[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. No to, że tak powiem, AWF powoli wkracza w tryb wakacyjny. Pierwszy taki wakacyjny, jeszcze troszeczkę taki wakacyjny, ale jeszcze troszeczkę tak jakby nie, odcinek. Zaczynamy właśnie teraz. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:46] - Halo, halo, Bydgoszcz się zgłasza. Proszę państwa, dzisiejszy odcinek nie będzie krótki, ale też nie będzie bił żadnych rekordów. Gdzieś tak troszkę ponad pięć godzin. Nie będzie tradycyjnych korepetycji filozoficznych, no bo w końcu są wakacje. Nie będzie też kilku stałych punktów programu, a kilka będzie. W związku z tym niniejszym rozpoczynamy pierwsze, wakacyjne w nastroju, wydanie naszej audycji. Akademia Wszelkiej Fikcji, tak jak powiedział Ivellios, właśnie zaczyna wakacje. Dzisiejsze polecanki też będą krótsze, jakby. I w dodatku będę polecał prozę też wakacyjną. Przynajmniej moim zdaniem.
To będzie space opera, a właściwie cykl powieści space operowych. Mam oczywiście w tym ukryty cel, bo przecież obiecałem państwu w zeszłym tygodniu dokończenie swojej pogawędki, czy też swojego trucia na temat space opery. Ze zobowiązania się wywiążę. Dzisiejsza polecanka dotyczy książek Jacka Campbella. To jest człowiek, który tworzy space opery niemalże taśmowo, ale taśmowo nie oznacza, że to są złe space opery. Wręcz przeciwnie. Czyta to się lekko, łatwo, przyjemnie, ale niepozbawione jest też pewnej myśli. W związku z tym moim zdaniem idealna lektura na wakacje. Tym bardziej, że wielo-, wielo-, wielotomowa. Jack Campbell tak naprawdę nazywa się John Hemry.
Jest autorem militarnych powieści science fiction, jak chcą niektórzy informatorzy. Ja mówię krótko: jest autorem space oper, takiej nawalanki i to na całego. Tworzy, opierając się na swoich doświadczeniach. Uczęszczał bowiem do US Naval Academy i był oficerem US Navy. Obecnie przebywa na zasłużonej emeryturze, ale jak to z emeryturą wojskowych, to nie jest stary facet. Jego ojciec również służył w siłach zbrojnych USA. Jack Campbell stworzył kilka książkowych serii i pod pseudonimem publikował też taką serię, którą szczególnie chcę państwu polecić, a mianowicie „Zaginioną flotę”. Ta „Zaginiona flota” szybko zyskała mu grono wiernych czytelników. Autor mieszka obecnie w Maryland wraz z żoną i trójką dzieci. „Zaginiona flota” została u nas wydana przez wydawnictwo Fabryka Słów.
To jest sześć książek. Spoglądam właśnie na nie, bo stoją blisko miejsca, w którym do państwa mówię. Półeczka i sześć tytułów: „Nieulękły”, „Nieustraszony”, „Odważny”, „Waleczny”, „Bezlitosny” i „Zwycięski”. „Zaginiona flota” to jednak nie tylko te tytuły, bo istnieje też cykl „Zaginiona flota: przestrzeń zewnętrzna”. I tu mamy do dyspozycji pięć książek. Nie wiem, czy podam je w kolejności, ale jest tu książka „Niezwyciężony”, „Strażnik”, „Nieugięty” oraz „Lewiatan”. Przepraszam, jest jeszcze jedna książka „Dreadnaught”. Cóż, ale to jeszcze nie wszystko, bo „Zaginiona flota” to jeszcze trzy książki. Ja ich państwu nie podaję w kolejności, w jakiej dzieje się akcja, ale „Zaginiona flota” to jeszcze trzytomowy cykl „Narodziny floty”. I tu mamy do dyspozycji tomy: „Awangarda”, „Przewaga” i „Zwycięstwo”.
Nie będę państwu tradycyjnie omawiał tych książek, bo to jest, proszę państwa, marzenie ściętej głowy. Każda z nich jest właściwie osobną całością, osobną opowieścią, którą możecie państwo czytać bez zachowywania kolejności. Oczywiście, tak jak w dobrej space operze, jest tam gdzieś ukryta metaakcja, która z tomu na tom zagęszcza się i pewną dodatkową prawdę przekazuje, ale wierzcie mi państwo, czyta się to na tyle dobrze, że nawet nie trzeba zachowywać kolejności. I to już. Mamy wakacje, więc i polecanki będą krótsze, za to konkretne. Jak sobie to liczę, to sześć plus pięć plus trzy to już jest spora liczba tomów. Wszystkie te tomy wydała Fabryka Słów. To wydawnictwo cieszy się zmienną sympatią wśród wielu czytelników. Niemniej chociażby za ten cykl książek Campbella należałoby ich ozłocić. To naprawdę dobra space opera.
A teraz, proszę państwa, nie koniec jest polecanek i zapraszam z marszu na polecankę comiesięczną. Czyli na scenę wkracza Piotr Cielebiaś i rozmawiamy co nowego w lipcowym Nieznanym Świecie. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[07:01] - Dzień dobry wieczór, Marku. Jakby nie patrzeć znowu się spotykamy.
[07:08] - Tak, bo miesiąc minął, dni coraz dłuższe i coraz cieplejsze, co odczuwamy aktualnie. Ale przede wszystkim najważniejsze jest to, że jest już gotowy najnowszy numer Nieznanego Świata, numer lipcowy. I co? Ktoś tam zarzuci, że zawsze mówimy, że w nim są wspaniałości, ale zawsze mówimy prawdę. No więc w kolejnym numerze kolejne wspaniałości.
[07:38] - Tak, numer jest wyjątkowo ciekawy. Rozpoczyna go bardzo interesujący wywiad z profesorem Andrzejem Frydrychowskim. To jest lekarz, który się postawił systemowi, nie tylko rodzimemu środowisku lekarskiemu, ale też, jakby nie patrzeć, Big Pharmie. Jakiś czas temu było głośno o jego konflikcie z Okręgową Izbą Lekarską w Gdańsku, która próbowała konwertować go i zdyscyplinować, żeby powrócił na tory standardowej drogi medycznej, porzucając niektóre terapie i niektóre poglądy na temat ich skuteczności. W wywiadzie z Anną Ostrzycką i Wojciechem Chudzińskim profesor Frydrychowski zwraca uwagę na liczne patologie, nie tylko służby zdrowia, ale i kształcenia lekarzy, którzy, jak mówi, są kreowani na przepisywaczy leków. Odchodzą od sedna problemu, jakim jest wyleczenie pacjenta. To jest chyba coś, Marku, z czym wielu z nas się spotkało. Przy czym, jak się okazuje, nie wszystko w środowisku medycznym wypada. I tutaj koledzy po fachu zdecydowali się wziąć odwet na profesorze za niewygodne prawdy. Dlatego gorąco polecam ten materiał.
Wywiad jest naprawdę świetny, daje do myślenia, dlatego że prędzej czy później w tym kraju dane jest każdemu obcować ze służbą zdrowia na tym czy innym poziomie.
[09:16] - Tak, westchnę sobie, bo te doświadczenia każdy ma swoje prywatne. Natomiast to, o czym mówi gość Anny Ostrzyckiej i Wojciecha Chudzińskiego, czyli profesor Andrzej Frydrychowski, to czasami sprawia, że człowiek zaczyna tracić wiarę, że to wszystko, co nas otacza, ma jakiś sens. Bo w tym wywiadzie odsłonięte jest coś, moim zdaniem, nieprawdopodobnego. Albo ja mam obniżoną granicę przeżywania rzeczy, które po prostu mnie powalają na łopatki, albo też rzeczywiście ostatnimi czasy dzieje się wokół nas coś takiego dziwnego, że ja tego nie do końca łapię.
[10:01] - Powodów jest wiele. Na pewno ludzie się trochę bardziej ośmielają, żeby o pewnych rzeczach mówić i trochę, nie wiem, czy to wypada powiedzieć, ale to środowisko medyczne zrobiło się bardziej, jak to się mówi, ku sobie. Pacjent bardzo często jest na ostatnim miejscu, a nie mówi się o tym, że wielu lekarzy to są po prostu pigularze. Czyli farmakoterapia tylko i tylko część z nich decyduje się na stosowanie medycyny holistycznej czy też uzupełniającej. Oczywiście to nie jest tak, że to jest jakaś rzadkość, bo są tacy lekarze, natomiast często to uchodzi za grzech śmiertelny. Ale Marku, teraz role się odwracają, bo zamieniamy się miejscami, dlatego że w lipcowym numerze jest artykuł „Auta elektryczne. Labirynt pytań” autorstwa nikogo innego jak właśnie Marka Żelkowskiego. Zadajesz tam wiele pytań, które nie są wygodne zarówno dla, nie wiem, jak to powiedzieć, ekolobbystów, ale i producentów samochodów elektrycznych, bo okazuje się nagle, że ta super ekologiczna technologia nie jest wcale ani zielona, ani ekonomiczna, ani często nawet humanitarna jeżeli spojrzymy na niektóre aspekty. Są zwolennicy tych aut elektrycznych. Oni mówią, że na razie się na nie narzeka, ale w przyszłości to już będzie z nimi znacznie lepiej.
Natomiast konsumentom nakazuje się wierzyć w slogany, które po bliższej analizie okazują się w wielu przypadkach manipulacjami.
[11:39] - Bardzo być może, że kiedyś auta elektryczne będą wspaniałe i będą nas woziły i tak dalej. Państwo się pewno zdziwicie, ja nie jestem ekspertem od motoryzacji, a już od motoryzacji elektrycznej to w ogóle nie jestem ekspertem, ale postanowiłem podejść do tego tekstu w sposób, nie wiem, czy państwa nie odstraszę, ale filozoficzny. Filozofia to jest umiejętność, sztuka albo też czyste rzemiosło, polegające na zadawaniu pytań. Wszelkich pytań, które wiążą się z danym zagadnieniem. Postanowiłem zastosować taką metodę i zadawać pytania od naiwnych, poprzez takie, na które wydaje mi się, że znam odpowiedzi, ale mimo wszystko wolę zapytać. Wreszcie do takich, które moim zdaniem są przede wszystkim kluczowe. Tych pytań tam namnożyłem całkiem sporo. Jest ich tam naprawdę dużo w tekście. One są z różnych parafii, dotyczą różnych zagadnień, od mechaniki poprzez elektrykę, ekologię i tak dalej. Ja nie rozstrzygam, nawet nie do końca wygłaszam, jakież one są straszne.
Nie, wykazuję przynajmniej odrobinę dobrej woli i zakładam, że kiedyś być może. Natomiast to, co oferuje się w tej chwili, budzi moje poważne wątpliwości natury użytkowej. Ostatnio mem przeczytałem na Facebooku. Co powiecie państwo, że wy jedziecie na przykład do Łeby swoim nowym elektrycznym autkiem kilka godzin. Zależy skąd jedziecie, ale ja zawsze z perspektywy Bydgoszczy. Więc do tej Łeby to się ta góra tymi bocznymi drogami z przystankami jedzie cztery godziny, ale to już naprawdę trzeba jechać bardzo powoli. A co byście państwo powiedzieli, jakbyście do tej Łeby jechali godzin osiem albo dziesięć, bo po drodze trzeba by autko doładować, a akurat na stacji benzynowej, już nie benzynowej, prądowej byłaby kolejka i każdy kierowca pół godziny musi autko ładować. A jakby tam ich było pięciu na przykład, a wy byście byli na szóstym miejscu, to sobie państwo policzcie, ile czasu by to było. A wasz sąsiad zatankował swoje śmierdzące jakieś tam BMW, a może Passata. Zależy kto czym jeździ.
I nagle by się okazało, że jak on zatankował tego Passata, trzasnął drzwiami, to otworzył te drzwi w Chorwacji i czas, który poświęcił na dojazd do Chorwacji byłby porównywalny z tym, w jakim wy dojechaliście do tej Łeby. To jest moim zdaniem jedno z tych zagadnień, które bardzo mocno pokazują, że na razie przynajmniej ścieżka, którą podążamy, jeśli chodzi o elektryfikację motoryzacji, jest chyba ścieżką ślepą. Ja też nie zapominam o tym, że być może wcale nie chodzi o to, żeby nam samochody zelektryfikować, a może chodzi o to, żeby nam te samochody, jakkolwiek to zabrzmi, po prostu zabrać. Jak sobie państwo przypomnicie ideę miast 15-minutowych i tak dalej, nie będę tego tematu rozwijał, bo w końcu warto do tekstu sięgnąć. Inaczej, podsumowując, tekst o autach elektrycznych to jest tekst z bardzo dużą ilością wątpliwości i jeszcze większą ilością pytań.
[15:58] - W tym lipcowym „Nieznanym Świecie” jest tak dużo różnego rodzaju treści, że nie wiem, na co jeszcze zwrócić uwagę. Na pewno w kontekście wakacji i wyjazdów niezwykle interesujący będzie artykuł doktor Joanny Bohaczak-Trąbskiej, którą pozdrawiamy, pod tytułem „Pomoc od ręki”. Traktuje on o bardzo popularnym w basenie Morza Śródziemnego talizmanie, który sobie Polacy często przywożą z wakacji i wieszają w domu. Nie jest to oko proroka, lecz hamsa kojarzona powszechnie ze światem islamskim. Ale kiedy przyjrzymy się jej bogatej historii i korzeniom, to okazuje się, że tkwią one głęboko na starożytnym Wschodzie, i to naprawdę głęboko. Z kolei w artykule „Elektroniczna droga do nieba”, który jest częścią cyklu Wojciecha Chudzińskiego poświęconego świadomości, jest bardzo ciekawa rzecz. Przyglądamy się takiej hipotezie, która porównuje świadomość do danych w chmurze, bo umysł, póki sobie żyje w ciele i działa, ma dostęp być może do części informacji i funkcji, które są zlokalizowane w świadomości wirtualnej, która do nas gdzieś z zewnętrznego źródła dociera, a my ją jedynie odbieramy. Takim odpowiednikiem tego wirtualnego dysku może być też Kronika Akaszy. Taki koncept ezoteryczny mówiący o polu informacyjnym, które gromadzi wszystkie możliwe dane z całego wszechświata. To jest fascynujące, Marku, bo ten cykl Wojtka na temat świadomości się rozkręca i będą jeszcze ciekawsze rzeczy.
Muszę powiedzieć, że jestem z niego bardzo zadowolony i to jest jedna z najlepszych rzeczy, jakie w ogóle w ostatnich latach czytałem. Dlatego, że to powiedziane jest wszystko prostym językiem, wyłożone w taki sposób, że nie trzeba być naukowcem, aby to zrozumieć, ale otwiera nam pole nie tylko do rozważań, ale też przybliża bardzo wiele hipotez i bardzo wiele koncepcji, o których się mimo wszystko tutaj, w tym naszym pierdziszewie polskim mówi rzadko.
[18:15] - Piotrze, chciałbym cię zapytać jeszcze o tekst Marcina Gibasa o fizyce kształtu i Wielkiej Piramidzie.
[18:24] - To też jest bardzo ciekawa rzecz. Marcin przygląda się nie tylko zagadnieniu, jakim jest promieniowanie kształtu i fizyka kształtu, bo to są dwie odrębne rzeczy, a jednak na pewnym poziomie się uzupełniające. Fizyka kształtu odnosi się do badania fizycznych właściwości kształtów i związanych z tym właściwości. Promieniowanie kształtu to zagadnienie zupełnie związane z inną dziedziną, mianowicie z radiestezją. Ale okazuje się, że kiedy — tutaj jest też duży wkład polskich badaczy — przyglądano się właściwościom Wielkiej Piramidy z Gizy, odkryto bardzo ciekawe jej właściwości. Co interesujące i fascynujące jednocześnie, one się kumulowały w pewnym określonym miejscu. Ale tych artykułów jest jeszcze więcej i chciałbym wam zwrócić uwagę między innymi na taki tekst jak „Buddyści pod piramidami”. Okazuje się, że w Egipcie natrafiono na ślady wyznawców buddyzmu całkiem niedawno. Możliwe, że diaspora buddyjska w czasach faraona była dość liczna. Mamy też tekst „W magicznym kręgu”.
Jest to artykuł Arkadiusza Miazgi o podobieństwach między legendami o fairies, na przykład o rusałkach, a współczesnymi relacjami o UFO. Tam Arek przekazuje kilka interesujących relacji i opisów, z których wynika, że te fairies nie były zawsze tak bardzo przyjazne. I to są opisy całkiem współczesne. To nie są legendy. Mówi na przykład o grupie dzieci, która spotkała bodajże na początku XX wieku stworzenia, które opisały jako mroczne elfy. Z kolei w artykule „Quo vadis, arte?” autorka Monika Rożek pisze o swoich zmaganiach ze sztuczną inteligencją, a pisze to z perspektywy malarki. Numeru lipcowego „Nieznanego Świata” szukajcie w punktach z prasą. Możecie go również zamówić z naszej strony www.nieznany.pl. Polecamy też opcję prenumeraty oraz wersję elektroniczną. Je wszystkie znaleźć możecie na wyżej wymienionej stronie, a także na stronie głównej naszego miesięcznika www.nieznanyświat.pl.
[20:51] - Pamiętacie państwo jeszcze odcinek, w którym gościła Aleksandra Bednarska? Mówiliśmy wtedy o „Brudnych sprawkach wujaszka Hana”. Tak się zgadzało, że autorka jest miłośniczką legend miejskich. Oczywiście postanowiłem to wykorzystać, a autorka chętnie przystała, żebyśmy o legendach miejskich porozmawiali. Co więcej, zaprosiła jeszcze dwóch innych autorów: Kazimierza Kyrcza oraz Michała Stonawskiego. W tym gronie rozmawiamy o legendach miejskich z różnych stron świata w dodatku. Zanim jednak do tej rozmowy państwa dopuszczę, krótkie przedstawienie autorów, których zaprosiłem do audycji. Aleksandra Bednarska jest absolwentką warszawskiej sinologii oraz studiów azjatyckich w Lejdzie. Spędziła trzy lata w Pekinie, pół roku na Tajwanie. Obecnie mieszka w mediolańskim Chinatown.
Mówi w wielu językach, ale tylko w polskim ma tyle do powiedzenia, by pisać. Tworzy fantastykę, czasem grozę i absurd. Nie stroni też od humoru i czegokolwiek, co wzbudza emocje. Jest miłośniczką legend miejskich, historii nowożytnej i kofeiny. Och, jak ja to dobrze rozumiem. W ostatnim czasie wydała książkę „Brudne sprawki wujaszka Hana”. Wydawcą jest Planeta Czytelnika. Drugi z naszych gości, Kazimierz Kyrcz, pisze książki rozmaite: fantasy, science fiction, horror, kryminał, sensacja. Tu warto wspomnieć o kryminałach z cyklu, którego bohaterem jest Bednarski. Pisze też autor thrillery, literaturę piękną, poezję, satyrę.
Przy okazji warto też wspomnieć, że jest redaktorem i promotorem grozy miejskiej, a to między innymi dzięki antologii „City”. No i Michał Stonawski, pisarz, designer, badacz zjawisk paranormalnych. Designer to design gier komputerowych. To najważniejsze. Badacz zjawisk paranormalnych. W 2020 roku ukazała się jego książka „Paranormalne. Prawdziwe historie nawiedzeń”. Uzyskała ona status bestsellera Empiku, sprzedając się w ponad 20 000 egzemplarzy. W zeszłym roku wydana została kolejna część tego reportażowego cyklu „Paranormalne. Egzorcyzmy”.
Na swoim koncie Michał Stonawski ma blisko 50 publikacji beletrystycznych w formie opowiadań, między innymi w czasopiśmie „Nowa Fantastyka”. Blisko 100 artykułów publicystycznych również wyszło spod jego pióra. Jego twórczość tłumaczona była na język niemiecki oraz czeski, a opowiadania doczekały się adaptacji audio w produkcjach portalu Audioteka.pl. Był też organizatorem konwentów fantastyki w latach 2013-2016. Był prezesem Nagrody Polskiej Literatury Grozy imienia Stefana Grabińskiego. Goście przedstawieni. A zatem zapraszam państwa na rozmowę o legendach miejskich. Dzień dobry wieczór państwu. Naszymi gośćmi są dzisiaj: Aleksandra Bednarska. Dobry wieczór.
[24:46] - Dobry wieczór.
[24:47] - Kazimierz Kyrcz. Dobry wieczór.
[24:51] - Dobry wieczór. Witam.
[24:53] - Oraz znany państwu Michał Stonawski.
[24:57] - Bardzo mi miło. Dobry wieczór.
[25:00] - Szanowni państwo. Takim powodem naszego spotkania jest legenda miejska, a właściwie liczba mnoga: legendy miejskie. To od razu pytanie, nie wiem, czy trudne, ale takie zasadnicze bardzo na początek: czym właściwie ta legenda miejska jest? Bo z legendą miejską, tak się przynajmniej zetknąłem, jest troszeczkę tak, jak z czasem u świętego Augustyna. Kiedy nikt nie pyta, to wszyscy wiedzą, czym jest legenda miejska. Natomiast kiedy zostaną zapytani, to już jak się ma pojawić definicja, to u wielu osób pojawia się problem ze zdefiniowaniem, czym właściwie legenda miejska jest. To tak na początek, na rozgrzewkę poprosiłbym o taką próbę zdefiniowania tego pojęcia, tego zjawiska właściwie. Pani Aleksandro, zapraszam jako pierwszą.
[25:57] - To ja podejdę do tego z punktu tak zwanego naukowego, dlatego że z wykształcenia jestem antropologiem kultury. To, czym jest legenda? Legenda to pokrótce jest taka historia, której prawdziwości zweryfikować nie możemy. Natomiast ktoś kiedyś nam powiedział, że coś takiego się zdarzyło i prawdopodobnie znajdą się jakieś inne osoby, które mają ku temu inne przesłanki. Być może słyszały trochę inną wersję tej samej historii. Ale sam termin jako taki pojawił się w latach 80. w antropologii kultury amerykańskiej i zaczął się od takiego opracowania o znikającym autostopowiczu Bernharda. I można powiedzieć, że ta legenda znikającego autostopowicza, który dosiada się na jednej z autostrad, tych bezkresnych amerykańskich, do jakiegoś kierowcy, prowadzi z nim jakąś ożywioną rozmowę. Być może przeżywa jakieś przygody, bo te wersje oczywiście różnią się w zależności od tego, kto opowiada. Jest takim połączeniem folkloru ludności napływowej oraz ludności rdzennej.
Bo znikający duch dlatego, że ten autostopowicz na końcu okazuje się duchem albo jakąś wizją, która nie była prawdziwa i pojawia się jako jakaś przestroga. Prawdopodobnie dla tego podróżnika. Łączy on w sobie folklor właśnie rdzennych obywateli Stanów Zjednoczonych. Bodajże najbardziej jest to popularne w kulturze Navajo, ale nie jestem na 100% pewna tego, więc powiedzmy, że to już jest taki szczegół drugorzędny. I jakieś opowieści ludności anglosaskiej, które tam nawiązują do folkloru bardziej celtyckiego. I właśnie to było takie pierwsze opracowanie, które podejmowało ten temat i nazywało: nazwijmy to zagadnienie problem. Natomiast obecnie mamy już multum różnych innych spojrzeń z całego świata, nawet z naszego rdzennego podwórka. Ale to już może zostawię pole na inne przykłady i inne definicje kolegom.
[28:40] - Panie Kazimierzu, to ja teraz poproszę pana o taką próbę zdefiniowania, czym legenda miejska jest, a czym nie jest na przykład.
[28:51] - Ja nie czytałem żadnych definicji tego zjawiska. Tak na czuja powiem, że dla mnie legenda miejska, legendy miejskie to są takie romantyczne, uatrakcyjnione wersje tragicznych wydarzeń. No i moim zdaniem każdy człowiek jak gdyby ma taką naturalną potrzebę, żeby zrozumieć świat, który nas otacza. Nie ma co kryć, dużą częścią tego świata są różne przejawy zła i stąd właśnie mi się wydaje, że taka właśnie potrzeba, taka popularność legend miejskich. To może kolega następny się wypowie.
[29:34] - Ja mam jeszcze jedną taką próbę dopytania, bo pani Aleksandra powiedziała o tym, że sam termin pojawił się w latach 80. Okej, termin. Natomiast samo zjawisko jest chyba starsze, bo chociażby ta wielokrotnie przywoływana nieśmiertelna czarna wołga to też chyba rodzaj legendy miejskiej.
[30:05] - No zdecydowanie tak. Kwestia jest taka, że te straszne historie na pewno były już opowiadane dużo, dużo wcześniej. Oczywiście krąg osób, do których docierały, był zapewne trochę mniejszy niż teraz ze względu na to, że mamy media ogólnie dostępne, gdzie te historie mogą być rozpowszechniane lotem błyskawicy. Ja pamiętam, kiedy byłem dzieckiem, że kuzyn straszył mnie opowieścią o panu z workiem, który poluje na małe dzieci. I tak mnie wystraszył tą opowieścią, że później musiałem przy włączonym świetle przez dłuższy czas zasypiać i musiała być albo mama, albo tata przy mnie. Myślę, że takich opowieści było wiele. Może one po prostu jeszcze nie miały tej nazwy i tej łatki „legendy miejskie”. Mogły to być też legendy miejskie wynikające z folkloru. Takich opowieści było dużo już wcześniej.
[31:23] - Michale, to teraz twoja kolej. Co to właściwie jest ta legenda miejska?
[31:29] - Moi przedmówcy już dużo powiedzieli. Natomiast dla mnie legenda miejska, żeby zostać nazwana takową, musi pewne symptomy przejawiać. Niesamowitość tej historii musi powodować pewnego rodzaju emocje, takie jak strach, o którym Kazek wspomniałeś, czy też długofalowy lęk. Musi być w jakiś sposób zakorzeniona w naszej rzeczywistości na tyle, żeby się wydawała prawdopodobna. Marku, wspomniałeś o legendzie o czarnej Wołdze. To jest bardzo dobry przykład legendy miejskiej, która w tamtych czasach bywała bardzo prawdopodobna. To znaczy wydawało się, że takie wydarzenie może mieć miejsce. Taki samochód może gdzieś krążyć po ulicach, bo w takiej rzeczywistości trochę wszyscy żyliśmy. To znaczy żyliście, bo ja wtedy nie istniałem jeszcze, ale jak najbardziej taka historia miała miejsce. Kazek wspomniał o legendach wiejskich.
Można powiedzieć, że wczesną formą legend miejskich mogły być jakieś podania czy też legendy ludowe. Ja bym tutaj przytoczył takie opowieści, których chyba wszyscy z nas nie mniej więcej słyszeli. Plotki na przykład o Żydach, którzy porywali dzieci po to, żeby je przerabiać chyba na macę albo na coś takiego. To był taki specyficzny wczesny etap formowania się legend miejskich, które właśnie w latach 80. czy też w okolicach lat 80. gdzieś się zaczęły rozprzestrzeniać. Dla mnie taką legendą może być choćby słynna Chupacabra albo bardzo specyficzna forma legendy miejskiej jak creepypasta. Chociażby tutaj w Krakowie, gdzie mieszkam, jest jedna z pierwszych creepypast internetowych, czyli legenda o lesie Witkowice. I tego typu niesamowite opowieści rozprzestrzeniające się, umotywowane w otaczającej nas rzeczywistości. Wydaje mi się, że to będzie ta legenda miejska, o której mówimy.
[33:59] - Szanowni państwo, takie pytanie. Jeszcze pani Aleksandra chciała coś dodać. Zapraszam.
[34:07] - Ja tutaj jeszcze dopowiem, zamykając koło, bo Michał tutaj powiedział wiele ważnych rzeczy, o których ja może zapomniałam. Oczywiście nazwaliśmy tą rzecz legendą miejską w latach 80., ale czy na przykład legendy związane z Żydami, tudzież z innymi mniejszościami narodowymi, bardzo niefajne i szkalujące, nie krążyły od lat w miastach, które były duże jak Kraków, Warszawa czy Poznań? To wszędzie się gdzieś zdarzało. Natomiast fakt, że jakiś problem nie został nazwany, to nie znaczy do końca, że on nie istnieje, jak o tym dobrze wiemy. Dodałabym tu jeszcze, że folklor miejski ma to do siebie, że praktycznie czerpie z tego, co napłynęło z folkloru wiejskiego. Zwłaszcza że w ostatnim stuleciu było wielkie przemieszanie ludności pomiędzy miastem i wsią. Więc te rzeczy się bardzo tutaj zazębiają i zamykają, zwłaszcza w miejscach, gdzie była ta migracja. A w Polsce, jak wiemy, była ona dość duża w pewnym okresie. I to tyle z mojej strony.
[35:29] - Szanowni państwo, to takim nasuwającym się pytaniem. To pytanie brzmi w ten sposób: co sprawiło, jakie wydarzenie, jakie okoliczności sprawiły, że państwo zainteresowali się tym zjawiskiem legend miejskich? Proszę pana Kazimierza na początek.
[35:52] - Muszę się przyznać, że ja w Krakowie spędziłem prawie całe życie. Niestety nie jestem jakimś fanem tego miasta, ale pierwsze siedem lat życia to były podróże i mieszkanie w różnych mniejszych miejscowościach z rodzicami, którzy mieli taką pracę właśnie, że pół roku tam, pół roku gdzie indziej. I w tych mniejszych miejscowościach lepiej się czułem. Pomimo tego, że to było tymczasowe i obarczone różnymi niewygodami. Koczownicze życie. Natomiast kiedy już potem osiedliliśmy w Krakowie, to miasto jednak mnie przytłaczało i wydawało mi się obce. I to poczucie obcości do tej pory we mnie tkwi. Mimo tego, że już dziesięciolecia tu mieszkam, nie czuję się tutaj na miejscu i ten gwałtowny rozrost miasta, to, że powstają nowe osiedla, chociażby 200 metrów od mojego domu powstało osiedle ostatnio. Ludzie, których są tysiące i anonimowość. Tutaj nie odkryję Ameryki, duże miasta są dosyć ciężkie do życia.
Oprócz tego, jako dziecko odbierałem duże miasto właśnie dosyć traumatycznie. Duże domy, dużo ludzi. Czułem się zagubiony w tej tkance miasta. Myślę, że to też było głównym powodem, że chcąc sobie to miasto bardziej poznać, instynktownie chcąc znaleźć jakieś sposoby, żeby się lepiej poczuć, to właśnie te opowieści miejskie legendy czytałem sobie przy różnych okazjach. Nastawiałem ciekawie ucha, kiedy ktoś na ten temat mówił. Myślę, że jestem idealnym odbiorcą tych miejskich legend. Nie wiem, ktoś następny może się wypowie.
[38:26] - Ja jeszcze muszę dopytać. Inaczej, jak to często powtarzam, inaczej bym się rozpęknął. Muszę dopytać. Wspomniał pan o tym, że czytał pan. Co pan czytał i czy jakieś tytuły godne polecenia? O co chodzi? Czy też w prasie wyszukiwał pan na przykład takich smaczków dotyczących tychże legend?
[38:52] - Już teraz nie pamiętam, bo to naprawdę było dawno temu, żebym tak konkretnymi tytułami sypnął. Natomiast pamiętam, że były opowieści, które podsłuchiwałem, kiedy na przykład dorośli rozmawiali. Moja ciocia mieszkała blisko domu, w którym mąż zabił swoją żonę i ją tam, można powiedzieć, zutylizował w wannie i pozbył się jej ciała kwasem. W Krakowie bardzo medialna sprawa, czyli sprawa skóry, zabicia studentki, kiedy pod koniec lat 90. bardzo dużo czasu zajęło organom ścigania udowodnienie sprawcy tego zabójstwa. Oczywiście było to takim zdarzeniem, które pobudzało wyobraźnię mieszkańców nie tylko Krakowa. U nas w Krakowie była sytuacja, że znaleziono rozczłonkowane zwłoki i siłą rzeczy była to też pożywka dla tworzenia się miejskich legend, które oczywiście były krótkotrwałe. Bo jeżeli sytuacja się wyjaśniła, to te opowieści traciły swój sens. Co jeszcze mogę powiedzieć? Na razie to może tyle.
[40:48] - Michale, teraz tobie oddaję głos.
[40:52] - Dlaczego się takimi opowieściami zacząłem interesować? Dlatego, że to w zasadzie zahacza bardzo potężnie o tematykę miejsc nawiedzonych i duchów, którymi się zajmuję. Aczkolwiek trzeba tutaj zaznaczyć, że opowieści miejskie, legendy miejskie nie muszą być paranormalne, żeby były niesamowite. To jest zupełnie troszeczkę inna kategoria. Niemniej te dwa obszary zagłębiają się w siebie i przenikają wzajemnie. Wobec czego dla mnie były przedmiotem dosyć dużego zainteresowania.
[41:32] - Okej, to znowu się dopytam, ale pamiętasz takie pierwsze zetknięcie? Dziecięciem zapewne byłeś, kiedy coś takiego usłyszałeś. A może to było później, bo to była taka hipoteza robocza. Natomiast czy pamiętasz to pierwsze zetknięcie się z legendą miejską? Może nawet na pewno nieświadome, ale jednak. Czy coś takiego przywołujesz?
[42:01] - Było coś takiego. Ja mieszkałem na krakowskim osiedlu Kurdwanów i jako takie osiedle miało swoje pierwsze legendy, które się rozrastały w związku z tym, jak osiedle się rozrastało i było budowane. Mieliśmy taki dom na osiedlu, o którym nie mówiło się, że jest nawiedzony. Mimo że był opustoszały. Natomiast mówiło się, że tam mieszkał morderca, który porywał dzieci wszystkie. Było coś takiego w szkole u mnie mówione i po prostu porywał je chyba po to, by żeby je nawet zjadać czy coś takiego. To oczywiście był jakiś zupełny wymysł, prawdopodobnie powstały gdzieś na poziomie piaskownicy. Natomiast wtedy wywoływał pewien posuch i przestrach wśród moich rówieśników. Też taką legendę mimo wszystko sami w pewien sposób zapoczątkowaliśmy podobną, bo tyczyła się mieszkańca jednego z bloków niedaleko, które widzieliśmy z obszaru, kiedy wychodziliśmy z budynku naszej szkoły do obszaru, można powiedzieć zabawowego, tam, gdzie były wszystkie jakieś boiska i tak dalej. I wymyśliliśmy sobie historię, że człowiek, który zawsze w tym czasie wychodził reperować swój samochód, było to na przestrzeni paru różnych tygodni, jest jakimś rodzajem agenta czy też szpiega.
Mała dziecięca zabawa się zamieniła w coś, co potem było bardzo napiętnowane w naszym środowisku, bo w pewnym momencie wymyśliliśmy sobie, że skoro on jest szpiegiem, to musimy mu zaszkodzić. I skończyło się na tym, że przechodziliśmy przez ogrodzenie po to tylko, żeby zabrać mu części tego samochodu. I on się zorientował i przyszedł do szkoły i była z tego naprawdę wielka afera, gdzie zostałem okrzyknięty złodziejem. Do tej pory się tego wstydzę, ale nawet użyłem w jednym opowiadaniu później ten cały motyw. Potem gdzieś słyszałem, że jeszcze ktoś o tym mówił, że w tym bloku mieszkał jakiś tam tajny agent czy coś takiego. Natomiast to dalej było na tym poziomie dziecięcym. Nie wyszło to oczywiście w dalsze kręgi.
[44:43] - Pani Aleksandro, pani mówiła o zainteresowaniu naukowym, ale czy to zainteresowanie pojawiło się może wcześniej? Może jakoś wcześniej te legendy miejskie działały na tyle silnie, że wzbudzały pani może niepokój, może po prostu zainteresowanie.
[45:04] - Na pewno powiem tak: ja się wychowałam poniekąd na tych pierwszych creepypastach, które były wrzucane do internetu, były na wcześniejszych wersjach różnych portali, tudzież na YouTubie, bo to praktycznie w latach wczesnych 2000, kiedy byłam w takim wieku, że raczej ludzie lubią się bać i chcą mieć ten dreszczyk, tą gęsią skórkę czytając opowieści dziwnej treści, to właśnie się stawało popularne. Więc jak najbardziej. Poza tym tak nawiązując do tego, co mówili koledzy, była taka dzielnica w moim mieście, która nazywała się Piekło. Skądinąd bardzo taka wiele mówiąca nazwa i tam znajdowały się wydmy piaskowe. Obecnie są tam dwa sztuczne jeziora. Wtedy było tylko jedno i tam pojawiały się bardzo ciekawe opowieści o tym, co się dzieje w tych lasach, co jest pochowane pod tymi wydmami. A tam jeszcze były bunkry stare. Także opowieści dziwnej treści, można powiedzieć, towarzyszyły mi od bardzo wczesnych lat i zawsze mnie one interesowały. Czy to było, powiedzmy, takim głównym powodem, dla którego się potem zainteresowałam antropologią kultury? Nie wiem, bo to już było bardziej złożone.
Natomiast z pewnością badanie takich tajemnic, tudzież tego, skąd się biorą te historie i rozmawianie z ludźmi na ten temat nadal jest dla mnie bardzo przyjemnym i interesującym doświadczeniem. Nawet jeżeli tak naprawdę nie muszę rozmawiać o tym czy temat w ogóle nie zahacza, to bardzo szukam tego. Bo jednak ważne jest, żeby przełamać pewne granice w kontaktach ludzkich, nie żeby podchodzić do swojego rozmówcy na zasadzie: a bo ja jestem wielkim naukowcem i muszę tutaj zadać bardzo ważne pytania, bo my raczej wtedy nic nie osiągniemy, ale spróbować na zasadzie właśnie tak, jak my tu rozmawiamy. Czego się bałeś, jak byłeś dzieckiem? Co jest ci bliskie? Co byś się bał stracić? I wtedy rzeczywiście ten kontakt jest dużo lepszej jakości i dowiadujemy się dużo ciekawszych rzeczy.
[47:35] - Teraz takie pytanie o grube rozgraniczenia. To znaczy, kiedy mówi się o legendach miejskich, to bardzo często gdzieś w tle, a może nawet nie tylko w tle, pojawia się teoria spiskowa albo nawet teorie spiskowe. Dla większości ludzi jedno i drugie, czyli legendy miejskie i teorie spiskowe to jest coś prawie to samo. Trudno rozróżnialne, właściwie takie nakładające się zjawiska. Chciałbym zapytać, jak to jest z legendami miejskimi i z teoriami spiskowymi. Jak to można rozumieć? Czy to jest naprawdę to samo, czy też może zupełnie nie? Pani Aleksandro, może pani pierwsza tym razem.
[48:29] - Powiedzmy szczerze, że to jest bardzo sobie bliskie, natomiast w żadnym razie nie jest to jedna i ta sama rzecz. Myśląc o tym, zatrzymałabym się przy bardzo znanym przypadku, na przykład Roswell, bo kojarzymy wszyscy, co się tam stało, że było to związane z pierwszym bardzo głośnym na świecie pojawieniem się rzekomo udokumentowanym UFO i pierwszym kontakcie, po którym pozostało nam wiele śladów i wiele dokumentów. Więc teoria spiskowa to by było analizowanie tego pod kątem: a skąd są ci obcy? Czego oni od nas chcą? Dlaczego się tu pojawili? Gdzie oni się pochowali, kiedy nie są widoczni? I analizowanie tego pod względem, jak to się inkorporuje w nasz obecny świat. Natomiast legenda byłaby bardziej na zasadzie: wiesz, mój znajomy pracował kiedyś w laboratorium w Roswell i nie uwierzysz, co mu się stało. Potem następuje cała historia tej operacji na obcym tudzież innego rodzaju pierwszego kontaktu, więc jest to rozgraniczenie.
[49:57] - Panie Kazimierzu, czy dla pana ta różnica jest bardzo zauważalna i tak, jak pani Aleksandra to zarysowała, czy też ma pan inne spojrzenie na to zagadnienie?
[50:14] - Ja może bardziej mogę się wypowiedzieć praktycznie. Przez tyle lat pracowałem jako policjant. Dalej pracuję, tylko że już nie na linii, tylko w logistyce. Pamiętam różne sytuacje, różne zdarzenia, z którymi miałem do czynienia, czy moi koledzy. Wiele z tych postaci to niekoniecznie byli mordercy, ale osoby na przykład niesrównoważone psychicznie czy po prostu dziwaczne. Wiele z tych sytuacji, z tych osób mogło być tak naprawdę pożywką, punktem wyjściowym do legendy miejskiej. Miałem to szczęście, że w tej pracy wiele takich sytuacji mogłem sobie wykorzystać później we własnej twórczości. Natomiast jest teoria spiskowa, tak mi się wydaje, że to można tak nazwać, że funkcjonują różne kulty, kultyści współcześnie działają, różokrzyżowcy, wolnomularze. Znam historię, kiedy mój znajomy podczas zwykłego przeszukania trafił na takie miejsce kultu. Później ta osoba, u której w piwnicy było to miejsce, taka mała świątynia, kaplica, bardzo rozpaczał ten właściciel domu, że przez to, że policja odnalazła to miejsce, on będzie miał wielkie problemy.
Użyłem tego oczywiście, bo każdy autor skorzystałby z takiego smacznego kąska. Sam oczywiście nie mogłem zweryfikować prawdziwości tej historii, natomiast znam człowieka, który przez przypadek był w tym miejscu. Myślę, że takie teorie spiskowe i legendy miejskie w naturalny sposób mogą się łączyć i stanowić dla siebie nawzajem pożywkę.
[52:49] - Michale, jak to jest z tymi legendami miejskimi i teoriami spiskowymi?
[52:56] - Jak dla mnie to teorie spiskowe zawsze były czymś troszeczkę większym niż legendy miejskie. Może posłużę się takim przykładem, bo ogólnie od jakiegoś czasu interesuję się różnymi teoriami spiskowymi i je zgłębiam dla celów pisarskich. Jakiś czas temu wpadłem sobie na trop bardzo ciekawej teorii spiskowej. To się nazywa hipoteza czasu widmowego. Nie wiem, czy kojarzycie. Pokrótce tu chodzi o to, że według tej teorii, tej hipotezy, w okresach wczesnego średniowiecza miało dojść do sfalsyfikowania około 300 lat historii. To znaczy tam bodajże papież Sylwester II oraz cesarz Otton III mieli się umówić, aby w okolicach 600 roku zmienić kalendarz w taki sposób, żeby mogli rządzić w okresie o wiele bardziej znaczącym dla historii i uczynić z siebie w ten sposób bardzo ważne postaci historyczne. Oczywiście to jest wielka bzdura, natomiast to pokazuje, że te teorie spiskowe dotyczą właśnie tego: jakichś układów lub jakichś sił, lub jakichś tajnych stowarzyszeń, które mają wpływ na naszą rzeczywistość, które w jakiś sposób mogą nią też rządzić. Natomiast jeśli byśmy dalej poruszali się w takiej hipotezie czasu widmowego, to moglibyśmy stworzyć na przykład legendę miejską ... dotyczącą człowieka, któremu z niewyjaśnionych przyczyn zabrakło czasu.
Takie też opowieści są. To znaczy doświadczył przeskoku czasowego. Czas został mu w jakiś sposób zabrany na przykład przez jakąś istotę lub przez część spisku, który jest kontynuowany po całej historii z Sylwestrem II i Ottonem III. Natomiast w takim układzie będzie to tylko część tej historii składającej się na teorię spisku. Właśnie ta legenda miejska. Mam nadzieję, że nie zamieszałem, a coś wytłumaczyłem.
[55:34] - Szanowni państwo, legenda miejska wydaje się mnie, niespecjaliście, takim zjawiskiem ogólnoświatowym, aczkolwiek niejednolitym. Takim, które jest nacechowane kulturowo. Niemniej jednak legendy miejskie pojawiają się w różnych regionach świata. One są różne, czasami zdają się kopiować siebie, nawiązywać do siebie. Niemniej są różne. I ja tu zwrócę się do pani Aleksandry, bo po lekturze jej książki o wujaszku Hanie i jego brudnych sprawkach miałem wrażenie, że tam legendy miejskie z Dalekiego Wschodu się pojawiają. Miałem pewność, że się pojawiają. Więc może zacznijmy od Dalekiego Wschodu.
[56:33] - Tak, tam pojawiało się wiele legend miejskich. Niestety nie wszystkie najsmaczniejsze kąski, które mi się udało zebrać, ale to by było doprawdy niemożliwe w jednej książce. Starałam się, żeby było tam pokazane to w taki sposób, żebyśmy mogli znaleźć w tym jakieś elementy nawiązujące do tego, co znamy. Na przykład mam tam historię żółtej taksówki, żółtego garbusa, który jest czarną wołgą. Wozi ludzi albo w jakieś bardzo złe, szemrane miejsca, albo wprost w zaświaty, bo często drugim pasażerem jest duch albo jakiś upiór, który albo ma potrzebę znaleźć sobie towarzysza niedoli na tamtym świecie, albo chce przekazać coś swoim żyjącym krewnym poprzez tą osobę. Innym przykładem, który jest trochę legendą miejską, a trochę prawdą, jest handel organami w Singapurze. Tam swego czasu była, nie wiem, czy to ładnie tak nazwać, subkultura, ale właściwie ludzie opierali swój styl życia bardzo na tym, więc czemu nie. Subkultura ludzi, którzy handlowali wszystkim, co mieli podwójne w celu, żeby podwyższyć sobie standard życia i praktycznie żyli w takiej kalkulacji, że tutaj mam dwa płuca, to może za płuco sobie fajne wakacje, a tutaj za nerkę to coś. Za rogówkę, bo w sumie na dobrym wzroku czy na oczach mi nie zależy, to coś jeszcze. Może trochę spłycam.
Natomiast potem, jak zagłębiłam się w problem, bo mnie zaintrygował, to okazało się, że jest to bardziej mroczne i bardziej niepokojące, niż bym chciała w to wnikać. Więc finalnie badania na ten temat nie powstały, bo przerosło mnie to trochę psychicznie. Natomiast inspiracja do opowiadania jak najbardziej pozostała i została tam użyta. Z innych przykładów, które mogą być interesujące dla polskiego czytelnika, to oczywiście są nawiedzone domy. W przypadku miast typu Hongkong nawiedzone najczęściej przez duchy gangsterów. Na przykład odnosząc się znowu do brudnych sprawek wujaszka Hana, są bezgłowi mahjongiści, którzy byli grupą gangsterów, którzy robili ze sobą różne nieciekawe biznesy, aż pewnego dnia podczas wspólnej gry w mahjonga zorientowali się, że nie mają głów i muszą rozwiązać zagadkę. Jak to się stało, że siedzą sobie i grają w swoją ulubioną grę bez głowy, a zgubi im ten okres czasu, który ich do tego doprowadził. Wręcz w sumie czas widłowy.
[59:54] - Pani Aleksandra, ja zapytam, a na Dalekim Wschodzie one są jakoś inaczej nawiedzone niż domy w Polsce?
[01:00:04] - Czy inaczej? Trudno mi powiedzieć, bo musiałabym chyba odbyć wcześniejszą dyskusję z Michałem na temat tego, jakie są tendencje nawiedzeń w Polsce. Natomiast z tego, co ja kojarzę, to częściej nawiedzają je duchy kobiet. Tak powiedziałabym, że jeżeli jest jakiś nawiedzony dom czy nawiedzone miejsce, to 70% prawdopodobieństwa, że duchem jest akurat kobieta, która została w jakiś sposób skrzywdzona, oszukana, wykorzystana i to pośmiertne życie-nieżycie wykorzystuje, żeby albo dać przestrogę innym, albo ukarać ludzi, którzy zachowują się tak jak ci, którzy zrobili jej coś przykrego.
[01:00:54] - Nie wiem na pewno. To jest taki rodzaj białej damy, można powiedzieć, ale białej damy jak z filmu „Ring”, więc takiej mało z klasą, raczej strasznej. Ale to tak jak mówię, z męskimi duchami też się spotkałam, natomiast procentowo to są raczej kobiety.
[01:01:18] - Przepraszam. Jeszcze mamy dodatek. Dobrze, odczytuję, tak? To zapraszam.
[01:01:29] - Tak słuchając Aleksandry, jeśli chodzi o różnice w nawiedzeniu polskich domów i właśnie tam w świecie, to sobie pomyślałem, że polskie domy często są nawiedzane przez duchy złych budowlańców. Czy to nieumiejętnych, czy takich, którzy zostali oszukani przez inwestora. Myślę, że każdy z nas ma takie historie typu ukryte gdzieś tam w ścianach jajka, które potem gniją i nieprzyjemne zapachy pozostawiają. Ja z kolei w domu mam pamiątki po nawiedzonym elektryku, który mi krzywo gniazdka zamontował. Co zresztą stało się dla mnie przynajmniej pożywką, inspiracją do napisania swego czasu opowieści o nawiedzonym domu. Z Robertem Cichowlasem napisaliśmy taką powieść „Siedlisko” i właśnie kiedy pisałem pierwszy rozdział opisujący z grubsza remont starego domu, właśnie wtedy się budowałem, wykańczałem. A te prace wykończeniowe potrafią wykończyć.
[01:02:58] - Muszę powiedzieć, że czuję z panem wielką wspólnotę, jeśli chodzi o nawiedzonych elektryków. To jest jakieś zjawisko ogólnopolskie. Nie wiem, czy to przepływ prądu powoduje tego rodzaju jakieś dziwne zjawiska, ale rzeczywiście elektrycy bywają nieobliczalni. Nie obrażając elektryków oczywiście. Ale dopytam, panie Kazimierzu, jak to jest z tym? Czy pan się próbował zorientować z takim kulturowym uwarunkowaniem legend miejskich? Czy pan się rozglądał troszeczkę, jak one czerpią nawzajem z siebie? Czy te jakieś przepływy pomiędzy poszczególnymi kulturami. Czy pana to interesowało?
[01:03:47] - Żeby tak systematycznie się tym zajmować to nie. Natomiast czytam po rosyjsku, ponieważ skończyłem filologię rosyjską, więc to jest taki plus, że mogę sobie sięgać po literaturę właśnie rosyjskojęzyczną. Ostatnio czytałem zbiór opowiadań mojej ulubionej współczesnej autorki rosyjskiej Anny Starobiniec. No i tam jedno z opowiadań, takich dłuższych, to właśnie taka nowela, która opisywała istoty, które były czymś w rodzaju takich chochlików mieszkających w domach. Czytając ten tekst sobie pomyślałem, że to jest bardzo słowiańskie i kojarzące się z takimi historiami, które u nas na wsi były rozpowszechniane. Tam te chochliki, te stworki mieszkały w mieście i generalnie w momencie, kiedy miasto się przekształcało, one też tak jak teraz na przykład dzikie zwierzęta, które wychodzą do miasta, bo miasto dochodzi do nich i zabiera im teren. To właśnie też tak potraktowane były te chochliki, które ze względu na to, że jakiś tam budynek był niszczony, musiały się przenosić i tak dalej. Urodziłem się w okolicach Piły i tam przed wojną mieszkali Niemcy. W tych okolicach Polacy byli głównie przesiedleńcami, którzy po wojnie właśnie zajęli ich domy. I proszę sobie wyobrazić, że do lat 70.
praktycznie tam nikt nic nie budował, bo ludzie żyli w przeświadczeniu, że Niemcy wrócą i część z tych ludzi niestety praktycznie całe życie mieszkało jak gdyby na walizkach. Byli spakowani, byli przygotowani, że trzeba będzie uciekać. Na tej kanwie rodziły się takie właśnie już nie miejskie, ale legendy, że jak jakiś Niemiec przyjeżdża w okolice, to pewnie szuka ukrytych skarbów, które gdzieś tam sobie zachomikował właśnie uciekając z tych terenów. Te historie były tak jak gdyby na porządku dziennym opowiadane, że chyba można to uznać za jakiś rodzaj legendy, czego nie można oczywiście wykluczyć, że częściowo opartej na prawdzie.
[01:06:31] - Jeszcze dopytam, a zanim dopytam, to jeszcze oddaję głos Michałowi.
[01:06:39] - Tak, bo w zasadzie jak wspomniałeś Kazek o tych skarbach, to przypomniało mi się, że ktoś mi mówił ostatnio w odpowiedzi na moją opowieść dotyczącą skarbów w Zakopanem. Ktoś mi opowiedział historię o tym, że do kamienicy, w której chyba mieściła się jego firma
[01:07:02] - Wszedł, postarał się o wejście jakiś Niemiec, bo to była kamienica we Wrocławiu. Ten Niemiec powiedział, że musi coś sprawdzić, bo jego przodkowie kiedyś mieszkali na Poddaszu. Został tam wpuszczony w dobrej wierze i jak się okazało, kiedy oni weszli tam zaraz po nim, kiedy on już zdążył wyjść, okazało się, że w ścianie jest osłonięta wnęka, która była przyblokowana przez deski czy coś takiego. Już opustoszała. Prawdopodobnie człowiek ten wziął coś z tej wnęki i nikt do końca nie wie, co to było. Prawdopodobnie może jakiś skarb albo pozostałości, o których tylko on wiedział, że znajdują się w tym miejscu. Ale to tak chciałem dopowiedzieć do kaska, bo przypomniała mi się ta historia.
[01:08:04] - To ja, panie Kazimierzu, dopytam jeszcze, ponieważ znajomość języka rosyjskiego wśród współczesnych zaczyna być powoli unikalna. Ja jeszcze ją mam, natomiast obserwuję, że wokół mnie coraz łatwiej dogadać się po angielsku niż po rosyjsku, nawet z Rosjaninem. W każdym razie, czy pana jakoś specjalnie interesują te doniesienia o legendach miejskich zza naszej wschodniej granicy? Czy pan dociera do tych legend? Czy one jakoś budzą pana emocje?
[01:08:46] - Swego czasu czytałem trochę opowiadań grozy po rosyjsku. Takie jest internetowe pismo „Darker” na wysokim poziomie. Ale przyznam szczerze, że z braku czasu jednak nie śledziłem tego. Już przestałem czytać. Podczas studiów, oczywiście czytając różne lektury, miałem kontakt z folklorem rosyjskim i jego mroczną nutą. Wiadomo, że ten folklor był wykorzystywany przez różnych autorów. Przypomina mi się takie nazwisko Fiodor Sołogubow chyba. „Pies”, coś takiego. W Polsce chyba też się ukazało, jeśli nie pomieszałem, że była mała miejscowość pokazana i mieszkańcy tej miejscowości byli mocno karykaturalnymi postaciami. Wynikało to z tego, że w tej miejscowości zło się przejawiało.
Była jakaś taka postać, która prawdopodobnie była diabłem. Podobne historie wiadomo, są też i w innych kulturach. Nie wiem, czy Stephen King znał tą powieść, czy sam sobie wymyślił do swojej historii. Myślę, że pewne sytuacje są, można powiedzieć, uniwersalne i mogą się w różnych zakątkach świata pojawiać bardzo odrębnie. Natomiast w podobnym tonie te historie istnieją. Teraz przez to, że mamy możliwość komunikowania się, że jest internet, to wszystko jest płynne i ciężko czasem prześledzić, skąd dana historia się wywodzi. Kiedyś wydaje się, że było to utrudnione i sądzę, że mogły być takie sytuacje, że podobne legendy miejskie rodziły się od siebie niezależnie.
[01:11:48] - Michale, pytanie do ciebie nawiązujące do tego pierwotnego pytania. Czy ty zaobserwowałeś, śledząc różne przejawy legendowania miejskiego, to przenikanie, eksport, import z różnych kultur, pojawianie się oraz wypożyczanie legend? Jak to wygląda z twojej perspektywy?
[01:12:17] - Cóż, trochę tak. Tutaj na początku, jak rozmawialiśmy, podałem przykład specyficznej legendy miejskiej, bo creepypasty, w zasadzie jednej z pierwszych, o ile nie pierwszej creepypasty w polskim internecie dotyczącej legendy Lasu Witkowice. Robiąc z długiej historii krótką. Tam jest historia taka, że parę studentów w tym lesie miało zaginąć w dziwnych okolicznościach. Zostały po nich bardzo niejednoznaczne zdjęcia, rozmazane twarze, jakiegoś rodzaju poświata, coś takiego. Potem w internecie zaczęła krążyć historia związana z Legendą Lasu Witkowice, czyli odnalezionym przez przyjaciół tych studentów notatnikiem ojca Witkacego, który potwierdzał, że tam w przeszłości miało dochodzić do dziwnych wydarzeń związanych z tym lasem i wyznawcami dawnego bóstwa. Ogólnie las miał być przeklęty. Moim zdaniem nie jest to kompletnym przypadkiem, że legenda ta powstała we wczesnych latach 2000, bo chwilę przed tym znaleźliśmy się pod wpływem absolutnego fenomenu, jeśli chodzi o filmy grozy, czyli filmu „Blair Witch Project”, który zrewolucjonizował ten gatunek, dodając od siebie cały nurt found footage, czyli takich znalezionych nagrań czy też pseudoprawdziwych dokumentów, uderzających w legendy miejskie. I ponieważ „Blair Witch” był zupełnie amerykański, to legenda Lasu Witkowice spolszczyła tą amerykańską historię i tchnęła w nią polskie nowe życie dotyczące wydarzeń w tym lesie.
[01:14:47] - Pytanie ogólne. W związku z tym, że doszliśmy do wniosku, że legendy miejskie to jest zjawisko ogólnoświatowe, a w każdym razie obejmujące sporą część świata. Czy odważyliby się, posililiby się państwo na taką teorię albo może stwierdzenie, ale właściwie jakie zapotrzebowanie, jakie potrzeby te legendy zaspokajają? Czemu one się właściwie pojawiają? Może zacznijmy tym razem od pana Kazimierza.
[01:15:35] - Czytałem gdzieś taki artykuł, że kiedy byli nasi przodkowie, którzy biegali po sawannie. Nie pamiętam tamtych czasów, więc nie wiem, czy tak rzeczywiście było, że biegaliśmy po sawannie. Ale w każdym razie funkcjonowaliśmy w taki sposób, że mieliśmy wiele zagrożeń bezpośrednich. Powiedzmy dzikie zwierzęta, które mogły nas dopaść i zjeść. Te sytuacje się powtarzały praktycznie nagminnie, więc człowiek musiał być przystosowany do tego, że ten strach nagle się pojawia. Ten strach nie mógł go paraliżować, tylko raczej do szybkiego działania, do walki. Wzmacniać jego możliwości walki. Jeżeli zostaliśmy zjedzeni, to po temacie. Natomiast kiedy udało się nam to zwierzę pokonać albo uciec przed nim, bo to lepsza nawet taktyka, skuteczniejsza, to ten strach, to napięcie z nas wyparowywało. Współcześnie nie mamy takiego komfortu, że ten stres, strach, którego doświadczamy trwa krótko, bo jeżeli podpisujemy dożywocie z bankiem, to ten stres się utrzymuje latami.
Kiedy mamy chorego psychicznie przełożonego w pracy, również możemy przez całe lata cierpieć z tego powodu. Nie mamy takiego poczucia ulgi, że ten strach się kończy. Myślę, że właśnie to jest jednym z takich powodów, dla których lubimy się bać. Legendy miejskie również nas w taki lęk potrafią wprawić i to jest coś, co daje nam ulgę. Powiedzmy, że sobie przeczytamy jakąś powieść, straszne opowiadanie, obejrzymy film, wystraszymy się na chwilę, a później odkładamy książkę, wyłączamy internet i możemy poczuć właśnie tą ulgę, to uspokojenie, a tego akurat potrzebujemy. Myślę, że to jest właśnie powód, dla którego te legendy miejskie są tak popularne. Jeden z powodów.
[01:18:37] - Pani Aleksandro, jak to jest z tymi legendami miejskimi? Jakie potrzeby, jakie jest źródło tego zjawiska?
[01:18:50] - Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach zaspokajają one potrzeby podobne do religii, bo nie jesteśmy już tak religijni jak dawniej, a człowiek ma jednak potrzebę, żeby wierzyć w coś, co mówi mu, że jest jakiś wyższy ład, ważniejszy porządek i czasami idzie nawet w teorie spiskowe, żeby sobie pewne rzeczy wytłumaczyć w ten sposób, bo już po prostu ta Religijność, potrzeba duchowości nie jest w każdym z nas i zaspokajana w tak dużym stopniu, jak to było kiedyś. Niestety taki rytuał nie jest już częścią naszego życia. Czy niestety? To już jest personalne. Natomiast po prostu mamy potrzebę w coś wierzyć. Słuchając waszej dyskusji wcześniej przypomniał mi się traktat filozofa rumuńskiego Mircei Eliade „Oś świętym i sprofanowanym”. Tam główną myślą przewodnią jest to, co jest potrzebne, żeby człowiek uwierzył w religię. A ja pójdę dalej: co jest potrzebne, żeby człowiek uwierzył w daną historię i żeby poczuł, że ona rzeczywiście go wzrusza, że jest dla niego czymś, bez czego on nie może żyć i nie może przejść obojętnie. Ona musi go przerażać i tym samym go fascynować. Bo ten strach przed tym, że stanie się coś nieuchronnego, że na przykład kiedy pójdziemy do Ikei, to ktoś ukradnie nam Nerkę, albo że jeżeli mieszkamy w Krakowie, to nagle przed naszym domem pojawi się Lagun.
To jest bardzo ważny strach. Jeżeli ludzie chcą w coś uwierzyć, to jednak ten strach jest bardzo istotną częścią zjawiska, w którym produkuje się wiara. Czyli powiedziałabym tak w skrócie, że to, że boimy się, bo te historie są z reguły straszne, więc to, że czegoś się boimy, czyni to bardziej wiarygodnym i bardziej fascynującym. I tym samym zamykając koło i wracając do tego, co powiedział Kazimierz, pewnie jest straszniejszym od kredytów, bo jednak boimy się rzeczy, które słyszała jedna baba drugiej babie, natomiast my sami tego nie przeżyliśmy. Kredyt ciągle jest nasz.
[01:21:40] - Panie Kazimierzu, oddaję panu głos.
[01:21:44] - Nie wiem, czy Aleksandra się ze mną zgodzi. Myślę, że to jest ciekawe spostrzeżenie, że faktycznie jesteśmy mniej religijni jako społeczeństwo i gdzieś w nas istnieje taka potrzeba. Mnie się wydaje, że takiego ładu moralnego. I jeżeli nie mamy tutaj oparcia w religii, w wierze, to ciężko nam sobie wytłumaczyć pewne sytuacje, pewne zjawiska, które nas otaczają i przetrawić. Jeżeli faktycznie jesteśmy osobami niewierzącymi, to takim wentylem bezpieczeństwa może być właśnie legenda miejska, która jest też swego rodzaju przepowieścią. Jeżeli coś robimy, może być potraktowana jako przepowiedź. Czy jeżeli robimy coś złego, coś głupiego, jeżeli jesteśmy nieostrożni, czeka nas konsekwencja jakaś, być może kara.
[01:22:53] - Michale, to teraz ty. Jeśli chodzi o te zagadnienia związane z legendami miejskimi i skąd to się bierze, jakie potrzeby zaspokaja.
[01:23:05] - Właśnie tak się przysłuchuję temu, co tutaj mówicie i zastanawiam się nad tym, czy to jest faktycznie to zapotrzebowanie religijne. Wydaje mi się, że religia trochę inne obszary zajmuje. To wspólnotowe, nie tylko wypełnienie pewnej pustki, ukojenie strachu. Może coś takiego. A tutaj jest taka potrzeba, wydaje mi się, niesamowitości i czasami nie tylko strachu, ale i pokrzepienia być może. Bo bardzo dużo mówimy tutaj o legendach miejskich w kontekście strachu. Natomiast są takie legendy i też jest ich całkiem dużo, które w ogóle ze strachem nie mają nic wspólnego. Bardziej właśnie z niesamowitością, jak chociażby legenda o Czekamie wawelskim, gdzie nie chodzi o strach, tylko o to, że istnieje jakieś takie miejsce mocy na tym naszym Wawelu w Krakowie, gdzie skupia się to wszystko w jedno i może daje jakąś ochronę, może jakoś napełnia siłą czy czymś takim. Jedna z kolejnych legend miejskich, która jest bardzo na czasie i bardzo niedawno się stworzyła, to jest legenda o tak zwanym duchu Kijowa, czyli o pilocie, który podczas inwazji na Ukrainę miał kosić rosyjskich pilotów, dosłownie ich roznosić. Nikt nie potwierdził istnienia takiego ducha Kijowa.
To jest w zasadzie legenda miejska. Ktoś sobie coś wymyślił, ale wpłynęło bardzo na morale armii i ludności cywilnej w Kijowie. Wobec czego tutaj znowu mamy taką, można powiedzieć, niesamowitą historię, ale zupełnie nieskażoną ze strachem. Właśnie jakoś moglibyśmy się odnieść do religii, że to jakiś wybawiciel, czy może obrońca. Ale znowu mamy też nurt legend, które nie są pokrzepiające ani nic, tylko powstają w związku z wydarzeniami, które są bardzo ważne dla konkretnych czasów. Chociażby pluskwka milenijna, czyli ten wirus, który w 2000 roku miał załatwić wszystkie komputery. To też była legenda miejska, która się przetoczyła przez cały glob i wszyscy się tego obawialiśmy lub też czekaliśmy na to. Dlatego zastanawiam się, czy to religia, czy też po prostu można to szerzej zaklasyfikować jako szukanie niesamowitości i takiego drugiego dna w świecie. To ja oddaję głos Oli, bo widzę, że tutaj-
[01:26:40] - Tak, jeszcze pani Aleksandra.
[01:26:45] - Wydaje mi się, Michale, że to, co ty mówisz, w ogóle nie stoi w sprzeczności z tym, co my już powiedzieliśmy. Bo prawda jest taka, że to, w co się wierzy i niesamowitość to nie zawsze musi być nasza religia. Może nie powiedziałam tego wyraźnie, ale miałam na myśli coś takiego, że człowiek potrzebuje tej sfery, która nie jest namacalna i logiczna. Czasami chce sobie coś wyjaśnić na zasadzie: „Tak musi być, bo przecież jest czakram bawelski. Tak musi być, bo po prostu jest ktoś wyżej, kto nade mną czuwa”. I to może być ktokolwiek. To może być czyjś duch, to może być jakieś bóstwo, to może być po prostu jakieś zmyślone stworzenie, w które wierzy tylko ta jedna jedyna osoba. I to jest właśnie, powiedziałabym, świetny mechanizm, który my mamy, bo pokazuje, że w trudnych sytuacjach, czy nawet w radosnych, staramy się dać czemuś bardziej okrągłe, ładniejsze znaczenie w ten sposób.
[01:27:54] - To, co się zgadzam z tym. Jak najbardziej.
[01:27:57] - Panie Kazimierzu, pan ma teraz głos.
[01:28:01] - Myślę, że właśnie doszliśmy do takiego fajnego podsumowania, bo też uważam, że właśnie te legendy miejskie są nam potrzebne. Jest to odpowiedź tak naprawdę na wiele naszych potrzeb. Może właśnie to, jeżeli żyjemy sobie według jakichś takich schematów, według reguł, które są nam narzucone: praca, dom, jakieś poglądy polityczne, takie inne, jakieś postrzeganie świata, które bardzo często jest nam lansowane przez tą czy inną telewizję. Kiedy w zasadzie dostajemy gotowe prawdy nie tyle do przetrawienia, tylko do przyjęcia. Być może gdzieś tam wewnątrz się przed tym buntujemy i potrzebujemy właśnie takiego luzu, o którym Aleksandra wspomniała, takiego czegoś, co da nam po prostu odetchnąć i być dzięki temu w większej zgodzie z samym sobą.
[01:29:17] - Szanowni państwo, takie formalne pytania, które ja zadaję, one są oczywiście bardzo fajne, bo porządkują dyskusję, w jakiś sposób ją czynią bardzo przejrzystą. Natomiast one mają jedną wadę. Nie wszystkich zagadnień dotykają. Myślę, że to jest taki dobry czas w tej chwili, żeby odpowiedzieć na pytania niezadane. Czy jeśli mówimy o legendach miejskich, to są jakieś takie zagadnienia, o których uważacie państwo, że warto byłoby powiedzieć, a prowadzący audycję po prostu takich pytań nie zadał? Może na początek pani Aleksandra.
[01:30:04] - Myślę, że warto byłoby porozmawiać o roli internetu w tym, jak się rozprzestrzeniają legendy miejskie, bo my tak trochę podrapaliśmy, pogłoskaliśmy ten temat, ale nie weszliśmy w niego głębiej, a to zdecydowanie w dzisiejszych czasach jest i z punktu widzenia człowieka, który to lubi i z punktu widzenia badacza podstawa.
[01:30:32] - To pani Aleksandro, proponuję pociągnąć temat.
[01:30:37] - Zacznijmy może od tego, że tak jak już wcześniej wspomniałam, moje dzieciństwo, tudzież lata nastoletnie były bardzo związane z rozwojem tych creepypast internetowych, ale pamiętam, że czytałam to też w gazetach, bo natenczas onegdaj to czasami się jeszcze czytało rzeczy papierowe poza książkami. A teraz to już raczej po prostu jest tego za dużo i przepływ informacji jest tak szybki, że trudno by mi było za tym nadążyć czy nawet mieć taką możliwość doczytania. Ale właśnie pamiętam, że w trakcie przygotowania mojej książki powtarzałam sobie pewne rzeczy, chociażby patrząc na zapisy legend miejskich chińskich czy nawet kreskówki oparte na nich, które są na YouTubie. Powiem szczerze, że dostępność tego z takiej odległości i w sumie z kraju, który jest dość wyizolowany, jeśli chodzi o dostęp do internetu, to byłam tym zaskoczona, że będąc w Europie i nie zawsze mając ustawienia na komputerze takie, żeby ten chiński internet, który jest troszkę specyficzny, hulał mi tak dobrze, jak powinien, to byłam w stanie aż tak dokładnie sprawdzić na przykład legendy, które są z konkretnego obszaru, z konkretnego miasta. Co więcej, potem interesowałam się jakimiś innymi obszarami tak po prostu, żeby to też sprawdzić. I też byłam zaskoczona tym, co znajduję. Pamiętam, że znalazłam bardzo dużo ciekawych legend z Ameryki Południowej, bo też było mi łatwo je zrozumieć i łatwo do nich dojść. Można powiedzieć, że to jest trochę ten efekt Blair Witch Project, o którym wspomniał Michał, że dostępność tych materiałów może prowadzić do tego, że ludzie czują się zainspirowani albo ciągną te same historie w podobnych okolicznościach kulturalnych, albo próbują je przełożyć na własny grunt. Nie wiem, czy wy się ze mną zgadzacie i jakie macie opinie na ten temat.
[01:33:15] - To może ja powiem od siebie troszeczkę w innym ujęciu. Internet jako taki ma na nas przemożny wpływ. Może na nas tutaj, którzy rozmawiamy, nie aż tak wielki, jak na młodszych od nas ludzi, którzy nie znają rzeczywistości bez internetu. Niestety dla wielu młodych to, czego nie ma w internecie, to nie istnieje. Jeżeli nie mogą znaleźć w wujku Google czegoś, to znaczy, że to nie istnieje. I tendencja jest też taka, że to, co znajdą na internecie, biorą jeden do jednego, że to musi po prostu być prawda. Nie odróżniają tego, że tam mogą być celowe czy przypadkowe przekłamania. I tak właśnie fikcja miesza się z rzeczywistością. I te legendy miejskie, które właśnie tak, jak mówiłaś Aleksandra, śmigają po całym świecie, mają też wpływ na zachowania pewnych ludzi, zwłaszcza młodych i dzieciaków, którzy wchodzą w życie i którzy nie mają jeszcze takiego zakresu pojęciowego ani doświadczeń, takich narzędzi intelektualnych, które pozwolą im tę fikcję od rzeczywistości odróżnić. Dość powiedzieć o takim zjawisku jak niebieski wieloryb, który też już funkcjonuje częściowo jak legenda miejska.
Nie wiem, w jaką stronę w ogóle pójdzie. Teraz jeszcze kolejna rzecz, która nas atakuje, czyli sztuczna inteligencja. I też już różne teorie na temat sztucznej inteligencji powstające. Michał widzę, że coś by chciał powiedzieć.
[01:35:32] - Panie Kazimierzu, ja jeszcze tylko chciałbym postawić kropkę nad i. Czy to, co pan w tej chwili powiedział, to mogę traktować jako odpowiedź na to pytanie o pytania niezadane odnośnie legend miejskich? Czy jeszcze chciałby pan coś dodać?
[01:35:52] - Nie. Myślę, że w trakcie naszej dyskusji dużo takich rzeczy już poruszyliśmy, które są istotne. Na pewno moglibyśmy jeszcze o wielu innych porozmawiać, ale myślę, że te najistotniejsze zostały już poruszone.
[01:36:14] - Michale, zatem oddaję głos tobie.
[01:36:17] - Nie wiem, czy mam w tym momencie jakiś temat, o którym nie powiedziałeś. Ja mam teraz myśli dotyczące troszeczkę czegoś innego w związku z creepypastami i internetem, o którym rozmawialiśmy i wpływie internetu. Mianowicie takim, że same creepypasty, takie nagrane i na YouTube na przykład dostępne, są niesamowicie popularne. I jak tutaj się w takim pisarskim gronie zebraliśmy, to mnie ten element bardzo pochłania w tym momencie i moje myśli. W związku z tym, że na tle choćby polskiej literatury grozy takie creepypasty pisane przez nie pisarzy w sensie takim, że sprzedają książki, ale właśnie użytkowników internetu, którzy wymyślają coraz to nowe opowieści i ich popularność licząca setki tysięcy odsłuchów, bo o takich mówimy liczbach, jest co najmniej zastanawiająca i myślę, że warto zwrócić uwagę w ogóle na ten, można powiedzieć, fenomen. Strasznych opowieści, których bardzo dużo osób właśnie w młodym wieku łaknie i których po prostu cały czas chcą doświadczać, nie mając pojęcia, że gdzieś tam obok żyją sobie ludzie, którzy też piszą straszne historie w książkach. Ale to tak na boku, bo to już przechodzę do jakichś niewesołych rozważań dotyczących śmierci literatury książkowej, ale to nie jest przecież tematem naszej dyskusji.
[01:38:11] - Szanowni Państwo, na koniec zostawiłem sobie takie pytanie rozluźniające. Proste bardzo. Prosiłbym o podanie takiej historii, takiej legendy miejskiej, która gdzieś tam z państwem została. Jakoś jest państwu taka opowieść bliska, wydaje się ciekawa. Tu różna może być charakterystyka oczywiście, ale taka, no dobrze, podsumujmy. Taka ulubiona legenda miejska. Pani Aleksandro.
[01:38:51] - To powiem szczerze, że mnie jest trudno wybrać. Jest tyle inspirujących, ciekawych historii, które słyszałam, że chyba zdecyduję się na coś bardziej lokalnego. Otóż ulubiona historia moja jedna z takich z dzieciństwa to była właśnie o tym bunkrze, o którym wcześniej wspomniałam i o skarbie, który był tam schowany. I szczerze powiedziawszy pamiętam, że wiele razy po szkole ze znajomymi zastanawialiśmy się, ale jak tam wejść? Ale jak to odpieczętować? Ale czy coś na nas spadnie? I te właśnie rozważania na temat tego, co to może być za skarb, co to może być za bunkier. Bo oczywiście nie byliśmy jeszcze wtedy w wieku, że znaliśmy dokładną historię tego miejsca i wszystkie tam implikacje. No, efekt był taki, że niestety go zasypano i usunięto, zanim zdążyliśmy dokonać naszej eskapady, więc to pozostanie coś godnego pożałowania na przyszłość. Czyli taka miejska legenda w moim wykonaniu, która nie miała miejsca, niestety.
[01:40:14] - Panie Kazimierzu.
[01:40:17] - Znam kiedyś takie opowiadanie, którego takim centralnym bohaterem w pewnym sensie był wieżowiec Szkieletor. To tutaj w centrum Krakowa budynek, który już straszył przez kilkadziesiąt lat, był po prostu niewykończony wieżowiec. Tam zmieniali się właściciele. Zawsze stało coś na przeszkodzie, aby skończyć ten budynek. Pojawiali się kolejni inwestorzy. No i ja sobie wymyśliłem taką historię, że to jest budynek, który oczekuje, żeby składano mu ofiary, że jest tam jakieś zło w danym miejscu bez jakiegoś określonego powodu, przynajmniej bez jakiegoś tłumaczenia logicznego. Trochę mnie do tego zainspirowała historia mojego kolegi, który tam kiedyś omal się nie utopił w zimie, bo wędrował właśnie po placu budowy i wpadł tam w fundamentach. Fundamenty były po prostu zalane wodą. No i to był styczeń. Jakimś cudem po prostu uratował go ochroniarz, który się gdzieś tam zainteresował jego krzykami, ponieważ on tak nieszczęśliwie wpadł, że sam by nie wydostał się po prostu z tej pułapki.
No i co ciekawe, w końcu po wielu, wielu latach znalazł się inwestor, który skończył tą budowę. Ale akurat przyszła pandemia i z tego, co wiem z planów wielkich na ten budynek to miał być hotel, restauracja. Znowu nic nie wypaliło. Budynek już nie straszy wyglądem, natomiast wygląda na to, że coś tam jest nie w porządku, skoro przez tyle lat nie udało się go jakoś sensownie użytkować.
[01:42:37] - Michale, a twoja ulubiona, wyczekiwana super legenda miejska?
[01:42:44] - Znaczy ja mam dużo legend miejskich, które są bardzo przeze mnie lubiane. Choćby ta, którą się zajmowałem właśnie w Witkowicach. Natomiast jest jedna taka, która jest tak absurdalna, a jednocześnie tak wiele warstw porusza, że zawsze mi krąży gdzieś w głowie. Przypuszczam, że słyszeliście o niej w jakimś momencie życia, bo ta historia mówi o tym, że Lenin był grzybem. Nie wiem, czy kojarzycie.
[01:43:19] - Nie.
[01:43:21] - Nie? Okej. To chodzi o to, że jakoś na początku lat 90. w telewizji leningradzkiej był prowadzony program, który z uwagi na złagodzenie cenzury pozwalał sobie na bardzo dużo. No i jeden z zaproszonych gości zaprezentował tam teorię spiskową. Chodziło o zabójstwo jakiegoś poety. Nie pamiętam w tym momencie imienia. Natomiast jeden z widzów, artysta o imieniu Siergiej, nie pomnę teraz jego nazwiska, stwierdził, że to są takie bzdury, że on sam pójdzie do tej telewizji i opowie swoją własną bzdurę. Zgłosił się do programu i w tymże programie zaprezentował w zasadzie wykład, w którym mówił o tym, że Lenin jako zapalony grzybiarz używał grzybków halucynogennych i one przejęły w pewnym momencie jego mózg i tak głęboko wgryzły się w jego ciało, że sam Lenin stał się grzybem. Ponieważ to był początek lat 90.
i głębokie zmiany w społeczeństwie, bardzo dużo ludzi, którzy oglądali telewizję w Leningradzie było przekonanych, że to jest najprawdziwsza prawda, ponieważ w telewizji mówiono przecież tylko prawdę. W końcu władze nie kłamią. Wobec czego regionalny komitet związku musiał wygłosić specjalne oświadczenie później, że Lenin nie mógł być grzybem, ponieważ sęp nie może być rośliną. Czy jakoś tak to brzmiało. Bardzo dużo osób w to dalej mimo wszystko wierzyło, bo przecież telewizja nie kłamie. Jak mówię, to ma bardzo dużo różnych warstw, a wszystko sprowadza się do tego, że Lenin był grzybem. To jest dosyć ciekawa legenda.
[01:45:41] - Biorąc pod uwagę, że w swoim czasie w wydawnictwie Phantom Press ukazał się horror czy też horrorek pod tytułem „Fungus” Harry'ego Adam Knighta. Sprawy grzybowe mają swoje znaczenie. Ale tu się pojawia pytanie do państwa. Każdy z państwa jest twórcą, każdy z państwa jest pisarzem. Czy legendy miejskie w jakiś sposób, częściowo się już pojawiło w audycji, ale prosiłbym o postawienie takiej kropki nad i. W jakiś sposób i jak mocno wpływa na państwa twórczość? Może na początek poproszę pana Kazimierza.
[01:46:28] - W moim przypadku to raczej są anegdotki. Oczywiście nie zawsze zabawne, z moich doświadczeń jako policjanta, z doświadczeń moich kolegów, koleżanek. Miałem to szczęście, że miałem możliwość spotkać bardzo różne dziwne osoby. Czy to byli przestępcy, czy pokrzywdzeni. Często udawało mi się usłyszeć jakieś historie z ich ust. Moja powieść „Dziewczyny, które miał na myśli” zrodziła się właśnie w trakcie przesłuchania. Zamysł pierwszy, impuls do tego, żeby tę powieść napisać, to było właśnie, kiedy miałem dyżur i przyszedł facet, który twierdził, że w Lasku Wolskim znalazł wisielca. Z tym że nie jest pewny, czy to jest prawdziwy wisielec, czy kukła, ponieważ ten zgłaszający kilka lat wcześniej stracił zmysł powonienia. Został po prostu pobity. Ktoś mu mocno przywalił aparatem fotograficznym w głowę i później został uratowany, ale od tego czasu zmysł powonienia i smaku u niego się skończył.
Także kiedy poszedł ten facet sobie do Lasku Wolskiego na spacer, co było śmieszne, sam z zapalonym fotografem i zostało mu tam, bo to jeszcze były stare aparaty, więc nie cyfrowe, miał po prostu w kliszy jeszcze kilka zdjęć, które chciał wykorzystać, bo bał się, że to już pora, że już potem ten film nie będzie odpowiedniej jakości. Znalazł właśnie tego wisielca i nie mógł stwierdzić z całą pewnością, czy to właśnie jest kukła, czy ktoś naprawdę. Wiele takich sytuacji, które słyszałem, udawało mi się po prostu opisać. Oczywiście nie zawsze na zasadzie jeden do jednego, tylko wiadomo, że starałem się to dostosować do różnych swoich pomysłów. Pewne historie mieszałem ze sobą i myślę, że gdyby ktoś kiedyś sięgnął po te moje historie, które tam w tych powieściach w cyklu o komisarzu Bednarskim
[01:49:57] - To tam można by było z tych historii wyciągnąć parę tematów, które przy lekkiej modyfikacji mogłyby stać się legendami miejskimi.
[01:50:08] - Pani Aleksandro, w pani przypadku już w toku audycji wypłynęło, że używa pani legend miejskich do opowiadania historii, które się pojawiają w książkach czy też w opowiadaniach. No tak, ale jak głęboko to sięga? No i czy to dalej będzie się ciągnęło? Czy kolejna odsłona pani twórczości również do legend miejskich będzie nawiązywała?
[01:50:45] - To jest dość złożone pytanie, ale na pewno folklor będzie mi zawsze bliski, bo wyszło tak jednak, że jest związany z moim wykształceniem i z latami mojej pracy. Bo jednak zrozumienie folkloru to zrozumienie ludzi, więc też mediacja kulturowa. Ale wydaje mi się, że ja jestem taką osobą, która by się zgodziła z teorią Junga, która mówi nam, że my jako ludzie niby jesteśmy osobami o różnych kulturach, różnych korzeniach, ale tak naprawdę mamy gdzieś jeden wspólny basen podświadomości, z którego każdy z nas czerpie podobne motywy. Dlatego też boimy się czasami trochę podobnych rzeczy, nawet jeśli jeden z nas mieszka w Chinach, a drugi na przykład w Kanadzie, a trzeci natomiast mieszka w Polsce, a czwarty na przykład w Maroku. Więc jest jakiś taki wspólny zestaw strachów, wspólny zestaw inspiracji, dążeń, które wszystkim ludziom gdzieś są bliskie, więc pewne motywy mogą się u nas zawsze przewijać, chociażbyśmy mieli kompletnie inne zainteresowania i byli zupełnie innymi ludźmi. Ale jak dla mnie taka narracja związana właśnie z przetworzeniem legendy miejskiej jest czymś ciekawym, dlatego że mogę opowiedzieć historię może nie moją, bo oczywiście innych ludzi. Legenda miejska zawsze jest już własnością tego kogoś, kto opowiedział temu komuś innemu, kto powtórzył ją mnie. Natomiast ja dostaję szansę opowiedzenia jej własnymi słowami z własnej perspektywy i zupełnie być może inaczej niż ona była pomyślana i stworzona w pierwotnej wersji. Więc to jest taka możliwość oddania narracji komuś, kto być może ma zupełnie inne spojrzenie od pierwotnego autora. I uważam, że sama idea retellingu jest mi bardzo bliska.
Dlatego z pewnością kiedyś jeszcze do tego sięgnę. Nie wiem dokładnie, w jakiej formie, natomiast uważam to za bardzo inspirujące.
[01:53:20] - Michale, u ciebie sprawa jest troszkę bardziej złożona, bo ty z jednej strony uprawiasz reportaż, odwołujesz się do takich sytuacji, do miejsc, które są dziwne, a z drugiej strony jesteś autorem opowiadań fikcji literackiej. Jaką rolę w obu tych przypadkach pełnią legendy miejskie?
[01:53:52] - No cóż, część tego, co w reportażach pokazuję i udaje mi się spisać, to są niewątpliwie legendy miejskie. Część rzeczy, których nie spisałem, ale też usłyszałem i trzymam gdzieś w archiwum, to też takie legendy są, ale nie są wystarczająco rozbudowane, żeby trafić do książek. Na przykład jest historia o tunelu satanistów w Nowej Hucie, która jest bardzo mało znana, ale niezbyt się rozrosła. Natomiast jedną z krakowskich legend miejskich opisywałem w „Mapie cieni”. Dotyczyła ona w zasadzie znajdowanych trupów w jednej z hal w Nowej Hucie, w takim pustostanie, które już niestety nie istnieje. Ostatnio miałem znowu okazję odwiedzić to miejsce i się niestety zdziwiłem, że zostało wyburzone. Wobec czego tutaj, w tych reportażach te legendy ciągle żyją. Ja je spróbuję spisywać i próbuję je, jeśli mają podłoże oczywiście paranormalne, w jakiś sposób zachować dla następnych pokoleń być może. O ile te książki gdzieś wytrzymają tyle. I te historie.
Natomiast staram się je zbierać i w pewien sposób katalogować. Troszeczkę inaczej ma to się oczywiście w pisaniu fikcji, bo ja tam używam po prostu motywów, które gdzieś znalazłem w tych moich poszukiwaniach i często je po prostu implementuję do swojej fikcji. Ale tutaj już mogę sobie oczywiście na więcej pozwolić. Jak to w fikcji bywa, mogę je zupełnie przeinaczyć. Mogę na nich zbudować coś więcej, mogę je w jakiś sposób rozwinąć o jakieś nowe wątki. Co też się zdarza mi czynić. Przykładowo w- W takim opowiadaniu Lalunia, dosyć dobrze przyjętym w antologii „Żertwy", wziąłem pod lupę historię związaną z kościółkiem świętego Benedykta i straszącym tam upiorem Czarnej Księżniczki i powiązałem to z faktami dotyczącymi kopca Krakusa. Chciałem się zapytać, czy możliwe jest, że kościółek świętego Benedykta niejako plombuje to miejsce, zabezpieczając je przed wyjściem czegoś, co z perspektywy chrześcijańskiej nazwalibyśmy demonami, a z perspektywy rodzimowierczej czy też dawnych Słowian po prostu bytami, które ich otaczały. Tutaj mogę sobie pozwolić na dużo więcej i w takich dwóch torach u mnie to wygląda i w dwóch torach takich idę. Z jednej strony zachowując informacje, z drugiej strony je też upiększając, jeśli mogę sobie na to pozwolić.
[01:57:13] - Szanowni Państwo, nasza audycja niniejszym dobiegła końca. Bardzo pięknie państwu dziękuję i naszym słuchaczom przypominam, że gośćmi dzisiejszego spotkania była pani Aleksandra Bednarska, pan Kazimierz Kyrcz i pan Michał Stonawski. Pięknie jeszcze raz dziękuję.
[01:57:36] - Dziękuję również. Mi bardzo miło zawsze gościć tutaj. Poleciałoby się na przyszłość.
[01:57:42] - Mnie również bardzo było miło.
[01:57:47] - Proszę państwa, czas na drugie wejście Piotra Cielebiasia. To najlepsza oznaka tego, że właśnie zaczyna się „Filmotekarium". Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:58:08] - Dzień dobry wieczór, Marku. Co tam nowego?
[01:58:11] - „Filmotekarium”. Czas zacząć. Co nowego? Dzisiaj mamy „Filmotekarium” ambitne. Ja nie wiem czy to dobrze, ale ambitne jest zdecydowanie.
[01:58:23] - Ono jest ambitne, ale też jest dość rozrywkowe, bo nie są to byle jacy autorzy. Przynajmniej ten starszy. Dzisiejszy odcinek się nazywa „Na działce u Cronenbergów”. Jest to część pierwsza. Mieliśmy ten temat zaplanowany dość dawno, bo pod tą tajemniczą dość nazwą kryje się wyprawa w świat bardzo specyficznej twórczości Davida i Brandona Cronenbergów, którzy w ciągu ostatnich kilku lat wyreżyserowali szereg mocnych horrorów science fiction, a także zainspirowali innych twórców do podążania ścieżką tak zwanego body horroru. To właśnie David Cronenberg uważany jest za jednego z ojców chrzestnych tego gatunku, a ikonicznym, takim standardowym przykładem jest jego „Mucha”. I tutaj jeszcze dodajmy, że ten body horror to jest taki podgatunek, który ukazuje zmiany, mutacje, ewolucję ciała ludzkiego i to jest tym głównym elementem szokującym. Inne przykłady to chociażby taki najstarszy przykład to chyba „Frankenstein”. Natomiast jest też problem, czy te filmy, o których powiemy dzisiaj i za tydzień, się w ogóle klasyfikują jako science fiction. O tym może powiemy na końcu.
Natomiast dziś na tak zwany tapet weźmiemy dwa najnowsze filmy Cronenbergów, czyli „Zbrodnie przyszłości” z roku 2022 oraz „Infinity Pool", który miał premierę w tym roku. I to jest najnowsza nowość. Pozostałe dwa filmy, które pierwotnie miały być włączone do dzisiejszego programu, przeanalizujemy za tydzień, bo doszliśmy do wniosku, że byłoby tego trochę dużo. Marku, jak oceniasz dzieła Cronenbergów na tle współczesnego kinowego science fiction? Bo jak powiedziałem, na końcu spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, czy to rzeczywiście jest science fiction, ale one są tak klasyfikowane, więc okej. Czy byłeś zadowolony?
[02:00:30] - Zanim to powiem, to jeszcze mała dygresja dotycząca upływu czasu. Kiedy ja poszedłem na film „Mucha", znałem „Muchę", tę czarno-białą jeszcze z 50. lat chyba. Nie spodziewałem się niczego ambitnego. Tymczasem „Mucha", ta nowa „Mucha" kolorowa zdziwiła mnie. Bo o ile ta „Mucha" czarno-biała była prostym horrorem, tak jak kiedyś go kręcono. Tutaj pojawiły się pewne komplikacje. Pewne komplikacje, niech padnie to słowo, filozoficzne. Takie rozważania. Dlatego zapamiętałem autora.
Natomiast wracając do twojego pytania, z całą pewnością dzisiaj nie mówimy o filmach, które lubię najbardziej. I tu musi paść to hasło i wszyscy pewno na to hasło czekają. Nie, proszę państwa, nie strzelają się w tych filmach. Znaczy trochę strzelają, ale to nie jest to strzelanie, o które najbardziej mi chodzi. Strzelają się w sposób umiarkowany. Tak jak powiedziałem, nie o takie strzelanie walczyłem.
[02:01:55] - Ale z drugiej strony musisz powiedzieć, że krew się leje strumieniami.
[02:01:58] - Tak. I tak jak powiedziałem, to może nie są filmy z mojej bajki, ale też Uczciwie muszę powiedzieć, że obie sztuki dzisiaj omawiane, to są filmy, które powodowały, że byłem troszeczkę przyssany do ekranu. Śledziłem to z pewną taką... Nie wiem, jak to właściwie wyrazić. To był z jednej strony podziw, z drugiej strony poruszenie tym, co obserwuję na ekranie. I muszę przyznać, że czułem się wstrząśnięty i przy jednym, i przy drugim filmie. Z różnych powodów zresztą. Natomiast muszę to uczciwie przyznać, chociaż się nie strzelali, to spędziłem czas pożytecznie. Bawiłem się nieźle, aczkolwiek może słowo "bawiłem" to nie jest najlepsze w tym wydaniu. W każdym razie śledziłem te filmy z zainteresowaniem, aczkolwiek warto też dodać, że komentarze — sprawdzałem w kilku miejscach w sieci — komentarze pod tymi filmami są bardzo zróżnicowane, ale z przewagą tych, które nie rozumieją, o co tym panom tak naprawdę chodzi.
Bo być może te historie dałoby się opowiedzieć w prostszy sposób, bardziej charakterystyczny dla science fiction. Tylko sam sobie zadałem to pytanie, czy wtedy ja tego rodzaju film przeżyłbym tak mocno? Bo co by nie powiedzieć o tych filmach, one sprawiają, że człowiek daje się wciągnąć w pułapkę. Nie wiem, jak nawet tę pułapkę nazwać. I wizyjną, i taką filozoficzno-dygresyjną, wszelką. Ten film człowieka, jeden i drugi, te filmy pochłaniają człowieka, jeśli się tylko podąży za autorem. Jeśli natomiast człowiek odrzuci już na początku, powie sobie: „Nie, to nie jest ta poetyka, to nie jest ta narracja”, to proszę państwa, lepiej ten film wyłączyć, bo tylko się będziecie państwo męczyć. Natomiast jeśli naprawdę zależy wam na tym, żeby to nie była tylko i wyłącznie sztuka ludyczna — wiecie państwo, że ja film jednak traktuję jako sztukę ludyczną — to okazuje się, że czasami jednak on, mówię o filmie, sięga nieco dalej. Byłem nawet trochę zaskoczony, ale chyba pozytywnie.
[02:04:53] - Z tą poetyką to jest różnie. Jeżeli ktoś z twórczości Cronenberga, przynajmniej tego starszego, bo młodszy jest jeszcze dość młodym twórcą, nie jest znany, to musi poznać kilka faktów. Po pierwsze to są filmy bardzo specyficzne. Gdybym miał powiedzieć, jakie towarzyszą mi emocje przy oglądaniu dzieł obu autorów, to po pierwsze to taki, jak to się mówi, guilty pleasure, czyli oglądam z pewnym niesmakiem, ale i przyjemnością. Po drugie to tak, jak podziwianie jakiegoś gabinetu osobliwości w cyrku. A po trzecie nie wiem, czy też masz takie wrażenie, Marku, że to są filmy, w których trudno, przynajmniej mnie, polubić któregokolwiek z bohaterów. Zacznijmy jednak od „Zbrodni przyszłości”. Co ciekawe, to jest drugi film Davida Cronenberga o tym tytule, bo on nakręcił już „Zbrodnię przyszłości” w roku chyba 1970. Natomiast był to film niemy, taka miniaturka. I tutaj jeszcze co mi się przypomina, bo ja kilkakrotnie na antenie „Filmotekarium” wspominałem o tym, że był film, który oglądałem przez chyba dwa tygodnie po 10, 20 minut, bo zawsze zasypiałem.
I to jest właśnie ten film. Tak, to były „Zbrodnie przyszłości”, bo pisałem na ten temat recenzję do „Nieznanego Świata”. Jest to dzieło, które bardzo trudno opowiedzieć, chociaż przejawia się tam kilka gwiazd Hollywood, żeby wspomnieć tylko Viggo Mortensena czy Kristen Stewart. Mortensen gra główną rolę, natomiast Stewart trudno powiedzieć de facto kogo gra. Ja mam, Marku, taki problem, bo ten film się rozgrywa w jakiejś rzeczywistości bardzo podobnej do naszej, przynajmniej tej z drugiej połowy XX wieku. Nie wiemy, czy to jest tak naprawdę przyszłość, czy to jest jakaś alternatywna rzeczywistość. Za tą drugą opcją przemawia fakt, że na ekranie nie widzimy zdobyczy technologicznych, które moglibyśmy utożsamiać z przyszłością, ale nawet z naszymi czasami, z teraźniejszością. Na początek kilka słów wstępu może. Film zaczyna się od takiego mocnego akcentu, jakim jest zjadanie przez dziecko plastikowego wiaderka. Trafiamy bowiem do świata, w którym ludzie przestali czuć ból.
I po drugie niektórzy z nich mutują w zadziwiający sposób i mogą przekazywać niektóre cechy potomstwu. Stąd droga oczywiście do pojawienia się nadludzi. Ale jest też główny bohater. Główny bohater się nazywa Sol Tenser, który z mutowania uczynił sobie, Marku, sposób na życie, bo on jest kimś w rodzaju performera, takiego youtubera, influencera z naszych czasów. On sobie hoduje w ciele nowe, tajemnicze organy, a następnie pozwala swojej partnerce w trakcie takich, nie wiem, seansów czy pokazów je wycinać. I ta nowa forma sztuki przyciąga tłumy i jest hitem w tamtym świecie. Natomiast Tenser, ponieważ jego istnienie zagraża przyszłości gatunku ludzkiego, jest pod opieką takiego specjalnego biura, które współprowadzi wspomniana Kristen Stewart I w sumie to dzięki jej rozmowom filmowym z jej szefem, partnerem udaje się w dużej mierze zrozumieć zawiłości scenariusza „Zbrodni przyszłości".
[02:08:33] - Powiem tak, Piotrze, że ja się trochę uśmiechałem, kiedy słyszałem o tych performerach, o tej nowej formie sztuki. Jakoś nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ten film mówi pewną prawdę o dzisiejszej sztuce. Oczywiście ona nie jest, ta dzisiejsza sztuka, tak brutalna i tak dziwna jak ta w filmie Cronenberga, ale te wszystkie manifesty, które są wygłaszane przy okazji różnych performansów, które ktoś z zaangażowaniem wygłasza, one są czasami niezwykle bełkotliwe albo i tak jestem łagodny. Zahaczają w ogóle o jakiś taki mistycyzm, ale chyba najgorzej pojęty. To jest takie, wiecie państwo, struganie mistycyzmu z kija właściwie. Ale to sztuka wielka i jak ktoś nie rozumie, to znaczy, że głupi jest i nie do końca łapie rzeczywistość. Trochę jest takich elementów w tym filmie. Z drugiej jednak strony taka w pewnym momencie przychodzi refleksja do człowieka, że tak, ale przecież bez przerwy szuka się nowych form sztuki i pewno Cronenberg przesadził, przegiął pałkę, jak to się mówi, ale w gruncie rzeczy w pewnym momencie pada pytanie, takie wewnętrzne u mnie się pojawiło, czy aby na pewno? Bo jeszcze całkiem niedawno, ja wiem, że trzeba zachować miarę, ale wyobraźmy sobie, czy gdyby w latach 90. ktoś powiedział państwu, że telefon komórkowy, telefon w ogóle stanie się tak codziennym, niezbędnym i w gruncie rzeczy kluczowym przedmiotem dla większości populacji żyjącej w krajach, chciałem powiedzieć, takich Europy i Ameryki.
Ale przecież to nieprawda. Właściwie w większości świata telefon komórkowy, a właściwie smartfon, już dzisiaj to takiej nomenklatury należałoby używać, on właściwie przejął kontrolę nad społeczeństwem, nad jednostką i tak dalej. Gdyby ktoś państwu to w 90. latach powiedział, to byście się państwo puknęli w czoło i powiedzieli: „Nie, bzdura, gdzie ta cegła?” Czy też później troszeczkę bardziej smukłe, ale jednak troszeczkę ceglane telefony. Jak to może być coś ważnego, niezbędnego, niemal takiego, że jak komuś zabrać ten telefon, to u niektórych pojawia się stan przedhisteryczny albo nawet histeryczny. Nie, to kręcono by głowami, mówiono: „Bzdura, bzdura, bzdura”. Tymczasem myślę, że gdyby ktoś dzisiaj gwałtownie został przeniesiony z lat 90. do naszych czasów, miałby szok poznawczy zagwarantowany. Po prostu nie wiedziałby, co się tak naprawdę dzieje. W związku z tym to, co obserwujemy na ekranie w filmie Cronenberga, okazuje się, że dzisiaj to może się wydawać kompletną bzdurą, jakimś takim rojeniem, ale ja wcale nie jestem pewien.
Może to nie będzie na taką skalę, może to nie będzie w taki sposób, ale wcale nie jestem przekonany, czy coś takiego podobnego się nie pojawi. Charakterystyczna rzecz: dwa dni temu na Facebooku znalazłem zdjęcie z lat 70. z plaży i tam był taki komentarz. Ktoś powie, że pretensjonalny, ktoś inny powie, że całkiem celny. „Popatrzcie państwo na tych ludzi” — pisał komentujący. Żaden z nich nie ma nadwagi, żaden z nich nie ma na ciele tatuażu, żaden z nich nie ma okularów przeciwsłonecznych. Żaden z nich nie wygląda na nasmarowanego tonami olejku z milionem filtrów. I ci ludzie żyją, cieszą się, korzystają z pięknej pogody. Jak wygląda plaża dzisiaj? Zupełnie inaczej.
I to kolejny taki element, który sprawia, że ja jestem w stanie reżyserowi uwierzyć. Powtarzam, może nie na taką skalę, może w troszkę inny sposób, ale wcale nie jestem przekonany wobec rozwoju transhumanizmu i tych wszystkich innych ciekawych idei. Ciekawych ma tu w moim przypadku wydźwięk pejoratywny. W każdym razie ci transhumaniści chociażby, ja wcale nie jestem przekonany, czy oni nam za 10, 15, może 20 lat nie zaproponują, żebyśmy sobie coś w organizmie wyhodowali. Ja nie wiem, czy to będzie nowy organ tajemniczy, czy może coś innego. Może sobie będziemy hodować nowotwory tak dla jaj po prostu, bo kiedyś ludzie od tego umierali, a teraz będziemy sobie hodować nowotwór dla jaj, a później sobie go wytniemy albo coś z nim zrobimy. Nie wiem, nie chcę podążać myślą Cronenberga, bo bym państwa wpędził w jakieś takie koszmary, więc sobie daruję. Natomiast kilka rzeczy przyszło mi do głowy. W każdym bądź razie podsumowując, ten film niepokoi, mnie zaniepokoił.
[02:14:17] - Tak, masz rację. Z drugiej strony przyjrzyjmy się temu, co jest eksponowane w internecie i w telewizji. Przecież za jakiś czas telewizja dojdzie do takiego punktu, kiedy okaże się, że ludzie już wszystko widzieli. Na przykład w Europie i będą musieli czerpać z tych wzorów programów japońskich, gdzie już dawno osiągnięto taki wniosek, że ludzie już wszystko widzieli. To samo jest z internetem. Dlaczego niektórzy youtuberzy mają taki burzliwy rozwój kariery i szybki koniec? Bo nie są w stanie wymyślić niczego nowego. Jest taki termin w medioznawstwie anglosaskim jumping the shark. To się bierze od jednego z seriali bardzo popularnych w Ameryce, kiedy już po prostu nie mogli wymyślić niczego nowego, więc wymyślili, że główny bohater przeskakuje przez rekina na przykład. Dochodzimy do takiego punktu, kiedy ludzie będą szukali różnego rodzaju dziwnych rozrywek.
Nie oszukujmy się, że tak będzie. Może technika trochę w tym pomoże, ale wróćmy do tych „Zbrodni przyszłości”, do fabuły, która jest bardzo zawiła. Tutaj problem jest w ogóle taki, że przy pierwszym podejściu jest trudno ten film zrozumieć, jeżeli się nie jest odpowiednio nastawionym, tak jak ja byłem. Ja zobaczyłem: „O, są «Zbrodnie przyszłości», to może być super. Jest Cronenberg”. I byłem nastawiony na coś lżejszego, dlatego że ten film był nawet grany przecież w kinach. Nie sądziłem, że coś tak ciężkiego gatunkowo może do kin trafić. Jeżeli się jest nieprzygotowanym, to ten film może się wydać bardzo monotonny i tylko niektóre sceny, które ukazują jakieś operacje czy deformacje albo biomaszyny, które są bardzo ciekawe, mogą nas z tego letargu wyrwać. Zresztą Marku, mam takie wrażenie, że ten obraz bardzo mocno nawiązuje do stylistyki lat 80. I dla niektórych będzie to cecha dodatnia, dla innych obciążenie w jakimś stopniu.
Ale co tam się dalej dzieje? Otóż głównie chodzi o to, że w ich świecie seks stał się wynaturzony. Także przypomina również zabiegi chirurgiczne. Z kolei nowotwory są traktowane jako sztuka. I to nie jest jeszcze koniec, bo tam istnieje grupa tak zwanych ewolucjonistów, którzy wykształcili w sobie nową umiejętność. I tą umiejętnością jest trawienie plastiku i toksyn, które normalnych ludzi zabijają. To dziecko, które widzimy na początku, okazuje się, że urodziło się z taką zdolnością, może ją przekazywać potomstwu. I Marku, tu już wchodzimy na tą płaszczyznę symboliki, bo w pewnym momencie tam dochodzi nawet do autopsji tego chłopca. I ta partnerka ten Sera, Caprice mówi, że jest coś, co zabija nasze dzieci od środka. I tu wkraczamy już na symboliczną płaszczyznę tego filmu.
Mówiąc krótko: to, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym w przyszłych pokoleniach trąci. Ludzie wychowani na takiej niskiej sztuce, wychowani na internecie stworzą zupełnie nową kulturową jakość w przyszłości. I ja się zastanawiam, czy przed tym nas nie ostrzega właśnie Cronenberg.
[02:17:39] - Myślę, że tak. Poza tym natychmiast mi się to, co powiedziałeś przed chwilą, skojarzyło z wykładem Piotra Plebaniaka, kiedy mówił o tym, żeby zrozumieć cywilizację. To całkiem niedawny wykład w ramach „Telegramu z krańca świata”. I on tam mówi o tym, że tak naprawdę nasza cywilizacja jest zjadana niejako od zewnątrz. Niszczone są podstawy naszej kultury, zastępowane nową kulturą. Zresztą o tym pewno Piotr Plebaniak będzie w dzisiejszej audycji również pod jej koniec mówił. W każdym razie, kiedy mowa jest o tym, że niszczone są podstawy kultury, tradycji, tego, co było kiedyś i zastępowane czymś zupełnie nowym, oderwanym. Nowym, czyli według niektórych nowe zawsze jest lepsze. To moim zdaniem jest bzdura, ale powiedzmy, przyjmijmy na chwilę, że nowe zawsze jest lepsze, to jednocześnie doprowadzamy do zerwania z tradycją, bo słusznie o tym powiedziałeś, że nowe pokolenie wychowywane jest w takim przekonaniu, które do tej pory zdarzało się rzadko. Otóż to, że wszystko, co było wcześniej, jest złe, niedobre i do wyrzucenia.
I tu nie mylmy dwóch pojęć, bo zawsze było tak, że młode pokolenie i starsze pokolenie nie mogło się dogadać. To jest naturalne. Tak powinno nawet być, bo na tym polega postęp. Młode pokolenie, które akceptuje system wartości swoich ojców, to słabe jest. Młode pokolenie musi się buntować, ale ten bunt nie może polegać, moim zdaniem przynajmniej, nie może polegać na tym, że mówi się wszystko, co było przed nami, jest złe i do wyrzucenia i po prostu nie ma nic. Musimy wszystko stworzyć od początku. Tak nigdy w cywilizacji europejskiej przynajmniej dotąd nie było. A tymczasem my jesteśmy świadkami czegoś takiego. Na naszych oczach i uszach również my się dowiadujemy, że wszystko, co było jeszcze 10, 15, 20 lat temu, jest do kosza, do scancelowania. Cancel culture to można na różne sposoby rozumieć.
Eliminujemy, tworzymy nowe. Nowe, bo nowe zawsze jest lepsze. Powtarzam, niekoniecznie. Ale Piotr Plebaniak wysnuwa z tego wniosek, że europejska kultura jest atakowana przez kogoś, komu zależy na jej zniszczeniu, na zniszczeniu Europy w ogóle. Sami sobie państwo odpowiedzcie, przez kogo. Ten film Cronenberga zdaje się coś takiego również przedstawiać. Wszystko, co było wcześniej, jest nieważne. Ważne jest to, co stworzyliśmy teraz, co pokazujemy. To jest paskudne. To jest czasami trudne do przyjęcia dla nas, ale my jesteśmy starym pokoleniem.
Dla tamtego pokolenia to będzie norma, to będzie wspaniałe. A tymczasem chciałoby się powiedzieć, oglądając film Cronenberga: „Ecce homo!". A ten człowiek jest niestety paskudny, jest w przerysowaniu cronenbergowskim, ale to jest miejsce na Ziemi, które jest przez reżysera nakreślone, w którym ja za żadne skarby nie chciałbym się znaleźć. Ja bym stamtąd spierdzielał i to w podskokach, i to daleko. Do dżungli, byle tylko nie żyć w takiej rzeczywistości koszmarnej, która nie wiadomo dokąd zmierza i czego właściwie chce. Tam nawet, tak jak Piotr powiedział, seks jest czymś, co właściwie nie ciągnie, a w każdym razie po tym filmie to na pewno.
[02:21:51] - Tak, mieliśmy podobne odczucia, bo mnie się też chciało stamtąd uciekać. To znaczy, nawet nie chodzi o zasady tej cywilizacji i jej ducha, tylko o samą atmosferę, która została w tym filmie przedstawiona. Jest tam ciężko. To nie jest też tak, że to jest topowy film science fiction i tam macie wspaniałą scenografię, zapierające dech krajobrazy, pejzaże i tak dalej. Nie. To ogólnie jest film, też musimy przyznać Marku, robiony trochę chyba po łebkach albo po kosztach. Gdzie to wszystko prowadzi? Przede wszystkim też pytanie: czy warto go obejrzeć? Jak powiedziałem, filmy Davida Cronenberga mają to do siebie, że niekiedy odpychają. I w świecie, gdzie żyje Sol Tenser, nie chce się siedzieć za długo.
Momentami miałem takie wrażenie, że to nie jest współczesny film kinowy, tylko jakaś inscenizacja, coś w rodzaju teatru telewizji. Tutaj nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale nawet poziom aktorstwa, albo przynajmniej ekspresji, był trochę archaiczny. Takie miałem wrażenie. Do tego dochodzi dość słaba muzyka i wszystko to razem wzięte nie pozostawia najlepszych wspomnień wizualnych. Człowiek, o czym wspominałem, chce się szybko ewakuować z tego krzywego światła, ale ten film mimo wszystko pozostaje w pamięci, pomimo całej swej brzydoty. Chociaż nie ma tam ogromnej ilości krwawych, wynaturzonych scen.
[02:23:34] - Krwawych może nie, ale wiesz co? Kiedy mówisz o tym, że ten film jest przerysowany momentami, tak, to aktorstwo rzeczywiście jest takie z epoki kina niemego, ale też moim zdaniem wpisuje się znakomicie w środowisko, w którym toczy się ta narracja. Otóż to są artyści, może tacy artyści nowego wieku, nowej klasy, ale oni wszyscy nie mówią. Oni przemawiają, oni wygłaszają nieustannie jakieś artystyczne manifesty. Czasami beznadziejnie głupie, ale cały czas są artystyczne, są wspaniałe, są dążące ku... No właśnie, ku czemu? I tu się człowiek zaczyna łapać na tym, że to być może jest ujęte w pięknych słowach, bardzo zawiłych, które wydają się nas prowadzić ku jakiejś nieznanej rzeczywistości, a tak naprawdę prowadzą nas, moim zdaniem, donikąd.
[02:24:44] - No tak, ale czasami, jeżeli się tak zastanowimy i sięgniemy do tego, czego nas w szkole uczono, to też tak jest, że nawet jakieś najgłupsze pomysły twórców, pisarzy i poetów z przeszłości były nam przedstawiane na lekcjach języka polskiego jako najwynioślejsze dokonania intelektu danej epoki. Cronenberg może się z tego śmieje, ale niekoniecznie się śmieje z lekcji języka polskiego w Rzeczpospolitej Polskiej, ale też z pewnego naszego przyzwyczajenia. Bo powiedziałeś przed chwilą, że to, co było dawniej, czcimy jako coś, co było dobre, co było klasowe. Nie zawsze tak było. To, co nam się przedstawia jako wzór, też nie jest czasem tym wzorem zarówno pod względem wartości artystycznych, jak i intelektualnych. Mówię tutaj na przykład o-
[02:25:49] - Nie do końca, Piotrze. Ja powiedziałem o tym, że nie czciło, tylko na przykład jeśli pokolenie ojców zachwycało się Mickiewiczem, to było pewne, że pokolenie synów odrzuci tego Mickiewicza. Odrzuci i znajdzie sobie nowych. Aczkolwiek po pewnym czasie zacznie porównywać tych nowych do Mickiewicza i znajdzie jakiś konsensus. Powie sobie: „No tak, stary był ten Mickiewicz, ale coś tam jednak do powiedzenia miał". Tymczasem dzisiaj sytuacja wygląda tak: jak Mickiewicz podpadł, to znaczy, że głupi jest i już w ogóle do niego nie wracamy. To jest ta różnica.
[02:26:33] - Pewnie tak. Ten film można rozpatrywać na wielu innych płaszczyznach. Ale czy też miałeś takie wrażenie, że tam nie chcesz wracać? Tam wszystko było w ogóle też bardzo ubogie. Jeżeli chodzi o kostiumy, nawet jeżeli spojrzymy na grę aktorską, to główni bohaterowie też są pomimo wszystko dość powściągliwi. Warto wziąć pod uwagę to, co powiedziałeś o tym, że mamy do czynienia nie z byle kim, tylko z artystami. To wszystko się kończy, jak kończy, bo nie będziemy wam tego zdradzać, ale podejdźcie do tego filmu z takim otwartym, nie chcę powiedzieć z otwartą głową, ale z dużą dawką cierpliwości, tak bym powiedział. Nie patrzcie na to jak na kino rozrywkowe, bo jeżeli zrobicie ten błąd, który ja zrobiłem przy pierwszym podejściu, to się przerazicie. Natomiast jak go oglądałem potem przez dwa tygodnie, czyli musicie powiedzieć, że go obejrzałem naprawdę dokładnie, odkryłem tam pewne wartości, ale z drugiej strony, Marku, powiem ci, że ja nie wiem, czy ja bym chciał do niego jeszcze raz wrócić.
[02:27:51] - Ja też nie wiem. Wiem natomiast, że fajnie to uchwyciłeś. Dzięki za to, że Cronenberg zapowiada, że ta przyszłość będzie uboga, będzie biedna. To nie będzie tak, że będziemy żyli w luksusie i bogactwie. Przecież tam naprawdę na ekranie przez cały czas oglądamy bidę, panie. Bida tam panuje tak naprawdę. Są może jakieś urządzenia, jakieś takie dziwne: to łóżko, to krzesło. To już państwo zobaczycie, o jakie krzesło, jakie łóżko chodzi. Ale tak naprawdę bida tam panuje kompletna. To jest wszystko szare, bure, ponure.
Ta przyszłość nie jawi się cukierkowo, pięknie i wspaniale. Wręcz przeciwnie. Jeśli sobie do tego dołożymy te obrazy, które zostają gdzieś pod powiekami, to jest to film, który zostanie z państwem. Sami musicie państwo zdecydować, czy chcecie, żeby z wami został. A tak jak powiedziałeś, Piotrze, powrotu też sobie nie wyobrażam. Ja tam po prostu nie chcę być. To jest straszne miejsce narysowane przez Cronenberga i zastanawiam się, czy to nie jest też ostrzeżenie dla nas, że my brniemy ku właśnie wcale nie świetlanej przyszłości, tylko okrutnej, strasznej przyszłości. Kiedyś mówiłem o tych tatuażach na plaży. Kiedyś tatuaż oznaczał coś innego, dzisiaj oznacza coś innego. To nie jest złe, że się to zmienia.
Proszę nie traktować tego, że ja jestem wrogiem zmiany. Ja jestem tylko wrogiem przegięcia pałki i moim zdaniem Cronenberg coś takiego pokazuje, że czasami trudno jest zrozumieć coś, co obserwujemy z perspektywy kilkudziesięciu lat, bo my w takiej sytuacji jesteśmy postawieni tu, teraz, dzisiaj. Patrzymy w przyszłość pewno nieodległą, ale jednak i ta przyszłość za cholerę się państwu nie spodoba.
[02:30:03] - Ciekawe jest jeszcze to, zanim przejdziemy, zanim zakończymy rozmowę na temat „Zbrodni przyszłości" i przejdziemy do kolejnego filmu, to ciekawe jest to, że ten zestaw środków, które zostały wykorzystane przez Cronenberga, jest taki bardzo minimalistyczny. Czyli on nie potrzebuje komputerów, efektów specjalnych, pirotechniki do tego, żeby ten bardzo mroczny świat, taki przytłaczający nam wykreować. Bo to jest operowanie w zasadzie surowizną płaszczyzn i szarością kolorów, na tle której mamy tego takiego bardzo dziwnego sola tensera przypominającego tych wszystkich największych tak naprawdę złodupów z „Gwiezdnych wojen", z „Diuny" i tak dalej. Film jest przedziwny. Nie wiem, czy się zgodzicie z nami, bo my zazwyczaj, kiedy podejmujemy te tematy filozoficzne, egzystencjalne w kinie, to jesteśmy nastawieni do nich raczej w sposób nie chcę powiedzieć negatywny, ale przenosimy to na drugą płaszczyznę. Tutaj natomiast jakoś to wszystko się zgrało. To znaczy te walory, powiedzmy symboliczne, ta wymowa tego obrazu nie chcę powiedzieć, że zachwyciła, ale zrekompensowała to, co zostało pokazane po prostu językiem filmu.
[02:31:36] - Ale się nie strzelają.
[02:31:37] - Nie strzelają. Przejdźmy teraz do drugiego obrazu Cronenbergów, a ten drugi obraz to „Infinity Pool". Tutaj reżyserem jest syn Davida, Brandon. W nim również mamy kilka znanych aktorów, w tym Alexandera Skarsgårda, czyli Mię Goth. I o tej Mi Goth żeśmy, Marku, mówili przy okazji filmu „Pearl". To było chyba dwa tygodnie temu. Istnieje wiele takich stylistycznych punktów stycznych między oboma Cronenbergami, natomiast „Infinity Pool" jest filmem, który się klasyfikuje bardziej jako thriller chyba psychologiczny niż science fiction takie typowe, aczkolwiek takie wątki z tego gatunku są tam obecne. Nie jest to również dzieło tak ciężkie jak „Zbrodnia przyszłości", bo jest to film taki bardziej współczesny, strawny w swojej formule. Nawet mamy momentami wrażenie, kiedy go oglądamy i nie wiemy, jak to go wyreżyserował, że to zmierza w stronę jakiejś tam intrygi kryminalnej. Bohaterami, których poznajemy na początku jest para i są to James Foster, pisarz, chociaż niezbyt popularny i jego żona, która jest córką bogatego wydawcy.
Oni się udają na wycieczkę na fikcyjną wyspę La Tolqa. Nie wiemy, gdzie to państwo leży, choć wygląda na to, że jest ulokowane gdzieś w Ameryce Środkowej. Natomiast jego mieszkańcy mają bardzo osobliwe zwyczaje i niespotykany nigdzie indziej alfabet przypominający nieco pismo gruzińskie albo armeńskie, już do końca nie pamiętam. Bohaterowie są zamknięci w luksusowym ośrodku wypoczynkowym. Odradza im się, żeby wychodzili, bo kraj jest niebezpieczny, ludzie też nie do końca przyjaźni. James i jego żona nie słuchają i razem z zaprzyjaźnioną parą wynajmują sobie pokątnie od kierownika hotelu samochód i udają się na wycieczkę, jak to się mówi, na peryferie. Po drodze pod wpływem alkoholu James potrąca ze skutkiem śmiertelnym miejscowego rolnika. I chociaż myślą, że to przecież nic, rano do hotelu wpada policja. Tutaj spotykamy się z najważniejszym elementem filmu, mianowicie prawem vendetty, które na La Tolqa jest bezwzględnie egzekwowane z pewnym małym ale.
[02:34:10] - Tak. Jeszcze tylko dodam, że ta druga para, która zabiera głównych bohaterów na wycieczkę po wyspie nawiązuje znajomość z pisarzem w ten sposób, że pani zapewnia, że jest miłośniczką jego prozy i przeczytała jego książkę i czeka na następną i tak dalej. Proszę państwa, na początku w ogóle można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z takim science fiction już rasowym, bo dowiadujemy się, że na tej wyspie prawo vendetty owszem funkcjonuje, ale da się go obejść w pewien sposób konkretny. Otóż miejscowa policja, w każdym razie wymiar sprawiedliwości połączony właśnie z policją proponuje, żeby stworzyć, w takiej nomenklaturze naszej klona, ale coś w rodzaju kopii głównego bohatera, który załatwił tego rolnika. Ponieważ synowie mają prawo zemsty, to oni osobiście tę kopię zaryzają. Tak się zresztą dzieje i główny bohater to obserwuje niejako jako publiczność, jak ta postać, która jest nim, zostaje zarezana. Tam się bardzo szybko pojawia pytanie: ale kto właściwie został zarezany? Kto został zabity? Kopia czy oryginał i czy da się odróżnić kopię od oryginału? To są częste pytania, które przy okazji chociażby transhumanizmu czy przy okazji wszelkich innych takich pytań dotyczących migracji umysłu, przenoszenia tego umysłu, przenoszenia świadomości, czysto hipotetycznych zabiegów, ale jednak bardzo często padają.
Gdzie ta świadomość jest umieszczona? Jak ona wygląda? I to się wydaje do tego momentu, że taki rodzaj fantastyki może nie bardzo science fiction, ale jednak gdzieś do tego nawiązujący. Tymczasem od tego momentu, do którego państwa doprowadziłem, sprawa się komplikuje i komplikuje się coraz bardziej. My znowu poznajemy człowieka, ludzi w nie najlepszej kondycji moralnej, psychicznej, jakiejkolwiek. Ci ludzie, których obserwujemy, są straszni. Nie wiecie państwo jeszcze, dlaczego są straszni, bo tego nie powiedzieliśmy z Piotrem, ale można o nich powiedzieć coś takiego, że człowiek człowiekowi wilkiem to i tak brzmi łagodnie, ponieważ ci ludzie, których obserwujemy na ekranie, bawią się dręczeniem swoich bliźnich. To im sprawia przyjemność. Co więcej, to daje im podnietę, ekscytację, uczucia, których oni pragną. Oni tak naprawdę doprowadzają do sytuacji ekstremalnych, bo to jest zabawa.
Życie jest w ogóle zabawą, a obserwacja śmierci innych jest zabawą jeszcze lepszą. I ten film, tak jak właśnie go państwu nie opowiedziałem, doprowadziłem do pewnego momentu, ten film jest straszny, ale w tym wypadku nie oceniam jakości obrazu, ale przedstawioną rzeczywistość. To znowu nie jest film, w którym się strzelają, chociaż tak jak powiedziałem wcześniej, trochę strzelaniny jest, aczkolwiek to nie jest taka strzelanina, o jakiej ja sobie marzę w filmach. Niemniej film jest okrutny. On mówi o kondycji ludzkiej, o ludzkiej psychice, o ludzkim znudzeniu rzeczywistością, takim zblazowaniu, dekadencji właściwie posuniętej tak daleko, że śmierć drugiego człowieka wydaje się atrakcyjna. Wydaje się fajna, bo może tę nudę, tę codzienność w jakiś sposób na chwilę rozproszyć. Ta wymowa filmu jest straszliwa moim zdaniem.
[02:38:58] - Jakby to powiedzieć? Dlatego zatopiłem się tutaj w tym, co mówiłeś. Można tam bezkarnie zabijać, jeżeli się ma pieniądze. I to, że oni ci proponują klona, to też jest z tego powodu, że to jest standardowa procedura u nich. Czyli jeżeli ktoś jest bogaty i wpływowy, może sobie to wykorzystywać w najlepsze. Do pewnego momentu. W pewnej chwili nawet się zaczynamy zastanawiać, jak powiedziałeś, czy oni poprzez to klonowanie nie podmieniają swoich starych, zużytych organizmów na nowe. Ale koniec końców okazuje się, że istnieje jakiś wewnętrzny, wąski krąg ludzi, którzy znając tajemnice tej wyspy, dopuszczają się pewnego rodzaju wynaturzeń. Tutaj Cronenbergowie po raz kolejny uderzają w czułe struny i pytają, czy bogatym wolno więcej? Czy to jest usprawiedliwione, że w krajach trzeciego świata, jeżeli ktoś ma pieniądze, może się dopuszczać pewnych rzeczy, które w jego kraju nie uchodzą?
Ale przecież nie trzeba szukać tak daleko. Wydaje mi się, że pytają oni po prostu, czy dużemu wolno więcej i czy takiemu, który ma pieniądze wolno więcej? Wolno mu pomijać te kwestie, za które zwykły człowiek trafia po prostu do pierdolka. Taka jest prawda. Wróćmy do głównego bohatera, bo to jest taka mimoza trochę. Nie masz, Marku, wrażenia, że to taki James Foster? On niby pisarz, ale mu za bardzo nie wychodzi. Tak jak w niektórych produkcjach opartych o dzieła Stephena Kinga. Ale dobra, temu Fosterowi nie wychodzi, ale ta patologia, która się tam dzieje na tej La Tolce tak mu się podoba, że zaczyna do tego klanu klonystów, tak to można nazwać, przystawać i tam oddaje się różnego rodzaju orgiom, ale się nie spodziewa, że oni też z nim grają w jakąś podwójną grę. To się chyba w nomenklaturze „Stawki większej niż życie” nazywało podwójny Nelson.
Że ktoś mu podsuwa jakąś kochankę, ale okazuje się, że ona gra na dwa fronty. Koniec końców sprawa się absolutnie wymyka jemu spod kontroli. Jak w poprzednim filmie mamy mieszankę tajemnicy i szaleństwa z jakąś psychodelią. Dlaczego z psychodelią? Bo na tej wyspie miejscowi posiadają też bardzo ciekawy, tradycyjny środek psychoaktywny, który wykorzystują z upodobaniem goście. Koniec końców, Marku, nie wiem, czy „Infinity Pool” jest o klasę lepszy od „Zbrodni przyszłości”. Na pewno jest utrzymany w bardziej nowoczesnej tonacji, że gdyby ten film trafił do kin, a może w niektórych jest grany, to ci, którzy się na niego udają, nie mieliby takich obiekcji. Bo wiem, że „Zbrodnie przyszłości” były w kinach grane i chciałbym zobaczyć miny osób, które przypadkowo zupełnie zapędziły się na ten film, co miały do powiedzenia później, spodziewając się, tak jak żeśmy wspominali, fajerwerków, strzałów i pirotechniki.
[02:42:20] - A powiem jeszcze, że to jest film, w którym dowiadujemy się między innymi, że człowiek uwielbia się bawić innym człowiekiem, jego strachem, jego namiętnościami różnymi, że to jest właściwie coś, co może dostarczyć drugiemu niesamowitych przeżyć. Niesamowicie atrakcyjne to bywa. Poza tym w tym filmie jest sporo mocnych scen. Cofnę się do tego wyjazdu w nieznane. Podczas powrotu dochodzi do tej tragedii z miejscowym rolnikiem, ale tam też obserwujemy scenę tak niespodziewaną i tak dziwną, że ona zatyka po prostu. Przyjmujemy ją do wiadomości. Ona jest po prostu absolutnie odjechana, ale właściwie ludzka bardzo. I później przez pryzmat tej sceny, nazwijmy ją do pewnego stopnia seksualnej, aczkolwiek bez jakichś takich ekscesów. W każdym razie to później pasuje bardzo do rozwinięcia tego filmu i dosyć ciekawy jest finał. Ja oczywiście go państwu nie opowiem, powiem o pewnym wydźwięku, ale przecież nic się nie stało na dobrą sprawę, nic wielkiego.
Bawiliśmy się, było fajnie. Ale o co chodzi?
[02:43:55] - Nie masz tutaj wrażenia, że chodzi o to samo, co w „Zbrodniach przyszłości”? Że współczesny człowiek zachodni jest na tyle znudzony, że dopuszcza się zachowań, które jeszcze nie wiem, 10, 20, 30 lat temu, kiedy wydostawały się na światło dzienne, były powszechnie tępione. Natomiast teraz wchodzi to w ramy dobrej zabawy.
[02:44:20] - Pewne pokrewieństwo jest, Piotrze, tylko o ile w pierwszym filmie omawianym przez nas dzisiaj to byli artyści, a artyści to sam będę kalał swoje gniazdo, ale artyści nigdy do końca normalni nie są. Tak by przynajmniej chciała widzieć spora część społeczeństwa. Oni zawsze tam mają jakiegoś pierdolca, mówiąc krótko. Natomiast tu mamy do czynienia w drugim filmie ze zwykłymi ludźmi, którzy spragnieni są zwykłej rozrywki, podniety, jakiegoś takiego wyrwania się z szarej codzienności.
[02:44:56] - To nie są nawet ludzie jacyś strasznie bogaci, bo jak ich tam poznajemy, to się okazuje, że większość to jest raczej taka klasa amerykańska średnia.
[02:45:07] - Tak. I oni tak naprawdę chcą się dobrze bawić, pewno kosztem innych, ale w gruncie rzeczy oni nawet nie czują, na pewno to widzimy, wyrzutów sumienia z tego powodu. Nie, jakich wyrzutów? Wszystko jest okej, wszystko jest correct. Bo dlaczego miałyby być wyrzuty sumienia? Oni się po prostu bawią. To, że wykorzystują, ewidentnie skręcają pewną pułapkę na głównego bohatera, to co z tego? Głupi jest. Jest niewydarzonym pisarzem. W pewnym momencie ja specjalnie podkreśliłem, że jedna z bohaterek łapie go na to, że jest wielbicielką jego prozy.
Ona mu w końcu mówi, że w życiu nie czytała jego książki. W ogóle jej to nie interesuje. Ale znalazła sposób, jak to z pisarzami bywa. Pisarze bywają próżni. Jak ktoś powie takiemu twórcy, że przeczytał jego książkę, to już taki pisarz czuje ekscytację. Wystarczy jeszcze kilka rzeczy pochwalić i po prostu pełna ekstaza.
[02:46:21] - Na przykład: „Słucham pana audycji Bibliotekarium”.
[02:46:26] - O, na przykład. I ja już wariuję wtedy: wow, jakżesz wspaniale! To troszkę tak działa. Współczesny świat tak działa. A ci ludzie z tej średniej klasy wykorzystują to, bo chcą się bawić. Zero wyrzutów sumienia. To mnie najbardziej, może nie wiem czy najbardziej, ale w jakiś sposób mnie to mocno uderzyło. Zero wyrzutów sumienia. Zero. Oni mają do tego prawo.
[02:46:56] - I zero hamulców. I to też jest pójście w taką stronę, że dzisiejszy świat żyje w takiej dychotomii. Z jednej strony wszyscy są uporządkowani, ładnie ubrani w tygodniu. To tak jak w piosence „Idziemy” Wiesława Gołasa. W tygodniu to jesteśmy szarzy jak ten dym, ale w sobotę to już wiecie co się dzieje. I tutaj jest tak samo, że są takie chwile, kiedy ta cywilizacja zachodnia, przynajmniej w tej sferze, w tej klasie, o której oni mówią, popuszcza sobie i tam już są narkotyki i wszystko, co najgorsze. Czyli te prymitywne instynkty w człowieku nadal drzemią i Cronenbergowie to pokazują. Natomiast o ile w „Zbrodniach przyszłości” to było przedstawione w sposób bardziej poetycki, to tutaj mamy do czynienia, o tym mówiłem, kiedy zaczynaliśmy opowiadać o „Infinity Pool”, z filmem, który jest bardzo nowoczesny. Jeżeli byście go zobaczyli w kinie czy w telewizji, to byście się nie obrazili, powiedzielibyście może: o, jaki on jest dziwny. Natomiast nie narzekalibyście tak, jak moglibyście narzekać przy obejrzeniu „Zbrodni przyszłości”.
I tam na koniec jest jeszcze taka scena, nie wiem, czy o tym mówić, bo to jest absolutna nowość, jakby nie było, ale że temu głównemu bohaterowi koniec końców ta patologia się trochę podoba.
[02:48:34] - Myślę, że patologia w pewnym natężeniu i w pewnych wydaniach w ogóle się ludziom podoba. I myślę, że to też jest przesłanie do nas wszystkich, że nic mądrego nie powiem, chodzenie po bagnach wciąga, że tak użyję starego bon motu. Bo to troszeczkę tak: na początku główny bohater ma jeszcze jakieś opory, a odnosimy wrażenie, że im bliżej końca filmu, tym te opory są mniejsze, ewidentnie mniejsze.
[02:49:09] - Tak, a nawet jest ich brak. I tutaj zakończymy. Natomiast za tydzień opowiemy o dwóch kolejnych filmach, przy czym jeden będzie dziełem Brandona Cronenberga. Moim zdaniem lepszym niż „Infinity Pool”. Bardziej takim, który zmierza w stronę science fiction, a nie jakiegoś thrillera psychologicznego. I powiemy o filmie, który jest inspirowany Cronenbergami. Jest to francuskie dzieło i powiem szczerze, że jest bardziej odjechane od wszystkiego, co Cronenbergowie w ostatnich latach stworzyli. Ale o tym opowiemy za tydzień. My też, Marku, się zbliżamy dużymi krokami do wakacji i musimy powiedzieć, że w wakacje, jeżeli będzie taka możliwość, to też się będziemy spotykać, tylko że będziemy omawiać seriale. Seriale to nie jest moja mocna strona, dlatego że seriale wymagają czasu.
Ja nie zawsze go mam, a jeżeli mam, to usypiam. Postaramy się omówić niektóre seriale, które żeśmy z Markiem zobaczyli, obejrzeli. To będą raczej nowości w większości i jeżeli macie jakieś swoje typy albo rzeczy, które chcecie, żebyśmy omówili, to dawajcie znać. Tych seriali jest naprawdę sporo, bo też trzeba powiedzieć, że wszystkie platformy jakoś na te seriale stawiają. I też mam, Marku, z tym formatem taki problem, że czasami jest tak, że coś, co się wydaje naprawdę obiecujące albo coś, co jest fajne po pierwszych dwóch odcinkach, potem się przeradza w taki mały horror. Ale horror nie w sensie, że to taki gatunek, tylko niemiłe przeżycia dla odbiorcy.
[02:50:58] - Zobaczymy, Piotrze. Ja mam kilka bardzo dobrych doświadczeń z serialami i to zarówno z tymi, które były w miarę krótkie, jak i z tymi, które wydawały Wydawały się ciągnąć jak makaron, a jednak ostatecznie broniły się. Miały wzloty i upadki, jakieś takie kiksy i wahnięcia, ale w ostateczności broniły się. Pewno o tych serialach będziemy mówić. Na pewno będę tego pilnował, żebyśmy gdzieś w toku wakacji wspomnieli o „Fundacji”. Tym bardziej, że w te wakacje pojawi się drugi sezon „Fundacji” i tak jak z „Fundacją” będzie można spokojnie omówić pierwszy. Pierwszy wydaje się mieć koniec. Ma otwarte zakończenie, ale jednak kończy się. Pewne wątki zostają zamknięte. Od razu zdradzę to państwu - uważam serial „Fundacja” za niezły serial.
Może on ma jakieś braki, może ma dłużyzny i bardzo jest inspirowany oczywiście „Fundacją” Asimova, aczkolwiek to nie jest proste przełożenie na ekran tego dzieła. Ale dobrze. To wszystko w wakacje, bo mógłbym jeszcze pewno o tych serialach bardzo długo. Zapraszamy państwa zatem i na wakacje, i za tydzień znowu o filmach Cronenberga i inspirowanych Cronenbergiem.
[02:52:35] - Dokładnie. Pozdrowienia.
[02:52:40] - Wakacje to jest dobry czas, żeby chwycić za pióro. Oczywiście w przenośni za pióro. Raczej zacząć uderzać w klawisze swojego komputera i może jakaś ciekawa proza z tego wyjdzie. Jak już państwu wyjdzie, to może będziecie państwo pamiętać o „Bibliotekarium 2.0”, a my chętnie taką prozę upublicznimy. Pokażemy ją innym dzięki naszemu niezrównanemu Ivelliosowi, który państwu pięknie tę prozę przeczyta. Ale to przyszłość. A ja zapraszam na „Alchemię Tworzenia”. Dzięki temu cyklowi można troszeczkę podszkolić się w tworzeniu historii, w tworzeniu bohaterów, w wymyślaniu, ale także opanowywaniu tego pisarskiego potoku, który czasami się w nas rodzi. Dzisiaj Katarzyna Prychacz mówi o podróży bohatera. Wspominałem ostatnio, że kościany buntownik na jakiś czas zostanie z nami.
To właśnie dzisiejsza podróż bohatera nosi podtytuł: „Kościany buntownik. Część pierwsza”. Będzie oczywiście część druga, a i tak kościany buntownik zostanie z nami na dłużej.
[02:54:06] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na „Alchemię Tworzenia”. „Alchemia Tworzenia”. Witam was serdecznie w 18. odcinku drugiego sezonu „Alchemii Tworzenia” - podcastu pełnego inspiracji mniej lub bardziej pisarskich. Nadmienię tylko, że w drugim sezonie skupiamy się właściwie tylko na inspiracjach, a konkretniej na pomysłach na bohaterów, na różne fabuły, historie. Także ja już nie przedłużam wstępu i przybliżam wam, co dzisiaj będziemy robić. W dzisiejszym odcinku wypróbujemy w terenie kolejnego bohatera, którego stworzyliśmy tutaj w podcaście. Jeżeli ominął was poprzedni odcinek, to zachęcam do nadrobienia, ponieważ tam tworzyłam właśnie naszego kościanego buntownika, którego dzisiaj puścimy w tryby opowieści. Ja troszeczkę wam przybliżę na wstępie tytułem previously tego, co było w poprzednim odcinku.
Wypisałam sobie oczywiście taką charakterystykę na podstawie tego, co tam stworzyłam, ale wam podam najważniejsze rzeczy, żeby nawet jeżeli ktoś nie słuchał, to żeby mógł się jakoś dzisiaj w tym wszystkim odnaleźć. Okej, zanim powiem wam, jakim systemem dzisiaj tworzymy opowieść, to trochę o naszym bohaterze, którym dzisiaj się będziemy poruszać. Nasz kościany buntownik nie bez powodu ma w swoim określeniu słowo „buntownik”. Oczywiście klasycznie zaczęłam od ustalenia jego archetypów osobowości, więc jego głównym archetypem jest towarzysz, czyli właściwie taki archetyp: dobry słuchacz, dobry doradca, najlepszy kumpel, członek grupy. Dosłownie tak jak sama nazwa wskazuje, chodzi tutaj o archetyp oparty właśnie na cechach takich, można by powiedzieć, na empatii, ale właściwie na takiej empatii tu i teraz. Nie zagłębianiu się czy nie drążeniu tematu, tylko bardziej właśnie na wspieraniu drugiej osoby. Więc jeżeli my mamy zły dzień, to ten towarzysz po prostu jest tu i teraz dla nas i raz na ileś oczywiście podzieli się z nami jakąś mądrą poradą. Archetypy wspierające to właśnie buntownik i czarodziej. Mamy tutaj całkiem fajne combo, ponieważ zwykle towarzysze to są takie osoby dosyć, chciałam powiedzieć wycofane, ale nie do końca. Mam na myśli tutaj osoby takie właśnie trochę może mniej energetyczne, niedające po sobie poznać takiego stanu zarówno wzburzenia, jak i jakiejś euforii nadmiernej i tak dalej.
A tutaj właśnie w cechach charakteru trafił nam się buntownik. Buntownik, czyli właśnie postać, która walczy w imię jakiejś idei, w imię czegoś, co czuje, co jest dla niej ważne. To jest osoba, która częściej się nie zgadza niż zgadza Bardzo niezależna. Musi podejmować swoje decyzje sama i najczęściej nie wykonuje rozkazów, które są przez kogoś wydawane, przez jakiś status quo. I czarodziej, czyli osoba, która wyznaje magię. Ale nie musi to być dosłownie czarodziej, bo wystarczy, że... A może macie nawet w swoim otoczeniu osoby, które często używają jakichś określeń, że: „Ale było coś magiczne", „A to był czar jakiś". Nawet te nawiązania do magii sprawiają, czy właściwie świadczą trochę też o tym, że ta osoba sama w sobie jest otwarta na to, że może magia istnieje albo właściwie może ona na pewno istnieje, tylko nie w takim sensie, jak nam się wydaje. Czyli nie Różdżka i Harry Potter, tylko na przykład miłość czy jakieś silniejsze emocje, że one mogą być czymś w rodzaju zaklęcia. I tutaj mamy też, jeżeli chodzi o postać czarodzieja, w sensie archetyp, są to często osoby, które powodują przemiany.
W jakiś sposób wpływają na osoby czy na rzeczywistość, że jakaś zmiana się zadzieje, a czasami nawet może niewielka z pozoru, a jednak okazać się może przełomowa. To są też często takie osoby, które właściwie nie wierzą, że czegoś się nie da, że coś nie istnieje. Że zawsze jest jakiś sposób, jakaś wizja na to i coś możemy z tym zrobić. Dobra, bo nie o archetypach. Jeżeli chodzi o imiona, tym razem nie wyrzucałam imion z głowy jak przy naszym poprzednim bohaterze, inżynierze postapokaliptycznym, zdaje się. Tym razem sięgnęłam po słownik łacińsko-polski i polsko-łaciński. Testowaliśmy dwa sposoby szukania imienia. Nie ukrywam, że wtedy nie mogłam się zdecydować, a dzisiaj robiąc notatki wpadłam na fajny pomysł, więc zanotowałam dwa imiona. Jedno to było Contubernalis, a drugie to było Levo. I tak sobie pomyślałam, że to pierwsze imię, to dłuższe, co się śmiałam, że to bardziej taki wojownik czy jakiś czarodziej.
Takie już coś donośniejsze, ten Contubernalis, że to jest imię naszego bohatera teraz. Czyli właśnie w tym momencie, kiedy my jako obserwatorzy, czytelnicy, słuchacze z nim się spotykamy. Natomiast to drugie imię, Levo, to jest jego imię z przeszłości. Dobra, tu na razie zrobię kropkę, a zaraz najwyżej jeszcze wrócimy do tej przeszłości. Jak nasz bohater wygląda? Kim on w ogóle jest? Otóż jest lewitującą czaszką, gadzią czaszką. Możemy uznać, że krokodyla. Nie wiem, czy to robi różnicę. Natomiast można by pomyśleć, że może to byłaby czaszka jakiegoś gawiala.
To chyba tak było. Gawial. Taka długa, śmieszna. Nie chcę też się tutaj rozwodzić. Jeżeli byłby pomysł na tworzenie wizerunku tego bohatera, może coś takiego ktoś z was by chciał zrobić, to myślę, że wtedy możemy sobie bardziej zgadać na privie czy gdzieś w komentarzach, na przykład na Facebooku. Właśnie zapraszam. Założyłam fanpage'a Alchemii, także serdecznie zapraszam do kliknięcia, żeby być na bieżąco. A może właśnie też jest to pomysł, żeby co jakiś czas zrobić jakieś wyzwania, czy nawet dać wam możliwość pokazania swoich talentów. Może ktoś z was rysuje, może nawet robi proste szkice, ale robi. Też chciałabym zobaczyć wasze wizje na tych bohaterów.
To też byłoby dla mnie super. Więc mamy lewitującą czaszkę gadzią i jego funkcją, on spełnia takie zadanie prawej ręki złoczyńcy. A ów złoczyńca to jest taki niecny skryba. Nie robiłam dużej charakterystyki tego, ale wpadłam na pomysł, że może tym razem czarny charakter mógłby być pisarzem. Nawet dzisiaj przy notatkach pomyślałam, że może nawet byłby to taki trochę czarodziej. Albo może ten bohater, ten złol posiadłby magiczny artefakt, który pozwalał mu pisać historię od nowa. Wiem, że coś podobnego było w, zdaje się, „Atramentowe serce". To była książka i film. Co prawda tam byli bohaterowie, którzy mieli taką umiejętność i chyba tam złoczyńca chciał kogoś zmusić do stworzenia nowej historii. Natomiast tutaj pomyślałam może właśnie o takim artefakcie, a może o chęci zemsty, żeby usunąć w ogóle z historii czy ze świata, z istnienia daną wioskę albo jakąś cywilizację.
To by też było ciekawe. Natomiast dzisiaj nie mówimy o złolu. Ale ten nasz bohater Contubernalis jest prawą ręką, właściwie takim towarzyszem, doradcą tego złego pisarza. On też pomaga mu w strategiach i w różnych takich knuciach. Nie no dobra. Knowaniach, tak? To chyba tak poprawnie brzmi. Dalej. Co musimy wiedzieć o nim? To, że jest genialnym strategiem.
To też będzie miało związek z jego przeszłością. Od razu miałam wizję - wielki stół, rozłożone mapy, poustawiane jakieś figurki. Jak to się wojny planuje, ustawia. I ta czaszka tam sobie leży na tej mapie. Ten nasz bohater sobie przycupnął i pomaga. I sobie we dwóch dyskutują nad tą mapą. Taka tam wizja. Co jeszcze musimy o nim wiedzieć? Myślę, że to jest całkiem fajne, przydatne, że kolekcjonuje małe nakrycia głowy. Więc oprócz tego, że jest tą lewitującą czaszką, on zawsze ma na głowie jakiś kapelutek.
I z każdej ich niecnej wyprawy czy gdziekolwiek, jeżeli w ogóle ma możliwość opuszczenia Myślałam, że mogliby mieszkać tak klasycznie w jakimś zamku. To faktycznie, że zawsze sobie gdzieś jako pamiątkę przynosi taki kapelutek. I właśnie tutaj jest magicznie przywiązany do, pomyślałam o złotym piórze. Natomiast chodzi tutaj mi o takie pióro bardziej do kaligrafowania już. Myślałam trochę o czymś bardziej współczesnym, ale nie za współczesnym, czyli drewniany trzonek i metalowa stalówka. Te pierwsze takie pióra, które już nie musiały mieć lotka. To rodzaj pióra. Wiecie, o co chodzi, nie? Bez włosów ptasich. To przywiązanie polega na tym, że on nie może opuścić tego zamku sam.
Czy w ogóle pomieszczenia jakiegokolwiek. Jeżeli ten złoczyńca gdzieś go potrzebuje, to on po prostu zabiera to pióro ze sobą zawsze, żeby ta czaszka mogła lewitować razem z nim. Nie myślałam jeszcze o odległości, ale myślałam bardziej o pomieszczeniach czy jakichś rejonach, że tam, gdzie jest pióro, to mniej więcej gdzieś tam w niedalekiej okolicy nasz bohater może lewitować. Taka tam klątwa, a właściwie takie magiczne kajdany. Tu jeszcze o nim, że ma taką klasę i styl, i też tendencję takiego podrywacza. Że gdzieś tam zawsze na radarze pojawia się jakaś kobietka i on poprawia swój cylinderek czy jakiś inny hełm, który ma teraz na głowie. Mini cylinderek czy mini hełm. I oczywiście szybuje w stronę kobietki, żeby ją poczarować. Ma ładny, głęboki, radiowy głos, klimatyczny. Mimo wszystko może i trochę przeraża, ale jednak w jakiś sposób intryguje.
Czy właśnie może nawet przyciąga do siebie tym. Co tu jeszcze mamy? Ten fakt, że ten nasz złoczyńca bardzo często go ze sobą zabiera, bo jednak jest mu bardzo pomocny i potrzebny. Jeżeli chodzi o przeszłość. Myślałam nad tym w poprzednim odcinku i myślę, że to jest bardzo fajny kierunek, jeżeli chodzi o origin story bohatera. To, że on stracił pamięć. W przeszłości był jednym z liderów, czy może najlepszym przyjacielem, partnerem. W sensie brat broni. Partner, ale w sensie żołnierza, a nie w sensie romantycznym. Lidera takiej rebelii.
Był takim wojownikiem, strategiem i oddał swoje życie za to, żeby tamten bohater mógł przeżyć. Myślę jeszcze w jakiś sposób, bo tego nie doprecyzowałam, ale korci mnie, żeby zrobić tu taką podmiankę, że może właśnie ten złoczyńca myślał, że zabija lidera rebelii, a zabija cudzysłów, bo się później właśnie okazuje, że go nie zabił, tylko przemienił go w ten artefakt, w tą czaszkę. Myślał, że załatwił sprawę rebelii. Myślałam też, że ta rebelia jest po to, że oni chcą pokonać tego złoczyńcę, żeby właśnie tej cywilizacji nie wymazał z kart historii. To z kolei będzie taki trochę ukryty konflikt wewnętrzny bohatera, który może gdzieś później wypłynie. To nam będzie generowało. Ponieważ nasz bohater przez to, że stracił pamięć, czyli właśnie tutaj wcześniej miał na imię Levo. Znowu parcie na szkło. Dzień dobry. Dobra, nie mamy wizji, ale kocie pozdrowienia przyszły do was.
Kocie pozdrowienia się pojawiły, także jest dobrze. Dobry odcinek. Niech wam się darzy. Levo to było jego imię, jak jeszcze był człowiekiem, a teraz został ochrzczony, przechrzczony, nazwany Contubernalisem. Ten konflikt, o którym mówię, to właśnie jest to, że on jest nieświadomie zdrajcą, bo właściwie pomaga głównemu wrogowi, z którym wcześniej walczył. Myślę, że to też ten fakt mógłby w ciekawe miejsca w tej historii nas doprowadzić. Zwłaszcza jakbyśmy zrobili ją bardzo rozbudowaną, czyli może szli już w kierunku nie opowiadania, a powieści. W sumie im dłużej nad tym siedzę, to widzę tu bardzo duży potencjał. Ale okej. Co do historii dzisiejszej.
Do tej pory w poprzednich odcinkach bawiłam się planszą, tą, o której wam mówiłam właśnie pod kątem warsztatów. Rzucałam kośćmi, losowałam karty i takie bajery. Natomiast dzisiaj pomyślałam, że sięgniemy sobie po klasykę rodzaju, ale może nie aż taką klasykę, jak się większości wydawało. Otóż uwaga, powiem to hasło. Dzisiaj robimy podróż bohatera. Wiem, że często się zdarza wśród pisarzy taki podział, że jedni uważają, że jest to ograniczenie i jest to nudne i wszystko jest na jedno kopyto, jeżeli się pisze w tym schemacie, a drudzy uwielbiają ten schemat. Zresztą w sumie on jest bardzo często w filmach. Znaczy był, bo już dzisiaj ciężko mówić o jakichś porządnych schematach, aczkolwiek zdarzają się. Dobra, nie o filmach dzisiaj, chociaż to byłby może fajny temat na dyskusję. Dobra, po jaką ja podróż sięgam?
Sięgam po moją biblię pisarską. Po coś, co naprawdę zmieniło moje życie. To jest książka pod tytułem „Podróż autora” Christophera Voglera. Polecam wszystkim. Zwykle podróż bohatera, nie autora, od razu przywołuje na myśl Josepha Campbella. Który właściwie jako pierwszy spisał to wszystko i puścił w obieg, i zrobił całkiem świetną robotę, a wręcz bardziej niż całkiem. Natomiast osobiście, kiedy zetknęłam się z opracowaniem Voglera, które bardzo się nie różni, ale w jakiś sposób do mnie nieco bardziej przemawia. Nie wiem, musielibyście sami sobie to porównać, także zachęcam, żeby zajrzeć i tu, i tu. Dzisiaj to, co będziemy robić, to jest ta podróż z opracowania Voglera. Patrzę już na to, że mamy już trochę czasu, od was mówię, a kroków w tej podróży jest 12.
Pomyślałam, że podzielimy ten odcinek na dwie części, bo szkoda byłoby później się spieszyć. Jak opracowywałam sobie krótkie notatki, żeby was lepiej na szybko wdrażać w te kroki, to pomyślałam, że mam już pomysł na historię, którą warto byłoby może trochę bardziej rozbudować. Może inaczej: będzie ten szósty krok, bo dzisiaj zrobimy połowę. Tak myślę. Taki mam plan. Będzie szósty krok, który warto byłoby bardziej przemyśleć, zrobić tam czegoś więcej. Po prostu zrobić więcej pomysłów, punktów nawet sobie wypisać. Aniżeli tak jak tu musiałabym coś zrobić na szybko po łebkach, żeby przejść dalej i dalej. Dzisiaj robimy część pierwszą. Pokrótce was wtajemniczę, bo to też mi się podoba właśnie u Voglera, dlatego naprawdę wam wszystkim polecam tę książkę.
U niego jest bardzo dużo współczesnych, może dzisiaj niekoniecznie współczesnych, ale bardzo dużo przykładów, jeżeli chodzi o filmy. Oprócz tego, że on pisze teorie, bardzo fajnie pozwala nam się trochę bardziej wdrożyć i zobaczyć, jak to wygląda w praktyce. Są też takie zadania czy pytania do przemyślenia. Jest dużo takich schematów, uproszczeń czy czegoś wypisanego w punktach. Co jest dla mnie złotem, jeżeli chodzi o sam schemat podróży bohatera, to jest on zrobiony, teraz nie wiem, czy na szybko znajdę, w trzech wersjach. Czyli tak naprawdę mamy to wypisane w punktach, mamy to wypisane na osi czasu i mamy to wypisane w schemacie kołowym. To jest dla mnie złoto, bo dzięki temu ta cała książka ma taki dopisek: praktyczny poradnik. Jak najbardziej jest praktyczny i mam wrażenie, że zostały tu wzięte pod uwagę różne typy czytelników. Same plusy. Można powiedzieć, że może i gruba, ciężka książka, ale wiele lat w mojej torebce podróżowała ze mną i była wertowana w tę i we w tę.
Dobra, to nie przedłużam już, bo ja przecież uwielbiam to robić. Przeczytam wam podsumowanie podróży bohatera, czyli taki skrót po całym właściwie rozdziale. Ale żeby nie wprowadzać zamętu, skoro dzisiaj robimy pół, to przeczytam wam dzisiaj pół, a w następnym odcinku drugie pół, żeby nam się to nie mieszało i nie było za dużo. Krok pierwszy: zostają wprowadzeni bohaterowie pozostający w zwyczajnym świecie. To jest ten pierwszy krok. W którym nagle, krok drugi: słyszą wezwanie do wyprawy. Krok trzeci: początkowo są wobec niego oporni i sprzeciwiają się wyzwaniu, ale, krok czwarty: mentor zachęca ich, by, krok piąty: przekroczyli pierwszy próg i wkroczyli do niezwykłego świata, w którym, krok szósty: napotkają rozmaite sprawdziany, poznają swych sprzymierzeńców i wrogów. Dzisiaj skupimy się na tej części historii. Ja sobie w notatkach nazwałam te etapy, że właściwie te cztery pierwsze kroki to jest rodzaj takiego ekwipunku. Właściwie bohater zbiera to, czego potrzebuje, przygotowuje się do samej w sobie wyprawy.
Natomiast później od kroku piątego zaczyna się taki prawdziwy początek tej historii. To, co dzisiaj zrobimy, to zrobimy właśnie do połowy punkt szósty i drugą połowę zrobimy, myślę, w następnym odcinku, czy nawet ją rozwiniemy. Później to jest ten początek, który tę prawdziwą historię zaczyna. Na samym końcu jeszcze mamy taką część podsumowującą, ale właściwie to taki końcowy egzamin bohatera. Ale do tego przejdziemy nie dziś. No to co? To chyba lecimy. Czas zacząć. Zatem pierwsza stacja naszej podróży bohatera to jest właśnie zwyczajny świat. Ten krok tutaj dla bohatera to jest coś w rodzaju wyrwania go z rutyny.
Dobrze jest w tym kroku pokazać taki kontrast między tym światem doczesnym, zwyczajnym, tym rutynowym. Zwykła szara codzienność. I nagle coś ją przerywa. Nagle pojawia się błysk, grom, coś, jakieś wydarzenie, które daje nam taki spoiler z tego niezwykłego świata. Czy właściwie daje taki głośny sygnał, że będziemy zmieniać lokację. W takim dużym skrócie. Wiecie co, tutaj pomyślałam sobie, już patrząc na naszego bohatera, bo w tamtym odcinku jeszcze rozważałam, żeby tutaj zrobić jego origin story, ale myślę, że nie. Na origin story przyjdzie czas. Może właśnie to będzie pomysł zrobienia jakiegoś konkursu, żeby każdy z nas rozpisał to origin story jakoś bardziej. Może właśnie tu byłaby forma opowiadania.
Natomiast tutaj czemu nie, można byłoby zrobić z tego fajną, krótką powieść. Zobaczymy co dalej z tego wyjdzie. I zwyczajny świat. Wyobraziłam sobie coś takiego, że ten nasz bohater, bo my się z nim spotykamy właśnie już w momencie, kiedy jest tą czaszką, więc miałam taką wizję, że mógłby sobie... Aha, tu nie zaznaczałam, że jemu robiło różnicę, na czym sobie wylądował jako ta czaszka. No i miał swoją taką ulubioną poduszeczkę, na której sobie na jakiejś tam komodzie w komnacie zawsze lądował i można powiedzieć spał. Czy tam sobie trwał, siedział, jak to nazwiemy. Niemniej wyobraźcie sobie, że mamy właśnie taką, skoro zamkowa komnata, to taki gabinet złego charakteru, czarnego charakteru. Co prawda nie szłabym może w to, że jakieś tam pajęczyny i ciemność, tylko właśnie myślałam o takiej komnacie, może na wysokim poziomie, może właśnie w wieży, że wielkie okno, właściwie taka dziura w ścianie ogromna na całą ścianę i z niej widać cały dziedziniec, może lasy czy jakieś tam pobliskie wioski. Taki właśnie klasyczny król na zamku, władca i wszystko w kamieniu i drewnie.
Tak bym chyba poszła trochę w takie średniowieczne czy trochę może prostsze czasy, także mniej współczesności. No i ten wielki stół musi być, na którym te strategie tam będą sobie, chociaż na strategie, na to też mogłaby być oddzielna komnata, nie? Nie, to tutaj zróbmy biurko takie zwykłe. Może właśnie jak taki gabinet dyrektora jakiejś szkoły albo coś, że będzie mógł tutaj też przyjmować petentów i tak dalej. No i oczywiście regały z jakimiś magicznymi artefaktami i z jakimiś cudami związanymi z kaligrafią. Kałamarze, bo w końcu to pisarz. Pełno jakichś pergaminów, ksiąg. O właśnie, może też same księgi, ale może właśnie te księgi, które są spisane przez niego. Może coś takiego. Gablota, która będzie zamykana, bo tak pomyślałam właśnie, żeby w tej gablocie było pióro.
To pióro, do którego jest magicznie przywiązany nasz bohater i ono też będzie w takim specjalnym pudełku leżało jako taka bardzo ważna rzecz w tej zamkniętej gablocie. Może właśnie na jakąś kłódkę czy na jakiś wymyślny zamek, a obok sobie gdzieś tam będzie nasz bohater spoczywał na tej poduszeczce. I oczywiście niedaleko ta jego kolekcja kapelusików będzie. Więc mamy ten zwyczajny świat naszego bohatera i tutaj powinno się już coś wydarzyć. I pomyślałam, że możemy wprowadzić tutaj bohaterkę, która będzie właściwie drugim bohaterem w tej powieści, ale to zaraz wam powiem. Więc myślałam o takiej scenie, tej właśnie, która będzie przełamywała tą rutynę. Czyli do komnaty wchodzi nasz złol, nasz niecny pisarz i ciągnie za fraki. Trzyma za ubranie i myślałam o kobiecie. W sensie, że ją tak wprowadza siłą do tej komnaty i sadza na fotel, który jest naprzeciwko biurka. Ale tak myślę właśnie, czy może nie zrobić, żeby to była nastolatka, że to będzie młoda dziewczyna, młoda osoba, która może właśnie wkradła się na tereny zamku, może gdzieś została złapana.
I myślałam, żeby to była właśnie osoba z tej wioski czy z tego ludu, który się tam buntuje i złol ją tu przynosi, przyprowadza właśnie w celu, żeby... Myślę nad tym, czy żeby ją też przemienić w jakiś artefakt, czy może właśnie myślę, czy on na przykład nie postanowił skorzystać z okazji i chce zrobić z niej rodzaj przynęty, czy może żeby ona dostarczyła jakąś wiadomość do tej wioski i tak dalej. Może właśnie teraz okazało się, że ta rebelia jednak nie jest uśpiona i będą musieli wznowić działania, żeby znowu ją obalić. Ale przecież nie byłoby historii, gdyby coś tutaj nie poszło nie tak. Więc złoczyńca ją przyprowadza i sadza. Tak, wiecie, z takim impetem siedź tutaj i miał iść już za biurko, żeby z nią rozmawiać, ale w tym momencie ktoś go zawołał ze strażników. Przybiegł, że coś tam się dzieje, więc on wychodzi, zamyka ją w komnacie i zamyka komnatę na klucz. I tak nagle rutyna naszego głównego bohatera Contubernalisa została zaburzona, ponieważ on nigdy wcześniej nie był zostawiony w ogóle sam na sam z żadnym człowiekiem. Zwłaszcza że ludzie się go bali, mimo że wiedzieli, że on nie jest groźny i on jest doradcą tego głównego złoczyńcy. No ale przecież to była latająca czaszka, także on nie miał nigdy okazji czy sposobności.
Tam wiadomo, podrywał, tak jak mówiłam tutaj kobietki, ale jednocześnie je przerażał, więc właściwie to tyle, co sobie tam pogadał, poczarował i koniec. Nic więcej z tego nie wynikało. Albo one się gdzieś ulatniały, nie? I tutaj on taki patrzył zainteresowany, aczkolwiek nie na zasadzie takiej właśnie, że tutaj chciał do niej startować, tylko bardziej był zbity z tropu całą sytuacją, że ona w ogóle tu jest i że on tu jest i sam nie wiedział, czy ona wie o jego istnieniu, czy on ma się poruszyć, czy nie. Postanowił, że będzie leżał na poduszeczce, udawał, że jest przedmiotem i obserwował, co się wydarzy. I teraz mamy drugi krok. Wezwanie do wyprawy. I tutaj właśnie to wezwanie do wyprawy jest takim wręcz zaburzeniem. Tak jak tam mieliśmy takie wyrwanie czy taki sygnał, że coś się dzieje z rutyną, tak tutaj mamy już totalnie poskładane zaburzenie rutyny i samego funkcjonowania bohaterów. I tutaj właśnie pojawia się jakiś problem, przygoda czy sytuacja, przed którą nasz bohater zostaje postawiony.
Wywołany do odpowiedzi, czyli został zmuszony, żeby zareagować w jakiś sposób na to, co się zadziało. Pomyślałam o takiej scenie, że ten nasz niecny pisarz długo nie wraca, a dziewczyna zaczyna się nudzić. I tu jeszcze też się zastanawiałam nad tym, żeby on może na przykład jej skrępował ręce jakimś czarem, a może jakąś magiczną liną. Sama nie wiem właśnie, na ile robimy z niego czarodzieja, a na ile może po prostu miała ręce związane sznurem jako jeniec. Jako osoba pojmana. Może właśnie to. Może on ją pacnął na to krzesło, na ten fotel i ona miała za plecami związane ręce. Ustalmy, że tak było. Sytuacja wygląda tak, że ona się zaczyna nudzić i właściwie bez problemu rozwiązała ten węzeł. Wyswobodziła ręce, odłożyła tę linę na fotel i zaczęła przechadzać się po komnacie w takim totalnym spokoju, bez żadnej paniki, bez szarpania się, bez próby ucieczki.
Po prostu zaczęła patrzeć, co tam stoi na półkach, co tam stoi w gablocie. Więc nasz bohater był trochę zadziwiony. Po pierwsze, że rozwiązała te ręce, a po drugie zastanawiał się, czemu nie zaczęła uciekać, nie podjęła próby ucieczki. I zaczął się zastanawiać, czy ona przypadkiem nie pojawiła się tu celowo. Czy może to nie był jakiś podstęp, ale na razie obserwował. Natomiast dziewczyna zauważyła, że jest gablota i gablota jest zamknięta na zamek, więc wiadomo, że jak coś jest zamknięte na zamek, to tam są rzeczy cenne. I okazuje się, że zamek też potrafiła otworzyć, że wyjęła, może z buta, jakieś druciki, jakiś wytrych czy zestaw wytrychów i bez problemu raz dwa poradziła sobie z zamkiem i otworzyła gablotę, z której zabrała złoto, jakieś klejnoty i zauważyła, że jest pudełko na górnej półce. Nasz bohater już widział, gdzie jej ręce zmierzają i właśnie wtedy postanowił się odezwać i powiedział, że lepiej, żeby tego nie zabierała. Ona taka przerażona wychodzi głową z tej gabloty i rozgląda się po komnacie, bo nie miała pojęcia, kto to powiedział w ogóle. On wtedy podniósł się z tej poduszeczki i powiedział, że to są ważne rzeczy i że lepiej, żeby je odłożyła, bo za chwilę przyjdzie główny złoczyńca i będzie miała przechlapane.
A ona mu odpowiedziała, że i tak już ma przechlapane i może jeszcze zapytała, czy na nią doniesie. A może ona powiedziała: „Proszę bardzo, leć sobie po niego”. I on stał cały czas taki zdębiały. Skąd ta jej odwaga i taka pewność? A ona z kolei może też miała coś z buntownika. Nie wiem, czy losować jej archetypy. Nie, teraz już nie będę przedłużać, ale może to będzie pomysł, żeby w następnym odcinku, jak będzie druga część. Zobaczymy. Jak to będzie potrzebne, to wylosujemy. Ale może właśnie coś z takiego buntownika.
Właściwie taka zbuntowana nastolatka, czemu nie? Więc jak on powiedział, żeby tego nie ruszała, to przecież było oczywiste, że ona to musi zabrać, ruszyć. I zmierzałam do tego, że ona weźmie to pudełko. A w tym pudełku oczywiście, że jest to złote pióro, do którego jest przywiązany nasz bohater. I to będzie oznaczało właśnie tyle, że gdzie jest pudełko, gdzie znajduje się pióro, tam znajduje się nasz bohater. I sytuacja wygląda tak, że ta dziewczyna jak gdyby nigdy nic podchodzi do drzwi komnaty. Wzięła, co tam chciała z tej gabloty, pooglądała jakieś rzeczy, podchodzi do drzwi komnaty i bez problemu oczywiście, że otwiera zamek i wychodzi z komnaty. I tutaj bym skończyła scenę. Możemy przejść do trzeciego etapu podróży bohatera, czyli do kroku, który się nazywa sprzeciwianie się wyzwaniu. Tutaj właściwie chodzi o strach.
Chodzi o to, że stojąc na tym progu, kiedy już to wezwanie do wyprawy się pojawiło, nasz bohater zaczyna się wahać. Rozważa, czy się nie cofnąć. I właśnie pojawia się ten strach przed wyzwaniem. I w tym wypadku nasz bohater oczywiście, że będzie przerażony, ponieważ już zaczął czuć to przyciąganie i był zmuszony, że im dalej dziewczyna szła w głąb zamku, to jakaś siła go przyciągała, ciągnęła go wręcz. I mimo że on nie chciał opuścić tej komnaty i się próbował obijać o ściany, stawiać opór, robić wszystko. W sumie nigdy nie było takiej sytuacji, żeby on nie chciał być w miejscu, w którym było pudełko. Niestety mu się to nie udało. W tym wypadku mamy to takie wezwanie do wyprawy, gdzie nasz bohater został właściwie zmuszony. I tutaj też, jeżeli chodzi o sprzeciwianie się, owszem, on jest przerażony i on się może próbować sprzeciwiać Ale niestety nie jest w stanie nic na to poradzić, na tą siłę, która go ciągnie. Ale też coś w nim w środku podpowiada mu.
Bo w sumie mógłby zacząć krzyczeć, mógłby zawołać strażnika, tak? Bo on był dla wszystkich widzialny i słyszalny. Ale też warto przypomnieć, że jeżeli chodzi o tego czarodzieja, mówiłam o zamiłowaniu do zmian. I właśnie ta chęć do zmiany, do podjęcia ryzyka zobaczenia czegoś nowego zaczynała się w nim odzywać w tym momencie. Więc tak jak jednocześnie był przerażony i chciał się cofnąć, tak jednak coś mu mówiło, żeby nie wołał o pomoc, tylko po prostu poleciał za tą dziewczyną. A może zawsze gdzieś w każdym momencie będzie mógł zainterweniować. Więc myślę, że w tym kroku ta scena, gdzie ona idzie przez jakiś czas korytarzem zamku, a może później wyskoczymy przez okno z nią. Schowała pudełko. Raczej by nie miała ze sobą żadnej sakwy czy czegoś, ale gdzieś tam miała kieszenie, tak? Czy w kubraku, czy gdzieś tam.
Więc schowała to i wyskoczyła oknem. I po dachach, po wieżyczkach bardzo sprawnie zaczęła schodzić po ścianach zamku, tak żeby ominąć wszystkie straże. I tak dalej. Oczywiście im dalej w las, tym bardziej nasz bohater orientował się, że ona to ewidentnie musiała być po prostu złodziejka. Widać było, że wie, co robi, że to nie jest jakaś jej pierwsza trudna sytuacja w życiu. Okej, kolejny etap podróży to jest spotkanie z mentorem. Tutaj w tym kroku bardziej chodzi o to, że zadaniem tego mentora czy tego, co ma się tutaj na tym etapie zadziać, jest przygotowanie bohatera do konfrontacji. Bo wiadomo, jednym z kroków późniejszych będzie główna próba i te wszystkie wydarzenia mają tak naprawdę naszego bohatera ukształtować w jakiś sposób czy przygotować. Tutaj też mamy w tym kroku miejsce na wszelkie rady, wskazówki, czy wręcz nawet artefakty, które mógłby dostać bezpośrednio od mentora, czy właśnie zdobyć w tym miejscu. Jeżeli byśmy wprowadzili tu postać mentora, to ów mentor będzie go wspierał, ale do pewnego momentu.
To nie jest tak, że on zawsze będzie miał kogoś, kto mu będzie mówił, co ma robić, czy dawał jakieś porady. Tylko to wsparcie będzie, kiedy będzie potrzebne. A później już będzie taki moment, że ten uczeń mentora, nauczyciela będzie musiał podjąć własną odpowiedzialność, własne kroki w jakimś określonym kierunku przez siebie. Taki mentor też czasem może dać kopniaka. I szczerze, to tak nie wiem. Bo jeżeli już tu mamy scenę, że uciekają z tego zamku i zostają. Wiecie, teraz byłaby super część, jeżeli byśmy to spisywali jakoś bardziej czy nakręcali film, to właśnie może tu byłby moment do dyskusji, do poznania się tych bohaterów. Może właśnie będą wędrowali przez las czy gdzieś tam poboczami jakimiś. Może ta kłótnia, może ten nasz kontubernalis będzie próbował w jakiś sposób tą dziewczynę przekonać, żeby go oddała do zamku, ale w taki sposób, żeby się nie zorientowała, że on jest uzależniony od tego pudełka. Może być sytuacja taka, że może ona pomyślała, że on ją śledzi, że on ją postanowił pilnować czy coś takiego.
Może też właśnie rodzaj takiej kłótni, że ona go będzie próbowała odgonić, a on będzie za nią leciał cały czas, nie? Wiecie, pojawia się fajne pole do tej relacji. Tutaj też mówiłam właśnie patrząc, czy jego charakter jakiś... Wiecie, on był taki też niecierpliwy raptus, buntownik i może właśnie też tutaj mogą takie rzeczy wychodzić. I myślę właśnie, co byłoby tu mentorem? Czy może właśnie sam ten ich dialog? Wiecie, ja mam tu też takie swoje luźne notatki wrzucone na tym kroku jako coś takiego jak źródła wiedzy. Może właśnie on sobie zacznie coś przypominać? Tak sobie myślę, że jeżeli będą szli lasem w kierunku tej osady ich na przykład, to może on zacznie mieć jakieś flashbacki. A może sama ta ich rozmowa czy te kłótnie może mu coś uświadomią?
Może mu pokażą, nie wiem. Myślę nad pokazaniem na przykład jego umiejętności, że gra na zwłokę. Czy właśnie zarządzanie strategiczne, tak? W końcu był strategiem, nie tylko takim od map. W sensie był od map, ale okazuje się, że może właśnie te umiejętności strategiczne można też wykorzystywać w dialogu, tak? Czy w danej sytuacji. Czyli właśnie tutaj to, żeby się nie przyznać, że jego właściwie takim kryptonitem jest to pudełko, tak? Może też dodatkowo to generowało ten strach, że jeżeli ona zniszczy to pudełko, roztrzaska czy coś, to może coś mu się wtedy stanie. Wiecie, jeszcze o tym wszystkim myślałam, bo skoro to było złote pióro w tym pudełku, trochę mnie korci, żeby nie polegało to na tym, że żeby móc zmienić tą historię, ten nasz złoczyńca, ten nasz niecny pisarz może właśnie będzie musiał ją spisać tym piórem. Więc jednocześnie tutaj też może być taki fajny element później w fabule do wykorzystania, że najważniejszy artefakt był właściwie tak niepozornie ukryty, nie?
Bo to niby było tylko pióro, z którym był związany nasz bohater, a jednak Może właśnie żeby... Ale mam pomysł teraz. Wiecie, mówiłam o tej scenie z przeszłości naszego bohatera, jak on zginął. Może było to polowanie na tego prawdziwego lidera rebelii i oni mieli się ukryć, przyczaić gdzieś i umówili się w jakimś punkcie czy w jakimś miejscu. Natomiast nasz bohater jednocześnie stwierdził, że nie pozwoli na to, żeby ktoś zabił jego przyjaciela, ponieważ on był takim głównym ogniem, inspiracją całej rebelii i on wszystkich zapalał do działania, inspirował. Więc on postanowił, że ten jego przyjaciel musi przeżyć i cieszył się, że on został ukryty. Natomiast sam, zamiast pójść do tego miejsca kryjówki, postanowił zgłosić się czy dać się złapać temu złoczyńcy i podawał się za lidera rebelii. Stworzył takie pozory, że wszystko wskazywało na to, że to on odpowiada za to wszystko i był przekonany, że zginie. Natomiast może ten złoczyńca potrzebował duszy, która będzie zasilać magiczny artefakt, którym on będzie chciał zniszczyć dany lud. To by też mogło fajnie namieszać, bo myślę właśnie, czy ten nasz bohater będzie z tego ludu.
O nie, czemu tyle dobrych historii mi się w głowie lęgnie? Można tu zrobić parę rachunków fabularnych. Cholera, odbijam trochę, ale dobra. Za chwilę wrócimy do brzegu. Czyli nasz pisarz złoczyńca chciał zmieść ze stronnic historii, z powierzchni ziemi w ogóle anulować całą cywilizację. Był przekonany, że zdobył duszę osoby z tej cywilizacji, bo to był warunek. Więc teraz będzie mógł napisać tak, że wszyscy powiązani z przodkami i tak dalej, wszyscy z tego rodu znikną. Ale nie wiedział, że pojmał tego naszego bohatera. I właściwie to on mógłby nie być z tej cywilizacji. Tak pomyślałam, że może gdzieś w trakcie walk się poznali, a może właśnie on usłyszał o tym wojowniku, może go gdzieś zobaczył.
W sensie nasz bohater tego swojego przyjaciela. I on dołączył do tej osady i bardzo im pomagał. A może on był właśnie z jakiejś zapomnianej cywilizacji? Bo myślę o czymś takim, że cywilizacja naszego bohatera już nie istnieje, że on jest jedyny z jego rodu. Natomiast przez to, jeżeli ten złoczyńca by użył tego artefaktu, to i tak nie osiągnąłby swojego celu. To mógłby być taki twist w tamtym origin story, czy nawet nie w origin story, tylko w dalszej części tutaj, którą robimy. Pomyślę, może to użyjemy jeszcze tutaj, bo trochę przed nami punktów. Chociaż też myślałam o jeszcze jednej rzeczy. Dobra, słuchajcie, ja mam być głową z wami, a nie głową teraz aż tak daleko w historiach. Więc wracając do tego punktu spotkania z mentorem.
Może flashbacki to jest coś fajnego, bo on w sumie cały czas jest tą duszą w jakimś uśpieniu, czyli może mieć tą pamięć. Bo tu jest przygotowanie bohatera do konfrontacji, rady, wskazówki. Też się zastanawiałam, żeby z niego nie zrobić mentora dla tej dziewczyny, dla tej bohaterki. Ale nie. Zrobimy faktycznie, że on zacznie sam na swój temat odkrywać rzeczy, o których nie miał pojęcia, że będzie czuł, że to nie są nowe rzeczy, ale z jednej strony nie będzie rozumiał, dlaczego ich wcześniej nie czuł, nie było, czy dlaczego on poznaje las, w którym nigdy nie był na przykład. Może też tutaj byłoby istotne, żeby on nie miał pojęcia o tym, że on kiedyś był człowiekiem. Tak myślę, że może właśnie ta pamięć została mu tak wymazana i on tyle lat już... Właśnie myślę, czy idziemy w lata. Może pójdźmy w lata. Ile?
Że prawie 20 lat, nie wiem, 16, 17 lat. Bo też nie chcę, żeby to były jakieś tam trzy lata czy rok. Tylko że on faktycznie przez tyle lat zdradzał tą swoją nieswoją osadę. Pracował na rzecz wroga, więc on był przekonany, że on od zawsze taki był, że on jest magiczną istotą, a nie że był człowiekiem, który został zaklęty w przedmiot. Dobra. I wiecie co? Myślałam jeszcze, bo tu mam taki wypisany smaczek. Gdzieś tam padło, wymyślałam jego powiedzonko. Bo zawsze gdzieś, jak tych bohaterów wymyślam, to mam tą taką rubrykę na powiedzonko. I tam wrzuciłam coś takiego: „A niech go pokrzywa pochłonie.” Coś tam z mojej głowy wypadło.
Natomiast myślę, żeby też można było w tym lesie, w ich dialogu zrobić scenę, podczas której może on wpadnie na jakieś drzewo, a może jakiś ptak go potrąci czy coś. I on wtedy wykrzyknie sobie to swoje powiedzonko, a ta dziewczyna na niego spojrzy, coś jej zacznie dzwonić w tej głowie. Bo nie wiem, czy już o tym wspomniałam, ale mówiłam, że dziewczyna będzie z tej osady i oni wracają do tej osady. W sensie ona go tam niesie. Nie wie, że niesie. I myślę teraz, bo bardzo by mnie korciło. Dobra, jesteśmy w fazie wymyślania historii, więc ja wam będę spoilerować tutaj, ile wlezie. Także my mamy prawo wiedzieć. Tu mamy kulisy. I zastanawiałam się, że może ona by była jego córką.
Tak mnie to korci. Właśnie myślę, kiedy on zginął, że może ona była mała albo może on nawet nie. Może on nie będzie... Dobra i tak stracił pamięć, bo myślę nad tym, czy on w ogóle, jeżeliby odzyskał pamięć, czy on wiedział, że ma dziecko, czy nie. No bo wiecie, była rebelia, oni byli na wojnie. A może wtedy, kiedy on zginął, zniknął, on nie wiedział, że jego kobieta jest w ciąży. Może gdyby wiedział, to by nie dał się zabić, nie zniknął, nie poświęciłby swojego życia. I może to jest fajny kierunek. Może dlatego ta dziewczyna byłaby taka bardzo do niego podobna. I właśnie ta buntownicza natura to na pewno byłoby coś, co gdzieś tam współdzielą.
Czy może właśnie to, że ona była taka nieustraszona, że po tych dachach chodziła, czy gdzieś tam po prostu jak coś obrała za cel, to to zrobiła, bo przecież wszystko jest możliwe. Czy jakieś magiczne rzeczy, artefakty jej nie przerażały. Więc możemy też tutaj właśnie taką kłótnię czy nawet tą relację ojciec-córka fajnie wykorzystać w tej historii. Może oni sami dla siebie będą tymi mentorami. A to powiedzonko to może właśnie ona skojarzy, że może matka jej opowiadała. Czy ten właśnie przyjaciel, lider dużo jej opowiadał o jej ojcu, który zginął i właśnie mówił, że nikt nie rozumiał tego głupiego powiedzonka. Ale i skąd to się wzięło. Ale zawsze on to powtarzał. A to z kolei może być trop do tego miejsca, z którego on tak naprawdę pochodził. Bo tutaj wiecie, jak sobie wyobrażam ten ród tych rebeliantów, to bardziej ich widzę w takim, chciałam powiedzieć wikingowym stylu, ale w tym wikingowym, tym takim bardziej serialowym.
Znaczy wiecie, ogólnie skóry, ubrania, skóry, kości, pióra, może jakieś małe metalowe elementy, jakieś wiecie, włosy raczej długie, poplecione czy brody długie w jakieś warkocze, w jakieś takie dziwne, różnorodne sploty z jakimiś tam rzeczami wplecionymi. Myślę o czymś takim dla tej cywilizacji. Natomiast gdzieś od początku przy naszym bohaterze dzwonił mi w głowie szaman. Mamy właśnie wypisaną tą cechę, że miał w oczach taką mistyczną głębię. Czekajcie, gdzie ja to mam? Jak zawsze miliardy w notatkach rzeczy. Nie bez powodu godzinę ględziłam na jego temat. To tutaj, że był właśnie przystojnym wojownikiem, strategiem i miał taką mistyczną głębię w oczach. Właśnie myśląc o tej głębi pomyślałam, że wiecie, taka ta pradawna wiedza od razu mi się z jakimś właśnie szamanem skojarzyło. A tu mamy: „Niech go pokrzywa pochłonie”, tak?
Więc mamy rośliny i może on będzie pochodził właśnie z jakiegoś rodu druidów czy właśnie szamanów, z takich rodów, gdzie będzie dużo zieleni, paproci, gałęzi, szyszek. Wiecie, taki typowy lud lasów. Także może też ciekawy kontrast między cywilizacjami, nie? Dobra, ale nie o cywilizacjach. Wiecie, teraz mamy sobie te porady. Okej, załóżmy w tym dialogu można by to jakoś fajnie wprowadzić. Musiałabym pewnie bardziej teraz czy dłużej pomyśleć nad tym, jakiego typu to mogły być odkrycia u bohatera. Dalej. Kolejny krok w podróży bohatera to jest przekroczenie pierwszego progu. Tutaj chodzi o to, że przygoda zaczyna wciągać bohatera i gotowy jest on spełnić tą swoją misję i stawić czoła, czy właściwie ponieść te konsekwencje, które będą z niej wynikały.
No i teraz pytanie jest takie, co tutaj w ogóle jest misją naszego bohatera? Więc jakby nie patrzeć nasz bohater został uprowadzony, ale w sumie ta relacja, czy te jakieś powracające wspomnienia tutaj myślę o tym kierunku, że ciekawią go na tyle, że oczywiście w tym lesie postanawia zobaczyć, poddać się przygodzie. I teraz się tylko zastanawiam, bo tu jest ta misja. A może, bo wiecie, rozważałam jedną rzecz, taką, że dotrze do tej osady i podsłucha ich plany i właściwie ich misja stanie się jego misją albo antymisją. Ale tutaj zastanawiam się, czy samą misją w sumie nie będzie to, ta decyzja, kiedy jeszcze w zamku mógł zawołać strażników, a nie zawołał. Czyli chciał mieć na oku tą dziewczynę i zobaczyć, dokąd go to zaprowadzi. I może jeszcze w tym lesie żałował albo próbował ją przekonać, żeby odniosła to pudełko. Chociaż to pudełko, że to jest bardzo cenne i że wzbudzi gniew tego naszego niecnego skryby. Ale może właśnie postanowił pozwolić się zanieść do tej osady i może właśnie wpadł na pomysł, że mógłby zinfiltrować tych wrogów, czy może nawet w jakiś sposób spróbować tą dziewczyną manipulować. Że może spróbowałby faktycznie doprowadzić do jakiejś tam sytuacji, no bo widział, że w jakiś sposób ona była też nim zaintrygowana.
Czy nawet właśnie po tym, jak to powiedzonko powiedział, że jakoś jej taka obojętność czy właśnie myślę, że ona nie będzie do niego wrogo nastawiona, tylko będzie tam wiecie, jakby jakaś mucha tam za nią latała i ją drażniła, nie? A tutaj jakby zobaczył to ciepło w oczach, że coś drgnęło, coś się zadziało. I ona też nie powiedziała, o co chodziło z tym jej uczuciem, z tymi emocjami. Nie dała, nie wytłumaczyła mu. Myślała może, że nie widział, ale on to wyłapał i myślał, że może gdzieś spróbuje tego użyć na swoją korzyść, czy może gdzieś jakąś relację nawiąże. Czyli ta misja, takie zinfiltrowanie. Misja ewoluowała i teraz jest taką misją zinfiltrowania wroga. Patrzę co tu jest jeszcze. I te konsekwencje. Konsekwencje mogą być takie, że w sumie może na zawsze już zostać w tej osadzie.
A może jednak ktoś coś zrobi z tym artefaktem, czy może go zamkną w jakimś skarbcu. Także miał cały czas ten lęk i wiedział, jakie są konsekwencje, ale stwierdził, że i tak nie ma wyboru i coś musi zrobić. Ten próg piąty jest tutaj prawdziwym początkiem, bo tak naprawdę dopiero tutaj, jak widzicie, zaczyna się ta prawdziwa historia. Zmieniliśmy już na poważnie lokację. Jego rutynowy, spokojny zamek, jego spokojna komnata, spokojny żywot został zaburzony i został on porwany. Pojawia się teraz w nowej lokacji, w osadzie i ogląda nowych ludzi. Wracają do niego co jakiś czas te wspomnienia. Myślę, może one by mu też sprawiały ból, mimo że jako takiego ciała nie posiada i to też może by go zaskoczyło. Ale tak jakby coś mu się w czaszkę wwiercało w jego jestestwo i nie rozumiał, dlaczego ta osada czy ta cywilizacja na niego tak działa. Może właśnie to błędnie podsycało jego nienawiść do tych, bo to w końcu są wrogowie jego, którzy nie wiedzą, że są jego wrogami.
A może ktoś z osady wykmini później, że ta czaszka latała, że ktoś tam widział tego złoczyńcę. Może wróci jakiś zwiadowca. On będzie w tej osadzie, wróci zwiadowca i zaczną się wtedy może jakieś fermenty, może coś, że mają szpiega i że to jest ta czaszka i może właśnie będą chcieli w jakiś sposób go wykorzystać. Ale myślę, że z tym to byśmy już przerzucili takie rozterki na następną część. Dobra, bo mamy teraz krok szósty, który chciałam połowicznie dzisiaj może chociaż trochę ruszyć, aczkolwiek już jest późno, więc chyba jednak zajmiemy się tym w następnym odcinku. Natomiast powiem wam tylko, że tutaj chodzi o sprawdziany sprzymierzeńców i wrogów. W dużym skrócie w tym kroku nasz bohater dopiero poznaje zasady tego nowego świata. Czyli właśnie to tutaj będzie oglądanie tej osady, patrzenie jak to wszystko działa, jak to wygląda. Może właśnie ta dziewczyna będzie cały czas ten artefakt ze sobą nosić, a może ona się nie przyzna, może tylko powie, że ukradła złoto i tak dalej, a ten się do niej przyczepił. Coś takiego.
On też przy okazji będzie poznawał zasady działania tych ludzi, czy w ogóle jak to wszystko tam się dzieje. Może właśnie też zobaczy matkę tej dziewczyny. Tym bardziej coś mu się przypomni. A może ktoś będzie opowiadał o nim. Cały czas będą go nawiedzały te flashbacki tutaj. Dalej jeszcze mamy tu właśnie zdobywanie przyjaciół. Jest dalszy ciąg, ale dalszy ciąg zostawimy na następny odcinek. Tu myślę, wiecie, zdobywanie przyjaciół. Tego zwiadowcę bym dała trochę później, więc dajmy im trochę czasu w tej osadzie, że może jednak faktycznie w jakiś sposób on będzie nawiązywał. Ta relacja z tą dziewczyną będzie się zacieśniała, ale nie w taki sposób, jak on myślał.
Im dłużej będzie w tej osadzie, tym bardziej będzie widział, że ci ludzie wcale nie są tacy źli, że mają jakieś zasady. Może właśnie też to, że ona straciła ojca, także nie pozna swego ojca i ten rodzaj takiej tęsknoty. Tak myślę. Dobra, wiecie co? Bo ja już tu bym skakała dalej, a już naprawdę długo mówię, więc na dzisiaj kończymy. Kurczę. Dobra, ja sobie zrobię notatki na zapas. Wiecie, teraz jak skończę, żeby mi to nie uleciało i za tydzień dokończymy ten odcinek. Pomyślę, czy może byśmy nie wylosowali jednak albo tej dziewczyny archetypów, albo może samemu złoczyńcy. W sumie myślę, żeby też wprowadzić postać tego przyjaciela, lidera, tego jego kumpla, za którego oddał życie.
Tu się będzie sporo działo. Dobra, okej. Przepraszam, wybaczcie rozkojarzenie, bo ja już weszłam za bardzo w historię. Dobra. Życzę wam samych cudowności, dużo inspiracji. Raz jeszcze zapraszam na fanpage'a i super, jakbyście dali znać w komentarzu przy tym. Oczywiście super jakbyście gdzieś tam dali znać jak czujecie tę historię. Może jak wy to widzicie, może macie jakieś pomysły? Bo tutaj będziemy w następnym odcinku zaczynali od tych sprawdzianów, czy też właśnie od poszukiwania przyjaciół. Czy też może i pojawi się jakiś pierwszy taki pośredni wróg?
Może coś się zadzieje. Jakbyście mieli jakieś pomysły to przygarnę wszystko, przyjmę wszystko. Może faktycznie użyjemy tego w następnej części. Cudowności wam życzę i trzymajcie się zdrowo. Pa.
[03:51:41] - Odgrażałem się, odgrażałem, że skończę dzisiaj swoje gadanie o space operze. Ta groźba zostanie niniejszym spełniona. Mówiłem, że mam tylko końcówkę do opowiedzenia już niedługo. Jak zacząłem opowiadać, to i tak wyszła godzina około. Niniejszym państwa zapraszam wszyscy, którzy są zainteresowani tym zjawiskiem popkulturowym, tym zjawiskiem fantastycznonaukowym, jakim jest space opera. Zapraszam Przez tą godzinkę na pewno się państwo nie będziecie nudzić. A ci wszyscy, którzy space opery nie lubią, mogą sobie zrobić przynajmniej w tej chwili przerwę, bo będę ględził i to ostro. Proszę państwa, tydzień temu obiecałem drugą część mojej gadaniny o space operze. I pojawiam się, żeby swoją obietnicę, czy jak niektórzy ujmą groźbę, spełnić. Przypomnę, że zakończyliśmy poprzedni odcinek na powieści „Legion Kosmosu”.
Ta powieść Jacka Williamsona była ważna, ale to, o czym opowiem państwu za chwilę, w powieści było jednak ważniejsze. Otóż po Bucku Rogersie, o którym wspominałem w zeszłym tygodniu, pojawiła się kolejna postać komiksowa, ale to byłoby za mało. Tą postacią był Flash Gordon. W 1934 roku ta postać się narodziła. Dlaczego powiedziałem, że to byłoby za mało? Bo to nie jest postać tylko i wyłącznie komiksowa. Zasadniczo to było pierwsze wydarzenie multimedialne. Pojawienie się Flasha Gordona to było wydarzenie stricte multimedialne, bo powstał komiks, serial radiowy, potem serial filmowy. Zaraz o tym serialu filmowym coś powiem. I wreszcie trochę mocno później powstały też adaptacje telewizyjne.
Co to był ten serial filmowy? Otóż amerykańskie kino miało taki format, który dzisiaj chyba jest już nieznany. Otóż film składający się z wielu krótszych filmów, taki serial jak w telewizji, tylko puszczany co tydzień w kinie. Co tydzień, co dwa tygodnie, różny był tego format. Ten format w Stanach Zjednoczonych dosyć długo się uchował, bo jeszcze o tego rodzaju historiach wspomina chociażby Stephen King. W związku z tym to forma, która była przez Amerykanów lubiana. O Flashu Gordonie, o tych filmach, o tym serialu filmowym jeszcze opowiem. A teraz trochę faktów dotyczących komiksu. Otóż Flash Gordon to jest bohater komiksu przygodowego, który został stworzony koncepcyjnie, fabularnie oraz narysowany przez Alexa Raymonda. Ten komiks po raz pierwszy opublikowano 7 stycznia 1934 roku.
On został zainspirowany i stworzony, aby konkurować z komiksem o wspomnianym już Bucku Rogersie. Zresztą ja przy okazji Bucka Rogersa mówiłem, że sukces tego ostatniego bardzo pobudził inne koncerny prasowe. Kombinowały, kombinowały, aż wykombinowały i tego Flasha Gordona można by uznać za ojca chrzestnego, a nawet może bardziej. Tym koncernem, który postanowił stworzyć nowy format, był wydawca prasy ukrywający się pod nazwą King Features Syndicate. Początkowo King Features próbował kupić prawa do opowiadań Johna Cartera, znaczy z Johnem Carterem, bo to opowiadania Burroughsa oczywiście. Opowiadania z Johnem Carterem i jego marsjańskimi przygodami. To się jednak nie udało. I ponieważ syndykat nie mógł się z Burroughsem dogadać, to wymyślili coś nowego. King Features zwrócił się do tegoż wspomnianego Alexa Raymonda, aby stworzył odpowiednią historię. Ten pokombinował i stworzył.
Jednym ze źródeł Flasha Gordona była opowieść Phillipa Waya „When the Worlds Collide” z 1933 roku. Ta kolizja, o której mowa jest w tytule, jest uzasadniona. Za chwilę się państwo o tym przekonacie, bo motywy zbliżającej się do Ziemi planety, która zagraża, może spowodować katastrofę i w ogóle same nieszczęścia może sprowadzić, jest mocno eksploatowana we „Flashu Gordonie”. Mamy też w tym serialu, w tym komiksie wysportowanego bohatera. Śledzimy też losy jego dziewczyny, a także naukowca, który im towarzyszy. Bo oni się wybierają rakietą na tę właśnie planetę, która gdzieś zabłądziła do Układu Słonecznego. To są wątki, tak jak powiedziałem, wzięte od Phillipa Waya i dosyć umiejętnie zaadaptowane. Komiks o Flashu Gordonie opowiada o losach przystojnego gracza w polo oraz absolwenta Uniwersytetu Yale. Proponuję to zapamiętać, bo to się później zmieni. Ma też kilku towarzyszy.
Między innymi jest doktor Hans Zarkov, Dale to jest jego dziewczyna. Historia zaczyna się od sytuacji, tak jak już powiedziałem, Ziemia jest zagrożona kolizją z planetą Mongo. I doktor Zarkov wymyśla statek rakietowy, który ma polecieć w kosmos i powstrzymać katastrofę. Bardzo to jest dla mnie ciekawe, jak on to miał zrobić. Przyjmijmy po prostu to na wiarę, ponieważ doktor Zarkov jest na wpół szalony. On tak naprawdę porywa Flasha i jego dziewczynę Dale. Lądują na owej planecie I doprowadzają do zatrzymania kolizji Ziemi z Mongo, ale jednocześnie przez to wchodzą w konflikt z tak zwanym, ta postać też się będzie pojawiać, Bezlitosnym Mingiem. To jest zły władca Mongo. Ta cała trójka, tak jak powiedziałem: Flash, jego dziewczyna i doktor Zarkov przez wiele lat przeżywają różne przygody na Mongo, podróżując do leśnego królestwa rządzonego przez księcia Barina, lodowego królestwa Frigi, rządzonego przez królową Frię, królestwa dżungli Tropika, rządzonego przez królową Desirę, podwodnego królestwa ludzi rekinów rządzonego przez króla Kala, a także do latającego miasta jastrzębi rządzonego przez księcia Vultana. Widzicie państwo, wątków nie brakuje.
Co więcej, to są wątki, które później wiele, wiele razy w różnych innych dziełach mających gdzieś taką naturę science fiction pojawiały się i to wielokrotnie. W kilku wczesnych przygodach towarzyszy Flashowi jeszcze książę Thun, który jest przedstawicielem ludu lwów. Ostatecznie Ming, ten złowróżbny, straszliwy władca zostaje obalony, a planeta Mongo zaczyna być rządzona przez Radę przywódców kierowaną przez Barina. Flash oraz jego przyjaciele odwiedzają następnie Ziemię i przeżywają serię przygód. Potem wracają na Mongo. Rozbijają się, no bo jakżeby inaczej? Rozbijają się w królestwie Tropika. Łączą siły z Barinem oraz innymi. Wiecie państwo, natura komiksów jest zawsze taka, że tam się wiele dzieje. Czasami akcja się zapętla, wraca.
Tak było tutaj. Tym bardziej, że ten komiks, podobnie jak komiks Bucka Rogersa, trwał latami, absolutnie latami. Tak się dzieje, że jak się skończyły koncepty na planetę Mongo, to Flash oraz jego przyjaciele podróżują do innych światów. Potem powracają na Mongo, gdzie książę Barin, żonaty z córką Minga, księżniczką Aurą, ustanowił pokojowe rządy. Z wyjątkiem częstych buntów pod przywództwem Minga, który nie kompletnie zniknął albo jednego z przywódców, których Ming wykreował. W roku 1950 Flash został astronautą. Cały czas mówimy o Flashu, bohaterze komiksów, bohaterze innych mediów to jeszcze będziemy mówić. Ale w roku 1950 Flash został astronautą podróżującym na inne planety. No i pojawia się długa historia wojny Skorpii. Flash przenosi się do innych systemów gwiezdnych, używa statków kosmicznych szybszych od światła.
Oprócz Minga i jego sojuszników, Flash oraz jego przyjaciele walczyli w tamtym czasie także z kilkoma innymi złoczyńcami, w tym z Azurą, królową czarownic, Brukukką, to jest wódz gigantów Frigi, faszystowską organizacją Czerwonego Miecza. To na Ziemi, wtedy, kiedy byli na Ziemi. Jeszcze tych bohaterów było więcej, aż nie do końca wszystkich pamiętam. Po kadencji Alexa Raymonda, tego, który rysował Flasha Gordona po raz pierwszy, późniejsi scenarzyści stworzyli nowych wrogów dla Flasha. Taki rysownik i scenarzysta jak Austin Briggs stworzył Kanga, okrutnego, bezdusznego syna Minga. Dalej stworzył też księcia Polona, który miał moc zmniejszania lub powiększania żywych stworzeń. Stworzył też pozbawioną skrupułów królową Rubię i Pyrona, mistrza komet. Skorpii to była rasa obcych, takich zmiennokształtnych, którzy pragnęli podbić galaktykę i powracali w historiach tworzonych później przez Maca Raboia i Dana Barry'ego. Natomiast as myślistwa kosmicznego, baron Dag Thula stał się okresowym nemezis dla Flasha pod koniec lat 70. Muszę powiedzieć, że już z tego wynika, jak to był długotrwały komiks.
Muszę też powiedzieć o czymś jeszcze. Flash Gordon był dosyć dobrze znany w przedwojennej Polsce. Otóż w wielu gazetach pojawiały się przedruki, a właściwie one miały różną formę. W niektórych gazetach pojawiały się opowieści pisane, ilustrowane okienkami, pojedynczymi okienkami z komiksów. Mam tu przed sobą nawet zdjęcie z jednej z gazet: „Na czerwonej planecie” i tu mamy obrazki, ale głównie to jest rzecz pisana. Pisana, opisująca, co się na pozostałych obrazkach, tych, które nie zostały zamieszczone w gazecie, co tam się znajdowało. Mamy też jednak przedruki wprost i na przykład mam komiks też z przedwojennej gazety „Tajemnica profesora... ” oj, żeby to teraz przeczytać, „Xylandora”. I tu mamy już taki klasyczny komiks. Mam też „Więźnia podwodnego świata.
Opowieść fantastyczna dla młodzieży”. I tu znowu mamy pięć obrazków oraz długi tekst, który znowu opisuje to, co w normalnym komiksie przedstawione było w obrazkach. Zatem ludzie żyjący w przedwojennej Polsce znali Flasha Gordona. Co więcej, znalazłem taką ciekawostkę. W Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się zdjęcie powstańca, który czyta komiks, dosyć gruby. Komiks o kim? O Błysku Gordonie. Mam też zdjęcie, w którym oryginalna okładka amerykańska "Flash Gordon and the Witch Queen of Mongo" pod względem graficznym wygląda bardzo podobnie w wykonaniu polskim. Oczywiście mamy zamiast Flasza Gordona Błyska Gordona i tu się nazywa — mocno jest zniszczona ta okładka — "Królowa błękitnej magii", o ile dobrze widzę. Więc tytuł się trochę różni.
Niemniej obrazek jest bardzo podobny. I to właśnie ten komiks czyta powstaniec. To zdjęcie, jeśli państwo przeszukacie zasoby Muzeum Powstania Warszawskiego, na tle zniszczonego domu młody chłopak z opaską biało-czerwoną na ręku czyta właśnie ten komiks. Powiem, że fascynujące. Jednym z takich przeciwników Flasza Gordona był też bezlitosny generał Krytus z Mongo. Wymieniam tych jego przeciwników, ale i tak nie wymienię wszystkich, bo ich tam na pęczki było i w każdym odcinku pojawiał się nowy, mniej lub bardziej straszny. Powiem państwu natomiast o tym, co obiecałem wcześniej. Otóż te seriale kinowe. Pojawiły się trzy. W 1936 roku to się nazywało "Flash Gordon".
I to był, tak jak powiedziałem, film, który normalnie trwałby kilka godzin. Tu był rozbity na odcinki i w odpowiednim czasie — nie wiem, tego już nie doszukałem — ale co dwa, co trzy tygodnie, może co miesiąc publiczność zjawiała się w kinie i oglądała dalszą część. Analogie z serialami telewizyjnymi jak najbardziej trafne. To był "Flash Gordon", 1936 rok. Ponieważ film na podstawie komiksu spotkał się z dużą aprobatą, cieszył się dużym powodzeniem, nakręcono "Flash Gordon Trip to Mars" w 1938 roku. Też się państwo nie dziwcie, że później w komiksie widzieliście państwo na czerwonej planecie Flasza Gordona w tym wydaniu polskim. I wreszcie w roku 1940 powstał "Flash Gordon Conquers the Universe", czyli podbija ten wszechświat. Super! Te seriale kinowe "Flash Gordon", między innymi ten z 1936 roku, został w pewnym momencie skondensowany do filmu pełnometrażowego. Czyli przycinamy dłużyznę, montujemy i tworzymy film, na który już nie trzeba chodzić co jakiś czas do kina, tylko można obejrzeć za jednym zamachem.
I to nosiło tytuł "Flash Gordon or Rocketship or Space Soldiers". Ewentualnie krótszy tytuł "Flash Gordon Spaceship to the...". No właśnie, jak to się czyta? W nieznane. W nieznane w każdym razie podróżował. Serial z 1938 roku połączono w pełnometrażowy film zatytułowany "Flash Gordon the Deadly Ray from Mars". I wreszcie ten serial z 1940 roku skondensowano do pełnometrażowego filmu "The Purple Dead from Outer Space". Cokolwiek miałoby to oznaczać. Śledząc historię Flasza Gordona, warto też powiedzieć o kilku takich ciekawostkach. Otóż po tym okresie zafascynowania kinowego w latach 30.
ponowna kinowa fascynacja pojawiła się na początku lat 70. W 1970 roku kilku znanych reżyserów próbowało nakręcić film na podstawie historii Flasza Gordona. Posłuchajcie państwo, jakie to były nazwiska. Federico Fellini otrzymał prawa do Flasza Gordona od Dino de Laurentiisa, ale po dłuższych, krótszych wahaniach nie zdecydował się na nakręcenie filmu. George Lucas również próbował nakręcić film — znowu na początku lat 70. — o Flaszu Gordonie. To nawet chyba było dokładnie w 1970 roku. Musiałbym sprawdzić. Ale nie był w stanie nabyć praw do nakręcenia od Dino de Laurentiisa. Czyli widzicie państwo, Dino de Laurentiis Federico Felliniemu prawa przekazał, a George'owi Lucasowi nie.
Był wtedy jeszcze za mało znany. Ale widzicie państwo, to tak się bardzo często dzieje, że jak ktoś nie otrzymuje szansy w jednym miejscu, to sobie znajduje szansę w miejscu drugim. Bo dzięki temu, że George Lucas nie nakręcił Flasza Gordona, chwilę — mierzoną co prawda w latach — ale chwilę potem nakręcił "Gwiezdne wojny" i chyba nam to wszystkim na dobre wyszło. De Laurentiis zatrudnił innego reżysera, Nicholasa Regga, żeby nakręcił film. Żeby spróbował jednak. Skoro nie chciał Fellini, to może ten. Ale kiedy została przedstawiona lista pomysłów, które zaproponował reżyser, to Laurentiis nie był zadowolony. W związku z tym zaczął rozważać, czy nie zatrudnić innego jeszcze reżysera, Sergio Leone. Ale Sergio Leone chyba jednak wolał kręcić spaghetti westerny, bo w rezultacie nie. W rezultacie film nie powstał.
Jest na to dokładne uzasadnienie, bo Leone uważał, że scenariusz, który został mu podsunięty, za mało nawiązuje do oryginalnej historii Flasza Gordona. W związku z tym wypiął się na ten film. Powiedzmy sobie to szczerze. Ostatecznie Dino de Laurentiis zatrudnił Mike'a Hodgesa do wyreżyserowania filmu. Ta fabuła, która powstała, jest luźno oparta na pierwszych kilku latach komiksu i w pewnych miejscach rewiduje historię Flasza. I tu — tada! — to, co podkreślałem: już nie jest graczem w polo. Jest rozgrywającym New York Jets, czyli zmienił dyscyplinę sportu. Te rysunki Raymonda pojawiają się, bo ta wersja kinowa wreszcie powstała. Film "Flash" powstał.
Muzykę do tego filmu zrobił zespół Queen. Chociażby z tego względu ten film warto obejrzeć, ale tak jak powiedziałem, rysunki Raymonda, czyli pierwszego rysownika, pojawiają się w czołówce filmu. Tego filmu źle nie wspominam, ale bez specjalnego zachwytu. Warto też powiedzieć, że to nie jest jedyna przygoda z filmem, bo wcześniej, w 1967 roku powstała niskobudżetowa turecka adaptacja komiksu o Flashu Gordonie. Ona miała tytuł "Bitwa w kosmosie". Flasza Gordona zagrał aktor turecki. Jego nazwisko nic mi nie mówi. W każdym razie historia nie była specjalnie udana. Powiem jeszcze tak: Rob Pratt, reżyser popularnego filmu fanowskiego "Superman Classic", nakręcił również "Flash Gordon Classic". Wydany został ten film w maju 2015 roku.
To był film animowany, krótkometrażowy i wierzcie mi państwo, niespecjalnie udany. To teraz prześledźmy sobie historię, bo to nie jest koniec historii Flasza Gordona. Prześledźmy sobie historię seriali telewizyjnych, a ta jest, wierzcie mi państwo, niezwykle bogata. Pierwszy telewizyjny Flash Gordon pojawił się w 1954 roku. To był czarno-biały telewizyjny serial science fiction oparty na historii z komiksu Alexa Raymonda. To była koprodukcja zachodnio niemiecko-francusko-amerykańska. Serial bardzo mocno odbiega od fabuły komiksów. Scenarzyści umieścili Flasza Gordona oraz jego przyjaciół w roku 3203 i oni byli przedstawicielami agencji Galaktycznego Biura Śledczego. Podróżowali w związku z tym po całej galaktyce w statku kosmicznym Sky Flash, walcząc z rozmaitymi kosmicznymi złoczyńcami. Bardzo mocno odbiegało od pierwowzoru.
"Nowe przygody Flasza Gordona" to tytuł kolejnego serialu. On był znany również pod tytułem "Przygody Flasza Gordona". Taki animowany serial telewizyjny z lat 1979-1982. Niektóre źródła podają, że jednak 1980. Nie potrafiłem tego zweryfikować do końca, więc podaję obie wersje. Łącznie powstały 32 odcinki. Podstawowa historia w tej opowieści mówi o Flashu Gordonie i jego towarzyszach, którzy podróżują, a jakże, na Mongo, gdzie zostają zmuszeni do walki przez władcę tej planety, Minga Bezlitosnego. Bywa też okrutny, ale tym razem jest bezlitosny. On ma jeszcze córkę, księżniczkę Aurę. Ma też armię metalowych ludzi.
I to wszystko, ta siła złego na biednego Flasza. Bohaterowie doprowadzają do stworzenia sojuszu króla Thuna, przywódcy ludu lwów, księcia Barina, władcy Arborii oraz króla Vultanu, przywódcy jastrzębi. To był kolejny serial i mamy następny: "Flash Gordon: Największa przygoda ze wszystkich." Film animowany z '82 roku. On jest ciekawy ze względu na polski wątek. Otóż podczas II wojny światowej Flash Gordon przebywa na tajnej misji w Warszawie. Ta Warszawa cierpi z powodu ciężkich bombardowań. I tam pojawia się w mieście ten Flash Gordon, bohater nasz niezwykły. Pojawia się nieco zbyt późno i jego kontakt operacyjny jest bliski śmierci. Jedyne, co mu zdąży zakomunikować, to że ma specjalną wiadomość dla doktora Zarkowa. To przypomnę, w pierwszych wersjach był współtowarzysz podróży Flasza Gordona na Mongo.
Zanim umrze, udaje się temu kontaktowi operacyjnemu wypowiedzieć tylko jedno słowo: "Mongo." Więcej nic nie daje rady wypowiedzieć. I w związku z tym pojawia się zagadka. Flash podróżuje, aby znaleźć Zarkowa, o którym się dowiaduje, że powinien go znaleźć, a przy okazji spotyka zadziorną reporterkę Dale. I bardzo szybko ta Dale staje się oczywiście jego dziewczyną. Nic nowego, bo w końcu w tej historii Dale zawsze była dziewczyną Flasza Gordona. Przy okazji podróży, kiedy podróżują samolotem, są bombardowani przez deszcze meteorytów, uszkadzają ten samolot, spadają na ziemię, ale oczywiście przeżywają, uciekają przed strumieniami lawy, znajdują tajną jaskinię oraz statek rakietowy. To wszystko znajdują po wypadku, a doktor Zarkov wprowadza ich na pokład tego statku rakietowego i odlatują. Kiedy robi się już bezpiecznie, Zarkov wyjaśnia, że udają się na misję na wędrującą planetę Mongo. Jak państwo posłuchacie, to wszystko się kręci wokół tych samych historii, tylko to jest odmieniane na różne sposoby, zmieniane, miksowane. W gruncie rzeczy za każdym razem historia jest bardzo podobna.
Zarkov chce przekonać przywódców planety, aby odwołali atak na Ziemię. Flash i jego dziewczyna Dale zgadzają się pomóc Zarkovowi. Jednak zanim zdążą nawiązać kontakt z przedstawicielami Mongo, wrogie statki kosmiczne zestrzeliwują ich pojazd, zmuszają do lądowania na Mongo. To jest takie zadzierzgnięcie akcji. Kolejny serial, w którym Flash się pojawia, to jest "Defenders of the Earth". Amerykański serial animowany. Animacja odgrywa główną rolę w przypadku Flasha. Ten serial został wyprodukowany w 1986 roku i liczy aż 65 odcinków. Flash Gordon oraz jego syn Rick, to pewna nowość, uciekają przed bezlitosnym Mingiem, który wyczerpał zasoby naturalne swojej rodzinnej planety Mongo i zapragnął eksploatować Ziemię. Ming próbuje wyprać mózg żonie Flasha.
Dale opiera się jednak dzielnie i tak się opiera, że w końcu umiera. Ale jej psychika, to nie tak łatwo jest umrzeć w filmie animowanym. W komiksie też nie jest łatwo umrzeć, bo jej psychika zostaje wlana do superkomputera, do jego pamięci. I tak jakby Dale żyje w dalszym ciągu. Aby chronić Ziemię przed inwazją, Flash łączy siły z kilkoma bohaterami i powstaje grupa nazywana Obrońcami. Obrońcami z dużej litery oczywiście. Kolejny serial o Flashu Gordonie. Serial animowany nie nazywa się jakoś oryginalnie, bo się nazywa "Flash Gordon". I ten serial powstał w 1996 roku. W serialu bohater cofnął się do okresu, gdy był nastolatkiem i podobnie jak w poprzednich wersjach połączył swoje siły z Dale oraz pewnym łysiejącym naukowcem, który jest Hansem Zarkovem oczywiście.
I tu zarówno Flash, jak i Dale są dziećmi personelu Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, a ich rodzice byli amerykańskimi astronautami, którzy przebywali w kosmosie, kiedy po raz pierwszy pojawiły się siły inwazyjne Minga. Minga bezlitosnego oczywiście, które chciały zaatakować Ziemię. Cóż, to jeszcze nie jest ostatni serial, ale tym razem w roku 2007 powstał serial pod jakże oryginalnym tytułem "Flash Gordon." W 2007 roku tak jak powiedziałem. Tym razem Mongo jest rządzona przez bezwzględnego dyktatora. Zgadnijcie państwo jakiego? Oczywiście Minga, który kontroluje jedyne źródło czystej, bezpiecznej wody pitnej na Mongo. Patrzcie państwo, mamy już wątek ekologiczny. W przeciwieństwie do poprzednich adaptacji, Ming nie jest nazywany bezlitosnym. Zamiast tego mówi się o nim czasami w niektórych fragmentach życzliwy ojciec. W dodatku też, w przeciwieństwie do wielu takich adaptacji wcześniej ukazujących tego bohatera jako trochę karykaturalnego satrapę, Ming tak był przedstawiany.
Tym razem Ming jest przedstawiany jako człowiek taki po pierwsze przewrotny, bardzo podobny do wielu współczesnych dyktatorów. Czyli to nie jest kompletny idiota, tylko człowiek przebiegły. Nie przypomina tej postaci z pierwszych obrazów, takiej nieco groteskowej. Ponadto, w przeciwieństwie do poprzednich przedstawień, Ming jest człowiekiem rasy kaukaskiej. Nie jest już łysiejącym mężczyzną, właściwie łysym mężczyzną z Azji Wschodniej. Niechżeż się domyślę, czyżby jakaś poprawność polityczna wchodziła w grę? To tyle, jeśli chodzi o seriale telewizyjne, ale to jeszcze nie jest koniec. Ja tylko powiem, że tak długo mówię o Flashu, ale to jest tylko przykład, na podstawie którego staram się państwu pokazać, jak multimedialny charakter miała space opera w pewnym momencie. Wszystkie media wykorzystywano i to tak bardzo mocno je wykorzystywano. Bardzo starano się wyeksploatować, ale nie, to jest złe słowo, nie eksploatować.
Starano się wydusić wręcz wszystko, co tylko możliwe. Powiedziałem, że skończyłem z serialami. No to tak nie do końca. Ale teraz będę mówił o serialach radiowych. Już 22 kwietnia 1935 roku rozpoczął się serial radiowy na podstawie komiksu "Flash Gordon". On został zatytułowany "The Amazing Interplanetary Adventure of Flash Gordon." Miał 26 odcinków publikowanych co tydzień. Tak jak powiedziałem, serial radiowy. Seria na początku bardzo uważnie śledziła komiks i stanowiła właściwie jego cotygodniową adaptację, tego niedzielnego paska w gazecie. Przez większość emisji tak było. W każdym razie z ciągłością komiksu serial zerwał w ostatnich dwóch odcinkach.
Wtedy to Flash, Dale i oczywiście Zarkov powrócili na Ziemię, wylądowali awaryjnie w Malezji i tam spotkali Jungle Jima. Jungle Jim to była jedna z postaci komiksowych zupełnie innej bajki, ale też rysowanych przez autora Flasha Gordona. W związku z tym w radiu połączono dwie historie Alexa Raymonda. Seria zakończyła się 26 października 1935 roku ślubem Flasha i Dale. To jednak nie był do końca koniec, że tak się wyrażę. Otóż kilka tygodni później zaczęto emitować "The Future Interplanetary Adventure of Flash Gordon" i to był znowu codzienny tym razem program emitowany cztery dni w tygodniu. Czasami więcej, czasami mniej. Ta seria przechodziła szereg przepoczwarzeń. W każdym razie ona już zupełnie odeszła od komiksu Raymonda. Tu się pojawia przygoda na Atlantydzie.
Ten serial liczył 60 odcinków. A ostatni z nich został wyemitowany 6 lutego 1936 roku. Jakby to państwu powiedzieć? Wiele lat później, w 1966 roku stworzono dwa nagrania i wydano je jako longplay płytowy. I to się nazywało „The Official Adventure of Flash Gordon". To bazowało na tamtych przygodach z lat 30. I to właściwie koniec o Flashu Gordonie. Ja bym jeszcze o nim pewno mógł poopowiadać, ale w końcu rozmawiamy dzisiaj o space operze, a nie o Flashu Gordonie. Tak jak powiedziałem wcześniej, to był tylko przykład tego, jak mocno eksploatowano pomysły. Tak jak powiedziałem komiks, serial radiowy, serial kinowy, seriale telewizyjne.
Więc cała masa różnych historii. A teraz wróćmy do autora, który już się w naszej opowieści pojawił. Co prawda tydzień temu, ale się pojawił. Mam na myśli autora o nazwisku Smith o pseudonimie Dots. On poza tymi historiami, o których mówiłem w zeszłym tygodniu, stworzył książkę, powieść „Triplanetary". Jakoś to trzeba wymówić. Ona powstała w 1934 roku. Została opublikowana owa powieść „Triplanetary" w magazynie „Amazing Stories", ale to były miłe złego początki, bo Smith nie zapomniał o tej historii. Odczekał w tak zwanym międzyczasie opublikował taką serię powieści „Lensman" i doszedł do wniosku, że historia z „Triplanetary" świetnie pasuje jako taki prequel. I tak przerobił tę historię, że ona właśnie prequelem tego „Lensmana" się stała.
Dość dodać, że znowu została podtrzymana tradycja, że pomiędzy wydaniem zeszytowym w „Amazing Stories" a wydaniem książkowym „Triplanetary" minęło sporo lat. Tym razem 14, bo „Triplanetary" w formie książkowej pojawiła się w roku 1948. Ta powieść obejmuje kilka epizodów. Jak to państwu powiedzieć? Jest pewien projekt, który trwa eony. To jest projekt tak naprawdę hodowlany, stworzony przez superinteligencję rasy, która się nazywa Arisianie. Ta obca rasa hoduje dwie ludzkie linie genetyczne, aby stały się rodzajem ostatecznej broni w kosmicznej wojnie. Wojnie, którą ta rasa toczy z Edorianami. To taka inna rasa, której nie lubią. Ostatni rozdział „Triplanetary" opowiada o odkryciu bezwładnościowego napędu, który umożliwia podróże szybsze niż światło.
I pewien policjant oraz jego przyjaciele, jakoś tak to wtedy się toczyło, że zawsze byli ludzie bardzo ważni i ich przyjaciele. W każdym razie ten policjant Conway angażuje się w kosmiczną bitwę z niejakim Grayem Rogerem, piratem, gangsterem. I konflikt ten komplikuje przybycie zaawansowanych technologicznie płazowatych Nevian, co skutkuje pierwszą międzygwiezdną wojną z udziałem ludzi. Ja wiem sam, jak to państwu przedstawiam, to widzę, że starając się z jednej strony opowiedzieć jak najmniej, a z drugiej opowiedzieć jak najwięcej, nie da się złotego środka i w związku z tym skomplikowałem historię. Mam tylko nadzieję, że w tym nieco bełkotliwym opisie znajdziecie państwo takie wątki, które mogą się wydać atrakcyjne. Cóż, w każdym razie ostatnia część książki „Triplanetary" to jest opowieść o odbudowie cywilizacji ziemskiej po tej trzeciej wojnie światowej, z pewną tajną pomocą Arisian. W każdym razie ludzkość wtedy zbadała Układ Słoneczny, utworzyła Ligę Trójplanetarną, która składa się z sojuszu Ziemi, Marsa oraz Wenus. To wszędzie ludzie. W każdym razie to jest zaledwie punkt wyjścia do dalszej historii. Cóż było dalej?
Dalej była fundacja. O tej fundacji warto powiedzieć coś takiego: Fundacja Isaaca Asimova rozpoczęła się od siedmiu, nie ośmiu, przepraszam, od ośmiu opowiadań. Pierwsze z nich zostało wydane w 1942 roku. Było wydane w takim typowym pulpowym magazynie, a później te opowiadania, kolejne z nich ukazywały się w tym samym magazynie. Później połączył je Asimov i w formie książkowej pojawiła się historia, która do dzisiaj stała się pierwszą częścią trylogii. No, już nie do końca trylogii, ale o tym za chwilę. To jest historia Galaktycznego Imperium, które jest skazane na upadek. Piotr Plebaniak bardzo często do tej historii nawiązuje. Fundacja, tak jak powiedziałem, stała się trylogią, ale właśnie ostatecznie stała się wielotomową historią, bo Isaac Asimov opublikował trzy powieści w latach 50. A potem pojawiła się kasa.
I w 80. latach dopisał jeszcze kolejne części tej historii. No cóż, pecunia non olet. W każdym razie warto powiedzieć, że ta trylogia, klasyczna trylogia z lat 50. trylogia „Fundacja" to jest taki kamień milowy zarówno pod space operę, tę współczesną space operę, jak i pod historię przyszłości, którą stworzył Isaac Asimov. Co mam na myśli z tą historią przyszłości? Otóż Isaac Asimov w pewnym momencie połączył kilka różnych cykli, które stworzył, między innymi taki o robotach, taki o fundacji, jeszcze, jeszcze, jeszcze. I stworzyła się z tego naprawdę historia przyszłości. Warto zapamiętać, że pierwotna trylogia Isaaca Asimova nosi następujące tytuły: „Fundacja”, „Fundacja i Imperium”, „Druga Fundacja”. Cóż, jaka była historia tej opowieści?
Otóż 1 sierpnia 1941 roku Asimov miał wówczas 21 lat. Był absolwentem Uniwersytetu Columbia. Jechał metrem w Nowym Jorku i kombinował. Cóż, pisarz robi w metrze? Kombinuje, wiadomo. On w tym czasie znajdował się w drodze na comiesięczne spotkanie z Johnem W. Campbellem juniorem, redaktorem magazynu, kolejnego pulpowego magazynu poświęconego oczywiście literaturze science fiction. Cóż, Asimov miał do Campbella taki stosunek... Uważał go po prostu za swojego intelektualnego mentora i co więcej, przypisywał mu najpotężniejszą siłę w science fiction. Być może rzeczywiście tak było.
W każdym razie w pociągu Asimov wymyślił taką oto przesłankę do opowieści o upadku galaktycznego imperium. Przesłankę polegającą na tym, że stworzona zostaje nowa nauka, która łączy w sobie analizę historii, ale taką analizę historii pod kątem trochę matematycznym. Kto ciekawy, niech zajrzy do tej historii. Rzecz jest bardziej skomplikowana, ale chyba już jej nie ma sensu tłumaczyć. W każdym razie, kiedy Campbell usłyszał, że będzie mowa o Imperium Galaktycznym, a jednocześnie o tych mechanizmach zakulisowych, które decydują o tym, że jakiś świat upada albo się rozwija, to tak jak wspominał Asimov: „Campbell płonął tak, jak nigdy wcześniej ani później tego nie widziałem”. Powiem państwu szczerze, że Campbell nie był zainteresowany fabułą, którą wymyślił Asimov, czyli ten upadek imperium i tak dalej. Nie. Campbella zainteresowało najbardziej to, że Asimov zaproponował możliwość badania i przewidywania, prognozowania przyszłości i która to możliwość nie opiera się na wróżeniu z fusów, magii, nie wiem, jasnowidzeniu, tylko na analizie naukowej. Warto powiedzieć, że rok wcześniej wojska niemieckie wkroczyły do Paryża i Campbell zaczynał kombinować w ten sposób, że w takiej sytuacji, w której wszystko na świecie się zmienia, w której wszystko podlega jakiemuś przepoczwarzeniu, kiedy wszyscy czekają, że ktoś, jakiś mędrzec powie, co będzie dalej, to ta historia o przewidywaniu przyszłości wydała się Campbellowi niezwykła, wydała się Campbellowi po prostu prorocza. Dość powiedzieć, że w biurze Campbella obaj mężczyźni wspólnie wymyślili zasady tak zwanej psychohistorii.
To była ta metoda naukowa, dzięki której dało się przewidzieć przyszłość. I Asimov powrócił po miesiącu już z pierwszym opowiadaniem, o którym już państwu mówiłem i ono zostało właśnie opublikowane w 1942 roku. Szczegóły psychohistorii były na początku niejasne. Od razu warto powiedzieć, że Asimov niby wiedział, o czym pisze, ale powiedzmy to szczerze: nie do końca. W każdym razie, co mówił Asimov na początku? Wielki psycholog, taki jak Seldon — to przypomnę jeden z tych mędrców z Fundacji — mógł rozwikłać ludzkie emocje i ludzkie reakcje na tyle, aby móc ogólnie przewidzieć historyczny zasięg przyszłości. To tyle o Fundacji. To był tak zwany kamień milowy, jeśli chodzi o space operę. A teraz kolejny autor i kolejna powieść. Van Vogt i jego powieść „Stacja rekrutacyjna”.
Właściwie to nie była powieść. To było opowiadanie, które przerodziło się w powieść o nieco innym tytule. Tytuł tej powieści: „Ostatnia forteca Ziemi”. Natomiast „Stacja rekrutacyjna” o czym opowiada? Doktor Lel cofa się w czasie do naszej teraźniejszości. Oczywiście z przyszłości. Jak się cofa, to wiadomo. Ziemia w tym czasie jest niszczona przez okrutną wojnę i Lel rekrutuje poszukiwaczy mocnych wrażeń. Rekrutuje oczywiście do walki. To była kolejna powieść.
A teraz kobieta. „Judgement Night” pani Moore z 1943 roku. To jest space opera, która opowiada o gwiezdnym imperium. Jego centrum jest świat zwany Erikon i tam z dala od codziennych spraw imperium mieszkają starożytni bogowie, bogowie patroni. Jednak ogromne posiadłości tej rasy są atakowane. Rozpadają się przez to, że są atakowane przez młodszą rasę Havni. Spadkobierczynią cesarza jest Julie Która jest zdecydowana, że jej dynastia będzie kontynuowana i prowadzi ona kampanię wojenną wbrew życzeniom ojca. Chce dzięki temu zapewnić, że przetrwa, że ta jej rasa, ale i jej panowanie przetrwa. Ale co się dzieje? Nie wiem, czy to jest kwestia tego, że pisała to kobieta, bo ta wojowniczka niespodziewanie, zupełnie niespodziewanie, jakżesz mógłbym przypuszczać, niespodziewanie zakochuje się we władcy Havni, tej wrogiej rasy.
Takie to, widzicie państwo, historie. Chociaż sama książka nieźle wpisuje się w nurt space operowy, to jednak niektóre rozwiązania fabularne mogą się z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika wydawać jednak mocno naiwne. Tak to sobie podsumujmy i jedźmy dalej. A przed nami książka mistrza science fiction z 1947 roku. Książka „Rocket Ship Galileo”. Heinlein ją napisał dla młodzieży. To jest taka typowa młodzieżówka. Historia o trzech nastolatkach, którzy uczestniczą w pionierskim locie na Księżyc. To jest taki statek kosmiczny, proszę państwa, trochę zbudowany na zasadzie podwórkowej ciekawostki, ale w tamtych czasach, przypomnę rok 1947, to się wydawało świeże, to się wydawało interesujące. To się wydawało wciągające do tego stopnia, że „Rocket Ship Galileo” zapoczątkował całą serię młodzieżówek dla amerykańskich nastolatków.
Wydawcy początkowo odrzucili ten scenariusz, oceniając pomysł lotu na Księżyc jako, i tu uwaga, zbyt śmiały. Heinlein jednak był upartym człowiekiem i statek rakietowy Galileo w końcu pojawił się na rynku jako książka. A w tej książce śledzimy losy nastolatków, to już państwo wiecie, którzy tym podwórkowym statkiem lecą w kosmos, lecą na Księżyc. Ważniejsze są kontynuacje. W kontynuacjach bohaterowie wprowadzają między innymi Ziemię do Galaktycznej Federacji Ras i w ogóle są bardzo dzielni i bardzo wspaniali. Powtarzam, to się mocno zestarzało. Niemniej jednak warto pamiętać, że ten okres dojrzewania space opery takie utwory również zawierał. A sam Heinlein, który jest znany z absolutnie ikonicznych powieści, które się na rynku pojawiły, ma w swojej historii również taki młodzieżowy epizod. Kolejne dzieło z gatunku space opery to już nie jest dzieło książkowe, tylko dzieło telewizyjne. Nosi tytuł „Kapitan Video and His Video Rangers”.
Ten format telewizyjny powstał w 1949 roku. „Kapitan Video” był nadawany na żywo. Czyli tak jak w Polsce telewizja, kiedyś teatry telewizji również były na żywo nadawane, czasami tele-recordingiem jakoś tam zapisywane, ale część tych teatrów telewizji zniknęła bezpowrotnie, bo się recording zaciął albo coś tam nie pasowało. Więc tu podobnie część odcinków zniknęła w niebycie. Nie ma ich, ale część się zachowała. Taka już była specyfika telewizji przełomu lat 40. i 50. Ten serial telewizyjny był niesamowity, nie tylko dlatego, że był nadawany na żywo, ale też częstotliwość jego ukazywania się była imponująca. Od pięciu do sześciu dni w tygodniu. Muszę powiedzieć, że był bardzo popularny zarówno wśród dzieci, jak i dorosłych.
To się dzisiaj może wydawać absolutnym fenomenem, a jednak. Był emitowany ten serial pomiędzy 27 czerwca 1949 roku a 1 kwietnia 1955 roku. Warto powiedzieć, że pomimo dużej popularności owej serii, przez cały czas trwania produkcji była ona mocno niedofinansowana. Miała ciągłe kłopoty właśnie budżetowe. Do 53. roku przygody kapitana Video, które na żywo śledzili amerykańscy widzowie, zajmowały tylko 20 minut z 30-minutowego czasu programu. I aby wypełnić resztę i zaoszczędzić pieniądze, to było wtedy bardzo ważne, na 10 minut w każdym odcinku pojawiał się oficer komunikacji Video Ranger, aby pokazać jakieś kilka minut starszych filmów, które były opisywane. Starszych filmów, ale nie z serii Video Rangers, tylko jakichś innych, takich z różnych miejsc kinomaniactwa. W każdym razie one były opisywane przez owego oficera jako przygody, tu cudzysłów, tajnych agentów kapitana Video na Ziemi. Widzicie państwo, losy różnych produkcji telewizyjnych były czasami, muszę to dzisiaj powiedzieć, takie trochę pszenno-buraczane.
A jednak tego rodzaju programy stawały się legendą. Wczesne lata 50. to był złoty wiek opowieści space operowych. W tym czasie tworzyli tacy pisarze jak Leigh Brackett Jack Vance, Poul Anderson, Alfred Bester, Poul Anderson, Andre Norton, Harry Harrison, Roger Zelazny, Robert Silverberg, John Brunner. Te nazwiska są zapewne państwu znane. Alfred Bester, rok 1956 wychodzi powieść „The Stars My Destination". Pamiętam, kiedy ta powieść po raz pierwszy ukazała się w fantastyce, w miesięczniku „Fantastyka", wydawała się absolutnie zjawiskowa. To było objawienie. Do dzisiaj się mocno zestarzała, ale w dalszym ciągu jest to niezła powieść. Dość powiedzieć, że ona od początku była mocno krytykowana, ale żeby nie było tak fatalnie, to jednocześnie była mocno chwalona, mocno promowana przez wielu znawców fantastyki naukowej.
Z czasem autor został uznany za proroczego prekursora cyberpunku, a więc zupełnie innej dziedziny fantastyki naukowej. Tak, został prekursorem cyberpunku. Dość powiedzieć, że na dwie dekady przed w ogóle powstaniem nazwy cyberpunk. Ale „Gwiazdy moim przeznaczeniem" to również powieść, którą uznaje się za opowieść o cechach space opery. I tak doszliśmy, proszę państwa, do roku 1961. Wtedy to na niemieckim rynku pojawia się absolutny fenomen. Opowieść zatytułowana „Perry Rhodan". I to jest niemiecka seria space oper, której nazwa wywodzi się od imienia i nazwiska głównego bohatera. Tak jak powiedziałem, premiera w roku 1961, a jej historia trwa do dzisiaj. Tak, proszę państwa, do dzisiaj — ponad 60 lat.
Ta historia pisana jest przez zespół ciągle zmieniających się autorów. Sprzedano do dzisiaj ponad dwa miliardy egzemplarzy zeszytów z tej serii na całym świecie. Zeszytów, ale to nie komiksy. To są takie mikropowieści wydawane w zależności od czasów co tydzień, co dwa tygodnie. W każdym razie dosyć często, w związku z czym autorów trzeba całkiem sporo. W samych Niemczech wydano miliard zeszytów z tej serii. Pierwszy miliard na całym świecie z tych dwóch miliardów osiągnięto w roku 1986. Ta seria nowel została wzbogacona również w komiksy, słuchowiska, gry wideo w końcu. I to zjawisko bardzo podobne jak to, które przedstawiałem państwu przy okazji Flasha Gordona. Mówiłem o 1961 roku.
Te zeszyty, które zaczęły wówczas wychodzić, liczyły na ogół około 60 stron, 66 plus minus. W każdym razie do lutego 2019 roku ukazało się 3000 tych mikropowieści. Mikropowieści czy też powieści książeczkowych w serii oryginalnej „Perry Rhodan". Natomiast jest jeszcze spin-off, który do tych mikropowieści przynależy i w tej serii nazywanej „Atlan" wyszło 850 powieści. Przyznacie państwo, że to są imponujące liczby. Historia ta, która jest przedstawiona w serii, zaczyna się w roku 1971 podczas pierwszego lądowania na Księżycu. Tu już państwo widzicie, że troszkę się autorzy rozminęli. Prawdziwe lądowanie było dwa lata wcześniej, ale nie wymagajmy zbyt wiele. W końcu seria wystartowała 10 lat przed tym, zanim to, co było opisane, zaistniało. Trochę się zaplątałem.
W początkowych opowieściach amerykański major sił kosmicznych Perry Rhodan oraz jego załoga odkrywają porzucony statek pozaziemski z fikcyjnej planety Arkon. Oczywiście przywłaszczają sobie technologię Arkonidów i przystępują do zjednoczenia Ziemi. Wiem, że to idiotycznie brzmi, ale właśnie ta nowa technologia stała się takim motorem napędowym do tego, żeby ludzkość zjednoczyć. Jeśli sobie państwo skojarzycie to z opowieściami, że być może wielkie ujawnienie UFO ma również Ziemię zjednoczyć, to opowieść nie wydaje się aż tak naiwna, jak można by odnieść wrażenie na pierwszy rzut oka, ucha, czy czym tam sobie państwo rzucą. Drugim zadaniem Perry Rhodana jest wykrojenie w galaktyce miejsca dla ludzkości. Umożliwiają to między innymi pozytroniczne mózgi i napędy statków kosmicznych, które zostały przyjęte, bo one umożliwiają natychmiastową podróż hiperprzestrzenną. W miarę rozwoju serii główni bohaterowie, w tym tytułowy Perry Rhodan, otrzymują względną nieśmiertelność. To znaczy oni nie starzeją się i są odporni na wszelkie choroby. Ale oczywiście nie na gwałtowną śmierć. Czyli zawsze jakieś ryzyko, jakiś element napięcia oczywiście się pojawia.
Ta historia przedstawiona w serii „Perry Rhodan" trwa przez tysiąclecia i zawiera różnego rodzaju retrospekcje, czasami tysiące, a czasami miliony lat w przeszłość. Zakres fabuły z czasem rozszerza się, to znaczy obejmuje odległe regiony kosmosu, inne galaktyki, równoległe wszechświaty. Rozmaite struktury kosmiczne, a także podróże w czasie, paranormalne moce, rozmaitych kosmitów od groźnych, bardzo wrogich, po bezcielesne, ujmujące, ezoteryczne istoty, które mają moce niemalże boskie. To uniwersum, w którym rozgrywa się fabuła, nosi nazwę Einstein Universe. Czasami bywa też nazywane Mikrah. Prawa naturalne, które obowiązują w tym wszechświecie, są prawami prawdziwego wszechświata. Tego, który znamy, ale według wiedzy z końca XX wieku. Wszelkie nowsze teorie na temat na przykład ciemnej materii, ciemnej energii, już nie są uwzględniane w tej opowieści. Prawa natury podążają za starymi teoriami. Niektóre z nich często zostały już obalone.
Chodzi jednak o zachowanie spójności serii, żeby ona się autorom nie rozłaziła w szwach. W każdym razie wszechświat Einsteina jest tylko jednym z wielu wszechświatów. Pozostałe w większym lub mniejszym stopniu różnią się od niego. Jest na przykład taki wszechświat, w którym czas biegnie wolniej. Istnieją również takie wszechświaty jak wszechświat antymaterii, kurczący się wszechświat i jeszcze wiele innych. Każdy z tych wszechświatów ma wiele równoległych linii czasu, które są dostępne przy pomocy różnych środków przenoszenia. To nigdy nie jest technologia jednorodna, ale żeby było o czym pisać. Wszechświat Einsteina jest osadzony w wielowymiarowej rzeczywistości, która nazywana jest hiperprzestrzenią. Składa się ona z kilku podprzestrzeni, które różne technologie wykorzystują do podróży z szybkością większą niż światło. Dokładne cechy tych wymiarów czy tych pseudowymiarów nie są szczegółowo wyjaśniane w samej historii.
Granicą wszechświata jest wymiar zwany Głębokim. Używany był niegdyś do budowy gigantycznego świata w kształcie dysku. Cóż, to jest mniej więcej tak bardzo zgrubnie naszkicowana historia Perry'ego Rhodana. Ale zdajmy sobie sprawę, że kilka tysięcy opowieści nie da się w miarę rozsądnie nawet zarysować w tej, w gruncie rzeczy krótkiej opowieści. Cóż dalej, jeśli chodzi o space operę? W 1965 roku zadebiutował serial „Zagubieni w kosmosie". To też bardzo ważna historia dla space opery. W 1965 również pojawiła się „Diuna" Franka Herberta. Ta powieść uhonorowana została pierwszą w ogóle przyznaną nagrodą Nebula, ale też była ważnym elementem space opery, sposobu budowania, kreowania światów space operowych. Rok później, w 1966 roku pojawił się pierwszy sezon „Star Treka".
Mój ulubiony. On jest z punktu widzenia dzisiejszego oglądacza bardzo prosty, a nawet bardzo prosty, ale ma w sobie coś ujmującego. Coś, co sprawia, że te proste historie sprzed 60 niemal lat w dalszym ciągu tchną pewną radością zdobywania kosmosu, pewnym optymizmem w to, że ludzkość jest wspaniała. W to, że ludzkość jest w stanie pokonać każdą barierę. Niezwykła opowieść, oczywiście rozwijana przez kolejne dziesięciolecia, ale te pierwsze sezony „Star Treka" polecam. Jeśli państwo nigdy nie oglądali, to polecam obejrzeć. Ważne są historie. Nie cały sztafaż, który towarzyszy tym historiom, bo dzisiaj może wydawać się nieco groteskowy, nieco przestarzały. Ale historie są świetne. W 1970 roku Larry Niven wydaje pierwszy tom „Pierścienia", „Ringworldu".
To jest powieść, która rozpoczyna cykl dziejący się w takim dziwnym świecie pierścieniu, w którym żyją cywilizacje, który jest ogromny, który znacznie przekracza to, co możemy sobie wyobrazić w przypadku Ziemi. Ten świat z punktu widzenia człowieka właściwie nie ma końca. Nie ma takiej możliwości, żeby zwiedzić cały ten świat. Wiecie państwo, jak coś ma długość odpowiadającą orbicie Ziemi, to jest po prostu ogromne. Dalej, 1975. To wtedy pojawia się pierwszy sezon serialu „Kosmos 1999". Ja nie będę państwu o tym serialu opowiadał, ale sama historia bazuje na tym, że Księżyc zostaje wyrwany z orbity ziemskiej i zaczyna podróżować przez wszechświat. Te historie raz są lepsze, raz gorsze. Często patetyczne, często głupawe. Ale to był serial, który kształtował wyobraźnię nie tylko widzów w PRL-u.
To był jeden z tych seriali, który władza PRL-owska ściągnęła do Polski i pokazywała ludziom. Ale to był też serial, który kształtował wyobraźnię ludzi w Europie, bo ten brytyjski serial naprawdę wywarł spore piętno. Tak, lata 70. 75. rok, pierwszy sezon. Wydaje się dawno albo niedawno, to w zależności od tego, na jakim etapie swojego życia jesteśmy, ale wierzcie mi państwo, tam się da znaleźć tropy wielu, wielu, wielu późniejszych opowieści serwowanych przez bardzo wielu pisarzy. No i wreszcie rok 1977, na którym chciałbym zakończyć moją opowieść. Później są już oczywiście kolejne space opery, ale do nich dotrzecie państwo bez trudu. Ja postanowiłem zakończyć na „Gwiezdnych wojnach”, bo co prawda nie wszyscy uważają, że jest to space opera. Niektórzy mówią, że to science fiction, ale to, co wówczas powstało, czyli „Gwiezdne wojny”, bo tak się to wcześniej nazywało.
Dzisiaj to się nazywa „Nowa nadzieja”. Dzisiaj to jest czwarty odcinek wielkiej sagi. Wtedy był to po prostu film kinowy, który zapierał dech w piersiach, który budował nową wyobraźnię, który sprawił, że te dzieła, które znacie już państwo, te dzieła space operowe, one być może są inne, niż byłyby, gdyby filmu zatytułowanego „Gwiezdne wojny” czy dzisiaj „Nowa nadzieja” nie było. Gdyby ten film się nie pojawił, może to byłoby wszystko zupełnie inne. Na tym kończę moją przydługą opowieść o space operze. Polecam się państwu na przyszłość. I cóż, życzę państwu wielu owocnych poszukiwań i zajrzyjcie państwo czasami do tych odległych książek i filmów, które państwu w obu częściach poświęconych space operze opisałem. No i jeśli państwo zechcecie, polecam też łaskawej pamięci swoją space operę zatytułowaną „Wojna cieni”. Pierwszy tom wyszedł rok temu po raz kolejny, a w tym roku już dostępny jest tom drugi „Wojna cieni”. No cóż, myślę, że fajna lektura, ale mnie jako autorowi nie wypada się przechwalać, więc po prostu wspominam, że coś takiego jest.
A od państwa zależy, co z tą wiedzą zrobicie. Pięknie dziękuję i do następnej opowieści. W warunkach akademickiego roku to audycja dopiero nabierałaby rumieńców, dopiero by się rozkręcała, dopiero nabierałaby tempa. No nie. Teraz mamy wakacje. Pora jest i tak późna. W związku z tym zapraszam państwa na spotkanie z Piotrem Plebaniakiem. Na to tradycyjne spotkanie z Piotrem Plebaniakiem, w którym kombinujemy, jak tu budować i niszczyć imperia. A zatem to widomy znak, że zbliża się koniec dzisiejszego „Bibliotekarium 2.0”. Ale najpierw zapraszam na spotkanie z Piotrem Plebaniakiem.
Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[04:56:19] - Dzień dobry. Jak zwykle pozdrawiam z Tajwanu.
[04:56:21] - Panie Piotrze, dzisiaj jest krótkie hasło, ale konkretne, powiedziałbym. Cytuję: „Jesteśmy gatunkiem opierającym przetrwanie i zdolność rozmnożenia o parametry kultury. Kultura zaś to system naśladowania zachowań”. Naprawdę?
[04:56:43] - No naprawdę, naprawdę. Zbudowani jesteśmy pewnym konstruktem oprogramowania kulturowego, które sprawia, że potrafimy współpracować z innymi osobnikami tego samego gatunku albo na zasadzie symbiozy czy też pasożytnictwa ze zwierzętami i roślinkami, którymi się żywimy. Ale kluczem do zrozumienia tego dzisiejszego prawidła jest właśnie ta zdolność do kooperacji. Kooperacja to są dwa zjawiska tak naprawdę. Po pierwsze zdolność faktyczna do współpracy, prawda, że jest nas dwóch i tylko razem jesteśmy w stanie zbudować jakąś tratwę, żeby się przeprawić przez rzekę. Przepraszam, upraszczam maksymalnie. Natomiast człowiek jako gatunek Homo sapiens ma zdolność do ultrakooperacji, czyli do uczenia się od ludzi, z którymi nie ma bezpośredniej styczności. Mówię tu o uczeniu się z książek. Mówię tu o uczeniu się z jakichś obcych wzorców kulturowych, które docierają do nas przez pośredników. I ta zdolność do ultrakooperacji jest zdolnością korzystania z doświadczeń innych osób, których nie znamy fizycznie, osobiście.
I teraz, kiedy człowiek Homo sapiens ewoluował, kiedy nasz gatunek się kształtował, miało to miejsce wedle oczywiście współczesnych, aktualnych teorii antropologicznych na terenach pokrytych sawanną, lasów przekształconych w sawannę. Ta zmiana środowiskowa wywoływała presję na dostosowanie się do nowych warunków. Stąd człowiek zaczął być myśliwym polującym w dzień w tej niszy, w której nie polowały lwy, inne kotowate i też inne drapieżniki. To jest nieco bardziej skomplikowane, natomiast istotne. I po to, żeby się wcisnąć w tą niszę ekologiczną, człowiek musiał wykształcić swoje własne techniki myśliwskie i życia społecznego, które umożliwiałyby mu przetrwanie w tym środowisku pełnym innych drapieżników. Przepraszam, że to tak jest skomplikowane i pozornie nie na temat, natomiast jest absolutnie ściśle na temat. Teraz po to, żeby ultrakooperacja funkcjonowała jako mechanizm biologiczny warunkujący przetrwanie, czyli odsiewający tych, którzy tego nie potrafią, to musi nastąpić jakaś presja na fitness, to się tak nazywa fachowo. W wyniku działania tej presji była właśnie zdolność do naśladowania skutecznych wzorców zachowań, skutecznych w zdobyciu pokarmu, przetrwaniu, w rozmnożeniu się i tak dalej. W związku z tym ta grupa była w stanie przetrwać i rozszerzyć zakres swojego terytorium na przykład i pokonać konkurencyjne grupy, która w lepszym, skuteczniejszym stopniu zdolna jest uruchomić biologicznie wykształcone, nie tylko biologicznie, bo także kulturowo doszlifowywane naturalnie, bo to jest taka podwójna ewolucja kulturowo-genetyczna. Ta grupa była w stanie przetrwać, która była w stanie lepiej, skuteczniej przekopiować te wzorce.
Oczywiście ten proces kopiowania, tak jak w znanym nam rozmnażaniu genetycznym, podlega rozmaitym błędom, mutacjom, zabrnięciu w jakiś ślepy zaułek ewolucyjny. Natomiast generalnie mechanizm doprowadził do tego, że my jako ludzie jesteśmy mistrzami kooperacji, mistrzami precyzyjnej ultrakooperacji. Bo proszę zobaczyć, co my robimy. Bierzemy sobie z internetu jakąś książkę, którą napisał jakiś mędrzec trzy tysiące lat temu, to są sztuka wojny, będę mówił, więc od razu tak mówię, odległym przykładem. Bierzemy książkę, którą napisał ktoś trzy tysiące lat temu, nie wiadomo gdzie, gdzieś tam w Chinach, gdzieś tam w środkowym biegu rzeki Żółtej w domyśle. I jesteśmy w stanie tą wiedzę czerpać, przełożyć ją na współczesną sytuację i zapewnić sobie zwycięstwo w jakichś przepychankach z naszymi przeciwnikami, którzy chcą czy nas pozbawić zasobów, czy nas w jakiś sposób skrzywdzić. Więc zdolność do ultrakooperacji, czyli uczenia, do kopiowania zachowań jest podstawową cechą warunkującą przetrwanie. A z tego wynika to, że jest to cecha, którą należy w przeciwniku zniszczyć po to, żeby go pokonać. I na tym właśnie polegało całe rozumowanie, z którego to prawiło zostało wyciągnięte.
[05:01:51] - Panie Piotrze, ale pan to tak o lwach opowiadał i o takich innych stworach. A jakbyśmy przełożyli tego rodzaju działania na dzisiaj, na to, co nas otacza, to jaki pan przykład by przywołał?
[05:02:07] - Czym jest kultura? Ta, którą my uważamy, że jest tym, co... Przepraszam, zaplątałem się. Nadal jeszcze się źle czuję. Bardzo przepraszam wszystkich za to. Nie do końca chyba składnie mówię. Natomiast kultura jest pewnym zestawem oprogramowania decydującego o tym, jak się zachowujemy w określonych sytuacjach, czyli w jaki sposób walczymy o przetrwanie. W tym sensie na co dzień, w jaki sposób zarabiamy pieniądze, czy w jaki sposób upewniamy się, że jesteśmy w grupie, która jest w stanie jakoś kolektywnie obronić się przed przeciwnikiem, który ma podobne do nas cechy gatunkowe, czyli też ma zdolność do kooperacji. Więc w takiej sytuacji, kiedy ten zbiór oprogramowania kulturowego jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, co nazywamy tradycją, generalnie międzypokoleniowy przekaz jest najsilniejszy w książce, którą omawiam w „Siłach psychohistorii”, czyli „The Weirdest People in the World" Josepha Henricha. Bardzo polecam wszystkim, jeżeli ktoś jeszcze nie przeczytał.
Niestety tylko po angielsku jest. Autor mówi w tej książce o bardzo precyzyjnie zrealizowanych doświadczeniach pokazujących, że przekaz tego najważniejszego, kluczowego oprogramowania kulturowego decydującego o tym, czy człowiek ma siłę samokontroli, ma zdolność do determinacji, czyli do osiągania celów wbrew rozmaitym przeciwnościom, ma rozmaite inne cechy charakteru pozwalające mu kończyć to, co zaczyna, że tak powiem, dydaktycznie zacytuję pogadanki nauczycielskie z czasów podstawówki. Te najbardziej podstawowe, elementarne mechanizmy naszej psychiki, naszej mentalności, one są wykształcane właśnie w tym przekazie międzypokoleniowym, czyli z rodziców na dzieci to przechodzi. Więc tu jest ten przedmiot ataku, kiedy myślimy, bo nasza książkę charakteryzujemy „Siły psychohistorii" jako książkę o budowie i niszczeniu imperiów, więc niszczenie imperiów polega na zniszczeniu tego przekazu międzykulturowego między rodzicami a dziećmi. Czyli niszczymy to, co sprawia, że człowiek jest częścią jakiejś społeczności, jest zintegrowany z tą społecznością i swoim losem i poczuciem swojej przynależności kulturowo-cywilizacyjnej. Każda kultura, każda grupa etniczna czy metaetniczna ma te swoje elementy, z którymi się identyfikuje i których jest gotowa częściej bronić niż tych elementów, które są jej obce. No i tak by to chyba wyglądało.
[05:04:54] - Panie Piotrze, ja się nie mogę pozbyć wrażenia, bo to już od kilku audycji. Ja się zawsze prosiłem, żeby nasi słuchacze rozglądali się uważnie wokół siebie, ale sam też tę zasadę stosuję i od kilku audycji mam to nieodparte wrażenie, że zawsze jak się rozejrzę po takiej audycji, to ogarnia mnie przerażenie. Dzisiaj pan opisał coś Co jest naszą codziennością. Niszczenie więzi międzypokoleniowej, kwestionowanie w ogóle tego, na czym zbudowana jest nasza kultura, nasza cywilizacja jest rzeczą powszechną. Zaprzeczanie temu, co było pewną tradycją. Ja rozumiem, że pewne rzeczy muszą się przekształcać, nie mogą trwać w czasie niezmienne, ale to jest proces ewolucyjny, który gdzieś tam następuje. Tymczasem nam serwuje się totalne zaprzeczenie wszystkiemu, odrzucenie tego i wprowadzenie czegoś, co mówi się, że jest nowe, a nowe jest zawsze lepsze. I to, mówiąc szczerze, jest dla mnie straszne. Opisuje pan straszne rzeczy.
[05:06:05] - No niestety jesteśmy w tej chwili w czasie wojny, wojny kulturowej. Widzimy, dostrzegamy to, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych. Jak ktoś nie dostrzega, to jeszcze raz przypominam, że najlepszy wgląd da posledzenie przez krótki okres czasu, bo przez dłuższy można mieć zrytą banię ze względu na same treści, jakie są tam prezentowane. Są dwa kanały na Twitterze, które pokazują wojnę kulturową w Stanach Zjednoczonych z najbardziej przerażającej strony to jest Libs of TikTok i Woke Archive, czyli archiwum woke. Więc jak ktoś chce zobaczyć, co tam się dzieje, to zapraszam. I wszystko to, podsumowując, to, co tam się dzieje, to jest próba wychowania dzieci, czy też inaczej ustawienia dzieci od najmłodszych możliwych lat do czerpania przyjemności i satysfakcji z rozmaitych pozytywnych bodźców wzmacniających rozmaite zachowania. Próbuje się wykształcić to w oparciu o zachowania seksualne, czy też raczej dowolność zachowań seksualnych. Po pierwsze jest to całkowicie w zaprzeczeniu funkcji rozrodczych, którym zachowania seksualne służą, a po drugie dzieci, które są tak wykształcone, są pod wpływem tak silnych bodźców, do których zbudowany jest przecież nasz układ dopaminergiczny, czyli dokrewne wydzielanie dopaminy przez nasz mózg, że dzieci takie nie są w stanie wykształcić mechanizmów społecznej aprobaty za realizowanie czynności, czy też za posiadanie wykształconych wysiłkiem cech charakteru, które służą właśnie społeczności, czy służą wzmacnianiu tej społeczności. Ten przykład, który bardzo często nadużywam w „Siłach psychohistorii", a to dlatego, że jest najbardziej klarowny, jest to przykład z eksperymentem z ptasim mleczkiem. Gdyby ktoś nie wiedział...
Pan Marek wie.
[05:08:21] - Oczywiście, że wie.
[05:08:23] - Tak, ale gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, to szybko przypominam. Dzieciak w wieku powiedzmy ośmiu, dziewięciu, dziesięciu lat jest stawiany przy stole w pomieszczeniu i eksperymentator na talerzyku kładzie mu jedno ptasie mleczko i mówi tak: „Ja wyjdę na pięć minut i jak powstrzymasz się od zjedzenia tego ptasiego mleczka do czasu, aż wrócę, to dam ci drugie.” I eksperyment nie tyle trenował, to też oczywiście, ale mierzył to, jak dziecko zostało już nauczone samokontroli do tego momentu w jego życiu. Niektóre dzieci oczywiście walczyły, walczyły i w końcu pożarły to pojedyncze ptasie mleczko, niektóre w ogóle nie, a niektóre od razu po prostu ciach złapały. I co było ciekawe w tym eksperymencie, badano potem późniejsze losy tych dzieci. Już pominę to teraz, bo nie mamy na to za dużo czasu, ale było dokładnie tak, jak się domyślacie. No i na tym polega właśnie atak, sprowadzając całą naszą pogadankę i całe to prawidło na tą społeczność, na zniszczenie tych elementów oprogramowania kulturowego, które determinuje, czy jesteśmy w stanie kooperować ze sobą i czy mamy te cechy charakteru przysposabiające nas do współpracy z innymi jednostkami tej samej społeczności.
[05:09:41] - Panie Piotrze, ale czy ja dobrze rozumiem, czy też może jednak gdzieś się mylę? Mam nadzieję, że się mylę, ale pan opisał sytuację, mówi pan o wojnie kulturowej, a ja mam wrażenie, że pan opisał sytuację zniszczenia kulturowego już nieodwracalnego. Tak jak to odczytuję.
[05:10:00] - Na tym polega wojna.
[05:10:01] - No tak.
[05:10:01] - Wojna jest aktem zniszczenia.
[05:10:03] - No tak, tylko że to już jest akt zniszczenia, który nie da się cofnąć. To znaczy nie wyobrażam sobie, żeby wrócić nawet w części do tego, skąd wyszliśmy, czyli niniejszym ci, którzy zaatakowali, wygrali.
[05:10:19] - To jest nie do końca tak. Wygrali w tym sensie, że uszkodzili nasz system zachodnich wartości w takiej formie, w jakiej jest transmitowany z pokolenia na pokolenie. Natomiast te wartości są na tyle silne, że nie potrafili tego zrobić wcześniej i nie potrafią tego zrobić do końca dlatego, że te cechy naszej mentalności, naszego charakteru, naszego gatunku, te cechy właśnie sprawiające, że potrafimy kooperować, są siłą wręcz niewiarygodnie twórczą i odporną na zniszczenie. I tu jest cała nasza nadzieja. I tu jest też przyczyna, dlaczego tak, nie wiem, jak po polsku to powiedzieć, bo po angielsku słowo mam, ale nie chcę go używać. Na tym właśnie polega ten resilience, niestety muszę powiedzieć, ta odporność naszych wartości, dlatego że to są wartości zgodne z życiem, zgodne z jakimiś prawami rozwoju naszego poznania względem świata i całego kosmosu. To wszystko Wszystko jest naszą siłą i to jest naprawdę trudno zniszczyć. Z jednej strony jesteśmy mocno poharatani, a z drugiej strony jesteśmy na niezwykle uprzywilejowanej pozycji, którą jest wyjątkowo trudno w jakikolwiek sposób uszkodzić. Trochę paradoksem, ale pocieszam.
[05:11:43] - Westchnę sobie. Nie chcę pana wciągać w dalszą dyskusję, bo tak jak pan powiedział na początku audycji, w dalszym ciągu dochodzi pan do siebie po chorobie, ale ja mam nieodparte wrażenie, iż to, że w tej chwili mocno jest lansowana i mocno zakorzenia się w naszym życiu sztuczna inteligencja, to może być już to dobicie nas na arenie. Jesteśmy gladiatorem, który walczy i się nie poddaje, ale zdaje się, że możemy zostać dobici. Ja mam zawsze skłonność do ponurych wizji, więc może się nie sprawdzą. Pięknie panu dziękuję, panie Piotrze.
[05:12:26] - Bardzo proszę. Do usłyszenia.
[05:12:29] - Do usłyszenia. Proszę państwa, to już zdecydowany koniec dzisiejszego odcinka „Bibliotekarium 2.0”. Kiedy państwo słuchacie tych słów, to ja sobie goszczę na Sedekonie, zbieram dla państwa materiały na przyszły rok akademicki, rozmawiam z ludźmi, podsłuchuję, nagrywam. Czyli jak rasowy szpieg z krainy deszczowców, tajemniczy Don Pedro. Taka moja rola. O jednym mogę państwa zapewnić: za tydzień „Bibliotekarium 2.0” znowu w wersji wakacyjnej zagości na antenie. Cóż będzie w następnym odcinku? Na pewno będzie kościany buntownik. Na pewno będzie Piotr Plebaniak w dwóch odsłonach: krótszej i dłuższej. Krótsza, wiadomo, niszczymy i budujemy imperia.
A dłuższa będzie między innymi o tym, jakie książki Piotr Plebaniak czytał, żeby później napisać swoje sztandarowe dzieło „Siły psychohistorii”, które mogę wzbogacić dla państwa cytatem: „Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, będą zmuszeni ją powtórzyć”. Jeszcze jedno muszę państwu przypomnieć, może powiedzieć. Na bibliotekarium.pl jest lista książek kanonu science fiction. Staramy się go dopiero stworzyć. Jak państwo wejdziecie na stronę bibliotekarium.pl, zjedziecie niżej, tam jest banerek, na którym jest napisane między innymi co czytać z fantastyki, literatura anglosaska i tak dalej. Jak wejdziecie państwo w ten banerek, to tam będzie między innymi adres mailowy. Poza oczywiście tytułami, które wynikły z tego, że państwo pisali do nas korespondencję i my z tej korespondencji pracowicie wyłowiliśmy ileś tam tytułów, ale uważamy, że warto tę listę jeszcze wzbogacić. Przypominam, że jeśli byście państwo chcieli, to tam jest adresik mailowy. Na ten adresik swoje propozycje państwo podsyłajcie. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze wakacyjne spotkanie.
Takich spotkań przed nami jeszcze sporo, bo wakacje dopiero się zaczynają. Jeszcze raz pięknie dziękuję. Życzę dobrej nocy i do usłyszenia za tydzień.
[05:15:24] - Mówił do państwa jak zawsze Marek Żelkowski, gospodarz AWF. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał taki tam inny Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.