścigowe, że tak powiem. Mało jest wyścigów w wyścigach, chociaż na plus można powiedzieć o tej scenie toczącej się opony. Ona jest bardzo filmowa. Ciekaw jestem, kto za nią stał. Czy Wajda, czy Lem? Nie wiem. W każdym razie rzeczywiście w tej warstwie obrazu.
Ale cóż, nie poprawimy starego filmu. Nie żyje mistrz Wajda, nie żyje mistrz Lem. Film jest, został i taki już zostanie. Ale nawiązując do twojego pytania, warto powiedzieć, że ja się wcale nie dziwię, że „Przekładaniec” nie stał się kultową komedią, chociaż jest zabawny, ale on jest zabawny w sposób ciężkawy. Już tłumaczę, o co mi chodzi. Otóż nawarstwienie problemów prawniczo-filozoficzno-egzystencjalnych w tym filmie jest tak duże, że trudno przy nim parskać śmiechem. A poza tym w tamtych czasach problem transplantacji był problemem raczkującym. Ja przypomnę, że jeśli państwo sprawdzicie, kiedy po raz pierwszy dokonano transplantacji serca, to te terminy jakoś tak dziwnie są nieodległe. W związku z tym problem transplantacji był wtedy problemem właściwie teoretycznym. Ja wiem oczywiście, gdzieś w latach 70.
to już zaczął być bardzo realny problem, ale wtedy, kiedy był kręcony film „Przekładaniec”, to jeszcze była teoria. To pokazuje zresztą, może nie do końca, ale też nie była to codzienność. W związku z tym to pokazuje, jak szybko wtedy rozwijała się nauka i praktyka medyczna. Dzisiaj też mamy z tym do czynienia. Medycyna naprawdę robi szaleńcze, w tym pozytywnym znaczeniu słowa, postępy. Ale okazuje się, że tych postępów jest zbyt mało, by uczynić nas może nie nieśmiertelnymi, ale przynajmniej takimi długowiecznymi. I tak żyjemy dłużej niż nasi praprzodkowie, a jednak nam ciągle mało. Wcale się zresztą nie dziwię. À propos tego, że to nie stało się kultową komedią, bo mało jest w tej komedii śmiechu tak naprawdę, takiego szczerego, nieskrępowanego śmiechu. Ilość problemów, tak jak powiedziałem, prawniczo-filozoficzno-jakichś tam, jest tak duża, że nie mamy czasu się śmiać.
A ni stąd, ni zowąd film się kończy, bo film się kończy dosyć niespodziewanie, chociaż logicznie, jak najbardziej logicznie, jeśli chodzi o sam scenariusz. To cóż, powtarzam, świetne role, bo mieliśmy powiedzieć o aktorach. Poza Kobielą mamy tutaj na przykład Zelnika. Zelnik występuje w roli bardzo ważnego pana doktora, który tych przeszczepów dokonuje. I to też jest świetna rola, bo pan doktor jest wyjątkowym kabotynem, ale jednocześnie zdolnym człowiekiem. Mamy, tak jak powiedziałeś, Ryszarda Filipskiego w roli prawnika właściwie, nie właściwie, po prostu prawnika, który też usiłuje ogarnąć to, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi i gdzie są te niuanse wyciągane przez firmy ubezpieczeniowe. A w dodatku jest, zdradźmy to, bo w końcu to nie jest film, który opiera się na suspensie, w dodatku jest krojony przez głównego bohatera na ciężką kasę. I zdaje się, że tak jak patrzymy w finale filmu, to chyba jakimś rekinem kapitału dzięki tej sprawie kierowcy rajdowego raczej nie został.
[02:14:19] - Ja bym tutaj się zatrzymał na chwilę przy tych aktorach i tej niezwykle interesującej rzeczy. Po pierwsze w filmie widzimy też brata Bogumiła Kobieli, naturszczyka, a po drugie zauważamy, jakim talentem był Kobiela i to nie tylko komediowym. Po trzecie ta wspomniana rzecz, taki chichot losu. On tam gra Kobiela, kierowcę Foxa, który się ściga, powoduje wypadki i w jednej z pierwszych scen leży ranny w takim futurystycznym łóżku. Tymczasem rok później, w lipcu 1969 roku, podróżując swoim drogim sportowym autem, z tego, co pamiętam, Kobiela z żoną i z pasażerami się zderza z Jelczem. Ciężko ranny trafia do szpitala w Gdańsku, gdzie po ponad tygodniu umiera. Także jest to trochę zapomniana historia, muszę powiedzieć. Drugie aktorskie zjawisko, powiem ci, to jest Ryszard Filipski, który gra tego adwokata. I tak, to jest aktor legendarny, ale i znienawidzony. Talent i outsider jednocześnie.
Tutaj go widzimy w bardzo ciekawej kreacji. On pokazuje mnóstwo możliwości. On jest znany i nieznany. Znany jest z Hubala, znany jest z Potopu. Potem też gdzieś tam występował, ale to jest jeden z aktorów kinowych w PRL-u, często goszczących na ekranach, który nie mógł sobie jakoś znaleźć miejsca w nowych realiach. Jak myślisz, dlaczego? Czy pamiętasz go w ogóle z jakichś ról? Bo on według niektórych był takim twardzielem czołowym, a tak naprawdę to słabo jest zapamiętany. Może przez swoje zaangażowanie w politykę w PRL-u.
[02:16:02] - Rzeczywiście za dużo ról Filipskiego nie pamiętam. Rzeczywiście był zaangażowany w politykę. To pewno się odbijało, bo PRL miał to do siebie, że jak się ktoś angażował w politykę po niewłaściwej stronie albo po takiej stronie, która nie pasowała władzy, w tym wypadku to bardziej byłoby chyba zasadne, to sukcesów nie odnosił. I to jest być może klucz do tego, że naszemu aktorowi nie za bardzo się powiodło, jeśli chodzi o te wszystkie sprawy związane z image'em, związane z rozpoznawalnością i z byciem po prostu gwiazdą. Wtedy nie funkcjonowało to zresztą na tym poziomie. Bycie gwiazdą, bycie jakimś takim człowiekiem, który się fotografuje na ściankach, bo ścianek po prostu nie było. Więc to rzeczywiście słuszne podkreślenie.
[02:17:02] - Warto jedną rzecz zauważyć, bo Filipski, w przeciwieństwie do reszty aktorów, którzy tam wystąpili, a był tam Zelnik, wiadomo, jeszcze działa i działa prężnie, też jest takim przykładem aktora politycznego. Ale tam był Tadeusz Pluciński. Kto tam jeszcze był z takich znanych aktorów? Pojawił się taki znany tancerz pamiętam, niestety wyleciało mi nazwisko z głowy. Nie to, żeby ich było bardzo dużo, ale było sporo aktorów charakterystycznych. Natomiast Filipski, który zmarł w roku 2021, on za swojego życia wywoływał skandale obyczajowe, polityczne, ale w sumie w momencie śmierci trafił na łamy pism brukowych, plotkarskich po raz ostatni. Nie wiem, czy to Marku pamiętasz. To się obiło o czołowe portale. Wiązało się z roztrząsaniem jego spraw rodzinnych tak naprawdę, bo kiedy ujawniono to, w jaki sposób się on odnosił do swoich najbliższych, do swoich dzieci, to przypomniano sobie zdanie o Filipskim, zdanie Hanny Krall, że to był wspaniały aktor, ale okropny człowiek. Zresztą Filipskiemu się już dostawało, na przykład u Barei w „Brunecie wieczorową porą".
To były takie subtelne przytyki. Miało mu się dostać też ponoć w „Misiu", kiedy Ryszard Ochódzki mówi w rzeczywistości w filmie, że chcą z niego Fronczewskiego zrobić, kiedy ma dostać angaż do filmu, a miało być, że chcą zrobić Filipskiego. Czyli jednak on jakąś pozycję wtedy miał. Dzisiaj już koneserzy, osoby, które się interesują kinem z PRL-u mogą takie rzeczy roztrząsać. Ale jednak „Hubal", jednak „Wachmistrz z Roqa" zostały zapamiętane jako takie role może nie jakieś wielkie, ale jednak. I tutaj właśnie Filipski w tym filmie nam trochę pokazuje, że nie wykorzystano go w pełni, nie wykorzystał go w pełni kin. Nie stało się z nim to, co się stało z wieloma innymi aktorami z PRL-u, którzy z sukcesem kontynuowali swoje kariery.
[02:19:10] - A ja muszę Piotrze jeszcze powiedzieć o wypadku Kobieli. Otóż muszę o nim powiedzieć, ponieważ ten wypadek zdarzył się w pobliżu Bydgoszczy, a właściwie w pobliżu miejscowości Koronowo, a właściwie troszeczkę za miejscowością Koronowo, jeśli patrzeć od strony Bydgoszczy. Ja bardzo wiele razy przejeżdżałem przez ten zakręt, na którym zdarzyła się tragedia, na którym doszło do zderzenia z tym dużym pojazdem. Co więcej, to były takie czasy, że Kobiela jeździł samochodem BMW 1600, ale miał problemy z oponami do tego samochodu i one były, mówiąc tak naszym językiem, dosyć łysawe. A wypadek zdarzył się na zakręcie, który ma 90 stopni, bez najmniejszej przesady, w czasie deszczu. Proszę państwa, połączenie tych faktów: łysych opon, sporego deszczu już państwu unaocznia, co się mogło wydarzyć. I ten paradoks polega na tym, że gwiazdora polskiego kina, człowieka, który występował naprawdę w wielu produkcjach i to takich kultowych, chociażby w „Rękopisie znalezionym w Saragossie" Też pojawia się Kobiela, chociaż tam główną rolę gra ktoś inny. Też aktor, który zginął tragicznie, ale Kobiela się pojawia w tym filmie i w wielu innych. Tego aktora było stać na super samochód, ale już z wymianą opon miał problemy. Nie wiem, czy to były problemy finansowe, czy problemy ze zdobyciem odpowiednich opon, ale taki był PRL.
W związku z tym, jak miał problemy, to się jeździło na łysawych oponach, a to skutkowało tym, co się wydarzyło. Wiem, że troszeczkę meandrujemy i odchodzimy od tematu filmu, ale okazuje się, w sumie nie tak bardzo, bo wypadek pozostanie wypadkiem. Chciałbym jeszcze do treści filmu nawiązać, bo powiedziałem już o tym, że wydawać by się mogło, że ten film jest o problemach natury moralnej. Ile człowieka w człowieku. Już to mówiłem. Mówiłem też o stopniu zidiocenia prawników. Proszę państwa, odwołam się do figury, którą stosuję dosyć często. Rozejrzyjcie się państwo. Czy nie macie wrażenia, że współcześni prawnicy zachowują się bardzo podobnie? „Dajcie mi człowieka, znajdę paragraf” i tym podobne komunały.
To znaczy, że współczesny prawnik tak naprawdę nie szuka tego, jak było, tylko jak to przekręcić, żeby było po myśli klienta. To są rzeczy straszne, bo tak jak powiedziałem na początku, nie dają sprawiedliwości. Dają namiastkę. Namiastkę. Tak delikatnie, procesowo powiedziałem, ale tak naprawdę nie dają poczucia sprawiedliwości. Dzisiaj jak słyszymy słowo prawnik, to się zastanawiamy, czy dowcip o sędzim, który co prawda nie miał żony, ale jak wpadł jego kolega i powiedział, że pies pana żony pogryzł moją żonę, to zapłacił temu koledze. Zapytany dlaczego, stwierdził: „Wiesz, sprawa trafi do sądu i różnie może być”. Czyli nawet nie mając żony wolał się asekurować. Troszeczkę tak wygląda i myślę, że Lem świetnie to wyczuł żyjąc w PRL-u, mając jakiś kontakt z Zachodem i wiedząc, jak to się odbywa w Stanach Zjednoczonych. Miał poczucie tego, że tym światem, przynajmniej po części, zaczynają rządzić prawnicy.
Naiwny człowiek mógłby pomyśleć, że skoro rządzą nim prawnicy, tym światem, to będzie sprawiedliwie. Okazuje się, że właśnie nie. Okazuje się, że jak prawnicy zaczynają rządzić światem, to się pojawia coś w rodzaju antyutopii. Nie chcę ciągnąć tego tematu, ale myślę, że to jest najważniejszym przesłaniem. Paradoksalnie, bo to nie jest wyakcentowane, ale to jest najważniejsze przesłanie filmu „Przekładaniec”.
[02:24:10] - Chyba najlepszym komentarzem do tego, co powiedziałeś jest to, że gros polskich polityków to są prawnicy z wykształcenia i tutaj chyba nic nie trzeba dodawać więcej.
[02:24:20] - Chyba nie. To jest chyba najlepsza puenta.
[02:24:23] - Ja tylko dodam, że „Przekładańcę” się trochę ogląda jak „Milczącą gwiazdę”. „Milcząca gwiazda” jest starsza. Natomiast ma się takie wrażenie, że to są czasy zamierzchłe i to wszystko jest nieprawdziwe, że to jest film eksperymentalny. Ale z drugiej strony Marku, zauważ, to jest film, który ma 40 minut niecałe, a myśmy niewiele więcej o nim gadali. Tak źle z nim nie może być.
[02:24:45] - Pięknie ci Piotrze dziękuję. Do następnego sentymentalnika. Państwo się już przyzwyczaili, że jak goście z Marsa to dwa odcinki. Wiem, szanuję. Przyzwyczajenia są ważne. W związku z tym Władysław Sadke „Goście z Marsa”, księga trzecia, rozdział szósty. Zapraszam.
[02:25:12] - Władysław Sadke. „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Hadda. „Dziś znowu ja głos zabrać muszę, bo towarzyszka moja zbyt jest słabą, choć i ja zbytkiem sił i zdrowia pochwalić się nie mogę. Mówiłem ci, że po roku czternastym przeznaczono mnie do wypasania owiec w Kaukazie. Nie czułeś się upokorzony tym wyrokiem? Upokorzony? A to dlaczego? Że cię przeznaczono do zajmowania tak niskiego stanowiska. Moje stanowisko niskie?
A zapomniałem w tej chwili, że rozmawiam z człowiekiem z Ziemi. Prawda. U was istnieją stopnie rozmaite zajęć i stanowisk. U was odszczególnia człowieka ranga zajmowana, chwilowa wielkość, a zwłaszcza majątek, bez względu na to, czy wyższość tę zawdzięcza jednostka bladze, obłudzie, pochlebstwu lub nawet zbrodni. Lecz i ty widocznie zapomniałeś, iż u nas panuje równość pod każdym względem, iż u nas nie ma ani zasługi, ani winy, nie ma ani wyższych, ani niższych, ani bogatych, ani ubogich. I zdaje mi się, że my mamy słuszność. Psycholog zbadał me zdolności umysłowe i fizyczne i przeznaczył mnie na pasterza. Kogóż mam za to winić? Siebie? Dlaczego?
Czy może jam temu winien, iż przyroda nie obdarzyła mnie rozumem badacza lub uczonego? Albo dlaczego na przykład mam mej towarzyszce poczytywać to za zasługę, iż okazała zdolności do historyi? Czyż ona czemkolwiek bądź się przyczyniła do swych zdolności? Zapewne, bo musiała być pilną, uważną. Okazała chęć do nauki. Tak sądzisz? U nas ogół zupełnie odmiennie zapatruje się na tę sprawę. Bo u nas wszyscy zarówno są pilnymi, uważnymi i chętnymi i do roku czternastego jednakowe pobierają nauki. Jeśli moja towarzyszka okazała zdolności do historyi, a ja do wypasania owiec, nie było to ani jej zasługą, ani moją winą. Raczej naszych rodziców, a właściwie jeszcze dalszych, a tylokrotnych przyczyn, że związku tego nikt dopatrzeć nie zdoła.
Lecz jeśli tak jest, co nie ulega wątpliwości, dlaczegóż by ona miała zajmować wyższe niż ja stanowisko i tym samym posiadać jakieś przywileje? O, jacy mądrzy byli nasi przodkowie, iż zasługę syna przelewali na rodziców tegoż. Jakkolwiek i w tym nie było zupełnej słuszności, bo zdolność dziecka nie zależy tylko od rodziców. Było to jednak zawsze stokroć sprawiedliwszym niż postępowanie cywilizacji waszej i europejskiej. Więc u was nie ma różnicy między uczonymi a mechanicznymi robotnikami? Najmniejszej, bo by tym sposobem nie mogła się utrzymać nasza równość. Ja jako pasterz mam tę samą wartość i znaczenie w społeczeństwie, co moja towarzyszka, która nawet przysłużyła się ludzkości naszej tym wynalazkiem, iż za pomocą szkieł zdołała fotografie z Ziemi powiększyć milion razy. Przedtem widziano tylko akcję. Dziś rozpoznają nawet osoby przebywające na Ziemi. Czytają z Marsa nawet wasze ogłoszenia na ulicach.
Lecz tego wynalazku nikt nie poczytywał jej za zasługę i ona nigdy się nim nie chlubiła. Nawet aby nie dowiedziano się o tej osobie, zmieniono już dwa razy jej numer. I ja byłbym nigdy o tym nie wiedział, gdyby się była nie zwierzyła przede mną przed kilkoma dniami, już tu za naszej bytności na Ziemi, kiedy obaczyła profesora Matthewsa i poznała w nim astronoma z Melbourne. Ona go poznała z fotografii otrzymanej na Marsie? Czy możeбна? Tak jest. Przyznasz więc sam, iż jest to wynalazek ogromnej doniosłości i między wami stałaby się zapewne pierwszorzędną osobistością. U nas jednak nikt nie wie, kto był wynalazcą i ona zapewne sama przed nikim tym się nie chlubiła, bo nie uważa tego za swoją zasługę. Przecież musiała myśleć, zastanawiać się nad tym wynalazkiem. Więc ta praca, ta chęć jej zasługuje na nagrodę, na odznaczenie.
Alboż ta praca, ta chęć jej była zasługą? Wszak i na to musiały się złożyć przyczyny od niej niezależne. Ona musiała chcieć, musiała pracować, bo ta praca i chęć jej były tylko skutkami poprzednich przyczyn. Nie zgadza się to z mym rozumem, ale proszę cię, opowiadaj dalej. Jako chłopak czternastoletni dostałem się w grono pasterzy i pilnowałem trzody w ciągu dnia, a raczej uważałem głównie na to, by w czasie strzyżenia były kąpane. Czynność ta zabierała mi osiem godzin codziennie. Resztę dnia przepędzałem w kolegium, słuchając wykładów dalszych z nauk przyrodniczych i historyi. Więc u was pasterze się uczą? Dlaczegóż nie? U nas wszyscy się uczą aż do starości.
Zwłaszcza że nauka należy u nas do jedynych przyjemności. A któż pilnował owce, gdyś przebywał na wykładach? Nikt. Przecież u nas dzikich zwierząt nie ma, więc nikt im krzywdy nie wyrządzi. A ludzie? Jacy ludzie i z jakich powodów? Źli ludzie. Zbrodniarze. Złodzieje. U nas podobnych nie ma istot.
Zapominasz, jak widzę, ustawicznie o naszej równości. Ta równość nie tylko wytępiła wśród nas wszelką zasługę, ale też i wszelką winę. Jeśli dobry uczynek nie jest zasługą jednostki dla społeczeństwa, to i wina za zbrodnię spada na społeczeństwo, a nie na jednostkę. I tak jest istotnie. U was, gdzie panuje nierówność, musi się pojawić i zbrodnia, a winą tego jest społeczeństwo. Bo i cóż winien człowiek ubogi, patrzący na wasze zbytki, wygody, na wasz przepych, że i w nim obudzi się chęć posiadania tego? Pracą nie jest w stanie tego osiągnąć, bo na to potrzeba mieć najpierw chęć, a potem sposobność i cierpliwość. Lecz przyczyny poprzednie działały właśnie w tym kierunku, że niektórzy nie mają tych trzech własności, a natomiast mają wrodzoną chęć do używania. Nic zatem im nie pozostaje, jak tylko przywłaszczyć sobie bez zezwolenia właściciela to, czego im braknie. Jeśli u was są ludzie, którzy nie kradną, nie jest to ich zasługą, ale społeczeństwa i okoliczności, które w nich obudziły pogardę dla tej czynności.
Zarazem jednak chęć do kradzieży jest winą tego samego społeczeństwa. Nie jednostka zatem powinna cierpieć z tego powodu, ale społeczeństwo. U nas, ponieważ nie ma własności prywatnej, ponieważ wszyscy są równi, nie ma też powodu do żadnej zbrodni, żadnej winy. U nas nie ma nawet zawiści, niechęci, lenistwa, bo brak ku temu wszelkich przyczyn poprzednich. Jak to? I leniwych nie ma? Niechętnych do pracy? Rozumie się, że takich prawie nie znamy, bo pracujemy nie dla siebie, ale dla dobra ogółu. Jeśli mówisz prawie, więc wyjątki muszą się wydarzać. Tak jest, ale nader rzadkie.
Jakże zmuszacie tych do pracy? My nigdy nikogo nie zmuszamy do niczego. Gdy ktoś z nas nie okazuje wielkiej chęci do pracy, więc widocznie pomylił się psycholog łącząc jego rodziców. Cóż więc robicie z leniwym? Przecież wątpię, byście go bezkarnie utrzymywali. Dlaczegóż nie? Za cóż ma on cierpieć, jeśli to nie jego wina? Staramy się tylko o to, by nie przelał swych własności na potomstwo. A zresztą żyje z nami jak inni. Korzysta równie z innymi ze wszystkiego, co posiadamy.
Uważamy go bowiem za nieszczęśliwego, a takiego karać lub opuszczać nie pozwala nam nasz altruizm. Ależ takie postępowanie mogłoby zachęcić innych do bezczynności. Tego się nie obawiamy, bo każdemu z nas wiadomo, że nieszczęśliwy ten musi zakończyć wkrótce swe życie samobójstwem. Wszak on czuje swą wadę, a choć nie spostrzeże u drugich ani pogardy, ani litości, mimo to jego anormalny stosunek, sama bezczynność, świadomość swej szkodliwości czyni mu życie tak nieznośnym, iż zwykle jeszcze przed rokiem dwudziestym pozbawia się życia. Władysław Satge. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadan.
[02:34:15] - Obiecałem państwu tydzień temu, że w ramach przeprosin, w ramach zadośćuczynienia w dzisiejszym odcinku pojawią się dwa odcinki cyklu Bez Tajemnic. To właśnie jest pierwszy odcinek za chwilę. Spirytyzm i spirytyści.
[02:34:44] - W naszym niezawodnym internecie o spirytyzmie, o początkach spirytyzmu jest już kilka ciekawych nagrań, ale nic nie szkodzi czasami przypomnieć, czasami troszeczkę odświeżyć. Spirytyzm to jest bardzo ciekawe zjawisko, bym powiedział, ponieważ w naszym kraju, chociaż jest sporo osób, które uważają, że są otwarte na inne światopoglądy, tak naprawdę, gdy słyszą słowo spirytyzm, dostają drgawek. Spirytyzm nadal źle się kojarzy. Kojarzy się z okultyzmem, z satanizmem, chociaż tak naprawdę nie ma z tym nic wspólnego. W okultyzmie mamy różnego rodzaju praktyki magiczne. W spirytyzmie nie ma żadnych obrzędów. Ale skąd to się bierze? Bierze się to z nauk Kościoła katolickiego, który w naszym kraju nadal ma bardzo duży wpływ. Stary Testament, gdzie praktyki spirytystyczne zostały zakazane, nawiasem mówiąc, całkiem słusznie zostały zakazane, ale tamta wiedza przechodzi na współczesnych obywateli, że tak powiem, ponieważ nawet w katechizmie Kościoła katolickiego zatwierdzonego przez Jana Pawła II także podaje się błędną informację na temat spirytyzmu, który wiązany jest z praktykami magicznymi czy wróżbiarstwem, co jest zupełnym nonsensem i o czym wiedzą wszystkie osoby, które postanowiły, chociażby w mniejszym bądź większym stopniu zapoznać się z literaturą spirytystyczną. Generalnie każda osoba, która postąpi w ten sposób, czyli sięgnie po podstawowe dzieła spirytystów, zwykle zmienia o tej nauce opinię.
W ten sposób można sobie mówić. Ale skąd się wziął ten spirytyzm? Spirytyzm, jak wspomniałem, jest znany, praktyki spirytystyczne są znane od bardzo dawna, skoro już w Starym Testamencie o nich mówiono. Jednak cała historia spirytyzmu, współczesnego spirytyzmu zaczęła się w Ameryce, w małym domu, gdzie mieszkała rodzina Fox. Nie będę tutaj zbyt szczegółowo o nich rozmawiał, ponieważ informacji na ten temat można znaleźć w innych nagraniach udostępnionych na YouTubie, więc tylko kilka słów dla tych, którzy jeszcze z tą tematyką się nie zetknęli. Siostry Fox, które zorientowały się, że w ich nowym domu, który dopiero co z rodzicami zamieszkały, mają miejsce różne dziwne dźwięki, stuknięcia. I chociaż początkowo myślano, że są to może zwierzęta w ścianach, które gdzieś tam sobie norki wydrążyły, bądź sąsiedzi, którzy robią jakieś żarty, jednak nigdy nikogo nie złapano na gorącym uczynku. Jednak doszły do wniosku, że są to może jakieś dziwne, niewidzialne istoty. Jedna z sióstr zadała kiedyś pytanie: „Jeśli jesteś duchem, odpowiedz trzy razy”. Raczej było to polecenie i duch odstukał trzy razy.
Z czasem, gdy rodzina Foxów oraz trzy siostry zadawały różne pytania duchowi, dowiedziały się, że jest to duch mężczyzny, który został zamordowany wiele lat wcześniej, a jego ciało zostało pochowane w tym właśnie domu. Przez wiele kolejnych lat niczego w domu nie znaleziono. Ani w piwnicy, ani w ścianach. Dopiero długo po tym, gdy rodzina Foxów dom owy opuściła, zawaliła się jedna ze ścian w piwnicy i rzeczywiście odkryto szkielet mężczyzny, który był zamurowany w tejże ścianie. Siostry Fox, zanim jeszcze odkryto zwłoki mężczyzny, stały się bardzo popularne. Były zapraszane na różnego rodzaju spotkania, seanse, ale po wielu latach jedna z sióstr stwierdziła, że wszystko to było mistyfikacją. Zapewne dziewczyna potrzebowała pieniędzy, więc mówiła wszystko to, co jej zasugerowano. Mniejsza o to, nie będziemy tego w tym momencie oceniać. W każdym razie istotne jest to, że kolejne doświadczenia spirytystyczne, które na przestrzeni kolejnych lat odbywały się w Stanach Zjednoczonych, ale przede wszystkim w Europie, potwierdziły, że seanse spirytystyczne odbywające się za pomocą typtologii, czyli metody zadawania pytań i stuknięć, poprzez które duchy odpowiadały na pytania, odbywały się w podobny sposób jak w domu Foxów. Więc nawet jeżeli założymy, że historia sióstr Fox jest fałszerstwem, trzeba wiedzieć, że wszystkie kolejne seanse tego typu odbywały się właśnie w taki sposób.
Zadawano pytania, duchy odpowiadały poprzez stuknięcia. Te informacje dotarły za ocean, do Europy. I tu zaczął się prawdziwy, naukowy początek spirytyzmu. Mówię naukowy początek spirytyzmu, ponieważ to tutaj spirytyzm z praktyk magicznych, dziwnych, niewyjaśnionych zaczął przekształcać się w naukę, która podawała wszystkie informacje w sposób łatwo dostępny dla wszystkich, logiczny. Jak to było? W połowie XIX wieku mówiło się, że na Champs-Élysées nie było kawiarni, w której nie tańcowałby jakiś stolik. To prawda. Wiele osób organizowało seanse spirytystyczne, ale podchodzili do tego w sposób rozrywkowy. Dla nich to była zabawa. Bardzo niewiele osób zastanawiało się, skąd w martwych przedmiotach, takich jak stoliki, brała się siła, brała się jakaś moc będąca w stanie odpowiadać na pytania osób biorących udział w seansach spirytystycznych.
Było to dosyć niesamowite, w jaki sposób kawałek drewna mógł odpowiedzieć tak lub nie na jakieś konkretne pytania, a w dodatku odpowiedzi te nierzadko były logiczne. Nie były jakimiś przypadkowymi odpowiedziami. Kilka osób jednak zadawało sobie pytanie, skąd to wszystko się bierze. Jedną z takich osób był Hippolyte Léon Denizard Rivail, znany bardziej jako Allan Kardec, który to w wyniku pracy z wieloma mediami z Francji, ale także z Europy spisał tak zwaną „Księgę duchów”, która pojawiła się w 1857 roku. Był to cały zbiór filozofii duchów, opisujący w sposób prosty i przystępny dla wszystkich ludzi. Jest to książka, która składa się z serii pytań i odpowiedzi. Kilka lat później pojawiła się „Księga mediów”. To było w 1861 roku i w zasadzie te dwie pozycje to są takie biblie spirytystów, które stanowią podstawę wszystkich kolejnych badań filozoficznych i naukowych późniejszych pokoleń spirytystów. Tutaj warto wspomnieć o pewnej najważniejszej zasadzie, którą Allan Kardec i jego współpracownicy sobie wyznaczyli. Spirytyzm musiał być naukowy, musiał być logiczny.
Jeżeli komunikaty z zaświatów, komunikaty otrzymywane od duchów były nielogiczne, niespójne bądź przeczyły same sobie, były po prostu odrzucane. W ogóle nie brano ich pod uwagę. Allan Kardec zmarł, mając 65 lat. Przez wiele lat prowadził przegląd spirytystyczny. Oprócz dwóch wcześniejszych pozycji, o których już wspomniałem, był autorem także wielu innych książek, broszur, które miały popularyzować filozofię spirytystyczną. Po nim nastąpili kolejni badacze. I tutaj zbliżamy się czasów troszeczkę bardziej nam współczesnych, ale zanim do tego doszło, był Victor Hugo, znany francuski pisarz, o którym podejrzewam wiele osób słyszało. Camille Flammarion, francuski pisarz, wybitny wówczas popularyzator astronomii. Charles Richet, francuski fizjolog, immunolog, laureat Nagrody Nobla. Maria Skłodowska-Curie, której nie trzeba jakoś specjalnie przedstawiać.
William Crookes, angielski fizyk i chemik. Napoleon III Bonaparte, prezydent Francji. Arthur Conan Doyle to jest autor Sherlocka Holmesa, a także tutaj można też dorzucić do tego grona osób znanych Józefa Piłsudskiego oraz Abrahama Lincolna. Józef Piłsudski eksperymentował w tamtym czasie z jasnowidzem Stefanem Osowieckim, ale innym znanym badaczem zjawisk spirytystycznych tego okresu był też Julian Ochorowicz mieszkający w Wiśle. O Julianie Ochorowiczu, o eksperymentach Juliana Ochorowicza można dowiedzieć się więcej z książki „Duchy czy nieznana siła” Marcina Stachelskiego. Jest to książka, którą polecam. Książka typowo naukowa. Nie jest to żadna powieść, więc styl pisarski może niektórym nie odpowiadać, ale na pewno z książki tej można dowiedzieć się bardzo wielu interesujących rzeczy na temat spirytyzmu i różnych zjawisk, fenomenów spirytystycznych. Ostatnim nazwiskiem, które wspomniałem jest Abraham Lincoln. Tutaj mogę tylko w kilku słowach powiedzieć, iż w książce „Duchy Białego Domu” Joela Martina i Williama Birnesa można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na temat prezydentów Stanów Zjednoczonych, którzy brali udział w seansach spirytystycznych, którzy interesowali się spirytyzmem.
Ale nie tylko oni, także ich żony. Do tego grona znakomitości możemy dodać także Bolesława Prusa, który znalazł w „Lalce” odrobinkę miejsca dla spirytyzmu. Poza tym, żeby nie wydawało się, że spirytyzm to archaiczna dziedzina, możemy powiedzieć parę słów o bardziej współczesnych spirytystach. W 1959 roku, czyli to już jest połowa XX wieku, koło Sztokholmu pewien dziennikarz Jurgenson zaczął nagrywać głosy duchów. W ten sposób zapoczątkował tak zwaną transkomunikację, czyli dziedzinę, która zajmuje się komunikacją ze światami poprzez różnego rodzaju sprzęty elektroniczne. Także na YouTubie można znaleźć kilka ciekawych nagrań opisujących tego rodzaju seanse. Niestety wiele jest po angielsku, ale myślę, że przynajmniej część osób jest w stanie bez problemu obejrzeć taki materiał. O transkomunikacji bardzo fajnie pisze ksiądz François Brune w książce pod tytułem „Umarli mówią”. To jest ksiądz katolicki, który interesuje się kontaktami ze światami. Aż dziw bierze, że do tej pory nie został ekskomunikowany.
Ale widocznie to, co robi nie jest aż tak złe, skoro papież jeszcze go w otchłań piekielną nie strącił. Kolejnymi bardziej lub mniej współczesnymi osobami, które zajmowały się kontaktami ze światami było brazylijskie medium Chico Xavier, który zmarł w 2002 roku w wieku 92 lat i zajmował się kontaktami od wczesnej młodości. Przez całe swoje życie ten prosty człowiek napisał 450 książek pismem automatycznym, które nazywa się także channeling. Więc w zależności od tego, które pojęcie nam się bardziej podoba, możemy z tego pojęcia korzystać, ale tak naprawdę to jest jeden szczot. Pismo automatyczne. Jeżeli ktoś kiedykolwiek próbował napisać książkę, to wie doskonale, że to nie jest nie lada wyzwanie. Nawet napisanie krótkiego artykułu do gazety, do kwartalnika, trzeba się troszeczkę nagłowić, żeby nie napisać głupot. Ten człowiek napisał w swoim życiu 450 książek. Jego następcą, chociaż nie wiem, czy to jest dobre określenie, jest Divaldo Pereira Franco. Osoba, która odwiedziła Polskę już kilka razy.
Człowiek, który też już ma swoje lata, który także całkiem sporo napisał. Materiały na temat tego człowieka także można znaleźć na YouTubie, więc zapraszam do przeszukiwania. Bardziej współczesne media, które działają gdzieś bliżej nas, a niekoniecznie w Brazylii, jak w przypadku dwóch ostatnich osób, o których tutaj wspominałem. W Polsce są takie media, ale z tego względu, że nasz kraj nie jest jeszcze przygotowany na przyjęcie z otwartymi ramionami osób ze zdolnościami medialnymi, takie osoby ukrywają się. Można się o nich dowiedzieć metodą pantoflową bądź komunikując się z nami na forum spirytystycznym. Tutaj można też czasami uzyskać różnego rodzaju informacje, ale też nie obiecałbym zbyt wiele. We Francji natomiast jest niejaka Patricia Dahé, która jest dziennikarzem i współcześnie pracuje w Paryżu. Jest to osoba, która napisała póki co tylko dwie książki, ale są to książki, które przekazują bardzo wiarygodne informacje. Przynajmniej tak wyglądają. Patricia Dahé w jakimś niewielkim stopniu identyfikuje się z twórczością Allana Kardeca, więc już przez samo to jestem skłonny tę osobę polecić wszystkim tym, którzy chcieliby nawiązać kontakt z jakimś medium według mnie wiarygodnym.
Inną taką osobą i to w zasadzie od książki tego autora zaczęła się moja przygoda ze spirytyzmem, Reynald Roussel, który również pracuje w Paryżu i jest medium pełną gębą, że się tak wyrażę i który także identyfikuje się z twórczością Allana Kardeca. Jego książka, którą przeczytałem brzmi bardzo sensownie i jest to osoba, której nie podejrzewałbym o żadnego rodzaju brzydkie, nieodpowiednie praktyki, tudzież oszustwa, szarlatanerię. Więc to są dwie takie osoby Patricia Dahé i Reynald Roussel, które mógłbym polecić. Niestety książki Patricii Dahé nie są jeszcze przetłumaczone na język polski. One w Polsce jeszcze się nie ukazały. Ale jeżeli ktoś potrafi porozumieć się po francusku, zachęcam do sięgnięcia po jej
[02:51:25] - Po jej książki. A póki co możecie Państwo korzystać z literatury przetłumaczonej już na język polski znajdującej się na stronie wydawnictwa Rivail.pl. Czas na ten element naszej audycji, który bywa zabawny. Nie, on jest po prostu zabawny. Ja się staram być taki poważny, ale tak naprawdę ja jeszcze nie słyszałem o alchemii tworzenia, która byłaby zrobiona tak serioзно i na poważnie. Katarzyna Prychacz ma to do siebie, że przerabiając z Państwem drogę twórczą, przerabiając to, w jaki sposób tworzy się historię, jednocześnie nie traci poczucia humoru. I za to cenię te audycje, przy których może ja jestem głupkowaty jakiś, ale ja się zawsze świetnie bawię. Kiedy byłem w Poznaniu na tych żywych warsztatach, to ani się spostrzegłem minęło półtorej godziny. Ja tam siedziałem i mnie się wydawało, że to tak pyk, pyk, może 15 minut. Patrzę na zegarek.
Wow, to się zbliża powoli moje spotkanie z czytelnikami. A ja tu siedzę i słucham tego, co mówi Katarzyna oraz warsztatowicze. Jest pewna magia w tym cyklu. Trzeba ją złapać. Nie wszyscy lubią. Wiem, nie wszyscy lubią tę część Bibliotekarium, ale ci, co lubią właśnie ją, tę część otrzymują. Dzisiaj człowiek, który przestał być człowiekiem.
[02:53:31] - Haha, teraz antena jest moja na zapewne 40 minut, jak nie godzinę. Oczywiście przy mikrofonie Katarzyna Prychacz. I skoro ja już jestem i wy już jesteście i przejęłam antenę, no to przecież już to wiecie. Wiecie co was teraz czeka, nie? Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w najszczęśliwszym odcinku tego podcastu. Najszczęśliwszym, ponieważ trzynastym. Oczywiście, że musi być to wyjątkowy odcinek, także mam nadzieję, że karty o to zadbają. Oczywiście trzynasty odcinek trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia tworzenia. Niezmiennie co środę o 20:00.
Oczywiście co sobotę o 20:00 również na YouTubie. Jak wpiszecie Katarzyna Prychacz albo Alchemia tworzenia powinno was na YouTubach przekierować w odpowiednie miejsca. Trzeci sezon publikujemy właśnie też tam i tam macie wersję ze zdjęciami, z grafiką, z kartami, z tymi cudami, które tu losuję, dzięki czemu możecie na przykład w trakcie mojego ględzenia zrobić, jak tylko się pojawi na przykład wyciągnięta przeze mnie karta, zrobić pauzę i sami na przykład sobie przeanalizować, co według was jest na tej karcie istotne, od czego można by zacząć albo właśnie jak dalej prowadzić fabułę. A potem odpauzować i posłuchać, dokąd ja zmierzałam. Ale to tak polecam. No bo wiecie, jak tu już będziecie słuchali premierowo, to będziecie znali historię. Ale jeżeli na przykład jakiś odcinek wam umknął albo chcielibyście spróbować to na przykład posłuchać z kimś, może to też byłby fajny rodzaj takiej zabawy, żebyście na przykład spróbowali z tą drugą osobą, która nie słuchała odcinka, żeby ona spróbowała zgadnąć, co ja tutaj powiem. Jak chcecie, tak używajcie. Zachęcam do zabawy konwencją na każdym etapie. Nieważne, czy będziecie się bawić we mnie, czy ze mną.
Wszystko dobre, byle wasza kreatywność działa. Dobra, pogadałam dzisiaj długo. Niezmiennie trzymam się na razie formuły tej, którą mamy, czyli mieszanka kart z klubu detektywów ze story cubesami. Jeszcze mam te małe zestawiki, więc pojedziemy sobie tymi potrójnymi zestawami do końca, tymi, które mam, a potem pomyślę, co dalej, bo już dalej to mam te dziewięciokościowe zestawy jeszcze dwa. Dobra, na czym to polega? Czyli losujemy. Już nie będę się tutaj cykać, że trzy, tylko losujemy sobie cztery karty, a pomiędzy nimi będzie sześć. Znaczy właśnie pomiędzy trzema kartami będzie po sześć kości. Znaczy w sumie sześć kości. O matko, ja dzisiaj w cyferki to...
Dobrze, że zapamiętałam, że trzynasty odcinek, nie? Czyli karta, trzy kości, karta, trzy kości, karta. To będzie taki główny filar naszej historii dzisiejszej. I oczywiście ta czwarta karta jest rodzajem takiego czasami epilogu, czasami podsumowania. W poprzednich odcinkach zdaje się były już chyba trzy odcinki tej konwencji. No to sobie możecie posłuchać jak to tam się działo. I właściwie to w pierwszych dwóch wyszło, że ta karta czwarta była niezbędna. Dobra, ja tasuję karty i tak jak zawsze najpierw je wyłożę, ale nie odwracam, więc będę sobie razem z wami na bieżąco odwracać i tak samo rzucać kostkami. Dobra. Karta jeden.
Karta dwa. Karta trzy. Karta cztery i karty pozostałe. Jak klasnęło. Ciekawe jak to będzie słychać, bo ja widzę w trakcie nagrywania to będę musiała pewnie ściszyć. Dobra, karty odłożone, karty rozłożone. I chyba nie ma co zwlekać. Ja się po prostu nie mogę doczekać. Zwłaszcza, że dzisiaj taki wyjątkowy odcinek, także nie mogę się doczekać, co mi tutaj los przygotował. Okej, no to karta pierwsza, odkrywamy i zobaczymy co my tutaj mamy.
O, jak ja lubię tą kartę! Super. Dobra, bohaterem tej karty jest postać, bo nie wiem nawet jakiej płci może być ta postać. Ciężko stwierdzić. Jest to rodzaj jakiegoś, można powiedzieć, takiego ducha demona, bo jest to szkielet, tylko taki trochę zdeformowany, wiecie, on taki na poły jakby był może z drzewa, z gałęzi, ale też taki trochę w takim woskowym kolorze. Natomiast z głowy wyrastają mu gałęzie i różnego rodzaju grzyby i zamiast włosów ma trawę, więc można by pomyśleć, że jest to taki duch lasu. Twarzyczkę ma taką... Wiecie co? Z jednej strony skojarzyło mi się to „Opowieści z krypty”. Chyba był kiedyś taki serial, bo był animowany i chyba był fabularny.
Nie wiem w jakiej kolejności. No i tam był taki gospodarz. To chyba był taki żywy trup albo nieumarły trup, takie tam zombie czy coś. Taki kościotrup, ale taki trochę chyba z tego, co pamiętam, taki trochę był przerażający, bo był taki trochę zgniły i on opowiadał jakieś różne straszne historie. I tutaj wiecie co? Ja tak jak przez mgłę pamiętam tamtą postać, ale ma taki podobny vibe, mam wrażenie. Chociaż ta jest chyba mniej taka niepokojąca. No ale ma taką twarz, wiecie, brak nosa, trochę jak czaszka, ale taka zdrewniała. Oczy świecące na czerwono, ale ma taką pogodną twarz, wiecie, taką, że on by nie przestraszył. Wygląda na takiego naprawdę dobrego ducha lasu.
I co tu się dzieje? Bo o nim się nagadałam. On siedzi przy świetle świec. Siedzi sobie nad wielką księgą, która nawet jest w takiej skórzanej oprawie. Widzę, że tu ma miejsce na klucz, więc to chyba jakaś ważna księga. I on sobie po prostu siedzi i czyta tą księgę. Nawet tak wiecie, tak palcem, pazurzastym palcem wodzi po tym tekście. Świetna karta, naprawdę bardzo dużo można tutaj inspiracji wyjąć. Tu nawet jakiś słodki świetlik lata albo jakaś ćma taka zielona. Ćma chyba bardziej.
A mamy w Polsce zielone ćmy z tego, co kojarzę. Tylko nie pamiętam co to za odmiana była. Nie powiem wam, ale śliczniusie są. Dobra, czy coś więcej tu istotnego, żeby wam powiedzieć? Nie, chyba tutaj widzę faktycznie całe skupisko grzybów ma na głowie. Kojarzy mi się to z jednym opowiadaniem, ale jeszcze nie miało premiery, więc nie mogę wam powiedzieć. Ale tak, taki duch lasu czy człowiek noszący grzyby i gałęzie na sobie. Oj tak, oj tak. Będę musiała się chyba tą kartą podzielić. Ja już się tą kartą nie dzieliłam.
Może ona była inspiracją? Aż muszę później sprawdzić. Dobra, to co tu mamy? Bierzmy go jako bohatera, nie zastanawiajmy się. Więc naszym bohaterem będzie duch lasu i zobaczymy dokąd nas dzisiaj ta leśna historia zaprowadzi. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że będziemy po lesie dzisiaj chodzić. Dobra, ja sobie nie patrzę. Wezmę sobie trzy kości, postaram się pomieszać serie. Ach, właśnie, ja nie powiedziałam, jakie my dzisiaj serie mamy. Mamy serię strachy i zwierzęta, więc no w ogóle po prostu na grubo.
Idealnie do lasu to nam pasuje, więc losuję pierwsze trzy kości i będę je sobie po kolei rzucać. Wezmę te. No i pierwsza kość. Dobra, zapomniałam, że miałam rzucać na stole, żeby się bardziej toczyły. Mamy, słuchajcie, mordkę szopa pracza. To może coś ten szop przeskrobał? A może jest jakieś zagrożenie z tymi szopami? Bo tak wiecie, szopy pomyślałam, one lubią jakieś swoje zdobycze płukać. Więc może coś wypłukał tutaj naszemu duchowi leśnemu? A może zaginął szop?
A może coś się dzieje z szopami w lesie? Dużo jest opcji, dużo jest opcji. Myślę, że chyba sobie zaraz rzucimy kosteczką drugą, żebyśmy zobaczyli, co mogło się z tym szopem stać dalej, bo taki duch lasu. Może jest jakiś problem, skoro on tutaj siedzi nad tą księgą? Może szuka właśnie jakichś informacji? No chyba, że próbuje zrozumieć, dlaczego szopy płuczą swoje rzeczy. Dobra, rzucam kolejną kością i zobaczymy. Dobra, mam nadzieję, że wam uszy nie pękły. Też oczywiście widzę kość z serii zwierzęta i teraz mamy totalny absurd, bo mamy rekina. I teraz tak rekiny raczej w morzach żyją, a tu mamy las.
Chyba że ten szop pracz był rekinem biznesu i prał pieniądze. O matko, co za absurd! Oczywiście, żeby nie było, ja uwielbiam absurdy i absurdy to jest po prostu moim zdaniem jedno z wielu złot tego świata. Czy złót? Jak się odmienia złoto? Ha? Teraz mnie będzie męczyło, bo w sumie nigdy nie musiałam użyć tej formy. Złoto no chyba złót. Tak mi się wydaje. A co jest podobne jak złoto?
Jakieś słowo może złoto. Dobra, nie wiem, nie będę przedłużać. Jak wy wiecie to pewnie teraz mieliście ze mnie radochę, ale to bardzo dobrze. Albo mnie wtajemniczyliście, tylko nie mogę was niestety usłyszeć. Chyba że chcecie mnie wtajemniczyć, to będę wdzięczna za jakiś może komentarz na YouTubie jak odcinek się pojawi. No albo na fejsbuczka zapraszam, tam też zawsze wrzucam informację o nowym odcinku i też w razie czego nie krępujcie się, możecie mnie tam wyjaśnić gdzieś w komentarzach. Dobra. Rekin biznesu. Ogólnie to mi się podoba. A może duch lasu szuka, jak można by spieniężyć tego szopa?
W sensie jego umiejętności pralnicze? Dobra, załóżmy, że ta kość nawiązuje do szopa. Moglibyśmy pójść w taką agresję, że ten szop był jakiś agresywny, że atakował zwierzaczki. Ale dobra, pierwsze skojarzenie. Bierzemy pierwsze skojarzenie, czyli bierzemy rekina biznesu. Skojarzenie z szopem, że on prał. To może wcale nie chodzi o szopa, tylko o jakąś pralnię leśną, ale jakiś biznes. Może duch lasu chce objawić się ludziom i on na przykład zgłębia księgi o życiu ludzi, o życiu w miastach i pomyślał, że może stworzy właśnie jakiś biznes, który będzie mógł prowadzić w mieście. I może pomyślał o pralni. Może widział, jak ludzie biwakujący prali skarpety w jeziorach, w leśnym potoku i może pomyślał, że to może być rzecz potrzebna ludziom, ale żeby to dobrze prowadzić, zwrócił się do ekspertów, czyli tutaj właśnie do szopów praczów.
Ciekawe w sumie, jak tak wyobrażę sobie, że ten duch leśny chodzi po mieście, ale takim małym miasteczku. Nie Nowy Jork, raczej takie małe miasteczko gdzieś właśnie nieopodal lasku. No chyba, że ten duch leśny utknął w parku miejskim właśnie w takim Nowym Jorku. Co tam jest Central Park? I może on myśli, jak się stąd wydostać. Nie. Bardziej mi się podobał wariant, że z lasu ten duch chce poznać więcej, bardziej ludzi. Wiecie, trochę jak w „Harrym Potterze” był ojciec Rona. I on był zafascynowany mugolami i tymi wszystkimi wynalazkami ludzkimi. I może ten duch lasu jest właśnie zafascynowany ludźmi, ale w księgach jest bardzo mało informacji.
Też takie mamy czasy, że już coraz mniej ludzi jeździ na jakieś biwaki, tylko wywrotowcy, survivalowcy, a oni są specyficznym gatunkiem, więc to nie jest taki standardowy człowiek, stereotypowy i w ogóle. Więc nasz duch lasu myśli, jak zakraść się do miasta i zobaczyć. A wiedział, że dla ludzi pieniądze są ważne, że biznes jest ważny. Może właśnie nasłuchał się, będąc pod postacią drzewa od tych survivalowców, którzy na przykład narzekali na jakichś tam rekinów biznesu. Albo na przykład były to szkolenia survivalowe dla biznesmenów. I może on też słuchał tych zwykłych survivalowców, wywrotowców, preppersów też, którzy tam ćwiczyli na przykład różne techniki przetrwania w warunkach nie za fajnych. Więc może miał dla porównania właśnie zderzenie tych dwóch światów, że jedni narzekali na jakieś rekiny biznesu, na jakichś tam biznesmenów, a tu mieliśmy biznesmenów, którzy jednak potrafili przełamać swoje słabości i odnaleźć się w tych warunkach leśnych. I może nasz duch lasu pomyślał, że to jest dobry patent, że to jest dobry pomysł, żeby pójść do miasta. Zastanawiam się tylko, na ile ten duch będzie mógł zmieniać formy, ale to byłoby fajne w sumie, że tak na co dzień wygląda jak na tej karcie, ale na przykład potrafi zmienić się w drzewo, to może i spróbuje zmienić się w człowieka. Zapachniało Pinokiem.
Dobra, rzucam trzecią kość i zobaczymy, co tu mamy. Kość z serii strachów. Mamy tutaj konika takiego jak na karuzeli. Taki konik przebity palem na wylot. Myślę, że wiecie, o co chodzi. A może to jest szansa, że w miasteczku będzie na przykład jakiś festyn? Zastanawiam się, ile taki festyn może trwać, bo nie wiem, czy w takich amerykańskich miasteczkach, czy nawet czasami festyny nie trwały przez jakiś cały sezon albo przez miesiąc. Bo tak myślę, to musiałoby na tyle długo trwać. Dobra, podzielę się od razu skojarzeniem najpierw. Myślałam tutaj bardziej o tym, że wtedy ten duch lasu nie musiałby się zmieniać tak bardzo w człowieka, że mógłby to być jakieś, nie wiem, może wesołe miasteczko, może cyrk przyjechał do miasta i na przykład ludzie są...
Albo mógłby być festyn typu Halloween, tylko nie jednorazowe, że ten duch mógłby po prostu chodzić tak pod swoją postacią, a ludzie by myśleli, że to jest kostium. Ale przecież chcemy tu rozkręcić biznes, więc tu by się przydało jednak coś bardziej trwałego. A może duch lasu wie o tym, że będzie ten coroczny festyn i może tam, bo też od tych przedsiębiorców usłyszał o czymś takim jak marketing, więc może pomyślał, że to jest dobry pomysł, żeby się na tym festynie właśnie promować, może zrobić właśnie otwarcie tej firmy. No właśnie słuchajcie, może to jest festyn, podczas którego często pada i jest dużo błota i ludzie są brudni. Znaczy ich ubrania są brudne. I może właśnie dlatego nasz duch lasu wpadł na taki super pomysł, żeby otworzyć stoisko na tym festynie, gdzie właśnie będzie prał. I teraz tylko myślę, czy zastosujemy tu może coś w rodzaju odwróconej klątwy z „Pięknej i Bestii”, że po prostu te szopy zostałyby przemienione w ludzi. No dobra, tam w sumie przedmioty. Ludzie byli zamienieni w przedmioty, a tutaj zamieniamy zwierzęta w ludzi. To nie do końca taka klątwa, ale brzmi ciekawie.
Dobra, odkrywam drugą kartę i zobaczymy, gdzie to nas popchnie w fabule. I cyk. O matko z córką! Na bogato dzisiaj. Karta przedstawia drzewo. A w sumie to powiem szczerze, że w temacie. Natomiast to drzewo wisi w takiej przestrzeni na takim wyrwanym skrawku ziemi. Jego korzenie ciągną się gdzieś daleko w dół, nie wiemy gdzie. Natomiast co tu jest najbardziej zaskakujące, to gałki oczne. To drzewo ma taką koronę, wiecie trochę...
Może też powiem o kolorach, bo te kolory też wpływają na to, że ta karta jest w pewnym sensie jednocześnie piękna i niepokojąca. Korona wygląda jak taki trochę dym po wybuchu. Ona jest w gruncie rzeczy czerwona, ale jest przeplatana żółtymi i pomarańczowymi kolorami. Taka chmurkowa jest, więc nie można powiedzieć, że płonie. Oczywiście w niej jest pełno gałek ocznych czerwonych, małych, dużych i w ogóle. Pień tego drzewa jest z kolei fioletowy i on jest na takim kawałku ziemi, czy tam nie wiem, na czymś, na wyrwie takiej, która jest jasnozielona. Więc zobaczycie, albo zerkniecie na YouTube'a, albo spróbujcie sobie zwizualizować te kolory, że są to bardzo żywe kolory i w pewnym sensie dosyć kontrastowe. Jeszcze całość jest na takim turkusowym tle. I w stronę odbiorcy lecą te gałki oczne. Ale lubię tą kartę, bo ona jest taka, wiecie, nie niepokojąca, że nie chcę na nią patrzeć, tylko właśnie taka, że można bardzo, bardzo dużo rzeczy z niej wyczytać.
I tutaj najprostszym skojarzeniem byłoby, że ten nasz duch lasu ma wszędzie te oczy, że on wie wszystko. Chyba że nasz duch lasu chce się skomunikować. Może to coś z oczami to jest inna istota, bo ona jest taka zawieszona w przestrzeni, a nie w lesie. Więc może ten duch lasu jest takim czymś pomniejszym. Może on na przykład odpowiada za ten swój las. Tak patrzę, że jego oczy się świecą na czerwono, więc może tak jak tu są czerwone gałki oczne i ta korona taka drzewa jest czerwona. Może to jest jakieś takie źródło. W sumie mówi się, że drzewa są połączone tym systemem korzeni, że one się czują nawzajem i tak dalej. Czy że jak jedno drzewo choruje, to pozostałe drzewa mu tam dają substancje odżywcze. Więc może to drzewo z oczami symbolizuje taką, no właśnie, to coś, taką wiedzę, nie wiem, miejsce, w którym na przykład wszystkie drzewa korzeniami się spotykają.
Zwłaszcza że tu mamy też te korzenie, takie bardzo grube, się splatają i spływają gdzieś na dno, nie wiemy gdzie. I może ten nasz duch lasu postanowił zasięgnąć na przykład albo podłączyć się do tego źródła. O, mam. On chce się dowiedzieć, jak prowadzić ten biznes w mieście. Oczywiście, że w każdym mieście mimo wszystko są gdzieś posadzone jakieś drzewa, ale nasz duch lasu nie ma na przykład z nimi bezpośredniego powiązania. No bo betonoza, bo jest część miasta po prostu odgrodzona, rzeki powysuszane, więc zostały zniszczone te systemy, że on nie może się sam z siebie zamienić w drzewo i połączyć się z tymi drzewami bezpośrednio z tego konkretnego miasteczka. Więc postanowił skomunikować się z tym drzewem źródłem. I tutaj może on musi gdzieś dotrzeć do tego drzewa źródła i na przykład jedyna opcja to jest przejść przez na przykład jakieś polany, gdzie będzie ten festyn. I dlatego może on czekał przez cały rok na ten festyn, żeby móc pod swoją postacią po prostu przejść ten kawałek jeden do tego drzewa źródła na przykład. Dobra, jest fajnie.
Podoba mi się. Podoba mi się. Ha! Dobra, ostatnie trzy kości. No czy ostatnie? No kolejne. Rzucamy kosteczką. Dobra, to jest seria strachy. I tu mamy drewnianą marionetkę. Mówiłam, że to taki Pinokio vibe nam się trafił dzisiaj.
Marionetka. Może ten duch będzie brany za marionetkę? Może on będzie udawał marionetkę? Bo tu co? Byśmy już popchnęli go w tej fabule, że poszedł tym festynem. Czasami są ci marionetkarze na tych różnych takich festynach. Nie wiem, na ile w Polsce to jest, ale czasami gdzieś chyba z Barcelony czy skądś widziałam też wideo, albo może gdzieś w Lizbonie. A w Lizbonie to chyba na żywo widziałam akurat, jak właśnie ludzie, ci marionetkarze właśnie wykonują jakieś tańce i tak dalej tymi marionetkami. Może taki wiecie, Gepetto. A może właśnie jest jakiś marionetkarz, który na tym festynie będzie odtwarzał historię Pinokia na przykład, że on będzie jako Gepetto i będzie tym Pinokiem tam jakieś różne akrobacje wywijał.
I to będzie starszy człowiek. Ale może ten starszy człowiek ma właśnie taką bardzo szeroką wiedzę i rozpozna, zobaczy, że ten duch lasu, że to wcale nie jest kostium. Może on go zahaczy w tej podróży do tego drzewa. Tak jak w każdej podróży bardzo często nie meta jest celem samej podróży, tylko podróż sama w sobie. Więc może tutaj nasz duch lasu idąc do tego drzewa źródła, może właśnie trafi na człowieka, który pomoże mu poznać ludzi lepiej, nie? Podzieli się swoją wiedzą. Może to właśnie był taki z racji tego, że jest tym marionetkarzem, to może nie tylko na tym festynie, tylko przez cały rok na przykład sobie robi te marionetki albo właśnie dorabia występami tej marionetki. Może on jest, słuchajcie, pracownikiem teatru, teatru lalek. Robi też te lalki i on po prostu obserwuje ludzi. Widzi zarówno od strony tutaj pisania aktorów różnych sztuk, ale też obserwuje publikę, reakcje publiki.
Może właśnie wcale nie nasz bohater wcale nie będzie musiał dojść do tego drzewa źródła, nie? Dobra, kolejna kość. Seria zwierzaczki i tu mamy łabędzia. Oj, co teraz? Czy to te... Chciałam powiedzieć czarne kaczątko. Znaczy chodziło mi o Brzydkie kaczątko. Pierwsze skojarzenie. Jezioro Łabędzi. No dobra scena, teatr, ale co to nam tutaj włoży?
No bo... A ten Czarny łabądź film był? Czy to jest w ogóle też jakaś sztuka, czy to był tylko film o baletnicach? To ja mam jakieś flashbacki. Nie wiem, nie wypowiem się dalej w tej kwestii, ale zdaje się, że tam było. Tam chodziło o jakieś wiecie, takie trochę zrzucanie się ze sceny, przekręty i walka o sławę, o tą główną rolę. Znaczy pewnie uprościłam, także wybaczcie, jeżeli ktoś zna tą historię. Niemniej takie mam skojarzenie, więc też myślę tym tropem o jakiejś rywalizacji. Bo wiecie, zbliżamy się do końca historii, a tu właściwie jakoś tak dzisiaj mamy motyw poszukiwania. Jakoś mam niedosyt akcji i ten łabądź mógłby być takim twistem.
Może jednak ten lalkarz? Nie wiem. Znaczy pomyślałam, że mógłby być zły. W sensie wiecie, że trochę namieszać, ale może on ukradnie pomysł z tym biznesem? Hmm. No ale dobra, po co miałby kraść? Bo ten pomysł jest tylko wymówką, tak? Żeby się zbliżyć do ludzi, więc nie takim typowym biznesem. No i to miała być. Miała być wymówka, żeby dostać się na jarmark.
Ale później dobra, pomyślałam, że mógł przejść przez jarmark. Tyle myśli. Co wy ze mną macie normalnie skakanie po wątkach? Kurde, nie wiem. Nie wiem, co z tym łabędziem począć, w którym kierunku. Dobra, ostatnia kość i zobaczymy czy coś mi to pomoże. Seria strachy, a to jest zapadnia? Wiecie, nie wiem co tak do końca ta grafika przedstawia, bo jest niby człowieczek, który wygląda jakby spadał. Ma ręce do góry i coś krzyczy, no ale nie wiem co on takie nogi ma dziwne jakieś. Myślę seria strachy to jakiś strach musi być jakiś lęk.
Nie wiem co w windę spadająca. Nie no dobra, ale załóżmy, że to jest, bo to nie jest książka. Człowieczek, który spada gdzieś w jakąś dziurę. No i teraz kto spadnie? Duch lasu? A może coś z tym lalkarzem się stanie? Może ten nasz duch lasu wda się w rozmowę z tym lalkarzem? A może ktoś inny na tym festynie będzie chciał tego lalkarza wygryźć albo się go pozbyć? Tak myślę. Tylko kto?
Nie wiem, bo tak wiecie, wtedy by mógł być motyw rywalizacji. Na przykład, że ktoś zastawi jakąś pułapkę na tego lalkarza i on na przykład nie wiem, wpadnie do jakiejś dziury, a ten duch lasu mu wtedy na przykład pomoże, nie? Tak, tak, pomyślałam, że może w tym kierunku. A może ten człowiek zginie? Ale tak wiecie, bo pomyślałam, że mógł gdyby. No bo albo mógłby nie zginąć i po prostu duch lasu go uratuje i zabierze, albo może ten człowiek zginie, ale ten duch lasu da mu na przykład drugą szansę. W sensie przemieni go też w takiego ducha lasu, nie? W coś, w coś, w taką istotę, która, no z którą będzie mógł funkcjonować. Może oni się zaprzyjaźnią bardzo, nie? Taka spokojna historia mogłaby być.
Tylko tu trzeba byłoby na pewno, gdybyśmy mieli to spisywać, rozwinąć trochę motyw tej, tej intrygi, tej pułapki. Ogólnie strasznie widzę się dzisiaj spieszę i mamy o dziwo bardzo, bardzo dobry czas, a mi zostały dwie karty do końca. Hmm. Dobra, najwyżej będziemy rozwijać to jeszcze, żeby tak chociaż też z czterdzieści minut materiału, żeby było, bo tak, żebyście nie mieli jakiegoś szoku termicznego, nie? Że zrobię poniżej trzydziestu siedmiu minut, bo chyba tyle miał najkrótszy materiał w trzecim sezonie, bo nie wiem jak tam nie pamiętam jak w poprzednich. Dobra, trzecia karta i cyk. No i teraz zdębiałam. Znaczy no nie zdębiałam, no ale trzeba, trzeba tu się będzie pomęczyć ze skojarzeniami. Za dobrze szło, wystarczyło ponarzekać. Mamy tutaj stracha na wróble, takiego trochę uwspółcześnionego.
No znaczy na kiju jest zatknięte wiadro i dalej mamy korpus, no ubrania tak ludzkie. No i tam gdzieś w tle ptasiory lecą. Chyba że właśnie tak jak mówiłam, nasz lalkarz zginie i duch lasu go zamieni w stracha na wróble, że da mu drugą szansę. No ale na przykład najbliższe, no bo będzie musiał zanim ta dusza odejdzie, będzie musiał na przykład właśnie duszę przełożyć w jakieś ciało. A może ta pułapka, no, festyn miał być na polanie, może gdzieś na jakimś polu. No wiecie, że strach na wróble był po prostu najbliższym czymś odpowiednikiem ciała na przykład, nie? No to byłoby fajne. Tylko też myślę nad tym, czy wiecie, czy pójść w taki case, że, że ten człowiek się zgodzi na to, czy po prostu duch lasu podejmie tą decyzję Tak wiecie, w emocjach, że tu przyjaciel, że ten. To jak? A może tak zróbmy, to też byłoby później ciekawym zaczątkiem do dalszej historii czy do rozwinięcia na przykład tej historii.
To wszystko tutaj to byłby prolog, jak oni się poznali, a historia właściwa mogłaby dotyczyć w ogóle po pierwsze tego, jak ten człowiek nie mógł się odnaleźć, zmagał się też z tym, że na przykład całe życie pracował rękami, pracował kreatywnie, a tu nie będzie miał rąk albo będzie miał ręce, załóżmy, że to jest jakiś trochę lepszy strach na wróble niż ten na karcie, że na przykład miał palce ze słomy czy z czegoś, że te palce nie były tak chwytliwe jak trzeba. I mógłby się zmagać z tym, że z jednej strony cieszy się, że może żyć, ale z drugiej miał pretensje do tego ducha lasu, że nie pozwolił mu odejść tak jak powinien, bezpiecznie. Ciekawa historia. No dobra, tak naprawdę to w sumie dzisiaj byśmy mogli zamknąć historię w tych kartach. Mieliśmy tutaj jakiś chachmety, rywalizację. Ten lalkarz ginie i nasz duch lasu go wskrzesza. Nawet nie wiem, czy wskrzesza. No dobra, wkłada w stracha, przemienia w stracha na wróble. Dobra, ale tak czy siak odkręcam kolejną kartę, którą mamy wyjętą i może coś jeszcze fajnego tutaj wniesie. Dobra, ciekawie.
Mamy tutaj różę magiczną, widać jakieś takie magiczne opary wokół niej krążą. I co? Ta róża ma normalnie ciernie. Ona wyrasta z tej ziemi, wokół niej jest właśnie mgła. Ale też mamy tutaj drut kolczasty. Nie wiem, patrzę, że z tego drutu coś ścieka. Tak jakby ten drut kolczasty może się przemienił w różę. A z kolei jak róża, magiczna róża to co pierwsze w mojej głowie? Tylko „Piękna i Bestia”. I znowu mamy tę klątwę, na którą dzisiaj się powołałam na początku.
To w sumie fajna klamra, nie? Może ta karta mogłaby być morałem z tej historii. Może to na przykład nie musiałaby być powieść. Może to byłaby przypowieść o tym, jak ten duch lasu w dobrej intencji sprowadził jednak trudność, czy nawet coś, co ta osoba odebrała jako coś złego. Może on właśnie był tak wściekły na tego ducha lasu, że nie chciał z nim współpracować i tak dalej. I może to by pokazywało, że czasami dobre intencje wcale nie robią dobrych rzeczy albo że czasami może i dobre intencje doprowadziły do jakichś konsekwencji wcale niepozytywnych. Natomiast te ciernie tutaj tak patrzę, że jeżeli przebrniemy przez te trudy, spróbujemy zrozumieć tę sytuację, poszukać może odpowiedzi w sobie, może właśnie gdzieś naokoło, to może się okazać, że te trudy wcale nie były takie straszne, że z tego może wyniknąć właśnie coś pięknego. Ta magia, że nagle te druty kolczaste, coś, co nas uciskało, tak jak na przykład w religii chrześcijańskiej ta symbolika korony cierniowej, którą Jezus nosił na głowie. Czy miał zatkniętą na głowę właściwie. Te trudy, ten ból, to wszystko, ten ucisk.
Jeżeli dobrze do tego podejdziemy, spróbujemy spojrzeć otwartym umysłem, może się zastanowić nad tym, to może coś właśnie wyniknie z tego pięknego. Albo właśnie, że zawsze coś wyniknie pięknego. Tylko to wymaga czasu. Tak jak róża, która też żeby wyrosła, żeby rozkwitła, to nie jest jedno pstryknięcie, to nie jest jeden wieczór. Ta róża czy mamy w postaci kwiatu pojedynczego, czy w postaci krzewów, to musi od nasionka wyrosnąć, to musi wykiełkować. Więc te ciernie też potrzebują czasu, żeby pęknąć tak jak na tej karcie. Więc byłaby przypowieść z morałem taka. Czyli właściwie później tak zaczęliśmy od ducha lasu, a później będziemy mieli zmagania człowieka, który przestał być człowiekiem. I jeszcze mimo swojego sędziwego wieku jeszcze miał swoje życie przedłużone, żeby jeszcze jakieś na przykład lekcje odebrać. Może właśnie finalnie zrozumie, że to wcale nie był jakiś przypadek, tylko że życie postanowiło jeszcze na sam koniec dać mu jedną z piękniejszych lekcji, którą odebrał.
Właśnie to przekuwanie tych cierni na piękne róże. Dobra, padum-tss. Mamy to. Wiecie co? Fajny ten odcinek dzisiaj taki kurczę natchniony powiem szczerze. Ja się czuję natchniona po nim. Mam nadzieję, że wy też, że nie nudziliście się dzisiaj, mimo że było stosunkowo mało akcji w tym wszystkim, zwłaszcza po ostatnich odcinkach. Ale fajnie. Naprawdę czuję takie miłe ciepło w środku i myślę, że na tym zamknę. Życzę wam, żebyście też czuli ciepełko, niezależnie od tego, czy to po tej historii, czy po jakichś waszych prywatnych rzeczach.
I co? Słyszymy się za tydzień. Nie przedłużam. Trzymajcie się. Pa!
[03:27:43] - Obiecałem, że będą dwa odcinki cyklu „Bez Tajemnic” i słowa dotrzymuję. Teraz czas na odcinek zatytułowany „Czym jest opętanie? Duchy, demony”.
[03:28:06] - Jeden z moich znajomych zadał mi kiedyś pytanie: dlaczego spirytyści odradzają wywoływanie duchów, organizowanie seansów spirytystycznych? Przecież w końcu spirytyści czerpią swoją wiedzę z seansów, z komunikatów, które uzyskują od duchów zaświatów. Dlaczego to jest zakazane? Dlaczego? Prawo Mojżeszowe tak, prawo Mojżeszowe już dawno, dawno zakazało organizowania seansów spirytystycznych pod groźbą kary śmierci. I nie zostało to uczynione bez powodu. Kościół katolicki także zakazuje wywoływania duchów. Wiele innych religii również przestrzega przed tego rodzaju praktykami. Spirytyści także ostrzegają, aby nie bawić się w tego rodzaju rzeczy, szczególnie jeśli chodzi o zabawę. Ponieważ popularne tabliczki Ouija są bardzo rozpowszechnione wśród młodzieży, nawet jeżeli nie są to tabliczki, są to różnego rodzaju rekwizyty, które służą właśnie do organizowania seansów, ale seansów, takich dla zabawy, dla rozrywki.
Co jest szczególną głupotą, jest szczególnie niebezpieczne. Dlaczego Mojżesz zakazał? Tak samo jak teraz, tak i dawniej. I wydaje mi się, że dawniej jeszcze bardziej. Ludzie po prostu nie potrafili się uchronić przed opętaniem. Wiedza spirytystyczna, którą posiadamy dzisiaj, nie była tak rozpowszechniona jak dawniej, nawet jeśli chodzi o samą wiedzę spirytystyczną, ponieważ spirytyzm nie jest jeszcze aż tak bardzo znany. Chociaż 100, 150 lat temu bardzo dużo osób interesowało się tą tematyką. Ale jeśli chodzi ogólnie o wiedzę taką ezoteryczną, wiedza ezoteryczna dawniej była jakimś takim tabu. Wiedza ezoteryczna, wiedza spirytystyczna należały do jakichś takich dziwnych, ciemnych praktyk, o których nie wolno było mówić. W średniowieczu za tego rodzaju rzeczy palono na stosie, więc po prostu nikt nie wychylał się.
Tak, praktyki spirytystyczne są niebezpieczne i mówią także o tym spirytyści nie tylko w Polsce, ale spirytyści w ogóle na całym świecie. W literaturze spirytystycznej wielokrotnie pojawiają się różnego rodzaju teksty, które mają przestrzec amatorów spirytyzmu, praktyk spirytystycznych przed organizowaniem seansów. Dlaczego? One mogą prowadzić do opętania. Spirytyści wychodzą z założenia, że sam kontakt z zaświatami nie jest niczym złym, ale to kontakt ten powinien być zainicjowany przez drugą stronę. Jak to się mówi, telefon dzwoni stamtąd, a nie stąd. Więc jeżeli ktoś posiada zdolności medialne rozwinięte w większym lub mniejszym stopniu, powinien czekać, aż to duchy skontaktują się z nim, a nie na odwrót. Duch, jeżeli kontaktuje się z jakąś osobą, to wie po co i jest w tym jakiś cel. Natomiast jeżeli człowiek zaczyna szukać kontaktu z zaświatami, wygląda to troszkę tak, jakby mieszkaniec wielkiego, jakiegoś zatłoczonego miasta, jakiejś metropolii otworzył drzwi na oścież i powiedział: „No kto chce niech wchodzi. Zapraszam”.
Teraz wyobraźmy sobie, zaczynają schodzić się do nas różnego rodzaju osobniki, różne typy, których niekoniecznie chcielibyśmy spotkać, ale w końcu zaprosiliśmy ich. I oni wchodzą do naszego mieszkania i siedzą. Siedzą, ponieważ im się podoba. Ponieważ jest ciepło. Mieszkanie jest ładnie umeblowane, można się czegoś napić, można sobie coś zjeść i jest bardzo sympatyczna atmosfera. Przynajmniej z jednej strony. Allan Kardec w „Księdze mediów” wyodrębnił trzy rodzaje opętania. „Księga mediów” jest zasadniczo skierowana, jak sama nazwa wskazuje, do mediów, ale te opętania można także odnieść do osób, które mediumizmem się nie zajmują. Ja zaraz króciuteńko wyjaśnię, na czym to polega. Czyli tak, pierwszy rodzaj opętania: opętania zwyczajne.
Następnie jest fascynacja i zawładnięcie. Opętania zwyczajne, czyli tutaj generalnie duch przychodzi i tak jak ten człowiek z ulicy po prostu zasiada w fotelu i nie chce odejść, nie chce odejść i po prostu notorycznie daje o sobie znać w taki czy inny sposób. Nie wiadomo, jak się go pozbyć. Generalnie nie jest to jakieś opętanie szkodliwe, które mogłoby poza nerwicą doprowadzić do jakiejś innej choroby. Ale jest to opętanie. Jest to uciążliwe. I tutaj do tego opętania ja dodam takie podszepty, nękanie, czyli to są rzeczy, które w zasadzie dotykają nas, powiedzmy ludzi przeciętnych, którzy nie są mediami w największym stopniu. Na czym to polega? Nękanie. Czasami zdarza się, że człowiek, ja tu pomijam przypadki schizofrenii.
Mówię tutaj o ludziach zdrowych, którzy po prostu na przykład mają różnego rodzaju, nie chcę powiedzieć, że słyszą w głowie, ale przychodzą im do głowy różnego rodzaju myśli, tak jakby z zewnątrz. To znaczy człowiek nie identyfikuje się z nimi, ale równocześnie jakieś myśli niepasujące do niego gdzieś tam w tej głowie siedzą. To jest nękanie, to znaczy duchy próbują nam coś podszeptywać, próbują nam coś podpowiadać, narzucać jakieś swoje myśli, które my wiemy, że do nas nie należą. Ale nie każde nękanie. Nękanie to już jest takie uciążliwe, ponieważ są też podszepty. Podszeptom ulegamy non stop, każdego dnia, wielokrotnie i nie tylko duchy mające jakieś złe intencje nam podszeptują różne rzeczy. Czasami na przykład prowadzimy samochód i nagle naciskamy pedał hamulca, po czym okazuje się, że przed samym nosem wyjeżdża nam inny samochód. Można to zrzucić na intuicję. Można powiedzieć, że po prostu mieliśmy jakiś taki odruch. Ale spirytyści powiedzieliby, że prawdopodobnie był to podszept jakiegoś dobrego ducha, ducha opiekuna, anioła stróża, jak to się też mówi, który podpowiedział nam, że musimy w tym momencie zahamować, bo jeżeli nie, to coś się złego stanie.
Ja myślę, że ten przykład akurat z samochodem jest taki może najbardziej trywialny, ale jestem przekonany, że jeżeli zajrzymy w głąb siebie, każdy z nas doszuka się przynajmniej jednej takiej sytuacji, która w jakiś niewytłumaczalny sposób uratowała go przed czymś dobrym. Bądź wręcz przeciwnie. Czasami człowiek wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew własnym interesom popełnia jakiś czyn, który w zasadzie przyszedł mu do głowy, ale tak w zasadzie nie wie skąd. To też są podszepty, które z kolei przychodzą od tych duchów, które pragną się zabawić naszym kosztem lub z takiego czy innego powodu próbują nam zaszkodzić. I to było takie, ja bym powiedział, że to jest właśnie takie opętanie zwyczajne. Jest także coś takiego jak fascynacja. To jest drugi rodzaj opętania według „Księgi mediów” Allana Kardeca. Fascynacja. To dotyczy bardziej mediów, które uzyskują różnego rodzaju komunikaty z zaświatów. I tutaj fascynacja, słowo takie niewinne, ale tak naprawdę dla mediów jest to jedno z gorszych rodzajów opętań, ponieważ duch próbuje zafascynować swoją osobę medium, czyli na przykład prawi mu komplementy.
Tutaj mówimy o mediach, czyli mediach, które są w stanie w taki sposób jasny i konkretny odbierać komunikaty. I taki duch takiemu medium słodzi. I jeżeli medium nie ma w sobie jakiegoś takiego mocnego charakteru, jeżeli nie jest zapatrzone samo w siebie, jest w stanie tym pochlebstwom się oprzeć. Jeżeli nie, to ulega tej fascynacji i zaczyna uważać siebie za nie wiadomo kogo i zaczyna traktować owego ducha jako jedynego przedstawiciela, tak jakby, zaświatów. Zaczyna odbierać komunikaty tylko od niego i zaczyna wypełniać jego wolę. Zdarza się, że te komunikaty czasami przekazują jakieś absurdalne treści, ale medium zafascynowane i wpatrzone w tego konkretnego ducha po prostu łyka wszystko jak młody pelikan, nie zastanawiając się. Uważa, że to jest bardzo dobry przekaz, że ma do czynienia z duchem wyższym, z duchem, który jest duchem dobrym, a tak naprawdę ten duch po prostu ciągnie za sznureczki i manipuluje medium jak mu się tylko zachce. I tutaj są różnego rodzaju lekarstwa, różne sposoby, aby medium mogło się z takiego opętania wyzwolić. Między innymi takie medium powinno kontaktować się z innymi mediami, z innymi osobami znającymi temat, z innymi spirytystami, którzy są w stanie ocenić jego komunikaty i w taki logiczny sposób, którzy mogą starać się dotrzeć do niego, wyjaśnić mu, że to, co napisał, to jest bzdura. Jeżeli takie medium nie obrazi się na swoich kolegów, jeżeli nie uniesie się dumą, będzie w stanie zauważyć swój błąd i odeprzeć, zignorować ducha, który próbuje nim manipulować.
Nie jest to łatwe, ale to jest tak naprawdę jedyny sposób dla medium, aby uwolnić się od wpływu ducha, który próbuje nad nim zawładnąć w taki sposób. Trzeci rodzaj opętań to jest zawładnięcie. Ten rodzaj opętania najbardziej utkwił w takiej świadomości społecznej jako negatywny wpływ zaświatów. Mianowicie chodzi o to, że człowiek przy takim całkowitym zawładnięciu działa wbrew sobie. I tutaj nie mam na myśli takiego działania, o jakim wspomniałem wcześniej, że po prostu z głupoty ktoś coś zrobi coś złego dla siebie. Ale tutaj mam na myśli takie rzeczywiście całkowite zawładnięcie, kiedy człowiek chciałby postąpić inaczej, a po prostu nie jest w stanie. I tutaj na przykład najbardziej takim obrazowym przypadkiem są egzorcyzmy Anneliese Michel, które miały miejsce w Niemczech po 1968 roku. Bardzo znana historia, o której tutaj w szczegółach opowiadał nie będę, ponieważ w internecie można znaleźć bardzo dużo informacji na ten temat. Powstał nawet film „Egzorcyzmy Emily Rose”. To jest ta właśnie znana historia, gdzie dziewczyna została opętana.
Ksiądz próbował ją leczyć, odprawiał nad nią egzorcyzmy. Dziewczyna zmarła i ksiądz trafił przed sąd. W efekcie końcowym nie można powiedzieć, że wszystko zupełnie dobrze się skończyło, ponieważ dziewczyna zmarła, ale historia została zatwierdzona przez Kościół i służy jako pewnego rodzaju lekcja dla innych. Jeśli chodzi o ten trzeci rodzaj zawładnięcia, mówi się też o chorobach psychicznych. Lekarze psychiatrzy nie zawsze potrafią rozróżnić chorobę umysłową od opętania. Lekarze, którzy nie wierzą w duchy, nie wierzą w zaświaty, którzy tkwią w materializmie, jeżeli w swoje ręce dostaną pacjenta, który de facto jest opętany, uznają go za chorego psychicznie. Spirytyści przeprowadzali tego rodzaju eksperymenty polegające na odprawianiu egzorcyzmów w szpitalach psychiatrycznych i gro pacjentów odzyskiwało później dobrą formę. Zarzuca się spirytyzmowi i spirytystom, że zainteresowanie spirytyzmem powoduje opętanie. Oczywiście, tak jak powiedziałem na początku, praktyki spirytystyczne są niebezpieczne i mogą prowadzić do opętania. To jest fakt.
Jednak nie tylko ludzie, którzy interesują się spirytyzmem, którzy zajmują się spirytyzmem, mogą zostać opętani. Podałem przed chwilką przykład chorych umysłowo, którzy niekoniecznie spirytyzmem musieli się interesować, niekoniecznie w ogóle musieli wiedzieć, czym jest spirytyzm. Tutaj chciałbym przytoczyć pewną historię z połowy XIX wieku. Historia, która została opisana przez Alana Kardeca w książce „Opętanie”, która jeszcze w Polsce się nie ukazała, ale mam nadzieję, że niebawem. Historia kobiety, która miała adoratora. Ten adorator na początku był dobrym przyjacielem, często miał zamiar się z nią spotykać. Jednak w momencie, gdy kobieta zrozumiała, że mężczyźnie chodzi o coś więcej niż tylko spotkania towarzyskie, a jego obecność zaczynała być natarczywa, nie chciał jej w ogóle opuszczać i było to dla niej uciążliwe, postanowiła mężczyznę zupełnie odepchnąć. Kobieta pochodziła z wyższych sfer, spotykała się z wieloma osobami, prowadziła bardzo towarzyskie życie. Mężczyzna został odsunięty na margines tego towarzystwa salonowego. Ten nieszczęśnik tak bardzo tym się przejął, że rozchorował się i któregoś dnia w samotności umarł.
Umarł sobie w samotności, otoczony jedynie sługą i pokojówką. Tego samego dnia, punktualnie o godzinie trzeciej, jeśli dobrze pamiętam, codziennie o godzinie trzeciej przez dwa i pół roku miały miejsce różnego rodzaju dziwne sytuacje. Na początku był to krzyk. Później, zdaje się, ten krzyk przeobraził się w jakiś dźwięk, granie na trąbce czy coś takiego. Następnie pojawił się aplauz czy jakieś śpiewy niebiańskie i za każdym razem miało to miejsce o godzinie 15. Jeszcze w międzyczasie było słychać strzały, które wyglądały tak, jak gdyby ktoś próbował do tej kobiety strzelać na ulicy. I nie tylko ona to słyszała. Te dźwięki były słyszane przez wiele innych osób. Rozbijało się okno za każdym razem, gdy ktoś rzekomo strzelał z ogrodu w jej stronę. Była o tym poinformowana policja, było prowadzone śledztwo.
Wiele osób poważanych w społeczeństwie także było świadkami tej sytuacji. Trwało to dokładnie dwa i pół roku, po czym okazało się, że mężczyzna na łożu śmierci zagroził, że po śmierci, w momencie, gdy już opuści ten świat, będzie nękał ową kobietę tak samo długo, jak czynił to za życia. A za życia spotykał się z nią także dokładnie dwa i pół roku. Więc kobieta, która de facto nie miała nic wspólnego ze spirytyzmem, także została przez ducha opętana. I trwało to dwa i pół roku. To jest tylko jedna z wielu historii, które można by przytoczyć, ale jeżeli kogoś to interesuje, to radziłbym raczej sięgnąć po literaturę, która przytacza bardzo wiele tego rodzaju przykładów. Jeszcze tutaj na koniec chciałbym wspomnieć o ostatniej, bardzo ważnej rzeczy. Mianowicie mówiłem o podszeptach i o nękaniu. Tutaj bardzo ważną rolę gra nasz charakter. To, jakimi my jesteśmy i to, jakich przyciągamy ludzi, a także jakie przyciągamy duchy.
Podobnie jak w życiu codziennym mamy różnego rodzaju znajomych na prawo, na lewo. W pracy potrafimy lepiej dogadać się z pewnymi osobami, z innymi gorzej. Wydaje mi się, że wszyscy doskonale wiemy, na czym to polega. Mamy jakieś swoje poglądy, mamy jakiś swój sposób bycia i z reguły staramy się otaczać ludźmi, którzy są do nas w jakiś sposób podobni. Zbir przyciągnie zbira, uczony przyciągnie uczonego, plotkara przyciągnie plotkarę i tak dalej. Człowiek cichy będzie się otaczał osobami spokojnymi. W kontaktach ludzi z duchami jest dokładnie tak samo. Przyciągamy takie duchy, jakimi my jesteśmy. Więc jeżeli przypałęta się do nas jakiś duch, który stara się przekonać nas do czegoś nieodpowiedniego, do czegoś złego, tak naprawdę jedynym skutecznym rozwiązaniem tej sytuacji jest ignorowanie tego ducha. To znaczy pracowanie nad samym sobą.
Czym bardziej będziemy pracować nad własnym charakterem, czym bardziej będziemy starali się być lepszymi ludźmi, tym mniej sposobności będą miały niewidzialne kreatury, aby sprowadzić nas na złą drogę. Takie duchy, które są nisko rozwinięte, które próbują bawić się kosztem innych ludzi, po prostu nie będą do nas przychodziły, ponieważ nie będą w stanie wywęszyć żadnego interesu. Nie będą w stanie uzyskać tego, co pragną. Ja tu widzę trzy możliwości, aby uchronić się przed opętaniem. Pierwsza rzecz to pracowanie nad własnym charakterem, pracowanie nad tym, aby być coraz lepszym człowiekiem, aby nie dawać duchom niższym, istotom nisko rozwiniętym powodu do zaczepki. Druga sprawa: nie organizować groteskowych seansów spirytystycznych, które otwierają drzwi wszystkim istotom, które tylko mają akurat odrobinę wolnego czasu i chciałyby się zaobawić naszym kosztem. Trzecia rada: oddać się po prostu pod opiekę istocie, która tak naprawdę ma władzę nad wszystkim. Jeżeli ktoś postanowił całkowicie oddać się pod opiekę Bogu, w zasadzie nie musi się obawiać, że coś mu się przytrafi. Mówię w zasadzie, ponieważ jednak każdy z nas ma jakieś obciążenia karmiczne, które w większym lub mniejszym stopniu kierują naszym życiem. Niemniej zawsze dobrze jest mieć do kogo się zwrócić.
I według mnie taką najbardziej odpowiednią osobą, której można zawierzyć własne zdrowie, własne bezpieczeństwo, jest właśnie Bóg.
[03:49:28] - Przyznam się, że ciężko mi zapowiadać kolejny punkt programu. Tym punktem jest „Labirynt książek Mirosława Gołuńskiego”, bo to jest, proszę państwa, ostatni odcinek z tego cyklu. To jest ostatni odcinek, który Mirosław nagrał dla Book Radia. Nie będzie już kolejnego powitania. Dzień dobry albo dobry wieczór, bo w końcu nie wiadomo, kiedy ktoś będzie tego słuchał. Nie będzie tego. I tak pamiętam, jakie to było dla mnie zaskoczenie, jak pewnego dnia niespodziewanie dowiedziałem się, że Mirka nie ma już z nami. Tak po prostu. Wydaje się nieprawdopodobne. A dzisiaj zapraszam państwa na ostatni „Labirynt książek”.
„Labirynt Mirosława Gołuńskiego”, w którym omawia „Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego.
[03:50:46] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy będziecie państwo mieli czas posłuchać kolejnego zaproszenia do mojego „Labiryntu książek”. Dzisiaj wracam do literatury polskiej. Nie zawsze mi się to zdarza. Jak państwo zauważyli, w ostatnich czasach częściej. To nie znaczy, że nie czytam literatury polskiej, a jedynie, że nie dostrzegam w niej wartości, którymi chciałbym z państwem się dzielić. To zupełnie inna kwestia. Dzisiaj książka nie najnowsza, bo z 2006 roku, ale ciągle bez problemu do zdobycia, więc można sobie ją dziś przeczytać i mieć absolutnie zupełnie inne zdanie niż ja. A myślę tutaj o książce Wiesława Myśliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli”. Sam autor to oczywiście jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy XX wieku i początku XXI.
Dziś już 96-letni, który wiele do polskiej prozy wniósł. Przede wszystkim wniósł wiele z perspektywy chłopskiej. Dotknął i dotyka, chociaż w tej chwili oczywiście jest już seniorem, więc trudno od niego oczekiwać. Oczywiście czekamy na kolejne powieści, ale ta była jedną z ostatnich. Miał wtedy 80 lat, gdy ją napisał. Dotyka bardzo bolesnych kwestii związanych z przemianami, które zaszły w Polsce po II wojnie światowej. Andrzej Leder nazwał je „wcześnioną rewolucją”, ale Leder przede wszystkim myślał w swojej książce, bardzo ciekawych esejach, przede wszystkim o przejściu ludności wiejskiej do miejskiej. Tymczasem Myśliwski dostrzega bohatera w całej jego złożoności, na przykład w „Drzewie” czy w „Pałacu”. Dostrzega przemianę świata. To znaczy to, że dziecko lub
[03:52:40] - Człowiek, który wychował się w folwarcznych czworakach, nagle staje w zupełnie innym miejscu. Bohater, którego nie poznajemy nawet z imienia, bohater „Traktatu o łuskaniu fasoli” to bardzo ciekawa i bardzo złożona postać, ponieważ urodził się jeszcze przed wojną, koło '43 roku, ma kilkanaście lat, prawdopodobnie 11-12. Można założyć, że mniej więcej jest rówieśnikiem autora. Wojenne doświadczenia spowodowały, że utracił rodziców i rodzinę. Część wojny jako dzieciak spędził z oddziałem partyzanckim. Po wojnie trafił do komunistycznej szkoły, w której nauczył się fachu. Został, trochę z przypadku, jak się okazuje, elektrykiem. Później pracował przez jakiś czas na budowach, ale zakochał się w saksofonie. Nauczył się na nim grać. Trafiał na różnych ludzi, którzy mu w tym pomagali, by wreszcie wyjechać na Zachód i zrobić tam karierę, grając w zespołach tanecznych.
Karierę na miarę PRL-u. Osoba, do której mówi, która spisuje jego relacje, bo tak naprawdę mamy tutaj, o czym będę za chwilę mówił więcej, bowiem mamy tutaj bohatera z pierwszoosobową narracją oralną, ale o tej oralności za chwilę powiem więcej. Znajduje go we wsi, z której on pochodził. I wiemy o tym od samego początku, bo o tym opowiada nam w początkach powieści, jak to się stało, że wrócił. Starość spędza jako portier czy właściwie stróż w osiedlu domków, dacz, we wiosce, w której się wychował. Od tego zaczyna, ale to jest bardzo ważne. Jego życie zatoczyło pętlę. Po drodze były kobiety, był jakiś ślub, jakiś rozwód. Z narracji nie wynika, żeby miał dzieci. Niewiele też mówi o swoim wieloletnim pobycie za granicą.
Interesuje go przede wszystkim to, co wydarzyło się w czasie wojny i bezpośrednio po wojnie, jego droga do bycia nie elektrykiem, a saksofonistą. Dlaczego „Traktat o łuskaniu fasoli”? Bo to też jest istotne. Otóż uczy swojego gościa, któremu opowiada swoją historię, łuskać fasolę, ponieważ przed wojną robili to wszyscy razem w rodzinie i byli związani ze sprzedażą tej fasoli. On zresztą dalej fasolą sobie dorabia i sama fasola to jest rytuał. Rytuał, przy którym toczą się pozornie błahe, ale tak naprawdę głęboko rytualne rozmowy. I narrator tej opowieści, główny bohater przy okazji, tak właśnie się zachowuje. Opowiada. Bo istotą tej opowieści, co podkreśla też w wywiadach autor, jest to, że sam mówi, że to odkrył. Odkrył oralność tej narracji, siłę ustnego przekazu.
Oralny, czyli mówiony. A więc ta opowieść jest troszeczkę inaczej skonstruowana, ponieważ jej perypetie, zwroty akcji nie są wywoływane przez nasze przyzwyczajenia, bo zwykle czytamy opowieść pisaną. Oczywistym jest, że gdy opowiadamy coś przy piwie czy przy kawie, to ta opowieść wygląda zupełnie inaczej niż wtedy, gdy czytamy historię, która jest z założenia napisana. I Myśliwskiemu udaje się, mam tu jedno zastrzeżenie, o którym za chwilę będę mówił, udaje się naśladować w piśmie oralną wypowiedź bohatera. To nie znaczy, że ten bohater nie umie czytać. Umie. Nuty nawet umiał czytać. Zresztą przywołuje kilka książek ze swojego dzieciństwa czy potem w niektórych momentach. Co ciekawe, są to zwykle książki dla dzieci, które odgrywają sentymentalną rolę w jego życiu. I uczy, ucząc potem razem z przybyszem łuskać fasolę.
Prawdopodobnie mamy zmrok, bo opowieść kończy się tym, o czym zresztą wielokrotnie mówi w powieści, że co najmniej raz w ciągu nocy idzie z psami sprawdzić, czy wszystko w porządku przy domkach. Dostajemy historię szczęśliwego, choć biednego dzieciństwa, koszmarnych przeżyć wojennych, a wreszcie, tego, od czego zacząłem, powojennej przemiany. To on z dziecka małorolnych chłopów, oczywiście stracił tę ziemię wraz ze śmiercią całej rodziny i sieroty, trafia do szkoły. Właściwie zostaje schwytany i na siłę zmuszony do uczęszczania do takiej szkoły dla młodych chłopców. Tam są tylko chłopcy. On jest jednym z młodszych w tej szkole, więc to też mu nie ułatwia życia. Ostatecznie w tej szkole zupełnie przypadkowo natrafia na swój instrument, na to, co potem stanie się jego życiem. Tam również uczy się zawodu. Najpierw chciał być spawaczem, ale ostatecznie został elektrykiem, co oczywiście we wczesnokomunistycznej PRL-owskiej Polsce miało olbrzymie znaczenie, ponieważ dotykamy kwestii. Najpierw mamy obrazki z elektryfikacji wsi, a potem on pracuje na różnych budowach, przenosząc się z jednej na drugą.
Wplecione są w to różne poboczne historie o ludziach, których spotyka. Mamy niesamowity wręcz wykład o sztywnym kapeluszu brązowym, który w którymś momencie kupował, tracił i tak dalej. To są niesamowite historie, które naprawdę warto przeczytać. Pewnie równie warto byłoby tego wysłuchać w audiotecze, by zobaczyć, jak to zabrzmi w uszach. Ale miałem też jedno moje drobne zastrzeżenie. Bohater prawdopodobnie wiele lat przeżył na emigracji. O ile oczywiście, i to jest Mój jedynie domysł, ale raczej tak. Ta emigracja byłaby prawdziwa. Jeżeli tak, a opowiada o tym, że podróżował właściwie po całej Europie, chociaż mamy bardzo niewiele informacji na ten temat, to zaskakujące jest to, że właściwie on mówi wyłącznie potoczną polszczyzną. Tak jakby lata spędzone wśród obcych, a to w końcu byli.
Z jego opowiadań wynika, że za granicą spędził co najmniej 20-30 lat, w ogóle nie przesiąkł językiem krajów, w których przebywał. Wydaje się to wręcz prawie nieprawdopodobne, bo ja wiem, że tak jest, gdy zdarza się to, sam znam takie sytuacje, gdy ktoś na przykład wyjechał do Chicago i cały czas mieszkał tylko w polskiej dzielnicy i właściwie nie kontaktował się z Amerykanami, bo u Polaka pracował, wszystko było polskie, ale on mówi o tym, że pracował w międzynarodowych zespołach, orkiestrach, więc nie mówił, grał w kurortach. Tego się dowiadujemy. Niekoniecznie więc musiała to być i była to opowieść. I w ogóle nie ma śladów tej obecności językowej, śladów tej obecności jego za granicą. Pytanie oczywiście, bo z tego wynika, czy ta historia jest tak naprawdę prawdziwa? Nie chodzi mi oczywiście nie w sensie fikcyjności, bo mamy seks fikcjonalny, ale czy po zawieszeniu fikcjonalności, co towarzyszy nam zawsze przy lekturze powieści, czy narrator jest wiarygodny? Tego nie jestem pewny. Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie i rzadko kiedy ktoś się w ogóle nad tym zastanawia. Ale tak czy inaczej, wszyscy ci, którzy lubią opowieści chłopskie, a ja czasami przyznaję, lubię przeczytać, zwłaszcza takie regionalne, czy to nagrodzonego Nike Radka Raka z jego „Pieśnią w leżowym sercu”, czy również nagrodzoną Nike Kajś z ubiegłego roku, już z 2021 roku, kapitalnym reportażem, bardzo takim formacyjnym, zresztą mówiłem o nim, o Śląsku.
To jest opowieść chłopska. Jeżeli czytaliście państwo Kawalca czy Redlińskiego, kiedyś „Klonopielka” była przecież lekturą, to powieść Myśliwskiego jest swego rodzaju apendyksem do tamtej opowieści i domknięciem, zamknięciem epoki chłopskiej. Może oczywiście nie w literaturze, bo nie wątpię, że tak jak w powieściach Macieja Płazy chłop będzie powracał jako bohater, to jednak, jak zauważył Andrzej Mencwel, wybitny polski antropolog w książce „Czas na progu”, świat wsi się skończył w tym rozumieniu, które było jeszcze bliskie moim, ja dobijam pięćdziesiątki, moich rodziców, a zwłaszcza dziadków. Ten świat wsi zniknął z jednej strony, bo nastąpiła mechanizacja pracy na roli, ale z drugiej strony i to jest też istotne, bo skończył się świat, bo dzisiaj żyjemy inaczej. Mencwel opisuje to w takim bardzo głębokim i takim nostalgicznym eseju, ale też gorzkim, w którym opowiada, jak to w jego okolicy, w okolicy wsi, gdzie miał dom, chociaż oczywiście sam pracował w Warszawie, ale to był Kampinos, skupiono wszystkie konie. Po prostu w ciągu kilku dni konie zniknęły ze wsi, ale z końmi zniknął polski chłop, bo na traktorze pracuje rolnik. Więc zmieniła się formacja. Czy to wpłynęło na umysłowość polskiego rolnika już teraz? A to jest zupełnie inna kwestia i o tym nawet nie ośmielę się tutaj dyskutować. Tak czy inaczej, zapraszam państwa do tej niezwykłej powieści, jaką jest „Traktor do łuskania fasoli”.
Dziękuję bardzo.
[04:03:20] - Proszę państwa, proszę państwa, czas na wspomnienia. Czas na archiwum ABW. Dzisiaj poza innymi opowiadaniami chciałbym zwrócić państwa uwagę na takie krótkie formy literackie prezentowane przez Piotra Pieńkowskiego. Myślę, że to są prawdziwe perełki literackie. Szkoda, że autor chyba porzucił pisanie, a w każdym razie nie jest autorem, który eksponuje owo pisanie. Moim zdaniem niedobrze się stało, ale ocena należy do państwa. Zapraszam. Archiwum ABW.
[04:04:08] - Anna Stańczyk, „Przysługa”. Daliście mi na imię Laura, lecz tutaj częściej mówią na mnie Lalka. Rzekomo z powodu ładnych rysów twarzy. Nie najgorzej takie mieć, gdy przez większość życia jest się łysym bez włosów wokół twarzy. Symetria staje się wielkim sprzymierzeńcem. Słyszycie mnie, prawda? Wiem, że mnie słyszycie. Przez długi czas zastanawiałam się, dlaczego was przy mnie nie ma, ale w końcu dowiedziałam się, że to był wypadek. Miałam niecałe dwa lata, gdy tata roztrzaskał samochód o drzewo, a ja stałam się sierotą.
[04:04:50] - Nie powiem, ta wiadomość przyniosła mi ulgę, bo to o wiele lepsze od porzucenia. Najgorsze to być niekochanym bękartem. A to jest mój obecny dom. Odkąd pamiętam, wszystko wygląda tutaj tak samo. Każdego ranka gapię się przez to wielkie szpitalne okno na obskurną stację kolejową. O, właśnie odjeżdża pośpieszny. Próbuję uchwycić wzrokiem kolejne wagony. Kiedyś je liczyłam. Widzicie? Tam za parkiem nad starym osiedlem zrywają się do lotu ptaki.
Skręcają na południe, mijając dym ciągnący się z kominów nieustannie pracującej fabryki. Mam wrażenie, że wszystko wokół pulsuje, zmienia się. Tylko ten nasz szpital pozostaje w bezruchu. Miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Z 14 lat życia niespełna siedem spędziłam tu, w Miejskim Szpitalu imienia Świętego Alberta, zwanym przez nas pacjentów umieralnią. Ten ponury budynek stał się moim domem w roku '70, gdy stwierdzono u mnie białaczkę. Byłam bardzo słaba, ale unosiłam się na noszach, by z okna karetki zerkać na znienawidzone mury sierocińca, które stawały się coraz mniejsze i coraz bardziej żałosne. Po raz pierwszy widziałam je z tej perspektywy. Aż w końcu zniknęły za zakrętem. Miałam wtedy nadzieję, że już na zawsze.
Można by powiedzieć, że ta nagła zmiana była przejściem z jednego więzienia do drugiego. Dla mnie jednak ta podróż znaczyła tyle, co nowe życie. Przeszłam wiele męczących sesji terapeutycznych. Choroba się cofała, a potem zawsze następował nawrót. Mój organizm był coraz bardziej spustoszały, zatruty, lecz wciąż się nie poddawał. Po każdej kolejnej serii leków miałam wrażenie, że to, czym się staję, jest tylko pustą skorupą, a wszystko, co dotąd stanowiło jego treść, zostało bezpowrotnie zniszczone. W ciągu tych męczących lat nieliczni z moich szpitalnych znajomych pokonali chorobę i opuścili szpital. Zdecydowana większość przechodziła jednak na drugą stronę, co było smutne, jednak nikogo już nie szokowało. Śmierć była elementem naszej codzienności, tak jak wieczorna kąpiel, wspólne oglądanie dobranocki na stołówce czy odwiedziny bliskich w dni wolne od pracy. Z tym wyjątkiem, że ona nie była wpisana w żaden grafik.
Przychodziła, kiedy chciała. Tylko po mnie nie chciała przyjść. Ja wciąż tu tkwiłam. Dzisiaj jest wyjątkowo cicho i spokojnie. Czyżby była niedziela? Sama już nie wiem. Dni wydają się takie długie. Zlewają się z sobą. Nie lubię niedziel, bo wtedy chodzimy do kaplicy na nabożeństwo. Niby nie jest to obowiązkowe, ale jak się nie pójdzie, można mieć nieprzyjemności.
A ja nie znoszę tych przesiąkniętych kadzidłem malowideł, tych zastygłych w przedziwnych pozach postaci, wpatrzonych z nadzieją w niebo, niemiłosiernie twardych ławek i senności, której za nic nie potrafię pokonać. A Bóg nigdy nie odpowiada na moje prośby. Milczy, jakby udawał, że to nie jego sprawa. Jego też nie lubię. Pewnego razu ksiądz wygłaszający kazanie powiedział, że cierpienie uszlachetnia i w jakiś nieodgadniony dla ludzi sposób wymazuje im grzechy. A im bardziej człowiek cierpi na ziemi, tym po śmierci dostępuje większej radości, powiększając zastępy aniołów. I wiecie co? Uwierzyłam mu. Spojrzałam na moje życie w inny sposób. Dostrzegłam sens.
Tak naprawdę była to jedyna myśl, która wówczas dawała mi siłę. Uczepiłam się jej jak tonący brzytwy i trwałam w nadziei, że jakoś to będzie w tym i w przyszłym życiu. Wbiłam sobie do głowy, że kiedyś porzucę niedoskonałe ciało i stanę się jedną z tych jasnych, nieczujących bólu istot, takich samych jak na obrazach szpitalnej kaplicy. Trwało to jakieś trzy lata. Trzy pełne nadziei lata intensywnego, nieprzynoszącego rezultatów leczenia. Aż w końcu przejrzałam na oczy. Zrozumiałam, że nigdy z tego nie wyjdę. W jednej chwili ogarnęły mnie rezygnacja, strach i zwątpienie. I nieustające migreny. Ból przychodził nagle i utrzymywał się przez wiele dni.
Był tak okropny, że nie pomagały prochy ani nawet zastrzyki. Wtedy wszystko się zmieniło. Już nie chciałam być aniołem, nie za taką cenę. Znienawidziłam doczesną powłokę i przestałam wierzyć w cokolwiek. Coraz częściej myślałam o śmierci, co wkrótce przerodziło się w skrzętnie ukrywaną obsesję. Jednak nawet w najtrudniejszych momentach zawsze kończyło się tylko na myślach, bo nie umiałam podjąć ostatecznej decyzji czy nawet próby. Bałam się nicości, a jednocześnie jej pragnęłam. Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. Był poniedziałek i zbliżał się dzień mojej kolejnej chemii. Obudziłam się z potworną migreną.
Uniosłam się na łokciach, po czym odruchowo zasłoniłam porażone ostrym światłem oczy. Wszystkie okna dziecięcego oddziału nowotworowego wychodzą na wschód. Z tego powodu codziennie wita nas pełne radosnych promieni słońce, które zdaje się gwałtem wdzierać w naszą umieralnię ze swoim wkurwiającym optymizmem. Przekręciłam się twarzą do drzwi. Od piątku byłam jedyną lokatorką sali numer 3, dlatego nikt nie przeszkadzał mi przeżywać cierpienia na mój własny sposób. Drugie łóżko, zajmowane dotąd przez Julkę, wciąż stało puste. Leżałam więc nieruchomo jak kłoda i próbowałam wyciszyć ból, gapiąc się bezmyślnie w kostropatą lamperię, kiedy do pokoju wpadła Anka, kumpela spod szóstki. Też miała białaczkę. Jej pełną buzię okalały króciutkie kosmyki rudych, kędzierzawych włosów, co sprawiało, że przypominała nie do końca ubieżonego kurczaka. Swoim zwyczajem odbiła się jak na niewidzialnej sprężynie tuż przed moim łóżkiem i całą mocą klepnęła na nie tyłkiem.
Na szczęście zdążyłam w porę odsunąć nogi. „Cześć lalka, masz gazetę?” — spytała. „Nie” — odpowiedziałam. „Aneta przyniesie dopiero po wieczornym obiedzie. I nigdy więcej tego nie rób. Łeb mi pęka”. Anka skrzywiła się w grymasie niezadowolenia. Była ode mnie rok starsza, choć jej zachowanie często na to nie wskazywało. Miała opinię oddziałowego świra. Poza chorobą nowotworową z jej głową ewidentnie było coś nie tak.
Matka Anki była alkoholiczką i odwiedzała ją bardzo rzadko. Też nie była całkiem normalna. Ponoć kilka razy podcinała sobie żyły, ale zawsze w taki sposób, żeby mogli ją odratować. Odsiadywała swoje w psychiatryku i wracała na jakiś czas do normalności. Myślę, że poniekąd zachowanie matki mogło stanowić źródło problemów psychicznych Anki. Ten postrzelony rudzielec potrafił z dnia na dzień zapaść w głęboką depresję, a potem nagle z tego wyjść, denerwując wszystkich dookoła swoją nadmierną energią. Miewała też przywidzenia. Opowiadała niestworzone rzeczy, strasząc młodsze dzieciaki. Mnie samo te opowieści zawsze bawiły. Były barwną odmianą dla schematycznych, niczym nieróżniących się dni.
Na swój sposób lubiłam Ankę i ona chyba lubiła mnie. Czasem się kłóciłyśmy, ale to ona zawsze przychodziła pierwsza i jakby nigdy nic zdawała relację z oddziałowego życia. Wraz z ośmioletnią Zuzką zajmowała salę znajdującą się najbliżej pokoju pielęgniarskiego, która była idealną miejscówką do podsłuchiwania rozmów personelu. Regularnie zabawiała się w detektywa, przekazując mi najbardziej sensacyjne i pikantne wieści. Dzięki temu wiedziałam o wszystkim, co działo się na oddziale. W zamian za cenne informacje opowiadałam Ance o książkach, które przemycała dla mnie pani Aneta. Były to przeważnie powieści dla dorosłych. Najbardziej lubiłam kryminały i opowiadania z dreszczykiem. Czasem wspólnie czytałyśmy codzienną gazetę. „Kurde, szkoda” — zamruczała pod nosem.
„Na pewno coś o tym napisali”. Cała Anka. Była jednym wielkim niedopowiedzeniem. Gdy pytająco uniosłam brwi, przysunęła się bliżej i powiedziała na jednym oddechu: „Ponoć od kilku dni w mieście dochodzi do brutalnych zbrodni i policja podejrzewa, że sprawcą jest seryjny morderca. Podrzyna kobietom gardła, a potem rozrywa ubranie i nożem wycina na piersiach tajemniczy znak. I wiesz co? Ostatnie morderstwo miało miejsce w naszej dzielnicy”. „Skąd o tym wiesz?” — spytałam zaintrygowana, unosząc się na łokciach. „Jak to skąd? Z dyżurki” — zachichotała.
Piguły dzisiejszej nocy popijały coś naprawdę mocnego. „Ponoć w wiadomościach mówili, że ludzie boją się wychodzić na ulicę przez tego psychola. Nazywają go Czarnym Aniołem. Zabił już trzy kobiety, a ja wczoraj widziałam dziwnego typa w kapturze. Kręcił się pod lasem i jakby czegoś szukał i wydawało mi się, że za plecami miał...”. Irytująco szybki potok słów Anki działał mi na nerwy. „Wiesz, że w czwartek mam chemię?” — przerwałam bezceremonialnie. „Wybacz, ale chyba nie mam dziś ochoty na te twoje sensacje”. Entuzjazm Anki natychmiast przygasł. „Boisz się?” — spytała bardzo cicho.
„Nie” — skłamałam. „Tylko już zaczęłam się przyzwyczajać do tego milimetrowego jeża na głowie”. Pogładziłam się po pokrytej meszkiem czaszce. „Hej lalka, dasz radę, wytrzymasz. Tylko ja nie wiem, czy chcę wytrzymać”. Zapadła cisza. Obie wiedziałyśmy, co mnie czeka i żadne słowa by tego nie zmieniły. Tak naprawdę były w tej chwili jak sypanie rany solą. Nagle gdzieś z głębi korytarza dobiegł krzyk, a potem głośny, przeciągły płacz. Maciek znów dostał igłę w dupę.
„Nienawidzę tych szmat” — wycedziłam przez zęby. „Wczoraj w nocy Maciuś w złości nazwał Lidkę starą kurwą. Jak bum, cyk, cyk” — rozpromieniła się Anka. „Ciekawe skąd pięciolatek zna takie słowa” — oburzyłam się. Anka niewinnie uniosła wzrok i wzruszyła ramionami, po czym niespodziewanie zerwała się z łóżka i podbiegła do drzwi. „Idę do niego. Nasz mały braciszek potrzebuje wsparcia.” „Do później” – rzuciłam sunąc go, bo migrena rozszalała się na dobre. Anka wyszła, a za chwilę, będąc już na korytarzu, wsunęła głowę między drzwi a framugę. „Jak się dowiem czegoś nowego, dam znać” – wyszeptała, po czym wreszcie zniknęła. Dzień niesamowicie się dłużył, a ból odpuścił dopiero po kolacji.
W nocy nie mogłam spać. Leżałam na boku w pokoju oświetlonym jedynie marną poświatą zza okna, myśląc o zbliżającym się czwartku. Gapiłam się w płynące deszczem szyby i wyobrażałam sobie, jak bardzo bolałby upadek z trzeciego piętra. Czy w ogóle coś bym poczuła? Ale chyba nie tego bałam się najbardziej, tylko samego spadania. Zaczęłam zastanawiać się nad jedną rzeczą. Nie mogłam skojarzyć, czy pod moim oknem znajdują się chodnikowe płyty, czy też rośnie trawa. Jakby wiedza na ten temat mogła mi pomóc w podjęciu decyzji o zakończeniu życia. A jednak nagle poczułam silną potrzebę sprawdzenia tego faktu. Odrzuciłam kołdrę, zapaliłam nocną lampkę i boso podeszłam do ogromnego okna z podwójną szybą.
Niestety musiałabym otworzyć jedno skrzydło i znacznie się wychylić, żeby ustalić, co znajduje się dwa piętra niżej. Ogromne krople deszczu oraz zacinający wiatr skutecznie odwiodły mnie od tego pomysłu. Jednak skoro i tak byłam już na nogach, wsunęłam kapcie i oparłam się łokciami o parapet. Po przeciwnej stronie ulicy tlił się mleczny blask latarni. Zawiesiłam wzrok na horyzoncie za wierzchołkami drzew, gdzie mogłam dostrzec szczyty miasta w całej swej krasie. Była trzecia w nocy, a ono nieustannie tętniło światłem i kolorem. Uświadomiłam sobie, że mimo późnej pory gdzieś tam toczy się normalne życie. Ktoś śpi pod ciepłą pierzyną, przytulając się do żony. Ktoś inny wraca z dalekiej trasy, marząc o kąpieli. Jakaś matka nosi wrzeszczące dziecko na rękach.
Ktoś się kłóci, tańczy, wstaje do pracy. Może ktoś myśli o śmierci jak ja. Pozaszpitalne życie znałam tylko z opowieści i gazet, a prawdziwi ludzie znajdowali się w całkiem innym wymiarze i mogłam ich sobie jedynie wyobrażać jak postaci z książek. Wróciłam wzrokiem na własne podwórko, czyli do jednej z najbrzydszych dzielnic miasta. Jedynym punktem, na jakim można było zawiesić w tej okolicy oko, była ta obskurna stacja kolejowa. Codziennie o tej godzinie, dokładnie na wprost mojego okna zatrzymywał się pociąg ekspresowy. W bezsenne noce lubiłam go obserwować. Wgapiłam się w rozświetlone wagony, dostrzegając czasem jakieś głowy oparte o zasłonkę lub sylwetki podróżnych opuszczających przedział. Rozmyślałam, dokąd mogą jechać i jaki jest cel ich podróży. Z tych rozmyślań wychodziły mi czasem całkiem fajne historyjki.
Tej nocy pociąg miał dziesięciominutowe opóźnienie. Zatrzymał się ze znajomym, przeciągłym piskiem, a ja, wciąż oparta o parapet, niecierpliwie czekałam, czy któryś z pasażerów wysiądzie na tej mało popularnej stacji. Gdy wagony potoczyły się dalej w ciemną dal, w smugach deszczu dostrzegłam niewyraźną postać z walizką i parasolem. Sądząc po sylwetce i kroju płaszcza, była to drobnej budowy kobieta. Oparła bagaż o przeszkloną wiatę i szukała czegoś po kieszeniach. Nagle kilka metrów dalej wyrosła druga postać, postawna i przynajmniej o głowę wyższa. Był to mężczyzna w kapturze. Wyłonił się dosłownie znikąd. Kilka sekund później już przy niej stał, a w jego uniesionej ręce zobaczyłam jakiś przedmiot. Obraz rozmazywał się w strugach deszczu, ale blask latarni przez moment ujawnił połyskujące ostrze.
Wtedy dotarło do mnie, co się dzieje. On ją zabije. Chciałam otworzyć okno i krzyknąć. Spłoszyć go, cokolwiek. Jednak nie zrobiłam tego. Gdy kobieta dostrzegła napastnika, było już za późno. Wypuściła z ręki parasol i rzuciła się do ucieczki, ale on był szybszy. Chwycił ją w pasie, przyciągnął do siebie i zdecydowanym ruchem przejechał nożem pod gardłem. Zdawało mi się, że widzę tryskającą krew. A może to był tylko deszcz?
To wszystko trwało tylko kilka sekund. Chyba nawet nie zdążyłam mrugnąć powiekami. Zrobiło mi się słabo. Moje ciało trzęsło się w środku, a ja nie mogłam się poruszyć ani wydać z siebie żadnego dźwięku. Widziałam, jak ofiara upada pod nogi oprawcy, a ten jeszcze chwilę nad nią stoi i przygląda się jej ciału. Nie umiałam tego wszystkiego pojąć. Tak bardzo pragnęłam, żeby to był tylko sen. Zamknęłam oczy i płacząc, modliłam się, żeby to nie była prawda. Niestety, gdy ponownie podniosłam powieki, on nadal tam stał, lecz nie pochylał się już nad kobietą. Był wyprostowany, a spod kaptura ciemnej kurtki patrzyła na mnie jego lekko oświetlona, blada twarz.
Nieznacznie przekrzywił głowę, jakby chciał mi się lepiej przyjrzeć. Krzyknęłam przerażona i rzuciłam się na łóżko. Roztrzęsiona ręka znalazła wyłącznik nocnej lampki. Nastała ciemność. Spięta tkwiłam pod kołdrą, bojąc się nawet wziąć oddech. Wciąż klepałam słowa pierwszej lepszej modlitwy i rozmyślałam, czy morderca nadal tam jest. I o leżących na stacjach zwłokach kobiety. Zabił ją na moich oczach. Właśnie byłam świadkiem morderstwa, a jego sprawca mnie widział. Przypomniała mi się opowieść Anki, po czym kolejna fala zimnego potu oblała całe moje ciało od pięt po czubek głowy.
Dygocząc i ledwie łapiąc kolejne oddechy, zastanawiałam się, co teraz będzie. Czy już po mnie idzie? W wyobraźni widziałam, jak wchodzi do budynku szpitala i wjeżdża windą na drugie piętro, a potem przeczesuje każdą salę w poszukiwaniu przypadkowego świadka swojej zbrodni. Bałam się. Strasznie się bałam i pragnęłam o tym wszystkim zapomnieć. Zasnąć i obudzić się w normalnych okolicznościach. Mamrotałam kolejne zdrowaśki. Nagle trzasnęły drzwi, potem kolejne. Otworzyłam oczy i zdumiona stwierdziłam, że jest już widno. Co prawda wciąż miałam naciągniętą na twarz kołdrę, ale przebijały przez nią słoneczne promienie.
Jak nigdy dotąd byłam za nie niewypowiedzianie wdzięczna. Na oddziale, jak każdego ranka panowało poruszenie, jednak zdawało się być inne niż zwykle. Piguły kręciły się po korytarzu, niemiłosiernie stukając drewniakami. Słyszałam ich nerwowe, podniecone głosy. Powoli zsunęłam kołdrę i spojrzałam na tarczę ściennego zegara. Była 5:50. Za wcześnie na pobudkę. Zwykle któraś z pielęgniarek zwlekała się z fotela nie wcześniej niż punkt szósta. A teraz miałam wrażenie, że już cały szpital stoi na nogach, a raczej na nich biega. Wstałam i z drżącym sercem podeszłam do okna.
Świtało. Wokół stacji w promieniu kilku metrów porozciągano milicyjną taśmę w biało-czerwone paski. Dalej stał ambulans, do którego sanitariusze wkładali nosze. Czarny, wypukły worek, który na nich spoczywał, mógł mieć tylko jedną zawartość. Dwóch milicjantów rozmawiało ze sobą, a jakiś gość w kombinezonie pochylał się nad pokaźną plamą rozcieńczonej nocnym deszczem krwi. Nagle drzwi mojego pokoju otworzyły się z hukiem. Serce omal nie wyskoczyło mi gardłem. Wpadła Anka. Zwykle przed śniadaniem takie niezgodne z regulaminem zachowanie by nie przeszło. Najwyraźniej morderstwo tuż pod szpitalnym murem całkowicie zdezorganizowało oddziałowe życie.
„Widziałaś to?” Anka przysiadła na parapecie i ani przez moment nie patrząc mi w oczy, obserwowała wydarzenia zza okna. „Tak” burknęłam. „Aż za dobrze.” „A nie mówiłam, że pod lasem łaził jakiś podejrzany typ? To na pewno jego sprawka.” „Miał krótką, ciemną kurtkę z kapturem?” „No tak, przecież mówiłam.” Na moment łaskawie odwróciła głowę w moją stronę. „Widziałam, jak ją zabijał” wycedziłam jak w transie. „Co?” Anka aż usiadła z wrażenia. Westchnęłam tylko, wciąż patrząc przez okno. karetka właśnie odjeżdżała, a mundurowi nadal byli zajęci zabezpieczaniem dowodów. „On mnie widział i teraz pewnie będzie chciał mnie zlikwidować.” „Chyba żartujesz.” „Tak żartuję. Zmyślam sobie, bo nie mam nic lepszego do roboty” wrzasnęłam na nią i się rozryczałam.
Anka podeszła i chwyciła mnie za dłoń, którą od razu wyszarpnęłam. „Musisz o tym powiedzieć pigułom albo lekarzowi. Niech to zgłoszą na milicję” przekonywała mnie. „Nie ma mowy. Będę przesłuchiwana, a potem to już ten drań na pewno po mnie przyjdzie. Jak nic nie powiem, może mi odpuści. Czy ty wiesz, co to zemsta mordercy na przypadkowym świadku? Bo ja czytałam o takich rzeczach nie raz.” Drewniaki w korytarzu zdawały się zbliżać do mojego pokoju. Wygoniłam Ankę i kazałam jej trzymać gębę na kłódkę, a sama poszłam się wysikać. Na drugim końcu korytarza dwóch milicjantów ściszonym głosem rozmawiało z ordynatorem.
W kiblu puściłam pawia. Opłukałam się i na roztrzęsionych nogach przemknęłam do pokoju. Starałam się nie wychodzić z łóżka, dopóki nie zrobiło się nieco spokojniej. Poza tym piguły pilnowały, żebyśmy bez potrzeby nie opuszczali swoich sal. Cały dzień leżałam jak otępiała, jednak wieczorem nie wytrzymałam. Musiałam pogadać z Anką. Od momentu, gdy wygoniłam ją z pokoju, nie pokazała się u mnie. Obraziła się czy co? Po obchodzie wymknęłam się więc na opustoszały korytarz, żeby sprawdzić, co u niej. Pozorny spokój mąciły stłumione rozmowy za drzwiami.
Stanęłam pod piątką, w której leżał Maciek. Zajrzałam do niego. Spał spokojnie, więc tylko zostawiłam uchylone drzwi, bo brzdąc czasem budził się w nocy z krzykiem, że jest ciemno. Tuż przed szóstką zaczęłam bardzo uważać na każdy krok. Nadmierne szuranie kapciami mogłoby zdradzić moją obecność. Najwolniej jak umiałam nacisnęłam klamkę i wślizgnęłam się do środka. Na łóżku znajdującym się najbliżej drzwi siedziała Anka. Chyba wyczuła, że przyjdę. Pod oknem spała Zuzka. Oddychała tak cicho i płytko.
Przez chwilę myślałam, że umarła. „Co z Zuzką?” — spytałam, żeby się upewnić, że nic jej nie jest. „Chyba dobrze. Dostała prochy i śpi.” Anka była jakaś przybita. Jej oszczędność w słowach mogła świadczyć o zbliżającej się fali depresji. Akurat teraz, gdy potrzebowałam jej wsparcia, energii, która zastępowała mi moją własną. „Podobno Maciek dobrze rokuje. Ma wyjść w przyszłym tygodniu” — powiedziała po chwili. „Serio?” „Słyszałam, jak ordynator gadał z jego starymi” — wymruczała, przeglądając kolejno każdy obgryziony paznokieć, jakby szukała jakiegoś ocalałego kawałka. „Przecież ostatnio miał przerzuty.
Było coraz gorzej.” „Widocznie stał się cud” — skwitowała beznamiętnie, dokonując zębami egzekucji na znalezionym zaciorku. „A mówili coś o tym mordercy? Nie mam dzisiejszej gazety, bo Aneta nie przyszła na swój dyżur.” Anka nagle zastygła. „Nic nie słyszałam. Zresztą co mnie to obchodzi?” „Jak to? Zapomniałaś już, że on mnie widział? To chyba normalne, że chcę wiedzieć, czy go złapali albo czy mają chociaż jakiś trop.” „Nic nie wiem” — burknęła i przekręciła się na bok, naciągając kołdrę pod samą szyję. „Chce mi się spać.” „Dzięki za pomoc. Wiesz, świetna z ciebie koleżanka. Tylko jak ty masz swoje fanaberie, to ja muszę cię wysłuchiwać.
A teraz, gdy cię potrzebuję, odwracasz się dupą i idziesz spać.” Milczała. Wstałam ze złością i podeszłam do drzwi. Gdy wkurzona ostrożnie zamykałam je za sobą, jeszcze raz spojrzałam na jej łóżko. Kołdra delikatnie się poruszała, ale jakoś tak niemiarowo. Anka płakała. Stając w półmroku korytarza poczułam ogromną pustkę. Tak naprawdę nie miałam teraz nikogo, na kim mogłabym się oprzeć. Anka zamknęła się w swoim świecie, a Aneta była na zwolnieniu. Maciek, który był mi jak brat i dla którego chciało mi się coś w ogóle robić, miał nas opuścić na zawsze. Sama już nie wiedziałam, czy się cieszę z jego cudownego wyleczenia, czy jest mi z tym źle.
Do tego jeszcze to morderstwo. Chyba zaczynałam wariować. Zrezygnowana człapałam z powrotem do swojego pokoju, wiedząc, że od naporu myśli długo nie zasnę, kiedy coś zwróciło moją uwagę. Drzwi od piątki były zamknięte, a przecież zostawiłam je uchylone. Zajrzałam do środka. Łóżko Maćka stało puste, a kołdra leżała na podłodze. Szybko przeleciałam wzrokiem po małej sali, ale nigdzie go nie było. Chyba gdzieś wyszedł, co było do niego zupełnie niepodobne. W nocy bał się wytknąć nos poza swój pokój. Pomyślałam, że jedynym miejscem, w którym mogę go znaleźć, jest łazienka.
Przejrzałam wszystkie kabiny. Nie było go tam. Spanikowana stanęłam na korytarzu i nie wiedziałam, co robić. Nie mogłam zgłosić zniknięcia Maćka w dyżurce. Nie chciałam się tłumaczyć z nocnych spacerów. Musiałam go odnaleźć sama. „Dlaczego dzisiaj? Dlaczego akurat dziś?” — powtarzałam szeptem, ale z duszą na ramieniu szłam przed siebie, aż doszłam do szklanych drzwi dziecięcego oddziału onkologicznego prowadzących na główny hol. Nacisnęłam klamkę. Drzwi okropnie skrzypnęły, więc zrobiłam tylko niewielką szparę, żeby jakoś się przez nie przecisnąć.
Przeszłam obok windy i skierowałam się na schody, bo tylko nimi mogłam przejść dalej. Na poziomie minus jeden znajdował się łącznik między dwoma budynkami prowadzący do oddziału wewnętrznego, a także do kaplicy. Schody pochłonęły mnie wszechobecną czernią, więc pokonałam je najszybciej jak umiałam. Ze strachu kręciło mi się w głowie. Miałam nadzieję, że za winklem odnajdę Maćka i szybko wrócimy na nasze bezpieczne onkologiczne podwórko. Jednak gdy skręciłam, ukazał mi się jedynie bardzo długi i pusty korytarz, pośrodku którego tliła się tylko jedna żarówka. Położyłam drżącą dłoń na ścianie i niemal do niej przyklejona zaczęłam stawiać drobne kroczki w żółwim tempie, przesuwając się wzdłuż korytarza. Co chwilę zdławionym głosem wołałam imię małego uciekiniera, ale on nie odpowiadał. I wtedy mnie olśniło. Maciek bardzo wierzył w Boga, życie po śmierci i te wszystkie sprawy.
Momentami widziałam w nim samą siebie sprzed kilku lat i wtedy robiło mi się go bardzo szkoda, bo wiedziałam, że dziecięca naiwność kiedyś zamieni się w wielkie rozgoryczenie, a to boli bardziej niż tysiące igieł. Ale nie zamierzałam psuć mu tej wizji. Szanowałam ją i wręcz utwierdzałam, że jest tak, jak sobie wyobraża. Być może Maciek chciał podziękować za uzdrowienie i udał się do kaplicy. Tylko dlaczego akurat w nocy? Korytarz był bardzo długi. Co kilka metrów w ścianie znajdowało się zagłębienie, w którym szczupła osoba mogła się z powodzeniem ukryć. Przy jednym z takich zagłębień zauważyłam dwie bordowe krople. Wyglądały jak krew. Schyliłam się i dotknęłam jednej z nich.
Była mokra i lśniąca. Świeża. Maciek miewał częste krwotoki z nosa. Stałam i doszłam do połowy korytarza, gdzie na prawo odchodził łącznik między dwoma budynkami. Już chciałam tam skręcić, ale jeszcze raz spojrzałam przed siebie, na sam koniec ciemnego tunelu. Doskonale wiedziałam, co się tam mieści. Z uchylonych drzwi sączyło się nikłe bladoniebieskie światło. Byłam tam tylko raz, gdy z Anką bawiłyśmy się w detektywów, ale ten raz wystarczył, żeby dobrze zapamiętać to równie przerażające, co fascynujące miejsce. Nie wiem, jak to się stało, ale zanim się spostrzegłam, byłam już przy drzwiach kostnicy. Tak jakby nogi same mnie tam zaniosły.
Z wnętrza wydobywał się chłód i słodkawy odór. Zemdliło mnie, ale się nie cofnęłam. Przez niewielką szparę w drzwiach dostrzegłam sterczące do góry blade stopy i drobną dłoń zwisającą spod białego prześcieradła. Na kościstym palcu tkwił plastikowy niebieski pierścionek w kształcie niezapominajki. Znałam go bardzo dobrze. Pchnęłam ciężkie drzwi i weszłam do chłodni. Z każdym krokiem odsłaniał się kolejny fragment spoczywających na wózku zwłok, a ja upewniałam się, że pierścionek, dłoń i odkryta blada twarzyczka należą do Julki, mojej niedawnej współlokatorki. Zasłoniłam usta, żeby dławiący żal wydostający się z krtani nie zdradził mojej obecności w tym przeklętym miejscu. „Powiedzieli, że wyzdrowiałaś” – szepnęłam przez palce i stałam dalej jak wmurowana, gapiąc się na woskową kukłę, która kiedyś była moją koleżanką. Zapragnęłam jak najszybciej stamtąd uciec.
Odwróciłam się na miękkich nogach, ale nim doszłam do drzwi, kątem oka zauważyłam drugiego trupa. Leżał w cieniu. Białe jak kreda ciało od stóp do pasa przykryto prześcieradłem. Góra była odsłonięta. Gdy podeszłam kilka kroków bliżej, dostrzegłam rude, kręcone włosy. Tę twarz też znałam. Co prawda była całkiem odmieniona, skrzywiona, sinoblada, ale nie mogłam się mylić. Zacisnęłam pięści, boleśnie wbijając paznokcie w skórę, bo to nie mogła być prawda. A jednak. Czy Anka wiedziała, że jej mama nie żyje?
Czy dlatego tak się dziś zachowywała? Jeśli tak, dlaczego nie wspomniała o tym ani słowem? Zaczynało mnie porządnie mdlić, a jednak postanowiłam przyjrzeć się zwłokom kobiety. Jej głowę od przodu przyszyto do tułowia grubym szwem, a między drobnymi piersiami znajdowały się płytkie rany układające się w jakiś symbol. Coś jak ptak z rozłożonymi skrzydłami. To była ona! Kobieta z pociągu to mama Anki. Gdy to sobie uświadomiłam, poczułam paraliżujący strach. Zapowietrzyłam się i zapragnęłam być jak najdalej od tego przeklętego miejsca. Wyleciałam z kostnicy, po drodze zahaczając o metalowe nosze, które narobiły sporego rabanu.
Miałam wrażenie, że zabójca jest blisko, że ukrywa się w zakamarkach szpitalnego korytarza. Biegłam ile sił w nogach, niemal dusząc się własną śliną i gubiąc luźne kapcie. Byle tylko dobiec do łącznika. W głuchej ciszy słychać było tylko moje człapanie i rwany oddech. Nagle gdzieś z dworu dobiegł głos syreny. Krzyknęłam i zaczęłam płakać. Po chwili dotarło do mnie, że to tylko pociąg. Wciąż miałam wrażenie, że nie jestem sama, że ktoś za mną biegnie i chowa się w ciemnych zagłębieniach ścian. Gdyby nie to, że gdzieś tam sam jak palec tkwił niczego nieświadomy Maciek, wróciłabym na oddział w kilka sekund, ale musiałam po niego iść. Skręciłam w lewo i biegłam dalej łącznikiem, nie oglądając się za siebie.
Wpadłam do drugiego budynku szpitala i wspięłam po schodach resztką sił. Bolały mnie nogi i płuca. Pokonałam jeszcze kilka zakrętów, aż wreszcie stanęłam przed drewnianą bramą kaplicy, gdzie dostrzegłam kolejną kroplę krwi na posadzce. Był tam i nie myliłam się. Nadusiłam zimną klamkę i pchnęłam ciężkie wrota. W środku panował mrok. Jedynie na ołtarzu tliły się trzy grube świece, rzucając na pomieszczenie migoczącą poświatę. Szybko odnalazłam go wzrokiem. Maciuś klęczał w pierwszej ławce po lewej stronie ołtarza, opierając głowę na złożonych dłoniach. Tak pięknie się modlił w zupełnej ciszy.
Normalnie bym mu nie przeszkadzała, jednak w tej sytuacji nie miałam wyjścia. Musieliśmy jak najszybciej wracać na oddział. Ruszyłam przed siebie. Minęłam kilka rzędów brązowych ław i już miałam łapać chłopaka za rękaw piżamy, gdy zza ołtarza wyłoniła się postawna postać. Mężczyzna w skórzanej kurtce z kapturem i ciężkich wojskowych butach. Zrobił kilka kroków w naszą stronę. Krzyknęłam, a w ślad za mną poszedł Maciek. „Laura!” Odruchowo zasłoniłam go swoim ciałem i kazałam mu uciekać. Rozryczał się, ale posłuchał. Ruszył wzdłuż ławki i biegnąc bokiem opuścił kaplicę.
Po chwili byłam już sama z oprawcą. W jego dłoni lśnił długi nóż. Podchodził do mnie powoli, jakby pozbawiony emocji. A gdy zobaczyłam twarz wyłaniającą się spod czarnego kaptura, osłupiałam. Był piękny, niemal nieziemsko gładki i wyrazisty. Idealnie regularne łuki zrośniętych ze sobą brwi nadawały mu powagi i surowości, ale w żaden sposób nie odbierały uroku. Błękitne oczy zniewalały łagodnością, hipnotyzowały głębią. Zatrzymał się na odległość jakichś dwóch metrów i wyciągnął po mnie rękę. A wtedy jakbym przebudziła się ze snu. Nagle zapragnęłam żyć choćby tylko tydzień, jedną noc, godzinę.
Nie byłam gotowa na śmierć właśnie w tym momencie. Szarpnęłam się do ucieczki. Mijałam kolejne rzędy ławek, co chwilę potykając się i lądując na kolanach. Ale nie poddawałam się i biegłam dalej. Słyszałam, że idzie za mną niespiesznym, choć zdecydowanym krokiem. Już dobiegałam do drzwi, gdy nagle jakaś ogromna siła zatrzasnęła je tuż przed moim nosem. Klamka nie reagowała na szarpanie. Zrezygnowana po raz ostatni upadłam na kolana. Moja symetryczna twarz, rozciągnięta w grymasie żalu i strachu, musiała wyglądać komicznie. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko przyjąć śmierć i zgodzić się na nią.
W końcu przyszła, jak o to wielokrotnie prosiłam, a ja jej nie chciałam. Czas rozciągnął się i zakrzywił. W jednej chwili zobaczyłam sierociniec, bicie, wrzaski, zamykanie w szafie, umęczone chemią ciało. Poczułam jednocześnie metaliczne mdłości po chemii i rozkosz, jaką dał mi kawałek sernika przyniesionego przez panią Anetkę w zeszłe święta. Moje ostatnie święta. Całe życie zamknęło się w tej jednej sekundzie wypełnionej szczerym płaczem. Wreszcie poczułam na piersi chłodną dłoń i przestałam się bać. Jak za dotknięciem przyjaciela wszystkie emocje wygasły. Objął mnie, klękając za moimi plecami. Przyłożył do szyi zimne usta i wyszeptał coś w nieznanym mi języku.
Jego oddech pachniał jesiennym wiatrem, takim, co się niesie znad lasu. Była w nim jakaś ziemista nutka, która działała jak narkotyk. Przycisnął ostrze do rozluźnionej krtani i pociągnął pewnym ruchem. Poczułam tylko ciepło, nic więcej. Ostatnim obrazem, jaki widziałam, były wesoło migoczące płomyki świec odbijające się w zamkniętych drzwiach kaplicy. Powoli się rozmywały i gasły. Zanim nastała całkowita ciemność, dostrzegłam jeszcze rozłożysty cień ogromnych skrzydeł. Skrzydeł czarnego anioła. Patrzcie, jak pięknie pada. Lubię płynący po szybie deszcz.
Jakoś zawsze mnie uspokajał. Już po kolacji nikt nie krzyczy, nie stuka drewniakami. Jest tak cicho, cudownie. Mogłabym tak tu stać i gapić się przez okno całą wieczność. Patrzcie, Maciuś tak niespokojnie śpi. Chyba ma jakieś koszmary. Pewnie martwi się, że musi wyjechać. Obok łóżka stoi już spakowana walizka. Biedny maluch. Wybaczcie.
Muszę go przeprowadzić. Możecie mi towarzyszyć, jeśli chcecie. Obudź się, mały. No już. Patrzy na mnie. Mruga. Chyba mnie widzi. Nie bój się. To ja, Laura. Już niedługo cierpienie się skończy.
Kładę dłoń na jego ustach i nosie. Patrzy na mnie przerażony. Szarpie się, ale moja wola jest silniejsza niż jego drobniutkie ręce. Cii. Wszystko w porządku. Musisz tylko mi zaufać. Zobaczysz. Tu jest lepiej, łatwiej. Ja tu jestem. Będę się tobą opiekować.
Lecą mu łzy jak grochy. Jest coraz słabszy. Już się nie rzuca. Odpływa. O tak, bardzo dobrze. Teraz śpij, braciszku. Do zobaczenia wkrótce. A ja przejdę się po oddziale. Może ktoś jeszcze potrzebuje przysługi Piotr Pieńkowski "Mam na imię Cierpienie". Mam na imię Cierpienie.
I nie, nie chodzi o jakąś głupią ksywkę, a tym bardziej o żart. Naprawdę mam tak na imię. Nic w tym zresztą dziwnego, zważywszy na to, kim jestem. Pewnie to nic odkrywczego, ale ludzie mnie nie lubią, a niektórzy nawet panicznie się boją. Długo o tym myślałem, szukając powodu. Ból. No tak, to nie jest przyjemna sprawa, kiedy ktoś wije się w spazmach i już nawet nie ma siły krzyczeć. Osamotnienie też nic miłego. Kto lubi być sam na sam z problemami? No i utrata wiary.
To chyba najgorsze, co może się komuś przydarzyć. Ale mam też inne, lepsze strony. Kiedy przychodzę, przypominam, że wszyscy żyjemy tak prawdziwie, materialnie i nie tylko materialnie. Daję także mądrość, że wszystko kiedyś przeminie. Dobrze lub źle, ale jakoś się skończy. A najważniejsze, że niosę prawdę. Bo przecież często bywam konsekwencją, skutkiem, efektem. Tyle tylko, że prawdy nikt nie ceni. Ludzie nie chcą wiedzieć, dlaczego wolą się upierać, że wszystko, co idzie nie po ich myśli, przydarza im się niezasłużenie. Niestety.
Mam na imię Cierpienie. Kiedy do ciebie przyjdę, nie przeklinaj mnie, nie odrzucaj, nie wypominaj słabości. Pomyśl o życiu, mądrości i prawdzie. Wtedy i ty, i ja staniemy się lepsi. Piotr Pieńkowski "Nadzieja". Moi rodzice są szarzy i nieciekawi. Tak szarzy, że czasem z trudem odnajduję ich w tłumie. I tak nieciekawi, że kiedy już odnajduję, odwracam wzrok. Nie wstydzę się tego. Nie, to nieprawda.
Wstydzę się, ale jednocześnie wierzę, że to się zmieni, że kiedyś będę z nich dumny. Być może wtedy oni będą dumni ze mnie. A na razie moi rodzice wciąż z trudem odnajdują mnie w tłumie, a kiedy już odnajdują, odwracają wzrok. Piotr Pieńkowski "Pan Strach". Ciemny pokój, na podłodze rozrzucone zabawki. Zna drzwi dobiegają przytłumione krzyki. Rodzice znowu się kłócą. Ostatnio dzieje się to co noc. Ale nie to mnie przeraża, a ten ktoś, kto snuje się w cieniu, łapczywie spoglądając na mnie raz po raz swoimi czerwonymi ślepiami. To pan Strach.
Znam go od lat. Kiedy od czasu do czasu siada mi na piersi, czuję, jak tracę oddech. Jeszcze chwila i wtedy właśnie schodzi ze mnie i znów zaczyna krążyć po pokoju. Kiedyś nie zejdzie. Wiem o tym i boję się tej chwili. Boję się jak niczego innego. Nagle pan Strach zatrzymuje się na środku pokoju i wlepia we mnie wzrok. Idzie w moją stronę. Idzie. Chyba usłyszał moje myśli.
Nie! Zostaw mnie! Zostaw! Krzyk jest gorszy niż milczenie, ale ma swoje zalety. Pan Strach bardzo boi się krzyku i najczęściej na chwilę wtedy znika. Teraz też czmycha na korytarz przez świetlistą szczelinę pod drzwiami. Huk, zupełnie jak wystrzał z pistoletu. To u rodziców chyba. Czyżby pan Strach przeraził także ich? A tata postanowił go zastrzelić?
Cisza. Pan Strach wrócił. Znowu przecisnął się pod drzwiami i teraz wolno zmierza w moją stronę. Zemści się. Zemści się za to, że go wystraszyłem krzykiem. Mamo! Mamo! Wciąż cisza. Mamo! Stukot opadającej klamki, skrzypienie zawiasów i promień światła wkradający się do pokoju.
W jasnym prostokącie futryny rozpoznaję znajomą sylwetkę. Już dobrze, synku. Słyszę łagodny, kojący głos. To tylko zły sen. Ale mamo... Zły sen, który minął. Mama podchodzi, a potem siada na krawędzi łóżka, pochyla się i przytula. Ale ja naprawdę widziałem. Nic nie mów, synku. Śpij.
Uścisk jest coraz mocniejszy. Kątem oka widzę, że pan Strach przycupnął na krześle obok i z uwagą przygląda się nam dwojgu. Dlaczego nie uciekł? Dlaczego tak patrzy? Mamo, coraz bardziej brakuje mi tchu. Już dobrze synku, zaraz będzie po wszystkim. Pan Strach unosi rękę i porusza nią, jakby się żegnał. Śpij. Piotr Pieńkowski „Po prostu noc”. Pomyśl o nocy.
Ciemność, gwiazdy, czasem księżyc. Odrobina strachu i dziwnych pomysłów, ale także spokój, cisza, odpoczynek, pocałunki i czułości, a czasem nawet początek życia. A teraz pomyśl o dniu. Praca, obowiązki, odpowiedzialność, ale też rodzina i przyjaciele. Spotkania, rozmowy. Ludzie cenią dzień, a wszechświat od wieków pogrążony jest w mrokach nocy. Piotr Pieńkowski „Zasada trwania”. Zawsze, kiedy się budzę, robię to ze świadomością, że jeszcze raz stało się coś niemożliwego. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Co sprawia, że otwieram oczy, oddycham, żyję.
Wolę się nad tym nie zastanawiać. Przede mną kolejny dzień. Najważniejsze to szybko zorientować się w nowym otoczeniu. Za każdym razem świat jest inny i inne są reguły. Muszę zrozumieć niezrozumiałe, przyswoić nieprzyswajalne i nie myśleć. Nie myśleć. Ludzie. Ich cielesność sprawia, że ulegam złudzeniom. Wierzę wtedy, że oni istnieją. A przecież to nieprawda.
Przecież oni są tylko czasem. Zawsze, kiedy się budzę, robię to ze świadomością, że muszę uciekać. Nie wiem dokąd. Właściwie nie wiem nawet dlaczego. Wolę się nad tym nie zastanawiać. Najważniejsze to nie myśleć. Kiedy się myśli, popełnia się błędy, a każdy błąd oznacza koniec. Boję się końca. Bóg. Jego obojętność jest przestrzenią, w której powstałem, w której trwam i w której przeminę.
Przede mną kolejny dzień. Piotr Pieńkowski „Wyznanie Azraela”. Wciąż myślę o tamtym człowieku. Kiedyś, dawno temu powiedział mi: Narodziny są początkiem umierania. Dlatego nie umrę. Nie mogę, bo jeszcze się nie narodziłem. Płakał, kiedy to mówił. Płakał, bo tak naprawdę chciał żyć, ale brakowało mu odwagi. W końcu jednak się zdecydował. Wreszcie się narodził.
Czekałem już na niego. Czekałem, by go dotknąć. Teraz to kwestia zaledwie kilku minut, może godzin, najwyżej dni. Chwila. Mimo wszystko żal mi tego człowieka. Był tak blisko prawdy, ale zaślepiony swoim strachem nie potrafił jej dostrzec. Bo tak naprawdę nie chodzi o narodziny i śmierć, ale o życie. Tylko ono ma wartość, nawet jeśli jest możliwe jedynie w cieniu moich skrzydeł.
[04:58:08] - Proszę państwa, tak dotarliśmy do końca dzisiejszej audycji. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pięknie dziękuję za to, że nieświadomie, ale byliście państwo z Markiem Sękiem i ze mną w tych niewesołych dniach. Czy przesyłacie państwo dobre myśli dla nas? Niech tak będzie. Nie zdradzając istoty, pięknie państwu za to dziękujemy. Odsyłamy te dobre myśli i do usłyszenia za tydzień. Serdecznie państwa zapraszam na kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Do usłyszenia.
[04:58:51] - Mówił do słuchaczy państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.