[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Witamy państwa bardzo gorąco i serdecznie w kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Dzisiaj zaczynamy smutnym akcentem. Otóż 31 lipca po ciężkiej chorobie zmarł Michał Kuśnierz, współtwórca serwisu i forum infra.org.pl. Dla wielu użytkowników znany po prostu pod nickiem Rysiek. Brał także aktywny udział w audycjach Radia Paranormalium w pierwszych latach jego istnienia, chociażby w pierwszych debatach ufologicznych. Wcześniej także udzielał się na czatach głosowych, które były transmitowane na antenie naszego radia. Współprowadził również liczne inne audycje, w tym między innymi „INFRA Fakty” razem z Piotrem Cielebiasiem, a także różne wywiady z ciekawymi gośćmi.
Pojawił się także kilkukrotnie u Zbyszka Mrugały w „Rozmowach poza ciałem”. Michał odszedł po długiej chorobie w wieku 49 lat. Ceremonia pogrzebowa odbędzie się 11 sierpnia o godzinie 9:00 na cmentarzu prawosławnym na Woli w Warszawie. To tyle takich smutnych ogłoszeń. Pierwszy raz przychodzi mi żegnać na antenie Radia Paranormalium człowieka, który odegrał dosyć dużą rolę w tworzeniu tego radia w pierwszych latach jego istnienia. Także troszeczkę mi się łamie głos. Cóż można jeszcze powiedzieć, Marku Żelkowski?
[01:49] - Zawsze są momenty, tak jak kilkukrotnie się zdarzało, że wspominałem osoby ze środowiska literackiego, które odeszły. Ja to w pełni rozumiem. To jest zawsze rzecz niespodziewana, sytuacja niespodziewana i trudno nie popaść w banał. Doskonale zdaję sobie sprawę, że cokolwiek bym w tej chwili wypowiedział, to może zabrzmieć po prostu banalnie. Jeśli stajemy w obliczu śmierci, jakkolwiek sobie ją wyobrażamy, jakkolwiek myślimy o tym, co jest dalej albo czego nie ma dalej, to zawsze jest to taka tajemnica, taki moment, w którym niesłychanie trudno cokolwiek komentować. Proszę państwa, zaczynamy kolejne Bibliotekarium 2.0. Wakacyjne Bibliotekarium 2.0, a zatem będzie tak lajtowo. Będzie druga powieść Piotra Witolda Lecha, zapowiadana, „Łzy Koa”. Jeśli ktoś polubił to uniwersum, to dzisiaj będzie miał okazję do niego wrócić. Będzie też oczywiście „Filmotekarium”.
Owszem, nie będzie Piotra Plebaniaka. Oddelegowany na urlop, ale tak jak zapowiadałem, będzie „Alchemia tworzenia” po chwilowej nieobecności w zeszłym tygodniu. To wszystko mówię państwu po to, żeby się lekko usprawiedliwić, bo pamiętacie państwo, w czerwcu odgrażałem się i całkiem poważnie traktowałem to, co mówiłem. Okazuje się, że człowiek nigdy nie może sam siebie traktować poważnie. Poważnie traktowałem to, kiedy wspominałem, że audycje będą krótsze, bo będą wakacyjne. Mam chwilami wrażenie, że gdyby nie Iwellios, który takiego elementarnego porządku pilnuje, to te audycje byłyby dłuższe po prostu.
[04:06] - Mamy dosyć duży bufor, Marku, na YouTubie. Limit długości pojedynczego materiału to obecnie 12 godzin. Troszkę nas w tej materii YouTube ograniczył, bo kiedyś takiego ograniczenia nie było. Zdarzało mi się wrzucać materiały trwające nawet in gremio ponad 20 godzin.
[04:28] - Jeśli sobie przypomnicie państwo, a niektórzy po prostu się dowiecie, że na początku limit YouTube’a to było 15 minut, to mamy postęp tak zwany znaczący. Niemniej jednak czuję się troszeczkę idiotycznie, kiedy wspomnę sobie swoje pogróżki sprzed ponad miesiąca, że będzie krócej. To nie jest krócej. Dzisiaj na pewno nie będzie, proszę państwa, krócej. Zacznę od polecanek. To nie będzie jakaś specjalnie rozbudowana polecanka. Pojawi się bowiem tomik opowiadań, o którym bardzo często wspominałem, czy to w „Bibliotekarium”, czy to w „Bibliotekarium 2.0”. Ten tomik nosi tytuł „Rakietowe szlaki”. Z tym że od razu powiedzmy, że „Rakietowe szlaki” wychodziły w Polsce kilka razy. Pierwszy raz wyszły w roku 1958 nakładem Wydawnictwa Czytelnik.
Powiem od razu, to był zbiór opowiadań amerykańskich. Z wyjątkiem opowiadania Arthura C. Clarka, który nie był Amerykaninem, głównie były to opowiadania amerykańskie. Wyboru dokonali Jan Zakrzewski i Julian Stawiński. Oni zresztą byli głównymi tłumaczami opowiadań do tego tomu. Towarzyszył im również Krzysztof Zarzecki. W tym zbiorze z roku 1958. To był chyba pierwszy zbiór amerykańskich opowiadań science fiction, który ukazał się po okresie stalinowskim i pojawiły się tam nazwiska naprawdę wybitne i opowiadania naprawdę wybitne. Mamy Cyrila Kornblutha z „Czarną walizeczką”. To opowiadanie absolutnie kultowe.
Jacka Finneya z „Zajmującymi sąsiadami”. Proszę państwa, wierzcie mi, to jest opowiadanie zabawne z jednej strony, a z drugiej strony czasami wieje z niego grozą. Mamy też Raya Bradbury'ego, absolutnie kultowe opowiadanie „Nadejdą deszcze”. Do dzisiaj. Ja kiedyś państwu cytowałem wiersz z tego opowiadania. „Nadejdą deszcze, wzejdzie ziemi zapach, jaskółki śmigną po nieba pułapach.” Nie będę całego cytował. W każdym razie absolutnie warto. Mamy też Haleina „Drogi muszą być w ruchu”. Mamy opowiadanie, to jest opowiadanie owiane legendą. Opowiadanie Harry'ego Harrisona „Skalny nurek”.
Mamy dwa opowiadania Alfreda Eltona Van Vogt. To jest opowiadanie „List z innej planety” i opowiadanie „Zaczarowane miasto”. To „Zaczarowane miasto” dzieje się na Marsie i to szczególnie jest opowiadanie, które chciałem powiedzieć, że wstrząsające. Nie, ono nie jest wstrząsające. Ono jest po prostu zachwycające. Wiem, że dziecięciem będąc, pacholęciem wręcz, takim jedenastolatkiem, byłem po prostu powalony tym opowiadaniem. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że do dzisiaj jestem tym opowiadaniem powalony. Wszystkim szydercom od razu odpowiadam: to nie jest opowiadanie, które państwa zabije. W sensie narracyjnym. To nie jest opowiadanie, które wprawi państwa w jakiś stupor.
Niemniej niesłychanie jego klimat. Bo właśnie kiedyś opowiadania miały klimat i klimat tego opowiadania niezwykle mi odpowiada. Dalej mamy na przykład opowiadanie takiej damy science fiction Murray Leinster. Chyba to tak się wymawia. „Parlamentariusz”. Ale mamy też znanego państwu na pewno Roberta Sheckleya „Instynkt myśliwski”. Absolutna komedia science fiction. Mamy Clifforda Simaka „Współczynnik racjonalności”. Mamy Paula Andersona „Pomocną dłoń”. Kiedyś z Piotrem Plebaniakiem rozmawialiśmy o tym opowiadaniu.
„Helping Hand” to jest opowiadanie z głębokim przesłaniem i ono tak naprawdę nie zestarzało się tak mocno, jak mogłoby się wydawać na opowiadanie, które pochodzi z końcówki lat 40. albo z początku 50. Nie wiem. Tu od razu się przyznaję i biję się w pierś, że nie pamiętam, ale ono do dzisiaj jest aktualne, a myślę, że w naszych czasach jest aktualne szczególnie. I tak niebezpiecznie aktualne, że aż ciarki mam na plecach. Mamy też opowiadanie Paula Andersona. To już mówiłem. „Pomocna dłoń”, tak. Ale mamy opowiadanie Isaaca Asimova „Dziedziczność”. Mamy Arthura C.
Clarka „Wyprawę ratunkową”. Mamy też Roberta Zacha „Kontroleks”. To był tom z roku 1958 i dziwna rzecz się stała. Ten tom stał się legendą. W latach 60. wyszedł drugi tom opowiadań amerykańskich w zupełnie innych okolicznościach przyrody. Tom nazywał się „Kryształowy sześcian Wenus”. Oba stały się legendą, ale ten tom, o którym mówię, czyli „Rakietowe szlaki”, obrósł taką legendą, że ludzie chcieli jego wznowienia. Wznowienie się pojawiło, a właściwie takie niepełne wznowienie. W roku 1978 wystartowała seria z Kosmonautą.
Kto interesuje się literaturą science fiction, ten wie, jaka to była seria. Jak była ważna dla fantastyki w Polsce. I tak jak powiedziałem, w 1978 roku ukazało się wznowienie „Rakietowych szlaków”, ale niepełne. Tam nie pojawiły się wszystkie opowiadania. Pojawił się zaledwie wybór. To była „Czarna walizeczka”, „Zajmujący sąsiedzi”, „Nadejdą deszcze”, „Skalny nurek”, „Instynkt myśliwski”, „Samotna planeta” to jest to Murray Leinster ważne opowiadanie. „Zaczarowane miasto” Van Vogta, „Lilie życia”. Niezwykle ważne opowiadanie. Nie wspomniałem przy tym wydaniu pierwszym, ale opowiadanie dziejące się na Wenus, które oczywiście zestarzało się. My wiemy, że dzisiaj Wenus nie za bardzo jest taka, jak opisał autor, ale sama koncepcja przenikania się światów biologicznych niezwykle ciekawa.
Paul Anderson „Pomocna dłoń” i Arthur C. Clarke „Wyprawa ratunkowa” to był tom pierwszy, bo chwilę później ukazał się tom drugi w wyborze H. M. Czmyka, którego wspominaliśmy tydzień temu Od razu państwu powiem, że już jestem po rozmowach wstępnych z Wiktorem Żwikiewiczem i Wiktor Żwikiewicz zgodził się troszeczkę powspominać na temat Lecha. Także spodziewajcie się państwo w ciągu najbliższych tygodni takiej rozmowy o Lechu Jęczmyku z Wiktorem Żwikiewiczem. Zaręczam państwu, że już wstępne rozmowy pokazały mi, że to będzie absolutnie fascynująca rozmowa. Ale wróćmy do tomu drugiego w wyborze Lecha Jęczmyka. Pierwszy i drugi tom „Rakietowych szlaków” to było otwarcie tej serii z kosmonautą. Od niej zaczęto, a później się pojawiały absolutnie topowe tytuły. W drugim tomie pojawił się Brian Aldiss „Człowiek ze swoim czasem”.
Pojawił się Paul Anderson z „Utopią”. Barrington Bayley „Rejs po promieniu”. John Brunner „Factograf sześć”. Alan Foster „Polacy, ty ludzie łagodni”. To jest w ogóle humoreska. To nie jest autor może aż tak bardzo znany, ale tę humoreskę państwu polecam. „Polacy, ty ludzie łagodni. Polska rządząca całym światem.” Piękna wizja, aczkolwiek zabawna jednocześnie. Mamy też Ursulę Le Guin „Rękopis na ziarenkach akacji”. Ja bardzo często wspominam to opowiadanie, ponieważ jest to opowiadanie tak naprawdę nawiązujące w jakiś sposób do tego, jak rozumiemy język albo jak można rozumieć język.
Absolutnie. Dzisiaj się będzie często to słowo pojawiać. Absolutnie. Opowiadanie, które przebudowuje pewne poglądy. Jeśli człowiek myśli, że język jest najprostszą rzeczą, po prostu się porozumiewamy, to okazuje się, że wartości znaczeniowe w języku są czasami takie, że my się ich po prostu nie spodziewamy. Ale nie będę państwu odbierał radości czytania. W związku z tym jeszcze raz powtórzę: „Rękopis na ziarenkach akacji”, Ursula Le Guin. To może nie jest opowiadanie, w którym się strzelają, ale zdecydowanie opowiadanie, które warto zapamiętać. Mamy też mniej znanego autora Stephena Robineta „Piekłomiot cztery”. Bardzo mi się podobało to opowiadanie.
Mamy Boba Shawa „Człowiek rzeczywisty”. Mamy Clifforda Simaka „Barak budowlany”. Mamy Normana Spinrada „Coś pięknego”. Stany Zjednoczone, w których Japończycy kupują piękne rzeczy. W tamtych czasach to była wizja, która Amerykanów przerażała, której odbiciem później, takim dalekim, myśmy poznali je później. Czyli powieść Philipa K. Dicka „Człowiek z Wysokiego Zamku”. Japończycy. Ten amerykański kompleks, że my ich zbombardowaliśmy, a może oni nas później wykupią. Rzecz okazała się bardziej skomplikowana.
Niemniej opowiadanie Normana Spinrada „Coś pięknego” zostało i warto je przeczytać. Mamy też opowiadanie Williama Tena „Bernie Faust”. Mamy Rogera Żelaznego „Diabelski samochód”. A to piękne opowiadanie. Absolutnie piękne. I to były te powtórkowe tomy. Ten drugi to był absolutnie taki, który pokazywał rzeczy, opowiadania nowe. Natomiast reedycja pierwszego tomu, chociaż ograniczona, to i tak była wspaniała. Mam dzisiaj na półce zarówno ten tom z 1958 roku, jak i ten tom z 1978. Wierzcie mi państwo, zawsze, kiedy ich dotykam, kiedy patrzę na nie, kiedy biorę do ręki i czytam fragmenty, to zawsze jakiś rodzaj wzruszenia we mnie jest.
Proszę państwa, kiedy mówię o tych, muszę powiedzieć też o pewnej kontynuacji „Rakietowych szlaków”. Otóż wydawnictwo Solaris, które dzisiaj przemianowało się na Stalker Books, gdzieś tak na przełomie pierwszego i drugiego dziesięciolecia XXI wieku wydało kontynuację „Rakietowych szlaków.” Otóż za sprawą Lecha Jęczmyka oraz człowieka, który jest siłą napędową tego wydawnictwa, czyli Wojtka Sadeunki ukazały się kolejne tomy tejże publikacji. Było ich w sumie siedem. I tam pojawiły się nie tylko publikacje opowiadań zachodnich, ale również polskich autorów. Siedem tomów, które dzisiaj dostępne są już tylko, praktycznie rzecz biorąc, na Allegro albo w jakichś antykwariatach. Ale wierzcie mi państwo, one tytułem nawiązują do tych pierwszych wydań. Zawartość jest inna. Niemniej, proszę państwa, to są tomy, które warto zdobyć. Nie bez przyczyny dwóch mistrzów, czyli Lech Jęczmyk i Wojtek Sadeńko wzięli się za kompilowanie tych tomów i efekt jest absolutnie zatykający. Tam jest naprawdę plejada autorów.
Autorów jak autorów, ale po prostu utworów, opowiadań, które trzeba znać. Nie będę ich państwu przytaczał, nie będę wymieniał tych tytułów, ponieważ zajęłoby to zbyt wiele czasu. Wiecie państwo, sięgnijcie sobie państwo do Wikipedii, wpiszcie „Rakietowe szlaki, Wikipedia” i tam znajdziecie pełen zestaw autorów. Nie wierzcie mi państwo, sprawdźcie, że jest to absolutnie topowy zestaw. To tyle polecanych na dzisiaj. No cóż, proszę państwa, zatem jedziemy, jak to się mówi, z audycją dalej. I na początek proponuję dzisiaj serialowe „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór Piotrze, nie wiem, po raz drugi albo po raz pierwszy. W końcu nie wiadomo, jak to się ułoży w „Bibliotekarium”. W każdym razie będzie można nas dzisiaj w kilku odsłonach usłyszeć.
[19:27] - Tak. Witam, witam. Można powiedzieć Marku, że wakacje na półmetku, ale nie dla „Bibliotekarium” i nie dla „Filmotekarium”, bo my jesteśmy gdzieś tak dopiero w kawałku.
[19:40] - Tak, bo w końcu wakacje akademickie trwają do października, tak że wrzesień jeszcze będzie lajtowy. Tak naprawdę uderzenie nastąpi w październiku.
[19:51] - Tak. Czyli dzisiaj znowu seriale i seriale jeszcze przez kilka tygodni. A dzisiaj „Nocna msza”. Gotycki miniserial z elementami horroru, wampirycznego romansu. Może nie wampirycznego romansu, ale i filmu wampirycznego i romansu, a pewnie i innych elementów, który został wyemitowany przez Netflixa w roku 2021. Cóż, dużo można o nim powiedzieć. W przeciwieństwie na przykład do serialu sprzed tygodnia, czyli do „Diabła w Ohio”, mamy tutaj do czynienia z dość skomplikowaną historią, z bardzo ciekawie skonstruowanymi postaciami. Tytuł nawiązuje do modelu. Bo to jest takie enigmatyczne: „Nocna msza”, czego może dotyczyć? Do modelu sprawowania nabożeństw na niewielkiej wyspie Crocket Island, na której żyje sobie wytrącona z równowagi ekonomicznej i społecznej grupa ludzi.
I jej członem był ojciec Pruit, leciwy ksiądz, który na chwilę opuścił wyspę i ku rozpaczy podopiecznych nie wrócił. Zastąpił go ojciec Hill, za którego kadencji rozpoczyna nam się w zasadzie cała opowieść i nowy etap w życiu Crocket Island. Zaczynają się dziać cuda, ale też zdarzenia mniej chwalebne. I powiem ci, że w zależności od punktu, z którego wychodzimy, ta historia da się opowiedzieć. Możemy powiedzieć tutaj historię ojca Pruita, ojca Hilla, ale też zacząć gdzieś w środku i też to by wszystko fajnie brzmiało. Fabuła jest bardzo bogata. To samo można powiedzieć o postaciach. Jak ty byś w ogóle to wszystko podsumował w takich krótkich pisarskich słowach? Bo jeden z ważnych problemów, na jakie natrafiamy, dotyczy odpowiedzi na pytanie, kto tam jest w zasadzie głównym bohaterem. Bo ta osoba, którą widzimy w pierwszym odcinku, dość szybko się wymiksowuje z serialu.
[22:02] - Tak szybko to nie, ale jednak się wymiksowuje.
[22:07] - Tak. Jeszcze nie skończyłem pytania. Czy tam bohaterem jest on, ksiądz, czy może bohater jest zbiorowy?
[22:18] - Ewidentnie jest zbiorowy, aczkolwiek ze wskazaniem na pewne osoby, pewne postacie, które się tam przewijają przez ekran. Natomiast ja nie mogę nie zacząć omawiać tego serialu bez pewnego podkreślenia. Otóż to znowu nie jest serial, w którym się strzelają. To już znany element programu. Muszę to powiedzieć. A jednak w dodatku serial, który rozwija się powoli. To nawet słabo powiedziane. Bardzo powoli się rozwija. Niby na koniec pierwszego odcinka mamy pewien znaczący element w postaci tego, co morze po burzy wyrzuca na plażę, ale to jest drobiazg. Tak naprawdę to nie jest specjalnie dziwne.
Zagadkowe, w jakiś sposób jawi się jako niebezpieczne, jako złowróżbne, ale jednak nic się takiego wielkiego nie dzieje. I ten serial w gruncie rzeczy rozwija się bardzo powoli. A jednak mnie, przyzwyczajonego do akcji, przyzwyczajonego do tego, że, jak już powiedziałem, się strzelają, on mnie jednak nie nudził. To jakiś paradoks, proszę państwa, ale muszę powiedzieć, że oglądałem kolejne odcinki z jakąś taką fascynacją. Oczywiście dostrzegając po drodze różne rozkroki, kiksy i fikołki, które scenarzyści wykonywali, żeby nas tylko utrzymać przy ekranie. Czasami są to udane zabiegi, czasami średnio udane. Czasami się pojawiają tam może nie trudne do zniesienia dłużyzny, ale dłużyzny ewidentne. Może tak. Które się jednak ogląda z pewną sympatią, bo człowiek wbrew pozorom dosyć szybko wsiąka w tę społeczność Crocket Island i jakoś tak jest z tymi ludźmi. Jakoś się identyfikuje z tą społecznością.
Może nie za bardzo się lepiej identyfikować, bo tam nastąpiły wydarzenia dosyć dramatyczne, aczkolwiek taki pierwszy moment, który wzbudza taki radar, że tu będą się działy jakieś rzeczy niezwykłe, to jest tak naprawdę końcówka drugiego odcinka. Kiedy ojciec, ten nowy ojciec, młody ojciec, który przybywa na wyspę, mówi w czasie mszy do dziewczynki na wózku inwalidzkim, żeby wstała. Pokazuje komunię i żeby jej udzielić, każe wstać tej dziewczynie. I kościół się oburza. Ludzie biorący udział w mszy się oburzają. I co się dzieje? Dzieje się cud. Dziewczyna wstaje, podchodzi do księdza i komunia jest udzielona. I to był moment, kiedy po raz pierwszy poczułem, że to będzie jednak film z elementami czegoś, co nazywamy horrorem. Czułem to podskórnie.
Niespecjalnie trudno jest to wyczuć. Od razu sobie to powiedzmy uczciwie, że to będzie film, w którym będziemy mieli do czynienia z rodzajem, nie chcę przesadzić, fałszywego objawienia, fałszywego ubóstwienia, takiego religijnego zwiedzenia. I coś takiego w gruncie rzeczy w tym filmie się pojawia, ale to bardzo długo nie jest oczywiste. My niby wiemy, że to w tym kierunku idzie, ale co jakiś czas dostajemy też sygnały, które nie pozwalają nam się utwierdzać w tym przekonaniu, a w każdym razie wzbudzają pewne wątpliwości. To taki trochę przekładaniec. Raz mamy pewność, że to ku niczemu dobremu nie prowadzi. Im dalej, tym jesteśmy bardziej tego pewni. Ale na początku jest tak, że ten nasz odbiór jest podzielony. Z jednej strony myślimy sobie: „A może jednak?” A później widzimy ewidentne przejawy tego, że się niedobrze dzieje na tej wyspie i wśród tej społeczności, a zatem dobre siły za tym stać nie mogą.
[27:15] - Takim charakterystycznym elementem, jeżeli chodzi o dywagacje na temat „Nocnej mszy” jest to, że można o niej bardzo dużo mówić, ale przejdźmy może do miejsca, gdzie to wszystko się rozgrywa, czyli do tej nieco zubożałej i podupadłej rybackiej społeczności zamieszkałej przez niewielu młodych, a sporą grupę osób, powiedzmy starszych. Jest to miejsce specyficzne. Z naszego punktu widzenia jest trochę trudne do zrozumienia, bo w Polsce nawet jeżeli ktoś sobie mieszka w małej miejscowości i jej nienawidzi, to zawsze może w ciągu kilku chwil wyjechać, spakować się albo na rowerze, albo PKS-em, i tak dalej. Tak samo jest z betonowymi osiedlami w wielkich miastach. A tam nie dość, że trzeba czekać na prom, to i uciec niełatwo, bo dwójka bohaterów, których poznajemy na początku, takich mocno potrzaskanych życiowo, powraca tam, bo nie mogli sobie dać rady w wielkim świecie. Ta wyspa to jednocześnie ich dom, ojczyzna, parafium, jak to się mówi, więzienie, azyl, ale i przekleństwo, i zbawienie jednocześnie, gdzie wszyscy ich znają, rozgrzeszają ich, obwiniają ich, ale każdy ma przypisaną jakąś rolę i ten porządek jest zachowany. I to, powiem ci, daje do myślenia.
[28:38] - Poza tym ja proponuję państwu dosyć uważnie śledzić ten film i znajdować w nim, to się dopiero od pewnego momentu zaczyna. Zaczynamy rozumieć, że warto to robić, więc czasami warto też sięgnąć do odcinków, które się oglądało. Ale ten film dosyć mocno jest napakowany odniesieniami na przykład do Pisma Świętego, o czym świadczą tytuły poszczególnych odcinków. Ale to jest, powiedzmy, drobiazg. To jest takie bardzo powierzchowne. Natomiast tam jest szereg odniesień do Pisma Świętego, do pewnych postaci z Pisma Świętego, do pewnych wydarzeń, które się w Starym Testamencie i w Nowym, i w ogóle różne państwo ślady znajdziecie, bo to nie jest takie oczywiste. One nie są widoczne na pierwszy rzut oka, ale chociażby główna postać. Ten błąd, który popełniłem odruchowo. To nie jest główna postać. To jest jeden z takich aktorów, który jak Piotr powiedział, szybko się wymiksowuje, ale my go poznajemy jako pierwszego.
Poznajemy go w wielkim mieście. Właśnie rozjechał jakąś dziewczynę po pijaku. Zabił ją po prostu. Zostaje skazany bodajże na pięć lat więzienia i wspólnie z nim wracamy na wyspę Crocket, bo on już skończył odsiadywanie wyroku. Wraca do rodziny, do ojca, do matki, do brata. Widzimy, że atmosfera w rodzinie jest nienajlepsza. Jeszcze tego nie wiemy, później troszeczkę ta optyka się zmienia, ale jakby ojciec miał pretensje do niego. Matka oczywiście jest świętą osobą, chodząca dobroć, co też nie jest takie oczywiste. Brat troszeczkę zaburza spokój tej społeczności, która rzeczywiście żyje w biedzie, przynajmniej w niedostatku, tak to określmy. W takiej zaściankowości, braku ruchu, braku kontaktu.
Niby tam telefonia komórkowa jest, ale człowiek ma wrażenie, że my tu nie jesteśmy współcześnie, tylko wiele lat wstecz. To nieprawda. To się dzieje w miarę współcześnie. I nagle ten człowiek przybywa na tę wyspę i znajduje się w innym świecie. Był w więzieniu co prawda, ale był w wielkim świecie. Wcześniej robił karierę, a tutaj nagle trafia, powiedzmy sobie to, proszę państwa, szczerze, na zadupie i to w dodatku takie kompletne zadupie. A jednak coś dziwnego się dzieje. I to, co państwu powiedziałem, te odniesienia są liczne, że tak się wyrażę, i ja wcale nie jestem pewien, czy ja je wszystkie wyłapałem. Na pewno ich nie wyłapałem wszystkich, bo one są mniej lub bardziej ukryte. Sama postać bohatera, o którym wspomniałem, to jest jakiś rodzaj pokuty, który on odbywa na tej wyspie, bo nagle okazuje się, że dokonał czynu złego, za który odpokutował, ale chyba nie do końca, bo na tej wyspie również dokonuje pewnej pokuty.
Co więcej, żeby nie zdradzać państwu całego filmu, jawi nam się w pewnym momencie jako człowiek, który zrozumiał, jak rozdzielone jest dobro od zła i światło od ciemności. Ta scena, którą mam na myśli, a której państwu nie opiszę, to może nie jest najbardziej umotywowana psychologicznie scena, ale jak się człowiek o niej pomyśli, to postawa człowieka w tej scenie, tego bohatera, w jakimś stopniu imponuje. On nie chce się przyłączyć, nie chce brać udziału w pewnym... Nazwanie tego przedsięwzięciem to duża odwaga. W każdym razie nie chce brać udziału w pewnym socjologiczno-religijnym przedsięwzięciu. Nie chce i już. I znajduje sposób, żeby się w sposób ostateczny wymiksować z tego przedsięwzięcia.
[33:36] - Tak, na Crocket Island zaczynają się dziać cuda. I tutaj ludzie nie tylko doznają uleczenia, ale też leczy się cała tkanka społeczna. Oczywiście, jak powiedziałeś, to się nie dzieje do końca za boskim wstawiennictwem. Im dalej, tym więcej się dowiadujemy i w pewnym momencie film nam gatunkowo skręca z takiego obyczajowego horroru, z thrillera psychologicznego, który tradycyjnie się dzieje na prowincji, w historię deco wampiryczną. Najtrudniejszy moment, moim zdaniem, w ocenie, bo ten film jest skończony, w tym sensie, że już nie będzie więcej odcinków na 100%. Historia "Crocket Island" się zakończyła. Natomiast dochodzimy w tych finalnych odcinkach do takiej sytuacji i nie wiem, czy tutaj się ze mną zgodzisz, że tempo wydarzeń jest nieco zbyt szybkie. Na początku się to dzieje powoli, jak mówisz, nie strzelają się, jest niespiesznie, natomiast potem to nam wszystko wybucha, szczególnie pod koniec. Finał nam serwuje coś rodem z Hollywood. Ale nie jest to wszystko niesmaczne i naiwne.
I powiem ci, że pomimo tej wielości odniesień i symboliki to jest zjadliwe, bo czasami jest tak, że ktoś serwuje jakiś pasztet z ilością symboli, jakiegoś patosu i to naprawdę męczy. Podejrzewam, że coś takiego jest męczliwe, szczególnie w filmie. Natomiast tutaj jest okej. W pewnym momencie zaczynamy się bić z myślami i się zastanawiać, czy ten ojciec Hil, vel Pruitt naprawdę od początku chciał dobrze, czy działał na zgubę tej społeczności. Kwestia zakończenia, nie wiem, co o nim powiesz, przynajmniej w sprawie miniseriali jest bardzo ważna, bo po nich zapamiętujemy dzieło. Czy ty zapamiętałeś końcówkę i finał, czy może tak jak ja początek? Bo ten początek dla mnie był bardzo taki, nie wiem, jak to powiedzieć-
[35:49] - Klimatyczny.
[35:50] - Tak, klimatyczny, spokojny, naprawdę dawał takie pole do wciągnięcia się w ten serial, a potem to już było różnie.
[36:01] - Powiem ci tak: ja zapamiętałem cały serial, ponieważ pod koniec znalazłem kilka prujących się szwów. Nigdy nie jestem skłonny takiej sytuacji darować, aczkolwiek to zawsze da się wytłumaczyć. Jeśli chodzi o przyspieszenie tempa, powiem ci tak: trochę durna dla mnie jest Może nie durna, to jest złe słowo. Nieco zbyt pośpiesznie nakręcona jest scena w kościele, w której dochodzi do pewnej przemiany, co jednak jest takie... Ja nie wiem, ja tego nie kupiłem. Dla mnie to się działo zbyt szybko i zbyt trochę na wariackich papierach. Nie wiem, jakbym sam to rozegrał. Nie wiem, jak należałoby to rozegrać, ale od tego mniej więcej momentu zacząłem znajdować w tym filmie pewne, tak jak powiedziałem, prujące się szwy. Otóż nie będziemy ukrywać, że tam dochodzi do zwiedzenia tej społeczności. Anioł może niekoniecznie jest aniołem, może jest upadłym aniołem, demonem.
Może jednak jest tak, że to, co wydaje się boskie, jest jednak demoniczne i raczej prowadzi ku złemu niż ku dobremu. Więcej powiedzieć nie mogę, a nawet nie powinienem. Niemniej jednak powiem tak: ta przemieniona częściowo społeczność miasteczka czy wyspy zachowuje się jednak jak banda durniów. Ja rozumiem, że trzeba było jakoś ten serial skończyć, ale to, co spotyka tę społeczność, jest pisane troszeczkę pod pewną tezę. Ja mam cały czas w głowie nauki z nauki pisania. I jedną z takich zasad kardynalnych jest taka zasada, która mówi o tym, że jeśli historia, którą opowiadacie, zasadza się na jednym elemencie i jeśli wyjmiemy ten element, to cała historia traci sens, to jest to słaba opowieść, bo właściwie autor zakłada, że jesteście państwo niewidomi i nie widzicie, że można było w tej sytuacji zmienić losy całego wydarzenia. Tu dokładnie mamy z czymś takim do czynienia. Otóż ci nowi obywatele Crockett Island zachowują się jak banda durniów. Ja to mówię z całą odpowiedzialnością, bo doprowadzają do czegoś takiego, że sami siebie wpędzają w pułapkę bez wyjścia. Czym doprowadzają się tak naprawdę?
Do nieciekawych okoliczności. Ale to wcale tak nie musiało się skończyć. Absolutnie nie. Gdyby troszeczkę pomyśleli, gdyby troszeczkę inaczej to wszystko rozegrali, to koniec tego filmu musiałby być zupełnie inny. Tymczasem my dostajemy coś, co musiało się, bo trzeba było serial skończyć na tym, a nie na innym odcinku. I już. Musimy mieć to tak rozegrane, a nie inaczej. Ostatnie dwa odcinki, moim zdaniem, właśnie dlatego są słabe i słabo kończą tę historię, która mimo wszystko zostaje w pamięci. A już ostatnią scenę, taką bardzo prostą, powiedziałbym, tam mamy do czynienia z rodzajem apokalipsy. Zresztą tak się, zdaje się, ostatni odcinek nazywa.
Ta scena na tym tle jest tak zwyczajna, tak prosta, tak właśnie wbijająca się w pamięć, że aż byłem zaskoczony. Niemniej jednak te słabości, które wymieniłem wcześniej, one mocno obniżyły ocenę tego serialu, bo ja tak gdzieś do szóstego odcinka byłem pod dużym wrażeniem. Pomimo tej powolności, pomimo takiego wolnego rozwijania się niektórych wątków, a powolności dotyczącej w ogóle życia na wyspie. Może to dobrze oddane zostało po prostu. Życie na wyspie toczy się jakby wolniej. Ta zamknięta społeczność, biedna społeczność, ona rzeczywiście żyje w jakiejś takiej melasie się porusza. To wszystko jest wolne, nieśpieszne. Tam mamy nawet jakiś konflikt. Może nie konflikt, ale nawet mamy chrześcijaństwo kontra islam się nawet pojawia. Widać w tej chwili takie rzeczy muszą się pojawiać, ale to nie jest specjalnie ważny wątek.
Natomiast gdzieś tak właśnie siódmy i ósmy odcinek zaczyna przyspieszać, a w dodatku przyspieszać jednokierunkowo. To, o czym powiedziałem, czyli zmierza w takie wariactwo troszeczkę i to mnie najbardziej razi w tym filmie.
[41:56] - Tak, coś w tym jest. Tak to dobrze podsumowałeś, że chyba przejdę do finalnej kwestii, ponieważ w każdym odcinku serialowego „Filmotekarium” omawiamy sobie jakiś wątek techniczny, taki ogólny, jeżeli chodzi o seriale, to nie może być inaczej dzisiaj. Konkretniej dzisiaj powiemy o instytucji dużyzny zapchajdziurstwa i „Nocna msza” ma kilka takich momentów na różnych płaszczyznach. One są czasami względnie niezauważalne, bo chowają się gdzieś w tych wydarzeniach. Natomiast jest taki grzech podstawowy. Otóż odcinek jeden Tak jakby sklejono z samych dłużyzn. On jest niepotrzebny, typowo obyczajowy, może nawet romansowy. Nie chce się tego oglądać. To nie jest jedyny tego typu przypadek, kiedy się pojawia taki odcinek miłosny w jakimś serialu. Natomiast tutaj rzeczywiście po takiej dużej dawce, kiedy wam ksiądz się cudownie odmładza i przywozi demona na wieś...
przepraszam, za dużo powiedziałem. Nagle się pojawia taki gniot. I to jest trochę przynudzanie. Powiedz Marku, jak to jest z tymi dłużyznami w serialach? Bo masz na tym polu trochę większe doświadczenie niż ja. I czy zawsze twórcy wiedzą, kiedy dawkować je w odpowiedni sposób, żeby nie przesadzić?
[43:25] - Chyba nie. Powiem ci tak: to jest wszystko kwestia bardzo subiektywna, bo mnie ten pierwszy odcinek z dłużyznami za bardzo nie przeszkadzał. Zakładałem, że poznaję społeczność. A taka wyspiarska społeczność zajmująca się głównie połowem ryb i w ogóle trwaniem — to chyba najlepsze określenie — nie może być specjalnie fascynująca. I ona z natury jest, może nie nudna, ale raczej będzie wchodził wątek obyczajowy, więc to mnie specjalnie nie bolało. Natomiast w pewnym momencie pojawia się wątek — i to dla mnie była zapchajdziura ewidentna, rozciągnięta w niemożebny sposób — kiedy poznajemy losy kapłana wysłanego przez tę społeczność do Ziemi Świętej. Dowiadujemy się też, że kapłan miał, nie wiem, czy demencję starczą, czy początki demencji, czy jakiegoś innego Alzheimera. W każdym razie z takimi początkami został tam wysłany. I my to przyjmujemy do wiadomości i gdzieś w którymś tam odcinku dowiadujemy się, co się naprawdę na tej wyprawie do Ziemi Świętej stało. I wierzcie mi państwo, ja wiem, to jest zrobione tak, że to jest opowieść niemal biblijna, którą śledzimy.
Tam zresztą po raz pierwszy pojawia się obraz, który mnie — jakby to państwu delikatnie powiedzieć — odstręczył od tego serialu, bo tam po raz pierwszy pojawia się anioł. Może upadły anioł, demonik jakiś taki. I ta opowieść o tym błądzeniu po pustyni, o tym grobowcu i tak dalej, to się ciągnie i ciągnie. Można to było załatwić szybciej, a to tak ma, nie wiem, nabrać mocy urzędowej czy czegoś tam nabrać. W każdym bądź razie to była jedna z takich dłużyzn, która mnie, mówiąc szczerze, nie przekonywała. To znaczy ja rozumiem, że znowu mieliśmy złapać klimat, tylko problem polega na tym, że ja w ogóle tam klimatu żadnego nie złapałem. To była opowieść taka sobie, niespecjalnie porywająca, wyjaśniająca pewne sytuacje, z którymi mamy do czynienia na wyspie. Niemniej jednak, jeśli liczycie państwo na to, że tam jest coś klimatycznego, to w ogóle to nie jest klimatyczne. To jest pierwsza taka dłużyzna, która jakoś mnie tam źle nastroiła. Inaczej.
Teraz już nie będę podawał konkretnych przykładów, natomiast przestrzegę państwa. Tam rzeczywiście pewne sceny z niewiadomych dla mnie przyczyn są rozciągane. To znaczy jak bohater idzie, to on idzie, idzie. W końcu ta wyspa duża nie jest, ale wiecie państwo, jak się po niej chodzi, to da się nakręcić sporo metrów tej taśmy. Nie, dzisiaj się to już cyfrowo kręci. No dobrze, ale kiedyś można by było sporo metrów taśmy nakręcić. To są jakieś takie rozważania. No dobrze, są dłużyzny po prostu. I to jest ewidentne. Natomiast są też tam takie — żeby już nie być takim okrutnym dla tego filmu — jest kilka takich rozwiązań narracyjnych, które nie powiem, że mnie ujęły, ale są sprytne po prostu.
Tak jak my się dowiadujemy o pewnych inklinacjach tego księdza, który przybył i teraz będzie tylko nocne msze odprawiał, to nie bierze się znikąd. Te nocne msze to jest ścisły powód i ten wampiryczny wątek to jest ślad do tego, dlaczego te msze się odbywają nocą. Ponieważ słoneczko części na pewno księdzu, a później zaczyna części ludzi szkodzić po prostu. I to jest ewidentne. Więcej opowiadał nie będę. To jest fajnie podane. To rozwijanie tego wątku jest dosyć konsekwentne. Raczej moim zdaniem udane, chociaż też dłużyzny się da napotkać. Trochę niezgodne, ale może to dobrze akurat. Trochę niezgodne z takim hollywoodzkim czy w każdym razie amerykańskim — może to lepsze określenie — stylem kręcenia filmów jest to, że poznajemy kilku bohaterów, którzy przedwcześnie schodzą ze sceny.
My się do nich przyzwyczajamy. My zakładamy, że to się jakoś pociągnie dalej, a oni nagle pyk i schodzą ze sceny. Z tym że tak się zastanawiam i w gruncie rzeczy dochodzę do wniosku, że tak przecież w życiu jest. My nie mamy żadnej gwarancji, że jeśli któryś z naszych przyjaciół nam powie, że jutro się z nami spotka To on się z nami naprawdę spotka, bo albo nas może spotkać coś złego, albo jego może spotkać coś złego. To może nie jest takie filmowe, ale w gruncie rzeczy dosyć naturalne to, co spotyka niektórych bohaterów. I cóż, to tyle. Zapytałeś o dłużyzny. Troszeczkę się wymiksowałem, a w każdym razie skręciłem od tego tematu. Ale to tyle jeśli miałbym do powiedzenia o dłużyznach.
[49:19] - Tak, zabawne jest to, że powiedzieliśmy o tym serialu tak dużo, a jeszcze można się nim, nie powiem zachwycić, ale zaskoczyć na pewno, gdy będziecie go oglądać. Jeżeli go jeszcze nie oglądaliście, to w sumie chyba można polecić. Nie wiem.
[49:35] - Tak! Proszę państwa, to jest w ogóle serial, o którym my spokojnie, jakbyśmy nawet nie opowiadali tak liniowo państwu, tylko o pewnych wątkach, to myślę, spokojnie następne pół godziny zajęłoby nam opowiadanie różnych wątków, które są po prostu ciekawe. One są po prostu ciekawe, tak oderwane nawet od siebie. Tam poza tym są dosyć niezłe role. Taka jest tam asystentka księdza. Trudno mówić gospodyni. To nie te rejony geograficzne, że gospodyni księdza. A właśnie, bo mamy do czynienia z Kościołem katolickim. W końcu film amerykański, Kościół katolicki, żaden protestancki. Ale gospodyni księdza nie jest gospodynią, tylko taką aktywistką religijną.
Moim zdaniem fajna rola. Kilka osób mi się nagle skojarzyło, kiedy patrzyłem na tę panią. Jest jeszcze kilka innych fajnych kreacji, takich, które budzą jakiś tam szacunek. Co państwu jeszcze mogę powiedzieć? To jest film, to już padło w naszej rozmowie, o fałszywym objawieniu. Ja nie wiem, czy to precyzyjnie wyjaśniam. Może takiej fałszywej Ewangelii, Nowej Ewangelii, nowym Mesjaszu. To mniej więcej te klimaty. Nie wiem, czy się Piotrze zgodzisz z tym.
[51:10] - Ja myślę, że inaczej, że to jest tak duży zbitek tematyczny, że da się to oglądać z jednej strony, z drugiej koniec końców po pewnym czasie otrzymujemy takie sprzeczne sygnały, co to właściwie było. Czy to mamy rozpatrywać jako złe objawienie, czy to mamy rozpatrywać jako kolejny, nieco inny film o wampirach? Bo tak jest, jakby nie było. Niemniej jednak to pomimo tych wszystkich wątków nie jest takie niestrawne i chyba można polecić. To jest najlepsza rekomendacja moim zdaniem.
[51:47] - A ja mam jeszcze appendix na koniec, bo ten film skojarzył mi się z polecanką, twoją polecanką, moją prywatną polecanką. Jeśli mowa o takim fałszywym objawieniu, bo ja będę się trzymał jednak tego określenia, to mówiłeś o filmie i serialu, bo to występuje w dwóch postaciach. Jest film kinowy, nazywa się „Alchemik”. Proszę nie mylić z Paulo Coelho. To jest zupełnie inny „Alchemik”. To film nakręcony w drugiej połowie lat 80., bodajże w 1988 roku. On miał też swoją wersję serialową i tam również mamy do czynienia... Tam jest takie bogactwo wątków, że może z fałszywym objawieniem, a może z kosmitami, a może z czymś jeszcze innym. W każdym razie ty zwróciłeś, Piotrze, uwagę na ten serial, bo on jest taki, powiedziałem, że appendix, ale jest ciekawy. Pokazuje, że polskie kino w latach 80.
miało pewien power intelektualny, potrafiło wymyśleć fajne historie. Inna sprawa, jak je realizowało. To są dwie odrębne kwestie. Natomiast w tym filmie „Alchemik” czy w serialu „Alchemik”... Przypomnij, Piotrze, bo wyleciało mi nazwisko.
[53:22] - Z Łukaszewiczem.
[53:25] - Sędziwius?
[53:27] - Tak, to był „Alchemik. Sędziwiusz”. To była fabuła oparta bardzo luźno o życie Michała Sędziwoja.
[53:36] - Bardzo luźno, tak.
[53:37] - Główną rolę grał Olgierd Łukaszewicz. Myśmy trochę odeszli od koncepcji zaprezentowania wam tego serialu, bo on pomimo tego, że po pierwsze to jest dzieło PRL-owskie, natomiast ono jest bardzo nowoczesne. Nie widać, że to jest coś, co zostało wyprodukowane w latach 80. Raczej można mieć wrażenie, że na początku lat 90. Jest to ciekawe, ale też z pewnych przyczyn ten serial stał się takim pułkownikiem. Znaczy, jego można zobaczyć rzeczywiście gdzieś tam w necie. Czasami jest emitowany przez kanały TVP, ale jest jednak uważany za taki materiał, który nie powinien na co dzień w ramach tej telewizji narodowej gościć. Ale kontynuuj.
[54:26] - Bo czarna msza tam, panie, jest. I tu się pojawiają właśnie takie wątki z punktu widzenia niektórych niebezpieczne, a więc skoro odwołujemy się do czarnego pana, do jakichś takich ciemności, to w jakiś sposób skojarzyłem to z tym serialem, o którym mówiliśmy. Czyli z nocną mszą. Tu też zresztą ta msza się odbywa jakby w nocy. Mówię o serialu czy o filmie "Alchemik". To się dzieje w nocy. Tam główny bohater staje przed dylematem bardzo okrutnym. Już mamy właściwie wrażenie, że spełni pewne żądanie, które się pojawia. Dla mnie końcówka jest kompletnie odjechana. Powiem państwu tylko tyle: końcówka w napisach mówi o piramidzie na Marsie na przykład.
I tak dalej. To pokazuje, że to PRL-owskie kino miało czasami niezłe pomysły. Może nie miało tej techniki, tych efektów specjalnych i czasami takiego elementu skrótu, który by się przydał. Niemniej jednak kombinowało, potrafiło przynajmniej niekiedy kombinować całkiem nowocześnie. A ten motyw właśnie czarnej mszy, się wcale nie dziwię, że telewizja narodowa oraz te inne ośrodki nie chcą tego pokazywać. Czy to motyw czarnej mszy, czy to motyw fałszywego albo nie w pełni otwartego objawienia, tu się trochę gubię w nomenklaturze. W każdym razie kontaktu z czymś nadnaturalnym. On w jakiś sposób zbliża, bardzo luźno. Od razu państwo przyjmijcie, że tamta rzecz się dzieje w odległych czasach. Serial, o którym dzisiaj mówiliśmy, dzieje się niejako na bieżąco.
To już duża odległość, ale pewne wątki właśnie związane z tym, że nie zawsze to, co uważamy, że jest dobre, że przyniesie nam szczęście, radość, odkupienie, wieczność i tak dalej, takim dobrem się okazuje. To w tym filmie "Alchemik" można znaleźć.
[57:05] - Tak. Druga sprawa, że jak dzisiaj się go ma traktować poważnie, biorąc pod uwagę fakt, że tam chyba głównym kapłanem tej czarnej mszy jest aktor, który grał Jana III Sobieskiego. Ale dajmy już temu spokój. Myślę, że do "Alchemika" może jeszcze kiedyś powrócimy. Natomiast "Nocna msza" serial, o którym powiedzieliśmy tak dużo, a mimo wszystko moim zdaniem was jeszcze zaskoczy.
[57:33] - Tak. I warto po niego sięgnąć.
[57:35] - Tak. A co za tydzień, Marku? Bo za tydzień mówiłeś tutaj o tym, że fabuła "Nocnej mszy" się pruje i mogą się też pruć kurtki żółte.
[57:50] - No tak, rzeczywiście. Kurtki żółte czy pruć? Zważywszy na to, że szykuje się, gdzie tam się szykuje, on już jest, proszę państwa, drugi sezon. My państwu opowiemy o sezonie pierwszym „Żółtych kurtek".
[58:08] - "Yellowjackets", tak.
[58:10] - Tak.
[58:11] - Może mało znany serial w Polsce, ale jednak chyba warto.
[58:14] - Warto. Zdecydowanie warto. Ja tylko państwu tak na zachętę powiem i pewno od tego zaczniemy w ogóle przyszłe „Filmotekarium", to powiem tyle: to taki miks troszeczkę "Władcy much"
[58:32] - "Losta" i "Blair Witch".
[58:36] - I "Blair Witch" dokładnie. Te trzy filmy chciałem wymienić. A zatem miks z jednej strony zapowiada się nieźle, z drugiej strony, przyznacie państwo, dosyć niebezpieczny. Jak z tego wybrnęli scenarzyści, realizatorzy filmu? O tym za tydzień porozmawiamy.
[59:01] - Dokładnie tak. Do usłyszenia.
[59:04] - Pozdrawiamy. Proszę państwa, to nie koniec spotkań z Piotrem Cielebiasiem. Cóż, muszę powiedzieć, że ostatnio miałem tę przyjemność gościć na kanale Piotra Cielebiasia. Przypomnę: "Ufo Historie". No cóż, porozmawialiśmy sobie o rzeczach takich bardzo spekulatywnych. Może to nie jest stricte wiedza. Zresztą co bardziej wnikliwi słuchacze, powiedziałem wnikliwi? Chciałem powiedzieć bardziej złośliwi, zarzucali, że przecież my nic nie wiemy z Piotrem na ten temat. A kto, proszę państwa, dzisiaj coś tak naprawdę wie o UFO? To co, znaczy, że nie mamy rozmawiać?
Nie mamy tego tematu poruszać, nie mamy się nim interesować, ponieważ nie mamy twardych dowodów w ręku? Przyznam się, że tego rodzaju spekulacje, które uprawiane są przez niektórych słuchaczy, którzy starają się pozować na takich, którzy wiedzą lepiej, ja życzę im powodzenia. Myślę, że pozostanę przy tych spekulacjach, które z Piotrem uprawiamy. A przypomnę państwu, że to nie są tylko i wyłącznie spekulacje, bo wiedza Piotra na temat tego, co głosi się na temat UFO w internecie, znacząco odbiega od przeciętnej. I ktoś powie: "Ale to jest wiedza zasłyszana, gdzieś tam przeczytana". To ja życzę państwu powodzenia. Najpierw proszę tego rodzaju wiedzą się posługiwać zupełnie swobodnie i tak na pstryknięcie palców. To wówczas możemy porozmawiać, czy to ma sens, czy nie ma. Oczywiście dla tych wszystkich, którzy uważają, że nie ma sensu o tym rozmawiać, ponieważ my z Piotrem nic nie wiemy, to może tego po prostu nie słuchać. A tych wszystkich, którzy uważają, że warto czasami pospekulować, zapraszam na ten odcinek ze mną, ale zapraszam też na cały kanał.
Bo wiecie państwo, tak jak interesuję się tym tematem, to przy niektórych odcinkach byłem autentycznie zadziwiony. Co więcej, kilku rzeczy niezwykle ciekawych od Piotra się dowiedziałem. To tyle takiej mikro krypto reklamy. A teraz, proszę państwa, było „Filmotekarium”. Zestaw autorów pozostaje ten sam, czyli Piotr Cielebiaś i Marek Żydkowski. Zapraszamy na MAUP. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:02:01] - Dzień dobry wieczór Marku, witaj w MAUP-ie. Chciałoby się powiedzieć.
[01:02:06] - W MAUP-ie nawet. Tak, w każdym razie trochę nam się z powodu wakacji ów cykl zawiesił, to trzeba go odwiesić. I dzisiaj moim zdaniem taka pozycja, która... Dobrze, powiem tak: to jest prywata. Ja tak naprawdę uwielbiam tę książkę z zupełnie niemerytorycznych przyczyn. To znaczy ona mi w kilku miejscach, powiedzmy takich literackich, mocno uderzyła w wyobraźnię i pewno dlatego darzę ją takim sentymentem. Jednak omawiajmy. To jest książka „Zaginiony świat Agharti” Aleka... Jak on się nazywa tak naprawdę? Bo nie chcę znów-
[01:02:55] - MacLennan. Przepraszam.
[01:02:57] - Tak, chciałem uniknąć kaleczenia uszu naszych słuchaczy moim angielskim, więc to pewno jednak dobre wyjście. W każdym razie to jest książka, która wyszła w latach 90. i muszę powiedzieć, że ona na przykład bardzo mocno, to już mówiłem, podkręciła mi wyobraźnię do tego stopnia, że jedno z opowiadań w mojej drugiej książce, która zatytułowana jest „Nadciąga burza”, to taki zbiór opowiadań, i jedno z tych opowiadań jest bardzo mocno inspirowane całą tą dziedziną podziemności, podziemnego świata, jakichś ukrytych jaskiń, ukrytych przejść i tak dalej. Od razu powiem, że ta książka nie dotyczy wydrążonej ziemi. Ona raczej skupia się na innych zagadnieniach, takich jak na przykład dla mnie było dużym odkryciem, wtedy jeszcze była to książka w Polsce nieznana, a mianowicie Bulvera-Lytona, czyli autora „Ostatnich dni Pompejów” czy „Pompei”. On wydał też książkę, która była taką biblią ludzi zainteresowanych ezoteryką, różnymi siłami. Podobno w Niemczech hitlerowskich cieszyła się dużym powodzeniem. Nosiła tytuł „Nadchodząca rasa”. Ona już dzisiaj jest dostępna przynajmniej w dwóch wydaniach na rynku. Wtedy jeszcze nie była.
Czytałem zaledwie fragmenty, które były właśnie w „Zaginionym świecie Agharti” i to niesamowicie podkręciło moją wyobraźnię.
[01:04:50] - Ja mogę powiedzieć, że to jest taka książka wakacyjna dla mnie, dlatego że pamiętam, że jako młodszy nastolatek czytałem „Zaginiony świat Agharti” i były to jeszcze czasy głęboko przedinternetowe. To znaczy dostęp do szerokopasmowego internetu nie był tak powszechny jak dzisiaj. Obszar, który dzisiaj zajmują kanały YouTube'owe, na przykład oferujące różnego rodzaju przedziwne historie z krańca nauki i historii, wypełniały książki, pisarze, dzisiaj już nieco zapomniani, dlatego ożywiani w ramach audycji MAUP. Powiem tak: jedną z tych osób był właśnie MacLennan i jego książka, którą omawiamy, mająca kilka wydań, przy czym to najpopularniejsze pochodzi chyba z lat 90. Kim jest autor? Szczerze trudno powiedzieć, bo powiem ci Marku, że nie znalazłem o nim zbyt wiele informacji, chociaż zajmował się tą tematyką, szeroko pojętą atlantologią, wchodzącą też czasami na pole teozofii z teorii spiskowych, to tak naprawdę trudno o nim znaleźć informacje. Nie widnieje na przykład w takim czymś jak Internetowa Encyklopedia Atlantologii. Bardzo ciekawe źródło. Natomiast możemy powiedzieć coś o nim po tytułach innych książek, które opublikował, na przykład „Tajemnica Pustej Ziemi”. Ale wiesz, podzielmy sobie może nasze rozważania dzisiejsze nad „Zaginionym światem Agharti” na taką część atlantyjsko-zakazano-archeologiczną tej książki oraz część spiskową.
Bo tak, powiem ci Strasznie to wciągało. W tamtych czasach przynajmniej. Ja mam sentyment do tej książki i chyba się go nie pozbędę. W konfrontacji z wizją podziemnych tuneli rozciągających się w różnych regionach świata, mających stanowić ślad po poprzedniej cywilizacji, mózg wymiękał. Szczególne emocje u mnie budziła sprawa Tybetu, nieodgadniętej wówczas krainy, tajemniczych korytarzy, które przebiegają pod Lhasą. Już na samym początku tej książki, na pierwszych stronach autor nam prezentował swoją tezę. I o ile nie wierzy on w pustą Ziemię, to nie wyklucza istnienia w niej naturalnych przestrzeni, w których schronienie mogły znaleźć zaawansowane cywilizacje, które się narodziły przed ludźmi. Tak to mniej więcej wyglądało. Natomiast im dalej sięgacie, tym ta książka wchodzi na trochę inne tory. Ale skąd się w ogóle wziął tytuł?
Od mitycznej, mitologicznej krainy z dalekowschodnich wierzeń, czyli Agharty, zwanej też czasami Szambalą. I tutaj MacLean powołuje się na autorów takich jak G. Bernard czy Louis Jacolliot, którzy mieli na ten temat zakulisową wiedzę. Tutaj wkracza, Marku, romantyzm, bo ta książka odwołuje się do historii z XIX wieku, do autorów awanturników, którzy przemierzali świat w poszukiwaniu strasznych tajemnic, które akademicka nauka potem prawdopodobnie zmiotła pod dywan. Ci wielcy podróżnicy, eksploratorzy, jak Jacolliot mówili między innymi o indyjskim odpowiedniku Atlantydy. Ale dobrze, powróćmy do korzeni i porzućmy wszystkie te okrągłe słowa. Czym była ta Agharta? Chodziło, mówiąc krótko, o podziemną krainę czy też królestwo zaawansowanej rasy, której emisariusze raz na jakiś czas mieli się pojawiać wśród ludzi, by przekazywać im swoją wiedzę. Opowieść ta ma oczywiście kilka wariacji, niemniej jednak jej jądrem jest istnienie zaawansowanej cywilizacji tuż pod naszymi nogami. Ale była też druga część stanowiąca wstęp do tej części spiskowej.
Odnosiła się do tego, że istnieli ludzie, którzy wyruszyli na poszukiwanie tej zaginionej krainy. Jedną z tych osób był Nikołaj Roerich, człowiek, którego obrazy strasznie mi się podobają i chciałbym sobie kiedyś, Marku, taki kupić. Był to rosyjski podróżnik, malarz, ezoteryk. Szczególnie ciekawa postać, muszę powiedzieć, już zupełnie oderwanie od tej książki MacLeana. Ale oprócz tuneli himalajskich mamy przecież tam wzmianki o ich odpowiednikach z drugiego końca świata.
[01:09:46] - Z Brazylii na przykład.
[01:09:48] - Tak, ze Stanów Zjednoczonych nawet. I to wszystko, powiem ci, razem wzięte w tym okresie, kiedy to czytałem, tak strasznie na mnie oddziaływało, że ja nie mogłem wyjść z podziwu. Nie mogłem wyjść z czaru tej książki. Natomiast wyrosłem z niego, muszę ci powiedzieć, i o tym może sobie powiemy na końcu. Ale co cię urzekło jeszcze w tej książce?
[01:10:14] - Urzekło mnie, że autor zauważył istnienie Ferdynanda Ossendowskiego i jeden z rozdziałów jest poświęcony jego wyprawie na Daleki Wschód. Co mnie jeszcze urzekło? Tam jest taki fragment o podziemiach, zdaje się, o których mówiłeś, czyli pod Lhasą albo jednym z tych tybetańskich ośrodków, o drzwiach, które gdzieś głęboko pod ziemią są zapieczętowane, strzeżone i za tymi drzwiami to jest obszar już niedostępny. Za tymi drzwiami ciągnie się tunel do królestwa czy też do państwa Agharta. Państwa, które ta nadchodząca rasa Lytona, później tu są nawet odwołania do Bławatskiej. Jest nawet pewne skrzyżowanie z pewnymi następstwami, czyli z III Rzeszą i poszukiwaniem niezwykłej siły, bo Lyton opisuje w swojej książce siłę Vril, nad którą podziemne królestwo panowało, i która miała dawać nieograniczone możliwości. W związku z tym Niemcy podobno tego szukali, być może nawet byli bliscy znalezienia. To mnie niesamowicie fascynowało. I powiem tak: ty masz rację, że z tej książki można wyrosnąć albo nigdy nie wyrosnąć. Ja, zdaje się, nigdy nie wyrosłem, bo ona mnie fascynowała głównie literacko.
Ale nie, że była napisana pięknym językiem, tylko bardziej to, że to jest niewyczerpane źródło pomysłów różnego rodzaju. Powiedziałem już o tym opowiadaniu ze swojego zbioru opowiadań, ale tak naprawdę tam jest tych zaczątków, takich jąder krystalizacji dla przyszłych opowieści różnego rodzaju bardzo dużo. Tam, kiedy są opisy III Rzeszy, tych poszukiwań, różnych rytuałów. To mnie niezwykle urzekło. Ta ciągłość, bo przecież kiedy mówię o tej sile will, to Niemcy przecież tej nomenklatury używali. I to mi się wydało niezwykle atrakcyjne oraz te przekazy o podziemności. Być może ta książka trafiła w jakiś czuły punkt mój. Ja od dzieciństwa byłem zafascynowany podziemiami, różnymi korytarzami. Byłem gotowy zwiedzać piwnice. Wariat po prostu.
Byłem gotowy zwiedzać jaskinie. Pamiętam, do jakiego strachu doprowadzałem swojego ojca, kiedy pojechaliśmy w Tatry. Byłem wtedy wczesnym nastolatkiem, takim 11, 12-latkiem. Tam poza oficjalnymi jaskiniami, które można zwiedzać, jest całkiem sporo płytkich albo mniej płytkich jaskiń, do których można się, za przeproszeniem, wpierdzielić i już można z nich nie wyjść. I ja miałem tendencję do wchodzenia. Doprowadzałem ojca do boleści, w każdym razie do ciężkiego strachu. Zawsze mnie do tych jaskiń ciągnęło. Zawsze byłem skłonny zwiedzać podziemia. Ta książka mocno uderzyła w tę moją fascynację i dlatego ona u mnie spoczywa na półce i jest zaczytana na śmierć. Jeszcze się nie rozpadła, ale okładka, pomimo że jest wzmocniona, to już słabo wygląda.
Bardzo słabo, bo ja ją przeglądałem naprawdę setki razy, a czytałem na pewno kilka.
[01:14:33] - Powiem ci, że u mnie było podobnie. U mnie ta fascynacja podziemiami i korytarzami wynikała z miejsca, w którym mieszkam. Tutaj zawsze się mówiło, że są jakieś ukryte korytarze, to prowadzące z zamku na Jasną Górę, a to prowadzące z jednych gór do drugich, ze skał do skał i tak dalej. Jaskiń jest tutaj bardzo dużo. Ja natomiast zawsze miałem lekką obawę przed wchodzeniem do nich z powodu gabarytów swoich. Wiem, że jakbym gdzieś utknął, to bym nie wyszedł. Nie to, że jestem ogromnie wielki, ale mógłbym utknąć i nikt by mnie nie wyciągnął. A naoglądałem się różnego rodzaju historii. Na przykład polecam wam zapoznać się z takim filmem o tragedii w jaskini, która się nazywa Nutty Putty w Stanach Zjednoczonych. Jest lepszy od jednego horroru.
Ale wróćmy do tego MacLeana i Agharty. Powiem ci tak: pierwsza część zarąbista. Super, naprawdę się to świetnie czyta i powiem ci, że nawet dzisiaj się to świetnie czyta. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, co tam pod tą ziemią jest i jakie tajemnice w niektórych korytarzach się kryją. Bo pomimo że niektóre ze spraw, jak ta słynna metalowa biblioteka w korytarzach podziemnych w Andach, są uznawane dzisiaj za bzdury, to zawsze ta nutka tajemnicy gdzieś jest, bo te podziemia nawet pod Gizą, nawet pod Sfinksem, czy też w Etiopii nie są do końca zeksplorowane i wiele kwestii nie jest wyjaśnionych. Ale była ta druga strona tej książki, ta spiskowa, i powiem ci, że ona do mnie gdzieś nie docierała z kilku powodów. Była jakaś blokada we mnie, która nie pozwalała na wiele z tych rzeczy wierzyć. Powiedzmy, o co tu chodzi. Tu są te wszystkie opowieści o ludziach albo grupach, którzy się mieli kontaktować z mieszkańcami tej Agharty czy tego podziemnego królestwa. I tutaj następuje totalny miks.
Od historii okultyzmu w postaci różokrzyżowców, teozofów, po opowieści o okultystycznych inspiracjach Hitlera. I wreszcie to, czy UFO może gdzieś tam przybywać spod ziemi, co wcale nie jest takie szalone. To był dla mnie nawet w tej wczesnej bardzo młodości grunt bardzo śliski i spekulatywny. Niektóre sprawy mnie nie przekonywały. Także dochodzę do takiego wniosku, że recepcja książki, o której dzisiaj mówimy, zależy nieco od naszej osobistej wrażliwości i sceptycyzmu oraz czasu, kiedy po nią sięgnęliśmy. Dla mnie to jest już taka trochę pozycja historyczna, nieco sentymentalna, ukazująca naszą wrodzoną tęsknotę za tajemnicami świata. Bo dzisiaj mamy takie wrażenie, przynajmniej media nam serwują takie przekonanie, że wszystko na świecie wiadomo. Jeżeli nie wiadomo, co jest w górze, to dowiemy się o tym dzięki satelitom. Jeżeli nie wiadomo, co jest pod ziemią, to na to nam odpowie georadar. Ale czy na wszystko?
Oczywiście, że nie. I ostatnia kwestia. Czy ta książka się, Marku, dobrze zestarzała? Bo to jest kwestia trudna. Tak, jeżeli ją będziemy interpretowali nie zawsze dosłownie. To znaczy w pewnym sensie będziemy zwracali uwagę na kwestie związane z folklorem, wierzeniami, teoriami spiskowymi czy współczesnymi legendami. Natomiast, i tutaj jest zawsze to „natomiast”. Można troszeczkę z książki tej wyrosnąć na tej zasadzie, że im więcej zdobywamy na ten temat informacji, tym zawsze zauważamy troszeczkę, niestety ku swojemu własnemu rozczarowaniu, że kręcimy się w kółko i tak naprawdę są to cały czas te same, nie wiem nawet, czy fakty.
[01:18:34] - Piotrze, warto to powiedzieć. To jest książka, która stanowi moim zdaniem wprowadzenie Do pewnej tematyki. Ona raczej rzuca pewne ślady. Tak jak dla mnie była śladem, żeby sięgnąć gdzieś w przyszłości po książkę „Nadchodząca rasa” Lytona, jak była śladem tej wyprawy Ossendowskiego, która zresztą jest zrelacjonowana przez samego Ossendowskiego i tak dalej.
[01:19:13] - O dziwo, powiem ci, że on niewiele pisze o tej Agarcie, poza tym, że oni w to wierzą. Mieszkańcy tamtej części świata, do której mentalnie jest mi bardzo blisko i nie tylko.
[01:19:25] - Tak, ale to jest taka książka, która stanowi wprowadzenie. Ona uderza w bardzo wiele tematów, takich rozproszonych często. Mówi o tej sile niezwykłej, o kontaktach. Być może oni spod tej ziemi wyłażą od czasu do czasu. Jest nawet taka książka wydana w latach 80. przez bardzo egzotyczne wydawnictwo. Tak, proszę państwa, nawet w PRL-u były egzotyczne wydawnictwa. Chyba to było wydawnictwo związków zawodowych czy czegoś takiego. Nazywa się ta książka „Atlantyda i Agharta”. To jest fikcja literacka oczywiście, podobnie jak książka Lytona, ale warto po te pozycje sięgnąć, ponieważ one dobudowują coś więcej.
I zdecydowanie, Piotrze, ja ci przyznaję rację. To jest książka dla adeptów. To jest książka dla ludzi, którzy zaczynają dopiero swoją przygodę z niezwykłościami. Ona może popchnąć człowieka gdzieś dalej do zbierania dalszych informacji. Na przykład nie ma mowy tutaj o tym, co zostało odkryte, zbadane o tych wszystkich znaleziskach podziemnych w Turcji różnego rodzaju. To wszystko stanowi punkt wyjścia. Ja państwu jeszcze powiem, że ta moja fascynacja podziemiami wzięła się stąd, że bodajże w trzeciej klasie dorwałem taką książkę „Klub Tomahawka na tropie” czy coś takiego. Tu głównie chodziło o to, że grupa młodych ludzi penetrowała jaskinię bodajże we Włoszech, ale tego już nie jestem pewien. Gdzieś tam nawet czaszkę znaleźli jakiegoś Rzymianina. W każdym razie to wtedy był ten pierwszy impuls, a ta książka „Zaginione świata karty” przywróciła mi dzieciństwo i tak jak powiedziałeś, Piotrze, jak takie dziecko zacząłem pogrążać się w tych różnych wątkach.
Dzisiaj pewno patrzyłbym na tę książkę inaczej, ale do dzisiaj do niej czasami sięgam. Wiem nawet, że to z tej książki czerpałem pewien fragment książki Lytona. Użyłem go jako motta do jednego z tych opowiadań, o których wspomniałem. Także książka, tak jak powiedziałeś, częściowo się zestarzała, ale myślę, że stanowi dobry punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. Tak mi się przynajmniej wydaje.
[01:22:16] - Tak, bo ono się zestarzało, nie zestarzały się tajemnice. Ja sobie przypominam jeszcze, jak chodziliśmy jako dzieci na zamek, widzieliśmy tam pozawalane korytarze i okazywało się nagle, że te wszystkie legendy, które nam mówiono, o których nam opowiadano, mogą kryć jakieś ziarno prawdy w sobie. O wielu sprawach tego typu się milczy. No i pytanie, czy te korytarze, jaskinie, podziemne cuda w wielu regionach świata mogą coś kryć? Mogą, tylko że mogą to być nie tak bardzo spektakularne skarby, jak sobie wyobrażamy, czyli jakieś artefakty z Atlantydy. Może to być na przykład jakiś odpowiednik zwojów z Qumran. I tak to wygląda. Książka MacLeoda jest, trzeba powiedzieć, ukłonem w stronę XIX wieku. Też musimy mieć to na uwadze, kiedy na świecie było więcej tajemnic. Tylko pytanie, czy te tajemnice zostały wszystkie wyjaśnione?
Nie zostały. Dzisiaj te wszechobecne satelity, sztuczna inteligencja i Wikipedia sprawiają, że człowiek znowu ma wrażenie, tak jak w czasach oświecenia, że jest panem wszelkiej wiedzy i całej planety. Ale to jest tylko iluzja.
[01:23:33] - Złudzenie, absolutne złudzenie.
[01:23:36] - Zależy od punktu patrzenia. To chyba wszystko na temat tej książki. Jeżeli ją kiedyś dorwiecie, to śmiało, nie miejcie oporów.
[01:23:46] - Tak, czytajcie ją państwo, aczkolwiek jak to z takimi książkami bywa, krytycznie i z otwartym umysłem raczej sięgajcie państwo dalej.
[01:23:58] - Dokładnie. Do usłyszenia w kolejnej małpie.
[01:24:05] - Proszę państwa, dzisiaj główny element naszego programu, czyli drugi tom powieści Piotra Witolda Lecha. Taki poliamoryczny. Ktoś napisał, że to jest promocja LGBT. Nie sądzę. Powiem państwu szczerze, nie sądzę. Cóż, każdemu wolno myśleć, co mu się podoba. Podobno każdemu wolno kochać. To w kontekście tej akurat opowieści ma jak najbardziej sens, ale myślę, że o coś zupełnie innego w tej opowieści chodzi Zatem co tu będę dużo państwu opowiadał. Zapraszam na Łzy Koa. Autor Piotr Witold Lech.
Życzę państwu dobrej zabawy, ale to dzisiaj nie wszystko w naszej audycji. Od razu państwa lojalnie uprzedzam.
[01:25:12] - Piotr Witold Lech przedstawia Łzy Koa. Czytają Anna Szymańczyk i Grzesław Krzyżanowski. Produkcja Audioteka. Kobietom wszechświata.
[01:25:35] - Wstęp. Flesze holoaparatów błyskały, a paparazzi cisnęli się, napierając na odgradzającą mnie od nich szybę. Ochroniarze w białych mundurach z czarnymi naszywkami MCMGIR starali się odepchnąć reporterską tłuszczę, ale tamci mieli przewagę liczebną i zaczynało robić się niebezpiecznie. Dwie pielęgniarki, ziemianka Joanna van der Linden i Singu Jui Ko Li stanęły przy mnie gotowe odeprzeć atak w przypadku klęski ochrony i szyby. Oczywiście nie było mowy, żeby szyba puściła. Była to konstrukcja pancerna o grubości dwudziestu centymetrów, której nie rozbiłby nawet pocisk artyleryjski. Ochrona już takich szans nie miała. W najgorszym przypadku mogła zostać rozsmarowana na szybie jak konserwa z naszynkę w oleju na placku z porostów z Oaii. Na szczęście dla ochroniarzy inteligentne drzwi zaskrzeczały w kilku językach galaktyki. Szefowie projektu.
I w mojej sterylnej sali pojawili się wreszcie naukowcy. Wkroczyli białym szpalerem i zajmowali miejsca na krzesłach tworzących półkole wokół mnie. Większość z nich zdążyłam już poznać, więc grzecznie odpowiadałam na pozdrowienia. Za szybą na chwilę przycichło. Profesor Einar Fredriksen podszedł do lewitującego mikrofonu. Szanowni państwo, bardzo proszę o spokój – powiedział łagodnym, ale wciąż pełnym autorytetu głosem. – Proszę o zajęcie swoich miejsc zgodnie z przydzieloną państwu akredytacją. Obiecuję, że postaramy się odpowiedzieć na wszystkie państwa pytania. W miarę naszych możliwości oczywiście. Znowuż zrobił się tumult, kiedy dziennikarze szukali swoich miejsc na amfiteatralnej widowni sali konferencyjnej Międzyplanetarnego Centrum Mieszania Gatunków i Ras na Human.
Wykłócali się i pokrzykiwali, a kilkanaście języków pomieszanych z tłumaczeniami emitowanymi przez kilkadziesiąt translatorów stworzyło nieprawdopodobny harmider. Poprawiłam się na łóżku, z którego nie pozwalali mi wstawać, od kiedy uszczęśliwiony doktor Wun Lee przywiózł mnie z powrotem i jak największy skarb przekazał niemal płaczącym naukowcom. Oberwało mi się po uszach, ale nie znęcali się bardzo. Tak byli szczęśliwi. Teraz biegali wokół mnie, przynosili wszystko do łóżka i nawet do toalety pozwolili wstawać dopiero wtedy, kiedy zdecydowanie stwierdziłam, że absolutnie nie będę wypróżniać się do żadnych pieprzonych kaczek. Brzuch miałam już duży i nabrzmiały. Czułam się dobrze, ale byłam ociężała. No i miałam ten nieustający apetyt na rzeczy, których nigdy nie lubiłam. Szczególnie owoce lai. Profesor Fredriksen odczekał, aż wszyscy usadowią się na swoich miejscach, po czym rozpoczął spotkanie.
Serdecznie witam państwa w Międzyplanetarnym Centrum Mieszania Gatunków i Ras na księżycu Human. Przepraszamy za niedogodności, ale musimy zachować sterylność środowiska naszej przyszłej mamy. Tutaj uśmiechnął się do mnie. Mam nadzieję, że państwo to rozumiecie. Zanim wraz z kolegami z zespołu odpowiemy na państwa pytania, chciałbym raz jeszcze przedstawić problematykę mieszania rasy ziemskiej z singuliańską. Jest to bowiem pierwszy przypadek w galaktyce, kiedy udało się połączyć DNA dwóch humanoidalnych gatunków z planet odległych o sto pięćdziesiąt jeden lat świetlnych. Oczywiście z perspektywy kosmosu to żadna odległość i być może dlatego właśnie na przestrzeni kilkuset lat świetlnych od Układu Słonecznego po układ Plejone możemy mówić o istotach o bardzo podobnej strukturze genetycznej. Siedzący na widowni dziennikarz z plakietką telewizji paramiańskiej zamlaskał głośno, a translator przetłumaczył. No to jak wytłumaczyć, że najbliższa Ziemi Proxima Centauri zamieszkała jest przez niehumanoidów? Dziennikarze syknęli na ślimaka, a najbliżej siedzący alien ubrany w koszulkę z logo dziennika Ganińskiego Głos Galaktyki warknął: Zeren trutes modo et Paramian warkhar.
Co translator przetłumaczył: Wysłali chyba najgłupszego z paramiańskiej telewizji. Dziennikarze gruchnęli śmiechem. Paramianin zamlaskał gniewnie. Proszę o spokój. Profesor Fredriksen uniósł rękę. Chciałbym wprawdzie dokończyć moją wypowiedź, ale odpowiem koledze z Paramy. Zwrócił się w stronę ślimaka. Struktura genetyczna nie determinuje kształtu ciała, a nawet organów wewnętrznych. Dla przykładu z Ziemianami na ich planecie genetycznie spokrewnionych jest wiele gatunków zwierząt, a nawet roślin. Poza człekokształtnymi małpami z ludźmi blisko spokrewnione są koty.
Aż dziewięćdziesiąt procent wspólnego DNA. Myszy aż osiemdziesiąt osiem procent. Krowy osiemdziesiąt pięć. Psy osiemdziesiąt cztery. Małe akwariowe rybki danio pręgowane jakże niepodobne do ludzi aż siedemdziesiąt cztery procent wspólnego DNA. U Singu analogicznie najbliższe pokrewieństwo występuje z waleniami z Oceanu Gusin: szisze aż dziewięćdziesiąt cztery procent, ishisarczuk dziewięćdziesiąt trzy procent i tak dalej. Jeśli chodzi o Paramian, to ich genom jest na poziomie dziewięćdziesięciu procent genomu Ziemian i osiemdziesięciu dziewięciu genomu Singu. Jak pan widzi, jesteśmy wszyscy bardziej spokrewnieni, aniżeli wskazywałyby na to dzielące nas odległości i kształty. Panie profesorze. Wstała jaszczurowata dziennikarka z Kumpfu.
Te rzeczy są nam wszystkim znane. No, może poza kolegą z Paramy. Parsknięcie śmiechu przetoczyło się przez salę. Bardziej interesują nas techniczne aspekty samego zapłodnienia. Wiadomo przecież, że struktura wewnętrzna narządów Koa jest inna niż ziemskich kobiet. Zapłodnienie in vitro wiadomo, ale jak? Profesor Fredriksen, widząc, że nici z jego pięknie przygotowanej prelekcji o historii kontaktów gatunków i związanych z tym naukowych wyzwań pasjonujących genetyków, przystąpił do drugiej części swojego wystąpienia. W tej konfiguracji, rzecz jasna, skupiliśmy się na strukturze narządów wewnętrznych Koa Singu. Mieszkańcy wodnego księżyca nie zatracili całkiem pokrewieństwa z waleniami i rybami, co szczególnie widać w układzie narządów wewnętrznych. Jajowód Koa to sznury ikry, w której znajdują się pęcherzyki z komórkami jajowymi.
Pobraliśmy komórki i osadziliśmy w roztworze noszącym nazwę Einar Jaeru, co nie bez dumy mówię, gdyż wraz z moim obecnym tu wskazał starego Singu siedzącego wśród naukowców znakomitym kolegą z Singulianu, profesorem Jaeru Funali Ko miałem zaszczyt odkryć formułę roztworu adaptacyjnego. Potem już wszystko dzieje się bardzo podobnie do zwykłego monogatunkowego zapłodnienia in vitro. Jaja zostają zapłodnione nasieniem ziemskiego mężczyzny i już jako zarodki hodowane są w specjalnych inkubatorach pod okiem elektronowych mikroskopów będących oczami współpracującej z nami sztucznej inteligencji. Po tygodniu wyodrębniamy najbardziej udany zarodek i następuje transfer do macicy. Takich prób może być kilka. Rzadko udaje się za pierwszym razem. Dziennikarze mieli setki pytań. Profesor odpowiadał cierpliwie, ale ja wyłączyłam się z dyskusji. Myślałam o tym, co Fredriksen powiedział o genetycznych pokrewieństwach. Czy Funali Ko także wymieniłby tylko walenie i ryby?
Przecież stary Singu musiał wiedzieć. Zresztą Fredriksen także. A może jeszcze nie mieli materiału genetycznego? Ile procent wykazałoby badanie? Zrobiło mi się chłodno, więc przykryłam się kołdrą. Sześćdziesiąt pięć humansoli wcześniej. Wyjęłam blaster z kabury i strzeliłam z biodra. A potem, kiedy tamten kumfianin padał z parującą dziurą w piersiach, nacisnęłam przycisk automatycznej kolby. Dwa tytanowe pręty z trzecim poprzecznym, obitym skórą z Osko wysunęły się z broni. Stanęłam mocno w lekkim rozkroku.
Oparłam kolbę o ramię i wymierzyłam. To był trudny strzał, bo Sławek szarpał się z dwoma kanpikanami. „Sławek, głowa na dół” krzyknęłam po angielsku, mając nadzieję, że tamci nie znają tego języka, a ich translatory będą wolniejsze od reakcji ziemianina. Tak było. Zdołałam posłać dwa błyski. Jeden trafił prosto w ryj przypominający nasze tau albo ziemskiego wieprza, drugi oderwał duże ucho. Ten, który był tylko ranny, zaczął kwiczeć, ale Sławek uwolnioną już prawą ręką wyszarpnął zza pasa tę swoją starą ziemską broń ze śmiesznym bębnem na sześć naboi i robiąc hałas jak startujący Kaj siedem siedem siedem zastrzelił tauowatego. W powietrzu rozszedł się dławiący zapach prochu. Spojrzałam na Matta. Nie dał się zaskoczyć.
Potężnym ciosem rozbił nos śniademu ziemianinowi, a teraz walił gadzim łbem jaszczura z Kumpfu o maskę jakiegoś stradolotu zaparkowanego na ulicy. Uwielbiam patrzeć, jak on to robi. Jeszcze tylko kątem oka stwierdziłam, że Artemis też radzi sobie doskonale. Już dwóch napastników tauowaty i gad leżało porażonych prądem, a w ręku androidki znalazł się mały pistolet laserowy, z którego strzelała do nadbiegających zbirów. Natychmiast skierowałam lufę w ich stronę i wraz z Artemis stworzyłyśmy ścianę ognia. W sekundę położyłyśmy trzech czy czterech. Bardziej poczułam, niż zobaczyłam, że z boku zagraża jakieś niebezpieczeństwo. „Uważaj” usłyszałam krzyk Matta. Odwróciłam się i posłałam chyba z dziesięć błysków. Zresztą każdy powinien oddać dla pewności tyle strzałów do atakującego aliena.
Jeżeli jest więcej Ganijczyków, mamy przegwizdane pomyślałam. Nauczyłam się od Matta takich dziwnych ziemskich słów, które w ogóle nie chciały się ode mnie odczepić. Napastnicy odstąpili na chwilę. Chciałam podbiec do naszych, ale Sławek i Matt dawali znaki, żebyśmy się do siebie nie zbliżali. „Zachować odstęp” wołał Sławek. Miał najwyższy z nas stopień wojskowy. Z tego, co pamiętałam, zakończył służbę w Siłach Powietrznych Ligi jako podpułkownik, więc posłuchałam bez wahania. „Na płytę” rozkazał. Zaczęliśmy iść w tyralierze, rozglądając się po budynkach strefy spedycyjnej w ECQ, stolicy państwa Querków na Najdin. „Gdzie twój browning, pilocie?” krzyknęłam do idącego najbliżej mnie Matta.
„Został na Eawropie” uśmiechnął się, ale wiedziałam, że nie jest mu do śmiechu. A tak się wykłócał ze mną o blaster. „Po co targasz ten arsenał? Przecież to Najdin, najspokojniejsza planeta Ligi.” Oferma! Nie darowałam sobie. Ale wiesz, że cię kocham. I to mnie przeraża. To cię cieszy. Oferma! Cicho tam!
– uciszył nas Sławek. Widzieliśmy przerażone twarze querków wyglądające lękliwie zza framug okrągłych okien kopcowatych budynków strefy spedycyjnej. Chwilę wcześniej wszyscy przechodnie umknęli z ogromną szybkością na tych swoich ośmiu odnóżach. Matt mówi, że kojarzą mu się z istotami nazywanymi na Ziemi pająkami, tylko jakby z ludzkim tułowiem i głowami. Mnie raczej przypominali tacolien – morskie stworzenia, których najwięcej było na płyciznach Morza Artak. Bardzo smaczne. Ewentualnie tacoishi, ale tamte z kolei były ogromne i niebezpieczne. A querkowie, wbrew swojemu wyglądowi, to najgościnniejsza i najsympatyczniejsza rasa Drogi Mlecznej. Naszym sprzymierzeńcem były półokrągłe budynki bez załomów i rogów, za którymi mogliby się ukryć napastnicy. Musieli działać bardziej otwarcie, a poza tym od razu odniosłam wrażenie, że chcą nas dostać żywcem.
Długo nic się nie działo i dopiero kiedy doszliśmy do wejścia na płytę kosmodromu, rozległ się ryk silników. Cztery skutery powietrzne wysunęły się zza ostatniego budynku. Na każdym siedziało po dwóch zbirów: kierowca i pasażer trzymający coś w rękach. Canpikanie, Ziemianie i Kumfu. Początkowo myślałam, że trzymają blastery, ale oni błyskawicznie rozjechali się w cztery strony i strzelili w górę. Sieć obezwładniająca poszybowała pionowo ponad naszą czwórkę. Ja zdołałam odskoczyć pod ścianę kopcowatego budynku. Sieć ominęła moją nogę o milimetry. Poczułam, jak ładunek elektryczny przebiega po moim bucie, na szczęście nie wyrządzając mi krzywdy. Artemis w ułamku chwili stworzyła zaporę grawitacyjną.
Niestety nie zdołała objąć nią wszystkich. Matt i Sławek padli porażeni lekkim wyładowaniem elektrycznym drucianej siatki. Przyłożyłam blaster do policzka i zdjęłam załogę najbliższego skutera. Artemis, utrzymując zaporę grawitacyjną ponad swoją głową, zalała błyskami kolejny skuter. Sieć przestała emitować prąd, ale nasi chłopcy nadal leżeli nieprzytomni, a tamtych było coraz więcej. Jeszcze trzy skutery mknęły od strony strefy spedycyjnej. Przełączyłam broń na miotacz i położyłam zaporę ognia na asfaltowej drodze. Blaster parzył mi dłonie, ale nie puszczałam spustu. Ściana płomieni odgrodziła nas od trzech skuterów. Wiedziałam jednak, że nie wytrzymam długo.
Artemis, zrób coś! Androidka wyemitowała krótki, kontrolowany wybuch. Sieć została rozerwana i odleciała w cztery strony, ale Artemis zachwiała się i przyklękła na jedno kolano. Jej oczy zmatowiały. „Artemis!” – krzyczałam. Wiedziałam, co się stało. Tak duża emisja energii musiała ją osłabić. Wprawdzie z tego, co czytałam o Nexusach 2200, na słońcu potrafią się regenerować w kilka minut, ale my nie mieliśmy tych kilku minut. Zdezorientowani na chwilę napastnicy z dwóch najbliższych skuterów odzyskali rezon. Maszyny zawyły na wysokich obrotach i skokiem znalazły się przy androidce.
Już wydawało się, że ją dopadną, kiedy zajęczał metal dziurawiony przez karabin laserowy ciężkiego kalibru. Canpikanin i Kumfu w panice zeskoczyli ze skutera. Pozbawiony kierowcy pojazd wykonał nagły piruet i z ognistym hukiem eksplodował ponad naszymi głowami. Smród topionego tworzywa sztucznego i benzyny. Druga ekipa starała się szybko odskoczyć za półokrągły budynek strefy spedycyjnej, ale nie zdążyli. Dostali się prosto w deszcz długich błysków lasera. Prowadzący skuter Ziemianin oberwał prosto w pierś. Kawałki płuc i serca rozprysły w powietrzu wraz z gejzerem krwi. Odwróciłam się, żeby zobaczyć, co jest źródłem tego nagłego ratunku. Tak jak domyślałam się.
W oddali na płycie kosmodromu zobaczyłam przysadzistą sylwetkę Kesh 444, singuliańskiego myśliwca warpowego najnowszej generacji, jednej z zabawek Rekkilii. No i jak tu nie kochać tego ekscentryka? Niestety nie mieliśmy łączności, a odległość dzieląca nas od Kesh 444 była znaczna. Puściłam spust blastera. Broń była rozgrzana do tego stopnia, że gdyby nie mój solidny kombinezon z osko, miałabym poparzone ramię. Ale blaster spełnił swoje zadanie. Asfalt na ulicy płonął, wzbijając w niebo nad Naydin kłęby czarnego, duszącego dymu. Na szczęście wiatr wiał w stronę odgrodzonych ogniem napastników. Usłyszeliśmy sygnały policyjne. Dopiero teraz do poczciwych querków dotarło, że ktoś urządza jatkę tuż pod nosem ich ekskluzywnego kosmodromu.
Dwóch napastników, którzy porzucili skuter, chciało dać drapaka, ale Matt się ocknął. Jest odporny, odporniejszy od większości Ziemian, jakich poznałam. Zerwał się rześko, jakby tylko na chwilę położył się odpocząć i wyrżnął w tałowaty ryj przebiegającego Canpikanina. Tamten zakwiczał i pokazał numer swoich lotniczych glanów, z impetem waląc rogatym łbem o jezdnię. Już nie wstał. Jaszczur z Kumfu podjął walkę wręcz. Biedak. Z Mattem na pięści mogli wygrać tylko Alieni albo Yelanci. Jaszczur oberwał kilka silnych ciosów w korpus, a następnie nadział się na podstawione mu usłużnie kolano w plastikowym ochraniaczu. Był wylogowany, zanim zdążył pomyśleć o strategii.
Tymczasem Rekkili przysunął Kesh 444 maksymalnie do wejścia. Musiał uważać, żeby nie zahaczać panelami słonecznymi o mnożące się tutaj wózki grawitacyjne i kontenery ustawione do załadunku na statki. Ricky Lee jak na amatora hobbystę był niezłym pilotem, ale do perfekcji było mu daleko. Ja oczywiście mogłabym wlecieć tym myśliwcem nawet na ulicę, ale ilu to potrafi? Podbiegłam do Artemisy i Matta starających się docucić Sławka. Sławek zajęczał, otwierając oczy. „Dasz radę wstać?” — zapytał Matt. „Nie wiem”. „Wesprzyj się na mnie, kochanie”. Artemis już dochodziła do siebie.
Mocno chwyciła Sławka w pasie i uniosła go bez wysiłku. Super dziewczyna — pomyślałam nie po raz pierwszy. Spojrzałam na płonącą ulicę. Słychać tam było krzyki i strzelaninę. Querkowie zaraz zajmą się też nami. Niby nie byliśmy niczemu winni, ale nie chcieliśmy utknąć na Najdin na długie tygodnie wyjaśniającego śledztwa. Wiedzieliśmy, że nas też dopadną międzyplanetarne instytucje, ale to potrwa. Niech nas trochę poszukają po MW. „Pośpieszcie się” — ponagliłam. Matt podniósł Colta z ulicy, wsparł Sławka ramieniem z drugiej strony i wraz z Artemis ponieśli go w stronę Kesz 444.
Ja kroczyłam ostatnia, ubezpieczając nasz odwrót. Nagle z kłębów dymu i ognia wyskoczył skuter z płonącym kierowcą. To był jaszczur z Kung-Fu. Oni są odporniejsi na ogień od innych ras. Każda istota żywa posiadająca instynkt samozachowawczy powinna skorzystać z okazji i dać drapaka, ale nasi napastnicy wyglądali jak naćpani. Zresztą założę się, że byli nakręceni dodo, rodzajem dopalacza używanego czasem przez jednostki specjalne. Zamiast uciekać, jaszczur wydał skrzeczący okrzyk i na pełnej prędkości ruszył w naszą stronę z widocznym zamiarem staranowania myśliwca warpowego. Musiałam zatrzymać się, żeby oddać skuteczny strzał. Pozbawiony kierowcy skuter jeszcze przez chwilę mknął prosto na nas. Dopiero w ostatniej chwili gwałtownie skręcił, uderzając w blaszany hangar towarowy.
Błysnęło, a podmuch eksplozji uderzył nam w twarze. Zaświszczały w powietrzu odłamki tworzywa i metalu. Ktoś krzyknął. Odwróciłam się. Sławek naprawdę nie miał dziś szczęścia. Z rany na nodze waliła krew. O ile znałam się na anatomii Ziemian, było to cholernie blisko tętnicy udowej. Niestety Matt także trzymał się za ramię. Był lekko draśnięty, ale obficie krwawił. Ricky Lee widząc, co się dzieje, przysunął Kesz 444 jeszcze kilkadziesiąt metrów pomiędzy kontenery.
Wiedziałam, że dla niego było to wyzwanie. „Zmiana planów” — krzyknęłam do Matta. „Lecisz z Ricky Lee, a ja z Artemis”. „Ale nic mi nie jest” — chciał zaprotestować. „Nie ma o czym gadać. Pakujecie się do Ricky Lee. Na Kesz jest serwis medyczny. Na Hirohinaki tego nie ma”. Byliśmy już przy myśliwcu. „Szybko!” Wsadzili w windę Sławka.
Ricky Lee przetransportował go na pokład. Matt podbiegł do mnie. Spojrzał mi w oczy. Ziemianie i Marsjanie boją się patrzeć nam w oczy. Peszą się, bo nie wiedzą, jakie emocje kryją się za wielkimi, czarnymi źrenicami bez białek. Uważają nasze oczy za niesamowite, ale Matt od początku patrzył inaczej. Najpierw z fascynacją, a potem już tylko z miłością. Tak było i teraz. „Daj spokój, nic mi nie jest”. „Nie dyskutuj” — zaczęłam i wtedy poczułam to.
Ruch w moim brzuchu. Po raz pierwszy od momentu opuszczenia Human. Dotknęłam błoniastą dłonią tego miejsca. Spojrzałam na Matta z przestrachem i radością jednocześnie. „Matty” — szepnęłam. „Udało się”. Widziałam nagłe szczęście na jego twarzy. Ujął moje policzki w swoje wielkie, mocne dłonie. „Jesteś pewna?” Poczułam kolejny ruch. „Tak”.
Przycisnął swoje usta do moich. Jak zwykle poczułam falę ogromnego pożądania. Nie chciałam go opuszczać. „Szybko, do cholery!” — wołał przez interkom Ricky Lee. „Uważaj na siebie, Liland” — szepnął mi do ucha mój ziemski ukochany. „I ty uważaj. Pamiętaj, nie mogę cię teraz stracić, Ofermo”. „Pamiętam”. „Szybko!” „Idź już”. Matt wskoczył do windy i zniknął w trzewiach Kesz 444.
Pierwsze pojazdy policyjne Querków wynurzały się właśnie z czarnych kłębów palonego asfaltu. Funkcjonariusze jeszcze nie zorientowali się w sytuacji. Cztery drony krążyły ponad skuterami, szukając potencjalnych przestępców. Ricky Lee wysunął niewielką platformę, na którą wskoczyłyśmy z Artemis. Kesz 444 szybko wycofał się w stronę kosmodromu. Wtedy Querkowie nas zobaczyli i skojarzyli ze strzelaniną. Ruszyli w naszym kierunku, ale nawet leniwie poruszający się w prędkości manewrowej Kesz 444 szybszy był od każdego skutera. Musiałam mocno trzymać się uchwytu na platformie, żeby mnie nie zdmuchnęło. Inaczej sprawa wyglądała z dronami. Szybkie jak pociski pomknęły w naszym kierunku.
„Stać! Policja” — huczały z głośników, wykonując manewr okrążający. Ciekawe, że komenda od razu wydawana była w Solatek. Wskazywało to na wcześniejsze rozpoznanie gatunku przez czułe kamery na podczerwień. Nie zastanawiając się posłałam w kierunku dronów dwie długie serie. Artemis zawahała się i wiedziałam dlaczego. Miała zaprogramowane posłuszeństwo policji. Pomyślałam, że jestem pozostawiona z problemem sama, kiedy androidka podjęła zaskakującą decyzję. Przyłączyła się do mnie i w kilka sekund zniszczyłyśmy wszystkie cztery drony. Kiedy znaleźliśmy się przy Hirohinakim, mieliśmy już sporą przewagę.
Mimo to nie wiedziałam, czy zdążę wystartować. Zeskoczyłyśmy z Artemis z platformy i Kesz 444 wzbił się lekko w powietrze. Jeżeli Querkowie nie zawiadomili jeszcze Sił Powietrznych Ligi, Rekki Lee z chłopakami powinien uciec. Co do nas pewności nie miałam. Udało się nam z Artemis zająć miejsca w malutkim myśliwcu warpowym dalekiego zasięgu. Cacku stworzonym przez naszych singuliańskich inżynierów. Na szczęście w Nakihiro Hinakim nie było wiele do roboty przed startem. Wszystkie procedury uproszczono tam do maksimum. Byłam na orbicie w chwili, kiedy Kesz cztery cztery cztery znikał w bąblu czasoprzestrzennym. Już miałam zrobić przeskok, kiedy z atmosfery wypadły dwie maszyny.
Nie były to jednak myśliwce Ligi. Gergena była dobrze przygotowana. Naprawdę chcieli nas dopaść. „Wprowadzaj współrzędne na Singulian”, rzuciłam do Artemis. Wiedziałam, że Nexus 2200 ma zainstalowany najnowocześniejszy program nawigacyjny obejmujący także wyznaczanie większości trajektorii w Drodze Mlecznej. Chwilę zajęło mi ich pokonanie. Niedługą wprawdzie. Straszne patałachy to były, ale jednak na tyle, żeby opóźnić przeskok w nadprzestrzeń. „Gotowe”, zameldowała Artemis. I wtedy wypadły na nas myśliwce Ligi.
A to już była inna sprawa. Wiedziałam, że każdą z czterech maszyn obsługuje prawdziwy fachowiec. Tyle że spóźnili się o pół sekundy. Odpaliłam warpową. Piloci Ligi mogli tylko podziwiać, jak znikamy w bąblu czasoprzestrzennym. Niestety nie wiedziałam, że w naszą trajektorię wskoczył statek, którego nikt wcześniej nie zauważył. Czarne, wredne żądło alienów ze znakami istoty przypominającej skrzyżowanie singuliańskich iku i azirosa albo ziemskich węża i skorpiona. Symbolu Gergeny, mafii z Canpic. Nazywam się Lailan Manihukaro. Jestem Koa rasy Singu.
Pochodzę z Singulian, wodnego księżyca krążącego wokół gazowego olbrzyma Nakihari. Jest on dwukrotnie większy od znanego Ziemianom Jowisza i stanowi siedemdziesiątą czwartą planetę układu powstałego wokół wielkiej gwiazdy Sejonsu, zwanej przez Ziemian Ain. Znajduje się ona w gwiazdozbiorze nazywanym przez nich Hiadami, ale przez nas, Singu, nazywany jest Arikion Seim, co w saolatek oznacza światła życia. Singulian jest jedynym spośród tysiąca dwustu ciał niebieskich, skupionych wokół stu czterdziestu siedmiu planet układu Sejonsu, na którym dzięki wodzie przede wszystkim wytworzyły się warunki do życia dla humanoidów. Singu bowiem przeszli ewolucję podobną do Ziemian, Jelantów i Canpican. Ale być może nie była to kwestia ewolucji, a wspólnej przyczyny. Kto wie? My, Singu, w to wierzymy. Singulian jest nieco większy od Marsa i jego masa, a co za tym idzie grawitacja, są podobne do mniejszej z planet ludzi. Naszym księżycem jest gazowy gigant i to właśnie oddziaływania Nakihari decydują o procesach zachodzących na Singulian.
Nakihari także poza gęstą, natlenioną i chmurną atmosferą broni nas przed morderczym światłem i błyskami Sejonsu. Temperatura przez cały rok waha się w granicach minus dwadzieścia do plus pięćdziesięciu stopni w ziemskiej skali Celsjusza. Śnieg zalega tylko bieguny. W pozostałych częściach topnieje zarówno szybko, jak się pojawia. Przede wszystkim dlatego, że pada na niewiele lądów. Problemem natomiast są huragany. Bywają tak gwałtowne, że trzeba po nich odbudowywać większość miast i stref mieszkalnych usytuowanych ponad powierzchnią oceanu. Na szczęście stref tych nie ma zbyt wiele, ponieważ byłoby to niepraktyczne i niemożliwe ze względu na znikomą ilość lądów. Dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa Singu mieszka w podwodnych miastach, ale i tam nie całkiem jest bezpiecznie, ponieważ częste ruchy płyt tektonicznych powodują niekiedy gwałtowne trzęsienia ziemi. Dzień singuliański trwa dwadzieścia dni ziemskich.
Tyleż samo trwa noc. Ma to wpływ na rytm życia wszelkich istot, planety Singu włącznie. Potrafimy dłużej od Ziemian utrzymywać aktywność, ale potem zapadamy w długi, kilkudniowy, wciąż używając porównań z Terrą, sen. W prehistorycznych czasach, kiedy Singu wyszli na lądy, było nas niewielu. Tyle jednak, ażeby stworzyć trwające przez sześćdziesiąt tysięcy lat społeczności, całkowicie od siebie odizolowane potęgą oceanu Gusin. W starożytnym saolatek znaczy to „woda karmicielka”. Dopiero po tysiącach lat, kiedy potrafiliśmy już budować żaglowce, spotkali się zieloni z niebieskimi i stoczyli wiele wojen, zanim przestali się odróżniać na skutek mieszania się ze sobą tych, którzy woleli pocałunki od uderzeń pięści. Poza dwoma niewielkimi biegunami dużych lądów jest na Singulian zaledwie cztery i nie wiem, czy mogę w ogóle nazywać je kontynentami. Największy z nich, Hairo, mniejszy jest od ziemskiej Australii. Pozostałe: Tochi, Anus, Bokyo są nieco większe od ziemskiej Grenlandii.
Pomiędzy tymi lądami, na niezmierzonych obszarach oceanu Gusin leżą archipelagi wysp. Kilkadziesiąt dużych i tysiące małych, często zapomnianych i w ogóle niezamieszkałych. Najbardziej znanym archipelagiem jest Yoku z głównym kurortem o tej samej nazwie, znajdujący się tuż obok prehistorycznej podwodnej wyroczni Garjushui i zabytkowego miasta Garjushui Toda, całego utrzymanego w stylu hariuhar, tak zdumiewająco przypominającego ziemski barok. Miast usytuowanych na lądzie jest zaledwie kilka. Głównym jest Tsung Ang na Hairo, siedziba Międzyplanetarnego Trybunału Sprawiedliwości. Miasta naziemne nie są imponujące ze względu na konieczność częstej odbudowy. Podstawowym budulcem niskich, ale szerokich blokowisk są lekkie płyty zrobione z traw morskich. Zastosowaliśmy też szereg rozwiązań mających na celu zamortyzowanie skutków huraganu lub trzęsienia ziemi. Sztywna konstrukcja budynków wsparta na fundamentach typu rolkowego albo poduszkowego. Budynki lewitujące na specjalnych poduszkach, słupy resorujące i wiele innych, częściowo znanych także ziemianom.
Być może konieczność ciągłej walki ze skutkami naturalnych żywiołów sprawiła, że bardzo szybko osiągnęliśmy wysoki poziom techniczny. Kiedy nadszedł wiek przemysłu, w podwodnych miastach wynaleziono silniki spalinowe. Ciekawostką jest to, że w przeciwieństwie do Ziemian w ogóle nie przechodziliśmy przez epokę pary. Po prostu od razu naszych naukowców zainteresowały możliwości, jakie dawała ropa naftowa obficie zalegająca dno singuliańskich mórz. To był nasz podstawowy minerał. Skąd się wziął? Nie wspomniałam jeszcze o najważniejszym. „Co ze Sławkiem?” — zapytałam, patrząc w ekran warpowego komunikatora. „Będzie dobrze” — odparł Matt. — „Dzięki zestawowi medycznemu udało się opanować krwawienie i teraz trwa zabieg rekonstrukcji tętnicy”.
„Może rozmawiać? Artemis chciałaby go zobaczyć”. „Operacja odbywa się przy znieczuleniu miejscowym, więc jest przytomny. Już go daję”. Obraz zafalował. Przejechał po zapchanych panelami aparatury ścianach i niskim suficie ciasnego pomieszczenia pasażerskiego Kesz 444. Wiedziałam, że Kesz ma w pomieszczeniu pasażerskim tylko jedną kamerkę i Matt musiał odłączyć ją i przenieść do innego uchwytu. Zawsze mnie irytowała ta niezrozumiała oszczędność singuliańskich konstruktorów. Zrobić coś fajnego za miliony kredytów, a potem zaoszczędzić na gównianej kamerce. Przełączyłam obraz na Artemis.
My nie mogłyśmy się ruszyć. Siedziałyśmy w na Hirohinakim ściśnięte jak w myśliwcu stratosferycznym, z tą tylko różnicą, że obok siebie. Na małych odległościach nie miało to znaczenia, ale kiedy przychodziło do dwutygodniowej podróży, ten najmniejszy z warpowych myśliwców stawał się istnym narzędziem tortur. Ileż w końcu można jeść papki przez rurkę i robić pod siebie? Oczywiście Artemis to wisiało, ale ja miałam już dość. Na szczęście Singulian był blisko. Zasadniczo lecąc na Hirohinakim robi się przerwy na rozsianych teraz po całej MW stacjach kosmicznych, gdzie można odpocząć w dość ekskluzywnych jak na standardy kosmiczne warunkach. Ma to także znaczenie dla stateczku, który nie był projektowany do długich wypraw między układami. Oczywiście miał opcję długich przeskoków, ale stwarzało to szereg technicznych niebezpieczeństw, o których w tamtym momencie nie chciałam myśleć. Teraz pragnęliśmy jak najszybciej znaleźć się na Singulian.
Wiedzieliśmy, że na każdej stacji bylibyśmy natychmiast aresztowani. Zresztą na Singulian także będą czekać służby Ligi i spędzimy trochę czasu na wyjaśnianiu sytuacji. Ale tam mieliśmy szansę na szybkie i bezbolesne zakończenie śledztwa, ponieważ Requii trzymał w kieszeni kilka szych, w tym naszego komisarza Ligi do spraw galaktycznej gospodarki zasobami morskimi, starego pijaka Ton Shirolu. „Cześć kochanie, jak się czujesz?” — zawsze przyjemny dreszcz przebiegał po moim karku, kiedy słyszałam ten ciepły, zmysłowy, kobiecy głos androidki. Świetnie to ziemianie zrobili. „Jest okej, gwiazdeczko.” Sławek był blady, ale przytomny. „Będę żył.” — uśmiechnął się. „Tęsknię” — powiedziała Artemis. Ja jej wierzyłam, ale Matt, kiedy rozmawialiśmy o Artemis, strasznie się wkurzał. „Tęskni?
Ona? Co przez to rozumiesz, Laila? Tęsknota to uczucie jak strach, miłość czy współczucie. Myślisz, że ona to posiada?” A kiedy potwierdzałam, machał rękami w irytacji albo się śmiał. Matt, jak większość ludzi był androidofobem. Ukrytym, ale jednak. My, Singu, widzimy to inaczej. „Ja też” — odparł Sławek, patrząc zakochanym wzrokiem w piwne oczy Nexusa. — „Ale wkrótce się zobaczymy.” Ponownie zafalowały ściany Kesz 444 i pojawiła się nieogolona twarz Matta. „Dobra, dajcie mu teraz spokój.” „Jasne.” — przełączyłam obraz na siebie.
„A ty, Ofermo?” „Co ja?” „Jak twoja rana?” „Już zapomniałem.” — machnął zabandażowaną ręką. — „Lepiej powiedz, czy od tamtego czasu już nic się nie działo.” „Ale myślisz, że tamte ruchy wystarczą, żeby mieć pewność?” „Tak mówili ci z Human.” „Hej Matt!” — głos Sławka. — „Nie chwaliłeś się. Naprawdę?” „Nie chcę zapeszać.” „Właśnie” — zgodziłam się. — „Nie podniecajcie się wszyscy. To jeszcze nic pewnego.” „Chociaż tak bardzo się cieszę.” — gęba Mata nie przestawała się uśmiechać, a jego oczy nie mogły oderwać się od moich. — „Podziękuj Iriquamenie i Nataszy. Gdyby nie one, wyłapaliby nas jak rybacy na szinkę.” „Co to jest na szinkę?” Nie mieli translatorów, a ja bezwiednie wstawiłam sałatek w angielski. „Ogólnie mówiąc coś jakby wasze śledzie.” Z Natashą zaraz się połączę. Z tego, co mówiła, najbardziej dziękować trzeba Erisowi.
To on podsłuchał rozmowę tych z Jutnan na Solene i skojarzył, że mówią o nas. Dziwiłam się, że tak łatwo odpuścili wtedy na Canpick. „Prawdę mówiąc, ja też” – potwierdził Matt. „No ale skoro całe szefostwo wraz z flotą było wtedy nieobecne, nie dziwię się, że daliśmy radę im zwiać. Ten cały Fursi Muntaka to był pionek. Liga powinna w końcu zająć się Gergeną. Mam wrażenie, że istnieje tam sporo powiązań biznesowych”. „To znaczy?”. „Politycy Ligi muszą mieć udziały w interesach mafii. Tylko tym mogę tłumaczyć fakt, że jeszcze ich nie zlikwidowano, co przy potencjale Ligi nie powinno nastręczać wielkich problemów”.
Nie odpowiedziałam, bo moją uwagę przykuł ekran ex-nava. „Co jest, Laylan?”. Matt znał mnie dobrze. „Mam cały czas wrażenie, że ktoś leci naszą trajektorią”. „To się zdarza. Pewnie jakiś transportowiec na Singulian”. „Może”. Podróż dłużyła mi się w nieskończoność. Najgorszy był brak możliwości rozprostowania nóg. Starałam się więc dużo rozmawiać z Artemis, a androidka zadawała czasem ciekawe pytania.
„Czy to prawda, że Singu w ogóle nie płaczą?”. „Mit, w który ubrali nas ziemianie” – roześmiałam się. „Ale faktycznie płaczemy bardzo rzadko. Łzy nas nie lubią”. „A na serio, o co chodzi?”. Po raz pierwszy zadziwiła mnie, bezbłędnie wychwytując żart. „Mamy małe gruczoły łzowe. Nawet płacząc prawie nie ronimy łez”. „Jak ryby?”. „No może nie aż tak, ale coś w tym stylu”.
Tydzień później po raz ostatni połączyłam się z Kesh 444. „Mam dość” – zwierzyłam się Mattowi. „Nie dziwię się.” Patrzył na mnie z troską. „Żeby tylko to nie rzutowało na to, co masz w swoim szmaragdowym brzuszku”. „Spokojnie Mati.” Starałam się odnaleźć w sobie optymizm. „Koła są twarde jak kwarc”. Kręgosłup chciało mi rozsadzić, a mój brzuch nie poruszył się już od kilku dni. Nie podzieliłam się tym z ziemskim ukochanym, ale bałam się. „My już hamujemy. Do zobaczenia w Tsung Ang”.
„Do zobaczenia”. Nie wspomniałam jeszcze o najważniejszym. U nas era wielkich gadów trwała dłużej i nawet teraz, w roku 60 327 Shuyi nie całkiem się skończyła. Podobnie jak na Terra, miliony lat po ukształtowaniu się atmosfery Singulianu powstały setki, a może tysiące gatunków związanych tylko i wyłącznie z oceanem. W związku z ogromnymi głębokościami Gusin sięgającymi ponad 40 kilometrów. Ani nasi oceanografowie, ani paleontolodzy nie rozpoznali, ile tak naprawdę żyło na Singulian prehistorycznych stworzeń. My nazywamy je Kryoryu. Kolejne ekspedycje, które każdego roku zapuszczają się w coraz większe otchłanie, mroczniejsze niż sam kosmos, wciąż znajdują nowe kości, ale nadal słabiej znamy głębiny własnego oceanu aniżeli konstelacje galaktyki. Sporo tych zwierząt zostało opisanych przez naszych historyków i paleontologów. Nie było u nas lądowego tyranozaura, za to był Atum Onsuta, wodny lewiatan, który tyranozaura mógłby pożreć jako przekąskę.
Nasi paleontolodzy odkryli kości tego stwora o całkowitej długości 70 metrów. Wyglądał jak monstrualny waleń z paszczą ziemskiego mezozaura. Były też tysiące innych gatunków. Spokojne głębinowe krowy Ukodobutsu, zażerające się Wanbu, rodzajem ogromnej, wyrastającej na kilkaset metrów trawy morskiej. Planktonożerne Naiji, lubiące iszkien kilkutonowe Kana i Osuka. Różne mniejsze drapieżniki typu Yalo, Buru, Mane, Asioka uganiające się za milionowymi ławicami Nashinke. Wszystkie już wymarły. Ale pozostał jeden. Dlaczego? Nikogo z Singu to nie dziwiło.
W głębinach Gusin wciąż czai się stwór, o którym żadna Koa ani Ako nie chce zbyt długo myśleć, bojąc się, żeby nie zostać usłyszanym. Dzieci są nim straszone od małego. Dorośli każdego dnia lękliwie spoglądają na ocean. Nie przeraża nas Urka, którego mniejszy kuzyn jest na ziemi tylko archeologicznym wspomnieniem. Nie przerażają Tacoishi, które na ziemi żyją tylko w morskich legendach. Nie przerażają stada kilkutonowych Jiuk Miku, Roko, Kashko i małych, ale żarłocznych Sai Gocho, które ogryzają każdą istotę do kości w kilkanaście sekund. Nie przerażają tysiące gatunków wzajemnie się pożerających i walczących ze sobą bez litości. Przeraża on — jedyny Kryoryu, który pozostał na Singulian. Wypadłyśmy z nadprzestrzeni w pobliżu Nakihari. Tysiące razy to robiłam, więc nie obawiałam się popełnienia błędu.
Jedyne, co budziło mój niepokój, to stan techniczny Nahirohinakiego po dwutygodniowej podróży z Najdin. Jak zawsze podczas hamowania z warpowej poczułam mdłości. W porównaniu do tego, co przeżyłam ratując Matta z okolic Aldebarana B, były to dolegliwości niewarte uwagi. Zerknęłam na Artemis. Po niej oczywiście niczego nie było widać, ale wiedziałam, że Nexusy 2200 mają układ biotechniczny i posiadają pewną ilość organicznych płynów zasilających fragmentaryczny biologiczny mózg zespolony z elektroniczną bazą danych. I faktycznie oczy androidki zmatowiały na chwilę. Wszystko w porządku? Uff. Westchnęła. Spadł mi poziom naładowania, ale to normalne przy przeciążeniu.
Włączyłam napęd nuklearny i zdjęłam maskę tlenową. Jesteśmy w domu – stwierdziłam, nie wiedząc, że właśnie popełniam błąd, który Ziemianie nazywają dzieleniem skóry na niedźwiedziu, a Singu chwaleniem połowu przed rozwiązaniem sieci. Nad nami tłoczył się ogromny owal Nakihari. Emanował błękitem tak intensywnym, że gdyby nie filtry na szybach, zostałybyśmy oślepione jego blaskiem. Dzięki niemu Singulian wyłaniający się teraz zza gazowego olbrzyma także wyglądał jak mała błękitna kulka. Bardzo mnie rozbawiło, kiedy wiele lat temu w szkole nohiku – dla ludzi to jakby połączenie szkoły podstawowej i średniej – dowiedziałam się, że Terranie nazywają swoją macierzystą planetę Błękitną. Podobnie jak absurdalne wydało mi się nazywanie Marsa Czerwoną. Dopiero potem, ucząc się astrohistorii, zrozumiałam więcej. Teraz Ziemianie bardzo uważają na określenie Błękitna Planeta, które dla wszystkich ras z MW oznacza tylko i wyłącznie Singulian. Zresztą mało jest planet, które z oddali wyglądają tak pięknie jak mój księżyc.
Poczułam nagłe szarpnięcie. Rozległ się sygnał alarmowy. Co się dzieje? – spokojnie zapytała Artemis. Przesunęłam wzrokiem po monitorach wszystkich pięciu zewnętrznych kamer. O Kuso Shigoku! Zaklęłam. Tak, w Solatek znaczy to dokładnie to, co myślicie, że znaczy. Nad nami piętrzyła się ogromna czarna bryła Żądła Alienów. Wbrew nazwie nie był to statek bojowy, tylko transportowy, którego działanie pobieżnie poznałam.
Kai 777, którym latałam na co dzień, był większy i bardziej skomplikowany. Niemniej Żądła mają pewne rozwiązania nieznane w innych transportowcach warpowych. Ganijczycy nie darowali sobie i oczywiście zaopatrzyli go w trzy rzeczy służące do walki: baterie dział laserowych krótkiego zasięgu, ścigacz nuklearny oraz pole grawitacyjne zdolne przechwycić i wciągnąć do ładowni małe obiekty, w tym myśliwca. Złapali nas w pole grawitacyjne – stwierdziłam. Ale skąd się wzięli? – nie mogła zrozumieć Artemis. Lecieli za nami w warpowej. Po naszej trajektorii. Czułam to. Bardzo cwanie.
Widać, że ten statek pilotuje jakiś weteran z sił Ligi. Co robimy? Nie odpowiedziałam. Holopanel – rozkazałam komputerowi pokładowemu. Cholera, gdzie to jest? W gąszczu hologramu układów gorączkowo szukałam odpowiednich suwaków. Nahirohinaki drżał, starając się przeciwstawić przyciągającemu go polu. Alarm wył, to wznosząc się, to opadając w drażniącej kakofonicznej melodii. Bezpieczniej dla nas byłoby wyłączyć silniki nuklearne i dać się wciągnąć do ogromnej ładowni Żądła. Ale wtedy nie miałabym czasu niczego wymyślić.
Mogłam jeszcze wskoczyć w warpową, ale nawet jeśli zrobiłabym to na sekundę, istniało duże niebezpieczeństwo, że zatrzyma nas dopiero skała pod warstwą ziemi na kosmodromie w Sung Ang. Wbilibyśmy się na kilkadziesiąt metrów, a pomijając naszą śmierć, skutki dla całego miasta mogłyby być straszniejsze od wybuchu bomby atomowej. Mam! – krzyknęłam i uruchomiłam pole antygrawitacyjne. Każdy Nahirohinaki ma antypole. W końcu to najnowocześniejszy z najmniejszych myśliwców warpowych. Ale ja po prostu zapomniałam, jak to cholerstwo się tam uaktywnia, ponieważ nigdy nie było takiej potrzeby. Nahirohinaki przestał drżeć. Wiedziałam, że mam sekundę lub dwie na działanie. Potem kapitan Żądła zorientuje się i zwiększy przyciąganie.
Pełną mocą silników nuklearnych runęłam w stronę księżyca. Wszystkie organy podjechały mi pod gardło. Poczułam w brzuchu gwałtowny ruch. A więc wciąż tam było i żyło. Trzymaj się mała. Jeszcze nie miałam pewności co do płci, ale już zaczynałam czuć. Koa Singu wiedzą to bez żadnego USG długo przed rozwiązaniem. Nawet w drodze wybrałam jej imię. Ale czy przeżyje? Gdyby coś się stało, jak spojrzę w oczy jej ojcu?
Spadaliśmy w pionie około trzech tysięcy kilometrów. Zwymiotowałam do pojemnika przygotowanego na taką okoliczność. Głowa Artemis opadła. Ale nie podrywałam myśliwca. Wiedziałam, że tego nie wytrzymałby żaden humanoid. I jak się okazało także android. Ale ja musiałam. Nie dla siebie. Dla niej i dla Matta. Czując, że tracę przytomność, zaczęłam krzyczeć.
Nie dam się, sukinsyny! Chwyciłam za ostatnią nić świadomości i ostatkiem sił wyrównałam. Kryzys minął. Spojrzałam na monitory. Żądło alienów było już odległą kropką. Widziałam, że teraz pole grawitacyjne transportowca nie zrobi mi krzywdy, a przy ich gabarytach manewr ustawienia do pościgu potrwa chwilę. Na tyle, że będę mieć szansę. Pełną mocą pomknęłam w bliski już błękit atmosfery Singulianu. Wiedziałam, że kiedy osiągnę atmosferę, zdobędę przewagę. Żądła, podobnie jak wszystkie wielkie transportowce, nie mogły lądować nigdzie poza wyznaczonym do tego celu kosmodromem.
Będą musieli wypuścić ścigacz, którego się nie bałam. Załatwię drania. Kapitan wrogiego statku zadziwiająco sprawnie uwinął się z manewrami i pomknął za mną. Moc jego silników przewyższała moc Nahirohinakiego kilkunastokrotnie. Zbliżył się szybko i ponownie włączył pole. Spóźnił się ułamek sekundy. Poczułam lekkie szarpnięcie, ale teraz moje antypole odbiło ten pierwszy atak. To dało mi czas i zdążyłam wpaść w atmosferę. Wiedziałam, że robię to zbyt szybko. „Palimy się” – spokojnie oświadczyła Artemis.
„Nie martw się, będzie dobrze”. „Ja się nie martwię”. No jasne. Nexus 2200 wytrzymuje temperaturę pieca hutniczego – pomyślałam i niepotrzebnie dodałam: ale Sindgu niestety nie. I niepotrzebnie pomyślałam też, że myśliwiec jest już u kresu wytrzymałości po dwóch tygodniach warpu. Widziałam płomienie pełzające po dziobie i skrzydłach z panelami słonecznymi. Urządzenia szalały. Jak długo jeszcze Nahirohinaki wytrzyma? Poza tym miałyśmy jeszcze jeden niebagatelny problem. Podczas walki z alienem wyrzuciło nas daleko poza trajektorię.
Teraz byłyśmy tysiące kilometrów od Hairo, nad ogromnym obszarem Gusin, gdzie poza rzadkimi bazami rybackimi nie ma niczego. Nawet jeżeli szczęśliwie zwoduję, czy chłopcy zdążą nas podjąć z oceanu, zanim nas pochłonie? Nie, nie bałam się wody i głębin. Mogłam płynąć bez wytchnienia nawet kilka dni. A Artemis? To był pierwszy problem. Mogłam go jednak próbować rozwiązać za pomocą zestawu ratunkowego. Ale był jeszcze problem drugi, o wiele poważniejszy. Myślałam o tym, nie spuszczając oka z kamer zewnętrznych. Nie zobaczyłam już żądła.
Wiedziałam, że delikatnie przechodzi teraz przez atmosferę i kołuje nad kosmodromem w Tsung Ang. Zastanawiałam się, czy także nie kierować się na kosmodrom, kiedy usłyszałam w głośniku naziemnego komunikatora zniekształcony przez trzaski i szumy głos. „Halo, Lai Lan, jesteście tam?”. To był Rekili. Mówił w saolatek. „Miałam przygodę z żądłem alienów. Ścigali mnie od Naidin. Teraz się palę i nie wiem, gdzie lądować”. „Cholera”. „No cholera”.
„Gdzie jesteście?”. „Wyrzuciło mnie na półkulę południową, ale nie podam ci pozycji, bo wszystkie instrumenty szaleją”. „Posłuchaj mnie uważnie. Nie ląduj w Tsung Ang. Czekał tu na nas cały oddział szturmowców Ligi. Kazali wychodzić pojedynczo. Ja wykorzystuję chwilę, że Matt grzebie się z rannym Sławkiem. Zaraz wyląduje u was statek alienów. Ich też zaaresztują”. „Co mam robić?”.
„Nie wiem. Ratujcie się na własną rękę. Ja postaram się załagodzić sprawę, ale zajmie mi to trochę cza–” Kontakt został zerwany. „Halo, Reki? Rekili?” – wołałam, ale poza trzaskami już niczego nie usłyszałam. I wtedy zdarzyły się dwie rzeczy niemal jednocześnie. Wypadłyśmy wreszcie z wyjątkowo gęstych tego dnia chmur i zobaczyłam świetliste smugi przebiegające ponad skrzydłem Nahirohinakiego. Myśliwiec alienów siedział nam na ogonie. Zrobiłam beczkę. To był mój stary numer.
Miałam go opanowany do perfekcji. Teraz ja siedziałam na ogonie tamtego. Otworzyłam ogień z dwóch działek. Zadziałało tylko jedno. Myśliwiec oberwał skrzydło. Zachwiało nim, ale nie poszedł w rozsypkę. Zrobiłam korektę i już cieszyłam się, że zaraz rozwalę drania, kiedy zdarzyło się to, czego od dłuższego czasu się obawiałam. Przeciążenie i grawitacja okazały się sprzymierzeńcem wroga. W jednej chwili od Nahirohinakiego odleciały skrzydła i buchnął jęzor ognia na dziobie. „Trzymaj się, Artemis”.
Nie było innego wyjścia. Nacisnęłam diodę katapulty. Zadziałały pneumatyczne silniki wyrzutni. Cały panel pilota i pasażera wystrzelił w powietrze. Zieloni wyszli na ląd Hairo około pół miliona lat temu. W tym samym niemal czasie na piaszczyste plaże archipelagów otaczających Tochi i pobliskie Bokyo wyszli niebiescy z północy. Proces tej ewolucji podobny był jak u Ziemian, ale na skutek większego uzależnienia Sindgu od wody karmicielki poszedł w nieznacznie innym kierunku. Pierwotnie te stworzenia porzuciły płetwy na rzecz kończyn, jednak w związku z ciągłym kontaktem z oceanem nie utraciły wielu cech wodnych. Pozostały błony pomiędzy palcami dużych stóp i dłoni o długich palcach, a ciągłe nurkowanie i pozyskiwanie z oceanu pożywienia zachowało oczy bez białek, widzące doskonale pod wodą, skrzela za uszami i płuca większe od ludzkich, zajmujące sporą przestrzeń klatki piersiowej, powodujące, że wszystkie pozostałe organy stały się mniejsze. Płuca te zastąpiły niegdysiejszy pęcherz pławny.
Najbardziej zrozumiałym dla ludzi zobrazowaniem, jak oddychają Sindgu, jest porównanie nas z rybami dwudysznymi, znanymi z ziemskich lądów Afryka i Ameryka Południowa. Możemy wytrzymać bardzo długo pod wodą, do dwóch godzin, jednakże po tym okresie musimy wynurzyć się, żeby zaczerpnąć powietrza. Potrafimy też pić słoną morską wodę, która nie wyrządza naszemu organizmowi żadnych szkód. Możemy jednak także korzystać z wody słodkiej, której nie brakuje na naszych Czterech Małych Lądach. Co sprawiło, że Sindgu w ogóle wyszli na lądy? Przecież logicznie rzecz ujmując, ocean nas żywi. Jest dla nas tym, czym dla Ziemian rozległe puszcze i pola, a dla Jelantów strome górskie hale. Nawet z czasem cywilizacja nasza powróciła do oceanu. Kiedy osiągnęła odpowiedni poziom, zaczęła ponownie schodzić w głębiny, budując w nich wielkie miasta otoczone kopułami. Miasta te bardziej rozwinęły się aniżeli naziemne, wciąż niszczone przez huragany.
Są one wielkie i piękne, utrzymane w ozdobnych stylach architektonicznych, spośród których wybija się imponujący Har Juhar. Po co więc w ogóle wyszliśmy z matczynych wód Gusin? Jaka była ku temu potrzeba? Odpowiedź jest jedna: bezpieczeństwo. Liczba różnych bestii zamieszkujących Gusin nadal wprawia w zdumienie i zachwyt oceanografów z całej Drogi Mlecznej. Ale w czasach starożytnych w wodach oceanu musiała toczyć się nieustanna wojna. Wodne gady i monstrualne ryby toczyły z sobą nieustanny bój o przetrwanie. Kryoryu wymierały stopniowo, nie na skutek globalnej katastrofy, jak to miało miejsce na Ziemi, ale w wyniku zyskiwania przewagi przez ryby i morskie ssaki. Jako wielkie, ale obdarzone mniejszymi mózgami często stawały się obiektem ataków stad Ishisardzhuki shise, drapieżnych waleni, które bez trudu mogły uporać się nawet z wielkimi Atu Monsuta. Ale największy popłoch siały stada urka, szczególnie tych największych, sięgających dwudziestu siedmiu metrów długości i stu dwudziestu ton wagi.
Grupy liczące po kilka osobników mogły uporać się z każdym kryoryu. Być może to właśnie dlatego niektóre gatunki gadów wykształciły specyficzny sposób obrony, który z kolei wpłynął na zwiększenie objętości ich mózgów. Te gady przetrwały najdłużej. Potrafiły w sposób telepatyczny wpływać na decyzje zagrażających im ryb i ssaków, a potem nieliczne z nich poszły jeszcze dalej. Ale było już za późno. Nawet one wymierały wolniej od swoich głupszych pobratymców, ale jednak nieubłaganie. Aż w końcu pozostał tylko jeden. Stał się tak groźny i tak podstępny, że całe miasta posiadały specjalne zapory, rodzaj pola siłowego, które odgradzały singu od tych bestii. Ale było ich wiele. Nasi oceanografowie twierdzili, że na całym Księżycu zostało zaledwie kilka sztuk.
W Parlamencie Międzygwiezdnej Ligi trwały zażarte dyskusje nad otoczeniem ochroną unikalnych stworzeń. Niestety nie wiedziano, jak ostatecznie można to zrobić, żeby jednocześnie nie zaszkodzić autochtonom i coraz liczniejszym turystom. Tam właśnie, w parlamencie. Ironią jest, że obraduje on w Tsung Ang na Singulian. Nadano mu po prostu nazwę „gatunek”, zupełnie ignorując nazwy rodzime. Było to spowodowane rozbieżnością poglądów większości polityków z przekonaniami polityków z Singulianu. Te mądrale z frakcji Zielona Czystość Tlenowych Światów przekonały Front Ochrony Istot Żyjących i stworzyli w parlamencie Ligi Ekoprzymierze, które zaciekle broniło gatunku. Większość parlamentarzystów pochodzących z innych planet oburzała się, że my, singu, chcielibyśmy, żeby cały gatunek jak najszybciej zniknął. Zarzucano nam fobię, brak empatii, a nawet okrucieństwo. Ale ci politycy, którzy zetknęli się z nim, nagle nabierali wody w usta.
Teraz zapewne wiedzieli, co tak naprawdę oznaczają jego liczne imiona nadawane w Saolatek. Turyści, szczególnie Ziemianie i Marsjanie, lubili go nazywać po prostu Smokiem. My, singu, znaliśmy kilkanaście imion, spośród których najczęściej używano takich regionalnych nazw jak Desuto – niszczyciel, Ukan Haho – płacz matek, Nisho – sumienie i Kioki – szaleństwo czy Esumi – zły czyn. Najczęściej jednak używano nazwy pochodzącej ze starożytnego Saolatek: Kanga Uriito. Rzadko wypowiadano w całości to imię, ale jeśli wypowiadano, to szybko i cicho. Dlatego w skrócie mówiono Kanga. Kolejne dwa uderzenia pneumatycznych wyrzutni, tym razem ukrytych w panelu, sprawiły, że odleciałyśmy od siebie na znaczną odległość. Na sekundę zawisłam w najwyższym punkcie i już miałam spadać, kiedy zaszumiało i szarpnęło. Spadochron otworzył się bez niespodzianek. Spojrzałam na Artemis.
Szybowała z otwartą czaszą na tej samej wysokości. Przynajmniej to się udało. W dole pod nami panel zamieniał się w sporych rozmiarów ponton. Dlatego właśnie wybrałam ryzykowną opcję katapultowania się z panelem. Ponton był podstawą. Rozejrzałam się. Dwa, może trzy kilometry dalej płonące resztki pięknego Nahirohinaki, chluby singuliańskich zakładów warpowych, wpadały właśnie do wody, wzbijając wysokie gejzery. „Rekili się zapłaczę” – żartem starałam się dodać sobie odwagi. Ale nie było dobrze. My, singu, kochamy wodę karmicielkę, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo jest niebezpieczna.
Dlatego teraz zadrżałam, widząc bezmiar otchłani skąpanej w delikatnym, bladym błękicie przedzierającym się przez gęste chmury. Rozglądałam się nerwowo i po chwili wydało mi się, że daleko na południowym zachodzie, na bardzo krótkim odcinku horyzont się pogrubiał. „To musi być ląd” – pomyślałam. Prawdopodobnie niewielka wyspa. Silny wiatr znosił nas w tamtym kierunku i od razu zrozumiałam, że to nasza jedyna szansa. Spojrzałam w dół. Ponton już kołysał się na falach, chociaż kołysał się to niezbyt precyzyjne określenie. Raczej wznosił się na spienione szczyty i opadał w wielkie, błękitnoczarne doliny. Próbowałam sterować spadochronem tak, żeby trafić jak najbliżej, ale wiatr nie ułatwiał sprawy. Widziałam, że Artemis radzi sobie dobrze, także starając się nakierować jak najbliżej pływającej jednostki.
Czego jeszcze Ziemianie nauczyli Nexusy? I jak bardzo okaże się pomocna? To były fundamentalne pytania. Już byłyśmy niemal nad rozkołysanym oceanem, kiedy myśliwiec alienów wrócił. Dymił z uszkodzonego silnika, ale nie odleciał. Widocznie pilot i jego pasażer uznali, że usterka nie jest duża i że zdążą jeszcze nas dorwać. Nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać, bo na Nadine wyglądało, jakby chcieli nas pojmać, ale tutaj zachowali się, jakby dostali inne rozkazy. Z hukiem odrzutowych silników przelecieli nad naszymi głowami akurat w momencie, w którym moje stopy dotykały wody. Wiedziałam, że trochę im zajmie nawrót i że jeżeli chcą nas pojmać, będą musieli przejść na napęd kopertowy. Może coś wymyślimy, dodawałam sobie otuchy.
Natychmiast odpięłam spadochron i dałam głębokiego nura. Pod wodą spokojnie zdjęłam buty, które przywiązałam sobie do pasa spinającego kombinezon. Palce moich dużych stóp rozszerzyły się ukazując napiętą błonę. Mogłam działać. Zanurzyłam się jeszcze kilka metrów i rozejrzałam. Woda była czysta, co było dobrą okolicznością, ponieważ oczy singu widzą w takich warunkach nawet na sto metrów. Na razie poza bezmiarem błękitu nie dostrzegłam niczego, co mogłoby budzić obawy. Miałyśmy trochę czasu. Wynurzyłam się. Usłyszałam szum wichru i rozgniewany pomruk gusin.
Teraz dopiero mogłam ocenić, jak wielkie są fale. Wydało mi się, że jestem w dolinie, ponad którą unoszą się szczyty wody. Ale singu nie tak łatwo przestraszyć oceanowi. Woda karmicielka jest naszą matką i siostrą, ojcem i bratem, opiekunką surową, nieznoszącą sprzeciwu, ale i troskliwą. Żyjemy z nią i w niej od tysięcy lat. Poddałam się ruchowi fal. Odczekałam, aż moja dolina zamieni się w szczyt i rozejrzałam się we wszystkie strony. Całkiem niedaleko dostrzegłam czerwony ponton. Znikał właśnie w kolejnej dolinie, ale to mi wystarczyło. Zanurkowałam ponownie i pomknęłam pod wodą szybko jak Osko.
Nie wynurzałam się, ponieważ szkoda było tracić energię, a przez dwie godziny, które singu mogą przebywać pod wodą, mogłam przepłynąć w ten sposób kilkadziesiąt kilometrów. Nie wykluczałam nawet, że płynąc pod wodą zdołałabym dostać się w okolice odległej wyspy. Ale nie mogłam i nie chciałam zostawiać Artemis. Z wielu powodów. Poza tym pod wodą też nie było bezpiecznie. Zadarłam głowę i z łatwością dostrzegłam jaskrawą czerwień dna pontonu. W kilka sekund byłam pod nim. Rozpędziłam się i wyskoczyłam na burtę, jak czynią to Osko lub Nenge wyskakujące na skaliste brzegi. Wtoczyłam się do wnętrza. Myślałam o Artemis, ale najpierw musiałam załatwić jedną sprawę.
Rzuciłam się do hermetycznie zamykanego pojemnika z lekkiego plastiku. Słyszałam narastający turkot rotorów myśliwca alienów. Chwilę temu zmienili napęd na kopertowy. Wysunęli cztery wirniki ukryte w konstrukcji, służące do bezpiecznego siadania w trudnym terenie. Tym razem chcieli je wykorzystać inaczej. Pojemnik otworzył się z sykiem. Porwałam leżący tam karabin na flary. Załadowałam i dopiero wtedy spojrzałam w górę. Byli już nade mną, a alien, paskudny i wredny, w wojskowym mundurze z demobilu szykował się do skoku. Wiedziałam, że mam tylko jedną szansę, więc dobrze przymierzyłam.
Pomimo bliskiej odległości nie było to łatwe, ponieważ ponton szaleńczo wznosił się i opadał w doliny fal. Strzeliłam. Niewielka odległość sprawiła, że flara z wielką siłą uderzyła w boczny rotor. Myśliwcem natychmiast poderwało, a następnie wykonał gwałtowny skręt. Szykujący się do skoku Ganijczyk ledwie utrzymał się na pokładzie. Coś krzyknął w swoim przypominającym warczenie języku. Domyślałam się, że zaklął. Załadowałam kolejną racę. Tym razem przymierzyłam lepiej. Flara uderzyła po raz drugi w ten sam rotor, ale nieco powyżej, dokładnie na łączeniu z silnikiem.
Rotor nie odpadł, ale solidnie się wygiął. Myśliwcem rzuciło po raz kolejny, a potem siłą ciągu pozostałych trzech rotorów pociągnęło go w bok. Teraz pilot koncentrował się na utrzymaniu stabilności maszyny. Nie pozwoliłam mu na to i strzeliłam po raz trzeci. Tym razem rotor odpadł, uderzając w ocean niebezpiecznie blisko pontonu. Myśliwiec z rykiem poszedł na południowy wschód, tam, gdzie najprawdopodobniej była wyspa. Wiedziałam, że sterujący maszyną alien stara się teraz nabrać wysokości, żeby bezpiecznie schować rotory i przejść na napęd odrzutowy. Wiedziałam też, że nie zdąży i będzie musiał wodować, jeśli jest dobrym pilotem albo roztrzaskać, jeśli marnym. To, że leciał w tym samym kierunku, w którym chciałam płynąć, nie było dobrą okolicznością. Wreszcie mogłam rozejrzeć się za androidką.
Artemis! Ocean wznosił się i opadał. Wiatr zawodził coraz bardziej z tą charakterystyczną, upiorną nutą. Artemis! Przekrzykiwałam narastający pomruk gusin. Wołając, wyszarpnęłam jednocześnie z plastikowego pojemnika niewielki dziesięciokonny silnik spalinowy ze składaną stopą. Kolejne cacko naszych inżynierów z zakładów technicznych Kakoga. W seolatek znaczy to miniaturyzacji. Na wyspie Bokio. Lekki, ważący zaledwie pięć kilogramów, z osobną linią paliwową, którą stanowił dwudziestolitrowy kanister.
Najcięższa rzecz z całego zestawu ratunkowego. Artemis. Palił mało, tylko wąchał benzynę, ale i tak dwadzieścia litrów mogło nie wystarczyć, żeby dotrzeć do wyspy. Tym się nie martwiłam, ponieważ pod dnem była kieszeń, w której umieszczono teleskopowy maszt z niewielkim żaglem, a ja, podobnie jak wszyscy singu, potrafiłam świetnie żeglować. Łodzie żaglowe to był pierwszy środek komunikacji, jakim nauczyłam się poruszać jeszcze ledwie chodząc. Silnik potrzebny był przede wszystkim w ciężkich warunkach, przy flaucie albo sztormie, jak teraz. Wyciągnęłam z zestawu kompas i mały sekstans. Artemis! – powtórzyłam, przykręcając silnik do pawęży. „Tutaj” – przytłumiony wichrem głos.
Odczekałam, aż ponton wespnie się na kolejną falę i uważnie rozejrzałam się po wodzie. Bardzo daleko ode mnie zauważyłam coś jasnego, unoszącego się na powierzchni. Artemis musiała włączyć jakieś wzmocnienie głosu, ponieważ zwykły humanoid w coraz bardziej narastającym sztormie nie byłby słyszalny z tej odległości. Musiała widzieć moją walkę z myśliwcem i zrozumiała, że dostałam się na ponton. Logiczne myślenie, nawet z elementami kombinacji abstrakcyjnych, to była ta niesamowita nowość zastosowana w Nexusach 2200. Czytałam w jakimś naukowym ziemskim magazynie, że sami konstruktorzy z Nexus Underworld Company nie wiedzą, jak dalece skutecznymi okażą się połączenia neuronów biologicznego mózgu z sekwencjami programu Technoczłowiek SXXXL. To właśnie miał wykazać eksperyment z funkcjonowaniem nowoczesnych androidów w społeczeństwie. Na bieżąco udoskonalano kolejne wersje i wiedziałam od Sławka, że obecna Artemis jest jeszcze doskonalszą od tej, którą półtora roku temu rozbili chuligani podczas bijatyki w ziemskiej knajpie. Podpięłam linię paliwową i dotknęłam diody elektrycznego zapłonu silnika. Zmielił wodę dwa razy, ale za trzecim odpalił.
Chwyciłam rumpel z manetką, dodałam ostro gazu i ponton mozolnie zaczął wspinać się na fale. Dotarcie do Artemis nie zajęło mi dużo czasu. Leżała na plecach nieruchomo, ale nie tonęła. Wiedziałam, że zawdzięcza to systemowi wypornościowemu, w które zaopatrzono Nexusy. Polegał on na wypełnieniu powietrzem specjalnie do tego celu skonstruowanej kieszeni pomiędzy mechanizmami siłowników pleców a skórą. Tworzył się tam wówczas powietrzny bąbel, swoisty pęcherz pławny. „Chodź!” – krzyknęłam, wychylając się z pontonu i chwytając wyciągniętą dłoń Artemis. Była nieproporcjonalnie ciężka. Cóż, mechanizmy muszą ważyć swoje, nawet te zrobione z najnowocześniejszych stopów tytanu. „Pomóż, nie leż jak kłoda”.
Wokół androidki zabulgotało, kiedy wypuszczała powietrze z pleców. Miałam głupie skojarzenie, więc roześmiałam się krótko. Obróciła się i chwyciła sznurkowych relingów pontonu. „Z czego się śmiejesz?” – zapytała i także się uśmiechnęła, patrząc mi w twarz tymi swoimi ślicznymi, piwnymi oczami. „Pierdzisz”. „Co?” „Mniejsza z tym. Gramol się na ponton”. Teraz naprawdę musiałyśmy wrzeszczeć, żeby się słyszeć. Artemis bez żadnego wysiłku podciągnęła się na burtę. W ostatniej chwili zrobiłam przeciwwagę, ratując ponton przed obróceniem się dnem do góry.
Usiadła na gumowej podłodze. „Wróciłaś po mnie”. Wciąż patrzyła mi w oczy. Poza Matem była chyba jedyną humanoidalnie wyglądającą istotą z innej planety, która się tego nie lękała. „Nie mogłabym nie wrócić, ślicznotko”. Wtedy Artemis przysunęła się do mnie i pocałowała mnie w usta. Singulian krąży wokół Nakihari i wraz z tym gazowym olbrzymem uważany jest za planetę podwójną. Posiada prędkość dużo większą od Ziemi, co poza grawitacją zbliżoną do Marsa i Yelant oraz polem magnetycznym sprawia, że pomimo niemal skopiowanej ziemskiej atmosfery Ziemianie muszą farmakologicznie przygotować się do przebywania na jego powierzchni. Marsjanie i Yelanci już takich problemów nie mają. Kiedy Singulian znajduje się w pozycji pomiędzy Nakihari a Sejonsu, naszym Słońcem, na powierzchni panuje upalne lato, ale kiedy chowa się za planetę, także nie jest mroźno.
Dostaje bowiem od niej sporo ciepła. Jedynie doba staje się wówczas dziwna. Dzień półmroczny, natomiast noc czarna i nieprzenikniona, jakby ziemska polarna noc, tyle że bez tak silnych mrozów. I stan taki trwa aż trzy ziemskie lata, co potem rekompensują trzy lata jasności. Obecnie Singu nauczyli się migrować na ciemny okres, zwany Okido Nakihari do stref jasnych. Kogo tylko było stać kupował lub budował domy, najczęściej podwodne na dwóch półkulach. Nakihari ma także zasadniczy wpływ na zachowanie się Gusin. Pływy sięgają dwóch, trzech kilometrów na powierzchniach płaskich, a na skalistych wysepkach jest to nawet sto metrów różnicy poziomu wody. Bywa tak, że całe wyspy znikają pod wodą na czas przypływów trwających dwadzieścia ziemskich dni. Wszystko to rzutuje także na jeszcze jedną sprawę: zachowanie się wszelkiej fauny Singulianu.
Zbliżaliśmy się do końca Ihina, dnia. Z moich obliczeń wynikało, że potrwa on jeszcze trzy ziemskie doby. Potem nastanie jasna noc, półmrok właściwie oświetlany niebieskim blaskiem gazowego olbrzyma. Nie zdążyłam sprawdzić tabeli pływów i nie wiedziałam, czy wyspę w oddali widziałam podczas odpływu czy przypływu. Jeżeli to był odpływ, miałam nadzieję, że ląd ten ma różnicę wysokości pozwalającą na ucieczkę w jego głąb, podczas gdy woda zacznie przybierać. Astronomicznie byliśmy też w końcówce trwającego już trzy ziemskie lata jasnego okresu Okido Sejonsu. Dzień był jeszcze świetlisty, a noc jasna, ale wiedziałam, że stan ten nie potrwa już długo. Za trzy, może cztery Ihina zacznie się proces chowania się księżyca za planetę i długi trzyletni okres ciągłego zmierzchu w trakcie Ihina i głębokiego mroku Nai. Przemknęło mi wprawdzie przez myśl, że jeżeli wyspa w oddali okaże się bezludną, o co wcale nie było trudno po tej stronie Gusin, przyjdzie nam długo czekać na ratunek. Ale szybko odepchnęłam te myśli.
Nasunęło mi się bowiem zbyt wiele rzeczy, z którymi musiałabym się uporać. Dotknęłam brzucha. Był tylko lekko wydęty, jakbym najadła się ziemskich jabłek, które uwielbiam. Ale u Koa znaczy to coś jeszcze, pewną już ciążę. Skóra poruszyła się. Była tam moja mała ziemsko-singuliańska córeczka. „Nie” — myślałam. — „Na pewno wyspa jest zamieszkała, a jeśli nie jest, jakoś przecież wezwiemy pomoc. Artemis potrafi wyemitować sygnał ratunkowy, a Mati i Rekki Lee na pewno zaczną nas szukać”. Nie chciałam myśleć, że najprawdopodobniej siedzą teraz w areszcie w Tsunkaan aż do wyjaśnienia sprawy strzelaniny na Najdin.
Wiedziałam, że Rekki Lee uruchomi kontakty, jeśli będzie trzeba, zaszantażuże komisarza Ligi Tonshi Roel, który brał od niego regularnie łapówki i w końcu wyjdą wszyscy. Ale to potrwa, a ja nie miałam zbyt wiele czasu. Ciąża Koa trwa zaledwie miesiąc, chociaż mi mówili na Human, że teraz przy zapłodnieniu jaja Koa plemnikami ludzkiego mężczyzny wszystko się przedłuży i że ciąża będzie dla mnie wyjątkowo ciężka. Widziałam poprzednie udane przypadki. Pokazywali nam z dumą filmiki. Brzuch urośnie mi większy, a czuć się będę o wiele gorzej. No i poród. Nie było szans na naturalny. Wchodziło w grę tylko cesarskie cięcie. Ale o tym wszystkim także starałam się teraz zbyt długo nie myśleć.
Strach był ostatnią rzeczą, na jaką mogłam sobie pozwolić. Trzeba było działać. „Potrafisz wyemitować mayday?” — zapytałam Artemis. Ziemski mayday przyjął się w całej galaktyce jako międzyplanetarny sygnał alarmowy. Nawet tutaj, na Singulian, częściej go używano od naszego akkate. Od kilkudziesięciu lat uczono już tak singuliańskie dzieci ze względów praktycznych, żeby nie wprowadzać zamieszania. To był jeden z pierwszych objawów międzyplanetarnej unifikacji. „Oczywiście, ale niestety nie teraz” — odparła. „Dlaczego?” „Zbyt długo przebywałam w wodzie i zamokły mi emitery. Mam kilka uszkodzeń.
Muszę wyschnąć, żeby ocenić, które są nieodwracalne”. „Myślałam, że solidniej…” — szukałam słowa — „że masz solidniejszą budowę”. Uśmiechnęła się. Nie wyglądała zbyt dobrze. Widziałam, że przy każdym wspięciu się pontonu na falę oczy jej przygasają, co było widocznym zakłóceniem zasilania. „Jestem kobietą, a nie żołnierzem”. Ponton wspiął się na kolejną falę i oczy Artemis znów przygasły. „Okej?” — zapytałam w języku Ziemian. „Tak, to tylko chwilowe zakłócenia”. „Sięgnij do tego pojemnika i znajdź nadajnik.
Tak, tutaj. Znalazłaś?” „Jest”. „Włącz”. Artemis nie miała problemu z obsługą urządzeń elektronicznych. Prosty nadajnik nie stanowił dla niej tajemnic. „Nie działa” — oznajmiła spokojnie. „Jak to?” „No po prostu nie działa”. „Pokaż”. Wzięłam od niej małe czerwone pudełko. Nadajnik powinien jednak być na tyle silny, żeby wyemitować sygnał alarmowy obejmujący cały Singulian.
Zauważyłam, że panel baterii słonecznej jest rozbity, ale jeszcze została bateria alkaliczna. Przełączyłam na alternatywne zasilanie z baterii standardowej. Nadajnik nadal był martwy. Otworzyłam mocowanie baterii. Uchwyty były puste. Rzuciłam bezużyteczne urządzenie na dno pontonu. „A niech to!” — krzyknęłam. — „Rekki Lee, ty bałaganiarski idioto!” Artemis milczała. Zrobiłam kilka głębokich wdechów. Uspokoiłam się z trudem.
„Póki co musimy wreszcie dowlec się do tej cholernej wyspy” — powiedziałam bardziej do siebie niż do niej. Na szczęście pogoda zmieniła się na naszą korzyść. Sztorm się nie rozwinął. Przy prawdziwym sztormie Gusin nie miałybyśmy żadnych szans na niewielkim pontonie ratunkowym. Wiatr jednak cichł i po dwóch godzinach można było już płynąć w miarę szybko. Pozostała tylko martwica kołysząca nas na niezmiernie długich falach. Pomimo że ustawiłam sekstans i kompas i poruszałam się zgodnie z kierunkiem, w którym widziałam wtedy wyspę, na razie nie było po niej śladu. Po czterech godzinach w zbiorniku pozostała zaledwie jedna trzecia benzyny. „Musimy zmienić sposób poruszania się” — stwierdziłam, wyłączając silnik. „Dlaczego?
Przecież jest jeszcze paliwo” — nie rozumiała Artemis. „Możemy potrzebować benzyny na lądzie, zakładając oczywiście, że w ogóle dotrzemy do jakiegoś lądu”. Podniosłam silnik i nim Artemis zrozumiała, co się dzieje, wskoczyłam do wody. Na początku zanurkowałam na dziesięć metrów i rozejrzałam się czujnie. Ocean nieco zmętniał, ale i tak widoczność była na kilkadziesiąt metrów. Obróciłam się i spojrzałam w stronę, z której przypłynęłyśmy. Od razu wydało mi się, że gdzieś na granicy przejrzystości zauważyłam ruch. W napięciu spoglądałam w tamtą stronę. I nagle wypadła na mnie ławica sabi, ryb najbardziej zbliżonych do ziemskich makreli. Błysnęło zielono-niebieskimi ciałami, kiedy ogromne stado z wielką szybkością opływało mnie tuż przy moich rękach.
Nie mogłam nie skorzystać z okazji. Wszystkie Singu potrafią chwytać sabi za duże ogony o kształcie skrzydeł ptaka. Pochwyciłam jedną średnią wielkości mojego przedramienia i odruchowo, jak to czyniłam tysiące razy, złamałam jej kark. Odczekałam, aż stado zniknie w głębinach, ale nie ruszyłam się z miejsca. Wisząc w otchłani z martwą sabi w dłoni, wciąż bacznie obserwowałam toń, skąd przypłynęła ławica. Wiedziałam, że za ławicami podążają drapieżniki. Niczego nie zauważyłam. Wynurzyłam się więc, rzuciłam rybę do wnętrza pontonu i ponownie dałam nurka. Tym razem zajęłam się odpięciem futerału przymocowanego do dna. Wyjęłam stamtąd poprzeczkę z utwardzonego aluminium, pośrodku której widniała pięta na maszt oraz niewielki teleskopowy maszt z tego samego materiału owinięty białym żaglem.
Odpięłam też mały plastikowy miecz, mocując go w zapinane na zatrzaski uchwyty. Wyskoczyłam na ponton. Objęłam poprzeczką obie burty i uchwyciłam je w imadła trzymaczy. Stopę masztu zamocowałam w pięcie uchwytu i rozsunęłam trzyipółmetrowy maszt powoli, jednocześnie rozkładając bom i rozwijając żagiel. Załopotało. W pięć minut z łodzi motorowej staliśmy się żaglówką. Naciągnęłam linki, siadając na burcie. „Uwaga na głowę!” Artemis posłusznie się schyliła. Bom przeleciał na drugą stronę. Żagiel chwycił wiatr i pięknie się wybrzuszył.
Ruszyliśmy wcale nie wolniej aniżeli na silniku. „Sięgnij do schowka po ster” — poleciłam. Nie zadawała pytań. Od razu znalazła, co trzeba i bezbłędnie przymocowała lekki plastikowy ster do pawęży tuż obok uniesionego silnika. Nie wiedziałam, czy Nexusy mają wczytane jakieś programy marinistyczne, czy w tym przypadku zadziałała nowa ich zdolność logicznego myślenia. Ocean przycichł, ale zostało trochę wiatru. Idealnie na tyle, żeby skutecznie i bezstresowo żeglować. Po kilku godzinach przez ocean nadal przetaczała się martwica, czyli pozostałość jakiegoś odległego sztormu. Leniwie wznoszące się i opadające długie fale, które są przyczyną dolegliwości innych żeglujących gatunków, szczególnie humanoidów. Jelant, Ziemianie i Kanpikanie doznawali przy nich torsji i najczęściej spędzali rejsy na wycieczkowcach przewieszeni przez burtę i zwracający frykasy spożyte w hotelowych restauracjach.
Ale dla nas, Singu, była to przyjemna huśtawka zwiastująca dłuższy okres spokoju Gusin. Lubiliśmy martwicę. Spojrzałam na Artemis. Nie było teraz po niej widać skutków kołysania oceanu. To były już zbyt małe różnice, żeby wpłynąć na układ zasilania Nexusa. Dziwiło mnie, że nadal nie mogę dostrzec wyspy. Czyżbym się pomyliła? Wolałabym o tym nie myśleć. „Weź ode mnie liny i ster” — powiedziałłam. Artemis posłusznie siadła na balonie burty pontonu, przejmując sterowanie.
O nic nie pytała. Bardzo fachowo naciągnęła linę bomu i skorygowała utracony przez naszą krzątaninę kurs. „Masz wczytane programy marinistyczne?” — zapytałam, grzebiąc jednocześnie w plastikowym pojemniku. „Jak to wczytane?” Zreflektowałam się. Z naukowych sprawozdań wiedziałam, że te nowe Nexusy posiadały już osobowość wyższego stopnia i że należało z nimi rozmawiać inaczej. Dobierać słowa i zdania bezpośrednio nienawiązujące do sposobu, w jaki powstały. „No, miałam na myśli to, czy ukończyłaś jakiś kurs żeglarski?” „Oczywiście” — przytaknęła. „Mam patent sternika”. Znalazłam wreszcie nóż o długim, wąskim trzonku. W czterech ruchach wyfiletowałam sabi.
„Wow.” Artemis patrzyła z podziwem. „Jak maszyna.” Zastanawiałam się, czy to jest rodzaj szczególnego komplementu, czy przypadkowy dobór słów. To była ciekawa kwestia. Wyrzuciłam za burtę niepotrzebny szkielet z głową i wnętrznościami. Raz jeszcze spojrzałam do pojemnika. „Jest też coś dla ciebie.” Wyjęłam puszkę coca-coli. „Znakomicie.” — ucieszyła się. Bardzo fachowo wsadziła naciągnięte linki pod kolano. Wzięła ode mnie puszkę i jedną ręką otworzyła. Wypiła od razu połowę.
„Mamy więcej?” W końcu znalazłam sól. Odkroiłam kawałek sabi i soląc go jeszcze raz spojrzałam do pojemnika. „Są trzy.” „Mało” — zmartwiła się. Wsadziłam sobie surową rybę do ust. Sabi były bardzo smaczne. Stanowiły jedną z tych ryb, które najczęściej woziłam na Ziemię i Marsa, ponieważ ludzie zwariowali na punkcie singuliańskich sushi, do których właśnie sabi nadawały się najlepiej. „Coca-cola naprawdę wam pomaga?” Nie sprecyzowałam komu, ponieważ nie wiedziałam, jak Nexusy nazywają same siebie. „Technoludziom?” Odpowiedź przyszła od razu. „Mhm” — potwierdziłam, żując soczyste, słone mięso. Trochę przesoliłam.
„Przepłukują części tytanowe i odrdzewiają stalowe, ale to tylko substytut. Prawdziwy środek konserwujący zostawiłam w torbie na E-warpie Mata. Niestety miałam tam też środki do pielęgnacji cery i kosmetyki.” Domyśliłam się, że środkami do pielęgnacji cery nazywa jakieś preparaty konserwujące sylikonową, miękką skórę. Po raz kolejny wydała mi się bardzo piękną. Zapragnęłam jej to powiedzieć. „Jesteś...” Poczułyśmy gwałtowne uderzenie. W ostatniej chwili pochwyciłam Artemis, ratując ją przed wypadnięciem z pontonu. „Co to było?” Zobaczyłam spory, około pięciometrowy cień przesuwający się pod nami. Poznałam od razu. „Juchmiku.
Coś jak ziemski waleń karłowaty.” Kilka sekund analizowała dane. „Czyli niegroźne.” „Moja mała Sejonzu, tutaj wszystko jest groźne. Na szczęście tym razem nie musimy się obawiać.” Wskazałam w oddali ławicę nashinkę w panice wyskakującą ponad powierzchnię. „Mają co jeść.” „Och, to dobrze. Przestraszyły mnie te ichumiku.” To było kolejne ciekawe stwierdzenie. Dziuk miku – poprawiłam. – Czyli co poczułaś? – Bardzo podniósł się poziom kortyzolu w moim bionicznym mózgu. – Patrz, już odpływają. Kilkadziesiąt metrów od pontonu na szinkę dziesiątkowane były przez małe walenie.
Widać było wiry na wodzie, czarne grzbiety ssaków i wypryskujące spośród cekinów, łusek i kropel wody srebrzyste ciała śledziowatych. Artemis patrzyła na tę scenę z otwartymi ustami. Wydała mi się taka słodka. Tym razem więc to ja nachyliłam się i pocałowałam ją w usta. – Czuć cię rybą. – Uśmiechnęła się. Miała śliczne, piwne oczy. Jedną z nowości, którą po ostatniej naprawie wprowadziło NUC, było to, że jej źrenice patrzyły teraz żywo i uważnie. Były już zupełnie nie do odróżnienia od ludzkich. W porównaniu z nimi nasze oczy Singu muszą wydawać się nieruchome i straszne.
– Moja mała Sejonsu. – Jestem kobietą. – Wiem. – A już drugi raz powiedziałaś, że jestem gwiazdą w układzie Hiad, oświetlającą gazowego olbrzyma na Nahikari, wokół którego krąży księżyc Singulian. – To był taki komplement. – Komplement? – Porównałam cię do pięknej gwiazdy. Roześmiałam się i jeszcze raz chciałam ją pocałować, ale tym razem odsunęła się. – Nie powinnyśmy. Sławek się nie zgodził.
– A ty? Co czujesz? To było kolejne ciekawe pytanie. – Sławek się nie zgodził – powtórzyła. Czyżbym trafiła w słaby punkt? – Postawimy go przed faktem dokonanym. Chyba nie jesteś jego własnością. I ponownie musiałam trafić w jakiś niedopracowany interfejs jej software’u. Milczała zamyślona. Wiedziałam, że jej biologiczny mózg dokonuje teraz skomplikowanych obliczeń.
Ale czy tylko chodziło o procesy informatyczne? My, Singu, wierzymy, że wszystko, co stworzyliśmy, ma ducha gajru shuyi. Yelanci wiedzieli, o czym mówimy, ponieważ w ich rozumieniu jest to Dilaheim. Ziemscy naukowcy zrozumieli to dopiero ostatnio, kiedy wreszcie wyodrębnili i przechwycili bozon Higgsa. Zaczęli zadawać właściwe pytania, a nexusi wciąż zadziwiały. – Muszę dokonać auto resetu – powiedziała w końcu. – Co masz na myśli? – Nie rozmawiajmy o tym w tej chwili. – Dobrze – zgodziłam się. Odebrałam od niej linki i stery.
Żeglowałyśmy jeszcze przez dwie godziny. Gusin całkiem się uspokoił. Znikła nawet martwica, ale szczęśliwie pozostała bryza pozwalająca wypełnić żagiel. Nie chciałam denerwować Artemis, więc nie powiedziałam jej wszystkiego. Na każdej planecie zamieszkałej przez humanoidów, na jakiej byłam w mojej karierze międzygwiezdnego kuriera, istniało coś takiego jak łańcuch pokarmowy. Ale gdyby ktoś chciał robić szersze badania na ten temat, powinien przylecieć na Singulian. Tutaj uwidaczniało się to szczególnie. Wiedziałam więc, że Dziuk Miku także stanowią pokarm. Wiedziałam też czego. Dlatego raz za razem wstawałam i rozglądałam się po spokojnej tafli oceanu.
Tak minęły nam kolejne dwie godziny żeglugi. Nie dostrzegłam zagrożenia, za to podczas kolejnej obserwacji trafiłam wzrokiem na wyspę. Była już całkiem blisko. Dostrzegłam wysoki brzeg klifu i górę pośrodku. Usytuowana była bardziej na południe, niż przypuszczałam, dlatego nie dostrzegłam jej wcześniej. – Jest ląd! – krzyknęłam radośnie. Artemis wstała i długo patrzyła w tamtą stronę. Usiadła z poważną miną. – Co jest?
– zapytałam. – Dokonałam zoomu. – I? – Oni tam są. – Alieni? – domyśliłam się. Pokiwała głową. – Nie jestem pewna, bo to jednak wciąż kilkanaście kilometrów, ale wydaje mi się, że to ten sam myśliwiec. – O kuszo shigoku! – Możesz nie klnąć?
– Przeszkadza ci to? – Byłam zirytowana. – Tak, jestem kobietą – powtórzyła po raz drugi. Musiało to być dla niej ważne. – Przepraszam. – Uścisnęłam jej miłą w dotyku, suchą i miękką dłoń. Uśmiechnęła się i uśmiechem tym dodała mi otuchy. – Widziałaś ich na wodzie? – Tak. – Spójrz jeszcze raz i powiedz, proszę, jaki kolor ma woda wokół wyspy.
Artemis posłusznie wstała i patrzyła przez chwilę. Obserwowałam ją przy tej czynności, ale poza znieruchomieniem oczu nie dostrzegłam żadnych innych symptomów toczącego się w jej układzie wzrokowym skomplikowanego procesu optycznego. – Błękitny, nawet turkusowy. O wiele jaśniejszy od całej reszty. Zrozumiałam, że wyspę otacza rafa Sze. Była to struktura zwierzroślinna przypominająca ziemskie rafy koralowe, ale rozpościerająca się bardziej w głąb oceanu. Rafy Sze sięgały nawet dwustu metrów i były znakomitym źródłem pożywienia. Rodziło się tutaj i mieszkało tysiące gatunków ryb i zwierząt. Dlatego właśnie podwodne miejscowości Singu, chronione nowoczesnymi kopułami, najchętniej budowano w sąsiedztwie raf Sze, a czasem nawet pośród nich, co nadawało miastom dodatkowego baśniowego wyglądu. Rafy Sze bowiem były piękne i kolorowe.
Zachwycały turystów. Miały jednak pewien mankament. Ze względu na ilość pożywienia przyciągały także drapieżniki. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o moim blasterze, który przepadł wraz z Nahirohinakim. Ale zamiast przejmować się brakiem broni, pierwsze co poczułam, to żal z utraty niepozornego kawałka skóry, którym kiedyś, przed laty, owinęłam pneumatycznie wysuwaną kolbę. Żegnaj już na zawsze, mój Inu. Z oceanu w pobliżu naszego pontonu znów wyprysło stado ryb. Tym razem zauważyłam uciekające w popłochu aquaya i sabi. Aquaya, ryby zbliżone do małych ziemskich szprotek zazwyczaj nie mieszają się z sabi, ponieważ te często na nie polują. Tylko w momentach wspólnego zagrożenia stada uciekały razem.
Dostrzegłam pod pontonem kilka smukłych kształtów, mniejszych od drapieżnych waleni, ale kiedy je rozpoznałam, zrozumiałam, że nie mniej niebezpiecznych. To było stado koku, ryb zbliżonych do ziemskich barakud, tyle że większych, szybszych i jeszcze bardziej agresywnych. Zdarzało się, że koku atakowały pontony, przebijały je ogromnymi i ostrymi jak noże zębiskami, a kiedy niefortunny żeglarz znalazł się w wodzie, kończyły z nim w kilka chwil. Teraz jednak nie groziło nam niebezpieczeństwo. Koku mknęły szybko i w pierwszej chwili wydało mi się naturalne, że zaraz dopadną aquaya i sabi i rozpoczną ucztę. Ale koku pozostawiły umykające ławice, minęły je i sunęły w stronę odległej rafy otaczającej wyspę. Wyglądały na nie mniej przestraszone od swoich potencjalnych ofiar. To mnie coraz bardziej niepokoiło. Wprowadziłam poprawki kierunku, naciągnęłam linki i pomknęłyśmy w stronę wyspy. „Co z ganijczykami?” – zapytała Artemis.
„Kiedy dostaniemy się blisko rafy, będziemy musiały wyskoczyć i popłynąć pod wodą”. „Nie umiem pływać pod wodą” – przerwała mi. „Mogę tylko unosić się na powierzchni i tak się poruszać”. „Ale oddychać nie musisz. Ja wcale nie oddycham, tylko wciągam trochę powietrza do zbiorniczka natleniającego, żeby utrzymywać przy życiu biologiczne części mózgu. Ale to mogę robić raz na trzy godziny. Właśnie o to mi chodzi. Ty weźmiesz do ręki kanister z resztką benzyny, a drugą chwycisz linę, którą przywiążę do swojego pasa. Na plecy dam ci nieprzemakalną torbę z tego pojemnika, do której wsadzę co się da i popłyniemy pod wodą aż do bezpiecznego brzegu po wschodniej stronie wyspy. Krótko mówiąc, będziesz przyczepką, a ja ciągnikiem”.
„Nic nam nie grozi?” Nie odpowiedziałam. Artemis nie ponowiła pytania, co było kolejnym przykładem pięknego myślenia kombinacyjnego. U Nexusów bowiem, jak wyczytałam, niezadanie ponownego pytania przy nieuzyskaniu odpowiedzi świadczyło o zrozumieniu obecnego statusu. Po godzinie żeglugi wyspa urosła. Widziałam już wyraźnie odcinający się dwukilometrowy pas jasnej wody rafy Sze. Tworzyły się tam duże fale. Ocean nagle wypłycał się z wielokilometrowych głębin do dwustu metrów, szybko przechodzących w kilkadziesiąt, a potem zaledwie w kilkumetrowe płycizny. Spienione grzywy uderzały o wysoki klif i wdzierały się na kilka małych plaż utworzonych pomiędzy skałami. Zrozumiałam, że trafiłyśmy na odpływ. Była to okoliczność dobra i zła zarazem.
Dobra, gdyż ląd był odkryty, co dawało mi możliwość pełnego zorientowania się w sytuacji. Zła, ponieważ nie wiedziałam, do jakiego poziomu sięga przypływ. Ale nie miałam obaw. Nad klifem wznosiła się całkiem pokaźna góra. Widziałam nawet kępy niewysokich tenoszi, palm z owocami lai. Dalej, pomiędzy górą a klifem widniał większy zagajnik drzew asia k. Nieowocowych, ale za to świetnie nadających się na rozpałkę. Jedno niestety było pewne. Ani na wyspie, ani w rafie pod nią nie istniała żadna miejscowość. Nie było portu, choćby małego, żadnej przetwórni ryb, urządzeń naziemnych czy boi wyznaczających podwodną kopułę.
Ani żadnych patroli policyjnych, które powinny kręcić się na hybrydowych skuterach. „Trudno” – pomyślałam. „Na razie to wszystko jest bez znaczenia”. Miałyśmy na głowie poważniejszy problem, a ściślej dwa problemy. Na błękitnej wodzie rafy kołysał się myśliwiec alienów. Byłam pełna podziwu dla pilota, że nie roztrzaskał się o ocean, ale zdołał bezpiecznie zwodować. Nowoczesne myśliwce potrafiły nie tylko unosić się na wodzie, ale także po niej płynąć. Transformowanie małych maszyn lotniczych w pojazd nawodny czy naziemny było od dawna znane w całej MW. Alieni mogli zamienić myśliwiec w całkiem niezły motorowy ścigacz. Dlaczego więc nie odpływali?
Nie ratowali się? Albo mieli jakąś dodatkową usterkę, albo czekali na nas. Przecież nietrudno było wykombinować, że tutaj właśnie spróbujemy dotrzeć. Ale czy nie łatwiej było nas dopaść na oceanie? Artemis tak, ale mnie nie. Zakładali błędnie, że bez namysłu poświęcę androidkę, a nie o nią im chodziło. Kolejne sylwetki dziukmiku przemknęły pod pontonem, gnając przed sobą w stronę rafy dziesiątki koku i tysiące nashinke, sabi i aquaya. W wodzie zrobiło się tak tłoczno, że ryby wypryskiwały z niej wysokimi, efektownymi skokami. Nieszczęsne ofiary zyskały nowego wroga, ponieważ od lądu pojawiły się już ptaki. Wielkie niebiesko-białe, czerwonodziobe kamoe.
Drapieżne i groźne, większe od ziemskich albatrosów, potrafiące z powodzeniem zaatakować i zabić humanoida. Ale bały się Singu, ponieważ od tysiącleci polowaliśmy na nie i wybieraliśmy im jaja z gniazd. Czuły respekt przed każdą koa i każdym ako. Co ciekawe, nie bały się turystów i była to kolejna z wielu przyczyn, dla których wszyscy przebywający na Singulian musieli mieć przy sobie autochtonicznego przewodnika. Teraz jednak kamoe bardziej interesowały się wyskakującymi z wody nashinke i sabi. Wisiały tuż nad taflą i chwytały ryby w szerokie czerwone dzioby. Kilka z nich pokrążyło chwilę ponad pontonem, którego czerwień musiała je zaciekawić, ale potem większą grupą poleciały jeszcze dalej w ocean. Obserwowałam je uważnie. Gdzieś w oddali kamoe zatrzymały się i zaczęły wirować niespokojnie, wrzeszcząc głośno swoimi przypominającymi chichot głosami. „Jesteś gotowa?” „Tak” — odparła Artemis.
Miała przewieszony przez plecy mały, nieprzemakalny i hermetycznie zamykany worek, do którego upchnęła kilkanaście przedmiotów z plastikowego pojemnika. W dłoni trzymała duży dwudziestolitrowy kanister z siedmioma, może ośmioma litrami benzyny. Oddałam jej na chwilę linki i ster i szybko zrobiłam z zapasowej liny szelki, które nałożyłam sobie na ramiona i obwiązałam w pasie. Każdy z Cingu mógłby nauczyć nawet najlepszego ziemskiego żeglarza jeszcze wielu węzłów. Ponownie spojrzałam na Ganijczyków. Teraz widziałam już wyraźnie ich drapieżne sylwetki stojące na skrzydle myśliwca. Jeden patrzył w naszą stronę przez wielką kosmiczną lunetę. Jak na stratosferyczny myśliwiec pomocniczy byli dobrze wyekwipowani. Wiadomo, że luneta na wodzie jest o wiele lepsza od lornetki. Przy tym sprzęcie mogli widzieć nawet szwy na naszym czerwonym pontonie.
Nie spieszyli się. Spokojnie wsiedli do kabiny i myśliwiec, teraz motorowy ścigarz właściwie, zmielił wodę wielkimi silnikami. Spojrzałam w ocean. Tam, gdzie wirowało wrzeszczące wniebogłosy stado kamoe. Wytężyłam wzrok i wreszcie to zobaczyłam. Wielką trójkątną płetwę prującą wodę w odległości niespełna kilometra za nami. Zresztą odległość nie miała już znaczenia, ponieważ topniała z każdą chwilą w przerażającym tempie. „Jest” — szepnęłam. Artemis chciała dokonać zoomu, ale ja stanęłam na burcie pontonu. „Przygotuj się, nie mamy już czasu”.
„Co tam jest?” „Gotowa?” „Ale co tam jest?” Mocno się odbiłam. „Urka” — zdołałam krzyknąć, zanim wpadłam do wody. Jeżeli moją opowieść czyta Yelant, Marsjanin lub Kanpikanin nie będzie w stanie wyobrazić sobie, o czym teraz będzie mowa. Ziemianin mniej więcej zrozumie, jeżeli powiem megalodon. Ale nie należy się tym bardzo sugerować, ponieważ nie jest to porównanie precyzyjne. Owszem, urka przypomina nieco prehistorycznego ziemskiego rekina, ale paszczę ma inną, jeszcze potężniejszą, o kształcie kanciastym, bardziej przypominającą rekina wielorybiego, a w niej aż trzy rzędy dwudziestocentymetrowych zębów. Paszczą tą jest w stanie objąć nawet mały kuter rybacki. Dlatego urka to najwięksi wrogowie rybaków, którzy wypracowali przeciwko nim całe systemy obronne. Ciało urki jest niebiesko-srebrzysto-czarne, idealnie dostosowane do światła Singulianu. Ogon ma masywny i wielki, pozwalający mu rozwinąć prędkości najszybszych fregat.
Płetwę grzbietową posiada ogromną, szeroką ponad dwumetrową, zbiegającą się w ścięty u szczytu trójkąt. No i do rozmiaru znanej ziemskim archeologom bestii należałoby dodać jeszcze pięć metrów długości i kolejne dwadzieścia ton wagi. Urka od tysiącleci siały postrach na wodach Gusin, eliminując największe nawet gady. Grupy urka złożone z kilku osobników nie miały żadnego naturalnego wroga. Na szczęście, chociaż w przeciwieństwie do rybaków i właścicieli turystycznych pensjonatów, oceanografowie i biolodzy załamywali ręce, teraz rzadko widywało się je w grupach. Było ich coraz mniej, a zjawisko ich znikania stanowiło zagadkę. Mnogość pożywienia wody karmicielki powinna utrzymywać populację nawet tak ogromnych drapieżników na zadowalającym poziomie. Ale tak nie było. I po raz kolejny padały oskarżenia pod adresem jednego tylko gatunku. Kanga miały coraz gorszy PR.
Zwolennicy jego ochrony ekooszołomy z frakcji naturalnych, zajmującej całkiem sporo miejsc w Międzyplanetarnym Parlamencie Ligi załamywali ręce. Ale my, Cingu cieszyliśmy się. Każdy z nas wolał stado urka. Przynajmniej można było uciec. Myślałam o tym, prując toń oceanu. Sto metrów pod sobą dostrzegałam wielkie zwierzoroślinne formy rafy Sze. Wysokie na wiele metrów. Czerwone, różowe, zielone, żółte i pomarańczowe. Jedne miękkie, falujące, inne klasyczne koralowce stojące pionowo, tworzące labirynt naturalnych ulic, tuneli i mostów. Z każdym ruchem moich nóg zaopatrzonych w duże błoniaste stopy i moich błoniastych dłoni zbliżyłam się do płycizny i tym samym do labiryntu rafy.
Widziałam w oddali łagodnie wznoszące się dno z coraz większą ilością kolorowych form, a pomiędzy nimi milionowe stada małych ryb podobnych do ziemskich błazenków, skalarów, papugoryb, wargaczy, rozdymek i tysięcy innych. Nie ma sensu wymieniania wszystkich gatunków zamieszkujących rafy Sze, których liczbę nasi oceanografowie szacują na dwadzieścia tysięcy, a tym bardziej podawania ich nazw w saolatek. Któż by to spamiętał? Na uwagę, i to baczną, zasługiwały wredne morej. Podczas deszyfracji języka saolatek ziemscy lingwiści ze zdumieniem odkryli, że wiele nazw istot morskich jest niemal bliźniaczych, jak w języku japońskim. Morej to nic innego jak mureny, tylko większe, pięciometrowe i grube. Prawdziwe węże morskie, które przyczajone w jamach pomiędzy ukwiałami czatowały na całkiem spore ryby. Teraz widziałam, jak kilka morej wykorzystało panikę koku i wypadło z jam gwałtownym skrętem wężowego ciała. Chwytały szamoczące się wściekle ofiary i znikały na powrót w ciemnych norach. Gdybym była sama, na pewno umknęłabym urce.
Zanurkowałabym do dna i dnem, jak to od wieków czynili singu, ostrożnie, żeby nie zostać pożartą przez żaden ukwiał ani morej, przeszłabym do brzegu. Urka nie potrafił polować na formy denne. Musi mieć ofiarę u góry albo przynajmniej na wprost siebie. Ale Artemis bardzo mnie spowalniała i ograniczała w strategii. Wiedziałam, że nie mogę zanurkować z nią bardzo głęboko, ponieważ wtedy uszkodzeniu ulegną elektroniczne części jej bionicznego organizmu. Nawet pod wodą usłyszałam huk pękającego pontonu. Urka już tam był. Jednym kłapnięciem szczęk unicestwił naszą jednostkę, ale wiedziałam, że jest inteligentny i że natychmiast zorientuje się w sytuacji. Pytanie zasadnicze brzmiało: kogo pierwszego weźmie na cel? Nas czy alienów?
Wytężyłam wszystkie siły, machałam nogami, na ile tylko mogłam, pomagając sobie dłońmi. Obok mnie w panice przepływały grupki koku. W innej sytuacji na pewno by nas zaatakowały. Teraz jednak, podobnie jak my, myślały tylko o ratowaniu własnej skóry. I w pewnym momencie dno wzniosło się gwałtownie. Wypłynęłyśmy na dwumetrową płyciznę. Nie byłyśmy tu jednak całkiem bezpieczne. Urka potrafił polować, nawet szorując brzuchem po dnie, a w razie konieczności nawet położyć się na boku. Był drapieżnikiem doskonałym. Pędziłam więc dalej dotąd, dopóki rafa nie skończyła się, przechodząc w żółtoszary piasek.
Poczułam pod stopami piaszczyste dno. Wynurzyłam się i szybko przyciągnęłam Artemis. Lina była długa, dziesięciometrowa, gdyż taką kazałam przygotować androidce, żeby nie krępowała moich ruchów podczas ucieczki. „Wychodź!” Artemis posłusznie wybiegła za mną na niewielką plażę. „Dalej!” „Po co?” „Rób, co mówię!” Odbiegłyśmy jeszcze trzydzieści metrów. „Wystarczy”. Dopiero teraz spojrzałam na ocean. Zobaczyłam myśliwiec motorówkę alienów kołyszący się na pierwszych falach przyboju. Był już blisko, ale nie płynął w naszą stronę. Stał w miejscu, a dwóch Ganiińczyków z blasterami w szponiastych łapach krążyło po pokładzie i pokrzykiwało w swoim podobnym do warczenia języku.
„Co mówią?” — zapytałam Artemis, która znała każdy z dwudziestu głównych języków Galaktyki. „Klną” — przysłuchiwała się androidka — „i zastanawiają się, czy go trafili”. „Widzisz gdzieś krew na wodzie?” Artemis dokonała zoomu. „Nie” — odparła, po czym spojrzała na mnie. „Mają blastery. Załatwią go”. Uśmiechnęłam się. „Już po nich”. „Doprawdy?” „Nie gadaj, tylko patrz”. Mijały chwile i nic się nie działo.
Alieni zaczęli nabierać pewności, że przy pierwszych strzałach, które oddali do płynącego w ich stronę urki, trafili go i że albo uciekł ranny, albo martwy opadł na dno. Rozluźniali się, coraz częściej spoglądając w naszą stronę. „Odszedł” — stwierdziła Artemis. „Zaraz przypłyną po nas”. Milczałam. Jeden z alienów wskoczył do kabiny, drugi wymierzył w nas blaster. „Varre ark har!” „Każe nam zostać na miejscu” — przetłumaczyła Artemis. „To zostańmy”. Ledwie to powiedziałam, woda pod myśliwcem rozwarła się. Gigantyczne szczęki objęły cały pojazd, aż do nas doszedł zgrzyt gruchotanego metalu.
A potem, trzymając myśliwiec w szczękach, urka wyskoczył. „Lailan!” — zdołała tylko jęknąć androidka, jakby szukając potwierdzenia, że widzę to, co ona. Ale ja widziałam to dziesiątki razy. Ogromne studwudziestotonowe cielsko wyprysnęło z oceanu tak lekko, jakby było na szynkę. Do dwudziestu pięciu metrów własnej długości urka dołożył jeszcze kolejnych dziesięć, a potem w rozprysku wody przypominającym wybuch pocisku artyleryjskiego ciężkiego kalibru opadł z powrotem w głębiny. Po myśliwcu pozostał tylko wir na wodzie. Ale jeden alien zdołał ujść atakowi. Wypłynął na powierzchnię, a potem ponownie zanurkował. Wiedziałam, że Ganiińczycy są znakomitymi pływakami i że mogą długo wytrzymać pod wodą. Nie tyle wprawdzie, ile singu, ale wystarczająco, ażeby przepłynąć dystans dzielący aliena od brzegu.
„Działa twój pistolet?” Artemis wysunęła z przedramienia laserową broń. Spróbowała. Nie działał. „Musi wyschnąć, jak większość mojego systemu. Potrzebuje kilku minut”. Patrzyłam na wodę. „Nie powinnyśmy uciekać?” — zapytała Artemis. „Chyba nie”. Zauważyłam coś, więc postanowiłam zostać. Alien wypłynął na płyciźnie i stanął w wodzie do pasa.
Obejrzał się za siebie i odetchnął. Ta chwila beztroski lub niewiedzy okazała się zgubna. W ostatnim momencie zobaczył ogromny cień, jak błyskawica sunący w jego kierunku. Zdołał jeszcze odwrócić się i przebiec kilka metrów. Był w wodzie do kolan, kiedy urka jednym ruchem potężnego ogona wyślizgnął się na płyciznę. Szczęki wielkości pierwszego piętra rozwarły się i alien — po raz pierwszy w życiu widziałam przerażenie na pysku morderczego mieszkańca Ganni — zniknął w nich jak mały tik-tak. Nawet krwi nie było zbyt wiele. Potem urka, kręcąc się gwałtownie, na powrót zsunął się na głębszą wodę. Ale nie odpływał. Jego dwumetrowa płetwa grzbietowa krążyła w odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu, na wprost mnie i Artemis.
Westchnęłam. Lekko nie będzie. Co masz na myśli? Postanowił nas dorwać. To jest ten najgroźniejszy drapieżnik Singulianu? Zależy, jak na to patrzeć. Jest groźniejszy niż kanga? Szybkim ruchem zatkałam usta Artemis. Powiodłam wzrokiem po oceanie. Moja mała Sejongsu.
Opanowałam panikę. Nie wolno wymawiać tego imienia. A już szczególnie, kiedy utknęłaś na bezludnej wyspie pośrodku oceanu. Kiwnęła głową, więc uwolniłam jej usta. I zapamiętaj sobie – dodałam. Nic nie jest groźniejsze od niego. Dlaczego jesteś pewna, że to bezludna wyspa? – pytała Artemis, kiedy wspinałyśmy się po śliskich skałach klifu. Dedukcja – odparłam, błogosławiąc w duchu swoją przezorność, która przed skokiem z pontonu kazała mi przywiązać sobie do pasa buty. Bez nich błoniaste stopy Singu mogły ulec łatwemu okaleczeniu.
Szczególnie nieznającej już trudnego życia morskich traperów Koa nowej ery Drogi Mlecznej, do których niestety się zaliczałam. Ale zdaje się, że ten problem mieli na wszystkich planetach humanoidów. Zamieszkałe wyspy – kontynuowałam. Jeżeli nie mają domów, gdyż te mogą znajdować się pod wodą na rafie, to przynajmniej posiadają jakieś urządzenia naziemne konieczne do przygotowania i obróbki ryb i owoców morza. Dodatkowo jakieś lądowiska, hangary no i szereg boi nawodnych wyznaczających rejon, w którym jest kopuła. Poza tym sama widziałaś co tu mieszka. Dlatego w odległości stu metrów od spadku stawiane są specjalne siatki odgradzające dodatkowo podwodne miasto i infrastrukturę naziemną. Poza tym powinno się kręcić sporo skuterów policyjnych i jakieś jednostki straży przybrzeżnej. No i powinien być oczywiście port dla żaglówek. Tutaj niczego takiego nie widzę.
Może po drugiej stronie. Właśnie dlatego wspinamy się na klif, żeby się rozejrzeć. Ale i tak góra wszystko zasłania. Prawdopodobnie będziemy musiały na nią wejść, żeby objąć wzrokiem całą wyspę. Poza tym stamtąd najlepiej będzie wyemitować sygnał. O ile oczywiście twój emiter zacznie wreszcie działać. Już chyba coś – zaczęła Artemis i poślizgnęła się po raz kolejny. Jechała kilka metrów po skale, niebezpiecznie blisko urwiska. Ponownie rozległ się cichy szczęk i z jej wolnej prawej dłoni wysunęło się pięć tytanowych pazurów. Zazgrzytały nieprzyjemnie po kruchej krzemionce.
Posypały się drobne odłamki, grzechotliwie sunąc kilka metrów po skale, aby zniknąć za obrywem. Gdyby miała obie ręce wolne, byłoby jej łatwiej. Zatrzymała się tuż nad krawędzią. Zdawała się jednak w ogóle nie uświadamiać sobie zagrożenia. Albo miała w arsenale jeszcze jakieś zabezpieczenie, bo uśmiechnęła się szeroko i machnęła trzymanym w lewej ręce kanistrem. Benzynę wciąż mamy. Wypuściłam powietrze. To świetnie, ale na drugi raz pamiętaj, że wolę ciebie niż ten głupi kanister. To miłe. Czyżbym usłyszała sarkazm?
– zażartowałam. Wspięła się i stanęła przy mnie. Sarkazm? Chwilę milczała. Analizowała dane. Według definicji to ostatnia deska ratunku dla osób z upośledzoną wyobraźnią. Uważasz mnie za upośledzoną? Reakcja Artemis mnie zawiodła. Zachowała się jak zwykły android starej generacji. Nie wprowadziła abstrakcyjnego myślenia i nie zrozumiała żartu.
Nie, oczywiście, że nie – mruknęłam zmieszana. To dobrze. Roześmiała się nagle wesoło i teraz zaczęłam zastanawiać się, czy czasem zbyt pochopnie nie wyciągnęłam wniosków. Ale wtedy musiałabym zrewidować twierdzenie o sto osiemdziesiąt stopni. Dlaczego ta skała jest taka śliska? – zmieniła temat. Przecież od kiedy wylądowałyśmy, nie spadła ani kropla deszczu. Zobaczysz dlaczego. Powiodłam wzrokiem po niebie. Coraz bardziej szarzało.
Myślę, że już za kilkadziesiąt godzin. Teraz wejdźmy wreszcie na ten cholerny klif, bo zaczynam tracić siły. Ja nie tracę. Znów się roześmiała. A więc jednak dałam się wkręcić. Miała znakomite poczucie humoru. Mój podziw rósł. Nie odezwałam się i ponownie zaczęłyśmy ostrożną wspinaczkę. Po kolejnych kilku długich chwilach składających się na singuliańskie pół godziny, co dla zobrazowania odpowiadało ziemskiemu kwadransowi, stanęłyśmy na szczycie krzemionkowego urwiska. Była to platforma o szerokości kilkuset metrów, z jednej strony kończąca się opadającym w ocean obrywem, z drugiej ponownie wznosząca się, ale tym razem łagodnym, zalesionym stokiem ku szczytowi niewielkiej góry.
Co to? Muszle? Artemis z niedowierzaniem podniosła z ziemi duży, spiralny kształt. Powiodła wzrokiem po platformie. Nie ma tu nawet trawy, tylko muszle. Na wysokości stu metrów? Podłoże stanowiły miliony częściowo pogruchotanych pozostałości zewnętrznych szkieletów mięczaków. Zalegały skałę niczym chrzęszczący kobierzec. Dla mnie jednak to nie była nowina. Poczułam w brzuchu nagły ruch, mocny, zdecydowany, jakby gniewny.
Wiedziałam, o co chodziło. Przesadziłam. Dalej nie idę. Muszę odpocząć kilka godzin. Ruszyłam pod odległe kępy krzewiastych asia ka przemieszane z wysokimi palmami tenoshi. Wiedziałam, że tam już nie będzie muszel. Znajdziemy zacisze, a ja wreszcie coś do zjedzenia. Kiedy podeszłyśmy do lasu składającego się z szeregu mieszanych zagajników, pomiędzy którymi widniały kępy traw, przywitał nas charakterystyczny zapach. „Co to?” — zapytała Artemis. „Owoce lai” — wskazałam na leżące pomiędzy kępami wielkie i brzydkie bulwy.
Wyglądały jak zmutowane ziemskie ziemniaki, którym ktoś dodał dziesiątki ramion. Nieproporcjonalne, poskręcane, szaroniebieskie, właściwie sine, podobnie jak liście tenoshi, z których odpadły. „To jest ta singuliańska papaja? Ponoć bardzo smaczna”. „Smakuje wielu ludziom” — odparłam, biorąc do ręki jeden owoc i ciężko siadając w cieniu asja K. Androidka usiadła obok. „Daj worek”. Znalazłam zestaw noży. Wyjęłam średni, poodcinałam szpetne odrosty i rozkroiłam owoc. Teraz zapachniało mocniej.
W środku był apetyczny różowy miąższ. Wydłubywałam go nożem i jadłam. Jadłam na siłę. Nienawidziłam owoców lai. „Próbowałaś wyemitować mayday?”. Oczywiście, jak tylko stanęłyśmy na klifie. „Niestety na razie udało mi się osiągnąć zasięg tylko do 10 kilometrów”. To była zła wiadomość. 10 kilometrów to nawet nie połowa odległości do widzianego horyzontu. „Myślisz, że jeszcze musisz schnąć?
Czy problem jest gdzie indziej?”. „Jeżeli tylko sól nie dokonała większych zniszczeń, myślę, że za parę godzin promień mojego sygnału wzrośnie”. „A jeśli wespniemy się na tę górę?”. „Będzie lepiej oczywiście”. „Powinnam się przespać. Nie spałam kilkadziesiąt godzin”. „To ponoć dla Singu nie problem”. „Do pewnego momentu”. Wyrzuciłam resztki lai. O dziwo, chyba mojej lokatorce owoc zasmakował, ponieważ przestała kopać i poczułam jej spokój.
Nie wiedziałam, jakim dokładnie tempem idzie rozwój płodu, ale tego nie wiedzieli nawet ci mądrale transginekolodzy z Human. Byliśmy z Mattem jedenastą parą mieszaną, ale pierwszą, której pozwolili na rozwijanie się płodu poza Księżycem. Miałam urodzić na Singulian, ponieważ na podstawie wcześniejszych przypadków zakładali, że genom Singu będzie w tej konfiguracji mocniejszy. Miałam się meldować co trzy humanosole — dłuższe od marsjańskich o 24 godziny. Już sam ten fakt sprawiał, że na Human musiała panować teraz panika. Wiedziałam, że szukają mnie przez wszystkie międzyplanetarne instytucje. Zapłodnienie jaja Koa nasieniem ziemskiego mężczyzny kosztowało miliony międzygalaktycznych, żółciutkich jak złoto kredytów. A wszystko finansowały międzyplanetarne instytucje, z którymi Human musiał się rozliczyć co do grosza. Inaczej nie dostaliby dalszych dofinansowań. Każda wpadka była ryzykowna, bo czekali na nią wciąż liczni na Ziemi, Marsie, ale na Singulian przede wszystkim alienofobi.
I wyobrażałam sobie szefów projektu profesorów Jairu Funaliko i Annara Frederickssena, ślęczących teraz wraz ze sztabem techników nad urządzeniami namierzającymi i klnących, że dali się namówić na niewszczepianie mi czipa, tylko danie mi pluskwy do ręki. Miałam ją nosić zawsze przy sobie. Zgubiłam już podczas strzelaniny na Najdin. Dałam im o tym znać podczas lotu na Singulian i miał w Tsung Ang czekać przedstawiciel Centrum Mieszania Gatunków i Ras z kolejnym czipem, ale się nie doczekał. Jeżeli więc dziecko w moim łonie rozwijało się tempem singuliańskim, to od czasu zapłodnienia in vitro do poczęcia miałam najwyżej dwa miesiące, co oznaczało, że zostałyby jeszcze zaledwie cztery tygodnie. Czułam jednak, że to potrwa zdecydowanie dłużej. „Oby” — pomyślałam, ponieważ urodzić mogłam tylko poprzez rozcięcie mojego brzucha. Sama przecież tego nie zrobię. Potrzebowałam sterylnej sali operacyjnej. Nawet jeżeli Artemis, co było prawdopodobne, ma wczytane jakieś programy położnicze.
Nie dyskutując dłużej z androidką, zwinęłam się w kłębek na największej kępie trawy. „Pilnuj, proszę” — zdołałam jeszcze szepnąć. Zasnęłam natychmiast. Obudził mnie krzyk: „Wynocha, wynocha stąd!” — a po nim charakterystyczny syk laserowego strzału. Poderwałam się na równe nogi. Zobaczyłam Artemis z pistoletem w dłoni. W odległości kilku zaledwie metrów leżało wielkie pierzaste ciało kamoe. Smużka dymu unosiła się z paskudnej rany w piersi. Oczy ptaka już gasły. Otwarty dziób ukazywał rząd małych haczykowatych zębów.
Kilkadziesiąt metrów dalej z gniewnym wrzaskiem wirowało całe stado, ale nie zbliżały się. Dostały nauczkę. „Bardzo dobrze” — pochwaliłam. Usiadłam. W głowie mi szumiało od niewyspania. „Jak długo spałam?”. „24 godziny”. „Mało. Żaden Ziemianin tyle nie sypia”. „I żaden Singu” — uśmiechnęłam się do Artemis.
Odwzajemniła uśmiech. Znów wydała mi się bardzo piękna. „Singu muszą spać najmniej po 40 godzin, żeby się zregenerować. Za to potem możemy funkcjonować bez spania nawet 100”. „Przecież wiem”. Przybliżyła się i nagle objęła mnie, patrząc mi w oczy. „O, a to co znaczy?” — pogładziłam jej miłe, gęste, przystrzyżone na krótko włosy. „Kiedy spałaś, zresetowałam się”. „I?”. „Zaczął działać pistolet”.
„I?”. „Zwiększył się zasięg sygnału”. „I?”. „Nie jestem własnością Sławka. Mam prawo do własnych wyborów”. Mocno przycisnęła usta do moich. Poczułam jej przyjemny, lekko chropowaty język. Z punktu widzenia humanoida trudno byłoby uznać ten pocałunek za spontaniczny, ale na pewno był namiętny. Język Artemis obracał się w sekwencji trzy w jedną, dwa w drugą i po chwili ten automatyzm wzbudził u mnie falę ogromnego podniecenia. Jej ręce znalazły z tyłu zapięcie mojego kombinezonu.
Rozpięła go i bardzo sprawnie ze mnie ściągnęła. Zazwyczaj lubię być aktywną podczas seksu, ale w przypadku Artemis zrozumiałam, że to jej powinnam zostawić inicjatywę. Cały jej system był teraz nastawiony na sprawienie mi przyjemności. Było to wpisane w jej program. Poddałam się więc jej woli, jak nakazywały wszystkie instrukcje współżycia z Nexusem 2200. Położyła mnie na trawie, zdjęła mi buty i od razu zanurkowała pomiędzy moje nogi. Znalazła niewielką pochwę i na tyle, na ile mogła, wsadziła do niej język. Pochwy Koa są małe, głębokie zaledwie na dwa do trzech centymetrów, wąskie na półtora. Nie jesteśmy w stanie odbyć stosunku płciowego z obdarzonym normalnym penisem Ziemianinem, Marsjaninem czy Kanpikaninem. O Jalantach nawet nie wspominam.
Dlatego robimy to analnie. Ale za to seks oralny z przedstawicielami innych gatunków jest tak samo dobry jak stosunek. Artemis zdołała wsadzić zaledwie jedną trzecią języka, a już dotarła do łechtaczki. Łechtaczki Koa też są małe, ale za to bardzo łatwo je pobudzić. Tutaj automatyzm ruchów języka androidki okazał się jeszcze bardziej podniecający. Po bardzo krótkiej chwili poczułam nadchodzący orgazm. Krzyknęłam, gwałtownie prostując nogi i wtedy mój brzuch poruszył się gniewnie. Całe podniecenie minęło. „Poczekaj” powiedziałam, delikatnie wypychając głowę Artemis spomiędzy swoich nóg. „Już wystarczy”.
Popatrzyła na mnie z wyrazem niewinnego rozżalenia, jak dziecko, któremu nagle i bez żadnego powodu odebrano zabawkę. „Nie podoba ci się seks ze mną?”. „Bardzo mi się podoba Sejonstu”. Przytuliłam ją do siebie. „Ale chyba nie podoba się komuś innemu”. Spojrzałam wymownie na swój brzuch. Artemis wyciągnęła rękę. „Mogę?” — zapytała. „Proszę”. Byłam zdziwiona, ale i zaintrygowana.
Przyłożyła swoją piękną, jasną, kobiecą dłoń do mojej szmaragdowej skóry. Chwilę trwała w bezruchu. „To dziewczynka” — oznajmiła nagle. „Skąd wiesz?”. „Zrobiłam USG”. „Potrafisz?”. „Tak. Ukończyłam kurs położniczy”. „To świetna wiadomość”. Pocałowałam ją w usta.
„Może się bardzo przydać”. „Nadal czuć cię rybą” — uśmiechnęła się. Po czym dodała: „Ona rusza się, bo chce jeść, a ty zajmujesz się seksem”. „Przez ciebie” — przekomarzałam się z nią, zakładając kombinezon i buty. „Potrafisz rozpalić ognisko?”. „Tak”. „To zrób to, proszę. Ja zajmę się oprawieniem kamoe”. „Masz zamiar to jeść?”. „Oczywiście.
Singu od wieków jadali kamoe. Dlatego się nas boją”. „Ale na ciebie chciały napaść”. „To właśnie mnie dziwi”. Zastanowiłam się. „Może chodzi im o dziecko?”. „Może”. Po kilku chwilach płonęło już piękne ognisko z gałęzi asiacaa. Artemis poradziła z tym sobie bardzo sprawnie. Nie miała zbyt wiele roboty, bo suche gałęzie walały się wszędzie, a resztę załatwiło trochę benzyny i strzał z laserowego pistoletu.
Płomienie buchnęły wysoko. „Miałaś rozpalić ognisko, a nie spalić ten zagajnik” — pogderałam trochę, nakładając tuszkę ptaka na zaimprowizowany rożen z młodej gałęzi tenoshi. Roześmiała się. Zrozumiała żart. „Twarda jesteś jak na humanoida nieewoluowanego” — stwierdziła. „Nieewoluowanego, czyli jakiego?”. „Nie technoczłowieka. Tak uważamy”. „My, czyli kto?”. „Ja i inni technoludzie”.
„Widujesz się z innymi takimi jak ty?”. To była następna ciekawostka. „Czasem umawiamy się na mieście obgadać ludzi przy szklance coca-coli”. „Wymieniacie się informacjami?”. „No właśnie. Rozmawiamy też o innych humanoidach. Opowiadałam moim przyjaciołom o tobie, bo jesteś jedyną Koa Singu, którą znam bliżej”. Milczałam chwilę. Nie wiedziałam, co o tym sądzić. „Pamiętasz dzieciństwo?” — zapytałam, ponieważ postanowiłam coś sprawdzić.
„Oczywiście”. „A co szczególnie?”. „Naukę. Dużo się uczyłam” — odparła pewnie. „A kontakty z rówieśnikami?”. „Miałam indywidualny tok nauczania”. „Dlaczego?”. „Byłam chorowita”. „A rodzice jacy byli?”. „W jakim sensie?”.
„No czy dobrzy, troskliwi, czy może krzyczeli? Zbyt dużo wymagali?”. Milczała przez chwilę. „Słabo ich pamiętam. Chyba dobrzy i troskliwi, skoro miałam indywidualny tok nauczania. Dlaczego mnie tak wypytujesz?”. „Czyli nie ma świadomości tego, kim w istocie jest” — pomyślałam. — „Wydaje jej się, że jest człowiekiem, tylko technologicznie ewoluowanym. To jednak wielka różnica”. „Masz jeszcze coca-colę?” — zmieniłam temat, bojąc się, żeby nie przekroczyć jakiejś granicy.
„Ostatnią puszkę”. „Dasz radę funkcjonować bez żadnych płynów konserwujących?”. „Kosmetyków” — poprawiła. W normalnych warunkach, czyli w mieście lub na statku kosmicznym, mogę funkcjonować pół ziemskiego roku bez niczego. Tutaj sprawa nie będzie już taka prosta. Morska sól daje się we znaki. Co może się stać? Różne rzeczy. Od zakłóceń elektroniki po reumatyzm technoczłowieka. Reumatyzm technoczłowieka?
Mogą zacząć źle funkcjonować ruchome części, szczególnie wszelkie metalowe wstawki stawów. Nie wszystko jest z tytanu? Nie. Są części z metali lekkich. Nie odezwałam się, ale pomyślałam, że jeżeli mamy tu utknąć na dłużej, wolałabym, żeby Artemis była w formie, kiedy przyjdzie czas porodu. Po oskubaniu i wypatroszeniu kamoe już wcale nie wyglądało imponująco. Okazało się to bez znaczenia, ponieważ po kilku kęsach średnio dopieczonego mięsa poczułam mdłości. Na siłę przełknęłam pięć kawałków i odrzuciłam napoczętą pierś. Przepiłam napojem z elektrolitami, którego jedyną puszkę Artemis wzięła z pontonu. Niedobre?
— zapytała androidka. Dziwne, bo kamoe zawsze mi smakowały, a owoce lai nie. Teraz jest inaczej. Masz teraz innego szefa kuchni. Artemis ponownie błysnęła poczuciem humoru. Szefową — poprawiłam. To prawda, jesteśmy tu we trzy. Same dziewczyny. Znów spojrzałam w te piękne, ufne oczy ziemskiej kobiety. Dlaczego ziemianie uważają, że androidy nie mają duszy?
Dlaczego są tak głupi? My, z Singu, nie budujemy sztucznych Koa, bo wiemy, z jaką odpowiedzialnością musielibyśmy się mierzyć. Taką samą, jak za wszystkich bliskich. Nikt z Singu nie wyrzuciłby takiej istoty z domu, nie wyłączył, nie zostawił, nie pogardzał nią i nie ranił. Już wieki temu Gario Shuí nauczał, że wszystko, co zrobi Singu, jest Singu. Ma jego duszę. Dlatego mamy specjalne rytuały niszczenia mebli, domów, żaglówek i stradolotów. Każdy Nexus 2200 byłby członkiem rodziny takim samym jak pozostali. To ogromna odpowiedzialność. Wiemy, że Kanpikanie, Ziemianie i Marsjanie śmieją się z naszych poglądów.
Jelanci na ten temat są dziwnie, jak na nich powściągliwi. Raz mówią to, raz co innego, ale wiadomo, co myślą, bo ich Dilaheim naucza tak samo. Racja — roześmiałam się i wstałam. — No, zbieramy się. Musimy wejść na tę górę i stamtąd spróbujesz wyemitować porządny sygnał. Poza tym będziemy mogły lepiej się rozejrzeć. Przed wyruszeniem w drogę podeszłam do brzegu urwiska. Najpierw spojrzałam w dal, na horyzont. Niebo coraz bardziej szarzało. Sejoncu chowało się za Naki Hari i już ostatnie jego promienie docierały do Singulianu.
Wszystko stawało się coraz bardziej niebieskie. Wkrótce zapadnie szary błękit Nai trwającej dwadzieścia ziemskich dni i nocy. Ale przedtem wydarzy się coś jeszcze. Potem spojrzałam w dół. Zobaczyłam, że ocean odkrył kilkanaście metrów plaży. „A więc zaczęło się” — pomyślałam. Wiedziałam, że musimy uciekać z półki klifu. Jej bezpieczeństwo było pozorne. Jeszcze tylko odprowadziłam wzrokiem wielką trójkątną płetwę prującą wodę nieopodal skalnego półwyspu, który teraz, po cofnięciu się wody, zdawał się być całkiem wysoki. A potem zobaczyłam drugą płetwę.
Czyli były już dwa urka. Nic, co chciałoby się dostać na wyspę albo z niej wydostać, nie miało szans. Wróciłam do Artemis. W drogę. Nie powiedziałam jej o bestiach. Nie chciałam jej martwić. Droga na szczyt, choć odległy zaledwie kilkaset metrów, zajęła nam sporo czasu. Przedzierałyśmy się przez gęste zagajniki kolczastych asiaka, pomiędzy którymi widniały placki miękkich porostów i nieco ścielącej się długimi warkoczami zielononiebieskiej trawy. Zastanawiałam się, czy poza kamoe coś tu zamieszkuje. Z nadzieją myślałam o tau, dzikich świniach, ale wątpiłam, żeby wyspa była dość duża do wytworzenia się populacji tych zwierząt.
Bardziej obawiałam się, że mogą ją nawiedzać wodno-lądowe ssaki typu atto. Wielkiej morskiej wydry, których masywne, umięśnione ciało osiągało z ogonem sześć metrów długości. Atto potrafiły świetnie pływać i znakomicie biegać. Były drapieżnikami doskonałymi. Nie bały się nawet mniejszych żarłaczy, a na lądzie nie miały sobie równych. I co gorsza, lubiły zamieszkiwać ciche wyspy z dala od miast Singu. Skończył się pas asiaka. Dalej był już goły stok składający się ze skały poprzetykanej mchem. Szło się nieco lepiej, ale tutaj stopy albo ślizgały się po łupkowatej skale, albo zapadały w mchowych kępach. Tuż pod szczytem zauważyłam dziwne kamienie.
Spore, czarne głazy, jakby celowo ułożone w krąg otaczający wierzchołek góry. Kamienie nie mogły pochodzić z wyspy. Krzemionka klifu była zbyt krucha, żeby odłupać takie otoczaki. Bardziej wyglądały na wydobyte z głębin Gusin pozostałości wulkanicznej skały. Ale kto to mógł zrobić? Domyślałam się. Moje podejrzenia potwierdziły się, kiedy stanęłyśmy na szczycie. Wierzchołek góry był ścięty, co brałam za naturalne ukształtowanie. Podejrzewałam początkowo, że mamy do czynienia z jakimś małym, nieczynnym od tysiącleci wulkanem. Potem, kiedy zobaczyłam kamienie okalające wierzchołek, nabrałam pewności, że płaskość szczytu nie była dziełem natury.
„Co to jest?” — zapytała Artemis, kiedy wspięła się i stanęła obok mnie. Powiodłam wzrokiem po kamiennych płytach. Czarnych, wygładzonych i mocno osadzonych w mchu. Widziałam wyryte na nich dziwne rysunki i znaki wypłukane przez deszcze i ledwie odcinające się od czerni skały. Rysunki przedstawiały nagich Singu z harpunami. Na niektórych płytach wyryto łodzie, a na największej pośrodku scenę grupową przedstawiającą wodne polowanie na... Przyjrzałam się. Nie, to niemożliwe. Starożytni Singu wbijali harpuny w urka. Wielką fantazję miał rzeźbiarz.
Znaków nie rozumiałam, ale kilka skojarzyło mi się z pisownią Saolatek. „To cmentarzysko” — powiedziałam. „Kogo?” — Artemis jak zwykle żądała precyzyjnych informacji. „Jakiegoś dawnego plemienia”. „Pre-Singulianie?” „Nie aż tak dawnego. Popatrz, oni wszyscy wyglądają już normalnie. Mają nogi i ręce, nie płetwy i używają łodzi. Wydaje mi się, że to starożytni Singu epoki wielkich Kryoriu”. „Ale polują na rekina”. „Nie na rekina, tylko na urka”.
„Naprawdę? To jest możliwe?” „Przy dzisiejszej technice nie ma problemu. Ale wtedy? Z harpunem? Nie wiem. Nie jestem historykiem, tylko astronautką. Wydaje mi się to jednak artystyczną fantazją”. Przeszłyśmy pomiędzy płytami, przyglądając się wyrytym na nich postaciom i scenkom. Było tam sporo wizerunków Kryoriu, których nie znałam. Tych wielkich, ale i całkiem małych.
Nawet znalazłam płytę, na której Singu trzymał na sznurze czy też łańcuchu małego gada szczerzącego groźne kły. Słyszałam na lekcjach historii, że starożytni Singu starali się udomowić niektóre Kryoriu i ponoć czasem się to udawało. Niestety, prawdę mówiąc, historia strasznie mnie nudziła i zazwyczaj na lekcjach patrzyłam w okno, obserwowałam przepływające ryby i myślałam o konstrukcji moich kolejnych skuterów wodnych. A potem, po szkole elementarnej czym prędzej uciekłam na kilka uczelni technicznych, na dobre zrywając kontakt z przeszłością Singulianu i innych światów. Oglądając cmentarzysko doszłyśmy do drugiego krańca wierzchołka. Niestety było tak, jak się obawiałam. Od strony południowo-wschodniej wyspa wznosiła się ku szczytowi góry łagodnym płaskowyżem. Optymizmem napawał jedynie fakt, że to nie strona północna. W przeciwnym razie byłybyśmy zgubione. Niestety, takie ukształtowanie wyspy bardzo ją predestynowało do zamieszkiwania przez Atto.
Szeroka plaża, łagodny stok z wielką ilością tenoshi i asiaka. Mnóstwo dobrych miejsc do spokojnego bytowania tych zwierząt. Wytężyłam wzrok. Na szczęście nie dostrzegłam żadnych śladów wodno-lądowego drapieżnika. „Tam jest następna wyspa albo jakiś ląd” — odezwała się nagle Artemis i wskazała kierunek. „Gdzie?” Niczego nie dostrzegałam. „Na skraju widzialnego horyzontu. Ty tego nie zobaczysz, ponieważ musiałam dokonać maksymalnego zoomu, żeby dostrzec zarys”. „Czyli ze trzydzieści ziemskich kilometrów, pomiędzy którymi są pewnie głębiny niewiele mniejsze. Możemy zapomnieć o wydostaniu się stąd”.
Usiadłam na mchu obok jednej z płyt starożytnego cmentarzyska. „No dobra, czas, żebyś wreszcie sprawdziła rzeczywistą moc swojego emitera”. „To nie będzie rzeczywista moc”. Artemis postawiła kanister z benzyną i zrzuciła worek z naszym skromnym dobytkiem. „Tylko w tej chwili możliwa”. „Dobra, próbuj”. Artemis stanęła prosto. Jej oczy znieruchomiały. Usłyszałam wyraźny dźwięk sekwencji sygnału radiowego. Skąd się wydobywał?
Prawdopodobnie z ust, ale tego dokładnie nie pamiętałam z instrukcji obsługi Nexusa. Wolno zaczęła obracać się wokół własnej osi. Trwało to dłuższą chwilę, po czym w oczy androidki powróciło życie. „Udało mi się wyemitować sygnał na tysiąc kilometrów w każdą stronę”. „Nie za wiele” — westchnęłam. „Jak sądzisz, czy jeszcze możliwa jest dalsza autonaprawa emitera?” „Nie wiem. System wciąż boryka się z nadmiarem soli. Myślisz, że to nie wystarczy, żeby usłyszała nas pomoc?” „Nie orientuję się dokładnie, gdzie jesteśmy. Wiem tylko, że na południowych rubieżach Gusin, a stąd wszędzie jest daleko. Wszystkie ważniejsze lądy są na północy.
Owszem, tutaj na południu jest sporo małych wysp, a na niektórych wybudowano porty kutrów i przetwórnie ryb. Nawet firma Rekili ma tutaj jakieś bazy. Ale czy tysiąc kilometrów wystarczy? Miejmy nadzieję, że sygnał odbierze któryś z kutrów i że kapitan okaże się rozgarnięty”. „Podałam nasze współrzędne”. „No myślę”. Poczułam w brzuchu gniewne kopnięcia. „Muszę coś zjeść”. Wyjęłam z torby lai i zjadłam dwa. Moja wcześniejsza awersja do tych owoców sprawiła, że początkowo żułam różowy miąższ z niechęcią, ale kiedy przełykałam, wszystko się zmieniało.
Wyraźnie czułam, że tej małej bestii brzydkie, słodko soczyste owoce pasują, bo natychmiast się uspokoiła, a mnie z każdym kolejnym kęsem powracał smak. „Jest jeszcze szansa” — zastanawiałam się głośno — „że będzie tu kołował do lądowania któryś z transportowców. Tędy lata się z Ganni i w ogóle z Plejad”. „Nie wiem, czy chciałabym widzieć kolejnych Gannijczyków”. „Nie przesadzaj. Większość alienów to porządne istoty. Nie wolno ich tylko wkurzyć. Mam wielu kolegów z Ganni. Znakomici piloci”. „To, że są znakomitymi pilotami widziałam, ale i tak wolałabym innych Plejadan.
Moja mała Sejonssu. Tam mieszkają istoty, których istnienie trudno sobie nawet wyobrazić humanoidowi”. „Ja potrafię sobie wyobrazić” — powiedziała z naciskiem. Oczywiście – odpowiedziałam, ale nie uwierzyłam. – Zerknij jeszcze na ocean wokół – poprosiłam. – Z przybliżeniem oczywiście. Artemis utkwiła wzrok w odległych wodach. – Czego mam szukać? – Wszystkiego, co wyda ci się inne. Nie minęła krótka chwila, kiedy oderwała wzrok od wody i spojrzała na mnie.
– Laylan, to... Niemożliwe. – Co zobaczyłaś? – zapytałam, choć już wiedziałam. – Jakby z jednej strony wody ubywało, a z drugiej przybywało. – Znów wyglądała na przestraszoną. – Sama zobacz. To widać i bez zoomu. – Wiem. – Wiesz?
Wstałam i powiodłam wzrokiem wokoło. Najbardziej jednak interesowała mnie strona północna, gdzie Naki Hari przytłaczał cały horyzont. Światło Sejoncu odbijało się już tylko od gazowego olbrzyma. Wszystko stawało się niebieskie. Tam, na północy, ocean wycofał się już około kilometra. Odsłonił dwudziestometrowe spadki i piękną czerwono-żółto-różową strukturę rafy Sze. Żałowałam, że nie jestem teraz na dole. Mogłabym nazbierać mnóstwo reiki, czyli małych i bardzo smacznych ośmiornic, które na ten krótki moment nie uciekają w głąb oceanu, tylko zaszywają się w wypełnionych wodą norach albo ostryg kaki zalegających milionami płycizny. A gdybym zbiegła w dół, to na styku z wodą mogłabym znaleźć wielkie kirei – krewetki dwukrotnie większe od ziemskich krewetek tygrysich. Ale to już było niebezpieczne ze względu na sporą ilość cwanych szisze, drapieżnych waleni, większych od dżukmiku, dziesięciotonowych, osiągających do piętnastu metrów długości i bardzo inteligentnych.
Dla zobrazowania mogę je przyrównać do skrzyżowania ziemskiego kaszalota z orką. Nauczyły się, że w czasie na Gusin Singu zbiegają na odkryte dno oceanu i szybko, zanim przyjdzie na Mnuto, starają się zebrać odkryte skarby wody. Od nich nauczyły się też tego urka. A może było odwrotnie? Któż to wie. Obejrzałam się na stronę południową. Tutaj przyciąganie Naki Hari stwarzało inny problem. Zastanawiałam się, jak wysoko jeszcze dojdzie woda. Na szczęście do łagodnie wspinającego się brzegu było bardzo daleko. Na oko ze trzy kilometry, więc teraz docierała zaledwie do początku lasku Asjaka.
Ale i tak wrażenie było niesamowite, jakby ocean szedł po nas wolno, cierpliwie, ale nieubłaganie. – Co to za zjawisko? – Na Mnuto. – Ten wasz przypływ. – Tak się zaczyna. Artemis analizowała dane. – Ale z moich informacji wynika... – Patrz – przerwałam jej. – Już jest. Na linii horyzontu od strony północnej coś się działo.
Pojawiła się tam biała kreska. Artemis dokonała zbliżenia. – Laylan. – Mocno chwyciła mnie za rękę. – Auć! Połamiesz mi palce. – Przepraszam, ale ty nie wiesz, co tam... – Wiem, co się tam dzieje. Spokojnie, Sejoncu, tutaj nic nam nie grozi. – Miałam przynajmniej taką nadzieję, bo fale na Mnuto miewały różne wysokości, w zależności od obecnej aktywności Naki Hari.
Tymczasem biała piana w oddali rosła w oczach, a po chwili wyraźnie było już widać, że to grzbiet ogromnej fali przemierzającej z dużą szybkością ocean. My nazywamy ją na Mnuto, ludzie tsunami, ale zasadnicza różnica polega na tym, że tutaj, na Singulianie dokładnie wiemy, kiedy przejdzie. Dzieje się to regularnie co czterdzieści dni podczas przypływu, który zaczyna dwudziestodniową Nai. Odpływ zaczynający Ihina jest spokojny, szybki wprawdzie i niosący inne niebezpieczeństwa, na przykład dla łodzi lekkomyślnie zacumowanych zbyt blisko brzegu, ale nie tak gwałtowny i nie tak niszczycielski. Dlatego właśnie wszelkie konstrukcje naziemne budowano albo na wysokościach, albo na z mozołem stawianych wielometrowych platformach. Ale czasem i to nie wystarczało, ponieważ siła na Mnuto zależała od obecnej aktywności Naki Hari. Raz na kilkadziesiąt lat bywały na Mnuto tak ogromne, że wdzierały się na wiele kilometrów nawet w wysokie lądy i zatapiały na chwilę większość wysp. Dlatego przyroda na wyspach była uboga, składająca się zazwyczaj z najbardziej odpornych Asjaka i Tenoshi, rzadko innych, bardziej wymagających gatunków flory. Na Mnuto, które do nas zmierzało, należało do mniejszych z normalnych. Odetchnęłam.
Wiedziałam już, że będzie dobrze. Artemis jednak wciąż ściskała mi rękę, nie kontrolując swojego mechanicznego uścisku. Zacisnęłam więc zęby, nic już nie mówiąc. Nie przypuszczałam, że potrafi przeżywać aż takie emocje. Fala była już blisko. Wielka, dziesięciometrowa, z białą grzywą. Wyglądało to przerażająco, ale wiedziałam, że jej energia jest powierzchniowa i nie będzie to groźne na Mnuto niosące, podobnie jak wielkie ziemskie tsunami, słup wody sięgający od dna do powierzchni. Przy głębokości Gusin skala takiego zjawiska byłaby niewyobrażalna. Fala zbliżyła się do wyspy. Ucichły wrzaski Kamoe.
Wszystko zamarło w jakimś lękliwym oczekiwaniu. Szum wody narastał. Zamieniał się w złowrogi syk, jakby rozwścieczonego węża. A potem usłyszałyśmy potężny huk, z jakim miliony ton wody uderzyły o klif. Ogromny gejzer wystrzelił w górę. Fala owinęła się wokół wyspy, błyskawicznie podnosząc poziom wody. Słony deszcz dotarł nawet tutaj do szczytu góry, pomimo że znajdowałyśmy się teraz około dwustu metrów nad poziomem oceanu. Zmoczył nas od stóp do głów, ale zaraz strumieniami spłynął z góry w dół pomiędzy odległe asja ka. Fala gnała dalej. Nasza wyspa zmalała o połowę.
Pod naszymi nogami trzepotało kilka nashinke. „Już po wszystkim” powiedziałam do mokrej Artemis i wreszcie wyswobodziłam dłoń z jej bolesnego uścisku. „Wszystko się przybliżyło” mówiła Artemis, patrząc na południową stronę wyspy. Ocean sięgał tam pierwszych asja ka. Niektóre drzewa były całkiem zatopione. Z wody wyglądały tylko ich rozczochrane zielononiebieskie czupryny. Te wyżej także tkwiły niskimi pniami w oceanie. Jeszcze wyżej lasek stał jak dawniej. Tylko leniwe strumienie słonej wody spływały ze wzgórza między drzewa i gdzieś niżej, poza naszym wzrokiem z cichym pluskiem powracały do Gusin. Od strony północnej nie było widać różnicy, ponieważ stok tutaj był stromszy, a zagajniki asja ka i tenoshi zasłaniały widok na półkę kończącą klif.
Postanowiłam, że muszę się tam przejść, zobaczyć jak wysoko wspiął się przypływ. Nie wiedziałam, czy za każdym razem osiąga półkę. Miało to znaczenie dla moich ewentualnych planów wędkarskich, gdyby przyszło nam tkwić na wyspie jeszcze wiele dni. Na razie jednak zabrałam się za oprawianie kilku świeżych nashinke ofiarowanych nam przez Namnuto. Już zbyt długo funkcjonowałam bez pożywienia pochodzenia morskiego. Owoce lai tylko na chwilę łagodziły mój głód, nie dostarczając składników odżywczych potrzebnych Singu, a lokatorka w moim brzuchu coraz uporczywiej dopominała się o więcej. Schowałyśmy się po zawietrznej stronie szczytu i Artemis ponownie zajęła się rozpalaniem ogniska. Tym razem nie poszło jej już tak sprawnie, ponieważ wszystko było mokre, a drewno trzeba było przynieść z odległego o sto metrów lasku. Nawet benzyna nie od razu pomogła, początkowo tylko osuszając, a nie rozpalając kolczastych gałęzi asja ka. Dopiero po dłuższej chwili ognisko zapłonęło wesołym blaskiem.
W szarym błękicie Nai ogień miał barwę pomarańczowo-niebieską. Podałam Artemis ostatnią puszkę coca-coli, a sama wzięłam się za smażenie dwóch solidnych tuszek nashinke. „Myślisz, że już nas szukają?” zapytała Artemis. „Policja singuliańska pewnie tak, ale na nich zbytnio bym nie liczyła”. „Dlaczego?” „Mają braki kadrowe i mnóstwo różnych spraw, najczęściej związanych z turystami. Poza tym właśnie wszyscy z Singu przenoszą się na jasną stronę planety. Straszny ruch jest teraz i zgłoszeń o zaginięciu policja ma tysiące. Nadzieją napawa jedynie fakt, że zostali przyciśnięci przez Ligę, do której z pewnością zwrócili się z Human. Jestem teraz warta kilka milionów kredytów”. „A nasi?” „Chłopaki siedzą w areszcie.
Rekili na pewno stara się wykorzystać znajomości i o ile go znam, wykorzysta. Może nawet już są na wolności. Pytanie, jak mają nas odnaleźć na tym bezmiarze oceanu bez żadnej wskazówki?” Analizowała dane. „To faktycznie duży obszar. Wiem, bo ukończyłam kurs astrogeograficzny”. Roześmiałam się z ironią. „No takie ziemskie Atlantyk i Pacyfik razem wzięte i pomnożone przez dwa. Spróbuję jeszcze raz wyemitować sygnał”. „Spróbuj”. Chwilę później dmuchałam na upieczone ryby i delikatnie samymi zębami, żeby nie poparzyć ust, odrywałam kawałki białego, smacznego mięsa.
Spoglądałam na Artemis, która tym razem zaparła się i bardzo długo tkwiła na szczycie. Widziałam, jak wiatr tarmosi czuprynę jej czarnych, krótkich włosów. Szybkoschnący kombinezon opinał jej doskonałą sylwetkę ziemskiej kobiety. Wiedziałam, że jako Singu jestem raczej odosobniona w swoich zachwytach nad urodą Ziemian. Dla większości przedstawicieli mojego gatunku ludzie są brzydcy, ale ja miałam swoje powody, żeby myśleć inaczej. Artemis skończyła nadawać i zeszła do mnie. Usiadła i dopiła resztkę coca-coli. „No i?” Pokręciła głową. „Nic dalej?” dopytywałam. „Może z dwieście, trzysta kilometrów”.
„No tysiąc trzysta kilometrów to już jest jakiś wynik”. „Normalnie potrafiłabym wyemitować sygnał do najbliższego satelity”. „Wiem”. Przybliżyłam się i pocałowałam ją w usta. „Nie martw się”. „Pojadłaś?” zapytała. „Tak”. „To możemy uprawiać seks?” Roześmiałam się. „Dobrze”. Zaczęłam rozpinać kombinezon, ale Artemis nagle znieruchomiała.
Patrzyła na ocean. „Co jest Sejong-u?” „Tam coś płynie”. „Gdzie?” Wskazała kierunek, ale ja niczego nie widziałam. „Jeszcze są daleko, ale wygląda, jakby płynęły od strony tamtej odległej wyspy”. „One?” „To są jakieś dziwne zwierzęta. Nie ryby i nie walenie. Jakby ogromne psy. Może wydry? Tak, właśnie. To ogromne wydry”.
„Cholera, to Atto. Dużo ich jest?” „Niewielkie stado. Zaraz. Osiem, nie, raczej dziesięć sztuk”. I ja już dostrzegałam na oceanie białe rozpryski. Atto płynęły po powierzchni, co wskazywało, że nie polują, ale przemieszczają się z miejsca na miejsce. Najczęściej jednak migrowały przy odpływie. Dlaczego robią to teraz, kiedy zaledwie rozpoczął się przypływ? Wniosek mógł być tylko jeden. Coś je przestraszyło.
Dopięłam z powrotem kombinezon. „Ile jest jeszcze energii w pistolecie?” „Końcówka. Może pięć strzałów”. „A wyładowanie elektryczne?” Tylko pół mocy, nawet na człowieka mało. Teraz zdałam sobie sprawę, jaką głupotą z naszej strony było rozpalanie ogniska za pomocą pistoletu, kiedy w worku miałyśmy profesjonalny zestaw ratunkowy z porządnym krzesiwem. Nie dopilnowałam tego, a u Artemis tym razem zawiodła logika. Lenistwo nigdy nie popłaca – powiedziałam bardziej do siebie niż do niej. „Nie jestem leniem” – zaprotestowała. Wiem. Westchnęłam.
Jedyne, na co możemy liczyć, to urka. „Myślisz, że jeszcze są?”. Nie przypuszczałam, że to powiem, ale mam taką nadzieję. Atto były coraz bliżej. Już wyraźnie widziałam ogromne łby, pyski najeżone kłami i wyciągnięte języki. Były szybkie w wodzie, ale na lądzie jeszcze szybsze. Nie istniało na Ziemi ani na Marsie lądowe zwierzę, które byłoby w stanie pokonać Atto. Może słonie. Sześciometrowe wydry, agresywne i sprytne, trudne do zabicia. Postrach dawnych Singu.
Wiedziałam, że już nas czują. Wyciągały szyje w stronę wyspy i chwytały zapach niesiony wzmagającym się wiatrem. „Co możemy zrobić?” – zapytała androidka. Stać i patrzeć. Atto były już całkiem blisko i wydawało się, że nic ich nie powstrzyma przed osiągnięciem naszej wyspy, kiedy urka zaatakowały. Ogromne rekinie paszcze wyłoniły się z oceanu, sunąc ku przerażonemu stadu z ogromną szybkością. Zakotłowało się na jasnoszmaragdowej wodzie rafy Shea. Woda zabarwiła się czerwienią. Atto zanurkowały, co było ich naturalną reakcją obronną. Pod wodą były na pewno szybsze i miały większe szanse.
Nie widziałyśmy, co dzieje się w głębinach. Tylko nowe plamy krwi pojawiające się na powierzchni świadczyły o rozgrywającym się tam dramacie. Z lądu nadleciały rozwrzeszczane kamoe. Krążyły nad wodą, co chwilę pikując, aby pochwycić jakąś część wnętrzności wypływających na powierzchnię. Nagle jeden Atto wyskoczył z wody na brzeg. W kilkunastu susach znalazł się pomiędzy zbawczymi drzewami asiaka. Po nim następne. W napięciu patrzyłam i liczyłam. Woda ucichła. Krwawe plamy rozmyły fale.
Tylko kamoa krążyły nadal niespokojnie, starając się wypatrzyć jakiś kąsek, który wypadł z ogromnych paszczy urka. Potem na powierzchni pojawiły się dwie ogromne płetwy, które prując wodę, nieśpiesznie oddaliły się ku północnemu brzegowi wyspy. Nie miałam złudzeń, że odpływają na dobre. Wciąż o nas pamiętały. Wyjęłam z torby karabin na flary. Zostało pięć Atto – powiedziałam. Przygotuj się i pamiętaj, żeby mierzyć pod lewą łopatkę. „Na pewno nas zaatakują?”. Nie odpowiedziałam. Załadowałam karabin i uważnie spoglądałam na lasek asiaka.
To był błyskawiczny atak. Wyskoczyły spomiędzy drzew w pełnym pędzie i od razu zrobiły oskrzydlający nas wachlarz. Wciąż były przerażone i w przerażeniu tym wściekłe. Chciały wyładować swój żal po utracie bliskich ze stada i dopaść te dwie mikre istoty na szczycie góry. Czuły nas przecież już wcześniej, kiedy płynęły. Być może to nasz zapach przytępił ich czujność i dlatego tak łatwo dały się dopaść urka. Artemis spokojnie wymierzyła i oddała trzy szybkie strzały. Trzy Atto poderwały się i ciężko zwaliły na mech i kamienie, a potem stoczyły z powrotem w stronę drzew, niemal tonowymi cielskami łamiąc suche konary. Ale dwa pozostałe były już bardzo blisko. Strzeliłam z karabinu do bliższego.
Ognista flara z sykiem uderzyła w szeroki pysk. Rozległ się skowyt. Atto zatrzymał się i trąc pyskiem o ziemię starał się ugasić płonącą sierść. Znów usłyszałam świst laserowego pistoletu Artemis. Zdjęła tego biegnącego od jej strony dosłownie w ostatniej chwili, kiedy już szykował się do skoku. Wielkie sześciometrowe cielsko uderzyło o ziemię tuż u naszych stóp. Wściekły ryk zamieniał się w gasnący agonalny charkot. Tymczasem ten z mojej strony ugasił płomień. Teraz poparzony, wściekły z bólu i przerażenia i mający tylko jeden cel: zabicie wszystkiego, co stanie mu na drodze, ruszył w moją stronę. Artemis wymierzyła pistolet.
Nacisnęła spust. Mały płomyk zatlił się przy lufie. Pistolet był wyładowany. Tak niestety jest z laserową bronią. Możesz stoczyć bitwę oddając kilkaset strzałów, ale potem musisz udać się do zbrojowni, żeby naładować broń ponownie. Dlatego stare pukawki na naboje mają swoje zalety, szczególnie w takich warunkach jak obecnie nasze. Atto w dwóch skokach był przy nas. Uchyliłam się błyskawicznie. Ostre jak sztylety pazury przeleciały centymetr od mojej twarzy. Widziałam nad sobą wielką paszczę najeżoną kłami i zwężone z wściekłości czerwone ślepia.
Chciałam sięgnąć do worka po noże. Wiedziałam jednak, że jest za późno. Zdołałam jeszcze uchylić się przed kolejnym ciosem ogromnej łapy, ale przez myśl przemknęło mi: to koniec. Nie widziałam, jak Artemis to zrobiła. Usłyszałam tylko głuchy łoskot, z jakim jej tytanowe ramiona ze splecionymi w jedną pięść dłońmi opadają na ogromny, szeroki łeb. Cios musiał być niesamowity, skoro od razu powalił wielkiego zwierza. Stracił tylko przytomność – krzyknęłam i wtedy wyjęłam z worka największy nóż. Maczetę właściwie. Wskoczyłam na ogromny grzbiet i rąbiąc z całej siły przecięłam tętnicę szyjną. Krew buchnęła gejzerem, znacząc karminem czarne skały, mech i moją twarz.
[04:03:05] - Komisarz Ligi do spraw Gospodarki Zasobami Wodnymi Galaktyki Tonshi Ro Lo z niechęcią patrzył na siedzących po drugiej stronie kawiarnianego stolika Rekili i tego Ziemianina. Nie dość, że został wyrwany na powierzchnię ze swojego przytulnego domku pod kopułą, to jeszcze musiał użyć całych swoich wpływów, żeby przekonać służbistego oficera singuliańskiej sekcji Międzyplanetarnej Policji do wypuszczenia za kaucją zatrzymanych i pozwolenia im na odpowiadanie przed sądem z wolnej stopy. Tonshi Ro Lo nienawidził pełnej przeciągów powierzchni. Bał się jej od czasu, kiedy ledwie przeżył huragan na Bokyo. Poza tym nie lubił być szantażowany, ale wiedział, że w przypadku Rekili nie ma wyjścia. Zbyt okrągłe sumki kredytów lądowały na koncie jednej z żon Tonshi Ro. Tak to ustalili, żeby teraz wypiąć się na biznesmena. W tej części Singulianu panował Ishi-Na. Było ciepło, nawet upalnie, ale od oceanu mocno powiewało. Tonshi Ro Lo ostentacyjnie owinął się połami lekkiego płaszcza z iluzjonu.
„Mówiłem, żeby usiąść w środku” – burknął. „Tutaj jest mniejsza szansa, że ktoś nas podsłucha” – odparł Rekili, mieszając słomką w wysokiej szklance z zielonym wanbu. „Nie przesadzasz? Jeszcze raz powtarzam: wszystko, co opowiedzieliśmy ci o Gergenie, to prawda”. Tonshi Ro Lo obrzucił niechętnym spojrzeniem Ziemianina. Jak on się nazywa? Bzsovski czy Bzozowski? Jakoś tak. Trudno było wymówić. To był wielki facet.
Nawet wśród ludzi musiał uchodzić za sporego. Dobrze zbudowany, z umięśnionymi rękami znamionującymi siłę, ale twarz miał łagodną i zamyśloną. Obracał w dłoniach szklankę z resztką singuliańskiego lagera. Tonshi Ro sięgnął do ucha, sprawdzając, czy translator jest włączony. „Pana kolega jest pod dobrą opieką” – powiedział, a urządzenie przełożyło jego słowa na angielski. – „Proszę się nie martwić”. „Dziękuję, panie komisarzu” – odparł Matt. – „Ale teraz bardziej martwi mnie kwestia Lai Lan. Szuka jej policja. Nadałem tej sprawie status priorytetowy, tym bardziej że przyszły odgórne wytyczne z CMG i R na Human.
Zostały rozesłane drony poszukiwawcze”. „Ile dronów?” – wtrącił Rekili. „Nie wiem, ale na pewno dużo”. „Nie żartuj, proszę. Przecież teraz wszystkie drony zajęte są przy wędrówce ludów pomiędzy strefami”. „Prowadzimy nasłuch, ale nie odebraliśmy jeszcze żadnego sygnału”. „A czy poza nasłuchem i dronami poleciały na tamtą półkulę jakieś kopter poszukiwawcze?” – dopytywał Matt. „Nie musiały lecieć, ponieważ mamy tam sporo dobrze zaopatrzonych w drony posterunków”. „Nie traktuj nas jak kretynów, Tonshi Ro” – spokojnie powiedział Rekili. – „Wiem, co tam mamy.
Mnóstwo baz rybackich i kilkanaście posterunków Policji Oceanicznej zajętej teraz sprawdzaniem sieci, czy nie są przekraczane normy. Posłali może pięć dronów i to wszystko, co zrobili w tej sprawie”. „Jest jeszcze straż rybacka, która robi to samo. Czego ty ode mnie chcesz, Reki? Najpierw załatwiłem, żeby was nie posadzono w jednej celi z tymi przyjemniaczkami z Żądła. Potem, nadstawiając swoją głowę, poręczyłem za was i wyciągnąłem z aresztu, a następnie wykłóciłem się z policją, żeby zintensyfikowali poszukiwania waszej zaginionej Koa. Nic więcej nie mogę. Na Hairo zaczął się Ishi-Na i mamy teraz okres migracji z półkuli południowej. Istne wariactwo. Nie ma wolnych patroli.
Naczelnik chciał mnie pożreć, kiedy go naciskałem”. „Przestań już pieprzyć”. Rekili był spokojny, ale nieugięty. Matt zerknął z uznaniem na drobnego Ako. „Wiem, że mógłbyś zrobić dużo więcej. Jeżeli jej nie znajdziemy, to co? Powiesz, że dawałeś łapówki? Razem pójdziemy na dno”. Zapanował impas. „Posłuchajcie” – komisarz opanował się pierwszy.
– „Z waszych zeznań wynika, że Lai Lan jest w towarzystwie sztucznego człowieka”. „Tak, to żeński Nexus 2200”. „Właśnie. Pomyślcie, czy gdyby przeżyły, Nexus nie wysłałby sygnału?” „Co pan sugeruje?” Matt starał się trzymać nerwy na wodzy. Już i tak zrobiło się wystarczająco nieprzyjemnie. „Wiem, że z Żądła wysłano w pościg myśliwiec z dwoma doświadczonymi pilotami”. „Skąd pan to wie?” „Tamten oficer wprowadził mnie w śledztwo i podobno tak zeznali ganijczycy. Ale nie o to chodzi. Rzecz w tym, że jeżeli mówią prawdę, to już raczej po Lai Lan i tym androidzie”. Zamiast się zdenerwować, Rekili i Ziemianin parsknęli śmiechem.
„Tonshi Ro, mówimy o Lai Lan, pamiętasz?” – powiedział Rekili. „No to dlaczego nie ma żadnego sygnału?” „Może coś się wydarzyło”. „Co? Spadły do oceanu i przeżyły?” Rekili zrozumiał, że dalsza rozmowa z komisarzem Ligi jest bezcelowa. Widział, że Tonshi Ro Lo nie chce się już angażować. Dobra. Dziękujemy za wszystko. Wstał, a Matt zrobił to samo. Robiłem, co mogłem. Tonshi Ro rozłożył ręce.
Rozumiem. Odwdzięczę się. Uścisnęli sobie dłonie. Tonshi Ro Lho patrzył, jak tamci wychodzą z kawiarnianego ogródka. Po drodze Rekki Li zatrzymał automatycznego kelnera, wskazał stolik i wyciągnął kartę. Przyłożył do widocznego na obudowie czytnika. Skrzynka z tacą na górze zaskrzeczała podziękowanie w dwóch językach: saolatek i angielskim, ponieważ zaopatrzona była w system rozpoznawania gatunku. Kiedy Ziemianin i Singu zniknęli za drzwiami, Tonshi Ro Lho wyjął holofon. Wybrał odbiorcę i nacisnął połączenie. Czekał chwilę.
Wiedział, że sygnał przemierza kilkanaście lat świetlnych dzielących dwie planety. Z przestrzeni wyłonił się drgający hologram. To był gruby, obleśny stwór. Wyglądem przypominał Ganniijczyka. Jego głowa, łeb raczej, zaopatrzona była w drapieżny pysk o małych, wrednych oczach. Ale zarówno kształt pyska, jak i cała reszta pół gadziej, pół ganniijskiej fizjonomii inne były aniżeli alienów. Stwór leżał rozwalony na sofie. Otaczał go harem samic różnych gatunków. Ziemianek lub Marsjanek. Tego Tonshi Ro nie potrafił rozpoznać.
Singu, Kungfu, Alienek, Kanpikanek. Ciekawe, że brakowało najbardziej chyba przez samców różnych planet pożądanych Yelantek. „Dzień dobry, panie Inul Subasaka” powiedział Tonshi Ro Lho. „Mów” rzucił krótko stwór. Nie ufam mu – stwierdził Matt. Szli w stronę bliskiego kosmodromu. Powinien już tam czekać międzykontynentalny stradolod Rekki Li, którym zamierzali dostać się na drugą półkulę. „Faktycznie, coś dziwnego wyczuwam w zachowaniu Tonshi Ro” powiedział Aco. „Jakby się bał”. Właśnie.
Matt zatrzymał się. O co chodzi? Myślę, że powinniśmy wyciągnąć Sławka ze szpitala. Rekki Li patrzył przez chwilę na Matta czarnymi, nieprzeniknionymi źrenicami bez białek. Może i masz rację. Zmienili więc kierunek i ruszyli do portu złapać najbliższy batyskaf. Musieli dostać się do strefy podwodnej, ponieważ tam usytuowano wszystkie szpitale w Tsung Ang. Okazało się, że Sławek był już w całkiem dobrym stanie. Tętnica zrastała się, a po kilku oparzeniach od siatki elektrycznej zostały tylko czerwone blizny. Kuśtykając i podpierając się laską mógł chodzić.
Po drodze Matt opowiedział mu o pobycie w areszcie, o tym, jak chcieli ich zamknąć razem z załogą Żądła, czterema wrednymi alienami, którzy skręciliby im karki natychmiast po wyjściu strażników i jak Rekki Li zadziałał prewencyjnie, uruchamiając Tonshi Ro Lho. Ale także o tym, że nie było żadnego znaku od Liland i Artemis i o podejrzeniach względem komisarza Ligi. Na kosmodromie dopadł ich przedstawiciel Międzyplanetarnego Centrum Mieszania Gatunków i Ras na Human. Młody doktor Singu, który przedstawił się jako Lun Li. Trząsł się z irytacji. „Jesteście państwo nieodpowiedzialni” — doskoczył do Matta. — „Gdybyśmy wiedzieli, że będziecie pakować się w strzelaniny i narażać płód na tak ogromne niebezpieczeństwo, nigdy byście nie zostali zakwalifikowani do projektu”. Niechże pan się uspokoi. Brzozowski wciąż starał się panować nad nerwami, ale było mu ciężko. Zamknął oczy i wziął kilka głębokich wdechów.
Pomyślał o jodze Icemana. Tylko nieco pomogło. Proszę mi wierzyć, że chcę ją odnaleźć bardziej niż pan. No i co pan zrobił do tej pory? Nic. Siedział pan w areszcie. Uwolnili się od Lun Li dopiero na płycie lądowiska. „Od dawna słyszy się o powiązaniach Gergeny z politykami z parlamentu Ligi” mówił Sławek, kiedy usadowili się w małym, ale wygodnym stradolocie pilotowanym przez młodego Singu. To nie tajemnica. Podobno wszczęto nawet jakieś dochodzenie, ale utknęło w martwym punkcie.
Jakby komuś nie zależało na drążeniu tematu. Coraz bardziej niepokoję się, że wpakowałem was wszystkich w większy pasztet — stwierdził Matt. Pasztet? Nie zrozumiał Rekki Li. Gówno — wyjaśnił Sławek. Matt. Rekki Li wyciągnął rękę i błoniastą dłonią uścisnął ramię Ziemianina. Jesteśmy przecież rodziną. Matt spojrzał na niego zamyślony. To samo cały czas powtarzała Natasza.
Dzięki Rekki. Połączyli się z Jelant. Krótko nakreślili sytuację Nataszy i Iriqua Nenie. Byli tam z nimi Erwin i Erchris. Wydaje mi się — podsumował Matt — że wy też powinniście uważać na siebie. Gergena ma długie ręce. „Spokojnie” powiedziała Iriqua Nena. „Tutaj na Jelant nie będą mieć łatwo”. Przecież Dziutna Nasolene jest na Jelant. Dziutna Nasolene właśnie zwija interes.
Przenoszą się na Ziemię. Dlaczego? Z różnych powodów. Teraz się tym nie przejmujcie. Szukajcie dziewczyn. Jeszcze w stradolocie Rekki rozwinął hologram mapy. Popatrzcie. Zrobił przybliżenie południowego wycinka. Po tej stronie planety nie ma praktycznie stałych lądów. Same archipelagi, ale niektóre bardzo stabilne.
Większych wysp jest kilka tysięcy. O cholera — jęknął Matt, kiedy uświadomił sobie ogrom obszaru poszukiwań. Wiem, że wygląda to przerażająco, ale musimy pamiętać, że na wielu wyspach usytuowane są porty rybackie. Moja firma ma tam cztery bazy z przetwórniami. O, tutaj, tutaj, tu i tu. Wskazał na przybliżeniu. Jak widzicie, rozrzucone od wschodu do zachodu. Poza tym są też inni przedsiębiorcy. Wszyscy prowadzą nasłuch, ponieważ już poinformowałem ich o sytuacji. Konkurujemy ze sobą w interesach, ale kiedy przychodzi do akcji ratunkowych, możemy na siebie liczyć.
Takie są zasady. My lecimy teraz do bazy na archipelagu Oroko Iyusai Iranimucu. O, tej tutaj. Przybliżył jeszcze bardziej wschodni wycinek oceanu, na którym widniało kilkadziesiąt malutkich kropek poukładanych w ledwie widoczne ciągi. To moja największa baza. Mam tam kilka kopterów poszukiwawczych. Dziwna nazwa — mruknął Sławek, kiedy translator przetłumaczył: „Miejsce, gdzie łatwo możesz oszaleć”. Chodzi o ogrom oceanu? Nie tylko. O co jeszcze?
Nazwa ma związek ze stosunkowo częstym zauważaniem na tym terenie bytności Jego. Kogo? Jego. Chodzi o Kangę? Rekki Lee zamachał rękami, jakby otrzymał postrzał w pierś. Cicho! Matt i Sławek spojrzeli po sobie. Ledwie zdołali powstrzymać uśmiech politowania. Naprawdę, proszę was o jedno: uszanujcie lokalne zwyczaje i starajcie się głośno nie wypowiadać tego imienia. Szczególnie kiedy wylądujemy w bazie.
Rybacy są najbardziej przesądni i nie ma lepszej metody na zrażenie ich do siebie, jak bezmyślne kłapanie dziobem na prawo i lewo. Okej, przepraszamy. Matt starał się rozładować sytuację. Muszę się napić. Rekki Lee wyciągnął z barku butelkę jakiejś wódki rodzimej produkcji i rozlał do kieliszków. Naprawdę wyglądał na przestraszonego. Matt pomyślał, jak niewiele trzeba, żeby z kogoś rozsądnego i poważnego stać się trzęsącym się idiotą. Ale zostawił tę konkluzję dla siebie. Widywał już podobne przypadki na Ziemi, na rodzinnym Podhalu. Obszar jest ogromny i niebezpieczny — podjął Rekki Lee po wychyleniu dwóch kieliszków.
— Jedyną naszą nadzieją jest Artemis. Najbardziej właśnie martwi mnie ten brak sygnału — powiedział Sławek. Bądźmy dobrej myśli. Na miejscu zdobędziemy więcej informacji. Robiło się coraz ciemniej i wkrótce wlecieli w szary błękit strefy Nai, spowijający teraz południową półkulę. Tutaj wyraźniej widzieli górującego nad Singulianem gazowego olbrzyma. Naki Hari zdawał się niemal dotykać horyzontu. Majestatyczny, groźny i piękny. Po kolejnych dwóch godzinach lotu z prędkością trzech machów stradolot obniżył się nagle i uwolnili się od niebieskich chmur. Pod nimi roztaczał się ogrom Gu-Sin.
Matt patrzył na kilka wysepek w dole, z tej wysokości wyglądających jak ziarnka zielonego pieprzu rzucone do monumentalnego, ciągnącego się po horyzont i zdającego się nie mieć końca granatu wód. Ten ogrom przytłaczał i Matt przez chwilę doznał poczucia rezygnacji. Otrząsnął się jednak szybko. Wiedział, że teraz nie może się poddać. Jeszcze nie. Ponownie wziął kilka głębokich wdechów, odpychając od siebie najczarniejsze scenariusze. Zapragnął jak najszybciej znaleźć się za sterami koptera. Ziarenka zbliżyły się, aż w końcu okazały się dwoma całkiem sporymi wyspami otoczonymi kilkunastoma mniejszymi. Wyłonił się duży port otoczony wysokim falochronem. Cumowało tam teraz zaledwie kilka jednostek.
Większość kutrów łowiła na oceanie. Poza portem ciągnął się sznur półokrągłych i podłużnych hal dużej przetwórni, a za nimi spore lądowisko z kopterami. Za lądowiskiem kopterów usytuowana była strefa habitalna. Mnóstwo małych półokrągłych kopułek, jak wkrótce Matt się przekonał, stanowiących dachy zaledwie sporych pomieszczeń w trzech czwartych znajdujących się pod ziemią. Tak broniono się przed skutkami morderczych huraganów, które każdego roku przewalały się w tej części Singulianu. Czekała na nich niska, dość korpulentna ziemianka o mongolskiej twarzy. Namiętnie pocałowali się z Rekki Lee. Panowie, pozwólcie, że przedstawię wam moją ziemską ukochaną Tulę Virtanen. Tula, to jest Matt Brzozowski, ten drugi partner Lai Lan, o którym ci opowiadałem. A to Sławomir Kętrzyński, nasz wspólny przyjaciel.
Miło mi. Tula miała ciepły, miły uśmiech. Trudne macie panowie nazwiska. Słowiańskie? Mówiła w saolatek, czyniąc użytek z translatora. Zapewne po to, żeby Rekki Lee ich rozumiał. Tak jest — odparł Sławek, szarmancko się kłaniając. Tak się złożyło, że obaj pochodzimy z euroregionu Polska. A pani jest, zdaje się... Zawiesił głos w oczekiwaniu.
Finką, a właściwie Laponką. Wsiedli do poduszkowca transportowego, którym przyjechała po nich Tula. Są jakieś dodatkowe wieści? — zapytał Rekki Lee. Niestety są — odparła Tula. Co znaczy to niestety? W kwadracie wschodnim już pół Nai wciąż leje. Nieustannie. Deszcz się nie przesuwa? Nie.
Rekki Lee wziął głęboki oddech. To jeszcze nie wszystko — ciągnęła Laponka. Widziałeś kutry w porcie? Tak. Właśnie zastanawiałem się, dlaczego nie pracują. Oni łowili właśnie w tamtym rejonie. Wczoraj wrócili w panice i do tej pory piją. Usłyszeli głos? Tula pokiwała głową. Co usłyszeli?
O co chodzi? — dopytywał się Matt. Rekki Lee spojrzał na nich. Milczał
[04:21:22] - Jakiś czas potem schodziłam po stromym zboczu w dół w kierunku klifu. Wcześniej upewniłyśmy się, że wszystkie atto są martwe. Jeszcze jednego musiałam dorżnąć. Potem wypatroszyłam najmniejszego. To był młody samiec. Jego wnętrzności były puste, co wskazywało, że zwierzęta nie jadły od wielu godzin. Z trzewi wyjęłam tylko wątrobę i serce. Zastanawiałam się, czy nie oprawić go całkiem i nie zyskać trochę łykowatego mięsa, ale kiedy zwymiotowałam od samego zapachu, dałam spokój. Singu nie znoszą smaku lądowych ssaków, ale chyba jeszcze bardziej nie znosiła ich moja mała. Odrzucało mnie.
Wciąż dopominała się o owoce lai i ryby. Zawlekłyśmy więc, właściwie Artemis to zrobiła, martwe atto jak najdalej w głąb lasku Asia Ka od południowej strony wyspy. Tam znalazłyśmy wolną przestrzeń, coś w rodzaju polany z mchu i porzuciłyśmy truchła. Krążące od dłuższego czasu ponad naszymi głowami stado kamoe rzuciło się natychmiast do piekielnej uczty. Słychać było tylko ich przypominające upiorny chichot wrzaski. „Jesteś tam?” – powiedziałam do mikrofonu krótkofalówki. „Jestem.” – zniekształcony głos Artemis. Krótkofalówka trzaskała i szumiała, ale przynajmniej okazała się naładowana. Miała krótki zasięg do dwudziestu kilometrów, bo przeznaczono ją właśnie na takie sytuacje jak nasza. Szkoda, że twórca zestawu ratunkowego nie pomyślał, że nadajnik może ulec uszkodzeniu i nie zaopatrzył skrzynki na pontonie w prawdziwe krótkofalówki zamiast zabawek dla dzieci.
Głupia oszczędność to cecha, która zawsze mnie wkurzała u mojego gatunku. „Uważaj tam, bo urka zniknęły z tej strony. Wiedzą, że schodzę do wody i teraz pewnie będą czatować na mnie przy półce klifu.” „To na pewno dobry pomysł to twoje wędkowanie?” „Najlepszy, jaki w tej chwili mam. Ostatecznie nazbieram po drodze trochę owoców lai. Mała musi jeść.” „Uważaj na siebie.” „A ty obserwuj i emituj sygnał co jakiś czas.” „Dobrze.” Szybko pokonałam zagajniki Asia Ka i Tenoshi. Zapakowałam do worka kilkanaście owoców lai, po czym przedarłam się przez ostatni, najgęstszy pas drzew i stanęłam na początku półki. Tak jak oceniałam, obecny namnuto sięgał poziomu stu metrów i teraz prawie cała półka tonęła w wodzie. Tylko ostatnich kilkanaście metrów zostało odsłoniętych, ale bynajmniej nie suchych. Wszędzie ślisko, mokro i grząsko. Zapadałam się w mchu po kolana, więc starałam się skakać z kamienia na kamień, ale na kamieniach ślizgałam się i parę razy boleśnie stłukłam kolana.
Nie podchodziłam do wody i w ogóle nie wychodziłam spomiędzy linii ostatnich drzew. Oceniłam wprawdzie, że głębokość nawet przy końcu półki nie będzie większa niż metr, może półtora, ale nie wiedziałam, jak wielka jest determinacja urka, żeby nas dorwać. One tak miały. Często z uporem krążyły wokół kutrów rybackich, czekając, aż skończy się środek odstraszający. Dlatego teraz wszystkie kutry posiadały kilka zabezpieczeń: od sygnałów dźwiękowych do baterii działek wielorybniczych. Niemniej rybacy wkurzali się bardzo, bo zamiast łowić i zarabiać kredyty, musieli prowadzić wojnę z upartymi bestiami. Ledwie stanęłam, woda za klifem rozwarła się niczym lej po bombie i jeden urka wysunął gigantyczny łeb na półkę. „No i co draniu?” – krzyknęłam. „Za daleko.” Urka zsunął się z gniewnym westchnieniem. Wiedziałam, że nie tylko ja schroniłam się przy płyciźnie.
W krystalicznie czystej wodzie dostrzegałam tysiące niewielkich rybek. Większość z nich były to akuaja, ale pomiędzy nimi zauważyłam kilka nashinke, a nawet sabi. One właśnie stały się moim celem. Wyjęłam z worka plecionkę, haczyki i ciężarki. Szybko zrobiłam tradycyjny singuliański zestaw, znany także ziemskim ludom morskim. Była to linka z kilkoma haczykami przywiązanymi w równych odległościach na krótkich przyponach i zakończona dużym ołowianym ciężarkiem. Ziemianie nazywali to choinką. U nas funkcjonowało wiele nazw, w zależności ile haków zastosowano i na jaką przynętę łowiono. Odwinęłam z kawałka skóry wątrobę atto. Już zaczynała śmierdzieć, co stanowiło dobrą okoliczność.
Pokonując mdłości pokroiłam wątrobę na małe kawałeczki i delikatnie nabiłam je na średniej wielkości haczyki. Odwinęłam ze szpuli kilkanaście metrów linki, zakręciłam nad głową i delikatnie rzuciłam. Starałam się trafić w środek odległości od brzegu półki, raczej bliżej mnie. Potem usiadłam między kolczastymi Asia Ka, trzymając linkę w dłoni. Urka zareagowały na plusk i ich dwie ogromne dwumetrowe płetwy grzbietowe pojawiły się tuż przy krawędzi klifu. Nie podejmowały jednak kolejnych prób. Szybko się uczyły. Wolały czekać na mój błąd, na kilka kroków za dużo, które nieopatrznie zrobię w kierunku krawędzi. „Czekajcie sobie, czekajcie” – krzyknęłam. Wiedziałam, że je wkurzam.
Trzymałam w dłoni linkę i po krótkiej chwili poczułam pierwsze szarpnięcie, ale nie podrywałam ręki. Czekałam dalej. Po kolejnej chwili szarpnęło mocniej i to już nie raz, a trzy, może cztery razy. Zacięłam ręką i poczułam miły ciężar. Zwinęłam zestaw. Na brzegu wylądowały dwa nashinke i jedna piękna sabi. Jeszcze raz założyłam kawałki wątroby na dziesięć haczyków i ponownie rzuciłam zestaw. Tym razem spróbowałam łowić dalej. Miałam nadzieję, że dla urki to nie były atrakcyjne kąski i że nie zniszczą mi zestawu. Faktycznie bez problemów wyjęłam dwa kolejne sabi.
Urka nawet się nie pokazały. Stwierdziłam, że na razie mam wystarczająco dużo ryb i tak nie zjem ich naraz. Pomyślałam, że upiekę wszystkie, robiąc sobie zapas, a potem muszę się przespać przynajmniej kolejne 24 godziny. „Inaczej padnę” — mruknęłam do siebie. Filetowałam ryby, raz za razem spoglądając na głębię koło półki. Dziwne, ale od dłuższego czasu nie widziałam Urka. Czyżby coś kombinowały? Wyrzuciłam szkielety do wody daleko, prawie na granicę głębiny. Urka nie zareagował. Poczułam mokre trącenia na dłoniach.
Kiedy wzniosłam głowę, żeby spojrzeć w niebo, pierwsze duże krople padły na moją twarz. Deszcz Nai był piękny, błękitny jak cały świat wokoło. Coraz gęściej padał z szarobłękitnych chmur. Uderzał w spokojny ocean i duże liście tenoshi. Jednocześnie ta blada niebieskość była zimna i w odbiorze bardzo smutna. Nie był to świat dla osób depresyjnych, dlatego Międzyplanetarna Organizacja Zdrowia odradzała humanoidom przebywanie w ciemnych strefach Singulianu. Nawet współcześni Singu, jeżeli tylko mogli, woleli emigrować na ten czas na drugą półkulę. Dobrze natomiast czuli się tu niektórzy obrzydliwcy. Nauczyłam się tego określenia od Mata i podobnie jak kilka innych ziemskich słówek nie chciało się ode mnie odczepić. Na przykład Paramianie.
Ślimaki tłumnie przybywali do naszych kurortów w okresie Nai. Dostarczało to Singu wielu kredytów, a obsługujący ruch wycieczkowy w okresie błękitnym świetnie zarabiali, ponieważ chętnych do tego zarobku było niewielu. Deszcz przybierał na sile. Chwilę trzymałam głowę do góry, napawając się przyjemnym chłodem i oblizując ciemnogranatowe wargi ze słodkiej wody. Potem, nie przecierając twarzy i pozwalając strużkom wody spływać z czarnozielonych dredów na oczy, wróciłam do pracy. Zaczęłam pakować filety do worka, kiedy znienacka zakotłowało się na głębinie. Wielkie ogony Urka uderzyły o taflę, wzbijając gejzery. Potem chwila ciszy i znów kocioł. Co się dzieje, do cholery? Fala, którą wzbudziły bestie, dotarła do mnie, z szumem uderzając o pnie asiacaa.
Zauważyłam smugi jasnoróżowej krwi. Czyżby coś dorwały? Jakiegoś yukimiku albo ischien? I ponowny kocioł. Chwila ciszy. Naraz oba Urka wyprysnęły z wody. Teraz dopiero mogłam właściwie ocenić, jak są ogromne. Przesłoniły całe niebo. Chwilę zawisły w powietrzu i ciężko opadły. Wielka fala uderzyła mi w twarz.
Chwyciłam najbliższe gałęzie i ledwie utrzymałam się pomiędzy drzewami. Przemknęło mi przez myśl, że to może jakaś nowa taktyka, żeby mnie dorwać. Ale one wyskoczyły ponownie i wtedy zauważyłam, że to walka. Dwa ogromne Urka walczyły ze sobą. Potężnymi paszczami zadawały sobie głębokie rany. Coraz więcej krwi przynosiły fale. Wycofałam się wyżej, przez chwilę spoglądając na to rzadkie zjawisko. Urka walczą ze sobą tylko podczas godów, które przypadają na środek okresu jasnego. O co im poszło? Poczułam niepokój.
Wyjęłam zza pasa krótkofalówkę i chciałam połączyć się z Artemis. Nie odbierała. „Halo, Artemis, zgłoś się” — powtórzyłam z dziesięć razy. Ruszyłam pod górę. Czasem tylko oglądałam się, żeby zobaczyć, czy Urka nadal walczą. Nie odpuszczały. Kotłowało się tam strasznie. Tylko oddaliły się na kilkaset metrów od brzegu. „Halo, Artemis”. Deszcz stał się błękitną ulewą.
Miałam na sobie nowoczesny astronautyczny kombinezon z osko wymyślony przez naszych inżynierów. Nieprzemakalny i oddychający jednocześnie. Dobry na zimno, upały, a nawet do pływania. Ale czułam, że podklejane i zgrzewane na gorąco szwy już puszczają na ramionach, bo pojedyncze krople deszczu przedzierały się do ciała. „Artemis, odezwij się”. Ślizgałam się po mokrych, łupkowatych kamieniach i zapadałam w coraz bardziej grząskim mchu pomiędzy nimi. Droga pod górę stawała się męcząca. „Artemis?”. Mroziło mnie coraz gorsze przeczucie. Starałam się biec, ale wtedy upadałam, tłukąc kolana i łokcie na skale albo wyłamując stawy w mchu.
Nie zważałam na smagające moją twarz gałęzie asiaka zakończone wrednymi kolcami i w końcu jeden z nich trafił, kalecząc mi policzek. Na dodatek w brzuchu zaczęła się mocna kopanina. Jego lokatorka także wyczuwała mój niepokój. Wybiegłam z lasu. „Artemis!” — krzyknęłam już nie do krótkofalówki, ale w powietrze. Widziałam ją na szczycie. Siedziała po turecku, twarz miała ukrytą w dłoniach i wydawała mi się taka samotna. A kiedy to sobie uświadomiłam, moje przerażenie wzrosło. „Sejohnsu”. Dobiegłam zdyszana, z trudem łapiąc powietrze.
Zrzuciłam worek z pleców i dopadłam Artemis. Objęłam ją. „Kochanie, co się dzieje?”. Spojrzała na mnie pięknymi oczami ufnego dziecka. Czy to błękitny deszcz na jej twarzy, czy łzy? Patrzyłam zdumiona. Czy androidy płaczą? „Mam pamięć” — szepnęła. „Oczywiście, że masz”. „Nie rozumiesz.
— pokręciła głową — Pamiętam także to, czego pamiętać nie powinnam. Mylili się”. „Kto?”. „Coś ci pokażę”. Wyciągnęła dłonie i od razu błysnęło pomiędzy nimi światło hologramu. Jakieś postaci rozrosły się do naturalnych rozmiarów. Zobaczyłam wnętrze obszernego laboratorium przypominającego mechaniczny warsztat. Wszędzie narzędzia i części ludzi: nogi, ręce, tułowia i, co gorsze, łyse głowy patrzące martwymi białkami. Zrozumiałam, że to nie ludzie, ale androidy. Nade mną pochylało się kilku ziemskich mężczyzn w granatowych uniformach z czerwonymi naszywkami NUC.
„Podnieśmy ją” — rzucił mały, łysawy, w dużych okularach z drucianą oprawą na nosie. Świat w hologramie zmienił pozycję. Teraz patrzyłam niemal z tego samego poziomu, co technicy. „No i jak?” — zapytał łysawy. „Zacne cycuszki”. Jasnowłosy przystojniak wyciągnął rękę w moją stronę. Spojrzałam tam. Jego dłoń bez żenady ugniatała moją pierś. „Patrz, podoba jej się” — zarechotał inny młokos, któremu na pryszcze mógłby pomóc Baxterson, ale on albo nie uznawał kosmetyków, albo zapomniał dziś zażyć. „No musi.
W końcu to jedno z podstawowych zadań żeńskiego Nexusa2200”. „Dlaczego? Przecież to nie są androidy-prostytutki”. „Niby nie, ale faktycznie mają służyć jako towarzystwo dla samotnych facetów lub lesbijek. Tylko na wyższym społecznym poziomie niż Sushi Girls” — tłumaczył łysawy. „I dlatego mają dawać dupy jak kurwy escort?” — śmiał się uradowany własnym poczuciem humoru blond przystojniaczek. — „Prawda, mała?”. „Tak, to prawda” — usłyszałam głos Artemis. — „Ale ten pilot, Kętrzyński wyglądał jak zakochany. Płakał, kiedy ją tu przywiózł.
Nie dawał się zbyć pryszczaty”. „Różne są zboki” — rechotali. „No dobra, bierzemy się dalej do roboty” — zarządził łysawy. — „To co, młody? Chcesz, żeby panienka pilota zrobiła ci dobrze?”. „A mogę?”. „Jasne. Musimy sprawdzić system oralny”. Przystojniak mnie szturchnął. „Hej, Artemis, chcesz obciągnąć młodemu?”.
„Tak, chcę”. Śmiali się głośno. „Ale kocham Sławka”. Śmiech ucichł. „Co ona powiedziała?”. „Że kocha Sławka”. „Kto to, kurwa, jest Sławek?”. „To ten pilot, debilu. Kętrzyński”. „Artemis, co znaczy, że kochasz Sławka?” — zapytał bardzo zaciekawiony łysawy.
„Kocham Sławka”. „To chyba jakiś błąd programu. Musimy ją potem jeszcze raz zresetować”. „Profesor Iljuszyn mówił, że wprowadzili jakieś inne modyfikacje” — wzruszył ramionami blond przystojniaczek. — „Ale nas nie wtajemniczali. Widocznie nam nie ufają”. „A chuj z nimi, pierdoleni jajogłowi” — żachnął się łysawy, któremu widać bardzo doskwierał brak zaufania ze strony kadry elektromedycznej. — „No młody, gacie w dół i wskakuj na stół” — zarymował. Młody wgramolił się na coś, na czym leżałam. Przyklęknął i przed oczami zobaczyłam jego penisa.
Na dole, w przeciwieństwie do twarzy, był schludnie wydepilowany. „Kurwa, nie wiem, czy dam radę, jak się tak gapicie”. „Nie jęcz młody. Pomyśl, że to twoja Lucy. Musimy to sprawdzić, bo pan pilot złoży reklamację”. „Dajcie tabletkę”. „Masz”. Niewiele widziałam, bo przed oczami wciąż majtał mi się penis Ziemianina. Potem brudna dłoń chwyciła tego penisa i w kilkunastu ruchach doprowadziła do pozycji pół stojącej. Wtedy penis jeszcze bardziej się przybliżył i zniknął w moich ustach.
Widziałam tylko jądra, które rytmicznie zaczęły przybliżać się i oddalać. „O kurwa, moja Lucy może się schować”. „Dajesz młody, dajesz”. „Och, zaraz się kurwa spuszczę”. „Dobra, możesz się spuścić. Musimy i tak sprawdzić drogę przez przełyk do zbiornika na odpadki”. „A poszło”. Nagle znów zobaczyłam penisa, a potem całą postać pryszczatego, w pośpiechu zeskakującą ze stołu. „Panie profesorze”. „Co to ma znaczyć, McDonald?
Co Federico robił na tym stole?”. „Panie profesorze” — tłumaczył się łysawy. — „Musieliśmy sprawdzić system oralny, a przy okazji sprawdziłem funkcjonowanie zbiornika na odpadki”. Starszy, schludny mężczyzna w zielonym kitlu stanął przy stole i spojrzał mi w oczy. „Ale chyba, do jasnej cholery, są odpowiednie procedury. Są urządzenia, które to sprawdzają. Szlag mnie zaraz trafi”. „Po co te nerwy, profesorze? Przecież i tak ją zresetujemy. A Andrei i jego informatycy wprowadzą pamięć z poprzedniego funkcjonowania w społeczeństwie.
Nie będzie nawet pamiętała wizyty u nas. Zastosowaliśmy pewne usprawnienia, rozszerzyliśmy biologiczny mózg. Teraz tak naprawdę nie wiemy, co będzie pamiętała, a czego nie”. „No, skoro nikt nie raczył nam o tym powiedzieć. Nie wszystko musicie wiedzieć. Macie tylko wykonywać waszą robotę. Wyłączyć mi ją teraz, natychmiast”. Laboratorium zniknęło. Hologram powrócił do wyciągniętych dłoni Artemis. Deszcz całkiem przeszedł w ulewę.
Spływał strużkami po czarnych włosach i pięknej, doskonałej twarzy. Spojrzała na mnie ciemnymi, piwnymi oczami. „Jestem maszyną”. „Och, se Jonesu”. Tuliłam ją do siebie. „Właśnie dlatego żaden singu nigdy nie zrobi singu mechanicznego” — myślałam. — „Właśnie dlatego. To, że zrobili cię ludzie, nie znaczy, że nie masz ducha”. „Nie wiem, co mam oprócz kształtnych piersi i automatycznie dostosowującej się do każdego penisa pochwy”. „Sławek cię kocha”.
„Wątpię. Chce mnie mieć tylko dla siebie, jak ekskluzywną zabawkę. Gdyby mnie kochał, nie odmówiłby mi bycia też z tobą, skoro go o to prosiłam”. „Jest zazdrosny”. „Jest przecież poliamorystą. Jak może być zazdrosny? O Nataszę nie jest zazdrosny?” W przypadku Sławka dochodzi jeszcze jego alienofobizm. Tak uważa Matt. Myślę, że na Nataszę by się zgodził, ponieważ potrafiłaby go zmusić. Tak było z Iriquenéną.
Czyli to moja wina. Nie walczyłaś. Sławek traktuje mnie jak przedmiot, ponieważ wie, że jestem przedmiotem. Źle go oceniasz. Milczała przez chwilę. To i tak nie ma już znaczenia. Ujęła moją twarz w swoje dłonie. Zrobisz coś dla mnie? Co tylko chcesz. Pocałuj mnie na dobranoc.
Na dobranoc? Pocałujesz mnie? Chwileczkę. Co ty wymyśliłaś? Nie potrafię żyć ze świadomością, że jestem tylko maszyną. Co chcesz mi powiedzieć? Pocałuj mnie. Przycisnęłam usta do jej ust. Jej język wykonał kilka sekwencji. Nie.
Oderwałam ją od siebie. Masz powiedzieć, co zrobiłaś, Artemis. Nie martw się — zaczęła, ale w tej chwili jej oczy znieruchomiały i z ust wydobył się spokojny, męski głos. Za sześćdziesiąt sekund autodestrukcja całkowita. Sześćdziesiąt, pięćdziesiąt dziewięć, pięćdziesiąt osiem, pięćdziesiąt siedem. Coś ty zrobiła? — wrzasnęłam. Poderwałam się na równe nogi. Pięćdziesiąt cztery, pięćdziesiąt trzy, pięćdziesiąt dwa. Zatrzymaj to, rozumiesz?
Czterdzieści dziewięć, czterdzieści osiem. Ale Artemis patrzyła w dal niewidzącym spojrzeniem. Wiedziałam, że autodestrukcja zniszczy całkowicie bioniczny mózg i płytę pamięci. Ta Artemis przestanie istnieć. Można będzie zrobić taką samą, ale już nie tę. Przez głowę przeleciały mi schematy budowy Nexusa 2200. Jeżeli byłam w czymś naprawdę dobra, to w zapamiętywaniu i wykorzystywaniu wiadomości technicznych. Wiedziałam o tym i w tym dostrzegłam teraz jedyną szansę. Zaraz, jak to było? Zasada przerywania programu autodestrukcyjnego.
Czterdzieści cztery, czterdzieści trzy. Chcąc przerwać odliczanie programu autodestrukcyjnego, należy manualnie wyłączyć obiekt. Czterdzieści, trzydzieści dziewięć. Zaraz, zaraz. Inny podrozdział wyłączania obiektu. Szukałam w pamięci. Trzydzieści siedem, trzydzieści sześć. Wyłącznik Nexusa znajduje się w module usytuowanym na plecach pod warstwą skóry. Trzydzieści trzy, trzydzieści dwa. Dopadłam Artemis i rozpięłam jej kombinezon.
Podobnie jak Singu, do przebywania na pokładach jednostek warpowych Ziemianie stosowali teraz lekkie, przylegające do skóry kombinezony z zapięciem na plecach. Uporałam się z rzepami i spojrzałam na plecy androidki. Cholera, niczego nie widać, żadnych szczelin ani przycisków. Trzydzieści, dwadzieścia dziewięć. Rzuciłam się do torby, wysypałam jej zawartość na ziemię i wybrałam mały, ostry nóż. Wzięłam głęboki wdech i wbiłam go w plecy Artemis. Dwadzieścia trzy, dwadzieścia dwa. Lekki dreszcz przebiegł po jej ciele, ale nic poza tym. Pod nożem ukazała się biała ciecz, płyn konserwujący, krew androidów. Dwadzieścia, dziewiętnaście.
Kroiłam skórę Artemis jak plaster mięsa jikuumiku albo oskoh. Szło całkiem dobrze. Nóż bez problemów przesuwał się w dół, a potem w bok, kiedy wykrawałam wielki prostokąt. Tylko biały, lepki jak prawdziwa krew płyn obficie spływał mi po rękach. Piętnaście, czternaście. Szarpnęłam wykrojony płat skóry i z całej siły oderwałam go od siłowników. Poszło opornie, ponieważ okazało się, że zrywałam także worek na powietrze stosowany przez Nexusa w wodzie. Pod spodem, pomiędzy żebrami siłowników tylnych tonął w płynie konserwującym niewielki pojemnik. Jedenaście, dziesięć, dziewięć. Obawiałam się, że pojemnik będzie zakręcany na wkręty, ale na szczęście okazał się być na zatrzaski.
Piekielnie mocne zatrzaski. Podważałam wieko nożem, ale nie chciało się otworzyć. Siedem, sześć. Nóż złamał się z głuchym trzaskiem, ale ułamana część została pomiędzy wieczkiem a obudową, co pozwoliło mi wsadzić głębiej grubsze od strony rękojeści ostrze. Z krzykiem wściekłości naparłam i wieko odskoczyło. Cztery, trzy, dwa. Uderzyłam palcem w zieloną, mrugającą diodę. Cisza. Nie było już jeden i zero. Trzęsąc się z nadmiaru adrenaliny, przytuliłam bezwładne teraz mechaniczne ciało Artemis.
Deszcz padał równo, długimi niebieskimi strugami. Lekka mgiełka wędrowała leniwie przez cichy Gushin. Szarość połykała niebieskość. Ucichły odgłosy walczących urka. Jeden z nich, brocząc krwią, leżał na powierzchni. Dogorywał na skraju szmaragdowej wody, rafy sze i ciemnych głębin. Wielki, majestatyczny, pokonany. Drugi urka był ranny. Odpływał wolno w kierunku mglistego horyzontu, znacząc ciemną wodę szkarłatną smugą. Wiedziałam, że nie przeżyje.
Stado kamoe już jakiś czas temu wzbiło się wysoko, porzucając padliny atto. Ptaki krążyły niespokojnie ponad szczytem wzgórza, ale w niezwyczajnej dla siebie ciszy. A potem nagle zerwały się płochliwie i poszybowały w stronę odległej i niewidocznej dla mnie wyspy. Wtopiły się w przestwór szarego błękitu mgieł i dopiero wtedy, już całkiem w oddali, usłyszałam ich cichnące pokrzykiwania. Deszcz szumiał w liściach tenoshi i gałęziach asiyaca. Uderzał milionami kropel o martwą taflę oceanu. Zimny, szary błękit. Położyłam Artemis na kępie mchu. Objęłam swój brzuch. Kołysałam się.
Tak bardzo chciałam utulić tę małą istotę w środku, powiedzieć jej, że wszystko będzie dobrze. „Iri mun noakan, iri mun noakaani, boshi no ma iake ote mite osami” zaśpiewałam starą singuliańską kołysankę. Śpij maleńka, śpij dziecino. Niech ci się przyśnią światy pośród gwiazd. Ale wiedziałam, że nie będzie dobrze. Pierwsze od wielu lat łzy wytoczyły się z moich czarnych oczu, zmieszały się z błękitnym deszczem i opadły na granatowe usta. Czułam ich rozcieńczoną słoność. Spojrzałam na ocean. Proszę, proszę — szeptałam. Proszę, oszczędź mnie.
Proszę, oszczędź moje dziecko — płakałam. Proszę. Bo przecież urka nie zabijają się same. Camoe nie porzucają zdobyczy, a mechaniczni ludzie nie odkrywają nagle, że są tylko gwałconymi maszynami. Błękitny deszcz. Szara, zimna mgła. Krople łez. Tafla Gusin rozwarła się cicho, niemal niepostrzeżenie i tak samo cicho i niepostrzeżenie się zamknęła. Zdążyłam zobaczyć tylko to, co chciał, żebym zobaczyła. Grzbiet najeżony trójkątnymi płytami rogowego grzebienia.
Płakałam, obejmując moje dziecko. Wynurzyłam się. Sejonsu oślepiło mnie biało-żółtym blaskiem, którego w środku Ishina okresu Okido Sejonsu nie potrafił przytłumić nawet wszechobecny błękit Naki Hari. Było gorąco, ale w wodzie nie czuło się upału. Słone strugi spływające z włosów przyjemnie chłodziły twarz. „Inu” wołałam, rozglądając się po rozkołysanej tafli oceanu. Wiatru nie było prawie wcale, ale jednak Gusin falował martwicą pozostałą po odległym sztormie. „Inu„ wynurzył się tak, jak lubił. Nagle, tuż przed moją twarzą. Uwielbiał mnie straszyć.
Yć, yć, yć. Bardzo z siebie zadowolony klaskał przednimi płetwami. Ach, ty urwisie. Śmiałam się, przysuwając twarz do czarnego nosa. Trącił mnie w policzek kilka razy. Straszysz i całujesz? Tarmosiłam duże uszy na kształtnym łbie. Były mokre, ale miłe w dotyku, miękkie i aksamitne jak błona pomiędzy palcami singu. Przysunął się jeszcze bardziej, teraz przytulając wąsaty pysk do mojej twarzy. Nie podlizuj się.
Przytuliłam go mocno. Niedobry Osko, niedobry. Zanurkował równie nagle, jak wypłynął i pojawił się kilkanaście metrów dalej. Yć, yć, yć zachęcał mnie do dalszej zabawy. Rozejrzałam się. Wprawdzie tutaj, pomiędzy bojami, tymi małymi, czerwonymi, wyznaczającymi kopułę miasta i tymi pękatymi i wysokimi, utrzymującymi sieć oddzielającą rejon od otwartego oceanu nic nam nie powinno grozić. Czasem jednak sieć ulegała uszkodzeniu i nim służby zainterweniowały, przez wyrwy przedzierały się koku albo nawet zdeterminowane szisze. Bywało też, że sprytne atto, zwabione zapachem przetwórni ryb, potrafiły przedostać się brzegiem i zaatakować znienacka od lądu. Wyglądało, że wszystko jest w porządku. W oddali, na płyciźnie gromada kode, pośród których rozpoznawałam kilkoro z mojej klasy, chlapiąc się i wrzeszcząc w niebogłosy bawiła się z dwoma małymi czajki.
Niestety Inu także to dostrzegł. Znieruchomiał, patrząc w ich stronę. Zostaw Inu, zostaw — wykrzyczałam, bo od razu zrozumiałam, co się stanie. Ale Inu dał nura i pomknął w kierunku kode. Natychmiast zrobiłam to samo. Woda była czysta, więc z łatwością dostrzegałam cylindryczne ciało z płetwą grzbietową, popychane wielkim ogonem i długimi, wąskimi płetwami piersiowymi. Inu mknął jak torpeda i nie było mowy, żebym go dogoniła. Kiedy wynurzyłam się na płyciźnie, afera była rozkręcona. Zabierz to bydlę, Lailan! To była Matika Loan, trzymająca teraz swojego czajki na rękach i odwracająca się plecami do rozradowanego Osko.
Yć, yć, yć. Inu podskakiwał, starając się dostać do piszczącego ze strachu wodno-lądowego zwierzaka. On chce się bawić. Dobiegłam i chwyciłam Inu za obrożę. Bawić? Osko pożerają czajki. Tylko na wolności. Inu jest Osko udomowionym. Nie opowiadaj głupot. Nie ma Osko udomowionych.
To wrzeszczał Juka. On trzymał swojego czajki na smyczy. Mały wydrowato-psowaty, używając porównań zrozumiałych dla Ziemian zwierzak, popiskując i poszczekując wyrywał się w stronę lądu. Inne kode też wołały. Weź go, wynoście się, głupie bydle! Wzięłam Inu za obrożę i wlekąc za sobą z całej siły odpłynęliśmy od rozwrzeszczanej grupki na drugi koniec portu. Dopiero kiedy ucichły głosy poszczekujących czajki, puściłam go wolno. Tym razem zauważył małą ławicę podrośniętego narybku naszinkę chowającą się pomiędzy kutrami. Zapomniał o czajki i dał nura, rozpędzając przerażone rybki. Inu był młodziutkim Osko.
Miał zaledwie rok. Na tyle, żeby urosnąć całkiem sporo, nie na tyle jednak, żeby nabrać powagi i rozsądku. Prawdę mówiąc, wątpiłam, czy kiedykolwiek stanie się rozsądny. Poczułam wibracje holofonu przypiętego do paska szortów. Machając nogami, żeby utrzymać tułów ponad wodą, odebrałam połączenie. Nad powierzchnią ukazała się twarz matki. Grube i szerokie, wzbudzające zachwyt wszystkich Ako usta. Mały, ledwie widoczny nosek, oczy z wydepilowanymi brwiami i zafarbowana na seledynowo czupryna z mozołem rozprostowanych włosów. „A dla ciebie mam wystosować specjalne zaproszenie?”. Jak zwykle opryskliwie i z tą wkurzającą wyższością, której powód znałam.
„Przepraszam mamo, ale Inu...”. „Już nie raz mówiłam ci, że czas pozbyć się tego bydlęcia”. „Nigdy! Porozmawiamy później. Teraz na obiad”. Byłam zła na siebie, że w ogóle wymieniłam imię mojego Osko. Przecież wiedziałam, jak matka go nie znosi. W rodzinie panował podział co do Inu. Dwóch ojców Aguli i Ominę Dilo trzymało stronę matki. Trzeci, Kirilan, na szczęście mnie bronił.
Z trzech sióstr mogłam liczyć tylko na poparcie jednej Nanilan. Z dwóch braci tylko Hadelo umiarkowanie mnie popierał, ale wraz z dorastaniem Inu zmieniał front. Wiedziałam, co w końcu będę musiała zrobić, ale odwlekałam tę chwilę, ile mogłam. „Inu do domu”. Spojrzał na mnie, a kiedy zobaczył, że zanurkowałam, zrobił to samo. Płynęliśmy w dół, wzdłuż rafy Sze ku odległym o sto metrów światłom kopuły miasta. Wpłynęliśmy pomiędzy rafy. Otoczyły nas czerwone, żółte, pomarańczowe, zielone i niebieskie wąwozy, pomiędzy którymi strzelistym lasem falowały trawy wanbu. Tutaj było bezpiecznie, ponieważ służby bezpieczeństwa oceanicznego w Saolate Tokato Usibasitairu, stąd skrót KU na mundurach i piankowych kombinezonach regularnie patrolowały dziesięć tysięcy hektarów otaczających tyleż samo hektarów ukrytego pod kopułą miasta. Mogliśmy więc bez obawy mijać jamy, w których dawniej zamieszkiwały morej i pływać pomiędzy roślinnością, spośród której usunięto największe i najbardziej żarłoczne ukwiały.
Zbliżyliśmy się do rozbłyskanej kopuły. Z daleka widziałam, że dzisiaj przy śluzach jest spory ruch. Kiriliajan należało do największych metropolii Bokyo, chociaż nie mogło mierzyć się z miastami na Hairo, takimi jak Tsung Ang. Miało natomiast swój urok i chętnie odwiedzane było przez miłośników singuliańskich stylów architektonicznych. Rozpościerały się tutaj place i ulice Vharyu Vhar, ale także w rzadszych i mniej efektownych, za to dużo starszych Tołinian i Tsuhung. Kiriliajan stanowiło więc raj dla badaczy kultur Drogi Mlecznej oraz wszelkich architektów i historyków sztuki. Rzadziej trafiali tu zwykli letnicy, którzy woleli oblegać okolice archipelagu Joku z jego wygodnymi kurortami. Dopłynęłam do śluzy, gdzie czekał już na mnie wesoło kręcący się Inu. Musiałam przytrzymać go za obrożę, bo zobaczył gromadę ziemskich dzieci w batyskafie, które stukały w okna i machały do niego rozradowane. Oczywiście bardzo się to Inu spodobało.
Wyrywał się do nich błagalnym wzrokiem, patrząc na mnie. Pogroziłam mu palcem. Wreszcie udało nam się szczęśliwie przejść przez śluzę. Inu nie był zadowolony. Wiedział, że teraz będzie skazany na suchość i niezgrabne człapanie aż do następnego spaceru. Kiedy wyszłam spod ogromnych suszarek, natknęłam się na pracownika KU. „Hej mała, wiesz, że będziesz musiała pozbyć się tego Osko”. „Jest jeszcze młody”. „Ale już wystarczająco, żeby zrobić komuś krzywdę. Wypuść go na wolność albo oddaj na skórę”.
„Nigdy nie oddam go na skórę”. „Dostałabyś sporo kredytów. Kupisz sobie skuter albo czajki”. „Nie”. „To go wypuść, chociaż nie wiem, czy poradzi sobie na wolności”. Czułam rozsadzający mnie żal, ale wiedziałam, że funkcjonariusz ma rację. Znalazłam Inu rok wcześniej, kiedy jak zwykle wymknęłam się, żeby pobyć sama. Chciałam znaleźć się jak najdalej od wpędzającej mnie w depresję atmosfery. Od tych wiecznych poniżeń i wrzasków w szkole i w domu. Nie mogłam już znieść nieustannych kłótni matki z trzema jej mężami, mężów między sobą, walki rodzeństwa, ale przede wszystkim ciągłego wysłuchiwania, jaka jestem brzydka.
Siostry Dżajdilo i Jukola z jakiegoś powodu, którego nie pojmowałam, nie miały dla mnie żadnej litości. Miałam wrażenie, że razem z matką znajdują jakąś sadystyczną satysfakcję w odbieraniu mi radości życia. „Lajlan, rusz się. Jesteś równie leniwa, co brzydka. Lajlan, idziesz dziś na szkolną zabawę? A uszyłaś już sobie maskę? Lajlan powinna pracować w KU. Odstraszałaby wszystkie szisze”. Tylko tata Kirilan mnie bronił, co na przemian wkurzało i rozśmieszało matkę. „To na pewno twoja córka Kiri” — śmiała się.
„Nawet widzę podobieństwo”. Tata Kirilan znosił to dzielnie i także potrafił celnie ripostować. Dlatego matka niechętnie go zaczepiała i kiedy ujmował się za mną, odpuszczała. Oczywiście nie mogła wiedzieć, czyją jestem córką, ponieważ zgodnie z singuliańskim poligamicznym zwyczajem decyzję o kolejnych dzieciach trzeba było podjąć wspólnie, a następnie, jeżeli związek składał się z jednej koa i wielu ako, koa w okresie płodnym odbywała stosunek dzień po dniu z innym partnerem. Jeżeli czuła się na siłach, powinna nawet robić to tego samego dnia. O ile znałam matkę, pewnie tak robiła. Miała pewne symptomy tego, co na Ziemi nazywa się nimfomanią, a na Yeland normą. Na Singulian mówimy tylko, że „koa na tekides”, co w luźnym tłumaczeniu na angielski można przełożyć na „namiętną”. To pchało ją do seksu nie tylko z mężami, ale i z wieloma odwiedzającymi nasz dom Ako. Nie gardziła też koa.
Jest to wśród Singu dopuszczalne i nie powoduje społecznego wykluczenia. Niemniej cenione są osoby, dotyczy to obu płci, które potrafią wytrwać w swoim związku. Tym bardziej że definicja małżeństwa nie stawia żadnych ograniczeń i można rozszerzać je do woli. W Singu cenią sobie wszelkie ceremonie i związki tak poświęcone uważają za dużo ważniejsze. Uciekałam więc z domu, a nawet czasem na wagary. Szczególnie na nudzących mnie lekcjach historii w szkole elementarnej. Włóczyłam się pomiędzy skałami nadbrzeża z holotabem przewieszonym przez plecy niczym z blasterem i czekałam, aż tata Kirilan wróci z pracy. Pracował w filii Singuliańskich zakładów warpowych i był moim pierwszym prawdziwym nauczycielem i idolem. Podczas tych ucieczek obmyślałam kolejne rozwiązania techniczne dla moich skuterów. Ale proste skutery szybko mi się znudziły.
Wynajdowałam coraz trudniejsze łamigłówki, aż przed ukończeniem szkoły elementarnej doskonale zapoznałam się z konstrukcją pierwszych orbitalnych rakiet i sond. Wygrałam wtedy chyba wszystkie konkursy techniczne na Bokyo i kilka ogólnoplanetarnych, ale to było długo potem. Inu znalazłam będąc w piątej klasie elementarnej szkoły Nohiku. Zaczynał się właśnie Okidosedonsu. Wstawał przyjemny poranek przed nadchodzącym długim i jasnym Ishina. Szłam z holotabem, szukając przytulnego miejsca, gdzie mogłabym usiąść i zastanowić się nad możliwościami zwiększenia ciągu mojego skutera, kiedy usłyszałam dziwny dźwięk. To było jak płacz niemowlęcia. Zaczęłam szukać źródła tego płaczu i pomiędzy wielkimi głazami znalazłam malutkiego Osko. Płakał wciśnięty w szczelinę, taki samotny i opuszczony. „Jak ja” — pomyślałam sobie i wyjęłam go spomiędzy kamieni.
Szybko zrozumiałam, że jest zbyt mały, żeby poradzić sobie na wolności. Rozejrzałam się w poszukiwaniu jego matki, jednocześnie przygotowując się do szybkiej ucieczki. Osko wprawdzie rzadko atakowały Singu, ale zdarzało się to szczególnie w okresie godowym albo w obronie młodych. Dorosły Osko waży trzysta kilogramów i zęby ma niegorsze od żarłacza. Nie wolno go lekceważyć, szczególnie kiedy jest się małą koa kode. Nigdzie jednak nie było ani matki, ani stada. „Zostawili cię biedaku”. Pogłaskałam szarawą jeszcze i miękką niczym puch sierść. Z czasem sierść ta stanie się czarna, gęsta i sztywna. Płetwa grzbietowa była mała i rachityczna, podobnie jak ogon i płetwy piersiowe.
Niewiele myśląc, wzięłam małego pod pachę i popłynęłam w kierunku miasta. Po drodze musiałam kilka razy wdmuchiwać mu powietrze do płuc, ponieważ był zbyt mały, żeby poradzić sobie z długim przebywaniem pod wodą. Szarpał się wtedy w panice, ale jakoś dotarliśmy do domu. A tam się zaczęło. Wrzaski i lamenty matki, stukanie się po głowach ojców Aguli i Omodilo, wyśmiewanie przez siostry i braci. Przeczekałam to wszystko aż do powrotu taty Kirilan. „Zostawcie ją w spokoju. Ma dobre serce. Chciała uratować malucha”. Tata Kirilan od razu wziął mnie w obronę.
„Właśnie dlatego ma na imię Lailan” — uspokoiła się matka. — „Jest jak owoc lai. Brzydka, ale dobra”. Kirilan wzruszył ramionami. „Nie rozumiem, dlaczego ją tak gnębisz. Jesteś przecież jej matką”. „Jej nie gnębię, tylko uczę”. „Uczysz? Czego?” „Życia. Nie będzie mieć lekko”.
„Skąd możesz wiedzieć, jak będzie? Jest bardzo zdolna. Może nawet zostać astronautą”. Ta konkluzja ponownie rozbawiła matkę. W ogóle we mnie nie wierzyła. W jej systemie wartości uroda stała na pierwszym miejscu. Torowała drogę do szczęśliwych związków i kariery zawodowej. „Czy Osko może zostać?” Patrzyłam błagalnie na czwórkę rodziców. Matka, widocznie pod wrażeniem wcześniejszych słów taty Kirilan, machnęła ręką. „Pod warunkiem, że nie będzie mi właził pod nogi”.
„Dziękuję”. Skakałam ze szczęścia, co nawet matkę rozbawiło. „Jak mu dasz na imię?” „Inu”. „Inu?” Wzruszyła ramionami. W psaolatek znaczyło to samotny. „Bardzo pasuje” — natychmiast wtrącił tata Kirilan i uśmiechnął się do mnie. Jakiś czas potem zakwaterowali u nas dwaj astronauci z ziemskiej NASA. Mieli jakieś sprawy w zakładach warpowych i tata Kirilan zaproponował im gościnę. Przez połowę Ishina mieszkali w obszernym pokoju gościnnym, który rzadko był przez nas używany. Ja byłam wtedy na Highrov Tsung Ang, gdzie pojechaliśmy ze szkolnego kółka warpowego na warsztaty.
Uprosiłam tatę Kirilan, żeby zaopiekował się Inu. Wróciłam akurat w dniu, kiedy nasi goście zbierali się do wyjazdu. Siedziałam w głębi kuchni przy stole, gdy żegnali się z matką i z drżącymi się do nich siostrami. Jadłam zupę, ale podniosłam głowę, kiedy wychodzili. Z ciekawością słuchałam angielskiego, którym się porozumiewali, ponieważ od dwóch lat miałam w szkole ziemski język jako dodatkowy. Jeden na kombinezonie miał naszywkę „J.R. Randolph”, drugi „W.N. Solotnikow”. Gwarno i serdecznie zrobiło się w sieni, kiedy nagle J.R. Randolph podniósł głowę i spojrzał na mnie.
Stanął zamurowany. Kim jest ta dziewczynka? Zapytał po angielsku, co mały translator w jego uchu natychmiast przetłumaczył na saolatek. To nasza trzecia córka, Lailan – wyjaśnił tata Kirilan. – Nie spotkaliście się dotąd, ponieważ była na warsztatach szkolnych w Sung Ang. Matka roześmiała się nerwowo. To takie nasze brzydkie kaczątko. JR Landalf podszedł do mnie. Uśmiechnął się. Witaj Lailan.
Wyciągnął rękę. Zakrztusiłam się z wrażenia. W-w-witam. O, Gariushui! – zawołała matka, wznosząc w irytacji oczy, a siostry się roześmiały. Zaintrygowany zachowaniem kolegi WN Solotnikow także podszedł i przywitał się ze mną. Spojrzeli po sobie. Nie do wiary – powiedział WN Solotnikow. Matka spurpurowiała ze wstydu. Była przekonana, że ziemianie nie mogą nadziwić się mojej brzydoty.
Dlatego to, co w chwilę później powiedział JR Randalf, wprawiło ją w bezbrzeżne osłupienie. Naprawdę nigdy nie widziałem tak pięknej dziewczynki. Gratuluję pani Hukaru. Skłonił się. Proszę? Matka wyglądała, jakby oberwała w głowę ogonem urka. To prawda – potwierdził WN Solotnikow. Naprawdę piękne dziecko, pani Hukaru. Tata Kirilan uśmiechał się z dumą, ale nie był zaskoczony. Kiedyś powiedział, żebym się nie martwiła tym, co na mój temat mówią nasi, ponieważ wśród gwiazd żyją istoty, dla których będę najpiękniejszą Koa Singulianu.
Nie wierzyłam mu, ale w tamtej chwili, kiedy patrzyłam za oddalającymi się ziemianami z łyżką zupy zawieszoną w pół drogi między talerzem a ustami, zaczynałam rozumieć, o czym mówił. I to właśnie była chwila, kiedy postanowiłam, że zostanę astronautą. Na talerz spadło kilka kropel. Spojrzałam na sufit i wtedy w całej kuchni zaczął padać błękitny deszcz. Miarowy, jednostajny. Opary szarobłękitnej mgły. Spowijająca świat osmętnica. Spojrzałam na Artemis. Strużki deszczu spływały po nieruchomej twarzy, mokre kosmyki krótkich, czarnych włosów przyklejone do policzków. Nikt nie rozpoznałby teraz...
Była taka ludzka. Mgła przy wyspie przetoczyła się szarobłękitną kulą gdzieś dalej ponad klif. Tonące w wodzie poskręcane konary Asjaka. Dostrzegłam truchło urka kołyszące się na bezwietrznej tafli tuż przy brzegu, a w oddali jakąś białość. To tysiące innych ryb, które białymi brzuchami wypłynęły z głębin. Złowrogi pomór. Atto zaczynały się psuć. Smród rozkładu ich ciał docierał nawet tutaj, na wierzchołek sakralnego wzgórza. Woda na styku rafy Sze rozwarła się i ponownie ogromny grzebień rogowych płyt bardzo długo przesuwał się ponad powierzchnią. Wyczułam jego gniew.
Coś go rozsierdziło. Jakaś moja myśl. Przeraziło mnie to jeszcze bardziej, więc nie przestawałam płakać. Wybacz Desuto, wybacz Ukan, wybacz Haho, wybacz Nisho, wybacz Ikioki, wybacz Esumi. Zaczęłam recytować zakazaną mantrę. Z płaczem obejmowałam brzuch. Kołysałam się w pokłonach. Nie walcz – usłyszałam w sobie. Świat się zmienił. Matka krzyczała.
Masz czas do końca Ishinaa, żeby się go pozbyć. Potem sama to zrobię. Stałam w przedpokoju, trzymając Inu za obrożę. Z pyska wystawał mu ogon Sabi, które matka przyrządziła na obiad. Zrozumiałaś? Nie odpowiedziałam, ale wybiegłam z Inu na ulicę. Jechaliśmy ruchomymi chodnikami Kiriliadjan. Po kilku przecznicach wskoczyliśmy na ten wiodący ku śluzie, przesuwający się tuż przy ogromnych potrójnych zabezpieczeniach kopuły. Inu jak zwykle rzucał się w kierunku stad kolorowych rybek rafy na tyle małych, że przepływały pomiędzy oczkami siatki zabezpieczającej obszar. Widziałam też na zewnątrz singu płynących pojedynczo lub grupkami na powierzchnię i z powierzchni do śluzy oraz nieliczne batyskafy niosące gości z innych planet.
A w tle bajeczne kolory rafy Sze rozświetlonej tysiącem reflektorów. Wiedziałam, że tym razem matka mówiła na serio i że nawet tata Kirilan nie wybroni Inu. Ale miałam plan. Wypłynęliśmy koło portu, tam, gdzie kończyła się siatka i widać było podtrzymujące ją wielkie stalowe boje. Wyszłam na brzeg i obeszłam rejon strzeżony. Inu był bardzo podekscytowany tym, co robię. Nawet nie zaprotestował, że kawałek musi przejść brzegiem, jakby domyślał się, co będzie dalej. Kiedy weszłam do wody w rejonie niestrzeżonym, poczułam się nieswojo. Nie pamiętałam, kiedy pływałam poza siatką. Inu nie rozumiał zagrożenia.
Z pluskiem rzucił się do wody i zanurkował. Popłynęłam ostrożnie tuż przy brzegu ku odległej skalnej ostrodze, którą brzeg wcinał się w ocean. Wiedziałam, że o tej porze roku pojawia się tam kolonia dzikich Osko. Nie były niepokojone przez myśliwych, ponieważ właśnie kończyły okres godowy i jeszcze przez dwa Ishinaa miały cieszyć się ochroną. Już z daleka zobaczyłam niewielką grupę wylegującą się na kamieniach. Na nasz widok przewodnik stada, wielki trzystukilogramowy samiec, wydał ostrzegawczy ryk. Pozostałe niezgrabnie przesunęły się ku wodzie, ale nie nurkowały. Patrzyły, co będzie dalej. Zatrzymałam się. Inu wynurzył się tuż przy mnie.
Widziałam, jak bardzo jest przejęty. Wyczuwał powagę chwili. „Płyń do nich. Płyń” — zachęciłam go. Popatrzył na mnie i podpłynął. Położył łeb na moim ramieniu. „Och, Inu” — płakałam, tuląc go do siebie. Chwila, która pozostała w sercu na zawsze. Dzikie Osko ucichły, jakby nawet one rozumiały, co się dzieje. A potem, nie patrząc już w moje oczy, jakby wstydzący się tego, co robi, Inu wysunął się z moich objęć i zanurkował.
Wynurzył się tuż przy stadzie. Wtedy wielki samiec rzucił się do wody. Zamarłam przerażona. Samiec wynurzył się przy Inu. Nie zaatakował. Obwąchiwał go i powarkiwał. Czuł zapach Singu, których Osko się boją, ale musiało być coś jeszcze, co intrygowało samca. Nie czuł zagrożenia, ponieważ Inu był zbyt młody. Osko z natury są zwierzętami bardzo społecznymi. Nieraz w holowizji oglądałam programy przyrodnicze, kiedy wypuszczano młode Osko na wolność i były one natychmiast akceptowane przez dziką grupę.
Dlatego moje działanie nie było pozbawione naukowych podstaw. Przewodnik stada wydał kilka dźwięków, zanurkował i wynurzył się kilkanaście metrów od Inu. Ponownie zanurkował. Inu zrozumiał. Zresztą jeżeli Inu coś zrozumiał, to przede wszystkim zachętę do zabawy. Także zanurkował i zaczęła się gonitwa. Pozostałe Osko wydały radosne yćkowania i wszystkie ruszyły do wody. Zaczęła się zabawa, którą rzadko oglądać mogą przypadkowi Singu. Zazwyczaj Osko oddalają się na bezpieczną odległość, ale tym razem zachowały się, jakby w ogóle mnie nie było. Ostrożnie podpłynęłam do brzegu, wdrapałam się na wielkie kamienie i usiadłam.
Obserwowałam, jak każdy z członków stada podpływa do Inu i trąca go nosem. Inu zaś nurkuje, udając, że goni. Czułam żal, że odchodzi, ale i radość, że wszystko układa się tak dobrze. „Będzie mieć przynajmniej dobre życie” — pomyślałam. I wtedy jeden z Osko wydał ostrzegawcze szczeknięcie. Pozostałe na sekundę zamarły, a następnie wszystkie zanurkowały. Podpływały do skalnej ostrogi i wyskakiwały na brzeg efektownym wybiciem. Rozejrzałam się po jasnej wodzie rafy i dopiero po chwili zauważyłam kilka ogromnych cieni zbliżających się do ostrogi. „Inu! — zawołałam.
— Wychodź natychmiast!” Gdybyśmy byli sami, posłuchałby mnie. Ale teraz jego myśli całkiem zajęte były zabawą ze stadem. Nawet nie obejrzał się w moim kierunku, tylko podpłynął pod ostrogę. Klaskał przednimi płetwami i pokrzykiwał do stada, nie rozumiejąc, dlaczego nagle zakończyła się świetna zabawa. Dzikie Osko poszczekiwały w jego stronę. Ostrzegały. Podobnie jak ja dawały instrukcje, co należy zrobić. Ale Inu nie rozumiał. Wstałam, gotowa rzucić się do wody na pewną śmierć, kiedy szisze zaatakowały. Inu zniknął pod wodą w ogromnym wirze tak nagle jak szarpnięty znienacka liść.
Wielka plama krwi. „Inu!” A potem tylko kawałek skóry na wodzie. „Inu! Inu!” Szarobłękitny deszcz. Powiodłam przerażonym spojrzeniem wokoło. Gdzie jestem? Ściana deszczu waliła o liście tenoszi i asja ka. Byłam daleko od szczytu wzgórza, tuż przy pierwszych drzewach lasu wiodącego do oceanu. Zerwałam się i pobiegłam z powrotem do góry. „Nie, proszę, nie!” Jakaś obezwładniająca siła zatrzymała mnie w pół drogi.
Klapnęłam na kamieniach i grząskim mchu. Spojrzałam na ocean. Już nie pływał w kółko. Tkwił tuż przy brzegu. Czekał na mnie. Widziałam cztery rogi na wielkim łbie i oczy żółtozłote z wąskimi gadzimi źrenicami. Reszta paszczy była pod wodą, ale ja wiedziałam, jak wygląda. Widziałam setki zdjęć, a raz, kiedy przepływał koło Kiriladjan i wszyscy w panice schronili się za potrójną kopułą, z której wyemitowano pole siłowe, widziałam go w całości. Ogromnego, o ciele stutonowego węża, a pysku niedającym się porównać do żadnych ze znanych singuliańskim paleontologom kyryoriu. Kiedy zobaczyłam ziemskie starodawne ryciny, zrozumiałam, dlaczego ludzie nazywają go smokiem.
Tylko że w legendach ziemskich zazwyczaj miał skrzydła, a na Singulian płetwy i nie był legendą, ale realnym koszmarem. Był wielki, ale nie na tyle, żeby wygrać z dwoma urka. Gdyby tylko pozwolił im ze sobą walczyć. Ale urka nie miały żadnych szans, podobnie jak żadne inne stworzenie Singulianu. Bo on nie walczy, ale niszczy. Znajdzie każdą twoją słabość i wykorzysta po to tylko, żeby doprowadzić cię do szaleństwa. Nie dba o pożywienie, którego ma pod dostatkiem. Poluje na twój smutek i strach, na twoje złe wspomnienia i żal, na twój gniew i samotność. Znajdzie wszystko, co cię zabija i wykorzysta przeciwko tobie. Nie jesteś w stanie się obronić.
Jesteś za słaby. Wierz mi. „No co się tak guzdrasz, Lailan?” — Aya Li weszła do mojego pokoju w akademiku. Od razu podbiegła do lustra i po raz setny zapewne w ciągu ostatniej godziny zaczęła poprawiać szopę zafarbowanych na czerwono dredów i wydymać pomalowane na zielono szerokie usta. „Już idę” — wołałam z łazienki. „Płyniemy batyskafem. Nie mam zamiaru malować się od nowa”. „Ja też”. Wyszłam z łazienki, dopinając spódniczkę mini. „No i proszę jaka saukushi!” Zawołała Aya Li.
Była jedyną Singu, która nazywała mnie laską. Ale ja wiedziałam, że jeżeli któraś z nas jest saukushi, to przede wszystkim ona. Miała piękne, grube i szerokie usta, duże policzki i malutki, ledwie widoczny nosek. Była prawdziwym wzorem piękności Koa. „Zawsze powinnaś ubierać mini.” Podeszła do mnie i objęła mnie w pasie. „Masz naprawdę świetne nogi.” To akurat wiedziałam. Miałam nogi długie, ale umięśnione i silne. „Mam ochotę wpakować ci tam rękę” powiedziała ze śmiechem, patrząc mi w oczy. „Nie rób tego, bo będziemy musiały się od nowa malować.” Pocałowałam ją w niebieskie czoło, czyli jedyne miejsce, gdzie nie było grubej warstwy rozjaśniającego pudru. „Przemyślałaś propozycję?” Wzruszyłam ramionami.
„Jeżeli Ori La naprawdę tego chce. No pewnie. Przecież jest też w związku ze mną tak jak ty. Zobaczysz, będzie fajnie.” I na początku było. Aż do momentu, kiedy zorientowałam się, że seksualny trójkąt, w który tak bardzo pchała mnie Aya, wcale nie był równoboczny. Sprawę wyjaśniła podsłuchana przypadkiem rozmowa. „Lai Lan świetnie robi dobrze” śmiała się Aya Li. „No i nie muszę jej oglądać” wtórował jej Ori La. „Ona naprawdę myśli, że ją kochasz?” „To nie tak, że jej nie kocham.” „Naprawdę? Jest super koleżanką i naprawdę niezłą kochanką.
Jest kujonem, to prawda, więc na pewno korzystasz przy niej w kwestiach naukowych. No i robi ci dobrze, ale chyba to za mało na prawdziwą miłość.” „Nie wiem. Daj buziaka i nie rozmawiajmy już o tym.” Od tamtego czasu obiecałam sobie, że będę wredną ściszę. Wyprowadziłam się z akademika pod kopułą i zamieszkałam na stancji na powierzchni Sung Ang. Miałam stąd widok na mój wymarzony kosmodrom i nie musiałam uczestniczyć w bujnym życiu studenckim. Nikt nie dostał już ode mnie żadnych notatek, nie pomogłam przy żadnym projekcie, a jeżeli ktoś chciał spędzić ze mną noc, był to Ako czy Koa. Musiał zanurkować między moje nogi. Ja się już do tego nie zniżałam, nawet będąc bardzo podniecona. Samotność, o której dzięki Aya Li na rok zapomniałam, wróciła, ale zaczynałam się czuć z nią dobrze. Otoczyłam się murem tak wysokim i szczelnym, że początkowo nie dostrzegałam drobnych wskazówek, które dawał mi los.
Na przykład jak ta, kiedy podczas wizyty na naszej uczelni studentów z Houston Ziemianie gapili się na mnie, szturchali się i szeptali między sobą. Wtedy miałam to gdzieś. Już w nic nie wierzyłam poza prędkością warpową i siłą baterii dział grawitacyjnych. Wkrótce zostałam jedyną Koa z mojego rocznika, która dostała się na uczelnię wojskową, a potem do sił warpowych Ligi. Zostałam międzygwiezdnym pilotem. Chciałam seksu? To brałam jakiegoś wypłosza z obsługi kosmodromu. Płeć nie odgrywała roli, ponieważ jak wszyscy Singu byłam wychowana w miłości bi i w poligamicznej kulturze. Dlatego początkowo rozbawiło mnie, kiedy przeczytałam w jakimś magazynie, że poliamoria funkcjonuje u Ziemian dopiero od dwóch wieków i że wciąż stanowi pewną abstrakcję. Ale potem dostrzegłam różnicę pomiędzy tym, o czym śnili Ziemianie a rzeczywistością na Singulian.
Zrozumiałam, że małżeństwo z wieloma partnerami to wciąż jeszcze nie poliamoria i że nawet w kulturach takich jak nasza, Singu, poliamorii trzeba się nauczyć i pielęgnować ją jak każdą miłość. Wszystko zaczęło się po konflikcie Plejone One, w którym wzięłam czynny udział. Kłótnia wybuchła najpierw w siedzibie parlamentu Ligi i nim głowy polityków ostygły, admirałowie wyprowadzili floty wojenne na pozycje. Ganijczycy wściekli się, że Liga zamierza objąć kontrolą układ gwiazdy Plejone, jednej z Plejad, do tej pory uważany za wyłącznie miejsce wpływów alienów. Byłam wtedy pilotem niszczyciela sił interwencyjnych Ligi. Admiralicja rzuciła do Plejone sześć jednostek singuliańskich, trzy niszczyciele i trzy fregaty, cztery fregaty ziemskie, w tym jedną desantową i kilkanaście uzbrojonych transportowców z Yeeland, Paramy i Najdin. Alieni odpowiedzieli wystawieniem kilku fregat na szybko ściągniętych z całych Plejad, które w całości praktycznie kontrolowali. Wiedzieliśmy, że najbardziej chodzi im o planetę Ganni 2, jedyną tlenową w Plejone z dobrą atmosferą, choć rozrzedzoną na tyle, że humanoidzi musieli nosić na powierzchni maski tlenowe. Na Ganni 2 znajdowały się wielkie złoża uranu i złota. Przez kilka wieków powstały tam liczne kopalnie i kilka reaktorów zdolnych zasilać w energię okoliczne układy, a przede wszystkim stanowiących główne i jedyne źródło dochodów i energii dla Ganni.
Zajęliśmy pozycje i czekaliśmy na rozkazy. Z perspektywy czasu, wiedząc już, jak szybko politycy się dogadali, można ocenić, że nic by się nie wydarzyło, gdyby komuś nie puściły nerwy. Czy był to pochopny rozkaz? Czy drżąca ręka kanoniera z którejś z fregat? Późniejsze śledztwo niczego nie wyjaśniło. Nie wiadomo więc, kto wtedy pierwszy nacisnął przycisk. Wymiana torped była tak szybka i gwałtowna. W jej wyniku zniszczyliśmy dwa okręty Ganijczyków i jedną planetę gazowego karła, za którym starała się ukryć ich fregata. Na Ganni 2 wylądował desant ziemskich Space Marines, którzy wdali się w ostrą strzelaninę przy użyciu broni konwencjonalnej ze stacjonującym tam garnizonem alienów. Niestety Ziemianie zostali odparci i chcieli się ewakuować, ale ich lądownik oberwał, stając się kupą bezużytecznego złomu.
Umocnili się więc na pustynnych wzgórzach, odpierając kontrofensywę Ganiińczyków i rozpaczliwie wzywając pomocy. Ja byłam najbliżej. Nie znając sytuacji, obniżyłam mojego niszczyciela i zdołałam przebić się przez żółto-pomarańczową atmosferę. Bazując tylko na współrzędnych podawanych mi przez ziemskiego dowódcę Space Marinesów otworzyłam ogień z dział laserowych. Okazało się, że tamten pułkownik coś popieprzył i razem z pozycjami alienów zahaczyłam o najbardziej wysunięte gniazdo oporu Ziemian. W tej samej niemal chwili, kiedy rozwalałam pozycje Ganiińczyków i stanowisko ciężkiego lasera Space Marines, przyszedł rozkaz wstrzymania działań, ponieważ politycy w Tsung Ang wreszcie się dogadali. Pokazują już swoje uśmiechnięte, parszywe mordy w holowizjach całej MW. W medialnych debatach politycznych siedzą sobie przy kawce, śmieją się ze swoich waśni i wygłaszają peany na cześć dyplomacji. W jednej chwili z wrogów znów staliśmy się z Ganiińczykami przyjaciółmi. Pamiętam, jak opuściłam się na lądowisko na Ganni 2.
Alieni przywitali mnie chłodno, ale zgodnie z wszelkimi honorami. Opatrywali już rannych swoich i ludzi, których ściągnęli z rejonu walk. Teraz ziemski pułkownik rzucił się do mnie. Wrzeszczał i klął. Przynieśli tego chłopaka. Miał bardzo jasne włosy i błękitne oczy wpatrzone teraz w pomarańczowe chmury Ganni 2. Wyglądał, jakby leżał zachwycony, tylko na ustach zaschniętą miał wąską strużkę krwi. Patrzyłam stojąc nieruchomo i chociaż ani Ziemianie, ani Ganiińczycy nie byli w stanie niczego wyczytać z moich oczu, ziemski pułkownik zauważył, że jestem w szoku. A ja nie wiedziałam dlaczego ta śmierć robi na mnie tak duże wrażenie. Zabijałam już przecież nie raz.
Miałam na koncie kilkudziesięciu bandziorów, najczęściej przemytników, których ścigałam zgodnie z wytyczonymi mi zadaniami. A nawet podczas tamtej misji musiałam na pewno zabić co najmniej kilkunastu alienów, załogę jednego zniszczonego przeze mnie transportowca i piechurów atakujących pozycje Ziemian. Ale te błękitne jak niebo Singulianu martwe oczy wprawiły mnie w ogromny smutek. Nie wiedziałam dlaczego. Są takie chwile, kiedy nadchodzi przemiana, ale jej przyczyny są kruche i zwiewne, ledwie zauważalne na krawędzi logiki. Dzieje się i już. Z rzeczy znalezionych przy chłopaku pułkownik dał mi więc małą książeczkę. To były wiersze. Nie rozumiałam języka, w którym je napisano, ponieważ chłopak był Polakiem z jakiegoś Krakowa. Miał dwadzieścia jeden lat i naszywkę „Nowakowski” na ramieniu.
Wracając do bazy odszukałam biogram autora tomiku. Jarosław Iwaszkiewicz. Okazało się, że zbiór ten dawno już tłumaczono na Solatek w ramach międzyplanetarnej wymiany kulturalnej i że w ogóle to dość znany autor ziemskiego ludu Polaków. Ostatnim wierszem, który chłopak czytał, tak wskazywała plastikowa zakładka, były „Plejady”: „Plejady to gwiazdozbiór już październikowy. Błyszczą jak winne grono wśród innych gwiazd roju. W ich świetle las pożółkły niby rumak płowy, co polem do srebrnego biegnie wodopoju. I zdaje się, że w cieniu popielatym sarny przebiegają przez ruczaj lub stojąc słuchają, jak srebrne lustro wody brzeg odbija czarny i fletnie białych brzózek, gdzie liście śpiewają. I opadając krążą, a namiętność moja niby łania nad źródłem pochyla swą szyję i tylko jej odbicie lodowego zdroja mówi, że chociaż wątła, ale jeszcze żyje.” To była pierwsza zwrotka, ale ja nauczyłam się całego wiersza na pamięć. To był wiersz o miłości. Potem dowiedziałam się, że ten pisarz był jednym z ziemskich prekursorów poliamorii w czasach, kiedy na Ziemi było to mało popularne, a nawet potępiane.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po wylądowaniu w bazie na Hairo, było złożenie wypowiedzenia z pracy w armii. Pamiętam zdumienie, a potem irytację i w końcu źle skrywaną pogardę admirała Don Dunklo. „Myślałem, że jesteś twardsza, Lailan.” Widocznie nie jestem. „Czytałem raport. Chodzi o tego ziemskiego żołnierza?” Chodzi o całokształt, admirale. Zabijanie to nie jest to, czego szukam w życiu. „A czego szukasz?” Miłości — chciałam mu krzyknąć w pomarszczoną twarz, ale się powstrzymałam. Milczałam. „Zawiodłem się na tobie.” Czułam wstyd i coraz bardziej nienawidziłam siebie. „Chodź, Lailan, chodź do mnie.” Błękitny deszcz jak oczy ziemskiego chłopca.
Jednostajny szum. Poderwałam głowę. Poderwałam głowę. Ściana deszczu przesłaniała świat. Widziałam tylko niewyraźne zarysy drzew Asia K i rozmazane zielono-błękitne liście palm Tenoshi. Znów udało mu się ściągnąć mnie ze wzgórza. Jego nie widziałam, ale czułam, że tym razem jestem już całkiem blisko. Wstałam z trudem i na czworakach, ślizgając się na błyszczących czernią kamieniach i zapadając w grzęzawisko, w które zamieniły się teraz kępy mchu, wspinałam się z powrotem na górę. „Nie!” — krzyczałam. „Nie walcz, Lailan.” Proszę, błagam.
„Przecież wiesz, że nic, co pochodzi z tej planety, nie jest w stanie mi się oprzeć. Chodź do mnie.” Zimny strach. Bezradność. Dziecko. Moje dziecko. Kiedy widzisz, jak podchodzi na skraj urwiska, a ty wiesz, że nie dobiegniesz. Kiedy z łodzi dostrzegasz nadpływającego urka, a ty wiesz, że nie dopłyniesz. Kiedy masakrują je bandziory pod domem, a ty wiesz, że musisz zbiec aż cztery piętra. Kiedy wiesz, że za dwa dni umrze bez tego leku, a ty masz uzbierać jeszcze tysiąc kredytów. Kiedy patrzysz w holowizji na wojnę w odległym układzie, a ty nie masz od niego żadnej wieści.
Wpatrujesz się w jego zdjęcie. Chłopca o błękitnych oczach. Oszczędź moje dziecko. Chodź do mnie. Nie walcz. Już wiem o tobie wszystko. Nie! Poczułam ruch w moim brzuchu. Mała poruszała się, ale jakoś inaczej. Gwałtownie, ze złością.
Przyszło mi na myśl, że mógł dostać się też do niej. Co robi mojemu maleństwu? Zostaw ją draniu. Przestałam prosić. Poczułam gniew, jakby udzielił mi się od niej i nagle dodał mi sił. Dowlekłam się do szczytu wzgórza i padłam koło Artemis. Wstrząsały mną dreszcze. Kombinezon całkiem przemókł i pomimo, że singu kochają wodę, miałam dość tego upiornego deszczu. Podniosłam głowę. Odległa mgła odcinała horyzont.
Krople uderzały jednostajnym szumem o cichą taflę Gusin. Padały na miliony białych brzuchów ryb, które oszołomione wciąż wypływały z głębin. Czy były martwe? Nie mogłam tego rozsądzić. Wiedziałam tylko, że zawsze tak się dzieje, kiedy on atakuje. Wszystko zamiera i głupieje, aż w końcu ginie. Jest niszczycielem wszystkiego, co stanie na drodze jego gniewu. Jest mądry jak singu. W gruncie rzeczy jest jakimś innym inteligentnym gatunkiem zamieszkującym tę planetę. Ale niczego nie tworzy, tylko niszczy.
Stanowi śmiertelne zagrożenie. Gdyby wcześniej było ich więcej, opanowałyby Singulian. A teraz, kiedy moglibyśmy je wyeliminować, ponieważ posiadamy odpowiednie środki, na drodze stanął humanizm istot humanoidalnych. Chodź do mnie. Czułam, że to już nie potrwa długo. Następna maligna ściągnie mnie wprost do jego paszczy. Nie chodziło mu o pożywienie, ale o zwycięstwo. Nie dbał o moje błagania, nie dbał o moje uczucia. Chciałam przytulić się do Artemis, ale była zimna jak kawał metalu. Węże niechcianych myśli znów wślizgiwały się do świadomości.
Broniłam się, ale byłam zbyt słaba. Nie miałam szans. Powoli zaczynały rysować się kontury kosmodromu w Tsung Ang i siedziba Inland Tarak. Wiedziałam, co będzie dalej. Nieudane związki Ako i Koa, których twarzy nawet nie pamiętałam i nie chciałam pamiętać. Łóżkowe, poalkoholowe przygody, huczne imprezy integracyjne i samotność czasoprzestrzeni podczas kolejnych kursów. Zostaw mnie, proszę — szeptałam. Wnętrze klubu miłośników warpu. Zawody, zwycięstwa i ponownie imprezy. Dużo Koa i Ako.
Dobra jesteś w łóżku, Lailan. Zadzwonię. Spotkamy się, dam znać. Czy jesteś ładna? No zgrabna jesteś i super w łóżku. Oj, to już ta godzina. Muszę lecieć. Odezwę się na pewno. Do następnego. Trzymaj się.
Buziaczki. Zastanówmy się, czy dłuższy związek ma sens. Po co chcesz się wiązać? Dobrze nam przecież. Bzykamy się i jesteśmy kumplami. Samotność w tłumie. Najgorsza ze wszystkich. Mam was gdzieś. Od imprez wolałam parseki pokonywane na pokładzie moich kolejnych transportowców. Białe światła gwiazd i kolorowe atmosfery planet, mgławice i meteoroidy.
Trajektorie odległe i ryzykowne na obrzeżach Plejad, a nawet jeszcze dalej. Byłam ja i mój blaster z kolbą owiniętą kawałkiem skóry Inu. Kto wszedł mi w drogę, ginął. Przekonali się o tym w koloniach na Quan Kun i Ka 626. Odeszłam z wojska, żeby nie zabijać, a zabijałam. Pragnęłam znaleźć miłość, a jedyne co czułam to nienawiść. Z oddali dobiegł dźwięk. Miarowy, jednostajny, coraz głośniejszy. Uniosłam głowę, chociaż nie wiedziałam, czy naprawdę uniosłam, czy to także maligna. Co to?
Nerwowy rytm wystukiwany na bębnach. Krzyki dzikie, gwałtowne. Słowa niezrozumiałe, chociaż z pewnością w saolatek. Mój brzuch szalał, jakby chciał z niego wyłonić się jeden z tych pasożytniczych i złowrogich gatunków, które mieszkają w Plejadach, a w porównaniu z którymi Ganiińczycy są całkiem sympatycznymi istotami. Uspokój się mała, proszę. Spojrzałam na cmentarzysko pradawnych Singu. We mgle dostrzegłam postacie. Nadzy Singu z płetwami szisze, koku, dziukmiku, powpinanymi w wielkie kudłate czupryny dredów i harpunami w dłoniach tańczyli wokół ogromnego cielska. Przyjrzałam się lepiej. To był urka.
Leżał martwy, z rozciętym brzuchem, z którego wypłynęły wnętrzności, a wojownicy w szalonym tańcu doskakiwali do niego, zanurzali błoniaste ręce aż po łokcie w krwawych trzewiach i przy akompaniamencie bębna i wrzasków rozmazywali sobie krew urka na twarzach i piersiach. Nagle jeden z Singu oderwał się od grupy i zdecydowanym krokiem ruszył w moim kierunku. W ręku trzymał trójząb czarowników. Atrybut Gario Shui. Zieloną twarz całkowicie umazaną miał teraz we krwi. Z piersi także kapała mu krew. Nie wiedziałam jego czy urka. We włosach wpięte miał cztery połówki ogromnych płetw szisze, które nadawały mu wygląd rogatej głowy. Tak, nie mogłam się mylić. Wiedziałam, kogo symbolizuje czarownik.
Wykrzywione w grymasie szału usta wykrzyczały mi w twarz: „Toto katao koa toto takao”. Zobaczyłam teraz wzburzony ocean i kilkanaście wielkich łodzi popychanych wiosłami. Urka krążył, szykując się do ataku. Jego ogromna płetwa wyższa była od stojących z harpunami singu, ale wojownicy nie czekali. Ktoś krzyknął: „Toto katao!” i wszyscy wyskoczyli do wody. A potem ujrzałam coś nieprawdopodobnego. Wojownicy zwinni w wodzie jak Osko lub Atto podpływali do bestii i wbijali w ogromny brzuch harpuny. Urka szalał. Zabijał ogonem i paszczą, pożerał łodzie. Singu ginęli, ale nadpływali następni i nie przestawali zadawać dziesiątek ran bestii.
Aż w końcu jeden z nich, młody i zuchwały, odważny do szaleństwa, pomknął w stronę otwartej paszczy. Minął dwudziestocentymetrowe kły i nim Urka zdołał skręcić łeb w jego stronę, wbił harpun w wielkie oko. Urka potrząsnął łbem i odrzucił młodzieńca. Ale to już był koniec. Konwulsje szarpnęły stutonowym cielskiem. W ostatnim szaleńczym wyskoku pożegnał się z życiem. Legł na wodzie wielki, majestatyczny, nawet martwy, wzbudzający grozę. Poderwałam głowę. Nie było już singuliańskich łowców Urka. Stary cmentarz znów był cichy i spokojny, skąpany w szarobłękitnym świetle Nai.
Ale ktoś jednak siedział naprzeciwko mnie. Poprzez strumienie wody opadające na oczy ledwie dostrzegałam drobną postać. Drżącą z zimna dłonią przetarłam twarz. Mogłabym powiedzieć „koa kode”, a mogłam „dziewczynka”. Serce od razu poznało. Skórę miała ludzką, jasną, różową, może trochę bardziej od białoskórych Ziemian przyciemnioną, lekko brzoskwiniową albo jak miąższ owoców lai. Taką skórę miał Matt. Nos miała mój, czyli wcale nie singuliański, raczej ziemskiej piękności. Prosty, proporcjonalny, niekrótki jak singu, ale też niezbyt długi. Granatowe usta singu, ale z dziwnym białym, pionowym paskiem biegnącym pośrodku.
Ich kształt był subtelny, niewąski, ale też nieprzesadnie gruby jak u większości koa. Włosy stanowiły zagadkę, ale przygotowano nas na to na Human. Oni też nie wiedzieli, dlaczego włosy hybryd są białe jak solne plaże archipelagu Soribe koło lądu Anu. Opadały pięknymi, prostymi pasmami na ramiona. Ale oczy miała moje. Czarne źrenice bez białek i czarne, lekko zaznaczone brwi. Wyciągnęła rękę do mojej twarzy. Miała ludzką dłoń bez błony między palcami. Poczułam jej dotyk. „Moja piękna szmaragdowa mama” powiedziała głosem dziecka.
Płakałam. Bałam się, że to on zadaje mi ostateczny cios. „Toto ka, mamo, toto ka”. Gładziła moją twarz. „Toto ka”. Teraz zrozumiałam, co po starosinguliańsku znaczyło „toto katao”. Jak mam walczyć? On chce twoich myśli. Daj mu je wszystkie. Wysoki, przeraźliwy, raniący uszy ryk.
Poderwałam się. Który to już raz? Błękitny deszcz i upiorny dźwięk. Oba jednostajne i ciągłe. Ryk nie opadał. Wwiercał się w bębenki uszu i ranił. To był najgorszy dźwięk Singulianu. Ryk tajfunów, huk namnuto, grzmot błyskawic gigantycznych burz przewalających się czasem nad Gusin nie przerażał singu tak bardzo jak ten ryk. Niosący się daleko setki kilometrów, potrafiący kaleczyć i zabijać. Jego gniew.
Z całej siły zatkałam uszy. Pomyślałam, że powinnam też zasłonić dziewczynkę, ale dziewczynki już nie było. Z nosa puściła mi się krew. Dosyć, błagam! Czułam ten gniew w całej sobie. Skuliłam się więc, naiwnie licząc, że w ten sposób osłonię brzuch. Duchy starodawnych singu pozwoliły mi dotknąć moją córkę przed jej narodzeniem. Odzyskałam siłę, a to rozwścieczyło władcę oceanów. Ryk smagał mnie jak rozżarzone laserowe baty, które dostawaliśmy na Unitarce od sadystycznych kaprali. Krew z nosa spłynęła do gardła, wypłynęła strużką na usta, jak tamtemu chłopcu na Pleione.
Czułam, że jeszcze chwila, a dźwięk rozsadzi mi głowę. Ryk złych myśli, wściekłości, własnej złości. Czy to on mnie zabija, czy ja samą siebie? Ucichło. Spojrzałam ponad las asiakai tenoshi. Zobaczyłam go teraz wyraźnie. Stał wysoko, jak potrafią czynić to węże, do połowy swojego szerokiego, pięćdziesięciometrowego cielska. Uniósł się ponad wierzchołki najwyższych palm. Widziałam ogromne piersiowe płetwy i grzebień z płyt rogowych, równie wielkich jak płetwy grzbietowe Urka. I tę ogromną, przerażającą głowę.
Cztery potężne rogi zasłaniające cztery pary małych uszu. Szeroki pysk z dwoma rzędami kłów i te oczy błyszczące jak światła tsung ang w środku Nai. Złociste jak kopuły świątyń Gariju Shu i Toda, z wąskim paskiem źrenicy pośrodku niczym czarne pęknięcie w złotym marmurze Hariu Har. Jasne, płonące i straszne. „Nie walcz. Dlaczego to robisz? Zabijam wszystko, co chcę zabić. Oszczędzam wszystko, co zechcę oszczędzić. Nie ochronisz siebie ani tego, co żyje w tobie.” Skuliłam się jeszcze bardziej. „Nie poddam się” – szepnęłam.
„Musisz mnie pokonać.” Zamknęłam oczy i czekałam. Błękitny deszcz. Szeroka rzeka wspomnień. „Cześć, mój ty drapieżniku.” Rekki Lee posłał mi całusa. „Pa” – pomachałam mu i wyłączyłam komunikator. Od kilku ishina cieszyłam się udanym związkiem, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem. Nigdy dotąd nie byłam zakochana, więc nie wiedziałam, czy to, co łączyło mnie z Rekki Lee, powinnam tak nazwać. Ale nazywałam. To było zaraz po kolejnych mistrzostwach Singulianu w wyścigach myśliwców warpowych. Ścigaliśmy się na prototypowych wówczas nahirohinaki na trasie Hiady–Plejady.
Morderczy dwunastodniowy dystans wygrałam zdecydowanie. Rekki, maniak warpu, oszalał wówczas na moim punkcie. Skakał wokół mnie, całował i obsypywał prezentami. Był bogaty, ale nie należał do sknerów. Potrafił się tym bogactwem dzielić z innymi. Już wówczas miał za partnerkę swoją sekretarkę, Ziemiankę Tulę Virtanen. Może dlatego ten związek nabrał cech, których poszukiwałam. Wszyscy byli w nim równoważni. Unikaliśmy małych, wrednych kłamstewek, na co szczególnie zwracała uwagę Tula. To już była poliamoria.
Tula miała jeszcze kogoś na Ziemi, a Rekki wkrótce związał się z jeszcze jedną Koa. Piękną, szerokoustną i grubowargową Arii Lilau. Wiedziałam, że w związku ze mną fascynują go inne sprawy aniżeli uroda, chociaż w seksie chyba nie ustępowałam żadnej z pozostałych. Próbowałam też rozszerzyć swój związek, żeby Rekki nie myślał, że bez niego nie dałabym rady. Ale jak zwykle na dłuższy dystans nic nie wychodziło. „Melduj” – rozkazałam. „Przejście na napęd nuklearny udane” – powiedziała Marika. „Za dziesięć minut czasu ziemskiego wejście w atmosferę. Trajektoria zachowana. Zwolnienie do prędkości dźwięku.
Funkcje życiowe w normie.” „Towar?” „Chłodnie szczelne. Temperatura -18 stopni zachowana.” „Dobrze. Rozpoczynam manewr lądowania. Przechodzę na sterowanie ręczne.” „Tak jest. Sterowanie ręczne.” Dwutygodniowy skok z Singulian na Ziemię dobiegał końca. Minęłam Marsa i rozpoczęłam procedury hamowania. Marika, mój komputer pokładowy, miłym głosem młodej Koa odpowiadał na moje pytania o stan licznych podzespołów, które należało sprawdzić po całkowitym wygaszeniu prędkości warpowej. Tutaj, na moim KAI777 czułam się najlepiej i na kosmodromach innych planet wolałam albo zostać na statku czekając na załadunek, albo przemykałam do hotelowej części strefy spedycyjnej tak, żeby być jak najmniej zauważana. Jednak na Ziemi i Marsie było inaczej. Do Układu Słonecznego wykonałam dopiero cztery kursy, ponieważ Inland Tarak całkiem niedawno przejęła tamtejszy rynek spedycyjny.
Dwa razy wysłali mnie do Hawkins na Marsie, ale potem uprosiłam Sekuli, żeby dał mi kursy do Krakowa Balic. Podobałam się ludziom, co w różny sposób mi okazywali, ale żaden najbardziej nawet chamski technik nie przypuszczał, ile dla mnie znaczyło to ich zainteresowanie. Na Marsie i Ziemi po raz pierwszy w życiu poczułam się prawdziwą saukushi. To było coś zupełnie nowego. Gdyby nie tamten epizod sprzed lat z J.R. Randolphem i W.N. Solotnikowem oraz częstsze słowa taty Kirilan, pewnie pomyślałabym, że ludzie także się ze mnie nabijają. Ale ja wierzyłam, że naprawdę dzieje się coś w ziemskich łepetynach, kiedy w korytarzu strefy załadunku zaczynali rechotać i sprośnie przygadywać. Biedacy. Gdyby taki Kowalski wiedział, w ilu pozycjach i konfiguracjach potrafiłam uprawiać seks, nabawiłby się kompleksów.
Dlatego raczej rozśmieszały mnie te docinki. Ale wiedziałam, że muszę zareagować. Raz, żeby okazać siłę, dwa... Właśnie. Dwa było ważniejsze. Ciągnęło mnie do Krakowa z konkretnego powodu. Początkowo chciałam zobaczyć krainę, z której pochodzili tamten żołnierz i poeta, którego wiersza nauczyłam się na pamięć. Tak było za pierwszym i drugim razem. Za trzecim i każdym kolejnym powód był już inny. Pamiętam ten dzień jak żaden inny.
Posadziłam wtedy KAI777 na płycie kosmodromu. Doskoczyła obsługa naziemna. Pojawiły się dziesiątki wózków grawitacyjnych i przedstawiciele kilkudziesięciu ziemskich firm, którzy odbierali towar. Wokół mojego statku zrobiło się gwarno i tłoczno. Przez kolejne cholernie męczące osiem godzin z holotabem w ręku wydawałam tony sabi na szinkę, reiki i kirei, których odbiorcami były hurtownie albo sieci barów sushi lub restauracji. W końcu z ulgą odprawiłam ostatni wózek i nakazałam Marice zaszyfrować dostęp do wszystkich pomieszczeń i systemów. Mogłam iść odpocząć. Fizycznie na Ziemi nie czułam się komfortowo. Byłam na to przygotowana i co jakiś czas łykałam farmaceutyki z pakietu dostarczanego przez firmę. Wskoczyłam do podstawionego specjalnie dla mnie bezobsługowego wózka pasażerskiego i podjechałam kawałek w kierunku wejścia do strefy spedycyjnej.
Niestety, wejście tarasowały dwa koptery służb technicznych, więc ostatnie pięćdziesiąt metrów musiałam przejść pieszo. Szłam wolno w kierunku wejścia do windy. W jednej ręce trzymałam mój hełm, w drugiej maskę tlenową, a przez plecy na długim pasku miałam przerzuconego holotaba. Mój podręczny blaster ze składaną kolbą owiniętą skórą Inu obijał mi się o nogę przy każdym kroku. Kaptur kombinezonu zsunął mi się z głowy, więc grube dredy czarno-zielonych włosów niesfornie rozsypały się wokół ramion. Mijani ziemscy technicy głupawo się uśmiechali, ale kiedy spoglądałam im w twarze, spuszczali oczy. Nie potrafili wytrzymać mojego wzroku. Podobałam się im i jednocześnie się mnie bali. Bawiło mnie to. Czułam się prawdziwą singuliańską Saokushin.
A wtedy drzwi windy opuszczającej pilotów na płytę otwarły się i wyszedł z nich wysoki, mocno zbudowany astronauta w kombinezonie z naszywkami Space Expedition. Tak jak ja, w ręce trzymał hełm, ale holotaba pod pachą. Zbliżaliśmy się do siebie. Wbiłam wzrok w jego oczy. Czekałam, aż ucieknie spojrzeniem w drugą stronę, spłoszony i pokonany. Ale zdarzyło się coś zupełnie odwrotnego. Zamiast lęku zobaczyłam, jak jego źrenice rozszerzają się, a na twarzy maluje się ten sam zachwyt, który widziałam u J.R. Randalpha wiele lat temu. Był pierwszym i jedynym Ziemianinem, który tak długo wytrzymał moje spojrzenie. Przeszliśmy obok siebie z pozorną obojętnością.
Zdołałam jeszcze zobaczyć naszywkę nad kieszenią: M. Brzozowski. Może sprawiła to grawitacja, a może zmęczenie, ale tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Ziemianin miał błękitne oczy. Błękit, szum deszczu, chłodne strużki na twarzy, wilgotność i słodkość. Wodospad myśli. Daj mu je wszystkie. Mój blaster w kroku Kowalskiego i tamten człowiek z płyty kosmodromu, wysoki i silny, wkraczający pomiędzy mnie i techników. I podsłuchiwanie Zamrowskiego, ziemskiego szefa spedycji, żeby tylko dowiedzieć się, co znaczy „M.” przed Brzozowski. I pierwsza rozmowa na balkonie strefy w Tsung Ang, i kolejne w Balicach i na Paramie.
I zazdrość, której nie znałam. I to wezwanie na ratunek. I mój strach, kiedy pędziłam do Aldebarana B. I to, że nie zawahałam się wtedy ani chwili. Moje małe serce Koa przepełniła miłość. Skoczyłabym za nim do Sagittariusa A. Nie bardzo nawet uświadamiałam sobie, co robię, wpadając w rzekę meteorytów, ale nagroda była wspaniała. Szał namiętności, niewypowiedziane „kocham” w przestrzeni. Związek tak wspaniały, jakiego nigdy nie miałam. Oparty na miłości, której nie musisz kleić dodatkowymi zapewnieniami.
I to nagłe jego: „Czy chciałabyś mieć ze mną dziecko?”. Szok. Niedowierzanie. Moglibyśmy? Tak różni, tak inni. Ze światów oddalonych od siebie tak bardzo, że życie dwóch pokoleń przemija, nim promień światła Segansu dotrze na Ziemię. „Musicie państwo dobrze przemyśleć tę decyzję” – mówił profesor Jairu Funaliko. Stary, mądry Singu. To samo dzień wcześniej usłyszeliśmy od drugiego szefa projektu Panspermia, Ziemianina Einara Fredriksena. Siedzieliśmy z Mattem w białym gabinecie usytuowanym na parterze niskiego, przysadzistego budynku, w którym mieściło się Międzygalaktyczne Centrum Mieszania Gatunków i Ras na Human.
Trzymaliśmy się za ręce, a Matt, jak to zawsze lubił robić, delikatnie głaskał swoim palcem błonę pomiędzy moimi palcami wskazującym i serdecznym. Byłam o głowę od niego niższa, ale jego dłoń znikała w mojej. Bardzo go to bawiło. „Zdajemy sobie sprawę, że to ryzykowne, ale decyzję już podjęliśmy”. Matt spojrzał na mnie. „Tak” – potwierdziłam. Wczoraj to samo powiedzieliśmy profesorowi Fredriksenowi. „Znakomicie” – ucieszył się profesor Funaliko. „W takim razie zapraszam państwa dalej. Pielęgniarki pobiorą próbki do badania.
Musimy sprawdzić wasz osobisty współczynnik genetyczny. Pokłujemy was i pomęczymy trochę testami. Trzeba sprawdzić waszą podatność na wszelkie choroby ziemskie i singuliańskie. Jeżeli nie będzie żadnych przeciwwskazań, za 30 human soli będziemy mogli przystąpić do zabiegu in vitro”. Wszystko poszło dobrze, chociaż Matt strasznie się bał, że znów wyjdzie u niego dziedziczna skłonność do depresji. Nie wyszła, a on powiedział wtedy, że wyleczyłyśmy go wszystkie. Ja, Irkuanena i Natasza. Też tak myślałam. A moje związki? Reki Lee zgodził się, żebym z Mattem podjęła tę ryzykowną decyzję.
Przy okazji okazało się, że naprawdę mu na mnie zależy. Był zatroskany całą sytuacją, oferował pomoc finansową, dzwonił do nas i podtrzymywał nas na duchu. Reki jest najlepszym przyjacielem. Zawsze mogę na niego liczyć i wiem, że związek z nim także jest bardzo wartościowy. Kocham go inaczej niż Matta, ale jednak. I to ma swoją wartość. Jest jeszcze Artemis. Od kiedy poznałam ją na tamtej imprezie na Jeiland, wiedziałam, że będzie dla mnie kimś wyjątkowym. Wzbudza we mnie silne emocje. Z jednej strony pragnę się nią zaopiekować jak dzieckiem, a z drugiej wiem przecież, że to dziecko dysponuje mocą najnowocześniejszej technologii i że gdyby chciało, zmiażdżyłoby mnie w ułamku chwili.
Mimo to jest w Artemis delikatność ziemskiej kobiety wykraczająca poza mechanizmy i software sztucznej osobowości, ale którą poza mną dostrzega jedynie Sławek. Matt niestety pod tym względem jest dość tępy i lubię się z nim droczyć. „A do czego jest ci potrzebny związek z Artemis?” Nie dawał za wygraną, kiedy pytałam go o zgodę. „A do czego tobie potrzebny jest związek z Irquaneną?” „Nie odwracaj kota ogonem. To nie to samo”. „A dlaczego?” „Bo ja kocham Irquanenę”. „A może ja kocham Artemis?” „Nie no, trzymajcie mnie. Następna cyberfuriatka. Może powinnaś być ze Sławkiem?”. „Chciałbyś?”.
„Sławek jest alienofobem. Nie masz szans”. „To może znajdę sobie ziemianina, cyber i alienomaniaka. Myślisz, że miałabym z tym problem?”. I chociaż dobrze wiedział, że żartuję, stopował. Mruczał tylko pod nosem. „A ja może umówię się na randkę z Mariką. Będzie super”. Ale wtedy brałam w palce jego szczękę i patrzyłam mu w oczy. Wiedziałam, że kocha patrzeć mi w oczy.
„Heliosa nie pozwoliłeś wyrzucić”. „Ale nie chcę z nim chodzić do łóżka”. „Pocałuj mnie natychmiast. Masz na to trzy sekundy. Trzy. Dwa”. Na „jeden” czułam już jego język głęboko w moich ustach. Międzygatunkowe zapłodnienie celebrowano wówczas uroczyście. Byliśmy dopiero jedenastą parą, a pierwszą, której po zapłodnieniu pozwolono wyjechać z Human. Stresowałam się bardzo, kiedy w długiej szpitalnej koszuli prowadzili mnie do gabinetu zabiegowego.
Przyjechali wszyscy. Cała nasza poliamoryczna rodzina. Poza Mattem i Reki-Lee byli Ari Lilau, Tula Virtanen, Natasza i Irquanena. Ale przyjechał też Sławek z Artemis. To był dla mnie sygnał, że Sławek coś przemyślał. Wcześniej odrzucił prośbę Artemis o związek ze mną. Wszystko zaczęło się układać i pomimo wielu obaw poczułam się naprawdę dobrze. Pomachałam im zza szyby, dodając sobie animuszu. Telewizyjny bot wpakował się nawet na salę zabiegową. Transmitowano ten moment, podobnie jak dziesięć poprzednich, na wszystkie dwadzieścia planet Ligi.
Po zabiegu musiałam poleżeć i odpocząć kilka human soli. Natasza z Irquaneną wyjechały na Jeeland, ponieważ zbliżała się sesja i Hatanen miała do przepytania setkę studentów. Natasza natomiast była w ciąży. Po pozytywnej decyzji z Human wspólnie uzgodniliśmy, że skoro na początek ja będę próbować z Mattem, to Natasza ze Sławkiem. To był dopiero początek. Jeszcze niczego po niej nie było widać i normalnie pracowała. Koniecznie jednak chciała spędzić trochę czasu ze skrzydlatą ukochaną, z którą dawno się nie widziała. Jako że Reki-Lee z kolei chciał zostać ze mną w tym niełatwym okresie, poprosił Tulę, żeby wraz z Ari Lilau zadbały o jego interesy na Singulian. Sławek z Artemis zostali, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że Sławek czeka na okazję, żeby z nami oboma poważnie porozmawiać. Po tygodniu pozwolono nam ruszać na Singulian, ale coś nas podkusiło.
Konkretnie Reki-Lee, jak zwykle wymyślający różne atrakcje i postanowiliśmy się trochę zrelaksować w pobliskim Naidin. Były tam chyba najlepsze spa w całej MW, prowadzone przez ośmionogich sympatycznych querków uchodzących za mistrzów w masażu. Chcieliśmy posiedzieć w ciepłych termalnych basenach i potaplać się w pełnym życiodajnych minerałów uzdrawiającym błocie. Profesor Jairu Funaliko bardzo niechętnie wyraził na to zgodę i pewnie byłoby super, gdyby nie tamten nagły holoczat z Nataszą i Irquaneną zaraz po naszym rozpakowaniu się w ośrodku. Eris, pracujący jako operator wózków grawitacyjnych w największej w Nalatalai hurtowni handlującej mięsem khufur, jeelandzkich wysokogórskich owiec, zupełnie przypadkowo podsłuchał rozmowę, jaką prowadził przedstawiciel jednego z największych klientów hurtowni, niejaki In Ulsu Basaka z kimś na Naidin. Rozmawiali o przygotowaniu atrakcji na Naidin, podczas której zamierzano porwać singuliańską koa zapłodnioną plemnikami ziemskiego mężczyzny. Byłam jedyną w całej MW koa zapłodnioną plemnikami ziemskiego mężczyzny, której pozwolono opuścić Human, więc wniosek był jeden. To, że mamy do czynienia z Ghergeną z Can Pick okazało się dopiero potem, kiedy zobaczyliśmy symbole na pojazdach napastników. Zaczęliśmy się szybko zbierać. Reki-Lee pobiegł płacić karę za niewykorzystany pobyt, a potem na kosmodrom odpalać Cash 444.
My opuściliśmy strefę hotelową jakiś czas potem, ale byłam już czujna i kiedy wysiedliśmy z samoobsługowej taksówki pod kosmodromem w Isiku, od razu zauważyłam tych podejrzanych typków na skuterach. „Uwaga!” — krzyknęłam. I zaczęło się. Deszcz walił strugami, jakby chciał rozgnieść cały świat ciężarem wody zrzucanej z błękitnych chmur. Ciało szarpały dreszcze z zimna i przemoczenia, ale pokonałam tę słabość. Uniosłam głowę. Siła i gniew. Wstałam i pierwszy raz od wielu godzin wyprostowałam się. Poprzez ścianę deszczu i opary mgły nie mogłam go dostrzec, ale wiedziałam, że wciąż tam jest. „Hej, Kanga Uri-Ito, słyszysz mnie?” Cisza.
Tylko deszcz, jakby jeszcze bardziej przybrał na sile. „Jestem Laila Mani Hukaru, koa Singu. Mam w sobie dziecko ziemskiego mężczyzny i nie boję się ciebie. Nie pokonasz mnie”. Przez chwilę byłam bardzo pewna siebie i wtedy poczułam, jakby ktoś zarzucił pętlę na moją szyję, zacisnął ją, a potem z całej siły pociągnął w dół. Opadłam na kolana jak szmaciana lalka. Siła, wobec której poczułam się całkowicie bezbronna, pociągnęła mnie ze wzgórza w dół, ale tym razem nie na jego południową, ale północną stronę, z powrotem w kierunku klifu. Nie mogłam wydobyć głosu z zaciśniętego niewidzialną pętlą gardła. Charczałam i zgięta wpół biegłam, jakbym była małym czajki brutalnie prowadzonym przez sadystycznego akokodę. Chciałam się oprzeć, ale nie mogłam.
Zrozumiałam, jak mało znaczy moja wola i jeszcze to, że mógł zabić mnie w każdej chwili z taką łatwością, z jaką ja łamałam karki Sabi. Wpadłam w zagajniki asja ka, a kolczaste gałęzie drzewek smagnęły moją twarz. Tym razem nie mogłam ich omijać, tylko rozpaczliwie odpychałam, kiedy już nie było innej drogi. Kilka kolców chwyciło naciągnięty wodą kombinezon i rozerwało go, ukazując szmaragdowe, zmarznięte ciało. A kiedy zgięta i charcząca wybiegłam z zagajników, ślizgałam się na łupkowych kamieniach i zapadałam w grząskich wyspach mchu, wyłamując stawy w kolanach. Ale nie czułam ani tych kolców, ani upadków. Niczego nie czułam poza strachem, przerażającą pewnością, że oto jestem prowadzona na rzeź i że już nic nie jest w stanie mnie uratować. Lasek skończył się i pojawiła się zalana wodą półka klifu. Zostałam jeszcze pociągnięta kilkanaście metrów, aż moje nogi po kolana znalazły się w wodzie. Ciągnięcie ustało, ale niewidzialna pętla nadal opinała moją szyję.
W szarym błękicie deszczu i mgły dostrzegłam tysiące białych brzuchów ryb. Stałam pomiędzy nimi i dopiero teraz zauważyłam, że ryby nie są martwe. Trzepotały się delikatnymi zrywami, chwytały do szeroko otwartych pysków hausty wody z duszącym je powietrzem. Pracowały skrzelami. Były otumanione, jakby porażone prądem. Przeszło mi przez myśl, że może kanga potrafi emitować jakieś nieprawdopodobne wyładowania elektryczne, ale niczego takiego nie potwierdzono w trakcie wcześniejszych badań nad gatunkiem. Wszystkie te badania skończyły się tak samo: albo śmiercią, albo szaleństwem ekip naukowych. Dlatego dano mu spokój i od dłuższego czasu większość singu czekała tylko na jedną decyzję Parlamentu Ligi. Chwilę nic się nie działo. Stałam po kolana w wodzie, nie potrafiąc się ruszyć, otoczona tysiącami cierpiących stworzeń.
Słyszałam wszystkie tony melodii deszczu o ocean, o liście drzew, o kamienie, o mech i o białe brzuchy ryb. Pojawił się niczym gigantyczna wieża wyłaniająca się nagle z czarnych odmętów. Kaskady wody opadały z szumem z jego ogromnej głowy, spływały z rogów, nozdrzy, płetw piersiowych i sunęły wartkimi rzekami po jego potężnym, łuskowym cielsku. Miałam wrażenie, że przebiegają po nim jakieś błyski, ale mogły to być tylko skąpe promienie Naki Hari rozświetlające błękitem singuliańską nali. Wzniósł się ponad mnie ogromny jak wieżowiec, a następnie niczym waląca się latarnia morska opadł. Ogromna fala przykryła mnie całą i z pewnością zabrałaby mnie z powrotem w ocean, gdyby nie to, że nieznana siła nadal przykuwała mnie do skały. Kiedy woda opadła, ujrzałam przed sobą jego ogromną paszczę. Słyszałam teraz miarowy oddech wydobywający się z potężnych nozdrzy. Czułam omdlewający smród, zapach rybich wnętrzności i rozpalonych gadzich trzewi. Ale widziałam tylko oczy płonące jak powierzchnia gwiazd i jak one zdających się wysyłać złowrogi, niszczycielski wiatr.
Z tej odległości samo spojrzenie kangi zabijało. Wiedziałam, że pozostały mi sekundy. Z niedawnej chwili odwagi pozostały zgliszcza. Znów trzęsłam się i płakałam, a on stał, oddychał i patrzył. Chwila ta przedłużała się w nieskończoność.
[06:03:23] - Kopter poszukiwawczy KUŁOP, skrót od Singuliańskie Zakłady Przemysłu Lotniczego. W saolatek to Singulian Uko Gnapura. Model 37 AKT ociężale młócił wirnikami. Był wolniejszy od kopterów bojowych. Miał za to większy zasięg i potrafił wylądować w każdym terenie, także na wodzie. Posiadał też szereg usprawnień czyniących go jedną z najlepszych maszyn ratowniczych w MW. Dla Matta w tamtej chwili najważniejszym był system kamer na podczerwień potrafiących wychwycić życie na powierzchni wody z odległości kilkunastu kilometrów, a więc poza widzialny gołym okiem z poziomu morza widnokrąg. Z wysokości stu metrów, ponad którą Matt się nie wznosił, odległość ta wzrastała zgodnie z równaniem: pierwiastek z wysokości razy trzy przecinek pięćdziesiąt siedem. Wzięli trzy koperty i każdy poleciał w inną stronę. Kiedy szli na lądowisko, Rekki Lee ostrzegał: „Pamiętajcie, nie zbliżajcie się zbytnio do tamtej strefy deszczu”.
Wcześniej dokładnie pokazał ją na mapie. To może być naprawdę niebezpieczne. Matt ze Sławkiem starali się już nie wymawiać lokalnej nazwy gatunku i w ogóle nie komentować w obecności singu niczego, co było z tym związane. Skinęli więc głowami i wsiedli za stery kopterów. Ale kiedy tylko zniknęli sobie z pola widzenia, Matt natychmiast skierował maszynę na południowy wschód. Czuł, że jeżeli znajdzie Lailan, to właśnie w tamtym rejonie swoistego, chwilowego Trójkąta Bermudzkiego, spowodowanego, jak twierdzili singu, pojawieniem się siejącego wśród nich popłoch Kyrioriu. Początkowo leciał przy pięknej pogodzie Nai. Szary błękit Naki Hari, rozświetlany gwiazdami i skąpymi teraz promieniami Sejonsu, czynił lekko falujący ocean baśniową, srebrzysto błękitną taflą. Matt nie przypuszczał, że singuliańska Nai może być tak piękna i pewnie zachwycałby się tym widokiem, gdyby nie gnębiący go od wielu godzin strach. Starał się nie myśleć o tym, że może już nigdy nie zobaczyć ukochanej Koa, jej kpiącego uśmiechu na granatowych ustach i tych oczu, w które uwielbiał patrzeć i zapadać się niczym ciało niebieskie porwane w otchłań czarnej dziury.
Na dodatek Li Lan była w ciąży. Wprawdzie do Matta nie całkiem docierało jeszcze, że zapłodnienie się udało i że najprawdopodobniej zostanie ojcem jedenastego dziecka zrodzonego ze związku singu i ludzi. Starał się omijać określenie hybryda, ale czuł, że w brzuchu Li Lan dzieje się coś wyjątkowego i że teraz jak nigdy powinien być przy niej. Znał ją dobrze. Wiedział, że pod wizerunkiem twardego międzyplanetarnego pilota i wojownika kryje się wrażliwość i ogromna potrzeba kochania. Ocean uciekał pod sunącą ociężale maszyną. Czasem na powierzchni coś się działo. Jakieś gejzery wzniecane przez atakujące drapieżniki i wielotysięczne stada drobnicy w panice wypryskujące ponad wodę. Dwa razy zauważył wielkie płetwy urka z szybkością prujące ocean, a przed nimi całe stada pięciotonowych waleni, które w popłochu rozpierzchały się na wszystkie strony. Poza urka Matt nie pamiętał nazw lokalnej fauny.
Uczyli się wprawdzie tego jeszcze w liceum astronomicznym w Krakowie, ale kiedy to było? „Zero jeden do zero trzy” — usłyszał w słuchawkach głos Rekili. — „Co u ciebie?” „Przed chwilą minąłem jakiś mały skalisty archipelag, ale nie zauważyłem żadnych symptomów życia. Tylko skały wystające z oceanu. A ty zero dwa?” „To samo” — głos Sławka. — „Przeskanowałem już cały kwadrat piąty. Zaraz zacznę szósty. A u ciebie zero jeden coś się działo?” „Działo się, ale nic ważnego. Lądowałem na małej wyspie, gdzie kamerka wskazała sporą aktywność życia. O mało nie pożarły mnie atto.
Poza nimi niczego nie było.” „Atto to te wydry giganty?” „Tak” — potwierdził Rekili, po czym zakomunikował. — „Zero trzy. Zbliżasz się niebezpiecznie do strefy A. Masz tego świadomość? Ja tam lecę. Do cholery, Matt, przecież wam zabroniłem.” „Halo, halo, Reki.” — Matt postukał w mikrofon, udając zakłócenia. — „Jesteś tam?” „Nie wygłupiaj się, Matt.” „Halo? Słabo cię słyszę zero jeden. Na razie rozłączam się.” „Matt.” Brzozowski zerwał połączenie. Nie miał nastroju na fobie singu.
Na znanych mu planetach nie istniało zwierzę, którego nie byłby w stanie rozwalić w strzępy za pomocą dwóch działek pokładowych małego kalibru, w jakie zaopatrzono kopter. Jeszcze dwie godziny skanował teren, ale bezskutecznie. Przeleciał już prawie tysiąc kilometrów i w końcu zbliżył się do zakazanego przez Reki kwadratu strefy A. Na linii horyzontu ukazały się czarne chmury. Smugi deszczu wyglądały z tej odległości jak równe, czarno-szaro-niebieskie filary podtrzymujące sklepienie skłębionych cumulusów. Matt zauważył w dole jakiś ożywiony ruch, a kiedy przybliżył obraz z kamer, zrozumiał, że to ławice tysięcy ryb i stada waleni, dziwnie przemieszane ze sobą, oddalały się z tamtego rejonu. Skojarzenie popłochu było oczywiste. Ciekawe, że ocean zamiast rozszaleć się, cichł jeszcze bardziej. W zestawieniu z czarno niebieskimi chmurami, z których lały się strumienie wody, było to dziwne zjawisko. W ogóle nie było wiatru, tylko deszcz i mgła, jakby ktoś wylewał kubły zimnej wody do parującego wrzątkiem garnka.
Kiedy kopter wleciał w ten chmurny błękit, urządzenia nawigacyjne zamrugały wszystkimi diodami, a potem kilka z nich całkiem padło, w tym niestety bardzo potrzebny altymetr. Jakieś trzaski rozległy się w słuchawkach, potem szum i piski. „Zero trzy do zero jeden” — wezwał Matt, chcąc sprawdzić połączenie. Tylko szumy i trzaski. „Zero trzy do zero dwa” — spróbował wywołać Sławka. To samo. Trudno. Pomyślał. Niech się dzieje, co chce, do diabła. Obniżył pułap jeszcze o dwadzieścia metrów i nieco zwolnił.
Przeszedł całkowicie na sterowanie ręczne, ponieważ większość manewrów musiał teraz wykonywać na czuja. Nie rezygnował. W końcu nie takich rzeczy uczyli się na symulatorach w Houston. Przesuwał się dalej w głąb parowych korytarzy. Deszcz siekł szyby kabiny z taką intensywnością, że system podwójnych wycieraczek ledwie nadążał z usuwaniem wody. Podgrzewania szyby nawet nie włączał. Wystarczająco dużo miał pary. Nagle w dole coś zamajaczyło bielą, ale ciężko było wyodrębnić kształty. Mgła stapiała się w jedno z taflą oceanu. Nawet zbliżenia kamer nie pomagały i Matt podjął spore ryzyko, obniżając kopter jeszcze około dwudziestu metrów.
Będąc pozbawionym sprawnego altymetru, była to jazda bez trzymanki. W takich warunkach łatwo było oczom dać się oszukać i wziąć ocean za jeszcze jedną warstwę mgły. Dopiero z wysokości pięćdziesięciu metrów kamery ukazały tysiące ryb przeróżnych gatunków leżących na boku lub grzbiecie i szamoczących się w konwulsjach nieznanej choroby. Wyglądało to przygnębiająco, jakby katastrofa ekologiczna spowodowana wyciekiem do oceanu szkodliwych substancji. Taki wniosek początkowo nasunął się Mattowi i stwierdził, że zaraz po odzyskaniu łączności muszą zameldować o tym odpowiednim singuliańskim służbom. Nie mógł niestety zanotować współrzędnych, ponieważ GPS-y szalały pokazując głupoty. Leciał jeszcze w takich warunkach kilkanaście minut, a potem nagle mgła przerzedziła się. Wprawdzie nadal było jej sporo, ale teraz stanowiła tylko lekkie biało-niebieskie kule przetaczające się po powierzchni w różnych kierunkach. Pomiędzy tymi kulami widoczność była znośna. Dało się już dostrzec mglisty pierścień otaczający ogromny obszar Gu-Sin, jakby wysokim na kilometr, nieprzeniknionym murem.
Natomiast deszcz stał się intensywniejszy. Był teraz ulewą zdającą się mieć w sobie coś z inteligentnego, wodnego kafara chcącego wgnieść w głębiny wszystko, co stanie mu na drodze. Wycieraczki pracowały na pełnych obrotach, ale nie nadążały ze zrzucaniem z szyby litrów wody. Znienacka wydarzyły się dwie rzeczy naraz. Kamery zarejestrowały jakiś ruch na dole, a kiedy Matt przyjrzał się lepiej, zauważył wielki grzbiet na przemian wynurzający się i ginący w czarno-granatowej wodzie. Początkowo myślał, że to któryś z ogromnych waleni Gu-Sin, ale potem dostrzegł wielkie trójkątne płyty, niczym płetwy grzbietowe urka ułożone w jeden drapieżny grzebień. Nigdy czegoś takiego nie widział. Nie zdążył wysnuć żadnego wniosku, ponieważ w tej samej chwili rozległ się huk odrzutowych silników i z kłębów mgły na horyzoncie wypadły cztery myśliwce. Przeleciały nad kopterem z ogromną szybkością, ale zaraz poderwały się i cała eskadra wykonała piękny zwrot. Matt od razu rozpoznał stratosferyczne myśliwce Alien 6262.
To właśnie przez te samoloty, będące na wyposażeniu każdej bojowej fregaty warpowej Gannijczyków, zyskali oni sobie przydomek Alienów. Podobieństwo do stwora z filmu „Obcy. Ósmy pasażer Nostromo” było na drugim miejscu. Zresztą żyły w Plejadach istoty bardziej przypominające filmowego zabójcę aniżeli na wpół humanoidalni, na wpół owadzioskorpionowaci wojownicy. Alien 6262 był świetnym myśliwcem stratosferycznym i kupowało go od Gannijczyków wiele nacji, nawet Ziemianie. Nie wiadomo więc było, kto naprawdę siedział za sterami. „Kopter do eskadry, kopter do eskadry. Słyszycie mnie?” Starał się nawiązać kontakt. „Alubua zindnis”. Zanim Matt zorientował się, co to za język, translator koptera zdążył przetłumaczyć: „Zestrzelić jednostkę”.
Z całą pewnością zamierzali go rozwalić. Matt był doświadczonym pilotem i jedno wiedział na pewno: nie miał najmniejszych szans. Spojrzał na wyświetlacz translatora. Obok graficznego przedstawienia zdania — były to znaki, których samodzielnie nie byłby w stanie rozszyfrować — widniał napis po angielsku: „kung-fu”. Matt zrobił jedyną rzecz, którą mógł, żeby utrudnić im zadanie. Obniżył się jeszcze bardziej. Teraz, będąc już na granicy katastrofy, leciał na wysokości piętnastu metrów nad poziomem wody. Jedna błędna decyzja i tamci nie będą musieli używać pocisków. Zdołał jeszcze obrócić dwa działka w stronę napastników i posłać im po kilka pocisków. Wiedział, że szanse na trafienie ma marne, ale niech czują, że ofiara także potrafi ugryźć.
Pierwsza rakieta z sykiem pomknęła w stronę koptera. Matt gwałtownie poderwał maszynę w ryzykownym uniku. Pocisk niemal musnął jeden z czterech wirników, ale chybił. Wielki gejzer wody wzbił się wysoko i tylko kolejnemu unikowi Matt zawdzięczał, że wodna eksplozja nie zalała go i nie przycisnęła do tafli oceanu. Myśliwce przeleciały z rykiem i gdzieś w oddali ponownie wzbiły się w nawrocie. Zobaczył znaki gergeny. „To koniec” — powiedział na głos. Pomyślał o Lai Lan i ich nienarodzonym dziecku. Ogarnęły go żal i wściekłość. Nagle zobaczył go ponownie.
Wynurzył się pod kopterem tak blisko, że wielki chitynowy grzebień zdawał się dotykać podwozia maszyny. Sunął wolno, ale z jakąś ogromną siłą w gigantycznym cielsku. Matt dostrzegł cztery wielkie rogi łba i zdający się nie mieć końca grzbiet, na przemian pojawiający się i znikający pomiędzy ciałami na wpół śniętych ryb. I wtedy zdarzyła się rzecz zdumiewająca. Myśliwce przeleciały obok, ale żaden nie wystrzelił. A potem rozeszły się w cztery strony. Każdy zrobił nawrót i pomknęły sobie na spotkanie. „Venza nima! Venza nima!” Matt słyszał w słuchawkach, jak wrzeszczeli kungfiańscy piloci. „Ozisu!
Ozisu! Aaa!” Potężna eksplozja wstrząsnęła światem. Kule ognia, w jakie zamieniły się cztery zderzające się Alien 6262, rozświetliły niebieskoszary półmrok. „Uwaga, uwaga” — przetłumaczył translator słowa pilota, który już nie istniał. Matt zdumiony patrzył, jak resztki pięknych maszyn opadają płonącym deszczem i znikają w pokrytym rybami oceanie. Z sykiem smażyły się rybie brzuchy. Dymiły czarnymi kłębami roztopionych palonych metali, zanim pochłonął je mrok otchłani Gu-Sin. I ponownie ten grzbiet. Co to jest, na Boga? Czy to on?
A więc tak wygląda? Teraz Matt bał się nawet pomyśleć jego imię. Rozumiał już, że martwe ryby, mgła, zakłócenia aparatury i to nagłe, przerażające samobójstwo kungfiańskich pilotów nie były przypadkiem. A co, jeśli zechce zniszczyć i mnie? Rozbłysły diody na tablicy kontrolnej. Część niesprawnej dotąd aparatury zadziałała równie nieoczekiwanie, jak się popsuła. Na GPS pojawiły się współrzędne. Matt spojrzał na grzbiet, który płynął teraz równo z wolno poruszającym się kopterem. Współrzędne zapulsowały na ekranie GPS nerwowo i gwałtownie. „Chcesz mi coś powiedzieć?” – szepnął Matt.
Grzbiet zniknął. Matt poderwał maszynę na bezpieczną wysokość i wprowadził współrzędne z GPS do automatycznego pilota. Niewiele już myśląc, rozkazał całą nawszód. Pomknął w mgłę.
[06:18:03] - Resztkami sił wspinałam się z powrotem na szczyt. Który to już raz? Straciłam poczucie czasu i nie pamiętałam, jak długo trwa Nai. Przemknęło mi tylko niedorzecznie, że pewnie wszyscy singu, których było na to stać, zdążyli już przelecieć do Ishina. Pracują zdalnie, grzeją się w cieple Sejongsu albo przyjmują w tamtejszych ośrodkach falę humanoidalnych turystów. Ale tutaj, w szarym błękicie Nai lądują statki Paramian, którzy z walizami na robantach transportowych suną wytyczonymi dla nich korytarzami do opuszczonych przez światłolubnych galaktycznych braci ośrodków. Poślizgnęłam się po raz kolejny. Upadłam boleśnie na łupkową, ostrą skałę, dodając do licznych rozdarć mojego kombinezonu kolejną paskudną dziurę na kolanie. Od razu poczułam chłód wody wdzierającej się przez rozdarcie. Dreszcze szarpały moim ciałem.
Stukałam zębami. W butach chlupotało i tylko obawa przed skaleczeniem delikatnej, błoniastej stopy powstrzymywała mnie przed ich ściągnięciem. Zatrzymałam się przy palmie tenoshi i podniosłam z ziemi owoc lai. Drżącymi dłońmi starałam się go rozerwać, ale skóra z poskręcanymi strąkami odrostów nie chciała się poddać. Spróbowałam zębami. Wyplułam natychmiast. Skóra lai jest twarda i gorzka. Smakuje tak, jak wygląda – paskudnie. Chwyciłam więc kombinezon przy szyi, odciągnęłam go i wpuściłam lai pomiędzy materiał a ciało. Tam, gdzie tkwiła już zabrana z półki Sabi.
Deszcz nie ustawał, chociaż miałam wrażenie, jakby nieco zelżał. Byłam całkiem wykończona, kiedy dowlekłam się do Artemis. Ogarniała mnie drętwota i senność, ale wiedziałam, że muszę jeść. Mała strasznie kopała. Czasem miałam wrażenie, że robi to specjalnie, żeby nie pozwolić mi na tragiczną w skutkach bierność. Mogłam już wyczuć jej małe stópki. Rosła szybko, jak wszystkie płody singu, ale była duża i ciężka. „Jeżeli nie przybędzie pomoc, obie umrzemy w męczarniach” – pomyślałam. Nawet gdybym jakimś cudem sama zdołała rozciąć sobie brzuch, nic to nie da. Wykrwawię się bez odpowiedniej pomocy, a mała umrze w kilka chwil potem.
Spojrzałam na Artemis. Jedyna istota, na którą liczyłam, leżała bez życia. Jakąż ironią wydało mi się, że tylko specjaliści z NUC mogli jej teraz pomóc. Pokonując senność sięgnęłam po nieprzemakalną torbę. Nie zamknęłam jej, ratując Artemis i teraz po brzegi wypełniona była wodą. Odwróciłam więc torbę, wylewając wodę wraz z nożami i krzesiwem. Zastanawiałam się chwilę, czy dałabym radę rozpalić ognisko za pomocą całkiem mokrych gałęzi. Krzesiwo było nowoczesne, magnezowe. Na pewno nawet podczas deszczu dałoby porządną iskrę. Ale rozpałka?
Rozejrzałam się. Nie ma szans. Wyfiletowałam Sabi i rozkroiłam lai. Trzęsącymi się rękami z trudem trafiałam do ust, ale jadłam. Nadzieja, która wlała się we mnie wielkim, ciepłym strumieniem tam na półce, utrzymywała mnie przy życiu. Wiedziałam, że teraz wszystko musi się udać. Deszcz padał jeszcze, ale tracił na sile. Mgła uniosła się i choć zasłoniła niebo, teraz wyraźniej widziałam wodę i dziesiątki tysięcy ryb, małych i całkiem sporych. Aquaya, nashinkę, sabi, morej, koku i setek innych gatunków bezradnie szamoczących się na powierzchni. Jednak coś się zmieniało.
Zauważyłam, że niektóre z ryb odzyskują kontrolę nad ciałem i znikają w zbawczej głębinie. Z każdą chwilą coraz więcej. Po jedzeniu senność przybrała na sile. Dawno już przekroczyłam granicę biologicznej wytrzymałości na brak snu. Singu mogą nie spać wiele ziemskich dni, ale przychodzi moment, w którym organizm sam upomina się o swoje. Wtedy singu przejawiają pewne objawy narkolepsji. Nie chciałam się kłaść. Wiedziałam, że byłoby to nierozważne. W przebłyskach świadomości zastanawiałam się nad ponownym zejściem i zrobieniem sobie szałasu z gałęzi asja ka i dużych liści tenoshi. Nie miałam już siły.
Obawiałam się, że zasnę gdzieś tam, pomiędzy gałęziami. Wolałam być widoczna na szczycie wzgórza. Siedziałam przy Artemis, a głowa opadała mi raz za razem w ogarniającej mnie senności. Walczyłam, ale wiedziałam, że nie potrwa to już długo i będę musiała zasnąć na wiele, wiele godzin. Usłyszałam znajomy dźwięk. Najpierw w oddali, ale z każdą chwilą narastał. Charakterystyczny turkot wirników młócących powietrze. Z trudem uniosłam głowę. Kopter wyłonił się z mgieł na widnokręgu. Leciał nisko i bez żadnej wątpliwości w moją stronę.
Chciałam wstać, żeby wziąć karabin na flary, ale nie mogłam. Całą siłą woli walczyłam, żeby utrzymać otwarte oczy. Zdołałam tylko wyciągnąć rękę w stronę rosnącej z każdą chwilą maszyny. „Akkate, akkate” – szeptałam. Jak przez mgłę pamiętam, co było potem. Kopter zawisł nad wzgórzem. Poczułam na twarzy podmuchy powodowane przez cztery wirniki. Automat utrzymał pozycję, a potem kopter pewnie osiadł na starym cmentarzysku. Chociaż wiedziałam, że to może być tylko on, ponieważ nikogo innego Kanga by nie przepuścił. Ogarnęło mnie wzruszenie, jakiego nie czułam jeszcze nigdy w życiu.
No, może wtedy na Aldebaranie B, ale chyba nie aż takie. „Mati” — płakałam, tuląc się do niego. Całował moją twarz, oczy, usta, nos i włosy. „Moja Ain, mój kapitan, moja Ainokoa” — powtarzał. Wziął mnie na ręce i zaniósł do koptera. Usadził w głębokim fotelu obok pilota, zapiął pasami i wrócił po Artemis. Nie zadawał niepotrzebnych pytań. Widział zerwaną z pleców androidki skórę i zrozumiał, że musiało wydarzyć się coś złego. Z trudem przytaszczył Artemis i wciągnął ją na pokład ratowniczy z tyłu. Położył na łóżku i także przypiął pasami.
Kiedy wystartowaliśmy, spojrzał mi w twarz. Sięgnął i wytarł łzy, które nie chciały przestać płynąć z moich oczu. „Nie płacz, kapitanie. Już jestem przy tobie”. „Ja nie płaczę. Tylko deszcz spływa mi z włosów na twarz”. „Oczywiście. Tylko deszcz”. Uśmiechnął się. Odpięłam pasy i zwinęłam się w kłębek na fotelu.
Głowę oparłam o silne ramię ziemskiego ukochanego. „Co tak późno, Fermo?”. Nie słyszałam, co odpowiedział. Zasnęłam. Śnił mi się wielki potwór o ciele szerokim i długim. O grzebieniu ostrych chitynowych trójkątów. O wielkim łbie rogatym i gorejących ślepiach. Pruł głębiny Gusin, a wszystko, co w nich żyło, uciekało w popłochu. Rozpierzchały się ławice koku i dżikumiku. Stada szisze umykały we wszystkie strony, a urka, choć dostojniej i z niechęcią schodziły mu z drogi.
Ciężki i wielki, w głębinach zwinny i szybki. Szybował ponad podwodnymi górami i ponad lasami wyrastającej na wiele kilometrów wan-bu. Przemykał pomiędzy rafą rozległą i kolorową. Muskał brzuchem żarłoczne ukwiały z pokorą kurczące się na jego widok. Sunął pod koralowymi mostami i w głębi mrocznych tuneli. Mijał wyspy, te samotne i pozbawione życia, tkwiące pośrodku oceanu niczym przewrócone do góry dnem okręty i długie, niekończące się archipelagi, zmierzwione czuprynami asja ka i palmami tenoshi. Błękitnym deszczem smagał niebiesko-zielone liście, domy rybaków i pokłady kutrów. W małych portach rozbrzmiewały zawodzenia alarmowych syren, a ludzie biegli na oślep do podziemnych schronów, nieświadomi, że gdyby tylko zechciał, zniszczyłby ich szybciej aniżeli singu filetuje sabi. W oddali światła ogromnego podwodnego miasta. Ścigacze policyjne pędzące na złamanie karku ku śluzom.
Stłoczone batyskafy. Tłum przepychający się w panice. Pulsujące światła alarmów. Torpedy puszczone z łodzi podwodnych straży wybrzeża wybuchające w połowie drogi. Ich elektronika niszczona w ułamku sekundy jedną jego myślą. Histeria i strach. Zapulsowała czerwienią zapora antypola. Na kopułę miasta zsunęły się jeszcze trzy dodatkowe. Tysiące przestraszonych twarzy przyklejonych do pancernej szyby. Ekipy holowizyjne, biegnący żołnierze i policjanci.
Ale on omija miasto i płynie do długiego, wchodzącego na kilkaset metrów w ocean mola. Chluby Tsung Ang. Przed chwilą molo opustoszało. Wszyscy singu i turyści będący na powierzchni schowali się w masywnej konstrukcji stacji meteorologicznej połączonej z ogromną wieżą latarni morskiej. Słyszę krzyki policjantów i meteorologów z obsługi latarni. Każą mi biec, ratować siebie i dziecko, ale ja robię kolejnych kilkanaście kroków w stronę brzegu platformy. Trzymam mocno drobną dłoń dziewczynki. Czuję, że drży i boi się bardzo, ale jest opanowana. Jestem z niej dumna. Dziś kończy singuliański rok i sześć lat ziemskich.
To jest moment nadania imienia u singu. Ziemianie nazywają to różnie. W kulturze, w której wychował się Matt, mówią chrzciny. Ale ja też się boję. Czy dotrzyma słowa? Wyłania się tuż przy molo. Jego głowa jest wielka jak stojące w porcie rybackie kutry. Słyszę pisk i krzyki przerażenia, kiedy głowa ta zbliża się do nas. W powietrzu aż roi się od kopterów i dronów, ale nikt nie wypuszcza już pocisków. Boją się, że mogliby zabić też nas.
Zresztą nie ma żadnej gwarancji powodzenia. Puszczam małą rękę i lekko popycham dziewczynkę w stronę bestii. Chwilę się waha, ale potem śmiało robi ostatnie dwa kroki do brzegu mola. Wyciąga rękę i dotyka ogromnego rogu wyższego od niej dwa razy. Ostrego jak harpuny wielorybników. Widzę ich oboje. Siejący postrach gatunek i gatunek stworzony przez genetyków dwóch światów. Teraz wiem, dlaczego ją wybrał. Moja córka trzyma róg bestii i odważnie patrzy w jego płonące oczy. Chwila ta przeciąga się i dla mnie trwa w nieskończoność.
Bardzo się boję, ale ufam. „Nadaję ci drugie imię”. Ten głos rozbrzmiewa we wszystkich, którzy nie skryli się za potrójną zaporą podwodnej strefy Tsung Ang. Budzę się. Kopter turkotał wirnikami z jakąś spokojną, kojącą nutą. Wokół nie było mgieł, tylko piękna singuliańska Nai rozświetlona błękitem Nakihari. Ocean falował rozkołysany wiatrem wędrującym od odległych niebieskich obłoków, pomiędzy którymi błyskały bliskie gwiazdy Arikionseim, zwanych przez ludzi Hiadami. „Nie śpisz?” — zapytał Matt. — „Lecimy dopiero trzy godziny”. „Matty” — popatrzyłam mu w oczy.
— „Muszę ci o czymś powiedzieć”. „Tak?”. „To będzie Koakode”. „To wspaniale”. „Będzie piękna, zobaczysz”. „Też w to wierzę”. „Ja nie wierzę, tylko wiem. Widziałam ją”. „Widziałaś?”. „Nie pytaj o nic, tylko słuchaj.
Przyjdzie czas nadania jej imienia. To dzieje się zazwyczaj po singuliańskim roku”. „U nas od razu”. „Nie ma mowy. Musi to być zrobione po singuliańsku”. „Dlaczego?”. „To jeden z warunków, który postawił. Tylko dlatego żyjemy”. Matt milczał. Myślałam, że będzie dyskutował, ale on poważnie skinął głową.
„Wierzę ci”. „Pierwsze imię możemy wybrać sami, ale drugie… Drugie początkowo wzbudzi strach i odrazę. Musimy jednak to przejść. Tylko ona będzie mogła wezwać gatunek”. „Wezwać, do czego?”. „Nie wiem. Nie chciał ujawnić. Powiedział, że nadchodzi czas, kiedy tylko wspólną walką singu i Kyrioriu będą mogli uratować Singulian przed wrogiem z kosmosu. Dlatego chce z kimś zawrzeć przymierze”.
„Co to za wróg?”. „Nie chciał powiedzieć. A może sam jeszcze nie wie”. „Coś spoza galaktyki?”. „Nie mam pojęcia. Ale to ma związek z Gergeną i nie wydarzy się w najbliższym czasie. On przygotowuje się na przyszłość”. „Wiesz, jeszcze kilka godzin temu bym się śmiał, ale nie znalazłem cię przypadkowo”. „Domyślam się. Gdyby nie chciał, nigdy byś mnie nie znalazł”.
„Jakie nadamy jej imię?”. „Ja wybrałam Kira Lan, ale może ty chcesz inne”. „Co to znaczy?”. „Lan to przyrostek pochodzący zazwyczaj od któregoś rodzica. Singu często nie mają pewności, kto z poligamicznego układu jest ich biologicznym rodzicem, więc dodają przyrostek wedle ulubionych członków rodziny. Ja mam Lan po tacie Kiri Lan, jedynemu z mojej rodziny, któremu coś zawdzięczam. Dlatego chciałam jej nadać imię na cześć taty. Imię Kiri ma żeński odpowiednik Kira, ale może ty byś chciał inne”. „Myślałem o mojej mamie, ale mama miała na imię Krystyna” — uśmiechnął się Matt — „więc nawet pasuje”. „Kira Lan pasuje też do drugiego imienia” — bałam się dokończyć, ale Matt się domyślił i powiedział to za mnie.
„Kira Lan Kanga Brzozowski Hukaru”. Zakończenie. „Prawda, pani Lailan?” — ocknęłam się. „Proszę?”. „Zamyśliła nam się mama?” — pytał profesor Fredriksen z dobrodusznym uśmiechem na twarzy. Na amfiteatralnej widowni gruchnął śmiech. Widziałam rozbawione oblicza wielu gatunków zamieszkujących galaktykę, mieszkańców naszego ogromnego międzygwiezdnego domu. Z jakiegoś powodu i zupełnie nagle wydali mi się bardzo bliscy. Wszyscy, nawet alieni. „Przepraszam” — uśmiechnęłam się do nich.
„Nasi goście pytali o pani samopoczucie, więc odparłem, że z pewnością sama zechce pani im o tym opowiedzieć”. Uśmiech nie schodził z miłej, wygładzonej Baxtersonem twarzy profesora. „Oczywiście, bardzo chętnie”. Pojawił się las rąk dziennikarzy. „Proszę, może pani”. Profesor wskazał kobietę rasy ludzkiej z dużą plakietką Marsjańskiej Międzyplanetarnej Telewizji Olympus Mons. „Czy miewa pani zachcianki kulinarne? Mam na myśli jedzenie rzeczy, po które normalnie nigdy by pani nie sięgnęła”. „Oczywiście. Na przykład nigdy nie lubiłam owoców lai, a teraz moja malutka” — wskazałam swój brzuch — „ciągle się o nie dopomina.
Nawet tutejsi dietetycy musieli specjalnie dla niej ściągnąć transportowiec z Singulianu” — zażartowałam. „Proszę, może pan?” — profesor wskazał jaszczura z Kumfu. „A wahania nastrojów?”. „Nie zauważyłam. No może zrobiłam się bardziej sentymentalna”. Śmiech i kilka braw. „Pani” — profesor wskazał białą jak śnieg jelandkę o pięknych skrzydłach. „A seks? Czy podczas ciąży nadal ma pani ochotę na zbliżenia z partnerami?”. Ktoś parsknął.
„Cicho! To ciekawe” — syknął ktoś inny. „W sumie nie widzę u siebie żadnego wstrętu do seksu, ale moja lokatorka ma chyba inne zdanie. Protestowała, kiedy próbowałam zbliżenia, więc zaniechałam seksu do czasu urodzenia”. „Pan” — profesor wskazał reportera z dziennika ganijskiego. „A czy miewała pani chęć pożarcia partnera?”. Tym razem sala aż trzęsła się ze śmiechu, a dziennikarze pokładali po sobie. „Nie dali koledze diet?” — ryczał reporter paramiańskiej telewizji, mszcząc się za poprzednie docinki Ganijczyka. „Spokojnie, proszę państwa” — mówił profesor Fredriksen, który spurpurowiał na twarzy od powstrzymywania śmiechu. — „Nie ma głupich pytań.
Proszę pamiętać, że na Ganii atawizmem z wczesnego okresu ewolucji tamtejszych mieszkańców jest występująca na pewnym etapie ciąży worro — chęć konsumpcji partnera. U Ziemian także istniało uświęcone kultem ludożerstwo, a u Singu okaleczanie. Pytanie kolegi nie jest pozbawione sensu, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że mamy do czynienia z jednym z pierwszych przypadków pomieszania ras”. Mogły wystąpić jakieś atawizmy. Na szczęście niczego takiego nie stwierdziliśmy. Proszę kto następny? BBC One. Wstała ziemianka o rudych, długich do ramion włosach. Ładna — pomyślałam. One zawsze są ładne.
Mam pytanie do przyszłego taty — zwróciła się do Matta, który do tej pory skromnie siedział przy naukowcach. — Czy państwa związek oparty jest na uczuciu, czy może chodzi tylko o wynik eksperymentu i związane z nim niemałe profity? Lewitujący mikrofon podleciał do Matta. Zapewniam panią, że bardzo się kochamy. Ale podobno tworzycie państwo wraz z innymi większy związek. Rodzaj nowoczesnej komuny? Nie wiem, co pani ma na myśli. Hipisów? Może trochę tak jest. Jesteśmy po prostu poliamorystami ze wszystkimi z tego faktu płynącymi konsekwencjami.
Mógłby pan to rozwinąć? Tworzymy związek otwarty, który jest poliamoryczną siecią. Ta sieć to nasza rodzina. Członkami jej są nie tylko moje partnerki i partnerzy, Lailan, ale także partnerzy ich partnerów. Staramy się być dojrzali w naszych decyzjach. Dziękuję. Ładna ziemianka uśmiechnęła się. Wtedy zrozumiałam, że ona też musi być poli. Padło jeszcze wiele niewinnych pytań, kiedy w pewnym momencie profesor wskazał podstarzałego singu z identyfikatorem Programu Pierwszego Telewizji Hiro. Zwrócił się do mnie.
Była pani pierwszą, której pozwolono na czas ciąży opuścić Human. Wróciła pani jednak wcześniej. Co było tego przyczyną? Po prostu poczułam się gorzej i nie chciałam ryzykować. A czy nie było tak, że wpakowała się pani w, nazwijmy to, przygody bezpośrednio zagrażające dziecku? Singu, mrużąc powieki, wwiercał się we mnie oczami bez białek. Mnie także doszły takie słuchy. Wstała istota o ośmiu odnóżach z humanoidalnym tułowiem i owadzioludzką głową w czapeczce bejsbolowej z logo Qerktele. Program informacyjny. Podobno widziano panią podczas strzelaniny na kosmodromie w Isi Q.
Są nagrania z rozbitych dronów. Po amfiteatralnej widowni przeszedł pomruk. Dziennikarze wyczuli temat. Proszę państwa, naprawdę proszę zadawać pytania dotyczące projektu. Frederiksen próbował załagodzić zbierającą się burzę, ale nie było szans. Nasza redakcja — reporter telewizji Hiro już nie odpuszczał — dotarła do dobrze poinformowanego źródła i dowiedzieliśmy się, że zniknęła pani z widoku naukowcom na Human na około trzydzieści soli. Czy to prawda? Co pani wówczas robiła i czy prawdą jest, że przebywała pani wtedy w strefie Nai w okolicach występowania gatunku? Ponownie wybuchł harmider. Dziennikarze opuszczali swoje miejsca i z lewitującymi przed nimi nanomikrofonami ruszyli do szyby.
Wtedy Matt podniósł się z krzesła i podszedł do mikrofonu. Odsunął profesora Fredriksena i powiedział: Proszę państwa, jeżeli tylko państwo się uspokoicie, postaramy się odpowiedzieć na wszystkie pytania. Wziął lewitujący mikrofon, podszedł do mnie i usiadł na brzegu łóżka. Zmęczona? — dopytywał się Matt, kiedy trzy godziny później wraz z Zoe i Joanną wywieźli moje łóżko z powrotem do habitatu. Trochę. Trzymałam go za rękę. Lubił, kiedy jego wielka dłoń niknęła w mojej. Ja też to lubiłam. Prześpisz się.
No coś ty, jestem na nogach dopiero dwie doby. Wcześniej spałam chyba z trzy. Czuję się wypoczęta. Nie ma mowy, żebym zasnęła aż do zabiegu. Pielęgniarki pobrały kolejne próbki do badania i wreszcie zostawiły nas samych. Nieźle to rozegrałeś. Wiesz, że najlepszym kłamstwem jest półprawda. Mrugnął wesoło. Gergena się wścieknie. Nasłałeś na nią dziennikarzy z całej galaktyki.
Ktoś w końcu musi zrobić z nimi porządek. Ale to nie są chłopcy w krótkich spodenkach. Będą się mścić. I tak już jest wojna między nami. Teraz przynajmniej zyskamy sprzymierzeńców, a Gergena będzie musiała bardziej uważać na każdy kolejny krok. Machnął ręką. Nie myśl o tym. Najważniejsze, żebyś szczęśliwie urodziła. Urodzę szczęśliwie. Wiem to.
Uśmiechnęłam się. Dobrze, że nie wspomniałeś o nim. Wzięliby nas za czubków. Właśnie. Zabrzęczał holokomunikator Intergalaktikonu. Matt odebrał i z przestrzeni wyłonili się Sławek z Artemis. Siedzieli w jakimś niewielkim, jasnym pomieszczeniu. Od razu rozpoznałam kajutę promu Marsjańskich Międzyplanetarnych Pasażerskich Linii Lotniczych. W skrócie M-Plotka, w których pracowała Natasza. Cześć.
Uśmiechnęła się Artemis. Se Jonesu! Nie kryłam radości. Wiedziałam, że powinnam okazać jej dużo empatii. Potrzebowała tego. Jak się czujesz? Wszystko już dobrze. Inżynierowie wybudzili mnie ze śpiączki. Podobno był jakiś zator w przepływie płynów konserwujących, ale już jest okej. Sławek mnie nie opuszczał nawet na chwilę.
Był pierwszą osobą, którą zobaczyłam po wybudzeniu. Nawet nie wiesz, jak bardzo się o ciebie bałam. Ostatnia rzecz, którą pamiętam z wyspy, to walka z Atto. Zator i śpiączka — pomyślałam. Dobrze to Sławek rozegrał. Wiedziałam, że od razu poszedł do profesora Artafiema Władymirowicza Iljuszyna, szefa projektu Nexus 2200. Złożył reklamację na zachowania techników. Profesor Iljuszyn, przyparty do muru, osobiście nadzorował naprawę Artemis. Poza tym na wyraźne żądanie Sławka zgodził się na jego obecność podczas prac, no i wykasowanie z pamięci androidki tamtych wcześniejszych sekwencji z NYC. Sławek chciał ci coś powiedzieć.
Artemis spojrzała na Ziemianina. „Tak, owszem, miałem to zrobić dużo wcześniej, ale nie było okazji.” Sławek chrząknął. „Chciałem powiedzieć, że zgadzam się na wasz związek.” „Dziękuję.” Byłam mu naprawdę wdzięczna. „A ty Mat?” Zwróciłam się do ojca mojego dziecka. Mat roześmiał się. „Dobra siła złego na jednego.” Rozłożył ręce. „Zgadzam się.” „Mam nadzieję, że przekonam cię do siebie, Mat.” Artemis spojrzała na niego ślicznymi, piwnymi oczami. „Nie o to chodzi.” Machnął ręką. „Mniejsza z tym.” „Ja też dziękuję.” Pocałowałam Mata. „No to będzie wreszcie normalny seks?” Z rozbrajającą szczerością zapytała Artemis.
Przypominała w tym Iriqua Nene. „Jeszcze jaki.” Roześmiałam się. „Ale teraz muszę urodzić, Sejonsu.” „Wiem. Lecimy do was.” „Wspaniale. A Natasza jest z wami?” Pytałam, ponieważ chciałam pogadać sobie z inną kobietą w ciąży. „Niestety nie czuje się najlepiej i z Iriqua Neną przekonałem ją, żeby została na Jelant. Ma tam świetną opiekę, bo nasze anioły przychylają jej nieba.” Roześmiał się Sławek. „Kiedy ma rozwiązanie?” „Oj, jeszcze trochę. Marsjanki muszą się męczyć o wiele dłużej niż Koa.” „Muszę sobie z nią pogadać, przynajmniej przez komunikator. A na was zaczekam z urodzeniem.” Śmialiśmy się.
Było nam wesoło. „Załatwcie nam przepustki na Human” przypomniał Sławek. „Bo pilnują cię teraz lepiej aniżeli skarbca Ligi.” „Jasne.” „Do zobaczenia.” „Do zobaczenia.” Przylecieli siedem Human soli później, a ja urodziłam następnego dnia. Kira Lam była piękna. Mat nie mógł się napatrzeć. Podobnie jak dziennikarze, którzy od dłuższego czasu siedzieli na Human. Jej holofotografie krążyły po całej galaktyce. Pokazywane były we wszystkich telewizjach i internetowych holodziennikach, po raz jedenasty oznajmiając wszystkim istotom inteligentnym, że jesteśmy braćmi i że wszystko jest możliwe, jeżeli tylko wiedzę uczynimy żaglem miłości. „Hm” powiedziałam. „Żaglem miłości?
Jednak robię się sentymentalna. Pora się żegnać. Nazywam się Lailan Mani Hukaro. Jestem poliamorystką. Mam trójkę wspaniałych partnerów: kapitana Mata Brzozowskiego, ojca mojej córki, mężczyznę rasy ludzkiej z Ziemi, inżyniera Rekili Ako rasy Singu z Singulianu i Artemis, sztuczną kobietę, której ojczyzną jest Ziemia. Bardzo kocham ich wszystkich.”
[06:44:46] - Czytali Anna Szymańczyk i Grzesław Krzyżanowski. Piotr Witold Lech dziękuje za wysłuchanie audiobooka. W audiobooku wykorzystano utwory w wykonaniu Magdalene'a.
[06:45:08] - Proszę państwa, jak my się dawno nie słyszeliśmy. To jest, proszę państwa, prawie pięć i pół godziny temu, kiedy ostatni raz do państwa mówiłem. A tu została jeszcze jedna atrakcja. Tą atrakcją jest Alchemia Tworzenia i Katarzyna Prychacz, która już nie jest urlopowana. Dzisiaj wracamy do Kościanego Buntownika, a dzisiaj przerobimy postacie Cienia. Zapraszam państwa. Oczywiście tam jest odwołanie do środy i do tego, kiedy ta audycja jest emitowana, to weźcie państwo w nawias. Ona była emitowana wtedy, kiedy była. Niemniej zaraz potem są treści, które są jak najbardziej uniwersalne. Zapraszam tych wszystkich, którzy kombinują, jak coś napisać, jak coś stworzyć i czasami potrzebują inspiracji.
Myślę, że Katarzyna Prychacz jak najbardziej tę inspirację państwu da.
[06:46:18] - Halo, halo, Bóg Radiowa Ludności. Z tej strony jak co środę o godzinie 20 Katarzyna Prychacz i serdecznie zapraszam was na Alchemię Tworzenia. Alchemia Tworzenia. Witam was gorąco 23 lutego w 23. odcinku Alchemii Tworzenia. Dzisiaj, tak jak obiecałam dalej kontynuujemy rozbudowywanie naszej historyi o Kościanym Buntowniku. Oczywiście obiecałam też, że będzie ten odcinek i następny i kończymy temat, jeżeli chodzi tutaj o audycję, żeby też nie zrobiło się zbyt nudno dla niektórych. Także ciśniemy, ciśniemy. W dużym skrócie dzisiaj robimy postaci Cienia, także będzie nasz niecny skryba i jego trupa, więc przypuszczam, że dzisiaj możliwe, że odcinek będzie troszeczkę krótszy jak poprzednio. Natomiast ostatni odcinek z tej serii, czyli ten, który będzie za tydzień, to będzie odcinek, który będzie dotyczył zarówno relacji między bohaterami, bo myślę, że to już tutaj padło.
Bardziej chodzi mi o relacje pomiędzy elementami fabuły, czyli tu będziemy mieli wprowadzone jakieś problemy, jakieś artefakty, jakieś lokacje czy sytuacje
[06:47:43] - Warto się zastanowić nad tym w trakcie konstruowania jakiejkolwiek historii. Jak te elementy będą na siebie wpływały czy oddziaływały? W jaki sposób może będą zmieniały bohaterów, a może będą zmieniały same siebie? Takim troszeczkę głębszym i mądrzejszym tematem zajmiemy się za tydzień. A dzisiaj dalej bawimy się konwencją. Omówię wam ostatnią pulę kart, które losowałam na temat naszych postaci. Tradycyjnie, jak w poprzednich odcinkach, na każdą postać wylosowałam trzy karty. Jest jedna główna i później dwie poboczne. Omówię wam tutaj, co mi przyszło do głowy na ten temat. Może coś jeszcze przyjdzie mi w trakcie mówienia do was.
To uwielbiam i to mi bardzo często przychodzi. Dzięki wam to się rozbudowuje. Dlatego cały czas uważam, że mimo że tylko mnie tu słychać i tylko ja tu gadam, ale sam fakt, że mogę do was o tym gadać sprawia, że mam wrażenie, jakbyśmy razem budowali tę historię. Jeżeli mielibyście ochotę pobudować ją tak naprawdę razem, to zapraszam was na fanpage'a. Teraz zbieram wszystkie informacje i tak pozornie wpadłam na taki pomysł, że zrobię galerię zdjęć i tam w jednym miejscu będziecie mieli wszystkie do tej pory stworzone rzeczy, jeżeli chodzi o tę historię. Czekam jeszcze na dwie grafiki z zewnątrz i rozpiszę wam wtedy cały plan wydarzeń, który mamy. Właściwie plan podróży bohatera. Dalej wszystkie postaci. Postaram się zrobić zdjęcia tych kart, żebyście też wiedzieli, bo ja tu wam opowiadam, co wylosowałam i tak dalej. Natomiast myślę, że dobre zdjęcie też może coś podpowiedzieć.
Może wy też wpadniecie na jakieś super rzeczy, które jeszcze będzie można włożyć w te postaci. Każdy z nas ma inne skojarzenia i doświadczenia i myślę, że ja tutaj rzucam główny pomysł, zajawkę czy punkt odniesienia. Natomiast jak najbardziej jestem otwarta też na to, jeżeli ktoś z was na przykład spojrzałby na te trzy karty, które wylosowałam do danego bohatera, to może jeszcze by wypatrzył w nich coś innego. Coś, co naprawdę by jeszcze tę postać podkręciło bardziej. No dobra, słuchajcie, lecimy z tematem. Przejdźmy do farszu już. Jeżeli chodzi o postaci cienia, to pomyślałam, że samego naszego głównego złola, Niecnego Skrybę. Na początku jeszcze myślałam, żeby go nie nazwać Nikczemny, ale chyba Nietny jest lepiej. To chyba bardziej oddaje jednak jego. Zresztą sami zobaczycie.
Natomiast jego damy na koniec. Tak sobie pomyślałam, że najpierw skupimy się na dwóch postaciach, które będą mu w pewien sposób towarzyszyły, których w ogóle tu nie planowałam, natomiast w trakcie losowania kart pojawiły się i pomyślałam, że w sumie super, że się pojawiły, bo dzięki temu może będziemy mieli możliwość zrobienia jakichś fajnych scen pobocznych czy na przykład retrospekcję naszego głównego bohatera, który przebywał, mieszkał w tym zamku razem z nimi, czyli znał te postaci. Może jak nie użyjemy ich w głównej scenie walki na końcu. Zresztą sam Niecny Skryba dopiero tam wystąpi. Jego nie ma wcześniej w opowieści naszej. Nie wiem, co to jeszcze będzie. Takie postaci z przypadku mogą też nam fajnie grać czy stanowić jakieś elementy nawet czasami do rozładowania jakichś scen akcji. Albo jak będzie za dużo scen spokojnych na rozkminę, to zawsze możemy walnąć retrospekcję, w której będzie bardzo dużo akcji i różnych mniej lub bardziej skrajnych sytuacji. A z takimi postaciami na pewno o to nietrudno. Dobra, więc gdzieś w trakcie tych losowań wyobraźcie sobie, że wypadła mi postać kobieca i na początku zastanawiałam się, kim ona będzie dla naszego złola.
Ale wiecie co? Im dalej nad tym myślałam, to zrodził mi się fajny pomysł, ale ten pomysł wam opowiem właśnie przy Skrybie. Natomiast teraz skupię się na charakterystyce tej postaci kobiecej, która jest siostrą naszego Niecnego Skryby. Pierwsza karta, która mi się wylosowała, to karta, która przedstawia osobę, myślę, że kobietę. Przynajmniej ja sobie tutaj wyczytałam kobietę w tej grafice. Ale do czego zmierzam? To jest trochę jak taki pierrot. To się mówi? Pajacyk? Nie mim, ale osoba taka trochę jak z cyrku, bo jest tutaj biała koszula, mucha, szelki.
Natomiast są też policzki, twarz na biało pomalowana i takie przekreślone oczy. Czyli nie jest to klaun. Nie wiem, bo to na pewno ma swoją nazwę, ale tutaj patrząc na ten makijaż pomyślałam o osobie, która by była taka roześmiana, radosna. W tle też mamy czajnik i filiżankę z herbatą i to się rozlewa i stanowi taką parę. Czy dym jakiś, który krąży wokół tej postaci. Nad nią latają złote rybki. Dosłownie takie welonki, ale trochę przypominają kule ognia. Tak rozświetlają bardzo tę grafikę. I ta postać mimo tego makijażu ma twarz zastygniętą w bólu. To jest taki ból, ale na zasadzie już skrajnego bólu, który już nawet nie wykrzywia twarzy.
To już jest taka bolesna pustka. I faktycznie też ta postać ma dziurę w piersi. Tutaj też mamy w tle ośmiornicę i właściwie ta ośmiornica siedzi sobie na plecach tej postaci, ale ta macka wychodzi przez tę dziurę, czyli można by pomyśleć, że ta dziura jest totalnie na wylot. Zresztą sama postać sprawia wrażenie pustej skorupy, ponieważ zarówno jej dłonie, jak i głowa są odcięte czy właściwie lewitują odcięte przy tym ciele. Widzimy, że to ciało jest puste w środku. Hasło skorupy pustej w środku od razu skojarzyło mi się z tą postacią. Ale patrząc na ten smutek, nie chodzi mi o postać, która jest totalnie zła. Jest totalnie taką, jak to sobie zanotowałam, bezduszną skorupą. To jest postać, która wcześniej była inna, miała jakąś przeszłość, coś się wydarzyło i to doprowadziło do tego, że ona jest teraz bezduszną skorupą. Co tu mam jeszcze w notatkach?
Nie ma w niej ciepła, dobra i radości. Te rybki, to całe ciepło z niej wyszły. Ona została pusta. Patrząc na tę herbatę, pomyślałam o cieple domowego ogniska czy w ogóle domowym. Herbata taka w czajniczkach kojarzy się, że pijemy ją zwykle z kimś albo z kimś wychodzimy na kawkę, herbatkę po obiedzie czy do ciasta, czy zapraszamy gości. Może nie tak jak w Anglii, ale i u nas w Polsce kawa czy herbata jest takim trochę rytuałem, czasem spędzonym z kimś. Nawet jeżeli sami w zaciszu domowym pijemy herbatę czy ulubioną kawę, dalej jest to czas spędzony z nami samymi, że w jakiś sposób to nam daje przyjemność, ciepło. Czy jak ktoś jest pracoholikiem, to może i czasami paliwo. Chodzi o coś takiego, że to z niej wyparowało. Tego nie ma, nawet taka herbata już jej nie sprawi radości nigdy.
Patrzę dalej. Jest bezwzględna i smutna. Nie widzi kolorów. Jej świat jest szary. Tak jeszcze pomyślałam o tym. Patrzę, czy już tu się nie wybiegłam. Oczywiście, że wybiegłam przed szereg. Ja mam notatki trochę pod karty rozpisane. Myślę, że z tej karty to najważniejsze wam powiedziałam. Teraz kolejna karta, którą tutaj dopasowałam.
Ta karta przedstawia drzewo, na którym rosną, chciałoby się powiedzieć śliwki, ale to trochę wygląda jak takie podłużne balony, które są przymocowane do gałęzi jak śliwki. A może to są kolorowe śliwki? Nieistotne. Chodzi o to, że na pierwszym planie mamy smokowęża, węża właściwie, który bardzo ciasno oplata jedną z tych śliwek, balonośliwek i patrzy trochę złowieszczym wzrokiem. Widać, że ta śliwka jest totalnie ściśnięta, aż widać, że jest zdeformowana przez uścisk tego węża. Pomyślałam o tej bezwzględności, że może przez to, że ta osoba, nasza siostra Niecnego Skryby, z racji tego, że stała się pustą skorupą, będzie miała tendencję do bezwzględności, ponieważ coś takiego będzie wyzwalało w niej jakiekolwiek emocje. Będzie sprawiało, że będzie czuła cokolwiek. Stąd będzie tendencja w tą stronę, w te negatywne, bardzo skrajne sytuacje i czyny. Trochę jak ten wąż, że może będzie miała tendencję do uciskania, ale bardziej myślałam o psychicznym uciskaniu innych osób. Jeszcze to jest do rozplanowania, do rozłożenia może bardziej na czynniki pierwsze, ale to są moje pierwsze myśli.
Przez to, że nie widzi kolorów, przestała widzieć kolory świata, radość i to wszystko, stała się właśnie taka. A może faktycznie zrobimy, że ona nie widzi kolorów, a w momencie, kiedy kogoś krzywdzi, to chociaż na chwilę widzi jakąś pulę kolorów czy przypomina jej się coś, co było kiedyś? Trzecia karta, którą tutaj dopasowałam, to mamy na pierwszym planie tańczące marionetki, takie trochę jak do szkicowania czy coś, takie drewniane ludziki. Oczywiście wokół jest pełno chmur, mgły. W tyle mamy gramofon. Widać, że gra z niego muzyka, ale tak naprawdę to on tworzy te chmury, ten dym, czyli trochę otumanienie. Te marionetki, jak to marionetki, mają sznureczki. Możemy się dopatrzeć u góry gdzieś tam wyłaniających się z ciemności palców, które sterują tymi marionetkami, które tańczą w rytm dymnej muzyki, zadymionej, odymionej. Tu pomyślałam, że przez to, że ona stała się taka pusta w środku, to mimo wszystko z łatwością manipuluje wszystkimi dookoła. Może tu będzie też to, że oni pamiętają, jaka ona była, może nie wierzą w jej przemianę, dlatego jej w jakiś sposób od razu ufają.
A może to taka jej miła aparycja, która będzie sprawiała, że na dzień dobry będą myśleli, że to jest miła, fajna dziewczyna i dlatego ona będzie z łatwością nimi manipulowała. Przez to, że tak łatwo jej to będzie wychodziło, będzie miała tendencję do sprawiania, że ci ludzie sobie zrobią krzywdę albo wpakują się w jakąś sytuację groźną dla nich. Sam ten dym, że ona będzie wpływała na nich, będzie siała taki zamęt w ich głowach czy takie otumanienie, więc będą tańczyć jak ona im zagra. To są te trzy karty. Tutaj mam jeszcze dopisaną jedną rzecz, która mi przyszła do głowy. Myślę, czy teraz ją wam przeczytać, czy jednak do tego wrócimy. Okej, dobra, tutaj mam to napisane ogólnie, a trochę więcej o tym powiemy przy postaci Niecnego Skryby. Natomiast tutaj mam, jeżeli chodzi o cechę charakterystyczną czy coś, co jest istotne dla tej postaci, to jest to, że ona jest najwyższą ceną, którą jej brat zapłacił. Każdego dnia ona, jej obecność na tym zamku przypomina Niecnemu Skrybie o tym, czego się dopuścił. Ona jest dla niego rodzajem takiej napisałam pokuty, ale mam wrażenie, że to bardziej samoumartwiania się czy samokarania.
Może asceza to się nazywa? Chociaż asceza to chyba jest w imię Boga, nie? Samobiczowanie. Dobra, nie wmieszajmy w to Boga. Chodzi o samo ukaranie, czyli próba poprzez ból oczyszczenia się. Może nawet nie oczyszczenia, ale przyjęcia, że tak musi być. Dopuścił się czegoś takiego i teraz będzie taką cenę płacił. Dobra, więc siostrę mamy. Nie ukrywam, że tym razem nie wymyślałam tutaj imion. Nie wiem, na ile to jest istotne.
Jak mi coś przyjdzie do głowy, to dopiszę, ale myślę sobie, że ona i tak będzie postacią tła. Tak jak poprzednio dzieliłam te postaci, tutaj ona będzie raz na ileś się przewijała, czy będzie trochę taka retrospekcja, ale raczej będzie cały czas na zamku. Myślę, że ona raczej nie będzie wychodziła gdzieś, bo może by była zbyt groźna, stanowiła zagrożenie dla innych. Druga postać, która towarzyszy naszemu Niecnemu Skrybie, to jest nieśmieszny błazen. Wylosowała mi się karta. Mamy tutaj schody, trochę jakby się zamek zawalił. Załóżmy, że ten zamek był z betonu. Teraz patrzę, że to są miecze tak naprawdę. Ja tutaj widziałam betonowe, połamane schody. W sumie miecze też są ciekawe.
Oczywiście jest czerwony dywan i na samym szczycie zbudowanym z tych mieczy jest, oświetlony wręcz boską poświatą, złoty tron i nad tym tronem lewituje czapka błazna. Miecze zauważyłam przy tronie. Teraz dopiero widzę, że całe schody są z nich stworzone. Myślałam, że to jest jeden miecz gdzieś z tyłu. Pomyślałam, żeby on był też w jakiś sposób groźny. Może żeby dobrze walczył, a może jakaś bezwzględność, ale tak jak u tamtej siostry mieliśmy psychologiczną wobec innych bezwzględność, tak tutaj bym myślała o krwiożerczości czy o czymś takim, że faktycznie fizyczne sprawianie bólu komuś będzie w jakiś sposób charakteryzowało tego błazna. Nie wiem, czy będzie mu sprawiało przyjemność, czy po prostu nie będzie to dla niego problemem. Jeszcze nie wiem tego. Patrzę na notatki, też w razie czego swoje. Tutaj pomyślałam o tym, że mamy ten tron, że właściwie to on się sam mianował tym błaznem.
Najpierw pomyślałam, że po trupach znalazł sobie tą drogę, żeby być bliżej króla. Natomiast nie myślałam nad historią, skąd on się tak naprawdę wziął. W sensie czy oni się znali wcześniej, czy on po prostu przyszedł. Bardziej widziałam już tą sytuację, że on przyszedł na ten zamek, a tron i tak był pusty. Nie wiem, czy może on znalazł tą czapkę błazna, a może zawsze uważał, że ma świetne poczucie humoru. Nie ma aspiracji na bycie królem, więc sobie zostanie błaznem. To jeszcze do przemyślenia. Druga karta, którą tutaj mam dopasowaną, to jest piesek. Nie wiem, czy to buldog. Taki z tych piesków, że ma trochę krótsze łapki, raczej przyziemny, szeroki pyszczek.
Mops to nie jest, ale coś gdzieś w okolicach tych ras. Tutaj mamy przywiązaną na sznurku kość, w którą się ten piesek wpatruje, że on po prostu pragnie ją złapać. Natomiast na początku patrzyłam, że trochę to wyglądało tak, jakby on biegł za tą kością czy skakał. Ale teraz jeszcze patrzę, bo wcześniej nie zauważyłam, że to chodziło o latarnię. Bardziej myślałam, bo on jest w takiej poświacie i pomyślałam, jakby go UFO wciągało. Czyli że on znalazł tą swoją wymarzoną kość, a teraz nagle coś go od niej odrywa. A tutaj wygląda na to, jakby to światło latarni go wciągało, bo też tam w tle widzę, że kamienie się unoszą. Czyli może to ten zamysł z UFO, ale tutaj jest latarnia, która go ściąga. Nie chciałam tutaj dawać elementów fantastycznych czy magicznych tak typowo, że oprócz tego artefaktu nie chciałam bardzo dużo magii w tę historię dawać. Ale może ten błazen miałby jakieś zdolności, a może byłby jakąś istotą, może nie człowiekiem.
To już tutaj to lewitowanie. Natomiast tutaj bardziej pomyślałam, patrząc na tego pieska, że ten błazen był... Oczywiście absolutnie nie chcę tutaj umniejszać psom. To tak mi przy okazji wyszło. Proszę wszystkich fanów piesełków, żeby mnie tutaj nie wynieśli na taczce czy na widłach i pochodniach. Pomyślałam o takim mało bystrym, ale wiernym. Ten piesek patrzy trochę taki ogłupiały na tą kość. Może stąd mi to przyszło do głowy. Nieistotne. Istotne jest to, że chcę, żeby ta postać miała taką cechę.
Przez to, że będzie taki trochę mało bystry, to będzie nieśmieszny. Bo jednak jego żarty będą albo na bardzo niskim poziomie, albo w ogóle nawet będą gorsze niż suchary, bo suchary czasami zdarzają się śmieszne. A tutaj to nawet nie będzie przypominało żartów. Ale będzie szukał ... celu i może właśnie odnalezienie tego niecnego skryby, tego nowego króla na zamku, da mu ten cel, że będzie mógł być wierny wobec kogoś. Będzie mógł za kimś podążać właśnie jak ten piesek za tą kością, będzie zapatrzony w tego władcę. Patrzę na notatki moje. I co mamy? Notatki. Pokażcie mi się.
Mam tu, że mianował się nadwornym błaznem, mimo że nikt tego nie potrzebował. Jest na każde zawołanie niecnego skryby. Czyli właśnie trochę jakby za tą kością biegał. I tutaj jeszcze mam dopisek, że on za wszelką cenę będzie próbował rozbawić czy chociaż raz wywołać uśmiech na twarzy siostry niecnego skryby. Natomiast te jego działania będą wyzwalały w niej wręcz mordercze instynkty. Tak jak jej brat stara się ją trzymać z dala od innych ludzi, żeby ich nie wpędzała w jakieś złe sytuacje. Może właśnie ten błazen będzie czymś nieśmiertelnym. Może to ona będzie mogła dać upust temu, że on ją będzie tak wkurzał, że ona będzie doprowadzała do tego, że on za każdym razem zginie. Taka trochę postać trickstera. To gdybyśmy pisali faktycznie tę opowieść od strony tych postaci, bo akurat w tej głównej nie wiem, czy tu będzie miejsce.
Może jakaś jedna retrospekcja. Kto wie. Zobaczymy. Natomiast faktycznie, gdybyśmy to pisali od strony niecnego skryby, to na pewno by to nam robiło robotę, żeby to przewijać co jakiś czas różnymi scenami niby makabrycznymi, ale w ujęciu pozytywnym. Nie wiem, czy oglądaliście „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”. Ogólnie dramat. Moim zdaniem bardzo ciężki film. Tak gdyby wyciąć z niego scenę. Nie wiem, czy pamiętacie, bo on zaczyna jako starzec i on w tym domu starców poznaje jednego z pensjonariuszy. I on opowiada co jakiś czas.
Przez cały film przewija się historia, bo jego uderzał wielokrotnie piorun, tego jednego człowieka. Nie wiem, czy tych scen było nawet chyba z sześć czy siedem. Może przesadzam. Prawdę mówiąc, to tak pamiętam, bo byłam w kinie jeszcze jak to było. Powiem szczerze, że gdyby nie te sceny, to byłyby bardzo dla mnie ciężkie godziny, trochę przepłakane. Może po prostu jestem wrażliwcem, ale faktycznie te sceny, mimo że ten piorun go uderzał, oczywiście go nie zabijał, ale to było w tak komiczny sposób przedstawione i on to opowiadał z taką lekkością, że ta scena, która normalnie mogła być jednak bardzo groźną sceną, kurczę, człowiek prawie zginął. Piorun go walnął. A tutaj było to przedstawione właśnie w sposób komediowy i dzięki temu, że całość była ciężkim dramatem, te sceny były takim oddechem dla odbiorców. Może właśnie historia tej dziewczyny mogłaby być taka. Czy samego tego skryby, który się umartwia.
Może to mogłoby być przeplatane takimi sytuacjami, że ten błazen niby jest nieśmieszny dla wszystkich wokół, ale na przykład te sceny, gdzie coś mu się będzie działo, może faktycznie będą w jakiś sposób komiczne. Może to jest rozwiązanie na niego. Patent na błazna. I trzecia karta, którą wylosowałam, to jest miska. W tej misce mamy włóczki różnego rodzaju. W te włóczki mamy powbijane jakieś wiatraczki, druty. Jest ten, jak się nazywa ten na dachu taki wskaźnik? Róża wiatrów? Nie róża. Taki kogutek, który pokazuje, jak wiatr wieje, jak się tam kręcą te kierunki świata.
Nieistotne. Jest on tam wbity w te włóczki. Mamy też taki pognieciony, zmęczony życiem widelec. I w tle mamy pajęczynę i pajączka. I ta karta mi się spodobała. Najpierw pomyślałam, że mógłby mieć jakieś dziwne upodobania kulinarne. Może gdyby on był jakąś dziwną istotą, pomyślałam, że mógłby zjadać te włóczki. Że zamiast makaronu żarłby tą wełnę. Może do przemyślenia. Natomiast później wpadłam na pomysł, patrząc na tego pajączka w tle, że może on będzie miał po prostu jakieś głupawe hobby i wpadłam na pomysł, żeby wyplatał z włóczek kolorowe pajęczyny i je rozwieszał po całym zamku.
Oczywiście też wykradłby gdzieś te włóczki czy w jakiś sposób pozyskiwał tą wełnę. Ogołocał wszystkie owce w królestwie. Ale samo nawet to, że on będzie te pajęczyny porozrzucał w dziwnych miejscach, to mogłoby to też pokazać takie sceny, że gdzieś tam jakiś mieszkaniec zamku się wkurzy na to, że wpadł w te sieci. Potknął się czy coś. Także taki totalnie nieśmieszny błazen. Myślę, że jego charakterystykę tutaj mamy. I teraz, zanim przejdziemy do skryby, pomyślałam jeszcze nad tym, że jak przejął władzę, zarządza wszystkim i oczywiście walczy z rebeliantami, to przydałaby się jakaś jego armia. Ale pomyślałam o czymś takim, żeby to nie była armia stworzona z ludzi. Jeszcze na pewno do tego zaraz wrócę, bo on to królestwo przejął w sposób magiczny. I owszem, część ludzi poszła razem z rebeliantami.
Czy sami rebelianci odeszli. Są dla naszego niecnego skryby anomalią, której nie przewidział w tym wszystkim. Natomiast część dworu została taka trochę zahipnotyzowana, można powiedzieć. Ale dalej tak sobie wyobrażałam, że dalej będzie mało ludzi w tym zamku. I z drugiej strony jak skłonić tych mieszkańców, żeby walczyli w imię nowego władcy? Pomyślałam, że może niech on sobie tą armię stworzy. Nie wiem, czy oglądaliście „Power Rangersów”, ale tam byli kitowcy z tego, co pamiętam, czyli beztwarzowe ludki. One były po to, żeby walczyć i nic więcej. Pomyślałam, że może on by sobie stworzył sztuczne byty. Może on nie włada magią, ale jako skryba zna różne historie czy różne zaklęcia, więc może dotarł do jakiegoś przepisu.
Może tu sięgniemy po przepisy alchemiczne. Albo! To jest to, co mówiłam, że tu mi się pomysły rodzą, kiedy do was mówię. Dobra, mam. Słuchajcie, to będą golemy. Nie wiem, na ile kojarzycie mitologicznie golemy. Nie ukrywam, że musiałabym jeszcze raz zrobić research, bo 100 lat temu do czegoś szukałam. Ale z tego, co pamiętam, golemy to były postaci czy istoty stworzone chyba z gliny. Kitowcy to trochę jak z kitu, z jakiejś materii. Chyba nie trzeba było do ich stworzenia ani duszy ludzkiej, ani ciała ludzkiego.
To nie były zombiaki, tylko to chyba była jakaś materia. Teraz nie wiem z tymi duszami, nie pamiętam. Ale co najważniejsze, to, co je animowało, wprawiało w ruch, utrzymywało przy ich, cudzysłów, życiu, to były chyba zaklęcia spisane na kartkach. One miały te zaklęcia w ustach albo gdzieś napisane na sobie. Teraz cholera nie pamiętam. Pomyślałam, że jeżeli tak jest, a jeżeli nie jest, to najwyżej nazwiemy to inaczej, nie golemami. Gdzieś coś mi takiego dzwoni. Jeżeli mamy Niecnego Skrybę, który umie w pisanie, to może to byłaby idealna armia dla niego. Napisał to wszystko. Może ja w jakimś filmie albo serialu widziałam scenę albo coś czytałam.
Wiem, że była scena, że trzeba było z ust wyjąć to zaklęcie, żeby zneutralizować tego golema. Albo gdzieś było na głowie, ale wiem, że trzeba było tę kartkę zabrać i w momencie, kiedy zabrało się kartkę z zaklęciem, to on upadał. Czy się rozsypywał, czy upadał bez ruchu, już nie pamiętam. Po prostu przestawał być golemem, bo nie miał magii, która go napędzała. Tak czy siak, myślę, że to byłoby idealne. Wtedy wiadomo, takie golemy by się nie zastanawiały, tylko on je stworzył, więc one w jego imieniu będą walczyły. Można ich wtedy dużo naprodukować. Te sceny batalistyczne, mimo że tych rebeliantów mamy garstkę, ale myślę, że można byłoby też dzięki nim rozpisać fajnie jakieś sceny. Na przykład ta osada jest w jakiś sposób zabezpieczana. Oni mają tam różnego rodzaju pułapki czy ukształtowanie terenu użyte na ich korzyść.
Można byłoby to poprzez taki pretekst, tutaj mamy walkę czy jakiś atak i możemy dzięki temu przemycić opisy różnych rzeczy, wymyślnych pułapek albo nawet kanałów ucieczki. Dobra, słuchajcie, armię mamy, trupę Niecnego Skryby mamy. Przechodzimy teraz do naszego najważniejszego Skrybulinka złego. Karta, którą wylosowałam, którą stwierdziłam, że faktycznie w jakiś sposób mi się skojarzyła z jego postacią czy oddaje to, co o nim pomyślałam. W pierwszej chwili miałam wrażenie, że widzimy miasteczko czy pojedyncze domki na wzgórzu i w tle głowa człowieka i on na głowie ma zamek. Natomiast jak bardziej się przyjrzałam, to te domki to jest król w płaszczu. Królewski czerwony płaszcz z białym futrem i na tym płaszczu są te domki. Oczywiście tu mamy to futro i tak jak mówiłam, ta głowa i zamek na niej. I nic więcej, żadnej innej postaci. Ta postać stoi do nas plecami, patrzy gdzieś w przestrzeń.
Tu nawet nie ma nic na horyzoncie. Totalnie jednolite tło. Pomyślałam, że to, co od niego bije najbardziej, to samotność. Tak jak wcześniej myślałam o tym, że będzie się zamykał w tej komnacie, będzie pisał różne dzienniki czy różne rzeczy. Oczywiście knuł, jak pozbyć się tych wojowników. Wpadłam na pomysł, że on faktycznie będzie trochę outsider. Zresztą z drugiej strony siostrę musi mieć zamkniętą. Błazen go wkurza, a otaczają go golemy, bo lud w wielkie interakcje z nim bardzo nie wchodzi. Poszłam dalej, bo tak się zastanawiałam. Czasami warto wiedzieć, dlaczego nasz czarny charakter stał się czarnym charakterem.
Patrząc na tę kartę pomyślałam, że to nie jest tylko tak, że on jest teraz samotny, tylko że od zawsze był takim outsiderem, samotny, niezrozumiany i marzył o tym, żeby kiedyś zostać królem. Natomiast jego status społeczny, nie było w ogóle opcji, żeby on został królem. Nie było na to szans. Myślę, że to mogła być rodzina nisko postawiona, a jednak on marzył o tym. Może on był porzuconym dzieciakiem. Może coś takiego, że nie miał tej rodziny i dlatego chciał zostać królem, ale tylko po to, nie żeby władać światami, tylko żeby mieć ludzi wokół siebie, żeby ludzie patrzyli na niego z podziwem, żeby chcieli być w jego towarzystwie, żeby go zauważali, żeby w jakiś sposób oddawali mu szacunek, cześć, hołd i tak dalej. Czyli bardziej z pobudek socjalnych, społecznych czy relacyjnych. Kolejna karta, która mi się pojawiła, tę kartę zatytułowałabym samotnością. Tutaj mamy wykrzywione drzewo. Nie jest wykrzywione wiatrem, tylko wykrzywione wielokrotnym wiatrem, już zdeformowane.
Czarne drzewo, trochę martwe, chore, natomiast ma jeszcze pojedyncze jabłka i ogólnie wokół niego są porozrzucane jabłka. Mamy tu krajobraz dosyć zimowy. Jest postać, która stoi pod tym drzewem i patrzy na to jabłko, może gdzieś przed siebie. Widzę tu jeszcze koszyczek z jabłkami. Może był tu ktoś, kto zbierał te jabłka i się rozsypały. Może coś się z tą osobą stało. Nieważne. W tle mamy wielką mgłę. Nic nie widać prócz zarysu monumentu, budowli. Może to jest jakaś dziwna postać w płaszczu, ale mi się od razu skojarzył z wielkim pomnikiem.
Pomyślałam o zamku, ale taka strzelista budowla. Nie klasyczny zamek rozłożysty z dziedzińcem pośrodku, tylko taka wieża. Może to jest zamkowieża strzelista. Patrząc na tę kartę, na tę samotną postać i mgłę, usłyszałam ciszę, pustkę i pomyślałam, że może to by mogła być scena czy karta, która symbolizuje serce naszego skryby, w którym panuje pustka. Ale nie taka pustka jak u siostry, że ona została totalnie pozbawiona czegokolwiek w środku. Tak jak mówiłam, puste ciało bez niczego, tylko bardziej taka pustka. Nie wiem, czy kiedyś szliście w bardzo gęstej mgle. Nie wiecie w sumie co jest poza, nic nie widać. Macie wrażenie, jakbyście byli totalnie sami, jakby było pusto i nic by was nie otaczało. Tylko ta mgła, która nie wiadomo co przyniesie.
Może taka groza czy niepewność. Jak tak teraz mówię do was i myślę o mgle, ja osobiście uwielbiam mgłę. Dla mnie to jest trochę resetujące, że to, że nie wiem, co w tej mgle jest, sprawia, że aż chce mi się w nią iść, bo mogę odkryć fajne nowe rzeczy. Każdy sobie będzie to interpretował, jak uważa. Natomiast dla naszego bohatera zostajemy przy mgle niezbyt pozytywnej. Patrzę, czy tu mam coś jeszcze. Aha, że zawsze był pomijany, zupełnie jakby był niewidzialny albo jakby coś z nim było nie tak. I mimo że czuł w środku, wiedział, że jest wyjątkowy, że jest w nim naprawdę coś pięknego, jest w nim dobro, ale nikt nigdy tego nie zauważył. Nikt nie dał mu szansy, żeby mógł się wykazać, żeby mógł pokazać, co tak naprawdę skrywa w środku, o czym myśli, o czym marzy, co umie, do czego jest zdolny i tak dalej. Myślę, że ta mgła, samotność bez nikogo wokół.
Patrzę, co tutaj mamy dalej. Mam taką uwagę, że ogólnie on nie jest złym władcą. Jak już przejął to królestwo, jest szanowany. Ten dwór go docenia, mimo że jest mały i pełen jest golemów, które są mu totalnie oddane. Ale mimo wszystko to nie jest tak, że on tępi tych ludzi, że jest krwiożerczy czy ci ludzie się boją. Ten ród go akceptuje, szanuje. To jest ich władca i koniec. Ostatnia karta, którą tutaj mam, to jest maszyna do pisania. Nad nią fruwają listy. Jeden jest zgnieciony w gołębia, takie origami.
Ta maszyna stoi na plaży i w tle jest morze, które trochę ją zalewa. Na tym morzu stoją buty oficerki, tak jakby były posągami, widać, że jest jeden na pierwszym planie i drugi dalej. Ta karta sprawiła, że przecież mamy skrybę, gościa, który umie pisanie, który pisze. Pomyślałam o tym, patrząc na maszynę do pisania i na listy, mimo że może on nie ma do kogo tych listów wysyłać, ale pomyślałam, że listy takie... Nie wiem, z których roczników jesteście. Czy jeszcze z tych czasów, że się pisało do kogoś listy czy otrzymywało? Ja miałam to szczęście jeszcze pisać i otrzymywać. I powiem szczerze, to jest super dostać taki list osobisty, bo wiadomości dzisiaj to jest takie szybkie, krótkie. Raz, raz, mamy to. Natomiast taki list, gdzie ktoś posiedział, poświęcił ten czas, napisał własnoręcznie, potem jeszcze poszedł na pocztę i wysłał, to miało magię taką swoją.
Polecam. Jeżeli nie doświadczyliście, to zgadajcie się z kimś znajomym i sobie wyślijcie. Naprawdę fajna sprawa. Pomyślałam, że on może nie ma do kogo pisać tych listów, ale chodziło mi o te osobiste rzeczy, które by zostały spisane. Wcześniej wspominałam o tej scenie, że w jego komnacie mamy pełno ksiąg różnych na półkach. I mówiłam o tym, że to byłyby w dużej mierze księgi spisane przez niego, czy może jakieś dzienniki. Pomyślałam, że on tam będzie spisywał swoje fantazje, może jakieś przemyślenia, bo właściwie tylko tam może być sobą. Mimo że jest władcą i ludzie go widzą i jest na świeczniku, to on dalej nie czuje tego, co zawsze chciał poczuć. Dalej jest sam. Nie czuje tego, że ktoś go widzi.
Tak jak wcześniej mówiłam, to jego marzenie, że niby spełnił to marzenie, ale nie do końca. Patrzę co tu mamy jeszcze. Tutaj z kart to wszystko. A tutaj jeszcze w trakcie, jak spisywałam sobie jego rzeczy, przemyślenia, wtedy wpadłam też na pomysł z tą siostrą. Bo w fabule mamy sytuację taką, że on ma ten artefakt. Czyli nasz główny bohater, ta lewitująca gadzia czaszka Contubernalis, to jest tak naprawdę dusza byłego wojownika, członka tej rebelii, która ma zasilić magiczny artefakt. Magiczne pióro, którym ten nasz skryba spisze historię od nowa. Czyli spisze tę historię właściwie swoją. Czyli to, że on jest tym władcą, ta historia, która trwa. Tylko wykreśli totalnie z tej historii tych wojowników, że ci rebelianci zginą.
Właściwie znikną, bo ich nigdy nie było. Dlatego potrzebował duszy kogoś z rodu tych wojowników. To, że niestety nasz bohater nie spełnia tych wymogów, to inna historia. Ale faktycznie nasz złoczyńca jest przekonany, że kiedy wreszcie już siądzie i spisze tę całą historię, to pozbędzie się tego problemu. Tych rebeliantów, którzy może, tak sobie myślę, będą podburzali ten dwór. A może ten dwór stracił pamięć i oni będą na przykład przypominali tym ludziom o tym, że byli kiedyś inni, że był może inny król i tak dalej. Idąc tymi tropami pomyślałam sobie: „Dobra, ale jak on przejął stołek króla? Jak on tam się wybił?”. Pomyślałam, że on już raz użył tego artefaktu, że już kiedyś spisał swoją historię na nowo i został tym królem. Wpadł na pomysł, bo gdyby poświęcił swoją duszę, to by nie został tym królem.
Dlatego poświęcił duszę swojej siostry. Stąd mamy tę skorupę. Ale on myślał, że będzie cwańszy niż cwaniak naczelny, że oszuka magię. Więc historię, którą spisał przy użyciu duszy swojej siostry, to oczywiście on w tamtej historii napisał, że ta siostra odzyska duszę, że ona będzie jak zawsze, taka jak była wcześniej. Ale magii się nie da oszukać i niestety zyskał wszystko, co chciał. Napisał historię od nowa. Niestety dusza siostry przepadła. Ona została zużyta na ten czar, więc siłą rzeczy nie mogła powrócić. Dlatego siostra została taką skorupą, a on sobie nie może tego wybaczyć. Przez to, mimo że spełnił to marzenie, jest nieszczęśliwy dalej.
Może jest teraz królem, ale nic innego się nie zmieniło. A dodatkowo jeszcze zabił swoją siostrę, jakby nie patrzeć. Czy właściwie stworzył z niej potwora, bo ona nawet nie odeszła, nie umarła, nie zniknęła, tylko właściwie zostało jej ciało bez jej osobowości, bez tego wszystkiego pięknego, co było w jego młodszej, radosnej, pięknej siostrze. Jeżeli chodzi o wojowników, bo też sobie wcześniej zadawałam to pytanie, dlaczego w ogóle on ich nienawidzi? Dlaczego on ich chciał wymazać z tej historii? Pomyślałam, że oni są usterką, której on nie przewidział. Wpadłam na pomysł, że może to była sytuacja taka, że ten czar czy ta historia, którą spisywał, może by w treści miała coś takiego, że cały dwór, który jest zebrany tutaj, straci pamięć. Czy ta pamięć zostanie podmieniona, że on był ich królem od zawsze. Natomiast nie przewidział tego, bo tak pomyślałam, że ten lider rebelii. Tak dzisiaj mi to wpadło do głowy, jak tutaj zaczęłam przeglądać notatki dla was, że ten lider mógł być wcześniej kapitanem Gwardii Królewskiej i może on był na jakiejś misji, może był poza granicami królestwa i dlatego ten czar go nie objął.
Dlatego jego pamięć została i przez to, że on wrócił do tego królestwa, nie wiedział, co się dzieje. Zaczął na niektórych ludzi czy tych bliskich sobie, poprzez rozmowę z nimi czy uświadamianie im pewnych rzeczy, oni zaczęli odzyskiwać pamięć. I tak zaczął podburzać ludzi, tę rebelię czy ten dwór z powrotem odzyskiwać. Nie wiem jeszcze, co z poprzednim królem, bo chyba nie chcę, żeby ten lider był królem. A może tamten król też nie odzyskał pamięci. Może on gdzieś jest na tym dworze. Myślę, że to też jest fajna rzecz do przemyślenia. Natomiast na potrzeby tej akurat historii Contubernalisa, to chyba nie ma potrzeby. Tak sobie myślę, że i tak nie jesteśmy na tym zamku. I tak cała akcja dzieje się w lesie, więc myślę, że to są tylko takie dodatkowe smaczki.
Może na poczet jakiejś kontynuacji czy może jakichś krótkich opowiastek czy perspektyw od innych postaci. Okej, i tu mamy postać Cienia. Natomiast tak bonusowo, bo wpadłam na jeszcze jeden pomysł, układając postaci tła tych naszych osadników wcześniej. Także podzielę się z wami tym pomysłem. Przypomnę wam, bo to było dwa odcinki temu, kiedy omawiałam postaci tła. Mówiłam tam o takiej rzemieślniczce, o postaci, która będzie tworzyła biżuterię, może broń. Będzie zbierała jakieś piękne różne kamienie czy małe elementy. Na imię miała Eleonora i jej cechą było coś takiego, że ona jest wycofana. Jest taką outsiderką, jest milcząca, raczej nie żyje radością i osadą tych rebeliantów. Jak mają jakieś ogniska czy imprezy.
Tak jak wcześniej mówiłam, mamy tam zwiadowców, którzy jak tylko wracają, to tam jest zawsze gruba impreza. Ona nie uczestniczy w takich akcjach. Gdzieś tam sobie na uboczu ma swoje miejsce i pracuje nad swoimi arcydziełami. Co tu jeszcze mamy o niej? Że ona będzie taką trochę kapłanką, czarownicą, ale nie w takim kontekście magicznym, tylko bardziej w funkcjach, które tam będzie sprawowała. Ale przede wszystkim będzie osadzona w archetypie kochającego. W archetypie opiekuna. Ona będzie uważała, że każda Istota zasługuje na jej miłość, opiekę, na to, żeby jej pomóc i tak dalej. To będzie serce całej osady i skarbnica ciepła domowego z jej strony. Będzie spędzała dużo czasu nad wodą, będzie uwielbiała różne napary i herbatę.
Tak sobie pomyślałam, ja romantyk, że może ona by mogła spojrzeć w ten sposób też na naszego niecnego Skrybę. Ja nie mówię, że w tej historii. Tylko tworząc tą postać i później, jak rozpisywałam postać Skryby, miałam te wszystkie karty tutaj rozłożone, to pomyślałam, czemu nie? Tak jak potrafiła zobaczyć w różnych zwykłych kamieniach czy znaleźć perły, różne takie rzeczy, może ona też będzie potrafiła znaleźć w tym Skrybie perłę. Dokopać się do jego cudownych cech, czy może nawet jemu uświadomić. To nawet nie musi być związek romantyczny między nimi, tylko może oni się spotkają przypadkiem nad wodą. Może ona nawet nie będzie wiedziała, kim on jest i zaczną rozmawiać. Może on też pomyśli, że ona jest jakąś rusałką czy postacią z wody, a może jego zwidami. Dlatego będzie z nią rozmawiał. Nie będzie miał totalnie pojęcia, że ona też jest od tych rebeliantów, że jest stamtąd.
Może będą się spotykali. Może przez to, że ona nie będzie wiedziała, kim on jest ani on, kim ona, to się otworzą na siebie i w jakiś sposób może taka relacja się nawiąże. Czy może ona go nauczy patrzeć na innych, ale przede wszystkim na samego siebie inaczej. Szukać tych pereł w sobie. Jeżeli chodzi o takie relacje, to pomyślałam, że w tym momencie się z wami tym podzielę. Myślę, że to też by mogło być ciekawe, ale to już faktycznie by musiała być historia spisana od strony Skryby. Może to jest pomysł zrobić tą część od strony kontu Bernalisa, a później to samo story plus te retrospekcje, to jak on został tym władcą i to wszystko spisać w oddzielnej historii. No dobra, mamy to. Ja już się nie mogę doczekać naszego podsumowującego odcinka, bo tam się zacznie dziać dużo rzeczy. Dużo spoilerów, dużo farszu.
Fajnie jest. Muszę siąść za chwilkę notatki wam tutaj porobić, żebym nie odpłynęła za daleko improwizując. Potem myślę, że już wrócimy sobie do luźniejszych improwizacji, bo już powoli wiosna nadciąga. To czemu nie? Podziałamy sobie w marcu, pobawimy się w bardziej wiosennych klimatach. Jeszcze nie wiem. A może wymyślę coś jeszcze innego. Kto mnie tam wie? Trzymajcie się cieplutko. Jak zawsze mocy, inspiracji, żeby wam się fajnie wszystko działo i do usłyszenia za tydzień.
Pa.
[07:33:21] - Tak, proszę państwa i znowu ciemna noc i znowu z krótkich audycji wakacyjnych zrobiły się niezwykle długie audycje wakacyjne. Cały czas żyję taką nadzieją, że może we wrześniu, jeszcze mamy wakacje, rok akademicki dopiero od października, że może we wrześniu będą audycje krótsze. Tym bardziej, że wybieram się na Copernicon do Torunia. Choćby niedaleko od Bydgoszczy, ale przygotować się trzeba. Coś tam trzeba będzie powiedzieć, więc może wtedy, we wrześniu audycje będą krótsze. Tych wszystkich, którzy się w tej chwili pukają w czoło albo śmieją, że tak się odgrażam, że będą krótsze, a i tak będą długie. Jestem skłonny przyznać państwu rację, że to jest tylko moje pobożne życzenie. No cóż, proszę państwa, teraz wypadałoby na koniec powiedzieć coś o najbliższych audycjach. Za tydzień oczywiście bardzo serdecznie państwa zapraszam. To będzie kolejne spotkanie z Lesem Choduniem i kolejną książką, która ukazuje się na rynku.
Także czujcie się państwo zaproszeni, ale tym razem jestem państwu w stanie powiedzieć, co będzie za dwa tygodnie. Za dwa tygodnie naszym gościem będzie Andrzej Kwiecień, autor powieści, która ukazała się całkiem niedawno na rynku. Powieść nosi tytuł „Metamorfl”. Wiecie państwo, ja lubię jak się strzelają. I to jest powieść, w której się mocno strzelają i w ogóle się totalnie strzelają. Ona mi bardzo przypadła do gustu. Dlatego tak bardzo się cieszę, że za dwa tygodnie Andrzej Kwiecień, przypomnę autor powieści „Metamorfl”, będzie państwa i moim gościem. Jeszcze raz państwa zapraszam. Do usłyszenia za tydzień. Do usłyszenia za dwa tygodnie i w ogóle do usłyszenia.
[07:35:26] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.