[00:01] - Telegram z krańca świata.
[00:04] - Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[00:06] - Dzień dobry. Pozdrawiam z Tajwanu. Piękny zachód słońca zaraz może będzie, a w Polsce dopiero rano. Ojejku, a ja już muszę zaraz iść spać.
[00:17] - Zachód słońca? O której? Która u pana jest?
[00:20] - U mnie już jest 16.00, czyli za jakąś godzinkę słońce będzie się chylić ku zachodowi i się zrobi ładnie, kolorowo.
[00:28] - Bo pan jest bliżej równika.
[00:30] - No właśnie.
[00:32] - Tak jest. U nas to dni długie. Słońce gdzieś tak koło 21.00 zachodzi. Mamy lepiej. Przynajmniej na razie. Okej, dzisiaj znowu będziemy rozmawiać o książkach, a tytuł dzisiejszej audycji: „Jak zostać wielkim dowódcą?”. Zaraz, zaraz. Czy my już przypadkowo o czymś takim nie rozmawialiśmy? To znaczy ostatni odcinek był o bitwach kosmicznych. To nie nakładamy tematów?
[01:00] - Nie, absolutnie. W bitwach kosmicznych decyduje strategia. Natomiast dowódca ma zupełnie inne zadania. Oprócz opracowania strategii przede wszystkim jego zadaniem jest skomponować koncert siły woli wszystkich podlegających mu żołnierzy do tego, żeby wszyscy oni, albo prawie wszyscy, poruszali się niczym orkiestra właśnie w kierunku jednego wyznaczonego przez dowódcę celu.
[01:26] - To takie coś będzie dzisiaj. Okej, to startujemy w takim razie. To jakie książki dzisiaj przywołamy?
[01:35] - Przede wszystkim na początku zdefiniujmy, co to znaczy zostać wielkim dowódcą. Co to znaczy mieć w sobie to coś, co sprawia, że ludzie wykonują rozkazy i idą na śmierć. I robią to może nie z ochotą, ale robią to posłusznie, bo wiedzą, że ich życie na przykład nie zostanie zmarnowane. To jest jedna z najważniejszych zasad w dowodzeniu żołnierzami. Nie marnować ich żyć. To znaczy wysyłając ich na jakąś akcję, jesteśmy świadomi, że część z nich nie wróci. To widzimy w wielu filmach i w wielu książkach. Natomiast w jaki sposób sprawić, że ci żołnierze nie buntują się albo nie uciekają, albo nie dezerterują? Albo jeżeli, to jakieś jednostki pojedyncze, a reszta właśnie jest w stanie się zgrać, wstąpić na jakiś wyższy poziom tego, co zawsze tutaj nazywaliśmy ultrakooperacją albo po prostu kooperacją. To jest najważniejsze pytanie: co jest w stanie sprzęgnąć tych wszystkich ludzi do tego, żeby stanęli na tej ziemi śmierci?
Zaraz do tego dojdziemy. To już mówiliśmy zresztą, ale powtórzymy za sekundkę, co to znaczy. Żeby stanęli na ziemi śmierci i chcieli nadal walczyć i pokonać wroga, zamiast pójść w rozsypkę albo się poddać. Przede wszystkim na samym początku definiujemy szybciutko, robiliśmy to już wcześniej, więc zrobimy to szybko. W „Sztuce wojny” pierwszą poradą, jaka jest oprócz tej wstępnej inwokacji, że wojna to jest sprawa życia i śmierci dla państwa. Zaraz potem pierwszą poradą jest to, że dowódca musi stworzyć jedność, jedną wolę, czyli jeden organizm ze swoją armią. Ale ponieważ język klasyczny chiński ma swoją specyfikę i rządzić to jest ten sam hieroglif co dowodzić, to cały ten traktat „Sztuka wojny” i tak samo inne chińskie traktaty, które ja dla was przeczytałem, żebyście wy nie musieli, zacytuję konkurencję, to wszystkie te traktaty mówią jednocześnie o tym, że te same zadania musi realizować władca po to, żeby osiągnąć jedność woli, jedność dążenia do jednego celu z całym swoim ludem, z ludźmi, którzy są mu poddani jako właśnie obywatele państwa albo właśnie poddani w państwie feudalnym, bo z tym mieliśmy do czynienia w starożytnych Chinach. Jest oczywiście cały szereg tych parametrów, omówimy tylko kilka. Pierwszym jest sprawiedliwość. Należy dać ludziom sprawiedliwość albo poczucie sprawiedliwości.
Kiedy czują, że są traktowani uczciwie, nawet jak są karani i karani są srogo karą śmierci chociażby, to jeżeli tacy żołnierze są dość karmi dzięki właśnie karom i nagrodom i musi być jedna i druga rzecz, to wtedy oni po prostu słuchają rozkazów. I o ile na początku mówimy o jedności w traktacie „Sztuka wojny”, to już na końcu mówimy o konkretnych parametrach, że wpierw należy właśnie stworzyć tą jedność, sprawić, że nabiorą tego posłuchu, czyli będą słuchać naszych poleceń, i dopiero wtedy można ich karać i nagradzać. Bo jeżeli zacznie się nagradzać i karać, zanim tamci uznają nas za ten autorytet rozstrzygający, co należy ukarać, a co nie należy ukarać, to wtedy po prostu nie będą tego słuchać. Mieliśmy świetną taką scenę w filmie, o którym już mówiliśmy, „Pani władca na krańcu świata” z Russellem Crowe'em, o pojedynku dwóch żaglowców. Pamięta pan?
[05:07] - Pamiętam, jak pan to mówił. Pamiętam.
[05:09] - To była scena, w której był taki jeden oficer, który był ciamajdą po prostu, taki ciotą mówiąc precyzyjnie. Więc zupełnie żadnego posłuchu. I załoga zaczęła go obwiniać o to, że przegrali w dwóch pojedynkach z tamtym drugim żaglowcem francuskim, i że nagle się zrobiła flauta, czyli przestał wiatr wiać i zatrzymali się tak, jakby im się skończyła benzyna na środku oceanu. W końcu, w którymś momencie, to nie jest jakiś wątek główny, więc mogę zdradzić, że ten oficer popełnił samobójstwo.Właśnie wymuszony przesądem, zabobonem marynarskim, że to właśnie zwalili na niego. On popełnił samobójstwo, zmusili go de facto do tego ci, którzy na niego presję psychiczną wywierali. No i ten czar prysł. Dowódca okrętu, czyli Russell Crowe powiedział, rozmawiając o tym z doktorem, który był racjonalistą, a on był dowódcą. Russell Crowe, który rozumiał tego typu sprawy i stwierdził, że nie wszystko jest napisane w twoich księgach. Czyli ten sposób, w jaki ludzie oceniają innych w kwestii tego, co jest ich winą, a co nie jest ich winą, czy należy ich w jakiś sposób ukarać, czy generalnie jak przebiegają te wszystkie łańcuchy związków przyczynowo-skutkowych. To wszystko jest sferą duchowości.
Pamiętacie, że ja nazywałem wojny hybrydowe wojnami duchowymi, spiritual warfare. Nie ma dobrego, ładnie, elegancko, poważnie brzmiącego przede wszystkim terminu w języku polskim. Natomiast to jest trafienie w sedno, dlatego że motywacje, zarządzanie ludzkimi motywacjami to jest owszem nauka, bo możemy skwantyfikować, jakie mechanizmy oddziaływania są skuteczne, jakie są nieskuteczne, ale w najgłębszej istocie to jest nie sztuka, ale właśnie zdolność poruszania duchowością człowieka, manipulowania duchowością człowieka. Sun Tzu oczywiście już w innym kontekście, nie w kontekście dowodzenia, chyba rzeczywiście jednak w kontekście dowodzenia. W piątym rozdziale to jest absolutnie najważniejszy rozdział „Sztuki wojny". On mówi wprost: wielcy mistrzowie wojowania manipulują motywacją ludzką. To jest domena, w której oni zapuszczają swoje macki i nagle robi się wszystko tak, jak powinno się robić, czyli sprowadzanie swoich żołnierzy na ziemię śmierci, czyli na miejsce, w którym albo zginą, albo będą walczyć z nadludzką siłą i dopiero wtedy pokonają wroga. Postawienie żołnierzy na ziemi śmierci, czyli w sytuacji bez wyjścia, mówiąc naszym współczesnym językiem, jest pewnym sposobem zarządzania motywacją. Pokazujemy tym żołnierzom, manipulujemy nimi, żeby weszli w tą sytuację, bo dobrowolnie podejrzewam, że nie weszli, ale kiedy już się w niej znajdą, to wtedy krzeszą z siebie wszystko. I o to właśnie chodzi dowódcy.
Czyli mamy jedno takie nie do końca może dobrze brzmiące i dobrze świadczące o dowódcach sformułowanie, prawidłowość. Dowódca jest zdolny tak pokierować zbiorową motywacją podlegających sobie żołnierzy i poszczególnych też żołnierzy, że oni robią dokładnie to, co dowódca chce, żeby zrobili, czyli zwyciężyli bitwę na przykład.
[08:32] - Panie Piotrze, tak sobie myślę o tym, co pan mówi, ale nie wchodzę tak głęboko, tylko się zastanawiam, czy z punktu widzenia dowódcy, z punktu widzenia władcy takie spojrzenie na ludzi, którzy stają się żołnierzami, jest aby na pewno racjonalne tak do końca. Już tłumaczę, o co mi chodzi. Ja to skrócę, żeby za dużo nie opowiadać. Zastanawiam się zawsze w bitwach pierwszej wojny światowej, drugiej wojny światowej, każdej wojny. Ilu zginęło Einsteinów traktowanych jak szarą masę? Czy jednak dowódca nie powinien uwzględniać tego, że dano mu pod komendę ludzi czasami, którzy nie są z tej bajki, którzy w ogóle ich tam nie powinno być? Wiem, że trochę panu wchodzę w szkodę i nie o tym rozmawiamy, ale taka mnie refleksja naszła.
[09:30] - Nie, to jest właśnie bardzo celne pytanie i na to pytanie już pozwoliłem sobie odpowiedzieć w „Siłach psycho historii". Otóż takich Einsteinów było bardzo niewielu, dlatego że armia jako organizacja, jeżeli rozpozna tego typu ludzi, to oni są przesuwani w miejsce, w którym są przydatni. Oczywiście w sytuacjach, w których na przykład zasoby ludzkie się kończą, nie mamy nowego rekruta, musimy rekrutować coraz młodsze dzieciaki i po prostu musimy wysyłać na front każdego, tak jak Niemcy w 44, 45 roku. Starcy, dzieci kilkunastoletnie wstępowały do tego Volkssturmu. Dobrze kojarzę, jak się nazywały te formacje?
[10:15] - Tak, zgadza się.
[10:16] - Więc mamy świetną scenę w tym kompletnie kretyńskim filmie „Fury", czyli o tych czołgach. Jak on się nazywał ten aktor? O jejku. Johnny Deep. Tak, on grał tą główną rolę. Pamięta pan?
[10:33] - Nie widziałem tego filmu.
[10:35] - Nie ma pan co ten. Generalnie fajnie, że się strzelają. Jak już ustaliliśmy, że dla mnie to jest wielki plus i przede wszystkim jedyny plus, jaki jest potrzebny w filmie. Ale okazuje się, że jednak nie do końca. Dlatego, że sceny batalistyczne były tak kretyńskie, ale po prostu tak kretyńskie, jak były walki czołgów, na przykład atak na Niemców zokopanych w linii lasu. To była bitwa, po prostu ręce opadają. Natomiast była scena w tym filmie, kiedy tam w miasteczku główny bohater, zapomniałem jednak, który aktor to grał. Proszę, wybaczcie mi. Natomiast jak oni zajechali do miasta po krótkiej bitwie, tam wprosił się na obiad do takiej pani i córki. To jest moja absolutnie ulubiona scena.
Reszta filmu to jest jeden wielki gniot. Natomiast ta scena, proszę zobaczyć, jaki kontrast, jaka sprzeczność, w której się kompletnie nie strzelali, ale właśnie była pokazana dynamika tej sytuacji, tego spotkania. To jest absolutnie coś fenomenalnego i dla tej właśnie sceny warto obejrzeć cały film. Także wracając właśnie do tematu dowódcy, właśnie w tej scenieByło pokazane, w jaki sposób dowódca narzuca swoją wolę innym dookoła. Drugim takim parametrem jest ta charyzma, która sprawia, że inni po prostu słuchają. W którymś momencie kapitulują, są zdominowani informacyjnie, na przykład bo dowódca wie lepiej. Na przykład tak jak na łodzi podwodnej tylko dowódca, ewentualnie zastępca dowódcy mają prawo zaglądać przez peryskop, co jest na górze, więc wszyscy inni są w takiej wyuczonej bezradności. To jest termin, który znamy, więc do niego się odwołam. Czyli po prostu jedyna wiedza o świecie to jest to, że coś tam buczy albo że się wstrząsa. To znaczy, że miny głębinowe spadają gdzieś tam obok.
Mówimy o okresie II wojny światowej. Natomiast oprócz tego jedyna osoba, która widzi, co jest na powierzchni, czyli ma zdolność, możliwość decydowania, czy strzelamy torpedą, czy uciekamy, czy cokolwiek robimy innego, właśnie dowódca. O ile na łodzi podwodnej samo to, że tylko dowódca posiada tą świadomość sytuacyjną szerszą od innych i inni siłą rzeczy muszą mu podlegać, to są sytuacje, w których nie tylko dowódca, ale wszyscy inni widzą, co się dzieje dookoła. I w tym momencie zadanie dowódcy jest trudniejsze, dlatego że skoro ci jego podwładni mają tą samą wiedzę, to nagle się okazuje, że mogą podjąć inne decyzje, mogą te decyzje kontestować. Stąd mamy tutaj rozmaite procedury. W armii amerykańskiej mamy to słynne powiedzenie, mi się strasznie podoba, pozwolenie o swobodne mówienie, czyli permission to speak freely. Nie wiem, jak to dobrze przetłumaczyć na polski, ale wiemy, o co chodzi, prawda? Że on już prosi swojego zwierzchnika o powiedzenie czegoś poza formami przyjętymi, formami uwzględniającymi różnicę rang. Czyli jak chce się poskarżyć żołnierz albo jak ma jakieś inne zdanie, uważa, że to jest ważne i dowódca może powiedzieć: „Nie udzielam pozwolenia” albo „Udzielam pozwolenia”, ale generalnie to się robi w taki sposób, żeby kontestowania decyzji dowódcy nie pokazać innym. I scenę oczywiście możemy wspomnieć z „Czerwonego Października”.
To był moment, w którym w czasie posiłku w mesie Sean Connery, który dowodził Czerwonym Październikiem, został skontestowany przez jednego z oficerów. Ten oficer, który skontestował słowa dowódcy, został zrugany. Natomiast kiedy już wszyscy się rozeszli, zastępca dowódcy został z samym Seanem Connerym, czyli z dowódcą okrętu, to dopiero wtedy ten zastępca powiedział: „Nigdy nie zaprzeczyłbym twojej decyzji w obecności innych, ale on miał rację”. Proszę zobaczyć, jaka jest różnica. Tamten nie miał kontroli nad sobą, zadziałał po prostu kompletnie poza schematami dozwolonymi, a zastępca dowódcy, osoba wyższej samokontroli, wyższej klasy moglibyśmy powiedzieć w cywilu, już tej decyzji nie kontestował. Czyli mamy inny parametr tego, na co składa się bycie dowódcą, czyli to, że decyzje są niekontestowane ze względu na to, że jak zostanie dozwolone posiadanie rozmaitego zdania, to nagle wszyscy się zaczną kłócić i przekrzykiwać i przekonywać, kto ma rację. A w sytuacjach podbramkowych, w sytuacjach wojennych proszę zobaczyć, że najczęściej jest tak, już w starożytnej Grecji przecież mieliśmy tyrana, prawda? Niech pan mnie poprawi, bo nie jestem do końca pewien, czy dobrze to powiem. W czasie zagrożenia wojną, czy też w czasie wojny, zamiast demokracji, czyli ochlokracji inaczej mówiąc, czyli rządu motłochu, mieliśmy jednego wyznaczonego dowódcę wojskowego, który zarządzał wszystkim. Po co?
Żeby nie prowadzić do zatkania się kanałów decyzyjnych, żeby jedna osoba decydowała. Dlatego, że nawet jak te decyzje nie będą w pełni optymalne, to one będą szybkie. Nie będzie istniał paraliż decyzyjny wynikający z tego, że każdy ma swoje własne zdanie.
[15:58] - Zgadza się. Tych miast greckich było sporo, republik wśród nich trochę też istniało. W związku z tym nie wiem, co mam potwierdzać, czemu mam zaprzeczać. W każdym razie myślę, że zarysował pan w sposób właściwy to, jak to działało.
[16:15] - Mechanizm jest znany po prostu. Zamiast jakiejś grupy ludzi, którzy debatują jakiś czas nad podjęciem decyzji, to w sytuacjach najwyższego stresu, najwyższego zagrożenia jest tylko jeden dowódca, który decyduje. Wszyscy zgodnie z literą prawa podlegają tym decyzjom dla dobra wszystkich. Mechanizm jest czystym produktem ewolucji kulturowej. To jest mój ulubiony konik, temat. Zaraz porozmawiamy sobie o tym. Te społeczności, które nie miały takiej instytucji jednowładztwa w okresie zagrożenia, być może przegrywały częściej. Stąd się właśnie utrwaliło, że ta instytucja pozwala społeczności na przetrwanie w jakiejś sytuacji konfliktu z jakimś wrogiem zewnętrznym.
[16:59] - Pod warunkiem, że dowódca jest kompetentny, a to też nie ma na to gwarancji.
[17:05] - Tak. No nie ma. Dobrze, dopiero teraz możemy przejść już do konkretnych książek i filmów. Zanim zaczęliśmy tą rozmowę, jeszcze przed rozpoczęciem nagrania zaproponowałem trylogię czy też cykl „Dorsai” Gordona Dicksona. Przede wszystkim „Żołnierzu, nie pytaj” to jest jedna powieść, a druga powieść „Dorsai”. Jeżeli ktoś jeszcze nie czytał, mimo tego, że wcześniej tą książkę polecaliśmy z panem Markiem, to degraduje do szeregowca, do szeregowego słuchacza. Natomiast wszystkich innych, którzy już przeczytali za naszym tym, to już nie wiem, do jakiej szarży możemy ich podnieść.Panie Marku.
[17:49] - Kapitanami to już mogą być?
[17:51] - Nie.
[17:51] - Kapitanami!
[17:53] - Kapitan to jak na Patronite ktoś wpłaci, a jak tylko przeczytał, to najwyżej kapral.
[18:00] - Okej.
[18:01] - Sierżant.
[18:02] - Sierżant to już zdecydowanie.
[18:05] - Dobra, i tutaj ta zagadka, żeby jak ktoś się poczuł urażony, to nie wiem czemu, ale żeby już udobruchać, to konkurs. Mój ulubiony sierżant, który uwielbiał ćwiczyć swoich podkomendnych rekrutów w rzucaniu nożem. Jak miał na nazwisko? Potem został zdegradowany do szeregowca na własną prośbę. Ale jak się nazywał? I to jest odpowiedź, która jest warta oczywiście egzemplarza książki i mogą to już być prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie, dlatego, że już jest książka w druku, czyli jeszcze w tym tygodniu. Dzisiaj jest 12 czerwca, do 19 czerwca książka zostanie wysłana, także ciepłe bułeczki będą. Może być inna książka oczywiście, ale generalnie proszę o nazwisko tego sierżanta. I to tyle. Jedziemy dalej.
O czym to mówiliśmy? Z jednym z ulubionych filmów zaczęliśmy gadać i zapomniałem, o czym wcześniej mówiliśmy.
[19:08] - Mówił pan o cyklu „Dorsai”.
[19:11] - Ach, „Dorsai” oczywiście. Dobrze. Co my tam mamy? Mamy tam wybitnych żołnierzy, którzy dokonali nawet nadludzkich czynów i w jakiś sposób pokazywali, że potrafili dowodzić. I jedną taką scenę chciałem opowiedzieć wszystkim. Nawet jak już ktoś czytał, to teraz musi żałować, ale jestem wredny. Była taka scena, że na samym początku swojej kariery ten Donal Graem, czyli główny bohater powieści „Dorsai” – to jest bardzo krótka powieść, bardzo wszystkim polecam. Jest maksymalna akcja, maksymalna głębia filozoficzna, jeśli chodzi o wojnę i żadnego gadania o bzdetach, tak jak w książkach Davida Gemmell, o których już mówiliśmy, że mają po 700 stron. Ta ma chyba niecałe 200 z tego, co kojarzę, albo generalnie w granicach 200 stron. Amber jeszcze to wydał w latach 90.
Więc jako młody dowódca przyznano mu dowodzenie kompanią na jakiejś planecie w kolonii zagrożonej wojną przez sąsiednią kolonię. I akcja polegała na tym, że ten Donal kazał wszystkim swoim żołnierzom, to było około chyba 300 podwładnych, o ile się nie mylę, przejść pewien odcinek tego terenu, około 15 kilometrów w pełnym ubezpieczeniu, w pełnym zabezpieczeniu. Co było oczywiście o wiele bardziej męczące niż spacerek swobodny, który został wykonany przez żołnierzy innych dwóch kompanii. I wszyscy znienawidzili tego Donala, dlatego że to było wprost napisane przez narratora, przez autora powieści. Niczego żołnierz tak bardzo nie lubi, jak niepotrzebnego wysiłku. Natomiast nie chcę zdradzać, bo ta akcja jest naprawdę świetnie przemyślana i napisana. Natomiast w rezultacie okazało się, że te trzy kompanie zostały zaatakowane w środku nocy i jedynie kompania Donala Graema byli gotowi, zmuszeni do tego oczywiście, bo do wysiłku trzeba ludzi zmusić, nawet do kooperacji trzeba ludzi zmusić, do ultra kooperacji, to tym bardziej trzeba ludzi zmusić. To jest wieczne prawidło, zaraz o tym powiemy. On wyczuł, że coś jest nie tak i kazał wszystkim wdrapać się na drzewa. Kiedy oni wdrapali się na te drzewa, to dosłownie po pół godzinie nastąpił atak i oni byli w stanie po pierwsze przeżyć dlatego, że wróg zaatakował tych, którzy spali na powierzchni ziemi.
Natomiast oni sami zniszczyli tego wroga dlatego, że... O cholera, zdradziłem całą scenę. Dlatego, że właśnie ten Graeme robił wszystko by the book, czyli zgodnie wszystko z podręcznikiem. I teraz nagle okazało się, że żołnierze mają inną cechę. Czego lubią, czego nie lubią. Bardzo nie lubią umierać. I teraz, o ile wcześniej go nienawidzili, że przeczołgał ich, że tak powiem, przez 15 kilometrów. Świetne sformułowanie, bardzo je lubię. Przemęczył ich właśnie przez te 15 kilometrów, ale przeżyli. I nagle właśnie ten znak szacunku do dowódcy obrócił się o 180 stopni.
I tego typu ludzie są w stanie rządzić i dowodzić i armiami, i państwami. I wszyscy nagle ich słuchają. Jest takie sformułowanie: spojrzeć na kogoś z nowym szacunkiem. Niesłychanie rzadko można znaleźć sytuację, w której można je użyć dlatego, że ludzie jak raz kogoś zeszmacują, to potem już jest praktycznie niemożliwe, żeby ich ocena i przede wszystkim pozycja prestiżowo-statusowa uległa jakiejkolwiek zmianie. Jak na początku zaczniemy kimś gardzić albo stwierdzimy, że jest idiotą, to mało co jest w stanie zmienić nasze zdanie. Natomiast on był w stanie to zdanie zmienić. I cechą właśnie silnej osobowości, a dowódcy muszą mieć silną osobowość, jest to, że to oni decydują. Oni są w stanie osiągnąć tą siłę, która sprawia, że inni zrewidują swoje najbardziej integralne osądy na temat relacji między dowódcą a podwładnymi.
[23:26] - Panie Piotrze, w pewnym momencie wspomniał pan o uwarunkowaniach kulturowych. To zabrzmiało tajemniczo. To ja się teraz do tego odwołam. O uwarunkowaniach kulturowych związanych z dowodzeniem albo z byciem dowodzonym. Jaki to ma wpływ? Albo jaki nie ma?
[23:44] - Dowódcy mieli bardzo utrudnione zadanie, zwłaszcza w czasach historycznych, dlatego, żeChodziła kwestia rangi społecznej, czyli dowódcy i oficerowie byli zazwyczaj arystokratami albo byli w jakiś sposób szlachetnie urodzeni. W związku z tym nie można było rozkazywać im tak jak zwykłym ciurom obozowym czy też chłopstwu, które stanowiło tą najbardziej podstawową część piechoty, na przykład w Polsce w XVII, XVIII czy wcześniej. Tu mogę polecić wybitną książkę pod tytułem „Husaria” z 2019 roku Radosława Sikory. Nie wiem, czy ktoś czytał jego książki. To jest historyk, który się specjalizuje właśnie w husarii. Z tego jest najbardziej znany. Napisał kilka książek na jej temat. Sikora opisuje na przykład, w jaki sposób działa system motywacyjny rozmaitego typu żołnierzy i o ile na przykład chłopstwo mogło być karane za niesubordynację albo niewykonanie rozkazu, albo za tchórzostwo karami cielesnymi. I to było skuteczne, dlatego, że ludzie niskiego stanu czy też niewykształceni chłopi mają swój system wartości i mają system motywacyjny, na który można wpływać karami cielesnymi. Natomiast wobec towarzyszy husarskich, czy też generalnie szlachty nie było absolutnie w ogóle praktykowane karanie cielesne, dlatego, że jedynym skutecznym instrumentem determinowania ich do realizacji rozkazów, do posłuszeństwa rozkazom była groźba pozbawienia czci, czyli tego honoru szlacheckiego, który motywował innych, że nie jestem tchórzem, bo za mną stoją przodkowie, których nie mogę zawieść, zniesławiając ich imię przez to, że na przykład ucieknę z pola bitwy.
To był ten punkt motywacji, za który dowódca musiał złapać po to, żeby to towarzystwo, dosłownie towarzyszy, spiąć, spręgnąć właśnie w jeden organizm, w jedną armię albo w jakiś jeden oddział, który dokonywał jakiegoś tam czynu, czy to wyłomu w liniach przeciwnika, czy jakiegoś podjazdu, czy czegokolwiek innego.
[26:16] - Tak sobie myślę, panie Piotrze, okej, opowiedział pan o tym. Natomiast zastanawiam się. My często odwołujemy się do naszych czasów, to ja mam wrażenie, że obecnie w Europie, nie wiem, jak to delikatnie określić, ale nie ma materiału na żołnierza. I jedni powiedzą, że bardzo dobrze, że go nie ma, natomiast drudzy powiedzą, że to właśnie tak jak pan, że to bardzo źle, bo tak jakbyśmy od razu ręce do góry podnieśli. No i jak pan sobie wyobraża to? Moim zdaniem, jeśli ktoś z nami prowadzi wojnę kulturową, to już odniósł zwycięstwo. Bo ja sobie nie bardzo wyobrażam, jak teraz ten materiał na potencjalnych żołnierzy przekształcić w żołnierzy rzeczywistych. To mi się wydaje kompletną abstrakcją.
[27:08] - Rózga. Dokładnie. Rózga niestety. To współczesny materiał ludzki, z którego wcześniej był brany rekrut, jest kompletnie zdegenerowany. Momencik. Przepraszam. Pociąg przejeżdża. Nie wiem, czy było słychać. Zaryczeli klaksonem. Więc w czasach historycznych byliśmy od dziecka niejako kształceni do tego, że należy bronić ojczyzny, zasłaniać własną piersią ojczyznę.
Mówiąc już takimi wyświst-- jak to się tam powiedzonkami? Wychwstonymi. Nie pamiętam, jak to się mówi. O rany! Muszę przyjechać do Polski, porozmawiać z normalnymi ludźmi normalnie twarzą w twarz, a nie przez telefon tylko. Natomiast wracając do rzeczy.
[28:02] - Podrzucam słówko: wyświechtane.
[28:05] - Wyświechtane. Tak, właśnie. Dziękuję bardzo. Tak. Więc jest nasz materiał ludzki w Europie już na kompletnie żenującym poziomie. Cytowaliśmy już wcześniej badania Instytutu Gallupa. Było zadawane pytanie we wszystkich krajach świata: czy w przypadku wojny będziesz bronił swojej ojczyzny? Nie pamiętam dokładnie tego pytania. Mniej więcej w tym guście. Jak się wpisze w Google właśnie badanie Gallupa i czy jesteś gotów bronić ojczyzny, kiedy będzie taka potrzeba, to wyskoczy to badanie.
To jest fenomenalne. Najgorsi jesteśmy my. 15% tylko Japończyków. Oni zostali kompletnie zdegenerowani przez te kilka pokoleń po drugiej wojnie światowej. Celowa robota Amerykanów. Natomiast Niemcy mają niewiele lepiej, bo mają 18. Nie, przepraszam. Holandia ma 18. Niemcy chyba mają 25. Mniej więcej w tych granicach, w granicach 20.
Więc proszę zobaczyć, jeszcze nie wiadomo tylko, czy zapytani to byli etniczni Niemcy, czy też ci nowi Niemcy, że tak się wyrażę. Już żartowaliśmy sobie z tego, chociaż to nie jest powód do żartów, niestety. Ale bardzo polecam mema. Ja go wrzucę. Wiecie co? Tak przede wszystkim przepraszam na tym chiny.pl/telegram ja tam nie robiłem zmian, dlatego że jestem zawalony robotą, bo za trzy tygodnie muszę oddać książkę do druku, więc po prostu olałem. Przepraszam, szczerze mówiąc wszystko inne, tylko się koncentrowałem na książce, bo to są zobowiązania finansowe także, więc priorytety są. Przepraszam, ale dzisiaj zaraz wrzucę tego mema. Przypomnę go tylko. Już go mieliśmy.
Jest zdjęcie takich pięknych dziewczynek, ale widać, że to nie są do końca etniczne Niemki, tylko jakieś tam Arabki albo coś w tym stylu. Okutane w te białe prześcieradła, bo przepraszam, jak to się nazywa? Burki czy nie burki i powiewają flagami niemieckimi. I pod spodem jest napis: „Nie powinniśmy winić współczesnych Niemców za to, co robili Niemcy trzy pokolenia wcześniej”.Więc tak można podsumować tych Niemców w kontekście poważnych badań Instytutu Gallupa. Jest to po prostu śmiech na sali. To jest społeczeństwo mentalnie kompletnie rozbrojone. Jak tylko 20% ludzi jest gotowych do tego, żeby bronić swojej społeczności, która im zapewnia wszystko, całą infrastrukturę cywilizacyjną do tego, żeby mieli i prowadzili wygodne życie. To jest po prostu dramat. Ale największy dramat i to też już mówiliśmy, więc jak ktoś pamięta, to już nie muszę dokończyć, tylko dokończę dla innych. Jak w krajach arabskich robili dokładnie to badanie, to w granicach 90-95% ludzi było gotowych.
To są ludzie zaprawieni w wojnie z Syrii, z Libanu, z tych rozmaitych stref konfliktów, stref endemicznej wojny. Sprawa jest prosta, mówiąc w kategoriach ewolucji kulturowej mówiłem, że zapowiadałem, że dojdziemy temu ulubionemu tematowi. Społeczności, które nie są w stanie wyprodukować ludzi zaprogramowanych do tego, żeby bronili tych społeczności, po prostu przegrywają. I w tej chwili ta presja wojenna, mogę się odwołać do książki Petera Turchina, czyli „Ultraspołeczeństwo. Jak 10 000 lat konfliktów uczyniło ludzi najlepszymi kooperatorami na Ziemi” i cała ta książka, nie musicie jej czytać, tylko wystarczy, że niestety kupicie, mam nadzieję, „Siłę psychohistorii”. Tam jest cały rozdział: „Wojny są potrzebne, ale nie byle jakie wojny”. I właśnie kilka najważniejszych, wręcz fenomenalnych spostrzeżeń i wniosków właśnie z tej książki Petera Turchina i jeszcze z książki Jana Morrisa też o wojnach i dlaczego są potrzebne, zawarłem właśnie w tym eseju. Jest prosta sprawa. Te wojny uruchamiają w niektórych zakamarkach naszych głów i w naszym kodzie genetycznym, bo to jest zaprogramowane wszystko i nie tylko kulturowo, ale właśnie i genetycznie, uruchamiają pewne mechanizmy, które sprawiają, że ludzie na widok czy też w obecności zagrożenia zewnętrznego porzucają zagrożenia wewnętrzne. To jest oczywista prawidłowość, którą dostrzegamy wszędzie.
Nagle się mobilizujemy. Proszę zobaczyć, co się stało na przykład w lutym ubiegłego roku, kiedy rozpoczęła się wojna na Ukrainie, kiedy Rosjanie dokonali inwazji. Nagle wszyscy się zjednoczyliśmy. Nagle za to powinniśmy naprawdę dostać Nagrodę Nobla, już to chyba wspominałem, za to, że przyjęliśmy dwa i pół miliona, z tego, co pamiętam, było liczenie Ukraińców, nie to, że gdzieś tam do jakichś ośrodków, tylko do naszych domów. Dlatego, że wojna nagle po prostu zamyka wszystko inne i nagle uruchamiają się w nas najgłębsze instynkty właśnie kooperacji pod wpływem zagrożenia zewnętrznego. Proszę zobaczyć, jak to działa, jak to niesamowicie wręcz jest silne.
[33:17] - Tak, panie Piotrze, ale zawsze musi być jakieś „ale”. Mam wrażenie, że albo ktoś nam wyhodował, albo sami wyhodowaliśmy sobie taką postawę, o jakiej mówiłem wcześniej. Ponieważ mieliśmy czas wolności, mieliśmy czas, kiedy każdy był ważny, taki indywidualizm był powszechny i każdy sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. To są bardzo proste wnioski dla jednostki. Ja mam swoje jedno życie i nie będę go tracił dla jakiejś tam, tu cudzysłów i oczywiście to raczej cytat, wyimaginowanej społeczności i w ogóle ja jestem ważny. I tu na potwierdzenie takie hasło, które jeszcze w latach 80. w Niemczech Zachodnich funkcjonowało: lepiej być czerwonym niż martwym. Czyli zupełnie ustawione to było inaczej. Inaczej ustawiały to władze, te grupy, które zarządzały. Społeczeństwa widziały to zupełnie inaczej.
I mam wrażenie, że od tamtego czasu to się nie tylko nie zmieniło, ale pogłębiło. Współczesne społeczeństwa nie chcą brać udziału w takiej jakiejś jatce krwawej. Co więcej, analogię można znaleźć również w przeszłości. Starożytny Rzym. Im był bogatszy, im był bardziej nastawiony na wojny, ale gdzieś daleko. Kiedyś wcześniej obowiązkiem obywatela było brać udział, być w armii. Później zaczęto kupować ludzi, którzy zastępowali na przykład pierworodnych w tym obowiązku. A zatem to pewna prawidłowość. Im społeczeństwo bogatsze, im takie nastawione na indywidualny sukces, czy to finansowy, czy to intelektualny, tym sama społeczność staje się słabsza tak naprawdę.
[35:19] - Dokładnie tak. Mówiliśmy już o tym w zeszłym roku, jak ukazywała się książka „Siła psychohistorii”. Dwa eseje są kluczowe do tego. Asabija przede wszystkim. Asabija to jest ta solidarność grupowa, czyli zdolność dwojaka. Po pierwsze zdolność całej społeczności a psik musiałem zrobić. Zdolność społeczności do dostrzegania i osiągania kolektywnych celów. A drugim składnikiem jest zdolność jednostki do poświęcenia celów osobistych, aspiracji osobistych i własnego życia, dobrobytu dla dobra całej społeczności. I problem jest taki, że to jest nasza siła i słabość, nas, mówię reprezentantów cywilizacji Zachodu. Nie wliczam tutaj tej pani Kurdej-Szatan, bo to nie jest już cywilizacja Zachodu, tylko antycywilizacja.
Już nie będę wymyślał jakichś inwektyw. Natomiast o co chodzi? Chodzi o toŻe jednostki są pewną częścią, tak jak członki naszego ciała, ręce, nogi, jakieś narządy. Wszystko to służy osiągnięciu zbiorowej homeostazy, czyli zbiorowej zdolności do przetrwania. I teraz tu jest taki paradoks, który właśnie w tym eseju Asabiya zaprezentowałem, omawialiśmy, że w społeczeństwach słabych jednostki mogą realizować swoje egoistyczne cele i zachowywać się antyspołecznie, czyli w odwrotności do prospołeczności, realizować swoje indywidualne, samolubne, egoistyczne cele. Natomiast jeżeli społeczność wychowuje dużo takich osób, to ta społeczność jest słabsza niż społeczność, w której więcej jednostek jest w stanie poświęcić te swoje osobiste szczęście czy też nawet życie do tego, żeby ta społeczność przetrwała. Czyli mamy tutaj taki paradoks, dlatego że nasza cywilizacja zachodnia jest cywilizacją indywidualistów. Cenimy indywidualne życie, indywidualne wybory i wszystko toczy się wokół tych praw jednostki, przynajmniej propagandowo. Natomiast w związku z tym, że nie mamy tendencji do zachowań prospołecznych w tym sensie, to musieliśmy stworzyć niezwykle skuteczne, jeśli chodzi o dyscyplinowanie podwładnych, struktury dowodzenia wojskiem, czyli całe te systemy rang, całe systemy wymuszające posłuszeństwo pod rygorem kar, nagradzające za czyny prospołeczne, czyli za bohaterstwo za pomocą orderów, jakiegoś szacunku, oddawania czci weteranom i tak dalej. To wszystko są instytucje wymyślone na Zachodzie, dlatego że właśnie brak tej immanentnej zdolności do kolektywizmu, bo nie jesteśmy, podkreślam jeszcze raz, nie jesteśmy kulturą, cywilizacją kolektywistyczną, tylko indywidualistyczną.
Wszystkie te instytucje nie miały szans powstania w kulturach kolektywnych, takich jak chińska, dlatego że nie były w takim stopniu potrzebne. I tutaj tkwi właśnie ten paradoks. Zresztą w innej książce, właśnie na początku tego eseju „Wojny są potrzebne" przytaczam takie świetne opowiadanie fantastycznonaukowe. Ono się nazywało... Zaczekaj. O rany! Jak to było? Zapomniałem. Widzicie? Naturalna przewaga.
Szybciutko opowiem. Było tak, że na Ziemię przyleciał wielki statek kosmiczny obcych. Za pomocą przejścia hiperprzestrzennego się przedostali, znaczy technologii hiperprzestrzennej, ale byli w stanie wykonać, zbudować taki okręt poruszający się w hiperprzestrzeni, dlatego, że mieli szósty zmysł, dodatkowy zmysł, który pozwalał im widzieć pewne zjawiska kwantowe i dzięki temu odkryli po prostu te zjawiska i za pomocą ich, że tak powiem, rozeznania się w nich byli w stanie osiągnąć, wygenerować odpowiednią technologię. Natomiast Ziemianie nie mieli tego szóstego zmysłu i w związku z tym byli skazani na to, że byli na jednej planecie. Niestety Słońce zmieniało się w nową, dlatego właśnie ci obcy przylecieli w ogóle. Zna pan to opowiadanie? Natomiast muszę zdradzić zakończenie. Cholera. Jak ktoś nie chce, bardzo polecam, żeby nie chcieć. To niech zatka uszy albo przestanie nas słuchać, ale tylko na minutę oczywiście.
Wcześniejsze odcinki proszę wysłuchać, jak ktoś nie dosłuchał, a przyszłe też proszę słuchać. Natomiast uwaga, start! Jedna minuta. Natomiast potem było tak, że ci obcy sobie odlecieli. Ziemianie otrzymali tą technologię i po dwóch czy trzech dekadach gigantyczny, absolutnie imponujący kosmolot przyleciał na planetę macierzystą tych obcych. I tym gigantycznym, imponującym kosmolotem dowodzili właśnie Ziemianie. Ale dlaczego im się udało? Dlatego, że ponieważ nie mieli Ziemianie, czyli my ludzie, nie mieliśmy tego szóstego zmysłu, to do tych wszystkich zjawisk kwantowych, które tamci w sposób naturalny zupełnie odkryli, musieliśmy dojść za pomocą matematyki i generalnie budowania modeli mentalnych, czyli budowania hipotez i teorii naukowych, dzięki czemu zdołaliśmy zgłębić te prawa daleko lepiej niż tamci obcy, którzy jakoś tam dokuśtykali za pomocą tej swojej naturalnej przewagi. Czyli paradoksalnie tą naturalną przewagą my dysponowaliśmy dlatego, że zostaliśmy zmuszeni do wykształcenia całej gigantycznej machiny naukowej, która pozwoliła nam posiąść daleko doskonalszą technologię hiperprzestrzenną. Koniec minuty.
Mam nadzieję, że nie przejechałem za daleko. Także witam wszystkich ponownie. Więc proszę zobaczyć, na tej samej zasadzie, przenosząc ten mechanizm naturalnej przewagi, dlaczego kultura Zachodu okazała się tak o wiele bardziej efektywna niż wszystko to, co powstawało w innych miejscach na Ziemi? Dlaczego Europejczycy zdominowali? Dlaczego wszyscy kopiują mechanizmy kulturowe europejskie, a nie odwrotnie? Odwrotnie też, ale generalnie w czasach nowożytnych, ostatnich 200, 300 lat właśnie było tak, że to my byliśmy wzorem, który był kopiowany. Właśnie dlatego, że brak naturalnych zdolności do kooperacji i do kolektywnego osiągania celów, jakie... Przepraszam, powtarzam cały czas słowo naturalne. Jakie naturalne posiadano w cywilizacjach czy też kulturach kolektywistycznych zmusiło nas do wypracowania mechanizmów, obyczajowości, praktyk, struktur dowodzenia w armii, prawodawstwa pozwalającego uruchomić tą ultrakooperację. To moje ulubione słowo i zawsze powtarzam, mam nadzieję, że za każdym odcinkiem.
Kiedy mieliśmy te instytucje wszystkie wypracowane w toku ewolucji kulturowejStaliśmy się po prostu niepokonanymi w czasie dominowania nad całą resztą świata, począwszy od okresu wielkich odkryć geograficznych. Ta naturalna przewaga i naturalna słabość to są terminy, że tak powiem, wymienne i nie do końca oczywiste, bo może być zupełnie na odwrót niż nam się wcześniej wydawało, że nasza słabość może być naszą siłą, dlatego że może nas zmobilizować do tego, że siądziemy i wymyślimy jakąś metodę, która sprawi, że jesteśmy w stanie nadrobić te naturalne braki samodyscypliną, zdolnością poświęcenia grupowego. To jest to, czego nam brakuje. To, co mówiliśmy wcześniej, że jesteśmy zdegenerowani, tak jak Rzymianie wcześniej, upadając. Wracając już do tematu dowódcy, bo zaraz pewnie kończymy. Ostatnia cecha, jaką dzisiaj omówimy. Dowódca ma zdolność pokazywania swoim podwładnym, że mogą dać z siebie więcej i pokazanie im, że mogą się pokazać wszystkim innym z lepszej strony niż dotychczas to robili, żeby tą swoją doskonałość żołnierską, żeby swoją odwagą pokazać innym, że są lepszymi ludźmi albo że potrafią osiągnąć więcej wspólnie, wspólnymi siłami. Albo cytując agenta Dołu: „Z wiarą i dyscypliną Kortezjańczycy nie zginą”. Dowódca jest w stanie natchnąć ludzi właśnie tą siłą, pokazaniem im tego, że mogą co prawda umrzeć, bo wrogów jest więcej, ale umrą z honorem i umrą lepsi od tych wrogów, bo ci wrogowie pokonali nas liczebnością, a my mimo tej przewagi liczebnej przeciwnika zginęliśmy, ale pokazaliśmy, że potrafimy więcej, niż się ten przeciwnik spodziewał.
[44:22] - Panie Piotrze, rzeczywiście gdzieś zbliżamy się do końca, ale ja chciałbym pana namówić jeszcze na próbę analizy czegoś, co nazwałbym teorią spiskową. Bo jak to jest, czy to, co w tej chwili obserwujemy, czyli takie ewidentne próby wycofania się Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej ze zjawiska zwanego demokracją. Przejawy tego w razie czego mogę przytoczyć, ale czy takie przejawy to nie jest najlepszy dowód na to, że tak naprawdę te kraje przygotowują się do wojny bardzo odległej, ale jednak. Czyli trzeba spacyfikować społeczeństwa, wybić im z głowy tym razem już nie dekadencję, a może przy okazji też, ale to myślenie indywidualistyczne. Bo żeby ludzi zapędzić do koszar i zapędzić do armii, to demokracja się do tego za bardzo nie nadaje. Lepiej urządzić jakieś rządy autorytarne.
[45:30] - Rządy autorytarne tak, ale niestety ja bym się zgodził z taką hipotezą, że te rządy mogą celowo formatować nas, ludzi tutaj cywilizacji zachodniej, do tego, żebyśmy zachowali się bardziej kolektywnie. Czyli koniec z demokracją, wolnością słowa, indywidualizmem. Ale mógłbym się zgodzić, gdyby nie to, że sposób, w jaki ewidentnie chcą nas zaformatować, uformować naszą psychikę, czyli nasz system motywacyjny przede wszystkim sprawia, że jest nas łatwo pokonać. Tracimy tą siłę jednocześnie kolektywnego działania, bo jesteśmy skłóceni ze sobą. To przecież to, co robił Putin w jesienią 2021 roku. Putin razem ze swoją kochanicą panią Kurdej-Szatan, która z jego strony prowadziła kampanię przeciwko Straży Granicznej. To wszystko byłoby fajnie, ale właśnie nie jesteśmy w stanie stawiać oporu tym siłom, które chcą zniszczyć Zachód na poziomie indywidualnym i grupowym. Więc to przekonuje, że nie jest zbudowana nasza siła niezbędna do tego, żebyśmy stawili czoło jakiemuś przeciwnikowi. Teraz mamy okres, czy też erę wojen hybrydowych tak zwanych, czyli wojen tak zwanych spiritual war, czyli duchowych. Więc w takiej wojnie, żeby przeważyć, trzeba jakąś siłę duchową reprezentować.
A jeżeli naród składa się z jednostek, które tylko w 15% są gotowe, że tak powiem, stać w obronie społeczności i państwa, które ta społeczność stworzyła i pilnuje, to jest sprzeczne właśnie po prostu.
[47:13] - Panie Piotrze, à propos pani Kurdej-Szatan, to nie do końca się z panem zgodzę. Moim zdaniem to, że pan ją tak ocenia, to oczywiście pańska ocena. Natomiast mnie się wydaje, że to właśnie przejaw indywidualizmu, o którym mówiliśmy. Po prostu pani doszła do wniosku, nie analizując specjalnie faktów, że źle się dzieje i dała temu wyraz po prostu. To może jest jakaś nauczka, żeby nie mówić o rzeczach, o których wie się mało albo które czuje się tylko i wyłącznie w cudzysłów „sercem”. To tyle miałbym do powiedzenia. Natomiast odwołując się do sprawy tej teorii spiskowej, to mnie się wydaje, że to dopiero pierwszy krok. To takie przeformatowanie nas z demokracji na inne autorytarne formy sprawowania rządów, to dopiero pierwszy krok do tego, żebyśmy się stali może już właśnie nie mięsem armatnim, a potencjalnie sprawną i dobrą do wykorzystania armią. Nad tym dopiero trzeba będzie pracować, ale łatwiej jest pracować nad tym, kiedy ma się takie narzędzia w postaci braku demokracji.
[48:26] - Trudno mi to skomentować, przekonamy się. Natomiast z mojego punktu widzenia, z punktu widzenia tego, co wiem, jest niszczona w nas zdolność do osiągania kolektywnych celów. Tu odwołam się do tej definicji asabiji, czyli solidarności społecznej.
[48:43] - Okej, chociaż mówię, ja podejrzewam, że na razie jest niszczony przez status quo, czyli to, co w tej chwili istnieje. Zastanawiam się, czy to nie jest bardziej taka mroczna teoria, że właśnie w tym celu, żeby to wyeliminować, mówiąc krótko bierze się nas za mordę. Tak bym to ujął najbardziej delikatnie. Okej, panie Piotrze, właśnie wiem, o co miałem pana zapytać. To opowiadanie, o którym pan wspomniał. Czy pan może pamięta autora? Bo sobie w tak zwanym międzyczasie szybko zarzuciłem sieć w sieci i nie mogę znaleźć tego opowiadania.
[49:21] - Tak. Angielski tytuł to jest „Natural Advantage”, czyli naturalna przewaga, a opowiadanie było w tomie „Don Wilhelm proponuje 1977”.
[49:31] - No dobrze.
[49:32] - Nie było tego po polsku, więc wersja angielska tylko i wyłącznie niestety.
[49:36] - Okej. Ale już przynajmniej wiadomo, gdzie szukać. Panie Piotrze, pięknie dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[49:43] - Do usłyszenia.
[49:45] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.