[00:01] - Telegram z krańca świata. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[00:07] - Dzień dobry, bardzo pozdrawiam z Tajwanu, który szykuje się, kiedy Zachód upadnie, kiedy Chiny upadną, żeby zostać ostatnią ostoją ludzkiej cywilizacji na Ziemi, odbudować wielkie Gwiezdne Imperium i podbić przynajmniej jedną trzecią galaktyki, nawet może jedną drugą.
[00:24] - Tak się zastanawiam, bo to jakieś nowe teorie dziejowe. W każdym razie myślę, że pogłoski o szybkim upadku Zachodu i Chin-
[00:38] - Były mocno przesadzone.
[00:40] - Wydają się mocno przesadzone, ale dobrze, zostawmy to na boku. O co tak naprawdę chodzi z tym Tajwanem, który stanie się Gwiezdnym Imperium? Wszystko oczywiście przenośnia.
[00:52] - Bardzo prosta rzecz. Na początku przyszłego roku są wybory prezydenckie. Dochodzi do władzy z całą pewnością partia ekspansjonistyczna. I szykujemy się już na podbój przynajmniej tej przestrzeni w promieniu 10, 20 lat świetlnych. Także trzeba będzie zakasać rękawy i pracować zgodnie z tym starożytnym chińskim fragmentem sztuki, dramatu z początków dynastii Yuan, czyli dynastii mongolskiej w XIII wieku. Był taki gatunek sztuki. Jednym z słynniejszych fragmentów było: „Gdy kraj prosperuje, ludowi ciężko, gdy kraj upada, ludowi ciężko”. Czyli niezależnie, co się dzieje, czy do władzy dochodzą jedni, czy drudzy, tak jak w Polsce tutaj się szykuje jakaś być może zmiana, być może jednak zostaniemy przy naszych ukochanych przywódcach, to w Chinach jest dokładnie to samo, że państwo po prostu żyje kosztem, wysiłkiem wszystkich swoich obywateli. Był nawet zresztą taki fiński film chińskiej grupy miłośników space opery. Nie pamiętam, jak się nazywał ten film.
Stworzyli coś świetnego, coś w stylu parodii „Star Treku”. Polegało to na tym, że Finlandia zbudowała statek kosmiczny, który wyglądał tak jak właśnie Enterprise ze „Star Treku” i zaczęły się gwiezdne bitwy. Pamięta pan tytuł?
[02:15] - Nie, niestety.
[02:17] - Generalnie to było bardzo dawno, chyba z 15 albo i 20 lat temu. Film w pierwszej wersji, którą zrobili, jak nie byli jeszcze sławni, był po prostu fenomenalnie śmieszny. A potem zrobili drugą wersję, jak już mieli pieniądze i był wyraźnie mniej śmieszny. Powycinali zresztą niektóre sceny. Natomiast wracając do rzeczy, będziemy dzisiaj mówić o gwiezdnych bitwach, czyli o tym, w jaki sposób autorzy wyobrażali sobie, jak takie bitwy będą przebiegały. I na początek, jak zwykle zastosuję taki ambush journalism, czyli z zaskoczenia zadawanie pytań. Panie Marku, pana ulubiona bitwa kosmiczna w literaturze, nie licząc swoich własnych powieści oczywiście.
[02:59] - Aż tak mi jeszcze ego nie urosło, żebym swoje własne przytaczał.
[03:03] - Zaraz urośnie.
[03:05] - Oczywiście, przecież ja się już szykuję na to. Jak mi się ego będzie rozdymało, to będę musiał specjalnym samochodem dowozić swoje ego osobno. W każdym razie, jeśli chodzi o takie kosmiczne bitwy, to ja lubię... Wie pan, ja jestem jednak niereformowalny. Ja lubię te, trudno nazwać właściwie bitwami, bo tam były bardziej potyczki, ale te rzeczy, które się odbywały u Colina McCapa w „Zapomnij o Ziemi”. Tam są raczej takie drobiazgi, tam nie ma jakichś wielkich, gigantycznych bitew, ale ja to lubię mimo wszystko, bo oczywiście można te nowsze space opery przytaczać i tam się tego dzieje więcej, ale ja nie jestem przekonany. Bo powiem tak: większość autorów space oper pisze to troszeczkę tak, jakby wzięło sobie opis bitwy z II wojny światowej, bitwy morskiej i troszeczkę to przekładając, troszeczkę to kulając i robiąc z tego taki kosmiczny pejzaż przedstawiają bitwę. To nie zawsze mi odpowiada. Co więcej, bardzo często statki kosmiczne na okręty kosmiczne określonej klasy, czyli są te pancerniki, są jakieś inne jednostki o porównywalnej nazwie. I to mi się niekoniecznie podoba.
Z filmów lubiłem jak się strzelali, bo trochę się strzelali-
[04:37] - Widziałem, przyznał się pan
[04:39] - Tak, oczywiście. Jak się strzelali w kosmosie w „Battlestar Galactica” i to w tym starym z lat 70., jak i w tym nowym serialu również.
[04:50] - Jasne. A czy jest jakiś aspekt tych bitew, który jakoś specjalnie pan utkwił, że tak rzeczywiście powinno być w przestrzeni kosmicznej? Czy któryś autor trafił w pana wyobrażenie, czyli były zbieżne tego autora właśnie z pańskimi?
[05:06] - Wie pan, ja to traktuję jako jednak element rozrywkowy. Sam fakt, że dołącza się tam dla celów widowiskowych elementy dźwiękowe, jakieś inne tego rodzaju, w „Gwiezdnych wojnach” chociażby też tego rodzaju rzeczy występują. To wszystko sprawia, że mnie jest trudno, przynajmniej w filmach, traktować to tak zupełnie śmiertelnie poważnie. To raczej jest element, dla mnie przynajmniej, element widowiskowości danego filmu. Ja się zrewanżuję pytaniem mimo wszystko, bo się inaczej rozpęknę, nie będę mógł wytrzymać. Bo mam takie wrażenie, być może mylne, że my z takich rozważań strategicznychPrzeszliśmy dzisiaj na rozważania taktyczne. Czy mnie intuicja myli, czy coś w tym jest?
[06:03] - Raczej nie tyle myli, tyle zastanawiam się, w jaki sposób sformułować jakieś jak najbardziej ogólne warunki zwycięstwa w jakiejś potyczce sił kinetycznych, że tak zacytuję nomenklaturę czy też slang, którym popisują się nasi geopolitycy. Zastanawiam się właśnie biorąc pod uwagę taką definicję, czym jest broń. To jest urządzenie do manipulowania energią. To jest z książki „Luna to surowa pani” Roberta Heinleina. Tam była mowa o takiej wyrzutni elektromagnetycznej, która wysyłała barki z ziarnem hodowanym na Księżycu w kierunku Ziemi. Już nie będę tego streszczał za bardzo, dlatego, że tam nie było bitew kosmicznych za bardzo, oprócz jednej naprawdę fajnej, ale krótkiej. Natomiast chodzi o to, że w jakiś sposób musimy naszymi efektorami, czyli naszą bronią, zniszczyć przeciwnika, czyli zniszczyć jego okręty bądź wyeliminować załogę z dalszej gry. W jakiś sposób można to zrobić, powiedzmy, za pomocą technologii, która jest dostępna nam dzisiaj. W przestrzeni kosmicznej możemy albo posługiwać się wiązkami skupionej energii, czyli laserami na przykład, albo możemy wysyłać pociski kinetyczne, czyli zbudowane ze zwykłej materii, które ze względu na różnicę prędkości będą po prostu zabójcze dla floty przeciwnika. Tutaj coś takiego trafiło na mój celownik w książkach Harry'ego Harrisona.
Nie przypomnę, taka trylogia była „Ku gwiazdom”. Dobrze powiedziałem, czy odwrotnie, czy „Ku Ziemi”?
[07:54] - „Ku gwiazdom”.
[07:55] - Taki był trzytomowy cykl.
[07:56] - Tak, „Ku gwiazdom”, ale tam się wiele na planecie działo. Przypominam, że to Izraelczycy byli i jakoś szli po planecie, jechali takim-
[08:09] - Pociągiem.
[08:09] - Czymś takim jechali tam, żeby się przedostać. Ja właśnie bitew to nie pamiętam, ale być może pamięć mi nie dopisuje.
[08:16] - Nie dopisuje, za co strasznie przepraszam, że to mówię publicznie. Dlatego, że w trzecim tomie tej trylogii było tak, że ci ludzie wygnani na tą planetę, co było osobną treścią tych dwóch pierwszych tomów, wrócili na Ziemię, żeby skonfrontować się z jej ówczesnymi właścicielami.
[08:36] - To taki patent. Faktycznie, gdzieś mi to umknęło.
[08:41] - Właśnie i w trzecim tomie było tak, że te dwie floty zbliżały się do siebie i była to świetnie pokazana broń, ten gatlingan, czyli coś, co jest zupełnie prymitywne i nam dostępne, czyli karabiny maszynowe o wysokiej szybkostrzelności, które wysyłały po prostu odpryski materii, czyli krótko mówiąc pociski, ale z tak gigantyczną prędkością, dlatego, że te dwie floty się zbliżały, że doprowadziło to do katastrofalnego dla... Nie wiem, czy mogę powiedzieć strony. Nie powiem strony, bardzo przepraszam. Pewnie się łatwo i tak domyślić. Natomiast problem polega na tym w tego typu bitwach, w bitwach opisywanych w powieściach science fiction, że po pierwsze nie rozumiemy konwencji, w jakiej się rozgrywają bardzo często, dlatego, że najczęściej pojawia się jakaś nowa broń, która nieznana jest albo czytelnikowi, albo nieznana jest jeszcze stronom konfliktu, który jest toczony. I następuje pewne koncepcyjne zaskoczenie, które doprowadza do tego, że bitwa zostaje wygrana. I takim głównym prawem toczenia bitew jest właśnie takie następujące prawidło. Trzeba wprowadzić do gry czynnik, który nie był wcześniej konceptualizowany ani przewidywany przez przeciwnika. Dzięki temu jego plany obrony czy też plany interakcji z nami, bojowej interakcji, stają się bezużyteczne. Inaczej doprowadziliśmy ten tak sformułowany problem do pojęcia czarnego łabędzia, o którym mówiliśmy już wcześniej.
[10:16] - Tak. A mówiąc jeszcze o bitwach, to pragnę dodać, że ich widowiskowość na różnego rodzaju obrazach made in Hollywood jest jeszcze fajna, natomiast pewną trudność sprawia zarówno w filmach, jak i w książkach trójwymiarowość takiej bitwy. Bo na morzu wszystko było proste, łatwo to było nawet śledzić na różnego rodzaju mapach czy też wyświetlaczach. Natomiast troszkę się śmieję i to na przykład w „Enderze” było fajnie rozwiązane, natomiast w takich przeciętnych produkcjach space operowych, oni też na płaskim ekranie śledzą, jak się te floty zbliżają i w ogóle nie widać przestrzenności tego układu. To jest słabe, mówiąc szczerze. To fakt, że to się zdarzało głównie w tych pierwszych sfilmowanych space operach. Chociaż jak się tak dobrze zastanowić, na swojego konika wsiadłem, to historia space opery sięga ho, ho! A na pewno filmowej to lat 30., co może być zaskakujące, wtedy się pojawiły takie obrazy jak „Flash Gordon”, ale nie ten z 80. lat z muzyką Queenów, tylko w 30. latach po raz pierwszy w takiej serii był Flash Gordon sfilmowany.
Kilku podobnych bohaterów się pojawiło. Ja tylko przypomnę, że ten Flash Gordon miał tych przygódPrzesadzam. Miliony po prostu, ciągle był czymś zajęty. Takie rzeczy sobie pozwoliłem wrzucić. A jeszcze przypomniałem sobie, że lubię taką space operę w wielu tomach, a w dodatku się nowe pojawiają, bo najpierw był cykl, który nazywany był „Zaginiona flota”. To był cykl Jacka Campbella, ale oczywiście trudno było wytrzymać i teraz powstaje, a w każdym razie w Polsce jest wydawany kolejny cykl „Zaginiona flota: Genesis” czy coś takiego. W każdym razie początki zaginionej-
[12:31] - Czyli na sukcesie dopisuje jeszcze jakiś-
[12:34] - A pan by nie dopisywał? Ja się zdeklaruję: ja bym dopisywał.
[12:41] - Pozwalam sobie zaprzeczyć. Miłym przyjacielem mi jest Żelkowski, ale prawda milsza. I właśnie to jest taki wielki dylemat pisarza, bo napiszesz książkę, która się zaczyna świetnie sprzedawać i chce zarobić jeszcze trochę więcej na tym samym temacie, który ma jakoś opanowany warsztatowo, koncepcyjnie. I wychodzi z tego coś, co można porównać do Davida Brina, jego pierwsze powieści, przede wszystkim jedna bitwa kosmiczna, która była fenomenalnie opisana w „Wojnie wspomaganych”. Bardzo wszystkim polecam tą książkę. Jest tam świetnie zarysowany konflikt galaktyczny. Jest jedna z moich ulubionych wizji. Brin ma wielki talent do tego, ale problemem jest to, że potem zaczął pisać książki, które miały po 600, 700, nie wiem ile stron się przekłada na polskim wydaniu, bo dawno nie widziałem wersji papierowej. Natomiast potem po prostu leje wodę, dlatego, że redaktorzy nie zmuszają go do skracania. A sztuka pisania to sztuka skreślania, czyli do minimalizowania objętościowo wszystkiego po to, żeby nie zanudzić czytelnika.
Tak jak teraz, bo ostatnio jest „Indiana Jones 5” w kinach, ponad dwie godziny trwa film. I pojawiły się głosy, że po przedpremierowym wyświetleniu na festiwalu w Cannes ludzie po prostu wymiękali, komentowali, ziewali, narzekali, że się dłuży. Identyczny problem był Neila Stephenсона książki, z których ja przynajmniej – zaraz się pana Marka spytam, co jemu się podoba. Jak to się nazywało? Ten o szyfrach. Zaraz sprawdzę. Generalnie on napisał dwie książki. „Diamentowy wiek”, dobrze przekładam na język polski?
[14:33] - Chyba tak.
[14:34] - I jeszcze „Zamieć”. To są dwie książki absolutnie kultowe. Jeżeli ktoś jeszcze tego nie czytał, to mniejszym zadaje pracę domową, żeby przynajmniej jedną z tych książek Neila Stephensona. Ma fascynujące, buszujące w głębinach najgłębszej filozofii naszej cywilizacji pomysły i są po prostu fenomenalne. Trzeba przebudowywać całe swoje obrazy mentalne w głowie poukładane już po to, żeby dopasować się do wiedzy, którą on nam przekazuje. Natomiast w jego późniejszych książkach nastąpiło dokładnie coś podobnego do tego, co zrobiło się z Davidem Brinem, czyli nikt go nie śmiał zdyscyplinować do skracania i z książek, które powinny mieć po 300, 400 stron, robiły się molochy, które miały dwa razy tyle. Nie dało się tego czytać. Próbowałem, przyznaję i się poddałem.
[15:25] - Tak. „Zamieć” to książka, która zyskała sobie miano kultowej, ale tak się zastanawiam, ona ma coś wspólnego z bitwami kosmicznymi? Ona mi się bardziej z takim wirtualnym światem trochę kojarzy.
[15:46] - Tak, zgadza się. Z bitwami rzeczywiście nie ma nic wspólnego. Ja tak zrobiłem dygresję od Davida Brina, który miał talent do bitew kosmicznych i generalnie świat, który stworzył, świat, który zapoczątkowany został tą wojną wspomaganych, dla mnie jest fantastyczną wręcz konstrukcją. Jakby ktoś nie wiedział, porządki społeczne w galaktyce polegały na tym, że były dziesiątki ras, których prestiż zależał od tego, ile te poszczególne rasy wspomogły gatunków nierozumnych do poziomu rozumności. I ludzkość skontaktowała się, stała się częścią społeczności galaktycznej wtedy, której wspomogła już dwa gatunki, czyli delfiny i szympansy. Szympansy, jak ktoś nie wie, jak są wspomagane jeszcze, wahają się na krawędzi kompletnej dzikości, w miarę to przesadzam, ale ludzi czy też istot pretendujących do miary rozumności, to proszę sobie włączyć transmisję z Sejmu. Wiedział pan, że dojdę do tego, prawda? Mniej więcej tak to wyglądało. Ale problem polegał na tym w tej galaktycznej społeczności, że wspomożenie dwóch gatunków to było już niebywałe osiągnięcie podnoszące dramatycznie status danej rasy rozumnej, czyli ludzi w tym wypadku. Natomiast ludzkość po prostu teoretycznie powinna być rasą z zerowym dorobkiem, a była już z dwoma i wtedy stała się częścią tej społeczności z wysokim statusem, czego wszyscy ludzkości zazdrościli i wszyscy ci szczęśliwie wcześniej posiadający swój status zasłużony przez miliony lat istnienia, Ziemianie już mieli na to od ręki.
Więc to było jedną z takich przyczyn ideologicznych, które leżały u podłoża wojny ludzkości z innymi rasami. To było fascynującym wręcz pomysłem.
[17:41] - Tak panie Piotrze, ale tak cały czas czuję się zaniepokojony, bo zastanawiam się, czym mnie pan za chwilę zaskoczy, bo tak sobie gwarzymy tutaj o kosmicznych bitwach, o fantastyce.A dokąd tak naprawdę zmierzamy?
[17:56] - Niczym, przysięgam. Ja jestem człowiekiem niezwykle prostolinijnym. Nigdy bym nie pomyślał, żeby jakikolwiek fortel zastosować albo zaskakiwać generalnie osobę, która nie byłaby w pełni przygotowana i uzbrojona w możliwe odpowiedzi.
[18:17] - Nie wiem, jak się śmiać po chińsku, więc się nie zaśmieję. Mogę się zaśmiać ewentualnie po polsku.
[18:25] - Odwrotnie po prostu. „Ach, ach, ach” trzeba krzyczeć. O właśnie, widzę to. Dobrze. Wracając już ściśle do bitew. Innymi takimi bitwami, których jeszcze nie wspomnieliśmy. Wspomnieliśmy o książkach, które też wszystkim polecam, jeżeli jeszcze nie czytali. „Luna to surowa pani” Roberta Heinleina. Tam jest pokazana wojna w sposób naprawdę mistrzowski, absolutnie mistrzowski. Wojna jako zjawisko będące częścią naszego życia społecznego, pewnym etapem życia społecznego.
Dlatego, że wojny są potrzebne, jakby ktoś nie wiedział. W eseju pod tytułem właśnie „Wojny są potrzebne, ale nie byle jakie wojny”. I to teraz zróbmy tak, że ja wrzucę ten PDF dla wszystkich. Jak ktoś jeszcze nie nabył książki „Siły psychohistorii”, żeby sobie przeczytał, czyli na stronie chiny.pl/telegram, dzień wcześniej niż ta audycja trafia tutaj do publikacji. Także jak będziecie słuchać to już to tam będzie. Natomiast cała filozofia wojny, jeżeli autor potrafi to wygenerować na kartach swojej nawet jednej powieści, to jest gigantyczna praca koncepcyjna, dlatego że to wszystko musi się spinać. W tym sensie, że ten konflikt, który jest toczony, musi mieć jakieś podłoże ideologiczne, musi mieć w jakiś sposób pokazane, że są siły i kontrsiły, których zderzenie, których konfrontacja w postaci wojny właśnie jest absolutnie nieuchronna. Ja chciałem powiedzieć to sformułowanie: to są siły psychohistorii, czyli coś, co postrzegamy jako bardzo trudne do odwrócenia, a może nawet po prostu niemożliwe do odwrócenia albo do wyhamowania. Dlatego, że ludzkim działaniem pojedynczych ludzi nie mamy dostatecznej inercji do tego, żeby zmienić kierunek tych pędzących wydarzeń. Natomiast tak, „Luna to surowa pani”.
Mówiliśmy „Ku gwiazdom” Harry'ego Harrisona. Mówiliśmy o „Wojnie wspomaganych” Davida Brina. To jest stara fantastyka, ale absolutnie mistrzowska, jeśli chodzi o właśnie to, w jaki sposób autor skonstruował konflikt. Zwróćcie uwagę, że dobrze zrobiony konflikt pokazuje tą warstwę filozoficzną. To znaczy na zewnątrz to, co widzimy, to strzelają się statki kosmiczne i Piotr Plebanek i Marek Żelkowski po prostu się cieszą, że coś tam się miga i strzela, i są wybuchy i jeszcze w kosmosie je słychać, to tym bardziej jesteśmy zadowoleni, mimo tego, że wiemy, że to jest nie do końca zgodne z nauką. Ale trzeba sobie audioizować, nie tylko wizualizować to, co się dzieje. Natomiast w głębi tych konfliktów są zawsze właśnie jakieś głębokie powody. W tej serii Davida Brina o wojnie wspomaganych zarysowałem, że ideologicznie, statusowo nas nienawidzili, nas ludzi, dlatego, że osiągnęliśmy wysoki status w sposób, który był wcześniej niepraktykowany. Czyli bardzo młoda rasa właśnie zrealizowała dwa wspomagania i nie zasługują po prostu na to. Więc trzeba się z nimi bić, czyli znaleźć jakiś pretekst do tego, żeby użyć przeciwko nam siłę.
Identyczna sytuacja jest zarysowana właśnie w „Luna to surowa pani”. Co mamy na Księżycu? Na Księżycu mamy kolonię skazańców, z których większość mieszkańców tej kolonii księżycowej została już po wyroku na Księżycu, bo nie mogli wrócić ze względu na zmiany fizjologiczne w ciałach między innymi. Więc większość ludzi, którzy mieszkała na Lunie, była ludźmi wolnymi i oni chcieli się uniezależnić od Ziemi, a byli uzależnieni całkowicie gospodarczo ze względu na to, że byli w obiegu zamkniętym produkcji ziarna na Księżycu, co było w tamtej sytuacji pokazane jako ten mechanizm ekonomiczny dający im prawo istnienia w ogóle całej tej kolonii ludzi wolnych na Księżycu. Jakiś mechanizm musi istnieć. Ale proszę zobaczyć, co się dzieje. Nagle ci ludzie, którzy byli de facto więźniami na tym Księżycu, byli całkowicie pozbawieni swojej własnej sprawczości, czyli zdolności decydowania o własnym losie. Nagle wygenerowali kontrsiłę. Kontrsiła polegała na tym, że stwierdzili, że poważą się na próbę zdobycia niepodległości. Cała książka zresztą jest taką paralelą rewolucji amerykańskiej, czyli zdobycia niepodległości przez Stany Zjednoczone, niepodległości od Imperium Brytyjskiego.
Więc Amerykanie czy Anglicy, którzy to czytają, generalnie patrzą na tą książkę zupełnie inaczej. No chyba że my Polscy czytelnicy rozumiemy w jakiś sposób tamte wydarzenia, to jesteśmy w stanie w jakiś sposób głębiej w to wejść. Natomiast co jest istotne, mówiliśmy cały czas o rozmaitych ideologiach, o tym, jak budować imperium, jak niszczyć imperia, ale nie mówiliśmy jeszcze właśnie o bitwach. O bitwach, które dochodzą, które mają miejsce dlatego, że nie jest możliwe dla stron rozładowanie konfliktu, czyli osiągnięcie jakiejś nowej równowagi sił, które by satysfakcjonowały obie strony.I to jest takim mykiem, punktem szczególnym, którego trzeba szukać we wszelkich konfliktach historycznych, jakie miały miejsce w przeszłości, jakie mają teraz i jakie będą. Tak będzie zawsze. Jeżeli będzie jakaś wojna kinetyczna, to ma ona niezwykle głębokie podłoże w kwestiach albo ideologicznych, albo tożsamościowych, albo cywilizacyjnych. Tak jak konfrontacja była ruchem krucjatowym, a islamską inwazją na teren półwyspu europejskiego, który był chrześcijański, prawda? Co się stało w tamtym okresie? Powstał napor muzułmański. Natomiast na terenie europejskim dzięki Kościołowi katolickiemu powstała kontrsila właśnie, czyli siła zdolna zmobilizować rozbity politycznie obszar europejski do tego, żeby stworzyć ponadnarodowy wysiłek wojenny mający na celu co?
Stępienie tego muzułmańskiego ostrza. Pamiętajmy, że to był okres, w którym Półwysep Iberyjski był praktycznie w całości zajęty przez muzułmanów, niemalże wyparty. Rekonkwista się dopiero zaczynała. Przecież skończyła się dopiero pod koniec XV wieku. Natomiast od strony Bałkanów, od strony miejsc, gdzie teraz jest Turcja, która też przecież kawałkiem swojego terytorium wchodzi na teren Półwyspu Europejskiego, to wszystko było pewną siłą, która sunęła dzięki napędowi gospodarki, przemysłu wojennego, rozwoju generalnie nauki i technologii. Mieli oni nad nami przewagę. I teraz to, co Kościół zorganizował, zresztą wspominałem o tym w „Siłach psychohistorii", jak ktoś pamięta esej pod tytułem „Chrześcijański projekt cywilizacyjny", to Kościół katolicki skonstruował niezwykle skomplikowaną strukturę społeczno-polityczną pozwalającą zbudować tą ultrakooperację w postaci zbudowania kontrsyły, czyli ruchu krucjatowego, za pomocą którego poruszenie ideologiczne, czyli religijne, mówiąc dokładnie, cała kampania propagandowa mająca zachęcić ludzi do odratowania Ziemi Świętej czy świętych miejsc spod władzy muzułmanów, czy też spod władzy władców islamskich. To wszystko było niezwykle wyrafinowanym, długo koncypowanym i dostrajanym ruchem polityczno-cywilizacyjnym mającym wytworzyć kontrsilę, która miałaby obronić ten nasz obszar cywilizacyjno-kulturowy. I oczywiście władzę Kościoła, który był de facto politycznie zarządzającym nawet w dużej części całym tym terytorium podmiotem. I proszę zobaczyć, że to, co się wtedy działo, było rodzajem powszechnej mobilizacji, rodzajem stworzenia ponadpaństwowej organizacji pod oczywiście kontrolą Kościoła katolickiego rezydującego w Rzymie, który był ruchem czysto defensywnym.
Przepraszam, może rzeczywiście źle powiedziałem. Nie ma czegoś takiego jak czyste intencje obronne, defensywne. Natomiast generalnie z całą pewnością było to, co już powiedziałem, kontrsilą. I teraz wracając już do słynnych bitew, czyli przechodząc do bardziej skali taktycznej i operacyjnej z tej skali największej, czyli funkcjonowania imperiów, to, co dzieje się w bitwach na mniejszą skalę, jest dokładnie czymś odpowiadającym. Stają na siebie dwa państwa, które generują siłę militarną, czyli dostarczają rekruta, czyli wytwarzają broń, w którą ten rekrut jest wyposażany, czy produkują elity, które mają swój żywotny interes finansowy, często połączony z interesem całego państwa, prawda? W czasach historycznych, w czasach feudalnych wszyscy władcy feudalni, arystokracja była poddanymi króla. Król był tym najważniejszym w hierarchii. Jak te mechanizmy były budowane? W dość elementarny sposób. Król za bohaterskie czyny czy jakieś wojenne osiągnięcia rozdawał nadania ziemskie.
Czytamy fantasy. Ja na przykład czytam. Nie wiem, czy wy wszyscy też czytacie. Generalnie stamtąd w większości czerpiemy wiedzę. Nie ukrywam, że ja też, nie licząc podręczników na temat historii, to moja pierwsza wiedza historyczna na temat feudalizmu pochodziła z powieści fantasy. Mechanizm jest bardzo prosty. Jeżeli ktoś się zasłużył, zaryzykował własnym życiem, czyli mamy ten skin in the game, czyli skóra w grze, o czym mówiliśmy dwa tygodnie temu, to w nagrodę dostawał jakieś nadanie albo w dożywocie, albo z możliwością przekazania potomkom jakieś mniejsze czy większe połaty gruntu. Więc tworzenie tego typu kontrsily na poziomie całych państw czy też całych królestw, mówiąc precyzyjnie, polegało na odpowiednim motywowaniu ludzi. W ruchu krucjatowym, o którym króciutko omówiliśmy, polegało to dokładnie na tym samym, ale motywacja była stricte religijna, prawda? Czyli można było oczywiście brać łupy w tych miejscach, do których się jechało gdzieś tam na ten Bliski Wschód.
Natomiast przede wszystkim nagroda była tam w niebie, czyli była to nagroda naturalna.I teraz co się dzieje? Wracając już do tematu bitew, takich zwykłych bitew na parędziesiąt tysięcy osób czy na kilka tysięcy osób. Co jest siłą i co jest kontrsiłą? Każda z tych armii, jaka stawała-- umówmy się, że mówimy o czasach historycznych, czyli o czasach, kiedy nie było linii frontu, tylko armie poruszały się jako pewien zorganizowany pochód. Jakaś grupa ludzi, najczęściej kilku tysięcy. Poruszało się to wszystko w czasie lata, kiedy kwitły, znaczy przepraszam, rosły trawy. Czyli można było dostarczyć ekologiczne, biodegradowalne, niestety z brzydkim zapachem, ale paliwo dla silników, czyli dla koni. Przepraszam, że tak żartobliwie, ale rzeczywiście to jest trafne porównanie. Kiedyś mnie pytali na miejscu, ja czasem opowiadam o historii Europy, dlaczego nie było bitew w zimie. No to właśnie dlatego, że nie było paliwa na łąkach dla koni, a konie były jednym z zastępstwem pojazdów mechanicznych.
Znaczy były czymś przed pojazdami mechanicznymi, a nie zastępstwem. To pojazdy mechaniczne są zastępstwem koni, mówiąc precyzyjnie. Natomiast wracając do sił i kontrsił, proszę zobaczyć, co się dzieje. Jest jakaś armia stworzona przez jakieś królestwo. Powiedzmy, że mówimy o potopie szwedzkim, czyli o wyczynach królów szwedzkich z głównej masy półwyspu europejskiego. Czyli to, co mówimy, to jest wojna trzydziestoletnia, to jest potop szwedzki, który znamy oczywiście z kart trylogii, nie tylko z podręczników. Wszystko to polegało na tym, że Szwedzi zdołali wygenerować pewien efektor, czyli świetnie zorganizowaną armię, świetnie wyszkoloną, z gigantycznym doświadczeniem i wyposażoną raz, że w nowoczesną broń, a dwa, że w doktrynę poruszania się po wrogim terytorium. Na przykład w czasie wojny trzydziestoletniej Szwedzi maszerowali niczym szaleńcy albo niczym tornado przechodzili przez rozmaite tereny. Jak to się mówi? Wielkie Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego.
Dobrze powiedziałem?
[32:23] - Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego? Tak. Chyba tak. Chyba dobrze.
[32:27] - Tak. Mniej więcej.
[32:29] - Chyba nie zostaniemy spaleni na stosie przez historyków.
[32:33] - No chyba nie.
[32:33] - Miejmy nadzieję.
[32:35] - Więc czym była armia szwedzka? To był samodzielny homeostat odcięty od źródeł zaopatrzenia, czyli żyjący tym, co na miejscu zdołali zdobyć, racząc też ludność ulubionymi drinkami Szwedów, czyli na przykład szwedzkim napojem. Nie wiem, czy pan Marek kojarzy, co to jest.
[33:02] - Nie, nie kojarzę.
[33:05] - Można powiedzieć, tutaj jest to w takim razie praca domowa obowiązkowa. Jak teraz Szwedzi naprzyjmowali tych naszych odwiecznych przyjaciół migrantów, czyli lekarzy, inżynierów i tak dalej. I nagle ci lekarze, inżynierowie zaczęli tworzyć takie no-go zone, czyli strefy, gdzie policja się boi wkroczyć. No to można to skomentować ich politykę migracyjną, że teraz muszą wypić szwedzki napój, którego sami nawarzyli. Powiem oględnie, jak szwedzcy żołnierze wyciskali rekwizycje z ludności, przez której tereny przechodzili, to torturowali ludzi, wymyślali różne bardzo brzydkie rzeczy, między innymi produkty przemiany materii płynnej, stałej, mieszali w nich napój, który nazywał się właśnie szwedzkim napojem i kazali to wypijać ludziom po prostu po to, żeby ich zgnębić, mówiąc krótko, bo nie miało to żadnej innej praktycznej przyczyny oprócz zastraszenia tych, których ten los jeszcze nie spotkał, że tak powiem. Także taki szczegół. Więc wracając do konfrontacji dwóch armii. Dwie armie to zawsze jest siła i kontrsiła. I ta kontrsiła jest, można pomyśleć, jakimś rodzajem odpowiedzi immunologicznej innego homeostatu państwowego, czy też mówiąc tradycyjnym językiem innego królestwa. Mówiliśmy na początku bardziej o takich bitwach kosmicznych, ale proszę zobaczyć, znowu mamy siłę i kontrsiłę.
Czyli państwo ziemskie, ogólnoplanetarne zsyła jakichś tam wygnańców na jakąś tam nieznaną planetę. Ci czują się źle potraktowani, zdołają się zorganizować, czyli stworzyć ultrakooperację, o której mówiliśmy wielokrotnie. Zdołają stworzyć czy też pozyskać flotę kosmiczną, która jest potrzebna do tego, żeby zrealizować swoje zbiorcze zamiary i wysyłają tą flotę na Ziemię. No i przepraszam, zdradzę to, dają Ziemi łupnia. Więc siła i kontrsiła to jest generalnie coś, co musimy znaleźć w każdym konflikcie, w każdym militarnym konflikcie przede wszystkim dlatego, że ta siła i kontrsiła zawsze tam jest. Musimy ją zdefiniować. Znaczy, jeżeli chcemy wygrać oczywiście. Jeżeli ją zdefiniujemy, to jesteśmy w stanie wskazać, co generuje tą siłę. Czyli jeżeli na przykład bierzemy pod uwagę to, co stało się po pierwszej wojnie światowej, naród niemiecki miał poczucie głębokiej krzywdy dlatego, że przegrał wojnę nie w sposób honorowy na polu bitwy, ale wskutek blokad kontynentalnych. Wykorzystała to partia NSDAP, partia Adolfa Hitlera, tego słynnego malarza akwarelisty.I co się stało?
Ta kontrsiła zwróciła się przeciwko swym twórcom. Odpowiedzią na co była ta kontrsiła? Odpowiedzią była na politykę ententy wobec przegranych Niemiec. I tego typu kontrsiła ma w bardzo dużej ilości przypadków i w dobrze przemyślanych powieściach to jest widoczne. Taka kontrsiła zaczyna żyć własnym życiem, tak jak ta szwedzka armia buszująca w czasie wojny trzydziestoletniej w siedemnastowiecznej Europie. Tak kontrsiła w postaci nazistowskich Niemiec zaczęła mieć ambicje, znaczy przejęła ambicje, raczej mówiąc precyzyjnie, podboju świata, czy też równego współzawodnictwa o zasoby całego świata z Imperium Brytyjskim, na co ani Brytyjczycy, ani Amerykanie nie mieli chęci pozwolić. Tym bardziej że Amerykanie planowali już od początku XX wieku zbudowanie imperium amerykańskiego jako siły dominującej na całym globie. Także logika sił i kontrsił to jest coś, co decyduje o przebiegu, o tym, że istnieje w ogóle konflikt w każdej jego skali, począwszy od stworzenia jakiegoś silnego ośrodka geopolitycznego, a skończywszy na bitwach, w których walczą okręty wojenne gdzieś tam w dalekiej, głębokiej przestrzeni, czy też po prostu armie wyposażone w konnice, katapulty, armaty czy jakiekolwiek inne bronie, jakie są w danej chwili w modzie.
[37:48] - Panie Piotrze, pan przywołał tutaj autora Davida Brina. I tak sobie myślałem, kiedy pan mówił, że to rzeczywiście są książki, które świetnie pasują do tematyki naszych spotkań, ale mnie jako pierwsza, kiedy zacząłem myśleć o twórczości tego autora, przyszła do głowy taka książka. Ona jest w tym samym cyklu z „Wojną wspomaganych” – „Gwiezdny przypływ”. Ja tylko zarysuję. Dwie rzeczy mnie tam bardzo zastanawiają. Pierwsza, proszę skojarzyć z naszymi czasami. Otóż ludzie w galaktyce różnych ras traktowani są jako tacy pariasi trochę, tacy niedotykalni. Dlaczego? Ponieważ oni nie mają swojego protektora. Cywilizacja z dorobkiem, z jakimiś tam wartościami, a jednak przez mądrzejszych, wspanialszych uważana jest jako taka cywilizacja drugiego rzędu.
Niefajna, bo nie mają swoich protektorów. Jacyś tacy, jakby takie chamy wlazły na salony. To pierwsza rzecz, dosyć zastanawiająca. Ja przypomnę, że ta powieść jest z początku lat 80. Druga sprawa, jak zachowują się owe wspaniałe, cudowne cywilizacje, które są tak rozwinięte, które są protektorami wielu innych ras włączanych w pewną wspólnotę, kulturę galaktyczną. Otóż ja tylko przypomnę, że jeden ze statków ziemskich w pewnym momencie pojawia się w takim miejscu przestrzeni, w którym odkrywa flotę. Flotę pierwszej rasy chyba nazywało czy coś takiego. To jest bodajże kilkadziesiąt tysięcy statków, a każdy z nich ma wielkość księżyca. I co się wtedy dzieje? Otóż wtedy rasy galaktyczne, ponieważ nieopatrznie ludzie o tym powiadamiają tak radośnie, to porzucając wszelką kulturę, te rasy galaktyczne na wyścigi pędzą, żeby te statki zdobyć, przejąć tudzież opanować.
Czy państwu ta sytuacja z czymś się nie kojarzy? Bo mnie bardzo. I dzięki, panie Piotrze, za przywołanie tego autora. Chyba będę sobie musiał zrepetować ten tom.
[40:18] - To jest niestety bardzo zła wiadomość, zła okoliczność, która ma miejsce w tej chwili, dlatego że ja teraz też będę musiał oderwać się od swoich rzeczy, żeby sobie odświeżyć tę książkę, bo jest chyba za dobra, żeby o niej tak po prostu zapomnieć i tylko mieć ją w głowie. Dobre książki są takie, do których wracamy właśnie nie ze względu na to, że jesteśmy po mistrzowsku zaskakiwani jakimś nieoczekiwanym wydarzeniem, ale delektujemy się mistrzostwem w oddaniu pewnych prawidłowości, jakie są na kartach powieści przeniesione z rzeczywistego świata i od tego, jak dobrze autor jest w stanie te zależności dostrzec i skonceptualizować i przelać na coś, co jest napisane na kartach i co możemy my zrozumieć, nie trudząc się zbytnio, nie odrywając się od tej głównej nagrody z czytania, czyli rozrywki, żebyśmy po prostu wnikli w ten świat przedstawiony przez autora. Natomiast już tak podsumowując, bo zbliżamy się do końca, ja pozwolę sobie jeszcze wrócić do tematu konkretnych bitew, czyli czegoś na poziomie taktycznym. Powiem taką małą, personalną anegdotę. Właśnie szykuję do wznowienia „Sił psychohistorii” i w jednym miejscu pozwoliłem sobie dopisać fragment z bitwy. Będę prosił o rozpoznanie książki, której fragment strawestowałem. Otóż w rozdziale na temat ludzkiej natury, w której też są fragmenty na temat bitew kosmicznych, natomiast jest fragment na temat tego, że ludzie zagadują, to znaczy gadają i po prostu czerpią z tego jakiś rodzaj przyjemności.Natomiast kompletnie tracą z oczu to, że ktoś może ich nie chcieć słuchać albo bo jest zajęty, albo ma to gdzieś, mówiąc krótko. Najbardziej niedogodnym momentem dla ofiary tego typu gadaniny jest pociąg, z którego nie można uciec. Ofiara nie ma gdzie uciec. I na tym się kończył opis sprawy w książce, a teraz dopisałem dosłownie tuż przed naszą rozmową, że ofiara osoby gadatliwej przyłapana w pociągu może najwyżej wspomnieć słowa marszałka Koehorna kwitującego przegraną bitwę pod Starymi Płopami.
W jakiej książce miała miejsce ta sytuacja? Nie wiem, czy pan Marek odgadł. Pytanie jest: w jakiej książce i jakie słowa wypowiedział marszałek, kwitując swoje spostrzeżenie, że niestety bitwa jest przegrana?
[43:12] - Znowu się będę dręczył, okaleczał i przypominał sobie to przynajmniej dwie godziny u takiej-
[43:21] - Tak, to zdradzę. Przepraszam, bo czasami wymyślam te zagadki i sam się z nich śmieję, ale strasznie chcę się zawsze dowiedzieć, czy pan Marek odgadł, czy nie odgadł. Już poza anteną się go dopytuję i pan Marek właśnie na to narzeka.
[43:34] - Narzeka, bo później mam dwie godziny albo nawet więcej przeszukiwania pamięci. Pan Piotr te zagadki zadaje w sposób specyficzny: albo daną scenę mamy w głowie i wtedy skojarzenie jest błyskawiczne, albo przynajmniej ja muszę tej sceny poszukać. A to troszeczkę przypomina u mnie w umyśle, jakbym sobie te filmy musiał po kolei odtwarzać. Oczywiście na dużym przyspieszeniu, ale jednak.
[44:03] - Dobra. Zbliżamy się do końca. Albo nawet jesteśmy przy tym końcu.
[44:07] - Tak, zbliżamy się do końca. Panie Piotrze, dzisiejszy odcinek, tak jak to w czasie audycji mówiliśmy, był bardzo taktyczny, dotyczący taktyki. On się oczywiście odwoływał, skąd ta taktyka i czemu ona służy, ale jednak przyzna pan: taki taktyczny odcinek. Chociaż korzyści z tego fajne, bo nawet dla nas nowe, stare lektury się pojawiły.
[44:35] - Dokładnie. Dobrze, to słyszymy się za tydzień. Ja jeszcze tutaj zapowiadam trochę wcześniej: ostatnia audycja w czerwcu to będzie audycja, w której będzie można wygrać zarąbistą aborygenską kosę. Mówiąc krótko: nóż aborygenski, który kupiłem na pchlim targu. Wyposażyłem go właśnie w pochwę dorobioną w innym miejscu. Zdjęcie pojawi się na Facebooku dosłownie tego samego dnia, w którym niniejsza audycja będzie się pojawiała. Zdjęcie będzie zachętą. Szykujcie się na bardzo dużo zagadek. Zadam ich łącznie 20 i po to, żeby wygrać nóż, trzeba odpowiedzieć na 10 prawidłowo. Kto zrobi to pierwszy, tego będzie kosa.
[45:21] - I tym niezwykle optymistycznym akcentem kończymy na dziś i zapraszamy za tydzień.
[45:28] - Do usłyszenia.
[45:29] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.