[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Wrzesień się kończy, rok akademicki za pasem, a my na antenach Radia Paranormalium i Book Radio zapraszamy na kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz, AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór. Zaczynamy kolejną odsłonę Bibliotekarium 2.0. Pojedźmy stałym, utartym schematem. Na początek zapowiedzi wydawnicze. Tym razem wydawnictwo MAG. 27 października tego roku pojawi się książka Michaela Sullivana „Epoka wojny” w tłumaczeniu Agnieszki Hałas. „Epoka wojny” to mistrzowska kontynuacja książek „Epoka mitu” oraz „Epoka mieczy”. Co mogę powiedzieć o treści? To, co napisał wydawca.
„Kruchy sojusz ludzi z frejskimi renegatami lada moment zostanie poddany decydującej próbie. Tylko żelazna wola Persefony powstrzymuje ludzkie klany od popadnięcia w konflikt. Tymczasem aroganccy Freyowie niechętnie podporządkowują się swemu przywódcy, który pragnie realizować własne cele, zawierając pozbawione miłości małżeństwo. Ceną będzie zdradzenie osoby, którą Persefona kocha najbardziej na świecie. Zabójcy bogów. Podczas gdy władca Freyów gromadzi armię i zwołuje magów, aby zadać miażdżący cios rebeliantom, istniejące więzi lojalności stają pod znakiem zapytania, a nowe spiski grożą zniweczeniem wszystkiego, co osiągnęła Persefona. W najciemniejszej godzinie, gdy niemal zabrakło nadziei, objawiają się nowi herosi. Lecz jakim straszliwym kosztem?” Tyle pierwsza zapowiedź. Dalej pozostajemy przy wydawnictwie MAG. 25 października pojawi się książka „Słoneczny mąż” Brandona Sandersona.
„Przed laty miał towarzyszy broni i sprawę, w którą wierzył, ale teraz mężczyzna, który przedstawia się jako Nomad, cały czas ucieka. Gdy nieubłagana nocna brygada zbliża się za bardzo, musi skakać ze świata na świat, aż ląduje na kolejnej planecie i natychmiast wikła się w konflikt między tyranem a buntownikami. Buntownikami, którzy chcą jedynie uniknąć przemiany w bezmyślnych niewolników, a przez cały czas zagraża im wschód słońca, którego gorąco stopi nawet skały. Czy Nomadowi pozbawionemu znajomości miejscowego języka uda się odnaleźć drogę wśród konfliktu i zgromadzić dość mocy, by opuścić świat, zanim jego umysł lub ciało zapłacą najwyższą cenę?” To kolejny opis pochodzący od wydawcy. Trochę mnie, mówiąc szczerze zachęca, ale państwo zdecydujecie, czy po tę książkę sięgnąć. I wreszcie powiem o książce, która już się ukazała. Ukazała się 6 września. To jest powieść Ami Kaufmana i J. Kristoffa zatytułowana „Aurora: Przebudzenie”. Jaka jest sytuacja?
Otóż jest rok 2380 i kadeci, którzy ukończyli Akademię Aurora, otrzymują swoje pierwsze przydziały. Najlepszego ucznia akademii, Tylera Jonesa dzieli tylko krok od wyboru drużyny swoich marzeń, ale z powodu uporczywej skłonności do szalonych aktów heroizmu ląduje z wyrzutkami, których nikt inny nie chciał. Z zarozumiałą dyplomatką, która ma czarny pas w sarkazmie, z socjopatyczną oficer naukową, która lubi strzelać do współlokatorów, z przemądrzałym geniuszem inżynierii, który ma pretensje do całej galaktyki, z wojownikiem z obcej rasy, który nie panuje nad gniewem, z zadziorną pilotką, która absolutnie nie leci na dowódcę drużyny. Na wypadek, gdyby was to tak naprawdę ciekawiło. Jednak to nie ta dziwna drużyna jest największym problemem Tylera, tylko Aurora. Dziewczyna, którą właśnie uratował z przestrzeni między wymiarami. Spędziła w kriokapsule 200 lat i teraz nie potrafi się odnaleźć. Może jednak okazać się katalizatorem, który wznieci wojnę tlącą się od miliona lat. Składająca się z nieudaczników, wyrzutków i tak zwanych przypadków dyscyplinarnych drużyna Tylera może być ostatnią nadzieją galaktyki. Wiecie państwo, ja lubię takie podniosłe teksty.
Patos, patos, patos. Ale w gruncie rzeczy warto sięgnąć, zobaczyć, czy te opisy mają cokolwiek wspólnego z zawartością książek. To tyle na dzisiaj zapowiedzi wydawniczych. Myślę, że wystarczy. Szczególnie, że szykuje się bardzo ciekawa rozmowa. Rozmowa zapowiadana już w zeszłym tygodniu z Jackiem Inglotem. Pamiętacie państwo, w jednej z ostatnich audycji polecałem państwu tetralogię w trzech woluminach tegoż właśnie Jacka Inglota: „Polska 2.0”, „Polska 3.0” i „Polska 4.0”. O tej tetralogii między innymi z Jackiem Inglotem będę rozmawiał. A teraz krótkie przybliżenie postaci. Jacek Inglot, rocznik ’62.
Polski pisarz tworzący głównie, podkreślam głównie w gatunku science fiction, ale nie tylko. Ukończył Liceum Ogólnokształcące we Wrocławiu, filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim, a po studiach, co dosyć ważne chociażby dla jego debiutanckiej powieści, pracował jako nauczyciel w Liceum Ogólnokształcącym we Wrocławiu. Tam też mieszka. Debiutował opowiadaniem „Tyranne Necessitas” w „Fenixie” nr 2 w ’86 roku. To jeszcze ten „Fenix” nie przez „ix”, tylko przez „ks”, wydawany półlegalnie. Nie, to było legalnie, tylko jeszcze troszeczkę powielaczowo. W ’86 roku debiut, a jego powieść „Inkwizytor” w ’96 roku ukazała się. To debiut. Później był „Kvietus” ’97. Obie były nominowane do Nagrody imienia Janusza Zajdla.
Od 2004 roku publikuje również opowiadania będące satyrą na polski fandom fantastyczny. Publikował, może lepsze określenie. Publikował również opowiadania i teksty publicystyczne w takich czasopismach jak: „Fenix”, „Nowa Fantastyka”, „Sfinks” oraz „Playboy”. O tym też porozmawiamy. Był stypendystą Literackiej Fundacji PGZ w konkursie na powieść. Jego pierwszą powieścią o tematyce współczesnej było „Porwanie Sabinek” z 2008 roku. Tu się pewne tytuły powtórzą, bo wydał między innymi „Inkwizytora” w Domu Wydawniczym Rebis. Drugie wydanie było w innym wydawnictwie. Później „Kvietus”. „Bohaterowie do wynajęcia” to był zbiór opowiadań napisany wspólnie z Andrzejem Żywińskim.
Dalej „Porwanie Sabinek”, o którym wspomniałem w Wydawnictwie Otwartym w Krakowie. Później był tytuł „Eli i smok”. Dalej „Wypędzony z Breslau. Wrocław 1945” to właściwie kryminał historyczny. Były i są jeszcze inne książki, ale o nich opowie sam autor w naszej rozmowie. Wywiadzie, na który państwa w tej chwili zapraszam. Przed państwem Jacek Inglot. Jacku, ostatni rok przynajmniej jest niezwykle bogaty w książki, które wydajesz, bo w zeszłym roku jedna książka w Odeonie, druga książka u Wojtka Sedeńki w Stalker Books. Różne książki, to może od nich zacznijmy. Tym bardziej, że kolejne są w planach i to już bardzo niedługich.
[10:09] - Mam nadzieję. Oczywiście tak. Zeszły rok był dobry, choć może i obfity, ale nie do końca w nowości, dlatego, że wydałem właśnie w Odeonie wznowienie trzecie powieści debiutanckiej „Inkwizytor” zmienione, poszerzone, poprzerabiane, bo teraz jak człowiek ma to w komputerze, to może gmerać właściwie w nieskończoność w tym tekście i go poprawiać. Wydawcy zależało, bo był miłośnikiem tej historii. W związku z tym ukazała się po raz trzeci. A u Wojtka Sedeńki oczywiście wydałem swoją summę krytyczno-literacką. Bardzo dużo pisałem, już od lat 80. na temat fantastyki, szkiców, esejów, recenzji, różnych polemik. I to był pomysł Wojtka, żeby w jego serii „Krytycy o fantastyce” ukazała się też moja pozycja. I powiem szczerze, akurat to przypadło na kolejny lockdown.
W ogóle lockdowny i pandemia sprzyjały rozwojowi literatury, bo pisarze siedzieli uwięzieni w domu. I cóż może pisarz uwięziony w domu robić? Pisze. I wtedy stwierdziłem, że to jest ten czas, że po prostu skoro i tak muszę tu siedzieć, to ja sobie wyciągnę te różne stare periodyki, przejrzę stare archiwa, stare katalogi i wyciągnę to, co najlepsze z tej mojej pisaniny o fantastyce, jakoś pogrupuję tematycznie. I wyszła z tego książka „Autostopem przez fantastykę”. Podsumowanie trzydziestu kilku lat refleksji na temat różnych aspektów fantastyki polskiej i obcej. Nie ukrywam, że jako człowiek już po 60 powinienem o takie podsumowania zadbać. I tutaj akurat Wojtek spadł mi jak z nieba i jego wydawnictwo Stalker Books.
[12:01] - Ja jeszcze na chwilę cofnę się do książki wydanej w Odeonie. Bohaterem jest nauczyciel. Czy to twoje alter ego?
[12:12] - Powiadają, że człowiek pierwszą książkę pisze o sobie. I coś w tym jest, bo zauważyłem po niektórych kolegach, że bohaterowie tych pierwszych książek są trochę autobiograficzni. Nie ukrywam, że skoro bohaterem jest nauczyciel polskiego, który uczy w szkole średniej, a ja tam spędziłem lata 90. i ma hopla na punkcie inkwizycji, czarów i tego typu spraw. Ja nie miałem hopla, ale stwierdziłem, że ten człowiek się musi ode mnie różnić, że to siłą rzeczy musiało być autobiograficzne. Tam nawet niektóre historie są wzięte z życia mojej ówczesnej szkoły, oczywiście odpowiednio zmienione, bo nie lubię się ciągać z ludźmi po sądach, więc pozmieniałem nazwiska i pewne realia, żeby to sprytnie zamaskować. Ale kto się miał rozpoznać, to się rozpoznał. Pod tym względem można by powiedzieć, że stworzyłem pewną nieco paradoksalną kronikę środowiska, w którym się wówczas obracałem. I w tej książce oprócz warstwy fantastycznej jest warstwa obyczajowa odnosząca się do szkoły, w której uczestniczyłem, czyli szkoły średniej lat 90.
[13:32] - A gdybyśmy mieli potencjalnych czytelników zachęcić do tej książki, to co jeszcze mógłbyś o niej powiedzieć?
[13:38] - Myślę, że historia jest dosyć ciekawa. Zaczyna się od tego, że przychodzi do pracy znudzony, zmęczony polski belfer. Do szkoły, a jak wiadomo w szkole się nic nie dzieje. W szkole jest to nudne rzępolenie, męczenie się. Męczą się uczniowie, męczą się nauczyciele, bo muszą, bo im każą. I nagle w tej szkole zaczyna się coś dziwnego dziać. Na przykład z kranu leje się czerwona woda i wygląda, że to krew. Poza tym jeden z nauczycieli, zamiast iść na klasówkę, wyskakuje ni stąd, ni zowąd przez okno, o mało nie tracąc życia i ponosząc istotny uszczerbek na zdrowiu i tym podobne rzeczy. I nagle nasz belfer inkwizytor zaczyna wyczuwać w tym siły nieczyste. Oczywiście rozpoczyna swoje inkwizytorskie śledztwo i tropy wiodą do pewnej rudowłosej uczennicy, która wydaje mu się podejrzana.
Dalszy rozwój wypadków zostawiam czytelnikom. Co tam się działo z tą uczennicą i z tym belferem? Książka ma trzy opasłe rozdziały i w każdym rozdziale jest poniekąd kolejny epizod przygód inkwizytora, który walczy bohatersko, bo on nie jest takim typowym inkwizytorem średniowiecznym, który czarownice pali. Nie, to jest inkwizytor nowoczesny. On usiłuje tę dziewczynę uratować, wyrwać z mocy sił nieczystych, które są dosyć osobliwe, bo skomputeryzowane. I tam się toczy ta historia między nim i uczennicą i tym złym, który przychodzi z skomputeryzowanych, wirtualnych zaświatów. Nie będę spoilerował. Zachęcam. Jest to historia zwłaszcza dla ludzi, którzy ciągle mają sentyment do szkoły. Myślę, że tę historię mogą przeczytać z równym upodobaniem ludzie, którzy szkołę lubili i ci, którzy nie lubili.
Bo i jedni i drudzy coś tam znajdą dla siebie i utwierdzą się w swoich uczuciach.
[16:02] - Wróćmy teraz do książki krytyczno-literackiej. Mówiłeś, że to jest książka przekrojowa, czyli te najstarsze teksty sięgają jakich lat?
[16:11] - Tak, jeszcze lat 80., kiedy zaczynałem. Na łamach wtedy miesięcznika „Fantastyka” debiutowałem jako krytyk, dlatego, że słynny redaktor wszystkich Polaków, czyli Maciej Parowski, redaktor działu prozy polskiej w tymże szlachetnym miesięczniku, stawał początkowo dość ostro okoniem przeciwko idei publikacji moich tekstów i trochę mi ich odrzucił, a ja koniecznie chciałem zobaczyć swoje nazwisko w druku. I to była wtedy całkowicie naturalna tendencja. Znalazłem furtkę boczną, mianowicie dział krytyki, gdzie nie rządził na szczęście Parowski, tylko rządził mój kolega polonista Andrzej Niewiadowski. Zapytałem go, czy nie potrzebowałby recenzji tej czy owej. On powiedział: „Jak najbardziej”. Przysłałem recenzje i Niewiadowski nie grymasił. Po prostu zaczął je drukować. I tak to się zaczęło. Z czasem się rozwijałem.
Potem Niewiadowskiego zastąpił Marek Oramus, który uznał, że jemu pasuje mój luzacki, felietonowy styl, że to jest dobry styl do gazety trochę młodzieżowej. I moja publicystyka na łamach „Fantastyki”, ale też i innych periodyków, jak na przykład „Feniks” czy miesięcznik „Odra”, też inne gazety nabrała rozpędu. W latach 90. naprawdę napisałem tego dużo i potem już mniej, ale też. I w sumie, proszę państwa, wyszło to mistrzostwo trochę przerażające, bo to przeszło blisko 500 stron bitego druku. Ale tak się pisze książki publicystyczne, mają taką objętość. Zresztą było więcej, ale zdecydowaliśmy z Wojtkiem, że 600 stron to za dużo i trzeba trochę rzecz odchudzić. Myślę, że to jest to, co napisałem najlepszego. Najlepszy zestaw moich recenzji, szkiców, felietonów, esejów na tematy różne, nie tylko ściśle literackie. Ostatnio się zająłem refleksją nad naszą cywilizacją i też te teksty Są pomieszczone w tym tomie, także dla każdego coś miłego by było.
[18:23] - A czy poza kluczem chronologicznym jest jeszcze jakiś klucz?
[18:28] - Nie, tu jest klucz przede wszystkim tematyczny. Na przykład rozdzieliłem recenzje pochwalne i negatywne i każda jest w osobnym dziale. Tak samo podzieliłem tę książkę tematycznie, jeśli chodzi o szkice, eseje, wywiady, dlatego że każdy ten typ pisemnictwa był troszeczkę różny w moim wykonaniu i stwierdziłem, że w ten sposób to pogrupuję. Dla porządku i żeby czytelnik od razu otwierając spis treści wiedział, jak to jest tematycznie posegregowane. Ja zawsze lubiłem porządek. To chyba jest takie belferskie, że porządek. Dziennik, taki typowy papierowy dziennik, który funkcjonował w latach 90. to był symbol porządku. Każdy był tam wpisany, posegregowany, miał wystawione oceny obecności. I nauczyciel kroczący z tym dziennikiem na lekcje to był taki symbol porządku, który wchodził do tego chaotycznego świata młodzieży i tym dziennikiem porządkował.
Ja głoszę zresztą wszem i wobec, że człowiek belfrem zostaje na całe życie, tak jak agentem sił specjalnych czy wywiadu, że niby się ze szkoły czy z wywiadu odchodzi, a dalej się jest w służbie. Więc myślę, że to belferstwo mam ciągle we krwi i to zamiłowanie do pewnego segregowania, porządkowania mi zostało. To widać trochę w tej książce.
[20:10] - Zanim przejdziemy do bogatych planów na przyszłość, to ja bym się chciał nieco cofnąć. Ty byłeś jednym z tych autorów, którzy pisali na przykład dla polskiej edycji „Playboya”.
[20:23] - Tak! Bardzo ciekawa przygoda. A wzięło się to stąd, że jeszcze w czasach byłego ustroju wpadła mi w ręce, zresztą nabyłem drogą kupna książeczka Ursuli Le Guin „Wszystkie strony świata”. To był zbiór opowiadań i tak sobie czytam te opowiadania. Ładnie, pięknie. To jest jedna z nielicznych autorek, autorów fantasy, których poważam. I nagle patrzę, a tutaj jest taki tekst i jest taka adnotacja od autorki: „Opowiadanie ukazało się pierwotnie w Playboyu”. Ja tak sobie pomyślałem: „Jejku, to Playboy drukuje opowiadania fantastyczne? Jaka szkoda, że nie wychodzi w Polsce”. Minęło parę lat.
„Playboy” jest w Warszawie i myśmy się tam z Markiem Oramusem, który wtedy był moim mentorem w redakcji fantastyki. Ja mu powiedziałem, że wychodzi „Playboy” i słuchaj, przecież „Playboy” drukuje opowiadania fantastyczne. Przy okazji wyszło też, że tam Vonnegut jakieś teksty puszcza. Mówię: „Puszczają Le Guin, Vonneguta w Ameryce, to niech puszczą Oramusa i Inglota w Polsce, w polskiej edycji „Playboya”. W Polsce czytamy polską literaturę”. Że strawestuję tutaj słynne powiedzenie Nikodema Dyzmy: „W Polsce mówimy po polsku”. Myśmy je tam wybrali do redakcji „Playboya”, która mieściła się wtedy w willi na Żoliborzu. To była ich pierwsza siedziba, więc rzeczywiście działali ledwo parę miesięcy, ale już tam się numery jakieś ukazały. I weszliśmy do redakcji. Redaktora naczelnego ówczesnego nie było, ale był pan sekretarz redakcji.
Zdziwił się naszym widokiem, ale przyjął nas przyjemnie. Porozmawialiśmy o różnych rzeczach. „Tak, oczywiście. Drukuje się fantastykę. My też jesteśmy otwarci nie tylko na fantastykę, różne inne teksty.” I przez parę ładnych lat tych tekstów kilka umieściłem w tym „Playboyu”. Marek zresztą też, ale on trochę krócej. Ja tam dłużej współpracowałem. Kilka opowiadań, raz nawet jeden reportaż zrobiłem taki dziwny, bo nieuczestniczący, bo to się nazywało „Miasto namiotów” i był to reportaż o wejściu mojego kolegi na Nanda Parbat. To było głośne wydarzenie z chyba ’92 roku. Głośne wejście.
Okazało się, że ten kolega to jest mój kolega z podstawówki, który został himalaistą i mieszka trzy ulice dalej. Ja po prostu zrobiłem z nim bardzo głęboki wywiad i zrobiłem z tego taki tekst pseudoreportażowy. Tam może nie do końca ta moja narracja była, chociaż ja tam się nigdzie nie pisałem, że ja byłem w tych Himalajach, ale niektórzy uważali, że to ja razem z nim tam wszedłem, mimo że tam ani słowa na ten temat nie było. Być może dlatego, że materiał otwierało zdjęcie panoramy pięknych Himalajów i na takim wzgórku rozkrzyżowany jak Chrystus stał taki tyłem do kamery gruby facet w grubej kurtce, takiej czapce i taki z sylwetki podobny do mnie. I hołd tym Himalajom oddawał. I jakaś tam pani zaczęła mówić w szkole, bo to w szkole było czytane. „Ten gruby to Inglot.” No i wyszło na to, że ja w wakacje byłem w Himalajach. Co było oczywiście nieprawdą. Także taka zabawna historia, ale z tekstu jestem dumny, bo mi naprawdę wyszedł bardzo wiarygodny tekst, który oczywiście mój kolega autoryzował i powiedział, że dobrze, żeś to napisał, bo ja bym tego w życiu nie napisał, a tak wyciągnąłem z niego różne jego przeżycia i sprzedałem. I uważam, że to chyba mój najlepszy reportaż, jaki zrobiłem, bo potem też się w to trochę bawiłem.
Także ja przygodę z „Playboyem” wspominam z dużą przyjemnością, łezką w oku. Szkoda, że już nie wychodzi, bo zdecydowali się, że zaprzestać edycji polskiej. I historia „Playboya” jest już zamknięta na zawsze albo przynajmniej na razie.
[24:27] - Czy te opowiadania z "Playboya" później złożyły się na zbiór? On wyszedł w mało znanym wydawnictwie, ale był taki zbiór z seksualnym podtekstem twoich opowiadań. Muszę powiedzieć, że czytałem je z zafascynowaniem. Dostałem je nad morzem w jednej z księgarni i chyba dwa dni mi zajęło przeczytanie. Czy to te opowiadania z "Playboya", czy też pisałeś opowiadania z seksualnym podtekstem? Ta seksualność tam jest różnie rozpatrywana, ale pisałeś osobno.
[25:02] - Tomik, o który ci chodzi, to jest rzeczywiście tom zrobiony z rzeczy różnych i też są tam teksty z "Playboya", ale część jest dopisanych specjalnie do tego tomu, niektóre wzięte skądinąd. Ale tak, oczywiście, te dłuższe teksty. Bo w "Playboyu" chcieli teksty dość krótkie. Wydawcy nie chcą krótkich opowiadań w większych zbiorach, więc te krótkie musiałem podarować. Ale tam te trzy dłuższe z "Playboya" były. Jakoś tam te teksty funkcjonują. Ja zawsze uważałem, że wszystko jest dla ludzi i fantastyka erotyczna też może być fantastyką dobrze wykonaną.
[25:47] - Ona jest dobrze wykonana, ponieważ tam poza aspektem erotycznym jest sporo socjologii przyszłości, rozpatrywania, do czego różne zjawiska prowadzą. Bardzo ciekawy tom.
[26:04] - Ja też tak uważam, aczkolwiek oczywiście ten tom był pomyślany — akurat to się nie bardzo udało — że może aspekt erotyczny spowoduje pewne zaciekawienie szersze. Okazało się, że jednak, jeśli o to chodzi, to chyba żenienie erotyki z fantastyką nie jest dobre. Ten tomik się sprzedał, ale specjalnej kariery rynkowej nie zrobił. Ja nie mam żadnych oporów, jeśli chodzi o konwencje fantastyki. Uprawiam je bardzo różne, co być może jest wyrządzaniem samemu sobie szkody, bo nie mam zdyscyplinowanej grupy czytelników, która by za mną podążała i czekała na kolejne moje horrory. Tak jak na przykład Jacek Piekara ma całą grupę czytelników, którzy czekają na kolejne tomy o inkwizytorze — nie moim szkolnym, tylko prawdziwym, pseudośredniowiecznym inkwizytorze. Ma falangę kilkunastu czytelników, którzy żyją cały rok z myślą, że dostaną kolejny tomik. Ja jestem bardziej wymagający od czytelników i naprawdę im serwuję bardzo różne dania. Aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że w ramach mcdonaldyzacji literatury są grupy czytelników monokulturowych, którzy chcą tylko tego. Tak jak w McDonaldzie: „Big Maca mi dajcie i niczego więcej od was nie chcę”.
Tak samo są też tacy czytelnicy, ale ja dla takich czytelników dobrym kucharzem nie będę.
[27:41] - To porozmawiajmy teraz o przyszłości, bo plany masz. Nie wiem, czy one są szerokie, czy są głębokie. W każdym razie plany masz.
[27:48] - Tak. Związane też z wydawnictwem Starters Books. Ja w pandemii siedząc zacząłem pisać znowu. To taka sytuacja jest przymusowa. Tak jak wspominałem, wielu kolegów stwierdziło, że napisali swoje książki, których być może by nie napisali, gdyby nie to, że pandemia uczyniła ich przymusowo stacjonarnymi. I w pandemii postanowiłem kontynuować swój projekt „Polska”. W roku 2016 wyszła moja powieść-nie powieść, bo to były dwie mikropowieści w jednej książce, „Polska 2.0”, gdzie prezentowałem dwie wersje przyszłości w postaci dwóch wersji 14 kwietnia 2037 roku. Jest ten dzień opowiedziany dwa razy przez dwie różne postacie, w dwóch różnych rzeczywistościach, skrajnie odmiennych. W jednej wersji Polska przeżywa wielkie dni, buduje coś w rodzaju imperium, tak jakby się poniekąd odnowiła Rzeczpospolita Obojga Narodów, ale oczywiście w zupełnie nowej formie historycznej, w formie nowoczesnej, godnej XXI wieku. Tu się pochwalę, że tam przewidziałem różne procesy, łącznie z tym, że będzie druga faza wojny na Ukrainie o wiele bardziej krwawa, a także że będzie — ta część się nazywa „Wojna dronów” i jest to opisane — bardzo duże użycie dronów w tym konflikcie.
I to jest jedna część, można by powiedzieć, heroiczna, która dobrze się kończy, choć te wojny się nie kończą u mnie. Bo mam takie głębokie przekonanie, że czeka nas cała seria wojen i że być może III wojna światowa to nie będzie jedna wielka wojna kilkuletnia, to może być kilkanaście lat różnych wojen. Odsyłam oczywiście do książki, bo ona będzie wznowiona. A w drugiej części „Burzy planetarnej” jest kompletne już postapo. Dość ponura historia dystopijna opowiadająca o Polsce pogrążonej ponownie w ustroju totalitarnym. Akcja dzieje się w podwodnym mieście, Polsce 2.0, zbudowanym przez dysydentów, którzy na dnie Pacyfiku wydobywają z tak zwanych konkrecji — to są takie twory na dnie — metale szlachetne i z tego żyją i tworzą dysydenckie społeczeństwo względem Polski 1.0. Tu też odsyłam oczywiście do książki. Jak to rozegrałem i dlaczego jest tak, jak jest. Jest dość ponuro, a kończy się w ogóle zagładą życia na naszej planecie, bo co ja się będę oszczędzał w ponurych wizjach. Projekt mamy z panem Sedeńko, wydawcą, właścicielem Stalker Books taki, żeby to wszystko jesienią wydać, ale z nowymi częściami i razem jak serial Netflixa ukażą się trzy książki.
To będzie wznowienie „Polski 2.0”, niespecjalnie zmieniane, bo chcę pokazać, że już wtedy pewne rzeczy przewidziałem i chcę, żeby czytelnicy mieli frajdę, że: „A, to mu się udało, to mu się nie udało”. Ja uważam, że dużo mi się udało i że w tej punktacji wygram. W związku z tym nie zmieniam. Poza tym nie byłoby uczciwe dopisywanie po latach o rzeczach, o których wiemy, a wtedy nie wiedziałem. Więc to nie będzie nic zmienione. Powtórzymy to i będą jeszcze dwie nowe książki, już osobne: „Polska 3.0. Znowu Breslau” i „Polska 4.0. Wielka zmiana” z takim podtytułem. I to będą rzeczy już nowe, prezentujące kolejne dwie wersje 14 kwietnia 2037 roku. To będzie wtorek, proszę państwa, bo sprawdziłem to na kalendarzu komputerowym.
Poleciałem do przodu. Sprawdziłem. No i dwie wersje, powiedzmy sobie szczerze, które dodałem. Siedząc w czasie pandemicznym, natężając umysł, doszedłem do wniosku, że są jeszcze możliwe kolejne wersje przyszłości, że repertuar nie jest wyczerpany i w „Polsce 3.0” powiem tylko tyle, żeby nie spoilerować, że będzie niedobrze. Będzie regularna wojna domowa z frontem biegnącym wzdłuż Wisły i skończy się to dość ponuro. Powiem tylko tyle, że inspirowała mnie mocno i nie kryję tej inspiracji „Mała apokalipsa” Tadeusza Konwickiego opisująca rozkład, rozpad PRL-u. Ja uważam, że tego typu przyszłość też nam grozi. Być może po drodze z militarnymi perturbacjami. Jest to w każdym razie wyobrażalne. Na ile wiarygodne, to już czytelnicy będą musieli ocenić.
Po napisaniu tej książki zastanowiłem się głęboko, czy to koniec. I doszedłem do wniosku, że nie. Jest jeszcze czwarta możliwość rozstrzygnięć naszej przyszłości. I właśnie w „Polsce 4.0. Wielka zmiana” opisuję sytuację, gdzie do wojny domowej nie dochodzi, ale dochodzi do pewnego kompromisu i Polska dzieli się na dwie strefy, dwa rodzaje krajów. Można powiedzieć, że wraca Rzeczpospolita Obojga Narodów. Jest jeden twór, ale są dwa kraje. Jak była Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie, tak jest wolna Polska i Konfederacja Narodu Polskiego. Ten drugi kraj. Można powiedzieć, że każde z tych naszych plemion się rozlazło do tych krajów.
Wizja jest taka, że każda gmina w referendum decyduje, do której Polski chce należeć. Wolna Polska, łatwo się domyślić, liberalna, tęczowa. Główną bohaterką jest Emilia, która jest detektywką, mieszkanką Warszawy. Cała Warszawa jest w wolnej Polsce. I ta Emilia ma żonę Martę i córeczkę Marysię i są regularnym małżeństwem. Córkę poczęły w wyniku eksperymentalnej technologii bez udziału mężczyzny. Po co mężczyzna? Zadeklarowane lesbijki i feministki. I to jest kryminał. Emilia jest detektywką, jest komisarką policji warszawskiej i musi odkryć sprawę pewnej zbrodni.
Z samego rana dostaje telefon, że musi porzucić domowe pielesza i natychmiast jechać na miejsce zbrodni. Zabito bardzo ważnego polityka wolnej Polski. I zaczyna się intryga kryminalna, a w tle tej intrygi jest ukazana alternatywna przyszłość nasza, gdzie dochodzi do wielkiej zmiany. Ja przypominam, że hasło „wielka zmiana” to jest hasło polityczne w tej chwili, bo się mówi, że Polska jest przede dniem wielkiej zmiany. To ja usiadłem i postanowiłem tę wielką zmianę zaprojektować. Może gdyby się książki ukazały przed wyborami, jest na to szansa, to się ktoś zainspiruje, że może to jest jakieś rozwiązanie. A może nie oczywiście. W każdym razie cały ten cykl o roboczej nazwie, może mało oryginalnej, po prostu „Polska” to jest taki cykl „Polska”. Tak jak mówiłem, plan jest taki, że drukujemy to wszystko i rzucamy na rynek razem trzy tytuły, tak jak serial Netflixa. I to jest wyraz pewnego mojego potwornego niepokoju, że Polacy są narodem bardzo krótkoterminowym, jeśli chodzi o myślenie o przyszłości.
To znaczy my tak naprawdę nie potrafimy poważnie zająć się przyszłością tego kraju, tego narodu, tego społeczeństwa. Wszystkie plany, nawet jeśli są podejmowane, są natychmiast przez kolejne ekipy demontowane, zmieniane. Przypomnijmy sobie choćby hostii klocki związane z elektrowniami atomowymi, które powinny być już dawno zbudowane i dawać prąd. Historia powstawania polskich elektrowni atomowych to jest właśnie symbol tego, w jaki sposób my potrafimy sobie zdemontować przyszłość, bezpieczną przyszłość. Ja myślę, że najwyższy czas. To jest też wina społeczeństwa, że społeczeństwo nie potrafi wymusić na klasie politycznej poważnego zajęcia się naszą przyszłością, żebyśmy w bezpieczną przyszłość, w miarę bezpieczną w tym niebezpiecznym świecie potrafili wkroczyć. Ja wiem, że głos literatury jest w tej chwili nikły, że ludzie nie chcą słuchać pisarzy. Owszem, chcą czytać co niektórych pisarzy, na przykład Remigiusza Mroza, ale nie w celach refleksji nad czymkolwiek, tylko w celach ogólnorozrywkowych. Epoka literatury refleksyjnej się skończyła. Mam tę tragiczną świadomość, ale ujmę to tak: nie potrafiłem inaczej i chyba już nie będę potrafił.
W związku z tym można by powiedzieć, że ten mój projekt i projekt Wojtka jako wydawcy to będzie nowa wersja Staszica, przestrogę dla Polski. Wtedy też był problem przyszłości, a wiadomo, mimo tych przestrog bardzo mądrych, rozumnych, jaka przyszłość nas wtedy spotkała w XVIII wieku.
[37:57] - Pewną analogią jest również to, że ty również nie mówisz czytelnikom rzeczy optymistycznych.
[38:03] - Tak. I to jest moja niezbywalna wada, że ja ciągle jestem miłośnikiem prawdy. Oczywiście subiektywnej. Tego, co ja uważam za prawdę. Bo ja nie jestem źródłem prawdy obiektywnej, ale mam swoją wizję, co jest według mnie prawdą i co trzeba ludziom powiedzieć. A w dzisiejszych czasach prawda jest toksyczna. Ludzie chcą kłamliwych bajek. Chcą na przykład, żeby mówić, że wszystko będzie dobrze, kiedy gołym okiem widać, że nie jest dobrze i nie będzie dobrze. Ale mimo to ludzie chcą do końca żyć w oparach kłamstwa, kłamliwej bajki, złudzeniach. Ja nawet to rozumiem, bo tu chodzi o psychikę.
Z prawdą się jest ciężko. Prawda jest bolesna. Prawda jest toksyczna. Prawda truje duszę. A bajka umożliwia komfortowe życie bez stresu. Po prostu wierzymy, że wszystko będzie fajnie i jest nam fajnie.
[39:07] - Ty jesteś również człowiekiem, który nie oszukuje sam siebie. Zdradzę kulisy, proszę państwa, prywatnej rozmowy, ale powiedziałeś, że masz przed sobą jeszcze ileś tam lat. To sam powiedz. I musisz zamykać projekty. Musisz te projekty kończyć.
[39:25] - Tak. Proszę państwa, pisarze mają swój termin przydatności użycia jako pisarze. I prozaicy krótszy niż poeci. Miłosz na przykład prawie do końca życia pisał świetne wiersze, a nawet niektórzy mówili: „Miłosz starszy, tym lepszy twórca”. I że te wiersze pisane pod koniec życia przez Miłosza niektórym się wydawały nawet lepsze niż wiersze Miłosza młodego czy w wieku średnim. W przypadku prozaików to jest tak, że prozaicy naprawdę kończą się po sześćdziesiątce. Ja właśnie przekroczyłem sześćdziesiątkę w tym roku i naszła mnie smutna refleksja, że wszystko wskazuje na to, że mam jeszcze tylko kilka lat i to, co mam jeszcze do napisania ważnego, trzeba w tym kilkuletnim, najbliższym okresie napisać, bo ta iskra pisarskiego talentu nie będzie płonęła we mnie wiecznie. Ona gaśnie w ludziach. Mamy dużo przykładów pisarzy, którzy już nie piszą od dłuższego czasu. To nawet głośne nazwiska.
Pokazują się tu i ówdzie, ale ich ostatnia książka wyszła 10 czy 15 lat temu i o następnej nie słychać. I to wypalenie pisarskie jest faktem. Doświadczył tego choćby Stanisław Lem, który praktycznie przestał pisać w latach 90., a żył jeszcze kilkanaście lat. Ja, mając świadomość takiego scenariusza, najbliższe lata planuję, że będę musiał te swoje projekty dokończyć. Oprócz tego, który jest szczęśliwie napisany, zakończony, projektu „Polska”, jest jeszcze projekt trylogii wrocławskiej, bo ja napisałem powieść o Wrocławiu, „Wypędzony”. To jest powieść historyczna o 1945 roku i przejmowaniu Wrocławia przez Polaków już po zdobyciu miasta. Przedtem napisałem powieść sensacyjno-obyczajową „Porwanie Sabiny”, która dzieje się w środowisku wrocławskich dysydentów w latach 80. i 90. I nagle sobie zdałem sprawę, że tu mi się układa jakaś historia. Wrocław tuż po zajęciu miasta, po odzyskaniu go, uzyskaniu go przez Polskę, potem w tej fazie przełomowej, fazie Solidarności, przełomu ustrojowego.
Bo ja w tej pierwszej książce opisuję też rodzący się komunizm. Brakuje mi trzeciej książki, która by opisywała Wrocław tu i teraz albo Wrocław za chwilę, na przykład w konwencji fantastyki bliskiego zasięgu, czyli od dziś za kilka lat. Brakuje mi tej trzeciej książki. I najbliższe moje plany pisarskie są związane z tym, że dopiszę tą trzecią część o Wrocławiu współczesnym, pogrążonym w naszej rozchwianej, szalonej Polsce. Nie będę zdradzał szczegółów, zwłaszcza że rzecz nie jest do końca domyślana. Mam oczywiście już wstępne konspekty, ale z konspektami tak bywa, że człowiek zrealizuje konspekt do połowy, a potem go całkowicie zmienia. Ale mam plan taki, że po tej, jak by to powiedzieć, tetralogii. To cztery historie tetralogii „Polska”. Będzie trylogia wrocławska. Jeszcze nie wiem, czy to będzie taki wspólny tytuł czy inny.
Jeszcze wydawcy na to nie mam, bo wydawca chce, żebym przyszedł z książką, gotowym pomysłem i wtedy są jakieś poważne dyskusje. Taki jest mój plan na rok najbliższy. A co będzie potem, to nie mam zielonego pojęcia. Aczkolwiek pewien pomysł mi się błąka na dnie duszy i umysłu. Zawsze Gienek Demski tak to tłumaczy, że pisarz jest wieloetapowy. Ma kilka różnych projektów w głowie. Książkę, którą już napisał, jeszcze całkiem z głowy nie wyrzucił. Książkę, którą właśnie pisze. Książkę, którą ma obmyślaną, jest na etapie konspektu i książka, która jest w fazie idei. Tak to wyliczył mądrze na jakimś spotkaniu.
Ja się z nim zgadzam. Rzeczywiście, w fazie idei mam jeszcze jedną książkę, ponieważ głoszę od dłuższego czasu, że czeka nas ekokalipsa. To jest mój termin. Ja go wymyśliłem. Ekokalipsa, czyli katastrofa ekologiczna, czyli apokalipsa ekologiczna dokładniej.
[43:53] - Ja tylko dodam, że jeżeli ktoś zainteresowany, to wykład o ekokalipsie jest w „Bibliotekarium 2.0” wystarczy poszukać.
[44:01] - Tak jest. Jeszcze taką książkę chciałbym napisać o końcu naszego świata, żeby już być konsekwentnym w swojej ponurości.
[44:13] - A coś wesołego na koniec?
[44:17] - Wesołego powiem tylko tyle, że we Wrocławiu była gigantyczna burza i prawie zalało mi garaż, ale jak już go całkiem zalewało, to się burza skończyła. Garaż został ocalony i jeszcze na tę ekokalipsę poczekamy.
[44:36] - Pięknie dziękuję i do usłyszenia przy okazji następnego wywiadu.
[44:41] - Dziękuję bardzo.
[44:45] - Proszę państwa, to teraz czas na „Filmotekarium”. Piotr Cielebiaś już czeka, a to widomy znak, że zaczynamy naszą rozmowę o filmach. Jeszcze nie o filmach, jeszcze o serialach, bo w dalszym ciągu mamy akademickie wakacje. A dzisiaj porozmawiamy o kultowym serialu. I to nie jest w tym przypadku słowo, którego się obecnie mocno nadużywa. Nie, ono tutaj pasuje. Ten serial jest naprawdę kultowy. Na tapet bierzemy bowiem „Archiwum X”. Zapraszam. Piotr Cielebiaś już czeka.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[45:33] - Dzień dobry wieczór Marku. Dzisiaj się spotykamy w okolicznościach dość refleksyjnych, bo to jest nasze ostatnie „Filmotekariowe” serialownium, jeżeli można tak powiedzieć. Pożegnanie wakacji i pożegnanie seriali. Przynajmniej na razie.
[45:49] - Tak. A poza tym będziemy dzisiaj mówili o „Archiwum X” i powiedziałbym, dla mnie przynajmniej, ja się czuję tak bardzo rozrzewniony, bo to lata 90. Przynajmniej początek tej serii. Teraz oczywiście pojawiły się kolejne serie tego serialu. Natomiast jakiś taki sentyment się we mnie odzywa, jakieś takie westchnienia za przeszłością. O tym pewno jeszcze dzisiaj powiemy, jak to z tą przeszłością i jak to z tymi serialami sprzed lat jest. Niemniej jednak zrobiło się nastrojowo, kiedy zaproponowałeś, żebyśmy zwrócili swoje oczy w kierunku „Archiwum X”, to sobie pomyślałem: super pomysł, fajnie! I o tym będzie dzisiejsza audycja tak naprawdę.
[46:48] - Tak. Ja tydzień temu powiedziałem, że w zasadzie to w poprzedniej audycji żeśmy się pożegnali z serialami, bo dzisiaj to jest odcinek z pogranicza. Dlaczego z pogranicza? Bo po pierwsze „Archiwum X” to, jak wiadomo, bardzo długa seria, ale też produkcje pełnometrażowe. Czyli jesteśmy na przecięciu filmów i seriali. Po drugie, po długim okresie nieobecności serial wrócił z dwoma sezonami, które zostały zbombardowane przez część fanów. Po trzecie dyskusja nad kontynuacją „X-Files” jest otwarta, choć zapewne i można to z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że to już nie będzie seria o Mulderze i Scully. Ale co jest w tym wszystkim najważniejsze? W „Filmotekarium”, które będzie nadawane przez kolejne miesiące w ramach „Bibliotekarium”, będziemy często omawiali filmy ilustrujące, wyrażające hasło, które po raz pierwszy pojawi się dziś: upadek wielkich serii. Dotyczy to bardzo wielu filmów pełnometrażowych, których ostatnie odsłony pojawiły się w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy albo trochę więcej.
Zdaniem niektórych, szczególnie tych krytyków odnoszących się do dwóch ostatnich serii, ten upadek dotyczy także „Archiwum X”. Ale Marku, powiedziałeś o takich osobistych wspomnieniach. Ja też takie mam, bo to jest jedna z tych produkcji, mogę to chyba śmiało powiedzieć, która miała ogromny wpływ na wielu naszych słuchaczy i u wielu na pewno znajduje się na liście ulubionych. Jakie ty masz wspomnienia związane z „X-Files” z okresu tego, kiedy one gościły na antenie bodajże TVP 2? Chyba na pewno TVP 2, bo potem to były już te nowsze serie na innych kanałach, ale pierwsza odsłona, pierwsze spotkanie większości Polaków z serialem „Archiwum X” miało miejsce właśnie na antenie telewizyjnej dwójki.
[48:49] - Powiem w ten sposób: ja oczywiście jako fascynat wszelkich historii, które gdzieś tam dotykają rzeczy niesamowitych, szeroko pojętej fantastyki, oszalałem na punkcie tego serialu. Do tego stopnia, że mam nie tylko w pamięci ów serial, ale na półce stoi kilkanaście cienkich tomików, bo w postaci książkowej „Archiwum X” było w Polsce wydawane. To oczywiście nie była całość, to były wybrane odcinki. Pewno to się nie spinało finansowo tak do końca, bo ludzie już wtedy porzucali czytanie na rzecz oglądania. To nie jest nic złego, to pewien znak czasów. Niemniej jednak warto to odnotować. Na mojej półce w bibliotece stoją tomiki, cieniutkie książeczki. Jest ich kilkanaście. Patrzę na nie w tej chwili i też sobie wzdycham. Ale wracając do serialu, ja byłem takim nietypowym odbiorcą, ale pewno jednak nie jedynym, bo rozmawiałem później z kilkoma osobami i okazało się, że mogliśmy podać sobie ręce.
To znaczy, bo w „Archiwum X” pojawiały się różne historie. To państwo wiecie, jak ten serial jest konstruowany. Każdy odcinek to była jakaś tam historia, czasami był odcinek podwójny, niemniej jednak najczęściej to były osobne, zamknięte historie. Ale przecież doskonale państwo pamiętacie, że tam nad tym serialem unosiła się pewna taka metahistoria. Nawet określenie tego, z czym ona była związana, jest dosyć trudne. Bo pamiętacie państwo postać Palacza, pamiętacie postacie inne, takie chociażby ich szefa. Pamiętacie państwo również te wszystkie dochodzenia dotyczące obcych, dziwnych kształtów. Niemal mieliśmy to na wyciągnięcie ręki. Widzieliśmy prawie tych obcych. Byli, ale później znowu to było poddawane w wątpliwość, że może to jednak nie obcy, może jacyś tam zniekształceni ludzie i że to, co widzieliśmy, to jednak tego nie widzieliśmy.
Później się pojawiła czarna substancja, czarna maź czy jakkolwiek to inaczej nazwiemy. To był dodatkowy wątek, który przykuwał. Gdzieś tam się Rosjanie w tle pojawili. Gdzieś tam się w pewnym momencie pojawił spisek światowy, współpraca elit z obcymi, a może nie z obcymi, a może tylko technologii wykorzystanie. To wszystko moim zdaniem było robione po mistrzowsku, a w każdym razie bardzo sprawnie. Dostawaliśmy historię, w którą chętnie się zagłębialiśmy, ale z drugiej strony ona była tak podawana, że trudno było wskazać te momenty pewne, że już coś wiemy. Gdzieś tam to zawsze się nam wymykało z rąk i moim zdaniem to mogło denerwować oczywiście tych wszystkich, którzy chcieliby poznać rozwiązanie. Ale z drugiej strony, jeśli chodzi o przykucie widza do serialu i jednocześnie opowiadanie ciekawej historii, to było zrobione w jakimś tam stopniu po mistrzowsku. I tu chylę czoła. Ja po prostu byłem niewolnikiem tego serialu.
Mogę się nawet tutaj podzielić taką historią, że dochodziło do rodzinnych waśni, bo ja tu miałem serial, który po prostu był najważniejszy na świecie, a tu były takie czynności dnia codziennego. Tu była szara rzeczywistość postpryloska, taka lat 90. Jeśli nawet ktoś był wtedy młody, to pamięta, że łatwo nie było. I tu nagle mieliśmy świat, który był fascynujący, a z drugiej strony mieliśmy codzienność. I na przykład: dzisiaj tego serialu nie obejrzysz, bo... I tu trzeba sobie wstawić jakąś bardzo prozaiczną rzecz, która wiąże się po prostu z życiem. To był taki czas, że internet nie istniał. A właściwie istniał, ale on był w takiej fazie, nazwijmy to bardzo wstępnej. W związku z czym oglądanie czegokolwiek tamto to w ogóle była fikcja. Nie te warunki.
Pamiętam, że głównie wtedy posługiwano się jednak modemami telefonicznymi. Tam nie dało się nic oglądać. Zatem była taka sytuacja, że ten serial rzeczywiście gdzieś tam był w tej sferze marzeń. Chciało się do niego wracać, chciało się go śledzić. Człowiek był wściekły, jak nie mógł obejrzeć jakiegoś odcinka. Dzisiaj to jest wszystko łatwiejsze. Jeśli spóźnimy się, po prostu kto dzisiaj seriale w telewizji ogląda w tym regularnym programie? Nie, raczej się to ogląda całymi seriami gdzieś tam, jak nie na Netflixie, to na jakiejś innej platformie streamingowej i po prostu można sobie całą serię zapuścić i wchłonąć ją albo na raz, albo na dwa, albo na dowolną ilość części. Człowiek jest panem tego, co ogląda. Lata 90.
takie nie były i to też była specyfika oglądania „Archiwum X”. Jednak człowiek był skazany na to, żeby się zameldować przed telewizorem o określonym czasie. To jednak miało taki posmak owocu nie zakazanego, to za dużo powiedziane, ale takiego owocu, który jest trudno dostępny. Trzeba się troszeczkę postarać, żeby do niego dotrzeć. Dzisiaj to jest wszystko łatwiejsze.
[54:55] - Takiego deserku. Bym tak to określił. Nie wiem, czy pamiętasz taką komedię „Filip z konopi”. Tam jest taka scena, że rodzinie psuje się telewizor i wychodzą na dwór, na blokowisko i nie muszą oglądać telewizora, bo wszystko słychać, bo wszyscy oglądają to samo. Tak było trochę z „Archiwum X”, przynajmniej wśród moich znajomych, moich kolegów. Dlatego, że ja byłem wtedy dzieckiem. Natomiast fakt faktem, szło się do szkoły i tam się siedziało i tam wszyscy mówili o tym, co oglądali. I to były fajne czasy dla niektórych. Ja się tylko zastanawiam, ile w „Archiwum X” jest sentymentów i nostalgii, a ile wartości, która jest uniwersalna. To znaczy wartość serialu, historii, która jest ponadczasowa.
To jest kontrowersyjne, ale wróćmy do swoich osobistych doświadczeń z „Archiwum X”. Ja też bardzo ten serial lubiłem do pewnego momentu. Niektóre odcinki niestety denerwowały, szczególnie te, które były trochę wyrwane z kontekstu. Bo wiadomo, jako dziecko to lubiłem proste historie. Im straszniejsze, tym lepsze. Im lepszy potwór na ekranie, tym fajniej. Ale były też wątki z metahistorią związane. Potem dochodziło do takiej sytuacji, że jak serial się rozwija i czasami im brakuje pomysłów, to wkraczają różne wątki poboczne. To mi się już nie podobało. Te wydziwiania różnego rodzaju i tak dalej.
Niestety to w „Archiwum X” też było i się o tym przekonałem, oglądając to po latach. Ale wtedy, wiadomo — Mulder. Chciałem mieć taki gabinet jak on, że nie dość, że się zajmować takimi ciekawymi sprawami, to jeszcze żeby mi za to płacili. A najbardziej utknęła mi w pamięci czołówka. Szczerze mówiąc do dzisiaj mam ciary, jak słyszę intro z „Archiwum X”. Nie tylko muzyka. Jak się ogląda to intro, to jest mistrzostwo świata. I ono jest trochę kłamliwe, dlatego że ten serial nie jest tak mroczny wcale, jak może go niektórzy zapamiętali. On jest bardzo wielowątkowy, jego jest nawet trudno zamknąć w ramach klasyfikacji. On jest momentami thrillerem, czasami jest kryminałem, czasami jest horrorem.
Są jeszcze wątki obyczajowe, ale je pominę. Czasami się mruga do widza okiem, czasami są nawet wątki komediowe. Zatem, jak to w takich molochach, konieczne jest to, że pojawiają się wątki poboczne, które może już tak nie porywają. W amerykańskiej kulturze istnieje takie pojęcie „jumping the shark”. Jeżeli się serial robi nudny, to się stara zrobić coś takiego, żeby przyciągnąć znów widzów. I w „Archiwum X” kilkakrotnie chyba tak było, że takie coś robiono. Mulder znikał, Scully znikała, Scully umierała i tak dalej. To już się robiło wtedy, powiedziałbym, bardzo operowo-mydlane. Dodam tylko, że kilka lat temu jakaś polska telewizja, oczywiście niepubliczna, emitowała rankiem „Archiwum X”. Pamiętam, oglądałem, robiąc coś koło domu.
I muszę powiedzieć, że nie było już tej magii co dawniej. Na pewno dużo atmosfery do „Archiwum X” dodawała pora emisji oryginalnych odcinków w Dwójce, bo to było wieczorem. To chyba nie była noc, ale to był wieczór, koło 20:00. Ciemność dodawała temu serialowi uroku. I szczerze mówiąc, wolę pozostać przy swoim sentymencie do „Archiwum X” z tamtych lat, niż oglądać to jeszcze raz, bawić się w „przeżyjmy to jeszcze raz”. Natomiast z chęcią obejrzałem te dwa ostatnie sezony, te najnowsze, które jak mówiłem, wywołały burzę wśród fanów serialu. Bo często, Marku, jest tak, że jak się do czegoś po latach wraca, do jakiejś produkcji, to fani mówią — chociażby w przypadku „Gwiezdnych wojen” — ręce precz, nie ruszać świętości. I rzeczywiście, jeżeli sobie na przykład na Filmwebie przeczytacie komentarze, to wielu ludzi tak zareagowało na te dwa sezony. Chciałem powiedzieć dwa ostatnie sezony, ale lepiej jest powiedzieć dwa zrealizowane ostatnie sezony, bo przecież w zapowiedzi mamy kolejne. Nie wiem, Marku, dlaczego tak zareagowano, bo ja osobiście nie uważam, żeby to był jakiś wielki zamach na serię „X-Files”.
Chodzi mi o te nowe serie. Nie wiem, jak ty to oceniasz.
[59:41] - Tu się zgadzam. Dla mnie wniosek, który wyciągnąłem z porównania serii z lat 90. i tych dwóch najnowszych, jest taki, że dużo się zmieniło, jeśli chodzi o realizację seriali, realizację sezonów. Zwróćcie państwo uwagę, że tamte oryginalne czy też pierwotne „Archiwa X” miały w sezonie po około 20 odcinków. To jak sobie państwo to złożycie, to robi się naprawdę tych odcinków bardzo dużo. Te ostatnie dwa sezony, to pierwszy z nich miał sześć odcinków, jak to się ma do 20, a drugi z nich miał 10. To tak naprawdę o czymś to świadczy. Sam do końca nie wiem o czym. Czy o tym, że nas po prostu telewizje, czy też realizatorzy bardziej, olewają i bardzo nam to tak cykają po troszeczkę. Czy też chodzi o to, żeby nie przeinwestować?
Tak naprawdę nie wiem, o co chodzi. Ale to są kwestie techniczne. Ja już mówiłem w ostatnim wydaniu o tym, że kiedyś to się robiło inaczej, teraz robi się inaczej. Ja nawet tego nie oceniam, czy to dobre, czy złe. Po prostu odnotowuję tak z kronikarskiej powinności. Natomiast zgadzam się z tobą, Piotrze. Mówiąc szczerze, ja nie zauważyłem specjalnej różnicy pomiędzy sezonami z lat 90. i tymi najnowszymi. Tu oczywiście zastrzeżenie, bo zanim mi ktoś zarzuci, że widocznie jestem niewidomy i w ten sposób oglądam filmy. Różnice oczywiście są, ale pewien nastrój, pewien sposób realizowania poszczególnych odcinków, takich klamer, które nawiązują, wiążą pierwszy odcinek na przykład z piątym albo szóstym.
To właściwie zostało. Ta metoda jest. Kiedy nagle jesteśmy podekscytowani po pierwszym czy drugim odcinku, bo tam się pojawiają rzeczy niesamowite. Dla mnie oczywiście temat związany z obcymi, czy też może ze spiskiem wielkim amerykańskim był najbardziej interesujący. A tu na przykład w kolejnym odcinku serwuje się nam historię o jakimś tam potworze i właściwie podkręca się nasze napięcie, żebyśmy czekali, kiedy będzie dalej. To jest jedna rzecz, która wymaga odnotowania. Więc powtórzę: ja nie czułem się rozczarowany nowymi seriami. Wręcz to było fajne przejście od lat 90. do współczesności. Oczywiście Mulder się postarzał, Scully też się postarzała, ale w gruncie rzeczy coś z pierwotnej atmosfery zostało.
[01:02:50] - Tak.
[01:02:50] - Tylko jest jedno zastrzeżenie, które tutaj może się pojawić. Zastrzeżenie, które usłyszałem. Dla mnie to jest super, bo ten serial zaczął dotykać spraw, zaczął dotykać wątków, którymi dzisiaj żyje świat i to jest moim zdaniem jeszcze lepsze niż to, co było w latach 90. Bo w latach 90. to oglądaliśmy: a tu potwory, a tutaj horrory, a tu kryminały, gdzieś tam obcy. Ale oglądało się to z takim zaangażowaniem. Jak ktoś lubił tego rodzaju filmy, to się angażował. Jak ktoś nie lubił, to mówił: „Taka tam bajeczka, to sobie obejrzę”. Tymczasem te dwa ostatnie sezony mocno nawiązują do modnych, i tu cudzysłów, teorii spiskowych. Ja używam tej nomenklatury tylko dlatego, żeby być zrozumiałym.
Ja nieco inaczej patrzę na teorie spiskowe. Nie do końca ta nomenklatura mi pasuje, ale powtarzam, żeby być zrozumiałym, to jej używam. W związku z tym te dwie serie nawiązują do owych teorii i to jest moim zdaniem rzecz, która tylko podkręca napięcie i tylko podkręca atrakcyjność.
[01:04:14] - Przystanie do oryginalnej formy serialu to był chyba główny zarzut. Z tego, co czytałem, wiele osób zarzucało twórcom, że "X-Files" wyglądają tak, jakby się nic przez te kilkanaście lat nie zmieniło. I te skostniałe elementy nieco raziły. Na przykład dość mało rozwinięta fabuła. Odkąd ukazał się ostatni sezon tej klasycznej części, minęło trochę czasu, seriale się zmieniły, stały się bardziej skomplikowane. Ten główny wątek, ta metahistoria w "Archiwum X" opierała się o tajemnicę. Tajemnicę, odnośnie której mieliśmy przebłyski. Natomiast tego się nie dało rozwiązać w sposób logiczny, bo to była tajemnica. Przez ten czas pojawiły się różne seriale, które intelektualnie angażowały widza. Te wszystkie detektywy, „Dr House”, „NCIS” czy jak to się tam nazywało i tak dalej.
Współczesny widz wymagał od "X-Files" trochę więcej, a tam otrzymywaliśmy proste historie. Proste historie to taka nazwa pierogów też, czy czegoś. No i właśnie tak było z "X-Files", że to było za proste, to było za naiwne dla odbiorcy już z drugiej dekady XXI wieku. I co by trzeba było z tym serialem zrobić, żeby był on oglądalny, żeby był akceptowalny? Bo pojawił się też taki paradoks. Z jednej strony nakręcono „Gwiezdne wojny”, wklejono starych bohaterów, pojawiła się Chewbacca, a wszyscy klaskali, jakie to fajne. Pojawił się Mulder, Scully i historie, które przeżywali w nowej odsłonie. I nagle: to jest złe. Zastanawiam się, gdzie leży ten klucz. Może po prostu chciano więcej.
Spodziewano się, że oni wrócą, ale na dłuższy okres. My tutaj nie będziemy wam streszczać kolejnych odcinków tych dwóch ostatnich serii, bo one były bardzo różnorodne. Mieliśmy tam odniesienia do różnych wątków, i tych spiskowych, i obyczajowych też, ale pojawiły się takie, które uaktualniały nam całą serię, dotyczące na przykład epidemii, chociaż jeszcze wtedy nikt nie słyszał o covidzie, czy sztucznej inteligencji, albo też siewców internetowych teorii spisku. Tak to było. Ogólnie rzecz biorąc, to było takie oglądadło. To się dało obejrzeć, ale pewnie też, bo może do nas to tak bardzo, Marku, nie dotarło, ale może po prostu za oceanem narobiono ludziom smaka. Że to wszystko wraca, będą fajerwerki, będzie nowa intryga, a tak naprawdę ludzie dostali tę historię co dawniej.
[01:07:15] - Nie wiem. Sam nie wiem, dlaczego pierwsza seria z tych nowych serii miała tylko sześć odcinków. Tam się oczywiście pojawiały niesamowite historie, że był jakiś zakaz, że wstrzymano, że oni się zbyt zbliżyli do prawdy i w związku z tym nie mogli realizować kolejnych. To świetny zabieg marketingowy. Nie wiem, jaka była prawda, ale zabieg marketingowy świetny. Ludzie przyzwyczajeni do 20-odcinkowej serii dostali sześć odcinków. Ta pierwsza seria się tak kończy, jak to zwykle w „Archiwum X”. Ona się nigdy nie kończy w sposób jednoznaczny, a prawie nigdy. Gdzieś tam ta niejednoznaczność i natychmiast pojawiła się taka opowieść, że wstrzymali, bo zbyt to było zbliżone do tego, co władza knuje. A przypomnę, że w „Archiwum X” jeden z wątków jest taki, że jest olbrzymi spisek.
Gdzieś tam na szczytach władzy spiskują i to nie tak, proszę państwa, że spiskują, żeby nam zrobić krzywdę. Tam jest spisek, który zakłada totalną krzywdę albo totalną depopulację. Tam w pewnym momencie nawet takie słowa padają, że o to chodzi tak naprawdę. Proszę państwa, to jest tak modny temat i tak na czasie, że wcale się nie dziwię, że owa teoria odnośnie tego, że wstrzymano realizację następnych odcinków, weszła na podatny grunt. Owszem, po jakimś czasie, po dwóch latach bodajże, pojawiła się seria 10-odcinkowa. Ludzie trochę się uspokoili, chociaż ona troszeczkę inaczej żeglowała, w inne kierunki. Ale zwróćcie państwo uwagę, że od tego ostatniego sezonu minęło już sporo lat. Pięć bodajże, jeśli dobrze liczę. W każdym razie sporo. Zostańmy przy tej kategoryzacji.
Sporo lat minęło i nic się dalej nie dzieje. Powiem sobie tak troszeczkę złośliwie: Mulder i Scully się starzeją. Niedługo już zaczną być mało filmowi, a w każdym razie będą mało przekonujący jako ludzie biegający po ekranie i to dosyć intensywnie. Złośliwy jestem, wiem, ale jeśli ktoś myśli o kasiorze, to trzeba by to zmienić. I tu nawiązuję do tego, co, Piotrze, powiedziałeś. Zdaje się, że znaleziono sposób na to, żeby ten serial przepoczwarzyć. To znaczy zrezygnować z pewnych bohaterów, troszeczkę to skierować w inną stronę. Tylko zadaję teraz pytanie, moim zdaniem zasadnicze: czy ten serial bez pewnych bohaterów będzie dalej tym samym serialem? Czy to nie jest jednak strzał w kolano?
[01:10:21] - Natomiast swego czasu tak było, że wprowadzono za Muldera kogoś innego. Nie pamiętam, czy za Scully kogoś wprowadzono. Możliwe, że tak. Już szczerze mówiąc nie wiem. Mieliśmy też spin offy i te spin offy przecież też były puszczane w TVP2. Z tego, co pamiętam, to była historia tych wolnych strzelców, ale to się chyba za bardzo nie przyjęło. Poczytałem sobie, jak to miało być z tym „Archiwum X”. Chris Carter, twórca, cały czas stoi na stanowisku, przynajmniej stał jeszcze całkiem niedawno, że chętnie widziałby kontynuację serialu. I wracamy do tego pytania: czy „X-Files” to jest dobry przykład na upadek wielkiej serii? Nie, bo zawsze mogło być gorzej z tymi ostatnimi seriami.
Ale z drugiej strony tak, bo nie ma pomysłu, co z tym zrobić dalej w istniejącej formie, to znaczy ze Scully i Mulderem, bo tam się pojawiły też takie wątki, że oni po prostu nie chcieli grać już. Mulder pewnie by się jeszcze zahaczył, ale ona ponoć nie. Gillian Anderson. Ja tak sobie myślę, że po prostu wiele się zmieniło. Oni by mieli dzisiaj wiele fajnych historii do dotknięcia. Zauważył to też przecież Carter, ale trzeba byłoby ten serial uaktualnić, zrobić go na nowo, przepisać go, nadać mu nową formę i prawdopodobnie wprowadzić dodatkowych bohaterów stałych. Tak myślę. Na początku tego roku jeden z czarnoskórych reżyserów, niestety nie pamiętam, jak on się nazywa, zapowiedział chęć zrealizowania „Archiwum X” w nowej formie. Nie zdradził, jak to będzie wyglądało, natomiast prawa do serialu posiada obecnie Disney. I powiem ci, Marku, że ja się już boję.
[01:12:18] - Ja też. Jak powiedziałeś o tym Disneyu, to już wiem, że nie będzie dobrze. Wybaczcie państwo prywatę i wybaczcie państwo, że bluznę swoimi poglądami. Możecie się państwo z nimi nie zgadzać i to też budzi mój szacunek. Natomiast uważam, że Disney zniszczył „Gwiezdne wojny” tak, jak nikt tego wcześniej nie zrobił. I nie dam się przekonać. Będę tutaj stał na tym stanowisku, szanując państwa poglądy, ale ja się nie dam przekabacić. Uważam, że ta trzecia trylogia po prostu zniszczyła magię serii „Gwiezdne wojny”. O serialach otaczających nie będę w tej chwili mówił, bo z nimi jest różnie. Natomiast ta podstawowa trylogia trzecia, moim zdaniem to jest kompletne nieporozumienie.
I teraz nawiązując: tak, to budzi pewne zaniepokojenie, że Disney wykupił czy też zyskał prawa do „Archiwum X”. Ale powiem jeszcze jedną rzecz: to się rzadko udaje, jeśli zmienia się bohaterów, jeśli się zmienia podstawowe elementy w serialu, żeby to Odżyło, żeby to poszło i odpaliło się z takim natężeniem, jak to było kiedyś. Być może to będzie pierwszy taki przypadek. Powiem o jednej rzeczy, za którą tęsknię, bo cała ta metahistoria w Archiwum X. Ja rozumiem, że to musiała być tajemnica. Mówiłeś o tym, Piotrze, że na tym polegał ten myk, który zastosowano w Archiwum X, że tam była ta wieczna tajemnica. Zawsze nam dawkowano troszeczkę więcej, mówiono jeszcze więcej, jeszcze więcej, ale nigdy do końca i nigdy w taki sposób, żebyśmy byli w stanie ułożyć sobie historię z tego. Oczywiście część ludzi próbowała, sam to próbowałem robić, co za tym wszystkim się może kryć, niemniej jednak zawsze jakieś dziury pozostawały. I teraz ja tak naprawdę oczekiwałbym, pewno się tego nie doczekam, ale oczekiwałbym, że ktoś, kto będzie ciągnął historię Archiwum X, zakończy albo spróbuje wprowadzić tę metahistorię na takie tory, w których tajemnica niejako zrównoważy się z wyjaśnieniami. To znaczy, ja nie oczekuję, że nam się wszystko wyłoży, kawa na ławę i będziemy wiedzieć wszystko.
Ja oczekuję, żeby dano nam do ręki nitki, dzięki którym będziemy mogli rozwinąć naszą wyobraźnię i pójść w jakimś kierunku, ale żeby tych nitki było na tyle dużo, żebyśmy nie musieli walczyć z dziurami, które siłą rzeczy pojawiały się w pewnej historii. I tego bym oczekiwał, żeby wreszcie widzowie dostali bardzo prawdopodobne przybliżenie tego, co się naprawdę stało. Bo znowu pojadę otwartym tekstem: my tak do końca nie wiemy, czy tam są obcy. Tacy, którzy współpracują, którzy się umówili na przykład z ziemskimi rządami, że zrobią depopulację, a może przejmą planetę, czy też może jest zupełnie inaczej. Może po prostu rządy korzystają z obcej technologii, którą gdzieś tam pozyskały i planują jakąś depopulację, bo planują sobie zrobić tutaj raj na ziemi. To wszystko jest zawsze niedopowiedziane. My nic tak naprawdę nie wiemy, chociaż wyobraźnia rozwija się w różne strony i z różnymi historiami do nas przystępuje. Natomiast troszkę bym oczekiwał, że ponieważ serial wkroczył w drugą dziesiątkę sezonów, to byłby chyba czas, żeby dokonywać pewnych przybliżeń. Nie wiem Piotrze, jak ty na to patrzysz, ale ja bym jednak chciał, żeby mi trochę tej historii sprzedano więcej.
[01:16:32] - Po mojemu to jest za późno na to, żeby reanimować Archiwum X w tej formie, jaka była. Natomiast jeżeli mam być szczery, to będzie tak jak z Obcym. To jest zbyt dobry materiał, żeby on długo leżał. On trochę jeszcze poleży i zostanie reanimowany. Może nawet w taki fajny sposób, że stanie się jakimś hitem. I może rzeczywiście Muldera i Scully nie będzie tam za dużo, ale będą nowi, ikoniczni, bardzo charyzmatyczni aktorzy. Jacy będą, to będą. Nie będziemy tu złośliwi. To jest jedna rzecz. Druga rzecz, czy obcy kontaktują się z rządami, to możecie posłuchać w odcinku na kanale UFO Historie, bo mówiłem o tym.
Mówiłem o tym i możecie sobie znaleźć odcinek z 28 września, gdzie są nowe przecieki na ten temat, bo są oficjalnie sygnaliści, którzy mówią, że tak jest. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że gdyby Archiwum X było kręcone na nowo, to trzeba by ująć te wszystkie nowe formy spisku, te wszystkie wiadomości od sygnalistów, które się teraz wyłaniają. I to by było pewną pułapką, bo ta sytuacja się zmienia. Sytuacja się zmienia, natomiast obraz sprawy pozostaje taki sam, że gdzieś są kosmici, ktoś współpracuje, jest jakaś konspiracja. I to tyle o Archiwum X ode mnie. Natomiast ja bym chciał jeszcze wrócić do Disneya. Otóż byłem nieszczęśliwym widzem filmu na platformie tejże pod tytułem „Nikt cię nie obroni”. Tak on się chyba nazywał. Co mnie do tego skłoniło?
To miał być film o kosmitach i o inwazji UFO. Powiem ci, Marku, my go musimy omówić w „Filmotekarium” kiedyś, bo ja czegoś tak głupiego, tak obrażającego intelekt widza nie oglądałem od dawna. Tam się nie mówi w tym filmie, tam słowa padają chyba tylko w 70. minucie i to jest coś w rodzaju: „O Jezu”. Jestem głęboko zaszokowany, że jedna z wiodących platform robi seriale dla idiotów i filmy dla idiotów. Ja już tego nie będę przedłużał, nie będę tego oglądał. To, co oni robią, to jest masakra na zdrowej tkance intelektu. I stwierdzam to wprost po obejrzeniu tego ostatniego filmu. Po prostu poziom widza musiał się obniżyć gwałtownie przez ostatnie dwie dekady, że nas się teraz raczy czymś takim. Powiem ci, że nawet najgłupszy, najdenniejszy, najśmieszniejszy odcinek Archiwum X, najbardziej nieudany, bo przecież też takie były, był o klasę wyżej od tego, co nam Disney zaprezentował w swoim filmie o inwazji z kosmosu.
Także jestem głęboko zażenowany tym filmem. I wiesz, co mnie najbardziej dziwi? Najbardziej mnie dziwi to ... że filmy, którymi jestem najbardziej zażenowany, mają najwyższe oceny na wszystkich portalach, które krytykują, poddają analizie różne produkcje. Zakończę cytatem z ciebie: może ja jestem po prostu zbyt głupi?
[01:19:56] - Ja powiem w ten sposób, Piotrze, że bardzo zaostrzyłeś mi apetyt i koniecznie musimy ten film omówić. Skoro jest tak źle, to tym lepiej dla nas. Po prostu trzeba ten film, w moim przypadku, obejrzeć i w jakimś stopniu poczepiać się, i powiedzieć to, zacytuję w tej chwili ciebie: „O Jezu, jakie to było słabe”. Już się nastawiam. A być może zdarzy się tak, że dostaniemy jakąś zwrotną od naszych słuchaczy, co sądzą na temat filmu, o którym powiedziałeś przed chwilą. Może to będzie jakiś drogowskaz? Może będzie jakieś wskazanie, czy jest tak źle, jak powiedziałeś? Czy może to jest jakieś zagranie? Szyję w tej chwili, przepraszam państwa. Chciałem poprawnie wypaść, ale nie.
Można ciągnąć takie rzeczy i opowiadać głupoty, ale nie będę państwa na to narażał. Tym bardziej chętnie ten film obejrzę i później porozmawiam z Piotrem na antenie.
[01:21:06] - Do usłyszenia za tydzień.
[01:21:09] - Do usłyszenia. Tak, proszę państwa, to czas na odrobinę szaleństwa, na odrobinę tworzenia na antenie. A to sygnał, że za chwilę na antenie pojawi się Katarzyna Prychacz. Katarzyna Prychacz, „Dwa miejsca i dwie tajemnice”. Zapraszam państwa na kolejną historię tworzoną na żywo.
[01:21:38] - Dobry wieczór, Bóg Radiowa Ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na „Alchemię Tworzenia”. „Alchemia Tworzenia”. Witam was serdecznie w 31. odcinku drugiego sezonu podcastu o nazwie „Alchemia Tworzenia”. Niezmiennie w tym sezonie dalej bawimy się konwencją, dalej sobie tutaj uskuteczniać będę wymyślanko. Natomiast mam taką przypadłość, że szybko się nudzę. Także mam nadzieję, że wy się nie nudzicie albo że nudzicie się tak samo szybko jak ja. Dzisiaj pomyślałam, że spróbujemy znowu czegoś nowego. Tak jak poprzednio zajmowaliśmy się bohaterami, problemami i ich historiami, tak dzisiaj sięgniemy po miejsca.
Na tapet dzisiaj wjadą karty miejsc z gry planszowej o nazwie „Tajemnicze Domostwo”. Bardzo ładne grafiki, polecam. Oprócz tego odkopałam sobie jedną kość, którą kleiłam na potrzeby jednego z moich narzędzi z gry planszowej czy bardziej karcianej. To jest gra kryminalna, więc na kości mamy takie pozycje jak: kradzież, morderstwo, zaginięcie, porwanie, włamanie, napad. I co jeszcze? Chyba wszystko wam powiedziałam. Co w związku z tym? Pomyślałam, że będę losować miejsce. Wyrzucimy sobie kryminalną rzecz, która się tam wydarzyła, i coś, co będzie spajało te dwa elementy na dzisiejszą audycję. Do jednego z projektów przygotowałam sobie tytuły, „Tajemnica czegoś tam”.
Pomyślałam, że wylosujemy te trzy komponenty i będę sobie tutaj zmyślać wam i wymyślać jakieś fajne rzeczy. Zobaczę, jak mi wyjdzie jedna historia. Nie planowałam robić tego więcej. Pomyślałam, że dzisiaj możemy zrobić trochę krócej, tak na próbę, i zrobić jedną historię. Ale zobaczymy. Bo jakby jakimś cudem poszła mi zbyt szybko, to wtedy może weźmiemy jakieś dwie na tapet. Wszystko chyba wiemy, co musimy. Oczywiście zachęcam was, żebyście sobie zerkali raz na jakiś czas w jakieś poprzednie odcinki, żebyście mieli wgląd mniej więcej. Może mój chory umysł jakoś ewoluował czy coś się zadziało. Nie wiem, może w dobrą, może w złą stronę.
Gdzieś zawsze jakiś komentarz by mógł mnie nakierować, w którą stronę ewoluować mniej lub bardziej. I co więcej? Chyba wszystko mamy już, także nie przedłużam. Lecimy. I cóż najpierw wylosujemy? Już wiem. Wyrzućmy kością i zobaczmy, co się wydarzyło, czego będzie dotyczyć nasza dzisiejsza tajemnica. Mamy włamanie. Wypadło mi włamanie na kości. Teraz sobie z tych kart wylosuję miejsce jakieś.
Nie wiem. Może to. Dobra, już patrzę i zaraz wam opisuję. O, proszę. Mamy tutaj na karcie, chciałam powiedzieć gabinet, ale nie, to jest gabinet. Taki retro gabinet, stary regał i full książek. Głowa łosia na ścianie. Jest też strzelba. Najprawdopodobniej właściciel czy urzędujący w gabinecie to był myśliwy. Jest też plakat To jest chyba Układ Słoneczny.
W centrum jest wielkie słońce z promieniami, trochę jak potwór z okiem pośrodku. Wokół są orbity i różne planety. Przed regałem mamy stylowy zielony fotel, pewnie welurowy, ładnie obijany. Aż tak na meblach się nie znam, a mam zasadę, że nie robię researchu w trakcie przemawiania do was. Tak że nie określę wam, z jakiej epoki jest ten fotel, ale jest ładny, epokowy. I oczywiście biureczko do kompletu. To jest biurko, które też jest welurem. Takie były kiedyś materiałowe biurka, że się takimi ćwiekami przybijało materiał. Trochę jak stół bilardowy wygląda, tylko to ewidentnie jest biurko, na którym jest plansza do szachów, są porozsypywane pionki i stoi globus. Jak nic, mamy tutaj inteligentnego badacza, myśliwego.
Bardzo ciekawa osoba musiała zamieszkiwać ten gabinet. Zaraz będziemy kminić, poddawać dalszym analizom, co to za włamanie, co tu może zostało skradzione. Nie wiem, czy nie będzie mi tu brakowało jeszcze jakiegoś komponentu, ale nic to. Na dziś poradzimy sobie z tego, co mamy. Teraz się już dowiedzmy, jaka to będzie tajemnica i dokąd będę musiała zmierzać. Tajemnica wylosowana. Też mam tę w zamykanej księdze. Tajna skrytka na moje tajemnice. Tajemnica papierków po cukierkach. To tu może mógłby zostać trop po złodzieju.
Papierki po cukierkach. Myślę, czy robimy śledztwo, bo pełne śledztwo moglibyśmy też zrobić. Ale nie, chyba już dzisiaj nie będę kombinować, bo mam też inne komponenty. Zobaczymy, jak to pójdzie. Tajemnica papierków po cukierkach. Ewidentnie mieliśmy włamanie w naszym gabinecie. Fotel jest przewrócony. Jakby ktoś się zerwał od biurka i fotel się przechylił i opiera się na kredensie. Czy to jest chyba komoda, nie kredens. A może to jest z książkami kredens?
Nieistotne. Tak czy siak fotel jest półprzechylony, szachy rozsypane. Oczywiście mamy tutaj motyw włamania, czyli nie mamy żadnej ofiary jako śmiertelnej czy uszkodzonej. Mamy tutaj ofiarę na zasadzie takiej, że coś zostało skradzione. Tylko co tu mogło zostać skradzione? Tak patrzę, może mi coś ta karta podpowie, bo ta strzelba też tak dziwnie wisi. To jest taka stara strzelba. Mi się wydaje, że ona jest prochowa, a nie ma rogu, którym się proch ładowało czy proch się w ogóle w tym nosiło. Może to zostało skradzione. Pytanie, czy doszło tu do jakiejś szamotaniny?
Doszło do włamania i ewidentnie ktoś się spieszył. Czyli to nie był profesjonalista i wiedział, że jest ryzyko nakrycia, ponieważ mamy krzesło przechylone i szachy rozsypane. Oczywiście nasz poszkodowany bardzo lamentował, że miał taką turbopartię, rozgrywał listownie. W ogóle nie wiem, czy kiedyś się listy wysyłało. To była taka listowna gra w szachy. W statki też chyba była taka gra, że była plansza i się wysyłali nawzajem do siebie, jaki ruch teraz robią. Jeszcze nie było doby internetów, więc załóżmy, że to była taka partia z profesorem, taka na odległość, ale telefoniczna, czyli nie może odtworzyć tych ruchów. Nie listowa. Więc poszkodowany lamentuje, ale się okazało, że zawinęli mu ten róg z prochem. Ten róg musi być ważny.
A może tam nie było wcale prochu? Tam nie było prochu. Ja myślę, że jak mamy tutaj tajemnicę papierków po cukierkach, to w tym rogu nasz poszkodowany sobie kitrał słodycze. Miał cukrzycę. Żona go pędzała, żeby nie jadł, nie podjadał tych cuksów, ale to było silniejsze od niego, więc sobie wysypał proch i ukrył tam cuksy. Oczywiście główną podejrzaną, wszystko wskazywało na to, że to jest żona, ale żona w ogóle zaskoczona, po co jej proch i w ogóle o co chodzi. Całe śledztwo polegało na tym, że było mało punktów zaczepienia, aż w końcu na korytarzu, bo to była taka wielka retro posiadłość, trzy piętra, korytarze, tajne pokoje. Patrzę jeszcze, co tu na podłodze. Granatowy dywan, esy-floresy, ale nie daje mi to żadnego tropu. Ale w sumie to słońce.
Może oni też wyznawali jakiś tajny kult słońca? I tak myślę, co z tym kultem? Tajne spotkania. Duża retro rezydencja ma różne piętra, pokoje czy tajne pokoje, tajne przejścia. Może to jest ciekawy trop? Może jakiś pokój zabaw? Może odnaleziono tam cukierki? Fajnie w tej historii by było, że tylko my wiemy, że tam były te cukierki. My i poszkodowany. Ale przez całe śledztwo będzie szukany róg z prochem.
Natomiast co jakiś czas po domu będą się walały papierki po cukierkach, które będą bardzo negatywnie wpływały na naszego poszkodowanego. On będzie przez to bardzo poirytowany i będzie się złościł, a żona nie będzie tego rozumiała. Nasz poszkodowany postanowi sam prowadzić to śledztwo i zbierał te papierki, rozpisywał sobie, w których miejscach były pozostawione, aż w końcu znalazł system, że pojawiały się zawsze po godzinie 20:00. Niestety to był stary dom, więc nie mieli monitoringu, więc losowo musiał się przyczajać w różnych lokacjach, bo tego klucza nie odnalazł, od czego to zależało. Żona myślała, że zwariował, bo on miał obsesję na punkcie tych papierków po cukierkach. Przecież zgłosili kradzież na policję i koniec. Więcej nic nie mogli zrobić. Nie rozumiała, co w jej męża wstąpiło. Myślę sobie z tym kultem, że może to jednak mąż będzie brał udział w tych kultowych spotkaniach. Żona będzie sobie dorabiała teorię, że całe zło, które ich spotyka, jest spowodowane tym, że on igra z mocami nieczystymi.
A tak naprawdę to było spotkanie bardziej naukowe, dywagowali na temat Układu Słonecznego i tego, czy to Ziemia kręci się wokół Słońca, czy Słońce wokół Ziemi, czy Ziemia jest płaska, wklęsła czy trójkątna. Dyskutowali na tematy astrofizyczne, astrologiczne i astronomiczne i wszystko to, co związane z ponad ziemią, kosmiczne wręcz tematy. Natomiast żona upatrywała w tym jakichś dziwnych obrzędów, składania ofiar i tak dalej. Ten klub zamknięty samych mężczyzn, oni też sobie na te polowania regularnie wyskakiwali. Żona była przekonana, że to męża sprowadza na złą drogę i on już zwariował albo jakiś demon go opętał. I co dalej? Co tu się mogło zadziać? W końcu musimy znaleźć tego winnego i tu mi brakuje jakiegoś komponentu, jakiejś postaci. Kto by mógł być tym winowajcą? Jak cukierki, pomyślałam o jakimś dzieciaku.
Dobra, mówiłam, że nie będę brać komponentów. Wnuczek może? A może nie, bo to taka duża posesja. Może jakiś bezdomny dzieciak, nawiał z domu albo faktycznie z domu dziecka i on się ukrył w ścianie. Gdzieś z tyłu na posesji znalazł dziurę i się okazało, że przez ten cały dom przechodzą supertajne korytarze, że nawet sami właściciele o tym nie wiedzieli. Dzieciak buszował w tych korytarzach i kiedyś przez głowę łosia, bo od strony tego korytarza można było przez nią patrzeć, zauważył, że właściciel domu chowa cukierki w tym rogu. A dzieciak zawsze marzył, żeby móc jeść słodycze i mieć ciepły dom i różne przysmaki. Postanowił, że skradnie te cukierki. I tak nasz właściciel, prowadząc to śledztwo, w końcu zauważył, jak spod jednego z arrasów wyłonił się chłopak młody, dzieciak, chłopiec, który próbował zakraść się do spiżarni, żeby powybierać jakieś dobre rzeczy. Wyrzucił przy okazji ten papierek.
Wypadł mu z kieszeni papierek, więc właściciel go zaatakował. Może być tak, że on z tą strzelbą biegał po mieszkaniu, mimo że nie była naładowana, bo przecież cały proch wysypał gdzieś. Z nią biegał dla postrachu, dlatego żona tym bardziej uważała, że już totalnie mu siadło na głowę. Mężczyzna wyskoczył zza winkla z tą bronią. Chłopak, oczywiście przerażony, upuścił słoik z ogórkami. To była noc. Wielki trzask, szaszor. Żona przerażona myślała, że coś się dzieje. Jeszcze jak zobaczyła męża z bronią, to prawie zemdlała z wrażenia, że ten strzelił. Była przekonana, że on strzelił.
Taki był huk. A potem, jak już się wszyscy trochę uspokoili, zaczęli rozmawiać i się wyjaśniło. Nie zdradził sekretu właściciela przed żoną. Wiedział, że to mu się opłaci. Uspokoili żonę. Ona oczywiście była bardzo kochana, ciepła, miła, kochająca kobieta, więc oczywiście poszła zrobić kakao, bo to przecież w nocy to jest najlepsze na ukojenie nerwów i na sen. Oczywiście pościeliła mu w pokoju gościnnym. Wręcz miała pretensje, czemu się w ogóle wcześniej nie powiedział. Przecież to nie jest problem. Oni mają tyle wolnych pokoi, nie mają dzieci, nie mają większej rodziny, więc na pewno jakiś kąt by się dla niego znalazł.
Ona poszła do kuchni, a wtedy mężczyźni na korytarzu się dogadali. Właściciel mówi, że nie ma problemu, że on tak naprawdę jeszcze ma cukierki schowane w globusie. Niech zatrzyma ten róg na pamiątkę, ale najpierw poszli jeszcze mu doładować tych cukierków, oczywiście chłopakowi, żeby miał zapas. I oto mamy tajemnicę papierków po cukierkach, tych tajemniczych, porzuconych. I przy okazji wiemy też już, kto dokonał włamania i kto skradł nasz róg z prochem, ale nie prochem. No dobra, słuchajcie, mamy taki czas, ja tutaj już na siłę nie będę wymyślać. Myślę, że lecimy jeszcze dzisiaj z jedną historyjką tego typu, a następnym razem pomyślę, może faktycznie zrobimy jedno takie śledztwo na te 40 minut, czy jak mnie poniesie, to i na godzinę. No dobra, rzucamy kością znowu. Tym razem mamy zaginięcie. I co my tu mamy?
Miejsce. Mamy miejsce. O kurczaki, cóż to jest? Powiem wam, że taki mroczny klimacik. Mamy tutaj plażę, ale opuszczoną, trochę taką bardzo śmiganą. O co mi chodzi? Mamy leżak na tej plaży, ale taki połamany, zdruzgotany. Przy nim jest maszt. Jak się nazywa ten kij od parasola? W czasach świetności stał tu wielki parasol, natomiast dzisiaj widzimy tylko praktycznie łyse druty i parę ochłapów materiału.
Ten parasol jest totalnie zniszczony. Jest koło ratunkowe, ale też poprzecierane, poplamione, takie czarno-białe, jak często na statkach czy na budynkach wisi. W tle widzimy latarnię morską. Jest też pomost i na nim są jakieś sznurki rozpostarte. Nie wiem, czy to były światełka, czy to jakieś ryby się suszą. Mamy też beczkę, taką odrapaną, jakieś liny czy łódź zaparkowaną, wysuniętą na brzeg. Ogólnie bardzo mroczny, plażowy klimat. Oczywiście pełno mew. Tutaj siedzą na beczce, na łódeczce, gdzieś tam sobie latają w tle. I jest dosyć pochmurno.
I tu mieliśmy zaginięcie. Kurczę, ciekawa sceneria. No dobra, to lecimy jeszcze, zobaczymy, jaka to tajemnica ma tu się nam wyjaśnić. Dobra, mamy tajemnicę. O matko, z córką. Tajemnica nogi w garnku. O matko, makabreska jakaś tu nam wjeżdża, widzę, na salony. Tajemnica nogi w garnku. Słuchajcie, może. Mimo że ta plaża jest opuszczona, to jednak jest ten leżak cały czas gdzieś, czy to koło ratunkowe, i ta łódź.
Łódź jest całkiem dobra, nie jest zdezolowana, więc może na tej plaży po prostu ktoś mieszkał, jakiś nasz człowiek. Można byłoby iść, że latarnik. Tylko że ta latarnia jest strasznie daleko. Ale wiecie co? Czemu nie? Bo tu jest zaparkowana łódź, więc może być tak, że ta latarnia była na tyle mała, że tam on nie spał i z jakiegoś powodu musiał dopłynąć do brzegu. I na tej naszej scenie, że tak powiem, zbrodni, może nie, na tym miejscu zdarzenia może on sobie tu odpoczywał. Że on sobie za dnia, kiedy nie musiał latarnią świecić i wskazywać kierunku, przypływał i w ciągu dnia na tym starym leżaku siedział i gdzieś tam się relaksował, wdychał bryzę morską. Pewnie w samej latarni też ją mógł wdychać. Może się przyjaźnił z tymi mewami, je dokarmiał, dlatego ich tu tyle jest.
Teraz tylko myślę, kto by zgłosił zaginięcie? Musi być ktoś, kto się przejął. Okej, ale on tak sobie tu przychodził krajoznawczo, więc nie czuł się w obowiązku, żeby naprawiać parasole. Po prostu z sentymentu tu przypływał. Może się z kimś spotykał. Słuchajcie, musimy tu wprowadzić kogoś. A może to taka atrakcja trochę też mogła być turystyczna. Jeżeli ktoś wiedział, był w okolicy, wiedział, że tutaj jest taki latarnik, że można było przyjść, zrobić sobie piknik, porozmawiać z latarnikiem, dowiedzieć się, na czym ten zawód polegał. To był wiekowy człowiek, więc miał też masę przecudnych historii do opowiedzenia. Wielu też przecież uratował rozbitków, poznawał wielu kapitanów najróżniejszych statków, bo tam nieraz statki cumowały czy gdzieś tam przy latarni miały możliwość się zregenerować.
Znaczy marynarze mieli. I tego dnia, jak zawsze powinien nasz latarnik być, natomiast nie wiedzieć czemu, była zaparkowana łódź latarnika, ale nic więcej się nie działo. Nigdzie nie było widać latarnika. Jedyna bardzo poważna anomalia, która nie dawała nikomu spać po nocach później, to było to, że na środku plaży został postawiony wielki kocioł. Chciałam powiedzieć garnek, pomyślałam taki blaszany, współczesny garnek, ale może taki właśnie wiedźmi kocioł. A czemu nie? Nie, wiecie co? Idziemy w taki chamski, blaszany garnek, taki garnek, nie wiem, pięciolitrowy? Sześcio? Nie wiem.
Nie mam punktu odniesienia. Mam chyba w domu tylko trzylitrowy największy. Taki ogólnie duży garniec sobie stał. Wypełniony był lodem. Zróbmy tak, bo myślałam o wodzie, ale niech będzie, że był wypełniony lodem, a w tym lodzie była noga. Natomiast noga taka od połowy łydki ze stopą. To może bardziej była stopa. Dobra, weźmy tę stopę. Nikt nie rozumiał, o co tu chodzi. Wszyscy zastanawiali się, czy to przypadkiem nie była może noga latarnika, może ktoś go zamordował.
Cała mieścina, cała okolica zawrzała. Wszyscy się łączyli w różne zgrupowania i szukali latarnika. Oczywiście latarnia przez parę dni nie funkcjonowała. Mieszkańcy zadbali o to, żeby pełnić dyżury czy chociaż jakieś boje ostrzegawcze, świetlne zamontować, żeby statki uważały na tą mieliznę, żeby tu nie wpływały. Jednak nie było zbyt wielu poszlak, bo właściwie nie zostały żadne ślady. Nie wiadomo było, czy tam latarnik został, czy nie. Nie było też śladów krwi, więc ewidentnie ta noga nie była ucięta w tym miejscu. To nie było miejsce zbrodni. Łódź też była czysta i wszyscy byli przerażeni i właściwie się zmieniali, zarówno jak pełnili dyżury na latarni, jak i pełnili dyżury tutaj na plaży. Latarnik był stary i nie miał rodziny żadnej.
Jedyną rodziną, można powiedzieć, przyszywaną, to byli okoliczni mieszkańcy czy ci, którzy go na tej plaży odwiedzali. Właściwie nic się nie działo przez trzy dni. Wszyscy już zaczynali tracić nadzieję i zastanawiali się: trzeba koniecznie wyznaczyć kogoś, kto będzie pełnił funkcję latarnika. Myślę, czy przydałby się jakiś uczeń, ktoś, kto by szkolił latarnika. A może on miał ucznia? Właśnie, może ten uczeń zgłosił... Ej, wiem. Nikt nie wpadł na to, żeby popłynąć na tą latarnię i zapytać ucznia. Czyli latarnia funkcjonowała. Dobra, już wiem.
Cofamy to. Mieszkańcy dyżurowali sobie na plaży. Latarnia funkcjonowała jak gdyby nigdy nic. Natomiast cały żart polega na tym, że nikt się nie zorientował. Wszyscy tak byli zaaferowani. Skoro łódź latarnika tu była, to znaczy, że on tam nie wrócił, że go nie ma na tej latarni i nikt się nie pokwapił, żeby nawet w nocy zobaczyć, że latarnia działa normalnie. W końcu po tych trzech dniach do brzegu, na zdruzgotany pomost przy tej plaży dobił kuter rybacki. Z tego kutra wysiadł latarnik i właściwie patrzył zdębiały, co tu się w ogóle dzieje. Że to jakaś impreza na jego plaży, że tego już za wiele, że aż się poirytował. Ludzie wręcz w szoku.
Wszyscy go zaczęli przytulać, cieszyć się. Mówili, że cieszą się, że żyje. Co się stało? Gdzie on był? Czy on został porwany, czy o co chodzi? A chodziło o to, że jeden z rybaków wpadł w sieci i poprosili go o pomoc, ponieważ jednym z wielu fachów, które znał nasz latarnik, to było dorabianie drewnianych kończyn. Natomiast ta noga w garnku po prostu została przez przypadek. Nie, czekajcie. Jeżeli mieli nogę, to przecież mogli tą nogę przyszyć, nie? Albo spróbować do szpitala go zawieźć.
No dobra, a może taki był plan. Czyli na tym kutrze rybackim jeden z załogantów, tak to chyba można powiedzieć, zaplątał się w sieci i pod naporem może jakaś lina się zerwała, ta sieć tak się od razu do góry poleciała, zacisnęła, że dosłownie mu odcięło nogę. Oczywiście wszyscy zareagowali w porę. Rana została zatamowana, noga w garnek z lodem i zmierzali do brzegu. Natomiast jak tylko dotarli do brzegu, to ten poszkodowany powiedział, że on w żadnym wypadku nie chce tej nogi przyszywanej. Skoro się oderwała, to znaczy, że jest zbyt słaba. Trochę to głupie, ale nie, czemu głupie? Są ludzie, którzy na przykład nie chcą iść do szpitala czy nie chcą się na coś leczyć, albo chcą się leczyć inaczej niż tutaj prawidła przewidują. To i on miał prawo odmówić przyszycia nogi. Trudno.
Stracił w boju, wiedział, na co się pisze. Wiedział, że poławianie ryb to czasami jest niezła walka, więc stwierdził, że szkoda czasu i że on chce czuć się jak taki prawdziwy wilk morski i potrzebuje protezy. Także zaszyli mu tą ranę, wypalili mu tą ranę może. Odkazili, wypalili, zaszyli, a ta noga w garnku po prostu została, bo po pierwsze nie wiedzieli za bardzo, co z nią zrobić, więc nikt się nie poczuwał. Odstawili ją na tej plaży. Po drugie stwierdzili, że muszą wrócić na odpowiednie swoje miejsca, póki jest jeszcze jasno, bo musieli się gdzieś zameldować. Latarnik wziął cały swój sprzęt i popłynął razem z nimi, a w międzyczasie jego uczeń miał lekcję swoją pierwszą taką poważną, bo został sam na latarni i miał wszystko obsługiwać. Możemy też zrobić, że w międzyczasie jednak ktoś inteligentnie... Albo nie. Może zróbmy, że młody latarnik przypłynął pontonem do brzegu, żeby przejść się do miasta i zrobić zakupy I właśnie też był taki: co się dzieje?
Oczywiście złapał panikę od mieszkańców, bo mieszkańcy mu powiedzieli, że jego mistrz zaginął, że coś się dzieje, a on tylko pamiętał, że mistrz właśnie dopłynął do brzegu z rannym rybakiem. Przy okazji mieszczanie się dowiedzieli, że jest młody latarnik. O, tak to zróbmy. Czyli mamy morał, że ta tajemnicza noga się też wyjaśniła. Po prostu była niepotrzebna. Mieszkańcy oczywiście zatroszczyli się o to i ta noga była cały czas zamrożona w policyjnej kostnicy. Chciałam powiedzieć chłodnicy, ale jakoś tą nogę zabezpieczyli. Nie wiemy, co potem się z nią zadziało. To już między policją a wilkiem morskim o drewnianej nodze. Okej, słuchajcie, nie wymyślam dalej.
Gdzieś tam mamy tę historię. Może to nawet byłoby ciekawe, takie groteskowe opowiadanko. Wiecie, jakby to dobrze poukładać. Mogłoby to być fajne opowiadanie pokazujące, jak panika potrafi zaślepić ludzi. Że oni wszyscy nie wpadli na najbardziej oczywistą rzecz, żeby w ogóle na tą latarnię popłynąć, bo każdy założył, że nie ma innego latarnika, nie? Także mamy wszystko wyjaśnione. Mamy motyw piracki. Ja lubię te motywy, także od razu człowiekowi świeżej w środku. W ogóle uwielbiam latarnie morskie. Kto wie, może kiedyś przyjdzie mi mieć swoją, co by tam tę drogę wskazywać dosłownie.
Okej, mamy to. Coś nowego. Ja się cieszę. Fajny powiew świeżości, ciekawe historie. Co prawda brakuje mi jednego komponentu. Chciałabym zrobić taką historię, żeby była na cały podcast, a tutaj jednak jakoś tak za mało. A też nie tędy droga, żeby na siłę tu już później jakieś bzdety wymyślać. Może trzeba byłoby połączyć to i zrobić właśnie jakieś dwie lokacje albo losujemy trzy lokacje. O, dobra, następnym razem tak to zrobimy. Czyli będzie rzut tą kością, będzie jakaś tajemnica i będą trzy lokacje, więc trochę się tymi bohaterami poporuszamy.
Pomyślę, czy może zagarniemy sobie jakiegoś bohatera z jakiejś gry, czy może właśnie z „Dixitu” sobie rzucimy kartę symbol bohatera. Okej, ja dzisiaj nie przedłużam. Mamy ładne 33 minuty, także trzymajcie się zdrowo. Dużo, dużo zdróweczka, inspiracji i w ogóle samych cudowności dla was. Słyszymy się za tydzień. Pa.
[01:53:00] - A teraz drugie spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Ci z państwa, którzy znają bibliotekaryjne zwyczaje, to ci z państwa wiedzą, że nastał czas na MAUPę. A w niej bierzemy pod lupę książkę Johna Macka „Uprowadzeni. Bliskie spotkania czwartego stopnia”. Zapraszam. Czołem, czołem Piotrze.
[01:53:27] - Witam w kolejnym przeglądzie książek na temat zjawisk z pogranicza.
[01:53:33] - Tak. Dzisiaj książka, która ma tytuł, powiedziałbym taki przebojowy, a mianowicie „Uprowadzeni. Bliskie spotkania czwartego stopnia”. Ja od razu powiem, że ten tytuł, który zacytowałem, w oryginale brzmi nieco inaczej. W Polsce przyjął się „Bliskie spotkania czwartego stopnia”. Ja nie wiem, czy to jest najlepszy tytuł. W każdym razie to jest książka Johna Macka.
[01:54:03] - Tak, można powiedzieć książka, może nie absolutny klasyk, tylko książka absolutnego klasyka. Doktor John Mack, legenda ufologii. Książka dość życiwa. Ukazała się w takiej serii wydawnictwa Amber poświęconego zagadkom z UFO z roku 1996. I ja nie wiem, Marku, czy to nie jest jedyne wydanie, bo potem nie mogłem się dokopać do kolejnych.
[01:54:26] - Też mam wrażenie, że to jest jedyne wydanie. Zresztą powiem tak: ta książka ma szereg wad na poziomie już samego właśnie tego wydania, bo ona, wiesz, z racji wieku muszę to podkreślić, jest wydrukowana bardzo drobną czcionką i źle się to czyta tak od strony technicznej. Jak ktoś ma młode oczy, to proszę bardzo. Niemniej ona jest wyjątkowo drobną czcionką wydrukowana, bo zapewne w latach 90. patrzono na koszty, a wiadomo, że jak jest czcionka mała, to stron mniej i wydanie książki tańsze. Gdyby ona miała być wydrukowana taką czcionką łatwo przyswajalną, to ona by miała z 500 stron przynajmniej. I to już byłby problem.
[01:55:23] - Myślałem, że powiesz, że w latach 90. ludzie lepsze oczy mieli, bo nie mieli komórek albo że świecili jeszcze po Czarnobylu i mogli czytać przy własnym świetle. Ale powracając już do sedna, to warto przypomnieć, kim był autor. Doktor John Mack, psychiatra z Harvard Medical School. Przebadał przypadki bardzo wielu osób, które twierdziły, że zostały uprowadzone przez kosmitów. I odkrył, że ta anomalna, trudna do wyjaśnienia część przypadków odnosi się do ludzi, którzy nie cierpią na żadne schorzenia psychiczne, nie kłamią, ale noszą ślady jakiegoś głębokiego szoku pourazowego. Chociaż nic traumatycznego nie przeżyli, nic ich traumatycznego nie spotkało. Przynajmniej w naszym rozumieniu traumatycznego. Natomiast niektórzy z nich mieli przebłyski dotyczące bliskich spotkań z istotami z UFO albo i tego, i tego. U niektórych to były całkiem realne wspomnienia, które potem pogłębiano za pomocą hipnozy.
I o takich ludziach w zasadzie jest, Marku, ta książka. Mack, tak jak Budd Hopkins czy Whitley Strieber należał do grupy popularnych autorów w tamtym okresie, którzy się zajmowali zjawiskiem uprowadzeń. Zresztą to Budd Hopkins wciągnął Macka do tematu. Każdy z wymienionych autorów miał swoje własne podejście do tego zjawiska, przy czym u Macka było ono najbardziej chyba kompleksowe, bo z racji wykształcenia był osobą najbardziej kompetentną do oceny stanu ofiar abdukcji. Ale jest szereg mankamentów, a pierwszy chyba jest taki i to trzeba powiedzieć na samym początku: to nie jest książka dla osób, które się dopiero zaznajamiają z tematem, bo to jest ciężka przeprawa, ciężka lektura. By zrozumieć ideę Macka i jego pogląd na abdukcje, należy posiadać nie tylko jakieś zrozumienie psychologii, ale też orientację w temacie UFO i abdukcji. Jeżeli ktoś sobie myśli, że UFO to jest tak, że przylatują kosmici, badają ludzi, biorą ich na pokład i heja, to po przeczytaniu tej książki będzie miał wrażenie, że albo on nic nie rozumie, albo to jest najgorsza książka, na jaką trafił. Nie. Mack nam próbuje udowodnić, że to jest głębsze zjawisko, którego nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć. Ale ta książka nie pomaga.
[01:57:49] - Ona przede wszystkim, Piotrze, nie porywa. Ona jest napisana dosyć ciężkim stylem. Nie jest to lekkie, nie jest to wciągające. I rzeczywiście zgadzam się z tobą w pełni. Trzeba mieć jakąś bazową wiedzę, żeby spokojnie tę książkę, mówiąc brzydko, wciągnąć i to wciągnąć na raz. Ona nas nie wprowadzi na manowce. Ona rzeczywiście pewien drogowskaz nam da odnośnie tego, czym mogą być ewentualnie abdukcje, ale warto pamiętać, że do tej książki trzeba się przygotować. Ja powiem jeszcze jedną rzecz. Z takich gorszych to, że z racji wykształcenia i tytułu Mack przyciągnął ludzi do tej książki, bo jego nazwisko coś znaczyło, a zatem był takim filarem. Ludzie patrzyli na to, że to w końcu poważny człowiek, naukowiec i zajmuje się takimi sprawami, a zatem coś w tym jest.
Więc tu chwała mu za to, że w ogóle spowodował swoisty renesans zainteresowania tymi sytuacjami, o których pisze. Ja tylko przypomnę, że te wszystkie historie związane z abdukcjami, z tym, co tutaj w tytule nazwano bliskimi spotkaniami czwartego stopnia, to jest zjawisko znacznie starsze. Ono miało swoje wzloty i upadki. Mówię o zainteresowaniu. I wtedy, kiedy Mack wydał swoją książkę, to właśnie przygasało to wszystko. Już ludzie mówili: „Ale to wszystko takie trudne do ogarnięcia”. Ja przypomnę, te abdukcje to gdzieś lata 60. Ty, Piotrze, jesteś lepszym specjalistą od tych spraw, a gdzieś mi się tak kojarzą lata 60., kiedy to zjawisko było modne.
[02:00:00] - Ono się wtedy zaczęło, ale jeżeli chodzi o szczyt zainteresowania, to lata 80., 90. I zaczęło to przygasać moim zdaniem na początku 2000, kiedy ta grupa osób, które się zajmowało, po pierwsze te osoby poumierały, główni badacze poumierali: Karla Turner, Mack, potem Budd Hopkins chociaż na końcu. I nie miał tego kto badać. I to kółko stało się bardzo hermetyczne. Dzisiaj jest jeszcze bardziej hermetyczne i muszę powiedzieć, że jest to dość niepokojące dla oceny tego fenomenu.
[02:00:31] - Ale coś chcę powiedzieć. Nie do końca się z tobą zgadzam, bo moim zdaniem właśnie w latach 90. to zainteresowanie, o ile w Polsce to były nowości i w Polsce rzeczywiście o tym dużo mówiono, to mam wrażenie, że na Zachodzie fascynacja zjawiskiem przygasała i wtedy pojawiła się książka „Uprowadzeni” Johna Macka i to zjawisko wybuchło od nowa.
[02:00:59] - Jeżeli mówimy o mainstreamie i zainteresowaniu mainstreamu, to tak rzeczywiście było tak jak mówisz, ale jeżeli chodzi o kręgi ufologiczne, to jeszcze się to dobrze miało w latach 90. naprawdę. Mack jeszcze był mocno związany ogólnie z innymi obszarami ufologii. On się zajmował nie tylko uprowadzeniami. Był mocno zaangażowany między innymi w badanie tego słynnego przypadku z Zimbabwe, z miasta Rhoga, o którym kiedyś mówiliśmy w debatach ufologicznych. Ale co jeszcze chciałem powiedzieć na temat Johna Macka. Czym są abdukcje, to wiecie. To są porwania ludzi, którzy nagle orientują się, że kosmici coś przy nich majstrują. Książka zawiera w sobie historie kilku ludzi. Te historie są przedstawione w taki sposób, powiem ci, trochę jak karta pacjenta.
Nie porywają. Jeżeli masz wrażenie, że bierzesz do ręki prawdopodobny dowód na historię o uprowadzeniach, to po pewnym czasie cię to zaczyna nudzić. Ta książka jest nudna, nie ukrywam. Opisuje te wszystkie przeżycia, o których mówią świadkowie abdukcji, czyli że oni są tam wykorzystywani przez jakichś tam kosmitów do medycznych eksperymentów, najprawdopodobniej reprodukcyjnych. Cel tego nie jest jasny, ale to jest chyba najciekawsze, że obcy tam czasami przebąkują coś o wielkiej zmianie na Ziemi czy Armagedonie, który nadchodzi, czy o wielkich katastrofach. I tak dalej. O tym jest naprawdę niewiele. Koniec końców dochodzimy do oceny tej książki. Moim zdaniem Mack nie do końca znał cel, sens abdukcji. On mógł to oceniać tylko po materiale, który mógł badać, po pacjentach.
Zatem on podszedł do tej analizy części fenomenu w sposób jak najbardziej profesjonalny, natomiast pozostało dużo niejasności. Ostatecznie jego wniosek jest taki, że chodzi o otwieranie świadomości. Może nie to, że to jest cel abdukcji, otwieranie świadomości. Nie. To jest skutek. Coś się dzieje ze świadkami, zmienia się ich światopogląd, doznają jakiegoś przebłysku, olśnienia i tak dalej. Chociaż paradoksalnie są poddawani procedurom, które mają charakter bardzo brutalny, wręcz miejscami sadystyczny, absolutnie przyziemny i fizyczny. Z drugiej strony okazuje się, że to są przeżycia, które ich aktywują duchowo. Z jednej strony mamy kosmicznych kidnaperów, którzy bardzo przedmiotowo traktują swoje ofiary i prawdopodobnie nie mówią im całej prawdy o sensie tego procederu, a z drugiej strony mamy ludzi, którzy nie wiadomo co wiedzą, bo koniec końców mogą być tylko zwierzętami laboratoryjnymi. Jeżeli ktoś nie zdaje sobie sprawy z wielu teorii na temat zjawiska UFO, to sobie pomyśli, że Mack pisze jakieś bajki, dochodzi do wniosków, które są absolutnie oderwane od hipotezy o pozaziemskim pochodzeniu kosmitów.
Natomiast jeżeli byśmy uruchomili naszą wyobraźnię i posłuchali tego, co mówimy na przykład w cyklu „Wehikuł wyobraźni” na kanale UFO Historie, to gdzieś byśmy mogli jakieś punkty zaczepienia w tym, co Mack mówi, odnaleźć. Tylko to się wiąże z przyznaniem, takim brutalnym, że w abdukcjach człowiek jest tylko chomikiem, świnką morską, na której jakieś tam inteligencje eksperymentują. A otwarcie świadomości to jest może po prostu efekt uboczny.
[02:04:42] - Zgoda. Powiem jeszcze dwie rzeczy. O dwóch rzeczach chciałem powiedzieć. Otóż Mack, doktor Mack był swoistym celebrytą po wydaniu tej książki, bo zainteresowały się nim główne sieci amerykańskiej telewizji. Był gościem w programie Ophry Winfrey. Nie wiem, w Polsce nie ma takiego formatu jak wywiady, które Oprah prowadziła. W związku z tym trudno nam jest to porównać. Ale ktoś, kto trafiał do tego programu, to był gość. To był ktoś, na kim skupiała się uwaga całej Ameryki. I tu wcale specjalnie nie przesadzam.
Odnotujmy to na plus, bo rzeczywiście dzięki temu tematyka abdukcji stała się zapewne bardziej popularna. Oczywiście część ludzi kręciła kółka na czole, że to wariactwo kompletne, ale myślę, że spora część Amerykanów zyskała jakąś nową wiedzę, jakieś nowe zainteresowanie. On był prawdopodobnie przekonujący, skoro tyle razy trafiał do telewizji. Był typem naukowca, który rozprawiał o rzeczach może nie do końca naukowych, ale jednak ciekawych. To pierwsza sprawa, o której chciałem powiedzieć. Druga natomiast, że cokolwiek byśmy powiedzieli o przypadkach, które przytacza w swojej książce, to jednak widać pewną żyłkę naukowca. Właściwie krzywdzę go w tej chwili. Nie, widać pewien aparat naukowy, który autor odziedziczył po swojej karierze naukowej. Otóż to jest tak, że mamy do czynienia z tym, że on, aby napisać tę książkę, sam lub dzięki swoim współpracownikom zebrał blisko 80 świadectw od ludzi, którzy byli wzięci. To były badania, które prowadził do '94 roku.
Muszę powiedzieć, że to mnie przekonuje. To naukowe podejście, odsiewanie jakichś skrajności, przypadków, które wydawały się autorowi wątpliwe. To budzi mój szacunek, bo jeśli porównamy to z ilością przypadków przytoczonych w książce, przypomnę: 13 przypadków, które opisał, to widać, że sita recenzenckie, autorskie, rozumowe działały i to działały w bardzo silny sposób. To jest znowu na plus. To znaczy, że to nie był autor, który publikował wszystko, co mu w ręce wpadło, tylko ten materiał podlegał pewnej selekcji, pewnemu opracowaniu i przejrzeniu. To zawsze dobrze robi w tego rodzaju przypadkach, kiedy opieramy się na relacjach ludzi. Jemu oczywiście pomagało wykształcenie, które miał. Pewna praktyka w rozpoznawaniu, patrzeniu na ludzi. To wszystko sprawiało, że ta książka pod względem faktograficznym wydaje się Wiarygodna. Chciałem powiedzieć fascynująca, ale po tym, co, Piotrze, powiedziałeś — ja się zresztą z tym zgadzam — trudno ją uznać za fascynującą na takim poziomie lektury.
To się ciężko czyta, nie ukrywajmy tego. Natomiast jeśli chodzi o te relacje, one są do pewnego stopnia nie fascynujące, ale bardzo ciekawe. To może w ten sposób. I to jest duży plus tej książki. Natomiast ja się zastanawiam, Piotrze, czy wnioski, które wyciąga na końcu, są takie bardzo nieostre, bo z jednej strony mamy: może to kosmici, ale w pewnym momencie w tym napisaniu pojawiają się elementy związane z duchami, z jakimiś projekcjami, że być może po prostu te duchy, ten świat taki gdzieś tam za kurtyną, oddziałuje na nas w ten sposób, żeby nam przekazać pewne informacje. Dostosowuje się po prostu do naszych oczekiwań i w związku z tym widzimy to, co widzimy, czyli widzimy obcych, widzimy pojazdy nie wiadomo skąd, ale tak naprawdę to jest przekaz, który pochodzi z zupełnie innych rejonów. Nic nie mam przeciwko tego rodzaju interpretacjom, ale niektórym osobom, tym, które szczególnie nastawione są na hipotezę obcych, to może przeszkadzać. Ale z drugiej strony może pokazuje inny obraz. To też zawsze cenne.
[02:10:11] - Tak, nie będzie im odpowiadać na pewno dlatego, że mocno burzy hipotezę o pozaziemskim pochodzeniu UFO i abdukcji. Ale jest to w miarę szczere, dlatego że on dochodzi do wniosku, że nie da się powiedzieć, co to jest. Jakby powiedział, że wie, co to jest, to by kłamał. Możemy to zjawisko opisać, możemy wskazać pewne mechanizmy, pewne prawidła, pewne efekty związane potem z życiem świadków. Natomiast o naturze nie możemy powiedzieć nic pewnego. I to jest zdaniem moim bardzo fair ze strony autora. Ale podkreślam to, co powiedziałem na samym początku: to jest książka ciężka, nie dla wszystkich. Warto mieć jakąś orientację w tych kwestiach, bo ogólnie dyskusja o UFO w kontekście psychologii, nie mówiąc już o parapsychologii, jest dla wielu osób denerwująca, bo usłyszycie wtedy na przykład jakieś porównania, że te obiekty są falliczne albo że przypominają mandale i symbole, które rysowali ludzie pierwotni. To jest fascynujące. Problem w tym, że to się nie nadaje do masowego upublicznienia, bo opinia publiczna jest tak przystosowana, przywykła do teorii o pozaziemskim pochodzeniu UFO, że tego po prostu nie zaakceptuje.
I co mogę powiedzieć? Jeżeli jesteście dopiero na początku zainteresowania tym zjawiskiem i dopiero krystalizuje się wasza opinia, to poczekajcie z książką Macka na późniejszy czas. Ja myślę, że ona jest bardzo ważna w kontekście tego, co się obecnie mówi o zjawisku UFO, bo ona zmusza do zadania kilku pytań. Na przykład do takiego: czy nawet jeżeli uznamy, że to jest ingerencja obcej rasy w ludzki gatunek, to czy nie jest to doskonale zaprojektowany plan? Bo po prostu obcy działając, doskonale znają ludzi, znają naszą psychikę, nasze wady, choroby, znają nas na wylot, na wskroś. I oni potrafią ukryć te swoje niecne plany na tle ludzi, którzy są rzeczywiście w jakiś sposób zaburzeni. Brzmi to brutalnie. Brzmi to może nawet śmiesznie dla niektórych, bo jak odróżnić abdukcje od choroby psychicznej? Ale przypominam, mamy do czynienia z psychiatrą z Akademii Medycznej Uniwersytetu Harvarda. To nie był jakiś tam farmazoniarz.
Także warto zapoznać się z jego opinią, ale jak mam być szczery, to jakby Mack napisał taką broszurkę i wyciąg z tej książki, który byłby dołączany do niej, to ja bym był bardzo zadowolony.
[02:13:01] - Myślę, że na koniec powiem jeszcze jedną rzecz, bo inaczej pęknę. Muszę to powiedzieć. Przy niektórych przypadkach opisanych przez Macka miałem wrażenie, że jednak ten nerw psychologa, człowieka zajmującego się ludzką świadomością, ludzkim umysłem, wziął górę nad jego fascynacją UFO, bo niektóre z przypadków przytoczonych w książce są — i tu szukam słowa adekwatnego, żeby YouTube nie wyciął — dziwne, żeby tak delikatnie powiedzieć. I miałem wrażenie przy niektórych przypadkach, że one są bardziej jednak związane z głębokimi traumami, z głębokimi problemami tych ludzi niż ze zjawiskiem UFO. Ja oczywiście jestem zbyt małym robaczkiem i zbyt małą mam wiedzę, żeby to oceniać. To jest bardzo subiektywne, co powiedziałem przed chwilą, ale takie mam po prostu odczucie. Jestem bardzo ciekawy, jak czytelnicy, którzy do tej książki wrócą po latach, będą opisane przypadki oceniali. I cóż więcej?
[02:14:22] - Wrócą albo się zapoznają z tą książką teraz, dlatego że ona pomimo wszystko nie była jakoś bardzo popularna. Ja myślę, że ona jest nawet dość trudno dostępna dzisiaj.
[02:14:34] - To musicie sobie zobaczyć. To wszystko przez to, że chyba nic nie skłoniło wydawców do kolejnych edycji. Dodajmy, że doktor Mack zmarł w roku 2004 po potrąceniu przez samochód. Samochodem kierował pijany osobnik o polskobrzmiącym nazwisku. Rzecz się działa chyba w Londynie. I tyle. Pięknie ci, Piotrze dziękuję i do usłyszenia w kolejnym przeglądzie książek z pogranicza. To zrobiło się bardzo poważnie. Teraz postanowiłem państwa zrelaksować. Zapraszam na kawał naprawdę świetnej prozy.
Za chwilę zaprezentuję opowiadanie Piotra S. Wiśniewskiego. To jest autor, który wydał w 2020 roku książkę „Zbieszczadzeni”. Jej wydawcą stała się Fundacja Ku Przeszłości, w której ważną, żeby nie powiedzieć kluczową rolę odgrywa Andrzej Pilipiuk. Tak, ten Andrzej Pilipiuk od Jakuba Wędrowycza. Wydawca „Zbieszczadzonych” napisał o tej książce w następujący sposób: „Pana Piotra poznaliśmy w 2018 roku przy okazji drugiej edycji konkursu literackiego U nas za stodołą. Już pierwsze teksty nadesłane na nasz konkurs zaskoczyły nas dojrzałością języka i niebanalnym ujęciem tematu. Przyszedł kolejny rok, nowa edycja konkursu i znów poczta konkursowa przyniosła nam niespodzianki spod tego samego pióra. Wreszcie nadszedł rok pandemii. Obawialiśmy się, że ponura sytuacja położy się cieniem także na naszym konkursie.
Jednak uczestnicy dopisali i znów pan Piotr stanął na podium, by tym razem zdyskontować dokonania rywali. By uhonorować go za zdobycie pierwszego miejsca oraz wynagrodzić godnie wcześniejsze wysiłki, zdecydowaliśmy się wydać niniejszą książkę. Autorowi serdecznie gratulujemy, a państwu życzymy miłej lektury”. „Zbieszczadzeni” co to za tom? Może najlepszą odpowiedzią będzie wpis Artura z portalu Lubimy Czytać: „Opowiadania, które przenoszą nas do czasów budowy zapory na Sanie. Autor zabiera nas wraz ze swoimi bohaterami do świata, w którym duchy i zjawy przeplatają się z naszą rzeczywistością. Po opisach Bieszczad widać, że Piotr jest bardzo sentymentalnie z nimi związany, a my czytając możemy poczuć się, jakbyśmy sami po nich chodzili”. Tak. A zatem już bez zbędnej zwłoki zapraszam państwa na opowiadanie Piotra Wiśniewskiego „Planta”. Piotr Wiśniewski „Planta”.
„Oj, takie tam” Popularne powiedzenie, autor nieznany. Słońce daje nadzieję i życie. Ciepłe promienie muskające twarz mimowolnie wywołują uśmiech i wprawiają w zadowolenie. Człowiek kieruje obliczem w stronę tej gorącej kuli i czeka, nie chcąc otwierać oczu. Jaszczurka wylegująca się na kamieniu ma prawdopodobnie podobne doznania, szczególnie, że jest zmiennocieplna. Cała fauna i flora zwraca się ku słońcu, a niektóre gatunki unikające go nie należą do tych sympatycznych. Pragniemy promieni słonecznych od zarania dziejów. W większości kultur słońce było i jest czczone nawet dziś. Jego blask rozprasza mrok i strach, dając nadzieję i dodając odwagi, przez co stajemy się silniejsi i pewniejsi. Apolonia wstała jak zwykle z pierwszymi promieniami słońca i stanęła przy oknie, patrząc na wschód.
Ciepłe języczki powoli pęzły po jej porytej zmarszczkami twarzy. Czekała, aż cała będzie w świetle. Na zewnątrz zaczynała się wiosna, co przyniosło wielkie poruszenie w świecie zwierząt i roślin. Początkowy entuzjazm trochę osłabł, gdy kobieta przypomniała sobie, że prócz piękna i ciepła na świecie istnieje jeden duży mrok zwany samotnością. Zajmowała mały dom na skraju wsi przy drodze donikąd. Nawet do lasu mieszkańcy szli inną trasą, bo lepiej i krócej. Przystanek autobusowy też postawiono od kościoła w drugą stronę, a sklep jakoś tak z boku. Apolonia rozglądała się po izbie, jakby oglądała obcy pokój i zrobiła zatroskaną minę. Przydałby się remont, chociaż malowanie. Westchnęła, ale po chwili pomyślała: po co?
Nikt nie przychodzi. Nie mam rodziny, wszyscy już nie żyją, a ja... Łza pojawiła się w jej oku. Jakoś nie mogę umrzeć. Otrząsnęła złe myśli i wyszła przed dom. Kucnęła przy ławce i patrzyła chwilę na polną mysz skrytą za drewnianą nogą. Zwierzątko wyczekiwało, próbując zgadnąć, czy grozi mu niebezpieczeństwo. Apolonia wzięła z parapetu resztki chleba i pokruszyła w dłoni. Ostrożnie sypnęła w kierunku gryzonia i odeszła, by zwierzę mogło bez strachu się posilić. Przy studni spotkała ukrytą żabę, a z pobliskiej gałęzi przyglądał się jej mały ptak.
W wiadrze było jeszcze trochę wody, ale kobieta wylała ją i wsunęła wiadro do studni, mrucząc: świeżej wam dam.
[02:20:40] - Wyciągnęła pół wiaderka, co i tak sprawiło jej trochę kłopotu, po czym delikatnie wylała obok żaby, tworząc kałużę. Płaz najpierw sprawdził, co się stało, a następnie ochoczo schłodził się w wodzie. Gdy odeszła kilka kroków, do kałuży podleciał ptak i po kilku szybkich ruchach zaspokoił pierwsze poranne pragnienie. Kobieta uśmiechnęła się lekko i przymknęła oczy, by wsłuchać się w odgłosy świerszczy, bzyczenie owadów, ptasie trele i lekki, ciepły powiew wiatru. Nastawiała głowę, by lepiej słyszeć różne dźwięki i w tym porannym błogostanie spojrzała na stodołę. „Jeszcze się nie zawaliła, ale to przedwojenna porządna robota i jest z nią lepiej niż wskazuje na to jej wygląd” – pomyślała. Coś się jednak zmieniło. W cieniu tej drewnianej budowli kiełkowała nowa roślina, której wcześniej nie było. Ktoś inny, zabiegany, pewnie nie zwróciłby na to uwagi. Ot, zwykły badyl wystaje z ziemi, ale nie Apolonia.
Znała tu każdy kawałeczek, każdy kwiatek, krecikopczyk, mrowisko, ścieżkę, kamień i deskę. Tam za stodołą wyrosło coś nowego, jak niespodziewany, ale chciany gość. Ruszyła w kierunku nowego, dziwnie podniecona, lecz nagle kilka kroków przed rośliną przypomniała sobie, że w tym miejscu praktycznie nigdy nie ma słońca. To północna strona stodoły, przy której zawsze wczesną wiosną zalegał ostatni śnieg, jesienią błoto, a w lecie wilgoć. Stanęła przy roślinie i sprawdzała, co to wykiełkowało. Zaskoczyło ją, że łodyga była już na wysokości jej kolan, co oznaczało, że albo wcześniej jej nie zauważyła, albo rosła w rekordowym tempie. Wyciągnęła rękę, by sprawdzić, co to za roślina i ogarnął ją smutek, że to biedactwo pnie się, by szybciej sięgnąć światła słonecznego. „Witaj, mój drogi gościu” – przywitała nowalijkę. „Jestem Apolonia i mieszkam tu. Jak chcesz, to przesadzę cię w słoneczne miejsce, ale jeszcze nie wiem, kim jesteś.
Może cień jest dla ciebie dobry”. Przez chwilę jakby czekała na odpowiedź, która paść nie mogła. Dotknęła ręką górnego pęku, którym okazał się zwinięty liść. Jakby pod wpływem ciepła ludzkiej dłoni rozwinął się i ułożył na palcach kobiety. Początkowo zaskoczona, stała jednak i patrzyła z niemalże matczynym uczuciem. Szaro-zielony pąk zaczął zmieniać barwy. Znikała szarość, a zieleń stawała się intensywniejsza. „Potrzebujesz ciepła, moja maleńka” – powiedziała czule i dołożyła drugą dłoń. Niczym kot lub znużone dziecko układające się do snu liść opadł na dwie pomarszczone ręce. Niemalże czuła, jak zimna roślina rozgrzewa się i nie mogła pozbyć się wrażenia, że za chwilę się przeciągnie i ziewnie.
Nic takiego jednak nie nastąpiło. Liść spokojnie leżał w jej dłoniach. Patrzyła na niego i nie mogła odwrócić wzroku. Nawet starała się nie mrugnąć, by jak najdłużej cieszyć oczy tym widokiem. Nagle stała się potrzebna. Może tylko na chwilę i znikomo, ale w jej życiu to wielka odmiana. Rozglądnęła się, sprawdzając granice cienia i zatroskana stwierdziła, że roślina nie ma szans na promienie słoneczne. Powoli zaczęła odsuwać ręce od rośliny i wyprostowała się, co spowodowało nieprzyjemny zgrzyt w kręgosłupie, jakby lekki prąd czy impuls przeszedł w poprzek pleców. Gdy opuszki palców straciły kontakt z liściem, roślina jakby podążała jeszcze za ciepłem ludzkiego ciała. Zaskoczona Apolonia pomyślała, że to tylko złudzenie albo ruch spowodowany lekkim podmuchem wiatru.
Bez pośpiechu, bo gdzie, odwróciła się i poszła w kierunku domu. Cały czas czuła na plecach, jakby ktoś na nią patrzył. Przed drzwiami to uczucie zniknęło, ale w środku, szykując śniadanie, myślała o tym i próbowała sobie przypomnieć, co właściwie czuła. Pamięć emocjonalna, wrażenia i doznania. Wiele określeń o podobnym, ale jakże różnym znaczeniu w odniesieniu do faktycznych odczuć. Smarując kromkę masłem, czekała, aż woda na kawę się zagotuje. Pomyślała, że rano gotuje wodę na kawę, choć właściwie to woda może być użyta też na herbatę lub do zalania parówek. Ale od wielu lat tak do siebie mówiła. Do kubka wsypała dwie łyżeczki kawy zbożowej i zalała wrzątkiem. Pod koniec się powstrzymała przed nalaniem do pełna i z przelotnym uśmiechem mruknęła do siebie: „Mleko.
Jeszcze mleko”. Popatrzyła na kalendarz. Środa dzisiaj co prawda, ale co mi tam. Mleko. Siedząc przy stole pokrytym ceratą, patrzyła na kromkę i kawę, jak zwykle przypominając sobie trzy zasady przekazane przez babcię. Czy jesteś głodna, czy nie, jedz tyle samo. Aby żyć, musisz zjeść dziennie tyle, ile pomieszczą twoje dwie złączone dłonie. Trzeciej zasady nie mogła sobie przypomnieć. Wzięła pierwszy kęs. Cień, stodoła i skryta w jej cieniu roślina spokojnie czekały.
Jak wtedy, gdy babcia opowiadała o sowieckich żołnierzach, którzy pod koniec sierpnia 1920 roku ustawili pod północną ścianą stodoły dwóch chłopaków w spodenkach i koszulkach na bosaka. Jeden to jeszcze dziecko, ale to ten starszy płakał. Nie znano ich imion, ale Sowieci w ubraniach tych chłopców znaleźli jakąś odznakę i okazało się, że to krzyż harcerski. Babcia chciała porozmawiać z żołnierzami i wstawić się za młodzieńcami, ale dostała w twarz od dowódcy, który jeszcze wrzeszczał, że teraz to dzieci. Ale między Ruskimi Piaskami i Zwierzyńcem tootorów pilnowali jak dorośli żołnierze. Młodszy krzyknął: "Pani się nie martwi. My z hufca kościuszkowców z Zamościa". Sowieci chcieli ich zastrzelić, ale po krótkiej naradzie zakłuli chłopców bagnetami. Mimo kilku ciosów starszy ciągle się ruszał. Dowódca, widząc to, zrugł swoich podkomendnych, wziął od jednego karabin i kolbą roztrzaskał głowę harcerza.
Gdy babcia Apolonii lamentowała, jeden z Sowietów prychnął, że ma szczęście mieszkając na odludziu, bo już sobie wcześniej we wsi dziewoczki pojebali i ją, wyschniętą polską sukę na razie zostawią. Gdy w ostatni dzień sierpnia generał Heller wspomógł obroniący się Zamość i rozgromił Sowietów, znów w domu na odludziu pojawili się żołnierze, ale tym razem polscy. Babcia wśród jeńców rozpoznała dowódcę oddziału, który zabił harcerzy. Dopadła go i krzyczała, żeby powiedział, gdzie wywieźli ciała chłopców, bo trzeba ich pochować. Zainteresował się tym polski oficer i gdy usłyszał historię, zarządził sąd i po rozprawie sowieckiego dowódcę powieszono na pobliskim drzewie. Do końca ten oprawca nie wyjawił, gdzie są ciała harcerzy. Babcia już po wojnie, gdy opowiadała tę historię Apolonii, zawsze dodawała, że teraz to każą mówić Związek Radziecki, a nie sowiecki, żeby te wszystkie zbrodnie ich nie obciążały. Wnuczka bała się tych Sowietów, mimo że żadnego w swoim dzieciństwie nie widziała. Ale mieszkała na skraju wsi i dlatego może. Przy kościele i szkole też ich nie było.
Tylko jeden partyjny cały czas o nich mówił, jakby co dzień do domu wracał i z nimi mieszkał, bo rano nowe wieści po wsi rozpowiadał. Drugi i trzeci kęs już popiła. Kula w przełyku jakby się rozpuściła i po przełknięciu kobieta wzięła głębszy wdech. Popatrzyła na kubek ulubiony jej matki, dobrze wykonany, z pocienionym rantem i mimo kilku odprysków porządny. Apolonia nie patrząc wiedziała, gdzie nie ma szczerbów i można przykładać go do ust. Prosty, wygodny kubek, który przypominał jej matkę, rezolutną kobietę spod Chełma, która przyszła mieszkać do męża, ojca Apolonii. Pobrali się w lecie 1939 roku, a ponad miesiąc później wybuchła wojna. Matka, gdy czesała jej włosy, opowiadała o różnych chwilach w swoim życiu, często szukając sensu w pewnych zdarzeniach. Choć Apolonia wtedy myślała, że rzeczy się tak po prostu dzieją i już. Któregoś ranka usłyszała jednak, że jako ludzie dostajemy tyle samo dobra co i zła, ale nierówno się tym dzielimy.
Czegoś zawsze mamy więcej. Pocieszała się, że ich pokolenie zebrało większość zła. To dzieciom będzie lepiej. Gdy 17 września Polacy walczyli z Niemcami, zaatakowali Sowieci. Ludzie uciekali raz w jedną, raz w drugą stronę. Dwa lata później, jak mówiła matka, chłopaki z lasu przynieśli informację, że nie udało się Niemcom wywieźć Żydów ani do Afryki, ani na Wschód i rozpoczynają ostateczne rozwiązanie. Wtedy nikt nie wiedział, co to znaczy, ale nikt też nie miał złudzeń, że to coś dobrego. Matka często płakała, opowiadając o tym, ale w 1942 roku dali schronienie Żydówce i jej małemu synkowi. Mąż kobiety poszedł załatwić jedzenie i nie wrócił. Ona sama z dzieckiem czekała dwa dni, ale w końcu musiała uciekać.
Omijała wsie, by nie trafić na niemiecki patrol żandarmerii. Ojciec Apolonii ze swoją kompanią przedostał się podobno do Rumunii, a matka gospodarzyła, bo babcia wtedy chorowała. Męczyły ją przewlekłe dolegliwości, które po kilku miesiącach ustąpiły. Nikt, łącznie z lekarzami, nie wiedział, jak to się stało. Apolonia wzięła czwarty kęs i upiła odrobinkę kawy. Dwa lata Żydówka z synkiem mieszkała w stodole, aż pewnego dnia głupi niemiecki pies coś wywąchał. Nie szukali specjalnie, tylko jakiś oficer na postoju konwoju wojskowego wyszedł wyprowadzić psa. Ten zaczął ujadać przy stodole. Jednak Niemiec się zainteresował i przyglądał się to psu, to stodole, a matka Apolonii złapała w ręce widły i ruszyła w kierunku oficera. Mówiła córce, że nie do końca pamięta, co się później wydarzyło, ale gdy była już kilka kroków od Niemca, zareagował pies.
Zahaczyła grzbiet widłami i zwierzę zaskomlało przeraźliwie. Oficer rozłożył ręce i zaczął coś szybko mówić. Kobieta, prawie nieprzytomna ze strachu i złości, wbiła w pierś oficera widły, a ten popatrzył na ranę i wystękał: Ich bin kein Parteimitglied. Później dowiedziała się, że ten próbował jej powiedzieć, że nie jest członkiem partii. Ale Niemiec to Niemiec, jak ktoś powiedział. Gdy matka Apolonii próbowała wyjąć widły z Niemca, zobaczyła, że Żydówka patrzy na nią przez szczelinę w desce. Przełamała się, by odwrócić wzrok i zaczęła w panice zastanawiać się, co zrobić z truchłami oficera i psa. Niedługo pewnie żołnierze zaczną szukać swojego dowódcy i w końcu trafią do niej. Gdy usłyszała, że Niemcy nadchodzą, nawołując, szybko położyła się na martwym oficerze i zaczęła go całować. Żołnierze, widząc tę scenę, wybuchnęli śmiechem i coś pokrzykując, zawrócili do wsi.
Zyskała trochę czasu, ale przecież w końcu wyda się i będzie po niej. Jej teściowa była u siostry, więc kobieta miała nadzieję, że jak ucieknie, to tamta nie wróci. Da jakoś znać. Gdy zbierała podręczne rzeczy i kazała Żydówce też się pakować, wyjaśniła, że muszą uciekać do lasu. Ledwie doszły do płotu, gdy na niemiecki konwój spadły pociski z moździerzy partyzantów. Przy okazji zbombardowano trzy chałupy. W jednej z nich zginęła cała rodzina. Po krótkiej strzelaninie do wsi weszli partyzanci z Armii Ludowej. Okazało się, że dowódcą był porucznik o pseudonimie Znachor, a później dołączył też porucznik, o którym większość mówiła Kora, a kilku z jego podkomendnych Im. Matka Apolonii wybłagała, żeby ciało niemieckiego oficera zanieśli do wsi i dołączyli do poległych.
Dała im ser i bochenek chleba. Przed odejściem Znachor powiedział do zebranych ludzi, żeby powiedzieli, że to Rosjanie zbombardowali konwój. To nie będzie represji. Jednak oddział w czarnych mundurach, który przyjechał sprawdzić, co się stało, miał inne zdanie i kilku mieszkańców rozstrzelano. Niemcy chcieli spacyfikować całą wieś, ale śmierć tej rodziny przekonała esesmanów, że mieszkańcy nie współpracowali z, jak to ogłosili, sowietisze partyzane. Część ludzi zabrała jeszcze trochę schowanych po domach kosztowności i za kościołem kowal przekazał dowódcy SS okup. Niemiec cały czas krzyczał i groził, ale w końcu odpuścił, gdy przyjechała grupa do uprzątnięcia pobojowiska. Zabrali co się dało, a resztę zepchnięto na łąkę za sklepem. Przed odjazdem nie pozwolili nic ruszać. Apolonia po raz piąty ugryzła kromkę z pokaźną ilością skórki, niestety już niechrupiącej.
Patrząc na ostatki pądy, przypomniała sobie z dzieciństwa, jak matka docisnęła posmarowaną masłem kromkę wprost do cukiernicy. To był jeden z jej najsmaczniejszych deserów. Jako dorosła kobieta wiedziała, że to zadziałał efekt odmiany, bo jeśli ktoś zjada codziennie czekoladę, to kolejna, nawet najlepsza, nie zrobi na nim wielkiego wrażenia. Jednak nawet kiepska po długim okresie postnym smakuje wybornie, jak ta, którą dostała jako prezent przy pierwszej komunii świętej. Jedyny prezent. Wzięła resztę kromki i zanurzyła w cukiernicy. Jedząc, wracała do przeszłości. Jej ojciec, jak go pamięta, zawsze był na nią zły. Kiedyś, gdy miała kilka lat, chciał ją zabić. Matka szlochała i broniła Apolonii, zasłaniając ją własnym ciałem.
Wtedy nie wiedziała, dlaczego ojciec krzyczy, że zatłucze ten ruski pomiot. Później dowiedziała się, co Armia Czerwona wyczyniała z kobietami na tak zwanych wyzwolonych ziemiach. We wsi z kilku domów zabrali wszystko, a rodziny zostawili w bieliźnie z materacami, które nie zmieściły się im na ciężarówce. Dla niektórych wojna się nie skończyła. Pierwsze lata po odejściu morderczych Hunów, jak mawiał poznany później przez Apolonię pewien młody człowiek i przejściu dzikiej ruskiej ordy, jak też on mawiał, nastało trochę spokoju. Wtedy ona, Apolonia, przyszła na świat. Pierwsze, co pamięta, to jak leżała w trawie i gryzły ją mrówki. Widziała przed sobą wściekłą twarz ojca i ciepłe dłonie matki. Ale było jeszcze coś pomiędzy, co początkowo wyleciało jej z pamięci, a później wracało coraz wyraźniej. Gdy leżała jako dwu-, trzyletnie dziecko, pędy roślin otoczyły ją, jakby osłaniając przed agresją.
Zapach zarośli, widok łodyg i ten dźwięk uspokajały ją, dając poczucie bezpieczeństwa. Miała wrażenie, że nie jest sama, że komuś na niej zależy. Skończyła jeść i dopiła kawę. Dłonią sprzątnęła z ceraty rozsypane ziarenka cukru i z lekkim zażenowaniem wsypała do cukiernicy. Wzruszyła ramionami i poprawiła włosy. No, zobaczymy, co tam słychać u naszej nowej roślinki – powiedziała jak zwykle do siebie i ruszyła do drzwi. Idąc w kierunku stodoły miała wrażenie, że roślina się jej przygląda. Prócz pierwszego liścia pojawił się kolejny, co zdziwiło Apolonię, bo albo wcześniej go nie zauważyła, albo wyrósł w pół godziny. Stanęła przy roślinie i patrzyła, jak oba liście kierują się w jej stronę. Wyciągnęła dłonie i po chwili na jednej leżą pierwszy, a na drugiej kolejny, jakby trzymały ją za ręce.
Jakaś witka odkleiła się od łodygi i delikatnie owinęła się na plecach kobiety. Ta przymknęła oczy i znowu przypomniała sobie pamiętne lato, gdy przyjechał do wsi student Akademii Sztuk Pięknych. Miał na imię Lucjan. Wszystko wiedział. Potrafił pięknie rysować i mówić. Spotkała go, gdy siedział na skraju lasu i szkicował. Gdy próbowała podpatrzeć obrazek, Lucjan jakby ją wyczuł i szybko się odwrócił. Wtedy po raz pierwszy ich oczy się spotkały. Początkowo chciała uciec, ale coś w spojrzeniu studenta napełniało ją spokojem, więc gdy lekko się uśmiechnął i zaprosił ją gestem do oglądania swojego dzieła, podeszła. Nie znała się na sztuce, ale rysunek się jej spodobał.
Powiedziała mu o tym, a on zaproponował, że ją narysuje. Tak się zaczęło. Spotykali się coraz częściej, a ona dowiadywała się od niego różnych ciekawych rzeczy. Opowiadał o świecie, malarstwie, historii, architekturze i różnych aktualnych zdarzeniach, o których nie miała pojęcia. Wyjaśniał jej zasady działania wszechświata, co barwią dużą dozą filozofii Apolonia początkowo niewiele rozumiała, ale czuła niemalże fizyczną przyjemność z słuchania jego głosu. Ciepły, przyjazny ton, wyraźne określenia, pauzy tak samo idealnie długie, jak i rozłożone. Poza tym w każdym jego zdaniu ukryta była jakby troska o słuchacza, którym była ona. Po tygodniu miała wrażenie, że zna go od dawna. Każdy poranek zwiastował spotkanie z Lucjanem, który codziennie adorował ją i otwierał coraz to nowe zagadnienia. Po ponad dwóch miesiącach znajomości doszło do pierwszego pocałunku.
Chłopak zaproponował też uroczystą kolację ze świecami, którą sam przygotuje. Wieczorem była już zakochana. Gdy kilka dni później podjęła decyzję o pełnym oddaniu się ukochanemu, ten zniknął. We wsi na kwaterze gospodyni powiedziała, że rzeczy zostały, a chłopaka nie ma. Nawet milicja rozpoczęła poszukiwania, ale sprawę umorzono. Czekała i łudziła się, że chłopak wróci. Dwa lata wcześniej po długiej chorobie zmarła babcia dziewczyny, a matka dostała pracę w pobliskim PGR-ze. W sezonie praca często się przedłużała, co powodowało, że Apolonia całymi dniami przesiadywała sama. Zaczęła szukać przyjęć wśród fauny i flory, które odnajdywała w otoczeniu domu. Ptaki gnieżdżące się na pobliskim drzewie miały imiona, tak samo jak zasłaniający swą siecią dziurę w komórce pająk.
Sprawdzała co u mrówek, które tuż za ścieżką przy lesie zrobiły kopczyk i podziwiała gąsienice, które z mozołem plotły kokony, by stać się motylem. Podpatrywała ciekawa, jakie kolory będzie miał nowy owad i gdy wychodził, obdarowywała go komplementami. Jeden jej się nie za bardzo podobał, ale nie chciała mu tego mówić i mimo wszystko pochwaliła nieboraka. Jej rozmyślania przerwało dziwne wrażenie, że roślina się poruszyła. Spojrzała i stwierdziła, że ziele oplotło ją wiciami i że pojawiło się kilka nowych listków. Spięła się, ale roślina, jakby to czując, delikatnie rozluźniła opłot i łagodnie zsunęła pędy, uwalniając kobietę. Ta odsunęła się, jakby sprawdzając, czy ma możliwość nieskrępowanych ruchów. „Jesteś dziwną rośliną” – pokiwała głową. – „Nie chcesz mnie złapać, ale się przytulić”. Podeszła ponownie i objęła posiadający już kilka odrostów krzew.
Jeden z liści ułożył się pod jej nosem i poczuła zapach tysiąca ziół. Zaskoczyło ją, że woń się zmieniała, jakby ktoś płynnie podsuwał jej coraz to inne gatunki. Z ciekawością zatopiła się w te doznania i gdzieś w głowie zaświtała jej myśl. Odsunęła twarz i patrząc na roślinę powiedziała: „Jesteś królową ziół”. Liście jakby się rozwinęły do maksymalnej płaszczyzny, a Apolonię przeszedł jakiś dziwny dreszcz euforii. Delikatnie wyswobodziła się z gałązek i stanęła kilka metrów od rośliny. „Może ty jesteś lecznicza?” Założyła ręce na piersi i głęboko westchnęła. „Kto wie? Ale co, jeśli jesteś trująca?” Minęło kilka dni, w czasie których kobieta ciągle rozmyślała o roślinie, która gęstniała w oczach. Pojawiła się też jakaś chęć i energia, którą Apolonia wykorzystała do zrobienia porządków w obejściu.
Naprawiła płot i po niecałej godzinie pracy zastanawiała się, dlaczego tak długo z tym zwlekała. Bo to przecież zaledwie kilka gwoździ i po sprawie. Wymyśliła też, jak podciągnąć zawias, żeby dolna część furtki nie zaczepiała o ziemię, ale nie mogła znaleźć odpowiednich narzędzi. Zostało jeszcze skrzypienie, ale pomyślała, że następnego dnia pójdzie do sklepu i kupi jakiś smar. W GS powinni coś mieć. Po pracowitym dniu poczuła się słabo. Pomyślała, że przesadziła, ale postanowiła, że herbata dobrze jej zrobi. Zalała w ulubionym kubku niedawno kupioną liściastą, czarną i poczekała, aż się zaparzy. Spoglądała przez okno na królową ziół i kiwając głową rzuciła jak zwykle do siebie: „A na zewnątrz się chwilkę położę. Gorąco i duszno w chacie”.
Wzięła koc pod pachę, kubek z herbatą w dłoń i wyszła. Ciężkie, upalne powietrze otaczało cały dom. Ułożyła koc w cieniu przy roślinie, położyła się i postawiła obok kubek. Leżała, patrząc na liście lekko poruszające się nad jej głową. Dotknęła czoła i mocując nienaturalne ciepło, wiedziała, że ma gorączkę. Pomyślała, że nie może tu zostać, bo gdy temperatura jej ciała wzrośnie, to nie będzie mieć siły dotrzeć do łóżka. Gdy próbowała się podnieść, na jej czoło opadł liść. Ogarnęło ją dziwne uczucie. Sięgnęła po kubek i napiła się herbaty. To dodało jej sił, ale też jakby rozgrzało.
„Gorączka rośnie” – pomyślała. – „Muszę dotrzeć do domu i wziąć z szuflady aspirynę”. Zamarła, gdy zobaczyła, że w kubku moczy się drugi opadły z rośliny liść. Polizała usta i wtedy poczuła zioła. Przestraszyła się, ale nie zwlekając, dźwignęła się na kolana i powoli wstała. Liść na czole jakby się przykleił. Nie zawracała sobie tym głowy, tylko pokuśtykała do domu. Wyjęła z szuflady tabletkę przeciwgorączkową. Opadła na pościel i czekała, co się będzie działo. Kilka minut później zapadła w sen.
Liść ciągle leżał na jej czole, a aspiryna w dłoni. Poranek zapowiadał się ładnie, ale z zachodu nadciągała jedna duża, niepokojąca chmura. Apolonia wstała i popatrzyła przez okno w niebo, próbując odgadnąć, kiedy będzie padać deszcz. Popatrzyła odruchowo na roślinę za stodołą i nagle coś do niej dotarło. Nie było śladów wczorajszej choroby. Dotknęła czoła i strąciła resztki wysuszonego liścia. Usiadła na łóżku i zaczęła się zastanawiać, co się stało. Szybko zjadła śniadanie i rozpamiętując wczorajsze prace i postanowienia, ruszyła w kierunku wsi. Może zdąży kupić smar, zanim zacznie padać deszcz. Sklepik GS wyglądał dokładnie tak, jak przez ostatnie 30 lat.
Tyle właśnie minęło od ostatniego remontu i tylko towar się zmienił, choć niewiele. Ustawienie lat i półek było jak kiedyś, co pozwalało bez patrzenia stałym klientom, mieszkańcom wsi i okolic przemieszczać się po wnętrzu. Apolonia w pośpiechu weszła do sklepu i niespodziewanie zderzyła się z kobietą, potykając się o wózek. Jednak nie leżało w nim niemowlę, lecz kilkunastoletni chłopiec z powykrzywianymi nogami. Apolonia odsunęła się, aby nie zgnieść niepełnosprawnego chłopca. Patrzył na kobietę. Gdy oparła się o niego, ten złapał ją za szyję i objął. Apolonia odzyskała równowagę. Spojrzała na matkę i widząc jej aprobatę, też dotknęła chłopca, by po chwili go przytulić. Poczuła żal i smutek.
Bardzo mocno dało o sobie znać współczucie. Apolonia pomyślała, że ona, stara i nikomu niepotrzebna, tak szybko wyzdrowiała, a ten biedny dzieciak pewnie będzie na wózku do końca życia. Chętnie by wzięła od niego tę chorobę, bo jej i tak nie zależy już na niczym. Fala gorąca jakby przeniknęła z dziecka na nią, co spowodowało u niej odruch odsunięcia się od chłopca. Przez chwilę patrzyła mu w oczy, a on jakoś dziwnie się uśmiechnął. Odwróciła się i ruszyła w kierunku półek w części gospodarczej sklepu. Wzięła jakiś smar i płacąc bez kolejki wyszła, po czym ruszyła w kierunku domu. Pierwsze krople złapały ją przy drzwiach wejściowych. „Ale mam szczęście” – pomyślała. Deszcz padał cały dzień.
Krzątała się po domu i rzadko wychodziła, osłaniając się rozciętą reklamówką. Nie chodziła późno spać, ale dzisiaj położyła się jeszcze wcześniej. W nocy przestało padać, co ku jej zdziwieniu obudziło ją. Nasłuchiwała, jak uderzenia kropel cichną i po chwilowym szumie rynien robiło się coraz ciszej. Tym razem dzień zaczął się od promieni słonecznych osuszających pierwszymi blaskami zmoczoną ziemię. Jak co dzień Apolonia wystawiła twarz do słońca i czekała na ciepło pełzające po twarzy. Gdy dosięgły ją pierwsze promienie, najpierw poczuła ciepło, by zaraz potem zdrętwiały jej nogi. Popatrzyła zaskoczona, widząc, jak wykręca jej kostki. Z każdym nowym promieniem nogi coraz bardziej się jej zniekształcały. Przypomniała sobie chłopca ze sklepu i zauważyła, że jej nogi jakby pod wpływem jakiejś zarazy zaczynały przypominać nogi kaleki.
Pojawił się ból, duży i ciągły. Przetkało ją od bolesnego impulsu. Stopy wykrzywiły się jej nienaturalnie, co wzbudziło strach na pograniczu paniki, że nie będzie mogła chodzić. Nie obawiała się śmierci, ale trwałe kalectwo to w jej przypadku brak opieki, posiłków i konieczność zdania się na opiekę innych, a tej nie miała. Uparta myśl, niczym pierwotny odruch kazała Apolonii iść. Ruszyła w kierunku stodoły. Ledwie powłóczyła nogami, ale jakiś wewnętrzny głos kazał jej dotrzeć do rośliny. Nie wie skąd, ale wiedziała, że ta roślina jej pomoże. Gdy dotarła do krzewu, opadła na ziemię i przez chwilę nie mogła się zmusić do ruchu. Wyciągnęła rękę w kierunku krzaka, a ten jakby odwzajemnił powitanie.
Dwie wici jakby opadły w kierunku kobiety, gałąź się nachyliła i liście dotknęły się jej skroni. Zakręciło się jej w głowie. Osłabiona, zdrętwiałą ręką zerwała inny liść i wsadziła do ust. Zaczęła żuć, kierowana jakimś nieznanym u siebie dotychczas odruchem. Usnęła. Znowu w sennych wizjach powrócił Lucjan. Gdy malował, spytała go, jaki lubi malować cień. Długi, głęboki czy taki południowy, krótki, ale ostry. Odpowiedział, że nie istnieje coś takiego jak cień. To tylko miejsca, gdzie nie ma światła.
Miejsca zacienione to błędne określenie, bo powinno się mówić „nieoświetlone”. Mrok jest stanem naturalnym, a oświetlenie to ingerencja. Dlatego świat jest z natury zły, a tylko działanie pozawegetycyjne jest dobrem, choć czymś sztucznym. Nasze działania poprawiają świat, który pozostawiony sam sobie na powrót pogrąży się w ciemności. Tak tłumaczył jej Lucjan. Dodał też, że jej imię Apolonia oznacza słońce, bo pochodzi od Apolla, boga słońca. Wtedy nie do końca wiedziała, o co mu chodzi, ale czym dłużej z nim przebywała, tym naturalniej pojmowała jego słowa. Po dwóch tygodniach miała wrażenie, że gdy się spotykali, ich serca, oddechy i mrugnięcia powiekami synchronizują się. Tak samo działo się z jej uwagą, jakby mówił to, co chciała usłyszeć. Gdy się obudziła, w ustach dominował smak wielu ziół.
Poprawiła ścierpnięte ciało i od razu zorientowała się, że skrzywienie nóg zniknęło. Spojrzała na roślinę i pokiwała lekko głową, przymykając oczy. Jednak ty lecznicza jesteś, moja królowo. Królowo ziół. Słońce zachodziło, a Apolonia chodziła o własnych siłach na prostych nogach. Ściemniało się, gdy ktoś zaczął dobijać się do domu. Po słynnym „Kto tam?” gospodyni zobaczyła w drzwiach twarz kobiety, matki niepełnosprawnego dziecka. Witam panią. Można na słówko? Słucham.
Jak pani dotknęła Darka, to znaczy mojego syna, tego na wózku, to syn powiedział: „Mamo, ta pani dała mi ciepło”. I po to pani tu przybiegła? Nie, tylko Darkowi wyprostowały się nogi i odzyskał sprawność. Wskazała na siebie. Ale ja to głupia nie jestem i czytam o różnych takich uzdrowieniach, ale te, które sprawdziliśmy, nie działają. Zawsze jest coś nie tak. A tu nagle kobieta, to znaczy wy wpadacie na mojego Darka i rano dziecko zaczyna zdrowieć. Zaczął chodzić! Skąd pani wiedziała, gdzie mieszkam? Powiedzieli mi.
Jak Darek wyzdrowiał, od razu pomyślałam o pani. Ja podziękować chciałam. Rozglądnęła się i nieśmiało spytała. Jakieś pieniądze mogę pani dać? Za co? No za Darka. Nic nie zrobiłam. Jak to nic? Uzdrowiła mi pani dziecko. Nie mam tyle, żeby się odwdzięczyć, ale dam, co mam.
Proszę się zatem pomodlić w mojej intencji. Ale ja ateistką jestem. Nie wierzę w Boga. To proszę podziękować słońcu. W słońce chyba pani wierzy. Podniosła palec do góry. Za kilka godzin będzie tam. Zamknęła drzwi. Nasłuchiwała i stwierdziła, że wdzięczna kobieta chwilę jeszcze stała przed drzwiami, by po chwili odejść. Skrzypnęła bramka i zapadła cisza.
Kolejny dzień był przełomowy w życiu Apolonii. Jak zwykle rano odwiedziła roślinę i po toalecie celebrowała śniadanie. Czekała na ostatni kęs, który z lubością zanurzyła w cukiernicy. Dzisiaj popiła herbatą i patrząc na fusy pomyślała, że można by zasuszyć kilka liści z rośliny i sprawdzić, czy zadziałają. Po śniadaniu poszła za stodołę do Królowej Ziół i wyciągnęła rękę. Złapała za gałązkę i chciała ją oderwać, ale roślina jakby wzdrygnęła się i gdy Apolonia pociągnęła, łodyga jakby dostała drgawek i odsunęła się od kobiety. Liście skierowały się z wyrzutem w jej kierunku. O rany! Przeraziła się kobieta i ze łzami w oczach i urwanym liściem usiadła bokiem do rośliny. Przepraszam cię królowo, nie chciałam cię skrzywdzić.
Zdobycz w dłoni paliła ją niczym łup z kradzieży. Popatrzyła, jakby spodziewając się krwi, ale tej nie było. Otarła policzki i podniosła się, nie chcąc patrzeć na roślinę. Miała wyrzuty sumienia i chciała jak najszybciej odejść. Gdy wstała, poczuła na ramieniu lekki nacisk bocznej gałązki. Po chwili liście przytuliły się do jej szyi i pleców w geście przebaczenia. Kobieta pogłaskała gałązki i gdy odrosty opadły, jeszcze raz przeprosiła i powoli odeszła. W kuchni odłożyła zerwaną gałązkę do szuflady w posłaniu z nowej ściereczki, którą trzymała na święta. Jak wyschnie, skruszę ją i wsypię do puszki z herbatą, pomyślała. Ale już nigdy tego nie zrobię.
Nigdy. Usiadła przy stole i gdy chciała zanurzyć się w rozmyślaniach, usłyszała czyjeś nawoływania. Dochodziły zza ogrodzenia. Wyszła przed dom, gdzie zobaczyła mężczyznę i kobietę. Ta krzyknęła: Czy pani Apolonia? Tak. O co chodzi? Mój mąż – wskazała na mężczyznę – stracił wzrok. Ja to całe życie przy dzieckach i koło domu, a on do roboty chodził. Teraz z tą jego ślepotą to bida.
Pomóżcież, droga pani. Nie jestem lekarzem. Mnie jedna z sąsiedniej wsi mówiła, żeście jej dziecku pomogli. Zlitujże się kobito. On dobry chłop i jak znowu widział będzie, to i u pani coś tak koło domu zrobi. A co tu do roboty? Apolonia lekko się oburzyła na te niegrzeczne słowa, ale zaraz jej przeszło, gdy popatrzyła, jak spod niewidzących oczu pociekły łzy. Mężczyzna odezwał się: Jadziu, chodź, nie przeszkadzajmy pani. Zwrócił twarz w stronę gospodyni. Przepraszamy za to.
Już nie będziemy nachodzić. Poczekajcie. Coś przytkało Apolonię w gardle i lekko zmienionym głosem dodała: Ja nie potrafię uzdrawiać. Wskazała na roślinę. To jej liście leczą. Podprowadźcie męża do tego krzaka. Gdy to zrobili, Apolonia wzięła delikatnie dwa liście i nie zrywając ich, przyłożyła do oczu ślepca. Stali tak chwilę i gdy minęło kilka minut, liście jakby się zwinęły i poszarzały. Wtedy Apolonia kazała mężczyźnie się odsunąć. Czekali chwilę, ale nic się nie stało.
Idźcie do domu. Jutro – coś sobie uświadomiła – po pierwszych promieniach słońca niech pani przyjdzie i mi powie, czy coś pomogło. Dobrze? Dobrze. Bóg zapłać. Idźcie już. Kolejnego dnia nie zdążyła umyć kubka i talerzyka po śniadaniu, gdy przybiegła kobieta, żona ślepca, ze słowami, że nic się nie zmieniło. Tego Apolonia się obawiała, ale popatrzyła na roślinę i pokiwała głową. W takim razie proszę jeszcze raz przyprowadzić męża. Pół godziny później na wozie, którym powoził młody chłopak, syn owej kobiety, przywieźli jej ślepego męża.
Pomogła mu zejść i wprowadziła na podwórko. Apolonia podeszła i początkowo nie wiedziała, co ma robić, ale instynktownie najpierw objęła niewidomego i po chwili położyła swoje dłonie na jego oczach. Gdy tak lekko dociskała jego gałki oczne, skupiła się na chęci odebrania choroby. Gdy jej żądanie rozgrzało dłonie, poczuła falę gorąca i dłonie zaczęły stygnąć. Była pewna, że to znak zakończenia terapii. Zakręciło się jej w głowie i szybko odsunęła się od mężczyzny. Gdy jego żona próbowała w odruchu pomóc jej utrzymać równowagę, gestem dłoni kazała jej nie podchodzić i prawie krzyknęła: „Idźcie do domu, nie przeszkadzać mi do jutrzejszego popołudnia!” Idąc w kierunku domu, rzuciła jeszcze, nie odwracając głowy: „Jak nie pomoże, to już nie poradzę.” Rano Apolonia obudziła się, ale było jeszcze ciemno. Ostrożnie, na pamięć podeszła do okna i czując ciepło promieni słonecznych stwierdziła, że oślepła. W pierwszym momencie ogarnął ją strach, ale jakoś szybko minął i zastąpiła go ciekawość. „Muszę dotrzeć do Królowej.” Ta myśl owładnęła nią.
Zaczęła drżeć, gdy pomyślała o drodze, jaką musi przebyć. Tak blisko, a tak daleko. Ostrożnie, trzymając się ściany, potem futryny, wyszła z domu. Nasłuchiwała chwilę i prawie kucając, ruszyła w domniemanym kierunku. O coś się potknęła i zaczęła się zastanawiać, czy nie skręciła niechcący. Niepokój powrócił. Stanęła nieruchomo i uspokoiła oddech. Wsłuchała się w dźwięki otoczenia. Z lewej doszło do jej uszu charakterystyczne szumienie gruszy. Z prawej inaczej świszczały dwa świerki i trochę dalej jakby klawiszowały liście topoli.
Usłyszała bzyczenie owadów, najpewniej nad kwietną rabatą. To pozwoliło jej określić kierunek. Ruszyła pewniej, czując ciepło słońca. W pewnym momencie na nodze poczuła lekki chłód. Jest w cieniu stodoły, a to znaczy, że roślina jest blisko. Usłyszała ją, jak energicznie zatrzepotała liśćmi. Z wyciągniętymi rękami ruszyła w tym kierunku, aż z ulgą dotknęła łodygi. Objęła krzew i zagłębiła głowę w zieloną koronę. Liście oblepiły jej twarz. Zapach ziół stał się intensywny i zaczęły piec ją oczy.
Po chwili pieczenie zmieniło się w szczypanie i ostatecznie łaskotanie. Mimowolnie się uśmiechnęła i wzdrygnęła, ale wytrzymała i nie cofnęła głowy. Gałęzie oplotły ją, aż ze zdziwieniem stwierdziła, że jest unieruchomiona. Jakiś smutek wypełnił jej pierś i z oczu popłynęły łzy. Gałęzie łagodnie rozluźniły oplot i wróciły do ruchów wywołanych lekkimi podmuchami wiatru. Uchyliła powieki i zobaczyła piękne zielone liście i dumnie rozłożone gałęzie. Ucałowała z wdzięczności jeden z liści i wyszeptała czule: „Dziękuję, moja Królowo.” Popatrzyła w kierunku domu i nie mogła uwierzyć, że tak trudno było jej się poruszać, nie widząc. „Jak nigdy doceniłam wzrok.” Położyła się na trawie zmęczona i w półśnie, malignie znowu przywołała wspomnienie młodego malarza. Mówił jej o patrzeniu na świat, tłumaczył, że sami możemy decydować, co widzimy i dał jej przykład. Wziął zgiętą gałąź i udając atakującego byka, gonił ją po łące.
Gdy upadli zmęczeni, spytał: „Dlaczego uciekałaś?” „Bo atakował mnie byk” – odparła ciężko, szczęśliwie dysząc. „Widzisz, zwykła gałąź wystarczyła, byś zobaczyła atakującego byka.” „Bo ty jesteś czarodziejem. Inni tak nie potrafią.” Później już tylko się śmiali. Już wtedy miała ochotę go pocałować, ale jakoś tak inaczej wyszło. Chyba jakaś mucha przeszkodziła. Zaczęła się zastanawiać, co to mogło być za owad i obudziła się. Poczuła czyjąś obecność. Popatrzyła szybko i zobaczyła młodzieńca, który wczoraj powoził. „Pochwalony” – powiedział niewyraźnie. „Matka i ojciec przysyłają w podzięce.” Wskazał na dom.
„Tam żem położył.” Pociągnął nosem. „To dziękuję i z Bogiem.” „A co z ojcem?” – spytała, choć znała odpowiedź. „A no widzi.” Wzruszył ramionami. „Matka mówiła, że wy zapłaty nie chcecie i kazała mi ci chcem zostawić, ale żem zobaczył, jak leżycie, to sprawdzić chciałem, czy z wami wszystko dobrze.” Wstała i otrzepała sukienkę z resztek trawy. „Wszystko dobrze, dziękuję.” „No to fajnie, bo wieczór zaraz i tak na ziemi to niezdrowo. Wilka można złapać.” Wskazał na bramkę. „A i furtkę żem tak przy okazji zasmarował i zawias podciągnął, bo o ziemię ryła.” Zrobił jeszcze kilka dziwnych gestów i szybko wskoczył na wóz. Sprawnie zawrócił na łące i pojechał w kierunku wsi. Uczucie radości z udzielenia pomocy po miesiącu zmieniło się w rutynę. Zjechało się kilka osób z prośbą o pomoc.
Zastosowała tę samą metodę i za każdym razem liście rośliny pomagały jej ozdrowieć, ale tylko jej. Prawidłowość była taka, że ona miała przejąć chorobę od człowieka, a dopiero później roślina ją uzdrawiała. Przyszła kobieta z rakiem piersi, dwoje dzieci, z których jednemu łamały się kości jak patyczki, a drugiemu nie mogli zatamować krwi. Był też mężczyzna, który piciem zniszczył sobie wątrobę i miał żółte gałki oczne. Gdy przyniesiono sparaliżowaną kobietę, przygotowała sobie pod krzewem posłanie. Zaskoczyło ją również uzdrawianie szalonej dziewczyny. Gdy przejęła od niej chorobę, długo musiała walczyć sama ze sobą, by znaleźć się w pobliżu rośliny. Coś ją kierowało w bok. Kiedy próbowała podejść, nagle ogarniała ją dziwna wesołość i tańczyła wokół krzewu, nie zbliżając się do niego. Jakby z drugiego rzędu widziała Królową próbującą sięgnąć ją konarami, ale wywijała się bezwolnie.
W końcu zaszczepiła sobie myśl, by pobawić się w chowanego i ukryć w liściach rośliny. Gdy nagle skoczyła w kępę, roślina jakby łapczywie ją pochwyciła i szybko owinęła. Ulga i spokój, jakie na nią wtedy spłynęły, były jednymi z najprzyjemniejszych doznań w życiu. W końcu, mimo zdrowia cielesnego, poczuła ogromne zmęczenie psychiczne. Lęk przed doznaniami cierpiących paraliżował jej ruchy. Postanowiła odpocząć. Odesłała kilka osób, informując, że robi kilka dni przerwy. Oni mimo to błagali i naciskali, że tylko jeszcze jeden raz. Wtedy narodził się w niej bunt. „Dlaczego mam brać nie swoje choroby?
Dlaczego cierpię nie swoim cierpieniem? Co świat dla mnie zrobił i dlaczego czegoś ode mnie wymaga? Nic nie jestem nikomu winna i niczego nie oczekuję”. Pochmurna chodziła po podwórku, kilka razy przenosząc wiadro, koszyk i stołek w różne niewłaściwe miejsca. Poprawiła dobrze ustawioną drabinę i zwinęła sznurek, który chciała wcześniej wyrzucić. Odwróciła poirytowana głowę i popatrzyła na Królową. Stała dumnie. „Ona się nie skarży” pomyślała i cała złość w jednej chwili zniknęła. Moja biedna roślinka nie narzeka, tylko robi co umie. Przez całe swoje istnienie tęskni do słońca, żyjąc w cieniu.
No, bez słońca. Poprawiła się w myślach. Podeszła do rośliny i patrzyła chwilę. Liście delikatnie odwróciły się w jej kierunku. Było cicho. Apolonia rozglądnęła się i cicho spytała: „Królowo, chcesz trochę słońca?” Miała wrażenie, że roślina nie zrozumiała, o co chodzi. Kobieta pobiegła do domu i wróciła po chwili z lusterkiem. Ustawiła je w słońcu i skierowała odblask w stronę rośliny. Świetlny zajączek błysnął na liściach i łodydze, powodując odruch jak przy łaskotaniu. Po chwili roślina jakby się zainteresowała i już tylko nastawiała do światła.
Apolonia popatrzyła na stodołę. „Muszę doprowadzić ci słońce. Należy ci się za twoją pomoc, a widzę, że jak każda roślina pragniesz promieni. Chcesz?” Miała wrażenie, że Królowa wyraziła chęć. Nie jakoś tak po ludzku, ale tak po florystycznemu. Uśmiechnęła się, bo tego słowa nauczył ją Lucjan. „Muszę posiedzieć i zaznaczyć, kiedy promienie są najbliżej ciebie” powiedziała do rośliny. „Wtedy spróbujemy coś odsłonić i może w końcu zaznasz ciepła słonecznego”. Tego dnia Apolonia co godzinę chodziła za stodołę i wbijała paliki na krawędzi światła i cienia. Pod wieczór, podpierając brodę, przyglądała się efektom swojej pracy.
Stała i rozmyślała. „Jak wywalę te dwie deski pod rynną i trochę przesunę tą dużą, to coś powinno się przebić do Królowej” stwierdziła i jakby siebie przekonując, pokiwała głową. Stare, zmęczone deski nie chciały łatwo się oderwać. Podważała je znalezionym w komórce dłutem i podbijała młotkiem. Przypominało to wydzieranie dzieci zrozpaczonej matce. To uczucie początkowo osłabiło jej ruchy, by w końcu całkowicie ją sparaliżować. Poczucie winy, mimo że irracjonalne, nie chciało jej opuścić. Wzięła głębszy wdech i uderzyła z pasją w obluzowaną deskę. Ta odskoczyła i poleciała dobre dwa metry od ściany. Efekt dodał jej sił i ze zwiększoną mocą uderzyła w kolejną deskę.
Teraz szło gładko. Młotek nie odbijał i przyjemnie czuła, jak siła uderzenia jest większa niż wola pozostania. Podniecona efektami usunęła więcej niż chciała, ale rozpierała ją duma. Spojrzała z podziwem na swoje ręce uzbrojone w dłuto i młotek. „Ha! Jeszcze nie jestem taka do niczego”. Otarła wierzchem dłoni czoło i odłożyła narzędzia. Deski zebrała na stosik przy podmurówce. Może jeszcze się przydadzą do czegoś. Robiło się późno.
Tego dnia jeszcze dwa razy odsyłała ludzi przychodzących w sprawie uzdrowienia. „Za kilka dni. Muszę odpocząć”. Pod koniec dnia miała trochę spokoju. Prawdopodobnie wieść się rozeszła i dali jej spokój. Nie miała jednak wątpliwości, że tylko czekają na sygnał. Nie miała żalu do tych ludzi, bo przecież próbowali ratować siebie albo swoich bliskich. Postanowiła skrócić urlop i jak najszybciej wrócić do swojej nowej misji. „Ale jeszcze chwilę” rozmarzyła się. „Jeszcze nacieszę się ostatnimi dzisiaj promieniami słońca”.
Jakiś cień zamajaczył przy ogrodzeniu. Po chwili ktoś wszedł i stanął w otwartej furtce. Patrzyła, czekając, aż czarne plamy latające jej przed oczami znikną. Zobaczyła starszego mężczyznę, eleganckiego, który jakby nie zabiegał za bardzo o wygląd. Naturalnie dobrze wyglądał. Stał swobodnie jak człowiek młody i dziwnie się uśmiechał. Właściwie to Apolonii się wydawało, że widzi uśmiech, gdyż człowiek miał twarz bez wyrazu. Każde jej mrugnięcie oczami jakby zmieniało wygląd nieznajomego. Podniosła się i niepewnie podeszła kilka kroków. Zatrzymała się w bezpiecznej odległości.
„Słucham pana?” Spytała nieśmiało, zdziwiona trochę tą swoją dziwną obawą. Nieznajomy milczał i patrzył. Podjęła wyzwanie i też spojrzała w jego oczy. Coś jakby ją w tym spojrzeniu hipnotyzowało. Jakieś dźwięki z przeszłości. Emocje dawno zapomniane nagle ku zdziwieniu świata pokazały, że jeszcze nie przepadły, tylko budzą się po długim letargu. Myśli Apolonii niczym na karuzeli przeleciały przez czas i przestrzeń. Przed oczami stanęła jej szkoła. Przypomniał jej się stary nauczyciel. Zaraz, jak on się nazywał?
Pamiętała, że przesypiał za murkiem i był wiecznie zmarznięty. W upalne lato nosił ubrania z długim rękawem, a gdy trochę się ochłodziło, natychmiast ubierał szalik. Mówił, że to pozostałości po jego wyprawie na Wschód, którą odbył niechętnie, na czyjąś prośbę. Dzieci nie wiedziały o zesłaniach i nazywały starego belfra podróżnikiem. Kiedyś wyjaśnił, że czasem są takie prośby, którym się nie odmawia. Apolonia, będąc któregoś dnia w odwiedzinach u chorej koleżanki, usłyszała rozmowę rodziców Lusi. Jej matka opowiadała, że nauczyciel był w partyzantce i gdy dowiedział się, że jego żonę i dzieci w kwietniu 1940 roku Sowieci wywieźli na Sybir, gdzieś jak północno-wschodni Kazachstan, jako element niebezpieczny rzucił swój oddział i powędrował za nimi. Nic nie powiedział i formalnie miał karę śmierci za dezercję. Jechał śladem swojej rodziny dwa miesiące, aż zaczęła się jesień. Udało mu się zdobyć dokumenty, że ma być nauczycielem w jakiejś mieścinie za Uralem.
W końcu kilka razy ocierając się o śmierć, dotarł do Czelabińska jako robotnik przy budowie czołgów. Udawał komunistę. O nic nie pytał i robił, co kazano. Gdy NKWD zrobiło rutynowe sprawdzenia w fabrykach w poszukiwaniu szpiegów, ktoś rzucił na niego podejrzenie. Jakimś cudem udało mu się uciec, ale podobno jednym z oficerów sowieckiej bezpieki okazał się znajomy Żyd, z którym studiował przed wojną. Ten ponoć wpisał, że szpiega zastrzelono i dał mu dokumenty jakiegoś nauczyciela, który zmarł na serce, zanim udowodniono mu winę. Dzięki temu wędrował dalej w poszukiwaniu żony i dzieci. Gdy dotarł po roku na miejsce, dowiedział się tylko, że żona nie żyje, córka też, a syna przygarnęli jacyś inni zesłańcy, po których słuch zaginął. Zrozpaczony nauczyciel ruszył w drogę powrotną. Nie wiadomo, którędy szedł i ile wędrował, ale gdy po wojnie wrócił do Polski, został aresztowany jako członek Armii Krajowej.
W ręce UB wpadły dokumenty, w których zachował się wyrok na niego. Skłamał, że zdezerterował, bo nie mógł znieść tej burżuazyjnej atmosfery. Puścili go i wysłali do nauczania na prowincji. Na początku miał się co jakiś czas meldować na posterunku milicji, ale w końcu mu odpuszczono. Apolonia nie pamięta, żeby się uśmiechał. Jednak ten nieznajomy, który aktualnie stał przy jej bramce, nie był z tego okresu. Jeszcze raz się zastanowiła, bo pamiętała zawirowania ze zmianami w szkolnictwie. Zaczęła chodzić do siedmioletniej szkoły powszechnej i pod silnym naciskiem matki uczyła się dalej z zamiarem dojścia do 11 klasy. W 1961 roku była reforma i zrobiono szkoły ośmioletnie i licea. Było zamieszanie, ale jakoś udało jej się skończyć naukę.
Wtedy poznała Lucjana. Właśnie, Lucjan. Popatrzyła uważniej na nieznajomego i z coraz większym zdziwieniem na twarzy spytała: „Czy pan... No, kim pan jest?” Nie poznajesz mnie? Nagle pociemniało jej w oczach i miała wrażenie, że zemdleje. Jej umysł nie dopuszczał takiej wiadomości. Była w szoku. Żaden dźwięk nie chciał przejść przez jej gardło. Mężczyzna patrzył, jakby czekał na odpowiedni moment. Apolonia czuła się nieswojo.
Coś jej nie pasowało. Po chwili dotarło do niej, że ten człowiek nie ma w sobie poczucia winy. Ale dlaczego miałby mieć, że 50 lat temu odszedł bez pożegnania? A cóż się wtedy takiego wydarzyło, że miałby się żegnać? Może dla niego to było tylko przelotne spotkanie, a dla niej wielkie przeżycie. Z każdą sekundą jej racjonalna część zaczęła dominować, co przy wrodzonej skromności i obcej postawie roszczeniowej pozwoliło opanować emocje. Jestem Lucjan. Pamiętasz jeszcze moje imię? Czego zatem pan sobie życzy, panie Lucjanie? Oj, przecież byliśmy po imieniu.
Racja, byliśmy. Założyła ręce na piersi. Czym zatem mogę panu służyć? Chciałbym prosić o dwie rzeczy. Prosić? Wzruszyła ramionami. W sumie prosić zawsze można. A nie zniknie pan przed spełnieniem tych próśb? Pierwsza prośba. Mów mi po imieniu.
Wyjaśnię ci, dlaczego musiałem wyjechać wtedy tak nagle. Zgoda? Chwilę milczała, jakby się zastanawiając i znowu wzruszając ramionami, rzuciła: Jak pan sobie życzy. Zrobił grymas. No dobrze, jak sobie życzysz. Poprawiła się. Niech będzie. Przytaknął i uśmiechnął się. Apolonia zauważyła, że jego uśmiech prawie się nie zmienił. Zaczął mówić, a ona początkowo nie słuchała sensu, tylko znowu poczuła przyjemność wynikającą z brzmienia jego głosu.
Wbrew sobie zaczęła się wsłuchiwać, a on jakby wyczuł jej stan i zrobił pauzę. Po chwili, gdy lekko się wzdrygnęła, powiedział: Apolonio. Wtedy musiałem uciekać i sfingować swoją śmierć. Zostawiłem ślady nad jeziorem. Nic mi o tym nie było wiadomo. Przerwała mu w pół słowa. Bo nie chciałem cię ranić i odjechałem ponad 100 kilometrów od twojego domu. Są też inne jeziora w Polsce i pomyślałem, że nie będę ci robił przykrości Nieszczególnie ci to wyszło. Przepraszam. Rozglądnął się.
Mam nadzieję, że ułożysz sobie jakoś życie, ale w sklepie mi powiedzieli, że stara Apolonia, samotna od zawsze, mieszka w starej chałupie na skraju wsi? Trochę inaczej, ale sens był ten sam. Westchnął. Ja natomiast musiałem... To nie ma już znaczenia. Minęło tyle lat i nic obecnie nie jest takie jak kiedyś. Tamto nie istnieje i żadne wyjaśnienia nie mają sensu. Popatrzyła uważniej. Po co zatem przyjechałeś? Chciałem ci wyjaśnić.
Nie potrzebuję wyjaśnień. Czy mają mi przynieść ulgę? Zaspokoić ciekawość? Rozłożyła ręce. Tamte czasy już nie istnieją. Całe życie miałam ciężkie, ale każdy ból, radość, smutek, widok, ciepło to części istnienia. Pamiętasz? Sam tak mówiłeś. Poza tym wtedy wszystko chciałeś wyjaśnić. Kierować tak rozmową, by dojść do twoich wniosków.
Ale ja zadedykuję ci pewną fraszkę, którą napisał Stanisław Jerzy Lec: „Ach, gdyby tak od razu każdy zrozumieć mógł, że lepsza droga bez drogowskazów, niż drogowskazy bez dróg”. Nasze drogi się rozeszły i poszliśmy nimi. Droga, pamiętam też, że aby osłonić stopy, łatwiej jest uszyć buty niż oblec skórą całą ziemię. Ja właśnie swoje buty uszyłam. Rozglądnęła się. Może kiepskie, ale moje własne. Pochyliła lekko głowę. A ty uszyłeś buty? Świat i czas są zagadką. Minęło pół wieku i słowa zostały.
Ale coś ważnego zniknęło. Widząc pytające spojrzenie, szybko dodała: młodość. Słowa i emocje nie znają pojęcia czasu, czyli też młodości. Ale wtedy lepiej smakują. A ja z wiekiem mniej solę i mniej zużywam cukru. Westchnęła. Dlatego teraz stoi tu para starych ludzi i prowadzi rozmowę bez znaczenia. I drogi Lucjanie, myślę, że nie przyjechałeś się tłumaczyć. Czego chcesz? Powiedz wprost.
Wbrew pozorom to nie takie trudne, a daje ulgę. Umieram. Zacisnęła i wydęła usta. Usłyszałeś o uzdrowieniach? Rozłożyła ręce. A ja mam przerwę. Zmęczyło mnie to i muszę odpocząć. Leczenie bardzo mnie osłabia i po kilku razach muszę nabrać sił. Przyjdź za trzy dni. Postaram się pomóc.
Odwróciła się w stronę domu. Nie chcę uzdrowienia. Zamarła. Powoli się odwróciła i z zaciekawieniem spojrzała na niego. To czego chcesz? Drugiej prośby, abyś mnie wysłuchała. Wskazał dłonią w kierunku lasu i zaproponował: może pójdziemy na spacer, jak wtedy. Aż do stawu? Jeśli tylko chcesz. Zaintrygował ją.
Gdy już myślała, że odgadła jego cel, nagle wizyta Lucjana stała się jeszcze większą zagadką. Może udaje tylko takiego bohatera romantycznego i będzie próbował słowami nakierować wypadki tak, bym to ja sama zaproponowała mu uzdrowienie. Pomyślała i zacisnęła zęby. O ty szubrawcu! Nie zrobię tego, chyba że będziesz błagał. Tak. Musi poprosić 50 razy za każdy rok. Uzdrowię mu ciało i duszę. Nauczę pokory i słuchania własnych słów. Złote myśli mają to do siebie, że wylatują z mówcy i docierają do innych, a twórcę omijają.
Karabin sam się nie postrzeli. No to chodźmy. Ruszyli początkowo nieskładnie, ale zaraz złapali odpowiedni rytm. Długo milczeli i tylko obserwowali okolicę. Ona, bo lubiła te widoki, a on, bo sprawdzał, co się zmieniło. Jak sobie radziłaś przez te wszystkie lata? Popatrzył na nią. Wyglądasz dobrze. A wyszłaś za mąż? Dzieci?
Nie wyszłam, ale przez całe życie byłam otoczona dziećmi. Tak? W jego głosie pojawiło się jakieś zaniepokojenie. Nie wiem, co sobie pomyślałeś, ale nie o to chodzi. Pracowałam w szkole, a później w domu kultury, w bibliotece. Zresztą sama ją założyłam w domu kultury. Moja matka, może nawet ją pamiętasz, długo chorowała i opiekowałam się nią. O, i tak nie narzekam. A teraz? Zrobił pauzę.
Samotność? Może. Ale jeśli ktoś potrafi i ma chęć, to towarzystwo znajdzie wszędzie. Rozglądnij się wokół. Ile tu życia. Zwierzęta, rośliny, las, woda, ziemia. Zależy, czego oczekujemy. Przyroda to trochę dziwni przyjaciele. Dlaczego? Ziemia, woda i powietrze nigdy mnie nie oszukały.
Często ostrzegały o niebezpieczeństwach, a zawsze dzieliły się ze mną swoim pięknem. A ludzie, jak to ludzie, mają swoje wady i zalety. Wymieniłaś wady jako pierwsze, czyli to silniejsze skojarzenie. Jeśli od początku zaakceptujemy wady, to o zalety jestem całkowicie spokojna. Mówisz jak miłośnik ekologii o przyrodzie i szacunku dla zwierząt. Jesteś może wegetarianką? Nie, choć mięsa raczej nie jadam. To dobrze. Gdyby wszyscy byli wegetarianami i gdyby zakazano przetwórstwa mięsnego, to po pierwsze skazalibyśmy na wyginięcie gatunkowe zwierzęta domowe. One nie poradzą sobie bez nas, czyli wyginą.
A kto zmusi nas do ich utrzymania? Poza tym psy i koty są mięsożerne. A skąd wtedy wziąć dla nich pokarm? Łamiemy zasady albo pupilki umierają z głodu. Prawdopodobnie rozważono by eutanazję. Wspaniale. Myślę, że przesadzasz. 50 lat temu wydawało mi się, że jesteś za wolnością, a tak naprawdę ukrywałeś swój radykalizm. Pytanie, w co wierzysz? Ale ważniejsze, co cię skłoniło, by po 50 latach przyjechać tu i prowadzić lekką, nic nieznaczącą rozmowę?
Popatrzyła mu w oczy. Nie umierasz. Wytrzymał chwilę i zamiast odwrócić wzrok, udał, że coś mu wpadło do oka i potarł powiekę. Doszli do stawu. Lucjan jakby się zawahał i zaproponował, by iść ścieżką przy lesie. Boisz się wody? Nie, co ty? Odparł. Schylił się i podniósł z drogi kilka kamyków z zasypanej dziury. Gdy doszli do brzegu, Lucjan zaczął wrzucać je do wody.
Z lekkim uśmiechem spytał: pamiętasz, jak próbowaliśmy puszczać kaczki? Ale wtedy nie było kamieni. Rzucaliśmy patyki. Pamiętasz. Nic nie odpowiedziała i wpatrywała się w wodę. Po chwili wyprostowała się i rzuciła zdecydowanym głosem: chodźmy do polanki Sokratesa, jak ją nazwałeś. Arystotelesa. A tak. Chciałaś sprawdzić? Nie.
Pomyliłam się. Pomylić Sokratesa z Arystotelesem. Pewnie chciałaś wprowadzić do rozmowy roślinę trującą będącą przyczyną śmierci filozofa. Cykuta – powiedziała jakby bezwiednie do siebie. Nie. Szczwół plamisty zakończył życie Sokratesa, a nie jak w książkach szaleń jadowity zwany cykutą. Dotknął jej ramienia. Ta, co urosła u ciebie, to nie cykuta ani inna trująca roślina. To coś gorszego. Skąd o tym wiesz?
Zareagowała gwałtownie, zrzucając z ramienia jego dłoń. Słyszałem i widziałem. Dużo podróżowałem i widziałem niejedną. Na Wschodzie opowiedziano mi o tej roślinie. To królowa ziół. To czarna planta, jak o niej mówią. Roślina demon, która omamia i w rezultacie niszczy wszystko. Na koniec podda cię próbie i będzie to bardzo trudne. Skąd o niej tyle wiesz? W 1920 roku mój dziadek omamiony rośliną, którą pielęgnował i pozyskał jej nasiono, przywędrował do Polski.
Ale powiem ci wcześniej, skąd wzięło się to ziarno. Roślina wybiera sobie opiekuna i pasożytuje na jego duszy. Daje moc uzdrawiania za pośrednictwem opiekuna, wysysając jednocześnie z niego duszę. Rośnie w cieniu, ale gdy sięgnie słońca, zaczyna się zmieniać i produkuje ziarno. Tę właśnie cebulkę trzeba zasadzić w zacienionym miejscu i zrobić pierwsze podlanie z niewinnej krwi ludzkiej. Leży później ziarno w ziemi i czeka na odpowiedni moment. Obserwuje i ocenia potencjalnego opiekuna. Jeśli okaże się odpowiedni, kiełkuje. Wtedy nie ma odwrotu. A ten twój dziadek?
Był rosyjskim Żydem w Armii Czerwonej i przybył w te rejony w sierpniu 1920 roku. Walczył pod Zamościem. Tu, obok twojego domu, przeprowadzono egzekucję jakichś niewinnych harcerzy. I dziadek wsadził ziarno do ziemi nasiąkniętej ich krwią. Mów dalej. Fala gorąca objęła całe ciało Apolonii. Później, w czasie II wojny, mój ojciec z matką i ze mną jako niemowlakiem uciekał przed Niemcami i skierowaliśmy się w ten rejon. Zmienili mi też imię. Ojciec dowiedział się, gdzie zginął dziadek i postanowił przy okazji zniszczyć sadzonkę rośliny. Ale wysłał moją matkę ze mną do waszej chałupy, a sam poszedł do wsi załatwić jedzenie.
Natknął się na jakiś niemiecki patrol i zastrzelili go przy drodze. Okoliczni ludzie zakopali go i dali tabliczkę NN, bo ojciec u matki schował dokumenty. Ironią losu ojciec wyznania mojżeszowego leży pod krzyżem. Nie chciał w razie złapania nas narażać. Miał rację. Twoja matka dała nam schronienie i pewnego razu musiała z naszego powodu zabić niewinnego człowieka. To był niemiecki oficer. Tak, ale spiskował i był antyfaszystą. Sprawdziłem dokumenty w niemieckim archiwum i akta sprawy. Wysłali go na front wschodni, bo nie mieli dowodów, by skazać go na śmierć.
Moja matka widziała, jak twoja go zabiła. Westchnął. Po wojnie, gdy podrosłem i poszedłem do szkoły plastycznej, kazali nam wyjechać na praktykę w plener i rysować polskie chaty, krajobrazy i zabytki architektury. Ruszyłem w tę stronę, mając mgliste informacje od matki. Ona, gdy przyłączyliśmy się do partyzantki, zaczęła pić i sypiać z każdym w oddziale. Po wojnie traktowali ją jak szmatę, ale mnie, jako dziecku lasu, przyznali internat i opiekę państwa. Wyedukowali mnie. Gdy już tu przyjechałem, spotkałem ciebie, ale ty nie wiedziałaś za wiele Dyskretnie sprawdzałem, gdzie może być ta roślina, ale teren okazał się za duży. Kilka razy szukałem jej, ale nie znalazłem sadzonki. Później dowiedziałem się we wsi, że od 5 czerwca trwa wojna, którą wywołał Izrael, atakując Egipt, Syrię i Jordanię.
Słynna wojna sześciodniowa. Reakcja polskich władz nastąpiła 19 czerwca, gdy Gomułka ogłosił, że polscy Żydzi cieszyli się ze zwycięstwa i dlatego powinni opuścić Polskę. Udało mi się zadzwonić na uczelnię i dowiedziałem się, że szukało mnie UB, a w naszym pokoju w akademiku znaleźli ulotki i pisma. Musiałem zniknąć. Sfingowałem swoją śmierć i zniknąłem. Te wszystkie lata mieszkałem w Izraelu. Teraz dowiedziałem się w internecie, że właśnie tu jakaś kobieta uzdrowiła kilka osób i zaczęło się robić zamieszanie. Postanowiłem przybyć i cię ostrzec, a także nie dopuścić do owocowania planty. Szli w milczeniu. Apolonia skręciła i lekko okrężną drogą poprowadziła do domu.
Z daleka zauważyła, że ktoś stoi przy ogrodzeniu. Gdy podeszli bliżej, ich oczom ukazała się zmęczona rozpaczą twarz kobiety. Witam panią. Popatrzyła w bok. I pana też. Znowu odwróciła się do Apolonii. Błagam panią, moja córka, moja Helenka ma białaczkę. Nic już nie mogą zrobić. Lekarz powiedział, że albo do hospicjum, albo do domu pod kroplówkę, żeby jej lepiej było odejść pośród bliskich. Pani kochana, ja oszaleję.
Pomóż pani, ja wszystko, co mam, to dam. Apolonia stała chwilę wstrząśnięta i gdy opanowała emocje, spojrzała w kierunku rośliny. Planta, jak mówił Lucjan, uschła i zwinęła się, tracąc kolor. Apolonia podeszła i popatrzyła na wyschnięte pędy ze smutkiem. W środku gęstwiny na głównej łodydze zwisał kokon, który jako jedyny zachował odcień zieleni. To pewnie zarodnik nowego krzewu, pomyślała. Jak go posadzę, to może to uratować kiedyś komuś życie lub zdrowie. Ale jaka będzie cena? Jak pomóc tej kobiecie? Jeśli to mój dotyk uzdrawia, a mnie uzdrawia roślina, to ratując to dziecko skazuję się na śmierć.
Lucjan jakby słyszał jej myśli. Podszedł, objął ją i wyszeptał do ucha: planta ci już nie pomoże. Musisz zostawić to dziecko, iść do lasu i krzyczeć. Wyć do drzew, ziemi i wody. Dadzą ci ulgę. To próba. Musisz ją przejść. Odwróciła się ze łzami w oczach i bez słowa poszła do domu. Po chwili wyszła z karteczką w dłoni, podeszła do kobiety i wręczając jej powiedziała: napisałam modlitwę i co ma pani zrobić. Proszę wracać do córki i zastosować się do tego, co spisałam.
Kobieta ucałowała Apolonię w dłoń i pobiegła do zaparkowanego przy polanie samochodu. Apolonia bezwiednie stwierdziła, że kobieta zaparkowała tak, żeby nie blokować wjazdu, a przecież i tak nikt tu nie wjeżdża. Ale skąd ona mogła o tym wiedzieć? Lucjan podszedł do Apolonii i lekko kiwając głową powiedział: dałaś jej zajęcie, modlitwę. Dałaś też nadzieję, choć oboje wiemy... Przestań. Zacisnęła oczy. Idź już, proszę. A mogę się jeszcze z tobą spotkać? Przyjdź jutro po południu, bo rano muszę załatwić parę spraw.
Później będę chciała z tobą jeszcze porozmawiać. Dobrze. Wskazał brodą w kierunku stodoły. A co z ziarnem? Patrzyłem, że niedługo powinno spaść, co oznacza, że jest gotowe. Wyciąga jeszcze ostatnie soki. Zrobisz z nim, co zechcesz. Odparła zamyślona. Nie chcę go tu. Pokiwał głową, wsadził ręce do kieszeni i szybko je wyjął, jakby speszony.
Podszedł i ucałował dłoń Apolonii. Odchodząc, cicho rzucił: dobrze zrobiłaś. Robiło się późno. Apolonia posprzątała szybko dom i wzięła się za przeszukiwanie szafy. Pomyślała, że musi ładnie wyglądać i wystroi się na spotkanie z Lucjanem. Położyła się do łóżka, ale długo nie mogła zasnąć. Rozmyślała o wszystkich zajściach, o spacerze, który wywarł na nią duży wpływ, choć starała się tego nie okazywać. Wróciła też myślami do zapłakanej matki umierającej Helenki. Dochodziła północ, gdy wspominała matkę i babcię. Wszystkie zdarzenia po rozmowie z Lucjanem nabierały innego sensu i poczuła, że myśląc o tym, nie czuje lęku czy smutku.
Może planta wyssała z niej część duszy, uczyniła ją odporną na czyjeś cierpienie. Trudno jej było to ocenić. Jak każdemu pacjentowi trudno jest się zdiagnozować. Coś dociera, coś się odczuwa. Człowiek się domyśla i wnioskuje, a tu przychodzi lekarz i mówi co innego. Zmęczona bezsennością rozluźniła ciało i pomyślała o wodzie. Ta ją zawsze uspokajała. I gdy przypomniała sobie gładką taflę stawu, nadszedł sen. Mimo późnej pory snu Apolonia wstała jak zawsze tuż przed świtem. Po szybkim śniadaniu pobiegła do wsi.
Na poczcie wysłała kilka listów i poszła do domu kultury. Jej koleżanka i następczyni Kaśka sprawdzała coś na regałach. Gdy zobaczyła Apolonię, ucieszyła się i zaprosiła na kawę. Chwilę posiedziały i pogadały, aż Apolonia poprosiła koleżankę o przysługę do załatwienia w mieście. Kaśka zgodziła się chętnie i obie kobiety rozstały się w dobrych humorach. Apolonia w drodze powrotnej zaglądnęła jeszcze do kościoła. Po godzinie znowu była w domu. Pół godziny później podjechał samochód. Wysiadła kobieta i podeszła do ogrodzenia. Pokazała Apolonii kartkę, a ta machnęła ręką, zapraszając ją do środka.
Krzyknęła jeszcze: „Obie chodźcie!” Z samochodu wysunął się mężczyzna, ojciec Helenki, i ostrożnie na rękach poniósł ją w kierunku domu Apolonii. Weszli do izby i gospodyni wskazała na łóżko. Ojciec położył chorą dziewczynkę i stał, czekając na dalsze polecenia. „Cieszę się, że przeczytaliście kartkę ode mnie i jesteście punktualnie. Proszę was, byście teraz wyszli.” Przytaknęli równocześnie i szybko dotykając ramienia dziewczynki, wyszli przed dom. Gdy drzwi się zamknęły, Apolonia podeszła do łóżka i popatrzyła w twarz dziecka. „Helenko, słyszysz mnie?” Dziewczynka z trudem uchyliła oczy i popatrzyła w twarz gospodyni. Na ile mogła, przytaknęła. Próbowała coś powiedzieć, ale nie miała siły. Lekko tylko skierowała wzrok na stojącą przy łóżku kroplówkę.
Może miała nadzieję, że to zły sen. Ta choroba i cierpienie. Świadomość dodawała żalu. Apolonia nachyliła się nad dzieckiem i zaczęła: „Helenko, zanim zaczniemy, chcę, żebyś coś wiedziała. Teraz będzie ci ciężko to zrozumieć, ale jak wyzdrowiejesz i podrośniesz, to pojmiesz moje słowa.” Nachyliła się do ucha dziewczynki i zaczęła spokojnie i wyraźnie mówić. Oczy Helenki wpatrzone w sufit reagowały i z tych zmęczonych, o dorosłym spojrzeniu źrenic powoli znikała pustka. Gdy Apolonia skończyła, Helenka z dużym wysiłkiem ścisnęła swoją dłonią palce kobiety. Ta się uśmiechnęła i patrząc z miłością na dziecko powiedziała: „Zaczynamy.” Przytuliła bezwładne ciałko, czując delikatną, schorowaną strukturę i zapach szpitalny przebijający się przez skórę dziecka. Po chwili Apolonia poczuła, jak wzbiera w niej ciepło. Szybko pomyślała o chorej i z całych sił zapragnęła, by to ciepło przepłynęło do ciała dziecka.
Straciła poczucie czasu, ale gdy ciepło już ją opuściło, delikatnie odłożyła dziewczynkę na posłanie. Apolonii zakręciło się w głowie, ale szybko to opanowała i ostrożnie wstała. Podeszła do drzwi i uchyliła je. „Już” wydusiła z trudem. Rodzice Helenki jak na komendę wbiegli do domu i doskoczyli do łóżka. „Weźcie ją do domu” powiedziała gospodyni i wzięła większy wdech. „Jutro rano dolegliwości powinny zacząć ustępować.” „Co?” Ojciec był zdezorientowany. „Będzie zdrowa?” „Tak mi się zdaje.” „Ale...” Matka dziecka rozglądała się zdezorientowana. „Jak my się mamy pani odwdzięczyć?” „Pomódlcie się za mnie.” „Na kilka mszy dam!” Prawie krzyknął ojciec. „A jakby pani czego potrzebowała, to dzwonić i będę w te pędy.” Apolonia uśmiechnęła się i powiedziała ciepło: „Dobrze.
Oczywiście zadzwonię.” Wskazała na łóżko. „Proszę delikatnie zanieść Helenkę do samochodu i ostrożnie zawieźć do domu. Niech się wyśpi.” Zanieśli dziecko do auta. Nagle, już przy włączonym silniku, ojciec wyskoczył z samochodu i podbiegł do domu. „Numeru telefonu pani nie dałem.” Rozglądnął się. „Ma pani gdzie zapisać?” Gdy zaprzeczyła, mężczyzna wziął kawałek odprysku betonowego schodka i na płycie przed wejściem zapisał numer. „O, i tu nie zginie. Do widzenia” krzyknął, biegnąc do auta. Gdy ucichło, Apolonia poszła w kierunku stodoły. Popatrzyła na zarodnik wiszący w środku uschniętej rośliny i mruknęła cicho: „Planta, czarna planta.
A ja miałam cię za królową ziół. Dobra jesteś czy zła?” Wyciągnęła rękę, a roślina jakby się zjeżyła i wystawiła ostre, suche i stwardniałe krawędzie w kierunku kobiety. „Brakuje tylko syczenia” uświadomiła sobie Apolonia. „Cóż, historia musi się jakoś skończyć.” Weszła do stodoły i znalazła wetknięty za belką stary sierp. Wyjęła go i tak uzbrojona podeszła do rośliny. Konary poruszyły się, ale kobieta zdecydowanym ruchem odcięła zarodek, częściowo go przecinając. Większa część odpadła i wylądowała na ziemi. Z rozcięcia popłynęła krew. Kilkoma uderzeniami pocięła leżące na ziemi zarodek i poprawiła też to, co pozostało na łodydze. Gdy skończyła, miała wrażenie, że opuściły ją wszystkie siły.
Odrzuciła sierp i powoli dotarła do ściany stodoły. Oparła się o nią i poczekała, aż odzyska choć trochę energii. Po kilku minutach wróciła do domu, by wziąć papier, zapałki i kilka suchych szczap do rozpałki. Zrobiła stosik przy uschniętych badylach i podpaliła gazetę. Szczapy szybko się zajęły, a języki ognia łapczywie ogarnęły całą roślinę. Czarna planta płonęła. Apolonia słyszała skwierczenie i miała wrażenie, jakby co chwilę stawało jej serce. Czuła żal, ale i ulgę. Coś jej mówiło, że postąpiła słusznie. Z tym poczuciem poszła do domu.
Na obiad zjadła ulubione kopytka i czekała przed domem, pijąc kawę zbożową. Czekała na Lucjana. Przyszedł trochę wcześniej niż się spodziewała, ale zdążyła zaraz po obiedzie wykąpać się, umyć i ułożyć włosy, a także za pomocą zapomnianych kosmetyków umalować oczy, rzęsy i usta. Nawet znalazła puder, który też się przydał. Nie była w pełni zadowolona z efektu, gdy patrzyła w lusterko, ale w końcu po tylu latach nie wyszła za bardzo z wprawy. „Coś ty zrobiła?” – krzyknął, widząc tlące się spopielone resztki rośliny. – „Spaliłaś plantę?” „Tak. Przecież mówiłeś, że to zła roślina.” „Ale ona mogła być potrzebna. Można ją było sprawdzić i spróbować jakoś wykorzystać.” „To jest właśnie twój problem. Jesteś niczym sofista, wędrowny nauczyciel, który mówi innym, jak mają postępować.
Relatywizujesz wszystko, masz na wszystko odpowiedź i potrafisz rozmyć nawet największe draństwo.” „Ale ja chciałem...” „Tu jest problem” – przerwała mu. – „Zanim dowiem się, co chciałeś, zadajmy sobie pytanie: kim jesteś?” „Przecież to ja, Lucjan!” „Tak, ale tam nad stawem, mimo że bardzo się starałeś zmącić wodę, widziałam twoje prawdziwe oblicze. Wyglądałeś jak wtedy, 50 lat temu. Młody. A mówiłam ci, że woda, ziemia i powietrze nigdy mnie nie oszukują.” Uśmiechnęła się smutno. – „Ty za to kłamiesz. Mój ojciec chciał mnie zabić, gdy byłem dzieckiem. Nie wiedziałem dlaczego, ale moja matka wyznała mi, że jestem efektem gwałtu żołnierza Armii Czerwonej. Matka pamiętała, że miał na szyi tatuaż. Narysowała mi go, a ja sprawdziłam i dowiedziałem się o azjatyckich nomadach Czukczach mających moc uzdrawiania.
Nikt mnie nie przygotował do tego, nie nauczył i tylko roślina mnie poznała, ale uzależniła moje zdolności od siebie. Gdy ją ogrzałam, mój los połączył się z jej losem i stałam się jej niewolnicą. Ty to wiedziałeś i nie chciałeś, bym odkryła swoje zdolności. Planta mi to uświadomiła. Kiedy się poznaliśmy, po naszym pierwszym pocałunku przygotowałeś kolację i dodałeś mi coś do jedzenia, co spowodowało u mnie bezpłodność. Czułam posmak ziół, ale zakochany jest ślepy. Miłość to najbardziej bezbronny stan człowieka. I ty to wykorzystałeś. Poza tym zrozumiałam, choć dużo później, że wtłaczałeś mi wiedzę racjonalną. Ten bełkot Sartre'a, Nietzschego i innych, bym jak najdalej była od świata duchowego, fantastycznego.
Hodowałeś mi Lilistkę.” Upiła łyk kawy i mówiła dalej: „Gdy zobaczyłam twoje prawdziwe oblicze, zrozumiałam, że jesteś demonem. Dziwisz się, że tak spokojnie o tym mówię? Nic mnie już nie przestraszy, bo mam czas do jutra. Do pierwszych promieni słonecznych.” „O czym ty mówisz?” „Przytuliłam tę chorą dziewczynkę. Świt i pierwsze promienie słońca obudzą chorobę. Białaczka usnęła w niej, a zbudzi się we mnie. Możesz spokojnie ze mną rozmawiać, bo i tak umrę.” „Nie tak miało być. Matka, gdy w tej stodole wykrył nas pies, zaczęła się modlić o pomoc do wszystkich i w końcu też do Bala. Chyba tylko on ją wysłuchał. Ofiarowała mnie złemu za ocalenie.
Gdy się udało, nie mogła sobie dać z tym rady i piła, by zapomnieć. Ale on nie zapomniał. Gdy nie wychodziły mi rysunki, pojawił się jak cień i jednym dotknięciem uczynił moją rękę sprawną. Wyjawił mi też, że matka oddała mnie jemu. Wędrowałem po świecie i robiłem rzeczy, o których chciałbym, ale nie mogę zapomnieć. Plemię, którego krew płynie w twoich żyłach, potrafi skutecznie walczyć ze złem. I dlatego” – wstał i uśmiechając się, wzruszył ramionami – „umrzesz bezdzietnie.” „A roślina?” „Planta została wyhodowana z myślą o waszym plemieniu. O Czukczach, którzy mają tę cholerną siłę. Tylko ta roślina potrafiła was zniewolić. Dawała prostą drogę do celu i niejako pożerała was.
Waszą moc. Bez niej damy sobie radę, ale gorzej jest z wami.” „Nie mogłeś mnie po prostu zabić?” „Niestety, skarbie. Potrzebujemy waszej mocy. Żywimy się nią. Zabójstwo powoduje rozpłynięcie się energii. Stąd czarna planta.” „Chcesz moją energię?” „Jeśli pozwolisz, zabiorę ją z ostatnim twoim oddechem.” Siedzieli i rozmawiali całą noc. Raz nawet Apolonia uśmiechnęła się na wspomnienie jakiejś zabawnej sytuacji, ale po chwili powracała świadomość, że pierwsze promienie słońca obudzą tę śmiertelną chorobę. Według kalendarza słońce powinno pojawić się za kilka minut. Apolonia podeszła do kuchni i spytała: „Zjesz śniadanie?” „Nie. Później się posilę.” Pokiwała na znak, że rozumie.
Zagotowała wodę i wsypała do kubka resztę suszu z puszki do herbaty. Zalała wrzątkiem i odstawiła do zaparzenia. Ukroiła kromkę chleba, posmarowała masłem i wsadziła do cukiernicy na trzy razy, aż cała oblepiła się cukrem. Lucjan patrzył z pytaniem w oczach. „Widzisz” odparła. „Posłodzę sobie ostatnie chwile, bo mocy już nie mam i czasu też. Dlatego co mi tam.” „Jak to?” Podszedł do niej i położył jej rękę na ramieniu. Odskoczył i popatrzył niemalże z przerażeniem. „Jesteś pusta. Co się stało?” „Ty taki mądry i nie wiesz?
Ha, ha, ha.” Lucjan wybiegł z chałupy i ruszył w kierunku wsi. Stanął bezradnie na ubitej drodze i rozglądał się, machając rękami z wściekłością. Apolonia spokojnie gryzła kromkę i piła herbatę, rozdzielając łyki lekkimi dmuchnięciami, które odsuwały włosy. „Dziwnie smakuje ta herbata” pomyślała i zaraz po tym na jej ustach pojawił się uśmiech. Mamusiu! Kobieta zerwała się z fotela i doskoczyła do łóżka. Jej umierająca dotąd córka siedziała na posłaniu i patrzyła. „Mamusiu, głodna jestem.” „Helenko, zrobię ci, co tylko będziesz chciała.” Popatrzyła w sufit i złożywszy dłonie wyszeptała: „Dziękuję.” „Mamo, a ta pani, u której byliśmy, powiedziała, że daje mi prezent. Podała też nazwę jakichś ludzi mieszkających na Wschodzie i powiedziała, żebym o nich poczytała.” Podrapała się w głowę. „A nazywają się Czukcza.” „Córeczko kochana, zapisz, co pamiętasz w swoim pamiętniku.
Jak kiedyś będziesz miała czas i ochotę, to dowiesz się, co ta pani chciała ci powiedzieć.” „A może spytamy ją jeszcze raz?” Matka nie zdążyła odpowiedzieć, bo do pokoju wbiegł ojciec Helenki. Wziął ją na ręce i zaniósł do jadalni. Gdy rodzice krzątali się przy śniadaniu, Helenka zobaczyła małą mysz skuloną za nogą stołu. Wzięła z blatu okruszek chleba i podała gryzoniowi. Zwierzątko wzięło ostrożnie okruch i zniknęło w uchylonych drzwiach prowadzących na ogródek. Koniec.
[03:50:14] - Proszę państwa, to jest ostatnia tak zwana wakacyjna audycja, a ze swoich tajnych źródeł wiem, że spodobało się państwu przypomnienie pierwszej audycji „Bibliotekarium”. Zatem, ponieważ to ostatnia wakacyjna audycja, postanowiłem pociągnąć ową sentymentalną nutę. Później w roku akademickim nie będzie już na to czasu. Zapraszam zatem na audycję „Bibliotekarium” – to stare „Bibliotekarium” – na audycję numer dwa. To była audycja zrealizowana bardzo dawno temu, w 2017 roku. Audycja o książce Wojciecha Chudzińskiego i Przemysława Nowakowskiego „Śladem nowoczesnego mitu”. Proszę państwa, to było w czasach, kiedy „Bibliotekarium” trwało około dwie godziny. Zatem proszę bez obaw. Audycja nie skończy się nad ranem, a myślę, że są dwa dobre powody, żeby tę audycję powtórzyć. Po pierwsze podróż sentymentalna do czasów, kiedy pewne rzeczy robiło się inaczej, kiedy na antenie obecny był Wiktor Żwikiewicz.
To pierwszy powód. Drugi powód to bardzo ciekawa książka, która z takich odsłuchów wiem, w niedługim czasie będzie wznawiana. Książka, która jak najbardziej nadaje się na antenę Radia Paranormalium. A więc mamy połączenie „Bibliotekarium” i „Paranormalium” pełne, absolutne, jak najlepsze. Zapraszam zatem na „Bibliotekarium” numer dwa o książce Wojciecha Chudzińskiego i Przemysława Nowakowskiego „Śladem nowoczesnego mitu”.
[03:52:19] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek audycji, która spotkała się z bardzo ciepłym czy nawet wręcz gorącym przyjęciem z państwa strony. Mianowicie zapraszamy na drugi już odcinek audycji „Bibliotekarium”. Przy mikrofonie Marek Sęk „Ivellios”. Dzisiaj są z nami gospodarze „Bibliotekarium”, pisarze science fiction i publicyści Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dobry wieczór panowie.
[03:52:47] - Dobry wieczór. Witamy z mroźnej Bydgoszczy, której się miało ocieplać, a się w ogóle nie ociepla i w ogóle nie jesteśmy z tego powodu, przynajmniej ja nie jestem zadowolony.
[03:52:56] - W Katowicach jest tak samo, także znam ten ból. Dzisiaj dyskusja będzie się toczyła głównie wokół książki Przemysława Nowakowskiego i Wojciecha Chudzińskiego „Śladem nowoczesnego mitu”. Panowie, oddaję wam głos.
[03:53:11] - Dziękujemy, przejmujemy głos.
[03:53:14] - Przyjaciel tu rzekł coś o mroźnej Bydgoszczy, ale ja stwierdziłem natychmiast, że w mojej głowie jest bardzo ciepło po przeczytaniu tej książki, o której mamy mówić. Więc ten mróz za oknem mi nie robi wrażenia.
[03:53:28] - Rozumiem, że brawurowo nawiązałeś do tematu. Nie dałeś ani chwili odpoczynku, nie dałeś mi ani chwili pogadać o czymś zupełnie innym, tylko od razu przechodzimy do tematu, czyli do książki Przemysława Nowakowskiego i Wojciecha Chudzińskiego „Śladem nowoczesnego mitu”.
[03:53:46] - Nie przechodzimy.
[03:53:47] - Nie przechodzimy. Dobra, słucham cię zatem.
[03:53:51] - Wiesz, kiedy wziąłem tę książkę w rękę, to pierwsza rzecz, która mi się przypomniała, to stela książka z dzieciństwa. Już nie pamiętam, kto to naskrobał. Nazywało się to „Tropiciel śladów”. To było o Indianach z kanadyjskiej chyba tundry, czy z jakiegoś amerykańskiego westernu, chyba Fenimore'a Coopera. W każdym razie ja bym proponował, że zanim będziemy mówili o tej książce, żeby porozmawiać o tropieniu śladów. Dlaczego tropienie śladów jest tak fascynującą rzeczą? Dlaczego ludzie się tym zajmują? A zajmują się, praktycznie biorąc, wszyscy. Nie tylko policja, nie tylko Sherlock Holmes, nie tylko tropiciel śladów w tym wymiarze amerykańsko-indiańskim, ale również ludzie, którzy w tej chwili odpalają po raz kolejny tego Wielkiego Zderzacza Hadronów. Wszyscy ci ludzie tropią ślady.
Ślady czego? I dlaczego to jest takie ważne? Ślad nie jest rzeczą obiektywną, nie jest bytem, który jest, prawda?
[03:55:10] - W jakimś sensie jest.
[03:55:12] - Ślad jest tylko oznaką, pewnym smakiem czegoś, co dopiero będzie. Wojtek Chudziński i Przemysław Nowakowski tropią swój ślad. Bardzo ważne, które tropią ludzie od paru tysięcy lat. Ale dlaczego się tym zajmują? Dlaczego tropią ten ślad? Po co? Po to, żeby dać odpowiedź. A właściwie to ja jej nie znam.
[03:55:49] - A mimo wszystko jej udzielisz. To jest właśnie najzabawniejsze w tym wszystkim. Posłuchamy zatem.
[03:55:54] - Chcę spróbować udzielić odpowiedzi, bo ślad jest bardzo dziwną rzeczą. To jest coś takiego, co jest zapowiedzią rzeczy jak najbardziej normalnej, znormalizowanej, zaakceptowanej przez wszystkich, przez prawo, przez rzeczywistość, przez religię. Ślad jest czymś takim. Jest zapowiedzią albo dowodem po czymś, co było. Ze śladem jest bardzo dziwnie. Otóż z całą filozofią śladu jest dziwnie. Zwróćmy uwagę, że jeśli idziemy plażą i zostawiamy ślady na piasku, to myślimy, że te ślady są skierowane w przeszłość. Skoro są za naszymi plecami, to tam je woda zamyje i one się rozmyją. Otóż nie. One są skierowane w przyszłość, bo to w przyszłości te ślady zostaną zalane wodą, rozmyte.
Dlatego wszystkie ślady, które zostawiamy, są skierowane w przyszłość.
[03:57:08] - Dzisiaj rozmawiamy o książce, też zostawiamy ślad. Oczywiście.
[03:57:12] - Ta książka też zostawia ślad skierowany w przyszłość, a nie w przeszłość. Więc co jest skierowane w przeszłość? Czy jest cokolwiek skierowane w przeszłość? Tak, straszniejszy zostawia... Nie, nie zostawia.
[03:57:31] - No widzisz, i taka piękna teoria upadła. Ale wiesz, żeby cię trochę poratować, to powiem tak: filozofowie wymyślili coś takiego, że nie ma nigdy „teraz”. W tej chwili stajemy się tacy, jacy będziemy za chwilę i przestajemy być tacy, jacy byliśmy jeszcze przed chwilą. A zatem „teraz” właściwie nie istnieje. To oczywiście wydumane bardzo i nie do końca przekonujące, ale i tak można.
[03:58:00] - Tak twierdzą filozofowie. Ja bym wolał jednak fizyków, dla których istnieje na przykład tylko „teraz”.
[03:58:08] - No właśnie. I dlatego tak trudno się dogadać fizykom z filozofami. To jest dobry ślad. Jeśli już mówiliśmy o śladach, to zdaje się taki ślad znaleźliśmy. Ja bym jednak z uporem wrócił do książki naszych autorów. Przypomnę: Wojciech Chudziński to zastępca redaktora naczelnego „Nieznanego Świata”, a więc pisma zacnego i godnego polecenia. Przemysław Nowakowski to stały autor tego miesięcznika, ale nie tylko tego, bo również „Czwartego Wymiaru”. I w ogóle publicysta pełną gębą. Wojciech Chudziński poza tym, że piastuje funkcję zastępcy redaktora naczelnego, również jest świetnym piórem tego miesięcznika. O tym świetnym piórze zaświadczyć może między innymi ta książka, ale to już wspólne dzieło obu panów.
Zastanawiałem się, co mam najpierw powiedzieć o tej książce. Kiedy ją przeczytałem po raz pierwszy, a czytałem ją niejako z obowiązków, nazwijmy to zawodowych, zanim przystąpiłem do lektury, bałem się, że będę musiał przeczytać książkę, która będzie mi opowiadała o różnych, oczywiście bardzo ciekawych wydarzeniach z przeszłości, tej bardzo odległej i z tej mniej odległej, ale to będzie taka książka przyczynkarska. Tu się dowiem o jakiejś tajemnicy, tam się dowiem o jakiejś tajemnicy i zostanę z tymi tajemnicami. To oczywiście zawsze jest bardzo fajna, przyjemna lektura, kiedy dowiadujemy się, że coś tajemniczego kiedyś się stało. Są pasjonaci takich książek, ale ja już widocznie przeczytałem tych książek zbyt dużo i niespecjalnie mnie ekscytowało to, że będę musiał przeczytać kolejną książkę tego rodzaju. Muszę powiedzieć, że bardzo szybko okazało się, że obu autorów po prostu nie doceniłem. Wydawało mi się, że oni napiszą taką książkę, w której będzie spis pomysłów albo spis różnych wydarzeń z historii świata, które były dziwne. Otóż owszem, to jest również taka książka, ale dzięki takiemu, ja to uwielbiam nazywać, brawurowemu wstępowi. Zamiast wstępu napisali. Ten wstęp jest po prostu brawurowy.
On zupełnie zmienia to, co o tej książce myślimy. Obaj panowie napisali wstęp, który zmienia optykę. Ta książka po przeczytaniu wstępu, przestrzegam, jeżeli ktoś nie lubi czytać wstępów, różnego rodzaju wprowadzeń, to ponosi wielką stratę, bo będzie czytał książkę przyczynkarską o dziwnych wydarzeniach. Tymczasem Przemek Nowakowski i Wojtek Chudziński dzięki temu wstępowi osiągają coś zupełnie innego. Wznoszą się na poziom meta. Oni po prostu ukierunkowują myśl. Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz.
[04:01:30] - Nie do końca.
[04:01:31] - Wiedziałem. Jakżesz mógłbyś się zgodzić?
[04:01:33] - Ktoś, kto nie przeczyta wstępu, będzie miał świetną zabawę, bo wtedy czyta książkę bardzo rozrywkową, przyczynkarską, że tak powiem, gdzie dowiaduje się w dosyć dziwnych zestawieniach o bardzo dziwnych rzeczach, które się na świecie działy, dzieją albo mogą się zdarzyć, albo mogły się zdarzyć i tak dalej. Można to potraktować w ten sposób i wtedy to jest naprawdę świetna rozrywka, świetny kryminał, świetne tropienie śladów czegoś nie wiadomo czego. Co robi Wojtek Nowakowski i-
[04:02:17] - Przemek Nowakowski i Wojtek Chudziński. Ustalmy to zaraz na początku.
[04:02:24] - W polskich nazwiskach zawsze mi jakoś równoważą te wszystkie nazwiska. Dlatego jestem widz. Miałem zastrzeżenia do tego całego. Oni wybrnęli, wyprzedzili mój zarzut. Napisali zamiast wstępu. Do tej książki nie powinno być w ogóle wstępu ani zakończenia. Do tej książki powinno zostać napisane wprowadzenie, gdyż to, co robi para autorów, wybrnąłem, pomijając nazwiska, w tej książce, gdy pisze to wprowadzenie, jak ja je nazywam, to w jakiś sposób naświetla to, co będzie dalej. Niczego dalej nie tłumaczy, niczego nie ujawnia, dyskretnie sugeruje.
[04:03:28] - Ale po lekturze wstępu to już zupełnie inna książka. Zupełnie inaczej.
[04:03:35] - Zupełnie inaczej się patrzy na rzeczywistość. Odebrałem tą całą książkę, pomijając ten cały wstęp czy to wprowadzenie, odebrałem jak taką wielką, czym zresztą jest każda książka, ogromną, gigantyczną jaskinię, na której ścianach człowiek w prehistorii wymalował jakieś tysiące jeroglifów, freski, ikony, Bóg wie jakie rzeczy, jakieś tam malunki i tak dalej. Ich jest mnóstwo. Nie wiadomo, kto to robił, po co to robił, dlaczego to robił, dlaczego to się dzisiaj robi. Te malunki to są te rzeczy na ścianach tej ogromnej jaskini wymalowane. To są te wszystkie epizody, te wszystkie zdarzenia, które autorzy rejestrują w samej głównej linii książki, zawartości. Natomiast ich rola jest dosyć dziwna. Otóż oni nie wchodzą do tej całej jaskini razem z nami, z czytelnikami. Jak ja to obrazowo, tak po literacku potraktował, oni założyli kramik jak dwóch przekupniów przed tą całą wielką jaskinią i na tym kramiku sprzedają kaganki, znicze, latarki, pudełka z zapałkami. Coś, co może oświetlić tą jaskinię.
To jest ich próba naświetlania. Idź, wejdź i popatrz na to, ale my ci dajemy troszeczkę tego światła, odrobinę tego światełka. Sparzysz sobie palce. I tak wprowadzają czytelników w ten cały świat. I ja osobiście mam nadzieję, że może nie po tej książce, jeszcze po tej, ale może po innych książkach na ten temat pisanych również. Zresztą na całym świecie ta tendencja, która zawarta jest w tytule tej książki „Śladem nowoczesnego mitu. O potrzebie mitu”. To, co jest pisane w tej tego, że ktoś kiedyś wejdzie jednak do tej jaskini i wyjdzie z roześmianym pyskiem i powie tym panom, Wojtkowi Chudzińskiemu i Przemysławowi Nowakowskiemu: „Panowie-
[04:06:01] - Brawo, doceniam.
[04:06:03] - „Już nie musicie tu sterczeć i fremarczyć z tymi latarkami i zapałkami. Ja już tam byłem i zapaliłem światło”. Bo ktoś dojdzie, wytropi te ślady do końca i zrozumie, do czego to wszystko prowadzi, jaki jest tego sens. Sens tych śladów, które są zarysowane. I tak dalej.
[04:06:29] - Nie wiem dlaczego mam takie wrażenie, ale jak mówisz o tej jaskini, to mi się zaraz to skojarzyło z jaskinią platońską.
[04:06:38] - No musi.
[04:06:39] - Musi, wiadomo, jak jaskinia to platońska, bez dwóch zdań. Natomiast jest coś takiego, że rzeczywiście, jak już będziemy o tej jaskini platońskiej mówić, to chwilę o niej powiedzmy.
[04:06:51] - Tak.
[04:06:53] - Rzeczywiście, przecież w tej jaskini platońskiej obserwujemy tylko cienie. Prawdziwy świat jest za naszymi plecami. Tam jest świat idei, który jest jasny, w którym dzieją się rzeczy naprawdę. Rzeczy są prawdziwe. To są idee rzeczy, których to, co mamy tu w naszym świecie, to jest tylko marny cień. Tę przypowieść Platona oczywiście wszyscy znają, ale rozumiem, że awansowałeś autorów do takiej roli tych, którzy rozświetlają albo prowadzą ludzi do świata idei, tego prawdziwego świata.
[04:07:38] - Bo tą jaskinię wielką, tak jak mówimy, to Platon tego nie wymyślił. Chudziński z Nowakowskim też tego nie wymyślili. To zaistniało. Istnieje po prostu tak długo, jak się pojawił człowiek na ziemi. Ta jaskinia towarzyszy mu i wcale żeśmy nie opuścili tej jaskini, jak nam się wydaje, że przestaliśmy być człowiekiem jaskiniowym. Otóż my nie przestaliśmy być człowiekiem jaskiniowym. My dalej tkimy w jakiejś dziwnej jaskini, z której być może wyjścia w ogóle nie ma. Być może należy zrozumieć, czym jest jaskinia. Ale żeby zrozumieć, to trzeba tropić te cienie, które Platon widział w tej jaskini. Trzeba tropić te ślady, które w naszej kulturze funkcjonują jako ślady czegoś, nie wiadomo czego.
[04:08:46] - A zabrakło ci wątku. Ja wiem, od razu widzę. Natomiast ja chciałem powiedzieć, że wczoraj, jak sobie rozmawialiśmy o książce Wojtka i Przemka, to ukuliśmy jeszcze jedną rzecz, że właściwie ta książka dzięki rozległości tematów, takiemu historycznemu przekrojowi, właściwie zadowoli zarówno smakoszy, którzy lubują się w tajemnicach przeszłości, jak i tych, którzy lubią opowieści nieco bardziej współczesne. Tu mamy zarówno sięganie do głębokiej historii, naprawdę głębokiej, do tej nieco bliższej, ale też do czasów odległych od nas o kilka lat zaledwie czy kilkanaście powiedzmy. To też jest wartość tej książki. A ponieważ powiedziałeś o tytule „Śladem nowoczesnego mitu”, to nie możemy nie wspomnieć, że autorzy, co wiemy zresztą z rozmów z autorami, świadomie nawiązali do książki Junga. Przecież to on napisał „Nowoczesny mit, czyli o dziwnych rzeczach widzianych na niebie”. Pewno coś pokręciłem z tytułem, ale mniej więcej w tę stronę to żeglowało. W każdym razie tam dowiadywaliśmy się, że to, co nazywamy UFO, to tak naprawdę efekt naszej zbiorowej wyobraźni, że może niekoniecznie są to takie tam latające pojazdy, które przynoszą załogantów z odległych miejsc w kosmosie. Ale może to nasza własna zbiorowa podświadomość wytworzyła to, co widujemy na niebie.
To oczywiście jest problem nieco bardziej złożony i pewno ciężko streścić książkę Junga, która jest jednak intelektualnym dziełem bez żadnych podtekstów, czyli dziełem jest naprawdę, streścić w kilku zdaniach. To jest po prostu szaleństwo z mojej strony, że w ogóle próbowałem to zrobić. Niemniej jednak chociaż zasygnalizujmy, że to nawiązanie do książki Junga jest całkowicie świadome. O tym, że jest świadome, to się możemy przekonać, czytając zarówno wstęp, jak i śledząc, w jaki sposób prowadzą narrację. Może narracja to złe słowo. W każdym razie, w jaki sposób prowadzą poszczególne tematy w książce po to, żeby zamknąć ją równie brawurowym zakończeniem, które się nazywa „Zamiast zakończenia”, ale i tak jest Napisane równie wspaniale, równie świetnie jak i wstęp. Ta książka dzięki klamrze wstępu i zakończenia dla mnie jest the best i warto ją polecić. Naprawdę. Moje obawy początkowe, o których mówiłem, były jak najbardziej nieuzasadnione. To jest naprawdę niezła książka.
Jedziemy śladem różnych skojarzeń, więc kojarzmy rozmaicie. Powiedziałeś o tych zniczach, a nie skojarzyło ci się to przez chwilę z czymś nagrobnym albo czymś związanym z nawiązaniem do przodków? Tak to powiedziałeś, jakby byli strażnicy grobowca.
[04:12:26] - Oczywiście tropienie śladów to, jakby nie było, jest tropieniem śladów naszych przodków. Badając historię, tropimy ślady naszych przodków. Jeśli badamy naszą genetykę, to co innego nie robimy, jak nie tropimy śladów naszych przodków. Zresztą à propos tych całych zniczy Nowakowskiego i Chudzińskiego, to ja miałem takie śmieszne skojarzenia w trakcie lektury, że nastąpiła dziwna pomyłka przy naszym zwykłym polskim obyczajowym święcie jak Zaduszki. Doszliśmy do wniosku, że te znicze, które idziemy, zapalamy na cmentarzach, to jest dla nich, dla tych dziadków, którzy żyli, dla mamusi, dla tatusia. To jest nieporozumienie. Te znicze są dla nas, żeby nam oświetlać ikony. Te hieroglify na ścianach wielkiej jaskini. Jeszcze raz oświetlić napis na nagrobku, jak miał na imię dziadek i babcia, kim byli i tak dalej. Przypomnieć o ich istnieniu.
Ten ślad będzie ginął, bo prędzej czy później my sami będziemy w tym piachu. I będą przychodzili dzieci. Ten ślad zanika jak ten ślad na plaży, po którym żeśmy wędrowali skrajem jeziora. On zniknie. Natomiast to światło jest dla nas. Ono jest potrzebne po to, żebyśmy pamiętali. A po co jest pamięć? Po to, żeby przechowywać dziedzictwo pokoleń. Natomiast ja mam inny problem, na który w tej chwili wpadłem, bo lubię myśleć chaotycznie. Zastanowiłem się w tej chwili, że jeśli my zostawiamy ślad, czyli rzeczywistość zostawia ślad jakiś.
Wspomniałeś o UFO. UFO nie jest głównym tematem, raczej marginalnym tematem tej książki. Jeśli zostawiamy ślad skierowany w przyszłość. A czy istnieje przyszłość, Marku?
[04:15:01] - Czy istnieje?
[04:15:01] - Tak. Z punktu widzenia filozoficznego można założyć, że istnieje przyszłość, dajmy na to.
[04:15:06] - Załóżmy.
[04:15:07] - Jeśli założymy przyszłość, to czy przyszłość zostawia ślad w przeszłości?
[04:15:16] - Ożesz, pojechał teraz naprawdę.
[04:15:18] - Ja mam pytanie: a czy przypadkiem nawet to wspomniane przez ciebie UFO nie może być śladem przyszłości, a nie rejestracją teraźniejszości ani rzeczy, która nie dosyć tego, że może być również śladem przyszłości, czyli wizyt, które odbywały się, ale również tego, co będzie. Wcale nie rejestrując teraźniejszości.
[04:15:44] - Wiktor, ja już to tak obrzydliwie trywializuję, bo od tego jestem, żeby obrzydliwie trywializować. W sumie pomysły na temat tego, że UFO to tak naprawdę przybysze z przyszłości albo z przeszłości, jak już będę konsekwentnie trywializował, przywołam, tego rodzaju teorie oczywiście też się pojawiły, bo ludzka wyobraźnia jest nieograniczona i właściwie sięgnęła również tych twoich koncepcji. Zadam ci pytanie, żebyśmy jeszcze o tej książce chwilę porozmawiali: która z historii podobała ci się najbardziej?
[04:16:25] - Będę się trzymał tej całej teorii silnego śladu.
[04:16:30] - Jedziemy. Która odcisnęła najgłębszy ślad?
[04:16:34] - Bardzo wiele. Na przykład jakaś tak zupełnie na rybkę strzelając, jest historyjka tureckiego admirała Pirisa, Piralsa, coś takiego. Nie jestem mocny w tych... Który podobno kiedyś stał się posiadaczem mapy doskonale odwzorowującej wybrzeża Ameryki Południowej, łącznie z Antarktydą, z zarysem rzek, które na Antarktydzie spływają do oceanów, do mórz, z zarysem lądów. Czyli zarysem czegoś, co dzisiaj można odkryć dzięki technologii. Kiedy sobie komputerowo zdejmiemy czapę lodu z powierzchni Antarktydy i wtedy odkryjemy, że rzeczywiście tam były rzeki i tak dalej. Podobno ten turecki admirał znalazł taką mapę. Oczywiście może to legenda, może to przypadek, może to bzdura, ale ja mam zupełnie racjonalne wytłumaczenie takiego faktu. Przecież jak mówiłem, przeszłość zostawia swój ślad w przyszłości. Nasi bezpośredni potomkowie, jeszcze w stadium gryzonia pierwotnego, w czasach epoki dinozaurów, kiedy dinozaury hasały po Antarktydzie.
[04:18:05] - Powiem ci, że jak sobie wyobrażę hasającego dinozaura, to mi się tak ciepło na sercu robi.
[04:18:10] - Ciepło, bo to naprawdę genialne. Jak sobie hasały po Antarktydzie, to również żyły tam nasi bezpośredni przodkowie. Oni znali ten teren, znali te rzeki, znali to środowisko.
[04:18:28] - Proszę, ale to były jakieś myszowate.
[04:18:33] - Pewnie, że tak. Ale skoro ślad tych mysz jest w naszych genach, a jest, to dlaczego nie może być w naszym micie również, w naszej pamięci, w naszej kulturze niejako przekazywany szczątkowo? Oczywiście ja wiem, że on mógł zaniknąć, ale teoretycznie może ktoś się kiedyś nieźle zaprawił jakąś nirwaną albo czymś. Potem wziął i narysował lądy na jakimś pergaminie i sprzedał to admirałowi. Skąd on to wziął? Przyśniło mu się. Może mu się przyśniło, ale nie wziął tego z powietrza, bo wszystkie te ślady, o których mówimy, to są ślady czegoś. To nie są rzeczy obojętne, nijakie, znikąd niewywodzące się i donikąd nieprowadzące. Ślady zawsze skądś wychodzą i do czegoś zmierzają. Możemy się najwyżej zastanawiać nad tym, do czego te ślady służą, czyje to są ślady.
I tu miałbym zastrzeżenie do książki Wojtka Chudzińskiego i Przemysława Nowakowskiego. Oni piszą o ślad mitu. A może mit jest śladem czegoś? Tylko czego?
[04:20:07] - Według badaczy, przynajmniej niektórych, to oczywiste, że mit jest śladem.
[04:20:15] - Ale czego?
[04:20:17] - Jakiś określeni badacze twierdzą, że to jest konkretne wydarzenie z przeszłości, zapisane specyficznym językiem, który nie zawsze już dzisiaj potrafimy rozszyfrować. A zatem w sumie, jakby tak dobrze pomyśleć, to ta twoja teoria nie jest aż tak szalona, jak wydawała mi się na początku.
[04:20:36] - Nie jest szalona, bo zwróć uwagę, ja bym to bardzo prosto powiedział. Jeśli weźmiemy pędzel, zamoczymy w farbie i pociągniemy po powierzchni wody, to on zostawia ślad. Jak samolot leci po niebie pięknie, to zostawia ślad z tego skondensowanego powietrza, on się rozmywa. Jeśli ja mam dzieci, to też zostawiłem swój ślad i on się powoli rozmywa. Książka „Ślad nowoczesnego mitu” też zostawi jakiś ślad i się rozmyje. Natomiast wszyscy my wchodzimy do tej wielkiej jaskini książki Nowakowskiego i Chudzińskiego i tropimy tam ślady czegoś niesamowitego, czegoś wielkiego, może prozaicznego. Mam swoje koncepcje na temat tego, czym jest ten ślad, ale to mógłbym-
[04:21:33] - To ja ci zadam pytanie. Ty jesteś takim optymistą z natury właściwie i ty uważasz, że nam się strasznie ta książka spodobała. W związku z tym w ogóle mówienie, że coś się strasznie spodobało, to już w ogóle jest jakiś nowotwór językowy, ale powiedzmy, że nam się spodobała strasznie. W związku z tym jesteśmy tacy zadowoleni i ją polecamy. A ja zadam ci pytanie przewrotne: czy naprawdę ludzie dzisiaj chcą czytać tego rodzaju książki? Czy naprawdę chcą wiedzieć? Na pewno niektórzy chcą. Nigdy nie jest stuprocentowo, ale tak w masie. Jesteś przekonany? To ty ostatnio powiedziałeś, że nadchodzi czas nieczytania książek.
To się teraz wytłumacz.
[04:22:12] - Oczywiście, że tak. Książki już się nie czyta, ale zawsze jest szansa, że ktoś jeszcze posłucha tej audycji. Nie musi czytać książek, ale przynajmniej posłucha słowa mówionego na temat i może ewentualnie potem sięgnąć do tego typu książki. Jest to jakaś zachęta z naszej strony do tego, żeby jednak do pewnych szczególnych książek być może sięgać, bo warto. O ile ja mówię, że książka umarła, ale tak samo umarła moja babcia i mój dziadek. Natomiast są ludzie, którzy żyją. Nie mówię tylko o umarłych, mówię również o żywych. Zresztą ja bym nie był taki pełen zachwytu, jeśli chodzi o tą całą książkę, bo pełen zachwyt sprawiałby takie wrażenie, że tych autorów już nie stać na więcej.
[04:23:19] - Jeżeli tak stawiasz sprawę, to ja jestem przekonany, że zarówno Przemek Nowakowski, jak i Wojtek Chudziński Pojedynczo, jak i jako tandem jeszcze nas zaskoczą. Myślę, że potencjał tych autorów jest ogromny i naprawdę warto sięgnąć po tę książkę. Nie mam żadnej prowizji od tego chwalenia, że ją chwalę. Natomiast naprawdę tę książkę szczerze polecam. Pogadaliśmy sobie o książce. Nie chciałeś się do końca przyznać, co w niej jest najfajniejsze. Powiedziałeś o admirale tureckim i to właściwie wszystko. Powiem tyle, że podoba mi się to, w jaki sposób autorzy potrafią połączyć rzeczy pozornie bardzo odległe. Z jednej strony mamy naprawdę głęboką starożytność. Mamy Mohendżo-Daro, o którym pewno wszyscy słyszeli, o tym promieniowaniu i tak dalej.
Niby wszyscy wszystko wiedzą, a jednak autorzy potrafią wydobyć z tych wszystkich opowieści, o których wszyscy wszystko wiedzą, rzeczy nowe. Chociażby przez to, że starają się w niektórych momentach interpretować. Właściwie może źle użyłem słowa „interpretacja”. Może właściwie starają się szeptać: a może jest tak, a może jest troszeczkę inaczej, niż nam się wydaje. Uważam, że tego rodzaju sposób narracji jest bardzo cenny. On nic nie narzuca, daje pole do rozpasania wyobraźni. Wszystko wolno, wszystko można. I to nie jest tak, że nagle dowiadujemy się, że autor stwierdza, że jest tak i tak. Tak na pewno było. W związku z tym przylecieli ci kosmici, zrobili to i to i polecieli.
Nie. Dlatego tę książkę tak cenię, że jest napisana z innej perspektywy. Moim zdaniem bardzo mądrze.
[04:25:27] - Nie tylko z perspektywy innej, ale też jest tak wielowątkowa, bo jak myśmy tutaj łyknęli jakieś UFO, jakaś Gondwana czy Antarktyda i tak dalej. Ale autorzy zajmują się przede wszystkim współczesnym mitem, współczesnością i tak dalej.
[04:25:46] - Z naszej perspektywy jak to wygląda.
[04:25:48] - I to robi czasami piorunujące, dziwne wrażenie, bo na przykład jak opisują historię, co to ma niby wspólnego z jakimiś ezoterycznymi teoriami i tak dalej, kiedy opisują sposób balsamowania zwłok Lenina, Stalina po kolei, balsamowania Ceaușescu i tak dalej, i peregrynacje tych trupów, tych mumii przez naszą rzeczywistość. Jak opisują wędrówki trumny kochanki dyktatora Peru czy Chile, Peróna i tak dalej do Hiszpanii, kłopoty z pochówkiem i tak dalej.
[04:26:29] - Myślę, że to Argentyna.
[04:26:30] - Argentyna, tak. Blisko byłem.
[04:26:33] - Na pewno.
[04:26:35] - Więc jak opisują te wszystkie rzeczy, to jak się czyta, to nagle po człowieku zaczyna taki zimny dreszcz przechodzić. Przynajmniej po mnie. Ja mówię: „Boże, w jakim ja świecie żyję?”. Czytałem o faraonach, o balsamowaniu.
[04:26:50] - Do faraonów pasuje.
[04:26:52] - A tu jest współczesność, nasz dzisiejszy świat. Dzisiejsi ludzie, wielcy milionerzy chcą być zamrażani, zatapiani i tak dalej, czyli balsamowani. I my się dziwimy tym faraonom, że to jest przeszłość. Oni chcieli do Boga, do Ra dotrzeć gdzieś i tak dalej. A do czego chcą dotrzeć nasi Władimir Iljicz i Ceaușescu i tak dalej? To wszystko tak nagle wychodzi, że świat współczesny, dzisiejszy jest... Nie wiem, co myśmy przez 2000 lat robili, czy myśmy się w ogóle rozwijali, nasza cywilizacja, czy myśmy do czegoś dążyli, czy myśmy w ogóle mieli jakieś ambicje, żeby cokolwiek osiągnąć. Przecież my stoimy w miejscu.
[04:27:46] - Wiktor, prześledź sobie czasy od momentu, kiedy się pojawiły mumie w Egipcie, balsamowanie egipskie do naszych czasów. Jak to właściwie wyglądało? Najpierw się jakaś cywilizacja rozwijała, rozwijała, rozwijała, upadała, później następna się rozwijała, upadała. I właściwie jakby analitycznie prześledzić rozwój każdej z tych cywilizacji po drodze, to dojdziemy do wniosku, że za każdym razem popełniały dokładnie te same błędy, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że to następuje.
[04:28:27] - Nie popełniały błędu, tylko to jest tak samo ze mną, proszę cię, bo ja się też rozwijałem, rozwijałem, rozwijałem, a teraz upadam. Po prostu starość normalnie dotyczy tak samo społeczeństw, tak samo kultur, tak samo prądów, wartości estetycznych i tak dalej, gatunków literackich, mody, wszystkiego. Wszystko również umiera ze starości po prostu. Europa jest starym kontynentem, więc umrze. Te troszeczkę młodsze troszeczkę pożyją jeszcze. Na przykład Ameryka jeszcze troszeczkę pożyje, może trochę dłużej i tak dalej. Pojawi się coś nowego, porozwija się, porozwija, porozwija, po czym musi umrzeć. Jest trudno.
[04:29:15] - Piękna wizja. Tylko zadam ci pytanie oczywiście się nasuwające: ale właściwie co starzeje się w cywilizacji?
[04:29:25] - Ona sama się starzeje.
[04:29:26] - Nie. Oczywiście wybrnąłeś z tego najprościej jak można. Dobrze, ale każdy, kto będzie chciał dojść do sedna, to zapyta cię: „No dobrze, starzeje się, starzeje, ale co się w niej starzeje? Ludzie się rodzą młodzi, nowi. Ideę?”. Idee mają charakter niematerialny, a zatem starzeć się nie ma co. Jakbyś mi odpowiedział, co się starzeje w cywilizacji, to ja ci będę bardzo wdzięczny.
[04:29:51] - Cywilizacja zawsze rozwija się, rozkwita pod jakimś sztandarem, ma jakąś wizję czegoś, chce coś podbić, chce coś osiągnąć, dopłynąć do Ameryki albo inne takie rzeczy. Albo posiada jakieś wartości, które chce zaszczepić reszcie świata, barbarzyńcom i tak dalej. Cywilizacja na tym polega, że rozwój jest wiecznie dynamiczny. A potem przychodzi proza życia. Ideały przestają być ideałami, rzeczy wzniosłe przestają być wzniosłe, stają się prozaiczne. Prawda przestaje być odróżniana od kłamstwa. To wszystko się rozmywa. Tak jak mówiłem, ten świat po tym samolocie rozmywa się. I wtedy jest wygasanie. Wygasanie kultur, cywilizacji, wszystkiego.
I możemy po dogasających erupcjach jakichś systemów czy kultur robić tylko ślady. To, co robi Przemek Nowakowski.
[04:31:11] - Ja to widzę troszeczkę inaczej z tymi cywilizacjami. Oczywiście można tak powiedzieć. Mnie się wydaje, że istotą tego, co nazwałeś starzeniem się cywilizacji, jest co innego. W poprzedniej audycji mówiłem o tym, że idee walczą ze sobą i to było takie. Przypuszczam, że mogło dla niektórych być dosyć mętne, że sobie jakiś mędrek z Bydgoszczy o imieniu Marek wymyślił, że się idee zwalczają. To ja to teraz wyjaśnię bardziej i to może stanie się w kontekście tej cywilizacji nieco bardziej się rozjaśni. Otóż mój profesor Sytnyk-Czetwertyński powtarza, że idee i ideologie mają pajęczy charakter. Wrzucone do akwarium 200 idei, po jakimś czasie zostanie tylko jedna. Tak jak pająki wymordują się nawzajem i zostaje tylko jedna. I tak jest z każdą ideą, nawet tą, która jest wspaniała, wzniosła i cudowna.
Ona nie toleruje innych idei. Ona musi być jedna jedyna. Ona ma rację i w związku z tym nie dopuszcza do siebie myśli, że racji może nie mieć.
[04:32:31] - Tak.
[04:32:32] - I ona w związku z tym zrobi wszystko, żeby wyciąć konkurentów.
[04:32:36] - Tylko jest jeden dziwny paradoks. Otóż idea według mnie nie może istnieć sama. Idea bez przeciwnika, bez idei kontr idei nie może być. Czyli wyrżnięcie tych wszystkich przeciwników kończy się śmiercią samej idei.
[04:32:55] - Tak i nie. Bo rzeczywiście, jak ona już będzie tym zwycięskim pająkiem, który pożarł wszystkie inne pająki, to przez jakiś czas jest królem, panem stworzenia.
[04:33:08] - Królem niczego.
[04:33:10] - Niczego. Idea zwyciężyła. Tylko idea ma szansę pogrążyć się wówczas w gnuśności, w czymś takim: „Otóż zwyciężyłam, wszyscy mi mogą nafiu kać.” W związku z tym przestaje być czujna. I jeśli popatrzymy na to, co się teraz dzieje w Europie, a właściwie wokół Europy, jakie idee są silne, a jakie idee są słabe, kto jest tak naprawdę nośnikiem silnej idei, a kto nośnikiem idei słabej, to zaraz widać, że Europa tak naprawdę, pomimo że jeszcze jakiś czas temu była ideą zwycięską, ta europejskość była ideą zwycięską, dzisiaj już taką nie jest. Ale dlaczego? Dlaczego nie jest zwycięska? Dlatego, że porzuciła to, co było jej istotą na początku. Kiedy Europa była najpotężniejsza, w sensie takim, że właściwie potrafiła decydować o tym, co się dzieje na świecie. Ja wcale nie mówię, że to zresztą było dobre, że to było cywilizacyjnie rozwojowe i tak dalej. Ale w każdym razie, jeśli będziemy traktować świat jako imperium brutalnej siły, to kiedy Europa była najsilniejsza?
Kiedy scalała ją pewna idea. Idea, którą ogólnie nazwijmy ideą chrześcijańską, bo chyba inaczej nazwać-
[04:34:36] - I chrześcijaństwo, i wspólny język, którym była łacina. To było jedno imperium.
[04:34:44] - Natomiast później zaczęło to odstępować, stawało się coraz słabsze. Proszę nie traktować tego, że ja mam tęsknoty, żebyśmy byli wielką, silną Europą. Ja tylko chcę pokazać, że coś straciliśmy. Otóż w tym szale wolności, który teraz mamy, porzuciliśmy pewne idee, wyzbyliśmy się, powiedzieliśmy sobie: „Nie, chrześcijaństwo narzuca nam zbyt wiele ograniczeń, w związku z czym człowiek musi być wolny” i odrzucamy te ograniczenia. Ja wcale nie uważam, że ludzie nie mają do tego prawa, wręcz przeciwnie. Ale na tym poziomie meta znowu, wznieśmy się troszeczkę, nagle okazuje się, że ta nasza wolność tak naprawdę przyczynia się do tego, że stajemy się coraz słabsi. A ci, którzy wątpliwości nie mają, którzy wiedzą, co jest dobre, a co jest złe. Ja wcale nie mówię, że oni naprawdę wiedzą, ale im się wydaje, że wiedzą, że to jest dobre. Z naszego punktu widzenia to wcale dobre nie jest, ale oni wiedzą, co jest dobre, co jest złe. A my w Europie wcale już tacy pewni tego nie jesteśmy.
My już zatraciliśmy poczucie tego, co jest dobre, co jest złe. Kiedy dzisiaj staniesz na rynku czy jakimś placu jakiejkolwiek stolicy europejskiej i zapytasz: „Ludzie, co to jest dobro, co to jest zło?”, to otrzymasz taką lawinę wypowiedzi wzajemnie może nie sprzecznych, ale rozbieżnych, że się zdziwisz. Nie idziemy za drogowskazem. Tymczasem ci, którzy mają ochotę przyjrzeć się Europie bardziej dokładnie, czyli ci, którzy patrzą na bogactwo Europy tęsknym wzrokiem, ci wiedzą, co jest dobre, co jest złe. Oni nie zatracili poczucia dobra i zła. Swojego cywilizacyjnego poczucia dobra i zła. Niemniej jednak z tego czerpią siłę.
[04:36:52] - Widzisz, mnie się skojarzyła sprzed paru lat wielka dyskusja. Ja zejdę, tak jak ty żeś podniósł dyskusję pod chmury o wielkich rzeczach, ja zejdę na sam dół. Były historie o kibolach. Strasznie ci kibole stali kością w gardle mieszczańskiego społeczeństwa europejskiego. Kibole robią bajzel na trybunach stadionów, kibole się rozbijają po ulicach, kibole wrzeszczą, kibole są pijani, kibole to i tamto. A wiesz co? A mi do dzisiaj straszliwie żal tych kiboli. Uważam, że strasznie ich szkoda. To jest niepowetowana strata, że już ich nie ma, że już spacyfikowano stadiony angielskie, że już są tak monitorowane, że już nie można splunąć na bok, żeby nie dostać mandatu jakiegoś. To jest tragicznie źle.
Dlaczego? Bo ci kibole to byli nasi żołnierze europejscy. Ci, których ewentualnie można było postawić pod broń, którzy by walczyli o coś tak samo, jakby walczyli o swoje Chelsea czy Nottingham, o swoje drużyny. Oni by o cokolwiek walczyli, bo oni wiedzieli zawsze, że zawsze trzeba o coś walczyć. A Europa już tego nie ma, takiej świadomości.
[04:38:36] - Wiesz co, gdybym nie wiedział, że nie masz internetu, to bym cię podejrzewał, bo dzisiaj widziałem taki mem. Mamy jeszcze polskich kiboli na szczęście. Nie wiem, czy na szczęście, czy nie na szczęście, ale nawiązując do tego, co powiedziałeś, to są jeszcze polscy kibole i to są ci, którzy jako pierwsi w razie czego, jak coś się będzie działo niedobrego, to oni pierwsi zginą po to, żeby inne pasibrzuchy różnego rodzaju politycy mogli szybciutko zwiać tam, gdzie jest bezpiecznie. Mówię, gdybym nie wiedział, że nie masz internetu, to bym cię podejrzewał, że łapiesz internet bezprzewodowo prosto do głowy.
[04:39:18] - Nie mam internetu, nie używam telewizora, nie używam radia. Mieszkam w swojej jaskini, która nie jest jaskinią mityczną, o której mówiliśmy, zawartą w książce, ale to jest moja stara jaskinia. Nie używam tego wszystkiego z bardzo prostego powodu, że wszystko, co dzieje się dzisiaj, to już było, tak jak mówili starożytni. Nic nowego nie ma i nie ma nad czym sobie łamać głowy.
[04:39:45] - Wiesz co, jak zacząłeś w pewnym momencie mówić, zaczęliśmy właściwie mówić o tym, że przestajemy w Europie wiedzieć, co jest dobre, co jest złe, to się troszeczkę zasępiłem, bo przyszło mi do głowy, że właściwie jak sobie śledzę historię cywilizacji, w czym zresztą też może pomóc książka Przemka i Wojtka, to zdałem sobie sprawę, że wiesz, kiedy cywilizacje upadały najczęściej? Nie mówię, że to jest jakaś złota reguła, ale kiedy upadały najczęściej? Kiedy przestawały odróżniać dobro od zła. Mamy taki fenicki przykład, ale nie tylko. Kiedy zdarza się tak, że na przykład pojawiają się bogowie dobra i zła i do dobrego boga modlisz się o to, żeby był urodzaj albo żeby ci szczęście sprzyjało, albo żeby coś dobrego cię spotkało. To jest jeszcze okej. Ale kiedy jest zły Bóg, do którego się modlisz, żeby sąsiada szlag trafił albo żeby na przykład całą jego rodzinę wydusiło, to wtedy zaczyna się pojawiać zgrzyt, że jeszcze to pewno będzie trwało w danej cywilizacji kilkaset lat. To się nie zdarzy oczywiście natychmiast, ale w pewnym momencie ci ludzie naprawdę przestaną odróżniać dobro od zła. Ja specjalnie wypreparowałem ten przykład z kontekstów historycznych, bo to może się różnie odbywać, ale właśnie wtedy, kiedy różne cywilizacje zadawały sobie coraz częściej pytanie, co jest dobre, co jest złe i nie potrafiły na to pytanie odpowiedzieć, to wtedy upadały. I zobacz znowu, rzut oka na Europę.
Mamy w Europie problem z odpowiedzią na pytanie, co jest dobre, co jest złe. I mamy przybyszy, którzy doskonale wiedzą, co jest dobre, co jest złe.
[04:41:56] - Wiesz, jak mówiłeś o tym, to ja sobie pomyślałem o odróżnianiu dobra od zła. Jak się codziennie z rana budzę w moim domku i patrzę pod nogi, to patrzę, a tam jest podłoga. Jak podnoszę głowę, to tam jest sufit. Świetnie, ale gdyby jej zabrakło, to po pierwsze ja bym nie miał domu. Zleciałbym nie wiem gdzie. To jest tak samo jak dobro i zło, góra, dół. Jakiekolwiek rzeczy, które nas ograniczają, ustawiają. To mogą być rzeczy proste, prymitywne, ale niech one będą. A jeśli ich w ogóle nie ma? Jeśli filozof powie, bo może tak powiedzieć: „Nie ma zła i nie ma dobra”, bo nie ma tak naprawdę, ale nie myślmy nad tym, tylko sobie ustalmy w danym momencie.
Załóżmy. A my mu powiemy, że ma być zło odtąd dotąd, a dobro odtąd dotąd i w tym momencie ono już tam jest. Tylko trzeba mieć siłę tak powiedzieć i ustawić te rzeczy i trzymać się ich bezwzględnie. Po trupie, choćby ci kto inny tłumaczył, że niestety stary, możesz iść sobie tam dalej, bo tam dalej też jest ciepła woda w jeziorku. Nie, nie pójdziesz tam, bo wiesz, że się tam utopisz. Masz tutaj granicę i cześć. Nie pójdziesz dalej.
[04:43:20] - Wiesz co? Powiem ci tak. Oczywiście mogę się z tobą zgodzić, ale jest jeszcze pewien inny feler, na który cierpi nasza cywilizacja europejska. Tak mi się przynajmniej wydaje. Otóż my nie mamy prostych idei. Jakie my mamy w tej chwili idee? Kiedyś była prosta idea: trzeba bronić kraju, trzeba bronić honoru, trzeba bronić honoru kobiety i tak dalej. System bardzo prostych wartości. Dzisiaj mamy na przykład demokrację, a demokracja nie jest prostą wartością, za którą niektórzy ludzie chcieliby ginąć.
[04:43:57] - Chciałbym spotkać człowieka, który-
[04:44:00] - Chciałby zginąć za demokrację. Być może są. Mamy w Polsce różne organizacje, które chcą bronić demokracji.
[04:44:06] - Ale bronić to co innego.
[04:44:08] - Ale zginąć za demokrację to już chyba nie ma chętnych. Natomiast powiem ci tak, że to budzi też moje wątpliwości, bo to jest twój ulubiony temat, czyli demokracja. Właściwie nie tyle ulubiony, co nieulubiony.
[04:44:23] - Nieulubiony, ulubiony.
[04:44:25] - Ulubiony, żeby zanegować. Powiem tak, dlaczego to wzbudziło pewną moją refleksję. Otóż czym jest tak naprawdę demokracja? Potrafisz odpowiedzieć na pytanie?
[04:44:39] - Tak. To jest danie człowiekowi... Tak porównam z chrześcijaństwem. Chrześcijaństwo zrównało człowieka wobec Boga. Demokracja zrównała człowieka z kartką papieru, z kartką wyborczą. I tym jest tylko. Demokracja jest głosowaniem. Nie jest niczym, nie jest żadnym systemem, nie ma żadnego prawa, nie ma niczego. Jest tylko czarny kamyk i biały kamyk. I rzucam to albo to.
[04:45:14] - Tak. Przyznaję ci rację, ale wiesz co? Powiem ci tak, że najczęściej demokracja myli się ludziom z wolnością, prawda? Ileż razy mówimy, że trzeba bronić wolności i demokracji, prawda? Tak się mówi, bo tak się mówi. Otóż przyznam się szczerze, że może bzdura to nie jest, ale o większym paradoksie właściwie nie słyszałem. Ktoś tak zrobił, a może to się stało samoistnie, że skojarzono dwa pojęcia: demokrację z wolnością. I dzisiaj jakbyś wyszedł na ulicę, zapytał, czy to jest poprawne skojarzenie, to większość ludzi odpowie ci, że oczywiście tak. Jak najbardziej poprawne skojarzenie. I nikt nie zwraca uwagi na to, że to jest demokracja, czyli demos, lud, a słowo „kracja” pochodzi też od rządów, czyli rządy ludu.
I o co tak naprawdę chodzi? Otóż demokracja to są właśnie rządy ludu i w tym wypadku lud jest suwerenem. Dlaczego to tak bardzo podkreślam? Otóż Monteskiusz, który uknuł, to chyba freudowska pomyłka, ukłuł, a nie uknuł, pojęcie trójpodziału władzy, mówił bardzo wyraźnie w swoich dziełach, których dzisiaj już nikt nie czyta, a wszyscy się na nie powołują. Mówił bardzo wyraźnie, że zasada, która była w poprzednich typach rządów, czyli na przykład w monarchii i w każdym innym ustroju. Zasada, która mówi, że suweren stoi ponad prawem, obowiązuje również w demokracji. Suweren, czyli lud. Czyli jak dzisiaj się dowiadujemy, że jest głosowanie w Wielkiej Brytanii i lud zdecydował, że wychodzimy i choćby to zrobił jednym głosem, to nie ma żadnego znaczenia. Lud zdecydował, że wychodzimy, a potem zaczyna się to, co poczciwi ludzie nazywają robieniem jaj. Bo zbiera się sąd i decyduje, czy ten plebiscyt był tak naprawdę ważny.
A więc jedna władza decyduje, czy suweren miał rację. A przecież suweren według Monteskiusza stoi ponad prawem. Ale władza sądownicza decyduje, czy referendum mogło się odbyć. Dalej. Teraz będzie parlament decydował, albo już może zdecydował, bo nie jestem do końca na bieżąco. Parlament będzie decydował, czy wychodzimy jednak, czy może nie wychodzimy. I tak dalej. Czyli tak naprawdę ludziom się mówi: słuchajcie, wy sobie możecie tą kartką robić, co wam się żywnie podoba. Możecie głosować w prawo, w lewo, po środku, jak chcecie, ale jak nam się to nie spodoba, to my i tak zdecydujemy inaczej i możecie nam, to ulubione dzisiaj słówko moje, nafiukać. Nic nam nie zrobicie, bo my mamy całą administrację, całą urzędniczą bandę, która zawsze zrobi tak, żebyście nie mieli racji, jak nam to nie będzie na rękę.
Wróćmy jeszcze do tego. Czyli tak naprawdę, jeśli miałbym powiedzieć, czy w Europie panuje demokracja, to nie odpowiem ani twierdząco, ani przecząco. Ale myślę, że jest się nad czym zastanawiać, czy ta demokracja tak naprawdę ma nam coś do zaoferowania. Ta w wydaniu europejskim przynajmniej.
[04:49:08] - Nie może mieć, bo odpowiedź jest również w tej książce Sławomira Nowackiego i Wojtka Chudzickiego „Śladem nowoczesnego mitu”. Demokracja, ta współczesna europejska, jest mitem, nowoczesnym mitem o systemie zarządzania i systemie rządzenia nami samymi, nad nami i ziemią, ludźmi, przeszłością i przyszłością. To jest mit zupełnie ubzdurany, wymyślony i tak dalej. Ten mit może zostawić na pewno jakiś ślad, ale zniknie tak jak wiele rzeczy, które zabierze ze sobą. No i cóż, możemy tak jak w tej książce zbudować na górze Arkę Noego.
[04:49:57] - Wiesz co, ja nie wiem, czy mi się chce budować Arkę Noego. Nie wiem nawet, czy już tego nie mówiłem. Ale mimo wszystko powiem, nawet jak mówiłem, że ja mam pewien dyskomfort, jeśli mówię o Europie i o demokracji w Europie, bo my naprawdę zatraciliśmy, wydaje mi się, instynkt samozachowawczy. A właściwie nie tyle my, co nasze elity, ponieważ jeśli te elity będą konsekwentnie udowadniać ludowi, że lud sobie może głosować, a i tak zrobimy, jak chcemy, czyli na przykład powtórzymy 15 razy referendum, jeśli nie będzie na naszą korzyść, to powtórzymy go i 16. raz, aż w końcu będzie na naszą korzyść i wtedy oczywiście go uznamy. Jeśli tak będziemy robić, to nie my będziemy, to te elity będą robić. Nie zaliczam się jeszcze. Jeszcze się nie załapałem. W każdym bądź razie, jeśli tak elity będą robić, to jest prosta droga do tego, żeby lud, który czuje się jeszcze suwerenem, wziął sprawy we własne ręce i pokazał, że nie podoba mu się to. A niestety, jak lud bierze coś we własne ręce, to się na ogół krwawo kończy.
Dosyć krwawo się kończy. Warto, żeby elity sobie to uświadomiły, ponieważ to nigdy się nie kończy spokojnie i nigdy się nie kończy łagodnie i zawsze pachnie jakimś mocnym przelewem krwi. W dodatku ja nie bez przyczyny mówię o tym przelewie krwi, bo nie będę robił, co prawda za Kasandrę, ale chciałbym coś uświadomić. Czy ty zauważyłeś, jak zwiększył się poziom nienawiści u oponentów politycznych? Nie mam tu na myśli Polski. Mam tu na myśli różne kraje. Przedstawiciele poszczególnych partii już nie rozmawiają ze sobą. Głównym zajęciem partii w Europie i pewno nie tylko w Europie, jest wzajemne wytykanie sobie głuptactwa, wzajemne wytykanie sobie braków moralnych. Wzajemne wytykanie sobie wszystkiego, co najgorsze. Dlaczego?
Dlatego, że poziom agresji w polityce bardzo wzrósł. A zadałeś sobie kiedyś pytanie, dlaczego on właściwie tak wzrósł?
[04:52:26] - Nie, to nie w polityce.
[04:52:28] - Pewno sobie zadałeś. A gdzie? Nie w polityce? A ja uważam, że w polityce. Ale powiedz swoje.
[04:52:34] - To jest tylko wierzchołek góry lodowej. To nie w polityce się zaczęło. To się dzieje na samym dole. Tam, gdzie ty wspominałeś o tym całym zaniku wartości, zaniku rzeczy, które są tak albo nie. Podział.
[04:52:56] - Tak, Wiktor, tak! Mówisz, przeczysz mi, ale właściwie podbudowujesz moją tezę. Tak, zgoda, jeśli nawiązujesz do tego, to tak. A wiesz, dlaczego tak się dzieje? Bo teraz za politykę, za robienie polityki wzięli się ludzie, którzy jeszcze 10, 15 lat temu handlowali telewizorami, handlowali sprzętem. Spece od marketingu. Dzisiaj ci ludzie o takich proweniencjach bycia sprzedawcą, ale takim bardziej dystyngowanym, czyli po prostu specem od marketingu, zabrali się za politykę. To dlatego poziom agresji tak rośnie. Ponieważ oni udowodnią każdemu, że każdy, kto jest przeciwko partii, która ich finansuje, akurat jest zły, jest podły, należy go odczłowieczyć, należy mu powiedzieć, że jest zerem, niczym i tylko my mamy rację.
[04:53:55] - Chcę ci przypomnieć, co zrobił w Piśmie Świętym Chrystus z faryzeuszami. Którzy handlowali na terenie świątyni. Dał im popalić.
[04:54:10] - Tak sobie zarzucam oko na czat i widzę takie pytanie: gdzie poza Europą są partie polityczne i gra demokratyczna? Znam kilka takich miejsc. O Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej nie wspomnę oraz tak zwanych sąsiadach. Dałoby się wskazać na przykład Australię. To są wszystko państwa, które korzeniami sięgają do Europy. W związku z tym zabieg, który przeprowadzam, nie jest do końca uczciwy, to przyznaję. Tak to niestety jest, że to Europa promieniowała przez długi czas i demokrację starała się krzewić w wydaniu europejskim. Niekoniecznie fajnym, jak już to powiedziałem, bo gdzieś ten grzech pierworodny jest. Jak się skończyło wprowadzanie demokracji w krajach arabskich, to wszyscy doskonale wiemy. Pełny sukces.
W każdym razie skutki sukcesu polityki amerykańskiej odczuwamy, ale nie jesteśmy programem politycznym, więc nie bawmy się w coś takiego. Prowadzę tylko do tego, że mam poczucie schyłkowości Europy i przekonanie, że nasza cywilizacja odchodzi. To jest bardzo dobre nawiązanie do książki, o której dzisiaj mówimy, bo w dużej swojej części mówi o cywilizacjach, które już odeszły, które zostawiły po sobie bardzo ciekawy ślad, czasami bardzo ciekawy ślad, ale ich już nie ma.
[04:55:54] - To pytanie, które zacytowałeś: gdzie poza Europą są partie polityczne i gra demokratyczna, sugeruje, że bez partii politycznych i gry demokratycznej nie można żyć. Chwała Bogu, reszta świata nie ma. Widocznie niepotrzebna jest gra demokratyczna oraz partie polityczne po to, żeby żyć. Żyli ludzie bez tych partii, bez gry demokratycznej. Cywilizacja ludzka przetrwała parędziesiąt tysięcy lat i będzie trwała dalej. To nie jest potrzebne, żeby żyć i żeby być wolnym. Pytanie zakłada, że jest.
[04:56:41] - Powiem tak: staram się tego nie robić, ale jeszcze na jedną tezę z czata muszę odpowiedzieć. Ten sam autor pyta, czy USA to krąg kultury europejskiej, czy Australia także. Jak się zastanowimy, skąd pochodzi ludność, która tam dominuje, to odpowiedź jest oczywista. Do kogo należały Stany Zjednoczone i Australia, pod czyją były kuratelą, to też oczywiste. Nie mówię o tym, że to jest Europa, ale jednak wartości w obu tych krajach, które już są wymieniane, pochodzą prosto z Europy. Tak samo jak z Europy pochodzi źródło kultury, która buzuje w Ameryce Południowej. Oczywiście nie chcę w tej chwili toczyć sporu z dziedziny etnologii czy antropologii kulturowej, bo ani ja nie przekonam autora, ani autor nie przekona mnie. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na to, że nie jest wszystko takie oczywiste, jak stwierdza, ale na tym poprzestanę. Natomiast czy nasze tezy są populistyczne? Pewnie, że są populistyczne, ale na tym to w końcu polega, żeby sobie pewne problemy w sposób prosty przedstawić.
Myślę, że nie chodzi o to, żebyśmy snuli jakieś zawiłe teorie, tylko żeby pewne rzeczy pokazać w sposób prosty i przejrzysty. Wtedy jeśli nawet do końca nie są prawdziwe, to lepiej widać problem.
[04:58:28] - Ale widzisz, ten problem, o którym mówisz, miejsce jego bytu jest tylko tu w tej chwili, kiedy siedzę przy mikrofonie i z tobą rozmawiam i ewentualnie odpowiadam na pytania. To jest jedyne miejsce, kiedy ten problem istnieje. Jeśli wracam do domu swojego, ten problem przestaje istnieć. Jakiekolwiek partie, delegacje i tak dalej, demokracja, prawda czy cokolwiek. Te rzeczy nie istnieją.
[04:59:01] - Oczywiście, że tak. Każdy z nas, mam nadzieję, jest osobnikiem, który nie podlega jeszcze badaniom ani diagnostyce psychiatrycznej. Ja nie chodzę i nie zastanawiam się przez cały dzień nad tym, jak jest strasznie zagrożona demokracja, albo jakim złym ustrojem jest demokracja, albo jak długo potrwa demokracja, albo jak długo potrwa Europa. Naprawdę mam w życiu troszkę innych problemów. Ale takie momenty jak dzisiaj, to są momenty, kiedy nad pewnymi rzeczami się można zastanowić i warto sobie zadać kilka pytań. I to właśnie robimy. Jeśli ktoś liczy natomiast na odpowiedzi, a już na pewno na odpowiedzi pełne, to sorry, ale nie spełnimy pokładanych w nas nadziei. Natomiast jeśli uda nam się pewien zaczyn, ferment wzbudzić, to dobrze. Dyskutujmy na ten temat. W każdym razie nie poczuwam się do zwiedzenia wszystkich rozumów.
Pewno w bardzo wielu swoich wypowiedziach się mylę. Wiktor to może potwierdzić z dziką radością, to na pewno. Ja mam mniej więcej takie zdanie o niektórych jego poglądach. Czasami się zgadzamy, co też należy podkreślić. Natomiast ja podkreślam zawsze wartość każdej dyskusji i rzucania problemów. Czasami robimy to w sposób przejaskrawiony, ale myślę, że o to tak naprawdę chodzi.
[05:00:46] - Jak mówisz o tym, to ja ci powiem, że wszelkie dyskusje na temat demokracji i w ogóle czegoś takiego są właściwie bezsensowne. Bo po pierwsze demokracja, ojczyzną tego terminu i idei była starożytna Grecja. Tam, w starożytnej Grecji, była pojmowana absolutnie inaczej niż to jest w dzisiejszej ogólnodostępnej, populistycznej rozmowie i idei. To słowo funkcjonuje. Tam to było zupełnie czym innym. Absolutnie czym innym. Więc dzisiejsza demokracja to jest ten rozwodniony ślad, który powoli po tej starożytnej Grecji zanika i prędzej czy później zniknie na amen.
[05:01:39] - Pewno. Przeczytam dwie rzeczy bardzo po twojej linii: „Zaraz idę spać i wszystkie problemy przestaną dla mnie istnieć.” Tak jest, o to właśnie chodzi. Całkowita zgoda. A ktoś napisał tutaj znaną tezę, że demokracja może ma wady, ale nic lepszego nie wymyślono.
[05:01:58] - Wiem, wymyślono.
[05:01:59] - To słucham cię.
[05:02:00] - Znam przyjaciela, który mówi, że dzięki demokracji mamy 50 lat pokoju w Europie. Gówno prawda. Nie dzięki demokracji, ale dzięki bombie atomowej. To bomba atomowa uniemożliwiła tutaj wojnę, a nie demokracja.
[05:02:16] - Dobra, to jest twoja teza. Znowu wsadziłeś kij w mrowisko, zaraz się posypią na ciebie, tym razem już na ciebie albo na nas posypią się gromy. Ja powiem tylko tak, że my często wywodzimy — powiedziałeś o Grecji, to muszę sobie o tej Grecji coś powiedzieć ciekawego, a może nieciekawego? Nie wiem. Z pewnego punktu widzenia może być to nieciekawe, bo my mamy taką tendencję do rozmyślania o Grecji, szczególnie o Grecji starożytnej, bo to nie tylko odległe miejsce w przestrzeni, ale czasie, że to było takie miejsce, gdzie było słonecznie, pięknie, bogato i w ogóle super. Ludzie byli fajni, filozofowali, chodzili sobie, myśleli o materii, o bycie. W ogóle było super. Oczywiście, że nie było super. Zresztą ja myślę, że jak się ktoś głębiej zastanowi, to dokładnie to wie. Ale żebyśmy już mieli pewność, że tam było tak fajnie jak w naszych czasach, to pewna przypowiastka.
Otóż nie podając nazwisk, powiem, że był sobie w tamtych czasach pewien filozof, który jak przystało na filozofa z tamtych czasów, miał oczywiście kochanka, bo przecież taki był trend. Miał kochanka. Panowie bardzo się kochali, ale panowie byli przy okazji ludźmi ambitnymi i w dodatku filozofami. I pierwszy z panów napisał wielkie dzieło, naprawdę wielkie dzieło. Znamy je do dzisiaj. I ten pan był bardzo dumny, ale niestety kochanek bardzo go kochał, ale był zazdrosny. Zazdrosny było to dzieło. Co zrobił? Postanowił przejąć to dzieło, ale nie sądził, że uda się to zrobić po dobroci. Co zrobił?
Zabił. Ale to powiedzmy jest banał. Dzisiejsi ludzie też zabijają, zawsze się zabijali i to specjalnie nie budzi jakichś emocji. Natomiast on postąpił tak, że właściwie mógłby stać się bohaterem szwedzkiego kryminału. Po prostu ugotował z kolesia zupę, a w dodatku potem, żeby nie było śladu, to zjadł swojego kochanka i swojego mistrza. A potem, jak już go zjadł, to ogłosił jego dzieło jako swoje. I pech polegał na tym — to jest krzepiące w tym wszystkim — że ten ubity, zupowany później filozof, zanim przyszło co do czego, wysłał odpis swojego dzieła gdzieś tam w ludzi i sprawa się rypła. Wydało się. Takie to były czasy.
[05:04:58] - Również to były takie czasy, że w tych cudownych demokratycznych Atenach można było lekką ręką zamordować żonę i zakopać bez żadnych problemów. Natomiast strasznie tyrańskie wsparcie było to nie do pomyślenia.
[05:05:15] - Oczywiście! A w dodatku pewien sławny filozof — specjalnie nie podaję nazwisk — który do dzisiaj jest wspominany, a co więcej, podobno cała reszta filozofii to jest właściwie przypis do jego twórczości. Ten sławny filozof znany jest między innymi z tego, że jedną ze swoich żon również wyprawił. Nie wiem, na łono Zeusa chyba, tak? No tak. Też się jej pozbył. Bo w ogóle to były takie czasy inne od naszych, ale natura ludzka była równie ciekawa. Wiesz co, ja myślę o jednej rzeczy w tej chwili. Przypomniało mi się, że właściwie chyba nadchodzi czas, że powinniśmy otworzyć linie telefoniczne. I w Liosie
[05:06:10] - Dokładnie. Godzina 21:15 już minęła, a to oznacza, że czas najwyższy otworzyć naszą linię telefoniczną dla słuchaczy, którzy chcieliby zadzwonić i wziąć udział w dyskusji na żywo. Nasz numer telefonu to 32 746 0008. 32 746 0008. Skype: radio.paranormalium.pl. Cały czas oczywiście również odbieramy komentarze i pytania na naszym czacie na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Czekamy także na komentarze i pytania na naszym Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. 36 08 80 02. A jeżeli ktoś woli, to może nas również znaleźć na Facebooku na kontach Radia Paranormalium, portalu Infra, na grupach Radio Paranormalium i czytelników „Nieznanego Świata”, bądź też wysłać nam e-maila na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
[05:07:08] - Jak czekamy na telefony, to postaramy się ten czas oczekiwania, jeśli w ogóle ktoś do nas zadzwoni, jakoś wypełnić. Powiedz mi, Wiktor, tak zupełnie szczerze, jak ty uważasz. Tutaj zresztą czytam na czacie, że ciekawa teza z tą bombą atomową. Rozwiń ją troszeczkę. Ja bym chciał ją lepiej zrozumieć.
[05:07:38] - Nie, ja powiedziałem bardzo prostą rzecz, że my pokój zawdzięczamy prymitywnej bombie atomowej, a nie żadnej demokracji ani światłym filozofom, którzy ideę, że tak powiem, współistnienia i harmonii tego świata wysnuli tak pięknie, że dotarliśmy do XXI wieku, że w ogóle żyjemy i tak dalej. Nie! My żyjemy jeszcze w pokoju tylko dlatego, że mamy nad głową bombę atomową, którą wymyślili uczeni.
[05:08:09] - Z tym pokojem to już bym tak nie ryzykował, że Europa jest kontynentem pokoju, bo właściwie na korzyść twojej tezy przemawia to, że kiedy rozsypała się żelazna kurtyna, to natychmiast na południu Europy wybuchła wojna. I to wojna tak krwawa, że do dzisiaj odbija się tej humanistycznej, nastawionej na człowieka Europie odbija się czkawką. Bo to, co się działo w dawnej Jugosławii, to jest duże wyzwanie dla moralności, dla poczucia tego, że jesteśmy ludźmi i że złe rzeczy się w Europie nie zdarzają. Otóż zdarzyły się takie rzeczy, o których chętnie byśmy pewno zapomnieli, prawda?
[05:08:58] - Nie.
[05:08:58] - Nie?
[05:08:58] - Nie można zapomnieć, ale nie można też zapomnieć o jednej rzeczy. Ta straszna rzecz, jaką jest wojna, niestety taka jest. W wojnie nie może być ani litości, ani prawa, ani dobra, ani zła.
[05:09:18] - Tak. Mamy tutaj na czacie informację do pana mówiącego, pana Wiktora: „Panie Wiktorze, musi pan wiedzieć, że bombę atomową wynalazło państwo demokratyczne”.
[05:09:31] - Jak się okazuje .
[05:09:33] - Ależ oczywiście, że tak. Natomiast to nie zbija całej tezy, bo myśmy wcale nie wartościowali, czy to jest bomba demokratyczna, czy bomba poststalinowska. Ważne jest to, że tak prymitywne narzędzie w gruncie rzeczy zapewniło pokój. Przecież wszyscy dzisiaj mówią, że trzeba rozbrajać. Przez cały socjalizm czy tą koegzystencję socjalizmu z kapitalizmem, z żelazną kurtyną w środku cały czas mówiono, że walczymy o pokój. Tak walczyli o ten pokój, że tych czołgów produkowali z jednej i z drugiej strony na potęgę. Natomiast tym jedynym straszakiem była ta bomba. Właściwie nie ma co udawać. To prawda. Chociaż było to stąpanie po cienkiej linii, bo w każdej chwili mogło dojść do czegoś nieprzewidzianego.
A to, co mówisz o tym, że cały czas jest stąpanie po cienkiej liny, to o tyle prawda, że właśnie się dzisiaj dowiedziałem, że ten zegar zagłady został znowu przesunięty i to znowu bliżej godziny 12:00. Wcale nie jest bezpieczniej, niż było za czasów żelaznej kurtyny.
[05:10:40] - Nie jest.
[05:10:44] - Tak jak tutaj napisano na mailu, że socjalizm walczyłby o pokój i demokrację do ostatniej kropli krwi. Oczywiście o demokrację socjalistyczną by walczył, którą jak mówi stary z długą brodą dowcip, to demokracja od demokracji socjalistycznej różniła się tym, czym fotel od fotela elektrycznego czy krzesła elektrycznego. Mniej więcej tego rodzaju porównanie można zrobić. Widzę wyraźnie, że nikt nas nie chce ani zaatakować, ani pochwalić. Tacy biedni jesteśmy, że musimy sobie poradzić sami. W związku z tym mam do ciebie pytanie następujące: powiedz mi, czy ty widzisz dla Europy jakiś cel, taką ideę, którą w tych czasach, które mamy w tej chwili, ta idea mogłaby scementować Europę?
[05:11:44] - Bardzo dziwne pytanie żeś mi zadał. Bardzo dziwne i bardzo dziwnie musiałbym odpowiadać na to pytanie. Otóż ty zadajesz mi pytanie, czy ja widzę cel. A dlaczego mi zadajesz pytanie?
[05:11:57] - Bo ja go nie widzę .
[05:12:00] - Bo ty go nie widzisz. Ale kto to nie widzi? Ty go nie widzisz, a ja może też nie widzę albo widzę. Ale kim my jesteśmy? Otóż my jesteśmy indywidualiami Indywidualnościami jakimiś.
[05:12:12] - Nie wiem, czy mnie nie obrażasz, ale słucham cię dalej.
[05:12:15] - Otóż mnie można zapytać, czy ja widzę jakąś ideę. Mogę ciebie zapytać i ty możesz odpowiedzieć. A ja się mogę zapytać, czy można posadzić pięć tysięcy ludzi na stadionie i zapytać: czy wy widzicie jakąś ideę? I co z tego wyniknie? Czy oni zobaczą jakąś ideę? Czy oni udzielą ci takiej odpowiedzi, jaką widzą ideę? Nie, zbiorowość nie ma idei.
[05:12:47] - Wiesz co, jak odpowiadasz mi, to ja wiem, czemu Arystoteles tak nienawidził sofistów. Bo to, co mówisz w tej chwili, to jest czysta sofistyka. Wiesz doskonale, o co pytam. Czy jest coś takiego, co jeszcze tę Europę może scementować? Czy już po prostu jest po ptakach?
[05:13:04] - Nie ma. Według mnie nie ma, z wielu względów. Znaczy jeszcze może. Islam. Jeśli przejdziemy na islam, to nas scementuje.
[05:13:18] - Victor, wiesz co, już dzisiaj tyle tego czarnowidztwa było z naszej strony, że właściwie staliśmy się audycją para-pogrzebową. Więc może jednak nie. Może odejdźmy trochę od tych klimatów, bo to nie jest zdrowe i może przestańmy się pastwić nad demokracją, bo to jest zadanie zbyt proste, przynajmniej w tym wydaniu europejskim. Ja tylko przypomnę jednak, że jeśli się o demokracji mówi i o trójpodziale władzy, który podobno jest podstawą demokracji, naprawdę sięgnijmy po dzieła Monteskiusza. On napisał przynajmniej dwie książki, które warto by przynajmniej przekartkować, czyli „O duchu praw” i nieco bardziej literacką formę mające „Listy perskie”. Tam można znaleźć informacje na temat, jak Monteskiusz wyobrażał sobie trójpodział władzy, chociażby jak w ogóle widział demokrację w nowocześniejszym wydaniu. A zatem warto po to sięgnąć, bo jak widzę polityków, obojętnie z jakiej strony w Polsce, którzy się powołują na demokrację i trójpodział władzy i potem mówią to, co mówią, to ja od razu wiem, że nigdy do książki jednej z tych dwóch wymienionych przeze mnie wcześniej nie zbliżyli się nawet na 100 metrów. Nawet okładki nie widzieli. Tyle z tego jest. Czasami warto sięgnąć do źródeł tego, na co się powołujemy.
To jest oczywiste. Przynajmniej dla mnie jest oczywiste, że jeżeli szukamy jakiejś istoty, szukamy czegoś, co było pierwotne, to warto po to sięgnąć. Po to, na co się powołujemy. Nieprawdaż?
[05:15:06] - Prawda i nieprawda, ale przypomnę ci, że zakładam oczywiście, że zawsze tak było, że na przykład ja podejrzewam, że rycerze, którzy towarzyszyli wyprawom krzyżowym po odbicie Ziemi Świętej, również nie czytali Biblii prawdopodobnie.
[05:15:30] - Też mam taką obawę.
[05:15:32] - Oni o chrześcijaństwie wiedzieli tyle, chrześcijaństwo było tak daleko sięgało, jak ich miecz sięgał ewentualnie i tam w tym zasięgu to było chrześcijaństwo. Dalej poza mieczem to już gasło, zostawały ślady.
[05:15:46] - A wiesz, na czym polegał paradoks? Bo dzisiaj niektóre kręgi kultury europejskiej mówią: „Przecież te wyprawy krzyżowe to było coś potwornego. Po prostu agresja jedna wielka. Barbarzyńcy się wlali na Bliski Wschód i w imię Chrystusa wprowadzali tam jakieś idiotyczne porządki. Nigdy więcej. Przepraszamy za naszych krzyżowców. Już więcej nie będziemy”. A tymczasem trzeba zdać sobie sprawę, że poza całym złem, które uczyniły wyprawy krzyżowe, miały one jednak dobre strony. Chociażby w intelektualnym wymiarze. Otóż gdzieś w momencie, kiedy spłonęła Biblioteka Aleksandryjska, czyli właściwie na początku naszej ery, pod koniec właściwie, w każdym razie gdzieś tak na przełomie, w okolicach Chrystusa, kiedy spłonęła Biblioteka Aleksandryjska.
Właśnie sobie uświadomiłem, że nie pamiętam dokładnej daty. Za co bym od razu dostał u jednego ze swoich profesorów. Natychmiast pozostałbym podsumowany dosyć drastycznie, więc może się ta audycja specjalnie nie rozpowszechni, więc pozostanie to w tajemnicy. W każdym razie, w momencie, kiedy spłonęła Biblioteka Aleksandryjska, część wiedzy przeniesiono do starożytnego Rzymu, a konkretnie Biblioteka Rzymska funkcjonowała przez kilka wieków. Ale tak się niestety zdarzyło, że później pojawili się barbarzyńcy i pierwsze co zrobili, jak zajęli Rzym, to między innymi spłonęła Biblioteka Rzymska. Stąd też dzisiaj się mówi takie chwytliwe hasło, że ostatnim człowiekiem starożytności, który znał całą wiedzę starożytną, był święty Augustyn. Później właściwie jak już to wszystko poszło na podpałkę, to nie wiedzieliśmy nic. I nasi filozofowie tu w Europie pletli rozmaite bzdury. A to o emanacjach, a to o różnych innych ciekawych rzeczach. Nie czas i nie miejsce o tym mówić, ale myśmy o całej historii filozofii, historii myśli ludzkiej wiedzieli bardzo niewiele.
I tak się zdarzyło, że po pierwsze część filozofii starożytnej przynieśli do Europy tak naprawdę wysłannicy z Bliskiego Wschodu. Awicenna, Awerroes, ale też wielkim osiągnięciem było to, że kiedy wyprawy krzyżowe pomykały sobie na Bliski Wschód, aby tam coś wyrżnąć albo zająć, to przy okazji przechodziły przez ulicach Konstantynopola. W pewnym momencie zdarzyło się, że zajęli ten Konstantynopol, złupili, ale to łupienie miało to do siebie, że dzięki temu łupieniu znaleziono księgi, które w Europie tej takiej dosyć mrocznej i średniowiecznej były nieznane, a tam one przetrwały. Przyjechały do Europy i nagle wszyscy zaczęli czytać Arystotelesa chociażby. Arystotelesa, który wcześniej był przez średniowiecznych filozofów uważany za człowieka, który znał się na logice i zostawił po sobie dzieła logiczne. A tu się nagle okazało, że napisał jeszcze hoho, a może i więcej. Tak naprawdę w średniowieczu na początku znano tylko Platona i to też nie wszystko. A tu się nagle zaczęły pojawiać dodatkowe dzieła Platona, czyli na przykład „Dialogi”, bo znowu warto powiedzieć, że z dzieł Platona, tych prawdziwych, takiej mięsistej filozofii nic nie zostało. Ale na szczęście Platon doszedł do wniosku, że to, co pisze, takiego naukowego, to jest za trudne dla gawiedzi i trzeba napisać coś w rodzaju takich filozoficznych harlekinów. No i napisał.
Napisał „Dialogi”, one pozostały do dzisiaj i dzięki temu coś o myśli Platona wiemy. Znamy też myśl Arystotelesa. A dzięki czemu? Dzięki temu między innymi, że się odbyły wyprawy krzyżowe.
[05:20:02] - No niestety.
[05:20:02] - Wiem, bardzo kontrowersyjna teza, ale uwielbiam takie kontrowersyjne tezy.
[05:20:09] - Każda wojna jest rzeczą straszną.
[05:20:12] - Przepraszam. Pełna zgoda. Średniowiecze nie było mroczne. Czytam tutaj znowu z czata. Pewno, że nie było mroczne. Natomiast w świadomości Europejczyka współczesnego średniowiecze to było takie miejsce, gdzie ciągle deszcz padał, było pełno błota, ludzie się nie myli, cuchnęli i w ogóle było paskudnie i potwornie.
[05:20:34] - Tylko że nie wiadomo, jakim cudem w tej średniowiecznej Europie stworzono uniwersytet.
[05:20:40] - Już nie mówiąc o tym, że nikt nie bierze pod uwagę tego, że akurat średniowiecze, jeśli nawet było brudne i ciągle deszcz padał, a ludziom cuchnęło z różnych miejsc, to i tak średniowiecze to była epoka ducha. Wtedy się ludzie nie zastanawiali nad tym, jak zbijać kasę, tylko jak zbliżyć się do Boga i obojętnie, czy to była droga właściwa, czy niewłaściwa, to na tym skupiała się cała myśl. Dlatego pełna zgoda, że bardziej posłużyłem się pewnym schematem, pewną kalką i pewnym takim postrzeganiem powszechnym, jak ludzie widzą średniowiecze. Ja też się nie zgadzam, że średniowiecze było mrocznym czasem.
[05:21:25] - Najpiękniejszym czasem w historii ziemi.
[05:21:28] - Ja bym cię chciał zobaczyć, jak pomykasz po tych średniowiecznych drogach, taką mam wizję. Po prostu super by było.
[05:21:35] - Jak się średniowiecze zaczynało, to kiedyś rozmawialiśmy o tym, że cywilizacja, społeczeństwo powinno żyć w pełnej harmonii i zadałeś mi pytanie, jak ja sobie wyobrażam harmonię, taką społeczną i tak dalej. Ja ci odpowiedziałem, pamiętam, że moja wizja harmonii jest bardzo prosta i ona odpowiada średniowieczu. To jest taki piękny facet, chełmie z rogami, z mieczem i tarczą w obydwu dłoniach. To jest moja wizja harmonii. Piękna, naprawdę piękna. Wcale nie jest cudowna. Nie wiem, coś takiego mi-
[05:22:16] - Zważywszy, że pod słowem harmonia można również ukryć słowo logos, które jest dosyć kluczowe dla całej filozofii, to możesz mieć rację. A jeśli chodzi o to, co znowu nasz ulubiony komentator na czacie pisze, że były też inne biblioteki poza aleksandryjską i rzymską. Pełna zgoda, tylko niestety los tych bibliotek był dosyć marny. Najczęściej większość z nich, zawartość tych bibliotek posłużyła jako podpałki do ogniska albo coś podobnego. Na szczęście istniały też klasztory i w tych klasztorach pracowicie mnisi przepisywali kolejne księgi. I to też jest pewna zasługa. Dzięki temu przepisywaniu też troszeczkę przetrwało. Natomiast powiem tak, żeby znowu puścić jakąś tezę, która będzie z jednej strony kontrowersyjna, a z drugiej strony prosta. Otóż chodzi o to, że zniszczenie Biblioteki Aleksandryjskiej to był po prostu dramat i to, że była biblioteka w Pergamonie, z której częściowo uzupełniono te straty, to oczywiście prawda, ale gdyby to nie była tak wielka strata, to nie odbiłaby się takim echem w Europie. A Europa naprawdę utraciła swoje dziedzictwo.
Tak samo jak później spalenie Biblioteki Rzymskiej. W ogóle zniszczenie Rzymu było tragedią z punktu widzenia intelektualnego. Ja już oczywiście nie mówię o tej tragedii ludzkiej w czysto ludzkim wymiarze, ale z punktu widzenia intelektualnego to była naprawdę tragedia. I oczywiście możemy snuć tu dywagacje, ileż to bibliotek jeszcze innych w małych ośrodkach pozostało, ale problem polega na tym, że jeśli nawet one istniały, to nie oddziaływały. Te dzieła, jeśli tam sobie były gdzieś zamknięte, to po prostu ich nie znano. A dzieło, wszelkie dzieło, w tym dzieło Wojciecha Kudlińskiego i Przemysława Nowakowskiego, ale i każde inne tylko wtedy oddziałuje, tylko wtedy jest coś warte, kiedy trafia do czytelnika, kiedy jest komentowane, kiedy się o nim rozmawia. Jeśli ono sobie gdzieś tam leży i nikt o nim nie pamięta, to go nie ma. Z punktu widzenia społecznego go nie ma. Ja wiem, że ono fizycznie istnieje. Gdzieś tam te kartki sobie żółkną spokojnie na jakiejś półce, ale z punktu widzenia społecznego to dzieło nie istnieje.
[05:24:38] - Pamiętajmy, że kultura europejska na początku to była kultura nie europejska, ale śródziemnomorska. Ona obejmowała Europę oraz całe otoczenie Morza Śródziemnego. I tam rzeczywiście biblioteka w centrum tego świata była czytana, była komentowana, wędrowano do niej po informacje po prostu, jak sięga się po adres internetowy zwyczajnie. Natomiast tak jak powiedziałeś, wiele bibliotek poległo i można płakać, ale kto dzisiaj w Europie płacze po tym, co zostało ze zbiorów Czartoryskich czy z Biblioteki Lwowskiej, którą bolszewicy spalili albo resztę wywieźli w Rosję i tak dalej? Nikt w Europie ani w naszej cywilizacji po tym nie płacze, bo to nigdy nie funkcjonowało w świecie. Dobrze, że jakiś skrzypek w Ameryce gra na najdroższych na świecie skrzypcach podarowanych przez księcia Potockiego jakiemuś żydowskiemu dziecku i tak dalej. To też tamte miejsca, tamte czasy, czyli w tamtych bibliotekach, w tamtych muzeach coś tam było warte. Czasami warte na skalę świata. Na skalę taką, że Wojtek Chudziński i Przemek Nowakowski mogliby to w tej książce umieścić jako niesamowity mit, który zniknął. Tylko że po tym śladu nie ma.
No i trudno.
[05:26:16] - Powiem ci, że niezwykle doceniam człowieka z czatu. Nikt do nas nie dzwoni, więc rozmawiamy z człowiekiem o pseudonimie O35, który wykazuje się niezwykłą wiedzą i naprawdę chylę czoła. Tylko powiem tak: to prawda, Efes miał niezłą bibliotekę, tylko że Efes dla średniowiecznej Europy był w takim miejscu... To prawda, kiedyś to była Grecja, tylko że Grecja starożytności zajmowała troszeczkę inne miejsce na mapie Europy, niż zajmuje dzisiaj. A i dla średniowiecznej Europy Efes to była Azja Mniejsza. To już było miejsce, które było takie labilne politycznie troszeczkę. Nie w każdym momencie był do niego dostęp. To jest pierwsza sprawa. Ale oczywiście ja wcale nie zamierzam twierdzić, że wraz ze spaleniem jednej czy drugiej biblioteki wszystko się skończyło. Natomiast niestety, jeśli nawet sobie gdzieś tam w mniejszym mieście, fajnym nawet, była biblioteka, to jeśli nie docierali do niej ludzie, ci, którzy chcieli do niej dotrzeć, to był problem.
I zgoda znowu, że do zbiorów biblioteki jednej, drugiej czy trzeciej nie mieli dostępu wszyscy, ale też wszyscy nie musieli mieć dostępu. To znaczy to, co zawierały biblioteki w tamtych czasach, nie było dobrem powszechnego użytku. To raczej było dobro dla wybranych. Tak to w tej chwili widzę po prostu. Wiktor się zadumał w tej chwili.
[05:28:01] - Zadumałem, bo akurat myślałem o zupełnie abstrakcyjnej rzeczy. Czy burzenie i niszczenie jest rzeczą pozytywną, czy negatywną? Otóż zniszczenie jakiejś biblioteki z pozycji barbarzyńcy po prostu tworzy miejsce na nową bibliotekę. Zniszczenie starej wiedzy tworzy miejsce na nową wiedzę. Żeby zbudować na przykład McDonalda we współczesnej Warszawie, w samym centrum warszawskiej stolicy, trzeba by było po prostu zburzyć Pałac Kultury, prawda? Bez burzenia nie ma tworzenia.
[05:28:39] - Wiesz co, ja rozumiem abstrakcję, ale żeby burzyć Pałac Kultury, który jest urody średniej, po to, żeby postawić tam budę McDonalda, to przyznam, chylę czoła. To jest bardzo nowatorskie podejście. I znowu O35 pisze, że owszem, to prawda, biblioteka w Efesie była stworzona za czasów Imperium Rzymskiego, tylko kiedy skończyła się starożytność, to o ile wschodnie imperium jeszcze jakoś przez jakiś czas sobie funkcjonowało, to w tym czasie, kiedy ono sobie funkcjonowało, to zachodnia część imperium była w rozsypce, a tak naprawdę ta zachodnia część była wczesnośredniowieczną Europą. Mówię, tak naprawdę ja wcale nie lansuję tezy, że nie było żadnych ksiąg i tak dalej. Lansuję tylko tezę, że dla ówczesnych naukowców, właściwie może przesadzam z tymi naukowcami. Dla ludzi, którzy przechowywali i propagowali, a także rozwijali wiedzę, jednak dostęp do ksiąg, tych, które były tradycją europejską, tradycją myśli filozoficznej i nie tylko filozoficznej, bo myśli naukowej, był mocno utrudniony. Naprawdę mocno utrudniony. I myślę, że to jest taka teza, z którą ciężko jest polemizować, bo ją broni nie Marek Żelkowski, tylko po prostu historia i praktyka, która w tamtym czasie miała miejsce. Naprawdę dopiero Averroes, dopiero Awicenna, dopiero wyprawy krzyżowe przywiozły do Europy te dzieła, które na kilkaset lat jakby zniknęły z powszechnego obiegu. I tylko o to chodzi.
A czy one gdzieś tam były w Europie ukryte, czy nie? Pewnie były. Przyznaję, pewnie były.
[05:30:29] - Widzisz Ale sam żeś kiedyś stwierdził: nigdy nie powinno być lekko, łatwo i przyjemnie. Dobrze!
[05:30:40] - Per aspera ad astra.
[05:30:41] - Nie było, więc trzeba było się wysilać. Jakoś tego, że nie było, nie przeszkodziło to Kopernikowi w niczym, prawda? Ani nam dzisiaj. Coś zniknęło. Wiele rzeczy zniknęło. Wiele zniknie. Po nas nic nie zostanie i tak dalej. I nie szkodzi. Nie może być lekko, łatwo i przyjemnie, żebyśmy żyli tak, jak mamy dzisiejsze poczucie w Europie. Żyli dostatnio?
Nie, nie żyli. Nigdzie nie dążymy, tylko siedzimy na krzesłach, na fotelach, oglądamy obrazki.
[05:31:19] - Pewnie będziemy powoli kończyć, bo nikt do nas dzwonić nie chce, ale muszę jeszcze przynajmniej dwie rzeczy powiedzieć. Pierwsza to taka, że owszem, Arabowie przywieźli do nas tę wiedzę, która była na wiele lat zaginiona, ale bardzo szybko Europejczycy domyślili się, że to, co głoszą Arabowie na podstawie tych dzieł przechowywanych, ci Arabowie nie do końca rozumieli. Taką metodą dedukcji nasi myśliciele tu w Europie domyślili się, że to, co przyszło razem z Awiceną i Averroesem, to jest wiedza sięgająca dalej. Bo sposób interpretacji, jaki zgłaszany był przez tych myślicieli wyznających islam był taki, że widać było, że oni nie do końca to rozumieją. Natomiast podstawową, najważniejszą rzeczą było to, że oni ową wiedzę przechowali. I powiem tak: to, myślę, są dzieje Europy. A na koniec chciałbym jeszcze... A nie, oczywiście, Wiktor nie da mi powiedzieć.
[05:32:39] - Ja nawiążę do tego, co powiedziałeś i skończę od siebie przynajmniej bardzo optymistycznie. Otóż właśnie zwracając uwagę na to, że ten ciemny arabski, islamowy naród przechował wiedzę tych starożytnych Greków i do naszych czasów-
[05:33:01] - Ale on nie był taki ciemny.
[05:33:03] - Ja wiem. Ja mówię ironicznie i w cudzysłowie. Ciężko mi wyrazić słuchami ironię. Gębą bym musiał. Otóż oni, skoro tego nie zniszczyli, oni są właśnie mądrzy. I spokojnie możemy żyć spokojnie z tego, co w Europie jest cenne i ważne. Na przykład taka książka Wojtka Lulińskiego i Przemka Nowakowskiego. Oni tego nie zniszczą. Jak to zajmą.
[05:33:36] - I cóż, pozostało mi powiedzieć w tej chwili i tym optymistycznym akcentem pożegnamy się z naszymi słuchaczami. Bardzo dziękujemy za uwagę. Bardzo dziękujemy za cierpliwe znoszenie naszych prowokacji i naszego wsadzania kija w mrowisko. To wsadzanie kija w mrowisko jest naszą ulubioną metodą prowokowania dyskusji. Szkoda, że nie udało nam się sprowokować nikogo do zatelefonowania. Szkoda. Niemniej bardzo dziękujemy wszystkim, którzy rozmawiali z nami na czacie. Czujemy się zbudowani i podziwiamy naprawdę. Ponieważ jesteśmy w radio, muszę to powiedzieć, to mówię bez najmniejszej ironii: podziwiamy wiedzę naszych rozmówców na czacie. To jest bardzo fajnie mieć rozmówców, z którymi toczy się dialog, z którymi się można nie zgadzać, z którymi można się spierać, ale którzy są w tej rozmowie partnerami.
Bardzo za to dziękujemy.
[05:34:40] - Ale ja będę miał odrobinę żalu. Otóż tak jak wspominałem w czasie audycji o kibolach, żeby się odezwać na fonii na żywo, trzeba być nie tylko mądrzy, ale mieć odwagę. To mieli kibole. Brakuje kiboli w tym narodzie, brakuje odwagi.
[05:35:02] - Zapewniam cię, że w Polsce są kibole i czują się nieźle. Natomiast my się czujemy słabo i mamy wyjątkowe problemy z koncentracją, ponieważ znowu dzięki czatowi dowiedziałem się, że nie powiedzieliśmy rzeczy bardzo ważnej, a już się chcemy żegnać i dziękujemy. I w ogóle koniec, koniec. Otóż nie powiedzieliśmy, o jakiej książce będziemy rozmawiać następnym razem. O! Wiesz?
[05:35:32] - Wiem.
[05:35:34] - Ja powiem tak: specjalnie nie podam tego tytułu, ale coś o niej powiem, żeby nie było, że uciekam. To będzie książka o innej cywilizacji. To będzie książka, która będzie mówiła o tym, że nam się w Europie wydaje, że my rozumiemy inne narody, a tak naprawdę postrzegamy te inne narody, im odleglejsze, im bardziej dziwne, tym one są naprawdę odległe od nas również kulturowo. I nam się wydaje, że jeżeli coś powiemy o Chińczykach, to potrafimy zrozumieć, jak ci Chińczycy żyją, dlaczego tak żyją, dlaczego się tak zachowują. To samo o innych nacjach, o Japończykach czy o kimkolwiek. Nam się wydaje, że to rozumiemy, podczas gdy dziwimy się, że na przykład zrobimy jakąś grzeczność Japończykowi, powiedzmy poczęstujemy go papierosem albo złapiemy jego kapelusz, który wiatr mu zwiał z głowy. A on zamiast powiedzieć nam dziękuję, będzie na nas zły, będzie wściekły, nie będzie nas lubił. Nie tylko nam nie podziękuje. Coś tam skrzywi się, ale tak naprawdę będzie miał do nas pretensje. Co więcej, z punktu widzenia swojej kultury będzie miał uzasadnioną pretensję, bo to nie jest tak, że jakiś głupi żółtek coś głupiego zrobił.
Nie, tak nie jest. Oni dokładnie wiedzą, dlaczego to robią i to nie wypływa z ich widzimisię, tylko z innej kultury. Chcielibyśmy w następnej audycji pokazać, jak dziwne jest zderzenie kultury europejskiej z kulturami obcymi, innymi. To jest tak, jakbyśmy czytali jakieś dzieło science fiction o kontakcie z inną cywilizacją gdzieś, nie wiem, z Marsa to za blisko, przynajmniej z Proxima Centauri albo jeszcze z drugiego końca galaktyki. Nam się tylko wydaje, że to, co dziwne, to co niezwykłe, to czego zrozumieć nie możemy, jest gdzieś daleko od nas. Nieprawda. Jest tu, na tej planecie. I zrozumienie tego jest zadaniem, które podjęła autorka książki, o której będziemy za dwa tygodnie z państwem rozmawiać. Bardzo wszystkim jeszcze raz dziękujemy. Myślę, że teraz niczego już nie przeoczyliśmy.
Mam przynajmniej taką szczerą nadzieję. Bardzo dziękujemy za uwagę i bardzo będziemy wdzięczni za wszelkie uwagi, na jaki temat się mamy rozgadywać bardziej, a jakich tematów powinniśmy unikać, bo na razie żeglujemy po rozległych wodach. Natomiast zdajemy sobie sprawę, że nie wszystko jest jednakowo interesujące. To przynajmniej z mojej strony. A ponieważ Wiktor łapie się tutaj za czoło albo za głowę, więc jeszcze czas na pożegnanie Wiktora.
[05:38:28] - Nie, już tylko nawiążę do tej przyszłej książki, o której będziemy mówili. Jak dzisiaj widzimy brazylijskie dziecko z komórką w ręku, które sobie przesuwa te obrazki jednym palcem, jak widzimy Wietnamczyka z laptopem na kolanach, to my myślimy, że oni są już nasi, że myśmy już ich kupili.
[05:38:50] - Albo Polaka słuchającego na smartfonie Radia Paranormalium i tej audycji.
[05:38:55] - Jeszcze raz bardzo wszystkim dziękujemy za dzisiejsze spotkanie. Do usłyszenia za dwa tygodnie.
[05:39:01] - A mówili to do państwa z „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Szwikiewicz. Dziękuję jeszcze raz panowie w imieniu wszystkich słuchaczy.
[05:39:10] - Dziękujemy, jeszcze raz dziękujemy. Dobranoc.
[05:39:13] - A audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”, Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia w kolejnym „Bibliotekarium” już za dwa tygodnie oraz w kolejnych audycjach Radia Paranormalium.
[05:39:31] - Proszę państwa, jakby to państwu powiedzieć? Zbliżamy się do końca audycji. Piotr Plebaniak na urlopie. Cały czas zastanawiam się, czy to jest urlop bezterminowy. Odnotujmy: trzecia audycja bez dochodzenia do tego, jak się obala i jak się buduje imperia. Odnotowane. A ja zapraszam za tydzień. Zapraszam do niewakacyjnego już „Bibliotekarium 2.0”. Tak, proszę państwa, zaczynamy rok akademicki w Akademii Wszelkiej Fikcji. A teraz już życzę państwu dobrej nocy, dobrego tygodnia.
Zapraszam za tydzień. Do usłyszenia.
[05:40:21] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0”, Akademia Wszelkiej Fikcji, Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”, Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.