[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Mole książkowe i filmowe już czekają w gotowości na kolejny zjazd na AWF-ie. Akademia Wszelkiej Fikcji właśnie dzisiaj po raz kolejny się zaczyna. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejną audycję, kolejną długą audycję. Opowiadając trochę o kuchni realizacyjnej, to powiem państwu, że była szansa na to, żeby to była najdłuższa audycja bibliotekaryjna w historii, ale Marek przywołał mnie do rozumu, do rozsądku, że jednak robienie audycji sięgającej ośmiu godzin to już nie jest normalne. Zakrawa to o głuptactwo. Zresztą ja tę audycję zrobiłbym przez zupełny przypadek. Po prostu tyle napakowałem różnych smakołyków, że nawet nie liczyłem czasu. Ale kiedy Marek skrzętnie go policzył, to wyszły takie kwiatki, więc część z materiałów trzeba było wystawić na przyszły tydzień. Nie zmarnują się, dotrą do państwa. Będzie czego słuchać.
Dzisiaj postaramy się utrzymać w granicy wyznaczonej wcześniej tradycją normy. To tyle słowem wstępu.
[02:02] - Poza tym wszyscy chyba wiemy, wszyscy się zgodzą co do tego, że przyjemności, szczególnie te radiowe, warto przedłużać.
[02:13] - Tak, ale już przyjęliśmy zasadę, że koło siedmiu godzin w roku akademickim, to już tej zasady się trzymajmy. Tak jak powiedziałem, na pewno-
[02:24] - Będzie więcej na następny raz, prawda?
[02:26] - Tak jest. Te nagrania się nie zmarnują. Zaczekają po prostu na państwa. A teraz już tradycyjne początkowe polecanki. Od razu Agnieszka Hałas. Agnieszka Hałas wydała właśnie w SQN zbiór 13 opowiadań. Nosi on tytuł „Świerszcze w soli”. To jest zbiór, który jest ciężko dostępny zarówno w hurcie, jak i w księgarniach internetowych. Dystrybucja jest prawie wyłącznie albo wyłącznie na stronie oficyny wydawcy, czyli SQN-u. Powiem tylko dla tych wszystkich zainteresowanych, że Agnieszka Hałas będzie gościem Sedyńconu, więc tam się ta książka na pewno pojawi, nie będę ściemniał.
Będzie do nabycia, pojawi się tam na pewno również sama autorka Agnieszka Hałas, więc to może będzie kolejny powód do tego, żeby się w Waplewie na Sedyńconie zjawić. Ja tylko powiem, że to nigdy nie jest tak, że miejsce dla chętnych się nie znajdzie. Zdecydować można się nawet w ostatniej chwili. Powiem państwu, że Bruno Kadyna na przykład doszedł do wniosku, że też się pojawi w Waplewie, też się pojawi wśród braci interesującej się fantastyką. On wybrał inną opcję. Przyjedzie z namiotem, przyjedzie również ze swoim kajakiem i będzie pływał po okolicznych jeziorach. Także macie państwo wszystkie opcje na stole. Kto chętny to zapraszam do Waplewa. Będzie się można spotkać z wieloma ciekawymi pisarzami zajmującymi się polską... Nie, to są Polacy, więc zajmującymi się fantastyką w różnym wydaniu.
Ja tam też będę tak na dokładkę, na doczepkę, więc i ze mną się będzie można spotkać. Kto może, kto chciałby, kto miałby ochotę pogadać sobie z czołówką polskich pisarzy, to jak najbardziej to jest dobre miejsce. Ale wracając do książki, te 13 opowiadań eksplorują różne ścieżki. Ścieżki, które można by nazwać niedostępnymi dla szkiełka i oka. Autorka prowadzi czytelnika przez wzory planu. To tajemnica. Trzeba przeczytać, żeby wiedzieć, o co chodzi. Przez rubieże zaświatów i meandry indywidualnych ludzkich losów. Ja państwa przepraszam, pewno dzisiaj ten kaszel będzie się powtarzał. Zaczęła się, nie, ona się już zaczęła dawno.
Wiosna rozkwitła nam i ja po prostu nie do końca radzę sobie ze swoją alergią i co jakiś czas, mówiąc szczerze, zatyka mnie tutaj, więc taki kaszelek może się powtarzać co jakiś czas. Biorę środki, ale jak taki czas pylenia najgorszy, to te środki łagodzą tylko objawy, ale nie eliminują ich zupełnie. W każdym razie wracając do książki, do zbioru opowiadań Agnieszki Hałas zatytułowanego, przypomnę "Świerszcze w soli". Jeszcze od wydawcy przeczytam: "Śmierć to dopiero początek drogi, zaś śmierci jest 21. Woda pamięta wszystkie wojny i wszystkie tajemnice, a zagubione dusze mogą znaleźć azyl daleko w innym wszechświecie, w królestwie najstarszego z synów Bożych." To tyle od wydawcy. Myślę, że intrygujące i po tę książkę trzeba sięgnąć. Ja zamierzam, a w dodatku, jak wszystko dobrze pójdzie, będę miał z autografem autorki. Kolejna pozycja, którą chciałbym państwu z czystym sercem polecić, to książka wydana przez Stalker Books. Książka jest antologią polskiej fantastyki, przy której maczał palce między innymi Paweł Majka. Nosi tytuł "Wenus".
To już jest druga antologia. Przedtem były "Neolegendy krakowskie", teraz mamy "Wenus". To jest, tak jak powiedziałem, antologia przygotowana przez sekcję literacką Krakowskiej Sieci Fantastyki. I tak jak mówiłem, po "Neolegendach krakowskich" druga z kolei. Wojtek Sadejko napisał w ten sposób o tej antologii: "Jak usłyszałem tytuł, uśmiechnąłem się półgębkiem, myśląc o swoim Marsie", bo taka antologia dwa lata temu przecież wyszła. Stalker Books wydał właśnie "Marsa", ale i tak, jak i Mars, nazwa Wenus stwarza bardzo szerokie pole popisu dla autorów. A wśród nazwisk, które znajdziecie państwo w tej antologii, jest nazwisko chociażby Pawła Majki, Ewy Zwolińskiej, Aleksandry Klęczar, Sabiny Bacior-Hadryś, Krzysztofa Rewiuka i przepraszam wszystkich autorów, ale tych autorów jest tak dużo, że musiałbym długo wymieniać, więc przepraszam. Ale ta antologia jest dostępna w sieci. Można sprawdzić, kto tam jeszcze napisał. Tytuły są fascynujące.
Naprawdę. Już chcę tę antologię kupić. "Wszystkie dzieci Wenus", "Trzy muszle i perła", "Wenus z Marsa", "Zaśpiewanie", "Jutrzenka", "Posąg", "Dwójduch", "Przyciąganie Wenus", "Waluta", "Baśń o inteligentnie i batrach na Wenus", "Góry Maxwella na Ziemi", "Isztar", "Kuszenie Najświętszego Eugeniusza", "Echo moich kroków", "Król Turyngii". Dwa wstępy w dodatku. "Przypływy Wenus" to jeszcze kolejny tytuł opowiadania. "Nie ma jak w Kosmodromie", "Gdy ludzie stają się bogami", "Na oczy królewny wenusjańskiej", "From Venus with love". I tak dalej. Proszę państwa, warto po tę książkę sięgnąć, bo jak się za to zabrała Krakowska Sieć Fantastyki, to na pewno warto. Skąd ta moja pewność? Po prostu czytałem "Neolegendy krakowskie" i to mi wystarczy.
To jest najlepsza rekomendacja, więc nieśmiało się upraszam, żeby to również była rekomendacja dla państwa. Na koniec jeszcze raz będę cytował Wojtka Sadejko na temat nowej serii wydawnictwa Vesper. Ukradłem sobie tę wypowiedź. Tak nie do końca kradłem, ale na pewno pożyczyłem z bloga Wojtka Sadejki. Ten blog jest bardzo prosty. Jak sobie państwo wpiszecie w wyszukiwarkę „Sadejko blog”, to natychmiast się państwu pojawi. A ponieważ Wojtek o tej nowej serii Vesperu napisał, postanowiłem państwu po prostu na bezczela przeczytać. Oczywiście oddając autorowi co autorskie, czyli podkreślając, że to jest wypowiedź Wojtka Sadejki. Cytuję: "Obserwując rynek widzę coraz bardziej pogłębiający się rozłam wśród fanów, czytelników fantastyki. Nie przejawia się on dyskursami, wymianami zdań, pompatycznymi polemikami.
Ot, nastąpił cicho i bez wybuchu petard. Mamy więc część czytelników oddanych fantastyce, jaką znaliśmy od lat. Science fiction, fantasy, cyberpunk, weird fiction, groza i horror. To najczęściej są odbiorcy 35+. Druga grupa to czytelnik nastoletni, traktujący fantastykę jako wspólny mianownik gier komputerowych, planszowych, komiksów, cosplayu i tak dalej. Zdecydowanie wolą fantasy, chociaż traktują wszystkie te popkulturowe składniki jako jedno. Są czytelnicy odpowiadający obu tym profilom, ale nie są liczni. Powyższy obraz odmalowałem w dużym uproszczeniu. Należę zdecydowanie do pierwszej grupy, choć jestem geekiem pogłębiającym swoją wiedzę w ulubionej dziedzinie, ale nie znajduję wiele, albo raczej nic w literaturze proponowanej dla young adults. Z racji wieku i ogromu przeczytanych książek rzecz chyba zrozumiała.
Dlaczego napisałem, że to rozłam? Bo widzę bardzo wyraźnie, że z nastoletniego zaplecza, czyli z grupy drugiej, bardzo niewielu czytelników przechodzi do grupy pierwszej. Każda z grup czyta swoich autorów, cykle, gatunki. Wydawnictwa wyczuły pismo nosem i takich oficyn, które kierują ofertę dla młodego czytelnika, jest bez liku. Wręcz- Bardzo trudno nawet prześledzić pełną ofertę. Wydawnictw, które oferują książki dla starszego czytelnika jest mniej, co właściwie dziwne, bo to raczej grupa czytelniczo większa i zamożniejsza. Z obu grup odchodzą czytelnicy, w jednej z powodu wieku, w drugiej, bo wyrastają, ale nie stają się członkami drugiej grupy. Kiedyś to było płynne. Wydawców od starej fantastyki jest niewielu. W ofercie najczęściej pojawiają się wznowienia.
Szkoda, bo wciąż są setki książek wartych wydania. To aktualnie Starker Books, MAG, Rebis, Drageus, Vesper i sporadycznie inni wydawcy jak Zysk, Prószyński, Insignis, SQN. Nie wliczam tu wyspecjalizowanych wydawców grozy i horroru. Dużo powstałych serii idzie tropem solarisowym. Cieszę się, bo dobrze jest proponować starą, dobrą SF czytelnikom. Wiadomo, nie wszyscy mają wszystko. Wciąż można kupić coś nieznanego. W dodatku aktualnie wydania są ładne, w twardej, często szytej oprawie. Zajmijmy się Vesperem. W swoich seriach grozy sięgali po twardą SF.
Tworzyli miniserię z Wellsem. Ładnie prezentują twórczość Dana Simmonsa, ale tę weird fiction i grozy. Myślę tu o Danie Simmonsie. Teraz uruchamiają serię „Wymiary”, w której znajdzie się klasyka SF. Okładki mają pewien wspólny sznyt i typografię. Zajął się tym Maciek Garbacz, który kiedyś robił okładki do moich „Rakietowych szlaków” czy niektórych książek Galaktyki Gutenberga. Mamy więc przypomnienie fantastyki lekkiej, łatwej i przyjemnej od Harry Harrisona. Mamy klasykę science fantasy Jacka Vance'a. Całość cyklu w jednym woluminie jest zaplanowana. Mamy trzy książki Silverberga, a także nieznaną u nas powieść Nivena.
Mamy zapowiedź Petera Wattsa. Cóż, pozostaje mi przyklasnąć. Ja książek Vespera i MAG-a też nie sprzedaję niestety tak dużo, jakbym chciał. Obaj ci wydawcy stosują taktykę, która powoduje, że księgarze niechętnie albo wcale nie biorą tych książek do dystrybucji. Otóż wydawcy ci sprzedają swoje premiery w firmowych sklepach od razu z takim rabatem, że księgarz nie ma szans z nimi konkurować, zaopatrując się w hurcie czy nawet bezpośrednio w wydawnictwie. Więc nie biorą. Będzie to miało wpływ na sprzedaż, ale długoterminowo. A że książki są grube, prawa kosztowne, przekłady tudzież, może się to okazać w przyszłości błędem. To taki może nie do końca radosny wpis, ale też wpis, z którego można zaciągnąć bardzo ciekawą informację, że ta nowa seria SF Vespera się pojawia. Warto na stronie wydawcy polukać troszeczkę, co tam ciekawego w ofercie w niedługim czasie na rynku się pojawi.
To tyle dzisiejszych polecanek. Może skromne, ale za to jak państwo zobaczycie serię Vespera, to i tak będziecie państwo zadowoleni. Ja tylko przypomnę, mówiłem dzisiaj króciutko o książce Agnieszki Hałas „Świerszcze w soli”. Mówiłem o antologii wydanej przez Krakowską Sieć Fantastyki zatytułowanej „Wenus”, i o nowej serii SF Vespera. Proszę państwa, a teraz czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj temat, który budzi emocje i będzie budził emocje. W każdym razie budzi te emocje u mnie. Mam nadzieję, że u części państwa chociażby troszeczkę. Zaczniemy od tytułu. Czy żyjemy w symulacji komputerowej?
To pytanie bardzo często zadawane, bardzo często tłuczone przez różne podcasty, chociażby na YouTubie. Ja dzisiaj postanowiłem w korepetycjach sięgnąć do źródła. Do autora, który nosi nazwisko Bostrom, konkretnie Nick Bostrom. Tekst, a właściwie wywiad z nim ukazał się w moim ulubionym dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2015 roku, czwartym. I tak jak zawsze to jest tekst dostępny na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. A zatem jeszcze o Nicku Bostromie. Nick Bostrom to jest profesor filozofii Uniwersytetu w Oksfordzie, dyrektor Future of Humanity Institute i Oxford Martin Program on the Impacts of Future Technology. Jest też znany z publikacji dotyczących zasady antropicznej i transhumanizmu. Obecnie zajmuje się zagadnieniami związanymi z makrostrategią. Cóż, proszę państwa, jedziemy zatem z wywiadem z Nickiem Bostromem.
Nauka ujawniła bardzo wiele na temat świata i pozycji, jaką w nim zajmujemy. Odkrycia te, ogólnie rzecz biorąc, były przygnębiające. Ziemia nie znajduje się w centrum wszechświata. Nasz gatunek wywodzi się od brutali. Składamy się z tego samego co błoto. Jesteśmy poruszani przez neurofizjologiczne sygnały i podlegamy najrozmaitszym biologicznym i psychologicznym, a także socjologicznym uwarunkowaniom, o których wiemy bardzo mało i posiadamy nad nimi ograniczoną kontrolę. Owoce postępu. Postęp technologiczny pozostaje jednym ze źródeł naszej dumy. Pokolenia, które były przed nami, zbudowały ogromną infrastrukturę technologiczną. Tak jak polipy tworzące w długim czasie rafy koralowe.
Miejsce naszego życia jest w znacznym stopniu efektem ludzkiej działalności. Jednak fakt postępu technologicznego w pewnym sensie również jest przygnębiający. Sugeruje bowiem, że najbardziej zaawansowana technologia, którą dzisiaj dysponujemy, jest niesłychanie ograniczona i toporna w porównaniu do tej, którą będą posiadać nasi potomkowie. Jeśli dokonamy eksploracji tych spodziewanych osiągnięć technologicznych i pomyślimy o niektórych ich logicznych konsekwencjach, to dojdziemy do kolejnej przygnębiającej konkluzji. Argumentu symulacji, który spowodował trochę zamieszania, odkąd opisałem go trzy lata temu. Po raz pierwszy wspomniałem o nim w artykule „Are You Living in a Simulation?” w Philosophical Quarterly w 2003 roku. To jest przypisek tłumacza. Argument symulacji. Formalna wersja tego argumentu wymaga odwołań do rachunku prawdopodobieństwa, ale jego główną ideę można uchwycić bez pomocy matematyki. Wychodzi ona od stwierdzenia, że cywilizacje istniejące w przyszłości będą dysponować wystarczającą mocą obliczeniową i takimi zdolnościami z zakresu programowania, aby móc stworzyć coś, co nazywam symulacją przodków.
Byłyby one dokładnymi symulacjami poprzednich istot, które dokonały symulacji. Dokładnymi na tyle, żeby symulowane umysły były świadome i posiadały te same rodzaje doświadczeń, którymi my dysponujemy. Spróbuj pomyśleć o tej symulacji jako bardzo realistycznie urządzonym środowisku wirtualnym, ale takim, w którym mózgi zamieszkujące ten świat same stanowią część symulacji. Argument symulacji nie przesądza, ile czasu musi upłynąć, zanim taka zdolność zostanie osiągnięta. Niektórzy futurologowie sądzą, że zdarzy się to w ciągu najbliższych 50 lat. Nawet jeśli miałoby to zająć 10 milionów lat, to w żaden sposób nie wpływa to na poniższy argument. A oto wniosek argumentu. Głosi on, że z trzech poniższych zdań jedno z nich przynajmniej musi być prawdziwe. Pierwsze zdanie. Prawie wszystkie cywilizacje znajdujące się na niższym poziomie rozwoju wyginęły, zanim osiągnęły technologiczną dojrzałość.
Zdanie drugie. Liczba technologicznie dojrzałych cywilizacji, które są zainteresowane symulowaniem przodków, jest niemal równa zeru. Trzecie zdanie. Prawie na pewno żyjesz w symulacji komputerowej. Do czego prowadzi ten argument? W jaki sposób uzyskaliśmy ów wniosek? Załóżmy, że pierwsze ze zdań jest fałszywe. W takim razie znacząca liczba cywilizacji na naszym poziomie rozwoju po upływie długiego czasu stała się technologicznie dojrzała. Przyjmijmy, że również drugie zdanie nie jest prawdziwe. Wtedy znacząca liczba takich cywilizacji dokonuje symulacji przodków.
Jeśli więc oba te zdania są fałszywe, to będą istniały symulowane umysły takie jak nasze. Jeśli skupimy się na liczbach, to odkryjemy, że musiałoby istnieć o wiele więcej umysłów symulowanych niż niesymulowanych. Zakładamy tutaj, że technologicznie dojrzałe cywilizacje miałyby dostęp do nieograniczonej mocy obliczeniowej. Chodzi o moc tak ogromną, że użycie jej nawet w niewielkim stopniu do symulacji przodków pozwoliłoby tym cywilizacjom na uruchomienie miliardów takich symulacji, z których każda zawierałaby tylu ludzi, ilu kiedykolwiek istniało. Innymi słowy, prawie wszystkie umysły takie jak twój byłyby symulowane. Zatem na mocy bardzo słabej wersji zasady nieodróżnialności byłbyś zmuszony stwierdzić, że prawdopodobnie jesteś raczej jednym z tych symulowanych umysłów, niż tych, które symulowane nie są. Zatem jeśli sądzisz, że oba rozpoznawane zdania są fałszywe, to powinieneś uznać trzecie zdanie. Odrzucenie tych wszystkich zdań jest bowiem niespójne. Należy zauważyć, że argument symulacji nie dowodzi, iż żyjesz w symulacji. Wniosek argumentu jest taki, że przynajmniej jedno z powyższych trzech zdań jest prawdziwe.
Argument nie wskazuje jednak które. Stan niepewności. W istocie nie dysponujemy żadnymi szczególnymi danymi, żeby określić, które z tych zdań jest prawdziwe. Zdaje się, że rozsądne byłoby danie im mniej więcej równej wiary. Przyjrzyjmy się każdej z możliwości. Pierwsze zdanie jest w miarę zrozumiałe. Być może jest tak, że jakaś technologia jest dostępna dla każdej wysoko rozwiniętej cywilizacji po odpowiednio długim czasie, ale jednocześnie doprowadza do jej zniszczenia. Miejmy nadzieję, że tak jednak nie jest. Zdanie drugie wymaga pewnej zgodnej tendencji wśród wszystkich zaawansowanych cywilizacji. Polega ona na tym, że prawie żadna z cywilizacji nie jest zainteresowana tworzeniem symulacji przodków.
Można sobie pomyśleć o wielu różnych powodach, dla których przyszłe cywilizacje dokonałyby takiego wyboru. W każdym razie, żeby drugie zdanie było prawdziwe, praktycznie wszystkie cywilizacje musiałyby się w pewien sposób samoograniczyć. Jeśli taka byłaby prawda, to stanowiłoby to intrygującą przeszkodę dla przyszłej ewolucji inteligentnego życia. Z filozoficznego punktu widzenia trzecia możliwość jest najbardziej frapująca. Jeśli jest prawdziwa, to prawie na pewno żyjesz w symulacji komputerowej wytworzonej przez wysoce rozwiniętą cywilizację. Odkrycia Kopernika i Darwina, a także współczesnych naukowców dotyczą praw i procesów zachodzących w symulowanej rzeczywistości. Prawa te mogą, ale jednocześnie nie muszą być tożsame z tymi, które obowiązują na bardziej podstawowym poziomie rzeczywistości. Chodzi o ten poziom, w którym istnieje komputer dokonujący naszej symulacji, który zresztą sam może być też symulacją. W takim ujęciu nasza pozycja w świecie okazałaby się jeszcze bardziej przygnębiająca. Jakie miałoby to konsekwencje?
Jak mogłoby to wpłynąć na twój sposób życia? W pierwszym odruchu pewnie pomyślałeś, że jeśli trzecie zdanie jest prawdziwe, to pozostaje ci tylko zwariować, bo okazuje się, że wszystko jest możliwe. Takie myślenie byłoby jednak błędne. Nawet jeśli tkwimy w symulacji, to najlepszymi metodami przewidywania dalszego biegu zdarzeń są te, które świetnie znamy. Szacowanie na podstawie minionych tendencji, modelowanie naukowe i zdrowy rozsądek. Wydaje się, że gdybyś naprawdę myślał, że tkwisz w symulacji, to i tak powinieneś radzić sobie z życiem, podobnie jak w symulacji, w której byłbyś przekonany, że prowadzisz niesymulowane życie na podstawowym poziomie rzeczywistości. Gdybyśmy tkwili w symulacji, to czy kiedykolwiek moglibyśmy mieć co do tego pewność? Jeśli twórcy symulacji nie chcieli, żebyśmy o tym wiedzieli, to prawdopodobnie nigdy nie będziemy wiedzieli. Jeśli jednak zdecydowaliby się ujawnić, to z pewnością by to zrobili. Kolejna sytuacja, która pozwoliłaby nam z wysokim stopniem prawdopodobieństwa stwierdzić, że tkwimy w symulacji, polegałaby na osiągnięciu takiego etapu rozwoju, w którym bylibyśmy zdolni uruchomić własną symulację przodków.
To zaś stanowiłoby bardzo mocne świadectwo przeciwko pierwszym dwóm zdaniom, zostawiając nas jedynie ze zdaniem trzecim. I to warto przemyśleć. Przełożył ten tekst dla państwa Błażej Gębura. Teraz sięgam pamięcią do początku mojego przekazu dotyczącego tego artykułu i chyba państwu powiedziałem, że to będzie czytany wywiad. Tak to się dzieje, jak człowiek za dużo czyta, bije się w pierś. Bo poza artykułem Nicka Bostroma, który państwu zacytowałem przed chwilą, czytałem równolegle wywiad z nim i tak mi jakoś w głowie zostało, że się wysypałem. W każdym razie to wywiad rzeczywiście nie był, ale więcej grzechów nie pamiętam. Jedziemy z programem dalej. A co dalej? Pamiętacie państwo, całkiem niedawno polecałem w polecankach książkę Henryka Tura zatytułowaną „W sercu otchłani”.
Było to w polecankach. A dzisiaj autor Henryk Tur będzie naszym gościem. Kilka słów o autorze. Henryk Tur, rocznik 1977. Debiutował na łamach prasy drukowanej w 2002 roku. Był publikowany w takich czasopismach jak „Science Fiction”, w „Magazynie Fantastycznym”, w „Gwiezdnym Piracie”. Jego teksty znalazły się w sześciu antologiach: „Bez bohatera” w 2005 roku, „Dziedzictwo gwiazd” w 2012, „The best of Magazin Fantastyczny” oraz „Ostatni dzień Pary 2”. Debiut książkowy Henryka Tura to 2 grudnia 2015 roku, a chodzi konkretnie o powieść „Z krwi i ognia. Rozkład i rozkosz”. Następnie w 2022 roku ukazała się antologia zawierająca teksty publikowane w wymienionych wcześniej periodykach.
Tego samego roku nakładem własnym autor opublikował opowieść science fiction „W sercu otchłani”, tę, o której mówiłem. A ta opowieść teraz dostanie drugie życie. Już państwu tłumaczę dlaczego. Wydawnictwo Odestwa, które państwo znacie z „Bibliotekarium”, przygotowuje właśnie do druku niemal cały dorobek literacki Henryka Tura. Roboczy tytuł to są „Księgi Tura”. Uśmiecham się przy tym, bo rzeczywiście fajne nawiązanie. To będzie tom 11 flagowej serii wydawnictwa Szamani Fantastyki. Poza „Sercem otchłani” pojawią się opowiadania, różne rzeczy, które autor napisał. Ma ten tom pojawić się w drugiej połowie 2023 roku, całkiem niedługo. No cóż, proszę państwa, na co dzień autor jest też redaktorem w PC World oraz copywriterem.
To tyle takich danych biograficznych, twardych. A teraz zapraszam państwa na rozmowę z autorem. Myślę, że bardzo ciekawą. Dzień dobry wieczór, panie Henryku.
[31:09] - Witam serdecznie. Witam słuchaczy.
[31:14] - Tak, „Bibliotekarium 2.0” już miało tę przyjemność i rekomendowało pana książkę „W sercu otchłani”. Ja musiałem tę książkę sobie wtedy ponownie przyswoić, bo troszeczkę czasu minęło, od kiedy ja dostałem ją w przesyłce. Musiałem sobie ją przyswoić ponownie i muszę powiedzieć, że czytałem ją, nie wiem, jak określić stan ducha, z fascynacją. To jest chyba najlepsze określenie, bo nagle odkrywałem, że rzeczywiście te wszystkie komentarze, które znajdziecie państwo w internecie na temat tego, że to jest książka niezwykle lemowska. Teraz, kiedy czytałem po raz drugi, przekonywałem się, że to nie są komentarze na wyrost. Zasypałem naszego gościa w tej chwili pochwałami, a w każdym razie jakąś tam oceną. To teraz proszę, żeby pan Henryk się ustosunkował.
[32:18] - Oczywiście na początku może zacznę od takiej podobno anegdoty, jak pan powiedział, że czytał ponownie moją książkę. Śmiało się, jak w latach bodajże 70. Mrożek idzie przez Kraków i spotyka maturzystę, który idzie taki ze smętną miną. I się pyta maturzysty: „Przepraszam pan maturzysta?” „Tak.” „Dzisiaj był polski?” „Tak.” „Było „Tango?” „Tak.” „To ja pana bardzo przepraszam.” Ale jeśli chodzi o mnie, to jest tak. Rzeczywiście to powstało, na pewno jest jedną z najlepszych książek, właściwie najlepszą science fiction. Uważam „Fiasko” Lema, które znam po prostu fragmentami już na pamięć. Książka jest tak często czytana, że w tej chwili jest w kilkunastu fragmentach dosłownie. Dlatego słucham audiobooka przede wszystkim. I co muszę powiedzieć? Zaczęło się to przede wszystkim pomysłem.
Zrobił się w 2010 roku, kiedy dużo czytałem tych książek popularnonaukowych, co wydaje Prószyński i S-ka. I tam był Michio Kaku i tam była hiperprzestrzeń. Strasznie mi się spodobały te koncepcje, które on tam przedstawił. Zresztą to jest książka, która wyszła w 1996 roku i po dzień dzisiejszy jest bardzo aktualna. Tam było bardzo dużo na temat tego, jak na przykład istota czterowymiarowa widziałaby trzy wymiary, jak my byśmy widzieli cztery wymiary, jak by to na przykład było, gdyby ktoś chciał sobie wyobrazić na przykład przestrzeń pięciowymiarową. I jakoś tak miałem wysoką temperaturę. Coś mnie wtedy rozbierało, nie pamiętam już nawet co. Może to była anginą nawet. I właśnie mi się śniło coś, co potem jest opisane w książce. To właśnie było związane z wymiarami.
Widziałem po prostu, jak wygląda czas w postaci takich szeregów ułożonych kart. I każda karta to jest ułamek sekundy życia. I te karty tworzą taką nieskończoną wstęgę, która się ciągnie, można powiedzieć, w kierunkach, ale to jest przestrzeń, w której kierunków zasadniczo nie ma, więc po prostu się ciągnie. Istnieje sama w sobie. I stwierdziłem, że ja to muszę gdzieś opisać. Potem jakoś tak wyszło, że zacząłem się też interesować bardziej poszukiwaniem żyć pozaziemskich i bardzo mnie to zresztą zawsze w fantastyce irytowało, że wszędzie, gdzie mnie polecą statki ludzkie, tam zaraz spotykamy dwunogich humanoidów, którzy się różnią od nas tylko tym, że mają rogi na głowie, drugą parę oczu czy też ogon i takie tam bzdury. Co jest trochę niemożliwe, bo każda planeta, zwłaszcza egzoplaneta, ma inne warunki. Zaczynając od tego, że w ogóle ludzka forma jest daleka od doskonałości, a kończąc na tym, że sam budulec może być inny. Tak na przykład ostatnio czytałem „Zniszczenie” Jacka Iworskiego i tam było: „Po drodze mijali planetę krzemowców”. Właściwie cały układ planetarny zamieszkany przez krzemowców.
I takie na przykład krzemowe formy życia. To jest z drugiej też strony, ja wcześniej takie niehumanoidalne formy życia to widziałem u Śniegowa w „Dalekich szlakach”. Tam występuje parę takich form, choćby sami ci zływrogi, choćby też było tam „wężopanna z Vegi”, nawet tak się ten rozdział nazywa.
[35:46] - Tak, tam nawet miłość się pojawia między gatunkowa.
[35:50] - Oczywiście nie chcę spoilerować tym, co będą czytać. W każdym razie dołączyłem do tego swoje rozważania, jak mogłoby życie pójść inaczej, w jakie formy by ewoluować. Do tego dodałem też czarną dziurę, o których też wówczas sporo się naczytałem. I w połączeniu z maniackim czytaniem „Fiaska” dało to taki efekt, jak dało „W sercu otchłani”. Zaplanowałem, bodajże przez pół roku tworzyłem scenariusz. Ja tak zawsze mam. Mam jakiś pomysł, zapisuję go jako scenariusz w punktach i potem te punkty kolejno realizuję. I w końcu mam gotową całość. Jeśli już zapisuję to w punktach, to mogę nawet zapomnieć, o czym myślałem wówczas, jak to wymyślałem, ponieważ mam tak zapisane, że Wystarczy, że popatrzę i już wiem, o co chodzi. Także mam niektóre teksty w tym momencie, scenariusze sprzed 20 ładnych lat.
Kiedy je napiszę w końcu? Także „W sercu otchłani” taki scenariusz użyłem w 2017. W 2018 zacząłem to pisać. Procesu pisania za dobrze nie pamiętam. W każdym razie bardzo mi fajnie szło, bo wszystko miałem ułożone jak, co i kiedy. A jak to zawsze w pisaniu bywa, też parę pomysłów się wykluło na bieżąco. Nie były to pomysły, które szczególnie wpływały na fabułę, ale były to takie pomysły, które ją wzbogacały. I w końcu efekt finalny okazał się 230 000 znaków. To jest jak na książkę bardzo krótko, dlatego też nie mogłem znaleźć żadnego wydawcy, bo wydawnictwa zaczynają od 300 000 się interesować. Poza tym klasyczne science fiction to nie jest bardzo trendy w tym momencie, więc postanowiłem wydać sam.
A że w międzyczasie akurat nawiązałem kontakt z jedną drukarnią, w której bardzo mili ludzie pracują, wszystko mi wyjaśnili: jak to złożyć, jak zrobić okładkę. Także praktycznie zrobiłem wszystko samodzielnie. Jedyny wyjątek to jest redakcja, którą tutaj z kolei wynająłem w pracy, bo jestem na co dzień redaktorem, mam w pracy korektorkę. Wynajęło ją do tego zadania, sporo zapłaciwszy zresztą. I całkiem dobrze zrobiłem, bo już po pierwszym czytaniu 720 poprawek musiałem wprowadzić. To pamiętam jak dziś. 720 komentarzy było w tekście, że tu nie tak, tu nie tak. I rzeczywiście dzięki temu to się udało doprowadzić do obecnej formy, z której też do końca nie jestem zadowolony i planuję drugie wydanie, gdzie będzie kilka dosłownie poprawek, które mi się zdarzyło przeoczyć, niestety. To też takie drobne, kosmetyczne sprawy, niemające wpływu na fabułę, ale lubię, żeby to było zrobione porządnie. I cóż, książka została wydana.
Okazało się, całkiem miło się przyjęła. Z całego nakładu pierwotnego, to było 500 sztuk, zostało mi w tym momencie dosłownie 13. Większość się sprzedała drogą wysyłkową, poprzez kanały wysyłkowe. Było na Allegro wystawione, na OLX, na grupach oczywiście różnych fantastycznych, poprzez mój fanpage na Facebooku oraz parę osób, znajomych dostali pakieciki, wzięli je na różne targi, konwencje w Polsce. Także i w Gdańsku była nad morzem sprzedawana, i teraz w Warszawie właśnie, we Wrocławiu też. Także zasięg dosyć spory. Zdaje się, że chyba dwa egzemplarze za granicę wysłałem, jeden do Holandii, drugi do Niemiec. Także troszkę się rozeszło. Bardzo jestem z tego zadowolony. I myślę, że drugie wydanie będzie, ale kiedy, to nie jestem w stanie powiedzieć.
Marzy mi się taka książka, w której będą trzy duże opowieści tego typu zebrane w jednym tomie. Rozmawiałem z Jackiem z Odessy, nie ma nic przeciwko. Te dwie pozostałe opowieści są na bardzo zaawansowanym etapie pisania. Też takie hard science fiction, chociaż może nieco inny format. Jedno jest bardzo w przyszłości i bardzo nietypowe będzie. Natomiast drugie, tutaj miałem ciekawy koncept. Proszę sobie wyobrazić, że wszyscy ludzie na Ziemi nagle dostają amnezji. Wszyscy, dosłownie, gdziekolwiek by nie byli, co by nie robili, na całym globie. Co 120 godzin ta amnezja wraca, więc wszystko znowu zapominają, co robili. Efekty łatwo przewidzieć.
Wszystko pójdzie w rozkurz prędzej czy później, bo nikt nie pamięta jak coś robić, jak używać urządzeń. Kto by się uchronił od takiej amnezji? Otóż od takiej amnezji by się uchroniły wyłącznie osoby przebywające na orbicie, na przykład w takiej Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. To jest pisane z dwóch perspektyw: człowieka, który jest na dole i ma amnezję. On jest poddawany tej amnezji. I ludzi, którzy są w tej stacji i kompletnie nie wiedzą, co się dzieje, ponieważ nikt się z nimi nie kontaktuje. Nie mają kontaktu z Ziemią. Właśnie z tego powodu, że wszyscy mają amnezję i w ogóle nie zdają sobie sprawy, co się dzieje dookoła. Także będzie to, myślę, dość mocny pakiecik. To ja panu przerwę w tej chwili, bo powiem tak: rasowego pisarza można poznać po tym, że jak sprzedaje swoją wizję, to natychmiast słuchacze podążają za tą wizją.
Więc panu się udało. Ja natychmiast podążyłem za tą wizją. Może niezgodnie z pana zapatrywaniami albo planami, ale ja od razu miałem wizję taką, że ci ludzie na orbicie wcześniej czy później staliby się takimi półbogami, przewodnikami dla tych ludzi na dole. Ale to jest moja koncepcja. Zostawmy ją w spokoju. Natomiast jeszcze tak tytułem takich rekapitulacji, to powiem tak: dobry redaktor, dobry korektor to jest skarb i czy on zrobi 720, o ile dobrze pamiętam, poprawek, czy ich zrobi koło 1000, to nie ma większego znaczenia, bo celem tak naprawdę jest to, żeby ta książka była dobra. Ja myślę, że piszący na bardzo wczesnym etapie przeżywają tak mocno, że te poprawki tam są. Myślę, że to jest rzecz nieunikniona. Inaczej jeszcze powiem. Znam kilku bardzo zaawansowanych pisarzy, którzy zbierają laury to tu, to tam.
[43:02] - A jakby ktoś z postronnych dowiedział się, jak wyglądają ich egzemplarze redakcyjne, to by się bardzo zdziwił. To wcale im ujmy nie przynosi, a raczej kierowałbym się takim przekonaniem, że wszyscy, którzy biorą udział przy powstawaniu książki, tak naprawdę pracują na to, żeby ta książka odniosła sukces.
[43:27] - Tak, to właśnie taka gra w tej samej drużynie na jedną bramkę. Dużo mnie to nauczyło. Jak zobaczyłem, jak wyglądają zmiany, jak zmienia się tekst na lepsze. Nauczyłem się też paru nowych dla mnie zasad, bo zawsze robiłem na przykład błędy, że w niektórych wyrażeniach używałem przecinka. Okazało się, że nie, nie trzeba, a tam, gdzie nie używałem, to właśnie trzeba. Dało mi to naprawdę na tyle duże doświadczenie, że potem sam zacząłem redagować teksty innych. Zawodowo też, częściowo, ale swoich się nie podejmuję, bo to musi ktoś z boku stanąć.
[44:10] - To nigdy dobrze nie wychodzi, jeśli się redaguje samemu własne książki. Natomiast powiem jeszcze tak, z pewnych dowcipów, to na przykład moja redaktorka oduczyła mnie gadulstwa, bo przekonała mnie, że mowa, którą posługujemy się na co dzień, jest często ceniona i barwna, i wszyscy się nią zachwycają, to jednak w formie pisanej się nie sprawdza i jest odbierana właśnie jako gadulstwo. I moja redaktorka od jakiegoś czasu z tym moim gadulstwem walczy. Nie powiem, bardzo skutecznie. Już dzisiaj doszedłem do tego momentu, w którym jest tak, że kiedy coś piszę, to łapię się na tym, że mówię sobie: „Nie, tak nie mogę napisać, bo co powie pani redaktor?”. W związku z tym już jest jakiś rodzaj autocenzury, ale w tym wypadku jest to autocenzura jak najbardziej pozytywna. Natomiast ja mam tu przy okazji pytanie jeszcze. Powiedział pan, że książka miała 230 000 znaków i od razu sobie pomyślałem, uśmiechnąłem się nawet w tym momencie, że pan jest takim człowiekiem, który jest niepoprawnym idealistą. Bo jakby panu tak zależało, żeby tego czytelnika zawojować, to by pan napisał 800 000 znaków, powieść zrobił „W sercu otchłani” na 800 000 znaków i to byłoby trendy. Tymczasem pan miał do napisania określoną treść.
Napisał ją pan, przegadał. To jest taka troszeczkę wojna postu z karnawałem, bo inne trendy się dzisiaj promuje. Książki muszą być opasłe. Tymczasem pana książka jest w sam raz i po prostu opowiada o tym, o czym miała opowiadać, a nie o tysiącu innych rzeczy.
[46:10] - Raz bardzo lubię odwołania, dwa to, co pan wspomniał. Miałem takie zabawne zdarzenie. Tu właśnie teraz w Odesswie będzie książka „Poza światem”, w której znajduje się powieść „Poza światem” plus zbiór opowiadań, plus opowiadanie bonusowe. To „Poza światem” również ma około 230 000 znaków. I właśnie była taka zabawna sytuacja. Rozsyłałem to do różnych wydawnictw i odpisał mi z jednej dużej firmy polskiej, największej na rynku można powiedzieć. Bardzo się podoba, bardzo by chcieli wydać, ale jest jedno „ale”. Jakie? U nich powieść to musi być minimum 500 000. Czy ja bym dopisał 270 000 do tego, co mam?
Rozumie pan, do 230 dopisać 270. Wtedy wydadzą.
[46:57] - Ja panu właśnie zaproponowałem nawet 800. Nie, to wiem. To żart jest. To jest po prostu żart.
[47:04] - Ja mam po prostu ściśle scenariusz określony. Tak. Wiem, oczywiście. Podziękowałem i też planowałem właśnie po „Sercu otchłani” wydać to samodzielnie, ale akurat przytrafiła się Odessa. I wyjdzie to i zbiór opowiadań, który miał być następny. Tak że wszystko wyjdzie w jednym i myślę, że będzie jeszcze lepiej niż jakbym sam to zrobił, bo szczerze mówiąc, ja jestem dość zajętym człowiekiem. Mam w sumie trzy dość wymagające prace plus jeszcze życie rodzinne, domowe i takie inne, więc nie mam czasu na marketing i promocję i tym podobne rzeczy. Dlatego fajnie będzie, że ktoś się tym wszystkim zajmie w moim imieniu. Ja mogę się skupić na napisaniu. A naprawdę na ilość pomysłów nie narzekam.
[47:57] - Ja powiem tak: z tego, co wyczytałem w internecie, w tym roku obchodzimy 21. rocznicę pana debiutu. Dobrze odnotowałem?
[48:12] - Dobrze. W marcu, 15 marca przyjąłem, bo w marcu zadebiutowaliśmy razem z żoną na łamach magazynu „Science Fiction”.
[48:22] - Tak, magazyn „Science Fiction” ja pamiętam, bo zarówno pan, jak i ja w tamtym czasie dosyć aktywnie na jego łamach się udzielaliśmy z opowiadaniami. To było takie zjawisko niezwykle pozytywne na polskim rynku prasy. Niestety zniknęło. Obawiam się-
[48:48] - To było świetne. To był start dla bardzo wielu osób, które teraz są milczą bardziej znane. Jak ja debiutowałem, to też po mnie debiutował Sebastian Uznański na przykład. Chyba Łukasz Orbitowski tam też zaczynał. Tak że sporo tych było Sporo nazwisk było, które do dzisiaj funkcjonują. I to był nasz wspólny początek. To było w sumie jedyne miejsce, w którym można było coś swojego posłać. Była wówczas Nowa Fantastyka, co prawda, ale tam na odpowiedź się doczekać to było cudem. Zresztą tak jak dzisiaj wydawnictwa wysyłają. Ja mogę powiedzieć, że na 10 maili, które rozesłałem do różnych wydawnictw fantastycznych, przeważnie na dziewięć nie było żadnej odpowiedzi.
Także pod niektórymi względami nic się nie zmieniło.
[49:43] - Powiem tak, że jeśli chodzi o rynek wydawniczy w Polsce, to on jest specyficzny i zostańmy przy tym określeniu. Nie komentujmy go, nie pastwmy się nad nim. Przejdźmy do rzeczy ciekawszych, czyli do książki „W sercu otchłani”. Oczywiście nie będziemy spoilerować, bo to byłaby zbrodnia. Natomiast pewien zarys, taki wstępny, fabuły myślę, że zupełnie spokojnie możemy zarysować. Mamy oto statek kosmiczny. Ale co ja będę, lepiej jak to zrobi autor.
[50:20] - Tak. Tylko tu od razu uprzedzę szanownych słuchaczy, że powieść jest zrobiona w ten sposób, że mogę mniej więcej przedstawić tylko to, co się dzieje w pierwszych rozdziałach.
[50:33] - O to chodzi.
[50:39] - Reszta byłaby spoilerem. Pokład, który w celach eksploatacyjnych udaje się na egzoplanetę, dość odległą od Ziemi o 40 lat świetlnych. Niestety, na skutek szeregu zdarzeń czarnej dziury i gdy komputer pokładowy o imieniu Awatar już się orientuje, że nie jest w stanie podjąć decyzji ani nic zrobić, ponieważ silniki są niesprawne, statek już zaczyna podchodzić do horyzontu zdarzeń, decyduje się obudzić załogę. I załoga zostaje obudzona z hibernacji tuż przed wejściem pod horyzont zdarzeń. Co się będzie działo dalej? Proszę się postawić na miejscu ludzi, którzy lecą na inną planetę. Nagle się budzą i się dowiadują, że za parę godzin zginą. I też wiedzą, jak zginą, bo wiadomo, czarna dziura, grawitacja, to miażdżenie, narastanie ciężaru i tak dalej. Wielu po prostu obawia się samego bólu. Nie ma jak uciec.
I zdecydują się w większości ponownie udać na hibernację, żeby umrzeć we śnie. I tak się mniej więcej zaczyna. Później jest trochę inaczej, czasem ludzie narzekają, że mało się dzieje w drugiej połowie. Tylko że to nie jest hollywoodzki film. To jest bardziej realistyczne. Jest tam przedstawiona pewna koncepcja dotycząca czarnych dziur, dotycząca też obcości w pewnej formie. I kilka innych niespodzianek, których nie będę zdradzał, ponieważ jeśli ktoś sięgnie, to myślę, że będzie mile zaskoczony. Pozytywnie.
[52:36] - Użyję takiego ulubionego zwrotu obecnie: oj tam, oj tam. Aż tak źle przecież nie jest. W końcu hollywoodzkim filmem była ekranizacja Arthura C. Clarka „Odyseja kosmiczna”. I tam też w drugiej części-
[52:53] - Ale kiedyś to było.
[52:54] - Dziwne rzeczy się działy, a i tak film był niesamowity. A może właśnie dlatego był niesamowity. Więc traktujcie to państwo jako rodzaj rekomendacji. To, że w drugiej części akcja może nie jest szczególnie szybka, ale za to ilość informacji, ilość materiału do przetrawienia. Nie chciałem już użyć zwrotu, jak u Sztyrlica, materiału do przemyślenia. Natomiast ta ilość informacji do przemyślenia jest naprawdę spora. Myślę, że nic nie uszczknąłem z intencji autora.
[53:44] - Nie. To jest bardziej zagadka logiczna, bym powiedział, którą próbujemy odkryć razem z bohaterami. I też styka się ludzkość z obcością.
[54:03] - Wiem, że pan również próbował swoich sił nie tylko w takiej hard science fiction, ale sięgał również po inny rodzaj fantastyki, któremu bliżej było do fantasy tak naprawdę.
[54:27] - Tak, od fantasy zaczynałem i w tej chwili znowu do tego wróciłem, żeby zakończyć trylogię, którą zacząłem pisać w 2002 roku. Bardzo się na to nastawiam, bo to jest po prostu jak koniec bardzo długiego maratonu, który zacząłem lata temu. I co jest zabawne, chociaż bardzo lubię science fiction, to jednak akurat większość takich utworów opublikowanych to jest albo fantasy z mojej strony, albo to są bardziej opowieści grozy, czyli horror. Też mam je zebrane. Już w każdym gatunku mam tego na tyle, żeby można było osobną książkę wydać. W ogóle miałem w 2003 roku mieć pierwszą książkę na koncie. To była „Droga honoru”. Fantasy klasyczne, takie w stworzonym przeze mnie świecie Jol. Aczkolwiek do wydania nie doszło, ponieważ wydawnictwo padło, a potem nikt nie był zainteresowany. Ostatnio to odświeżyłem, przeczytałem jeszcze raz, zrobiłem redakcję i przygotowałem do następnego wydania, które może się pod szyldem OdeSvy wydarzy.
Są też dwie powieści fantasy i trzy czy cztery opowiadania, jak dobrze pamiętam, w jednym. Oprócz tego mam tę sagę fantasy i mnóstwo innych rzeczy, innych gatunkowo. Hard science fiction to, mówiąc szczerze, jest akurat u mnie najmniej w tym momencie. Pomysłów jest naprawdę bardzo dużo zapisanych do realizacji, tylko chcę na razie skończyć jedno, zanim wezmę się za drugie, bo to jest zmiana klimatu. Przechodząc z fantasy w hard science fiction, to są całkiem inne realia, inny język, inny sposób myślenia postaci. To jest inny świat. W każdym razie dużo science fiction na pewno będzie w najbliższych latach przeze mnie pisane. A kiedy będzie publikowane, to jest niezabawna sprawa, bo na przykład teraz ta książka „Poza światem”, która ma wyjść, to wydaje się, że to jest taka klasyczna fantastyka. Czyli co ja rozumiem przez klasyczną? Klasyczna fantastyka to jest taka, w której jest zwykły człowiek jak ja czy pan i styka się z jakimś niewyjaśnionym, dziwnym zjawiskiem.
Tutaj akurat „Poza światem” to jest książka o tym, jak Polak, lecąc z Polski do Stanów Zjednoczonych, żeby tam podjąć pracę tłumacza, jego samolot ulega katastrofie. On się budzi na wyspie, na której jest cmentarzysko samolotów. Taka tropikalna wyspa, cmentarzysko samolotów, cmentarzysko jakichś wraków okrętów z różnych epok. Jest dżungla, w której stoi gotycki zamek. Nie wie, gdzie się znalazł. I mimo że to jest klasyczne, to jednak okazuje się, że to jest w sumie science fiction. Ale dlaczego? Tego zdradzić nie mogę oczywiście. Mam dużo z tych, co było publikowane. Jest dużo powieści tego typu właśnie o zwykłych ludziach, którzy znajdują się w tajemniczych okolicznościach.
Sporo też mam opowiadań z gatunku horror. Już też zebrałem propozycje do wydania tego w jednym tomie, a może i w dwóch. Właśnie nawet wczoraj wprowadzałem didaskalia do opowiadania, które kiedyś napisałem o dwóch ludziach, którzy nagle się budzą w naszym świecie, gdzie nikogo oprócz nich nie ma na całym świecie. Próbują dojść do tego, co się stało. Pisałem to eksperymentalnie w formie jednego wielkiego dialogu, ale potem stwierdziłem, że to jest świetne na sztukę teatralną, bo same dialogi są i zachowania postaci opisane przez to, co mówią. Na przykład gdzie pan biegnie, gdzie pan idzie, co pan robi i tak dalej. Od jakiegoś czasu jestem w audioteatrze, gdzie robimy słuchowiska i teraz będzie to zaadaptowane przez audioteatr. Także teraz zaliczę swoje pierwsze słuchowisko autorskie i ciekaw jestem, jak to wypadnie, bo będzie to tak, jak dawniej były właśnie Radiowe Teatry Sensacji czy słuchowiska różne w Polskim Radiu. To będzie mniej więcej w tym klimacie utrzymane. To około godziny, myślę, zajmie.
To jest 10 stron tekstu. Wydaje się, że może jest to science fiction, ale okazuje się, że to jest jednak całkiem co innego. Jestem ciekaw, jak to wypadnie. Jakie będą opinie też jestem ciekaw, ale przede wszystkim mnie interesuje teraz bardziej aspekt realizacyjny. Właśnie dzisiaj, już po naszej rozmowie, będę dla aktorów dopisywał uwagi, gdzie, w jaki sposób mają mówić i tak dalej. Także ja skaczę bardzo różnie po gatunkach. Po prostu mi różne rzeczy do głowy przychodzą i jak przychodzą, to szkoda ich marnować, prawda? Dlatego zapisuję sobie różne pomysły i one prędzej czy później wszystkie będą zrealizowane.
[59:57] - Tak sobie myślę, że jeśli chodzi o te strony, to tak 10 stron, zależy jaką czcionką. Jeśli czternastką-
[01:00:09] - Dziesiątką.
[01:00:09] - Dziesiątką. A to nie potrafię powiedzieć. Czternastką te 10 stron to byłoby około pół godziny. A jak to jest przy dziesiątce? Niestety nie wiem. Na pewno więcej.
[01:00:20] - Ogólnie jest tak, że 1000 znaków ze spacjami to jest około minuty mówienia. Tak to powiem panu.
[01:00:30] - O tak, to prawda.
[01:00:32] - Zaraz sprawdzę sobie, jaką to ma długość i będę w stanie określić, ale ja myślę, że to się dzieli na pięć scen. Będą też przerwy między scenami kilkusekundowe. To też swoje zrobi. Oczywiście wie pan, jak to jest. Zależy, jak aktor przeczyta, zależy, jaka będzie interpretacja. Wszystkie te składniki, które się składają. Bo audioteatr to jest granie głosem. Jak będzie to odgrywane.
[01:01:03] - Tak, audioteatr to jest granie głosem, ale też nie bez przyczyny mówi się często o słuchowiskach, że to jest teatr wyobraźni, bo to, co zagrają aktorzy, to sobie później odbiorca musi wyobrazić. Ale rozmawiamy sobie i rozmawiamy o różnych formach, o różnych opowieściach, które pan snuł. To ja nie mogę nie zadać tego pytania. Podwójne przeczenie to nigdy dobrze nie brzmi w języku polskim, ale zostańmy. Chciałbym zapytać o pana fascynacje literackie. Na pewno wiem już jedno, że jest tam gdzieś na horyzoncie Stanisław Lem. Ale co jeszcze?
[01:01:52] - Jest na szczycie.
[01:01:53] - Tak, ale co jeszcze?
[01:01:56] - Jak chodzi o fantastykę, to ogólnie Lem, Pratchett z pewnością. I Dukaj. To jest taka święta trójca. Do Dukaja wróciłem niedawno, do „Innych pieśni” i jestem zachwycony złożonością wszystkiego, zaczynając od języka, kończąc na świecie przedstawionym. I fabuła genialnie poprowadzona. Tak że to jest święta trójca. Poza tym zaczynałem czytać w latach 80. Głównie miałem wydania nieduże. Kto to robił? Zaraz spojrzę sobie na półkę.
[01:02:43] - Krajowa Agencja Wydawnicza, seria „Z Glizdą”.
[01:02:46] - „Z Glizdą”, tak. Fantastyka, przygoda przede wszystkim. Z tego mam non stop Aldissa, mam Eden Lena „Jano. Ciąg. Władza nad materią” na przykład. Bardzo fajny zbiorek. „Wojna światów” Wellsa. To właśnie na tych książkach radzieckich, polskich i klasycy science fiction globalnego. A potem, jak wszedł rok 90. i się pojawiły u nas „Fantom Press” i podobne, to dużo horrorów, zaczynając od Guy’a Smitha, kończąc na autorach, których nazwisk już nie pamiętam niestety.
A poza tym, poza fantastyką, bardzo lubię Czechowa. Spoza takich fantastycznych ludzi bardzo lubię czytać Czechowa. Mam pełen jego zbiór. I też pojedynczych różnych autorów lubię. Na przykład Borgesa lubię też czytać. Ten realizm magiczny to jest bardzo fajna osłona, to jest bardzo fajny termin, żeby nie napisać fantastyka, prawda? Realizm magiczny. Dla mnie to czysta fantastyka jest i ma to swój specyficzny klimat. Zresztą każdy, kto czytał Borgesa, to chyba to samo powie. Ostatnio też z takich autorów hard science fiction bardzo mi się „Diaspora” Egana podobała.
Bardzo poleciał tam z pomysłami na przestrzenie wielowymiarowe i wędrówki po wszechświatach i tym podobnych. Stoi u mnie na półce blisko zresztą Dukaja i niedaleko Lovecrafta, tak że dosyć duże spektrum jest.
[01:04:26] - Panie Henryku, pan niezwykle prowokuje, bo powiedział pan o pisarzu, który jest niezwykle kontrowersyjny, czyli o Guy’u Smithie. I jak pan znajduje, tak bardzo elegancko, tę grozę serwowaną przez mistrza horroru, jak go kiedyś określano w latach 90.? Dzisiaj to brzmi troszkę zabawnie. Zostańmy jednak przy tym określeniu.
[01:04:59] - Wie pan, troszkę inaczej się odbiera takie książki, jak się ma 14 lat, a inaczej, jak się ma 44. Pamiętam tylko, że on bardzo lubił różne dziwne stwory napuszczać na ludzi, zaczynając od krabów, kończąc bodajże na ślimakach. Jeszcze był chyba „Dzwon zagłady”. Miał pomysły. Jak bym dzisiaj to odebrał? Nie wiem. Wtedy to robiło wrażenie. Tym bardziej że on dopisywał ten świat zachodni. To było też dla nas coś całkiem innego, niż mieliśmy zaraz po transformacji. Już same sobie realia tam opisane były dla przeciętnego mieszkańca Polski czystym science fiction, prawda?
Pamiętam, że gdzieś tam, nie wiem, czy nie w fantastyce, to był jakiś felieton, w którym ktoś się śmiał, że właśnie takie książki tych autorów zachodnich, amerykańskich czy brytyjskich, to jest tak, że jak Polak czyta, że rodzice kupili synowi drugi samochód, bo jeden miał do szkoły, a drugi, żeby jeździć z dziewczynami, to było coś niewyobrażalnego, bo tutaj w Polsce się na auto 10 lat czekało, żeby jedno dostać. A tam szedł, kupił i basta. To było dla nas science fiction. Zresztą pewnie pan pamięta, jak to było, nie muszę dokładnie mówić, ale już młodsi czytelnicy tego nie zrozumieją. To był szok kulturowy.
[01:06:24] - Ja myślę, że to określenie, którego często używam w „Bibliotekarium 2.0”, czyli że to był taki kraj pszenno-buraczany, mówi właściwie wszystko. Bez komentarza. Rzeczywiście to zachłyśnięcie się Zachodem i patrzenie na ten Zachód przez pryzmat tychże opowieści z dreszczykiem. Właściwie to były nie tylko opowieści z dreszczykiem, ale czasami to były takie opowieści z przytupem, rzekłbym, bo tam naprawdę Guy Smith wymyślał. Raz to było bardziej kameralne, raz to było bardziej ogólnoświatowe. Niemniej jednak straszył na okrągło różnymi mutacjami, tak jak pan powiedział, a to krabów, a to innych robali czy też innych stworów. Ale wchodziła też metafizyka. Wchodziła też jakaś siła paranormalna. Tak że rzeczywiście Nie kusiło pana nigdy, żeby w tym kierunku pójść?
[01:07:33] - Tak jak mówię, mam sporo opowiadań horrorowych napisanych. Też czekają na publikację. W antologii, czyli mojej drugiej książce, którą wydałem z okazji 20-lecia debiutu. Zabawna sprawa. Zebrałem wszystkie opowiadania, które były w science fiction publikowane i w „Magazie Fantastycznym” i w paru innych periodykach. Wydałem sobie z okazji ebooka w programie Text Maker. Ładnie to wyszło sformatowane. Sprawdziłem ebook, PDF, MOBI, EPUB i wrzuciłem do sieci. Dosłownie tydzień później z Sagą Egmont nawiązałem kontakt i oni to chcieli wydać jako profesjonalny audiobook i ebook. Więc to wycofałem i dałem im.
Tam jest opowiadanie „Kolekcjoner”, którym debiutowałem w „Magazynie Fantastycznym”. On też się zalicza do horrorów i tam bodajże jeszcze jest taki jeden tekst, który można by podciągnąć pod horror, ale stricte takich horrorowych to tam nie ma. Moje, że tak powiem, horrorowe oblicze dopiero czeka na ujawnienie.
[01:08:49] - Przez jakiś czas-
[01:08:51] - Jest już wystarczająco materiału, żeby całą książkę wydać zawierającą te-
[01:08:59] - Przez jakiś czas mówił pan o wydawnictwie Odessa, to powiedzmy o wydawnictwie Odessa. Tym bardziej, że pana książka w tymże wydawnictwie powoli nabiera rumieńców. Nie wiem, jak to inaczej określić. W każdym razie jest na wysokim etapie przygotowania. Zapraszam pana, żeby o tej książce troszeczkę opowiedzieć.
[01:09:28] - Będzie to książka, która się nazywa „Poza światem. Nieralna rzeczywistość”. Chciałem, żeby to było łamane, ale się okazało, że na okładce by brzydko wyglądało, to zgodziłem się na taką wersję. To są dwie książki w jednej. Jedna to jest „Poza światem”, o którym już opowiadałem. O człowieku, który się rozbija na tropikalnej wyspie. Natomiast druga rzecz to są cztery opowiadania, których wspólnym motywem jest to, że ich bohaterom wydaje się, że żyją, ale coś ich skłania do tego, żeby zmienili zdanie. Oczywiście nie będę zdradzał co. Na końcu jest dorzucone jako bonus opowiadanie „W cennym imperium”, które jest opowiadaniem poetyckim czy fantastycznym, to nie wiem. Taki mój, można powiedzieć, mały hołd dla Bruno Schulza i myślę, że bardzo mile uzupełnia tą nieralną rzeczywistość, bo chociaż klimat inny, to jednak wiąże się z różnymi ciekawymi aspektami tego, co robią wszyscy, czyli śnienia.
Całość będzie miała około 300 stron. Bez lania wody i gwarantuję, że wszystkie teksty na tyle oryginalne, że jak ktoś raz przeczyta, to będzie bardzo je długo pamiętał. I co jest zabawne, jak mówiłem o scenariuszach, które mam czasem sprzed wielu lat, to „Poza światem” zostało napisane w 2006 roku. Te cztery opowiadania to jedno było 2006, drugie bodajże 2009, 2012 i 2022. A „W cennym imperium” zacząłem pisać w 2012, a skończyłem w tym. Był taki fajny tekst, że nie wiedziałem, kiedy go chcę skończyć, ale jak się okazało, że ma być książka, pomyślałem, że czas najwyższy się zebrać i będzie. Tak że jest to rozstrzał praktycznie 17 lat mojego pisania i może widać ewolucję. Chociaż jak czytałem te teksty, oczywiście zanim oddałem do redakcji, to nie miałem żadnych zastrzeżeń ani do fabuły, ani do języka. W porządku wszystko. Tak że myślę, trzymam poziom cały czas ten sam.
[01:11:50] - Właśnie chciałem zadać pytanie. Jak się pisze teksty w takim dużym przedziale czasu? Czy pan dużo poprawia w tekstach, które przybywają do pana z otchłani czasu sprzed kilkunastu lat?
[01:12:07] - Czasem tak, czasem się zdarza. To zależy od tekstu. Niektóre teksty są takie, że po prostu dwa przecinki zmienię i w porządku, wszystko jest, nie chcę nic ruszać. Są też teksty, w których trzeba trochę zmienić, trochę poprawić, bo też się człowiek przez te 17 lat rozwijał, nauczył, jak pisać. Z zawodu pisuję, więc chcąc nie chcąc warsztat musiałem zmienić. Te teksty trochę pokazują może, jak się zmieniały zainteresowania i jak człowiek szlifował język. Na przykład trylogia, którą kończę w tym roku, mam nadzieję. Pomysł miałem w 2002. Ona była w częściach puszczana. Pierwszy tom był w częściach puszczony w „Magazynie Fantastycznym” w latach 2004-2007 bodajże.
Wyszła jako książka w 2015, a w 2018 dopiero napisałem tom drugi. Tom trzeci właśnie teraz kończę w 2023 roku. Całość została wymyślona w 2002 i tego się trzymam, co wtedy wymyśliłem. 21 lat to noszę w głowie i nie mogę się doczekać, kiedy to skończę. To jest fantastyka, bo po prostu jak na przykład wrócę do Patrzę na jakiś swój tekst pisany ileś tam lat temu. To jest dla mnie jak podróż w czasie. Chociaż muszę powiedzieć, że jak pisałem „Poza światem”, nie pamiętam. Niektóre teksty pamiętam, jak pisałem, bo różne zdarzenia były w międzyczasie życiowe, ale tutaj na przykład tego w ogóle nie pamiętam. Natomiast czasem mam swój folder na komputerze. Mam tam teksty osobno skończone, osobno pisane, osobno scenariusze i na przykład mam tych pisanych niektóre sięgające 2005 roku.
Najstarszy w tym momencie jest, który czeka, żeby coś z nim zrobić. Patrzę, jest jeden tekst napisany po prostu „Horror”. No dobra, otworzyłem plik. Patrzę, coś kojarzę. Patrzę, ile to ma. 120 000 znaków ze spacjami. Tak sobie myślę: Jezus Maria, kiedy ja to napisałem i o czym ja pisałem tak w ogóle? Ale jest scenariusz tego. Także jak znajdę czas, to spojrzę na to, przypomnę sobie i dokończę. Także wszystko jest pod kontrolą.
Mimo wszystko. Czasem może nie pamiętam, bo to jednak strasznie dużo tego. W tym momencie 81 tekstów mam skończonych ogólnie w całym życiu, jak pisałem od krótkich opowiadań po powieści. „W sercu otchłani” też się w to, żeby zalicza i te dwie poprzednie książki. 44 w tym momencie są rozpoczęte, a jakieś 60 scenariuszy jeszcze leży i czeka. I cały czas nowe pomysły przychodzą. Ja czasem mam taką fazę pomysłowości. Dostawiam się po prostu nie myśleć, bo co nie myślę, to po prostu od razu jakiś pomysł na gotowy ten przychodzi i to jest fajne. W 15 minut zaplanuję całość, ale potem to spisać. Aha.
Teraz na przykład piszę ten trzeci tom „W sercu otchłani”. On się składa z dwóch dużych tekstów, bo cała ta saga to jest w sumie dziewięć opowiadań, które się łączą w jedną chronologiczną, logiczną całość. Co zabawne, w 2002 roku napisałem epilog i prolog, który prolog dopiero teraz nabierze sensu, jak w tym roku skończę ten trzeci tom. Czyli 21 lat też czeka. I po prostu jest tak, że te opowieści powstają krótko, ale spisuje się długo. Jak piszę ten teraz trzeci tom, trzy postacie były główne i jakoś tak fabuła poszła, że się pojawiła też czwarta postać w tle, która odegra ważną rolę. Ale żeby odegrać tą rolę, ja ją muszę z tej postaci drugoplanowej wysunąć na pierwszy plan, więc musiałem zmodyfikować i dopisać kolejne fragmenty, w których obserwujemy tą postać. Także z pisaniem to jest to, co zresztą chyba każdy potwierdzi, kto próbował pisać, czy pisze, że człowiek nie do końca to kontroluje, bo czasami powieść zaczyna pisać się sama, czasami postacie niespodziewanie zachowują się nie tak, jak się zaplanowało, a czasami akcja przybiera trochę inny obrót niż miała. Mam taką książkę fantasy, napisana jest w 2005 roku, zaraz po „Poza światem” zresztą. Nazywa się „Skald” i to jest taka jednorazowa wizyta.
Jest taki świat bazowany na mitologii nordyckiej, ale są w sumie cztery warstwy świata. To mnie zainspirowało tak jak „Ratchet and Clank 2: Going Commando”, bo tam jest świat chmur, w których mieszkają ludzie-ptaki. Jest Midgard, czyli ziemia, jest świat podziemny i jest świat podwodny. I miała zakończyć się bitwą, ale okazało się, że bitwy nie będzie, bo tak mi się nagle napisało, że zastali miasto puste, które mieli zdobywać. A dlaczego puste? To już jest pomysł na tom drugi cały. Litości. Po prostu człowiek nie nadąża. Cieszę się, że właśnie Odessy zdecydowało się na wydanie „Poza światem”, bo moim zdaniem to jest dość u mnie wysoko powieszona poprzeczka i nie wiem, czy kolejne aż na tak wysokim poziomie będą, bo to są naprawdę dobre teksty, mocne. Ale ja po prostu głównie pisuję nie tyle dla ludzi, co dlatego, żeby się pozbyć tego z głowy.
A jeśli ktoś to chce przeczytać, to proszę bardzo. Jak ktoś chce wydać to jeszcze lepiej. Nie mam sprzeciwu. Jacek Horęzga z Odessy ma w ogóle pomysł, żeby zrobić cały cykl moich książek, taką serię pod tytułem „Księgi Tura”. I się mnie pyta, ile ja miałbym ewentualnie książek do wydania. Zebrałem, co mam napisane, podzieliłem opowiadania na tomy, powieści osobno i tak dalej. Mówię: „10”. „To dobra, to my wstępnie jesteśmy wszystkimi zainteresowani”. Także zobaczymy, czy będzie 10-pak, czy nie. A do tego 10-paku jeszcze będą dochodzić rzeczy, które teraz piszę, między innymi ten o tych ludziach z amnezją.
Notabene nazwa tej powieści to jest „120 godzin”, bo co właśnie 120 godzin to jest pięć dni i co pięć dni oni dostają amnezji. Druga z kolei powieść, która by w ten science fiction zbiorek wchodziła, ma też bardzo dziwną nazwę, bo nazywa się „Gonfaloni, Hirstiemy i Myślak”. I każda z tych nazw oznacza coś ważnego dla powieści, ale nie będę zdradzał, bo to za wcześnie i tak by nic nikomu nie powiedziało. Teraz siedzę w fantasy. Jestem w takiej krainie północnej, gdzie trwają rozgrywki o władzę w pewnym mieście. Trupy ścielą się gęsto, zdrajcy się pojawiają, a ludzie płoną razem z domami.
[01:19:08] - To ja teraz mam pytanie z gatunku-
[01:19:11] - Najlepszym argumentem w rozmowie jest topór.
[01:19:14] - Tak. To ja mam teraz pytanie z gatunku, nazwijmy to, dziwnych. Na podstawie lektury „W sercu otchłani” tak sobie pomyślałem, czytając tę książkę, później trzymając ją w dłoni. Co to jest w tej fantastyce, że pana aż tak bardzo to ciągnie, kiedy równie dobrze z pana warsztatem widziałbym pana w tak zwanej prozie głównonurtowej. Nie ciągnęło pana nigdy w tamtym kierunku?
[01:19:50] - Muszę powiedzieć, że ciągnęło i mam już coś w tym stylu. Tak jak Czechow, on portretował pewne obrazki z życia w tamtych czasach. Jego każde opowiadanie to jest jakaś postać, jakaś sytuacja w tamtej Rosji. To ja mam coś takiego, pomysły na kilka tekstów portretujących te lata, w których żyjemy. Jedno pierwsze prawie skończone, ale jeszcze na to trzeba czasu i wszystko przed nami, mam nadzieję. A co jeszcze do fantasy, to muszę powiedzieć, że ten świat, w którym rozgrywa się zarówno ta trylogia, jak i „Droga honoru”, która nie została wydana, to jest też swój opus magnum. Będzie się nazywał „Jolt. Planeta tysiąca opowieści” i to jest fikcja cywilizacyjna, która zaczyna się od czasów. Tam są sami ludzie, tam nie ma innych ras. Są różne płyną ludzkie.
Zaczyna się od czasów dzikich nomadów, a kończy na bardzo zaawansowanej technologii. Tak jak „Silmarillion”, ale z rozwojem technologicznym. Z tym, że zarówno są rozwiane moce magiczne, jak i technologiczne. Tak jak to kiedyś powiedziano, że człowiek miał do wyboru, czy zrobić coś myślą, czy ręką, zdecydował ręką i dlatego nasz świat jest taki mechaniczno-fizyczny, bo tam po prostu będą i takie, i takie. To będzie fikcja cywilizacyjna, czyli dwie drogi rozwoju technologiczna i magiczna. I tam będą różne zaskakujące rzeczy, ale nie będę uprzedzał.
[01:21:39] - Ja teraz mam pytanie natury warsztatowej. Mówił pan o scenariuszach, które pan pisze, o przygotowaniu przyszłych opowieści, przyszłych opowiadań i powieści. To ja chciałbym zapytać, jaki jest przepis Henryka Tura właśnie na takie scenariusze? Czy zechciałby się pan podzielić ze słuchaczami, jak to się robi?
[01:22:10] - To jest bardzo proste. Tylko od razu uprzedzę, że zawsze jak piszę scenariusz, to nie wiem, co będzie: opowiadanie, mikropowieść czy powieść, bo to się tak, jak mówiłem przedtem, rozwija samo. Ja zapisuję w punktach. To są kolejne etapy fabuły. Na przykład punkt pierwszy: przybywają tu. Punkt drugi: umiera ten. Punkt trzeci: spada coś z nieba. Punkt czwarty: idą tam. I to po prostu obudować w fabułę i tyle. Także bardzo po żołniersku to spisuję.
[01:22:38] - Okej, ale rozumiem, że mamy listę iluś punktów. A czym to później obrasta? I ewentualnie czy obrasta? Czy są dodatkowe notatki, czy jakieś opisy postaci, sytuacji? Nie wiem, w tej chwili troszeczkę tak szyję, ale jakby pan zechciał troszeczkę o tym powiedzieć.
[01:23:01] - Opisów postaci nigdy nie przygotowuję. Ja mam tak, że jak siadam i coś piszę, to się na tym stuprocentowo skupiam, więc postaci nie muszę sobie zapisywać, bo one się pojawiają od razu. Ale czasem oczywiście jakieś uwagi, notatki dodać trzeba, bo człowiek może mieć jakiś pomysł na uatrakcyjnienie fabuły, który może potem zapomnieć, więc dobrze to zapisać. Nie, nie ma czegoś takiego, żebym opisywał, jak postać, ile ma lat, jak się zachowuje. Czasami jakieś podstawowe informacje typu wiek, jak wygląda albo czym się zajmuje, albo że ten to jest ten zły, ale się ukrywa dobrze i wszyscy myślą, że jest dobry. Ale takich bardziej szczegółowych to nie. Te punkty to są takie kluczyki do pamięci. Jak tylko zobaczę punkt, już wiem, o co chodziło. Taką mam dziwną właściwość. Ale to dotyczy tylko moich rzeczy, bo jak chodzi o wszystkie inne, to z pamięcią u mnie różnie bywa.
[01:24:01] - To teraz mam pytanie dotyczące tego, jak pan... Zawsze się waham, czy to pytanie zadać, ale i tak je zadam. Właściwie wszyscy autorzy mnie za to nienawidzą, ale i tak to pytanie konsekwentnie zadaję. Gdyby miał pan napisać blurbę, taką polecajkę swojej książki „W sercu otchłani”, to co by pan w tych kilku zdaniach zawarł?
[01:24:34] - Ależ ja już to zrobiłem, bo to ja pisałem to, co jest na czwartej stronie okładki.
[01:24:41] - To przybliżmy w takim razie. Nie wiedziałem. W każdym razie to przybliżmy.
[01:24:46] - Tak samo blurbę do „Poza światem” też stworzyłem. Jaki jest blurb? Cytuję: „Wzbudzona z hibernacji załoga statku kosmicznego Gandhi dowiaduje się, że uległ on poważnym awariom i znajduje się tuż przed horyzontem zdarzeń czarnej dziury, bez możliwości wyrwania się z jej przyciągania. Ludziom pozostały zaledwie cztery dni życia. Kapitan decyduje, że dla zaoszczędzenia bólu załoga ponownie wejdzie do hibernatorów. On sam jednak chce pozostać na mostku do końca. Czy rzeczywiście wszyscy są skazani na zagładę? Czy nie ma sposobu, aby uniknąć wciągnięcia w grawitacyjną otchłań? Póki życia, póki nadziei”. Koniec cytatu.
[01:25:23] - Tak liczyłem, że się nasi słuchacze czegoś więcej dowiedzą, ale trzyma pan gardę konsekwentnie. Także niestety, proszę państwa albo właściwie stety, w końcu jest to audycja o czytaniu książek, więc stety sięgajcie państwo po książkę Henryka Tura „W sercu otchłani” oraz tę książkę, która dopiero będzie. To jeszcze raz o niej powiedzmy, bo reklamy nigdy dosyć.
[01:25:51] - Dobrze. To jest "Poza światem". Jest to powieść plus zbiór opowiadań "Nierealna rzeczywistość", plus opowiadanie bonusowe. "Poza światem" to jest człowiek, który znalazł się w bardzo dziwnym miejscu i próbuje dociec, dlaczego tam się znalazł i czym jest to miejsce. "Nierealna rzeczywistość" to są cztery opowiadania. Każde, można powiedzieć, z innej beczki. Proszę mi wierzyć na słowo, że każde ma inny klimat i dzieje się w innym otoczeniu. Jest o ludziach, którzy nagle zaczęli wątpić, czy tak naprawdę żyją. I na końcu jest taka poetycka opowieść o snach. Taka właśnie Szulca, tylko mu chyba bardzo daleko do Szulca, takie właśnie moje pozdrowienie dla Szulca.
[01:26:44] - Proszę mi wybaczyć prywatę, ale muszę o to zapytać. Czy w pana opowieściach, czy to opowiadaniach, czy powieściach, są też takie, w których się, tu zacytuję Pawła Majkę, "się strzelają" i akcja toczy się wyjątkowo wartko i właściwie chodzi o to, żeby się strzelali?
[01:27:14] - Nie. Takich to nie pisuję, ale w powieściach fantasy dużo się tną . Tak to ujmę.
[01:27:25] - To nie, wszystko w takim razie w porządku, bo to jest odpowiednik tego strzelania. Czyli wszystko jest jak najbardziej okej.
[01:27:35] - Tak, w tej płaszczyźnie tak, ale jeśli chodzi o science fiction, to takie antygwiezdnowojenne, żadnych ciach, ciach, tra, ta, ta i gwiezdnych imperiów czy strzałów laserowych.
[01:27:47] - Panie Henryku, pięknie dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Mam nadzieję, że będziemy się spotykać również przy okazji wydania kolejnych pana książek, bo zapowiada się, sam pan zresztą to zapowiadał, dziesięcioksiąg. Zacznijmy od tej pierwszej książki, która ukaże się mniej więcej kiedy?
[01:28:11] - Z tego, co ostatnio słyszałem, przełom czerwca i lipca.
[01:28:15] - To, proszę państwa, już niejako na dniach. Jeśli weźmiemy cykl wydawniczy pod uwagę, to rzeczywiście na dniach. A zatem szykujemy się na kolejną książkę Henryka Tura. Przypomnę, wydawnictwo Odessa.
[01:28:34] - Tak jest. Gwarantuję, będzie o czym mówić.
[01:28:39] - Jeszcze raz pięknie dziękuję i do usłyszenia.
[01:28:42] - Ja również dziękuję bardzo.
[01:28:46] - Tak, proszę państwa, to była rozmowa z Henrykiem Turem. A teraz porozmawiamy o filmach. Zatem zapraszam na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem i moją niezbyt skromną osobą. Rozmawiamy dzisiaj o horrorowych nowościach. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:29:13] - Dzień dobry wieczór, witam wszystkich. Ciebie też Marku witam.
[01:29:17] - Ja się poczułem w tych "wszystkich". W każdym razie ja też się przyłączam. Wszystkich naszych słuchaczy witam. Dzisiaj, proszę państwa, będziemy się bać, a właściwie będziemy mówić o filmach, na których powinniście się państwo bać. I tu już wyczuwacie, że podaję to tak z pewnym warunkiem, że powinniście. Już wiecie, że łatwo nie będzie.
[01:29:43] - Tak, dzisiaj jest kolejny odcinek przeglądowy. Na tapet weźmiemy kilka nowych horrorów, choć będą tak zróżnicowane pod względem stylu i tematyki, że nie ma konkretnej nici, linii tematycznej między nimi. Trudno więc nam też o jakiś konkretniejszy wstęp do dzisiejszego odcinka. Może poza takim wnioskiem, Marku, że dzisiaj najlepsze horrory omijają szerokim łukiem kina. Pojawiają się w różnych miejscach, w różnych serwisach, ale w kinach ich raczej nie uświadczymy. Zacznijmy może od pierwszego horroru i będzie to taki klasyk albo taki film aspirujący do klasyki o uśpionym i złym potworze. Chociaż niektórzy mogą go zaliczyć do grona horrorów kryptozoologicznych, o których powiemy za tydzień. To będzie też coś bardzo ciekawego. A ten film, o którym dzisiaj będziemy mówić, to jest "The Tank". Nawet nie wiem, jak on się po polsku nazywa.
To jest film niejakiego Scotta Walkera. Miał premierę w tym roku i tak powiem z grubej rury i zupełnie szczerze, Marku, w tym filmie podobał mi się plakat i to było coś, co mnie skusiło strasznie. I sobie go włączyłem i tam poznajemy historię właścicieli sklepu zoologicznego. Wszystko jest tak jak w takim typowym horrorze. Na początku zapowiada się nawet dobrze. Oni sobie ten sklepik prowadzą, jak to wiadomo, zwierzątka się sprzedają kiepsko. W ogóle fabuła jest osadzona kilka dobrych lat wstecz. I pewnego dnia odwiedza ich notariusz i ten notariusz mówi, że głowa rodziny, jeden z głównych bohaterów filmu odziedziczył dom. On się pyta: "Jaki dom? Przecież to niemożliwe.
Nikt mi o tym nie powiedział". Okazuje się, że zapuszczona posiadłość skrywa ponurą przeszłość. Właśnie o tym za chwilę. Potem rodzina zostawia sklepik, jadą ten dom posprzątać. Chata ogólnie to całkiem łakomy kąsek. Stoi gdzieś na brzegu oceanu, pośrodku lasu i jest cała porośnięta mchem, bluszczem i tak dalej.
[01:32:02] - Ma własną zatokę.
[01:32:04] - Tak.
[01:32:04] - Własną zatokę. ... kultowe miejsce naprawdę na odludziu, w pięknych okolicznościach przyrody. Piotr już zaczął o tym mówić i zarysowywać akcję, co nie zmienia faktu, że to jest horrorowy produkcyjniak. W tym filmie nie ma żadnego porywu szaleństwa, nic nowego. To wszystko już gdzieś Państwo widzieli w różnych wydaniach. To jest zmontowana pewna historia. Ona jest w jakiś sposób oryginalna, chociaż oryginalna w sensie: takiej jeszcze nie widziałem. Bo jeśli będziemy mówić o oryginalności rozumianej w ten sposób, że jest ciekawa to nie, to nie jest ten film. To jest film, w którym nie dość, że wszystko dzieje się tak, nic nie zaskakuje, a w horrorze moim zdaniem trochę powinno, chociaż chwilami.
Tu się wszystko odbywa według pewnej sztancy. Jest dobrze odrobione. Nie znam się na tym, więc czy jest dobrze filmowane, tego Państwu nie powiem, ale ten film jest najeżony różnymi większymi bądź mniejszymi głupotami albo nielogicznościami, które być może w czasie seansu nie przeszkadzają. Człowiek się daje porwać, podąża za tym filmem, ale jednak jak człowiek sobie później przemyśli, to czuje się zrobiony w konia i czuje, że praca była odrobiona w sposób taki... To tak jak z uczniem, który jest kujonem. On odrabia te zadania, język wysuwa i pisze kolejne prace domowe i się bardzo stara i zakuwa, a później przychodzi ktoś zdolny, kto ma iskrę bożą i i tak jest od niego lepszy. Tak jest z tym filmem. To jest taki uczeń z wysuniętym językiem, odrabiający zadanie domowe. A jak przyjdzie dobry reżyser, to nawet się specjalnie nie namęczy i zrobi film po prostu lepszy. Ten film jest w dolnych średniakach.
I tak jestem łagodny, bo jest przewidywalny, nawet jeśli chodzi o obraz nie zaskakuje. Najładniejsze są plenery tego oceanu, tej zatoki. Bo jeśli chodzi o dom, to tam się już pojawiają pierwsze nielogiczności.
[01:34:56] - Ja nie wiem, czy tam nie ma żadnego szaleństwa tak naprawdę, bo jeżeli spojrzymy na to, jakie są ich decyzje, więc oni przyjeżdżają do domu, który stoi od 30 lat pusty, wchodzą do chatki Gargamela, okazuje się, że wszystko w środku wygląda okej. I pierwsze pytanie: czy sobie twórcy nie robią z nas jaj? Bo tak naprawdę, kiedy wchodzicie do domu, który nie był w żaden sposób użytkowany od kilkudziesięciu lat, to widzicie, że jest tknięty zębem czasu i pogody i klimatu okolicznej. A tutaj jakoś jest tak okej, że oni się decydują, że za pięć minut będą w tym domu spali. Nawet lokują dziecko w zakurzonym pokoju. To jest pierwszy sygnał ostrzegawczy tego filmu „The Ink”. Jak mówię, skusił mnie plakat, natomiast tutaj całym kluczem do całego filmu jest to, co się znajduje pod domem, a pod domem znajduje się, chcielibyśmy powiedzieć na nasze realia szambo, ale to nie jest szambo. To jest zbiornik, z którego ta rodzina sobie czerpie wodę. I tam jest taka potworna nielogiczność. Po pierwsze to jest zbiornik, do którego musicie wejść, żeby wodę odkręcić i zakręcić.
Czyli zawór znajduje się gdzieś tam bardzo głęboko i jak wam się ta woda przeleje, to musicie nurkować. Ale Marek o tym za chwilę powie. Tam gdzieś za ścianą tego zbiornika czai się ukryte pradawne zło. O tym możecie przeczytać w opisach tego filmu. Czy to jest pradawne zło? Na koniec się okazuje, że to jest raczej przerośnięta salamandra albo coś w tym stylu. Nie wiem. Ja się bardzo zawiodłem. Dzisiaj mówimy o takich filmach, które są nowe i które możemy wam polecić myślę na ten długi weekend albo przedłużony weekend. No i „The Ink” chyba nie będzie czymś, co warto polecać.
[01:36:54] - Tak, zostańmy przy tym zbiorniku. Pomijam litościwie firanki, które wierzcie mi państwo, ja wiem, że współczesne firanki są z tworzyw sztucznych, ale kiedyś, dawno temu firanki jednak były wykonywane z czegoś innego. I tu zdaje się, powinniśmy do takich firanek się odwoływać. Tymczasem te firanki po nie wiem, 30 latach, tak wygląda, że około 30 lat mogło upłynąć, one w dalszym ciągu teoretycznie nadają się do użycia. Być może tak było, jakoś niespecjalnie w to wierzę. Tak jak Piotr powiedział, przedmioty wszystkie w tym domu właściwie są nienaruszone zębem czasu. Tam są też sanitariaty, jest zlewozmywak w kuchni. To znaczy się woda. I ten zbiornik, proszę państwa, działa trochę według takiej zasady, że gdzieś tam jest ujęcie wody i jakby to powiedzieć? To ujęcie wody dostarcza pewną ograniczoną ilość wody jednocześnie i chodzi o to, że musi przez cały czas pompa pracować, żeby napełnić zbiornik, żeby kiedy się szanownej rodzince zachce wody, to w każdym momencie będzie.
Nie będzie zapiaszczona, bo po prostu w zbiorniku się nazbiera tej wody, jak to w zbiorniku. Nie powiedziano nam o tym oczywiście, ale te wątpliwości Piotra, to ja zakładam, że tam jest jakiś mechanizm, który wyłączy ten zawór, bo jak poziom wody się podniesie odpowiednio, to zawór to wyłączy. Taką mam przynajmniej nadzieję, że tego nam nie mówi realizator, ale w domyśle to jest.
[01:38:48] - To jest albo to się popsuło, bo w pewnym momencie ten bohater schodzi i się okazuje, że musi to zakręcić, bo będzie miał problem i to już się robi głupie.
[01:39:02] - Może. Ale w ogóle sam pomysł, żeby zawór główny do tego, żeby ta woda płynęła do zbiornika, znajdował się w samym zbiorniku, jest kuriozalny. Bo tak jak Piotr powiedział, kiedy zbiornik jest suchy, to nie ma problemu. Absolutnie nie ma żadnego problemu, żeby tam tę wodę odkręcić. Ale wyobraźcie sobie, że nawet nie ma dramatu, nie przelewa się, ale jest pełny i trzeba coś zrobić, żeby już się nie napełniał dalej. Nawet jeśli tam jest jakiś wyłącznik przepełnieniowy, trzeba by coś zrobić, żeby zakręcić. Coś się uszkodziło na przykład. To tak jak Piotr powiedział: nurkowanie i nic innego nie pozostaje, tylko nurkowanie w tym zbiorniku.
[01:39:46] - Tak. Jeszcze nie zapominajmy, że tam piekielne zło mieszka za ścianą. Czyli jeżeli na przykład ten zbiornik się przeleje, to ten demon się po prostu utopi, jakby nie było.
[01:39:57] - Ja myślę, że to piekielne zło, które tam jest, to oni go nie uwzględniają, bo to ono się chyba pojawiło, to też nie jest powiedziane wprost, tak jak sugerują scenarzyści, że te salamandry, czy to coś, co tam jest tym pradawnym złem, paskudztwem i tak dalej, to się dokopało do tego zbiornika. Że kiedyś tego może nie było i to jak jeszcze szanowny tatuś i szanowna mamusia urzędowali tego głównego bohatera w tymże domku pięknie położonym, to się wtedy stało i to pradawne zło się dokopało do zbiornika, a wszystko, co się działo później, to już tylko logiczna konsekwencja tego wydarzenia. I tak moglibyśmy się jeszcze nad tym filmem trochę poznęcać. Tam jest wiele rzeczy przedziwnych. Oczywiście przyjeżdża tam deweloperka, czy w każdym razie pośredniczka handlu nieruchomościami. Może to bardziej adekwatne. Przyjeżdża, oni kombinują, czy by tego nie sprzedać, bo mają kłopoty finansowe związane z tym swoim interesem, czyli ze sklepem ze zwierzątkami. Ale główny bohater, to jego rodzina w końcu stąd się wywodzi, ma pewne wątpliwości, bo to jednak rodzinna posiadłość.
[01:41:25] - Tak, ojcowizna, jakby nie patrzeć. Ale wiecie, my się tak tutaj pastwimy nad tym, czy oni mają zawór w tym czy innym miejscu, ale tak naprawdę w tym filmie się nic innego nie dzieje. Oni tam łażą, trochę sprzątają, trochę myślą, ale to są naprawdę jedyne problemy, które się nastręczają podczas tej projekcji. I my tutaj nie przesadzamy w żaden sposób. Nie wiem, jak by to nazwać, Marku, horror hydrauliczny? Może do tego?
[01:41:57] - Tak. Ale jest jeszcze jeden moment, który zapamiętałem, który mnie, jak to powiedzieć, obezwładnił nie, ale jakoś tak znowu źle nastroił. Bo tam w pewnym momencie oni taką maszkara małą znajdują. Nie wiem, czy sobie to przypominasz. I ona już wygląda dziwnie. Oni tak oglądają, że to jakieś takie dziwne. Ale to jest dopiero początek, bo to jest bardzo mała maszkara, a później wyłażą maszkary większe i one zjadają tą pośredniczkę handlu nieruchomościami. Nie przejmujcie się państwo, spoiler jest naprawdę niewinny w moim wykonaniu. To, że one ją zjadają, a wcześniej napadają, a wcześniej to ona sama chce iść przez ciemny las do samochodu, to wiecie państwo, to zupełnie nie jest sztampa i zupełnie nie ma nic wspólnego z tym, że to jest taki, jak to nazwałem, produkcyjniak horrorowy, bo tu naprawdę, jeżeli jakieś kalki nie zostały powtórzone, nie zostały skopiowane, to tylko dlatego, że może scenarzysta zapomniał o nich, ale to chyba tylko dlatego.
[01:43:06] - Tak. Czyli film „The Tank” to jest taka produkcja, która nie jest za bardzo polecana. Lepiej jest z tymi trzema kolejnymi, o których zaraz powiemy. „The Tank” ma tyle logicznych dziur, niedorzeczności, że nie wiem. Jeżeli chcecie, to możecie zaryzykować. On wam za dużo rozrywki nie dostarczy. To też jest jego minus. Ale przejdźmy już do tych lepszych rzeczy. Nie pastwmy się nad tym „Tankiem”. Jeżeli chcecie coś dobrego o tym filmie powiedzieć, to sobie popatrzcie na plakat.
Rzeczywiście wygląda to najbardziej tajemniczo z całej tej produkcji. Ale kolejny film, Marku, to jest „Nocebo”. Z tego, co się dowiadujemy tutaj z opisu, jest to filipińsko-irlandzki thriller. Główną rolę gra Eva Green, czyli nie byle jaka aktorka. Miał premierę w ubiegłym roku. Cóż, tutaj mam problem, bo chcielibyśmy ten film opowiedzieć. Z jednej strony jest zaskakujący, może być zaskakujący. Z drugiej strony najlepiej opisują go słowa Zenona Martyniuka, który swego czasu zaśpiewał: „Los chce ze mną grać w pokera. Raz mi daje, raz zabiera”. Poznajemy tam Christine, projektantkę ubrań dla dzieci, której los dał, a potem zabrał.
Dał jej dostatni żywot u boku męża i córki, dał jej karierę, ale niestety też chorobę. I ta choroba sprawia, że zostaje wyrzucona poza społeczeństwo w pewien sposób, bo to jest przypadłość uciążliwa, ale też taka, która jej odbiera zdolność do wypełniania podstawowych czynności. Los ten również podsuwa jej opiekunkę, gosposię pochodzącą z Filipin.
[01:44:59] - Ona się pewnego dnia zgłasza, ponieważ przypadłość głównej bohaterki wiąże się z tym, że okresowo traci pamięć, nie pamięta pewnych epizodów. To nie jest jedyna przypadłość, która ją dotyka. Wcześniej miała jeszcze różne wizje. Widziała psa z kleszczami i ten jeden kleszcz albo się wbił, albo się nie wbił. Do końca tego nie wiemy. Być może to tylko wyobraźnia. W każdym razie jest problem z główną bohaterką, wydaje się, że zdrowotny. Ja już się zamykam, ale powiem tak: to jest, proszę państwa, bardzo prosta historia, ale siła tego filmu polega na tym, że jest opowiedziana achronologicznie. Przez to jest wciągająca, bo gdyby tę historię opowiedzieć liniowo, czyli od czasu najwcześniejszego do najpóźniejszego, to nie byłby porywający film. To prosta historia.
[01:46:09] - Szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę ten wątek, nazwijmy go magicznym. Ale dobra, wyjdźmy od tego, że ten przewrotny los stawia na drodze Christine pochodzącą z Filipin opiekunkę i gosposię. Ona się zna na ludowej medycynie. Oczywiście wielu osobom Filipiny mogą się kojarzyć z bezkrwawymi operacjami, ale ta kobita jest w stanie projektantce pomóc. Na początku może się pojawić sugestia, że cierpi na przykład na boreliozę albo inną chorobę odkleszczową, ale z czasem, jeżeli uważnie ten film oglądamy, pojawia się sugestia wychodząca od jej męża, że tak naprawdę jest to choroba psychosomatyczna związana z traumami z przeszłości. Myślę, że nie powinniśmy za dużo mówić, może już za dużo powiedzieliśmy, ale obecność filipińskiej pomocy domowej i uzdrowicielki nie jest przypadkowa, bo się okazuje, że ich drogi się już kiedyś skrzyżowały i wtedy Christina była górą, a Diana, czyli pomoc domowa była dołem.
[01:47:22] - I to już chyba wystarczy, Piotrze. W każdym razie wierzcie mi państwo, sposób opowiedzenia tej historii jest na tyle frapujący, na tyle angażujący oglądającego, że ten film się sprawdza. Sprawdza się jako horror, sprawdza się jako historia. Sprawdza się wreszcie jako zagadka, którą musimy albo próbujemy rozwiązać. Nie udaje się. Nie udaje się. Nie udaje się. I my w końcu to rozwiązanie dostajemy i mówimy sobie: „Wow! Przecież to proste było. Od początku trzeba było tak mówić”.
Ale problem polega na tym, że my tego nie mówimy. Nie wiemy co, jak i dlaczego. I przez to ten film przy prostych środkach, przy prostej historii jednak działa. Działa w taki sposób, w jaki horror chyba powinien działać.
[01:48:24] - Tak, jest atrakcyjny wizualnie, jest to fajna historia. Sam tytuł, który pochodzi od nazwy będącej, jakby nie patrzeć, złą stroną zjawiska placebo, troszeczkę nam zdradza pewne szczegóły. Oczywiście są też wątki związane z okultyzmem i magią, ale co mi do głowy przyszło, to pewne nawiązania do takiego klasyka, jakim jest film „Zabicie świętego jelenia”. Pewne analogie są. Jak sobie zobaczycie, tak tam, jak i tutaj musi być odkupiona wina, poniesiona kara i muszą być wyrównane rachunki. Jeżeli chodzi o wyrównywanie rachunków, Marku, to wątek ten pojawia się też w kolejnym filmie: „Pearl”. I wiem, że on ci się spodobał. Jest to prequel filmu „X” z roku 2022 w reżyserii Ti Westa. I mimo że „Pearl” to jest slasher, to ilość przelanej krwi nie przesłania zupełnie całkiem fajnej historii, niebanalnej historii. A wieńczy wszystko rola charyzmatycznej Mia Goth.
[01:49:39] - Tak, to prawda. Aktorstwo w tym filmie mnie zachwyciło. I tu państwo złapaliście mnie, bo ja bardzo często podkreślam, że traktuję kino jako sztukę ludyczną, bardzo prostą i najlepiej jak się strzelają. Oczywiście mówię to wszystko z przymrużeniem oka, niemniej jednak jestem gotowy się pod tego rodzaju stwierdzeniami podpisać. Tymczasem film „Pearl” to nie jest taki film, a jednak zachwycił mnie aktorstwem, ale też historią, sposobem opowiedzenia tej historii, ale też tym, co stoi za tą historią. Powiem tak: każdy z państwa w życiu, na mniejszą skalę oczywiście, zetknął się z sytuacją, w której już nie mógł wytrzymać pewnej rzeczy, pewnej sytuacji, pewnych zakorzenionych, zastałych relacji, które następują pomiędzy ludźmi. I z czymś takim mamy tu do czynienia, a jednocześnie to jest obraz, który zaskakuje. Do teraz pamiętam, nie opowiem państwu znowu, o co chodzi, ale scena z panem Gąsiorem zaskoczyła mnie. Ona jest jak walnięcie obuchem. Jest niespodziewana, ni stąd, ni zowąd.
Zacznijmy jednak od początku. Mamy dziewczynę, która mieszka na odludziu w domu. Amerykańska prowincja.
[01:51:17] - Powiem ci, że może warto jest zacząć od tego, który to jest rok, bo to ogólnie jest ważne z perspektywy też dzisiejszych czasów, bo to się dzieje w czasach pandemii, tylko że tej poprzedniej, czyli w roku mniej więcej 1918.
[01:51:36] - 1918. Tak. I mamy amerykańską prowincję, małe miasteczko, które też boi się pandemii. Wszyscy chodzą w maseczkach, wszyscy boją się grypy. Wszyscy mają obsesyjne podejście do tego. Rodzina głównej bohaterki, matka i ojciec. Ojciec ciężko chory, niedołężny, nieodzywający się, trochę wyłączony. Bardzo kostyczna matka. Oni są z pochodzenia Niemcami. Na przykład matka nie toleruje tego, żeby czytać w gazetach, jak się zabija w Europie Niemców, co bohaterka czyni, ta nasza młoda bohaterka, ich córka, czyni dlatego, że jej mąż, my się o tym dowiadujemy, że ona ma męża.
Mąż jest w Europie, pisze do niej listy. Jest w Europie, jest żołnierzem amerykańskim, który walczy w Europie. Ona na niego czeka, a jednocześnie opiekuje się ojcem, który jest naprawdę bardzo ciężko chory. Jest pod terrorystycznym zarządem. Przesadzam oczywiście z tym terroryzmem, ale takim bardzo kostycznym zarządzaniem ze strony matki. To matka trzyma wszystko w garści, rozkazuje. Jej należy się podporządkować. Tymczasem dziewczyna ma swoje marzenia. Chciałaby być tancerką. Ogląda często w kinie, jak dziewczyny tańczą.
Kino jest oczywiście takie, jak mogło być w roku 1918. Proste, nieme i czarno-białe. Ale jednak fascynuje tę dziewczynę, która tak jak powiedziałem, żyje na głębokiej amerykańskiej prowincji. Żyje trochę beznadziejnie, bo te dni są do siebie podobne. Męża nie ma. Tak naprawdę perspektywy są żadne przed nią. Opieka nad starzejącymi się rodzicami. Matka, która nie daje jej oddechu. Pewno ją kocha, ale to już dawno zostało przykryte codziennością i pewną kostycznością. I ten ojciec, którego ona chyba kocha, ale w gruncie rzeczy też czuje, że on jest rodzajem kajdan, którymi jest uwięziona w tym miejscu, w tym czasie.
To się trudno w niej godzi, bo ona ma swoje marzenia, a z drugiej strony ta rzeczywistość, która nie pozwala się jej wyrwać. Dramatyczna sytuacja, moim zdaniem z punktu widzenia psychologicznego to sytuacja niezwykle dramatyczna.
[01:54:20] - Tak. Nie ukrywajmy jednak, że dziewczyna jest lekko pieprznięta.
[01:54:24] - Oczywiście, że jest pieprznięta. Tak.
[01:54:27] - Ale zacznijmy od jej środowiska rodzinnego, bo tam jest też taka sytuacja, na którą zwróciłem uwagę. Ta matka rzeczywiście po niemiecku ją wychowuje, dryli i tak dalej. Ale widzimy tam też, że oni są pod presją, bo ten mąż Pearl jest Anglosasem, jest Amerykaninem i poznajemy tam też jego rodzinę, siostrę, czyli szwagierkę Pearl, która się z nią trochę przyjaźni. Im się powodzi lepiej. Widzimy, że od tej niemieckiej rodziny odwrócili się robotnicy. Po prostu z tej farmy uciekły parobki. Uciekli parobcy. Nie wiem, jak to powiedzieć. One muszą to robić same dlatego, że Niemcom nikt nie chce pomagać. I w pewnym momencie widzimy taką znamienną scenę, że do Pearl i jej matki przyjeżdża teściowa męża Pearl i przywozi prosiaka upieczonego.
Jest to mała świnka. Nie jest to baran, jest to prosię. I ono jest oczywiście zabite, sprawione i upieczone. I to jest taki trochę afront dla rodziny, która ledwo wiąże koniec z końcem, która mogłaby sobie tego prosiaka utuczyć do większych rozmiarów i tego kabana by wtedy wiecie co zrobili. Oni dostają to prosię i widać, że to jest policzek. Tak się nie powinno robić. To nie jest prezent. Fajnie się to ogląda. Jak mówię, nie zawsze lubię historyczne horrory i historyczne filmy, ale to jest dobre. Ten film nam pokazuje, że niektóre rzeczy są w człowieku niezmienialne.
To znaczy zawsze istnieli szaleńcy, zawsze istnieli ludzie żądni sławy. Ale przejdźmy dalej. Co się z tą Pearl dzieje? Nie wiem Marku, czy mówić, czy nie. Z jednej strony-
[01:56:18] - Trochę jeszcze można powiedzieć.
[01:56:20] - Tak, dziewczyna ma nierówno pod kopułą. Nie jest to tajemnica i to zobaczycie.
[01:56:26] - Ale to jest świetnie zagrane. Naprawdę, wierzcie mi Państwo, ten film wymiata aktorsko.
[01:56:31] - Tak, bo slashery, czyli te filmy, gdzie jedna osoba wszystkich zabija, są dość przewidywalne. Tutaj ten film jest z jednej strony przewidywalny i nieprzewidywalny jednocześnie. Jest naprawdę fajny. Po prostu jest fajny, to się dobrze ogląda. I ona wreszcie, ta dziewczyna staje przed taką szansą wyrwania się w szeroki świat. Ona całe życie ćwiczyła różnego rodzaju układy taneczne i nagle w lokalnym kościele jest jakiś konkurs i mają zbierać tancerki. I nagle ona daje ten swój wykon, który jest naprawdę dobry, profesjonalny, w pełni wyćwiczony. A co się dowiaduje? Że ona jest za mało amerykańska, żeby być dziewczyną, która tańczy w jakiejś tam rewii. I się zaczyna w sumie.
[01:57:19] - Trochę się zaczyna już wcześniej. Przepraszam. Tak jak powiedziałeś, to, że ma nierówno pod kopułą główna bohaterka, my już wiemy wcześniej. Przypomnę scena z panem gąsiorem, ale później kolejne: scena ze strachem. Trudno powiedzieć, że to strach na wróble. Na ptaszyska stojący sobie na polu kukurydzy. I nie wiem, czy zauważyłeś, Piotrze, pewne rzeczy są tam filmowane w bardzo podobny sposób, a w każdym razie moim zdaniem ewidentnie nawiązują do klasycznego horroru made in Stephen King, czyli „Dzieci kukurydzy”. I nie dlatego, że się dzieje na polu kukurydzy, ale po prostu pewne obrazy są bardzo podobne. Może się mylę. W każdym razie ta scena ze strachem na ptaszyska w kukurydzy, nie będę jej opisywał szczegółowo, ale jest kompletnie popierdzielona, ale się odbywa.
Co więcej, my jeszcze w tym miasteczku poznajemy pewnego odtwarzacza filmów w kinie. To też jest bardzo ciekawy wątek, bardzo obyczajowo trochę dziwny, ale on się później zresztą bardzo przydaje. Wierzcie mi Państwo, reżyser jak najbardziej. A to wszystko opowiada taką historię, tak jak Piotr powiedział, rzeczywiście mrożącą krew w żyłach i to niemal dosłownie.
[01:58:48] - Tak. I na koniec nawet kiedy ona dokonuje nie powiem czego, to masz jeszcze nawet taką odrobinę marginesu zostawioną, że ona przecież wszystkie swoje błędy, wszystkie swoje zbrodnie może ukryć, twierdząc, że to jest wina choroby. Ona by mogła tego losu uniknąć i bardzo możliwe, że go unika, dlatego, że... Już nie powiem, co się dzieje na koniec. Tym bardziej, że-
[01:59:14] - Rewelacyjne jest zakończenie.
[01:59:18] - I jak to z tą symboliką, a właściwie z naszą oceną symboliki w filmach bywa, to pewnie wiecie, ale tutaj warto jest zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Po pierwsze film ten zadaje kłam takiemu hasłu „kiedyś to było”, że kiedyś to ludzie byli lepsi, że w ogóle się lepiej żyło i tak dalej. Nie, to pokazuje brutalną prawdę, że szaleńcy istnieli na świecie od zawsze, tak samo jak ludzie żądni sławy. I chociaż dzisiaj Marku, do zbierania tych splendorów wystarczy komórka i dostęp do internetu, tak wtedy było gorzej.
[01:59:58] - Ale pokazuje też ten film, że ludzie zawsze mieli swoje marzenia i spora część ludzi gotowa jest dla swoich marzeń poświęcić bardzo wiele. Tu główna bohaterka, jej marzenia zostają podeptane i to też ma swoje konsekwencje. Naprawdę ten film, ja wiem, dzisiaj jakoś tak mnie na Kinga naszło, ale ja miałem też nawet skojarzenia z filmem i książką kingowską, która mówi o dziewczynie, która też ma swoje marzenia, która jest inna i która jest przez swoich rówieśników niezrozumiana. I to też się kończy bardzo źle. Jeśli sobie Państwo to „Carrie” się chyba nazywało. Jak się ten film nazywał? Wyleciało mi z głowy w tej chwili.
[02:00:55] - „Carrie” albo „Podpalaczka”, bo to były dwa filmy.
[02:00:57] - Nie, „Carrie”. „Podpalaczka” to jest dziewczynka, w dodatku jeszcze drugi raz zrealizowana ostatnio. To ja już wolałem tą pierwszą wersję, która może była mniej widowiskowa, ale za to muzyka Tangerine Dream tam była, to już wolałem tę pierwszą wersję. Natomiast tak, „Carrie”. To się nie kończy dobrze. I tu mamy też historię, bo Carrie też miała swoje marzenia, chciała być, istnieć, a tu też ta główna bohaterka chce, bardzo wielu rzeczy chce. My możemy oceniać nawet, że te jej marzenia są nadmiarowe, że ona sobie coś ubzdurała i tak dalej. Ale ktoś te jej marzenia podeptał i to takie banalne, proszę Państwa, jest. Ale czasami trzeba się dobrze zastanowić, jak się komuś włazi z butami i te marzenia depcze, bo to się może okazać bardzo zgubne, bo ludzkie marzenia mają to do siebie, że jak się je zniszczy, to w człowieka czasami zwierzę wstępuje. I to może niekoniecznie na taką skalę jak w filmie „Pearl”, ale jednak mogą dziać się rzeczy straszne.
[02:02:16] - To też nie jest tak do końca, że to jest film o tym, że mamy dziewczynę, która mieszka na wsi i chce być tancerką i zabija wszystkich, którzy stają na jej drodze. Nie. To jest dużo bardziej skomplikowany scenariusz, bo w pewnym momencie mamy jej spowiedź i ona mówi tak: że wszystko byłoby okej, ona by sobie mieszkała na tym swoim dużym skrawku ziemi i ona by go obrabiała, gdyby miała sens życia. I tak naprawdę ta ucieczka w celebryctwo to tylko pretekst do tego, że ona gdzieś po drodze zgubiła swój wewnętrzny hamulec. Bardzo fajny film, chociaż slasher.
[02:02:55] - Jeszcze dodam, bo wstrząsnęła mną inna część tej spowiedzi, kiedy ona tłumaczy swojej szwagierce na przykład dlaczego wyszła za jej brata. To jest absolutnie wstrząsające. Ale to już Państwo będziecie musieli sami zobaczyć.
[02:03:17] - Tak. Kolejny film, ostatni w naszym zestawieniu. Ostatni, ale nie wiem, czy najlepszy, Marku, bo my mamy wobec niego różne zdania. Jest to „Tin i Tina”, horror psychologiczny produkcji hiszpańskiej. Możecie go sobie znaleźć na jednej z platform bardzo popularnych. Nie mówię, że na Netflixie, bo nam nikt nie płaci za reklamę. Jak powiedziałem, mamy odmienne zdania, ale myślę, że po pierwsze nie powinniśmy za bardzo zgłębiać fabuły, bo o „Pearl” powiedzieliśmy za dużo, ale i tak nie wyczerpaliśmy. Tutaj jest może troszeczkę prościej. Jest to nowa produkcja i pewnie wielu z was po nią sięgnie. Sporo się tam dzieje, nie chcemy wam psuć zabawy.
Ten film też jest jednym z tych, które oscylują w stronę bardziej rozrywkowych niż takich mądrych, psychologicznych i tak dalej. Aczkolwiek ja się nie nudziłem na nim i nie padłem z zażenowania. Także polecam. Wielki plus. Poznajemy tam historię małżeństwa, które nie może mieć dzieci, a bardzo by chciało. On pilot rejsowy, ona wychowanka klasztornego przytułka. No i tak w klasztornym sierocińcu, który jest nieodległy od ich domu, trafiają na parę bardzo oryginalnych dzieci, Tinę i Tine. Rzecz się dzieje w Hiszpanii. Te dzieci nie wyglądają na rdzennych Hiszpanów, co nawet ta głowa rodziny jakoś podkreśla. To są kilkuletnie, może ośmioletnie dzieci.
Zachowują się dziwnie. Mają bardzo jasną karnację, jasne blond włosy. Jak się wkrótce okazuje, są bardzo bogobojne, bo ta rodzina bierze je do domu. No i zaczynają się problemy. Marku, trudno mi nazwać dziecko dewotem, a tutaj jednak tak jest.
[02:05:05] - To jest dziwny film, bo ja mam mieszane uczucia w stosunku do niego z kilku powodów. Te dzieci, zacznijmy od dzieci. Dzieci wyglądają trochę jak wyjęte z filmu „Kukułki z Nutewnh”, to się chyba tak nazywało. Takie niesamowite dzieci. Blond i to takie mocno blond w Hiszpanii, gdzie ich przyszywana matka to jest typowa Hiszpanka. Natomiast one są zdecydowanie jakby z innej planety. Z tym, że tu nie idźmy w tych dygresjach zbyt daleko. One są z tego sierocińca. I tu można tak się zastanowić, bo one są rzeczywiście, tak jak Piotr to powiedział, ewidentnymi dewotami wychowanymi przez zakonnice. Ale to już, wiecie Państwo, sięga bardzo daleko.
Przerażająco daleko, tak bym to powiedział. Z tym, że ja mam wrażenie, to by musiał ktoś mądrzejszy ode mnie o tym powiedzieć, że ten film w bardzo wielu scenach, jeśli nie w całości, jest mocno przerysowany. I zastanawiam się dlaczego. Pewnie jakbym się wysilił, to bym znalazł usprawiedliwienie. Ale bardzo wiele scen jest przerysowanych po prostu, co zresztą służy pewnej konwencji i służy w rezultacie całej opowieści. Więc się nie będę upierał, że to źle, ale jednak warto to zauważyć.
[02:06:40] - Powiem ci, że to jest widoczne w innych produkcjach Netflixa, które są osadzone w latach 70. i 80. Tam mamy na przykład bardzo silną dawkę jakichś absurdalnych rytmów czy mód z tamtego okresu. Był taki serial „Papillon Noir”. „Czarne motyle” to się chyba nazywał. Tam mieliśmy też taką dużą dawkę kultury i muzyki z lat 70. i 80., bardzo takiej sztampowej, typowej. Tutaj jest to samo, ale oczywiście jeszcze nachodzi na to zachowanie tych dzieci, które ma w nas budzić nutkę nie wiem, czy przerażenia, niepokoju na pewno. Ale mimo wszystko jest to dobre, bo na samym początku otrzymujemy taką dychotomię. Tutaj paradoksalnie rodzina bardzo mało konserwatywna, a z drugiej strony mamy dzieci, które tam przychodzą i które nie tylko mówią „paciorek na dobranoc” przed każdym posiłkiem, ale cały czas mówią o Biblii i nawet mają jakieś zabawy związane z Biblią.
I to wszystko jest dziwaczne po prostu. Ogólnie powiem ci tak: ja oglądałem dużo hiszpańskich horrorów, mam wobec nich bardzo różne odczucia i tak dalej, ale to mnie nie znudziło. To było naprawdę dobre. Pomimo tego, że mamy tam wiele rzeczy przerysowanych, wiele rzeczy ukazanych w takim krzywym zwierciadle. Czekamy na to, co się wydarzy. A dzieje się.
[02:08:20] - Tak, ten film mnie też nie znudził. Wierzcie mi Państwo, że on wciąga i na początku myślimy sobie: „Aha, to przesadzone, to nie takie..." Ale w gruncie rzeczy nie zdajemy sobie sprawy, że ten film swoją atmosferą, Piotr powiedział, to są lata 80., początek lat 80., pewna obyczajowość, pewna patriarchalność, że ten niby nowoczesny młody człowiek, ale jednak żona ma podać piwo, żona ma podać obiad i w ogóle ma być tak, jak tu pani władca, bo pan i władca pracuje. Oczywiście to tak ma się odbywać. To już do dzisiejszych czasów przystaje słabo, ale chwała scenarzystom, że uchwycili takie smaczki. Z drugiej strony ja na początku i widzicie Państwo, tak to jest i ja się do tego przyznam, jak człowiek usiłuje przed zakończeniem dorabiać do tego jakąś ideologię albo co mu się wydaje, że autor chciał powiedzieć. Bo ja przez jakąś część filmu miałem takie wrażenie, że to jest film bardzo mocno antykościelny, antyreligijny wręcz, bo pokazuje, do jakich patologii może doprowadzić taka indoktrynacja właściwie trochę tępo prowadzona jakoś tak mechanicznie i tak wprost. Tylko że później następuje koniec tego filmu, którego oczywiście Państwu nie powiem i to wszystko, co powiedziałem przed chwilą, można wyrzucić na śmietnik. Kompletnie wyrzucić na śmietnik. Absolutnie nic wspólnego to ani z antykościelną narracją, ani z jakimiś takimi atakami. Powiem wręcz przeciwnie, zaskoczy Państwa końcówka, myślę, bo tam się nagle wszystko odwraca.
Tam są takie motywy, które się tobie, Piotrze, nie do końca podobały. Taki jest motyw w jaki sposób te dzieci proszą Boga o spełnienie jakichś swoich próśb. W bardzo oryginalny sposób, ale nie taki zupełnie oderwany od rzeczywistości.
[02:10:43] - To znaczy on nie jest oderwany od rzeczywistości, jeżeli mówimy o tradycji ezoterycznej, bo tam dochodzi do jakiejś powiedzmy deprywacji sensorycznej, czegoś w tym stylu. Nie będę wam już tutaj zdradzał, że one w zmienionym stanie świadomości oglądają Boga. Tylko to nie jest rozwinięte. To jest jeden z minusów tego filmu. Tutaj właśnie-
[02:11:07] - Przepraszam, przerwę. Ja wiem, mam paskudny zwyczaj przerywania. To ja jestem winien. Piotr jest niewinny w tym wypadku. To ja zakrzykuję. Ale zauważ, owszem, rozwinięte nie jest, ale na szczęście jest wykorzystane. To nie jest po nic. To, że my się dowiadujemy, że one, te dzieci w ten sposób kontaktują się z Bogiem, to w pewnym momencie wybrzmiewa w tym filmie w bardzo ważnym momencie i za to chociażby reżyserowi, scenarzyście chwała. Już się zamykam.
[02:11:40] - Te dzieci mogą być zarówno trochę, nie wiem, jak to powiedzieć, zbyt sreligiezowanymi dziećmi. Mogą być wysłannikami niebios na ziemi i takimi pierwotnymi aniołami serafinami. Mogą być demonami. Zakończenie jest otwarte tak naprawdę. Jest to interesujące. Bardzo. Pojawia się wiele pytań. Jedno z nich brzmi oczywiście, to pytanie jest trochę oderwane od natury tego filmu, ale każe się zastanowić nad tym, czy słowo Boże w Biblii może być dzisiaj wypełniane w 100%. To chyba jest najważniejsze przesłanie tego filmu. Chociaż ten film jest tak naprawdę głęboko rozrywkowy, jakby nie było.
Nie ma jakichś za bardzo ambicji do tego, żeby wchodzić w głębsze kwestie. Także ja osobiście polecam mocno, na równi z „Pearl”. Ten film możecie bardzo łatwo znaleźć. Czekamy też na Wasze komentarze na ten temat. Myślę, że nawet jak coś powiedzieliśmy za dużo o tych dwóch ostatnich filmach, to nie wyczerpaliśmy wszystkiego z ich potencjału i nie wyczerpaliśmy waszego zainteresowania. Także jeżeli-
[02:13:00] - Ja tylko ci, Piotrze, przypomnę, że my mieliśmy, wręcz apelowano do nas, cały czas tej formuły nie przemyśleliśmy do końca, żebyśmy jakąś sferę czy strefę w naszych audycjach taką spoilerową robili. Do tego nas słuchacze namawiają. My cały czas do końca tego przyzwyczajenia, żeby jednak filmów nie opowiadać, nie przełamaliśmy. Nie mam wrażenia, żebyśmy opowiedzieli za dużo. Wierzcie mi Państwo, jeszcze à propos „Tina i Tiny", końcówka, pomimo że otwarta, jest dla mnie super. To jest super końcówka. Nie będziecie się Państwo tej końcówki spodziewać. Ja jestem naprawdę z dzisiejszego zestawu, który Piotrze zaproponowałeś, niezwykle zadowolony, bo poza tym ewidentnym knotem, którym jest „Tank”, te trzy pozostałe filmy gorąco też polecam, żebyście Państwo obejrzeli. Nie obejdzie się bez uwag różnego rodzaju, ja o tym jestem przekonany. Niemniej jednak warto te filmy zobaczyć.
To nie jest zmarnowany czas.
[02:14:12] - Ja ci powiem, że tam w „Tin i Tina" jest taki wątek muzyczny. Kiedy ten ojciec kupuje tym dzieciom prezent na gwiazdkę i daje im takie talerzyki Które się obracają i tam jest taka kaseta do tego i jest piosenka „Discoteque Filipino”. Boże, nie mogłem się od tego uwolnić. Myślałem, że ta piosenka jest tak tandetna i tak głupia, że jest wymyślona po prostu, że ktoś nie mógł wymyślić w latach 70. takiego badziewia. Okazuje się, że mógł. I to jest kwestia historyczna. Posłuchajcie.
[02:14:44] - Poczekaj, bo jeszcze mi przypomniałeś z tą historycznością, bo wiecie państwo, takie smaczki tam są w tym filmie: odwołanie się do rzeczywistych wydarzeń, bo my to bardzo precyzyjnie jesteśmy w stanie zlokalizować. Otóż na początku, kiedy oni biorą ślub, ma miejsce zajęcie parlamentu hiszpańskiego przez uzbrojoną grupę. To znajdziecie bez trudu, kiedy to się działo. Jest inna sprawa, kiedy pan domu, mąż, pilot ogląda mecz w telewizji, to my dokładnie jesteśmy w stanie ten mecz zlokalizować. Zresztą widzimy go na ekranie częściowo. Widzimy strzelane bramki, widzimy grające ze sobą drużyny. W związku z tym to taki dodatkowy smaczek, że to jest niby fantazja, niby rzecz zupełnie w sferze imaginacji, a jednak bardzo mocno przywiązana do pewnej rzeczywistości, do pewnych konkretnych wydarzeń. Być może z tego, co mówię, nie wynika, jak to jest fajnie zrobione, ale wierzcie mi państwo, że to jest dodatkowy, moim zdaniem bardzo ważny smaczek tego filmu.
[02:16:11] - Tak. Podsumowując, jakbym nie wiedział, co oglądać na przykład w sobotę albo w niedzielę na wieczór, to bym wybrał „Tina i Tina i Pearl” i z pełnym potwierdzeniem, zaangażowaniem i ogólnie odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to są naprawdę dobre filmy. „Noce”, bo można gdzieś tam w międzyczasie zobaczyć. Może nie jest tak rozrywkowy, ale też nie jest zły. A za tydzień, Marku, podchodzimy do bardzo trudnego tematu, jakim są horrory kryptozoologiczne, bo tutaj już nie będzie tak łatwo. Nie będą to filmy o potworach tak w 100%, bo jednak będą, ale jednak będzie pewien problem.
[02:16:52] - Trochę się boję tego tematu. Jeśli będzie bardzo źle, to zamienimy Filmotekarium w lożę szyderców. Będziemy jak te dwa dziady z „Muppet Show” szydzić i chłostać biczem satyry. A jak będzie trochę lepiej, to zawsze będziemy mieli taki wentyl bezpieczeństwa, przy którym będziemy mogli nawet coś tam pochwalić. Także obawiam się, ale czekam z nadzieją.
[02:17:22] - Tak, też czekam z nadzieją. Pozostaję przy tym słowie wentyl. Pozdrawiam.
[02:17:27] - Pozdrawiam, do usłyszenia. Proszę państwa, tak się jakoś ostatnio złożyło, że „Telegramy z krańca świata”, audycja jak najbardziej nieksiążkowa. Audycja, która ma nam opowiadać o geopolityce, o mechanizmach władzy, jej zdobywania, utrzymywania i tak dalej. Jak się ostatnio zdarza, że im bliżej wakacji, tym pan Piotr popada w taki nastrój, chciałem powiedzieć melancholijny, ale to nie byłaby dobra charakterystyka. Raczej jest to nastrój czytelniczy. Całkiem niedawno słyszeliście państwo wydanie „Telegramu z krańca świata”, w której to audycji były polecanki książkowe. Dzisiaj będą dalej polecanki książkowe, bo przy okazji audycji zatytułowanej „Gwiezdne bitwy” musiały się pojawić tytuły z szeroko pojętego gatunku zwanego space operą, takiego poddziału fantastyki naukowej. Skoro jesteśmy przy space operze, to ja od razu zaproszę państwa na przyszły tydzień. Ja państwu trochę o space operze opowiem. To będzie taki subiektywny, nawet bardzo subiektywny przegląd gatunku, historii gatunku oraz próba charakterystyki tego gatunku.
Tak się jakoś dziwnie składa, że space opera, którą bardzo wielu ludzi lubi, kojarzy z kosmicznymi bitwami, z kosmicznymi podróżami i tak dalej, przez wielu recenzentów, przez wielu krytyków gatunku filmowego i literackiego była traktowana po macoszemu. Była też ta space opera raczej traktowana pogardliwie. Okazuje się, że chyba niesłusznie. Będę przynajmniej próbował udowodnić za tydzień taką tezę. Spróbujemy zdefiniować przede wszystkim gatunek, bo jak się państwo zastanowicie, to wcale nie jest to takie łatwe. Jakbyście mieli państwo teraz opowiedzieć, jaka byłaby definicja gatunku. Co to jest space opera? Tu się różne rzeczy pojawią: od kosmicznych bitew, o których za chwilę z Piotrem Plebaniakiem, po różne inne próby. Ale okazuje się, że to nie jest takie proste. Ja za tydzień podejmę się zadania.
Będę przynajmniej próbował jakoś space operę państwu zdefiniować, ale to będzie ta mniej ciekawa część pogadanki o space operze, bo później ruszymy Szlakiem historycznym, śladem powieści, które wyznaczają takie kamienie milowe tego gatunku. To za tydzień. A teraz zapraszam państwa na rozmowę z Piotrem Plebaniakiem zatytułowaną "Gwiezdne bitwy".
[02:20:50] - Telegram z krańca świata.
[02:20:53] - Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[02:20:56] - Dzień dobry, bardzo pozdrawiam z Tajwanu, który szykuje się, kiedy Zachód upadnie, kiedy Chiny upadną, żeby zostać ostatnią ostoją ludzkiej cywilizacji na Ziemi, odbudować wielkie Gwiezdne Imperium i podbić przynajmniej jedną trzecią galaktyki. Nawet może jedną drugą.
[02:21:13] - Tak się zastanawiam, bo to jakieś nowe teorie dziejowe. W każdym razie myślę, że pogłoski o szybkim upadku Zachodu i Chin-
[02:21:27] - Były mocno przesadzone.
[02:21:29] - Wydają się mocno przesadzone, ale dobrze, zostawmy to na boku. O co tak naprawdę chodzi z tym Tajwanem, który stanie się Gwiezdnym Imperium? Wszystko oczywiście przenośnia.
[02:21:41] - Bardzo prosta rzecz. Na początku przyszłego roku są wybory prezydenckie. Dochodzi do władzy z całą pewnością partia ekspansjonistyczna. I szykujemy się już na podbój przynajmniej tej przestrzeni w promieniu 10, 20 lat świetlnych. Także trzeba będzie zakasać rękawy i pracować zgodnie z tym starożytnym chińskim fragmentem sztuki, dramatu z początków dynastii Yuan, czyli dynastii mongolskiej w XIII wieku. Był taki gatunek sztuki. Jednym z takich słynniejszych fragmentów było: "Gdy kraj prosperuje, ludowi ciężko, gdy kraj upada, ludowi ciężko". Czyli niezależnie, co się dzieje, czy do władzy dochodzą jedni, czy drudzy, tak jak w Polsce tutaj się szykuje jakaś być może zmiana, być może jednak zostaniemy przy naszych ukochanych przywódcach. W Chinach jest dokładnie to samo, że państwo po prostu żyje kosztem, wysiłkiem wszystkich swoich obywateli. Był nawet taki fiński film chińskiej grupy miłośników space opery.
Nie pamiętam, jak się nazywał ten film. Stworzyli coś świetnego, coś w stylu parodii "Star Treku". Polegało to na tym, że właśnie Finlandia zbudowała statek kosmiczny, który wyglądał tak jak właśnie Enterprise ze "Star Treku" i zaczęły się gwiezdne bitwy. Nie pamięta pan tytułu?
[02:23:04] - Nie, niestety.
[02:23:06] - Generalnie to było bardzo dawno, chyba z 15 albo i 20 lat temu. Film w pierwszej wersji, którą zrobili, jak nie byli jeszcze sławni, był po prostu fenomenalnie śmieszny. A potem zrobili drugą wersję, jak już mieli pieniądze i było wyraźnie mniej śmieszne. Powycinali zresztą niektóre sceny. Natomiast wracając do rzeczy, będziemy dzisiaj mówić o gwiezdnych bitwach, czyli o tym, w jaki sposób autorzy wyobrażali sobie, jak takie bitwy będą przebiegały. I na początek, jak zwykle zastosuję taki ambush journalism, czyli z zaskoczenia zadawanie pytań. Panie Marku, pana ulubiona bitwa kosmiczna w literaturze, nie licząc swoich własnych powieści oczywiście.
[02:23:48] - Wie pan, aż tak mi jeszcze ego nie urosło, żebym swoje własne przytaczał.
[02:23:52] - Zaraz urośnie.
[02:23:54] - Oczywiście, przecież ja się już szykuję na to. Jak mi się ego będzie rozdymało, to będę musiał specjalnym samochodem dowozić swoje ego osobno. W każdym razie, jeśli chodzi o takie kosmiczne bitwy, to wie pan, ja jestem jednak niereformowalny. Ja lubię, trudno to nazwać właściwie bitwami, bo tam były bardziej potyczki, ale te rzeczy, które się odbywały u Colina McCappa w "Zapomnij o Ziemi". Tam są raczej takie drobiazgi, tam nie ma jakichś wielkich, gigantycznych bitew, ale ja to lubię mimo wszystko. Oczywiście można te nowsze space opery przytaczać i tam się tego dzieje więcej, ale ja nie jestem przekonany, bo powiem tak: większość autorów space oper pisze to troszeczkę tak, jakby wzięło sobie opis bitwy z II wojny światowej, bitwy morskiej i troszeczkę to przekładając, troszeczkę to kulając i robiąc z tego taki kosmiczny pejzaż przedstawiają bitwę. To nie zawsze mi odpowiada. Co więcej, bardzo często statki kosmiczne, okręty kosmiczne określonej klasy, czyli są te pancerniki, są jakieś inne jednostki o porównywalnej nazwie. I to mi się niekoniecznie podoba. Z filmów lubiłem, jak się strzelali, bo trochę się strzelali-
[02:25:26] - Widziałem, przyznał się pan
[02:25:28] - Oczywiście, jak się strzelali w kosmosie w "Battlestar Galactica" i to w tym starym z lat 70., jak i w tym nowym serialu również.
[02:25:39] - Jasne. A czy jest jakiś aspekt tych bitew, który jakoś specjalnie pan utkwił, że tak rzeczywiście powinno być w przestrzeni kosmicznej? Czy któryś autor trafił w pana wyobrażenie, czyli były zbieżne tego autora właśnie z pańskimi?
[02:25:55] - Wie pan, ja to traktuję jako jednak element rozrywkowy. Sam fakt, że dołącza się tam dla celów widowiskowych elementy dźwiękowe, jakieś inne tego rodzaju. W "Gwiezdnych wojnach" chociażby też tego rodzaju rzeczy występują. To wszystko sprawia, że mnie jest trudno, przynajmniej w filmach, traktować to tak zupełnie śmiertelnie poważnie. To raczej jest element, dla mnie przynajmniej, widowiskowości danego filmu. Ja się zrewanżuję pytaniem mimo wszystko, bo się inaczej rozpęknę. Nie będę mógł wytrzymać, bo mam takie wrażenie, być może mylne, że my z takich rozważań strategicznych Przeszliśmy dzisiaj na rozważania taktyczne. Czy mnie intuicja myli, czy coś w tym jest?
[02:26:52] - Raczej nie tyle myli, ile zastanawiam się, w jaki sposób sformułować jakieś jak najbardziej ogólne warunki zwycięstwa w jakiejś potyczce sił kinetycznych, że tak zacytuję nomenklaturę czy też slang, którym popisują się nasi geopolitycy. I zastanawiam się właśnie, biorąc pod uwagę taką definicję, czym jest broń. To jest urządzenie do manipulowania energią. To jest z książki „Luna to surowa pani” Roberta Heinleina. Tam była mowa o takiej wyrzutni elektromagnetycznej, która wysyłała barki z ziarnem hodowanym na Księżycu w kierunku Ziemi. Już nie będę tego streszczał za bardzo, dlatego że tam nie było bitew kosmicznych za bardzo, oprócz jednej naprawdę fajnej, ale krótkiej. Natomiast chodzi o to, że w jakiś sposób musimy naszymi efektorami, czyli naszą bronią, zniszczyć przeciwnika, czyli zniszczyć jego okręty bądź wyeliminować załogę z dalszej gry. I w jakiś sposób można to zrobić, powiedzmy, za pomocą technologii, która jest dostępna nam dzisiaj. W przestrzeni kosmicznej możemy albo posługiwać się wiązkami skupionej energii, czyli laserami na przykład, albo możemy wysyłać pociski kinetyczne, czyli zbudowane ze zwykłej materii, które ze względu na różnicę prędkości będą po prostu zabójcze dla floty przeciwnika. I tutaj coś takiego trafiło na mój celownik w książkach Harry'ego Harrisona.
Nie przypomnę, taka trylogia była „Ku gwiazdom”. Dobrze powiedziałem czy odwrotnie? Czy „Ku Ziemi”?
[02:28:43] - „Ku gwiazdom”.
[02:28:44] - Taki był trzytomowy cykl.
[02:28:45] - Tak, „Ku gwiazdom”, ale tam się wiele na planecie działo. Przypominam, że to Izraelczycy byli i po planecie jechali takim-
[02:28:58] - Pociągiem.
[02:28:58] - Czymś takim jechali tam, żeby się przedostać. A ja tam właśnie bitew to nie pamiętam, ale być może pamięć mi nie dopisuje.
[02:29:05] - Nie dopisuje. Za co strasznie przepraszam, że to mówię publicznie. Dlatego, że w trzecim tomie tej trylogii było tak, że ci ludzie wygnani na tę planetę, co było osobną treścią tych dwóch pierwszych tomów, wrócili na Ziemię, żeby skonfrontować się z jej ówczesnymi właścicielami.
[02:29:25] - To taki patent. Faktycznie, gdzieś mi to umknęło.
[02:29:30] - Właśnie i w trzecim tomie było tak, że te dwie floty zbliżały się do siebie i była świetnie pokazana broń, ten gatling, czyli coś, co jest zupełnie prymitywne i nam dostępne, czyli karabiny maszynowe o wysokiej szybkostrzelności, które wysyłały po prostu odpryski materii, czyli krótko mówiąc pociski, ale z tak gigantyczną prędkością, dlatego że te dwie floty się zbliżały, że doprowadziło to do katastrofalnego dla... Nie wiem, czy mogę powiedzieć, strony. Nie powiem strony, bardzo przepraszam. Pewnie się łatwo i tak domyślić. Natomiast problem polega na tym w tego typu bitwach, w bitwach opisywanych w opowieściach science fiction, że po pierwsze nie rozumiemy konwencji, w jakiej się rozgrywają bardzo często dlatego, że najczęściej pojawia się jakaś nowa broń, która nieznana jest albo czytelnikowi, albo nieznana jest jeszcze stronom konfliktu, który jest toczony. I następuje pewne koncepcyjne zaskoczenie, które doprowadza do tego, że bitwa zostaje wygrana. I takim głównym prawem toczenia bitew jest właśnie takie następujące prawidło: trzeba wprowadzić do gry czynnik, który nie był wcześniej konceptualizowany ani przewidywany przez przeciwnika. Dzięki temu jego plany obrony czy też plany interakcji z nami, bojowej interakcji, stają się bezużyteczne. Inaczej doprowadziliśmy tak sformułowany problem do pojęcia czarnego łabędzia, o którym mówiliśmy już wcześniej.
[02:31:05] - Tak. A mówiąc jeszcze o bitwach, to pragnę dodać, że ich widowiskowość na różnego rodzaju obrazach made in Hollywood jest jeszcze fajna. Natomiast pewną trudność sprawia zarówno w filmach, jak i w książkach trójwymiarowość takiej bitwy. Bo na morzu wszystko było proste, łatwo to było nawet śledzić na różnego rodzaju mapach czy też wyświetlaczach. Natomiast troszkę się śmieję i to na przykład w „Enderze” było fajnie rozwiązane. Natomiast w takich przeciętnych produkcjach space operowych, to oni też na płaskim ekranie śledzą, jak się te floty zbliżają i w ogóle nie widać przestrzenności tego układu. To jest słabe, mówiąc szczerze. To fakt, że to się zdarzało głównie w tych pierwszych sfilmowanych space operach. Chociaż jak się tak dobrze zastanowić, na swojego konika wsiadłem, to historia space opery sięga hoho, a na pewno filmowej to lat 30., co może być zaskakujące, wtedy się pojawiły takie obrazy jak „Flash Gordon”, ale nie ten z lat 80. z muzyką Queenów, tylko w latach 30.
po raz pierwszy w takiej serii był „Flash Gordon” sfilmowany. Kilku podobnych bohaterów się pojawiło. Ja tylko przypomnę, że ten Flash Gordon to miał tych przygód Przesadzam. Miliony, po prostu ciągle był czymś zajęty. Takie rzeczy sobie pozwoliłem wrzucić. A jeszcze przypomniałem sobie, że lubię taką space operę w wielu tomach, a w dodatku się nowe pojawiają, bo najpierw był cykl, który nazywany był „Zaginiona flota”. To był cykl Jacka Campbella. Ale oczywiście trudno było wytrzymać i teraz powstaje, a w każdym razie w Polsce jest wydawany kolejny cykl „Zaginiona flota: Genesis” czy coś takiego. W każdym razie początki zaginionej-
[02:33:20] - Czyli na sukcesie dopisuje jeszcze jakiś-
[02:33:23] - A pan by nie dopisywał? Ja w każdym razie się zdeklaruję, ja bym dopisywał.
[02:33:30] - Pozwalam sobie zaprzeczyć, miłym przyjacielem mi jest Żelkowski, ale prawda milsza. I właśnie to jest taki wielki dylemat pisarza, bo napiszesz książkę, która się zaczyna świetnie sprzedawać i chce zarobić jeszcze trochę więcej na tym samym temacie, który ma jakoś opanowany warsztatowo, koncepcyjnie. I wychodzi z tego coś, co można porównać do Davida Brina, jego pierwsze powieści, przede wszystkim jedna bitwa kosmiczna, która była fenomenalnie opisana w „Wojnie wspomaganych”. Bardzo wszystkim polecam tą książkę. Jest tam świetnie zarysowany konflikt galaktyczny. Jest jedna z moich ulubionych wizji. Brin ma wielki talent do tego, ale problemem jest to, że potem zaczął pisać książki, które miały po 600, 700, nie wiem ile stron się przekłada na polskim wydaniu, bo dawno nie widziałem wersji papierowej. Natomiast potem po prostu leje wodę, dlatego że redaktorzy nie zmuszają go do skracania. A sztuka pisania to sztuka skreślania właśnie, czyli do minimalizowania objętościowo wszystkiego po to, żeby nie zanudzić czytelnika. Tak jak teraz, ostatnio jest „Indiana Jones 5” w kinach, ponad dwie godziny trwa film.
I pojawiły się głosy, że na przedpremierowym wyświetleniu na festiwalu w Cannes ludzie po prostu wymiękali, komentowali, ziewali, narzekali, że się dłuży. Identyczny problem był Neila Stephensona książki, z których ja przynajmniej, zaraz się pana Marka spytam, co jemu się podoba. Jak to się nazywało? Ten o szyfrach. Zaraz sprawdzę. Generalnie on napisał dwie książki. „Diamentowy wiek”, dobrze przekładam na język polski?
[02:35:21] - Chyba tak.
[02:35:23] - I jeszcze „Zamieć”. To są dwie książki absolutnie kultowe. Jeżeli ktoś jeszcze tego nie czytał, to niniejszym zadaję pracę domową, żeby przynajmniej jedną z tych książek Neila Stephensona. Ma fascynujące, buszujące w głębinach najgłębszej filozofii naszej cywilizacji pomysły i są po prostu fenomenalne. Trzeba przebudowywać całe swoje obrazy mentalne w głowie poukładane już po to, żeby dopasować się do wiedzy, którą on nam przekazuje. Natomiast w jego późniejszych książkach nastąpiło dokładnie coś podobnego do tego, co zrobiło się z Davidem Brinem, czyli nikt go nie śmiał zdyscyplinować do skracania i z książek, które powinny mieć po 300, 400 stron, robiły się molochy, które miały dwa razy tyle. Nie dało się tego czytać. Próbowałem, przyznaję i się poddałem.
[02:36:14] - Tak. „Zamieć” to książka, która zyskała sobie miano kultowej, ale tak się zastanawiam, a ona ma coś wspólnego z bitwami kosmicznymi? Ona mi się bardziej z takim wirtualnym światem trochę kojarzy.
[02:36:34] - Tak, zgadza się. Z bitwami rzeczywiście nie ma nic wspólnego. Ja tak zrobiłem dygresję od Davida Brina, który miał talent do bitew kosmicznych. I generalnie świat, który stworzył, świat, który zapoczątkowany został tą „Wojną wspomaganych” dla mnie jest fantastyczną wręcz konstrukcją. Jakby ktoś nie wiedział, to porządki społeczne w Galaktyce polegały na tym, że były dziesiątki ras, których prestiż zależał od tego, ile te poszczególne rasy wspomogły gatunków nierozumnych do poziomu rozumności. I ludzkość skontaktowała się, stała się częścią społeczności galaktycznej wtedy, której wspomogła już dwa gatunki, czyli delfiny i szympansy. Szympansy, jak ktoś nie wie, jak są wspomagane jeszcze, wahają się na krawędzi kompletnej dzikości, w miarę to przesadzam, ale ludzi czy też istot pretendujących do miary rozumności, to proszę sobie włączyć transmisję z Sejmu. Wiedział pan, że dojdę do tego, prawda? Mniej więcej tak to wyglądało. Ale problem polegał na tym w tej galaktycznej społeczności, że wspomożenie dwóch gatunków to było już niebywałe osiągnięcie, podnoszące dramatycznie status danej rasy rozumnej, czyli ludzi w tym wypadku.
Natomiast ludzkość po prostu teoretycznie powinna być rasą z zerowym dorobkiem, a była już z dwoma i wtedy stała się częścią tej społeczności z wysokim statusem, czego wszyscy ludzkości zazdrościli i wszyscy ci szczęśliwie wcześniej posiadający swój status zasłużony przez miliony lat istnienia, to Ziemianie już mieli na to od ręki. Więc to było jedną z takich przyczyn ideologicznych, które leżały u podłoża wojny ludzkości z innymi rasami. To było fascynującym wręcz pomysłem.
[02:38:30] - Tak, panie Piotrze, ale tak cały czas czuję się zaniepokojony, bo zastanawiam się, czym mnie pan za chwilę zaskoczy, bo tak sobie gwarzymy tutaj o kosmicznych bitwach, o fantastyce. A dokąd tak naprawdę zmierzamy?
[02:38:45] - Niczym, przysięgam! Ja jestem człowiekiem niezwykle prostolinijnym. Nigdy bym nie pomyślał, żeby jakikolwiek fortel zastosować albo zaskakiwać generalnie osobę, która nie byłaby w pełni przygotowana i uzbrojona w możliwe odpowiedzi.
[02:39:05] - Nie wiem, jak się śmiać po chińsku, więc się nie zaśmieję. Mogę się zaśmiać ewentualnie po polsku.
[02:39:14] - Odwrotnie po prostu. „Ach, ach, ach” trzeba krzyczeć. Tak. Właśnie, widzisz. Dobrze. Wracając już ściśle do bitew. Innymi takimi bitwami, o których jeszcze nie wspomnieliśmy. Wspomnieliśmy o książkach, które też wszystkim polecam, jeżeli jeszcze nie czytali. „Luna to surowa pani” Roberta Heinleina. Tam jest pokazana wojna w sposób naprawdę mistrzowski, absolutnie mistrzowski.
Wojna jako zjawisko będące częścią naszego życia społecznego, pewnym etapem życia społecznego. Dlatego, że wojny są potrzebne, jakby ktoś nie wiedział. W eseju pod tytułem właśnie „Wojny są potrzebne, ale nie byle jakie wojny”. I to teraz zróbmy tak, że ja wrzucę ten PDF dla wszystkich, jak ktoś jeszcze nie nabył książki „Siły psychohistorii”, żeby sobie przeczytał, czyli na stronie chiny.pl/telegram. Tam będzie dzień wcześniej niż ta audycja trafi do publikacji. Także jak będziecie słuchać, to już to tam będzie. Natomiast cała filozofia wojny, jeżeli autor potrafi to wygenerować na kartach swojej nawet jednej powieści, to jest gigantyczna praca koncepcyjna, dlatego, że to wszystko musi się spinać. W tym sensie, że ten konflikt, który jest toczony, musi mieć jakieś podłoże ideologiczne, musi mieć w jakiś sposób pokazane, że są siły i kontrsiły, których zderzenie, których konfrontacja w postaci wojny jest absolutnie nieuchronna. Ja chciałem powiedzieć to sformułowanie: to są siły psychohistorii, czyli coś, co postrzegamy jako bardzo trudne do odwrócenia, a może nawet po prostu niemożliwe do odwrócenia albo do wyhamowania, dlatego, że ludzkim działaniem pojedynczych ludzi nie mamy dostatecznej inercji do tego, żeby zmienić kierunek tych pędzących wydarzeń. Natomiast tak: „Luna to surowa pani”.
Mówiliśmy „Ku gwiazdom” Harrego Harrisona. Mówiliśmy o „Wojnie wspomaganych” Davida Brina. To jest stara fantastyka, ale absolutnie mistrzowska, jeśli chodzi o to, w jaki sposób autor skonstruował konflikt. Zwróćcie uwagę, że dobrze zrobiony konflikt pokazuje tą warstwę filozoficzną. To znaczy na zewnątrz to, co widzimy, to strzelają się statki kosmiczne i Piotr Plebanek i Marek Żelazowski po prostu się cieszą, że coś tam się miga i strzela, i są wybuchy, i jeszcze w kosmosie je słychać, to tym bardziej jesteśmy zadowoleni, mimo tego, że wiemy, że to jest nie do końca zgodne z nauką, ale trzeba sobie audioizować, nie tylko wizualizować to, co się dzieje. Natomiast w głębi tych konfliktów są zawsze jakieś głębokie powody. W tej serii Davida Brina o wojnie wspomaganych zarysowałem, że ideologicznie, statusowo nas nienawidzili, nas ludzi, dlatego, że osiągnęliśmy wysoki status w sposób, który był wcześniej niepraktykowany. Czyli bardzo młoda rasa zrealizowała dwa wspomagania i nie zasługują po prostu na to. Więc trzeba się z nimi bić, czyli znaleźć jakiś pretekst do tego, żeby użyć przeciwko nam siłę. Identyczna sytuacja jest zarysowana właśnie w „Luna to surowa pani”.
Co mamy na Księżycu? Na Księżycu mamy kolonię skazańców, z których większość mieszkańców tej kolonii księżycowej została już po wyroku na Księżycu, bo nie mogli wrócić ze względu na zmiany fizjologiczne w ciałach między innymi. Więc większość ludzi, którzy mieszkali na Lunie, była ludźmi wolnymi i oni chcieli się uniezależnić od Ziemi, a byli uzależnieni całkowicie gospodarczo ze względu na to, że byli w obiegu zamkniętym produkcji ziarna na Księżycu, co było w tamtej sytuacji pokazane jako ten mechanizm ekonomiczny dający im prawo istnienia w ogóle całej tej kolonii ludzi wolnych na Księżycu. Jakiś mechanizm musi istnieć. Ale proszę zobaczyć, co się dzieje. Nagle ci ludzie, którzy byli de facto więźniami na tym Księżycu, byli całkowicie pozbawieni swojej własnej sprawczości, czyli zdolności decydowania o własnym losie. Nagle wygenerowali kontrsiłę. Kontrsiła polegała na tym, że stwierdzili, że poważą się na próbę zdobycia niepodległości. Cała książka zresztą jest taką paralelą rewolucji amerykańskiej, czyli zdobycia niepodległości przez Stany Zjednoczone, niepodległości od Imperium Brytyjskiego. Więc Amerykanie czy Anglicy, którzy to czytają, generalnie patrzą na tą książkę zupełnie inaczej.
Chyba że my Polscy czytelnicy rozumiemy, w jakiś sposób tamte wydarzenia, to jesteśmy w stanie w jakiś sposób głębiej w to wejść. Natomiast co jest istotne. Mówiliśmy cały czas o rozmaitych ideologiach, o tym, jak budować imperium, jak niszczyć imperia, ale nie mówiliśmy jeszcze właśnie o bitwach. O bitwach, które mają miejsce dlatego, że nie jest możliwe dla stron rozładowanie konfliktu, czyli osiągnięcie jakiejś nowej równowagi sił, które by satysfakcjonowały obie strony. I to jest takim mykiem, punktem szczególnym, którego trzeba szukać we wszelkich konfliktach historycznych, jakie miały miejsce w przeszłości, jakie mają teraz i jakie będą. Tak będzie zawsze. Jeżeli będzie jakaś wojna kinetyczna, to ma ona niezwykle głębokie podłoże w kwestiach albo ideologicznych, albo tożsamościowych, albo cywilizacyjnych. Tak jak konfrontacja była ruchem krucjatowym, a inwazją na teren półwyspu europejskiego, który był chrześcijański. Co się stało w tamtym okresie? Powstał napor muzułmański.
Natomiast na terenie europejskim dzięki Kościołowi katolickiemu powstała kontrsila, czyli siła zdolna zmobilizować rozbity politycznie obszar europejski do tego, żeby stworzyć ponadnarodowy wysiłek wojenny mający na celu stępienie tego muzułmańskiego ostrza. Pamiętajmy, że to był okres, w którym Półwysep Iberyjski był praktycznie w całości zajęty przez muzułmanów, niemalże wyparty. Rekonkwista się dopiero zaczynała. Przecież skończyła się dopiero pod koniec XV wieku. Natomiast od strony Bałkanów, od strony miejsc, gdzie teraz jest Turcja, która też przecież kawałkiem swojego terytorium wchodzi na teren półwyspu europejskiego. To wszystko było pewną siłą, która sunęła dzięki napędowi gospodarki, przemysłu wojennego, rozwoju nauki i technologii. Mieli oni nad nami przewagę. I teraz to, co Kościół zorganizował, zresztą wspominałem o tym w „Siłach psychohistorii”, jak ktoś pamięta esej pod tytułem „Chrześcijański projekt cywilizacyjny”, to Kościół katolicki skonstruował niezwykle skomplikowaną strukturę społeczno-polityczną pozwalającą zbudować tą ultrakooperację w postaci zbudowania kontrsyły, czyli ruchu krucjatowego, za pomocą którego poruszenie ideologiczne, mówiąc dokładnie, religijne, cała kampania propagandowa mająca zachęcić ludzi do odratowania Ziemi Świętej czy świętych miejsc spod władzy muzułmanów, czy też spod władzy władców islamskich. To wszystko było niezwykle wyrafinowanym, długo koncypowanym i dostrajanym ruchem polityczno-cywilizacyjnym mającym wytworzyć kontrsilę, która miałaby obronić nasz obszar cywilizacyjno-kulturowy, i oczywiście władzę Kościoła, który był de facto politycznie zarządzającym nawet w dużej części całym tym terytorium podmiotem. I proszę zobaczyć, że to, co się wtedy działo, było rodzajem powszechnej mobilizacji, rodzajem stworzenia ponadpaństwowej organizacji pod kontrolą Kościoła katolickiego rezydującego w Rzymie, który był ruchem czysto defensywnym.
Przepraszam, może rzeczywiście źle powiedziałem. Nie ma czegoś takiego jak czyste intencje obronne, defensywne. Natomiast z całą pewnością było to, co już powiedziałem, kontrsilą. I teraz wracając już do słynnych bitew, czyli przechodząc do bardziej skali taktycznej i operacyjnej z tej skali największej, czyli funkcjonowania imperiów. To, co dzieje się w bitwach na mniejszą skalę, jest dokładnie czymś odpowiadającym. Stają na siebie dwa państwa, które generują siłę militarną, czyli dostarczają rekruta, wytwarzają broń, w którą ten rekrut jest wyposażany, produkują elity, które mają swój żywotny interes finansowy, często połączony z interesem całego państwa. W czasach historycznych, w czasach feudalnych wszyscy władcy feudalni, arystokracja była poddanymi króla. Król był tym najważniejszym w hierarchii. Jak te mechanizmy były budowane? W dość elementarny sposób.
Król za bohaterskie czyny czy jakieś wojenne osiągnięcia rozdawał nadania ziemskie. Czytamy fantasy. Ja na przykład czytam. Nie wiem, czy wy wszyscy też czytacie. Generalnie stamtąd w większości czerpiemy wiedzę. Nie ukrywam, że ja też, nie licząc podręczników na temat historii, to moja pierwsza wiedza historyczna na temat feudalizmu pochodziła z powieści fantasy. Mechanizm jest bardzo prosty. Jeżeli ktoś się zasłużył, zaryzykował własnym życiem, czyli mamy ten skin in the game, czyli skóra w grze, o czym mówiliśmy dwa tygodnie temu, to w nagrodę dostawał jakieś nadanie w dożywociu albo z możliwością przekazania potomkom mniejsze czy większe połaty gruntu. Więc tworzenie tego typu kontrsyły na poziomie całych państw czy całych królestw, mówiąc precyzyjnie, polegało na odpowiednim motywowaniu ludzi. W ruchu krucjatowym, o którym króciutko omówiliśmy, polegało to dokładnie na tym samym, ale motywacja była stricte religijna.
Można było oczywiście brać łupy w tych miejscach, do których się jechało gdzieś tam na ten Bliski Wschód. Natomiast przede wszystkim nagroda była tam w niebie, czyli była to nagroda naturalna. I teraz co się dzieje? Wracając już do tematu bitew, takich zwykłych bitew na parędziesiąt tysięcy osób czy na kilka tysięcy osób. Co jest siłą i co jest kontrsiłą? Umówmy się, że mówimy o czasach historycznych, czyli o czasach, kiedy nie było linii frontu, tylko armie poruszały się jako pewien zorganizowany pochód. Jakaś grupa ludzi, najczęściej kilku tysięcy. Poruszało się to wszystko w czasie lata, kiedy rosły trawy, czyli można było dostarczyć ekologiczne, biodegradowalne, niestety z brzydkim zapachem, ale paliwo dla silników, czyli dla koni. Przepraszam, że tak żartobliwie, ale rzeczywiście to jest trafne porównanie. Kiedyś mnie pytali na miejscu, ja czasem opowiadam o historii Europy, dlaczego nie było bitew w zimie.
No to właśnie dlatego, że nie było paliwa na łąkach dla koni, a konie były jednym zastępstwem pojazdów mechanicznych. Znaczy były czymś przed pojazdami mechanicznymi, a nie zastępstwem. To pojazdy mechaniczne są zastępstwem koni, mówiąc precyzyjnie. Natomiast wracając do sił i kontrsił, proszę zobaczyć, co się dzieje. Jest jakaś armia stworzona przez jakieś królestwo. Powiedzmy, że mówimy o potopie szwedzkim, czyli o wyczynach królów szwedzkich z głównej masy półwyspu europejskiego. Czyli to, co mówimy, to jest wojna trzydziestoletnia, to jest potop szwedzki, który znamy oczywiście z kart trylogii, nie tylko z podręczników. Wszystko to polegało na tym, że Szwedzi zdołali wygenerować pewien efektor, czyli świetnie zorganizowaną armię, świetnie wyszkoloną, z gigantycznym doświadczeniem i wyposażoną raz, że w nowoczesną broń, a dwa, że w doktrynę poruszania się po wrogim terytorium. Na przykład w czasie wojny trzydziestoletniej Szwedzi maszerowali niczym szaleńcze albo niczym tornado przechodzili przez rozmaite tereny. Jak to się mówi?
Wielkie Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, dobrze powiedziałem?
[02:53:12] - Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, tak. Chyba tak.
[02:53:15] - Chyba dobrze. Mniej więcej.
[02:53:18] - Chyba nie zostaniemy spaleni na stosie przez historyków.
[02:53:21] - No chyba nie.
[02:53:21] - Miejmy nadzieję.
[02:53:23] - Więc czym była armia szwedzka? To był samodzielny homeostat odcięty od źródeł zaopatrzenia, czyli żyjący tym, co na miejscu zdołali zdobyć, racząc też ludność ulubionymi drinkami Szwedów, czyli na przykład szwedzkim napojem. Nie wiem, czy pan Marek kojarzy, co to jest?
[02:53:51] - Nie, nie kojarzę.
[02:53:54] - Można powiedzieć, tutaj jest to w takim razie praca domowa obowiązkowa. Jak teraz Szwedzi naprzyjmowali tych naszych odwiecznych przyjaciół migrantów, czyli lekarzy, inżynierów i tak dalej i nagle ci lekarze inżynierowie zaczęli tworzyć takie no-go zone, czyli strefy, gdzie policja się boi wkroczyć, to można to skomentować ich politykę migracyjną, że teraz muszą wypić szwedzki napój, którego sami nawarzyli. Powiem oględnie, jak szwedzcy żołnierze wyciskali rekwizycje z ludności, przez której tereny przechodzili, to torturowali ludzi, wymyślali różne bardzo brzydkie rzeczy, między innymi produkty przemiany materii płynnej, stałej, mieszali w nich napój, który nazywał się właśnie szwedzkim napojem i kazali to wypijać ludziom po prostu po to, żeby ich zgnębić, mówiąc krótko, bo nie miało to żadnej innej praktycznej przyczyny, oprócz zastraszenia tych, których ten los jeszcze nie spotkał, że tak powiem. Także taki szczegół. Więc wracając do konfrontacji dwóch armii. Dwie armie to zawsze jest siła i kontrsiła. I ta kontrsiła jest, można pomyśleć, jakimś rodzajem odpowiedzi immunologicznej innego homeostatu państwowego, czy też mówiąc tradycyjnym językiem innego królestwa. Mówiliśmy na początku bardziej o takich bitwach kosmicznych, ale proszę zobaczyć, znowu mamy siłę i kontrsiłę. Czyli państwo ziemskie, ogólnoplanetarne zsyła jakichś tam wygnańców na jakąś tam nieznaną planetę. Ci czują się źle potraktowani, zdołają się zorganizować, czyli stworzyć ultrakooperację, o której mówiliśmy wielokrotnie.
Zdołają stworzyć czy też pozyskać flotę kosmiczną, która jest potrzebna do tego, żeby zrealizować swoje zbiorcze zamiary i wysyłają tą flotę na Ziemię. Przepraszam, zdradzę to, dają Ziemi łupnia. Więc siła i kontrsiła to jest generalnie coś, co musimy znaleźć w każdym konflikcie, w każdym militarnym konflikcie przede wszystkim dlatego, że ta siła i kontrsiła zawsze tam jest. Musimy ją zdefiniować, jeżeli chcemy wygrać oczywiście. Jeżeli ją zdefiniujemy, to jesteśmy w stanie wskazać, co generuje tą siłę. Czyli jeżeli na przykład bierzemy pod uwagę to, co stało się po pierwszej wojnie światowej, naród niemiecki miał poczucie głębokiej krzywdy dlatego, że przegrał wojnę nie w sposób honorowy na polu bitwy, ale wskutek blokad kontynentalnych. Wykorzystała to partia NSDAP, partia Adolfa Hitlera, tego słynnego malarza akwarelisty. I co się stało? Ta kontrsiła zwróciła się przeciwko swoim twórcom. Odpowiedzią na co była ta kontrsiła?
Odpowiedzią była na politykę ententy wobec przegranych Niemiec. I tego typu kontrsiła ma w bardzo dużej ilości przypadków i w dobrze przemyślanych powieściach to jest widoczne. Taka kontrsiła zaczyna żyć własnym życiem, tak jak ta szwedzka armia buszująca w czasie wojny trzydziestoletniej w XVII-wiecznej Europie. Tak kontrsiła w postaci nazistowskich Niemiec zaczęła mieć ambicje, znaczy przejęła ambicje, raczej mówiąc precyzyjnie, podboju świata, czy też równego współzawodnictwa o zasoby całego świata z Imperium Brytyjskim, na co ani Brytyjczycy, ani Amerykanie nie mieli chęci na to zezwolić. Tym bardziej że Amerykanie planowali już od początku XX wieku zbudowanie imperium amerykańskiego jako siły dominującej na całym globie. Także logika sił i kontrsił to jest coś, co decyduje o przebiegu, o tym, że istnieje w ogóle konflikt w każdej jego skali, począwszy właśnie od stworzenia jakiegoś silnego ośrodka geopolitycznego, a skończywszy na bitwach, w których walczą okręty wojenne gdzieś tam w dalekiej, głębokiej przestrzeni, czy też po prostu armie wyposażone w konnice, katapulty, armaty czy jakiekolwiek inne bronie, jakie są w danej chwili w modzie.
[02:58:37] - Panie Piotrze, pan przywołał tutaj autora Davida Brina i tak sobie myślałem, kiedy pan mówił, że to rzeczywiście są książki, które świetnie pasują do tematyki naszych spotkań. Ale mnie jako pierwsza, kiedy zacząłem myśleć o twórczości tego autora, przyszła do głowy taka książka, ona jest w tym samym cyklu z „Wojną wspomaganych” – „Gwiezdny przypływ”. Ja tylko zarysuję. Dwie rzeczy mnie tam bardzo zastanawiają. Pierwsza, proszę skojarzyć z naszymi czasami. Otóż ludzie w galaktyce różnych ras traktowani są jako tacy pariasi trochę, tacy niedotykalni. Dlaczego? Ponieważ oni nie mają swojego protektora. Cywilizacja z dorobkiem, z jakimiś tam wartościami, a jednak przez mądrzejszych, wspanialszych uważana jest jako taka cywilizacja drugiego rzędu. Niefajna, bo nie mają swoich protektorów.
Jakby takie chamy wlazły na salony. To pierwsza rzecz, dosyć zastanawiająca. Ja przypomnę, że ta powieść jest z początku lat 80. Druga sprawa, jak zachowują się owe wspaniałe, cudowne cywilizacje, które są tak rozwinięte, które są protektorami wielu innych ras włączanych w pewną wspólnotę, kulturę galaktyczną. Otóż ja tylko przypomnę, że jeden ze statków ziemskich w pewnym momencie pojawia się w takim miejscu przestrzeni, w którym odkrywa flotę. Flotę pierwszej rasy chyba nazywało czy coś takiego. To jest bodajże kilkadziesiąt tysięcy statków, a każdy z nich ma wielkość księżyca. I co się wtedy dzieje? Otóż wtedy rasy galaktyczne, ponieważ nieopacznie ludzie o tym powiadamiają tak radośnie, to porzucając wszelką kulturę, te rasy galaktyczne na wyścigi pędzą, żeby te statki zdobyć, przejąć tudzież opanować. Czy państwu ta sytuacja z czymś się nie kojarzy?
Bo mnie bardzo. I dzięki, panie Piotrze, za przywołanie tego autora. Chyba będę sobie musiał zrepetować ten tom.
[03:01:05] - To jest niestety bardzo zła wiadomość, zła okoliczność, która ma miejsce w tej chwili, dlatego że ja teraz też będę musiał oderwać się od swoich rzeczy, żeby sobie odświeżyć tę książkę, bo jest chyba za dobra, żeby o niej tak po prostu zapomnieć i tylko mieć ją w głowie. Dobre książki są takie, do których wracamy właśnie nie ze względu na to, że jesteśmy po mistrzowsku zaskakiwani jakimś nieoczekiwanym wydarzeniem, ale delektujemy się mistrzostwem w oddaniu pewnych prawidłowości, jakie są na kartach powieści przeniesione z rzeczywistego świata i od tego, jak dobrze autor jest w stanie te zależności dostrzec i skonceptualizować i przelać na coś, co jest napisane na kartach i co możemy my zrozumieć, nie trudząc się zbytnio, nie odrywając się od tej głównej nagrody z czytania, czyli rozrywki, żebyśmy po prostu wnikli w ten świat przedstawiony przez autora. Natomiast już podsumowując, bo zbliżamy się do końca, ja pozwolę sobie jeszcze wrócić do tematu konkretnych bitew, czyli czegoś na poziomie taktycznym. Powiem taką małą, personalną anegdotę. Właśnie szykuję do wznowienia „Sił psychohistorii” i w jednym miejscu pozwoliłem sobie dopisać fragment z bitwy. Będę prosił o rozpoznanie książki, której fragment strawestowałem. Otóż w rozdziale na temat ludzkiej natury, w której też są fragmenty na temat bitew kosmicznych, natomiast jest fragment na temat tego, że ludzie zagadują, to znaczy gadają i po prostu czerpią z tego jakiś rodzaj przyjemności. Natomiast kompletnie tracą z oczu to, że ktoś może ich nie chcieć słuchać. Albo bo jest zajęty, albo ma to gdzieś, mówiąc krótko i najbardziej niedogodnym momentem dla ofiary tego typu gadaniny jest pociąg, z którego nie można uciec. Ofiara nie ma gdzie uciec.
I na tym kończył opis sprawy w książce, a teraz dopisałem, dosłownie tuż przed naszą rozmową, że ofiara osoby gadatliwej przyłapana w pociągu może najwyżej wspomnieć słowa marszałka Coehorna kwitującego przegraną bitwę pod Starymi Płopami. W jakiej książce miała miejsce ta sytuacja? Nie wiem, czy pan Marek odgadł. Pytanie jest: w jakiej książce i jakie słowa wypowiedział marszałek, kwitując swoje spostrzeżenie, że niestety bitwa jest przegrana?
[03:04:01] - Znowu się będę dręczył, okaleczał i przypominał sobie przynajmniej dwie godziny u takiej-
[03:04:10] - Tak, to zdradzę. Przepraszam, bo czasami wymyślam te zagadki i sam się z nich śmieję, ale strasznie chcę się zawsze dowiedzieć, czy pan Marek odgadł, czy nie odgadł. Już poza anteną się go dopytuję. I pan Marek właśnie na to narzeka.
[03:04:23] - Narzeka, bo później mam dwie godziny albo nawet więcej przeszukiwania pamięci. Bo pan Piotr te zagadki zadaje w sposób specyficzny: albo daną scenę mamy w głowie i wtedy skojarzenie jest błyskawiczne, albo przynajmniej ja muszę tej sceny poszukać. A to troszeczkę przypomina u mnie w umyśle, jakbym sobie te filmy musiał po kolei odtwarzać. Oczywiście na dużym przyspieszeniu, ale jednak.
[03:04:52] - Dobra. Zbliżamy się do końca. Albo nawet jesteśmy przy tym końcu.
[03:04:56] - Tak, zbliżamy się do końca. Panie Piotrze, dzisiejszy odcinek, tak jak to w czasie audycji mówiliśmy, był bardzo taktyczny, dotyczący taktyki. On się oczywiście odwoływał, skąd ta taktyka i czemu ona służy, ale jednak przyzna pan: taki taktyczny odcinek. Chociaż korzyści z tego fajne, bo nawet dla nas nowe, stare lektury się pojawiły.
[03:05:24] - Dokładnie. Dobrze. Słyszymy się za tydzień i ja jeszcze tutaj zapowiadam już trochę wcześniej: ostatnia audycja w czerwcu to będzie audycja, w której będzie można wygrać zarąbistą aborygenską kosę. Czyli mówiąc krótko: nóż aborygenski, który kupiłem na pchlim targu. Wyposażyłem go właśnie w pochwę dorobioną mi w innym miejscu. Zdjęcie pojawi się na Facebooku dosłownie tego samego dnia, w którym niniejsza audycja będzie się pojawiała. Zdjęcie będzie zachętą. Także szykujcie się na bardzo dużo zagadek. Zadam ich łącznie 20 i po to, żeby wygrać nóż, trzeba odpowiedzieć na 10 prawidłowo. Kto zrobi to pierwszy, tego będzie kosa.
[03:06:10] - I tym niezwykle optymistycznym akcentem kończymy na dziś i zapraszamy za tydzień.
[03:06:16] - Do usłyszenia.
[03:06:18] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.
[03:06:43] - Odejdziemy teraz troszeczkę od twardej SF, od space opery, bo teraz czeka nas literackie tête-à-tête. Znacie już państwo tę audycję, którą dla państwa przygotowuje Krystyna Śmigielska, także świetna pisarka, a dzisiaj jej gościem będzie inna pisarka, równie świetna: Anna Musiałowicz. Kilka słów o tejże autorce. Z wykształcenia pedagog i resocjalizator. Z natury włóczykij. Czyta, poprawia i promuje książki. Jest współtwórczynią projektu „Anuszka Betuszka” zajmującego się malowaniem obrazów na odzieży. W chwilach wolnych nawiedza zamki, grywa w szachy. Ma milion pomysłów na sekundę, które przykuwa w działanie. Natomiast przede wszystkim nie odrywa się od książek.
Z zamiłowania pisarka. Jako autorka debiutowała w 2016 roku i od tego czasu opublikowała kilkadziesiąt opowiadań w antologiach, magazynach przede wszystkim związanych z literaturą grozy w Polsce i w Czechach. Pisała również podręczniki RPG. Jej pierwsza powieść „Diabeł zza okna” ukazała się w marcu 2020 roku, a inne powieści to: „Kuklany las” 2021 i „Śnieg jeszcze czysty” 2022 rok. To są książki, które bez trudu państwo znajdziecie w sieci i zaręczam państwu, że warto. Ale żeby się o tym przekonać, posłuchajcie państwo wywiadu w ramach cyklu „Literackie tête-à-tête”.
[03:08:40] - Literackie tête-à-tête.
[03:08:53] - Dobry wieczór państwu. Czeka nas mroczne, tajemnicze literackie tête-à-tête. Zaprosiłam do udziału w programie osobę nietuzinkową, otoczoną niezwykłą aurą. Pani Anna Maria Musiałowicz z wykształcenia jest pedagożką, resocjalizatorką, a z natury, jak sama o sobie mówi, włóczykijem. W chwilach wolnych lubi odwiedzać zamki, grywać w szachy lub malować odzież. Pisze opowiadania i powieści. W 2020 roku nakładem wydawnictwa Dom Horroru ukazał się „Diabeł za oknem”, w 2021 roku „Kuklany las”, a rok później „Śnieg jeszcze czysty”. Obie te pozycje zostały wydane przez wydawnictwo Stara Szkoła. Dzień dobry, pani Anno.
[03:09:49] - Dzień dobry.
[03:09:50] - Cieszę się, że będę mogła zadać pani kilka pytań, a tym samym przybliżyć pani sylwetkę naszym słuchaczom i sprawić, aby bez niepotrzebnego strachu sięgali po napisane przez panią horrory.
[03:10:05] - Dzień dobry, witam wszystkich.
[03:10:07] - Proszę nam opowiedzieć, jak to z tym pani debiutem było. Oficjalnie podaje pani rok 2016. Ale tak naprawdę?
[03:10:18] - Tak naprawdę to historia sięga właściwie czasów mojego dzieciństwa. To bardzo górnolotnie brzmi, kiedy mówię, że pisałam właściwie od zawsze, odkąd tylko poznałam litery i nauczyłam się je składać. Ale taka była prawda, ponieważ pierwszą moją książką, która została przeczytana przez kogoś więcej niż moich rodziców, była mini bajeczka „Bracia” przygotowana na konkurs do szkoły. Ona pojawiła się w bibliotece, uczniowie również mogli po nią sięgnąć. I to moje pisanie to była nie tylko ta bajeczka, to były później różnego rodzaju opowiadania, różnego rodzaju artykuły pisane do gazetek szkolnych. Natomiast pierwszą poważną, jak ja mówię, publikacją była antologia młodzieżowa. Ona ukazała się bodajże w 1995 roku. Niestety nie mogę tego sprawdzić. Wiem, że gdzieś mam schowaną tę antologię tak, żeby jej nie szukać. Mam nadzieję, że kiedyś ją znajdę i będę mogła pokazać, jak wyglądała.
Tak bym powiedziała, że wtedy właśnie była moja pierwsza poważna publikacja, mój debiut. A potem sobie zrobiłam na 20 lat przerwę.
[03:11:25] - Często tak jest, że musimy sobie zrobić przerwę na życie, takie normalne, żebyśmy potem mogły znowu usiąść i pogrążyć się w swoim świecie fantazji.
[03:11:37] - Dokładnie. Więc tutaj się trzymajmy tego, że ten oficjalny debiut był w 2016 roku, kiedy to moje pierwsze opowiadanie ukazało się na portalu Kostnica, a później w magazynie Histeria. Już jako dorosła osoba mogłam świadomie pisać.
[03:11:54] - Opowiadania to właściwie chyba pani ulubiona forma przekazu literackiego. Uważa pani, że krótki tekst jest łatwiejszy pod względem warsztatowym? Łatwiej go okiełznać niż powieść?
[03:12:07] - Nie wiem, czy opowiadanie jest łatwiejszą formą. Na pewno jest formą, którą łatwiej się pisze ze względu na czas, który poświęcam na pisanie. Natomiast to jest zupełnie inna forma pisania, ponieważ jeżeli mówimy o opowiadaniu, my musimy tutaj baczyć na każde słowo, baczyć na każdy detal. To nie jest tak, że opowiadanie jest powieścią upchniętą w kilkaset słów, w kilkanaście stron. To jest inny styl pisania, na zupełnie inne rzeczy się zwraca uwagę. Mówi o epizodzie w życiu danego bohatera. Natomiast powieść pozwala na dużo szerszą możliwość rozwinięcia się i nawet wrzucania, tak brzydko nazwę, pewnych niepotrzebnych wątków tylko i wyłącznie po to, żeby utrzymać czytelnika, żeby dać mu czasem odetchnąć. Opowiadanie musi być skondensowane. Na pewno opowiadanie pisze mi się łatwiej ze względu na to, że ja lubię pisać na raz. Skupić się, oderwać całkowicie od życia, zamknąć się w pokoju i zarwać tę przysłowiową noc i skończyć jeden temat, zamknąć to wszystko w krótkiej formie i żeby już było.
Powieść wymaga ode mnie większej samodyscypliny, planu, tego, że jednak muszę pilnować sama siebie, żeby codziennie usiąść i te kilkaset znaków napisać.
[03:13:19] - Te dłuższe formy też nie są takie długie, bo mają chyba po 170 stron, prawda? Może ta ostatnia jest dłuższa.
[03:13:29] - Ta ostatnia jest dłuższa, tak. Ja nie lubię gadać po próżnicy i to, co mówię, chciałabym, żeby każde słowo miało sens. Jednak ten styl opowiadaniowy, od którego zaczynałam, wciąż jest jakoś głęboko zakorzeniony we mnie i pisania powieści w dalszym ciągu się uczę, rozwijania wątków i spajania ich w jedno. Powieść to taka jakby panorama. Natomiast opowiadanie to szczegół. To takie zbliżenie, skupienie się na szczególe.
[03:13:56] - Zdjęcie jakby, prawda?
[03:13:57] - Dokładnie.
[03:13:58] - Jedno. A powieść to już musi być cały film. Gościłam nie tak dawno tutaj panią Hannę Greń. Ona z kolei pisze kryminały. Nie wiem, czy pani zna jej twórczość. Pani Hania twierdziła, że ona nie pisze opowiadań. Napisała ich w życiu bardzo mało, bo dla niej to jest za mało. Ona musi się rozwinąć. No i tu państwo widzicie na przykładzie tych dwóch pisarek, jak różnie twórcy podchodzą do materii, jak różne są sposoby i jak różne przyzwyczajenia przy powstawaniu dzieła. Pierwsza pani powieść odniosła naprawdę spory sukces.
Jak to się stało, że rywalizując ze starszymi, doświadczonymi pisarzami, zdobyła pani przychylność czytelników?
[03:14:46] - Tu bardziej powinni się raczej czytelnicy wypowiedzieć. Ja mogę tylko domniemywać. „Diabeł za oknem” był powieścią króciutką, właściwie prawie nowelą. Być może po prostu czytelnicy uznali, że to jest dobry przerywnik, książka na jeden wieczór. Ona była inna od tego, co dzisiaj się na rynku wydawniczym promuje, żeby te powieści były jak najdłuższe, jak najbardziej opłacalne oczywiście dla wydawcy, bo powiedzmy sobie szczerze, to też jest biznes. Natomiast to, co mi się wydaje, co mogło ująć czytelników, to to, że zabrałam ich do krainy dzieciństwa. Że wzbudziłam sentyment, że przypomniałam im stare czasy. A stare czasy, jak wiadomo, we wspomnieniach są zawsze dobre. I mimo że prawdopodobnie w swoim dzieciństwie żadnych diabłów nie widzieli albo ewentualnie uznali w dorosłym życiu, że te diabły wcale tymi diabłami nie były, wzbudziłam w nich taką nutkę nostalgii. Sprawiłam, że chcieli wrócić do tamtego świata.
Zmienił się, przestał istnieć, a tak jak wspomniałam, on był zawsze w wspomnieniach dobry.
[03:15:46] - Proszę mi powiedzieć, jakie nagrody ta książka otrzymała?
[03:15:49] - Była nominowana w plebiscycie Lubimy Czytać.
[03:15:53] - To już jest duże osiągnięcie.
[03:15:56] - To było duże osiągnięcie. Tak, to było bardzo duże osiągnięcie dla mnie, zwłaszcza dla debiutantki. Zupełnie się go nie spodziewałam i nawet byłam zaskoczona, że potem w głosowaniu czytelników też nie był gdzieś tam na samym końcu, a się uplasował całkiem wysoko.
[03:16:11] - Gratulujemy.
[03:16:12] - Bardzo dziękuję.
[03:16:13] - Dom mojej babci jest niesamowity i budzi lęk. Mam osiem, na pewno nie więcej niż 10 lat. Późny wieczór ginie w ramionach nocy. Ciemność gęstnieje, przepływa pomiędzy moimi palcami. Stoję na ganku wpatrzona w księżyc. Jego poświata ma w sobie coś niepokojącego. Czuję parcie na pęcherz. Zbieram się na odwagę, by wejść w mrok i przebiec kilka metrów do budynku gospodarczego, w którym mieści się ubikacja. Zastanawiam się, dlaczego dziadkowie upierają się, by za potrzebą chodzić na zewnątrz. Przecież w domu jest bieżąca woda.
Ścieki odprowadzane są do szamba. Ale wtedy przypominam sobie wywody dziadka, że porządni ludzie nie srają we własnym domu. Nie jego broszka, że miastowym się w głowach przewraca. Otynkowanej komórce, do której nawet doprowadzono elektryczność, daleko do typowej zbitych z dech sławojki. Wycięte w drzwiach serduszko jest tu jedynie ukłonem w stronę niepisanej tradycji oznaczania toalet. Taki kibelek to luksus dla moich dziadków. Tylko dlaczego ten stoi tak daleko? Księżyc hipnotyzuje mnie. Podbrzusze boli jakoś tak mdło i ciepło, a ja wciąż nie mogę się ruszyć. Pies, jeszcze nie spuszczony na noc z łańcucha, skamle w nadziei na zabawę.
Merda ogonem. Słyszę uderzenia o piach. Boję się. Ta droga jawi mi się tak długa. Zaledwie kilka metrów dzielących mnie od budynku gospodarczego w mroku rozciąga się w nieskończoność. Ciemność sprawia, że podwórko zdaje się zapadać, jakby przed domem ziała wielka dziura, a w niej tylko czerń, która chce mnie pochwycić. Powtarzam sobie, że to w mojej głowie. Przecież znam to miejsce co do centymetra, ale noc nadaje mu inny wymiar. Słyszę szczekanie psa sąsiada. Głośno grają świerszcze i cykady.
Delikatny wiatr dotyka mojej skóry, przenikając przez niezbyt grubą piżamkę i założony nań babciny wełniany sweter. Nie mogę oderwać oczu od księżyca. Jego tarcza mnie urzeka. Wiatr przynosi aromaty wsi. W tej nocnej wcale nie ciszy zdają się intensywniejsze. Najmocniejszy jest smród obornika i ptactwa. Kury śmierdzą w dziwny, pierzasty sposób. W kurniku cicho. Jutro będę zbierać z babcią jajka. Proszę wytłumaczyć naszym słuchaczom, co znaczy kuklanym.
[03:18:53] - Kuklanym to taki neologizm wymyślony przez mojego syna. Czytelnikom, którzy jeszcze nie mieli okazji czytać „Kuklanego lasu”, troszeczkę zdradzę tajemnicę, którą w epilogu mogą przeczytać. Kuklany las był poniekąd pomysłem mojego syna. Co prawda mój syn zupełnie inaczej go sobie wyobraził i kiedy opowiedziałam mu o tym, jak poprowadziłam fabułę tej powieści, był bardzo rozczarowany, więc często się śmieję, że za 10 lat być może czytelnicy będą mogli przeczytać książkę Konrada „Kuklany las. Historia prawdziwa”. Kuklanym to przymiotnik właściwie od kukiełki, od kukły, która jest bohaterką kuklanego lasu. Natomiast przymiotnik kukiełkowy, kukłowy nie brzmi ładnie. I kiedy usłyszałam w ustach mojego syna to słowo kuklanym, ono mi się tak bardzo podobało. Zastanawiałam się, czy w ogóle ten tytuł mi przejdzie, bo niegramatyczny zupełnie. Tak ładne słowo musiało się pojawić i na szczęście zostało zaakceptowane przez wydawcę.
I wydaje mi się, że bardzo mocno wpisuje się w klimat książki.
[03:20:01] - Biegł. Goniły go zmory, potwory, złośliwe krasnoludy. Stopy odbijały się od miękkiego podłoża zbyt szybko i lekko, by w nim ugrzęznąć. Pędził przed siebie bez wytchnienia, a bestie podążały jego śladem. Czasem drobne gałęzie chustały go w twarz, a kamień czy konar pod butem zakłócały rytm biegu. Nic to. Mknął pomiędzy drzewami, miażdżył grzyby, szarpał liście paproci, rozgniatał mech. Jakaś muszka wpadła mu do oka. Przetarł je, popłynęły łzy, ale nie spowolnił biegu. Muszka chyba wyleciała.
Chłopiec gnał co sił w nogach, uciekając przed strzygami, czupakabrami i czym tam jeszcze, co tata wymyślił. Dogonił go ryk tak straszny, że chłopiec aż się wzdrygnął, ale zaraz parsknął śmiechem. Tata umiał udawać potwora. Obejrzał się za siebie. Nie zobaczył nikogo, lecz nie miał wątpliwości. Goniły go. Biegły po niego wszystkie obrzydliwe stworzenia. Metrowe pająki, duchy, zombiaki. Da im radę. Zatrzymał się.
Miał nadzieję, że zanim tata go dopadnie, to znaczy zanim dopadną go te wszelkie bestie, znajdzie odpowiednią gałąź, która dzięki magii zamieni się w miecz. Taki ekskambir. Ekskalindr. Ekskaliber. Nie mógł sobie przypomnieć nazwy usłyszanej wczoraj pierwszy raz w opowieści, którą mama przeczytała mu przed snem. Rozejrzał się. Chłodne, jesienne powietrze owiało mu spoconą twarz. Rozluźnił szalik, zgrzał się. Najchętniej zdjąłby teraz kurtkę, ale tata nie byłby zadowolony. Marudziłby o przeziębieniu.
Czym jest katar w porównaniu z inwazją leśnych krasnoludów z kosmosu albo mikrobazyliszków kłujących w brzuch, żeby wywołać kolkę? Chyba jeden go dopadł. Chłopiec głęboko wciągnął powietrze. W oddali dostrzegł czerwoną kurtkę ojca migającą pomiędzy brzozami. „Maciek, dopadnę cię!” Czym był teraz tata? Chyba skrzydlatym gadem z krainy mroku. Exkaliber. Trzeba znaleźć Exkaliber, chociaż na gada lepsza byłaby wyrzutnia. Szybka analiza otoczenia pozwoliła chłopcu stwierdzić, że odpowiedniego na mecz patyka nie ma w zasięgu wzroku. Natomiast pod nogami wala się bez liku szyszek.
Czerwona kurtka była coraz bliżej. Ryk stawał się głośniejszy. Potworny gad zwęszył zwierzynę. Maciek szybko napchał szyszek do kieszeni i schował się za drzewem. Wprawdzie zmęczenie rosło, ale chęć zabawy wciąż była silniejsza niż potrzeba złapania oddechu. Przecież potwór wykorzysta każdą chwilę słabości.
[03:22:24] - Mówiła już pani o wydawcy, to ja teraz pociągnę temat, że tak powiem.
[03:22:29] - Dobrze.
[03:22:29] - Oprócz „Kuklanego lasu” wydała pani „Śnieg jeszcze czysty” w wydawnictwie Stara Szkoła.
[03:22:37] - Tak.
[03:22:38] - Czy czytelnicy mogą spodziewać się jakiejś następnej pozycji, która wyjdzie w tej kooperacji pani Anna Musiałowicz i Stara Szkoła? A jeżeli tak, to jaka to będzie powieść? Czego możemy oczekiwać? I oczywiście jakieś może w przybliżeniu terminy pani już zna?
[03:22:59] - Stara Szkoła to dobre miejsce. Zresztą podpisując umowę, wiedziałam, że to nie będzie krótkotrwała przygoda ze Starą Szkołą, że uda nam się troszeczkę dłużej pracować i przygotowujemy kolejną książkę. Jeżeli chodzi o terminy, to troszeczkę boję się tutaj mówić, ponieważ pierwotnie ten termin miał być zupełnie inny. Ta książka miała się ukazać w pierwszej połowie tego roku. Już wiemy, że to jest niemożliwe, ale w tym roku pojawi się kolejna powieść, ciut inna niż poprzednie. To znaczy staram się za każdym razem pisać inaczej, za każdym razem inne wątki poruszać, inne emocje wywoływać w czytelnikach. Ale co to będzie? Nie chciałabym zaspoilerować za mocno.
[03:23:44] - Nie, proszę nam tylko powiedzieć, jaki rodzaj to będzie powieści. Czy zrezygnowała pani z mrocznych-
[03:23:52] - Nie.
[03:23:52] - Powieści horrorów? To są książki, które są opisywane jako horrory, prawda?
[03:23:57] - Tak.
[03:23:58] - Chciałam się dopytać, czy to będzie kolejny horror, czy może obyczajowa książka, czy może kryminał?
[03:24:06] - Ja mam zawsze problem z klasyfikacją moich własnych powieści. To będzie mroczna powieść, dużo obyczaju, ale również wątki fantastyczne. Troszeczkę horroru, kryminału nie i romansu nie. Romans może i tam się znajdzie. Można podciągnąć. Ja czekam na to, aż czytelnicy sklasyfikują, ponieważ nawet z moimi poprzednimi powieściami było tak, że na samym początku opinie były niezgodne co do tego, do jakiego gatunku przykleić moją książkę. Bo nawet „Śnieg jeszcze czysty”, który nie jest horrorem, chociaż ma wątki fantastyczne, też został uznany za jeden z 10 horrorów najlepszych na Halloween bodajże na jednym portalu. Zupełnie inna opowieść, więc każdy znajdzie to, czego szuka, mam wrażenie. Natomiast ta powieść, tak jak mówię, będzie troszeczkę inna, ale ja lubię oszukiwać troszeczkę czytelników i tam, gdzie wydaje się, że jest lekko, łatwo i czasem nawet zabawnie, staram się wbić szpilkę, która wprowadzi taki stan niepokoju, że to, co się wydaje, że się dzieje, nie do końca jest tym, co widać, że to ma wszystko drugie dno. Więc nie, nie jest to powieść jednoznaczna gatunkowo.
Może najbliżej temu weird fiction, ale może. Trudno to ocenić, ponieważ tak jak mówię, każdy czytelnik tak naprawdę pisze tę książkę jeszcze raz na podstawie własnych doświadczeń, na podstawie własnych upodobań.
[03:25:34] - A tytuł nam pani może zdradzić?
[03:25:37] - Nie. Jeszcze chwila.
[03:25:39] - Wydawca zawsze trzyma czytelników w takim niepokoju, niewiedzy do ostatniej chwili.
[03:25:45] - Mogę zdradzić, że jest okładka i okładka jest prześliczna, bardzo moja. Jestem nią zauroczona i myślę, że to jest jedna z najpiękniejszych okładek moich książek. Chociaż nie zawsze mamy z wydawcą na ten temat wspólne zdanie.
[03:25:59] - Powiedziała pani kiedyś: „Uważam, że pisanie jest sztuką kłamania. Opowiadam o rzeczach, które się nie wydarzyły, czasem tak nieprawdopodobnych, że nie ma miejsca na nie w naszej rzeczywistości”. Ja tu przekornie panią zapytam, czy na pewno tak jest? Myśli pani, że czytelnicy sięgnęliby po horrory czy w ogóle inne książki, obojętnie jakiego typu, czy fantasy, czy inne, gdyby nie mogli w nich znaleźć znanych z normalnego, codziennego życia i emocji, i sytuacji, i charakterów, powtarzalności niektórych wydarzeń? Gdyby te książki w ogóle nie odzwierciedlały życia, czy byłyby interesujące?
[03:26:51] - Oczywiście, że odzwierciedlają życie. Zresztą jeżeli mówimy nawet o definicji horroru i myślę, że pod inne gatunki również możemy troszeczkę to podciągnąć. Fabuła jest zawsze budowana na wzór otaczającej nas rzeczywistości, tyle tylko że w grozie ona wygląda w ten sposób, że w tę rzeczywistość, w te znane nam prawa nią rządzące zostaje wprowadzony czynnik, który zaburza nam te wszystkie prawa. Czytelnicy usiłują oczywiście odnaleźć siebie tam i im bardziej- Są w stanie zidentyfikować się z daną postacią. Im bardziej odnajdują własne wątki, własne doświadczenia w powieści, tym bardziej oni się zbliżają i tym bardziej ta opowieść będzie dla nich adekwatna, bardziej im się będzie podobała. Zresztą już sam Llosa mówił o tym, że dobra książka sprawia, że kłamstwo staje się prawdą. Zła książka sprawia, że prawda staje się kłamstwem. Staram się, żeby moi czytelnicy w te wydarzenia, które nie miały czasem nawet prawa się wydarzyć, uwierzyli, że one miały miejsce bądź mogą mieć miejsce gdzieś obok nich. To jest właśnie kłamstwo. Zamotanie rzeczywistością tak, by czytelnik się w niej znalazł i w nią uwierzył.
Ale oczywiście musi mieć odniesienie do życia realnego. Nie wiem, czy w ogóle jakikolwiek pisarz jest w stanie napisać coś w zupełnie oderwaniu od życia. To właśnie i Ernesto Sabato o tym się wypowiadał, i Mario Vargas Llosa, że tak naprawdę każdy z nas pisze o sobie w mniej lub bardziej zawoalowany sposób, że każdy pisarz stara się pisać o sobie tak, by inni uwierzyli, że się stają tym człowiekiem albo pisze o innych tak, że on sam staje się tą swoją postacią.
[03:28:30] - Ja myślę, że bardzo często piszę nieświadomie o sobie, wie pani.
[03:28:34] - Tak, coraz częściej.
[03:28:36] - Że wyobraża sobie zupełnie jakiś inny świat, a potem okazuje się, że występuje nie w jednej postaci, a w wielu postaciach.
[03:28:44] - Piszemy o sobie takim, jakim chcielibyśmy być, a czasem o tej osobie, której w sobie nie zawidzimy tak naprawdę.
[03:28:50] - Zgadza się. I zawsze piszemy dalej o sobie.
[03:28:54] - Dokładnie.
[03:28:55] - Czyli mogłybyśmy tutaj wysnuć taki wniosek, że właściwie pisarz to jest bardzo egoistyczny, właściwie egocentryczny zakapstrzony-
[03:29:04] - Egocentryk taki, bardzo próżny.
[03:29:05] - Siebie próżny dziwak, tak?
[03:29:09] - Dokładnie.
[03:29:09] - Na to by nam tu teraz wyszło, prawda?
[03:29:11] - Jest w tym naprawdę dużo prawdy.
[03:29:13] - Ale cichutko, niech czytelnicy tego nie usłyszą.
[03:29:17] - Nie, absolutnie nie przyznamy się. To jest wersja nieoficjalna.
[03:29:21] - Tak.
[03:29:22] - „Mamo” — jęknęła cicho, wiedząc, że powietrze za piecem zafaluje i pojawi się rozmyty obraz jej matki. Tak też się stało. Gabrysia przyzwyczaiła się do obecności zmarłej i traktowała to jak najzupełniej zwyczajną sprawę. Tak jak kiedyś nie dziwiło jej to, że babcia rozmawia z dawno nieżyjącym dziadkiem Jankiem. Różnica była taka, że stukania dziadka słyszeli wszyscy. Nikt go natomiast nie widział. Mamę dostrzegała tylko ona, dokładnie taką, jaką ją zapamiętała z trumny. Na początku myślała, że to wyobraźnia płata jej figle, a potem ciąg dziwnych wydarzeń sprawił, że zrozumiała, iż mama nie odeszła. „Mamo” — jęknęła ciut głośniej i poczuła znajomy chłód z kąta pokoju. Czy to już?
Czasem obwiniała się o to, że mama nie poszła do nieba. Gdyby tamtej nocy się nie wystraszyła i mama zabrałaby ją ze sobą, obydwie może hasałyby na niebiańskich polanach. A tak miały dom ogrzewany piecem, lecz zimny, jakby mu duszy zabrakło. Ściany z łuszczącą się farbą odchodzącą od tynku jak strupy od skóry i podłogę skrzypiącą, jakby użalała się na ciężar stąpających po niej stóp. Postać przyniosła ze sobą zimno, które dreszczem rozeszło się po plecach Gabrysi, lecz uspokoiło dygot nóg. Blada twarz, niemal niebieska, spojrzała smutnymi oczami i pokręciła głową. Gabrysia poczuła tęsknotę i cierpienie niemal rozrywające jej trzewia. To nie były jej uczucia, lecz tej, która czuwała nad nią z kąta pokoju. Od tamtej nocy, gdy nie poszła za mamą, śniła spokojne sny, lecz dzień był pełen niepokoju. Wiedziała, że mama nie odejdzie, dopóki ona nie podąży za nią.
Bała się śmierci, gdyż ta wyglądała jak duch jej mamy. Wcale nie wzniosły, nie anielski i nie piękny, jak to chciała sobie wyobrażać i jak opowiadała koleżankom w szkole. Śmierć była smutna, pełna lęków, cierpliwa i bezwzględna. Zawieszona pomiędzy światami, gdyż żywych musiała odbierać z tego i oddawać tamtemu, więc nie należała do żadnego. Była samotna aż bolało.
[03:31:40] - Proszę opowiedzieć nam o pani wędrówkach po twierdzach, zamkach. Wiem, że to jest takie pani hobby. Lubi pani odwiedzać stare budowle.
[03:31:51] - Tak.
[03:31:52] - Czy wyobraża sobie pani wtedy, że jest pani małą księżniczką, która spaceruje po krużgankach? Na dole gdzieś tam krąży na białym koniu już młody rycerz, próbuje, czy będzie umiał w turnieju wygrać. Czy może to są jakieś inne powody? Zbiera pani konkretne, takie bardzo przyziemne informacje historyczne jakieś. Odkrywa pani sensację. Co panią do tych zamków ciągnie? Po co pani tam jeździ?
[03:32:27] - Ciągnie mnie historia. Być może kiedy byłam dziewczynką, chciałam być księżniczką, ale szczerze mówiąc bardziej pamiętam, że podobały mi się zbroje i wolałabym być rycerzem. Jednak te miecze to było to, co mnie tak naprawdę, mówiąc kolokwialnie, rajcowało. Wolałam być rycerzem. Wolałabym być rycerzem i nie czekać na tego, który mnie uratuje, ponieważ jeżeli ktoś ma sobie poradzić, to jestem to ja.
[03:32:53] - To pani bardzo konkretnie podchodziła do sprawy, ponieważ zbroja jednak chroni. Sukienka księżniczki nie daje żadnych szans do obrony.
[03:33:05] - Nie, to jest bardzo niewygodne, natomiast bardzo ładnie się wygląda, więc można na chwileczkę ją założyć, popatrzeć na siebie przed lustrem. Ale jednak ta zbroja jest czymś porządniejszym i sama możliwość bycia silnym, walecznym, a nie omdlewającą damą bardziej mi się podobała. Lubię stare miejsca. W ogóle lubię różnego rodzaju budynki. Nie tylko zamki, ale również opuszczone miejsca. Ja nawet w moich powieściach robię tak, że
[03:33:31] - Szukam miejsca i dokładam do niego legendę. Natomiast w przypadku miejsc, które już mają swoje legendy, swoje historie, czyli właśnie te zamki, nie mam potrzeby wymyślania czegoś nowego. Natomiast staram się wątki z legend przemycać do moich opowiadań czy powieści. Nawet teraz niedługo ukaże się jedno z moich opowiadań, jeszcze w antologii. Za dużo jeszcze nie mogę mówić na ten temat, gdzie opisałam historię katowskiej głowy. To znaczy nie głowy kata, tylko głowy, która spadła przez kata ucięta. Przekształciłam tę opowieść i ta głowa faktycznie się znajduje. Natomiast jest to tylko i wyłącznie taka szpileczka, jakby to powiedzieć. Główka od szpilki, która tylko i wyłącznie nadaje rys opowiadaniu, a którą wykorzystuję na mój własny sposób. Inspiracje.
Lubię historie, lubię legendy. Zresztą to jest nasza przeszłość i to sprawiło, że i my indywidualnie, i my jako społeczeństwo jesteśmy tym, kim jesteśmy.
[03:34:27] - Proszę mi powiedzieć, czy pani jakoś tak systematycznie to sobie ułożyła, że wiekami będę jeździła, oglądała na przykład pierw gotyckie zamki, będę pierw jeździła, oglądała warownie, które zostały tam w ruinach, a potem dopiero te, które są odbudowane. Czy to tak po prostu, gdzieś tam pani znajduje w internecie wzmiankę o jakimś zamku. Pojadę, zobaczę.
[03:34:53] - Nie, nie, to jest wszystko przypadkiem. To znaczy przypadek przemyślany tak nawet mogłabym powiedzieć. Mój tata, moja mama zresztą też. Zawsze też się interesowali historią. Mój tata pochodzi z Dolnego Śląska, który jest zagłębiem zamków, więc każde wakacje gdzieś w tych zamkach czy w okolicach spędzałam i wyssałam tą miłość po prostu od nich, od moich rodziców. Jeżeli jeżdżę na zamki, z reguły mój wybór jest podyktowany tym, gdzie się znajduje dany zamek i ile mam czasu. Ponieważ zupełnie inaczej wygląda sprawa, kiedy mogę sobie gdzieś tutaj pół godzinki autem podjechać, a zupełnie inaczej, kiedy gdzieś na Pomorzu chcę pozwiedzać i to już jest wyprawa kilkudniowa, a nie taki wypad spontaniczny. Natomiast duże zamieszanie w tym zwiedzaniu zamków moim sprawiła pandemia, ponieważ wtedy większość rzeczy była niedostępna, większość obiektów do zwiedzania, w związku z czym zaczęłam jeździć nie tylko na ruiny, ale na urbexy, czyli opuszczone domy. Tam narodziło się najwięcej pomysłów na książki. Chociażby właśnie ta, która będzie wydana.
[03:35:59] - Rozmawiajmy o warsztacie twórczym i procesie powstawania dzieła literackiego. Interesuje mnie, czy brała pani udział kiedyś w jakichś kursach pisarskich. Czy ma pani może takich beta czytaczy, którzy zawsze czytają pierwsi pani powieści, opowiadania i potem wytykają błędy, prawda? Coś im się tu nie podoba, tutaj coś nie gra, a tutaj bym zmienił czy zmieniła. W jaki sposób w ogóle przystępuje pani do pisania? Już wiemy, co jest inspiracją, że zamki bywają inspiracją, ale interesuje nas w ogóle tak normalny tok pisania powieści czy opowiadania. Od godziny tej do tej pani siada przy biureczku i pisze. Czy są to jakieś takie dni, że o, dzisiaj coś napiszę? Czy może troszkę pani się tam od tego wzdryga, że a dzisiaj to nie, może kiedy indziej. Jak to u pani jest?
[03:37:00] - To znaczy tak. Nigdy nie brałam udziału w żadnym kursie pisarskim. Niestety. Natomiast nie jest to tak, że się nie kształciłam sama w tym zakresie. Jeżeli słuchają nas osoby, które chcą zacząć pisać, bardzo bym polecała sięgnięcie po właśnie mistrzów literatury. Takimi książkami, które nakierowały mnie na moją drogę pisarską, była książka „Pisarz naiwny i sentymentalny” Orhana Pamuka, „O pisaniu” Margaret Atwood, Ernesto Sabato, książka „Pisarz i jego zmory”, Mario Vargas Llosy, „Listowo do młodego pisarza” czy już nie mówiąc o „Pamiętniku rzemieślnika” Kinga. Dużo czytam i staram się uczyć i staram się wyciągać z tego, co czytam, jak najwięcej dobrego dla mojego pisania, dla mojego stylu. Beta czytaczy mam. Oczywiście mam, ponieważ sobie sama nie wierzę. Dlatego że czasem jest tak, że piszę jakieś zdanie i ono mi się bardzo podoba.
Ja się z nim tak zwiążę i dopiero tak naprawdę po paru miesiącach, których nie mam czasem, żeby odczekać czytając, dochodzi do mnie bezsens danej wypowiedzi. Mam beta czytaczy, dwóch stałych i niekiedy przychodzi ktoś dodatkowo, tak dla pewności. Ja nie lubię w ogóle, jeżeli się mnie poprawia, więc staram się oddawać książkę w jak najlepszej formie już do wydawnictwa. Nie ukrywam, że jedyna sytuacja, w której oddałam wydawcy surowy tekst, bo termin gonił, to było przy „Kuklanym lesie”. Jeżeli chodzi o moje pisanie, o to, jak pracuję nad tekstem. Jeżeli to jest opowiadanie, bo to jest takie moje pisanie kompulsywne. Siadam rano i jeżeli nie skończę, to po prostu nie schodzę z fotela i piszę tak długo, aż opowiadanie nie będzie gotowe. Tego niestety nie mogę zrobić przy powieści. Przy powieści muszę się pilnować. Kiedyś miałam zwyczaj wstawania o czwartej rano i pisania przez godzinę, zanim świat się nie obudzi.
Natomiast dzisiaj staram się pisać przynajmniej godzinę dziennie. Cokolwiek pisać, żeby te myśli nieujarzmione gdzieś sobie zachować. Przy czym opowiadania najczęściej piszę w zeszycie, jeszcze tak tradycyjnie długopisem czy piórem i dopiero potem wrzucam je do pliku. Z powieściami już jest troszeczkę trudniej, bo to by było troszeczkę za dużo czasu na to wszystko, więc one faktycznie od razu są spisywane w pliku. Staram się być po prostu konsekwentna, jeżeli chodzi o powieści. Pisze mi się je trudniej. Ta samodyscyplina czasem jest niewygodna dla mnie, ale jeżeli nie będę się sama pilnować, to po prostu to nie wyjdzie. To nie wyjdzie. To muszą być jasne zasady i muszę ich przestrzegać sama dla siebie, dla dobra swojego i dla dobra dzieła, które tworzę.
[03:39:45] - Czy robi pani jakieś notatki w trakcie pisania, czy ewentualnie po napisaniu koryguje pani tekst? Ile razy pani czyta tekst, zanim zostanie wysłany wydawcy?
[03:39:58] - Oj, wiele razy. Notatki robię przed. Taki główny rys powieści muszę mieć przed. Zawsze mam punkt A i punkt B. Punkt Z właściwie, ponieważ mam początek i koniec. Kiedyś pisałam konspekty i to takie w miarę szczegółowe konspekty, tylko zazwyczaj okazywało się, że po trzecim punkcie, zakładając, że tych punktów było 50, powieść zaczyna iść w zupełnie inną stronę, bo moi bohaterowie nie chcą się zachowywać tak, jak ja im nakazuję. Bo nagle okazuje się, że mają własne charaktery, własne zdanie na różne tematy i trzeba po prostu w jakiś sposób pozwolić im się rozwijać tak, by byli najbardziej autentyczni, a nie tacy, jak ja bym chciała, żeby byli, bo mi będzie wygodniej tak napisać. Więc z konspektów w którymś momencie zrezygnowałam. Natomiast faktycznie ten rys ogólny mam. Przy czym mam moje notatniki.
Oczywiście każdy notatnik musi mieć okładkę z czarnym kotem na szczęście. I tam mam spisanych bohaterów, to jak wyglądają. Jeżeli mają jakieś powiedzonka, to powiedzonka. Często robię drzewa genealogiczne, jeżeli jest potrzeba, kto z kim i jak. Łącznie z tym, że rozrysowuję plany budynków, w których dane osoby mieszkają. Bądź często piszę o wsiach, więc plany wsi. To wszystko mam gdzieś w zeszycie spisane. Czytam mnóstwo razy. Nie czytam całości od początku do końca, tylko wyrywkowo. Zdarzyło mi się kilka razy wyłapać to, że postać, która piła herbatę, upuszczała kubek z kawą bądź coś podobnego.
[03:41:27] - Od tego też już są redakcje, żeby to pilnowały.
[03:41:31] - Ja chcę tak, żeby było schon wieder sicher.
[03:41:34] - Tak, tak powinno być oddane rzeczywiście, żeby być zadowolonym jako twórca ze swojego dzieła. A gdyby pani zaproponowano, pani Anno, napisanie powieści w duecie, to z którym współczesnym pisarzem chciałaby pani współpracować i dlaczego?
[03:41:52] - Zastanawiałam się, czy byłby to bardziej Neil Gaiman czy Orhan Pamuk, ponieważ Orhan Pamuk jest dla mnie mistrzem nad mistrzami, ale myślę, że gdybym miała z nim pisać, to bym była po prostu onieśmielona. Natomiast Neil Gaiman, który jest bliższym mi stylistycznie, tak bym nawet powiedziała, w podobnej konwencji piszemy obydwoje fantastykę. On był pisarzem fantastycznym, w którym jako pierwszym się zakochałam. Jego twórczość po prostu trafiła we mnie dosłownie jak strzała i od samego początku jest to autor, do którego twórczości wracam cały czas. Nie mam zwyczaju czytać książek dwukrotnie, dlatego, że jest tyle książek do przeczytania, że brakuje mi po prostu czasu na to, żeby wracać do starych, więc ciągle szukam nowych. Natomiast Neil Gaiman jest tym, którego mogę czytać wciąż i w kółko i cały czas. Chyba z Neilem Gaimanem bym chciała napisać, jeżeli by była taka możliwość.
[03:42:51] - A gdyby to miał być polski pisarz?
[03:42:54] - Teraz myślę, czy to miałoby być wyzwanie, czy coś, co by mi sprawiło największą przyjemność. Największą przyjemność myślę, że by mi sprawiło z moimi koleżankami, z Agnieszką Kuchmister albo z Dagmarą Adwentowską. To są również twórczynie horroru. Natomiast z polskich, kto by stanowił dla mnie wyzwanie? Wojciech Kuczok.
[03:43:16] - Proszę państwa, możemy już spokojnie odetchnąć. Nasze spotkanie z horrorem jest już za nami. Widzicie państwo, że wcale nie było tak źle, bo nasza gościni okazała się miłą i całkiem spokojną osobą jak na pisarkę horroru. Nie przeszkadzały nam ani strzygi, ani duchy, ani zombie, ale nie wiadomo, czy nie przyśnią się one nam w nocy. Moim gościem w literackim tête-à-tête była dzisiaj pani Anna Maria Musiałowicz, autorka książek i opowiadań, fanka horroru, zamków i wędrówek. Zapraszam państwa do sięgnięcia po pozycje jej autorstwa i śledzenia aktualności dotyczących kolejnych książek i opowiadań na Facebooku i Instagramie. Czekamy też na nową powieść i już trzymamy za nią kciuki. Pani Anno, bardzo serdecznie dziękuję za czas poświęcony nam i odwiedzenie naszego literackiego tête-à-tête. Było mi niezwykle miło panią gościć i porozmawiać. Mam nadzieję, że niejednokrotnie się jeszcze spotkamy.
Państwu przypominam, że rozmawiałam z panią Anną Musiałowicz, pisarką, malarką, pedagożką. Dobranoc, pani Aniu.
[03:44:40] - Dobranoc.
[03:44:41] - Dobranoc państwu.
[03:44:45] - Cóż, proszę państwa, ja wiem, że za chwilę wakacje, gorąco i w ogóle. Troszkę będziemy musieli się przenieść w czasie w tej chwili. To wynika troszeczkę ze specyfiki naszej audycji. My sobie tutaj kończymy rok akademicki, ale w audycji pojawiają się takie podcasty, które były tworzone wcześniej. Jednym z takich podcastów jest „Alchemia tworzenia”. Dzisiejsza „Alchemia”, proszę państwa, długa bardzo, ale zaręczam, że warto, nosi tytuł „Świąteczne postapo”. No i domyślacie się państwo, że niekoniecznie dobrze pasuje do warunków za oknem i niekoniecznie to są te okoliczności przyrody, które pasowałyby do czerwca. Niemniej jednak, po pierwsze jest to kolejna audycja w cyklu, więc trudno byłoby ten cykl nagle okaleczać, wyrzucać z niego jedną audycję, żeby dopasować ją kiedy indziej. Nie, zostawmy chronologię, w jakiej te audycje się pojawiały. Zapraszam państwa na spotkanie z Katarzyną Prychacz, na Alchemię Tworzenia i świąteczne postapo.
[03:46:06] - Świąteczne halo, halo ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie zapraszam was na kolejny odcinek Alchemii Tworzenia. A teraz jingle, jingle. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 16. odcinku drugiego sezonu Alchemii Tworzenia, audycji kierowanej do braci pisarskiej, ale myślę, że nie tylko. Okej, słuchajcie, nie będę po raz kolejny tutaj opowiadać bla, bla, bla o drugim sezonie, bo chyba już kto wie, ten wie. Chociaż to silniejsze ode mnie. Dobra, bawimy się konwencją, bawimy się inspiracją w tym sezonie i jak zapowiadałam wam poprzednio, to dzisiaj mamy świąteczny odcinek. Ostatni odcinek Alchemii w tym roku, właściwie tuż przed przerwą świąteczną.
Powiem wam szczerze, że może jeszcze w moim głosie nie słychać, ale czuję pulsujący wewnętrzny entuzjazm, bo aż się nie mogę doczekać, co my tutaj dzisiaj za historię popełnimy. Myślę, że w trakcie jeszcze bardziej się rozkręcę. Przypomnę tylko, że w poprzednim odcinku stworzyliśmy sobie bohatera, więc cały odcinek był poświęcony na to, żeby stworzyć naszego inżyniera postapokaliptycznego. Myślę, że zanim ruszymy w dzisiejszą podróż, to tak pokrótce chyba należałoby przypomnieć sylwetkę naszego bohatera. Ja tu sobie ładnie wynotowałam wszystko. To co? Lecimy z bohaterem. Na szybko wam powiem, nie wiem, czy będę czytać wam wszystko, bo dużo nam tego wyszło. A potem wam powiem, co dzisiaj robimy, jak tę historię będziemy składać. Skoro świątecznie to wyciągnęłam jeszcze inną rzecz.
Może nie bardzo inną niż ta, która była do tej pory, ale jeszcze jej tutaj z wami nie przerabiałam. Właściwie tej akurat konkretnej jeszcze z nikim nie przerabiałam, więc mamy chyba świąteczną premierę. Okej, ale zanim o tym, to lecimy o bohaterze. Więc nasz inżynier. Imię jego to Teofil. Wypadło mi to z mojej głowy gdzieś w trakcie. Oczywiście, losowaliśmy archetypy osobowości. Jego głównym archetypem dominującym jest twórca i te dwa wspierające, które wybraliśmy, to jest odkrywca i Matka Ziemia. Bardzo ciekawe combo. Jeżeli chodzi o sytuację naszego bohatera, to mamy czasy postapo.
Właściwie jest jedynym człowiekiem na Ziemi. Wszystko wysuszone, zero roślin, suche piachy i różne zgliszcza. Nic nie rośnie oprócz kaktusa, którego nasz bohater nosi ze sobą cały czas. To jest jego towarzysz, do którego może mówić. Kaktus ma na imię Albert. Jest rodzajem eksperymentu, który jeszcze sprzed czasów uderzenia meteorytem, sprzed tej apokalipsy całej, nasz bohater sobie w zaciszu domowym eksperymentował, hodował i stworzył mało zniszczalnego kaktusa. Aczkolwiek bardzo trudno go rozmnożyć. Dlatego na razie jeszcze ten kaktus jest, tak jak Teofil jest jedynym człowiekiem na Ziemi, tak jego kaktus jest jedyną rośliną na Ziemi. Oczywiście z tego, co oni wiedzą. Jak już jestem przy kaktusie, to tylko tu mam wynotowane, że sam kaktus, a właściwie swoista przyjaźń między Teofilem a Albertem, tym kaktusikiem, to jest też słabość naszego bohatera.
Jeżeli ktoś chciałby zaszantażować go, skrzywdzić go czy coś, to faktycznie ten kaktus jest słabym punktem, kryptonitem naszego bohatera. Okej, lecimy dalej. Jeżeli chodzi o cechy ogólne, taka rzecz w naszym bohaterze, taki rodzaj jego, jak to nazwać, może moralności czy ustawienia domyślnego, to jest fakt, że on zawsze widział dobro w ludziach i ogólnie widzi pozytywne strony i dobro w tym świecie. Ogólnie dobry człowiek, dobry ziomeczek. Jeżeli chodzi o moment, w którym my się z nim spotykamy, dzisiaj się spotkamy, on jest wynalazcą, zbieraczem, więc co znajdzie, to jego. Buduje sobie z tego swoją willę, rezydencję, fortecę, bardzo zmechanizowaną, bo on był inżynierem w przeszłości. Zaraz wam jeszcze o tej przeszłości powiem na szybko. Co dalej? To wynikało z archetypu Matki Ziemi, jego zamiłowanie do roślin. Jego dziadek go nauczył, że warto mieć dobre relacje z roślinami, warto je szanować.
Jeżeli chodzi o wygląd naszego bohatera, to wyszło, że ma rude, długie włosy i ma je związane zawsze w kucyk. Oczywiście ma też swój nawyk, że zawsze jak się zastanawia czy się zamyśli, to przeczesuje ręką włosy i te włosy są przetłuszczone, ulizane, uklepane właściwie. Ma też brodę i tę brodę w nawyku zaczesuje w trójkąt. Jak się zastanawia, to pociąga brodę i jest trójkątna. Oczywiście jak rude włosy, to stwierdziłam, że zielone oczy damy do kompletu. Jeżeli chodzi o ubrania, to ja to wtedy nazwałam Taki outfit magazyniera , czyli dżinsowe, niebieskie, ciężkie, szerokie ogrodniczki, ciężkie buciory. I to chyba wszystko. Może dajmy mu jakąś koszulę, taką wyświechtaną flanelową, ale właściwie cokolwiek znajdzie, to jego. Dalej, jeżeli chodzi o jego postawę, to taki zgarbiony, zmęczony życiem, ciężko stąpa. I teraz dalej: co on jest?
Jakie są jego cechy? Takie ukryte talenty. Łączy niepołączalne, tworzy coś z niczego. Tutaj wynika to z archetypu twórcy. Dalej. Oczywiście, z racji, że jest jedynym człowiekiem na Ziemi, ja tutaj sobie zapisałam taką cechę, że on jest raczej taki małomówny, markotny. Natomiast z racji, że ma tego swojego kaktusa, to czasami zdarza mu się prowadzić monolog czy wręcz może po prostu myśleć na głos. Jeżeli coś konstruuje i opowiada temu kaktusowi co i jak. Patrzę tutaj jeszcze. Tutaj jeszcze takie rzeczy, że ma wąskie usta czy zmarszczki.
Nazwałam je atmosferycznymi. Bardziej chodzi o to, że on wcale nie jest bardzo stary, ale przez to, że żyje w czasach postapo, to ta skóra jest jednak dosyć niedożywiona czy odwodniona. I też te zmarszczki trochę inaczej wyglądają. Smutny kolagen umiera szybciej i hialuron się nie wytwarza. I tak dalej. Dalej. Dobrze zbudowany. Nie wiem, jak to połączyć z tym, że jest trochę niedożywiony, ale faktycznie nosi te wszystkie elementy ciężkie i tak dalej. Więc tutaj siłą rzeczy będzie miał tężyznę fizyczną. Tak to określimy.
I taka jego wyjątkowa cecha to coś, w czym można się zakochać w bohaterach, to jest taka umiejętność zarażania czy rozsiewania inspiracji. Czyli każdy, kto znajduje się w jego otoczeniu, czuje się taki natchniony. Dalej. Jego osiągnięcie. Tutaj wypisałam stworzenie tej ogromnej, dosyć zmechanizowanej posiadłości. Tam jeszcze przy tej posiadłości, bo tego wcześniej chyba nie wspomniałam, ma kolekcję posągów, czyli różne zbierał postumenty, rzeźby, manekiny, cokolwiek. Czyli taki ogród posągów. Jego hobby w wolnych chwilach, jeżeli nie konstruuje czy nie buduje czegoś, czy nie jest na łowach, nie zbiera różnych elementów, to sobie gra w hokeja. Czy właśnie uni hokeja? Uni hokej to chyba taki na trawie z piłką, o ile dobrze pamiętam.
On ogólnie ma kij hokejowy, ale odbija sobie kamień i slalomuje pomiędzy figurami, swoimi rzeźbami. Co jeszcze? Taka jego cecha, że on zawsze musi spróbować. Czyli nawet jeżeli ktoś mówi, że czegoś się nie da, że nie warto, że po co, to on nigdy się tego nie słuchał i zawsze mimo wszystko wiedział, że lepiej na tym wyjdzie, jeżeli sam spróbuje. Nawet jeżeli faktycznie okaże się, że nie było warto. Ale zawsze to będą jego wnioski i to będzie coś, do czego sam dotarł, a nie że uwierzył komuś na słowo. Tu mam jeszcze jego motto. Takie motto życiowe: „Najpierw fundamenty, później ornamenty”. Czyli jako inżynier zawsze wychodził z założenia, że ważniejsza jest mechanika działania czegoś czy funkcjonalność, a niekoniecznie wszystkie ozdobniki. Czyli dobra rzecz wcale nie musi dobrze wyglądać.
Coś takiego w dużym skrócie. Jeszcze tu mamy takie jego powiedzonko. To taki miał być żart, czy jak to nazwać. Bo faktycznie całe te postapo było spowodowane uderzeniem meteorytu w Ziemię. Natomiast on miał takie powiedzonko i dalej ma: „Na lecący meteoryt”. Także tego. Patrzę, co tu jeszcze. Czy ja to gdzieś zapisałam? Aha, jeszcze mamy coś takiego jak lęk. Jego lęk to jest to, że on się obawia, że w końcu nie będzie miał czego zbierać, że się skończą te rzeczy gdzieś w pobliżu i albo będzie musiał się wynieść ze swojej posiadłości, albo ją wynieść i porzucić, albo właściwie to straci sens życia, jeżeli nie będzie miał z czego budować.
Dlatego też obrał sobie taki cel, że stara się teraz tak zrobić, żeby mógł w jakiś sposób ten dom przesunąć, poruszyć. Czy może wprowadzić mechanizm, który pozwoli mu się poruszać tym domem. Dobra, co mamy jeszcze? Nałóg. Żuje tylko czarne kamienie. Okej, czemu nie? W sumie niech ma. Coś w tych czasach postapo trzeba robić. I też wspominałam o tym, że może dzięki temu, że tylko te czarne kamienie wybiera, dlatego udało mu się przetrwać w tym świecie tak długo. Bo tak sobie porównywałam to do jakiegoś rodzaju węgla czy czegoś, co oczyszcza na przykład z metali ciężkich.
Podobno niektóre kamienie mają takie właściwości. Filtruje się wodę nimi. Coś w tym musi być, tak myślę. Więc przynajmniej na potrzeby naszej historii te kamienie go ratują, można powiedzieć. Dalej, co my mamy? Przeszłość. Jeżeli chodzi o jego przeszłość, to tutaj wymyśliłam, że był inżynierem od roślin. Bardziej to zamiłowanie do roślin, ale i też tworzenie. Połączył to w jednym zawodzie, więc zajmował się opracowywaniem technologii, jak na przykład stworzyć, żeby te rośliny rosły lepiej, czy żeby tworzyć nowe rośliny, nowe krzyżówki i nowe warunki dla nich. Czyli klasycznie sobie pracował w laboratorium w białym fartuchu.
Też myślałam o tym, że w tamtych czasach, w przeszłości to był taki trochę grubasek. Ale wiadomo, w czasach postapo siłą rzeczy masa się zredukowała, bo za dużo nie było pożywienia, więc organizm musiał się pożywić sam sobą. Dalej. Oczywiście on był bardzo wykształcony, ekspert, studia, doktoraty i różne dyplomy. Jeżeli chodzi o jego traumę, to też ustaliliśmy, że będzie to trauma związana z tym, że miał swoją jedną jedyną miłość, taką prawdziwą. I niestety jego ukochana zginęła w wypadku i od tamtej pory on jest zamknięty na nowe związki, bo to była jego jedyna miłość i on tylko w taką wierzył. Co ja tu jeszcze mam? Jest jeszcze taki powód do wstydu, czyli to jest coś, co on faktycznie niedługo przed uderzeniem tego meteorytu, przed tą całą katastrofą miał po prostu taki słabszy dzień i się wkurzył i wykrzyknął w pewnym momencie: „A niech to meteor trzaśnie”. I właściwie parę godzin później ten meteor trzasnął. I nasz bohater żyje właśnie w takim przeświadczeniu, że mimo że nie wierzył nigdy w jakąś magię, w zabobony, to ma wrażenie, jakby może ta cała apokalipsa to była jego wina.
Dalej. Dwie ostatnie rzeczy i mamy... Choleira. Ja mam 15 minut materiału. Mam nadzieję, że dla was będzie krócej. Potrzeba dialogu z inną istotą to jest też taki jego brak. Czyli tyle lat, kilkanaście lat już żyje sobie w tych czasach postapo. Mówi sobie do tego kaktusa, ale marzy mu się coś takiego. Taka ziejąca pustka w jego ciele, która mówi, że chciałby jeszcze chociaż raz przed śmiercią usłyszeć głos innej istoty, innego człowieka. Po prostu porozmawiać.
I jego rytuał. I od tego będziemy zaczynali dzisiejszą historię. Właściwie taka scena. On zwykł sobie siadać na wielkim kamieniu, podpierać brodę pięścią. Taki myśliciel, taka rzeźba była i sobie patrzył w przestrzeń i myślał, gdzie dzisiaj pójdzie, co znajdzie i tak dalej, czy co zbuduje. I co jeszcze? I tutaj oczywiście kaktus obok niego sobie stoi, siedzi i nad tym się zastanawiają. I tak sobie myślę, że to będzie fajna wyjściowa scena. Czyli zaczynamy naszą historię od tego, że nasz bohater sobie będzie siedział na tym kamieniu, jak co dzień z rana. Będzie się namyślał, planował.
I teraz koniec o bohaterze i mówię wam dzisiaj, co robimy. Więc tak. Parę odcinków wcześniej bawiliśmy się taką moją planszą warsztatową i to, co dzisiaj wam będę premierować, to też jest właśnie tego typu plansza. Z tym że tamta, którą się bawiliśmy, to był taki prototyp, a tym razem mam taką niby na podobnych zasadach planszę, ale tutaj doszły elementy takie jak magiczne przedmioty o różnej funkcji. Czyli tak: będziemy mieli oczywiście też trójaktową historię dzisiaj. Będziemy bawić się tak jak wcześniej, czyli wylosuję kartę. Co prawda zwykle losowałam kartę z grafiką i to była karta bohatera, a dzisiaj myślę, że może to po prostu będzie taka jakaś inspiracja do historii, do tego, jak to się nam wszystko zacznie. Może jednak jakaś lokacja. Zobaczymy, co nam się wylosuje. Więc to na pewno.
Dalej. W akcie pierwszym będziemy losowali trzy sceny. Zaraz wam powiem też z czego, bo trochę zmienimy dzisiaj. Znaczy trochę. Zaraz się dowiecie. I oprócz tego, że losujemy trzy sceny, będziemy losować artefakt. Czyli już w akcie pierwszym tym razem nasz bohater zdobędzie jakiś rodzaj artefaktu, coś znajdzie, coś będzie się działo. Dalej. W akcie drugim będzie tak jak wcześniej. Poprzednio będzie oczywiście jedna wielka główna próba, z którą zmierzy się nasz bohater i trzy sceny, które też sobie wylosujemy w samym tym akcie.
I teraz uwaga, uwaga! Oprócz tego w tym akcie losujemy też panaceum. Panaceum to będzie jakiś przedmiot, który będzie jakimś rodzajem rozwiązania na coś. Tak jak panaceum, czyli lek na coś. Tak tutaj zobaczymy. Może właśnie przy tej głównej próbie będzie ten nasz bohater mógł wykorzystać to coś, co znajdzie. A może połączy to z tym artefaktem? Kto wie? Zobaczymy. I jeszcze jak już przejdziemy przez tą główną próbę, to jeszcze też zdobędziemy tutaj jakieś trofeum.
Czyli właśnie też jeszcze ten jeden przedmiot wylosujemy i to będzie taki rodzaj może pamiątki po tej próbie. Zobaczymy. Akt trzeci też trzy sceny. I tutaj z kolei będziemy też losowali przedmiot nagroda, czyli coś, co właściwie z całej tej naszej historii nasz bohater zdobędzie. Ja to oczywiście wylosuję jako przedmiot, ale może to po prostu będzie też inspiracja do czegoś innego. Zobaczymy, gdzie nas fabuła poprowadzi. Dalej. Aha, i co? I na samym końcu jest morał. Natomiast ten morał wylosujemy na początku, tak jak zawsze, żebym sobie już to mogła gdzieś w głowie trawić.
Morał będę losować właśnie z kart z gry „Kraina Snów”. Czyli tu mamy grafikę i dwa słowa napisane na tej karcie. I tak sobie rzucam, że moim zadaniem będzie stworzyć gdzieś jakiś morał, który będzie czy zawierał te dwa słowa, czy nawiązywał do tych słów, ale gdzieś może właśnie, żeby to było podsumowaniem. Te wszystkie przedmioty, o których wcześniej wspominałam, będę losowała ze zbieraniny pionków z gry Cluedo i z Monopoly. Czyli mamy takie metalowe małe przedmioty. Co jeszcze musimy wiedzieć? To wam powiedziałam. Aha, i wprowadziliśmy w poprzedniej planszy jeszcze przy głównej próbie sojusznika. Może dzisiaj... Wiecie co?
Nie, dzisiaj go nie róbmy, bo dzisiaj już i tak obawiam się, że chłopaki pogrożą mi palcem na antenie, bo coś czuję, że dzisiaj pobijemy rekord długości odcinka. Ale wiecie co? Kurde, święta są, i mieliśmy się bawić. Aha, jak już mówię o świętach, dzisiejszy odcinek ma być świąteczny, co oznacza, że będziemy musieli tu jeszcze umieścić gdzieś motyw świąteczny. Na razie mam dwie ładne roślinki przed sobą w klimacie świątecznym. Natycham się. Zobaczymy. Zaraz może moje świąteczne rogi jeszcze przywdzieję z czapeczką, także niech te święta się nam tutaj dzieją. Okej. I teraz, z czego będziemy losować sceny?
Bo o tym nie mówiłam. Do tej pory używałam story cubes, czyli tych kości opowieści, i dzisiaj też ich użyjemy. Natomiast w poprzednich odcinkach cały czas losowałam sobie kości. To było dziewięć kości z serii „Podróże”. Tym razem pomyślałam sobie, że skoro mamy tutaj klimaty postapo, to sięgnęłam do moich innych kolekcji. Ja mam jeszcze trochę stare kolekcje, mam paczuszki po trzy kości, ale to dzisiaj dobrze, ponieważ jeden komplet kości... Powiem wam co i od razu już będę wsypywać do miseczki. Czyli mam trzy różne motywy tematyczne kości i ja je pomieszam i zobaczymy, co nam się tutaj będzie losowało, więc też mamy dziewięć kości. Pierwszy motyw, który wybrałam, to przecież skoro mamy postapo, seria „Kataklizmy”. Także lecą do miseczki.
Dobra, dalej. Atom. Zobaczymy, może jakichś kosmitów, może coś tu będzie. Tak mi się skojarzyło, to mówię: „A, jak postapo, to szalejemy”. Okej, i wiecie co? I tak, żeby nie było za monotematycznie, ja średnio lubię tak naprawdę klimaty postapo. Takie są dla mnie mało ciepłe, można powiedzieć, bardziej melancholijne. Takie do przemyślenia różnych rzeczy. Więc tak sobie samej na osłodę wzięłam serię „Średniowiecze”. Powiem szczerze, będziemy mieć jakiś tutaj turbomix, ale czemu nie?
Okej, kości mamy w miseczce. Pomieszam. Okej. Jeszcze sama na jakiejś ceramice montowałam miseczkę. Może się nie rozpadnie. Dobra, mamy chyba wszystko. To co? Myślę, że możemy zaczynać. Lecimy z tą kartą grafiki. Zobaczymy, tą naszą wyjściową.
Dobra, potasowane, ze środka. Dobra, jest ciekawie. Zaraz wam opowiem, co tu wyszło. Od razu sobie ten morał wylosuję, o którym wspominałam. Dobra. Nie patrzę. Jest morał i ciekawe. Okej, dobra. Powiem szczerze, że dobrze to rokuje wszystko. Tak myślę.
Okej, jeżeli już mówię o rokowaniu, to tutaj na pierwszej karcie mamy właściwie coś w rodzaju wyścigów. Tak myślę, bo mamy trybuny, mamy tory wyścigowe i po tych torach właściwie to jadą monety. Pośrodku mamy trzy megafony i wszystko jest w otoczeniu takiego dymu. Natomiast sam ten tor wyścigowy to jest gryf, gitary. Taki dziwny, zygzakowy. I wiadomo, struny wydzielają poszczególne tory. Ciekawe. Tak sobie myślę. Zaraz zobaczymy, jak z tego pójdziemy. Jeżeli chodzi o kartę morału, to tutaj mamy dwa słowa.
Mamy słowo „koszula” i „góra” i dosłownie na grafice mamy wielkie wysypisko najróżniejszych koszul i dosłownie góry z tych koszul. Kurczę, fajny temat. I teraz się zastanawiam, bo tak myślałam sobie o jakiejś tej koszuli, nie? Przy ogrodniczkach. Może coś w ten deseń. Może jednak mu zmienimy dzisiaj lokację. Dobra, czyli co? Mamy bohatera. Siedzi sobie na tym kamieniu i może wspomina wyścigi. Może właśnie sobie myśli nad tym, że brakuje mu takich prozaicznych, ludzkich rozrywek, żeby zobaczyć gdzieś coś.
A też tam mało żywych istot wokół jest. Więc sobie właśnie wspominał i myślę, że rzućmy kośćmi, zobaczymy, co z tego wyjdzie dalej. Czyli wspominał sobie o tych wyścigach. To co? To lecimy. Rzucam teraz trzy sceny. W sensie rzucę od razu kośćmi sobie, trzy wylosuję i wylosujemy też wtedy ten artefakt, który w tych scenach się gdzieś pojawi. Dobra, losujemy. I rzucamy. Ach, nie usłyszeliście na planszy, ale mi wypadło.
Wypadła mi kość z taką beczką, z której coś tam wypływa, z symbolem, że radioaktywna czy coś takiego. Okej, a druga kość to jest kufel piwa, z którego też wypływa pianka. Zdrowa pianka. Patrzę, może na stół będę rzucać, będzie lepiej. I trzecia kość. Jak słychać pięknie. I co my tu mamy? Muszę się przyjrzeć, ale chyba mamy tu jakiegoś aliena. Mamy taką postać w todze, właściwie w płaszczu zawiązywanym na pasek, z wielką stójką, taki kołnierz postawiony z tyłu, bardzo wysoki. I ta postać ma, nie wiem, czy to jest fryzura, jakiś hełm, czy może taką wydłużoną czaszkę.
Wygląda jak istota spoza ziemi. Bo w sumie to jest z tej serii Atom. To miłe zaskoczenie. Dobry temat wybrałam. Także to jest scena trzecia, czyli może tu się ktoś nam pojawi. I teraz artefakt. Mam. Słuchajcie, mamy taczkę. Fajnie. Jakaś magiczna taczka.
Czemu nie? Nie będę chyba na siłę z tych wyścigów nic szyła, bo prawdę mówiąc to chyba byłoby fajnym kadrem. Tak myślę, żeby z rozmyślań naszego bohatera coś go wyrwało, z takiego fantazjowania czy wspominania. To go teraz wyrwijmy z tego. Tylko, że czym dokładnie? Mamy tę scenę pierwszą, czyli radioaktywną beczkę. Chyba że on sobie spał, przysnął na tym kamieniu. A może nie. Okej, skoro on sobie na tym kamieniu rozmyślał, wspominał sobie te wyścigi, natomiast przypomniało mu się, że jakiś czas temu faktycznie w jednej lokacji znalazł beczkę i nie zdążył sprawdzić, czy ona jest pusta, czy pełna. Beczkę z oznaczeniami dziwnymi.
I pomyślał, że dzisiaj wyruszy, żeby sprawdzić. Jeżeli ta beczka jest pusta, to z chęcią sobie ją użyje do czegoś, bo dobra beczka nie jest zła, wiadomo. A może z tego, że ona też jest okrągła, pozaginana, może będzie mógł stworzyć coś w rodzaju opon czy kół, żeby ten swój dom poruszyć. Także nasz bohater wybiera się do tej lokacji z beczką. Okej, i sobie tam poszedł. Co to może być? Może jakiś opuszczony magazyn? Wiadomka, jak beczki, magazyn, ma to sens. I w tym opuszczonym magazynie. A może te beczki stały na dole?
Czyli nie było tam schodów, bo się zawaliły. Oczywiście windy nie działały, wiadomo, bo to wszystko są ruiny. Natomiast on wypatrzył, że jest dolny poziom tego magazynu, gdzie są różne beczki. Okej, coś czuję, że sama sobie utrudniam życie, jak to ja. I teraz mamy tę taczkę jeszcze do użycia. Myślę, że to był wysoki, nie no, jak schody, to musiało to być chociaż piętro, nie za wysokie. Ale bohater się przygotował. Oczywiście nasz Teofil ma łeb na karku, także on jest zawsze przygotowany. A jak nie jest, to jako twórca zawsze sobie coś wymyśli, czerpie z otoczenia. Więc wziął jakieś liny ze sobą.
Wziął te liny. Już nie utrudniajmy mu życia. Pamiętał, że nie ma schodów. Wziął liny, sprawdził, czy ta barierka się mocno trzyma i na tej linie postanowił zejść, zjechać sobie na dół i zajrzeć w te beczki. I oczywiście im niżej schodził, to miał wrażenie, że chyba jednak nie powinien tam być, bo ciężko mu się oddychało. Czyli jednak w tych beczkach musiało być coś niezdrowego. Jednak nie były puste. Natomiast stwierdził, że nic się nie może zmarnować i skoro już tam zaczął schodzić i się tam prawie dusił, to się chociaż rozejrzał, czy coś tam jest może innego godnego uwagi. Bo jak, wróci bez żadnych fantów, bez łupów? I zauważył taczkę.
Niech będzie taczka. Natomiast musiał zejść trochę jeszcze niżej po tą taczkę. Więc teraz co? Wrócimy nim? Miał tą koszulę swoją. Myślę, żeby sobie chociaż trochę czymś usta czy twarz, nos zatkał. To może inaczej. Wrócił po tej linie do góry, żeby złapać świeżego powietrza i właśnie miał tą flanelową koszulę swoją i ją zdjął. Porwał ją, wyrwał kawałek, żeby stworzyć sobie taką maskę na usta, żeby trochę jednak to powietrze przefiltrować w jakiś sposób. I wrócił po tą taczkę.
Wrócił z drugą liną, dzięki czemu przywiązał linę do tej taczki. Wrócił do góry i na tych linach tą taczkę sobie do góry wciągnął. I okazało się, że w tej taczce, gdzie wcześniej tego nie zauważył, była butelka piwa. Przetrwała po prostu z tych czasów jeszcze sprzed apokalipsy. Taki trochę Smak wspomnień, smak przeszłości. Więc zabrał tę taczkę wraz z piwem, postanowił wrócić do domu i sobie to piwo wypić, niezależnie od konsekwencji. Niezależnie czy ono będzie dobre, czy nie. Stwierdził, że już właściwie z dnia na dzień ma coraz mniej do stracenia, a warto spróbować. Oczywiście wrócił do swojej lokacji, przysiadł na swoim ulubionym kamieniu i otworzył piwo. Ej, słuchajcie, a może to będzie gin z butelki?
Nie chciałabym gina z butelki, natomiast myślę, że otwarcie tego piwa to była jakaś przepowiednia, że kiedy ostatnie piwo na Ziemi zostanie otwarte, wtedy ktoś się pojawi. Może pójdźmy w takim kierunku. Więc on zaczął pić to piwo i okazało się, że ono jest całkiem dobre, że dalej smakuje jak piwo, że się nie zepsuło. Właśnie, jak się psuje piwo? Że kwaśnieje czy pleśnieje? Nie wiem. Nie robimy researchu. Lecimy dalej z historią. Więc on pił piwo i nagle zamarł cały, ponieważ w przestrzeni tuż przed nim zmaterializowała się dziwna istota w płaszczu todze z wielką czaszką, z wydłużoną głową. I obserwowała go.
I tu się kończy akt pierwszy. Dobra, mamy to. Lecimy z aktem drugim. Może tym razem wylosujmy sobie najpierw przedmioty, czyli najpierw losujemy panaceum, ten lek czy rozwiązanie na coś. Okej, mamy armatę. Działo. Armata to chyba najlepsze słowo. I drugi przedmiot, czyli trofeum, które nasz bohater zdobędzie. A może nie, trofeum wylosujemy po tej próbie, żeby sobie nie spoilerować. W końcu to trofeum.
Okej, to lecimy najpierw sceny, kolejne aktu drugiego i na koniec główną próbę i lecimy z tematem dalej. Dużo dzisiaj latania, wybaczcie mi, ale chyba jestem w jakimś pośpiechu. A jednak z drugiej strony chyba się nie mogę doczekać, co dalej będzie. Dobra, rzucamy. Okej, i co ja tu mam? O matko z córką, co to jest? To jest jakieś kosmiczne urządzenie. To jest chyba jakiś świder do przekopywania ziemi. Tak się chyba nazywa takie wiertło wielkie, czyli taka maszyna, która ma wiertło. Chyba że jest to jakieś kosmiczne działo, może jakaś broń, ale ten świder rokuje dobrze.
Fajnie to wygląda. Zobaczymy, ale świder jest fajny. Podoba mi się. Zwłaszcza że tu mamy jakieś działo. Pomyślimy. Dobra, lecimy dalej. Okej, a tutaj mamy czarodzieja. Toga, broda długa, czapeczka i magia w dłoni. Takie coś nam się wylosowało. I ostatnia scena.
To chyba jest ten tajemniczy człowiek w czarnym płaszczu, który otwiera ten płaszcz i nie pokazuje nam dosłownie swoich bogactw. No dobra, w sumie to dosłownie. Ale pokazuje nam jakiś dobrobyt na połach płaszcza, nigdzie indziej, który chce nam sprzedać. Nie wiem, nie przemytnik, nie szmugler. Szmugler może? Jak się nazywali ci ludzie? Kurczę. Dobra, nieistotne. Wiemy chyba, o co chodzi. Jakieś różne zegarki, papieroski i inne cuda-wianki.
Handlarz jakiś. Handlarz towarem trudno dostępnym. Tak go nazwijmy. I główna próba. Aha, tu nie mówiłam, a może mówiłam. Też jak Story Cubes, tylko nieco większe kości. Taka nieoficjalna wersja. Dobra. Okej, i tu mi się wylosował eliksir. Fiolka z jakimś płynem w środku i zamykana na korek.
Więcej tego średniowiecza, niż planowałam tu. Dobra. Aha, trofeum na końcu opowieści. Lecimy dalej z tematem. Czyli mamy tę istotę. Wiecie co? Kurczę, bo teraz jeszcze sobie myślę, gdzie tu święta wplątać. Dobra, już wiem. Coś mam. Będzie motyw świąteczny.
Więc ta kosmiczna istota, Mister Kosmit. Może on powiedział, że przez te wszystkie lata oni czekali. Niech to będą dobre istoty, które chciały zawsze pomagać Ziemianom, pomagać tej planecie. Tylko coś poszło nie tak. I oni przez te wszystkie lata czekali, aż ktoś otworzy to piwo, bo to była przepowiednia i nie ma to tamto. Jak jest przepowiednia, to jest przepowiednia. Ona musi się wypełnić, bo inaczej nie pyknie. Więc zrobił się smuteczek, że jedyny człowiek na Ziemi otworzył to piwo. Ale grunt, że otworzył i dzięki temu oni mogli tutaj wreszcie przybyć. On reprezentuje ten ród kosmiczny.
Patrzę na ten jego płaszcz, taki szlachecki wręcz ten ród. I on mówi, że pomogą naszemu bohaterowi. Tylko w czym? W odbudowaniu Ziemi? Już sam to dobrze robi. Okej. Jeżeli mamy tutaj taką magię, czyli oni już mogą mu pomóc, są tutaj i oczywiście będą go wspierać. Natomiast faktycznie on musi działać sam. To nie może być tak, że oni coś za niego zrobią, tylko warunek jest taki, że Ziemię może odbudować jedynie ziemianin. I teraz patrzę, bo mamy ten świder, coś pod ziemią.
Chyba że wrócimy do tych beczek. Jak one się zaczęły, na początku były. Tu mamy tę główną próbę, ten eliksir. To może te chemikalia mogą być główną próbą dla naszego bohatera z tych beczek. A może to będą jakieś chemikalia z kosmosu, których tu nie powinno być? Myślę, czy oni go przeniosą, czy może te sceny, które tu się wylosowały, to nie będzie może retrospekcja? Może nie bez powodu ta taczka z piwem była tam koło tych beczek. I ten kosmita mówi, że te beczki mają chemikalia z innej planety i te chemikalia... Okej, jeszcze inaczej. On się pojawił jako hologram i dopóki te chemikalia są na Ziemi, nie zostaną zniszczone czy zneutralizowane, to oni nie mogą tu się pojawić fizycznie, przez co nie mogą mu bardziej pomóc.
Mogą go w jakiś sposób wspierać czy podpowiadać jakieś rzeczy, ale nie mogą zejść na ziemię i razem z nim czegoś zbudować czy pomóc naszemu bohaterowi ich technologią, czy w ogóle tę technologię tu przynieść. Więc nasz bohater opracowuje plan, jak pozbyć się tych chemikaliów. I teraz patrzę, bo mamy to panaceum, czyli mamy armatę. To może niech armata symbolizuje wybuch. Nasz bohater stwierdził, że i tak się nudzi i nawet jeżeli po tym piwie dostał halucynacji i ta dziwna istota jest tylko halucynacją, to stwierdził, że raz się żyje, coś tam podziała. Wiecie co? Ile myśli! Zaczynam się znowu wkręcać. Sorry, słuchajcie, skaczę po pomysłach i nie wszystkim się tu z wami dzielę. Pomyślałam, że sam kaktus mógłby okazać się pomocny w schodzeniu do tych beczek.
On przecież z tym kaktusem poszedł, bo byli nierozłączni. Może on dopiero sobie później uświadomi, że on się dusił. Pytanie, czy kaktus się dusił, czy właśnie kaktus się nie dusił? Może on filtrował? Dobra, na razie nieistotne. Nasz bohater wpadł na taki plan, jak tu mamy ten świder. On taki skonstruował, ma takie urządzenie, więc postanowił, że pojedzie tam i zrobi w ziemi dziurę. Wyświdruje prawie do tych beczek. I teraz tylko myślę, czy miałby ładunki wybuchowe. A miałby, czemu nie, skoro tyle zbierał.
Więc postanowił, że podłoży tam ładunki. Czekajcie, myślę, że to nie jest za bardzo wywrotowe, bo jak to wszystko walnie, czy on zdąży odjechać? A może ta istota, ten hologram mu powiedziała o jakiejś technologii. Albo nie, słuchajcie, już wiem. On znalazł ten swój świder. On go trochę ulepszył, ale był przekonany, że to jest urządzenie do świdrowania ziemi, do rycia dziur w ziemi i wziął go, chociaż nie wiedział, kiedy go tam użyje. Natomiast ta istota go uświadomiła, że to też ma taką funkcję, ale ogólnie to jest kosmiczne działo i tym działem można zniszczyć te chemikalia, tę technologię. Dobra, ma to sens. I co teraz? Przenosimy się do tych naszych beczek.
On pojechał tym działem. Ta istota mu powiedziała, jak to uruchomić, bo on to przeciągał na tych kołach, a się okazało, że tam można wysunąć siedzenie, usiąść i tym jechać, że to jest pojazd. Więc powiedzieli mu, jak to uruchomić i on pojechał. Myślę, czy tu zrobimy spisek, czy nie. Dobra, na razie jedźmy do tych beczek. On nakierował to działo w te beczki i już miał strzelić czy je zneutralizować, bo tam trzeba było coś przestawić. Te klimaty kosmiczne, niekoniecznie moje klimaty, ale jest jakaś taka antymateria czy jakaś broń. Czy antygrawitacyjne też coś było, ale antymateria, czyli Właśnie, jak się z tego strzeli, to coś, co jest materialne, przestaje być. Załóżmy, że to tak działa. Przestaje być materialne.
Więc może właśnie to było takie działko antymateryjne? Neutralizujące materię? Przestawił to na taką funkcję. Serial był chyba „Stargate”, taki stary serial i oni chyba mieli broń, czy broń laserową, czy można było chyba zrobić takie ustawienie. Tak mi się teraz wydaje. Jakieś mam flashbacki z dzieciństwa. To było tego typu działko, więc nic prostszego. Jedziesz, strzelasz w te puszki, puszki znikają, znaczy te beczki i my wtedy możemy tutaj wejść i ci pomóc. Brzmi cukierkowo. Więc on się tam pojawił i już wykierował to działo.
Natomiast patrzę na jego archetypy, bo tutaj raczej jest otwarty, wyrażenie siebie. Ale mówiłam, że ma taką cechę, że oczywiście musi sam spróbować i tak też nie zawsze robi wszystko, co mu ktoś powie. I on się zawahał. Zaczął zastanawiać się: a co, jeśli ta istota wcale nie jest dobra? A co, jeśli on zginie, wybuchnie czy może już do końca rozwali tę ziemię? Gdzie przecież miał poczucie winy, że to on wywołał ten meteoryt. Więc zaczął być podejrzliwy. I teraz jeszcze myślę o jednej rzeczy, że panaceum, czyli to działo, taka armata, to pasuje z tym działkiem. Wiecie co? A może niech on tę armatę wyjmie z kieszeni, to panaceum.
Myślę o tym, że może to jest taka jego pamiątka. Nie bezpośrednio jego. To jest rzecz, którą on znalazł gdzieś w tych wszystkich rupieciach. Natomiast jest to rzecz, która mu się kojarzy z dzieciństwem, bo pamięta, że jego dziadek oprócz tego, że umiłował sobie rośliny, ogrody i tak dalej, to zbierał różne wojenne pamiątki. Miał różne repliki, miniaturowe rzeczy czy jakaś broń, figurki czy jakieś posążki. I właśnie miał taką armatę, taką starą. Jeszcze stary typ, taką prostą na kole, działo na kole. I on sobie znalazł tego typu malutką zabawkę, figurkę i za każdym razem, kiedy wpadał w jakieś wątpliwości, a w sumie rzadko się to zdarzało, ale tym razem właśnie ją wyjął. I tak sobie myślał o swoim dziadku. Obracał w palcach tą figurkę i zastanawiał się, czy on faktycznie powinien zrobić to, co teraz ma zamiar zrobić.
I nagle pojawił się czarodziej. Musimy przejść do kolejnej kości, ale może właśnie niech on teraz ma halucynacje albo coś. Okej, czyli to, że kiedy on wypił to piwo, to sprawiło, że ta ziemia stała się otwarta, tak jakby to pole, ta przepowiednia odblokowała, że wszyscy tam mogą teraz ingerować. I tak jak istoty z zewnątrz czy z kosmosu mogą przychodzić, tak samo też taka klasyczna magia się pojawiła i po prostu z tego bunkra z tymi puszkami wyszedł gościu w todze. Długa broda, czapeczka. I powiedział właśnie: „Stop! Nie czyń tego, co planujesz uczynić”. I on tak patrzył. Coś mu się wydawało znajome i przypomniała mu się Wigilia. Jedna z dzieciństwa.
Jeszcze jak dziadek żył. Dziadek się zawsze przebierał za Mikołaja. Miał taką długą brodę. I ten człowiek miał czerwoną togę. O, zróbmy mu czerwoną togę. I on bardzo mu przypominał dziadka wtedy z tamtej jednej Wigilii, który tak samo do niego powiedział, żeby nie czynił tego, co planuje uczynić. Z tym że on wtedy faktycznie zakradł się pod choinkę i chciał otworzyć prezenty przed czasem. Natomiast tutaj ta postać go zatrzymała i on się dalej przypatrywał. I miał wrażenie, jakby ten czarodziej, ta osoba miała twarz dziadka, jakby to był jego dziadek. Ale ten czarodziej wyglądał, jakby go nie znał.
Nie wiedział, kim jest ten człowiek. Nasz bohater taki trochę zamotany powiedział: „Dziadek?” I ten człowiek mówi do niego: „Gdzie tam, jaki dziadek? O co ci chodzi, człowieku? Ja tu jestem Merlin XIII. I ja tutaj na tych rejonach sprawuję władzę nad magią i innymi rzeczami. Zakazuję ci niszczenia tych puszek”. A nasz bohater tak sobie myśli: jeden mu każe niszczyć puszkę, drugi mu zakazuje niszczyć puszkę. I co tu się w ogóle dzieje? Wszyscy mówią, co on ma robić. I ten czarodziej musiałby mu teraz wytłumaczyć.
Może on mu powie, bo mamy jeszcze tą ostatnią kość, czyli tego gościa sprzedawcę. Chyba że zróbmy to tak z uśmiechem. Pójdźmy w absurd. I ten czarodziej powiedział: „Poczekaj, poczekaj. Zanim tutaj zadziałasz, to ja może miałbym dla ciebie jakieś magiczne eliksiry”. I rozwarł swoją togę, poły swojego płaszcza i mu tu pokazał najróżniejsze kolorowe fiolki, różne eliksiry. I to może być ta główna próba. ... i powiedział, że skoro teraz jest magia odblokowana, to on co tylko zechce, może dostać i może wybrać, który chce eliksir w zamian za to działo, którym tu przyjechał. On patrzy aż tak: co tu się w ogóle dzieje?
I w pewnym momencie myślę, co rozwiało podejrzliwość. Bo tu mu się skojarzył dziadek. No właśnie. I nasz bohater tak wpatrywał się w tego człowieka, który do złudzenia przypominał jego dziadka. I tak sobie pomyślał, że to jest przecież niemożliwe, że jego dziadek już od kilkudziesięciu lat, ktoś to policzy, nieważne. Jego dziadek już dawno nie żyje. Ten człowiek sprawia wrażenie, jakby go nie znał. Przebrany jest w ogóle za takiego sztampowego czarodzieja z taniego filmu, ale z jakiegoś powodu upodobnił się do kogoś, kto się dobrze mu kojarzy. I teraz jeszcze próbuje mu sprzedać jakieś dziwne eliksiry. I tak nasz bohater zawsze polegał na swojej intuicji, takiej twórczej i nie.
I tak sobie pomyślał, że to jest chyba jednak coś podejrzanego. A może komuś zależy, żeby te puszki były jednak z tymi chemikaliami. Natomiast on sam wiedział, że te chemikalia go dusiły, czyli nie są czymś zdrowym i dobrze, jakby ich nie było faktycznie, jakby je się dało zneutralizować. Słuchajcie, chciałam wcześniej dżina z butelki po piwie, a może właśnie mamy tutaj do czynienia z dżinem z puszki z radioaktywnymi chemikaliami. Tak myślę, że to jest to. Dżin sprzedawca. Więc nasz bohater popatrzył na Alberta, swojego kaktusa i tak sobie myśli: kurde, Albert, co robić? Co robić? Powiedz ty mi. Może zobaczył, że Albert jest zwiędnięty, że Albert jest smutny od tych chemikaliów, że coś mu się dzieje, że ma jakieś odbarwienia.
I on się już nawet dłużej nie zastanawiał. Po prostu powiedział: starcze, jeżeli możesz, to uciekaj, ja zdania nie zmienię. A ten starzec zaczął się pieklić, zaświecił jakąś energią z ręki, ale nic nie mógł zrobić. Po prostu wściekły tupał i nie uciekał. Natomiast nasz bohater go ostrzegł i nie celował w niego, ale wycelował w puszki i odpalił. Nie dał się omamić tymi eliksirami czy twarzą dziadka, tylko faktycznie strzelił tym działkiem w puszki. I te puszki, w sensie beczki, zniknęły, zdematerializowały się. I wraz z nimi, wrzeszcząc w gniewie, nawet nie w bólu, ale w gniewie ten gościu w czerwonym palcie zniknął. I nasz bohater w sumie pomyślał sobie później, że jakby to był Święty Mikołaj, to by mu dał w prezencie te fiolki, a nie, że chciał jakiś handel uskuteczniać. Okej, i teraz jeszcze zobaczmy trofeum, więc może coś z tego osobnika wypadło jednak.
Co ja tu mam? No wypadło. Mamy takie opakowanie z pastylkami, z tabletkami. Takie coś zakręcane. Więc to jest trofeum, które zdobył nasz bohater po tej głównej próbie, czyli nie uległ pokusie eliksirów i przy okazji zniszczył te puszki. Okej, mamy akt trzeci. Dobra, czyli wracamy do naszej lokacji po wykonanej misji. To nie przedłużajmy, tylko rzućmy kośćmi. Okej. Czapka błazna, taka z dzwoneczkami.
Pluszowy miś, ale taki bez oczka, z trochę podartą łapką. Taki wyświechtany trochę. I ostatnia kość. I ostatnia kość to jest człowieczek, który leci. Jak to się nazywało? Jetpack? Taki plecak odrzutowy, że sobie leci w górę. No dobra, kurna chata, zakończmy tą historię. Mało świąt w świętach. A może teraz po ukończonej misji zrobimy święta?
No dobra, okej. Coś mi się tutaj w głowie zalęgło. A jeszcze w sumie taczki nie użyliśmy dzisiaj do niczego. Okej, bo armatkę użyliśmy. No dobra, to nasz bohater wraca tym działkiem do swojej lokacji i wreszcie pojawia się ta istota. Tym razem już jest namacalna, już jest materialna i dziękuje mu. Mówi, że spisał się, że to faktycznie była trudna próba. Nie z ich strony. To ta właśnie wroga cywilizacja, która te beczki tu pozostawiła, próbowała do ostatniej chwili jeszcze, żeby one tu zostały. Natomiast nasz bohater informuje tą istotę, że nie do końca im też ufa i nie zrobił tego dla nich, tylko zrobił to, ponieważ jego towarzysz Albert został uszkodzony przez opary z tych beczek i on po prostu nie dopuści do tego, żeby te beczki dłużej były tutaj, dlatego je zdematerializował.
A przy okazji, skoro im pomógł, to pomógł. I teraz mamy tą czapkę błazna. I teraz myślę, czy zrobimy jakiś żart, czy... Tak. Kosmita, który powie: it's a prank, bro. O matko! Prankster, normalnie kosmiczny prankster. W sumie fajny pomysł na postać. Może do kolejnego studium bohatera, które zrobimy. Dobra, i ta postać go informuje, że nieważne, jakie do końca były jego motywy, ważne, że ta przepowiednia została wypełniona do końca, że on jest tym wybrańcem i dopełnił tego zadania.
Zniszczył te beczki i w zamian oni dają mu pełny dostęp do ich technologii, bo widzą, że mimo że jest ziemianinem, to jego zdolności są godne podziwu. I jak najbardziej dadzą mu też... Myślę, kurde, ta czapka błazna. Jak człowiek tak na szybko szuka powiązań. Dobra, więc nagroda. Wylosujmy nagrodę i zobaczymy, co oni mu dadzą. Oprócz tej technologii i tak dalej. Naprawdę? Świecznik? Ja nie wiem.
Liczyłam na jakieś inne rzeczy. Dobra, zaraz wymyślę coś z tym świecznikiem. A może ta czapka błazna. To po prostu będzie druga postać. Więc ten tutaj taki ĄĘ w płaszczu, co mówił o przepowiedni, zlecał misję. On przyleciał tu się przywitać, podziękować osobiście, a za chwilę obok niego zdematerializował się drugi z taką pociągłą głową, ale już z porozpinanym płaszczem. Taki trefniś, oczywiście w czapeczce. Albo nie. Muszę myślę, czy bohater by mu dał czapkę. Może tak.
Czyli tamten miał porozpinany płaszcz i pod nim było widać takie pantalony, spodnie. Pantalony, to chyba tak to się nazywało. Jak skojarzycie jakichś błaznów średniowiecznych, to oni też mieli takie stroje, różne falbanki przy bluzkach. Taki bardzo kolorowy, pasiasty strój. I nasz bohater patrzy na niego i mówi: „Poczekaj, mam coś dla ciebie idealnego”. I poleciał do domu. Nie wiem, czy dzisiaj wam wspominałam o tym, ale ostatnio ustaliliśmy, że nasz bohater będzie nosił czapkę napoleońską, bo on lubił nakrycia głowy. Czemu nie? I w jednej lokacji znalazł taką czapkę błazna i stwierdził: „Jak popatrzyłem na ciebie, to do twojego wizerunku to będzie idealne”. I dał mu tę czapkę z dzwoneczkami.
Tamten taki uhahany sobie dzwoni tymi dzwoneczkami, macha głową. Tamten taki ĄĘ patrzy na niego, kręci z politowaniem głową. Totalnie dwie różne persony. A tamten mówi: „Dzięki ziomeczek, jesteś wporzo. Wiesz co, ja wiem, że wiele lat żyłeś sam i nie miałeś z kim pogadać. I pewnie niejedne święta cię ominęły. A ja pamiętam, obserwowałem wszystkie różne święta Ziemian. Wszędzie tam, gdzie była dobra zabawa, dobre trunki i tak dalej. Wypadałby teraz ten czas, że są święta. Czyli gdyby to wszystko się nie wydarzyło, to właśnie byłoby Boże Narodzenie.
I może jeszcze nie masz tu żadnej choinki, ale myślę, że ten prezent ci się spodoba”. I zmaterializował mu takie pudełko. Nasz bohater wziął to pudełko i otworzył. W tym pudełku był jego miś, który został w domu rodzinnym. To był jego ukochany miś. Babcia mu uszyła. Może nie, czekajcie. Dostał tego misia, ale wszędzie z nim łaził. I ten miś miał już naderwaną rączkę i uszko. On wszędzie tego misia ciągał.
Wybrudzony, wyświechtany. Ale zawsze babcia mu tego misia naprawiła. Przyszyła oczko, jak się zgubiło, to dorobiła. I dosłownie tego misia dostał. Tego właśnie swojego. Oczywiście był ogromnie wzruszony i mówił, że nigdy w życiu na żadne święta nie dostał takiego ważnego prezentu. I był w szoku, że ten miś... Jak? Przecież katastrofa była. Apokalipsa.
Meteoryt. Jak on przeżył? I ten, nazwijmy go błaznem, kosmiczny błazen mówi, że nie przeżył. Natomiast on ma dostęp do całej wiedzy, ich technologia na to pozwala, więc wiedzą wszystko o wszystkich Ziemianach i mają technologię do odtwarzania różnych rzeczy. Robimy technologię odtwarzania ludzi? Zróbmy! Zróbmy i będą szanse na ukochaną, żeby ją wskrzesić. Ale to może kiedyś, w jakiejś innej części. Jeszcze koszulę, cholera, mamy na sam koniec. Tak się zajęłam wszystkim.
Więc on tego misia... Dobra, niech będzie ta technologia. I on nie wierzy w to, co słyszy. Był zachwycony. Oczywiście te istoty mówią mu, że pomogą mu to wszystko odbudować, odrodzić gatunek ludzki, ponieważ Ziemianie są bardzo wyjątkowym Narodem? Nacją? Rasą? Nie wiem. Nie rasą, czekajcie. Nacją?
Chyba nacją, rasą. Wiecie, o co chodzi. I że oni powinni zamieszkiwać swoją ziemię i popełnili błędy, ale też stworzyli wiele pięknych rzeczy. Zresztą nasz bohater jest przykładem na to, jak silni są ziemianie i że mimo kataklizmu i mimo że był tutaj sam jedyny, to przetrwał. Ostatnią scenę mamy tego jetpacka i jeszcze mamy ten świecznik. Nagroda. Dobra, zróbmy to. Będzie fajnie. Oczywiście te istoty musiały teraz wracać na swój statek. Natomiast powiedziały, że wrócą jutro i będą...
Sorry, generuje mi się już zakończenie. I że będą oczywiście go wspierać we wszystkim. Natomiast teraz dobrze by było, gdyby ubrał swoją najlepszą koszulę, wybrał coś z tej góry koszul, bo on miał oddzielne pomieszczenie, gdzie miał te wszystkie czapki i różne ubrania. Żeby wybrał najlepsze ubrania, najlepszą koszulę, ponieważ oni przygotowali dla niego nagrodę za to wszystko, co on zrobił, co uczynił i za to, że nie zwątpił w nich mimo wszystko, że wybrał dobrą stronę. Oni przygotowali mu coś w jednej z lokacji i żeby się ubrał we wszystko najlepsze, co ma i żeby do tamtej lokacji się udał. Teraz nagroda. Można powiedzieć scena po scenie. Oczywiście istoty odleciały, czyli mamy tą kość z tym jetpackiem. I nasz bohater nie wiedział w ogóle, o co chodzi. Ubrał się.
Nie wiem, czy używamy tą taczkę. Może taczka była po to, że miała to piwo. Dobra, nie robię tego na siłę. Jak mu powiedzieli, tak zrobił. Udał się do tamtej lokacji i po raz kolejny tego dnia przeżył szok. Przeżył coś nieprawdopodobnego. Takie uderzenie wspomnień, jak to na początku z tymi wyścigami, o których sobie wspominał, marzył, że chciał jakiejś rozrywki. Czy później ta twarz dziadka, czy misio pluszowy. A tutaj w tej lokacji może jakiś pub, zgliszcza po pubie, może jakaś sala, może coś takiego. I tam przy stoliku siedziała jego ukochana.
Patrzę na ten świecznik jako na kolację przy świecach i on nie wierzył w to, co widzi. I ona powiedziała, że ostatnie, co pamięta, to ten wypadek. I potem była ciemność i ona sama nie rozumie, co się dzieje, ale bardzo się cieszy, że go widzi. I on oczywiście myślał, że to może kolejny hologram czy coś i pobiegł w jej stronę. Objął ją. Była prawdziwa. Także mamy taki świąteczny happy end. Może niech jeszcze leży na stole kartka od tej istoty z napisem: „Wesołych świąt”. I teraz jeszcze ten morał. Może nawet w czasach postapo warto być ubezpieczonym w górę koszul.
Słuchajcie, mamy to. Jest i fajnie, jest i happy end. Coś tam udało mi się ze świętami. Fajna historia, kurczę, fajna i powiem szczerze, że nawet chciałabym dalej wiedzieć, jak będzie wyglądało odbudowywanie świata. W sumie będą pierwszymi ludźmi. Może właśnie tak ma być ten świat odbudowany. Super! Bardzo dużo pytań na dalszy ciąg mi się generuje w głowie. Słuchajcie, ja kończę, bo już i tak dzisiaj długo gadam. Może nie tak długo, jak się bałam, że będę gadać, ale jednak.
Życzę wam cudownych świąt, bajecznych, żebyście może też w te święta przeżyli jakieś wspomnienia. Coś takiego cudownego z dzieciństwa, żeby wam się przypomniało, żebyście poczuli ciepło na serduszku. Może żebyście odzyskali coś, co straciliście. Może w jakiejś innej formie, może żebyście poczuli taki spokój, ulgę w środku. Żebyście spędzili ten czas z kimś ważnym dla was. Czy to będzie rodzina, czy jakiś wasz taki ten wyjątkowy człowiek, a może nieczłowiek. Co tam wam w duszy gra. Prezentów wam nie mam jak dać. Chociaż... A może.
Jakbyście mieli ochotę. Czym dysponuję? Nie wiem, czy tutaj kojarzycie. Miałam przyjemność uczestniczyć w tworzeniu antologii opowiadań grozy mniejszej lub większej „Nie otwieraj” na stronie Sigma. Bardzo fajna rzecz. Oczywiście ja jestem tam współautorem, ale jestem dumna z tego projektu i zarówno jeżeli chodzi o treści, o samą formę, o budowę, o wszystko. Dla nas wszystkich, całej dziesiątki pisarzy, naszej dziesiątki w sensie, to było mega przeżycie, spełnienie marzeń poniekąd, trochę debiutów. I w sumie skoro ja dysponuję zapasem, to może ja wam tutaj jakąś ofertę, jak ten czarodziej z płaszczem. Wiecie co? Zrobiłabym do końca roku szalony rabat.
Nie lubię dawać rabatów. Rabat to stolica Maroko i tak dalej. Ale czemu nie? Święta są i może jakby ktoś z was miał ochotę Tak sobie myślę, to co? To z okazji świąt 30% być okej? Chyba godny upust. Jak już mamy się bawić w te upusty, których nie lubię, ale faktycznie nie mam wam co dorzucić w tym roku jako wartość dodaną. Także myślę, że to będzie dobry temat, jeżeli ktoś z was by chciał skorzystać z tego. Czyli tak do 30 grudnia 2021. „Nie otwieraj” na stronie Sigma.
Możecie znaleźć fanpage naszej książki. W sumie jak wpiszecie „Nie otwieraj” na stronie, tam szukajcie zielonych kolorów. W razie czego przez Bibliotekarium na pewno też dostaniecie przekierowanie. Myślę, że gdzieś też pewnie na moich fanpage'ach. Pewnie, jak już wam to ogłosiłam, to wrzucę post też z tą informacją i tam też umieszczę link. Czyli możecie mnie znaleźć na Facebooku: Katarzyna Prychacz i tam wrzucę pewnie jutro post z zapowiedzią. Jutro? Przecież wy słuchacie dzisiaj. Okej, w środę wrzucę post z zapowiedzią podcastu i w razie czego po prostu w komentarzu pod tym postem wrzucę wam też namiar na sklep, żeby było łatwiej. Sklep się nazywa creativesightshop.pl.
„Sight” od wzroku, nie od strony. Natomiast nie będę wam już tego literować. Jakoś znajdziecie. Podobno chcieć to móc. Czy jakoś tak? Okej, bo tutaj gadamy o jakichś marketingach, a miało być świątecznie, cieplutko. Także ja już sama się nie mogę doczekać świąt. W tym roku może nawet trochę spędzę je inaczej niż co roku. Trochę mam takiego spontanu i zmiany w planach, ale się cieszę. Cieszę się, że zobaczę się z rodzinką, z moimi wyjątkowymi ludźmi.
Także wam też życzę tego wszystkiego. Oczywiście niezmiennie mocy inspiracji. Może właśnie przez święta spotkacie jakieś swoje natchnienie. Może jakaś wena się objawi przy świątecznym stole, może jakaś rozmowa z bliskimi, czy może rozmowa telefoniczna. Może coś właśnie was zainspiruje do stworzenia czegoś nowego. Czy to będzie napisanie czegoś, czy może jakaś rzeźba? A może rysunek? A może tak jak tutaj nasz postapokaliptyczny inżynier. Może skonstruujecie jakiś wynalazek? Może działko?
Może świder? A może coś jeszcze innego? Życzę wam wszystkiego, co najlepsze. Trzymajcie się cieplutko. Pa.
[04:56:02] - Jak się to państwu podobało? To ja państwu od razu odpowiem. Są tacy, którzy piszą do mnie, że ta audycja jest świetna. Nie muszą mnie przekonywać. Ja również uważam, że jest świetna, ale gwoli sprawiedliwości dodam też, że są tacy, którzy piszą, że się przy niej nudzą. I ja się też wcale nie dziwię, bo jak ktoś nie ma ochoty pisać, nie ma ochoty wymyślać historii, to ta audycja chyba nie jest dla niego. Ale ponieważ w „Bibliotekarium 2.0” tworzymy pewien miks, tworzymy pewien zlepek, zbitek czy jakkolwiek to określimy kulturowo-czytelniczy, no to cóż, zawsze trafią się takie audycje, które komuś nie pasują. Proponuję po prostu jakoś się na nie albo uodpornić, albo na ten czas po prostu robić inne fajne rzeczy. Tym bardziej że w końcu rozpiska godzinowa pod audycją na YouTubie się znajduje. Zawsze można się przekonać, ile mamy czasu i na jaki czas możemy się od odbiornika odłączyć.
Ale moim zdaniem nie warto. Dla mnie cykl Katarzyny jest po prostu rewelacyjny. Ale wiadomo, ja jestem jakoś tam ukąszony przez demona literatury, coś tam próbuję pisać i dla mnie te porady o tym, jak sobie radzić czasami z blokadą pisarską, a czasami po prostu z leniwym umysłem, który nie zawsze chce wymyślać historie, to są świetne patenty. Proszę państwa, żeby nie zagadywać, bo w końcu sam powiedziałem, że audycja długa. Cóż, ruszmy w kierunku kolejnego stałego punktu programu: Recenzarium Evivy. Tym razem na tapet bierze Luiza Dobrzyńska książkę o takim dziwnym tytule „A w patafii nie bardzo”. „A w patafii nie bardzo” to jest książka Jacka Nawrota. Akcja tej fantastyczno-satyrycznej powieści rozgrywa się w patafii. To jest taka wyimaginowana kraina. Jej mieszkańcy są ogarnięci manią gromadzenia pieniędzy.
Już się państwu wydaje, że to będzie takie kawoławiczne albo jakieś takie natrętnie dydaktyczne? Chyba nie. Chyba jednak nie. Otóż as wywiadu kapitan Ramiz Furment. Furment. Ja z tymi nazwiskami to coś będę musiał zrobić. Może je trzeba jakoś wyryć sobie w spiżu. Albo może nie ryć, to lepiej będzie w marmurze. W każdym razie jakoś mam problemy z tym zapamiętaniem. W każdym razie to ten as wywiadu oraz profesor Pstryks oraz jego wnuczka Semiramida podejmują tajną, oczywiście jak tajną, to i niebezpieczną misję ocalenia ludzkości przed zaraźliwą szlafochlemią.
Książka zaskakuje mnogością takich Przyznam, że niebanalnych pomysłów. Być może będziecie państwo zdziwieni, jak na temat, który przed chwilą wydawał się państwu ograny, można tyle ciekawostek znaleźć. W każdym razie pomysły są ciekawe i błyskotliwe. Błyskotliwe są też aluzje do naszej rzeczywistości. Tak, naszej rzeczywistości. Nie mylę się. Zapraszam w takim razie na recenzarium Evivy. A w Patafii nie bardzo.
[05:00:07] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Dzisiaj ponownie wracam do literatury dziecięcej. Dlaczego? Ponieważ bywa ona zaskakująco mądra. Może nie ta całkowicie współczesna, ta z dni dzisiejszych, bo do czego ona się sprowadza, to już nawet nie chce mi się mówić, ale ta nieco starsza, choć też nie tak stara. „A w Patafii nie bardzo” Jacka Nawrota. Tworzenie literatury adresowanej do dzieci w ogóle nie jest łatwe. Napisać coś, co dzieci by zauważyły jako książkę godną uwagi, a jednocześnie, żeby ich to czegoś nauczyło, jest rzeczą bardzo trudną. Jacek Nawrot swoją książkę zaadresował nie tylko do dzieci. Według mnie przede wszystkim do dorosłych.
Tak się jednak złożyło, że weszła do kanonu literatury dziecięcej. I dobrze, bo w każdym wieku można ją przeczytać i w każdym wieku można się z niej czegoś nauczyć. Kapitan Aramis Frument jest tajnym wywiadowcą i to jednym z najlepszych. Szef generalny agencji zna jego wartość głównie z akt. Bezpośrednio się z nim nie kontaktuje. Tym razem jednak postanawia wezwać kapitana do siebie. Ma dla niego bardzo delikatne zadanie, w dodatku objęte klauzulą tajności. Z sąsiedniego państwa, Patafii, trzeba sprowadzić naukowca, z którym utracono kontakt. Rzecz w tym, że obywatele tego państwa cierpią na chorobę, która może być bardzo zakaźna, tak zwaną szmalomanię albo szmalofrenię. Krótko mówiąc, są opętani manią zarabiania pieniędzy na wszystkim, na czym się da i na czym się nie da.
Nic więcej się dla nich nie liczy. Profesor Pstryks postanowił zbadać tę sprawę. Nie jest to rzecz prosta, szczególnie kiedy ma się do czynienia z zarazą. Przekonał się o tym bardzo dotkliwie, ponieważ uległ chorobie. Za pierwszym razem sprowadzono go przemocą, wyleczono i postanowił jechać po raz drugi. Chce bowiem pomóc patafianom. Jednak agencja bardzo się o niego niepokoi. Aramis Frument przyjmuje zadanie i wyrusza. Po drodze, trudno to nazwać inaczej, przypętuje się do niego 12-letnia wnuczka profesora Pstryksa, Semiramida. Szantażując kapitana tym, że może go wydać, zmusza go, aby zabrał ją ze sobą.
W drodze kapitan przekonuje się, że Semiramida jest dzieckiem, na które nikt z dorosłych nie zwraca uwagi poza profesorem, dlatego tak bardzo pragnie go odnaleźć. Ponieważ obecność dziecka może być dodatkowym kamuflażem, w końcu przystaje na zabranie jej ze sobą. Razem przekraczają granicę patafińską. Ku ich uldze okazuje się, że choroba, która dotknęła mieszkańców tego kraju, niekoniecznie musi zarażać wszystkich. Jednak jak im pomóc i kto właściwie choruje, a kto nie? Nie można zaprzeczyć, że książka Jacka Nawrota jest czymś wyjątkowym w literaturze. Porusza niezwykle ważny problem. To, czym dla nas są pieniądze. Pieniądze, dla których ryzykujemy życie, dla których marnujemy czas, dla których niszczymy więzi międzyludzkie. Tak jak sam napisał, nie jesteśmy patafianami, ponieważ oni nie pozwoliliby w swoim kraju takiej książki wydrukować.
Ale patafiani istnieją i istnieje choroba patafińska. Człowiek ogarnięty szmalofrenią staje się groźny i dla siebie, i dla otoczenia. I bardzo dobrze się stało, że pisarz postanowił swoją książkę skierować do wszystkich, a więc i do dorosłych, i do dzieci. Właśnie dzieci są najmniej podatne na tę chorobę, ponieważ liczą się dla nich inne rzeczy. Dziecko kocha szmacianą lalkę, będzie płakać, jak mu się ją zabierze. Pieniądze są dla niego środkiem do celu, nie środkiem samym w sobie. Kiedy podrasta, zmienia się perspektywa. Ale czy ona musi się zmieniać? Jak pyta Semiramida: „Czy musi być tak, że worek papierków jest więcej wart niż ludzie, ogrody i domy?” Właśnie trzeba sobie zadać to pytanie. Jak widzimy z akcji książki, nawet w takim państwie jak Patafia zdarzają się tacy, którzy rozumieją pewne sprawy, tylko że są w mniejszości.
Jest im bardzo trudno. A także tacy, którzy co prawda uznają ten patafiński sposób bycia i nawet z nim bardzo sympatyzują, tak jak chłop, który oferuje powodzianom miejsce u siebie. Jednak mimo wszystko rozumieją, że jest coś więcej ponad pieniądze, że trzeba sobie nawzajem pomagać. Tylko że w tym hipotetycznym kraju takich jest bardzo mało. U nas jest znacznie więcej, co dobrze widzimy przy okazji wielu zbiórek. Tę książkę powinni przeczytać wszyscy i dobrze się zastanowić nad sobą. Pieniądze są ważne. Niestety nie da się bez nich żyć w świecie białego człowieka, jak to się zwykło określać, ale tak naprawdę w żadnym świecie, bo nawet tam, gdzie nie ma pieniędzy jako takich, są inne rzeczy. Czy to muszelki, czy to kamyki, czy to inna sprawa. Ludzie po prostu muszą mieć coś, za co kupują określone dobra.
I to nie jest złe. Problem zaczyna się wtedy, kiedy środek płatniczy zaczyna rządzić ludźmi. I widzimy to na co dzień, jak rządzi całym światem, jak przy jego pomocą wywiera się naciski na całe kraje słabsze ekonomicznie. Te silniejsze usiłują je sobie podporządkować, pokazując pieniądze. Dostaniesz, jeśli zrobisz u siebie to czy to, bo to, co jest teraz, to nam się nie podoba. Patelom nam się nie podoba. Masz to zmienić albo pieniędzy nie dostaniesz. I tu jest wielka próba. Co jest dla nas ważniejsze? Czy naprawdę staliśmy się już patafianami i żyjemy w patafii, czy też nie?
Mówiąc szczerze, wolałabym, żeby nie. Jakie jest państwa zdanie? Najpierw musicie książkę przeczytać, do czego szczerze zachęcam. Żegna się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska.
[05:05:49] - To jak było recenzarium Ewiwy to mus jest, żeby teraz pojawił się „Labirynt książek”. Mirosław Gołuński omówi państwu dzisiaj książkę zatytułowaną „Ziemia nieświęta” Levi Tihara. Cóż, opis wydawcy. To będzie najlepsze na początek. Pasjonujące połączenie mrocznego thrillera i science fiction o podróżach w czasie w realiach alternatywnej wizji świata. Gdy autor pulpowych powieści kryminalnych wraca do ojczyzny, przekonuje się, że wiele się tam zmieniło. Palestyna, żydowskie państwo powstałe na początku XX wieku na pograniczu Kenii i Ugandy buduje potężny mur mający odgrodzić je od afrykańskich uchodźców. W stolicy Ararat City dochodzi do gwałtownych napięć społecznych i zamieszek. Szukając zaginionej siostrzenicy, pisarz zostaje wplątany w serię tajemniczych zbrodni, w wyniku czego zaczynają go ścigać bezlitośni agenci Państwowej Służby Bezpieczeństwa. Równocześnie Lior odkrywa groźny spisek i prawdę o naturze rzeczywistości.
Lior to ten pisarz. Która go otacza. Możliwe, że istnieje więcej niż jedna Palestyna, a bariery między światami zaczynają pękać. Ian McDonald, autor książek takich jak chociażby „Rzeka bogów” i „Luna: Wilcza pełnia” napisał coś takiego o tej książce: „Istnieją pisarze fantastyki, dobrzy pisarze fantastyki i istnieje Levi. Szuka materiału w innych gatunkach, w ruinach pozostawionych przez stulecia, by stworzyć coś mrocznego i absolutnie niepowtarzalnego. Nie ma na świecie drugiego podobnego autora. Ta powieść was zachwyci i wprawi w oszołomienie.” Jeszcze raz powtórzę to są słowa Iana McDonalda, autora takich książek jak „Rzeka bogów” i „Luna: Wilcza pełnia”. Zapraszam.
[05:08:28] - Dobry wieczór albo dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo będziecie mieli czas, by odsłuchać moje kolejne labiryntowo-książkowe odkrycia. Tym razem zapraszam państwa do szerokiego tunelu z napisem fantastyka, ale w jego ramach taki mniejszy trochę podtunel czy korytarz. Na pewno nie jest ślepy, na którym widnieje nazwisko. Choć będę mówił o jednej konkretnej książce, to zacznę od małego zarysowania twórczości tego pisarza znanej w Polsce, a przede wszystkim znanej mnie. Pisarzem tym jest Lavie Tidhar. Samo nazwisko już odsyła do Izraela, bo to jest faktycznie izraelski pisarz, który jednak urodził się w Izraelu, w kibucu, ale już jako młody chłopak znalazł się w RPA, a potem w Afryce Wschodniej, a od wielu lat mieszka w Londynie. Nie aż tak wielu, bo kolejny pisarz z roczników 70. W Polsce znane są jego cztery powieści: „Osama: Stulecie przemocy” wydane w ramach serii Uczta wyobraźni oraz „Stacja Centralna”. I ta książka, która dziś mnie będzie interesowała „Ziemia nieświęta” wydana przez Zysk.
Jak wiadomo, że jak coś jest wydawane w Uczcie wyobraźni, to oczywiście przez Maga. Zajmę się tą ostatnią powieścią, czyli „Ziemią nieświętą”, ale polecam wszystkie. Skupię się na niej dlatego, że w niej nie tylko dlatego, że ostatnio ją przeczytałem, bo na przykład w tej chwili kończę czytać kolejną, ale dlatego, że ta powieść nawet na tle jego twórczości bardzo niezwykłej, bardzo się wyróżnia. Dlaczego? Przede wszystkim wyróżnia się formą. Mamy troje głównych bohaterów. Pisarza pulpowej fantastyki Tirosza. Lioriego Tirosza. Aluzje do Lavie Tidhara są absolutne. Zwłaszcza że w toku powieści okazuje się, że Tirosh napisał i „Ziemię nieświętą”, i „Osamę”.
Już wiedzą państwo, czemu przytoczyłem to na początku. Dalej mamy Blooma, agenta swego rodzaju palestyńskich służb specjalnych. Dlaczego palestyńskich, a nie izraelskich? Powiem za chwilę. Oraz Noor. Noor to kobieta, która jest też swoistą agentką, chociaż nieco jak się potem zresztą okazuje, jego i ją, i Blooma łączy więcej, niż by się wydawało. Ale o tym za chwilę. W samej narracji niezwykłe jest to, że głównym narratorem tej opowieści jest Bloom. Dowiadujemy się tego relatywnie szybko. Bloom, który dostaje zadanie albo częściowo przyjmuje zadanie opiekowania się Tiroshem na terenie Palestyny, a dokładniej na terenie głównie miasta Ararat City.
Ja wiem, że takiego miasta państwo nie znacie, ale za chwilę wszystko się wyjaśni. I o nim mówi w trzeciej osobie. O tym, gdy sam mówi o sobie, to oczywiście mówi w pierwszej. Natomiast gdy opisuje przygody Noor, najczęściej pisze w drugiej osobie. Mamy więc nakładające się na siebie trzy narracje. Za wszystkie niejako odpowiada czy rekonstruuje je Bloom. Ale tak naprawdę już ta potrójna narracyjność bohaterów również wyznacza ich rolę w obrębie powieści. Bloom jest najważniejszy. Bloom wie najwięcej. Nie wszystko nam mówi.
Jest w końcu człowiekiem służb specjalnych. Nur wie dużo i w końcu rozumiemy, że Bloom mówi do Nur dlatego, że traktuje ją jako swego rodzaju rywalkę, partnerkę w tym, co robią. Natomiast Tirosh jest pionkiem w tej grze, przynajmniej do pewnego momentu. Już więc na tym poziomie jest to interesujący zabieg i stylistyczny, i swego rodzaju nowatorstwo, ale on ma swoje dodatkowe uzasadnienie. Teraz muszę wprowadzić państwa krótko w świat. Zacząłem od stwierdzenia, że akcja toczy się w Palestynie, ale w Ararat City, którego to miasta państwo na pewno nie znacie. Co więcej, zaczyna się od tego, że Tirosh leci samolotem z Berlina, gdzie zostawił pięcioletniego synka Izaaka razem z byłą żoną. Leci do swojego ojca, który mieszka właśnie w okolicach Ararat City. Dlaczego tak? Dlatego, że nie jest to nasz świat.
Mamy tutaj świat alternatywny, w którym Żydzi na początku XX wieku założyli swoje państwo w Afryce Środkowej, mniej więcej w okolicach Jeziora Wiktoria. Myślę, że znacie. Jeżeli nie, to zajrzyjcie państwo, ale na pewno znacie na tyle mapę Afryki, żeby wiedzieć, że dzisiejszy Izrael znajduje się mniej więcej na wybrzeżu Morza Śródziemnego, obejmując stare ich ziemie, tak? Jafę, Jerozolimę czy Tel Awiw oczywiście. Natomiast w tej wersji historii Żydzi wyemigrowali z Europy wcześniej. Znaleźli się w Afryce, gdzie zbudowali własne państwo. Właśnie nieświęte, dlatego, że nieobejmujące tego archetypowego czy tego podstawowego, wyjściowego Izraela. Dlatego nie nazywają Izraelem, a Palestyną. Powiecie państwo: czysta fikcja. No niezupełnie.
Dlatego, że faktycznie na początku XX wieku podejmowane były wyprawy w głąb Afryki przez syjonistów, które miały na celu przygotować ewentualne przesiedlenie się Żydów europejskich na te tereny. Co więcej, również Eichmann, zanim rozpoczął realizować ostateczne rozwiązanie, zastanawiał się, czy nie dałoby się Żydów wywieźć gdzie indziej. Takie pomysły syjonistów, zwłaszcza związane co prawda z Syjonem, ale tylko ideowo, jak widać, pojawiały się w społeczeństwie żydowskim na początku XX wieku. Ponieważ tak naprawdę antysemityzm przełomu tamtych wieków, czyli XIX i XX wieku, bardzo dał im się we znaki i zdawali sobie sprawę, że jest źle. Dzięki temu w wersji przedstawionej w powieści nie doszło do Holokaustu. Żydzi zdążyli opuścić Niemcy, a Niemcy przegrały wojnę w 1948 roku po udanym zamachu na Hitlera. Zwróćcie państwo uwagę, nie w 1945, a w 1948 mieli udany zamach. Więc mamy nieco alternatywną wizję historii. Problem polega na tym w tej powieści, że to jeszcze nie jest koniec przygód. Otóż bardzo szybko okazuje się, że istnieją czasy alternatywne, światy alternatywne, nie tylko czasy.
Że właśnie na tym terenie Nowej Palestyny znajdują się miejsca, w których można jakby przeskoczyć ze świata do świata. Bloom i Nur, jak już się państwo domyśliliście, są takimi podróżnikami między światami. Z kolei Tirosh jest nieświadomym podróżnikiem między czasami. Czasami zabawnie wychodzi dlatego, że tych światów jest wiele. Na przykład gdy wraca do Ararat City, spotyka przyjaciółkę sprzed wielu lat, którą próbował jako nastolatek uwieść. Próbował ją pocałować. Ona wtedy dała mu kosza. Co on bardzo odcierpiał psychicznie. Tymczasem spotyka ją i po pierwsze nie mogą uzgodnić, w jaki sposób on wyjechał z Palestyny, a po drugie ona z olbrzymią łatwością wciąga go nawet nie do łóżka, a do szafy. Mamy zupełnie inny przebieg zdarzeń.
Na co warto zwrócić uwagę, że o ile fantastyka jest tym, co spina tę opowieść w bardzo interesujący sposób, tak naprawdę autor, czyli Lavie Tidhar, bawi się konwencją przede wszystkim powieści szpiegowskiej i trochę kryminału. I wykorzystuje to, żeby opowiedzieć dość niezwykłą sytuację. Oto bowiem w tej Nowej Palestynie, której przecież nie dotknął konflikt z muzułmańskimi Palestyńczykami, również budowany jest mur. Również mamy do czynienia z zamachami bombowymi. Kto za nimi stoi i co może zmienić historię? To jeden z podstawowych tematów i wątków tej opowieści, których oczywiście rozwiązania w tym miejscu państwu nie zdradzę. Ale jeżeli państwo pamiętacie, nie tak dawno, kilka tygodni temu mówiłem o Philipie Rothzie i mówiłem o problemie, jakim dla żydowskich twórców jest Holokaust i jego doświadczenie. I takie podstawowe pytanie, czy można było temu zapobiec? Tidhar w „Ziemi Świętej” chyba najbardziej otwarcie stawia przed nami to pytanie, czy można było coś zrobić, by uniknąć Holokaustu. Wykorzystuje do tego oczywiście fantastykę, w której czuje się świetnie.
Wszystkie jego powieści są naprawdę wyśmienite i podobnie jak McLoda, o którym też chciałbym państwu kiedyś opowiedzieć, odświeżają stare tematy. Tak w tej powieści. To jest powieść głęboko polityczna i nie tylko przez udział w niej Blooma, który jest oficerem służb specjalnych. Nie tylko dlatego, że mamy tam taką bardzo żydowską opowieść o Izraelu, na przykład taką, że ojciec Tirosha był znanym generałem. Brat Tirosha poszedł w ślady ojca i wstąpił do wojska i zginął. Brat miał, co ciekawe, na imię Gedeon. To jest takie bardzo oczywiście popularne w Izraelu, ale jednak to, że Jest to imię biblijnego wojownika. Nie jest to przypadkowe. Z kolei córka Gideona, o której nie wiedział, bo urodziła się już po jego śmierci, Debora, jest lewacką ekstremistką, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, która protestuje przeciwko budowaniu muru, ale też stara się dogadać z miejscowymi, z autochtonami, którzy oczywiście są Afrykańczykami. Zamieszałem pewnie państwa trochę w głowach, ale też tak naprawdę i tak uporządkowałem.
Dlatego, że siłą tej powieści jest również to, ona jest szczupłą powieścią, mającą 200 kilkadziesiąt czy 300 stron, ale te trzy wątki, o których mówię, które prowadzą bohaterowie tej powieści, powodują, że powieść ma różne wymiary. Właśnie taki wymiar z jednej strony fantastyczny. To chyba przede wszystkim Noor, która jest najbardziej świadomą bohaterką przekraczającą czas, wędrującą między światami i sprzątającą w kolejnych światach. Mamy wątek polityczny, za który odpowiada przede wszystkim Blum. Tirosh w tę sprawę jest zamieszany przypadkowo. I sam Tirosh, który realizuje motywy sensacyjne, bo na przykład gdy przylatuje do Ararat City, w hotelu odwiedza go znajomy. On idzie się na chwilę wypłukać. Gdy wraca, znajomy już nie żyje. Okazało się, że ktoś próbował zabić samego Tirosha, bo zatruł alkohol. W kolejnych sytuacjach znowu padają jakieś strzały.
Wreszcie Tirosh prowadzi śledztwo, ponieważ Debora, córka jego nieżyjącego brata, jego bratanicy, jakby nie patrzył, zaginęła i nikt nie wie, gdzie ona jest. I te wszystkie wątki świetnie splecione, bo to jest też przy okazji z jednej strony bardzo dobrze napisana powieść sensacyjna, która na takim metapoziomie jest oczywiście zabawą. W pewnym momencie Tirosh, który szuka swojej bratanicy, płacą mu za to, więc zostaje poniekąd prywatnym detektywem i sam z siebie się śmieje, że pierwszy raz w życiu robi to, o czym pisał swoje powieści. Mamy więc taką trochę metatekstową zabawę z formą powieści szpiegowskiej. Natomiast fantastyka w tej opowieści jest traktowana bardzo serio, a rozwiązanie tej opowieści naprawdę wbija w fotel. Oszałamia na wszystkich polach. Zarówno jako fantastyka, ale chyba przede wszystkim jako powieść polityczna. Dlatego, że jeżeli przyjrzymy się z tej głębokiej, bardziej politycznej perspektywy tej powieści, Tidhar właściwie diagnozuje swój kraj. Przy pomocy fantastyki opowiada o działaniach swojego rządu, ale także opowiada o pokoleniu swoich ojców i opowiada również o tym, o czym mówiłem przy okazji Philipa Rotha. Ani Tirosh, ani Blum, ani Noor nie mogą się zakorzenić.
W tej powieści to jest szczególnie dobrze widoczne, bo na przykład krótko po przylocie z Berlina do Ararat City Tirosh zaczyna zapominać Berlin, a jednocześnie nie do końca może sobie przypomnieć miejsce, w którym jest. Noor, przechodząc między światami, przestaje wiedzieć, do którego świata należy. Blum, pilnując swego rodzaju metafizycznego wręcz porządku świata, oddaje siebie tej służbie. Ci wszyscy Żydzi nie mają korzeni. Mają oczywiście swoje marzenia, plany, ale nie są zakotwiczeni w świecie, w przestrzeni, w której żyją, nawet nie są zakotwiczeni w czasie. Widzę w tym to, co tak często odrzuca się w Polsce z zupełnie dla mnie niezrozumiałych powodów, a co jest siłą fantastyki. Fantastyka może pokazać coś dosłownie właśnie dlatego, że nie musi się liczyć z wymogami realizmu. Czyli może coś pokazać, dosłownie nie nazywając tego. Tirosh nieświadomie przeskakuje między czasami. Gubi się w nich, bo jest takim człowiekiem.
Z kolei Noor wędruje całkiem świadomie między czasami, ale straciła punkt wyjścia. I wszyscy oczywiście jakoś tego punktu wyjścia poszukują. Jakby w zwieńczeniu to się wszystko rozgrywa. Ale tak jest we wszystkich powieściach Tidhara, które znam. „Osama” jest oparty na bardzo podobnym motywie przechodzenia między czasami. Zaczyna się akcja w świecie, w którym nie było Osamy bin Ladena, bo oczywiście „Osama” z bin Ladenem jest związane, a w Stacji Centralnej jesteśmy wiele wieków do przodu i na Ziemię wraca człowiek wychowany w Tel Awiwie, pół Rosjanin, pół Chińczyk, który też szuka własnych korzeni. To jest bardzo ważny motyw dla Tidhara, ale tak jak mówiłem państwu, nie tylko dla niego. Dlaczego więc warto sięgnąć po tą powieść? Dlatego, że jest dobra, że jest świetnie napisana, a jednocześnie mówi nam coś nowego o naszej rzeczywistości w takim sensie globalnym. A poza tym jest w niej ciepło, proszę państwa.
Mamy taki miesiąc, jaki mamy. Zimno, chłodno, a tam jest zwyczajnie ciepło, bo to taki świat. A więc ciepło państwa żegnam i do zobaczenia za tydzień.
[05:24:10] - Proszę państwa, nie było dzisiaj jeszcze żadnego opowiadania. Żadna literatura nie zagościła w Bibliotekarium 2.0. To czas naprawić ten błąd. I tu odwołam się do pewnej świeckiej tradycji, która się pojawiła w ABW, świętej pamięci już ABW. Pojawiały się różnego rodzaju opowieści, zarówno przysyłane przez autorów, jak i takie z klasyki literatury amerykańskiej, literatury SF amerykańskiej. My sukcesywnie z Ivelionsem przypominamy państwu te opowiadania troszeczkę, żeby naprawić jakąś tam niesprawiedliwość, bo ABW była słuchana przez znacznie węższe grono słuchaczy. W związku z tym teraz warto pracę Ivelliosa docenić, docenić też wenę twórczą autorów i te niektóre opowiadania przypomnieć. Takim opowiadaniem na dzisiaj, czytanym przez Marka Senka, będzie opowiadanie Algisa Budrysa „Kryształowa ściana. Oko nocy”. Zapraszam państwa.
[05:25:37] - Algis Budrys, „Kryształowa ściana. Oko nocy”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz, w domenie publicznej. Część pierwsza. Koło biurka Rufusa Solenara miękko jak płacz lamentującej gołębicy zabrzmiał telefon. Sam Solenar stał kilkadziesiąt kroków dalej. Unosząc wysoko swoją lwią głowę z rękoma w kieszeniach obserwował świat nocą, wyglądając przez kryształową ścianę dającą widok na całą wyspę Manhattan. Okno znajdowało się tak wysoko, że część rozpościerającej się panoramy skryta była pod niskimi obłokami wiszącymi nad rzekami. W górze świeciły gwiazdy. Miasto poniżej porysowane było świetlistymi liniami i wypełnione między nimi po brzegi światłem.
Spadająca gwiazda, rakieta międzyplanetarna zmierzająca w stronę Long Island Facility przecięła smog o niebo jak jasna rysa na ciemnej sadzy drzwi piekieł. Wzrok Solenara wychwycił to wydarzenie, ale on sam obserwował całą roztaczającą się przed nim scenerię, nie zwracając specjalnie uwagi na żaden jej konkretny element. Oczy mu błyszczały. Kiedy usłyszał telefon, uniósł lewą dłoń do warg. „Tak?”. Na ręce błyszczały mu pierścienie utillium. Wyglądało to tak, jakby założył na palce coś w rodzaju miedzianych połączeń wykorzystywanych kiedyś do wzmacniania wręcz szkieletu drewnianych statków wojennych. Dobiegający z zupełnie pustego miejsca w pobliżu biurka głos jego osobistej recepcjonistki przemieścił się w puste miejsce koło ucha Solenara. Siedząca przy pulpicie z monitorem w swym biurze, gdziekolwiek by to biuro nie było, recepcjonistka powiadomiła go. „Pan Ermine twierdzi, że ma umówione spotkanie”.
„Nie”. Solenar opuścił dłoń i powrócił do kontemplacji panoramy. Kiedy był 20 lat młodszy i zarządzał skromną fabryką optyczną dającą utrzymanie trzem pokoleniom Solenarów, bardzo pragnął tak sobie móc stać w takim miejscu jak to i lubił się wczuwać w uczucia wyobrażonego siebie w takich okolicznościach. Teraz jednak czuł się zupełnie niewyobrażalnie. Być tutaj to jedna sprawa. Niemal stracić prawo do tego i odzyskać je w ostatniej chwili to zupełnie inna. Teraz już wiedział, że może być tutaj nie tylko dzisiaj, ale że będzie mógł również jutro i pojutrze. Wygrał. Ryzykowna gra dała mu Empavit, a Empavit mogło dać mu wszystko. Miasto było nie tylko nagrodą, za jaką podążał.
Było ono dynamicznym systemem, którym, jak pokazał, potrafił manipulować. Stanowił z nim jedność. Żywiło go ono i utrzymywało. Pozwalało mu stać tutaj, na wysokościach, z gwiazdami nad głową i rozświetloną światłem mgiełką pod nogami. Telefon zamiauczał ponownie. „Pan Ermine twierdzi, że na pewno ma umówione spotkanie”. „Nigdy o nim nie słyszałem”. I lewa dłoń z utilliumami ponownie odsunęła się od ust Solenara. Uwielbiał takie zabawki. Uniósł prawą dłoń okrytą subtelnym, niemalże niematerialnym, ciemnoniebieskim jedwabiem, w którym srebrne włókienka metalowych przewodów delikatnie biegły w stronę koniuszków palców.
Uniósł dłoń i zetknął ze sobą dwa palce. Z przodu i z tyłu zaczęła grać muzyka. Zetknął ze sobą kombinację dwu innych obwodów na palcach i z tarasu po drugiej stronie pomieszczenia, którego drzwi otworzyły się, doleciał miękki kobiecy śmiech. Ruszył w jego stronę. W otworze drzwi pozostała pojedyncza warstwa przejrzystej tkaniny, powiewając lekko w dolatującym z tarasu wietrzyku. Przez nią można było dostrzec niski stolik z zapaloną świecą, wino w stojącym obok niego uchwycie z koszem z lodem, dwa delikatne krzesła, czekającą na jednym z nich Bess Allardyce, wysmukłą i królewską. Wszystko to, widoczne przez mglistą zasłonę, sprawiało wrażenie początku czy też końca snu. Pan Ermine przypomina panu, że spotkanie zostało omówione na dorocznym obiedzie biznesowym International Association of Broadcasters w 1998 roku. Solenar dokończył swój ostatni krok, a potem zatrzymał się. Marszcząc brwi, powiedział do swej lewej dłoni: „Czy pan Ermine jest ze specjalnego biura Public Relations IAB?” „Tak” – odparł głos po krótkiej przerwie.
Palce prawej ręki Solenara złożyły się w stożek. Drzwi łączące z tarasem zamknęły się. Dziewczyna zniknęła. Muzyka ucichła. W porządku. Proszę powiedzieć panu Ermine, żeby wjechał na górę. Solenar podszedł do swego biurka i usiadł za nim. Rozległ się dzwonek w drzwiach biura. Solenar wykrzywił palec prawej dłoni i drzwi stanęły otworem. Kolejnym gestem zapalił górne oświetlenie koło drzwi, a sam usiadł w cieniu.
Pan Ermine wszedł do środka. Ermine ubrany był w strój w rdzawym kolorze. Nie wyglądał zbyt wyrafinowanie, a dłonie miał puste. Twarz miał okrągłą i miękką, obwiedzioną długimi, ciemnymi bakami. Czubek jego głowy był zupełnie łysy. Stanął tuż przy wejściu biura Solenara i stwierdził: Prosiłbym o nieco więcej światła, abym mógł również i pana zobaczyć, panie Solenar. Solenar wykrzywił swój mały palec. Górne lampy w całym biurze rozbłysły delikatnym światłem. Kryształowa ściana zmieniła się w lustro. Przebijały się przez nią tylko najsilniejsze światła miasta.
Chciałem tylko obejrzeć sobie pana jako pierwszego – odparł Solenar. Myślałem, że może kiedyś przedtem już się spotkaliśmy. Nie – odpowiedział Ermine, przechodząc przez biuro. – To mało prawdopodobne, żeby kiedykolwiek widział mnie pan na oczy. Wyjął z kieszeni futerał z legitymacją i pokazał ją Solenarowi, identyfikując się w ten sposób. Nie jestem osobą, która stałaby w pełnym świetle. Proszę, niech pan usiądzie – zaprosił go Solenar. – Co mogę dla pana zrobić? W obecnej chwili, panie Solenar, to raczej ja robię coś dla pana. Solenar odchylił się w krześle.
Pan? Pan teraz robi? Marszcząc brwi, spojrzał na Ermine'a. Kiedy stałem się stroną statutu i regulaminu stowarzyszenia przyjętego na obiedzie w '98 roku, myślałem, że specjalne biuro Public Relations mogłoby się stać wartościowym zasobem dla organizacji i dlatego głosowałem za jego utworzeniem i władzą, jaka została mu powierzona. Nigdy jednak nie spodziewałem się żadnych osobistych spraw, które by mnie z nim łączyły. Przypominam sobie tylko, że panowie macie carte blanche w stosunku do każdego członka IAB. No cóż, oczywiście od '98 roku minęło już trochę czasu – przyznał Ermine. – Wyobrażam sobie, jakie legendy mogły wokół nas narosnąć. Plotki w branży, tego typu rzeczy. Tak, ale my nie ograniczamy się do funkcji wymuszających, panie Solenar.
Zgodnie z naszą wiedzą nie złamał pan żadnego punktu statutu. Podobnie jak i moją. Ale nikt nie może się czuć pewny na 100%. Nie w tych okolicznościach. Na razie Solenar nie pozwolił jeszcze, aby twarz odprężyła mu się i rozjaśniła wspaniałym uśmiechem. Jestem przekonany, że pan to rozumie. Mój nieco mniej ambitny starszy brat pracuje w Federalnym Biurze Śledczym. Kiedy rozpocząłem swoją własną karierę, powiedział mi, że powinienem się spodziewać, iż cały świat będzie na mnie reagować jak przestępca. Tak – powiedział Ermine, nie zwracając uwagi na mimowolne mrugnięcie Solenara. – To jeden z czynników utrudniających życie w profesji takiej jak mojego brata czy moja.
Ale, panie Solenar, jestem tutaj po to, aby udzielić panu rady i tylko po to. W jakiej kwestii, panie Ermine? No cóż, pańska korporacja przejęła ostatnio kontrolę nad patentami na nowy system wideo. Rozumiem, że w efekcie czyni to pańską korporację właścicielem praw licencyjnych do medium rozrywki o ekstremalnie wysokiej sprzedaży. Fantastycznie wysokiej. Empath vid – potwierdził Solenar. W świadomie odbieranym program wplecione są rozmaite bodźce podprogowe, które są razem z nim nadawane. Domowy odbiornik zawiera czujniki odpowiedzi zwrotnej określające reakcje widza na te bodźce i intensyfikujące niektóre z nich, a obniżające poziom innych w celu stworzenia kompletnej emocjonalnej zgodności między widzem i nadawanym programem. Innymi słowy, empath vid jest systemem włączającym do nadawanej audycji emocje widza w celu osiągnięcia lepszego efektu. Aparat domowy jest jedną zamkniętą całością.
Jest na wpół przenośny i nie jest jakoś znacząco większy od standardowego odbiornika telewizyjnego. Empath vid jest kompatybilny ze standardowymi odbiornikami telewizyjnymi. Poza tym oczywiście, że nadawany program odbierany na zwykłym urządzeniu wydaje się mniej ciekawy i jakoś mgliście niesatysfakcjonujący. Tak więc konsument szybko kupuje odbiornik EV. Wyjaśnienie natury swego sukcesu sprawiło Solenarowi całkiem sporą przyjemność. I to po bardzo rozsądnej cenie. Pełna racja, panie Solenar, ale miał pan trochę problemów ze znalezieniem potencjalnych licencjobiorców na ten system pośród sieci telewizyjnych. Wargi Solenara lekko się zacisnęły. Pan Ermine uniósł do góry palec. Najpierw była kwestia pozyskania patentów od oryginalnego wynalazcy, do której podchodził także Cartwright Burr.
Tak, zgadza się – potwierdził Solenar zupełnie innym tonem. Rywalizacja między panem Burrem i panem jest zadawniona i intensywna. Dosyć intensywna – przyznał Solenar, patrząc prosto przed siebie na jedną z pustych ścian swojego biura. Biura Burra znajdowały się kilka przecznic dalej w stronę centrum w tym właśnie kierunku. Nie chciałbym nadmiernie wyolbrzymiać tej kwestii. Pan Burr jest jednak członkiem AEB, równie dobrym jak i pan, panie Solenar. W każdym razie były także inne problemy z licencjonowaniem EV, spowodowane bardzo wysokimi kosztami związanymi z wyposażeniem stacji nadawczych i urządzeń przekaźników sieciowych dla tego rodzaju transmisji. Tak, były. W końcu jednak udało się to panu. Wykazał pan całkiem słusznie, że wystarczy, aby tylko jedna stacja dokonała tej zmiany oraz kilka odbiorników EV zostało umieszczonych w miejscach publicznych na obszarze obsługiwanym przez tę stację, a normalne firmy TV nie będą w stanie konkurować z nią o zyski reklamowe.
Tak. A więc ostatnie pańskie problemy zostały rozwiązane parę dni temu, kiedy pańska Empavit Unlimited, proszę wybaczyć, kiedy Empavit, firma zależna od Solenar Corporation, stała się głównym udziałowcem Transworld TV Network. Nie rozumiem, panie Ermine – stwierdził Solenar. Dlaczego pan mi o tym wszystkim mówi? Czy próbuje pan zademonstrować mi rozmiary swojej wiedzy? Wszystkie te transakcje, zgodnie ze statutem, są już jedynie kwestią zapisów w poufnych rejestrach AEB. Ermine uniósł palec po raz drugi. Zapomina pan, że jestem tutaj tylko po to, aby udzielić panu pewnej rady. Mam dwie rzeczy do powiedzenia. Oto one.
Te transakcje są w rejestrach AEB, ponieważ dotyczą one wielu członków AEB oraz coraz większych zasobów kapitałowych. Ponadto wyłączność Transworld, zgodnie ze statutem AEB, będzie obowiązywać tylko do czasu osiągnięcia nasycenia rynku na poziomie 33%. Jeśli to EV jest tak dobre, jak się wydaje, chwila ta nastąpi dość szybko. Potem, jak mówi statut, AEB będzie zwolnione z utrzymywania efektywnej ochrony przeciwko naruszeniom patentowym przez konkurentów. Wtedy wszyscy członkowie AEB i większość kapitału, którym oni dysponują, zostanie zaangażowana w EV. Większość tego kapitału już teraz podlega ruchom wyprzedzającym, a więc los całej tej wysoce złożonej konstrukcji już obecnie ostatecznie zależy od integralności Solenar Corporation. Jeżeli akcje Solenara stracą na wartości, nie tylko pan, ale wielu członków AEB znajdzie się w ogromnych kłopotach. Co innymi słowy oznacza, że EV musi odnieść sukces. Wiem o tym wszystkim. I co z tego?
Nie ma w ogóle ryzyka. Sprawdziłem każdy patent związany z EV, jaki powstał na Ziemi. Z wprowadzeniem systemu EV nie będą się wiązać żadne katastroficzne efekty przejściowe. Ermine zauważył: ale są również inżynierowie na Marsie, inżynierowie Marsjanie. Oni są wymierającą rasą, ale nikt nie wie, czego jeszcze są w stanie dokonać. Solenar uniósł swoją wielką głowę. Ermine dodał: dzisiaj późnym wieczorem moje biuro dowiedziało się, że Cartwright Burr przez parę ostatnich tygodni prowadził bliskie konsultacje z Marsjanami. Zbudowali dla niego jakiegoś rodzaju maszynę. Przyleciała ona statkiem, który wylądował na Facility parę chwil temu. Dłonie Solenara zacisnęły się w pięści.
Światła zgasły raptownie i ponownie się zapaliły, a w całym pomieszczeniu coś zajęczało. Z tarasu dobiegł okrzyk zaskoczenia, a po nim dźwięk tłuczonego szkła. Pan Ermine skinął głową, pożegnał się i wyszedł. Kilka chwil później pan Ermine opuścił Solenar Building na poziomie dla pieszych. Przeszedł przez pieczołowicie zaprojektowany ogród i dalej nad wijącym się strumykiem w stronę centralnego deptaka spacerowego biegnącego wzdłuż alej. Przystanął przy żywopłocie, aby zerwać kwiat i rozkoszować się jego zapachem. Ruszył dalej, trzymając go w swoich nagich palcach. Część druga. Zawieszony na nici swojej przędzarki Rufus Solenar unosił się w powietrzu ponad budynkiem Cartwrighta Burra. Budynek jak jakiś pająk dotykał ziemię tylko czubkami nóg.
Rozkładał je szeroko na wszystkie strony, tworząc nisko zawieszoną masę, rozpościerającą się jak parasol nad kilkoma kwartałami ulic w centrum miasta. Solenar, manipulując wypełnionym helem plastikowym latawcem wiszącym wysoko w górze, sterował swoim lotem strugami sprężonego gazu z plastikowych butli wbudowanych w konstrukcję latawca. W całym tym systemie tylko sam Solenar nie był zupełnie przeźroczysty dla miejskich radarów antysamolotowych. On zaś był owinięty w długie łopocące taśmy z ziemisto-czarnej metalicznej tkaniny. Dla ludzkiego oka stanowił amorficzny obiekt nieodbijający światła. Dla sensorów elektronicznych był tylko kłębkiem zakłóceń, wyglądając jak arkusz metalowej folii uniesiony przez wiatr z jakiejś beztrosko pozostawionej sterty śmieci. Dla wszystkich zmysłów, wszystkich zainteresowanych w ogóle niemalże nie istniał. I dlatego dawało mu to doskonałą sposobność dokonania zabójstwa. Złapał się okna Buhra. W środku był mężczyzna.
Siedział pochylony nad biurkiem. Co on trzymał w dłoniach? Jakiś flakon? Solenar odpiął uprząż od siebie i przypiął ją do krawędzi gzymsu, odchylając się na nim, zapartym gąbczastymi podeszwami butów o szkło. Dotknął lewą dłonią okna i zatoczył nią koło. Nacisnął. Rozległo się stłumione stuknięcie na pokrytej dywanem podłodze biura Buhra i ostatnia bariera dla Solenara zniknęła. Złożył się wpół, podkurczając kolana do piersi i wyrzucił się do przodu, trzymając w prawej dłoni pistolet gładkolufowy. Potknął się i upadł na kolana, ale broń trzymał wycelowaną. Buhr podskoczył do góry za swoim biurkiem.
Mała kula z pomarańczowo-złotego metalu, poznaczona ciemniejszymi brązowymi smugami i pokryta robaczkami inkrustacji ciągle znajdowała się w jego dłoniach. „To on!” – wykrzyknął Buhr, kiedy Solenar wystrzelił. Łapiąc oddech, Solenar obserwował, jak ładunek trafia w Buhra. Odrzucił jego tułów do tyłu szybciej niż głowa i kończyny były w stanie za nim podążyć, bez wymachu. Wytłumiony pistolet był niemal bezgłośny. Buhr z przestrzeloną piersią, lecąc plecami do tyłu, uderzył o ścianę. Blady Solenar, z trudem powstrzymując mdłości, ruszył, aby zabrać złotą kulę. Zastanawiał się, gdzie Szekspir mógł coś takiego zobaczyć, że wiedział, iż stary człowiek może mieć w sobie aż tyle krwi. Buhr wyciągnął do niego rękę z nagrodą. Wpatrujący się w niego oczyma rozszerzonymi przez ciśnienie hydrostatyczne, z ubraniem poznaczonym rdzawymi plamami i tułowiem zmienionym w kłąb połamanych kości, Buhr oderwał się od ściany i ruszył, jakby miał zamiar złapać Solenara za ramiona.
To dziwne, ale ciągle jeszcze żył. Cały drżący Solenar ponownie wystrzelił. I znów Buhr został odrzucony do tyłu. Kiedy po raz kolejny wylądował plecami na ścianie, kula wyleciała mu spomiędzy rozluźnionych palców. Flakon, pomarańcza czy cokolwiek innego. Wyglądało to na coś cennego. Solenar pogonił za odtaczającą się kulą, a Buhr przesunął się, aby przeciąć mu drogę. Niemalże pozbawiony twarzy, jakby przygarbiony przez jakiś ogromny, niewidoczny ciężar, który powoli poddawał się, w miarę jak jego plecy coraz bardziej trzeszczały. Solenar zrobił krok do tyłu. Buhr zrobił krok w jego stronę.
Złota kula leżała w przeciwległym kącie biura. Solenar z desperacją uniósł pistolet i wystrzelił po raz trzeci. Buhr zatoczył się kilka kroków do tyłu, młócąc rękoma jak wiatrak i upadł na jego nagrodę. Łzy spłynęły Solenarowi po policzkach. Przesunął jedną stopę do przodu, a leżący w kącie Buhr uniósł głowę i zaczął zbierać swoje ciało, wytężając siły, aby wstać. Solenar wycofał się do okna. Pistolet szarpnął mu kilkukrotnie dłoń i łokieć, kiedy wystrzelił pozostałe naboje w magazynku. Ciężko dysząc, wszedł na parapet okna i przypiął uprząż do swojego ciała, oglądając się przez ramię do tyłu, kiedy Buhr, gubiąc kawałki ciała, brocząc krwią i czymś gorszym niż krew, ruszył naprzód przez biuro. Puścił się ramy okiennej i niezgrabnie manipulował sterami latawca. Daleko w górze płynny balast wyciekł z pojazdu i rozproszył się w powietrzu na długo przed tym, zanim doleciał do ziemi.
Solenar zaczął nabierać wysokości, szlochając. A Buhr stał w oknie, trzymając roztrzaskane dłonie na krawędzi wyciętego koła, patrząc nieustannie swoimi rozszerzonymi oczyma i nie spuszczając wzroku z Solenara lecącego po tajemniczo wyglądającym niebie. W miejscu, w którym wylądował, to jest na dachu jednego z należących do niego budynków, Solenar miał naszykowane urządzenie do zniszczenia broni i innych charakterystycznych rzeczy. Chwilowo odsunął od siebie pytanie, dlaczego Buhr nie chciał umrzeć. Z pustymi rękoma powrócił do swojej dzielnicy w rezydencjalnej części miasta. Wszedł do swego biura, wezwał adwokatów i przekazał im dokładną godzinę wyjścia i powrotu. Wiedział, że kwestia kontaktów z miejskimi władzami w ten sposób została rozwiązana. Było to dosyć proste, bez żadnych świadków, którzy komplikowaliby sprawę. Zaczął żałować, że był taki niezdecydowany i że nie zabrał Buhrowi rzeczy, po którą przybył. Przecież z pewnością, jeżeli pistolet nie zabił tego człowieka, starca o wątłych kończynach i poplamionej skórze, mógł sam odepchnąć siłą na bok tego zakrwawionego starca o cienkich rączkach.
Tego poplamionego starca i wyrwać się razem ze swą nagrodą z powrotem do okna. Bo przecież jedyne, co ten starzec mógł zrobić, to czepiać się go, chwytać go za nogi i próbować złapać się jego taśm maskujących. Ten przeklęty, nieśmiertelny starzec. Solenar uniósł dłoń. Wielkie okno na miasto zrobiło się nieprzejrzyste. Bess Alardyce zastukała delikatnie w drzwi od strony tarasu. Można by pomyśleć, że wróciła do swojego apartamentu już wiele godzin temu. W pokrętny sposób zadowolony otworzył drzwi i uśmiechnął się do niej, czując, jak wysuszone ślady po łzach pękają mu na skórze policzków. Chwycił ją za wyciągnięte dłonie. „Czekałaś na mnie” – westchnął.
„Już od dawna nikt tak piękny jak ty na mnie nie czekał”. Odpowiedziała mu uśmiechem. „Wyjdźmy na dwór i popatrzmy na gwiazdy”. „Nie jest za chłodno?” „Zrobiłem dla nas gorący korzenny cydr. Możemy go pić i rozmyślać”. Pozwolił jej wyciągnąć się na dwór, na taras. Oparł się o barierkę, otaczając ręką jej pulsującą talię i rozciągnąwszy swą pelerynę na ramiona ich obojga. „Bess, nie zapytam cię, czy zostaniesz ze mną niezależnie od okoliczności, ale mogą nadejść chwile, kiedy nie zdołam znieść już dalszego życia w tym mieście. Co o tym sądzisz?” „Nie wiem” – odparła szczerze. A Courtright Burr przełożył rękę przez krawędź parapetu pomiędzy nimi.
Solenar gapił się z niedowierzaniem na napięte palce utrzymujące cały ciężar ciała człowieka zwisającego na pionowej ścianie budynku. Rozległo się szuranie, szelest i do góry przesunęła się druga ręka, szukając na ślepo uchwytu. Znalazła go, wczepiając się w kamień, próbującego podciągnąć głowę i ramiona ponad poziom barierki. Bess wydyszała: „Och, popatrz tylko na nie. Musiał je straszliwie pozdzierać, wspinając się tak na górę”. Potem odsunęła się od Solenara i stała, patrząc na niego z ręką przyciśniętą do ust. „Ale przecież on nie mógł się tutaj wspiąć. Jesteśmy tak wysoko”. Solenar zaczął uderzać w palce nasadą dłoni, zadając proste, wytrenowane ciosy, których nauczył się w swym klubie sportowym. Kości rozszczepiły się na kamieniu.
Kiedy kłykcie uległy połamaniu, ręce zniknęły w jednej chwili, pozostawiając po sobie jedynie smugi. Solenar wyjrzał poza balustradę. W oddali zmniejszał się bury tłumok, rysując się cieniem na tle świateł poziomu dla pieszych i alei. Skurczył się do wielkości łebka od szpilki. Następnie, kiedy doleciał do strumyka i woda wytrysnęła na wszystkie strony, zniknął w finalnym rozbłysku światła użyczonego przez mrowie okolicznych latarni, które znalazły na dole chwilowe odbicie. „Bess, zostaw mnie. Zostaw mnie, proszę” – wykrzyknął Rufus Solenar. Część trzecia. Rufus Solenar krążył po biurze, trzymając ręce bezpiecznie przed sobą z rozłożonymi sztywno palcami. Zadźwięczał telefon i odezwała się jego sekretarka.
„Panie Solenar, jeszcze 10 minut i spóźni się pan na bal kierownictwa TTV. To zobowiązanie pierwszej klasy”. Solenar roześmiał się. „Myślałem, że takie jest, kiedy oryginalnie je klasyfikowałem”. „Czy teraz planuje pan zrezygnować, panie Solenar?” – uprzejmie spytała go sekretarka. Pewnie, pomyślał Solenar. Równie łatwo mógł zrezygnować z balu, jak król mógł zrezygnować ze swej koronacji. „Burr, ty śmieciu, co ty mi zrobiłeś?” – spytał puste powietrze, a telefon oznajmił: „Słucham?” „Powiedz mojemu służącemu” – odparł Solenar – „że idę”. Rozłączył rozmowę. Złożył ręce na piersiach.
Pewny uchwyt na pustce może być lepszy niż jakakolwiek nagroda w połamanych palcach. Czując w piersiach coś, czego sam przed sobą nie chciał uznać za zgrozę, Solenar przygotował się do balu. Ale zaledwie parę chwil po tym, jak zakończyła się pierwsza tura tańców, Malcolm Levir z kierownictwa miejscowej stacji TTV popatrzył ponad ramieniem Solenara i zauważył: „O, tam jest Court Burr. Wygląda, jakby urwał się z szubienicy”. Solenar, lśniącym w stroju z epoki Medyceuszy, nie odwrócił nawet głowy. „To on? A co by miał tu do roboty?” Brwi Levira wygięły się w łuki. „Ma trochę akcji. Dają mu one prawo wejścia, ale spóźnił się”. Usta Levira wykrzywiły się w uśmieszku.
„Zrobienie sobie takiego make-upu musiało mu zająć trochę czasu. W niezbyt dobrym guście, co? Niech pan sam popatrzy”. „Och, zrobię coś znacznie lepszego” – odparł Solenar. „Podejdę do niego i chwilę porozmawiam. Proszę mi wybaczyć, Levir”. I dopiero wtedy odwrócił się i od razu ruszył w stronę Burra. Ale Cartwright Burr, kiedy Solenar podszedł do niego bliżej, wyglądał jak tandetna imitacja siebie samego. Stał obok drzwi ubrany w czarne i szkarłatne szaty z czarnymi skórzanymi rękawiczkami na dłoniach, trzymając laskę ze starego naturalnego drewna. Twarz ocieniał mu kaptur z płótna workowego, skrywając głęboko oczy.
Widać było, że jest ona upudrowana na szaro, a odrobina wymieszanych, bardziej jaskrawych kolorów ożywiała mu policzki. Stał bez ruchu, kiedy Solenar do niego podszedł. Kiedy Solenar przemierzał salę, oczy gapiów podążały za nim, śledząc każdy krok i dalej przedłużając kierunek jego marszu, odnajdywały czekającego Burra. Szmer rozmów na balu przycichł wyczuwalnie, ale pomniejsi uczestnicy nadal w pewnym zakresie go podtrzymywali. Ludzie, którzy naprawdę się liczyli, milczeli i obserwowali uważnie. Myślano, że Burr, pokonany w interesach, przybył tutaj w tym ponurym, ohydnym przebraniu jako jakiś obłąkańczy wyrzut sumienia. Przecież on wyglądał jak trup albo nawet gorzej. Pytanie brzmiało, co na to powie Solenar. Powszechnym życzeniem było, aby Burr się stąd wyniósł, wrócił do swojej posiadłości albo wyprowadził się do innego miasta. Nowy Jork nie był już dla Cartwrighta Burra.
Ale co Solenar może mu teraz powiedzieć, aby go stąd przegnać w jakieś miejsce, do którego on sam nie miałby ochoty się udać? „Cartwright” – powiedział Solenar tak, że mogli to słyszeć tylko oni dwaj. – „A więc ta twoja marsjańska nieśmiertelność działa”. Burr nic nie odpowiedział. – „Dodatkowo dostałeś również i to, co? Wiedziałeś, jak zareaguję. Wiedziałeś, że będziesz potrzebować ochrony. Zapłaciłeś Marsjanom, żeby uczynili cię fizycznie odpornym? To dobry system. Robi ogromne wrażenie.
Kto by pomyślał, że Marsjanie tak wiele potrafią? Ale kto tutaj zwróci na ciebie uwagę? Wynoś się z miasta, Cartwright. Straciłeś swoją szansę. Jesteś martwy. Przynajmniej jeśli chodzi o tych ludzi. Została ci już tylko cała skóra”. Burr wyciągnął rękę do góry i ukradkiem uniósł róg osłaniającej go maski. I tak, pod spodem to był on. Kaptur cofnął się o cal.
Jego oczy pokazały się w świetle i Solenar wiedział już, że się mylił. Z Burra pozostało mniej, niż myślał. „Och, nie, nie, Cartwright” – miękko powiedział Solenar. – „Nie. Masz rację. Nie jestem w stanie wytrzymać czegoś takiego”. Odwrócił się i skłonił zebranemu towarzystwu. – „Dobranoc” – wykrzyknął i wyszedł z sali balowej. Ktoś szedł za nim korytarzem do wind. Solenar nie obejrzał się za siebie.
„Mam teraz umówione kolejne spotkanie z panem” – powiedział Ermine, przytrzymując go za łokieć. Znaleźli się na poziomie ruchu pieszego. Solenar zaproponował: „Chodźmy do kawiarni. Tam możemy pomówić”. „To zbyt publiczne miejsce, panie Solenar. Lepiej po prostu rozmawiajmy, spacerując”. Ermine lekko wziął go pod ramię i skierował na chodnik. Solenar zauważył, że Ermine był tak sprytnie przebrany, że nikt nie byłby w stanie nawet domyślić się jego wyglądu. „Bardzo dobrze” – zgodził się Solenar. „Oczywiście”.
Spacerowali razem niby zupełnie przypadkowo. Ermine rozpoczął: „Burr chce doprowadzić do pańskiej śmierci. Czy to dlatego, że pan próbował zabić go wcześniej? Czy zdobył pan ten jego marsjański sekret?” Solenar pokręcił głową. „Nie udało się panu” – westchnął Ermine. – „To niefortunna okoliczność. Będę musiał podjąć odpowiednie kroki”. „Na podstawie statutu” – oświadczył Solenar – „domagam się laissez-faire. Żądam nieingerencji”. Ermine uniósł wzrok.
W oczach pojawiły mu się błyski. „Laissez-faire? Panie Solenar, czy ma pan pojęcie, jak los wielu naszych członków zależy od pańskiego? Oni wszyscy, panie Solenar, zawołają do pana laissez-faire, ale pan najwyraźniej upiera się, żeby pociągnąć ich w dół razem ze sobą. Nie, proszę pana. Panie Solenar, moje biuro natychmiast przekaże rekomendacje dla Technicznego Komitetu Doradczego IAB, że według nas pan Burr dysponuje systemem lepszym od pańskiego i dlatego akcji Solenar Incorporated najlepiej jak najszybciej się pozbyć”. „Tam jest ławka” – wskazał Solenar. – „Usiądźmy”. „Jak pan sobie życzy”. Ermine podszedł z Solenarem do ławki, ale nie usiadł.
„O co chodzi, panie Solenar?” „Potrzebuję pańskiej pomocy. Poinformował mnie pan o tym, co ma Burr. To ciągle jest gdzieś w jego biurowcu. Pan ma odpowiednie zasoby. Możemy to zdobyć”. „Laissez-faire, panie Solenar. Odwiedziłem pana tylko jako doradca. Nic więcej nie mogę zrobić”. „A czy dla udziału w moich interesach mógłby pan zrobić więcej?” „Pieniądze?” – zachichotał Ermine. – „Dla mnie?
Czy zna pan warunki mojego zatrudnienia?” Gdyby Solenar trochę się zastanowił, na pewno by o tym pamiętał. Z wahaniem wyciągnął ręce, żeby powstrzymać swego rozmówcę. Ermine go uprzedził. Ermine obnażył swoją lewą rękę i zatopił w niej zęby Pokazał rękę. W jego głosie ani zachowaniu nie było nawet śladu drżenia bólu. „To nie jest legenda, panie Solenar. To absolutna prawda. Pracownicy naszego biura muszą spędzić rok po operacji nerwów, ucząc się chodzenia bez czucia w nogach, noszenia różnych rzeczy tak, aby ich nie zgnieść, nie pozwolić im upaść na ziemię ani samemu sobie nie zrobić krzywdy. Nasze doczesne przyjemności ograniczają się do słuchowych, zapachowych oraz wzrokowych. Łatwo je zaspokoić niewielkim kosztem.
Nasze marzenia są w pełni wewnętrzne, panie Solenar. Operacja jest nieodwracalna. Co mógłby mi pan kupić za swoje pieniądze? Co mógłbym kupić dla siebie samego?” Głowa Solenara opadła między ramiona. Ermine pochylił się nad nim. „Rozpacz, jaką pan czuje, to pańska prywatna rzecz, panie Solenar. Nasze sprawy mają oficjalny charakter.” Uniósł wskazującym palcem podbródek Solenara. „Oceniam, że fizyczna ingerencja byłaby tym razem nieuzasadniona, ale sprawy muszą zostać załatwione w taki sposób, aby związani z panem członkowie IAB mogli odzyskać kwoty zainwestowane w EV. Czy to jest zupełnie jasne, panie Solenar? Niniejszym zostaje pan na mocy statutu uznany jako objęty nakazami specjalnego biura public relations.” Rzucił okiem na zegarek.
„Notatka została sporządzona o godzinie 1:27 czasu miasta.” „Godzina 1:27” – powtórzył Solenar. – „Czasu miasta.” Zerwał się na nogi i popędził po schodach na dół na poziom taksówek. Pan Ermine obserwował go z zagadkowym wyrazem twarzy. Otworzył kieszeń swojego stroju, wyciągnął z niej powszechnie wykorzystywany zestaw medyczny i rozpylił koagulant na ranę na przedramieniu. Schował zestaw, uporządkował ubranie i pomaszerował na dół tymi samymi schodami, którymi zbiegł Solenar. Uniósł rękę i koło niego wylądowała taksówka. Pokazał kierowcy kartę i taxi wystrzeliło w górę razem z nim w środku, ze światłami zapalonymi we wzorcu pierwszeństwa, daleko szybciej niż mógł to zrobić pojazd Solenara, ograniczany zwykłym limitem prędkości dozwolonym na mocy prawa. Część czwarta. Long Island Facility strzelało w gwiazdy łukami i rozpiętymi wspornikami. Błyszczało jak klejnot szkłem i metalem, tak jakby cały port był jednym wielkim mechanizmem służącym do lotów w przestrzeni międzyplanetarnej.
Rufus Solenar pokonywał jego esplanady starannie odmierzonymi krokami, sztywno trzymając nieruchomo ręce przez cały ten krótki czas, zanim nie mógł w końcu wejść na pokład rakiety na Marsa. Wyprostowany i majestatyczny zajął miejsce w salonie i ostrożnie pociągnął łyczek likieru, zaś w tym czasie liniowiec wystartował z ziemi i włączył silniki głównego napędu Faradaya. Pan Ermine usiadł w fotelu obok niego. Solenar popatrzył na niego spokojnie. „Tak też myślałem.” Ermine skinął głową. „Oczywiście, że pan myślał. Ani na chwilę pana nie zgubiłem. Dotarłem tutaj jeszcze przed panem. Nie mam obiekcji co do pańskiej podróży na Marsa, panie Solenar. Laissez faire.
Pod warunkiem, że będę mógł lecieć z panem.” „No cóż” – westchnął Solenar. – „Odrobinę likieru?” Skinął swym kieliszkiem. Ermine pokręcił przecząco głową. „Nie, dziękuję” – odparł delikatnie. Solenar spytał: „Nawet język?” „Oczywiście, że język także, panie Solenar. Nie mogę niczego skosztować, nie mogę niczego dotknąć, ale nie czuję też żadnej presji.” „A więc dobrze” – stwierdził rzeczowo Solenar. – „Mamy parę godzin do czasu lądowania. Może pan sobie siedzieć i snuć swoje wewnętrzne marzenia, a ja będę snuł swoje.” Pokręcił się we wszystkie strony w swoim fotelu, wygodnie się rozsiadając i złożył ręce na piersi. „Panie Solenar” – łagodnie powiedział Ermine. „Tak?
Po raz kolejny jestem z panem umówiony na spotkanie zgodnie z zapisami statutu. Proszę więc mówić, o co tym razem panu chodzi, panie Ermine.” „Nie możemy pozwolić, aby pan zaginął bez wieści, panie Solenar. Zawarte zostały polisy ubezpieczeniowe na pańskie życie na bardzo wysokie kwoty. Członkowie IAB, których to dotyczy, nie mogą czekać wymaganych przez prawo siedmiu lat, zanim zostanie pan uznany za zmarłego. Może pan robić wszystko, na co ma pan ochotę, panie Solenar, ale ja muszę zadbać o to, aby być świadkiem pańskiej śmierci. Od tej chwili będę panu towarzyszył, gdziekolwiek pan się uda.” Solenar uśmiechnął się lekko. „Nie mam zamiaru umierać. Dlaczego miałbym umrzeć, panie Ermine?” „Nie mam pojęcia, panie Solenar, ale znam charakter Cordwhite'a Bure'a. A czy to nie on siedzi tam w rogu? Światło jest kiepskie, ale wydaje mi się, że można go rozpoznać.” Po drugiej stronie salonu Bure uniósł głowę i popatrzył Solenarowi w oczy.
Uniósł dłoń w okolicę głowy. Być może po prostu w geście powitania. Rufus Solenar odwrócił się twarzą do niego. „Godny przeciwnik, panie Solenar” – stwierdził Ermine. Wytrwały, zawzięty, pomysłowy człowiek. A jednak zdawał się być odrobinę zagłopotany. A jednak, panie Solenar, wydaje mi się, że dosyć łatwo pana pogonił. Co się stało między wami po naszej pierwszej rozmowie? Solenar obdarzył Ermina straszliwym uśmiechem. Postrzelałem go jak rzeszoto.
Gdyby zerwał mu pan tę twarz, to sam by pan zobaczył. Ermine westchnął. Aż do tej chwili ciągle jeszcze myślałem, że może jakoś uda się panu uratować swoje sprawy. Litość, panie Ermine? Litość dla obłąkanego? Zainteresowanie. Nie mogę stać się częścią pańskiego świata. Niech pan będzie wdzięczny Opatrzności, panie Solenar. Nie jestem już tym samym łatwowiernym człowiekiem, jakim byłem wtedy, kiedy podpisałem swój kontrakt z IAB wiele lat temu. Solenar roześmiał się.
Potem obrzucił ukradkowym spojrzeniem kąt, w którym siedział Bur. Statek wylądował w porcie Aberaty Firt w Aresi, ziemskim mieście. Było to zgiełkowe zbiorowisko przemysłowych, prefabrykowanych, tandetnie zbudowanych i odpornych na burze budynków, ale zbiorowisko dumnie stojące na skraju pustyni. Daleko na horyzoncie widać było osadę Marsjan. Budynki tak umiejętnie wplecione w szczegóły terenu, tak zniszczone przez upływ czasu, tak bardzo opustoszałe, że niepoinformowany człowiek nawet by go nie zauważył. Solenar był już kiedyś na Marsie na wycieczce. Widział tubylców w tym ich nienazwanym nawet miejscu zamieszkania. Aroganckich, pełnych złości i słabych. Opłacony przewodnik powiedział mu, że handlowali z Ziemianami na tyle, na ile mieli na to ochotę i trzymali swoje miasto na obrzeżu terenu zajętego przez Ziemian, bacznie obserwując. Niech mi pan powie, Ermine — spytał spokojnie Solenar, kiedy szli przez halę terminalu.
Ma pan mnie zabić, nieprawdaż? Gdybym spróbował dalej wyruszyć bez pana? To kwestia procedury, panie Solenar — odparł bez wahania Ermine. Nie możemy ryzykować utraty kapitału zainwestowanego przez tak wielu członków IAB. Gdybym to ja był jednym z tych członków, nie mógłbym panu polecić niczego innego, panie Ermine. A więc czy gdzieś w okolicy możemy wynająć sobie samochód? Chce pan spotkać się z inżynierami? — zapytał Ermine. Kto by pomyślał, że oni mogą mieć coś cennego na sprzedaż. Chcę im coś pokazać — wyjaśnił Solenar.
Co takiego, panie Solenar? Skręcili w szeroki korytarz z odgałęziającymi się tu i ówdzie dalszymi przejściami. W niektórych z nich było zupełnie pusto. Chodźmy tutaj — powiedział Solenar, kiwając głową w kierunku jednego z nich. Hala i główny korytarz zniknęły im już z oczu. Chodźmy — ponaglił Solenar. Jeszcze kawałek. Nie — sprzeciwił się Ermine. Zaszliśmy już dalej, niżbym sobie naprawdę życzył. Tutaj jest ciemno.
Mądry, ale poniewczasie, panie Ermine — powiedział Solenar, a jego ręce wystrzeliły w błyskawicznych uderzeniach. Jedna dłoń uderzyła w splot słoneczny Ermine'a, a druga w mięśnie na boku jego szyi, ale nie na tyle mocno, aby go zabić. Ermine upadł, próbując złapać oddech, podczas gdy Solenar w myślach przeklął swoją świeżo wpojoną mu niechęć do zabijania. Potem Solenar odwrócił się i zaczął uciekać. Leżące za nim ciało Ermine'a z wysiłkiem usiłowało złapać oddech, działając wyłącznie na zasadzie odruchu bezwarunkowego. Poruszając się najszybciej, jak tylko śmiał, Solenar wrócił do sali i udał się na postój taksówek, ściągając po drodze z wiszącej na ścianie półki respirator. Wsiadł do samochodu i podał miejsce docelowe, oglądając się za siebie. Nie dostrzegł nigdzie Kurt White'a Bure od chwili, kiedy postawił stopę na Marsie. Wiedział jednak, że wcześniej czy później Bur go znajdzie. Kilka chwil potem Ermine pozbierał się na nogi.
Samochód Solenara był już daleko. Ermine wzruszył ramionami i udał się do miejscowej stacji nadawczej. Zażądał prywatnej kabiny, broni palnej i natychmiastowego czasu na wewnętrznej linii między biurami IAB na Ziemię. Kiedy z jego biura dotarło do niego potwierdzenie nawiązania połączenia, zameldował: Solenar jest w drodze do miasta Marsjan. Oczywiście chce kopii urządzenia, które otrzymał Bur, ponieważ rozbił oryginał, kiedy zabił Bura. Udam się za nim i dokonam ostatecznego usunięcia. Dezorientacja, o której meldowałem poprzednio, szybko postępuje. Niemal wszystkie jego reakcje są w tej chwili niewłaściwe. W czasie lotu w kosmosie wydawał się widzieć kogoś siedzącego w pustym fotelu. Dosyć często, kiedy do niego mówiłem, ewidentnie słyszał coś zupełnie innego.
Spodziewam się zdążyć na któryś z najbliższych lotów powrotnych. Nie było sensu czekać na odpowiedź, która musiała pokonać długą drogę z Ziemi. Ermine wyszedł więc. Podszedł do rzędu czekających taksówek i zapłacił podwyższoną opłatę za przewóz poza granice Aresii. Z bliskiej odległości marsjańskie miasto wyglądało jak bezładna kupa odłamków potłuczonych naczyń. Fragmenty ścian i dachów łączyły się pod najdziwaczniejszymi kątami i nie wskazywały na nic. Pod pośpiesznie przesuwającymi się stopami Solenara grzechotały i ześlizgiwały się odłamki szklistego materiału, nietworzące żadnych kształtów pasujących do czegokolwiek sensownego ani mozaik, które mogłyby się znaleźć w jakimkolwiek kościele. To, co z Arelsin wyglądało na solidny fronton ciemnobrązowego koloru, teraz okazywało się fasadą pokrytą czerwonymi, zielonymi i niebieskimi plamami rozchlapanych na niej całe setki lat temu i dlatego mocno już spłowiałymi, widocznymi tylko na tyle, aby można było rozpoznać, jak bardzo gryzącymi się kolorami kiedyś zostały zrobione. Nad wszystkim rozpościerało się śliwkowe niebo wyglądające jak zimna membrana, a do tego dochodził wiejący nieustannie wiatr. W trakcie swego marszu Solenar dostrzegał tu i ówdzie ręce i głowy Marsjan wystające spod gruzu.
Rzeźby. Zmierzał w kierunku serca miasta, gdzie ostało się parę niezniszczonych budowli. Na wierzchołku jednego ze stosów odłamków odwrócił się i popatrzył do tyłu. Widać było pióro kurzwu wzniecone przez jego taksówkę wracającą do miasta. Spodziewał się, że będzie wracał na piechotę. Być może po to, by spotkać kogoś na swojej drodze, będąc zupełnie sam na marsjańskiej równinie, jeśli Ermine zdoła powstrzymać się przed interwencją. Przeszukując wzrokiem płaską krainę rozciągającą się daleko w rzadkim powietrzu, usiłował wychwycić niestrudzony punkcik Courtwrighta Bura. Nie udało mu się. Jeszcze nie. Odwrócił się i zbiegł po niepewnym spoczu.
Dotarł do obrzeża lepiej utrzymanego obszaru. Tutaj gruzu nie było. Pradawne chodniki były zamiecione. Posągi stały wyprostowane na swych postumentach, ale tylko pokruszone ściany sugerowały miejsce frontonów stojących tutaj domów. Przebijając się ścianami w górę przez pofalowany wiatrami piasek, który tylko nieustanne starania pozwalały usunąć z ulic. Te cienie domów ogradzające jego drogę i posągi trwały, nie poddając się jak nadzieja. Przed sobą zobaczył budynki inżynierów. Nie było żadnej sterty gruzu, na którą mógłby wejść i sprawdzić, czy Ermine nie podąża już tuż za jego plecami. Wdychając powietrze ze swego respiratora dotarł do budynku marsjańskich inżynierów. Wzdłuż framugi drzwi zwisał pas dzwonka.
Pociągnął ostro, wbijając w niego paznokcie i wzdłuż pustych ścian rozszedł się echem ostry grzechot sygnalizujący jego prośbę o wpuszczenie do środka. Część piąta. Drzwi otworzyły się i stanęli w nich Marsjanie spoglądający na przybysza. Mieli wrzecionowate kończyny, twarze obramowane przez fałdy skórzastej tkanki. Ich usta obwiedzione były podobną do wargi osłoną z twardego jak proteza zębowa rogu, zaciśnięte i zawsze jakby gotowe do żucia. Solenar widział, że nie byli specjalnie mili zarówno z wyglądu, jak i w kontaktach. Ale Courtwright Burr jakoś tego dokonał, a Solenar również musiał to zrobić. „Czy ktoś tu mówi po angielsku?” — zapytał. „Ja” — oznajmił Marsjanin stojący pośrodku, otwierając usta tylko po to, by wydać dźwięk, zamykając je natychmiast po zakończeniu odpowiedzi. „Chciałbym z tobą ubić interes”.
„W każdej chwili” — powiedział Marsjanin i stojąca w wejściu grupa rozdzieliła się, aby wpuścić Solenara do środka. Zanim zamknęły się za nim drzwi, Solenar obejrzał się, ale sterty gruzu z porzuconych sektorów miasta zasłaniały mu widok na pustynię. „Co możesz zaoferować i czego chcesz?” — zapytał Marsjanin. Solenar stał na wpół otoczony utworzonym przez nich półkolem w pomieszczeniu, którego kątów nie był w stanie zobaczyć w niepewnym świetle. „Oferuję wam ziemską walutę”. Mówiący po angielsku Marsjanin. Marsjanin, który przyznawał się, że umie po angielsku, odwrócił lekko głowę i przemówił do swych towarzyszy. Kiedy jego wargi stykały się ze sobą, rozlegały się klekocące dźwięki. Inni zareagowali różnie. Jeden z nich wykonał gwałtowny gest, który wydawał się być odpowiednikiem zniesmaczonego machnięcia ręką, a następnie odwrócił się i bez słowa odszedł.
Jego barki wyglądały jak otulone szalem ramiona bardzo starej i bardzo głodnej kobiety. „A co dał wam Burr?” — spytał Solenar. „Burr.” Marsjanin przekrzywił głowę. Jego oczy nie były zbudowane z wielu facet, ale sprawiały takie wrażenie. „On był tutaj i robił z wami interesu niedawno”. „Na jakich warunkach?” „Burr. Tak, Burr dał nam walutę. Weźmiemy walutę od ciebie za tą samą rzecz, którą daliśmy jemu. Za nieśmiertelność. Tak”.
„Nie. To jakieś nowe słowo”. „Tak? Za sekret nieumierania”. „Nieumieranie. Myślisz, że mamy tutaj na sprzedaż nieumieranie?” Marsjanin ponownie przemówił do innych. Ich wargi zaczęły klekotać. Pozostali odeszli tak jak ten pierwszy, poruszając się z ogromną precyzją, bardzo powolnym krokiem, okazując kompletny brak dalszej tolerancji dla osoby Solenara. Solenar krzyknął: "A więc co takiego mu sprzedaliście?". Główny inżynier odparł: "Zbudowaliśmy dla niego urządzenie rozrywkowe.
Niewielki przedmiot, tych rozmiarów". Solenar złożył dłonie w miseczkę. "A więc musiałeś je widzieć". "Tak." "I nic więcej? To wszystko, co on tutaj kupił?" "To wszystko, co mieliśmy do sprzedania albo dodania. Jeszcze nie wiemy, czy ziemianie dadzą nam rzeczy w zamian za walutę. Zobaczymy, kiedy następnym razem będziemy czegoś potrzebowali od Aresi." Solenar zaczął się dopytywać: "Jak ona działała? Ta rzecz, którą mu sprzedaliście." "Och, ona pozwala, aby każdy mógł opowiadać historię samemu sobie." Solenar przyjrzał się bliżej Marsjanowi. "Jakiego rodzaju historie?" "Każdego rodzaju" – uprzejmie wyjaśnił Marsjanin. – Bur powiedział nam, czego chce.
Miał ze sobą rysunki urządzenia Ziemian, które używało obrazów na ekranie i transmitowanych dźwięków do przekazywania szczegółów historii opowiadanej widzowi. "On ukradł te patenty. Nie będzie mógł ich wykorzystać na Ziemi. A czemu miałby to robić? Nasze urządzenie nie musi przekazywać żadnych precyzyjnych szczegółów. Umysł każdego odbiorcy sam sobie wypracuje własne. Trzeba go tylko wprowadzić w określoną sytuację i od tej chwili on sam wykona już całą pracę. Jeśli widz na przykład zażyczy sobie historii na temat kontaktu z inną płcią, projektor po prostu spowoduje, że będzie mu się wydawało, iż następnym razem, kiedy znajdzie się w towarzystwie obiektu swego pożądania, otrzyma od niego pozytywne sygnały, że wzbudza w tym obiekcie reakcje podobne do swoich. Kiedy to już zostanie w nim utrwalone, wtedy widz może opuścić maszynę, normalnie się wszędzie poruszać, prowadzić zwykłe, codzienne życie, ale zawsze w zgodzie z podstawową sytuacją. To jest, rozumiesz, tak ostatecznie środek do wprowadzenia systemu w obraz postrzegania rzeczywistości przez widza.
Oczywiście jego otoczenie musi zrozumieć, że zachowuje się on niezgodnie z rzeczywistością, ponieważ pewne rzeczy, które on robi, nie wydają się racjonalne z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora. Muszą więc zostać podjęte pewne środki ostrożności, ale niezbyt silne. Kiedy wiele takich urządzeń zostanie wprowadzonych do waszego społeczeństwa, wkrótce tego rodzaju okoliczności staną się czymś zwykłym i społeczeństwo z pewnością przystosuje się do tego, aby na nie pozwolić" – oznajmił Marsjanin mówiący po angielsku. "Ta maszyna potrafi stworzyć w umyśle widza każdą sytuację, jaką się chce?" "Na pewno. Istnieją proste taśmy przygotowujące, które mogą być wprowadzone w razie potrzeby. Miłość, przygoda, rozrywka intelektualna. Nie ma żadnej różnicy." Kilku z otaczających ich widzów wieklekotało między sobą parę dźwięków. Solenar ukradkiem obrzucił ich wzrokiem. Oczywiste było, że pośród tych ludzi było co najmniej kilku mówiących po angielsku. "A urządzenie, które daliście Burowi?" – spytał inżyniera ani spokojnie, ani z nadzieją.
– "Jakiego rodzaju historie mogli opowiedzieć sobie widzowie korzystający z niego?" Marsjanin znowu przekrzywił głowę. Nadało mu to wygląd sowy w oknie sypialni. "Och, to była sytuacja, co do której zostaliśmy szczegółowo poinstruowani, aby ją włączyć. Bur powiedział, że myślał o niej wcześniej, żeby pokazać ją jednemu ze swoich znajomych. Była to sytuacja przerażającej przygody i miała kończyć się poczuciem straty i goryczą." Marsjanin popatrzył na Solenara jeszcze uważniej. "Oczywiście urządzenie nie określa żadnych szczegółów. Nikt poza widzem nie wie, jak straszne stworzenia mogą zaludniać jego historię ani szczegółowo, do jakiego końca ona prowadzi. Jak sądzę, nazywasz się Rufus Solenar. Bur mówił o tobie i wydawał z siebie odgłosy śmiechu." Solenar otworzył usta, ale nie miał nic do powiedzenia. "Chcesz takie urządzenie?" – spytał Marsjanin.
– "Przygotowaliśmy kilka od czasu wyjazdu Bura. Mówił coś o maszynach, które mogłyby produkować je w astronomicznych ilościach. My oczywiście zrobiliśmy, co się dało, skromnymi siłami naszych gołych rąk." Solenar odparł: "Chciałbym wyjrzeć przez wasze drzwi." "Z przyjemnością." Solenar otworzył lekko drzwi. Na opustoszałej ulicy stał Ermel, nieruchomy jak cień znajdujących się za nim budynków. Kiedy zobaczył Solenara, uniósł jedną rękę w geście wymuszonego pozdrowienia, a następnie położył ją z powrotem na rękojeści pistoletu. Solenar zamknął drzwi i zwrócił się do Marsjan: "Ile pieniędzy byście chcieli?" "Och, wszystko, co masz przy sobie. Wy, ludzie, zawsze macie ich dużo ze sobą, kiedy podróżujecie." Solenar zanurzył dłonie w kieszeniach i wyciągnął portfel, trochę drobnych, kluczy, kryształkowe radio. Wyrzucił na podłogę wszystko, co miał w środku, słuchając brzęku toczących się monet. "Szkoda, że nie mam tu więcej" – roześmiał się. – "Szkoda, że nie mam aż tyle, ile dostanie ten człowiek tam na zewnątrz, kiedy mnie zastrzeli." Marsjański inżynier przekrzywił głowę.
„Ale twój sen się skończył, Solenar” – zaklekotał sucho. „Czyż nie? Zupełna racja. Ale wy macie swoje cele, a ja mam swoje. A teraz dajcie mi jeden z tych projektorów i ustawcie go na przygotowanie sytuacji, którą za chwilę wam nakreślę. Weźcie jednak pod uwagę, że będzie on potrzebny przez długi czas. Ta widownia jest bardzo cierpliwa”. Zaśmiał się, ale w jego oczach zebrały się łzy. Pan Ermine czekał izolowany od zimna, nasłuchując, czy rękojeść broni nie wyślizgnęła mu się z palców. Nie odczuwał pokusy, aby wejść za Solenarem do budynku Marsjan i wplątywać w to wszystko osoby trzecie.
Chciał tylko umieścić ciało Solenara pod znacznikiem z datą śmierci przy tak niewielu problemach, jak to tylko było możliwe. Chwilowo więc spacerował sobie kilka kroków do przodu i do tyłu, aby utrzymać kontrolę nad mięśniami w tych ekstremalnych warunkach spowodowanych niską temperaturą skóry. Solenar musiał dosyć szybko wyjść na zewnątrz. Nie zabrał ze sobą zapasu żywności i chociaż Ermine niechętnie podejmowałby ryzyko rywalizacji z człowiekiem pokroju Solenara w konkursie na głód, nie było wątpliwości, że ktoś nieczujący smaku paliwa był w stanie przetrzymać kogoś z wykształconymi odruchami jedzenia. Otworzyły się drzwi i wyszedł z nich Solenar. Coś ze sobą niósł. Może broń. Ermine pozwolił, aby podszedł bliżej. Następnie uniósł i uważnie wycelował swój pistolet. Solenar mógł mieć jakąś marsjańską broń albo może i nie.
Ermine specjalnie o to nie dbał. Jeśli Ermine umrze, ledwie go to obejdzie. W znacznie słabszym stopniu, niż obeszłoby go spartaczone zakończenie przydzielonego zadania, już wcześniej skopanego przez ucieczkę Solenara w porcie kosmicznym. Jeśli Ermine umrze, niemal natychmiast do sprawy zostanie przydzielony jakiś inny agent SBPR. Nieważne, co się wydarzy, SBPR zatrzyma Solenara, zanim zdoła on dotrzeć do portu Abernathy Field. A więc miał mnóstwo czasu na złożenie się do niezbyt pospiesznego, pewnego strzału. Solenar do tego czasu podszedł bliżej. Wydawał się być w jakimś szczególnie podnieconym stanie umysłu. Wyciągnął rękę z tym, co w niej trzymał. Była to kolejna z maszyn rozrywkowych Marsjan.
Solenar zdawał się oferować ją Ermine'owi jako żeton za przejście. Ermine uśmiechnął się. „Cóż mi pan może oferować, panie Ermine?” – oznajmił i strzelił. Złota kula potoczyła się po piasku. „I co teraz?” – powiedział Ermine. „Czyż nie wolałby pan być mną niż sobą? I gdzie jest to, co czyniło różnicę między nami?” – zadygotał. Było mu zimno. Niesiony wiatrem piasek uderzał w jego czułą twarz, która uległa lekkim obtarciom w czasie długiego oczekiwania. Stanął przeszyty nową myślą.
Uniósł głowę. Potem obszernym zamachem ręki odrzucił od siebie wirującą w powietrzu broń. Wiatr westchnął w rozrzedzonym powietrzu. Czuje wiatr. Wyskoczył wysoko, a kiedy wylądował, spod stóp wytrysnął mu na wszystkie strony piasek. Wyszeptał do siebie: „Czuję ziemię”. Popatrzył cały drżący z radości na leżące ciało Solenara. „Co mi pan dał?” Przepełniony nowym życiem uniósł ponownie głowę do góry, patrząc w niebo i wykrzyknął w stronę słońca: „Och, wy dusigrosze, skąpiradła, którzy uczyniliście mnie nieprzekupnym i myśleliście, że to mój koniec!” Z miłością pogrzebał ciało Solenara i z szacunkiem umieścił na nim znacznik, snując przy tym plany tego, co będzie mógł osiągnąć dzięki swej transakcji on sam, jak i krocie tych, których wtajemniczy. Ostry kawałek glinianego naczynia przebił podeszwę jego buta i rozciął mu stopę, ale on nie widząc rany również i nie czuł jej. Tak samo nie dostrzegł nic ani nie czuł, nawet kiedy zmienił skarpety, ponieważ nie zauważył zranienia, kiedy powstało.
Było ono nieważne. Za parę dni się zagoi, chociaż nie tak szybko, jak wtedy, gdyby odpowiednio się nim zajął. Mgliście słyszał odgłosy klekotania Marsjan za zamkniętymi drzwiami, kiedy ruszył pospiesznie do miasta, pełen żądzy zemsty i szacunku dla swego wybawcy.
[06:30:59] - Proszę państwa, to już jest bardzo późno. Czas zatem na drugą dzisiaj rozmowę z Piotrem Plewaniakiem. Znowu będziemy knuli, bo my nieustająco budujemy nasze imperium i knujemy, jak zniszczyć imperia konkurencyjne. Zapraszam zatem na kolejną poradę. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:31:27] - Dzień dobry, pozdrawiam, Stefanow. Znowu.
[06:31:30] - Znowu to my będziemy dzisiaj budować, ewentualnie pokazywać, jak można zniszczyć imperia, imperium Bo dzisiaj wydaje się, że to dosyć proste hasło. Trzeba je oczywiście zapamiętać. Brzmi ono następująco: definicja istoty fortelu to akt oddziaływania wykraczający poza ramy predykcyjne oponenta. O komentarz proszę.
[06:31:58] - Bardzo proszę. Kiedy chcemy wygrać albo oszukać przeciwnika, albo sprawić, że nie będzie on zdolny do przeciwstawienia się nam, musimy zbudować w jego umyśle błędny czy też nieprawidłowy model mentalny, który uniemożliwi mu albo rozpoznanie zagrożenia, albo rozpoznanie momentu, kiedy to zagrożenie nastąpi, albo zbudowanie efektorów, czyli armii, która się przeciwstawi naszej armii, albo jakiegoś fortelu albo kontrposunięcia, które zablokuje nasze posunięcie. I o co chodzi z tymi ramami predykcyjnymi? Tu musimy się cofnąć, bo już mówiliśmy o tym, do idei czarnego łabędzia, tak jak jest ona opisana w książce „Czarny łabędź” Nicholasa Taleba. Ja właśnie na marginesie czytam sobie po raz kolejny jego książkę „Na własne ryzyko”, która jest po polsku i bardzo wszystkim polecam nie tylko ją, ale pozostałe trzy książki Taleba. Więc co robimy z przeciwnikiem, kiedy stosujemy jakiś fortel? Budujemy mu jakiś obraz mentalny w głowie, czy też fałszujemy mu ten obraz. Tu jest jeden z takich moich ulubionych przykładów pierwszowojennych. Brytyjczycy po to, żeby zniszczyć niemieckie łodzie podwodne operujące wzdłuż wybrzeży Wielkiej Brytanii, stosowali tak zwane Q-ships, czyli okręty wojenne, które były upozorowane na statki handlowe, które tam się kręciły wzdłuż wybrzeży, dając się zaatakować. Po to, żeby w chwili, kiedy okręt podwodny się wynurzy, bo wtedy torpedy były bardzo cenne i zawodne jednocześnie przy tym, po to, żeby taki okręt zatopił statek handlowy, musiał się wynurzyć i go po prostu ostrzelać.
Więc do tego właśnie dochodziło. Na początku to było oczywiście robione w taki sposób, że Niemcy dali się kompletnie zaskakiwać, ale potem się nauczyli, niezwykle paranoicznie podchodzili do tych statków i strzelali bez wynurzania się. W związku z tym marnowali torpedy, które często, tak jak powiedziałem, nie trafiały albo nie wybuchały. Generalnie na tym polegała gra. Wracając już do bardziej filozoficznych rozważań w stylu właśnie Nicholasa Taleba, musimy wymyślić jakiś model mentalny, który przeciwnik uzna za atrakcyjny, za prawidłowo odzwierciedlający logikę konfliktu na przykład, mówiąc już bardziej takim moim językiem, którym się posługujemy w siłach psychohistorii między innymi, ale w prawidłach geopolitycznej gry o przetrwanie także. Takie ramy predykcyjne polegają na tym, że przeciwnik postrzega jakieś nasze cele, które mu zdefiniujemy. Na przykład chcemy go pokonać, przejąć jego zasoby, czyli dostęp na przykład do ropy naftowej, jeżeli mówimy o geopolityce. Natomiast jeżeli przeciwnik zdefiniuje te nasze cele w sposób błędny i na przykład w jednej z książek, w tych „Geopolitycznych prawach o przetrwanie” mówię o tym, że Chińczycy mogą nie chcieć zniszczyć Stanów Zjednoczonych, czy też zakończyć funkcjonowanie Pax Americana, czyli tego ładu światowego pilnowanego przez Amerykanów, ale mogą chcieć być rasistami. To jest oczywiście hipoteza. Nie mam żadnych dowodów, ale hipotezy należy stawiać i potem szukać okazji do ich potwierdzenia albo ich zanegowania.
Udowodnienia, że są fałszywe, błędne. Chińczycy mogą chcieć zniszczyć rasę białą, robiąc taki rasistowski plan, dlatego, że mogą uznać, że nasze cechy cywilizacyjno-kulturowe, wykształcone w Europie przez ludzi rasy białej, europejskiej, kaukaskiej raczej mówiąc dokładnie. Zniszczenie tej kultury jest równoznaczne ze zniszczeniem nośników tej kultury, czyli tej grupy etniczno-rasowej, która za pomocą przekazu międzypokoleniowego te parametry kultury przekazuje. Te parametry są właśnie czymś, co Chińczycy mogą uznać za zagrożenie. Więc proszę zobaczyć, że robiąc tego typu hipotezy, stawiamy się w sytuacji, w której nagle dostrzegamy, że musimy zastosować zupełnie inne środki obronne niż w tym pierwszym wariancie. Jeżeli trzymać się tego przykładu właśnie, że Chińczycy chcą doprowadzić Amerykę do upadku, na przykład wszczynając czy też rozjątrzając wojny kulturowe, których jesteśmy świadkami, na przykład widząc katastrofalne zapowiedzi tego, czym będzie „Indiana Jones 5”, widząc to, co tydzień temu się pokazało w kinach, czyli mała Syrenka, która została także zniszczona w czasie jednej z bitew wojen kulturowych. Ja chętnie to obronię i chyba broniłem już w Telegramie „Z krańca świata”, ale chyba zrobimy sobie na ten temat osobny odcinek ze względu na ważkość całej sytuacji. Natomiast wytrząsając wszystko to, co jest nieadekwatne, co jest błędne, co przeszkadza nam walczyć w obronie własnej z tego naszego modelu rzeczywistości, tocząc wojny, musimy testować rozmaite hipotezy i sprawdzać, czy jakieś wydarzenie pasuje do tej hipotezy albo nie pasuje, prawda? Na tym polega metoda naukowa między innymi na tym, że jesteśmy sceptyczni co do tego, co na dzień dzisiejszy uważamy o świecie, że świat jest taki, a nie inny. A będąc sceptyczni i racjonalni, walcząc o przetrwanie, to jest jedna z podstawowych w ogóle idei właśnie tej książki Taleba.
Dlatego ją przeczytam drugi raz, dlatego, że przetrwanie Jest jednym z głównych wątków i sił psychohistorii i tej drugiej książki o geopolityce. Walcząc o przetrwanie nie możemy pozwolić sobie na lekceważenie nawet najmniejszej szansy, że nasz model mentalny stosowany do samoobrony czy też do walki, już nie tylko bo samoobrona to wszyscy walczą o pokój, prawda? Walka o pokój zaostrza się, wszyscy się mordują, walcząc o pokój. To jest generalnie, tak żartobliwie podsumowując, podsumowanie całej propagandy wszystkich uczestników życia międzynarodowego. Mówię o państwach i o dyplomatach, i o decydentach, którzy decydują o tym, co robią państwa. Nikt nie powie, że toczy wojnę, dlatego że chce przejąć czyjeś zasoby, prawda? Musi bronić swoich własnych zasobów. I niestety częścią obrony własnych zasobów jest uderzenie wyprzedzające albo rozmaite sformułowania, które maskują to, że ktoś jest agresorem. Na przykład jest jedno z takich, przepraszam, zaraz wrócimy do głównego wątku, jeszcze jedna tylko dygresja. Jest taki świetny eufemizm.
Ja w ogóle zbieram tego typu eufemizmy, więc jakby ktoś znał jakieś podobne, to bardzo proszę o zgłoszenie się. Ja bardzo podziękuję i będę wdzięczny. Nawet w książce zacytuję i podziękuję za to właśnie pisemnie. Jednym z moich ulubionych eufemizmów jest service the target, czyli obsłużyć cel. To jest taki eufemizm ze slangu militarnego amerykańskiego, który oznacza, żeby ten cel na przykład zbombardować napalmem albo inną substancją, która nie do końca korzystnie wpłynie na ten właśnie serwisowany cel. Wracając już do tych obrazów mentalnych, nie możemy sobie pozwolić na to, żeby zaniechać tego kwestionowania aktualnie realizowanego obrazu mentalnego. Realizowanego obrazu mentalnego troszeczkę to brzydko brzmi, ale chodzi o to, że obraz mentalny do czego służy? Nie do tego, żeby go mieć, tylko do tego, żeby podjąć decyzję i podjąć adekwatne działanie względem tego, co ten obraz mentalny dyktuje. Jeżeli obrazem mentalnym zarazimy przeciwnika następującym, takim, że na świecie panuje pokój i nie wolno walczyć nawet o swoje, to wtedy zarazimy go ideologią pacyfistyczną, która sprawi, że nie będzie on w stanie na przykład zrekrutować odpowiedniej ilości żołnierzy do tego, żeby zbudować armię, która by się nam przeciwstawiła. Coś takiego ma miejsce dokładnie w tych obecnych wojnach kulturowych w Stanach Zjednoczonych.
Wiem, że zaraz kończymy, rozgadałem się, nie dałem panu Markowi dzisiaj za wiele powiedzieć. Bardzo przepraszam. Natomiast ostatnim takim przykładem, który mnie raz, że zbulwersował, ale dwa, że po prostu kompletnie skonsternował. Otóż w tym najnowszym supernowoczesnym lotniskowcu amerykańskim klasy Ford, pierwszym zbudowanym i w każdym kolejnym w toaletach dla mężczyzn nie ma pisuarów. Proszę sobie sprawdzić, to jest absolutnie niewiarygodna informacja. Natomiast jak ktoś już jest otrzaskany i zna rozmaite ciekawostki tej wojny kulturowej, powiedzmy organy decyzyjne w postaci oficerów politycznych, to jest częściowo żartobliwe, ale częściowo rzeczywiście ci oficerowie polityczni wprowadzający swoje własne porządki, powiedzmy już tak najbardziej ogólnie, stwierdzili wprost na piśmie w artykułach opisujących kwestię, że chcieli zmusić mężczyzn do siadania przy oddawaniu moczu. Proszę zobaczyć, ponieważ, przepraszam, jeszcze muszę dopowiedzieć kontekst, ponieważ czasami pomieszczenia przeznaczone na toalety wymieniają się, raz się zmieniają toalety męskie na żeńskie i odwrotnie, to pisuary nie mają miejsca, bo wykluczają jakieś tam grupy i powodują rozmaite sytuacje, które są według decydentek, decydenckczyni może tak powiem, są niewłaściwe. Tak najogólniej, już nie będę wnikał w rozmaite wytłumaczenia tego. Jest to niewyobrażalne generalnie dla mnie i gdyby mnie zaprosili na taki lotniskowiec, to bym nasczał na ścianę. Przepraszam, że tak brutalnie, ale są pewne granice, które tu ewidentnie zostały przekroczone.
I to tyle.
[06:42:13] - Panie Piotrze, to ja słyszałem o fajniejszej sprawie. Gdzieś w Europie, już pomińmy z litości kraj, wymyślono z kolei żeńskie pisuary. To znaczy nie eliminowano pisuarów, wręcz przeciwnie, montowano je w kobiecych toaletach i dostarczano kobietom później takie sprytne, chyba z kartonu czy z papieru, czy cholera wie, z czego to było tak naprawdę.
[06:42:43] - Z papieru jak słomki, których zmuszają do używania.
[06:42:47] - Tak. Ale coś takiego, taki rodzaj, nie wiem, jak to określić, pochylni, takich lejków. Nie wiem. Wybaczcie państwo, mógłbym to narysować, ale moja zdolność opisu... Trochę to taki samolocik przypominało składany i dzięki któremu kobiety mogły korzystać z tychże pisuarów. Więc widzi pan, to jest tak, że inwencja w tej wojnie kulturowej, taka pseudo inwencja od razu to powiedzmy, idzie w różne strony. W jednym miejscu obrywają na lotniskowcu pisuary, w drugim montują je w żeńskich toaletach. Jedno i drugie wydaje się być jednak wariactwem.
[06:43:33] - Tak, dokładnie jest to wariactwem, ale to jest wariactwo używane jako broń. I jeszcze tutaj, jeśli pozwoliłbym sobie na taką jedną uwagę korygującą o tym państwie, którego nazwę pan wymienił. To nie jest państwo europejskie, dlatego że europejskie To jest nie termin geograficzny, a kulturowy właśnie, czyli opisuje pewne terytorium, na którym wykształciła się kultura, czyli pewien zestaw oprogramowania kulturowego mówiąc inaczej, który w ten czy inny sposób pozwalał Europejczykom osiągnąć większą wydajność systemu społecznego, większy poziom innowacji, który doprowadził do tego, że Europejczycy w którymś momencie, w całym procesie, który trwał całe stulecia, zdominowali resztę świata. Więc z tym konstruktem, na samym początku naszej rozmowy powiedziałem, że Chińczycy chcą walczyć, czyli w tej hipotezie chcą zniszczyć zdolność tego oprogramowania kulturowego do budowania czegoś, co jest formalnie w literaturze fachowej nazywane spójnością społeczną, czyli social cohesion. A to, co w „Siłach psychohistorii” za książką Petera Turchina pod tytułem „Ultrasociety”, czyli „Ultraspołeczeństwo”, jest nazywane właśnie zdolnością do ultrakooperacji, czyli do sprzęgania całych wielkich, wielomilionowych społeczności do kooperowania ze sobą w maksymalnie wydajny sposób.
[06:45:07] - Panie Piotrze, właściwie powinniśmy kończyć, ale coś jeszcze muszę panu opowiedzieć. Wspomniał pan o tym, że to nieeuropejski kraj, geograficznie europejski, ale rozumiem to, co pan powiedział. Natomiast-
[06:45:20] - Godność. Strasznie przepraszam, że panu przerwę. Człowieczeństwo to nie nazwa, to nie stan, to godność, którą trzeba zdobyć. Na tej samej zasadzie europejskość to też jest pewien konstrukt oprogramowania kulturowego, którym trzeba zostać zsocjalizowanym albo zindoktrynowanym, jak ktoś chce być przewrotnie złośliwy. Ja lubię taki być.
[06:45:40] - Pewnym paradoksem, a w każdym razie zaskoczeniem może być to, że ci ludzie wprowadzający takie cuda, które opisałem wcześniej, są strasznie z tego dumni i uważają, że oni już nie są Europejczykami, oni są częścią wielkiej grupy, która nazywa się ludzkość, planetarność i tak dalej. I tu paradoks, zaskoczenie, bo całe grupy, które zajmują się, powiedzmy, badaniem UFO, a w każdym razie istotami pozaziemskimi, które być może tutaj przylatują, zaczyna mówić to samo: że ludzkość powinna się zjednoczyć, powinna się stopić w tyglu i już nie być podzielona kulturowo, ponieważ tego właśnie będą ufonauci od nas wymagać. Jak ja to słyszę, to zastanawiam się, jak daleko wchodzą te wojny kulturowe, bo one, zdaje się, już nawet te grupy ufologiczne zaczynają opanowywać. To znaczy, że zaszły bardzo daleko.
[06:46:47] - Tak, to jest bardzo niebezpieczny wirus kulturowy. Jeszcze pozwolę sobie, jeśli mogę przedłużyć, uporządkujmy koncepcyjnie. Otóż jestem niezwykle bardzo silnym przeciwnikiem używania wszystkich słów z końcówką „fobia”, dlatego że to są bronie w walce, w wojnie kulturowej mające nam zniszczyć nasze oprogramowanie kulturowe. Mówiąc w maksymalnym skrócie, tu odsyłam do „Sił psychohistorii”. Natomiast tu o ludziach, którzy tak właśnie mówią o zjednoczeniu się w tym tyglu. To jest ukuty termin, który jest odwrotnością ksenofobii i nazywa się ojkofobia, czyli nienawiść do swoich własnych wartości kulturowych. Co mnie dziwi, bo ja wcześniej nie wiedziałem. Myślałem, że ktoś po prostu skontrował posługiwanie się ksenofobią po to, żeby stworzyć jakąś kontrbroń. Natomiast okazuje się, że ten termin został ukuty w połowie XIX wieku. Proszę sobie na Wikipedii zobaczyć.
Świetnie opisuje właśnie tą skrajną ekstremę wobec ksenofobii, czyli jakiejś organicznej niechęci do wszystkiego, co obce. Natomiast odwrotnością jest właśnie organiczna niechęć wobec swoich własnych wartości czy własnej grupy odniesienia. To też jest dłuższy termin, ale to chyba porozmawiamy sobie zaraz w telegramie.
[06:47:59] - Tak jest, panie Piotrze, pięknie dziękuję. Znowu warto o takich rzeczach pamiętać, o których dzisiaj mówiliśmy, bo one się wydają pozornie niegroźne.
[06:48:09] - Absolutnie. To jest najgroźniejsza rzecz, z jaką mamy we współczesnym świecie do czynienia. Wirus kulturowy propagujący właśnie ojkofobię, czyli nienawiść do samych siebie.
[06:48:18] - Paradoksalnie one się wydają niegroźne. A kto wie, czy przez to, że tak długo się w nas wylęgają, tak długo działają i my po prostu przesiąkamy tym i później już nie potrafimy myśleć, nie potrafimy postępować inaczej, tylko tak poprawnie, tak ludzkościowo. I to się wydaje fajne, wydaje się wspaniałe, wydaje się nawet lepsze niż to, co było kiedyś i to właściwie jesteśmy już załatwieni wtedy.
[06:48:47] - Tak, pan Marek świetnie podsumował. Przepraszam, niech mi będzie wolno dzisiaj ostatnie słowo, chyba że pan Marek jeszcze zechce dopowiedzieć. W kontekście tego, co mówiliśmy na samym początku o modelach mentalnych, proszę zobaczyć nasz model mentalny, kto jest przeciwnikiem, kto niszczy nasze wartości, kto niszczy naszą cywilizację, został zafałszowany przez ten wirus kulturowy, rozprzestrzeniany właśnie między innymi przez tych miłośników UFO. A wirus polega właśnie na tym, że nie dostrzegamy, że próby zjednoczenia w nas tą wielokulturową magmę doprowadzają do tego, że przestajemy mieć zdolność i chęć obrony naszych własnych wartości, mimo tego, że te wartości decydują o tym, że jesteśmy silni i potrafimy przetrwać i obronić się przed agresją z zewnątrz.
[06:49:30] - Panie Piotrze, pan wie, jak nam się teraz oberwie, że jesteśmy nietolerancyjni, paskudni.
[06:49:36] - Jesteśmy bardzo tolerancyjni.
[06:49:37] - Wykluczający i w ogóle to, co się tutaj-
[06:49:41] - Europa nie, nie, jeszcze muszę, niech pan mi wybaczy, wejdę w słowo. Właśnie europejskie wartości kulturowe, czyli generalnie cała nasza kultura zachodnia i całe wartości cywilizacyjne ma największe ze wszystkich powstałych na całym świecie, w całej znanej historii największą zdolność do przejmowania wartości zewnętrznych Do przejmowania wszystkich oprogramowań czy elementów oprogramowań kulturowych z kultur, które znajdujemy gdzieś na świecie. Poznajemy je, wyciągamy, absorbujemy i wdrażamy jako własne po to, żeby stać się silniejszymi dzięki tym inkluzjom, dzięki tym wtrętom, które jesteśmy w stanie zaabsorbować i niejako rozmyć się. Oczywiście to ma pewien wydźwięk tego, że stajemy się jakimś amalgamatem, zbiorem z zewnątrz zabranych elementów kultury, ale nadal nie tracimy, przynajmniej wcześniej nie traciliśmy tej tożsamości naszej własnej, mimo że zaabsorbowaliśmy kawałki ze wszystkich stron, z których się tylko dało.
[06:50:47] - Oj tam, oj tam. A potem pan usłyszy, że teraz trzeba całą naszą historię poprawiać, bo w średniowieczu nie było czarnych rycerzy, to ich trzeba w filmach wprowadzić. Żartuję oczywiście, ale to kolejny przejaw tego, co się wokół nas dzieje. Nie ciągnijmy tego, panie Piotrze dalej.
[06:51:06] - Dobrze, przepraszam bardzo.
[06:51:08] - Tak, jeszcze nie wiem, długo rozmawiać na temat tego wariactwa, które się dzieje. Jeszcze będzie ku temu okazja. W takim razie dobrej nocy życzę.
[06:51:19] - Dziękuję bardzo. Do usłyszenia.
[06:51:22] - Tak, proszę państwa, to już zdecydowanie koniec dzisiejszej audycji. Proszę państwa, to już 36 audycji. 36. Fajna liczba. Idziemy dalej. Proszę państwa, za tydzień kolejna, w której porozmawiamy sobie z całą pewnością o literaturze japońskiej. Moim gościem będzie osoba, którą już państwo znacie. Autor powieści, o której rozmawialiśmy na antenie Book Radia. No cóż. Dobrze, powiem państwu, tym autorem jest Bogusław Rac, który opowie nam, dlaczego ostatnimi czasy zainteresował się literaturą japońską.
Dlaczego czyta ją z tak dużą intensywnością i dużym oddaniem oraz fascynacją? Pomysł tej audycji, która będzie wyemitowana za tydzień, wziął się stąd, że przez chwilę porozmawiałem z Bogusławem Racem i byłem absolutnie oczarowany tym, jak mocno ten człowiek zaangażował się, jak bardzo mocno literatura japońska jest dla niego ważna. Na takim poziomie, wiecie państwo, na którym nie opowiada się treści książek, ale mówi się o emocjach, które te książki wywołują. Już wtedy wiedziałem, że taka audycja o japońskiej literaturze po prostu musi powstać. To jeden z elementów przyszłotygodniowej audycji. Kolejnym elementem będzie to, co już państwu zapowiadałem w toku audycji, a mianowicie taka moja pogadanka. Już od razu mi się ten dżingiel przypomina, że będę truć, proszę państwa, będę truć i to pewno około godziny, jeśli nie więcej. Będę truć o space operze, o tym podgatunku science fiction, który przez niektórych bywa wyklinany, a przez niektórych po prostu jest zaczytywany na śmierć. Space opera, tak jak mówiłem to w audycji, tak jak to powiem jeszcze nie raz, nie miała dobrej prasy. Była wyklinana przez znawców, a kochana przez czytelników.
Postanowiłem się zjawisku przyjrzeć i za tydzień zapraszam również na subiektywny przegląd zarówno historycznych tytułów space operowych, jak i taką próbę ukucia definicji, czym właściwie space opera jest. Żegnam się z państwem bardzo serdecznie. Pozdrawiam. Zapraszam na kolejną audycję, a teraz już dobrej, a nawet bardzo dobrej nocy. Pozdrawiam i do usłyszenia.
[06:54:34] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios", Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.