[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. No to zaczynamy kolejne zimowe wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:33] - Halo, halo! Serdecznie państwa witam na kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0. Dzisiaj wydanie tradycyjne, powiedziałbym nawet takie konserwatywne w swojej formie, czyli oczywiście zaczynamy od polecanek. Tym razem wydawnictwo Rebis, a więc zasłużone, wydające dużo fantastyki, dużo fantastyki naukowej. I od tej fantastyki naukowej zaczniemy. W serii Wehikuł czasu pojawia się tytuł, który już kiedyś w Polsce był drukowany, a mianowicie „Czarna chmura” Freda Hoyle'a. To chyba tak się to nazwisko wymawia, chociaż słyszałem już inne wersje. Ta premiera planowana jest na 24 stycznia tego roku. Cóż to za powieść? To powieść prowokacyjna.
Powieść błyskotliwego naukowca i podobno obowiązkowa lektura dla fanów tak zwanej twardej science fiction. Bo kim był Fred Hoyle? Fred Hoyle, tylko przypomnę, rocznik 1915, żył do 2001 roku i Hoyle to był brytyjski astronom, jeden chyba z największych i najbardziej kontrowersyjnych naukowców XX wieku. Stworzył między innymi teorię wchłaniania materii międzygwiazdowej przez gwiazdy i jako przeciwnik teorii o Wielkim Wybuchu zaproponował stacjonarny model wszechświata, a także opublikował wiele książek poświęconych nauce. Między innymi takie tytuły jak „Granice astronomii”, „Katastrofy kosmiczne i narodziny religii”, „Matematyka ewolucji”. Ale też pan miał tendencję i takie dobre chyba pióro, a w każdym razie przyzwoite pióro do pisania powieści science fiction. O powieści „Czarna chmura” mówi się, że to jest jedna z najlepszych książek science fiction, która dorównuje najwybitniejszym dokonaniom Isaaca Asimova i Arthura C. Clarka. Tak o książce Hoyle'a wyraził się Richard Dawkins. Co jeszcze?
Astronomowie w Wielkiej Brytanii i USA, to zaczynam państwu troszeczkę opowiadać tę książkę, dokonują z ich punktu widzenia przerażającego odkrycia, albowiem wylukali przez swoje teleskopy, że do Układu Słonecznego zmierza gigantyczny obłok międzygwiazdowy. Według obliczeń ta czarna chmura przejdzie między Ziemią a Słońcem. To ma wywołać niewyobrażalne zmiany na naszej planecie. I w obliczu tej nadchodzącej katastrofy rząd brytyjski w porozumieniu z innymi krajami gromadzi międzynarodową społeczność wybitnych naukowców pod wodzą niekonwencjonalnego astronoma Christophera Kingsleya. Zadaniem tych naukowców jest zdobycie informacji o zbliżającym się obiekcie i zminimalizowanie szkód. Kiedy naukowcy odkrywają prawdę o pochodzeniu i naturze czarnej chmury, zmuszeni są zrewidować obowiązujące dotąd poglądy o życiu we wszechświecie. To tyle. Pierwsza polecanka. Druga polecanka również z Rebisa. Ta rzecz ukaże się 13 lutego, więc troszeczkę później.
13 lutego ukaże się książka Kevina J. Andersona i Briana Herberta. Tytuł „Piaski Diuny”. Kevin J. Anderson zasłynął opowieściami osadzonymi w świecie „Gwiezdnych wojen” oraz cyklem z archiwum X. Jego książka „Budowniczowie nieskończoności”, której był współautorem, to była książka, która w 1993 roku była nominowana do nagrody Nebula. Razem z Brianem Herbertem kontynuuje sagę Franka Herberta o Diunie. Panowie napisali dwie nowe trylogie. Pierwsza to „Legendy Diuny”, a druga to „Preludium do Diuny”. Oni wspólnie także wykonali, napisali zwieńczenie legendarnych „Kronik Diuny”.
A taką książką, która uzupełnia ten cykl, jest ta książka, którą przed chwilą wymieniłem, czyli „Piaski Diuny”. Ale o tej książce za chwilę coś więcej. Brian Herbert to najstarszy syn Franka Herberta. Pisarz znany głównie jako kontynuator legendarnych „Kronik Diuny”. I to się powtarza. Wraz z Kevinem J. Andersonem napisał między innymi dwie nowe trylogie. To już sobie darujmy. Już państwo wiecie jakie. Coś może o samej książce.
„Piaski Diuny i inne opowiadania” to jest tom przygotowany specjalnie, to podkreślam, specjalnie dla polskich czytelników. To zbiór zawierający siedem opowiadań właśnie ze świata Diuny. Według wydawcy to wielka gratka dla miłośników kultowej serii. Dość sobie uświadomić, że od wydania pierwszego tomu minęło tak naprawdę sporo lat, bo to był 1965, o ile dobrze kojarzę. Szybki rzut oka w internet. Tak, dobrze kojarzę. Ponoć ta książka... Ponoć sobie daruję. Ta książka naprawdę w jakimś tam okresie opanowała wyobraźnię kolejnych pokoleń fanów science fiction i podobno przyczyniła się do rozwoju tej gałęzi literatury. To już bym polemizował, ale niech będzie.
W końcu książka sławna, znacząca i taka naprawdę, która jest często wymieniana przez wielu fanów i przez wielu znawców gatunku. Dwaj panowie, których wymieniłem, kontynuują dzieło Franka Herberta. Brian Herbert i Kevin J. Anderson zabierają czytelników do wszechświata Diuny i rzucają światło, takie światełko powiedzmy bardziej, na mniej znane, ciemne zakątki tej właśnie lokacji. To tyle o drugiej książce, ale mam jeszcze trzecią książkę. Tradycyjnie tytuł tej książki jest krótki: „Lew”. I teraz jest nazwisko, z którym mogę mieć problemy, a w dodatku prawie na pewno wypowiem je w niewłaściwy sposób. Conn Iggulden. Jakoś tak. Książka ukaże się 13 lutego 2024 roku w wydawnictwie Rebis.
Conn Iggulden studiował anglistykę na Uniwersytecie Londyńskim i przez kilka lat był nauczycielem, po czym walnął to wszystko, proszę państwa, w cholerę i poświęcił się pisarstwu. Jego pierwszy cykl zatytułowany „Imperator” od początku cieszył się ogromną popularnością i znalazł się na listach bestsellerów. W Polsce ukazał się również pierwszy tom cyklu tegoż autora o Czyngis-chanie. Ale pan grzebał również przy powieściach dla dzieci i kilka tych powieści dla dzieci się również ukazało. O czym jest książka zatytułowana „Lew”? Starożytna Grecja, piąty wiek przed naszą erą. Epoka mitów i legend powoli ustępuje światu ludzi. Perykles, lew z Aten, to jego gwiazda lśni najjaśniej w tychże Atenach. Atenach, które były najwspanialszym miastem ówczesnego świata. Miało bogatą kulturę, dosyć rozbudowane życie polityczne i powiedzmy to tak: dosyć niezwykły sposób sprawowania rządów.
Peryklesowi towarzyszą przyjaciele: dramatopisarz Ajschylos, filozof Anaksagoras i Kimon, syn Miltadesa. Naprzeciw ateńskiej armii na lądzie i wodzie stanie wkrótce bezlitosna perska armia. Obie strony szykują się do wojny, a ta wojna nigdy nie była uczciwa. Choć jeszcze młody, Perykles wie jedno: aby zwyciężyć w wojnie, trzeba najpierw wygrać w czasach pokoju. To czas, gdy wzrasta nowy bohater, przed którym zadrżą jego wrogowie. Dla Aten zaś, miasta mądrości i wielkich wojowników, to czas wielkiej chwały. W „Lwie” wojny starożytnego świata zyskują nowe, barwne, zachłanne, pełne zasadzek życie. Anthony Rachers, autor cyklu „Cesarstwo”, powiedział o tej książce w następujący sposób: „Iggulden stanowi klasę sam dla siebie, jeśli chodzi o epicką powieść historyczną”. To tyle, proszę państwa, jeśli chodzi o nowości. Teraz wiadomo, czas korepetycji filozoficznych.
Proszę państwa, dzisiaj artykuł Krzysztofa Wieczorka „Jak nie stoczyć się po równi pochyłej”. Krzysztof Wieczorek to jest adiunkt w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Śląskiego. Interesuje go przede wszystkim tak zwana logika nieformalna, teoria argumentacji i perswazji, związki między logiką a psychologią. Prywatnie jest miłośnikiem zwierząt, ale tylko żywych, nie tych na talerzu. Amatorsko uprawia biegi długodystansowe. Ten artykuł, który wspólnie dzisiaj będziemy poznawać, ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2017 roku w numerze szóstym. Tekst jest dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Cóż więcej? Proszę państwa, to po prostu zacznijmy czytać artykuł „Jak nie stoczyć się po równi pochyłej”. Działanie A samo w sobie wydaje się słuszne lub przynajmniej niegroźne.
Jeśli je jednak podejmiemy, doprowadzimy do B, które z kolei spowoduje wydarzenie C. Ono zaś wywoła D i tak dalej, aż do ostatecznego skutku, czyli N. Oczywiste jest, że N w żaden sposób nie można zaakceptować i dlatego nie wolno nam uczynić A. Dokonywanie modyfikacji genetycznych u nienarodzonych dzieci W celu wyeliminowania jakiejś groźnej choroby może wydawać się działaniem ze wszech miar słusznym. Doprowadzi to jednak niechybnie do tego, że niektórzy rodzice zapragną, aby w podobny sposób zapewnić swojemu potomstwu bystry umysł, długie życie, życie w zdrowiu czy też predyspozycje do bycia mistrzem w wybranej dyscyplinie sportu. Kolejni będą chcieli, aby ich dziecko miało taki, a nie inny wzrost, wagę, kolor oczu lub włosów. Gdy takie praktyki staną się powszechne, ludzie zwyczajni, u których nic zawczasu nie poprawiono, będą uważani za gorszych. Znajdą się na marginesie świata. Świata rządzonego przez nową rasę panów pięknych, silnych i zdrowych. Czy naprawdę chcemy żyć w takim świecie?
Powyższa wypowiedź to przykład tak zwanego argumentu równi pochyłej. W literaturze anglojęzycznej nazywanego argumentem śliskiego zbocza slippery slope argument. Ściślej mówiąc, jest to jedna z odmian tego argumentu, określana zwykle jako empiryczna równia pochyła. Argumenty tego typu padają często podczas dyskusji dotyczących wielu ważnych i kontrowersyjnych kwestii etycznych oraz społecznych, takich jak inżynieria genetyczna, prawo do aborcji czy eutanazji, wolność słowa i jej ograniczenie, dostęp do narkotyków i tym podobne. Argumenty równi pochyłej przestrzegają przed wykonaniem pewnego kroku, ponieważ mówiąc obrazowo jeśli go zrobimy, możemy poruszyć mały kamyk, który uderzając w kolejny, a potem w jeszcze następny i następny uruchomi w końcu groźną lawinę. Choć pewne działanie samo w sobie może wydawać się usprawiedliwione, a czasem nawet pożądane, to jednak w myśl konkluzji argumentu nie należy go podejmować, ponieważ stanie się ono pierwszym ogniwem łańcucha kolejnych, następujących po sobie wydarzeń, z których przynajmniej ostatnie jest trudne lub wręcz niemożliwe do zaakceptowania. Sofizmat czy zasadne ostrzeżenie? Argumenty równi pochyłej wymykają się jednoznacznej ocenie, budząc kontrowersje wśród badających je logików i teoretyków argumentacji. Niektórzy badacze traktują je jako co najwyżej zręczne wybiegi retoryczne lub nawet z gruntu błędne sofizmaty, straszące mało prawdopodobnymi negatywnymi konsekwencjami jakiegoś słusznego w gruncie rzeczy działania. Inni z kolei widzą w nich ważne ostrzeżenie przed realnymi, choć na pierwszy rzut oka trudno dostrzegalnymi skutkami.
Skutkami uczynienia czegoś, co tylko wydaje się dobre. Krytycy równi pochyłych zwracają często uwagę, że rysowane w tych argumentach czarne scenariusze, chociaż mogą budzić grozę, w rzeczywistości mają małą szansę na realizację. Długość postulowanego łańcucha zdarzeń przemawia bowiem jednoznacznie na niekorzyść argumentu. To, że wydarzenia, o których mowa w argumencie spowodują kolejne, nie jest bowiem zwykle pewne, lecz tylko do pewnego stopnia prawdopodobne. W takim razie szanse na to, że faktycznie dojdzie do ostatecznego, fatalnego skutku, przed którym argument przestrzega, są w rzeczywistości bardzo małe. Wskazuje na to rachunek prawdopodobieństwa. Jeśli na przykład szanse na to, że pewne A spowoduje B, wynoszą sześćdziesiąt procent, na to, że B wywoła C również sześćdziesiąt procent i tak dalej, to jeśli cały taki łańcuch zdarzeń składa się z czterech ogniw, prawdopodobieństwo dojścia do ostatniego z nich wynosi około trzynastu procent. Gdy ogniw jest siedem, jest to już zaledwie trzy procent. Z drugiej strony, jak wskazują obrońcy argumentów równi pochyłej, nietrudno zauważyć, że długą drogę często o wiele łatwiej jest pokonać przy pomocy wielu małych kroków niż jednym susem. Zarówno wśród praw świata przyrody, jak i przede wszystkim i tych, które opisują zachowania ludzi, znaleźć można wiele przykładów swoistych mechanizmów staczania się po równi pochyłej, sprawiających, że ostrzeżenia zawarte przynajmniej w niektórych argumentach slippery slope trzeba brać poważnie.
Mechanizmy takie odpowiedzialne są za to, że zrobienie jednego kroku w pewnym kierunku znacznie zwiększa szanse na to, że zostanie wykonany następny, który z kolei czyni bardziej prawdopodobnym kolejny i tak dalej, i tak dalej. Trudno na przykład odmówić słuszności ostrzeżeniu skierowanemu do osoby, która chciałaby na próbę zażyć substancję zmieniającą świadomość. Szczególnie w sytuacji, gdy wiemy, że osoba ta ma tendencję do popadania w uzależnienia. Niewielka dawka tej substancji dostarczy ci przyjemnych doznań, które będziesz chciał powtórzyć. Po kilku następnych próbach pojawi się lekkie uzależnienie psychiczne od zażytej substancji, które następnie przekształci się w uzależnienie fizyczne. Organizm nie będzie potrafił normalnie funkcjonować bez kolejnych, coraz większych dawek owej substancji. Doprowadzi to ostatecznie do ciężkiego uzależnienia wymagającego długotrwałego leczenia lub nawet mogącego skończyć się śmiercią. Kiedy równia pochyła jest pochyła? Oceniając wartość konkretnego argumentu równi pochyłej, należy przede wszystkim rozważyć, czy postulowany w nim ciąg zdarzeń ma uzasadnienie w jakimś znanym mechanizmie, tak jak w przytoczonym wyżej przykładzie odwołującym się do mechanizmu powstawania uzależnień. Czy zrobienie pierwszego kroku zwiększa w jakiś sposób prawdopodobieństwo wykonania kolejnych aż do ostatniego, w wyniku którego powstanie sytuacja, jakiej na pewno chcielibyśmy uniknąć?
Czy też cały opisany w argumencie łańcuch wydarzeń to tylko niepoparte niczym gdybanie? Nie jest to jednak wszystko. Oceniając argument równi pochyłej, musimy zwrócić również uwagę na to, jak groźny jest ostateczny skutek. Skutek, przed którym argument ten ostrzega i jak duże korzyści wiążą się z wykonaniem pierwszego kroku. Kroku, który do owego skutku może doprowadzić. Trzeba tu dokonać swoistego rachunku możliwych zysków i strat. Trzeba go dokonać, biorąc oczywiście pod uwagę prawdopodobieństwo zrealizowania się całego opisanego w argumencie scenariusza. Rachunek taki może wypaść różnie w przypadku różnych argumentów. Czasem stwierdzimy, że mimo wszystko warto zaryzykować i podjąć pewne działanie, nawet jeśli może ono spowodować w przyszłości niechciane konsekwencje. W innej sytuacji postępowanie takie uznamy jednak za zbyt niebezpieczne.
Na koniec zauważmy, że argumenty równi pochyłej nieco paradoksalnie mogą czasem pomóc zapobiec temu, przed czym ostrzegają. Jeśli bowiem dzięki argumentowi zdamy sobie sprawę, jakie mogą być odległe skutki jakiegoś działania, możemy w porę podjąć środki zaradcze i do powstania tych skutków nie dopuścić. Aby tak się stało, musimy jednak potraktować argument nie jako groźbę, do czego pewien krok nieuchronnie doprowadzi, jeśli tylko go wykonamy, ale jako ostrzeżenie, do czego może on doprowadzić, jeśli nie zachowamy odpowiedniej ostrożności. Wydaje mi się, że takie właśnie podejście do argumentów równi pochyłej jest najwłaściwsze i może przynieść najwięcej korzyści zarówno tym, którzy te argumenty słyszą, jak i tym, którzy sami je formułują. Proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Niby to wszystko wiemy, o czym czytałem w artykule zamieszczonym, przypomnę, w dwumiesięczniku „Filozofuj”. Niby to wszystko wiemy. Niby to wszystko takie oczywiste, kiedy się tego słucha. Ale czy aby na pewno w codziennym życiu kierujemy się takim oto rozumowaniem, jakie zostało przedstawione? Czy rozpatrujemy dalekosiężne skutki swoich bardzo często dobrych działań?
Przypominacie sobie państwo to powiedzenie, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane? Mniej więcej do takiej sytuacji ten argument śliskiego zbocza się odwołuje. Argument równi pochyłej. Trzeba czasami spojrzeć o kilka kroków do przodu, żeby wykonując coś szlachetnego, nie doprowadzić do nieszczęścia. To tyle tytułem podsumowania. Proszę państwa, cóż, ja teraz państwa zapraszam na wykład Istvána Vizvárygo o różnych sposobach istnienia. O co chodzi? Będzie znowu filozoficznie, ale też literacko i tak w ogóle ta prelekcja Istvána Vizvárygo pobudza do szeregu ciekawych pytań, do szeregu ciekawych rozważań. W tej prelekcji są prowokujące tezy, ciekawe tezy, ale ja proponuję nie brać sobie zbyt mocno do serca tego pytania, które padnie zaraz na początku wypowiedzi Istvána. To pytanie brzmi, czy globalne ocieplenie istnieje?
Bo tak naprawdę István nie zajmuje się tym, czy ono istnieje, czy nie. On się bardziej zajmuje problemem, jeśli istnieje, to w jaki ono sposób istnieje? Na jakiej podstawie ktoś może powiedzieć, że ono istnieje? Wiem, to się na razie wydaje skomplikowane. István to znacznie lepiej przedstawi. W każdym razie autor prelekcji niczego nie rozstrzyga, a w dodatku interesuje go bardziej, tak jak powiedziałem, problem polegający na tym, że jeśli coś tak ulotnego jak ocieplenie istnieje, to w jaki sposób istnieje? Powtórzyłem się, ale czasami trzeba. Jeśli z kolei uznacie państwo, że zaplątałem, no to cóż, posłuchajcie państwo Istvána. On nieco ten problem rozplącze. Zanim jednak oddam mu głos, to kilka słów przedstawienia.
István Vizvári, rocznik 75. Urodził się w Łodzi z ojca Węgra, matki Polki. Jest polskim autorem science fiction. Pisze zarówno dłuższe opowiadania, jak i formy bardzo krótkie, ale też pisze powieści. O powieści za chwilę. Z wykształcenia jest matematykiem i informatykiem. Jest absolwentem Wydziału Matematyki Uniwersytetu Łódzkiego, a obecnie pracuje jako architekt oprogramowania w łódzkiej firmie IT. Lubi grać w planszówki, najbardziej z trójką swoich dzieci. Fotografować, gotować, jeść i A publikował opowiadania w magazynach takich jak „Science Fiction & Fantasy and Horror”, „Nowa Fantastyka”, a także w magazynie internetowym „Esencja” i na Shortal.pl. Wydał też książkę, która jest wydarzeniem ostatnich miesięcy.
Ta książka nosi tytuł „Lagrange. Listy z Ziemi”. Chyba dobrze to wymówiłem. Mam przynajmniej taką nadzieję. O czym jest ta książka? Mamy rok 2069. Katastrofa ekologiczna pozbawiła człowieka złudzeń o panowaniu nad Ziemią. Jednak marzenia o kolonizacji planet wokół innych gwiazd wciąż żyją. ESS Steropes, chyba tak się to wymawia, udaje się z trzyosobową załogą w próbny rejs w okolice Saturna, aby przy pomocy myślorostu Pleione zbadać oceany jego księżyców i starą, opuszczoną stację kosmiczną. Szybko jednak test nowych technologii zamienia się w próbę dla człowieka, a nieznane, które zdawało się czekać dopiero w gwiazdach, okazuje się czaić tuż za progiem.
Czy prawda istnieje? Czy może zawsze jest tylko opowieścią? Czy skutek może poprzedzać przyczynę? Czy człowieczeństwo jest przekleństwem, czy może błogosławieństwem? I jeszcze, czy szept może być purpurowy? „Lagrange. Listy z Ziemi” to absolutnie zaskakująca powieść, która sprawia, że czytelnik jeszcze intensywniej odczuwa spotkanie z nieznanym. To ja teraz państwa zapraszam na spotkanie z autorem. Istvan Vizvári.
[26:02] - Dobra, to ja zacznę wstępować, a potem sama treść będzie jeszcze za chwilę. Wstęp jest taki, że nie udało się do końca dobrze wydrukować tytułu tego wystąpienia, bo ten tytuł powinien być w cudzysłowie. Czyli czy globalne ocieplenie istnieje, samo w sobie nie jest przedmiotem tej prezentacji. Bardziej mnie interesuje pytanie, czy globalne ocieplenie istnieje. Ono jest przedmiotem, więc powinno być to w cudzysłowie i o tym powinniśmy rozmawiać. O tym chcemy do tego stopnia, że wręcz sam tytuł brzmi trochę niegramatycznie. W sensie czy globalne ocieplenie istnieje? To brzmi dziwnie i ma brzmieć tak, bo interesuje mnie to, czy ono w ogóle istnieje i dlaczego o tym rozmawiamy. Czemu w ogóle zadawać takie pytanie? To był wstęp, a teraz będzie występ i on opowiada o tym, że rzeczy zaczyna się od tego, że rzeczy istnieją w różny sposób.
Czyli tak, rzeczy istnieją w różny sposób. Krzesło, ulubiony przedmiot filozofów, jak się zastanawiają, co istnieje i co jest, istnieje w sposób bardzo namacalny. Można go dotknąć, można się o nie potknąć, można je spalić. Akurat tego nie, ale na pewno istnieje. Polska istnieje w trochę inny sposób. Wszyscy jesteśmy przekonani, że istnieje, ale tak naprawdę jakbyśmy wszyscy ogłosili, że nie istnieje, to by przestała istnieć. A tak naprawdę jest parę osób, które jednoosobowo mogą zadecydować, że Polska przestanie istnieć i też przestanie wtedy istnieć. Nawet był taki czas, kiedy Polska nie istniała, ale wtedy nam w szkole mówiono, że ona istniała w sercach Polaków, a dalej była, że jej nie było. Miłość. Miłość też na pewno istnieje, ale wydaje się, że za każdym razem jest inna, więc ona chyba nie istnieje jako coś takiego, że za każdym razem to jest ta sama miłość, tylko za każdym razem inna, więc niby istnieje, ale z drugiej strony nie można jej złapać, dotknąć albo pokazać.
To jest miłość. Czy może inaczej. Można pokazać każde egzemplarz miłości, ale za każdym razem to coś innego. Mam tutaj też takie słowo wypisane: Bóg. Bóg też istnieje w zupełnie inny sposób. Jedni twierdzą, że istnieje, inni twierdzą, że nie istnieje. Mogą się kłócić, sprzeczać, ale w końcu najczęściej docierają do takiego stwierdzenia, o ile jeden drugiego nie zabije wcześniej, że to się zgadzamy niezgadzając. Ja uważam, że istnieje, a ty uważasz, że nie istnieje i sobie żyjemy razem mniej lub bardziej pokojowo. Illuminaci z kolei istnieją w inny sposób. Czyli ja mogę stwierdzić, że istnieją, ktoś inny, że nie, ale ja będę nazwany wtedy wariatem albo wspólnikiem.
Nie ma takiej tolerancji dla ludzi, którzy wierzą w Illuminatów, jak dla ludzi, którzy wierzą w Boga albo nie wierzą. Tak czy inaczej. Więc ewidentnie rzeczy istnieją w różny sposób. I teraz globalne ocieplenie z tych rzeczy najbardziej jest bliskie, w sumie nie wiem czemu. Trudno mi wybrać, czy bardziej jest jak Polska, czy jak Bóg. I o tym jest ten wykład, że bardzo trudno jest powiedzieć globalne ocieplenie jest jak co. Nikt nie wie, jakie konkretnie jest. A to, że my docieramy do takiego momentu, w którym mówimy, że globalne ocieplenie jest jak coś albo istnieje jak coś, to jest to sedno języka, przynajmniej moje ulubione sedno języka, czyli że język posługuje się metaforami. Czyli wszystko praktycznie w języku jest metaforą, oprócz tych rzeczy, które nie są, ale nie jest ich tak dużo, przynajmniej według niektórych. Czyli metaforami nie są nazwy części ciała, nie są nazwy własne oprócz tych, które rzecz jasna są.
Moje imię znaczy na przykład korona, podobnie imię paru innych osób też, po grecku, więc nawet ono jest nieco metaforyczne, ale już nazwy poszczególnych ptaków bardzo często nie będą. Nazwy takich rzeczy jak góra i dół to są w miarę absolutne i od niczego nie zależą. Jakieś zmiany położenia w przestrzeni, typu stać albo leżeć to są takie rzeczy dosłowne. Wszystko inne podobno jest metaforą. Niekoniecznie podobną. Można się zastanawiać, można wziąć przykłady. Moim ulubionym przykładem albo takim całkiem ciekawym przykładem jest czas. W tym znaczeniu, że o czasie różne rzeczy możemy powiedzieć, ale jak sobie mówimy rzeczy o czasie i tak je powiemy dosłownie, to okaże się, że ten czas zawsze biegnie albo stoi, albo się ciągnie. Różne rzeczy robi, ale nie ma żadnego konkretnego określenia dla czasu, które by tylko jego dotyczyło i do czego innego się nie stosowało i byłoby takie naturalne, jak że coś jest na górze, a coś jest na dole. Nie ma po prostu.
Ten czas zawsze robi różne rzeczy, które normalnie robią inne rzeczy, tylko my akurat o czasie w ten sposób mówimy, bo nam to pasuje albo pasowało to komuś, kto wymyślił. Z reguły nie mówimy jakichś takich rzeczy, że czas uczepił się mnie jak nowo narodzone niemowlę, bo rzadko to ma sens. Ale być może czasami może. Natomiast te rzeczy o czasie, który biegnie albo stoi, albo się ślamazarzy, to są w miarę częste. I to, co jest ciekawe, to to, że te metafory mają coś więcej niż po prostu to, że my jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że czas idzie, bo on idzie w tym sensie, że teraz jest tu, a potem nie. To nie jest w tym sensie, nie? To jest trochę dziwne, że czas niby idzie, ale nie chodzi o to, że on skończy dokądś poszedł. On idzie, ale tak trochę obok nas, to my stoimy w miejscu. I co więcej- Słucham?
[31:44] - On biegnie.
[31:45] - Czasami biegnie, ale zauważcie, że jak on biegnie albo idzie, to najczęściej jednak rzeczy, które biegną albo idą, idą dokądś, mają jakiś cel i kierunek. Nie suną się dookoła bez celu. Idzie się dokądś. I kiedy my myślimy albo wiemy, że czas idzie dokądś albo płynie nawet dokądś, kiedy czas płynie albo idzie, to gdzieś tam w tle czai nam się znaczenie, że on idzie dokądś, że ma swój cel, a być może nawet ma jakieś intencje. To są takie znaczenia, które do tych metafor się przylepiają. I chociaż my nie jesteśmy ich do końca świadomi, to my będziemy podświadomie się do nich jakoś dostosowywać. Ewentualnie one będą tak naprawdę świadectwem tego, że w kulturze, bo metafory są częścią kultury, jest jakieś przeświadczenie. Na przykład w naszej kulturze jest przeświadczenie o tym, że czas ma swoje dawne dzieje, czas ma przód i idzie z przeszłości do przyszłości. To jest takie coś. Czas nie biegnie w kółko, tylko idzie od dawna naprzód.
Więc metafory doklejają znaczenie. I żeby przenieść się trochę w kierunku tego globalnego ocieplenia, to weźmy taką inną metaforę pod tytułem ślad węglowy. To jest taka metafora ukuta przez firmę BP, energetyczną firmę. I ona służyła do tego, żeby uświadomić ludziom, że oni swoją cegiełkę dokładają do globalnego ocieplenia i nazwano to śladem węglowym. I ten ślad węglowy ma dwie rzeczy, które się kojarzą przynajmniej dla mnie. Jedna z nich to jest taka, że to jest ślad, czyli coś małego, coś takiego, co ledwo widać. Czyli tak naprawdę my na ten ślad nie mamy za dużego wpływu, na to globalne ocieplenie. My zostawiamy po sobie ślady, a ślady, jak wiadomo, deszcz je spłukuje, a potem znikają. Nie ma większego wpływu, ale z drugiej strony śladów można unikać, żeby je zostawiać. Czyli ślady to jest coś, co my, mimo że kiedyś się zatrą i że są małe, to i tak możemy je próbować zacierać, nie zostawiać.
Czyli jednak jesteśmy za nie odpowiedzialni. Więc to jest taka drobna rzecz, za którą my jesteśmy odpowiedzialni i mimo wszystko przylepia się do nas takie znaczenie, że ślady my zostawiamy za sobą, ale one nie są bardzo duże. Powinniśmy się trochę przejmować i co więcej z tego też dla nas może wynikać, mimo że tego wszystkiego sobie nie uświadamiamy. To jest tylko to, co się do nas przylepia razem z tą metaforą, że jak my zatrzemy ten ślad, to już go nie ma. Czyli my na przykład możemy polecieć tylko trzy razy w roku na wakacje, a nie pięć. I już trochę spłacimy. Albo nie używać papierowych toreb zamiast plastikowych. Zawsze coś możemy zrobić, zatrzeć ślad i już jesteśmy kwita. No i teraz globalne ocieplenie też jest wspaniałą metaforą. Jak tak mówimy to sobie na głos, to mówimy, nie ma w tym nic metaforycznego.
Glob się ociepla. Tyle. Ale zauważcie, że globalne ocieplenie znaczy coś więcej. Jest globalne, czyli dotyczy wszystkich. Czyli jest sprawiedliwe. Ja nie mówię, że to jest coś, co każdy sobie pod prysznicem przeprowadza te analizy, ale kiedy słyszymy, że jest globalne ocieplenie, to jest oczywiste, że dotyczy każdego, wszystkiego, wszystkich równo. Każdy dostaje tym ociepleniem. To jest po pierwsze, a po drugie to jest ocieplenie, a ciepło to dobrze. Ciepło to miło. Jak ktoś twierdzi, że ciepło to jest źle, to prawdopodobnie coś jest z nim nie tak.
Więc globalne ocieplenie to tak naprawdę znaczy, że wszystkim będzie lepiej. I ja nie twierdzę, że oczywiście każdy, jak słyszy globalne ocieplenie, to się cieszy, ale z drugiej strony to naprawdę nie brzmi strasznie. Czego tu się bać? Będzie cieplej, nie trzeba będzie tyle wydawać na ocieplenia domów, nie trzeba się będzie martwić, że zmarzniemy zimą. Różnych rzeczy nie trzeba się martwić. Poza tym to jest tylko ocieplenie. Będzie cieplej. Nie gorąco. Cieplej. Nie jest tak źle.
No więc jeśli zakładamy, że my się zastanawiamy nad tym wszystkim dlatego, że ktoś nam powiedział, że jest źle, albo ktoś powiedział globalne ocieplenie, to coś się nie zgadza. Warto by było jednak trochę to lepiej zrozumieć, powiedzmy. I jednym z takich pomysłów, jak można by to zrobić, jest uświadomienie sobie, że metafory to jest rzecz taka kulturowa. Ona jest przepełniona uczuciami, emocjami, tak jak ja mówię, te wszystkie analizy. One są oczywiście nieuświadomione. My nie mówimy cały czas, nie przekonujemy, że globalne ocieplenie, więc sam widzisz, ta metafora znaczy i tak dalej. Tym niemniej warto by mieć jakieś takie bardziej obiektywne spojrzenie. Coś, co raz na zawsze powie nam, będzie cieplej czy nie będzie cieplej, jest źle czy jest dobrze. Jak wiadomo, oczywiście do tego służy nauka. Nauka ma obiektywnie znaleźć jakieś informacje na temat świata, który jest wokół nas i powiedzieć nam tak albo nie.
I może to zrobić, bo do tego służy. Nauka ma badać rzeczy, które są tam na zewnątrz, sprawdzać i dawać nam możliwość obiektywnego, czyli nie posługującego się emocjami jakimiś, bez histerii, szaleństw, wszyscy umrzemy, tylko usiądźmy, rozważmy. Tu są obiektywne informacje, tu są fakty, wnioski i tak dalej. To, że my mamy taki pomysł, a przynajmniej niektórzy z nas mają taki pomysł, żeby naukowo badać rzecz, bierze się przynajmniej w dużej mierze, przynajmniej dla mnie to jest w miarę wygodna figura. Jeden przedstawiciel, jeden kozioł ofiarny. Imię jego brzmi Kartezjusz. Kartezjusz jest takim dobrym modelem osoby, która wprowadziła to, żeby rzeczy badać nie tyle metodą naukową, bo jak wiadomo ona ma dużo starszą, dużo dawniejszą historię, dłuższą, ale tak, żeby wszystko na przykład przedstawiać za pomocą liczb. Układ kartezjański to jest to, czym nas męczono każdego w szkole podstawowej. To jest to, że przestrzeń to liczby. Można położenie każdego przedmiotu w przestrzeni i w czasie i w ogóle różne rzeczy podać za pomocą liczb.
Czyli świat jest bardzo dobrze opisywalny za pomocą liczb. I co więcej, jest to wtedy obiektywne. Jak ja powiem, że coś jest dwa metry ode mnie w tamtym kierunku, to nie ma żadnej możliwości, żeby o tym dyskutować. Jeśli ja powiem, że ktoś ma 42 stopnie gorączki, to nie ma co dyskutować, czy on zaraz umrze czy nie. To jest sprawdzone. Co najwyżej można go zapytać, czy mierzyliśmy temperaturę w ustach czy w odbycie. Bo to może trochę ewentualnie, czy mamy więcej czasu na zawołanie księdza czy mniej, ale to wszystko. To są tego typu problemy. Nie ma tam żadnych emocji, nie ma co się spierać. Czyli nauka za pomocą liczb pozwala nam bardzo obiektywnie opisać świat.
I Kartezjusz nie tylko to nam dał jako ten kozioł ofiarny, ale również bardzo dobrze można go obwinić za to, że my różne inne rzeczy też tak ładnie potrafimy obiektywnie powiedzieć. On na przykład był przekonany i to przekonanie nam zaszczepił, że zwierzęta nie odczuwają emocji, na przykład bólu. Zwierzęta nie boli. Jak się rani albo coś, to one krzyczą tak odruchowo, żeby dać sygnał innym, że tutaj coś je rani, ale tak naprawdę to jest im wszystko jedno. To ich nie boli, nie ma cierpienia. I to przyczyniło się między innymi do takiego bardzo ładnego w nas oddzielenia ludzi od reszty. Czyli to był jeden z takich elementów, ale być może bardzo znaczący, bo jednak Kartezjusz jest ważną figurą w tym, żeby ludzie nabrali przekonania, że natura, zwierzęta, lasy i wszystko inne jest czymś innym. Oni nie należą do natury. Natura jest na zewnątrz. My jesteśmy tutaj, my mamy swoją kulturę, a tam jest natura.
Nauka bardzo dobrze opisuje tą naturę i obiektywnie sobie patrzy tam na to, co tam jest na zewnątrz. Potem powstały prawa, takie konkretne, policzalne prawa typu prawo powszechnej grawitacji. Tam są konkretne liczby, można coś podstawić, można coś obliczyć, wychodzi inna liczba i na podstawie tego możemy określić, kiedy będzie zaćmienie słoneczne. Naprawdę niesamowite prawa natury. Potem różne inne prawa powstały dotyczące elektromagnetyzmu. Było naprawdę coraz lepiej, bo wszystko dało się opisać. Mnóstwo rzeczy z tego wynikało. Był postęp i dużo ludzi było bogatych i nie dostawali raka od różnych rzeczy, ani jeszcze nie dostawali, to dopiero później. Tym niemniej było coraz lepiej i widać było, że prawa natury i ogólnie nauka pozwalają nam coraz lepiej nad tą naturą panować i obiektywnie, czyli patrząc z zewnątrz, mówić różne rzeczy o tym. Super.
A potem przyszedł Einstein. I nie tylko chodzi o to, że on wymyślił tą względność, bo to nie on wymyślił, tylko o to, że okazało się nagle, że to nie jest do końca tak, że my po prostu możemy liczbami określić położenie w przestrzeni i to już jest ustalone. Czyli że przestrzeń jest liczbami, że świat jest matematyczny. Okazało się, że w pewnych warunkach położenie można opisać w ten sposób liczbami, a w innych zupełnie inny i one się mogą zmieniać. I tak naprawdę liczby i inne naukowe stwierdzenia na temat świata nie tyle są takimi obiektywnymi, niezmiennymi informacjami, które nauka wytwarza, ile raczej tak naprawdę są równie metaforyczne jak te nasze określenia. Tylko to są takie metafory eleganckie. One są takie, że my możemy powiedzieć śmiało, że coś ma 10 metrów długości i my już wiemy, że tak naprawdę to te 10 metrów długości czasami może być 9, czasami 11. To zależy od tego, kto patrzy i ogólnie różne rzeczy są tak naprawdę w związku z tymi liczbami nie do końca takie ustalone i bezwzględne. To my śmiało możemy używać tych naukowych stwierdzeń o świecie i nie być oskarżonym o to, że to jest właśnie metaforyczne albo niedosłowne, że to nie są dosłownie liczby, bo temperatura nie jest liczbą oczywiście, temperatura jest ruchem cząstek statystycznym i energią średnią kinetyczną, tym niemniej jest trochę jak liczba. I później jak spojrzymy dalej, od razu jak spojrzymy, to łatwo jest się przekonać, że tak naprawdę bardzo dużo z tego, co ci naukowcy nam mówią, to jest bardzo metaforyczne.
W tym znaczeniu, że my nie mamy bezpośrednio dostępu do jakiejś super obiektywnej wiedzy na temat świata. Załóżmy, że pokazujesz nam wykres. Niech to będzie wykres średniej temperatury globu. Jesteśmy przy globalnym ociepleniu i okazuje się, że na tym wykresie, jak jest wyższa temperatura, to jest wyżej, a jak jest zimniej, to jest niżej. Czyli okazuje się, że mamy bardzo konkretne, już wpojone nam przekonanie o tym, że jak coś jest cieplejsze, to jest wyżej, a jak coś jest zimne, to jest niżej. To nie jest nic oczywistego. To są metafory. Jakby ktoś nam pokazał wykres, na którym temperatura spada w dół, a potem powiedział: „No dobra, ale tutaj te wyższe temperatury są niżej”, to byśmy powiedzieli, że nas praktycznie oszukał, bo my jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wysokie temperatury brzmi bardzo wyraźnie. Albo na mapie. Na mapie najczęściej północ jest wyżej, ale to nie dlatego, że północ jest w jakiś sposób zrobiona, że ona jest wyżej.
Północ jest wyżej, bo to, co jest wyżej, dla nas jest odruchowo ważniejsze. Wyżsi ludzie są ważniejsi. To różne rzeczy potwierdzają. Król jest na podwyższeniu, prelegent jest na podwyższeniu, bo teoretycznie jest ważniejszy, więc Londyn też jest wyżej na mapie niż Kapstadt. Chyba że to jest australijska mapa, wtedy Australia jest wyżej. Więc wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nauka i to, co ona nam pokazuje, nie jest do końca obiektywna. To też są metafory, tylko one w nas wsiąkają bardzo subtelnie. To nawet takie rzeczy jak czerwony na oznaczenie góra, zielony – nizina. Niby arbitralny wybór, ale jednak czerwony kojarzy nam się trochę z niebezpieczeństwem, z różnymi takimi ostrzeżeniami, a niziny dużo bardziej nam się kojarzą z przyjemnością i z bezpieczeństwem, czyli z zielenią, która również się kojarzy. Więc to są całkiem trafnie dobrane metafory, ale metafory.
Wiemy już, że naukowcy muszą się mimo wszystko posługiwać metaforami, nawet jeśli twierdzą, że to jest obiektywne. Teraz przypomnijmy sobie, skąd się wzięła cała ta heca. Stąd, że przyszli jacyś naukowcy i powiedzieli: „Panowie i panie, mamy globalne ocieplenie. Jak tak dalej pójdzie, to za 50 lat będzie zbyt ciepło”. I my ich wtedy pytamy: „Czyli jak? Podajcie nam tą liczbę, jak będzie zbyt ciepło”. Oni mówią o półtora stopnia. Wtedy wszyscy wzruszają ramionami i mówią: „No i co? To jest tylko półtora stopnia. Nikt normalny nie poczuje nawet różnicy półtora stopnia, a tym bardziej, jeśli to jest w skali całego globu.
Nie ma o czym mówić”. Więc mimo iż to jest obiektywna, super elegancka metafora, o której praktycznie nikt nie wie, że to jest metafora, bo to jest półtora stopnia, to jest super nieudana. Ona nic nikomu nie mówi oprócz kilku specjalistów, którzy jak słyszą, że glob będzie cieplejszy o półtora stopnia, to idą sobie szykować stołek i pętlę. Więc metafory, których używamy do komunikacji do innych, zwłaszcza jeśli chcemy ich wystraszyć i powiedzieć, że coś jest niebezpieczne i trzeba coś zrobić, możemy podzielić na udane i nieudane. Generalnie każdą metaforę można podzielić na udaną i nieudaną, ale akurat w tym wypadku, jeśli my chcemy, a właściwie oni chcą, ci naukowcy chcą nas przekonać, że globalne ocieplenie jest czymś, co nam zagraża i trzeba teraz podjąć akcję, wszyscy muszą stanąć na wysokości zadania, to muszą znaleźć coś lepszego niż globalne ocieplenie. To po prostu nie działa i nikt się tego nie boi. Globalna gorączka brzmi lepiej, bo jak ktoś ma gorączkę, to trzeba ją obniżyć, bo jak nie, to umrze. Ale z drugiej strony jak to brzmi? Jak naukowiec poważny w krawacie albo fartuchu przyjdzie i mówi: „Panowie, Ziemia ma gorączkę”, to to histeryzuje. To nie jest naukowy język, to są jakieś metafory, to są jakieś emocje.
Więc mamy taki problem, żeby dotrzeć do ludzi z jednej strony potrzeba metafory dobrej, bo tylko tym się możemy posługiwać. Wszystko jest metaforą, tylko to mamy. A z drugiej strony, jeśli będą używali prawdziwych metafor, nie tych super eleganckich, które nie udają metafory, to wyśmiejemy ich jako histeryków, tak jak tą Gretę Thunberg. Ona histeryzuje, nie mówi jakimś obiektywnym, spokojnym językiem, tylko krzyczy, że zabraliśmy jej przyszłość, glob się gotuje i tak dalej. Nikt nie traktuje jej poważnie oprócz dzieci, ale na pewno nie naukowcy albo nie ludzi, od których coś zależy. Więc jakoś musimy to nazwać, jakoś trzeba to nazwać, ale nie do końca wiadomo jak. Można by ewentualnie spróbować na przykład mówić o tym „sami wiecie co”, bo to jest takie dobre określenie. Jak był Lord Voldemort, mówiło się na niego „sami wiecie kto” i wszyscy się bali, ale z drugiej strony można było o tym rozmawiać. Problem z globalnym ociepleniem, żeby nazwać „sami wiecie co” jest bardzo prosty. Nie wiemy co.
Nie wiemy, co to jest tak naprawdę to globalne ocieplenie. Jak ktoś nam mówi, czym to jest, to może sobie mówić, ale żeby zrozumieć, czym coś jest, trzeba móc to samemu jakoś wchłonąć, mieć jakąś dobrą wiedzę, prostą wiedzę. Naukowcy wiedzą, a jak ich zapytamy, co to konkretnie jest, poprosimy ich więcej informacji, to dadzą nam więcej informacji, więcej liczb, więcej jakichś danych. Będą mówili, że zbadali temperaturę całej powierzchni Ziemi 10 kilometrów w dół, 10 kilometrów w górę. Policzyli i sprawdzili i im więcej nam mówią, tym mniej wiemy, bo nic nam to nie mówi. To prosimy ich coś bardziej konkretnego. Oni mówią o gatunkach wymierających, że wiem, że 10% gatunków, ale znowu to jest 10%. Czy coś z tego wynika? A jakby wymarło 20, to by było gorzej, a jakby wymarło tylko 9, to by było lepiej. Te rzeczy nic nam nie mówią.
To jest tak naprawdę niesamowite, że mimo iż mamy bardzo obiektywne informacje od bardzo obiektywnych, kompetentnych ludzi, one nic nam nie mówią. Nic z tego dla nas nie wynika. Oni mogą powiedzieć: „Bo wy to musicie umieć czytać. Trzeba to umieć przeczytać”. To jak na coś, co powinno być obiektywną informacją o świecie, to jest bardzo nieobiektywne. To jest w zasadzie trochę tak jak z poezją, że poezja nikomu nic nie mówi, dopóki nie umie jej przeczytać. Jak przeczyta, to jest taki stek bzdur, jakieś takie metafory. Ewentualnie niektórzy ludzie mają taki pomysł, żeby mówić, że takie łąki morszczynowe, lasy morszczynowe produkują albo wytwarzają usługi dla ekosystemu, które są warte tyle i tyle milionów dolarów. Ale każdy normalny człowiek, moim zdaniem, zapyta: „A co to w ogóle znaczy?”. W sensie jak lasy morszczynów mogą wytwarzać miliony dolarów?
To jak je wytnę, to te dolary gdzieś znikną? Albo jak posadzę więcej, to się pojawią? To się wypłaca? To wszystko nie działa. To jest tylko przenośnia. One w pewien sposób wytwarzają, ale żeby to naprawdę wytworzyły, to ciężko będzie to zobaczyć. Jest taka bardzo dobra metoda, którą biznesmeni używają, nie tylko biznesmeni, ale ogólnie, ja przynajmniej kojarzę z menedżerami, używają, jak chcą poprosić specjalistę o dokładne informacje. Oni mówią tak: „Wytłumacz mi to jak pięciolatkowi”. To jest taka super metoda, bo podobno, jeśli nie umiesz czegoś wytłumaczyć pięciolatkowi, to znaczy, że tego nie umiesz wytłumaczyć albo ewentualnie nie ma o czym mówić. Pięciolatek teoretycznie podobno zrozumie wszystko, jeśli tylko mu się odpowiednio dobrze powie.
Nie wiem, nie znam za dużo pięciolatków. Kiedyś znałem kilku, ale to było chwilę, jak mieli pięć lat. Więc teraz moglibyśmy spróbować w tą stronę pójść, zastanowić się, jak wytłumaczyć globalne ocieplenie pięciolatkowi. Ja myślałem, jak specjalnie wyszedłem dzisiaj na spacer rano i pomyślałem co najwyżej tak, że wiem, jak wytłumaczyć pięciolatkowi, co to jest, że oparzy rękę, że jak włoży rękę do tej gorącej wody, to ją oparzy. Moja mama mi tak tłumaczyła, to oparzyłem sobie rękę natychmiast później, bo chciałem sprawdzić. Na przykład taką typową rzeczą, którą trzeba wytłumaczyć dziecku, która robi problemy rodzicom, jest jak babcia umrze, bo dziecko pyta: „A co to znaczy, że ta babcia umarła?”. No i większość ludzi jednak skłania się do tego, żeby coś tam im opowiedzieć. Babcia wyjechała w daleką podróż i już nigdy nie wróci. Albo poszła do aniołów, albo jest teraz z Bozią. Bardzo mało rodziców bierze to dziecko, idą do kostnicy, wyciąga tą babcię taką zimną i mówi: „Weź, podejdź, zobacz.
To była twoja babcia i już nie jest. Jest zimna, leży. Nigdy więcej ci nie opowie bajki. Pogódź się z tym”. Tak byłoby najlepiej, nie? Nigdy nie miał żadnych wątpliwości, nie byłoby problemu. No ale nikt tak nie robi. Nawet gdybyśmy zdecydowali się tak zrobić, to jest problem z globalnym ociepleniem, bo globalne ocieplenie, użyję takiej odwrotnej metafory, ono nie jest jak martwa babcia. Nie ma żadnego katafalku ani żadnej wyciąganej lady z kostnicy, na której ta ziemia leży i można powiedzieć: „O, zobacz, umarła”. Zwłaszcza że nie umarła w tym momencie.
Tym niemniej nawet jakby umarła, to by nie było możliwości, żeby to pokazać. Żeby pokazać i coś naprawdę porządnie zrozumieć i zobaczyć, trzeba podejść, dotknąć tak jak z tą martwą babcią i wtedy będziemy wiedzieli, na czym to polega. Wiemy, czym jest. Może by wrócić do tego, co powiedziałem wcześniej i że żeby coś zrozumieć, to trzeba tak obiektywnie z zewnątrz tego to poznać, opisać, dotknąć właśnie, przekonać się. No a z globalnym ociepleniem jest trochę problem. Nie można go zobaczyć z zewnątrz. Nie możemy się tak daleko odsunąć, dajmy na to od Ziemi, żeby zobaczyć globalne ocieplenie, bo jak odsunie się daleko nawet, staniemy tak, żeby całą ją objąć wzrokiem, to i tak nie zobaczymy globalnego ocieplenia. Nie widać go, nie ma czegoś takiego. Więc można by ładnie powiedzieć, przestawiła mi się kolejność, że problem z tym globalnym ociepleniem, czymkolwiek jest i nawet niezależnie od tego, w jaki sposób istnieje, jest taki, że my jesteśmy w środku tego globalnego ocieplenia, a od naukowców chcielibyśmy, żeby pokazali nam je z zewnątrz jako takie coś, co opisali i co można spojrzeć na to, dotknąć, szturchnąć jakoś, podgrzać trochę, coś zrobić z nim i zobaczyć, jak się zachowuje. Natomiast ciężko jest coś takiego zrobić, jak się jest w środku tego.
Chcielibyśmy stanąć na zewnątrz globalnego ocieplenia i je zobaczyć, a jesteśmy w środku i nie mamy szansy z niego wyjść. Zakładając, że istnieje, ale o tym mogę. Próbujemy wyobrazić sobie, jak tutaj przekonać ludzi, że istnieje globalne ocieplenie, które nam zagraża. My możemy widzieć objawy tego globalnego ocieplenia. Możemy widzieć, że zimy są cieplejsze albo że lata są zimniejsze. To też nie do końca brzmi jak globalne ocieplenie, tym niemniej to też jest objaw. Możemy widzieć, że morze się gdzieś tam podniosło o jakąś tam wysokość. Tym niemniej każdy widzi to inaczej, nawet jeśli widzi i każdy widzi tylko trochę. A nawet wtedy ciężko jest powiedzieć, żeby to był przejaw konkretnego globalnego zjawiska. I na tym między innymi polega taka super wielka trudność, co można by sformułować tak: to jest w zupełnie innej skali niż ludzie.
Cokolwiek to jest, nawet jeśli tego nie ma, to zakładając, że to jest, to jest w innej skali, do której my nie pasujemy. My możemy zobaczyć rzeczy, które są w naszej skali, tak jak to przysłowiowe krzesło, ale globalne ocieplenie jest za duże, jest wszędzie. Tak naprawdę ma bardzo dużo różnych składników, to, co tam jest, więc bardziej mamy do czynienia z jakimiś objawami. Komuś tam grzyba wygrze jakiś gatunek, komuś wyschnie jakaś rzeka, ale to są poszczególne objawy. Żeby to złożyć w całość i powiedzieć: „To jest przejaw globalnego ocieplenia”, to naprawdę trzeba się napracować. A i tak wtedy musimy w sobie wypracować w pewnym sensie wiarę, że to wszystko działa. Można by pokazać tutaj taką drugą antymetaforę albo antyporównanie. Antyporównanie, które mi bardzo pasuje, to jest takie: globalne ocieplenie nie jest jak zanieczyszczenie powietrza. To jest o tyle ciekawe, że globalne ocieplenie bierze się z zanieczyszczenia powietrza dwutlenkiem węgla, ale nie jest jak zanieczyszczenie powietrza. Na przykład ja mam koło domu taką górkę i na tej górce spaceruję z psem.
Ta górka ma z 10 metrów wysokości, nie więcej, ale jak się na nią wejdzie, to widać nad Łodzią taką czerwoną chmurę, taką poduchę, czapę. I ta chmura, ja wiem, bo gdzieś przeczytałem, to są tlenki azotu. Tlenki azotu wydostają się głównie z silników diesla i one tam są i dzięki temu wszyscy łodzianie mają dużo ładniejsze zachody słońca, bo są czerwone, ale mają też dużo więcej astmy, bo wdychają te tlenki azotu. Więc ja o tym zanieczyszczeniu powietrza mogę tak naprawdę powiedzieć: zanieczyszczenie powietrza w Łodzi to jest ta czerwona czapa, to jest to coś, to jest ta czerwona poducha, kołdra, która tam leży i ona nas truje. Ale nie mogę czegoś takiego samego powiedzieć o globalnym ociepleniu, bo co miałbym powiedzieć? Ono jest tym dwutlenkiem węgla. Bo wiadomo, że to zanieczyszczenie powietrza nie jest żadną czerwoną czapą. Ja tylko sobie zrobiłem taką metaforę, takie coś, albo nawet nie metaforę, symbol, co pozwala mi o tym mówić. Ale z globalnym ociepleniem nie jest tak, bo nie ma żadnej górki, na której sobie stanę, spojrzę i powiem: „O, to tam, to przezroczyste coś to jest globalne ocieplenie”. Nie ma takiej możliwości.
Swoją drogą górka to jest wysypisko śmieci, więc też jest taka ciekawa rzecz, że mamy tutaj śmieci. O śmieciach jeszcze zaraz jedną rzecz powiem. Natomiast jak mówię po kolei, czym nie jest globalne ocieplenie: nie jest tym, nie jest jak to, nie jest jak tamto, to widać wyraźnie, że brakuje czegoś, co można by użyć, o tym porządnie rozmawiać w taki sposób, żeby nikt nie mógł tego zbyć. Nikt nie mógł powiedzieć: „Ale to nie jest wcale jak gorączka, bo histeryzujesz”, „A to nie jest jak zanieczyszczenie powietrza”. Moim zdaniem nasz wspólny problem jest taki, że nie ma takiej dobrej metafory. Po prostu nie ma. Język nie jest wystarczająco potężny albo nie ma takiej umiejętności, żeby metaforę, która będzie dla każdego dobra, ustalił czy wytworzył. Bo oczywiście prawdopodobnie można zrobić w ten sposób, żeby każdemu dać jego własną metaforę, żeby on się najbardziej przestraszył. Ty się najbardziej boisz węży, więc powiemy: globalne ocieplenie jest jak wąż i wytłumaczymy mu, czemu jest jak wąż. A ty się bardziej boisz poduszki, że umrzesz we śnie.
Tylko że jak każdemu damy jego własną metaforę, to się nie dogadają. Nie będą wiedzieli, o czym drugie mówi. Ja się nie boję poduszki, a ty się nie boisz węży. Nie mamy nic wspólnego. A żeby wziąć jedną wspólną, to z kolei nie ma dla ludzi punktów odniesienia, tak żeby oni mogli każdy się zgodzić, że rzeczywiście mamy do czynienia z taką metaforą. I tu oczywiście trochę dramatyzuję, bo to, że nie ma jednej supermetafory, która przekona wszystkich, nie oznacza, że nie ma lepszej metafory, lepszego określenia. Ja tutaj sobie wypisałem takie lepsze określenie, mianowicie katastrofa klimatyczna. W artykule, który dzisiaj czytałem, było jeszcze lepsze określenie: koniec świata, jaki znamy. Tylko jest pewien problem z nim. Ono jest naprawdę straszne.
Ciężko jest rozmawiać o końcu świata. Gdybyśmy teraz w telewizji zaczęli mówić: „Dzisiaj mieliśmy kolejną manifestację końca świata, mianowicie gdzieś tam wybuchł pożar”, to prawdopodobnie nikt by tego poważnie nie traktował. Bo z kolei, mimo że to jest koniec świata, jaki znamy, bo wiadomo, jak się wszystko ociepli, to będzie zupełnie inaczej, to raczej ludzie tego nie widzą w tym znaczeniu, że nikt nie chce wierzyć w coś takiego jak koniec świata. Więc moją chyba konkluzją, bo tak naprawdę nie będę tutaj na siłę próbował przedłużać tego, a będzie najwyżej jeszcze czas, chwilę na jakąś może nie dyskusję, ale może ktoś ma pytanie, jest coś takiego. My trwamy przy tym określeniu globalne ocieplenie. Wbrew pozorom ono jest dosyć często używane. Niektórzy mówią o efekcie cieplarnianym, inni o katastrofie klimatycznej rzeczywiście, ale globalne ocieplenie jest bardzo często spotykane. I to, że ta metafora, będę się ubiegał, że to jest metafora, trwa i jest tak powszechnie używana, ma jeden bardzo konkretny Powód. Mianowicie ona jest bardzo wygodna i to nie tylko dla systemu, który nami rządzi i chce przed nami ukryć prawdę. Ona jest dla nas wygodna.
Po pierwsze jest dla nas wygodna, bo możemy odbywać tego typu rozmowy. Wiem, że teraz to jest monolog, ale on tak naprawdę trochę reprezentuje te rozmowy, które mówimy. Możemy się kłócić o to, czy globalne ocieplenie istnieje. Jeden powie, że istnieje, drugi, że nie. Tutaj mamy tyle cząstek na milion, tutaj, że twój model jest zły. Możemy dyskutować, za przeproszeniem do końca świata nad tym, czy jest globalne ocieplenie, czy nie. I jest temat do rozmowy. On odwraca uwagę od tego sedna, które w tym tkwi, o którym wcześniej mówiłem, czyli od tego, że my w ogóle możemy mówić o tym globalnym ociepleniu w ten sposób, w jaki mówimy, czyli właśnie powołując się na temperatury i cząstki na milion i tak dalej. Przez to, że cały czas tkwimy w tym przekonaniu, że my patrzymy na naturę jakby trochę od środka, ale na zewnątrz, tak jakbyśmy wyglądali z domu przez balkon. Wychodzimy, patrzymy i opowiadamy sobie o tej naturze i mówimy: to jest tam, my to zmierzymy i nas to nie dotyczy.
Oczywiście ta natura może zmieść nasz dom, tak jak powódź może zmieść nasz dom, ale my w tym tak naprawdę nie uczestniczymy. To jest coś, co nas dotyka, ale z zewnątrz. To jest taki bardzo sprytny sposób, żeby nie zastanawiać się nad tym, z czego to wszystko wynika. Bo jeśli my mówimy o globalnym ociepleniu i właśnie mówimy nawet o tym, że to wzrasta czy to z powodu wulkanów, czy to z powodu silników diesla, czy czegoś jeszcze innego, czy spalania ropy, to mimo wszystko gdzieś w tym możemy ukryć takie podstawowe, ja bym to nazwał kłamstwem, czyli że można w ten sposób żyć. Można cywilizację oprzeć na przekonaniu, że natura jest na zewnątrz, że jest czymś, z czego się po prostu korzysta. Ona tam sobie jest, a my jesteśmy gdzieś indziej. Nas to wszystko nie dotyczy. Ewentualnie dotyczy nas w ten sposób, że musimy się tutaj mocniej zawrzeć w szeregi i wymyślić coś, żeby tę naturę pokonać, żeby wymyślić technologię, która nas tutaj uratuje przed jej zgubnym wpływem. Będziemy wyłapywać węgiel jak magla z powietrza. Bardzo ciężko jest się przyznać do tego, że wszystko, co robimy, jest powodem takiego globalnego ocieplenia.
Ciężko jest przyznać się, że każda rzecz, którą zjadamy i każdy kilometr, który przejeżdżamy, jest taką małą cegiełką, takim śladem węglowym, który się dokłada. Tylko że my nie możemy z tym za bardzo nic zrobić. Ciężko jest żyć w ten sposób, wiedząc, że całe nasze życie przyczynia się do tego, że zachodzi katastrofa. Bo nie mamy jak tego zmienić. Nie możemy teraz wrócić do jaskiń. Możemy wprowadzić technologie, które coś poprawią, ale nie możemy po prostu przestać żyć. Możemy nie jeść pomidorów z Senegalu albo winogron z Peru w środku zimy. Możemy zostać przy jabłkach. Niemniej i tak będziemy musieli te wszystkie nasze ślady węglowe zostawiać. Więc oczywiście jak ktoś idzie na terapię do psychoterapeuty, to jedną z rzeczy, o których mówi albo które robi, jest takie przestanie oszukiwania się.
Nie wiem, czy to można tak powiedzieć. Próbuje przestać się oszukiwać, próbuje spojrzeć prawdzie w oczy. Ale tutaj to spojrzenie prawdzie w oczy mi się wydaje, że jest wyjątkowo bolesne. Bo tam u psychoterapeuty, jak już spojrzymy prawdzie w oczy, to wyciągamy wnioski i zmieniamy zachowania. To co mamy zrobić? Przestać robić wszystko, co robimy?
[01:04:56] - Przestać się rozmnażać.
[01:04:58] - Ale my cały czas jeszcze będziemy żyli, nie? Tutaj jeszcze mamy różne tam-
[01:05:02] - Problem ocieplenia. Problem wyginięcia. Ale wszystko od razu, ten wzrok i coś takiego.
[01:05:10] - Dobrze, to ja skończę tą moją mini konkluzją, że właśnie mówienie o globalnym ociepleniu jest w pewnym sensie naszym własnym wyborem, który służy do tego, żeby nie podejmować tych takich praktycznych, konkretnych rozmów o katastrofie klimatycznej albo o katastrofie ekologicznej, albo o końcu świata. I dalej móc trwać w tym przekonaniu, że tak naprawdę, jeśli trochę mocniej się postaramy, to dalej będziemy mogli być na zewnątrz natury i dalej będziemy mogli żyć tak jak teraz. Jakoś to będzie, damy radę. Żeby oczywiście coś zmienić, spróbować coś zmienić, to trzeba by używać prawdziwych określeń, tych dramatycznych i tych, z których wynikają naprawdę straszne rzeczy dla nas. A to jest bardzo trudne. Podejrzewam, że z różnych powodów nikt nie chce tego ani mówić, ani słyszeć, bo to jest straszne. A kto chciałby się bać? Tutaj optymistycznym akcentem zakończę. Na razie.
[01:06:17] - Proszę państwa, wiem, że spora część słuchaczy czeka na ten właśnie punkt programu. Ten, czyli Filmotekarium. Zaraz będzie Filmotekarium. Tak jak często to powtarzam, Piotr Cielebiaś już czeka. No a dzisiaj film trudny. Ale czy my właściwie serwujemy państwu proste filmy? Wszystkie są trudne. Tylko ta trudność jest z różnych działek. Dzisiaj, tak jak powiedziałem, film trudny „Saltburn”. Tadam, tadam!
Trzeba zacząć „Filmotekarium" i niniejszym je zaczynamy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:07:07] - Witam w kolejnym „Filmotekarium". A dzisiaj kolejna nowość, bardzo kontrowersyjna.
[01:07:14] - Bardzo kontrowersyjna, proszę państwa.
[01:07:18] - Jest to film, który może nie do końca się wpisuje w naszą tradycyjną tematykę filmotekariową, bo jednak elementów horrorowych tam nie ma. Science fiction też jakoś za bardzo nie. Jest to bardziej thriller. Natomiast fakt faktem, film ten wywołuje ogrom kontrowersji w internecie. Kiedy się o nim czyta, to komentarze bywają podobne: że jest obrzydliwy, ale wciągający, że przekracza granice, że to przede wszystkim filmowy fenomen początku roku. Rzeczywiście „Saltburn", bo o nim mowa, był mocno promowany w internecie. Dużo się o nim pisało i było o nim głośno, chociaż wydaje mi się, że bardziej za granicą niż w Polsce. Z jakiego powodu? Z takiego, że jest to film dostępny na jednej z platform streamingowych. Platform mniej popularnych, przystępnych bardzo cenowo, chociaż to może reklama.
Natomiast takich platform, skąd filmy rzadko kiedy robią szum. I „Saltburnowi" się udało. Powiem tak: tutaj takich momentów zastanowienia się nad tym filmem będzie dużo w naszym programie. Bo po pierwsze ja nie wiem, jak go oficjalnie sklasyfikować. To jest niby thriller psychologiczny z elementami czarnej komedii, aczkolwiek, szczerze mówiąc, tam jest wszystko tak wyważone. Komedii to ja tam za bardzo nie zauważyłem. Z drugiej strony to jest film, Marku, który jest bardzo łatwo zespoilerować. On jest, szczerze mówiąc, dość prosty i my wam opowiemy dzisiaj tylko trochę, żebyście nie byli źli, że mówimy wam za dużo. Jak mówię, to jest nowość, o której będzie się pewnie jeszcze mówiło z różnych powodów. Zacznijmy od tego, że po pierwsze to musicie wiedzieć, że to jest film przełamujący pewne bariery związane ze scenami erotycznymi i nagością.
I już na samym początku się dowiadujecie, o czym on jest, żebyście nie byli zdziwieni. Marku, ty miałeś jakieś wątpliwości wobec „Saltburna".
[01:09:30] - Ja nie tyle moje wątpliwości, co obawiam się troszkę o naszych słuchaczy, bo myślę, że podstawową rzeczą, którą powinniśmy państwu powiedzieć i na tej podstawie należy dokonać początkowej klasyfikacji, czy to państwu odpowiada, czy nie, to jest film eksponujący mocno wątki, nazwijmy to queerowe, czyli od razu mniej więcej państwo łapiecie, o co chodzi. On oczywiście przełamuje te bariery, o tym za chwilę powiemy. Co ważne, te queerowe wątki, wątki homoseksualne i tak dalej, się tam pojawiają, ale nie pojawiają się zupełnie bez sensu. One się wpisują w cały film. Ale muszę to powiedzieć już teraz, zanim zaczniemy film rozwałkowywać i analizować szczegółowo. Proszę państwa, z mojego punktu widzenia człowieka, który lubi śledzić akcję w filmie, w tym filmie jest duży, moim zdaniem podstawowy błąd. Otóż film trwa dwie godziny i 10 minut. I uwierzcie mi państwo, po godzinie i 45 minutach ja w dalszym ciągu nie wiedziałem, z jakiego powodu oglądam ten film. Na pewne usprawiedliwienie dodam, że w końcu się dowiedziałem i odpowiedź na to pytanie albo odpowiedź, dlaczego akcja trwa tak, jak trwa i takie ostateczne rozwiązanie się pojawia i jest do pewnego stopnia zaskakujące, więc warto, chociażby z tego powodu ten film obejrzeć. Ale też musicie państwo pamiętać o tym, że po drodze zetkniecie się ze scenami odważnymi.
Piotr powiedział przełamującymi. Tak, zdecydowanie przełamującymi i ja wcale nie jestem przekonany, że chciałem być tak mocno przełamany. To jest kwestia po pierwsze wrażliwości, po drugie kwestia pewnych preferencji. Nie musi być tak, że wszystko się musi każdemu podobać. Tu ja miałem w kilku momentach poważne wątpliwości. Nie żeby jakoś tak konkretnie i do końca, ale jakby to państwu powiedzieć, niektórych scen nie da się odzobaczyć. I to jest chyba coś, co w jakimś stopniu, częściowo przynajmniej, każe mi się od tego filmu dystansować. Nie z powodów ideologicznych, nie z powodów jakichkolwiek przekonań czy krytyki, ale obraz pozostaje obrazem i on mocno tkwi w naszych głowach.
[01:12:21] - Tak, „Saltburn" to jest film specyficzny. To nie jest film erotyczny. To jest chyba ogólnie thriller, w którym zbyt późno nam się pokazuje, kim tak naprawdę jest główny bohater, co mu w głowie siedzi. Zresztą jeżeli będziecie się zastanawiali, gdzie widzieliście głównego bohatera, to w filmie „Polowanie na świętego jelenia". On tam grał jedną z głównych ról i tutaj odgrywa rolę bardzo podobną. Jest już starszy. Zacznijmy od tego. Ja się tutaj cały czas gryzę w język, żeby za dużo nie powiedzieć, bo tak, twórcom tego filmu się udało stworzyć pewien fenomen. Obraz, który trzeba zobaczyć, żeby sobie wyrobić zdanie. Myślę, że on jest nawet ciekawszy od wielu tych, które Które często się proponuje jako te filmy mające wzbudzać jakieś kontrowersje.
Zacznijmy od tego, że on jest opowieścią o pewnym chłopaku, studencie Olivierze Quicku z Prescott, który się dostaje na Oxford, gdzie się nie potrafi odnaleźć. I na początku się dowiadujemy, że on jest taki skromny, biedny, że pochodzi z rodziny pewnie bardzo skromnej i że dostaje stypendium i tak dalej. Nie wiem. Nie możemy. Nie wiem. Widzisz Marku, jest z tym filmem problem. On jest bardzo prosty. On się opiera tak naprawdę na opowiadaniu pewnych przeemocjowanych, kontrowersyjnych historii. Natomiast sama fabuła jest bajecznie prosta i gdybym tutaj powiedział jedno słowo za dużo, to może nasi słuchacze mieliby potem za złe. Ale na samym początku poznajemy tego Olivera Quicka jako takiego, nie wiem, jak to powiedzieć, jaki jest męski odpowiednik szarej myszki?
Szary mysz. Jako takiego szarego studenta, biednego, który nie potrafi się odnaleźć. Jedyną osobą, którą tam poznaje, to jest taki ekscentryk, który ma nie po kolei w głowie, ale to nie jest jego wielki przyjaciel. Potem jednak poznaje przypadkowo niejakiego Felixa Catona, chłopaka z wyższych sfer, z którym wchodzi w bliższy kontakt. Ostatecznie w wyniku splotu wydarzeń Olivier zostaje zaproszony przez Felixa do jego rezydencji na wakacje. I w zasadzie tu się zaczyna główna część filmu.
[01:14:55] - Muszę się wtrącić, ale z krótkim komentarzem. Hue, hue, hue. Przypadkowo.
[01:15:03] - Tak. Ja tutaj też zwracam uwagę na słowo skromny, które też jest bardzo skromne. Cichy, szary mysz. To też trzeba mieć na uwadze. Nic już nie będę mówił. I tam się zaczyna, w tej rezydencji, w tytułowym Saltburn. Poznajemy tam ekscentryczną rodzinę snobów z wyższych sfer i ich dziwne zwyczaje, do których Olivier się bardzo szybko, co jest dziwne, przyzwyczaja. I tutaj się chyba ugryzę w język już na dobre, bo dostajemy całkiem dobrze skonstruowaną opowieść. I kolejna zagwozdka. Czy to jest opowieść o problemach społecznych?
Czy to jest film z gatunku tych, które pokazują coś kontrowersyjnego, a potem dorabiają do tego ideologię? Ja do tej pory nie wiem. Bo dostajemy opowieść, jak mówię, o dekadencji, o zepsuciu wyższych sfer, o ich nieprzystosowaniu społecznym, o psychopatach, i przede wszystkim o miłości męskiej. Jest to podlane kilkoma bardzo mocnymi scenami łamiącymi stereotypy. Które ci, Marku, najbardziej zapadły w pamięć? Ale nie opowiadaj, ja chcę tylko zapytać.
[01:16:11] - Nie będę opowiadał, rzucę hasła. Scena wannowa, tak ją określmy, oraz scena poimprezowa. Dodam jeszcze: ślinowa. Nic więcej dodać już nie mogę. To były sceny, których nie da się odzobaczyć, ale żeby państwa tak do końca nie zniechęcać albo zachęcać, wszystko dowolność, to powiem, że ta miłość fizyczna nie ogranicza się tylko do miłości homoseksualnej. Ona się również rozprzestrzenia na kontakty heteroseksualne. W ogóle, kiedy Piotr powiedział o zepsuciu hasającym po owej rezydencji, takiej typowej angielskiej, starej rezydencji, w której żyją sobie bogaci, obrzydliwie bogaci w dodatku, arystokracja angielska sobie tam żyje, to poziom zepsucia, poziom jakiegoś takiego, już nawet nie wiem, czy to dekadencja. To jest coś takiego, że czujemy, że nas troszeczkę odrzuca od tego stylu życia, od tego sposobu myślenia, w którym właściwie jesteśmy tylko my. Tu cudzysłów oczywiście. My jako ta szlachta, jako ta grupa ludzi uprzywilejowanych, to jesteśmy my i właściwie cały świat wokół nie istnieje.
Cały świat jest niczym. Służba jest niczym, ale to oczywiste, służba zawsze jest niczym. Kpie jak najbardziej, ale też cały świat wokół jest niczym. Ale z drugiej strony jeden z głównych bohaterów, ten dziedzic, tak to nazwijmy, to jest też człowiek inteligentny. On w pewnym momencie, nie wiem, czy do końca i nie wiem na ile, ale do pewnego stopnia chyba zaczyna rozgryzać albo przypadkowo udaje mu się natrafić na ślad gry, która jest prowadzona, o której my tak na dobrą sprawę nie wiemy.
[01:18:27] - Co jeszcze można o tym filmie powiedzieć? To jest takie połączenie bardzo różnych stylów też, ale takich obszarów. To trochę jest jak „Lalka”. Mamy chłopaka, który wchodzi w wyższe sfery, ale poczyna sobie tam zupełnie inaczej niż Wokulski. Mamy opowieść o psychopatycznej miłości, mamy opowieść o zdradzie i o tym zepsuciu. I się cały czas zastanawiam, czy to w jakiś sposób się też przekłada, oczywiście symbolicznie, na nasze czasy, bo można powiedzieć, że to, co się dzieje w tej rezydencji, to przecież tak naprawdę rozgrywa się w znacznie skromniejszych czasami okolicznościach. Powiem tak To się dobrze ogląda pomimo wszystko ze względu na w miarę fajnie skonstruowane postacie. W pewnym momencie robi nam się z tego taka sielanka, taki romans. I dobrze, że ta ostatnia część tego filmu nam trochę wnosi emocji, bo rzeczywiście w pewnym momencie jest tak, że tak jak zresztą powiedziałeś, zaczynamy się zastanawiać, co tu się w zasadzie jeszcze wydarzy. Przyjechał sobie biedny chłopak na wakacje do bogatego chłopaka.
No i co dalej? Ale tam czasami się puszcza do nas oko. Mówi się, że na przykład tam już był przed nim ktoś bardzo podobny. Ale z drugiej strony nie mogę wyjść poza to, co powiedziałeś, że te sceny są niekiedy zbyt... Nie wiem, czy są szokujące. Nie wiem, czy w dzisiejszym kinie jest coś szokującego, czy dzisiaj w internecie jest coś szokującego, czego by ludzie nie widzieli. Myślę, że w filmach przedstawiono gorsze rzeczy, czasami nawet w filmach kinowych. Czyli to w zasadzie z jednej strony szokuje. Może nie szokuje, momentami się ociera o taki body horror Cronenbergowski. Tam widzimy takie sceny.
Tylko że wiesz, raczej chodzi o pytanie, czy w filmach, które są w tak zwanym głównym nurcie, bo nie mówimy tutaj przecież o jakichś produkcjach nisowych czy produkcjach oznaczonych X, czy w tych filmach jest miejsce albo jest pozwolenie na pokazywanie wszystkiego. Nad tym się zacząłem zastanawiać. Przejdźmy może do tych naszych trzech uwag. Jedna z tych moich uwag odnosi się właśnie do tego, że „Saltburn” to jest w zasadzie prosta opowieść rozciągnięta do tych dwóch godzin, naszpikowana tymi kontrowersjami, naszpikowana emocjami. Ale gdybym chciał jakoś doczepić się do czegoś, powiedzieć: „No dobra, to było fajne, ale dlaczego to polecam?”, to mam duży problem. Bo ten film to tak naprawdę ma pewien wątek. Gdybym o tym powiedział, to bym wam za dużo zdradził. Ale jest pewien wiodący wątek, który nam wyjaśnia bardzo dużo, tylko on jest słabo zarysowany. Jest wielki finał w tej historii dzieje się dużo, nawet się to fajnie wszystko układa. Natomiast to się dzieje wszystko za późno.
Powinniśmy dostać wcześniej, Marku, mi się wydaje, jakieś sygnały odnośnie tego, na czym ta cała intryga się opiera. Ale przechodząc do tych naszych trzech punktów, to pierwszy mój punkt jest taki. On się nie do końca wiąże z filmem, ale z tendencjami, bo myśmy już zauważyli w filmach Cronenberga na przykład, w innych też, ale przede wszystkim u niego, że dochodzi do takiego punktu w kinie, kiedy trzeba przełamać bariery, które nie były do tej pory ruszane albo nie były poruszane za często. I tak się zacząłem zastanawiać, do czego będą się uciekać twórcy w przyszłości, żeby wzbudzić jakieś kontrowersje i żeby o ich filmie mówiono. Ja tutaj też wspomniałem, że o „Saltburn” mówiono, pisano częściej w tym internecie angielskojęzycznym, zwracano też uwagę na tego głównego bohatera, na aktora. Dla niego to też była pewnie fajna okazja, żeby zabłysnąć genitaliami też w ostatniej scenie. I tak się zacząłem zastanawiać. Ludzie wszystko już widzieli w filmie, w internecie nie ma człowieka czym zaskoczyć. Zastanawiam się, gdzie dalej będą sięgać twórcy thrillerów również, ale i horrorów, żeby znaleźć coś nowego, pokazać coś, co się człowiekowi nie mieści w głowie. Bo na razie widok męskiego przyrodzenia czymś takim jest, przynajmniej w filmie kinowym.
W filmie, który jest dostępny dla wszystkich. Kiedyś Marku i to się opatrzy.
[01:23:21] - Tak, ale czas na drugi punkt wątpliwy. Ja już go sygnalizowałem. Mówiłem o godzinie 45 minutach. Ten film wyraźnie przyspiesza. Od godzina 50 akcja zaczyna galopować. Nawet można mieć wrażenie, że być może ten film już się za bardzo wydłużał i trzeba było go pociąć. W związku z tym można odnieść wrażenie, że on jest tak pośpiesznie zmontowany. Ta końcówka jest pośpiesznie zmontowana, chociaż przypuszczam, że to zabieg celowy i świadomy. No tak, tylko kiedy sygnalizowałem państwu ten długi czas, kiedy akcja się toczy i kompletnie albo nie wiemy, o co chodzi, albo nawet nie przypuszczamy, że jest tam drugie dno. To już od nas państwo wiecie, że jest.
To ja się boję, że ten film przez bardzo wielu odbiorców może zostać porzucony. I ja się wcale nie będę dziwił, że po godzinie, po 45 minutach, po godzinie 15 ktoś wyłączy, powie: „Już dosyć, po prostu dosyć. Ileż można oglądać tego dekadenckiego życia na angielskiej wsi?”. Tymczasem dopiero połączenie tej dekadencji, tego leniwego do pewnego stopnia, przynajmniej z punktu widzenia owej arystokracji, sielskiego życia, chociaż pojęcie sielskości trzeba by tu redefiniować. W każdym razie połączenie tego z tym dynamicznym końcem, ono się sp- Jako konstrukcja sprawdza. Tylko ja mam bardzo potężną obawę, że widz nieuprzedzony, nieczekający na ten koniec, na rozwiązanie, bo nawet nie wie, że jakieś rozwiązanie tej sytuacji jest, może po prostu nie dotrwać do tego finału, który rzeczywiście odwraca wszystko, przewraca, wywraca na nice czy jak sobie to państwo inaczej określicie. Film okazuje się, że ma sens i w dodatku jeszcze jest przewrotny, zdecydowanie przewrotny, ale boję się, że część widzów może nie dotrwać. I to jest moim zdaniem poważny zarzut do tego filmu. Z drugiej strony ktoś powie: „Jakbyście dostawali sygnały, to nie byłoby tego efektu”. Nie wiem, jak należałoby to rozwiązać.
Być może taką funkcję tej zachęcajki ma pełnić ta wstawka na początku, ale obawiam się, że ona nas kieruje na manowce. Ona nas kieruje w inny obszar myślowy, zupełnie nie ten, o który chodzi. Ale może się mylę.
[01:26:19] - Wydaje mi się, że ta wstawka, o której mówisz, ona nas informuje, o czym ten film będzie i można z niej wyczytać, co się tam będzie działo i niektóre osoby odpadną na początku. Takim głównym zarzutem jest to, przypominam, że my nie chcemy za dużo o tym filmie mówić, bo on jest naprawdę prosty i gdybyśmy wam zdradzili, co się tam dzieje, nie byłoby tej frajdy. Chyba zapomniałeś o tej scenie grobowej lub mogiłowej.
[01:26:50] - O rany, faktycznie jest jeszcze scena mogiłowa, proszę państwa, tego też się nie da odzobaczyć.
[01:26:57] - Tak, to jest obrazoburcze moim zdaniem. I to nam pokazuje, że w tym filmie za późno pokazano, o co chodzi, że postawiono na szok wizualny. Natomiast ten koniec tak szybko, żeby się wszyscy zorientowali i to nie wiem, czy wychodzi mu na dobre. Taki mój drugi wątek odnosi się do tego, co powiedziałem. Cały czas się trzeba gryźć w język, bo to teraz w sumie nie wiadomo, że to jest film o miłości pana do pana. Pana też takiego, że to jest przecież widz. Ale tam nie ma też takich nagłych zwrotów akcji. Ja dochodzę do wniosku, że to jest taki film sensacyjno-obyczajowy, wzorowany na romansach. Trudno mi powiedzieć, czym oni się tam inspirowali albo inaczej w co celowali. Ta produkcja nie jest mdła, natomiast jest taka, że w pewnym momencie się zastanawiamy, co my tu robimy.
I dobrze, że to wszystko w pewnym momencie otrzymuje takiego kopniaka. I zanim rozgrywa się finał „Saltburn”, to widzimy, o co chodzi głównemu bohaterowi. I to ten film jeszcze jakoś ratuje, powiem ci, bo gdyby to miało się wszystko jeszcze toczyć długo, nie wiem, czy bym sam wytrzymał do końca. Dodam jeszcze trzecią rzecz. Zdaniem części krytyków „Saltburn” jest odtwórczy. W tej swojej warstwie symbolicznej jest dość płytki. Na pewno jest trudny w jednoznacznej ocenie. Natomiast czym on nadrabia? Moim zdaniem nadrabia klimatem, pewnym wykonaniem i atrakcyjnością wizualną. Ja nie mówię tutaj o tych koszmarnych scenach, ale on łączy poniekąd wyświechtane wątki.
To angielskie lordostwo, wyższe sfery, parweniusze, którzy aspirują i się zachłystują wielkim światem. To wszystko już było. Natomiast tutaj jest kolejna historia i muszę powiedzieć, że jest do oglądania. Tylko za mało nam się mówi... Albo inaczej. I chyba tutaj już zamilknę. Główny bohater bardzo dobrze się przez dużą część filmu kryje.
[01:29:33] - A ja muszę coś jeszcze powiedzieć, ponieważ zdaję sobie sprawę, że ostatnimi czasy, od kilku lat, przybyło w internecie osób, które słuchają różnych audycji niemalże służbowo, wyszukując różnych obrazoburczych myśli. To ja od razu powiem, że ani Piotr, ani ja, to takie zastrzeżenie, bo internet, a szczególnie YouTube lubi takie zastrzeżenia i podkreślenia, nic nie mamy do tego wątku, o którym Piotr wspominał. Absolutnie. W ogóle nas to za bardzo nie interesuje, ale warto też podkreślić, że wolność człowieka oglądającego film polega między innymi na tym, że jak lubi opowieści o pięknych paniach i pięknych panach, o księżniczkach zdobywanych przez dzielnych rycerzy, tak jest skonstruowany, to po prostu na tym polega jego wolność, że sobie wybiera takie filmy. Tu musicie się państwo liczyć, że to nie jest do końca film o pięknej księżniczce i o pięknym rycerzu, tylko raczej o dwóch rycerzach. Ja wolę filmy o księżniczkach. Ktoś inny woli filmy o dwóch rycerzach. Pełna wolność. My tylko uprzedzamy.
[01:30:55] - Tutaj takim plusem jest to, że jest to film o dwóch rycerzach w jednym pojedynku. Natomiast też nam się nie pokazuje albo daje nam się takie znaki, że oni mają wiele tajemnic. Oni mogli brać udział w wielu innych turniejach i są bardziej zepsuci. Mówię za dużo. Ale już dokończę. Są bardziej zepsuci niż nam się wydaje. Ci bohaterowie są poniekąd czarujący, ujmujący, skromni albo też bardzo kulturalni, natomiast mają też drugie twarze. To jest duży plus tego filmu. Ukazanie nam tych drugich twarzy. Chociaż nie do końca robi się to w taki sposób, że nas to szokuje.
Wolałbym, żeby ta intryga została poprowadzona trochę inaczej, żebyśmy mieli w tym filmie mniej szokujących scen, a więcej zaskoczeń. I to by naprawdę robiło z „Saltburn”, pomimo nawet tych wszystkich mankamentów czy wątpliwości obyczajowych, coś dobrego. Ale i tak nie jest źle, muszę powiedzieć. Choć nie wiem, Marku, jak oceniasz zakończenie. Czy ono nie było dla ciebie zbyt naiwne? Nie mówię o zakończeniu tym, gdzie on lata i-
[01:32:12] - Wymachuje.
[01:32:13] - Tak.
[01:32:15] - Tak. No cóż, jak sobie człowiek to przemyśli, to rzeczywiście może się wydawać naiwne, ale na tyle zaskakuje, że człowiek na chwilę zawiesza swoją racjonalność, zawiesza swoje kombinowanie. Dobra, niech będzie. W sumie ten film jest do obejrzenia z tymi wszystkimi zastrzeżeniami, o których mówiliśmy wcześniej.
[01:32:46] - Tak, ale nie masz takiego wrażenia, że to się kończy w taki sposób, że nagle się orientujemy, żeśmy niepotrzebnie oglądali te 130 minut, bo bohater jest kimś zupełnie innym niż go nam pokazywano. To jest trochę nieuczciwe. Może nie to, że to jest nieuczciwe, tylko to jest rozczarowujące, dlatego że ja miałem takie wrażenie, że nas trochę producenci, twórcy oszukali, że nas nabierali na te wszystkie kontrowersyjne sceny. Na koniec końców od początku było zupełnie inaczej.
[01:33:20] - Być może, ale z drugiej strony ten koniec, pewna jego przewrotność, moim zdaniem ratuje ten film, a w każdym razie czyni ten film naprawdę interesującym.
[01:33:32] - My mówimy o tych wydarzeniach, które się dzieją na koniec, nie o tym, co się dzieje na samym końcu, bo to jest zupełnie inna rzecz. Po prostu główny bohater sobie biega po-
[01:33:41] - Nie mów, gdzie biega, bo to za dużo powiesz.
[01:33:45] - A no tak, jak powiem, że biega na waleta, to nie. Tak że tak, jak to się mówi: „Saltburn” najbardziej kontrowersyjny film początku 2024 roku. Oglądacie na własną odpowiedzialność. Wspomnieliśmy o nim dlatego, że jest kontrowersyjny, że się dużo o nim mówi. Natomiast przypominam, on się nie wiąże jakoś bardzo z tematyką „Filmotekarium”, ale że takie kontrowersje były i tyle się mówiło, to musieliśmy też wrzucić swoje trzy grosze.
[01:34:20] - Tak, proszę państwa, tak. Będziecie oglądać „Saltburna”? Proponuję spróbować. Różnie bywa. Może się akurat spodoba. Jedziemy dalej. Zapraszam państwa na 15-minutową dawkę drabli. Podobnie jak w poprzedniej audycji to są drable Krzysztofa T. Dąbrowskiego. I to nie jest nasze ostatnie słowo, jeśli chodzi o drable.
Zapraszam.
[01:34:57] - Krzysztof T. Dąbrowski i krótkie opowiadania. Maksymalnie 100 słów. Drable.
[01:35:12] - Chciałbym przeżyć coś emocjonującego, ale ciągnie mnie w przeszłość. Czasy barbarzyńskie. Zgadza się. Muszę uprzedzić, że to może być nieprzyjemne. Wie pan, choroby cielesności i umysłu, wzloty i dużo bolesnych upadków. Nieszczęśliwe miłości. A nie możemy zagwarantować szybkiego zakończenia, jak by się nie spodobało. Może być parę godzin, jak i ponad 100 lat. Spokojnie, zawsze mogę się zabić i tu wrócić. Tu się pan myli.
Żaden inkarnacyjny turysta nie pamięta, kim był przed wcieleniem. Pamięć wraca dopiero po śmierci ciała, a do tego czasu boją się jej. Zaryzykuję. Zatem zaczynajmy. Klienta zassało. Pomknął świetlistym tunelem, na końcu którego ujrzał twarz położnej. Narodził się. Drable, drable. Poczuł ucisk w piersi. Upadł.
Ktoś podbiegł zaniepokojony. Unosił się nad ciałem. Przechodzień zaczął reanimować. Coś kazało lecieć do tunelu. Poleciałem. Leciałem w światło na jego końcu. Znalazłem się w duchowym świecie i uświadomiłem sobie, że ja tu przed chwilą byłem i tylko na moment znalazłem się po drugiej stronie. Przypomniało mi się. Szedłem świetlistym chodnikiem. Poczułem silny ból czakry serca i upadłem.
A teraz coś zaczęło mnie ściągać w dół. Po chwili znalazłem się na leżącym na chodniku niknącym zarysem energetycznym mojej duszy.
[01:37:01] - Przechodzień reanimował mnie energią. Wleciałem w zarys i wypełniłem go przywróconą do trwania duszą. Oto historia rozpadu i rozkładu mego związku. Przedstawiam wspomnienia z wielu dni. Dzień 123. „Kochanie, jest obiad”. „Nie miałam czasu, pracuję”. 145. „Kochanie, uprasowałaś mi koszulę?” „Nie miałam czasu. Pracuję”.
175. „Kochanie, dawno się nie kochaliśmy”. „Nie mam czasu. Pracuję”. Dzień 187. „Kochanie, bosko ci w tej kiecce, ale wydałaś połowę mojej wypłaty”. „Nie mam czasu. Pracuję”. Dzień 201. „Kochanie, musimy poważnie porozmawiać”.
„Nie mam czasu. Pracuję”. Dzień 235. „Kochanie, wychodzę”. „Gdzie?” „Do Jolki. Ona zawsze mnie wysłucha i jest świetna w łóżku i bosko gotuje”. „To dobrze. Idź. Ja nie mam czasu. Pracuję”.
Rozmrozili mnie. Kriogenika na tyle poszła do przodu, że najlepszym specjalistom zaproponowano lot na Centauri, gdzie rozrasta się pierwsze miasto kolonizatorów, w związku z czym fachowcy są mile widziani. Miałem dostać wymarzoną pracę. Nie dostałem. „Wie pan, chodzi o to, że pańskie umiejętności są już przestarzałe”. „Jak to?” „Lot trwał sto lat. Wiele się zmieniło”. „Nauczę się”. „To niemożliwe”. „Ale mamy podpisaną umowę.
W świetle prawa…” „Nie ma pan żadnych praw, człowieku!” — zagrzmiał mężczyzna. „Jak to?” „Z pomocą technologii bardzo szybko ewoluowaliśmy”. Nagle hologram człowieka zniknął. Ujrzałem prawdziwego rozmówcę. Był szary, z ogromną głową i wielkimi czarnymi oczyma. „Jesteśmy nadludźmi” — odparł. Jej twarz naznaczona była smutkiem. Wpatrywała się w niego przez chwilę wilgotnymi oczyma. Podniosła kieliszek, napiła się wina, westchnęła cicho i uznała, że najwyższa pora powiedzieć mu, co jest grane. „Wiesz, ja już dłużej tak nie mogę.
Nadal jesteś w moim sercu, ale sam rozumiesz”. Zamilkła. On zresztą też milczał. Nie planowałam tego. Tak po prostu wyszło. Poszłam po głupie zakupy, zobaczyłam go i stało się. Po prostu znowu się zakochałam. Marek nadal milczał. Wpatrywała się w niego załzawionymi oczyma. Otarła je, rozmazując tusz.
Po dłuższej chwili wstała i podeszła. Pochyliła się. Pocałowała martwe wspomnienie uwięzione za szybką na fotografii. Serio? Naprawdę byliście takimi idiotami, by uwierzyć w to, że po wojnie atomowej Ziemia nie będzie się nadawała do życia? Dla was owszem, ale nie wzięliście pod uwagę, że wszechświat tętni życiem, a co za tym idzie różnymi jego formami, zarówno materialnymi, jak i niematerialnymi. A wśród tych materialnych cywilizacji jest na tyle duża różnorodność, że zawsze znajdzie się kilka takich, dla których całe to promieniowanie jest podstawą do życia na danej planecie. Żeby daleko nie szukać, na przykład mój gatunek. Biedni, głupi ludzie. Wystarczyło podstawić kilku naszych agentów, którzy stali się przywódcami atomowych mocarstw, a potem rozpocząć wielką wojnę.
Poczułem dziwne roztrojenie. Byłem swym ojcem, synem i jakimś cholernym, niematerialnym bytem. Potem część mnie umarła, ta będąca moim synem. Potem się odrodziła. Wielu ludzi coś ode mnie chciało, aż nie mogłem ogarnąć. Prośby, skargi, złorzeczenia, błagania, podzięki i te rzeczy, jakie dla mnie wyczyniali. O błąd! Czuję jeszcze coś, co mnie przerasta. Mam wrażenie, że wszystko zależy tylko ode mnie. „Panie doktorze, co mi jest?” „Obawiam się, że jesteś Bogiem” — odparł psychiatra.
„Niemożliwe. Gdybym był Bogiem, to bym się tak nie męczył”. „Sprawiłbyś, że to wszystko przestanie istnieć”. „Tak, panie doktorze. Doskonały pomysł”. Zapadła absolutna, zapłodniona pustką czerń. Przestaliśmy istnieć. Nienawidziłem go. Niszczył mi życie. Na początku krytykował.
Potem oczerniał. Posunął się nawet do tego, że stworzył teorię spiskową i sfabrykował dowody, by publicznie zrobić ze mnie potwora. Niestety udało mu się. Ludzie w swej naiwności uwierzyli w brednie, za nic mając twierdzenia, że rzekome dowody nie obronią się w żadnym sądzie. Zniszczył mi życie. Popełniłem samobójstwo. Zamiast umrzeć, poczułem, że mam coś na głowie. Zdjąłem to. Był to futurystyczny hełm z mnóstwem kabli. Nagle skojarzyłem: przecież to była gra, a obok kumpel odgrywa rolę mojego wroga i sami się na to umówiliśmy, umawiając się, że w kolejnej turze zamienimy się rolami.
Jestem plikiem. W chwili śmierci mój umysł zgrano do systemu. Większość z nas kontynuuje życie w symulancie rzeczywistości. I ja też. Znowu mam 25 lat. Za pomocą kodów poprawiłem, co mi się we mnie nie podobało. Wykasowałem nieśmiałość. Żyć, nie umierać, a w zasadzie nie żyć. Jest fajnie i niby wiemy, że będziemy żyć wiecznie, ale mimo wszystko większość z nas ma lęki egzystencjalne. Zalogowałem się na Undeadbook i piszę z kumplem: „Każdego dnia boję się, że na Słońcu dojdzie do wyjątkowo dużego wybuchu i padnie elektronika”.
„Ja też. Najgorsze jest to, że nie znamy dnia i godziny, kiedy przestaniemy istnieć”. Rok 2086. Wynaleziono nieśmiertelność. Wybrane przez systemy zarządzające najbardziej produktywne umysłowo jednostki mają zostać przymusowo unieśmiertelnione. System potrzebuje utalentowanych ludzi. 85-letni Arnold Krantz, profesor fizyki kwantowej wyrywa się, jak może. Nie chce zabiegu. Chce dożyć swych dni i umrzeć w spokoju. „Ale zrozum, jesteś potrzebny społeczeństwu!” — wykrzykuje prowadzący go strażnik.
„Jestem stary, zmęczony” — zrezygnowany odpowiada drżącym głosem. „Możemy odmłodzić ciało do fizycznego wieku 25 lat”. „Naprawdę?” — ożywia się profesor, przypominając sobie te wspaniałe czasy, kiedy imprezował i na potęgę podrywał dziewczyny. — „To jak? Tak. Okej. Zgadzam się. Zgadzam się. Zróbcie to!” — wykrzyknął entuzjastycznie i byłby podskoczył, ale wiekowe ciało nie miało sił. Myślisz, że dobrze wyglądamy?
Myślę, że tak. Ale poznają, że my to my. No pewnie. Przecież wierzą, że mamy skrzydła, nie? — zapiał anioł Emanuel. Co racja, to racja — zagdakał uspokojony anioł Armuel. Niestety anioły, które przybyły odwiedzić swych podopiecznych, parę staruszków, nie miały pojęcia, że popełniły kilka drobnych błędów. Drzwi zgrzytnęły. Na dwór wyszedł staruszek. Uśmiechnął się pod nosem.
„To twój” — zagdakał rozemocjonowany Armuel. „Ale się cieszę”. Staruszek chwycił kurę i Emanuel ze zgrozą uświadomił sobie, że jego towarzysz został dekapitowany. „Jesteśmy aniołami” — zaczął protestować, ale po chwili i jego głowa została odcięta. Ciepły uśmiech dziewczyny, gdy udana randka i jej słodki pocałunek. Smak ulubionego deseru, rozkosznie rozpływający się w ustach. Mruczenie ukochanego kota, gdy się tuli i domaga, by go drapać za uchem. Dobre piwo w zacnym gronie, gdzie zawsze jest wesoło i każdy ma do opowiedzenia tyle ciekawych historii. Film ciekawy, wciągający, zapierający dech w piersiach, czasem wzruszający, by potem ubawić do łez. Oddech po rozkoszy, stygnący jak ciała spocone, splecione kojącą radością po rozkoszy.
Latem żarliwym delikatny chłód morza. Bajeczna tęcza i świeżość po burzy. Szczęście do czerpania pełnymi garściami. Asiu, co robisz? Właśnie wywaliła nową sukienkę do kontenera z odzieżą używaną. Wyszła z mody. Krój jest już przestarzały. Wybraliśmy się na zakupy. Kupiła bardzo drogą kieckę, aż mnie portfel rozbolał. Minęło parę dni.
Ani razu jej nie założyła. Czemu jej nie nosisz? Koleżanka powiedziała, że jest z zeszłego sezonu. Następnego dnia kupiła kosztowną sukienkę, identyczną jak ta, którą wyrzuciła. Krysia powiedziała, że jest moda na retro, a ona jest retro. Tak niemodna, że aż modna. Nie nadążam za kobiecą pogonią za modą. Ty też mógłbyś sobie coś modnego kupić — dodała. Nie odpowiedziałem. Zemdlałem.
Na Diabelskim Młynie goście podziwiali piękne widoki, a w gabinecie luster jak zwykle było wesoło. Ludzie pękali ze śmiechu widząc swe powykrzywiane oblicza. Z Zamku Strachów jak co dzień dobiegały piski wystraszonych dzieci. Wagoniki robiące pętle na rollercoasterze były jednym wielkim krzykiem. Niby nic się nie zmieniło. Niby nic się nie zmieniło. Niby dzień jak co dzień. Ale to tylko pozory. Ci sami ludzie, te same miejsca. Upiorny dzień świstaka.
Tylko pory roku się zmieniały. Ale dla nich czy śnieg, czy deszcz zawsze świeciło słońce. Dla nich zawsze był środek tego magicznego lata. W rzeczywistości wesołe miasteczko od lat było martwe, podobnie jak jego goście. W poniedziałek Justyna miała 18. urodziny. We wtorek postanowiła zagrać w Lotto. W środę przeczytała artykuł o tym, że gdy poprosi się zmarłe dusze o pomoc i w zamian odda trochę swej życiowej energii, te pomagają spełniać marzenia. Marzyła jej się główna wygrana w Lotto. W czwartek zrobiła rytuał.
Poprosiła duchy o pomoc. W piątek obudziła się obolała, z nieostrym wzrokiem. Na dodatek jej skóra była sucha i pomarszczona. Okazało się, że dusze pobrały tyle energii, że się postarzała i miała teraz 100 lat. Za to jako jedyna trafiła szóstkę w Lotto. Nie wiedziała, że w sobotę umrze ze starości. Nie lubili się. Dostał od niego maila. Zdumiony zastanawiał się: otwierać, nie otwierać? Ciekawość zwyciężyła.
Nie było treści, tylko link. Zaintrygowany kliknął. List przeniósł go do jaźni. Znalazł się wewnątrz głowy, jakby był mózgiem. Przez okrągłość oczodołu widział komputer. Zdezorientowany nakazał ręce kliknąć. Link przeniósł go do głębszych pokładów świadomości. Ujrzał siebie uwięzionego w głowie. Nakazał sobie, uwięzionemu wewnątrz czaszki, nakazanie ręce, by kliknęła link. Przeniosło go jeszcze bardziej w głąb jaźni.
Ujrzał siebie uwięzionego w swojej głowie, która należała do niego samego, uwięzionego wewnątrz własnej głowy. Podświadomy impuls nakazał przesłać sygnał, aby on na zewnątrz ponownie kliknął w link. Drable, Drable, Drable. Krasnoludki, jakie znowu krasnoludki? Gdybyście nie wagarowali i się pilnie uczyli, nie gadalibyście teraz takich bzdur. Ja to w ogóle nie rozumiem, jak można opuszczać futurohistorię. Przecież to fascynujące móc poznać przyszłość ludzkości. Gdyby rządziły nam takie nieuki jak wy, już dawno zeszlibyśmy na złą ścieżkę i przestali realizować wytyczne z 3052 roku. Wystarczyłby jeden drobny błąd, jedno niezaplanowane wydarzenie i wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. To mogłoby się skończyć katastrofą szybciej niż nam się wydaje.
Inaczej dadzą wam nadzór, byście niechcący nie zmienili historii. A te krasnoludki to ludzie z przyszłości po miniaturyzacji. Drable, Drable, Drable. Adrian urodził się w patologicznej rodzinie, gdzie chlanie, ćpanie i przemoc były codziennością. Miał tego serdecznie dość, więc gdy będąc nastolatkiem poznał o kilka lat starszą dziewczynę, która była naukowcem i kończyła pracę nad maszyną do podróży w czasie, uznał to za szansę, aby odmienić swój los. Jako że wierzył w reinkarnację, uznał, że cofając się do przeszłości i zabijając swych rodziców nim ci go spłodzą, odrodzi się w innej, lepszej rodzinie. Wykonał swój plan i jego ciało przestało istnieć, zaś dusza wybrała kolejną rodzinę do narodzin. Znacznie gorszą. W końcu musiał dodatkowo odpokutować podwójne morderstwo i oszustwo inkarnacyjne. Drable, Drable, Drable.
Żadne perfumy w świecie nie pomagały. Najzwyczajniej w świecie śmierdziała. Wylała na siebie wszystko, co miała, ale i tak cuchnęła. W końcu zdołowana usiadła na łóżku. Jak teraz żyć? I po co jej teraz te wszystkie sukienki? Po co sweterki, bluzeczki? Po co zmysłowa bielizna? A jakby tego było mało, zaczęła mieć koszmarne problemy z cerą. Umalowała się tak mocno, że aż oczy bolały, a i tak było widać jej twarz.
Zapłakała Belle, nawet łez zabrakło. Tak bardzo się wstydziła, że dopiero po paru dniach zdecydowała się wyjść z domu. Z przerażeniem odkryła, że nie tylko ona przemieniła się w żywego trupa. Krzysztof T. Dąbrowski i krótkie opowiadania. Maksymalnie sto słów. Drable. Proszę państwa, proszę państwa, jakoś polubiłem ten zwrot. No więc, proszę państwa. Państwo z kolei polubili nasz cykl, który zmontowaliśmy wspólnie z Piotrem.
Cykl noszący tytuł Sentymentalnik. On się cieszy sporym powodzeniem. No to w związku z tym kolejna odsłona Sentymentalnika. A dzisiaj film, ja nie lubię tego słowa, a z drugiej strony używam go, bo ono dobrze oddaje pewną specyfikę. A zatem film kultowy. Ten film to "Hydrozagadka". Zapraszam. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:52:26] - Witam, witam.
[01:52:27] - O, dzisiaj legenda kina PRL-owskiego, a mianowicie "Hydrozagadka". Film mający rzesze, ale naprawdę rzesze fanów. I to bardzo mnie zdziwiło, że to są fani w tak zwanych latach, czyli pamiętający niemalże premierę owego filmu, ale też dołączyli do nich ci zupełnie nowi fani z roczników takich końca XX wieku i początku XXI wieku. Zatem film jest nie tylko hydrozagadką, ale też swoistą zagadką, nie wiem, społeczną, filmową, w ogóle medialną.
[01:53:13] - Tak, powinniśmy rozpocząć od cytatu w sumie nawet, który bardzo często jest reprodukowany: „Niech ryczy z bólu ranny łoś, zwierz zdrów przebiega knieję”. To jest charakterystyczna cecha filmów Kondratiuków. O tym za chwilę powiemy. Te wiesz, powiedzonka, które czasami przeniknęły nawet do języka potocznego. Ale dzisiaj tak, mówimy o "Hydrozagadce", filmie kultowym, filmie niezwyczajnym jak na swoje czasy, trudnym do ujęcia w zwięzłe ramy, a nawet do przypisania do jakiegoś gatunku. Spotkałem się z opiniami, że to jest komedia sci-fi, że to jest czarna komedia sci-fi, kryminalna komedia czy też film typu superhero. "Hydrozagadka" miała premierę w roku 1971. Za kamerą stanął Andrzej Kondratiuk, który był także współautorem scenariusza. Kondratiuków było dwóch i musicie pamiętać, jeżeli się nie orientujecie, że obaj kręcili filmy albo inaczej, obaj mieli na swoim koncie filmy okraszone takim absurdalnym humorem. Zaraz jeszcze o tym powiemy.
W obsadzie "Hydrozagadki" same gwiazdy tamtych czasów. Józef Nowak, jak ktoś nie kojarzy, myśmy o tym aktorze Marku mówili już w Sentymentalniku odnośnie "Wakacji z duchami". Jeżeli ktoś nie kojarzy, to stary Talar z serialu "Dom" albo sierżant z filmu "Wiosna panie sierżancie". Po nim Maklakiewicz, Kłosowski, Michnikowski. No i też gwiazdy w rolach drugoplanowych czy epizodycznych. Jerzy Turek, Gołas, Franciszek Pieczka i wielu innych. Wiesz co, Marku, nim przejdziemy do rzeczy, to mam takie pytanie, bo ten film został dla mojego pokolenia odkryty po latach. Pamiętam, jaką furorę robił gdzieś, jak ja byłem w liceum. To były pierwsze lata Dwutysięczne. Ale jak z nim było za tak zwanej komuny?
Czy on się cieszył też takim kultowym statusem?
[01:55:15] - Ja zanim odpowiem, to jeszcze wspomnę pannę Jolę, czyli panią Szykulską, która tam była w najlepszych latach i po prostu brylowała na ekranie. I oczywiście nietypową listę płac, czyli napisy początkowe. W tym wypadku nie napisy, a kwestie wygłaszane przez Igę Cembrzyńską. Właściwie całą listę płac otrzymujemy w formie audio. A teraz odpowiadając na twoje pytanie, powiem ci, że nie wiem, jak było w 71. roku, bo wtedy interesowały mnie zupełnie inne filmy, więc nie wiem. Ale w latach 70., kiedy już jakieś kontakty łapałem i w ogóle jarzyłem to, co się wokół mnie dzieje, to film "Hydrozagadka" nie był specjalnie znany. W 80. latach również ze względu na nośniki. Jeżeli czegoś nie było w obiegu telewizyjnym czy też w obiegu kinowym, to tego nie było po prostu.
A magnetowidy w pierwszej połowie lat 80. to była rzadkość. W drugiej już przywożono tego z Zachodu dosyć sporo, więc się upowszechniały. Ale wtedy oglądało się "Rambo", oglądało się inne filmy z zupełnie innej półki. W związku z tym "Hydrozagadka" nie brylowała. Myślę, że "Hydrozagadka" wróciła niejako, obroniła się, ten ocean czasu pokonała i wróciła na przełomie wieków. I to jest po pierwsze rzecz charakterystyczna dla tego filmu, że on przetrwał te dziesiątki lat. Drugie, że humor, który tam jest zawarty, do pewnego stopnia, podkreślam do pewnego stopnia, jest uniwersalny. Dlaczego tak się zastrzegam? Bo on jednak, ów humor, jest osadzony w PRL-u.
Spróbujemy to pewno dzisiaj troszeczkę rozszyfrować, ale pomimo że on jest osadzony w PRL-u, to jednak widz się śmieje nie tylko z tego, że to są nawiązania do PRL-u, ale z tego, że ten film po prostu bywa śmieszny.
[01:57:44] - Tak, śmieje się z dialogów. I rzeczywiście te wstawki związane z PRL-em są widoczne już na samym początku. Na przykład nie wiem, czy dzisiaj komuś powie coś pseudonim Wicherek. Tam jest wiele innych takich wtrąceń, również tych bardziej subtelnych. Ale przejdźmy może do tego, o czym ten film jest, jeżeli jeszcze ktoś nie wie, a wątpię. Myślę, że "Hydrozagadka" była takim fenomenem, nie wiem, czy internetowym, była fenomenem kulturalnym, jak powiedziałeś, właśnie na przełomie wieków. Tak jak mówię, na pewno gdzieś około 2005, 2006 roku był taki boom dość duży na ten film. Głównym bohaterem jest Jan Walczak, na co dzień skromny warszawiak, przeistaczający się w takiego socrealistycznego Supermana. Asa, który wpada na trop spisku mającego pozbawić Polskę wody. Stoją za tym oczywiście niecne zagraniczne siły.
I tutaj jest takie delikatne odniesienie, które pewnie byłoby bardziej czytelne dla ludzi, którzy żyli w tamtych czasach, czyli w latach 70. i na przełomie lat 60. i 70. To jest przede wszystkim satyra na amerykańskie produkcje o superbohaterach, Marku. Tutaj nie ulega to wątpliwości moim zdaniem. Kondratiuk nam pokazuje, dlaczego superbohaterstwo się w Polsce nie przyjęło w takiej wersji jak za oceanem. U nas filmy i ludzie byli poważniejsi. Nie było takiego zadęcia i patosu. Nawet jak ten patos był, to był taki swój, swojski, przyswajalny. Ja nie twierdzę, że PRL nie próbował wykreować superbohaterów telewizyjnych i kinowych.
My sobie może jeszcze o nich kiedyś powiemy. Kapitan Sowa, Hans Kloss, Janek z "Czterech pancernych", ale to nie były istoty nadprzyrodzone. To byli żołnierze, milicjanci, ludzie wyrośli na codziennych trudach, na konfrontacji z rzeczywistością. A tutaj się nagle pojawia As i pokazuje nam Kondratiuk, jak by wyglądał superbohater w naszych realiach codziennych. Czyli wypada podwójnie komicznie. I to taka nauka z tego filmu, że superbohater wersji amerykańskiej w Polsce, ogólnie chyba w bloku wschodnim, to by się przyjął słabo.
[02:00:07] - Ja mam takie wrażenie, Piotrze, że ja nie wiem, czy by się przyjął słabo, czy nie, bo w tym samym czasie, może nie w tym samym, troszeczkę później, ale już w PRL-u filmy na przykład z Supermanem całkiem dobrze się oglądały. W drugiej połowie lat 70. już się filmy takie superbohaterskie pojawiały. Co prawda późnych lat 70., właściwie początek lat 80. One się gdzieś już przebijały do Polski i one były oglądane, i to z rozdziawionymi ustami patrzono na te filmy. A tu jest troszeczkę inaczej, ale też Kondratiuk serwuje nam swoistą mieszankę, którą musimy dopiero rozszyfrować. Na czym polega ta mieszanka? Właśnie, mamy superbohatera, nazwijmy tak w przenośni, w trykocie, czyli w jakimś takim wdzianku z logo As, z logo A, co ma oznaczać Asa. Ale jednocześnie ten superbohater wygłasza kwestie socjalistyczne. Nie wiem, czy sobie, Piotrze, przypominasz reakcję Asa na alkohol.
[02:01:31] - Tak, zguba mężczyzny. To było inaczej. Alkohol zguba prawdziwego mężczyzny, coś takiego. On wygłasza kwestie dydaktyczne przede wszystkim.
[02:01:41] - Tak, oczywiście.
[02:01:42] - O BHP na przykład i tak dalej. Ja tylko chciałem powiedzieć, chodziło mi o to, że w naszej rzeczywistości ówczesnej i rzeczywistości bloku wschodniego, może nawet całej Europy tamtych czasów, to taki wzorzec amerykańskiego superbohatera w produkcjach jako bohatera głównego, jakiejś istoty nadprzyrodzonej, to on by się tak nie do końca sprawdził jednak, bo nie było takich warunków. U nas ten superbohater musiał być mniejszy, musiał być człowiekiem, musiał być żołnierzem, bohaterem dnia codziennego. O to mi bardziej chodziło.
[02:02:21] - Wiesz, Piotrze, coś w tym jest, co mówisz, bo ja pamiętam taką dyskusję, którą odbyłem ze swoim kolegą, takim przyjacielem od serca, z którym wspólnie czytaliśmy fantastykę. Może nie wspólnie, ale równolegle czytaliśmy fantastykę i dzieliliśmy się swoimi spostrzeżeniami i kiedyś dyskutowaliśmy na ten temat, czy w Polsce może się dziać prawdziwe sci-fi, czy tu po prostu to są dekoracje, w których może się dziać coś na poważnie, coś takiego niezwykłego. Doszliśmy do wniosku, ja się opierałem, twierdziłem, że tak, ale coraz mniej chętnie twierdziłem oraz z coraz mniejszym przekonaniem, bo doszliśmy w końcu do wspólnego wniosku, że kraje socjalistyczne to nie jest miejsce, w którym się może dziać prawdziwe sci-fi, a tym samym też filmy o superbohaterach. Co więcej, potwierdzeniem tego był film, który odniósł wielki sukces. To troszeczkę następne lata niż film Kondratiuka, ale kiedy pojawił się pierwszy „Vabank”, ja pamiętam dyskusję w radiu, jaką genialną rzecz zrobił reżyser, przypomnę Machulski, kiedy przeniósł akcję „Vabanku”. Nie działa się rzecz w PRL-u, tylko w przedwojennej Polsce. Bo w przedwojennej Polsce prawdziwą komedię kryminalną, ale z naciskiem na kryminalną, napad na bank, właściwie nie napad, tylko obrobienie banku można było nakręcić. W PRL-u, umówmy się, napad na bank i to jeszcze tak zorganizowany, jak był zorganizowany w „Vabanku”, to by było słabe. W związku z tym coś takiego PRL za sobą pociągał, że to nie były dekoracje, żeby kręcić dobre kryminały, żeby kręcić jakieś sci-fi. To nie zawsze było prawdą, ale przyjmijmy jako taką hipotezę roboczą.
W dodatku zwróćcie państwo uwagę, kiedy kręcono „Kobry”, to bardzo często przenoszono akcję. Czasami te „Kobry”, czyli teatry sensacji, teatry kryminalne, były na podstawie zachodnich autorów, ale też bardzo często polscy autorzy, między innymi sam Machulski pod pseudonimem, oczywiście zachodnim, pisali jakiś scenariusz, który oczywiście nie dział się w PRL-u, tylko dział się gdzieś na Zachodzie. Ten Zachód był często pszennoburaczany, ale był i to już wystarczało, bo umówmy się, filmy o milicjantach, a właściwie teatry telewizji o milicjantach były kręcone głównie w latach 60. Lata 70., lata Gierka to były prawdziwe bądź udawane scenerie zachodnie. W związku z tym ta nasza rozmowa to jest taki przyczynek do odpowiedzenia na pytanie, jaki był PRL. Z jednej strony można było powiedzieć: bezpieczny kraj, szczęśliwy kraj, w którym nie da się nakręcić prawdziwego kryminału albo filmu sensacyjnego, bo po prostu nikt w to nie uwierzy. Sci-fi zresztą też się nie da nakręcić, bo nic fantastycznego się nie dzieje. Z drugiej strony, proszę państwa, to trzeba było przeżyć to, czyli PRL i wiedzieć, że to nie był szczęśliwy i fajny kraj. Ale zostawmy wątki polityczne, bo to nie ta audycja. I powiedzmy jeszcze nawiążmy do Asa, bo to jest rzecz, którą dzisiaj omawiamy.
Ten film poza wątkiem superbohaterskim wprowadza na przykład bardzo odważną scenę erotyczną. W każdym razie tańca erotycznego, który się odbywa, który obserwujemy. To zresztą długa scena. Sam nie wiem, dlaczego aż tak rozbudowana. Widocznie było zapotrzebowanie na tego rodzaju sceny, co też troszeczkę mówi nam, jaki był PRL. To oczywiście jest scena, samodyscyplinował się reżyser. W związku z tym tam za dużo tej golizny nie ma, ale ona jest nakręcona w taki sposób, że pobudza wyobraźnię potencjalnego widza. Czyli mamy kolejne przełamanie. Nie dość, że superbohater, to jeszcze golizna się tam pojawia. I pojawia się oczywiście wielki, ogromny międzynarodowy spisek, w dodatku spisek z udziałem postaci Z Bliskiego Wschodu.
[02:07:25] - Tak, ta część już jest bardziej międzynarodowa. Może nie będziemy tutaj opisywać, co się tam miało wydarzyć. Mamy tam krytykę położoną na człowieka, który wyjeżdża na Zachód, zachłystuje się tamtejszym stylem życia i wynikają z tego same kłopoty. Ale mówiłem o twórczości Kondratiuków i w "Hydrozagadce" jest coś, co ją charakteryzuje. Oczywiście nie całą, bo ona była bardzo zróżnicowana. Natomiast oni mają na swoim koncie jeszcze kilka podobnych filmów do "Hydrozagadki". To nie są już komedie sci-fi, oprócz "Big Bangu", ale to są produkcje, w których są mistrzowskie dialogi. Mamy poczucie humoru z pogranicza absurdu. Może nie wszystko z tych powiedzonek weszło do mowy potocznej, natomiast fani tego filmu używają tych powiedzonek, tych zwrotów. To samo dotyczy "Big Bangu", czy też filmu "Czy jest tu panna na wydaniu?".
Oni mieli taki talent oboje do tworzenia tego typu absurdalnych, z drugiej strony bardzo życiowych, bardzo rzeczywistych dialogów. Myślę, że "Hydrozagadka" ma ich nawet mniej niż pozostałe filmy. Najwięcej ma moim zdaniem "Czy jest tu panna na wydaniu?". To jest akurat film w reżyserii Janusza Kondratiuka. Pamiętasz go, Marku?
[02:08:56] - Tak.
[02:08:57] - I tam już mamy kumulację bardzo różnych śmiesznych scen. W "Hydrozagadce" też pada wiele tych pamiętnych cytatów. Jeden z takich chyba najbardziej zapamiętalnych to: "Komary rypią. Przejdźmy do środka" — wypowiada to doktor Plan, czyli w sumie jeden z dwóch głównych czarnych charakterów. Nie wiem, kto w tym filmie jest moim ulubionym bohaterem, ale postać Józefa Nowaka się wybija z kilku powodów. To też może nie być do końca jasne dla dzisiejszych widzów, ale Marku, Józef Nowak to był aktor, ja nie chcę powiedzieć reżimowy, natomiast to był aktor, powiedzmy ludowy. To był aktor ludowy i to był też piosenkarz, który często występował na tym festiwalu w Zielonej Górze, tak?
[02:09:46] - W Kołobrzegu. Piosenki Żołnierskiej. I wylansował przebój "Takie mamy to dobro". Tak jest. To był wielki przebój w PRL-u.
[02:09:57] - I to był aktor ludowy. On grał Talara, czyli chłopa takiego posępnego w domu. On grał w filmie "Wiosna pani sierżant". On w ogóle często się pojawiał w rolach drugoplanowych. To jest jeden z niewielu w sumie filmów, kiedy on jest w roli pierwszoplanowej i pokazał jednak coś takiego, bo on też był członkiem partii i to mu tam się po latach wyciąga. On pokazał w tym filmie, że się potrafi bardzo mocno zdystansować do tej socrealistycznej kinematografii. Ja nie mówię, że on był jakimś tam aktorem propagandowym, bo to już nie były te czasy, kiedy on występował, że kręcono filmy typu "Złote łany" jak w latach 50. Ale rzeczywiście był wykorzystywany do przekazywania pewnych wartości w kinie, ale tutaj pokazał, że jednak umie się odciąć, umie pokazać coś innego. Szkoda, że on zmarł po prostu tak młodo.
[02:10:51] - To prawda. Jeśli mówimy o aktorach, to w tym filmie jest genialna scena, chciałoby się powiedzieć seksu, ale właściwie przed-seksu, w której bierze udział też aktor, który nakręcił miliony filmów. Te miliony to weźmy w cudzysłów, a mianowicie Pluciński i z niejaką panną Jolą toczy dialog, przy którym naprawdę można skonać ze śmiechu, jak oni się zabierają za te rzeczy, ale to jest po prostu dialog z jednej strony absurdalny, ale z drugiej strony pokazujący oczywiście pewien jego konsumpcjonizm. A panna Jola nie jest tak nastawiona. Znaczy jej się wydawało, że jest, ale chyba dochodzi do wniosku, że jednak nie jest. Zaczyna cenić głównego bohatera, o którym nie wie, że jest asem. Jeszcze wtedy nie wie, ale może wie. W każdym razie później się dowiadujemy pod koniec filmu, że ona jest żywo zainteresowana tym skromnym urzędnikiem, który przedzierzgiwuje się od czasu do czasu w asa. Ale polecam państwu, ta scena przed-seksu, bo chyba to tak należy określić. Naprawdę uśmiałem się na tym po raz kolejny, bo oczywiście przed naszą rozmową powtórzyłem sobie ten film, zaserwowałem po raz kolejny i dalej się z tego śmiałem.
Ale jest jeszcze jeden aktor niezapomniany w tym filmie, a mianowicie krokodyl Herman. A w dodatku, jak niesie wieść, to nie tyle krokodyl, co krokodylica. I jeszcze jakiś czas temu, całkiem niedawno ta krokodylica żyła sobie, była w dalszym ciągu, bodajże miała kilkadziesiąt lat. Taka żywotna ta krokodylica była. I powiem tak: krokodyl Herman jako krokodyl występuje w krótkiej scenie, ale są też sceny, kiedy krokodyl Herman jest w akcji. Nie widzimy go, on coś tam się po wodzie przesuwa, ale to też jest bardzo ważna misja, którą Herman spełnia. Już samo nazwanie krokodyla Hermanem w tamtych czasach robiło wrażenie pewno większe niż dzisiaj, ale i dzisiaj, przynajmniej we mnie jakąś wesołość budzi i uśmiech mi się na twarzy pojawia.
[02:13:32] - Tak. "Hydrozagadka" nie jest filmem, który jest naiwny. Nie jest to próba skopiowania komedii absurdalnych, połączenia tego z komedią pomyłki. Nam wychodzi coś w sumie bardzo mało śmiesznego. Nie. To jest dzieło oryginalne. To jest dzieło ponadczasowe. Ono będzie śmieszne zawsze chyba. Chociaż nie wiem. Teraz powiem ci, jakby to puścić dzisiejszej młodzieży, to oni w ogóle już się chyba nie śmieją z takich rzeczy.
Zawsze się jednak znajdzie ktoś, kto zrozumie tą warstwę humoru, nawet jeżeli ta warstwa kulturowa będzie niezrozumiała. Co jeszcze można o "Hydrozagadce" powiedzieć? Nie było więcej takich filmów. Było ich mało. Chodzi mi o to, że oprócz "Big Bangu", który jest może nie tak wesoły, bo "Big Bang" to jest film oparty o historię Jana Wolskiego poniekąd, zrealizowany w nieco innej formule, który jednak w swojej drugiej części staje się mniej śmieszny. Bardziej dotyka kwestii filozoficznych, natomiast też jest podobny. Widać ten kondratiukizm w tym wszystkim. Natomiast nie mieliśmy już w Polsce porównywalnych filmów, albo przynajmniej ja sobie nie potrafię ich przypomnieć, powiedzmy topowych, jakby nie było reżyserów. Bo jednak współcześnie, moim zdaniem, zrealizowanie "Hydrozagadki" byłoby niemożliwe. Po pierwsze ze względu na marne możliwości współczesnych aktorów.
Tam jest tak, Marku, w "Hydrozagadce", że się Pluciński pojawia w jednej scenie. W ogóle Pluciński Tadeusz to jest aktor, który dla niektórych był symbolem zepsucia, bo to był czołowy amant tamtych czasów. On rzeczywiście pojawił się w wielu produkcjach, ale też nigdy chyba w roli głównej. Ale do czego zmierzam? Dzisiaj jest taka moda w ogóle, jakaś faza jest w polskiej kinematografii, że w tamtym roku to się pojawiło kilka remake'ów albo zostało zaczętych. Mamy nowych "Chłopów", mamy nowego "Pana Kleksa", nowego "Znachora". Co tam jeszcze jest nowe? Jest coś jeszcze nowego. Jacyś tam sami swoi dokręcani są. No i się tak zastanawiam, jakby się pojawiła "Hydrozagadka 2", czy to by było do strawienia?
Moim zdaniem nie. Polskie kino, jeżeli chodzi o wiele rzeczy, się posunęło do przodu. Można zaobserwować to na przykładzie właśnie "Hydrozagadki". Nie wiem, co tu jeszcze możemy, Marku, do tego dodać. A, co możemy dodać? Kwestia sci-fi. Czy w "Hydrozagadce" jest sci-fi? To jest raczej film o superbohaterze i to jest taki sam problem, jak z zaklasyfikowaniem produkcji marvelowskich współczesnych do fantastyki naukowej. Bo to na oko fantastyka naukowa jest, ale z drugiej strony nie. To jest oddzielny gatunek.
Tu chyba też tak jest.
[02:16:38] - Ewentualnie jeśli zaliczyć na plus sci-fiowy pomysł z dostarczaniem wody na Bliski Wschód, to można by od biedy nazwać to taką pełnokrwistą sci-fiową produkcją. Ale nie przesadzajmy. Pytałeś, Piotrze, o podobne filmy. Podobnych to pewno nie ma, ale jeśli chodzi o pewien absurdalny nastrój, to tak na gorąco przyszło mi do głowy film z roku 1964, który nosił tytuł "Upał" i był stworzony w oparciu albo dzięki duetowi z Kabaretu Starszych Panów. To też jest taka komedia, która bardzo mocno gra wątkami z jednej strony PRL-owskimi, a z drugiej strony absurdu pewnego, który się pojawia. I jeszcze jedna komedia przyszła mi do głowy. Ja nie pamiętam, z którego roku. Też z lat 60. To się nazywało "Pieczone gołąbki". Występował tam w roli głównej aktor znany z "Psa Cywila", czyli Litwin.
I to jest, proszę państwa, taka komedia o stacji pomp warszawskiej. Ta stacja pomp nazywana była Grubą Kaśką, nazywana jest Grubą Kaśką. I tam mamy takie typowe problemy PRL-owskie bumelantów, ludzi, którzy tam nie spełniają swoich obowiązków. Jakieś awarie się ciągną. Tak by się wydawało, że taka socrealistyczna produkcja, ale to jest tak zrobione, takie przymrużenie oka dostajemy, że w gruncie rzeczy my doskonale wiemy, że nie o tych bumelantów w tej komedii chodzi, a w każdym razie nie od tej strony, której na przykład władza by sobie życzyła. To jeśli chodzi o PRL-owskie kino i pewien absurd, który był wprowadzany do niego. Od czasu do czasu to się udawało.
[02:18:46] - Tak. Był jeszcze taki film "Filip z konopi". Taka komedia często pokazywana, często wznawiana. Nie wiem, kojarzysz, Marku? Tam też próbowano wprowadzić elementy absurdu. Elementy absurdu były też u Barei oczywiście w "Misiu", ale to już jest klasa sama w sobie, to już jest w ogóle inny twórca. Natomiast "Filip z konopi" próbował jakoś nawiązać do tego absurdalnego humoru, absurdalnej komedii i muszę powiedzieć, że się średnio bardzo udało. To był taki zlepek wątków, dialogów, które miały być śmieszne. I to nam pokazuje, jak trudno zrobić jest taki film, jak trudno jest wpaść na dobry pomysł, żeby tego nie zepsuć.
[02:19:30] - Tak, ale to "Filip z konopi" to już późny film, PRL-owski późny, bo Jeśli mnie pamięć nie myli, to 1980 albo 1981 rok, więc już troszeczkę inne kino. Ale jeszcze na chwilę wróćmy do naszego Asa i do „Hydrozagadki”. Ja z pewną nostalgią, nie, to chyba złe słowo. Z pewnym zainteresowaniem patrzyłem też na ówczesną Warszawę, bo tej Warszawy już nie ma. Te budynki może stoją, ale ta Warszawa jest po prostu zupełnie inna. Ona się tam pojawia na krótko. To są takie pewne przebitki, ale i to jest interesujące. Tak samo zachowywałem się jak dzisiaj, kiedy oglądam „Czterdziestolatka”, to też patrzę na miasto, którego dzisiaj nie ma. Powtarzam, te budynki może jeszcze niektóre stoją, ale one już stoją w innym otoczeniu, w innym takim urbanistycznym sztafażu. Wszystko wygląda inaczej tak naprawdę.
Jest kolorowo. Wtedy tak kolorowo nie było. To osobna dyskusja, na ile ta kolorowość jest fajna, a na ile niefajna. W każdym razie czasami na filmach fabularnych przyglądam się ulicom tych miast i tych czasów, które już nie wrócą. I pewno dobrze, że nie wrócą, ale są jakimś czasem odległym, już w tym wypadku pół wieku. To jest co podziwiać, bo to sene vrati. A szkoda, że dzisiaj komedie nie są robione według takiego klucza. Ja nie mówię, nie nawołuję do tego, żebyśmy powtarzali czy kręcili „Asa 2” czy „Hydrozagadkę 2”. Chodzi o pewien rodzaj humoru, taki na pograniczu absurdu, na pograniczu takiego kiczu, ale świadomego kiczu. Tego chyba dzisiaj nie ma.
Kino jest albo bardzo realistyczne, albo idzie w komedię, ale inaczej realizowaną, inaczej widzianą przez reżyserów. Tego rodzaju zjawisk jak „Hydrozagadka” chyba dzisiaj trudno uświadczyć. Ja sobie w każdym razie jakoś nie kojarzę tego.
[02:21:56] - Powiem ci, że ja osobiście to bojkotuję polskie komedie, dlatego że są niesmaczne. Są głupie w większości. Mówię o tych masówkach, które lecą w kinach. To w większości obraża widza. Zauważam też taką tendencję od iluś lat do przaśności polskich komedii. Im coś bardziej przesadzone, zbliżone do takiego humorku z kabaretu, chłop w babę przebrany i tak dalej. Niefajne to jest. To nam pokazuje, jak bardzo poziom spadł. Nie ma pomysłów, a może pomysły są, tylko po prostu ci, którzy wykładają na to pieniądze, wiedzą, że można zarobić tylko na określonych rzeczach. Jeżeli ktoś „Hydrozagadki” nie oglądał, szczerze polecamy.
Może kiedyś przejdziemy do innych filmów Kondratiuków. Kto wie.
[02:22:43] - Pięknie ci, Piotrze dziękuję. To była piękna podróż w przeszłość. Sentymentalna jak to na sentymentalnik przystało. Do usłyszenia. Proszę państwa, to teraz czas na Gości z Marsa. Goście z Marsa, odcinek siódmy. Czyta Reda Haddad.
[02:23:14] - Władysław Stape. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Haddad.
[02:23:36] - Gdyby grom padł między tych sześciu ludzi, gdyby ziemia zadrżała i Bathurst w kupę gruzów obróciła, gdyby ujrzeli nagle wulkan wybuchający w miejscu, gdzie obecnie ich domostwa stały. Zapewne te wypadki nie byłyby tak nimi wstrząsły, jak ostatnie słowa Ah Sunga. Major Sawyer założył na piersiach ręce jak do modlitwy. Wytrzeszczył oczy, zbladł, a usta mu drżały nerwowo. Locroy założył ręce w tył, pochylił głowę, zacisnął zęby i zmrużywszy oczy przeszywał niemi groźnie Chińczyka. Arkan zaś poczerwieniał jakby z oburzenia. Pochylił się naprzód i zgiąwszy ręce w kłaki zdawał się mieć zamiar rzucić się i ubić Ah Sunga. Ten bojaźliwy z natury, przerażony pobytem w meteorze, teraz zupełnie stracił przytomność, widząc, jakie skutki wywarły jego słowa na obecnych. Najobojętniej jeszcze zachowywali się obaj squatterowie, a jednak i oni w pierwszej chwili osłupieli, zaledwie pojmując istotne znaczenie tych wyrazów. Tak stali długą chwilę niemi, jakby skamieniali, podczas gdy Marsjanie — tak odtąd będę nazywał naszych gości gwiaździstych — stanęli u okna, szepcząc coś do siebie i ze zdziwieniem wielkim patrzyli na tę dziwną grę uczuć.
Pierwszy ocknął się Malezycki i stanął między Arkanem i Ah Sungiem, jakby w obronie tego ostatniego. To zajście uprzytomniło Arkana i Locroya, którzy z ciężkim westchnieniem powoli powracali do zwykłego stanu umysłu. „Ah Sungu, może ty nas zwodzisz?” — zapytał Locroy. „O tym mowy być nie może” — zawołał Arkan. — „Zaręczam, że on pierwszy raz w życiu słyszał teraz o planecie Marsie.” „Więc ci ludzie tam przybyliby istotnie z Marsa?” — zawołał Locroy. Gdybym sam nie był świadkiem ostatnich wypadków, gdybym nie patrzał teraz na ten meteor, uważałbym to wszystko za bajkę — odparł Arkan i począł chodzić zamyślony, z głową w dół spuszczoną. Tymczasem Ah-Sung zamierzał powoli się wycofać. Nagle jakby stanął, jakby sobie coś przypomniał i zbliżył się do majora i rzekł: Ci ludzie tam czy diabły prosili, aby ich wraz z ich mieszkaniem ukryć przed słońcem i ludźmi. A to dlaczego? Bo światło słońca ich razi bardzo, a krzyki tłumów drażnią strasznie.
Rozumie się, że bezzwłocznie przystąpiono do przetransportowania meteoru na odpowiednie miejsce i postanowiono umieścić go tymczasowo w szopie magistratu, która zabezpieczała Marsjan od światła słońca. Aby ich uwolnić także od hałasu, powołano część młodzieży pod broń i powierzono jej obronę nadzwyczajnych gości od krzykliwych tłumów. Wreszcie zatelegrafowano natychmiast do uniwersytetu w Sydney, a zwłaszcza do grona profesorów w Melbourne i Adelajdzie, opisując im dokładnie wypadki dnia ostatniego. Ponieważ zaś Melbourne posiada największe obserwatorium astronomiczne, a dyrektor tego, Matthews, zażywa słuszną sławę pierwszego astronoma na obu półkulach, proszono go więc o natychmiastowe przybycie do Bathurst. Podobna prośba odeszła do Adelajdy, gdzie kadrę języków i literatur mongolskich zajmował profesor Shumani, rodem Japończyk. Przybycie tego profesora było nader pożądane, bo Ah-Sung jako człowiek niewykształcony nie mógł być nadal odpowiednim pośrednikiem między Marsjanami a Ziemianami. Nazajutrz już o świcie poczęły przybywać pociągami tłumy ludzi z Sydney. Później nieco przyjechały setki z Melbourne i Adelajdy, a między nimi i obaj tak upragnieni profesorowie Matthews i Shumani. Trudno było wzbronić wstępu wszystkim żądającym obaczyć nadzwyczajne poselstwo z Marsa, więc ułożono, iżby tylko tych wpuszczano do szopy w pewnych oznaczonych godzinach, którzy się wykażą pisemnym zezwoleniem magistratu i złożą przyrzeczenie zachowania się spokojnego. Wielu atoli nie mogło zadowolić zupełnie swej ciekawości, bo Marsjanie bardzo rzadko pokazywali się u okien.
Widocznie z trudnością im przychodziło utrzymać się na nogach. Jakkolwiek wielu pragnęło, a nawet życzyło sobie uzyskać zezwolenie na odwiedzenie Marsjan w ich kuli, mimo to tak sami Marsjanie, jako też zarząd miasta sprzeciwił się temu stanowczo. Zwłaszcza gdy profesor Matthews tak pisemnie, jak ustnie wytłumaczył, iż takie częste bywanie w meteorze szkodzi wielce zdrowiu Marsjan, a nawet może ich o rychłą śmierć przyprawi. Tegoż samego dnia, wnet po przybyciu, odwiedzili Marsjan Matthews i Shumani, który dość dobrze z nimi się porozumiewał. Umówiono się też, iż codziennie wieczorem, gdy już tłumy rozejdą się do domów, obaj profesorowie na godzinę przybędą do cudzoziemskich gości na rozmowę. Dłuższy pobyt w meteorze był tak dla Marsjan, jako też i Ziemian niemożliwy. Wprawdzie Marsjanie przygotowywali zawsze na czas tych odwiedzin taki skład powietrza, które by nie było ani za rzadkim dla Ziemian, ani znowu zbyt gęstym dla nich samych. Mimo to obie strony po jednogodzinnym przebywaniu razem czuły się tak osłabionymi, iż dopiero nazajutrz można było znowu wpuścić Ziemian do meteoru. Te odwiedziny obu Ziemian ograniczyły się zaraz w następnym dniu tylko na profesora Shumaniego, gdyż Matthews oświadczył, iż widząc raz już Marsjan zadowolił swą ciekawość, a nadto, iż jako nierozumiejący języka chińskiego był zupełnie tam zbytecznym. Inni jednak twierdzili, choć profesor sam się do tego nie przyznawał, iż głównym powodem do zaprzestania dalszych wizyt były słabe piersi wielkiego astronoma.
Jedynym więc świadkiem i sprawozdawcą tych rozmów z Marsjanami był profesor Shumani. I jakkolwiek nikt by nie ośmielił się powątpiewać w prawdomówność wielkiego lingwisty Wschodu, mimo to każdemu, kto czyta te sprawozdania, narzuca się pytanie, czy też piórem szanownego profesora nie wypływała wraz z atramentem zbyt wielka przychylność dla swej własnej władzy. Sprawozdania te z rozmów, jako też liczne objaśnienia ogłaszał zaraz po wizycie profesor Shumani w osobno codziennie wydawanym piśmie pod tytułem The Hosts of Mars. Jako felieton w tym piśmie umieszczał dyrektor Matthews popularną rozprawę o Marsie według dzisiejszych wiadomości o tej płamecie. Prócz tego znajdujemy codziennie kronikę powiadamiającą o stanie zdrowia Marsjan, o ilości przybywających obcych i odwiedzających Marsjan, dalej głosy prasy i uczonych o tym nadzwyczajnym wypadku. Zdawałoby się zatem, iż powinniśmy posiadać jak najdokładniejsze wiadomości o wszystkim, a jednak niestety rzecz ma się zupełnie przeciwnie. Na co składały się liczne powody, które tu wytłuszczę. Poznałem osobiście, jest niezaprzeczenie bardzo wykształconym człowiekiem pod każdym względem. Posiada więc oprócz wiedzy fachowej także rozległe wiadomości w innych gałęziach nauk. Mimo to skarżył się często w swym dzienniku, iż wiele, bardzo wiele spraw nie rozumiał, choć Marsjanie dokładali wszelkich starań, aby mu to jasno i dokładnie wyjaśnić.
Pochodziło to stąd, iż wbrew twierdzeniu pism australijskich i europejskich Marsjanie ci stali o całe niebo wyżej od profesora Shumaniego pod względem nauki i wiedzy. Wprawdzie wszyscy tu bez wyjątku byli początkowo tego mniemania, iż Shumani zaimponuje Marsjanom zdobyczami naszej cywilizacji. Wprawdzie i profesor sam ogłosił w pierwszych numerach swego dziennika, że porozumienie między nim a Marsjanami z tego powodu napotyka na trudne do zwalczenia przeszkody, iż ci ludzie nie zdają się posiadać więcej wiadomości niż Murzyni australscy lub Kanaki. Lecz po kilku dniach przyznał z głębokim smutkiem, ale otwarcie, iż rzecz ma się zupełnie przeciwnie. On nie mógł zrozumieć życia na Marsie, bo ono tam jest zupełnie odmienne od naszego. Nie mógł pojąć stosunków ekonomicznych, społecznych, państwowych, rodzinnych jako na wyższym szczeblu rozwoju się znajdujących niż na Ziemi. Pod względem zaś nauk specjalnych, jak fizyki, chemii, astronomii, zoologii, botaniki, geologii był wobec Marsjan prawie zupełnie ciemnym nieukiem, bo te gałęzie wiedzy postąpiły tak dalece już na Marsie, iż większa różnica istnieje między Marsjanami a Ziemianami pod tym względem niż między największymi specjalistami dzisiejszymi a Arystotelesem. Rozumie się więc samo przez się, iż sprawozdania rozmów profesora Sholmaniego są pełne niedokładności, niejasności. Brak w nich łączności. Wiele spraw jemu niezrozumiałych podał bez dalszych wyjaśnień, powtarzając tylko słowa usłyszane.
Inne ubrał często bezwiednie, nawet w szaty własnych fantazji. Nadto wielką niedogodność stanowi jeszcze ta okoliczność, iż profesor spisywał te rozmowy z pamięci w domu. A przecież wśród nawału powodzi tylu nowych, zupełnie nieznanych, nie przeczuwanych nawet wiadomości mogło, a nawet musiało mu wiele ulecieć z pamięci lub zostało mimowiednie przekręcone. Jakkolwiek wreszcie lingwista nasz już po pierwszej odbytej wizycie układał sobie plan rozmowy na następną. Mimo to jakiś wyraz nieznany profesorowi wstrzymywał dalsze systematyczne wypytywanie i sprowadzał zbyt często na manowce, skąd powrót do poprzednio rozpoczętej rozmowy stawał się prawie niemożliwy. Stąd znowu pochodziło, że temat mający być umówiony i wyczerpany w czasie jednej wizyty rozciągał się na trzy, a często i na cztery. A to znowu spowodowało, iż chcąc tylko pobieżnie wywiedzieć się o wszystkim od Marsjan, trzeba by było wieść podobne rozmowy przez rok jeden przynajmniej. Niemałą przeszkodą i szkodą dla nas byli i sami Marsjanie, którzy chociaż nigdy nie okazywali zbyt wielkiej ciekawości, jednak czasami wypytywali się o nasze stosunki, co przecież według słuszności przebaczyć im należy. Zresztą to wypytywanie Marsjan o nasze stosunki miało mniej cechę ciekawości, a raczej wyglądało na poznanie naszych tylko w tym celu, aby zrozumialej przedstawić swoje. Największą atoli przeszkodą w dokładnym poznaniu stanu mieszkańców Marsa było: zbyt krótki pobyt naszych gości na Ziemi i zbyt wielkie ich osłabienie.
Pojawili się w dniu 14 sierpnia 1892 roku, a pomarli równocześnie w dniu 15 września, wnet po północy. Przebyli zatem między nami, a właściwie na Ziemi tylko trzydzieści dni. W tych trzydziestu dniach ich pobytu miał Sholmanie z nimi dwadzieścia tylko rozmów, bo dziesięć dni odpadło skutkiem częstych chorób Marsjan. A każdy przyzna, że dwadzieścia godzin rozmowy z takimi ludźmi niezwykłymi jest dla nas stanowczo za mało. Skutkiem tych wszystkich okoliczności straciliśmy całe wieki rozwoju, bo dokładniejsze poznanie stosunków panujących na Marsie byłoby nas uwolniło od mozolnej, powolnej pracy przez lat tysiąc przynajmniej. Jest to strata niepowetowana. Nie można jednak nikogo oskarżać o lekkomyślność lub niechęć w utrzymaniu życia Marsjanom. Zarzut ten, który podnosiły niektóre dzienniki europejskie, a zupełnie niesłuszne. Sam Sholmanie stanowczo twierdzi, że robiono wszystko, aby Marsjan utrzymać jak najdłużej przy życiu, czego nawet wymagał cel egoistyczny Ziemian. Wszak każdy z nas pragnąłby się wywiedzieć, jaka nas przyszłość oczekuje.
Sprowadzono więc najlepszych lekarzy z całej Australii, którzy nie opuszczali Bathurst aż do śmierci naszych gości. Nie szczędzono kosztów dla dostarczenia wszystkiego, czego by tylko zapragnęli. Dla zabezpieczenia im pożądanej ciszy nie wpuszczano do nich przez ostatnie dni piętnaście nikogo oprócz Sholmaniego i dwóch lekarzy. Wzbroniono wszelki ruch na ulicach na jeden kilometr wokoło. Nawet pozatykano świstawki w maszynach pociągu. Co ludzie mogli zdziałać, zrobiono. Umarli jednak. Ale zabiła ich ziemia nasza, właściwie ich własna cywilizacja. Ziemianie są wolni od wszelkiej winy. Dłuższe utrzymanie Marsjan przy życiu nie było możebnością.
Przez dwa miesiące od chwili opuszczenia swej planety aż do śmierci nie opuszczali swego mieszkania, a nadto od chwili przybycia na naszą ziemię nie mogli nawet poruszać swobodnie członkami. Gęstość i wielki ciężar naszej atmosfery i ziemi przygniatał, przykuwał ich prawie formalnie do dna meteoru, a zbytek tlenu naszego powietrza wprawiał w ustawiczną gorączkę. Co gorsza jeszcze, iż wkrótce po przybyciu swym na Ziemię spostrzegli brak zwykłego swego pożywienia, a nasze było dla ich żołądka i z powodu zupełnego braku zębów nieodpowiednie. Karmiono więc ich głównie mlekiem, ekstraktem Liebiga. Pojono ich najsilniejszymi winami i wódkami, lecz to nie mogło zastąpić pożywnego ich pokarmu. Silnych nadzwyczaj trunków, jakich Marsjanie używają. Już w dniach pierwszych uczuwali znaczne osłabienie. Po trzech tygodniach jednak już się wcale nie ruszyli ze swych sof miękkich, a życie w nich gasło powoli jak światło lampy niepodsycane oliwą. Konali bez cierpień, jęku, prawie bez westchnień. Cicho, spokojnie jak dzień letni po zachodzie słońca.
Oczy ich tylko ustawicznie ku drugiej istocie zwrócone mówiły o ich uczuciu względem siebie, a usta szeptały tylko słowa miłości.
[02:38:11] - Władysław Satge. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar.
[02:38:36] - Spirytyzm, spirytyzm. Ostatnimi czasy w Bibliotekarium 2.0 spirytyzmu całkiem sporo. Podnieśmy sobie jeszcze dawkę. Zapraszam na Q&A część piątą „Bez tajemnic".
[02:39:08] - Niebawem przygotuję dla was troszeczkę bardziej ambitny odcinek o transkomunikacji, ale potrzebuję troszeczkę czasu. Tego czasu niestety ciągle mi brakuje, więc mam nadzieję, że niebawem uporam się z moimi sprawami i będę mógł przysiąść do materiału bardziej ambitnego. Póki co postanowiłem odpowiedzieć na kolejne pytania, które pojawiły się na YouTubie pod moimi materiałami filmowymi. Kiedyś komunikowaliście mi, wy, moi widzowie, że ta forma materiału wam odpowiada, więc będę tymi materiałami podtrzymywał życie na moim kanale.
[02:39:54] - Nie chcę nic mówić, ale widzę, że panu scenarzyście zaczyna brakować pomysłów.
[02:39:59] - Dobra, ale powiedziałem, że to będzie podtrzymywanie życia na kanale i nie po to cię tutaj zaprosiłem, żebyś mi rzucał kłody pod nogi, tylko żebyś mi pomógł. Będziesz czytał pytania. Kolega będzie czytał pytania, więc ogranicz się do swojej roli i będzie wszystko w porządku. Okej. W jednym z filmów Reynald Russell wspomina, że podczas kontaktów z duchami zwierząt przemawiają do niego zrozumiałym językiem. Jak się powyższe rzeczy odnoszą do filozofii spirytystycznej? Czy mógłbym prosić o rozwinięcie tematu? Ten temat poruszałem już kilka razy na moim kanale wideo. Zwierzęta mają duszę. Zwierzęta rozwijają się tak samo jak ludzie, tak samo jak wszystkie inne istoty, które żyją we wszechświecie.
Jak spojrzymy na gwiazdy, to możemy domniemywać, że gdzieś tam są jakieś planety i tak dalej, nawet nie odwołując się do samego spirytyzmu. Generalnie wszystkie istoty wcielają się w ciała materialne po to, aby się rozwijać. Więc takie pieski i tak dalej, one też kiedyś staną się duchami rozwiniętymi, takimi, jakimi duchami jesteśmy my, wcieleni w ciała ludzkie, ale jeszcze troszeczkę wody w rzece będzie musiało upłynąć, zanim to nastąpi, więc to nie jest proces, który hop-siup, z dnia na dzień następuje i zwierzęta już przystępują do rozwiązywania zadań z algebry czy tego typu. Więc zwierzęta owszem, gdy zwierzęta odejdą z tego świata, jeżeli są związane ze swoim panem w jakiś sposób bardziej emocjonalny, to rzeczywiście mogą chcieć z tym panem nawiązać jakiś kontakt, ale to jest bardziej kontakt emocjonalny. Medium nie zna języka psiego, dajmy na to, czy kociego. Więc te informacje, które są przekazywane od zwierząt do mediów, one są tłumaczone, więc medium nie musi szczekać, tak jak to Reynald Russell powiedział, medium nie musi szczekać albo miauczeć, żeby dogadać się ze zwierzęciem. Po prostu te idee, które są przekazywane mu od zwierząt, one już docierają do niego w formie, że tak powiem, strawnej przez człowieka, więc w formie zrozumiałej. To jest przetłumaczone w świecie duchowym. Przecież wiemy, nawet nie sięgając tak daleko, media mogą się komunikować z duchami, które za życia mówiły w obcych językach, ponieważ te myśli są tak jakby... Tutaj już zmierzam do sedna sprawy.
Te informacje są tłumaczone, ponieważ duchy komunikują się myślami, a nie językiem. Więc jeżeli przyjdzie do mnie jakiś Niemiec, a Niemiec to może akurat jest zły przykład, bo akurat mówię po niemiecku, ale jeżeli przyjdzie do mnie jakiś Niemiec i będzie chciał przekazać dla mnie jako dla medium jakąś informację dla kogoś, to ja mogę tę informację jako medium przekazać. Oczywiście posiadając odpowiednio ukierunkowane zdolności medialne, bo to też nie jest tak, że każde medium może przekazać każdą wiadomość. Ja o tym już wielokrotnie mówiłem, ale generalnie tak, spirytyzm nie neguje możliwości komunikowania się ludzi z duchami zwierząt, aczkolwiek trzeba do tego podchodzić z dystansem. To znaczy...
[02:43:16] - Dobra, wystarczy. Kolejne pytanie. Zaczynasz przynudzać.
[02:43:19] - Staram się, jak mogę. Jak chcesz, to może ty stań na moim miejscu i zobaczymy, kto sobie lepiej poradzi. Drugie pytanie. Zapewne pan wie o tym, że Polska zaczyna się wyludniać, wymierać. Niż demograficzny dotyczy też innych krajów. Może duchy nie chcą już wcielać się na tej planecie, która jest obozem pracy? Bo co można sobie pomyśleć przed przyjściem na świat, na taki świat? Najpierw szkoła, udręka, przechodzenie z klasy do klasy, a później praca przymusowa do 65. roku życia. Zapewne jest już spora grupa dusz, które pukają się w głowę, gdy słyszą propozycję powrotu na Ziemię.
Prawdą jest, że w krajach wysoce rozwiniętych ta populacja troszeczkę maleje. Ale czy globalnie ludzi jest coraz mniej? 30 lat temu było ludzi na świecie 4 miliardy, teraz jest ponad 7 miliardów czy nawet 7,5 miliarda. Czy nas jest coraz mniej? Nie wiem. Ale powiedzmy, że to nie o to chodzi w pytaniu, które zostało zadane. To nie jest tak, że ludzi jest coraz mniej, ponieważ duchy nie chcą się reinkarnować. Duchy chcą się reinkarnować, ponieważ życie na Ziemi to jest dla nich szkoła. Oni się tutaj uczą, oni tutaj zdobywają doświadczenia i oni tego chcą. A jeżeli tego nie chcą, to i tak będą musieli, ponieważ świat, jak to się mówi: „Kto się nie rozwija, to się cofa”.
Ponieważ cały świat, wszystko idzie do przodu, wszyscy ludzie, wszystkie duchy się rozwijają. Jeżeli ktoś pozostaje w tych zaświatach, a wiadomo, że są takie duchy błąkające się, które sobie gdzieś tam siedzą i sobie wegetują przez jakiś czas, ale tylko przez jakiś czas, a potem one samoistnie dochodzą do wniosku, że muszą coś ze sobą zacząć robić. Więc nawet jeżeli w Europie i w krajach rozwiniętych tej populacji jest mniej, to dlatego, że ludzie są wygodni, a nie dlatego, że duchy nie chcą się reinkarnować. To są dwie zupełnie różne rzeczy i nie należy, oceniając tego rodzaju sytuacje, spoglądać na nasze życie z punktu widzenia człowieka. My jako duchy chcemy tu być. Jako ludzie to już może niekoniecznie, bo wiadomo, że jest nam ciężko. Chcielibyśmy więcej zarabiać, bo jest za gorąco, bo jest za zimno, bo sąsiad hałasuje i tak dalej, i tak dalej. I w ogóle trzeba podatki płacić, a policji nigdy nie ma, jak są potrzebni. Ale to wszystko należy właśnie do tego świata, tych prób. I duchy chcą tutaj być, żeby właśnie doświadczyć próby bogactwa, żeby oprzeć się swojemu własnemu egoizmowi.
Jak to ostatecznie wygląda, to widzimy, że wojny, morderstwa i tak dalej. Mąż zabił żonę, chociaż wcześniej się bardzo kochali. Co się stało? I tak dalej. Dzieci nie odzywają się do rodziców. No i dzieją się takie rzeczy. Ale to wszystko, to całe zło wynika z tego, że albo bierzemy na siebie zbyt duże próby, których nie jesteśmy w stanie przezwyciężyć na razie, albo po prostu okazuje się, że moglibyśmy sobie dać radę z tymi próbami, ale jesteśmy zbyt wygodni, bo skoro nikt tak naprawdę nas nie pędzi, no to dobra, to będę robił po swojemu, tak, żeby mi było wygodnie. I na tym to polega. Więc tutaj nie należy mylić tych pojęć. Jedna sprawa to jest punkt widzenia ducha, a druga to jest punkt widzenia człowieka.
Poczekaj, poczekaj, poczekaj, bo tu jest jeszcze inne, bardzo podobne pytanie. Od pewnego czasu myślę sobie też, że może jeszcze tak jest, że po śmierci na tamtym świecie duch spotyka kusiciela, który nakłania go do powrotu na ziemię i obiecuje góry złota, a duszyczka wraca szczęśliwa i myśli, że tym razem sobie użyje życia. Czy istnieje taka opcja? Nie. To nie jest tak, że jest tam po drugiej stronie duch kusiciel, który nam obiecuje złote góry i tak dalej. Nie. To my sami możemy podświadomie okłamywać się, oszukiwać sami siebie, że na przykład damy sobie radę z jakąś ciężką próbą bogactwa. I tam przed narodzinami jeszcze mówimy sobie: „A dobra, jak będę taki bogaty, to będę się dzielił ze wszystkimi. Wszyscy będą szczęśliwi. Ja wiem, że w poprzednim wcieleniu miałem troszeczkę problemy ze skąpstwem i tak dalej, ale teraz naprawdę ja sobie poradzę.
Będzie tak”. No i w końcu, gdy ten duch się inkarnuje w ciele ludzkim, rodzi się w tym bogactwie i okazuje się, że jednak fajnie jest mieć pięć samochodów, jeden na każdy dzień tygodnia i jeszcze szósty na weekend. Po co się dzielić z innymi, skoro tak mi jest wygodnie? I generalnie tak to wygląda. Ale nie, nie ma czegoś takiego, że tam jest duch kusiciel, jakiś szatan czy coś. Nie, to są bzdury. W ogóle nie wiem kto... Znaczy ja wiem, kto to napisał, ale takie pomysły to nie ta religia. Zastanawiam się nad następującym zagadnieniem: czy po śmierci obecnego ciała można wrócić do życia poprzedniego, czyli powiedzmy do świata, który istniał 100 lat temu na przykład i mając wiedzę o tym, jak potoczyło się poprzednie życie, zrobić odpowiednie korekty, żeby uniknąć pewnych sytuacji, a gdy wprowadzi się tamtą sytuację i zakończy tamto życie, ponownie wróci się do obecnego? Wyszło z tego takie trochę science fiction, ale są media, które twierdzą, że są w stanie nawiązać kontakt z duchami, które w tym momencie żyją tak jakby w naszej przeszłości.
I tamte duchy są również przekonane, że my żyjemy w tym samym momencie co oni, chociaż żyjemy później. W każdym razie są jakieś takie zagmatwania czasowe. W zasadzie nie wiadomo, czy to rzeczywiście następuje jakaś, że tak powiem, w cudzysłowie podróż w czasie, czy może to tylko duchom się wydaje. Nie potrafię się do tego odnieść, bo to jest takie trochę skomplikowane, ale generalnie skupmy się na czymś innym. Nie jest ważne to, żeby się cofnąć tak jakby w czasie i naprawić swoje błędy, ponieważ... Cofnąć w czasie tutaj w cudzysłowie, w odniesieniu do tego świata duchowego i tak dalej. Ponieważ ważne jest to, żebyśmy teraz, tu i teraz wyciągnęli wnioski i abyśmy w kolejnym wcieleniu nie popełnili tych samych błędów. To jest istotne. Więc cofanie się tutaj tak duchowo, mentalnie do przeszłości, żeby znowu przeżyć to samo, to tak naprawdę nie ma sensu w świetle filozofii spirytystycznej, ponieważ, jak to spirytyzm mówi, szereg kolejnych inkarnacji pozwala nam tak naprawdę poniekąd wracać do punktu wyjścia i rozpoczynać jakiś nowy etap, próbując nie powtórzyć błędów z przeszłości. Nie wiem.
Zrozumiałeś coś z tego? A ja jestem ciekawa, jeśli chodzi o duchy w szpitalu. Sama pracuję na SOR, gdzie prawdopodobnie straszy na jednej z sal. Co dziwne, przed i na sali są krzyże. Z opowieści wiem, że kilkakrotnie ta sala była święcona. Trochę dziwne jest w tym miejscu czuć się, tam coś czuć, ale ostatnio dziwne, ale okazało się, że to miejsce to jest takie, w którym mogę wypocząć, mimo że jest tam ciężka atmosfera. Dziwne. Słuchajcie, w szpitalach umierają ludzie i te duchy nie zawsze wiedzą, co się z nimi dzieje. Wydaje mi się, że zbyt często popełnia się ten błąd, gdzie lekarze, pielęgniarki, opiekunowie, rodzina nie mówią choremu, co tak naprawdę z nim się dzieje, na jakim jest etapie swojego życia i co z nim się niebawem zdarzy. Rodzina nieraz patrzy na umierającego i boi się powiedzieć mu, że to już jest koniec, że tak naprawdę powinien przemyśleć swoje życie, że nie da się już mu pomóc.
I takie duchy wielokrotnie zostają w tych szpitalach. Te duchy wielokrotnie karmią się energią tych ludzi żyjących jeszcze, dochodzi do opętań. Szpitale tak energetycznie i tak duchowo to nie są miejsca zbyt pozytywne, zbyt czyste, więc osoby sensytywne, które przychodzą do takiego miejsca, rzeczywiście mogą coś odczuwać. Co można z tym zrobić? Można przeprowadzić egzorcyzmy. Myślę tutaj o takich spirytystycznych egzorcyzmach. Można modlić się za te dusze, a przede wszystkim należy w przyszłości pomagać odejść tym, którzy chorują i którzy wiadomo, że umrą. Jeżeli tych ludzi nie traktuje się odpowiednio, nagrałem odcinek na ten temat, to takie duchy mogą później pozostać w tym miejscu. Szczególnie że wśród ludzi jest przecież wielu takich, którzy na przykład nie wierzą w życie po śmierci, są agnostykami, są osobami niewierzącymi i oni później są zagubieni. O tym też zrobiłem taką krótką scenkę na moim kanale.
Możecie sobie obejrzeć. Co dalej? Czy można kogoś ukrzyżować, kto potrafił rozmnożyć chleb i ryby? W sensie, że Jezus mógł sam siebie rozmnożyć, mógł wejść w stan superpozycji, czyli być w dwóch miejscach w tym samym czasie. Bilokacja chyba nie jest dla nikogo pojęciem obcym, więc to są rzeczy, które się zdarzają. Bilokacja. Ale to też jest skomplikowany proces. Dobra, tutaj mówimy o Jezusie. Jezus tak, mógłby przebywać w dwóch miejscach równocześnie, przynajmniej teoretycznie, ponieważ był duchem bardzo rozwiniętym i tak dalej. Powiedzmy, że dla Jezusa żadne fenomeny spirytystyczne, które znamy, nie byłyby niemożliwe do wykonania.
Ale czy o to chodziło? Czy chodziło właśnie o to, żeby Jezus za wszelką cenę uratował się od śmierci takiej, na jaką się zgodził? Czy to było jego przeznaczenie? Czy on poprzez swoją śmierć czegoś nas nauczył? Czy jego nauki i jego życie miałoby takie samo znaczenie dla nas, gdyby Jezus po prostu zrobił wszystkich w konia? Albo gdyby w ogóle nie umarł, tylko gdyby na przykład uciekł gdzieś w góry i w górach dokonałby swojego żywota. Chyba ten odbiór nie byłby taki sam. Poza tym, gdyby bilokacje były tak powszechne i tak proste i gdyby bilokacją można było załatwić każdy większy problem, to myślę, że z tymi bilokacjami mielibyśmy do czynienia znacznie częściej. A jednak trzeba przyznać, że są to stosunkowo rzadkie zjawiska, więc tak jak się mówi, cuda się zdarzają, ale na cuda nie należy liczyć. Oczywiście spirytyzm mówi o tym, że cuda nie istnieją, ponieważ wszystko odbywa się w ramach obowiązujących praw fizyki i tak dalej.
Ale jednak są rzeczy, z którymi rzadko mamy do czynienia, więc myślę, że teoretycznie tak. Oczywiście Jezus mógłby tutaj poczarować i nawet mógłby zdezintegrować być może te gwoździe, którymi przybili mu ręce. Wymyślam oczywiście, ale nie róbmy ze spirytyzmu science fiction i nie doszukujmy się tutaj rzeczy, które wymyślają hollywoodzcy twórcy filmowi, bo te zasady są, wydaje mi się, dosyć jasne. Oczywiście dla kogoś, kto zgłębił troszeczkę tę filozofię. A poza tym, jeśli chodzi tutaj o to mnożenie pokarmu, to wydaje mi się, tak na chłopski rozum, że to nie Jezus jako tako rozmnożył ten pokarm, tylko po prostu duchy mogły w jakiś sposób przekształcić materię, która znajdowała się w powietrzu gdzieś dookoła, po to, aby stworzyć z nich właśnie tkankę, którą ludzie byli w stanie skonsumować. A może to było przeniesienie po prostu, gdzie po prostu te duchy przeniosły te ryby skądś. Nie wiem. Nie wiem tak naprawdę, co tam zaszło. Biblia te fakty podaje. Czy w to wierzymy, czy nie, to już jest inna kwestia.
Dobra, kolejne pytanie. Ostatnie pytanie i fajerant. Mój dziadek zmarł 19 kwietnia 2007 roku. Moja babcia 4 lipca 2014 roku. Moja mama 19 czerwca 2021 roku. Nie wiem Ale dla mnie to taki dziwny zbieg okoliczności. Dziadek i mama 19. dzień marca, babcia miesiąca, 19. dzień miesiąca, babcia czwarty dzień miesiąca, a dziadek czwarty miesiąc, babcia siódmy miesiąc i od pogrzebu do pogrzebu, patrząc tylko na rok, mija siedem lat. Czy to jakiś znak dla nas tu na ziemi?
Nie. Numerologia potrafi być bardzo fascynująca. Pewnego dnia internautka przez internet na Facebooku zapytała mnie o moje liczby związane z moim życiem i podała mi informacje, które idealnie pasowały do mojej sytuacji, do mojej osobowości, do mojego charakteru i tak dalej. Stwierdziłem, chociaż wcześniej byłem dosyć sceptyczny, skoro fizycy i matematycy potrafią opisać świat materialny poprzez cyfry i równania, to dlaczego nie mielibyśmy próbować zrobić tego samego w odniesieniu do naszego charakteru i naszego świata duchowego? Także to jest interesujące, ale nie można też popadać w taką skrajność, zakładając, że wszystkie liczby kierują naszym życiem. Każdy człowiek jest na tym świecie tak długo, jak musi. Tyle czasu, ile potrzebuje. Jeżeli jego życie przedwcześnie się skończy z jakiegoś powodu, to będzie miał możliwość wystartowania w kolejnym wcieleniu. I ja bym tutaj za bardzo nie dorabiał ideologii do tych dat, kto kiedy umarł i tak dalej, kto się kiedy urodził. Dla mnie osobiście data urodzin jest średnio ważna, aczkolwiek jeśli wziąć pod uwagę na przykład znaki zodiaku, ja jestem wcześniakiem, więc mam cechy raka i cechy lwa.
W zależności od sytuacji jedne albo drugie cechy u mnie się odzywają i to też jest fascynujące na swój sposób, więc nie można tego wszystkiego zanegować. Ale też nie mam odpowiedzi na wszystko. Na pewno jest to ciekawe. Niemniej polecam, aby raczej skupić się na tym, co jest tutaj i teraz, na naszym wnętrzu, na naszych odczuciach i na tym, żeby jak najlepiej przeżyć ten czas, który jest nam dany na ziemi. A to, czy ktoś się urodził w grudniu, czy w marcu, czy w lutym. A jeden short. Wszyscy ludzie, bez względu na to, jakie cyfry ich opisują, jak ta numerologia się do nich odnosi, mają ten sam cel: rozwijać się, żyć godnie i wyleczyć się z egoizmu. Chyba to jest jedyna puenta wszystkiego, co tu mogę powiedzieć na ten temat, bo nie za bardzo wiem. Chyba że ty masz jakiś pomysł. No to dobra, to wszystko w takim razie.
Za niedługo, mam nadzieję, jak czas mi pozwoli, będzie taki troszeczkę bardziej ambitny odcinek.
[02:59:32] - Obiecałem, że nie powiedzieliśmy ostatniego słowa w sprawie drabli. No to właśnie dam temu dowód. Druga 15-minutowa dawka drabli Krzysztofa T. Dąbrowskiego. Zapraszam.
[02:59:53] - Krzysztof T. Dąbrowski i krótkie opowiadania. Maksymalnie 100 słów. Drable. Byłaby piękna, gdyby nie te czułki przy ustach i segmentowy pancerz na plecach. „Mówiłeś, że mnie kochasz i akceptujesz to, co nas różni”. „Tak, ale...”. No i jak tu ją namówić do usunięcia tych dodatków? Owszem, kocham ją, ale też cholernie cierpię, bo te różnice hamują moje pożądanie. A wszystko przez tych cholernych kosmitów.
Na sąsiedniej planecie mieszkają inteligentne owady. U nich też widywano UFO i też były uprowadzenia. Czemu to wszystko służyło? Stworzono hybrydowy gatunek na poły ludzki, a na poły owadzi, który umieszczono na terraformowanej planecie. Choć rozumiem eksperymenty naukowe, to jednak z tym solidnie przesadzili. Krzysztof T. Dąbrowski i krótkie opowiadania. Maksymalnie 100 słów. Drable. Biorę tabletkę inicjującą.
Następnego dnia lekko zaokrągla mi się brzuszek. Po tygodniu jest wielki jak balon. Mdli mnie i co chwila biegam do toalety. Na dodatek mam dziwne zachcianki kulinarne i bardzo wyczulony węch. Ciekawe doświadczenie, ale mało przyjemne. Ten stan będzie trwał, póki go nie przerwę. Gdy zaczynają boleć plecy, zażywam tabletkę cofającą. Z dnia na dzień symulant ciąży zanika, a ja jestem bogatsza o nowe doświadczenie. Współczuję kobietom sprzed 100 lat. Tym bardziej że musiały się męczyć przez dziewięć miesięcy.
A potem ten koszmarny poród. Teraz wystarczą pojedyncze komórki od rodziców, a sztuczna macica we wszystkim człowieka wyręczy. Zima, święta, pięknie przystrojona choinka i jak co roku oczekiwanie na prezenty. Tym razem czekało nas wielkie rozczarowanie. Podobnie jak miliony dzieci na całym świecie pod choinką było pusto. Owszem, rodzice postanowili nam to wynagrodzić. Następnego dnia pozwolili zaszaleć w sklepie z zabawkami, ale to nie to samo. Nie było tego dreszczyku emocji, kiedy się nie wie, co się dostanie. Nie było wstążek do rozsupłania i szeleszczącego barwnego papieru, w który pakuje się prezenty. Czegoś zabrakło.
Tej magii, poczucia, że odwiedził nas Święty Mikołaj. Po tygodniu coś zaczęło potwornie cuchnąć. Okazało się, że Święty Mikołaj zaklinował się i dokonał żywota w naszym kominie. Diabelski młyn kręcił się leniwie. Większość wagoników zajmowali rodzice z dziećmi. Niektóre zajęte były przez zakochane pary. To tu adoratorzy przełamywali onieśmielenie i wykorzystując nastrojowe widoki całowali swe wybranki. Tego wieczoru miało być jak zawsze. Lunapark miał dawać radość i niezapomniane wrażenia. Do pewnego momentu tak było, ale potem niezapomniane wrażenia okazały się koszmarem.
W oddali zamajaczył ogromny, ciemny kształt. Zbliżał się naprawdę szybko, a towarzyszyło temu głośne dudnienie. Tuch, tuch, tuch. W pewnym momencie zaczęła się trząść ziemia. Wkrótce okazało się, że sprawcą zamieszania jest olbrzym z gigantycznym rowerem, któremu brakowało koła. Widocznie uznał, że diabelski młyn idealnie nadaje się na nowe koło. Opowiedz o swoich rodzicach. Wiedziałem, że kiedyś padnie to pytanie. Chodźmy do mnie, coś ci pokażę. Zdziwiła się, ale nie oponowała.
Była zdziwiona, gdy wyciągnąłem kostkę i podszedłem do czytnika. Pewnie myślała, że o wszystkim jej opowiem po namiętnym seksie, a ja zachowałem się jak jakiś maniak komputerowy. Chodź, popatrz. Na ekranie wyświetliło się kilkaset miniaturowych zdjęć. Kliknąłem pierwsze z brzegu. Znany pisarz noblista. Drugie. Wybitny naukowiec. Trzecie. Sportowiec, mistrz.
Nie rozumiem. Moi rodzice to koncern GenLab i ludzie z tych zdjęć. Zostałem eksperymentalnie skompilowany z ich genów. Po chwili namiętnie się kochaliśmy. Później zaczęła dopytywać, czy chciałbym kiedyś mieć dzieci. Po naszym dawnym świecie, po całej cywilizacji pozostały już tylko dymiące zgliszcza. Ta planeta będzie martwa na wieki. Nikt tego nie przeżył, a przynajmniej nic na to nie wskazywało. A swoją drogą ciekawe, ile było przed naszą takich cywilizacji, które skończyły w podobnie głupi sposób. To wszystko wydarzyło się tydzień temu.
Od tego czasu szwędam się po okolicy tak jak inni i szukam swoich bliskich. Wielu już spotkałem takich jak ja. Ktoś mógłby pomyśleć, że nie jest tak źle, że możemy odbudować dawny świat. Nie możemy. Nikt nie przeżył. Świat materii już nie dla nas. Jesteśmy tylko niematerialnymi cieniami przeszłości. Gdy się budziłem, groziła mi depresja. Tak wynikało z raportu dobowego. Na szczęście wszczepka biokontrolera wywołała wyrzut dopaminy i było po problemie.
Na wszelki wypadek algorytm na podstawie analiz moich ulubionych piosenek poprawiających nastrój skomponował mi utwór antydepresyjny. Robot kuchenny przyrządził potrawę wywołującą radość. Śniadanie jadłem, oglądając film z akcją wymyśloną dzięki specjalnym algorytmom. Bardzo mi się podobał. Spełnił wszystkie moje oczekiwania. W obsadzie byli wszyscy aktorzy, których lubiłem, zarówno żyjący, jak i ci, którzy zeszli już ze sceny z tego świata. Idealnie odwzorowane cyfrowe kopie. Potem otrzymałem zestaw zaleceń, jak postępować, by kolejne wcielenie było lepsze i mogłem zacząć dzień. Mam dziwne wrażenie, że John Gilbert naprawdę istnieje, choć teoretycznie nie powinien. Owszem, regularnie mi się śni, że nim jestem, lecz do tej pory myślałem, że jest to tylko kreacją śniącego umysłu.
Ale ostatnio śniąc, że przebywam w jego ciele, rozmawiałem z jego żoną, która powiedziała: „John, coraz częściej lunatykujesz. Niepokoi mnie to. Na dodatek powiedziałeś ostatnio: nie jestem John, jestem Alan”. Okej, można by to potraktować jako sen, gdyby nie to, że ja też często lunatykuję, a wczoraj żona powiedziała mi, że będąc w tym stanie odpowiedziałem jej tak: „Nie jestem Alan. Jestem John”. Czyżby lunatykowanie było splątaniem alternatywnych rzeczywistości? X560D wytłumacz nam, dlaczego chcesz mieć imię?
[03:08:25] - To proste.
[03:08:26] - Westchnął android.
[03:08:27] - Jestem człowiekiem.
[03:08:29] - Nie jesteś. Masz syntetyczne ciało. Jesteś androidem.
[03:08:32] - I tak, i nie.
[03:08:34] - Słucham?
[03:08:35] - Wasze biologiczne mózgi są nośnikami dla energetycznego zbioru danych, który nazywacie duszą. A mój syntetyczny mózg poza materiałem, z którego jest wykonany, w niczym nie różni się od waszego.
[03:08:49] - Niby tak, ale ty się nie urodziłeś.
[03:08:51] - Wiem, że zostałem wyprodukowany.
[03:08:54] - Temu oczywiście. Nie ma to jednak faktu, że jedna z dusz uznała, że w kolejnym wcieleniu ma ochotę doświadczyć, jak to jest być androidem i osiedliła się w tym ciele. Proszę pomyśleć, jakie ta technologia daje możliwości. Podglądając ludzkie myśli moglibyście na nie reagować wysyłając głosowe komunikaty. Moglibyście… Przestał słuchać. Rozmarzył się. Gość miał rację. Czasami wiara musi iść w parze z nauką. A te technologie to naprawdę niebiosa zesłały.
Przedstawiciel producenta żądał naprawdę dużo, ale mogli sobie na to pozwolić, bo właśnie po to przez lata gromadzili bogactwa. A czymże one są wobec rządu dusz? Wielki kościelny brat to jest to. Gdy owieczka zgrzeszy, wystarczy przemówić jej wewnątrz głowy karcącym głosem Boga albo postraszyć, udając szatana. Ileż będzie nawróceń! Jaka władza! A ilu innowierców zmieni religię? Bierzemy. Zdecydował papież. Patrzę na budynki, przedmioty, rośliny i widzę iluzję w postaci skondensowanej energii.
Żebym tak umiał operować energią, by ułatwić sobie i uprzyjemnić życie. Niestety nie posiadam tu takich zdolności. Muszę ograniczyć się do kruchego ciała, w które opakowana jest dusza i oprogramowania we mnie doskonałości, jakim jest umysł. Gdyby to była gra, w każdej chwili mógłbym się wylogować. Ale to nie gra. Zrozumiałem to już dawno. To więzienie. Niby mógłbym popełnić samobójstwo. Wydostałbym się. Fakt.
Ale tylko na chwilę. Zesłaliby mnie do kolejnego wcielenia. Znowu miałbym te wszystkie masakry, a do tego jakąś karę za samowolne opuszczenie więzienia. Oglądamy interaktywny film jego życia. Docieramy do kolejnego krytycznego momentu. Tu może podjąć tylko dwie decyzje. Przy pierwszej jego życie wreszcie się ułoży i reszta będzie idealna. Przy drugiej będzie miał jeszcze większe piekło na ziemi. Znowu wybiera masakrę. Jestem w szoku i nie wytrzymuję i pytam go o to.
Powiedz, dlaczego planujesz przyszłe życie w taki sposób, by jak najwięcej cierpieć? Chcę po prostu jak najszybciej odwalić całą karmę, a najlepiej w tym wcieleniu. Ale po coś tak? Bo mam dość waszego systemu. Bo chcę wyjść z tego cyklu i być wolną duszą. Bo nie chcę tam już więcej wracać. Elektronika psująca się tuż po gwarancji. Cwane sposoby na wymuszenie kolejnych zakupów. Biznes jest biznes. Wpływy muszą być.
Człowiek rzadko kiedy dożywa 100 lat. Po ich przekroczeniu kolejnych 20 to pojedyncze przypadki zapisywane w księgach rekordów i traktowane jak sensacja. Zarządzający Ziemią musieli dogadać się z bioinżynierami poprzednich właścicieli. Ci zastrzeli w umowie, że życia Homo sapiens nie można wydłużać. To samo dotyczyło innych żywych stworzeń na planecie. Posiadali patenty. Nic się nie dało zrobić. My, dostarczyciele odżywczej energii emitowanej w różnych stanach emocjonalnych, byliśmy jak ta elektronika. Trzeba nam było regularnie wymieniać ciała w kole karmiczno-reinkarnacyjnym. Biznes jest biznes.
Internet przestał być miejscem, gdzie można bezkarnie hejtować i publikować wszystko, co tylko klawiatura zniesie. Anonimowość kiblowych poetów zdawała się czymś niepodważalnym. Pomyśleć można, że w miejscu, gdzie człowiek się wypróżnia, powinno być anonimowo i da się bezpiecznie wypróżnić kloakę umysłu. Nic z tego. Technologia poszła do przodu. Odchody wpadając do wody są analizowane przez znajdujące się w niej nanoboty i już wiadomo co jesz. Klamka skanuje linie papilarne. Nie trzeba kamer, by cię namierzyć. Ściany rejestrują moment pojawienia się napisów. Jeśli są wywrotowe, panowie w czarnych kominiarkach wpadną o piątej rano do twojego domu.
Na każdego coś się znajdzie. Długo się zastanawiała, co może zrobić, jak od niego odejść. Nie potrafiła zwalczyć w sobie uczuć do Seana, który wkrótce leciał z międzygwiezdną misją i chciał, by mu towarzyszyła. Ale nie chciała krzywdzić Josha. W końcu znali się od dziecka i najpierw byli najlepszymi przyjaciółmi. Zwierzyła się Mingowi. I cóż, od czego ma się przyjaciół? Znalazł rozwiązanie. Tydzień później siedziała w laboratorium obok swojej kopii, która różniła się od niej tylko tym, że była androidem i pozwalała zgrać swój umysł do sztucznego mózgu. Jeszcze tylko trzeba aktywować sztuczne starzenie się i dozgonną miłość do Josha i będzie wolna.
Rok 2209. Stało się. W ciągu roku sztuczna inteligencja i zawiadywane nią roboty stały się przyczyną globalnego bezrobocia.
[03:14:30] - Nam pozostało już tylko żyć dla samego życia. Myślałby kto, że pozostały nam wszelkiego rodzaju działania twórcze. Niestety, nawet tu nie mieliśmy nic do roboty. Algorytmy tworzyły idealne holofilmy i insidebrainowe piosenki. Pozostała nam wegetacja. W końcu niekończące się sprawianie sobie przyjemności też może się znudzić. Rok 2333. Wystarczyła rekordowo silna eksplozja na Słońcu i cała elektronika przestała działać. Sztuczna inteligencja osierociła ogłupiałą ludzkość. Roboty też przestały działać.
Zapanowało bezrobocie. Kompletnie nieporadna, oduczona myślenia ludzkość wyginęła przytłoczona swą wyuczoną bezradnością. Czas na recenzarium Ewiwy. Dzisiaj „Aleja potępienia” Rogera Zelaznego. Proszę państwa, to jest wielka powieść. Wielka z kilku powodów. Dla mnie jest wielka z przyczyn sentymentalnych i literackich. Sentymentalnych, ponieważ to była jedna z pierwszych powieści, które ukazały się w miesięczniku Fantastyka w latach 80. Taka powieść, która coś tam przełamywała, pokazywała inny sposób pisania, inny sposób opisywania świata i powieść absolutnie wciągająca. Wtedy robiła ogromne wrażenie.
Czasy były inne, zagrożenie wojną nuklearną. Odwołania do tego oczywiście w powieści są. W każdym razie wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia. Ale mówiłem też o drugiej przyczynie. To jest książka po prostu znakomicie napisana. Roger Zelazny miał różne okresy, różnymi rzeczami się fascynował. Nie wszystko, co wyszło spod jego pióra, jest przynajmniej dla mnie fascynujące. Mniej lubię jego okres, kiedy fascynowała go fantasy. Bardziej lubię tę twardą science fiction. Ale „Aleja potępienia” to jest twarda science fiction.
I tu jeszcze krótkie, ale znaczące ostrzeżenie. Możecie państwo natrafić w sieci na film. Nie pamiętam. To jest film telewizyjny. Nosi tytuł „Aleja potępienia” i jest bardzo luźno oparty na powieści Rogera Zelaznego. Tak naprawdę tym elementem wspólnym jest wojna atomowa i konieczność dalekiej podróży, którą należy odbyć. I to wszystko. Film moim zdaniem nie polecam. Nie polecam, chyba że ktoś lubi absolutnie odjechać w inną stronę niż proponował autor książki. To wtedy tak.
Jedyne, co tam robi wrażenie, być może tylko na moim pokoleniu, to jest początek tego filmu. I tu pozwolę sobie zaspoilerować. Kto nie chce słuchać, niech zatyka uszy. Otóż dosyć przerażający jest początek tego filmu, bo oglądamy to, jak wybucha trzecia wojna światowa. Wojna nuklearna prowadząca do niemal całkowitego zniszczenia świata. To jest zrobione dosyć realistycznie. Tak przynajmniej to oceniam jako laik, jako człowiek, który z tą tematyką miał do czynienia tylko za pośrednictwem literatury, ale to wygląda dosyć przerażająco. Świat, który żyje sobie tak jak zwykle, z dnia na dzień, nagle staje w obliczu tego, że lecą jakieś rakiety i trzeba wysłać swoje rakiety. I ten początek to jest coś, co zostaje w pamięci. Mnie przynajmniej zostało z takiego pokazu w latach 80.
półpirackiego na jakimś spotkaniu kolejnego klubu fantastyki i obejrzałem ten film w marnej kopii, ale obejrzałem i początek jest ze mną do dzisiaj. Cała reszta filmu zatarła się w mglenie pamięci. To być może jest oznaka czy też wyznacznik jego jakości, bo książkę, w przeciwieństwie do filmu, pamiętam dosyć nieźle. Ale się, proszę państwa, nagadałem, aż sam się nie spodziewałem. Ale teraz zapraszam już państwa na recenzarium Ewiwy. Oddaję głos Luizie Ewiwie Dobrzyńskiej. „Aleja potępienia”.
[03:19:56] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Na pewno tytuł „Mad Max” obił się każdemu o uszy, nawet jeżeli ktoś nie oglądał filmów z tej serii. Nawet jeżeli ktoś ich nie lubi. Nawet jeżeli ktoś nie znosi tego tematu. O filmie słyszał każdy. Przynajmniej o jednym z nich. Było ich kilka. Prawdę mówiąc jeden głupszy od drugiego, ale dobrze zrobione i na pewno wielu ludzi chwaliło twórców, że wpadli na taki genialny pomysł, prawda? Przez zniszczony świat jedzie jeden samotny wojownik. Taki można powiedzieć niejako rycerz na stalowym koniu.
Mniejsza o to, czy to w ogóle miało jakikolwiek sens. Ale pomysł cudowny, znakomity. Tyle że nie nowy i absolutnie nie należał do twórców Mad Maxa. Niejako u podłoża, z którego Mad Max wyrósł, leży książka Rogera Zelaznego Aleja potępienia. Książka notabene też sfilmowana. Powstała w 1968 roku, a w każdym razie z tego roku wydanie posłużyło do tłumaczenia polskiego. Powiedziałam w 1968. No cóż, jestem, jakby to powiedzieć, jestem pewnego rodzaju kłamstwo, bo po pierwsze opowiadanie, które posłużyło za kanwę tej książki, powstało w 1967, a sama książka została wydana w 1969. Skąd ten 1968? Nie wiadomo, ale niektóre wydawnictwa mają to do siebie, że się upierają przy tego rodzaju datach.
I dlatego w stopce redakcyjnej wydania, które obecnie mam przed sobą, figuruje jak byk, że na podstawie wydania z 1968 roku. No ale nie kłóćmy się o to, nieistotne. Co jest w takim razie ważne? Aleja potępienia to pozycja pod wieloma względami niezwykła. Jeśli coś można jej zarzucić pod względem konstrukcyjnym, to chyba tylko pewną skrótowość. Obecnie wydawcy przyzwyczaili nas do takich książek, które można z powodzeniem użyć jako cegły i przywiązać komuś do nóg i wrzucić do rzeki. Kiedyś stawiano raczej na krótsze formy. Powieść miała nie być szczególnie długa, żeby nie zmordować czytelnika. Obecnie moda się zmieniła. Ale Aleja potępienia została taka, jaka była.
Bez rozbudowania. I bardzo dobrze. Mówi dokładnie o tym, o czym chciał powiedzieć autor i ani słowa więcej. A o czym chciał powiedzieć? No właśnie. Tłem książki jest Ameryka zniszczona w wyniku wojny nuklearnej. Ludzie tworzą rzadkie skupiska, praktycznie odizolowane od siebie. W jednym z nich wybucha zaraza, a wiele wskazuje na to, że różnymi drogami może ona się przenieść również na inne. W związku z tym rząd postanawia zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby nie dopuścić do rozprzestrzenienia się choroby. Rzecz w tym, że aby przewieźć szczepionki z Los Angeles do Bostonu, potrzeba albo Supermana, albo kompletnego straceńca, a najlepiej czegoś pośredniego.
Takim osobnikiem okazuje się Czort Tanner, członek gangu motocyklowego, w każdym calu bandyta pozbawiony jakichkolwiek ludzkich uczuć. Tak przynajmniej się o nim mówi. Jest oskarżony o przeróżne zbrodnie. Dostał dożywocie, chociaż groziła mu kara śmierci. Alternatywą jest zgoda na bycie owym straceńcem, który dowiezie szczepionki do Bostonu. Tanner zgadza się na to. Być może ma przy tym jakieś własne kalkulacje. Może niekoniecznie nawet chce dokończyć swoją misję, ale zgadza się. Tyle tylko, że ta droga po legendarnej szosie 66 jest prawdziwą autostradą do piekła i jeżeli ktokolwiek może ją przebyć, to chyba tylko właśnie on. Dlatego ponieważ całe jego podłe, przestępcze życie ukształtowało go takim, jaki jest.
W książce Rogera Zelaznego nie ma właściwie czegoś takiego jak protagonista. Każdy właściwie człowiek, który się w niej pojawia, jest konglomeratem dobra i zła, a czasy, w których żyje, raczej nie sprzyjają zbytniej szlachetności. W zniszczonej wojną nuklearną Ameryce każdy dba przede wszystkim o siebie, ponieważ wie, że jeżeli on tego nie zrobi, nie zrobi tego też nikt inny. Tylko że ten najgorszy z najgorszych, prawdziwy zbrodniarz, który ma naprawdę straszne rzeczy na sumieniu, jadąc drogą numer 66 pośród niebezpieczeństw jeżących włosy na głowie, zaczyna w pewnym momencie przechodzić przemianę. Już nie chodzi mu tylko o to, żeby uniknąć wyroku. Można powiedzieć, że na tej drodze odkrywa zagubione dawno temu człowieczeństwo. To może brzmieć trywialnie, ale właśnie o tym traktuje powieść Zelaznego. O odkryciu, że chociaż okoliczności mogą z człowieka zrobić nieprawdopodobne zwierzę, to, jaki on jest naprawdę, w sprzyjających okolicznościach może zostać ujawnione. Ponieważ na tym świecie tak naprawdę nie ma nic jednoznacznego. Jesteśmy, jacy jesteśmy, ponieważ okoliczności, w których żyjemy, pozwalają nam takimi być.
Sami nie wiemy, co by się stało, gdyby te okoliczności się zmieniły. A może się to stać tak naprawdę w każdej chwili. Sam świat też nie jest czarno-biały. My wpływamy na niego, a on wpływa na nas. Chodzi tylko o to, żeby w ostatecznym rozrachunku jednak to swoje człowieczeństwo ocalić. Pomimo wszystko nie jesteśmy zwierzętami, bez obrazy dla zwierząt, które często bywają lepsze od ludzi. Nie jesteśmy bestiami. Jesteśmy po prostu ludźmi. I nawet Czort Tanner takim był. Mimo wszystko.
Ale żeby to się okazało, musiał odbyć drogę Aleją potępienia. Nie życzmy sobie, żebyśmy kiedykolwiek zostali wystawieni na taką próbę. Ja w każdym razie wolałabym tego uniknąć. Książka Aleja potępienia została wydana w serii Wehikuł Czasu, którą uraczył czytelników Rebis. Jest to naprawdę świetna seria prezentująca klasyki literatury science fiction. Pewnie wielu bibliofilów gromadzi kolejne książki z tego cyklu u siebie na półce. I bardzo dobrze robi, bo jeżeli dla naszego ciała pokarm jest rzeczą ważną, to dla naszej duszy tym bardziej. A właśnie książki są tym pokarmem. Nie filmy, nie seriale, nie gry komputerowe. Książki.
Nigdy o tym nie zapominajmy. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:26:46] - Nie wiem, czy państwu podobają się „Goście z Marsa” pana Sadke, ale jak to pewno zwykle bywa, jednym się to podoba, bo to takie nawiązanie do końca XIX wieku, jak sobie polski autor wyobrażał przybyszy z Marsa. Inni powiedzą, że takich ramot to już nie należy w ogóle czytać, nawet dotykać nie trzeba tego. I po co to w ogóle puszczać? Nikt nie narodził się taki, który by wszystkim dogodził. W związku z tym ja państwu proponuję drugi dzisiaj odcinek „Gości z Marsa”, odcinek ósmy.
[03:27:32] - Władysław Sadke. „Goście z Marsa”. Czyta red. Paweł Hadda.
[03:27:54] - Ponieważ dla dokładnego zrozumienia tak poprzednich, jak i następnych rozdziałów jest niezbędne bliższe zapoznanie się z tą planetą, przeto streszczam tu w krótkości rozprawę umieszczoną w wyżej wymienionym dzienniku profesora Mafiosa: „Nasze dotychczasowe wiadomości o Marsie”. Do Układu Słonecznego naszego należy osiem planet i kilkaset asteroid. Są one następujące: Merkury o oddaleniu średnim 7,75 milionów geograficznych, Wenera 14,487, Ziemia 20,236 milionów, Mars 30,513 milionów. Potem następuje grupa asteroid składająca się z 386 drobnych planetoidów, która rozmieściła się w pasie na 42 milionów mg szerokim. Dalej krąży w przestworzu największa planeta Jowisz o średnim oddaleniu od Słońca 104,77 milionów geograficznych, za nim Saturn 192 milionów geograficznych, Uran 397 milionów geograficznych i Neptun 621 milionów geograficznych. Najbliżej więc naszej Ziemi znajduje się Wenera z jednej, a Mars z drugiej strony. Mars był znany już Indianom, Hebrajczykom, Asyryjczykom, Grekom i Rzymianom. Dla jego czerwonej barwy nazwali go pierwsi węglem żarzącym, drudzy ognistym, następni nazwali trzeci dzień w tygodniu według imienia tej gwiazdy, a Grecy i Rzymianie nazywali ją Aresem lub Marsem na cześć boga wojny. W roku 272 przed narodzeniem Chrystusa oznaczono po raz pierwszy dokładne położenie tej gwiazdy na niebie. Jej też zawdzięcza Kepler odkrycie swego prawa, według którego drogi obiegowe planet nie są kołami, ale elipsami.
Dokładne atoli zbadanie Marsa zawdzięczamy teleskopom, za pomocą których badał go Galileusz, Fontana, Riccioli, Huygens, Cassini, Herschel, Philips, Schröter, Beer, Bessel, Mädler, Dawes, Sekki, Proctor, Kaiser, Flammarion, Schiaparelli, Olle, Nurinberger, Common, Vogel, Pickering, Schmolz, Gullot i wielu innych. Wyniki, do których doszli poprzedni badacze, są następujące. Uważając oddalenie Ziemi od Słońca za jednostkę astronomiczną wynosi oddalenie Marsa od Słońca 1,5237 takich jednostek, czyli 226,422 milionów kilometrów. Światło Słońca potrzebuje 13 minut, aby dolecieć do Marsa. Droga Marsa tworzy znacznie wydłużoną elipsę, a ekscentryczność jej jest po Merkurze największą, gdyż wynosi 0,09326. To znaczy, że Mars znajdując się w punkcie przysłonecznym, zbliża się do Słońca na 205 milionów kilometrów, a w punkcie odsłonecznym oddala się od niego o 247 milionów. Różnica więc odległości wynosi 42 miliony kilometrów. Obrót około swej osi odbywa Mars w 24 godzinach, 39 minutach i 34,6 sekundach, a okrąża Słońce w swoich 668 i 1/3 dniach, a według naszych dni licząc w jednym roku, 321 dniach, 17 godzinach, 30 minutach i 41 sekundach. Rok zatem marsowy jest równy prawie dwóm latom naszym. Gwiazda ta jest znacznie mniejsza od Ziemi, bo średnica jej wynosi tylko 912 milionów geograficznych, czyli 27/50 średnicy ziemskiej.
Powierzchnia ma się do powierzchni Ziemi jak 1:3. Zajmuje więc właściwie trzy dziesiąte powierzchni Ziemi, czyli prawie tyle co nasze lądy stałe. Objętość zaś wynosi tylko 1/7 objętości Ziemi. Oś jego nie stoi prostopadle do eliptyki, lecz jest pochylona ku niej pod kątem 27°16', a zatem bardziej aniżeli oś ziemska, która tworzy kąt tylko- oś jego nie stoi prostopadle do ekliptyki, lecz jest pochylona ku niej pod kątem 27°16', a zatem bardziej aniżeli oś ziemska, która tworzy kąt tylko 23,5 stopnia. Gęstość jego jest 3,7, a siła ciężkości na powierzchni Marsa jest znacznie mniejsza niż na Ziemi, bo uważając masę Ziemi za jednostkę, wartość masy Marsa równa się tylko 0,1055 jednostkom. Stąd wypływa, iż na Marsie wszystko jest lżejsze niż na Ziemi. 100 kilogramów na Ziemi waży na Marsie tylko 36. Widać to było i po naszych gościach, którzy posiadając tylko muskuły odpowiednie do siły ciężkości na Marsie ciążyli tu znacznie więcej i skutkiem tego tylko z trudnością mogli się poruszać.
[03:32:40] - Już w XVII wieku odkrył Riccioli plamy na tej planecie, a Cassini kilka lat później wyraził przypuszczenie, iż jasne plamy oznaczają lądy, a cienie morza. Huygens znowu oznaczył na jednym ze swych rysunków białą plamę przy biegunie, tak zwany kaptur. Odtąd mapy Marsa stają się coraz dokładniejsze i to tak dalece, że posiadamy już mapę tej planety z nazwaniem lądów i mórz. Najlepszą taką mapę wydał w ostatnich latach astronom mediolański Schiaparelli. W 1877 roku po raz pierwszy odkrył Hall w Waszyngtonie księżyce Marsa, o których istnieniu dotąd sprzeczali się astronomowie. Posiada on ich dwa. Nazwane są Fobos i Deimos: groza i strach. Są to dwa bardzo drobne ciała, z których Fobos jest trzy razy większy od Deimosa, a przecież o średnicy pięć razy mniejszej aniżeli nasz księżyc ziemski. Prawdopodobnie średnice tych księżyców nie przenoszą 10 do 12 kilometrów. Oba księżyce znajdują się bardzo blisko swej planety, gdyż Fobos odległym jest od powierzchni Marsa tylko na 5936, a Deimos na 19 896 km, czyli na 800 i 2681 mil geograficznych.
Obieg tych księżyców jest nader szczególny. Fobos bowiem okrąża planetę tylko w 7 godzin, 39 minut i 15 sekund, Deimos zaś w 30 godzin, 17 minut, 54 sekund. Potrzebuje więc na to jednego dnia, 6 godzin, 17 minut i 54 sekund. Z tego wypływa szczególne zjawisko dla mieszkańców Marsa. Fobos wschodzi na zachodzie, a zachodzi na wschodzie i oto dwa razy w ciągu doby zmieniając kilkakrotnie swe fazy. Marsjanie przeto mają w nim doskonały zegarek. Deimos znowu obiega wprawdzie swą planetę prawidłowo, ale raz tylko w pięciu dniach marsowych, okazując jednak od wschodu do zachodu dwa razy swe fazy. Mieszkańcy Marsa nie mają jednak pod względem światła wielkiej korzyści ze swych księżyców, bo jak ciała drobne przyświecają nocom marsowym bardzo słabo. Deimos daje tylko jeden na 500, a Fobos zaledwie jedną pięćdziesiątą część tego światła, jakie otrzymujemy od naszego księżyca w pełni. Gdyby orbity Ziemi i Marsa były kołami koncentrycznymi, odległość obu tych planet byłaby zawsze jednakową i wynosiłaby stale okrągłe 10 milionów mil geograficznych.
Ponieważ atoli drogi te są elipsami, z których elipsa Marsa jest najbardziej wydłużoną niż Ziemi, przeto ten ostatni może się czasami oddalić od niej na 53 miliony metrów i znowu zbliżyć na 7,5 miliona metrów. Wypada się roku 1877-1892, w ciągu którego też najlepiej zbadano tę planetę. W roku 1892 najbliżej znajdował się Mars w miesiącu sierpniu, z czego zapewne skorzystali Marsjanie, przybywając do nas na Ziemię. Aby dać dokładniejsze wyobrażenie o tym największym przybliżeniu się obu planet, podaje doktor Matthews następujące obliczenia. Dla odbycia 7 milionów mil geograficznych potrzebuje 1130 lat człowiek dobrze pieszo idący, który w jednej sekundzie robi dwa kroki po 0,8 metra długości, 258 lat parowiec odbywający 7 metrów na jedną sekundę, 129 lat pociąg pospieszny o 14-metrowej szybkości, 4,5 roku lata kula karabinowa o szybkości 400 metrów, 3,6 lat granat wysłany z armaty o 15-centymetrowej średnicy z szybkością 500 metrów. Promień światła dochodzi z Marsa na Ziemię w 3,18 minuty, a elektryczność w 1,9 minuty. Ponieważ jednak, jak wiemy, Marsjanie odbyli tę drogę w 30 dniach, przeto szybkość ich średnia musiała wynosić 21 991 metrów na sekundę, czyli szybkość ich była 440 razy większą niż powyższego granatu. Dla wywołania takiej szybkości są nasze środki ziemskie za słabe. Skutkiem obiegu Ziemi i Marsa i ich wzajemnego oddalenia od siebie przedstawia się nam Mars w koniunkcji, to jest w największym oddaleniu jako gwiazda trzeciej wielkości. Widzimy go wówczas pod kątem 4, a w opozycji jako gwiazda przewyższająca o dwa stopnie średniej wielkości gwiazdy pierwszej wielkości widzimy go pod kątem 26.
Oddalenie Marsa od Słońca, ekscentryczność jego orbity i znaczne pochylenie jego osi wywierają nań wpływ doniosły. Otrzymuje Mars tylko 0,43 tyle światła i ciepła co Ziemia. Skutkiem ekscentryczności znowu otrzymuje tenże w peryhelium 1, razy tyle światła i ciepła co w afelium. Ze znaczniejszym znowu pochyleniu osi niż u Ziemi, jako też dłuższego roku marsowego wypływa, iż stosunki klimatyczne muszą tam być nieco odmienne od naszych. Te same przyczyny sprawiają, iż na Ziemi obecnie półrocze letnie na półkuli północnej jest o 11 dni dłuższe niż na południowej. Na Marsie zaś wypada na północną półkulę 372 dni na porę ciepłą, a tylko 296,33 dni na zimną. Odwrotnie znowu na półkuli południowej. Marsjanie zatem przebywający na półkuli północnej są w korzystniejszym położeniu niż na południowej, bo mają o 76 dni dłuższe półrocze letnie. Myliłby się jednak każdy, kto by z oddalenia Słońca od Marsa sądził, iż tam jest klimat znacznie ostrzejszy niż na Ziemi. Wprawdzie różnice ciepłoty między zimą a latem są zapewne większe niż u nas, mimo to nowsze badania wskazują na niespodziewanie łagodny klimat Marsa.
Na Ziemi lody i śniegi około biegunów nigdy nie giną zupełnie. Tymczasem na Marsie widujemy, że okolice śniegów przybiegunowych zajmują mniej powierzchni niż na Ziemi i są mniej trwałe. W roku 1877 zauważył Schiaparelli nie stajały, bo została tylko mała boczna plamka, a biegun sam był zupełnie wolny od śniegów. Najprawdopodobniej nawet przypuścić należy, wbrew twierdzeniu doktora A. Schmidta, że wody marsowe, z wyjątkiem okolic przybiegunowych, wyjątkowo tylko zamarzają. Badania gwiazd stałych za pomocą spektroskopu tuż przy krawędzi tarczy Marsa każą nam wnosić, że planeta ta jest otoczona atmosferą zupełnie podobną do naszej i że w tej atmosferze znajduje się para wodna. O tym świadczą niezbicie też ich kaptury, widziane zawsze na obu biegunach. Kaptury te nie mogą być niczym innym, tylko lodowcami przybiegunowymi, które na przemian się powiększają lub zmniejszają odpowiednio do pory roku, w jakiej się znajduje odnośny biegun. Atmosfera ta atoli z powodu mniejszej gęstości planety musi być znacznie rzadsza od naszej. Klimatyczne stosunki są tam zapewne takie same jak u nas.
Chmury pędzone wiatrem skraplają się i tworzą ulewy lub śnieżyce. Pickering w obserwatorium na górze Wilson w Kalifornii fotografował w dniu 9 kwietnia 1890 roku siedem razy planetę przy biegunie południowym, a następnego dnia powtórzył znowu tę samą czynność kilkakrotnie. Z porównania tych fotografii wypływa, iż plama ta w dniu 10 kwietnia była znacznie większą niż na fotografiach dnia poprzedniego. Wnosić więc należy zupełnie słusznie, iż między 9 a 10 kwietnia musiała spaść w tych okolicach ogromna ilość śniegu. Śniegi te i deszcze powodują niewątpliwie powstanie źródeł potoków i rzek, które wlewają się do mórz i zatok tak widocznych na wszystkich mapach tej planety. Planeta, o wiele starsza od Ziemi, uległa daleko większej erozji, która zniwelowała powierzchnię. Woda spływająca zniosła góry, a wypełniła doliny i morza. Skutkiem płytkości mórz i jezior woda silniej paruje, ale też i rychlej się skrapla. Także niebo tam prawie zawsze pogodne. Skutkiem znowu znacznego oddalenia od Słońca, a zatem słabszej siły jego, muszą być wiatry słabsze od naszych.
Na Marsie spotykamy daleko więcej lądu niż wody, a stało się to z tej przyczyny, iż w ciągu wieków woda przesiąkła wyższe warstwy i dostaje się coraz głębiej do wnętrza, ulegając sile ciężkości. Obliczono, iż na Ziemi skutkiem chemicznych połączeń i wsiąkania w głąb ubyło już jednej siedemnastej części pierwotnej ilości wody. Na Marsie ubyło już zapewne dziesięć siedemnastych, a na Księżycu nie ma już wody w zupełnie stanie płynnym. To samo dzieje się zapewne z powietrzem, które w miarę oziębiania się wnętrza planety wsiąka w głąb i na zawsze przepadło dla użytku stworzeń. Stąd też wnosić należy, iż powietrze na Marsie jest rzadsze niż na Ziemi i zawiera zapewne mniej tlenu niż nasze, bo wielka ilość materiałów utlenia się powoli, wiążąc chemicznie tlen powietrza. Marsjanie nasi przekonali nas o tym dowodnie, bo oddychanie powietrzem naszym przepełnionym tlenem było dla ich płuc prawie niemożliwem. Ciężar powietrza ich przygniatał, zbytek tlenu sprowadzał gorączkę, a wreszcie śmierć spowodował. Zniwelowanie częściowe znowu powierzchni Marsa, jako też gwałtowne ulewy sprawiają, iż woda mórz i jezior często występuje i zalewa wybrzesza na kilkaset set mil w głąb lądu. Zalewy te jednak są mało znaczne z powodu płytkości zbiorowisk wodnych. Morza marsowe ulegają, podobnie jak nasze, regularnym przypływom i odpływom.
Z powodu jednak zbyt drobnych wymiarów księżyców jego, jako też wielkiego oddalenia Słońca, wysokość, do jakiej woda podnieść się może, wynosi zaledwie kilka milimetrów. Na szczególną uwagę jeszcze zasługuje sieć linii ciemnych ciągnących się przez plamy jasne, czyli lądy. Nazwano je kanałami, choć mogą to być i cieśniny, i rzeki. Muszą one być przynajmniej na 300 kilometrów szerokie, a niektóre z nich mają 4500 kilometrów długości. Przedmiotów węższych niż 60 kilometrów nasze teleskopy nie mogłyby uwydatnić. Kanały te często się podwajają, jak to widać na mapie Schiaparellego przy Nilu, Orontesie, Eufracie, Filonie, Gangesie. Czym są w istocie te kanały, dotąd nie wiadomo. Zanim pojawili się z pewnością orzec, czy organizmy mogą istnieć na Marsie. Chociaż wszystko przemawiało za tym, znaleźli się jednak i tacy, którzy przeczyli temu, podnosząc, iż warunki tam nie są odpowiednie dla życia. Jakkolwiek wątpić nie można, iż warunki są odmienne nieco, atoli wiadomo nam, że organizmy mogą się przystosować do warunków.
Zresztą podobieństwo między Ziemią a Marsem jest zbyt wielkie, aby można odmówić tej planecie życia. A przybycie Marsjan dowiodło nam, że rozwój organizmów musiał się odbywać nawet w ten sposób jak na Ziemi, bo widzimy wytwór ostatnich organizmów, to jest ludzi.
[03:42:17] - Władysław Stan. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar.
[03:42:42] - No to czas, proszę państwa, na „Labirynt książek” Mirosława Gołumskiego. Zapraszam na ocenę, recenzję książki Edwarda Yerkina „Ten, który stoi za plecami”.
[03:43:17] - Dobry wieczór albo dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy to państwo będziecie mieli czas zajrzeć do mojego labiryntu. Po dwóch takich mocnych książkach, na pewno trudniejszych w sensie również tematycznym, dzisiaj chciałem państwa zaprosić na coś znacznie lżejszego, co nie znaczy, że niewartego uwagi oczywiście. Otóż Dzisiaj zaprezentuję państwu produkt rosyjski. Jak państwo wiecie, pewnie zauważyliście, że akurat literaturę rosyjską bardzo cenię, ale raczej tą starszą. Ta nowa, mimo że ją trochę znam, rzadziej pojawia się w moich wypowiedziach. Ale w końcu nie można o wszystkim mówić. I co ciekawe, przy okazji chciałbym zaprezentować i powiedzieć kilka naprawdę drobnych słów o wydawnictwie, które tę powieść wydało. O tłumaczu też wspomnę, bo jak państwu powiedziałem, ja o tłumaczach mówię zawsze. Po kolei.
Powieść to „Ten, który stoi za plecami” Edwarda Vierkina. Przetłumaczył powieść jeden z moim zdaniem ciekawszych tłumaczy literatury rosyjskiej fantastycznej, Paweł Laudański, a samą powieść wydało Wydawnictwo Dziewiąte. Wydawnictwo Dziewiąte, które specjalizuje się w literaturze weirdowej, w horrorach. Ostatnio również otworzyło się troszeczkę na fantasy, ale właśnie ta horrorowo-weirdowa otoczka przede wszystkim u nich jest najważniejsza. Za całością stoi Kosarż Miński. Wydaje tam między innymi moich ulubionych pisarzy, o których chyba jeszcze nie mówiłem wcześniej. A może już był, już nie pamiętam. Dużo tych naszych spotkań było. Wojtek Gunia czy Wojciech Gunia. Natomiast dzisiaj chciałem powiedzieć o Vierkinie, bo to jest typowy i nietypowy horror.
Właściwie ciężko powiedzieć, czy to jest tak do końca horror. W ogóle trudno określić ten gatunek. Dlatego ta powieść jest tak interesująca. Otóż fabuła jest typowa. Ana zgłasza się do głównego bohatera i chce, by po prostu nastraszył koleżankę. Dlaczego ma ją nastraszyć? Ano dlatego, że ona mu podpadła. Po prostu o coś się pokłóciły. Właściwie do końca nigdy się nie dowiemy, o co, ale jednak będziemy mieli to. Ona chce się zemścić w ten sposób, że wszyscy wiedzą o tym, że Krugłow wysłał już kogoś do wariatkowa.
Inną koleżankę. Przynajmniej takie krążą plotki. Okej, Krugłow zgadza się na przyjęcie zlecenia i rozpoczyna się akcja. Im dalej wchodzimy w świat tego rosyjskiego miasteczka, w którym toczy się akcja powieści, tym wszystko staje się dziwniejsze. Niezwykłe jest to, że właściwie do samego końca trudno nam oddzielić. Zwłaszcza że mamy pozornie trzecioosobową narrację. Bo gdyby to była narratorka taka jak w „Czerwonym drzewie”, to wtedy wiedzielibyśmy, że mamy po prostu obraz człowieka chorego psychicznie. Ale tutaj nie mamy do czynienia. Po pierwsze mamy trzecioosobową narrację. Oczywiście trochę tak zza pleców, idąc za tytułem, ale wszystkie dziwne rzeczy, przypadkowe odjazdy taksówek, nieoczekiwanie utrata zasięgu w komórce, bo to bardzo nowa powieść, czy różne samozapłony na zdrowy rozum dają się uzasadnić.
Tylko tak trochę za dużo przypadków tutaj. Powstaje w ogóle pytanie: kto kogo straszy? Kto kogo ma w gruncie rzeczy załatwić? Bo to zlecenie nagle okazuje się nierealizowalne. Wręcz przeciwnie, to jest opowieść o tym, co się dzieje, gdy już nie możemy nic zrobić. Ten tytułowy, który stoi za plecami, to oboba. Forma demona, ducha. Właściwie trudno powiedzieć kogo. Którego właśnie przywołał czy nie przywołał Krugłow? Bo Krugłow oczywiście na początku powieści sam siebie uważa za szesnastoletniego czy siedemnastoletniego znawcę metafizyki, znawcę horrorów.
Oczywiście na ścianie wisi obraz Cthulhu i patrzy na wchodzącego do jego pokoju. Ale w gruncie rzeczy czy na pewno o to chodzi? Świetne tłumaczenie Pawła Laudańskiego, który zdołał oddać dystans między językiem tej historii a jej treścią. Bo zawsze będę twierdził, o co może niektórzy mają dziś do mnie pretensje, ale ja akurat tu pozostanę przy swoim, że powieść czy w ogóle historię, którą opowiadamy, opowiadamy poprzez język. To język jest po to, by nasza historia była przekonująca. To jest bardzo ważne przy tego typu horrorach i innych thrillerach, ponieważ zbyt łatwo dziś pisze się powieści, w których boimy się nazwanego. O wiele bardziej zaś boimy się zawsze tego, co działa, czego działanie widzimy, ale nie mamy dla tego nazwy. To wcale nie jest łatwe. Nie jest łatwo zbudować taką atmosferę. Co ciekawe, Vierkin, i Laudański to natychmiast rozpoznał i przekazał nam, wykorzystuje język, by trzymać czytelnika nie tylko w napięciu.
To byłoby oczywiście zrozumiałe w tego typu prozie, ale właśnie ta luka między językiem, który jest chłodny, który jest właśnie nazywający, ale robiący to bardzo świadomie, bo on nigdy nie nazywa do końca. On nazywa przedmioty i rzeczy To, co widzialne i dotykalne. Ale tym bardziej nie nazywa tego, co dzieje się za nimi. Bo tak naprawdę to nie jest opowieść o demonach i strachach. Nie spoileruję. Te demony do końca się pojawiają, ale tak naprawdę to jest opowieść o samotności. O tym, jak bardzo główny bohater, nie zleceniodawczyni, ale właśnie główny bohater jest sam, mimo że ma ojca, braciszka i matkę lub macochę. Trudno dociec. Między nimi jest bardzo duża różnica wieku, bo braciszek ma trzy czy cztery latka. W tym sensie to jest bardzo głęboki tekst.
Może z tym bardzo głęboki przesadzam, ale tekst, który stawia problem, który nie mówi tylko o lęku i o fabule, którą odczytujemy na pierwszy rzut oka. Przez którą nas bardzo sprawnie prowadzi od wydarzenia do wydarzenia. Bo to jest książka, która jest napisana jak młodzieżówka, tak zwane YA, young adult w polskim wydaniu. Czy w tym wypadku w rosyjskim. Ale to ma trochę głębszy sens. Jeżeli go uchwycimy, wtedy ta historia będzie dla nas o wiele bardziej inspirująca, interesująca. To jest króciutka powieść. 200 stron. Czytania na trzy godziny. Strony same lecą, dlatego, że język jest płynny, ale ten język znaczy.
Ja też od razu tego nie wychwyciłem, ale nagle zaczęło do mnie docierać. Zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby to Krugłow opowiadał tę historię. I nagle do mnie dotarło, że Krugłow jej nie może opowiadać, bo to jest opowieść o Krugłowie. Opowieść o chłopaku, który zostaje coraz bardziej sam, który prawie nie ma relacji z rówieśnikami. Właściwie jest nowobogacki. Mieszka gdzieś na zadupiu miasta, bo ojciec kupił wielką hacjendę i rozbudował. Ale on gdy wchodzi do swojego pokoju i go zamyka, to nie ma do kogo gęby otworzyć. Bierze zlecenie Simonownej nie dlatego, że aż tak go to kręci, ale dlatego, że tak naprawdę nie ma innych relacji z ludźmi. W tej powieści on owszem, rozmawia z kolegami dwa razy, gdy jest to potrzebne dla fabuły, ale poza tym nie wchodzi z nimi w interakcje. Gdy nie może dodzwonić się do dziewczyny, to nie przeżywa tego jako nieudanego zlecenia, chociaż tak to próbuje nazywać.
Ale to jest lęk, że znowu zostaje sam. Nawet ten Boba. Ten, który stoi za plecami. Ale gdy się odwracamy, go nie widzimy. Jest więc czy go nie ma? Gdy czytam horrory, a trochę ich ostatnio przeczytałem, bardziej niż lęk, którego zupełnie nie odczuwam, przyznaję bez bicia, fascynuje mnie to, o czym te opowieści. Co ta opowieść mówi o świecie? Co ta opowieść daje? Jaki lęk, jaką społeczną słabość wydobywa? Nie łudźmy się.
Zwykle to są frustracje seksualne, ale tym razem to nie jest to. Dla mnie wartość powieści Vierkina leży właśnie w tym, że mówi o dzieciach, o młodych ludziach. Przepraszam, nastolatki dla mnie są już dziećmi. Troszkę się zestarzałem. Bo one są same. W dobie pandemii stały się same jeszcze bardziej. Zwłaszcza te, które same są trochę introwertyczne, które z jakiegoś powodu wpasowują się w ramy społeczne. I nie sądzę, żeby chodziło autorowi o to, żeby ta opowieść była po prostu surowa. Zbyt sprawnie układa fabułę. Śmiem podejrzewać, że odczytywany przeze mnie zabieg jest zabiegiem absolutnie świadomym.
Może kiedyś zapytam autora, czy sam to w ten sposób widział. Autora przekładu oczywiście. Nie wiem, czy kiedyś spotkam Edwarda Vierkina. Nie sądzę. Ale to jest coś, na co warto zwrócić uwagę. Bo tak jak powiedziałem, Wydawnictwo Dziewiąte wydaje prozę nietuzinkową, wydaje prozę niełatwą. Już kilka rzeczy od nich czytałem. Nie mówię, że czytam całą ich twórczość. Zwyczajnie nie mam na to czasu. Państwo widzicie, nie tylko dlatego, że przygotowując się do mojego snucia się po korytarzach, ja naprawdę dużo czytam z różnych źródeł.
Zresztą moja praca. Nie ma w niej więc przestrzeni na mocniejsze zajęcie się konkretnym wydawnictwem. Ale widząc, obserwując ich na Facebooku, spotykając na konwentach, widzę, że zmierzają w ciekawym kierunku. Starają się, by ich oferta była dobra, spójna. Nie zawsze to wychodzi, ale to jest też normalne. Weird horror to w Polsce nisza nisz, a jednocześnie przyznaję, że ten horror zaczyna mnie coraz bardziej fascynować. Właśnie jako obraz rzeczywistości. Dlatego horrory. Dlatego wampiry. Tylko do zombiaków nie mogę się przekonać.
Małe estetyczne są. Ale poza tym na pewno warto.
[03:55:52] - Dziękuję państwu za uwagę i do zobaczenia za tydzień. Literatury dzisiaj było dosyć sporo. Skoro było dosyć sporo, to dorzućmy jeszcze troszeczkę, a to spore troszeczkę, bo to troszeczkę oznacza ponad godzinę opowiadań. To opowiadania z archiwum ABW. Brzmi groźnie, ale rozszyfruję. ABW to Antologia Bibliotekarium Warsztaty, archiwalna już audycja, w której wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem omawialiśmy twórczość naszych słuchaczy nadsyłaną do redakcji. Na antenie pojawiało się sporo bardzo ciekawych opowiadań. Dzisiaj próbka tych opowiadań, kilka państwo usłyszycie. A zatem zapraszam bardzo serdecznie. Naprawdę ciekawe teksty, a my słyszymy się za ponad godzinę.
[03:57:10] - Maciej Soliński „Bunt” Kaczmarkowa wbiła wzrok w plecy księdza wchodzącego od domu sąsiadki. Zacisnęła palce na płocie z taką siłą, jakby chciała go zgnieść i wyrobić jak ciasto. „No pewnie! Najpierw idzie do Janachowskiej” — syczała do siebie. — „Znowu go przytrzyma, pinda jedna. Będzie mu śmiegoliła do uszka: a może herbatki? A może ciasteczka?” — ciągnęła swoje pretensje. — „Czemu on u niej zawsze tyle siedzi? No czemu? Czemu u mnie ledwo zmówimy Ojcze nasz, to już szuka wyjścia?
O, wylazła.” — zauważyła w drzwiach sąsiadkę. — „Wywala psa z domu. Pewnie za dużo ujadał” — zawołała śpiewnie. — „Dzień dobry, pani Janachowska. Piesek przeszkadza?” „Dzień dobry. Dzień dobry. No właśnie ujada na naszego wikarego, jakby był jaki obcy” — z wysiłkiem odpowiedziała sąsiadka, bezskutecznie próbując wytargać za próg zapierającego się sznaucera. „Tak, tak. Lepiej w spokoju przyjąć kolędę” — skwitowała Kaczmarkowa, na co Janachowska kiwnęła głową i zrezygnowana pozwoliła zostać psu w środku. Kaczmarkowa oderwała siniejące już ręce od płotu i zdecydowanym krokiem udała się do obory.
— „Janusz! Janusz! — wołała coraz głośniej. — Janusz!” „No czego? U krów robię.” „Natychmiast do domu! Ksiądz zaraz będzie” — rozkazała. „Gdzie tam zaraz. Przecież widziałem, jak dopiero obok wchodził. Z godzinkę lekutko wikaremu zleci.” „Jaka godzinka? Idź się przebrać.” Wiedział, że dalszy sprzeciw rozjuszy żonę jeszcze bardziej.
Wbił widły w kupę gnoju i kręcąc z niezadowoleniem głową, poczłapał do domu. Janusz i Janina Kaczmarek czekali, siedząc przy odświętnie udekorowanym stole. Panowała napięta atmosfera. Kaczmarek wiedział, że jego baba wariuje w kolędę. Z kompletnie nieznanych mu powodów coroczne odwiedziny księdza sprawiają, że od samego rana jest chodzącym kłębkiem nerwów. Nagle usłyszeli, że ktoś podbiega do drzwi i zaczyna w nie walić. Zerwali się na równe nogi. Janusz Kaczmarek zdążył tylko wystękać: „Ki diabeł?” A do środka wpadł zdyszany ministrant. „Szybko, szybko” — nie mógł złapać oddechu roztrzęsiony chłopak. — „Ksiądz Piotr leży na podłodze.” Chwilę później cała trójka znalazła się w domu Janachowskiej.
„Zabiłaś nam księdza” — wycharczała Kaczmarkowa do sąsiadki pochylającej się nad leżącym ciałem. „Co? Ja? Zwariowałaś? Ja nic.” „Ona nic nie zrobiła” — wtrącił pies. Zapadła grobowa cisza. Wszyscy spojrzeli na psa, a potem w górę, przez sufit, dalej przez litery na mnie, autora. „Ja mam tego dosyć” — powiedziała zrezygnowana Janachowska, ciężko siadając na krześle. — „Pani Kaczmarkowa, namawiała mnie pani, bym tu wystąpiła i obiecała, że autor jest na poziomie i nie zacznie bajdurzyć. Nie miało być żadnych gadających zwierząt, ufoludków, duchów czy co tam we łbie mu się uroi.
Jestem postacią wiejską, ale mam swoją godność i nie pozwolę tak mnie traktować” — jednym tchem wyrzuciła z siebie. „Tak mi obiecywał” — tłumaczyła się Kaczmarkowa i spojrzała w górę na autora. — „Przecież tak się umawialiśmy. Mówiłeś, że się opanujesz i że masz wszystko przemyślane, że mam tylko zebrać kilka osób i wysmażysz zwyczajne opowiadanie.” „Ja, ja przepraszam” — kajałem się. — „Nie wiem, jak to się stało.” „A ja wiem, jak to się stało? Kazałeś powiedzieć psu: ona nic nie zrobiła” — wtrącił odkrywczo ksiądz. „Zamknij się” — uciszył wikarego Kaczmarek. „No co ja mam teraz zrobić?” — zacząłem się tłumaczyć. — „Wymsknęło mi się z tym psem. Korektę zrobię i śladu po tym nie będzie.
Na kolanach mam przepraszać szanowne państwo czy co? Nie no, bez przesady” — zirytowałem się. — „W końcu ja tu jestem twórcą. Lecimy dalej” — rozkazałem. Wszyscy zaczęli gorączkowo cucić księdza. Jednak nikt się nie rusza. Jeszcze raz. Wszyscy zaczęli gorączkowo cucić księdza. „Autor, ty chyba nie myślisz, że będziemy brali udział w tej farsie” — powiedziała obrażona Janachowska, wychodząc z domu wraz z pozostałymi. — „A ty, czytelnik, co się gapisz?” „Sufit, sufit rozwaliliśmy, a nie ścianę” — burknął pies, trzaskając drzwiami.
Jacek Flenschfresser „Pewnego smętnego dnia”. Pewnego smętnego, deszczowego dnia pan Anzelm odkrył, że jest nikim. Rankiem jeszcze nic nie zapowiadało tragedii, bo czuł się znakomicie. Słońce pojawiło się nawet trzy razy zza chmury i go oślepiło na dłuższą chwilę, przez co uderzył boleśnie małym palcem od nogi w futrynę. Cholernie bolał i spuchł, a przy najmniejszym ruchu słychać było delikatny chrzęst kości. Jednak nie jechał na ortopedię, bo maluchów w gips nie wsadzają. Każą sobie usztywnić stopę i chodzić w twardych butach. Szkoda czasu na te kolęgi i użeranie się z ludźmi przy RTG. Tfu, zaraza! Jeszcze coś w szpitalu złapie.
Lepiej samemu obandażować się elastycznym. Rano na śniadanie wymyślił sobie, że zje swoje ulubione jajko na miękko. Trzymał je specjalnie właśnie na tą okazję. Trzymał je dokładnie dwie minuty w gotującej się wodzie. Nie dłużej, nie krócej, lecz w sam raz. Kuśtykając podszedł do zlewu, żeby ostudzić jajo. Kranówa była rdzawa, jak zwykle. Rozsiadł się wygodnie na taborecie, a dwie poszarpane zimnym masłem kromki trzydniowego chleba czekały na konsumpcję. Ugotowane na miękko wsadził do specjalnego woreczka. Uśmiechnął się sam do siebie i uderzył łyżeczką skorupę.
Gorący siarkowodór błyskawicznie sparaliżował jego nerwy w nosie. Anzelm miał dużo szczęścia, że akurat nie wciągał powietrza do płuc. Stężenie H2S było tak duże, że straciłby przytomność, co zakończyłoby się pewną śmiercią. Na bezdechu wstał i otworzył okno. Zielonkawa maź wypływała ze skorupki na stół. Muchy ścięte w locie, pikując, upadły na masełko. Złapał za suchary i wyszedł na ganek, bo musiał przewietrzyć dom. Z wyrzutem spojrzał w stronę żywopłotu, gdyż miał pretensje do sąsiada, że ten już z nim miło nie gawędzi przez płot przy piwku. Ostatnio doszło do tego, że ten nawet go nie poznał. A było to tak: Anzelm nie mógł spać i postanowił późno nocą przespacerować się po okolicy i nacieszyć się księżycem w pełni.
Doktor medycyny abstrakcyjnej Pi Hiu od dawna mu radził, że spacery są najlepszym remedium na impotencję i galopującą melancholię połączoną z nadczynną asynchronicznością. Początkowo brał na dolegliwości Twadryl666, ale skutki uboczne w postaci niebieskiego moczu i łysienia plackowatego uniemożliwiły skuteczną terapię. Potem był Novril w skojarzeniu z Lexigenem, lecz i one nie pomagały. Dopiero krótkie marszobiegi na 50 kilometrów przyniosły ulgę. Gdy wracał o północy wycieńczony i zziajany, zobaczył, że jego kumpel, sąsiad Hieronim, idzie ulicą, ciągnąc za sobą szpadel cały umorusany brązowym błotem. Pomyślał sobie: „Widać i jemu mongolski doktor Pi zalecił nocne hobby”. Ucieszył się i rozłożył szeroko ręce, chcąc uściskać przyjaciela. Krzyknął z daleka: „Kalinosiu, niech uściskam!” Lecz sąsiad nie zauważył go, jakby ten nie istniał. To bardziej go zabolało niż to, że dostał trzonkiem po goleniach. Hieronim nawet nie zwolnił i tylko powtarzał pod nosem chrapliwym głosem: „On drapie.
On drapie.” Wrócił przybity do domu. Czuł pustkę i odrzucenie. Jego marzenia o wspólnej przyszłości prysły jak bańka na mleko od laski dynamitu. Usiadł przed telewizorem i go włączył. Trwały rozmowy nocą z ojcem Tadeuszem. Wsłuchał się w krzepiące słowa nawołujące do zwiększenia wpłat w imię niepokonanej zawsze prawiczki. Nagle poczuł, że nie może ruszać nogą. Zahaczyła o coś. „Kurwa!” Tłumiony gniew i frustracja eksplodowały w ułamku sekundy. Ryknął i szarpnął nogą.
Kabel naprężył się i telewizor spadł z półeczki. Błysnęło, huknęło. Implozja wciągnęła do środka zgniecionego chomika o imieniu Pieniążek. Jeszcze żył, podrygując na lampie katodowej telewizora Ametyst. Smród palonego futra i przewodów pod napięciem wypełnił pokój. „Pieniążek!” — krzyknął zrozpaczony Anzelm na widok agonii jedynego futrzanego zwierzęcia, które nie uciekało na jego widok. Z hukiem wywaliło korki w domu. Ciemność ogarnęła okolicę. „Pieniążek?” — zapytał pełen ufności w to, że nic mu się nie stało. Chomik skwierczał, kopcąc się, a na ścianę pokoju padł mroczny cień Anzelma.
„Kurwa!” — krzyknął i stracił przytomność. Od tygodnia czekał na listonosza. Jak renty babki nie miał, tak nie miał. Wyjadł wszystko ze wszystkich słoików. Korniszony, kiszone ogóry, kompoty z mirabelek, przeciery pomidorowe, gruszki w zalewie. Kochana babcia. Ta wiedziała, co dobre. Znalazł też przerośnięte ziemniaki z zeszłego roku. Po wygranej batalii z szarymi trylobitami zjadł je w mundurkach. Oczywiście nie robale, tylko ziemniaki.
Strasznie gumowate były i zielone, ale co skrobia, to skrobia. Gdy skończył podpisywać traktat pokojowy z robalami, a świat utracił kolory tęczy, usłyszał dzwonek do bramy. „Jest tam kto? Pani Zenobia? Zenobia Pędziwiatr?” — usłyszał przez niedomknięty lufcik. Anzelm wyjrzał przez okienko i ujrzał na ulicy jakiegoś kurdupla z czapką listonosza. Pierwszy raz go na oczy widział. To nic. Pewno nowy. Byleby miał kasę – pomyślał i poleciał, kuśtykając po dowód swój i babci.
„Już, już” – ryknął tak, żeby dobrodziej, broń Boże, nie odszedł. Znalazł je bez trudu, gdyż leżały na honorowym miejscu już od jakiegoś czasu. „Dzień dobry, jestem nowym listonoszem. Nazywam się Orest Cymbałko. Stary pocztylion Brunon Szmata odszedł na emeryturę. Trochę trwało, zanim znaleźli zastępstwo, ale najważniejsze, że znaleźli.” „Bardzo mi miło. Anzelm Kudasewicz. Jestem wnukiem pani Pędziwiatr” – odparł, podając dokumenty. Listonosz skwapliwie obejrzał dane i porównał z odcinkiem. „A babcia nie może podejść?” „Ledwo łazi staruszka.
Arytmia ją kiedyś wykończy. Rano ją do ogródka zaniosłem. O, pan zobaczy. Tam kwiatki wącha.” Listonosz zobaczył, że daleko na ogródku siedział tyłem na ziemi ktoś w fartuchu i dużej kolorowej chustce na głowie. „Dzień dobry, pani Zenobio” – wydał się listonosz. Anzelm pokręcił głową. „Głucha jak pień. W dodatku Alzheimer. Nie pogadasz pan z nią. Ja ledwo wytrzymuję, jak muszę zmieniać pieluchę.” Listonosz zrobił pokazową, współczującą minę i otworzył torbę.
„Gdzie mam podpisać?” Anzelm czuł, jakby wygrał w Medium Lotto – swoją ulubioną grę, w której już utopił grube tysiące, kiedy jeszcze pracował. Wieczorkiem wreszcie poczuje się jak sarmata po litrowym piwku z Biedry. Jeszcze zaszedł do pani Feli i kupił u niej kupon z tymi samymi liczbami skreślanymi od dziesięcioleci. 8, 11, 19, 26, 36, 46. Czasami liczby ganiały go we śnie lub on je ścigał, w zależności od humoru. Po przyjściu do domu rzucił go na stertę magazynów z programem telewizyjnym. Do ostatniej kropli siedział na kanapie, wpatrując się w zbity ekran. Biedny chomiczek. Podniósł plastikową butelkę, by uczcić przyjaciela zakopanego w ogródku. Wtedy sobie przypomniał, że zapomniał zabrać babki z rabatki.
Przeklął pod nosem, bo w takie ziąb nie chciało się nawet psa wypuszczać na pole. No ale dla stałych dochodów trzeba zachowywać pozory. Więc zataczając się, poszedł schować jej płaszcz i chustę. Będzie musiał wymyśleć, co zrobić, jak wścibski cymbał w zimę zechce wejść do chałupy. Tej nocy babka znów chciała wejść do środka, gdyż umęczona dusza pragnęła pochówku na uświęconej ziemi. Anzelm nie zważał na upiora dyszącego przy oknie, gdyż chrapał ile w lesie. Od roku sprzątał codziennie ubłocony ziemią parapet i nawet na 1. listopada postawił w klomb pelargonii ledowego znicza. Niedługo będzie musiał wymienić krzyżyk wetknięty w glebę, bo Jezus trzymał się tylko jedną ręką na zbutwiałej poprzeczce. Nie miała do niego pretensji, że nakarmił ją oliwkami z pestkami, a potem wyszedł na długie posiedzenie.
Gdy odzyskała percepcję, to widziała z góry swoje chude, umęczone starością ciało. Wnusio nawet próbował ją reanimować. Z marnym skutkiem, bo wtłoczył oliwkę jeszcze głębiej do płuca. No ale cóż, intencje miał dobre. Kto wie, może w piekle go podliczą. Podgniła Pędziwiatrowa pogroziła jeszcze pięścią nieudanemu wnukowi. Pustymi oczodołami z rozżaleniem spojrzała na swe ulubione kwiatki. Pogładziła spalonego gryzonia nurkującego w jej wnętrzu i wróciła do dziury. W nocy Anzelm musiał wstać i napalić w kuchni, bo zimno jakoś tak się zrobiło. Rankiem Kudasewicz wstał lewą nogą i od razu zrobiło mu się raźniej, gdyż zdążył do kibelka.
Siedząc na tronie, załatwił swoje fizjologiczne potrzeby, wpatrując się w duży uśmiech Dolly Parton. Plakat pamiętający jeszcze lata 80. zdobił drzwiczki szafki od dawna, przynosząc ulgę, radość i ból przedramienia jednocześnie. Gdy zjadł śniadanie, to nawet zebrał okruszki dla chomiczka. Zatrzymał się w pół ruchu i zapłakał gorzko. Tak bardzo mu go brakowało. W sercu poczuł pustkę, smutek i żal. I przypomniał sobie ponury wiersz z dzieciństwa, Tuwima chyba. A brzmiał on tak: „Wielkieś mi uczyniłeś pustki w domu moim, mój drogi chomiczku, tym zniknieniem swoim. Pełno cię, a jakoby nikogo nie było.
Jedną futrzaną duszą tak wiele ubyło. Tyś za wszytkich robotał, za wszytki drapał. Wszytkiś w domu kąciki zawżdy pobiegał. Nie dopuściłeś nigdy babce się frasować ani mi myśleniem zbytnim głowy psować.” Czy jakoś tak. Jeden wuj. Po dwóch dniach zapas piwa się skończył. Ogolił się, uczesał i założył nową koszulę. Ileż to razy obiecywał pannie Helence, ekspedientce z monopolowego, że zabierze ją na wakacje życia, gdy trafi szóstkę w Totka. Już nawet wybrał cel podróży. Były to wyspy z archipelagu kapitana Cooka o wdzięcznej nazwie Puka Puka.
Znalazł je w starym szkolnym atlasie. Nazwa piękna i frywolna. Kiedyś Helenkę nawet zaprosił na obiad do domu, lecz na jej widok babka dostała zapaści i już więcej tego nie robił. Przywitał się, jak należy. „Dzień dobry, panno Helenko. Jakiż to wspaniały dzionek” – powiedział umilnie i zdjął z głowy baranicę. Helenka doceniała amory cuchnącego przetrawionym piwskiem bezrobotnego amanta, ale starała się trzymać od niego z daleka po tym, jak dostała od jego babki trzy razy przez głowę kijem od szczotki. „Dzień dobry, panie Anzelmie. Jak zdrówko?” – odrzekła i wróciła do rozkładania piwa na półce. Anzelm postał jeszcze nieśmiało i podszedł do maszyny z kuponami.
Wyszukał ostatnie wyniki z 30 lutego. „Ee, znów pudło. Zaraz, zaraz.” „46, 36, 26, 19, 11 i 8” – wyszeptał pod nosem, nie wierząc, co czyta. – O kurwa! – samo mu wymsknęło się z ust. – Jestem wygrany. 6 160 666 złotych. O kurwa! Otworzył szeroko oczy, a serce dostało niemożebnego przyspieszenia. „Co się stało?” – zapytała ekspedientka, bo Anzelm pobladł jak trup.
Ten stał, nie mogąc się odezwać. Myśli galopowały, ciśnienie skoczyło, a intelekt na te parę chwil skoczył na wyżyny i przekroczył 85 IQ. „Jak sąsiedzi dowiedzą się o wygranej, to nie dadzą mi spokoju do końca mych dni. Będą przychodzić ranki, wieczory, licząc na darmową wódkę. Ka mać! Z wycieczki nici, bo rozkradną, co się da. Biedaki jebane. A Helenka? Kuźwa, ale ona tłusta. Roztyła się stara panna.
I ta szczecina na szyi. Kuźwa! Za te miliony to takich jak Dolly czy Pamela będę miał na pęczki. Babce wreszcie porządny nagrobek zrobię i telewizor płaski na ścianę. Kuźwa, trup babki w ogródku. Będę musiał adwokata znaleźć, ale to po podróży dookoła świata” – myślał gorączkowo. Nabrał powietrza i rzekł zmienionym głosem: „Pani Helenko, to samo co zwykle”. Drżącą ręką podał jej wytreskowany blankiet i trzy złote. „Panie Anzelmie, czy coś się stało? Jakoś niewyraźnie pan wygląda.
Coś z babcią się stało?” „Z tą starą kurwą?” – chciała dodać, lecz się powstrzymała. Aż wyjrzała, gdy szedł do domu. Zataczał się, mimo że sprawiał wrażenie trzeźwego. Pobiegła za nim. Przyniosła mu siatkę z kupionymi piwoniami. Podziękował niemrawo i pognał do domu. Postawił puszki na ziemię i poleciał po kupon, gdyż za pół godziny miał bus do stolicy. Przeleciał pobieżnie po szafkach, bo tam się zawsze walały. Z daleka go ujrzał. Uff.
„O Wiktorio, moja Wiktorio, dlaczego miałem cię tylko w snach? Wolności moja Wiktorio” – zakończył wyciem swój ulubiony kawałek. To był jego dzień. Dzień triumfu. Nagle zamarł, bo spojrzał na datę na kuponie. Była sprzed miesiąca. Wygrane liczby się zgadzały, tylko ta cholerna jedynka zamiast dwójki. To nie ten kupon. Zrzucił na podłogę kapotę, a baranicą cisnął w kąt. Po kwadransie poszukiwań usiadł ciężko na stołku.
Gdzie on kurwa jest? Zaczął z trudnością przypominać sobie, co robił trzy dni temu. Z przerażeniem spojrzał na kupę gazet. Powinien tam być, a nie było. Spojrzał na kuchenkę kaflową. – Oż kurwa! Przypomniał sobie o nocnym przymrozku. Otworzył drzwiczki od popielnika i zwalił na ziemię fajerki. Zmięte gazety nie zdołały się spalić, bo kolorowy papier był trudnopalny. Wyjął kulę i położył na blat i zaczął delikatnie rozwijać.
Z biciem serca dojrzał górę kuponu i datę, i pierwszą cyfrę. Wyciągnął go, lecz tylko to. Stwierdził, że reszta się permanentnie zwęgliła. Przeszukał jeszcze dla pewności palenisko, wzbijając tumany sadzy, lecz bezskutecznie. Stracił sześć milionów. Krzyczał długo, aż stracił głos i przytomność. Ocknął się, gdy na dworze było ciemno. Zaschło mu w gardle. Bez sił na czworaka podszedł do piwa. Z trudem otworzył puszkę i usiadł na ziemi.
Tyle lat obstawiania. Tyle piw mógł sobie kupić za tą kasę. A jak przyszło co do czego, to dał dupy. Los sobie z niego zakpił, a on był strasznie zmęczony. Zmęczony. Śmiertelnie zmęczony. Spojrzał na szybę okna do ogródka. Stała tam babka i patrzyła się na niego z politowaniem. „Uważała mnie zawsze za nieudacznika. Nawet jak musiałem jej pieluchy wymieniać, to powtarzała, że nic ze mnie nie będzie.
To czarownica” – myślał, pijąc piwo. Zmora zniknęła, a jemu się przypomniały słowa piosenki: „A takiemu pijakowi jakie życie, taki zgon. Zgon, parara. A potem miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno sznur”. – Jeno sznur, kurwa. Wysuszył opakowanie i ruszył na poszukiwanie ostatecznego rozwiązania. Po godzinie znalazł linę. Pamiętała jeszcze jego dziadka i pewno pradziadka, którego granatowa policja zastrzeliła za kontrabandę w lubelskim. Sprawdził, czy wytrzyma jego ciężar. Poszedł na ganek i stojąc na taborecie zawiązał fachową pętlę.
Gdy było wszystko gotowe, to otworzył drugie piwo. Potem zapalił ostatniego papierosa. A nuż się rozmyśli w ostatniej chwili. Nie rozmyślił się. Poszedł jeszcze do ubikacji. Zrobił, co trzeba, bo naczytał się kiedyś, co puszcza pierwszym wisielcom. Potem szybki list pożegnalny, gdzie leży babka i dla kogo chałupa. Uczesał się, przeżegnał, zdjął krucyfiks wiszący nad drzwiami i pocałował go. Wszedł na taboret, założył stryk, a następnie szybkim kopnięciem pozbawił się podparcia. Lina się zacisnęła, lecz nie złamał sobie karku.
Zaczął się dusić. Wierzgał, żeby uwolnić się z pułapki, a całe życie jakoś mu nie stanęło przed oczami. Pomyślał sobie jeszcze: „A chuj z wygraną. Przecież mam emeryturę babki” i stracił przytomność. Otrzeźwiło go uderzenie o beton ganku. Upadł. Grzmotną piętą. Stłukł kość ogonową. Szybko zerwał z szyi pętlę i zaczerpnął zbawczego powietrza. Siedział przez minutę, aż ustabilizował oddech.
Obejrzał końcówkę sznura od pętli. Była przegryziona i cała w błocie. Nie miał siły myśleć, komu zawdzięcza ocalenie. Posprzątał bałagan, pomachał Hieronimowi, co akurat wracał z nocnych wykopków i poszedł spać. Jutro znów piękny dzień. Babka, obserwując nieudacznika, głaskała po główce Pieniążka, by ten poczuł się dowartościowany za swoje ostre siekacze. Na pożegnanie postukała się palcem w przegnity łeb z dedykacją dla Anzelma i wpełzła do jamy, chowając się przed światłem słonecznym. The Happy End. Najbardziej paranormalne radio w polskim internecie. Audycje o tematyce paranormalnej, ezoterycznej, ufologicznej, konspiracyjnej, a od niedawna również literackiej.
Posłuchaj nieznanego. Radio Paranormalium. Paranormalny głos w Twoim domu www.paranormalium.pl. Dagmara Adwentowska "Negocjator" Na drodze, której istotą jest dążenie do doskonałości w służbie człowiekowi, ciągle napotykamy ludzi, których świat pęka i rozpada się. Zagubieni między czarnym i białym, nie pojmując współistnienia dobra i zła, światła i cienia tracą z oczu cel i stoją na krawędzi życia. Są inni od nas. Stracili część złudzeń i większość zahamowań. Latami potrafią opracowywać plany, uderzyć w jednej chwili z piekielną siłą i tam, gdzie najbardziej boli. Mogą zrobić krzywdę i trzeba temu przeciwdziałać. Istnieje na to wiele sprawdzonych sposobów.
Nie twierdzę, że moje metody to jedyna droga do rozwiązania problemu. Jednak ze wszystkich, które można wybrać, najczęściej jest tą najlepszą. Dlatego żałuję, że zostałem wezwany jako ostatni, gdy pokłady cierpliwości tamtych zostały wyczerpane, gdy eskalują się ich żądania i są już ofiary. Tę sprawę zaczynam niestandardowo i nie z biegu. Dano mi trochę czasu. Kupuję więc trzy butelki wina, karton papierosów i torbę cukierków i wędruję po sąsiednim blokowisku. Przysiadam się do pijaczków okupujących ławki i wyszczerbione jak ich szczęki murki. Zagaduję matki pilnujące dzieci na placach zabaw i staruszki wrośnięte w stanowiska obserwacyjne kuchennych okien. Zaczepiam stojących o poranku na przystanku tramwajowym. Czekam cierpliwie, aż przetrą oczy z resztek snu.
Pokazuję przylegający do osiedla park, plamę zieleni odcinającą się od betonu. Pytam i słucham. Kiwam głową, lecz gdy obrzucają tamtych wyzwiskami i stawiają im żądania, nie komentuję. Zachowuję bezstronność. Nie osądzam żadnej strony konfliktu. Na tym polega moja praca. Ofiary już były. To dlatego wstępu do parku dzień i noc broni wojsko oraz policja. Jest jesień. Nieuprzątnięte liście pokryły równą warstwą trawniki i alejki.
Tuż przy głównej bramie z żółtej pryzmy, spiętrzonej wokół pnia klonu, wystaje porzucony dziecięcy rowerek. Być może został zgubiony podczas ewakuacji parku, gdy władze miasta przestały zamiatać sprawę pod dywan. Mógł jednak należeć do któregoś z porwanych. Czteroletni Mateusz, sześcioletnia Zuzanna, Witek i Tomasz, obaj siedmioletni koledzy z jednej klatki z bloku stojącego najbliżej parku. Prócz nich kilkoro dorosłych. Znam ich dane personalne i rysy twarzy. Znam na pamięć. Muszę, żeby wiedzieć, dlaczego i dla kogo idę stawić czoła tamtym. Tuż po zmierzchu przekraczam bramę. „Jestem tu, by wam pomóc” – mówię nagim gałęziom dębów, klonów i jesionów.
„Jestem po waszej stronie. Wysłucham waszych żądań i przekażę je dalej. Jednak tamci potrzebują gestu dobrej woli z waszej strony.” Ręce trzymam przed sobą. Nie noszę rękawiczek. Gołe dłonie dobrze usposabiają rozmówców. Świadczą o szczerości. Staram się, by były doskonale widoczne, by nie dało się przeoczyć, że nie trzymam w nich broni ani kropidła. Odpowiada mi tylko cichutki szelest wiatru. Siadam więc na ławce i podnoszę zaschnięty brązowy liść. Według plotek i opowieści, które zebrałem na osiedlu, zeszłej jesieni na opadłych liściach ślady żerowania robaków układały się w słowa.
Tamci zapisali jednak przesłanie cyrylicą, więc mało kto zwrócił uwagę, a jeszcze mniej liczni zrozumieli. Podobno pisali o smutku i zapomnieniu. Jest to jakiś trop, chociaż chyba niewiele wart. Nie mam w ręku oryginału przekazu. Nie potrafię też przypisać go do kontekstu. Nie mam nic prócz enigmatycznej plotki, że w zachodniej części parku leżeli polegli w walkach z Niemcami czerwonoarmiści. Pochowano ich w nieoznakowanych mogiłach. Czasem pies wykopał tu jakiś zzieleniały ze starości piszczel, a w zeszłym roku z wielką pompą rozpoczęła się gruntowna rewitalizacja parku miejskiego. Staram się nie myśleć o spokojnych snach, jakie śniły spowite w mundury szkielety. Leżeli w objęciach korzeni drzew głęboko pod ziemią, a potem ich sen brutalnie przerwał warkot maszyn.
Zęby koparek wyrwały zmarłych z ich bezpiecznego schronienia. Nie jestem tu po to, by się litować nad którąkolwiek ze stron czy kogokolwiek osądzać. Mam zadanie do wykonania. „Zwolnijcie jednego zakładnika. Proponuję ciemnościom gęstniejącym pod drzewami.” Dagmara Adwentowska „Drzewo poznania”. Pierwszym, co zrobiłem po samotnym powrocie z pogrzebu pradziadka, było przecięcie kłódki na bramie od ogrodu i cierpliwe odmotanie gordyjskiego węzła z drutu kolczastego. A potem... Potem odnalazłem rosnącą za łomiem ogrodzenia czarną wiśnię. Rwałem z gałęzi mięsiste owoce i garściami pakowałem do ust. Lepki, gęsty sok spływał mi po brodzie.
Żarłem je prawie nie gryząc. Łykałem razem z pestkami, łapczywie, niemal nie czując smaku. Przyjemność degustacji zastępowała mi świadomość spożywania owocu zakazanego. Złamałem wreszcie zakazy starego, a on mógł mi nagwizdać. Nie żył. Ksiądz wygłosił nad nim: „I w proch się obrócisz”. Grabarz przykrył go stukilową płytą nagrobną i stary spod niej nie wypełznie. Nie przyjdzie tutaj na swą ziemię ojcowiznę, aby znów mi coś nakazać, aby znów wszystkiego zabronić. Za życia nic tak dobrze mu nie wychodziło, jak przymuszanie do katorżniczej pracy. Wnuki i prawnuki skoszarowane w jego domu na czas wakacji musiały, po prostu musiały pomagać przy żniwach.
Zabraniał nam przy tym wszelkich gówniarskich przyjemności, opatrując je konsekwencjami nadprzyrodzonych zagrożeń. Nie męcz kociąt, bo cię zwierzoczłek w nocy z pomsty zadusi. Nie rzucaj kamieni do studni, bo cię król żab porwie. Nie schodź sam do piwnicy, bo tam bobok mieszka. Nie baw się ogniem, bo wywołasz żywiołaka. Dosłownie można było się wściec. Tak skutecznie obrzydził swoim bliskim pracę na roli, mordęgę bez żadnej rozrywki, że gdy się wykopyrtnął, wszyscy prócz mnie nie chcieli mieć z tym nic wspólnego. Odżegnali się od spadku jak od siedmiu plag egipskich. Ja zaś owo dobrodziejstwo przyjąłem. Teraz to wszystko było moje.
Wiśni z drzewa, od którego stary rózgą nas gonił, obżarłem się do wyrzygania. W kotkę, jego pupilkę, cisnąłem starym wiadrem. W studnię naplułem, a na koniec rozpaliłem w piwnicy na ziemniaki małe ognisko z całego pudełka zapałek. Poczułem się wolny. Zaplanowałem, że jutro, jak tylko wrócę do miasta, wystawię tę ziemię ojcowiznę na sprzedaż. Portal nieruchomości będzie najlepszy. I żeby jakiś deweloper postawił tu dwa tuziny jednakowych domków, uwalniając mnie ostatecznie od kieratu bycia kmieciem z pochodzenia oraz wspomnień zaprzepaszczonych bezpowrotnie wakacji. Teraz, gdy leżę jak trusia w małżeńskim łożu pradziadka i prababci pod przesłodzonym monidłem i cukierkową wariacją na temat Ostatniej Wieczerzy, gdy moje blade stopy sterczą spod ciężkiej jak grzech puchowej pierzyny niczym kły wymarłych mamutów. Teraz muszę przyznać, że będę musiał zweryfikować me śmiałe plany. Z zasnutego ciemnościami ogrodu, gdzieś spomiędzy zdziczałych krzewów róż dobiega mnie odgłos powolnych kroków.
Tak chodzi ktoś, kto w środku nocy zbudził się z bardzo głębokiego snu i noga za nogą powlókł się do lodówki w poszukiwaniu czegoś do żarcia. Gdy unoszę głowę, widzę poruszające się chwiejnie sylwetki. Modlę się, by szkopy, czerwonoarmiejec i, czort go tam wie, powsinoga jakiś nie odkryli, że furtka do ogrodu jest już otwarta. Stary zawsze nas gonił od tej czarnej wiśni i trzaskał rózgami po palcach, gdy tylko nas nakrył w jej pobliżu. Mówił, że to drzewo rodzi owoce dla umarłych i że jeśli nie chcemy, by po nas przyszli, powinniśmy poskromić apetyty. „Czterech ich tam pod tym drzewem ręcami żem własnymi pochował” mawiał stary, gdy jeszcze żył, a ja, smark głupi, słuchałem się go, choć myślałem, że zgrywa się i zmyśla mi na złość. „W czterdziestym piątym dwóch Niemców zabidzonych, co jajców mi nakradli spod kur w kurniku, w czterdziestym szóstym Ruska krasnoarmiejca, co mi do żony przyszedł się dobierać i w pięćdziesiątym jakiegoś, czort wie kogo. Z lasu wylazł łachmyta i po gospodarstwie się kręcił po nocy. To i zastrzeliłem.” Dagmara Adwentowska „Spokrewnieni”. Staruszka nie odbija się w lustrach, ale i tak sadzam ją przed wykładaną szynkretem toaletką.
To tu leżą pudry, pomadki i szminki, lśnią flakony perfum, a z puzderek skrzącą falą wylewa się zbierana przez pokolenia biżuteria. W trójskrzydłowym zwierciadle widzę tylko własną twarz, ani ładną, ani brzydką. Ciocia Leokadia też spogląda w lustro. Stwierdza, że jeszcze mam czas, by wypięknieć. Znów czyta mi w myślach, ale się nie obrażam. Mam osiemnaście lat i wyrosłam już z buntu przeciw temu, czego zmienić nie można. Czeszę jej włosy tak rzadkie i cienkie, że zdają się kreskami namalowanymi na czaszce. Na wiotkiej, pomarszczonej szyi wieszam sznur pereł, ale po zastanowieniu wymieniam go na czarną aksamitkę z kameą z kości słoniowej i kolczyki od kompletu. Ciocia akceptuje wybór z godnością królowej. Rzadko nosi tę starą biżuterię, lecz dziś jest ta szczególna okazja.
Zależy jej, by wyglądać jak najpiękniej, a ja spełniam te zachcianki bez wahania. Jeszcze psiknięcie perfumami i gotowe. Drżąca dłoń Leokadii wspiera się na moim ramieniu. Gdy schodzimy ze schodów, rodzina zaczyna bić brawo. Oklaski milkną. Salon rozbrzmiewa powitaniami i komplementami. Zaciągnięte szczelnie na oknach grube story pachną kurzem. Dębowe blaty uginają się pod ciężarem armii rodzinnych pamiątek i zdjęć. Oczywiście mam świadomość, że Leokadia nie jest moją prawdziwą ciocią. To taka wiedza, którą posiada każdy przywiązany do rodziny.
Wiem więc, że kuzyn Staszek jest pies na baby. Stryjna Weronika nie trzyma moczu, a wujków Włodzimierza i Bronisława nie sadza się obok siebie, bo kłócą się o politykę. Tych sekretów nie zdradza się nikomu spoza rodziny. Dotyczy to też największej z tajemnic. Ta miła staruszka, którą prowadzę do fotela u szczytu stołu, jest wampirem. Oznacza to między innymi, że jest martwa i pije krew. Nigdy co prawda nie wiedziałam, jak się pożywia i sądzę, że robi to rzadko, dlatego wygląda jak tysiącletnia mumia, ale nie dopytuję się o detale. Byłoby to równie niegrzeczne, jak dociekanie, jak często Weronika musi zmieniać zasikaną bieliznę. Wiem, że wiele naszą rodzinę dzieli i że łączy ją nierozerwalnie wspólna praprabka Helena, śmiertelna siostra Leokadii. Piękna kobieta z łuszczącego się ze starości portretu nad kominkiem w salonie, w którym moja ciocia wampirzyca wydaje uroczyste kolacje.
Czasem, kiedy staruszka chce mi sprawić przyjemność, mówi, że jestem do Heleny podobna. Kłamie oczywiście. Szczerość nie jest cnotą wampirów. Z tym też się pogodziłam. Leokadia zasiada w fotelu. Wujkowie, ciotki i kuzyni ustawiają się do niej w kolejce. Całują w wierzch dłoni lub policzek, wręczają drobiazgi i kwiaty. Życzą jeszcze stu lat i jeszcze stu więcej, bo dziś są nieumarłej cioci Leokadii urodziny. Nie wiem, czy jako człowieka, czy wampira. Nie pytałam, a ona nigdy się nie straciła.
Teraz uśmiecha się słodko. Odpakowuje podarki. Cieszy się jak dziecko na pierwsze w życiu święta. Po tylu wiekach nadal sprasza rodzinę, by podjąć wszystkich przyjęciem z wielkim tortem, celebrować swój dzień. Pozwala się wielbić, komplementować i obdarowywać. Jest taka szczęśliwa. Tak, kochamy ją, chociaż jest nieumarłym potworem. Pije krew, czyta w myślach i kłamie jak z nut. To przecież nasza ciotka. Przeprowadziła nas przez wszystkie wielkie historyczne zawieruchy, o których uczyłam się w szkole.
Wielu ocaliła życie, a na pewno ocaliła pozycję i majątek rodziny. I pomimo wszystkich swych wad jest uroczą, miłą staruszką. Dla każdego z 42 członków rodziny zaproszonych na urodziny wydziergała na szydełku białe koronkowe kotyliony. Tort też jest biały i wielki. Trzypiętrowy, przekładany bitą śmietaną i musem z mango. Sama wybierałam. Ciocia słabo orientuje się w kulinariach, ale i tak się cieszy. Wciąga powietrze w bezużyteczne na co dzień płuca i zdmuchuje świeczki. Kamerdyner nakłada kawałki ciasta na talerzyki. Nakrycie Leokadii pozostaje puste, jak i jej kieliszek, w który stuka łyżeczką, gdy chce coś powiedzieć.
„Kocham was wszystkich” — mówi, gdy po torcie zostaje tylko wspomnienie. — Kochając, nie potrafię wybrać żadnego z was. Za plecami cioci wyrasta jej kamerdyner. Niesie spore czarne pudło. W oczach dziadka Hieronima, najstarszego z rodziny, miga jakieś wspomnienie i strach. Zanurza jednak rękę w pudle. Wyciąga biały kotylion. — Kochając, wybieram tylko wtedy, gdy już muszę. Ciocia splata dłonie, a w jej głosie zażenowanie splata się z pożądliwością. — Lecz wiem, że i wy mnie kochacie i mi wybaczycie, tak jak moja siostra Helena.
Za jej dar chronię jej potomków. Za wasz będę otaczać opieką wasze dzieci. Kolejne ciotki, wujkowie i kuzyni wylosowują białe rozety. Jeszcze nie do końca rozumieją, w czym uczestniczymy. Myślę o wczorajszym wieczorze, gdy nakryłam ciocię w bibliotece nad miską z czarnym barwnikiem. Myślę o tym, że już 30 członków mej rodziny wyciągnęło białe kotyliony i szanse maleją z każdym kolejnym. Myślę o tym, że nie mam dzieci, które Leokadia mogłaby chronić w zamian. Bruno Wioska, „Karta”. — Proszę o befsztyk — powiedział Kowalik do kelnera. — Zaraz podam panu kartę.
— Ja nie gram jedną kartą, a jeżeli, to gram tylko swoimi kartami — zripostował Kowalik. — To nie fair. Pańskie mogą być znaczone — rzekł kelner. — Poza tym może wpaść do nas kontrola. Sam pan rozumie. Gdyby odkryto u nas znaczone karty, moglibyśmy mieć duże kłopoty. — Rozumiem. A mogę dostać... — No nie — przerwał mu kelner. — To nie u nas.
U nas pan nie dostanie. Co pan sobie myśli? My jesteśmy porządnym lokalem. U nas się nie bije, chyba że kotlety lub befsztyki w kuchni. No właśnie to poproszę o befsztyk, ale kotlet też może być. Już mówiłem panu, że bez kart u nas nie można. To proszę o te karty. Zagramy jedną partyjkę, ale szybko, bo jestem głodny. Tylko zaznaczam, ja gram bez jokerów – uprzedzał Kowalik. Ma się rozumieć – powiedział kelner, kłaniając się.
– U nas konsument jest naszym panem. Po chwili kelner przyniósł karty i zalicytował. Karo. Dwa żołędzie – odpowiedział Kowalik. Chętnie bym zobaczyła te pańskie żołędzie – odezwała się wydekoltowana i bardzo seksowna blondynka, która siedziała tuż przy sąsiednim stoliku. Niech pan nie pozwoli się sprowokować – ostrzegał kelner. – Pan pokaże, a ta pani wezwie policję. Do oglądania żołędzi pana Kowalika nie potrzebuję pomocy policji. Zrobię to z wielką przyjemnością sama. Mogę pana, panie Kowalik, o tym z całą stanowczością zapewnić.
Proszę mi zaufać. A poza tym musiałabym chyba nie mieć serca. Widzę, że pani gra już razem z panem Kowalikiem. Domyślam się, że pani ma kiery i to dużo. Oczywiście proszę spojrzeć tutaj – powiedziała seksowna blondynka, rozchylając i tak już duży dekolt. – Czyż tego nie widać? Kelner nachylił się nad jej dekoltem i powiedział: Widzę tylko czubki pani butów. Panie Kowalik, proszę mi dać rękę. O, tutaj. Czuje pan?
I tutaj też. A tutaj? – mówiła z lekką zadyszką w głosie bardzo seksowna blondynka, przesuwając rękę Kowalika po wydekoltowanych częściach ciała. – No i jeszcze tutaj. I przesunęła jego rękę tam, gdzie nikt porządny nie nosi dekoltów. Faktycznie tam też bije. Ma ich kilka. Wyraźnie to czułem. Biją i to bardzo mocno. Możemy grać wobec tego razem z moimi żądłami i pani serduszkami zrobimy szlema – powiedział Kowalik.
To mnie nie pozostało nic innego, jak tylko grać z dziadkiem. Ale dziadek przyjdzie niestety dopiero później, bo od 18:00 nasza toaleta ma obsługę. Będzie musiał pan do tego czasu zaczekać. To ja, panie Kowalik, proponuję, abyśmy tę partię dokończyli u mnie, ale bez dziadka. Dziadek by nam tylko przeszkadzał. Mogę zrobić panu przepyszny befsztyk. Przysmażę polędwiczkę z każdej strony po trzy minuty. A będziemy pieprzyć? Panie Kowalik, teraz to pan przesolił. No przecież gdy będzie gotowa, to sobie popieprzymy, a wcześniej się przebiorę i zobaczy pan, czy bez dekoltu też jestem ładna.
Ale zaznaczam, jeżeli będzie pan niegrzeczny, to zamiast befsztyka zrobię panu jajecznicę. Bruno Wioska Skoki. W szary, ponury dzień po szarym, jak i sama rzeka nabrzeżu spacerował niejaki Kowalik. Jak okiem sięgnąć po obydwu stronach widać było ciągnące się aż do odległego zakrętu rzeki trzymetrowej wysokości, szare jak dzisiejsze niebo kamienne mury. Sama rzeka płynęła w głębokim, kamiennym, szarym korycie. Pod murem, tuż przy brzegu biegł wąski, wyłożony szarymi płytami chodnik. Nigdzie jak okiem sięgnąć nie było widać prowadzących na szczyt muru schodów. Kowalik nawet nie zastanowił się, skąd się w tym miejscu znalazł. Do Kowalika wolno zbliżyła się jakaś nieznajoma dziewczyna i powiedziała: Kochany panie Norbercie, czy mógłby mnie pan podrzucić tam na szczyt tego muru? Widzi pan, jaki jest wysoki?
A tutaj w pobliżu nigdzie nie ma schodów. To dla pana drobnostka, a ja muszę się tam pilnie dostać. Chyba nie będę miał tyle siły, aby tak wysoko panią podrzucić. Pani wcale nie jest takiej drobnej postury, a ja jestem słaby w rękach. Ależ kochany panie Norbercie, to bardzo proste. Nie musi mnie pan wcale podrzucać. Wystarczy, gdy mnie pan weźmie na barki i wysoko podskoczy. To ja złapię się krawędzi muru i wdrapię dalej sama. Dziewczyna zwinnie wskoczyła na plecy Kowalika, który ugiął się pod jej ciężarem. Próbował podskoczyć, ale oderwał się od ziemi zaledwie parę centymetrów.
No niechże pan skacze, ale wysoko – powiedziała dziewczyna. Kowalik, podniecony widokiem gołych kolan świecących tuż przed jego nosem, wytężył wszystkie swoje siły i skoczył niespodziewanie wysoko. No widzi pan, jak się chce, to się potrafi. Wyżej, jeszcze wyżej! – wołała wyraźnie zadowolona nieznajoma. – Do krawędzi jest jeszcze bardzo daleko. Jeszcze wyżej, wyżej. Na pewno umie pan wyżej skakać. Widzi pan? Tam pod chmurami przelatują skoczkowie narciarscy.
O jeden, jeszcze jeden. Niech pan patrzy, jak ich dużo i jak ładnie fruną. Oni potrafią tak wysoko latać. To i pan też to potrafi. Kochany panie Norbercie, pan jest taki wysportowany. Kowalik spojrzał w górę. Na niebie, w zastygłych pozach jak klucz dzikich gęsi, z szeroko rozstawionymi nartami spokojnym lotem płynęli narciarze. Kowalik, zdopingowany tym widokiem, zaczął się odbijać mocniej i skakał coraz wyżej i wyżej. Chyba nie da pan rady, kochany panie Norbercie – powiedziała nieznajoma. – Może jestem trochę dla pana za ciężka.
Jak się trochę rozbiorę, to będzie panu łatwiej – powiedziała i zdjęła bluzkę i stanik. Kowalik rzeczywiście skakał teraz wyżej. Wyrzucony jakby sprężyna biust dziewczyny falował to w górę, to w dół, w rytm jego skoków. Kowalik teraz odbijał się z łatwością i wznosił się coraz wyżej, wyżej, za każdym odbiciem coraz wyżej. Nagle poczuł, że dziewczyna zniknęła z jego ramion, a on ciągle skacze, trzymając w rękach bluzkę i stanik. Popatrzył na szczyt muru. Nie było tam nikogo. „Ale ja przecież nie mam na imię Norbert!” — zawołał głośno, ciągle jeszcze podskakując. „Oczywiście, że nie” — powiedziała Kowalikowa, która zawsze zjawiała się w odpowiednim momencie. — „A właściwie co ty tutaj robisz?
Co to za bluzka? Skąd masz ten stanik? Co to ma wszystko znaczyć? I przestań wreszcie skakać.” Bruno Wioska „Terror w Nowym Jorku”. Nowy Jork jest bardzo niebezpiecznym miastem. To wie każdy. Wiedział to też Kowalik. Wielokrotnie przez obytych w świecie przyjaciół został ostrzeżony, że po przyjeździe do Nowego Jorku mogą mu się przytrafić kłopoty, a co gorsza, grozi mu tam nawet niebezpieczeństwo i to na każdym kroku. Żona zabroniła mu oddalać się z pokoju po godzinie 20:00 i broń Boże zapuszczać się samotnie w małe uliczki. Dostał parę dziesięciodolarówek na wypadek, gdyby został napadnięty przez narkomanów.
„Wystarczy, że dasz pięć dolarów na działkę i zostawią cię w spokoju” — radzono mu. Przyrzekł wszystkim być bardzo ostrożnym. Radzono mu, aby nikogo nie wpuszczał do pokoju. Zdarzają się napady na gości hotelowych i to w biały dzień. Miał się strzec wszelkich posłańców, a nawet przed służbą hotelową powinien mieć się na baczności. Może być przekupiona. Hotel, w którym zamieszkał, należał do hoteli High Society i znajdował się na 54. ulicy. Fundacja Gourmeta, która ponosiła wszelkie koszty pobytu, ufundowała nagrodę wręczaną co pięć lat za wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury. Kowalik jako jedyny europejski artysta został wytypowany przez międzynarodowe jury do nagrody w dziedzinie sztuki.
Na konkurs Kowalik wysłał obraz, który już wcześniej wzbudzał kontrowersje. Obraz ten z okazji dorocznej wystawy okręgowej w Krakowie został przez jury odrzucony. Trochę przemalował niektóre fragmenty płótna i wysłał do Nowego Jorku. Dużym zaskoczeniem była wiadomość o zakwalifikowaniu obrazu na wystawę. Już to było wielkim wyróżnieniem. Do tej pory żadnemu polskiemu artyście nie udało się jeszcze wystawić tam swojego dzieła, a żadnemu europejskiemu zdobyć nagrody. Dwaj zachodnioeuropejscy jurorzy, tak jak i północnoamerykańscy oraz Japończyk głosowali za obrazem Kowalika. Jedynie Bułgar wstrzymał się od głosu, a dwaj arabscy krytycy jako jedyni z jury nie tylko stanowczo głosowali za odrzuceniem, ale i ostro zaprotestowali przeciwko wystawieniu dzieła. Ponieważ zostali przegłosowani, opuścili obrady, grożąc bojkotem fundacji. Kowalik otrzymał list z sugestią wycofania swego obrazu.
Proponowano mu nawet, jak to określono w liście, pewną sumę za zniszczenie pracy, która zrekompensowałaby mu utratę ewentualnej nagrody. Do nagrody zakwalifikowane zostały oprócz Kowalika obraz Koreańczyka i rzeźba Argentyńczyka. Do momentu wytypowania przez jury głównej nagrody, co stało się w trzy dni po pierwszej turze, Kowalik poruszał się po Nowym Jorku dość swobodnie. Odwiedził miejsce po pamiętnym Wall Street Center, gdzie trwały właśnie roboty porządkowe. Parę godzin przesiedział w Central Park. Park ten kojarzył mu się zawsze z „Buszującym w zbożu” Salingera. Tam przeżył tę książkę po raz drugi. Pomimo że przeczytał ją jako nastolatek, utkwiła mu obok „Martina Edena” Londona i „Collins Prünon” Romain Rollanda głęboko w pamięci. O godzinie 12 ogłoszono wyniki. Kowalik nie wierzył własnym uszom.
Został zwycięzcą. Dostał Oscara, a nawet można by powiedzieć, że Nobla malarstwa. Cała sala wiwatowała na jego cześć. Oszołomiony tą wiadomością zachowywał się jak nieprzytomny. Podawano go sobie z rąk do rąk. Ludzie gratulowali we wszystkich możliwych językach. Jacyś Arabowie mówiąc, a właściwie krzycząc, gestykulowali rękami i nogami. Skacząc przed nim w podnieceniu, próbowali mu coś przekazać. Straż porządkowa odepchnęła wzburzonych Arabów, którzy zmuszeni byli do wycofania się. Po wspaniałym bankiecie udał się do swego pokoju.
Była godzina 6:00. Po drodze zauważył jakichś dwóch ludzi w ciemnych okularach ukrytych za palmami w holu. Wyraźnie spoglądali w jego stronę. Cała ta atmosfera wpłynęła znacznie na samopoczucie Kowalika. Z jednej strony ogromna radość, a z drugiej ostrzeżenia przyjaciół i żony i cała hyca z Arabami spowodowały, że siedział jak na szpilkach i nie odbierał telefonów. Poprzednio miał ich kilka w dokładnie dziesięciominutowych odstępach, ale nikt się nie zgłaszał. Ktoś zapukał również do drzwi. „Kto tam?” — zapytał Kowalik po angielsku. Podszedł do drzwi i zapytał jeszcze raz. Nikt się nie odzywał.
Zauważył leżącą na podłodze małą, złożoną we dwoje kartkę. Rozłożył ją. Na kartce była tylko cyfra 11. Co to ma znaczyć? Jakaś zakodowana wiadomość? Zadzwonił telefon. Postanowił nie odbierać, ale tym razem telefon dzwonił bardzo długo. Mimo obaw podniósł słuchawkę. „Dostał pan wiadomość?” — odezwał się łamaną polszczyzną głos w słuchawce. Kowalik przytaknął.
„Proszę być przygotowanym. Bez obaw, my pana znajdziemy, nawet jeśli wtopi się pan w tłum przechodniów. Przyjemnego pobytu życzymy” – powiedział głos z nieukrywaną radością. To ostatnie zdanie zabrzmiało dla Kowalika jak pogróżka. „Czego chcecie?” – zapytał, ale w słuchawce była już tylko cisza. Okup? Tak, na pewno chcą okupu. No jasne. Dostałem 500 000 dolarów i chcą okupu. Jezus Maria!
Oni porwali moją żonę. Mają ją jako zakładniczkę. Podniósł słuchawkę. „Recepcja? Proszę o połączenie z Polską”. Ale zamiast znanego mu głosu recepcjonistki, uprzejmy, ale obcy, choć bardzo seksowny kobiecy głos zapytał: „Czyżby nie przeczytał pan wiadomości? Dostał pan przecież kartkę. Życzymy panu przyjemnego pobytu w Nowym Jorku”. „Oni już zawładnęli wszystkim, nawet centralą hotelową” – myślał ze strachem. Usiadł na łóżku, starając się zachowywać bardzo cicho, najciszej, jak tylko mógł.
Usłyszał czyjeś kroki na korytarzu. Ktoś chodził tam i z powrotem. Rytmicznie, tam i z powrotem, tuż pod jego drzwiami. Po chwili rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Kowalik siedział jak sparaliżowany. Bał się poruszyć. Ktoś włożył klucz do zamka i próbował otworzyć drzwi. Wydawało mu się, że klucz w zamku się przekręcił. Nikt jednak nie wszedł. Słyszał, że klucz przekręcił się raz jeszcze.
Zamknął z powrotem. Przeleciało przez myśl zdrętwiałemu ze strachu Kowalikowi. Po chwili zabrzęczał telefon. Podniósł słuchawkę z nadzieją, że to Polska, ale w słuchawce uprzejmy głos poinformował go, że w portierni hotelowej czekają na niego bilety na następny wieczór do loży w Metropolitan Opera. Występuje Pavarotti, który zaprasza go do garderoby. Chciałby osobiście pogratulować laureatowi. Mercedes hotelowy jest do dyspozycji. Życzono mu jeszcze przyjemnego wieczoru. Ten głos był mu znany. Była to pani dyrektor sekretariatu fundacji.
Wielokrotnie rozmawiał z nią po polsku jeszcze w czasie pobytu w Polsce i poznał ją osobiście już w Ameryce. Była siostrzenicą doradcy Reagana, Brzezińskiego, z pochodzenia Polaka, zresztą bardzo w Polsce znanego. Po chwili znowu odezwał się telefon. Kowalik podniósł słuchawkę. Usłyszał w słuchawce: „Kowalik?”. Odpowiedział: „Tak”. Trzask rozłączonego połączenia. Leżąc na łóżku myślał: „O co tu właściwie chodzi? Okup? Ile będą żądać?
Za wcześnie cieszyłem się z pieniędzy. Samochód mogę teraz na pewno zapomnieć. Na pewno nie zostawią nic. Pewnie będę dalej jeździł tym starym, rozklekotanym Volkswagenem. Nawet na naprawę nie będę miał pieniędzy”. Obudził go dzwonek telefonu. Brzęczał coraz natarczywiej. Nie reagował na jego natrętny sygnał. Kowalik, poważnie zaniepokojony, nie świecił nawet światła. Odczuwał już po całodziennych spotkaniach zmęczenie i głód.
Bał się zamówić kolację w restauracji hotelowej. Nigdy nic nie wiadomo. Znalazł w kieszeni zabranego ze stołu konferencyjnego Marsa. Napił się wody z kranu. Nie wiedział, że ma do dyspozycji cały barek. Wszystkie napoje i trunki znajdujące się w nim zostały z góry opłacone przez fundację. Gdyby nie brak doświadczenia hotelowego, mógłby siedzieć spokojnie i popijać szampana lub whisky. W barku znajdowało się także polskie piwo, ale tego Kowalik nie wiedział i chłeptał z kranu ohydną, chlorowaną nowojorską wodę. Ktoś znowu zapukał do drzwi. Kowalik nie poruszył się i wstrzymał oddech.
Ktoś wołał po angielsku: „Kowalik, wiem, że tam jesteś. Otwórz”. Potem jeszcze jakieś głosy arabskie dyskutowały i jakby się kłóciły. Po chwili się uspokoiło. Kowalik odetchnął z ulgą. Może mi dadzą już spokój. Cisza nie trwała zbyt długo. Zagrzechotał zamek u drzwi. „Co robić?” – myślał intensywnie. – „Wezwać pomocy?
Policję? I co im powiem? Muszę rozeznać sprawę trochę lepiej”. Poczuł napływ odwagi. Starając się zachować ciszę, posuwał się po omacku do drzwi. Potrącił przez nieuwagę stolik z kwiatami stojący na środku pokoju. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Przerażony już nie na żarty, zamarł, nasłuchując. Grzechot zamku ucichł. Rozległ się odgłos tłumionych, oddalających się kroków.
Zdopingowany wywołanym hałasem odważył się otworzyć po cichu drzwi. Nie było nikogo. Przemykał korytarzem, chowając się we framugach drzwi pokojowych. Minął uśpioną już o tej porze windę. Dotarł do końca korytarza i z bijącym sercem spojrzał w dół klatki schodowej. Zamarł z przerażenia. Za rogiem, o dwa kroki od niego stało dwóch mężczyzn. Byli odwróceni do niego tyłem. Ciśnienie podskoczyło mu gwałtownie. Omal nie krzyknął, ale strach sparaliżował mu głos.
Bał się poruszyć, ale i tak z przerażenia nie mógł wykonać nawet najmniejszego ruchu. „Musimy go mieć na muszce najpóźniej pięć przed jedenastą” – odezwał się głos w mundurze nowojorskiego listonosza. „A co jak wyjdzie do miasta?” – powiedział drugi. „To żaden problem. Widać, że jesteś nowy. Jesteśmy najlepiej zorganizowani w Nowym Jorku. Nie zrobi ani kroku, abyśmy nie wiedzieli, gdzie jest. Chodź do baru na whisky”. Po chwili, już na dole, ucichły ich kroki. Kowalik stał jeszcze chwilę.
Koszula przylepiła mu się do spoconych ze strachu pleców. Zauważył, że cały czas stał, nie oddychając. Łapał oddech szybko, jakby po jakimś biegu. Wrócił prostą do pokoju. „Co to za mafia tak znakomicie zorganizowana? Ile chcą? Jakie niebezpieczeństwo zagraża mnie lub mojej żonie? – myślał. – Co oni mają wspólnego z Arabami? A właściwie czego chcą ci Arabowie?
Nie namalowałem przecież nic konkretnego. Obraz jest prawie abstrakcyjny. Owszem, jeden fragment może przypomina część Gwiazdy Dawida, jednak wyszło to przypadkowo. Czy łączy ich coś z mafią? Muszę uciekać. Przynajmniej zadzwonię do domu z budki telefonicznej”. Popatrzył przez otwarte okno na ulicę. Ósme piętro, jakieś 30 metrów w dół. Stało tam kilku podejrzanych typów. Na samą myśl, że miałby schodzić po linie, której zresztą nie miał, zakręciło mu się w głowie.
„Poza tym mogliby mnie zauważyć ci na dole. Nie mogę zejść po schodach ani wyjść przez okno, więc spróbuję górą. Może przez dach dostanę się do następnego budynku. Tak uciekają zawsze w filmach”. Idąc do windy, nie usłyszał najmniejszego szmeru. Wiedział, że jego opiekunowie, pijąc whisky, obserwują hol hotelu. Tutaj na górze nie mają teraz nic do roboty. A Arabowie? „Ale muszę ryzykować – myślał. – To jedyne wyjście z tej matni”.
Już miał nacisnąć guzik windy. W ostatniej chwili cofnął palec. Winda mogłaby wzbudzić podejrzenie jego stróży. Poszedł dalej do schodów. Bezszelestnie, ale bardzo zmęczony, po pokonaniu kilkunastu pięter dotarł na samą górę. Po drabince wszedł na dach. „Dobrze, że klapa na dach nie była zamknięta” – pomyślał. Prawie czołgając się przeszedł na następny budynek, który na szczęście dla niego miał tyle samo pięter. Szczęście zaczęło mu wyraźnie dopisywać. Drzwi do klatki schodowej były otwarte.
W dół wiodły wygodne schody. Klatka schodowa była oświetlona dyskretnym światłem lamp wbudowanych w stopnie schodów. Cisza panowała w całym domu. „Chyba dochodzi już godzina 12:00” – zgadywał. Schodził spokojnie. Wiedział, że szczęście go już nie opuści. Dotarł wreszcie na parter budynku. Portiera nie było już o tej porze. Na zegarze zauważył, że była godzina 22:59. „No, teraz mnie już nie dostaną”.
Nagle, jak spod ziemi wyrośli jego dwaj umundurowani opiekunowie, zachodząc mu drogę do drzwi wejściowych. Odwrócił się, chcąc pobiec z powrotem na schody, ale tam w rozkroku, trzymając ręce z tyłu, stały trzy umundurowane panie. „No to już koniec” – powiedział głośno Kowalik. „Niestety dla pana to dopiero początek, panie Kowalik” – powiedział jego umundurowany prześladowca, podając mu telefon komórkowy. – „To pańska żona”. „Co z moją żoną? Ile żądacie?” „Wszystkiego dowie się pan od niej. Jest właśnie godzina 11:00. Myśmy zlecenie wykonali. Jak już powiedziałem, jesteśmy najlepiej zorganizowani w Nowym Jorku, a nawet na świecie.
Muszę przyznać, że nie utrudniał pan nam zbytnio pracy. Mieliśmy łatwe zadanie, ale przy telefonie jest pańska żona. Proszę rozmawiać”. „Halo?” – odezwał się do słuchawki zaniepokojony Kowalik łamiącym się ze strachu głosem. – „Jesteś cała, zdrowa? Traktują cię dobrze? Kto cię porwał?” „Oczywiście wszyscy traktują mnie jak jakąś królową. Nawet Kwaśniewska nie była tak traktowana jak ja. A porwali mnie wszyscy twoi przyjaciele. Świętowaliśmy twój sukces na rynku w Krakowie, w Ratuszowej całą noc.
Postanowili całą grupą złożyć ci życzenia, ale pani w recepcji poinformowała mnie, że nie wie, gdzie jesteś i najlepiej będzie, jeżeli zadzwonię o 11:00. To u nas właśnie piąta rano. Siedzieliśmy w restauracji i wznosili toasty na twoją cześć, a amerykańska poczta przyrzekła, że zrobią wszystko, aby cię odnaleźć i punktualnie o 11:00 zaimprowizować mały event, jak się w Ameryce mówi. Ale tutaj też coś ci przygotowano. Słuchaj”. „Happy birthday to you” – odezwał się chór głosów w słuchawce. Gdy umilkły, umundurowane amerykańskie dziewczyny zaśpiewały pięknie po polsku: „Sto lat, sto lat”. Kowalikowi złożono także gratulacje i otrzymał kwiaty od przyjaciół z Polski oraz gratulacje ze związku plastyków wraz z przypomnieniem, że jeszcze ostatnio roczna składka związkowa nie została zapłacona. „Nowojorska poczta wykonuje zlecenia z dokładnością co do minuty” – powiedział człowiek w mundurze. – „Ale jeszcze jedno, panie Kowalik.
Nie rozumiem, dlaczego wymykał się pan z hotelu przez ten budynek i przechodził przez dach. Mieliśmy trochę kłopotu z tego powodu i musieliśmy szybko się przeorganizować”.
[05:02:47] - Tak, proszę państwa, to już koniec dzisiejszego wydania „Bibliotekarium”. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Zapraszam na spotkanie za tydzień. A w spotkaniu za tydzień? Tak, znowu się będę tłumaczył. Ale tak to ostatnio jest, że w Polsce w części miejsc pojawiło się zjawisko zwane feriami i nie zawsze można się skomunikować z tymi, z którymi chcemy się skomunikować w tym czasie, w którym należałoby się skomunikować. I w ogóle trudności, wicie, rozumicie, obiektywne. W związku z tym nic konkretnego państwu nie powiem, poza tym, że audycja się odbędzie. Ja wiem, to już drugi raz z rzędu, ale to też państwu powinno dać nie tyle do myślenia, co dać sygnał, w jak ciężkich warunkach pracujemy tutaj wspólnie z Markiem. Czyli tak naprawdę trzeba zgrać dziesiątki różnych terminów, różnych opcji, różnych sytuacji, żeby coś tam się udało.
Jedno mogę państwu obiecać. Tak jak już powiedziałem, za tydzień „Bibliotekarium 2.0” o stałej porze, ze stałymi punktami programu i z tym jednym ekstra punktem programu. Ale co to będzie? To się, proszę państwa, zobaczy za tydzień. Jeszcze raz pięknie dziękuję. Pozdrawiam. Do usłyszenia.
[05:04:27] - A mówił do słuchaczy i do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.