[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Szanowni Państwo, przygotujcie się na to, że dziś zostaniecie z nami do rana. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:39] - Halo, halo. Witam państwa bardzo serdecznie. Mam dla państwa dwie wiadomości. Dobrą i złą oczywiście. Ale te dwie wiadomości to za chwilę. Jedno jest pewne, proszę państwa, kiedy zaczynamy audycję, to jest jeszcze jasno i zapewniam państwa, że dzisiaj idziemy na rekord. Kiedy będziemy kończyć audycję, to już będzie jasno. Prawdopodobnie. A w każdym razie niebo na wschodzie będzie już mocno rozjaśnione. Mówiłem o dwóch wiadomościach: dobrej i złej.
Ta dobra, mam nadzieję, że dobra, już padła. Czyli dzisiaj będzie absolutnie rekordowa jeśli chodzi o długość audycja. Idziemy na rekord. W końcu od czasu do czasu trzeba sobie pozwolić. Zła informacja jest taka, że to jest ostatnia tak długa audycja w tym roku akademickim. Od przyszłego tygodnia będziemy sukcesywnie skracać audycje, żeby w lipcu wejść w tryb wakacyjny, lajtowy, trzy-, czterogodzinny to góra. Dlaczego? Między innymi dlatego, że są wakacje i rok akademicki się kończy. Ale jest też drugi powód. Wyraźnie obserwuję, Marek Sęk „Ivellios” również, że ostatnimi czasy troszeczkę spada oglądalność na YouTubie.
To oczywiście żaden dramat, natomiast jest to wyraźny sygnał, że czas wakacyjny, czas ciepłych wieczorów, grilla, wakacji po prostu nastał. I nic na siłę, proszę państwa. I Markowi, i mnie, też Markowi wakacje się należą. W związku z tym przechodzimy w tryb wakacyjny. Tak jak powiedziałem, trzy-, czterogodzinny to maks.
[02:50] - Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dzisiejszą noc jeszcze spędzić i z grillem, i z „Bibliotekarium”.
[02:59] - Ależ jak najbardziej! Do tego państwa namawiam. Idziemy po rekord. Proszę państwa, zacznę od tego, że na stronie, chyba się już teraz www nie podaje, więc na stronie bibliotekarium.pl. Jak państwo na tę stronę wejdziecie, to tam jest lista fantastyki naukowej, anglosaskiej fantastyki naukowej. Musicie państwo na tej stronie zjechać do banera. Tam jest taka ramka „Felisetry” i jest baner właśnie „Lista fantastyki naukowej anglosaskiej”. Tam jest też napis: „Felisetry, wywiady, rozmowy” coś takiego. Tam wystarczy kliknąć w ten banerek i jest sporządzona lista anglosaskiej fantastyki naukowej. Lista sporządzona na podstawie korespondencji, która napływa do „Bibliotekarium”.
I ja mam do państwa prośbę, a jednocześnie propozycję o uzupełnianie tej listy. Jest tam podany mail. Ślijcie państwo swoje propozycje uzupełniające tę listę, bo my sobie w „Bibliotekarium” doskonale zdajemy sprawę z tego, że chociaż tam jest kilkadziesiąt pozycji, to zaledwie dotknęliśmy tematu. Każdy z państwa, jeśli interesuje się w ogóle fantastyką naukową, to jakieś swoje ulubione książki ma. I my zapraszamy. Piszcie państwo, zawrzyjcie w tych mailach propozycje, które będą ową listę uzupełniały. Jeszcze raz przypomnę: bibliotekarium.pl. Adres prosty. Trzeba troszeczkę zjechać w dół. Tam będzie banerek odnośnie listy fantastyki naukowej anglosaskiej.
Bardzo państwa zachęcam. A teraz już stałe punkty programu, czyli polecanki. Polecanki wydawnicze. Tu będą nowości, ale także wspomnienia. Pierwsza nowość i to taka nowość autentyczna, to jest książka Marcina Sergiusza Przybyłka wydana przez Rebis. „Gamedec” albo „Gejmdek” z podtytułem „Love and Hate”. Rzeczywiście nówka ni rdzewka. Ta książka zawiera opowiadanie „Licencja” oraz właśnie powieść „Love and Hate”. Cóż o tej książce? Jest koniec XXII wieku.
Warsaw City. I cóż się w tym Warsaw City dzieje? Torki, absolwent Uniwersytetu Medycznego Warsaw City, sprzedawca zabawek, jednocześnie człowiek skłócony z ojcem oskarżający go o śmierć matki, chce wyrwać się ze szponów Tej rzeczywistości, która go otacza. Dowiadujemy się z książki, jak wygląda zdobywanie licencji GameDeca. Kim jest Max Bełchatów, pierwszy mentor głównego bohatera? Po co podążać granicą rzeczywistości i czy ten zawód GameDeca ma w ogóle sens? „Sztuczne inteligencje nie rozumieją” – to jest z tekstu zawartego w polecance redakcyjnej, w polecance wydawniczej. „Sztuczne inteligencje nie rozumieją, co widzą, nie nadają znaczeń wypowiadanych przez siebie słowom, nie pojmują, co do nich mówimy. Nie wiedzą nawet, że istnieją. Mimo to stanowią zagrożenie nie tylko dla malarzy, rzeźbiarzy i pisarzy.” Młoda aktorka Marla szantażuje głównego bohatera, by wziął z nią udział w grze „Love and Hate Virtuality Show”.
W tej grze ludzie konkurują z programami. W ten sposób bohaterka chce powrócić do świata sceny i udowodnić, że sztuczne inteligencje nie mają szans z człowiekiem. Czy GameDecowi uda się odróżnić ludzi od botów? Jaki jest ukryty plan tej bohaterki? A jaki jest z kolei plan Thorkilla? Marcin Przybyłek to jest lekarz medycyny, wieloletni pracownik koncernu farmaceutycznego, Big Pharma. Obecnie jest trenerem i konsultantem biznesowym. Jest autorem największej polskiej sagi science fiction „GameDec”. Jest też autorem antyporadnika dla menadżerów „Sprzedaż albo śmierć”. To tylko niektóre jego osiągnięcia.
W każdym razie warto sięgnąć po książkę Rybisu. Życzę państwu przyjemnej lektury. Kolejna moja polecanka to jest nowość w wydawnictwie Stalker Books. Autor długo niewidziany na polskim rynku, aczkolwiek jeśli sięgniecie państwo do pierwszej połowy lat 90., to autor święcący naprawdę triumfy. Mowa o Tomaszu Buchińskim, a książka nosi tytuł „Złe ulice. Opowieści praskie”. Oczywiście chodzi o prawobrzeżną warszawską Pragę, a nie Pragę z południa. W opinii mieszkańców stolicy Praga zachowała przez dziesiątki lat PRL-u dawny charakter. Była dzielnicą lumpów, występku, ciemnych interesów. To na Pradze mówiło się slangiem, patrzyło krzywym okiem na obcych.
Miejscowi darzyli się absolutnym zaufaniem i panowała solidarna więź tamtej wspólnoty. Ale czasy się zmieniają. Praga stała się modną dzielnicą. Na miejscu starych kamienic wyrosły nowe bloki, takie trochę jak spod sztancy. Tomasz Buchiński w „Złych ulicach”, będących mocno rozszerzoną wersją zbioru opowiadań „Opowieści praskie”, stworzył fenomenalny obraz starej Pragi. Nakreślił kilkanaście charakterystycznych postaci: pijaków, prostytutek, gosposi, wiedźm. Mamy na Pradze magię. Mamy wiarę w śmierć. Śmierć z dużej litery, która przechadza się ulicami, a kto ją ujrzy, ma przed sobą krótkie życie. Mamy silne związki z przeszłością, miejskie legendy.
Opowieści, a jest ich 13, cztery nowele w tym zbiorze wydanym przez Stalker Books to są prapremiery. Te opowieści układają się w chronologiczną opowieść o mieście. O mieście, którego nie znamy i którego poznać już chyba nie zdążymy. Ale jeśli ktoś myśli, że to po prostu powieść obyczajowo-kryminalna, to strudze się zdziwi. Mamy tu bowiem kryminał, obyczaj, ale mamy mafię, przekupki, suspens, zabójstwa, zabójstwa na zlecenie. Mamy też krąg wiedźm walczących z odwiecznym złem. Mamy też podróże w czasie. Wszystko to składa się na bardzo zgrabną opowieść, którą gorąco polecam. Zarówno ja, jak i wydawca. A wydawca wie, co mówi, bo to w końcu człowiek bywały i człowiek czytający bardzo dużo wszelkiej fantastyki.
Mam na myśli oczywiście Wojtka Sadeję. To była moja druga polecanka i zgodnie z tradycją czas teraz na korepetycje filozoficzne. Pamiętacie państwo, w zeszłym tygodniu Trochę się zakapaćkałem i mówiłem, że będzie wywiad, a był tak naprawdę artykuł autorstwa Nicka Bostroma. Mówiłem o tym, że wcześniej czytałem wywiad i dlatego moja pomyłka. Postanowiłem iść za ciosem i ten wywiad, który czytałem, państwu przedstawić. Tekst nosi tytuł: „Transhumanizm jest sposobem myślenia o przyszłości”. Zanim ten wywiad przedstawię, to kilka słów wprowadzenia. Wywiad z profesorem Nickiem Bostromem. To jest jeden z czołowych transhumanistów, twórca manifestu transhumanistycznego, założyciel Instytutu Przyszłości Ludzkości na Uniwersytecie Oksfordzkim. Tekst wywiadu ukazał się w czasopiśmie „Oczywiście Filozofu” dwumiesięcznik w roku 2017 w numerze szóstym.
O Nicku Bostromie jeszcze kilka słów. Urodzony w '73 roku profesor filozofii na Uniwersytecie Oksfordzkim, autor licznych publikacji z zakresu superinteligencji, wzmocnień ludzkich, symulacji komputerowej oraz analiz ryzyka przetrwania ludzkości w wyniku różnych katastrof. Jego bestseller „Superinteligencja: Scenariusze, strategie, zagrożenia” ukazał się również w języku polskim, a strona www autora to nickbostrom.com. Tekst jak zawsze jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Jedźmy z tym koksem, czyli przedstawiam państwu wywiad z Nickiem Bostromem. Pytanie. Zacznijmy może od najbardziej podstawowego pytania: czym jest transhumanizm? Transhumanizm możemy zdefiniować na dwa sposoby. Po pierwsze jako ruch intelektualno-kulturowy, który podkreśla możliwości i potrzebę fundamentalnej poprawy kondycji ludzkiej poprzez rozwijanie i upowszechnianie technologii mających wyeliminować procesy starzenia się oraz umożliwiających znaczne zwiększenie ludzkich zdolności intelektualnych, fizycznych i psychicznych. Po drugie, jako badanie konsekwencji, nadziei i potencjalnych zagrożeń wynikających ze stosowania technologii pozwalających przezwyciężać podstawowe ludzkie ograniczenia, jak również badanie kwestii etycznych wiążących się z rozwijaniem, użytkowaniem takich technologii.
Wiele osób uważa, że transhumanizm jest utopijną i zgubną ideologią. Inni z kolei twierdzą, że to poważny nurt filozoficzny. Podobnie jak platonizm, tomizm, marksizm czy fenomenologia. Które stanowisko jest bliższe prawdy? Myślę, że niektóre ze wspomnianych poważnych prądów filozoficznych zawierają utopijne i niebezpieczne elementy ideologiczne. Transhumanizm obejmuje szeroki zakres stanowisk. W jego obrębie możemy znaleźć wiele istotnych i interesujących pomysłów głoszonych przez przenikliwych filozofów, ale również sporo szalonych koncepcji i ekscentrycznych dziwaków. Z jakich tradycji i założeń filozoficznych czerpie transhumanizm? Transhumanizm jest raczej luźno zdefiniowanym ruchem. Wzrastał powoli, a jego źródeł można doszukiwać się w świeckim humanizmie i w koncepcjach epoki oświecenia.
Transhumanizm utrzymuje, że obecną naturę człowieka można usprawnić dzięki zastosowaniu rozwiązań naukowych oraz racjonalnych metod, które mają umożliwić ulepszanie ludzkiego zdrowia, poszerzyć możliwości intelektualne i fizyczne oraz umożliwić większą kontrolę nad samopoczuciem czy stanami mentalnymi. Transhumaniści proponują, by każda osoba miała możliwość korzystania z takich środków, które pozwoliłyby na rozwój różnych aspektów zdolności poznawczych, emocjonalnych oraz fizycznych. Jest to nie tylko naturalne przedłużenie tradycyjnych celów medycyny czy technologii, lecz również wielka humanitarna sposobność prawdziwej poprawy kondycji ludzkiej. Głównymi koncepcjami w transhumanizmie są superdługowieczność, superdobrobyt oraz superinteligencja. Pana interesuje szczególnie ta ostatnia. Czym jest zatem superinteligencja? Superinteligencję możemy zdefiniować jako każdy intelekt, który pod względem zdolności poznawczych znacznie przewyższa człowieka dosłownie w każdej dziedzinie. Do jakiego stopnia ludzie mogą konkurować ze sztuczną inteligencją? Ludzkie ograniczenia w przetwarzaniu informacji są znaczące, dlatego przetwarzanie maszynowe znacznie będzie przewyższać te o podłożu biologicznym. Nawet stosując radykalne wzmocnienie poznawcze nie sprawimy, by nasze mózgi mogły przekroczyć możliwości oferowane przez maszyny.
Podobnie jak możliwości naszych mięśni zostały pod względem siły i wytrzymałości przekroczone przez możliwości urządzeń mechanicznych. Być może trans ludzi nie powinniśmy już uważać za ludzi. Być może te nowe istoty będą czymś innym, jakimś rodzajem postczłowieka. Czasami warto rozważyć zagadnienie potencjalnych przyszłych istot, których podstawowe zdolności będą radykalnie wykraczać poza możliwości obecnych ludzi i nie będą już jednoznacznie ludzkie według naszych obecnych standardów. Jednym z określeń dla tych istot jest postczłowiek. Ważne, by uniknąć nieporozumień. Postczłowiek nie odnosi się do istot żyjących po ludzkiej epoce ani nie ma nic wspólnego z życiem pośmiertnym, czy też z posthumanistami. W szczególności termin ten nie oznacza, że ludzie nie będą już istnieć. Rozmawiając o postczłowieku zazwyczaj jednak lepiej jest najpierw skupić się na tym, jakie konkretne cechy tych przyszłych istot mamy na myśli, a dopiero potem debatować o tym, jak te istoty nazywać. Ostatecznie niewiele wynika z dyskusji na temat tego, jaką nazwą należy określić tak złożone zjawisko.
Gdzie należy postawić granicę między ludźmi a postludźmi? Kiedy będziemy wiedzieli, że granica została przekroczona? Czy powinniśmy ją przekraczać? Słowo transczłowiek odnosi się do formy pośredniej między człowiekiem a postczłowiekiem. Zważywszy na to, jak zastosowanie na przykład medycyny czy technologii informacyjnych umożliwia nam wykonanie wielu rutynowych czynności, które zadziwiłyby ludzi żyjących w starożytności, można by zapytać, czy już nie jesteśmy transludźmi. Pytanie to z pewnością jest prowokacyjne, ale ostatecznie nie jest ono w pełni sensowne, ponieważ koncepcja transczłowieka jest ciągle zbyt niejasna, by udzielić na nie jednoznacznej odpowiedzi. Transhumanista to po prostu ktoś, kto opowiada się za transhumanizmem. Dlatego dziennikarze i pisarze, którzy wskazują, że transhumaniści to osoby uważające siebie za transludzi, popełniają błąd. Aprobowanie filozofii, która głosi, że pewnego dnia każdy powinien mieć możliwość rozwinięcia się poza granice obecnych możliwości człowieka, z pewnością nie jest tożsame z uznaniem siebie za kogoś lepszego, kogoś bardziej zaawansowanego niż inni ludzie. Wydaje się prawdopodobne, że zwykły fakt życia nieograniczonego czasowo, a przy tym spędzonego w zdrowiu i aktywnego, przy jednoczesnym gromadzeniu i zachowaniu wspomnień, umiejętności i inteligencji, będzie wskazywał na kondycję postludzką.
Postludzie mogą być całkowicie syntetyczną sztuczną inteligencją, umysłami wzmocnionymi dzięki ich transferowi do środowiska cyfrowego, bądź też być rezultatem wielu drobnych biologicznych ulepszeń człowieka. Zrealizowanie kondycji postludzkiej może więc przebiegać w różnych kierunkach. Gdy staramy się przewidywać dalszą przyszłość postludzi, postludzkości, tracimy zdolność wyobrażania sobie tego, jakie konkretne formy mogłyby one przyjąć. Jeśli oprócz poprawy zdrowia do istoty postludzkości należy zdolność do myślenia i doświadczania, jakich dziś przy naszych obecnych możliwościach nie umiemy nawet sobie wyobrazić, to nie ma się co dziwić, że jesteśmy tak bardzo ograniczeni w naszych przewidywaniach tego, jak postludzkość mogłaby wyglądać. Prawdopodobnie postludzie będą kształtować siebie i swoje otoczenie na tak wiele nowych, daleko idących sposobów, że jakiekolwiek spekulacje na temat szczegółowych cech postludzi i świata postludzkiego z góry wydają się skazane na niepowodzenie. To jest koniec wywiadu z Nickiem Bostromem. Nie wiem jak państwo, ale ja czuję duży niedosyt i czuję, że Nick Bostrom odpowiadając na pytania właściwie robił wszystko, żeby na te pytania nie odpowiedzieć. Trochę miałem, czytając to dla państwa, takie wrażenie, że żonglował słowami, przerzucał pewne pojęcia, kombinował i tak naprawdę nie chciał powiedzieć, co myśli albo też te myśli nie są do końca skonkretyzowane. Nie wiem jak państwo, ja ten wywiad odbieram dosyć sceptycznie. Nie przekonał mnie.
Wolałbym, żeby na miejscu Nicka Bostroma stanął ktoś, kto potrafi roztoczyć wizję przyszłości. Niech to będzie nawet wizja straszna. Niech to będzie wizja, z którą nie będę się zgadzał, ale przynajmniej będę wiedział, z czym się nie zgadzam. A tu przy tym pustosłowiu To właściwie nie wiem, czy się zgadzam, czy nie, bo to jest, tak jak już wcześniej powiedziałem, żonglowanie słowami i takie mówienie z jednej strony, z drugiej strony, z trzeciej strony, z piątej strony. Ale co z tego wynika? Że chcemy żyć wiecznie? Że chcemy żyć długo? Że chcemy żyć w zdrowiu? Wszystko pięknie. Tylko moim zdaniem, jak na filozofa, Nick Bostrom nie odpowiada na kluczowe pytania, które przy okazji transhumanizmu pojawiają się.
Na pewno będziemy do tych zagadnień wracać. Na razie, jeśli chodzi o korepetycje filozoficzne, to wszystko. Jedźmy zatem dalej, bo tak jak powiedziałem, dzisiejsza audycja idzie na rekord. Ale nie przedłużajmy i nie pompujmy tego rekordu sztucznie. Kolejnym punktem programu jest rozmowa z Lesem Choduniem. Pamiętacie państwo, miesiąc temu Less Hoduń gościł na antenie „Bibliotekarium 2.0”. Wtedy rozmawialiśmy o wierszach. Dzisiaj będziemy rozmawiać o powieści, w dodatku o powieści sensacyjnej. Książka nosi tytuł, powiem, bo już minęło sporo czasu od początku audycji i myślę, że algorytm na YouTubie nie zaaresztuje nam obecnej audycji. Powieść nosi tytuł „Epidemia.
Co kryje chaos?” Szczególnie to pierwsze słowo jest dla algorytmu podejrzane. Idiotyzm oczywiście, ale cóż zrobić? Algorytmy rządzą. Less Hoduń to wokalista, kompozytor, muzyk, autor tekstów, pisarz, grafik, poeta, dziennikarz, pasjonat nieznanego. Dzielił scenę z gwiazdami muzyki polskiej i zachodniej. Jego kompozycje i utwory, utwory z jego wokalami grane były w stacjach wielu krajów i znalazły się na składankach światowych magazynów muzycznych. Jego piosenka wygrała polski muzyczny Parnas Wszechczasów Radia Wnet za rok 2022, a „Maszyna” projektu Lesa Chodunia zdobyła złoty medal Międzynarodowych Targów Poznańskich w 2010 roku. Less Hoduń to autor logosów firm, instytucji i zespołów. Stworzył czołówkę programu podróżniczego dla TV Szczecin. Brał udział w programach TVN.
Był postacią i głosem jednej ze stacji RMF FM. W kwietniu 2023 roku odebrał statuetkę Osobowość Roku 2022. Proszę państwa, przed państwem Less Hoduń i rozmowa o książce „Epidemia”. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór.
[27:30] - Witam.
[27:32] - Ja tylko przypomnę, że naszym gościem zapowiadanym, i to już miesiąc temu, jest Less Hoduń, znany państwu chociażby z debat ufologicznych, ale nie tylko, bo już z „Bibliotekarium 2.0” również. Ostatnio, kiedy się spotkaliśmy na antenie, rozmawialiśmy o wierszach. Ja sobie zdaję sprawę, że wiersze nie wszystkich naszych słuchaczy ekscytują. Wiersze to jest jednak pewien poziom wtajemniczenia, który nie wszyscy chcą osiągnąć, zupełnie świadomie tego poziomu się wyrzekają, przeskakują na wyższy, tak to powiedzmy. Albo na niższy. Też tak może się zdarzyć. To dzisiaj dla tych wszystkich osób mam informację chyba dobrą. Dzisiaj będziemy mówili o prozie i to od razu z marszu o prozie. No właśnie, chciałem powiedzieć sensacyjnej, ale sensacja to się na ogół kojarzy tak popkulturowo. I to właśnie tak, że biegają i się strzelają.
Tymczasem, jak bardzo wiele osób mówi o tym, że popkultura to nie jest gorsza kultura, tylko to jest kultura przeznaczona dla szerokiego grona odbiorców, ale to wcale nie znaczy, że to jest kultura gorsza. Ona czasami jest równie dobra, warunek jest jeden: ona musi zawierać w sobie to coś. Zagadałem naszego gościa, to już tradycyjnie. Jak pan uważa, co pan sądzi na ten temat?
[29:14] - Dzień dobry wieczór, po raz kolejny. Tak naprawdę pierwszy i pełny. Co ja sądzę na ten temat? Tak naprawdę, jak powiadają mędrcy: tam, gdzie 10 Polaków, tam 20 opinii. Więc najprawdopodobniej każdy doszukałby się czegoś innego, specyficznego, co każe nazywać to coś, co napisałem lub jakąkolwiek inną formę sztuki właśnie tak, a nie inaczej, bo ktoś będzie się po prostu z tym danym terminem, którym to coś określił, będzie się po prostu czuł lepiej. Ja też mam świadomość, że ludzie mogą postrzegać to w bardzo różny sposób, bo to jest tak, że dajmy na to mówimy tutaj o kryminale, o sensacji. Ja tak swobodnie staram się to artykułować, bo ja też nie umiem szufladkować tego. Mnie bardziej interesuje historia, bardziej mnie interesuje przekaz. I tutaj właśnie jest i jedno, i drugie. Jest akcja, jest bardzo impulsywna ta akcja, bardzo dynamiczna.
Natomiast czy to będzie bardziej Thriller? Czy to będzie bardziej kryminał? Może to będzie właśnie sensacja albo jakiś thriller psychologiczny, bo też się z takimi określeniami spotykałem. Nie mam pojęcia. Mnie interesuje historia.
[30:40] - O, i tak się zderzyliśmy w eterze. Przepraszam. To pan tu ma głos, a ja jestem tylko głosem doradczym.
[30:53] - Bardzo proszę, niech pan kontynuuje, bo chciał pan do czegoś nawiązać. Wydaje mi się, że będzie to fajne uzupełnienie.
[31:00] - Chciałem nawiązać do tego, że ja po lekturze dochodzę do wniosku, że jest jeszcze jeden bardzo ważny element w tej książce. Otóż ta książka mówi o czymś więcej niż mówi przeciętna sensacja. Ona jednak zawiera w sobie dosyć duży ładunek takiej myśli. Tu nie chcę odstraszyć panu czytelników, ale samo to się nasuwa. Takiej myśli filozoficznej podanej nienachalnie, podanej gdzieś w tle, ale jednak to gdzieś tam pulsuje z tyłu tekstu. I bardzo dobrze, że pulsuje, bo człowiek czytając bardzo wartką akcję, jednocześnie dotyka czegoś, czym bardzo wielu naszych rodaków i w ogóle ludzi na świecie jeszcze całkiem niedawno było mocno podekscytowanych. Niektórzy byli mocno przestraszeni. Sam byłem przestraszony. Nie będę udawał, że nie. W związku z tym mamy takie połączenie.
Może najpierw powiedzmy o tytule. Tytuł jest, proszę państwa, będziemy go dzisiaj przynajmniej częściowo unikać, bo w nim jest, proszę państwa, w tym tytule zakazane słowo, które YouTube tępi na potęgę. Niemniej ja je krótko, szybciutko wypowiem, że chodzi o magiczne i tajemnicze słowo „epidemia”, ale jest na szczęście podtytuł: „Co kryje chaos?”. I proszę państwa, już z tego tytułu widzicie, wiecie państwo, orientujecie się, że książka jest po pierwsze bardzo aktualna. Po drugie istnieje takie podejrzenie dla tych, którzy jeszcze nie czytali, że to jest książka, która przynajmniej będzie próbowała odpowiedzieć na pytania, które bardzo wielu z nas dręczyły czy dręczą w dalszym ciągu odnośnie tego, co działo się całkiem niedawno. Czy ja dobrze odczytuję pana literackie, pisarskie intencje?
[33:11] - W pewnym sensie tak, dlatego że powinnością twórcy jest przede wszystkim samoświadomość i po drugie autentyczność przekazu, który przekazujemy odbiorcy, czytelnikowi, słuchaczowi, widzowi, jakąkolwiek formę sztuki przybierzemy. Ten akurat nurt, który gdzieś oscyluje właśnie koło kryminału, sensacji, thrillera, jest bardzo mocno związany z rzeczywistością naszą codzienną. Więc nawet pisząc gdzieś o jakichś okolicach, miejscach, ludziach, staramy się przekazywać to na tyle impulsywnie i na tyle rzeczowo, żeby wrażenie istniało. Więc to dotykanie rzeczywistości ma również wspólnotę z tym, co dzieje się ze społeczeństwem. Akurat to, co się działo ze społeczeństwem jakiś czas temu, niestety nie było zbyt fajne, bo to było coś takiego, co nagle przyszło znikąd i zrobiło kuku. I ludzie po prostu mieli rozpierdzielnik, mówiąc bardzo delikatnie, w głowie. Nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić, jak się zachować. Byli miotani różnego rodzaju nakazami, zakazami. To były przyzwolenia, to znowu były zakazy. To były ostrzejsze lub bardziej, że tak powiem, swobodne.
Wie pan, panie redaktorze, człowiek żyje w czymś takim. Bo niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy twórczy artystycznie lub filozoficzni, to jednak ta indukcja społeczna istnieje, bo przecież jesteśmy w środowisku ludzkim, żyjemy jako ludzie, jesteśmy człowiekiem, który odbiera, odczuwa, ma swoje jakieś tam przekonania, coś zauważa i coś widzi, że należy się tym podzielić. I ja akurat jestem chyba taką osobą, która stara się dzielić pewnego rodzaju podejrzeniami, wnioskami. Różnie to można nazywać. Właśnie niektórzy dopatrują się w tym, tak jak pan fajnie zauważył, tak zwanej filozofii. Z tym kojarzy się filozofia w pojęciu kolokwialnym. Wygląda to tak: „Ale ty jesteś filozof. Czyli nie masz co robić, tylko sobie po prostu coś tam gadasz, paplasz i paplasz”. Dla mnie tak naprawdę filozofią nazywane jest spojrzenie na świat. Niektórzy być może faktycznie idą zbyt daleko w takim rozgrzebywaniu rzeczywistości i być może ta filozoficzność spojrzenia jednej czy drugiej osoby bywa taka, że faktycznie może zmęczyć, może zaburzyć, może dać zupełnie mylne przekonanie odnośnie tego, o czym rozmawiamy.
Ale ja staram się przekazywać ludziom tak zwany konkret. Po pierwsze konkret, czyli to, co według mnie jest istotne do omówienia, a po drugie, jeśli już Podjąłem się napisania, zrobić to w taki sposób, żeby ludzie jeszcze mocniej odebrali to, o czym jest w książce napisane. Bo wtedy wiadomo, że człowiek, jeżeli dotyka czegoś, z czym się utożsamia, czego doświadcza na co dzień, myśli, które posiada, podejrzenia, które ma, rozmowy, które gdzieś są przeprowadzane, coś człowiek robił takiego, co zauważa w powieści, to wtedy dotyka to człowieka coraz bardziej. I wtedy myślę, że jest o wiele większa szansa na to, że taka osoba, która dotknie materii książki, będzie mogła mieć uruchomioną, jak ja to mówię, kostkę Rubika. Czyli zacznie się w tej osobie coś otwierać, co sprawi, że skupi ona myśl na tym lub na tamtym i być może dojdzie do pewnych wniosków, być może otworzy ją to na to albo zamknie pewne przekonania i tak dalej. To jest system naczyń połączonych, tak jak we wszystkim, czego doświadczamy w życiu. Więc to filozofowanie, uważam, jest tak naprawdę potrzebne, tylko ono powinno być sprawną formą analizy. I taką formę analizy ja właśnie tutaj prezentuję.
[37:55] - A to się dobrze składa, bo opowiem pewną historię. Kiedy byłem na filozofii, to jeden z wykładowców miał bardzo fajną metodę pokazywania, czym filozofia jest, a czym filozofia nie jest. Kładł na katedrze dwie kartki. Jedna kartka była zapełniona tekstem maksymalnie pokręconym, używał kwiecistego i słowotwórstwo tam było i trudne, długie zdania i wszystkie możliwe zawijasy. Trudno było złapać sens w tym tekście. I czy to jest filozofia? Obok była druga kartka, która zawierała jeden prosty wywód logiczny z logiki matematycznej, więc bardzo w sumie proste, tej podstawowej klasycznej logiki. I co jest filozofią? Od razu państwu powiem, żeby nie trzymać w niepewności, że pierwsze, o czym mówiłem, to był bełkot, po prostu. Żadna filozofia.
Natomiast prawdziwa filozofia to był ten zapis logiczny, który się znajdował, bo w nim był sens po prostu. I ja rozumiem, że filozofia nie ma dobrej prasy ostatnio i głównie kojarzy się z bełkotaniem i opowiadaniem głupot. Ale to nie jest filozofia, proszę państwa, proszę mi wierzyć. Filozofia jest pewnym sposobem myślenia i pewnym sposobem spojrzenia na świat. Dlatego tak bardzo pana książka z filozofią mi się skojarzyła, bo ona stara się ten świat tłumaczyć. To jest zupełnie inna sprawa, czy pana czytelnicy kupią od pana tę wizję, ale to zupełnie zostawmy na boku. Pan ten świat usiłuje wytłumaczyć i to jest moim zdaniem bardzo ważny element tej książki. A poza tym to żarcik taki dla wszystkich, którzy „Bibliotekarium 2.0” słuchają w miarę często. A poza tym, proszę państwa, się strzelają. Może nie dosłownie, ale chodzi o to, że akcja jest tam żywa i to jedno drugiemu absolutnie zupełnie nie przeszkadza.
Wręcz moim zdaniem jedno drugie napędza. Ale znowu oszukajmy na chwilę algorytm YouTube'a i powiedzmy, że to, co jest w tytule, czyli to wszystko, co się kojarzy z pewnym importem z Chin i tym wszystkim, co później różnie nazywano. Jedni się zaszczypawkowali, drudzy mieli kłowit, trzeci byli ocipiali. To wszystko. Wiecie państwo, o co chodzi. Mniej więcej jesteśmy w tej chwili w czasach, które opisywał Janusz Zajdel w „Paradyzji” i w kilku innych książkach. Czyli mówimy do państwa niby wprost, ale jednak nie do końca. Natomiast państwo świetnie to rozumieją i jedynym głupim, który pozostał, to jest algorytm, który nas słucha, który usiłuje za wszelką cenę coś wychwycić. I nie udało mu się. Więc okej, nie udało mu się.
Powiem tak, pytanie chciałbym sformułować w ten sposób: ile jest w pana książce, w tej warstwie właśnie przemyśleń? Ile jest pana, a ile jest rzeczy zasłyszanych, które pan jeszcze skłonny byłby poddać dyskusji?
[41:38] - Trudno jest mi powiedzieć. Nie potrafię tak skategoryzować procentowo, ponieważ bardzo dużo rzeczy starałem się umieszczać tych, które według mnie warte są rozpatrzenia. Bo to, że pewne rzeczy zostały zamieszczone w formie treści, jako akcja, jako właśnie filozofie, jako rozmowy, część rzeczy wyznaję w sensie takim, że wiem, że one istnieją i one są poparte tym, co czytałem, co oglądałem. Staram się zawsze posiłkować materiałami, które dadzą mi konkretną, wymierną informację. Czyli na przykład gdy pojawił się wtedy okres tego naporu tak zwanego Około zdrowotnego, że się tak ładnie wyrażę. Można było posłuchać prominentnych lekarzy, dajmy na to w Niemczech, we Włoszech, Holandii, w Stanach Zjednoczonych, którzy się wypowiadali na ten temat. Prawników, którzy mówili, jaki związek ma to, co się dzieje z kwestiami prawnymi, czyli jak to jest usadowione w kontekście naszego życia i czy nie dzieje się coś, co burzy nasze prawa i tak dalej. Część rzeczy pochodziła właśnie z tych zasłyszanych rozmów, z obejrzanych wywiadów, z przeczytanych materiałów, książek, streszczeń. Natomiast wydaje mi się, że część mogła być przemycona z marszu, bo starałem się też uzupełniać w trakcie akcję o elementy, które wydawało mi się, że fajnie mogą jeszcze ugryźć dodatkowo te emocje. Czyli mogą jeszcze dodać troszeczkę dreszczu.
Nie potrafię teraz skategoryzować, ale na pewno był jakiś odsetek rzeczy, które mogą być mi troszeczkę obce. Natomiast wiadomo, ja żyłem życiem Pawła w sensie takim, że starałem się go odczuwać jako bohatera i traktować go z normalnym szacunkiem, jako osobę, która ma swoje przemyślenia, ma swoje odczucia. Ona niekoniecznie musi być taką osobą, która widzi świat dokładnie tak jak ja, bo wiadomo, jeżeli piszę po swojemu i robię tylko i wyłącznie przez pryzmat moich własnych przemyśleń, wtedy jest najprościej, ponieważ mam kontrolę nad tym, co robię. Natomiast Pawła starałem się oswobodzić z tego mojego myślenia i prowadzić go tak, żeby on był bardziej pełnokrwistą postacią.
[44:43] - Mam takie pytanie, które nie do końca nawiązuje do treści książki, ale trochę do naszej rzeczywistości. Nie ma pan takiego wrażenia, że skończyło się szczypawkowanie, skończyły się te największe szaleństwa, które nas dotykały? Ale to wcale nie napawa mnie optymizmem, ponieważ nagle coraz częściej zaczyna się okazywać, że to, za co wtedy krzyczano na ludzi, mówiono, że są nieodpowiedzialni, że są głupi, że są tacy czy owacy. Dzisiaj się okazuje, że to była bzdura, że to ludzie mieli czasami rację. Ale dzisiaj ci sami eksperci, ci mędrcy, którzy wtedy mówili nam, jak powinno być, dzisiaj płynnie, jak w roku 1984 Orwella, gdzie człowiek wyszedł na mównicę i w trakcie przemówienia zmienił sojusze i nikt tego nie zauważył. Wszyscy uważali, że bardzo dobrze mówi, bardzo dobrze przemawia. Tak dzisiejsi eksperci też płynnie zmienili narrację, przeszli z jednej pozycji na drugą i nikt się temu nie dziwi. Ale nie zapomniano o ludziach, którzy kiedyś głosili coś, co dzisiaj jest prawdą i jest głoszone przez drugich, ale w dalszym ciągu jakieś dyscyplinarne postępowania wobec tamtych ludzi się toczą. Pytanie wreszcie: czy my nie żyjemy w kompletnym wariactwie? Innego słowa nie mam, bardzo przepraszam.
[46:20] - Tak pan rozszerza kontekst rozmowy, że zastanawiam się, czy będziemy w stanie to ogarnąć w jakikolwiek sposób. Żyjemy w wariactwie choćby dlatego, że przede wszystkim musimy mieć świadomość, że tak zwana władza, która siedzi gdzieś wyżej i decyduje o tym, co możemy, czego nie możemy, niestety dotykana jest przez różnego rodzaju emocjonalności, jak chociażby ego. Władza, wiadomo, jest bardzo pożądana przez ludzi. Władza daje komfort, daje poczucie wyższości. I tak naprawdę to, co dzieje się w sferze polityki, ja co prawda jestem totalnie daleki od polityki i nie chcę w ten rejon wchodzić, mówiąc bardzo delikatnie, to jednak zauważam, nawet chociażby rozmawiając czasami czy zauważając zachowania osób, które w pewnym sensie znam, a które zajmują się polityką, czy chociażby czasem zerkając na serwisy internetowe z ciekawości. Jest jakieś halo, więc co dana osoba powiedziała? Są wybory. Co mówimy przed wyborami i co dzieje się po wyborach? Mam wrażenie, że polityka posługuje się, w zasadzie posiłkuje się, a może nawet wykorzystuje potencjał nieobowiązkowości konsekwencji utrzymania obietnic. Ludzie, którzy są w polityce, są uczeni tego, że możemy mówić jedno przed wyborami, natomiast drugie możemy robić po wyborach i nikt nam nic nie zrobi, bo cztery lata mamy z głowy.
Tak mniej więcej to odczuwam. Pamiętam, jak jedna z moich znajomych, która bardzo interesowała się politologią, nawet studia robiła w tym kontekście, bardzo chciała wejść do takiej społeczności politycznej, brać udział w posiedzeniach i tak dalej, akcje, spotkania, konferencje. I nagle wytoczył się ten pierwszy czas postudyjny. Ponieważ wiadomo, studia to jest jak gdyby tylko informacja plus jakiś taki romantyzm w spojrzeniu. Mamy pewnego rodzaju wyszlifowane, wysublimowane spojrzenie, przekonanie na jakiś temat. Więc my czegoś chcemy, oczekujemy, cały czas chcemy z siebie dawać. I okazuje się, że później rzeczywistość wali to wszystko w łeb. I nagle kończy się to romantyczne spojrzenie, bo jednak mamy rzeczywistość i ludzie w normalnym trybie wyrywają sobie stołki, wyrywają sobie pieniądze z gardeł i tak naprawdę przestają się liczyć z człowiekiem. Ja na przykład mam coś takiego nawet i też powtarzam. Mam taki zapis, który sobie odnotowałem właśnie z książki: „Nie pamiętają chyba jednak tacy, że politykiem, dyrektorem, szefem czy księdzem się bywa.
Ale jeśli jest się dupkiem, to i najbardziej nabita sakiewka nic nie zmieni”. Więc pamiętając o tym, kim jesteśmy, to jest właśnie to filozoficzne spojrzenie, prawda? Czyli jak gdyby parafrazujemy naszą rzeczywistość, odbieramy ją i jesteśmy względem tego nastawieni. Więc jeżeli zechcemy to zmanipulować, to wtedy będziemy tych ludzi manipulować, bo nasze nastawienie tworzy to, co przekazujemy dalej. Niestety o polityce nie mam dobrego zdania. Nie mam dobrej opinii, bo na tyle kontaktów, na ile ja miałem, to były takie troszeczkę różne dreszczyki, różne emocje, że tak subtelnie to określę. I to jest wariactwo, bo widzi pan, teraz jest temat kolejny. Nawiążę troszeczkę, zrobię krok dalej. Nawiążę do pewnej książki „Seeds of Destruction”. To jest książka „Nasiona zniszczenia” chyba tak to powinno być przetłumaczone.
Williama Engdaha, który jest określany jako światowej klasy przodujący lider obracania się w temacie tak zwanego nowego porządku świata. Więc mówimy o nazwisku, które po prostu jest najwyżej postawione w hierarchii tak zwanego dziennikarstwa śledczego, jeżeli chodzi o temat New World Order. On napisał właśnie tę książkę, której chyba nie można dostać na rynku polskim, natomiast można trafić na obszerne opracowania. Ja to wszystko zebrałem do jednego pliku, pamiętam, i tam wyszło mi około 30 stron, więc opracowanie jest dosyć obszerne. Ale powiem tak w momencie, kiedy to przeczytałem, to jakby tuzin czołgów i ratraków przejechało mi po plecach, bo w tym momencie można wręcz powiedzieć, że już samo to opracowanie zrywa berecik z czachy i nagle człowiek się orientuje, jak ogromna jest skala przekrętów, jak ogromna jest ilość rzeczy, którymi jesteśmy karmieni jako prawdziwe, a okazuje się, że one służą zupełnie czemuś innemu. Ja siedziałem i to było jedno wielkie „wow”, ponieważ miałem świadomość, że ludzie są różni, ale w skali globalnej takie rzeczy, jak się dzieją i jak ten człowiek opisuje, naprawdę odsyłam państwa do przeczytania przynajmniej tego opracowania. Jeżeli ktoś sprawnie radzi sobie z językiem angielskim, to być może będzie mógł nabyć książkę w oryginale, czyli „Seeds of Destruction” albo „Nasiona kłamstwa” William Engdahl. To po prostu wtedy człowiekowi się oczy otwierają i naprawdę można podsumować to jednym stwierdzeniem: ja nie wiedziałem, gdzie ja żyję.
[53:22] - Pociągnijmy ten temat.
[53:25] - Mówi pan o wariactwie? Zdecydowanie uważam, tak. Jest to jedno wielkie wariactwo.
[53:31] - To ja teraz to wariactwo sprowadzę do pana książki, do „Epidemii” i do książki „Co kryje chaos”. Bo z tym wariactwem, takie mam przynajmniej wrażenie, stykamy się już właściwie na pierwszej stronie, tam, gdzie pojawia się pierwszy rozdział. Właściwie w drugim akapicie już na to wariactwo natykamy się. Widzimy je oczyma bohatera, ale jednak widzimy. Wiem, że pan ma przygotowane fragmenty. Czy ja dobrze trafiłem? Czy ten fragment też się znajduje na pana krótkiej liście?
[54:10] - Nie, akurat powiem szczerze, że jeżeli chodzi o fragment, to staram się nie sięgać aż tak daleko, żeby nie wybierać. Natomiast jedną rzecz. Przed całą treścią jest taki zapis: „Wszystkie postacie i wydarzenia opisane w książce są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących jest przypadkowe. Prawdziwym zaś i pomocnym zawsze jest myślenie, szczególnie w stanach zagrożenia i prób wywierania presji. Niech czujne oko i analityczny umysł chronią człowieczeństwo. Bez niego nawet największe pieniądze to tylko piach”. Chodzi o to, żeby ludzie umieli myśleć samodzielnie. Rozmawialiśmy wcześniej z panem redaktorem odnośnie dzisiejszej rozmowy i nawiązał mi się kontekst poszukiwania przeze mnie tematu pod tytułem: jak ludzie rozumieją słowa, jak umiemy czytać, jak umiemy rozumieć, co nam zostaje po przyswojeniu treści i tak dalej. I się okazuje co? To są dane z ubiegłego roku.
Według instytucji badawczych 75% społeczeństwa nie rozumie rzeczy, które czyta. Ja nadal nie chcę w to uwierzyć, bo to znaczy, że trzy czwarte ludzi po prostu nie ma pojęcia, co robi, o czym rozmawia, nie wie, co zapamiętuje. Takie mam wrażenie.
[55:54] - Albo zapamiętuje bardzo wybiórczo.
[55:59] - Wybiórczo i może czasem też zmieniać konteksty, łącząc je, uważając, że tak właśnie zapamiętał i tak na pewno było. Czyli gdzieś w którymś kościele dzwoni. I teraz pytanie: w którym kościele i który dzwonek?
[56:13] - To ja mam pytanie odnośnie książki, odnośnie epidemii pod tytułem „Co kryje chaos?”. Pytanie dotyczy tego, czy pan, poruszając ten temat kontrowersyjny, już tu robimy wygibasy, żeby zamaskować te wszystkie straszne rzeczy, bo nazwa jest najważniejsza. Nie istota. To świadczy też o algorytmie, że jego nie interesuje, o czym my rozmawiamy, tylko żebyśmy określonych słów nie używali. Zastanawiam się, czy to bardziej tresura, czy to bardziej głupota, ale zostawmy to, już sobie odpuśćmy. Natomiast interesuje mnie, czy kiedy pan pisał swoją książkę, to nie miał pan obawy: „Kto mi to wyda? Czy ja prawomyślnie piszę?”. Tutaj pana bohater zaraz na początku zastanawia się, że ma swoje zdanie. To już w ogóle bardzo niebezpieczny człowiek, bo ma swoje zdanie i myśli na temat tego, co się dzieje w związku z tym chińskim badziewiem, które nadeszło. I jakoś nie bardzo widzi to, że to się wszystko tak powinno toczyć, jak się toczy.
To bardzo nieprawomyślne. W czasach, kiedy zamykano lasy albo zamykano parki, albo samotnym osobom w tych parkach wstawiano mandaty, bo przecież stwarzały zagrożenie dla zdrowia publicznego, to pan z taką książką wychodzi mocno przed szereg. Ja nawet nie wiem, czy panem się nie powinna jakaś policja myśli zająć, nawiązując do Orwella.
[57:59] - Bardzo ciekawe. Wie pan co? Nie zastanawiałem się nad tym, powiem szczerze. Przede wszystkim, jeżeli pisałem, to pisałem na zasadzie przypuszczeń i podejrzeń. Tego się nauczyłem w trakcie moich doświadczeń i szkoleń dziennikarskich, bo mam też doświadczenie radiowe, więc sposób wyrażania się, sposób formułowania pytań i tak dalej, te tematy są mi znane, więc wiadomo, że lepiej czasem, nawet zadając ostre pytanie komuś, nawet próbując określić daną osobę, aby podać to w trybie przypuszczającym, w trybie może nieokreślonym do końca, nie deklarując ewidentnie, że ktoś jest głupi, a ktoś jest mądry. Bo to wszystko jest kwestia spojrzenia. Natomiast w tym momencie, jeżeli mamy bohatera, to przepraszam bardzo, ale bohater ciągnie cały temat i jest on jedną z postaci, które w naszej rzeczywistości funkcjonują. Być może i na pewno są osoby, które uważają, że te wszystkie tak zwane teorie spiskowe, jak to było? Takie wyrażenie już teraz mi z głowy wyleciało, że siepionkosceptyczny, coś w ten deseń, że też takie osoby są. Bo ilu mamy ludzi, tyle mamy sposobów myślenia.
I jeżeli jest bohater, to ten bohater nie może mówić za wszystkich wszystkiego, bo on będzie wtedy nijaki. A mnie interesują bardzo konkretne i wyraziste sytuacje i osoby. I tak starałem się tutaj tego człowieka pokazać, że on ma swoje przemyślenia, stara się ostrożnie ważyć wszystko, co do niego dociera. Przecież ogląda również materiały w telewizji, które mówią o zupełnie czymś innym. Natomiast on jest jakiś. On musi być jakiś, bo to też jest potrzeba samodzielnego myślenia. Jako jednostka społeczna muszę być silny, ponieważ ja tworzę mój świat, więc ten bohater tworzy swój świat i on próbuje dociekać, bo on w tym żyje. To jego dotyczy. A my wiemy, że żyjąc wśród ludzi, nie tylko, podejrzewam, w Polsce, że każdy najlepiej zna się na medycynie, każdy jest trenerem piłkarskim najlepszym, a sąsiad to w ogóle się na tym nie zna. I tak dalej.
Musimy pamiętać, że emocja, która zawarła się w pańskim pytaniu, związana jest z tym, że ludzie tak naprawdę potrzebują bezpieczeństwa, poczucia stabilizacji. Czyli nie to, że ktoś nimi miota i coś się dzieje i oni nie wiedzą, co za chwilę będzie, tylko potrzebują stabilizacji. A potrzeba stabilizacji wyraża się właśnie w tym, że jedni mówią: „Słuchajcie, ten cały świrus to jest ściema, ponieważ to, tamto i owamto”. I on może wyrażać swoje dobre zdanie i tak zwane życzliwe spojrzenie. Ale ten, który powie: „Wy nie macie racji”, będzie krzyczał, on też robi to względem swojej tak zwanej uczciwości. Trzeba to zrozumieć, że jeżeli ktoś coś robi, to robi to w sposób naturalny dla siebie, czyli coś dla niego jest prawdziwe. To jest tak samo jak kiedyś naczelnik Piłsudski mówił: „Z prawdą jest jak z dupą, każdy ma własną”. Czy z racją, tak? Jakoś tak było. Dla każdej osoby dana racja jest prawdziwa, ponieważ on dorastał, uczył się w pewnych okolicznościach, spotykał ludzi, czytał właściwe gazety, ktoś mu coś podpowiedział i jemu się to spodobało albo do niego to przemówiło i on w tę stronę szedł.
I tak to się właśnie dzieje, że później taki człowiek albo jest rozmemłany i jest nijaki i poddaje się manipulacji odgórnej, jak piszę tutaj: „Uczą ludzi alienacji” powiedział Dawid wpatrzony w drogę. „A raczej nie tyle uczą, co wbijają im to w podświadomość i to tak, żeby ludzie to polubili i bronili tego. Bo na przykład patrzcie, jak gnoje ładnie to nazwali: zachowaj odstęp społeczny”. Czyli mamy nazewnictwo, które ma nas pogłaskać po główce. I tak, my za ciebie dbamy, my ci wskazujemy drogę. A tak naprawdę chodzi o wygenerowanie posłuszeństwa, czyli nauczenie ludzi w odpowiedni sposób, jak mają być posłuszni. I to, że każdy człowiek zna się najlepiej na medycynie, to nie dlatego, że chce dokopać innemu, tylko że ten, który uważa, że się najlepiej zna, jemu też w pewien sposób zależy, żeby ta jego racja wyszła na wierzch, bo on uważa, że tak właśnie jest i tak powinno być.
[01:03:44] - Ot, filozoficzne podejście. Bardzo mi ono odpowiada. Natomiast zastanawiam się, chcąc przedstawić pana książkę, ile możemy powiedzieć o rzeczywistości, którą pan opisuje. Bo niby jak sięgniemy do tej książki, to każdy tę rzeczywistość przeżył całkiem niedawno, coś zbliżonego mniej lub bardziej. Bo to oczywiście indywidualne doświadczenia, ale mamy książkę, akcja tej książki toczy się w określonej rzeczywistości. Ile możemy opowiedzieć, żeby zachęcić, a nie zdradzić?
[01:04:29] - Ja przede wszystkim bardzo lubię, tak jak już powiedziałem, konkrety, ale też bardzo lubię, gdy w treści fabuły danego utworu literackiego, muzycznego i tak dalej, coś, co na mnie bardziej wpłynie, wtedy wpływa, gdy odczuwam pewnego rodzaju bliskość. Pozwolę sobie teraz na małą dygresję. Projektując na przykład pewne rzeczy typu logosy dla firm, systemy, czyli wizerunki firmy typu wizytówki, listowniki, całe te nośniki, które kształtują twarz firmy względem ich klientów, słyszę czasem, że ktoś ogląda moje portfolio, widzi, że gmina, powiat, Uniwersytet Szczeciński, tego typu instytucje, ale widzę, że nie ma przekonania. I wtedy, kiedy klient zaczyna mi mówić, że fajnie, tylko coś tam, ja mówię: „Wie pan, co? Czuję, że nie ma spójności emocjonalnej w tym, co panu pokazuję. I ja mógłbym za te logosy zbierać na przykład same największe nagrody na świecie. Ale pana to nie przekona. Wie pan dlaczego? Dlatego, że te rzeczy nie są emocjonalnie z panem związane. Pan ich nie odczuwa wewnętrznie.
Jeżeli zrobię coś dla pana, co pana przekona, spodoba się, a może nawet i zachwyci, wtedy będzie miał pan czarno na białym. Czyli pańska relacja względem czegoś, co pan zobaczy, nabierze konkretu”. To tak jak kiedyś, pamiętam, przed projektowaniem pewnego logo spotkałem się z właścicielami pewnej firmy i tam jest coś takiego, to się później dowiedziałem od męża pani właścicielki, że miałem zrobić jakiś symbol, którego ona się spodziewała, że zaprojektuję. Natomiast mówi: „Przychodzi facet z długimi włosami, w skórze, w spodniach powycieranych”. I ona mówi: „On mi tego nie zrobi”. Później przyniosłem na drugie spotkanie ten projekt i mąż tej pani mówi: „Ona już to wysyłała do Warszawy, do Zakopanego, do Gdańska. Tam wszędzie. Już się chwaliła, jakie ona ma piękne logo”. Ja mówię: „Właśnie, to na tym polega”. To, co w sobie czujemy, staramy się przekazać, bo uważamy, że to jest po prostu prawdziwe.
I na tym to polega. Musimy odczuwać miejsce, w którym żyjemy. I dlatego te wszystkie elementy, które są dodatkowe tutaj i nie raz słyszałem od osób, które mieszkają w Policach: „Kurde, przeżyłem to o wiele bardziej, bo widziałem oczami wyobraźni. Bo ja znam te miejsca, ja tam bywałem, bawiłem się” i tak dalej. To bardzo podkręca, ponieważ urealnia. Nawet jeżeli są jakieś odejścia i czasami stosuję w opisach miejsc, gdzie na przykład jadą coś zrobić dwaj bohaterowie, bo jest Paweł i jest Dawid. Tyle możemy zdradzić. Pewne miejsca są zwirtualizowane przeze mnie, ale stanowią punkt nieistotny, ponieważ akcja, która w tym miejscu się dzieje, jest bardzo istotna. Jest bardzo mocna. Zresztą cały czas jest mocna akcja.
I tutaj, tak jak pan wcześniej powiedział, ludzie mi mówią, że nie daje odpocząć ani na stronę. To jest fajne i widać, że ten czas, który wszyscy przeżywaliśmy bardzo intensywnie, bo wszyscy baliśmy się wychodzić do parku, do lasu, żeby nas nie namierzyli, nie ustrzelili albo przynajmniej nie zlepili mandatu. Albo nie zrobić czego, zakładać maseczki. Tutaj jest na przykład coś takiego. „Dokładnie. Jeśli wyrabiają w ludziach taki nawyk, to znaczy, że chcą osłabić społeczeństwa. W grupie raźniej, a jak nie ma grupy, to bezbronna jednostka będzie miotana jak trzcina na wicherze. Co powiedział Maximus przed pierwszą walką? Cokolwiek wyjdzie z tych bram, łatwiej przetrwamy, trzymając się razem” — wyrecytował Dawid. Czyli wspólna świadomość jako ludzi, jako społeczności.
Jest powiedzenie: „Jeżeli chcesz zmienić świat, zacznij od siebie”. To, w jaki ja sposób się zachowuję i jakich ludzi do siebie przyciągam, tworzy wokół mnie mikroświat, który później idzie dalej w postaci informacji, bo też gdzieś ktoś rozmawia o tym, o czym rozmawialiśmy, o tym, kim ja jestem, jakie mamy relacje ze sobą. I to jest właśnie umiejętność nawet szczątkowego filozofowania, czyli spojrzenia na rzeczywistość, niezależnie od tego, czy w książce dostaniemy przekaz pod tytułem: historia oparta o miejsca, które znamy i sytuacje, które znamy, artykuły, hasła i tak dalej, czy to będzie zupełnie wymyślone, ale będzie do nas trafiać. Bardzo lubię dawać ludziom, jak to Ania z Gazety Śledczej napisała: „Lubisz szokować ludzi”. Może nie tyle szokować. Lubię być konkretny. Jeżeli coś jest wyraziste, to daje o wiele większy impuls do tego, żeby coś o tym pomyśleć, żeby jakieś nastawienie względem tego mieć. To, że są takie sytuacje, które ludzie przeżywają w tej książce w oparciu o miejsca, które znamy, które wiemy i które czujemy na plecach, jak czytamy, to być może te sytuacje sprawią, że w inny sposób spojrzymy na to, o czym jest w książce, a co jest związane też z naszym życiem, bo to wszystko się w pewien sposób działo.
[01:11:02] - Zaczynam mieć duże wyrzuty sumienia i zacznę się zaraz bić w pierś, bo my dużo mówimy o filozoficzności pana książki, o tym, jakie ona metatreści niesie ze sobą, a w ogóle nie mówimy o tym, co w literaturze tego rodzaju, jaką pan napisał w przypadku książki „Epidemia. Co kryje chaos?", jest bardzo ważne. To jest po prostu w sposób żywy, sensacyjny napisana książka. Jakbyśmy mogli też o tym troszeczkę powiedzieć, bo boję się, że zakłócimy tę naturalną równowagę, którą pan w książce osiągnął pomiędzy sensacją a filozofią. My ją wyraźnie w naszej rozmowie prztegieliśmy w stronę filozofii. Teraz naprawmy może ten błąd i troszeczkę o tej akcji i sensacyjności prosiłbym, żeby pan opowiedział.
[01:11:59] - Cóż można opowiadać? Książka przede wszystkim w wersji papierowej miała bodajże 171 czy 173 strony.
[01:12:09] - Czyta się to błyskawicznie. Tak wejdę panu w słowo.
[01:12:14] - Tak. Czyta się błyskawicznie, podejrzewam, ze względu na to, że staram się formułować treść w sposób przyswajalny, bo to jest zawsze zasada pod tytułem: zrób to w taki sposób, jak ty sam chciałbyś, żeby to było zrobione. Ja mniej więcej całą treść prowadzę w ten sposób. Tutaj powiedział pan, że fajny kontrast po poezji. Tak, jest tutaj bardzo brutalnie, że się tak wyrażę. Jest krwiście, jest bardzo bezkompromisowo, jest intensywnie do tego stopnia, że ja nawet pomijam niektóre sekwencje, które można by było zamieścić w książce, jakieś opisy, które mogą coś powiedzieć odbiorcy. Nieraz się spotkałem, na przykład jeden z przyjaciół mówi "Przecież ty nie tak piszesz książki. Książkę powinno się pisać tak." I zaczyna mi opowiadać. Ja mówię: "Dziękuję Piotruś." Pozdrawiam Piotruś. Dziękuję Piotruś.
Mówię: "Wiesz co? Ty masz takie odczucia. Ktoś inny odebrał to w zupełnie inny sposób." Ale chcę ci powiedzieć, że to, że ja na przykład nie zawieram opisów przesadnych miejsc, budynków, rzeczy, które są używane i tak dalej, to każdy czytelnik, mam taką nadzieję przynajmniej, mówię każdy czytelnik. Mam taką nadzieję, że czytelnik czytając coś, od razu automatycznie sobie to wizualizuje. Czyli jak gdyby jego bohater, nawet jeżeli ja napiszę, że jest taki i taki, to on będzie konkretny, będzie miał jakieś ubranie i później on będzie nam towarzyszył. Ponieważ to pierwsze podświadome wrażenie, jakie odebraliśmy, tak sobie ulepiliśmy z tej gliny wirtualnej, myślowej tego kogoś. I z tym kimś jesteśmy później przez całą historię. Nie interesują mnie przesadne opisy miejsc. Kiedyś ktoś powiedział: "Wiesz co? Kupiłam sobie książkę Kinga najnowszą, bo tak jest reklamowana.
Taka super. Wiesz co? Z trudem doszłam do niecałej trzydziestej strony i nie zamierzam kończyć." Więc być może niektórzy idą za daleko, ale być może są ludzie, i na pewno są ludzie, którzy uwielbiają opisowość, nadopisowość. Przecież są tak zwane czytadła. I czasem przy kontaktach z wydawnictwami zdarzało się, że książki powinny mieć 500, 800 tysięcy słów, bo 300, 600 stron. Powiedzmy political fiction, jak piszą znani autorzy, to są stolinne księgi. Zabić można tym czymś. Ja natomiast skondensowałem wszystko po to, żeby ubrać to wszystko w jak największy impet akcji i żeby stracić oddech przy przemieszczaniu się między scenami. Czasem jest to kilka oddechów, czasami jest z kolei znowu powrót i znowu coś się dzieje i znowu jest krew i znowu jest coś, co przekracza, co szokuje i tak dalej. To jest fajne, ponieważ impulsywność, energetyczność i na przykład coś takiego jak zakończenie niestandardowe, po którym ludzie powiedzieli: "Ja cię zabiję za to zakończenie.
Gdzie są następne strony? Urwała ci się chyba książka, nie dodrukowałeś." I tak dalej. Właśnie ze względu na to mówię: chcę esencja. I dlatego skończyłem to tak, a nie inaczej. Bo gdyby było zakończenie pod tytułem: super, on przeżył, nie przeżył, noga mu się wyleczyła, wrócił do domu, pocałowali się, herbatka. Odłożyłbyś książkę na półkę. Przeczytane. A nie, moja książka ma za zadanie uruchomić myślenie po to, żeby zdać sobie sprawę, czy w takim czymś faktycznie żyjemy, o czym opowiada książka i czy do czegoś takiego mogą ludzie dopuścić. Więc nie ma inaczej. Trzeba kogoś pobudzić.
A pobudzenie to jest właśnie impet. Biegnziemy, nie zatrzymujemy się, bo cały czas nas coś może pochwycić. Cały czas gdzieś coś czyha, ktoś patrzy i tak dalej. Na tym to polega. To jest piękne.
[01:17:19] - Powiem w ten sposób, że przed chwilą scharakteryzował pan nowoczesne pisanie sensacji. Ja zawsze odwołuję się do bardzo prostego przykładu, który zresztą sam przeżyłem. Kiedyś, kiedy do Polski masowo zaczęły wchodzić książki Fredericka Forsytha, bo on oczywiście w PRL-u był wydawany, ale nie tak masowo i nie wszystkie tytuły. I zaczęły wchodzić książki Fredericka Forsytha. Oczywiście pochłaniałem te książki w dużych ilościach i kiedyś pokłóciłem się ze swoim kolegą, bo chodziło o to, jak to tam pięknie Frederick Forsyth coś opisał. Spędziłem całe popołudnie, żeby wyszukać ten opis, który tak mnie zafascynował. Tylko problem polegał na tym, że byłem bez szans. Tego opisu tam nie było. Tam były trzy zdania tak naprawdę, na podstawie których ja sobie w głowie wyrobiłem opis i zapewniałem swojego kolegę, że tam jest to znakomicie opisane i że wszystko jest świetnie, tylko tego opisu tam nie było. Tak dokładnie działa ludzki mózg w czasie czytania.
My, dokładnie jak pan to powiedział, dorabiamy sobie te dekoracje i mówiąc krótko, taka biblia dla ludzi piszących sensację głosi, żeby nie przejmować się specjalnie opisami, ponieważ one spowalniają akcję tak naprawdę. A jeżeli szanowny pisarzu, chodzi ci o to, żeby akcja była wartka, żeby to się wszystko toczyło w galopie, to opisy powinny być zredukowane. Ja odnoszę wrażenie, że pan znakomicie z tej porady korzystał. Tego tam właściwie nie ma prawie w nadmiarze. Oczywiście jest to naszkicowane i tak jak pan to powiedział A teraz, szanowny czytelniku, wyobraź to sobie, bo dzięki temu zapamiętasz to lepiej. Ta książka lepiej przemówi do ciebie, na dłużej z tobą zostanie. Muszę powiedzieć, że tego rodzaju sprawy warsztatowe zawsze mi imponują u pisarzy, bo świadczą o samoświadomości. Ale ja biegnę już z następnym pytaniem, które dotyczy zakończenia, a właściwie tajnej wiedzy, którą posiadłem w naszej pozaradiowej rozmowie, że tak naprawdę gdzieś tam na horyzoncie zbliża się do nas, widzimy już część drugą. W każdym razie kontynuację. Nie wiem, jakiego słowa użyć, bo książki nie znam, ale coś tam się szykuje, co nawiązuje do książki, o której rozmawiamy dzisiaj.
[01:20:25] - Jest kontynuacja. Tak naprawdę powiem szczerze, że ta książka miała po prostu powstać i bardzo istotny w tym momencie jest kontekst samego tytułu, ponieważ on w odpowiedniej chwili zaistnieje. Jeżeli ktoś sięgnie, to mam nadzieję odkryje to w bardzo fajny sposób, tak? Bo wtedy jest pewnego rodzaju rekompensata emocji. Te emocje właśnie się tam przemielają, zamieniają się biegunami. I ona miała po prostu powstać. Później, te męczarnie wszystkie od moich czytelników, którzy zwracali mi uwagę, że: „Ja cię zabiję za to zakończenie, musisz pisać dalej, coś się stało. Czy on przeżył, czy on nie przeżył?” A ja mówię: „Tak, kucharz zabił. Wszystko jest okej,” tak? Zawsze tak żartuję.
Oczywiście tam żadnego kucharza nie ma i tego typu historii, żeby nie sprzedawać. Natomiast kontynuacja może nie tyle wymogła na mnie kontekst powstania drugiej części, ile sama warstwa informacji, którą posiadam poprzez oglądanie właśnie filmów o takich rzeczach, gdzie robią z nami, co chcą tak naprawdę, czytania książek, artykuły prasowe i tak dalej. Staram się bardzo wybiórczo traktować te materie. Bardzo lubię obcować ze słowem i jeżeli chodzi o słowo, nauczyłem się też w pewnym sensie postrzegać intencjonalność tworzenia przekazu. Więc potrafię na samym początku zorientować się, na czym zależało twórcy danego programu w telewizji, książki. Po co ta książka powstała, po co ten program powstał i tak dalej. Jeżeli uważam, że jest coś nie w porządku, że przekaz jest zagmatwany, jest przenaukowiony, za chwileczkę do tego wrócę, wtedy po prostu nie sięgam do takich przestrzeni. Ja staram się przekazywać rzeczy takimi, jakimi są, a nie je interpretować. Kiedyś ktoś mi powiedział właśnie, że ja nadinterpretuję rzeczywistość. Ja mówię: „To nie jest nadinterpretacja, tylko przekazanie treści, które poznałem.” Wiedza i nauka.
Nauka zaskarbiła sobie, uzurpuje, w moim przekonaniu, mówiąc w takim ogólnym pojęciu. Nauka położyła łapę na pojęcie pod tytułem wiedza. Kiedyś jest sytuacja, jakiś mój koncert. Na stoliku leżą moje książki. I po koncercie przychodzę. Siedzi młode dziewczę, ładnie rozmawiamy, jest elegancko. I ona pyta, o czym jest ta książka. Chodziło o niebieską książkę „Nadal jestem”, czyli kontakty osób z osobami, które odchodzą z tego świata, takie mentalne spotkania. I ona pyta, czy ja w to wierzę. Ja mówię: „Nie, to nie jest kwestia wiary, to jest kwestia wiedzy,” tak?
A ona mówi: „Z tego, co wiem, to nauka nie tego...” Ja mówię: „Moment. Zwróć uwagę na jedną rzecz, że pojęcie wiedza kojarzy ci się z nauką akademicką, a wiedzą jest coś, czego się człowiek bezpośrednio dowiaduje. Więc tutaj ja pozyskałem bezpośrednio od ludzi historie i na temat tych historii napisałem książkę. To są przemyślenia, które są związane dokładnie z takimi rzeczami.” I nauka właśnie posiłkuje się czymś takim jak to, że oni mają rację. Oni mają monopol na tak zwaną wiedzę i ich widzenie świata jest najbardziej miarodajne. A ostatnio coraz częściej zauważam i w artykułach, i w różnego rodzaju innych nośnikach płynących do mnie gdzieś tam z rzeczywistości to, jak bardzo nauka jest teraz narzędziem korporacyjnym. Nauka- Sięga do tego, żeby badać jakieś rzeczy, które są im zlecone, dlatego, że od korporacji dostają pieniądze i chodzi o wymierność tych badań. Firma potrzebuje konkretnych wyników na temat ich produktów, na temat tego, co robią i tak dalej. Ale okazuje się, że jednak nie. Swego czasu i to też jest związane z książką „Nasiona zniszczenia” Engdaha, zapamiętałem jak nic temat pewnego pana, który nazywał się Arpad Pusztai, o ile pamiętam dobrze nazwisko.
To był wysokiej klasy światowy ekspert w dziedzinie materiałów genetycznych, czyli roślin modyfikowanych genetycznie. On był osobą, która pokładała duże nadzieje i była bardzo otwarta na roślinność modyfikowaną genetycznie, ponieważ ten człowiek wierzył, że ta roślinność faktycznie może wykarmić świat, uratować ludzi i tak dalej. Pewna korporacja zwróciła się do tego pana z prośbą o zbadanie próbek ich produktów i przedstawienie im raportu. On się z ochotą zabrał się do tego, ale nie na zasadzie naukowiec, tak? Ciach, ciach formułka i jedziemy, przekazane. On starał się zbadać to bardzo dokładnie, bo mu na tym bardzo zależało, ponieważ tak jak już powiedziałem, czuł bardzo dużą serdeczność i wrażliwość względem tych produktów GMO. Podczas badań zaczęły wychodzić mu rzeczy według niego przerażające. On taki raport przedstawił. I co wtedy zrobiła korporacja międzynarodowa? Zwróciła się do prezydenta Stanów Zjednoczonych, który paluszkiem pogroził premierowi Wielkiej Brytanii, bo to działo się w Wielkiej Brytanii, a premier Wielkiej Brytanii zrobił tak, że pana wyrzucono z instytutu, gdzie pracował.
Zniszczono mu życie i pan, z tego, co wiem, miewał też myśli samobójcze. Firma, która zlecała te badania, napisała, że pan jest niepoważny, kpi sobie z badań i tak dalej. Przepraszam bardzo. Nawet tutaj wykorzystałem konsensus tego myślenia w książce, pytając: „Do cholery, czy oni wiedzieli, czy nie wiedzieli, do kogo się zwracają? Co to jest budka z naleśnikami? Czy to jest najlepszy na świecie ekspert?” Niestety coraz bardziej zauważam, nawet pozbierane mam jakieś fragmenty artykułów w postaci screenów czy fragmentów materiałów, które wyraźnie mówią, że niestety, ale nauka jest spolegliwa. Czyli skupia się na odbieraniu pieniędzy, prowadzeniu badań. Ale jak mi ludzie mówią, że ja walczę z nauką. Nie walczę z nauką, walczę z głupotą, z butnością i bezmyślnością. Uważam, że nauka ma bardzo ważny instrument.
To jest metodologia, czyli umiejętność prowadzenia doświadczenia po to, żeby w precyzyjny sposób od samego początku dojść do samego końca. Ale z kolei też niestety zbyt wiele razy i w prywatnych rozmowach, i w materiałach, które widzę, oglądam, czytam, trafiam na informację, że ludzie bardzo lubią prowadzić doświadczenie tak, aby potwierdzić swoją teorię. I to jest nie halo.
[01:29:41] - Powiem tak, mądrego dobrze posłuchać, bo czuję dokładnie to samo, że nauka nie jest samym złem. Wręcz przeciwnie. Nauka, gdyby była uczciwa, gdyby stosowała zasady, które zostały określone już bardzo dawno temu, to jest kilkaset lat, kiedy nauka określiła metody, określiła zasady, według których ma działać. Dzisiaj przestała według nich działać. Ci wszyscy, którzy mówią, że wierzą w naukę, ja to często powtarzam, zawierają błąd logiczny w swojej wypowiedzi, bo w naukę nie trzeba wierzyć. Naukę należy stosować. Naukę należy uprawiać według metod, które ona sama w ręce człowieka oddała i ona pewną część świata jest w stanie opisać. Ale oprócz nauki jeszcze jest kilka innych metod poznania tego świata, o czym doskonale wiedzieli już starożytni, o czym wiedzieli ludzie w tym wyśmiewanym średniowieczu. Oni to po prostu wiedzieli, że owszem, nauka się dopiero pod koniec średniowiecza rodziła. Były pewne miejsca, w których wykuwano dopiero naukę, ale już wiedziano, że to jest nowa szansa, nowy sposób poznawania świata.
Jeden z wielu. Natomiast jeśli się z nauki czyni coś takiego wszechpotężnego, co decyduje o wszystkim i w co się w dodatku wierzy, to jest właściwie największa klęska, jaką nauka mogła ponieść.
[01:31:30] - O ile pamiętam, to chyba Einstein powiedział, mogę się mylić, ale prawdopodobnie to jest związane z jego osobą: "Powinno się badać to, co jest, a nie to, co według nas być powinno."
[01:31:43] - Dokładnie. Tym bardziej, że w metodologii naukowej jest coś takiego, że jeśli mamy jakąś ideę, coś nas dręczy i myślimy, że tak może być, to pierwsze, co powinniśmy zrobić, to tą swoją teorię sfalsyfikować, czyli wykombinować, jakie są przesłanki, jakie są zagadnienia, które mogą przeczyć temu, o czym myślimy. I dopiero skonfrontować tę naszą ideę z tą falsyfikacją. Jeśli się obroni to, co wymyśliliśmy, to już jesteśmy na dobrej drodze. To zresztą nie jest jedyny próg, który w takim postępowaniu naukowym powinniśmy przekroczyć. Tymczasem pan to przed chwilą właściwie opisał, że dzisiaj mamy takie działania pod tezę. Bardzo niedobrze, jeśli ktoś dyskutuje albo ktoś usiłuje poszukiwać czegoś z założoną z góry tezą. Czyli nie szukamy tego, co jest, tylko tego, co powinno być. Właściwie powtarzam to, co pan powiedział przed chwilą, więc czuję, że to, co mówię, jest do pewnego stopnia zbędne. W związku z tym mam pytanie bardzo wprost techniczne: kiedy ta druga część się pojawi na rynku?
Rozumiem, że jak ktoś sięgnie po część pierwszą, to chce mieć jakąś perspektywę, kiedy się pojawi część druga.
[01:33:22] - W sytuacji, kiedy już wiem , część druga jest skonstruowana, została zakończona, jest już spisana, a jest nawet troszeczkę bardziej zasobna w treść niż część pierwsza. Powiem szczerze, że intensywność całej książki pierwszej części, czyli tej, o której dzisiaj rozmawiamy, została skumulowana energetycznie na pierwszych kilkunastu stronach, a później już jest tylko bardziej intensywnie. Jest jeszcze bardziej krwawo, jest jeszcze bardziej niebezpiecznie, ale też są treści, o których należy rozmawiać. Są treści istotne nie tylko dla samego wątku książki, ale także dla naszego życia, czyli tych obszarów, w których żyjemy i z czym się stykamy. Tak jak na przykład rzeczy pod tytułem: chociażby te miseczki, które nosiliśmy, szmateczki na buziaczku. Niestety to jest tylko i wyłącznie nauczenie posłuszeństwa ludzi. Właśnie, wypadło mi z głowy, chciałem coś powiedzieć w związku z tym.
[01:34:44] - To ja może dorzucę.
[01:34:45] - Ta część zawiera też bardzo dużo takich .
[01:34:51] - Mamy opóźnienie i to opóźnienie niestety nie sprzyja sprawności prowadzenia dialogu. Natomiast à propos tych szmateczek na buziaczki, otóż to jest tak, jak pan powiedział, wielu badaczy, podkreślam to, socjologów podkreśla, że to było znakomite ćwiczenie, w złym pojęciu tego słowa, wyćwiczanie ludzi, żeby wykonywali polecenia. Żeby specjalnie nie zastanawiali się, czy to ma sens, czy nie, tylko wykonywali w imię, to warto podkreślić, wspólnego dobra. A jeśli się później okaże, że to i tak niczemu nie służy, to nie ma żadnego znaczenia. Ale miało być wykonywane, bo taka jest, obywatelu, twoja powinność. Mam nadzieję, że państwo czujecie sarkazm w tym, co mówię, bo chyba daleki jestem od tych poglądów, ale wolę to podkreślić. Moim zdaniem znakomita tresura się odbywała po prostu.
[01:36:07] - Panie redaktorze, trzeba zauważyć jedną rzecz, że ludzie, którzy nadgorliwie stosowali maseczki, którzy nadgorliwie eksponowali swoje niezadowolenie względem innych osób. Nieraz mi się zdarzało, przejeżdżając tak zwanym publicystycznym środkiem transportu, jak ja to określam, były hasła: „Dlaczego pan nie założy maseczki?" Wiem, że z takimi osobami nie ma co nawet zaczynać rozmowy, bo tam jest tak zwana pustelnia parmeńska. Tam nie ma nic. Jest tylko emocja w postaci: maseczka, załóż, bezpieczeństwo! I teraz ja, kiedy mogę, zadaję pytanie. Zwróć uwagę na jedną rzecz, że jak się zaczął ten cały świrus obecny, to pomyśl sobie logicznie, czy wcześniej nie było żadnych chorób innych? Ludzie nie chorowali na grypę, nie chorowali na gruźlicę, na raka, na AIDS? Nie mieli w ogóle nic takiego? Zobacz, nie chodziliśmy w maseczkach. To znaczy, że świat był idealny, zdrowy i piękny.
Tak? No nie. To mówię, dlaczego w takim razie jest temat pod tytułem, że muszę to zrobić? Co mi da to, że ja teraz założę, kiedy i tak kaszląc w środku czy oddychając Powietrze i tak się rozchodzi bokami, górą. Część przenika przez płótno, część zostaje na tym płótnie, ale i tak swoboda przepływu powietrza jest taka, że to powietrze będzie uciekać bokami. To się nic nie zmieni. Absolutnie. Nadal są choroby. To tylko kwestia jest tego typu, że jeżeli mamy nazwę „19”, to w tym momencie to jest tak, jak kiedyś z opowieściami fantasy. „Jeżeli poznasz moje imię — mówił smok — wtedy będę do ciebie należał”.
I w tym momencie mamy nad człowiekiem kontrolę, ponieważ pokazaliśmy mu w postaci nazwy, nie jakiejś tam grypy, która nie wiadomo czym jest, ile ludzi i tak dalej. W postaci nazwy, że to jest konkretne. Z tym konkretem się mierzymy. Czyli za pomocą psychologicznej zagrywki zwróciliśmy komuś uwagę, żeby był skupiony, czyli żeby był posłuszny. Tadam!
[01:38:51] - Tak. Macie państwo zatem powieść sensacyjną z „19” w tle. Ona tam odgrywa ważną rolę, a poza tym trochę rolę kronikarską pan pełni, bo zapisał pan pewien czas, który na szczęście już minął, ale on na kartach pana powieści jest, trwa. Ja mam teraz znowu bardzo praktyczne pytanie. Gdyby ktoś po naszej rozmowie zapałał chęcią sięgnięcia po pana książkę, to jakie ma możliwości? Gdzie powinien tej książki szukać? Na jaką stronę internetową się udać? Powiedzmy, gdzie można ją nabyć drogą kupna.
[01:39:42] - Książkę można nabyć drogą kupna w postaci e-booka. Wczoraj akurat była premiera, 15 czerwca i można e-booka w postaci PDF-a, EPUB, MOBI nabyć w Empiku, Virtualo, Woblink, Ebookpoint i wielu innych sieciach i sklepach w internecie. Natomiast jeżeli ktoś się zechce zapałać do wersji papierowej, oczywiście zapraszam do twórcy niniejszej powieści. Można pisać na adres books@less.net.pl.
[01:40:26] - Powtórzmy.
[01:40:28] - Books, B-O-O-K-S, czyli książki po angielsku. books@less.net.pl. Co ciekawe, właśnie przypomniała mi się pewna ciekawa sytuacja związana z tą drugą częścią. Tak ją nazwijmy, ponieważ jest tam spójność z pewnymi sytuacjami, jest bohater jak najbardziej. Data premiery, która bardzo mnie zaskoczyła. Zupełnie z automatu ustaliłem datę premiery, a datą premiery jest 11 września. Zastanawiam się, jak dużą siłą rażenia wykaże się ta treść i jak bardzo pozostanie w umysłach ludzi i co z tymi umysłami ludzkimi zrobi. Mam nadzieję, że same dobre, pozytywne rzeczy. Bo choć można znaleźć dużo, jak to parę osób mi powiedziało, dużo krwi można znaleźć u ciebie w tej książce. I faktycznie już w pierwszej części jest dużo krwi, to jednak jest też dużo treści, na które warto zwrócić uwagę.
Ponieważ nie żyjemy samą krwią, nie żyjemy samą akcją, ale też tymi detalami, z których właśnie dana akcja, dana rozmowa się składa i nasze zachowanie. Na tym to wszystko polega.
[01:42:00] - Ja kiedy usłyszałem datę premiery, to poczułem ciarki na plecach i takie podsumowanie mi się nasunęło.
[01:42:07] - Ja też tak samo, panie redaktorze.
[01:42:10] - Nikt tak państwa nie przestraszy jak Less Hoduń, który był gościem naszej audycji. Pięknie panu dziękuję. I cóż, do kolejnego spotkania. A kolejne spotkanie, ja już to muszę zapowiedzieć, kolejne spotkanie w lipcu.
[01:42:30] - Wszystkiego dobrego dla państwa. Mam nadzieję, że poczytacie to z dużym dreszczem na plecach. Mam nadzieję, że ominiecie okoliczności, o jakich na przykład powiedziała pewna pani szefowa jednej z telewizji: „O mało nie dostałam zawału serca, ale masz piękne pióro”. Więc życzę wam dużo niesamowitych wrażeń i dużo pozytywnych wniosków, ponieważ w kontekście całej książki zawarta jest duża pozytywność myślenia. Jestem bardzo proludzki, bardzo mi na ludziach zależy i stworzyłem to po to, żeby tych, którzy mogą się obudzić i mogą zacząć działać, a wiem, że już tacy są, żeby się budziło coraz więcej. Trzymam za was kciuki.
[01:43:23] - Tak, proszę państwa, zrobiło się filozoficznie, zrobiło się też sensacyjnie. Myślę, że to jest dobra mieszanka. Ja sobie taką mieszankę bardzo cenię i zachęcam państwa do skosztowania takiego miksu. Zapewniam, że jest smaczne. Ale biegnijmy dalej. Audycja toczy się dalej. Zapraszam państwa teraz na rozmowę z Bogusławem Racem. Rozmowę o literaturze japońskiej. Pamiętacie państwo? Bogusław Rac gościł na antenie „Bibliotekarium 2.0”.
To autor powieści „Przypadki Grendziego Bardocka”. Słyszeliście państwo fragmenty tej powieści, słyszeliście państwo rozmowę z autorem. Ja tylko wspomnę, że w wydawnictwie Bibliotekarium przygotowywana jest kolejna książka, powieść „Horologium”. Sprawdźcie sobie państwo, co to jest horologium, bo na pewno nie to, co państwo pomyśleli. Ale to sobie państwo zrobicie po audycji, a teraz zapraszam na rozmowę o literaturze japońskiej, bowiem Bogusław Rac od jakiegoś czasu czyta dużo literatury z tamtego kręgu kulturowego. Mówiąc szczerze, jestem zafascynowany tą jego pasją. Troszeczkę dałem się zarazić. Nie mocno, ale troszeczkę. Ale opowieść, którą otrzymałem właśnie o pisarzach i utworach literackich z tamtego obszaru geograficznego, absolutnie mnie zafascynowała. A teraz zapraszam państwa, może również państwo dacie się magią literatury japońskiej zaczarować.
Dzień dobry. Gościmy dzisiaj w studiu znanego państwu pisarza Bogusława Raca. Tak, to już teraz trzeba mówić.
[01:45:27] - Dzień dobry. Zresztą może dobry wieczór. Nie wiadomo, kiedy to pójdzie, jak to było-
[01:45:32] - Zawsze chodzi-
[01:45:33] - ... w klasycznej audycji w latach 70.
[01:45:37] - Tak, kabaret Klika między innymi tym się posługiwał. Kiedy to pójdzie? To pójdzie wieczorem, ale później ludzie i tak słuchają o różnych porach. W związku z tym to zabezpieczenie jest całkiem zasadne. Spotykamy się dzisiaj, tym razem nie z powodu książki, którą napisał Bogusław Rac, a z powodu literatury japońskiej. Może to za duże słowo – literatury, ale w każdym razie niektórych powieści, dzieł literackich z tamtego kraju pochodzących. Powiedzmy, że powodem do spotkania było pożyczenie książki przeze mnie. Dostałem „Liście”. Książka nosi tytuł „Liście”. To zbiór opowiadań Osamu Dazai.
Chyba tak się wymawia, chociaż tu nie jestem ekspertem.
[01:46:30] - Ja również. I chciałem od razu zastrzec na początku naszej rozmowy, że purystów znających wymowę nazwisk i nazw japońskich w języku japońskim, jak to się poprawnie wymawia, proszę o wybaczenie, ponieważ nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Jest jedno nazwisko, z którym na pewno będę miał problem i prawdopodobnie popełnię błąd. Sprawdziłem, jest kilka wersji wymowy, więc trudno mi ocenić, która będzie prawidłowa. Osamu Dazai. Tak, jest to bardzo ciekawy pisarz. Tutaj w zakulisowej rozmowie Marek zdradził mi, że ma mieszane uczucia po zapoznaniu się z tym zbiorem opowiadań, ponieważ „Liście” to jest zbiór opowiadań tego autora. „Liście” były podsumowaniem tego, co czytałem od tego japońskiego pisarza, ponieważ zacząłem od tak zwanych kultowych dzieł, uznanych za sztandarowe. To będzie bardziej prawidłowe określenie, jak „Zmierzch” i „Zatracenie”, które, wydaje mi się, że jestem dość odporny na stany depresyjne, ponieważ przeczytanie tego w sposób spokojny, niezaangażowany było dla mnie trudne, ale udało mi się, ponieważ te teksty, te pomysły, te opowieści, ten klimat, który jest w tych dwóch książkach, może niejednego słabszego osobnika zniszczyć. Nie waham się użyć tego słowa.
Natomiast „Liście” zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Zawsze byłem miłośnikiem krótkiej formy, której nie potrafię do dzisiaj napisać, ale lubię czytać i dla mnie krótka forma jest takim przewietrzeniem po cięższych dziełach, które mi się czasami trafiają. Ale żeby nie zagadać tego tematu, to chciałbym, żeby Marek uzupełnił swoją opinię odnośnie „Liści”.
[01:49:00] - Proszę państwa, nie jest tak źle, jak by mogło wynikać z takiej krótkiej charakterystyki. Natomiast rzeczywiście ja troszeczkę nie odbiłem się, bo przeczytałem, ale jednak z takimi uczuciami, że nie wiem, czy bym chciał czytać dalej. Bo tu rzeczywiście, jeśli chodzi o opowiadania, to one mają swoje pomysłowe wersje. Powiem tak: czasami liczy się pomysł, liczą się formalne rzeczy, to, w jaki sposób to zostało zapisane. Tu podam taki przykład: jedno z opowiadań pisane jest z perspektywy banknotu, który krąży pomiędzy ludźmi. Jest też opowiadanie, w którym mamy ruiny. Ja wiem, że trzeba czytać poza słowami, co oznaczają te ruiny. Powiem tak: może nie byłem w nastroju, ale te opowiadania wydawały mi się trudne, bo napakowane symboliką, którą nie zawsze potrafiłem rozszyfrować, a dużo na to wskazywało, że ona tam jest. Być może było tak, że ja, nie mogąc jej rozszyfrować, czułem taki od razu dyskomfort i dlatego może tak mnie te opowiadania nie zachwyciły. Notabene tytułowe opowiadanie „Liście” – trudno mówić o treści.
Tu mamy właściwie takie flesze, błyski różnych scenek. To nie jest moje, ja to przeczytałem, ale zgadzam się z tym w pełni. W związku z tym zacytuję: czytelnik jest postawiony w roli takiego łapacza liści. Wyobraźmy sobie, że z drzewa spadają liście i próbujemy je łapać. Każdy, kto próbował tej sztuki, wie, jak to wygląda zabawnie. Przynajmniej z boku jak ktoś patrzy, to uganiamy się za tym liściem i troszeczkę w takiej roli jesteśmy postawieni. Próbujemy wyłapać jakiś sens. Próbujemy znaleźć coś, co łączy te sceny ze sobą. Ja nie znalazłem. Może się komuś udało i to być może też w jakimś stopniu mogło być dla mnie zniechęcające.
Ja oczywiście doceniam cały warsztat, zarówno pisarski, ale w tym wypadku mogę w pełni oceniać warsztat tłumacza i w pełni to doceniam. Literacko, czysto formalnie wszystko jest okej. Nie wiem, po prostu się jakoś nie wgryzłem w to. Być może powinienem zacząć tak jak Bogusław od dłuższych form. Może to by mnie bardziej zachęciło.
[01:51:56] - Nie wiem. Obawiam się, że nie. Jeżeli te pomysłowe, krótkie, wręcz chwilami ekwilibrystyczne konstrukcje tych krótkich form ciebie nie zachwyciły, to myślę, że te dłuższe tym bardziej. Czasami wydaje mi się, tak jest. Albo się coś kupi, albo nie. Albo trafia się w pewien klimat, który jest dla danej osoby odpowiedni, albo nie. I tutaj nic się nie da zrobić na siłę.
[01:52:26] - Niemniej nie spotkaliśmy się po to, żeby analizować moje zachwyty literackie, bo Bogusław przytargał ze sobą dużą torbę z książkami i już samo to wydaje mi się fascynujące, że w Polsce tyle tytułów pochodzących z Dalekiego Wschodu, z Japonii wychodzi. I z tego, co wiem, znajduje swoich miłośników, takich wiernych czytelników. Sam znam kilku. W związku z tym musiałbym być ślepy na pewne zjawiska, żeby ich nie docenić jako zjawiska. Co do zjawiska literackiego, to zastanowienie przede mną. Niemniej dzięki Bogusławowi zarówno państwo, jak i ja mamy szansę kilka ciekawych tytułów wychwycić.
[01:53:26] - Muszę zadać pytanie, które będzie trzeba wyciąć. Ile mamy czasu? Bo proporcjonalnie chciałbym, żebyśmy się zmieścili z tym wszystkim. Co na to powiesz?
[01:53:35] - Nie stawiam ograniczeń. Zobaczymy, jak to wypadnie.
[01:53:41] - Pisarzowi Osamu Dazai należy się małe uzupełnienie, jeżeli chodzi o charakterystykę jego osoby. Wspomniałem o tych dwóch kultowych, sztandarowych powieściach: „Zmierzch” i „Zatracenie”, z których on właściwie jest bohaterem. Opisuje swoje losy na podstawie swojej psychiki, na podstawie swoich przeżyć. Jego bohaterowie zwykle dążą do samobójstwa. Nie on jedyny zresztą wśród pisarzy, z którymi miałem okazję się zapoznać. Myślą o samobójstwie lub próbują popełnić samobójstwo, często z kochanką czy z kobietą, z którą żyją. Nie inaczej jest tutaj. Oczywiście w końcu mu się to udaje. I to jest ten happy end, który bardzo lubimy jako czytelnicy. W rzeczywistości próbował pięć razy popełnić samobójstwo, za piątym razem skutecznie.
Myślę, że możemy sobie podarować Osamu Dazai. Wspomnę tylko jeszcze o jednym zbiorze opowiadań „Owoce wiśni”, które są jeszcze mniej wyraziste, jeżeli mogę użyć tego określenia, niż „Liście”. Markowi zaleciłem czy poleciłem „Liście” myśląc, że jednak złapie ten pierwiastek, tego bakcyla japońszczyzny, tej japońskiej literatury, ale niestety, jak wiadomo, nie udało się.
[01:55:33] - To nie tak do końca, bo troszeczkę było tak, pewno o tej książce dzisiaj jeszcze wspomnisz. Nie wiem, czy jest lektura częściowa. Ja taką zaliczyłem, bo część zbioru sławy japońskiej kryminalisty, ale nie w sensie, że siedział w więzieniu, tylko pisał kryminały. Mam zaliczone, ale się w odpowiednim czasie odezwę. I tamto podobało mi się bardziej. Może dlatego-
[01:56:07] - Bo jest europejskie.
[01:56:08] - Tak, właśnie. Może dlatego, że jest bardziej europejskie. Sam autor zresztą-
[01:56:13] - Nawet zachodnie by trzeba było powiedzieć.
[01:56:15] - Tak. Sam autor zresztą tak sformatował swój pseudonim, żeby nawiązywał w każdym bądź razie do Edgara Allana Poe.
[01:56:28] - Tak. Do tej postaci i jego książki wrócimy, myślę, za chwilę, ale ostatnie opowiadanie w zbiorze „Owoce wiśni” kończy się następująco: „Moje samobójstwo zostało odłożone na kolejny miesiąc”.
[01:56:49] - Jest depresyjnie. Coś w ogóle jest w tych Japończykach takiego depresyjnego, bo przecież wspomniane przeze mnie opowiadania kryminalne też są jakieś takie, właśnie depresyjne. To jest chyba to słowo, które dosyć dobrze charakteryzuje. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, autor nie pisze tam o samobójstwach, ale coś jest w nastroju tych opowiadań takiego, że człowiek czuje, że ten klimat samobójczy się tam skrada.
[01:57:25] - Tak, mam podobne odczucia. Ale ta niesamowitość mnie pociąga. Prawdopodobnie nie przeczytałem tylu książek co ty, natomiast powiem szczerze, dla mnie jest to troszeczkę takie oczyszczenie, odcięcie od tego, co do tej pory czytałem. To wcale nie oznacza, że czytam tylko od pewnego czasu japońską literaturę. Absolutnie. Natomiast miałem taki okres, nie ukrywam, około półtora roku, gdzie jedną za drugą albo dwie na raz czytałem. A winna osoba nazywa się Marta Sobiecka, która jest redaktorem mojej książki i to ona mnie zaraziła japońszczyzną tego rodzaju. Podsunęła mi kilku autorów i kilka tytułów. Wcześniej znałem tylko niejakiego Murakamiego. I chyba dwa słowa o Marcie.
Marta jest znanym mi przykładem, jedynym, nie znam więcej przykładów, na pewno są tacy pisarze do tego stopnia zafascynowani kulturą japońską i literaturą, że sami próbują czy nie próbują, piszą, tworzą w podobnym klimacie. Czy na tle kultury japońskiej, na tle Japonii. Marta akurat napisała dwie książki. Drugiej jeszcze nie zacząłem. Mam już, ale nie zacząłem. Muszę pokończyć pewne rzeczy, które rozpocząłem. Natomiast pierwsza, „Algorytm życia” jest to cyberpunk. Tak to nazwano. Nie jestem fanem tego gatunku, nie znałem tak do końca, nigdy nie czytałem. Nie będę tutaj udawał kogoś innego, niż jestem.
Natomiast przypadły mi do gustu, bo to jest też zbiór opowiadań, chociaż bohaterka jest jedna, ale jest to zbiór niezależnych opowiadań, historii lekko kryminalnych, z lekkim powiewem fantastyki. Hologramy, roboty, te sprawy. Sztuczna inteligencja. Bardzo fajnie opisane z perspektywy bohaterki, która jest inspektorem policji. To tyle o inspiracjach japońszczyzną, którą udało mi się znaleźć.
[01:59:52] - Ja bym chciał jeszcze o Marcie porozmawiać, bo państwo Martę znają. O jej książce najnowszej „Ching Dog” rozmawialiśmy. Wcześniej rozmawialiśmy również o „Algorytmie życia”, a ja mogę państwu obiecać, że całkiem niedługo usłyszycie państwo też zachęcajkę, a właściwie taką próbę analizy przez Martę, jak ta japońska literatura bywa w Polsce odbierana, jak bywa czytana. To, proszę państwa, wszystko na spotkaniu w Waplewie. Tam będzie dla mnie takie małe poletko, które będę uprawiał, tam będę nagrywał i to ostro. I między innymi już się szykuję, żeby prelekcję Marty w tymże Waplewie nagrać. Ale wróćmy do literatury japońskiej. Wspomniałeś o Murakamim. To mówimy teraz o Murakamim?
[02:00:48] - Tak, myślę, że to jest dobry moment. Po tej ciężkiej literaturze, jaką serwuje Dazai, troszeczkę przewietrzenia. Bardziej współczesny autor. Można powiedzieć, że całkowicie współczesny, ponieważ dalej tworzy. Żyje i tworzy. Haruki Murakami. Długo zabierałem się za jego książki i odkładałem. Dlaczego odkładałem? Dlatego, że mimo kilku rekomendacji, które chyba nawet z tak zwanej sieci znalazłem, jego książek, odkładałem ze względu na to, że wydawał mi się zbyt komercyjny. Żałuję, że tak późno zacząłem czytać Murakamiego, bo okazało się, że Trafiłem w swój ulubiony klimat.
Nie chodzi o treść, bo treść jest dla mnie mało istotna, że to jest analiza sytuacji po wojnie mandżursko-japońskiej, japońsko-chińskiej, historie miłosne, specyficzne podejście do życia seksualnego, do seksualności w ogóle. To mnie nie interesuje. Tak tego nie odebrałem. Wczoraj przejrzałem kilka recenzji jego, wydaje się, najbardziej znanego dzieła i zdębiałem, ponieważ ja nic z tych rzeczy, które tam były, nie zauważyłem. Albo jestem zbyt odporny na wiedzę, czy źle czytam książki, albo tam tego nie ma. Najgorsze było to, że w tych czterech recenzjach było to samo napisane. Ktoś coś stworzył, a następni to przepisali. Widzę tylko takie rozwiązanie. Pozwolę sobie powiedzieć to, co myślę. Kto zna „Sto lat samotności” i podobała mu się ta książka, kto zna „Prawiek i inne czasy” i podobała mu się ta książka, mówimy tutaj o Oldze Tokarczuk, tej drugiej książce.
Pierwsza to, wiadomo, Márquez. Książka pod tytułem „Kronika ptaka nakręcacza”, bo o tej chciałbym parę słów powiedzieć, na pewno mu się spodoba. To ryzykowne, co powiedziałem, ale tak obstawiam. Jeżeli ktoś będzie zawiedziony, pomimo tych warunków, które postawiłem na początku, proszę o telefon, przeproszę. Co mogę powiedzieć o tej książce? Jest fascynująca, odlotowa, niekonwencjonalna. Wprowadza w nieprawdopodobny klimat. Przynajmniej te określenia, te przymiotniki proszę rozumieć w ten sposób, że mnie wprawia. Będę czytał ją niebawem. Zaczynam trzeci raz.
Trzeci raz będę ją czytał, ponieważ ona dla mnie działa jak odtwarzanie najlepszej płyty z najlepszą moją kochaną muzyką. Wkładam i słucham kolejny raz. Nie ma znaczenia, że słuchałem tego tydzień temu, miesiąc temu, wczoraj. Tak samo czytam te najlepsze książki. Myślę, że nie jeden, że to jest normalne. I taką książką dla mnie stała się również książka „Kroniki ptaka nakręcacza”.
[02:04:31] - Czy ja dobrze rozumiem, bo kiedy wspominamy książkę Márqueza „Sto lat samotności”, kiedy mówimy o książce Olgi Tokarczuk „Prawiek i inne czasy”, to niejako automatycznie gdzieś tam pojawia się słowo magia. Może nie rozumiana tak jak w powieściach fantasy, tylko magia pewnej rzeczywistości tworzonej przez autora. W „Stu latach samotności” jest naprawdę magicznie, a przecież on opisuje tylko taką wioskę na końcu świata, ale ta magia właściwie z każdego kąta tam wypełza, wypływa, cokolwiek państwo powiedzą. Podobnie jest w „Prawieku”. Niby takie to już bardziej swojskie niż Ameryka Południowa, niby bardziej nasze, a przecież magia również w tej książce się pojawia. Czy mam rozumieć, że na bardzo podobną magię trafimy u Murakamiego? Państwo znają, że ja-
[02:05:41] - Może dołożymy jeszcze imię Haruki.
[02:05:43] - Haruki to jest proste, ale jak ja się raz zatnę, to później-
[02:05:47] - Murakami.
[02:05:48] - Tak, Murakami. Powiem tak, kiedyś próbowałem analizować mechanizm tego i to jest niestety w głowie. Ale dzięki za wyprowadzenie. A zatem Murakami.
[02:06:03] - Murakami. Nie mam nic do powiedzenia oprócz zacytowania jednej ciekawostki. W jego kilku książkach, w kilku miejscach, nie wiem dokładnie ilu, udało mi się przeczytać do tej pory sześć, pojawia się studnia. Trochę jestem zły na Murakamiego, że ja tego nie napisałem, że nie wpadłem na ten pomysł, że nie miałem takich odczuć w głowie. Pisze o magii studni, siedzenia w studni i rozmyślaniu. Jeżeli ktoś tego nie poczuje, chociaż wstępnie, o co mi chodzi, czy o co chodzi Murakamiemu, nie poczuje tego klimatu, to raczej niech nie próbuje tego czytać, bo tam takich wątków jest mnóstwo, które same w sobie wydaje się, że nie mogą egzystować. Tylko wtedy, jeżeli się je kupuje w całości, bierze takie, jakie są. Krótki cytat: „Oglądanie gwiazd nad ranem z dna studni jest szczególnym doświadczeniem, różnym od patrzenia na pełne gwiazd niebo ze szczytu góry. Patrząc na niebo przez to ograniczone pokrywą studni okno, miałem wrażenie, że świadomość mojej własnej egzystencji jest połączona z gwiazdami szczególnymi i silnymi więzami. Czułem, że są mi bardzo bliskie.” Dla mnie to jest właśnie ta magia.
Ale coś chciałem zacytować jeszcze. Kilka podtytułów, rozdziałów, które są sztuką samą w sobie według mnie. O korzeniach pragnień i przechodzeniu przez ścianę w pokoju numer 208. O studni, gwiazdach oraz o tym, jak zniknęła drabinka. Co tu jeszcze możemy zacytować? O uczuciu głodu w postaci bólu, długim liście Kumiko i o ptaku proroku. To są tytuły krótkich podrozdziałów, które zwykle mają nie więcej niż kilkanaście stron. Książka ma 700 stron, więc jest co czytać. Wydanie jest kieszonkowe, to które posiadam. I tutaj niestety jeszcze Marek nie mogę cię dopuścić do głosu, ponieważ są dwie książki, które sprowokowały mnie do tego, żeby samemu zacząć pisać.
W końcu coś takiego nie tylko do szuflady. Pierwszą książką była właśnie ta. Poczułem, że mogę się wypowiedzieć, że nie mam ograniczeń. Nie ma ograniczenia czasu, jedności, miejsca i akcji i tym podobne rzeczy nie istnieją. Istnieją, ale nie muszą istnieć. Że mogę puścić wodze własnej wyobraźni. I w tym momencie uwierzyłem w to, że mogę pisać. Nareszcie warto coś napisać. I drugą książką była jeszcze bardziej komercyjna książka, o której tylko chciałem wspomnieć, ale powiem szczerze, że miałem notatkę.
[02:09:23] - To ja wejdę w słowo. Ty sobie spokojnie poszukaj, a ja państwu powiem, że wiecie państwo, że zawsze na początku audycji pojawiają się korepetycje filozoficzne. Kiedy usłyszałem o studni i gwiazdach, to się zaśmiałem w duchu, bo mam dla państwa zagadkę. Nie mam żadnej ekstra nagrody, natomiast napiszcie państwo na różnego rodzaju forach, czy kojarzycie, z jakim wydarzeniem z gatunku filozofia i to filozofia grecka, kojarzy się państwu obserwowanie gwiazd z głębi studni? Bo to jest taka rzecz, którą warto wyszukać. W końcu to kultura bliska Grecja, starożytność, a jakoś te gwiazdy i studnia tam się również pojawiają. To ja państwa zostawiam z tąże zagadką. Mam nadzieję, że jakieś odpowiedzi pojawią się. I mam pytanie, czy już znalazłeś?
[02:10:27] - Nie, nie znalazłem i nie będę dalej szukał.
[02:10:29] - Okej, zatem przechodzimy do kolejnej.
[02:10:31] - Tytuł książki jest „Cień wiatru” to na pewno. Natomiast autor to jest hiszpański pisarz Zafón. Przypomniało mi się. Jeden z moich ulubionych, który pisze mniej na poważnie, a bardziej magicznie.
[02:10:48] - Tak, magicznie. Ja pamiętam, nie wiem, czy to nie jest przypadkowo ta książka, gdzie całkiem poważną rolę odgrywa biblioteka. Księgarnia.
[02:10:59] - To jest jeszcze coś więcej.
[02:11:01] - Oczywiście.
[02:11:02] - To jest miejsce, w którym przechowuje się książki, żeby zachować książki. Główny bohater jako chłopiec zostaje zaprowadzony tam przez ojca i ten strażnik książek, nazwijmy go, prosi go, żeby wybrał sobie jedną książkę, której będzie strażnikiem, będzie jej pilnował. Trochę to przypomina nam coś, prawda? Jak się uczono książek na pamięć. W jakim „Fahrenheit”?
[02:11:25] - Tak, właśnie chciałem powiedzieć, że książka Raya Bradbury'ego „Fahrenheit 451”, o ile dobrze pamiętam. Tam się właśnie książek na pamięć uczono. Od razu miałem to skojarzenie. Zafón myślę, że czerpie z szerokiej popkultury i to bardzo dobrze.
[02:11:44] - Ale bardzo zgrabnie pisze moim zdaniem.
[02:11:46] - Tak, gdzieś się tak utarło, że kultura pop to musi być ta sama najgorsza. Ja walczę z tym twierdzeniem. Zresztą nie jestem sam, bo nie chodzi o to, żeby każdą literaturę komercyjną nazwać literaturą pop. To trochę inaczej działa. Literatura pop może być albo dobra, albo zła. Tak jak każda zresztą.
[02:12:07] - Jak się sprzedaje, to nie znaczy, że jest zła.
[02:12:09] - Dokładnie o to chodzi i warto czasami sobie tę problematykę położyć przed sobą i rozważyć. I już. I ja się w tej chwili zamykam, bo głos tak naprawdę dzisiaj należy się człowiekowi, który kilka tytułów z japońskiej literatury przeczytał.
[02:12:30] - Jeszcze tylko bardzo krótkie zdanie uzupełnienia odnośnie „Cieniu wiatru”. Tam jest bardzo duża różnica, jeżeli chodzi o to uczenie na pamięć, a tutaj opiekowanie się książką, ponieważ cała akcja rozwija się na bazie takiego schematu, że ten chłopiec, potem młody człowiek zaczyna szukać autora tej książki i cały wątek sensacyjny, magiczno-sensacyjny, fantastyczno-sensacyjny rozwija się później. Zostawmy Zafóna, ponieważ jest Hiszpanem, już też nie żyje, niestety. Był Hiszpanem, a nie Japończykiem. Coś lżejszego. Podobno, muszę użyć takiego określenia, ponieważ to akurat dowiedziałem się z notki na okładce książki. Książka, którą mam w ręku, jest jedną z ulubionych książek Japończyków. Oczywiście kultowych. Nie może tego słowa zabraknąć. W tym momencie chyba jednak pasuje.
Yoko Ogawa jest to autorka bardziej współczesna niż Dazai, bo Dazai z przełomu wieków, początek XX wieku to był szczyt jego kariery. Potem lata powojenne, czyli powiedzmy do roku ‘48. A Yoko Ogawa to jest autorka XX-wieczna, z połowy XX wieku. "Ukochane równanie profesora" jest to bardzo lekka książka oparta na znakomitym, moim zdaniem, pomyśle. Pewnie Marek mi, jako omnibus, za chwilę znajdzie zastosowanie tego pomysłu. Nie wiem, czy znasz tą pozycję?
[02:14:25] - Nie znam.
[02:14:26] - Nie chcąc spoilerować, to powiem tylko tak: bohaterem jest profesor matematyki, wiekowy, ale najważniejsza rzecz jest taka, że jest inwalidą. Po wypadku samochodowym, w którym brał udział, stracił pamięć, ale nie całkowicie, tylko nabrał takiej dziwnej właściwości, można by powiedzieć, że pamięta tylko wszystkie rzeczy, które przeżywa danego dnia. Przeżywa, pamięta jedynie osiem godzin. Potem całkowicie wychodzą mu z pamięci. Natomiast nabyta wiedza wcześniej doskonale funkcjonuje, czyli ta wiedza matematyczna i jakaś wiedza o świecie ogólna. Z nią nie ma problemów. Natomiast przychodzi do niego taka pomoc domowa, którą wynajęto do opiekowania się profesorem. Przychodzi w godzinach porannych i on codziennie się pyta, kim ona jest. Ona mu odpowiada, że jest jego pomocą domową. I okej, dobrze.
„Jak się nazywasz?” I jako elegancki japoński naukowiec, tak sobie pozwolę powiedzieć, tak sobie tego wyobrażam z opisów pamiętam. Chodzi w garniturze, co prawda lekko przytartym, wysłużonym, ale w garniturze. I do tego garnituru ma poprzypinane szpilkami karteczki z różnymi rzeczami, różnymi napisami. Co dzisiaj robi i kto się jak nazywa. Jak już pani przyszła, to sobie na karteczce napisał, przypiął. Wyobrażam sobie, że musiało to pociesznie wyglądać. Rozwiązuje konkursy matematyczne z jakiegoś czasopisma fachowego. Wysyła, wygrywa, zapomina, że wysłał. Przychodzą jakieś nagrody, on nie wie po co, dlaczego i tak dalej. Nie chcę spoilerować, warto przeczytać.
Znakomicie się to czyta. Jest pouczająca, bo tam jest wątek młodego chłopaka, który jest synem tej pomocy domowej. On nawiązuje między sobą taki bardzo fajny kontakt. Co prawda codziennie się pyta, kim on jest i dlaczego nie jest w szkole, ale jest to do tego jeszcze napisane z humorem. Także to jest ta lżejsza pozycja. Biorę po kolei, jak te książki mi się ułożyły. Mamy następnego depresanta. Natsume Sōseki. Oj, to właśnie Marta mi poleciła. Zaczynałem od Natsume Sōseki.
To jeden z takich większych pisarzy, taki Bolesław Prus japońskiej literatury.
[02:17:19] - Ale tytuł, proszę państwa, taki filozoficzny. „Światło i mrok”. Dużo się da na kanwie tego tytułu napisać. Dużo da się rozważyć. W takim razie zobaczmy, co w środku.
[02:17:38] - Powiem tak: jak w polskim filmie. Nic się nie dzieje. W połowie książki zadzwoniłem do Marty i zapytałem, czy naprawdę warto dalej czytać, ponieważ wszystko właściwie dzieje się w dwóch pokojach, wśród trzech osób i tam nie ma żadnego wątku sensacyjnego, nie ma żadnego wątku, nie ma kłótni, nie ma niczego, o co można by się zahaczyć. Trochę jak stare filmy Kurosawy, gdzie pięć minut trwa scena, jak dwóch samuraji siedzi na macie i piją herbatę. I nagle któryś się odzywa i mówi nam: „Oh no, no. Oh, sekura.” I znowu pięć minut ciszy. I mniej więcej ta książka tak wygląda. Po co ten wstęp? Po to, że jestem uparty i doczytałem do strony, w tym moim wydaniu jest stron 452. I na końcu przeczytałem-
[02:18:47] - Zaskoczenie, proszę państwa.
[02:18:49] - Takie zdanie przeczytałem: „Mówiąc to, Kyoko uśmiechnęła się. Tsuda wrócił do swojego pokoju, starając się wytłumaczyć samemu sobie znaczenie tego uśmiechu.” Tak mniej więcej w tej książce wyglądają opisy psychologiczne. I w nawiasie kwadratowym na dole kursywą napisano: „Powieść nieukończona ze względu na śmierć autora.” Zadzwoniłem do Marty. Mówię: „Marta, czy ty naprawdę czytałaś tą książkę do końca?” Przyznała się, że nie, ale że podobał jej się klimat i kiedyś miała zamiar to przeczytać. Coś w tym rodzaju.
[02:19:26] - Muszę zapytać o tę książkę. Skoro jest tak, że nic się nie dzieje, jak w polskim filmie, że te dialogi nie takie i w ogóle, to tak z perspektywy warto było?
[02:19:43] - Nie wiem.
[02:19:46] - I to jest, proszę państwa, szczera odpowiedź.
[02:19:48] - Powiem szczerze, że ja jestem człowiek, który poszukuje w sztuce klimatu, nie treści. Treść jest fajnie jak jest. O przepraszam, uderzyłem w mikrofon. Treść jest ważna, bywa ważna. Bez treści wiadomo, nie ma sztuki. Całkowicie bez treści nie ma literatury. Natomiast są jakieś granice dla mnie. Marek, wiesz, ja nie występuję jako obrońca literatury japońskiej w całości.
[02:20:21] - Tak, tylko jako człowiek.
[02:20:23] - To są moje spostrzeżenia z różnych książek.
[02:20:25] - Tak, ale to cenne, bo masz jedną zasadniczą zaletę: czytujesz tę literaturę, więc wiesz, o czym mówisz.
[02:20:32] - Przynajmniej na temat tego, co czytałem, mogę powiedzieć kilka słów. Powiem tak: zbyt duża różnica kulturowa wydaje mi się dla mnie, żeby złapać do końca klimat tej książki. I tyle mam do powiedzenia. Odbiłem się od tej książki. Jest jeszcze jedna jego książka pod tytułem „Wrota”. Nie mam jej tutaj, bo bym za dużo musiał zabrać, ale na temat tamtej książki w ogóle nie mam nic do powiedzenia, ponieważ tam autor dożył do końca, bo to była ostatnia. Tam autor dożył do końca i ona jest znowu uważana za dzieło bardzo ważne dla literatury i kultury japońskiej. Znowu się odbiłem. Przeczytałem. Obraz, który pamiętam, jest bardziej pozytywny niż odnośnie powieści „Światło i mrok”, ale też osobiście nie polecam.
[02:21:29] - Czy ja dobrze odczytuję, że jeśli książka jest tak bardzo mocno zanurzona w kulturę japońską, to właśnie się zdarza coś takiego, jak przed chwilą powiedziałeś, że troszkę się od tego odbijamy. Szczególnie jeśli nie jesteśmy znawcami tamtej kultury. Natomiast jeśli autorzy, tak jak Murakami czy ci wcześniej wymienieni przez nas, próbują jednak jakiś krok w kierunku Zachodu zrobić, to, tak rozumiem to, co powiedziałeś, zaczyna być interesujące to połączenie, ten pewien miks. Może to niedobre słowo, ale w każdym razie takie zbliżenie się, krok wykonany w kierunku Zachodu to już zaczyna być ciekawe.
[02:22:12] - Tak, lepiej się z nami komunikuje ta literatura, wydaje mi się, co jest chyba oczywiste. My jesteśmy przygotowani do odbioru innej sztuki, innej formy przede wszystkim. Tak samo, jeżeli książka czy opowiadanie zabiera zbyt dużo elementów lokalnych, męczą mnie opowiadania lub książki, powieści, w których jest użyto zbyt dużo słów, określeń japońskich, które cały czas trzeba szukać w słowniku albo gdzieś tam w odnośniki i doczytywać. Nie mogę w tym momencie wejść do końca w klimat. Jak już znam kilka określeń typu maty, to są, powiedzmy, jednostki powierzchni w pokojach, które jest równe rozmiarowi jednej maty i to są zarazem takie maty do siedzenia. To już jak wiem, że mata to mata, to nie szukam, ale takich określeń bywa w jednym zdaniu kilka. I zanim zrozumiem od strony formalnej ten kawałek tekstu, to gdzieś uciekł klimat z całości. Zostawmy to. Znowu nie mamy zbyt dużo czasu, więc myślę, że analizowanie kolejnego depresanta też niekoniecznie jest fajne.
[02:23:36] - Ja przepraszam państwa, ale właśnie widzę to, co Bogusław przygotował. Mówię o tym, że nie będziemy rozmawiać o kolejnym depresancie. Tymczasem tytuł kolejnej książki brzmi „Grobowa cisza, żałobny zgiełk”. Oddaję ci głos.
[02:23:54] - Przepraszam, rozśmieszyłeś mnie. Muszę chwilę. Więc tak. Co ja mam do powiedzenia na temat? To jest zbiór opowiadań, żeby nie było tak źle. I to jest, jak to często w przypadku zbiorów opowiadań, tytułem całości jest tytuł jednego z tych opowiadań, które zawiera zbiór. To jest Yōko Ogawa, czyli ta pisarka od „Ukochanego równania” profesora. Tej bardzo przeze mnie zachwalanej, pozytywnej, rozluźniającej powieści. Oczywiście biorę pod uwagę tło, czyli tło autorów japońskich, z którymi zdążyłem się zapoznać, bo sama w sobie nie byłaby tak dobrze oceniana, tak pozytywnie w sensie nastroju, nastroju odbioru. Ona jest też ciężka w sumie, jak na tle literatury zachodniej, nazwijmy to.
Natomiast na tle Saseki czy Dazai to trochę taka popkultura, to typowy pop. A tutaj dlaczego ten zbiór? Jedna ważna dla mnie rzecz odnośnie warsztatu. Co do treści są sympatyczne też te opowiadania, bardziej też już takie zachodnie, lekko ugładzone, że tak powiem, dopasowane do odbiorcy z całego świata. Może nie tyle Zachodu, bardziej uniwersalna, gdzie japońszczyzna jest bazą. Od tego żaden autor japoński nie próbuje nawet na chwilę uciekać, ale jest tutaj więcej takiego spojrzenia czy sposobu pisania, który jest nam bliższy i łatwiejszy dla nas w odbiorze. Takie jest moje zdanie. Ale ciekawostka warsztatowa jest taka. Wiem, że to nie jest do końca oryginalne, ale sposób realizacji tego polecam wszystkim, którzy piszą i nie tylko, i tym, którzy lubią ciekawe pomysły. Każde opowiadanie jest o czymś innym, zupełnie o czymś innym.
Ma innych bohaterów. Wydaje się, że w ogóle nie jest powiązane, ale jest. A jest powiązane w taki banalny sposób. Ja teraz posłużę się może nie do końca przykładem z tej książki, ale przykładem, który myślę, że dobrze zilustruje, co mam na myśli. Powiedzmy, że w pierwszym opowiadaniu występują liście. Niech będą liście. Czy liść, który spada i gdzieś tam sobie leży na dachu i ktoś obserwuje ten liść przez okno. Jest jakaś akcja, jest jakieś opowiadanie o czymkolwiek. Drugie opowiadanie zaczyna się od tego liścia, tego samego, dokładnie tego liścia i w pierwszych kilku zdaniach lub słowach jest wyraźne nawiązanie, że to jest ten liść, właśnie ten konkretny. Nie jakiś inny liść podobny do tego.
To jest ten liść. Tylko że akcja idzie w zupełnie innym kierunku. Ja wiem, że na pewno nie jest to do końca oryginalne, ale sposób napisania realizacji powiem szczerze, że bardzo mi się podoba i to jest też taka troszeczkę jak na japońską literaturę, według mnie jest lżejsza pozycja godna polecenia. Jeżeli ktoś chciałby spróbować troszeczkę z literaturą japońską, to na pewno od takiej pozycji można by zacząć.
[02:27:41] - Czy to są opowiadania o charakterze obyczajowym, czy jakimś innym?
[02:27:45] - Tak, obyczajowym. Tak można ogólnie powiedzieć, obyczajowym.
[02:27:48] - Czyli niejako w tej warstwie takiej, gdzie przenosi się informacja, poznajemy też troszeczkę tej rzeczywistości japońskiej, tak to rozumiem.
[02:27:58] - Tak. Ja przepraszam, głos mógł lekko zaniknąć, ale nachyliłem się po kolejne tutaj pozycje. To sobie chyba zostawimy na koniec.
[02:28:08] - Tak, to jest książka, o której już wspominałem na początku.
[02:28:12] - Tak, to już nie są moje książki. To są jeszcze moje. Tutaj już taki smaczek smaczków według mnie. Powiem szczerze, nie wiem, czy znane są tobie te pozycje.
[02:28:29] - Powiem tak, z widzenia, ponieważ miałem to szczęście i wydawnictwo Tajfuny w bardzo taki fajny sposób promowało się na targach w Poznaniu i miałem okazję te tytuły widzieć. Zresztą wydawnictwo Tajfuny, spora część książek, o których ty dzisiaj mówisz, nie wszystkie, ale spora część książek właśnie przez Tajfuny, przez wydawnictwo Tajfuny jest wydawana. Oni się tak naprawdę w tej dalekowschodniej literaturze, bo nie tylko japońskiej, specjalizują. Polecam państwa łaskawej uwadze to wydawnictwo, bo wydaje mi się niezwykle ciekawe.
[02:29:07] - Uwaga, będę kaleczył język japoński na pewno. Motojiro Kajii „Cytryna”. Jest to wydanie takie kieszonkowe. Specyficzna seria literatury japońskiej wydana przez Tajfuny, tak jak Marek powiedział. Zbiór opowiadań pod tytułem „Cytryna”. Wokół tej książki, a konkretnie opowiadania pod tym samym tytułem, wytworzył się taki kult, można powiedzieć ruch, jakiś taki mistyczny wręcz w Japonii. Do dzisiaj trwa. Znamy tę ich skłonność do różnych takich właśnie ulegania, szukania takich ekstremalnych zainteresowań, ekstremalnych zabaw, rozrywek. Jest to jedna z nich, ale tutaj bardziej związana z naszą dziedziną, o której dzisiaj rozmawiamy, czyli literaturą. Pisarz znowu depresyjny i to całkowicie wprowadzający w nastrój przygnębienia.
Totalnie. Dlaczego młodzi ludzie, młodzi Japończycy się fascynują tą książką? Nie umiem powiedzieć, nie będę próbował nawet tego zanalizować, bo nie mam takiej wiedzy. Autor był chory od dzieciństwa na nieuleczalną chorobę, z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, chorobę płuc i miał cały czas podwyższoną temperaturę ciała. Jego szczyt pisarstwa to wiek, najlepsze rzeczy napisał po dwudziestym roku życia i krótko potem zmarł. Szczycił się wręcz tym, że wśród znajomych podawał rękę swoim znajomym, kolegom, koleżankom, że ma podwyższoną temperaturę. Był cały czas w takim nerwowym nastroju. Wystarczy sobie wyobrazić, jak człowiek czuje się, jak ma stan podgorączkowy. Jego pisarstwo jest niesamowite. Nie wiem, czy przez to, czy dzięki temu.
Trudno tutaj mi użyć właściwego określenia. Myślę, że miało to bezwzględnie wpływ na nastrojowość tych tekstów. Krótki cytat: „Chłód cytryny sprawiał mi przyjemność nie do opisania. Przez kłopoty z płucami nieustannie trawiła mnie gorączka. Szczerze mówiąc, nawet się z nią obnosiłem, na przykład ściskając za rękę przyjaciół, by przekonać się, że nikt nie miał bardziej rozpalonej dłoni. Zapewne to ta sama ciepłota pozwalała mi z przyjemnością chłonąć wnikające w skórę zimno.”
[02:32:11] - Bardzo takie przemawiające do zmysłów zdanie. Te zdania. Zastanawiam się, czy cała książka jest taka.
[02:32:20] - Tak. Albo jeszcze bardziej. Przechodzimy dalej.
[02:32:25] - Okej.
[02:32:26] - Przechodzimy dalej. Ostatnia rzecz, też wydawnictwo Tajfuny z tej serii, czyli małe, kieszonkowe wydanie, można powiedzieć, prawie kieszonkowe, takie na sporą kieszeń, na trochę większą kieszeń. Jedno opowiadanie mnie tutaj zachwyciło, tytułowe. Reszta nie utkwiła mi w pamięci, bo wczoraj, nie będę ukrywał, mając słabą pamięć lub wiele rzeczy do zapamiętania, po prostu muszę sobie pewne rzeczy przypominać. Przejrzałem sobie te książki pobieżnie wszystkie i żeby dzisiaj móc państwu tutaj cokolwiek więcej ciekawego powiedzieć o moich odczuciach, musiałem sobie przypomnieć ich treść. I to jest jedyna rzecz, jedyna pozycja w tym zbiorze opowiadań pod tytułem „Piekło w butelkach”, gdzie są dokładnie trzy opowiadania i tych dwóch poprzedzających nie mogę sobie absolutnie przypomnieć. Nawet próbowałem je wczoraj czytać i w ogóle nic mi się nie mogło odświeżyć. A to ostatnie, trzecie, zacząłem tylko pierwsze zdanie i mi się cała treść i forma przypomniała momentalnie. Znowu autor Kyusaku Yumeno, ale prawdopodobnie tak się to czyta, lub mniej więcej. Co jest w tym opowiadaniu „Piekło w butelkach”?
Tytuł jest znowu depresyjny, opowiadanie również. Natomiast forma i sposób realizacji tej formy dla mnie to jest szczyt osiągnięć. Takie zbliżenie się do szczytu możliwości literackich, jeżeli chodzi o krótką formę. Żeby znowu nie spoilerować, powiem tylko, na czym konstrukcja polega, nie treść. Konstrukcja polega na tym, że są trzy butelki po piwie z listami wrzucone do morza, odnalezione gdzieś na oddalonej daleko plaży i przekazane do analizy. I autor tego opowiadania odczytuje nam treść, czy podaje nam treść tych trzech listów w odwrotnej kolejności, jak były napisane. Co z tego wychodzi, to musicie państwo spróbować sami przeczytać, bo nie mogę więcej powiedzieć, żeby nie psuć zabawy.
[02:35:12] - To tak się włączę. Ja sobie mogę wyobrazić, nie co w konkretnym przypadku, ale jak czasami forma może zdecydować o odbiorze. Sam mam za sobą, kiedyś już o tym wspominałem w „Bibliotekarium”, takie opowiadanie, w którym epilog był na początku, w środku był środek, a prolog był na końcu. Wydaje się to wariactwo, ale dopiero wówczas osiągnąłem w tym opowiadaniu to, co chciałem osiągnąć. Gdyby podać tę historię liniowo, czyli tak jak trzeba, to nie byłoby w nim napięcia, nie byłoby w nim zagadki. Nic by w nim tak naprawdę nie było. Byłaby to prosta historia, którą sobie możemy przy ognisku opowiedzieć. A zastosowanie takiego banalnego, bo ktoś powie: „To banalny zabieg w gruncie rzeczy”. Być może, ale liczą się później efekty i czasami właśnie odpowiednie zastosowanie takich przestawień, innej kolejności sprawia, że my czytając zupełnie inne wrażenia mamy. Napięcie, które w nas narasta, powoduje, że to opowiadanie z nami zostaje.
Więc ja jestem skłonny uwierzyć, że ten zabieg mógł bardzo dobrze zagrać.
[02:36:28] - Tak jak powiedziałeś. Wyobraziłem sobie teraz, że czytam w tej chronologicznej kolejności. W ogóle by mnie to nie zainteresowało, a na pewno bym nie zapamiętał tego opowiadania. Na pewno bym go nie zapamiętał. Na pewno.
[02:36:44] - No tak. I teraz w dłoniach Bogusława pojawiła się książka, o której wspominałem na początku. Książka nosi tytuł „Gąsienica” i jest zbiorem opowiadań kryminalnych. Możemy autora przedstawić jako Rampo Edogawa, ale jak sobie odwrócimy i powiemy Edogawa Rampo i skojarzymy to z Edgarem Allan Poe, to jak państwu się coś zaczyna kojarzyć, to od razu powiem, jest zabieg jak najbardziej zamierzony. Autor był zafascynowany twórczością Edgara Allana Poe i w jakiś sposób, czy to właśnie pseudonimem, ale też sposobem pisania starał się nawiązać. I znowu z tego, co przeczytałem, bo ja niestety wszystkich opowiadań z tego zbioru nie przeczytałem, ale z tego, co przeczytałem, to jest takie nawiązanie, ale zawahałem się, czy użyć słowa połowiczne. Częściowe. To może lepiej nawet zabrzmi. Bo niby tak, niby to jest próba, nie wiem, czy naśladownictwa, w każdym razie takiego nawiązania wprost, ale jednak zrobiona po japońsku. To jednak jest inne niż Edgar Allan Poe.
I tu możemy najwyżej mówić o właśnie-
[02:38:06] - Głębokiej inspiracji.
[02:38:06] - Tak, bardzo głębokiej inspiracji. Co więcej, niektóre z tych opowiadań kryminalnych, ja się zastanawiam, czy w Europie zostałyby nazwane kryminalnymi opowiadaniami.
[02:38:16] - Nie. Według mnie nie.
[02:38:18] - No właśnie, to może coś więcej.
[02:38:21] - Bardzo trafne skojarzenie z Allanem Edgarem Poe, ale jeszcze wczoraj doczytałem, jak właściwie powinno się czytać ten pseudonim Edogawa Ranpo. Owszem, przestawiona kolejność, natomiast jeszcze powinno to brzmieć dokładniej tak: Edoga Ranpo.
[02:38:46] - Tym bardziej.
[02:38:48] - Edgar Allan Poe. Taka ciekawostka. Powiem tak: i przypadły mi do gustu, i nie. Dla mnie zbyt mało ambitne. Może skrót myślowy oczywiście z tym mało ambitne. Forma zgrabna. Tutaj nie mam żadnych uwag. Osobiście wolę oryginał, czyli Edgara Allana Poe. Chociaż pisane w bardzo odległych czasach dla nas i nie zawsze w prosty sposób. Ten klimat.
Są nieco ciężkawe, ta forma.
[02:39:27] - Ja powiem tylko tyle, wtrącę ci się, że zawsze szukajcie państwo tłumaczenia Edgara Allana Poe, jakie wam to tłumaczenie wchodzi. Bo tych tłumaczeń ja sam znam przynajmniej trzy, trzech tłumaczy. Powiem tak, że kiedy ja się tym interesowałem gdzieś tak na początku lat 80., to dotarłem do jednego tłumaczenia i to w ogóle nie weszło. Odrzuciło mnie, bo to było i nie dość, że opowiadanie stare, to i tłumaczenie było stare. W związku z tym trochę słabo. Natomiast jak później pojawiły się współczesne, niemal współczesne tłumaczenia, to nagle zupełnie inny pisarz się objawił, Edgar Allan Poe. To taka drobna uwaga. Wróćmy do Edogawy Ranpo.
[02:40:20] - Edoga Ranpo.
[02:40:21] - Edoga Ranpo. Też się nauczyłem.
[02:40:26] - Ja jeszcze nie na razie czytałem. Przeczytałem z notatek, ale czasami warto mieć notatki. Ja sobie tutaj wypisałem kilka spostrzeżeń, które mi pozwolą lepiej, pełniej zanalizować ten zbiór opowiadań, który jest tego warty. Pomimo tego, co powiedziałem, że nie do końca mnie zafascynowały. I tak, i nie. Jest bardzo dla mnie duża różnica poziomów tych opowiadań z mojego punktu widzenia jako odbiorcy. „Test psychologiczny” bardzo dobry według mnie. „Czerwony pokój” bardzo dobry. „Spacerowicz na poddaszu” świetny. I ostatnie opowiadanie „Podróż z wyszywanym obrazem”.
Natomiast „Gąsienica” i „W objęciach fotela” ja osobiście z niesmakiem przeczytałem. Przeczytałem może nie tyle z obowiązku, bo nikt mi tego nie kazał i za to nikt nie płacił, ale przeczytałem, żeby mieć pełen obraz, żeby sobie również nie zarzucić, że nie doczytałeś do końca i skąd możesz wiedzieć, czy to było dobre, czy nie było dobre, czy ci się podobało, czy nie podobało, więc przebrnąłem.
[02:41:50] - A ten niesmak to taki niesmak literacki, czy też taki wprost niesmak?
[02:41:55] - I taki, i taki. Dlaczego? Jeżeli chodzi o „Gąsienicę”, to jeszcze bym powiedział bardziej co do treści, scen obszenicznych. Nie lubię rzeczy obszenicznych. Od razu mówię. Nawet w „Ptaku nakręcaczu” jest opis obdzierania żywcem człowieka ze skóry i też pominąłem, bo mi wystarczyło kilka pierwszych zdań, które już wiedziałem, że go obdzierają ze skóry, drą mu pasy, więc nie muszę tego czytać przez następne 10 stron. Więc sobie podarowałem i sprawdziłem, gdzie się to kończy i czytałem dalej. Nie wstydzę się tego powiedzieć, chociaż to jest moja ulubiona książka, zaznaczam, ale na 700 stron te 10 sobie mogłem jakoś podarować. Tym bardziej że myślę, że niewiele straciłem. I tutaj właśnie nie jestem Japończykiem, żeby mnie fascynowały takie rzeczy.
„Gąsienica” jest tak obsceniczna, że po prostu nie sprawiła mi przyjemności. To jest najłagodniejsze, co mogę powiedzieć. Nie będę się pastwił nad tym opowiadaniem dalej. Znowu, być może jest bardziej japońskie niż inne i dlatego może dla Japończyka nie byłoby to takie trudne w odbiorze czy nieprzyjemne w odbiorze, bo to nie jest trudne w odbiorze. To jest po prostu nieprzyjemne w odbiorze. Mężczyzna pozbawiony członków. A nie chodzi o tego jednego członka. Chodzi o cztery członki. Jest gwałcony przez żonę, która ma chuć na wysokim poziomie, bo pości już przez wiele lat i opisy szczegółowe tej sytuacji po prostu nie sprawiły mi żadnej przyjemności. „W objęciach fotela” to jest drugie tutaj według mnie rzecz, którą na pewno, gdy już będę czytał, być może jeszcze kiedyś zajrzę do tych opowiadań.
Na razie za bardzo pamiętam treść, ale być może wrócę, bo tamte mi się podobały. Tutaj nie tyle, że obsceniczne, ale słabe dla mnie, słabe, dęte. Nie wiem, takie określenie mi się tutaj skojarzyło. Dęty pomysł, słabe wykonanie. Nie poczułem tu w ogóle niczego w tym tekście, ale za to ostatnie, czyli „Podróż z wyszywanym obrazem” to już jest magia. I tutaj użyję tego słowa magia. Chociaż chciałem się dzisiaj powstrzymać, żeby jak najmniej użyć tego słowa, ale to jest to, czego ja w literaturze
[02:44:29] - Potrzebuję najbardziej, czego szukam, co mnie najbardziej fascynuje, to jest właśnie ten niedopowiedziany klimat, taki niesamowity, którego nie do końca da się nazwać, a wciąga.
[02:44:45] - Pewno nic mądrego na koniec nie powiem, ale myślę, że tym dzisiejszym swoim przykładem oraz przykładami książek, które podałeś, mnie na pewno przynajmniej do kilku zachęciłeś. Powiem tak: ja zawsze, jeszcze dalej, dzisiaj, teraz, w tej chwili odbieram literaturę japońską jako literaturę dosyć trudną, przez którą się trzeba przebijać. Taką maczetę w rękę i przebijamy się jak przez dżunglę. Natomiast kilka smaczków narobiłeś. Myślę, że to nie są tylko moje odczucia. Te smaczki zostaną ze mną, zostaną z państwem przed odbiornikami. Powtarzam, to nic oryginalnego, ale chyba po tę japońską literaturę mnie przynajmniej przyjdzie sięgnąć.
[02:45:40] - Cieszę się.
[02:45:41] - No to cóż, rozumiem, że na dzisiaj kończymy.
[02:45:44] - Tak. Ja dziękuję bardzo za cierpliwość, za wysłuchanie moich wynurzeń, może niezbyt profesjonalnych, ale szczerych.
[02:45:53] - Ale powiem tak: sam przed chwilą wskazałeś na zegar, który sobie tutaj cyka. Sam fakt tego, że ta godzinka uciekła nam nie wiadomo kiedy, świadczy o tym, że rozmawialiśmy o rzeczach, które są fascynujące. To miejmy tylko nadzieję, że udało nam się tę fascynację, tę magię, zostańmy przy tym słowie, w jakiś sposób przez głośniki przecisnąć. I to tyle. Dziękuję państwu bardzo. Tak. Odległa Japonia. Wracamy, proszę państwa, do Europy i niniejszym zapraszam na pierwsze dzisiaj spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. A to widomy znak, że czas na „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:46:50] - Dzień dobry wieczór, Marku. Dzisiaj mamy wyjątkowo ciekawy zestaw filmów.
[02:46:57] - Ciekawy, owszem, ale w dodatku gdzieś tak dotykamy zjawisk biologicznych. Jak sobie o tym pomyślę, to biologicznych. Czyli mamy pogranicze biologii i horroru?
[02:47:18] - Tak. Zjawiska z biologicznego pogranicza, tak to nazwijmy. Opowiemy dzisiaj o takim nietypowym podgatunku horrorowym. Może nawet go sami sobie wymyśliliśmy, ale chodzi o filmy kryptozoologiczne. Znacie filmy o potworach typu kaiju, jak Godzilla, jej koledzy. Mamy zmutowane monstra, jak w filmie „Mucha” na przykład xenomorfa, o którym żeśmy opowiadali milion razy. Wiele z tych stworzeń powstało w umysłach twórców, inne są inspirowane jakimiś legendami. Ale są też filmy o potworach, które czerpią z życia codziennego, tak można powiedzieć. I są to właśnie kwestie kryptozoologiczne, w których mamy do czynienia ze stworzeniami, jakie choć formalnie nie istnieją albo już wymarły, są nadal okazjonalnie widywane. I to chyba najlepiej tak powiedzieć.
Tutaj takie słowo wstępu, że kino, Marku, wydaje mi się, że sięga po tematy kryptozoologiczne dość rzadko. Może dlatego, że kiedy dana produkcja nosi tytuł na przykład „Yeti: Stwór z gór” albo „Potwór z jeziora”, to od razu wiadomo, czego się w tym filmie spodziewać. Z tego też powodu, jeżeli sięgacie pamięcią, to te filmy z wątkami kryptozoo to są albo produkcje przygodowe, albo rodzinne. Przykładem jest „ Anakonda”, ale ona jest chyba produkcją bardziej przygodową niż rodzinną. Zdarza się jednak, że twórcy klasycznych horrorów i sci-fi sięgają po tego typu tematykę. Co z tego wychodzi, to zaraz zobaczymy. W dzisiejszym programie przyglądamy się czterem filmom: dwóm nowym i dwóm, powiedzmy, nieco starszym. Pierwszy z nich, Marku, to jest „Czarny demon” i to jest najnowsza nowość, jeżeli tak można powiedzieć. To jest film opisywany jako horror science fiction z roku 2023. To możesz zechcieć rozpocząć, a ja potem dodam kilka słów na temat stworzenia tytułowego.
[02:49:33] - Zanim zacząłem oglądać ten film, to oczywiście nie oparłem się pokusie i poczytałem sobie trochę komentarzy. Jeden z komentarzy brzmiał w ten sposób: „Łe! Co to za głupi film o rekinie bez rekina?” Mówię sobie: kurczę, to właściwie przemawia na korzyść tego filmu. Często przytaczany przeze mnie przykład, że na „Szczękach” — ja wiem, że to już jest klasyk i to właściwie stare kino — bałem się najbardziej, już to kiedyś mówiłem, do momentu, kiedy nie zobaczyłem rekina w całej okazałości, jak się kładzie na ten kuter. Wtedy przestałem się bać. Więc powiedziałem sobie: jak taki komentarz jest, że jest rekin bez rekina, okej, może być ciekawie. Jaką mamy sytuację? Otóż Amerykanin, przedstawiciel naftowej korporacji, przyjeżdża z żoną tudzież swoją latoroślą do jakiejś takiej dziury, powiedzmy sobie to otwarcie. Ale nie ta dziura go interesuje, tylko to jest miejsce nad morzem, z którego ma się udać na platformę wiertniczą, bo tam nie do końca wszystko jest okej. I od tego zaczynają się dziwne rzeczy, bo to miasteczko prowincjonalne, jak to miasteczko prowincjonalne, w dodatku jeszcze tak bardzo na południe.
W związku z tym nieciekawie jest. Żona się na przykład boi. Ale pan, główny specjalista od platform wiertniczych, wynajmuje sobie odpowiedni środek transportu i popyla morzem w kierunku platformy. Z tym że w pewnym momencie trochę się dziwi, bo ten główny popylający, czyli właściciel łajby, przesiada go na inny środek transportu, dobrze wyposażony w dobry silnik i mówi: "To teraz sobie człowieku płyń sam, bo ja dalej nie płynę". Tak w skrócie. I on rzeczywiście na tę platformę dociera. Ale na tej platformie chyba źle się dzieje. Nieco wymarła. I to jest właściwie zaczątek filmu, który jest, muszę przyznać, widowiskowy dosyć, a jednocześnie jakieś tam napięcie trzyma. Nie wiem, czy do dobrego momentu doszedłem, Piotrze, bo mogę jeszcze dalej opowiadać, ale nie chcę też przesadzić.
[02:52:36] - Jeszcze parę szczegółów możesz zdradzić za chwilę. Ja natomiast odniosę się do tego, czego się tutaj ludzie najbardziej boją. Nim przejdę do tego, czym jest Otodus megalodon, który wciąż wywołuje tyle emocji, to moje krótkie wyznanie. Tak jak ty kiedyś powiedziałeś, że nienawidzisz filmów o zwierzątkach, to ja nienawidzę filmów o rekinach. Rozumiem, że „Szczęki” mogły być jakimś fenomenem kulturowym, natomiast przeciąganie tego na XXI wiek to już trąci naprawdę ostro. W ogóle zauważam coś takiego, że Amerykanie mają jakąś taką fazę na rekiny, której też nie potrafię pojąć. I to było wielokrotnie widziane na przykład w produkcjach Discovery Channel, gdzie porównywali, ile ludzi może zjeść żarłacz biały albo co wygra w starciu żarłacz biały i 10 niedźwiedzi. Takie tam głupoty. Były takie, pamiętacie pewnie, jak żeście jeszcze oglądali to stare, dobre Discovery, takie rzeczy były. Ale wróćmy do tego megalodona.
Dlaczego on jest tak kryptozoologicznie cały czas wałkowany? Otóż mniej więcej 10 lat temu w sieci odżyła taka hipoteza, że megalodony nie wymarły, pomimo że nauka uważa, że nie występują na Ziemi. Taka dolna granica przyjmowana to jest półtora miliona lat. Natomiast w czasach zupełnie współczesnych donoszono o obserwacji jakichś gigantycznych rekinów. Ale jest kilka problemów ogólnie z megalodonami, bo one są znane głównie z kopalin i głównie z zębów. Ponieważ są to ryby chrzęstnoszkieletowe, to zwyczajnie ich inne pozostałości się rozpuściły. I tak szacując na podstawie największych znalezionych zębów paleontolodzy ustalili, że megalodony dorastały do 18 metrów długości, przy czym żarłacz biały, jak sobie porównamy, czyli taki według niektórych współczesny potomek megalodona, dorasta przeciętnie do sześciu metrów. Ale jeżeli poszukamy w internecie, to natrafimy na historie, gdzie ktoś widział rekiny większe niż 18 metrów. Czyli relacje o tych superdrapieżnych rekinach, a także opowieści o żarłaczach białych, które dosłownie były przecinane na pół przez jakieś jeszcze większe drapieżniki, pobudzały wyobraźnię. I jedna z tych hipotez mówiła, że za to wszystko odpowiedzialny jest nikt inny jak megalodon, który może sobie żyć na tych ogromnych głębokościach.
I to wywoływało spore kontrowersje w środowisku badawczym do pewnego czasu, bo obecnie, po kilku latach już raczej to wszystko wystygło. Ten zapał w kierunku rekinów w megaskali też jakoś wygasł powoli. I obecnie taka, powiedzmy, obiegowa opinia mówi, że megalodona raczej próżno w tych nawet najgłębszych toniach oceanicznych szukać, bo po prostu do tego czasu gdzieś ludzie by się na niego natknęli. Ale Marku, co się tam jeszcze w tym superfilmie o czarnym demonie działo?
[02:55:51] - Zanim jeszcze o tym czarnym demonie, to à propos amerykańskiej fazy na rekiny, to przypomnę, to jest chyba komedia, ale „Rekinado” to sześć części miało, jeszcze miało spin offa. Jeżeli kogoś to bawi, to życzę powodzenia. Obejrzałem jeden z tych filmów. Zupełnie nie chwytałem konwencji, tej komediowej konwencji oczywiście. To à propos tego świra amerykańskiego rekinowego.
[02:56:26] - Ja ci powiem jeszcze, że jeżeliby te strachy, nie wiem, jak to powiedzieć, ichtiologiczno-wodne przełożyć na nasze realia, to był taki film
[02:56:39] - Niezależny. Nazywał się „Sum, tak zwany olimpijczyk”. Wytwórnia Skurcz go wyprodukowała, a ja go polecam. To jest taka polska odpowiedź na czarnego demona, „Szczęki”, „Rekina” i wszystko razem wzięte. To pokazuje, jak głęboko strach przed tym, co żyje w stawie, jest w takim statystycznym Polaku zakorzeniony. Nie wiem, czy Marku widziałeś „Suma”.
[02:57:02] - Nie, nie widziałem, ale to jest dobry ślad. Pewno za twoim poleceniem podąży.
[02:57:11] - Jak tylko usłyszałem o tym „Sumie”, to przypomniał mi się pewien polski klasyk heavy metalowy, „Porykiwania Speedła”.
[02:57:21] - A to pamiętam, co się nazywało... Pamiętam to. Jak to szło, Ivelliosie?
[02:57:30] - Też nie wiedziałem, co robić, więc nad kopalnioku stoję, a wiatr rozwiewa włosy.
[02:57:40] - Ja myślę, że to wszystko pójdzie w audycji. Tak, „Ryba koń” jeden z najlepszych kawałków tego nurtu kryptozoologicznego. Ale przecież był jeszcze Sum Holdegron, który występował w „Rumcajsie”. Także jeżeli sięgamy już tak głęboko, to Polacy nie gęsi i te swoje obawy morsko-słodkowodne też mają.
[02:58:03] - Jestem pod wrażeniem występu Ivelliosa. Naprawdę Marku, nie znałem cię z tej strony. To było mocne. Wielki szacun. Natomiast wracając do filmu, to pan specjalista dociera w końcu na tę platformę wiertniczą, a tam, proszę państwa, pustki. Wysiada i właściwie to się rozgląda, nic, nikogo. Na początku nikogo. W końcu znajduje tam jakieś osoby. Ale ogólnie jest słabo. Taka atmosfera nieciekawa, wszyscy jacyś tacy zastraszeni.
Fakt, że jeden z tych bohaterów to silny człowiek ciężkiej pracy. Amerykanie lubią takie wątki, że człowiek prosty, a jednocześnie szlachetny i wspaniały. Okej, wszystko to kupuję. Żeby takie cięcie zrobić, tak to wszystko jest zamotane, proszę państwa, że w końcu żona i córka też na tę platformę wiertniczą trafiają. Nie pytajcie państwo jak, bo to jest chyba dosyć słaba część tego filmu, jak one tam trafiają. Niemniej trafiają. I wtedy oczywiście, jak jest żona i dziecko, to się robi dramatycznie albo nawet bardzo dramatycznie. Bo ta platforma atakowana jest przez ogromnego, a nawet jeszcze większego niż ogromnego rekina, megalodona, który ociera się o platformę, atakuje. Wszystko wskazuje na to, że wcześniej czy później to on z nią zrobi kęsim-kęsim, a w każdym razie coś tam jej zatopi, jakoś tam ją przywróci. I nic dobrego z tego nie wyniknie.
Zresztą tam już w tak zwanym międzyczasie zdążyła spora część, tego nie powiedziałem, ale to trochę między słowami wybrzmiało, załogi owej platformy wiertniczej zginąć. A my się w toku filmu przekonujemy, że to, co się dzieje na tej platformie, zarówno to wstrzymanie wydobycia, jakoś jest powiązane z panem specjalistą, że on coś tam w życiu czegoś nie dopełnił. A ten rekin, potężny, czarny demon, może jednak nie pojawił się z czysto biologicznych przyczyn, tylko może on jest wysłannikiem sił pradawnych bóstw sięgających Mezoameryki i tak dalej. Proszę państwa, widzicie, że to jest wszystko wymieszane. Właśnie nie wiem, w jaki koktajl. To się w sumie dobrze ogląda, ale czy to ma sens? To tak jakby „Moby Dick” w horrorowej odsłonie i w zupełnie innym otoczeniu, ale to sobie wszyscy ocenią, jak będą chcieli obejrzeć „Czarnego demona”. Ale drugi film osadzony w klimatach kryptozoo, nieodwołujący się do dziesiątych opowieści o potworze z bagien czy człowieku jaszczurce, które to krążą po amerykańskiej prowincji, zatytułowany jest „The Cryptid”, czyli „Kryptyda”. Opowiada historię Maxa, młodego i dobrze zapowiadającego się od dobrych kilkunastu lat dziennikarza, który jest pogrążony w głębokim kryzysie życiowym. Zrządzenie losu sprawia, że tuż pod jego nosem zaczyna mu się rozgrywać historia, na której może zbić sławę i niemałe pieniądze.
W dziwnych okolicznościach ginie człowiek. Zostaje po prostu, brutalnie mówiąc, zeżarty przez jakąś istotę. Chociaż wina zostaje zrzucona na niedźwiedzia, to policja zachowuje się wyjątkowo dziwnie i nie chce ujawnić żadnych szczegółów. Kiedy sytuacja się zaostrza, to Max stara się wkroczyć do akcji, w czym pomaga mu stara znajoma. Film w ogóle jest nowy. Chyba trafił do dystrybucji w roku 2022. On nie jest tak łatwo dostępny jeszcze w Polsce. I muszę tu powiedzieć tak
[03:02:46] - On jest całkiem dobrze uszyty. Dostajemy obraz, który jest na pierwszy rzut oka bardzo dobrze skręcony, fajnie zagrany, osadzony przede wszystkim w ciekawych, bardzo klimatycznych wiejskich plenerach. Jednakże, Marku, w pewnym momencie ta fabuła zaczyna buksować. To jest chyba najlepsze określenie, bo o ile "The Cryptid" nie jest złym filmem, to w pewnym momencie umiera. Umiera i my nie jesteśmy w stanie powiedzieć, o co tam właściwie chodzi. Czy powinniśmy zwracać uwagę na tego stwora, czy na to, co dzieje się w tej niedużej lokalnej społeczności, albo też między dwójką głównych bohaterów.
[03:03:41] - Znajoma może jest stara, ale w ogóle stara nie jest. W związku z tym pewne napięcie pomiędzy tym facetem oraz tą panią występuje. Jakkolwiek sobie państwo wytłumaczycie słowo napięcie. Natomiast ja nie jestem tym filmem zachwycony, ale z pewną uwagą. Tu musi być gwiazdka i pod gwiazdką wytłumaczenie. Otóż Amerykanie po raz kolejny nakręcili film, w którym najbardziej interesujące jest to, jak wygląda amerykańska prowincja. Ja coraz bardziej tą amerykańską prowincją jestem zachwycony, bo tę amerykańską prowincję śledzę zarówno u Stephena Kinga, śledzę u Childa, którego bohater to jest taki człowiek, który podróżuje po Ameryce bez plecaka, bez bagażu, jest byłym prokuratorem wojskowym i w ogóle różne przygody przeżywa i też bardzo często przeżywa je na amerykańskiej prowincji. I w związku z tym Lee Child pięknie tę amerykańską prowincję opisuje. I tu dostałem w tym filmie kolejną porcję amerykańskiej prowincji. I tak jak powiedziałem, ja jestem tą prowincją coraz bardziej zafascynowany.
Nie wiem, czy chciałbym tam żyć. Niemniej ogląda się to w kinie bardzo dobrze. Postać szeryfa, który tutaj jest. Pomiędzy głównym bohaterem a szeryfem również pewne napięcie występuje, chociaż oni w pewnym momencie łączą siły, bo kryptydę trzeba w końcu jakoś namierzyć. Tak bym to powiedział. Co jest słabe w tym filmie, to przewidywalna końcówka. Naprawdę zacząłem się głośno śmiać, jak zobaczyłem końcówkę. Można nakręcić jeszcze, ja się wcale, Piotrze, nie zdziwię, jak będzie "Cryptid" 2, 3, 4 i 10. To zakończenie pokazuje, że temat jest otwarty i można kręcić kolejne sequele.
[03:06:13] - To jest tak, że rzeczywiście Amerykanie zakochali się w tych legendach miejskich i w swojej wyimaginowanej prowincji. I ta prowincja jest zawsze bardzo schematycznie przedstawiona. Ale jeżeli sobie obejrzycie na YouTubie, jak wygląda ta prowincja amerykańska z brzydkiej perspektywy, to będziecie jeszcze bardziej zszokowani i przerażeni niż po obejrzeniu filmu "Cryptid". To jest pewien fenomen kulturowy, który my nie do końca rozumiemy. Taka jest prawda.
[03:06:43] - Piotrze, ale tam sami szlachetni ludzie żyją na tej prowincji. Prawie sami szlachetni.
[03:06:49] - Tak jak w serialu "Ranczo" mniej więcej.
[03:06:53] - Tak jest.
[03:06:54] - To jest taki sam typ, powiedzmy, rozumowania i tworzenia bohaterów. Tylko ten film nudzi, po prostu nudzi. Jeżeli nie jesteś jakimś wielkim znawcą kultury amerykańskiej, jeżeli nie odbierasz tej Ameryki pełnym sercem, jeżeli nie oddychasz tą wolnością, ten film cię znudzi po kilkunastu minutach, tak naprawdę. Kilkudziesięciu może, dlatego, że tam ta historia się powoli, ale jednak rozwija.
[03:07:24] - Piotrze, wiesz co? On tak naprawdę zaczyna być nudny, dla mnie przynajmniej, kiedy oni wybierają się na polowanie. To jest dopiero studium schematyzmu tego rodzaju scen, tego rodzaju obławy na coś paskudnego. Jeszcze brakowało tylko pochodni, bo gdzieś mi się to kojarzyło z Frankensteinem. Ludzie z pochodniami, z cepami i jeszcze tu mieli akurat broń, ale to mniej więcej te klimaty.
[03:08:02] - Tak jak w „Shreku".
[03:08:05] - Dokładnie.
[03:08:06] - Muszę powiedzieć, że to mimo wszystko się broni pod tym względem, że to jest dobrze zrobione i to się naprawdę da obejrzeć, jak ci się nudzi i nie masz nic innego do roboty. Poza tym ten sam tytuł jest kuszący.
[03:08:20] - Tak.
[03:08:22] - Mamy do czynienia z jakąś zagadką, która wykracza poza te wszystkie rozterki, które oni tam przeżywają i które zajmują większą część tego filmu.
[03:08:34] - Powiedziałeś bardzo ważną rzecz, Piotrze, wcześniej, na którą chciałbym zwrócić uwagę. Przy wszystkich wadach tego filmu, to jest film dobrze zagrany. Ci aktorzy, którzy tam występują, mnie chwilami porwali ze sobą. To znaczy To nie jest drewniane aktorstwo. To nie są ludzie znikąd i to nie są ludzie, którzy grają to, że są aktorami. Oni naprawdę potrafią to zagrać. To jest dosyć wiarygodne i to chyba ten film ratuje tak naprawdę, bo gdyby dobrać gorszych aktorów-
[03:09:15] - To tak, to by było nie do obejrzenia. Ale to jest realistyczne przede wszystkim i taki trochę przystanek Alaska, tylko bardziej ponury. Nie wiem. Zaryzykujcie, jeżeli zobaczycie gdzieś tam „Kryptida”, to możecie zobaczyć. Na pewno w porównaniu z takim filmem, który żeśmy omawiali niedawno, chyba „The Tank” to się nazywało, to jest dużo lepsze. Dużo.
[03:09:43] - Oj tak, zdecydowanie. Chociażby aktorsko jest lepsze. Na pewno.
[03:09:48] - Tak. Gdyby „The Tank” był na tym poziomie zrealizowany, to byłby super. Ale przejdźmy do filmu numer trzy. To jest „Willow Creek”. Film trochę starszy, z roku 2014. Opowiada o Bigfootie. Formalnie, dlatego, że pod koniec... A może wam nie powiem, bo możecie się troszeczkę zaskoczyć i zafrapować, co się tam stanie na samym końcu. Powiem wprost, mam do tego filmu pewien sentyment z kilku powodów. Po pierwsze lubię filmy w stylu found footage oraz horrory stylizowane na dokument.
Wiem, że ty, Marku, tego nie za bardzo.
[03:10:27] - Nie.
[03:10:28] - Po drugie temat Bigfoota i pokrewnych mu istot mocno mnie interesuje od lat. Jestem wręcz przekonany, że te stworzenia istnieją. Czy nazywamy je Bigfootami, czy śnieżnymi ludźmi. Natomiast nie oszukujmy się, małpoludy i reliktowe hominoidy nie mają szczęścia w kinematografii. Zazwyczaj, jeżeli się pojawia jakaś owłosiona wielka małpa, wszystkie małpy są owłosione, chyba że mają świerzb.
[03:10:56] - Notabene zapraszamy w kolejnej części „Bibliotekarium 2.0” na małpę.
[03:11:04] - O tak, właśnie. Natomiast tam, gdzie się pojawiają te małpoludy, zazwyczaj mamy do czynienia z filmem klasy B. I ten film, czyli „Willow Creek” też się pewnie do tej grupy zalicza, chociaż we mnie wzbudza pozytywne odczucia. Nie wiem, jak było, Marku, w twoim przypadku, tylko on jest taki troszeczkę nietypowy, bo jest krótki. Jest o 10 minut krótszy od tego standardowego wymiaru 90 minut, półtorej godziny. Fabuła jest dość prosta: Jim i Kelly, para z dużego miasta, wyrusza do Willow Creek, czyli światowej stolicy spotkań z Bigfootem. Miasto istnieje naprawdę. Położone jest w głuszy, w sąsiedztwie miejsca, gdzie w roku 1967 nakręcono ten słynny film Pattersona. Jak się interesujecie kryptozoologią, to wiecie, że on pokazuje ten przemarsz wielkiej stopy, gdzie małpolud się tak odwraca i potem dalej sobie idzie. Jim jest wielkim fanem tematu, rozmawia z miejscowymi i tak dalej.
A partnerka niekoniecznie podziela tę jego pasję. Mnie się to oglądało bardzo dobrze. Oczywiście szybko można dojść do wniosku, co się tam dalej, Marku, stanie. Nie wiem, jak ten film oceniasz, bo wiem, że found footage to nie jest twój ulubiony typ.
[03:12:30] - Nie jest ulubiony. W dodatku mam kilka dodatkowych spostrzeżeń. Jeszcze nie powiedzieliśmy, że ten pan usiłuje nakręcić film o tej wielkiej stopie. Nie wiem, w jakim celu, nie pamiętam, ale w każdym razie ma mikrofonik. Jest kamerka. Kamerka musi być, skoro ten rodzaj filmu oglądamy. Co mnie najbardziej denerwowało w tym filmie? On, pomimo że był krótszy niż standard, to i tak mi się wydawał długi. Otóż sporą część, powiedzmy jedną trzecią, ale w kierunku połowy, zajmuje coś, co ja na początku myślałem, że to jest jakiś film sponsorowany przez to miasteczko Willow Creek. Rejon w ogóle.
Czegoż my tam nie widzimy? Widzimy knajpę, w której oczywiście to ma budować nastrój. Ja rozumiem. Knajpę, w której są podawane hamburgery w kształcie wielkiej stopy. W pewnym momencie ta para nasza wspaniała natrafia na gościa z gitarą, który im tam śpiewa. Po prostu coś nieprawdopodobnego.
[03:13:48] - Wydaje mi się, że śpiewa piosenkę o Bigfootie i to zaangażowaną. To jest taki Jacek Kaczmarski kryptozoologii, który mówi o tym, że kiedyś runą mury i wszyscy zobaczą prawdę. Tak to mniej więcej jest.
[03:14:03] - No tak, tu już państwo wiecie, o co chodzi. Ale później ta para w końcu dojeżdża do miejsca, gdzie zostawia samochód i rusza w las. Ja mam pytanie, czy państwu nie wydaje się ten motyw znajomy? Bo mnie bardzo. Już przynajmniej kilka takich filmów widziałem i to jakoś takim dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze są to filmy z tego właśnie gatunku. Ruszają sobie w ten las. Co więcej, w pewnym momencie są nawet oświadczyny w tym filmie. Też już to widziałem. Poza tym jest życie w namiocie. Są jakieś ślady, na które oni natrafiają, jakieś takie rozrzucone.
To wszystko jakieś takie dziwne. I tak naprawdę ja miałem przez długi czas wrażenie, że ja już to naprawdę gdzieś widziałem, a że jakieś kalki są. Oczywiście, przecież nie oglądałem żadnego filmu o Bigfootie, w związku z czym to tylko było moje złudzenie. Powiedziałeś, Piotrze, o końcu, o którym nie opowiemy, to ja państwu powiem tak krypto, może nie zoologicznie, ale zaszyfruję: rycki, cycki i placki na końcu będą, proszę państwa. Cokolwiek to ma oznaczać. Mamy też oczywiście sceny w namiocie, gdzie ta para robi różne rzeczy, ale wyłączają kamerę. Także nie ma sekstaśm, nie są zarejestrowane. Od razu uprzedzam. Ale w tym namiocie oni też dyskutują, nasłuchują odgłosów z zewnątrz, a te odgłosy się nasilają, proszę państwa, stają się coraz bardziej brutalne i coraz bardziej głośno brzmiące. I oni tam szepcą między sobą i różne rzeczy sobie mówią i coraz bardziej się boją, a ja się w ogóle nie bałem.
W ogóle na tym filmie się nie bałem. Ja rozumiem, Piotrze, że można mieć do Bigfoota dużo sympatii, ale jestem złośliwy, paskudny i w ogóle nieobiektywny. Ale ja nigdy nie obiecywałem, że będę obiektywny w przypadku filmów. Ja naprawdę słabo trawię ten rodzaj filmu, a już jego stopień nawiązywania wprost scenami. Tam mamy takie sceny, gdzie oni gdzieś idą, ale tak do końca nie są pewni, czy dobrze idą. To wszystko już widziałem. Naprawdę wszystko już widziałem. I cóż, w pewnym momencie ten film się kończy i kończy się tak jak większość filmów z tego typu filmów, czyli kamera pyk i wysiada, robi się czarno. A jeszcze wcześniej jest porzucona, odciągnięta i słychać głosy z oddali, pełne przerażenia, krzyki i tak dalej. Jeśli państwo myślicie, że ja państwu film cały opowiedziałem, to jesteście, jak to mawiano w moim ulubionym serialu, w mylnym błędzie.
[03:17:18] - Tak, powiedziałeś o tej scenie, że są oświadczyny, ale Bigfoot mówi: „Nie”. Zwraca pierścionek, mówi: „Nie jestem gotowy jeszcze na to”. Nie, to żart był. Ale ja powiem tak: ten film jest niedokończony. Widać, że tam chyba brakło pieniędzy albo brakło ambicji do dociągnięcia tego do pełnych 90 minut. A może po prostu producenci byli na tyle szczerzy, że nie chcieli tego robić. Bo ile można słuchać tych krzyków w namiocie? Oczywiście nawiązania do „Blair Witcha” jednego i drugiego są i nie da się tego uniknąć. Mimo wszystko cały czas mam do tego sentyment. Co jeszcze można o tym filmie powiedzieć?
Bo my tutaj zaznaczyliśmy, że to się dzieje w pobliżu miejsca, gdzie powstał słynny film „Patersona”, natomiast Willow Creek leży w dość dużej odległości od miejsca, gdzie powstał film „Patersona” i mimo wszystko jest to rzeczywiście taka reklamowa stolica Bigfoota. To jest mniej więcej tak, jakby zobaczyli Bigfoota u mnie pod Częstochową, a w Opolu ktoś powiedział, że to jest niedaleko nich. To jest 80 kilometrów, wyobraźcie sobie. To jest kawał drogi. Ale ja bym chciał obronić troszeczkę końcówkę. W tej końcówce widzimy alternatywne zakończenie. Nie wiąże się ono z tytułem ani z tematyką filmu. Może zdradzę trochę dużo, ale w końcu mamy do czynienia z filmem, któremu stuknie dycha niedługo, także sobie pozwolę na dość dłuższy komentarz. Otóż w literaturze kryptozoologicznej, szczególnie jeżeli idzie o Bigfoota, macie często wspomnianą historię Michaiła Lermontowa. Ten rosyjski literat miał przeżyć taką dziwną przygodę, kiedy się kąpał gdzieś w stawie na wsi i w pewnym momencie zobaczył, że obok niego stoi jakaś kosmata postać.
W źródłach angielskojęzycznych to jest podawane jako dowód na to, że Lermontow spotkał Bigfoota, znaczy śnieżnego człowieka, małpoluda. Ale jeżeli sięgniecie do oryginałów, do literatury rosyjskiej, rosyjskojęzycznej, to już tam jest to trochę inaczej przedstawione, że Lermontow owszem, spotkał tego kosmatego stwora, ale to była, nie wiem jak to powiedzieć, oni to określili jako dzika baba. I to była po prostu kobieta.
[03:19:51] - Rycki, cycki i placki. Mówiłem.
[03:19:53] - To była kobieta, która była prawdopodobnie upośledzona albo, jak to się mówiło tam na rosyjskiej prowincji, jurodiwa, która go tam w tym stawie zaatakowała. Ona miała wszystkie aspekty Bigfoota, to znaczy była troszeczkę bardziej owłosiona, mało się komunikowała. I ten biedny Lermontow rzeczywiście mógł dojść do wniosku, że widział coś nie z tego świata.
[03:20:17] - I walory miała.
[03:20:20] - Walorami tak. Nie wiem, czy walory były nad wodą, czy pod, ale były widoczne. Chyba nad, dlatego że pamiętam ten opis. I taka sprawa była. Tutaj mamy takie właśnie alternatywne wyjaśnienie i to nam kieruje uwagę też troszkę w stronę „Missing 411”. Bo tam pamiętacie, że w niektórych przypadkach były zaznaczone takie przypadki, w których mowa była o dzikich ludziach, ale to było takie dosłowne tłumaczenie: dzicy ludzie. Natomiast na polski powiedzielibyśmy: zdziczali ludzie. To byli ludzie, którzy żyli w tych górach I prowadzili taki pustelniczy tryb życia do czasu, aż stali się zupełnie częścią natury. I o tym jest film "Willow Creek". Coś go jednak broni, on ma coś w sobie, powiem ci.
Bardziej pasuje jako taki umilacz czasu zasypiania niż chociażby ten "Czarny Demon", przynajmniej dla mnie. Także to kolejny film, który sobie musicie ocenić sami. A ostatnia produkcja, może już taka najmniej kryptozoologiczna w sensie formalnym, a jednak odnosząca się do nieznanych nauce stworzeń, tylko w skali mikro, to jest "W otchłani lęku". I to jest film z roku 2019, kontynuujący dość dobrą passę irlandzkich horrorów. Poznajemy w nim studentkę imieniem, to się pisze Siobhán, a mówi się Sziwą. To jest ponoć, Marku, żeński odpowiednik imienia Szymon w wersji galickiej. W każdym razie ona jest kujonką i nie za bardzo interesuje się interakcją z rówieśnikami. I to w taki dość, powiedziałbym, namacalny sposób. Po prostu ich olewa.
[03:22:15] - Mówiąc szczerze, Piotrze, to jakaś odmiana Aspergera, tak mi to wyglądało.
[03:22:22] - Tak, ona szuka jakichś robaków w mule, mówi, że znalazła jakiegoś małża, co tu nie powinno go być. Ale jej promotor mówi tak: „Sziwą, ty wstawaj i leć do tych kolegów, bo nie dostaniesz oceny na semestr”.
[03:22:41] - Ona wstaje i leci.
[03:22:43] - Tak. Ale okazuje się, że ma jeszcze jeden problem, bo ona nie odrobiła praktyk. I musi niestety odbyć te praktyki na kutrze rybackim i kiedy tam trafia, poznaje ciężkie warunki i w ogóle życie na morzu. Ale z czasem zaczyna być niestety gorzej i jeszcze gorzej. I ten film, powiem ci, można oceniać różnie. On się zaczyna bardzo dobrze, bardzo ciekawie, bo, jak mówię, kontynuuje taką bardzo długą linię irlandzkich produkcji, czasami nawet z pogranicza science fiction i filmów grozy, które robiły wrażenie. Drugą dziwną kwestią było to, że to była taka jakaś zapowiedź mającej nas czekać pandemicznej rzeczywistości. Jak oceniasz "W otchłani lęku"? Niestety nie pamiętam, jak to się nazywa w oryginale, bo wiem, że ten tytuł to jest jedno z możliwych tłumaczeń.
[03:23:43] - Tak, też nie pamiętam oryginału. Natomiast jakoś irracjonalnie polubiłem ten film. Być może odpowiedzialna jest główna bohaterka, która, film jest irlandzki, więc ona jest ruda, co jej natychmiast załoga kutra wypomina, biorąc to za zły omen, że się ruda na pokładzie pojawia. Zupełnie nie rozumiem dlaczego. Sama bohaterka sympatyczna dziewczyna, nawet ładna. Być może to zaważyło na tym, że film mi się podobał. Do czasu. Do czasu mi się podobał. Nawet jeszcze jak oni wpływają na ten zakazany obszar wodny, na który nie mają wpływać, a wpłynęli, bo właściciele kutra są w potrzebie, nie mają kasy, chcieliby coś złowić. Ale się zaczynają problemy.
Zaczynają się problemy z czymś, co jest w wodzie, co świeci, luminescencja tam pojawia się. Ale to coś zaczyna przeżerać kadłub. Zachowuje się bardzo dziwnie. Gdzieś tam się zaczynają problemy i to się zaczynają bardzo szybko. Powiem krótko, skracając dystans: w pewnym momencie załogi zaczyna ubywać. I tu obserwujemy główną bohaterkę, którą już przedstawiłem, która się zajmuje biologią morza. W ogóle jest taka dosyć ogarnięta, jeśli chodzi o te sprawy naukowe. Ona przyjmuje rodzaj, może nie przywództwa, ale przynajmniej tego przywództwa naukowego. Ona pewne rzeczy tłumaczy, pewne rzeczy racjonalizuje, co nam pomaga odbierać ten film. Ale sytuacja nie zmierza w dobrym kierunku.
Nie wiem, chyba się już powinienem zatrzymać, bo opowiem cały film. Podsumowując, ten film, tak jak powiedziałeś, on się nieźle zaczyna, ale w pewnym momencie znowu pęka ta cała narracja. Już później obserwujemy... Chyba dobrze, że poruszyłeś kwestię tej pandemii i kwestię tego, że nasza bohaterka jest bardzo odpowiedzialna. Ona jest tak do bólu odpowiedzialna za wszystkich i za wszystko, i za to, że nie powinni na przykład schodzić na ląd, bo rozprzestrzenią epidemię. Traktujcie państwo słowo epidemia bardzo umownie. Ale też jest pełna współczucia dla tej biednej istoty, która gdzieś tam z dna morza się podniosła przez przypadek zupełny i zaatakowała ich zupełnie nieświadomie, bo nie wiedziała, że są ludźmi, tylko myślała, że zeżre coś innego. I należy tę istotę wypuścić, bo przecież jest taka biedna. I mamy taką mieszankę, proszę państwa, że mamy kobitkę, która z jednej strony chce ratować ludzkie życie, a nawet to trzeba pomnożyć przez kilka, a z drugiej strony jest pełna współczucia dla jakiegoś tam stworzenia, które gdzieś tam się podniosło i właściwie wybija tę załogę. Dziwna jest to postać, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że ona jest w jakimś spektrum autyzmu, że jest przynajmniej Aspergerem albo kimś takim, Piotr to nazwał kujonem.
Może być i kujonem, ale takim ekstremalnym. Myślę, że dobrze można poznać charakter takiego człowieka. Pewne jego zachowania, bardzo charakterystyczne, to w żaden sposób ani nie podnosi oceny, ani nie obniża. Ona się zachowuje po prostu normalnie dla swojego przypadku. Natomiast sama opowieść, nie wiem, czy to buduje tę opowieść, a już końcówka wydaje mi się taka łopatologiczna troszeczkę. Nie zdradzę jej państwu, ale trochę mnie ona zraziła. Tam są jeszcze nawet kwestie takie, że ta załoga jest mieszana. Mamy oczywiście Europejczyków, ale mamy człowieka, który pochodzi z Syrii. W ogóle tak dziwnie się tam na tym kutrze, jakoś tak jest. Nie wiem.
Tobie się, Piotrze, ten film podobał?
[03:28:30] - Szczerze mówiąc, do momentu, kiedy się nie okazało, że oni wypływają i spotykają coś dziwnego, to było fajne. Ale z filmami, które się toczą na morzu, często jest tak, że kiedy docieramy do sedna problemu i widzimy, czym ten problem jest, a ucieczki nie ma, to nam się cała zabawa kończy, bo wiemy, że to będzie zabawa w przetrwanie. I będziemy oglądać, jak ktoś biega, krzyczy, stara się uciec od tego potwora albo tego czegoś, co go tam prześladuje. Mówię, pod wieloma względami to się zapowiadało bardzo dobrze i to nie to tak, że to jest coś bardzo złego i że to jest głupie i tak dalej, bo to jest zrealizowane całkiem dobrze. Zresztą ta pani, która gra główną rolę, też jest dość wziętą młodą aktorką młodego pokolenia. Sam fakt, że ktoś się decyduje w Europie na stworzenie takiego filmu, który nie zrobi ogólnoświatowej kariery, ale mimo wszystko jest to produkcja na pograniczu horroru i science fiction. Czyli dla nas to powinno być dobrze, że ktoś coś takiego chce kontynuować. Natomiast trzeba zrewidować pewnie jakieś schematy, bo jednak ta walka z potworem na morzu to jest scenariusz bardzo przewidywalny i wiemy, co się tam koniec końców wydarzy. Dziwi mnie jednak to, że to się wszystko rozegrało prawdopodobnie przed pandemią. Tutaj był kolejny film, w którym ten element epidemiczny został jakoś zarysowany, chociaż w stopniu oczywiście bardzo ograniczonym.
Marku, to by było na tyle z naszego autorskiego przeglądu filmów, powiedzmy, kryptozoologicznych. Czy jest przed tą tematyką świetlana przyszłość? Szczerze mówiąc, nie sądzę. I to z wymienionych na początku powodów. Dlatego, że te są filmy przewidywalne w jakimś tam stopniu. One zawsze pozostaną na skraju zainteresowania tych producentów mainstreamowych, producentów filmów, które są zwane blockbusterami. Natomiast w sferze filmów niezależnych czy tak zwanej produkcji klasy B pewnie będziemy widzieć jeszcze niejeden przykład wykorzystania, nie wiem, Bigfoota czy jakiegoś potwora wodnego. A co, Marku, za tydzień? To ja odpowiem na to pytanie może, co za tydzień. Za tydzień udamy się na działkę do Cronenbergów.
Zobaczymy, co oni tam wyrabiają i prawdopodobnie będziemy tam się udawać nawet dwa tygodnie z rzędu.
[03:31:12] - Tak. I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejsze „Bibliotekarium”. Ale pamiętajcie państwo o małpie. Jeszcze zapraszamy drugi raz.
[03:31:25] - Tak. I to nie jest Bigfoot małpa, tylko to jest nasz cykl o paranormalnych autorach z przeszłości. Pozdrawiam.
[03:31:38] - Tak. To tyle o kryptozoologii i takich różnych stworach-potworach. Teraz zróbmy sobie odrobinę odprężenia. Zapraszam państwa na „Alchemię tworzenia”. Katarzyna Prychacz zaprasza dzisiaj na odcinek zatytułowany: „Studium bohatera - Kościany buntownik”. Ja tylko dodam, że ten kościany buntownik zostanie z nami na dłużej, bo kilka następnych audycji z tego cyklu będzie właśnie z tym kościanym buntownikiem w tle. Będziemy tak naprawdę wspólnie z Katarzyną Prychacz śledzili sposoby budowania utworu od konstrukcji bohatera poprzez wszystkie inne części. Tak, powtórzyć się muszę w tej chwili. Budowania utworu literackiego. A zatem Katarzyna Prychacz, „Alchemia tworzenia”, „Studium bohatera”, „Kościany buntownik”.
[03:32:50] - Noworoczne halo, halo, Bóg radiowa ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz i za chwilę, jak co środę, co się zadzieje? Oczywiście, że „Alchemia tworzenia” się zadzieje. Zapraszam na dżingiel. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 17. odcinku drugiego sezonu „Alchemii tworzenia”, podcaście dedykowanym braci pisarskiej, ale myślę, że każdy człowiek, który chce wynieść swoją kreatywność na nowy poziom coś tutaj sobie skorzysta, coś powyjmuje. Chociażby jakieś inspiracje czy ciekawostki, które wypluwa czasami moja głowa. Z tego miejsca myślę, że jeszcze powinnam przypomnieć, bo z mojej strony wyszło małe nieodczytanie maila. Także ja oczywiście w poprzednim odcinku takim, który tu był oficjalnie premierowany, zapraszałam was na odcinek świąteczny.
Że tu będzie takie świąteczne postapo i w ogóle. Natomiast wtedy jeszcze Marek mi tutaj nie unaocznił, że nie odczytałam maila i przerwa świąteczna nastała tydzień wcześniej niż mi się wydawało. Oczywiście jak najbardziej odcinek świąteczny. Ja go nagrałam, zrobiłam i tak jak obiecywałam było świąteczne postapo. Ono było wrzucone na mojego prywatnego YouTube'ka. Natomiast też jak najbardziej znajdziecie go sobie w archiwum tutaj. Klikniecie w podcasty, znajdziecie moją kolorową facjatę i tam macie listę odcinków i wiem, że tam miał się znaleźć właśnie ten odcinek świąteczny. Także zachęcam do odsłuchania. Jeżeli słuchaliście tego poprzedniego, oficjalnie premierowanego, to tam tworzyliśmy bohatera naszego postapokaliptycznego inżyniera. Trzeba było go wypróbować w boju.
Także świąteczne postapo. Całkiem fajna historyjka. Ja się dobrze bawiłam, jak zawsze na tych odcinkach. Mam taką cichą nadzieję, że wy tam w swoich zaciszach domowych też się dobrze bawicie. Że jednak nie przynudzam i chociaż jedna osoba się uśmiecha i cieszy. Oprócz mnie oczywiście. Tak sobie pomyślałam, bo właściwie tego nie robiłam do tej pory, ale postanowiłam stworzyć fanpage naszego podcastu. Bo to jest tak, że może nie mam z wami bezpośredniej interakcji, ale w sumie gdyby nie wy, gdyby nie ta świadomość, że ktoś mnie jednak słucha, to pewnie by mi się nie chciało. Także jesteście moją inspiracją i motywacją i myślę sobie, że może taki fanpage. Będę tam wrzucać oczywiście informacje o nowych odcinkach, czy pomysłach, czy propozycjach.
Może nam będzie łatwiej w ten sposób się komunikować. Może będziecie mieli ochotę wrzucić tam jakiś komentarz, jakąś sugestię. Może czegoś powinnam zaprzestać, a może powinnam czegoś robić więcej. Jestem otwarta na wszelkie sugestie, bo lubię się rozwijać. Jestem uzależniona od, powiem szczerze, poszukiwania nowych wyzwań czy uczenia się nowych rzeczy. Także jak najbardziej też uwielbiam ulepszać rzeczy, które już robię i bardzo bym chciała, żebyście mi w tym pomogli. Także jak macie jakieś pomysły, jakieś złote rady to tam właśnie będzie na to miejsce. Alchemia Tworzenia podcast. Taka nazwa, więc na fejsbuczku sobie znajdziecie. Na razie tam, a zobaczymy jak to dalej pójdzie.
Czy zrobimy jakieś inne kanały, czy jakieś cuda wianki. Zobaczymy. Ja nie przedłużam. I pomyślałam sobie, że jest nowy rok i co my tu porobimy. Oczywiście drugi sezon jest cały czas pod szyldem inspiracji, także oczywiście, że będę sobie dzisiaj wymyślać. I wiecie co? Pomyślałam, że wymyślimy kolejnego bohatera. I oczywiście, że w następnym odcinku, czyli już za tydzień, wypróbujemy go w boju. Co prawda może troszeczkę w innym tym razem boju niż był do tej pory, ale to wam powiem za tydzień. Nie będę spoilerować.
I tak sobie pomyślałam, kogo my dzisiaj moglibyśmy stworzyć. Oczywiście, że pierwszy nasz inżynier wyszedł na spontanie, a myślę, że tutaj też coś nam wyjdzie super z tego, co będziemy robić dzisiaj. Natomiast pomyślałam sobie tak: kogo zwykle się zaniedbuje? Nie wiem, jak wy czujecie. Oczywiście to jest moje subiektywne odczucie. Natomiast mam często wrażenie, że ci wszyscy najgorsi złole w różnych historiach, czy to cienie, czarne charaktery, wrogowie naszego bohatera i tak dalej, że oni często są w pewien sposób zaniedbani. Oczywiście nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o to, że ktoś miał zły pomysł czy coś. Natomiast mam wrażenie, że często oni są po prostu zrobieni po to, żeby zostać pokonani. Kropka. Więc kto tam się będzie zagłębiał w ich psychologię?
Kto tam będzie robił nie wiadomo co z nimi, skoro najczęściej i tak gdzieś w jakimś opowiadaniu, czy w różnych powieściach, czy seriach zostają i tak koniec końców pokonani. Chyba że mamy coś bez happy endu, więc wtedy myślę, że trochę więcej tam trzeba włożyć w tego naszego złola. Ale wiecie co? Myśląc dalej, tak się rozglądałam po moim mieszkaniu. Lubię czerpać inspirację z otoczenia, a że akurat znajdowałam się w nim, to moje oczy padły na taką moją jedną pamiątkę, którą przywiozłam sobie z Kambodży. I pomyślałam sobie, że może nie zrobimy złola samego w sobie dzisiaj, tylko zajmiemy się jego towarzyszem. Powiem szczerze, że poniekąd artefaktem, ale chciałabym, żeby jak to artefakt, to żeby to był magiczny przedmiot i stanowił tutaj właśnie rodzaj takiego pomocnika Towarzysza, doradcy. Oczywiście nasz inżynier miał swojego kaktusa, do którego rozmawiał. Natomiast tutaj pomyślałam sobie, że dzisiaj zajmiemy się budową psychologiczną. Zaraz wam przypomnę jeszcze, na podstawie czego będziemy go budować dzisiaj.
Mam przykład tego, co chcę dzisiaj zrobić. Pewnie większość z was zna historię Królewny Śnieżki i wie, że była tam ta jej macocha, ta zła królowa. I ta legendarna fraza: „Lustereczko, powiedz przecie”. To lustereczko jej odpowiadało. Pomyślałam, że stworzymy dzisiaj takie cudzysłów „lustereczko”, taki magiczny przedmiot, który w jakiś sposób jednak się będzie komunikował z naszym czarnym charakterem i później pomyślimy. Z jednej strony korciła by mnie historia za tydzień, żeby zrobić takie origin story tego obiektu, zanim on się stał magicznym artefaktem. Zobaczymy, dokąd dzisiaj nas doprowadzą informacje. Może to będzie jakaś klątwa, a może po prostu śmierć w nieodpowiednim miejscu. Czyli śmierć, ale nie śmierć. Nie wiem.
Zobaczymy. Stwórzmy go, a potem będę myśleć, co z nim dalej zrobimy. Czy za tydzień zrobimy jakiegoś innego bohatera, który spotka się z tym naszym żywym artefaktem, czy może właśnie origin story. A może za tydzień stworzymy tego złola jednak. Chociaż nie wiem, czy to nie będzie za mało akcji, więc myślę, że dobrze byłoby przeplatać tworzenie bohatera, później jakaś historia z akcją i potem znowu. Zobaczymy. Dobra, ja nie ględzę. Co my dzisiaj będziemy robić? Oczywiście będziemy korzystać z tych kart pracy, na podstawie których tworzyliśmy naszego inżyniera. Jeżeli ktoś tu jest pierwszy raz czy ktoś nie słuchał tamtego odcinka, to przypomnę, że to są karty pracy, które stworzyłam sama, poniekąd dla siebie.
Oczywiście jak ktoś miałby ochotę, to też jest opcja, żeby je udostępnić wam. Natomiast myślę, że samo robienie notatek w trakcie, jak tutaj będę robić, też wam podpowie pewnie jakieś fajne kierunki. To jest coś takiego jak studium bohatera, czyli mamy tutaj zebrane różne karty różnych kategorii i tworzymy taką bazę dotyczącą naszego bohatera. I to nie znaczy, że musimy to wszystko umieścić w naszej powieści czy w naszym opowiadaniu, tylko bardziej chodzi o takie zabezpieczenie dla nas jako autorów. Na przykład będziemy mieli jakiś słabszy dzień albo nam zabraknie inspiracji, albo będzie nam brakowało tego czegoś w trakcie, to jak najbardziej będziemy mogli sobie wtedy sięgnąć do takiego naszego katalogu, naszej kartoteki, studium danego bohatera i może właśnie tam wynaleźć jakieś małe smaczki, które pozwolą nam popchnąć fabułę dalej, czy w zupełnie innym kierunku. Może zrobić retrospekcję czy właśnie origin story jakiegoś bohatera. Dobra, to mamy. Oczywiście, że przecież nie byłabym sobą. Obiecałam, że w tym sezonie będę was nękać archetypami osobowości. Także słowa dotrzymam.
I oczywiście, że za chwileczkę, zanim zaczniemy wypełniać te karty, wylosujemy sobie trzy archetypy. Tak jak to było w przypadku inżyniera. Czyli jeden archetyp dominujący i dwa wspierające. I to będą główne kierunki psychologiczne naszego bohatera, naszego ożywionego artefaktu. Później wam zdradzę może, co to była za pamiątka z Kambodży czy co było inspiracją. Dojdziemy do tej części z wyglądem, wtedy tak to rozegramy. A teraz, żeby już nie przedłużać, robię sobie tutaj miejsce. I co? I mamy archetypy. Aha.
Archetypy to są, jak ktoś jeszcze nie wie, nie słyszał. Oczywiście jest to opracowanie Gabrieli Borowczyk. Jest to narzędzie do coachingu, do rozwoju osobistego. Natomiast ja lubię sobie to narzędzie używać, jeżeli chodzi właśnie o tworzenie bohaterów. Chociaż sesje, warsztaty z tymi archetypami żywym istotom też robię. Także fajna sprawa. To co? Tasujemy. To jest w postaci kart, więc tasujemy, losujemy trzy karty i zaraz się dowiemy. Tak w dużym skrócie, kim jest nasz cudak.
Jeszcze nie ma imienia. Dobra, lecimy. Dobra, potasowane. Na razie nie odkrywam, tylko wyjmę. Więc mamy wyjęty poboczny, poboczny i główny. Dobra, mamy to. I co? Lecimy. Oczywiście najpierw poboczne. Tutaj musi być ten suspens jakiś.
Także pierwszy archetyp poboczny to buntownik. O, jak fajnie! Dobra, przypomnę, żeby nie było. Buntownika mieliśmy już tutaj nie raz, ale żeby tutaj tradycji stało się zadość. Czytamy, cóż tutaj mamy pod hasłem buntownik. Podważa ustalony porządek rzeczy, nie zgadza się i jawnie to manifestuje. Bywa niepoprawny, nieugrzeczniony i zadziorny. Kwestionuje zastane status quo. Zadaje niewygodne pytania, zmusza do myślenia i rewizji poglądów. Prowokuje, krytykuje, a czasem wręcz ośmiesza zasady krępujące świat.
Dąży do wyzwolenia i wolności. Jego drugie imię Rewolucjonista. Gotów jest iść na barykady za swoje przekonania i ideały. Okej. Drugi wspierający archetyp to Czarodziej. Czarodzieja my mieliśmy? Może nie mieliśmy, kurczę, w tym sezonie. Dobra, lecimy. Magia istnieje. Intuicja też.
Motywator, który zapala do działania. Myśli pozytywnie. Wierzy w swoją tajemniczą moc. Ma niesamowitą siłę sprawczą. Jego drugie imię: Przemiana. Optymista i wizjoner. Marzenia są po to, by je realizować. Czasem dzięki prostym i małym modyfikacjom wprowadza wielkie zmiany. Potrafi oczarować opowieścią albo wizją, przenieść w magiczny, lepszy świat. To ja tak was tutaj czaruję, co?
Dobra, i teraz uwaga, uwaga. Główny archetyp, taki najbardziej dominujący to... Werble. Kto ma, ten niech gra. Werble i... Towarzysz. Ciekawe. Partner zawsze blisko drugiego człowieka. Możesz liczyć na jego pomocną dłoń. Rozumie i wspiera.
Wysłucha. Pójdzie razem z tobą. Zwykły człowiek, który też ma swoje słabości. Jest realistą, który potrafi udzielić rozsądnej porady. Przyjaciel, współpracownik, członek grupy. Okej, czyli mamy towarzysza. Towarzysz. Widzicie, dobrego miałam nosa, żeby tu nie robić naszego głównego złola, tylko jego towarzysza. Towarzysz, czyli będziemy nim tak zawsze empatycznie może w pewnym sensie. Patrzę, które tutaj rzeczy.
Ta porada oczywiście jak najbardziej. To też w sumie trochę jak to lustereczko, które też gdzieś tam radziło. Dobra, słuchajcie, wiemy, z kim mamy do czynienia. Muszę sobie teraz to poprzestawiać tu wszystko. Cyk. Dobra, ale wiecie co? Już tak patrzę, już mi się pomysły lęgną w głowie. Lecimy z kartami tymi moimi tutaj. I pierwsza rzecz, którą mam tutaj u siebie, to jest właśnie ustalenie, jak ten nasz bohater będzie miał na imię lub jaką będzie nosił nazwę. Ostatnio stwierdziłam, że to, co mi wypadnie z głowy, to wypadnie.
A dzisiaj pomyślałam sobie, że żeby tak było trochę artefaktowo. Nie wiem, korci mnie klimat średniowieczny, ale zobaczymy. To żeby tutaj sięgnąć po słowniczek. Zaraz wam już tutaj powiem jaki. Właśnie teraz myślę, czy polsko-łaciński, czy łacińsko-polski. Patrzę czy jakieś słowo, które tu by... Czarodziej, buntownik. A może słuchajcie, faktycznie, zerknijmy w polsko-łaciński. Zobaczymy, jak po łacinie będzie buntownik, jak będzie towarzysz, czy jak będzie czarodziej. Może wtedy go po prostu nazwiemy w ten sposób.
Okej, zaczynamy od czarodzieja. Żeby nie było, nie będę wymyślać, bo coś tam pamiętam, coś nie z łaciny. Sto lat temu się uczyłam. Czarodziej. Czy my mamy tutaj gdzieś jakiegoś czarodzieja? Czar, czara, czarci. Mhm. Jest czarnoksięski, czarnoksiężnik. Chyba zostanie nam tutaj do wyboru czarownik. Czarownik, czarownik, zepsuć się pokrętło od radia.
Okej, ale czarownik przekierowuje nas na czarnoksiężnik. Dobra, to niech będzie ten czarnoksiężnik. Magus Incantator. Okej, to było takie przewidywalne. Buntownik. Chciałam zacząć alfabetycznie i nie zaczęłam. To będzie pewnie jakiś rebel, czy nie? Obstawiamy? Jak ja uwielbiam zaglądać w słowniki. Wiem, że dzisiaj to się łatwiej szuka w internetach, ale czasami można zabłądzić.
Polecam otworzyć jakąś książkę i się zagubić. Tak jak polecam się zgubić w nowym mieście, aczkolwiek warto mieć ze sobą wtedy mapę. Okej. Bunt. I co my tu mamy? Buntowniczy. Jest buntownik. Seditionis auctor. A tu jeszcze jest jakieś, ale nie wiem, co znaczy to słowo. Nie pamiętam już tych skrótów.
Particeps. Okej. Dobra i zobaczmy towarzysza. Nie wiem. Na razie jeszcze nic mnie tu nie kupiło. Może pomyślimy nad jakąś jego cechą i wtedy do tej cechy znajdziemy. Albo zaraz po prostu wylosujemy. O, dajmy szansę towarzyszowi. Natomiast może po prostu otworzę drugi słownik, w drugą stronę i sobie wylosujemy. Towarzyski, towar, towarzystwo, towarzysz.
Comes socius contubernalis. Patrzę, a tu już partyjny. Sodalis to jest towarzysz życia. Towarzysz broni — armorum socius. Contubernalis. To w sumie jak trochę jakieś zaklęcie, nie? Contubernalis. Fajnie to brzmi. Contubernalisie. Contubernalis.
Ma to potencjał. Sodalis, sodalisie. To jest za krótkie. Contubernalis. I co my tu mamy? Towarzysz, contubernalis. W sumie poniekąd trochę czarodziej, trochę buntownik. Ja to zanotuję, ale próbujemy jeszcze metodę losowania Okej, podmianka słowników. Losujemy. Dobra, przekartkuję i włożę palec.
Dobra. Mam. Nie patrzyłam. Musicie mi uwierzyć na słowo. Nie patrzyłam. I co to jest? Co mi wyszło? Okej, słowo „krzepić”, czyli najbliższa definicja „levo”. Ułatwić, uczynić lekkim, zmniejszyć, uszczuplić. Aha, i krzepić.
Levo. Pewnie to się jakoś inaczej czyta. Tu jest akcent nad „e”, ale czy mamy tutaj jakąś ściągę, jak to się czyta? Skróty są. Tu jest ptaszek. Moja trauma z francuskiego, te wszystkie akcenty. Zgłoska z natury długa to jest nad „o”, a nad „e” zgłoska z natury krótka. Levo. Może tak? Też ciekawe.
To też znaczy gładzić. Lewo. Czekajcie, bo to inaczej wymawiane. Levo. Gdzie ja zabrnęłam? Co ja robię ze swoim życiem? Dobra, dobrze się bawię i każdemu polecam robić to ze swoim życiem. Okej. Levo. Lewo, prawo.
Kontubernalis. Wiecie co? Może, jak już zrobiłam fanpage'a, zrobimy głosowanie, jeżeli ktokolwiek z was tam zajrzy. Jedno i drugie imię ma potencjał, powiem szczerze. Zapisuję jedno i drugie. Levo przez „v” jest pisane. Dobra, nie piszę tych akcentów. I tak w nie nie umiem. Okej, mamy to imię. Jeżeli chodzi o te moje karty, to tutaj mam taką rameczkę „imię/nazwa”, żeby to zanotować.
Oczywiście jest miejsce na portret czy zdjęcie, jeżeli byśmy chcieli je wkleić czy narysować. Mamy jeszcze taką ramkę jak „etymologia nazwy”. Oczywiście, że w waszych głowach imiona może powstają w innych procesach, natomiast czasami warto zanotować taką etymologię. W tym wypadku, gdybym wypełniała te karty w pełni, a nie na potrzeby podcastu, to oczywiście w etymologii bym wypisała całą definicję. Zależy, którą wybierzemy. Samo to, że zostało to zaczerpnięte z łaciny i co to dokładnie znaczy. To z pozoru wydaje się bzdetem czy czymś oczywistym, że pamiętamy. Natomiast nie każdy będzie pamiętał dokładnie całą definicję. Może podczas poszukiwań fajnych smaczków do fabuły, ta definicja przeczytana na nowo po miesiącu, dwóch, pół roku czy roku sprawi, że wpadniecie na jakiś pomysł. Może gdzieś umieścicie etymologię imienia waszego bohatera w waszym opowiadaniu, powieści czy w dodatku do waszej powieści.
Może będzie dodatek specjalny dostępny tylko w jakimś miejscu. Może będziecie tworzyli swojego fanpage'a, więc można to wrzucać jako ciekawostkę. To zawsze jest jakiś materiał czy to na post, czy jako seria ciekawostek dla czytelnika. Może w jakimś wywiadzie możecie coś takiego powiedzieć, jeżeli dalej będziecie coś publikować. Opcji jest wiele i polecam zasadę taką, że nie zmarnuje się. Jeżeli już to macie, to znaczy, że możecie tego użyć i to nie uleci. Dobra, lecimy dalej. Kolejna strona. Tu powoli wchodzimy w coś takiego jak kotwica wizerunkowa. To jest w dużym skrócie coś, po czym nasz mózg koduje osobę, osobnika czy sytuację, cokolwiek, z czym się zetknie.
To jest taki mały wyzwalać. Trochę jak z ulubioną piosenką czy smakiem z dzieciństwa, że kiedy po latach coś zjecie, to wam się robi flashback, retrospekcja i pewnie jakbyście się bardziej nad tym zastanowili, bylibyście w stanie przywołać bardzo dużo szczegółów z tej sytuacji, kiedy pierwszy raz coś takiego zjedliście, jak się wtedy czuliście i tak dalej. Taka sama rzecz tyczy się ludzi, których spotykacie. Warto pomyśleć nad czymś takim dla waszych bohaterów, czyli czymś, po czym inni bohaterowie będą go w jakiś sposób kodowali. Czyli jakieś rzeczy bardzo charakterystyczne. To chyba jest ten moment, w którym muszę wam zaspoilerować, że moją inspiracją do dzisiejszego bohatera była czaszka. Konkretniej czaszka krokodyla. Pomyślałam sobie, że naszym złolem, któremu będzie towarzyszyć nasz bohater, którego dzisiaj wymyślamy, mógłby być taki skryba złoczyńca. Skryba, czyli ten, który zajmuje się spisywaniem ksiąg. Przepisywaniem, pisaniem.
Kaligrafia, te sprawy różne. Księgi, atramenty, pióra i tak dalej. Może on będzie księgowym, może będzie pisarzem. Nie wiem. Może jest potencjał, żeby tego złola bardziej wymyślić z czasem. Natomiast na pewno oczami wyobraźni ożywiłam sobie tą czaszkę, która mogłaby lewitować, gadać i w jakiś sposób może ... podpowiadać różne rzeczy, czy może wręcz kierować naszym Zuolem, czy może sprawiać, że nie do końca będzie Zuolem. Zobaczymy. Z pewnością kotwicą wizerunkową będzie to, że jest gadzią czaszką. Może możemy to ewoluować w smoczą czaszkę.
Nawet się zastanawiam. Nie, to jest krokodyl. Chyba tam żyją krokodyle. To jest małe, podłużne, ale nie bardzo podłużne. Wybaczcie, bo ja jestem człowiek research i kiedyś w krokodylach byłam. Także polecam zobaczyć, że to nie jest tylko krokodyl i aligator, tylko jest wiele różnych gadzich mordek wartych uwagi. Czyli taką kotwicą najgłówniejszą, najbardziej rozpoznawalną cechą, która go koduje, to będzie fakt, że jest czaszką i lewituje. Tu mamy podkategorie, czyli sposób poruszania się. To już wiemy, że lewituje. Nieświadomy nawyk.
Może będzie robił piruety w powietrzu, nurkował. Albo może będzie szczękał zębami, kiedy się będzie zastanawiał nad czymś. Czekajcie, co tu mamy? Czarodzieja, buntownika. To chyba nam nie są potrzebne na razie te rzeczy. Może ten nieświadomy nawyk, że przez to, że nie ma mięśni czy innego potrzebnego mięsiwa, ścięgien, chrząstek, to faktycznie ta żuchwa nie będzie mu się zawsze składała tak jak trzeba. Więc może tym nawykiem będzie to, że będzie próbował sobie zęby wstawić. Jak nie macie wady zgryzu, to zęby wchodzą jak zameczek, jeden w drugi, pasują do siebie. I tak też jest u innych zwierzątek. Zresztą patrząc na tą czaszkę to ewidentnie tak jest.
Te zęby się składają. Więc może właśnie takie szczękanie, że będzie próbował te zęby sobie zestawić ze sobą. Szczęściarz. Ja niestety nie dane mi. Dobra, nawyk mamy. Sposób mówienia, język wypowiedzi czy powiedzonko. Jak on będzie mówił? To magiczny artefakt. Możemy sobie zrobić z nim, co chcemy. Może został mu jego głos.
Aż mnie korci jego origin story, aż bym chciała wiedzieć, kim on był. Dobra, ale został mu głos. Może mógłby mieć taki głęboki, miły dla ucha, radiowy głos. Więc będzie mówił jak taki dobry podcaster. Nie to co ja. Jak taki głos radiowy, klimatyczny. Może będzie zastępował radio dla naszego Zuola. Sposób wypowiedzi czy język wypowiedzi. Popatrzyłam sobie, krokodyl to raczej taki dziki, niezależnie kim był. Ale pomyślałam o takiej dzikości czy prostocie, czy może takim trochę barbarzyństwie.
Ale może właśnie nie. Może pójdźmy w drugą stronę, że on wcześniej był bardzo wykształconą osobą. To słownictwo będzie bardzo bogate, takie trochę wręcz ą, ę przez bibułkę. Może właśnie ten kierunek. Tak, to będzie człowiek, który miał na pewno dużą wiedzę. Znaczy człowiek, teraz już nie. Dobra, wiecie, o co chodzi. Powiedzonko jeszcze. Może powiedzonko nam wyjdzie później, bo to jest fajna sprawa, tylko nie chcę też na siłę tego robić. Dobra, nie wiem.
„A niech go pokrzywa pochłonie!” Okej, coś jest. Właściwość umysłu. Tutaj mieliśmy nasze archetypy i tak sobie myślę, co byśmy tu wybrali. Może z tego buntownika on będzie trochę raptusem, takim niecierpliwym. I oczywiście, że im bardziej ten Zuol będzie mu coś tam mówił, co on ma robić, tym bardziej on tego nie będzie chciał robić. Także to tutaj. Ale właściwość umysłu. Patrzę na tego naszego czarodzieja i może to, że ma niesamowitą siłę sprawczą. Patrzę, co tu jeszcze jest. O!
Czasem dzięki prostym i małym modyfikacjom wprowadza wielkie zmiany. Więc może to właśnie będzie taka właściwość umysłu naszego bohatera. Czyli czasami jedno zdanie, jedna jakaś porada. Najprostsze rozwiązania są te najlepsze. Może właśnie to będzie pomagało temu naszemu Zuolowi. Nasz pomagier będzie mu pomagał. Contubernalis i lewo. Contubernalis. Fajnie to brzmi. Lecimy dalej.
Kolejna strona. Tutaj mamy ubiór i styl. Będzie nagi. Naga czaszka, bez mięsiwa, bez niczego. W sumie on nie ma ciała, nie potrzebuje ubrań. A może kapelusze? Może byśmy stworzyli coś takiego. Może to nam się przyda gdzieś jeszcze później, ale tak sobie wyobraziłam, że w sumie uroczo by wyglądał w jakichś małych kapelutkach. Okej, małe kapelusze to na pewno będzie jego styl. Różne, na różne okazje.
A może za każdym razem będzie miał inne. W sumie widzę, że trochę mu taką rolę trickstera powoli robię w powieści. Ale czemu nie? Detale i wyraz twarzy. Tutaj z jednej strony nie mamy mimiki twarzy jako takiej, więc ciężko by mówić o standardowym wyrazie twarzy. Aczkolwiek jest to obiekt magiczny, więc myślę, że będzie widać po nim emocje. Tu gdzieś było, czekajcie, w którym mieliśmy? Też w Czarodzieju, że myśli pozytywnie, że jest optymistą i wizjonerem, więc może niech on będzie cały czas radosny, uśmiechnięty. Wyraz czaszki będzie miał uśmiechnięty. Patrząc na moją pamiątkę, wygląda całkiem radośnie.
Budowa ciała. Tutaj oczywiście ciała nie mamy, więc nie mówimy o tej budowie. Postawa i chód. Już ustaliliśmy, że będzie się kiwał w powietrzu, lewitował. Pozostałe cechy wizualne. Tutaj też nie szalejemy z tematem. Może będzie miał swoją podstawkę. Zawsze będzie lądował na jakiejś ulubionej podstawce. A może ta rzecz, na której będzie lądował, będzie mu sprawiała jakąś różnicę? Chyba że go przywiążemy do podstawki.
Magicznie przywiążemy. Jeżeli nasz złol będzie chciał go zabrać w teren, to będzie musiał wziąć ten przedmiot ze sobą. Może to będzie wkurzało naszego kościanego buntownika, że będzie uwiązany do jakiegoś przedmiotu. To byłoby fajne. Taką jego misją mogłoby być właśnie to, żeby się odwiązać. Dobra, jest ciekawy pomysł. Fajnie. Uwielbiam takie rzeczy robić, bo niby wymyślamy sobie bohatera, a już tu się powoli fabuła pojawia. Co jeszcze mamy? Mamy to coś.
W tej części kart chodzi bardziej o taką rzecz, że zakochujemy się w kimś, ponieważ ta osoba ma to coś, co jest dla nas wyjątkowe. Warto jest w swoich bohaterach pomyśleć trochę nad czymś takim. Natomiast nasz bohater, myślę, że ta informacja może i byłaby super zarówno w retrospekcjach czy w jego origin story, jeżelibyśmy ustalili, kim on wcześniej był. Bo to też jest ciekawy wątek psychologiczny, jakby nie patrzeć, czy jakiś problem, który można byłoby w opowiadaniu czy w fabule z nim poruszyć. Może kiedyś był człowiekiem, miał to coś. Już wiem. Skoro to jest czaszka, to może on miał mistyczną głębię w oczach, że ludzie nie mogli oderwać wzroku. Niektórzy ludzie mają takie przeszywające spojrzenie. Może właśnie u niego takie pradawne, mistyczne, głębokie, starodawne spojrzenie. W ogóle jak tak o nim myślę, może on był szamanem jakimś, zanim stał się krokodylą czaszką.
Może jakiś czar poszedł nie tak, może jakaś klątwa faktycznie. Miał te oczy. Natomiast teraz nie ma tych oczu w ogóle. Żadnych nie ma, nawet krokodylich, więc nawet i łzy krokodylej nie uroni. Aczkolwiek to też byłby nawet ciekawy żart z tymi krokodylimi łzami, które można by w historii umieszczać. To coś. Może tym czymś u niego byłby fakt, że mimo że jest lewitującą czaszką, to dalej zachował klasę i styl i sobie te kapelutki pozyskuje czy zbiera, czy kolekcjonuje. Może właśnie to. Dobra, mamy to. Czyli klasa.
Okej, kolejna strona. Tu mamy teraźniejszość bohatera, czyli moment, w którym stykamy się w danej fabule z naszym bohaterem. W naszym przypadku stykamy się, kiedy już jest tą czaszką. Towarzyszy gościowi, który nie ma zbyt dobrych intencji. Lub gościówie. Teraz podkategoria talenty. Tutaj myślę, że byśmy się może skupili na talentach umysłowych. Czyli tutaj było, że jako towarzysz potrafi udzielić rozsądnej porady i jest wspierający. Dobry słuchacz z niego. Właśnie, a w tym czymś to może ten głos mógł być też, który mu pozostał.
Widzicie, ile tu się opcji dzieje? Mimo że potrafi udzielić rady, ale może będzie bardzo uważnym słuchaczem. W większości przypadków nasz czarny charakter będzie go zabierał ze sobą. Będzie ten przedmiot. Do czego on mógł być uwiązany? Może pióro. Albo pióro z metalową stalówką. Drewienko, metalowa stalówka. Które w terenie w sumie nie ma za dużo sensu. A może właśnie on do tego będzie przywiązany i z tym będzie mógł podróżować.
Jego talent, czyli właśnie to słuchanie. Może tak. Słuchanie, bo myślę, że może by kłapnął czasami kogoś zębem, ale chyba nie. Myślę, że to jest właśnie jego największy argument, dlaczego jest wybrany na tego towarzysza. Zwyczaj czy ogólnie zwyczaje. Z jednej strony się ograniczam, z drugiej nie. Bo niby mamy magię. Pomyślałam o tym, że z tej czaszki te zęby wystają. Pomyślałam, że może właśnie jego zwyczajem byłoby mycie zębów. Z tym że on nie ma rąk.
Moglibyśmy mu zrobić, ciało czy jakąś mgiełkę, ale chyba fajniej będzie, jak on będzie naprawdę tylko lewitującą czaszką. To może zwyczaj jakiś jedzeniowy, że może jak będzie się pojawiał rano albo zawsze o jakiejś godzinie będzie musiał coś sobie chapsnąć. Może to jest to. O jakiej godzinie? 15. To jest taka godzina w środku dnia. Okej, czyli zawsze o godzinie 15 będzie musiał wrzucić coś na ząb. To jest jego zwyczaj. Osiągnięcia. Terazniejszość bohatera, czyli to, co jest tu i teraz, jego osiągnięcie.
A może ten złol będzie strategiem? Może ten by mógł mu doradzać przy tym stole, jak są te strategie. Dobra, złol może być też człowiekiem orkiestrą. Może mieć dużo umiejętności, ale to pisanie mnie intryguje. Żeby zrobić pisarza złego. Oni zawsze tacy wszyscy fajni i magiczni, wybrani. Jak już tu jestem, to pomyślałam o tym osiągnięciu. Dlaczego pomyślałam o strategiach? Pomyślałam, że poprzez te swoje rady, które daje, dzięki niemu mogłyby być jakieś bitwy zwyciężone, czy może jakieś artefakty zdobyte i tak dalej. Może to byłyby te osiągnięcia, z którymi się stykamy tu i teraz.
A może on był strategiem wcześniej? Nie złol, tylko właśnie nasz bohater. Nie nauczę się tego imienia. Levo było prostsze. Contubernalis. Może nie szaman, tylko strateg? Taki łeb analityczny, nie od parady. Czekajcie, bo zaraz i tak będziemy o tym mówić, a ja tutaj wybiegam przed szereg. Dobra, czyli jego osiągnięcia to są te wygrane bitwy, które teraz też wygrywa. Hobby.
Myślę, że zawsze jak są gdzieś w terenie, to on sobie szuka, wypatruje różnych nakryć głowy, żeby swoją kolekcję poszerzyć. Pozycja w społeczeństwie. Może taki doradca? Może tak go po prostu nazwijmy, skoro i tak udziela tych rad, słucha i tak dalej. Taka byłaby funkcja. Może jest uprzywilejowany, ponieważ ten złol pewnie jest ważny w tym światku, a on jest jego prawą ręką, więc faktycznie jest może trochę wyżej w hierarchii, ale w sumie doradcy są ważni. Tak coś mi gdzieś tam dzwoni z historii, że jak się chciało króla osłabić, to trzeba było mu wyciąć doradców. Dobra, pozycja w społeczeństwie jest bardzo ważna dla naszego bohatera. Jego moralność. I teraz myślę, bo z jednej strony był buntownikiem, ale jest czarodziejem, czyli jest też przemianą.
Jest tym towarzyszem, czyli wspiera, buduje jakąś grupę czy kogoś. Czy on będzie taki do końca zły? W sumie to dużo zależy od fabuły. Czy od samego złola, bo mógłby podżegać naszego złola do bycia gorszym złolem albo odwrotnie, może właśnie będzie odwodził go od bycia złolem. Może będzie miał jednak jakieś granice. Kurwa. Powiem szczerze, że ciężki orzech na ząb. Dobra, wiecie co? Nie będę się zatrzymywać, bo to też nie tędy droga, to ma nam wszystko płynąć. Myślę, że z tą moralnością to też temat, który może nam wyjść w fabule.
Ogólnie jeżeli chodzi o te karty, to ja trochę je tutaj z wami robię od innej strony, bo często mamy tak, że okej, wymyślimy jakiegoś bohatera, ale często go wiążemy z fabułą lub właśnie mamy pomysł na jakąś fabułę czy na historię tego bohatera i wtedy jest łatwiej. Ja staram się tutaj być tak na czysto i tylko tego bohatera robić. Natomiast jakbyście mieli sami przysiąść do tych kart, to pewnie już mielibyście jakieś gotowe informacje czy pomysły, także pewnie byłoby łatwiej. No dobra. Zostawmy moralność na potem, a teraz przejdźmy do przeszłości. Kategoria: przeszłość bohatera. Właśnie tutaj się teraz rozchodzi o to. Szaman mi się podobał, ale może to byłoby zbyt oczywiste. Klątwy czy jakieś czary, które poszły nie tak. Może strateg?
Zróbmy go takiego. A może on był władcą, przywódcą, liderem wręcz, skoro był buntownikiem. Tylko ten towarzysz mi tutaj... A może on towarzyszył jakiemuś przywódcy, czyli był doradcą, prawą ręką i może coś poszło nie tak z całą rebelią i wtedy zginął jego przyjaciel. Może partner? Czekajcie, czy my po polsku mamy na to słowo? Towarzysz broni? Brother in arms. Taki towarzysz na wojnie, taki żołnierz, gdzie razem się wspierali ramię w ramię i może właśnie on zginął. Był liderem i może cały ciężar przeszedł na niego.
A może, żeby uratować życie tamtemu, on pozwolił się zmienić w tą czaszkę? Kurczę, się tu fajnie robi. Jako towarzysz poświęcił życie, a też był buntownikiem. Miał ideały tej rebelii, był gotowy iść na barykady za swoje przekonania i ideały. Myślał pozytywnie, może dzięki temu ta przemiana nie była wcale dla niego taka straszna. A potem trafił w ręce tego złola. A może ten złol będzie wrogiem ich rebelii, a on nie wie o tym? Widzicie, jakie tu się grube historie kroją? Okej, wracam do tabelki. Coś tam o tej przeszłości nawymyślaliśmy.
Wykształcenie. Sama nie wiem, czy tu będziemy mówić o wykształceniu w sensie, że jakąś szkołę ukończył, czy może życie go wykształciło. Bycie prawą ręką lidera, czy posiadanie analitycznych zdolności. Żeby rozsądnych porad udzielać, to trzeba dobrze obserwować czy łączyć kropeczki, różne fakty ze sobą. Może on odkrył swoje umiejętności i je realizował, rozwijał żyjąc. Lekcje życiowe. Myślę o tej przemianie, że może on nie od razu w nią wierzył. To, że posiadamy jakieś archetypy, nawet te wspierające, nie oznacza, że zawsze byliśmy świadomi czy zawsze z nich korzystaliśmy. Poza tym same archetypy mogą się w nas zmieniać. Jeżeli chodzi o samo narzędzie, to każdy z nas ma 12 archetypów, tylko na różnym poziomie one się u niego objawiają.
Może nie tyle objawiają, co używamy ich, korzystamy z nich. Może on bardzo późno odkrył, że te przemiany są dobre. Może wcześniej się bał tych przemian i tą lekcją życiową było to, że czasami trzeba, jak dołączył do rebelii, wstać z wygodnego krzesełka, z wygodnej pozycji w społeczeństwie i powiedzieć „nie”. Może mówienie „nie”, niezgadzanie się, branie odpowiedzialności za „nie” było jego lekcją życiową, która faktycznie zmieniła wiele u niego. Ważne wspomnienia. Myślę, że to towarzyszenie, relacja z liderem. Może on go napędzał, tak jak ten był bardziej statyczny. Może nie w kontekście człowieka, ale chodzi mi o jego energię, że on raczej był analitykiem, wolał gdzieś siąść w bezpiecznym miejscu, przeanalizować wszystko, zobaczyć i tak dalej. Natomiast towarzysz, z którym rebelię robili czy prowadzili, był szalonym koniem. Miał energiczny bieg ciągle do przodu i te energie im się równoważyły.
Razem stanowili synergię, więź nierozerwalną wręcz. Może ważnym wspomnieniem w jego życiu był moment, kiedy zarówno wstał i się nie zgodził, ale też moment, kiedy lider rebelii go zainspirował. Sprawił, że zaczął się w jego życiu nowy rozdział, że coś rozświetliło jego dotychczasowy mrok, o którym nawet nie wiedział. Mrok czy może nawet bezruch. Traumy. Wiecie co? Tylko że to jest przeszłość bohatera, cholera, bo pomyślałam, że traumą samą w sobie mogłoby być to, że został tą czaszką. Ale z drugiej strony on się nie bał zmian. Traumą była śmierć przyjaciela, towarzysza. W sensie tego lidera rebelii.
Ale czekajcie, on miał nie umrzeć, tak? On miał za niego poświęcić życie. Dobra, ale tamten moment, bo to jest moment rozłąki, zerwania więzi. Możemy też zrobić mu... Skasujmy mu pamięć i on będzie odkrywał to wszystko. Ale fajnie! Dlatego nie wie, że jest prawą ręką wroga. Kurczę, ojejku, jak mi się to podoba. Jaka ładna historia. Dobra, lecimy dalej, bo się wzruszę.
Morały od przodków. To jest kolejna kategoria. Morały od przodków. Patrzę, może to jeszcze kim jest? Może tu mnie coś zainspiruje. Ale tu była przemiana. Może coś co do tego, że jest wizjonerem. Może jakiś taki morał, że patrzeć można nie tylko oczami. Że od dziecka uczony był, żeby właśnie zachować otwarty umysł. I może właśnie po latach czy w momencie, kiedy postanowił się zbuntować, czy wstąpić do tej rebelii, to właśnie mu się przypomniało, jak ojciec...
Ojciec jego? A może takie rodowe hasło było, nie? Czekajcie, jakie jest to przysłowie, że... Nie pamiętam teraz. Nie, że piękno w oku patrzącego, nie. Drzazga w oku, nie. Nie wiem. A piękno niewidoczne dla oka? To może pójdźmy w takim kierunku, że tym morałem, mottem, można powiedzieć, rodowym, takim morałem od przodków, czyli z dziada na pradziada przekazywanym było, że najpiękniejsze rzeczy w świecie są niewidzialne oczami. Że są niewidoczne dla oczu.
A może nie najpiękniejsze, tylko najważniejsze? Dobra i kropka. I chodzi o to, żeby po prostu patrzeć nie tylko oczami. A może: „Patrz nie tylko oczami”. I mamy. Mamy to! Mamy morał od przodków. Dobra, lecimy dalej. Kolejna karta, bo już długo ględzę. Sekret.
Sekret, sekret. On tu będzie sam dla siebie sekretem, tak naprawdę. Może sekretem ukrytym przed nim będzie jego poprzednia tożsamość. Ciekawy ten trop jest. Największy lęk. To może ten lęk, że kiedyś przestanie lewitować. O, słuchajcie, największy lęk mógłby być taki, że może któregoś dnia ten jego nowy towarzysz, ten złol zginie i on na zawsze pozostanie w tym miejscu. Uziemiony z tym przedmiotem albo w miejscu, gdzie tamten zginął. Że przywiązanie do tego przedmiotu, do tego pióra magicznego będzie jednocześnie jego lękiem. Oprócz tego, że to zabiera jego wolność, to dodatkowo, jeżeli nikt go nie zabierze stamtąd, czy to ulegnie zniszczeniu na przykład.
Może coś takiego, że się rozsypie czy spłonie i może on będzie do końca swoich dni uziemiony w jednym miejscu. A skoro jest istotą magiczną, to jest też istotą nieśmiertelną. Może coś takiego, że nie będzie mógł nic więcej robić czy z nikim obcować i tak dalej. Ukryta słabość. Kobiety? Tak pomyślałam, że może on był takim podrywaczem, jak miał ciało. I to piękne spojrzenie, o którym mówiłam. A teraz nie ma. Tylko że ona nie byłaby ukryta. Tak pomyślałam, że mógłby sobie w tych kapelutkach latać.
Mógłby jako taki trickster mógłby trochę do tych kobietek zagadywać. Ale ukryta słabość, czyli w sumie taki kryptonit, nie? Myślę, bo ogień... Kości mogą, ale to chyba musiałaby być bardzo wysoka temperatura. Nie wiem. Wiecie co? Nie będę na siłę szukać. Myślę, że to by może nam wyszło gdzieś w jakiejś historii. Ukryta słabość. Nie wiem.
Nie, wiecie co? Nic na siłę. Nauk. Może coś będzie lubił sobie kąsnąć. O, już wiem. Wiecie, jak są krokodyle, że one tak potrafią wyskoczyć z wody wysoko i jakiegoś ptaka czy coś złapać w szczęki? To może on tak co jakiś czas, jak coś będzie nad nim przelatywało, to on będzie lewitował w powietrzu, wyskakiwał i sobie to zbierał, zjadał i to będzie takie silniejsze od niego. Co dalej? Największy powód do wstydu. Wiecie co?
Skoro on jest czaszką i jest dziurawy, ma te przestrzenie, to może czasem coś mu wypadnie. Jak będzie coś jadł i mu będzie wypadało tymi szparami. Przecież w sumie to i tak nie ma układu pokarmowego. Matko z córką. Dobra, może to jest to, że będzie coś niby zjadał i chciał to zjeść. I będzie czuł tę potrzebę jedzenia, a niestety będzie to po prostu wypadało wszędzie na boki i i tak będzie zmarnowane. To może to jest ten powód do wstydu. Kąsek dla szantażysty. Tutaj może być właśnie to, że poniekąd jest zdrajcą, mimo że jeszcze sam nie wie o tym. Że teraz pomaga wrogowi.
To może to jest to. Może jeżeli byśmy mieli tu fabułę i z czasem on by odkrywał jakieś rzeczy na swój temat, znajdzie jakieś dzienniki czy rzeczy tego Zwola, to może wtedy faktycznie się okazać, że on nawet nie wiedział, że gra do nie tej bramki co trzeba. Dobra, lecimy dalej. Patrzę, co my tu jeszcze mamy. Mamy motywację. To tutaj skrócimy to. Takie motto naszego bohatera. Motto, taka dewiza. To, co go pcha do przodu. Może coś z tymi zmianami, że zmiana jest nieunikniona.
Życie bez zmian to życie stracone. Dobra, brzmi tak górnolotnie, ale może coś w tym będzie, że mimo że jest tylko czaszką, to dalej chce coś robić, rozwijać się czy zmieniać coś na tym świecie, czy poniekąd swojego wewnętrznego buntownika karmić. Myślę, że to jest to. Na tej karcie mamy coś jak motywacja bohatera do działania. Myślę, że tutaj najbardziej będzie go napędzało działanie samo w sobie. Może w lękach powinno być, że lęk przed bezczynnością, czyli też to, że jeżeli on się bał, że zostanie zgubiony z tym przedmiotem, to nie będzie mógł się rozwijać, nie będzie mógł robić rzeczy. Po prostu będzie zawieszony w powietrzu na zawsze. Czy w danym miejscu uziemiony. Myślę, że motywacja to jest chęć do działania. Jego cel?
Nie przestawać się rozwijać. Tak myślę. Ale też jako towarzysz, patrzę, co on tu ma. Może budowanie relacji takich, jak miał tamtego wcześniejszego towarzysza, lidera, to może z tym Zwolem też w pewnym sensie albo nawet w pełnym sensie będzie związany. Że to budowanie relacji z innymi ludźmi i to takich mocnych, bliskich relacji będzie dla niego bardzo ważne w życiu i będzie celem. Oprócz tego, że potrzebuje działania, to też będzie potrzebował ludzi. Nie będzie mógł być czy nie będzie nawet chciał być samotny, czy sam ze sobą. Brak, który teraz odczuwa, czyli ta potrzeba naszego bohatera. To jest też fajna sprawa, jak sobie będzie takie rzeczy wypisywać. Brak, mam tu na myśli taka pierwotna potrzeba, taki głód, zew, wołanie ze środka, bo to jest coś, co czasami może determinować pewne decyzje czy kroki, które nasi bohaterowie podejmują.
Może tym brakiem będzie ta więź. W sensie brak tej więzi. Mimo że on pomaga, to właściwie on się czuje jak przedmiot, a nie jak człowiek w relacji z tym naszym Zwolem. Bo jakby nie patrzeć, został zmieniony w przedmiot. Może to jest to, brak prawdziwej relacji. Nie przebywa z innymi osobami czy z innymi ludźmi, czy wszyscy się go boją, czy traktują go jak jakiś magiczny przedmiot i dlatego on ma taką ziejącą pustkę, jeżeli chodzi o budowanie relacji. Kropka. Źródło siły tu jeszcze mamy. Źródło siły, czyli taka jego misja. Partnerstwo, druga osoba.
Myślę, że to byłoby źródłem siły do tego, żeby mógł się realizować. Wcześniej jak był sam, to niekoniecznie miał tę motywację. Niby chciało mu się coś zmienić, ale nie było tego pchnięcia do działania. A tu myślę, że tym źródłem mogłoby być coś takiego. Druga osoba czy relacja wręcz. Wiecie co? Dzisiaj skończymy na tym, bo mam tu jeszcze coś jak usterkę w myśleniu, ale to jest już myślę za szczegółowe. I oś przemiany. To nie jest nam potrzebne. Myślę, że mamy to.
Mamy to. Mamy bardzo dużo. Bardzo dużo pomysłów w głowie mi zalęgło na całą historię. Mam nadzieję, że wam też, że może zechcecie czegoś użyć u siebie. Może jakiegoś problemu, może jakiegoś archetypu. Zachęcam bardzo serdecznie. I co? Zapraszam was na tego nowego fanpage'a, fajnie jakby trochę się osób pojawiło. Żebyśmy mogli się nawet czasami powymieniać pomysłami. A może któraś historia w którymś odcinku tak wam się spodobała, że może chcielibyście ją napisać wspólnie?
A może zrobić z tego coś na zasadzie konkursu czy czegoś, że ja zrobię z jakiejś historii schemat, może taką bazę danych i może zbierzemy się i grupowo każdy coś napisze, może jakieś opowiadanko. Pomyślimy co dalej z tym. Czy w formie antologii, czy może jakichś innych projektów. Mi pomysłów nie brakuje. Ciągle w mojej głowie coś lęgnie, tak że jak najbardziej jestem otwarta na różne pomysły wasze czy jakieś współprace. Może chcielibyście stworzyć coś jak taki buntownik w imię jakiejś idei. Czemu nie? Stwórzmy coś fajnego, róbmy fajne rzeczy, bawmy się konwencją. No bo co? Bo co nam zostaje?
Słuchajcie, po co tam gdzieś się przejmować, smutać? Bądźmy optymistami. Nie no dobra, słuchajcie, nic na siłę. Sam taki ślepy optymista to też nie jest do końca dobra droga. Po prostu bawmy się konwencją kreatywną, bawmy się życiem i w ogóle niech będzie fajnie. Okej, ja kończę, więc życzę wam, żeby było fajnie, żebyście robili super rzeczy, żeby w nowym roku wam się darzyło i co jeszcze? A! Oczywiście, żeby inspiracje, które was otaczają, żeby się mnożyły jak króliki w tym roku. Żebyście dostawali jak najwięcej energii, inspiracji, motywacji. I może żebyście powołali któryś ze swoich projektów do życia w tym roku.
Może czasami warto wyjść z szuflady. Może się czasami warto gdzieś pokazać. A może jeżeli nie czujecie, tak jak nasz bohater, sami tej siły, to może właśnie grupowo zrobimy coś fajnego. Ja na dziś kończę. Trzymajcie się cieplutko. Pa.
[04:35:22] - Proszę państwa, to teraz najwyższy czas na drugie spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Przed państwem MAUPA, czyli nasze rozmowy o książkach ważnych z historii nieznanego. Dzień dobry wieczór Piotrze, po raz drugi startujemy z MAUPĄ.
[04:35:51] - Tak. Witam ponownie.
[04:35:53] - Tak, a dzisiaj na tapet bierzemy książkę legendę, a w każdym razie książkę człowieka legendy, a mianowicie Lucjana Znicza. Tytuł: „UFO. Próba oceny”.
[04:36:08] - Tak, Lucjan Znicz-Sawicki, swego czasu autor kultowy, jedna z czołowych postaci na arenie publicystyki ufologicznej i nie tylko w PRL-u. W zasadzie można go też nazwać chyba popularyzatorem nauki jak na tamte czasy. Był też aktywny w pierwszym okresie III RP. Dzisiaj powiemy o jego jednej z ostatnich książek, jeżeli nie, nie wiem, niestety nie sprawdziłem. Natomiast bardzo późnej książce. Sama postać była tak tajemnicza jak zjawisko, które ten poważny przecież dziennikarz sobie umiłował i upatrzył, czyli UFO. I o życiu zmarłego w 2004 roku Lucjana Znicza-Sawickiego wiadomo Marku niewiele. Za chwilę cię zapytam o parę smaczków, bo wiemy, że on wychowywał się, urodził się prawdopodobnie w Wilnie, skąd się ewakuował w czasie II wojny światowej albo tuż po. Z tego, co wiadomo, a nie wiadomo wiele o jego życiu, to takim traumatycznym momentem miało być spłonięcie w mieszkaniu dość dużych zbiorów bibliotecznych, z których uratował tylko trochę, a to trochę i tak musiał potem gdzieś podczas podróży do Polski zostawić. Wiadomo o jego życiu w zasadzie najwięcej z tego okresu, kiedy już się osiedlił w Bydgoszczy, gdzie jak wiemy, droga jego kariery przecięła się, Marku, z drogą kariery twojego taty.
Jak to było? Jak wspominał on Lucjana Znicza-Sawickiego?
[04:37:47] - Obaj panowie pracowali w tej samej redakcji. Tą redakcją była redakcja tygodnika „Fakty”. No i cóż, powiem tak: to była dziwna redakcja, bo tygodnik był ogólnopolski, redakcja była w Bydgoszczy, a właściwie dwie redakcje, bo przez długi czas redakcja znajdowała się w dwóch miejscach w Bydgoszczy i jedna część na Starym Rynku to już jest takie absolutne centrum starej i nowej Bydgoszczy, a druga część redakcji na ulicy Dworcowej. Oba punkty dzieliło od siebie w linii prostej może dwa kilometry, może półtora, ale jakby tak chcieć pójść ulicą, to troszeczkę więcej. Otóż redaktor Znicz-Sawicki funkcjonował w tej części na Dworcowej, z dala od redaktora naczelnego, co sobie bardzo chwalił. O tym za chwilę dlaczego. A w każdym razie tam było cicho, spokojnie, przyjemnie, przytulnie. On tego rodzaju klimaty sobie cenił, bo też był człowiekiem, który pracował w sposób bardzo uporządkowany. To był w ogóle człowiek, który troszeczkę przypominał urzędnika. Brakowało mu tylko takich przedwojennych zarękawków.
I właściwie przychodził punktualnie do pracy. Otwierał swój warsztat. To oczywiście przenośnia. Pracował, pracował, pracował. Punktualnie z wybiciem odpowiedniej godziny wstawał, zamykał warsztat i szedł do domu. Typowe takie urzędnicze zachowanie, aczkolwiek przedmiot tych zachowań był zupełnie nieurzędniczy. Bo właśnie było tak, że Lucjan Znicz-Sawicki gdzieś mniej więcej w połowie lat 70. zainteresował się tematyką UFO, a w ogóle przy okazji wszystkich takich rzeczy niesamowitych. Zresztą bardzo wiele tych niesamowitych rzeczy podłączał do zjawiska UFO, co okazało się wcale nie takie głupie, jak się później okazało. Chociaż na początku niektórzy mieli mu to za złe, bo Na początku panowało takie przekonanie, że jak UFO to zielone ludziki, jak zielone ludziki to wiadomo, że może nie z Marsa, ale gdzieś z jakiejś matplanety albo może jakiegoś innego miejsca w kosmosie przybywają.
On natomiast od początku traktował temat bardzo szeroko i zaczęło się od tego, że uruchomił na łamach „Faktów”, przypomnę tygodnika wychodzącego bardzo regularnie. Może dlatego wychodził tak regularnie i był w sumie szanowany w Polsce, ponieważ na jego czele stał członek partii, bo takie były czasy. PRL tym się charakteryzował, że jak był redaktor naczelny, to musiał być z partii PZPR konkretnie. Ale to był facet, taki przedwojenny socjalista, wychowany w takim środowisku, który potrafił wyrypać pierwszemu sekretarzowi organizacji miejskiej: „Ty mnie synku lewicowości uczył nie będziesz”. I w ogóle był taką osobą, która z jednej strony chyba się przestraszyła trochę komunizmu, a z drugiej na przykład niezwykle pielęgnował, szanował i był niezwykle wzruszony, kiedy mowa była o Katyniu. Tak, proszę państwa, takie paradoksy czasami się zdarzały, ale zostawmy naczelnego. Ten naczelny prowadził tam rządy silnej ręki w tygodniku. Nie przesadzajmy, z drugiej strony to jednak było wszystko lajtowe, ale i tak to było za dużo jak na Lucjana Znicza-Sawickiego. On wolał być z daleka i wolał widzieć szefa raz w tygodniu na tak zwanym kolegium redakcyjnym. I to mu już wystarczało w zupełności, to oglądanie szefa raz w tygodniu.
A poza tym, tak jak powiedziałem, spędzał czas w tej drugiej części redakcji i tam, na czym polegała ta jego urzędnicza praca? Otóż on wyciągał stosy pism zachodnich, bo wtedy do czasopism tych uznanych przez RSW Prasa wydawanych przychodziły zachodnie tygodniki, miesięczniki. I to były różne. Różna klasa była tych tytułów. Od takich tabloidów typu „Bild am Sonntag” to jest to niedzielne wydanie „Bild” po jakieś takie periodyki popularnonaukowe „Science & Vie” czy tych angielskojęzycznych już niestety nie pamiętam. Tego było sporo i on tam szukał w zasadzie jednego tematu. Właśnie kosmosu, UFO i tym podobnych. W związku z tym zgromadził gigantyczną, absolutnie gigantyczną bibliotekę wycinków rozmaitych. One miały różną wartość, co zresztą widać w pierwszych tomach jego epokowej pracy, że tam rzeczy takie bardzo zagadkowe i sprawdzone, a w każdym razie w miarę takie oblukane, sprawdzone sąsiadują czasami z informacjami, które czas, życie zweryfikowały, przynajmniej negatywnie. Może tak.
Jeśli nawet to nie były jakieś oszustwa. Niemniej jednak należy cenić Lucjana Znicza-Sawickiego za tę skrupulatność. To był człowiek akurat do tej roboty. Dzisiaj ktoś o jego zdolnościach byłby znakomitym researcherem, który byłby w stanie obsłużyć wiele redakcji albo wiele osób tych ze świecznika.
[04:44:10] - Tak, ten jego charakter i typ pracy przewija się też, albo inaczej znajduje odzwierciedlenie w jego twórczości. Ze wspomnień Tadeusza Krajewskiego, które ukazały się w postaci artykułu w numerze styczniowym „Nieznanego Świata” z roku 2022, wyłania się taki właśnie faktograf, perfekcjonista i miłośnik benedyktyńskiej pracy. W jego życiorysie warto wymienić trzy hasła. Może jeszcze dodajmy, bo chyba o tym nie wspomniałem, że Znicz to był element nazwiska, który był pierwotnie prawdopodobnie pseudonimem z partyzantki. On go używał też jako nazwiska, jako pseudonimu pisarskiego. Natomiast to nie było jego nazwisko. Te trzy hasła, o których chciałem powiedzieć, to po pierwsze te rubryki prasowe, które publikował regularnie, popularnonaukowe z wątkami, powiedzmy niezwykłościowymi. Po drugie to ten monumentalny sześciotomowy cykl „Goście z kosmosu”, który pierwszy tom ukazał się bodaj w roku 1980, już nie pamiętam. No i po trzecie Klub Kontaktów Kosmicznych, który Lucjan Znicz-Sawicki współtworzył i w którym prężnie działał. Warto to podkreślić, bo gdyby ktoś kiedyś mu chciał zarzucić, że on był tylko takim wycinaczem i kompilatorem różnego rodzaju doniesień, no to nie.
Klub Kontaktów Kosmicznych zgromadził ogromną ilość relacji o UFO, które były przez Znicza dokumentowane i opracowywane. No i dzisiaj chyba to archiwum KKK znajduje się, Marku, w Bydgoszczy.
[04:45:57] - Prawdopodobnie tak, ale nie wiem, gdzie się znajduje, u kogo i kto się tym archiwum opiekuje. Warto natomiast jeszcze powiedzieć, że ten Klub Kontaktów Kosmicznych w czasach, kiedy nie było mediów społecznościowych Troszeczkę pełnił taką rolę, bo ludzie rzeczywiście słali do redakcji, przychodziły, tu przesadzę oczywiście, tony listów. Naprawdę. I większość z nich była adresowana właśnie do Lucjana Znicza Sawickiego. I te tony listów zawierały też masę relacji. A sam Klub Kontaktów Kosmicznych był też platformą, w której ludzie się, po pierwsze, spotykali lokalnie, tam, gdzie skrzykiwali się na danym terenie, ale też pojawiały się inicjatywy bardziej ogólnych spotkań. Naprawdę, wierzcie mi państwo, w tym przaśnym PRL-u Klub Kontaktów Kosmicznych, troszeczkę analogicznie do fandomu science fiction, to było coś, co się władzy nie do końca podobało, bo to było poza kontrolą. To nie była żadna organizacja formalna, która miała swoją pieczątkę, odznaki, legitymacje. Nie. To wszystko działo się poza systemem i mocno niepokoiło władzę, która nie wiedziała, co z tym fantem zrobić.
Tak samo nie wiedziała, co zrobić z fandomem science fiction, jak i właśnie z tym Klubem Kontaktów Kosmicznych. Próbowano to dezawuować. Próbowano się z Klubu Kontaktów Kosmicznych wyśmiewać, a z samej tej warstwy publicystycznej, którą przez lata Lucjan Znicz Sawicki regularnie publikował w „Faktach", próbowano sobie z tego robić przysłowiowe jaja. To jednak nie wychodziło. Naprawdę Lucjan Znicz Sawicki i jego rubryka to był wyznacznik pewnej powagi. I jeśli nawet ktoś się nabijał z małych zielonych ludzików, to jak padało hasło Lucjan Znicz Sawicki: „A, to przepraszam, to jest ten facet, który o tych sprawach mówi w sposób wyważony i poważny". Sam byłem świadkiem, nie wymyślam tego w tej chwili, że tego rodzaju argument padł i trafiał na podatny grunt. To znaczy, jeśli się pojawiało nazwisko Lucjana Znicza Sawickiego, to właściwie kończyło dyskusję. Myślę, że warto o tym pamiętać.
[04:48:40] - Tak, w tym Klubie Kontaktów Kosmicznych działały wielkie nazwiska, także takie, które są znane i cenione do dzisiaj. Emma Popik, Robert Leśniakiewicz, Krzysztof Piechota, Ryszard Fijtek i wielu innych. Ale przejdźmy może do twórczości Znicza Sawickiego, gdyż na tym się koncentrujemy, a konkretnie na książce „UFO: próba oceny". Jeżeli chodzi o ogólną charakterystykę jego twórczości, Marku, to powiem ci tak: ona była bardzo specyficzna. Z jednej strony przybliżała polskim czytelnikom informacje z Zachodu i ogólnie ze świata. Czyli okej, wszystko fajnie, bo innych źródeł nie było. Przynajmniej dla szeregowych czytelników. Z drugiej strony ona przedstawiała problem UFO i różnego rodzaju zagadek w bardzo konkretnym, reporterskim i raczej mało sensacyjnym świetle. Sam Znicz Sawicki miał opinię faktografa, co już powiedziałem. Tylko mam takie wrażenie, że dzisiaj te książki dla przeciętnego zjadacza chleba, takiego współczesnego, mogą zdawać się nieco przyciężkawe i trochę już archaiczne.
Mówię to z perspektywy dzisiejszej, bo one z punktu widzenia historycznego i z punktu widzenia tamtych czasów, czyli PRL-u, miały ogromną wartość. Na tym polu wydarzyło się tak wiele, że tutaj mogą się niektórzy ludzie obrazić, ale wydaje mi się, że Znicz jest już dzisiaj, pomimo całego szacunku, troszeczkę przestarzały i momentami przynudza. Przejdę może do meritum. „UFO: próba oceny" to jest książka wydana w roku 1996 przez Ambera i chciałoby się powiedzieć opus magnum, które udzieli nam odpowiedzi na pytanie, czym zjawisko UFO właściwie jest. Bo to nam sugeruje tytuł. A tak naprawdę jest bardzo różnie.
[04:50:45] - Tak, ale biorąc troszeczkę pod obronę tę książkę, taki był styl pisania Znicza Sawickiego, dosyć kostyczny, faktograficzny. Ale z drugiej strony to, za co cenię tę książkę, że już w 1996 roku, a zatem mentalnie musiał to przepracować znacznie wcześniej, on zwraca uwagę na to, że wcale nie musi być tak, że UFO to są mali zieloni pochodzący z Marsa, tudzież z Matplanety, jak już powiedziałem. Tylko że mogą być to fenomeny parapsychiczne, może to w ogóle zahaczać o zjawiska parapsychiczne. Mówi też o parafizyce. Mówi o różnych zjawiskach, które wcześniej, to podkreślałem, z UFO nie były kojarzone. I moim zdaniem, jeśli coś z tej książki się ostało, bo część faktografii, tak jak mówiłem wcześniej, wyparowała albo stała się mocno wątpliwa. I powiedziałem nawet dlaczego. Ponieważ on czerpał z bardzo różnych źródeł. Warto sobie uświadomić, że w czasach PRL-u było takie głębokie przekonanie, że jak coś jest napisane, to to jest prawda. To był zupełnie inny świat.
Po pierwsze takiego głębokiego socjalizmu, w którym ta wiara w słowo pisane była ogromna. Nawet jeśli to było słowo komunistyczne czy pseudokomunistyczne, ale to nie o to chodzi. Myśmy przekładali troszeczkę to na zachodnie media drukowane i jeśli coś było napisane, nawet w bardzo popularnym tygodniku czy miesięczniku, to myśmy traktowali, że to był dziennikarz, to sprawdził. To znaczy jakiś autorytet redakcji za tym stoi. Tymczasem tak zupełnie nie było. Państwo znacie dzisiejsze media, że dziennikarze w tych mediach może jeszcze bardziej nawet są w stanie wyssać nie tylko z palca, ale z czegokolwiek są w stanie wyssać rozmaite fakty. I troszeczkę tak było w tych mediach, z których korzystał, przynajmniej po części, Lucjan Znicz Sawicki. W związku z tym w tej warstwie faktograficznej to rzeczywiście mogło się zestarzeć. Natomiast ja, tak jak powiedziałem, cenię tę książkę za to, że był już starszym człowiekiem, a jednak umysł miał giętki, dosyć plastyczny i dopuszczał, że to nie musi być tak, jak sobie większość wyobraża. Jeśli miałbym coś na plus powiedzieć, to właśnie to.
[04:53:41] - Zgodzę się. Natomiast jest też tak, że tym innym niż hipoteza pozaziemska założeniom poświęcił bardzo mało miejsca. Tutaj też jest tak, że jego twórczość jest troszeczkę taka, może to przejdzie jako zarzut dla niektórych, ale jego twórczość jest z jednej strony konkretna, pełna faktów, a z drugiej strasznie chaotyczna pomimo wszystko dla odbiorcy. Bo o ile on się może poruszał w tym gąszczu argumentów w sposób bardzo płynny, tak odbiorca już niekoniecznie. Może po prostu jestem za głupi na tą twórczość, ale wydaje mi się, że ciężar gatunkowy Znicza jest znacznie większy niż innych autorów. Ale wróćmy do tej próby oceny. O ile ta książka jest przejrzyście i atrakcyjnie podzielona, to jest pełna paradoksów. Po pierwsze jest konkretnie niekonkretna. To znaczy autor wywołując jakiś temat do tablicy często w ogóle się do niego nie odnosi. Mamy na przykład tytuł danego rozdziału, który nam porządkuje jakoś wiedzę o UFO, natomiast konkretnych odpowiedzi w ogóle nie oferuje.
Czasami on nawet poświęca danemu tematowi jedno zdanie i to takie bardzo niekonkretne. A zastępują to jakieś dość suche i nudne opisy zdarzeń sprzed 50 lat, czy na przykład procedur projektu Blue Book. Sam punkt wyjścia do analizy też jest dość specyficzny, bo on wychodzi oczywiście od roku 1947 i obserwacji Kennetha Arnolda, potem amerykańskich programów badań nad UFO. Ale już w tym czasie pojawiło się wiele publikacji, które wskazywały jasno, że zjawisko jest starsze. Nie tylko starsze, jeżeli chodzi o wiek XX, ale także o wcześniejsze stulecia. I druga rzecz to bardzo wybiórcze traktowanie niektórych zagadnień. Tutaj nie chodzi tylko o inne hipotezy na temat zjawiska UFO niż to o jego kosmicznym pochodzeniu, ale też inne kwestie. Stroni też od łączenia głębszego. Nie to, że on o tym nie wspomina. Wspomina, tylko nie przedstawia nam zbyt wielu konkretów odnośnie łączności ufologii z psychotroniką, fizyką z pogranicza, psychologią, neuronauką i tak dalej.
Dla niego zetknięcie z UFO to jest po prostu jak dotknięcie rakiety. Nic więcej. Na przykład kwestię humanoidów, która jest tak rozległa, barwna i kontrowersyjna, też traktuje w sposób bardzo pobieżny. I jest to raczej interpretacja bardzo wąskiego wycinka całego zagadnienia. Jaki jest mój ogólny wniosek odnośnie akurat tej książki, czyli „UFO: próba oceny”. Ona jest w ogóle nie o tym, o czym traktuje tytuł. Wygląda, jakby była po prostu poskładana naprędce z resztek niewykorzystanych notatek, może jakichś miniatur. I ona tonie w takich problemach standaryzacji, klasyfikacji, które są pomieszane z historyjkami ze świata, jakimiś tam wzmiankami prasowymi, ciekawostkami. I koniec końców nie otrzymujemy nic. Nic, co by nas wciągało.
Nie wiem, jak ty to oceniasz, ale moim zdaniem, jeżeli chodzi o książki, to Znicz miał taką wrodzoną ciężkość pióra. O ile oczywiście może był skrupulatny i interesował go nacisk na fakty, to współczesny czytelnik oceniłby to jako coś raczej niezbyt interesującego. Ja mówiłem: może to jest mój jakiś tam nieuprawniony zamach na te książki, że je oceniam w ten sposób. One z perspektywy historycznej, jak powiedziałem, były bardzo ważne i poczytne. Natomiast oceniając z dzisiejszego punktu widzenia widzimy, że ta archaiczność jednak się tam pewna przewija. Nie chcę wchodzić w inne szczegóły, bo mógłbym zahaczyć o to, co tutaj zostało przez ciebie wspomniane, że z jednej strony korzystał z bardzo różnego rodzaju źródeł, niekoniecznie zawsze poważnych, a po drugie ubrane to było w takie słowa, że nawet profesor by w to uwierzył. I to też rodzi pewien dysonans u mnie, muszę powiedzieć. I ta próba oceny zjawiska UFO, ten tytuł w zasadzie nie znajduje wyczerpującego rozwinięcia w treści tej książki. Ja tutaj się trochę motam, bo nie chcę dopuścić się nieuprawnionego zamachu. Mówię zupełnie szczerze.
W środku znajdziemy zlepek wątków, które tworzą bardzo eklektyczną, a finalnie ciężkostrawną mieszankę. Taka jest moja opinia.
[04:59:17] - Okej, ja nie będę z nią polemizował, bo częściowo się z nią zgadzam. Dodam tylko, że wśród tych różnych wątków dotyczących UFO pojawia się element podróży w czasie. Pojawia się również element związany z innym wszechświatem. Czy w ogóle jest to dopuszczalne? Czy w ogóle może istnieć? Ja tylko państwu przypomnę, że 1996 rok, a kiedy to było pisane, to znacznie wcześniej, to nie były czasy, w których szermowano by jednym, drugim, trzecim, piątym czy dziesiątym wszechświatem, rzeczywistościami alternatywnymi. To raczej była domena science fiction, a i to nie za bardzo. Moim zdaniem, ponieważ sama ufologia, samo zainteresowanie się zjawiskiem jest ściśle związane jednak z czasem. Z czasem w czasie. Z czasem rozumianym w ten sposób, że te zjawiska następowały przez wiele dziesięcioleci.
I teraz my dzisiaj patrząc, będąc w trzeciej dekadzie XXI wieku, myślę, że już nie do końca łapiemy, jak to było kiedyś, w latach 60., 70., może nawet 80. To jest jakaś terra incognita jednak, bo nie do końca łapiemy, jak myśleli wtedy ludzie, jakie mieli skojarzenia, jak to w ogóle wyglądało. Kiedy oglądamy dzisiaj różnego rodzaju filmy, które przedstawiają nam wydarzenia właśnie z lat 60., 70., tam się ludzie wypowiadają, odwołują do swoich wspomnień. My się czasami zastanawiamy, dlaczego oni mieli na przykład takie hamulce albo dlaczego tak to interpretowali, a nie inaczej. I ja myślę, że książka Znicza Sawickiego ma jeszcze tę zaletę, że ona zamroziła w czasie pewien sposób myślenia, pewien sposób odbioru zjawiska. Dzisiaj pewno już mało popularny albo troszeczkę wzbogacony przez różne doświadczenia, różne obserwacje i tak dalej. Ale to jest troszeczkę jak robaczek zastygły w bursztynie. Mamy tę książkę z 1996 roku, ze wszystkimi jej ograniczeniami, przegięciami, z pewnym, zgodzę się, archaicznym już sposobem myślenia. Niemniej jednak to też stanowi, dla mnie przynajmniej, jakąś wartość. Patrzcie państwo, tak o tym myślano niecałe 30 lat temu.
Wydaje mi się to też cenne, bo sam, Piotrze, wiesz, że kiedy zaczynałeś się interesować zjawiskiem UFO, to zjawisko było to samo, ale twój sposób myślenia o tym zjawisku był zupełnie inny niż jest teraz. To się wszystko zmienia.
[05:02:29] - Jeszcze dodam coś, bo tutaj wszedłeś na ważne pole. Otóż byli autorzy i byli badacze, którzy kontynuowali myśl Znicza. Nie mogę się oprzeć takiemu wrażeniu, że na przykład Robert Leśniakiewicz czy Piechota i Rzepecki nie opierali się, nie próbowali naśladować jego stylu, natomiast oni to robili lepiej. Z jakiego powodu? To mamy dwa zupełnie przeciwstawne przypadki. Piechota, Rzepecki: kompletna faktografia, zero bajery, same fakty plus anomalie. To czyni ich książki legendarnymi. Robert Leśniakiewicz: bogaty, kolorowy styl, mnóstwo faktów plus bardzo ceniona przeze mnie umiejętność zainteresowania czytelnika tym, co ważne. I niestety to jest trudno znaleźć u Znicza. On jest zawalony po prostu różnego rodzaju faktami, które gdzieś tam się rozpływają.
I gdybyśmy mieli porównać tak już bardziej pokoleniowo, to znacznie bardziej przystępne i interesujące były dla czytelnika książki Blanimo Bolnara, bo on miał po prostu lepszy styl, choć nie był przecież dziennikarzem z zawodu.
[05:03:55] - Pewnie tak. To znaczy ja nie mam wątpliwości. Dlatego na początku naszej rozmowy podkreślałem ten pewien urzędniczy styl Lucjana Znicza Sawickiego, pewne jego przyzwyczajenia i pewien sposób bycia. Moim zdaniem, tak jak powiedziałem, to nie przekreśla jego książek, czyni je właśnie cennymi. Powiem tak: jak człowiek dzisiaj czyta pierwsze książki von Dänikena, nie porównując stylów, ale pewną faktografię To też patrzy na nie inaczej. Däniken to może nie jest dobry przykład, bo nie przez wszystkich jest ceniony, ale chodzi o proces zmiany. Ten proces zmiany, jeśli człowiek potrafi mu się poddać w swoim życiu chyba jest cenny. Ja uważam, że jest cenny. Może nie wszyscy tak sądzą. Myślę, że w przypadku Znicza było już na takie zmiany, na takie przepoczwarzenia, na taką radykalną zmianę chyba trochę za późno, ale też ta jego skrupulatność sprawia, że po pierwsze, tak jak powiedziałem, dostajemy zapis epoki badania UFO.
Z drugiej strony pewien obraz, jak wtedy ludzie na to patrzyli. Moim zdaniem chociażby z tego względu to jest cenne i chyba wszystko. Ja i tak polecałbym tę książkę nawet właśnie z historycznego punktu widzenia, bo tam oczywiście fakty, do których odwołać się można dotyczące UFO też się znajdują. Trzeba je jednak, to podkreślam zarówno w tej książce, o której mówimy dzisiaj, czyli „UFO: próba oceny”, jak i w jego wcześniejszych książkach, trzeba je umiejętnie odsiewać albo przynajmniej próbować konfrontować z tym, co wiemy dzisiaj. I to jest chyba dobre podsumowanie. Tak. Myślę, że książki Lucjana Znicza jeszcze długo zostaną z nami. Ale biegnijmy dalej, bo tak jak powiedziałem, i tak idziemy na rekord, ale nie ma co sztucznie przedłużać tego rekordu. Zapraszam na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj może książka mniej literacka, bardziej reportażowo-historyczna.
Książka Grzegorza Piątka „Najlepsze miasto świata”. Nie mylcie państwo nazwiska Piątek z Piątek. To inny Piątek. W każdym razie „Najlepsze miasto świata” to jest książka o Warszawie. Po klęsce Powstania Warszawskiego Warszawa nazywana niegdyś Paryżem Północy zamieniła się w ocean gruzów. Trzeba było mieć chyba bardzo dużo wyobraźni, żeby patrząc na te kikuty dawnych kamienic, planować szybkie odrodzenie stolicy. A jednak decyzję o odbudowie Warszawy podjęto bardzo szybko. W związku z tym przed architektami i budowniczymi stanęło trudne zadanie. I choć wizytówką powojennej odbudowy Warszawy stała się zrekonstruowana Starówka, to reszta miasta nie miała wrócić do dawnej formy. Miała zamienić się w idealną, nowoczesną metropolię, przynajmniej nowoczesną z punktu widzenia ówczesnych władców.
Książka, którą przedstawi Mirosław Gołuński, to książka o entuzjazmie i optymizmie oraz o wyobrażaniu sobie najlepszego miasta świata zbudowanego na gruzach starego porządku. To jest też książka o architektach z Biura Odbudowy Stolicy, o ludziach, którzy tworząc miasto swoich marzeń, przykładali rękę do budowy totalitarnego państwa. Może tak. Zapraszam. Mirosław Gołuński ma głos.
[05:08:46] - Dzień dobry lub dobry wieczór. Skądinąd nie wiadomo, kiedy państwo znaleźliście czas, by zajrzeć do mojego labiryntu. Dzisiaj kontynuuję lekturę książek, które zostały w tym roku nominowane do ścisłego finału Nagrody Nike. Tym razem zapraszam państwa do rozmowy o książce Grzegorza Piątka „Najpiękniejsze miasto świata”. Co prawda wiemy już, kto w tym roku tą nagrodę zdobył. Przypominam to „Kajś”, o którym mówiłem kilka tygodni temu, ale wydaje się, że ten korytarz, ten loch w Nike daje do myślenia. To właściwie jedyne książki, które są tutaj u mnie oparte przede wszystkim o faktografię, czy są literaturą faktu, ponieważ tak się złożyło, że z siedmiu finałowych książek, które znalazły się w finale Nike, aż pięć to właśnie literatura faktu. Dzisiaj kolejna z tych książek. Książka, jak łatwo się chyba domyślić z tytułu o Warszawie, ale o Warszawie inaczej. Inaczej, ponieważ Grzegorz Piątek skupił się na krótkim okresie między rokiem 1944 a 1949 i na odbudowie Warszawy po koszmarnych zniszczeniach wojennych.
Co więcej, interesuje go nie tyle samo odbudowywanie, co drugoplanowymi zaraz po samej Warszawie bohaterami jego opowieści są architekci, urbaniści, którzy tą Warszawę Po wojnie próbują, z naciskiem na próbują, zaplanować na nowo. Starają się bowiem wykorzystać to, co się wydarzyło, a więc bezprecedensowe zniszczenie wielkiego miasta, by nadać mu nowoczesny kształt. Mało kto wie, że gdy po raz pierwszy przedstawiciele rządu w Lublinie zobaczyli Warszawę, to zamarli i zastanawiali się, czy nie przenieść stolicy gdzie indziej. Paradoksalnie to decyzja Stalina powodowała, że Warszawa została odbudowana. Narracja tej opowieści układa się chronologicznie, czyli między rokiem 1944, kiedy już urbaniści ściągają na Pragę, bo wiadomo, że jeszcze lewobrzeżna Warszawa znajduje się w rękach Niemców, którzy systematycznie ją niszczą, a oni już przybywają, by zaplanować odbudowę miasta. Przybywa Marian Spychalski, pierwszy powojenny prezydent Warszawy, a raczej prezydent gruzów. Oglądamy ich nieprawdopodobną pracę. Począwszy od lutego 1945 roku muszą zinwentaryzować miasto. Chodząc po mieście często po głodzie i chłodzie muszą, w każdym razie powinni opisać, które domy nadają się do użytku, które trzeba wyburzyć. A jednocześnie starają się zaplanować nową przestrzeń.
Zmieniają się nazwy ośrodka, który temu służy. Aż do 1949 roku nie tylko mogą realizować bardzo nowoczesne i modernistyczne pomysły Corbusiera zawarte w Deklaracji Ateńskiej z 1937 roku, w której niektórzy zresztą z tych przyszłych urbanistów brali mniej lub bardziej czynny udział. Ale również próbują w niesprzyjających absolutnie warunkach odbudować miasto, podźwignąć je z gruzów, zorganizować na nowo życie kilkuset tysięcy ludzi. 1949 jest dlatego granicą, że w tym momencie kończy się wolność urbanistów i architektów. W 1949 roku, jeśli dotyczy to architektów, to w czerwcu następuje ich zjazd. Ten akurat odbył się w Łodzi i zostaje podjęta decyzja o nowym socrealistycznym budownictwie i organizacji przestrzeni miejskiej, oczywiście wzorowanej na Moskwie. To w historii bardzo trudny rok. W 1949 roku to samo spotkało literatów. Nieco później, bo w grudniu na zjeździe szczecińskim, ale to samo spotkało właściwie wszystkich: malarzy, artystów. Wszystkie wolne związki, wolne zawody i twórcze, bo to też spotkało aktorów, musiały podporządkować się metodzie socrealistycznej, którą oczywiście zaplanował wielki Józef Stalin.
Te pięć lat, obejmujące kilkaset stron bardzo mocno zadrukowanego papieru, dlatego, że autor kilka lat zbierał materiały do tej książki i ten wysiłek jest bardzo widoczny. Nawet jeżeli czasami mógłbym powiedzieć, że trochę aż za bardzo. Może czasami można było niektóre wątki pominąć bez straty dla całej opowieści, to poza tą samą czystą historią mamy też wiele opowieści o ludziach. O ludziach, którzy w dużej mierze byli architektami już przed wojną, którzy w czasie wojny konspiracyjnie planowali nową Warszawę. To nie tak, że w 1944 roku czy 1945, gdy przybyli do Warszawy, oni nie mieli żadnych pomysłów. Oni zaczynali od zera. Absolutnie nie. Piątek pokazuje, jak wiele tych pomysłów zostało później twórczo wykorzystane. To oczywiście również losy i opowieść o tym, jak część tych ludzi się złamała, jak z pozycji owszem, na ogół lewicowych, bo to nie tak, że przed wojną w Polsce lewicy nie było, ale jednak demokratycznych, podporządkowywali się nowej władzy totalitarnej. Jak z kolei inni bywali aresztowani, bo na przykład w czasie wojny walczyli w AK, jak słynny porucznik „Anoda”, jedna z legendarnych postaci polskiego podziemia.
To opowieść również o tym, jak ci, którzy budowali czy planowali odbudowę Warszawy, są później usuwani. Dzisiaj takie modne słowo: czyszczeni ze środków decyzyjnych, bo pod tą historią miasta, pod historią odbudowy, spod niej cały czas wynurza się historia polityczna. W ogóle ciekawe odwrócenie, bo my zwykle jesteśmy przyzwyczajeni ze szkoły zwłaszcza, że najważniejsza jest historia polityczna. Tymczasem Piątek odwraca relacje. On pokazuje, w jaki sposób historia polityczna wpływa na miasto. Ale historycznym bohaterem opowieści, podmiotem opowieści jest historia odbudowy Warszawy i ludzi, którzy ją odbudowują. Dostajemy więc bardzo ciekawe uzupełnienie historyczne. To więc opowieść niezmiernie ważna, nawet jeśli nie zdobyła Nike. Moim zdaniem słusznie. W tym roku faktycznie „Kajś” nie miało specjalnie konkurencji, którą można by w jakikolwiek sposób sensowny traktować.
To nie zmienia to faktu, że „Najpiękniejsze miasto świata” jest historią, która uzupełnia historię. To zresztą w ogóle, jak widzieliście państwo, jeśli słuchaliście Innych: Kaiś, Laili, Fuerte. To nowa jakość we współczesnej literaturze polskiej. Podobnie będzie z ostatnią częścią, którą mam nadzieję, że za dwa, trzy tygodnie również państwo wysłuchacie, czyli opowieść o pannach z „Wesela”, siostrach Mikołajczykównych. Już zapowiadam i tę część naszej historii Nike. Ta książka jest zdecydowanie uzupełnieniem historii miasta. Myślę, że jego awans do finału Nike jest oczywiście rodzajem ukłonu wobec stolicy. Ukłonu, który oczywiście stolicy się pewnie należy, a książka jest na tyle istotna, że choć miałbym inny typ na pierwszą siódemkę zamiast niej akurat, uznaję jej wagę i ważność. Dziękuję państwu i do zobaczenia.
[05:18:16] - Jak był „Labirynt książek”, to widomy znak, że musi pojawić się „Recenzarium Ewiwy”. To się pojawia. Dzisiaj Luiza Ewiwa Dobrzyńska będzie omawiać książkę Aleksandry Rudej „Odnaleźć swą drogę”. To jest książka z solidną porcją magii i humoru. Ale więcej państwu nie powiem. Więcej opowie Luiza Ewiwa Dobrzyńska.
[05:18:50] - Wita się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska. Ogromny sukces książek o Harrym Potterze sprawił, że nastąpił dosłownie wysyp powieści o magach, czarodziejach, czarownicach, wiedźmach. Najlepiej takich smarkatych, bo tacy są ostatnio na topie albo w modzie. W każdym razie nie po raz pierwszy zauważyłam, że według twórców współczesnych książek ludziom nieco starszym nie przytrafia się już nic ciekawego. Muszą to być studenci, licealiści, czasem nawet z podstawowej szkoły i wtedy dopiero mogą być bohaterami nowej książki o czarach, o ratowaniu świata i cholera wie czym. W każdym razie na tej nowej fali powstało wiele dość ciekawych powieści. Powiedzmy może kilka dość ciekawych w zalewie chłamu. Jedną z tych zdecydowanie ciekawszych jest książka Aleksandry Rudej „Odnaleźć swą drogę”. Rzecz dzieje się w bliżej nieokreślonym kraju. Domyślamy się, że w Rosji, z jakiegoś tam innego wymiaru.
Młodziutka dziewczyna pochodząca z nizin społecznych, absolwentka Liceum Magii, trafia do stołecznego uniwersytetu. Niestety jej rodziców nie stać na czesne. Musi więc zadowolić się miejscem na najmniej popularnym i najtańszym wydziale magii wykreślnej, cokolwiek to znaczy. Początkowo Olga Lacha jest bardzo z tego niezadowolona. Z biegiem czasu jednak odkrywa, że nie jest tak źle. Zaprzyjaźnia się ze swoją współlokatorką, uzdrowicielką Lirą oraz półkrasnoludem imieniem Otto, który wciąga ją w swe pokątne interesy i chroni, gdy zajdzie taka potrzeba. Nie wiedząc nic o tym, zyskuje też zainteresowanie, a z czasem miłość nekromanty o imieniu Irga. Zanim to odkryje, wejdzie w drogę bandzie uniwersyteckich rozrabiaków pod przywództwem niejakiego Blondasa. Walka z nimi jest niełatwa, pochodzą bowiem z dobrych i bogatych rodzin. Ale przecież Olga nie wypadła sroce spod ogona i ma przyjaciół.
Ich rozgrywka będzie czymś bardzo ciekawym. Tematem książki są właściwie drobne, codzienne wydarzenia z życia uniwersytetu, a raczej z życia braci studenckiej. Przyjaźnie między studentami, ich kłótnie, wpadki i sukcesy. Nie ma tam wielkiej polityki i ogromnych międzynarodowych waśni zdolnych zniszczyć świat, jaki znamy. Jest po prostu codzienność. Codzienność studentów obdarzonych mocami magicznymi i uczących się po to, żeby zostać magami. Ale bądź co bądź młodych, wesołych, psotnych ludzi. Autorka opisała to wszystko z dużą dawką humoru i z realizmem, o ile to jest możliwe w takiej sytuacji. Tak dobitnym, że człowiek zaczyna wierzyć, że świat ten istnieje i czasami wzdycha nawet, żeby się w nim znaleźć. Najlepiej byłoby oczywiście na takim uniwersytecie wśród takich studentów.
Główni bohaterowie Aleksandry Rudej, czyli Olga oraz Otto, to para niezwykle barwna. Ona zakompleksiona, niezgrabna, nie do końca zdająca sobie sprawę ze swoich talentów i on, drobny cwaniaczek, który wciąga dziewczynę w swoje interesiki, a mimo wszystkich swoich wad jest lojalny i uczciwy wobec przyjaciół. I tajemniczy, oszałamiająco przystojny nekromanta. Przedmiot westchnień dziewczyn na uniwersytecie, który dla niepojętych przy- Ruda zwraca uwagę na niepozorną mysz. Równie mocną kreską nakreślone są postacie negatywne, czyli cała banda Blondasa oraz dwie byłe koleżanki Olgi. Takie typowe wredne sucze. „Odnaleźć swą drogę” to książka zarówno dla miłośników Harry'ego Pottera, jak i dla tych, którzy młodego czarodzieja po prostu nie znoszą. Czyli palcem nie wytykając na przykład dla mnie, bo ja, mówiąc szczerze, nigdy nie przebrnęłam przez więcej niż kilka pierwszych stron, gdyż styl autorki oraz sama postać Harry'ego Pottera oraz wszystkie postacie jej towarzyszące od razu wzbudziły we mnie niechęć. Czemu tak się stało? Biję się w piersi.
Nie wiem, ale nie mam zamiaru zmuszać się do jedzenia potrawy, która mi po prostu nie smakuje. Tymczasem Aleksandra Ruda zaserwowała mi coś fantastycznego i bardzo chętnie sięgnęłam również po drugi tom, o którym opowiem w swoim czasie. Wszystkich zaś zachęcam, aby przynajmniej wypożyczyli tę książkę w bibliotece, jeśli już nie chcą jej nabyć na własność. Podejrzewam zresztą, że kiedy ją przeczytają, to poszukają tomu również dla swojej prywatnej biblioteki. Jest bowiem absolutnie fantastyczna. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:24:00] - Proszę państwa, nie wiem, czy Ivellios ma jeszcze gdzieś ten dżingiel „Będzie truć”, ale on by był w tej chwili jak najbardziej zasadny i to nawet powtórzony trzy razy. Jeśli Ivellios ma, to jest to miejsce, gdzie trzeba potrójnie wstawić ten dżingiel.
[05:24:22] - Będzie truć. Będzie truć. Będzie truć.
[05:24:26] - A ja już śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż postanowiłem opowiedzieć państwu o space operze. Powód jest dobry albo zły. Ja mam nadzieję, że dobry. Otóż właśnie wczoraj, czyli w środę, a dla państwa przedwczoraj, bo słuchacie państwo tego, jeśli słuchacie premiery, to w piątek, trafiła do wydawcy z drukarni moja książka. Moja kolejna książka, drugi tom trylogii „Wojna cieni”. To jest klasyczna space opera. To jest dobry powód, żebym państwu o space operze opowiedział. To będzie długi wykład, stąd też mój apel do Ivelliosa, żeby to odpowiednio zaznaczył. Zapraszam państwa zatem na prelekcję, a właściwie pierwszą część prelekcji o tym, czym jest space opera.
Proszę państwa, doszedłem do wniosku, że ponieważ w najbliższym czasie, jak to się mówi, na dniach wychodzi moja nowa książka, druga część space opery nosząca tytuł „Wojna cieni 2” z podtytułem: „Aby uniknąć tego, co silne, trzeba uderzać w to, co słabe”. Doszedłem do wniosku, że warto by się było zastanowić, czym właściwie jest space opera. Zaraz temat rozwinę. Jeszcze tylko powiem, że ta druga część „Wojny cieni” to jest bezpieczna druga część, ponieważ można ją czytać niezależnie od pierwszej. Jak się spodoba, to oczywiście jak najbardziej polecam, zalecam nawet kupienie części pierwszej, ale to są osobne historie. Historie dziejące się niezależnie, mające swój początek, środek i koniec. Absolutnie koniec. Gdzieś tam w tle dzieje się jakaś metahistoria, która swój finał znajdzie w tomie trzecim, ale to zupełnie w niczym nie przeszkadza. Jeśli nie zechcecie państwo nabyć tomu trzeciego albo nawet pierwszego, to nic się nie stanie. Historia i tak została opowiedziana.
I tak myślę, że będziecie się państwo przy tej space operze dobrze bawić. Ja tylko przypomnę: tom pierwszy nosił podtytuł: „Oszukać niebo, aby przekroczyć morze”. To była „Wojna cieni 1” i tom drugi „Wojna cieni 2: Aby uniknąć tego, co silne, trzeba uderzać w to, co słabe”. Dosyć już tej autoreklamy. Powiedziałem państwu, że chciałbym przedstawić space operę jako gatunek, przedstawić historię pojęcia i troszeczkę zajrzeć za kulisy. To znaczy zorientować się, od kiedy to pojęcie. Właśnie nie pojęcie, bo jest różnica pomiędzy pojęciem space opera. Ono się pojawiło stosunkowo późno, a okazuje się, że utwory z tego podgatunku, które można spokojnie do niego zakwalifikować, pojawiły się, proszę państwa, dużo wcześniej. W takim razie do dzieła. Zadajemy na początek dwa pytania: czym jest właściwie space opera?
I jakie są cechy utworów, które można by określać tą właśnie nazwą? Wierzcie mi państwo, jak przygotowywałem się do tej audycji, to natychmiast w tym momencie przyszło mi do głowy skojarzenie ze świętym Augustynem. Już tłumaczę dlaczego. Bo space opera ze świętym Augustynem niewiele ma wspólnego poza jednym. Święty Augustyn w swoim czasie zastanawiał się nad istotą czasu i zapisał taki oto wewnętrzny dialog: „Czymże jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem”. Tak, to były problemy świętego Augustyna, natomiast Wierzcie mi państwo, ze space operą jest bardzo podobnie. Niby wiemy, czym jest. Niby każdy z nas, a przynajmniej większość, jakiś podgatunek związany ze space operą zna.
Gdzieś w życiu z nim się zetknęliśmy. Niektórzy nawet czytają namiętnie space opery, ale jakby mieli powiedzieć, czym ta space opera jest, to tak nie do końca. Co pada najczęściej? Najczęściej pada odpowiedź, w której wspomina się o kosmicznych bitwach, o militarnych podbojach, o konfliktach międzygatunkowych. Zresztą tych konfliktów zawsze jest w space operze na kopy. Tak, wszystko to prawda. Ktoś inny może powiedzieć, że space opera to jest zgrabne połączenie motywów wojny, romansu, polityki, a czasami nawet jakiegoś dreszczu grozy. Zbierając to wszystko do kupy, podsumowując, to jeśli mamy do czynienia ze space operą, to pojawia się epicki bohater, najczęściej w kosmosie. Jest on zaangażowany w międzygatunkowe konflikty. Dodam tak na boku, że nie tylko międzygatunkowe, ale na pewno odbywa międzyplanetarne podróże i przeżywa romantyczne przygody.
Jeśli chodzi o te romantyczne przygody, to nie zawężajmy ich tylko do sfery cielesnej, seksualno-erotycznej, raczej rozszerzajmy w kierunku pierwotnego znaczenia. Stąd się wziął romantyzm, stąd się wzięły różne inne odmiany romantyczności. Bardzo szeroko potraktujmy temat, wtedy zbliżymy się do istoty tego, czym jest space opera. Jeśli dobrze przyjrzymy się opowiadaniom i powieściom z gatunku space opery, to dojdziemy do wniosku, że niektórym utworom blisko jest do tak zwanej hard SF, tej twardej science fiction, ale są też utwory, które mogą czerpać z konwencji fantasy. To jeszcze nie wszystko. Mogą skupiać się na militariach, światostwórstwie albo na prostym życiu bohaterów. Trochę o tym science fantasy, bo to się jeszcze przyda. Takim dobrym przykładem science fantasy jest cykl, cała saga, nie wiem, jak to jeszcze nazwać, pod wspólnym tytułem „Gwiezdne wojny”. Otóż niektórzy mówią, że to jest absolutnie space opera, inni natomiast protestują. Ale jedno jest widoczne, że sposób opowiadania historii w „Star Warsach” jest bardzo zbliżony do sposobu, jaki stosowany jest właśnie w opowieściach fantasy.
Stąd też ten nowy termin science fantasy dobrze chyba charakteryzuje to, co dzieje się w „Star Warsach”, ale jednocześnie przecież nie wyklucza tego, że „Star Warsy” gdzieś o space operę ocierają się. Jeszcze jedno. Mówiąc o space operze, koniecznie należy zaakcentować pewien absolutnie bezcenny stereotyp. Mam nadzieję, że już w odpowiednio ekspresyjny sposób zasugerowałem, że ten bezcenny stereotyp – mówię absolutnie z przekąsem, z sarkazmem i nie do końca poważnie. Ten bezcenny stereotyp głosi, że taki rodzaj fantastyki, jakim jest space opera, przeznaczony był i jest, a według twórców tej złośliwości zapewne też będzie, dla mniej wymagających czytelników oraz widzów, którzy chcą tylko i wyłącznie rozrywki i nic więcej ich nie obchodzi. Ja kompletnie, proszę państwa, nie zgadzam się z tym stereotypem. Uważam po prostu, że jest głupi. Ale warto odnotować, że jest. Myślę, że w toku naszej rozmowy, mojego ględzenia tutaj okaże się, że może jednak nie jest tak źle. Tak jak powiedziałem, według tego stereotypu space opera to jest taki gatunek, którym należy absolutnie pogardzać.
Jeśli jesteśmy wielkimi twórcami, jeśli interesują nas sprawy duchowe i takie bardzo ważne dla świata, to absolutnie space operą interesować się nie powinniśmy. Kolejna bzdura, ale trzeba też ją odnotować. Tak jak powiedziałem, space opera była w przeszłości pogardzana przez krytyków, a także odrzucana przez naukowców oraz badaczy science fiction. I tu kolejna złośliwość. Oraz tych czytelników, którzy chcieliby uchodzić za bardziej oczytanych, bardziej na topie, trendy i tak dalej. Oni oczywiście nawet kijem, nawet prawym przednim kołem swojego samochodu do space opery się nie zbliżali. Nic więc dziwnego, że tylko kilku komentatorów próbowało w miarę rzetelnie zdefiniować ten podgatunek fantastyki. A teraz zajmijmy się samym pojęciem space opera. Tak jak powiedziałem, samą space operę, pewien rodzaj wypowiedzi literackiej od terminu space opera Dzieli sporo czasu. Otóż termin został ukuty w 1941 roku przez bardzo wpływowego krytyka, badacza trendów w science fiction, a także pisarza, trzykrotnego laureata nagrody Hugo.
Tym autorem jest Arthur Wilson Bob Tucker. To człowiek, który w latach 1938-2001 wydawał fanzin science fiction pod tytułem „Le Zombies”. Przynajmniej staram się jakoś francuski akcent odtworzyć. Zresztą nie wiem, czy to akurat z francuskim akcentem należałoby wymawiać. W każdym razie „Le Zombies”. Ukazały się 72 numery tego czasopisma. Ono było wydawane bardzo nieregularnie. Tak jak pisał Tucker, ukazywało się zawsze wtedy, kiedy w Tuckerze budził się zombie. Tak przynajmniej pisał, że kiedy budził się w nim zombie, to przystępował do kompletowania kolejnego numeru. W 1975 roku pojawił się ostatni numer czasopisma.
On był ostatni na bardzo długo, ale nie tak zupełnie ostatni, bo w 2000 roku Bob wznowił fanzin i wydał jeszcze pięć numerów. À propos tego twórcy, fana i człowieka, który fantastyką się zajmował, to on stworzył wiele kamieni milowych albo nawet wzorców dla pisarzy, ale też dla fanów science fiction. Definicji sporo, wiele też metod pisania, na przykład metod pisania fan fiction, utworów, które nawiązują do utworów znanych, lubianych twórców, które w środowisku fanowskim, w środowisku ludzi zafascynowanych fantastyką naukową się rozchodzą. On też właśnie ukuł termin space opera. Zanim go państwu przybliżę i powiem, jaki był stosunek naszego bohatera do tego terminu - już państwo podejrzewacie, że nie najlepszy, ja to państwu tylko umocnię - to jeszcze kilka faktów z życia. Zdobył w 1970 roku nagrodę Hugo for the Best Fan Writer. W 1976 roku zdobył Nagrodę Campbella za najlepszą powieść. Dalej, w 1986 roku było jeszcze lepiej. Zdobył nagrodę Skylarka. Zapamiętajcie państwo tego Skylarka, on się jeszcze nam troszeczkę przyda, ale to za jakiś czas.
W 1990 roku zdobył Nagrodę Feniksa, a w 2001 Nagrodę Retro Hugo za rok 1951. W 2004 roku Nagrodę Retro Hugo za rok 1954. To tyle, jeśli chodzi o tę postać. Takie dane biograficzno-literacko-nagrodowe. W każdym razie Arthur Wilson Bob Tucker nie miał do powiedzenia nic dobrego na temat opowieści, które określał mianem oper kosmicznych space opera. Cytuję: „W tych gorączkowych czasach wymyślania fraz westerny nazywane są końskimi operami. Poranne wyciskacze łez dla gospodyń domowych nazywane są operami mydlanymi. Dla śmierdzących, przestarzałych opowieści o statkach kosmicznych lub bohaterach ratujących świat mamy nazwę kosmiczna opera”. Nie brzmi to za dobrze. Od czasów definicji Tuckera inni eksperci przyjęli bardziej wyważone, nazwijmy to bardziej obiektywne, a czasami też się zdarzało bardziej doceniające definicje.
W każdym razie mieli bardziej wyważone podejście od wcześniej wymienionego. Te międzygwiezdne historie już nie były tak chłostane biczem złośliwości. W eseju o bardzo długiej nazwie, której nie będę państwu przytaczał, bo szkoda kaleczyć język angielski, raczej podam autorkę. Patricia Monk scharakteryzowała opery kosmiczne jako teksty, i tu cytuję: „Romantyczne, zorientowane na akcję, ograniczone, jeśli chodzi o wyobraźnię, optymistyczne, społecznie naiwne”. Wyczuwacie państwo, że to już jest troszeczkę mniej złośliwe, bardziej przyjazne, chociaż w dalszym ciągu chyba bez szacunku. Szczególnie to „społecznie naiwne” jakoś mnie nie przekonuje do tej definicji. Może tak. Inny autor i recenzent, Gary Westfahl, określił space operę jako szybkie przygody w kosmosie lub w obcych światach. Dosyć neutralne. To nie koniec definicji.
Jeszcze państwa chwileczkę pomęczę, bo czasami warto określić sobie pole- Naszego zainteresowania. To, co będzie przedmiotem naszych rozważań. Otóż jakiś czas temu wyszła antologia zatytułowana "The New Space Opera". Ona miała kilka tomów. Do mnie dotarły dwa, więc tylko o nich będę mówił, bo tylko je jakoś ogarniam. To były tomy, w których pojawiły się absolutnie topowe nazwiska. Takie nazwiska jak: Dan Simmons, Nancy Kress, Walter Jon Williams, Robert Silverberg, Steven Baxter, Mary Rosenblum, Alastair Reynolds, James Patrick Kelly, Tom Daniel, Ken MacLeod, Peter Hamilton, Keith Baker, Greg Egan. Wystarczy. Ian McDonald. I jeszcze kilka, kilka, jeszcze raz kilka innych, ale myślę, że ta dawka wystarczy.
Wstęp do antologii "The New Space Opera" jest bardzo interesujący. Może tak. I to nie interesujący dlatego, że tam jakieś cuda są objawione, ale po prostu autorzy tego wstępu posilili się o kolejne definicje space opery. Tam wypowiada się między innymi Paul McAuley. To brytyjski pisarz science fiction, a przy okazji botanik. To jest człowiek, który mi zabrał tytuł książki. Wspomniana już "Wojna cieni" pierwotnie miała się nazywać "Cicha wojna" z tymi podtytułami, które państwu cytowałem, ale to miała być "Cicha wojna". Ale przeglądając, robiąc research w internecie, odkryłem, że pan Paul sobie nadał taki tytuł. I szybciutko zmieniałem. Tak powstała "Wojna cieni".
Mam do niego okrutną pretensję o to . Żartuję. W każdym razie tenże pan Paul McAuley w czasopiśmie „Locus” napisał, że space opera to bujne, romantyczne intrygi i imperia obejmujące przestrzenie międzygwiezdne oraz statki kosmiczne. Tu cudzysłów: „gardzące latami świetlnymi. Statki, których budowa wyczerpywałaby rezerwy metalu Układu Słonecznego, statki wypchane sztucznie egzotycznymi kolorami i tryskające wymyśloną energią”. Szczególnie to ostatnie zdanie jest bardzo kwieciste. Niewiele co prawda mówi, ale bardzo kwieciście brzmi. Ja powiedziałem, że to jest definicja z czasopisma „Locus”, ale w tymże wstępie do „The New Space Opera” zostało przytoczone i dlatego pozwoliłem sobie również je przytoczyć. Jedźmy dalej, bo redaktorzy „The New Space Opera” nie kończą na tej definicji. Podsumowując, piszą w ten sposób: „Space opera to, krótko mówiąc, romantyczna przygoda osadzona w kosmosie i opowiedziana na wielką skalę”.
Proszę państwa, ta definicja, bardzo prosta, ale odpowiada mi, bo nie jest nacechowana wartościująco. W dodatku ona chyba ujmuje te najważniejsze punkty. Zresztą zaraz się o tym przekonamy. Ważne, żeby powiedzieć, iż niezależnie od różnic zdań, to większość pisarzy czy też badaczy literatury uznaje pewne wspólne tematy. Może bardziej nazwijmy to motywy dla większości space oper. I my sobie teraz te tematy, te motywy prześledzimy. Pierwszym wspólnym motywem dla space oper, zgadnijcie państwo co? Oczywiście przestrzeń kosmiczna. Jak coś jest space operą, to przestrzeń kosmiczna jest w tym wypadku niezbędna. I to jest jeden z atutów tego podgatunku science fiction.
Otóż space opera, jej akcja, która rozgrywa się w przestrzeni kosmicznej, sięga odległych planet, serwuje jakieś barwne opisy kosmosu. To jest to, co wielu ludzi przyciąga właśnie do tego podgatunku. W dodatku, jak mamy takie wielkie przestrzenie, to i akcja jest bardzo często wielkoskalowa. A to ma zapewnić, że przygody, które się rozgrywają, po pierwsze będą na wielką skalę, będą odpowiadały randze zadań, które stanęły przed bohaterami. Dalej te odległe, nazwijmy też przyszłe światy. One są bardzo egzotyczne, odmienne. To wszystko po to, żeby zapewnić jak największą skalę i jak największą różnorodność doznań wśród czytelników. Dzięki space operze czytelnik może poznać zasady rządzące potyczkami w przestrzeni kosmicznej, o ile oczywiście twórca potraktował je z odpowiednim namaszczeniem, nie potraktował ich po macoszemu. I rzeczywiście te bitwy kosmiczne tam w danej powieści rozgrywają się. Może to paradoks, chociaż nie, właściwie trudno to uznać za paradoks, bo przedstawiając bitwy kosmiczne, wielu autorów przedstawia również ograniczenia tego rodzaju starć.
Jakieś bariery, z racji fizyki chociażby, których trzeba pilnować, trzeba je uwzględniać, planując atak. Czy też planując jakieś inne działania o charakterze militarnym. Niektórzy autorzy silą się nawet na to, żeby pokazywać nowe możliwości. To oczywiście bardzo enigmatycznie brzmi, ale jeśli chodzi o te nowe możliwości, to przede wszystkim — to nie zabrzmi tak budująco — ale nowe możliwości, jak wykańczać przeciwnika. Ktoś się wzdrygnie, ale w końcu taka jest natura space opery, że tam się strzelają. Zacytuję Pawła Majkę, potem siebie i jeszcze Piotra Plebaniaka: my charakteryzujemy się tym, że lubimy jak się strzelają. To właśnie space opery to jest coś jak najbardziej dla nas. Innym punktem wspólnym dla wszystkich space oper są wszelkiego rodzaju militaria. Bo powiedzmy sobie szczerze, space opera ma bardzo wiele wspólnego z fantastyką naukową, militarną, z militarną fantastyką naukową. Ukazuje futurystyczne bronie, starcia gwiezdnych krążowników, jakieś specjalistyczne systemy zbrojeniowe.
Czasami space opera zagłębia się w tematyki superpodróży hiperprzestrzennych, superprzestrzennych, nadprzestrzennych, podprzestrzennych. Tu wyobraźnia jest nieco ograniczona. Zawsze ta przestrzeń się musi pojawić, ona jest hiper, nad, pod i tak dalej, ale specjalne podróże też są specyfiką space oper. Jakoś ten paradoks związany z faktem, iż podróżować po wszechświecie, przynajmniej według stanu naszej wiedzy, z prędkością światła ani z większą prędkością nie da się. W związku z tym trzeba było wymyślić coś, żeby się dało, żeby akcja mogła się toczyć. I stąd się te wszystkie hiper- nadprzestrzenie, podprzestrzenie i tak dalej pojawiły, żeby akcja mogła się toczyć w sposób w miarę realistyczny. Walki, które toczą się na łamach powieści czy też filmów space operowych przybierają często taki retrofuturystyczny charakter. Co się kryje pod tym słowem retrofuturystyczny? Wymyśliłem sobie takie słowo, żeby przedstawić te wszystkie wyobrażenia o podbojach kosmosu, o kształcie tych gwiezdnych krążowników. One czasami wyglądają bardzo, ale to bardzo dziwnie.
W tych starszych space operach rzeczywiście są wzorowane na takich typowych ziemskich pancernikach przeniesionych w kosmos. Rzeczywiście duże, masywne, jakieś takie pokręcone. Teraz to troszeczkę inaczej wygląda. Obecnie te bojowe statki kosmiczne są retrofuturystyczne, staram się to powiedzieć delikatnie, ale pewno nie będę potrafił. Ostatnimi czasy w space operach to wygląda troszeczkę tak... Trudno, muszę to powiedzieć. Trochę to popierdzielone jest, proszę państwa, bo te wielkie jednostki bitewne czasami wyglądają dziwnie. I zostańmy przy tym słowie, żebym nie musiał dalej brnąć w opowiadanie tego, że ostatnimi czasy te space operowe wojenne jednostki nie wyglądają za dobrze. Nie we wszystkich filmach, ale czasami budzą uśmiech. W każdym razie warto powiedzieć jeszcze, jeśli chodzi o te militaria, że ewidentnie sporo space oper nawiązuje bezpośrednio do estetyki opowieści rodem z westernów czy takich marynistycznych.
Bo to tak często jest, że jak ktoś się naczyta opowieści z II wojny światowej, jak przebiegały bitwy na Pacyfiku pomiędzy Amerykanami i Japończykami, to później wystarczy z odpowiednim dystansem, z odpowiednią wyobraźnią przerzucić te bitwy w kosmos i wydawać by się mogło, że już można space opery pisać. To wbrew pozorom nie jest takie łatwe, ale kilku autorom się udało. Dlaczego mówię, że to nie jest takie łatwe? Otóż dlatego, że bitwy na Pacyfiku odbywały się, to spłycę, oczywiście w trzech wymiarach, ale jeśli potraktujemy powierzchnię oceanu jako pewną płaszczyznę, umowną płaszczyznę, to jednak w dwóch. Te statki się przemieszczały względem siebie w dwóch wymiarach. Natomiast w kosmosie już się tego trzeciego wymiaru nie da zaniedbać. Statki kosmiczne nie poruszają się po umownej płaszczyźnie. Powtarzam tym wszystkim, którzy są tacy skrupulatni i powiedzą mi, że przecież to też trzy wymiary na Ziemi, jak najbardziej, to od razu to mówię: umowna płaszczyzna, powierzchnia oceanu. Tej powierzchni oceanu w kosmosie nie ma. I tam trzeba myśleć troszeczkę trójwymiarowo albo nawet bardziej niż trójwymiarowo.
Ustawienia statków względem siebie, okrętów, tu już nie statków, okrętów wojennych względem siebie muszą być odpowiednio zaplanowane. I cały problem czasami polega na tym, żeby tego rodzaju bitewne starcia odpowiednio opisać, co wbrew pozorom wcale nie jest łatwe, jeśli ma się do dyspozycji karty powieści. Zdecydowanie łatwiej mają filmowcy. To się udaje bardziej. To się udaje nie tylko bardziej, ale bardziej efektownie nawet się udaje i Warto troszkę zainwestować, mówię tu do pisarzy, w dobre opisy bitewne w space operach. Jest kilku takich magików we współczesnej space operze, którzy potrafią to robić, opanowali tę sztukę i chylę przed nimi czoła. Natomiast zdarzają się też takie space opery, w których to troszeczkę kuleje, ale i tak się czyta dobrze. To jest pewien paradoks, proszę państwa, do którego starałem się mniej lub bardziej udatnie doprowadzić. Otóż tak naprawdę space oper w ogóle nie czyta się dla wartości faktograficznych. I jeśli nawet jest tak, że ten opis bitewny pozostawia wiele do życzenia, zbyt zapatrzony jest w te bitwy na Pacyfiku, a za słabo uwzględnia trójwymiarowość i wielowymiarowość, to i tak, umówmy się, chodzi o to, żeby się strzelali.
Chodzi o to, żeby się naparzali i żeby jakiś wynik tej bitwy był. Cóż będę ukrywał, o to tak naprawdę w space operze, przynajmniej w jej części, chodzi. W związku z tym to wszystko, co wcześniej trułem o tym, że powinno być realistyczne. Inaczej: może być realistyczne, to nie zaszkodzi, ale jeśli nie jest, to bardzo często udaje się to przemycić. Wiem, jakoś się tak strasznie rozgadałem na temat tych militariów. To jedźmy dalej. Neologizmy. To jest ważne, ponieważ space opery to jest taki typ opowieści, który trafia do Polski za sprawą kilku pisarzy miejscowych, ale przede wszystkim trafia do nas z zagranicy, przede wszystkim z obszaru anglosaskiego. Ta mnogość światów, mnogość narracji przynosi również mnogość nowych pojęć. Nowych pojęć, które nierzadko korzystają z naukowego bądź pseudonaukowego żargonu.
Takie nagromadzenie neologizmów może być kłopotliwe przede wszystkim dla tłumaczy przekładających ową anglosaską space operę, space opery na język polski. Więc ci wszyscy, którzy mają jakieś takie tłumaczeniowe inklinacje, zanim zabiorą się za space operę, powinni to uwzględniać, że wiele tego rodzaju opowieści napakowanych jest wręcz trudnymi słowami, które czasami jest cholernie trudno przetłumaczyć. Takim aktem desperacji czy aktem poddania jest pozostawienie angielskiej nazwy, bo czasami z tym tłumaczeniem bywają problemy. Inną rzeczą charakterystyczną dla space oper są niezwykli bohaterowie. Czasami są to dowódcy gwiezdnych flot, czasami są to dowódcy militarni, ale nie zawsze. Czasami ze space operą powiązani są herosi. Chyba to jest najlepsze słowo. Przynajmniej takie przyszło mi do głowy, bo w wielkoskalowej fabule bardzo często pojawiają się bohaterowie ponadprzeciętni. Ich cechuje najczęściej jakieś szczególne powołanie. Są przeznaczeni do rzeczy wielkich, wspaniałych.
Bardzo często autorzy od początku sugerują nam to, kiedy jeszcze poznajemy bohatera, jeszcze nie wiemy, kim on tak naprawdę jest. Gdzieś od początku jest nam suflowana tego rodzaju podpowiedź, że uważajcie, to jest gość, który świat postawi na głowie, wiele się zmieni i tak dalej. Ci herosi, ci bohaterowie niezwykli bardzo często mają jakieś niezwykłe moce. Może nie wzorem Supermana, może nie wzorem innych bohaterów uniwersum Marvela czy innych tego rodzaju postaci. Raczej chodzi o niezwykłe moce. Przypomnijcie sobie państwo „Grę Endera”. Niby zwykłe dziecko, ale chodziło o to, żeby go znaleźć. Żeby spośród wielu dzieciaków odnaleźć takiego człowieka o specjalnych umiejętnościach, który będzie potrafił te bitwy kosmiczne rozgrywać. To mogą być niezwykłe moce. Mogą też być jakieś niezwykłe koneksje.
Czyli ktoś może pochodzić z jakiegoś sławnego rodu. I tu przykład jest bardzo prosty: „Gwiezdne wojny”. Kimżeż był Luke Skywalker, zanim jeszcze się dowiedzieliśmy, kim był dzięki pierwszej sadze, która tak naprawdę była sagą drugą, bo pierwsza saga to była ta, która teraz jest druga. Już odpowiednio to państwu skomplikowałem, ale kto „Gwiezdne wojny” zna, ten wie, o co chodzi. Później oczywiście jest trzecia trylogia, o której Piotr Plebaniak mówi: po co powstała trzecia trylogia? Po to, żeby pierwsza błyszczała na jej tle. Bo ta dawna pierwsza, czyli epizod czwarty, piąty i szósty broni się bez żadnej wątpliwości. Pierwsza trylogia, póki funkcjonowała samodzielnie, nie było jeszcze trzeciej, zawsze wydawała mi się miałka. Zawsze wydawała mi się niedorastająca do pięt pierwotnej trylogii. Natomiast jak się pojawiła trzecia trylogia, to zacząłem doceniać pierwszą.
I tu się z Piotrem Plebaniakiem jak najbardziej zgadzam. Oczywiście to jest moje zdanie. Są na pewno miłośnicy pierwszej i trzeciej trylogii. Ja jednak pozostaję miłośnikiem tej środkowej. Nie podejmuję się dyskusji, bo to jest kwestia gustów. W każdym razie warto też podkreślić, mówiąc o herosach, mówiąc o tych niezwykłych postaciach, że na ogół jest tak, że jak mamy herosa, to mamy też postać, która staje naprzeciwko niego, a więc jakiś złowrogi przeciwnik, który najczęściej symbolizuje jakieś super zło, coś, co trzeba pokonać. I tu znowu myślę, odwołanie do „Gwiezdnych wojen” jest jak najbardziej zasadne, aczkolwiek nie tylko. Tych przykładów myślę, że każdy z państwa znajdzie sporo. Przynajmniej ci z państwa, którzy space operą interesują się. Space opera pokazuje różną skalę wydarzeń.
Mamy zatem konflikty lokalne, nazwijmy to układowe, międzyplanetarne, ale mamy też konflikty, w których biorą udział całe systemy, całe części galaktyk, jedna przeciwko drugiej. Dalej, różna jest też siła rażenia w poszczególnych utworach space operowych. Różne są zdolności bohaterów, ale to wszystko na ogół dopasowane jest do scenografii. Otóż jeśli ci bohaterowie funkcjonują w ramach jakiegoś jednego układu gwiezdnego, może dwóch, trzech, to wszystko jest bardziej stonowane. Jeśli natomiast mamy taką space operę totalną, obejmującą całą galaktykę, to też możliwości bohaterów, te wszystkie rzeczy, którymi dysponują, ale też te, którymi sterują, są odpowiednio większe, żeby pasowały do rangi zadania chociażby. Ale warto pamiętać, że często te olbrzymie wojny, te zmagania na skalę galaktyczną często są pokazane jako skutek działań bardzo zakulisowych, delikatnych, chciałoby się wręcz powiedzieć misternych. Zdarza się, że taka olbrzymia wojna wywołana jest siecią drobnych, międzyplanetarnych intryg, a bohaterowie, którzy te intrygi snują, knują czy cokolwiek tam robią, muszą być niezwykle wyrachowani, niezwykle wyćwiczeni i jacyś tacy ogarniający sprawy wywiadu. Do wywiadu, do takich zakulisowych działań space opera bardzo często się odwołuje. Space opera i wyjątkowość bohaterów może mieć również mniejsze wymiary. I tutaj dobrym przykładem jest „Niezwyciężony” Stanisława Lema.
Ta opowieść również bywa zaliczana do gatunku space opery. Uświadommy sobie, że cała historia dzieje się na jałowej planecie, gdzie podczas akcji załoga jednostki bojowej mierzy się z wrogą, niepojętą nanopotęgą, a herosem jest tu zarówno ten statek kosmiczny, kosmiczny krążownik, ale również taka dosyć niepozorna postać głównego bohatera tego utworu literackiego. Taką kolejną charakterystyczną cechą space opery jest to, że opowieści tego rodzaju to są historie drogi. Prawie wyłącznie. Prawie wyłącznie są to historie drogi, a zatem każda space opera, niemal każda, tak będzie bezpieczniej procesowo. Niemal każda space opera opiera się na motywach podróży, na motywach kolonizacji, odkrywania kosmosu i naprawdę dalekosiężnych podróżach. Taki przykład sobie wymyśliłem, że jeśli są państwo naprawdę zainteresowani podróżami na wielką skalę, to warto sięgnąć po cykl Alistaira Reynoldsa. W tym cyklu przemierzamy olbrzymie odległości i to zarówno w przestrzeni, jak i w czasie. Tytuł pierwszy, który mi przychodzi do głowy, to „Przestrzeń objawienia”, ale była też „Arka odkupienia”, „Odchłań rozgrzeszenia”. Mamy też „Migotliwą wstęgę”.
Tam oczywiście są jeszcze jakieś tytuły. Wszystkich nie pomnę. W każdym razie, jeśli państwo chcą poznać takie wielkoskalowe space opery, to myślę, sięgnięcie po Alistaira Reynoldsa to jest bardzo dobry krok. Cóż jeszcze o space operze? Początki space opery nie są jednoznacznie zdefiniowane. Oczywiście ja powiedziałem państwu, kiedy ukuto termin, ale wcześniej wspomniałem o tym, że wszystko wskazuje na to, iż space opera pojawiła się dużo, dużo, dużo wcześniej. To mnożenie słów „dużo” ma swoje uzasadnienie, ale chwileczkę jeszcze odczekajmy. Powiedziałem, że nie są ściśle zdefiniowane początki space opery, ale to przecież wcale nie oznacza, że nie powinniśmy próbować w jakiś sposób je odkryć, w jakiś sposób je zdefiniować. Moja propozycja. Przedstawię państwu za chwilę pewną historię, a państwo odpowiedzcie sobie w duchu, z jakich czasów ta historia może pochodzić.
Który to mógł być rok, kiedy tego rodzaju historię napisano? Narrator opisuje odkrycie w Himalajach. Odkryto tam kamień, który spadł z nieba. Na razie nic specjalnego, żadna ekscytacja nikogo nie ogarnia. Po rozbiciu tego meteorytu okazuje się, iż wewnątrz znajduje się metalowe pudełko. Narrator odnajduje w nim papierowe rękopisy. Po około dwóch latach badań udaje mu się rozszyfrować owe zapiski. Dowiaduje się, że jest to opis obcych społeczeństw, różnych ras humanoidalnych, które żyją w odległym gwiazdozbiorze Kasjopei. Jeden z gatunków, żeby zanęcić troszeczkę, to dziewięciometrowe, niebieskowłose, nieśmiertelne humanoidy. Ta powieść, której tytułu jeszcze nie zdradziłem, to jest istna skarbnica wiedzy o obcych istotach rozumnych, o historii ich światów, a także o wzlotach i upadkach, triumfach, a nawet porażkach cywilizacji z dalekiego kosmosu.
W dodatku ta opowieść zawiera próbki literatury obcych, a także fragmenty ich sztuk poetycko-literackich, a także fragmenty kodeksów moralnych. Czy państwo już w duchu odpowiedzieli sobie, z jakich czasów ta książka może pochodzić? To jeszcze państwa na chwilę potrzymam w niepewności i powiem, że książka ta nosi tytuł „Gwiazda”, a w nawiasie „Psi Kasjopeja”. I ponowię swoje pytanie: kiedy powstała? Dramatyczna cisza była tylko po to, żeby napięcie zwiększyć. Już odpowiadam. „Star Psi Kasjopeja” powstała 11 lat przed tym, zanim Jules Verne zabrał swoich czytelników na Księżyc. Książka „Star Psi Kasjopeja” powstała 40 lat przed wynalezieniem przez Wellsa wehikułu czasu. I teraz mam problem, bo nie sprawdziłem przed naszym spotkaniem, jakiej narodowości jest autor. Mam przed sobą książkę w języku angielskim, więc pewno Charles.
Problem polega na tym, że jego nazwisko jest jak najbardziej francuskie: de Fontenay. I albo on jest Charles, albo on jest Charles. Nie wiem, pojęcia nie mam. W każdym razie takie nazwisko de Fontenay. To jest autor owej powieści, która jest wyimaginowaną historią całego systemu gwiezdnego znajdującego się w odległej konstelacji. I powiem krótko: na długo przed tym, zanim pisarze fantastyki naukowej zamarzyli o podróżach międzygwiezdnych, obcych rasach, kolonizacji innych planet, ta książka już była, bo ona się pojawiła w roku 1854. Żeby uświadomić jeszcze odległość czasową, to właściwie w przededniu wojny krymskiej Charles de Fontenay stworzył „Gwiazdę Psi Kasjopeja”. Innym wczesnym tekstem, który nosi cechy space opery, jest książka „Edison's Conquest of Mars” Gareta Pi Servisa. Powstała w 1898 roku. Garet Putnam Service urodził się w roku 1851, zmarł w roku 1929.
Był amerykańskim astronomem, popularyzatorem astronomii, pisarzem science fiction. „Edison's Conquest of Mars” to jest powieść napisana na zamówienie gazety The Boston Post. To miała być kontynuacja „Fighters from Mars”. „Fighters from Mars” to była taka nieautoryzowana, mocno zmieniona wersja „Wojny światów” Herberta George'a Wellsa. Wtedy jeszcze prawa autorskie albo ich przestrzeganie, czy też trzymanie się pierwowzoru nie było przyjętą zasadą. W związku z tym niektórzy autorzy szaleli. Książka, o której wspomniałem, ta pierwsza, nosząca tytuł „Edison's Conquest of Mars” przedstawia Thomasa Edisona. Tak, tę konkretną, prawdziwą postać Thomasa Edisona. On jest tam głównym bohaterem. Dodam tylko, że sam Edison, ale też Herbert George Wells nie byli zaangażowani w tworzenie obu dzieł, czyli pierwowzoru na podstawie „Wojny światów”, jak i tego dodatku.
Gwoli uczciwości powiem, że w wydaniu z 2010 roku, opublikowanym przez jedno z wydawnictw kanadyjskich, znajduje się informacja, że jednak ta książka była napisana we współpracy z Edisonem. Jaka jest prawda? Mówiąc szczerze, chyba trudno będzie tego dociec. W każdym razie powieść jest osadzona w świecie po niszczycielskim ataku Marsjan. Znacie państwo historię „Wojny światów”. Rzecz w tej nieautoryzowanej wersji odbyła się podobnie. Ziemia jest wyniszczona, ale na szczęście ludzkość przetrwała. W tej drugiej historii mamy przedstawionego Edisona, który prowadzi grupę naukowców Prowadzi badania z nimi, które mają na celu opracowanie statków kosmicznych oraz broni, w tym promienia rozpadu. Tak byśmy powiedzieli promień śmierci, ale to promień rozpadu. To na początku oczywiście ma być do obrony Ziemi.
Z tym, że jaka jest najlepsza obrona? Oczywiście przez atak. Posłuchajcie państwo zatem, co się dzieje dalej. Edison i spółka, wcześniej czy później musiało do tego dojść, walczą z kosmitami w kosmosie, ale także na Marsie. Na Marsie wywołują powódź, dzięki której wróg zostaje ostatecznie pokonany i zmuszony do zakończenia działań militarnych. Sam autor, czyli Serviss zapisał się w tej historii, jakżeby inaczej, człowiek bywa próżny, a bardzo często nie widzi innej drogi. Sam Serviss zapisał się w tej książce jako profesor, z którym konsultuje się Edison. Ale w tej książce poza postacią Edisona pojawiają się również naukowcy tacy jak Edward Emerson Barnard, Lord Kelvin, Wilhelm Röntgen, Silvanus Thompson, a z postaci może mniej naukowych, za to bardzo historycznych pojawia się królowa Wiktoria, prezydent USA William McKinley oraz cesarz Wilhelm II. Jest też cesarz Japonii. Jak wspomniałem, naukowcy pod wodzą Edisona opracowali szereg urządzeń, częściowo na podstawie wiedzy Marsjan, ale te urządzenia służą teraz ludzkości.
Pojawia się tam między innymi urządzenie antygrawitacyjne zasilane odpychaniem elektrycznym. Korzystając z tej nowej wiedzy, z tej nowej technologii sojusznicy konstruują całą armadę statków. Żeby tak nie było, że to tylko Marsjanie napadli na Ziemię. Teraz Ziemianie napadają na Marsa. Tak jak powiedziałem wcześniej, atak odwetowy jest mile widziany. Ta cała armada statków kosmicznych ma na tego Marsa się udać, ale wcześniej Edison zabiera kilka z owych statków na Księżyc, żeby wykonać testy. Testy bojowe, wszelkie inne testy, ale przy okazji na tym Księżycu odkrywa Edison ślady wymarłej cywilizacji gigantów. Co ciekawe, w tej książce pojawia się po raz pierwszy, taką informację przynajmniej znalazłem, pierwsze znane przedstawienie skafandrów kosmicznych. To myślę tyle, jeśli chodzi o książkę Servissa. Teraz jedźmy dalej.
Kolejna książka to książka Roberta William Cole'a „The Struggle for Empire. A Story of the Year”, to już po polsku powiem, 2236. Jeszcze chwila o samym autorze. Robert Cole urodził się w roku 1869, zmarł w roku 1937 w Middlesex. Był amerykańskim prawnikiem. Pisanie było przy okazji, a jego dzieła, bo powstało ich sporo, to była fantastyka naukowa i fikcja wojenna. To lubił najbardziej. Widocznie też uwielbiał, jak się strzelali. W każdym bądź razie myślę, że jego twórczość najbardziej godna uwagi, szczególnie dla miłośników space opery, jest z tego względu, że chyba był pierwszym pisarzem, który tak realistycznie przedstawił opis wojny w kosmosie. Ta powieść to jest powieść science fiction z przegięciem w stronę space opery.
Bez najmniejszych wątpliwości, jeśli ktoś miałby do wcześniejszych przytoczonych przeze mnie książek jakieś uwagi, to ta książka zdecydowanie jest space operą. Często uważa się, że jest to pierwsza powieść, która wprowadziła koncepcję imperiów galaktycznych, koncepcję podróży międzygwiezdnych, koncepcję statków kosmicznych podróżujących z prędkością wielu milionów mil na godzinę, a także koncepcję wielotysięcznych flot bojowych. Przyznacie państwo, że jak na tak wczesną książkę, bo przypomnę, że to jest książka z roku 1900. Przypomnę albo powiem po raz pierwszy, bo zdaje się, że nie powiedziałem. No to właśnie mówię. Książka z roku 1900. Pomyślmy sobie 123 lata temu pisano o imperiach galaktycznych. Mówiąc szczerze: szacun. Ta książka przedstawia Imperium Brytyjskie podbijające inne systemy gwiezdne dokładnie w taki sam sposób, w jaki podbijało wcześniej i kolonizowało narody Afryki, Azji czy innych kontynentów na Ziemi. To rozszerzające się anglosaskie imperium Ziemi zderza się w pewnym momencie z Imperium Kaired z planety okrążającej Syriusza.
Oba imperia i to ziemskie, i to z Syriusza zapomniały już o wartościach duchowych, które bardzo często stanowią kręgosłup cywilizacji danej kultury. Teraz, czyli w tej powieści Najważniejsze jest robienie interesów. Żadne tam filozoficzne wartości. Liczy się przede wszystkim chciwość. Rywalizacja handlowa wkrótce przeradza się w wyniszczającą wojnę. Wojnę międzygwiezdną oczywiście, która skutecznie unicestwia większość floty Terran, ale także kończy się inwazją na Ziemię. To, przyznacie państwo, niezbyt sympatyczna perspektywa. Pojawiają się też inne katastrofy, żeby uchylić rąbka tajemnicy. Książka wyróżnia się przedstawieniem technologii takich jak: antygrawitacja, radio międzyplanetarne, telewizja, różne formy promieni śmierci, wreszcie transmutacja przemysłowa. Tego jest zresztą znacznie więcej.
Takie, które pamiętałem, wymieniłem. W każdym razie książka, która myślę, że nie przesadzę, jak powiem, że absolutnie wyprzedziła swoje czasy. Rok później, w roku 1901 George Griffith napisał książkę pod banalnym, wydawałoby się tytułem „Honeymoon in Space”. Cóż się może wydarzyć w trakcie miesiąca miodowego, nawet jeśli odbywa się w kosmosie? Zanim o tym powiem, to znowu jakieś dane biograficzne. George Griffith, pełne nazwisko George Chetwynd Griffith Jones. To był płodny brytyjski pisarz science fiction. Był też przy okazji znanym odkrywcą, który pisał w późnej epoce wiktoriańskiej, a właściwie też później troszkę w edwardiańskiej. „Honeymoon in Space” to jest historia nowożeńców, lorda Redgrave'a i Zaidi. Zaidi to pani.
Oni podróżują na Księżyc. Wydawałoby się do tego momentu, że to banalne zupełnie. Otóż nie do końca. To, co tam zastają na Księżycu, nie napawa optymizmem. Jedna wielka masakra. Tyle mogę zdradzić. Ta przerażona para podróżuje później w toku powieści na każdą z pozostałych planet w Układzie Słonecznym i tam spotykają po drodze anioły z Wenus, olbrzymy z Marsa. Oczywiście tu powiem, że nie trafiają na Plutona, bo Plutona wtedy jeszcze nie znano w tym 1901 roku. O tyle dobrze, że w tak zwanym międzyczasie Plutona zdążono odkryć, później go zdegradować. Już nie jest planetą.
Więc w sumie „Honeymoon in Space” właściwie zachowuje aktualność. Małżonkowie odwiedzają wszystkie planety Układu Słonecznego. Można to spokojnie powiedzieć. Dodam tylko rzecz bardzo ważną z punktu widzenia historii pisarskiej. Otóż Griffith, autor „Honeymoon in Space”, był znakomicie sprzedającym się autorem w swoich czasach. Jego historie sprzedawały się w ogromnych nakładach, a sprzedawały się w dodatku lepiej niż książki Herberta George'a Wellsa. To dzisiaj, kiedy ten ostatni jest na świeczniku, jest uznawany za wielkiego pisarza wizjonera. Dzisiaj się to może wydawać absolutnie niemożliwe. Tymczasem tak właśnie było. Podróżujmy dalej.
Jeśli chodzi o space operę „Honeymoon in Space”. Ten wspomniany lord, zanim wybrał się na Księżyc i na pozostałe planety, musiał dokonać wielkiego odkrycia. I rzeczywiście wielkiego odkrycia naukowego dokonał. Tak się tam zresztą podkreśla na łamach książki największego odkrycia naukowego w historii świata. Tu cytat: „Stworzył latający statek, który mógł wyrwać się z ziemskiej grawitacji i wznieść ku gwiazdom”. To znowu taki niedokładny, ale cytat. Zanim jednak użył tego swojego wynalazku do poszerzenia ludzkiego zrozumienia wszechświata. Ja państwa przepraszam za ten taki pseudopodniosły styl, ale staram się naśladować troszeczkę język, jaki można znaleźć w tej książce, więc sobie pozwalam na odrobinę takiego nabijania się. W każdym razie lord ma do załatwienia kilka osobistych spraw. Otóż Zaidi, jego przyszła żona, jest córką przyjaciela, konkretnie profesora Rennitka, i ona ma zostać zmuszona do małżeństwa, ale to małżeństwo ma być małżeństwem z rozsądku, a nie z miłości.
Szlachetny lord nie może dopuścić do takiego bezeceństwa i uprowadza tęże Zaidi. Uprowadza ją z tego świata. Chciałoby się powiedzieć dosłownie z tego świata. Relacja Griffitha o innych planetach jest spektakularna. Właściwie nie relacja, a relacje są spektakularne. One wciągają i myślę, ponieważ wciągają dzisiaj, to nawet nie mogę sobie wyobrazić, jak bardzo wciągały ludzi z czasów, kiedy ta opowieść powstała. Więc mamy tam, chociażby podziemne cywilizacje na Księżycu, wojowniczych Marsjan, a mamy też muzykalnych mieszkańców Wenus. To tyle. Jeśli narobiłem państwu odrobinę apetytu, to tylko wspomnę, że te książki do dzisiaj są dostępne. Niektóre w nich w projekcie Gutenberg, czyli za darmo, a niektóre można nabyć na różnego rodzaju portalach drogą kupna.
Nie są nawet takie drogie, jeśli ktoś Dysponuję w miarę ogarniętym językiem angielskim. Tyle wzruszeń przed państwem. Kolejną książką, którą warto przytoczyć śledząc historię space opery, aczkolwiek nie stricte space operową. Tu jeszcze jesteśmy w czasach, w których space opera nie dość, że nie ma nazwy, bo przypomnę to rok 41., a my za chwilę będziemy w roku 1917. Ta space opera nie ma swojej nazwy, ale też nie jest w pełni ukształtowana. Dlaczego się tak zastrzegam? Otóż chcę przywołać autora, którego państwo znacie – Edgara Rice'a Burroughsa. To jest twórca „Księżniczki Marsa” oraz całego cyklu, który kontynuuje tę opowieść, cyklu „Barsoom”. Barsoom, przypomnę, to po marsjańsku właśnie Mars. Edgar Rice Burroughs to był pisarz niezwykle płodny.
Stworzył wiele cykli, które w dodatku starał się powiązać ze sobą. I to jest ten cykl „Barsoom” o księżniczce Marsa, w ogóle o przygodach na Marsie. Jest cykl księżycowy, jest cykl wenusjański, cykl pellucidarowy. To są historie, które dzieją się wewnątrz wydrążonej Ziemi. Jest też wreszcie cykl z Tarzanem w roli głównej. W dodatku Edgar Rice Burroughs miał, dzisiaj to nie jest unikalna cecha, ale w tamtych czasach owszem była, taką tendencję do łączenia tych cykli ze sobą. Dlatego na przykład Tarzana znajdziecie państwo w jednej z opowieści dziejących się wewnątrz Ziemi, w tej pellucidarowej opowieści. Tam znajdziecie państwo szereg wątków, dzięki którym autor starał się te cykle ze sobą powiązać. Z takich ciekawostek, dlaczego ja się tak troszeczkę zastrzegam mówiąc o „Księżniczce Marsa” i kontynuacjach, bo w „Księżniczce Marsa” nie ma statków kosmicznych, natomiast podróże międzyplanetarne są, bo jakoś główny bohater na Marsa musi się dostać. Odbywa się to nieco inaczej niż my dzisiaj jesteśmy do tego przyzwyczajeni.
Czyli wsiadamy do statku kosmicznego i wszystko jest proste. Nie, tutaj troszeczkę inaczej się to odbywa. Idźmy dalej, bo to wspomnienie o Burroughsie to taki przerywnik, który nie do końca do space opery nawiązuje. Kolejnym autorem, którego podejrzewam o twórczość proto space operową, jest Ray Cummings. W roku 1925 powstała powieść „Tarrano the Conqueror” – chyba zdobywca. Cummings właściwie nazywał się Raymond Kings Cummings. Był osobistym asystentem Thomasa Edisona. Tylko napomknę, że Thomas Edison pojawia się w naszej opowieści po raz kolejny. Cummings był też twórcą powieści science fiction, prozy science fiction, opowiadania też pisał, ale także twórcą komiksów. „Tarrano the Conqueror” przedstawia wydarzenia z roku 2430 naszej ery.
Tu zacytuję samego Cummingsa: „Moim pragnieniem było stworzenie wrażenia, że czytelnik przeniósł się niespodziewanie w tamte czasy. W tym celu wyobraziłem sobie, że jestem pisarzem z tamtych lat i zwracam się do ówczesnej publiczności. Wyobraź sobie, szanowny czytelniku, że czytasz współczesne tłumaczenie mojego oryginalnego tekstu. Tłumaczenie tak swobodne, że wkradają się do niego tysiące małych kolokwializmów, które nie mogłyby mieć swoich odpowiedników w roku 2430. Oprócz tekstu od czasu do czasu można znaleźć krótkie przypisy wyjaśniające. Wyobraź sobie, że zostały tam umieszczone przez tłumacza. Jeśli uważasz, że niektóre części tej opowieści są niezwykłe lub dziwaczne, pamiętaj, że żyjemy teraz w czasach stosunkowo nieświadomych. Użyłem jedynie tych wydarzeń naszej współczesnej cywilizacji, których wszyscy oczekujemy jako logicznych prawdopodobieństw tego, co wydarzy się w przyszłości. Wplotłem je w obraz tego, jak prawdopodobnie będzie wyglądało życie w Ameryce za 500 lat. W tym zakresie sama opowieść ma być tylko historią miłosną, pełną przygód i romansów, napisaną nie dla ciebie, ale dla przyszłej publiczności.” Jeśli chodzi o treść, to książka „Tarrano the Conqueror” dzieje się w roku 2430.
Przywódcy Ziemi zupełnie niespodziewanie zostają wymordowani. Co więcej, większe miasta na naszej planecie ulegają zniszczeniu. Pojawia się szereg plotek, że to międzyplanetarny spisek. Podobna sytuacja wydarzy się wkrótce na Marsie. Wtedy, proszę państwa, pojawia się już panika i pytanie: kto za to wszystko jest odpowiedzialny? W dodatku niejako równolegle zaczyna działać władca Marsa. Wysyła on wiadomość do Ziemian, że gotowy jest chronić naszą planetę, jeśli wszyscy jej obywatele uznają oraz uszanują jego najwyższą władzę. To właściwie jest ultimatum. W związku z tym niepokorna Rada Ziemi odmawia poddania się tego rodzaju, chyba trzeba tak to nazwać, tyranii. Ale to nie koniec dramatycznych wydarzeń, bo ni stąd, ni zowąd nadchodzi na Ziemię kolejna wiadomość.
Niejaki Terrano Zdobywca wypowiada wojnę Ziemi. To jeśli chodzi o treść tej powieści. Niektórzy badacze literatury science fiction twierdzą, że te wszystkie teksty, które przedstawiłem dotąd, należą do innych odmian science fiction. Nie do space opery. Ale są też tacy, którzy upierają się, że jeśli coś ukształtowało prawdziwą space operę taką, jaką znamy dzisiaj, to właśnie te tytuły. Są jeszcze inne oczywiście, zrobiłem jakąś reprezentatywną grupę z nich. Te tytuły utorowały drogę dla opowieści typu space opera, które są tworzone obecnie w XXI wieku i były tworzone w drugiej połowie wieku XX. Bo tak naprawdę takie space opery pełną gębą zaczęły być tworzone w latach 20. XX wieku. To są opowieści o charakterze space oper, a one zaczęły pobudzać wyobraźnię naszych przodków.
Spytacie państwo: a dlaczego właściwie w latach 20.? Jest na to odpowiedź. Nie wezmę gwarancji, że to jest jedyna możliwa odpowiedź, ale to, o czym za chwilę powiem, na pewno się do tej popularności space oper przyczyniło. Otóż warto się cofnąć trochę w czasie i uświadomić sobie, jak wyglądał obraz wszechświata na początku XX wieku. Otóż nasi przodkowie sporo wiedzieli o Układzie Słonecznym. Podejrzewali też, że w sąsiedztwie Ziemi jest więcej słońc, gwiazdy. Trochę tych gwiazd na niebie jest, w końcu tych gwiazd jest sporo. Tak sobie wyobrażali Kosmos, że to jest Kosmos. Bardzo szybko zaczęto się zastanawiać: tak, ale na Ziemi obserwujemy też inne dziwne obiekty na niebie, jakieś mgławice, jakieś dziwne twory. Zaczęto przyglądać się im bardziej, zaczęto wysuwać różnego rodzaju teorie, bo nie od razu wiedziano, że to, co dzisiaj nazywamy galaktykami, na przykład ta w Andromedzie, że to jest galaktyka, że to jest skupisko gwiazd, takie samo, jakim jest na przykład Droga Mleczna, czyli nasza galaktyka.
Nie, to były odważne tezy, które nie do końca cieszyły się poważaniem, a nawet budziły jakąś wrogość. Ale w toku dyskusji zaczęło się ucierać, jak wygląda ten wszechświat, jak wygląda Kosmos. I wierzcie mi państwo, na początku XX wieku Kosmos wydawał się naszym przodkom stosunkowo niewielki, a w każdym razie na pewno niewielki w stosunku do tego, co wiemy o Kosmosie dzisiaj. I mniej więcej w roku 1925 Edward Hubble, ten, którego nazwiskiem nazwano teleskop na orbicie, opisał, czym w istocie jest Mgławica Andromedy. Że to jest inna galaktyka i że takich galaktyk jest w Kosmosie znacznie więcej. I nawet po tym odkryciu, które wzbudziło taki entuzjazm, a jednocześnie tak pobudziło wyobraźnię, to świat, a właściwie wszechświat naszych przodków był jeszcze mały, bo wyobrażano sobie, że tych galaktyk tam trochę jest, że to jest wszystko ogromne oczywiście, ale bez przesady. Gdyby nasi przodkowie dowiedzieli się tego, co my dzisiaj o wszechświecie wiemy, jak jest gigantyczny, to myślę, że przeżyliby szok poznawczy. W każdym razie ta informacja o innych galaktykach niezwykle pobudziła, tak jak powiedziałem, naszych przodków. Wcześniej w tym małym Kosmosie, który oni wyznawali, pogląd, że ludzie są jedynymi mieszkańcami we wszechświecie, wcale nie musiał się wydawać tak bardzo naciągany, jak wydaje się teraz. A od momentu odkrycia innej galaktyki, nie tyle odkrycia, co sformułowania, czym ta galaktyka naprawdę jest, teza o tym, że jesteśmy sami, jest bardzo naciągana.
Więc gatunek space opery, któremu zasugerowano, że wszechświat jest ogromny i jest tam miejsce na wiele, a nawet jeszcze więcej cywilizacji, bardzo szybko zaowocowała ta wiedza tym, że zaczęły się pojawiać takie magazyny jak „Weird Tales” czy „Amazing Stories”. To były magazyny nazywane magazynami pulpowymi, bo wydawane na marnym papierze z bardzo kolorową okładką, na której to okładce pojawiały się różnego rodzaju pojazdy kosmiczne, obcy w różnych wydaniach: wężowych, mackowych, skorpionowych, wszelkich, proszę państwa. Cóż, wtedy właśnie zaczynał się złoty wiek science fiction, a przy okazji space opery. Wtedy też pojawiła się powieść E.E. Smitha. Zaraz krótko o tym panu, ale pojawiła się powieść E.E. Smitha „Skylark of Space”. Już się ta nazwa pojawiała w przypadku nagrody, którą wymieniałem przy okazji twórcy pojęcia space opera. Więc „Skylark of Space” powstał w roku 1928 i Tu już bez wątpienia, bez żadnych dyskusji, bez żadnego kruszenia kopii, ta powieść uznawana jest jednoznacznie za pierwszą, cudzysłów, "prawdziwą space operę" napisaną według standardów, o których mówiłem na początku. Czyli te wszystkie militaria, ten wielki kosmos, bohaterowie i tak dalej.
Powieść „Skylark of Space”, czyli tak naprawdę „Skowronek kosmosu” Edwarda Smitha, miała premierę w wymienionym wcześniej magazynie „Amazing Stories”. We wstępie do wznowienia tejże książki z 1991 roku, inny bardzo znany pisarz, Frederik Pohl, wspomniał coś takiego: „Z wyjątkiem dzieł Herberta George'a Wellsa, być może dzieł Juliusza Verne'a i prawie żadnego innego pisarza, ta książka zainspirowała więcej naśladowców i zrobiła więcej, aby zmienić naturę całej fantastyki naukowej napisanej po niej, niż jakiekolwiek inne pojedyncze dzieło”. Myślę, że to niezła rekomendacja. A wracając do „Skowronka kosmosu” to, tak jak powiedziałem, jest uważany za pierwszą, ale też jedną z najciekawszych, tych pierwszych space oper, bo wtedy pojawiła się moda i tych space oper pojawiało się sporo, ale one nie dorównywały „Skowronkowi”. Późniejsze już tak. Minęło kilka lat i tych naprawdę dobrych space oper pojawiało się sporo, ale te pierwsze naśladujące nie były tak dobre. W każdym razie to opowieść o podróżach międzygwiezdnych, taka klasyczna. Wierzcie mi państwo, warto się z nią zapoznać. Ta powieść, jak wspomniałem, była wydawana w czasopiśmie na początku w odcinkach w roku 1928. Po raz pierwszy jako książka, jako zwarty druk była opublikowana wiele lat później, bo 18 lat później w roku 1946.
I ten utwór „Skylark of Space” doczekał się trzech kontynuacji. A streszczenie, które państwu za chwilę przedstawię, właściwie streszczenie streszczenia, to jest streszczenie na podstawie opowieści z roku 1946. Ona różni się znacznie od oryginalnego tekstu z 1928 roku. Ten oryginalny z 1928 roku dostępny jest, i tu już na 100%, w Projekcie Gutenberg, więc możecie państwo sobie angielską wersję jak najbardziej ściągnąć, jeśli ona państwa interesuje. Natomiast my zajmiemy się tą już przerobioną, taką, nazwijmy to kanoniczną, zatwierdzoną przez samego autora. Te zmiany, wierzcie mi państwo, były daleko idące między publikacją w czasopiśmie a publikacją książkową, twardookładkową. Ale żeby tak od razu poplotkować troszeczkę, to powiem państwu, że później, po 1946 roku autor wprowadzał kolejne zmiany. Tekst ustabilizował się w miarę około roku 1950. O czym to może świadczyć? Między innymi o tym, że space opera rodziła się w bólach i pewne standardy należało dopiero wypracować.
Stąd te zmiany u Smitha, ale zmiany, które dobrze zrobiły całemu cyklowi. Wróćmy zatem do „Skowronka kosmosu”. Na początku historii główny bohater, Seaton, przypadkowo odkrywa działający napęd kosmiczny. Scharakteryzujmy go, chociaż to tak naprawdę z techniką czy technologią ma niewiele wspólnego. To napęd kosmiczny, w którym miedź współdziała z fikcyjnym pierwiastkiem X. On jest sugerowany na kartach powieści, że ten pierwiastek X to jest stabilny pierwiastek z grupy transaktynowców, z grupy platyny. Czyli wiecie państwo, to już zdecydowanie ponad setny pierwiastek. Seaton, główny bohater, zdaje sobie sprawę, że nie wszystko w tym napędzie działa tak, jak należy i że brakuje mu takiego komponentu, który jest polem generowanym przez akcelerator cząstek, który został stworzony przez innego sławnego naukowca, DuQuesne'a. Nie wiem, jak to wymówić właściwie po angielsku. DuQuesne.
I w związku z tym zakłada firmę, mówię o Seatonie, zakłada firmę i tak naprawdę budują statek kosmiczny. Ale ten DuQuesne, od którego oni potrzebują tego generatora, też czegoś od nich potrzebuje. W związku z tym spiskuje, aby z jednej strony sabotować ich pracę, ale też, żeby wykraść plany i zbudować swój statek kosmiczny. Posuwa się nawet do tego, że porywa narzeczoną Seatona, niejako Dorothy, i żąda w zamian pierwiastka X. Oczywiście to nie może pójść w zapomnienie, nie może ujść mu płazem i dochodzi do walki, podczas którego napęd DuQuesne'a zostaje tak ustawiony, że osiąga pełne przyspieszenie i statek tego paskudy trafia bardzo daleko od Układu Słonecznego. A potem poznajemy już dziwne światy, niezwykłe militaria. Pojawiają się spiski. I tak dalej. To była powieść z lat 20. Lata 30.
XX wieku to była kontynuacja złotego wieku space opery. Kontynuacja, która odbywała się w różnych mediach, bo nie tylko na kartach powieści, ale też powstawały komiksy. Ba! Powstawały już pierwsze filmy, ale o tym później. Literatura zaczęła łączyć narrację z westernów, z powieści kryminalnych, z powieści wojennych, z powieści przygodowych, z opowieściami o podróżach międzygwiezdnych. To dało świetny efekt i w rezultacie tę popularną nową formę powieści science fiction, jaką była space opera. Wtedy powstały dzieła do dzisiaj czytane i chwalone, jak powieść Edmunda Hamiltona zatytułowana „City at World's End”. Dalej, powieść Johna Campbella „The Ultimate Weapon”. Ja państwa przepraszam za mój angielski, ale jakoś to muszę wymówić. Oraz jeszcze powieść Jacka Williamsona zatytułowana „Mistway”.
Oprócz opowiadań i powieści z czasopism pojawiały się również komiksy i filmy, o tym już mówiłem. Droga była otwarta, drzwi były uchylone właśnie po space operę. Dodam jeszcze tak z porządku kronikarskiego, że bardzo szybko, jak się pojawiła, to z tych wzorców zaczęła korzystać również telewizja. Postać bardzo często kojarzona z gatunkiem space opery to Buck Rogers. Buck Rogers pojawił się naprawdę bardzo wcześnie, pod koniec lat 20. Pierwszym zeszytem komiksowym był zeszyt o tytule „Buck Rogers w XXV wieku”. Powiedziałem pod koniec lat 20., to teraz doprecyzuję. Po raz pierwszy Buck Rogers pojawił się w wydaniu codziennym gazety 7 stycznia 1929 roku, a następnie komiks drukowano w niedzielnych wydaniach gazet. Potem w 1932 roku pojawiły się adaptacje radiowe, serial kinowy oraz serial telewizyjny. To dużo później.
Wrócę jeszcze na chwilę, bo warto powiedzieć, jak wyglądał Buck Rogers w tych amerykańskich gazetach. Otóż była ostatnia albo przedostatnia strona i tam pojawiały się paski na trzy, cztery, pięć obrazków. To różnie wyglądało, czasami sześć. I tam kolejne odcinki, kolejne historie można było śledzić na bieżąco. To mocno podnosiło wówczas nakłady. Sprawiało, że ludzie ustawiali się czasami po te gazety w kolejkach. Dość powiedzieć, o popularności Bucka Rogersa świadczyć może to, że komiks publikowany w gazetach był publikowany od 1929 roku, od 7 stycznia. Warto powiedzieć, że jak drukowany był 7 stycznia, to musiał powstawać w drugiej połowie roku 1928. To żeby sobie wyobrazić perspektywę czasową. Ale skończę myśl.
Był publikowany od 1929 roku bez przerwy do roku 1967. Absolutnie powalająca ciągłość, absolutnie powalająca seria. W dodatku Buck Rogers i jego historia zainspirowała inne syndykaty prasowe w Stanach Zjednoczonych do uruchomienia własnych serii science fiction łamane przez space opera. Takim najbardziej znanym naśladowcą Bucka Rogersa był Flash Gordon, o którym jeszcze powiemy. Bardzo ważną powieścią z roku 1934, powieścią absolutnie pełną gębą spaceoperową, była powieść „Legion Kosmosu” Jacka Williamsona wymienionego już wcześniej. John Jack Stuart Williamson był znany również jako Will Stuart. Urodził się w roku 1908, zmarł w roku 2006. On tych powieści science fiction naprawdę naprodukował całą masę. I proszę nie traktować słowa „naprodukował” jako słowa pejoratywnego. Wręcz przeciwnie.
Williamson spędził dzieciństwo w zachodnim Teksasie w ubogiej rodzinie rolniczej. Później jego rodzina przeprowadziła się do Nowego Meksyku. Jack był samotnikiem. Spędzał dużo czasu w bibliotekach. Jako młodzieniec odkrył czasopismo „Amazing Stories” wymieniane już wcześniej. W wieku lat 20 opublikował swoje pierwsze opowiadanie w tymże piśmie. Zawziął się chłop. „Legion Kosmosu” ukazał się w sześciu częściach w „Astounding Stories”. W formie książkowej ta powieść ukazała się wiele lat później. Jakoś tak mieli, że pomiędzy wydaniem tym pulpowym a książkowym w twardej okładce mijało zawsze sporo lat.
Tym razem ta powieść ukazała się w roku 1947 i podobnie jak było ze „Skylarkiem”, zrodziła całą serię space oper, którą zakończyła powieść „The Queen of the Legion” z roku 1983. Naprawdę długo trwała ta historia. Historia nakreślona przez Williamsona rozgrywała się w epoce, w której ludzie skolonizowali już Układ Słoneczny, ale nie odważyli się ruszyć dalej. Nie odważyli się, ponieważ pierwsza wyprawa pozasłoneczna Do gwiazdy Barnarda nie powiodła się. Ci, którzy przeżyli i wrócili na Ziemię, byli bełkotliwymi szaleńcami. Tak to możemy określić. Wspominali coś o gigantycznej planecie zamieszkałej przez dzikie zwierzęta i o mieście złych meduz. Te meduzy były czterookie, takie latające stwory wielkości słonia z setkami macek. One nie słyszały, nie mówiły i komunikowały się między sobą za pomocą fal radiowych. Wspomniałem o Flashu Gordonie.
Proszę państwa, o Flashu Gordonie porozmawiamy sobie za tydzień, bo już i tak dręczę państwa historią space opery naprawdę długo. Ivelliosie, ile my już mamy czasu na liczniku?
[06:49:05] - Jeżeli dobrze patrzę, to mamy godzinę 37 minut.
[06:49:11] - To już zdecydowanie za długo państwa dręczę. Zatem o Flashu Gordonie, ale też nie tylko o Flashu Gordonie, ale też o innych zjawiskach występujących w space operze porozmawiamy sobie za tydzień, bo Flash Gordon to jest historia, tak sobie patrzę teraz zgrubnie, przynajmniej na kolejne pół godziny. Dalej powraca E.E. “Doc” Smith ze swoją powieścią „Triplanetary”. To jeszcze nie jest koniec, bo później mamy „Fundację”, później mamy panią Moore i jej powieść, która naprawdę była taką space operą, która rozwaliła system. Dalej mamy jeszcze Roberta Heinleina ze „Statkiem rakietowym Galileo”. Taka młodzieżowa powieść, ale bardzo space operowa. Mamy też dzieło telewizyjne „Kapitan Video and His Video Rangers”. To taka śmieszna opowieść półgodzinna z telewizji, która zaczęła się w roku 1949, a skończyła wiele lat później, bo w roku 1955. Więc widzicie państwo skalę tego, co się wtedy działo.
Mamy „The Stars My Destination” Alfreda Bestera. I mamy wreszcie absolutny fenomen space operowy, który zaczął się w roku 1961, mianowicie cykl „Perry Rhodan”. To jest niemiecka space opera. Ale wiecie państwo, jak coś jest niemieckie, to niekoniecznie musi być dziwne. Ta space opera „Perry Rhodan” to jest znowu absolutny fenomen, bo tak jak powiedziałem, zaczęło się to w roku 1961 i trwa właściwie do dzisiaj. Zeszyty ukazywały się z różną częstotliwością, czasami co tydzień, czasami co dwa. Pisał je cały sztab ludzi zajmujących się fantastyką naukową, zmieniający się ciągle. Jak sobie państwo dobrze policzycie, ile lat to już trwa, to naprawdę sporo. Cała historia jest zresztą niezwykle ciekawa. Muszę przyznać, że „Perry Rhodan” zaimponował takim twórczym podejściem do opowiadania historii, które się dzieją z tygodnia na tydzień.
Absolutny fenomen. Ponad 2 miliardy sprzedanych zeszytów na całym świecie. To już o czymś świadczy. W samym języku niemieckim miliard do dzisiaj, ponad miliard. Później mamy jeszcze „Diunę” Franka Herberta. Powieść uhonorowana, to ważne, pierwszą przyznaną nagrodą Nebula. Mamy pierwszy sezon „Star Treka” w 1966. Mamy „Ringworld” Larry Niven z 1970 roku, powieść, która rozpoczęła cały cykl opowieści ze znanej przestrzeni. Mamy rok 1975. To pierwszy sezon „Kosmosu 1999”.
Mamy wreszcie „Gwiezdne wojny”, 1977 rok. To jest obecnie oczywiście epizod czwarty, o tym już mówiłem. „Nowa nadzieja” wtedy się właśnie pojawia w 1977 roku i to też ma cechy space opery. Ale to wszystko, proszę państwa, za tydzień. Za tydzień opowiem państwu drugą część historii space opery, a tymczasem już się wymiksowuję. Już naprawdę dzisiaj o space operze wystarczy. Pięknie państwu dziękuję. Do usłyszenia. Myślę, że po tym seansie macie państwo mnie już kompletnie dosyć. To mam dla państwa dobrą wiadomość.
Idziemy w kierunku końca audycji, ale nie tak zaraz, bo przed nami opowiadanie Krzysztofa Lutowskiego. Opowiadanie zatytułowane „Przyjście K.” Jeżeli państwo sięgniecie pamięcią, to kiedy autor gościł na antenie „Bibliotekarium 2.0”, gościło wspólnie z nim inne opowiadanie o K., z tego samego zbioru, ale to inne opowiadanie. Dzisiaj zapraszam na wspominki, bo to opowiadanie „Przyjście K.” ukazało się po raz pierwszy w „ABW”. Tam prezentowaliśmy twórczość Krzysztofa Lutowskiego nadsyłaną właśnie do audycji. To będą takie miłe wspomnienia sprzed wielu lat. Marku, oddaję ci głos.
[06:53:57] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z „ABW: Antologia Bibliotekarium Warsztaty”. Czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[06:54:17] - Krzysztof Lutowski. Przyjście K. K otworzył oczy i zdziwiło go, że leży w chaszczach wśród papierzysk, pieluch, podpiczników. Wyglądało na to, że noc spędził w największym syfie, jaki można sobie wyobrazić i na dodatek strasznie śmierdział. Ubranie miał wilgotne i trząsł się z zimna. Z trudem podniósł tyłek z cuchnącego legowiska. Kości zgrzytnęły boleśnie. Potupał energicznie w miejscu, pomachał ramionami, zrobił kilkanaście skłonów i przysiadów, aby rozruszać zesztywniałe ciało. Działo się to na maleńkiej polance uwalonej śmieciami, ze wszystkich stron odgrodzonej ścianą dzikiego bluszczu. Naokoło szczelnie wygrodzone z kolczastych gałęzi, a wewnątrz śmietnisko wielkości średniego pokoju.
Próbował przypomnieć sobie cokolwiek z poprzedniego dnia. Coś znajomego kołatało mu pod czaszką. Jednak im bardziej się do tego zbliżał, tym silniej nie chciało się ujawnić. Kiedy rozejrzał się wokół, dostrzegł, że w pewnym miejscu gałęzie były nieco przerzedzone. Przeklęknął, odgarnął je ręką i wygrzebał zakamuflowane przejście, które można było pokonać tylko na czworakach. Zarzucił na głowę dżinsową kurtkę i zanurzył się w krzewy. Pokonał w błocie kilka metrów i dojrzał koniec tunelu. Ziemia pod jego dłońmi obsunęła się niespodziewanie i zjechał twarzą do przodu, wprost do dołu wypełnionego śmieciami. Stał zanurzony po pas w cuchnących odpadach. Spojrzał w górę, skąd tak niefortunnie się ześlizgnął.
Stąd ledwo można było dojrzeć wyjście. Jak w zaspach śniegu przedarł się do przeciwległego zbocza i nie bez trudu wdrapał na nie. Przed nim, aż po horyzont rozpościerał się rozległy pejzaż rzeki o silnych prądach i niebezpiecznych wirach. Przeciwległy brzeg tonął we mgle. Jak się tutaj znalazł, w miejscu, gdzie najprawdopodobniej spontanicznie zorganizowano nielegalne wysypisko, nie wiedział. Przeszukał kieszenie przemoczonych spodni i kurtki, jednak nie znalazł w nich niczego, co zdradziłoby jego tożsamość. Nie pamiętał wczorajszego dnia ani wcześniejszych. Nie pamiętał swego nazwiska ani imienia, bodaj czegokolwiek, co natknęłoby go na rozwiązanie tej dziwnej zagadki. Nie pamiętał niczego. Przestał usilnie wpatrywać się w mgłę.
Pomyślał, że dobrze byłoby wybrać lepszy punkt obserwacyjny. Krajobraz był urozmaicony. Niedaleko znajdowało się spore skupisko pagórków, więc ruszył w tamtą stronę. Kiedy zdyszany dotarł na szczyt jednej z górek, który okazał się wyższy i bardziej stromy, niż wyglądało to z dołu, ujrzał łąki, pagórki, lasy i rzekę. Żadnego osiedla ludzkiego, domu czy bodaj pojedynczego człowieka. Teraz już na dobre zaintrygowany wyciągnął z rozporka fiuta i wysikał się. Potem usiadł na ziemi, podciągając kolana pod brodę i zamarł w tej pozycji zrezygnowany, drżąc z zimna i klnąc. Nagle poderwał się, jakby coś go ukłuło. Dostrzegł prującą środkiem rzeki motorówkę. Zaczął krzyczeć, lecz zdał sobie sprawę z absurdalności swoich poczynań i ograniczył się do machania rękoma.
Wreszcie zaprzestał i tego. „Jezu, co ja wyrabiam? Przecież nie jestem na bezludnej wyspie” – powiedział na głos. Tymczasem motorówka odpływała. Słychać było oddalający się nieubłaganie jazgot spalinowego silnika. Usiadł w poprzedniej pozycji i nie ruszał się. Po pewnym czasie przez rzekę przepłynęła kolejna motorówka. Znów zaczął krzyczeć i machać. Nie, to nie ma sensu. Motorówki odpłynęły, a on usiadł na trawie.
Po następnych kilku minutach z tego samego kierunku co dwie poprzednie nadpłynęły kolejne motorówki, tym razem w liczbie pięciu. Wstał, patrzył, ale nie ruszał się z miejsca. Nagle, potykając się, pędem zbiegł po zboczu i ruszył w kierunku brzegu, aby być lepiej widocznym. Kiedy dotarł do wody, stwierdził, że tym razem motorówki nie odpłynęły, lecz trzymały się środka rzeki i wykonywały bliżej nieokreślone manewry. Wyglądało to tak, jakby pływały w kółko, co jakiś czas zatrzymując się. Człowiek stojący na dziobie każdej z nich wrzucał do wody coś na sznurku, aby za chwilę wyciągnąć. Z powrotem słychać było krzyki i nawoływania, lecz nie można było ich zrozumieć. Obserwował te wyczyny przez dłuższy czas, do momentu, kiedy dostrzegł zbliżającą się z oddali okazałą barkę pchającą przed sobą coś, co zidentyfikował jako dużą tratwę. Barka i tratwa dopłynęły do będących w ciągłym ruchu motorówek i zatrzymały się. „Co oni robią?” – wymamrotał.
Kątem oka dostrzegł człowieka, który idąc wzdłuż brzegu zbliżał się w jego kierunku. Sprawiał wrażenie, jakby go w ogóle nie widział albo nie zrobiło na nim największego wrażenia, iż kogoś tu zobaczył. Był to około 70-letni mężczyzna ubrany w brudne robocze ciuchy oraz wysokie gumiaki uwalone błotem. Twarz miał pomarszczoną, zmęczoną długoletnią walką o byt oraz częstym przebywaniem na dworze w różnych warunkach pogodowych. Starzec był z pewnością rolnikiem. Zatrzymał się w niewielkiej odległości od K., ale w ogóle nie był zainteresowany jego osobą. Wyjął z kieszeni znoszonej koszuli papierosa i powoli zapalił, przyglądając się manewrom na rzece. K., trochę zdeprymowany jego obojętnością, podszedł i zapytał: „Przepraszam, może mnie pan poczęstować?” Mężczyzna bez słowa, spoglądając na niego tylko przelotnie, znów wyjął z kieszeni zmiętą paczkę tanich papierosów i podał jednego K.: „Dziękuję. Można jeszcze ognia?” Rolnik wyjął zapałki i podał je, nie odzywając się nadal ani słowem. K.
przypalił papierosa, głęboko zaciągając się ostrym dymem. To było to, czego mu od dłuższego czasu brakowało, lecz nie umiał określić, co to takiego. Teraz przynajmniej wiedział już coś pewnego na swój temat. Był z całą pewnością nikotylistą. To odkrycie zwiększyło jego optymizm, ponieważ stwierdził, że z czasem może przypomni sobie wszystko pod wpływem dalszych wydarzeń. „Dziękuję” – powiedział uprzejmie i oddał zapałki. „Panie, co tu się dzieje tak z rana? Czy pan wie?” Starzec popatrzył na niego badawczo i odpowiedział: „To pan nie wiesz? Jak pan nie wiesz, to co pan tu robisz tak wcześnie, hę?” Odpowiedział niegrzecznie pytaniem na pytanie. K.
na te słowa nieco się zmieszał, a nawet obruszył, lecz postanowił tego nie okazywać, gdyż miał nadzieję wyciągnąć od starca jakieś informacje. „Wyszedłem sobie na spacer i zabłądziłem, bo jestem nietutejszy. Wie pan, trochę na wakacjach. Nie mogę znaleźć drogi powrotnej, a nikogo nie było w pobliżu. Tylko te motorówki i tratwa.” Rolnik popatrzył z dezaprobatą na jego śmierdzące ubranie i odpowiedział: „Festyn, panie, będzie.” „Festyn? Jaki festyn?” „No festyn normalny. Festyn jak festyn. Muzyka, zabawa, rodziny z dzieciakami, lody, wata cukrowa, stragany z pamiątkami i z żarciem. Konkursy z nagrodami. No jak panie?
Nie byłeś pan nigdy na festynie?” „Nie no, byłem, ale się zdziwiłem.” „Czego tu się dziwić? Festyny rzadka, ale normalna sprawa.” „No tak, to prawda. A z jakiej okazji ten festyn?” „Gazet pan nie czytasz, z ludźmi nie gadasz. Coś pan jakiś niedzisiejszy. Popiło się nocką, co?” Rolnik wcale nie ukrywał chamskiego uśmieszku, którym zwrócił się do K. Znów nic nie odpowiedział na tę bezczelną zaczepkę. Tym bardziej, iż wiedział, że mógł rzeczywiście wyglądać na pijaka, który zasnął nad rzeką. Przecież sam rozpatrywał taką możliwość, usiłując przypomnieć sobie, jak się tutaj znalazł. „Panie, to co z tym festynem? Jaka to okazja?” „Dziewice bedo palić żywcem.
Właśnie robio stos. Na wieczór ma być gotów.” „Co też pan opowiada. Dziś już nikt nikogo nie pali na stosie.” Wypowiedział szybko takie słowa i coś go tknęło. Przypomniał sobie, że nie wie nawet, jaka jest data. „Panie, a jaki mamy rok?” Starzec popatrzył na niego jak na wariata. „Panie, ty chory, idź pan do doktora. Nie gadam z panem.” I odszedł. Zatrzymał się dopiero kilkadziesiąt metrów dalej i co jakiś czas spoglądał, czy K. się do niego nie zbliża. Gotów w każdej chwili oddalić się jeszcze bardziej.
Tymczasem na rzece rzeczywiście powstawała jakaś konstrukcja z drewna, lecz z daleka nie można było ocenić, czy rzeczywiście stary mówił prawdę. „Kretyn. Dziewice palone na stosie. Puknij się w czoło, stary capie” – skonkludował po cichu K. Na polanę za jego plecami, otoczoną wzgórzami, z których obserwował wcześniej motorówki wąskim wąwozem wydrążonym chyba ręką człowieka, bo nazbyt regularnym, nadjechały właśnie dwa samochody z podczepionymi do nich kempingami, wymalowanymi przez jakiegoś plastycznego analfabetę w nieporadne, tandetne malunki próbujące przedstawiać bułkę z wystającą parówą czy mielonym kotletem oraz różnokolorowe napisy, raczej odstraszające od spróbowania dań, które miano w nich serwować. Ludzie z samochodów zaczęli pośpiesznie zajmować miejsca na polanie dla swoich przenośnych żarbodajni i wśród krzyków oraz przekleństw przygotowywać je do tego, do czego były przeznaczone. Grube kobiety biegały, kołysząc się niezgrabnie wokół swych mężów, którzy manipulowali przy kempingach. Trajkotały przy tym bez przerwy, wyrzucając słowa z szybkością karabinu maszynowego i gestami popędzały swoich małżonków do szybszej pracy. Dzieciaki, które również wysiadły z jednego z samochodów, ze śmiechem biegały naokoło nich, strasznie przy tym hałasując. Rozdrażniony czymś mały chłopiec walnął siostrę pięścią w nos.
Rozległ się jej przeraźliwy płacz, a gruba baba zaczęła gonić chłopca, aby wlepić mu kilka klapsów. Chłopak uciekał, śmiejąc się wniebogłosy, na co jego ojciec, zdenerwowany tym jawnym lekceważeniem mamy, puścił się wzorem żony w pogoń za chłopcem. Ta widząc, że mąż lekkomyślnie porzucił pracę, zdzieliła go ręką i nakazała wrócić do roboty, grożąc jednocześnie palcem chłopcu, który zanosił się śmiechem, stojąc w bezpiecznej odległości. Matka, dochodząc do wniosku, że teraz go nie złapie, zaprzestała pogoni i podeszła do uderzonej córeczki, która już dawno zapomniała o bólu i w najlepsze bawiła się, kopiąc ziemię łopatką i zalewając dołek wodą, którą przyniosła z rzeki w wiaderku. W ten sposób zrobiła łatwo zlepiające się błotko i z błogością zanurzała w nim ręce, robiąc błotne bułeczki, a dłonie wycierała w czystą sukienkę. Kobieta skrzyczała dziewczynkę i wlepiła jej klapsy, na co ta znów się rozpłakała. Chłopiec widząc, że siostra dostała lanie, począł śmiać się jeszcze głośniej i robić śmieszne miny do mamy. Oburzony tata, porzucając pracę ruszył za nim, a kobieta za mężem. Mężczyzna złapał syna i w momencie, w którym już miał go ukarać pasem na dupę, dopadła go jego żona i siłą niewyhamowanego impetu przewróciła całą trójkę na ziemię. Ojciec, pomimo niespodziewanego znalezienia się w pozycji horyzontalnej, nie wypuszczał syna z łap, a nawet próbował wstać i wymierzyć chłopcu klapsy, zupełnie nie zważając na razy, które spadały na jego głowę z rąk żony.
Trwało to dłuższą chwilę, podczas której rodzinna firma, która przyjechała drugim samochodem, niemająca takich problemów dzięki bezdzietności, zrobiła sobie rozrywkę, obserwując manewry nieporadnej konkurencji, śmiejąc się z nich i nawet nie dbając, aby to ukryć. Rodzice opamiętali się wreszcie i zdenerwowani tak jawną bezczelnością, poczęli wymieniać z drwiącymi kłótliwe zdania oraz wygrażać im pięściami. Tamci nie byli im dłużni i już po chwili wszyscy rzucali w swoją stronę drobne kamyki i patyczki, a dziewczynka dostarczała swym rodzicom w wiaderku błotne granaty. W obrzucaniu granatami przodował chłopak, którego wyraźnie całe zajście bardzo bawiło i przypominało film wojenny, który widział w telewizji. Wydawał z siebie odgłosy sugerujące, iż strzela z karabinu maszynowego oraz że cały teren jest bombardowany z powietrza. Bójka trwałaby o wiele dłużej, gdyby nie pojawiła się kolejna karawana z handlarzami. Kiedy zmiarkowano, że tracą czas na korzyść konkurencji, która właśnie nadciągała wraz z tumanami kurzu, panowie po wymianie kilku zdań szybko uścisnęli dłonie na znak zawieszenia broni. Dzieci, aby nie przeszkadzały, zamknięto w samochodzie, a chłopiec, który walił pięścią w szybę na znak protestu, w końcu dostał kilka klapsów od ojca i obrażony siedział już spokojnie. Dalej praca przebiegała bez większych zakłóceń. Na rzece natomiast zrobił się spory tłok, ponieważ do powstającej tam przez cały czas konstrukcji dopłynęło w międzyczasie jeszcze kilka barek.
K postanowił zrobić sobie spacer w kierunku któregoś z kopciska krzaków, których było tu wiele, w celu poszukania swojej zakrzaczonej tożsamości oraz zrealizowania poważnej potrzeby fizjologicznej, jaką jest oddanie pierwszego w danym dniu kału. Srało mu się długo i przyjemnie. Kiedy skończył, wytarł dupę liśćmi, uwalając rękę gównem. „Kurwa” burknął. Wyszedł z krzaków i poszedł w kierunku rzeki. Wypłukał dłonie w wodzie i wyszorował je piaskiem. Na niebie coraz wyżej wschodziło słońce. Zapowiadał się piękny dzień. W powietrzu fruwało mnóstwo mew i innego ptactwa. Wszystko, co żyło, skrzeczało z radości.
No cóż, teraz należałoby się zastanowić, co dalej począć z tą głupią sytuacją — pomyślał. Po chwili wahania ruszył na wzgórze, z którego uprzednio obserwował motorówki. Ciekaw był, co nowego dzieje się na rzece. Chciał rozejrzeć się po okolicy ze szczytu i podjąć jakieś decyzje. Kiedy znów stanął na wzgórzu, zobaczył, że na wodzie wciąż trwają prace nad coraz wyższym drewnianym rusztowaniem. Na środku rzeki wokół drewnianej konstrukcji panował tłok. Łodzie, barki i motorówki krążyły wokół budowy. Panował harmider, który dochodził aż tutaj. Jedna z łodzi, ta, która podawała drewno, wywróciła się do góry dnem, wyrzucając z siebie deski i robotników. Hałas wzmógł się, a rozbitkowie byli wyciągani na pokłady innych łodzi.
Tę przewróconą przywiązano do rufy następnej i odholowano na brzeg. To jednak wcale nie zdezorganizowało pracy. Widać było, że robotnicy nad wszystkim panują i bardzo się spieszą. Incydent nie przerwał budowy ani na moment. Ci, którzy nie pływali w bezpośrednim sąsiedztwie wywróconej łodzi, nawet na nią nie spoglądali, choć musieli słyszeć, że stało się coś groźnego. Mężczyźni stojący na dachu kabiny największej z kilku barek przekrzykiwali się przez megafony, popędzając robotę, jakby każda sekunda znaczyła tyle, co pełna godzina. K przestał oglądać widowisko i lustrował okolicę odwrócony do rzeki plecami. Po prawej miał dolinę, gdzie powstawało coraz więcej budek i pałętało się coraz więcej handlarzy i dzieciarni. Także i tu wrzała robota, jednak o wiele mniej zorganizowana, niedoglądana przez żadnego nadzorcę. Do doliny dochodziła polna droga, uczęszczana zwykle przez furmanki, a nie przez furgonetki z przyczepami i osobowe samochody, których sznur ciągnął się już po widoczny na horyzoncie las.
Wywnioskował, że droga prowadzi do pobliskiego miasta, bo na pewno musiało jakieś w pobliżu być, skoro zwalało się tutaj tyle luda. Nie chciał w biały dzień w swoim obłoconym i śmierdzącym ubraniu wchodzić między nich. Wybrał trasę nieco dłuższą, tak aby widzieć drogę z daleka, dojść do lasu i wzdłuż niego ściany dotrzeć do miasta. Tam odnajdzie pierwszy lepszy posterunek i przedstawi swój problem. Nie zastanawiając się dłużej, ruszył do celu Po jakimś czasie dostrzegł poruszający się czarny punkt. Wkrótce mógł już rozpoznać szeroką sylwetkę rosłego mężczyzny w czarnej kurtce, zmierzającego wyraźnie wprost na niego. Ucieszył się. Miał nadzieję, że ten wskaże mu drogę do miasta i opowie coś więcej o mającym się odbyć wieczorem festynie. Postać szła pewnym krokiem na jego spotkanie. Mógł już rozpoznać rysy twarzy.
Był to mniej więcej 25-letni rosły osiłek. „Dzień dobry!” — krzyknął. Nie usłyszał odpowiedzi. — „Dzień dobry! Którędy do miasta?” Był już w odległości kilkunastu metrów od niego. Widział tylko jego tępe oczy. „Dzień dobry” — powtórzył. Nagle stanął jak wryty, gdyż nieznajomy szybkim ruchem wyjął spod pazuchy pałkę i dziko wrzeszcząc, zaczął biec w jego stronę. Leżał w wysokiej trawie. Podniósł się na kolana.
Strasznie bolała go głowa. Krew w skroniach pulsowała tak, że K zrobiło się ciemno przed oczami. Złapał się obiema dłońmi za głowę. Pod palcami wyczuł lepkość. Odsunął ręce. Były zabarwione na czerwono. Przypomniał sobie gościa z pałką. „Ale mi skurwysyn przyjebał.” Spróbował podnieść się na nogi, ale upadł, ulegając zawrotom. Oczy zaszły mu mgłą. Poleżał dłuższy czas, walcząc z bólem.
Wreszcie z wielkim wysiłkiem podniósł się na kolana. Stanął na nogach zgięty wpół. Uszedł kilka kroków i znów padł na ziemię. „Jest źle” — pomyślał. Odpoczywał, zastanawiając się, co teraz zrobić. Usiadł. Spojrzał na swoje stopy, na których nie było już butów. Nie miał też na sobie swojej dżinsowej kurtki. W takim stanie nie dojdzie do miasta. Musiał jakoś doczłapać z powrotem na festyn, tam znaleźć pomoc.
Postanowił jeszcze trochę odpocząć przed ponowną próbą marszu. Położył się więc i zamknął oczy. Słońce wisiało wysoko na niebie. Zasnął. Kiedy się obudził, było już szaro. Tą szarością, od której bolą oczy. Tym razem utrzymanie się na nogach było o wiele łatwiejsze, chociaż miał je jak z waty. Nad miejscem, gdzie miał odbyć się festyn, uformowała się łuna sztucznego światła. Na chwiejnych nogach z bólem głowy skierował się w tamtym kierunku. Dotknął dłonią rany.
Krew już zakrzepła. Był piekielnie obolały, ale wypoczęty, co dało siłę do walki ze zmaltretowanym ciałem. W miarę marszu jego krok się wyrównywał. Nogi nabierały pewności, lecz potykał się co jakiś czas. Szedł już od kilku minut. Jeszcze daleko od centrum festynu zaczął mijać grupki młodzieży. Najczęściej przechodził obok w bezpiecznej odległości od tej pijanej hałastry. Jednak przyspieszał kroku, aby zwolnić dopiero gdy stracił ich niemal z oczu, a i wtedy nie zapominał oglądać się za siebie. Mijani, widząc idącego człowieka, wykrzykiwali w jego kierunku przekleństwa i groźby, a nawet rzucali kamieniami, które spadały niebezpiecznie blisko. Na szczęście żadnemu z nich nie chciało się go ścigać, bo nie potrafiłby im umknąć.
Im bliżej, tym więcej gówniarzy spotykał. Na dodatek było już prawie całkiem ciemno. Pożałował, że nie zamelinował się w jakichś krzakach i raczej nie zaryzykował zapalenia płuc, zamiast pakować się pośród tych krzywo patrzących gnojów gotowych pobić nawet dla zabawy obcego człowieka. Znamienne było, że jak na razie nie dostrzegł ani jednego policjanta. Wycofać się nie mógł, bo byłoby to jawną prowokacją. Drugiego wpierdolu by nie przeżył. Zrozumiał, że teraz musi przeć naprzód, nie oglądając się za siebie, nie reagować na chamskie zaczepki i odnaleźć za wszelką cenę jakiegoś stróża prawa. Choć żołądek ze strachu miał w gardle, starał się tego nie okazywać, wiedząc, że widok zestresowanego kundla, do którego jest teraz podobny, może tylko jeszcze bardziej ich rozbestwić. Szedł więc maksymalnie pewnym i szybkim krokiem, trzymając głowę wysoko z godnością, mając w duchu nadzieję, że nie przesadza w tym kamuflażu. Doszedł wreszcie do wzgórz okalających centrum festynu.
Pozostało tylko wspiąć się na nie. Na szczytach widać było siedzących na kocach ludzi. Wyrostków było mniej, a przeważały całe rodziny z dziećmi. To dodało mu otuchy. Tam bowiem miał nadzieję na większe bezpieczeństwo niż tutaj, wśród gówniarzy i ich rozwrzeszczanych dziewcząt, którym ich urągające zachowanie bardzo imponowało. Wspiął się na wzgórze. To, co zobaczył, przeraziło go jeszcze bardziej. W dole, gdzie odbywała się zabawa, gdzie zbudowano scenę, na której w najlepsze grał mierny zespół muzyczny, gdzie tańczył niewysłowiony tłum ludzi. Wśród tego rozbawionego chamstwa miała miejsce regularna wojna z policją. Teraz zrozumiał, dlaczego nigdzie jej nie widział.
Wszystkie siły sprowadzono w jedno miejsce. Przy samej scenie dziko tańczono. Tańczono też w kilku innych miejscach, natomiast w trochę oddalonych rozgrywała się bitwa. Ludzie zgromadzeni na wzgórzach, mając swobodny widok na całe zajście, raz po raz klaskali, gwizdali, wykrzykiwali słowa zachęty, gdy któraś z walczących stron zdobywała jakąś znaczącą przewagę. Wydaje się, że nie kibicowano jakoś specjalnie żadnej z drużyn, choć możliwe też, że w panującym chaosie trudno było po prostu zorientować się, dla kogo przeznaczone są te wiwaty. Publiczność zgromadzona na wzgórzach rzucała czasem kamieniem lub pustą butelką po piwie na oślep w stronę walczącego tłumu. Widać było, że ci, którzy ciskali szkłem, robili przedtem zakłady, czy w łeb dostanie policjant czy chuligan. Zresztą nad polem walki unosił się taki kurz, a wewnątrz panował taki galimatias, że choćby nawet bardzo się starać, rzadko można było dostrzec, czy rzeczywiście butelka trafiła w czyjąś głowę. Wnioskując jednak z tłoku, jaki tam panował, pewne było, że ktoś oberwać musiał. Jeśli był to policjant, to pół biedy, gdyż jego głowę chronił kask.
Lecz jeśli dostawał któryś z rozpasanych wyrostków, niewątpliwie padał zalany krwią na ziemię, na której deptały go zarówno buty kumpli, jak i wielkie i ciężkie policyjne buciory. Mimo to taki delikwent miał szansę na przeżycie, bowiem w pobliżu stało kilka karetek pogotowia, które co chwilę odjeżdżały na sygnale, aby na ich miejsce mogły stanąć te, które właśnie przyjechały, a wśród walczącego tłumu widoczne były białe kitle lekarzy i sanitariuszy przeciskające się z noszami w obie strony. Zdziwił go przede wszystkim fakt, że piwa w butelkach było pod dostatkiem, ale zauważył też, że na wzgórzach co kilkadziesiąt metrów stał namiot z beczkami, do którego ustawiały się ogromne kolejki. Nagle podszedł do niego człowiek z magnetofonem na ramieniu, słuchawkami na uszach oraz mikrofonem w dłoni i powiedział: „Dzień dobry. Radio Haha. Mam do pana jedno króciutkie pytanko i już nie przeszkadzam. Jak pan się bawi na dzisiejszym, wyjątkowo hucznym festynie?” „Toż to jest, kurwa, skandal” – odpowiedział bez namysłu K. „Co pan uważa za skandal?” – podchwycił dziennikarz. „Jak to co? Ten festyn!” „Co panu się w tym festynie najmniej podoba?” „Jak to co?” Był oburzony.
„Te burdy, pijane bandy, alkohol w szklanych opakowaniach. Jeszcze raz powtórzę. Toż to jest, kurwa, skandal!” „Dziękuję panu za rozmowę.” Dziennikarz odwrócił się i zaczął mówić do mikrofonu. „Tak więc, jak sami państwo słyszą, festyn jest huczny jak jeszcze nigdy w historii naszego miasta. Niech żałują ci, którzy z jakiegoś powodu nie przyszli dziś nad rzekę obejrzeć jedynego, niekwestionowanego hitu kulinarnego na przestrzeni ostatnich 20 lat w naszym regionie. A przypominam, że czeka nas jeszcze spalenie Asi Kowalskiej na stosie, naszej bohaterskiej dziewicy. Relację z placu boju przygotował Jacek Szarańca. Proszę nie wyłączać odbiorników, bo dzisiejszej nocy będziemy jeszcze wiele razy donosić o tym, co się tutaj dzieje. A dzieje się dużo, oj dużo. Aby ci z państwa, którzy nie mogli wziąć w nim udziału, chociaż za naszym pośrednictwem mieli szansę w nim uczestniczyć.
Dziękuję za uwagę. Oddaję głos do studia.” Dziennikarz szybkim krokiem poszedł dalej, nie zwracając najmniejszej uwagi na swojego rozmówcę. Przerażony K. pobiegł za dziennikarzem, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o Asi Kowalskiej i zapytać, gdzie znajdzie wóz jakiegoś wyższego stopniem policjanta, bo jak sądził, dziennikarze powinni takie informacje znać. Złapał reportera za ramię. Ten odwrócił się i odepchnął go, stając w pozycji obronnej. Patrzyli na siebie dłuższą chwilę. K. zdziwiony, a dziennikarz do obłędu przerażony. Nagle reporter wyjął z kieszeni pistolet i bez ostrzeżenia wystrzelił do K., który padł na ziemię.
20 metrów dalej na ziemię runął też mężczyzna pijący z kolegami piwo. Chyba dostał tą samą kulą. Dziennikarz zaczął uciekać. Tamci ruszyli za nim z dzikimi okrzykami, aby pomścić kumpla. Jeden z nich, ten, który biegł na końcu, cofnął się, przeszukał jęczącego kamrata i wyjął mu portfel z kieszeni, po czym stanął w kolejce za piwem. Inny, widząc jego podłość, cofnął się i wyciągnął go za szmaty z kolejki. Szarpnięciem przewrócił na ziemię. Kopnął kilka razy w ryj, aż ten przestał się wierzgać. Przeszukał odzież, wyjął z niej portfel i pobiegł za kumplami, przeskakując K., który właśnie usiłował się podnieść. Otrzymał jednak tęgiego kopniaka w głowę od lecącego nad nim człowieka, który wywrócił się jak długi.
Natychmiast podniósł się i mówiąc do K.: „Co mi, kurwa, łeb podkładasz?” Kopnął go jeszcze z buta w twarz. K. zalał się krwią z nosa, a mężczyzna pobiegł w ślad za swoimi kolegami, pozostawiając go leżącego na trawie i skręcającego się z bólu. Ktoś podszedł do niego i trącając nogą zapytał: „Co, wpierdolili panu?” „Widział pan? Ten dziennikarz strzelił i zranił mnie.” „Rzeczywiście ktoś strzelał. Coś słyszałem. To do pana?” – odparł tamten. „No do mnie, kurwa! Co pan tak stoisz? Wezwij pomoc” – wykrzyczał K.
„O nie! Co to, to nie. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Jak strzelali do pana, to mnie nie ma.” „Nie może mnie pan tak zostawić.” Ale mężczyzna był już kilkanaście metrów dalej. „Na pomoc! Ratunku! Wezwać policję!” "Zamknij się!" — zawołał ktoś i nagle w promieniu kilkunastu metrów od niego zrobiło się pusto, a on krzyczał: "Pomocy, ratunku, policja, lekarz!". Jednak nikt nie reagował na jego wołanie. Obok spadła butelka po piwie. I to było wszystko.
Kiedy K. zaschło w gardle od krzyku, wstał z ziemi i pomacał się, chcąc odszukać ranę, lecz zdziwiony nic nie znalazł. Skupił się na sygnałach obolałego ciała i poczuł pieczenie na ramieniu. Miał poszarpaną koszulkę i lekko draśniętą skórę. "Dzięki Bogu, nic mi nie jest" — odetchnął z ulgą. Muzyka niespodziewanie ucichła, a przez wrzawę ledwo przebijał się wzmocniony mikrofonem głos. Na początku, kiedy tłum był jeszcze w pełni rozbestwiony i do niewielu dochodziła treść nadawanego komunikatu, niezbyt było słychać słowa i jeszcze nie można było wiele zrozumieć. W miarę jak tłum cichł, jak wykruszali się ci, którzy jeszcze niczego nie pojęli, coraz więcej słów przebijało się do uszu K. Zrozumiał, że Asia Kowalska, dziewica z miasteczka, zostanie spalona na stosie, jak każe starodawna księga, którą znaleziono w wieży ratusza. Ludzka masa rzuciła się w stronę rzeki, drąc się, ogarnięta szaleńczą euforią.
Tratowała po drodze tych, którzy jeszcze nie zdążyli się podnieść albo w biegu upadli. Plac w dolinie opustoszał. Ostatni gapie zbiegali po zboczach, ścigając tych, którzy mieli bliżej, depcząc raz jeszcze dziesiątki stratowanych lub zabitych w walce. K. pobiegł za tą ludzką chmarą, czując niemożliwy do opanowania zwierzęcy zew, by obejrzeć tę wyrafinowaną perwersję. Nagle uświadomił sobie, że właśnie po to został tu przez kogoś przysłany. Jakby w jednej chwili pojął jakąś tajemnicę. Doznał olśnienia, jakby otworzyły się jakieś wrota. Poczuł, że nie jest sam, że jest też On. Nie wiedział, kim On jest, ale musiał być na tyle wszechmocny, że to zrobił.
Że zabrał go skądś, gdzie przedtem istniał, aby mu to pokazać. Świadomość, że ktoś za tym stoi, przyniosła mu ulgę w psychicznym cierpieniu, w poczuciu nieokreślonego lęku, jaki go niepokoił od momentu przebudzenia. Ktoś go rzucił w to miejsce. Biegł z nim w nieznane, ale ten ktoś na pewno też zabierze go stąd. Można więc w końcu rozkoszować się widokiem bestialstwa i grzeszyć płynącą z tego zwierzęcą rozkoszą. Nie zważać na śmierć rozochoconych małpoludów pod nogami, w histerii szarpiących na sobie ubranie i gromadzących się przy brzegu, zajmując długi na kilkaset metrów odcinek plaży. Wielu stało w wodzie po kolana. Niektórzy wchodzili aż po pas. Silniej udużeni rzucali się wpław ku strzelistej drewnianej konstrukcji przez wody tak niebezpieczne dla pływaka, że tylko najlepsi mogli doznać tego, na co się zdobyli. K.
nie przeciskał się przez tłum. Stał kawałek dalej na pagórku, skąd miał niezły widok. Chociaż i on uległ zbiorowej histerii, nie rozumiejąc szargających nim silnych emocji, takich jak zrzucenie ubrania, w czym nie był odosobniony, jednak zachowywał też ludzką świadomość. Inni stali się kukłami w rękach morderczych instynktów. Ci, którzy dzisiaj zginęli i jeszcze zginą, którzy się utopią, pomordują i zrobią dzisiaj dzieci, byli w takim szale, że nie byli już ludźmi. Władała nimi pierwotna, agresywna, mordercza chuć. Wieża wyrastająca ze środka rzeki była wąskim, wystającym na kilkanaście metrów rusztowaniem utrzymującym się na wbitych w wodę chudych balach. Na kwadratowej platformie na samym jej szczycie przymocowany był pal, do którego przykuto kajdankami Asię Kowalską za ręce i nogi, a w talii dodatkowo przywiązaną grubą liną. Samą Asię ledwo można było dostrzec. Była tak drobniutka, szamocząca się, niewinnie naga, szczupła i gibka.
Kat o zamaskowanej twarzy układał naokoło siano i gałęzie, opatulając dziewczynę aż do pasa. Widowisko działo się teraz w całkowitej ciszy, która zapadła nagle, przerywanej tylko natrętnym alergicznym kaszlem. Kat skończył robotę. Z barki zakotwiczonej przy rusztowaniu po drewnianej drabince wspinali się trzej panowie w garniturach ze skórzanymi teczkami w prawych dłoniach. Marsz w pionie widocznie im nie służył, bo co kawałek któremuś noga ześlizgiwała się ze szczebla i utrzymywała takiego jedynie chuda i licha lewa dłoń. Obserwatorzy znad rzeki patrzyli na to, wstrzymując oddechy. Urzędników, bo na takich wyglądali, oświetlał bardzo dokładnie halogen zamontowany na barce i sterowany przez innego człowieka w garniturze. Po chwili, w której nikt oprócz K. nie oddychał, łącznie z katem spoglądającym na klęczkach w dół, gdy po raz kolejny udawało się delikwentowi na powrót złapać wierzgającymi szkitami w czarnych mokasynach szczebel drabiny i z dziwną jak na urzędników desperacją ryzykowny marsz trwał dalej, jakby od tego, czy wejdą, zależało istnienie całego świata. Wreszcie weszli po przeżyciach tak niebezpiecznych, że zdawało się wręcz niemożliwych.
Stanęli na platformie, którą zaczął hipotać coraz silniejszy wiatr. Wszyscy czworo klęczeli, kurczowo przylegając dłońmi do surowego drewna, bojąc się wypaść do wody. Tym bardziej że nie było się czego złapać. Kiedy platforma odzyskała równowagę i wiadomo już było, że jak będą uważać, to nie wypadną, tłum zaczął klaskać, gwizdać i wiwatować. Aplauz przerwała podniesiona ręka jednego z panów z teczką, który nawet nie próbował zaryzykować powstania. Tłum ucichł jak na defiladzie wojskowej, gdy po geście wodza milkną wszyscy. „Cicho!” rozkazał głos wzmocniony profesjonalnym nagłośnieniem wykonanym przez firmę, której baner reklamowy rozpostarty był na rusztowaniu wśród wielu innych. „Przemawiam do was jako burmistrz. Mamy dzisiaj ważną uroczystość. Są tu ze mną wojewoda oraz starosta.
Przybyliśmy, aby przeczytać wam dokument znaleziony w wieży ratusza pod płytką parkietu, która odpadła po tym, jak potknął się o nią legendarny cieć znany pod ksywką Quasimodo. Było to epokowe odkrycie. Znaleziono bezcenny skarb, mianowicie spory mieszek starych złotych monet i list zapisany na pożółkłym papierze niestaną ręką. Mam przy sobie kserokopię maszynopisu tłumaczenia tego listu. Był on bowiem napisany w nieużywanym już przez nikogo oprócz fachowców starocerkiewnym języku słowiańskim.” Tu burmistrz przerwał i głośno nabrał powietrza w płuca. Wyraźnie przy tym chrząknął i mówił dalej: „Nikt nie wierzył w przepowiednię zawartą w starym tekście. Zapowiadała ona, że po odnalezieniu listu zginą władający tą krainą, z najważniejszym na końcu, jeśli nie wypełni się rytuał, jakiego życzy sobie Gog Magog, pan tego świata. Jak już powiedziałem, nikt nie wierzył w tę przepowiednię, ale najpierw zaczęli ginąć specjaliści, którzy go odczytali. Wszyscy umarli na jakąś straszną chorobę nieznaną współczesnej medycynie, która zabijała ich przez kilka dni w wielkich męczarniach. Została z nich skóra w bąblach i kości.
Potem zaczęli ginąć urzędnicy. Raz w miesiącu umierał któryś z pracowników ratusza, aż pomarli wszyscy, łącznie z sekretarkami, sprzątaczkami, gońcami i tym starym cieciem Quasimodo. Tak więc decyzją nadzwyczajnej sesji z udziałem wszystkich urzędników, czyli mnie, uchwaliliśmy, że należy bezzwłocznie wypełnić rytuał, jaki nakazuje stary rękopis.” Tu burmistrz wyciągnął zmiętą kartkę z wewnętrznej kieszeni garnituru i zaczął czytać. „Ja, Gog Magog, żądam, aby spalona została na stosie niewinna dziewica, koniecznie prawdziwa słowiańska białogłowa. Wtedy moja żądza stanie się zaspokojona i odpuszczę wam chamy, mitręgi i żule na rok, a potem powrócę. W przeciwnym wypadku umrą wszyscy, którzy władają tą krainą, a najwyższy władca na końcu. Zabiją was choroby i nagłe zdarzenia. Macie więc zbudować stos, zgromadzić poddanych i spalić niewinne, dziewicze, nieprzebite ciało. Tak chcę. I tak ma się dziać co roku o tej samej porze przez dziesięć lat.
Potem dam wam spokój na dziesięć lat, po których powrócę” — odgrażał się list. „Przeszukaliśmy nasze biblioteki” — ciągnął swą opowieść burmistrz. „Dotarliśmy do dawnych, zapomnianych podań ludowych oraz obrzędów i doszukaliśmy się, że niegdyś taki zwyczaj rzeczywiście istniał na tych ziemiach, a co najważniejsze, nie został nigdy oficjalnie zniesiony. Tak więc jako przedstawiciele administracji państwowej i lokalnej byliśmy zmuszeni do przywrócenia jego poszanowania i zapowiadamy powołanie specjalnej komisji do zbadania sprawy i wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do tych, którzy wcześniej tradycję odrzucili na śmietnik bez uprzedniego legalnego i oficjalnego uchwalenia tego na odpowiednim posiedzeniu władz, na śmiertelną szkodę wielu osób, którzy już pomarli. Bowiem gdyby palili co rok młodziutką dziewicę, na pewno do nieszczęścia by nie doszło.” Burmistrz krzyczał oburzony i wymachiwał rękoma w kierunku zebranych na plaży. „Niniejszym otwieram od dziś coroczną imprezę pod nazwą STOS.” Oficjele oraz kat na te słowa zaczęli namiętnie klaskać, a wraz z nimi całe zgromadzone na brzegu tłum. Wtem ze wzgórz na plecy i głowy klaskających poleciały kamienie i butelki oraz koktajle Mołotowa. Rzucali je ludzie z transparentami protestującym przeciwko stosowi. Skandowali przy tym hasła: „Precz ze STOS-em”, „Wszyscy pójdziemy na stos” oraz „Ukarać władzę za STOS”. Demonstracja nie trwała długo, ponieważ liczne siły porządkowe oraz entuzjaści STOS-u natychmiast ruszyli do walki.
A że było ich znacznie więcej i policja dysponowała bronią palną, bardzo szybko rozgromili pikietę. Uczestników, których udało się pojmać, tłum karał na miejscu krwawym linczem albo wymierzając sprawiedliwość za zakłócanie porządku publicznego strzałem z bliska prosto w potylicę. Impreza trwała dalej, już bez zakłóceń. Przybyło tylko poległych w walce i zadeptanych. Cut na znak burmistrza, który jako ostatni zszedł po drabince do barki, wyjął z kieszeni czerwonych spodni benzynową zapalniczkę i podpalił stos. Do widzów dochodziły nawet najdrobniejsze dźwięki z ustawionych po stronach plaży metalowych rusztowań na ogromne nagłośnienie. Początkowo emitowały głównie lubieżne sapanie Kata, lecz teraz dziewica zaczęła pojękiwać coraz głośniej i zawodząco chlipać, aż wreszcie wyć z niewyobrażalnego bólu smażonych kończyn. Kat śmiał się, a wszędzie rozlegał się jego demoniczny rechot. Płomienie buchnęły wysoko i zrzuciły go do wody. Spadając, wyraźnie walnął swym zakutym łbem w wystający fragment rusztowania, a K.
miał nadzieję, że nie umie pływać. Z głośników dochodził ryk szalejącego pożaru i górujące nad nimi wycie palonej żywcem ludzkiej istoty. K. zatkał uszy, ponieważ zawodzenie wbijało się zbyt głęboko w głowę, a ci, którzy nie zdążyli przyłożyć rąk do uszu, padali na ziemię rażeni bólem pękających bębenków. Nagle światło z całej okolicy spłynęło w pustą przestrzeń nad rzeką. Wszędzie zrobiło się zupełnie ciemno, a nad wodą uformował się eteryczny, prawie przeźroczysty, świetlisty obraz koziołka matołka z Pacanowa w czerwonych spodenkach, który demonicjie zarżał przeciągłym beczeniem. Widmo falowało w powietrzu ryjem do tłumu. Cały czas dreptało w miejscu, unosząc czasem przednie kończyny do góry, ukazując sterczący pokaźny organ. Ludzie licznie padali na ziemię, łapiąc się za klatkę piersiową, głowę albo brzuch. Pomór był tak wielki, że szybko się przerzuciło.
Niektórzy umierali na miejscu, reszta uciekała. Byli tacy, których ścinało w biegu lub kontynuowali wędrówkę na kolanach, z trudem zachowując przytomność i czując instynktownie, że nie powinni jej stracić. K. przeglądał się. Nic niepokojącego się z nim nie działo. Koziołek nie miał nad nim żadnej władzy. Pewnie dlatego matołek zwrócił na niego uwagę. Zbliżył swój ryj, zostawiając resztę ciała na dawnym miejscu, choć dzielił ich spory dystans, po prostu wyciągając się w ektoplazmie. Zaciągnął się jego zapachem, prychnął i umknął z włochatym nosem, po czym równie niespodziewanie zionął mu w twarz niewyobrażalnym odorem. K.
sturlał się ze wzniesienia. Wstał na wpół przytomny, zrzygał się i nie odwracając, nadal mając konwulsje, pobiegł przed siebie. Wbiegł w gęste zarośla, przez które przebijał się, nie zważając na rany. Ściskał je w dłoniach i wyrywał ze złością, prąc naprzód, nie widząc i nie czując, że ręce miał pocięte do samych kości. Przedarł się na pustą przestrzeń. Zobaczył tam dwóch mężczyzn z latarkami, którymi oświetlali dupę trzeciego leżącego na ziemi między kobiecymi udami. Gwałcona kobieta przeraźliwie wyła. K. podniósł kij i z rykiem desperacji zaczął okładać facetów na oślep, którzy dopiero teraz zorientowali się, że nie są sami. Walił jak oszalały, biegając za nimi po całej polanie, co jakiś czas uderzając w dupę gościa, który gwałcił dziewczynę i usiłował jak najszybciej założyć gacie i spodnie.
Kiedy walnął gnoja w genitalia, ten zzieleniał i osunął się na ziemię. Korzystając z chwili nieuwagi, jego kumple obezwładnili K., wyrywając mu kij i uderzając w jego głowę jak w golfową piłkę. Ale K. nie upadł. Odwrócił się tylko i chwiejnym krokiem szedł w ich stronę. Był strasznie nabusowany. Drugie uderzenie spadło na jego twarz, ale odrzuciło mu tylko głowę. Szedł małymi krokami, chwiejąc się, jednak nieubłaganie wybałuszał na nich wściekłe oczy. Kolejne uderzenie posadziło go na kolanach, ale już się podnosił, kiedy poczuł przeszywający ból w plecach. Dziewczyna, która wyjęła myśliwski nóż z kieszeni leżącego, wbiła go całym impetem w jego plecy.
„Ty zboczeńcu! Chciałam być gwałcona. Wszystko popsułeś” – wykrzyczała. K. zachłysnął się krwią. Dziewczę odeszło kilka kroków, patrząc niewidzącym wzrokiem na to, co zrobiła. Jeden z mężczyzn szybko złapał K. za włosy i cisnął jego głową o ziemię. Wyjął nóż i przytrzymując drżące ciało kolanem, poderżnął mu gardło. Ciepła krew bulgotała w trawie.
Światełko K. zgasło.
[07:42:40] - Tak, proszę państwa, już to jest ten naprawdę późny czas. Środek nocy. Pewno już się na horyzoncie robi naprawdę jasno, przynajmniej na tej wschodniej części. To jest dobry moment, żeby pojawił się w naszej audycji Piotr Plebaniak. Nieco sponiewierany przez chorobę, być może nawet koronawirus, ale jak państwo zauważycie, w dobrej formie intelektualnej. Może głosowo nie do końca sobie radzi, ale jeśli chodzi o wyjaśnianie różnego rodzaju zjawisk, to jest niezastąpiony. Zapraszam zatem na spotkanie z Piotrem Plebaniakiem Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[07:43:33] - Dzień dobry. Pozdrawiam z Tajwanu.
[07:43:35] - Ja od razu uprzedzę wszystkich naszych słuchaczy, że dzisiejszy odcinek może być mocno kaszlący. Pana Piotra dopadła jakaś infekcja. Kto wie, czy wreszcie nie napadł go chiński wirus.
[07:43:50] - Nie infekcja, tylko inspekcja i mam nadzieję, że to się nie okaże inspekcja skarbowa.
[07:43:56] - Tak, ale wirus chiński może to być, niestety. Ja też postaram się dla towarzystwa pokaszleć troszeczkę. Nie to, żeby mnie pan Piotr zaraził przez mikrofon i słuchawki. Natomiast tak jak kiedyś mówiłem, czas alergiczny to jest dla mnie słaby czas. Też łapię jakieś takie kaszelki nie wiadomo skąd biorące się. To tyle, jeśli chodzi o stan zdrowia. A teraz reguła, którą dzisiaj omówimy. Cytuję: „Proces wdrażania indoktrynacji do kultury powoduje trwałe fizjologiczne zmiany w mózgu. Kultura, w tym dieta, zmienia nas fizjologicznie, niezależnie od cech genetycznych, w tym różnic rasowych, parametrów środowiska i ekspresji genów”. Oj, panie Piotrze, czuję, że my dzisiaj dotykamy bardzo śliskich tematów.
[07:44:59] - Nie my dotykamy, tylko ci bandyci, którzy zajmują czasem temat naszych umysłów swoimi awanturami, tak skroili przestrzeń debaty na temat kultury genów, że po prostu oni dominują w tym terenie i po prostu walcząc między sobą, czy natura nature or nurture, czyli natura czy wychowanie. Na przykład jest taka słynna dychotomia, czyli albo jedno, albo drugie. Natomiast nie uwzględniają kompletnie tego, co jest głównym zasadniczo tematem w książce „Siły psychohistorii”, a mianowicie to, że oprogramowanie kulturowe generuje trwałe, funkcjonalne i dające się wykryć metodą na przykład rezonansu magnetycznego zmiany w budowie mózgu. Między innymi na przykład tu w eseju o samoudomowieniu Homo sapiens, samoudomowieniu i samooswojeniu Homo sapiens wskazałem, że... Przepraszam, bo łapię myśl naprawdę ledwo kuma, mimo że najgorsze minęło dwa dni temu. Natomiast w tym eseju o samoudomowieniu podawałem przykład, że ośrodek mowy i czytania, który wykształcił się w mózgu, kiedy człowiek zaczął czytać i pisać, on się powiększa. Niektóre kanały przepływu informacji w mózgu się zwiększają i jednocześnie dzięki temu zwiększają się pewne możliwości percepcyjne, możliwości inteligencji społecznej. To ma mierny wpływ na funkcjonowanie społeczności, do których te jednostki należą. Genialnym przykładem, już po pierwszym wydaniu „Sił psychohistorii” opublikowano badanie, Instytut Maxa Plancka w Niemczech. Tam jacyś badacze, nie pamiętam, to chyba był jakiś facet z Singapuru, ale to nie jest istotne.
Oni odkryli metodą rezonansu magnetycznego w dwóch najliczniej istniejących populacjach wzajemnie się wywołujących od stuleci, czyli arabskiej i niemieckiej, bo takie są dostępne, po prostu na tym robili badania. Oni stwierdzili, że dwa różne języki, w moim przekonaniu wykryli nie tylko kwestię tego, jaki ma wpływ sam język. Natomiast oni stwierdzili, że same struktury gramatyczne, budowa składniowa, wszelka inna języka, różnica jest między arabskim a niemieckim tak wielka, że dało się właśnie wykryć różne zmiany natężenia funkcjonowania pewnych obszarów mózgowych, zależnie od tego, czy to był język niemiecki czy arabski. Czyli inaczej mówiąc, jeden język potrafi fizjologicznie zmienić użytkownika w jeden sposób, a drugi język potrafi w drugi sposób. Innym oprócz przełamującym to tabu, czy jest nature czy nurture, czyli czy natura, czyli geny, czy też wychowanie, innym takim bardzo oczywistym przykładem jest kwestia jedzenia. To, jakie jedzenie spożywamy na co dzień, czyli jakie jest dostępne w jakimś danym obszarze geograficznym. Czy wcinamy ryż, a wokół nad głową latają karaluchy, tak jak tutaj lato jest na Tajwanie, właśnie zbliża się lato, także ojejku. Na marginesie dodam, że dwa razy w czasie snu karaluch mi wylądował na twarzy, bo karaluchy latają, jakby ktoś nie wiedział. To jest wyjątkowo traumatyczne przeżycie, zapewniam. Nie polecam nikomu, nawet wrogom.
Wracając, ryż na przykład jest produktem spożywczym, w którym nie ma witaminy D, o ile się nie mylę. Niech pan mi przypomni. W „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie” mam całą ramkę na temat tego, jak jeden ze współzałożycieli Greenpeace Walczył ze współczesnymi decydentami, dziczą ideologiczną z Greenpeace o to, żeby przyspieszyć zatwierdzanie do hodowli tak zwanego złotego ryżu, czyli ryżu, który ma rzeczywiście taki żółto-pomarańczowy kolor. A to dlatego, że produkuje właśnie te wszystkie witaminy, które wcześniej normalny ryż genetycznie w warunkach naturalnych, bo tak był hodowany, nie posiadał. I w związku z tym, że ten ryż nie posiadał właśnie niektórych składników niezbędnych, to ludzie, którzy się nim żywili, zwłaszcza najbiedniejsi i zwłaszcza w najbiedniejszych krajach świata, cierpieli na rozmaite choroby, właśnie niedobory. I na przykład była ta ślepota dziecięca, która była jedną z przyczyn stworzenia tej genetycznie zmodyfikowanej odmiany ryżu. Natomiast wracając już do głównego wątku, proszę zobaczyć, jeżeli tym głównym zbożem, które spożywamy, jest nie pszenica, która dostarcza to, co potrzeba, a ryż, to w tym momencie mamy na przykład mniejszy odsetek ludzi. Ja oczywiście podaję ten przykład taki troszeczkę wzięty z sufitu. Natomiast proszę zobaczyć, że jeżeli jest ten ryż i ludzie w czasach historycznych nie znali przyczyny, dlaczego jakieś choroby występują częściej albo rzadziej, a wśród tych, którzy jedzą ryż, częściej może występować taka ślepota dziecięca, to w tym momencie społeczności wykształcają zupełnie inną kulturę radzenia sobie z tym problemem. Inną kwestią dotyczącą żywności i odżywiania się są potrawy pikantne.
Otóż potrawy pikantne, w ogóle jakby ktoś o tym jeszcze nie wiedział, to zazdroszczę tego oświecenia, które właśnie nastąpi. Potrawy pikantne, czyli na przykład wszystkie przyprawy typu pieprz, papryka i tak dalej, to są wszystko substancje produkowane przez rośliny, substancje owadobójcze, więc one są też w wielu przypadkach bakteriobójcze i na przykład bardzo ostre potrawy w Tajlandii mają te swoje własności abiotyczną, dobrze to mówię? Przeciwbakteryjną i przeciwwirusową chyba też. Nie jestem do końca tego pewien. Natomiast przeciwbakteryjną na pewno. W związku z tym proszę zobaczyć, że jeżeli jakiś odłam homo sapiens żyje w środowisku wysokim genosycenia bakteriami chorobotwórczymi, to warunkiem przeżycia było stworzenie kultury spożywania produktów pikantnych. W Tajlandii jest to wyjątkowo paskudne dla mnie kuchnia. Bardzo przepraszam rząd króla tajlandzkiego i wszystkich żyjących wcześniej i teraz Tajlandczyków, ale tego się nie da jeść po prostu. Natomiast jedzenie rzeczy pikantnych na przykład działa też pobudzająco. W związku z tym może w jakiś sposób w niektórych sytuacjach, w niektórych warunkach sprzyjać większej agresji.
Czyli jeżeli to sprzyja większej agresji, to być może istnieją kulturowe jakieś instrumenty typu obyczajowość, które hamują tą agresję. Więc proszę zobaczyć, że tak naprawdę bardzo wiele zależy właśnie nie od genów i nie od ekspresji genów, zaraz do tego przejdziemy, ale właśnie od samego środowiska, w którym dany człowiek przeżywa, funkcjonuje. Ekspresja genów, czym zajmuje się tak zwana epigenetyka, polega na tym, że w niektórych warunkach środowiskowych niektóre geny są aktywowane silniej bądź słabiej, co pozwala w okresie płodowym organizmu albo w okresie dojrzewania wykształcić pewne cechy, które dopasowują do tego środowiska. Przykładem fascynującym było to, trąbiły o tym wszystkie czasopisma chyba trzy, cztery czy pięć lat temu, już nie pamiętam dokładnie kiedy. Natomiast robiono eksperymenty, że poddawano ciężarne myszki jakimś, że tak powiem, wstrząsom traumatycznym, nie do końca pozytywnym, ale przed każdym takim wstrząsem puszczano zapach wiśni. I okazywało się, że te dzieci, które się potem rodziły, reagowały traumatycznie właśnie na ten zapach, czyli przeczuwały jakieś zagrożenie, gdy tylko ten zapach wiśni następował. To było nie do końca, że tak powiem, replikowalne naukowo, natomiast to, z czym mamy do czynienia, z przekazywaniem informacji za pomocą czegoś innego niż właśnie te geny właściwe, czyli te DNA. Bo ekspresja genów to jest właśnie uruchamianie bądź wygaszanie niektórych genów w zależności od sytuacji. To jest bardzo skomplikowane i nie do końca dobrze poznane. Natomiast innym takim zjawiskiem, które jest już lepiej poznane, to jest to, że niektóre, między innymi przede wszystkim gatunki zajęców czy zajęcy.
Litości, nie wymyślę.
[07:55:14] - Nie, no zajęcy.
[07:55:14] - Zajęce. Tak, dziękuję. Więc niektóre zajęce.
[07:55:21] - Zające.
[07:55:22] - Zające, tak. Niektóre zające, znaczy bardzo wiele zwierząt tak robi, ale skupmy się właśnie na tym gatunku. W okresie zimowym zmieniają ubarwienie, że tak powiem, futra na taki ochronny, tak jak żołnierze zmieniają ubarwienie właśnie w zimie na biały, a w lecie na taki zielony khaki i tym podobne. Więc wszystkim tym można w jakiś sposób sterować. Na przykład gdy zakrywano fragmenty futra niektórym zwierzętom, to futro przykryte po zmianie aury na zimową pozostawało w kolorze letnim. Czyli proszę zobaczyć, istnieje mechanizm, który... Inaczej. To nie jest tak, że całe zwierzę przestawia się na futro zimowe, tylko skóra sama reaguje. Nie jest to całościowy mechanizm, inaczej mówiąc. Przepraszam, bo trochę żartobliwie brzmi to, natomiast jest rzeczywiście fascynujące.
Więc proszę sobie zobaczyć, wyobrazić w takim razie, skoro człowiek jest gatunkiem społecznym. Po drugie jest samoudomawiającym się. Udomowienie to jest selektywna hodowla w celu otrzymania jakichś pożądanych cech psychicznych albo fizjologicznych. W odniesieniu do zwierząt udomowienie się realizuje celem tego, żeby zwierzę lepiej służyło człowiekowi. Mięsem na przykład. Pożartowałbym trochę, ale już nie mamy chyba na to czasu. Natomiast jeszcze jest oswojenie. I to jest właśnie to, co robi kultura między innymi. To jest tak, jak uczymy się języka, ten arabski i niemiecki, na początku mówiliśmy. Oswojenie to jest proces, który następuje w każdym pokoleniu od nowa.
Kolejną aktualną wersją tego oprogramowania kulturowego aktualnego w danej cywilizacji, wykształconego do danego poziomu. Natomiast jest to też proces, który podlega parametrom, interakcjom z rozmaitymi innymi procesami typu właśnie nasączanie soku roku, obecność bakterii, a więc konieczność znalezienia jakiegoś sposobu na zwalczanie tych bakterii poprzez jedzenie rzeczy pikantnych i tak dalej. Także proszę zobaczyć, że ktokolwiek powie, że jest nature albo nurture, czy geny albo wychowanie, to po prostu nie wie, o czym mówi. Powiedzmy, że na tym skończymy. Przepraszam, bo zaraz się rozkaszlę zupełnie.
[07:58:02] - Ja tylko jako prosty człowiek jeszcze tak dopytam, żeby dopełnić obowiązku. Czyli jeśli teraz próbuje się w Europie zaszczepić zmianę diety na taką, zostawmy to „na jaką”, ale zmianę diety radykalną-
[07:58:22] - Na bezmięsną.
[07:58:23] - Na bezmięsną, to rozumiem-
[07:58:26] - Mięso daje speeda. To tak, jak koniowi dać owies i postawić na tym koniu niedoświadczonego jeźdźca. Ten koń zrzuci tego jeźdźca. Zresztą podawałem ten przykład w „Siłach psychohistorii”, że właściciel stadniny, który dba o życie i pieniądze tych jeźdźców początkujących, nie daje im koni, które żerły owies, prawda? Natomiast jeźdźcem, wpływając na motywację konia przed jazdą, pokazuje jabłko, ale to jabłko dostanie koń dopiero po tym, jak jazda zostanie skończona. Natomiast jeśli chodzi o mięso, to oczywiście człowiekowi daje speedu. Jest człowiek bardziej zenergetyzowany, bardziej skłonny do rozwiązań siłowych, dlatego że ma tą siłę. I jeżeli jesteś osłabiony, na przykład w obozie pracy, takim na przykład 15-minutowym, czyli są strefy wydzielone zależnie od każdego pojedynczego człowieka i do miejsca zamieszkania na przykład na te 15, z głowy sobie wziąłem tą liczbę, kompletnie niezwiązana z niczym. Wtedy można bez mięsa, czyli bez energii, czyli bez substancji, które są potrzebne do tego, żeby umysł mógł funkcjonować, jest bardzo łatwo go po prostu kontrolować. Co ciekawe, mówiliśmy chyba kilka miesięcy temu na temat glukozy.
Niedobory glukozy powodują osłabienie procesów wolicjonalnych, czyli zdolności do kontestowania narzucanej nam z zewnątrz jakiejś woli jakiegoś człowieka. To jest dłuższy temat, także zapraszam. Chyba na Telegramie zrobimy na ten temat znowu jakąś pogadankę.
[08:00:07] - Okej.
[08:00:08] - Natomiast... Tak? Już kończymy.
[08:00:11] - Proszę się wypowiedzieć do końca.
[08:00:14] - Nie, dziękuję. Nie, to już naprawdę koniec. Więc jeżeli zakłócimy komuś produkcję glukozy, to tego człowieka będzie łatwiej manipulować. Nie dlatego, że on nie nabrał odporności w pyskówkach w dzieciństwie z młodszym albo starszym bratem. Ze starszym to najgorsze. Natomiast dlatego właśnie, że na przykład ma mniej tej glukozy i z przyczyn czysto fizjologicznych nie potrafi się postawić, dlatego, że mózg nie pracuje mu, nie jest w stanie wskoczyć w ten tryb kontestowania. Właśnie dlatego, że nie jest karmiony dostateczną ilością glukozy. Wyrażam się niezwykle nieprecyzyjnie, bardzo proszę mi wybaczyć. Natomiast można o tym przeczytać i chyba dopiszę w najbliższym Telegramie tytuł tej książki, którą właśnie omawiałem parę miesięcy temu z panem Markiem. I to tyle.
[08:01:03] - Panie Piotrze, pięknie dziękuję. Dla naszych słuchaczy chyba taka przestroga: uważajcie państwo, co jecie i nie dajcie sobie wmówić, że jest politycznie niepoprawna żywność. To tylko tyle.
[08:01:21] - Zapraszam na Tajwan po karaluchy z ryżem.
[08:01:24] - Pięknie dziękuję i do usłyszenia panie Piotrze.
[08:01:28] - Do usłyszenia.
[08:01:31] - Piotr Belaniak podobno nie za dobrze sobie radzi głosowo. To co ja mam powiedzieć po dzisiejszym „Filmotekarium”? Po takim growlowaniu. To był absolutny hit dzisiejszej audycji. Proszę państwa, ślijcie państwo głosy, to może jeszcze kiedyś będzie nam dane I Veliosa w tej roli posłuchać było absolutnie magicznie.
[08:01:59] - Koń, ryba, koń, koń, ryba, koń. Koń, ryba, koń, koń, ryba. To już ta pora. Proszę państwa, to już ta pora.
[08:02:11] - Tak. No cóż, proszę państwa, kończymy audycję. Przypomnę, że następna audycja będzie już nieco krótsza. Rozpoczynamy tryb wakacyjny. Rok akademicki się kończy. Krócej nie oznacza, że krótko. Trzy, cztery godziny to naprawdę nie jest tak źle. Przypomnę, że „Bibliotekarium 2.0” startowało z pięciu godzin. Ostatnio rozrośliśmy się do siedmiu, a dzisiaj to już w ogóle nie będę komentował, bo to już jakieś szaleństwo jest. Zapraszam państwa oczywiście za tydzień.
Zapraszam, bo to będzie, cóż ja mogę powiedzieć? To będzie oczywiście absolutnie pasjonująca audycja. Ale tak zupełnie poważnie, będzie pasjonująca, bo to będzie audycja, w której będziemy gościć Aleksandrę Bednarską, którą państwo poznali przy okazji Wujaszka Hana i jego brudnych sprawek. Będziemy gościć Kazimierza Kyrcza i będziemy gościć Michała Stanowskiego. W tym gronie porozmawiamy o legendach miejskich. Co mam powiedzieć? Będzie po prostu pasjonująco. Poza tym, tak jak zwykle, mam przynajmniej taką nadzieję, będzie ciekawie. Już dzisiaj zapraszam. Wtedy, kiedy państwo będziecie słuchać tej przyszłotygodniowej audycji, ja będę zbierał materiał do przyszłego roku akademickiego.
Będę w Waplewie na Sedeńkonie. Tam masa, jak zwykle, ciekawych wykładów, prelekcji, masa ciekawych ludzi po prostu. Materiał do nowego roku akademickiego będzie się zbierał. Sam się będzie zbierał. Bardzo państwa pozdrawiam. Życzę dobrej końcówki nocy. Życzę w ogóle wszystkiego dobrego. Do usłyszenia w przyszłym tygodniu. Przypominam, że po dzisiejszym rekordzie zaczynamy już zjeżdżać z czasem audycji, ale w nowym roku akademickim damy czadu.
[08:04:38] - A mówił do słuchot do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.