Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Ale że co? Że się zaczął nowy rok akademicki? Panie, ale to zleciało! Zaczynamy! Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji, zaraz, jak ja się nazywam? Marek Sęk Ivellios. Marek Sęk Ivellios za sterami audycji, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami, jak zawsze rektor AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:43] - Dzień dobry wieczór państwu. Rzeczywiście zaczęło się. Drugi rok Bibliotekarium 2.0, czyli Akademia Wszelkiej Fikcji będzie sączyć do państwa uszu różnego rodzaju treści związane z literaturą, z jej pisaniem, z jej czytaniem, z jej istnieniem. Tak najogólniej to ujmijmy. I znowu jeszcze lajtowo, jeszcze półwakacyjnie, więc wykładu filozoficznego dzisiaj nie będzie. Czy też czytania tekstów źródłowych. To sobie zarezerwujmy na przyszły tydzień. Od przyszłego tygodnia rok akademicki będzie już taki seriozny, groźny i absolutnie wrócimy do kanonów, które były przed wakacjami. Dzisiaj jeszcze troszkę lajtowo, ale wrócą audycje, które przez czas wakacji nie gościły. To znaczy będzie „Recenzarium Vivy”, będzie „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego, czyli takie żelazne punkty programu.
Ale zaczniemy, tak jak w wakacje, od polecanek. Polecanki dzisiaj z Fabryki Słów. Trzy książki, które ukażą się w październiku, czyli w tym miesiącu, ale to jeszcze troszeczkę dni do premier zostało. Pierwsza książka to książka Andrzeja Pilipiuka. Tego pana nie muszę państwu przedstawiać. Jakiś czas temu słuchaliście państwo jego wykładu o alkoholu. Dokładnie dwa tygodnie temu, jeśli słuchacie państwo tej audycji w piątek. Książka Andrzeja Pilipiuka nosi tytuł „Zło ze Wschodu”. Premiera, tak jak powiedziałem, w październiku tego roku. Przeczytajmy, co o tej książce pisze wydawca.
Najpierw pada hasło, brzmi groźnie: „Zło przyciąga zło. Jeden grzech przeciera szlak kolejnym”. Czytamy dalej: „Każdy czas niesie własne wyzwania, a każde miejsce ma swoje tajemnice. Jedne fascynujące, inne groźne, niektóre niebezpieczne, a także takie, których nie warto badać, jeśli nie chce się przekroczyć granicy, za którą człowieczeństwo rozpada się niczym rozbita szklanka. Kolejny zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka zabiera nas w podróż przez czas, przestrzeń i rozmaite odcienie ludzkich dusz i sumień. Od odległych krzyków umierających na arenach gladiatorów, przez magię wciąż tętniącą w wiecznej zmarzlinie Syberii, po enklawy dawnych tajemnic we współczesnej Warszawie. Zmieniają się dekoracje, ludzie, technologie. Jedna prawda pozostaje jednak niezmienna: nie ma ludzi jednoznacznie dobrych lub złych, ale zawsze warto szukać tych, których zwycięża dobro”. To pierwsza z polecanek na dzisiaj. Kolejna, tak jak powiedziałem, również z Fabryki Słów.
Również premiera w październiku. Tytuł: „Czarne miecze”, a autorem jest Arkady Sałwski. Znowu hasło na początek: „Śmierć łączy skuteczniej od miłości. Zachód Nipponu trawi wojna o hegemonię. Daimyo zabijają się nawzajem, walcząc o władzę i bogactwo. Tymczasem świat nie ogranicza się do Nipponu. Tuż u granic czai się prawdziwe zagrożenie”. Krwiożerczy drapieżnik sczyżący kły, gotów rozszarpać każdego, kto stanie mu na drodze. Jedynym ratunkiem wydaje się zjednoczenie wobec wspólnego wroga. Wojownicy muszą zapomnieć o krzywdach, zdradach i przelanej krwi.
Jeśli się nie uda, prawdziwa rzeź dopiero się zacznie. To była druga książka, przypomnę, „Czarne miecze” Arkadego Sałuckiego. I trzecia polecanka nosi tytuł „Pierzasty wąż”. Jej autorem jest znany i na pewno bardzo poczytny autor. Nie odbierając niczego dwóm poprzednim, którzy również są czytani i znam przynajmniej kilka osób, które dałoby się pokroić za tamte książki. Ale Michał Gołkowski to jest pisarski celebryta, który nie tylko rozprowadza w Polsce ogromne nakłady, ale ja kiedyś byłem na jego spotkaniu autorskim. Nie na jednym, ale jedno szczególnie wspominam. To trochę przypominało takie miejsce, w którym ludzie się gromadzą i są tuż przed stanem paniki. Było ciasno, było gorąco, ale nikt się tym nie przejmował, bo przemawiał Michał Gołkowski. O książce Michała Gołkowskiego troszeczkę państwu poczytam.
Nosi ona tytuł „Pierzasty wąż”. Na dniach będzie dostępna. „Ziemia na horyzoncie. Kastylijscy konkwistadorzy pod wodzą Hernána Córtesa lądują na wybrzeżu Nowego Świata. Pchani żądzą złota, prą coraz głębiej w nieznany ląd, ogniem i mieczem torując sobie drogę pośród zamieszkujących obcą krainę półdzikich plemion. Pośród nich kroczy na czele swej kompanii ubrany na czarno człowiek o wytatuowanych rękach. Człowiek, o którego przeszłości, pobudkach czy myślach nie wiadomo dosłownie nic. W rytmie dudniących bębnów, w oparach dymu unoszącego się z kamiennego zwierciadła, wśród szaleńczych pląsów kapłanów, w pierwszych promieniach wschodzącego słońca rodzi się pierzasty wąż. Moc, która pochłonie świat.” Tak, proszę państwa, to są trzy nowości. Trzy książki, które pojawią się w październiku.
Książki wydane przez Fabrykę Słów. Myślę, że spośród tych trzech polskich autorów ktoś znajdzie coś dla siebie. Mam przynajmniej taką nadzieję. Ja znalazłem, ale powstrzymałem się. Nie powiedziałem państwu, która książka szczególnie drasnęła mój umysł. Cóż, ale to nie jest koniec dzisiejszych zapowiedzi. Zapraszam państwa na spotkanie z panią Barbarą Piegdoń-Adamczyk z „Magazynu do czytania książki”. Omówimy kolejny numer tego magazynu. Co ciekawe, przekonałem się, że w piśmie tym pracują autentyczni fachowcy. Bo cóż, jak państwo uważnie wsłuchacie się w treść, to nagle odkryjecie, że rozmawiamy z panią Barbarą, a nagranie zostało wykonane w poniedziałek, kiedy jeszcze o Literackiej Nagrodzie Nobla nikt nic nie wiedział.
Rozmawiamy o autorze, który ową nagrodę otrzymał, a zatem w piśmie „Książki” w „Magazynie do czytania” jakby coś wiedzieli. Dzień dobry. Jak co dwa miesiące naszym gościem jest pani Barbara Piegdoń-Adamczyk z „Magazynu Książki”, a właściwie „Magazynu do czytania książki”. Dzisiaj będziemy rozmawiać troszkę późno, przyznaję, z racji tego, że czas wakacyjny nie sprzyjał różnego rodzaju połączeniom, raczej sprzyjał wypoczynkowi, więc rozmawiamy trochę późno. Ale numer jest na tyle frapujący, ciekawy, porywający, że po prostu musimy go odnotować. A poza tym jest jeszcze jedna dobra okazja. Otóż na dniach zostały ogłoszone wyniki prestiżowej Nagrody Nike. Dzień dobry pani Barbaro. Zagadałem na śmierć, ale taka już moja rola.
[11:24] - Dzień dobry panu. Dzień dobry państwu. Chciałam dwa, nie tyle sprostowania, co po prostu dwa wyjaśnienia. Po pierwsze, końcówka wakacji akademickich, co mnie też dotyczy jako osobę prowadzącą zajęcia akademickie, była niebywale pracowita. W ogóle to nie były wakacje. Wrzesień jest pełen imprez literackich i rozmaitego typu spotkań, targów. Były w tym Igrzyska Wolności w Łodzi. Świetna impreza. Jak ktoś będzie miał okazję w przyszłym roku, to naprawdę warto udać się do Łodzi na Igrzyska Wolności. Pełno wymiany myśli, ale nie tylko politycznej, ale też artystycznej, ideowej.
Fantastyczna rzecz. Port Literacki w Kołobrzegu Gdzie prowadziłam zajęcia z licealistami z prasy, z mediów, zajęcia z mediów. Czyli robiliśmy serwis lokalny, zastanawialiśmy się nad rolą mediów. Ale Port Literacki to jest spotkanie młodych pisarzy, młodych poetów z tutorami, prawdziwymi pisarzami, już uznanymi gwiazdami literackimi. Świetna rzecz, wielodniowa i Kołobrzeg bardzo gościnny jako miasto dające przestrzeń i finansujące w dużej części to wydarzenie. To jest druga sprawa. No i Targi Książki w Gdańsku. Relatywnie młode targi, ale w Europejskim Centrum Solidarności pięknie rozłożone. Przejmująca impreza. Wiele znakomitych spotkań.
Także uczciwie mówiąc, nie były to wakacje. Wrzesień pełen pracy, inspiracji, spotkań z ludźmi, spotkań z czytelnikami, w drugą stronę, spotkań z autorami, więc naprawdę naładowany bagaż na pół roku i bardzo dużo nowych inspiracji. Druga sprawa. Nagroda Literacka Nike. Bardzo istotna z punktu widzenia literatury polskiej w ogóle. Nagroda Nike po raz pierwszy od 2016 roku uhonorowała kobietę. Nie powiem, żeby to nie było mi obojętne. Uważam, że literacki głos kobiet w Polsce jest coraz silniejszy. Radę uważam jako znacząco obciążoną. Więc wczoraj główną nagrodę odebrała ze Tarucka za książkę ubiegłoroczną „Kto się śmieje, kto ma zęby”.
Zresztą sam tytuł jest znakomity. Może w kontekście wczorajszego marszu i tej nagrody, Lucka mówiła dużo o wolności swojej bohaterki, wolności od zobowiązań rozmaitego typu i konwenansów, ale też o wolności do czegoś, czyli do stanowienia samej osoby. To było istotne spotkanie, istotne przemówienie. A drugą Nikę, Nikę Publiczności, która jest oczywiście bardzo bliska mojemu sercu, bo ja jestem związana z redakcją „Gazety Wyborczej”, przynajmniej czytelnicy „Gazety Wyborczej”. Zwyciężył Grzegorz Piątek z książką na temat Gdyni, o Gdyni obiecanej. Piątek mówił o tym, że miał jakiś epizod mieszkania w Trójmieście i bardzo się bał, jak przyjmą tę książkę mieszkańcy Gdyni, mieszkańcy Trójmiasta. Ale generalnie weryfikacja wypadła pozytywnie. Ciągle przypominały, że Nagroda Nike jest za książki z ubiegłego roku. Czyli musimy mieć podsumowany cały rok wydawniczy, a potem już pracować od stycznia do ostatniej chwili, bo tak naprawdę jury to ostatni głos. Decyzja jest podejmowana kilka godzin przed imprezą.
Także dwie bardzo fajne nagrody, które nas otwierają na nowe myślenie o tym, kto będzie w rozdaniu za 2024. Taki początek naszej rozmowy, taki koniec lata. Takie mamy istotne podsumowanie. Przed nami jeszcze Festiwal w Gorzowie, targi we Wrocławiu i targi w Katowicach i jeszcze Targi Książki w Istebnej. Także jeszcze dużo interesujących imprez. Bardzo serdecznie państwu je polecam, bo one są prawdziwą możliwością spotkania z ulubionymi pisarzami i z innymi ludźmi, którzy są tak samo zainteresowani czytaniem, obcowaniem z książką i rozpoznawaniem siebie jako ludzi, którzy są czytający. To jest ogromna rodzina. Rzeszów to są tysiące ludzi. Targi w Krakowie zawsze. To jest kilkadziesiąt tysięcy ludzi.
Także mam nadzieję, że się gdzieś na trasie spotkamy w Krakowie.
[17:20] - Przejdźmy w takim razie do magazynu, do czytania książki. I tu tradycyjnie zerkam i widzę, że sponsorką numeru jest Björk z dalekiej Islandii. To pytanie najprostsze z możliwych. Dlaczego akurat ona?
[17:40] - Bo ona jest dobra i ogólnoświatowa. Bo ta maleńka Islandia jest niesamowitym miejscem dla ludzi czytających. Właśnie w Porcie Literackim spotkaliśmy się z tłumaczem z języka islandzkiego, panem Gotkiem, i on opowiadał o praktykach czytelniczych na Islandii. Przeciętny mieszkaniec Islandii, nie wiem, czy są przeciętni tam ludzie, bo mi się wydaje, że w ogóle to jest jakaś niewiarygodna przestrzeń. Ale taki- Jeżeli patrzymy na dane statystyczne, mieszkańcy Islandii czytają dwie i pół książki w miesiącu. Jeżeli spojrzymy na nasze czytelnictwo, ono sięga niecałej jednej książki w roku. To rozumiemy, że ta maleńka Islandia, w której pełnoprawnymi obywatelami są elfy, posiadają osobowość prawną, nie wolno zajmować ich terytorium, że ta maleńka Islandia to jest dobro ogólnoświatowe, które ma drużyny piłkarskie, ma znaczące zespoły rockowe. Björk występuje nie tylko jako autorka istotnych utworów muzycznych, ale też jako wielka autorka tekstów. Stąd redakcji przychodzi do głowy, żeby ją uhonorować jako kogoś, kto wprowadza w obiegu publicznym wiele myśli, gumotów, filozoficznych rozważań. Jest to niesamowita kobieta o bardzo specyficznym stylu artystycznym.
Tak że wydawało nam się dobrze byłoby zaprezentować ją naszym czytelnikom bliżej.
[19:51] - Nie ukrywam, że z racji swoich zainteresowań moją szczególną uwagę zwrócił tekst Jacka Dukaja o tym, jakie książki napisze nam sztuczna inteligencja. To jest temat bardzo na czasie. Wiele osób związanych z literaturą zastanawia się, na ile sztuczna inteligencja wpłynie na rynek książki, ale też na sam proces tworzenia.
[20:19] - Nadal nie wiemy. Może Dukaj wie. Nadal nie wiemy, bo to jest rzecz, która jest rozważana na rozmaitych poziomach. Teraz jeden z tych, który wydaje się najistotniejszy z punktu widzenia aktu twórczego, rzecz jasna, to jest problem prawdy. Wiemy, że są protesty filmów o to, żeby uznać ich prawa twórcze do artystycznego dokonania. Może cofnę się odrobinkę. W ubiegłym roku akademickim Uniwersytet Śląski zwołał spotkanie i prawników, i ludzi, którzy zajmują się redaktyką i ustanowili jakiś zestaw rzeczy, które są obowiązujące dla akademików tego uniwersytetu na dzisiaj. Na przykład nie można powoływać się w cytatach na sztuczną inteligencję. Sztuczna inteligencja jest narzędziem, ponieważ jest sprawniejsza niż dotychczas znane narzędzia, bardziej odpowiadająca naszym oczekiwaniom niż przeciętne wyszukiwarki. Mamy taką skłonność, żeby nadawać jej jakiś status osobowości, ale na tę chwilę, bo to jest proces pomiędzy tym, jak pojawił się czat GPT jesienią ubiegłego roku, a sytuacją, gdzie minął rok i to urządzenie o ogromnej zdolności samouczenia się przebyło ogromną drogę i jest w stanie jeszcze bardziej skutecznie odpowiadać na nasze potrzeby.
Ale nadal to my jesteśmy tymi, którzy pytają. Oczywiście w tym ogromnym eseju Dukaja jest bardzo wiele punktów, które on pokazuje. On ma ogromną wiedzę, niesamowitą erudycję i pewną zdolność syntetyzowania zjawisk. W jego wydaniu to wygląda, że sztuczna inteligencja musi się nauczyć nas, ale my musimy się nauczyć z nią żyć. Trudno ocenić ten wielki materiał, ale niewielu jest w Polsce ludzi, których warto o to pytać, ludzi przemyślenia w tej sprawie. Stąd ten pomysł, żeby w 2023 roku istnienia tego czatu, żeby pokusić się o podsumowanie. Serdecznie rekomendujemy.
[23:46] - Drugim tekstem, który zwrócił moją uwagę, jest wywiad z norweskim pisarzem i dramaturgiem, z którym rozmawia Michał Nogaś. Tym pisarzem i dramaturgiem jest Jon Fosse. Czytamy w tytule tego wywiadu: „Wolę wątpić niż grzeszyć. Wolę być częścią wspólnoty duchowej, ani wisieć w próżni”. To bardzo ciekawy i pozostający na długo w pamięci tekst.
[24:14] - Michał jest mistrzem rozmowy. To bym chciała powiedzieć. Jeżeli państwo nie znacie go z radia, bo ma za sobą długą karierę w Trójce, tak zwanym radiu, którego już nie ma- A teraz w "Gazecie Nowy Świat", gdzie ma swoją audycję o książkach i ma też środowe audycje muzyczne, tak zwaną "Muzykę do czytania". Michał też jest autorem książki, która jest zestawem jego rozmów z pisarzami. Jest mistrzem rozmowy z ludźmi, którzy w jakiś sposób współtworzą nasz pejzaż. Jak mówi twórcy kultury pejzaż semantyczny ludzi, którzy wprowadzają do literatury nowe zjawiska, nowe tematy, ludzi, którzy podsumowują szybko i zręcznie to, co się dzieje w danej chwili. Rozmowa z Fossem jest jedną z wielu rozmów, które gdzieś w archiwach książek magazynu Do czytania są. Wszystko jest dostępne w zakładce Magazyny książki na stronach Gazety Wyborczej. Ta rozmowa dla mnie jest jedną z tych wielu, które Michał oświadcza: "Wiesz co, to ja skoczę sobie do Norwegii, Patagonii czy Argentyny, bo tam jest facet, który ciekawie mówi. Czy chcecie taką rozmowę?" Czasami chcemy, czasami mamy za dużo rozmów, więc ta rozmowa jest publikowana gdzie indziej.
Ale zazwyczaj chcemy, bo to jest mistrz rozmowy. Nie będę zresztą szczegółów zdradzać, ale to jest taka specjalność zakładu, rozmowy Michała Nogasia z ludźmi literatury.
[26:16] - Tak się jakoś złożyło, że następny tekst zaraz po wywiadzie to jest tekst, który również jakoś przykuwa do siebie. Jest to tekst o samotniczce, o outsiderce. To jest tekst, który nam odsłania kolejną, chyba ważną postać w literaturze światowej tak naprawdę, chociaż mocno związaną z odległym kontynentem.
[26:46] - Hanya Yanagihara. Jest to niesamowita historia literacka, ponieważ nieprawdopodobny sukces na polskim rynku. Były momenty, w których sprzedaż jej książek w Polsce przewyższała sprzedaż jej książek w Ameryce. Hanya Yanagihara jest potomkinią azjatyckich emigrantów. Miała też spory epizod mieszkania na Hawajach. Tam, zdaje się, mieszkają jej dziadkowie. Jest etatową szefową dodatku lifestyle'owego do New York Timesa, czyli ma naprawdę bardzo wysoko zawieszoną karierę młodej kobiety, a przy tym jest istotnie taką osobą odrębną. To się mówi osobą samotniczą, piszącą niespiesznie, bo w Polsce są wydane jej trzy książki. Teraz na dniach wychodzi ta trzecia, czyli „Ludzie na drzewach”. „Małe życie” i teraz, mój Boże, zapomniałam tego tytułu.
Tego jeszcze nie ma na rynku. Właściwie nie wiem, czy w tym tygodniu nie ma premiery. Yanagihara jest osobą, która kompletnie podbiła Europę swoim „Małym życiem”. Jest to historia czterech przyjaciół, skrywanej tajemnicy, przestępstwie, które popełniono na dziecku, ogromnej presji cierpienia i przyjaźni. Przede wszystkim przyjaźni. „Małe życie” przyjaźni czterech chłopaków, którzy prowadzą się przez życie, pomagają sobie wzajemnie i są ze sobą do tak zwanej ostatniej chwili, do ostatniego dnia. Jeżeli powiem ludziom, którzy są odrobinę zorientowani, że sprzedało się prawie 250 000 egzemplarzy tej książki w Polsce, to zrozumieją rozmach i zakres ważności tego zjawiska. „Małe życie” jest to ogromna pozycja, 900 stron. I kolejne nie powiem, że pokolenia, bo tu nie mówimy już o kwestii pokolenia, ale kolejne sezony czytelnicze ta książka podbijała. Teraz wróciła z powrotem do kręgu zainteresowania.
To jest książka sprzed kilku lat, ponieważ TikTok ją jakoś oswoił, wyciągnął i młode osoby czytelnicze sięgają po nią i dzielą się cytatami ze swoimi odbiorcami. TikTok w ogóle jest osobnym tematem, jeżeli chodzi o wzmacnianie trendów czytelniczych albo wręcz ich powoływaniu do życia. Julek Kurkiewicz, nasz naczelny, był w Ameryce przed premierą „Małego życia”. Rozmawiał z Yanagiharą, a teraz napisał taki ogromny esej o tym, jak doświadczenie autorki Jej relacja z rodzicami, z dziadkami i specyficzny charakter samotnicy w wielkim mieście wpływała na ten proces twórczy. Nowa książka dzieje się w trzech planach czasowych, w głębokiej przeszłości, ale alternatywnej, nie takiej, którą my pamiętamy z czasów Lincolna. Stany inaczej się ustanowiły, mają inny stosunek do mniejszości seksualnych, inny stosunek do mniejszości rasowych i tak dalej. Czyli cały czas ten dyskurs o tym, jak większość modeluje i formatuje mniejszość, jest cały czas aktualny. Ta nowa książka też wygląda na to, że ma szansę być wielkim powrotem na rynek polski Yannicka Harry'ego. Trudne imię, trudne nazwisko, trudna tematyka, a czytelnik polski pokochał, jak nasz autor sugeruje, ponieważ to odpowiada naszej narodowej, obolałej duszy. Tu się widzi cierpienie z cierpieniem i idzie ręka w rękę z naszym narodowym poczuciem, że jednak coś z nami jest nie tak.
Wydawnictwo W.A.B., mówię niesponsorowane, ale jak będziecie szukać do kupienia tej książki czy do zamówienia sobie, to w W.A.B. ona na dniach będzie premierowo.
[32:24] - Mówiliśmy o tekstach, które mnie porwały. Natomiast następny tekst to jest tekst, który mnie zaskoczył. To jest tekst napisany przez Marka Bieńczyka „Zmęczeni. Witajcie w klubie”.
[32:50] - Tak. My jesteśmy zarobieni. Jesteśmy zmęczeni, nie potrafimy odpoczywać i odpoczywanie nas męczy, w związku z tym jesteśmy jeszcze bardziej zmęczeni. W przesiewowych, dużych badaniach społecznych to zmęczenie wychodzi jako jedna z plag współczesności, że nie jesteśmy już w stanie się regenerować. Nie potrafimy tego robić, że nasza codzienność jest przesiąknięta trudnym rozpędem, nawykowym umęczeniem i pewną niezdolnością do resetu, odpoczynku wieczornego. Źle śpimy, źle jemy, źle odpoczywamy, źle się bawimy. Ale to nie jest kwestia narodowa, tylko ten kołowrotek za szybko się kręci i my już nie nadążamy jako ludzie. Ustawiliśmy sobie nie te parametry na naszą fizyczność i nasza dusza też nie odpoczywa. Oddaliliśmy się od religii, od medytacji. To naprawdę jest przywilejem nielicznych, którzy to potrafią robić.
Więc jesteśmy zmęczeni.
[34:28] - Kolejny tekst, który również przykuł-
[34:31] - A ja mogę? Jeszcze mogę?
[34:34] - Proszę.
[34:35] - Jeszcze mogłabym zwrócić uwagę na jeden tekst. Jest to tekst o tym, że zabraliśmy sobie noc, bo gdzieś te rzeczy się widzą ze sobą, że podświetliliśmy noc, co brzmi tak poetycko, ale w rzeczywistości jest bardzo złą ludzką praktyką. Że świecimy w niebo, świecimy w okno sobie, świecimy Bogu w okno, że nie obcujemy z niebem gwieździstym, które było przecież punktem odniesienia dla pokoleń ludzkości. Bo tak naprawdę pełen kontakt ze światłem dzień i noc to jest kwestia ostatnich kilkudziesięciu lat. Jeżeli sobie uświadomimy, że energia elektryczna i żarówka na pewno nie ma 200 lat, nie ma więcej pewnie niż 150 lat, że ten wynalazek, który nam pozwolił wejść w noc i pracować w nocy, teraz stał się przekleństwem miast, które się świecą i stworzeń, które tam żyją, które nie mają odpoczynku nocnego, tak jak i człowiek go nie ma. Tam jest taki fajny cytat, że światło gwiazd wędruje do nas tysiące lat świetlnych po to, by rozbić się o dach supermarketu w swojej okolicy. Że całonocne wielkie hale, wielkie miejsca, gdzie praca trwa 24 na dobę, jest historią wielkiego śmiecenia po niebie. Tomek Ulanowski, nasz reporter naukowy Nasz autor książek naukowych, ale też materiałów naukowych, wziął jedno z takich przykazań, co powinniśmy zrobić, jak powinniśmy się zachowywać. I te 10 przykazań, żeby nie brudzić światłem nieba, bardzo silnie do mnie przemówiło, dlatego chciałam na to zwrócić uwagę. To też jest jedna z tych opowieści, dlaczego jesteśmy tak zmęczeni.
Bo straciliśmy równowagę między dniem a nocą.
[37:09] - I zapewne kiedy Immanuel Kant wypowiadał, właściwie pisał te sławne słowa-
[37:15] - Tak.
[37:16] - „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”, to to miało swoje znaczenie i myślę, że i o tym warto pamiętać.
[37:24] - Tak jest.
[37:25] - A ja zapytam o tekst „Wojna domowa w Faulknerze” z podtytułem: „Czy mamy prawo rozliczać artystów z tego, czy i na ile utknęli w pułapce swojego czasu?” To jest tekst, który również ze mną został.
[37:40] - To jest taka dyskusja, którą my prowadzimy na łamach książek magazynu „Do czytań” już od jakiegoś czasu. Bo z jednej strony redaktorzy magazynu uważają, że kanon światowej literatury pozwala nam rozumieć współczesne kody językowe, kulturowe i punkty odniesienia. Nie możemy zapomnieć tego, co było, bo to nas współtworzyło. Następne pokolenia po to, by mieć pas transmisyjny, nie tylko ideologiczny, ale też i frazeologiczny i aksjologiczny. Te wszystkie rzeczy, które w przeszłości zostały uznane jako kamienie milowe, cywilizacyjne, ale też niezbędne narzędzia kultury. Jeżeli istotnie uważamy, że cywilizacja się rozwija, a kultura się odtwarza w nowych dekoracjach, tak przynajmniej twierdzą kulturoznawcy, to ten Faulkner jest taką wizją swojego czasu. I teraz musimy się przyjrzeć, ile z tego jest jeszcze do zaakceptowania w dzisiejszej rzeczywistości, a ile już wymaga opowiedzenia na nowo. To jest to. Już jest zupełnie inna historia mówienia o rasie. Inaczej się mówi o klasach społecznych, inaczej się mówi o równowadze między płciami.
To wszystko są osiągnięcia ostatnich kilkudziesięciu lat, tej fali feminizmu, ale nie tylko. Uwalniania się rozmaitych grup społecznych do mówienia o sobie i samonazywania się i żądania szacunku do tego, żeby tak właśnie ich nazywać. Ten Faulkner wymaga przejrzenia. I oczywiście, jak zawsze nie ma zgody, jak to powinno być, czy go bierzemy w całości, czy go czytamy z takim aparatem krytycznoliterackim, ale też takim aparatem społecznym na współczesną wrażliwość. I ile z niego jeszcze zostanie dla nas, ile my możemy czerpać, co tam jest ponadczasowe, a co się po prostu brzydko zestarzało. Tak najogólniej mówiąc. To jest wielkie nazwisko, prawda? Wszyscy wiemy – Faulkner. Ale może pora te wielkie nazwiska troszeczkę zobaczyć, co tam pod tą farbą jest w środku. A może już powinniśmy szukać Faulknerów naszych pokoleń, a nie sięgać jednak kilkadziesiąt lat wstecz.
[40:55] - Pani Barbaro, ja dotychczas prowadziłem tę rozmowę troszeczkę pod swoim kątem, co mi się podobało. Zdaję sobie jednak sprawę, że czasami jako czytelnik do pewnych tekstów nie docieram albo docieram zbyt późno, przynajmniej za późno, jeśli chodzi o naszą rozmowę. Które z tekstów, których dotąd nie omówiliśmy, poleciłaby pani naszym słuchaczom?
[41:20] - Ja bym bardzo serdecznie zwracała uwagę słuchaczek i słuchaczy na naszą sekcję literatury dla dzieci i młodszych dorosłych. Bo z wielkim znawstwem Agnieszka Sozińska, redaktorka tego działu, prowadzi przegląd nowości. My zazwyczaj stajemy wobec nadmiaru w księgarniach i nie bardzo wiemy, jakimi narzędziami się posługiwać, żeby wybierać książki na prezenty, dla swoich dzieci, dla cudzych dzieci i tak dalej. I ten dział jest, moim zdaniem, jedną z większych wartości naszego magazynu. Po pierwsze mamy te rzeczy świeże, nowości księgarniane. Po drugie piszą dla nas bardzo dobre pióra i opowiadają nam o tym, jak wygląda ta literatura dziecięca dziś, z jakimi tematami się zmierza, jakie istotne kwestie porusza. Książka pomaga przejść dorosłemu przez bardzo trudne rozmowy z dziećmi. To oczywiście nie jest kącik dla dzieci, tylko dla dorosłych, którzy będą mieli łatwiejszy wybór. I też taki podręczny magazyn idei do rozmów z dzieciakami, bo dzieci są bardzo ważnymi rozmówcami. Takie ich edukowanie przynosi wszystkim stronom zło.
Tam jest też słynna okładka o książce, o Jezusie. Nie o to chodzi, że jest to temat religijny, ale chodziło o sposób rysowania, opowiadania o pewnym człowieku, który zmienił naszą cywilizację. To też jest bardzo ciekawa rzecz, a też serdecznie polecam. Ale jeżeli jesteście rodzicami nastolatków, to pisarka Coralie Jobart robi zawsze tak dużą sekcję literatury young adult w każdym wydaniu. Dużo na ten temat jest. Na te dwie rzeczy proszę serdecznie zwrócić uwagę. I oczywiście krzyżówka. Literacka krzyżówka jest naszym takim rozpoznawczym znakiem.
[43:59] - I oczywiście Ciemne strony, które w magazynie też są bardzo ważne.
[44:04] - Tak jest. Mamy ogromny dział z literaturą popularną. Ciemne strony, czyli kryminał, thriller. Wszystkie instynkty, które zmuszają nas, by chwycić narzędzie zbrodni do ręki oraz rozum, który pozwala nam pójść tropem złych ludzi i ich pojmać mniej lub bardziej. Mamy takie dwie Marty, nota bene subtelne kobiety o anielskich charakterach, natomiast gdzieś rozpoznają w sobie ten trop śledczy i czytają tych kryminałów bardzo dużo i proponują nam różne bardzo nowe, bardzo świeże rzeczy, które nie wszystkie jeszcze są na rynku, bo my zawsze z jakimś wyprzedzeniem opowiadamy o tym, co będzie. Ciemne strony bardzo też. To jest literatura gatunkowa. Co to oznacza? To oznacza, że wiedząc, z czym mamy do czynienia, nie mamy oczekiwań wysoko literackich. Ale też nie twierdzimy, że to są rzeczy literacko złe.
Natomiast tutaj istotą jest rozstrzygnięcie tego tytułowego pytania, kto zabił? Kto jest zły, kto jest dobry? Dzisiejsze thrillery i kryminały to już nie jest taka prosta historia rozpoznawania po śladach kto zabił. Są to wielkie traktaty społeczne, moralne. Z dużym znawstwem, robione jest z wielką biegłością języka. Także też serdecznie rekomenduję Martę Bratkowską, Martą Górną, autorki Ciemnych stron.
[46:06] - Pięknie pani dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
[46:09] - Dziękuję państwu bardzo. Panu bardzo dziękuję, że pan do mnie i że możemy rozmawiać o książkach magazynu „Do czytania”. Państwu pierwszy to powiem. Najbliższe wydanie magazynu będzie przed Targami Krakowskimi pod koniec października i będzie okładką z Napoleonem Bonaparte. Napoleon, bo wchodzi w kinie, bo jest to wielka postać dla cywilizacji europejskiej, bo jest pewną historią wielkiego wzlotu politycznego i upadku. Bo jest to wielka ikona stylu również. Kompletnie inaczej wyglądałaby Europa dzisiaj i my też, gdyby Napoleonów było dwóch, trzech albo gdyby go w ogóle nie było.
[47:01] - A zatem do usłyszenia przy okazji omawiania następnego numeru.
[47:06] - Do usłyszenia i wszystkiego dobrego państwu. Do widzenia.
[47:08] - A ja państwu przypomnę, naszym gościem była Barbara Piegdoń-Adamczyk z magazynu „Książki”. Proszę państwa, to tyle zapowiedzi. A teraz zapraszam państwa na spotkanie z Kamilą Ciołko-Borkowską. To jest autorka powieści „Przezwykłe przygody nieboszczki Marysi” oraz kontynuacji „Gdzie diabeł nie może”. Nieskromnie wspomnę o tym, że wydawcą owych książek jest Bibliotekarium, oficyna wydawnicza, która gdzieś tam w tle naszych radiowych działań sobie pomyka przez rynek wydawniczy. No cóż, proszę państwa, nie marnujmy czasu. Łączymy się z panią Kamilą. Czuję pewną taką nieśmiałość, bo dzisiaj łączymy się nie tak, jak zwykle bywa to, że łączymy się z Tajwanem, ale dzisiaj też jest daleko i też wyspa trochę w innym kierunku, a mianowicie Islandia, a po drugiej stronie łącza jest z nami pani Kamila Ciołko-Borkowska. Dzień dobry wieczór.
[48:33] - Dzień dobry wieczór. Tak, to ja.
[48:36] - Pani Kamilo, to bez zbędnych wstępów. Jest pani autorką już w tej chwili, jak to się mówi? Właściwie nie wiem, jak to się mówi, czy autor jest otrzaskany, czy jest rozpisany, ale zdecydowanie jest pani rozpisana, bo dwie powieści na rynku, tomik poetycki na rynku, ileś tam zbiorów opowiadań, konkursów i tak dalej. Nie wiem nawet, czy w pełni ogarniam wszystko. Staram się śledzić, ale jednak jakieś niedoróbki z mojej strony mogą być. Czy coś pominąłem?
[49:10] - Jeden tomik wierszy, bo są aktualnie dwa na rynku. I w sumie tak, kilka opowiadań w różnych dziwnych miejscach. Trochę się tego nazbierało. Jak sama o sobie myślę, to myślę, że mam niewiele w swoim dorobku pisarskim, artystycznym, ale jak przyjdzie mi to wszystko spisać, to jednak tego trochę wychodzi. Faktycznie, racja.
[49:37] - Czego pani na przyszłość również życzę, żeby pani miała coraz więcej tych kłopotów z skompletowaniem swojej bibliografii. To zawsze pisarzowi dobrze robi. Cóż, przejdźmy do listy tajnych, na razie tajnych u mnie na biurku, tajnych pytań. Zacznę od pytania prostego. Całkiem niedawno w rozmowie z koleżanką usłyszałem, że pani książki to są takie książki, po których człowiek jak odłoży, to się dobrze czuje. Jest przekonany, że przeczytał coś fajnego i ma optymistyczny nastrój w sobie. Jak by pani to skomentowała?
[50:22] - To komplement, że tak powiem.
[50:25] - Tak, to prawda. To komplement. Niemniej jednak przyjmijmy to za pewien fakt i postarajmy się jakoś obudować komentarzem.
[50:36] - Pisząc i pierwszą część „Przezwykłe przygody nieboszczki Marysi” i tą drugą „Gdy diabeł nie może” próbowałam przekazać pewne prawdy czytelnikowi. Nie wiem, czy mi się udało, ale jak słyszę, niektórzy może to odbierają. I faktycznie zależało mi na tym, żeby czytelnik wyciągnął pewne wnioski, jakieś takie myśli się u niego pojawiły odnośnie jego samego, jego prywatnego życia, jego osobistych doświadczeń i tego, co się u niego aktualnie dzieje albo działo kiedyś, w przeszłości. I teraz dla przykładu pierwsza część przygód mojej nieboszczki miała w założeniu kończyć się spokojem u bohaterki związanym z tym, że w sumie nic nie trzeba na siłę, wszystko się ułoży, tylko trzeba sobie odpuścić. Nie wolno sobie na plecy za dużo nakładać. I liczyłam na to, że czytelnik, głównie czytelniczki, bo nie oszukujmy się, mężczyźni rzadko kiedy sięgają po książki, gdzie główną bohaterką jest kobieta, że czytelniczki utożsamiają się z Marysią, będą czuły, że jest to dla nich jakaś taka psiapsiółka, bardzo dobra znajoma albo czasem jest to odpowiednik samej tej czytelniczki i że ona także znajdzie takie poczucie spokoju po przeczytaniu tej książki, że ona też zrozumie, żeby nie nakładać sobie tych wszystkich kamieni na plecy za dużo, bo nie pociągnie.
[52:34] - To ja mam kolejne pytanie. Wcale nie łatwiejsze, ale jak by pani rozszyfrowywała to, że człowiek po lekturze pani książki, jednej i drugiej właściwie tak dobrze się czuje, jakby mu kamień z serca spadł, jakby właściwie otwierało się przed nim coś takiego, kraina szczęśliwości, a w każdym razie kraina optymizmu. Ja troszeczkę jak to brałem na rozum, to wychodziło mi, że to się nie da, że to jest niemożliwe. Niemniej jednak fakty temu przeczyły. Bo w końcu pisze pani o kobiecie, która sobie odleciała do nieba. Już samo w sobie to nie musi być optymistyczne. Ale dobrze, żeby nie opowiadać, nie spoilerować, nie streszczać książki, powiem tyle, że ja to potwierdzam. Rzeczywiście, jak się odkłada tomik pani prozy, to człowiek ma takie poczucie, jak powiedziałem na początku, coś fajnego przeczytałem, a w dodatku jestem z tego tak szalenie zadowolony i jakiś taki optymizm się we mnie wlał, że sięgam po tom drugi. Tu w pani wypadku nie ma problemu. Do czego ja dążę?
Do tego, żeby spróbowała pani troszeczkę zanalizować, skąd ten optymizm do nas płynie.
[54:07] - Mogę tylko domniemać. Tylko tyle mi zostaje, że jest tu kilka czynników wpływających właśnie na taką sytuację. Po pierwsze moja Marysia jest swojską babką. To taka zwykła kobitka, jak miliony innych kobiet, które mieszkają gdzieś tam za płotem, które znamy z otoczenia, którą dla przykładu widzimy w lustrze, czyli odzwierciedlenie zupełnie takie samo jak czytelnik, jak czytelniczka. Czytając książkę z taką właśnie bohaterką, która jest bardzo bliska od razu, kiedy się czyta tę książkę, to z automatu bardziej angażujemy się w czytanie tej historii, bardziej odbieramy ją osobiście. I teraz wchodzimy do drugiego stopnia wtajemniczenia, czyli to, że historia jest ciepła, historia jest napisana na spokojnie. Tam nie ma wartkiej akcji, tam nie ma nie wiadomo jakich zwrotów akcji. Tam jest spokojna akcja, która dzieje się bardziej w głowie mojej bohaterki. Troszkę więcej akcji jest w „Gdzie diabeł nie może”, ale tam też bardziej skupiamy się na przeżyciach emocjonalnych, na zmianach wewnętrznych. I kiedy czyta się to, co zostało napisane w sposób lekki, ciepły, zwykły, jak taka zwykła, codzienna rozmowa, to zdecydowanie osobiście bardziej intensywnie odbiera się to, co zostało przekazane.
I trzecim etapem wtajemniczenia może być to, że te historie kończą się dobrze dla bohaterki. Dokonuje się jakaś zmiana wewnętrzna. Ona dochodzi do jakiejś prawdy, dociera do pewnych informacji, które na pewno były u niej gdzieś głęboko schowane w emocjach, w psychice, ale dopiero po tym, co przeżyła w tej książce, dopiero to wszystko wychodzi na wierzch. I czytelnik, czytelniczka, bo głównie to czytelniczki sięgają po tą książkę, jak już wspomniałam. Czytelniczka widząc, jak wyglądają te zmiany, jak wygląda bohaterka, jak to wszystko się potoczyło, może mieć takie poczucie, że to takie zwykłe, codzienne. To to samo co u mnie. Tak samo wygląda. To też się ułoży. I tak samo, jak mamy rozmowę z bardzo dobrą przyjaciółką i kiedy ona opowiada, że coś jej się ułożyło bardzo fajnie, coś jej się udało bardzo fajnie i my bardzo lubimy tę przyjaciółkę. Mamy dla niej bardzo dużo ciepłych emocji, to tak samo cieszymy się z tego, że ona osiągnęła jakiś sukces.
Ponieważ Marysia jest tak fajnie zbudowaną postacią, mam nadzieję, że jest tak fajnie zbudowaną postacią, że staje się dla tej czytelniczki przyjaciółką, do której ma się ciepłe emocje, ciepłe uczucia i cieszy się, że jej się właśnie udało.
[57:46] - Tak, potwierdzam. Przekonała mnie pani. Czuję się przekonany i teraz mi się te puzzelki poukładały. Chyba teraz wiem, czemu taki zadowolony byłem, kiedy książkę przeczytałem. Jedźmy zatem dalej z naszą rozmową. Ja nie powiedziałem, że będzie łatwo. Teraz mam następne tak zwane trudne pytanie, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że ono jest pozornie tylko trudne, bo przypuszczam, że już miała pani to pytanie w różnych wywiadach zadane x razy. Nawet nie podejmuję się powiedzieć ile, bo to jest pytanie z gatunku sztampowych, niemniej takich, które trzeba zadać. Na ile Marysia jest pani alter ego?
[58:34] - Tak, to pytanie się bardzo często pojawia.
[58:36] - Nie miałem wątpliwości co do tego.
[58:41] - Budowałam Marysię, żeby jak najbardziej przypominała każdą z kobiet, które się pojawiają. Czyli na pewno, że gdzieś zaklnie. Ma bardzo dużo ze mnie i z innych kobiet z mojego otoczenia, nie tylko z mojego otoczenia. I gdybym była tylko i wyłącznie czytelniczką, nie autorką, to powiedziałabym, że jesteśmy bardzo do siebie podobne. Ale jako autorka przewrotnie powiem, że jesteśmy bardzo do siebie podobne. Zdecydowanie łatwiej autorowi jest napisać książkę, tworząc głównego bohatera, który jest bardzo podobny do niego. I nie przeczę, że zrobiłam zupełnie coś innego, przewrotnego, ponieważ dałam Marysi sporo swoich cech tylko po to, żeby zdecydowanie łatwiej mi się to pisało. Żeby stworzyć taką zwykłą kobietę, którą będą znały inne kobiety, inne czytelniczki czy też czytelnicy, mężczyźni, bo oni też znają przecież kobiety, nie oszukujmy się, mają kontakt z kobietami. I chodziło właśnie o to, żeby była taka zupełnie zwykła, identyczna jak miliony innych kobiet. Tak powiem, że Marysia i ja jesteśmy jednakowe, ale każda kobieta może to powiedzieć.
[01:00:09] - Skłoniła mnie pani do odejścia od mojej tajnej listy pytań na chwilę. Zrodziło się takie pytanie we mnie, na ile to podobieństwo do autorki jest świadomym zabiegiem, takim kreacyjnym, narracyjnym, związanym z budowaniem postaci? Na ile to było świadome? Bo w końcu pani zaczynała swoją karierę pisarską właśnie od poważnego wyzwania. ... tej Marysi Nieboszczki. Na ile to było świadome, takie kreacyjne zagranie, a na ile to było instynktowne? Instynktowi też należy wierzyć, w związku z tym to wcale nie deprecjonuje pracy. Natomiast to bardzo mnie interesuje, jak na takim etapie człowiek działa. Ja już zapomniałem.
Nie żebym był jakoś specjalnie rozpisany i tak dalej. Natomiast zawsze takie świeże spojrzenie warto się z nim zapoznać.
[01:01:15] - Już kiedyś, dawno temu, za każdym razem, przy większości rozmów z Marysią wspominałam, że pierwszy epizod „Przezwykłych przygód Nieboszczki Marysi” powstał jako odpowiedź na wyzwanie grupowe, na zabawę literacką, warsztatową. Trzeba było napisać coś zgodnie z wybraną konwencją i tematem. I trafiła mi się tam Marysia przez czysty przypadek. I w sumie wszystko, co napisałam w tym pierwszym epizodzie, było zupełnie instynktowne. Później, już z biegiem czasu budowania reszty fabuły, przyznaję się bez bicia, że część rzeczy wyszła też zupełnie instynktownie, ale część musiała pasować do fabuły i została dodana bardziej świadomie. Mogę powiedzieć z ręką na sercu, że nie lubię czarnej herbaty jak Marysia. Ona jest fanką czarnej herbaty. Wolę kakao jak nieletnia przyjaciółka głównej bohaterki. Jeśli miałabym podawać jakieś cyfry albo nie cyfry, to powiedziałabym, że mniej więcej pół na pół Marysia jest stworzona instynktownie, w oparciu o mnie, a te 50% bardziej świadomie, żeby dopasować wszystko do fabuły, do reszty, żeby te wszystkie puzelki pasowały ze sobą razem. Wszyscy bohaterowie pięknie współpracowali.
[01:03:06] - Tak. To nie zwalniajmy tempa. Pytania dalej będą trudne. Ostatnio, całkiem niedawno, chyba tydzień temu, a może nawet mniej, czytałem bardzo poważny wywiad z panią, gdzie uderzano w tony życie-śmierć, jakieś egzystencjalne pojawiały się wtręty. Było bardzo poważnie w tym wywiadzie. To oczywiście okej. Natomiast ja z tego wszystkiego wyciągam takie pytanie: jak z tą śmiercią jest? Czy nie bała się pani, bo teraz to się już pani bać nie musi, bo książka jednak odnosi sukcesy i okazuje się, że ten temat wcale nie jest tabu. Ale kiedy pani tworzyła pierwszą „Marysię”, czy nie bała się pani, że taki temat, że ktoś umiera, czy to nie było odstraszające, że to, mówiąc językiem popularnym, nie zażre? Śmierć, te rzeczy to nie jest coś, co ludzie by chcieli czytać i jeszcze później wychodzić radośni i optymistyczni.
[01:04:25] - Najczęściej książki, które zaczynają się od trupa, to są książki, które wesołe raczej nie są. Faktycznie. Tu zaczynamy od trupa, ale książka jest dość optymistyczna i wesoła, mam nadzieję. Bardziej pierwsza część. Druga jest mniej wesoła. Tam już się pojawia trochę więcej emocji mniej wesołych, jest trochę bardziej akcji, nawet trochę więcej. Jednak pisząc „Przezwykłe przygody Nieboszczki Marysi” miałam faktycznie drobny lęk gdzieś pod skórą, że to jednak nie chwyci. Choć miałam dość pozytywne opinie od beta czytelników, że to faktycznie jest dobre, ale wiem, że różnie bywa z opiniami beta czytelników, a później z historią danego dzieła po wydaniu. To nie zawsze się pokrywa, ale stwierdziłam, że nie ma co trzymać książki w szufladzie, jeśli można spróbować ją wypuścić w świat. I dopiero po wydaniu zaczęłam dostawać opinie, że to jest wszystko takie od czapy, że historia nie pokrywa się z naszym chrześcijańskim, że wizja tego nieba nie pokrywa się z naszą wizją chrześcijańską tego nieba, że takie ble, ble o niebie i w sumie nic ciekawego.
Ale nikt nie przyczepił się do tego, że książka zaczyna się od trupa.
[01:06:05] - Tak sobie myślę na temat tego komentarza, że to jest takie niechrześcijańskie niebo. Ja znam kilka arcydzieł literatury, które również przedstawiają niechrześcijańskie niebo i świat się nie wali z tego powodu. W związku z tym to jest zarzut bardzo mocno, przynajmniej moim zdaniem, wydumany.
[01:06:29] - Też się z tym zgodzę, ponieważ ja nigdzie nie umieściłam informacji, że Marysia trafiła do chrześcijańskiego nieba czy do jakiegokolwiek innego nieba. Starałam się unikać jakichkolwiek informacji mogących konkretnie określić na przykład wiek Marysi, czy też rasę, kolor skóry, czy też konkretnie do jakiego nieba trafiła. Żeby jak najwięcej osób mogło się utożsamić z główną bohaterką.
[01:07:01] - A jak się myśli o bohaterce, która nie żyje? I nie chodzi mi w tym wypadku o takie proste obrazowanie, że nie żyje. Tylko czy zmienia się sposób myślenia autora o bohaterce, o jej możliwościach, o jej różnych zadaniach, które ona sama przed sobą stawia? Czy trzeba jakoś specjalnie o tym myśleć, czy to wyszło bardzo naturalnie? Po prostu przyjęła pani obraz tego, że tak jest i to się już samo pisało.
[01:07:38] - Jedyne, czego nie mogę w tym momencie zrobić, to to, co często robią autorzy, żeby poprawić tempo czytania, żeby zagęścić akcję. Nie mogę zabić swoich bohaterów. To jest wykluczone. Nie mogę tutaj tego zrobić, ponieważ wszyscy już są martwi. Mariana trochę uśmierciłam. Znaczy bardzo uśmierciłam, ale on się pojawił jako bohater w tym uniwersum. Tak więc jako tak stricte zabić swoich bohaterów już nie mogę. To już jest wszystko po ptakach, jak to mawia Marian. Ale problemu, jeżeli chodzi o to, co może bohaterka, czego nie może bohaterka, to tak jak pan powiedział, ona została umieszczona w tym uniwersum i po prostu robi swoje.
[01:08:34] - Pani książka o Marysi to jest jednocześnie książka, w której lokuje się stary jak świat konflikt pomiędzy mężczyznami a kobietami albo kobietami i mężczyznami. On tam jest wyraźnie widoczny. Nie żeby dominował i żeby to była książka ideologiczna. Jeżeli ktoś tak w tej chwili pomyślał, to niniejszym oświadczam, że tak nie jest. Natomiast jak się dobrze poskrobie, to tam jakieś napięcie na linii damsko-męskiej występuje i nie jest to napięcie, nazwijmy miłosne, tylko czasami wręcz przeciwnie. Jakby to pani skomentowała?
[01:09:22] - To zupełnie niezamierzone. W sumie jest faktycznie kilka takich miejsc, ale może nie wszędzie i nie w 100%, ponieważ relacja Marysi z ojcem jest bardzo ciepła, bardzo rodzinna faktycznie. Natomiast z matką już jest bardziej problematyczna, wymagająca lekkiej naprawy, że tak powiem. Co Marysia musiała uczynić przecież w niebie. Fakt, że pojawia się pewien problem na linii damsko-męskiej w kontekście z Marianem. Ale to są zażyłości pewnego typu, jeżeli mogę tak powiedzieć, pewne problemy, które małżonkowie przyciągnęli ze sobą jeszcze z za życia. I chyba tyle. Chyba że chodzi o coś innego, czego nie zauważyłam.
[01:10:14] - Nie, właśnie o to chodzi. Marian tam jest postacią taką, szukam dobrego słowa. Ja mam zawsze skłonności do przesady, więc pierwsze, które mi się nasuwało to, że demoniczną. Nie, Marian demoniczną postacią nie jest, natomiast bywa wredny. To chyba jest takie słowo, które bardziej odzwierciedla to, jaki jest Marian.
[01:10:40] - Marian jest postacią nieszczęśliwą i to mogę powiedzieć. Nie demoniczną. On jest po prostu nieszczęśliwy.
[01:10:49] - Ale wredny bywa.
[01:10:50] - Tak, wredny bywa. Jak najbardziej bywa wredny, zwłaszcza w kontekście Marysi. Był, bo zmarł, więc nie oszukujmy się. Był człowiekiem słabym, ulegającym wielu pokusom i w drugiej części, „Gdzie diabeł nie może” widzimy, że ta słabość, uleganie wszelkim pokusom została mu także po śmierci, że nie słuchał swojego anioła stróża i że dopiero Marysia ze swoim aniołem stróżem mogła mu jakoś pomóc i naprostować go trochę. Więc widzimy, że na pewno tak samo wyglądało ich życie na ziemi. Choć po śmierci przysięga małżeńska wygasła i nikt w sumie nie obligował Marysi do tego, żeby pomagała Marianowi.
[01:11:46] - W sumie zobaczcie państwo, jaki prosty zabieg. Przecież ta przysięga małżeńska, o której pani wspomniała, rzeczywiście brzmi tak, jak brzmi. Ona brzmi różnie, ale zawsze gdzieś tam z filmów pamiętamy: „I nie opuszczę cię aż do śmierci” i tak dalej. Tu macie państwo sytuację, która może się oczywiście wydać niektórym groteskowa, niektórym zabawna, że już śmierć nastąpiła. W związku z tym żadnych zobowiązań.
[01:12:17] - Tak, to jest fakt. Aczkolwiek mamy tutaj bardzo istotny zabieg w historii, gdzie anioł stróż mówi do Marysi, że w każdej chwili może zrezygnować z tego, że nikt nie będzie miał jej za złe, jeśli nie będzie za wszelką cenę pomagać swojemu mężowi. Ponieważ tak jak już było wspomniane, przysięga wygasła i już nic ich razem ze sobą nie trzyma. Ale Marysia to dobra kobieta i w sumie Ta cała wyprawa polegająca na pomocy mężowi, który się zapodział, pomogła Marysi poukładać swoje emocje na właściwe miejsce. Tyle powiem.
[01:13:15] - Ja powiem w ten sposób: troszeczkę przyznam się do manipulacji. Otóż specjalnie rozmawialiśmy przez jakiś czas o fabule książki, ponieważ chciałbym państwa zapewnić, że słyszeliście państwo o różnych sprawach związanych z życiem albo z życiem po życiu, ale jednak mocno zakotwiczonych gdzieś w naszej rzeczywistości. Możecie państwo wyciągać mylny wniosek, że to jest takie czytadło. Tymczasem jest to taka książka, która jest niezwykle ciepła, niezwykle, tak jak mówiłem na początku, optymistyczna w gruncie rzeczy i sprawiająca, że kiedy ją państwo odkładacie po przeczytaniu, to macie takie poczucie, i to powtórzę z początku audycji, że przeczytaliście coś fajnego, coś optymistycznego, coś, co na jakiś czas z wami zostanie i będzie sprawiało, że świat przynajmniej troszeczkę, ja wiem, że to bardzo patetycznie zabrzmi, ale przynajmniej troszeczkę będzie lepszy. I o tym państwa jako czytelnik obu części zapewniam. Tak po prostu jest. Nie wiem, jak pani Kamila to wyczarowała. Troszeczkę opowiadała, jak czarowała, pisząc książkę. Niemniej jednak efekt jest jaki jest. To znaczy dostajemy dwa tomy, które sprawiają, że świat jest jakby lepszy.
To tyle ode mnie.
[01:14:53] - To mnie trochę zaskoczyło z tym wyznaniem, że świat jest jakby lepszy, bo zależało mi właśnie na tym, żeby czytelnik razem z bohaterką przeszli przez te etapy zastanawiania się nad sobą, odpowiadania na różne pytania i żeby na końcu doświadczył refleksji nad samym sobą. Refleksja ta jest proponowana nie w sposób natrętny, ale ciepły, spokojny i myślę, że to też może ułatwić czytelnikowi zastanowienie się nad sobą. Bo skoro Marysia zrobiła to tak fajnie i ciepło, to może to jest zupełnie możliwe także dla czytelnika, dla zwykłego czytelnika, nie dla wybranych osób. Myślę też, że sporo zrobiło to, że książki są pisane w pierwszej osobie. Próbowałam robić to w trzeciej osobie z narratorem wszystkowiedzącym, ale jednak książka wtedy traciła bardzo dużo na tym cieple, na odbiorze osobistym.
[01:16:16] - Tak się w tej chwili zadumałem, bo zastanawiam się, w której części pokoju, w którym rozmawiam z panią, ma pani kamerę i podgląd na moje notatki. Bo dokładnie następne pytanie brzmi: dlaczego ta książka jest napisana w pierwszej osobie?
[01:16:34] - Właśnie dlatego, żeby nie tracić na osobistym podejściu do czytelnika.
[01:16:39] - Okej, ale ja mam pytanie pomocnicze, awaryjne odnośnie tej pierwszej osoby. Jak by pani odpowiedziała osobom, te głosy pojawiają się bardzo często na różnego rodzaju forach internetowych. Te głosy wygłaszają mniej więcej taką frazę: „Nie lubię prozy pisanej w pierwszej osobie, bo się nie mogę wczuć”. Tam wielu rzeczy te osoby nie mogą. Skupmy się może na komentarzu i na pewnej podbudowie literackiej i obronie owej pierwszej osoby. Co ona daje tak naprawdę pisarzowi? Co daje, a co odbiera?
[01:17:25] - Tak. Też spotkałam się z taką opinią, że opowieści pisane z perspektywy głównego bohatera to literatura drugiego typu, takie podroby literackie.
[01:17:39] - Ja to wiem. Przerwę. Ja to wiem, bo „Samochodziki” pisze się też w pierwszej osobie i tych „Samochodzików” naprodukowałem trochę i też słyszałem, dlaczego „Samochodziki” pisze się w pierwszej osobie. Cóż ja poradzę państwu? Mistrz Nienacki tak chciał i tak już zostało. Ale teraz oddaję pani głos.
[01:18:01] - Ja niestety nie opierałam się na jakimkolwiek innym autorze, bo Marysia to moje własne, prywatne dzieci, które nie miały jakichś wcześniejszych pierwowzorów, pomysłów albo czegoś podobnego. Nie są kontynuacją innych historii, więc nie mogę teraz powiedzieć, że ktoś zaczął pisać tak, a ja tylko kontynuuję, bo ja już zaczęłam pisać tak od pierwszej osoby. I tak jak powiedziałam, próbowałam pisać w trzeciej osobie z narratorem wszystkowiedzącym. Ja wiem, że on bardzo ładnie pokazuje wszystkich bohaterów po równo. On daje taką samą intensyfikację wczucia się w to, jak wyglądają relacje wszystkich po kolei bohaterów. W momencie, kiedy narrator jest pierwszoosobowy, ja mam tylko wgląd w to, co czuje, jak wyglądają emocje, jak wygląda świat wewnętrzny mojego głównego bohatera. Cała reszta pozostałych bohaterów, którzy gdzieś tam się pojawiają, to jest dla czytelnika zupełna niewiadoma. Ja nie wiem, co może czuć, co może myśleć inny bohater, który się pojawia w danej scenie. Jeśli on tego mi nie powie, bo ja tego nie widzę, bo mój narrator tego mi nie przedstawia. Może dla niektórych jest to właśnie taka uboga wersja literatury, bo nie ma się wglądu w to, co myślą pozostali bohaterowie.
Ale tak samo, jak w życiu, jeśli ja jestem głównym bohaterem, to ja nie widzę, co czują moi rozmówcy. Tak samo moja bohaterka Marysia.
[01:19:57] - Tak. Tak sobie teraz pomyślałem, że czas byłoby zadać jakieś pytanie natury warsztatowej. I to nie jest tak sobie, a muzom, bo ja przypomnę albo poinformuję, przypomnę tym, którzy słuchają od czasu do czasu Book Radia, a poinformuję tych, którzy jeszcze Book Radia nie słuchali, że pani Kamila co jakiś czas na antenie Book Radia ma taką audycję właśnie natury warsztatowej, w której dzieli się ze słuchaczami swoimi spostrzeżeniami z życia pisarskiego. Takimi spostrzeżeniami warsztatowymi szczególnie cennymi, bo one są, po pierwsze, z pierwszej ręki, bo mówi do państwa kobieta, która pisze i to tak pisze na bieżąco i przez cały czas, i w związku z tym wie, co mówi. Ale jest jeszcze jedna cenna rzecz, że pani Kamila na tej drodze pisarskiej jest gdzieś na początku i niektóre rzeczy odkrywa. Niektóre rzeczy już bardzo twardo wie, bo wypróbowała w swoich książkach. W związku z tym ta warsztatowość jest chyba szczególnie cenna. I teraz pytanie właśnie natury warsztatowej: jak to jest u młodej autorki z podziałem pomiędzy natchnienie a technikę pisarską? Bo nie ukrywajmy, bardzo wielu młodych autorów mówi o tym, że czeka na natchnienie. Czasami mijają lata i nic z tego nie wychodzi.
Inni z kolei, moim zdaniem to jest również przegięcie pałki w drugą stronę, mówią, że oni są tacy techniczni kompletnie. Tu trzeba to do tego dodać, tu wstawić, tu przestawić i powstaje książka. To ja już opowiedziałem, o co mi chodzi. To teraz pytanie do pani, pani Kamilo, jak tam się kształtują proporcje w pani pisaniu?
[01:22:08] - U mnie jest pomiędzy.
[01:22:11] - Tak się spodziewałem. Natomiast jakby pani coś szerzej na ten temat opowiedziała, to będę bardzo wdzięczny.
[01:22:19] - U mnie jest tak pomiędzy, ponieważ muszę mieć pomysł. Ja bez konkretnego pomysłu nie siadam. Poza tym, że najpierw pojawia się pomysł, to później muszę przechodzić ten pomysł, rozchodzić go w głowie i go obmyśleć, żeby się pojawił nie tylko sam pomysł. Bo ta wena, ona owszem, jest, ona się pojawia i to bardzo dobrze, że się pojawia, ale nie można tylko na tej wenie, na poczuciu tego flow — bo wena to jest takie flow — nie można tylko na tym opierać swojego pisania. Przyznam się bez bicia, że „Przezwykłe przygody nieboszczki Marysi” napisałam w całości na tym flow, na tym poczuciu, na tej muzie, która przyszła. Ponieważ Marysia powstała w przeciągu bodajże trzech miesięcy chyba. Ja ją napisałam bardzo szybko. Nawet chyba niecałych. Ja ją napisałam bardzo szybko, niesiona takim poczuciem, że „O mój Boże, ale to jest niesamowite!” Jakbym naprawdę jakieś narkotyki pisarskie brała, wciągała te literki nosem. Druga część to już była bardziej taka orka na ugorze.
Chociaż dalej było fajnie, bo tu już musiałam usiąść sama, napisać, zmobilizować się i skupić na tym, co chcę napisać. Teraz zaczynam pisać trzecią część, którą bardzo długo przechodziłam, rozchadzałam w głowie, bo musiałam skleić wszystkie elementy. Ponieważ, żeby usiąść, zacząć pisać, muszę mieć w głowie tę historię. Ona nie musi być konkretna, cała już wymyślona w głowie od A do Z, ale takie kluczowe momenty, które będą istotne, muszę mieć obmyślone. Bo czasem plan, który tworzę, się i tak zmieni. Bo ja zmieniam plan powiedzmy dwa, trzy razy w trakcie pisania, bo gdzieś tam pojawia się właśnie ta muza w tempuscie flow i pokazuje mi się ta historia z trochę innej strony i gdzieś tam się to wszystko jakoś zmienia, jakoś modyfikuje, przynajmniej odrobinę. To wszystko jest pomieszaniem tego poczucia flow i tej orki na ugorze, czyli tego warsztatu, tej precyzyjności. Jeszcze nie wiem, jak będzie w trzeciej części. Dopiero zaczynam siadać do pisania.
[01:25:06] - Jakiś tytuł roboczy już jest?
[01:25:10] - Jest. Pojawia się. Ten tytuł brzmi mniej więcej tak: „Gdyby Maria nie skakała”.
[01:25:21] - Okej, tak się składa, że w dzisiejszej audycji przed naszym wejściem antenowym rozmawiałem z panią Barbarą Piegdoń-Adamczyk z magazynu do czytania „Książki” i tam padło nazwisko Björk, piosenkarki, ale też autorki tekstów, takiego, jak to powiedziała moja rozmówczyni, dobra ogólnoświatowego. Dobra, które pochodzi z Islandii. Pani wyemigrowała z Polski na Islandię, w związku z tym przestrzeń geograficzna zbliżona. Co jest na tej Islandii takiego, że to tak podkręca ludziom wenę?
[01:26:10] - Mogę mniemać, że elfy.
[01:26:14] - To są podobno pełnoprawni obywatele na Islandii.
[01:26:19] - Tak. Tu jest zdecydowanie inne tempo życia. Jest trochę spokojniej i zupełnie inaczej niż w innych częściach Europy, ponieważ tutaj jesteśmy bardziej uzależnieni od pogody, bo u nas w Europie pada to pada, wieje to wieje, nic się nie stanie. Tu czasami tak sypie śnieg, że zamyka się szkoły i na przykład sklepy, bo nie można nawet wyjść z domu. I co wtedy robić? Wtedy się na przykład siada i pisze. Co może ciągnąć na Islandię? W moim przypadku to był czysty zbieg okoliczności. Nie, że specjalnie tak sobie wymyśliłam i stwierdziłam, że pojadę tam, gdzie Björk. Będziemy pisać teksty.
[01:27:19] - A chciałbym zapytać, czy potwierdzi pani informację, którą uzyskałem od pani Barbary, że Islandczycy nałogowo czytają?
[01:27:30] - Tak. W szkołach najważniejszą umiejętnością, jaką trzeba posiąść, jest umiejętność czytania. Kiedy wchodzi się do szkoły, na przykład w trakcie lekcji można zobaczyć dzieci siedzące na sofie albo gdzieś na podłodze, pod krzesłem, na krześle, gdzieś tam leżące, czytające książki. Książki są wszędzie, a największą ilość sprzedanych książek notuje się właśnie w okolicach Bożego Narodzenia, ponieważ książka jest najlepszym prezentem bożonarodzeniowym. I przyznaję, bo też dostałam kilka razy książkę w prezencie od Islandczyków. Tak samo mój syn. Dla sporej ilości czytanie jest naprawdę bardzo ważne.
[01:28:26] - Czyta już pani w miejscowym języku?
[01:28:29] - Czytam dzieciom, więc muszę.
[01:28:32] - No tak.
[01:28:33] - Czytam w pracy.
[01:28:35] - No tak, ale mam pytanie jeszcze odnośnie specyfiki islandzkiej. Czy nie myślała pani, że ponieważ na przykład w Polsce skandynawskie kryminały są niezwykle popularne, jakoś tej Islandii do tej Skandynawii blisko, w związku z tym nie myślała pani, żeby znając realia popełnić jakiś krwiożerczy kryminał dziejący się na Islandii, a sprzedawany w Polsce?
[01:29:12] - Powiem tak: jeśli chodzi o pisanie kryminałów, to one rządzą się swoimi prawami i żeby teraz zdradzić może, bo obiecałam napisać kryminał pewnym znajomym prowadzącym polską księgarnię na Islandii. Obiecałam im napisać kryminał i nawet kupiłam poradnik pisania kryminałów, żeby ogarnąć te zasady, które funkcjonują podczas pisania kryminału, które rządzą tym gatunkiem. Mam nawet mniej więcej zarys jakiegoś pomysłu, ale tych pomysłów mam w głowie już tyle na książki, że może kiedyś coś właśnie takiego powstanie. Ale nie obiecuję. Na razie muszę pozbyć się z głowy historii Marysi, bo jest bardzo upierdliwa.
[01:30:12] - Muszę powiedzieć, że obraz Islandii, który pani przedstawia, jest niezwykły i taki optymistyczny. Przywraca mi trochę wiarę w to, że czytelnictwo i książki nie zaginą na tym świecie, bo w przeciwieństwie do tej europejskiej części, którą przynajmniej znam, to jest zupełnie kraina niezwykła, skoro książka cieszy się takim szacunkiem. Teraz pytanie: przypuszczam, że rodowici Islandczycy, którzy się z panią stykają, wcześniej czy później dowiadują się, że jest pani pisarką. Strzelam w ciemno, że tak, ale pytanie i tak zadam. Czy to podnosi pani prestiż?
[01:31:04] - Nie wiem, czy podnosi prestiż. Na pewno jest zdziwienie wielkie, że piszę książki i od razu, kiedy mój rozmówca dowie się, że te książki piszę po polsku, że wydaję je w Polsce, to następnym pytaniem jest pytanie: „A kiedy będę pisać po islandzku? Kiedy wydam książkę, żeby oni też mogli ją przeczytać?” Tak więc jeżeli chodzi o prestiż, to nie wiem, bo nie czuję się specjalnie bardziej prestiżowo, bardziej vipowsko, kiedy dostaję takie pytania. Ale cieszy mnie na pewno to zainteresowanie i chęć Islandczyków do tego, żeby przeczytać coś, co napiszę po islandzku, choć to nie będzie na pewno w najbliższym czasie.
[01:31:57] - Ale mam inne pytanie. Skoro już tak troszeczkę plotkujemy na temat Islandii, to mam pytanie, czy nie korci pani albo czy może to już się gdzieś tam przynajmniej częściowo ziściło, ziszcza, jeżeli tak to można odmienić, przetłumaczenie „Marysi” na język tubylców? Jest to w ogóle możliwe?
[01:32:24] - Cały czas się nad tym zastanawiam i ostatnio faktycznie zaczęłam bardziej intensywnie myśleć nad tym, żeby to przetłumaczyć, bo może historia Marysi zainteresować tubylców. Aczkolwiek nie mam zielonego pojęcia, jak się za to zabrać i gdzie szukać tłumacza. Swojego czasu próbowałam pytać o tłumaczenia poezji, jednak poezja jest bardzo trudna i żaden tłumacz nie chciał się podjąć takiego zadania. Ponieważ wiadomo, w poezji ważne jest wiele czynników, żeby nie straciło wszystko sensu. Tu jest proza, więc powinno być zdecydowanie łatwiej. Kusi bardzo, ale nie wiem, z której strony się za to zabrać.
[01:33:18] - To już obiecuję. Ostatnie pytanie ploteczkowe. Na Islandii jacy polscy pisarze są znani, rozpoznawani i tak dalej?
[01:33:30] - Szczerze mówiąc, to nie wiem, czy jacyś są rozpoznawalni. Bardziej kojarzą polskich piłkarzy, ponieważ Islandczycy są krajem, w którym kocha się piłkarzy, piłkę nożną, więc zna się piłkarzy, zna się polityków. Z pisarzy to najprawdopodobniej noblistów kojarzą, ale też nie wszyscy.
[01:33:58] - Może Lema chociaż?
[01:34:00] - Nie zauważyłam, żeby gdzieś ktoś. Oni bardziej jak już czytają to anglojęzycznych, a tłumaczeń z polskiego w sklepach z książkami nie zauważyłam. Chyba że źle patrzyłam, ale nie widziałam. Niestety.
[01:34:20] - Pani Kamilo, wróćmy do „Marysi”. Mam zawsze takie podstępne pytanie i już się pani z nim zetknęła, w związku z tym to nie będzie zaskoczenie. Gdyby pani miała napisać blurb ze swojej ostatniej książki, z książki, przypomnę, „Gdzie diabeł nie może”, to co by pani w tym blurbie wyeksponowała? Mnie nie chodzi, żeby pani wyrecytowała w tej chwili dwa, trzy gładkie zdania. Natomiast jakie elementy ostatniej powieści eksponowałaby pani w sposób szczególny? Chciałaby pani czytelnikom je uwypuklić?
[01:35:02] - Na pewno chciałabym, żeby czytelnik czy czytelniczka, żeby czytelnicy, tak powiem, będzie ładniej, żeby czytelnicy zwrócili uwagę na relację Marii z mężem, z Marianem. Na to, jak wygląda ta relacja, jak ona ewoluuje, jak ta relacja zmienia się i co się dzieje z Marysią, kiedy orientuje się, że ta przysięga małżeńska już faktycznie jej nie obowiązuje. Bo ja wiem, że ona wiedziała o tym, Marysia, że to jest „dopóki śmierć was nie rozłączy”. Ale wiem, że to poczucie odpowiedzialności za męża, który był ciężarem przez całe życie, tkwiło w niej bardzo długo. I pisząc tego blurba, chciałabym właśnie skupić się na tym, żeby czytelnik zwrócił uwagę na to, co myśli sama Marysia o tej relacji i o sobie w tej relacji. Tak. Tyle.
[01:36:22] - Pani Kamilo, a chciałbym jeszcze zapytać o pani drogę pisarską. To zawsze brzmi bardzo poważnie i jak to wypowiadam, to się zawsze uśmiecham. Ale zostańmy, drodze pisarskiej. Chodzi mi o to, jak się zmienia świadomość osoby piszącej, spojrzenie na samą materię pisarską. To znaczy, kiedy pani zaczynała pisać pierwsze opowiadania. Ja pamiętam jeszcze ten moment, kiedy jedno z tych opowiadań przywędrowało sobie do ABW. To było jedno z pierwszych opowiadań, które się w ABW pojawiło. Taka w sumie porywająca historia o ławeczce, o starszym człowieku, o dziecku. Kto ciekawy, niech szuka w archiwum ABW. Ale to były początki, a w każdym razie to była jeszcze proza, w której pani bardzo mocno szukała.
To było widać. W tej chwili jest pani na zupełnie innym etapie. Mnie bardzo i myślę, że naszych słuchaczy również interesuje proces dojrzewania pisarza. Nawet jeśli to będzie dojrzewanie do danego etapu, to jednak proces zmiany świadomości, patrzenia na tekst nieco inaczej. Już nie jako takie achy i ochy, że to będzie arcydzieło, tylko właśnie jako tekst, jako zadanie. Po pierwsze zadanie do wykonania, ale też zadanie myślowe, do przetrawienia, żeby z tym tekstem pracować. Jak to u pani wygląda?
[01:38:09] - Powiem tak: pisarz jest jak wino. Im starszy, tym lepszy. Zazwyczaj. Jeżeli oczywiście ciągle pisze i się doszkala. Można być autorem jednej książki i na tym poprzestać. Już nic więcej nie pisać, się nie rozwijać warsztatowo. Wtedy już wiadomo. Ale jeśli chodzi o rozwój, o większą świadomość, to w czasie, kiedy zaczęłam pisać, kiedy trenowałam to wszystko, kiedy czytałam poradniki, rozglądałam się za warsztatami, wysyłałam opowiadania do warsztatów, do ABW, wysłuchiwałam wszystkich komentarzy zwrotnych. To wszystko pomagało mi poprawić swój warsztat pisarski. Dzisiaj na przykład, biorąc do ręki książkę jakąkolwiek i jeżeli jest to książka słabo napisana, nie mówię, że moje są cudowne, wspaniałe i idealne, ale bardzo często widzę błędy w książkach innych autorów.
Czasami, jeżeli książka jest wydana przez tak zwane Vanity, czyli bez żadnej redakcji, bardzo często bez niczego i biedny autor sam niewiele może zrobić, to wtedy potrafię załamać ręce, bo widzę, ile jest baboli w tekście. Tak samo jest z moim własnym, prywatnym pisaniem, bo mam większą świadomość tego, co zrobić z tekstem, jak nad nim pracować. Czyli co zrobić, żeby poprawić go w sposób właściwy, żeby lepiej się go czytało. To nie jest tak, że ja w tym momencie, po napisaniu dwóch książek, mam tak wielką świadomość, że piszę wspaniale, cudownie i nie potrzebuję żadnych poprawek. Nie. Po prostu wiem, w które drzwi zapukać, ile czasu odczekać i z której strony zabrać się za tekst, żeby nad nim popracować i żeby wyglądał trochę lepiej.
[01:40:32] - Pani Kamilo, cóż, za niedługo, to nawet źle brzmi. Za tydzień tak naprawdę z okładem będzie pani w Polsce. Czy to prawda?
[01:40:45] - Tak się ułożyło, że uda mi się przyjechać na kilka dni do Polski.
[01:40:52] - Ja od razu naszych słuchaczy poinformuję, że pani Kamila będzie gościem Festiwalu Książki w Bydgoszczy. Ten festiwal odbywa się na terenach Wyższej Szkoły Gospodarki. To będzie w tym roku duża impreza, ale najważniejsze jest to, że pierwszego dnia, czyli 14 października, mniej więcej o godzinie 10.00, zaraz powiem dlaczego mniej więcej, odbędzie się spotkanie z panią Kamilą na temat przede wszystkim nieboszczki Marysi. Tej pierwszej części, czyli „Przezwykłe przygody nieboszczki Marysi” oraz części drugiej, „Gdzie diabeł nie może”. Myślę, że nie obędzie się również bez opowiadania o opowiadaniach. Znaczy się jestem w niezłej formie, bo doszedłem już do tego, że zaczynam mnożyć wyrazy. Na pewno pojawi się to pytanie, które dzisiaj nie padło, bo wypadło z rozpiski, czyli pytanie o pani poezję, bo tak jak patrzę, to ona jest również ważna. Zatem wszyscy, którzy mogą, niech się czują zaproszeni na owo spotkanie. Przypomnę: sobota, 14 października, około 10.00. Dlaczego około?
Dlatego, że o 10.00 jest otwarcie, a pani Kamila oraz moja nieskromna osoba jako prowadząca owo spotkanie pojawi się zaraz po otwarciu. W związku z tym to około takie ma to znaczenie. Ale skoro już powiedziałem o tej poezji, to może na koniec niech nam pani o swojej poezji troszeczkę opowie. Wiem, że stawiam pytanie absurdalne, bo o poezji możemy rozmawiać następną godzinę. Może ograniczmy się do tego, co panią ciągnie w kierunku poezji, skoro jest pani uznaną autorką prozy. Czy to jest jakaś przeciwwaga? To pierwsze pytanie. Drugie pytanie: kiedy poezja w człowieku się pojawia? Już nie pytam o ciągnięcie, tylko kiedy człowiek czuje tą iskrę, że właśnie z tego będzie wiersz, a nie opowiadanie. I może wystarczy.
Nie będę tak dręczył w sprawie poezji.
[01:43:27] - Ja wszędzie, na każdym kroku i każdemu, kto jakoś zaczyna pytać o Marysię, opowiadam, że jestem literackim krótkodystansowcem, ponieważ te moje książeczki, nawet nie wiem, czy można powiedzieć, że to są jakieś książki. Moje opowieści marysiowe nie są obszerne, to nie są wielkie tomiszcza. Ja w sumie bardzo się streszczam w pisaniu. Muszę dopisywać, ale to ja już to powtarzam na każdym kroku, że zawsze dopisuję. Poezja jest to forma wypowiedzi, która wymaga sama w sobie streszczania, która wymaga kondensacji po brzegi, kondensacji myśli i wszelkich przesłanek. Nie jestem w stanie powiedzieć, skąd ona się u mnie wzięła, jakim cudem zaczęłam pisać, bo to wyszło tak naturalnie, że jak tylko nauczyłam się pisać opowiadania, o tym też już swojego czasu opowiadałam, to z automatu pojawiła się ta poezja. Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy człowiek czuje, że z tego będzie wiersz czy opowiadanie, bo to wszystko jest tak intencjonalne, na zasadzie pewnych impulsów w mózgu, że tego się po prostu nie da wytłumaczyć. To się po prostu wie.
[01:45:12] - Pani Kamilo, proszę wymienić tytuły obu tomików, które pani wydała.
[01:45:18] - Pierwszym tomikiem był tomik pod tytułem „Wszystko już było", a drugi to „Płynę przez noc".
[01:45:27] - Proszę państwa, zatem już wiecie, po jakie książki pani Kamili warto sięgnąć. Ja państwa po raz kolejny zapraszam na Festiwal Książki do Bydgoszczy. Tu będzie okazja do spotkania z panią Kamilą i z szeregiem innych autorów. Naprawdę całkiem duże grono owych autorów się pojawi. Pani Kamilo, pięknie dziękuję za łączenie z Islandią, za opowieści islandzkie, ale też przede wszystkim te opowieści marysiowe. Jeszcze raz pięknie dziękuję i do usłyszenia.
[01:46:02] - Również dziękuję i mam nadzieję do zobaczenia w Bydgoszczy.
[01:46:09] - Proszę państwa, nie zwalniamy tempa. Rok akademicki się rozpoczął. Jedziemy dalej. Niniejszym zapraszam państwa na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. A wniosek jest prosty. Nadciąga „Filmotekarium". Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:46:34] - Dzień dobry wieczór, drogi rektorze.
[01:46:38] - Tak, zaczął się rok akademicki. Muszę zrobić srogą minę. I rozpoczynamy, proszę państwa, pierwszy wykład w ramach „Filmotekarium", tego serioznego, groźnego, filmowego „Filmotekarium". Zaczynamy, Piotrze. Dzisiaj bierzemy na tapet film-
[01:47:02] - A to jeszcze nie powiemy. Najpierw mały wstęp może, bo w zasadzie to wakacje byli, ale tak jakby nie, bo mogliście nas słuchać i naszych rozważań serialowych. Wracamy do sedna i do swojego parafium, czyli do filmów horrorów i science fiction. Chociaż może to jest jednak szersze ujęcie gatunkowe, jak się przyglądacie temu, co omawiamy. Pamiętacie może, że „Filmotekarium" wystartowało jakieś 11 miesięcy temu. Jeżeli dobrze pamiętam, nadaliśmy pierwszy odcinek gdzieś w okolicach Święta Niepodległości w 2022 roku. Marku, odjąwszy kilka świąt oraz wypadków losowych, to wychodzi mi na to, że kręcimy gdzieś teraz około 50. odcinka. A ponieważ nie chce mi się tego liczyć, to już z tego miejsca chciałbym ci złożyć podziękowania i przeprosiny jednocześnie za trud obejrzenia tylu filmów, głównie tych złych i tego dzisiejszego też.
[01:47:59] - Ale Piotrze, ja patrzę na to zupełnie nie tak grozowo, jak ty to przedstawiasz, bo wydaje mi się, że nawet z oglądania filmów nie do końca porywających jednak pewna nauka płynie. Niech to będzie nawet nauka, którą dałoby się zamknąć w słowach: wiem, jak czegoś nie robić, na przykład pisząc coś. Ale nie, to nie chodzi o takie łatwe wnioski, bo wiecie państwo, to jest tak, stwierdzam to jako pewien neofita, ja tych filmów nie oglądałem aż tak dużo, zanim nie nastało „Filmotekarium". Muszę państwu powiedzieć, że dzięki Piotrowi jest tak, że dzisiaj może łatwiej jest mi do pewnych fabuł podejść. I znowu nie żeby je na przykład konstruować, tylko żeby je rozmontować, rozebrać na drobne. Ćwiczenie czyni mistrzem i w związku z tym może ja jeszcze mistrzem nie zostałem, ale jestem na dobrej drodze. Miejmy nadzieję, że nie potrwa to lat 30 albo 40, bo jestem gotowy tego nie dożyć. Natomiast rzecz wygląda tak, że im więcej człowiek ogląda filmów w ogóle Dobrych, złych, średnich i tak dalej. Tym mimo wszystko zmienia mu się optyka. Ja często podkreślam: nie jestem filmoznawcą, nie jestem specjalistą od różnych myków filmowych i tak dalej.
Natomiast może też nie jestem specjalistą, ale czuję się dosyć kompetentny, jeśli chodzi o układanie różnego rodzaju fabuł, różnego rodzaju historii. Tu się czuję mocny. W miarę. Na pewno są lepsi, ale tu się czuję w miarę pewnie i muszę powiedzieć, że ja przez ten rok sporo się nauczyłem. To ewidentnie. W związku z tym wniosek jest bardzo prosty: oglądajcie państwo nawet te gorsze filmy, bo z tego również płynie nauka. Ja wiem, to bardzo dydaktyczne, ale w końcu zaczynamy rok akademicki, więc trochę dydaktycznie musi być.
[01:50:29] - Tak. Zły film to nie oznacza, że film oparto złą historię. To często jest film źle zrealizowany. Ale dobrze. Co wam obiecamy w tegorocznym „Filmotekarium”? Na początek zacznijmy od nowości, bo te chyba wszystkich najbardziej interesują. Dzisiaj też nowość, ale nie będzie takie uderzenie z wysokiego tonu, z wysokiego pułapu, bo rok akademicki się zaczyna, to wszyscy zajęci, sal szukają, planów i tak dalej. Także dzisiaj coś lekkiego, a za tydzień możemy zapowiedzieć recenzję czegoś lepszego. Albo będzie to jeden z lepszych horrorów ostatnich lat, jaki niedawno miał premierę, albo bardzo głośne science fiction. Oprócz tego obiecaliśmy wam cykl „Zmierzch wielkich serii”, do którego też przynależy kilka nowości, także na to czekajcie.
Będzie o czym mówić. Czekamy też cały czas na wasze propozycje i komentarze. A dzisiaj na tapet bierzemy nowy film o UFO i kosmitach wyemitowany na platformie Disneya pod tytułem „Nie ocali cię nikt”. Prezentowany jest jako horror science fiction albo czasami thriller science fiction. Ale Marku, zanim do niego przejdziemy, to dwa słowa na temat filmów o UFO i obcych, bo to jest temat bardzo powszechny, coraz popularniejszy, bardzo interesujący. Nawet się tak zastanawiam, czy na fali tego zainteresowania UFO, albo inaczej, czy tej fali zainteresowania UFO nie podchwyci kinematografia, nie pojawią się jakieś nowe, ciekawe produkcje. Ale gdybym miał być szczery i wymienić jakieś bardzo dobre filmy na temat UFO, to nie byłoby ich wiele. Tych dobrych byłoby pewnie więcej, natomiast tych średnich, trochę gorzej niż średnich i wreszcie tych złych jest zdecydowanie najwięcej. Bo tak jakoś jest, że większość ludzi jest zafiksowana na tej hipotezie o pozaziemskim pochodzeniu UFO. My staramy się w swoich audycjach i na twoim kanale, i na moim kanale, i na Radiu Paranormalium prezentować to w zupełnie nowym świetle.
Natomiast masy są chyba na to niegotowe. I zazwyczaj to, co się pojawia w filmach o UFO, to albo inwazja, albo porwania. Co prawda w ostatnich latach pojawiło się kilka wysokobudżetowych dobrych produkcji typu „Nowy początek” lub „Nope”. Natomiast ciągle mi się wydaje, że miłośnicy UFO czekają na kolejne bliskie spotkanie trzeciego stopnia. A to już przecież tyle lat. Chciałbym cię zapytać jako znawcę zagadnień związanych z literaturą, dlaczego scenarzyści tak rzadko sięgają po różne wariacje związane z pochodzeniem kosmitów? Dlaczego to są zawsze te takie toporne uprowadzenia albo toporne inwazje? Ile to jeszcze można oglądać? Czy nie da się tych kosmitów wtłoczyć w bardziej koronkowy scenariusz? Na przykład teraz są na topie teorie spiskowe, te ujawnienia i tak dalej.
Czy twoim zdaniem to by się dało przedstawić w formie zaskakującego filmu? Wiem, powiecie, słuchacze, że przecież było „X-Files”, był „Strefa 51”, taki film, ale jakby nie było, temat wciąż jest mało ruszony. Twórcy horrorów w ostatnich latach wolą obyczajówki albo remake'i. Ja tylko napomnę, że zbliża się remake „Zagłady domu Usherów”, czyli wracamy absolutnie do samego początku. Jak na to patrzysz?
[01:54:05] - Mam wrażenie, Piotrze, że sobie częściowo na to pytanie sam odpowiedziałeś. W tym, co powiedziałeś, właściwie czai się odpowiedź. Bo problem polega na tym, że to ujęcie pozaziemskie, mali, którzy są szarzy albo zielonkawi, to jest proste. Działamy wtedy na skojarzeniach, działamy wtedy na wiedzy powszechnej. Nie trzeba za dużo tłumaczyć. Wiadomo, mały, szary, zielony i ufita przyleciał porwać nasze kobiety albo je zgwałcić, nas zamordować. Inwazja i te rzeczy. Tak to mniej więcej w kinematografii wygląda. Rzadko kiedy jakieś odstępstwa następują. Bo wiadomo: mord, gwałty, inwazja, przemoc to zawsze się w kinie dobrze sprzedaje i ja nie mam o to pretensji w ogóle.
Natomiast te bardziej subtelne hipotezy, bardziej rozbudowane, odwołujące się do innych wytłumaczeń zjawiska UFO, one wymagałyby po pierwsze walki, może za duże słowo „walki”, dyskusji z powszechnie przyjętym obrazem, że to obcy, wiadomo, przylecieli, jak mawiają niektórzy, z Marsa i ja wtedy wybucham śmiechem, ale gdzieś tam z kosmosu przylecieli. I ciężko się z tym dyskutuje. Więc serwowanie ludziom takich teorii, że to może na przykład niekoniecznie w ogóle ma coś wspólnego z kosmosem, a w każdym razie w takim pojęciu innoplanetarnym. A może coś z czasem? Może coś z wymiarami, może jeszcze z czymś innym. To jest już serwowanie dodatkowej wiedzy, którą trzeba w toku filmu jakoś przekazać. Film nie znosi długich scen, w których dwóch panów, dwie panie albo mieszanki rozmawiają ze sobą, tłumacząc sobie rzeczywistość. To są na ogół złe filmy. Chyba że jest mistrz kamery, mistrz kina i potrafi taki dialog trwający 15 minut przedstawić na tyle porywająco, że człowiek się nie może oderwać. Ale umówmy się, to się zdarza rzadko.
Na tyle rzadko, że możemy przyjąć, że się nie zdarza, praktycznie rzecz biorąc. Zatem, żeby przedstawić takie teorie alternatywne do tej kosmicznej, trzeba by odrobinę wysiłku, odrobinę maestrii, odrobinę takich zabiegów. Takiego zniuansowania, pewnego takiego poruszania się po granicy, poruszania się po linie, żeby ten świat objaśnić, żeby go widzowi wytłumaczyć. Ale po co się męczyć, kiedy można wyprodukować coś, co wali po oczach. Tu obcy, patrzcie, dużą głowę ma, oczy migdałowe ma, ciemne i w ogóle zachowuje się jak ten każdy ufita w każdym hollywoodzkim filmie. Wszyscy wiedzą wszystko, nic nie trzeba tłumaczyć. Myślę, że tak już na pierwszym poziomie odpowiadając, to z tego wynika, nawet trudno to nazwać lenistwem, bardziej z takiej umowności, takiego mrugania do siebie okiem typu: „No rozumiecie, wicie, rozumicie. To ufita, obcy. Przyleciał z Marsa, z Jowisza czy z jakiejś innej Wenus i tu przyleciał na pewno w niecnych celach”. I tak to się toczy od kilkudziesięciu lat.
W związku z tym te twoje marzenia, Piotrze, o przedstawianiu alternatywnych możliwości tego, skąd pochodzi UFO i jak to mogłoby wyglądać. Moim zdaniem to jest bardzo atrakcyjne, ale wymaga pewnej pracy i pewnej maestrii. I stąd to się chyba bierze.
[01:58:35] - Tak, mieliśmy takie filmy. Tutaj zagadka dla słuchaczy: jakie to były filmy? Ale przejdźmy do filmu „Nie ocali cię nikt”, bo to jest najlepszy dowód na to, jak trudno jest zrobić dobry film o UFO. W tej produkcji poznajemy dziewczynę, która mieszka na uboczu w domu wypełnionym bibelotami. Ten dom wygląda trochę jak sklep typu Home&You. Ona tam ma wszystko. W sumie, Marku, ja nawet nie wiem, co więcej o tej postaci powiedzieć.
[01:59:06] - Ona, zdaje się, produkuje te przedmioty. Takie odniosłem wrażenie. Należy państwu wytłumaczenie, dlaczego my dzisiaj z Piotrem moglibśmy bardzo często wypowiadać tę frazę, że odnieśliśmy takie wrażenie. Bo film, który trwa półtorej godziny, zawiera w sobie taką dawkę języka angielskiego, że nawet ja, znany z tego, że nie dość, że kaleczę ten język w sposób okrutny, to jeszcze rozumiem trzy po trzy, zrozumiałem wszystko. Bo tych zdań w całym filmie pada kilka. I tak chyba przesadziłem, bo to raczej są takie monosylaby albo takie pojedyncze słowa, więc lista dialogowa nie jest rozbudowana. W związku z tym, żeby się czegoś domyśleć, żeby coś powiedzieć o bohaterce, o innych postaciach przemykających przez ekran, to trzeba trochę pogłówkować i trzeba pokombinować. Powiem zatem, że ja odniosłem wrażenie, że ona te bibeloty różnego rodzaju jakoś produkuje i rozsyła po świecie szerokim, i ona może z tego żyje nawet. Tego absolutnie nie wiem. W każdym razie ta dziewczyna, to powiem państwu jedno: moim zdaniem to jest świetna aktorka.
Aż szkoda jej do tego filmu. Świetna aktorka, bo ona musi grać, praktycznie rzecz biorąc, twarzą, postacią i sobą po prostu, co nie jest zadaniem łatwym w filmie, umówmy się, średnim. I tak jestem łaskawy.
[02:00:55] - Ale to równie dobrze mógłby mim zagrać. Ireneusz Kross tam by mógł zagrać i mielibyśmy to samo.
[02:01:02] - Tak, to prawda. Natomiast co my jeszcze możemy wywnioskować z takich ogólnych dekoracji?
[02:01:09] - A ja już się wysprzęgliłem i powiedziałem, że mi się ten film nie podoba, a mieliśmy zrobić inaczej. Dobra, to leć.
[02:01:18] - Możemy wyciąć.
[02:01:20] - Nie, to musi zostać, bo to dodaje smaczku.
[02:01:24] - Okej.
[02:01:25] - To musi być element sporu, bo potem nam znowu zarzucą, że po co my omawiamy filmy, jak nam się obu podoba albo się nie podoba.
[02:01:34] - Znaczy wiesz, żeby tam zaraz „mi się nie podoba”. Ale troszeczkę takie votum separatum zgłaszam, bo to nie jest, proszę państwa, dobry film. Czegoś my się jeszcze dowiadujemy. Też się w tej chwili wysypałem, ale świadomie.
[02:01:51] - Tak. Czego my się dowiadujemy? Przede wszystkim tego, że ona ma dom i ma przerąbane w lokalnej społeczności i czegoś się wstydzi.
[02:02:02] - Z jakiegoś powodu ma przerąbane.
[02:02:04] - Tak, coś zrobiła. I że jej mama nie żyje, chyba ojciec też nie żyje i ona do kogoś pisze list. I powiem wam tak, jakby to tak ładnie ująć, delikatnie. Ja o tym filmie niewiele wiedziałem. Myślałem, że to jest po prostu dobra produkcja, taka klasyczna. Nawet jeżeli tam nie będzie czegoś zaskakującego, to będzie to zrobione na tyle dobrze, że będę zadowolony, ukontentowany i tak dalej. Najpierw mamy pokazany dom, bo nie bawmy się w to, że dzisiaj będziemy sobie szczędzić i gryźć się w języki, bo będziemy spoilerować. Ja myślę, że to nic nie zmienia. Ten film nie ma fabuły. W pierwszych scenach widzimy, że ona mieszka w domu, coś się tam dzieje.
I dochodzimy do kulminacyjnego momentu tej pierwszej części filmu, że mamy przeczucie, że się zaraz zdarzy coś dziwnego. Jest noc, dzieją się-
[02:03:08] - Zaraz, przepraszam, muszę przerwać, bo jeszcze zanim ta noc, o której powiesz, to dziewczyna odwiedza, ponieważ ten jej dom jest umieszczony, zlokalizowany na przedmieściach i ona odwiedza to miasteczko. I jedno wiemy na pewno: w tym miasteczku ona jest, już wspomnieliśmy o tym, nielubiana i my to widzimy tak wprost. Ona do kogoś macha, nikt jej nie odmachuje. Wszyscy odwracają się, starają się jej nie widzieć. To po prostu jest dziwne. Wtedy jeszcze miałem nadzieję, że coś z tego filmu będzie, bo ona jest absolutnie takim śmierdzącym jajem w tym miasteczku. Nikt nie chce z nią mieć nic, absolutnie nic wspólnego. Ona wraca do domu. I teraz Piotrze, oddaję ci głos, bo następuje noc.
[02:04:09] - Tak, ona w ogóle też taka nieżyciowa. Zamiast mieć trochę wywalone na nich wszystkich, to tam się wdzięczy do nich. Następuje noc. Wiemy, że się stanie coś dziwnego. I oczywiście pojawia się kosmita i niestety robi się na samym początku nieciekawie, bo nie wiem nawet, jak to określić. Od tego momentu film zaczyna przypominać coś w rodzaju teledysku. To nie jest film, to jest jakaś nowa forma wizualna, eksperymentalna. To się kupy nie trzyma momentami. Widzimy, jak bohaterka biega, turla się, ucieka, stęka i robi miny. Tak jakbym miał być szczery, to jest połączenie gameplaya takiego, jakiego się ogląda, jak ktoś gra w grę na YouTubie z teledyskiem.
I po kilkudziesięciu minutach stękania i słuchania tego, że ją tam coś boli, ją kosmita szarpie, to się ma naprawdę dość. Jak powiedziałeś przed chwilą, z ust bohaterki przez kilkadziesiąt minut nie pada żadne słowo. Chyba do 70. minuty. A jest to, powiedziałbym, ewenement w jakimś sensie. Pamiętam, że jak byłem mały, to oglądałem taki film osadzony chyba w uniwersum „Gwiezdnych wojen”, gdzie też żadne słowo nie padało praktycznie. Ale tu jest znacznie gorzej, bo pojawia się też ten kosmita. Kosmici w sumie się pojawiają. Dochodzi do mordu na obcym i ten mord na obcym w sumie nie wnosi nam nic do tego filmu, bo mamy taką sytuację, że dziewczyna po prostu zabija przypadkowo uderzeniem w głowę kosmitę, który przychodzi do tego domu pełnego bibelotów, wprowadza tam straszny zamęt, burzy jej te dekoracje. I ona go ciach, niszczy.
Nie tylko jego, jak się potem okazuje. Ale to nam w sumie też, Marku, nic nie zmienia. Bo ja sobie wtedy pomyślałem, kiedy ona go ukatrupiła, że to może będzie komedia, a jednak nie.
[02:06:20] - Nie. Ale targana wyrzutami sumienia, nie, żart, albo poczuciem, że wydarzyło się jednak coś niezwykłego, następnego dnia rankiem dziewczyna zastawia wejście do domu kanapą, żeby nie było widać trupa kosmity, bo drzwi jakieś takie wyłamane były.
[02:06:49] - Jego też ciężko przesunąć, nie?
[02:06:51] - Tak.
[02:06:52] - Nie przychodzi do głowy.
[02:06:54] - Ale go zakrywa jakąś taką narzutą i udaje się do miasta. I my się z tej kolejnej sceny miejskiej dowiadujemy, że tam poszło coś na grubo, proszę państwa, bo pani, która sympatyzuje z miejscowym policjantem, prawdopodobnie żona z racji wieku, stażu tak to wygląda, że żona, pluje naszej głównej bohaterce w twarz. I tu się robi niesympatycznie, ale ta główna bohaterka jest jakaś taka mało energiczna i mało taka, nie wiem, życiowa. Nie mam innego słowa. W każdym razie taka wycofana jest trochę, więc się z tego komisariatu ewakuuje. Napluta już jest. Coś się dzieje, my wyraźnie czujemy. I ja jeszcze dalej miałem nadzieję, Piotrze, że komedia co prawda nie będzie, ale dokądś nas to prowadzi. Bo mamy trupa kosmity, mamy dziewczynę, która ogólnie w tym miasteczku coś przeskrobała. Oczywiście my się domyślamy, że to może mieć coś wspólnego z tą matką.
To w ogóle coś może wspólnego mieć z rodziną. Jakiś cmentarny motyw się pojawia. Kombinujemy i uważam, że to jest jakiś zabieg reżyserski. Kombinujemy co się stało. Wiemy jedno: dziewczyna ma przerąbane w tym mieście kompletnie i w związku z tym nie ma komu powiedzieć o tych zwłokach kosmicznych.
[02:08:44] - Tak, a przy okazji wszyscy są zainfekowani prawdopodobnie przez jakieś-
[02:08:49] - Tak, widać to na ich szyjach, to widać, że tam ich coś dusi.
[02:08:55] - Ale powiem ci, że ten film się robi nieprzyjemny, bo jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nawet jeżeli ktoś nam dopiero po pewnym czasie mówi, że to jest komedia, to się robi śmiesznie. A tutaj tak: mamy wątek taki parahumorystyczny, połączony z jakimś filmem psychologicznym, jakimś melodramatem i to w pewnym momencie staje się męczące. Ja już nie mówię o innych minusach, bo to zachowanie obcych, którzy dokonują chyba inwazji na Ziemię, też pozostawia wiele do życzenia. Oni się nie wydają zbyt inteligentni. Spodziewałbym się po nich więcej. Szczególnie jak zobaczycie, jak ona ich tam unicestwia. Lepiej to ogólnie przemilczeć. Podobnie jest ze stroną wizualną tych kosmitów. Jest to po prostu złe i tyle. Ale wiesz, taki mój główny zarzut w tym filmie, mówiący o tym, że ten film jest albo niedopracowany i on gdzieś tak jest ucięty, że tam od minuty 60 do 90 trochę brakuje i to zostało wycięte, to nie zostało zrealizowane.
Ten mój zarzut główny jest związany z tym, że my cały czas dostajemy takiego robaka na haczyku, że ona ma jakąś tajemnicę, wielką tajemnicę. Coś przeskrobała, coś strasznego zrobiła. Bo wiadomo, chowa się, jest opluwana, z domu nie wychodzi, z czegoś żyje, a nie wiadomo z czego. Ale koniec końców to się nic nie dowiadujemy. Czyli równie dobrze ta bohaterka może być chora psychicznie albo coś. Nie ma żadnych wyjaśnień, nie ma końca w tym filmie. Inaczej: końcówka jest natomiast absolutnie absurdalna. Powiem ci, że ja już nawet nie wiem, jak to określić. To jest głupota. Głupota, bo ten film jest kolażem.
Ta końcówka wygląda, jakby była doklejona z jakiejś „Hanny Montany”. Kiedyś Disney robił takie dla młodzieży musicale. I to tak wygląda, jakby jakaś scena z „Kopciuszka”, z „Hanny Montany” tam została doklejona i to wygląda, jak skopiowane z filmu z Bollywood. Istny koszmar jest na końcu. To jest po prostu głupie.
[02:11:32] - Ja wtedy, Piotrze, zacząłem patrzeć na ten film inaczej, co mnie kosztowało kolejną zmarnowaną godzinę, bo oczywiście musiałem sobie pewne wątki obejrzeć drugi raz. Tak, słowo „zmarnowana” jest adekwatne i użyte świadomie. Bo zacząłem kombinować w ten sposób: czy aby na pewno, wbrew zapewnieniom dystrybutora, mamy do czynienia z filmem o UFO i z filmem o obcych? Bo przyszło mi do głowy, że to jest film z zachowaniem miary tego wszystkiego, ale który ma ambicje bergmanowskie, który chciałby nam opowiedzieć historię wyalienowania, historię oderwania, wyobcowania dziewczyny. A UFO, wszystkie te elementy z UFO związane z obcymi to są elementy mające tworzyć klimat, ale właściwie, które pełnią rolę drugorzędną. One mają nam odzwierciedlać to, że bohaterka jest inna, że bohaterka jest zagubiona, że bohaterka porusza się gdzieś na granicy prawdziwego życia a życia wewnętrznego, imaginacji. Bo przyszło mi do głowy, że bohaterka po prostu jest załamana i jest oderwana z jakiegoś tam powodu. Nie wnikajmy, bo nie dowiemy się tego. I następuje pewna przemiana w niej, bo końcówka — mówiłeś, Piotrze, że możemy spoilerować, więc zaspoilerujmy — końcówka jest optymistyczna, bo w pierwszych scenach oglądamy, że jeden z bohaterów, ona macha do niego, a on jej nie odmachuje, to na końcu odmachuje. Wszyscy są w mieście tym, na który przypadła inwazja, uśmiechnięci, wspaniali.
[02:13:42] - Ale dlaczego? Dlatego, że zainfekowani przez obcych.
[02:13:46] - Tak. I wiesz co? Można by snuć różne teorie: albo tę moją psychologiczną, że tam się coś zmieniło i w związku z tym nastąpiła przemiana. Ale równie dobrze możemy-- zrobi się teraz mrocznie. A może to jest film z gatunku, który ma nas przekonać, że NWO, obcy, jakieś siły mroczne i tajemne rozwiążą nasze problemy, nasze frustracje, nasze wyobcowania. Wszyscy będą szczęśliwi i będzie nowy, wspaniały świat, w którym nie będzie już zła, nie będzie ludzi wyalienowanych. Będzie uśmiech, radość i powszechny nie tylko dobrobyt, powszechne szczęście. I to oglądamy w ostatnich scenach. A wszystko za jaką sprawą? Za sprawą tych, którzy przylecieli.
Oni nam to życie uporządkują. Jakbym chciał snuć teorie spiskowe, to skoro ma nastąpić za niedługo, ponoć według teorii niektórych spiskowych, moim zdaniem niesłusznie nazywanych spiskowymi, sam termin teorie spiskowe jest głupi, ale to zostawmy na inną okazję. Natomiast według tych teorii nazywanych spiskowymi ma nastąpić fałszywe ujawnienie. To jest znakomity film, który ma nas przekonać, że obcy rozwiążą nasze problemy. Wiem, poszedłem na grubo do filmu, który takich interpretacji chyba nie wymaga, ale żeby być uczciwym, musiałem to zrobić.
[02:15:31] - Tak, wszystko byłoby dobrze, gdyby ten film nie opowiadał jakiejś historii. On nie opowiada żadnej. Taki zarys dostajemy. Ja powiem z innej mańki. Jeżeli ktoś miał nadzieję, że to jest film dla dorosłych, to nie jest. On jest sprzedawany, lansowany jako pełnowartościowy horror. Ale to nawet film nie jest. Dlaczego? Powiem za chwilę. To nie jest dla dorosłego widza.
To jest dla młodszych nastolatków co najwyżej. I ta symbolika, która tam jest podawana, też jest dość wątła. Niesmak, jaki pozostaje, jest jeszcze większy niż w przypadku "Skina Marinka", bo tam przynajmniej udawano art house. A wiesz, co mnie najbardziej zniesmacza? Fakt, że kiedy sobie poczytamy komentarze i popatrzymy na oceny, to ludzie są zachwyceni tym łajnem, że tak powiem.
[02:16:28] - Tak, to jest film, Piotrze, tu zacytuję klasyka: "przeczyszcza łagodnie, nie przerywając snu".
[02:16:35] - Dokładnie. Ale ja ci powiem jeszcze jedną uwagę, która mnie naszła, bo moim zdaniem to jest film nowego typu. Otóż wydaje mi się, że takich będzie więcej. To jest film dla przyszłych pokoleń, eksperymentalny. On powstał po to, żeby zbadać rynek, bo to jest produkcja dla ludzi wychowanych na YouTubie, Twitchu, TikToku i tak dalej. I dla nich się będzie produkowało filmy pozbawione sensu, ale przeładowane wizualnie i przeładowane emocjami. Zauważ, że tak jest właśnie w tym, o którym mówimy. Tam bohaterka ucieka, krzyczy, stęka, ale nie mówi, bo to już za bardzo obciąża umysł. Będzie się pokazywało efekty i aktora, ale bez nadmiernego rozciągania scenariusza. Bo ten film, o którym teraz opowiadamy, jest taki, jakbyśmy oglądali zapis, jak ktoś gra w grę.
Takie mam wrażenie, że się pokazuje, że ktoś się krząta po świecie, którego nie zna i to wygląda jak gra survivalowa z udziałem kosmitów. Moje finalne zdanie jest takie, że szkoda, że mnie nikt nie obronił przed filmem "Nikt cię nie obroni", Marku. Uważam, że to jest jedna z najgłupszych rzeczy, jakie widziałem i dodawanie do tego jakichkolwiek interpretacji jest szkodliwe. Dlatego, że myślę, że tam nie ma takiej warstwy symbolicznej wielkiej, abyśmy mogli sobie coś do tego dopowiadać. Myślę, że to jest film eksperymentalny, powstały dla dzieci i pokazujący, jak wykorzystać pewne istniejące tendencje. Ja się boję, że ich będzie więcej w ogóle.
[02:18:26] - To jest ciekawa teoria, Piotrze. To mi nie przyszło do głowy. Starałem się ten film, tak jak mówiłem, rozgryzać właśnie na inne sposoby, trochę psychologizować, trochę na przykład wyłączyć ten wątek paranormalny, żeby zobaczyć go oczyma nie paranormalnymi. Próbowałem różnych zabiegów. To wszystko rodziło jednak frustrację, ponieważ nie przynosiło efektów, jakich się spodziewałem. W związku z tym ja chętnie przyjmuję to twoje wyjaśnienie i twoją teorię, że to być może jest film nowego typu. Nowe obrazowanie w kinie następuje. Ale jedną rzecz dobrą chyba na koniec chciałbym powiedzieć, bo-
[02:19:20] - Że się skończy i że był krótki.
[02:19:23] - Tak, ale jednak dobrą powiem. Możesz oczywiście zaprzeczyć, nie zgodzić się. Ja jednak zostanę przy tym, że efekty specjalne, inaczej, źle. Ja się nie znam na efektach specjalnych. Pewna wizualność odnosząca się do obcych takich sztampowych. Znaczy znowu, nie spodziewajcie się państwo wizjonerstwa, ale te wszystkie promienie unoszące obcego w górę to jest tak już oglądane tysiące razy, tylko zrobione znowu- To jakby nie do tego filmu. Nakłady musiały być, żeby te efekty zrobić. Przypuszczam, jakieś musiały być całkiem solidne. Dostajemy kino, jak to ująć? Nie hermetyczne, tylko takie sterylne.
O, sterylne, lepsze słowo. Otóż dostajemy obrazy, które już państwo widzieli po kilka razy w różnych innych filmach, a tu je dostajemy w dużym natężeniu. Obcy unoszący się w górę, pojazd kosmiczny strzelający światłem w dół i w związku z tym tam się coś dzieje. I tak dalej. Zaręczam państwu, że obrazy, które są w tym filmie, widzieliście już w dziesiątkach innych. Sam nie wiem, czy to jest dobre, czy złe, ale obrazy. To jest zresztą potwierdzenie tego, co powiedziałeś. Pewna obrazowość, chciałem powiedzieć wizyjność, ale to by źle zabrzmiało. Nie do tego filmu. Obrazowość tego filmu jest na takim poziomie do przyjęcia i myślę, że ekscytować będzie niektórych ludzi.
Nie wiem. Powiedz, Piotrze, co o tym sądzisz.
[02:21:13] - Na pewno będzie ekscytować. Tym bardziej że przypomina coś w rodzaju trailera z gry. Tam się dużo dzieje, jest dużo migotania, dużo kolorów, dużo przeżywania i myślę, że do nastolatków i tych młodszych nastolatków może to trafić. To jest film dla pewnego pokolenia. Zrobili grzech, że od razu tego nie powiedzieli, że to jest po prostu dla dzieci. Tak mi się wydaje. I to jest jedna z najgorszych rzeczy, jaką widziałem w ostatnich latach. Nawet filmy klasy B, C i tak dalej nie były tak złe jak to. Już tak trochę żartobliwie powiem, na takim zupełnie życiowym poziomie. Jeżeli się kręci film i chce się, żeby był wiarygodny, nawet jak się go przeładuje dekoracjami, ładnymi rzeczami, to trzeba trochę go urealnić.
Ta aktorka, jaka by tam nie była, przez te 70 minut nie mówi nic. Biega, stęka, sapie, dyszy, krzyczy trochę.
[02:22:21] - Dlatego powiedziałem, że jest niezła, że ona to wytrzymała, udźwignęła tę rolę.
[02:22:26] - Zwyczajny człowiek tego nie wytrzymałby. Po pewnym czasie krzyknąłby: „O Jezu!” albo „motyla noga”, albo jakieś inne brzydkie słowo. A tutaj nic. Ona się męczy. W pewnym momencie aż się prosi, żeby ten kosmita ją wziął i nie chcę powiedzieć: „dobił”, ale uśpił na przykład jakimś magicznym dotykiem. Ciężka przeprawa.
[02:22:48] - Jakby ją nawet zgwałcił, to coś by się działo na tym filmie.
[02:22:52] - Cokolwiek by zrobił. Obiecuję wam, że w tej serii „Filmotekarium” już nie będzie takich złych filmów. Ale nie dajcie się nabrać. Dlatego dzisiaj omówiliśmy, że daliśmy się trochę nabrać producentom. Dlatego, że ten film wyleciał jako pełnoprawny produkt dla dorosłych, a nie powinno tak być. Cóż, Markus, do usłyszenia za tydzień w kolejnym „Filmotekarium”. Już na pewno będzie lepiej. Na pewno będzie o czym pogadać i na pewno będzie co polecić. Tak chyba najlepiej powiedzieć.
[02:23:38] - Do usłyszenia. Ja tylko jeszcze na koniec powiem, że tym wszystkim z państwa, którym moja uwaga o gwałcie wydała się jakoś szczególnie obrazoburcza, mimo wszystko zostaję przy swoim zdaniu. Gwałt nie jako sam akt, który następuje, tylko jako pewna figura, że coś się w filmie dzieje i tylko o to chodziło. Dobrej nocy życzę państwu. Tak, dalej nie zwalniamy tempa i sięgamy po audycję. Z korespondencji wiem, że to jest ta część audycji, którą niektórzy z państwa szczególnie cenią. To właśnie wraca. „Labirynt książek” Mirosława Gołubińskiego. Tak rozpoczynamy emitowanie tej audycji. Zaczynamy od książki Agnieszki Hałas „Olga i Osty”.
[02:25:10] - Dzień dobry. Właściwie dobry wieczór. Nie wiadomo, kiedy macie państwo czas odsłuchać moje kolejne zaproszenie do „Labiryntu książek”. Dzisiaj książka inna, wyśmienita, bardzo wielopoziomowa i jak to często w Polsce bywa, kompletnie niezauważona przez szerszą publiczność, nawet fantastyczną, która była czy jest docelowym odbiorcą tej książki. Mam na myśli powieść Agnieszki Hałas „Olga i Osty”. Najpierw wprowadzę króciutko w treść. Nie jest to powieść długa, ale bardzo ważna i wysmakowana. Olga dobija trzydziestki. Życie jej nie rozpieszcza. Trochę pracowała w księgarni, ale zamknęli księgarnię, więc teraz tuła się od zlecenia do zlecenia jako redaktorka, korektorka.
Pewnego pięknego, może niekoniecznie pięknego, ale pewnego dnia, właściwie wieczoru, przekracza granicę i znajduje się w innym świecie. W świecie, w którym rządzi magia, pojawiają się domowiki, a przede wszystkim wszystko jest inne, bo światem tym rządzi królowa ostów, której twarzy nigdy nie zobaczymy, bo ma na niej drewnianą maskę, a jej słudzy w nocy zmazują barwy, a inni w dzień nad ranem je przywracają. Cóż to za kraina? Właśnie taka bardzo skomplikowana, bo to jest tak naprawdę opowieść o miłośnikach fantastyki. Dojdę do tego, dlaczego i jak to się u nich układa. Olga poznaje w pewnym momencie Dominika, którego miała zostawić żona, ale zginęła w wypadku. Dominik też jest geekiem i gdy wydaje się, że coś może, znika. Znika na dobre. Olga kilka razy z rzędu przeżywa śmierć własnej matki. Gdy powieść się zaczyna, mama nie żyje, ale potem po powrocie z kolejnej wyprawy do magicznego świata matka znów żyje i znów choruje.
Olga przeżywa to wszystko od nowa. Tak naprawdę nie wiemy już, jaka kolejność wydarzeń jest właściwa. Wiemy, że jest. Wiemy, że— i tutaj narracja nam daje bezpośrednie wskazówki— nie da się tego przeczytać bez Freuda i jego sposobu czytania snów, ale również jego sposobu, właściwie nie tyle bezpośrednio jego, co jednego z jego prawie że bezpośrednich uczniów, Bruno Bettelheima. Nie da się czytać bez nich inaczej niż freudowsko baśni. Niekoniecznie musimy się dzisiaj zgadzać z Brunonem Bettelheimem, ale na pewno jego odczytania są interesujące i zdecydowanie pojawiają się jako jedna z możliwych projekcji rozwiązań w powieści Agnieszki Hałas. To powieść, w której trzeba śledzić szczegóły. Przez całą przewija się motyw gry w RPG. Wszyscy, którzy mieli kontakt z fantastyką, doskonale wiedzą, czym jest role play game. Tym razem jednak w tego RPG grają i dziewczyny, i chłopacy.
Nigdy nie widzimy gry. Po prostu Olga chodzi do przyjaciółki, u której te gry się rozgrywają i kolejne lata powodują rozpad jej RPGowego świata. Bo jeden wyjechał za granicę, drugi się ożenił. I nagle, nie wiedzieć kiedy, Olga zostaje sama. Nie dogaduje się z bratem, bo brat ożenił się. Jest porządnym człowiekiem. Porządnym oczywiście w cudzysłowie. To ona opiekuje się matką, ale matka ma też do niej wieczne pretensje. Tak, Olga jest geekiem. Ale po co jej ten świat?
Po co jej świat, w którym wszystko jest inne, a jednocześnie jakoś znajome? To powieść bardzo dobrze skomponowana. Każde wydarzenie, każdy przedmiot, każda postać, które w niej się pojawiają, powrócą, by znaleźć nowe zastosowanie. Powrócą, by dać odpowiedź, często nieostrą, często wieloznaczną, na pytanie, które możemy temu tekstowi zadać. Rzadko używam tego słowa, bo generalnie go nie lubię. Uważam, że jest po prostu nadużywane. Ale Agnieszka Hałas napisała coś, co śmiało można nazwać realizmem magicznym, ale nie w tym sensie, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, czyli tym odnoszącym się do generalnie bardzo politycznej literatury iberoamerykańskiej. Ale mało kto wie, że po raz pierwszy pojęcie realizmu magicznego pojawiło się w 1925 roku, prawie 40 lat przed powieścią Márqueza „Sto lat samotności” w odniesieniu do niemieckich postekspresjonistów. I wówczas chodziło właśnie o to, z czym mamy do czynienia w powieści Hałas. W zderzeniu tego, co realne, z tym co magiczne.
W tym, że to zderzenie wytwarza absolutnie nową jakość. Opowiada nam historię z pogranicza jawy, snu. Sięga gdzieś do naszej podświadomości. Stąd aluzje do Freuda przewijające się przez tę powieść są absolutnie słuszne. Oczywiście w tym sensie realizm magiczny uprawia Bruno Schulz w swoich opowiadaniach. Bardzo w realizm magiczny wpisuje się powieść Radka Raka „Kocham cię, Lilith”. Jedno z pierwszych spotkań w naszym labiryncie. Tak, to jest realizm magiczny i oczywiście w tym bardzo wąskim sensie. I „Olga” i „Osty” są właśnie taką powieścią. Powieścią, która, tak jak powiedziałem na początku, pozostała kompletnie niedoceniona przez odbiorców.
Owszem, była nominowana do Nagrody Zajdla i Żuławskiego, ale przegrała. Nie wiem, jakim cudem. A może wiem. Bo to nie jest powieść łatwa. To nie jest powieść, która jest puchata. Ona nie przynosi łatwego pocieszenia, a jednocześnie nie jest to absolutnie powieść akcji w takim rozumieniu, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni przez fantastykę. Ani jedno, ani drugie w tym wypadku się zwyczajnie nie sprawdza. To jest powieść o kimś i o sprawie. To ten typ powieści, który ja bardzo cenię, ponieważ ona sięga znacznie dalej, niż mogłoby się wydawać Przeciętnemu czytelnikowi. To znaczy taka powieść, która w zewnętrznej warstwie fabularnej już utrudnia nam życie, bo nie jest linearna, bo nie może być.
Ale właśnie z tej nielinearności wynurza się coś innego. Z jednej strony opowieść o Agnieszce Hałas. Nie wypominając nikomu wieku, oczywiście. Jest gdzieś z początków roczników ’80. Powieść ma już kilka lat, więc napisała ją krótko po trzydziestce. Myślę, że wielu, wówczas jeszcze dość młodych fandomowców, może w niej siebie odnaleźć. Napisała ją mniej więcej wtedy, kiedy sam zbliżyłem się do fandomu, zacząłem bywać na konwentach. Oczywiście wchodząc w zupełnie inną perspektywę, ale to wspólnotowe przeżycie własnej inności, odmienności, przede wszystkim w sposobie odczuwania świata, bardzo łatwo dało się i chyba dalej daje się rozpoznać. Zarówno Olga, jak i Dominik, dwoje ludzkich bohaterów, którzy tak naprawdę najczęściej pojawiają się w tej powieści i najwięcej o nich się mówi, ponieważ przyjaciele z RPG-ów są właściwie tylko wymieniani. I przyjaciółki oczywiście, bo to nie było wtedy takie oczywiste.
Daje obraz w takim błyskawicznym skrócie pozycji tych ludzi i ich przypadkowej, wynikającej nie z świadomych działań, ale ze zbiegów okoliczności, pewnego wykluczenia. Bo są troszeczkę inni, bo unoszą się te kilka centymetrów nad ziemią, jak mówił Baudelaire w genialnym „Albatrosie”. Mówił co prawda tak o poecie, że gdy unosi się nad ziemią, to jest przepiękny, ale gdy spada na ziemię, kompletnie sobie nie radzi i nieuważnie stawia kroki. Tak jest mniej więcej z tą dwójką. Oboje w tych chwilach, również wtedy, kiedy spotykają się ze sobą, odrywają się od ziemi. Jest w tym coś naprawdę magicznego, ale gdy powracają na nią, okazuje się, że kompletnie sobie nie radzą z rzeczywistością. Dlatego ta powieść jest taka ważna, bo udaje jej się opowiedzieć coś, czego nie da się opowiedzieć z zewnątrz. To opowieść o fandomie, ale napisana z wewnątrz fandomu. Poza tym, że to naprawdę świetna proza, jest również historycznym zapisem, oczywiście metaforycznym albo alegorycznym, jak kto woli, pewnego stanu rzeczy. Tak jakoś zamyśliłem się, opowiadając państwu o tej powieści.
Do zobaczenia.
[02:35:28] - Całkiem niedawno, dwa tygodnie temu bodajże, w „Bibliotekarium” występował Andrzej Pilipiuk. Mówił o alkoholu. Łączenie pisarstwa z alkoholem może się niektórym osobom wydać oburzające, ale proszę państwa, nie ukrywajmy, że w życiu jest tak, że oba te żywioły, czyli pisarstwo i alkohol, często się łączą. Efekty są różne, to trzeba przyznać. Niekiedy genialne, niekiedy grafomańskie. Trudno to rozdzielić, trudno jakoś szczegółowo oceniać czy też szczegółowo opisywać. Niemniej jednak wracamy do tematu, a wracamy za sprawą innego, bardzo ważnego, bardzo nagradzanego autora. Tym autorem jest Paweł Majka. Dzisiaj on opowie państwu o tych samych problemach. Nie, „problemy” brzmią poważnie.
O tej samej sprawie się wypowie, czyli o alkoholu, o jego piciu, niepiciu i w ogóle do czego on nam bywa potrzebny. Zapraszam. Audycja została nagrana podczas Sedeńconu w czerwcu tego roku. Zaręczam państwu, że tam problemy alkoholowe nie tyle nie występują, co nie są problemami.
[02:37:13] - Ale właśnie nie jestem po alkoholu, bo przyjąłem taką metodę, że nie piję alkoholu przed swoimi punktami programu. Po przygodzie z Białymstokiem na którymś Sedeńconie, gdzie powiedzieli: „Paweł, chodź, tylko skocz po naszą nalewkę”. Ja do tej pory nie pamiętam, o czym mówiłem tą prezentację. To dobrze, że ktoś pamięta. A może i dobrze.
[02:37:31] - Nie, pamiętam tą nalewkę.
[02:37:36] - Będę troszkę zestresowany, bo myślałem, że mam godzinę na przygotowanie się psychiczne. Na dzień dobry, może ktoś ma jakąś nalewkę, co? Słuchajcie, na dzień dobry muszę powiedzieć kilka słów przeprosin. Pierwsze przeprosiny są za to, że ja nie mam dla was nalewki. Drugie przeprosiny są za to— a jest kamera, muzyka? Nie ma kamery, to nie muszę. Bo chodziło, że nie będę mówił o paliwie do rakiet i alkoholu w paliwie do rakiet. A trzecie to takie przygotowanie, ponieważ ja wiem, że tu siedzą sami specjaliści od fantastyki i prawdopodobnie wiecie na temat alkoholu i fantastyki Co najmniej równie dużo jak ja, prawdopodobnie więcej. Ja też nie zjadłem wszystkich rozumów, nie wypiłem wszystkich wódek i nie przeczytałem wszystkich książek. W związku z czym może być tak, że ja czegoś nie będę wiedział.
I wtedy liczę na waszą podpowiedź, bo to się przyda. Bo zawsze przyjeżdżam na spotkania, na takie konwenty jak ten także, żeby czegoś się od publiczności dowiedzieć. Wiem, że jutro o alkoholu będzie mówił Andrzej Pilipiuk. On będzie mówił trochę w innym kontekście niż ja, mam nadzieję, ale pewnie początki będziemy mieli te same. Dlaczego będziemy dotykać początków? A początki są takie, że tak naprawdę naukowcy jeszcze się trochę spierają, od kiedy pijemy alkohol. Najczęściej mówią o neolicie, ale są też takie badania, które mówią, że w neolicie znajdujemy ślady wytwarzania alkoholu. Natomiast najprawdopodobniej ludzkość ten alkohol znała dużo wcześniej. Tu się opierają na przykład na badaniach może już nieistniejących, a jeszcze niedawno istniejących plemion, które potrafiły zasuwać przez pół Meksyku po to, żeby dojść do przekwitającej rośliny, która podczas przekwitania rzeczywiście produkowała w sposób naturalny alkohol. Bo też alkohol w sposób naturalny w przyrodzie występuje.
W kosmosie zresztą również. Jest chyba nawet jakaś taka planeta otoczona mgiełką alkoholową. Znaleźli ją astronomowie i wielu fanów już zaczęło kombinować, jak długo trzeba polecieć statkiem pokoleniowym, żeby tam dotrzeć. Natomiast pierwsze ślady narzędzi do produkcji piwa, bo piwo jest jednym z najstarszych, pochodzą z okresu około 5000 lat p.n.e., czyli 7000 lat temu i znaleziono je w Chinach. Nie, przepraszam, to było nawet 6000 lat temu. Znaleziono je w Chinach. Co więcej, znaleziono je w jednym z grobów. Czyli były na tyle ważne, że złożono je do grobu z różnymi innymi cennymi przedmiotami. Z kolei w Gruzji, to jest jeszcze ciekawa sytuacja. W Gruzji znaleziono odkształcone pestki winogron, zupełnie inne niż wszystkie inne pestki winogron, te naturalne.
Z czego naukowcy wyciągnęli wniosek, że to są specjalne, hodowane. To nie są naturalne, czyli hodowane winogrona. Te pestki pochodzą sprzed 5000 lat p.n.e. I teraz po co hodowano te winogrona? Z jakichś przyczyn naukowcy uznali, że na wino. Nie, że na rodzynki czy, że ktoś tam chciał zjadać winogrona. Nie. Pierwsze skojarzenie było takie, że na pewno wino. Jak ja chodzę, to ci rozbijam trochę pewnie balans dźwiękowy. Tak?
Okej. W związku z czym to najstarsze wino, o którym my wiemy, produkowano już przed siedmiu tysiącami lat. 5000 lat p.n.e. To jest kawał historii ludzkości. Zarówno piwo, jak i wino, i na to są już konkretne dowody, produkowano w Egipcie. Kojarzycie takiego gościa? Nazywa się Król Skorpion. Śmiech i chichot. Naprawdę istniał taki król. Oczywiście on nie wyglądał jak The Rock i nie miał odwłoku i w ogóle nie był takim herosem.
Ale był taki król Egiptu. To było chyba 3200 lat p.n.e. i przy jego grobowcu też znaleziono ślady po wazach z winem. Widocznie głównie w ten sposób przeszedł do historii. Przy czym wtedy wino Egipt importował przez długi czas i to importował z terytorium dzisiejszego Izraela. Czyli jeszcze ta sztuka musiała być trochę starsza. Egipcjanie, a po nich Grecy z kolei dokonali takiego odkrycia, że smak wina różni się w zależności od tego, gdzie rosną winogrona. Tak?
[02:41:52] - Jeżeli dobrze pamiętam, to były, zdaje się chyba zapisy na tabliczkach sumeryjskich, które określały, że danemu pracownikowi dziennie przysługiwało tyle i tyle piwa.
[02:42:04] - Do tego dojdziemy. Natomiast tak, rzeczywiście Egipcjanie, a potem Grecy po nich doszli do tego, że w zależności od tego, gdzie rośnie winogrono, to wpływa na smak wina. I zaczęli kombinować nad tym, jak te winogrona sadzić, jak je krzyżować. Także pojawiły się już pierwsze nalepki na butelkach „Wino Dom Perignon”, coś tam. Natomiast to, o czym ty mówisz, to prawda. Jednym z podstawowych napojów robotników, bo to jest istotne kolejne odkrycie Egipcjan, to znaczy, że wino jest dla elity. Plebs pije piwo. I rzeczywiście robotnicy egipscy cały czas pili piwo tak naprawdę. Co jednemu z badaczy historii alkoholu dało asumpt do stwierdzenia, że piramidy powstały po pijanemu. Jak je zbudowano?
Jedna z najstarszych zagadek ludzkości. Jak powstały piramidy? Mówią, że to kosmici, drudzy, że bogowie. A tak naprawdę oni wszyscy byli nawaleni.
[02:42:57] - No fajni. No fajni.
[02:43:00] - Oczywiście musimy też zdawać sobie sprawę z tego, że to wino i to piwo nie wyglądało tak jak dzisiejsze i nie smakowało tak jak dzisiejsze. Naukowcy i cenię bardzo naukę za to, że takie rzeczy robi, odtwarzali te wszystkie piwa i wina. One były zupełnie inne w smaku. Były cięższe, były bardziej kwaskowe, a przede wszystkim były pełne farfarcłości, ponieważ nikt ich nie oczyszczał. Do tego stopnia, że w lepszych knajpach starożytnej Grecji przelewano to wino przez sitko. Ale dlaczego o tym wszystkim mówię? Bo to nie ma być prelekcja o historii alkoholu, tylko alkoholu w fantastyce. Ale mówię o tym dlatego, że warto pamiętać, że alkohol towarzyszy nam od zawsze. A skoro towarzyszy nam od zawsze, to prawdopodobnie bardzo szybko trafił do literatury. Czy kojarzycie, jakie jest pierwsze dzieło literackie, w którym pojawia się piwo?
Otóż nie. Jest to w ogóle pierwsze dzieło literackie, czyli „Gilgamesz”. I mam tu sobie zdjęcia i zaraz wam przeczytam, co bardzo dużo mówi o kwestii kulturotwórczej alkoholu. Słuchajcie cytat z „Gilgamesza”. Tłumaczenie Stillera. „Nie umiał Enkidu spożywać chleba. Picia chmielu nie był uczony. Umiał tylko ssać mleko zwierzęce. Guzdrał się niezdarnie. Oczy wytrzeszczał, jak się zabrać do tego.
Nie wiedział, jak jeść i jak pić napitek chmielowy”. Pamiętacie Enkidu? Pamiętacie historię Enkidu? Zakładam, że tutaj nie muszę streszczać „Gilgamesza”, prawda? To jest tłumaczenie. Tamto to było piwo raczej pszeniczne niż śmietane, ale w tłumaczeniu użyto chmielu rzeczywiście. Natomiast zobaczcie, pierwszy epos, pierwsze dzieło literackie, które znamy, już mówi o tym, że bohater nie umie pić piwa. Po pierwsze, jak musiało być powszechne. Po drugie, zobaczcie, piwo staje się tu wyznacznikiem kulturowym. Bo kim jest Enkidu?
Enkidu jest tym szalonym dzikusem przysłanym przez bogów, który wyszedł z lasu, żeby trochę utrzeć nosa Gilgameszowi. I to, że on nie umie pić piwa, świadczy, że jest dziki. Także jako wyznacznika kulturowego używali alkoholu starożytni Rzymianie. Grecy, przepraszam. Widzicie? Potrzebowałem tej godziny. Starożytni Grecy. Dlaczego? Dlatego, że starożytni Grecy wpadli na pomysł, że nie jest złym pomysłem dolać do wina trochę wody. My teraz mówimy sobie: „Nie, to jest okropne.
Jak można rozcieńczać takie dobre wino wodą?” Natomiast w ich czasach to wino nie było takie aż pyszne. Ono było na przykład z wodą morską rozmieszane od czasu do czasu, plus te fartochy. Generalnie nie był to aż tak super fajny napitek, natomiast rozcieńczony trochę wodą natychmiast zyskiwał w oceni Greków na jakości. I Grecy zaczęli rozumieć to w ten sposób, że my, ci kulturalni, pijemy wino rozcieńczone. Cała reszta barbarzyńska pije to wino naprawdę bez wody. Zobaczcie, znów mamy, podobnie jak u Sumerów, których cenię za to, że mieli boginię od piwa swoją drogą. Podobnie jak u Sumerów mamy tę kwestię: wino, alkohol wyznacza nam miejsce w kulturze, pokazuje nam nasze miejsce. W Egipcie, przypomnę, to była kwestia też społeczna. Czyli elita pije wino, plebs pije piwo. Możemy się śmiać z alkoholu, możemy cierpieć z jego powodu od czasu do czasu, możemy na niego krzywo patrzeć, ale zobaczcie, od samych początków cywilizacji nie tylko był obecny, ale był bardzo ważny.
Dlaczego był bardzo ważny? Między innymi dlatego, że pochodził od bogów. Wspomniałem, Sumerowie mieli swoją boginię od piwa. Egipcjanie mieli przepiękny mit o tym, jak bogini, której nazwy w tej chwili nie pamiętam i nie chce mi się grzebać w notatkach, przepraszam was bardzo, przyszła zniszczyć ludzkość i demolowała tę ludzkość w sposób przeokropny, ale lubiła pić ludzką krew, więc inni bogowie, żeby sobie z nią poradzić, podali jej wino czerwone, udając, że to ludzka krew. Bogini się upiła i już była trochę łatwiejsza do pokonania. Znów możemy się zastanawiać, jakie jest pochodzenie tego mitu, co on miał oznaczać. I to może nie jest miejsce na to. Natomiast zobaczcie, znów istnieje to wino już w mitologii i to istnieje w bardzo pozytywnym aspekcie. Dlaczego alkohol miał aż takie znaczenie oprócz tego, że był smaczny? Oprócz tego, że znane powiedzenie, które pewno każdy z was słyszał: pije wodę jak zwierzę.
To nie jest pomysł Fandomu. To też jest pomysł starożytnych Greków. Ponieważ starożytni Grecy nie byli wbrew pozorom wielkimi fanami picia wody, uważali, że to jest obrzydliwe i nienaturalne. Natomiast picie wina rozcieńczonego wodą jest bardzo ok. Skąd się to bierze? Dlatego, że po pierwsze te napoje były albo dziełem bogów, albo darem bogów, albo udziałem bogów. Najbardziej znany prawdopodobnie nam wszystkim jest mit dionizyjski. On jest interesujący jeszcze z jednego powodu. Przychodzi Dionizos do biednego rolnika i daje mu winorośl i opowiada mu, jak ją uprawiać. Wino dostali Grecy od boga, bardzo konkretnego boga.
Co się dzieje w tym micie dalej? I to jest dość istotne i interesujące. Co się dzieje w tym micie dalej? Otóż ten rolnik zasiewa tę winorośl, zbiera ją. Nauczony przez Dionizosa wie już, jak robić z niej wino, więc robi z niej wino i zaprasza wszystkich chłopów ze wsi, swoich kolegów. Mówi: „Zobaczcie, jakie fajną rzecz mam, jakie wino”. I oni piją to wino. Im super smakuje, więc piją bez umiaru. Nie tak jak my, tylko naprawdę bez umiaru. Są przeszczęśliwi.
I to jest ta część, w której mit mówi o tym, że wino jest fajne, ale mit nie jest głupi. Oni się budzą na drugi dzień i już nie są tacy szczęśliwi. I stwierdzają, że czują się tak fatalnie, że ten ich kumpel chyba chciał ich otruć, w związku z czym robią mu bardzo smutne rzeczy. Badacze mitów mówią: „Zobaczcie, to pokazuje dwoistość alkoholu”. Alkohol może być czymś bardzo dobrym, może dać nam dużo radości, ale jest ta jego druga, ciemna strona. To zresztą łączy się z naturą alkoholu czysto chemiczną. Alkohol pity z umiarem w małych ilościach rzeczywiście nam pomaga. Poprawia nam nastrój, samopoczucie. Słuchajcie, podnosi też nasze skupienie. Mała ilość alkoholu.
Też były takie badania robione, wprawdzie na szczurach, ale przeniesiono to potem też na ludzi. Zaczęto od szczurów, jak zwykle. Pierwsze badanie na szczurach polegało na tym, że puszczano do labirynta szczura trzeźwego i drugiego po lekkiej dawce alkoholu. Ten po alkoholu szybciej znajdował drogę. I po kolejnych badaniach, także na ludziach, badacze doszli do wniosku, że mała ilość alkoholu pomaga w skupieniu. To jest niestety kwestia osobista, jak się możesz domyślać. Oczywiście to jest pewien problem. Skupiłeś się, skupiłeś, skupiłeś. Nic nie pamiętasz. Tak więc alkohol fizycznie i chemicznie działa tak samo jak mitycznie.
W pewnych małych ilościach naprawdę może nam pomóc. Może poprawić nam nastrój, poprawić naszą wiarę w siebie. W większych ilościach zaczyna nam przeszkadzać. I mity o tym mówią. Jeżeli poczytacie sobie „Ettę poetycką”, to ona jest pełna rad, co robić, kiedy człowiek się za dużo napije. Pamiętam jedno z przepisów brzmi: idź, połóż się na ziemi, ziemia dobrze robi na piwo, prawda? Biblia w Mądrości Syracha mówi: jak trochę przesadziłeś, to idź na bok, a ulży sobie. Już pomijam kwestię przemiany wody w wino Jezusa, bo to jest dla nas wszystko oczywiste. Obecność i związek wina z krwią nie po raz pierwszy. Bo zauważcie, kiedy Jezus zamienia wino w swoją krew, to przypomnimy sobie tą boginię, którą oszukano w podobny sposób.
Co więcej, przygody podobne miał też w starożytnym Egipcie Horus, ale nie będziemy tak głęboko wnikać. W Poznaniu wniknąłem tak głęboko i potem nie odpowiedziałem ani zdania o fantastyce, bo już nie było czasu. Tak więc mamy mitologię, mamy obecność alkoholu w mitologii, mamy obecność alkoholu w kulturze, mamy obecność alkoholu w literaturze. Przytoczyłem Gilgamesza, ale ten alkohol powraca w kolejnych opowieściach, w kolejnych mitach. Pije Gilgamesz. U nas piją absolutnie wszyscy bohaterowie Pana Tadeusza. Oni piją wesoło, ale w Cierpieniach młodego Wertera Werter się upija na smutno. Ten alkohol nam towarzyszy przez cały dzień literatury. I oczywiście, ponieważ fantastyka wywodzi się i z tej mitologii, i z tej kultury, i wywodzi się też z tej literatury, to fantastyka nie może się nie odnieść do alkoholu, o czym wiemy wszyscy w fandomie. Nie wiem, czy zauważyliście, fandom fantastyki ma pewien podobny etos do fanów heavy metalu, czyli czarne koszulki i piwo.
I to też jest istotne, bo okazuje się, że w tym momencie, zobaczcie, jesteśmy fanami fantastyki i wcale niekoniecznie wszyscy musimy lubić alkohol i go pić w mniejszych lub większych ilościach. Częścią etosu fana fantastyki jest picie piwa. Być może jest to wina Oramusa, który wręcz swoich felietonów nazwał Piąte piwo, prawda? Czyli wpisał je troszeczkę w ten etos już celowo, z premedytacją. Etos owar alkoholu jest bardzo istotny w literaturze. Czy przychodzi wam do głowy jakiś rodzaj literatury albo rodzaj dzieł popkulturowych, może w ten sposób, które w zasadzie nie istnieją bez alkoholu? Nie chodzi o to, że autor pił. Nie będziemy o tym rozmawiać. Niektórzy pisarze rzeczywiście pili po alkoholu, większość nie. Ale czy jest jakaś konwencja popkulturowa, która bez alkoholu praktycznie by nie istniała?
Ja pomyślałem o westernie. Zobaczcie, nie ma westernu prawie, w którym bohater nie przychodziłby do saloonu, w którym oczywiście zamawiał whisky, czasem piwo. Przychodzą mi do głowy tylko dwa westerny, w których bohater tego nie robi. Pierwszy to jest Lucky Luke, a drugi to jest właśnie Lemoniadowy Joe. Przy czym zobaczcie to, że on nie pije alkoholu. Lemoniadowy Joe, czeski western z doktorem Stravsmierem. Dla tych, którzy nie oglądali, bo to stary film jest. Zarówno Lucky Luke, jak i potem jego polski odpowiednik Pinio Bil, który dokładnie tak samo działa, nie pije alkoholu, jak i Lemoniadowy Joe. Ich wyznacznikiem jest to, że oni alkoholu nie piją. To jest tak ważne dla westernu, że oni są dziwni.
Oni są inni. Okej, są super strzelcami i są super dobrzy. Lemoniadowy Joe nawet chodzi ubrany na biało.
[02:53:49] - I śpiewa.
[02:53:50] - I śpiewa tak. Ale to pokazuje, jak bardzo ten alkohol w westernie jest istotny. W Unforgiven mamy sytuację, gdzie on nawet robi z was bohatera, nadczłowieka, prawda? Clint Eastwood nie pije w tym filmie, bo był alkoholikiem, w związku z czym fatalnie strzela. Kiedy zabijają mu przyjaciela, stwierdza: dość. Wypija trochę whisky i zaczyna rozwalać całe miasto. I wtedy okazuje się być świetnym strzelcem. Western bez alkoholu nie istnieje. I co ciekawe, i też ważne w popkulturze i niestety również w fantastyce. To miała być puenta, ale dobra.
Zauważcie, że western najczęściej pokazuje ten alkohol w taki sam sposób, jak robi to cała popkultura. Prawie. Czyli poprzez pewną wesołowatość. Alkohol jest fajny. Ewentualnie źli ludzie piją alkohol, dobrzy piją go w małych ilościach albo robią to i są trochę śmieszni. Jest przynajmniej chyba tylko jeden western, o którym wiem, który przychodzi do głowy, który pokazuje, że alkohol jest czymś absolutnie złym. Jest nim Prawo, gdzie Dean Martin jest świetnym rewolwerowcem, kiedyś znakomitym strzelcem, ale rzuciła go kobieta i się rozpił. I dostajemy sceny absolutnego upokorzenia tego Deana Martina, kiedy musi wydobywać ileś tam centów ze spłuczki, bo nie ma na alkohol i któryś z pogardzających go kowbojów rzuca mu do spłuczki. On musi z tej śliny wyciągać, żeby zdobyć na to piwo czy jedną setkę whisky. Jest to scena absolutnego, totalnego upokorzenia wielkiego kiedyś człowieka.
I potem western opowiada między innymi o tym, jak Dean Martin z tego wychodzi. Czyli pokonanie alkoholu staje się jego największym heroicznym czynem i znów staje się świetnym rewolwerowcem przy okazji. Także western jest z jednej strony osadzony bardzo mocno w alkoholu. Inną konwencją, która bardzo mocno siedzi w alkoholu i z której również bardzo mocno fantastyka u nas korzysta, to jest czarny kryminał. W czarnym kryminale istnieje postać prywatnego detektywa, który zawsze ma w swoim biurku szklaneczkę, butelkę whisky. To jest oczywiście najczęściej Marlowe i z Marlowe'a my bardzo często korzystamy. I Marlowe prawie cały czas sobie z tej buteleczki pociąga albo w innych okolicznościach przyrody też sobie pociąga. Polskim Marlowe'em jest Owen Yes Eugeniusza Demskiego, który jest przepisanym Marlowe'em niemalże w skali 1 do 1, tylko przeniesionym w przyszłość. I to, jak Owen Yes celebruje picie, to jest niesamowite. Demski bardzo wiele uwagi temu poświęca.
Nie wiem, czy dlatego, że sam lubi whisky, czy po prostu znalazł ten moment i zobaczył, że istnieje pewien etos picia w czarnym kryminale i Prywatny detektyw, który nie pije whisky, de facto nie jest prywatnym detektywem. Z nim jest coś nie w porządku. O ile western dostał swojego Lucky Luke'a, to nic nie wiem o prywatnym detektywie, który by nie pił. I co ważniejsze celebrował picie, bo to jest bardzo ważne. Nie chodzi o to, że ktoś się napije. Komisarz Maigret z liczącej chyba z 60 pozycji powieści francuskich, znakomitych zresztą, pije znacznie więcej niż Marlowe. To jest tak: Maigret idzie kogoś przesłuchać. Przesłuchuje, więc musi pójść napić się piwa w kafejce. Następnie znowu z kimś rozmawia przez telefon, więc musi napić się piwa. Potem idzie na obiad, więc wypija butelkę wina.
Potem walnie na to jeszcze jeden koniaczek, po czym wraca do domu na kolację, żeby wypić butelkę wina. Marlowe by tego fizycznie nie wytrzymał. Jeżeli przeczytacie sobie powieści Maigret, a warto, są bardzo dobre powieści, króciutkie, to tam ten alkohol leje się strumieniami, ale nie jest celebrowany. To, że Maigret pije mnóstwo alkoholu i w dodatku miesza wino z piwem, nie wpływa na niego w żaden sposób. Nie jest dla niego istotne. Być może dlatego, że jest Francuzem i picie wina do obiadu jest dla niego czymś oczywistym. Chociaż nie wiem czemu całymi butelkami. Natomiast Marlowe, a za nim Owen Yes albo u Glena Cooka w cyklu o detektywie Garecie, detektyw Gareth. Znowu tu mamy science fiction, mamy fantasy. Oni zawsze to picie celebrują, zawsze o tym alkoholu opowiadają.
„Och, to jest taka whisky. Och, to jest takie piwo”. Gareth jeszcze dorzuca, że nienawidzi wina, bo to tylko skwaśniały sok. Co też staje się cechą jego jako bohatera. Twardziele nie piją wina, chyba że są we Francji. Twardziele piją piwo albo whisky. Zobaczcie, że cała konwencja składa się zawsze z kilku wyraźnych elementów. To może być konwencja czarnego kryminału klasycznego. To może być konwencja czarnego kryminału fantasy, jak u Cooka. To może być konwencja czarnego kryminału science fiction, jak u Eugeniusza Adamskiego.
Ale ten element mocnego alkoholu celebrowanego, przeżywanego jest bardzo ważny i bez tego by tej konwencji nie było. Co jest istotne w czarnym kryminale? Dlaczego warto o nim wspomnieć w kontekście alkoholu? Ano to, że czarny kryminał mimo wszystko opowiada o ludziach połamanych, o ludziach pokonanych. Tam w zasadzie nie ma happy endów. Marlowe wychodzi cały, wygrywa. Znajduje mordercę, zazwyczaj morderczynię. Zazwyczaj jest nią blondynka strzelająca komuś w plecy, bo to kolejny element konwencji. Ale jest człowiekiem połamanym, zniszczonym. I ten alkohol jest elementem właśnie tego upadku.
Tego, że on żyje w takim świecie, że nawet supertwardziel musi się napić. U Nesbø to jest krok dalej, ponieważ Nesbø w ogóle opisał upadek bohatera. W każdym kolejnym tomie Harry ląduje coraz niżej. On jest alkoholikiem. I co więcej, widzimy, że ten alkoholik nie jest niczym dobrym. Potem narkomanem. To mu niszczy życie, niszczy mu rodzinę. Aczkolwiek to jest trochę inna konwencja kryminalna. To nie do końca czarny kryminał. To jest kryminał policyjny, w którym zauważcie, policjanci zawsze muszą mieć rozbite rodziny i muszą pić dużo wódki i mówić brzydkie słowa.
To jest polski kryminał. Skandynawski też. Tak nie klną, ale też tyle piją. Nesbø poszedł z tym do ściany. W innych kryminałach picie alkoholu i rozbite rodziny są tylko częścią scenografii, a Nesbø z tego wyciąga bardzo daleko idące wnioski i mówi: „Opisuję wam upadek wspaniałego człowieka”. Z którego on się de facto nie podnosi, bo Harry jak przestaje pić, to zaczyna ćpać, prawda? To jest też bardzo ciekawy przykład. Dlaczego? Dlatego, że widzimy destrukcyjną rolę alkoholu. Podkultura wcale tego nie lubi aż tak pokazywać.
Ona potrafi tym grać, jeżeli jest świadoma. Jeżeli jest nieświadoma, to bierze to jako część konwencji. Mniej doświadczony pisarz mówi: „Chcę napisać kryminał o policjancie. No to co? Rozwód? Dobra, zaznaczyłem. Alkoholik. Zaznaczyłem”. Cześć, to mu wystarczy. Już tak głęboko dalej już nie wchodzi.
To jego picie nie ma konsekwencji. U Nesbø ma druzgocące, straszne konsekwencje. Przypominacie sobie jeszcze jakąś- dobra, zresztą wam podpowiem o moim absolutnie ukochanym cyklu fantasy. Moim zdaniem to jeden z najlepszych cykli fantasy w historii wszechświata, czyli „Czarne Kompanie”. W „Czarnej Kompanii” pojawia się dwóch alkoholików. Właściwie nie alkoholików, pijaków. Fachowo są to czarodzieje. Fachowo jak tylko się napiją, zaczynają ze sobą kłócić, a potem okładają się po łbach czarami. Są w tym przezabawni. Ponieważ „Czarne Kompania” jest zawsze pisana z punktu widzenia kronikarza Czarnej Kompanii, w którymś tomie, chyba w „Snach o stali”, jeden z tych czarodziejów przejmuje kroniki.
Jego kroniki wyglądają w ten sposób: „Przybyliśmy do miasta buntowników. Zdobyliśmy to miasto, pokonaliśmy buntowników. Urządziliśmy z tego powodu imprezę. Kiedy byliśmy pijani, buntownicy wygnali nas z miasta”. I te opisy idą krok za krokiem, aż w końcu pani, czyli taka szefowa, odbiera mu kroniki. Już nie da zupełnie czytać. Słuchajcie, czy ta historia wam się z czymś kojarzy? „Jeżeli zdobywasz miasta, wszystkiego najlepszego”. Mnie się skojarzyła z „Ogniem i mieczem” i z panem za głową, który dokonał dokładnie takiej samej historii. Dostał pod zarząd chorągiew.
Z tą chorągwią przybył do wioski. Zdobył tą wioskę, ale we wiosce było wesele. To się zabawił, to się opił i obudził się skrępowany przez Kozaków. Zobaczcie zarówno Glen Cook, który wątpię czytał Sienkiewicza Ja i Sienkiewicz poszli dokładnie tym samym tropem. Wzięli zabawną postać, bo Zagłoba jest zabawną postacią, która ma słabość do alkoholu. Podobnie jak Jednooki w Czarnej kompanii. Patrzcie nawet Jednooki, a ten ma wielmo. Chyba jednak czytał tego. Ta zabawna postać bierze udział w wojnie, dostaje pod swoją komendę oddział. Wygrywa, ale w sposób zabawny traci zwycięstwo przez alkohol.
Zarówno w Ogniem i mieczem, jak i w Czarnej kompanii te sceny są zabawne. One służą rozrywce, ale mają trochę tej prawdy z tyłu. Zresztą w efekcie zarówno Zagłoba traci komendantostwo oddziału, jak i Jednooki. Jest to jeden z ważnych momentów w fantastyce, który pokazuje: to jest fajne. Śmiejemy się z tych pijaczków, ale to ma swoje negatywne konsekwencje. Wchodzą wam do głowy jeszcze jacyś fantastyczni pijacy? Tak jest. Galloway Graegger. Kojarzycie Galloway Graegger? To super genialny naukowiec, który grał ze słuchu.
Odkrywca. Wynalazca. Wynalazca. Tak, masz rację. Który, jak mówią, grał ze słuchu. To znaczy, on nie skończył żadnej szkoły. Był takim samoukiem, geniuszem. Ale kiedy dokonywał swoich wynalazków? Wyłącznie po pijanemu. Nie na bani.
On musiał być tak pijany, żeby urwał mu się film, bo wtedy do głosu dochodziło drugie ja. Autorem tej serii opowiadań był Henry Kuttner, który równocześnie popełnił inną serię opowiadań o rodzinie Hoogbenów. Rodzina Hoogbenów to byli mutanci, ale o supermocach. Tacy trochę Marvel to był. Tylko że to byli mutanci o supermocach, którzy mieszkali na głębokiej amerykańskiej prowincji i jedyne, czego chcieli od świata, to żeby się od nich odczepił i żeby się nie dowiedział o tym, że oni mają te supermoce. Bo dziadunio, najstarszy senior rodu, pamiętał ze swojej młodości na wyspie Atlantyda, że wtedy się o nich dowiedzieli i źle się to dla Atlantydy i dla nich skończyło. W związku z czym oni bardzo unikają rozpoznania, ale co pewien czas wpadają w kłopoty. Zazwyczaj dlatego, że tatuś lubi się napić. Co więcej, taciuś wynalazł genialną metodę na picie się. Prowadził sobie obieg zamknięty w krwi.
Jak już wypił butelkę wódki, to ten alkohol krążył w jego krwi bez końca. Oni mieli mega supermoce. Hoogbenowie są przezabawni. Opowadania o Galloway Graeggerze są przezabawne. Człowiek chichocze przy nich cały czas, bo to są komiczne opowiadania. Tak samo o Hoogbenach. Gorąco polecam. Chyba Wojtek Serneko kilka lat temu znów wydał „Stos kłopotów„ albo pod innym tytułem. „Próżny robot„ tak. Świetne rzeczy, ale zauważcie, znów alkohol jest tam ukazany w sposób przede wszystkim zabawowy.
Czy jeszcze wam coś przychodzi do głowy? Kruk tak. I u Kruka to był upadek. Rzeczywiście również. Psuje mi puentę ten Kruk. Dlaczego o tym wszystkim mówię? Ponieważ dążyłem do tego, taki miałem pomysł, że alkohol jako wątek literacki albo filmowy jest najłatwiejszy do użycia w dwóch ścieżkach. Takie przychodzą mi do głowy. Jedna to jest ta czysto zabawowa, bo pijacy są śmieszni, pijacy są zabawni. To najczęściej widać w filmach.
Oni się zatoczą, pobękoczą, powiedzą coś głupiego. W filmach bollywoodzkich wątek alkoholowy jest bardzo mocny i tam zazwyczaj właśnie jest przezabawny. Tam już piją tak, że to jest okropne. Faktycznie bełkoczą, przewracają się, pakują się w jakieś kłopoty. Jeżeli karzecie gry komputerowe, to w grach komputerowych, najczęściej w RPG, również pojawia się możliwość picia alkoholu RPG-owego, wirtualnego. W grze Skyrim, którą może kojarzycie, mogliście stoczyć pojedynek alkoholowy i tak się napić, że obudziliście się w świątyni, w której kapłanki patrzyły na was z bardzo dużą niechęcią, a okazało się, że piliście z jakimś demonem i wpakowaliście się w ciężkie kłopoty. A to przy okazji jest chyba najfajniejsze zadanie w Skyrim. Jest taka gra jak The Other Worlds, którą science fiction. Lecicie tam statkiem kosmicznym. Statek kosmiczny ma zresztą osobowość kobiecą i strasznie leci na robota sprzątającego.
Ale jak wracacie na swój statek kosmiczny, wasz komputer główny mówi: „Kapitanie, melduję, że załoga jest znowu pijana“. Znowu zabawna historia. Co więcej, jest to gra, która ma najwięcej wątków alkoholowych, jakie znam. Raz musicie znaleźć lekarstwo na kaca dla jednej bohaterki, żeby się do was dołączyła. Innym razem musicie zdobyć klucz do jakiegoś pomieszczenia. Jednym ze sposobów jest upicie właściciela tego klucza. A w jeszcze innej akcji, ponieważ macie bardzo sympatyczną inżynier na statku, ale bardzo nieśmiałą. Ona się zakochała w takiej innej inżynier. Nie wie, jak z nią porozmawiać. To idziecie z tą swoją koleżanką na piwo, na wino, upijacie ją i wtedy ją przekonujecie, że może żeby nabrała trochę odwagi i porozmawiała z tą wybranką swojego serca.
Tam zresztą jedną z opcji dialogowych jest moją ulubioną opcją dialogową w tej grze, ponieważ ta inżynierka pyta was: „No to jaką masz dla mnie radę?“ I tam jest kilka rad. Jedna brzmi: „Posłuchaj, alkohol to zawsze dobra odpowiedź“. Zobaczcie, to jest gra, która bardzo mocno, ale przede wszystkim zabawowo gra alkoholem. Są gry, w których można się trochę upić. No to Skyrim. Nie pytam, czy w Cyberpunku można się upić, bo nigdy w Cyberpunku- nie, można! Można się upić. Jest cały wątek, kiedy oddajecie Johnowi ciało na chwilę. On mówi: „Ja tylko załatwię jedną sprawę“ i zanim załatwi tą sprawę, idzie się upić. Ma też pojedynek na picie.
Właściwie robi wszystko, łącznie z wymiotowaniem, więc jest to wykorzystane w jakiś sposób. Jest kilka gier, w których kiedy pijecie, nagle kamera zaczyna się W "Wiedźminie". Jest gra "S.T.A.L.K.E.R.", gdzie w zasadzie nie można prawie przeżyć bez alkoholu, ponieważ alkohol zwalcza promieniowanie w waszym ciele. Co zresztą nie jest przez nich wymyślone. Alkohol ma takie działanie. Nie aż takie, że jesteście napromieniowani, że prawie umrzecie, walniecie banie i wy jesteście zdrowi. Ale rzeczywiście alkohol zwiększa nieco odporność na promieniowanie. To nie jest pomysł. Tak rzeczywiście jest. Więc w grach też mamy ten element zabawowy.
W filmach bardzo często, tak jak robią w Bollywoodzie, ale nie tylko w Bollywoodzie, są śmieszni. "Czterej pancerni" kiedyś się upili i byli przecież bardzo śmieszni w jednym z odcinków. Nawet w "Czterej pancerni". Hans Kloss specjalnie upił Brunnera, żeby nie dopuścić do dekonspiracji swojej. I to też jest przezabawne, gdzie potem Brunner ląduje w szafeczku i robi hajsa dla jakiegoś swojego szefa, a ten patrzy na niego z pogardą. Znowu rozegrano to, owszem, fabularnie, ale zabawowo. Więc to jest ta jedna ścieżka, w której alkohol służy, żebyśmy się trochę pośmiali. Przy okazji w tej ścieżce jeszcze ten wątek, że bardzo często ci, którzy się upijają, są ci źli, więc możemy obśmiać tych złych. Możemy ich wykiwać dzięki temu. Ale to też jest element komiczny zazwyczaj.
Jest ta druga ścieżka. Ścieżka, w której tak jak w Rio Bravo, tak jak masz rację z Krukiem, alkohol prowadzi do upadku. Alkohol prowadzi do upadku, w związku z czym pokazujemy, że picie alkoholu nie jest dobre. Ale zauważcie, w popkulturze to jest bardzo rzadko element główny. To jest element budowy bohatera albo scenografii. Kruk zmierzał ku upadkowi tak czy owak swoją drogą. Więc Glen Cook dodał jeszcze ten element, że on się zapija. Ja nie znalazłem zbyt wiele dzieł popkulturowych w fantastyce, w których alkoholizm jest traktowany naprawdę na super poważnie. Pamiętacie opowiadanie Hłaski "Pętla"? Na pewno.
Jeżeli nie, to pamiętasz film z Chrupkiem. To jest opowiadanie o alkoholizmie, który niszczy człowieka. Ono jest głównym tematem. Fantastyka prawie się z takim tematem za barki nie brała. Mówię prawie, ponieważ jest jeszcze Stephen King, czyli facet, który rzeczywiście doświadczył na własnej skórze alkoholizmu i pisze o tym bardzo mocno. Najmocniej w "Śnieniu". To jest to, o czym ty mówiłeś. Gdzie obserwujemy, jak facet po pierwsze przez alkohol jest podatny na wpływy zła, a po drugie jak powoli się stacza, staje się coraz gorszym człowiekiem. Można to potraktować jako powieść metaforyczną o alkoholizmie i bardzo często tak to jest traktowane. Natomiast King się zmierzył w tej powieści ze swoim własnym alkoholizmem, po czym napisał tam powieść, nie wiem, 30 latach ciąg dalszy, czyli "Doktor Sen".
Jaka jest ta powieść, to możemy się zgadzać. Ale zauważcie, znowu jest to opowieść o człowieku, który wyszedł z alkoholizmu, prawda? On opisał swój upadek alkoholowy w pierwszej części. W drugiej napisał, jak syn tego bohatera, który też wpadł w alkoholizm, jednak potrafił z tego wyjść. No i finalnie, przepraszam, teraz będzie spoiler, jest trochę inaczej niż w filmie. On dzięki temu radzi sobie ze swoimi demonami. Dogaduje się z nimi wręcz. To też oczywiście jest metaforyką. W miasteczku Salem alkoholikiem jest, pamiętam ksiądz. I to się dla niego kończy prawie tak samo.
To znaczy przez to, że jest alkoholikiem, przez to, że wraca do alkoholu zło ma do niego dostęp, demony mają do niego dostęp. Ale żeby napisać takie książki tak mocno i z takim zaangażowaniem, trzeba być byłym alkoholikiem. Nie ma byłych alkoholików. Trzeba być alkoholikiem, tylko powiedzmy już takim, który przestał pić. Bo choroba zostaje na zawsze. I kiedy myślę o fantastyce, przede wszystkim o fantastyce, to mam wrażenie, że w tej fantastyce najczęściej korzystamy niestety z tej części zabawowej. To jest o tyle smutne albo o tyle interesujące, że fantastyka ma aspiracje do tego, żeby mówić nam o większych rzeczach, ważniejszych problemach. I robi to. Fantastyka jest wspaniałym narzędziem, żeby opowiadać nam niezwykłe historie, wyciągać z człowieka-- o witamy. Dobrze, masz jeszcze 20 minut.
Żeby wyciągać z człowieka naprawdę niesamowite historie, niesamowite opowieści i bardzo często z tego korzysta. Ale niekoniecznie w tym przypadku. Nie wiem dlaczego. Zastanawiam się. W końcu fantastyka sięga bardzo chętnie do mitologii. A jak przypomnicie sobie tą historię o Dionizosie, który podarował rolnikowi winne grona, to wynika z niej, że już wtedy pokazano, że wino ma dobrą i złą stronę. I nie w sposób zabawowy. Ba! W przypadku Dionizosa to idzie o krok dalej. Pojawiają się takie panie, nazywa się bachantki.
Nie wiem, czy kojarzycie bachantki. Gospodynie domowe, które pod wpływem wina napadały na mężczyzn przydrożnych, gwałciły ich, a potem rozrywały na strzępy.
[03:14:03] - A w tej starej książce o księgach Vistulu, tam, gdy bohater głupie kłłąstwo, diabeł i buduje całe miasta.
[03:14:13] - Nie czytałem tej książki. Dlatego tak mówię. Bardzo jestem wdzięczny wam za to, że tu jesteście, bo czytaliście książki, jakich nie czytałem. Okej, nie dziwię się. Purpur jest mocny. Ja wprawdzie po nim nie morduję całych miast, chociaż w grach. Ale to też jest możliwe. Tylko pytanie, jak to jest zrobione? Czy to jest pokazane jako coś złego? Pewnie tak, ale czy jest to pogłębione, czy po prostu jest to tylko taki wytrych?
[03:14:33] - To jest taka główna cecha, która-- on jest jakimś spoko gościem, tylko jak wypije, wtedy jest zły.
[03:14:41] - Okej, czyli taki trochę doktor Jekyll i mister Hyde. Aha, o bachantkach. To też interesujące, bo bachantki po dokonaniu tych wszystkich rzeczy wracały do domu zakrwawione i nikt nie robił z tego powodu wyrzutów. Dlaczego? Dlatego, że były pod wpływem alkoholu, czyli były pod wpływem boga. Nie możesz mieć zarzutu do kogoś, że wymordował okolicę, jeżeli był pod wpływem boga. Co zresztą prowadzi nas do kwestii tego, że czasem alkohol służył dosłownie temu, żeby być pod wpływem boga. I to też niestety dość rzadko wykorzystywane w fantastyce. Może dlatego, że fantastyka rzadko sięga po szamanów, bo szamani wprowadzali się w stan kontaktu z inną rzeczywistością pod wpływem oczywiście narkotyków, czasem pod wpływem nawdychania się dosłownie dymu, żeby trochę mniej tlenu docierało do mózgu, ale także pod wpływem alkoholu. Szamani syberyjscy pili naprawdę bardzo dużo alkoholu po to, żeby nawiązać kontakt z inną rzeczywistością.
I to w naszym przypadku brzmi śmiesznie. Jeżeli my wypijemy tyle alkoholu, też nawiążemy kontakt z inną rzeczywistością, tylko o tym nie pamiętamy. U nich to była część rytuału, część religii. Fantastyka rzadko po to sięga. W ogóle mam wrażenie, że fantastyka — i to był jeszcze jeden istotny punkt do odhaczenia — fantastyka rozumie alkohol jako narzędzie do zabawy albo pokazania upadku bohatera. Jako narzędzie pokazania, że bohater jest twardzielem, jak w czarnych kryminałach. Natomiast rzadko sięga po ten element kulturowy alkoholu i rzadko sięga po ten element magiczny alkoholu. Okej, „Wiedźmin” tak. Wiedźmin musi używać alkoholu do produkcji eliksirów. Ale ile czytaliście powieści fantasy, w których alkohol służył właśnie celom mistycznym?
A przecież wszyscy jesteśmy z tradycji judeochrześcijańskiej, gdzie Jezus używał alkoholu w bardzo ważnym celu, prawda? Teraz przed nami rozłożone podwórko. To jest mój zarzut do fantastyki, zwłaszcza fantasy w kontekście religii. Fantasy bardzo rzadko używa religii inaczej niż jako narzędzia. Są tam jacyś kapłani, są tam jacyś bogowie. Generalnie większość ludzi jest albo ateistami, albo wierzy w tego boga na zasadzie kontraktu. Wierzę w boginię ognia, bo dzięki niej miotam fireballami. I być może stąd bierze się też stosunek do alkoholu. Jeżeli fantastyka, szczególnie fantasy, jest właściwie świecka i religia pełni w niej głównie funkcję magiczną i społeczną, to w jaki sposób autorzy fantasy mieliby dojść do mistycznego elementu alkoholu? W jaki sposób mieliby dojść do tego, że alkohol może być krwią boga albo krew boga może zmienić się w alkohol?
Nie tylko Jezus, Horus, Dionizos. Ten alkohol powraca w różnych mitologiach. W jaki sposób może dojść do tego, że alkohol może być drogą do boga? Nie mówię w sensie chrześcijańskim, tylko o tych przewodnikach, na przykład duchowych szamanów syberyjskich. Pewnie nie może. Właśnie z tej przyczyny, że popkultura bardzo łatwo gra kamyczkami, które sobie przekłada między sobą, żongluje, ale niekoniecznie wchodzi głębiej. Wiesz co? Chociażby po to, dlaczego zrobił to Stephen King. Żeby rozprawić się ze swoim wewnętrznym demonem. Ja jestem z kolei wielkim fanem światotworzenia i lubię, jak światy są trochę inne od siebie.
Glen Cook. Sorry, będę o nim mówił, ale po prostu jestem wielkim fanem Glenna Cooka. Wziął wojnę z Wietnamie i przeniósł ją do krainy fantasy, czym zrobił krok naprzód dla fantasy. Właściwie sam jeden stworzył tego bohatera zbiorowego. Po tym przyszedł Erikson, po tym przyszedł Wegner i jeszcze paru innych. To jest bardzo fajna gałąź fantasy i ją lubimy. Ale dlaczego? Dlatego, że Cook zrobił coś innego. Wydaje mi się, że gdyby jakiś twórca fantasy, niech to będzie Agnieszka, proszę bardzo, jest najbardziej znaną twórczynią fantasy na tej sali. Ale to nie jest zarzut do ciebie.
Musiałem na kogoś wskazać palcem, a nie chciałem siebie. Pomyślałby światotwórczo tak, że wziąłby jakiś inny element, to może wyszłoby coś z tego ciekawego. Agnieszka akurat sobie zrobiła swoją własną światotwórczość i to jest fajna światotwórczość, ale czemu mam czytać po raz 60 taki sam świat fantasy, w którym bohaterowie idą się napić do karczmy i nic z tego nie wynika? Jeżeli mogę dostać coś nowego. Ja lubię, jak dostaję coś nowego. Ja lubię, jeżeli świat ma jakiś głębszy sens. Dlatego na przykład lubię, jak fantasy trochę mocniej się mierzy z bogami, z religią. Glen Cook to robi nawiasem mówiąc. Jeżeli nie czytaliście „Czarnej kompanii”, kurczę, naprawdę warto. Ten facet tam robi dużo więcej, niż nam się wydaje.
To jest coś więcej niż tylko historia o bandzie najemników. Tylko 10 tomów. Więc nie zmuszam się do tego, żeby czytać alkoholową fantasy pogłębioną. Natomiast ja bym bardzo chciał przeczytać, bo chciałbym, żeby fantasy się rozwinęło w ten sposób, bo ja bardzo lubię fantasy. To jest jedna z moich ulubionych konwencji. Uważam, że w niej jest gigantyczny potencjał, który zazwyczaj nie jest wykorzystywany. Tak, oczywiście. Ale nie jestem pewien, czy świadomie. Mam wrażenie, że znaczna część autorów po prostu mówi: „Ej, w konwencji jest to, żeby detektyw pił. No to detektyw będzie u mnie pił”.
Co to znaczy? Nic. Aż przyjdzie Nesbø i napisze Harry'ego Hole'a. I zobaczcie, jaki to był przebój od razu. Jak wszyscy się rzucili na tego Harry'ego Hole'a, bo on był trochę inny. Był pisany w konwencji, którą znamy, rozpoznajemy, ale dodał ten jakiś element trochę bardziej. Znaczy dodał nowy element i pociągnął go trochę bardziej. I nagle to jest bestseller. Wszyscy to czytają, wszyscy kochają tą postać. Amerykanie nakręcili fatalny film.
No jak zwykle. I co on zrobił? Między innymi przerzucił wykorzystanie alkoholu w sposób świadomy, celowy i bardzo konsekwentny. Chciałbym przeczytać fantasy, które robi to samo. A nie, to u Baranieckiego byli. Były dwa wampiry, napiły się z pijaka i były pijane i bardzo nieszczęśliwe z tego powodu. Tak, to też jest taki element. To prawda. Dziękuję. Słuchajcie, ode mnie to jest tyle.
Już drugi raz wygłaszam tę prelekcję w Poznaniu. Za dużo mówiłem o mitologii, a teraz widzę, że mogłem mówić o niej trochę więcej. Dziękuję wam za uwagę. Ciągle mamy jakieś 10 minut, które ukradniemy Wojtkowi Guni. Więc jeżeli macie jeszcze jakieś pytania czy pomysły, zwłaszcza na pomysły bym czekał, odpowiedzi, to jest ten czas. Nie macie. Dobre. Dziękuję wam bardzo za cierpliwość. Przepraszam, że nie spełniłem waszych oczekiwań.
[03:21:16] - I w dalszym ciągu nie zwalniamy tempa, proszę państwa, bo teraz kolejny punkt programu, na który niektórzy czekają, a niektórzy mówią, że to nuda i w tym momencie wyłączają, żeby włączyć się za jakiś czas. Od razu powiem: dzisiejszy wykład Katarzyny Prychacz w Alchemii Tworzenia nie jest długi, ma około dwudziestu kilku minut. W związku z tym, jak ktoś się na ten czas wyłącza, to doradzam ostrożność. Jeśli to wyłączasz, szanowny czytelniku, szanowny słuchaczu, popełniasz błąd. Ale to jest twój błąd. Ja jestem w każdym razie przekonany o tym, że posłuchanie tego, jak Katarzyna Prychacz układa fabuły i jak się nimi bawi, może ewidentnie zachęcić kogoś do napisania choćby całkiem małego, skromnego dziełka. W każdym razie ja zapraszam. Dzisiejszy wykład Katarzyny Prychacz nosi tytuł: „Iron Woman i tajemnica cieknącego mleka”.
[03:22:31] - Halo, halo, Bóg radia waludności. Dobry wieczór. Z tej strony Katarzyna Prychacz. A wy tutaj po coś, zdaje się, przyszliście i podobno słuchacie. A zatem zapraszam. Alchemia tworzenia. 32. odcinek drugiego sezonu podcastu o tytule „Alchemia tworzenia” wjeżdża na salony. Witam was serdecznie. I co my dzisiaj porobimy?
Oczywiście konsekwentnie porobimy wymyślanko i jeżeli dobrze pamiętam, tydzień temu obiecałam wam, że zrobimy coś, co robiliśmy tydzień temu. Z tym że w troszeczkę innym wariancie. Co my robiliśmy tydzień temu? Ten czas tak leci, że mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Otóż wymyślaliśmy sobie różne tajemnice konkretnych miejsc. I zasada była taka, że losowałam sobie najpierw zdarzenie. Mam taką specjalną kość, na której mamy takie frazy jak kradzież, włamanie, napad, porwanie, morderstwo, zaginięcie. Więc losowaliśmy to, co się wydarzy i później losowaliśmy lokację, zdaje się, w której to się będzie działo. I na samym końcu tytuł. Mam taką serię przygotowaną: tajemnica czegoś tam.
I tak sobie te dwie tajemnice obrobiliśmy ostatnio. Natomiast różnica będzie dzisiaj taka, że pomyślałam sobie, że zrobimy jedną tajemnicę na ten cały odcinek, żeby tam się troszeczkę więcej podziało. Czyli tym razem będziemy losowali trzy lokacje, a nie jedną. Dobra, skoro chyba wam wyjaśniłam, sobie przypomniałam, co my tutaj będziemy działać i robić, to chyba czas rzucić kością na dzisiejszy odcinek i zobaczyć, czego będzie dotyczyć nasza tajemnica dzisiaj. Uwaga, uwaga! Rzucam. Moi drodzy, mamy morderstwo. Okej, mamy morderstwo. I teraz, skoro mają być trzy lokacje, to ja chyba najpierw wylosuję tajemnicę i później będziemy sobie na pierwszym miejscu zbrodni i odwiedzimy dwie lokacje. Kurczę, przydałoby się większe śledztwo z tego, ale pomyślę może następnym razem, żebyśmy wylosowali jakieś ekspertyzy, jeżeli chodzi o poszlaki, czy może w ogóle bym powymyślała jakieś poszlaki.
Zobaczymy. Dzisiaj na razie pobawmy się w tych trzech lokacjach. Losujemy tajemnicę. Dobra, mamy tajemnicę. I uwaga, uwaga! Cóż to dzisiaj będzie za tajemnica? Tajemnica cieknącego mleka. O matko. Nie powiem, że mój mózg już poszedł w jakieś dziwne miejsca. Już wystartował.
Jeszcze nie wystartowaliśmy, a on już wystartował. Ale okej, magia mojego mózgu. Pewnie gdzieś tam ktoś z was też ma taki pokrętny umysł jak ja. Mam nadzieję, że nie jestem w tym osamotniona. Dobra, to mam moje karty. Karty lokacji to będą karty z gry „Tajemnicze domostwo”. I tu wzięłam parę kart lokacji sobie stamtąd. W ogóle bardzo ładne grafiki. Naprawdę polecam do inspirowania się, do wymyślania historii. Naprawdę petarda.
A pozostałe dwa elementy to już jakieś moje prywatne wykwity. Dobra, okej. Potasowane mam. Nie zaglądałam. To już nie tasuję drugi raz. Na salony wjeżdża pierwsza lokacja. To nasze miejsce zbrodni, to taka ważna lokacja. Dobra, mam i już wam mówię, cóż my tu mamy dzisiaj. Nawet spójnie, bo mamy kuchnię. Tak myślę.
Kuchnia jak nic. Stary drewniany blat i na tym blacie w centrum stoi drewniany żołnierzyk. Taka zabawka, chyba ważny generał, siwy z wąsem. Dziadek do orzechów. Tak w sumie teraz patrzę, że ma zęby na brzuszku, więc jak nic jest to dziadek do orzechów, ale w wojskowym stylu, nawet wojskowym odświętnym, bo ma naramienniki. Pagony to są oznaczenia, nazwijmy to naramiennikami, ale to chyba się jeszcze inaczej nazywa. Ma frędzelki złote, naprawdę prestiżowy dziadek do orzechów. Oczywiście na blacie leży też rękawica kuchenna. Mamy żelazko z duszą. Nie wiem, czy wiecie, młodsi słuchacze może jeszcze się nie zetknęli z czymś takim.
Niegdyś były żeliwne żelazka, w które się wkładało rozgrzane kamienie i tak się nimi prasowało albo jakieś inne cuda. I to była ta dusza żelazka, która grzała to. Oczywiście mamy takie żelazko. Mamy tu jakąś klatkę, pułapkę. Patrzę, czy w środku coś jest. Nic nie ma. Takie coś stoi sobie i obok tego dwie butelki do wina. W tle mamy kuchenkę z garnkiem i wiszą na ścianie łyżki i cuda inne. Dobra, i teraz widzicie, jak mi się wylosowało morderstwo, to aż brakuje informacji, kogo nam tutaj zamordowali. Nie będę sobie szukać komponentów, tylko kogo mogło zamordować.
Jesteśmy w kuchni. Ta rękawica kuchenna porzucona, smutna leży. Nie będę się wybierać na dalekie umysłowe wycieczki, tylko może po prostu zamordujmy dziś kucharkę. To jest kuchnia nieprzemysłowa. Zielone kafelki. Nie powiedziałam, że w zielono-złotym stylu jest. Widzę dużą willę, stary dom. Kucharka, właściwie gospodyni domowa albo kucharka w takiej willi. Jak willa, to służba, kucharze i tak dalej. Ktoś zamordował kucharkę.
Jeszcze nie wiemy jak. Pomyślałam sobie, że ta karta będzie taka. Dopiero przyszliśmy. Ciało zostało zebrane, żeby patolog, koroner i kto tam się jeszcze tym zajmuje, sobie obejrzeli. Poszlaki to ta rękawica kuchenna. Jedna butelka wina jest przewrócona, druga stoi. To żelazko takie otwarte. Może ona miała zamiar to żelazko załadować, że tak powiem. Stąd ta rękawica. Ale nie zdążyła.
Nie wiem, czy coś więcej z tej karty wyciągać. Ja sobie ją położę, więc pewnie będę gdzieś to sklejać w trakcie. Lecimy drugą lokację. Zaraz zobaczymy. Nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi, ale mam kartę. Tutaj mamy tym razem, nie wiem, czy to jest korytarz. To trochę wygląda jak galeria sztuki. Z jednej strony to może być galeria sztuki, ale z drugiej strony to równie dobrze może być korytarz przyozdobiony obrazami. Mamy też dwa cokoły w stylu jońskim. Nie wiem, czy kojarzycie, ale w starożytnej Grecji, w starożytnej architekturze były różne style kolumn i tam były kolumny jońskie, ze ślimakiem, zawinięte.
Na dwóch kolumnach stoi waza i popiersie mężczyzny, jakby w jakiejś zbroi był. Może to jakiś gladiator? Zmachane popiersie, bo nawet rączek nie ma. Dalej mamy pod jedną ze ścian skrzynię, bardzo ozdobną skrzynię, może nawet ze złota albo pozłacaną. I na jej wieku leży smok albo jakaś inna potworność. Trochę jak predator wygląda. Jak to oglądać? Niech będzie, że smok. Może nawet bardziej jak alien niż predator. Nieistotne.
Załóżmy, że to jest smok. I obrazy przedstawiające sceny bardziej z życia wzięte. Mężczyzna na polowaniu, kobieta w fotelu z książką, dwa psy gdzieś w zbożu. Taka wiejska sielanka. Scen bitewnych tu nie widzę. I co ten korytarz może nam dawać? Jeszcze gdzieś to mleko trzeba będzie umieścić. Tę tajemnicę. Teraz sama się zastanawiam. Zaraz będziemy losować trzecią kartę i pomyślę, gdzie to mleko umieścimy i o co z nim chodzi.
W kuchni mieliśmy przewróconą butelkę, a tutaj mamy tę wazę. Mogłaby być pęknięta i mogłoby z niej wyciekać mleko. To by było ciekawe, bo taki ładny, prestiżowy korytarz i waza, która zalewa dywan, pewnie równie prestiżowy jak cały korytarz. Co tu może być? Pewnie gdzieś tutaj morderca uciekał. Lecę trzecią lokację i będę sobie zaraz myśleć, jak to poskładać. Trzecia lokacja. Mam. Patrzymy. Dobra, tutaj już totalnie nie wiem.
Zabiło mi ćwieka teraz. Jest to miejsce związane z wodą. Mam wrażenie, jakby ono było na morzu, jakby to był jakiś hangar pływający po morzu. Co prawda nie widać tego morza, jest tylko jasne niebo w tle. Metalowe wielkie ściany. Mamy tutaj, chciałam powiedzieć skafander. Skafander, dobrze, okej. To jest skafander. Skafander nurka, taki stary, jeszcze z hełmem okrągłym z okienkami. Wisi w tle i jest jakaś maszyneria.
Nie wiem, co to jest tak naprawdę. Nie powiem wam, czy to jest jakaś pompa może? Pewnie tak. Może to pompa, która pompuje powietrze do skafandra, jak ktoś nurkuje w nim. Mamy jeszcze mały stoliczek, na którym mamy statek w butelce i biurko, na którym są jakieś plany. Krzesło jest odsunięte, tam jeszcze gdzieś sieci rybackie. Może to powinna być podpowiedź co do naszego mordercy? Jak ja to posklejam bez innych komponentów? Ale okej, to jest ciekawe. Niech to będzie karta zdradzająca nam, bo właściwie tamte dwie do siebie pasowały, ta jest totalnie oderwana.
Nie wiem, czy to są jakieś liny. Może faktycznie to jest zawieszone nad wodą. Patrzę sobie, że w sumie tutaj możemy wiedzieć, jak morderca uciekł. Może gdzieś się zakradł. Jak to jest kuchnia, to w kuchniach w starych domach czasami były takie windy towarowe, to może jakaś winda do piwnicy i on może jakimś tunelem. Chciałam powiedzieć zaczarowanym tunelem. Może on jakimś tunelem, takim tajemniczym tunelem. Matko z córką, co mi dzisiaj słów brakuje. Sekretnym? Dobra, tajemniczym.
Wiecie, o co chodzi? Stare domy i jakieś ukryte przejścia. Może on czymś takim dostał się kanałami do tej piwnicy. Dla niepoznaki używał bardzo starego skafandra, więc ta maszyna, którą skonstruował, sama mu pompowała powietrze. On się wkradł, pojechał windą towarową i tak myślę, może on chciał coś w tej kuchni ukraść i to morderstwo to był nieszczęśliwy wypadek. Tylko co mógł chcieć ukraść? A może wiecie co? Może on naprawdę chciał mleko ukraść? Albo nie. Dobra, wracam do tej drugiej lokacji, gdzie był ten korytarz i skrzynia ze smokiem.
Nie ukrywam, że przeszło mi przez myśl, że w tej skrzyni jest schowany morderca. Ale może tym razem nie? A może tak? Dobra, do czego zmierzam. Mówiłam o tej wazie, która stoi na jednym z tych cokolików i może to mleko niech z niej wycieka. Pomyślałam, że to by mogła być taka próba odwrócenia uwagi. Czyli ten morderca, zaraz pomyślę co tam dokładnie się zadziało w kuchni, ale on w panice wybiegł z kuchni na ten korytarz, rozejrzał się i zobaczył tę wazę i wpadł na pomysł, że zrobi coś totalnie abstrakcyjnego, żeby odwrócić uwagę śledczych, a sam w tym czasie będzie mógł się z powrotem zapakować w swój skafander i uciec kanałami, tak jak tutaj przyszedł i zatrzeć za sobą wszystkie ślady. Więc wziął kankę z mlekiem, która stała w kuchni i wlał ją do tej wazy. Miał zamiar zostawić kankę przy wazie, ale był mile zaskoczony, kiedy zobaczył, że waza jest popękana i mleko zaczęło z niej wyciekać. Stwierdził, że to będzie jeszcze lepsze i na pewno bardziej zastanawiające, więc specjalnie jeszcze trochę mleka rozlał na podłogę, bo na dywanie by nie było widać.
Skropił podłogę, żeby odwrócić uwagę, a kankę wyniósł jeszcze dalej, żeby myśleli, że on uciekł w głąb domu. On oczywiście wrócił do swojej kryjówki z tym skafandrem. Natomiast co w tej kuchni mogło się zadziać? On wjechał tą windą towarową. Odłożę karty, bo tutaj też myślałam, żeby ona to żelazko pakowała. Może ona wyjęła z rozgrzanego pieca te kamienie. „Ona” w sensie kucharka. Tak myślę, czy on ją faktycznie zamordował, czy może ona się sama przypadkowo zamordowała? Może ona się wystraszyła i wypuściła te kule z rąk, w sensie kamienie, które miała do żelazka włożyć. A może to w ogóle nie była kucharka?
Przecież kucharka nie prasuje. Ona jest od gotowania, więc to mogła być faktycznie służąca. Prasowaczka. Dobra, niech tak będzie. Kucharki nie było w tym czasie. Tylko jak ona się mogła tymi kamieniami zabić? Chyba że ona po prostu miała te gorące kamienie i w momencie kiedy on wyskoczył z tej windy towarowej, wpadła w panikę, wykrzyknęła i wyrzuciła te kamienie z rąk. Mogła upaść. Zastanawiam się, że przez to w tym ferworze ta rękawica opadła na blat, czyli została porzucona. Dobra, kamienie rozsypały się po kuchni, a ona może faktycznie się zachwiała.
A na kuchence jest garnek. To co? Garnek z wrzątkiem się na nią wylał? Czy klasycznie uderzyła głową o jakiś kant? Patrzę, czy coś tu jeszcze jest, co by nas mogło naprowadzić. Wiecie co? Chciałam powiedzieć: „Nie róbmy makabreski” i już chciałam ją zabić zawałem serca, ale z drugiej strony mamy morderstwo, nie? Chyba że on będzie próbował ją uspokoić i niechcący ją zamorduje. Chyba że robimy dziada bezwzględnego. Tak, bo potem odwracał tę uwagę.
Albo inaczej: ona faktycznie się uderzyła o ten kant szafki, straciła przytomność i zabiła się na śmierć. Nie czarujmy się. I on wtedy, w tej panice zaczął robić jakieś abstrakcyjne rzeczy. Pomyślałam, że jeszcze może jeden z tych rozgrzanych kamieni mógł jej wrzucić do ust, żeby pomyśleli, że to jakiś psychopata czy może seryjny, ale jeszcze nie seryjny morderca. A może właśnie tego dnia narodził się seryjny morderca, który będzie rozgrzane kamienie wkładał swoim ofiarom pośmiertnie do ust? Okej, czyli martwa służąca. To będzie wszystko wyglądało jak morderstwo, więc myślę, że możemy to pod to podciągnąć. Tylko co on chciał z tej kuchni zawinąć? Mleko, tak sobie powiedziałam, ale nie. A może ten prestiżowy dziadek do orzechów?
Tylko on tam został. Kolejna. Dobra, słuchajcie, to byłoby nawet ciekawe, że ten nasz morderca jest kolekcjonerem dziadków do orzechów i usłyszał, że w tej rezydencji pojawił się czy został zakupiony na jakiejś aukcji bardzo drogi dziadek do orzechów. I otrzymał informację, że został przeniesiony do kuchni, żeby go tam oczyścić. I to był ten moment, kiedy kucharka na chwilę wyszła z kuchni. Dlatego on wiedział, że w tym momencie, w tej godzinie miał szansę wkraść się tą windą i skraść dziadka do orzechów. Ale nieopacznie zdarzyło się tak, że jednak w kuchni była ta służąca, ta prasowaczka. Press woman. Iron woman. Ale grubo!
Dobra. Czemu mnie to tak bawi? Dobra, nasza iron woman zginęła, niestety. Dobra, mamy motyw. Wiemy, jak morderstwo przebiegło. Tajemnicę cieknącego mleka też już wam zaspoilerowałam, bo właściwie wszyscy będą się zastanawiali, o co z tym mlekiem chodzi, więc tutaj odwrócenie uwagi było bardzo skuteczne. Tak że tutaj tajemnica się zgadza. Ciekawa ta historia wyszła. Patrzę, mam taki czas, że chciałam, żeby jedna historyjka była dziś. Zrobimy jedną.
Najwyżej dzisiaj będzie faktycznie krócej. A ja pomyślę, jak zrobić jakieś takie skrócone śledztwo. Coś na za tydzień takiego, bo aż mi się chce w coś wkręcić. Widzę, że wtedy może by musiało być więcej lokacji albo musiałabym sobie podzielić te lokacje jakoś inaczej. Ewentualnie wiecie co? W tej grze, w tym „Tajemniczym domostwie” są też karty z przedmiotami i to może one będą poszlakami. Może coś takiego zrobimy, że wylosuję lokacje, na przykład trzy lokacje, w każdej będą jakieś poszlaki i później może to jakoś poskładam. Dobra, wiecie co? Tak zróbmy. Dzisiaj mamy króciutkie, szybkie morderstwo w mlecznych barwach.
Jeszcze tak kminię, co tu więcej jeszcze mogę wam dopowiedzieć, ale wszystko się ładnie złożyło. Nie dla naszej ofiary, niestety. Okej, słuchajcie, ja naprawdę nie przedłużam, bo nie ukrywam, że też mam dzisiaj trochę taki spadek energii. Pewnie słyszeliście już to, ale mam nadzieję, że mimo wszystko coś ciekawego nam się tu wykluło. W sumie fajnie, bo tak jakoś popłynęło. Dobra, trzymajcie się cieplutko. Jak zawsze mocy inspiracji wam życzę i słyszymy się za tydzień. Pa!
[03:45:18] - Normalne akademickie wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji jest nieważne, jeśli w nim nie gości Ewiva. Dzisiaj gości, tak jak zapowiadałem. Luiza Dobrzyńska wraca po wakacjach. Przed wakacjami omawiała książkę „Odnaleźć swą drogę” Aleksandry Rudej. Wydana ta książka była przez Fabrykę Słów. Ta książka wyszła w cyklu Olga i Otto. To, proszę państwa, czas na tom drugi, który nosi tytuł „Wybór”. Zapraszam.
[03:46:29] - Wita się z wami Luiza Ewiva Dobrzyńska. Zeszłym razem omówiłam książkę „Odnaleźć swą drogę”. Jest to pierwsza część cyklu Aleksandry Rudej. Cykl nazywa się „Ola i Otto”. Diabli wiedzą czemu w Polsce wydali tylko dwie części. O ile wiem, razem jest ich co najmniej pięć. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego Fabryka Słów urwała po drugim tomie. Moim zdaniem był to jeden z większych błędów tego wydawnictwa. Aleksandra Ruda to naprawdę wspaniała, dowcipna pisarka, której książki pochłania się jednym tchem. Dosłownie się połyka i chce się więcej.
Tymczasem doskonały cykl „Ola i Otto” – a przyznam tutaj, że dalsze części znam z pirackiego tłumaczenia – zasługuje na to, żeby wyjść w Polsce w całości oficjalnie. Ale cóż z tego, że zasługuje? Wielu pisarzy zasługuje i nic z tego nie mają, poza tym, że zasługują. Cóż. A więc tom drugi „Wybór”. Olgierda Lacha jest już studentką ostatniego roku i to bardzo dobrą. Jej współpracownik i wielki przyjaciel Otto, półkrasnolud, pomaga jej w tworzeniu nowych talizmanów i artefaktów. Ludzie dosłownie wyrywają je sobie z rąk. Problem polega na tym, że nie mają ochoty płacić, a Ola zazwyczaj boryka się z brakiem gotówki. W dodatku uniwersytet postanawia wysłać ją w jakieś zakazane miejsce, gdzie będzie przekonywać młodych ludzi do wstępowania na magiczne uczelnie.
Naprawdę nie jest z tego zadowolona. Nawet towarzystwo uroczego nekromanty Irgi nie może jej osłodzić tego wygnania. Zresztą na razie Ola nie zwraca większej uwagi na Irgę. Bardziej bowiem fascynują ją elfy, a Irga jest człowiekiem. To się jednak wkrótce zmieni. Znaczy nie to, że jest człowiekiem, ale to, że Ola nie zwraca na niego uwagi. Jak długo bowiem można opierać się gorącemu uczuciu kogoś tak utalentowanego i obdarzonego takimi walorami fizycznymi jak Irga? Zapewne niedługo. Jednak zanim Ola zrozumie, co naprawdę czuje i zanim doceni uczucie Irgi, wplącze się w niebywałą kabałę. Drugi tom nie ustępuje w niczym pierwszemu.
Jest równie dowcipny, szalony i ciekawy. Przede wszystkim ciekawy. Możemy pogłębić za jego pomocą naszą wiedzę o tym, jak dzielą się uniwersyteckie wydziały. Jeżeli chodzi o Uniwersytet Czarnej Magii, co na którym wydziale jest wymagane i kto może ubiegać się o przyjęcie. Oczywiście istotne jest to, czy ma jakąś moc magiczną. Ale nie tylko, bo w świecie Oli moc magiczną ma bardzo wielu. Trzeba jednak wykazywać się jeszcze innymi przymiotami i coś w tym naprawdę jest. Wielu z nas ma w sobie talenty, z których albo nie zdajemy sobie sprawy, albo też nie zwracamy na nie żadnej uwagi, uważając je za nieprzydatne. Kto wie, kim bylibyśmy, gdybyśmy pozwolili się im rozwinąć? Ola skorzystała ze swego talentu, chociaż musiała poprzestać na magii teoretycznej.
Jednak jak się okazało, chociaż ten wydział jest mało poważany wśród kandydatów, jest jednak w zasadzie najistotniejszy, ponieważ jego absolwenci zajmują się właśnie tworzeniem artefaktów, tworzeniem nowych zaklęć, tworzeniem talizmanów. Wszystkiego, z czego korzystają absolwenci innych wydziałów. Oczywiście, jak się dowiadujemy, największy kłopot to taki, jak sprzedać i wziąć za to pieniądze. Ponieważ z darmowej pomocy każdy bardzo chętnie skorzysta. Gorzej, kiedy musi wyłożyć gotówkę. Równie paskudnie jest mieć przeciwko sobie uniwersyteckich zabijaków i, co gorsza, ich rodziny, które są bardzo wpływowe. Ale z tym już Ola sobie poradzi. Gorzej, kiedy naprzeciwko niej stanie armia zombie. Ma przecież przy sobie nekromantę. I to nie byle jakiego nekromantę.
Irga zapowiada się bowiem na prawdziwego mistrza w swoim fachu. Jest, trzeba to przyznać, wyjątkowo sympatyczną postacią. Wydaje się, że nieco jakby przerysowaną w sensie archetypu błędnego rycerza. Bardzo na kogoś takiego wygląda. Ale ostatecznie dlaczego nie? Sprawia to co prawda, że jest jakby mniej rzeczywisty niż Ola, Otto czy choćby Blondas i jego banda, ale mimo to można go polubić. Zdecydowanie. Chyba nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że będzie miał rywala. I to rywala bardzo interesującego, i gdyby to padło na mnie, miałabym wątpliwości, którego z nich wybrać. A jeżeli chcecie się dowiedzieć dlaczego, sięgnijcie po książkę „Wybór” Aleksandry Rudej.
Jeśli przeczytaliście poprzedni tom, zresztą zrobicie to i tak. Jeśli nie przeczytaliście A zaczniecie od tego, ostatecznie możecie to zrobić. Wtedy na pewno sięgniecie po pierwszy. A co do trzeciego, Bóg jeden raczy wiedzieć, czy on się w ogóle pojawi w polskim tłumaczeniu. Chyba że w pirackim, w którym ja go zdobyłam. Tak, przyznaję się ze wstydem, jestem winna. Korzystanie z pirackich skryptów jest moralnie nie do obrony, ale nie mogłam się powstrzymać. Ta książka jest tak ciekawa, że kiedy mam na wyciągnięcie ręki tekst nawet przetłumaczony po fanowsku, bez licencji, absolutnie nie idzie się powstrzymać. Macie na to moje słowo. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:52:14] - Proszę państwa, Wojtek Sedeńko jest państwu dobrze znany. Nie tylko z omówienia nowości tego, co planuje w swoim wydawnictwie, że ukaże się w przeciągu najbliższego roku, które mieli państwo okazję tej rozmowy wysłuchać jakieś pół roku temu. Ale Wojtek Sedeńko jest znany, ponieważ jego nazwisko pojawia się przy różnych okazjach, bo to jest człowiek niezwykle żywy, niezwykle działający. Kwartalnik „Sfinks” to jego dzieło. Wydawnictwo Stalker Books wydające rocznie kilkadziesiąt tytułów to jego dzieło. Wiele antologii skompletowanych to jego dzieło. I tak dalej. Kto ciekawy, niech się zainteresuje, ale myślę, że sporej części polskiej fantastyki, fantastyki naukowej i innej fantastyki, fantasy nie byłoby bez znawcy tematu Wojtka Sedeńki. Wojtek Sedeńko na, notabene, Sedeńkonie, który też organizuje, kolejna jego aktywność. Na Sedeńkonie promował antologię, jakżeby inaczej, noszącą tytuł „Po katastrofie”.
Ale drugi tom tej antologii, bo antologia „Po katastrofie” liczy sobie już dwa tomy i o niej państwo będziecie mogli posłuchać za chwilę. Zapraszam zatem, oddaję głos Wojtkowi Sedeńce.
[03:54:07] - „Po katastrofie” to jest antologia druga. Tu jest pierwszy tom opowiadań postapokaliptycznych. W fantastyce, nie fantastyce naukowej, po prostu fantastyce temat apokalipsy jest jednym z głównych tematów w ogóle. Bo gdybyśmy się zastanowili, jakie są filary fantastyki światowej, to trzeba powiedzieć, że apokalipsa i na przykład utopia, a dopiero potem pojawiła się nauka i science fiction. Apokalipsa pochodzi z greki i oznacza objawienie. A ponieważ ostatnia część Nowego Testamentu, Apokalipsa świętego Jana czy Objawienia świętego Jana opowiadały o końcu świata, o tym, w jaki sposób będzie ten koniec świata wyglądał, więc słowo apokalipsa przeszło do języka jako koniec świata, katastrofa. Teraz mówimy postapokaliptyczne, czyli to, co by się działo, gdyby świat przestał istnieć i co byłoby potem. Jeżeliby przestał istnieć, tak naprawdę nie byłoby o czym pisać i fantaści nie mieliby używania. Tak naprawdę we wszelkiego rodzaju apokalipsach w literaturze światowej, najczęściej jeszcze u zarania literatury, czyli sięgając po Gilgamesza i tak dalej, chodziło głównie o przestraszenie ludzi, którzy postępują źle. Że jeżeli będziecie dalej tak postępować, skończy się to dla was i dla całego świata źle.
One miały charakter ostrzegawczy te opowieści i miały bardzo często związek z różnego rodzaju religiami. Pozwoliłem sobie jeszcze wtedy przy składzie pierwszej antologii zrobić duży artykuł. Obecnie opracowuję znacznie szerszą wersję do swojej książki o krótkiej i treściwej historii science fiction. Nie wiem, kiedy ta książka powstanie. Ja w katalogu, Boguś, tak?
[03:56:45] - Tak.
[03:56:46] - Mam wypisaną na 2025 rok. To się straszliwie mi rozrasta i naprawdę nie wiem, jak to będzie wyglądało. Tu miałem artykuł 20-stronicowy. W tej chwili o fantastyce katastroficznej mam mniej więcej 40 stron, a jeszcze ciągle coś nowego mi dochodzi. Ponieważ chcę opisać rzeczy z całego świata, przynajmniej skrótowo, prawdopodobnie pojawi się w historii trzeci tom, który będzie wyłącznie rodzajem indeksu do dwóch pierwszych tomów opisujących.
[03:57:22] - Się proś, bo apokalipsa-
[03:57:24] - No właśnie.
[03:57:26] - Ty jeszcze będziesz-
[03:57:27] - Ale ponieważ mówimy o postapokalipsie, więc jest jakaś nadzieja. W powieściach katastroficznych, takich powieści, w których świat się absolutnie kończy, jest niewiele. Pisarzy interesowało raczej to, co będzie potem i o czym można pisać. A sama katastrofa jest jakby Nieinteresująca dla pisarzy, ale pojawiały się takie rzeczy. Dopiero co zmarł świetny amerykański pisarz Cormac McCarthy, którego „Droga” jest powieścią, która wywołała we mnie takie dreszcze. Nie mogłem spać przez parę dni. Przez tydzień w ogóle nie miałem ochoty czytać innej książki. Po prostu mną wstrząsnęła. Podobny ładunek emocjonalny niosła we mnie powieść napisana w czasie zimnej wojny, czyli „Ostatni brzeg” Nevila Shuta, sfilmowany zaraz potem. Jest to film o katastrofie.
Wszyscy już wiedzą, że umrą, bo zbliża się na północną część globu. Już nie istnieje. Zastosowano bomby neutronowe, a więc nie niszczące, tylko zabijające wszelkie stworzenia żywe. Ta chmura radioaktywna powoli zbliża się do Australii, która jest ostatnim elementem lądowym, na którym jeszcze ludzie żyją. Maszczyzn opisze. Maszczyzn opisze jako ostatni prawdopodobnie. Tam był film z Ava Gardner bodajże i z Gregory Peckiem, świetnie zrealizowany. Opowieść o ludziach. Świeci słońce, jest pełnia lata. Ludzie powinni na plażach leżeć, bawić się, tańczyć i tak dalej.
A tutaj jest po prostu taka cisza. Wszyscy wiedzą, że umrą i dostają pigułki. Niektórzy się żegnają z życiem wcześniej, ale jest taki spokój. Ma to nastąpić. Jest to nieuniknione. Oni się jeszcze szarpią o tą ostatnią wyprawę łodzią atomową, bo odebrali sygnał. Ale wiecie, że jak małpa zacznie pisać, to też jakieś tam zdanie w końcu wytrze. Po prostu wiatr porusza telegrafem i stąd ten sygnał, taki czasami konkretny, a czasami bełkotliwy, przychodzi do Australii. Oczywiście do niczego to nie prowadzi. Jeżeli ktoś nie zna powieści „Ostatni brzeg”, polecam, bo to bardzo dobra lektura.
Jest w księgarni wznowiona i jest przez Rebis w tej serii. Polecam. Tam w tej serii pojawiła się jeszcze inna książka postapo. Właściwie rozmawiamy o literaturze postapo, a niekoniecznie o samej antologii. „Ziemia trwa” Stewarta to też bardzo ciekawy tytuł z takiej fantastyki. Ja bym musiał do swojego spisu sięgnąć. Przepraszam, że tak trochę nieskładnie, bo się pozbyłem tego mojego wykładu. Myślałem, że jeszcze rano pojadę, ale mówię: „Dobra, będę rozmawiać po prostu z wami normalnie”. Mam nadzieję na wymianę myśli. Oprócz „Ostatniego brzegu” była książka, która dawno nie była wznawiana, ale też sfilmowana przez Stanleya Donena, „Dr.
Strangelove”. To jest książka Petera George'a. Później wyszła w Alfie. Znakomita rzecz. „Dr. Strangelove”, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę ze znakomitą ostatnią sceną, kiedy wylatuje z samolotu bomba, a na niej siedzi okrokiem pilot wiedząc, że właśnie czeka cały świat, a on z kapelusza: „Yahoo!”. Cudowna rzecz. Śmieszna. A jaka gorzka, prawda? Więc też polecam.
Mogliby w Rebisie właśnie te rzeczy. Ja trochę Rebisowi zarzucam, chłopakom, że wybieracie rzeczy, które na przykład ja dopiero co wydałem, więc są świeże w pamięci. Czy w Solaris wydałem, że lecicie wznowieniami, a jest w fantastyce światowej bardzo dużo rzeczy, które warto by wydać i za nie się zabrać. Ale prawa autorskie tyle. Za to nie płacicie. Prawa są tańsze. To tak jest. Powieści katastroficznych pojawiło się zaraz po wojnie bardzo dużo. Właściwie każdy konflikt zbrojny powodował, że takie powieści powstawały. Najczęściej pojawiały się powieści katastroficzne w Europie.
To jest też ciekawa rzecz. W Stanach Zjednoczonych, jak rodziła się fantastyka naukowa, science fiction, magazyny pulpowe, nie było powieści katastroficznych i opowiadań głównie dlatego, że panował huraoptymizm. Na przykład nie było inwazji obcych, bo pan Campbell powiedział, że absolutnie technika amerykańska i technika ziemska jest znacznie lepsza od techniki jakichkolwiek obcych. Jeżeli się pojawią, to im damy w ciul. Taki był wykład w pulpowych magazynach i dlatego takich rzeczy nie było. Zaczął pojawiać się magazin Wonder Stories. To wówczas czasami takie opowiadania przychodziły. To się zmieniło w latach 40. W Europie, ponieważ przeżyli Europejczycy okrutną pierwszą wojnę światową, zaraz potem przeżyli hiszpankę, która zabiła jeszcze więcej ludzi i z Europy się dostała chyba przez Filadelfię do Stanów Zjednoczonych i tam ludzie padali jak muchy. To też jest wina braku świadomości, prawda?
Maseczki się pojawiły, ale przede wszystkim warunki komunalne. To znaczy ludzie mieszkali w małych pomieszczeniach, spało po ileś osób, nie było internetu, żeby sobie przekazywać te informacje. Dopiero wtedy się zaczęły mnożyć takie historie. Takimi najważniejszymi postaciami, które ostrzegały przed tym, co się może stać, to był Herbert George Wells, który naprawdę kilka- Świetnych powieści o końcu świata stworzył. W Ameryce oczywiście jest to słynne opowiadanie Heinleina „Solution Unsath Factory” z 1941 roku, gdzie opisał wybuch bomby atomowej. A 1941 rok to już jest końcówka prac w Projekcie Manhattan, więc oczywiście pojawiło się u niego FBI, Hoover i tak dalej. Miał z tego powodu problemy. Redakcja była zamknięta nawet. A kiedy wybuchły te dwie bomby nad Japonią, niestety jeszcze to nie wpłynęło na świadomość ludzką, że zaczynamy dysponować bronią ostateczną, bo się pojawiło takie określenie: broń ostateczna, która załatwi ziemię. Marek Balnicki napisał taką rakietę, której się w „Głowie Kasandry” szuka, która może zamknąć nam usta już na zawsze.
Głównie dlatego, że nie było konkurencji. To znaczy Amerykanie mieli: „Jesteśmy najlepsi na świecie”. Nie wiedziano wówczas nic o promieniowaniu wtórnym, o chorobach, które są związane z promieniowaniem po tych wybuchach. Przecież właściwie w Nagasaki i w Hiroszimie prawie natychmiast zaczęto jakieś odbudowy, sprzątanie. Tam się mnóstwo służb ratowniczych pojawiło i nie było tej świadomości. Do dziś żyją przecież ofiary tych wybuchów. A Godzilla się co chwila w filmie pojawia, prawda? Płatą lubi. I dopiero jak Rosjanie najprawdopodobniej wykradli oczywiście projekt, pojawiła się w 1949 detonacja doświadczalna na własnym terytorium. Amerykanie też na pustyni detonowali jedną malutką bombę.
Słuchajcie, w 1952 miała broń już Anglia, w 1960 Francja, Chiny w 1964. W 1950 Amerykanie posiadali bombę wodorową. Więc w ciągu 10 lat zaczęło się pojawiać tych bomb tak dużo, że ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę z tego. Książka „Ostatni dzień” Szutera i wiele innych, że oto wystarczy, że jakiś głupek naciśnie guzik. Pojawiły się jakieś tam blokady. Dwie, trzy osoby. Ale w Rosji oczywiście takie rzeczy nie istniały. Rosjanie z kolei swoją propagandą sukcesu spowodowali, że Amerykanie zaczęli się bać tej broni atomowej z Rosji, podczas gdy Chruszczow miał takie wystąpienie w czasie konfliktu kubańskiego. Zaczął opowiadać o tym, że u nich w fabrykach te bomby się produkuje jak kiełbasę. Amerykanie się tego tak przestraszyli.
Oni mieli wówczas około stu o zasięgu sięgającym do Związku Radzieckiego. Rosjanie nie mieli nawet dwudziestu. Ale to przekonanie, że Chruszczow produkuje jak kiełbasy te bomby- Oni kiełbasy za dużo jedli, może to z tego. No tak, ale Amerykanie zaczęli to sobie wyobrażać. Produkcja taśmowa bomb atomowych. Przecież dzisiaj otworzycie internet i będziecie wiedzieli, w jaki sposób bombę skonstruować i co jest do tego potrzebne. I popatrzcie, nadal taka bomba nie pojawiła się jeszcze w rękach terrorystów. Jestem przekonany, że ją detonowali, prawda? Cywilizacja śmierci razem ze sobą. I tak to trwało do lat 70., kiedy stwierdzono, że doszło do rozmów dwustronnych.
Pojawił się projekt Sojuz Apollo radziecko-amerykański. Amerykanie pokazali, że mają jeszcze przy tym wylądowali na Księżycu i tak dalej. Ten konflikt i wyścigi zbrojeń przeniosły się już w kosmos. Tak więc na wojny pana Ronalda Reagana, które wykończyły gospodarczo Związek Radziecki. I wtedy byśmy doszli w tej fantastyce do czasów współczesnych. Warto opowiedzieć o kilku książkach. Nie ma dawno „Candycki dla Leibowitza”, jednej z najlepszych książek, która jest takim rodzajem koła. Ona się składa z trzech części. Pierwsza część opowiada o świecie całkowicie zniszczonym. Jest Zakon Świętego Leibowitza.
W tymże zakonie zbiera się po prostu resztki po technologii, po tej cywilizacji, która się sama zniszczyła. Druga część to już ta cywilizacja się odradza i znowu powstają państwa, imperia, które ze sobą walczą. To trwa tysiąclecia, ale zapominają o tym, co spotkało poprzednią cywilizację. I następuje unicestwienie w kolejnej części. Walter Miller, który napisał tę powieść, to jest nadal najsłynniejsza jego rzecz. Napisał jeszcze kilka opowiadań ostrzegających przed końcem świata. To był pilot bombowców amerykańskich. Między innymi brał udział w nalocie na Drezno, który też opisał Kurt Vonnegut w „Rzeźni numer 5”. Tenże nalot pokazał, że wcale nie trzeba bomby atomowej, by zabić prawie tyle samo ludzi co w Hiroszimie. Chociaż dzisiejsze- Podnoszą, że to jest jedno zero przed koma.
Tak, zero zostało dopisane, dlatego że dzisiejsze badania mówią o 26 tysiącach, a nie 200. Poza tym dosyć dużo zabudowy ocalało. W Dreźnie byłem kilka lat temu i właśnie ten główny pałac czy zabudowa została. Rosjanie nie odbudowywali. Ruskimi nie pozwalano na takie rzeczy. Drezno nie zostało odbudowane, było to miasto koszarowe po II wojnie światowej, tak jak u nas Legnica na przykład. Całkowicie w koszarach. Odbudowali dworzec kolejowy, był im potrzebny. I to dopiero teraz, po ’91 roku to Drezno zaczęło oddychać. A już po zjednoczeniu Niemiec w ogóle.
Więc miasto zaczyna wyglądać. Inna rzecz. „451 stopień Fahrenheit” Bradbury’ego. To jest genialna powieść. Nadal w niektórych miejscach w Stanach Zjednoczonych zabroniona, co pokazuje, jak Ameryka jest purytańska i zakłamana w wielu sprawach. Powieść znana jest dlatego, że pokazuje niszczenie kultury, ogłupienie społeczeństwa, palenie książek. Te teatrzyki telewizyjne, seanse. Ci ludzie, którzy czytają książki gdzieś w podziemiach i tak dalej. No i przemiana głównego bohatera. Inna rzecz, katastroficzna również.
„Opowieść podręcznej”. Dzięki serialowi książka Margaret Atwood kanadyjski zrobiła wielką karierę. Nie czytałem kontynuacji, nie wiem. Bardzo dobra. Ja polecam „Opowieść podręcznej”. Serial nie bardzo, chociaż pierwszy sezon, który się trzyma. A potem już się tak. Jest ciekawy. Inna powieść katastroficzna w jakimś sensie, czyli „Człowiek z Wysokiego Zamku”. Też serial.
Pierwszy sezon i jeszcze drugi był jakoś do oglądania, dlatego że odwrócono role. Jest to też propagandowe zakłamanie, że Japończycy mają bombę, a pokazują wybuch z naszej rzeczywistości, z Hiroszimy czy z Bikini. Także fajna, bardzo fabularna wolta dokonana na prozie Philipa Dicka. Janek mówił, że ma kamyczki sprzed domu Philipa Dicka. Z Cieniej Góry. Jeśli będą chętni, to w księgarni będą te kamyczki. Nie do kupienia, do rozdania. Atwood napisała jeszcze taką trylogię po „Opowieści”. Tak. Ale to są rzeczy już nie do dostania.
Znak chyba u nas wydawał i szkoda. Jest ta trylogia. Dalej powieści. Oczywiście po wojnie atomowej co się może pojawić poza „Światem popiołów” Jakubówa Bracińskiego? Mieliśmy fantastę, który napisał dwie powieści w Polsce postapokalipsy katastroficzne, czyli Dobraczyński. To było „Wyczerpać morze” i „Świat popiołów”. Tak to się nazywało, że taka garstka ludzi wędruje przez całkowicie zniszczony świat do takiego miejsca, gdzie podobno ludzie się gromadzą i jest tam jakieś światełko nadziei. Ponieważ był to pisarz Paxowski katolicki, więc jest tu Częstochowa oczywiście i Jasna Góra tymże światełkiem w tunelu. A na Zachodzie pojawiły się na przykład takie powieści jak... Angela Carter z „Marianą i barbarzyńcami” zaczęła nurt w fantastyce, gdzie szydzono z nauki.
To znaczy nauka potrafi doprowadzić do katastrofy, potrafi zabić ludzkość, zniszczyć świat. Więc powstał taki nurt w fantastyce. Angela Carter to zaczęła. W tym nurcie jest powieść Edmunda Coopera „Zdobywca przestworzy”. Świetna rzecz. Ja o „Galaktyce Gutenberga” jeszcze wspominałem. Powieść rozgrywająca się na Ziemi jakieś parę tysięcy lat po katastrofie atomowej, więc wszystko jest już jakby odrodzone. Ale nie wolno budować maszyn. I sam pomysł chłopaka, który się roi, że można latać na maszynach. On tam wymyśla balony i tak dalej.
Wraca do pewnych znanych nam doskonale konstrukcji. A tam pojawiają się neoludyści czy ludyści niszczący maszyny, tak jak w XVIII wieku pana Luda. Nie Lud, Ludd. Przez dwa „d”. Więc zniszczyli maszyny tkackie, zamiast po prostu podżynać gardła fabrykantom. Także maszyna jest winna, a nie ludzie. Ten nurt w fantastyce istniał. Jeśli chodzi o mutantów, to oczywiście pojawiało się bardzo dużo powieści, w których straszne mutanty chodziły po ziemi. Niektórzy mieli tyle rąk, nóg i tak dalej, prawie jak u Uranusa w „Świecie śmiechu”, co Pan Bóg pokarał złodzieja tym, że zrobił z jego kończyn lepkie macki. I pojawia się taka scena w tej książce, jak ten złodziej biedny, nękany, bo czegoś dotknął i to mu się przykleiło do kończyn.
I idzie taka pokraka z przyklejonymi oponami, puszkami i tak dalej. Taka scena ze znikającym złodziejem jęczącym z rozpaczy z nadmiaru ukradzionych przedmiotów. Więc piękna rzecz. Najlepszą rzeczą chyba o mutantach, oczywiście były powieści Henry’ego Kuttnera i tak dalej, ale te powieści o mutantach czy o nieśmiertelnych, powiedzmy, zmutowanych po katastrofie, ponapromieniowanych, one szły w stronę powieści i historii o superbohaterach. To jest też pokłosie tego. Pająk ugryzie, ktoś zostanie napromieniowany i zyskuje jakieś zdolności. Na jakiej podstawie on zyskuje jakieś super zdolności? Poczwarki. Właśnie miałem mówić o Poczwarkach, które są znakomitą powieścią. Gdzie istnieją mutanci ze zmianami fizycznymi i ich się eliminuje, ale raczej nie przez zabijanie, tylko robi się z tym, że wysyła się ich na jakieś pustkowia.
Ale pojawia się mutacja dużo groźniejsza. Mutacja, której nie widać. Bo oni mają Pismo Święte, w którym ręka ma mieć pięć palców i tam są te wszystkie opowieści. Pięć palców, dwoje oczu, dwoje uszu i więc jest wszystko okej. Gorzej kiedy się pojawia na przykład dziecko zdeformowane. Nie mutacją, ale na przykład nie ma jakiegoś palca albo ucha. Też uważamy, że to jest mutacja. To jest po prostu jakaś wada fizyczna. Pojawiają się mutanci, którzy potrafią się porozumiewać telepatycznie. Mutacja nie do odkrycia.
Wokół tejże rzeczy toczy się wyśmienita powieść. Nie wiem dlaczego wznawiają Dzień tryfidów, też powieść katastroficzną Johna Wendta o chodzących inteligentnych roślinach, które walą pejczami czy swoimi witkami. Po oczach ludzi ślepną. Oczywiście Wendt wymyślił sobie to całkiem fajnie. Tryfidy to jest roślina wyhodowana specjalnie po to, żeby z niej robić olej i napędzać nim samochody. Chodzące drzewa. Taki chodzący drzewa. Jak widzicie w maju pole rzepaku, nie wchodźcie tam. Po prostu jest dużo pszczół, więc mogą wam dupy pokąsać. Inna rzecz na przykład po Staple, też bardzo fajna Douglasa Coopera, druga rzecz Testament Overmana.
To są powieści wydawane przed laty, oldschoolowa fantastyka w serii z Kosmonautą Lecha Jedżmika w Czytelniku. Powieść, w której bardzo fajnie musimy razem z bohaterami odkrywać zasady rządzące światem. Ja bardzo lubię tego typu opowieści, kiedy prowadzę moim zdaniem dialog z książką. Bo nie wiemy, jakiego świata dotyczy ta opowieść, skąd się biorą takie czy inne rzeczy. Na przykład w tym testamencie mamy dzieci, ale obok dzieci, wszystkie są w tym samym wieku, a nie ma na przykład osób dorosłych. Te osoby dorosłe pojawiają się takie jakieś dziwne. My tu czytamy, jest Churchill, ale też na przykład jest dużo późniejszy bohater. Wiemy, że to się po prostu czasowo mieści. Mamy jakąś jedną, drugą, trzecią tajemnicę. Te dzieci dorastają, robią się coraz bardziej inteligentne i też ciekawe tego, co się dzieje.
Okazuje się, że wokół są po prostu roboty, które zajmują się wychowaniem sklonowanych wiele tysięcy lat po katastrofie z komórek ocalałych cywilizacji ludzkiej. Ta cywilizacja się odradza w rękach robotów. Oczywiście u Dicka, który był tu wspomniany, była powieść Deus Irae z tym dziwacznym kultem boga gniewu. Strasznie lubię Carlton Luft i bardzo mi się to podobało. Ale jak już były Dicki i Zelazny, to trudno nie powiedzieć o Alei potępionych Rogera Zelaznego. Genialnej powieści, która oddaje też hołd wszystkim tym znakomitym harleyowcom, motocyklistom, bohaterom amerykańskich szos. Czyli bohater, który przez zniszczoną Amerykę wiezie lekarstwo dla stadu gdzieś tam do drugiej. Były dwa w Polsce przekłady. Jeden Jacka Pańskiego, genialny przekład, który był fantastycą. Swoim.
Wuj. Już nie żyje. Też miał przyjechać Jacek parę razy na festiwal i jakoś to się rozeszło. Genialny tłumacz dla mnie robi też Oldisa. Drzewo saliwa. Był to doskonały przekład. To, co jest w tej chwili w rebisie, jest zrobione nie wiem dlaczego inne przekład. Nie sprawdzałem go, po prostu ten był znakomity. Co jeszcze z takiej fantastyki postapo? Oczywiście pamiętacie Listonosza Davida Brina, czyli film z Kevinem Costnerem.
On jest przekłamany w stosunku do książki, ale powiedzmy fajny pomysł. Ludzie żyją sobie w takich enklawach. Uważają, że już nie nastąpi ten powrót cywilizacji, którą jeszcze większość z nich pamięta poza dzieciakami. I pojawia się po prostu listonosz. Przynosi jakieś listy. Czy mieszka u was taki a taki? Ten bohater po prostu znajduje mundur i teczkę z listami. I że jest listonosz, to znaczy, że gdzieś tam jest urząd pocztowy. Za urzędem pocztowym stoi państwo. Czyli coś jest, fajnie.
Rodzi się nadzieja tylko z powodu tego listonosza z listami. Bardzo dobra powieść. Film może już niekoniecznie, bo film taki jest medbaksowy. Medbaksowski. Dzisiaj polecałem "Sotnię łysego Iwana", książkę Romana Danaka napisaną w latach 80. tuż przed jego śmiercią w 1986. Powieść bardzo fajna dla wiedzy, co się obecnie dzieje na wschodniej granicy. Powieść opowiadająca o pograniczu polsko-ukraińskim, Bieszczady, Zakarpacie. Cywilizacja po wojnie atomowej, ale żyjąca rustykalnie, właściwie jak w średniowieczu. Nie wolno żadnej techniki robić, dlatego, że cokolwiek się pojawi wyglądającego na namiastkę technologii czy techniki rozwiniętej, nawet most, który przez rzekę ludzie budują, on nie może mieć szerokości, żeby się dwa wozy minęły.
Jeżeli się coś takiego pojawia, taka budowla czy na przykład większe miasto, ludzie żyją po małych wioseczkach, to natychmiast z góry zostawiona na orbicie broń ostateczna to miejsce likwiduje. Latają takie drony nad głowami tej cywilizacji. Ludzie wiedzą, że pewnych rzeczy nie wolno i po prostu żyją w zgodzie z naturą. Żyją tak jak w średniowieczu. Świetna rzecz, bo opisująca współpracę Polaków z Ukraińcami, którzy pokonują napor pewnego imperium z południa Europy. W Polsce takich postapo, rzeczy dobraczyńskie to są stare dzieje. Fajne historie opisywał Andrzej Ziemiański w paru swoich opowiadaniach. Czy "Autobahn Poznań", "Bomba Heisenberga". Ciekawe opowiadania, trochę takie medymaksowate, ale Polacy są tam pokazani jako ta grupa, ta nacja, która na katastrofie wygrała i przechodzi. Zagłada atomowa.
Teraz mamy jeszcze zagłady ekologiczne, czyli następują zmiany. Dzisiaj mamy zmiany klimatyczne, o nich się głównie mówi. W fantastyce światowej raczej mówiło się o przeludnieniu. Czyli mamy "Stand on Zanzibar", wznowiona właśnie powieść Johna Brannera, nagrodzona Hugo. Przestrzeni, przestrzeni. Przestrzeni, przestrzeni, przeludnienie. "Green Soylent", czyli "Zielona pożywka", film z Hustonem. Ludzie po prostu są przerabiani na pokarm. Rabunkowa gospodarka, więc pojawia się powieść taka genialna "Gdzie dawniej śpiewał ptak" Kate Wilhelm. Wspaniała powieść i też jakby taka niezauważalna.
Nie wiem dlaczego. Oranos przyszła: "Co ty tu za powieść wydałeś?". "Masz ją w prezencie, przeczytaj". Dzwoni za parę dni: "Genialna powieść". Ja ją wyciągam. Mówię: "A wiesz, że ją Niemczyki wydał Czytelnikom?". Ja czytałem wtedy, kiedy wydano. Genialna rzecz o tym, że ratunkiem dla ludzkości jest klonowanie. Klonują ludzi. Ludzie znikają wreszcie z planety, zostają tylko klony.
Klony klonują dalej. Kolejne generacje klonów tracą kolejne właściwości, są coraz głupsze. Ale oczywiście u Wilhelm natura wygrywa. To znaczy jeden klon z drugim ma nagle dziecko. To jest już niedopracowany przez panią Wilhelm, ale fajnie, bo jest jakaś tam nadzieja. Te powieści katastroficzne, które opisują zatopiony świat. Na przykład mówimy o Ballardzie. On napisał całą serię takich książek "Witaj Ameryko". Później mamy zagładę kosmiczną. Tak jak powiedziałem, w latach 30.
raczej się takich rzeczy nie pisało. Wells napisał, ale to był Anglik, oni mieli troszeczkę inne wyobrażenie na ten temat. Pojawiały się powieści o zagładzie Księżyca, Jacka McDevita czy świetna powieść "Wędrowiec" Fritza Leibera. Powieść, gdzie parkuje u nas na orbicie statek kosmiczny i zaczyna demontować nam Księżyc. "7EW też jest. "7EW". Brak Księżyca dla Ziemi ma katastrofalne skutki. Właśnie miesiączki się rozwalają. Miesiączki. Ja naprawdę czekałem na tę twoją uwagę.
Patrzyłem ci w oczy, aż się doczekałem. O Słowianiach nie mówimy. Cały rap. "Wędrowca" mamy. Fajne z tych powieści o świecie wyludnionym epidemiami była taka dylogia Octavii Butler. "Przypowieść o talentach" i "Przypowieść o siewcy". Jest to ciekawe o tyle, że ona bardzo ładnie opisuje historię dziewczyny, wokół której zaczyna się robić kult odrodzenia. Nagrodzone Nebulami obie powieści. Ona jest empatką i bohaterka potrafi wpływać na tłumy wokół siebie i wokół niej się pojawiają ludzie, którzy pielgrzymują i tak dalej, następuje jakieś odrodzenie. Przy epidemiach ja w tejże antologii przypominam skarłatną Dżumę czeka Londona.
Nasz słynny pisarz, "Szkarłatna dżuma". Powieść o świecie, który został zdewastowany przez dżumę. Pojawiają się powieści katastroficzne, w których ludzkość wymiera, dlatego, że przestają się rodzić dzieci. Mamy ludzkie dzieci. Mamy przerażającą, wspaniałą powieść "Siwobrody" Briana Aldisa. To jest świetna powieść. Polecam. Już tylko w antykwariatach jest do zdobycia. Ludzka cywilizacja już minęła pewien punkt. Żyją tylko sami starzy ludzie, bo dzieci się przestały rodzić ileś lat temu.
Już właściwie nie ma kobiet w wieku, które mogłyby zajść w ciążę. Faceci już też nie bardzo mogą. Jest świat starych ludzi, który oczywiście ulega dewastacji, bo po co wokół siebie robić, kiedy nie ma dzieci? Nie ma przyszłości. I taka historia ludzi, którzy płyną Tamizą. Bardzo fajna rzecz. Atwood to był "Siwobrody". Bardzo polecam. Aldis to jest w ogóle pisarz, który w każdej swojej książce, tak jak Stevenson, o czym dzisiaj rozmawialiśmy, brał się za inny temat i każda rzecz jest zamkniętą całością. Jeśli chodzi o cykl, napisał tylko "Helikonie", ale to była też jedna wielka zamknięta całość.
Dotyczyła tak długoletniego okresu życia tej planety, że musiał to rozbić na trzy tomy. A tak to pisał krótkie powieści. Był w zazdrości i w złości. Tak. A powieści Atwood, bo ja nie mogłem sobie przypomnieć, "Oryks i derkacz", "Rok potopu". I coś tam. Maddadam. Maddadam. Wszystkie są świetne i tworzą piękną całość. Pojawiają się na przykład w rosyjskiej literaturze bardzo mało.
Tutaj bym chciał zwrócić uwagę. W tym tomie pojawiają się opowiadania rosyjskie. Nie wiem dlaczego. Może ze względu na propagandę raczej mało powstawało powieści katastroficznych w fantastyce sowieckiej. To już nie jest sowiecka. Powieści, w których przewodzi nam partia jedyna, właściwa. Tam są mądrzy ludzie i oni nie dopuszczą do katastrofy. Jeżeli za oceanem pisano powieści, w których kończy się to zawieruchą atomową, w Rosji absolutnie nie, przecież my wygramy. Więc nie powstawały takie powieści, ale oczywiście były pisane. Słuchajcie, nie wiem, czy powieść, ona błyskawicznie na Netflixie wyszła.
Wnuczka Tołstoja Aleksego, Tatiana Tołstoj napisała powieść "Kyś", dziejącą się na terenach Moskwy dwa stulecia po katastrofie. W tej powieści jest świetne opowiadanie Szalimowa, Aleksandra Szalimowa, "Mur". Razem z bohaterami żyjącymi w jakichś tam bunkrach starych i tak dalej. Możemy się domyślić, że chodzi o ocalałą garstkę ludzi po katastrofie, ocalałych w jakichś schronach atomowych. Oczywiście zawsze w takiej grupie pojawi się ktoś, kto zechce wiedzieć, co jest za zakrętem, co jest za zamkniętymi drzwiami. To jest nasza ludzka cecha i takie osoby zawsze się będą pojawiały i takie osoby pchają cywilizację ludzką na następne szczeble. Jest to sprawa oczywista. I w tymże "Murze" pojawia się bohater. Są jakieś góry, bunkry, jest pustynia, która świeci nocą, nie wolno na nią wychodzić i tak dalej. Ale akcja się dzieje ileś lat po.
I on po prostu przechodzi tę pustynię. Za tą pustynią jest mur. Naokoło pustyni jest mur. Jakieś drzewa rosną. Pierwszy raz drzewa widzi. Co to jest? I on szuka wyłomu. Okazuje się, że tym murem jest całkiem normalny świat. Ktoś spuścił bombę atomową na jakiś kawałek, zeszklił i nikt nie sprawdził, czy ktoś tam przeżył. Po prostu zostawiono.
To takie też trochę rosyjskie, sobie pomyślałem. Nie patrzymy na ofiary, wpisujemy je po prostu w kalendarz. Zona. Tak, zona piszczy i koniec. Bardzo ciekawe opowiadanie. Polecam opowiadanie Michała Bielpina, "Podarunek" tutaj jest. Jest Ilja Warszawski, był fajny. Troszeczkę przynudnawe, długie opowiadanie „Świetlisty kręg” Ariadny Gromowej. Ale ja chciałem lecieć, tak jak znalazłem to opowiadanie Londona, to tutaj pomyślałem, że warto byłoby w przekładzie Adama Mickiewicza przypomnieć słynny poemat Byrona „Ciemność”. Warto przypomnieć, bo to są krótkie rzeczy, „Maskę Czerwonej Śmierci” Edgara Allana Poego.
Warto przypomnieć „Gwiazdę” Wellsa i historię o końcu naszego systemu. Warto przypomnieć sobie jedną z opowieści o profesorze Challengerze, czyli „Trujące pasmo”, gdzie co prawda wszyscy padają jak mucha, tylko na 24 czy 48 godzin. I ci, co mieli szczęście, się po prostu budzą, otrzepują i stwierdzają, że jest dwa dni później. Jest opowiadanie też kończące świat. Warto chyba zabrać się za tego klasyka francuskiego, Rosny starszego, bo dwóch braci. Więcej później pisał ten starszy Rosny opowiadań i warto na to zwrócić uwagę. Jest nowela „Agonia”, w której mamy opis końca Końca świata. Jest fajne opowiadanie MacIntosha w tej „Zoantologii”, opierające się na pomyśle, że Ziemia się kończy z powodu katastrofy kosmicznej i trzeba uratować jak najwięcej ludzi. Buduje się statki. Na statku zmieści się 300 wybrańców, na każdym statku.
Trzeba w rejon wysłać ludzi, którzy będą pilotować statek i oni mają sobie wybrać załogę. Popatrzcie, jaki problem psychologiczny. Ci ludzie mają wybrać na przykład z miasteczka liczącego 30 000 ludzi 300 wybrańców. Jakie będą kryteria wyboru? Jak ludzie będą się podpisywali i podlizywali temu, który ma ich wybrać? Także ciekawa bardzo rzecz. „Omega: ostatni człowiek” Moroowa to też klasyczne opowiadanie z lat 40. Nie będę opowiadał. Musicie to po prostu moim zdaniem przeczytać. Fajne opowiadanie Jerome'a Bixby'ego, to jest też klasyk złotego wieku.
„Nasze miasto” o inwazji jakiegoś imperium albo chińskiego, albo rosyjskiego na Amerykę. To nie jest powiedziane. Amerykanie żyją jakby w miasteczku. Przeżyli katastrofę. Przeżyli bombardowania. Żyją w ruinach. Nie pokazują się, bo są satelity, samoloty od czasu do czasu latają, a jak latają niżej i patrolują, to raz już im się udało. Dubeltówek zestrzelili ten samolot. Jakoś palmę potrafią oddać, ale są coraz starsi. Ukrywają uprawy, żeby tylko nie spostrzeżono tego ich małego miasteczka.
Nie ma tam młodych ludzi. Tyle chyba wszystko. Popatrz, nie byłem przygotowany, ale wam trochę poopowiadałem. To jest bardzo ciekawa fantastyka z tego powodu, że daje do myślenia i po fantastykę katastroficzną post-apo warto sięgać, od czasu do czasu coś takiego przeczytać. Oprócz wesołych historyjek, jak to kilku facetów się zebrało, znaleźli pierścień, trzy miecze, gdzieś poszli sobie, bo to do niczego nie prowadzi. Tam już też prawie był koniec świata. Też mogłoby być post-apo. Także ja dziękuję. Zapraszam jutro na transylwanizm.
[04:36:56] - No i zbliżyliśmy się, proszę państwa, do końca audycji. Przyznam się bez bicia, że nie mogłem się powstrzymać. Już nie grzebałem w archiwach tak, żeby puszczać całe audycje, bo one bardzo szybko zaczęły się przedłużać i odtwarzanie całych audycji z cyklu „Bibliotekarium” czy „ABW” nie ma sensu. To można zrobić w czasie wakacji na zasadzie wspominkowej, ale w czasie roku akademickiego nie wypada. Mamy zbyt wiele materiałów. Niemniej jednak troszeczkę sobie w archiwum poszperałem i w jednym z wydań „ABW”, przypomnę, rozszyfruję skrót: Antologia „Bibliotekarium” Warsztaty, odkryłem opowiadanie Marka Tomasika „Krótka historia o miłości”. No i z archiwum „ABW” państwo dzisiaj tego opowiadania wysłuchacie. Co chciałbym powiedzieć, o tym zresztą w samej audycji mówił nie kto inny jak Tomasz Fons. To jest opowiadanie, które tym z państwa, którzy grają w gry, którzy w te gry grywali, skojarzy się. Ono jest bardzo growe i to nie jest opis ocenny.
To, że ono jest growe, nawiązujące do gier, to nie jest ani dobrze, ani źle. Raczej przyjrzyjmy się temu, jak autor rozgrywa akcję. To jest chyba najważniejsze. Zapraszam zatem na solidny kawałek prozy. Marek Tomasik „Krótka historia o miłości”.
[04:38:48] - Marek Tomasik „Krótka historia o miłości”: Marcel wraz z Jankiem postanowili po raz kolejny przeczesać pozostałości zamczyska. Mieszkali w pobliskiej wsi założonej kilkadziesiąt lat wcześniej. Ich rodzice należeli do pionierów. Odważnych osadników, którzy nie bali się ewentualnej klątwy ciążącej na tych terenach, gdyż należały one niegdyś do potężnego lisza trzęsącego tym kawałkiem świata. Kilka dni wcześniej miało miejsce niezbyt silne trzęsienie ziemi. Chłopcy od razu pomyśleli o nowych możliwościach, które mogły się otworzyć. Przy okazji dnia świątecznego z samego rana wybrali się na wędrówkę do ruin oddalonych kilka mil od osady. Przeszukali już je wielokrotnie. Śmiało można powiedzieć, że znali tam każdy kamień. Znaleźli mnóstwo mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów, które udało się później sprzedać wędrownym kupcom za niezłe pieniądze.
Przynajmniej tak sądzili. „Patrzaj, godołem, że otworzy się przejście” powiedział zadowolony z siebie Marcel, wskazując dziurę ledwie na dwa łokcie na szczycie rumowiska. Odsłonił się kawałek przejścia prowadzącego prawdopodobnie do zamkowych lochów. Przynajmniej tak sądzili chłopcy. „Masz rację. Kto wie, co tam znajdziemy” – odparł Janek. Ida pierwszy. Jako starszy o rok zawsze starał się dawać przykład odwagi. Dzieciak wdrapał się szybko na gruzowisko. Dalej pociągał się przez dziurę.
„Ciemno tu jak w nów” – rzucił za siebie. – „Zapal lampa” – wyciągał się z powrotem. Marcel już wyjmował z sakwy oliwną lampę. Umiejętnie wykrzesał iskrę i podpalił lont. Byli przygotowani na różne okoliczności. Z kagankiem światła w ręku Janek począł się przeciskać. Za nim powoli podążał kolega. „Ciekawe, czy jakie monstra się tam ostały, co ojce gadali” – mruknął młodszy z poszukiwaczy. „Daj se spokój. Przecież dawno wszystko zabite i pochowane.
Nie ma żadnej klątwy” – stwierdził Janek. – „Zara będzie koniec. Leziemy coraz niżej.” Po chwili znaleźli się po drugiej stronie. Stanęli na równych nogach, otrzepali się z kurzu. Janek poświecił wątłym światełkiem dookoła. Znaleźli się w długim, mrocznym korytarzu. Szybko zauważyli okratowane cele po bokach. Marcel wskazał palcem kij zatknięty na murze. Chłopak podszedł bliżej i przystawił bliżej źródło ognia. Pochodnia zajęła się błyskawicznie.
„Czadowo.” Janek użył nowego słowa, którego nauczył go wędrowny kupiec. Podobało mu się bardzo. Może wszystkie da się podpalić i będzie widno jak w dzień. Przyjaciel zaaprobował pomysł. Po dłuższej chwili korytarz rozjaśnił blask wielu pochodni. Przegasili lampę, by nie marnować paliwa. Wzięli po jednej żagwi i ruszyli na zwiady. Korytarz był długi, cel wiele. Jednak poza pordzewiałymi kajdanami, gdzieniegdzie strasznymi kościotrupami i strzępkami sukna na nich nie było tu niczego wartościowego. W końcu dotarli do masywnych drzwi na końcu korytarza.
Pierwsza próba otwarcia nie powiodła się. Zaklinowały się w jakiś sposób. Janek wypatrzył kawał metalowego pręta, który jeszcze nie przerdzewiał doszczętu. We dwóch podważyli drzwi. Ustąpiły. Nie otworzyły się do końca, ale wystarczająco szeroko, by mogli przejść dalej. Za nimi znajdowały się kilkustopniowe schody prowadzące w dół do obszernego pomieszczenia. Wypatrzyli kilka łuczyw. Zapalili je niezwłocznie. „Janek, patrzaj!” – krzyknął nagle Marcel, wskazując przeciwległą ścianę.
Oświetlenie nie sięgało tak daleko, by mogli dojrzeć ze szczegółami, co znajdowało się pod murem. Jedno nie ulegało wątpliwości, że była to sylwetka człowieka. Wymienili wystraszone spojrzenia. Porozumieli się bez słów. Zaczęli skradać się, wystawiając przed sobą pochodnie. W końcu ujrzeli zwłoki inne niż poprzednie. „Zobacz, jaki je wielki” – szepnął Janek. Tak na wszelki wypadek. „To jaki gigant?” „Nie wiem. Nie znom się na tym” – odszeptał przyjaciel.
– „Wyglądo inaczej niż poprzednie.” Ponadprzeciętnej wielkości ludzkie zwłoki siedziały oparte o ścianę lochu. Ręce zakute w kajdany wisiały nad zwieszoną głową, porośniętą resztką długich, ciągle czarnych włosów. Większość ciała okrywała lekko pordzewiała kolczuga i strzępy sukna. Skóra skazańca wyglądała na szorstką i wysuszoną na wiór. „Wyglądo jak ta mumio” – mruknął Marcel. – „Pamiętom, co kapłan niegdyś opowiadał, że daleko stąd chowajo takie wysuszone trupy.” „Tego to raczej nie chowali, tylko katowali” – zauważył Janek. „To żeśmy się strachu najedli. Trza popatrzeć może co w komnacie cennego je” – stwierdził młodszy kamrat. Odstąpili od mieszkańca lochów i zaczęli przeszukiwać pomieszczenie. „Same rupiecie” – stwierdził prowodyr wyprawy, przeglądając spróchniałą szafkę, na którą się natknął.
Stare narzędzia. Samo rdza. „Janek, zobacz” – zawołał Marcel. Przy równoległej ścianie do trupa stał stół, a na nim długi miecz. Jedną ręką złapał za wydłużoną rękojeść i podniósł go wyżej, by pokazać koledze. Drugą nadal przyświecał pochodnią. Starszy łowca skarbów podbiegł natychmiast, by obadać znalezisko. „Jaki długi! Chyba większy od nas” – zauważył. Położył żagiew na stole i wziął broń.
Czubek miecza zabrzęczał tępo o kamienną posadzkę. Faktycznie, głowica miecza wisiała jeszcze dobrych kilka cali nad głowami chłopców. „Zoba, jaki pordzewiały cały. Tępy.” Przejechał palcem po klindze, nie czyniąc sobie żadnej szkody. Odpadło nawet kilka płatków rdzy. „Nikt tego nie kupi” – zawyrokował. Oddał broń koledze i ruszył na dalsze poszukiwania. Marcel tymczasem wydawał się zauroczony znaleziskiem. Począł wyobrażać sobie walkę ze smokami czy innymi potworami. Jakim wielkim rycerzem mógłby się stać.
Miałby wtedy właśnie taki miecz, tylko nowy i ostry. Janek, wiedziony wrodzonym instynktem poszukiwacza, zwrócił uwagę ku zwłokom. Być może znajdzie coś cennego przy ciele. Pewna doza strachu i odrazy nie pozwoliła mu jednak dotknąć ciała. Oczy nie wypatrzyły niczego wartościowego. Zaciekawiły go jednak kajdany. Przypatrzył się im z bliska. Nie nosiły śladu rdzy. Wyglądały jak nowe. Zafrasowało to nieco dzieciaka.
Gdy ich dotknął, zapaliły się na nich dziwne znaki. Odskoczył przerażony. „Tu są jakieś runy. Chyba” – wymamrotał. Obejrzał się na kolegę, który nie zwrócił na niego uwagi. Przechadzał się po lochu, bawiąc się mieczem i mrucząc coś pod nosem. Powrócił do oględzin kajdan. Powolutku dotknął ich jeszcze raz. Nieznane symbole zajaśniały jeszcze raz. Świeciły, dopóki trzymał palce na metalu.
Jednocześnie odczuwał osobliwe osłabienie. Gdy się odsuwał, gasły natychmiast i odzyskiwał siły. Wiedział już, że znalazł coś naprawdę wartościowego. Pozostawała tylko kwestia demontażu znaleziska. Rzucił się na poszukiwania klucza. Miał szczęście. Znalazł go na stole z mieczem pod grubą warstwą kurzu. Użył go, nie zwlekając. Wysuszone ramiona opadły na podłogę. Kajdany zadudniły o ścianę.
„Co robisz?” – zapytał Marcel zwiedziony hałasem. Podszedł do truposza niemal na długości miecza. Lewą rękę trzymał na rękojeści, prawą zaś na rozsypującej się klince. „Te kajdany są sporo warte” – bąknął Janek, odwracając się w stronę kompana. – „Chyba magiczne”. „Nie mo…” – Marcel urwał w pół słowa, gdy zobaczył prostującą się głowę skazańca. W zgniłych oczach zapłonęły czerwone punkty. Prawa ręka trupa wyciągnęła się w stronę chłopca. Nagle miecz wyskoczył mu z dłoni, obcinając cztery palce. Loch wypełnił przeraźliwy krzyk bólu i strachu.
Janek, odwrócony plecami do monstra, nie zdawał sobie sprawy, dlaczego jego towarzysz zaniemówił na chwilę. Nagle zobaczył, jak klinga wylatuje z jego rąk i wpada między palce mumii. Jaśniały na niej dziwne znaki. Z rozdziawioną japą stał tak przez kilka sekund, obserwując, jak nieboszczyk próbuje się podnieść na nogi. W końcu płonące ślepia zauważyły i jego. Ocknął się z otumanienia. Niestety dla niego zbyt późno. Stary, zardzewiały miecz przeciął go na pół jednym błyskawicznym cięciem. Marcel darł się, ile miał sił. Widząc rozpołowionego przyjaciela, zdał sobie sprawę, że można krzyczeć jeszcze głośniej.
Monstrualna postać przed nim w końcu się podniosła. Głową sięgała prawie do sufitu. Kałuża świeżej krwi obmyła jego nagie stopy. Nagle chłopak usłyszał w swym umyśle znajomy głos. „Uciekaj”. „Patrzaj, Jastrząbek. Już jadą” – powiedział podekscytowany Kumotek. Siedzieli we dwójkę w najgęściejszych krzakach, jakie mogli znaleźć przy leśnej drodze. Z kierunku, w który patrzyli, nadjeżdżał powóz z eskortą. Jeden pancerny jeździec przed pojazdem, drugi za nim.
„Mówiłem, że przyjadą” – mruknął przywódca zwany Jastrząbkiem. Jeden z przodu, drugi z tyłu, woźnica i panna w środku. Chyba że będzie niespodzianka. „Więcej jak czterech chłopa nie będzie” – zawyrokował liter. Chłopaki zajmą się konnymi, a my szybko do woźnicy. Kaszka z mleczkiem. „Ciekawe, ile piniędzy wiezie ze sobą.” Kumotek oblizał wargi z podniecenia. – „Ile weźmiemy za panienkę?” „Się zobaczy. A tera cicho.” Konwoj prawie dojechał do kryjówki rabusiów. Gdy był tuż tuż, Jastrząbek gwizdnął przeciągle.
Kilka metrów przed pierwszym jeźdźcem zwaliła się kilkumetrowa sosenka, blokując wąską, błotnistą drogę. Chwilę później na drogę wypadło czterech rzezimieszków, atakując konnych. Jastrząbek z Kumotkiem rzucili się na woźnicę. Szarpanina trwała ledwie kilkanaście sekund. Gwardziści okazali się niezbyt dobrymi wojownikami. Szybko zostali ściągnięci z koni. Teraz leżeli w błocie z poderżniętymi gardłami. Do tego elitarnego grona za moment dołączył woźnica. Dziewczyna z powozu praktycznie darła się od samego początku. Trzeba było ją wyciągnąć i uciszyć na moment.
„Józek, tylko nie uszkodź towaru” – rzucił Jastrząbek do bandyty, który miał zająć się tym problemem. Dziewucha szybko została zakneblowana, a ręce związane. „Szefie, mamy towarzystwo” – zawołał jeden z rzezimieszków. „Co jest Ziutek?” – zapytał przywódca. Ziutek wskazał ręką wysoką postać na drodze. Nadchodził z przeciwnego kierunku do trasy konwoju. „Ki czort” – warknął Kumotek, który zostawił na moment przetrząsanie powozu. „Ziutek, łap za łuk” – zakomenderował Jastrząbek. Mężczyzna błyskawicznie wykonał rozkaz. „Józek, zawracaj konie.
Reszta do mnie.” „Szefie. Jakiś dziwny ten koleś” – stwierdził Kumotek. – „Sam ino wlecze coś w ręku.” „Nie wiem, co to za pajac, ale jest wielki” – mruknął szef, który słynął z sokolego wzroku. – „I chyba miecz taska po ziemi. Może jaki błędny rycerz? W kupie siła. Jeszcze go ograbim.” „Szefie, to chyba nie je błędny rycerz” – zasugerował Ziutek, gdy nieznajomy był już tylko kilkadziesiąt kroków od nich. Chyba nie, zgodził się Jastrząbek. Monstrualna postać niespiesznie kroczyła po drodze, w prawej ręce trzymając dwuręczny miecz, którego klinga ciągnięta po ziemi zostawiała głęboki ślad. Jastrząbek, co robimy?
Rzucił nerwowym głosem Kumotek. Wszyscy już zdali sobie sprawę, że nie mają do czynienia z czymś normalnym. Walimy czy spieprzamy? Kurw, Kawka, Grzyb, bierzcie go! Ziutek wal! Padł rozkaz. Dwaj mężczyźni uzbrojeni w siekiery podbiegli do przeciwnika. Łucznik wypuścił strzałę, która wbiła się w pierś nieznajomego. Nieco zwieszona głowa uniosła się. Martwe, wysuszone oczy wpatrzyły się w najbliższą dwójkę.
Zapłonęły. Mężczyźni odskoczyli w ostatniej chwili przed nienaturalnie szybkim cięciem. Józek do mnie! Krzyknął przywódca. Kupą, panowie! Natarli w pięciu. W ruch poszły siekiery, miecz, włócznia i cep. Żaden nie dotarł do celu. Trzy szybkie cięcia wystarczyły, by rozczłonkować całą ekipę. Na placu boju został tylko Ziutek.
Sparaliżowany strachem nie reagował przez kilka sekund. W końcu napiął łuk ponownie i wystrzelił. Kolejna strzała przyozdobiła pierś potwora. Naciągnął po raz trzeci, lecz nie zdążył zwolnić cięciwy. Niesamowicie długie ostrze, wyrzucone z ogromną siłą przebiło go na wylot i odrzuciło do tyłu. Prawie niemym świadkiem tego zajścia była porwana kobieta. Już podczas napadu darła się ile mogła. Teraz, będąc zakneblowaną, zdała sobie sprawę, że mogłaby drzeć się jeszcze głośniej. Ze strachu nie mogła się ruszyć. Ze związanymi z tyłu rękoma leżała na skraju dróżki.
Olbrzymi, wysuszony, człekokształtny potwór zmierzał w jej stronę, gdy usłyszała w głowie dobrze znany jej głos. Uciekaj. Nadchodzi. Zamknąć bramę! Ryknął dowódca zmiany, stojąc na szczycie bramowej wieży. Ludziska, chować się za mury, póki mata jeszcze czas! Wykrzyczał do mieszkańców wałęsających się przed wejściem. Kilkoro kobiet i mężczyzn z miejsca rzucili się do ucieczki. Wiedzieli już, czego mogą się spodziewać. Zostali ostrzeżeni wcześniej.
Jarosław, spuszczaj bronę zaraz za ostatnim. Niech Bronek powie ci kiedy. Dowódca podbiegł do schodów i krzyknął do człowieka stojącego piętro niżej przy kołowrocie. Tak jest, szefie. Usłyszał w odpowiedzi. Wrócił do blanki, nerwowo spoglądając na północno-wschodni trakt. W oddali majaczyła ciemna, powolna sylwetka olbrzyma. Do czorta! Dlaczego to cholerstwo musi iść na moje miasto? Zapytał sam siebie gwardzista.
Na Morana. Mało to paskudztwa chodziło po świecie za dzieciaka. Teraz powtórka. Żelazna brona z hukiem uderzyła o wybrukowaną nawierzchnię. Samo jeden nie poradzi sobie z takim żelastwem, ale kto wie, jakiej to czarnej magii używa. Zamknąć jeszcze wrota? Zareglować? Może pójdzie bokiem. Przecie tu je rozwidlenie. Cholera, inne miasta mają fosę, most zwodzony, a u nas gówno, jeno brona i dębowe wrota.
Wychodek wójta je lepiej broniony niźli miasto. Gigant w ślimaczym tempie przybliżał się do miasteczka. Może pójdzie prosto, nie skręci do nas. Kurw, wali prosto na nas. Ryglować wrota! Ryknął szef straży. Nie pozwolić mu przejść. Strwożony strachem spojrzał jeszcze raz na kreaturę. Była już tylko kilkadziesiąt kroków od bramy. Niesamowicie wysoki, wyglądający na zasuszonego człowieka potwór.
Okryty starą kolczugą i resztkami szmat. Wlókł po ziemi dwuręczny miecz, a z jego piersi sterczały dwie strzały. Chyba napotkał już jakie towarzystwo. Bestia nie wydawała z siebie żadnych dźwięków. Pobrzękiwały tylko małe metalowe kółka służące za pancerz. Olbrzym, nie bacząc na nic, podszedł do brony i przygrzmocił w nią zwieszoną głową, czego nikt nie mógł widzieć. Dopiero wtedy się zatrzymał. Przez kilka sekund wodził wysuszonymi ślepiami po kracie. W końcu schylił się i lewą ręką złapał za metal. Bez dostrzegalnego wysiłku uniósł ją w górę.
Przeszedł pod nią, wbił miecz przed sobą i puścił. Żelastwo z hukiem spadło na swoje miejsce. Dwa kroki przed nim znajdowała się kolejna przeszkoda. Grube, okute żelazem dębowe wrota. Bestia ścisnęła mocniej rękojeść miecza i trzasnęła głowicą w metalowe okucie. Pękł rygiel. Po drugim uderzeniu oba skrzydła rozwarły się na oścież, wpuszczając nieproszonego gościa do miasta. Kilku wartowników miejskich czających się za bramą odskoczyło ze strachu. Intruz bezceremonialnie wtargnął do środka. Pordzewiała i wyszczerbiona klinga powróciła do ciągnięcia po podłożu.
Przy akompaniamencie iskier znaczyła głębokie bruzdy na wybrukowanej drodze. Kusznicy! Walić w dziada! Padła komenda. W stronę olbrzyma poszybowały dwa bełty. Więcej strzelców nie było. Weszły w okolicach prawej łopatki. Monstrum zdawało się, że w ogóle tego nie zauważyło. Szło przed siebie główną drogą. Nie strzelać już.
Kolejny rozkaz. Wszyscy za nim. Trzymać dystans, ale nie atakować. Wraz z dowódcą około dziesięciu wartowników ruszyło w ślad za potworem, który na szczęście dla nich nie okazywał zainteresowania walką. Po prostu szedł środkiem ulicy. Zaniepokojeni i jednocześnie przestraszeni mieszkańcy wyglądali z okien. Z przerażeniem w oczach obserwowali potwora powołanego do życia za pomocą czarnej magii. Tak myśleli. Tymczasem nieumarły wojownik nieugięcie parł przed siebie, przy okazji odganiając swoim wyglądem ostatnich maruderów z ulicy. „Stać barany!
Nie zamykać wrót!” – ryknął dowódca do strażników przy bramie wyjściowej. – „Otwierać! Otwierać ją! Niech cholerstwo wyjdzie.” Bramowi stróże w przypływie odwagi postanowili zatrzymać istotę w mieście. Gromki głos przełożonego wybił im ten pomysł z głów. W pośpiechu rozchylili skrzydła i odskoczyli na boki. Olbrzymie monstrum nieśpiesznie wyszło z miasta, nie czyniąc nikomu szkody. Komendant odetchnął głęboko. Zdjął z głowy regulaminowy szyszak i przetarł spocone czoło. Może jakiś medal dostanę.
Brak strat w walce z takim potworem. Kto wie? „Czy nie można dokończyć żywota bez tej cholernej nekromanckiej zarazy?” – żachnął się król. – „Po co pokonywałem tego cholernego króla Lisha trzydzieści lat temu, skoro wraca to do mnie z powrotem?” „Panie, takich rzeczy nie można przewidzieć” – stwierdził królewski kanclerz. – „Dołożono wszelkich środków, by to się nie powtórzyło. Jednakże jak dobrze pamiętasz królu, potężna magia chroniła mury twierdzy.” „Cały rok równano z ziemią twierdzę” – wtrącił podkomorzy. „I co? Ledwie ćwierć zniszczono. Dobrze, że po śmierci Lisha nastąpiło trzęsienie ziemi, które trochę nadszarpnęło konstrukcję. Kilka korytarzy się zasypało.
Trzeba było siedzieć tam i dziesięć lat.” – skwitował władca. „Wasza wysokość, rozbiórka kosztowała krocie.” – rzucił wiekowy marszałek dworu. – „Nie stać nas było i nadal nie stać jest na takie przedsięwzięcie.” „Wiem, Macieju, wiem.” – jęknął monarcha. – „Coś trzeba zrobić z tym cholerstwem. Andrzeju, co wiemy?” „Pierwsze doniesienia mówią o trzymetrowym Szkieletorze bądź mumii, wilkołaku, olbrzymie etc.” – powiedział kanclerz Andrzej. – „Ilu ludzi, tyle opowieści. Na pewno nadszedł z północy, z okolic twierdzy Lisha. Kim jest i skąd się wziął? Nie wiadomo. Raporty naszych zwiadowców donoszą o bardziej ludzkim pochodzeniu potwora.
Prawie na pewno był to kiedyś człowiek. Ponad siedem stóp wzrostu, wysuszony wewnętrznie i zewnętrznie, prawdopodobnie pozbawiony płynów. Nie wydaje z siebie żadnych dźwięków. Nasi ludzie podejrzewają, że nie oddycha. Jego życie podtrzymuje tylko magia.” „Siedem stóp?” – zdziwił się władca. – „Są tacy ludzie? Albo byli?” „Tak. Gigantyzm jest bardzo rzadki.” – rzekł podkomorzy. – „Sam znam jednego rycerza, Zygfryda, który ma ponad sześć stóp wzrostu.” „Wiadomo, dokąd zmierza?” „Póki co zmierza głównymi szlakami na południe, wasza wysokość.” – odpowiedział Andrzej. – „Raporty donoszą też, że stwór nie zachowuje się agresywnie, jeśli nie jest atakowany.
Po prostu sobie idzie.” „Kanclerzu, mam pomysł.” – oznajmił monarcha. – „Sprawdź archiwa. Bierz wszystkich, którzy potrafią czytać do pomocy. Znajdź wszystkie wzmianki o poddanych cechujących się olbrzymim wzrostem sprzed wojny z Lishem. Być może tam kryje się rozwiązanie tej zagadki.” „To rozsądna propozycja.” – stwierdził urzędnik. – „Zaraz się do tego zabiorę. Tymczasem poślijcie po najpotężniejszych magów. Zbierzmy trochę ochotników i zniszczmy tą bestię gdzieś na odludziu. Jeśli bogowie dopomogą, zakończymy to w ciągu kilku dni.” „To może ja zacznę?” – zapytał nieśmiało Kacper. – „Zawsze chciałem na nomen omen żywej materii wypróbować ogniste zaklęcia.
Taką kulę ognia, dajmy na to.” „Myślisz, że my nie chcemy wypróbować własnych?” – stwierdził Melchior. – „Przez piętnaście lat zgłębiałem tajniki magii piorunów. To jest idealna okazja na testy.” „Tak. Lepszej szansy już możemy nie mieć.” – zgodził się Baltazar. – „Sam chciałbym sprawdzić, czy to nieumarłe cholerstwo można zamrozić. Poza tym są jeszcze inni chętni.” Melchior ruchem głowy wskazał pokaźną grupę rycerstwa, która ochoczo przybyła na wezwanie króla, by stawić czoła siłom ciemności. „Spokojnie, wynegocjowałem pierwszeństwo.” – rzekł Kacper, mrugając porozumiewawczo okiem. – „Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, to będzie oznaczać, że przyjechali na darmo.” Chrząknął głośno, powstrzymując się przed śmiechem. „To może zagrajmy w płaszcz, kometę, laskę o pierwszeństwo ataku?” – zapytał Baltazar. Pozostali magowie pokiwali głowami, godząc się na takowe rozstrzygnięcie sporu.
Chwilę trwało, zanim ustanowiono odpowiednią kolejność. Wygrał Kacper. Drugi był Melchior, ostatni wiadomo kto. Zbrojni mężowie ustawili się w dwóch równych szykach po obu stronach drogi na szerokiej łące. Pośrodku stanęli magowie, wyczekując nadejścia potwora, którego sylwetka już majaczyła w oddali. Nieśpiesznym krokiem nieuchronnie przybliżał się do pola bitwy. „Wydaje mi się, że jest to ożywieniec.” – stwierdził nagle Baltazar. – „Ciężko zakwalifikować takie monstrum do konkretnej grupy.” „Z początku myślałem, że to zwykłe zombie, aczkolwiek po wysłuchaniu wszystkich raportów stwierdzam, iż jest to coś zupełnie nowego.” – rzekł Kacper. „Jedno jest pewne. Jest w nim potężna magia.” – powiedział Melchior.
– „Inaczej zabiliby go już w pierwszym mieście.” Co do tego zgodzili się wszyscy. „Uwaga, zaczynam!” - zawołał Kacper. Zdjął z głowy słomiany kapelusz i przeczesał palcami czarne loki. Dłoń wytarł w powłóczystą szatę rdzawego koloru. Mocniej ścisnął magiczny kostur i zaczął inkantację. Ożywieniec powoli zmierzał w jego stronę. Dzieliło ich tylko kilkadziesiąt kroków. Po chwili skończył mamrotać zaklęcie pod nosem. Wycelował laską prosto w stwora. Na jej końcu pojawił się mały płomień, który w mgnieniu oka urósł do rozmiarów pokaźnej dyni i wystrzelił w monstrum.
Powietrzem wstrząsnęła eksplozja ognia. Wybuch spalił bądź podpalił wszystko w promieniu kilku kroków. Przez jakiś czas w miejscu detonacji unosił się dym przemieszany z pyłem, zasłaniający widoczność. Czarodziej triumfalnie rozłożył szeroko ręce i odwrócił się do kolegów stojących rzut kamieniem od niego, jakby mówiąc: „Zobaczcie, co uczyniłem”. W tym samym momencie z pogrzeliska wyskoczyła olbrzymia czarna postać, ciągle lizana językami ognia. W kilku susach dopadła maga i nabiła go na miecz jak szaszłyk. „Na Morana” - wyszeptał Melchior. Ścisnął mocniej swoją laskę i zaczął recytować formułę. Gdy Kacper ześlizgiwał się z miecza nieumarłego, mag ciskał już piorunami w bestię. Ożywieniec z płonącymi ślepiami w paru skokach znalazł się przy magu.
Ciągle skrząc się od wyładowań, jednym cięciem przepołowił nieszczęśnika. Baltazar odskoczył do tyłu. Z jego kostura wystrzeliła nagle śnieżna zamieć. Potwór zaatakował ponownie, jednakże magia ostatniego mistrza sztuk tajemnych zdawała się działać najlepiej. Stwór pokrył się lodem, a śmiertelnie groźne cięcie w oczach wyhamowywało swój impet, by zatrzymać się o kilka cali od lekko osiwiałej głowy. Baltazar z ulgą wypuścił powietrze z ust. Lodowa skorupa, w którą obleczony był ożywieniec, po chwili pękła. Na polu walki nie ostał się żaden mag. Widząc, co się dzieje, rycerstwo poderwało się do walki i w ustalonej wcześniej przez siebie kolejności zaatakowało. „Chyba wszyscy się zgodzimy, że potrzebujemy nowej strategii po klęsce na tej pierdolonej łączce” - wycedził król, niemal zgrzytając zębami.
Zebrani w Sali Zgromadzeń królewscy doradcy milczeli. „Jakieś pomysły? Z tego, co wiemy, najlepszą strategią jest po prostu nie atakować” - rzucił podkomorzy. - „Wygląda na to, że jego celem nie jest stolica. W przeciwnym wypadku już dawno by do nas skręcił. A tak jest już daleko na południe. Najgorsze, że nie mamy w ogóle pojęcia, czego chce ta kreatura” - bąknął marszałek Maciej. „Tego nie wiemy, ale myślę, że znamy już tą nieszczęsną postać” - wtrącił nagle Andrzej. Uniesiona brew i czujne spojrzenie władcy ponagliło urzędnika do szerszego wyjaśnienia. „Otóż, Wasza Wysokość, przetrząśnięcie archiwów okazało się strzałem w dziesiątkę.
Przynajmniej żywię taką nadzieję”. Teraz wszyscy bacznie nadstawili uszu. „Odnaleźliśmy wzmianki o trzech rosłych mężach sprzed wojny z Omarlakami. Jeden z nich, chłop z urodzenia, sześć i pół stopy wzrostu, zmarł paręnaście lat temu. Występował w cyrku jako siłacz. Odrzuciłem go na samym początku. Podobnego wzrostu był niejaki Hieronim z Budyniowa. Zacny rycerz, jednakoż on też nie dycha od dwóch dekad. Trzecim, w zasadzie przypadkowym odkryciem, był Niedamir z Wińczeń Zamieci. Dziwnym trafem teksty traktujące o nim nie zostały dołączone do raportów z Kościanej Wojny, a powinny.” Przerwał na moment, by przepłukać gardło.
„Na bogów, człowiecze, mówże!” - wypalił monarcha. - „Kimże ten Niedamir? Skądś znam to imię” - mruknął Maciej. „Otóż cny rycerz Niedamir zaginął kilka miesięcy przed ostatecznym starciem z królem Liszem” - podjął kanclerz. - „Źródła mówią, że mierzył niemal siedem stóp. Dobrze zbudowany, świetny wojownik, zwycięzca kilku lokalnych turniejów. Jednakże stronił od ludzi. Przesiadywał głównie na swoim zamku, który mocno podupadł i z tego, co wiem, nikt go nie przejął z jakiegoś powodu. Wracając: kilka lat przed wojną pojął za żonę niejaką Zofię Olszankę, pannę nader urodziwą. Małżeństwo ponoć udane.
Potomstwa jednak się nie doczekali, aczkolwiek są wzmianki o poronieniach. W każdym razie pani zachorowała ciężko. Choroba bliżej nieokreślona. Ponoć wydał prawie cały majątek na medyków i magów, lecz nikt nie dokonał uzdrowienia. W pewnym momencie znika. W rocznikach nie ma o nim wzmianek przez dłuższy czas. Nagle, kilka miesięcy przed wojną pojawia się na północy, prowadząc najemne bandy pod sztandarem króla Lisza. Skąd się tam wziął i dlaczego? Mogę się tylko domyślać, że łapał się ostatniej deski ratunku. Był w zasadzie jedynym przedstawicielem szlachty po stronie tego szkieletora.
I tu znowu niespodzianka. Nagle znika z jego armii. Umarła też jego żona. Zestawiłem obie daty. Dwa tygodnie po opuszczeniu tego padołu łez przez małżonkę znika i on. Co się z nim stało? Nie wiadomo. Nie ma więcej informacji. Natomiast konsekwencje myślę, że obserwujemy właśnie teraz.” Kto wie, co zostało mu obiecane? Przypomniałem sobie – rzekł marszałek.
Bawiłem kiedyś na południu i widziałem go, jak wygrywał tamtejszy turniej. Za życia mało kto mógł mu dorównać. Zaiste ciekawa historia – westchnął władca. Jesteś pewien, że to on? – odpowiedział kanclerz. Istnieje oczywiście szansa, że to ktoś zupełnie inny, lecz stawiam na niego. Dobrze więc, zwołam pospolite ruszenie i udamy się w ślad za nim. Na razie idzie ciągle na południe. Zobaczymy, czy skręci w stronę swojego domu. Wtedy będziemy mieć pewność.
Przez dwa tygodnie ponadtysięczna armia wojowników podążała krok w krok za ożywieńcem. Bez wątpienia zmierzał w kierunku Wilczej Zamieci. Rozsypującego się zamczyska nie zamieszkałego przeszło od trzech dekad. Stwór po potyczce na łączce przyjął kilka lanc na korpus, których drzewce teraz dumnie sterczały z ciała. W lewym udzie tkwił kolejny grot, znacząco utrudniający ruchy. Dlatego marsz trwał tak długo. Wreszcie dotarli na miejsce. Armia królewska szybko rozwinęła się u podnóża wzniesienia, na którym wznosiła się twierdza. W wielkim zniecierpliwieniu czekali na rozwój wydarzeń. Do tej pory stwór podążał wyłącznie głównymi traktami.
Ani razu nie zszedł gdzieś w bok. Teraz istniały tylko dwie opcje: albo przejdzie gdzieś za zamek, albo zawróci, a tego nikt nie pragnął. Jeśli oczywiście sama Wilcza Zamieć nie byłaby finałem podróży. Ożywieniec ku zaskoczeniu obserwujących zszedł z trasy na kilkadziesiąt kroków od zamkowej bramy. Wszedł w gęste zarośla, ostre krzewy. Miejsce niegdyś będące ogrodem. Na jego końcu stała marmurowa płyta z inskrypcją: miejsce pochówku Zofii Olszańskiej. Nad nią zatrzymało się monstrum. Witaj kochana – wychrypiało nieużywane od dekad gardło. Ślepia zapłonęły.
Przepraszam, że trwało to tak długo. Nareszcie możemy być razem. Żar z oczu nagle wystrzelił w powietrze, a ciało obróciło się w proch. Rozsypał się jak domek z kart. Kopiec szczątków przykrywała jedynie kolczuga i resztka broni. Dwuręczny miecz upadł obok. Klinga poszła w drzazgi.
[05:14:38] - Proszę państwa. No cóż. Pierwszy odcinek. Nie, to zły wstęp. To nie jest pierwszy odcinek. To jest odcinek 53. „Bibliotekarium 2.0”, ale pierwszy odcinek w nowym roku akademickim niniejszym uważam-
[05:14:54] - Pierwszy zjazd.
[05:14:57] - No tak, niech będzie zjazd. Też dobrze brzmi. W kontekście pory nie tak późnej, ale jednak już nocnej, w kontekście pory-
[05:15:06] - No i też w kontekście tematu poruszonego w jednym z dzisiejszych wykładów.
[05:15:12] - Tak, słowo zjazd jest jak najbardziej à propos. A zatem proszę państwa, niniejszym pierwszy zjazd w nowym roku akademickim uważam za zamknięty, zakończony. Zapraszam na „Bibliotekarium 2.0” za tydzień. Będzie równie ciekawie i równie intensywnie. Ktoś z państwa może zapytać: dlaczego tak krótko tym razem? No to odpowiadam. Dostałem od swojego wydawcy, ukochanego, umiłowanego szefa „Bibliotekarium” i tak dalej, ze wszystkimi tytułami taki prikaz.
[05:16:00] - Najjaśniejsze słońce świata.
[05:16:03] - Tak i tak dalej. Ja mam nadzieję, że tego nie słucha, bo się może zdenerwować. Dostałem prikaz, żeby nie przeciągać audycji do siedmiu, ośmiu godzin. Ja nie wiem, czy mi się uda. Nie będę się zarzekał, ale takie wstępne przykazanie dostałem. Bo dochodziły do mojego szefa takie oto głosy, że ludzie nie sypiają po nocach. Dobra, powiem, jak było. Było tak, że kilku znajomych mojego szefa posłuchało sobie kilku audycji i rzeczywiście przez to jakoś im się nocka zawaliła. I nie żebym taki ostry prikaz dostał. Nie, aż tak źle nie jest, proszę państwa.
Niemniej jednak taką sugestię dostałem, że znajomi chcieliby się jednak wyspać i może jednak te pięć godzin z kawałkiem to jest tak optymalnie. Tak jak powiedziałem, mogę się starać. Obietnic żadnych nie składałem. Pierwszą audycję udało się skręcić w miarę w tych ramach czasowych. Nie zarzekam się. Dla jednych z państwa to oczywiście powód do żalu, dla innych powód do radości, że już Żelkowski nie będzie truł przez siedem godzin, tylko w miarę koło pięciu. Zobaczymy, jak będzie. Rok akademicki się zaczął. „Bibliotekaria 2.0” też się rozpoczęły w trybie akademickim. Proszę państwa, do usłyszenia za tydzień.
Zapraszam.
[05:17:49] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze rektor AWF, Akademii Wszelkiej Fikcji, Marek Żelkowski, a audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.