[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. I choćbym kroczył złą ulicą, książek i ciekawych gości się nie zlęknę. Mamy nadzieję, że się nie zlękniecie dzisiejszych złych ulic, szczególnie tych ośnieżonych. Mamy nadzieję też, że zostaniecie z Radiem Paranormalium i z Book Radiem przez najbliższe, jeżeli dobrze liczę, co najmniej pięć godzin, a na pewno dużo więcej. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:53] - Dzień dobry wieczór państwu. Kłaniam się nisko. Witam serdecznie. Tradycyjnie już zaczynamy od polecanek, a polecanki właściwie związane z książkami, których jeszcze nie ma, czyli tak zwane zapowiedzi. Zacznijmy z grubej rury. To znaczy od książki wydanej przez wydawnictwo Czwarta Strona, książki napisanej przez Remigiusza Mroza. Ja wiem, że Remigiusz Mróz ma taką samą ilość zwolenników i to szczerych, takich wiernych, jak i równie sporą grupę przeciwników, którzy go nienawidzą, nie lubią. Kiedy zapytać o powody, to nie bardzo właściwie wiadomo. Często pojawia się motyw taki, że pisze te książki. Ale z drugiej strony przecież odniósł człowiek sukces.
Raczej by mu chyba należało gratulować. Później można się zająć ewentualnie wartością tego, co pisze, ale sukces, proszę państwa, jest niekłamany, więc nie wiem, skąd te takie mocno wrogie nastroje. Zostańmy jednak przy tych nastrojach pozytywnych, bo ja sądzę, że nowa książka, która ukaże się szóstego grudnia, nosząca tytuł „Inne tonacje ciszy”, może bardzo wielu z państwa zainteresować. Tak jak powiedziałem: „Inne tonacje ciszy”, Remigiusz Mróz. Premiera szóstego grudnia. Więc tak bardzo prezentowo się robi, mikołajkowo. Zerknijmy do opisu wydawcy. Jak wiele może się zmienić, kiedy pojawi się jedna zapomniana kaseta magnetofonowa? Aspen Wakefield była pewna, że jest przygotowana na wszystko, co los rzuci jej pod nogi w pierwszym dniu college'u. Myliła się.
Przez rozpędzoną półciężarówkę, która wbiła się w jej samochód, straciła nie tylko matkę, ale także wszystko, na co dotychczas pracowała. Obudziwszy się w szpitalu, zobaczyła obcego chłopaka siedzącego przy jej łóżku. Nigdy wcześniej go nie widziała. Nie miała pojęcia, kim jest, co robi w jej sali ani kto pozwolił mu przy niej czuwać. Jedno było dla Aspen pewne: Grayson Joyce wyglądał jak problem. Problem tylko czekający na to, by się zdarzyć. Powiem państwu, już sama zapowiedź jest intrygująca. Jedźmy zatem dalej z polecankami. Dzisiaj nie ma monokultury, zatem wydawnictwa są różne. Kolejne wydawnictwo i jego zapowiedź na dwudziestego czwartego stycznia przyszłego roku, więc troszeczkę czasu jeszcze upłynie.
To zapowiedź wydawnictwa Czarna Owca. Piotr Kościelny. Tytuł „Nielad”. Zerknijmy do opisu. Kolejna znakomita powieść Piotra Kościelnego, która pozostanie z wami jeszcze długo po lekturze. Wrocław, lata dziewięćdziesiąte. Szara rzeczywistość i bieda. Nastoletni Michał musi poświęcić wiele, by przetrwać w otaczającym go świecie. Policjanci z wydziału zabójstw Komendy Miejskiej we Wrocławiu prowadzą sprawę zabójstwa znanego aktora. Mężczyzna został znaleziony w melinie w centrum miasta.
Komisarz Nawrocki, zwany Hartem, nie ma pojęcia, że będzie to najtrudniejsze śledztwo w jego dotychczasowej karierze. Równocześnie wydział prowadzi śledztwo w sprawie znalezionych zwęglonych zwłok nastolatka. Co łączy te dwie sprawy? Jaką tajemnicę zabrał do grobu aktor? Co sprawiło, że Michał musiał podjąć najtrudniejszą w życiu decyzję? Powiem państwu, że ta książka, która ukaże się w styczniu przyszłego roku, również przynajmniej w zapowiedzi brzmi niezwykle smakowicie. Jedźmy dalej. Tym razem już nie będzie ani sensacyjnie, ani kryminalnie. Uderzamy w kierunku baśni. Chciałem powiedzieć odruchowo bajek.
Baśni. A więc na tapet bierzemy książkę, która ukaże się piątego grudnia tego roku w wydawnictwie Zysk i Spółka. Ta książka nosi tytuł „Rozbudzona harfa. Baśnie i legendy z całego świata”, a napisał tę książkę Stefan Majchrowski. Tradycyjnie rzut oka na notkę wydawniczą. Odkrywanie jednego serca. Baśniowa podróż przez kontynenty i epoki. Książka dla całej rodziny. Niezwykłość baśni i legend napisanych przez Stefana Majchrowskiego, które układają się w szlak podróżny dookoła świata, wynika nie tylko z tego, że zostały one oparte na wątkach wysnutych z prastarych mitów i podań. Każda emanuje swoistą kulturą, z której wyrosła, czy to szkocką, arabską, polską, ukraińską, afrykańską czy inną.
Łączy je wszak uniwersalny wątek — dociekanie nad pochodzeniem księżyca, wysp, skał i żyznych pól, nad początkiem świata. W świecie tym żyje człowiek często zabawny, nieporadny, niekonsekwentny, obdarzony przywarami, zaletami i śmiesznościami, który zmaga się z przeciwnościami losu. On właśnie jest tu głównym bohaterem. W każdym miejscu na Ziemi jest inny, a jednak bliski i zrozumiały dla każdego. Każdy też znajdzie w tych żywo, z humorem napisanych legendach i baśniach coś innego, przeznaczonego dla siebie. I dziecko, i młody człowiek, i dorosły. Proszę państwa, to były polecanki książkowe, nadchodzące nowości. Jedne całkiem blisko, 5, 6 grudnia to w końcu naprawdę tuż tuż. Ta jedna książka w styczniu, ale myślę, że warto na nią poczekać. A cóż teraz?
Teraz to już państwo wiecie, co będzie. Oczywiście korepetycje filozoficzne. Dzisiaj artykuł Pawła Horodeckiego, „Fizyka i zagadka czasu” to temat, który pojawia się od czasu do czasu w Korespondencji. Państwo prosicie, żeby mniej żeglować w kierunku humanistycznych zagadnień czy bardziej takich mocno filozoficznych, żeby jednak te korepetycje filozoficzne wiązać troszeczkę z nauką. Klient nasz pan, czy w każdym razie słuchacz nasz pan. I w związku z tym dzisiaj coś takiego przygotowałem. Powtórzę „Fizyka i zagadka czasu”. Tekst ukazał się tradycyjnie w dwumiesięczniku „Filozofuj” z 2018 roku w numerze drugim. No i tradycyjnie tekst jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Kim jest autor?
Paweł Horodecki jest fizykiem, profesorem Politechniki Gdańskiej, związanym z Krajowym Centrum Informatyki Kwantowej na Uniwersytecie Gdańskim. Zawodowo zajmuje się mechaniką kwantową i jej konsekwencjami na gruncie teorii informacji. Bardzo ceni sobie dobrą poezję. A zatem Paweł Horodecki, „Fizyka i zagadka czasu”. Fizycy w codziennej pracy radzą sobie bez definicji czasu. W eksperymentach używają tak zwanego czasu metrycznego, miarki składającej się ze zdarzeń następujących po sobie w jednym miejscu lub jednym układzie fizycznym, tak zwanym oscylatorze, w równych, jak wierzymy, odstępach czasu. Takim oscylatorem jest wahadło, obracająca się Ziemia, systemy planetarne z planetami okrążającymi gwiazdy w równych odstępach czasu czy atomy, których przeskoki między dwoma poziomami energetycznymi w odpowiednio dobranym polu elektromagnetycznym też są okresowe. Ten ostatni efekt stanowi podstawę zegara atomowego. Takie powtarzające się zdarzenia są rodzajem miarki, którą mierzy się czas fizyczny. Czym jednak jest czas fizyczny?
Tu nie ma zgody. Jednym ze sposobów myślenia o czasie jest widzenie go jako odległości między zdarzeniami, które zachodzą w tym samym miejscu w przestrzeni, ale nie są tym samym zdarzeniem, to jest nie dzieją się równocześnie. W takim ujęciu, znanym już co najmniej od Leibniza, czas jest pewnym specyficznym rodzajem odległości między zdarzeniami, bez których, podobnie jak przestrzeń, nie istnieje. Według innego poglądu pochodzącego od Newtona czas i przestrzeń istnieją jako coś niezależnego od zdarzeń. Należy tu podkreślić między innymi za krakowskim fizykiem Zbigniewem Chylińskim, że nawet jeżeli jesteśmy przekonani o istnieniu czasu, to raczej bardziej właściwe jest mówienie, że zdarzenia płyną w czasie od tego, że czas płynie. Tutaj dochodzimy do pewnej kluczowej cechy czasu. Twierdzimy, że cokolwiek to znaczy, zdarzenia płyną w jednym kierunku. Obiekt może cofnąć się w przestrzeni, ale nie może cofnąć się w czasie. Przynajmniej do tej pory nic nie wiadomo na ten temat. Co prawda w fizyce formalnie istnieje pojęcie zamkniętej pętli czasowej, ale prowadzi ono do paradoksów i póki co nie wydaje się szczególnie obiecujące.
Ów ustalony kierunek czasu, tak zwana strzałka czasu, jest swoistą zagadką, którą częściowo rozwiązano na gruncie termodynamiki. Okazało się, że jeżeli mamy dużo obiektów, to dla całego ich zespołu jest bardziej prawdopodobne, że będzie on zmierzał do stanu wyglądającego na bardziej nieuporządkowany, tak zwany wzrost entropii niż przeciwnie. Jednak wyjaśnienie to wymaga dużej liczby układów fizycznych, a w związku z tym nie tyle odnosi się do istoty czasu Lecz po prostu do sposobu zachowania się wielu układów fizycznych naraz. Interesujące, że na gruncie mechaniki kwantowej dochodzimy do tego samego wniosku, ale jak dotąd fizycy kwantowi nie potrafią zadowalająco odtworzyć szybkości zmiany stanu danego układu kwantowego w stronę większego nieuporządkowania. W ogólnej teorii względności Einsteina czas i przestrzeń zostają zanurzone w globalnej strukturze czasoprzestrzeni, gdzie czas pełni rolę specyficznej współrzędnej, która zależy od wyboru obserwatora. Jednak ściśle powiązane z czasem pojęcie przyszłości wciąż obowiązuje i każdy ruch musi się odbywać w jej kierunku. Wpływowy fizyk Julian Barbour, funkcjonujący poza społecznością akademicką, kwestionuje istnienie czasu, twierdząc, że jedynym dowodem na istnienie przeszłości jest nasza pamięć, a przyszłości przeświadczenie, że ona nastąpi. Motywacją Barboura jest przekonanie, że opis świata ma odzwierciedlać sposób, w jaki jedne rzeczy realne odnoszą się do innych rzeczy realnych. A za realne brytyjski uczony uważa zdarzenia. Wiąże się z tym koncepcja świata, który nie zmienia się w czasie, ale jest niczym rozwinięty rulon, na którym zdarzenia w różnych miejscach i chwilach są zaznaczone na stałe.
Teoria względności pomaga w takim myśleniu poprzez częściowe zrównanie czasu z położeniem. Barbour twierdzi, że nie ma rzeki czasu, jest tylko wielkie teraz. Dlaczego nasza świadomość doświadcza tylko jednego teraz? Trudno powiedzieć. Sugestywną i ciekawą ilustrację tej koncepcji proponuje ksiądz profesor Michał Heller, według którego nasza świadomość styka się z owym rulonem wszechświata niczym koło toczące się po drodze tylko w jednym punkcie. Na przeciwległym biegunie znanym rzecznikiem czasu realnie istniejącego jest kosmolog Lee Smolin. Postuluje istnienie tak zwanego globalnego czasu preferowanego, który jest swoistym nośnikiem realnych zdarzeń i istnieje razem z nimi. Cokolwiek jest realne, jest realne w konkretnym momencie czasu. Zdaniem Smolina bezczasowa koncepcja wszechświata jest konsekwencją pomylenia modelu matematycznego z rzeczywistością, którą mamy modelować. Rzeczywiście wydaje się, że krzywa reprezentująca ruch ciała niebieskiego to nie to samo, co przesuwająca się planeta.
Powróćmy na chwilę do praktycznego punktu widzenia, zmierzając w stronę ujęcia czasu na gruncie mechaniki kwantowej. Otóż czymkolwiek byłby czas, zasadniczą rzeczą w powszechnie obowiązującej fizyce są równania ruchu, które opisują, jak zachowuje się dany układ w czasie. Zarówno w mechanice klasycznej, jak i w teorii względności równania ruchu są fundamentalne i nie ulegają zawieszeniu w żadnym miejscu czasu, z wyjątkiem tak zwanej osobliwości. W mechanice kwantowej jest inaczej. Według powszechnej praktyki równanie ruchu na ogół ulega zawieszeniu w momencie pomiaru. W wyniku ingerencji obserwatora następuje gwałtowna nieciągłość zachowania układu w czasie. W rzeczywistości coś dzieje się nieskończenie szybko, jakby przyroda odkleiła się na chwilę od czasu albo czas od niej. Taką sytuację można uznać za sensowną tylko na gruncie szczególnej interpretacji mechaniki kwantowej, tak zwanej interpretacji kopenhaskiej, gdzie stan układu, funkcję falową traktuje się jako naszą wiedzę o nim. Wtedy nie ma kłopotu, bo czujemy, że wiedza może zmieniać się skokowo. Jeżeli jednak w funkcji falowej jest cokolwiek realnego, to takie odklejenie się jej od realnego czasu stanowi problem.
Fizycy kwantowi gorąco spierają się o to, czy funkcja falowa jest realna, czy wręcz przeciwnie. Jak widać powyżej, wynik tego sporu mógłby mieć znaczenie dla konkluzji o realności czasu. Drugą intrygującą kwestią jest to, że na gruncie mechaniki kwantowej czas jest parametrem zewnętrznym, a nie wielkością obserwowalną. Należy do opisu zachowania cząstki, ale nie można go mierzyć. Co najwyżej w pewnych sytuacjach sam jest miarą. Na przykład, gdy mówi, kiedy zaszła emisja fotonu przez atom. Wolfgang Pauli pokazał bowiem, że w przeciwnym razie energia danej cząstki przestałaby być ograniczona od dołu. To ostatnie oznaczałoby, że żadna cząstka nie byłaby stabilna, co przeczy doświadczeniom. Widać zatem, że owa zewnętrzność i nieobserwowalność, obie odnoszące się do czasu w mechanice kwantowej, są powiązane w subtelny sposób ze stabilnością materii. Paradoksalnie problem tej teorii z czasem mógłby stanowić przewrotny argument za jego realnością.
Dlaczego? Otóż każda kwantowa wielkość mierzalna w pewnych sytuacjach uzależnionych od stanu cząstki nie ma określonej wartości przed pomiarem. Jest to zagadkowa cecha mechaniki kwantowej, nieznana w świecie klasycznym. Gdyby więc czas można było mierzyć, jak na przykład mierzy się położenie, to też musiałby on być chwilami pozbawiony swojej wartości. Kłóciłoby się to z ewentualnym żądaniem przez naturę realności czasu zawsze, w każdym momencie, niezależnie od tego, w jakim stanie badana cząstka się znajduje ani czy dokonujemy jego pomiaru, czy też go nie dokonujemy. Być może jest inaczej. Powyższa bezradność mechaniki kwantowej wobec czasu to tylko jakiś, jeszcze dla nas niezrozumiały, refleks tego, że wszystkiego musimy doświadczać w danym momencie czasu w zupełnie innym sensie niż w momencie przestrzeni. Bliskie jest nam bowiem pojęcie rzeczy równocześnie występujących w przestrzeni. Konfiguracja mebli w pokoju w danej chwili, ale nie równocześnie w różnych chwilach czasu. Nieruchome krzesło jako jeden byt rozciągnięty na godziny.
Pytanie, czy czas istnieje, mogłoby też mieć odpowiedź pośrednią. Fundamentalne równanie świata, to jest bez czasu jako takiego, a ten ostatni pojawiłby się emergentnie. To jest jako wtórna wielkość wewnątrz teorii. Znanym przykładem jest tutaj równanie Wellera-de Wita z lat 60., będące próbą opisu wszechświata za pomocą równania bezczasowego. Choć do tej pory nie spełniło swojego pierwotnego zadania, pogodzenie świata kwantowego i grawitacji stanowi ważną inspirację dla poszukiwań czasu emergentnego zamiast absolutnego. Interesującym wariantem takiej koncepcji jest podejście Page'a i Wootersa z roku 1983. Tutaj model rzeczywistości też jest statyczny i zawiera układ zegar-wszechświat. Globalny stan tego duopolu jest nieruchomy, jeśli popatrzymy na niego z zewnątrz, ale wewnątrz niego wszechświat ewoluuje, niejako dziedzicząc czas zegara. Nota bene, ów ogólny globalny stan to tak zwany kwantowy stan splątany. Stan, w którym dwa obiekty są ze sobą dużo silniej związane, niż na to pozwalała fizyka newtonowska.
Powyższa nieortodoksyjna koncepcja jest rozwijana, ale trudno wyobrazić sobie jej satysfakcjonującą falsyfikację, bo zegar mieści się tu na zewnątrz wszechświata. Czas jest zagadką. Powyższa refleksja pokazuje, że współcześni fizycy, zamiast powtórzyć słynną myśl Augustyna z Hippony, mogliby raczej przyznać: „Nawet gdy nikt nas nie pyta o to, czym jest czas, nie wiemy”. Proszę państwa, jeśli się teraz zagotowało w waszych głowach, to ja się wcale nie dziwię. Tekst nie jest prosty, ale też nie przesadzajmy. To nie jest jakiś tekst o nie wiadomo jakich równaniach i nie wiadomo jak trudnych zagadnieniach. Chociaż przyznaję, że przy moim niezbyt lektorskim czytaniu to mogło jeszcze państwu utrudnić odbiór tego tekstu. Niemniej jednak jest na to prosty sposób. Przesłuchajcie go państwo jeszcze drugi, może trzeci raz, a zobaczycie, że pewne rzeczy zaczną wam się chyłkiem wkradać do głowy. Bo to jest tekst, tak jak powiedziałem, niespecjalnie trudny, chociaż dla humanistów może być jednak tekstem, który nastręczy pewnych kłopotów.
Niemniej jednak to nie jest tekst trudny, a zawiera w sobie pewne fundamentalne stwierdzenia, ale nierozstrzygające. To znaczy autor zastanawia się nad tym, czym jest czas. To już państwo się zorientowali. I daje przykłady różnych odpowiedzi, jakie udziela fizyka. I wierzcie mi państwo, to jest stan tej powszechnej wiedzy. Oczywiście nie mówię tu o jakichś gremiach wysoce uczonych, które wiedzą od nas znacznie więcej, ale taka powszechna wiedza to to macie państwo na talerzu w tym artykule. Różne podejścia do czasu. Przyznaję, że my bardzo często czas sprowadzamy do czegoś takiego, co po prostu jest. A już sama ta refleksja, czy czas płynie, czy też świat płynie w czasie, to już taka refleksja podstawowa. Jeżeli ktoś zainteresowany, wystarczy cofnąć, kiedyś by się powiedziało taśmę, teraz po prostu odtwarzacz i jeszcze raz tego tekstu posłuchać.
Warto, naprawdę warto. To jest tekst, nadużywam dzisiaj tego słowa, ale niech będzie, z jakichś tam względów fundamentalny, jeśli chodzi o rozumienie zjawiska, jakim jest czas. Już kończę te korepetycje filozoficzne. No i proszę państwa, tak jak obiecałem tydzień temu, zapraszam na spotkanie z Tomaszem Bochińskim, który w tym roku w wydawnictwie Stalker Books wydał książkę „Złe ulice” z podtytułem „Opowieści praskie”. To jest, proszę państwa, petarda, że tak powiem. To jest 13 opowieści o magicznej Pradze, tej Pradze warszawskiej. Cóż, jak napisał Wojtek Sadeńko, to bardzo udany tom polskiej urban fantasy. Proza Tomasza Bochińskiego, ta, która jest w tomie „Złe ulice”, przenosi nas na ulice starej Pragi. Tej Pragi z legend. Tej Pragi, która mieści się na prawym brzegu Warszawy.
Tam kiedyś było niebezpiecznie. W książce Tomasza Bochińskiego spotykamy korowód barwnych postaci: różnych cwaniaków, handlarzy, wiedźm wiedzących, dziwek, meneli, łobuzów i bandytów. Oni wszyscy posługują się slangiem praskim, podobno już prawie wymarłym. Bo umówmy się, dzisiejsza Praga to jest miejsce bardzo modne do osiedlania się. Tam się osiedlają ludzie zamożni, a nawet bardzo zamożni. Praga traci swój charakter. Ktoś powie, że niedobrze, bo ginie coś. Sam nie wiem, czy dobrze, czy niedobrze. Sami to państwo ocenicie, czytając zbiór opowiadań „Złe ulice”. W każdym razie te opowiadania mają w sobie dużą nutę nostalgii.
Zabierają nas do tamtego świata, który przemija i śledzimy losy mieszkańców Pragi. Losy, które splatają się z różnymi fantastycznymi wątkami, tworząc to, o czym już mówiłem: niezapomnianą praską urban fantasy. Zapraszam państwa na spotkanie z autorem, który mówi o swojej książce, ale nie tylko o tym. Mówi o tym, jak żyło się na Pradze, bo autor nie jest teoretykiem. On tam w swoim czasie mieszkał, żył, był człowiekiem stamtąd. I o tym będzie spotkanie, które zostało zarejestrowane na Sadeńkonie w czerwcu tego roku. Zapraszam.
[26:44] - Moi drodzy, przedstawię się, bo może nie wszyscy mnie znają. Tomasz Bochiński. Może nie będę mówił rocznika. Dwa lata po wystrzeleniu pierwszego Sputnika, a dwa lata przed wystrzeleniem pierwszego kosmonauty. I w tym momencie, jak miałem 10 lat, zobaczyłem na żywo transmisję z lądowania na Księżycu. W tym momencie, moi drodzy, jak jeszcze przeczytałem trylogię Borunia i Srebki, byłem stracony dla wszystkiego poza fantastyką. Nie wyobrażałem sobie żadnej innej przyszłości. Fantastyka działa się na moich oczach. Sekundeczkę. Jedna sprawa.
Ponieważ wiek już nie ten i skleroza, więc będę się trochę podpierał kartką. Mam nadzieję, że to wam nie będzie przeszkadzać. Ale od tego hard SF, jak udało się przejść do opowieści typu urban fantasy, typu historie grozy? Powiem tak, że od momentu debiutu do momentu, kiedy zacząłem zajmować się historią Pragi i historią różnych, nazwijmy to, niesamowitych zdarzeń na Pradze, minęło 20 lat. W czasie pierwszych warsztatów w Chlewiskach klubu twórców mieliśmy genialnego przewodnika, nazwijmy to nawet guru, Tadeusza Lewandowskiego, który powiedział nam coś, co może teraz zabrzmi banalnie, ale wtedy dla nas było odkryciem. „Piszcie o tym, na czym się znacie”. Oczywiście dla większości autorów, wtedy młodych, na przykład Tomek Kołodziejczak miał 17 lat, było to dosyć zabójcze, bo na czym on się znał? Ja sam osobiście byłem trochę starszy. Któregoś razu Tadek Lewandowski wziął mnie za łokieć i mówi: „Tomek, widzę, że ty chcesz pisać rzeczy takie, powiedzmy rozrywkowe. Może nie jakieś badziewne, ale w każdym razie może jakieś głębokie rozważania ty odrzucasz”.
Ja mówię: „Chciałbym opowiadać ciekawe historie”. On mówi: „Słuchaj, a może byś spróbował coś o Pradze? Taki mały realizm”. Popatrzyłem się na niego i mówię: „Wiesz, Tadeusz, ale to byłby bardzo mały realizm, bo warunki na Pradze to jest taka skondensowana szarość szarości, że opowiedzieć coś o tym ciekawego byłoby trudno”. Nie wiedziałem wtedy, matołek jeden, że jemu chodziło o nurt literacki, który był w latach początkowych 60., w czasie odwilży gomułkowskiej, gdzie autorzy pisali rzeczywiście rzeczy prawdziwe, tyle tylko że w mikrospołecznościach zupełnie nienaświetlające rzeczywistości ogólnej. W tym momencie mogli mówić prawdę, bo mikrospołeczności niespecjalnie zajmują się tym, co się dzieje na Bliskim, Dalekim albo innym Wschodzie. Ale to do mnie wtedy nie dotarło. Jak popatrzyłem sobie przez okno, zobaczyłem te kamienice, tę szarość. Szczerze mówiąc, nie chcę się tego przebijać, bo jakbym wam pokazał, jak wyglądały wtedy ulice Ząbkowska i inne, to byście się przerazili. Domy postrzelane.
Praktycznie jak wyszły z wojny, tak właśnie się prezentowały. bruk dziurawy, chodniki można było zęby stracić od razu przy pierwszym kroku. Nie, ja chciałem kosmosu. Potem, jak przeczytałem Howarda i Tolkiena, to chciałem, za przeproszeniem, opisywać walki wojowników. Mówiąc krótko, zachłysnąłem się chyba ucieczką z tego świata. I to trwało przez wiele lat. Popełniłem a to space operę, a to jakieś przygody fantasy, mniej lub bardziej udane. I dopiero gdzieś tak w 2005 opublikowałem w SS-ie u Schmidta opowiadanie „Druga liga” i ono się rozgrywało na Pradze. Aczkolwiek ja w ogóle nie miałem poczucia i świadomości, że coś dalej z tego będzie. To była typowa jednostrzałówka, duże opowiadanie, ale działo się nie tylko na Pradze.
Nie będę opowiadał za dużo, bo jest nawet w tym wznowieniu to opowiadanie. W każdym razie mamy tam podróże w czasie i inne takie rzeczy. Napisałem i w sumie zapomniałem. Opublikowałem. Dobrze. Schmidt podobno nie płacił ludziom, mnie płacił zawsze bez najmniejszej zwłoki, gdyż jak mi kiedyś zagaił, że u niego są takie obyczaje, że debiutanci nie dostają wynagrodzenia, to mu odpowiedziałem, że nie jestem debiutantem. I zapłacił bez żadnego kłopotu.
[32:19] - Miałeś ten sprzęt przy sobie.
[32:23] - Co do tego sprzętu wrócimy później. To jest taka strzelba i ona sobie tu leży. Generalnie rzecz biorąc zająłem się dalej pisaniem rzeczy fantasy. Ale dostałem w 2007 roku zamówienie z Fabryki Słów na opowiadanie do antologii rocznicowej na 25-lecie Klubu Twórców „Niech żyje Polska! Hura!” Każdy tam miał napisać nowy tekst, nieużywany nigdzie. A ja uznałem, że to chyba najwyższy czas pokazać, że rzeczywiście umiem pisać. Miałem taki temat, który mnie dręczył już od kilku lat. Tylko bałem się, że go nie udźwignę, spartolę i to będzie porażka. A nie chciałem tego tematu spartolić. Po prostu bodajże w „Wysokich Obcasach” w „Wyborczej” wyczytałem historię Ginczanki, poetki przedwojennej, która naprawdę mogłaby być kimś wielkim, ale jak wiadomo była Żydówką.
Nie przeżyła tej wojny. Niemcy ją po prostu zamęczyli. Ja poczułem się osobiście urażony tym. To było wspaniale pokazane w tym artykule. To był taki list między włoskim wydawcą wierszy a polskim badaczem historii Ginczanki, że ja poczułem się, jakby mi osobistego krewnego zamordowano. I koniecznie chciałem to jakoś odreagować. Ale uznałem, że to musi być historia na maksimum tego, co potrafię zrobić. Nie potrafiłem wymyśleć formy. I jak to bywa, siedząc sobie w pracy przed komputerem, ziewając, popijając trzecią kawę, w pewnym momencie usiadłem. Ręce jak chirurg.
Dwa pierwsze zdania. Zastanowiłem się i stwierdziłem, że to może być coś wspaniałego, bo z jednej strony przekazuję swoje emocje i myślę, że emocje wielu ludzi, których historia tej dziewczyny, tej kobiety zajmuje. A z drugiej strony nie jest to takie oczywiste, dlatego że zderzam to z narracją w stylu praskim. Język dość brutalny, okoliczności przyrody takie, że naprawdę po zmroku nie warto się pokazywać. I z tego wyszedł taki konglomerat, że samego mnie zaskoczył. W momencie, kiedy to opowiadanie poszło, to było uznanie. Niektórzy wręcz mówili, że to było najlepsze opowiadanie w tym zbiorze. Nie wiem. Tam było kilka co najmniej dobrych. Dostałem zamówienie na następne opowiadania z tego świata.
Opublikowałem jeszcze jedno opowiadanie, a potem stwierdziłem, że z tej fabrykockiej to chyba się nazywało. Nie pamiętam. W każdym razie była ta antologia. „ADES13” to się nazywało. Stwierdziłem, że to może już jest za dużo, żeby tak się rozmieniać po cudzych antologiach. Należy zebrać własny zbiór. Przysiadłem fałdów. Napisałem. I zaczął się pewien kłopot, gdyż rozstałem się w międzyczasie z Fabryką. Fabryka wtedy niestety wymagała podpisania tak zwanej lojalki, a ja stwierdziłem, że ja zawsze jestem freelancerem.
Ja jestem wolny ptak. Ja nie będę podpisywał, że ja tylko z tymi współpracuję, a z tymi to już nie. I tu nam się drogi rozeszły. Nie było komu wydać tego zbioru. I trafił się młody, a może niezupełnie młody, ale w każdym razie entuzjasta. Znany wam wydawca Pana Małodobrego, który jest obecny. O, tam siedzi, ukrył się z tyłu, proszę bardzo. Zareagował genialnie na ten mój zbiór. Od razu chciał to wydać. Tyle że nasze przedsięwzięcie nie do końca się udało, dlatego że to wyszło bardzo ładnie, wszystko okej.
Tyle tylko, że mieliśmy taki pomysł, żeby ominąć dystrybucję, hurtownie, które są wysysaczami krwi, a nie spełniają swojej roli. Chcieliśmy trafić do czytelnika drogą taką trochę z boku, przez kiedyś to się nazywało Kioski Ruchu, ale generalnie rzecz biorąc przez miejsca dystrybucji prasy. I to się ukazało jako gazeta. Zresztą nie tylko to. Alek wtedy wydał mnóstwo bardzo dobrych rzeczy. Tylko że okazało się, że mafia w tej dystrybucji jest jeszcze gorsza niż w hurtowniach. Moi drodzy, nieruszone paczki wracały do wydawcy bezczelnie, nawet w ogóle nie zdjęte było opakowanie. Widać było, że trafiły do hurtowni centralnej, po czym tam zostały. Ale i tak odbiór tego był bardzo dobry. Ja naprawdę byłem nawet mocno zdziwiony, jak dobry jest odbiór tego, jak ludziom się spodobało coś, co de facto jest odrażające.
No właśnie. Co ciekawego jest w zapyziałej, zrujnowanej, zasiedlonej przez lumpów dzielnicy? To pytanie to oczywiście prowokacja, bo Praga, Grochów, Saska Kępa, Białołęka do tej pory nie zostały do końca odnowione, ale nigdy nie prezentowały się tak źle, jak je przedstawiano. A 95% ludności, choć mówiła specyficzną gwarą, miała nieco odmienną obyczajowość niż reszta miasta. Była normalna, uczciwa, nawet lepsza niż zasiedlający Warszawę lewobrzeżną przybysze ze świata, dumnie nazywający się warszawiakami. Bo to Praga właśnie przetrwała drugą wojnę. To tu zachowała się substancja mieszkaniowa, to tu pozostały żywe układy międzyludzkie. A cała czarna legenda wzięła się z tego, iż po wojnie w miejsce zgładzonej społeczności żydowskiej nasiedlono wszelkiego typu element, który bardzo chętnie przyjął obyczaje przedwojennych cwaniaków, jakich nie brakło w żadnej dzielnicy stolicy, dodając do tego swoje własne lumpenproletariackie sposoby na życie. A co ciekawego jest na Pradze? W momencie, kiedy siadałem do tych opowiadań, popatrzyłem sobie na tą szarą szarość.
O czym tu pisać, na litość boską? A potem dowiedziałem się, że na przykład na Pradze albo na przedpolach Pragi w ciągu ostatnich kilkuset lat odbyło się ponad 20 bitew. To tutaj walczono o Warszawę de facto. To tutaj składano daninę krwi. To tutaj wyrzynano w pień całą ludność przedmieścia Warszawy. To nie może być nudne miejsce. To jest miejsce po prostu zapomniane.
[40:18] - Wybierano królów.
[40:20] - Wybierano królów albo uciekano na Pragę. Nie ma zbyt wiele zabytków, bo Praga była w zasadzie do XIX, a w sumie nawet i do XX wieku w znacznym stopniu drewniana, więc co tam miało być, to płonęło w kolejnych wojnach.
[40:40] - Aleksander Zbużuł Napoleon. W XVIII roku został, przetrwał tylko taka mała kapliczka.
[40:45] - Tak, jest tam Matki Boskiej Loretańskiej. Natomiast jest troszkę zabytków takich już późniejszych, powiedzmy z drugiej połowy XIX wieku. Jest trochę secesji, także jest co tam obejrzeć. Zwłaszcza teraz, kiedy to już zaczynają naprawdę odnawiać. Ale prawdziwym bogactwem Pragi są ludzie. To jest coś nie do zrozumienia w nowoczesnych miastach. Pokolenie za pokoleniem mieszkało w jednym miejscu, tworząc kulturę i sposób komunikowania się odmienny od reszty miasta. Po drugiej wojnie w zasadzie tylko Praga i jej mieszkańcy mogli świadczyć o tym, czym była Warszawa do 1944 roku. Kiedy ja piszę o lumpach, złodziejach, bandytach, prostytutkach, to jest też wykrzywienie. W mojej kamienicy było 21 mieszkań, a przytoczę tu kilka osób, które tam żyły.
Pani Bialik, skromna starowina, przez znaczną część wojny ukrywała u siebie Żydów. Cała kamienica o tym wiedziała. Żaden szmalcownik się o tym nie dowiedział. Pan Zimny był moim sąsiadem i on sobie podążał w roku 1945 w ataku na Drezno, który to atak prowadził pijany Świerczewski. I jak tylko wspomniał swoje tragdy bojowe pan Zimny, natychmiast musiał się napić wódki, bo po prostu nie był w stanie żyć bez tej wódki w momencie, kiedy przypomniano mu tę rzeź, na którą rzucono tych w sumie młodych, niedoświadczonych żołnierzy. Słonkowski był Był moim dziadkiem po kądzieli, ale najważniejsze jest to, że był najmłodszym żołnierzem pierwszej kompanii pierwszego pułku Dywizji Syberyjskiej, która walczyła właśnie na Syberii w 1918 roku w korpusie interwencyjnym bezpośrednio podporządkowanym Francuzom. W pułku szturmowym niewiele osób zostało żywych, bo on osłaniał odwrót tej dywizji. A to, co zostało, trafiło do niewoli. Dziadek trafił do łagru, skąd uciekł i półtora tysiąca kilometrów przez Syberię udało mu się przebić. I do końca życia już mu zostały dwie rzeczy.
A: pił wyłącznie spirytus, gdyż nic innego nie wchodziło. B: jak się napił tego spirytusu i bynajmniej nie był pijany czy to, to nie o to chodzi. Śpiewał rosyjskie romanse. Proszę państwa, dziadek był niesłychanie przystojny. Wszystkie sąsiadki po prostu wychodziły i słuchały koncertu na schodach, który on dawał, wchodząc na to nasze czwarte piętro, żeby, że tak powiem, spocząć po ciężkiej pracy. Piętro niżej mieszkali Religia. To włoska rodzina, teraz nieznana, ale zaraz po wojnie to była rodzina, klan taki muzyków, którzy odgrywali wielką rolę w tworzeniu kultury polskiej. No i mamy kogoś, o kim w zasadzie powinienem napisać powieść. Niejaki Wincenty Andruszkiewicz to jest tak zwany marynarz. Otóż marynarz.
Zobaczę, może ja spróbuję nawet go znaleźć tutaj. Czy ktoś się na tym zna?
[44:42] - Trzeba iść do dołu.
[44:45] - Spróbuj może. O, ten pan. Już. Obejrzyjcie tego pana. On mieszkał w mojej kamienicy. Ważył sobie 220 kilogramów. Był prawdziwym marynarzem. Tu jego kolega jest zresztą, który pływał na łodziach podwodnych przed II wojną światową, a tonął razem z Gryfem we wrześniu. Bodajże 3 września Gryf został zbombardowany i poszedł na dno. On w tym momencie obsługiwał działo.
[45:16] - Przepraszam.
[45:17] - Proszę?
[45:17] - Miał sobie pana.
[45:18] - Tak. Także tenże pan mieszkał u mnie w kamienicy. W kamienicy drzwi do mieszkań składały się z dwóch części. Otwierało się zwykle tylko jedno. Nie, nie, nie. Pan Andruszkiewicz, trzeba było dla niego otworzyć dwie części i on przesuwał się bokiem. Zabroniono mu. Zabroniono mu wychodzenia na balkon, gdyż nie wiadomo ile Bogu ducha winnych duszyczek by wyprawił na tamten świat, jakby się ten balkon zerwał i jeszcze zerwał ten drugi balkon pod nim, a wszystko komuś na głowę upadło. To jest ciekawa historia, gdyż to jest typowy wykwit powojennej Polski, tuż powojennej. Cinkciarz, handlarz.
Co by tu jeszcze powiedzieć? Otworzył właśnie schron u Marynarza razem z tym swoim przyjacielem. Dawał tam fenomenalne rzeczy typu flaczki, tego typu typowo praskie, typowo polskie specjały. Tam jest dostępny w sieci film, gdzie widać, jak on niemal jak baletnica porusza się w takim miejscu, które dosłownie kilka metrów kwadratowych liczy, a on między stolikami przepływa i dla każdego ma uśmiech. Był to po prostu fantastyczny człowiek, którego zniszczono, a wykończono go w sposób banalny. Otóż miał w domu schowane w bieliźniarce trzy butelki gruzińskiej brandy. To było zakazane. Może nie uwierzycie, ale to było zakazane. Nie można było mieć zagranicznego alkoholu. A już zwłaszcza nie można było go mieć, jak się było restauratorem, bo to znaczy, że tam coś było nie tak.
Zniszczono go domiarami. Musiał zlikwidować tą restaurację, a była ona naprawdę słynna na całą Warszawę. Zresztą wtedy z Warszawy niewiele zostało i wszyscy, cała klasa rządząca, artyści, wszystko to mieszkało na Pradze. I tak się skończył Marynarz Andruszkiewicz. A trzeba powiedzieć, że w czasie-
[47:35] - Co z nim potem się działo, jak go już ta kolumna załatwiła?
[47:38] - Umarł.
[47:39] - Szybko?
[47:40] - Dość szybko. Z tym że ja nie wiem, czy on umarł, bo się załamał, czy umarł, bo, przepraszam, ważył 220 kilo i na przykład do swojego miejsca pracy jechał dorożką, która miała specjalnie wzmocnione resory, bo inaczej by tego nie udźwignęła. Natomiast można jeszcze jedno o nim powiedzieć, bo tak wychodzi na koniec, że to taki, nie wiadomo, szwarccharakter trochę. Otóż nie. W czasie wojny owszem, handlował na potęgę, ale po co handlował? On kupował broń dla armii podziemnej. Także to był naprawdę dużej klasy człowiek. Mógłbym tutaj jeszcze innych sąsiadów wymieniać, ale to chyba wystarczy. To jest jedna kamienica. Jedna kamienica, która w zasadzie niczym się nie wyróżniała pośród 50 000 innych kamienic.
Myślę, że mógłbym tak wyliczać przez całe CD i jeszcze bym nie skończył. Także jeżeli ktoś mówi, że Praga to jest dzielnica lumbów, no to na zdrowie. Ale opowiadanie o Pradze bez piwa jest ciężkie. Co jeszcze ciekawego? Może przejdźmy do książki. Kiedy pisałem ze swoją żoną kryminał „Pan Luczer w Warszawie” - to jest kryminał rozgrywający się tuż przed powstaniem styczniowym w Warszawie - redaktor powiedział: „Dobrze by było, Tomku, żebyś tam włożył w usta bohaterów XIX-wieczną gwarę”. Ja mówię: „Ale skąd ja ci wezmę? Nie ma takich opracowań specjalnie. Może gdzieś na uniwersytetach, ale nie mam czasu, żeby to odrobić”. „To ja ci przyślę”.
Przysłał mi fragment tekstu, gdzie były wymienione. Przeczytałem i dostałem takiego napadu śmiechu, że myślałem, że się udławię. Otóż niestety ja na podwórku używałem wszystkich tych słów. Rozmawiałem w tym języku. Nie wiedziałem, jak ten mieszczanin, że mówię gwarą. On nie wiedział, że mówi prozą. W tym momencie napisałem: „Arturze drogi, postaram się nie zawieść twojego zaufania”. Już nie musiałem. Aczkolwiek powiedzmy sobie szczerze, że w momencie, kiedy postanowiłem zrobić z tego zbiór opowiadań i zacząłem się zastanawiać, ile można włożyć prawdy językowej, a ile muszę dosztukować, to wyszło mi, że dosztukować muszę sporo. A to dlatego, że w miarę upływu lat - lata 70., 80., 90., kiedy rozgrywają się te opowiadania - ten język bardzo się brutalizował.
To już nie była tylko gwara, nie tylko akcent, takie spieszczanie na to: „lyst” a to „ulica”. Trzeba było wkraczać po prostu grypsera, język więzienny. To z jednej strony, a z drugiej strony, nie bójmy się tego słowa, w jednym pięciowyrazowym zdaniu były przynajmniej trzy przecinki. „Kurwa, kurwa, kurwa”, albo inne, równie fantastyczne. Przez chwilę miałem zagwozdkę, co zrobić, bo przecież nie mogę czytelnika w ten sposób znieczulić, że będę mu 20% tekstu samymi wyzwiskami sztukawił. To mnie trochę wkurzyło. Są przekleństwa w mojej książce, ale jest ich tylko tyle, żeby ludzie wiedzieli, że to jest świat naprawdę brutalny i świat ludzi ubogich, a często ubogich myślą niestety. Jest tutaj sporo tego, ale postanowiłem troszeczkę pójść śladem Wiecha. Tylko oczywiście znając proporcje, nie porównuję się do Wiecha. Wiech stworzył swój własny język, który de facto nigdy nie istniał, bo on pobolętrzymiał wszystkie rzeczy, jak mógł.
Ale to zagrało. Żeby było śmieszniej, ludzie zaczęli mówić Wiechem. Nie jestem tak wielkim pisarzem, ale też stworzyłem taki swój język, w którym było dość prawdy, dość grypsery, dość przekleństw, żeby stworzyć spójną całość. Jedyne, czego mi się nie udało, nad czym boleję, ale gdyby ktoś kiedyś chciał nakręcić film na podstawie któregoś z tych opowiadań, to można by było zrobić. To jest akcent. Nie da się przekazać akcentu, żeby on był nierozśmieszający, nieintencjonalnie. Nie mogę mówić, że wszyscy mówią „lysta, lyst, Lolka”. Zapisywanie tego w ten sposób rozśmieszałoby czytelnika i to nie w tych miejscach, gdzie chciałem go rozśmieszyć. Tego mi się nie udało zrobić. Natomiast wytworzyłem pewien język, który wydaje mi się, że zdał egzamin, jeżeli chodzi o przekazywanie pewnej prawdy, pewnej odrębności.
Normalnie na ulicy można było się spotkać na przykład z takim pytaniem: „Jak u was jest?”. I teraz zależnie było. Jeżeli wiedziało się, o co chodzi, to mówiło się „git”. Jeżeli się było pewną odrębność chciało wykazać, mówiło się „fest”. A jeżeli mówiło się cokolwiek innego, znaczy się, że byłeś frajerem, czyli nie człowiekiem. I to w latach 80. było przykre, dlatego że tak naprawdę to nie starzy garrownicy, to nie ludzie spod celi opowiadali takie rzeczy, tylko młode wilki, które aspirowały do bycia git człowiekiem. A oni byli niebezpieczni. Byli naprawdę niebezpieczni, bo tym, którzy sobie posiedzieli, zależało, żeby jednak może za szybko nie wracać za te kraty. A tamci koniecznie chcieli wykazać, jacy oni są mocni, jacy oni są inni, jak oni rządzą na dzielnicy.
Powiem szczerze, że ja raz nie zareagowałem dość szybko Jak zapytano mnie, jak mam u dzielnicowego, nie udzieliłem jedynej prawdziwej odpowiedzi, czyli że kiepsko, tylko próbowałem się coś motać. Skuli mnie w twarz, jak trzeba.
[55:01] - Kiedy to było? Jakie lata?
[55:03] - To były lata późne 70. i wczesne 80., aczkolwiek raczej późne 70. Jeszcze może coś o obyczajowości. Tutaj niezależnie od statusu, to było tak, że rzeczywiście na dzielnicy byliśmy my kontra świat. Wszystko, co na zewnątrz było złe, to znaczy potajemnie się tam zazdrościło lepszych warunków mieszkaniowych albo innych rzeczy, ale generalnie tego nie należało okazywać. Ja pamiętam, że jeszcze w latach wczesnych 90., jak wyjeżdżałem do Śródmieścia, przekraczałem Wisłę, mówiłem: „Jadę do miasta”. Nie, że do Śródmieścia, ja opuszczam Pragę i jadę do miasta.
[56:03] - W początkach lat 90. ul. Laska była bita drogą z drewnianymi-
[56:09] - Tak. Ostatnie drewniaczki do tej pory uzyskały status zabytków, ale ostatnie drewniaczki właśnie na początku, mniej więcej po rewolucji po '90 roku zostały porozbierane, a częściowo spalone przez, nazwijmy to, pijaczków. Także to różnie było. Ale za to na przykład coś takiego jak pomoc sąsiedzka, jak to, że dzieciaki do pewnego roku życia, powiedzmy gdzieś tak do 10. roku życia były de facto bezpieczne. Nimi się nikt nie interesował, nazwijmy to, w bandycki sposób. Jeden drugiemu mógł przylać, ale to, żeby dwudziestolatek jakimś frajerem się zajął, to był nie honor. To w ogóle nie wchodziło w grę. To w ogóle było poza zakresem pojmowania. Więc ja na przykład w dzieciństwie czułem się zupełnie bezpiecznie na Pradze.
Zaczęło być dla mnie niebezpiecznie, jak jeden mój kolega, a mieliśmy już lat po 13, stwierdził, że ma do mnie ansę i potrząsował mnie półcegłówką. Mam do dziś ślad na czole, ale na szczęście przez 40 lat się zarósł.
[57:25] - A dlaczego? Jaki był powód?
[57:27] - Nie lubił mnie.
[57:29] - Czyli jakaś taka zwierzęca właściwie agresja?
[57:32] - Nie. Ja myślę, że tutaj ze zwierzęcą to nie. Jak teraz na to patrzę, może ja byłem winien, może za bardzo mu dokuczyłem. Kto wie. Nie mam o to pretensji. Ja tylko dziękuję, że udało mi się na własnych nogach wrócić do domu, choć matka trochę narobiła krzyku, jak mnie zobaczyła jak zombie z jedną połową twarzy zupełnie zakrwawioną. Się zdziwiła, że jeszcze żyję i ruszam tak tymi łapami.
[58:05] - To był w książce wydawców ogólny watek, ponieważ te dzieci do 10. roku były wspólne i czekaj ojcu, matce-
[58:12] - To było oczywiste. A poza tym jeszcze było fajnie, bo były studnie i w tym momencie, jak był cieć w bramie, to żadne dziecko nie wyszło na ulicę. Pomijam fakt, że tam był jeden samochód na pół godziny na tej ulicy, bo takie były czasy, ale żadne dziecko nie wychodziło, więc co mogli sobie złego zrobić? Mogli z trzepaka spaść. Poza tym wymyśliliśmy inne rzeczy, typu chodzenie po dachach i chodzenie po piwnicach, ale to jest insza rzecz.
[58:43] - Czyli jeżeli pan urazy do niego miał, bohaterowie „Wiecha” tych opowiadań, jak się dowiedzieli, że to poszło o niezrozumienie czegoś czy o coś, to podawali sobie w sądzie ręce. Przynajmniej w „Wiech faktycznych”.
[58:56] - „Wiech” trochę fantazjuje, ale troszkę też rzeczywiście bierze z kronik policyjnych i sądowych, także można mu wierzyć, ogólnie rzecz biorąc. Ja nie mam do niego pretensji, gdyż jak sobie przypominam, to jakiś tydzień później już żeśmy razem urządzali wyprawy gdzieś tam na dzielnicę. Ja tylko mu serdecznie obiecałem, że jakby co, to musi odwzajemnić. Nie zrobiłem tego, bo jakoś-
[59:22] - Nie było okazji
[59:24] - Nie było okazji. A może się wyprowadził? A może nie pamiętam, co mu zrobiłem? A może nie chcę pamiętać? W każdym razie, jeżeli chodzi jeszcze o obyczajowość, bywały też rzeczy gorsze typu wojny pomiędzy danymi ulicami. Na przykład Ząbkowska kontra Stalowa. Już byłem młodym człowiekiem, miałem ze dwadzieścia parę lat i piłem wódkę na melinie na Stalowej. I dobry kumpel, z którym tam byłem, mieszkający na Stalowej, mówi: „Wiesz, kończymy już. Twoja była dobra, moja była dobra, ale już trzeba skończyć. To ja cię odprowadzę.
Odprowadzę cię na Ząbkowską”. Ja mówię: „Chłopie, ale po co? To jest, za przeproszeniem, 300 metrów”. On mówi: „Wiesz, lepiej, żeby cię nikt nie ruszył”. Dobra, przeżyłem. Znaczy się, może miał rację, że mnie wtedy odprowadził i gdzie trzeba odpowiedział: „Spoko, on jest ze mną”.
[01:00:31] - Swój.
[01:00:33] - Ale to nie było zbyt częste. I w sumie jak człowiek znał się, nazwijmy to, na sygnałach, to nie było jakieś straszne. To dało się przejść. Natomiast pamiętam też takie, wtedy się przejmowałem, teraz mnie to trochę śmieszy- Od czasu do czasu po dzielnicy szedł szum. „Grupsera się zmienia, Grupsera się zmienia”. Wszyscy, którzy mieli wykute na blachę odpowiednie słowa, żeby nie dostać po ryju, czuli się niepewni, że może, nie daj boże, nie dowiedzą się, jak trzeba odpowiadać. Wyszedł ktoś, kto akurat garuje i ich tam, mówiąc krótko, zniszczy. Na szczęście zwykle to były jakieś kosmetyczne zmiany i nieistotne. Natomiast żeby nie było tak słodko, byli i bandziory. Ja nie znałem nigdy pułkownika, ale majora to widziałem.
Miał 15 odsiedziane na koncie i rządził wtedy dzielnicą. A przynajmniej tym fragmentem, w którym ja mieszkałem. Jeszcze na przykład były takie rozrywki ludowe. Od czasu do czasu ludność, nazwijmy to, w wieku kilkunastu do dwudziestu paru lat się nudziła. To mówiła: „Słuchajcie, robimy komandę, jedziemy na Stare Miasto bić pedałów i hipisów”. Ja nie uczestniczyłem, gdyż byłem za młody, a poza tym, szczerze mówiąc, ja nie wiedziałem, co to jest ten hipis, więc wolałem się nie tego. Co to z tego może być? To, co ja pokazuję w opowiadaniach, tak naprawdę tylko od czasu do czasu wychodzi z tego naga prawda. Ja dlatego ją troszeczkę uładziłem, że gdybym zaproponował rzeczywiste zdarzenia, byłoby to zbyt... Mówiąc krótko, jeżeli czegoś jest dużo, to człowiek do tego przywyka.
Jeżeli od czasu do czasu wychynie potwór, to jego się naprawdę boimy. I jeżeli od czasu do czasu prezentuję jakieś zdarzenia naprawdę okrutne, to one lepiej oddają, niż gdybym na każdej stronie opisywał jakieś nieszczęścia i katastrofy, nazwijmy to. Co tu mamy? Nie zapominajmy, że opowiadania te są także fantastyczne, że korzystają z pewnej mitologii, że mamy tam zdarzenia i stworzenia spoza tego świata. Od razu przyjąłem a priori taką decyzję, że nie będzie tam żadnych XIX-wiecznych wymysłów. Jakieś bazyliszki, syrenki, jakieś nie wiadomo co. To po pierwsze tematy tak wyjeżdżone, że już chyba blachę widać spod tego, a po drugie zupełnie nie pasowało mi do koncepcji. Ja chciałem znaleźć takie potwory, o których ludzie autentycznie wieczorami opowiadali i było w tym trochę lęku. Może takiego umownego, bo umówmy się, ale jednak. Zrezygnowałem też z czarnej wołgi.
Wspominam tam w jednym opowiadaniu. To jest w sumie fajna rzecz, ale też uznałem, że może tych czarnych wołg to już za dużo. Natomiast jak posłuchałem mieszkańców, jak wspomniałem to, co mi opowiedziano na podwórku, co mi opowiadała babcia, to wyszła mi tam na przykład opowieść o Ślicznej Pannie. Ona zazwyczaj pojawiała się w okolicach bazyliki. To jest ogromny kościół tam na Pradze. W ogóle taki nieprzystający skalą do dzielnicy.
[01:05:01] - Florian?
[01:05:02] - Nie, nie Florian. Bazylika Najświętszej Marii Panny chyba? Nie chcę kłamać. To jest tam przy zajezdni na Kawęczyńskiej. To jest w latach 20. chyba XIX wieku postawione z inicjatywy księżnej Radziwiłł, którą potem niestety zabił rowerzysta. Najechał w staruszkę rowerzysta i ją zabił. Ale zdążyła zasponsorować tą właśnie bazylikę. Ogromny kościół, w sumie bardzo ładny. Nawet jest legenda, że kolumny do tego kościoła sprowadzono z Włoch.
Mówię „legenda”, bo zdaje się, że to nie jest prawda. Ale naprawdę warto to zobaczyć. Jeżeli ktoś będzie na Pradze, warto tam pójść, zobaczyć. Jest co zobaczyć. Co tam mamy dalej? A właśnie ta Śliczna Panna. Ja w sumie nie wiedziałem o tej legendzie, że właśnie pojawia się jakaś panienka. Ponoć każdemu ona się wydaje inna, ale zawsze trafia w ten styl urody, który mu się najbardziej podoba. Żeby było jasne, nie chodzi tu o uczucia erotyczne, tylko o estetyczne. Ja dodałem trochę erotycznych, żeby czytelnik był bardziej zaangażowany.
Natomiast ona nie jest równoznaczna ze śmiercią. Ona tylko prowadzi w miejsca, które są dla niej ciekawe, ale te miejsca, które są dla niej ciekawe, bywają zwykle niebezpieczne dla zwykłych ludzi. Więc była taka legenda, że lepiej za nią nie iść. Jakby nie była piękna, jakby nie zapraszała, lepiej za nią nie iść, bo można trafić w miejsce, gdzie jest ciekawie. A ciekawie to na przykład strzelają tam albo dom się wali, albo coś takiego. W czasach jeszcze mojej nie młodości, choć dziecięctwa znajdowano różne pozostałości wojny na Pradze w piwnicach. Czasami to były fragmenty szkieletów, czasami było to uzbrojenie. Mówiło się o jakichś pozabijanych esesmanach czy gestapowcach pochowanych gdzieś w piwnicach. I ja po prostu z tych i innych funkcjonujących w świadomości mieszkańców legend, uplotłem swoje opowieści. Uznałem, że jakoś wymknę się tylnymi drzwiami, obejściami z banału, że przekażę coś, w co ci mieszkańcy byliby w stanie uwierzyć.
Tak to wyglądało, jeżeli chodzi o konstruowanie tego zbioru. A teraz może spróbuję opowiedzieć o tym fragmencie gry. Jest to krótki bejsbol, który nosiłem w latach 1992-1999 na stałe przy sobie wychodząc z domu. Zwykle miałem długi czarny płaszcz, taki z kieszenią wewnętrzną, w którym to się chowało, gdyż po roku 1990, po rewolucji nastąpił prawie całkowity zanik jakiejkolwiek solidarności. Prawie. Starzy garownicy nie zajmowali się już rozbojami na ulicach, natomiast młode wilki potrafiły atakować staruszki, potrafiły okradać ludzi niepełnosprawnych. Zwykle działali w grupie, w stadach jak szakale. I to było naprawdę niebezpieczne. Oni nie uznawali czegoś takiego, że swój – obcy. Nie.
Dla nich wszyscy byli obcy poza ich grupką. Byłem świadkiem tylu różnych rozbojów, że stwierdziłem, że któregoś dnia musi paść na mnie. Miałem ten argument, ale zgodnie ze zdrowym rozsądkiem nigdy nie wyjmowałem go, żeby straszyć. Więc tak naprawdę użyłem go tylko dwa razy. Raz napadło mnie trzech. Pozbawiłem czucia w łokciu tego najstarszego, reszta uciekła. A drugim razem była to raczej historia śmieszna niż dramatyczna. Na mojej klatce zebrało się grono narkomanów, którzy tam już nie pierwszy raz chcieli sobie urządzić imprezkę. Więc ja wyciągnąłem tego bejsbola i zacząłem tłuc. Ale nie narkomanów, tylko w parapet, w ścianę, w balustradę, cokolwiek.
Narobiłem takiego hałasu, że narkomani z okrzykiem: „Wariat, wariat!” zbiegli. I szczerze mówiąc nie przypominam sobie, żeby się jeszcze pojawili. Wiem, że było klatek, których nikt nie pilnował. Także jest to taka pamiątka. Przestałem to nosić, od kiedy zacząłem nosić inne rzeczy. Także przepraszam za stuknięcie, ale trudno się mówi. Bejsbol też musiał swoją opowieść przekazać. Może jeszcze anegdota z tym bejsbolem. Otóż byłem któregoś razu u Magdy Kozak na jej posiadłości. Jeszcze z poprzednim mężem była i on szkolił młodych ludzi, za ciężkie pieniądze zresztą, w sztuce walki nożem.
Ja obejrzałem to z wielkim zainteresowaniem, bo sam się zastanawiałem, czy by noża ze sobą nie nosić. On tak patrzy, patrzy, ja mówię: „Wiesz, musisz jeszcze ich jednego nauczyć, że jak wyjmujesz nóż, muszą się liczyć, że zabiją. Że zabiją po prostu”. „A to co byś radził?” Ja mówię: „Ja chodzę z tym” i wyciągnąłem z płaszcza tenże. On mówi: „Dobrze, a jak to?” „Normalnie. Otacza mnie grupa, ja wchodzę do środka, wyjmuję, gaszę głównego dyskutanta i spierdalam, proszę państwa”. On do tego służy. On nie służy jak na westernach do tego, żeby wygrać. On służy mi do tego, żebym przeżył. On mówi: „Bardzo szacun, szacun.
A skąd jesteś?” Ja mówię: „Ja se szmulę”. On mówi, tu się wyraził: „Jeszcze większy szacun”. Ja mówię: „Nie ma sprawy. Widzisz te szwy?” Bo byłem taki pocięty. „Widzisz ten znak? Nie zawsze się wychodzi, ale gęba nie szklanka. No trudno”. Także okazało się, że moje, nazwijmy to pseudoosiągnięcia zrobiły szacunek nawet na wykwalifikowanym komandosie. To tyle w kwestii chwalenia się. Natomiast ja po ukazaniu się tej książki, pierwszego wydania, które zawdzięczam Olkowi, zastanawiałem się bardzo, dlaczego ludzi w sumie fascynują te opowieści?
One są dosyć specyficzne, dosyć ograniczające przestrzeń i czas. I wyszło mi na to, że ja po prostu zawarłem tam bardzo wiele autentycznych emocji. Swoich, cudzych. Funkcjonują u mnie masowo ludzie, którzy autentycznie żyli. Nazwiska nie są przypadkowe. Nawet najgorszy łobuz nazywa się tak, jak się nazywał. Ja mam tylko nadzieję, że oni albo już nie żyją, albo w ogóle nie czytają. Wiecie, pisarz jak nie może się zemścić, to weźmie takiego bandytę, opisze, a potem go zabije. Ja też tak postąpiłem. Czyli jest tam mnóstwo rzeczy autentycznych i chyba to przeziera z tych stron i chyba tym kupuję czytelników.
Mój przyjaciel, nieżyjący, Witek Chmielewski przeczytał te opowiadania, powiedział, że mu się podoba, a jako członek Klubu Twórców nigdy mi nie słodził, ja też jemu nie. Ale powiedział tak: „Ja nie do końca mogę ci zrecenzować te opowiadania, bo znam cię od 30 lat i widzę, ile tutaj jest autentycznych rzeczy, ile autentycznych twoich niewymyślonych ad hoc przemyśleń, jakichś uczuć. Ja nie potrafię. Te historie są za prawdziwe”. Moi drodzy, wydaje mi się, że na tym mogę skończyć. Te historie są prawdziwe i zapraszam do lektury. Dziękuję bardzo.
[01:14:28] - Proszę państwa, a teraz czeka Piotr Cielebiaś. Zaczynamy „Filmotekarium”, a dzisiaj będziemy rozmawiać o horrorowym filmie z dalekiej, nawet bardzo dalekiej Argentyny. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:14:50] - Witam serdecznie w kolejnym „Filmotekarium”, jak by nie było.
[01:14:54] - Oj tak. I znowu sobie muszę... Westchnąłem bardzo teatralnie, ale znowu, Piotrze, jakiś czuję dyskomfort po tym filmie, który zaserwowałeś.
[01:15:09] - Czemu?
[01:15:11] - Zaraz powiem czemu. Powiem tak: obrzydlistwo. Po prostu obrzydlistwo.
[01:15:19] - Tak, ale się strzelali.
[01:15:23] - W sferze wizualnej. Tak, strzelali, to z całą pewnością. Niezbyt intensywnie, ale rzeczywiście. Strzelanie było w tym filmie niepożądane i źle widziane w dodatku. Raczej nie należało tego robić. Może powiedzmy, o czym my w ogóle, Piotrze, mówimy.
[01:15:42] - Tak. Zanim przejdziemy do konkretów, to przypominamy tym, co nie wiedzą, czym jest „Filmotekarium”, że od ponad roku przybliżamy słuchaczom znane i mniej znane filmy z gatunku horror i science fiction. Czasami zajmujemy się też serialami, a w „Filmotekarium 2.0”, czyli w drugim sezonie, skupiamy się na nowościach filmowych i premierach. I dziś film wyznaczający poniekąd nowe trendy. Taki film, przy którym omawiane wcześniej horrory są jak Bolek i Lolek przy ósmym pasażerze Nostromo. Chodzi o film „When Evil Lurks”. Ten film nie ma prawdopodobnie jeszcze polskiego tytułu, ale pewnie kiedy będzie, to dystrybutorzy albo przetłumaczą dosłownie, czyli „Kiedy czyha zło” albo „Kiedy czai się zło”, albo „Gdy czai się zło” jakoś tak się będzie nazywał. Z tego, co wiem, Marku, on chyba jednak na chwilę obecną tego polskiego tytułu nie ma. To jest horror typu paranormal produkcji argentyńskiej, który miał premierę jesienią tego roku. Reżyserem jest pan Ruña.
To jest facet, który stworzył poruszający w równym stopniu horror „Nocne istoty”, który niestety nigdy w „Filmotekarium” omawiany nie był. Ale powiem ci tak: gdybym ci tydzień temu powiedział, że będziemy omawiać kolejny film o opętaniu de facto, to czy byś się czegoś takiego spodziewał, co zobaczyłeś?
[01:17:14] - Wiesz, ja nie do końca jestem przekonany, że to był do końca, specjalnie mnożę to słowo, do końca film o opętaniu takim stricte. Owszem, zdaję sobie sprawę, że tam te elementy się pojawiają, ale jednocześnie używana jest taka nomenklatura, która odnosi się do choroby, więc pomieszane są dwa elementy ze sobą. Ja cały czas wiem, że tam ten element paranormalny jest ewidentnie, ale on jest przez to towarzystwo wsi argentyńskiej racjonalizowany. Pewnych rzeczy nie można robić, pewne rzeczy należy robić, nie należy pewnych rzeczy dotykać. Pewne rzeczy należy palić, więc oni się trochę zachowują tak jak przy chorobie. Może opętaniu, okej, ale czasami te ciuchy należy spalić i tak dalej. Powiem tak: to jest film, który w pomyśle, powiem tak nieskromnie, wydaje mi się, że już takie pomysły gdzieś do mnie docierały, ale chyba w literaturze. Ja już kilka razy z takimi sprawami się zetknąłem w literaturze. Film rzeczywiście nic takiego wcześniej nie dotarło do mnie, ale powiem tak: on w jakiś sposób wciąga, ma taką warstwę, że rzeczywiście człowiek chce wiedzieć, co będzie dalej, ale ma też warstwę wizualną takiej obrzydliwości i to taki level, nie chcę od razu, że hard, ale mocny jest ten level, w każdym bądź razie bardzo wysoki, bo kilka postaci tam wygląda dosyć paskudnie, a jedna to już szczególnie wygląda paskudnie. Nie.
I odpowiadając na pytanie wprost: nie, nie spodziewałbym się czegoś takiego, jakbym usłyszał, że to jest film o opętaniu. To na pewno nie w dekoracjach. Dekoracje piękne, Ameryka Południowa, ale nie w tych okolicznościach spodziewałbym się scen w tym filmie.
[01:19:34] - Tak. Zaraz przejdę może do tego, z czego się ten film składa, bo to może od razu powiedzmy: to jest połączenie filmu o opętaniu, ujętym z folklorystycznego punktu i o de facto zombifikacji. Czyli mamy dwa gatunki, dwa rodzaje filmowe w jednym horrorze. Coś takiego już było całkiem niedawno, tylko też nie zdążyliśmy opowiedzieć, ale kiedyś do tego wrócimy. W filmie „When Evil Lurks” mamy przedstawione perypetie dwóch braci, rancherów, którzy zupełnym przypadkiem znajdują obok swojej posesji coś. Rozczłonkowanego człowieka. I teraz muszę powiedzieć wprost, że jak powiemy wam trochę o fabule, to sobie pomyślicie, że to jest jakaś trzecia liga, zupełna klasa C i nie warto. Ale posłuchajcie. Oni są rancherami. Oni żyją samotnie, ale okazuje się potem, że kawalerami nie są.
Jeden nie jest na pewno kawalerem. Jest rozwodnikiem, mieszka z bratem na tym ranczu. I pewnego dnia znajdują rozczłonkowane zwłoki. Okazuje się, że to ma związek z przedziwnymi rzeczami, jakie rozgrywają się w jednym z sąsiednich domów, bo tam młody chłopak zostaje opętany i przeradza się w takiego zgnilaka. Rodzaj osoby opętanej. I tutaj jest bardzo ważna rzecz, która mocno infekuje swoją obecnością okolicę. Zgnilak wygląda dość znajomo, trochę jak zombie, ale też jest szereg zasad postępowania. I tutaj to może być początkowo dość niejasne. Jeżeli się domyślicie, że opętanie tam następuje — może trochę za dużo mówimy, musicie nam wybaczyć — jeżeli to opętanie tam następuje w sposób przypominający epidemię, to trzeba też powiedzieć, że oni tam znają metodę postępowania z tym. Nawet władze znają metodę postępowania, prawda?
Niby. Jak powiedziałeś, procedury są i są takie czynności, których nie należy wtedy wykonywać. Kiedy człowiek albo zwierzę jest opętane, to na przykład nie wolno świecić albo nie wolno strzelać. Nasi bohaterowie ze swoim sąsiadem popełniają duży błąd, bo biorą tego zgnilaka i wyrzucają go gdzieś za miastem. I się pojawia problem, bo się mleko rozlało. Ta piekielna nieczystość zanieczyściła świat ludzi i zwierząt.
[01:22:12] - Trochę, Piotrze, jest tak, że oni go nawet nie tyle wyrzucają, co on im po prostu wypada z tego samochodu. To jest pierwsza rzecz, która trochę odebrała mi wiarygodność tego filmu, bo jakbym wiedział, że mam do czynienia z koszmarnym niebezpieczeństwem, to bym się chyba tak mimo wszystko nie zachowywał. Dodam, żeby dodać. Okej, niech będzie. Oddać bardziej nastrój. To ten rozczłonkowany, bardzo zresztą gustownie, tak wiecie państwo, przecięty na pół człowieczek, któremu jeszcze flaki widać, oni go nazywają bodajże Czyścicielem, o ile dobrze pamiętam. Czyli wygląda, że został wysłany prawdopodobnie przez władze, ale tutaj nie biorę odpowiedzialności. Być może czegoś nie zrozumiałem. Został wysłany rodzaj czyściciela, który być może miał to monstrum, bo nie oszukujmy się, ta opętana postać z sąsiedztwa już wygląda... Nie jedzcie państwo przy tym filmie żadnych posiłków.
Żaden posiłek nie jest wskazany. W każdym razie wygląda strasznie i on go, zdaje się, szedł wyczyścić, ale nie doszedł, bo go rozkawałkowało. Wracam do tego motywu, że oni go zgubili. Powiem tak, Piotrze: oni się zachowują, jak już go zgubili, to się zachowują tak, bo chcieli go wywieźć jak najdalej, ale potem się zachowują trochę beztrosko, bo przecież wiedzieli, że rozsiali coś, co da znać o sobie. Przypomni. To nie jest tak, że to zniknie, zapadnie się pod ziemię. A jednak trochę irracjonalnie się zachowują. Ale weźmy też pod uwagę, że człowiek bywa istotą irracjonalną, więc może na karb tego to złóżmy.
[01:24:22] - Tak, ten ich sąsiad jest takim niedowiarkiem. On zamierza nawet złamać te zasady, które obowiązują przy postępowaniu z takim zgnilakiem. Mówię zgnilakiem, bo to chyba nawet w tej wersji, którą oglądałem, było tak tłumaczone.
[01:24:37] - U mnie też tak było tłumaczone.
[01:24:40] - Tak. Powiem ci, że jest jeszcze pewna rzecz, której mogliśmy nie dostrzec. To znaczy to jest jednak Ameryka Południowa. Dodajmy, że to się dzieje w ogóle w miejscu, gdzie psy szczekają tym.
[01:24:57] - Wiadomą częścią ciała.
[01:24:59] - I oni sami to podkreślają, że tam jest bagno i tam się nic nie zrobi. Tu już wam nie będziemy mówić za dużo. Potem się film przemienia w film drogi trochę. Oni uciekają, starają się jakoś uciec przed tym, znaleźć jakiś przepis, co by tu zrobić. Nie wiem. Ja, Marku, mam do powiedzenia trzy rzeczy. Nie wiem, czy się ze mną tutaj zgodzisz odnośnie tych spraw. Po pierwsze: widzimy, jak się przenikają nieco wyeksploatowane rodzaje filmów, czyli filmy o zombie i opętaniach, bo już w nich trudno widza czymkolwiek zaskoczyć. Szczególnie te o opętaniach stały się nużące, coraz bardziej absurdalne, przewidywalne. O tym mówiliśmy na przykład w kontekście filmu „Egzorcysta papieża”.
A tutaj te wątki udało się połączyć bardzo zgrabnie i to się da oglądać, chociaż w pewnym momencie mamy taką dziurę, że nie wiemy w zasadzie, co się dzieje. Natomiast dzieje się strasznie i warto to doczekać do końca. My chyba nie będziemy już rozwijać tego scenariusza, bo za dużo byśmy wam powiedzieli. Tym bardziej że to jest taki film, na który moim zdaniem każdy miłośnik horroru prędzej czy później trafi. Ale to jest, Marku, jedna rzecz. Teraz druga: widzimy, jak Damian Runia, czyli reżyser, powoli przesuwa granice w horrorze. Tak samo robi Ari Aster. Jak te granice są przesuwane? Chodzi na przykład o brutalność scen. Chodzi czasami o jakieś formy nagości.
To robi akurat młodszy Cronenberg. Pokazuje walory męskie na przykład. Tutaj mamy to trochę inaczej przedstawione. Powiedziałeś o obrzydliwości tego zgnilaka. Rzeczywiście mnie to, powiem ci, średnio ruszyło. Mogło być lepiej i gorzej. Ale są tam takie sceny, które do tej pory uchodziły za tabu. Gdy osoby, które powinny być traktowane szczególnie, nie powinniśmy chyba o tym mówić tak głośno, że przemoc dotyka tam osób bezbronnych, tych najbardziej bezbronnych. To widzieliśmy też w filmach Astera na przykład. I właśnie w omawianym dzisiaj filmie coś takiego znajdziemy, że przesuwa się powoli granicę horroru.
Zresztą w tym filmie, co ta łapka taka była, zapomniałem, jak to się nazywa. Cośmy omawiali niedawno. „Speak to Me" czy „Talk to Me". „Mów do mnie" w każdym razie. Tam też już widać, że ta granica jest przesuwana tak delikatnie. Niby ta brutalność jest, ale to jest nowy rodzaj brutalności i powiem ci, że to zostaje w pamięci. To nie jest taki horror, co obejrzysz i nie pamiętasz, jak on się nazywa. I to samo było w „Nocnych istotach". Tam było może jeszcze gorzej nawet momentami. Polecam wam „Nocne istoty" i polecam wam, jakby nie było, „When Evil Lurks".
Ale to jest druga sprawa. Natomiast trzecia sprawa jest taka, że ja jestem pewien, że powstanie amerykańska wersja tego filmu, bo jego wystarczy tylko przeszczepić w wiejskie okolice Stanów Zjednoczonych i powiem ci, że nie wiem, czy on by trochę nie zyskał wtedy nawet.
[01:28:47] - Może by i zyskał. Poza tym ja się mogę zżymać często na amerykańskich scenarzystów, ale myślę, że oni lepiej mają opanowaną sztukę mówienia poza słowami, poza dialogami, mówienia obrazem. Tu, wiecie państwo, te obrazy w filmie są mocne, ale czasami trzeba chwilę pogłówkować, żeby połączyć pewne sceny ze sobą i żeby wiedzieć, co się dzieje tak naprawdę. Myślę, że te przejścia w amerykańskiej wersji... Ja wiem, amerykańskie wersje powszechnie nazywane są wersjami dla tłuków albo dla idiotów. To ja się pewno zaliczam do tej grupy, bo ja jednak wolę, jak rozrywka, traktuję to jednak jako rozrywkę, jest mi podawana w sposób nie do końca problemowy albo ten problem w rozrywce wynika z czegoś. Tymczasem tutaj dostaliśmy obraz, w którym pewnych rzeczy trzeba się domyśleć. Trzeba to połączyć ze sobą. To się raz udaje. Mnie udawało się lepiej, raz gorzej.
W końcu film zrozumiałem, przynajmniej taką mam nadzieję. Niemniej jednak trzeba się było trochę napracować i właściwie nie wiem po co, bo historia, jak się ją odtworzy, przewinie trochę i odtworzy, to ona nie jest jakoś specjalnie skomplikowana. My jej państwu nie opowiadamy między innymi dlatego, żeby państwa nie pozbawiać zabawy, bo w gruncie rzeczy, jakbyśmy się dobrze spięli, to można ten film w minutę opowiedzieć bez drastycznych szczegółów, ale jednak opowiedzieć. W związku z tym trochę liczę na amerykańską wersję. Nie wiem, może mi sprawy językowe przeszkadzają. Może jednak wolę to amerykańskie zadupie.
[01:30:53] - Chodzi o to, że my tam mamy pokazaną pewną melancholię Latynoamerykanosów, melancholię ewidentną. Mamy tam pokazaną część świata, którą się u nas rzadko pokazuje. Oczywiście zawsze jest tak, że są miłośnicy kina, na przykład latynoamerykańskiego. Myśmy już niejeden film argentyński omawiali, to prawda, ale to jest produkcja na pograniczu filmu indie. I powiem ci tak: tam jest pokazana Tam jest pokazane pewne tło kulturowe, które do nas niekoniecznie przemawia, bo to jest daleko jednak.
[01:31:33] - Tak, nie koresponduje z naszymi wyobrażeniami. Zdecydowanie.
[01:31:37] - To wygląda jak Europa, to wygląda jak Ameryka. To jest krąg kulturowy de facto zachodni, ale jednak jest pewna egzotyka w tym filmie, co nie?
[01:31:48] - Tak, to prawda. I dlatego liczę na tę wersję amerykańską. Ale powiem państwu jedno, ponieważ ja zawsze robię tutaj za osobę, która wybrzydza, która się czepia. Powiem państwu tak: taki film jak ten, o którym dzisiaj mówimy, pozwala sobie uświadomić, dlaczego przez ileś tam odcinków narzekaliśmy z Piotrem, albo ja bardziej narzekałem na to, że amerykańskie filmy bywają głupie. Głupie z tym akcentem i z tym obrazowaniem języka. Bo bywają po prostu głupie. Natomiast filmy z drugiej Ameryki bywają całkiem cwane, całkiem inteligentne. Tylko właśnie to, co Piotr powiedział: one nie zawsze grają z naszym bagażem kulturowym. To jest jednak, tak jak Piotr powiedział, odległe miejsce. I może gdyby Amerykanie zapatrzyli się głęboko w ten film i oddali to, co w tym filmie się naprawdę dzieje, ale z tym bagażem kulturowym może nieco bardziej nam bliskim.
Może dlatego, że bliższe nam jest Hollywood niż produkcje z Ameryki Południowej, to jest szansa, że to może być film, który narobi trochę szumu. Taką mam przynajmniej nadzieję. A wtedy to też zawsze dobrze robi pierwowzorowi, chociaż to nie zawsze się sprawdza. Jeżeli pamiętasz Piotrze taką przygodę, epizod z japońskimi horrorami „Krąg” na przykład. Amerykanie zrobili swój „Krąg” i jak się człowiek tak temu przyjrzał, to doszedł do wniosku, że oczywiście poza różnicami kulturowymi, które jednak są męczące w przypadku Japonii, to ja jednak chyba wolałem, tak summa summarum, ten japoński horror od tego amerykańskiego. Tak mi się jakoś porobiło. Wiem, że nie jestem konsekwentny. Taka natura człowieka, proszę państwa. Jestem taki trochę, że sam nie wiem, czego chcę tak naprawdę. Najlepiej chciałbym, żeby mi zaserwowano film, który mnie zachwyci.
Od dosyć dawna czekam na coś takiego, co mnie po prostu postawi w pionie. Powiem tak: ten film, zapowiadało się, były takie momenty, że zaczynałem zastanawiać się, czy to nie będzie coś takiego, ale nastrój, pewna właśnie obrzędowość, kulturowość to było coś, co odejmowało mi przyjemność, odejmowało mi te punkty, które prowadziłyby do tego, że to jest film super, taki stawiający do pionu. Aczkolwiek Piotr ma rację: bardzo trudno jest zapomnieć o tym filmie, czego ja jestem chociażby dowodem.
[01:35:04] - Tam jest jeszcze tak, że na tle tego wątku paranormalnego rozgrywa się silny wątek obyczajowy. Tu już milknę i nic nie będę mówił. Ale niektórzy nam mogą zarzucić: nazywacie Amerykanów, jak nazywacie, że oni tam nie umio, że oni źle robio, a tutaj mówicie, że dobrze jakby zrobili. To nie jest tak, że dobrze jakby zrobili, tylko chodzi o to, że mogłaby wyjść z tego totalna popelina też jakaś w amerykańskiej wersji. Ale jest coś takiego jak międzynarodowy język i nie wiem nawet, jak to bardzo ugryźć. Chodzi o to, że rzeczywiście nam jest bliżej do tych symboli, do tego języka amerykańskiego filmu. Na grunt europejski nie wiem, czy to by się udało przenieść, bo to jest po prostu jakieś odludzie, gdzie nikt nie mieszka. W Europie nie ma takich miejsc.
[01:35:54] - Mam wrażenie, Piotrze, że dobrze ująłeś to, co ja w dosyć pokrętny sposób starałem się powiedzieć. Myślę, że powiedziałeś to w sposób prostszy i o to mi mniej więcej chodziło.
[01:36:08] - Tak. I tam może nam ktoś zarzucić, że my a nie interesujemy się kinem południowoamerykańskim. Ale często tak jest, że są miłośnicy pewnych przesłań, pewnej charakterystyki, pewnej szkoły filmowej z danego kraju, bo często tak jest. Tak jest z horrorami azjatyckimi na przykład, których do tej pory jakoś żeśmy nie ruszali w zasadzie, chyba tak? Chyba tak. I tutaj jest podobnie. Jest tam takie coś w tym filmie, co mi nie pozwala tego traktować jako rozrywki. Nie wiem, też tak miałeś?
[01:36:47] - Tak, zdecydowanie tak. I wiesz, Piotrze, ty właściwie już powiedziałeś dlaczego. Bo myślę, że ten wątek obyczajowy, o którym cicho sza, nic nie mówimy, on chyba wpływa na to, że to nie jest taka rozrywka. Nie. On decyduje chyba o tym, że my świadomie, chociaż chyba podświadomie też traktujemy ten film jako film o czymś jeszcze niż tylko o opętaniu, o czymś takim paranormalnym.
[01:37:24] - Tak. I my tego nie rozumiemy do końca, tego kontekstu kulturowego, bo ja tam z Argentyną to tak Nie za bardzo. Nie to, że jakiś obskurantyzm znowu w Filmotekarium. Pewnie powiedzą, że najlepiej to w Polsce i tak dalej. Nie. Rozpatrujemy zawsze w naszym programie filmy z perspektywy dobrej zabawy, dobrej historii. Tu historia jest świetna, realizacja jest świetna, natomiast nie dla każdego odbiór będzie jednakowy. Jeżeli ktoś się jara kinem z tamtej części świata, będzie ukontentowany. Będzie ukontentowany każdy, kto lubi obrzydliwe sceny. Natomiast ten, kto szuka tej historii w pełni, to tak jakby musiał coś doczytać.
Takie mam wrażenie.
[01:38:16] - Też mam takie wrażenie i myślę, Piotrze, że dzisiaj będzie bardzo trudno spuentować naszą rozmowę, bo czy my ten film polecamy? Ja chyba polecam. Nie wiem, Piotrze, ty?
[01:38:31] - Tak, jak najbardziej. Wydaje mi się, że ten poprzedni, „Nocne istoty” był bardziej zrozumiały. Jeżeli nam zarzucicie, że nie rozumiemy tamtego kina, to przypomnimy wam, że już żeśmy omawiali taki fajny film, który zapomniałem, jak się nazywał. Pamiętasz taki czarno-biały argentyński film, który się dział w czasach dyktatury? I tam dochodziło wśród kręgu dysydentów do jakichś dziwnych zdarzeń. To mi się strasznie podobało. To było proste.
[01:38:58] - Tak, pamiętam. Audycja telewizyjna tam była. Tytułu też nie pamiętam. Ale masz rację, to rzeczywiście było ciekawe, ale muszę dodać swoje „ale”, bo nie zniechęcamy do tego filmu, ale muszę ostrzec: jeśli spodziewacie się państwo horrorowej rozrywki, z tym zastrzeżeniem, takiej, że to się łatwo łyknie ten film, możecie się państwo nadziać na minę. Ta obyczajowość oraz sceny obyczajowe różnego rodzaju mogą państwu popsuć czystą rozrywkę. Ale ja sam nie wiem, czy wypowiadając te słowa tak naprawdę trochę sobie nie przeczę, bo przecież mówię o tym, co w tym filmie również jest mocne. Tylko cały czas wracamy do punktu wyjścia. Mocne, ale nie do końca koresponduje z naszym obrazem świata. I to jest chyba ten element filmu, który jeśli coś może przeszkadzać, to właśnie on.
[01:40:13] - Tak. I to chyba najlepsze podsumowanie, ale ja myślę, że ze swojej strony śmiało ten film polecam, bo rzadko coś takiego się trafia. I szczerze mówiąc to chyba nie jest ostatni produkt z tego podgatunku. Nie wiem nawet, jak to nazwać. Kiedy opętanie się szerzy drogą kropelkową.
[01:40:36] - Czas na odrobinę literatury. Dzisiaj tej literatury będzie całkiem sporo w tym wydaniu 61. Bibliotekarium 2.0. Na początek opowiadanie Krzysztofa T. Dąbrowskiego. Znacie państwo tego autora chociażby z antologii wydawanej przez Bibliotekarium. Dzisiaj dla państwa opowiadanie zatytułowane „Zombiczny dla początkujących”. Zapraszam państwa bardzo serdecznie, bo to jest autor, jestem o tym głęboko przekonany. Co prawda nie mam zdolności wieszczych, ale naprawdę jestem głęboko przekonany, patrząc na to, jak pisze i jak swobodnie to robi, to jestem przekonany, że pewno i państwo, i ja jeszcze nie raz o tym autorze usłyszymy.
[01:41:31] - Krzysztof T. Dąbrowski „Zombiczny dla początkujących”. Moja sąsiadka, 40-letnia Krystyna była zadbaną kobietą, choć bez nosa i dolnej wargi, przez co jej twarz przybrała smutny wyraz. Elegancko ubrana, acz poznać to można było tylko wprawnym okiem, bo z ubrań ostały się już mizerne strzępki. Jej niegdyś gładka i przyjemnie zaróżowiona skóra pokryta była zielonkawym, gnilnym nalotem. Kobieta z trudem wstała, po czym rozglądając się bezradnie po sali, wyznała: „Jestem Krysia i jestem zombie już od miesiąca. Bardzo ubolewam nad tym, że zjadłam swoje dzieci, że jem ludzi. Chciałabym z tym wreszcie skończyć”. Nikt tego nie skomentował. Nie rozległy się oklaski.
Krystyna niepewnie usiadła. Po niej przyszła kolej na gościa, który ewidentnie wyglądał mi na nadgorliwego studenciaka. Przylizana fryzurka, mimo uporczywie odlepiającego się od czaszki płata skóry i okulary zsunięte na czubek poczerniałego nosa. Jednak najbardziej rzucała się w oczy jego koszulka. I to nie dlatego, że praktycznie była w jednym kawałku, a z powodu nadrukowanego na niej napisu: „Nic co ludzkie nie jest mi obce”. Wymowne, nie ma co. „Jestem — zająknął się — Adam i zjadłem narzeczoną. Bardzo żałuję i chciałbym uwolnić się od nałogu”. Potem przyszła kolej na sinego grubaska. Mało uszkodzeń, widać, że świeżak.
Stękając, uniósł swą bezduszną już cielesność i wysapał: „A ja Maciek jestem i jestem kanibalem. Niczego nie żałuję. Nadal chcę być zombie. Jest mi tu teraz jak w raju. Dziękuję”. I usiadł. Żartowniś. Po nim przyszła kolej na pi razy drzwi na oko pięcioletnią dziewczynkę, która nie posiadała twarzy. Otoczona złocistymi lokami trupia czaszka z groteskowo wytrzeszczonymi gałkami ocznymi. Do tego sine jelita co i rusz wypływające z rozprutej powłoki jamy brzusznej.
Podtrzymywała je dzielnie drobnymi, sinymi dłońmi. Powinienem jej współczuć, ale cóż, jej wygląd sprawił, że mimowolnie musiałem spojrzeć gdzieś w bok. Od kiedy się przemieniłem, wiele już me oczy widziały, ale mimo wszystko pewnych widoków starałem się unikać. Wiem, wrażliwiec ze mnie, ale założę się, że jeszcze za miesiąc, może dwa i pewnie mnie dopadnie znieczulica. Dziewczynka przez chwilę milczała, jakby zbierając się na odwagę, po czym cienkim, drżącym głosikiem wyznała: „Jestem Martynka. Zjadłam tatusia. I kto mi teraz na mięsko zapoluje? No kto?”. A co ja bym powiedział, gdyby nadeszła moja kolej? Wstałbym z trudem, bo i rigor mortis, a mówiąc potocznie stężenie pośmiertne mocno daje się we znaki.
Nie wyznałbym, co mi leży na wątrobie. Nazywam się Rafał i już od dwóch tygodni jestem żywym trupem. Wciąż czuję się zagubiony, wciąż dręczą mnie wyrzuty sumienia i tak bardzo, ale to bardzo chciałbym, aby ktoś mnie zabił. Tak ostatecznie. Tak, tak bym powiedział, ale nie powiem, bo to wszystko wyprodukowała tylko moja wyobraźnia. Z braku laku, skoro już jestem więźniem i nie mam niczego lepszego do roboty, pozostały mi rozmyślania i świat fantazji. Po stokroć lepsze to niż ponura rzeczywistość. Tak, odkryłem w sobie głębokie pokłady bujnej wyobraźni i kto wie, gdyby moje losy inaczej się potoczyły, to może w przyszłości popracowałbym nad warsztatem i spróbował swoich sił jako pisarz. To byłoby coś! Ale niestety wszystko stracone bezpowrotnie.
Tak sobie wyobrażałem, jak by to mogło wyglądać. Takie spotkanie grupy anonimowych zombiaków. I dochodzę do wniosku, że tylko jedno trzeba by zmienić, by nadać owej scence realizmu. Trzeba by kompletnie przerobić wszystkie kwestie mówione, bo w rzeczywistości brzmiałyby one . Wyznała Krysia. Ale to przecież drobna korekta, niewiele zmieniająca, bo przecież i tak scena jest pełna życia, naładowana kipiącymi wręcz emocjami odbijającymi się na stężałych twarzach aktorów. Dobra, żarty żartami, ale tak sobie myślę, że skoro żywe trupy wydają tego typu dźwięki i to na dodatek w przeróżnych tonacjach, to może dałoby się to wszystko skodyfikować jakoś i stworzyć z tego nowy język? Gdyby się udała ta sztuka, to pewnikiem jak grzyby po deszczu zaczęłyby się pojawiać kursy typu zombiczny dla początkujących. Rozśmieszyło mnie to. Nie ma co.
Aż bym się zaśmiał, ale nie mam jak. A swoją drogą dalej idąc tym tropem, to jednak mowa mową, ale może w przypadku języka pisanego dałoby się pozostać przy starym słownictwie? Wszak mówiony zombiczny byłby tylko wariacją normalnego języka, powstałą na skutek niemożności odpowiedniego wyartykułowania dźwięków przez martwe struny głosowe. Czy gdyby do tego doszło, to z czasem zmienilibyśmy swe imiona i nazwiska tak, by dopasować się do nowych czasów? Może na drzwiach mieszkań pojawiłyby się tabliczki informujące, że tu mieszkają państwo Grobińscy, a po drugiej stronie ulicy pan Sarkofag. Mój nowy sąsiad przedstawiłby się: Zombisław. I kto wie, może ja bym się tak ze staropolskie jakoś wtedy nazwał. Na przykład tak: Truposław, miło mi. Truposław, miło mi. Truposław, miło mi.
Dobra, ja tu pitu pitu, dzieląc się obfitymi wybryzgami nadproduktywnością mej wyobraźni. A tu wcale nie jest tak wesoło, bo niestety, ale do końca swych dni będę uwięziony. Czy coś przeskrobałem? Zabiłem kogoś czy coś? Czy skazano mnie na dożywocie? Nie, gdzieżby znowu. Jestem, a raczej byłem porządnym obywatelem. Teraz jestem nieporządnym, żywym trupem. Niestety nie jesteśmy w stanie się porozumiewać. To wszystko, o czym fantazjowałem, zapewne nigdy się nie ziści.
Jestem uwięzioną w martwym ciele świadomością. Wiem już, co czują opętani, których ciało przejmie zły duch. Moim ciałem też kieruje jakaś tajemnicza siła, która mimo wszystko podtrzymuje mnie przy życiu, każe chodzić po ulicach i polować na nielicznych już żywych ludzi. Wbrew sobie stałem się kimś w rodzaju seryjnego mordercy i kanibala. Dwa w jednym. Dwa w jednym! Dobre sobie. Była nawet kiedyś taka reklama dwa w jednym, ale ja dziękuję za to cholerne dwa w jednym. Nie dość, że dręczą potworne wyrzuty sumienia, to jeszcze bez przerwy czuję obrzydzenie. Normalnie puściłbym pawia, gdybym zjadł innego człowieka.
Ale nie jest to normalne. Martwy przewód pokarmowy nie przewiduje opcji typu wsteczny ruch robaczkowy. Co wejdzie jedną stroną, wyjdzie już tylko drugą. Jak to drugą? Ktoś zapyta. No tak, naoglądają się ludziska filmów o zombie i myślą, że są mądrzy. A przecież to logiczne, że jak taki trup coś zje, to i jakoś wydalić musi. Przecież w przeciwnym wypadku by się rozpękł z przejedzenia. Bo gdzież by to wszystko miało się pomieścić? No i ja niestety nie jestem wyjątkiem.
Czuję metaliczny smak gorącej krwi, czuję oślizgłość podskórnego tłuszczu. Ślizgam się między zębami wraz z gumiastym naskórkiem. Z trudem przełykam strzęp mięśni, ścięgien, chrząstek i tkanek wszelakich. Płyny ustrojowe zmieszane z krwią spływają po podbródku, po szyi, ściekają leniwie na klatkę piersiową.
[01:49:34] - Raz ułamałem na żebrze ofiary jedynkę. Mam teraz bardzo efektowną szczerbę. Szczerze mówiąc, to żałuję, że nie powyłamywałem wszystkich zębów, a jeszcze bardziej, że nie natrafiłem na jakiś patrol ocalałych. Mogliby mnie wreszcie zabić, uwolnić. Nie wiem, czy ja jestem jedynym trupem ze świadomością, czy też jest nas więcej. W martwych oczach pozostałych umarlaków nigdy nie natknąłem się choćby na ślad życia. A ponoć oczy są zwierciadłem duszy. A wracając do obleśnego tematu. Tak, tak, to obrzydlistwo, które zjadam, przesuwa mi się potem w dół do żołądka. Czuję, jak kule ciepłego mięsa rozpychają się w bebechach.
Niestety martwy żołądek nie podoła pokarmowi, nie strawi go, więc to niestrawione mięso przesuwa się dalej i koniec końców wypada ze mnie z drugiej strony. Może to dlatego cały czas jestem tak potwornie głodny. To naprawdę upiorne tak nie móc się najeść, mimo że co i rusz się kogoś zjada. Czuję do siebie obrzydzenie. Nie dość, że wegetarianin, ale jem mięso i to jeszcze ludzkie na dodatek. A te krzyki rozszarpywanych ofiar, te ich przerażone oczy przepełnione świadomością nieuchronnego końca. Do końca mych dni śniłbym koszmary senne, gdybym tylko mógł spać. Ale dość już fantazjom, gdybaniom i wspominaniu traumy z ostatnich dni. Czas się skupić na tym, co jest tu i teraz. A niestety z moich obserwacji wynika, że już niedługo zjemy wszystkich ludzi.
Wszystko wskazuje na to, że nikt mnie nie zastrzeli. W tej beznadziejnej sytuacji mogę sobie zadać tylko jedno zasadnicze pytanie: jak żyć?
[01:51:19] - Proszę państwa, proszę państwa, to najwyższy czas na drugie spotkanie z Piotrem Cielebiasiem, czyli widomy znak, że MAUPA nadciąga. A skoro nadciąga MAUPA, to znowu będzie o książkach z pogranicza. Dzisiaj książka Aleca McLanaha „Tajemnica pustej Ziemi”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:51:46] - Dzień dobry wieczór Marku. Witam w kolejnym przeglądzie ciebie i wszystkich witam.
[01:51:52] - Tak, przeglądamy kolejne książki z pogranicza. Dzisiaj takie małe nawiązanie. Jakiś czas temu mówiliśmy o książce, która mówiła o Agharcie, o podziemnym świecie. To zostajemy w tych samych klimatach albo podobnych klimatach. Co więcej, zostajemy przy tym samym autorze. Alec Maclellan. Dzisiaj rozmawiamy o tajemnicy pustej Ziemi. Książka niewielkich rozmiarów, taka sobie, powiedzmy kilkaset. Nie gdzie kilkaset, setkę stron ma zaledwie. Przepraszam, 120 stron.
To nie jest jakaś potęga, nie jest to grube tomiszcze. Dodam tylko, że podtytuł: „Poszukiwania podziemnego świata od czasów biblijnych po współczesne”. Dlatego cytuję ten podtytuł, ponieważ on dobrze oddaje zawartość książki. Książka wyszła w 2000 roku. Obaj myśleliśmy, że jest starsza. Ku swojemu zaskoczeniu odkryliśmy, że ona na Zachodzie wyszła w 1999 roku. Kiedy ty się, Piotrze, po raz pierwszy z tą książką zetknąłeś?
[01:53:15] - Nie pamiętam. Natomiast chyba to były jakieś pierwsze lata pierwszej dekady tego wieku. I powiem ci tak: czasami z tymi książkami niektórymi, które sobie omawiamy, jest taka sytuacja, że one mi bardziej pasowałyby do sentymentalnika. I tutaj w moim przypadku też tak jest. Przy czym sentyment w tym przypadku dotyczy raczej tematyki. Z tym autorem żeśmy się już spotkali, ale teraz nieco o książce, bo pochodzi ona z takiej popularnej serii wydawnictwa Amber. Z okładki pada to pytanie o to, czy te legendy o podziemnych światach to jest prawda? Książka się składa z kilkunastu rozdziałów. Jest moim zdaniem dość zmyślnie skonstruowana. No i dobrze, muszę się przyznać, niektóre z teorii tam zawartych to nie są moje ulubione tematy.
Natomiast niektóre pozostałe to już są moje ulubione tematy i ta książka jest dla mnie tak pół na pół. Wiem Marku, że dla ciebie jest tak, że na przykład teoria pustej Ziemi to jest coś do skonsumowania. Ale nie chodzi o to, że Marek wierzy w pustą Ziemię, tylko że jak podkreślaliśmy już w debatach na antenie Radia Paranormalium czy w innych programach, jest to dla ciebie takie dobre poletko do różnego rodzaju eksperymentów myślowych i pokazania, jak łatwo zburzyć niekiedy obraz świata, który jest przyjmowany na wiarę i zastąpić go nowym, prawda? Czy ta książka w tamtym okresie zrobiła na ciebie takie duże wrażenie? Bo jak mówię, ona na mnie zrobiła wrażenie w połowie. Tam, gdzie jest mowa o tych starożytnych zagadkach, podziemnych tunelach, Dänikenie i tak dalej.
[01:54:56] - Piotrze, tak jak powiedziałeś, dla mnie ta tematyka wydrążonej Ziemi, pustej Ziemi, Agharty to są tematy, które niesamowicie podkręcają mi wyobraźnię. I tak jak powiedziałeś, nie to, żebym w to do końca wierzył. Natomiast rzeczywiście zawsze jak czytam o tego rodzaju eksperymentach myślowych, bo to dla mnie są eksperymenty myślowe. Nie wiem, być może dla kogoś jest to jednak pewna rzeczywistość. To jak czytam o tego rodzaju eksperymentach myślowych, to ja natychmiast wpadam w taką studnię ... kolejnych eksperymentów, które już wykonuje sam. I dlatego ta książka, już wtedy, kiedy ją nabyłem drogą kupna, głównie temu służyła. Ale ta książka, ty ją tak delikatnie określiłeś, ja powiem trochę brutalniej. Ona mi wygląda na mały, aczkolwiek niebezczelny, bo jednak przyzwoicie zrobiony skok na kasę. Bo to jest książka, tak jak powiedziałem, o niewielkiej objętości, porządkująca pewien materiał.
Oczywiście można dyskutować, na ile ona ten porządek robi porządnie. Tu pewnie zdania byłyby podzielone. Niemniej jednak autor stara się prześledzić historię tych podziemnych światów. Tu cudzysłów. Bardziej tego wszystkiego, co pod ziemią mogło się znajdować według starych, zamierzchłych cywilizacji. I tak zmierza ku naszym czasom. I to jest dobrze zrobione, bez przesady. Niemniej jednak w jakiś sposób porządkuje wiedzę na minimalnym poziomie. Ja się niestety obawiam, że te książki w Amberze były tłumaczone dosyć pospiesznie. Nawet sobie dzisiaj zaznaczyłem kilka lapsusów językowych, ale to później.
Jeden przytoczę, bo jest mój ulubiony w tej książce. Zastanawiałem się, czy to autor był tak szalony, czy to tłumacz był tak szalony, że coś takiego przetłumaczył, jak zacytuję za jakiś czas. Natomiast nie mam tej książce za wiele do zarzucenia, bo też nie traktuję jej jako źródła wiedzy o tej pustej Ziemi. Bardziej jako przegląd tego, co z biegiem czasu ludzie dawno temu i nieco mniej dawno i ci całkiem niedawno na temat pustej Ziemi mówili i to w jakimś stopniu jest zajmujące. Tak się zastanawiam, czy tobie na przykład odpowiadał ten rozdział, gdzie autor sprawnie, sprytnie łączy teorię pustej Ziemi ze zjawiskiem UFO, bo zakładam, że to mogło ci się wydać w jakiś sposób interesujące.
[01:58:02] - Powiem ci tak, mam identyczne wrażenie, że to jest książka skrojona pod czytelnika bardzo konkretnego. Powiedziałem, że ona jest dobrze skonstruowana, bo jest. Cokolwiek o niej możemy powiedzieć, to nie da się temu zaprzeczyć. Tam jest taki w ogóle miszmasz autorsko-tematyczny od paleostronautyki, mitów o podziemnych krainach, Dänikenie, Hancocku, Ciałkowskim, w ogóle postaciach, które czasami są tam nie wiadomo skąd. Hitler się pojawia, admirał Byrd i wszystkie związane z tym tematy. Wszystko jest ułożone w pewien ciąg, tworzy taką dość zwartą narrację. Oczywiście wiesz, Marku, tam, gdzie ta narracja jest zwarta, to dochodzimy do wniosku, że musiał być jakiś fikołek zrobiony, żeby nawiązać z tematu na temat, bo niektóre z tych tematów się po prostu nie wiążą. Na przykład nie wszystkie podziemne tunele świadczą o tym, że ta Ziemia w środku wydrążona jest albo że tam UFO mieszka. Także udaje się to zamknąć w pewnym tworze. Ale tak na podsumowanie swoje to powiem ci taki wniosek.
W sumie dwa wnioski, które będą trochę sprzeczne. Powiedziałem, że ta książka pasuje do sentymentalnika. Tak, to jest taki rodzaj literatury, który swego czasu był bardzo popularny i mieliśmy więcej książek tego rodzaju. To były czasy ogólnie, kiedy internet sobie raczkował. Wspomina się te publikacje z pewnym rozrzewnieniem, bo to było jedyne źródło wtedy wiedzy na temat niektórych spraw. Przypominam cały czas, że to początek XXI wieku i ta książka celowała w tego czytelnika, który był zainteresowany. To są już czasy, które się nie wrócą. Jakiś sentyment został, ale muszę ci tutaj powiedzieć też zupełnie szczerze, że gdyby tą książkę McLellana przerobić na stronę internetową, na taką Wikipedię na temat wydrążonej Ziemi, to ona byłaby cały czas aktualna i poczytna z tego powodu, że się niewiele w tym temacie zmieniło. Zauważ pewien paradoks. Te teorie, które tam są, one są cały czas wałkowane.
McLellan je zebrał razem, opatrzył komentarzem, ale gdybyśmy wrócili do tych tematów dzisiaj i potraktowali za źródło wiedzy internet, praktycznie się nie dowiemy niczego nowego. I to jest ciekawe. To jest ciekawe, że ta książka jest bardzo wizjonerska pod względem formy, że ona już wtedy celowała w coś, co się cieszy ogromną popularnością i już w tej formie postksiążkowej, że nawet gdybyśmy weszli na YouTube'a i poszukali materiałów na temat pustej Ziemi, zawsze będzie to coś, co McLellan w tych 120 stronach zmieścił.
[02:00:53] - Obiecałem państwu cytat, który, nie żebym się czepiał, raczej zakładam, że to coś z tłumaczem, ale posłuchajcie państwo. „Tak przedstawia się teoria jednolitej Ziemi. I rzeczywiście próbki pobrane z jądra naszej planety dzięki wierceniom głębinowym zdają się ją potwierdzać, choć odwierty te doszły jedynie na pewną głębokość”. No proszę państwa, istnieją granice robienia sobie żartów. Z jednej strony pisze się o jądrze naszej planety, z drugiej strony mamy do dyspozycji, o ile ja dobrze pamiętam, to Rosjanie dowiercili się do 12 kilometrów. To jak sobie państwo zobaczycie na oficjalny przekrój Ziemi, to tam do jądra to o panie, to jeszcze naprawdę dużo.
[02:01:46] - Ale to jest powiem ci błąd tłumacza, dlatego że to wiąże się z terminem core. Bo jeżeli zajrzycie sobie do angielskich nazw warstw ziemi, to one zawierają niektóre w sobie właśnie to słowo, które oznacza jądro. I on na przykład mógł się odnosić do innej warstwy, a tłumacz w swoim niezrozumieniu geologii i też pewnej terminologii, że tak powiem, bardzo specjalistycznej, tak to potraktował, nie zauważył tego. Rzeczywiście lapsus dość spory. Tam jest więcej takich kwiatków. Jak mówię, stara się łączyć wszystko ze wszystkim i Hitler, i Däniken, wszystko razem. Są osoby, które to lubią. Ja jak mówię, mnie się to podobało, dlatego że odwoływano się do tajemnicy, którą się bardzo interesowałem. Zresztą nadal to jest dla mnie bliski temat tych wszystkich podziemnych struktur, korytarzy rzekomo niestworzonych przez człowieka. Temat nadal rozpala umysły.
Gdziekolwiek sobie dzisiaj zajrzycie, czy na YouTube, czy na Facebooka, czy na różnego rodzaju inne Discordy, to cały czas jest. Zanim to wszystko się pojawiło w sieci, to był McLellan w papierze.
[02:03:06] - Tak, ale poza tym to jest cwany gość, który skonstruował tę książkę, bo oczywiście opatrzył ją mottem, przekazem z Jacques Vallee, więc już od razu ileś tam punktów na wstępie miał, bo miłośnicy tej postaci na pewno po tę książkę sięgnęli. Dalej oczywiście pojawia się w tej książce Antarktyda i to nie raz się pojawia. Pojawia się też oczywiście, tak jak powiedziałeś i Däniken, ale te spekulacje dotyczące UFO, o których ja wspomniałem. Dalej pojawia się oczywiście tajemniczy fragment dotyczący Dalekiego Wschodu i możliwych kontaktów i tak dalej. Myślę, że my nic więcej mądrzejszego na temat tej książki nie powiemy, poza tym, że to jest przegląd. Piotrze, to w ogóle gratulacje za to porównanie. To jest taka Wikipedia w papierze dotycząca różnych wariantów pustej Ziemi, podziemi i tego, co właściwie fascynuje ludzi. Mnie przynajmniej fascynuje. Ja od dziecka miałem jakiegoś hopla na punkcie podziemi, dlatego lubiłem oglądać „Wakacje z duchami” chociażby. Tam też były podziemia, ale to nie były tak głębokie podziemia, jak by mi się chciało.
W związku z tym im później pojawiały się, im więcej takich książek dotyczących świata podziemnego, tym mnie tam było więcej. I to była jedna z takich książek. Już byłem człowiekiem, który może nie był dzieckiem oglądającym „Wakacje z duchami”, chyba że z sentymentem, ale jednak bardzo chętnie po tę książkę sięgnąłem. Pytanie, czy ja się z niej dużo dowiedziałem nowego? Chyba nie, bo już większość rzeczy, które są tu zawarte, gdzieś wcześniej z nimi się zetknąłem. Natomiast jako taka książka porządkująca, taka Wikipedia w papierze, to absolutnie chylę czoła przed autorem.
[02:05:27] - Tak, ja mam dokładnie takie same odczucia, jeżeli chodzi o inspiracje. Ja to się też wychowałem na opowieściach lokalnych, że to jakieś podziemne tunele z zamku pod Jasną Górę. Babcia mi opowiadała, że tu w ogóle są podziemne tunele, jakieś jaskinie tam, gdzie mieszkała, które wyglądały jak domy, znaczy mieszkania. Ludzie się tam chowali. Pamiętam, że jak się było dzieckiem, się chodziło na zamek i wchodziło się do komnat i się widziało właśnie to, co tam było w tych spotkaniach z duchami, że były tunele, które były ewidentnie zawalone. Jakby ktoś miał to szczęście i się tam w niektóre wgramolił, to może by coś i znalazł. Także dlatego ta książka tak oddziaływała. To nie jest złe. Zależy tylko, gdzie stawiacie sobie pewne granice, jeżeli o tym temacie mowa. I to chyba dobre podsumowanie dzieła pana McLellana, jeżeli on jeszcze żyje, a mam nadzieję, że tak, to podpowiedź: panie McLellanie, zrób pan e-booka albo zrób pan e-booka to nie, audiobooka i to będzie sukces nawet na YouTubie.
[02:06:33] - No cóż, i tym optymistycznym akcentem kończymy i zapraszamy na kolejne wydanie naszych recenzji i naszych omówień książek z pogranicza.
[02:06:46] - Dokładnie.
[02:06:50] - A teraz kolejny odcinek literacki. Trzeci odcinek „Gości z Marsa” Władysława Sadkę. To są krótkie odcinki czytane przez Redę Haddada, ale ta stareńka powieść, licząca sobie już sto dwadzieścia kilka lat, na sto trzydzieści idzie. To jest powieść, która ma w sobie taki specyficzny urok. Z jednej strony ramotki, ale z drugiej strony to jest powieść niby związana jakoś z fantastyką naukową, a w każdym razie początkami owej fantastyki naukowej, a z drugiej strony ta powieść jak się już rozwinie, to sami państwo się zorientujecie, że ona ma bardzo silny wydźwięk teozoficzny Taki był czas wtedy, że teozofia to było coś, co nie tylko było modne, to było po prostu używane, było codziennością. Może czasami warto połączyć zainteresowanie teozofią, a w każdym razie zaciekawienie teozofią oraz zaciekawienie literaturą, a w szczególności fantastyką naukową i posłuchać. Zapraszam. Władysław Sadke "Goście z Marsa". Część trzecia.
[02:08:20] - Władysław Sadke "Goście z Marsa". Czyta Reda Pawel Haddad.
[02:08:30] - Melbourne, 6 października 1892. Przybyłem przed chwilą i natychmiast odjeżdżam koleją przez Sydney do Bathurst, jeśli tylko zdołam wywalczyć sobie miejsce w wagonie. Stąd odchodzą od sześciu tygodni co 10 minut pociągi w powyższym kierunku, a mimo to nie mogą przewieźć tysięcy podróżnych i setki wagonów z żywnością. Natłok ogromny. Podobne stosunki mają panować w innych portach. Drżę z obawy, czy zdołam się pomieścić i utrzymać w tym mieście, gdyż do tej miejscowości miało w ostatnich tygodniach napłynąć około milion ludności z całego świata, a zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych i z Japonii. Jutro napiszę obszerniej, jeśli tylko będę mógł zdobyć jakiekolwiek pomieszczenie. A byłbym zapomniał rzeczy najważniejszej. Marsjanie przed kilku tygodniami już zmarli. Cztery.
Bathurst, 10 października 1892. Zniecierpliwiłeś się, oczekując mego listu zapowiedzianego, ale zapewniam, że nie moja w tym wina. Przebaczysz mi pewnie, gdy ci powiem, że przez kilka dni spałem pod gołym niebem, co o tyle jeszcze można było przecierpieć, że obecnie mamy tu wiosnę jako tako znośną. Pożywienie dochodzi cen nieprawdopodobnych z powodu braku żywności. Byłbym może zginął już dotąd z głodu i niewygody albo wrócił z niczym, będąc już u celu podróży, gdybym wypadkiem nie spotkał rodaka Malczyckiego, który tu jako squatter i farmer od lat kilkunastu zakupił fermę i hoduje tysiące owiec. Przybycie Marsjan zrobiło go milionerem prawie, bo owce i pszenicę, i żyto sprzedaje po bajecznych cenach. Usłyszawszy przekleństwo polskie z ust mych wychodzące na bezmiar nieszczęścia, które mnie tu spotkało, z radością pochwycił mnie w swe ramiona, zabrał do swego domu i zabezpieczył mi tu dalszy pobyt, a nawet ułatwił, a raczej umożliwił mi zasięgnięcie dokładnych wiadomości o Marsjanach. Jemu więc w pierwszym rzędzie masz do zawdzięczenia, kochany redaktorze, wszystko, cokolwiek ci tu doniosę o gościach z Marsa. Wiadomości te są jednak bardzo niedokładne, niejasne, a to z powodów, które później wytłuszczę. Zresztą odczuwać się daje w nich brak zwięzłości, bo pytania były nieuporządkowane, a odpowiedzi często w połowie zdania urywane.
Nadto wiele z tych wyjaśnień były i są dla nas, mieszkańców Ziemi, wprost niezrozumiałe, bo na Marsie panują zupełnie odmienne od naszych stosunki. Na ilość wiadomości zebranych tu o Marsjanach skarżyć się nie mogę. Przeciwnie, mam ich tak wiele, że mi przychodzi z trudnością jakikolwiek ład w nich wprowadzić. Wiadomości te bowiem układano jak zapiski stenograficzne podawane publiczności codziennie. Ponieważ atoli w tej formie pisane tracą wiele na jasności, przeto postanowiłem je uporządkować i przysyłać ci poszczególne artykuły tworzące jako taką całość zamkniętą. Wszystkie me wiadomości o pobycie tych nadzwyczajnych gości na Ziemi czerpię ze źródeł następujących, które mi podał Malczycki. Oprócz opowiadań jego własnych i jego sąsiada Brickbraina składają się na me artykuły następujące czasopisma: Australian Review wychodzący w Sydney, Bathurst Journal i profesora Matthewsa The Hosts of Mars, które codziennie wychodzi i zawiera wiadomości dotyczące li tylko Marsjan. W sprawozdaniach mych zatem następnych postaram się najpierw o opisanie ci dokładnie wszystkich szczegółów dotyczących pojawienia się Marsjan na Ziemi, a następnie streszczę ci wszystkie rozmowy Sholmaniego z Marsjanami.
[02:12:31] - Władysław Sadke "Goście z Marsa". Czyta Reda Pawel Haddad.
[02:12:44] - Recenzarium Evivy. Luiza Dobrzyńska wspólnie z państwem odkrywa kolejne książki z dziedziny szeroko pojętej fantastyki. Ale dzisiaj odcinek szczególny. Dla mnie szczególny, bo Luiza Dobrzyńska mówi o książce "Non Stop" Briana Aldissa. To jedna z tych książek, które uwielbiam, które zostały ze mną od tych młodzieńczych czasów, kiedy pochłaniałem fantastykę tonami. I ta się ostała na sicie. Ona po prostu ze mną została i do dzisiaj mam ciarki, kiedy sięgam po tę książkę, żeby sobie chociaż fragment przeczytać. A jak ocenia ją nasza recenzentka Eviva? To przed państwem. Zapraszam.
Recenzarium Evivy.
[02:14:06] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Zderzenie dwóch ras. Na Ziemi mieliśmy to w zasadzie, jeżeli wziąć pod uwagę okoliczności jako zderzenie dwóch cywilizacji i zdarzało się nie jeden raz. Czasami było to zderzenie dwóch cywilizacji w podobny sposób rozwiniętych, na przykład chińskiej i zachodniej, mówiąc globalnie. Czasami cywilizacja, która miała się za lepszą i była rzeczywiście lepiej rozwinięta technologicznie, zderzała się z cywilizacją, która w ogóle nie była przygotowana na coś takiego. Najlepszy przykład: konkwista, czy Indianie Środkowej Ameryki oraz ich problemy z białymi osadnikami. Tutaj oczywiście rodzi się problem tego, że jeżeli się uważa innych ludzi wychowanych w innych warunkach, wyznających inne wartości za gorszych, to oczywiście nie prowadzi to do niczego dobrego. Ale załóżmy taką sytuację. Nagle okazuje się, że wszystkie szeptanki o UFO wcale nie były absurdalnymi bajkami. Oni tu są, obserwują nas, czasem nam pomagają.
Na tyle dyskretnie, żebyśmy nie mogli ich dostrzec. Z jednej strony marzenie wielu ufologów, z drugiej perspektywa niezbyt miła, bo traktują nas w najlepszym razie jak przedszkolaki, ewentualnie okazy w zoo. Ach, ci obcy. Oni muszą być wrogami w taki czy w inny sposób. Ale może niekoniecznie. Przypatrzmy się powieści, która należy do klasyki science fiction. Brian Aldiss „Non Stop”. Plemię, do którego należy Roy Complain, żyje na statku kosmicznym. W zasadzie nie jest to tajemnica. Wiadomo, że ich świat składa się z pokładów.
Wiadomo, że gdzieś daleko, daleko w przodzie istnieje miejsce zwane Dziobem, do którego nikt jeszcze nie dotarł i o którym krążą legendy. Rozsądnych ludzi nic to nie obchodzi. Żyją tam, gdzie się urodzili, nie zastanawiając się nawet nad tym, skąd się wziął statek i wszystkie otaczające ich pokłady. Czasami penetrując otoczenie natrafiają na zamknięte pomieszczenie pełne różnych skarbów, ale nawet wtedy nie myślą zbyt wiele o ludziach, do których to coś należało. Określają ich mianem gigantów i twierdzą, że wymarli już dawno. Wszystkie pokłady zarośnięte są lasem, roślinami, które mogą żyć dzięki światłu zapalającemu się w określonym rytmie. Dlaczego to światło się zapala? Kto tym steruje? O tym lepiej nie myśleć. Roy jest myśliwym.
Nie jest to zbyt dochodowe zajęcie, szczególnie od czasów, kiedy ludzie z jego pokładu opanowali techniki hodowli bydła. Mimo to poluje nadal. Chce być samowystarczalny. Peś rakuje go jednak dziwny pech. Kiedy w dramatycznych okolicznościach traci przydzieloną mu żonę, zostaje wychłostany i pozbawiony samodzielnego mieszkania. W chwili rozpaczy odwiedza go kapłan Maraper. Kapłan. Właściwie trudno określić go w ten sposób, ale tak jest traktowany. Nosi ten tytuł, chociaż tak naprawdę nie wyznaje żadnej religii ani on, ani jego, że tak powiem, owieczki. Mimo to jest bardzo dobrym psychologiem.
Wie, jak manipulować ludźmi, wie, jak ich pocieszyć, wie, jak ich skłonić do określonego zachowania. Proponuje Royowi wyprawę w głąb statku. Chce bowiem dotrzeć na Dziób. Ma pewne wiadomości, które nie są znane ogółowi. Chce je sprawdzić. Jego plan jest też dalekosiężny. Ma zamiar mianowicie sterroryzować ludzi z Dziobu i przejąć sterowanie statkiem. Co będzie robił dalej? Tak daleko na razie nie sięga. Na razie pragnie władzy i uważa, że właśnie Roy będzie mu w tym pomocny, jako przywykły do poruszania się po dżungli zarastającej pokłady.
Roy się zgadza. Praktycznie nie ma co robić w swoim osiedlu. W jego świecie nie istnieje właściwie coś takiego jak rodzina. Małżeństwa służą temu, żeby płodzić dzieci, a dzieci odchodzą od rodziców najszybciej jak tylko można i nie zawracają sobie więcej nimi głowy. Z pełną wzajemnością. Jest więc wolny. Nie wie tylko, co go czeka w tej drodze, a to, co znajdzie na jej końcu, wprawi go w prawdziwe osłupienie. Książka Aldissa ukazuje nam społeczeństwo wytworzone sztucznie w warunkach wyższej konieczności oraz jak łatwo jest takim społeczeństwem posterować tak, żeby kompletnie zaburzyć jego świadomość otaczającego świata. Bo przecież nie tylko plemię, z którego wywodzi się Roy i jego kapłan zamieszkuje statek. No właśnie, plemię, nie rasa.
Ci ludzie nie są świadomi tego, że obcy, o których sobie opowiadają, giganci, o których krążą opowieści oraz potworni mutanci to wszystko jedna i ta sama rasa istot. I nie wiedzą też, że to, co myślą, że wiedzą, jest tak naprawdę jednym wielkim oszustwem. Przeczuwa to tylko Maraper. Kapłan nie jest może przyjemnym człowiekiem, tak naprawdę paskudny z niego osobnik, ale jest też bardzo inteligentny. Jako pierwszy domyśla się prawdy. Może nie całej, ale na tyle, żeby próbować wyjść za swój świat, za to ciasne otoczenie Gdzie wszyscy żyją z dnia na dzień i nie wiadomo po co. Nie należy go winić za to, że pragnie czegoś więcej, bo w zasadzie wszyscy tego pragniemy. Przeczytawszy tę książkę można się zastanowić, kim my jesteśmy. Czy nie jesteśmy właśnie taką skarlałą rasą, skarlałą częścią rasy istot, które kiedyś tu przybyły? I czy nie obserwują nas usiłując chronić i przed niebezpieczeństwami z zewnątrz i przed nami samymi?
Nie byłoby to aż takie dziwne. W każdym razie, jak dla mnie takie spojrzenie ma podstawy logiczne. Nie różni się też bardzo od tego, co prezentuje Erich von Däniken w swoich książkach. O nich pewnie będę jeszcze mówiła, gdyż są bardzo interesujące. Trudno zaliczyć je do typowej fantasy czy fantastyki, ale też trudno traktować je całkiem poważnie. Wszystkim, którzy mnie słuchają polecam przeczytać „Non stop”. Jest to książka bardzo ciekawa i zawierająca trafne obserwacje psychologiczne. Jest też nieco przewrotna, ale to już każdy musi odkryć sam. Została wydana w serii Wehikuł czasu. Cała ta seria zawiera właściwie same perełki i warto się w nią zaopatrzyć, co również wszystkim polecam, bo wydawnictwo Rebis wykonało kawał dobrej roboty podsuwając ludziom dzisiaj, kiedy ciągle gonimy za czymś nowym, to co było kiedyś, żebyśmy mogli poznać fantastykę, która poprzedzała naszą dzisiejszą.
Pod wieloma względami jest ona ciekawsza, lepiej napisana, czasami anachroniczna, ale jednak niezwykle ciekawa. Zapraszam do lektury. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:21:50] - Proszę państwa, przed nami „Alchemia tworzenia” Katarzyny Prychacz. Usłyszycie państwo dzisiaj, że to koniec któregoś tam sezonu. Nic się nie będzie zgadzało, jeśli powiedzmy o te znaczniki czasowe, nawiązując do korepetycji filozoficznych dzisiejszych. Z tymi znacznikami czasowymi nic się nie będzie zgadzało. Ale ja cały czas przypominam, że „Alchemię tworzenia” mamy retransmitowaną z Book Radia i w tym, że Book Radio ta „Alchemia tworzenia” to ona sobie bodajże dwa lata temu chyba była po antenie. W związku z tym czas już spory upłynął. Niemniej jednak materiał o tym, jak tworzyć opowieści wcale się nie zestarzał. Jedna rzecz ważna: dzisiaj zamknięcie całego cyklu o Chucku Malkersie i jednocześnie zakończenie sezonu. Nie bójcie się państwo. Ci, którzy jakoś tam darzą szacunkiem „Alchemię tworzenia” od następnego odcinka jedziemy z sezonem trzecim.
A teraz Chuck Malkers i zakończenie śledztwa.
[02:23:08] - Ostatnie halo, halo Book Radiowaludności w tym sezonie. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Oczywiście. I co? Niech stanie się dżingiel, a ja was zapraszam. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 40. odcinku drugiego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Moi drodzy, dobrnęliśmy. Przetrwaliśmy, dotrwaliśmy i dotarliśmy do ostatniego odcinka sezonu.
Także wow. Z jednej strony czuję, że przyda mi się wakacyjna przerwa, przemyślenia, jak tutaj jeszcze udziwnić nasz podcast. Aczkolwiek trochę szkoda. Jeżeli ktoś jakimś cudem trafił tu po raz pierwszy, aczkolwiek myślę, że tak. Chociaż chciałam powiedzieć, że wątpię, ale chyba nie wątpię. Wszystko jest możliwe. Od odcinka numer 33 kontynuujemy cały czas śledztwo, takie śledztwo improwizowane naszego detektywa Chucka Malkersa. Powiem szczerze, że tak się w to wszystko wkręciłam, że naprawdę mega mi szkoda, że dzisiaj musimy to śledztwo już zakończyć, ale jednocześnie też nie mogłam się doczekać. Także dzisiaj sobie wreszcie rzucimy kością i dowiemy się, kto jest mordercą. Dobra, ja tu chyba historii całej streszczać nie będę.
Kto wie, ten wie. Kto nie wie, ten ma co nadrabiać przez całe wakacje. I co ja dzisiaj zrobię? Dzisiaj, tak jak mówiłam, rzucę kością. Potem pomyślałam, że wylosuję lokację, w której znajdziemy naszego mordercę i wylosuję trzy karty z grafikami. To są karty z klubu detektywów, czyli grafiki takie dosyć abstrakcyjne. Może nie abstrakcyjne, co takie fantazyjne. Trochę jak w Dixit. Myślę, że trzy wystarczą i na podstawie tych trzech kart wymyślę motyw zbrodni. I wiecie co?
Chyba lecimy z tematem. Zobaczymy, czy coś jeszcze będzie potrzebne, bo powiem szczerze, że chciałam też Trochę bardziej rozwinąć temat, bo tutaj wyszło nam w trakcie śledztwa tajne bractwo i tak myślałam, że bardzo to wymyślę i rozwinę. Natomiast mam po prostu parę decyzji, bo obiecałam wam, że podejmę jakieś kierunki i decyzje, jeżeli chodzi o te fabularne rzeczy. Aczkolwiek myślę, że to bractwo może być na tyle ciekawym tematem, że korci mnie, żeby tutaj na siłę nie rozpisywać tego, nie opowiadać, jak to jest od początku do końca. Bo kto wie, może w trzecim sezonie pójdziemy w to dalej. Może Chuck Malkers zostanie z nami na dłużej i może będzie kolejne śledztwo. Tak sobie pomyślałam. Może tym razem faktycznie pójść w to tak na grubo, na bogato i nie ograniczać się czasowo. Chyba mam ochotę rzucić się na głęboką wodę, wciągnąć się w coś. Więc może to bractwo gdzieś się będzie przewijało, ale to zobaczymy, bo faktycznie dzisiaj zobaczymy w sumie kto wypadnie mordercą.
Nie ukrywam, że tutaj bardzo dużo tropów wskazuje mi na jedną osobę, ale gra polega na tym, że rzucę kością. Kość ma numerki od jeden do trzy, więc mamy tych naszych trzech świadków. Czyli tam była para fotografów, przyjaciel właściciela posesji. On był antykwariuszem. I mamy jeszcze pogrążonego w śpiączce właściciela posesji. Oczywiście tej posesji, willi, w której doszło do morderstwa. Ofiarą był Przemek Bober, pracownik zakładu stolarskiego. Nie poszczęściło mu się, aczkolwiek trochę sam się o to prosił. Sam ściągnął na siebie uwagę mordercy, ponieważ prowadził na własną rękę śledztwo dotyczące pakunków, takich tajemniczych pakunków, które właśnie tutaj nawiązują do tytułu. A tytuł, który wylosowałam na to śledztwo, to była tajemnica białego maku.
I też w sprawie tego maku miałam podjąć decyzję. Zaraz wam wszystko tutaj przybliżę. Przybliżę oczywiście, zanim rzucimy kośćmi. Najlepsze na koniec zostawmy. I patrzę, czy coś tu jeszcze jest istotnego. Dużo smaczków po drodze. Aha, no i te właśnie wspomniane pakunki były zawsze chowane w trofeach ryb. Ja nie wiem, cholera, jak się nazywa taka wypchana ryba. Znaczy nawet ona nie jest wypchana, tylko spreparowana. Ale to chyba wszystkie te jakieś czy głowy, czy coś, co się wiesza na ścianę, to jest trofeum.
Tak czy siak, w wielu willach była taka ryba. I właśnie tropem tych rozgrzebanych ryb podążała nasza ofiara i odkryła coś, ale jeszcze sama nie wiedziała do końca co, bo nie udało jej się żadnego pakunku przechwycić. Miała tylko nie wiadomo skąd zdjęcia tych pakunków w tej rybie. Może to była kwestia włamania na konto mordercy, może nie. Zobaczymy. Albo nie zobaczymy. Może już się nie dowiemy. I ta ryba istotna, ponieważ tutaj właśnie finalnie też znajdujemy na samym końcu naszego śledztwa widelec, którym tą rybę rozgrzebano. Konkretną tą w tej posiadłości. Korciło mnie, żeby tam były odciski palców na tym widelcu naszego mordercy, aczkolwiek nie wylosowałam takiej karty z ekspertyzą.
Mamy tutaj kartę billing rozmów telefonicznych, więc tak myślę, że jak już będę wiedziała kto, to będzie mi łatwiej domknąć też te wszystkie poszlaki i to, jak dotarliśmy do tej osoby. Okej, jeżeli chodzi o moje decyzje, to decyzja miała dotyczyć bractwa, a konkretniej pomyślałam, że jakaś nazwa by się przydała. I z racji, że przewijała się tutaj wszędzie ta pięcioramienna gwiazda i w jednym z odcinków robiłam research i mówiłam wam o tym, że w nauce o herbach, czyli w heraldyce, były oznaczenia, które w herbie wiązały się z poziomem dziedziczenia. Chodziło o te pokolenia całe. I faktycznie gwiazda pięcioramienna skierowana wierzchołkiem do góry oznaczała trzeciego syna. I tak pomyślałam, że to fajnie brzmi, więc nazwę bym zostawiła po prostu. Nawet jeżeli potem miałoby się okazać coś innego, ale myślę, że nazwa Bractwo Syna Trzeciego brzmi fajnie, pasuje, myślę, do czegoś takiego. I ten syn trzeci, to tutaj tak wstępnie myślałam właśnie może o jakimś rodzaju... Nie wiem, czy założyciele tego bractwa na przykład to może byli synowie i tak jak myślę pięcioramienna gwiazda, to może jednak ich było pięciu, bo najpierw myślałam o trzech, no bo trzech synów. Ale teraz pomyślałam sobie, że może to było na przykład pięciu kolegów i każdy z nich był trzecim synem w swojej rodzinie.
I dalej idąc tym tropem, to właśnie też, jak już mówimy o bractwie, pomyślałam, że żeby gdzieś ten motyw właśnie piątki przewijał się tutaj. Między innymi, dobra, do pakunków zaraz przejdę, bo już tu chciałam spoilerować. To czekajcie, bo może ja już muszę przejść do pakunków, jak patrzę w moje notateczki. I tutaj dobra. Dobra, to muszę już przejść do pakunków. I teraz co mają z tym wspólnego pakunki? Pomyślałam sobie, że może faktycznie tych ryb było pięć, bo w sumie nie ustaliłam, ile zdjęć tych pakunków miała nasza ofiara na laptopie u siebie. Czy nie, to były w smartfonie najpierw. Więc może tych pakunków było cztery i ten tutaj, w tej rezydencji był piąty. Też rozważałam, że może dochodziło do morderstw właścicieli tych rezydencji, a tak naprawdę to byli członkowie tego bractwa, ponieważ ta osoba polowała na coś, co było ukryte w pakunkach.
Skoro myślałam nad tajemnicą białego maku, że z początku to najłatwiej byłoby pójść w jakieś narkotyki. Potem myślałam, bo gdzieś po drodze wyszły mi jakieś zęby mleczne. Mi wyszły, tak, na nowo. Nie no, żartuję. Podczas śledztwa znaleźliśmy sekator, tajemniczy sekator. Znaczy, znaleźliśmy, był wbity w ofiarę, nawet niedoszłą ofiarę, czyli we właściciela tej willi, który jest w śpiączce i w tym sekatorze był wmontowany ząb mleczny. Pomyślałam, że w sumie dobra, idźmy dalej. Myślałam o mączce kostnej albo że to będzie jakiś proceder, że ktoś łapał dzieci i zabierał im te mleczaki czy coś. Ale wiecie co? Pomyślałam, że chyba nie idźmy tak drastycznie.
Znaczy drastycznie... i drastycznie, i nie drastycznie. Pomyślałam, że zęby zostawimy, ale nie będziemy ich mielić. Skoro to jest tajemnica białego maku, a ja przez wszystkie odcinki, wyobraźcie sobie, zafiksowałam się na kwiatku, że zwykle mamy maki czerwone i biały mak jest takim ewenementem. Myślałam, gdzie tego kwiatka włożyć. Oczywiście, że on do symboli będzie jako kwiatek, ale przecież biały mak jest jak najbardziej czymś takim jak biały mak. I to już nawet nie chodzi o sam kwiatek, tylko o rodzaj maku. Jak mamy mak, on jest niebieski czy nie wiem, jak on się tam nazywa, tak mamy biały mak, cholera. To na świętego Marcina rogale się robi? Marcina chyba, tak.
Przecież one są z białego maku. Więc pomyślałam, że w tych pakunkach będzie dosłownie biały mak. Nie wiem w sumie jeszcze, co ten biały mak mógłby oznaczać dla bractwa, bo myślę, że te pakunki powinny być ściśle powiązane z bractwem. Pomyślałam, że w tych pakunkach, to byłoby w sumie trochę, myślę, głupie czy nie głupie. Musiałabym zrobić research na temat białego maku, tego maku właściwości. Co prawda on ma właściwości takie same jak ten niebieski mak. Oczywiście, że wszystko super prozdrowotne. Natomiast myślę nad tym, czy on tyle lat by przetrwał, czy nic by go nie zeżarło albo czy by się nie zepsuł, zjełczał. Nieistotne. Wymyślimy najwyżej metodę konserwowania tego maku, jak będzie trzeba, ale wizję miałam taką, że to jest pakunek wypełniony tym makiem, a w samym centrum tego maku jest ukryty ząb mleczny tych synów, w sensie tych założycieli.
Idąc dalej tym tropem, to stwierdziłam, że ten morderca musiałby bardzo chcieć znaleźć te zęby do takiego stopnia, że mordował przecież tych ludzi, tych członków bractwa. Co prawda mordował ich, otruwając, powodując zawał serca. Dlatego na początku nie było do końca wiadome, że to były morderstwa. To w środku śledztwa wyszło. Prawdę mówiąc, też się sama zastanawiam, na ile to dobrze wybrzmiało w odcinkach, na ile to wyszło w mojej głowie. Ale po prostu tak pomyślałam, że po znalezieniu zdjęć tych pakunków z tych różnych willi, to nasz śledczy zobaczył, przyjrzał się tym, dokładniej zbadał sprawę związaną z tymi adresami, z tymi willami, namierzył te adresy. I się okazało, że tam zmarli na zawał. Jakaś osoba z tej willi, bo nie zawsze właściciel to był. Tak pomyślałam i stąd by to mógł być faktycznie seryjny morderca. Pięć pakunków, pięć zębów.
Najprościej chyba będzie, jeżeli uznamy, że ten morderca prowadził jakąś wendetę na członkach bractwa. Może kiedyś należał on do bractwa, może ktoś z jego rodziny. Może to jest taka z pokolenia na pokolenie przekazywana żądza zemsty, bo może tamci założyciele coś zrobili przodkom tego naszego mordercy. To by było, myślę, ciekawe. Jeszcze druga sprawa jest taka, że oczywiście ta ofiara to był w sumie trochę taki przypadek. Tak myślę, że w tym kierunku pójdziemy, że morderca był przekonany, że to jest właściciel tej willi, a ten po prostu się włamał do tej willi czy pod pretekstem stworzenia czegoś z drewna przyszedł, był w tym miejscu. Nie było jeszcze właściciela i tak wyszło, jak wyszło. I wiecie co? Skoro mamy pięć zębów, tajne bractwo, tu były jakieś lochy, jakieś tajne tunele. Nie ukrywam, że wpadłam na fajny pomysł, jak mogą być otwierane te tunele, ale myślę sobie, że ja spiszę Malkerza.
Chyba muszę wam to wreszcie zadeklarować. Może też dla mnie to będzie większa motywacja, bo myślę, że mogłoby wyjść z tego ciekawe opowiadanie. Więc nie będę wam wszystkiego spoilerować. Myślę, że to będzie ciekawa scena, jak już będzie do przeczytania, w jaki sposób on wraz z Cerberą Złocistą, on w sensie Malkeres, jak otworzyli przejście do tajnych tuneli. Ale wracając na tory moich decyzji podjętych, to pomyślałam sobie, że może te pięć zębów, jeżeli nie poszlibyśmy w motyw zemsty, to może ten morderca wie o tym, że potrzebuje tych pięciu zębów, żeby na przykład otworzyć coś, może jakiś zamek, a może jakieś pudełko. Pomyślałam, że może jest jakieś urządzenie, które albo wykrywa DNA, albo jest po prostu do tego konkretnego zęba odlane i tylko ten konkretny ząb może aktywować ten zamek. Pomyślałam, że mogłoby to być trochę jak te tarcze w starych telefonach i na przykład pięć miejsc i trzeba będzie w każdą włożyć tego zęba. Natomiast ten ząb, który był wmontowany w sekator, mógłby być czymś takim, jak byśmy pomyśleli o tym seryjnym mordercy, a może to ktoś w jego rodzinie sprzed lat zdobył jeden z tych zębów i po prostu go tam wmontował? Tak pomyślałam, że to będzie rodzaj takiego trochę straszenia, szpanowania czy siania postrachu. Pomyślałam, że ten sekator mógł być odpowiedzią na taką potrzebę, bo z jednej strony nie chciał się ujawniać, ale z drugiej może jednak chciał, żeby ofiara przed śmiercią wiedziała.
Może on wcale nawet tym sekatorem nie mordował, tylko może nim groził albo pokazywał, a tutaj po prostu poszło coś nie tak z tym właścicielem. Ale jest w śpiączce, to się na razie nie dowiemy, co tutaj zaszło. Dobra, czyli te pięć zębów i jakaś skrytka, pudełko. Czemu nie? Czy ja mam tu jeszcze coś? Chyba wam wszystko już powiedziałam. Jeszcze mam dopisane odnośnie motywu, że taki ogólny powód jaki mógł być, a zobaczymy, jak to będzie rezonowało z tym, co dzisiaj wypadnie, że właśnie na przykład ofiara zagrażała misji, bo zwracała uwagę na te zęby, na te pakunki. I tutaj doszliśmy też w śledztwie, że ofiara była śledzona przez mordercę. Więc pytanie, czy faktycznie doszło do pomyłki z tym morderstwem dodatkowym? Czy niestety to była konieczność?
Oczywiście z perspektywy naszego mordercy. Musiał się pozbyć gościa. Co prawda nie musiał tego robić w tak makabryczny sposób. Jak ktoś nie był w poprzednich odcinkach, to niech sobie posłucha, co tam oprócz otrucia i zawału serca, co się stało jeszcze pośmiertnie z Przemkiem Boberem. Dobra, to chyba mamy. Jak coś, macie też te karty, z których korzystam, to wszystko macie na fanpage'u „Alchemii”. Jest tam album stworzony, album z grafikami i tam na każdej grafice macie umieszczone zdjęcie tych kart i krótki opis tego, co przy tych kartach zostało wymyślone. Właściwie do czego inspiracją były te konkretne karty. I też tam wrzuciłam wam, zrobiłam na szybko szkic. Po prostu z własnych notatek zrobiłam wam tam zdjęcia tego bractwa czy tych symboli, które by tam mogły być przydatne.
Stwierdziłam, że na razie nie będę się zabierała za robienie czegoś w rodzaju loga do każdej z tych rzeczy. Czyli tu mieliśmy na przykład emblemat na pudełku ze strzykawką, mieliśmy oznaczenie bractwa czy te ściereczki z tym białym makiem. Tkaniny, w które zapakowany był ten biały mak. To jest do przemyślenia. Mam parę pomysłów, jak by to mogło być, ale nie ukrywam, że trochę nie ogarnęłam czasowo, żeby to obrobić gdzieś tam w programie graficznym trochę lepiej. I tak jak już powiedziałam, bo wspomniałam o tej strzykawce, wiecie co? Za cholerę nie wymyśliłam, do czego ona może być. Nie robi to dużej różnicy, myślę, w naszym śledztwie. Myślę, że to może być ciekawy trop do rozpisania rytuałów tego bractwa. Może to po prostu jakiś chory rytuał jest, a może to było dla zmyły?
Nie wiem. Zobaczymy, bo z tego, co pamiętam, na pudełeczku było to, że tak powiem, logo bractwa. Nie wiem. Myślałam jeszcze nad tym, żeby ktoś zwracał uwagę naszą, w sensie śledczego, żeby podpowiadał, gdzie znajdziemy mordercę albo z czym to jest powiązane. Ale może to sam morderca podrzucał te rzeczy. Nie wiem. Dużo niewiadomych. Natomiast ostatnio uświadomiłam sobie, że ja tak popłynęłam tu za daleko, za szeroko, a tak naprawdę przecież śledztwo miało dotyczyć odnalezienia mordercy, tego pracownika zakładu stolarskiego, więc wszystkie rzeczy poboczne to są po prostu poboczne śledztwa, nie? Dobra, decyzje mamy. Powiedziałam wam, co robimy.
Czas mamy dobry. Myślę, że standardowo będzie to tak połowa odcinka, około połowy. To chyba trzeba rzucić kością, co? Chyba musimy się dowiedzieć. To teraz przypomnę tylko, że ten świadek numer jeden to była para fotografów. Świadek numer dwa to był antykwariusz. I świadek numer trzy, miałam technicznie jako personel medyczny, ale uznajmy to za właściciela posesji pogrążonego w śpiączce. I to jest ciekawe, jak to wypadnie, ale to będzie turbociekawe. Wiecie co? Wszystko będzie turbociekawe.
Nie ukrywam, że na każdego mam jakiś pomysł. No dobra, powiem wam szczerze, czuję trochę nie stres, nie tremę, ale taką tremę z ekscytacją, nie? No okej. Mam kość. Kość jest papierowa, więc nie będzie tak fajnie stukała. Zrobię miejsce na stole, żeby się potoczyła trochę dłużej. No dobra, rzucamy. Kto jest mordercą? Ja już wiem, a wy nie wiecie. Okej, wypadł mi numer jeden, czyli para fotografów.
Od początku coś kręcili, powiem wam szczerze. Bo od tego się zaczęło, to sobie też zobaczycie na fanpage'u, bo oczywiście przesłuchania świadków tam macie. Jest to zdjęcie z gry „Memy” i ta para tak na siebie patrzy i wyglądają, jakby wiedzieli o czymś, o czym nie chcą powiedzieć rozmówcy. Oczywiście wtedy też przypomnę, że podczas tego przesłuchania, po syntezie z social mediów okazało się, że oni twierdzili, że byli poza miastem, gdzie nie było zasięgu, a tak naprawdę na ich social mediach można było się zorientować, że byli na strzelnicy i robili sesję zdjęciową, czy w ogóle robili tam jakieś zdjęcia lub cokolwiek tam robili na strzelnicy, przy tym elitarnym klubie strzeleckim, czy tam jakimś tajemniczym klubie. Czyli generalnie ludzie powiązani z bractwem. I teraz pytanie, czy oni byli członkami bractwa, czy po prostu tam byli? Zobaczymy. Teraz tak: mówiłam, że losuję lokację. To ja sobie od razu wylosuję wszystkie karty i zaraz będę na bieżąco je odkrywać. Więc karta lokacji.
Dobra, zobaczymy, gdzie ich spotkaliśmy. Niech będzie ta. Tą już odkładam. I trzy karty motywu. Przetasuję, żeby nie było. I wypadło... dobra, tych z ziemi nie liczę. Trudno. Nie patrzę, bo tam wypadło więcej niż trzy. To co?
Wezmę gdzieś jakąś. A może tak: wezmę trzecią od góry. Cyk. Trzecią od dołu. Cyk. I jakąś ze środka mniej więcej. O, dobra, mam wybrane, to zaraz odkrywamy. Okej, karty wybrane, to możemy zacząć odkrywanie. No dobra, to najpierw lokacja, gdzie myśmy tych naszych świadków dorwali. Cyk.
O cholerka. No dobra, ja wam muszę opowiedzieć. Nie no, słuchajcie, koniecznie musimy w trzecim sezonie pójść dalej. Mega się wkręcam w to wszystko. Dobra, co ja mam za kartę? Cholera, ja już odpłynęłam fabularnie teraz. Okej, to jest grota. Jesteśmy w grocie. Po prawej stronie mamy takie bajorko, wiecie, w jaskini takie zagłębienie z wodą. Na skałach mamy jakieś malowidła.
Tu mamy jakieś postacie czczące wielkiego węża, ptaka. Nie wiem, co to. Pół wąż, pół ptak. Może to jakiś bazyliszek miał nóżki, to była wiwerna. Nie wiem. Mordę ma jak dziobek. Nieistotne. Dalej mamy jakiś rozbłysk albo słońce. Jakieś tutaj dziwne symbole. Także ewidentnie jakaś taka pradawna mowa.
Hieroglify to były egipskie? Nie wiem, takie jakieś znaczki. Jaką one miały nazwę? Nieistotne. Oczywiście tam w głębi tej jaskini jest bardzo jasno, więc nie wiem, czy to kwestia, że tam będzie jakiś świetlik, a może tam jakieś źródła, może coś fluorescencyjne. To byłoby fajne. Oczywiście mamy stalaktyty, stalagmity i stalagnaty. Prawie stalagnaty, bo stalagnaty to chyba te połączone są, nie? A ten taki jeden jakby był połączony, ale nie był. Dobra, ale bo ja tak specjalnie tutaj dawkuję napięcie, jeżeli chodzi o elementy jaskini, bo to, co mnie po prostu zachwyciło, to to, że po lewej stronie jaskini mamy mównicę.
Mównica to taki postument. Postument? W sumie albo to mogła być mównica, jakby stanąć po jednej stronie, albo jako takie coś, co eksponuje, gdzie na przykład możemy położyć księgę, otwartą księgę na widoku, bo to jest na podwyższeniu skalnym i wokół są rozrzucone kartki. No to grubo. Akcja w jaskini. To wiecie co? Myślę sobie, że skoro mieliśmy tutaj to wejście do tunelu, to fabularnie pewnie bym poszła w tym kierunku, żeby nasz detektyw wrócił Do tych tunelu? Ten biling rozmów telefonicznych. Patrzę jeszcze, bo byliśmy wtedy na tym poddaszu u antykwariusza. Znaleźliśmy zegar, wróciliśmy na posesję do tego pokoju dziecięcego opuszczonego i tam też był złoty zegar.
I tu było podejrzenie, że ten antykwariusz, bo też był wyciąg z konta, dużą kwotę pieniędzy przytulił za złoty zegar. No i tam było podejrzenie właśnie, że ktoś tam w tym pokoju był, że może te zegary były zabierane z tego domu. A dzięki temu, że oglądaliśmy ten zegar, znaleźliśmy widelec. I teraz tu jeszcze był biling rozmów telefonicznych. W jakiś sposób ten widelec musiałby doprowadzić do bilingu telefonicznego. Może chodziło o przejrzenie bilingu. O, dobra, mamy to. Znajdując ten widelec nasz śledczy postanowił jeszcze sprawdzić biling telefoniczny naszego właściciela czy w ogóle telefonu na posesję do tej willi. Po tym bilingu namierzył, że ostatnie wykonane połączenie było do tych fotografów, więc zlecił śledzenie ich telefonów i okazało się, że sygnał urwał się dokładnie tam na tej strzelnicy, że nie odbierali. Zasięgu nie było, więc detektyw jeszcze wtedy nie wiedział, czy oni są mordercami, czy nie.
Może byli kolejnymi ofiarami. Dlatego jak najszybciej udał się do tego tunelu. No i dobra, i mamy scenę, że spotyka ich w tej jaskini. Mamy tutaj porozrzucane papiery. Tu chyba losujemy te karty fabularne czy te motywu, więc może coś tu jeszcze nam powie więcej i będziemy sklejać. O matko, ile tu jest elementów do sklejenia! Ach, a sama sobie utrudniałam tą formułą naszą. No ale dobra, okej. Miało być, że improwizowane źdźbło, to improwizujemy. I teraz czy wszystkie, czy jedną kartę?
Po kolei będzie ciekawiej. Odkrywam pierwszą kartę, którą wylosowałam. Kartę z grafiką. Zobaczymy, od czego ten motyw się zaczął i co to dalej będzie. Kurde, ciekawie jest. Karta przedstawia świeczkę, która chwilę temu ewidentnie musiała zgasnąć, bo mamy taki dymek od tej świeczki. Co prawda ten dymek też idzie do góry, przeradza się w chmurę i po jednej stronie pada deszcz, mimo że jest jasno. Mamy tak, jakby po jednej stronie karty jest dzień, po drugiej stronie jest noc. Przy świeczce stoją jeszcze dwa lusterka, w których odbija się coś, może właśnie coś w stylu słońca i księżyca, ale myślę, że to słowo, że coś zostało zgaszone. No i teraz wiecie, zgaszona świeczka może być symbolem, zgaszony płomień świeczki, symbolem śmierci.
Mamy tutaj też dzień i noc. I tutaj też wcześniej w symbolice tego bractwa nam się bardzo przewijał symbol właśnie śmierci i odrodzenia. I ta karta bardzo tutaj to komunikuje. Teraz tylko pytanie właśnie, czy ten motyw zemsty czy... No bo teraz tak: albo możemy pójść... Ja nie wiem też, czy lustro. I teraz człowiek research krzyczy z mojego wnętrza. Nie będę robić researchu, ale nie pamiętam, co dokładnie symbolizowało lustro, ale właśnie nie jestem pewna, czy nie coś związanego z przechodzeniem na drugą stronę, z życiem po życiu. I tu mamy te dwa lustra, to może właśnie oni chcieli się zemścić za śmierć swoich rodziców na przykład. Znaczy teraz myślę rodziców w sensie nie, że oni byli rodzeństwem, bo myślałam, że żeby oni byli parą.
No właśnie, ale może oni są dziećmi rodziców, którzy należeli do bractwa i może oni właśnie zostali zamordowani w dziwnych okolicznościach albo jakoś to bractwo doprowadziło do ich upadku? Tak czy siak wydaje mi się, że patrzę na te dwa lustra. Dzień i noc w sumie to też trochę jak taka, można powiedzieć, para. To może w tym kierunku pójdźmy. Myślę tylko czy rodzice... Bo pomyślałam, że kobieta i mężczyzna. Teraz tylko pytanie, czy rodzice mieli romans? Najłatwiej by było może, gdyby oni byli rodzeństwem, ale nie. Dobra, czekajcie. Może po prostu ci rodzice byli zaprzyjaźnieni, może i mieli romans.
Nie wiem, bez różnicy. Tak czy siak już dzieci były. Czyli oni nie są rodzeństwem. A może to bractwo wymusiło coś takiego? No dobra, zobaczymy dalej. Może coś mnie dalej naprowadzi, bo też nie chcę tutaj się zatrzymywać gdzieś tam czy szukać czegoś na siłę, ale to mógłby być już powód zemsty, czyli właśnie śmierć rodziców, którzy należeli do tego bractwa. Dobra, odkrywamy drugą kartę. Druga karta przedstawia Wiecie, tak naprawdę kamień-papier-nożyczki. Dopiero teraz do mnie dotarło. Już kiedyś patrzałam na tę kartę.
No tak, jak nic. Dobra, mamy jaskinię na tej karcie. Mamy różne wyryte na skałach rzeczy. Tu mamy jakiegoś mamuta, jakąś sarnę chyba czy geparda. Mamy człowieczka, który kuca i coś trzyma. I mamy też nożyczki wśród tych hieroglifów czy tamtych rysunków. Ale co jest w centrum? W centrum mamy gazetę, czyli papier. W sumie po angielsku paper, więc pewnie to by było śmieszniejsze i miało więcej sensu za granicą. Natomiast ta gazeta, jej kawałek jest nacięty, rozcięty ostrzem nożyczek.
Jak to określić, cholerka? Mamy rozwarte nożyczki. Jedno z tych ostrzy przecina gazetę, natomiast drugie łamie się na kamieniu. To tak działa. Czyli te nożyczki jednocześnie pokonały papier, ale zginęły na kamieniu. Okej, bo wchodzę już za bardzo w analizę tej karty. W sumie ciekawa symbolika tutaj jest ukryta, bo można byłoby też pójść w tym, że tak jak może i tymi nożyczkami dałoby się zabić gazetę, ale nożyczki są też wyryte na kamieniu i ten kamień nic sobie z tego nie robi. Więc te nożyczki nie są w stanie zniszczyć przekazu wyrytego na kamieniach. I tak właśnie myślę, jak to użyjemy do naszego motywu, bo mógłby to być po prostu motyw gry. Takiej gry na śmierć, na życie.
W sumie tak jak kamień-papier-nożyczki. Prawie. Dobra, słuchajcie, nie że to się gra na śmierć i życie, tylko bardziej pomyślałam, że te przedmioty konkurują ze sobą. Natomiast tutaj może ci rodzice zostali zamordowani albo zginęli w jakichś obrzędach związanych z tym bractwem. I tu patrzę, że gazeta, czyli może to bractwo ukryło informację o tym, że ta sprawa nigdy nie została wyjaśniona, czy winni nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności, bo bractwo miało koneksje i po prostu nie dopuściło tej informacji do mediów i żeby dalej szło śledztwo. Natomiast ten symbol złamanego ostrza tych nożyczek, czyli tymi nożyczkami byłoby bractwo. Ale bractwo wykoleiło się na kamieniu, czyli złamało się, uszkodziło się poprzez ten kamień. I tak sobie myślę właśnie, że tym kamieniem tutaj postanowili zostać nasi fotografowie, para fotografów. I teraz tylko czemu są w jaskini? No chyba że w tej jaskini byłoby, myślę, czy coś było wyryte, czy może tam po prostu była ukryta jakaś skrzynia.
A może te porozrzucane papiery właśnie to są gazety? Może cały nakład gazet. I dokumenty na przykład śledczych sprzed lat, że to bractwo po prostu w tej jaskini ukryło to i oni to znaleźli. Może właśnie robiąc tą sesję zdjęciową. A może oni właśnie jednak dołączyli do tego bractwa po to tylko, żeby poszukać tych materiałów. Może skądś wiedzieli właśnie o tym. Także musieli na pewno zinfiltrować to bractwo, musieli tam przeniknąć. Czekajcie, bo teraz sama się zawikłałam, bo przecież ta ryba była rozpruta. Czyli teoretycznie tylko ten sekator był u policjantów. No chyba że sekator to była tylko dodatkowa rzecz z tym mleczakiem.
Albo to był sekator należący może do ich rodziców, do któregoś z rodziców. Natomiast oni mieli pięć zębów, czyli właśnie może tym pudełkiem, które miało zostać otwarte poprzez te zęby, to może właśnie była ta skrzynia z różnymi ukrytymi dowodami. I ona była w tej jaskini, może właśnie w tym bajorku. Może to było wydobyte i te porozrzucane papiery, które nie interesowały ich, jakieś inne sprawy, tylko próbowali się dowiedzieć, znaleźć dowody i informacje na temat śmierci ich rodziców. Fajnie. No i to jest to. Ale kurde fajnie, wow. Dobra i trzecia karta. Zobaczymy jak to zamykamy wszystko. Śmieję się, bo lubię tą kartę akurat z tej gry.
Dużo wymyślania już na niej było w innych kwestiach. Dobra karta przedstawia mężczyznę, wędrowca, podróżnika w takim ponчо to chyba się nazywa. Mężczyzna też jest w dżinsach, bardzo umięśniony, stoi po kostki w takim leśnym bajorku. I tak, tu mamy oczywiście właśnie środek lasu, bo tego nie powiedziałam. Po bajorku pływają wielkie gumowe kaczki. I po drugiej stronie, znaczy właściwie to chyba jest centrum tego bajorka takie z kamieni murowane, nie wiem, mur z kamieni, coś takiego. Postument jakiś i na tym siedzi ogromny pluszowy niedźwiedź. Kombo niezłe. I teraz tak: mamy człowieka, mamy las. Więc trochę już tego motywu mamy naszych sprawców.
Wiemy, że to oni zamordowali. Więc ta klasyczna scena, kiedy złoczyńca opowiada wszystko. Myślę właśnie, czy oni się dowiedzieli? Może ci rodzice zginęli gdzieś na bagnach? Może był jakiś rytuał? Może nie gumowe kaczuszki, ale myślę, że może. Chyba że ten człowiek z tą laską, taki wędrowiec, może on by tu był tym jakimś... Wiecie, każde bractwo ma jakichś tam przywódców, mniej lub bardziej. W ogóle teraz mi się przypomniało, że przecież też oni byli przyjaciółmi. Znali się z tym Przemkiem Boberem, że też robili sesje zdjęciowe różnych przedmiotów drewnianych czy instalacji, czy czegoś, co on i jego firma, czy ta firma, w której pracował, robili.
Więc w sumie to tak otruli swojego kumpla. I byli tak zdesperowani, że dlatego zaczęli go ćwiartować. Chcieli go spalić w tym kominku. I co? I nie zdążyli może po prostu. Nigdy do tej pory tak nie musieli ukrywać ciał, więc stąd takie desperackie działanie, które i tak by im nie pomogło. Dobra, i teraz myślę, ten mężczyzna, no chyba że ten pogrążony w śpiączce. To by pasowało, słuchajcie, bo jeżeli ten sekator na przykład należał do rodzica któregoś, pomyślałam o mężczyźnie, że na przykład ojciec tej dziewczyny był ogrodnikiem może i to był jego taki sekator ukochany. Może to bractwo, mówiłam o tym, że ono się skupiało nie na jakichś metafizycznych rzeczach, tylko na rozwoju i ten człowiek był w centrum, więc może też reprezentanci różnych branż byli w tym bractwie i może po prostu tego właściciela w afekcie dźgnęli. Może on ich nakrył, jak próbowali te zwłoki przenieść, ukryć i tak dalej.
Bo podali mu truciznę, tak? Bo tutaj też był motyw, że właściciel też był otruty, ale przez to, że był dźgnięty sekatorem, otrzymał pomoc w porę. Ktoś zauważył. A może też ta trucizna wypłynęła, kiedy się wykrwawiał, po prostu z obiegu i dzięki temu paradoksalnie przeżył. Więc myślę, że on by tu był takim, że chcieli tego przywódcę dorwać. Myślę o tych rytuałach. Zastanawiam się, jak bardzo by miały być tutaj oderwane od rzeczywistości. Bo jeżeli zginęli na bagnach, to po co by tam byli, nie? A jeżeli to trochę też nie takie zamierzchłe czasy. Chyba że w ogóle całość osadzimy we współczesności.
Nie, no dobra, miałam smartfony. To chyba że dziadek, babcia, a nie rodzice. To może by byłoby tak, że oni się po prostu poznali w tym bractwie i dziadek może tej dziewczyny był ogrodnikiem. A może dziadek z babcią romansowali. Jej dziadek z babcią tamtego ziomeczka. No dobra, rytuał na bagnach. Co oni mogli robić? Motyw ryby tu się przewijał. Był ten złoty zegar. Patrzę, co tu jeszcze by mogło nas naprowadzić.
Albo ta strzykawka. Może był jednak jakiś środek albo taka inicjacja była, że podawali na przykład jakiś środek halucynogenny. W sumie to by tłumaczyło te gumowe kaczuszki i wielkiego pluszaka pośrodku. Może to był rytuał, że podawali jakąś substancję. Albo pójdźmy w opium. Tylko że właśnie opioidy, nie wiem, to nie daje chyba aż tak. Ale to by trochę pasowało może do tych czasów, jakby to ustawić, że dziadek, babcia. No dobra, tak czy siak coś wzięli, mieli halucynacje i nie przeszli tej inicjacji na przykład, bo może coś poszło nie tak i oni weszli do tego bagna i utonęli albo nie mogli im udzielić pomocy. Może w ten sposób. I dopiero teraz oni się tego dowiedzieli i byli załamani, bo tyle lat poświęcili na poszukiwania, żeby się dowiedzieć, że tak naprawdę to nie było morderstwo, tylko niefortunny wypadek.
Ale zostało to zakopane, zakryte, znaczy ukryte, bo ta substancja nie była legalna i bractwo musiało uważać, żeby nie zostać pociągnięte do odpowiedzialności. Może to tak, w tym kierunku pójdźmy. No i mamy to. Czyli mamy aresztowanie. Oni idą do więzienia. Co tu jeszcze warto powiedzieć? Nie ukrywam, że dużo tutaj dowodów wskazywało na antykwariusza. I pomyślałam właśnie, zwłaszcza jak po raz drugi nam się wylosowała brzytwa, pomyślałam, że może ten antykwariusz, skoro jednak nie jest tutaj winny, a dużo jest jakichś takich powiązań podejrzanych, może on chciał właśnie pomóc. ... śledczym, że może jednak to bractwo, z racji, że był członkiem tego bractwa i wiązała go przysięga, ale może dlatego podrzucał jakieś dowody, żeby naprowadzić śledczego na tą dwójkę.
Tylko załóżmy, że tak było. I dotarliśmy na jego poddasze i z tym zegarem. Aha, no właśnie, bo to była dziwna sytuacja, że on miał bardzo dużą kwotę na koncie bankowym właśnie niby za złoty zegar, a złoty zegar był tak naprawdę ukryty gdzieś tam w rupieciach, czyli nie był sprzedany. I teraz pytanie, czy on, a może on z nimi się dogadał albo im chciał ten zegar sprzedać? Może właśnie wmówił im, że to jakiś związek ma z bractwem? A może on właśnie buszując po posesji wiedział, że tam jest. Znalazł może ten widelec i wiedział, że to naprowadzi. No nie wiedział w sumie, bo to jest billing. Może myślał, że to naprowadzi. No dobra, ale coś w ten deseń by było.
Dobra, słuchajcie, mamy to. Cholera, mamy to. Mamy zakończenie śledztwa, całkiem poetyckie. Zaskoczyło mnie, powiem szczerze, bo tak jakoś najmniej podejrzewałam, że nam wypadnie para fotografów. Jako że byli w sumie trochę najmniej związani z tym, bo ten właściciel wiadomo, w centrum tego, jako że ta posesja miała też te szmatki z wyszytym makiem, czyli tutaj były pakowane te rzeczy wszystkie, te pakuneczki. No i antykwariusz, który tak podejrzanie się zachowywał. Cholera, fajna fabuła nam wyszła. Naprawdę petarda. Okej, kończę, cholera, znaczy kończę śledztwo. Pewnie jeszcze tutaj chwilę pobiadolę do was tak wakacyjnie.
Podoba mi się. Mega mi się podoba. I wiecie co? Zapowiadam wam, że trzeci sezon zrobimy Malkersa. Natomiast chciałabym też może jednak jakieś elementy merytoryczne, coś może poprzemycać, tak jak było w pierwszym sezonie. Jeżeli macie jakieś pytania, z czymś się zmagacie, albo może coś wam się tu spodobało, może któryś element, który warto byłoby rozwinąć z tych rzeczy, które tu losuję na przykład czy robię, to koniecznie dawajcie znak, najlepiej przez tego fanpage'a, to gdzieś tam na pewno wtedy to uwzględnię, czy zrobimy na przykład odcinek o tym. Ja się pobawię tą konwencją przez wakacje. Spiszę sobie przede wszystkim jakiś przebieg scen i skoro tutaj między innymi nie będę dla was robić podcastu przez wakacje, to myślę, że ten czas po prostu zainwestuję w Chucka Malkersa, w tą historię. Spoko, fajnie. Zaraz kończę.
Muszę to wszystko spisać, porobić notatki, żeby mi tu nic nie uciekło, nie? Ale super. Wy nie widzicie tego, bo ja to mam wszystko na stole rozłożone. To jest ogrom tego, nie? Te wszystkie lokacje po prostu wow. Myślałam nad tą tablicą śledztwa, ale no chyba że poprzyklejam jakoś te linki, w sensie sznureczki jakieś do tych kart. Ale najlepszą, powiem szczerze tablicą to jednak są te karty. Jak to rozłożę, to widzę wszystko, nie? Spróbuję to jakoś może tak porozkładać później, że gdzieś tam foteczka, żebyście też zobaczyli jak fajnie to wygląda. Może to jest też ciekawy pomysł na to, żeby sobie pisanko w ten sposób ułatwiać czy planować fabuły różne.
Supcio. Dobra, ja nie przedłużam. To jest moja klasyczna fraza: ja nie przedłużam, po czym przedłużam. O i nie wiem, pewnie nie słyszeliście, ale kot tu się dołączył. Kot pozdrawia. Słuchajcie, cudownych wakacji wam życzę. Inspirujących, żebyście przeżyli naprawdę takie super rzeczy, żebyście nabrali nowej energii. Niezależnie od tego, czy zajmujecie się pisaniem, czy może rysujecie, może rzeźbicie, a może po prostu sobie żyjecie, funkcjonujecie, nie robicie jakichś artystycznych rzeczy, ale na przykład uwielbiacie oglądać, słuchać czy korzystać. To żebyście przeżyli naprawdę super inspirujące rzeczy. A może właśnie na tyle inspirujące, że sami postanowicie coś działać, robić.
A może odkurzycie jakieś swoje stare projekty? Będzie piękna pogoda. Już jest piękna. Co prawda niektórzy narzekają, że upały, ale co tam, ale jest słoneczko, jest pięknie, miło. Można iść nad jeziorko albo nad morze. Zależy, gdzie tam mieszkacie. I działać. Działać, robić fajne rzeczy. Ja mam taki plan. To jest mój plan.
Ja będę robić jak zawsze fajne, artystyczne, ciekawe rzeczy, kreatywne i życzę wam, żebyście może też chociaż znaleźli chwilkę na coś takiego. A jak nie, to po prostu się przedobrze bawcie. Bawcie się i korzystajcie i naładujcie się przed tym okresem zimowym, który często bywa taki pochmurny dla większości z nas. Dobra. Pa, pa, pa. Do usłyszenia po wakacjach.
[03:14:34] - To znowu przenosimy się do literackiego świata, tym razem w wersji praktycznej, a konkretnie w wersji Bruno Kadyny. Z archiwum ABW wyciągnąłem dzisiaj dla wszystkich naszych słuchaczy opowiadanie zatytułowane „Bezwartościowy człowiek”.
[03:14:55] - Bruno Kadyna „Bezwartościowy człowiek”: Czułem się, jakbym miał serce ze sparciałej gumy. Czasami ta guma się rozłaziła i pękała coraz bardziej. Niekiedy zakłuła i ból rozchodził się centrycznie, jakby był naładowany elektrycznie. Lewe ramię drętwiało od dawna. Od jakiegoś czasu zaczęło też prawe. W głowie kręciło się częściej i mocniej. Słabłem z dnia na dzień. Wczesne badania ujawniły, że serce mam wielkie jak u krowy. Czułem, że niedługo wysiądzie. No cóż, już czas na mnie, mimo że moja rodzina nie przyjmowała tego do wiadomości, a lekarze wciskali kit i nadzieję bez pokrycia.
Oprócz jednego. Ten był uczciwy i w porządku. Powiedział, że mogę kipnąć w każdej chwili. Nie zaskoczył mnie. Wiem, co czułem w środku i co oznacza termin „wymagany przeszczep”. To nic, że umieram. Zawsze byłem twardy. Prowadziłem firmę silną ręką i nie bałem się niczego. I nigdy nie potrafiłem płakać. Może nie było ujścia.
Dlatego gorycz i żal przenosiły się na mięsień sercowy. Ciężko jest śmiertelnie chorować w kochającej rodzinie. Szkoda, że tego nie ukryłem. To może brzmi samolubnie, bo przecież dzięki temu, że wiedzieli, mogą się martwić, przygotować. Ale ja za to płaciłem, jakby śmierć to było mało. Zamęczali mnie, żądali, kazali i zakazywali. Szukali nowych metod leczenia, miotali się jak chorągwie na wietrze. Rozumiem i cieszę się, że tyle dla nich znaczę, ale kompletnie ich nie obchodziło, co miałem do powiedzenia, co o tym myślałem. Chciałem umrzeć w spokoju. Nie pod kontrolą, nie w napięciu, którym są naładowani bliscy.
Jaki ja byłem ślepy. Już nie powiem, że głupi, bo padnę trupem i nie skończę pisać. No cóż, umieram tu, gdzie chciałem. Nie do końca tak to miało wyglądać, ale nie ma sensu narzekać. Dość biadolenia. Chciałem zacząć od wewnętrznego stanu technicznego, bo ma znaczenie w tej historii, która zaczęła się ponad 30 lat temu, jeszcze przed obecnym życiem z moją żoną. Byliśmy ciut po pięćdziesiątce. No, może trochę więcej niż ciut. Kurczę, zleciało. Mieliśmy dwoje dorosłych dzieci i dwoje wnucząt.
Niesamowite bąki. Moja żona to kochana kobieta. Zawsze o mnie dbała, ta moja dziewuszka, a ja starałem się dbać o nią. Mieliśmy dobre życie, choć każde z nas miało swoje tajemnice. Kiedy urodziły się dzieci, stworzyliśmy ciepły dom. Żyliśmy bardziej dla nich niż dla siebie. To pomogło nam przetrwać niejeden kryzys. Za nic nie zafundowalibyśmy im psychicznej traumy, jaką jest rozwód rodziców. Dzieciom wtedy wali się dom, dosłownie, i przeżywają to do późnego wieku dorosłego. Zapytajcie jakiegoś znajomego, któremu rozwiedli się rodzice, kiedy był dzieckiem, co wtedy czuł i jak mu z tym jest teraz, jak to na niego wpłynęło.
Nie wolno robić tego dzieciom za nic. I w tym byliśmy zgodni. Strona romantyczna naszego związku czasami kulała, a seks był sporadyczny jak w wielu starych małżeństwach. Ale nie narzekaliśmy. Moja żona to mądra kobieta. Nie majstrowała przy mnie zbyt mocno i zawsze byłem jej za to wdzięczny. Przez całe małżeństwo byliśmy dla siebie dobrzy i przez cały ten czas nie miałem połowy serca. Byłem pewien, że miała je inna kobieta. Wciąż kochałem tę, z którą byłem wcześniej, zanim się ożeniłem. „Byłeś pierwszym mężczyzną w moim życiu, którego pokochałam czystą, niekłamaną i świadomą miłością.
Dlatego wszystko odczuwałem z taką siłą i tak bardzo pragnęłam, by było idealnie, perfekcyjnie. I było. Nigdy potem nie czułam tego, co ty we mnie zbudziłeś. Nienasycenie, ciągłe pragnienie. Nikt nie potrafi poruszyć tych strun, które ty ruszyłeś”. Nasze rozstanie było burzliwe, ale miłość nigdy nie zgasła, choć wypierałem ją na początku. Była dobrodziejstwem i przekleństwem. Nieraz próbowałem o niej zapomnieć, całą miłość przekierować na żonę. Ale się nie dało. Maria to Maria.
Do niej należało moje serce i ciało. Na nią reagowało natychmiast z pełną gotowością. Żadna nie mówiła i nie pisała jak ona. „Ty uruchomiłeś moją kobiecość, stworzyłeś od podstaw. Może natura pozostaje w mojej gestii, ale gdyby nie to, że pokazałeś mi, jak jej używać, nigdy nie poznałabym jej możliwości. Zanim cię poznałam, nie miałem pojęcia, jak można odczuwać każdy ze zmysłów. Dlatego ty mnie ulepiłeś i nadałeś bieg. I tak mi brakuje ujścia. Ciebie, moje życie”. Jak ja wierzyłem w jej słowa.
Chciałem wierzyć. Przepiszę niektóre maile od niej. Opowiedzą za mnie, jaka była nasza miłość. Mam nadzieję, że naszkicują obraz tego, co poczułem, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy przed laty. Nie zauroczył mnie jej wygląd, choć była piękna, ale pierwsza rozmowa i każda kolejna. Ona była połową mego serca. Wiedziała, jaki jestem w środku. Sama. Nie musiałem jej tego mówić. Pamiętam, że kiedy już byłem żonaty i Maria zaczęła się odzywać, bardzo naciskała, żebym zostawił rodzinę.
Korciło mnie, ale nie mogłem tego zrobić żonie. Nie zasłużyła na to. A kiedy pojawiły się dzieci, taka opcja zniknęła na zawsze. W końcu Maria dała za wygraną i wycofała się do stanu oczekiwania Męczyło mnie, że zdradzam żonę, choć nie fizycznie. Kiedyś chciałem z nią pogadać. W końcu jest moją przyjaciółką, ale jakoś nigdy się nie zdecydowałem. Nie chciałem jej zranić. To naprawdę dobra dziewczyna. I trochę też mnie kręciło, że mam tajemnicę, coś swojego, o czym wiem tylko ja. A to dlatego, że moje życie nie należało w całości do mnie.
Nie mogłem robić tego, na co miałem ochotę. Nie dysponowałem swoim czasem tak, jak chciałem. Należał do rodziny. Ja miałem władzę tylko nad pracą. Tak to już bywa. Wracając do Marii. Próbowała ułożyć sobie życie, ale jej małżeństwo rozpadło się lata temu. Miała jedną dorosłą córkę. W jednym z maili napisała, że miałem nad nią władzę. Trzymałem wszystkie karty i wystarczył jeden ruch, a byłaby przy mnie.
W końcu i tak byłem blisko. Ileż lat się powstrzymywałem, żeby się z nią spotkać, utonąć w jej włosach, zapachu, nasycić się i porwać do naszego ukochanego folwarku nad jeziorem, gdzie jeździliśmy, kiedy jeszcze byliśmy razem, żeby przeżyć w ciągu kilku dni całe życie. „Gdybym teraz cię usłyszała, oszalałabym z rozkoszy. Tęsknię za twoją barwą głosu. Połączenie władczego tonu z nutą romantyzmu. Niejedną noc przegadaliśmy. Kocham tę chrypkę. Specyficzną, ale mega podniecającą. Mam jakiś numer telefonu, ale powstrzymuję się, by nie dotknąć cię tym zmysłem”. Trudno było się z nią nie spotkać, ale byłem silny.
Tą samą siłą ją kochałem i tej samej użyłem, żeby się powstrzymać, mimo że nie ułatwiała sprawy. Zalewa mnie fala rozsądku, ale burzę ją swoimi rękoma. Topię się, próbując oddychać tym opamiętaniem. Czuję się jak w klatce, która ciasno przylega do każdego atomu mojego ciała i odbija boleśnie swoje piętno. Nie sądzę, by można było uciec. Może od namacalnych rzeczy, ale nie od myśli i uczuć. Wiem, że nie przekonam cię, byś nie znikał, jeśli tak postanowiłeś, ale nie zabrania mi pisać do ciebie. Może jestem próżna, prosząc, byś nie odbierał mi słów, które dają namiastkę twoich myśli, bo one dają mi coś, co wypuściłam z rąk. Nie wybaczę sobie tego do końca życia. Może jestem niedojrzała, chcąc karmić się choć wirtualną obecnością.
Wiem, jaki jesteś rozdarty. Wiem, jak silne są uczucia, jak nierozerwalne więzi, którymi jesteśmy spleceni. Pisaliśmy z sobą z różną częstotliwością. Czasami kilka maili dziennie, czasami jeden co kilka miesięcy. Każdy list wywoływał we mnie ekscytację, a miłość odżywała na nowo. Brak mi tlenu. Powietrze staje się gęste, a myśli, pragnienia burzą zdrowy rozsądek. Jesteś silniejszy ode mnie. Twoje płuca są lepiej przystosowane do oddychania pod wodą. Nigdy nie miałem się z nią spotkać, ale choroba zmieniła wszystko.
Kiedy się zdecydowałem, szybciej zabiło moje sparciałe serce. Nie mogłem się doczekać, kiedy wezmę ją w ramiona. Miałem nawet małą, głupią nadzieję, że ona mnie uleczy swoją miłością, że cała ta gama piękna, jakiego doświadczę, sprawi cud i będziemy mieli czas przeżyć z sobą całe życie. Zaśmiałem się głośno, aż kaczki wystraszyłem. Poderwały się z wody. Przerwałem na chwilę, żeby na nie popatrzeć, nacieszyć oczy tym miejscem i życiem dookoła. Ciekawe, czy ktoś w ogóle znajdzie i przeczyta te zapiski. Jeśli upadnę i notatnik wpadnie do wody, to nikt się nie dowie o moim zmarnowanym życiu i ostatnich chwilach. Postanowiłem jednak, że będę pisał, póki oddycham. I tak już na pół gwizdka.
Nic innego nie zostało. Przygotowałem listy pożegnalne do rodziny, ogólny do wszystkich i osobny do mojej dziewuszki. Napisałem w nich, że chcę ruszyć w drogę, pojechać w miejsca, gdzie jeździłem jako kawaler i tak spędzić ostatnie dni życia. O Marii ani słowa. Po co im taki gwóźdź na koniec? Nie mogłem im tego powiedzieć w normalnej rozmowie. Są zbyt emocjonalni i skończyłoby się kłótnią i próbą ubezwłasnowolnienia mnie. Chciałem oszczędzić tego swojej bombce. Wiedziałem, że zrozumieją. Moja kochana żona jest taka mądra.
Widzę, jak siedziała w fotelu z listem w ręku. Dumała i uśmiechała się na myśl, że uwolniłem się na sam koniec. Wspaniałe pożegnanie. Niesamowicie jestem jej wdzięczny za te lata przyjaźń i podejście do naszego wspólnego życia. Szkoda, że dowie się, jak to się skończyło. Pewnie sprawię jej ból i wywołam litość. W ogóle tego nie brałem pod uwagę. Dziś przed ucieczką wziąłem telefon. Od szczeniaka nie byłem tak podekscytowany. W końcu miałem się z nią spotkać po ponad trzydziestu latach.
Napisałem maila. „Maria, chodź ze mną na spacer. W”. Nie czekałem długo na odpowiedź. „Och, ukochany, czy ja śnię? Czy to prawda?” Wyobraziłem sobie jej zaskoczenie, jaką radością ją napełniłem. Ciekawe, jak było w rzeczywistości. Na pewno była zaskoczona. Ale co poza tym się pojawiło? Bałem się, że będę wyglądał przy niej jak dziad.
Wiedziałem, jaka jest. Wysyłaliśmy sobie na bieżąco zdjęcia. Wciąż była zgrabna i piękna, a ja z brzuchem, który starałem się ukryć na zdjęciach. Na pewno ukrywałem to, że powinienem nosić stanik. „Jutro na końcu mola w Orłowie o dwudziestej. Pojedziemy do Budyn do naszego folwarku na kilka dni. Bądź proszę. W”. Wiedziałem, że rzuci wszystko i będzie gotowa. Nie czekałem nawet na odpowiedź.
Byłem pewien, że będzie. Usiadłem do laptopa, jeszcze raz przejrzałem listy, wydrukowałem i wyłączyłem komputer. Włożyłem kartki do dwóch kopert, podpisałem i schowałem do szuflady. Zadzwoniłem do folwarku i zarezerwowałem pokój. Nasz pokój. Musiałem jeszcze dyskretnie się spakować. Wstałem i usiadłem z powrotem. Zakręciło mi się w głowie i zakłuło w klacie. Natychmiast zdrętwiały palce obu dłoni. Uff, za szybko.
Oddychałem głęboko, uspokajałem się. Zwiesiłem dłonie, żeby krew spłynęła do ramion. „To przez emocje” – szeptałem do siebie. „Mówiłeś coś, Pierniczku?” – zapytała żona z drugiego pokoju. „Nie, nic, dziewuszko. Gadam do siebie”. Zawsze miała świetny słuch. Skubana. „Uff, no już przechodź” – szeptałem ciszej. Dyszałem potwornie zmęczony i ciekaw, jak długo pociągnę.
Miałem nadzieję, że nie spotka mnie coś takiego przy Marii. Chciałem się nią trochę nacieszyć. Wiedziałem, że będę musiał ją ostrzec. Tak będzie w porządku. Mogłaby mieć potem do mnie żal, że nie powiedziałem o swoim stanie, gdyby spotkało ją coś nieoczekiwanie niemiłego z mojej strony. W końcu dźwignąłem się z krzesła i poszedłem do kuchni nażłopać się kropli nasercowych. Pamiętam babcię, jak śmierdziała walerianą. Doiła takie krople jak prosięta maciorę i serce miała jak małolata. Zmarła na wątrobę. Od tych kropli pewnie.
Popiłem paskudztwo sokiem i usiadłem przy stole. Starałem się nie myśleć o jutrze. Musiałem być opanowany, wszystko robić powoli. Ciekaw byłem, czy kiedy zobaczę Marię, z miejsca padnę na deski. To by dopiero było romantyczne. Musiałem działać schematycznie i zachować spokój, oszczędny w ruchach i uniesieniach. Nie jestem przecież gówniarzem, choć wiem, jak brzmi ta miłość. Zacząłem myśleć o babci i wielu innych, którzy odeszli na starcie mojej drogi życiowej. Ile lat minęło od ich śmierci? Gdzie było teraz życie, które przeżyli?
Wspomnienia i namiętności? Gdzie wielkie plany? Tak naprawdę mnie też już nie było, mimo że tkwiło we mnie jeszcze życie. Nawet te zapiski nie miały znaczenia. W końcu i tak kiedyś przepadną. Pojawiamy się i ulatujemy jak opar. Jesteśmy jak pył na wietrze, jak dym z cygara, który porywa wiatr i po chwili nie ma po nim śladu. „Chciałabym zamknąć oczy i poczuć namacalnie twoją obecność, jak mnie wąchasz zachłannie. To było takie podniecające. Jesteś moją obsesją”.
„Co tak siedzisz, Pierniczku?” Nie zauważyłem, że żonka weszła. „A tak sobie dumam”. „Napijesz się czegoś?” „Piję sok, dziękuję”. Wstawiła wodę, nasypała do kubka herbaty i czekała. „Jak się czujesz?” – zapytała. „Świetnie. Nic mi nie jest”. „Nie wyglądasz dobrze”. Odsunęła drugie krzesło, usiadła i przyglądała mi się uważnie. To właśnie o tym pisałem wcześniej.
Czułem się jak małpa, którą wszyscy oglądają. „To pewnie przez to światło” – powiedziałem. „Nie, to nie przez światło”. Dotknęła mojego czoła jak matka synka. „Dziewuszko, proszę cię, po prostu piję sok”. Delikatnie zabrałem jej dłoń, pocałowałem i odłożyłem na stół. „Wziąłeś leki?” „Krople. Przed chwilą”. Miałem świadomość, że to nasza ostatnia rozmowa. Musiałem ją pożegnać.
Woda w czajniku zaczęła wrzeć i chciała wstać, ale ją ubiegłem. Zalałem herbatę i postawiłem przed nią. „Chcesz cytryny? Miodu?” – zapytałem. „Ksylitol wystarczy”. Usiadłem na swoim miejscu i tym razem ja obserwowałem uważnie. „Dziękuję ci, moja dziewuszko” – powiedziałem. „Za co mi dziękujesz, Pierniczku?” Lubiłem jej poczciwą twarz. „Spędziłaś ze mną życie, a mogłaś z kimś innym. Mogło wyglądać zupełnie inaczej”.
Ucieszyła się na te słowa. „To przecież dobre życie. Mówisz tak, jakbyśmy mieli po 80 lat, a nie 60. Życie jeszcze się nie kończy”. „Nie kończy”. „Mogłam trafić gorzej, być nieszczęśliwa, a nie byłam. Niczego nie żałuję”. Pierwszy raz usłyszałem w jej głosie liczenie się z tym, że to jednak może być koniec. „To dobrze. I tak ci dziękuję.
I przepraszam, że nie potrafiłem spełnić twoich marzeń, szczególnie tych, z których nie zdawałem sobie sprawy”. Uśmiechnęła się, a ja wziąłem jej dłonie i ucałowałem. Ona pocałowała moje łapska. Zawsze mnie to krępowało. Pomyślałem o treści listu. Zostawiłem jej wszystko. O nic nie musi się martwić. Będzie mogła po mojej śmierci rozwinąć skrzydła. Lepiej późno niż wcale. A mimo to czułem się winny za tę moją ucieczkę na koniec.
„Nie zniszczę twojego małżeństwa, bo i tak jestem ponad tym. A że pragnę ciebie? Najtrudniejsze w tej miłości jest wyzbycie się czysto ułomnych emocji: złości, zawłaszczania czy stawiania w patowej sytuacji wyboru. Ja nie jestem wyborem, Wiktorze. Ja jestem częścią, a twoim wyborem jest albo być mężczyzną spełnionym, albo spalonym w tęsknocie za tym, co jest w tobie”. „Dobrze byłoby znowu być młodym, co, Pierniczku?” „No pięknie by było. Moglibyśmy wiele zrobić inaczej, lepiej”. „Wciąż mamy taką możliwość. Tylko nasze ciała się zestarzały”. „Jesteś w środku stara?” „Ani trochę”.
„Ja też”. Patrzyła na mnie. Uśmiechała się. „Dobrze mieć takiego starego pryka”. „I taką pierdziochę”. W tej oszczędnej rozmowie widać było całe nasze wspólne życie. Jak mógłbym wcześniej spotkać się z Marią? Gdybym zrobił to choć raz, może zapragnąłbym wszystkiego i odszedł od rodziny. Mógłbym się nie powstrzymać. „Źle się czujesz?” — zapytała.
„Nie, dziewuszko” — zamyśliłem się. „Dobrze. Idę się położyć. Nie siedź długo. Potrzebujesz dużo snu”. Wydawało mi się, że dobrze wiem, czego potrzebuję. Nic nie powiedziałem. Żonka wstała, pocałowała mnie w czoło, wyrzuciła fusy do śmietnika i włożyła kubek do zmywarki. Zostałem sam ze swoimi wyrzutami sumienia. Mogłem jeszcze porzucić plan, ale nie byłem w stanie.
Tak bardzo ciągnęło mnie do Marii. To była ostatnia szansa, żeby z nią być. Patrzyłem na dom. Nie wiedziałem, że ostatni raz w życiu. Dopuszczałem tylko taką możliwość. Wsiadłem do auta i ruszyłem. „Kawalerski kawałek życia przede mną” — powiedziałem do siebie. Jechałem powoli. Miałem cały dzień przed sobą. Chciałem spędzić go sam, zrobić miniprzzerwę między starym a nowym życiem.
„Bez ciebie jestem tylko ciałem. Dlatego tak bardzo tęsknię. Celebruję wspomnienia. Co wieczór wracam do chwil z tobą. U ciebie w domu, kiedy kochając się, pokazywałeś, co mam robić. Ależ mi było wstyd. Ty mnie otworzyłeś. Kiedy kochaliśmy się nad jeziorem w Budynach, kiedy w Folwarku, mimo kłótni i tak pożarłabym cię w całości, tak mnie napędzałeś. Kiedy nie pozwalałeś mi jeść słodyczy, bo to puste kalorie. Kiedy całowałeś moje stopy.
Kiedy rano po pracy wpadałeś choć na chwilę, by być ze mną. Rozpalałeś mnie do czerwoności. Kiedy kochaliśmy się w twoim starym Mercedesie ze świeczką na komary na tylnej półce, a deszcz dudnił o dach”. Czułem się cudownie lekki, świeży, naprawdę jak kawaler. Pojechałem na śniadanie, zjeść bez pośpiechu, wypić kawę, choć mi nie wolno, poczytać wiadomości na telefonie. Te smartfony to jednak świetny wynalazek. Cieszę się, że ich nie było, kiedy wychowywaliśmy dzieci. Siedziałem w jasnym lokalu, leciała lekka jazzowa muzyka. Czas mnie nie gonił, nikt nie popędzał, nikt nie dzwonił. Kiedy zaczęły się problemy ze zdrowiem, w całości powierzyłem prowadzenie firmy synowi.
Świetnie sobie radził. Tak to powinno wyglądać. Syn powinien przejąć spuściznę ojca. Jestem z niego dumny. Rozważałem, czy moja dziewuszka się odezwie, kiedy przeczyta list. Obstawiałem 50 na 50. Pozwoliła mi zjeść śniadanie i zgłodnieć przed obiadem, na który wybrałem się do Tawerny Orłowskiej. Wcześniej zaliczyłem spacer po skwerze Kościuszki i bulwarze nadmorskim. Tak wolno, jak tylko się dało. Brakowało mi jedynie alkoholu na rozluźnienie przed spotkaniem z miłością mojego życia.
I teraz mi brakuje. Nie zaszkodziłoby golnąć sobie porządnie. Kiedy zaparkowałem w Orłowie, przyszła wiadomość od mojej dziewuszki. „Powodzenia, pierniczku. Uważaj na siebie i naczerp, ile się da. Odezwij się czasem, napisz, co u ciebie. Jeśli ci się odwidzi i zechcesz wrócić, wiedz, że nie zmienię zamków”. Moja dziewczynka. Tak myślałem, że zareaguje w ten sposób. Schowałem telefon do kieszeni i wszedłem do Tawerny.
Może trzeba to napisać. Jesteś jedynym facetem, gdzie godzę się, by był też mężem nie moim, bo wiem i czuję, że niebycie mężem cię kształtowało i wciąż jesteś taki. Między innymi dlatego należysz w pełni do mnie. Siedziałem na tarasie, piłem wino i patrzyłem na spokojne morze. Niebo było błękitne, przystrojone białymi chmurami. Słońce grzało przyjemnie. Mogłem nawet zdjąć sweter i posiedzieć w samej koszulce. Pamiętam, jak przychodziłem tutaj, kiedy momentami miałem dość pracy, rodziny i musiałem odsapnąć. Siadałem w możliwie najdalszym kącie, piłem wino i paliłem cygaro. Nie palę od dawna.
Teraz byłoby to samobójstwo. Nawet wina za dużo nie powinienem. Czekałem na stek, którego też mi nie wolno, ale miałem to gdzieś. Bez przesady. Ciekaw byłem, co z seksem. Czy też mi nie wolno? To już w ogóle lepiej pierdyknąć w ramkę i dać się zakopać. Stek był wyśmienity. Odpocząłem po jedzeniu, poczytałem, wypiłem jeszcze jedną lampkę wina i poszedłem na spacer. Za około pół godziny miała być Maria.
Wolałem już czekać, kiedy się pojawi. „Co bym zrobiła, gdybyśmy się spotkali? Przywarłabym do twojego ciała, namiętnie pocałowała i w chwili oddechu wyszeptałabym: w końcu jesteś”. Szedłem promenadą i wspominałem, jak tutaj spacerowaliśmy. Byłem ciekaw, jak będzie teraz, kiedy ciała i umysły zmienił czas. Tamta noc, jak każda z tobą skradziona, często jakby w tajemnicy, była piękna. Tylko ty potrafiłeś mnie tak rozpalić. Tylko ty masz taką władzę nad moim ciałem i umysłem. To doskonały sygnał. Należę do ciebie.
Zawróciłem i zszedłem w stronę mola. Serce zaczęło bić mocniej. Zaczynałem się stresować jak szczyl. Co się dziwić? To w końcu Maria. Zwolniłem. Oddychałem głęboko i spokojnie. Starałem się zrelaksować. Na molo trochę bardziej wiało, ale przyjemnie. Usiadłem na ostatniej ławce po lewej, przodem do słońca, które kończyło powoli swoją wachtę, ale jeszcze całkiem nieźle ogrzewało twarz.
Była druga połowa maja, więc zobaczyć mieliśmy się za dnia, a potem powinno szybko się ściemnić, zaś nastrój stać się czarujący. Zamknąłem oczy i słuchałem głosów spacerowiczów, ich kroków na deskach. Dochodzili do końca i zaraz wracali z powrotem, jakby nawet na spacerze nie mogli przestać się spieszyć. Czasami ktoś przystanął, zaśmiał się i porozmawiał o czymś nieistotnym. Czasami wydarła się mewa albo dziecko. Życie jest piękne. Odkąd moje stało się realnie zagrożone, zachwycała mnie każda prosta chwila. Życie samo w sobie, jego kruchość i piękno. Przyjemnie tak posiedzieć z zamkniętymi oczami. Słyszałem na ławce obok młodą parę.
Migdalili się do siebie, mlaskali i szeleścili. Najchętniej zjedliby siebie nawzajem. Otoczenie nie istniało. Piękny to czas. Ciekawe, czym dla nich była miłość. Jakimi byli ludźmi? Z jakiej gliny? Może to miłość takiego kalibru jak moja i Marii? A może na chwilę? Świat przecież staje się coraz bardziej powierzchowny.
Poczułem, że ktoś usiadł na mojej ławce. Nie hałasował, nie wiercił się, więc dalej nie otwierałem oczu. Było przyjemnie. Serce biło równo, spokojnie. Zastanawiałem się, na jakie bogactwo świata muszą zwracać uwagę niewidomi. Ile nam, widzącym, umyka. I nagle poczułem zapach Marii. Bardzo blisko. Obecność i oddech na policzku. Wciąż trzymałem zamknięte oczy.
Nie pamiętam, żeby używała takich perfum, ale nie o to chodziło. Czułem jej osobistą nutę, którą tak kochałem. Tak wiele razy próbowałem sobie przypomnieć, jak pachnie, ale nie było szans. Umysł pamięta tylko, że zapach był piękny, ale nie może zapisać składu nuty, żeby potem odtworzyć w nosie. Wziąłem głęboki oddech, a zapach wywołał w głowie obraz ukochanej z przeszłości i natychmiastową reakcję za zamkiem rozporka. Nie spodziewałem się tego. „W końcu jesteś” – wyszeptała. Uchyliłem powieki i spojrzałem prosto w jej oczy, ciemne i piękne jak żadne inne. A potem na resztę. Zdjęcia nie oddawały rzeczywistości.
Szczególnie, że kiepski z niej fotograf. Byłem w szoku, że wygląda tak młodo. Najwyżej na czterdzieści kilka lat. Figury mogłaby jej pozazdrościć niejedna trzydziestolatka. „Moja śliczna” – powiedziałem. Jakby podkręciła sobą blask słońca. Zmieniła z majowego na lipcowe. Zrobiło się jaśniej. „Twoja.” Ująłem jej smukłą dłoń i wstałem. Pociągnąłem za sobą, a Maria poderwała się z ławki, jakby nic nie ważyła.
Jakaś ty młoda. Jak to? Miała na sobie białą suknię nad kolana, dżinsową krótką kurtkę, odkryte buty na obcasie i świetne nogi. Na ławce leżała torebka. Przytuliłem ją i poczułem lekki zawrót głowy. Jak ona pachniała. Wtuliła się we mnie, jakby chciała, żebym ją zamknął w ramionach i była przy tym tak uległa, jakby oddawała mi pełnię władzy nad sobą. Gdybym był młodszy i miał zdrowe serce, podniósłbym ją wysoko. Korciła mnie, bo była taka krucha i szczupła, a moja pompka, o dziwo, nie kołatała. Może ze zdziwienia, że tak młodo wyglądała.
Głupio mi się zrobiło, że jestem taki gruby i zciaciały. Dotknąłem jej twarzy i nie mogłem uwierzyć, że to ona, że jest tu z krwi i kości. Patrzyłem w jej oczy, a potem przesuwałem wzrokiem za dłonią po opalonej skórze. Wplotłem palce w jej długie włosy. Miały kolor burgunda. Zakręciło mi się w głowie. „Wiktor, co ci jest?” Wróciłem na ławkę. Ona usiadła przy mnie. Złapałem kilka głębszych oddechów. „Przepraszam cię.
Zakręciło mi się w głowie. Niech to, jakaś ty śliczna.” Zawstydziła się pięknie. Ależ miała klasę. Poszliśmy na spacer. Nie mówiliśmy wiele, a już szczególnie o moim stanie zdrowia. Cieszyłem się, że o to nie pytała. Szliśmy objęci, sycąc się swoją bliskością, próbując panować nad myślami. To tak wiele na razie, że słowa wręcz nie były wskazane. Miałem wrażenie, że nasze myśli płyną w powietrzu wokół nas, oplatają jak niewidzialne nici. Tworzyły barierę odgradzającą od świata.
Jeszcze chwila i miały nas porwać w powietrze. To dowód na to, jak bardzo możemy sami siebie oszukiwać, nie mieć zielonego pojęcia, o czym myśli druga osoba i wkładać w jej głowę własne pragnienia. „Ukochany, dlaczego teraz, tak nagle? Co się zmieniło?” Myślałem o tym, co odpowiedzieć i zdradziłem część prawdy. „Pamiętasz, jak mówiłem, że może jeszcze będziemy razem? Pamiętam. Marzyłem o tym. Dzieci dawno dorosły i nadszedł czas. Możemy się sobą jeszcze nacieszyć.” „Czekałabym do śmierci.” „To smutne spędzić życie na czekaniu. Tak mi ciebie brakowało.
Żadne wspomnienie nie przekazuje twojej energii. Jesteś w każdym atomie mojego ciała, w każdej myśli i brakowało mi ciebie. Moje ujście.” Jej słowa podniecały dodatkowo i bez nich ciężko było powstrzymać przełączenie myślenia na mniejszą głowę. Uśmiechnąłem się. „O czym myślisz?” – zapytała. „Czuję się jak szczeniak. Nie wytrzymam długo, jeśli nie zdejmę z ciebie ubrań.” „Nie ma na co czekać.” No i jeszcze bardziej byłem ugotowany. „Przestań, proszę.” „Sam zacząłeś.” Pragnę cię mocniej, o ile to w ogóle możliwe. Jak wtedy, kiedy widzieliśmy się u mnie pierwszy raz. Wysiadłeś z swojego Mercedesa w krótkich spodenkach i w koszulce.
Myślałam, że zjem cię w drzwiach, a ty wąchałeś mnie, sycąc się zapachem. Wciąż tak pachniesz. Chodźmy do samochodu. Muszę cię pocałować, bo zwariuję. W końcu. Wybacz czytelniku tę cukierkowatość, ale tak to wyglądało. Może kiedy skończysz to czytać, będziesz w stanie wyobrazić sobie, co teraz czułem. Całe życie marzę o chwili, kiedy się z nią spotkam, poczuję, a w rezultacie szybciej przez to umrę. Nie pocałowaliśmy się od razu dlatego, że mieliśmy swoje lata i nie wypadało całować się publicznie, ale też odwlekaliśmy tę chwilę, żeby lepiej smakowała. Doszliśmy do samochodu.
No, ten Mercedes nie jest stary. Maria puściła oczko i niepostrzeżenie oszacowała wartość samochodu. Uśmiechnąłem się i otworzyłem drzwi. Wsiadła zadowolona, starając się jeszcze dodać sobie klasy. Uważałem, że niepotrzebnie. W środku mościła się dyskretnie. Dobrze czuła się w luksusie. Pasował do niej. Całowaliśmy się długo, a ta rozgrzana kotka rozpuszczała mi się w ramionach. Ależ mi smakowała.
Jej twarz, włosy, ciało, po którym przesuwał się materiał sukienki, były jak żywe dzieła sztuki, które pragnąłem posiąść bardziej niż ktokolwiek dotychczas. Niewiele brakowało, a wylądowalibyśmy na tylnej kanapie jak dzieciaki. „Jedźmy” — powiedziała. Tak. Nie masz żadnych rzeczy? Ach, mam w samochodzie. Gdzieś tam zostawiłam tego grata. Co z nim zrobić? Zabrać? Porzucić?
Zapatrzyłem się w jej uśmiech. Ależ byłem podniecony. Musiałem się trochę powiercić, żeby ułożyć to i owo. Zostawisz tutaj. Wcisnąłem start. Silnik zamruczał cicho, a Maria razem z nim. Podjechaliśmy pod jej Skodę i przełożyliśmy walizkę. Oczami wyobraźni widziałem nas już w folwarcznym pokoju. W drodze słuchaliśmy Turnaua. W siebie zapatrzeni, jak śpiewał, nie rozmawialiśmy.
Trzymaliśmy się za ręce, coraz bardziej rozanieleni, coraz dalej od tych trzech dekad bez siebie, a bliżej naszej wspólnej przeszłości i przyszłości. Pominę opis budyn, folwarku i tego, jak się poczuliśmy, kiedy tu dotarliśmy. Inaczej was zemdli. Taki to był melodramat. Jeśli chodzi o samą miejscowość, była to mała wieś turystyczna na Pomorzu nad sporym jeziorem Sterowe. Dookoła szumiały lasy i było pięknie. Nawet nie wnieśliśmy bagaży, tylko szybko poszliśmy do pokoju ugasić pożar. Bałem się trochę o swoją pompkę, ale dała radę. Bardziej wstydziłem się swojej nagości. Wyglądam jak okrągły fotel z obwisłymi cyckami na chudych nogach.
Figura jak u Gru, szefa Minionków. Maria nie widziała tych mankamentów, a przynajmniej nie dała niczego po sobie poznać. Sama wyglądała idealnie. Ciało jak wyrzeźbione przez artystę. Kiedy się kochaliśmy, czułem się wspanialej, niż kiedy byliśmy młodzi. Pewnie przez te lata tęsknoty i głodu. Zachwycała się mną, jakbym był Adonisem. To podniecało jeszcze bardziej. Po wszystkim leżeliśmy długo i rozmawialiśmy. Całe szczęście.
Ten sflaczały, rozwarzący się worek, moje serce, miał chwilę, żeby się uspokoić. Wspominaliśmy czas, kiedy byliśmy tu lata temu, w tym samym pokoju. Ona mówiła, ja słuchałem. Byliśmy zaślepieni sobą, nie widzieliśmy wad. Szkoda, że z czasem codzienność je obnażyła. Ale dobrze, że po latach wracamy mądrzejsi. Doceniamy siebie i ogrom emocji, które wciąż są żywe. Jesteś moim ideałem. A ty moim ukochana. Zawsze byłaś.
Przytuliła się. Nie wierzyłem, że będę czuł ją nagą i będzie to tak piękna nagość. Żałuję, że byłam taka głupia i uniosłam się dumą. Zamiast nie wypuszczać cię z rąk, moje szczęście. To już nieważne. Teraz jest najważniejsze. Chcę, żebyś wypełnił każdą część mnie. I powtórzyliśmy wszystko, ale już spokojniej. Mimo to serce zabolało mnie porządnie, a ramiona zdrętwiały. Nie udało mi się tego ukryć.
„Kochanie, co ci jest?” — zapytała. Serce. Co z twoim sercem? Byłem zły, że pyta, ale bardziej, że ten głupi organ wszystko zepsuł. Chore. Wziąłem leki i odpoczywałem. W końcu poszliśmy po bagaże. To wyczerpało mnie do cna. Obiecałem powiedzieć o sercu na drugi dzień i szybko zasnąłem. Śniadanie zjedliśmy w restauracji folwarku.
Usiedliśmy mniej więcej w tym samym miejscu co przed laty, pod oknem z widokiem na jezioro. Poranek był jasny i spokojny. Wystrój pewnie zmieniał się przez lata. Teraz przeważała biel. Gości było niewielu. Oprócz nas tylko kilka osób. Patrzyłem na Marię. Była śliczna, doskonale pasowała do tego światła. Idealnie. Jesteś idealna — powiedziałem.
Kocham cię. A ja ciebie, moja śliczna. Wiktorze — zmieniła ton. Musisz mi powiedzieć, co z twoim sercem. Bałem się tego pytania, ale nie było sensu niczego ukrywać. Zmartwiła się. Mówiła, że trzeba się leczyć, że zajmie się mną i trzeba się za to zabrać jak najszybciej. Pieniędzy pewnie mi nie brakuje. Powiedziałem, że leczenie nie ma już sensu. Jestem w kolejce oczekiwania na przeszczep, a szanse na znalezienie dawcy, zanim moje wysiądzie, są bardzo znikome.
Poza tym mam inne problemy, jak słaba krzepliwość krwi. „Pieniądze nie załatwią sprawy? Nie przyspieszą?” — zapytała. Pewnie by załatwiły, ale w nieuczciwy sposób. Pozbawiły życia kogoś innego, kto czeka przede mną. Nie mógłbym tak. „Więc co teraz?” Nie wiem, ile mi zostało. Mógłbym spędzić mnóstwo czasu w szpitalu. Wszczepiliby mi jakąś mechaniczną pompkę wspomagającą i może dożyłbym do przeszczepu, jeśli mój stan pozwalałby w ogóle na operację, a nie pozwala. Posmutniała, ale nie tak bardzo, jak się spodziewałem.
Patrzała za okno na brzeg jeziora, a ja chciałem powiedzieć całą prawdę. Dlatego odciąłem się od swojego życia, żeby przeżyć z tobą tyle, ile się da, ukochana. Zabezpieczyłem żonę, rodzinę i oddaję tobie całą resztę. Maria wciąż patrzyła za okno. „Jak zabezpieczyłeś? Jaką resztę?” Nie rozumiałem, o co pyta. Zostawiłem rodzinie wszystko, żeby nie martwili się o nic. A siebie oddaję tobie tak, jak marzyliśmy przez te wszystkie lata. W końcu być razem. Dopiero wtedy spojrzała na mnie z wyrazem twarzy, jakiego dotąd nie znałem.
„Wszystko? Chcesz powiedzieć, że nie masz nic?” Zostawiłem sobie tyle, żeby się utrzymać, póki dokonam żywota. Wypuściła z dłoni serwetkę i powoli położyła ręce na stole. „Niebywałe. Tyle lat” — powiedziała do siebie. O czym mówisz? Spojrzała na mnie tak, że zmroziło mi przyrodzenie. „Więc mi nie pomożesz? Na nic to wszystko? Może jeszcze mam zapłacić za pobyt tutaj?” Jakby mnie ogłuszyło.
Nie zrozumiałem w pierwszej chwili, o czym mówi. Naprzeciw mnie siedziała jakaś inna kobieta. Na pewno nie ta, do której tęskniłem całe życie. O czym ty mówisz? Jak miałbym ci pomóc? Nigdy o tym nie pisaliśmy. Myślisz, że mi jest lekko? Że nie mam długów? A życie to sielanka? „Nie, to niesłychane.
Nie do pomyślenia” — Maria wstała. „Klucz do pokoju” — wyciągnęła rękę. Siedziałem osłupiały. Nic nie rozumiałem. Frajer, który jeszcze nie wiedział, że został wydymany, ale na życie, nie na pieniądze. Nie mogłem wydusić słowa. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. W głowie zaczęły mi się kotłować sprzeczne myśli i emocje. Nie mogłem się skupić na żadnym konkrecie. Stała z wyciągniętą dłonią.
Nie rozumiem — wydukałem. „Czego nie rozumiesz? Nie zostanę tutaj. Nie chcę” Niepojęty musiał być sposób jej rozumowania. Jak robota zaprogramowanego na osiągnięcie celu. Bez celu program stał się nieważny, jakby nigdy nie istniał. Wstałem. Zakręciło mi się w głowie. Sparciała pikawka zakwała, aż ścisnęło mnie w klacie. Usiadłem z powrotem.
Nawet nie mrugnęła. Dalej trzymała wyciągniętą dłoń. „Długo mam czekać?” Zrobiło się duszno, żołądek zabolał, a krople potu zrosiły czoło. Napiłem się wody i wstałem z trudem, śmiertelnie zmęczony. Maria ruszyła raźnym krokiem, a ja za nią. Dotarłem pod drzwi pokoju lata świetlne po niej. Czekała z założonymi rękami. Najdroższa, porozmawiajmy. Wytłumacz mi, żebym zrozumiał. Przecież tak się kochamy.
Dotknąłem jej ramienia. „Ale weź mnie zostaw. Co ty robisz? Dlaczego mnie szarpiesz?” Ledwie cię dotknąłem. „Otwórz drzwi.” Otworzyłem. Wparowała do środka. Ja powolutku za nią. Zaczęła się pakować w pośpiechu. Przycupnąłem na brzegu łóżka. Ledwie żyłem.
Co się stało? — zapytałem kretyńsko. Nie odpowiedziała. Odezwała się dopiero, kiedy była spakowana. „Zawieź mnie do Gdyni”. Nie mogę prowadzić. Chyba zaraz zemdleję. „Daj mi kluczyki. Zostawię twój samochód tam, gdzie stoi mój i odeślę kluczyk”. Nie, dawaj.
„Wystarczająco lat na ciebie zmarnowałam, żeby się jeszcze teraz z tobą szarpać. Jej oddałeś wszystko, choć to mnie kochasz. A ja to co? Schorowany, nic niewarty, obleśny dziad. Powinieneś dać mi samochód. To i tak nic za zmarnowanie na ciebie trzydziestu lat”. Serce zatłukło znowu. Byłem już cały mokry. Jej słowa były jak pchnięcia nożem. Wsunąłem rękę do kieszeni, gdzie był kluczyk i zacisnąłem na nim palce.
Podeszła i zaczęła mnie szarpać za ramię. Nie sądziłem, że jestem tak słaby. Wyciągnęła moją rękę bez większego wysiłku, a potem zabrała kluczyk jak małemu dziecku. Wzięła też portfel z marynarki. Moja śliczna, nie zostawiaj mnie — szeptałem. „Ale przestań do mnie mówić, bezwartościowy człowieku” — założyła dżinsową kurtkę, torebkę na ramię, wysunęła rączkę walizki i wymaszerowała z pokoju. Nawet nie zamknęła za sobą drzwi. Wpatrywałem się w nie długo jak przywiązany do drzewa psiak na leśną drogę, którą odjechał pan. Opadłem na łóżko i straciłem przytomność. Ocknąłem się po kilku godzinach i czułem potwornie.
Każdy ruch wywoływał wrażenie, jakby moje serce latało w piersi luzem. Dziwne, bo przecież jest ogromne. Podniosłem się z trudem, ubrałem sweter i wyciągnąłem z torby notatnik i pióro. Wyszedłem z pokoju. Powoli doszedłem na pomost, usiadłem na ławeczce i zacząłem pisać. Czyż to nie żałosne? Czyż nie jestem żałosny? Założyciel i prezes firmy o wielomilionowym kapitale dał się nabierać przez 30 lat. Tęskniłem i kochałem urojenie utkane kłamstwami, a prawdziwej miłości, którą miałem pod samym nosem w domu, w pełni nie doceniałem. Nie byłem w stanie pojąć, jak ta kobieta musi być lodowata w środku.
Wyrachowana, wytrwała spekulantka. Przez tyle lat smażyła najpierw listy na papierze, a potem maile, które układała jak fikcję literacką, starając się łechtać moją męskość i ego, zupełnie nie licząc się z uczuciami. „Ona nic nie czuje” – powiedziałem do przepływającego łabędzia. Przez cały czas byłem furtką, pewnie jedną z iluś tam możliwości, którą należało pielęgnować niewielkim kosztem. Z zimną krwią, bez emocji szafowała słowami, sterowała moimi uczuciami i pożądaniem. Uśmiechnąłem się. Musiałem przyznać: znała się bestia na męskich potrzebach. Wiedziała, gdzie i jak posmyrać. Zacisnąłem powieki i poczułem coś niesamowitego. Ucisk w gardle i łzy, które zaczęły spływać jedna po drugiej.
Jednak potrafiłem płakać i to z tęsknoty za żoną. Ale długo się nie dziwiłem ani nie tęskniłem. Ból w piersi, najsilniejszy, jaki dotąd czułem, skutecznie odwrócił uwagę. Raz na zawsze.
[04:00:15] - Proszę państwa, kiedy to było? Ten specyficzny nastrój, kiedy wspólnie z Wiktorem rozmawialiśmy o opowiadaniach nadsyłanych do audycji. Wcześniej Marek Sęk „Ivellios” te opowiadania czytał. Myśmy przy nich marudzili albo chwalili. To se ne vrati. Ale na szczęście mogą się wrócić opowiadania i dlatego ja z takim uporem, może godnym lepszej sprawy, staram się te opowiadania przywoływać, jakoś je przyciągać dla wszystkich tych, którzy dopiero audycję „Bibliotekarium” odkryli. Dla nich, dla tych wszystkich państwa to będzie jednak nowość. Jedźmy dalej. Teraz czas na cykl, który ku mojemu zaskoczeniu, ale właściwie czemu ja głupi się dziwię, skoro jesteśmy między innymi w Radiu Paranormalium, to czemu ja się dziwię, że cykl o spirytyzmie cieszy się takim powodzeniem? Czasami człowiek nie myśli, jak nie myśli, to się później dziwi.
Czas na kolejny odcinek „Bez tajemnic”. Dzisiaj postanowiłem taki mały podcykl uruchomić zatytułowany „Spirytyzm Q&A” i to będzie pierwszy odcinek tego Q&A, w którym kolejna wiedza na temat spirytyzmu popłynie do państwa. Ja tylko tak nieśmiało powiem, że tych odcinków Q&A jest jeszcze kilka, więc zapewne państwa wiedza o spirytyzmie ma szansę się powiększyć, a w każdym razie, może błądzę, ugruntować. Zapraszam. „Bez tajemnic, Q&A, odcinek pierwszy”.
[04:02:23] - Jako że mój kanał wideo uzyskał 1000 subskrypcji, więc wszedł na nowe tory i bardzo się z tego cieszę. Dziękuję za oglądanie moich materiałów wideo. Jest to bardzo motywujące. Postanowiłem nagrać pierwszy odcinek „A&Q”, ale nie będę tutaj opowiadał o sobie, tylko będę odpowiadał na pytania, które niekoniecznie w moim odczuciu zasługują na jakieś oddzielne odcinki. Tylko krótkie pytanie, krótka odpowiedź. Są to pytania, które wziąłem z komentarzy pod moimi materiałami filmowymi, bądź są to niektóre pytania, które zostały do mnie przysłane na prywatnego maila, więc nie będę tutaj podawał imion, nazwisk autorów tych pytań bez obawy. Jest tutaj też kilka pytań, które gdzieś tam na jakichś forach w internecie, na Facebooku znalazłem i też stwierdziłem, że może ciekawiej by było udzielić odpowiedzi na te pytania, ponieważ gdy na przykład na Facebooku, w jakichś dyskusjach udzielam odpowiedzi, to te odpowiedzi gdzieś tam się gubią. Pierwsze pytanie: czy to prawda, że duchy są w każdym domu, tylko w większości wypadków się nie ujawniają? Generalnie rzecz ujmując tak. To znaczy, to nie jest tak, że duchy zawsze z nami mieszkają.
Duchy mogą przychodzić, odchodzić. Jest dużo duchów, które po prostu się błąkają i one na przykład przypadkiem wpadają do naszego domu, żeby zobaczyć, co jest grane. Mogą być także obecne duchy naszych bliskich, dziadków zmarłych, przyjaciół, anioł stróż, czyli duch opiekun, zaprzyjaźnione duchy, które mogą nam podpowiadać w różnych sytuacjach, co powinniśmy zrobić i tak dalej. Czasami jest tak, że na przykład sąsiad umrze i później ten sąsiad jako duch przychodzi do nas. To też mogą być różne powody. Zdaje się, jest nawet kolejne pytanie: co jest z tymi duchami w snach? Od razu też na to pytanie odpowiem. Duchy mogą do nas przychodzić w snach na przykład, mogą o coś prosić. Duch zmarłego sąsiada na przykład mógł przyjść, ponieważ może nie wiedzieć, że zmarł i tu nagle okazuje się, że może przejść przez ścianę. Albo na przykład przyciągnęły go myśli sąsiada, sąsiadki z mieszkania obok, który jest świadomy zgonu kolegi zza ściany.
Więc tak, duchy są wszechobecne. Nie zawsze je rozpoznajemy. Zauważamy nie tylko dlatego, że one nie chcą się ujawnić, ale dlatego, że po prostu nie posiadamy odpowiednich zdolności mediumicznych. Jeżeli ktoś jest medium, to on takiego ducha rozpozna, nawet jeżeli ten duch nie będzie sobie tego życzył, ponieważ duchy nie zawsze mają możliwość ukrycia się. Czyli te duchy wyższe nie muszą się ujawniać, ale takie duchy pospolite, że tak powiem, gdy są i jest medium, to raczej medium takiego ducha przynajmniej wyczuje. Są osoby sensytywne, które nie są mediami, ale które na przykład zauważają obecność takiego ducha. Więc to nie jest tak, że duch nie chce się ujawnić. My ludzie w większości przypadków po prostu nie mamy predyspozycji, aby takiego ducha zauważyć, bądź, co jest też wielce prawdopodobne, my po prostu tłumimy w sobie te odczucia, próbujemy je jakoś racjonalizować. Nie wiem, jakimiś żyłami wodnymi, linią wysokiego napięcia, która gdzieś tam niedaleko przebiega i tak dalej. Wyobraźnią, przede wszystkim wyobraźnią.
A jeśli chodzi o te duchy w snach, to jak już wspomniałem, duchy, owszem, mogą do nas przychodzić i te duchy, które zapamiętujemy, najczęściej, tak mi się wydaje, mają do nas jakąś prośbę. Mogą na przykład prosić o modlitwę albo próbują nas przed czymś ostrzec. Człowiek, gdy śpi, jego duch też uwalnia się z ciała materialnego. Cały czas jest do tego ciała przywiązany, ale uwalnia się z tego ciała, ponieważ ciało śpiące nie potrzebuje ducha w takim stopniu jak za dnia. Więc córka przyszła mi potowarzyszyć. Więc po prostu taki duch może przyjść o coś poprosić. Podczas snu nasza dusza wyrywa się z ciała, odchodzi sobie gdzieś i komunikuje się z innymi duchami. Stąd po przebudzeniu niektóre części takich snów pozostają nam w pamięci. Ale żeby nie zwalać wszystkiego na aktywność nadnaturalną, że tak powiem, część tych snów to jest oczywiście praca mózgu. Materialistyczni naukowcy odpowiednio wyjaśniają, że mózg musi sobie wszystko w głowie poukładać, to, co przeżył za dnia.
Ale gdy na przykład rano budzimy się i jesteśmy przeświadczeni, że spotkaliśmy jakiegoś zmarłego, to według mnie to już nie jest praca mózgu. To jest autentyczne spirytystyczne doświadczenie. Gdy na przykład nagle się w nocy obudzimy i odnosimy wrażenie, że ktoś nad nami stoi, chociaż jesteśmy sami w pokoju, to też jest autentyczne spirytystyczne przeżycie. I tak to jest z tymi duchami, więc trudno to jednoznacznie teraz określić, co te konkretne duchy tutaj robią. Każdy duch ma jakiś swój powód i tak naprawdę tego powodu obecności tych duchów w snach powinniśmy szukać w sobie. Ponieważ każdy komunikat od ducha przekazany żyjącemu człowiekowi to jest tak jakby zaszyfrowana wiadomość. Ja o tym wielokrotnie już mówiłem i tylko tak naprawdę adresat jest w stanie zorientować się, co ten duch tak naprawdę chciał. „Czy ty naprawdę wierzysz w te bzdury, co opowiadasz?” Nie, ja w ogóle w to nie wierzę. Przecież ja to robię dla pieniędzy, bo przecież każdy wie, że spirytyzm jest drugim tematem najbardziej chodliwym w internecie zaraz po pornografii, więc przecież to jest oczywiste. W ogóle w to nie wierzę.
Czwarte pytanie, w zasadzie już piąte. Nie, teraz będzie piąte pytanie: co jest zgrane z tym, że można sprzedać duszę diabłu? Nie można sprzedać duszy diabłu, ponieważ diabeł w takim katolickim znaczeniu nie istnieje. Diabeł w takim katolickim znaczeniu nie istnieje. To znaczy jest gdzieś tam jakaś zła istota, najgorsza wśród wszystkich złych istot, którą rzeczywiście moglibyśmy nazwać szatanem. Ale ten szatan nie ma nad nami innej władzy niż tę, którą mu dajemy. Więc jeżeli człowiek pracuje nad sobą i stara się być dobry, to taki duch nie obejmie nad nim władzy. A czy możemy mu sprzedać duszę? Nie, dlatego, że dusza należy tylko do nas. Więc jedyne, co możemy zrobić, to podpisując jakiś tam umowny cyrograf, możemy jedynie Otworzyć się na opętanie.
Opętanie niekoniecznie takie, jakie widzimy w filmach horrorach. Po prostu możemy pozwolić złym duchom bądź duchom pospolitym, aby swoimi podszeptami mieszały nam w głowach. I stąd na przykład mogą być jakieś dziwne decyzje, które podejmujemy, jakieś nierozważne, chociaż zwykle później zastanawiamy się, dlaczego tak postąpiłem, przecież zwykle bym tego nie zrobił. Jakieś na przykład gwałtowne ataki gniewu, nawet jeżeli człowiek stara się zachować spokojność i tego typu sytuacje. Więc nie można sprzedać duszy diabłu, ale można otworzyć się na opętanie. O opętaniach więcej mówiłem w materiale o opętaniach, a także na przykład w materiale o samobójstwach, więc tam możecie sobie obejrzeć. Kolejne pytanie: „Panie Piotrze, moi rodzice są nałogowymi palaczami i moje argumenty do nich nie trafiają. Ale gdybym uświadomiła im, że szkodzą nie tylko swojemu ciału, ale również duszy, mogłoby to zmobilizować ich do rzucenia nałogu?” Owszem, osobie, która napisała do mnie to pytanie, odpisałem, żeby pokazała swoim rodzicom film „Nasz dom”. Ponieważ człowiek, którego historia tam jest pokazana, nie dbał o swoje ciało i po śmierci był traktowany przez inne duchy jak samobójca. Wszystkie nałogi to jest tak jakby samobójstwo w tym spirytystycznym, duchowym rozumieniu.
Nie tylko strzelenie sobie kulki w łeb albo powieszenie się, także nałogowe palenie, zażywanie narkotyków, niezdrowa żywność, niezdrowe odżywianie się. Oczywiście, jeżeli ktoś stara się kontrolować swoje nawyki żywieniowe, to powiedzmy, że jego wina jest mniejsza. Niemniej, Marianka, attention, attention, va dans ta chambre s'il te plaît. Niemniej to nie jest zupełnie bezkarne. Jeżeli ktoś pali i nic nie próbuje z tym zrobić, bądź sobie to bagatelizuje, to później poniesie konsekwencje. Ja już pomijam, czym jest śmierć na raka płuc. To jest rzecz, której naprawdę nikomu nie życzę. Człowiek się dusi, ma problemy z oddychaniem, jest podłączony do tlenu. To jest jakaś makabra. Miałem znajomego, który w ten sposób umierał i współczuję mu bardzo.
„Jakim medium jest osoba, która nagrywa EVP lub używa spirit boxa lub kamery noktowizyjnej? Za dużo spekulacji. Każdy może to wykonać.” To, to znaczy tutaj chodzi o transkomunikację, czyli nagrywanie duchów na przykład na magnetofonie. Nie, nie każdy może to wykonać, ponieważ nie ma zjawisk spirytystycznych bez udziału medium. Więc skoro jakaś osoba uzyskuje jakieś rezultaty w nagrywaniu duchów, to znaczy, że jakieś zdolności medialne musi posiadać, nawet jeżeli nie jest ich świadoma. Poza tym na przykład widać w internecie młode osoby biegają po cmentarzach, nie wiem po co, z takimi urządzeniami elektronicznymi coś nagrywają. Jeżeli uzyskują jakieś rezultaty, to znaczy, że któreś z nich ma zdolności medialne bądź skromne zdolności tych wszystkich osób, które biorą w takiej przygodzie, że tak powiem, bo inaczej nie da się tego nazwać, udział, mogą sprawiać, że te urządzenia rzeczywiście mogą dawać jakieś efekty, coś mogą nagrywać. Ale ja mam do tego dystans i chociaż wiem, że transkomunikacja jest częścią naukową spirytyzmu, która jest autentyczna i to rzeczywiście działa, to też zapewniam was, że nie każdy jest w stanie coś takiego wykonać. Nie każdy może się tym trudzić. „Wywoływanie duchów jest zabronione w Starym Testamencie.
Bóg brzydzi się ludźmi, którzy robią takie rzeczy”. I tam był dalej zarzut, że skoro zajmuję się spirytyzmem, to jestem obrzydliwy dla Boga. Okej. Ja generalnie uważam, że tak nie jest. I to nie jest prawda, że Bóg brzydzi się osobami, które zajmują się spirytyzmem. Takie osoby, tak samo jak we wszystkich innych dziedzinach życia, które w nieodpowiedzialny sposób zajmują się praktykami spirytystycznymi, po prostu ponoszą tego konsekwencje. Tak samo jak osoba, która je za dużo czekolady, nabiera otyłości, tak samo jak osoba, która prowadzi samochód po pijanemu, doprowadza do jakiegoś wypadku bądź nieszczęścia i też ponosi konsekwencje. I to samo jest ze spirytyzmem. Spirytyzm jest narzędziem w rękach człowieka, które wykorzystane w nieodpowiedni sposób po prostu doprowadza do nieszczęścia. Śrubokrętem można przykręcić śrubę albo można komuś ten śrubokręt w brzuch wbić i tyle.
Czy w takim razie śrubokręt jest obrzydliwy Bogu? Albo wszyscy faceci, którzy posługują się śrubokrętami w odpowiedni sposób oczywiście są obrzydliwi Bogu? Nie. Poza tym, już nawiązując konkretnie do Starego Testamentu, w Starym Testamencie jest wiele mediów, tylko po prostu tego się w ten sposób nie nazywa. Jest wiele postaci posiadających zdolności mediumiczne. Noe, Abraham, Jezus. Chrześcijanie uważają, że Jezus był Bogiem, ja tak nie sądzę, ale Jezus miał zdolności mediumiczne. Apostołowie mieli zdolności mediumiczne, jeżeli potraktujemy poważnie te wszystkie cuda, które byli w stanie w imię Chrystusa tworzyć, że tak powiem, doprowadzać do tych zjawisk już po ukrzyżowaniu Chrystusa i po jego rzekomym zmartwychwstaniu w sensie katolickim. Na ten temat też nagrałem wideo. Można sobie obejrzeć.
„Czy Jezus był zjawą?” Taki tytuł. W każdym razie apostołowie też mieli te zdolności medialne i w tym momencie nie chcę bardziej się zagłębiać w temat, bo nie do końca pamiętam te wszystkie szczegóły Starego Testamentu, ale tak jak mówię, w Starym Testamencie jest wiele mediów. Czy katolicy, oczywiście chrześcijanie, skoro identyfikują się z tą wiarą, powinni tych zasad, w moim odczuciu, przestrzegać? Ale ja nie identyfikuję się z chrześcijaństwem. Odszedłem od tej wiary i uważam, że moja droga spirytualna poszła inną ścieżką, aczkolwiek bardzo podobną. Ja, jako że uważam się za spirytystę, nie sądzę, abym musiał przestrzegać praw Starego Testamentu. Nawet jeżeli w Starym Testamencie jest napisane, że nie wolno wywoływać duchów, to co z tego? W Starym Testamencie też jest napisane, że należy kamienować cudzołożnice i tego nikt nie robi. Dodam tylko na marginesie, że chrześcijanie katolicy lubią traktować wybiórczo te prawa Starego Testamentu. Jedne traktują poważnie, inne nie.
Skoro uważają, że nie wolno wywoływać duchów, to dlaczego nie rzucają kamieniami w dziewczyny, które prowadzą troszeczkę frywolny bądź wyzwolony tryb życia? Tego się nie robi. Takie lekkie pytanie. „Witam pana. Chciałabym zapytać. Spirytyści uważają, że Bóg ma na imię Jahwe jak w Biblii czy po prostu tylko Bóg?” Marianka Ważły, Bóg po prostu jest jeden, więc nie ma tak naprawdę znaczenia, w jaki sposób go nazwiemy. Oczywiście dobrze jest zachować przy tym jakąś powagę. Marianka Ważły Należy zachować przy tym jakąś powagę. Wiadomo, że jak nazwiemy Boga popielniczką, to może to nie jest koniecznie fajne, ale to nie ma znaczenia, czy nazwiemy go Allah, czy nazwiemy go Jahwe, czy nazwiemy go po prostu Bóg. Chodzi o to, żebyśmy my ludzie potrafili się dogadać.
Jeżeli ktoś uważa, że nazwanie Boga w taki sposób, a nie inny jest grzechem, to takiej osobie brakuje po prostu dystansu do siebie, do własnej wiary, do tego, czym jest życie tak naprawdę. Więc możemy nazywać Boga, jak chcemy. Ważne, żebyśmy się dogadali. Ważne jest to, aby wiedzieć, że Bóg to jest ta najwyższa istota duchowa, że to jest istota, która jest stwórcą wszechrzeczy i nie ma żadnej innej istoty duchowej ponad nią. I to jest Bóg. A potem, jak sobie to wymyślicie, to już jest wasza sprawa. Kolejne pytanie. „Witam pana. Chodzi mi o opętania. Ja zawsze sobie myślałam, że opętany może zostać tylko człowiek, który jest już dorosły i świadomy swoich czynów.
A w książce 'Opętanie' Allan Kardec pisze, że nawet opętane mogą być dzieci.” To prawda. „Trochę to dla mnie niesprawiedliwe. Ja zawsze myślałam, że małe dzieci są pod szczególną boską ochroną i Bóg nie pozwoli tych dzieci opętać. Czy może to być nawet mały niemowlak? W sensie czy niemowlęta też mogą być opętane?” To nie jest tak, że dzieci są pod całkowitą kontrolą, szczególną opieką Boga. Rzeczywiście w książce „Opętanie” są opisane przypadki wielu opętań, w których brały udział także dzieci. Jest przypadek na przykład kobiety, która była opętana, ale gdy zaszła w ciążę, opętanie się zakończyło, przerwało się do czasu porodu. Później te zjawiska spirytystyczne wróciły. Czyli można wnioskować, że dzieci, których zdrowie fizyczne byłoby zagrożone w wyniku opętania, nie są narażone na opętanie, więc niemowlęta nie będą opętywane, ponieważ mogłoby to doprowadzić do ich śmierci. I teraz rzecz kolejna, jeśli chodzi o dzieci troszeczkę starsze, kilkunastoletnie powiedzmy.
Duch takiego dziecka nie jest tak niewinnym duchem, jak nam się wydaje. To znaczy w dzieciach są duchy w pełni rozwinięte i te duchy nieraz znajdują się na wyższym poziomie rozwoju duchowego niż na przykład duchy ich rodziców. To, że dziecko ma 10 lat nie znaczy, że jego duch ma 10 lat. To tylko chrześcijanie wierzą, że Bóg tworzy duszę w chwili tworzenia embrionu ciała materialnego. Nie. My mówimy o reinkarnacji, czyli duch, który znajduje się w dziecku, w ciele dziecka już przeszedł wiele wcześniejszych wcieleń i taki duch ma za sobą bardzo długą drogę spirytualną. I teraz tak, trzeba wziąć pod uwagę, że opętania jako takie nie powodują trwałych uszkodzeń fizycznych, jakieś siniaki, zadrapania i tak dalej. Opętania mogą powodować u ofiar jakieś szkody psychiczne, owszem, ale nie fizyczne. Tak jak mówię, opętania, zadrapania takie powierzchowne, ale nie ma takiej sytuacji, żeby opętanie doprowadziło kogoś na przykład do kalectwa. I tutaj znowu tylko krótko wspomnę o opętaniach Anneliese Michel.
Tamtą dziewczynę zabiło nieodpowiednie leczenie farmakologiczne. Jestem przekonany, że gdyby nie wciskano jej w nią jakichś prochów, tamto opętanie zakończyłoby się szczęśliwie, że tak powiem. Dziewczyna wcale nie musiała umierać, ale ja myślę, że jej śmierć była gdzieś tam Była gdzieś zapisana. Myślę, że Opatrzność przewidziała, że przebieg tego konkretnego opętania może wyglądać właśnie w taki sposób. W każdym razie przypadki dzieci opętanych, które zostały opisane w „Opętaniu” Alana Kardeca, wskazują na to, że duchy opętujące mogą się mścić na duchu dziecka za jakieś wcześniejsze żywoty. I na przykład, jeśli sobie dobrze przypominam, była historia ducha. A nie, przepraszam, ale to nie z książki „Opętanie”, tylko to francuskie medium opisywało taką swoją historię, że jakieś duchy chciały je opętać, ponieważ ona, czyli to medium, to była kobieta, gdzieś w poprzednich wcieleniach była towarzyszką niedoli grupy bandziorów i w którymś momencie odwróciła się od nich w świecie spiritualnym. I w momencie, kiedy reinkarnowała się w aktualnym życiu, w aktualnym wcieleniu, tamte duchy chciały się na niej mścić. Duchy dzieci mogą się także z jakichś powodów godzić na opętanie i dlatego anioł stróż nie ma wtedy wpływu na ochronę tego dziecka, ponieważ to dziecko się zgodziło. Dlaczego?
Ponieważ taki mógł być plan. Na przykład tak samo, jak było ze zjawiskami spirytystycznymi z Alana Kardeca. Te zjawiska miały pokazać ludziom, że istnieje coś takiego jak świat niewidzialny. I tak samo dziecko posiadające zdolności mediumiczne, umożliwiające takie spektakularne opętanie, mogło chcieć poprzez tę sytuację, na którą się zgodziło, przekazać ludziom żyjącym, że rzeczywiście świat niematerialny istnieje. Spirytyści wykorzystywali takie okazje do badań, do sprawdzania, co się dzieje, dlaczego. Ktoś mi kiedyś zarzucił, że opowiadam o tych opętaniach, ale tak naprawdę nic na ten temat nie wiem, ponieważ nie brałem udziału w prawdziwym opętaniu. To prawda, nie brałem udziału w egzorcyzmie, ale wykazałem też już, chociażby w mojej książce, którą napisałem pod tytułem „Mój kardesiański spirytualizm”, że jeżeli weźmiemy takie typowe opętanie, które możemy sobie, takie z filmu hollywoodzkiego, jeżeli to opętanie opiszemy na spokojnie, na chłodno, wszystkie zjawiska, które się dzieją, bez dodawania jakiejkolwiek sensacji i bez wymyślania jakichś zabobonów, te opętania, opisy tych opętań będą wyglądały dokładnie tak samo, jak opisy Alana Kardeca, które zamieścił w książce „Opętanie”. Nie ma żadnej różnicy. Zjawiska spirytystyczne, te opętania konkretnie, wyglądały tak samo 300 lat temu, 200 lat temu i tak samo wyglądają dzisiaj. Tylko że dzisiaj posiadamy inne sprzęty i dzisiaj możemy na przykład coś sfilmować.
Oczywiście nagranie audio przemawiającego demona przez struny głosowe opętanej osoby robi większe wrażenie, niż gdy 200 lat temu ktoś to spisał na papierze. Ale to są tylko nasze zmysły. Duchy próbują robić na nas wrażenie i ja już o tym mówiłem w innym materiale, więc nie będę o tym teraz opowiadał. Chciałam was zapytać, jak zapatrujecie się na przedmioty po zmarłych? Myślicie, że można przyciągnąć ich energię poprzez posiadanie przedmiotu zmarłego? Tak, przedmioty przechowują energię byłego właściciela. Na przykład biżuteria. Przekazując komuś biżuterię po babci, można przekazać także część tej pozytywnej bądź negatywnej energii danej osoby. Ta energia oczywiście nie będzie miała na nas jakiegoś zdecydowanego wpływu, ale może być odczuwalna przez osoby sensytywne. Ta energia w tych przedmiotach to jest taki spirytualny, duchowy odcisk palca, że tak powiem.
Więc koncentrując się na energii z danego przedmiotu, rzeczywiście można przyciągnąć ducha, który tę energię pozostawił. Zresztą w taki sposób działają media bądź na przykład osoby, które poszukują zmarłych, ciał zmarłych, na przykład Krzysztof Jackowski. Więc owszem. Poza tym myśl przyciąga ducha. Jeżeli na przykład znamy osobę bądź znaliśmy osobę, która była właścicielem jakiegoś przedmiotu, myśląc o danej osobie, my tej osobie wysyłamy impuls, że myślimy o niej i ona o tym wie, że my o niej myślimy. A potem czy dana osoba przyjdzie do nas, czy nie, to jest już inna sprawa, ponieważ duch może być zajęty czymś innym albo na przykład jeżeli duch się reinkarnował gdzieś, to do nas nie przybędzie i być może nawet nie będzie wiedział, że o nim akurat w danym momencie pomyśleliśmy. Ale duch może być zajęty, może mieć jakieś zadanie, jakąś misję gdzieś daleko w świecie niewidzialnym i wtedy do nas nie przybędzie. Ale może na przykład wysłać kogoś w swoim zastępstwie, kogoś, kto odpowiada mu energetycznie, jakiegoś zaprzyjaźnionego ducha. Jeżeli na przykład potrzebujemy jakiejś rady, pomocy czy czegoś. Więc tak, można, posiadając jakiś przedmiot, zwrócić uwagę jakiegoś ducha, ale niekoniecznie go przyciągnąć.
Ciekawa jestem, czy po śmierci dusza ludzka zachowuje swoje ludzkie elementy behawioralne, którymi posługiwała się za życia. Behawioralne, czyli czy duch reaguje w taki sam sposób na bodźce zewnętrzne jak za życia? Nie, dlatego, że duch nie reaguje w taki sam sposób jak za życia, ponieważ duch na przykład Nie może zmarznąć, nie może zamarznąć, nie może się oparzyć. Więc siłą rzeczy duch inaczej odbiera bodźce ze świata zewnętrznego niż ludzie. Duch może się przemieszczać z prędkością myśli, więc to nawet nie jest prędkość światła, tylko znacznie większa prędkość. Z prędkością myśli. Jeżeli duch pomyśli o danej osobie, nawet jeżeli dana osoba znajduje się na drugiej półkuli albo na jakiejś innej planecie, bo akurat to jest kosmonauta, to ten duch po prostu w mgnieniu oka, że tak powiem, znajduje się przy danej osobie. Więc nie można w ducha rzucić kamieniem, nie można go skrzywdzić w sensie fizycznym, nie można go zabić. Duchy inaczej odbierają niż ludzie. Jeżeli osoba zadająca to pytanie o to chciała zapytać, to odpowiedź jest udzielona.
Kolejne pytanie. „Mam pytanie, jakie macie dowody na istnienie zjawisk paranormalnych?” Chociażby opętania, o których mówiłem. Media, które potrafią opowiadać o rzeczach, o których nie mogły wiedzieć, a które na przykład były znane tylko konkretnym osobom. Jest też wiele takich przypadków, gdzie na przykład przychodzi rodzic do medium i dowiaduje się od medium o rzeczach, które wiedział tylko on i na przykład zmarłe dziecko. Był też kiedyś taki przypadek, że duch podyktował jakieś kody NASA, które znał tylko on jako pracownik instytucji i tak dalej. Był też materiał wideo, który opublikowałem o odlewach gipsowych, więc w tym materiale też, wydaje mi się, wykazałem, że takie odlewy gipsowe, które były tworzone z udziałem medium Franka Kluskiego, nie mogły powstać w inny sposób niż tylko przez udział ducha, który po prostu wkładał rękę do wosku, do parafiny i ta parafina nabierała kształt dłoni. Gdyby to zrobił człowiek, ta wystygła parafina byłaby zniekształcona i nie dałoby się uzyskać takich odlewów, jakie były uzyskiwane. Zachęcam do obejrzenia materiału. Poza tym, co jest jeszcze istotne odnośnie tego pytania? Przekazy ludowe.
Przecież to nie jest tak, że wszyscy ludzie na świecie nagle wymyślili sobie duchy, jakieś zjawiska paranormalne, zjawiska spirytystyczne. Przecież w każdej rodzinie opowiada się jakieś historie, że ktoś tam widział jakiegoś ducha, że jakiś zmarły wujek do kogoś przyszedł i tak dalej. Że ktoś na przykład dowiedział się o śmierci bliskiego, że odczuł śmierć bliskiego, chociaż fizycznie czy racjonalnie nie miał takiej wiadomości i ta wiadomość dotarła dopiero po jakimś czasie. Camille Flammarion, o którym wspominałem w wielu już materiałach, napisał książkę, o której też już mówiłem, gdzie przytoczył wiele przykładów sytuacji, w których ludzie odczuwali bądź dowiadywali się o śmierci bliskiej osoby w sposób paranormalny i dopiero po jakimś czasie przychodziła do nich oficjalna wiadomość. Więc tak naprawdę tych dowodów na istnienie świata niewidzialnego i tych zjawisk paranormalnych jest bardzo dużo, ale trzeba po prostu wykazać odrobinę dobrej woli, żeby je zbadać. Generalnie osoby, które są otwarte na poznawanie nowych rzeczy i które zgłębiły filozofię spirytystyczną nie zaprzeczają, że coś w tym jest, że rzeczywiście spirytyzm odpowiada na wiele pytań, na które tradycyjna nauka nie może odpowiedzieć. I wiele osób, noblistów, wiele osób naprawdę myślących racjonalnie było po prostu, nie zauroczonych, ale pochłoniętych przez tę filozofię i te nauki spirytystyczne. Na koniec jeszcze raz dziękuję za oglądanie mojego kanału. Dziękuję za subskrypcje. Naprawdę jest to bardzo motywujące i dziękuję za to, że do mnie piszecie na Facebooku, więc piszcie, jeżeli macie ochotę czegoś się dowiedzieć, o coś zapytać.
Nie ma problemu. Ja zawsze bardzo chętnie udzielam odpowiedzi na wszystkie pytania, które do mnie kierujecie. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[04:34:08] - Proszę państwa, a teraz się zrobi lekko pornograficznie. No tak, bo dzisiaj w cyklu „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego na tapet wzięta będzie książka, a właściwie cykl, bo to kilka książek Anne Rice, a ten cykl nosi tytuł „Śpiąca królewna”. Proszę państwa, ostro jest w tych książkach, nawet bardzo ostro, ale o szczegółach to już opowie Mirosław Gołuński.
[04:35:01] - Dobry wieczór albo dzień dobry w końcu. Nie wiadomo, kiedy znajdą państwo czas, by odsłuchać najnowsze spotkanie w moim labiryncie książek. Tym razem im później, tym lepiej. Dlatego, że o takich lekturach i tekstach, o których dzisiaj będę chciał państwu opowiedzieć, zwykle rozmawia się po 23:00. Będziemy mówili o seksualności, ale tak naprawdę o czymś zupełnie innym. Będzie przewrotnie, jak już się pewnie państwo u mnie przyzwyczaili, ale też będzie trochę nostalgicznie, bo powieści, o których mówię, w Polsce dostępne od prawie lat 20, tak naprawdę powstały znacznie wcześniej. Zainteresowałem? To zapraszam. Wszyscy znają, a przynajmniej wszyscy fani fantastyki znają Anne Rice, prawda? Któż nie oglądał „Wywiadu z wampirem” albo nie czytał „Wampirzych kronik”, których Anne Rice napisała kilkanaście tomów, dokładnie 11.
Znacznie mniej osób, jak sądzę, zna trzytomową, tak naprawdę czterotomową, ale czwarty tom ukazał się dopiero w roku 2015 i do dziś nie jest przetłumaczony na język polski, więc o nim mówić nie będę. Mówię tutaj o serii powieści, w których wszystkich tytułach znajduje się śpiąca królewna. Jest to „Przebudzenie śpiącej królewny”, „Kara dla śpiącej królewny” i „Wyzwolenie śpiącej królewny”. Co ciekawe, Rice napisała te trzy tomy pod pseudonimem A. N. Roquelaure. Będę mówił o niej Anne Rice, bo wszyscy wiemy, kim ona jest. Dla porządku: pierwszy i trzeci tom przetłumaczył Mieczysław Dutkiewicz, natomiast środkowy Małgorzata Kicana. Wolę o tym powiedzieć, gdyż teraz już zawsze będę się starał podrzucać państwu autora czy autorkę przekładu, bo im również należy się wielki szacunek. Najpierw krótko, o czym jest powieść, a potem jak ja ją rozumiem.
Wszyscy znamy bajkę o śpiącej królewnie. Po stu latach budzi ją książę. U Anne Rice też budzi książę, tylko nie pocałunkiem, a stosunkiem seksualnym, a następnie zupełnie nagą zabiera do swojego państwa, a dokładniej do przestrzeni, która w powieści nazywana jest zamkiem. Tam okazuje się, że świeżo obudzona 15-letnia młoda dziewczyna zostaje seksualną niewolnicą nie tylko jej wyzwoliciela, czyli księcia, ale de facto całego dworu. W pierwszym tomie jest szkolona w zamku. Jej głównym partnerem, o którym będzie mowa później, również niewolnikiem zresztą, jest książę Aleksy. Właściwie uczona jest posłuszeństwa, uczona jest zaspokajania każdych potrzeb zarówno królewicza, który ją przyprowadził, jak i jego matki, czyli królowej Eleonory, którym on na to pozwala. Natomiast nie wolno jej się buntować. Cały czas chodzi nago, właściwie chodzi na czworakach. I cała ta opowieść jest oczywiście opowieścią o sztuce podporządkowania.
W drugim tomie mamy to samo, tylko bohaterka ląduje w wiosce, gdzie jest według wszystkich jeszcze gorzej. Jeszcze bardziej jest wykorzystywana, a jej się jeszcze bardziej podoba. Tym razem partneruje jej książę Tristan i pod koniec drugiego tomu zostają porwani i przewiezieni na dwór sułtana, którym jest jeszcze gorzej, a w którym już ma dwóch współniewolników: księcia Laurentego i dalej księcia Tristana, który razem z nią został porwany. Ja nie będę wnikał w szczegóły tej opowieści, bo zrobiłoby się naprawdę pornograficznie. Ale też dla mnie pornografia w tej powieści, która oczywiście jest, ktoś mógłby powiedzieć, że wszystko, co teraz powiem, jest tylko wymyślaniem ideologii do pewnej powieści, która sprzedała się jako soft porno, której sama autorka trochę jednak się wstydziła. Ale już państwo się przyzwyczaili, mam nadzieję, zwłaszcza po mojej audycji o Blance Lipińskiej. A to jest bez porównania lepsza powieść niż powieść o Blance Lipińskiej, niż „365 dni”, że jeżeli bliżej się przyjrzeć takim tekstom, to rzecz przestaje być taka prosta. By usytuować sobie znaczenia tej powieści, które mogą się nam wydawać nieoczywiste. I do takiego czytania zawsze państwa zapraszam. Zacznijmy od momentu powstania cyklu.
Przetłumaczone na język polski trzy tomy powstały w latach 1983–1985. Przynajmniej wtedy zostały wydane. Przypominam, w roku 1984 wychodzi „Neuromancer” Gibsona i moim zdaniem nie jest to koincydencja zupełnie przypadkowa. To środkowe lata rządów administracji Reagana, a więc triumf korporacyjnego neoliberalizmu i pojawiająca się świadomość, jaką funkcję pełnią Stany Zjednoczone w rzeczywistości już neokolonialnej. Z innej strony, też ważnej dla tej powieści, szerząca się epidemia AIDS spowodowała wkroczenie na nowy etap walki o równouprawnienie osób homoseksualnych. Ruch ten LGBT miał się dopiero przerodzić za kilkanaście lat. Warto pamiętać, że to był czas, kiedy to w niektórych stanach USA ciągle jeszcze penalizowane były stosunki homoseksualne, a armia w założeniach nie przejmowała. Jednocześnie, co świetnie opisał, choć trochę mimochodem Pressjato w książce „Pornotopia”, w której opisuje historię „Playboya”. Oczywiście mówię nie o człowieku, tylko o czasopiśmie i to z bardzo ciekawej perspektywy. Cwa jego Hossa, a wraz z nią wzrasta znaczenie czegoś, co Pressjato nazywa kapitalizmem pornofarmakologicznym.
Być może w którymś momencie będzie okazja, żeby wytłumaczyć, o co tutaj chodzi. W USA od kilkunastu lat rządzą media, a więc uroda fizyczna i szybko wzrastającą w siłę kult zaczyna konstytuować społeczną wyobraźnię. I choć w psychiatrii amerykańskiej zaczyna się powoli odchodzić od myślenia psychoanalitycznego, ta sama psychoanaliza wciąż jest bardzo oczywistym wyposażeniem społecznym. W przeciwieństwie do Polski. O samej psychiatrii w kontekście pewnej choroby pewnie jeszcze będę miał państwu opowiadać, ale to już innym razem. Wszystkie wymienione elementy są dla mnie bardzo istotne, ponieważ bez nich trylogia o Śpiącej Królewnie Rice byłaby dla mnie niezrozumiała i faktycznie miałaby wyłącznie pornograficzny wymiar. A jak dzisiaj wiemy, nawet powieści de Sade'a są pewnym zapisem filozoficznym. Tymczasem, moim zdaniem, zdaje ona sobie sprawę z nakładających się sfer wpływów, z których pisząca już wtedy od niemal dekady o wampirach autorka musiała sobie przynajmniej do pewnego stopnia zdawać sprawę. Co oczywiście nie oznacza, i to jest jasne, że podejrzewam — nie rozmawiałem nigdy w życiu z Anne Rice, która niestety zmarła w zeszłym roku — nie musiała do końca zdawać sobie sprawę, że można takie powieści odczytać. Niemniej nie sądzę, żeby miała zupełną nieświadomość tego, co się dzieje.
Przebudzenie królewny przy pomocy stosunku seksualnego, o którym mówiłem, w powieści nietraktowanego jako gwałt, ale trzeba pamiętać, że przez całą trylogię pozostajemy w konwencji specyficznej baśni, która przelewa się w coś innego, ale to już później. Przypominam, że wtedy taka oczywistość seksualna nie była traktowana jako coś negatywnego. To jednak jest dosyć istotne. Dzisiaj na to inaczej patrzymy. To przebudzenie przy pomocy stosunku odsyła nas do bardzo ważnej książki Brunona Bettelheima „Cudowne i pożyteczne”. On w tej książce, która jest analizą bajek, analizą psychoanalityczną, bardzo często pocałunek przyrównywał do zapowiedzi seksu. Mamy więc tutaj udosłownienie i czytelną odpowiedź, czym jest owe przebudzenie, czyli 15-letnia Różyczka do końca w powieści tak nazywana, co też pewnie ma jakieś znaczenie, zostaje uprowadzona ze śpiącego, a więc infantylnego, zamarłego w czuwaniu nad dzieciństwem dziewczynki, królestwa rodziców i wprowadzona świat dorosłych. Rodzice, którzy ewidentnie podobną szkołę przeszli, nie oponują. U Bettelheima bardzo często mówi się o tym, że bajki miały przygotować również dziewczynki, ale i też chłopców. W tym wypadku oczywiście chodzi o dziewczynki na doświadczenie seksualne i na doświadczenie biologicznej swojej kobiecości.
Tak jak mówię, Rice udosłownia ten proces czy rytuał i jeszcze na dokładkę umieszcza go w specyficznie rozumianej bajce. Świat dorosłych u Rice to świat sadomasochistycznych relacji, silnie podszytych voyeuryzmem, ponieważ niewolnicy, do których należy Różyczka, nie tylko cały czas są nadzy, ale również muszą cały czas pozostawać w stanie podniecenia, którego nie wolno im zaspokajać bez zgody masterów albo masterek. Wbrew pozorom nie jest to jednak świat z „100 dni Sodomy” czy „Justyny” de Sade'a, ponieważ przemoc w tym świecie ma ściśle wyznaczone granice. Z niewolnikami można zrobić wszystko, ale nie wolno ich zranić. Ich skóra musi pozostać nienaruszona. Wytłumaczeniem może być to, że wielu z nich to księżęta i księżniczki, ale chodzi o coś więcej. O ich dostępność i właśnie estetyczność. Są stale oceniani na dwa sposoby: pod względem posłuszeństwa oraz urody. Ta różnica jest istotna w drugim wymiarze. Światem zamku rządzi widowisko.
Niepracujący bogacze, bajkowi dobrze urodzeni. Czyli możemy sobie ich zestawić, że ta rodząca się klasa, jak mawiają socjolodzy czy ekonomiści, 1% najbogatszych właściwie się nudzą, a liczni niewolnicy przygotowywani przez pracującą usługową służbę mają im zapewnić rozrywkę, na którą przede wszystkim będą patrzeć. W odróżnieniu od drugiego tomu, kiedy to Różyczka trafia do wioski, w której niewolnicy naprawdę muszą pracować, co napełnia ją szczerym zdziwieniem, a potem rozpaczą. Czym jest więc zamek? Stawiam hipotezę, którą możemy podyskutować kiedyś, że zamek to reaganowska Ameryka. Rządzi nim i państwem, a nawet światem królowa Eleonora. To od jej kaprysu zależy działanie zamku i o czym przekonujemy się pośrednio w drugim tomie, pozycje innych członków dworu. Ważne jest to, że najpiękniejsi książęta i najpiękniejsze księżniczki przybywają jako niewolnicy ze wszystkich państw dookoła, jako trybut składany władczyni świata. Trafiają do tej swoistej pornotopii, odwołując się do słów Persjado, by stać się posłusznymi, a następnie po odbyciu służby, której ostateczny czas nie jest określony, wrócić do swoich księstw jako władcy. Oczywiście wracają już nie jako niewolnicy, ale jako w pewnym sensie wyszkoleni masterzy, masterki, powielając, czego w powieści nie mówi się bezpośrednio, zamkowe wzorce postępowania.
Proces, który tu się odbywa, jest o wiele bardziej złożony, niż wskazywałaby na to głównie erotyczno-seksualna fabuła powieści, ale w psychologiczno-psychoanalitycznych ramach pozostaje jednak i tak prosty. Obserwujemy go głównie na przykładzie Różyczki. To w sumie niezbyt udana edukacja, ale także na księciu Aleksym, który opowiada swoją historię, czy na księciu Tristanie, a potem Laurencie, z którym Różyczka spotyka się w następnych tomach. Najpierw jednostka zostaje pozbawiona wszelkich oznak statusu. Staje się dosłownie naga. Tutaj nie będę już rozwijał tego wątku, ale nagie życie jest bardzo ważnym pojęciem we współczesnej filozofii. Naga ląduje na dnie drabiny społecznej, zostaje złamana, a następnie może awansować, jeśli dostatecznie, a właściwie wybitnie sprawnie wpisze się w zamkowy system. Przykładem jest tutaj księżniczka Juliana, która jak się okazało kiedyś była niewolnicą, a później stała się jedną z dam dworu. Jeśli przyjmiemy, że kontrola nad ciałem i seksualnością jest najwyższą oznaką władzy — nie ma chyba większej — to zamek jest miejscem władzy absolutnej. Interesujące, że nie ma w powieści mowy o wojnach.
Bo i po co? Tylko w drugim tomie mamy drobne porwanie, które wojną nie jest. Wojsko służy obronie stanu posiadania. A nie podbojom. Skoro wszystkimi książętami dookoła rządzą wyszkoleni w zamku władcy, ich forma rządów jest wszechobecna i wszechstronnie sprawowana. W tym widzę ironiczną utopię. Wiadomo, że w Ameryce szkolili się liczni przywódcy krajów postkolonialnych, którzy później powracali do swoich państw, by nimi władać. Jak skończyło się w Iranie wprowadzenie amerykańskich rządów w 1983 już było bardzo dobrze wiadomo. Przypominam, że później na przykład Bin Laden również był poddawany amerykańskiej tresurze. W zamku mamy pełny promiskuitet, a relacje homoseksualne są równouprawnione.
Oczywiście serdecznie. Ciekawe spojrzenie rzuca na to książę Tristan, który opowiada Różyczce, że został ulubionym, a więc najbardziej maltretowanym niewolnikiem księcia Stefana, z którym wcześniej, czyli przed porwaniem do zamku, połączył go krótki romans. Wówczas to on był partnerem aktywnym i dominującym i nie mógł pogodzić się z tym, że w zamku znalazł się we władzy biernego, który wcześniej był bierny. Tu można sobie podstawić różne formy relacji. Kluczem jest to, że pierwszy romans miał miejsce poza państwem zamku, poza zamkiem, a więc Stefan był prawdopodobnie ambasadorem lub posłem królowej Eleonory. Później jednak nowi panowie Tristana ustalają, a on to potwierdza, że przyczyną jego niesubordynacji było zbyt łagodne traktowanie przez Stefana. Przyznacie państwo, że robi się coraz ciekawiej. Rozjaśnienie w pełnej wersji, znów psychoanalitycznie, wymagałoby zastanowienia się, dlaczego królewicz, wybudziciel Różyczki nie ma imienia. Dlaczego właściwie w powieści nie pojawia się król? Tak jakby funkcja ojca, ojcowska, taka ważna dla freudyzmu, a potem Lacana w psychoanalizie właściwie zanika.
Co ciekawe, o ile Różyczka nigdy nie otrzyma własnego głosu, zawsze o niej się mówi. I Tristan, a potem Laurenty otrzymują partie solowe. Mówią o tym, co oni przeżywają. Coś takiego również pojawia się przy pierwszym z niewolników książąt Aleksym, który opowiada Różyczce o sobie. To jest ciekawe, że szkolenia niewolników odbywają się zarówno na poziomie relacji master niewolnica czy niewolnik, ale również w relacjach równościowych między niewolnikami. I co więcej, to ci niewolnicy nakłaniają Różyczkę do jeszcze większego posłuszeństwa. Proszę państwa, jeżeli zapomnimy na chwilę, że mówimy tu o relacjach seksualnych, przecież nie mamy tutaj obrazu korporacji, o którym i przeciwstawianiu się którego pisał Gibson w Neuromancerze. Tam również mamy relacje tego typu. Tam również. Czy tak nie myślimy do dziś?
W korporacji mamy coachingi, w których jedni poddani władzy nakłaniają do podległości, uległości innych. Co więcej, organizują im w ramach korporacji życie. Zamek, potem wioska, potem pałac sułtana stają się przestrzenią życiową. Przestrzenią, która w pełni podlega pełnej obserwacji i pełnej inwigilacji. Wręcz to jest oczekiwane. A przecież nie tak samo kontroluje się nas w ramach życia korporacyjnego. Doświadczają zawsze tego ci, którzy pracują zdalnie. Kolejną istotną kwestią, której wcześniej jedynie napomknąłem, jest transparentność, a więc teatralizacja przemocy i seksualności. To szczególnie widać w drugim i trzecim tomie. To jest wprost podkreślane i trudno tu uniknąć jakichś nawiązań do książki bardzo ważnej dla Amerykanów "Człowiek w teatrze życia codziennego" Ervina Goffmana z 1957 roku, ale również napisanej 10 lat przed powstaniem trylogii książki Guy'a Deborda "Społeczeństwo spektaklu".
W tamtym okresie na pewno myśląca bardziej lewicowo czy bardziej progresywnie Rice mogła znać obie te książki. Bo też w dwóch pierwszych tomach mamy wyraźne ramy czy też scenę teatru, zamek, wioska. Ale trzeci tom jest podobny, na której zrytualizowana i zseksualizowana przemoc są wciąż odgrywane. Nędzni niewolnicy upokarzani są na tysięczne i coraz bardziej potęgujące się sposoby, choć powtórzę, nigdy nie zbliżają się do śmiertelnych perwersji de Sade'a. Są aktorami, których przyucza się do odgrywania ról. Wielokrotnie ten motyw powraca tak, by zadowalali swych panów. Ale okazuje się, że panami mogą być zarówno szlachetnie urodzeni, jak i mieszkańcy wioski. Zresztą mieszkańcy wioski mogą być również niewolnikami, bo oczywiście by być panami, muszą być dostatecznie bogaci, by niewolnika kupić i mogą sobie z nich korzystać jedynie za zgodą właścicieli. Mamy taki kaprys, mamy takie sceny. Mamy również sceny zamieniania ludzi w zwierzęta.
Gdy Tristan biega jako koń pociągowy u swojego pana w zaprzęgu i jest na tego konia wzorowany, łącznie z ogonem i kopytami. To jeszcze bardziej przypomina ten neoliberalny świat kapitalizmu. No i trudno tutaj nie rozpoznać tych zakamuflowanych w bajkowej scenerii neoliberalnych reguł spektaklu. Jeśli pominiemy seks, chociaż oczywiście nie da się go pominąć we współczesnym życiu, które jest bardzo spornografizowane. Widzimy ludzi, którzy generalnie nie pracują, zwłaszcza na zamku. Ale Tristan również w wiosce trafia we władzę lorda, chociaż tak jak powiedziałem, będzie musiał być koniem. A mają pieniądze. Zarabianie ich nie dotyczy. Są arystokracją, ale nie dajmy się zmylić. Oni są arystokracją finansową, a ich władza, o czym opowiedziałem, jest bardzo realna w sensie politycznym, skoro mają aparat przymusu w postaci armii.
Aktorzy niewolnicy są wykorzystywani i szkoleni do posłuszeństwa, ponieważ system opiera się na ich działaniu. Część z nich pracuje, ale przede wszystkim są aktorkami i aktorami porno, którzy nie tylko nie otrzymują za swoją pracę zapłaty, ale wmawia się im, że sprawia im to przyjemność. Uzależnia się ich tak naprawdę od własnego podniecenia. Czy nie jest to perwersyjny cel kapitalizmu? Harować na innych i cieszyć się, że się to robi? W zamian są bonusy. Wykąpią, nakarmią więcej niż miskę ryżu, a nawet pozwolą ulżyć penisom i waginom, które są wiecznie chętne na seks. Wyjazd integracyjny jak nic, że tak odwołam się do współczesności. Albo jak to kiedyś słyszałem w rozmowie rekrutacyjnej do fast fooda: "Zaspokoimy tutaj wszystkie twoje potrzeby. Dokładnie wszystkie.
Koleżanki też pracują." Niewolnik ma być szczęśliwy. Ich ból i cierpienie mają im dawać przyjemność, ponieważ zadowalają panów panie. A jeżeli się buntują naprawdę dociska się dyscyplinę, czyli pierze mózgi i przechodzącą tą szkołę życia Różyczka pouczona jest przez kolejnych współniewolników o potrzebie podporządkowania. A nawet ucieczka. Ucieka się po to, jak stwierdza Laurenty, żeby doświadczać jeszcze więcej bólu. Różyczka orientuje się, że nie może chcieć głośno uciec, bo to byłoby dla innych zwyczajnie niezrozumiałe. Bo jak mówi jeden z przypadkowych, inny niewolnik: zadowolenie pani jest absolutnym priorytetem. W bajkowym świecie Rice nie ma miejsca na Robin Hooda. Porwanie oznacza kolejną niewolę, ani nawet niezależny związek krasnoludków. Wiadomo, że związki zawodowe są złe, bo każdy indywidualnie walczy o łaskawe spojrzenie pana pani, a oni w nagrodę dalej będą bić.
Ale tak, by nie było krwawych ran. Jak państwo widzicie, nie da się czytać tej powieści wprost, bo ona nie ma sensu. Ale jeżeli spróbujemy ją odczytać przez pryzmat kapitalizmu, przez pryzmat relacji społecznych, to nagle wszystko zaczyna się zgrywać w bardzo niefajny i znacznie mniej sympatyczny, niż by się chciało obraz. Co prawda lat 80. w Ameryce, ale ja nie jestem wcale pewny, czy to się aż tak bardzo zmieniło. Oczywiście nie można też zapominać, że Rice odwołanie do jej wampirzych powieści korzysta z gotycyzmu. Robi to rzecz jasna w powieściach wampirycznych, bo to jasne, ale tutaj eksploatuje rozliczne elementy powieści gotyckiej. Tajemnicze zamki, wschodni egzotyzm, nieheteronormatywne relacje. Tym jednak, co odróżnia jej powieści od tych z XVIII wieku, jest ich otwartość, która momentami posuwa się wręcz do kampu, bo pornografia w trylogii oczywiście jest obecna, ale momentami wręcz absurdalna. Nawet gdy Tristan przeżywa romantyczny seks ze swoim panem, to następnego dnia jego reakcje są tak przesadzone, że pojęcie kampu nazywa się samo.
Z kolei trzeci tom, zaczynający się od wyznań księcia Laurenta, wprowadza jeszcze jedną perspektywę. Laurent opowiada o dialektyce pragnienia i niezaspokojenia, w której funkcjonują niewolnicy. Dotąd była ona pokazywana, ale on nazywa wprost to zawieszenie. Mówi o tym, ponieważ ich nowi władcy ograniczają ich dostęp do spełnienia, zakładając metalowe siateczki na organy płciowe. Najwyższy stopień wtajemniczenia byłoby więc przekazanie nie tylko władzy nad pragnieniem, ale również nad jego zaspokojeniem, a nawet nad pragnieniem pragnienia. Sam przyznaje, że byli szkoleni do używania. Trudno oprzeć się refleksji, że Rice myśląc o niewolnikach widzi również konsumentów. Nie tylko to, co dziś nazywamy prekariatem, ale również konsumentów. W końcu jesteśmy już kilkanaście lat po "Nocy żywych trupów" Romero. Niewolnicy Rice już wcześniej mieli wszystko.
Urodę, bogactwo, zalążki władzy. Teraz zostają poddani dyscyplinie, która czyni ich uzależnionymi od seksu. Ekshibicjonistów dążącym wyłącznie do zaspokojenia najbardziej pierwotnych potrzeb fizjologicznych. Kolejne miejsca: zamek, wioska, pałac sułtana to kolejne kręgi narcystycznego piekła, przez które przechodzą ci, których na to stać. Tam pojawia się ciekawy motyw, że można stać się też niewolnikiem nie będąc księciem, ale zostaje się nim tylko wówczas, gdy kandydat, kandydatka spełni wygórowane wymagania dotyczące fizycznej atrakcyjności. Jak więc państwo widzicie, jeżeli przekroczymy próg dosłowności fabuły, to okaże się, że ona udosławnia bardzo wiele przeróżnych elementów, które składają się na obraz naszego świata. Oczywiście świata Anno Domini lata 80., ale myślę, że bez trudu rozpoznaliście państwo również naszą rzeczywistość, bo ona zmieniła się nie aż tak bardzo. Owszem, jest jeszcze bardziej useksualniona i w tym momencie Rice mocno wyprzedza nas. Jest momentami kiczowata i możemy to nazwać kampowością, ale to moje odczytanie nadaje całości zupełnie inny wymiar. Nadaje wymiar pewnej diagnozy świata nieprzedstawionego, tylko diagnozy świata otaczającego autorkę.
Zapraszam państwa do tej lektury. Podpowiedziałem tylko niektóre ścieżki, które można i trzeba by jeszcze bardziej rozwinąć, uświadamiając sobie, że już odróżniłem sadyzm u Rice od sadyzmu de Sade'a. Czy hierarchiczne relacje, czy nacisk na urodę, co jest oczywiście oznaką społeczeństwa konsumpcyjnego i zmedializowanego, bo w takiej rzeczywistości my żyjemy. W rzeczywistości, w której wręcz bałwochwalczy kult ludzkiego ciała powoduje, że by zostać niewolnikiem trzeba być atrakcyjnym. A jak zostać atrakcyjnym niewolnikiem mediów? Trzeba być atrakcyjnym. Gwiazdy, celebrytów dzisiaj. Wtedy tego jeszcze właściwie nie było, ale przecież one są przede wszystkim atrakcyjne fizycznie, przynajmniej w znakomitej większości. Zwróćcie państwo uwagę, że tak czytając Rice możemy... Dla mnie to była jedyna możliwa lektura Rice, dzięki której czytanie tej książki miało sens inny niż zajęciowy.
Może i państwu trochę się spodobało. Dziękuję bardzo i do zobaczenia za tydzień.
[04:59:20] - I znowu mała porcja literatury, tym razem trzy opowiadania. Znowu opowiadania z archiwum ABW. Kolejno wymienię autorów: Piotr Prokopowicz, Marek Myszograj i Kamila Ciołko-Borkowska. Całkiem spora porcja prozy dla państwa.
[04:59:45] - Piotr Prokopowicz „Mechanika kwantowa udowadnia”. Ostatnią godzinę spędził, stojąc przy pancernej szybie na 24. piętrze biurowca stacji telewizyjnej NDV. Chłonął widok na zabierającą dech panoramę miasta. Nie włączył oświetlenia. Lepiej nie niepokoić ochroniarzy. I tak nie było całkiem ciemno. Mrok wnętrza rozpraszały nocne światła miasta. Pociągnął duży łyk z opróżnionej do połowy butelki. To ostatnia z zapasów szkocka single barrel.
Wspomnienie szczęśliwych dni. Za plecami usłyszał jakby ciche skwierczenie. Obrócił się. Nic. To wypity alkohol spłatał mu figla. Ruszył w stronę swego biurka. Włączył małą lampkę przy blacie. Rozejrzał się. Ostatnim razem był tu miesiąc temu. Nic się nie zmieniło.
Spojrzał na tabliczkę z imieniem „Profesor Lars Wollenberg, znawca i propagator mechaniki kwantowej”. „To moje biuro, a musiałem się do niego włamać jak złodziej” — myślał ponuro. Usiadł w specjalnie zaprojektowanym dla niego fotelu. Pociągnął kolejny łyk z butelki i postawił ją na biurku. Obok położył nabity rewolwer. Sięgnął do pilota. Wielki ekran na ścianie naprzeciw biurka ożył. Z listy odtwarzania wybrał przedostatni plik sprzed sześciu miesięcy. Ekran pokazywał, jak profesor Lars Wollenberg w idealnie dopasowanym garniturze, pełen energii wchodził na scenę. Zapowiadał go Louis Roberts, główny prezenter stacji NDV.
A oto nasz gospodarz, ekspert z zakresu mechaniki kwantowej, autor 10 bestselerów, z czego aż siedem wydano w co najmniej 16 językach. Wizjoner, który w sposób błyskotliwy, ale i przystępny potrafi łączyć współczesną wiedzę naukową z rewolucyjnymi konceptami futurystycznymi. Założyciel i prezes organizacji „Otwarty umysł”, której celem jest badanie naukowe takich niesamowitych zagadnień jak telekineza, teleportacja, antygrawitacja i szereg innych. Zdobywca niezliczonych nagród i wyróżnień. Oto profesor Lars Wollenberg. Słychać oszałamiające brawa. „Dzięki Louis.” Wollenberg entuzjastycznie pomachał widzom. „Na początek chciałbym wyjaśnić pewną kwestię. Otóż na naszych forach internetowych pojawiają się czasami krytyczne głosy, iż nie jestem fizykiem z wykształcenia.” Na chwilę zapadła pełna napięcia cisza. „No cóż, to prawda.
Pozwólcie jednak na kilka słów wyjaśnienia. Studiowałem fizykę przez rok. Profesorowie, których wtedy na moje nieszczęście spotkałem, byli zasklepieni w swoich teoriach. Mieli bardzo hermetyczne podejście do nauki, a ja zawsze miałem naturę buntownika. Nie godziłem się na ślepe potakiwanie. Rozstaliśmy się. Ostatecznie doktorat zrobiłem z psychologii.” Wziął głęboki wdech i kontynuował: „Mimo to jestem autorem wielu prac naukowych z obszaru mechaniki kwantowej. Co to oznacza?” Teatralnie zawiesił głos. „Że trzeba mieć otwarty umysł. W nauce właśnie to jest najważniejsze i zarazem piękne.
Formalne wykształcenie należy cenić, ale...” Znów zrobił znaczącą przerwę. „Ale bez otwartego umysłu nie osiągniemy postępu” — zakończył dobitnie. Znowu rozległ się aplauz. Był w swoim żywiole. Uniósł rękę, uciszając widownię. „Żeby jednak nie zarzucano nam tu w programie braku fachowości, jest z nami dzisiaj naukowiec formalnie posiadający doktorat z fizyki, specjalizujący się w zakresie mechaniki kwantowej Clark Woods. Powitajmy go brawami.” Światła wydobyły z półmroku chudego mężczyznę około czterdziestki, który z wymuszonym uśmiechem niepewnie podniósł rękę. Ewidentnie deprymowały go kamery. Wollenberg na ekranie zaczął wywód. Wollenberg przed ekranem pociągnął kilka łyków whisky.
Dobrze pamiętał ten odcinek. Był wyreżyserowany. Oczywiście Woodsa nikt nie uprzedził. Gospodarz potrzebował medialnego wzmocnienia wizerunku naukowego. Gościem musiał być niemedialny naukowiec, ale z zauważalnym dorobkiem naukowym. Chodziło głównie o to, żeby wybić argumenty hejterom internetowym. Z początku fizyk nie zgadzał się na udział w programie. Przekonała go premia równoważna półrocznej pensji. Wollenberg na ekranie perorował o niezwykłych zagadnieniach, których realność udowadnia mechanika kwantowa. Zasypywał widzów błyskotliwymi porównaniami i zestawieniami.
Używał specjalistycznej terminologii, do wyjaśnianej napisami na ekranie. Czasami zadawał proste pytanie Woodsowi, który odpowiadał zdaniem bądź dwoma. Ten był jednak wyraźnie tłem występu. Program zbliżał się do końca. Wollenberg zwrócił się do fizyka: „Na zakończenie chciałbym poprosić naszego gościa o fachową opinię. Ostatnio w literaturze naukowej w czasopiśmie Theory of World pojawił się artykuł szczegółowo omawiający koncepcję, która wzbudza coraz większe zainteresowanie. Bilokacja translokacyjno-repulsywna. Jak pan uważa, czy jest to pierwszy krok ku skonstruowaniu taniej i niezawodnej sieci telekomunikacyjnej? Czy można uznać, że jest to również pierwszy krok do zrealizowania tego, co w potocznym języku nazywamy teleportacją?” Zapanowała pełna napięcia cisza. Woods był wyraźnie zmieszany.
„To czasopismo... Nie miałem styczności.” Szukał słów. „Bilokacja translokacyjno...” Wyraźnie był zakłopotany. „Takie zagadnienia wymagają złożonej analizy formalnej. Brakuje bezpośrednio dowodów.” Wollenberg wymownie uśmiechał się do widowni. Dał jeszcze chwilę rozmówcy, po czym dobitnie oświadczył: „W artykule naukowym mojego kolegi Nikolaja Latwienienko można znaleźć podsumowanie wieloletnich badań, w których miałem także swój skromny udział. Mechanika kwantowa zdecydowanie udowadnia teoretyczną stronę bilokacji translokacyjno-repulsywnej.” Jakiś asystent podsunął gospodarzowi czasopismo, a ten wręczył je Woodsowi ze słowami: „Proszę, oto wspomniany numer Theory of World. Jak widać, nawet doktor fizyki może w naszym programie poszerzyć swoje horyzonty.” Zawstydzony, czerwony na twarzy Woods odruchowo chwycił wręczone czasopismo. Widać było, że próbuje coś wyjaśnić, ale napisy końcowe już przesuwały się na ekranie. Follenberg przed ekranem dopił whisky.
Energicznie odstawił pustą szklankę na blat, wskazał ekran i wybełkotał: „To było genialne.” Zatopił się w miłych wspomnieniach. Sprzęt automatycznie uruchomił kolejny, ostatni plik wideo datowany miesiąc później. Dźwięki czołówki wyrwały Follenberga ze wspomnień. Przesunął ręce po blacie, szukając pilota. „Nie, to nie.” Zrzucił z biurka wszystko, co było w zasięgu. Pilot, flaszka i rewolwer poleciały w różne strony. Sam po chwili też zleciał na podłogę. Nagranie odtwarzało się bez przeszkód. W studiu był prezenter i dwójka gości. Gospodarz uroczyście oznajmiał: „Na dzisiejszej konferencji prasowej w CERN ogłoszono przełom w zakresie naszej wiedzy o budowie materii.
Odkrycie potwierdziły też inne laboratoria dysponujące akcelerometrami cząstek. Naukowcy wciąż analizują szczegóły, jednak wszystkie autorytety są zgodne co do jednego: teoria mechaniki kwantowej odchodzi do lamusa.” „Spokojnie, spokojnie. Media jak zwykle wyolbrzymiają sytuację” odparł jeden z gości. Napisy na ekranie przedstawiły go właśnie jako jednego z owych autorytetów naukowych. „Niech pan nie pali od razu podręczników do fizyki” dodał z uśmiechem drugi gość. Zgodnie z napisami wicedyrektor laboratorium w CERN. „Oczywiście niebawem dojdzie do korekty programów nauczania” kontynuował. „Trzeba będzie zrewidować dotychczasowe teksty, jednak mechanika kwantowa, podobnie jak dynamika newtonowska, zachowa walor edukacyjny. Należy pamiętać...” „Dosyć” zajęczał głos z podłogi. Znalazł w końcu pilota i wyłączył ekran.
W głowie Follenberga, jak w kalejdoskopie, przewijały się obrazy jego klęski. Po obaleniu teorii mechaniki kwantowej próbował poznać nowe odkrycie. Wykupił wszystkie dostępne czasopisma branżowe. Ślęczał nad artykułami opisującymi główne elementy najnowszych rewelacji naukowych. Pamiętał frustrację, gdy okazało się, że są tam przede wszystkim wzory, których nie był w stanie zrozumieć. Przecież nie był ani matematykiem, ani fizykiem. Zakładał anonimowe profile na forach internetowych. Domagał się od użytkowników przystępnego wyjaśnienia. Frustracja powiększała się. Nie rozumiał tych przystępnych wyjaśnień.
Wyrzywał się, trollując i ośmieszając popularyzatorów nowego odkrycia. Dyrekcja stacji NDV zawiesiła produkcję jego programu. Wydawcy rezygnowali z kolejnych wydań jego książek. Debet na koncie rósł. Morze wypitej whisky. W mediach był skończony. Kpili i nazywali go „Pan Mechanika Kwantowa Udowadnia”. Zwymiotował. To go ocuciło. Nie po to się tu włamał.
Odnalazł na podłodze rewolwer. Był profesor. Przyłożył lufę do skroni i nie ma profesora. Zamknął oczy i pociągnął za spust. Iglica stuknęła. Nic. Nacisnął jeszcze trzy razy. Nic. Drżącą ręką opuścił lufę. Adrenalina praktycznie otrzeźwiła go.
Jeszcze bardziej znajomy głos. „Tak łatwo się pan nie wywinie, profesorze.” Ostatnie słowo wypowiedziane było szyderczym tonem. „Ty...” Follenberg dostrzegł sylwetkę i wyciągnął ku niej rewolwer. Ja — odparł spokojnie Clark Woods. Również wyciągnął rękę. W dłoni trzymał naboje. Nie masz prawa tu być — trzeźwo stwierdził Wollenberg. Od miesiąca ty również. Po co tu przelazłeś? Wiesz, że po tym, jak mnie skompromitowałeś, cofnęli mi finansowanie?
I dobrze. Przecież to lipa. Co jest lipą? Moje badania, teoria kwantowa? — odparł spokojnie Woods. Wszystko. Najgorsi są tacy jak ty. Wyszczekani pseudonaukowcy — zirytował się Woods. Przeczytałeś jakieś opracowanie o mechanice kwantowej i uznałeś, że wiesz wszystko, a nie wiesz nic. Napisałeś tyle książek o czymś, o czym masz zaledwie blade pojęcie.
Uzurpujesz sobie jednak prawo do oceniania innych, prawdziwych naukowców. Zapadła cisza. Przeczytałem czasopismo, które mi wtedy dałeś. To nie jest magazyn naukowy. Nie ma go na żadnej liście z mojej dziedziny. Podniósł głos. To jakiś bełkot. Inny nieuk twojego pokroju miesza naukowe znaczenie kilku pojęć z pojęciami, którym nadaje znaczenie potoczne lub popkulturowe. Okrasza to wszystko jedną czy dwiema prostszymi definicjami naukowymi, bo tylko te zrozumiał. Na koniec ogłasza rewelację, w której niby coś udowodnił, nie rozumiejąc nawet, czym jest dowód.
Rozumiem teorię meche-- zaczął Follenberg. Wcale nie — Woods nie dał mu dokończyć. Nie rozumiesz nawet, że to tylko teoria, jak jedna z wielu. Teoria nie może niczego udowadniać. Nakręcał się. Co najwyżej może pewne rzeczy wyjaśnić lepiej lub gorzej. Nawet nie rozumiesz tego, że gdy naukowo odrzucamy jakąś teorię, to nie musi od razu oznaczać, że jest błędna. Fizyk odetchnął kilka razy głęboko. Starał się uspokoić. Teraz siedzisz we własnym szambie, zupełnie nie wiedząc, skąd się wzięło — podsumował dobitnie.
A ja dopilnuję, żebyś trochę w nim popływał, zanim utoniesz. Na przestrogę innym, tobie podobnym. Wollenberg patrzył tępo na Woodsa. Wiesz, w sumie tamto — fizyk wskazał na ekran — wyszło mi na dobre. Straciłem finansowanie, ale kontynuowałem projekt. Musiałem przenieść się z nim do garażu. Okazało się, że byłem bliski przełomu w badaniach. Teraz jestem jedynym właścicielem wyników. Nie muszę się dzielić z tymi bufonami, którzy cofnęli mi finansowanie. Follenberg nie miał nic do powiedzenia.
Zauważył nietypowy kombinezon przybysza i skoncentrował się na nim. Woods klepnął się w mostek i powiedział: czas na mnie. Zgadnij, nad czym pracowałem. Coś cicho zaskwierczało. Follenberg patrzył oniemiały, jak przed fizykiem pojawiła się dziwna, ciemna kula wielkości piłki tenisowej. Swoją drogą nazwa bilokator translokacyjno-repulsywny nie ma sensu. Bilokacja, translokacja brzmi jak masło maślane. Roboczo nazwijmy mój prototyp tak, żebyś zrozumiał: teleporter. Kula powiększyła się do rozmiarów piłki nożnej. Woods włożył do niej rękę.
Jeśli chcesz wybrać taką ucieczkę — wzrokiem wskazał rewolwer — musisz się bardziej postarać. Będę cię obserwował. Z moim sprzętem łatwo ustawić mikrokamery tam, gdzie zwykle bywasz. Wyglądało, jakby Woods chwycił coś wewnątrz czarnej kuli. Wiesz, jest pewien komizm w tej sytuacji. Zostałeś zrzucony z piedestału przede wszystkim z powodu najnowszych odkryć w CERN-ie. Ale ten teleporter opracowałem w oparciu o starą dobrą teorię mechaniki kwantowej — powiedział i zniknął. Marek Myszograj "Nowy początek". Drzewa, deszcz, świeże powietrze, bicie serca, spokój w głowie. Tak powinno być zawsze.
Górski szlak i nic więcej. Żadnych „może by tak to lub tamto”. Bo człowiek zaczyna kombinować, szukać drogi na skróty, stawiać mostki, budować drogi, domy, osiedla, ogrodzenia, zagrody. Później wynajduje broń, linię produkcyjną, coś tam jeszcze, jeszcze i schodzi się z obranej ścieżki. Prosta droga ginie. Właśnie przestało padać. Słońce wyszło zza chmur, a powietrze pachniało przyjemnie mokrą ziemią, jakby nadzieją lepszego jutra. Schodziłem w dół zbocza. Do najbliższego schroniska miałem jakieś trzy godziny drogi. To drzewo zobaczyłem już z daleka i od razu wiedziałem, że tam pod nim będę musiał usiąść.
Dojście do celu zajęło mi kolejne pół godziny. Kiedy byłem już na miejscu, dopiero po chwili dotarło do mnie, że to wysoka, okazała jabłoń z licznymi owocami wiszącymi na gałęziach, jak i leżącymi wokół na ziemi. Ściągnąłem plecak z ramion, oparłem go o pień drzewa i usiadłem pod nim. W zasięgu ręki leżało kilka owoców. Wybrałem najładniejsze jabłko, wziąłem je w dłoń i ugryzłem. Po pierwszym kęsie poczułem przyjemne ukojenie. Zmysł smaku zgrał się idealnie z moimi oczekiwaniami. Jabłko było twarde, chrupiące, soczyste, a przede wszystkim cudownie słodkie. Siedziałem tak przez dłuższą chwilę i rozglądałem się wokoło. Było tak pięknie, nieopisanie pięknie.
Czułem, że w tym właśnie miejscu mógłbym zacząć żyć na nowo. Moje oczy powoli zaczęły się przymykać. Walczyłem z sennością, ale ciało zmęczone wielogodzinnym marszem postanowiło odpocząć. Odpływałem. Powieki opadły i pożegnałem się z rzeczywistością. A potem pojawił się sen. Dziwny sen. Jakiś kataklizm w wielkim mieście, trzęsienie ziemi, wielkie fale wdzierające się w głąb lądu. Widziałem ludzi uciekających przed strugami gorącej lawy. Patrzyłem na walące się wieżowce oraz roztrzaskane samochody.
Śniłem o ludziach biegających z bronią i strzelających do innych ludzi. Słyszałem płacz dzieci, strzały, wybuchy oraz lament kobiet. Śniłem o ogromnej globalnej epidemii cholery, co unicestwia całe metropolie. I nagle ujrzałem wielki jasny błysk, a po nim unoszący się w górę wielki grzyb o ognistej podstawie. Potem zobaczyłem drugi, niemal identyczny. I trzeci, i dziesiąty. Byłem przerażony. Nie miałem dokąd uciec. Mimo to biegłem szybko przed siebie. Szybciej.
Nogi mi się plątały. Upadłem. Widziałem ścianę zbliżającego się ognia. Chciałem się podnieść. Pełzłem po ziemi, ale ogień dopadł mnie z wielkim impetem i hukiem. Ból był tak ogromny, że od krzyku zabrakło mi tchu. Obudziłem się. „Nie ma co. Okropne sny nawiedzają czasami człowieka” – pomyślałem, wstając. Schyliłem się po plecak i aż syknąłem z bólu.
Promieniował z lewego boku na całe ciało. Przykucnąłem, dłońmi objąłem obolały bok. „Cholera, nie dam rady iść” – pomyślałem. Ponownie usiadłem pod drzewem. Rozpiąłem kurtkę, a potem zadarłem w górę bluzę i podkoszulek. Ból był przeszywający. Dotykałem delikatnie lewego boku. „Co jest?” – szepnąłem i mocniej nacisnąłem obolałe miejsce. Poczułem ostre kłucie. Miałem wrażenie, że…
„Ale to przecież niemożliwe” – pomyślałem. Aż się wzdrygnąłem, gdy usłyszałem kobiecy głos. Spojrzałem za siebie i zobaczyłem ją, jak wyłania się zza drzewa. Była kompletnie naga. Naga! Zbliżyła się powoli i nie spuszczając ze mnie wzroku wyciągnęła dłoń z jabłkiem. „Cześć, jestem Ewa, a ty?” „Ee” – odparłem. „Chcesz może jabłko?” – zapytała. Kamila Ciąg-Oborkowska „Niepasująca”. Rozejrzała się dookoła.
Wszyscy oni są tacy sami. Okropni. Chociaż tamten człowiek zdaje się być względnie wyglądającym klientem. Nigdy nie nazywała ich ofiarami, ponieważ wtedy musiałaby przyznać, że to, co robi, jest złe. Gdyby tak zrobiła, nie mogłaby patrzeć ukochanej matce w oczy. A poza tym, jeśli ktokolwiek dowiedziałby się, w jaki sposób zarabia, niechybnie zostałaby skazana na śmierć. Z drugiej strony schlebiały jej wyolbrzymione plotki dotyczące niewidzialnej ręki. Pracę ułatwiał jej fakt, że każdy oczekiwał, iż okrytym złą sławą złodziejem jest mężczyzna. Nikt nie boi się przecież pięknej, dobrze ubranej niewiasty o delikatnej urodzie i dźwięcznym głosie. Zdarzało się czasami, że sama szeptała innym nieprawdziwe fakty dotyczące strasznego kieszonkowca.
Śmieszyło ją, gdy spacerując po targu słyszała historie, które sama wymyśliła. To jeszcze bardziej ułatwiało pracę, ponieważ ludzie wiedząc, że powinni uważać, zaczynali zachowywać się nerwowo, a takie postępowanie bardzo łatwo pozwalało namierzyć, gdzie trzymają dolary. Spojrzała na człowieka, którego sobie upatrzyła. Uśmiechnęła się zalotnie, delikatnie wyjmując sakiewkę z jego kieszeni. Nawet się nie zorientował. Najczęściej polowała w tłumie. Wolała zmniejszyć ryzyko bycia zapamiętaną przez kogokolwiek. Wyostrzone zmysły ułatwiały pracę, a zwinne dłonie sprawnie ukrywały łup. Uwielbiała to szybsze bicie serca podczas rabunku. Ekscytacja połączona była z lekkim lękiem, że mogą ją złapać.
Już dawno pozbyła się wyrzutów sumienia. Zbyt długo ludzie traktowali takich jak ona z pogardą, żeby teraz miała się nad nimi litować. Wykorzystała fakt, że uczy się szybko i stała się postrachem w całej krainie. Miała jednak swoje zasady. Najważniejsza z nich głosiła, że okrada tylko przedstawicieli człowieczego gatunku. W pokoju, a raczej w nieprzyjemnej, ponurej klitce z niewygodnym łóżkiem, którą wynajęła od starego satyra uwielbiającego popijać wino i opowiadać historie ze swojej młodości, zdjęła z głowy grubą chustę. Zima nie grzeszyła mrozem w tym roku, jednak okrycie pozwalało Minoe pozostać anonimową pośród ciżby. Spojrzała w lustro i poprawiła włosy. Zajęło jej to dłuższą chwilę, ponieważ musiała ukryć spiczaste uszy. Robiła tak, odkąd tylko pamiętała.
Zawsze wstydziła się tej części swej aparycji. Poza tym to piętnowało i nie można było temu w żaden sposób zaprzeczyć. Przeliczyła łup. Z uśmiechem stwierdziła, że w ciągu dwóch dni ukradła więcej, niż zaplanowała. Schowała zdobycz i poczuła, że ma nieprzepartą ochotę na konną przejażdżkę. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Zupełnie niespodziewanie zakręciło się jej w głowie. Ciało ogarnęła absolutna niemożność, a w umyśle pojawiło się porażające, przygnębiające uczucie końca. Przed oczami ujrzała rodzicielkę. Wizja zniknęła po chwili, jednak Minoe nie mogła się uspokoić.
Była przerażona. „Nie” – wyszeptała. – „Mamo, nie rób mi tego”. W pośpiechu zaczęła pakować swoje rzeczy, które zawinęła w niewielki tobołek. Do pasa przypięła mały nóż, który nosiła do obrony. Na plecach zawiesiła kołczan, a łuk chwyciła w lewą rękę. Kobieta samotnie podróżująca po świecie musi umieć zachować się w sytuacji zagrażającej życiu. „Szanowny panie, muszę wyjechać wcześniej. Nie musisz oddawać mi reszty. Wypij w mojej intencji dobre wino” – zwróciła się do gospodarza, którego ucieszyła wizja 30 denarów pozostających w jego kieszeni.
„Nie zostanie panienka nawet na noc? Nie lepiej ruszyć o świcie? Dookoła jest orkowy las”. „Niestety, panie Wilincie, moja matka umiera. Nie mam chwili do stracenia. Napiłabym się z tobą, ale sam rozumiesz”. „Tak, tak”. Gdy dosiadła konia, pocałowała prosto w stronę lasu. Modliła się o czas. Czuła, że nie ma go już zbyt dużo.
Knieja była gęsta i ciemna, jednak Minoe widziała w nocy równie dobrze jak w dzień. Po kilku godzinach podróży jej uszu dobiegł kobiecy krzyk. Instynktownie zatrzymała konia i zsiadła z niego pospiesznie. Uwiązała zwierzę do drzewa, a następnie skierowała kroki w stronę niepokojących odgłosów. Poruszała się lekko i zwinnie. Gdy doszła do wniosku, że jest już blisko źródła hałasu, wspięła się na drzewo, aby łatwiej zorientować się w sytuacji. Przez las biegła drobna istota, którą goniło trzech mężczyzn. „Ludzie” – westchnęła Minoe. Cała czwórka wbiegła na polanę. Ofiara próbowała ukryć się za samotną skałą wystającą z ziemi pośrodku wolnej przestrzeni.
To nie był jednak dobry pomysł. Minoe zeskoczyła z drzewa, chwyciła łuk przewieszony przez ramię, umieściła w nim strzałę, wycelowała w pierwszego napastnika i pozwoliła, aby broń stała się narzędziem przeznaczenia. Chwyciła drugi grot. Wypuściła śmiertelne strzały jedna po drugiej i nie czekając, aż agresorzy upadną, wyszła z cienia. Zbliżając się do wielkiego kamienia, dostrzegła wystraszoną, płaczącą kobietę tulącą się do skały. Kiedy Minoe podeszła bliżej, nieznajoma spojrzała na swoją wybawicielkę z lękiem. „Nie rób mi krzywdy” – szepnęła. „Nie zamierzam. Nie musisz się niczego obawiać, a już na pewno nie tych”. „Dziękuję.
Czy oni na pewno nie żyją?” – zapytała kobieta drżącym głosem. „Nigdy nie chybiłam” – odpowiedziała Minoe, pomagając kobiecie podnieść się z ziemi. „Gdzie się tego nauczyłaś?” „Ojciec mnie wprawiał”. „Twój ojciec musi być nadzwyczajny”. „Był. Zabiły go orki za pomoc ludziom podczas wojny Arkańskiej”. „Twój ojciec. On był elfem?” – zdziwiła się kobieta. „Nieważne. Uważaj na siebie.
W tym lesie roi się od orków i ludzi” – powiedziała Minoe, a następnie odwróciła się do kobiety plecami. Była gotowa kontynuować swą podróż. „Zaczekaj! Mogę iść z tobą? Nie sprawię kłopotu. Widziałam, naprawdę. Pracowałam jako pomywaczka, ale mnie bili i uciekłam”. Dziewczyna wyglądała, jakby miała się rozpłakać. „Mogę cię podrzucić do Taurunu”. „Dziękuję ci, dziękuję.
Jestem Lawia, a ty?” „Minoe. Chodź już, mam mało czasu”. Jakiś wewnętrzny głos nie pozwalał jej zostawić w tym lesie samotnej, bezbronnej istoty, nawet jeśli była nią przedstawicielka znienawidzonej rasy. Dziewczyna biegła za nią zasapana, potykając się co chwilę o korzenie. Jechały całą noc. Rankiem wierzchowiec zatrzymał się przed małą chatką. Zsiadły z konia. Przedstawicielka ludzkiego rodu, nieprzyzwyczajona do dalekich podróży, zatoczyła się i niewiele brakowało, a by upadła. Zdołała jednak oprzeć się o drzewo. Minoe stanęła natomiast pewnie na ziemi, zsunęła chustę z głowy, rozpuściła proste, ciemne włosy na ramiona i przygładziła suknię.
Kiedy ruszyła przed siebie, drzwi chaty otworzyły się i ze środka wyszła zdziwiona zielarka. „Jak? Czuję takie rzeczy. Maura wiedziała. Czeka na ciebie. Wiem. Zaopiekuj się, proszę, moją towarzyszką. Sporo przeszła. Znachorka kiwnęła tylko głową. Minoe weszła do ciasnej izby.
Na wielkim łóżku leżała mizerna, stara kobieta. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Zapach śmierci. Znała go doskonale. Widok schorowanej matki sprawił, że do jej oczu napłynęły łzy. Nie płacz, kochanie. Nie czas na to. Mamuniu. Córka wtuliła się w ramiona matki, a ta ostatkiem sił starała się przytulić swoją pociechę. Jak ty pięknie wyglądasz z rozpuszczonymi włosami.
Wiem, mamo. Jestem wtedy podobna do ojca. Taa. A teraz posłuchaj mnie uważnie. Nie mam już zbyt dużo czasu. Tu nie masz nikogo. Pojedziesz na północ do Arkanu. Nigdzie nie pojadę, mamo. Nie bez ciebie. W tej chwili do izby weszła zielarka, a za nią Lawia.
Obie stanęły w rogach łóżka. Próbowałam wszystkiego. Nic nie pomaga. Próbowałaś ludzkich sposobów. Teraz pora na mnie. Musisz się przygotować. Jedyne, co muszę — młoda elfka przerwała zielarce, podnosząc głos — to uratować moją matkę. Jak chcesz tego dokonać? Milcząca dotąd towarzyszka podróży odważyła się odezwać. W lesie w Jaskini Złamanej Góry jest nimfistaw.
Woda z niego da nam trochę czasu. Przygotujesz moją matkę do podróży, Patrino. Ale ona może nie przeżyć. Wzburzona Minoe uklękła przy łóżku, ujęła i ucałowała dłonie matki. Mamo, pojadę po nimfią wodę, a później pojedziemy za Przesmyk Dwóch Mórz do Ariadni. Obiecała ci kiedyś pomoc. Pamiętasz? Umierająca kobieta kiwnęła tylko głową, a potem zapadła w sen. Jej płytki oddech nie napawał optymizmem. Znachorka chwyciła delikatnie córkę swojej pacjentki za łokieć, dając w ten sposób znak, że powinna wstać, a potem spojrzała na nią uważnie, upewniając się, że nie żartuje.
Chcesz ją zabić? A co, mam nic nie robić? To jeszcze nie jej czas. To już nie twoja decyzja. Nie mów mi, że powinnam siedzieć w kącie, pozwalając jej umrzeć. Obie kobiety mierzyły się wzrokiem przez dłuższą chwilę. Żadna nie chciała ustąpić. W końcu starsza z nich odsunęła się pod ścianę, westchnęła głośno i zbliżyła się do swojej pacjentki. Śpiesz się, masz mało czasu. Minoe chwyciła tylko kilka niezbędnych rzeczy, a następnie pośpiesznie wybiegła z chaty.
Wsiadła na konia i pocwałowała w stronę lasu. Pośród drzew musiała niestety zwolnić, ponieważ koń nie czuł się pewnie, stąpając pośród korzeni. W czasach dzieciństwa las wydawał się Minoe znacznie gęstszy. Spędzała mnóstwo czasu w konarach drzew, obserwując życie jego mieszkańców. Stada leśnych trolli fascynowały ją i przerażały jednocześnie. Wyjekawszy z lasu za niewielką polanę, zsiadła z wierzchowca, a następnie uwiązała go do grubej gałęzi. Mógł nareszcie odpocząć. Trawa wokół była soczysta i zielona. Ona musiała iść dalej sama. Rozejrzała się i ruszyła przed siebie.
Wiedziała, że musi uważać. Tutejsze trolle nie lubiły, gdy ktoś im przeszkadzał, a nimfy zamieszkujące jaskinie w Złamanej Górze chciały czuć się bezpiecznie. Dookoła czaiły się więc śmiertelne pułapki pozostawione na nieproszonych gości. Minoe szła prawie bezszelestnie. Słońce opadało coraz niżej. Zbliżający się zmierzch bardzo ją cieszył. Bez większego trudu udawało się jej omijać wnyki, pętle czy przykryte kamieniami doły. Nad niektórych czaiły się ostre paliki i pokruszone drobno muszle. Gdy już prawie dotarła do celu, zdjęła z pleców worek i wyjęła z niego szklaną buteleczkę. Chwila nieuwagi sprawiła, że magiczny bluszcz niepostrzeżenie oplótł kostkę Minoe.
Nim się spostrzegła, roślina szarpnęła i przewróciła ją. Uderzenie o ziemię było bolesne i sprawiło, że przed oczyma elfki zatańczyły mroczki. Upuściła szklane naczynie na wodę i próbowała złapać się czegoś. Jej ręce szukały jakiegoś korzenia, gałęzi. Na próżno. Pnącze ciągnęło ją, choć wierzgała uwięzioną nogą. Po chwili poczuła, że jej ciało zaczyna się unosić. Mając ograniczone ruchy, z trudem wyjęła zza paska nożyk. Wisząc głową w dół, sięgnęła dłonią do kostki i przecięła ostrzem pęta, kalecząc przy tym palce. Upadła na bark.
Podnosząc się, dziękowała bogom za mech. Chwyciła worek i łuk rozrzucone na ziemi. Palce piekły, a ona nigdzie nie widziała buteleczki. Musiała poturlać się gdzieś w krzaki, a czasu było coraz mniej. Minoe zebrała pozostałe rzeczy i złorzecząc pod nosem na przebiegłe trolle, skierowała się ku grocie. Wszystko ją bolało. Gdy dotarła do groty, rozejrzała się uważnie. Nie dostrzegła nic, co mogłoby wydawać się podejrzane. Ominęła więc kilka prostych pułapek i z bijącym sercem weszła w mrok. Przez całą drogę zastanawiała się, w jaki sposób ma przywieźć matce wodę z sadzawki.
Zgubiła przecież buteleczkę. Kiedy dotarła na miejsce, zdjęła chustę, którą zasłaniała uszy i zbliżywszy się do sadzawki złożyła ją dwa razy. Jeszcze raz rozejrzała się ostrożnie, aby nabrać pewności, że nic jej nie grozi i czując się bezpiecznie zanurzyła materiał w wodzie. Poczuła delikatne mrowienie, znak, że świeże rany na jej dłoni zaczynają się goić. Tak, to było doskonałe rozwiązanie. Weszła do wody. Bolące mięśnie przestały doskwierać, a zmęczenie zniknęło jak ręką odjął. W pośpiechu, żeby nie zbudzić nimf, wyszła z jaskini. Ponownie omijając wszelkie pułapki, trzymając w rękach mokry materiał, biegła w stronę czekającego rumaka. Wskoczyła na grzbiet wierzchowca i pognała w stronę domu.
Serce biło jak oszalałe, a szybki oddech nie pomagał w trzeźwym planowaniu następnych działań. Modliła się, by podczas drogi powrotnej udało się uratować choć trochę wody. Jeśli nie, wolała o tym nie myśleć. W oknach domu paliły się światła. Gdy Minoe zsiadała z konia, dzierżąc w rękach wciąż mokrą chustę, drzwi wejściowe otworzyły się. „I jak?” — zapytała tylko, zbliżając się do Patriny. „Śpi, a ty? Udało ci się?” „Mam nadzieję” — szepnęła Minoe. Weszła do chaty i wycisnęła wilgotną chustkę do cebrzyka. „Wyglądasz okropnie” — stwierdziła Patrina.
„Las mnie trochę sponiewierał. Prawie jak w dzieciństwie.” „Przed wyjazdem musisz się przebrać. Nie pojedziesz do Miasta Królów w porwanym ubraniu.” „Pierwszy raz w życiu przyznam ci rację, zielarko. A ty przelej tę wodę do mniejszego naczynia i daj jej. Niech mama ją wypije.” Kiedy Minoe, przebrana w nowy, pachnący świeżością strój, wyszła z domu, było już jasno. Bryczka zaprzężona w konia była gotowa do drogi. Matka leżała w tylnej części pojazdu, doglądana przez Lawię. Elfka podeszła bliżej. „Damy radę mamusiu” — stwierdziła pewnym głosem i ucałowała rodzicielkę w czoło. „Posłuchaj dziecko” — powiedziała zielarka.
„Jedźcie przez Tamoron. Będzie szybciej i bezpieczniej. Zaoszczędzisz dzień drogi. Strażnik mieszkający na rogatkach miasta to mój siostrzeniec. Przepuści was.” „Dzięki temu jutro z rana byłybyśmy na Przesmyku” — szepnęła Minoe. „A to,” zielarka wskazała na mały kryształ wiszący na rzemyku, który trzymała w dłoni. „To jest Amulet Wyklętych. Przyda ci się. Uratuj ją.” Minoe chyba pierwszy raz widziała tyle żalu w zachowaniu człowieka. Zielarka dotknęła mokrego policzka, a następnie przetarła łzami talizman i zawiesiła go na końskiej szyi.
„Pozwoli wam jechać szybciej. Rozwieje chmury i rozgoni tłumy” — powiedziała. Młoda elfka kiwnęła tylko głową, wsiadając do bryczki. Musiała kilka razy zamrugać powiekami. Ruszyły. Droga mijała im w milczeniu. Dzięki amuletowi elfka miała wrażenie, że unoszą się lekko nad ziemią i pędzą szybciej niż normalnie. Nie czuła nierówności wyboistej drogi. Światło słońca wspiętego się po nieboskłonie budziło świat do życia. Wiatr rozwiewał rozpuszczone włosy Minoe.
Jednak ona nie potrafiła cieszyć się pięknem świata. Coś innego zaprzątało jej myśli. Zgodnie z przewidywaniami lekarki bez większych problemów dotarły do miasta. Zjadły pośpieszny posiłek, ale nie miały czasu na dłuższy odpoczynek. Za miastem skręciły na ziemie Umittów, małych, złośliwych, choć przyjaznych stworzeń lubujących się w złocie i magii. Minoe żywiła nadzieję, że nie spotkają żadnego z nich. Nie miała ochoty na długie targi. Zazwyczaj lubiła tę zabawną grę, ale dzisiaj nie było na nią czasu. Niestety, jakiś czas po zapadnięciu zmroku, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, na ich drodze stanął mały włochaty stworek. Jasno świecący księżyc nadawał tej scenie niesamowitości i dramatyzmu.
Złorzecząc pod nosem, Minoe zatrzymała konia. „Co się stało?” — usłyszała z tyłu. „Umici. Se jechać chcesz, zapłacić musisz” — wysepleniło stworzenie. „Chcesz złoto? Mam złoto i biżuterię.” „Magię czuję. Chcę magię.” Nagle na drodze zaczęło pojawiać się więcej podobnych istot. Zupełnie jakby wyczuły magię unoszącą się dookoła. Widocznie była dla Umittów jak woń pieczonego mięsa. Minoe zsiadła powoli z kozła i trzymając ręce w górze, powoli zbliżała się do amuletu.
Musi go oddać. Nie da rady zabić ich wszystkich. Zresztą las to ich terytorium. Złapaliby ją szybko, a ponieważ są wyjątkowo mściwym gatunkiem. Zdjęła talizman z końskiej szyi i podała go najbliżej stojącemu Umicie. Wyrwał jej zdobycz z ręki. Wydobył z siebie przerażający dźwięk, a następnie, niczym za sprawą silnego zaklęcia, droga zrobiła się pusta. Młoda elfka westchnęła z ulgą. Szybko poszło, pomyślała i podeszła do kobiet siedzących z tyłu wozu. „Wszystko dobrze?” — zapytała młodsza z nich.
„Tak. Oddałam amulet. Teraz będzie nami trochę trzęsło. Do Przesmyku zostało nam tylko parę godzin. Damy radę. Twoja matka śpi.” Powiedziała cicho Lavia, dotykając czoła chorej i poprawiając jej poduszkę. „Dbasz o nią” zdziwiła się Minoe. „Kochasz ją, więc to mój obowiązek. Jedźmy” – rzekła elfka, czując w gardle ucisk. – Mamy mało czasu.
Kiedy dojechały do Przezmyku, świtało. Bez problemu wjechały do Miasta Królów. Koń z trudem już ciągnął bryczkę. Potrzebował odpoczynku. Zajechały pod chatę, pod którą czekali: wyprostowana jak monarchini Ariadne i czterech elfich pomocników. Minoe miała świadomość, że elfia czarownica wiedziała bardzo dużo na temat tego, co dzieje się dookoła. Przyjaciółka matki zrobiła lekki ruch ręką, który nakazał asystentom wnieść chorą do domu. „Kim jest ten człowiek?” „Kobieta” – poprawiła ją Minoe. – Uratowałam ją. Opiekowała się moją matką podczas podróży.
Jest dłużnikiem. „To dobrze. Przyda się. Wejdźcie”. „Skąd wiedziałaś?” – zapytała cicha dotąd kobieta. „Ja wiem wszystko”. W małym pomieszczeniu, gdzie na szerokim palenisku płonął jasny ogień i unosiły się zapachy ziół, na stole leżała blada Maura. Wszystkie osoby obecne w izbie zdawały sobie sprawę, że śmierć stoi za drzwiami i jeśli się nie pospieszą, wejdzie bez wahania i zabierze to życie, które uzna za swoje. Elfia wiedźma krzątała się, przygotowując niezbędne składniki. Dawno temu matka Minoe pomogła jej.
Ariadne była wówczas na początku swej magicznej drogi. Wieść o ciąży, w którą zaszła, nie pomogłaby jej, a narzeczony Eleonar był daleko. Walczył na wojnie z orkami. Wtedy Maura, ludzka kobieta, pomogła jej przy porodzie, a potem wychowywała jej syna razem ze swoją córką. Tymczasem Ariadne stawała się coraz bieglejsza w magii. Kiedy wojna z orkami została wygrana, Eleonar wrócił i mogli stać się prawdziwą rodziną. Elfia wiedźma była więc dłużnikiem i teraz miała okazję odwdzięczyć się. Podeszła do kobiety, która tak jak i ona miała przed sobą dług do spłacenia. „Podaj dłoń, człowieku”. Zdziwiona Livia wyciągnęła przed siebie rękę.
Poczuła delikatny dotyk czarownicy, a następnie okropny ból. Wyrwała dłoń z uścisku i krzyknęła przeraźliwie, nie rozumiejąc, co się stało. Krew kapała z rany ognistą czerwienią. Livia rozejrzała się za czymś, czym mogłaby zatamować krwawienie. „Zostaw” – usłyszała. – Jesteś dłużniczką. Twoja krew będzie potrzebna chorej. Przyłóż swoją ranę do jej rany. Gdy mówiła to, nóż trzymany w dłoni dokonał tej samej czynności u leżącej na stole. Chora jęknęła tylko przez sen.
Lavia bez pytań zrobiła to, czego od niej oczekiwano. „Twa siła będzie utrzymywać ją przy życiu. Niestety będziesz musiała być zawsze obok. Jeśli odejdziesz kiedykolwiek, zginiecie obie. Nie odrywaj ręki. Teraz ty” – zwróciła się do Minoe, która stała z boku z szeroko otwartymi oczyma. Bała się poruszyć. „Ja?” „Musisz poświęcić coś swojego”. „Ale co?” „Coś ważnego dla ciebie”. Młodej elfce zrobiło się gorąco.
Serce zaczęło walić jak oszalałe. Co może poświęcić? Podeszła do stołu i chwyciła nóż. Nie zastanawiając się ani chwili, jednym ruchem ścięła swoje długie włosy, które upadły na podłogę. „Wrzuć je do ognia”. Minoe posłusznie zebrała włosy z ziemi i rzuciła je na palenisko. Płomienie zaskwierczały, a po chwili dym podrażnił oczy i nozdrza wszystkich zgromadzonych. Ariadne zabrała łyżką na długiej rączce nieco popiołu, a następnie dosypała go do przygotowanego wywaru. Przelała przez sitko powstały napar i podała matce Minoe do wypicia. Szeptała przy tym słowa zaklęcia.
Gdy skończyła, Livia zemdlała. Czarownica wyprostowała się. „Zostaniecie, póki nie wydobrzeje” – powiedziała. – Potem one wrócą do krainy ludzi. Ariadne westchnęła i spojrzała badawczo na młodą elfkę. „Wrócą? A co ze mną?” – zapytała Minoe. „Zostaniesz tu. Spełnisz w końcu swoje przeznaczenie. Nie możesz bez celu biegać po świecie, okradając ludzi”.
Minoe spojrzała przerażona na elfią wiedźmę. „Przecież wiem wszystko” – powiedziała niewinnym głosem Ariadne. – Zostaniesz tu i zajmiesz moje miejsce. One sobie świetnie poradzą. Jeśli poświęciłaś włosy, to twoje człowieczeństwo nie jest tak silne, jak myślałaś. Jesteś jedną z nas. Jesteś z królewskiego rodu. Nie zmarnujesz tego. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej dla ciebie. Po tych słowach wyszła.
Pomocnicy zabrali obie nieprzytomne kobiety. Została sama. Rozejrzała się po pomieszczeniu. „Jestem elfem. Jestem czarownicą” – wyszeptała, nim osunęła się na ziemię zemdlona.
[05:47:28] - Cóż, proszę państwa, tym będziemy kończyć. Ale myślę, że dzisiaj te proporcje literatury, fantastyczności, niesamowitości były całkiem udane. Ja mam poczucie, że „Opowieści praskie”, czyli „Złe ulice” Tomasza Bochińskiego to pozycja, po którą warto sięgnąć. Powiem państwu, ja może nie jestem wielkim miłośnikiem urban fantasy. Toteż podzielę się z państwem, że jak brałem tę książkę do ręki, mówię sobie: „To nie będzie fajne”. Zmieniłem zdanie już po przeczytaniu pierwszego opowiadania. Nie żebym bardzo labilny był, czy zmienny w poglądach. Raczej uparty jestem. Tak przynajmniej zeznaje moja żona i kilka innych osób, które mnie znają. A jednak dosyć szybko zmieniłem zdanie, bo po prostu Tomasz Bochiński czaruje.
Ewidentnie, proszę państwa, czaruje swoim stylem. Czaruje sposobem ujęcia tematu. Tą, nie wiem, jak to określić, egzotyką nieistniejącej właściwie już Pragi. Takiej Pragi, której chyba już nie doświadczymy, a która wydaje się wręcz magiczna. Jeszcze raz przypomnę. Tomasz Bochiński „Opowieści praskie”, a właściwie „Złe ulice. Opowieści praskie”. Bardzo państwu tę książkę polecam. Zapraszam na 62. odcinek „Bibliotekarium 2.0”.
To już za tydzień. Powiedzieć państwu czy nie powiedzieć? Powiem. Za tydzień spotkanie z Agnieszką Hałas, zarejestrowane, podobnie jak to dzisiejsze, na Sadekonie. Agnieszka Hałas będzie mówiła o zmroczy. Kto wie, to już się cieszy. Kto nie wie, to się dowie, cóż to takiego. Ale kilka słów powie również o swojej najnowszej książce. Nic, proszę państwa. Zapraszam za tydzień na 62.
wydanie „Bibliotekarium 2.0”. A teraz już pięknie państwu się kłaniam. Dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pozdrawiam i do usłyszenia.
[05:50:09] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.