Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Połowa maja, a za oknem z jakiegoś powodu bliżej nam nieznanego cały czas bardziej taka pogoda, jak bym to ujął, jesienna. Ale my się tym jakoś niespecjalnie przejmujemy. Zaraz was rozgrzejemy kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:49] - Halo, halo. Dzień dobry, wieczór państwu. Zaczynamy kolejne Bibliotekarium 2.0 i tradycyjnie, rutynowo niejako zaczynamy od polecanek książkowych. Dzisiaj będą dwie polecanki. Jedna to nie będzie najnowsza nowość, ale książka ciekawa, dlatego postanowiłem ją państwu zarekomendować. Rok 2022. Wtedy wyszła, na pewno po raz kolejny, w wydawnictwie Rebis książka „Kwiaty dla Algernona”. Autorem tej książki jest Daniel Keyes, a tłumaczem goszczący czasami na fali Bibliotekarium 2.0 Krzysztof Sokołowski. To jest naprawdę książka wielka, poprzedzona opowiadaniem równie wielkim, które na początku lat 80. czytałem z wypiekami na twarzy.
Ono ukazało się po raz pierwszy w nieistniejącym dzisiaj czasopiśmie, miesięczniku „Problemy”. Tam były tak zwane kolorowe stronice i tam się ukazało opowiadanie „Kwiaty dla Algernona”. Taka była moda w Stanach Zjednoczonych, że różnego rodzaju chwytliwe, fajne opowiadania przerabiało się później na powieści. To była moda tak daleko idąca, że naprawdę, wierzcie mi państwo, te super opowiadania w pewnym okresie rzadko które nie doczekało się rozszerzenia powieściowego. I to jest, proszę państwa, tak, że jak to w życiu, niektóre rozszerzenia były świetne, udane, inne takie sobie. To jest tylko mój przykład i moje odczucie. W związku z tym proszę się na mnie specjalnie nie powoływać, a jeśli, to tylko, że to są moje odczucia. Otóż moim zdaniem nieudanym eksperymentem rozszerzenia opowiadania w powieść było opowiadanie „Nadejście nocy”. Później ta wersja powieściowa już mnie trochę nudziła, natomiast opowiadanie, które ukazało się w zbiorze opowiadań „Kryształowy sześcian Wenus” było genialne. W przypadku „Kwiatów dla Algernona” jest inaczej.
Myślę, że i opowiadanie, i powieść dają radę. O czym są „Kwiaty dla Algernona”? Otóż jak znalazłem w wielu miejscach w internecie, niemal wszędzie podkreśla się, że jest to wielka książka. Wielka książka, która doczekała się wielu ekranizacji, a nawet spektakli teatralnych. Notabene nawet w Polsce zrobiono jeszcze wtedy z opowiadania spektakl teatralny. Niezły. Dawno go nie oglądałem, ale sięgając pamięcią przez morze czasu, wtedy wydawał mi się niezły. Nie wiem, co bym powiedział dzisiaj, gdybym go obejrzał, ale oddawał pewną grozę, która z tym opowiadaniem się wiąże. Dlaczego grozę? Otóż ponadczasowość tej powieści chyba wynika z tego, że ona pozwala zastanowić się nad naszym życiem.
Cóż mamy cenniejszego? Pewno coś by się znalazło. Przynajmniej niektórzy by znaleźli. Ja jednak uznaję, że życie to jest wartość jeśli nie najważniejsza, to bardzo ważna. Ta powieść przy okazji jest tak napisana, napisano w internecie, że ona łamie serce i to jest chyba prawda. Pamiętam, kiedy byłem nastolatkiem, przy opowiadaniu autentycznie się wzruszyłem. Jako stary koń czytający powieść już aż tak bardzo nie. Chociaż przyznaję, tam są momenty, w których człowiekowi ta przysłowiowa gula w gardle jakoś rośnie. I to może ważne, żeby czasami takie emocje przeżyć. Już pomijam to, że książka jest nagrodzona wieloma nagrodami.
Najważniejsze jest to, że to jest historia o człowieku, dla którego życie nie było łaskawe. I znajdują się ludzie, paranaukowców Która postanawia to zmienić. I wydawać by się mogło, że super, znakomicie. Cóż mogło lepszego tego chłopaka spotkać? Chłopaka. Właśnie w sposób niezamierzony, bo ten chłopak tak naprawdę ma 32 lata, ale jego zachowanie jest na poziomie dziecka. Nazywa się Charlie Gordon i jest ewidentnie upośledzony umysłowo. Ma iloraz inteligencji na poziomie 68 punktów. Przeciętny człowiek ma w okolicach setki. Geniusz to jest człowiek, który ma jakieś 140 i więcej.
A zatem różnica pomiędzy Charliem a geniuszem to przepaść. To już nawet trudno mówić o różnicy. Przepaść. Charlie uczy się pisać na zajęciach w Beekman College. Tam przy uważają go dwaj naukowcy, którzy prowadzą badania nad wzrostem inteligencji. Te ich badania są bardzo dobrze rokujące. Dzięki zabiegowi chirurgicznemu udaje się im zwiększyć inteligencję myszy o imieniu Algernon. Po tym sukcesie zastanawiają się nad tym, komu ten dar, tę możliwość zwiększenia inteligencji powierzyć i interesują się Charliem. Mamy teraz taką zagadkę, jak przebiegnie ten zabieg i czy będzie on miał pozytywne, czy też negatywne konsekwencje dla życia bohatera. Proszę państwa, ta książka jest wzruszająca, bo na początku główny bohater pisze pamiętnik i na początku on jest pełen błędów.
Pełen błędów ortograficznych, składniowych, wszelakich. I później obserwujemy, jak to w wielkim skrócie, nie opowiadając treści, obserwujemy, jak ta składnia, ta ortografia, to wszystko związane z pamiętnikiem poprawia się. Staje się coraz lepsze, coraz bardziej wygładzone. Charlie staje się geniuszem. Ale to ma swoją cenę. Co więcej, Charlie w pewnym momencie dowiaduje się, jaka to jest cena, a my potem dowiadujemy się właśnie z książki, że to już zaczyna powoli następować. Więcej państwu nie powiem. Nie powiem, bo chociaż jestem upoważniony do spoilerowania, to jednak nie chcę odbierać państwu naprawdę znakomitej zabawy. Zabawy, ale jednocześnie wzruszenia. Tak, ja będę to podkreślał, że to wzruszenie jest obecne.
Ono towarzyszy państwu przy lekturze książki. I to bardzo dobrze. Ta książka, jeśli sięgniecie państwo po nią, to zostanie z państwem na bardzo długo. Ja obrazów i treści opowiadania, które przeczytałem, o którym państwu mówiłem, długo nie mogłem się pozbyć i dlatego tak ochoczo sięgnąłem po książkę i nie zawiodłem się. Tłumaczenie jest świetne. Krzysztof Sokołowski stanął na wysokości zadania. Zresztą rzadko nie staje. W związku z tym bardzo serdecznie państwu tę książkę polecam. Teraz druga książka. To też nie jest nowość.
Ona się już na polskim rynku ukazywała kilka razy, ale właśnie na rynku pojawia się jej wznowienie. W 2023 roku pojawili się „Żołnierze kosmosu” Roberta Heinleina w wydawnictwie MAG w serii Artefakty, a tłumaczeniem tej z kolei pozycji jest Paulina Reiter. Państwo pewno wiecie, o co w tym wszystkim chodzi. Mamy wojnę. Zresztą jeśli ktoś oglądał film, to on co prawda bardzo mocno odbiega od tego, co jest w książce. Niemniej jednak główne zarysy tego, co się tam będzie działo, w filmie są jakoś oddane. W każdym razie trwa galaktyczna wojna, a ziemianie stają naprzeciw takich pluskwopajęczaków. Nie wiem, jak to inaczej określić. To jest taka agresywna rasa, jakaś taka owadzia. I ich organizacja społeczna przypomina rój.
Taki rój poddany władzy dyktatorskiej? Nie, tak jak rój. Czyli jest tam jakaś królowa, jest pewna hierarchia i to jest ściśle przestrzegane. A poza tym rój ma to do siebie, że kieruje się tak jakby rozumem zbiorowym. Nie wiem, czy to najlepsze określenie, ale myślę, że oddaje istotę rzeczy. Ten nieprzyjaciel owadzi nieco, ma olbrzymią przewagę nad Ziemianami. W związku z tym to wymusza pewną taktykę ze strony Ziemian, takich niespodziewanych ataków. Federacja Ziemska dokonuje niespodziewanych ataków. A kto jest najlepiej przygotowany do ataków? Oczywiście komandosi.
To się nazywa piechota zmechanizowana. Wśród nich jest ktoś taki, kto nazywa się Johnny Rico i który rozpoczyna dopiero karierę. Wszystko dopiero przed nim. Tyle właściwie mogę państwu powiedzieć, bo dalej to już bym zachował się paskudnie i spoilerował. W związku z tym bardzo serdecznie państwu tę książkę polecam. To jest naprawdę klasyka gatunku. Książka powstała dawno, jest z tych czasów, kiedy powieść może nie była bardzo gruba, ale była napakowana sensem, treścią, emocjami. Dużo jest tam wszystkiego i pomimo, że nie jest to książka o ogromnej objętości, to jednak zostaje z państwem na długo. Podobnie jak „Kwiaty dla Algernona”. I to tyle polecanek na dzisiaj.
Czas byłoby zatem na stały punkt programu, kolejny stały punkt programu, czyli korepetycje filozoficzne. Nikt nie zgłosił lepszej nazwy, zatem zostajemy przy tej właśnie, czyli korepetycjach filozoficznych. Podczas ostatniej audycji jeden ze słuchaczy zaproponował temat związany z pojęciem wolności, z pojęciem determinizmu. Uznałem, że to jest temat boski, który stanowi sól filozofii. W związku z tym ochoczo wyszukałem odpowiedni tekst i dzisiaj go państwu przedstawię. To oczywiście jest początek. Pewno o tym determinizmie i o tym, czy istnieje wolna wola. Wydaje się nam, że wolna wola to jest coś tak oczywistego, coś, co tak nam towarzyszy na co dzień, że pytanie o wolną wolę wydaje się idiotyczne. W świetle rozmyślań filozofów takie idiotyczne to jednak nie jest. Ale żeby to zrozumieć, żeby się z tym zapoznać, żeby to przyjąć, trzeba trochę więcej niż jeden artykuł.
Dzisiaj proponuję państwu artykuł „Czy w świecie jest miejsce na wolność?”. Autorem tego artykułu jest Jacek Wawer, a tekst ukazał się tradycyjnie w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2016 roku, w numerze drugim, a w ogóle ósmym. Czyli już jakiś czas temu. Jacek Wawer wtedy był doktorantem filozofii w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, a w pracy badał możliwe historie. Po pracy tańczy, do pracy jeździ rowerem. A więc widzicie państwo, człowiek co najmniej interesujący. Tekst, który państwu za chwilę przedstawię, jest dostępny na licencji uznanie autorstwa, na tych samych warunkach 3.0 Polska. A więc ruszamy. Jacek Wawer: „Czy w świecie jest miejsce na wolność? Jaką rolę odgrywa wolna wola w podejmowaniu racjonalnych decyzji?
Czy decyzje podjęte pod wpływem substancji odurzających są wolne? Czy wychowanie ogranicza spektrum wolnych wyborów? Jak wiążą się ze sobą wolność i odpowiedzialność? To zaledwie kilka pytań sygnalizujących trudne i złożone zagadnienia. By nie musieć ich rozstrzygać, wystarczy wykazać, że wolnych decyzji po prostu nie ma. A więc do dzieła. Wypadałoby najpierw ustalić, na czym konkretnie wolna decyzja polega. Wszak dobrze wiedzieć, o czym się mówi, zanim zacznie się twierdzić, że tego nie ma. Postawienie precyzyjnej definicji to jednak złożona kwestia, szczególnie gdy mamy do czynienia z pojęciem tak zniuansowanym jak wolność. Dla potrzeby wywodu zadowolę się dwoma minimalnymi warunkami.
Po pierwsze przyjmuję, że podmiot zdecydował w sposób wolny tylko wtedy, gdy mógł zdecydować inaczej, niż to rzeczywiście zrobił. Po drugie, podmiot zdecydował w sposób wolny, o ile tylko można wyjaśnić, dlaczego zdecydował tak, a nie inaczej. Żaden z tych dwóch warunków nie wydaje się przesadnie wymagający. Łącznie są jednak wystarczające, by stworzyć argument, że nikt nigdy nie jest wolny w swych decyzjach. Determinizm i indeterminizm. Pomocne w tym okażą się rozważania z zakresu filozofii przyrody dotyczące determinizmu. W największym skrócie i przy pewnym uproszczeniu pewne zdarzenie jest deterministyczne, jeśli ma tylko jedną możliwą kontynuację. Jeśli mamy do czynienia ze zdarzeniem deterministycznym, przesądzone jest z góry, jaki będzie jego dalszy ciąg. Wszystko, co dalej nastąpi, jest konieczne i nieodwracalne. Gdy jest przeciwnie, to znaczy gdy pewne zdarzenie może być kontynuowane na wiele możliwych sposobów, uznajemy, że jest ono indeterministyczne.
Mówimy szerzej, że świat jest deterministyczny, jeśli składa się z samych deterministycznych zdarzeń, a że jest indeterministyczny, jeśli ma w nim miejsce choć jedno zdarzenie indeterministyczne. Świat może być mniej lub bardziej deterministyczny, zależnie od tego, jak dużo indeterministycznych zdarzeń ma w nim miejsce. Kwestia determinizmu, szczególnie tak zwanego determinizmu logicznego, rozważana była w filozofii od starożytności. Istotny wkład w tę debatę wnieśli polscy filozofowie i logicy z Janem Łukasiewiczem na czele. Nowy impuls do badań nad determinizmem dał również rozwój nauk szczegółowych wraz z odkrywaniem coraz to nowych praw rządzących przyrodą, takich jak prawa newtonowskiej mechaniki. Naukowcy i filozofowie zaczęli zastanawiać się, czy czynią one świat deterministycznym. Do dzisiaj jest to przedmiotem żywej debaty. Niezależnie jednak od tego, jaki będzie ostateczny werdykt, wolność decyzji staje pod znakiem zapytania. Czy Głowacki mógł nie zostać bohaterem? Załóżmy najpierw, że świat jest deterministyczny, a więc składa się z samych deterministycznych zdarzeń.
Rozważmy teraz przypadek Wojciecha Głowackiego, który podczas bitwy pod Racławicami zdecydował się zgasić lont armatni czapką. Czy jego decyzja była wolna? Skoro świat jest deterministyczny, to od początku bitwy nieuniknione było, że tak zdecyduje. Nie było możliwości, aby tak nie zdecydował. Przyjąłem we wstępie, że podmiot decyduje w sposób wolny, o ile tylko może zdecydować inaczej. W deterministycznym świecie Głowacki nie mógł zdecydować inaczej, a co za tym idzie, jego czyn nie był wolny. To samo rozumowanie można zastosować do wszelkiej innej decyzji. W deterministycznym świecie zatem nie ma wolnych decyzji. Część filozofów nie zgadza się z tą tezą. Tak zwani kompatybiliści uważają, że nawet w deterministycznym świecie jest miejsce na wolność.
Proponują następującą linię obrony. Nawet jeśli Głowacki musiał zakryć lont czapką, to był to przymus wewnętrzny, a nie zewnętrzny. Nikt go przecież nie ciągnął za rękę, nikt go nie szantażował, nikt mu nawet nie wydawał takiego rozkazu. Była to bohaterska decyzja i akt wielkiej odwagi podyktowane wyłącznie charakterem, przekonaniami i pragnieniami Głowackiego. Kompatybiliści twierdzą, że jeśli Głowacki był przymuszony jedynie przez czynniki wewnętrzne, to jego decyzja była wolna, nawet jeśli była nieunikniona. Na pierwszy rzut oka jest to całkiem rozsądna riposta. Można dostrzec jednak jej słabe strony. Wyobraźmy sobie kleptomana, który po wejściu do sklepu odczuwa niepohamowaną potrzebę kradzieży, a następnie decyduje, by ukraść wartą pięć złotych samochodową choinkę zapachową, mimo że nie ma samochodu. Niewątpliwie został on zmuszony do swojej decyzji przez czynniki wewnętrzne. Ale czy naprawdę chcemy powiedzieć, jak sugeruje nam kompatybilista, że jego decyzja była wolna?
Raczej nie. Być może kompatybiliści chcieliby potraktować jednostki chorobowe w szczególny sposób. Wróćmy więc do Głowackiego, który zapewne nie cierpiał na kompulsywną brawurę. Decyzja o nakryciu lontu czapką wynikała z jego niezaburzonego charakteru, więc była wolna. Teza kompatybilisty stanie się dosyć kontrowersyjna, gdy zdamy sobie sprawę, że Głowacki nie mógł mieć innego charakteru. Wszak świat jest deterministyczny, a zatem od dnia narodzin Głowackiego było nieuniknione, że wyrośnie on na bohatera, który się kulom nie kłania. W deterministycznym świecie Głowacki mógłby mieć inny charakter i nie nakryć lontu czapką, o ile tylko jego przeszłość, a co za tym idzie przeszłość całego wszechświata byłaby inna. Na przykład gdyby był inaczej wychowany, gdyby Kościuszko zrobił na nim mniejsze wrażenie, gdyby panicznie bał się armat i tym podobne. Zatem w deterministycznym świecie czynniki wewnętrzne determinujące zachowanie jednoznacznie zależą od poprzedzających je czynników zewnętrznych. Argumenty te podkopują tezy kompatybilisty i wskazują, że w deterministycznym świecie nie ma miejsca na wolność.
Dylemat Waltera White'a. Rozważmy zatem alternatywną hipotezę i załóżmy, że świat nie jest deterministyczny, że przynajmniej w niektórych przypadkach podmiot może podjąć więcej niż jedną decyzję. Weźmy konkretny przykład nauczyciela chemii imieniem Walter. Wyobraźmy sobie, iż Walter dowiaduje się, że cierpi na raka płuc i jedyną szansą ratunku jest nowatorska, ale bardzo kosztowna terapia. Terapia nie jest finansowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Walter nie ma jednak oszczędności. Ponadto spłaca kredyt na mieszkanie. Mieszkanie, w którym mieszka wraz z niepracującą żoną i dwojgiem dzieci. Niespodziewanie Walter otrzymuje bardzo nietypową propozycję. Może zarobić pieniądze potrzebne na terapię, a nawet coś odłożyć, jeśli rozpocznie pracę w nielegalnym laboratorium produkującym metaamfetaminę.
Walter staje przed trudnym wyborem. Z jednej strony może zaangażować się w nieetyczną i niebezpieczną działalność przestępczą, a z drugiej pogodzić się z rychłą śmiercią i zostawić rodzinę z długiem. Dla naszego przykładu istotne jest, że świat nie jest deterministyczny i w sytuacji, w jakiej znajduje się Walter, oba rozwiązania są możliwe. W szczególności cechy charakteru Waltera, jego przekonania i pragnienia nie przesądzają żadnej z dwóch opcji. Ostatecznie Walter decyduje się na podjęcie pracy w fabryce metaamfetaminy. Czy jego decyzja była wolna? Pieniądze albo życie. Trudno powiedzieć. Pierwszy warunek wolności został spełniony. Walter mógł postąpić inaczej, niż rzeczywiście postąpił.
Co ważne, alternatywny wybór nie wymagał zmiany przyszłości Waltera. Mógł on postąpić inaczej, będąc dokładnie takim człowiekiem, jakim faktycznie był. Obie możliwości przedstawia rysunek. Tego rysunku niestety państwu nie załączę, ale gdyby ktoś był zainteresowany, to odsyłam do archiwum. W internecie znajdziecie państwo ten numer „Filozofu” i tam ewentualnie możecie państwo ten rysunek znaleźć. Pamiętajmy jednak, że od wolnej decyzji wymagamy czegoś więcej. Podmiot decyduje w sposób wolny, o ile tylko można wyjaśnić, dlaczego zdecydował tak, a nie inaczej. Zastanówmy się, czy można wyjaśnić, dlaczego Walter wybrał pracę w laboratorium metaamfetaminy zamiast uczciwego, choć nie ukrywajmy, krótkiego życia. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie ma nic prostszego. Walter zdecydował się na podjęcie decyzji w momencie, w którym odczuwał silne pragnienie, by szybko i dużo zarobić.
Pragnienie, a nawet przymus powiedziałbym. To jednak nie jest wystarczające wyjaśnienie. Pamiętajmy, że będąc w dokładnie takim stanie ducha, w jakim był, Walter mógł zdecydować inaczej. W alternatywnej sytuacji, w której Walter nie wchodził w biznes narkotykowy, odczuwa on w chwili T takie samo pragnienie zarobku. Pragnienie towarzyszy mu zarówno wtedy, gdy wybiera lewą możliwość, jak i wtedy, gdy wybiera prawą możliwość. Tu jest odwołanie do rysunku. Nie można się zatem na nie powołać, by wyjaśnić, dlaczego Walter postąpił, jak postąpił. Takie samo rozumowanie można zastosować do każdego innego potencjalnego wyjaśnienia. Widać zatem, że jeśli czyn Waltera nie był zdeterminowany, to nie uda mu się ani komukolwiek innemu, łącznie z wszechwiedzącym Bogiem, wskazać niczego, co wystarczyłoby do wyjaśnienia, dlaczego wybrał tak, a nie inaczej. Zauważmy, że jeśli świat jest deterministyczny, to możemy wyjaśnić, dlaczego Walter przedłożył pieniądze nad uczciwe życie.
W deterministycznym świecie wystarczy, że wskażemy na charakter pragnienia i przekonania Waltera oraz na warunki życiowe, w jakich się znalazł. Wszystkie te czynniki łącznie gwarantują, że Walter wybierze pracę przy produkcji metaamfetaminy, więc są wystarczającym wyjaśnieniem jego wyboru. Jeśli jednak wybór Waltera nie był zdeterminowany, to na pytanie, dlaczego dokonał takiego, a nie innego wyboru, może on jedynie wzruszyć ramionami. Człowiek mniejszej niż Walter kultury mógłby odwarknąć: „Bo tak”. To samo można powiedzieć o każdym innym wyborze. Zatem w istotnym sensie w deterministycznym świecie działamy na ślepo. Po prostu decydujemy się na to lub na tamto, nie mogąc uzasadnić, dlaczego na to raczej niż na tamto się zdecydowaliśmy. Jeśli zaś tak się rzeczy mają, to można mieć zasadną wątpliwość, czy nasze decyzje rzeczywiście są wolne. Nasze postępowanie zdaje się raczej dziełem przypadku. Można powiedzieć, że w pewnym sensie to, czy przeżyjemy dobre czy złe życie, jest raczej kwestią trafu niż odpowiedzialnych wyborów.
Zagadka wolności. Reasumując, w deterministycznym świecie nie możemy wybierać inaczej niż rzeczywiście wybieramy. Co znaczy, że nasze decyzje nie są wolne. W indeterministycznym świecie nie można wyjaśnić, dlaczego wybieramy tak, jak wybieramy, a nie przeciwnie. Co również znaczy, że nasze decyzje nie są wolne. Świat jest jednak albo deterministyczny, albo indeterministyczny. Zatem tak czy owak, nasze decyzje nie są wolne. Jeśli powyższe argumenty są poprawne, to w świecie nie ma wolnych decyzji, a wszelka wiara, że jesteśmy wolnymi podmiotami jest po prostu, być może przydatnym, ale złudzeniem. Wygląda na to, że zaoszczędziłem filozofom, a może także psychologom, socjologom, teologom czy moralistom dużo niepotrzebnej pracy nad teorią wolności. Jednak filozofia ma to do siebie, raczej na szczęście niż niestety, że każda teza jest podważana, więc i powyższe argumenty były, są i będą kwestionowane.
Warto jednak pamiętać, że każdy zwolennik wolności powinien się z nimi zmierzyć, a samo pojęcie wolności jest dużo bardziej problematyczne, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. To tyle tekst, ale jeszcze autor zostawił pytania. Pytania, które przedstawię państwu, bo być może warto sobie je zadać. Te pytania do tekstu brzmią: jakie warunki, zdaniem autora, muszą zostać spełnione, aby można było mówić o wolności woli? Czy zgadzasz się z takim określeniem wolnej woli? Pytanie drugie. Zdaniem kompatybilistów wolna wola jest do pogodzenia z determinizmem. W jaki sposób? Dlaczego autor nie przyznaje racji kompatybilistom? Pytanie trzecie.
Autor uważa, że skoro zarówno determinizm, jak i indeterminizm wykluczają wolną wolę, to jest ona złudzeniem. Czy zgadzasz się z tym stanowiskiem? A jeśli tak, to dlaczego? Czwarte pytanie. Autor twierdzi, że prawdopodobnie ani on, ani ty nie macie wolnej woli. Jeśli tak, to czy autor miał jakiś wpływ na to, jakie zajmie stanowisko w filozoficznym sporze o wolną wolę? I czy ty masz wpływ na to, czy zgadzasz się, czy odrzucasz jego argumentację? Uśmiechnąłem się, proszę państwa, bo to są typowe dylematy filozoficzne. Ciekawe, jak człowiek tak przeleci szybciutko, to może się zastanawiać: „Naprawdę kolejny bełkot. Kolejny raz filozofowie dali czadu.” Ale jak troszeczkę się przy tym zatrzymamy, jak troszeczkę o tym pomyślimy, to mnie na przykład ogarnia groza.
Jeśli pomyślę sobie, że wolna wola, te wszystkie decyzje, które podejmuję, są tylko złudzeniem. Ja oczywiście głęboko wierzę, że mam wolną wolę i mogę robić, co chcę. A jakby tu powiedzieć państwu szczerze, to chyba autor nie ma tego przekonania i raczył był zaprzeczać temu poglądowi. Zostawiam państwa z tym problemem, bo problem jest stary jak filozofia. Tak, rzeczywiście tak. Warty przemyślenia. A teraz, proszę państwa, czas na „Cienie Hatha”. Zapraszam na rozmowę z Tadeuszem Muszubskim. Tak na początek wspomnę, że debiutem książkowym tego autora wcale nie była powieść SF, ani fantasy, ani groza, tylko zbiór wierszy „Zostawiliśmy skrzydła w szatni”. A debiutem prozatorskim było opowiadanie „Hobby starszego pana”, wydane w 1991 roku.
Takie były początki. Od 17 października 2017 roku Tadeusz Muszubski jest dyrektorem kreatywnym Fundacji Nasza Tradycja, Nasza Przyszłość. A okazją do dzisiejszego spotkania, pretekstem stało się wydanie trylogii „Cienie Hatha”. Stalker Books wydało tę trylogię. Ja już o tej trylogii państwu jakiś czas temu mówiłem, a dzisiaj mamy okazję porozmawiać z autorem tej kultowej, legendarnej trylogii. Dzień dobry Tadeuszu.
[36:01] - Dzień dobry Marku. Dzień dobry państwu po drugiej stronie. To znaczy w całym wszechświecie, bo to internet, więc ja myślę, że nawet na Betelgeuzie nas odbierają.
[36:15] - Nie mam takich informacji, ale bardzo bym się cieszył z tego powodu. A jeśli już o powodach mówimy, to spotykamy się z bardzo konkretnej okazji. Otóż całkiem niedawno, w ostatnich miesiącach na rynku pokazała się, uwaga, tu ważne słowo- Legendarna trylogia Tadeusza Olszowskiego zatytułowana „Cienie Hatta”. Dlaczego legendarna? Najpierw zapytajmy autora, dlaczego legendarna.
[36:45] - Powiem tak: nie wiedziałem, że jest legendarna. Niedawno się dowiedziałem, a określiłbym ją bardziej jako przeklętą, bo jakaś klątwa wisiała nad tymi powieściami. Przygody były tutaj niesamowite, ponieważ — zaznaczam od razu, bo to trzeba podkreślić — powieści te były pisane w latach 1983-1989, ostatnia została zamknięta w 1990.
[37:27] - Dwie z nich uzyskały nagrody.
[37:31] - Wiem, że „Twierdza nienawiści” zaistniała na lokalnym rynku bydgoskim, ponieważ tutejszy fandom, Mascon — tak wówczas się to stowarzyszenie nazywało — ogłosił konkurs na powieść fantastyczną, szeroko pojętą. Ja akurat skończyłem wówczas, to był rok 1985 bodajże, pisać pierwszą z tych powieści, „Twierdzę nienawiści”, i przekazałem na ten konkurs. Mówię: a co tam. Tym bardziej że w tym czasie byłem głównie poetą, nawet całkiem wziętym. Dostałem sporo nagród na konkursach poetyckich. Potem w 1984 ukazał się mój tomik wierszy.
[38:29] - Powiedzmy „Zostawiliśmy skrzydła w szatni”.
[38:32] - Tak. Taki pokoleniowy trochę krzyk. Mamy rok 1985, jest konkurs ogłoszony na prozę, powieść, więc złożyłem „Twierdzę nienawiści”, nie mając jeszcze doświadczeń prozatorskich, bo prozy jeszcze nie publikowałem w tym czasie, dopiero zaczynałem ją szerzej pisać. Cóż, wygrałem ten konkurs, a wygrałem go z prostej przyczyny: ponieważ okazało się, że zgłoszono tylko jedną powieść na ten konkurs, właśnie moją. Zgłosiłem „Twierdzę nienawiści”. Potem to już poszło troszeczkę kanałami półprywatnymi. Poszła informacja o tej książce do wydawnictw warszawskich, bo w tym czasie przede wszystkim Warszawa to była baza wydawnictw zajmujących się literaturą popularną. Tam, w Alma-Pressie przyjęto ją bardzo ciepło. Tak ciepło, że podpisaliśmy umowę wydawniczą na „Twierdzę nienawiści”. A ponieważ już w tym czasie miałem ukończoną kolejną powieść z tego cyklu, „Demony światła”, to również na te „Demony światła” Alma-Press podpisał ze mną umowę.
Książki miały się ukazywać w latach 1990–1991. Jak wiemy, po drodze rzeczywistość nam się co nieco zmieniła. Alma-Press, jak większość wydawnictw państwowych, upadł. Zostałem z tymi powieściami. Jedyny plus, że rzeczywiście otrzymałem zaliczki. Jeszcze PRL-owskie były całkiem słuszne.
[40:27] - Ale ty w tak zwanym międzyczasie zdążyłeś napisać jeszcze trzeci tom i o ile mnie pamięć nie myli, to ten tom już został bardzo poważnie nagrodzony.
[40:38] - Tak, w tym czasie już była gotowa „Biała bestia”, którą przekazałem na konkurs ogłoszony. Wówczas to był Rebis. Współpracował z wchodzącym na polski rynek przedstawicielstwem amerykańskiego wydawnictwa Andre Norton Limited, które utworzyło się wokół swego czasu prozy Andre Norton, a potem się bardzo rozwinęło. Specjalizowało się w szeroko pojętej literaturze fantastycznej. Był taki zamiar, aby w Warszawie, a może w Poznaniu — nie wiem, bo szczegółów nie znam — powstało przedstawicielstwo na Europę Wschodnią i w związku z tym wydawnictwo Andre Norton Limited ogłosiło konkurs na powieść fantastyczną i opowiadanie fantastyczne. Wówczas trochę tych zgłoszeń było. Niestety nie wiem, ile nadesłano utworów. W każdym razie tak się to skończyło, że w kategorii opowiadanie to Tomasz Hołodyściejak, o ile dobrze pamiętam, dostał główną nagrodę, a w kategorii powieść ja za „Białą bestię”. Tyle że to były dzikie lata 90. Coś tam się dziwnego wydarzyło i to wydawnictwo Andre Norton, to znaczy to przedstawicielstwo na Polskę, znikło.
Znikło razem z moją nagrodą i z wydaniem tejże książki, co wiązało się z zasadami tego konkursu.
[42:24] - Zaraz potem było to wydanie, o którym mówiliśmy już, czyli „Twierdza nienawiści”.
[42:34] - Tu kilka lat minęło, bo to jest, teraz nie powiem, 1996 albo 1997. Przepraszam, naprawdę się nie kryguję, tylko mam problemy z zapamiętaniem tych wszystkich dat. To wydawnictwo SR z Warszawy.
[42:51] - Tak. I właściwie na bardzo długo słuch po trylogii zaginął. Czy to ty byłeś taki zniechęcony, czy to ten rynek był aż taki dziki? Ale na szczęście pojawił się Stalker Books i mamy teraz komplet. Wrócę jeszcze: jak to było, że po prostu zniknęło? Zniechęciłeś się?
[43:14] - Przyznam się, że trochę tak, ponieważ ja już byłem w toku prac nad czwartą powieścią. Także taka sugestia, że może trylogia będzie swego czasu tetralogią.
[43:30] - To chociaż tytuł roboczy.
[43:33] - Nie mogę, bo ukradną. Przecież wiadomo.
[43:37] - Jasna sprawa, to cofam pytanie.
[43:39] - Tytuł dobry jest.
[43:42] - Okej, czyli jeszcze niespodzianka może nastąpić.
[43:47] - Może nastąpić, bo wielka to przychylność wydawcy, czyli wydawnictwa Stalker Books, ponieważ już takie sugestie są, że gdyby była ta czwarta, to bardzo chętnie by ją wydano. Mam ją gdzieś w połowie, w związku z czym tak sobie myślę, że teraz już się od-zniechęciłem, jeśli chodzi o ten cykl i chyba siądę do tej powieści, by ją dokończyć. Ale wiadomo, to jest proces, więc to są jakieś perspektywy roku, dwóch, a ja nie wiem.
[44:29] - Tak żartując trochę, to się zastanawiam, jak z tego wybrnie plastyk, ponieważ na okładkach tego wydania mamy koło, trójkąt, kwadrat. Teraz się zastanawiam, co się znajdzie na czwartym tomie.
[44:46] - Myślę, że tutaj jeszcze jakieś perspektywy są. Są wieloboki rozmaite i myślę, że znajdziemy rozwiązanie jakieś. Najpierw niech ta powieść powstanie, bo myślę, że to jest ten główny element teraz przede mną i nie jest to łatwe pochylić się nad światem, który wymyśliłem 40 lat temu. Wchodziłem w niego, redagując, bo tutaj trzeba to podkreślić, że te powieści, czyli „Twierdza nienawiści”, „Demony światła” i „Biała bestia” powstały bardzo dawno temu. W międzyczasie, w kolejnych dziesięcioleciach mam wrażenie, że warsztat mi się troszeczkę rozwinął, więc zredagowałem je. Niektóre elementy trzeba było troszeczkę na nowo odświeżyć. Język tamtych lat też był specyficzny w ogóle, jeśli chodzi o prozę polską, trochę rozmamłany — tak bym to określił.
[45:59] - Ale trylogia „Cienie Hatha” nie wzięły się znikąd. Ty w swoim czasie sporo publikowałeś i to z powodzeniem, bo przypomnę — taki zbiór opowiadań, zawsze mam kłopoty, żeby to określić, ale niech będzie zbiór opowiadań „Drapieżnik” w bardzo renomowanym wydawnictwie Świat Książki. Pokazało się też tutaj na lokalnym rynku — firma wydała drugą twoją książkę w oszałamiającym jak na tamte czasy nakładzie. W związku z tym to kolejna książka. Ten cykl fantastyczny nie był zawieszony w próżni. Ty byłeś aktywnym pisarzem — tym się pisarz zajmuje — który fantastykę, i znowu takie słowo, co mi się nie podoba, uprawiał.
[46:51] - Tak, i to właściwie między innymi. Tak można by to określić, bo mam wrażenie, że jestem jeszcze takim reliktem zamierzchłej epoki i bardziej chyba niż pisarzem, to literatem, bo próbuję różnych form. Mam rozmaite pomysły na to, jak słowem coś przekazać. Czasem to bywa poezja, czasem miniatury literackie, ale też opowiadania, powieści. Ja mam zresztą taki problem z wydawcami. On się często pojawia, ponieważ jakoś genetycznie, odruchowo — nie wiem, skąd się to wzięło — jednak uprawiam synkretyzm gatunkowy. Raz chyba w życiu napisałem jedną powieść czystą gatunkowo, czyli „Miłość”, która ukazała się w jednym z warszawskich wydawnictw już jakieś osiem lat temu. Czarny kryminał. To jest powieść czysta gatunkowo. Pozostałe — czy to zbiory, czy powieści — wędrują sobie od gatunku do gatunku zgodnie z potrzebą.
To wiąże się zapewne z tym, że uważam, że każda opowieść — czy to jest opowiadanie, czy to jest powieść — ma swój język i swój świat. Nawet jeżeli to dzieje się w realiach dobrze nam znanych, to ten świat też należy w jakiś sposób językiem opisać. Zwracam na to dość dużą uwagę, więc mam wrażenie, że czasem te teksty są trochę za łatwe dla odbiorców literatury wysokiej i trochę za trudne dla typowych odbiorców literatury popularnej. Gdzieś tak się tułam pośrodku.
[48:55] - Jeszcze przy wspominkach będąc, ty masz szczęście do bycia legendarnym. Przypomnę, powieść „Sfora” ukazała się w magazynie „Voyager” i właściwie też była legendarna, bo magazyn „Voyager” miał to do siebie, że miał określony nakład, który gdzieś sobie zniknął i to było trudno dostępne. Ten brak został uzupełniony również przez Stalker Books, bo bodajże w zeszłym roku ta powieść została wznowiona i teraz jest do nabycia drogą kupna. To tak à propos wspominek.
[49:36] - Tak, powieść „Sfora”. Gdzieś przeczytałem, że to podobno pierwsza powieść grozy powojenna polskiego autora. Nie wiem, nie będę się z nikim o to spierał, bo nie wiem. Faktem jest, że opowiadania, owszem, powstawały, choćby świętej pamięci Siewierski. Było trochę opowiadań grozy, za to nie wiem, jak z tymi powieściami było. Niemniej jest to powieść grozy rozwijająca się w realiach historycznych określonych. To jest przełom epok, to jest jesień średniowiecza. Trochę ją też redagowałem, gdy Stalker Books przygotowywał się do wydania „Sfory” już w formie książki. Już czy dopiero, bo po raz pierwszy ukazała się w kwartalniku. Miało formę książeczki, owszem, powieść wypełniła całą objętość, ale to był numer kwartalnika, jakby nie było.
Teraz jest to samodzielna powieść. Mam nadzieję, że ciekawa. Dla mnie jest interesująca. To taki problem, dla autora interesująca nie wiem, jak to jest z czytelnikami.
[51:05] - Wróćmy do „Cieni Hatha”. Na rynku wydawniczym określa się tę powieść jako science fantasy. Od razu powiem, że to jest takie, chyba tak jak lubisz, pomieszanie trochę gatunków, trochę fantasy, trochę science fiction, co zresztą łatwo sprawdzić, że tak właśnie jest. Ale jak ty pisałeś, to takie pojęcie jak science fantasy nie występowało w przyrodzie. Ty powiedziałeś właściwie o tym w takim synkretycznym podejściu. Dobrze, ale jaka to jest powieść? Gdzie to się dzieje? „Cienie Hatha” — z czym mamy do czynienia? Jaki to jest świat? Tego bym się bardzo chętnie dowiedział.
[51:50] - Według mnie to są powieści sensacyjne. Przy okazji tak bym to ujął, są powieściami fantasy, SF, ale też i grozy, bo takie akcenty też się pojawiają. Taka moja skłonność do wycieczek w stronę literatury grozy. Tak było choćby z „Drapieżnikiem”, który dostał nagrodę główną na konkursie na powieść współczesną polską. To też taki paradoks, bo to zbiór opowiadań. Oczywiście tworzą całość, jest to pewien zamysł konstrukcyjny, ale niemniej było to dla mnie miłe zaskoczenie. Wracając do świata „Cieni Hatha”. Konstruowałem ten świat stopniowo, to znaczy przymierzając się do pierwszej powieści, do „Twierdzy nienawiści”. W 1983 roku zacząłem ją pisać, ale już miałem pewne kwestie rozrysowane wcześniej oczywiście, czyli fabułę, i te realia. Założenie było takie, że realia powinny być inne niż te, które znamy na co dzień, ale nie na tyle inne, abyśmy nie mogli ich zaakceptować z marszu.
Czyli są to realia przypominające nieco, jeśli chodzi o technologię, o sposób życia, epokę antyku w basenie Morza Śródziemnego. Ludzie żyją mniej więcej na takim poziomie technologicznym, jaki panował wówczas, podobnym jak na polskiej wsi w XIX wieku, dla ścisłości. Pojawił się język i tu był pewien problem. To jeszcze widać w „Twierdzy nienawiści”, ponieważ za wszelką cenę usiłowałem uwolnić się od coraz bardziej obowiązujących i pojawiających się ukłonów w stronę Tolkiena i jego świata. „Władcę pierścieni” Tolkiena czytałem jako nastoletni chłopiec, bodajże to pierwsze wydanie. Bardzo mi się wówczas podobało, ale jako młody, dorosły mężczyzna stwierdziłem, że fajnie, to jest Tolkien, ukłony mu składajmy, ale gdy tworzymy jakiś świat, to odchodźmy od tych gotowych wzorców, szukajmy czegoś innego, czegoś nowego. Na ile mi się to udało, myślę, że to widać lepiej w „Demonach światła i białej bestii”. Ponieważ tam już troszeczkę uciekałem od pewnych analogii, które mogłyby wiązać się ze światem tolkienowskim, który zresztą w latach 90. został masakrycznie skopiowany. Kalka na kalce.
Ileż tego było. Literatura, nie tylko w Polsce, dla jasności. Świat po prostu kopiował Tolkiena. Gdy pojawiały się fantasy, to głównie był to jakiś klon tolkienowski. Świat, tak jak wspomniałem, przypominający świat antyku, ale pojawiają się tam różne dziwne artefakty, wokół których krążą jakieś opowieści, legendy, niesprawdzone przekazy. Skąd one się właściwie wzięły? Do czego służą? Taki element, który sprawia, że ten świat nie jest oczywisty. Poza tym ten świat, wracając do świata Hatta, też ma jakieś swoje oryginalne uwarunkowania. Czyli są to jakieś warstwy rzeczywistości.
W tym świecie mogą pojawić się jakieś istoty, stworzenia z innych wszechświatów? Raczej nie, raczej z innych warstw rzeczywistości. To jest takie pogranicze nauki i metafizyki, trochę ezoteryka właśnie. Ale też istnieją w tym świecie próby wyjaśnienia tego wszystkiego w sposób naukowy, czego próbują dokonać tacy naukowcy, eksperci funkcjonujący w cieniu tego świata. Bo ten świat, długo można by mówić, ma swoją strukturę, pewne uwarunkowania polityczne tam panują, jakieś obyczajowe. Są jakieś tam rasy rozmaite ze swoimi obyczajami, ze swoimi nawykami, zachowaniami. Ten świat z jednej strony podobny, tak jak mówiłem, do świata antyku, z drugiej strony inny. Mam nadzieję, że zaciekawi odbiorcę tą swoją odrębnością. Dla mnie jako dla autora zawsze najważniejsza jest opowieść. Ten świat nie jest dla mnie kluczowy.
Kluczowa jest opowieść dziejąca się w tym świecie. Więc jak wspomniałem, są to fabuły sensacyjne, czasem nawet wręcz z wątkiem kryminalnym, ale nie mogłyby one się rozwijać, gdyby nie te elementy fantastycznonaukowe czy fantasy. I elementy grozy, tu już nawet tytuły coś sugerują. „Twierdza nienawiści” to taki ukłon w stronę kryminału, sensacji. „Demony światła” — tytuł już mówi, że będzie się działo i że chyba groza. A „Biała bestia” to już oczywistość w tytule, choć uprzedzam z góry, że będzie tam bardzo dużo zmian tropów, może tak to ujmę, i trzeba doczytać do końca, by wiedzieć, jak się to skończy. Jestem tego absolutnie pewien.
[59:14] - Pytanie o emocje, więc krótkie. Co czuje autor, który po latach trzyma w dłoni trzy tomy swojego dzieła?
[59:27] - Wiarę w swoją jakąś tam jednak mądrość. Bo miałem taki moment na początku lat 90., że chciałem to po prostu wyrzucić. A pamiętajmy, że to była epoka przedkomputerowa, czyli wszystko w maszynopisach. Jak się to wyrzuci, to się to wyrzuci. To nie tak jak dziś w internecie, gdzie nic nie ginie, nawet jak skasujemy. Także coś mnie tknęło. Jakoś tak mimo wielkiego zniechęcenia zachowałem te opasłe teczki wypchane maszynopisami i przetrwały. Przetrwały różne przeprowadzki, jak to w życiu, bo miałem okres, kiedy było ich wiele. Przetrwały. Czyli tak, takie emocje.
Tak siebie chwalę. Mówię sobie: „O, ty taki głupi nie jesteś. Zachowałeś, nie wyrzuciłeś”.
[01:00:25] - W latach 90. to był czas, kiedy ty sporo opowiadań publikowałeś. Jak się zajrzy do tych małych „Feniksów”, to tam pojawiają się twoje opowiadania. A zatem pomimo pewnego zawahania, pomimo trochę utraty wiary, że ten rynek jest normalny, to jednak „Feniks” dawał oddech pewien pisarzowi.
[01:00:51] - Tak, to prawda. Zresztą podkreślmy, że nie tylko „Feniks”. Był to dobry okres. Powstawało wiele czasopism. Ja zresztą publikowałem bardzo dużo wówczas, bo publikowałem też w czasopismach literackich, powiedzmy artystycznych, więc tych publikacji bardzo dużo było. PisałemRóżne formy. A jeśli chodzi o literaturę fantastyczną, szeroko pojętą, to był „Fenix”. W „Nowej Fantastyce” było kilka publikacji. Ja teraz nie chcę wprowadzać nikogo w błąd. Po prostu było tych tytułów wiele.
One powstawały, istniały rok, dwa, trzy w czasopismach i one znikały. Tak jak „Voyager” też w pewnym momencie zniknął. W „Voyagerze” oprócz „Swory” jeszcze publikowałem opowiadania w dwóch albo w trzech numerach. Więc było tego generalnie naprawdę dużo. Przynajmniej kilka publikacji w ciągu każdego roku. To rzeczywiście się działo. W ten sposób trochę warsztat szkoliłem. To jeszcze był czas, gdy brałem udział w konkursach literackich. W niektórych dostałem nagrody za opowiadania. Takim zwieńczeniem był konkurs na polską powieść współczesną ogłoszony przez Świat Książki.
Wówczas był to rok 1998. Było to największe wydawnictwo w Polsce z największą księgarnią wysyłkową, więc trafiłem w dobry czas. To zresztą miało potem wpływ na sprzedaż „Drapieżnika”, bo o nim mówimy. Sprzedał się rzeczywiście w takim nakładzie, aż byłem zaskoczony, przyznam. I w tym czasie ja oscylowałem, jeśli chodzi o prozę fantastyczną, między fantastyką historyczną a współczesną grozą. Opowieści osadzone w realiach współczesnej Polski. Myślę, że to zostało mi do dziś, ponieważ czekają książki na wydanie. Kilka czeka w pewnych wydawnictwach, także mam nadzieję, że rok 2024 to wtedy one ujrzą światło dzienne. Po drodze też zabrałem się za popularyzację zagadek historii i rozmaitych dziwności, które mnie prywatnie interesują. W związku z czym powstały takie książki jak „Tajemnicze istoty”.
To wydało wydawnictwo na Śląsku specjalizujące się w takich publikacjach. „Tajemnicze artefakty”. Też jedno z warszawskich wydawnictw, już w 2016. Rok temu „Tajemnicze historie z pogranicza światów”. To takie eseje literackie o dziwnych przypadkach dotyczących osób bardzo znanych z historii, postaci historycznych, ale też mniej znanych, zadowolanych z racji tego, co się im wydarzyło, takiego zaakcentowania. Zresztą te książki ukazały się w przekładach na rynku amerykańskim, więc jest tam jakaś recepcja tego, co robię. To są bardzo różne obszary. Przepraszam wszystkich miłośników fantastyki. Ja po prostu mam taki problem, żeby tak się określić jednoznacznie.
[01:05:04] - Ale myślę, że akurat dobrze, że o tym wspomniałeś. W końcu ta audycja ukazuje się między innymi w Radiu Paranormalium na jego antenie, chociaż internetowej, ale antenie. Wspomnijmy jeszcze, że ty byłeś publicystą. Jesteś publicystą współpracującym z miesięcznikami tą tematyką się zajmującymi, mianowicie z „Czwartym Wymiarem”, z „Nieznanym Światem”. Tam swoje pióro również ostrzyłeś. Co prawda nie prozatorsko, ale to nie ten zakres zainteresowań. Natomiast publicystycznie. Wcześniej jeszcze... Słowo „uprawiała” jakoś tak mi... „Uprawiać” jakoś mi tak nie-
[01:05:48] - Uprawia się buraki.
[01:05:48] - Tak, dokładnie. Ale dobrze, niech będzie. Uprawiałeś publicystykę taką związaną z tą tematyką, również na łamach prasy lokalnej, tutaj w kujawsko-pomorskim. Z tym że te artykuły bardzo często były też drukowane w innych częściach kraju. Troszkę jakbyś o tym powiedział, będę wdzięczny.
[01:06:10] - To taki okres mojej pracy dziennikarskiej, bo przestałem. Chyba ze 20 lat w sumie się tego nazbierało. Byłem etatowym dziennikarzem prasy lokalnej. W kilku tytułach pracowałem, w jednym najdłużej. I była to typowa praca dziennikarska, czyli wszystkim, co się dzieje, trzeba było się zajmować. I jako reporter, i jako redaktor, i jako publicysta. Upraszczając, kwestie od dziury w moście po poważne rozmowy i poważną publicystykę. Wszystko, co w tym zawodzie jest konieczne. W tym również ukazywały się mojego autorstwa takie materiały ciekawostkowe, tak bym to ujął, z obszarów zagadek, tajemnic, nieoczywistości. Też w latach 90.
współpracowałem z wieloma czasopismami ogólnopolskimi, bo to był taki okres, że tych tytułów powstało wiele. One się nie utrzymywały na rynku długo. Długo utrzymała się „Wróżka”, gdzie też miałem przyjemność publikować, ponieważ pisarz musi z czegoś żyć, a były tam całkiem atrakcyjne honoraria. Współpracowałem też z agencją prasową przez lat siedem albo osiem, jedną z istniejących wówczas. Stąd te publikacje takich przeredagowanych moich artykułów na terenie całej Polski, praktycznie w wielu gazetach lokalnych to się ukazywało. A jeśli chodzi o miesięczniki, już takie, nazwijmy to najpoważniejsze, zajmujące się kwestiami nieznanego, paranormaliów, zagadek historii, czyli „Nieznany Świat” i „Czwarty Wymiar”. Z „Nieznanym Światem” współpracowałem przez wiele lat. Nie wiem ile. Wiele. Wiele to jest na pewno więcej niż sześć, siedem.
A jeśli chodzi o „Czwarty Wymiar”, to praktycznie ja tam jestem chyba od początku nieomalże, bo on powstał chyba w 1997 roku. Miał różne dziwne perturbacje przez dwa lata i od 1999 roku ukazuje się co miesiąc. Teraz jakieś trzy lata temu zmienił wydawcę, ale to kompletnie nie wpłynęło na funkcjonowanie tego miesięcznika. Zachował zbliżony charakter. Minimalne zmiany personifikuje, jeśli chodzi o program. Także praktycznie od 1999 roku w każdym numerze publikuję. Jestem stałym współpracownikiem. Zresztą przez kilka lat pracowałem też w redakcji „Czwartego Wymiaru”. Redakcja wówczas się mieściła w Warszawie, teraz po zmianie wydawcy w Białymstoku. Taki obszar, który rzeczywiście w jakiś sposób mnie interesuje.
Z tym że zbyt często jeszcze słyszę, że ludzie pytają mnie na przykład, co sądzę o UFO i tak dalej. Ja próbuję wyjaśnić, że ja się tym nie zajmuję. Mam swoją opinię, ale nie śledzę tematu. Raczej mnie interesują zagadki historii, zagadki rozwoju człowieka. Takie obszary, gdzie nauka zaczyna się już kończyć, a zaczynają się bardzo interesujące spekulacje, czy czasem nawet hipotezy poważne. Te obszary głównie mnie interesują. O tym najczęściej piszę. I jak wspomniałem, piszę co miesiąc. Publikuję też nowinki. Jest taka rubryka nowinek, to moje zadanie, nowinek naukowych.
Myślę, że to jest bardzo fajna przygoda, bo mogę zajmować się tym, co mnie interesuje, a jednocześnie rytm pracy miesięcznika też mnie mobilizuje do jednak pracy dziennikarskiej, takiej sensu stricto. Już nie w tempie takim jak w dzienniku, ale pozostaję w takim obiegu pracowniczym. Jako człowiek, jakby nie było, jestem emerytem, czyli jestem w tym stanie życia, kiedy niczego nie muszę, ale mogę.
[01:11:14] - Owocem tej publicystycznej pracy, takiej dziennikarskiej, właściwie rozszerzmy, dziennikarskiej, była ważna książka. Książka wspominana do dzisiaj i taka chyba wzorcowa, jeśli chodzi o zrobienie reportaży o rzeczach paranormalnych. Wspólnie z Wojciechem Chudzińskim wydaliście książkę w wydawnictwie Videograf II, jeśli mnie pamięć nie myli. To ważna książka, bo tam się znalazły przypadki takie właśnie ujęte reportażowo, które do dzisiaj są wspominane. Byliście właściwie takimi kronikarzami nieznanego.
[01:11:58] - To był plan. W tym czasie tworzyliśmy taki zespół redakcyjny z Wojtkiem Chudzińskim. Później on wylądował, do dziś jest właśnie w redakcji „Nieznanego Świata”, miesięcznika „Nieznany Świat”. I pracowaliśmy w tym czasie w jednym z lokalnych dzienników. I zajmowaliśmy się oczywiście, jak to w dzienniku, wszystkim, co nieco potrzebne. A oprócz tego oczywiście, ponieważ i on, i ja mieliśmy tego rodzaju zainteresowania, wyszukiwaliśmy ciekawe zajścia i ciekawe osoby, które właśnie gdzieś funkcjonowały na pograniczu tych światów, nazwijmy to tak. Książka reporterska nosiła tytuł „Tajemnicze...”. I teraz mi uciekło. Ale wstyd, prawda? Tak.
„Niezwykłe, niewyjaśnione zjawiska w Polsce”. Bo pamiętam, że przy tym tytule też troszeczkę walczyliśmy. Początkowo mieliśmy trochę inny. Ostatecznie we współpracy z wydawcą powstały „Niewyjaśnione zjawiska w Polsce”. One obejmowały Praktycznie rzecz biorąc jakieś 10 lat naszej pracy reporterskiej. Co istotne, to nie były tylko wydarzenia opisane przez nas, wydarzenia lokalne, ale również dotyczące zdarzeń, które miały miejsce w różnych miejscach Polski. W tamtym czasie śledziliśmy takie zjawisko, które wówczas było novum w Polsce, czyli kręgi zbożowe. Pamiętam, że pojechaliśmy, to było w Lubelskiem albo na Rzeszowszczyźnie. Kielanówka, miejscowość na drugim końcu Polski dla nas mieszkających, funkcjonujących w Bydgoszczy. To był Toruń, ale sporo się również działo w samym województwie kujawsko-pomorskim, ponieważ wówczas nastąpił wysyp zjawisk niezwykłych, tychże kręgów we wsi Bylatowo.
Tam festiwal praktycznie trwał chyba trzy lata albo i cztery. Podobno ewenement na skalę światową. Tutaj nawet zjeżdżały rozmaite sławy badające kręgi zbożowe, sławy ze Stanów Zjednoczonych. Więc tego rodzaju zajścia, ale również przypadki obserwacji niezidentyfikowanych obiektów latających. Z tym, że staraliśmy się ten temat ugryźć właśnie pod kątem zasad dziennikarstwa, takich podstawowych zasad. Czyli nie były to żadne anonimowe osoby. Zdarzenia były odnotowane, opisane. Na tyle, ile mogliśmy to zweryfikować, weryfikowaliśmy. Także myślę, że dopełniliśmy obowiązku dziennikarskiego. Same zajścia były rzeczywiście niezwykłe.
Nawiedzone domy, UFO, kręgi zbożowe, spotkania z jakimiś dziwnymi istotami. Ludzie opowiadali nam o tym na początku z dużą dozą nieufności i tym najbardziej wierzyliśmy zresztą. Bo ci, którzy bardzo entuzjastycznie biegali za nami z rozmaitymi rewelacjami, byli tacy, którym stale coś się wydarzało, budzili w nas nieufność, taką już podejrzliwość dziennikarską, bym powiedział. Myślę, że książka była rzeczywiście ciekawa. Chyba tak bym to ujął.
[01:16:19] - Do dzisiaj zresztą wspominana, bo sam niejednokrotnie byłem świadkiem tego, jak cytowano fragmenty z tejże właśnie książki. Proponuję jeszcze na chwilę wrócić do tej najnowszej publikacji, do „Cieni Hatta”. Na bazie tego chciałbym zadać pytanie. Właściwie spora część twojego dorobku twórczego wiąże się mniej lub bardziej, ale z fantastyką. Nie zawsze z fantastyką naukową czy z fantasy, ale fantastyka jest tam zawsze obecna. To jakbym cię poprosił o taką twoją prywatną, nieencyklopedyczną definicję słowa fantastyka oraz dlaczego fantastyka? To będzie super.
[01:17:11] - Lubię pisać o ludziach, którzy znajdują się w sytuacji niezwykłej, ekstremalnej, ale nie w taki sposób, jak to często obecnie w filmach grozy czy szybkich takich powieściach grozy bywa. Czyli nie opowiadam o tym, jakich okrucieństw jest w stanie dokonać jeden człowiek drugiemu. Ponieważ uważam, że ten wysyp okrutnego takiego horroru ostatnich kilkunastu lat to jest raczej przejaw niewiedzy autorów i odbiorców, ponieważ po Auschwitz nic okrutniejszego zdarzyć się nie może. I ja do grozy nie podchodzę w ten sposób. Grozy jako elementu literatury fantastycznej również, literatury grozy. Interesuje mnie człowiek postawiony właśnie w sytuacji niekonwencjonalnej, trudnej, w opresji, ale w opresji, dlatego, że dzieje się coś, czego nie przewidział. Rzeczywistość taka, jak ją znamy, ona pęka. Tam się zaczyna dziać coś, co się wymyka kontroli i ludzie muszą sobie z tym radzić. Kiedyś to był taki klasyczny motyw obowiązywał, czyli dobro, zło, Ormuzd, Aryman, Jezus, Szatan. Takie oczywistości.
Nasz świat jest bardziej niejasny. Coraz trudniej funkcjonować w oparciu o takie jasne zasady. Czyli to zło nie jest takie do końca złe. To dobro też czasem bywa rozmyte. Ja w tym brodzę, w tym dłubię, w tym doszukuję się jakiegoś sensu. A aby podzielić się tymi swoimi poszukiwaniami z czytelnikiem, staram się to robić za pomocą interesujących fabuł, bo to, o czym mówię, brzmi trochę mętnie. Dlatego potrzebna jest ciekawa fabuła, która poprowadzi czytelnika we właściwą stronę. W taką stronę, w jaką sobie w danej opowieści, czy to jest powieść, czy opowiadanie, zamierzyłem. I tutaj ta fantastyczność tak naprawdę dla mnie jest częścią naszego życia. Ona nam się przydarza.
Ona czasem nam się przydarza tak zaskakująco, że w pierwszym momencie jej nie postrzegamy. Dopiero później zdajemy sobie sprawę, że to było niemożliwe. A jednak zaszło, prawda? Więc takie elementy. Kiedy z kolei sięgam do kanonu, czyli jak mamy fantastykę, fantasy, oczywiście jakaś magia, jakieś osoby o nadnaturalnych mocach się pojawiają, to staram się też sięgać do badań naukowych o nich. Nie przyjmuję ich bezkrytycznie, nie o to chodzi, ale chodzi mi o taką zasadę prawdopodobieństwa. Czyli nie przemawia do mnie magia w stylu powieści „Harry'ego Pottera”, że bierzemy do ręki różdżkę i sobie strzelamy jakąś energią. Za to przemawiają do mnie elementy szamanizmu czy animizmu, gdzie jeżeli czerpiemy jakąś energię i w ten sposób dokonujemy jakichś niezwykłych zabiegów, to trzeba za to płacić. Energia nie bierze się znikąd. Coś za coś.
Musi niestety zostać ta energia zwrócona. Myślę, że dla mnie jest to ciekawsze, bardziej logiczne i przyznam, że wykorzystywanie tych elementów bardzo mnie bawi w trakcie pisania fabuł. Elementy SF z kolei, fantastyki czysto naukowej, u mnie występują w sumie rzadko. Tak w przypadku „Cieni Hatha” one się pojawiają, ale myślę, że to się wiąże też z moim nastawieniem do rozwoju technologicznego, ponieważ postrzegam ogromne zalety, ale widzę też coraz więcej wad. Tak jakbyśmy przekroczyli jako cywilizacja pewien próg i zaczynamy tworzyć coraz więcej rzeczy, a co za tym idzie funkcji, obowiązków, elementów, nawyków całkowicie nam zbędnych. Fantastycznym wynalazkiem upowszechnionym szeroko była lodówka, prawda? Nie mówię tego przez przypadek, ponieważ ja się wychowałem w czasach, kiedy lodówka była novum. Ona pojawiała się w nie wszystkich domach. Była droga, trudna do zdobycia. To dotyczy też telewizji, która w pewnym momencie zaistniała za mojego życia.
Byłem dzieckiem, kiedy ona zaczęła być szerzej rozwijana. Transport, łączność. Wspaniałym wynalazkiem jest telefon komórkowy. Problem w tym, że ostatnie dziesięciolecie to coś postawiło na głowie. To, co miało być wielkim udogodnieniem w chwili, kiedy pojawiły się smartfony i podłączenie na co dzień, w każdej chwili do internetu, czyli do całego świata, zaczęło wytwarzać nawyki, które według mnie już są, ale myślę, że z czasem zaczną być postrzegane jako swego rodzaju przekleństwo. Zbyt wiele czasu poświęcamy na sprawy całkowicie nieistotne, bo nie czerpiemy wiedzy. Oglądamy filmy o kotkach, pieskach, takie tam różności. Wymieniamy miłe powitania z setką osób na dzień dobry. To nawet miłe jest, tylko że nie żyjemy z tymi ludźmi realnie. W życiu realnym mówimy „dzień dobry” pięciu osobom.
Jeżeli pracujemy w firmie, w której jest wielu współpracowników, to może kilkunastu osobom. Coś o nich wiemy, one coś o nas wiedzą. Jest między nami jakaś relacja. Świat internetu jest światem fantastyki naukowej, mam wrażenie, i to w tej mrocznej odsłonie.
[01:25:31] - Zapytałem o fantastykę nie bez przyczyny. Otóż od jakiegoś czasu interesujesz się kolejnym gatunkiem, który z fantastyką ma sporo wspólnego, a mianowicie baśniami, legendami. Tutaj na lokalnym rynku, ale okazuje się, że dzięki twojej działalności pewne rzeczy są zachowywane, pewne rzeczy są gromadzone i pewne rzeczy są tworzone. Poproszę o relację z tej twojej aktywności.
[01:26:03] - Legendy. Od razu podkreślam: nie baśnie, legendy. Muszę to podkreślić, bo to często się pojawia, jest to łączone. Legendy, czyli przekazy, które od co najmniej kilkuset lat, czasem dłużej, czasem tysiąc i jeszcze dłużej, wędrowały z ust do ust, były przekazywane z pokolenia na pokolenie i zapisane tak naprawdę w wieku XVIII, XIX, gdzieś odnotowane. I co ważne, one do dziś funkcjonują. To są pewne szkielety opowieści. Mnie to swego czasu zainspirowało ładnych z 10 lat temu. Wcześniej zwracałem na to uwagę i było to dla mnie interesujące, ale tak z 10 lat temu zająłem się tym jako pisarz. Myślę, że to jest bardzo ważne zadanie dla literatów. Nie dać temu zginać, bo te przekazy, to brzmi górnolotnie, ale to naprawdę jest nasze niematerialne dziedzictwo narodowe.
Jeżeli ich nie będzie, to pozostaniemy przy kulturze, w której role tych postaci z legend będą pełnić Batman, Superman, jeszcze inny man, inna woman i tak dalej, czyli postaci fikcyjne z popkultury. Nie o to chodzi. Taka postać popkulturowa, ikona popkulturowa siłą rzeczy na swój sposób może być atrakcyjna i ona jest rozpoznawalna w Polsce, w Hongkongu, w Stanach Zjednoczonych, gdzie najczęściej się zrodziła. To jest kultura masowa. My potrzebujemy własnych opowieści, własnych bohaterów po to, byśmy wiedzieli, skąd jesteśmy. Myślę, że to jest bardzo istotne, aby się nie rozmyć w takiej ogólnoświatowej papce. Dlatego piszę opowiadania inspirowane legendami. Często jest to pogranicze fantasy i grozy, jeśli chodzi o kwestie gatunkowe, a trafiają do antologii rozmaitych. Myślę, że w tym roku też będzie kilka takich utworów z tego, co mi wiadomo. Myślę, że to jest ważny element dla mnie, mojej pracy.
To też się wiąże z działalnością fundacji, której jestem współzałożycielem, ponieważ organizujemy imprezy, które mają przypominać o naszych korzeniach kulturowych, bo wiele z tych legend sięga korzeniami jeszcze słowiańszczyzny przedchrześcijańskiej. Część z nich to są opowieści z ostatnich kilkuset lat. To jest wspaniałe. Poza tym widzę, jak one znikają, umierają w mojej Bydgoszczy. Mówię mojej, bo się urodziłem, wychowałem, jestem bydgoszczaninem w kolejnym pokoleniu. Zapomniano całkowicie o opowieściach o pannach wodnych. Miasto leżące nad rzeką Brdą, w pobliżu rzeka Wisła. Już teraz Bydgoszcz się tak rozrosła, że Wisła też jest częścią Bydgoszczy. Jeszcze potok Flis, mnóstwo wody i żadnych opowieści o wodnikach, wodnicach i tak dalej. To mnie zaintrygowało swego czasu.
Okazało się, że owszem, bardzo bogate były te opowieści, tylko że ostatnie zapiski są z samego końca XIX wieku. Polskojęzyczne i niemieckojęzyczne. Wszystko gdzieś przepadło, zapomniano o tym. Więc jak ja to odkryłem, jak ja ruszyłem. Napisałem kilka opowiadań związanych właśnie z tymi legendami lokalnymi o wodnych stworach, bo myślę, że tak trzeba. Poza tym to fajne jest. Zabawne może być, może być straszne. To jest wspaniały materiał.
[01:31:01] - Ponieważ zbliżamy się do końca audycji, to wrócę do jej początku. Do twojej trylogii „Cienie Hatha”. Za to mnie każdy z gości nienawidzi, ale zrobię to. Jakbyś miał napisać, wygłosić właściwie blurb do tej trylogii, takiego blurba o sobie, o swoim dziele, to co byś powiedział?
[01:31:31] - Najpierw powiem, że ja nie wiem, co to jest blurb.
[01:31:35] - Takie coś na okładce, którym się książkę reklamuje.
[01:31:41] - Nota o książce.
[01:31:42] - Tak, ale teraz już trzeba używać wielce nowoczesnego języka, bo jak powiemy nota o książce, to mogą niektórzy nie zrozumieć, a jak powiemy blurb, to już zrozumieją. Czasy się zmieniły.
[01:31:54] - Dobrze, to już wiemy, o czym rozmawiamy. To jest ważne. Strasznie język się tam zaplącze. Opowieści?
[01:32:09] - Opowieści o całej trylogii, o wszystkich trzech powieściach.
[01:32:15] - Na pewno. Przygoda, sensacja, groza. Wielka zagadka nieznanej cywilizacji, po której pozostały jakieś artefakty trudne do zbadania, do zrozumienia. Wielkie potęgi, które drzemią gdzieś w oddali. Siły jak najbardziej widoczne i rządzące kontynentem Hatta, czyli gwardia. Gwardia, która przypomina nieco historie znane nam ze starożytnego Rzymu. Wyobraźmy sobie, że pretorianie się zbuntowali, rozwiązali senat, przejęli władzę i sprawują ją co najmniej stu lat. Tak mniej więcej wyglądają realia północnych terytoriów, ale w tle, w ukrytych miejscach czają się dziwne istoty. Niepokojące, bo nie wiemy, czy dobre, czy złe. To dopiero koniec fabuły zawsze ujawnia.
Kryją się też mędrcy, jacyś strażnicy dawnej wiedzy, którzy oczywiście mają do zadań specjalnych młodych, wyszkolonych, bardzo sprawnych fizycznie, pięknie biegających, skaczących i oczywiście mordujących wykonawców ich zadań. Mógłbym tak długo. Za to polecam. Warto, szczególnie jeśli chodzi o powieści „Demony światła” i „Biała bestia”, uzbroić się w słowniczek polsko-suahiliński.
[01:34:17] - Wow, taka niespodzianka, proszę państwa, na koniec. Przypominam trylogia „Cienie Hatta”: „Twierdza nienawiści”, „Demony światła” i „Biała bestia”. Pamiętajcie również państwo, w tym samym Stalkerbooksie książka „Sfora”. Pięknie dziękuję, Tadeuszu.
[01:34:35] - Dziękuję, również pozdrawiam wszystkich.
[01:34:40] - To była rozmowa z Tadeuszem Olszuwskim. Idziemy za ciosem, proszę państwa, zapraszam na pierwsze spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Teraz porozmawiamy o filmach, a konkretnie o filmach z wilkołakami w roli głównej, ale od razu uprzedzam, że to nie jest ostatnie spotkanie z Piotrem dzisiejszego wieczora. Zapraszam zatem na Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:35:13] - Dzień dobry wieczór, Marku. Marku, zapytam cię na sam początek, czy są u ciebie wilki i czy ty się boisz wilków?
[01:35:22] - Bezpośrednio przy moim domu to nie i w lesie przy moim domu też nie, ale już w okolicy, tam, gdzie niedawno spadła ta ruska rakieta, to w tych lasach, a one się tam już trafiają ponoć. Co ja mówię ponoć? Rozmawiałem z osobami, które takiego wilka widziały. Ponieważ nie są to osoby niewiarygodne, to przyjmijmy, że gdzieś w pobliżu wilki się kręcą.
[01:35:56] - Kręcą się wilki. W Częstochowie też się kręcą wilki. Nawet jest taka dzielnica Kręciwilk, która się wzięła od tego, że się wilki kręcą. U mnie są wilki przechodnio. A dlaczego to pytam? Dlatego, że dzisiaj jest okazja.
[01:36:17] - Jest okazja. Powiem tak, że do dzisiejszego seansu miałem mieszane uczucia. Wilkołaki mnie nie straszyły. Okazuje się, że do tematu można podejść w różny sposób i jeśli podchodzi się tak klasycznie, że jest wilkołak i on musi koniecznie kogoś rozszarpać i zjeść, albo w każdym razie pokąsać, to mnie to już chyba nie bawi. Ale okazuje się, że temat można ugryźć z trochę innej strony i wtedy filmy z wilkołakami w tle stają się interesujące.
[01:37:12] - Z jednej strony tak, natomiast one są wszystkie osadzone w tej zaszłości historycznej. Otóż w takiej klasycznej potworologii kinematograficznej wilkołak pojawia się najczęściej wespół z wąpierzem. Nie to, że one razem występują, ale to jest taka para klasyczna. Niektórzy twierdzą nawet, że te stworzenia, które zawładnęły umysłami twórców w Hollywoodzie, mają korzenie słowiańskie. Coś w tym pewnie jest. O ile jednak wampiry, strzygi czy też nieumarli do dziś są chętnie wykorzystywani przez kinematografię, to z wilkołakami jest nieco inaczej. Mam nawet osobistą teorię, dlaczego tak jest. To nie to, że tych filmów nie ma, ale jest mniej. To nie jest stworzenie, które rodzi tyle emocji. Po pierwsze wilkołaki, Marku, moim zdaniem nie są tak plastyczne jak na przykład wampiry.
To są jednak stworzenia proste, zezwierzęcone, krwiożercze. Po drugie wydaje mi się, że lęk przed wilkołakami wywołany był jeszcze kilkadziesiąt lat temu tym, że ludzie po prostu bali się wilków, a dzisiaj to już jest trochę inaczej. Co sądzisz o tej mojej koncepcji?
[01:38:36] - Myślę, że jest słuszna. Ja sięgnę dalej. Nie wiem jak ty, ale jak ja byłem dzieckiem, to baśni o Czerwonym Kapturku się bałem. Zresztą bajki też, bo była rymowana. Bałem się, bo ten wilk to była jednak taka czasami nawet osoba, ale najczęściej zwierzątko, które wydawało się groźne, szczególnie takiemu malcowi. Wilk to było samo zło, panie. W związku z tym to później przechodziło dalej i rzeczywiście człowiek miał mieszane uczucia. Dzisiaj nie za bardzo się tego wilka boję, ale też pamiętam, że jak oglądałem „Pana Wołodyjowskiego” w czarno-białej, odcinkowej wersji, to jak wilki goniły Baśkę, która jechała sobie, mocno to przeżywałem. Bardzo mocno. I wtedy się utwierdziłem, że wilki to nic dobrego nie jest.
Dzisiaj chyba bym się pojedynczego wilka jednak nie bał, chociaż to się tak łatwo mówi. Każdy z nas mówi: „Co tam wilk, wystarczy mu w oczy nie patrzeć i tupnąć, huknąć i na pewno ucieknie”. Wolałbym mieć jednak jakiś gaz pieprzowy przy sobie, czułbym się bezpieczniej. Ja taki bardzo praktyczny człowiek jestem. A wracając jeszcze na chwilę do wilkołaków, powiem tak: wilkołaki mają ostatnio złą prasę i są mało lubiane. Przyczynił się do tego moim zdaniem hit hitów hollywoodzkich w wielu częściach, a mianowicie saga „Zmierzch”. Zekranizowana saga opasły tomiszcza. Wszyscy to przeżywali. Nie wszyscy, ale pewne grupy to przeżywały. I tam też pewien konflikt na linii wampiryczno-wilkołaczej się pojawia i w związku z tym wilkołaki to były te fajne.
Nie, przepraszam, odwrotnie: to wampiry były te fajne, fajniejsze, a wilkołaki były w wrednej grupie i w związku z tym tak chyba już trochę też zostało we współczesnej kulturze.
[01:41:02] - Jak ktoś widział tą grafikę, którą zrobił nasz kolega Sebastian, humorystyczną oczywiście grafikę, na której jesteśmy z Markiem przedstawieni jako tępe, głupie wilkołaki, to chyba coś w tym jest, tak mi się wydaje.
[01:41:17] - Zapraszam. Kto chętny, to między innymi można tę grafikę na Facebooku, na „Rubieżach rzeczywistości” zobaczyć. A pewno też w innych miejscach również.
[01:41:30] - Na grupie. Ja tylko chcę dodać, że ja już byłem z tego pokolenia, które się wilków nie bało. Bardziej było takie popkulturowe. Ja to już mówiłem w jednej z audycji. Mnie wujek straszył Józkiem Skręciwilków. To był taki twór jego wyobraźni, który był de facto wilkołakiem. Jeszcze mnie kwiczołami straszyli chyba, nie pamiętam już. Tutaj o wilkołakach można powiedzieć wiele, bo jest spora różnica między wilkołakiem hollywoodzkim a tym, chciałbym powiedzieć, polskim. Dla mnie to jednak jest troszeczkę sztuczny twór, dlatego że o ile wielu autorów, typu na przykład Bohdan Baranowski, pisało o wilkołakach, wydaje mi się, że wiara w nie trochę dawno wygasła. Może dodam kilka ciekawostek.
One na przykład były zwane w Polsce często wilkołkami. Było też kilka sposobów, jak się tym wilkołkiem stać. Można było, tak jak bohaterowie niektórych filmów, o których za chwilę powiemy, być ugryzionym i wtedy się przemienić, ale można było też po prostu posiadać moc transformacji w zwierzę. I ta druga forma transformacji w zwierzę znana była też jako likantropia. Tylko że tutaj znowu się otwiera pole do rozważań, bo likantrop to też nie był do końca wilkołak, bo likantrop się zachowywał jak wilk, ale się nie zawsze przemieniał. To był rodzaj zaburzenia, manii, która zmuszała ludzi do takiej formy wyrażania siebie. Można by tutaj wiele powiedzieć, Marku, o wilkołakach w filmach. Jest „Wilczyca”, jest „Braterstwo wilków” i tak dalej.
[01:43:21] - Jest jeszcze polski film zatytułowany „Lokis”. To taki film chyba z '70 roku, jak dobrze pamiętam.
[01:43:33] - Świetny film. Najlepszy polski horror moim zdaniem
[01:43:36] - Tak, w reżyserii Janusza Majewskiego, dziejący się gdzieś na Kresach, na Wschodzie, w każdym razie tak jak powiedziałeś, świetny film. To miało jeszcze jakiś podtytuł, coś o profesorze Wittenbachu czy coś takiego. W każdym razie chyba „Rękopis profesora Wittenbacha”. Tak jak powiedziałeś, moim zdaniem na tle różnych filmów naprawdę dobry film.
[01:44:08] - Tak, tam Edmund Fetting gra jedną z głównych ról, przy czym „Lokis” był bardziej oparty o wierzenia Bałtów i jeżeli szukać analogii, to on był czymś w rodzaju skinwalkera.
[01:44:22] - Tak, masz rację. On na Litwę i Żmudź chyba wyrusza ten profesor. Zgadza się. Tak było, jak mówisz.
[01:44:31] - Ale ten sam podgatunek, że tak powiedzmy. I tutaj po takim długim wstępie przejdźmy do pierwszego filmu, który traktuje o wilkołakach. Jak zwykle w naszej audycji wybieramy takie filmy nowe lub nowsze. I pierwszym, chyba najnowszym jest „Wilkołak nocą”. „Wilkołak nocą” to jest coś, co sobie możecie znaleźć na jednej z platform z filmami, która ma nazwisko takiego słynnego rysownika. I tutaj jest pewien problem, bo my go tutaj wrzucamy z takiej popkulturowej powinności. Wilkołak to przestarzała forma, której trzeba nadać nowe życie. I tutaj próbowano. Jesienią ubiegłego roku pojawiła się taka krótkometrażówka „Werewolf by Night” opierająca się o wątki z uniwersum Marvela, o komiksy. Ja wielkim miłośnikiem, znawcą komiksów nie jestem, natomiast nie znam tego bohatera.
Muszę się przyznać bez bicia. Został on nam zaprezentowany w kilkudziesięciominutowym, barwnym i żywym filmie z licznymi odniesieniami do hollywoodzkiej klasyki. Był to taki poniekąd równoważnik dla wampirycznego Morbiusa, czyli tego bohatera Marvela, który jest wampirem i film z nim w roli głównej został okrzyknięty jednym z największych paździerzy 2022 roku. Chyba 2022 z tego, co pamiętam. O ile nie jestem potężnym fanem Marvela, moja żona jest. Ja to tak oglądam. Jak ona tego będzie słuchać, to pewnie zrobi awanturę. Dobrze, oglądam. Nie jestem wielkim znawcą, nie rusza mnie to tak i te głosy krytyczne w stosunku do Morbiusa, nie wiem, czy Marku widziałeś, one mnie trochę dziwiły. Ten film nie był dobry, nie był też zły.
To był po prostu film o superbohaterze. Natomiast „Wilkołak nocą” to jest prawdopodobnie próba ożywienia nowego typu bohatera, bo to już jest raczej zupełnie inna kategoria. To nie jest zło wcielone. To jest ktoś o superzdolnościach, natomiast to nie jest ktoś absolutnie zły. Może trochę siebie nie kontroluje, natomiast w tej wersji człowieczej jest całkiem urokliwy. Co z tego będzie? Trudno powiedzieć. Moim zdaniem nie jest to złe, natomiast to też nie jest kino takie, które my zawsze poruszamy. Jak mówię, mówimy o tym „Wilkołaku nocą” dlatego, że to jest najnowsza produkcja, która może będzie próbowała tego potwora ożywić, postawić w nowym świetle.
[01:47:43] - Uśmiechnąłem się, kiedy powiedziałeś, że barwna i tak dalej historia, bo ona akurat jest czarno biała. Jedyne barwne, co się tam pojawia, to ten klejnot taki świecący na czerwono. To znowu jest taki zabieg. Moim zdaniem ten film czerpie garściami z tak zwanego starego kina, nawiązuje do takich historii, które się pojawiały dawno, dawno temu, ale nie w odległej galaktyce. On się robi na koniec kolorowy, ale to, dlaczego się robi kolorowy, to już sobie musicie państwo zobaczyć. Film jest krótki, trwa około godziny, chyba niecałą godzinę. Westchnąłem sobie, bo ja mam złe doświadczenia. Ja z kolei jestem miłośnikiem komiksów, ale nie jestem miłośnikiem filmów robionych na podstawie komiksów. To się bardzo często nie udaje. Nie potrafię powiedzieć, czy w większości, czy w mniejszości, czy w ogóle, jak to statystycznie wygląda.
Nie prowadziłem tego rodzaju analiz, ale ja wiem, że się bardzo często zawodziłem. To, co w postaci komiksu było fajne, było fajną historią, to w filmie, być może z racji tego, że film jest chyba bardziej dosłowny, to nie grało. To bywało nawet śmieszne. I powiedzmy, jeśli bronią się niektóre na przykład „Spidermany” z różnych wydań tych „Spider-Manów”, jeśli się bronią pojedyncze filmy z tego uniwersum Marvela, to ja jakoś nie zapałałem miłością do tego „Wilkołaka nocą". To jest historia, która bazuje na wszystkich możliwych schematach, które istnieją w komiksie i robi to świadomie. Pewnie robi to po to, żeby było śmiesznie, ale śmiesznie jest w sposób umiarkowany. Komiksowo to by pewno zagrało, ale tu chyba nie. Chociażby jedna z początkowych scen, kiedy zmarły nestor, który posiadał władzę, przemawia do przybyłych trochę jak katarynka nakręcana albo pozytywka. Jest już w trumnie, ale do nich przemawia. Oczywiście to jest w jakiś sposób zainscenizowane, bo on już przecież dawno kopnął w ten kalendarz, ale zleca im pewne zadanie i oni to zadanie muszą wykonać.
Pomieszanie charakterystyczne znowu dla komiksu. Komiksowi to dobrze robi, natomiast w filmie to średnio wychodzi. Jakie pomieszanie? Otóż pomieszanie powagi z dowcipem, z komedią. Mamy tutaj pewne monstrum, które oni mają ścigać. To monstrum właściwie jest sympatyczne poza momentami, w których dostaje szału. Monstrum ma swoje imię i wystarczy do niego zagadać po imieniu i okazuje się całkiem sympatycznym monstrum. To pomieszanie nonsensownego chwilami dowcipu, mrugania okiem z elementami kina akcji, być może grozy, chociaż grozy tam naprawdę nie znajduję, moim zdaniem się nie sprawdza. Chyba trzeba być wielkim miłośnikiem tego rodzaju kina. Ja chyba nie jestem.
Pozostaję natomiast miłośnikiem komiksu i nawet takiego niespecjalnie ambitnego. Nie, to nie jest tak, że ja czytam tylko na przykład ambitne komiksy, żeby to wymagało szczególnych pokładów interpretacyjnych i tak dalej. Nie, to tak nie jest. Ja lubię całkiem proste komiksy. Lubię „Zieloną Latarnię”, lubię wszystkich bohaterów, którzy w komiksie się narodzili i te historie mogą być maksymalnym mordobiciem albo maksymalnym starciem. Mnie to zupełnie nie przeszkadza, a w kinie mi to z jakiegoś względu przeszkadza.
[01:52:31] - Jeżeli chodzi o te komiksy, to ja takim laikiem znowu nie jestem, tylko że mnie zawsze bardziej interesowała strona artystyczna, wykonanie niż historia, bo to nie jest temat na dzisiaj. Natomiast moim ulubionym komiksem są „Przygody Stanisława z Łodzi”. Jeżeli ktoś czytał, to wie. „Wilkołak nocą” czerpie bardzo dużo z tego, co się nazywa klasyczna era Hollywood, lata 40. Tutaj na myśl przychodzi przede wszystkim „Wilkołak” z 1941 roku. To jest film grozy, to nie jest horror, gdzie mamy do czynienia z rymowanką o kwitnącym tojadzie, która się przeplata przez film. Ogólnie rzecz biorąc, powiem wam tak: to już mówiłem na antenie „Filmotekarium”, że są miłośnicy filmów starych i są miłośnicy Marvela i tak dalej. Są miłośnicy wszystkiego. Ja osobiście nie jestem wielkim fanem tego kina, powiedziałbym dawniejszego, starego, ale te odniesienia znalazłem. No cóż, „Wilkołak nocą wilkołakiem nocą”.
Mówimy o nim tylko dlatego, że może daje on nadzieję na to, że ten stwór wedrze się do mainstreamu po długim okresie oczekiwania. Ale jeżeli o klasykach mowa, to film, o którym powiemy teraz, też czerpie tylko ze starszej klasyki, może nieco starszej, ale w sposób nieświadomy. Dlaczego? Jest to film „Hole” z roku 2015, czyli z COVID. I to oczywiście też jest aluzja do „Wilkołaka”. Natomiast każdy fan opowieści grozy dopatrzy się tutaj odniesień, oczywiście niezamierzonych, jak mówiłem, bo trudno uznać, żeby było inaczej, do kolejowej grozy Stefana Grabińskiego, zwanego czasem polskim Edgarem Poe. Grabiński, Marku, opublikował taki zbiór opowiadań „Demon prędkości” dziejący się w środowisku kolejowym. My się możemy z tego śmiać dzisiaj, że kogoś straszyła kolej i że trzeba było tam umieszczać akcję. Ale kiedy my mamy dzisiaj horrory, filmy, które się dzieją na przykład w internecie, które są związane z mediami społecznościowymi, to jest ten sam mechanizm. Nie śmiejmy się z tego, bo za 80 lat ktoś się będzie śmiał z nas.
Za życia Grabiński nie zdobył wielkiej popularności, bo jak niektórzy utrzymują, ta literacka strona jego twórczości była raczej średnia, z czym się trudno nie zgodzić. Przypomniałem sobie ostatnio jeden z jego utworów. Zapomniałem tytułu. To było takie opowiadanie o strażnikach tunelu pod Turbaczem, Florkach, którzy stali się ludźmi cienia i tak dalej. Trudno się to czytało. Roiło się tam od jakichś dziwnie skonstruowanych zdań. Ale nie o Grabińskim dzisiaj mowa. Mowa o ... horrorze kolejowym pod tytułem "Skowyt".
[01:56:01] - Ale o Grabińskim coś chciałbym powiedzieć.
[01:56:03] - Tak?
[01:56:07] - Zrobiłeś małą przekrętkę. Ten tom nazywa się "Demon ruchu", a nie "Demon prędkości". "Demon ruchu i inne opowiadania". Ja lubię opowiadania Grabińskiego, natomiast Grabiński posługiwał się, to, co ci tak przeszkadza, ja to w pełni rozumiem, bo to jest taki młodopolski język i on jest, mówiąc szczerze dzisiaj, to jest chyba najlepsze określenie, którego użyję: trudny do zniesienia tak naprawdę. A poza tym Grabiński, poza opowiadaniami, które lubię, ale zgadzam się, że one dzisiaj mogą już uwierać troszeczkę językowo i może nawet jeśli chodzi o akcję, to Grabiński pisał niestety również powieści. I to nie są dobre powieści. Ja ich nie lubię po prostu. Może to bardziej będzie opisywało tę sytuację. Patrzę w tej chwili na półkę, widzę trzytomowe wydanie z końca lat 70. Tam była między innymi "Wyspa Itongo" i tak dalej.
Mówiąc szczerze, to, proszę państwa, są głupoty. Ale opowiadania Grabiński miał inspirujące naprawdę. A ten cykl kolejowy, o którym Piotr wspomniał, moim zdaniem, jeśli chodzi o grozę, taką autentyczną grozę, przejęcie się maszyną, ruchem, to jest coś takiego, z czego dzisiaj czerpie cały odłam prozy, który sam siebie nazywa weird. Właściwie to trudno nazwać czystą grozą. Tam groza jest w tle, a właściwie z opisów. Poczytajcie sobie państwo chociażby utwory takiego autora, na przykład. To jest oczywiste, że tam groza jest zaszyta. Ale wiem, popłynąłem już na jakiś ocean. Wróćmy zatem rzeczywiście do "Skowyta", do Howl. To nie jest film moich marzeń, tak ci powiem, Piotrze.
[01:58:28] - Tak, ale to jest horror kolejowy. Coś, co się zdarza chyba w miarę rzadko. On też został przeniesiony przede wszystkim w czasy współczesne i poznajemy tam załogę pociągu pasażerskiego, która w wyniku awarii wywołanej chyba jakimś uderzeniem złej pogody zostaje uwięziona na prowincji w brytyjskim lesie podczas pełni. No i pech chciał, że to jest terytorium wilkołaka, przypadkowo zupełnie. Głównym bohaterem jest kierownik pociągu i ładna pani obsługująca, nie wiem, jak to się nazywa, ten wózek. Minibar chyba. I oni próbują uspokoić tą grupkę pasażerów. Pasażerowie ci z kolei, jak to bywa w niektórych filmach, prezentują cały przekrój społeczeństwa. I mamy tam emerytów, mamy nastolatkę, mamy zapracowaną panią, mamy jakiegoś chyba cwaniaka i dwóch nastolatków, w tym jednego Hindusa. I oczywiście co się tam dzieje?
Nic się nie dzieje. Próbują odeprzeć atak tego wilkołaka, kiedy się orientują, że ich maszynista został zjedzony przez to stworzenie. Oczywiście ich ostatecznym celem jest, by przeżyć, ale nie powiem, czy to się udaje. Powiem o morale, jakie z tego filmu wypływa. I warto to zapamiętać, Marku, moim zdaniem. Szanuj drużynę konduktorską, bo jak się coś stanie, to cię nikt nie obroni.
[02:00:04] - To ja kilka rzeczy chciałbym powiedzieć. Jak powiedziałeś o tym morale, to ja myślałem, że ty powiesz o takim morale morale. W sensie, żeby się tak trzymać, bo tam to morale na pokładzie pociągu w pewnym momencie upada i to nie jest najlepsze morale, ale ten morał, który ty przytoczyłeś, jak najbardziej jestem za. Widzisz, ten film rozwija się całkiem fajnie. Ja spodziewałem się uczty wyobraźni i spodziewałem się fajnego filmu, bo ten film się fajnie zaczyna. Ten chłopak, który jest tam sprawdzającym bilety i w ogóle tak patrzy na tych ludzi. Ludzie się go czepiają. Znacie to państwo z pociągów. Jeden cwaniaczek mówi, że nie ma biletu, ale coś tam. Nie, to akurat pani była.
W każdym razie te klimaty państwo sobie wyobraźcie. Sprawdza bilety i nikt go tak naprawdę nie lubi. A on jest profesjonalistą, wie, jak to robić, potrafi to robić. Jest też zakochany, a w każdym razie zafascynowany. Może nie używajmy wielkich słów. Zafascynowany tą panią piękną, która popycha wózek z minibarem. I tak ta historia się rozwija. Tak jak Piotr powiedział, ludzie różnych, jak powiem gatunków, to zaraz się ktoś przyczepi. W każdym razie w różnym wieku, z różnych opcji, jeśli chodzi o dochody. Zbieranina, mówiąc krótko.
Ty powiedziałeś, że ten pociąg staje. Też nie wiem, bo to nie jest do końca powiedziane. Ja odniosłem wrażenie, że być może któryś z tych wilkołaków się wpierdzielił po prostu pod ten pociąg i dlatego on się zatrzymał. Tam się rozdarł zbiornik z paliwem i tak dalej. Ale nie będę się upierał przy tej wersji, bo to tak naprawdę do końca nie jest powiedziane. Fakt jest faktem, że pociąg po prostu stanął w jakiejś głuszy. My się później o tej głuszy czegoś dowiadujemy, że wiele lat temu coś tam się stało. I tak zaczynamy rozumieć, dlaczego te popierdzielone wilkołaki tam krążą, bo na początku, przynajmniej ja myślałem, że to jakiś jeden bydlak tam się kręci i robi jakąś zadymę. A tu się w pewnym momencie okazuje, że to nie jest takie proste. Jak nie jest proste, to jest oczywiście skomplikowane.
I tak się ten film toczy. Tak jak powiedziałem, na początku jest fajnie. Ja nie wiem, czy w okolicach jednej trzeciej, czy może bardziej połowy ten film jednak dostaje zadyszki. Ewidentnie dostaje zadyszki.
[02:03:01] - Tak. Ogólnie to jest tam tak przedstawione, że to jest w ogóle bardzo zła reklama. Nie wiem, jak się nazywają brytyjskie koleje, ale dajmy na to, że BKP. To jest bardzo zła reklama, bo ten pociąg w zasadzie staje w wyniku tego, że wpada pod niego jeleń. Nie wiem, czy on pancerny był. W każdym razie ten jeleń wpada. Jak to się nazywa? Konduktor próbuje go wyciągnąć, potem zostaje-
[02:03:30] - Teraz, jak to mówisz, to rzeczywiście. Bo mnie się długi czas wydawało, że to któryś z tych wilkołaków wpadł, ale rzeczywiście to jeleń wpadł. Odszczekuję.
[02:03:41] - Jest tam potem pewna niezgodność, dlatego że kiedy oni się łączą przez telefon, to się okazuje, że była jakaś burza i dlatego tam nikt nie dojedzie. I rzeczywiście do połowy nie jest to paździerz, to jest nawet fajne. A potem to już można różnorako oceniać. Można mówić o tych odniesieniach do klasyki, ale to jest trochę przesada. Natomiast w przypadku „Skowyty” to jest po pierwsze tak, że to jest film o wilkołaku i to od początku praktycznie wiemy. To jest coś, co zawiera przerobione dawno schematy, więc też od początku wiemy, że to nie będzie w żaden sposób zaskakujące. Czy to ten film broni? Nie. Czy on jest do końca taki zły? Też nie.
Ale nie jest to arcydzieło. Czy to można było inaczej pociągnąć? Chyba też nie. To jest jedna z takich produkcji z bardzo dobrego okresu, kiedy irlandzkie i brytyjskie wytwórnie produkowały takie trochę niezależne horrory oparte o dobre pomysły. „Howl” się tam łapie w jakiś sposób. Jeżeli ktoś lubi takie filmy, a przecież gusta są różne, to na pewno zobaczy, bo to jest rzecz jednak, Marku, mało znana i dzisiaj trudna do wyśledzenia.
[02:05:17] - Tak, ale jedną rzecz muszę powiedzieć. Otóż jeśli chodzi o film „Howl”, to ja bym jednak tego filmu aż tak bardzo nie bronił, ponieważ on w tej drugiej połowie szczególnie opiera się na pewnych schematach i na pewnych kalkach. Schematach, czyli bardzo szybko wiemy, co będzie dalej, kto tam w pierwszej kolejności albo kto się tam i tak dalej. Za dużo bym opowiadał. To jeśli chodzi o schematy. A kalki, wiecie państwo, ja tam przynajmniej znalazłem nawiązania. To złe słowo „nawiązania”. Raczej właśnie kopie z kilku innych filmów, jeśli chodzi o rozwiązania narracyjne. I ktoś powie: „Nie czepiaj się, Żyrkowski, bo w końcu różnych możliwych rozwiązań w podobnych sytuacjach nie ma nieograniczonej ilości. Jest tam pewien zasób, z którego można korzystać”.
Zgodzę się, tylko ten zasób jest dosyć szeroki i dlaczego akurat autorzy korzystali z tych najprostszych, takich najbardziej oczywistych, takich kawoławicznych czasami wręcz, tego nie wiem. I to pęknięcie tego filmu, ta zadyszka w drugiej części jest dla mnie pewnym fenomenem. Przecież różne filmy tutaj przeglądamy, ale dawno nie spotkałem tak pękniętego filmu, który się naprawdę nieźle zapowiadał, a później poszedł w kierunku takiej historii, co wszyscy wiemy, jak się skończy i tylko jest kwestia skali, czy to będzie bardziej, czy może mniej, ale w gruncie rzeczy to wszystko wiemy.
[02:07:17] - Tak. I tutaj jest cała bolączka tych wszystkich filmów z wilkołakami, że one są przewidywalne, bo to jest jednak stworzenie, które wiemy, jak się zachowa. Przynajmniej w większości przypadków. Tutaj mamy do czynienia z klasyką. I niestety to wszystko zmierza w stronę takiego bardzo przewidywalnego, w pewnym sensie oczywiście, końca. Ale Marku, były też takie filmy z ludźmi-wilkami, które w jakiś sposób odciskały się na kinematografii. I to była między innymi wspomniana w pierwszym historycznym odcinku „Filmotekarium” „Wilczyca”. To było też „Braterstwo wilków”. Jeżeli o tym drugim mowa, to w roku 2021 na ekrany trafił film, który poniekąd odwoływał się do słynnej bestii z Gévaudan. Potężnego stworzenia przypominającego wilka, które w latach 60.
XVIII wieku siało spustoszenie i strach we Francji. I pojawia się film "The Cursed". Nie pamiętam, jak on się nazywa po polsku. Możliwe, że się w ogóle nie nazywa, bo pamiętałbym. Możliwe, że jest dosłowne tłumaczenie, czyli "Przeklęci". Jest to produkcja historyczno-kostiumowa. Jakiś czas temu mówiliśmy, że to się nie zawsze udaje. Ten film możemy podsumować w taki sposób: cygańskie czary, Wielka Brytania udająca Francję do tego stopnia, że myślimy, że to jest tak naprawdę Wielka Brytania i reanimacja wspomnianej bestii z drzewa dąb. Film zaczyna się w zasadzie od końca. Poznajemy w nim losy jednego z bohaterów w czasie pierwszej wojny światowej, a potem cofamy się te kilkadziesiąt lat wstecz, by dowiedzieć się, co się tak naprawdę z nim stało.
A zaczyna się od tego, że był taki zły dziedzic we Francji, któremu raz tabor cygański wszedł na rejon i kiedy we wsi się zaczęły dziać dziwne rzeczy, na miejscu zjawił się ktoś, kto postanowił tą sprawę rozwikłać. W tak zwanym międzyczasie stało się coś za sprawą tego złego dziedzica, co doprowadziło do siłowego usunięcia owych Romów z jego terytorium. I to jest w zasadzie oś całej fabuły.
[02:09:54] - Tak, to jest niezwykle brutalna oś, bo to, co się tam dzieje podczas tego radzenia sobie z Cyganami, mówiąc szczerze, ja specjalnie taki skory do przerażeń nie jestem, ale to naprawdę była mocna scena. Ja jeszcze tylko powiem o jednej rzeczy. Bardzo ważną rzeczą w tym filmie jest klamra. Klamra dzieje się, tak jak Piotr powiedział, w czasie pierwszej wojny światowej. Bitwa pod Somą, 1916 rok. W czasie jednego ze starć, ataków jeden z bohaterów zostaje postrzelony serią z karabinu maszynowego, takiego maksima. Trafia na stół operacyjny, jakiś lazaret polowy, wyciągają z niego jedną, drugą, trzecią kulę i pojawia się pocisk nietypowy. Sam chirurg się dziwi. Jakiś taki dziwny pocisk, niezwykły. I tu się historia cofa o 35 lat bodajże i mamy rzeczywiście tę historię z Cyganami, a później z całą resztą.
Powiem tylko, że do tego miejsca nad Somą trafiamy po raz drugi pod koniec filmu, ale wtedy już rozumiemy znacznie więcej. I ta klamra wydaje mi się atrakcyjna. To był w tym filmie taki fajny akcent, moim zdaniem przemyślany. Chyba dobrze zrobiony. Tak jak cały czas podkreślam, ja nie jestem znawcą filmów. Naprawdę te filmy oceniam z punktu widzenia laika, takiego połykacza filmów, człowieka, który lubi dobre widowiska. I moim zdaniem o tym, że to było całkiem przyzwoite widowisko, to właśnie ta klamra między innymi o tym zdecydowała.
[02:12:07] - Ja muszę powiedzieć, że w tym jednym przypadku, bo zdarza się tak, że czasami filmy, które są nie do końca fajne, w jakiś sposób podobają się mi i tak dalej, to tutaj to się wszystko rozwleka. Ta fabuła gdzieś tam grzęźnie.
[02:12:24] - O tak.
[02:12:25] - Po drodze, w jakichś zakamarkach tej rezydencji ucieka klimat. Przede wszystkim trzeba podkreślić, że cały czas towarzyszyło mi przeświadczenie, że historia się rozgrywa nie we Francji, a na Wyspach Brytyjskich. Tymczasem kiedy sobie zajrzeliśmy z Markiem dzisiaj do różnego rodzaju opracowań, okazuje się, że tak, bo to jest w ogóle film amerykańsko-francuski, że historia formalnie dzieje się we Francji. Nazwiska, które się pojawiają w filmie są przemieszane. Mamy tam zarówno nazwiska angielskie, jak i typowo francuskie. Całe otoczenie sprawia wrażenie tego, że to jest jednak Wielka Brytania, jakby nie było. To jest jedno. Ta fałszywa Francja, że tak powiem, ta udawana Francja w tym filmie. Brakuje też napięcia. Ja mam takie wrażenie, że tam ruch kamery odbiera tej opowieści cały charakter.
W tym filmie mamy wszystko prócz emocji. W ogóle nie ma żadnego strachu, nie ma napięcia, którego horror ma przecież dostarczać. Także to tak, jakbyśmy oglądali jakieś sale, przestrzenie ludzi. Natomiast to wszystko jest pozbawione zupełnie wyrazu. Mamy gdzieś tam w tle jakieś potwory i tak dalej. Oni się tam snują wszyscy po tym filmie. Powiem wam, że to jest jeden z niewielu punktów w „Filmotekarium”, kiedy powiem wprost, że odradzam ten film, bo to jest nudne, niefajne i naprawdę jest długie. Przede wszystkim czas trwania tego filmu sprawia, że nie możemy go sobie połknąć jak na przykład tego skowytu, że to jest jakaś zabawa taka dla rozrywki. Tutaj mamy ciężar, chaos I mgłę, która się cały czas tam gdzieś pojawia. Taką mgłę oczywiście symboliczną.
To wszystko razem zsumowane daje mi jeden wielki minus w przypadku tego filmu. Czy jest on odtwórczy w jakimś stopniu? Pewnie tak, ale jeszcze raz utwierdza mnie on w przekonaniu, że horrory historyczne czy horrory kostiumowe wychodzą, ale bardzo rzadko.
[02:14:54] - Tu widzicie państwo pewną przewrotność z mojej strony, bo poradziłem państwu tę klamrę, początek i koniec. Ale żeby dojść do końca, to trzeba obejrzeć niemal dwie godziny filmu. I to rzeczywiście jest doświadczenie pomiędzy tym początkiem a końcem. Warto koniec obejrzeć, tak, ale nie do końca jestem przekonany, czy warto obejrzeć środek. Może przewijając, może na prędkości półtora albo nawet dwa. Te dialogi, wiecie państwo, nie są specjalnie odkrywcze ani specjalnie zniuansowane, a już finezyjne to zupełnie nie. Poza tym ta historia znowu. Piotr powiedział o pracy kamery. Odnoszę wrażenie, że ta praca kamery polega na takim „wu” czasami albo „ła” i tak ta kamera się mniej więcej porusza. Nie wiem, czy takie onomatopeiczne nawiązania cokolwiek państwu powiedziały, ale ta kamera się porusza dziwnie w każdym razie i nie do końca dzięki jej pracy my cokolwiek wiemy.
Raczej się domyślamy. To może i dobrze, jak chodzi o jakieś takie horrorowe… Ale nie, od razu państwa uprzedzę, że nie, wcale nie dobrze, bo tam chwilami jest dosłowność taka, że przewraca człowiekowi bebechy, bo to jest tak dosłowne, że aż boli, a w jakimś innym momencie nie do końca wiemy, co się wydarzyło, może się nie wydarzyło. Poza tym mamy oczywiście głównego złego. Ja nie mówię o tym złym, który tam sobie grasuje po lesie. Mówię o panu domu, który wcześniej brał udział w tej scenie z Cyganami, o której za dużo państwu nie powiemy, ale to taki jest mały tyran domowy, który jest jednak wielkim panem i jak przybywa śledczy, ktoś w rodzaju śledczego, kto się usadawia w tym domu i chce dojść do tego, co się właściwie dzieje w tej okolicy, to pozwala. Później go co prawda w pewnym momencie chce pożegnać i mówi, żeby jednak sobie poszedł. Wiecie państwo, mówię to specjalnie, żeby nie za dużo szczegółów, ale z drugiej strony, żeby oddać to, o czym Piotr mówił. Ten film się tak toczy. Co jakiś czas ktoś ginie.
Oczywiście nam jest bardzo żal tej osoby. Nie szlochamy specjalnie, ale jednak znowu jakieś zwłoki. Pojawia się kościół w pewnym momencie, bo cała wioska zostaje zapędzona do kościoła. Tylko jaśnie państwo we dworze. Co prawda dwór ma parter, okna są zabite deskami, ale czują się tam komfortowo. Okazuje się, że ten dwór, pomimo że zabity deskami, wcale taki bezpieczny nie jest. Widzicie państwo, ja tak mówię i tak państwo nic nie wiecie. I troszkę tak jest z tym filmem, że to się tak toczy. I co? I nic.
[02:18:19] - Tak. Ja bym powiedział, Marku, nawet, że „Wilczyca”, która gdzieś się obraca w podobnym temacie, może nawet trochę wcześniej w realiach historycznych, to jest arcydzieło przy tym. Oczywiście ta pierwsza „Wilczyca”. Tutaj też przyjeżdża jakiś śledczy, jakiś wyrobnik do bogatego człowieka. Tak samo było przecież w „Wilczycy”, gdzie pan Wosiński przyjechał do swojego kompana z powstania. Ale pan Wosiński to był ktoś, tam grał Krzysztof Jasiński. To był superman PRL-u. A nie, tutaj przyjeżdża taki chłopek roztropek, żeby złapać wilka z Żywadą. On tak siedzi, trochę pochodzi i to wszystko. A w „Wilczycy” to się działo.
Naprawdę mam sentyment do tego filmu i myślę, że twórcy „The Cursed” powinni przede wszystkim „Wilczycę” obejrzeć i zobaczyć, jak to się robi, jak kamera powinna pracować. Tam naprawdę wydano miliony funtów na totalny paździerz. A jeżeli weźmiemy pod uwagę te realia historyczne, to one są tak zawiłe w ogóle, że nie wiemy, w którym kraju się to dzieje. Formalnie się ma dziać we Francji, wszyscy się nazywają po angielsku albo jakieś mieszanie. Rany boskie, litości! Poza tym ta kwestia bestii z Żywadą, która tam się pojawia do końca niewyjaśniona, wpleciona w te cygańskie obrzędy. Myślę, że to wszystko tłumaczy nam, dlaczego ten film przeszedł bez echa w ogóle. On gdzieś się zapętał na którymś z tych festiwali, gdzie się prezentuje podobne filmy, nie pamiętam już w którym, a potem gdzieś zniknął i pewnie się pojawił na DVD i tak dalej.
[02:20:15] - Piotrze, coś jeszcze chciałem powiedzieć. Otóż ten film mi się poza tym wydaje, być może się mylę, nie znam na tyle historii tak szczegółowo, Ale ja wiem, że w czasie, kiedy jest umiejscowiona akcja, czyli 35 lat przed rokiem 1916, to na przykład w koloniach działy się rzeczy straszliwe. W różnych innych miejscach działy się rzeczy równie straszliwe, ale w to, co tam ma miejsce, wydarzyło się w Europie i już nieważne, czy się wydarzyło we Francji, czy się wydarzyło w Anglii, to jakoś trudno mi uwierzyć. I nie to, żebym wierzył, że XIX-wieczne społeczeństwo w jednym czy w drugim kraju było takie fajne i w ogóle i tak dalej, ale jednak w taką skalę to chyba nie wierzę. To mi się wydaje naciągane i takie, że miało robić wrażenie i pewno zrobi, jeśli państwo to obejrzą, to zrobi wrażenie. Ale to mi się jednak wydaje, jeśli już mówimy o paździerzach, to też moim zdaniem może być postrzegane jako paździerz, bo wiem, że wtedy społeczeństwo było klasowe, nierówne, kapitalizm był i w ogóle były trusty, kartele i wszystko było straszne i potworne. I arystokracja była i ona się panoszyła i było w ogóle strasznie. Ale w to, że coś takiego się wydarzyło, jak w tym filmie jest przedstawione, to mi jest trudno uwierzyć. Może jakby akcję cofnąć o 200 lat, to jeszcze mógłbym uwierzyć, ale koniec XIX wieku to chyba mi jest ciężko. Ale może się mylę.
Może głupi jestem, może nie znam historii. Wszystko jest możliwe, proszę państwa.
[02:22:18] - Tak, co tam się działo, tego nikt nie wie. Natomiast wiesz, może też tak być, że z racji tego, że dba się o poprawność polityczną, my do końca nie wiemy, gdzie ten film się rozgrywa tak naprawdę.
[02:22:31] - A! Teraz mi otworzyłeś oczy. Rzeczywiście mogło o to chodzić. Tak jest.
[02:22:37] - Bo to jest produkcja amerykańska, amerykańsko-francuska i wiecie, dla przeciętnego Amerykanina to nie ma w sumie żadnego znaczenia. To jest jakaś tam Europa. Czy to się rozgrywa w Anglii, czy we Francji? Wszystko jedno. Przypomina mi się pewien film sprzed lat. To już był ultragłupi film. I tutaj sobie pozwolę na głęboką krytykę, chociaż ona dotyczy bardzo chronionej grupy ludzi. To był taki film, który się nazywał „Golem”, nie mylić z polskim „Golemem”. I to polegało na tym, że przedstawiono grupę ludności żydowskiej, która żyła sobie w wyimaginowanym miasteczku, które było poza czasem. Z jednej strony mieliśmy przedstawicieli ludności słowiańsko-litewskiej mniej więcej z XVII wieku, a z drugiej strony mieliśmy takie jakieś miasteczko cudowne, które przypominało wioskę smerfów, bo oni tam nic nie robili, a wszyscy żyli z czegoś.
Które było osadzone, sądząc po ubiorach w wieku późnym XIX lub XX. To też była jakaś produkcja amerykańska oczywiście. Jedni drugim robili na złość i robili krzywdę. W końcu ktoś tam sobie skonstruował Golema. To nam pokazuje, jakich przekłamań się dokonuje. I dlaczego tak bardzo nie lubię historycznych horrorów? Dlaczego nie lubię historycznych horrorów? Jak to tak powiedzieć, żeby nikogo nie obrazić? Z drugiej strony dlaczego kogoś nie obrażać? Jeżeli się chce grać na historycznych nutach, to trzeba tą historię znać.
A jeżeli ktoś w Ameryce wyprodukuje coś takiego i ktoś to kupi, to potem są powtarzane te głupoty. Zresztą muszę wam powiedzieć, że był taki horror polski, jeden z nowszych. O nim będziemy jeszcze kiedyś mówić, który również bardzo się mocno opiera na tego typu stereotypach. Polska kinematografia kalkuje wiele rzeczy i w przypadku „Curse” i w przypadku tego Golema, bo to się chyba tak nazywało, mamy do czynienia z takim po prostu gwałtem na historii w imię tego, żeby zdobyć widzów, natomiast twórcy sobie nie uświadamiają tego, w jaki sposób to szkodzi ogólnie historii, odbiorowi, odbiorowi dziejów, interpretacji i tak dalej. Bo ludźmi jest naprawdę łatwo manipulować. Ja może trochę za bardzo pojechałem po tym „The Curse”, bo on nie jest aż tak bardzo skrzywiony poza tymi drobnymi elementami, ale jeżeli ktoś by się miał męczyć przez dwie godziny i oglądać tą Francjo-Anglię, która się ugania za jakimś potworem, to może lepiej sobie darować. Tak myślę. Nie wiem, Marku, ale powiem tak: paradoksalnie ten film ma bardzo wysokie oceny na tych wszystkich serwisach filmowych.
[02:25:44] - I to jest właśnie tak z tymi ocenami. Tu jeden ze słuchaczy sugerował, żebyśmy się opierali, dobierając filmy do audycji właśnie na ocenach, które się pojawiają, chociażby na Filmwebie i tak dalej. Ja nie jestem co do tego przekonany. To znaczy te oceny... No cóż, po to robimy w końcu audycję bardzo stronniczą, to państwo wiecie już. My to bardzo często z Piotrem deklarujemy, że to jest stronnicza, bardzo autorska i jednak nie do końca obiektywna jak najbardziej. I to chyba akurat jest powód do dumy, przynajmniej dla mnie. Po to ją robimy, żeby właśnie się nie kierować tymi ocenami. I zauważcie państwo, że my sięgamy bardzo często po filmy ... które są na przykład świetnie oceniane na Filmwebie, a później przepuszczamy je z Piotrem przez zęby, bo w końcu takie mamy prawo.
Szczególnie nadaliśmy je sobie i ja nie widzę w tym nic złego. Zostaliście państwo niejednokrotnie przez nas ostrzeżeni, może czasami zachęceni, więc ja dalej będę ufał Piotrowi, bo tu nie ukrywam, że to Piotr jest przewodnikiem po świecie kina dla mnie. Ja z pewną fascynacją różne tytuły oglądam i ta fascynacja nie ustępuje, kiedy oglądam film słaby albo oglądam film bardzo zły. Jest równie mocna jak wtedy, kiedy oglądam kino dobre. Oczywiście wolę oglądać kino dobre i takie, które mnie fascynuje, ale po prostu bogactwo tematów, bogactwo takich rozwiązań formalnych, które się pojawiają, sprawia, że ja pozostaję w nieustannym drżeniu i takim zafascynowaniu, takiej ekscytacji, kiedy do obejrzenia kolejnych tytułów przystępuję. A wracając jeszcze na chwilę do tego filmu, to ja myślę, żebyśmy się nie wycofywali tak mocno. Naprawdę ten środek dałoby się zredukować. Ten motyw redukcji pojawia się w naszej audycji dosyć często. Gdyby może tak mocno pociachać ten środek, to dałoby się zrobić film nieco bardziej dynamiczny, mniej smędzący taki. Szwędają się tam ci niektórzy bohaterowie nie wiadomo po co i ta dynamika sprawiłaby, że ten film byłby bardziej strawny po prostu.
A wtedy ta klamra w postaci początku i końca byłaby łatwiejsza do ogarnięcia. Po prostu mniejsza odległość czasowa by dzieliła. To tyle moich refleksji na temat tego tytułu.
[02:28:48] - Tak, rozwlekliśmy się strasznie, jeżeli chodzi o „The Cursed”. Ja tylko dodam na koniec, że to nie jest najgorsza rzecz, jaką żeśmy tutaj oceniali. Także nie myślcie, że jest tak, że te wszystkie słowa krytyki wskazują, że to jest absolutne zło. Nie, były gorsze. Ale jest film o wilkołaku, który nie udaje, że się dzieje we Francji, tylko się dzieje we Francji. Jest to „Teddy”. Jest to historia dwudziestokilkuletniego chłopaka, sieroty mieszkającego u krewnych, który pewnego dnia zostaje ugryziony przez jakieś nieznane zwierzę, które się pałęta po okolicy. I rozpoczyna się proces jego przemiany. Ale żeby nie było tak nudno, Teddy jest chłopakiem córki miejscowego bonza, której znajomi z kolei, takie bananowe dzieci, uważają go za frajera, wieśniaka takiej najgorszej klasy, bo on nigdy nie studiował i pracuje w gabinecie masażu u starej baby, która go podrywa.
[02:29:53] - Nie ukrywajmy, Piotrze, że on jest rodzajem takiego wieśniaka, przynajmniej zewnętrznie. Jest nadpobudliwy. W jednej z pierwszych scen, kiedy go poznajemy, on się daje poznać. Już sam jego wygląd jest taki, który może starsze pokolenie w jakiś sposób szokować. On jest takim typowym punkiem. Może się to nie podobać. I w dodatku wykrzykuje swoje zdanie. Tam mamy do czynienia z bohaterami wojennymi, jakimś pomnikiem i on tam swoje oczywiście musi powiedzieć. Taki typowy młody człowiek, który ma własne zdanie na każdy temat. Czasami nic o tym nie wie, ale i tak się wypowie.
To mniej więcej jest taki typ, ale on jednak jest w jakimś tam stopniu, przynajmniej na początku filmu, sympatyczny. Ma dziewczynę, która właśnie kończy szkołę średnią, gdzieś tam się na studia wybiera. Od początku wiemy, że ten związek jest oparty na emocjach, a w każdym razie na biologii. To tak może najkrócej. Tam uczucia wielkiego nie ma. Chłopak jest zdrowy, chłopak jest silny, w związku z tym daje radę. Dziewczynie to, zdaje się, bardzo odpowiada. Podoba jej się to po prostu. Ale ona kończy tę szkołę i tu się zaczynają, między innymi, pewne problemy. A w tak zwanym międzyczasie dzieje się to, o czym Piotr wspomniał, czyli nasz bohater zostaje pokąsany.
Bo właśnie zachowuje się tak, jak się zachowuje, czyli coś tam widzi, gdzieś tam idzie, coś go tam dziabnęło. Jak go dziabnęło, to on luzak, pełen luzak, w końcu punk. I tak na początku niespecjalnie się tym przejmuje, ale to ugryzienie ma swoje konsekwencje przecież.
[02:32:09] - Tak, w pewnym momencie nawet na śniadanie zamiast płatków zjada bodajże salceson i to już go skłania do wniosku, że coś się dzieje z nim złego. Ogólnie to tak: jak nie jestem fanem takich zabawnych bardzo horrorów, bo one są zwykle produkcją amerykańską i są bardzo przewidywalne. I to jest taki humorek, wiecie, typowy dla tamtej części świata, trochę dla półgłówków. To tutaj jest ciekawie, przynajmniej do pewnego momentu. Bo ten film z tej podbitej humorem produkcji grozy przybiera nieco poważniejsze, a na końcu krwawe tony. Nie wiem, czy tutaj dużo zdradzać, bo to jest o tyle fajne, że nie chciałbym wielu osobom psuć zabawy. To nieopowiadanie całości filmu może naprawdę dużo rzeczy uratować, bo i tak dużo żeśmy powiedzieli. To jest dobre, rozrywkowe, europejskie kino z pomysłem i z dreszczykiem jednocześnie. Podobnie jak nieco młodsza od Teddy'ego "La Cerdita", która oczywiście o wilkołakach nie jest, ale też się wpisuje w ciąg takiego kina, jak mówię, do oglądania, nie do jakiejś rozkminy strasznej, że są ukryte symbole. Aczkolwiek Marku, w "Teddym" jest jakieś odwołanie klasowe.
Ten film za komuny by się sprawdził.
[02:33:47] - Tak. I powiedzmy jeszcze o "Teddym" to, że to jest film zabawny, ale właśnie to nie jest humor pszenno-buraczany made in USA. To jest taki subtelny humorek.
[02:34:04] - Made in Polska też.
[02:34:07] - Tak, to prawda. Na przykład Kadzwawa to bardzo dobry przykład humoru made in Poland. Jeśli ktoś nie zorientował się, że sobie robię jaja, to niniejszym zapewniam o tym. Nie, to jest humor, który jest subtelny. Nie wybuchamy przy tym filmie rechotem. Natomiast jest to też film, muszę to powiedzieć, bo ja to często podkreślam: to nie jest film akcji. Tu się też nie ścigają i nie strzelają, ale mnie to specjalnie akurat przy tym obrazie nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, całkiem się to nieźle oglądało. W dodatku... Tak, mamy nie opowiadać.
Powiem tak: w pewnym momencie następuje duża identyfikacja, przynajmniej u mnie nastąpiła. Duża identyfikacja, a w każdym razie element współczucia w stosunku do głównego bohatera. Bo świat nie głaszcze go po głowie. I to wcale nie ma tu nic wspólnego z tym ukąszeniem, o którym wspomnieliśmy. Wręcz przeciwnie, po prostu okazuje się, że bycie punkiem w takim wiejskim środowisku albo półwiejskim to nie jest specjalny atut i to w ogóle jest jakieś takie zamknięte, małe, duszne wszystko. I bohater się bardzo mocno na własnej skórze o tym przekonuje. Proszę państwa, konsekwencje to sobie państwo musicie zobaczyć, ale myślę, że to jest film, który nie zawiedzie państwa. Znowu to powtarzam: nie jest to film akcji, ale zostanie z państwem. Ze mną został przynajmniej. Taki miałem w gruncie rzeczy po tym zabawnym filmie dyskomfort, kiedy się skończył.
[02:36:18] - Tak, jest tam dużo scen, które są smutne tak naprawdę. Chociaż to wszystko jest utrzymane w takiej humorystycznej konwencji, to na przykład mamy taką scenę, w której ten Teddy - w sumie nie dowiadujemy się, jak on ma na imię tak naprawdę, cały czas na niego tak mówią - wykupuje sobie taką maleńką działkę dla tej bogatej dziewczyny, która mogłaby tam kupić całe miasto. W sumie jej ojciec. On jej to pokazuje i wizualizuje te swoje marzenia i tam widzimy, że ona go robi w balona tak naprawdę cały czas. Ta końcówka jest oczywiście w jakiś sposób symboliczna, ale to nie umniejsza wartości tego filmu jako horroru tak naprawdę. Jest to dobre. Jeżeli ktoś chciałby się rozerwać przy weekendziku z humorkiem i ze strachem jednocześnie, to "Teddy" jest naprawdę dobrym rozwiązaniem. Europejskie kino bez przaśnego, żenującego, takiego amerykańskiego humoru, jaki czasem po prostu przeszkadza albo już drażni. Amerykańskiego i polskiego, bo to też trzeba podkreślić, że niestety polskie kino z tego korzysta. Wiecie, zupełnym przypadkiem włączyłem w weekend majowy taki film na którymś z tych serwisów streamingowych pod tytułem "Futro z misia".
I szczerze to byłem głęboko, głęboko zażenowany wszystkim. W ogóle tym, jak niektórzy aktorzy są w stanie brać w czymś takim udział. To było na poziomie 11-, 12-latka. Mniej więcej osoba o takim poziomie rozgarnięcia pisała ten scenariusz i naprawdę jest mi przykro, że musimy w Polsce takie rzeczy oglądać, że nikt nam takiego „Teddy'ego” nie zafunduje. W sumie to by było, Marku, dzisiaj na tyle o tych wilkołakach. Możemy jeszcze tyle powiedzieć, że o ile one są łatwe dzisiaj do umieszczenia na przykład w jakichś produkcjach młodzieżowych, to trudno wymyślić taki scenariusz, gdzie ten wilkołak by się dobrze czuł, gdzie by się go dobrze oglądało. Zawsze są jakieś uwagi. Zawsze musimy też wyjść poza schemat. Pokazuje nam to również, w jaki sposób, drodzy państwo, zmieniły się nasze strachy. Jak mówiłem na początku, ludzie bali się wilkołaków dlatego, że bali się wilków Zapomniano niestety o ludowych korzeniach tego demona, bo takim właściwie był.
Ale oczywiście warto pamiętać, że relacje o tego typu stworzeniach i podobnych monstrach nie zniknęły, czego dowodem są nasze audycje o polskich potworach i nie tylko. Marku, co za tydzień? Bo za tydzień będziemy świętowali Dzień Matki.
[02:39:22] - Tak. Właściwie tytuły jak zwykle dobiera Piotr. W związku z tym uchylisz, Piotrze, rąbka tajemnicy, czy też pozostawiamy w błogiej nieświadomości naszych słuchaczy?
[02:39:38] - W sumie tak. Moglibyśmy uchylić i zdradzić, ale dlatego, że zdradziliśmy temat wiodący, to może zachowajmy was w tej błogiej nieświadomości, bo to też nie będzie nic odkrywczego. Ale będzie jedna nowość.
[02:39:55] - Jeszcze jedną rzecz muszę powiedzieć, bo po ostatniej audycji od naszego stałego słuchacza Marka Myszograja dostaliśmy polecankę. To film „Początek”. My nie pozostajemy obojętni na tego rodzaju sygnały od naszych słuchaczy i obiecujemy, że za jakiś czas, ale niedługi wbrew pozorom, skręcimy audycję, którą jak byś, Piotrze, określił? O reinkarnacji?
[02:40:30] - Po pierwsze to nie była pierwsza polecajka. Na pewno kiedyś się odniesiemy do rekomendacji, które się pojawiają w komentarzach i zrobimy zbiorową audycję. Natomiast akurat ta propozycja była na tyle interesująca, że skłoniła nas do poszukiwania innych filmów na temat wędrówki dusz. I tutaj uruchomiły się nasze zwoje mózgowe i okazało się, że jest ich kilka. Nie są takie stare, że byłyby to jakieś naprawdę bardzo leciwe produkcje, które wszyscy znają, a my byśmy je omawiali. Nie. Sięgniemy do kilku nowszych rzeczy, do kilku rzeczy, które może mało kto zna i za jakiś czas, może pod koniec tej edycji „Filmotekarium”, bo przecież zbliżają się wakacje, podejmiemy temat. Na razie to chyba, Marku, zapraszamy na drugą odsłonę naszego dzisiejszego spotkania. W zasadzie naszego dialogu, jaką będzie kwestia życia po życiu w ujęciu Raymonda Moody'ego.
[02:41:42] - Tak, zapraszamy. Będzie co prawda antrakt. Będziemy jeszcze podróżowali po świecie książki i po świecie literatury, ale z Piotrem jeszcze się dzisiaj spotkamy i właśnie o książce Raymonda Moody'ego porozmawiamy. Zatem na razie, Piotrze, ci dziękuję. Spotykamy się, jak to się mówi, za jakiś czas.
[02:42:10] - Pozdrowienia.
[02:42:18] - Tak. Było wilkołakowo. Teraz polecajki. Były polecajki na początku, a teraz będą polecajki konkretnego czasopisma. Państwo się już przyzwyczaili do polecanek „Nieznanego Świata”, ale przypomnę, że jakiś czas temu pojawiła się druga polecajka książki „Magazyn do czytania”. Dzisiaj, ponieważ pokazał się nowy numer, taka polecajka tego magazynu się pojawi. Ale na początek ja mam pewną historię dla państwa, bo ostatnimi czasy, kiedy pojawiła się pierwsza część tego cyklu, były uwagi, że mowa o Szymborskiej, a Szymborska była taka czy śmaka. To prawda, proszę państwa, to była osoba, która poza Nagrodą Nobla miała tak zwany życiorys niejednoznaczny. To tak mówię bardzo przez ogródki. Ale proszę państwa, uświadommy sobie, że ona poza tym, że gdzieś tam w latach 50.
nie zapisała się złotymi zgłoskami, to jednak duże znaczenie w polskiej literaturze miała. Oczywiście można mieć wątpliwości, czy zasłużone, czy niezasłużone. Wolna wola. Natomiast nie da się wygumkować, wykreślić. Ja zresztą to napisałem na jednym z czatów, że nie zamierzam stosować w naszej audycji cenzury. Dopuszczam tu różne poglądy. Pewno jak mi coś odbije, to nawet zaproszę tutaj przedstawicieli, powiedzmy Jasia Kapele, który kombinuje, jak tu nas pozbawić ciepłej wody, osadzić na 11 metrach kwadratowych, może 12, nie pamiętam już. Zabrać nam samochody albo nakazać, i to tak twardo nakazać, żebyśmy jeździli samochodem w kupie. Nie, że sam jadę, tylko tam od razu cztery osoby muszę zabrać. To są poglądy mi obce, ale jeżeli ktoś ma zamiar je wypowiedzieć, to ja to chętnie nagram, może nawet polemizuję.
Na tym polega wolność myśli. Nie na tym, że my się musimy ze wszystkim zgadzać. Ja nawet bardzo chętnie usłyszę państwa głosy, jak bardzo się nie zgadzacie z różnymi rzeczami. Na tym polega na przykład filozofia. Na tym polega w ogóle wymiana myśli. Ale mam pewną historię dla państwa, bo kiedy opracowywałem materiał książki „Magazyn do czytania”, ta polecajka, kiedy obrabiałem ten materiał, pojawił się jeden z moich znajomych, posłuchał, co przedstawicielka tego magazynu mówi i zapytał mnie następująco: „To ty puścisz coś takiego?” Odpowiadam: „A dlaczego nie? Przecież ta pani mówi na przykład, że słowo Murzyn jest nie do przyjęcia w naszych czasach. Może w angielskim, ale w polskim nie ma większego problemu. A co ja odpowiedziałem na to? Że ja traktuję „Bibliotekarium”, to już zresztą częściowo powiedziałem, jako forum wymiany myśli.
To, że emituję jakieś wypowiedzi, to wcale nie oznacza, że się muszę z nimi koniecznie zgadzać. Ale dla mnie ważne jest, żeby one po prostu padły. Ja uważam, że ludzie myślący inaczej mają pełne prawo wypowiadać swoje różne poglądy i z szacunku do nich należy przynajmniej przez chwilę rozważyć te poglądy. Ja wcale nie uważam, tak jak mój kolega, że słowo Murzyn jest jakoś specjalnie paskudne albo niedopuszczalne w języku polskim. Ale są tacy ludzie, którzy uważają, że jest. Przecież nie mogę zamknąć oczu i powiedzieć, że ich nie ma. I to nie chodzi o to przecież, żeby zmieniać zdanie, że ja zmienię zdanie pod wpływem tego. Nie. Tu chodzi o to, żeby pomyśleć o poglądach innych ludzi, innych poglądach niż moje. Bo tak właśnie, tak jak powiedziałem, tak wygląda chociażby filozofia.
To także nawiąże do korepetycji filozoficznych. Nagadałem się. Musiałem, bo bym inaczej pękł. A teraz już zapraszam na rozmowę z Barbarą Piegdoń-Adamczyk z dwumiesięcznika „Książki Magazyn do czytania”. Towarzyszyć nam będzie kotka Bogusia, wtrącająca od czasu do czasu swoje trzy grosze. Dzień dobry. Naszym gościem jest, jak co dwa miesiące, Barbara Piegdoń-Adamczyk z „Książki Magazynu do czytania”.
[02:47:30] - Tak jest. Dwumiesięcznik „Książki Magazyn do czytania” pozdrawia wszystkich słuchaczy.
[02:47:36] - Ponieważ ukazał się nowy numer, to z pewną niecierpliwością dopytam, co ciekawego, co nowego. I może zacznijmy od tematów okładkowych.
[02:47:50] - Tak jest. Na okładce wpisana w dukat złoty bądź też w medal, czyli w taką okrągłą formę monety, wpisana twarz Eli Cherezińskiej, naszej przyjaciółki wydania, dlatego sobie pozwalam na powiedzenie Eli. Elżbieta Cherezińska, autorka powieści historycznych, która na polski i amerykański rynek wprowadziła już niemal milion egzemplarzy swoich książek. Ostatnio „Harda” została przetłumaczona na czeski i właśnie w ten weekend Cherezińska miała taki moment promocji „Hardej” w Czechach. O czym mówi Cherezińska? Cherezińska opowiada historię Polski, historię Europy poprzez ludzi, nadając tej opowieści taki mocno współczesny kształt. Jej postaci są pełnowymiarowe, są psychologicznie prawdopodobne, są budowane w oparciu o fakty, dokumenty i budowane w oparciu przede wszystkim o szeroki kontekst historyczny. W przypadku tego dwutomowego „Harda i królowa” o Świętosławie było naprawdę niewiele wiadomo. Cherezińska wybudowała tę postać w oparciu o historię Europy i Polski, i Czech, i Danii, i Szwecji, w końcu Anglii, bo to była matka wielu królów. Natomiast dlaczego Cherezińską dziś dajemy na okładkę?
Bo właśnie wiosną wyszła jej kolejna książka, tym razem poświęcona kobiecie, która została oskarżona o czary. W efekcie długiego i bardzo skomplikowanego procesu, wieloletniego, pełnego udręki, tortur i prawdziwego cierpienia, została skazana na śmierć i w efekcie została spalona na stosie. Nie byliśmy krajem bez stosów, ale Pomorze było trochę polskie, trochę nie do końca polskie. Ale niemniej Sydonia, bohaterka opowieści, jest w pełni zbudowana na dokumentach. Cherezińska mówi, że to była wielka ulga w pracy, kiedy nie trzeba było całości tworzyć od nowa, tylko można było się oprzeć na zapisach sądowych, na dokumentach. Taka jest ta historia Cherezińskiej, matki królów i jej siedmiu ulubionych powieści, które proponuje czytelnikom. Bo to nie wystarczy pisać, trzeba najpierw czytać. I ona mówi, że fajnie opowiedziane historie są warte czytania i proponuje naszym czytelnikom siedem świetnie opowiedzianych historii.
[02:51:17] - Ja przyznam się do pewnego faux pas, przedstawiając naszych gości nie przedstawiłem gościa, który się odzywał od czasu do czasu. To może naprawmy ten błąd.
[02:51:30] - W tle cały czas obecna jest kotka Bogusia, która nie może sobie odmówić obecności na antenie, zaczepiania mnie w trakcie, kiedy ja mówię. Kotka Bogusia jest przekonana absolutnie, że wszystko, co się mówi na świecie, to się mówi właśnie do niej, więc bardzo grzecznie odpowiada na wszystkie pytania i inne rzeczy. Dlatego cały czas państwo ją słyszycie.
[02:51:57] - Na okładce widzimy również, że sponsorem numeru, to jak wygląda sponsoring numeru tłumaczyliśmy w naszym ostatnim spotkaniu. Widzimy, że sponsorem numeru jest znany filozof Ludwig Wittgenstein. Oczywiście pojawia się wewnątrz numeru to jego sławne zdanie: „O czym nie można mówić, o tym należy milczeć”, ale pojawia się też cały szereg innych ważnych myślę cytatów.
[02:52:25] - To jest jeden z naszych pomysłów na to, żeby wprowadzać do powszechnego odbioru, powszechnej świadomości takie zdania, pomysły, motta pochodzące od różnych mniej lub bardziej znanych osób, których chcemy przedstawić naszym czytelnikom albo po prostu przypomnieć naszym czytelnikom. Tym razem jest Wittgenstein, ale też była profesor Skarga, ale też była Kora czy Leonard Cohen. Ci sponsorzy są różni. Ważne, że mają nam coś do powiedzenia, coś naszym czytelnikom do zaproponowania. Na przykład: „A gdyby spytać, co wiem, czego pragnę, zanim to dostałem? Jeśli nie umiem mówić, to wiem”. To są dość skomplikowane tezy. „Czemu pies nie może udawać bólu? Czy jest na to za uczciwy? A czy można psa w ogóle nauczyć udawania bólu?” Pyta na przykład Wittgenstein, a my za nim proponujemy to naszym czytelnikom.
[02:53:45] - To nie są łatwe myśli, ponieważ Wittgenstein znany jest chociażby ze swojego opus magnum, czyli „Traktatu logiczno-filozoficznego”. Troszeczkę trzeba zwoje wysilić, żeby niektóre z tych cytatów dobrze przyswoić.
[02:54:03] - Tak jest. Albo też można po prostu się uśmiechnąć, albo nawet można wzruszyć ramionami i pójść dalej. To są propozycje, a propozycje są po to, by je przyjmować albo lekceważyć, albo odrzucać. My tu nie prowadzimy żadnej działalności na siłę i to jest nasza oferta dla czytelnika, tym razem odrobinę bardziej wymagającego. Ale to nie znaczy, że następnym razem będzie równie trudno. Była Kora z okazji wydania książki o niej, z cytatami ze swoich piosenek, bardzo znanych i bardzo fajnych. Te rzeczy, które się pojawiają, te cytaty, które się pojawiają w tekstach, one są wpisane odrobinę w kontekst tekstu, na którym leżą, bo one są luzem rozsypane po całym wydaniu. Cały pomysł był taki, żeby takie motto korespondowało z treścią artykułu, który jest w danym wydaniu, w danym miejscu w magazynie.
[02:55:18] - Z racji moich zainteresowań zwróciłem szczególną uwagę na artykuł Radka Raka o Terrym Pratchettcie, o jego cyklu, ale nie tylko, o samej postaci. To jest moim zdaniem niezwykle interesująca lektura.
[02:55:34] - Pratchett ma w Polsce niebywale szerokie grono miłośników w różnym wieku. Bo to nie jest tak, że to jest pisarz jednego pokolenia. To są całe klany rodzinne kochające Pratchetta, uwielbiające jego ironię, poczucie humoru, ale też to jest wielki mag słowa. Cieszymy się bardzo, że Radek Rak, laureat Nagrody Nike, twórca fantasy polski, niezwykła postać na polskim rynku wydawniczym, do niedawna jeszcze utrzymujący się niemal wyłącznie z profesji bycia weterynarzem. Radek Rak podjął się napisania o Pratchettcie, co nas szalenie ucieszyło, ponieważ to jest dobry z dobrych. Bo Radek wśród polskich odbiorców, zwłaszcza młodszego pokolenia, ma ogromne rzesze czytelników i do tego on wprowadza wśród naszych odbiorców postać Pratchetta. To wszystko razem bardzo się pięknie udało. Dostaliśmy bardzo dużo informacji od czytelników, że bardzo im się ten koncept spodobał.
[02:57:06] - Rzucam okiem do wnętrza magazynu. Ja wiem, za to rzucanie okiem to pewno dostanę burę od słuchaczy, ale trudno. I widzę artykuł. Widzę, że nie unikacie państwo również tematów, które budzą od razu przyspieszone bicie serca u niektórych, a u niektórych wręcz złość. Mam na myśli tekst pod tytułem „Cenzura jest wieczna”. I to jest niezwykle ciekawy tekst.
[02:57:36] - Tak. Cenzura jest wieczna i zawsze ten cenzurujący uważa, że czyni dobro. Jak w tym motcie do „Mistrza i Małgorzaty”: „Jam jest częścią tej siły, która wiecznie zło czyniąc, czyni dobro”. Tutaj właśnie jam jest częścią tej siły, która wiecznie próbując czynić dobro, czyni zło. Chodzi o wygładzanie książek, o wycinanie, o usuwanie, o traktowanie odbiorcy jako nieprzygotowanego do tego, by właściwie zrozumieć kontekst historyczny, żeby zrozumieć treść, podatnego na bodźce, skłonnego do gwałtownego zdemoralizowania się. Elity rozmaite i polityczne, i rządowe, i kulturalne mają taką skłonność, żeby w imię tej racji przez siebie wyznawanej pozbawiać treść określonych kontekstów historycznych czy scen seksualnych, moralnie podejrzanych i tak dalej. Tak jak gdyby monopol na mądrość był przypisany tylko jednej grupie. I to jest opowieść też o tym, że w imię tego wygładzania, ulepszania giną takie wartości niezbędne, jak na przykład ironia czy wieloznaczność.
[02:59:27] - Tak to prawda. Kiedy czytałem ten tekst, tak sobie właśnie o tym myślałem, jak daleko pójdzie autorka. I nie zawiodłem się, bo z jednej strony omawia ona to, co wszystkich bulwersuje, czyli co jakiś czas czytamy, że tego czy innego autora sprzed lat ocenzurowano, coś tam wycięto, coś dodano, coś zmieniono. Ale autorka tekstu zwraca uwagę, że niezwykle ważną rolę w przyswajaniu przez czytelników treści pełnią również tłumacze. I tak naprawdę oni decydują o tym, jak odbieramy dany tekst. I tu jest przywołany chociażby przykład „Ani z Zielonego Wzgórza”. To było kapitalne, że można właściwie cenzurę robić bez cenzury, a właściwie w pewnym sensie manipulować tekstem.
[03:00:18] - Dyskusja o „Ani z Zielonego Wzgórza” czy „Anne z Zielonych Szczytów” przeszła przez polską, powiedziałabym, grupę tłumaczy, odbiorców, miłośników, ludzi, którzy wychowali się na „Ani z Zielonego Wzgórza”. I to nie są tylko dziewczyny. To jest lektura, która jest znana również i mężczyznom. Więc dyskusja o tym, jak w danym kontekście historycznym czytać, czy trzeba od nowa opowiedzieć tę historię, czy ta historia została spolszczona, żeby odbiorca polski mógł zrozumieć w tamtym czasie, czy teraz może zrozumieć coś więcej. Jesteśmy oczywiście nieporównanie bardziej otwarci na świat. Wiemy znacznie więcej niż kilkadziesiąt lat temu o tym, co było na świecie i co się na tym świecie teraz dzieje. Więc rzeczywiście jest to pytanie i ta dyskusja, która się toczy bardzo gwałtownie, co robić z treściami, które są już nieakceptowalne? Ostatnio Mariusz Szczygieł zaproponował wersję „Murzynka Bambo”, ale przetłumaczonego na polski w tym sensie, że bohaterem jest polski chłopiec i zachowuje się właśnie w typowy dla polskiego chłopca ze wsi sposób. I ta jego próba zwrócenia uwagi, że jednak „Murzynek Bambo” nie jest może do końca okej w dzisiejszych czasach. Więc ta próba zrobienia polskiego chłopca to była jakaś nieprawdopodobna awantura w internecie.
Teraz się mówi na to „imba”. Rzeczywiście cały czas trwa dyskusja, czy treści sprzed lat należy cenzurować, czy treści należy pozbawiać rysu patriarchalnego, rysu kolonialnego, rysu antyfeministycznego i tak dalej, czy też zostawić te rzeczy i po prostu zająć się nową literaturą, a tamte niech będą świadectwem tamtych czasów. Dyskusja jest otwarta, żywa i fajnie, że w ogóle toczy się takie myślenie i taka dyskusja, bo to nas wzbogaca i uwrażliwia. Właśnie poprzez uwrażliwienie na pewne rzeczy pewnie byśmy już „Murzynka Bambo” nie męczyli i zostawili go na stronach elementarzy i historii. Ale już słowo „Murzyn” jest wykluczone we współczesnym piśmiennictwie, a zatem „Murzynek” również. I wracamy do tematu. Że kiedyś było tak, jest inaczej. Jest Stasi i Nel, czyli „W pustyni i w puszczy” kolejną taką opowieścią o tym, jak są przedstawione relacje między chłopcem a dziewczynką, jak jest przedstawiona relacja, obowiązki płci względem siebie. Mówię tutaj o tym, że Stasi jest męski, a Nel jest bardzo dziewczęca. W związku z czym ona się zawsze boi, a on ją zawsze obroni.
Jak są przedstawieni, służba, nawet dzisiaj słowo służba już budzi grozę, ale jak jest ta służba przedstawiona? Czy rzeczywiście jest to stereotyp na stereotypie? Jak są przedstawieni ojcowie głównych bohaterów? Tacy biali inżynierowie, którzy tworzą cywilizację gdzieś w krajach Afryki. Wszystko na dziś straszliwy stereotyp. Pewnie w czasach, kiedy było to pisane, nikomu do głowy nie przyszło, że zawiera to tyle, że to jest taka toksyczna pigułeczka, która do dziś jest serwowana młodym czytelnikom. Ale to jest wielki temat.
[03:04:45] - Tak, to prawda. Z drugiej strony ja wdzięczny jestem autorce, pani Katarzynie Gliwińskiej za to, że ona jednak zajmuje stanowisko. Ja przynajmniej odczytałem, że jej zdaniem chyba niebezpiecznie jest ruszać to, co już jest z nami od wielu dziesiątek lat, czasami nawet od ponad wieku, gdyż możemy coś stracić. I wspomniała pani o tym, że próby jakiegoś obcinania treści, które są przekazywane w starych książkach, może skutkować też tym, że nasz język, nasz sposób komunikowania się za pomocą chociażby ironii, za pomocą puszczenia oka, za pomocą różnych innych środków, może ucierpieć na tym po prostu.
[03:05:38] - To są dwa takie teksty. Jeden jest tekstem Katarzyny Wężyk, drugi jest tekstem Katarzyny Gliwińskiej. One te teksty ze sobą rozmawiają trochę na łamach i ponieważ temat jest gorący, to postanowiliśmy wprowadzić go z przodu wydania, żeby to był nasz wkład w tę dyskusję. I bardzo jestem zadowolona, że udało nam się spojrzeć na prowadzoną dyskusję jeszcze z naszej książkowej strony.
[03:06:12] - Ja z kolei cieszę się bardzo, bo panie nie spijają sobie z dziubków, tylko autentycznie dyskutują i to jest cenne w świecie, w którym tak jak w piosence jest taka skłonność, żeby zgadzać się ze sobą, tutaj mamy jednak pewną oś sporu i to bardzo dobrze. Zerknijmy jeszcze do magazynu, co tam znajduje się na stronach, które nazywane są ciemnymi stronami, bo to kryminał, to opowieść sensacyjna.
[03:06:43] - Mamy całą taką sekcję poświęconą ciemnym stronom, czyli stronom najlepiej sprzedających się książek na polskim rynku, czyli kryminałom. Ale ostatnio Wojciech Chmielarz ogłosił w internecie, na Facebooku, mówi: „Odbyło się, już spadliśmy, już rzecz się dokonała". Nowe pokolenie piszących młodych dziewcząt, mówię tutaj bez ironii dziewcząt, bo są to roczniki 2000, 2004 na przykład, albo niewiele starszych, ale młodych kobiet piszących, okupuje pierwsze miejsca na liście sprzedażowej Empiku i na przykład rodzina Monet zdetronizowała Remigiusza Mroza i również innych piszących kryminały. Więc te ciemne strony to jest najszerszy polski odbiorca, nie tylko polski. Wiadomo, sensacja, kryminał, thriller. Wszystko takie przeżywanie zastępcze strachu w bezpiecznych warunkach z kubkiem herbaty. Jedna z ulubionych jesiennych rozrywek. To jest fakt i to lubimy. Niemniej musimy patrzeć, że najbardziej dynamiczną grupą kupujących książki są inne młode kobiety, które śledzą losy bohaterek na łamach na przykład książek, trylogii, na przykład „Rodzina Monet".
[03:08:37] - Jak sobie przypomnę kolejkę, która na targach w Poznaniu ustawiła się do autorki właśnie „Rodziny Monet", to pełen szacun, jak to się mówi obecnie, ponieważ to była kolejka kilkukrotnie zakręcona, liczyła sobie bez żadnej przesady kilkaset metrów.
[03:08:56] - Tak. Dla mnie to jest bardzo piękny moment rozwoju czytelniczego młodych odbiorczyń, które chcą poznawać autorkę książek. Książek, które dostarczają im emocji, wrażeń. Książek, które są tematem do wspólnych rozmów. Książek, które, co jest nie bez znaczenia, wciąż jeszcze są kupowane za kieszonkowe, czyli za pieniądze dorosłych, które trafiają do skarbonki. Więc stąd ten rozmach w zakupach. Jeśli rozumiemy, że dorosły człowiek w swojej kalkulacji zakupowej na przyjemności wydaje jakąś tam sumę X. Tenże sam dorosły człowiek nie odmówi pieniędzy dziecku na książkę. W naszej kulturze nie. Te wszystkie ciocie, babcie, mamy uzupełniają biblioteczkę, dając niemałe pieniądze na zakup tych lub innych pozycji.
I to jest super. Dzięki temu te czytelniczki utrwalają swój światopogląd i nawyk czytelniczy, który, jak doświadczenie wskazuje, kiedyś przejdzie na inne pozycje i będą to czytelniczki czegoś innego, bardziej przeznaczonego dla dojrzałego odbiorcy.
[03:10:47] - Właściwie powinniśmy już kończyć, ale muszę zapytać o jeszcze jeden tekst. Tekst, który nosi tytuł „Porozmawiaj z jarzynami”. Mówiąc szczerze, byłem zadziwiony, ale też pozytywnie zaintrygowany.
[03:11:01] - Wie pan, to jest oparte o książkę. Punktem wyjścia jest książka Izy Klementowskiej „Cztery strony drzewa”, w której autorka pojechała w różne miejsca na świecie. Autorka tekstu, Katarzyna Boni, osoba, którą regularnie prosimy o napisanie głęboko ekologicznych tekstów, opartych na przeżyciu, doświadczeniu, ale przede wszystkim ogromnej wiedzy na temat współczesnych badań, filozofii przyrody, etyki przyrody. Są to nowe dziedziny, które dopiero się rozwijają, chociaż odbijają naszą wrażliwość i nasze doświadczenie wielopokoleniowe. Chodzi o tę właściwość ludzi, którzy zamiast mówić, słuchają drzew, uważają, że drzewa wnoszą w nasze życie wartości, których sobie normalnie nie uzmysławiamy. Mamy taki instynkt przytulania się do brzozy, rozmowy z drzewem i tak dalej. Katarzyna Boni mówi o wspólnocie pierwiastków, które łączą nas i rośliny od momentu wielkiego wybuchu. Jesteśmy zrobieni z tej samej materii i w różnym momencie spotykamy się z pewnymi właściwościami świata roślin, botaniki: od lekarstw poprzez alergie, od poczucia mocy takiego drzewa do jakiegoś promieniowania. Wracamy do pamięci, że oto nasi przodkowie leczyli się wyłącznie metodami naturalnymi, że napar z lipy był na przeziębienie, a sok z brzozy pomagał przejść trudne momenty między zimą a wiosną, prawda? To są rzeczy, które są powszechnie znane i w naszej kulturze nie trzeba do tego jakichś głębokich filozofów i botaników.
Autorka książki „Cztery strony drzewa” pojechała w świat. Była w różnych miejscach globu i rozmawiała z ludźmi, którzy pełnią swoją funkcję moralnie i społecznie jako strażnicy pewnych biologicznych oaz. Była w Ameryce i rozmawiała z człowiekiem, który z uporem na pustyni sadzi drzewa. Była w Norwegii, rozmawiała z człowiekiem, który brał udział w obronie bardzo wielu wycinanych lasów. Dziś mieszka w wydrążonym pniu ogromnego iglaka. Była w Mozambiku, gdzie spotkała osobę, która pilnuje wielkiego baobabu życiodajnego. Są ludzie, którzy swoją misję rozpoznają jako misję strażników przyrody i o nich jest ta książka. O tym, co daje nam w drugą stronę. Nie tylko to, co nam dają drzewa, ale też co my z naszej perspektywy możemy im dać. Najchętniej to powinniśmy dać im święty spokój, ale niestety cywilizacja nie daje nam takiej szansy.
[03:14:42] - Proszę państwa, ponieważ musimy już powoli kończyć, to ja tylko śpieszę zapewnić, że omówiliśmy zaledwie część artykułów znajdujących się w najnowszym magazynie książki. Cóż, tej treści do czytania jest jeszcze naprawdę o wiele więcej. My zaledwie zasygnalizowaliśmy część artykułów.
[03:15:06] - To prawda. Jeszcze chciałabym zwrócić uwagę na jedną rzecz, która występuje regularnie w magazynie, w tym i w poprzednich, i będzie w następnych. Mamy dużą sekcję dla młodego czytelnika, czyli mamy mnóstwo rekomendacji dla opiekunów, którzy szukają w odpowiedniej grupie wiekowej wartościowych pozycji do czytania z dzieckiem i dziecku. Także bardzo serdecznie, zwłaszcza przed Dniem Dziecka, rekomenduję tę rubrykę i tę sekcję, bo tam jest bardzo dużo dobrego, pisanego rękami ludzi, którzy się naprawdę na tym znają.
[03:15:49] - A ja pięknie pani dziękuję i do usłyszenia za dwa miesiące.
[03:15:53] - Do usłyszenia! Wydanie wakacyjne jest już w przygotowaniu. Już jesteśmy po kolegium, już wiemy bardzo dużo, czym będziemy państwa uwodzić w czerwcowym numerze. Także do usłyszenia i do zobaczenia w kioskach.
[03:16:11] - To był magazyn książki, magazyn do czytania. To ja teraz z marszu, ponieważ dzisiejsza audycja też zapowiada się długa. Zapraszam państwa na „Alchemię Tworzenia”, sezon drugi, odcinek 13. Nosi tytuł: „Koniec świata w naparstku”. A zatem oddaję głos Katarzynie Prychacz.
[03:16:40] - Halo, halo, bookradio waludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz. I skoro wy już jesteście i ja już jestem, to co? Jedziemy z tą „Alchemią tworzenia”, nie? „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w 13. odcinku drugiego sezonu „Alchemii tworzenia”. Audycji, która obraca się wokół wszystkich pisarskich cudów wianków. Dzisiejszy odcinek 13. to znaczy, że szczęśliwy, nie?
Tak słyszałam, że to się powinno odwrotnie interpretować te liczby. Dlatego myślę, że z okazji 13. odcinka wszyscy dzisiaj będziemy mieć szczęście, a przynajmniej miejmy nadzieję, że bohaterowie naszego dzisiejszego odcinka będą je mieli. Skoro 13, to myślę, że w sumie świetnie się złożyło, bo jednocześnie mamy dzisiaj pierwszy raz. Pierwsze razy to te najlepsze, najciekawsze. Cieszę się, że widzicie, że po raz 13. w tym sezonie do was mówię i mamy tutaj coś nowego. Zanim powiem co nowego, to może jeszcze tylko przybliżę szybciutko, o co w ogóle chodzi w tej audycji. Dla wszystkich magicznych osóbek, które tutaj trafiły po raz pierwszy. Otóż będę sobie improwizowała historię, ale z czego ją będę improwizowała?
Przede mną leży plansza, na której będę rozkładała komponenty. Wy tej planszy niestety nie widzicie, natomiast jest to taki mój własny produkt, który robiłam pod kątem warsztatów pisarskich. Jeżeli chodzi o elementy tej planszy, to tutaj mamy miejsce na kartę bohatera. Mamy historię, która będzie się składała z trzech aktów, czyli mamy akt pierwszy, który będzie składał się z trzech scen. Potem próba główna, gdzie pojawi się sojusznik i magiczny artefakt. I to jest akt drugi. I mamy akt trzeci, gdzie mamy też trzy sceny, tak jak w akcie pierwszym. I na samym końcu jest karta morału. Nie mam swoich komponentów do tego. Korzystam z różnych komponentów z przeróżnych gier planszowych.
Co mi wpadnie w łapki takiego ciekawego, najlepiej z obrazkami, to przecież od razu my precious, nie? Dzisiaj będę korzystać z kart. Jeżeli chodzi o kartę bohatera, mimo że ten slot na tą kartę użyjemy dzisiaj trochę inaczej, niemniej będę takich kart z ilustracjami używać z gry „Klub Detektywów”. Też polecam. Piękne grafiki. Jeżeli chodzi o sceny w akcie pierwszym i trzecim, to będą kości Story Cubes. To też polecam sobie zerknąć. Kości z obrazkami. Niby prosta rzecz, a powiem szczerze można nieźle popłynąć z historiami. W akcie drugim z kolei będę rzucała też tą główną próbę kością, ale to taka nieoficjalna wersja Story Cubesów, niemniej mechanika ta sama.
Sojusznik leci z kart z „Klubu Detektywów” i jeszcze będziemy losować tutaj takie trofeum czy magiczny artefakt. Coś, co nasz bohater zdobędzie po pokonaniu tej głównej próby. I to mam z kolei w formie małych metalowych przedmiotów, a ściślej mówiąc są to pionki z gry Monopoly i z gry Cluedo. I tu mamy akt drugi. Aha, jeszcze karta morału. Karta morału to jest karta również z grafiką, natomiast na tej grafice mamy jeszcze dwa słowa. I ona pochodzi z „Krainy Snów”, z takiej gry planszowej. Też polecam, zerknijcie, bo to też ciekawa rozgrywka. Taką zasadą główną tutaj jest to, że po prostu mam poimprowizować jakąś historię. Oczywiście też z góry zaznaczam, że jeżeli jakieś pomysły czy to na bohaterów, czy na sceny, czy może w ogóle cała historia, jeżeli coś was zainspiruje, spodoba się wam i tak dalej, to się częstujcie.
Będzie mi miło, jeżeli byście chcieli to spisać i gdzieś może napisać, że jakieś moje ględzenia były waszą inspiracją, ale jeżeli nie, to też super. Niech wam się to dobrze używa, bo to właściwie o to chodzi w tym podcaście. Ja tu jestem po to, żeby wam pomóc, żeby was wesprzeć. W pierwszym sezonie zajmowaliśmy się troszeczkę pracą nad sobą, waszymi wnętrzami, natomiast w tym sezonie zajmujemy się inspiracjami. Także nie krępujcie się. Zapraszam też do poprzednich odcinków. Różne te historie były, w różne miejsca dopłynęliśmy. Ach, jeszcze nie powiedziałam o jednej ważnej rzeczy. Żeby sobie urozmaicić trochę charakterystykę postaci, które tu się pojawiają, korzystam również z takiego narzędzia do rozwoju osobistego. To są karty archetypów osobowości.
Tak domyślnie to pracuję z żywymi organizmami na tych kartach. Natomiast stwierdziłam: a czemu nie? Do pisania też są super. Nie ukrywam, że też pisząc jakieś opowiadania czy swoje powieści, to zawsze gdzieś tam buduję psychologię bohaterów i opieram ich często na tych archetypach czy na zestawach tych archetypów. Archetypy, te karty, z których ja korzystam akurat, nie same archetypy, stworzone są przez Gabrielę Borowczyk. Też zachęcam, zerknijcie sobie w internetach. Bardzo fajne narzędzie, ładnie opracowane i to też będę cytować tutaj, używając ich gdzieś dalej. Dobra, słuchajcie, lecimy. Aha, nowość! Odcinek 13.
i przecież ten pierwszy raz, o którym mówiłam. W poprzednim odcinku stworzyłam historię, która aż sama się prosiła o to, żeby jej zrobić kontynuację. Nigdy wcześniej tak nie robiłam. Każdy odcinek to była jedna historia. Tak że spróbujmy zrobić kontynuację historii, czyli część drugą. Chyba jeszcze muszę przybliżyć, co tam było. Jak to leci w serialach? Previously on „Alchemia Tworzenia”. Dobra, w poprzednim odcinku mieliśmy historię o meduzach, które właściwie trochę się nudziły, pomyślały, że pójdą na jakąś przygodę. Suma summarum ich działania doprowadziły do tego, że rozwścieczyły złe czarownice żabnice z głębin morskich.
Oczywiście w całej tej sytuacji wspierał ich taki mędrzec ośmiornica. Właściwie to uratował im skórę. Czekajcie, meduzy nie mają skóry, nie? Jak się nazywa to? Dobra, ja się muszę powstrzymywać. Jestem uzależniona od researchu, jak gdzieś coś mi się pojawia, muszę sprawdzać. Tym sposobem te odcinki nasze byłyby jeszcze dłuższe, mimo że już są długie. Więc mędrzec ośmiornica uratował nasze dwie meduzy. Jeszcze wspomnę tylko o archetypach, że ta nasza główna ośmiornica miała archetyp twórcy, natomiast ta ośmiornica, która wspierała, taki kumpel, przyjaciel, swoją drogą też był oparty na archetypie towarzysza. A ośmiornica: mędrzec.
Mamy to omówione i całość naszej historii skończyła się tak, że te czarownice były wściekłe i nasi bohaterowie... Aha, jeszcze projekt! Jeszcze pracowali nad projektem od ośmiornicy. Meduzy dowiedziały się, że istoty na powierzchni nie mogą latać. W większości przypadków poruszają się po ziemi i jest ta grawitacja. I ośmiornica im powiedziała, że one paradoksalnie, te meduzy, mimo że są pod wodą, to tak jakby latały, bo mogą się wzbijać z dna. I te meduzy pomyślały, że może stworzyłyby dla tych istot na powierzchni takie sterowce, statki powietrzne w kształcie meduz. Nad tym projektem zaczęli pracować i w międzyczasie dowiedzieli się, że dzieje się coś dziwnego na głębinach, że powstały jakieś wstrząsy, jakieś dziwne bulgoty i nagle zaczęła zmieniać się tam temperatura. Zaczęło się tam robić cieplej. I w sumie to na tym stanęło.
Więc teraz zobaczymy w dzisiejszym odcinku, czy wiedźmy się zemszczą, czy może nasi bohaterowie jednak wyrównają rachunki z wiedźmami, pomagając im w czymś. A może zdarzy się coś jeszcze totalnie innego. Powiem szczerze, sama nie mogę się doczekać. Tak że lecimy z tematem. Co najpierw losujemy? Slot bohatera. Wiecie co? Pomyślałam sobie, że dzisiaj chyba nie będziemy wprowadzać kolejnego bohatera, ale może tę kartę wylosuję jako taką trochę kartę lokacji, kartę wyjściową, żebyśmy wiedzieli, o co chodzi. Wiecie co? Wylosuję kartę i zobaczę.
Ale wstępnie myślę, że to byłaby scena wyjściowa do naszej historii. Więc losujemy sobie najpierw tę kartę i jeszcze od razu też sobie wylosuję, mimo że karta morału jest na końcu, też ją zaraz wylosujemy, żebym sobie już mogła trawić te słowa i grafikę, żeby to na końcu fajnie się zamknęło spójnie. Dobra, losujemy. Dobra i coś ze środeczka. O, proszę. Co my tu mamy? Od razu wam mówię: znowu jesteśmy w lesie. Okej, nawet tym razem nie podwodnym. Natomiast myślę, że zaraz zobaczymy, czy może na potrzeby naszej historii zrobimy las podwodny. Albo wiecie co?
Może jednak wprowadźmy nowego bohatera, istotę z powierzchni, która pomoże im gdzieś na dole. Dobra, zobaczymy. Na karcie mamy w tle drzewka, las, na pierwszym planie mamy pagórek i na tym pagórku mamy taką baletnicę pozytywkę. Albo to jest posąg baletnicy? Wygląda jak taka pozytywkowa i ona sobie jest wbita w tą skarpę, a przed nią stoi żuk. Czekajcie, nie wiem, czy to żuk. Ten jelonek, żuk z takimi ładnymi rogami, szczypcami. Nie wiem, to rogi chyba są, nie szczypce. Pewnie jak ktoś się zna na robaczkach, to zaraz tutaj dostanę po uszach, że to nie jest żuk. Ale to chyba jest żuk, co?
Takie twarde to. Mam nadzieję, że wiecie, o co chodzi. I ten ów żuk jest taki odstawiony w garnitur, ma muchę czerwoną, jeszcze taką czerwoną pelerynkę i trzyma kwiatka. To jest chyba stokrotka i wręcza go tej baletnicy. Co prawda baletnica stoi nieruchomo i patrzy w drugą stronę. Nie znam się na balecie, nie powiem wam, w jakiej pozycji stoi, ale ma jedną nogę zgiętą w kolanie i jedną rękę uniesioną nad głową. Tak że to jest ta karta. No i co teraz? To już się zaczyna grubo, kurczę. Może ten żuk, który tak szuka tej miłości, a ta baletnica jest taka niewzruszona, niezainteresowana nim.
Teraz by mi się przydał research, czy taki żuk może naprawdę mógłby pod tą wodę wpaść. No dobra, ale żuk... Też nie wiem, czy on działa pod ziemią, cholera. Dobrze, załóżmy, że on będzie miał informacje z podziemia. Dobra, to mamy bohatera i jakoś połączymy go z naszymi meduzami. Może wejdą w jakąś współpracę i wspólnie odkryją zagadkę tych bulgotów w głębinach i tych zmian temperatur. Okej, skoro mamy bohatera, to w takim razie jeszcze zanim przejdę do tego morału, to lecimy z archetypem. Cóż to ten nasz żuk będzie? I proszę państwa, mamy to czy nie mamy? Archetyp Kochający.
Też już wystąpił w tym sezonie, nawet jakoś chyba całkiem niedawno. Chociaż nie wiem, tak mi te dni lecą. Dobra, to ja wam czytam, o co chodzi z tym archetypem. Dla tych, którzy może zapomnieli, dla tych, którzy pierwszy raz słyszą. Żeby tradycji stało zadość, oczywiście cytujemy Gabrielę Borowczyk: „Kochający. Miłość jest siłą napędową tego świata i motywem działania. Nie ma jednego rodzaju miłości. Jest miłość w rodzinie, braterska, bliźniego, altruistyczna i ta zmysłowa. Zarówno bezinteresowna, jak i romans bądź czysta przyjemność. Ważne dla niego jest przywiązanie, troska i intymność.
Może być szczery i otwarty, ale także tajemniczy i uwodzicielski”. Słuchajcie, to się spięło idealnie, jeżeli chodzi o rysunek. Nasz zakochany w baletnicy żuk. Może on będzie szukał sposobów, żeby ta baletnica zwróciła na niego uwagę. Dobra, mamy to. Zobaczymy, co mi się tam będzie dalej z tego lęgło. To ja sobie to odkładam. Jeszcze lecimy ten morał raz, raz i możemy wtedy przejść już do losowania scen aktu pierwszego. Chyba że jeszcze zajrzę w pytanka pomocnicze, jeżeli chodzi o strukturę fabularną czy budowanie fabuły. Zaraz zobaczymy.
I kraksa, i się losuje. Wszystko mnie się tu losuje. Dobra. Mamy to. Powiem wam, jest ciekawie. Nawet bardzo. Na karcie mamy dwa słowa. Jest tutaj akordeon i foka. Także fajnie, w sumie mamy trochę też morskie, oceaniczne klimaty. Zwłaszcza ten akordeon.
Na grafice mamy piękną fokę. To chyba jest foka, bo nie wiem. Lwy morskie inaczej. A może to jest lew morski. Tak czy siak, pan Fok. Pan Foka. Nie, fok lepiej. Pan Fok w takiej czapce marynarskiej z daszkiem, z kotwicą i on sobie siedzi na kamieniu. Słuchajcie, na tym kamieniu to nawet derka jest, kocyk powieszony jakiś. I on sobie trzyma taką małą harmonię.
Nie takie akordeon z klawiszami, z przyciskami, tylko dosłownie harmonijkę oktogonalną czy jak się tam nazywa. Jak plaster miodu. Takie kształty ma pocięte. Taka sprężyna, którą się na ręce nakłada. I oczywiście śpiewa do mikrofonu. W tle widzimy też jedną płetwę, zdaje się foczą płetwę i gryf gitary, a jeszcze dalej drugi pan fok siedzi i gra na bębnach. Słuchajcie, może będziemy mieli ładny happy end. Tu mi się od razu tak ładnie lęgnie, że kurczę, fajnie. Powiem szczerze, tam jeszcze taki ładny zachód słońca jest w tle, że sama bym chyba wbiła na taki foczy koncert. Okej, mamy to.
Co ja mam tu w pytankach? Bo te pytanka jednak zawsze pozwalały mi bardziej się w to wkręcić. Myślę, od jakiej perspektywy zaczniemy. Może zaczniemy od żuka. On sobie w akcie pierwszym będzie miał jakąś swoją podróż bohatera i może później w tym akcie drugim połączymy te dwa światy. Może tak to zrobimy. W sensie, że w jakiś sposób on trafi do morza albo w jakiś sposób się skontaktuje z meduzami. Zobaczymy jeszcze, jak nam sceny wypadną. Dobra, to lecimy od żuka. Jak jest?
To jest to pytanie z tych moich schemacików. Jak jest? To też jest pytanie, które jest pierwszą stycznością czytelnika z bohaterem. To jest dosłownie to, jak się zaczyna nasze opowiadanie czy nasza powieść, czy właściwie scena, od której zaczyna się film. Zastajemy tego bohatera w jakimś momencie jego rozwoju, jego historii. W przypadku naszego żuka może jest tak, że on jest po uszy zakochany w tej baletnicy. To jest jego wybranka serca. Nic ją nie wzrusza, nic nie sprawia, że ona się porusza. Dlatego nasz bohater szuka różnych sposobów. Przynosi różne podarki.
Może coś zatańczył. Robi różne rzeczy i zobaczymy, co się wydarzy dalej. To jest ten moment. Jak było? Czyli to, co tak naprawdę, jeżeli chodzi o opowiadania, to tego nie piszemy czytelnikowi, tylko to jest coś, co my jako autorzy wiemy i dzięki temu możemy sobie kształtować naszego bohatera czy robić jakieś retrospekcje na przykład w trakcie pisania. Polecam też sobie robić takie backstory czy origin story bohaterów, bo można naprawdę fajnie się czasami zainspirować. Zwłaszcza jak macie jakieś gorsze dni na przykład, jeżeli chodzi o tworzenie. Jak było w przypadku naszego żuka? Może było smutno, samotnie, nic się nie działo, aż w końcu dotarł na tą polanę i ujrzał tą piękną baletnicę. Uderzenie gromu.
Świat się zatrzymał i on się zakochał i w ogóle wow. Próbował różnych sposobów, a ta baletnica cały czas stoi nieruchomo. Co się zmieniło? I to jest pytanie, które jest tym wezwaniem do wyprawy dla naszego bohatera. To jest ta anomalia, która sprawia, że on zostaje wyrwany ze swojej rutyny. Podejmuje najczęściej to wyzwanie, quest. Zresztą często jak go nie podejmie, to też się toczy historia. Także cokolwiek nie postanowi nasz bohater, coś się zmieni i ta historia gdzieś już się zaczyna. Także ja sobie losuję trzy kości. Powiem wam, jakie obrazki mi wypadły i wtedy wracamy sobie do wymyślanka.
Dobra, kość pierwsza. Chciałam powiedzieć drzwi, ale to jest, zdaje się, brama. Nie wiem, jak to określić. Ona jest trochę chińska. Taka deska jak pagody, zdaje się. To były te budowle z takimi dachami powyginanymi. Tutaj mamy właśnie taki łuk, można powiedzieć łuk, bramę, wejście, coś zbite z tych desek i w stylu chińskim. Także to jest to jako pierwsze. Lecimy z drugą sceną. Druga scena to wąż.
Wypadł nam wąż. Ciekawe. Może nawet grzechotnik, patrząc na ogonek. Zobaczymy. I trzecia kość. Prawie spadła, ale nie spadła. Co my tu mamy? Mamy fiolkę przechyloną z jakimś płynem. Fiolkę, właściwie kolbę laboratoryjną. Widać, że coś się z niej wylewa.
Ktoś ją przechylił i coś z niej kapie. I to wtedy jest ta nasza scena trzecia. Ciekawie. Dobrze, to zaraz zobaczymy, co nam się zmieniło w życiu naszego bohatera. Kości odkładam. Okej, mamy ten portal. Czyli takie przejście. Bo możemy zrobić tak, że żuk jednak zwątpił w tą miłość, zrezygnował i wyruszył w świat. A może on chodził sobie gdzieś po tym lesie, szukał kolejnego sposobu i trafił na jakieś tajemnicze drzwi. Może to tak lepiej będzie.
Czyli trafił na magiczną bramę, magiczne przejście. To by nam mogło się przydać, mógłby trafić pod wodę. Ej, mam, kurczę, to się samo układa. Dobra, słuchajcie, co mi się tutaj zalęgło w głowie. Trafia do magicznego przejścia. Myślę tylko, czy ono będzie naprawdę magiczne, czy to jemu się będzie wydawało magiczne? Nie. Okej, fajnie, zróbmy to, bo to jest taka bajka. Wspominałam, że mogłaby być dla dzieci czy dla młodzieży. To zróbmy to.
Lećmy dalej w taką baśniową bajkę. Czyli mamy sobie ten portal. Żuk idzie, przemierza las, aż w końcu dotarł do miejsca, w którym jeszcze nigdy nie był. Tak daleko nie zaszedł i przed nim pojawiła się wielka brama. Ona niby była takim łukiem, nie prowadziła do żadnego budynku, po prostu sobie stała na trawie, ale jak się patrzyło w te drzwi, to było widać taką falującą taflę. Jak tafla wody, coś takiego. I on tak sobie patrzył i się zastanawiał, cóż to jest. Aż zza tej bramy wyskoczył wąż. Żuk oczywiście się przestraszył. Chociaż te duże żuki, podobno jak złapią rogami, szczypną, to kurczę, nieźle boli.
On się wystraszył, na zasadzie takiej, że coś wyskoczyło na niego. Nie spodziewał się. Ten wąż oczywiście chciał sobie capnąć go, ale się zorientował w porę, że to nie jest jadalne dla niego. I zaczynają sobie rozmawiać. Wąż mu tłumaczy, co to jest, co to za miejsce, bo on sobie tam wokół mieszka i mówi, że przeskakuje sobie tymi drzwiami i wtedy znajduje się w takiej krainie, gdzie można latać. O jest! Nie ma takiego powietrza jak tutaj, że to powietrze jest gęste, ale można sobie iść pod nie, można podskakiwać, że się czuje zupełnie inaczej, że łatwo się odrywać od ziemi. A może ten wąż będzie strażnikiem po prostu. Dobra, to zróbmy tak, że wąż jest bardziej niż zorientowany. On jest strażnikiem tej magicznej bramy i on mówi, że każdy może przejść tą bramą.
Natomiast żeby tam przejść, przeżyć, czy żeby w ogóle móc wrócić przez to z powrotem. Wrócić z powrotem. Tak. Brawo ja. Co jeszcze można zrobić? Można jeszcze cofnąć do tyłu. Dobra, już wracam na tory. To trzeba wypić magiczny eliksir. I teraz myślę, czy ten eliksir będzie gdzieś. Nie, dobra, niech on będzie.
Nie utrudniajmy. To jest sama scena, to jest wstęp. Tutaj się musi coś zadziać. Czyli wąż podaje mu ten eliksir i pyta, czy ten żuk chce przejść przez tą bramę, iść w to nieznane dla niego, ale doświadczyć czegoś nowego. I ten żuk tak się waha, bo z jednej strony chciałby, ciekawi go to. Może właśnie tam znalazłby jakiś podarek, coś, co by sprawiło, że jego baletnica zwróci na niego uwagę wreszcie czy jej serce zapłonie miłością. Ale z drugiej strony bał się, że nie wróci i już jej nigdy nie zobaczy. Oczywiście wiem, że w Polsce tak się nie mówi, ale wiecie, podobno ciekawość zabiła kota, więc miejmy nadzieję, że w naszej historii ciekawość akurat nie zabije naszego żuczka, naszego bohatera. Więc oczywiście, że żuk decyduje się wypić ten eliksir i przechodzi przez bramę. I tutaj kończy się nam akt pierwszy.
Przechodzimy do aktu drugiego. Losujemy sobie. Ja sobie kość wylosuję i zobaczymy, cóż będzie naszą główną próbą. Patrzę. Czekajcie, mam kość. No to rzucamy. No nie. Okej, mamy kość z wersji halloweenowej, także wypadł nam wampir, taki Drakula. Co prawda wygląda tak poczciwy, zadowolony, ale wiecie co? Bo to jest taka grafika.
Ja sobie tutaj zagnę system, bo ten Drakula równie dobrze może wyglądać jak potworek, demon czy nawet czaszka, albo coś, co wychodzi z ciemnych drzwi. O, i to jest to. Czyli wiecie, że mamy taki ciemny portal i z tego widać taką jasną głowę z rogami. Co prawda ona jest tutaj bardzo uśmiechnięta, ale to dobrze w sumie. Albo niedobrze. Główna próba, nie? Coś tu się może zadziać. O, wiecie co? Bo ja mówiłam, żeby połączyć historię w drugim akcie. No właśnie.
I się samo robi, jak ja to lubię. Jak ja to lubię, jak mój mózg sam wszystko składa bez mojego udziału. Dobra, wiecie co? Pomyślałam właśnie teraz, że to są jakieś drzwi, że to jest jakaś twarz, która wyszła z drzwi. To może w tych głębinach pod wodą otworzyły się jakieś wrota. Otworzyło się coś, może właśnie magiczny portal, przez który zaczęło wpadać coś ciepłego i zaczęła się zmieniać temperatura pod wodą, jakieś bulgoty i tak dalej. I to będzie główna próba, która połączy naszych bohaterów. Połączy te dwie historie, czyli ten żuk też im pomoże i może jakoś się wspólnie pozbędą tego czegoś na dnie. I teraz muszę zaimprowizować. Aha, jeszcze artefakt.
Wylosujmy artefakt najpierw. Okej, mamy to. Mamy naparstek. Naparstek. Dobrze, zaraz, niech sobie kiełkuje. I tutaj powinnam losować sojusznika. Wiecie, co zrobimy? Ja tym razem nie będę losować sojusznika, ażeby historia trochę nabrała smaków i akcji. Ja sobie tutaj rzucę trzema kośćmi, tak jak w poprzednich aktach. Tym razem, skoro pierwsze razy, to szalejemy dzisiaj z planszą.
Biorę moje story cubesy, rzucamy też trzy sceny i zobaczymy, jak wspólnie nasi bohaterowie będą sobie z tym radzili. Mam już też pomysł, jak ich ze sobą spotkać, ale zobaczymy. Może będzie coś lepszego z kości. No to lecimy. Oki doki, wypadła mi tutaj kość z pałacem. Właściwie mamy tutaj takie cztery wieże zakończone kopułami. Może to są jakieś grzyby? No dobra, pierwsze moje skojarzenie to był pałac. Taki kompleks budynków, więc zobaczymy, co dalej z tym. To jest nasza pierwsza scena aktu drugiego i lecimy drugą.
Okej, wypadła mi tutaj kość z człowieczkiem, bardzo rozgniewanym człowieczkiem, który wskazuje na kogoś palcem. „To ty! To twoja wina!” Coś takiego. Taki rozgniewany człek. I ostatnia scena. I w ostatniej scenie wypadł nam plecak, tornister wręcz. Taki kwadratowy, prostokątny, kanciasty tornister jeszcze ze starych czasów. Albo na przykład taka kostka, jak w harcerstwie. Najbardziej się w harcerstwie nosiło. Sama mam gdzieś taką starą czarną kostkę, jeszcze pamiętam, pełną agrafek i łańcuchów.
Dobra, czasy młodości. Ach. Dobrze, mamy te sceny. Czyli nasz żuk wypija eliksir i przenosi się do tego podwodnego świata. Skoro tutaj nam wypadły te budynki czy te pałace, to może właśnie ten żuk pojawia się pod wodą i widzi to całe miasteczko. Nie z tych głębin, z dna, tylko właśnie tam, gdzie te nasze meduzy żyły. A może niech to będą prototypy tych sterowców? Ładne te sterowce. Cały czas tę kartę mam z poprzedniego przed sobą. Piękne one były.
To może faktycznie. Dobra, bo to mogło być trochę czasowo przesunięte. Czyli jeżeli pod koniec tamtej historii nasi bohaterowie dowiedzieli się o tym, że coś się dzieje, to może właśnie jak wrócili do miasta, na wszelki wypadek wzięli swoje sterowce. Więc nasz żuczek pojawia się dosłownie przed, chciałam powiedzieć bramą, ale w sumie to tak pod wodą. Może po prostu przed tymi terenami, gdzie jest społeczność, to miasteczko istot podwodnych. I w oddali widzi właśnie takie wielkie meduzy. Właściwie on tak nie do końca wie, co to są meduzy i tak dalej, że jest przerażony, więc sobie na to patrzy. No i postanowił tam pójść. No bo co miał do stracenia? Pojawia się i nagle zauważa, że to jest wielkie zgromadzenie na głównym placu.
Coś się dzieje, są krzyki, przepychanki. Ewidentnie jest coś na rzeczy. On człapie pod wodą, trochę go czasami prądy morskie wzbijają w to morskie powietrze. W końcu dociera na środek. Albo porwał go mały wir wodny i go wyrzucił w samym centrum tego zbiegowiska, że nagle te istoty przerywają wszystkie swoje kłótnie i tak dalej. Jest cisza i wszyscy na niego patrzą. I on też na nich patrzy. Mamy taki suspens. I nagle ktoś z tłumu rozwścieczony wskazuje palcem na niego, co to w ogóle jest. To jakiś potwór.
Ma taki czarny kolor jak te wszystkie potwory z głębin, że to na pewno on, że to jego wina wszystko, że to on jest anomalią, brać go! Trzeba go dorwać, bo to na pewno jest jego sprawka. Część istot się rzuca na niego, biegnie. Ale pan ośmiornica pojawia się i mówi: „Hola, hola, hola, nie możemy być tacy agresywni. Najpierw go wysłuchajmy”. A ten żuk patrzy i tak: what the fond, co tu się dzieje w ogóle? Pan ośmiornica go pyta, co on jest, skąd przybył i o co chodzi. On opowiada, że mieszka w lesie i przeszedł magiczną bramą i pojawił się tutaj. I znowu ktoś wzburzony krzyczy, że to na pewno on, bo przecież odkryli, że pod wodą jest jakaś brama, że coś tam się dzieje, że jest jakaś świecąca, dziwna brama. To musi być ta brama, bo przecież nie ma innej bramy.
I znowu przepychanki. Przypłynęły meduzy i rozmawiają sobie z tym żukiem. On mówi o tym eliksirze jeszcze, że on nie żyje w takim świecie i strażnik bramy powiedział, że podobno by tutaj zginął, gdyby nie wypił eliksiru magicznego. Tylko jak on może im pomóc? Bo ta główna próba, ta brama. A może to jest ta pomoc. I meduzy się zainteresowały. Nagle wszyscy się trochę uspokajają, bo wszyscy zrozumieli, że istnieją jakieś magiczne bramy podwodne i że żeby istoty z zewnątrz mogły wejść tutaj, przeżyć, to muszą wypić jakiś magiczny eliksir. Coś by się tu przydało. Aha, ja nie losowałam tu.
Dobra, ale losowałam sceny. Lecimy dalej. Losuję jeszcze jedną grafikę, ale nie jako człowieka, tylko jako jakieś coś, jakaś inspiracja dla mnie i zobaczymy. Może on coś powie o tym eliksirze, bo tak sobie myślę, co oni by mogli zrobić. Może oni założyli, że coś takiego się wydarzyło pod wodą. Albo może ktoś skorzystał z innej bramy i tam się pojawił. Ej, w sumie to nie mamy złola jakiegoś. Oprócz tych czarownic. A może one wywołały? Tak, bo to są czarownice podwodne.
To może one tworzą te bramy? Dobra, to jednak potrzebujemy postać, która pojawi się tutaj i może powie coś więcej. Róbmy ten chaos. Lecimy. Dobra. No i teraz nie wiem. Nie wiem, bo bohaterem tej karty ogólnie to mamy koronę drzew, jest znak z wielkim napisem „Welcome” i na tym drzewie jest osadzony stary czerwony garbus. Nie wiem, czy on jest stary, ale na pewno jest zniszczony. Właściwie to czy on jest zniszczony? Nie ma jednej opony, a druga opona jest zastąpiona czymś...
ciastkiem? To są ciastka. Czyli to jest garbus, który zamiast opon miał ciastka z kruszoną czekoladą. Na światła ma naklejone lizaki. Chyba że to jakieś podwodne. Dobra, zróbmy to pod wodą. Podwodna cukiernia. I teraz myślę, czy robimy z tego postać? Dobra, mam! Podwodny alchemik, bo przecież mówili o eliksirze.
Losujemy archetyp. Archetyp do mnie. Dobra, tasowane to już nie tasuję. I archetyp naszego alchemika to... No drodzy państwo, jesteśmy uratowani. Okej, archetyp bohatera. Ciekawie się tutaj robi. Czytam wam na razie, z czym to jeść. O co chodzi w tym archetypie? Bohater.
Pomaga i staje w obronie potrzebujących. Posiada supermoce, możliwości niedostępne dla innych i używa ich dla dobra ludzkości, wybranej grupy czy pojedynczego człowieka. Bohater pozwala wierzyć, że wszystko jest możliwe. Charakteryzuje go odwaga, działanie, siła i moc sprawcza. Pociąga za sobą ludzi, dając przykład. Czyny mówią za niego. Mamy. Bohater alchemik. Ciekawe. Czyli ich sojusznik.
Dogadawszy się z żukiem i usłyszawszy o tym eliksirze, cała delegacja w postaci meduz, pana ośmiornicy i żuka Oni powiedzieli, że wezmą odpowiedzialność za żuka, żeby uspokoić pozostałych mieszkańców, że oni się nim zajmą. Będą go pilnować i sprawdzą, czy na pewno on nie jest złym charakterem. Czyli cała ta nasza paczka wybrała się do podwodnego alchemika, żeby porozmawiać z nim o eliksirach. I tu mamy przeskok. Jest scena. Jeszcze nie będę chyba skakać do tej pobocznej sceny, którą wybraliśmy. Tam mamy tornister, plecak. To równie dobrze może symbolizować wyprawę, a równie dobrze może być powrotem z tej naszej wyprawy. Czyli będą mieli składniki, żeby stworzyć ten eliksir, albo będą mieli eliksir i naparstek jeszcze. Dobra, mam.
Więc bohaterowie dotarli do naszego alchemika, który mieszkał w starym utopionym samochodzie i tam można było nabyć drogą kupna lub otrzymać różne podarki, mikstury i różne takie rzeczy. Bohaterowie przychodzą i przedstawiają mu sytuację. Myślę, jak ten alchemik mógłby wyglądać. Które żyjątko podwodne by mogło być takim alchemikiem, takim czarodziejem? Wiem, taki czerwony garbus tutaj na rysunku. Pomyślałam sobie... Sorry, mój mózg już zaspoilerował obraz. Już mówię wam, z czego się śmieję. Są krewetki, one się nazywają chyba pistol shrimp. To są krewetki, które strzelają jak z pistoletu.
To jest chyba jakaś reakcja chemiczna. Nie wiem, czy to jest jedna łapka, ten szczypiec jeden. Chyba jedna mi się wydaje, nie dwie. Taki przerośnięty muskuł, to tak wygląda. Wygooglujcie, bo naprawdę warto. To nawet chyba może poparzyć, bo tam zachodzi jakaś, nie wiem, czy chemiczna, czy bardziej fizyczna reakcja, że tam się wytwarza chyba ciśnienie i woda się bardzo szybko podgrzewa. I on w ten sposób ogłusza swoje ofiary, czy się broni i tak dalej. Tak sobie wyobraziłam, że takim alchemikiem, jak alchemia, nawet w alchemii tworzenia czasami coś wybucha. Więc taki kreweteł z pistoletem, przecież idealny. To on będzie naszym alchemikiem podwodnym.
Więc bohaterowie opowiadają mu całą historię. Mówią o tym eliksirze, a on mówi: „Tak, słyszałem, to legendarny eliksir” i poszedł go przyrządzić. Bohaterowie otrzymują ten eliksir. Tylko zaraz, po co im ten eliksir w sumie? Bo oni chcą zamknąć bramę. Jeszcze też nie wiedzą, kto przeszedł. Kurde, bo ja już zaraz będę musiała kończyć. Kończymy akt drugi i trzy sceny aktu trzeciego. A tu nam się chyba jakaś powieść dzieje. Albo przynajmniej ja się za bardzo w to wkręciłam.
Ja już trochę do was gadam. Wybaczycie mi? Nie, dobra. Naprawdę, szkoda mi zmarnować ten potencjał historii. Zrobimy trzecią część. To już wam mówię. Skoro mamy odcinek pierwszych razów, mamy 13. odcinek, więc jest trójka. Wszystkie symptomy wskazują, że to będzie trylogia albo właściwie trzyczęściowa historia. Także ja się nie będę tutaj na siłę napinać.
Natomiast, dobra, mam to. Alchemik zrobił im eliksir, który trzeba wylać na tę bramę. Jeszcze zapomniałam, że mieliśmy rybkę głębinową. Dobra, nieistotne. Dla tych, co nie słuchali wcześniej, jeszcze towarzyszyła naszym meduzom, naszym bohaterom malutka, niedawno wykluta z jajka rybka głębinowa. Ta żabnica, prawdopodobnie potomstwo jednej z tych czarownic podwodnych. I ona miała stworzony specjalny hełm, który sprawiał, że ją światło bardzo nie raziło, więc mogła sobie z nimi, może trochę ociężale i nierówno, ale za nimi pływała, a oni się nią opiekowali. Także tu jeszcze to. Ta rybka by mogła im się później przydać, im pomóc, bo mogłaby rozlać ten eliksir na tę bramę. To jest fajne.
Albo wiecie co? Właściwie sama brama może być problemem tych bulgotów. Nie, musi być jakaś epicka scena walki dobra ze złem i tak dalej. Tę walkę zrobimy w następnym odcinku. Tutaj mamy tę główną próbę, czyli bohaterowie powiązali fakty i już wiedzą, że to ta brama jest problemem. Ostatnia scena to ten plecak, czyli zdobyli od alchemika eliksir, który to zrobi i alchemik jeszcze w tym wszystkim daje im magiczny naparstek, magiczny przedmiot, bo jeżeli poleją po prostu tę bramę tym eliksirem, to się nic nie zadzieje. Tylko to nie teraz. W odpowiednim momencie muszą wlać w ten metalowy naparstek tę substancję i wtedy dopiero zacznie się magia. I wtedy dopiero z tamtego naparstka trzeba wylać to na bramę i to przejście magiczne zniknie. Wymyślimy w następnej części, czy to wybuchnie, czy to się rozpłynie w powietrzu, w tej wodnej przestrzeni.
Zobaczymy. Okej, podoba mi się to. To lecimy z aktem trzecim, żeby tutaj zamknąć naszą część, żebyśmy tu się zawiesili w jakimś momencie. Kurczę, miałam pomysł na te foki jeszcze. Dobra, rzucamy ostatnią partię kości i zobaczymy jeszcze, co tutaj się nam wydarzy. Dobra, scena pierwsza aktu trzeciego. Tu mamy drabinę. Słuchajcie, trupia czacha jest. Jest trupia czacha. Nie pamiętam, jak się nazywa ta ze skrzyżowanymi piszczelami w tle.
Jolly Roger to była ta czarna flaga piratów, a nie wiem, czy Jolly Roger miał skrzyżowane te piszczele? Też nie pamiętam. Kiedyś robiłam research do czegoś. Różne były te flagi i któryś był ze skrzyżowanymi, któryś nie. Dobra, ostatnia scena. Spadło, ale zanim spadło, namiot cyrkowy. Nie, ja wam powiem, że to wszystko się samo robi. Dobra, to mamy naszego żuka, który jest bardzo zaintrygowany i cieszył się, że przeszedł tym portalem, że dzięki niemu mają więcej informacji. Razem z nimi przeżywał te przygody. I teraz drabina.
Co to za drabina by mogła być? O, już wiem. Jako element rozważań. Bo wcześniej, w tamtej części mówiliśmy o tym, że dno morskie składa się z różnych poziomów i oni sobie żyją na tym poziomie, gdzie jest jasno, gdzie można sobie wypłynąć nawet z wody, jak do góry ktoś będzie płynął. Natomiast później jest nisza, gdzie mieszkają te czarownice, żabnice i tam już jest zupełnie ciemno. I tam też jest na tyle gęstość wody zmieniona, że już na przykład meduzy, jak tam zostały wrzucone, jak wpadły, to nie mogły zebrać powietrza, żeby wypłynąć, żeby się wzbić. Dlatego teraz nasi bohaterowie siedzą z powrotem nie w miasteczku. Chciałam powiedzieć w miasteczku, ale może przenieśmy ich do ich bazy, w której tworzyli te swoje projekty. Właśnie, te projekty jeszcze nasze. I będziemy mogli użyć tych sterowców w następnej części.
Czyli tak: drabina. Myślą o tym, jak zejść na dno, jak dostać się do tych głębin, żeby zamknąć ten portal. I ta trupia czacha to właśnie jest to, że oni wiedzą, że dla nich to jest pewna śmierć, że oni nie są w stanie na dół zejść, bo zniszczy ich ta atmosfera albo coś ich tam zje. Oni tam nie widzą i ogólnie to jest masakra. I teraz myślę, czy od razu tą rybkę robimy. Nie no, słuchajcie, skoro mamy część trzecią, to myślę, że zakończymy to taką trochę lżejszą sceną. Więc bohaterowie są pogrążeni w smutku i ogólnie jest źle, jest bardzo źle. Źle się dzieje. Zaczynają obumierać rośliny podwodne. Niektóre istoty się czują bardzo źle, już nawet na ich poziomie robi się strasznie gorąco.
Żabnice jak nigdy wypływają. Nie, nie róbmy może martwych żabnic. A może właśnie tutaj mamy scenę tej kraksy, że nagle żabnice, czarownice zaczęły prosić o pomoc, że już nie były w stanie wytrzymać na swoich głębinach. Część umierała. Może jednak zróbmy coś takiego, skoro ta trupia czacha się nam pojawiła. Nasze meduzy, skoro stworzyły kask dla tamtej małej rybki, to są w trakcie konstruowania kasków dla innych żabnic, żeby mogły żyć. Albo w ogóle konstruują coś ciemnego, jakąś ciemnię, w której będą mogły się schować, żeby to światło ich nie urażało, ale też, żeby nie było tak gorąco im jak na dole. Także tutaj mamy takie rzeczy. Czyli ogólnie tragedia spadła na ten podwodny świat i jedna z tych meduz, towarzysz. Już wiem.
Twórca jest w tym szale twórczym, ale i w depresji twórczej, w melancholii, bo nie jest w stanie tak szybko tworzyć, budować tego wszystkiego. Widzi, że tutaj się istoty męczą, cierpią i wpadł w panikę. Natomiast tutaj wam przypomnę, jeżeli chodzi o archetyp towarzysza, czyli tej drugiej meduzy, to jest taki typ, że on jest zawsze blisko drugiego człowieka, że można na niego liczyć, że wspiera, że słucha. Patrzę, czy coś tu jeszcze jest takiego. Jest jeszcze coś, że jest realistą, który potrafi udzielić rozsądnej porady. I myślę sobie, że tutaj właśnie na tej scenie, w tej już trzeciej scenie aktu trzeciego, towarzysz stwierdził, że to jest bez sensu. Powiedział twórcy, temu swojemu kumplowi, że przez to, w jakim on jest stanie, że on jest taki smutny, zmęczony i presję na siebie wywiera, żeby coś stworzyć, przerwał mu tą pracę i powiedział: „Słuchaj, i tak nie jesteś w stanie stworzyć niczego. Pójdźmy do miasteczka i się rozerwijmy”. Wszyscy mieszkańcy potrzebują czegoś dobrego w ogóle, chociaż jednego małego elementu w tej całej tragedii, żeby mogli odetchnąć i zebrać myśli i działać na nowo. Oczywiście mentor stwierdza, że to jest bardzo świetny pomysł i wypływa, żeby uruchomić swoje kontakty, bo on miał dużo kontaktów i pod wodą i nad wodą.
I zbierają wszystkie istotki na wielkim placu, w wielkim namiocie i robią koncert. Te foki z akordeonami stwierdzają, że potrzebują trochę muzyki, trochę radości, żeby się fajnie zresetować i nie popadać w panikę. I teraz morał. Foka i akordeon. Może jakiś rymowany wymyślę. Dobra, pójdźmy w taki banał, że kiedy foki na akordeonach grają, dusze podwodnych istot lepiej się mają. Dobra. I zaliczyliśmy też tanią poezję dzisiaj po raz pierwszy. Okej Kończę. To jest ten moment, w którym stawiam kropkę w naszej historii i obiecuję, że w następnym odcinku zamkniemy tę historię.
Bardzo mi się to wszystko podoba. Powiem szczerze, wkręciłam się na maksa. Ja już nie przedłużam. Mam nadzieję, że coś was tutaj zainspirowało, że wam się podoba, że też się dobrze ze mną bawicie. Ja już się nie mogę doczekać w sumie tej trzeciej części. Także wow! Dobra, ja sobie idę wowować w ciszy. Wam życzę jak zawsze mocy inspiracji, dużo zdróweczka, przede wszystkim dużo radości, bo już śnieżek spada. Ja wiem, że wiele osób nie lubi, bo śnieżek zimny, bo jest brudno, mokro. Też jak ktoś prowadzi samochód, to wiem, że nie za bardzo lubi.
Ale co ja poradzę? Po prostu kiedy widzę śnieżek, kiedy patrzę na ten śnieżek, to mi się micha cieszy. Także idę sobie popatrzeć na śnieżek i potrawić w głowie naszą wspólną historię. Cudownie dziękuję, że tutaj mi towarzyszycie raz na tydzień słuchając. Dziękuję. I pa.
[04:06:19] - Tak, proszę państwa, to teraz zapraszam na spotkanie z Bruno Kadyną. Bruno Kadyna całkiem niedawno, to już państwo wiecie, bo gościł na naszych chciałem powiedzieć łamach, to jednak na antenie gościł. Książka „Mały kapeć”. A teraz postanowiła przepytać na tę okoliczność, na okoliczność nowej książki, ale też twórczości w ogóle Bruno Kadyny, Krystyna Śmigielska. To ja państwa zapraszam na literackie tête-à-tête z Bruno Kadyną.
[04:07:08] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór państwu. Naszego dzisiejszego gościa śmiało można nazwać współczesnym polskim Jackiem Londonem, który oprócz swojej pasji pisarskiej posiadał jeszcze doświadczenia w wielu wykonywanych innych zawodach. Był bowiem gazeciarzem, trampem, kłusownikiem, marynarzem, reporterem i poszukiwaczem złota. Jeżeli chodzi o złoto, państwa i mój gość miał z nim również kontakt. Nie wiem nic co prawda o epizodach kłusowniczych z życia Brunona Kadyny, natomiast morskie podróże znajdziemy w biografii obu pisarzy. Na internetowej stronie bookradia.pl w zakładce „Podcasty” możecie państwo wysłuchać audycji z cyklu „Wywody Bruna Kadyny bez zbędnej spiny” oraz „Bruno Kadyna czyta swoje opowiadania”. Te strony serdecznie państwu polecam. Poznając teksty Brunona Kadyny ma się nieodparte wrażenie, że styl jego prozy przypomina nam powieści Bohumiła Hrabala, Etgara Kereta. To, proszę państwa, męska, mocna proza.
Sucha, oszczędna, a zarazem niezwykle osobista, przedstawiająca głównego bohatera jako człowieka zagubionego, rozpaczliwie poszukującego ciepła i miłości. Niezwykle wrażliwego, umyślnie tworzącego jednak swój zewnętrzny wizerunek i okazującego otoczeniu siłę, której należy się obawiać. Proszę państwa, w literackim tête-à-tête gościmy dzisiaj pisarza niezwykłego, pana Brunona Kadynę. Dobry wieczór, panie Brunonie.
[04:09:05] - Dobry wieczór, witam państwa serdecznie. Witam ciebie.
[04:09:08] - Bardzo nam miło, że pan zgodził się dzisiaj z nami porozmawiać. Pogadamy o pana twórczości.
[04:09:15] - Pogadamy, a jak! Bardzo chętnie.
[04:09:18] - Zacznijmy w takim razie od życiorysu. Panie Brunonie, jak to z wykonywanymi przez pana zawodami było?
[04:09:25] - Trochę ich było. Wymuszone to jest złotnictwo. Jestem złotnikiem jubilerem. Pracowałem w tym zawodzie pięknym parę lat, ale pracowałem też w drukarni. Byłem też bramkarzem, pracowałem na przeprowadzkach. Teraz jestem handlowcem. Trochę tego było.
[04:09:42] - Czyli można pana śmiało, jeżeli chodzi o ilość wykonywanych zawodów, porównać do Jacka Londona. Myślę, że tutaj nie popełnimy żadnego błędu, prawda?
[04:09:55] - Nie wiem, czy aż tak. Gdzie mi tam do Londona.
[04:09:58] - Myślę, że doświadczenie, które pan zebrał, zwłaszcza to takie życiowe doświadczenie, przyglądanie się światu, jest bardzo ważne w pasji pisania. Można powiedzieć, że śmiało pan czerpie z niego garściami, bo to widać na stronach pana utworów.
[04:10:17] - Pisarz musi być dobrym obserwatorem. To jest jedna z podstaw.
[04:10:21] - Pana pierwszy tekst, który przetrwał próbę czasu i do dziś uważa go pan za udany, to tekst...?
[04:10:28] - Chyba wszystkie są ponadczasowe. Nie ma tak, że tracą na aktualności. Oprócz opowiadania na przykład „Misza”, które ukazało się niedawno w magazynie literackim „Akanth” i „Wczesna wiosna”. To są teksty, których tło to wojna w Ukrainie, więc pewnie stracą na aktualności za jakiś czas. Na razie jeszcze są aktualne, a reszta jest uniwersalna.
[04:10:48] - Myślę, że postawy ludzkie, jakie pan opisał, będą nadal aktualne, bo wiem, że psychologia postaci, jaką pan w swoich dziełach ukazuje, jest raczej uniwersalna. Mogę państwu taką rzecz przekazać, bo kilka dzieł pana Brunona Kadyny przeczytałam.
[04:11:07] - „Bezwartościowy człowiek”
[04:11:09] - Dlatego odciąłem się od swojego życia, żeby przeżyć z tobą tyle, ile się dało, kochana. Zabezpieczyłem żonę, rodzinę i oddaję tobie całą resztę. Maria wciąż patrzała za okno. Jak zabezpieczyłeś? Jaką resztę? Nie rozumiałem, o co pyta. Zostawiłem rodzinie wszystko, żeby nie martwili się o nic. A siebie oddaję tobie, tak jak marzyliśmy przez te wszystkie lata. W końcu być razem. Dopiero wtedy spojrzała na mnie z wyrazem twarzy, jakiego dotąd nie znałem.
Wszystko? Chcesz powiedzieć, że nie masz nic? Zostawiłem sobie tyle, żeby się utrzymać, póki dokonam żywota. Wypuściła z dłoni serwetkę i powoli położyła ręce na stole. Niebywałe. Tyle lat — powiedziała do siebie. O czym mówisz? Spojrzała na mnie tak, że zmroziło mi przyrodzenie. Więc mi nie pomożesz. Na nic to wszystko.
Może jeszcze mam zapłacić za pobyt tutaj? Jakby mnie ogłuszyło. Nie zrozumiałem w pierwszej chwili, o czym mówi. Naprzeciw mnie siedziała jakaś inna kobieta. Na pewno nie ta, do której tęskniłem całe życie. O czym ty mówisz? Jak miałbym ci pomóc? Nigdy o tym nie pisaliśmy. Myślisz, że mi jest lekko? Że nie mam długów, a życie to sielanka?
Nie, to niesłychane. Nie do pomyślenia. Maria wstała. Klucz do pokoju. Wyciągnęła rękę. Siedziałem osłupiały. Nic nie rozumiałem. Frajer, który jeszcze nie wiedział, że został wydymany, ale na życie, nie na pieniądze. Nie mogłem wydusić słowa. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć.
W głowie zaczęły mi się kotłować sprzeczne myśli i emocje. Nie mogłem się skupić na żadnym konkrecie. Stała z wyciągniętą dłonią. Nie rozumiem — wydukałem. Czego nie rozumiesz? Nie zostanę tutaj. Nie chcę. Niepojęty musiał być sposób jej rozumowania. Jak robota zaprogramowanego na osiągnięcie celu. Bez celu program stał się nieważny, jakby nigdy nie istniał.
Wstałem. Zakręciło mi się w głowie. Sparciała pikawka zakłuła, aż ścisnęło mnie w klacie. Usiadłem z powrotem. Nawet nie mrugnęła. Dalej trzymała wyciągniętą dłoń. Długo mam czekać? Zrobiło się duszno. Żołądek zabolał, a krople potu zrosiły czoło. Napiłem się wody i wstałem z trudem.
Śmiertelnie zmęczony. Maria ruszyła raźnym krokiem, a ja za nią. Dotarłem pod drzwi pokoju lata świetlne po niej. Czekała z założonymi rękami. Najdroższa, porozmawiajmy. Wytłumacz mi, żebym zrozumiał. Przecież tak się kochamy. Dotknąłem jej ramienia. Ale weź mnie zostaw. Co ty robisz?
Dlaczego mnie szarpiesz? Ledwie cię dotknąłem. Otwórz drzwi. Otworzyłem.
[04:14:30] - Powiedzmy państwu o wydanych przez pana książkach, opowiadaniach. Proszę się pochwalić.
[04:14:37] - Debiut 2015 rok, „Metalowa dolna”. To taka nowela, można powiedzieć. Taka cienka powieść. Tam 110 stron jest. Potem był „Wpływ”, „Ciężki bagaż”, następny „Kocur”. No i najnowszy „Mały kapeć”. Książeczka dla dzieci „Już mnie znać mamusi”. No jeszcze antologie, w których brałem udział. Trochę jest tych pozycji, ale powieści pełnokrwiste to jest ich pięć.
[04:15:02] - Zbiór opowiadań jakiś już się ukazał?
[04:15:05] - Nagrałem 25 tekstów. Jest na razie w audio na Lubimy Czytać i też na mojej stronie, ale to na razie tylko jest audiobook.
[04:15:14] - Pana opowiadania często znajduję w internecie i są to bardzo interesująco poprowadzone krótkie formy. Czuje pan bardzo często narratora w pierwszej osobie. Myślę, że w jakiś sposób pan się identyfikuje ze swoimi postaciami. To prawda, czy tylko mam takie odczucie?
[04:15:34] - To nie jest prawda. Ja lubię narratora pierwszoosobowego. Mi pasuje. Krążą opinie, że to jest bardzo trudne, żeby to było dobre, ale mi jakoś tak leży ten narrator jednoosobowy. Daje mi większe pole. Takie mam wrażenie, takie mam odczucie. Chociaż nie w każdym tekście, bo nie w każdym się nadaje i nie w każdym jest narracja pierwszoosobowa. Lepiej mogę skonstruować tego bohatera czy postacie i mogę im dać więcej ciała i krwi. Mogą być bardziej prawdziwe. Chociaż jeśli główny bohater ocenia kogoś, kogo spotyka na swojej drodze w powieści, to taka narracja pozwala mi i tak pokazać poprzez tego mojego bohatera te postacie bardziej żywe.
Brzydale. Czekamy z dziadkiem, aż Ola przyniesie jedzenie. Niebo jest czyste, słońce wysusza ziemię bezlitośnie. Oby nie zabrakło wody. Siedzimy na tarasie pod zadaszeniem. Jest cicho i przyjemnie. Dziadek nic nie mówi. Jest spokojny. Przeżywa coś w środku. Brzydale!
Wylazł dzieciak sąsiadów. Od jakiegoś czasu nas wyzywa. Powtarza po starych pewnie. Brzydale! Wrzasnął jak ptak jakiś. No nie jesteśmy urodziwi. Morda kundlu! Dziadek krzyczy na całe gardło. Dziadek cicho! To tylko dziecko.
Ola idzie. Moja brzydula pojawia się na tarasie. Stawia pokaźną tacę na stole. Dobra dupa — mówi Józek. Dokładnie — przyznaję. Ola pochyla się nad stołem. Założyła koszulkę z dużym dekoltem. Nie ma stanika. Proszę, jajeczniczka na boczusiu — mówi i rozstawia talerze. Zdejmuje z tacy imbryk z herbatą i filiżanki.
Dziadkowi wpatrzonemu w cycuchy podryguje lewa noga, jakby siedział w kącie na wiejskiej zabawie i podobała mu się muzyka. „Brzydka gęba, dobra dupa” — mruczy pod nosem. „Dziadek, bądź miły” — mówię. Nalewam nam herbaty. Olka odchodzi. „Nie jesz z nami?” — pytam. „Nie jestem głodna”. Skacze przez ogród jak sprężynka. Kręci tyłeczkiem. Oliwkowa skóra nóg lśni od balsamu.
Celem jest huśtawka. Tak myślałem. Olka siada na plecionym siedzeniu i odrywa nogi od ziemi. Z jej perspektywy musimy wyglądać jak tych dwóch dziadków na balkonie w Muppetach, wpatrzeni w nią jak psiaki w boczek. Dziadka hipnotyzują jej błyszczące w słońcu nogi. Nie trafia widelcem do ust i jajecznica spada z pacnięciem na stół. „Czy towarzystwo grant Józka mnie postarza, frikuś?” — pytam. „Zdecydowanie”. „Wiedziałem”. „Dziadek, jedz ładnie.
Dziś sobota. Po śniadaniu odpoczniemy, wypijemy kawę i zabierzemy się za ćwiczenia”. „Dobra dupa”. Olka się uśmiecha. „Na bank poćwiczy z nami” — mówię. „Nie wstawaj, dziadek”. Już skończył śniadanie. Już chce poćwiczyć z Olką. Powstrzymuję go i wkładam widelec do ręki. „Skończmy najpierw śniadanie” — mówię.
Olka się buja i nęci, a kiedy Józek nie patrzy, rozchyla nogi. Nic nie widać z tak daleka i ma spodenki, ale to przekaz do mojej wyobraźni. „Brzydale, brzydale!” — znowu ten dzieciak. „Bu, bu, bu, bu, bu, bu, bu, bu, bu, bu” . „Cicho, dziadek” — mówię. „Bu, bu, bu!” — woła dzieciak. „Morda, kundlu!” „Dziadek, to tylko dziecko.”
[04:18:57] - Zajmijmy się głębiej może tymi opowiadaniami. Opowiadania to krótka forma literacka, w której pan powoli staje się właściwie mistrzem. Wiem, że lubi pan tworzyć takie teksty i znakomicie potem je pan czyta, sam odtwarza, zamieszczając filmiki w internecie. Jak panu się wydaje, czy mimo że lubi pan tę formę, to jest ona troszeczkę dla pana za krótka? Za mało pan obcuje z tymi bohaterami, za mało ich pan poznaje, że jeszcze do tych pisanych opowiadań tworzy pan dodatkowy przekaz w formie filmików czy odczytywania swoich tekstów, choćby na podcastach w Book Radio?
[04:19:45] - Chcemy dotrzeć z nimi do czytelników, to trzeba je podać w jak najprzystępniejszych formach. Teraz dużo ludzi słucha podcastów, słucha tekstów jadąc w samochodzie do pracy, a nie ma czasu, żeby sięgnąć po tekst drukowany, więc daję taką możliwość. O to chodzi. Ja robię to dla contentu. Robiłem, bo teraz troszkę odbiłem, nie mam na to czasu i tyle. Muszę się zabrać za pracę zarobkową, bo jednak można tutaj bardzo dużo czasu poświęcać na okołoliterackie rzeczy, ale nie jest to dochodowe.
[04:20:14] - Jest to zajęcie bardzo niepewne, jeżeli chodzi o korzyści materialne. Czy pan uważa, że te krótkie formy łatwiej docierają dzisiaj do czytelników? Bo czytelnik jest na tyle rozkojarzony, zniecierpliwiony, że rzadko sięga po powieść, która liczy, powiedzmy sobie, od 200 do 400 stron. Łatwiej mu jest przeczytać opowiadanie 20-, 30-stronnicowe?
[04:20:39] - Teoretycznie to tak może wyglądać, ale czy ludzie lubią takie krótkie formy? Szukają? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Czy chętnie sięgają czytelnicy po takie krótkie czy po długie formy.
[04:20:50] - Bogumił Hrabal w zdecydowanej większości swoich dzieł opisywał własne przeżycia, przedstawiając najbliższe sobie otoczenie. Dlatego może jego bohaterowie są nam tak bliscy, bo są to ludzie z krwi i kości. Czy stosuje pan również podobny zabieg i tworzy fabułę, opierając się wyłącznie na znajomym panu świecie, na tym, co pan sam widział, sam przeżył? Czy może trochę pan puszcza wodze fantazji, tworząc fabułę?
[04:21:22] - Puszczam jak najbardziej. Jak najwięcej staram się puszczać wodze fantazji, ale czerpię z własnych doświadczeń. To chyba każdy piszący czerpie. Właśnie po to jesteśmy też obserwatorami dobrymi. Patrzymy na ludzi, by obserwować charakterystyczne postacie. Ktoś, kto jest wyrazisty i jakąś cechę na przykład skraść i dać powieści, którą potem tworzę, lepię. To często nie są odzwierciedlenia postaci istniejących naprawdę w rzeczywistości, ale zlepek takich postaci. Czyli stworzona jest postać, jest bohater od podstaw i ma cechy skradzione od innych ludzi. Albo często wymyślam zupełnie osobowość bohatera od zera, bo to jest dla mnie sztuka. Opisać kogoś tak jeden do jednego, kto istnieje naprawdę, też nie jest proste.
Oczywiście oddać taką postać, taką osobę, ale dużo łatwiej niż stworzyć od zera zupełnie i żeby ta postać żyła, miała to ciało i krew, i duszę.
[04:22:24] - Wiarygodność, prawda?
[04:22:26] - Dokładnie.
[04:22:27] - Której poszukujemy.
[04:22:28] - Social media. W windzie rozkoszował się jej zapachem, który potwierdzał wszystko to, co o niej wiedział. Niemal czuł, z czego się składał. Oprócz typowych elementów perfum byli w nim kochający rodzice, którzy stworzyli bezpieczny dom, radość życia. Nie było wielu życiowych błędów, a traumatycznych przeżyć, które jak toksyna zmieniają odczyn zapachu człowieka, nie było wcale. Dlatego Justyna była taka cenna. „Ha, wiedziałam” — powiedziała, kiedy wysiedli z windy i poszli jeszcze wyżej, na poddasze zaadaptowane na mieszkanie. Lokum jak na prawdziwego malarza przystało. „Proszę”. Wpuścił ją do środka.
Już w progu widział, że była oczarowana zalaną słońcem przestrzenią pracowni. Wkroczyła do niej z przyjemnością i chyba nawet zapach kadzidełek zmieszany z wonią drewna i farb przypadł jej do gustu. Stanęła na środku. „Jesteś taka czysta” — powiedział i zamknął drzwi. Zmarszczyła brwi. Dziwnie to zabrzmiało. Obserwowała go. Nie przekręcił zamka, więc spokój wrócił. „Nie patrz jeszcze na obrazy” powiedział. Zbliżył się.
Przyglądała mu się uważnie. Coś się w nim zmieniło, ale nie wiedziała co. Nie czuła zagrożenia, raczej ciekawość. Pomyślała, że jego zachowanie musi być ekscentryczne. W końcu jest artystą. „Kiedy zaczniesz oglądać, myśl o swoich najskrytszych tajemnicach, pragnieniach, fantazjach” powiedział. Uśmiechnęła się i przytaknęła. „Ciekaw jestem, co zobaczysz.” Wycofał się i stanął przy stole, żeby zrobić jej miejsce na przechadzanie i obserwować jej reakcje. „Tyle obrazów i ty narzekasz na brak natchnienia?” „Już nie. Najpierw patrz.
Potem będziemy mieli dużo czasu na rozmowę.” Zaczęła od lewej strony. Posłuchała. Myślała o swojej fantazji erotycznej, której nigdy nikomu nie ośmieliła się zdradzić, a już na pewno spełnić. Jednak to, co docierało do niej z obrazów, sprawiło, że fantazja szybko schowała się głęboko w głowie. Z tych dzieł na pewno nie emanowały pozytywne uczucia. Wyzierało z nich jakieś mroczne wynaturzenie. Pomimo że to abstrakcja, Justyna miała wrażenie, jakby oglądała zamordowane bestialsko zwierzęta, jakie widuje się na udostępnianych zdjęciach na Facebooku albo otwarte zwłoki ludzkie. Poczuła chłód do artysty, a jego nieśmiałość nie wydawała jej się już słodka, a raczej zastanawiająca. Musiał działać szybko, póki była skupiona, a jej niepokój nie był jeszcze nerwowy. Na zastawionym malarskimi przyborami stole wśród palet i pojemników z pędzlami stała brązowa butelka z eterem.
Obok leżała gaza. Odkręcił dyskretnie flaszkę i chlusnął na materiał. Okrucieństwo, które biło z obrazów, coraz bardziej rozstrajało skupiony umysł dziewczyny. Nikomu nie lubiła sprawiać przykrości, ale miała już dość oglądania. Chciała się odwrócić, żeby spojrzeć na to dziwadło, za jakie już uważała Sebastiana i powiedzieć, że chce wrócić do kawiarni. Ale w tym momencie poczuła szarpnięcie do tyłu i coś miękkiego, co bardzo mocno przylgnęło jej do twarzy. Zdziwiła się zwyczajnie, ale tylko na ułamek sekundy, bo w głowie wybuchło przerażenie.
[04:25:49] - Pana bohater bardzo źle ocenia nas, ludzi w pana książce „Kocur”. Identyfikuje się pan z jego opinią? Kim właściwie jest Kocur?
[04:26:02] - Kocur jest Kocurem. Tak po prostu. Interpretacje czytelników gdzieś tam właśnie w tej sferze albo moralnej, albo emocjonalnej częściej, czy właśnie tak jak pani wspomniała, pewnie, że nie lubi ludzi, bo się rozczarował nad tymi ludźmi, ale nie miałem takiego zamiaru, żeby tak oddawać, że ja oddaję swoje jakieś tam wewnętrzne. Ja staram się to odcinać w tekstach swoich, odcinać swoje. No, chyba że pasuje do historii bohatera, tam jakaś moja opinia osobista, ale staram się tego unikać. Staram się odwracać zupełnie. Że bohater miał zupełnie odmienne zdanie od mojego czy jakieś poglądy. A Kocur rozczarował się ludźmi bardzo przecież i on tego nie ukrywa, ale potem się jakoś przełamuje, że ludzie nie są tacy źli i do własnych celów ich potem wykorzystuje.
[04:26:49] - Jeden do jednego czytajmy tę powieść, tak?
[04:26:52] - Można szukać oczywiście. I to jest fajne, jak ktoś znajduje i widzi. Mamy bohaterów i to, co on przeżywa, to staram się to pokazać w taki sposób, z którym każdy się może jakoś tam identyfikować czy je zrozumieć, chociażby pojąć. I są oczywiste. Odnoszę się do jakichś tam rzeczy, które są znane jakiemuś wąskiemu gronu albo jakiejś grupie. Staram się odnosić do tego, co czujemy wszyscy.
[04:27:15] - Zapytam: pies czy kot?
[04:27:17] - Kot.
[04:27:18] - Posiada pan jakiegoś pupila pod swoją opieką?
[04:27:21] - Dwie kotki.
[04:27:23] - Wszystko jest jasne, że tak powiem. Jak są dwie kotki, to opisał pan tego Kocura. Wszystkich miłośników kotów i nie tylko zapraszamy do powieści Brunona Kadyny zatytułowanej „Kocur” i państwo sobie sami wyrobicie na temat tej powieści zdanie.
[04:27:44] - Szczerze polecam.
[04:27:45] - Czytając fragmenty tekstu, nad którym pan obecnie jeszcze ciągle pracuje, który jest w tej chwili tworzony, przyszła mi na myśl powieść „Doktorowa” Amлии Boddard. Mamy tu podobny typ bohatera, młodego człowieka, który pragnie dostać się do przestępczej organizacji, aby piąć się w niej po szczeblach kariery. Co widzi bohater, kiedy przekracza granicę dzielącą jego świat od półświatka zorganizowanej prostytucji i jak się w tym świecie odnajduje?
[04:28:17] - To jest młody chłopak, którego pociąga ten świat i znęcający i związane z nim wyobrażenia tak naprawdę jeszcze tego chłopaka. Wydaje mu się, że nie wiadomo, czego tam zazna w tym świecie wspaniałego. Jest tutaj tak samo matka czytająca ten tekst, potem mająca takiego nastolatka czy już dorosłe dzieci, czy to mężczyzna, który sobie sięgnie po ten tekst. Nie będą mieli problemu, żeby zrozumieć pobudki takiego nastolatka, takiego chłopaka i co nim pociąga. Bo to jest też znane przecież nam wszystkim taka postawa.
[04:28:52] - A co znajdzie w tym świecie? Będzie z niego zadowolony czy nie?
[04:28:56] - Nie powiem przecież, pani Krystyno, nie mogę powiedzieć. To jest pierwszy tekst, pierwsze opowiadanie, chyba najdłuższe będzie, chociaż nie jestem w stanie powiedzieć. Na razie mam ich, tych tekstów do tej antologii. Ostatnio Marta Sobiecka nazwała taką formę powieścią mozaikową i ona napisała teraz drugą część swojej powieści, takiej powieści mozaikowej. Mamy jednego bohatera oczywiście i różne sytuacje, jedno miejsce akcji czy ten jego świat. Nie ma ciągłości, tylko wiemy, to są tylko przeżycia. Wiemy, że on, tak jak w tym tekście, który pani czytała, mamy zatytułowany „Pierwszy raz” Mamy historię wrzuconą, czy jedną noc od początku do końca i potem już będzie następne opowiadanie. Będzie inne. Też będzie ten bohater, ale już na przykład będzie to przeżycie czy opowieść pięć lat później, czy parę lat później.
[04:29:50] - Chronologia będzie zachowana?
[04:29:52] - Tak. Mając w pamięci pierwsze opowiadanie, bo czytamy powieść, czytamy złożoną część. Mając w pamięci pierwsze opowiadanie świeżo po lekturze, przeskakujemy, czytamy inne opowiadanie, ale z tym samym bohaterem. Około tego samego tematu się kręcimy cały czas, tylko na przykład później. I my wiemy, dlaczego on jest taki, bo mamy przedakcję, czyli mamy wcześniejsze rzeczy, które się wydarzyły i chronologia będzie, tylko nie będzie ciągłości. Będziemy przeskakiwali nie tyle w czasie, co w sytuacjach, które spotykają bohatera. Eksperyment tak naprawdę i zobaczymy, jak mi się to uda. Jeśli nie uda mi się z tego złożyć w fajną powieść coś ciekawego, to zostanę z opowiadaniami. Po prostu będę miał tych opowiadań kilka.
[04:30:34] - Ja myślę, że to będzie bardzo interesująca dla czytelnika powieść. Osobiście uwielbiam takie składanie bohatera w moim umyśle wtedy, kiedy nie jest mi wszystko podane od razu prosto na tacy, gdzie muszę sama poszukiwać, zastanawiać się i sama sobie tę postać budować. Czuję się wtedy w pewnym sensie takim współautorem końcowego dzieła.
[04:31:02] - Ale dla pisarza, przepraszam, wtrącę ci.
[04:31:05] - Proszę.
[04:31:06] - Najpiękniejsze jest to, o czym mówisz. Ale jak pisarz steruje już twoją wyobraźnią, jest ukierunkowana i tobie się wydaje, że masz jakiś wpływ na to, ale jeśli podprogowo ja wywołam w tobie takie myśli, wrażenia i ty ubierzesz czy dopowiesz temu bohaterowi przeżycia te, które nie są opisane, to jeśli one będą dokładnie takie, jak ja sobie życzę, to jest sukces dla pisarza.
[04:31:35] - Też tak uważam. Jak najbardziej. Trzymam kciuki. Jestem pewna, że to się uda, bo ten projekt jest bardzo interesujący i zapowiada się niezwykle ciekawie. I wszyscy czekamy na nową, jak już widzimy z tych opowieści, które pan tutaj nam zdradził, bardzo interesującą powieść.
[04:31:58] - „Trawa jej z gęby wisi. Ale jak to Pączek? On jest gruby, biedak — prawie szepcze Smętek. A ty jesteś głupi i brzydki. I co z tego? Pączek zasłużył. I to jak zasłużył. Wy nawet tego nie rozumiecie, gamonie. Możecie sobie mieć super rowery i komory, ale nigdy nie będziecie mieli takiej odwagi. Poproście rodziców, może wam kupią.
Głupio im strasznie. Nic już nie mówią. Jedzie Marcin. Cześć chłopaki — mówi. Nikt mu nie odpowiada. Grosik pierwszy odstawia rower i podchodzi do niego. Wyciąga rękę. Cześć. Witamy nowego szefa. To mnie zaskoczy.
Smętek oczywiście robi jak Grosik. Witamy — mówi i przybija grabę. Marcin nie wie, co się dzieje. Poliki mu się czerwienią. Patrzy na nas, jakby właśnie się zdoił w majty i nie był pewien, czy widzimy. Teraz ja. Witamy najlepszego szefa — mówię. Nie podaję mu graby. Ściskam go jak trzeba i klepię po plecach. Trafiłem na coś ręką, bo syknął z bólu.
Starał się to ukryć, ale nie dał rady przede mną. Nic nie mówię. Domyślam się co to i nie zdradzę go. Ale potwornie smutno mi się zrobiło. Wy poważnie, chłopaki? To nie jakieś jaja? — pyta Pączek. Nie stary. Jesteś szefem, takim najprawdziwszym, bo jesteś najodważniejszy z nas wszystkich. Głos mi drży.
Ja najodważniejszy? Naprawdę nie zdaje sobie z tego sprawy. To gdzie jedziemy? Grosik się niecierpliwi. I dobrze, że z tym wyskoczył, bo klucha mi rośnie w gardle, a Pączek się uśmiecha. Jak to gdzie? Na górę! — woła. Cieszę się na te słowa. Nie widział się jeszcze z dziadem, to znaczy z panem Januszem.
Opowiedziałem mu tylko, co się działo. Wskakuję na rower i ruszam. Czekam, aż mnie wyprzedzi i poprowadzi bandę swoim tempem. Grosik i Smętek ciągną się za nami jak smród za szambowozem. Myślę, że banda i tak się rozpadnie na pół, ale nie będę płakał z tego powodu. Pączek pewnie też.”
[04:34:16] - Na rynku wydawniczym ostatnio ukazała się pana bardzo ciekawa książka. Pierwsza książka dla dzieci. Chciałabym, żeby pan nam o niej opowiedział. Dlaczego powstała, jak się ją pisało, bo to odbiorca zupełnie inny niż ten, do którego się pan zawsze kieruje. I jeszcze chciałabym wiedzieć, jak ona sobie radzi.
[04:34:41] - Ja zawsze chciałem wydać książkę dla dzieci. „Kocur” miał być książką dla dzieci. Niestety się nie udało. Może i dobrze, ale zawsze chciałem. Zawsze mi się to podobało i spróbować sił w takiej literaturze. Ja napisałem opowiadanie i do tego opowiadania Karolina Opolska, świetna artystka, stworzyła ilustracje. Całość wydała firma wydawnicza DC Books Dominiki Kadik, też pisarki. I mnie się bardzo podoba. Fajna jest ta książka i bardzo fajnie przyjęta, choć nakład malutki. Jakoś nie dotarła do wielu osób, do wielu dzieciaków, więc na razie mam pojedyncze odzewy i fajne.
Ostatnio opinia jednej czytelniczki, że to jest idealna pozycja dla młodego czytelnika.
[04:35:39] - Nakład malutki, bo?
[04:35:43] - Ze względów finansowych tylko.
[04:35:45] - A książka jest dostępna na-
[04:35:48] - Można ją zamówić u mnie na stronie brunokadyna.pl i chyba na razie tylko tutaj.
[04:35:55] - Czyli nie jest ona na tym dużym rynku dystrybucyjnym.
[04:36:00] - Nie jest. Na razie zaczynamy, raczkujemy. Może też jeszcze na stronie DC Books. Też polecam, tam coraz więcej Dominika wydaje i wiem, że przykłada się do roboty. To nie są rzeczy wydane tak jak teraz: wypchnąć, ciach, ciach, nie dopracować. Ona się naprawdę przykłada, żeby to, co wychodzi z jej rąk czy przechodzi przez jej ręce, było jak najwyższej jakości. I to widać. I to jest fajne.
[04:36:26] - To jest nowe wydawnictwo?
[04:36:29] - Firma wydawnicza. Ona założyła z miłości i z pasji do literatury, bo sama też pisze i robi to świetnie. To jest odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu, bo naprawdę dziewczyna jest obrotna w tej materii i coraz lepsza, i rozpędza się. Także polecam znaleźć. Jeśli ktoś pisze, chciałby wydać albo szuka, to też może się do niej zgłosić, bo tu już nie mamy zrzynania z autorów, wykorzystywania, jak to jest znane od lat na rynku wydawniczym, że się doi tego biernego autora, który napisał i ma aspiracje. A ona nie. Ona robi to po kosztach, jak najtaniej dla takiego autora. Wszystko jasne, przejrzyste. Także polecam.
[04:37:16] - To bardzo ładnie pan zaprezentował nam tu nowe wydawnictwo i tym, którzy piszą i tym, którzy czytają polecam również sprawdzić, czy rzeczywiście wszystko się zgadza zgodnie z pana rekomendacją.
[04:37:32] - Tak jest.
[04:37:34] - Wódz i szaman. „Teraz będzie ci się mieszkało dobrze, rybionek” – dodaje pan Edek. Rybionek? „To się okaże” – mówi wódz. „On często myli kroki. Raz tańczył na deszcz, a przyszła susza. Innym razem, żeby Krużykowej przeszło lumbago, a dostała pupańca.” „Każdemu się zdarza pomylić” – mówi szaman. „Jak coś będzie nie tak, przyjdź zaraz, ale wtedy już lepiej, żeby nie tańczył, bo jeszcze pogorszy sprawę.” „Niech pan się nie przejmuje tymi starymi zbukami. Ze wszystkiego sobie robią żarty. Proszę, to dla pana na przywitanie.
Nasze miejscowe specjały.” Sołtys stawia koszyk na werandzie. „Dziękuję państwu, nie trzeba było. Bardzo dziękuję.” „Tylko ostrożnie z wodą ognistą, żebyś nie oślepł, rybionek. Dawkuj ostrożnie.” „Racja, zobacz jaki po niej machawik durnowaty” – mówi wódz. „Ty mu ktadasadar, durnowaty ty.” Szaman macha na niego ręką, zaczyna zawodzić, podskakiwać i kręcić się w kółko. „Aj aj aj aj oj oj oj oj.” Brzuch mu podskakuje jak piłka. „Spokój, durne chłopy.” Sołtysowa zaprowadza porządek. „No to na zdrowie panu. Przy okazji proszę oddać koszyk.” „Tak, oczywiście. Naprawdę nie trzeba było” – powtarzam.
„Jakby pan czegoś potrzebował, pomocy na przykład, to proszę dawać znać. My tu dbamy o siebie nawzajem jak kochająca rodzina” – mówi pani Iza. Uśmiecham się rzadko. Nie jestem do czegoś takiego przyzwyczajony i dziwnie to zabrzmiało. „Tylko nie zabieraj się za nasze koszki, rybionek. Nie wiemy jeszcze, coś ty za jeden. Możesz na razie stare raszple adorować co najwyżej” – mówi szaman. „Jasne” – odpowiadam, choć nie mam pojęcia, co to koszki. Pewnie młode kobiety. „Dziś wieczorem w chacie wodza odbędzie się twoja inicjacja.
Będziesz miał prawa do koszki. Chyba że okażesz się bęcwał i łakcuber. Wtedy ani babsztyli, ani nawet starych raszpli nie wolno będzie ci bałamucić” – dodaje szaman. Nie chcę żadnej inicjacji ani koszki. „Coś się tak zaciął? Nie wykręcaj się, tylko przyjdź. Dowiesz się, w co żeś wdepnął” – śmieje się wódz. Chcę powiedzieć, że mam dużo pracy, ale pani Iza mnie ubiega. „Proszę się nie bać i przyjść. Nie będzie pan żałował.” „Postaram się.” Towarzystwo milknie.
Szaman spogląda na wodza z ironią. „Postara się” – mówi. „Ty musisz być, rybionek. Bez ciebie nie będzie imprezy. Rozumiesz to?” Chyba nie mam wyjścia. „Okej, no to będę na pewno. Coś mam zabrać? Jakoś się przygotować?” „Zabierz tylko dupę w troki” – mówi wódz. Śmieją się ze mnie, machają na pożegnanie i odchodzą.
[04:40:39] - Jak pan myśli, czym kieruje się współczesny czytelnik, wyszukując odpowiednie dla siebie lektury? Czy dla niego ważna jest fabuła, czy przekaz? Czy może warsztat autora? I bardzo mnie interesuje, która z tych wymienionych cech powieści jest najważniejsza dla pana.
[04:41:00] - Fabuła najbardziej interesuje czytelnika, chociaż ludzie są różni. Takich czytelników, którzy skupiają się, patrzą na warsztat autora, pisarza jest niewielu. To są osoby piszące zazwyczaj. Ja doszukuję się wszystkiego. My piszemy, jesteśmy troszkę skaleczeni też. Inaczej czytamy książki, bo patrzymy, jak to było konstruowane, gdzie są, jakie są szwy, czy są widoczne, czy nie. Inaczej czytamy książki niż zwykły czytelnik niepiszący.
[04:41:30] - Proszę mi powiedzieć, jak pan tworzy. Co dla pana jest najważniejsze?
[04:41:34] - Żeby to było ciekawe. Ma być ciekawe. Dla mnie najważniejsze jest, żeby ciężko było się od tego tekstu oderwać, bo to jest najważniejsze. I żeby to się lekko czytało, szybko, ciach, ciach, żeby ten tekst nie zacinał, nie zgrzytał, żeby to płynęło, żeby ta melodia porywała czytelnika i żeby nie mógł się od tego oderwać. To jest najważniejsze dla mnie, żeby fajnie, miło spędził czas i nie żałował tego czasu, nie męczył się, tylko przeleciało nawet
[04:42:01] - Nie wiem kiedy i żeby ta historia może trochę tam w głowie została.
[04:42:04] - Powiedział pan: "żeby to było ciekawe," czyli moglibyśmy powiedzieć, że to odnosiło się do fabuły. Część pana wypowiedzi dotyczyła jednak warsztatu pisarza, bo nie jest ważne, co opowiadamy, ale ważne jest, w jaki sposób opowiadamy, żeby czytelnika przy lekturze przytrzymać. Także niechcący zdradził nam pan, co jest dla pana najważniejsze. Powinniśmy się przykładać do tego, żeby to, co mówimy, było oprawione jak najlepiej, prawda?
[04:42:40] - Tak, dokładnie.
[04:42:42] - Miło nam się rozmawiało.
[04:42:43] - Bardzo.
[04:42:44] - Państwu chciałam przypomnieć, że moim dzisiejszym gościem w literackim tête-à-tête był pan Bruno Kadyna, pisarz związany z wydawnictwem Bibliotekarium oraz z Bookradiem.pl. Pan Bruno pisze zarówno powieści, jak i opowiadania. W tym jest naprawdę mistrzem, proszę państwa. Ostatnio też, jak już mówiliśmy, pojawiła się jego pierwsza książka przeznaczona dla młodego czytelnika. Pan Bruno prowadzi swoją stronę internetową brunokadyna.pl i swoją stronę autorską na Facebooku. Zachęcam państwa do sięgania po jego powieści i zachęcam państwa do tego, żeby zaglądać na strony. Bardzo dziękuję za poświęcony nam czas.
[04:43:42] - Dziękuję bardzo za zaproszenie.
[04:43:43] - Trzymamy kciuki za wszystkie powieści. Czekamy na tę najnowszą. Dobranoc panu. Dobranoc państwu.
[04:43:51] - Dobranoc pani, państwu.
[04:43:53] - To był Bruno Kadyna. Wydanie pierwsze, ale nie ostatnie, bo słyszeliście państwo w audycji fragment opowiadania „Wódz i szaman.” To żeby nie było tak, że pozostaje uczucie niedosytu, chociaż pojawiały się inne utwory i pewno po nich to uczucie pozostanie, to ja państwu niniejszym serwuję to właśnie opowiadanie, czyli „Wódz i szaman” Bruno Kadyna i czyta też Bruno Kadyna.
[04:44:29] - Bruno Kadyna, „Wódz i szaman”: Mam prawie 40 lat, świetną pracę, spore oszczędności i serdecznie dość. Przede wszystkim ludzi, a w szczególności kobiet. Jednej konkretnie. Nie chcę się rozwodzić na ten temat. Wystarczy jeden rozwód. Ale Aneta wciąż nie daje mi spokoju. Wciąż jej mało. Zalazła mi za skórę tak bardzo, że krzywo zacząłem patrzeć na wszystkie kobiety. Już nie wiem, co robić. Wystąpić o sądowy zakaz zbliżania się?
Może gdybym był kobietą, ale facet i taki zakaz? Trochę słabo. Mocno niemęsko. Zostawiłem jej duże mieszkanie, które kupiłem jeszcze przed ślubem i wyniosłem się do kawalerki na drugim końcu miasta. Ci, którzy znają sprawę i powód rozpadu mojego małżeństwa, pukają się w czoło, że tak zrobiłem. A ja chciałem do końca być w porządku, żeby niczego już ode mnie nie chciała. No cóż, pomyliłem się, ale przynajmniej sam ze sobą czuję się dobrze, chociaż z kimś. Wcześniej tego nie zauważyłem, mimo że z moją żoną Zozą też mieszkaliśmy w bloku, że w ogóle nie znamy się z tymi, którzy mieszkają obok. Sam nie wiem, do czego ludziom potrzebne skupiska, to upychanie w bloki i osiedla jak rybki do puszek. Mieszkam tu już czwarty miesiąc i nie mam pojęcia, kim jest małżeństwo z dwójką dzieci po prawej albo starsze państwo za drzwiami naprzeciwko.
A ludziom nade mną i pode mną nawet nie mówię „dzień dobry.” Ci pode mną to para około pięćdziesiątki, chyba małżeństwo. Kochają się często i głośno. Jednak nigdy nie słychać tej pani. Za to zawsze tego pana. Ja chyba nigdy jeszcze nie przeżyłem takiego uniesienia. Coś się we mnie zmieniło po rozwodzie, bo zaczęła denerwować mnie nieobecność ludzi. To, że są tuż obok, za ścianą, niecały metr ode mnie. Czuję ich obecność i emocje przez ścianę. Nie podoba mi się to. Zacząłem dużo spacerować, ale drażnią mnie mijani ludzie.
Potwornie ich dużo. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nigdy taki nie byłem. Ktoś ze znajomych mojej byłej żony widział mnie chyba podczas jednego ze spacerów, bo dwa miesiące temu mnie znalazła. Koczuję pod blokiem. Dzwoni do drzwi. Jak tylko się pokażę, atakuje i chlusta we mnie ściekiem ze swoich ust, jakby była szambem bez dna. W końcu próbowałem zrozumieć, co chce osiągnąć. Nawet dać to, byle się jej pozbyć. W granicach rozsądku, rzecz jasna.
Słuchałem cierpliwie, starając się przyjmować te fekalia bez emocji, jak oczyszczalnia ścieków. W pewnym momencie przerwała i odeszła. Stałem dalej zdziwiony, jak chyba jeszcze nigdy. Wydaje mi się, że się zmęczyła albo zaspokoiła na chwilę. Wróciła na drugi dzień i znowu zaczęła. Widzę ją kilka razy w tygodniu. Czasami daje radę mnie dopaść. Zrozumiałem, że niczego nie chce, tylko się pastwić. Żal mi jej, że tak marnuje swoje życie, że jest chora i mam już dość bycia workiem treningowym. W końcu się stąd wynoszę i nikt o tym nie wie, tylko rodzice.
Pracuję w domu na komputerze i któregoś wieczora, słuchając stękania faceta z dołu, wpadłem na pomysł, że przecież mogę mieszkać wszędzie. Znalazłem możliwie najgłębszą wieś w północnej Polsce, całkiem przypadkiem. Nic tam nie ma, żadnej trasy w pobliżu. Wygląda jak odcięta od świata. Chciałem uciec jeszcze dalej, najlepiej w Bieszczady, ale mam tutaj rodziców i nie chcę tracić całego dnia na dojazd do nich. W końcu będę musiał się nimi zająć. To mój obowiązek. Na razie nie widujemy się często. Nie jesteśmy specjalnie zżyci. Moi rodzice już tacy są.
Zawsze byli zimni, wolą być sami. A mnie zawsze brakowało dobrych uczuć. Mama nigdy mnie nie przytulała, nie mówiła niczego miłego. O ojcu nie wspomnę. Ale teraz już jestem za stary, żeby się tym przejmować i rozpamiętywać. Ja starałem się być miły i dobry dla żony i widać ile to dało. No więc kupiłem dwa hektary taniej jak barszcz ziemi w zapadłej dziurze, która się nazywa Lipcewo. Załatwiłem formalności, wynająłem firmę budowlaną, wykończeniową i jazda. Postawili dom z gotowych elementów. Niecałe 100 metrów kwadratowych w zupełności wystarczy.
I jutro się wyprowadzam. Dom stoi na wzgórzu. Drzwi wejściowe i weranda wychodzą na stronę wschodnią. Po południu przed domem mam cień, a w środku słońce. Z werandy roztacza się widok na zachodni stok, teraz zielony od dojrzewającego zboża. Ten widok przyjemnie uspokaja. Droga asfaltowa tutaj nie dochodzi. Kończy się koło domu sołtysa. To mój najbliższy sąsiad. Widziałem tabliczkę na ścianie ganku z przekreślonym słowem „sołtys”, a nad nią czarną farbą ktoś napisał „wódz”.
Od sołtysa do mnie jest pół kilometra piaskowej drogi. Rosną przy niej wielkie lipy. A od piaskowej jeszcze pięćdziesiąt do dojazdowej do mnie. Niepotrzebne mi ogrodzenie. Ziemia jest moim ogrodzeniem. Posadzę chyba jakieś drzewa, to już w ogóle będę odcięty od świata. Nie mam pojęcia, ilu tu jest mieszkańców i nie obchodzi mnie to, ale raczej niewielu. Jest też sklep, ale jeszcze w nim nie byłem. Wolę robić większe zakupy na dłużej. Spodziewam się, że tutejsi będą się przyglądać na początku i plotkować o mnie.
Normalna sprawa, ale przeżyję. W końcu się oswoją i nie będą zwracać uwagi. Może powstaną jakieś dziwne historie ulepione z wyobrażeń o mnie, ale mam to gdzieś. Do mnie przecież nie będą docierały. Siedzę na werandzie i piję kawę. Zrobiłem sobie przerwę w pracy. Nie muszę się spieszyć z projektem. Deadline daleko przede mną, a już prawie kończę. Lubię zrobić szybciej i potem mieć luz. Słucham teraz ptaków i szumu zboża.
Super, o to chodziło. Cisza i spokój. Nikogo nie ma w promieniu pół kilometra, a prawdopodobieństwo, że znajdzie mnie tutaj ta wariatka jest tak rozkosznie znikome, że mam ochotę zapiać jak kogut. W sumie mogę. Kto mnie usłyszy? Ku-kuryku! Jak wspaniale! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz krzyknąłem na całe gardło. Chyba jako dzieciak. Świetne uczucie.
Czuję, jak się rozluźniam. Napięcie odpuszcza z każdym podmuchem wiatru i głośniejszym szumem zboża. Kojąca muzyka. No, pora do roboty. Chcę wstać, ale kątem oka dostrzegam ruch. Co jest? Ze wsi idą jacyś ludzie. Zeszli już z asfaltu na piaskową drogę. Idą do mnie? No chyba do mnie.
Dalej droga prowadzi tylko na pola. Wytężam wzrok. Nie wyglądają, jakby mieli iść na pole. Widzę kobietę i dwóch facetów. Jeden niesie koszyk wiklinowy. Z takim kiedyś moja mama chodziła na rynek po zakupy. Czego oni chcą? Może chcą mnie powitać chlebem i solą. Może mają tu taki zwyczaj. Ale istnieją jeszcze takie zwyczaje?
Nawet nie wiem, czy w ogóle istniały. Tak jakoś mi się skojarzyło. Już mnie widzą. Kobieta macha do mnie. Już się nawet nie schowam i nie udam, że mnie nie ma. Tak jak zawsze robiłem w Gdyni. Może jednak przydadzą się te drzewa wokół domu. Mija spora chwila. To w końcu kawał drogi. Czekam z kubkiem w ręce, w którym są już tylko fusy.
„Dzień dobry” — woła kobieta z drogi dojazdowej. „Dzień dobry” — odpowiadam. Wstaję i uśmiecham się. Strasznie nie mam ochoty na towarzystwo. Mam nadzieję, że to nie będzie długo trwało. Kobieta jest niska, obfitych kształtów. Faceci brzuchaci. Ten, który trzyma panią pod rękę, a w drugiej koszyk ma czarne włosy i wąsa jak zagłoba. A drugi z większym brzuchem jest zupełnie łysy. Głowę ma okrągłą jak piłka.
Trzyma ręce w kieszeniach. Cała trójka w średnim wieku wyglądają na wesołych. „Howgh” — czarny facet unosi dłoń. „Howgh” — łysy tak samo. Co oni, Indianie? Zbili mnie z tropu. „Cicho gamonie” — kobieta gani z uśmiechem. „Witamy pana w naszej wiosce. Jestem Izabela Ryśkowska. To mój mąż Stefan Ryśkowski, nasz...”.
„Wódz” — wtrąca Stefan. „Muqtada Sadr” — dorzuca łysy facet. „Sołtys” — poprawia pani Izabela. „A to nasz miejscowy...”. „Szaman” — wtrąca łysy facet. „Mahavik” — odgryza się wódz. — „Obesraniec” — dodaje ciszej. „Miejscowy działacz społeczny pan Edward Kołodziej” — mówi kobieta. — „Ciekawi byliśmy, kto taki się do nas sprowadził”. Myślę o tabliczce na ganku domu sołtysa.
Patrzą na mnie i czekają. „A tak. Szymon Górski. — przedstawiam się. — Architekt, grafik i samotny wędrowiec”. „Dawaj pan, grabę trzeba przybić” — mówi sołtys i podchodzi. Przybijamy. Mam wrażenie, jakbym dłoń wsadził w imadło. Podchodzi szaman i z moją biedną, nieskażoną fizyczną pracą dłonią robi to samo. "Bardzo mi miło" mówię prawie przez łzy.
"Ueueu ajajajaj!" wybucha szaman i zaczyna podskakiwać. Też podskoczyłem, tak mnie zaskoczył. Brzmi to jak indiański śpiew. Wariaci. Myślę i zaczynam się śmiać. "Edek, zamknij się" gani kobieta. "Trzeba odczynić chałupę, Fiorella" mówi szaman. Pierwszy raz widzę, żeby ktoś w taki sposób rozluźnił atmosferę. Coś pięknego. Już kompletnie nic nie jest we mnie napięte.
"Teraz będzie ci się mieszkało dobrze, rybionek" dodaje pan Edek. Rybionek? "To się okaże" mówi wódz. On często myli kroki. Raz tańczył na deszcz, a przyszła susza. Innym razem, żeby Kruszykowej przeszło lumbago, a dostała półpaśca. "Każdemu się zdarza pomylić" mówi szaman. "Jak coś będzie nie tak, przyjdź zaraz. Ale wtedy już lepiej, żeby nie tańczył, bo jeszcze pogorszy sprawę." "Niech pan się nie przejmuje tymi starymi zbukami. Ze wszystkiego sobie robią żarty.
Proszę, to dla pana na przywitanie. Nasze miejscowe specjały." Sołtys stawia koszyk na werandzie. "Dziękuję państwu. Nie trzeba było. Bardzo dziękuję." "Tylko ostrożnie z wodą ognistą, żebyś nie oślepł rybionek. Dawkuj ostrożnie." "Racja, zobacz jaki po niej machвик durnowaty" mówi wódz. "Ty muktasadar durnowaty ty." Szaman macha na niego ręką, zaczyna zawodzić, podskakiwać i kręcić się w kółko. "Ajajajaj ojojojoj!" brzuch mu podskakuje jak piłka. "Spokój, durne chłopy." Sołtysowa zaprowadza porządek. "To na zdrowie panu.
Przy okazji proszę oddać koszyk." "Tak, oczywiście. Naprawdę nie trzeba było" powtarzam. "Jakby pan czegoś potrzebował, pomocy na przykład, to proszę dawać znać. My tu dbamy o siebie nawzajem jak kochająca rodzina" mówi pani Iza. Uśmiecham się rzadko. Nie jestem do czegoś takiego przyzwyczajony i dziwnie to zabrzmiało. "Tylko nie zabieraj się za nasze koszki, rybionek. Nie wiemy jeszcze, coś ty za jeden. Możesz na razie stare raszple adorować co najwyżej" mówi szaman. "Jasne" odpowiadam, choć nie mam pojęcia co to koszki.
Pewnie młode kobiety. "Dziś wieczorem w chacie wodza odbędzie się twoja inicjacja. Będziesz miał prawa do koszki, chyba że okażesz się bęcwał i łakzuber. Wtedy ani babsztyli, ani nawet starych raszpli nie wolno będzie ci bałamucić" dodaje szaman. "Nie chcę żadnej inicjacji ani koszki." "Coś się tak zaciął. Nie wykręcaj się, tylko przyjdź. Dowiesz się, w co żeś wdepnął" śmieje się wódz. Chcę powiedzieć, że mam dużo pracy, ale pani Iza mnie ubiega. "Proszę się nie bać i przyjść. Nie będzie pan żałował." "Postaram się." Towarzystwo milknie.
Szaman spogląda na wodza z ironią. "Postara się" mówi. "Ty musisz być rybionek. Bez ciebie nie będzie imprezy. Rozumiesz to?" Chyba nie mam wyjścia. "Okej, będę na pewno. Coś mam zabrać, jakoś się przygotować?" "Zabierz tylko dupę w troki" mówi wódz. Śmieją się ze mnie, machają na pożegnanie i odchodzą. Niezła heca, nie ma co. Nie mogłem się już skupić na robocie po tej wizycie.
Coś tu nie gra. Dziwne, że przyjęli mnie tak miło. Pofatygowali się spory kawałek. Niemożliwe, że tak po prostu z życzliwości przyszli mnie przywitać. "My tu dbamy o siebie jak kochająca rodzina." Ciągle słyszę słowa sołtysowej. Dziwne to było, mimo że było zabawnie. To niezłe świry. Jak dbają tak po prostu o obcych, o wszystkich w wiosce? Wszyscy są tacy? Nie, coś tu nie gra.
Ludzie się tak nie zachowują. W mieście to nie do pomyślenia. Nie śmiałbym pożyczyć od sąsiada z naprzeciwka szklanki cukru, a co dopiero zdobyć się na taki wysiłek, żeby przywitać nowo wprowadzonego i jeszcze tyle ofiarować. Nie wiem, o co im chodzi, ale postarali się. Z koszyka wyciągnąłem swojskie kiełbasy i wędliny, prawdziwy chleb, smalec ze skwarkami, mleko, jajka i zakapslowaną flaszkę z wodą ognistą, czyli bimbrem. Spróbowałem chleba i wędlin. W życiu nie jadłem takich pyszności. Jestem pewien, że jeśli nie wypiję mleka, to się zsiądzie. Wieki nie piłem zsiadłego mleka. Bimbru na razie nie ruszam.
Boję się oślepnąć, jak powiedział szaman. Dzwoniłem do kolegi pochwalić się i zapytać, czy wie coś o takich wiejskich powitaniach nowych osadników. Ale pierwsze słyszy. W sumie skąd ma wiedzieć? Jest takim samym mieszczuchem jak ja. Powiedział, żebym lepiej uważał, bo to może być podstęp. Mogą czegoś ode mnie chcieć. Nie ma nic za darmo. Może kiedyś się tak robiło, że witali ludzi i obdarowywali. Może przed wojną, ale dzisiaj?
A może nie tylko wyniosłem się na wieś, ale jeszcze przeniosłem w czasie? To ci heca. Nabrałem ochoty, żeby zwiedzić wieś. Rozejrzę się, oddam przy okazji koszyk. Jestem już pod domem wodza, pełen wątpliwości i obaw. Dwa psy zaczęły ujadać, jeszcze zanim nacisnąłem dzwonek na płocie. Czekam. Nic nie wydaje się dziwne. Zwykłe wiejskie obejście. Fajna jest duża wiata na podwórzu, a pod jej dachem gruby dębowy stół i ławy.
Wyobrażam sobie, jaką ekstra można by tu zrobić biesiadę. Obok stoi bujana ławka z bali, a przed nią palenisko i trójnóg z rusztem. "Kogo tam?" Nikogo nie widzę i nie rozpoznaję głosu. Jest damski i młody. "Dzień dobry. Szymon Górski, sąsiad" odpowiadam. Do pani Izabeli albo pana Stefana. "Prosi o audiencję u wodza?" — pyta głos. Może być u żony wodza. Koszyk chcę oddać.
"A co w koszyku?" Kurczę, oczekiwali czegoś? Będę sobie robił żarty jak oni. Czy jest to świeżutkie powietrze? — odpowiadam. "A ile masz pan tego powietrza?" Pełen koszyk. Aż się wylewa. "To wchodź pan." A psy mnie nie zeżrą? "A lubisz pan psy i inne zwierzaki?" Lubię. "To wchodź pan, nie będziesz im smakował." Wchodzę na podwórko. Podbiegają do mnie dwa skundlone owczarki na krótkich łapach i obwąchują.
Staram się nie okazać strachu. Wydają się przyjazne. Groźne tylko zza płotu. "Bene, Krekso" — woła głos. Zauważam pod wiatą na końcu ławki szczupłą kobietę, bardzo ładną. Zasłaniał ją wielki krzew, dlatego jej nie widziałem. Koszka? "Postaw pan ten koszyk z powietrzem tutaj." — uśmiecha się. Stawiam na ławce i nie wiem, co dalej. Chciałem podziękować za specjały.
Nie ma pani Izy? "Nie ma rodziców. Przekażę, że pan był. Chyba że pan poczeka. Za chwilę powinni być. Napije się pan kawy?" Nie chcę robić kłopotu. "Żaden kłopot. Miałam właśnie wstawić wodę. Niech pan siada. Co pan tak stoi?" Dziewczyna przygląda mi się i wyraźnie drze ze mnie łachę.
Siadam bez słowa. Dopiero wtedy wstaje i wchodzi do domu. Nie powiedziała, jak ma na imię. Jest wysoka i szczupła. Oprócz biustu. Ma blond włosy upięte do góry, szare oczy i śniadą cerę. Nie mam ochoty na towarzystwo, szczególnie kobiet, nawet ładnych, ale ona mnie zaciekawiła. I nie powinienem nastawiać się przeciw kobietom. Przez jedną wariatkę nie mogę tak myśleć o wszystkich. Szybka kawa w damskim towarzystwie dobrze mi zrobi.
"Jaką pan pije kawę?" Słyszę za sobą głos. Czarną i dużo cukru. Czekam dalej. Psy położyły się obok ławy. Promienie słońca poszarpane przez krzew zdobią blat. Lekki powiew chłodzi kark. Słyszę ten wiaterek, jak porusza liśćmi. Słychać nawet ruch ptasich skrzydeł i przelatujące owady. To podoba mi się tutaj najbardziej. Cisza.
Nie ma samochodów, kolejki podmiejskiej. Nic nie zagłusza natury. "Proszę. Kawa dla pana." Kobieta stawia przede mną kubek, a sama siada na swoim miejscu, na końcu, po drugiej stronie stołu i przygląda się. Ma pani jakieś imię? "Mam." Znowu się ze mnie śmieje. Ładnie tak robić sobie jaja? — pytam. "Na pewno śmiesznie. Nie ma w tym niczego nieładnego przecież.
Jestem Emma." Bardzo mi miło. "Podoba się panu u nas?" Jak na razie podoba. Dzisiejsza wizyta pani rodziców i szamana była świetna. "Dostałoby się panu, gdyby zobaczył, że pan ze mną tu siedzi." Szaman? "Tak." Nie mam prawa do koszki? " Dokładnie." Mam wpaść do was dzisiaj wieczorem na inicjację. Wtedy będę miał już prawo. "Tylko po pomyślnej inicjacji." To coś może pójść nie tak? "Wszystko zależy od pana. Znalazł pan tu jakąś koszkę i dlatego tu zamieszkał?" Zawieszam się.
Między nami w powietrzu nad ławą coś się pojawia. Jakieś napięcie. To pewnie przez tę rozmowę. Wcale tego nie chcę. Dość mam bab po dziurki w nosie. "Co pan tak zamilkł?" Pani jest pierwszą koszką, jaką tu spotkałem. Nie licząc pani mamy. "Mężatki to już nie koszki. Szczególnie w tym wieku. To już stare babsztyle.
Według szamana." Pani jest koszką? "Do niedawna byłam bździągwą. Teraz jestem koszką. Po trzydziestce będę płetwą, cokolwiek to znaczy. Po czterdziestce babsztylem, a po pięćdziesiątce starą raszplą." Czemu tak? "Niezbadane są myśli i terminy szamana." Powie mi pani, czego mam się spodziewać wieczorem? "Jedzenia, picia i żartów z pana. Dość już tego panowania. Proszę mi mówić po imieniu." Mnie również. Szymon.
— przypominam. "No to co cię tu sprowadza?" Nie odpowiadam. Pod dom podjeżdża samochód. "Rodzice." — mówi Emma. Nie wiem dlaczego, ale czuję się jak dzieciak. Jakbym spotykał się z dziewczyną i wystraszył się jej starych, którzy właśnie wrócili do domu. Rozbawia mnie to konkretnie. "Czego się tak cieszysz?" — pyta dziewczyna. Jak to czego? Znowu spotkam wodza i szamana.
Ze starego opla wysiada wódz, szaman i żona wodza. "Musi być z naciskiem na swojsko, stary kniaziu." — mówi szaman do wodza. Zauważa mnie. — Szto rybionek. Emma rechocze. Wtedy orientują się, że z nią siedzę. Wchodzą na podwórko. "To hucu." — mówi o mnie szaman. — Za curcię mi się zabierasz? Zbaraniałem.
To córka sołtysa czy szamana w końcu? Emma widzi moją dezorientację. Pan Edziu tak o mnie mówi, że jestem jego curcia. "Bo jesteś." Łapię się za brzuch. "W tym brzuszku cię nosiłem. Tymi cycuszkami karmiłem. Z tego leciało mleczko, a z tego Pepsi." — prezentuje miseczkę B. A kogo pan teraz nosi w tym okrągłym brzuszku? — pyta Emma. "Braciszka ci urodzę." "Stary durny machawik." — śmieje się sołtysowa.
— Wnosić mi te zakupy. — popędza chłopów. Pomóc państwu? — pytam. "Nie trzeba. Tylko tyle mamy." "No hucu. Słuszne pytanie zadałeś. Możesz za to jeszcze pięć minut z curcią zamienić. I pamiętaj o wieczorze. Netrzyj dupę cebulą." Śmieją się i wchodzą do domu.
Patrzę na curcię i powstrzymuję się od śmiechu. Co się śmiejesz, Hucuł? — pyta. Wyobraziłem sobie, jak ssiesz te włochate cycuszki. Głupol. Widzisz, jak mnie chroni mój matkoojciec? Wydaje się sympatyczny. Twoi rodzice też. Pan Edzio ma bardzo dobre serce. Razem z moimi rodzicami zrobili wiele dobrego dla tej wsi.
Zmienili wszystkich i wciąż dbają, żeby było lepiej. Jak zmienili? Dziwnie to zabrzmiało. Trochę to trwało. Mój ojciec od lat jest sołtysem i długo próbował zmienić ludzi, ale samemu było ciężko. Kiedy pan Edek się tu wybudował, od razu się zaprzyjaźnili. Obaj mają takie same serca i natychmiast się rozpoznali. Jak geje? Mam ochotę zapytać, ale chyba wyjdę na buraka. Co to znaczy, że chciał zmienić ludzi?
Podejście ludzi do siebie nawzajem. Już trochę lat trwa przyjaźń taty i pana Edka. Pamiętam lato, ciepło jak teraz. Siedzieli tutaj i pili wódkę. Było wesoło, ale i konstruktywnie, bo chyba wtedy podjęli decyzję, że zajmą się zmienianiem tego małego kawałka świata. I naprawdę się za to wzięli pełną parą. Ciekawa sprawa. Biorę łyczka kawy. Dobrze posłodziła. Jak to robili?
Dawali przykład. Poświęcali czas i rozmawiali. Kilka razy chcieli się poddać. Ludzie nie lubią się zmieniać. Niektórzy byli złośliwi, niektórzy kradli, a praktycznie wszyscy plotkowali i obrabiali sobie dupska. Jak to na wsiach, jak wszędzie. I co? Trzaskali niepokornych po pyskach? Absolutnie. To byłoby zaprzeczenie tego, co chcą osiągnąć.
Opornym na wiedzę poświęcali najwięcej czasu i miłości. Mieli jeden cel, żeby wszyscy zrozumieli, jakie to przyniesie korzyści dla nich i ich dzieci. Każdemu dookoła. Wiedzieli, że potrzeba na to czasu. Motywowali, żeby ludzie wciąż próbowali, nie zniechęcali się niepowodzeniami. Oj, pamiętam, że tylko tym żyli przez jakiś czas. I co? Nie plotkują o sobie? Jakoś ciężko mi w to uwierzyć. Wódz i szaman wpoili wszystkim prostą prawdę, że każdy jest tyle samo wart, że wszyscy tak samo nadzy się rodzimy i idziemy w piach.
I że każdy jeden i jedna potrzebuje tego samego od drugiego: miłości. To jakaś abstrakcja, zupełnie nierealna. Może to schizofreniczka chciałaby po prostu, żeby tak było. I udało się? Dały efekt te starania? Strata czasu. Nie mieszka tu nikt zły, nikt się na nikogo nie boczy. Problemy są rozwiązywane natychmiast, w duchu łagodności i życzliwości. Ludzie wolą nawet coś stracić, niż nadwyrężyć pokojowe stosunki. Wręcz szukają korzyści drugich niż własnej.
Rozsmakowali się w satysfakcji, radości i szczęściu, jakie to daje. Dzięki temu nikomu niczego nie brakuje. Nikt nie czuje się samotny i biedny. Mamy tutaj raj na ziemi. Nikt nie jest nieszczęśliwy. To jest nieprawdopodobne, wręcz niemożliwe. Tak się tylko wydaje. Człowiek jest tak stworzony, że najwięcej przyjemności sprawia mu dbanie o innych, dawanie siebie, swojej uwagi, praktycznej pomocy i uczuć. Nawet Einstein powiedział, że człowiek jest tutaj dla innych ludzi. Wódz i szaman rozumieją to bardzo dobrze.
Znają tego wartość i chcieli, żeby inni rozumieli. Ciężko w to uwierzyć, skoro świat wygląda inaczej. Każdy myśli tylko o sobie, uważa, że jest najważniejszy i chce tylko brać. To jest sens życia większości ludzi. Nie rozumieją, wręcz nie mają zielonego pojęcia o tym, że to wbrew naturze. Sami siebie niszczą i nie wiedzą, dlaczego cierpią. Obwiniają innych. Dlatego tak wygląda świat. Jest wynaturzony. Dopóki ludzie nie zrozumieją, że miłość jest najważniejsza, dopóty będzie się pogarszać sytuacja.
Jak o tym pomyśleć, wciąż się spotyka takie podejście. Ma sens to, co ona mówi i w szoku jestem, że jest taka inteligentna. Zaskoczyła mnie tym Einsteinem. Chyba miałem złe wyobrażenie o poziomie intelektu ludzi ze wsi. Mam wrażenie, że pęka we mnie jakaś skorupa, która ogranicza pojmowanie prawdziwej natury i odłupuje się jej fragment. Emma milknie. Patrzy na mnie takim wzrokiem, jakby szukała tego miejsca, gdzie odpadła powłoka. Czuję ogromną chęć zaspokojenia jej ciekawości. Jak miałoby się coś zmienić, skoro samolubne podejście propaguje cały świat? Weźmy reklamy i slogany.
„Jesteś tego warta. Należy ci się. Musisz to mieć.” To, o czym mówisz, to nieosiągalna utopia. To, że tutaj się udało, to jakiś cud. Jeśli się udało. Udało się, bo to bardzo mała wioska i daleko od innych. Ale i tak mojemu ojcu i panu Edziowi należy się pokojowa Nagroda Nobla. No i mamie. Ona też zrobiła kupę dobrej roboty. Tak myślałem, że to był jej pomysł, żeby mnie przywitać.
Pozwolisz, że zapytam jeszcze raz, dlaczego tu przyjechałeś? Znowu nie odpowiadam. Z domu wychodzi szaman. Szto rybionek, ty jeszcze tutaj? Curcię mi bałamucisz? To Hucuł jeden. Gdzieżbym śmiał. Już uciekam. Wstaję i kłaniam się Emmie. Dziękuję pięknie za kawę.
Odwracam się do pana Edka. Panie szamanie, uszanowanie. Sranie w banie. Nie wolno ci się brać za koszki, pamiętaj. Do wieczora. Hauk! Hauk! Puszczam oczko uśmiechniętej Emmie i idę sobie. Czuję na sobie jej wzrok jeszcze długo. Albo tylko mi się wydaje.
Niesamowita dziewczyna i bardzo ładna. Ty, co ty? Nie wiem, co się ze mną dzieje. Przecież mam dość kobiet. Chcę być sam do końca życia. A tu po jednej rozmowie rozmarzyłem się jak jakiś szczyl. Staram się nie myśleć o dziewczynie. Idę zwiedzić wieś. Mijam dom z czerwonej cegły. Siedzi przed nim na małym taborecie dziadek z niesamowicie pomarszczoną twarzą.
„Dzień dobry.” Kłaniam się. Dziadek nie odpowiada, za to zdejmuje czapkę, macha nią raz, jakby kogoś przywoływał i wkłada na głowę. Wygląda, jakby jakiś czas temu przekroczył setkę. Idę dalej główną ulicą. Od niej jest tylko kilka krótkich odnóg, przy których stoją góra dwa domy, a potem są już tylko pola. Wydaje mi się, że główna ulica nie ma nawet kilometra długości. Nie wiem, ile stoi tu domów, ale jest ich maksymalnie kilkadziesiąt. Są zadbane, większość bardzo stara, ale nie wyglądają na rudery. Ciekaw jestem, jaką każdy z nich skrywa historię. Przecież sto lat temu mieszkali tu zupełnie inni ludzie.
Oprócz tego pomarszczonego dziadka oczywiście. Dochodzę do sklepu. Wygląda normalnie jak na wiejskie standardy. Kupuję loda na patyku, bo jest gorąco. Ekspedientka po sześćdziesiątce jest bardzo miła. Zagaduje mnie, wypytuje, ale nienachalnie. Naprawdę fajna odmiana. Zupełnie inny świat od tego, który znam. Wychodzę ze sklepu i wpada na mnie jakiś brzdąc, najwyżej dwuletni. Jest boso, ma na sobie tylko koszulkę.
Siusiak podryguje śmiesznie z każdym kroczkiem. Chłopak patrzy do góry, wodzi wzrokiem za moim lodem. „Nie zaczepiaj pana, Nikoś” — mówi mama. „Dzień dobry. Mogę mu dać?” — pytam. „Nie chcemy pana ograbiać.” „To dla mnie przyjemność.” Odpakowuję loda. Mały tupie w miejscu i rozdziawia jabłko z radości. „Proszę.” — podaję. „Co się mówi, Nikoś?” „Ije” — mówi. „To było dziękuję” — tłumaczy mama.
„Świetnie, zrozumiałem. Szymon Górski. Bardzo mi miło.” „Marta Karbowska.” Podaje dłoń. Całować, uścisnąć? Ściskam. „Miło zobaczyć młodą osobę. Już myślałem, że tu mieszkają sami starsi ludzie” — mówię. „Jest trochę młodych, ale to starsi wiodą prym. Porządek musi być.” „Rozumiem.” „Przepraszam za pytanie. Mieszka pan sam?” Co ona szuka ojca dla dziecka?
„Sam.” „Musi czuć się pan samotnie. Szczególnie teraz, kiedy adaptuje się pan do nowego otoczenia.” „Daję radę. Lubię być sam.” Na bank szuka faceta. „Może zgodzi się pan wpaść do nas na kolację? Będzie nam miło z mężem pana powitać.” A jednak nie szuka. Oni tu naprawdę są inni. „Z przyjemnością, ale wieczorem mam się stawić w domu wodza, znaczy sołtysa.” „A, rozumiem. W takim razie następnym razem. Porozmawiam z mężem i zaprosimy pana na pewno.” „Będzie mi bardzo miło. Dziękuję.” Otwieram pani drzwi do sklepu.
Też wchodzę kupić drugiego loda. Cieszę się do siebie jak dzieciak. Co za miejsce! Wiem, że rozmowa z kilkoma osobami wiosny nie czyni, ale i tak jest super. Mijam dom wodza. Macha mnie. Siedzi na bujanej ławce i czyta. Znowu czuję jej wzrok na sobie. Jeszcze na piaskowej drodze, nawet kiedy mijam kilka lip. Robię obiad i myślę o niej.
Jest kilkanaście lat młodsza ode mnie i taka rozumna. Nie to co moja była. Weź skończ. Zajmij się sobą. Może się pomyliłem. Może naprawdę nie chcą niczego w zamian. Może jest tak, jak Emma mówi. To jakiś inny świat i przygotowywała mnie. Sprawdzała. Jeśli tak, to oni bardziej się boją mnie niż ja ich, że zaburzę ich porządek, enklawę.
Wieczorem poddadzą mnie próbie? Zdenerwują i zobaczą, jak reaguję? Będą mnie umoralniać? Chyba nie muszą. Bardzo mi się podoba taki porządek. Jeśli oczywiście to prawda, bo wciąż ciężko uwierzyć. Co prawda nie wyobrażam sobie, jak miałbym zabiegać o czyjąś korzyść, a nie własną, ale to normalne. Nie potrafię inaczej przecież. Ale nie mam zamiaru się zamykać na nowe. No bo dlaczego?
Pierwszy krok zrobiłem. Zamieszkałem tutaj. Mam ochotę zadzwonić do kolegi i powiedzieć, że raczej niczego ode mnie nie chcą. Nie wydaje mi się, żeby dziewczyna ze wsi potrafiła tak kłamać, tak zagrać dobre serce. To mało prawdopodobne. Ale nie dzwonię. Wiem, jak wyglądałaby ta rozmowa. Koleżka nie słyszał tego co ja i poddawałby w wątpliwość wszystko, co mówię, a ja musiałbym bronić i zapewniać. A po co? „No rybionek, zachodź.” Uśmiecham się i wchodzę.
Już na ganku pachnie jedzeniem. Chyba gulaszem. Zdejmuję buty i wchodzę przez kuchnię do jadalni. Nie spodziewam się tego, co dalej. „Witamy nowego sąsiada!” — gromki okrzyk kilku osób. Serce łomocze z emocji. Wystraszyłem się. „Ale ja cię! Nie spodziewałem się. Dobry wieczór.” „Proszę usiąść” — mówi sołtysowa.
Siadam na wskazanym miejscu i siadają pozostali. Czuję, jak twarz naciąga czerwienią. Obok mnie siedzi wódz i szaman. Naprzeciw Emma z pięknym, powściągliwym uśmiechem. Ubrana inaczej niż wcześniej, w zieloną sukienkę. Włosy rozpuszczone, długie do ramion. Stara się na mnie nie patrzeć, jakbym jej nie interesował. Mnie ciężko na nią nie patrzeć. Teraz wydaje się jeszcze ładniejsza. Jest jeszcze kilka osób.
Trzej mężczyźni i kobiety. Wszyscy starsi ode mnie. Tylko jeden z nich jest szczupły. Reszta przy kości. Na stole stoi mnóstwo jedzenia: wędliny, chleb, ogórki, marynowana papryka i grzybki. Nie brakuje wódki. Chyba że w butelkach po wódce jest bimber. Pewnie zaraz się przekonam "Zaraz będzie jedzenie. Misiu, pomożesz?" mówi pani Iza do męża. Z miejsca podrywa się też Emma.
Podprowadzam ją wzrokiem. "Rybionek, bo ci krosty na oczach wyskoczą" – dostaję kuksańca od szamana. "Poznaj starszyznę plemienia: Buczyńskich, Karbowskich i Oleksińskich. Straszne świntuchy, ale w porządku" mówi szaman. "Ty, ja ci dam zaraz świntuchów z boku jeden" śmieje się pani Oleksińska. "Bardzo mi miło. Szymon Górski." – kłaniam się. "Poznałem dzisiaj panią Martę i Nikosia." "To nasz wnuk i synowa" mówi pani Karbowska. "Gratuluję wnuka. Super chłopak." "Uwielbia latać z gołą dupą i zostawiać bobki po drodze" mówi dziadek Nikosia.
"Jeszcze mu wolno. Niech zostawia" wtrąca pani Iza. "Dobra rybionek do rzeczy" zaczyna szaman. "Starszyzna chciała cię poznać, zobaczyć i wybadać coś ty za jeden. Bo mają pokoszce w domu i boją się takich ciemnych typów nakrapianych. Tylko Oleksińscy mają jeszcze małą bździągwe, ale tobie już widzę gały za moją córcią chodzą." Emma właśnie donosi na stół chleba do gulaszu. Od tej dziewczyny bije jakieś jasne światło. Ma się ochotę do niego przytulić i ogrzać. Rumieni się, gdy słyszy słowa pana Edzia i zaczyna się śmiać. Przez chwilę nie wiem, co się wokół mnie dzieje.
Czuję się jak zadurzony małolat. Zapomniałem zupełnie o swojej byłej żonie i niechęci do kobiet. Towarzystwo patrzy na mnie i się śmieje. "Ty hucu durnowaty" mówi szaman. "Co? A tak. Bardzo się cieszę, że tu jestem." Śmieją się jeszcze głośniej, a ja robię się bardziej czerwony. "No to zaczynamy inicjację" mówi wódz. Chwyta za butelkę i polewa każdemu. "Wypijemy po jednym przed jedzeniem." Pan Stefan staje z kieliszkiem jak do toastu.
"My tu niczego nie ukrywamy, Szymek. Jesteśmy szczerzy i szczerości oczekujemy. Nie zakładamy, że będziesz chciał ukrywać, kim naprawdę jesteś. Nie ma to znaczenia, bo woda ognista sprawi, że nie będziesz mógł się powstrzymać. Pokażesz nam swoje serce, jakie jest naprawdę, a my pokażemy swoje. Siup, w te głupie ryje." Unosi kieliszek. Nic nie mówię. Twarz mam jak prawdziwy czerwonoskóry. Wychylamy kieliszki. Bimber jest łagodny, jakby niewiele było w nim alkoholu.
Smakuje świetnie. Mam wrażenie, że znalazłem się przypadkiem w świecie, w którego istnienie bym nie uwierzył, gdyby mi ktoś opowiadał. Co najwyżej przeczytał w książce albo zobaczył w filmie. Jedzenie było przepyszne. Najpierw zjedliśmy rosół, a potem gulasz. W życiu czegoś takiego nie jadłem. Czułem się jak dzieciak na wakacjach, który był pierwszy raz w takim miejscu. Wszystko było nowe. Atmosfera tak radosna, że miałem ochotę śpiewać. Chyba raz czy dwa nawet mi się wymsknęło i zapiałem.
Wszystko wina wodza i szamana. To najwięksi gajcarze i podpuszczacze, jakich w życiu spotkałem. Uzupełniali się jak nóż i widelec. Nie miałem zamiaru opowiadać o moim życiu, rodzicach i nieudanym małżeństwie, ale nie mogłem się powstrzymać. W bimbrze było dużo więcej alkoholu, niż myślałem. No i ci ludzie. Chciałem mówić o sobie tak, jak oni mówili. Niczego nie ukrywali, byli szczerzy, a ja zapragnąłem być taki sam. Chyba w środku zawsze do tego tęskniłem. Dlatego tak łatwo się wpasowałem.
A Emma? Wcale nie było tak łatwo ją zdobyć. Ale kiedy zobaczyłem jej serce, zakochałem się bez reszty. Musiałem zacząć o nie dbać jako najcenniejszy skarb. Jeśli to możliwe, sprawić, by biło jeszcze dźwięczniej i wyraźniej. W końcu zostanie moją żoną. Jestem pewien. Jest jak stworzona przez autora powieści. Jej wady są niczym przy zaletach: mądrości, pracowitości i życzliwości. A jej miłość?
Nie śniłem nigdy, że będę tak kochany, że to w ogóle możliwe. W końcu posmakowałem ciężkiej pracy. Kilka dni po inicjacji pomagałem kilku gospodarzom zwozić baloty z sianem z pól, a potem wrzucać do stajni i na strychy. Nigdy wcześniej nie zdobyłem się na taki wysiłek. Te bele siana ważą lekko ponad stówę i samo turlanie jest ciężkie, ale czułem się potem szczęśliwy. W sierpniu przyszła kolej na żniwa i znowu widać było, jak nasze całe plemię jest z sobą zżyte i współpracuje. Nie sądziłem, że pomaganie innym daje tyle satysfakcji. Czuję się syty, spełniony. Moja własna praca nie daje takiej radochy, nawet kiedy jestem szczególnie zadowolony z jakiegoś projektu i klepany po plecach. Emma pracuje równie ciężko i chętnie.
Do tego z uśmiechem na ustach. I to w niej jest wspaniałe. Jest zupełnie inna od kobiet, które znałem wcześniej. Moją byłą żonę i Emmę dzieli przepaść większa niż Wielki Kanion. Są jak dwa przeciwstawne bieguny. Byliśmy niedawno w Gdyni u moich rodziców. Wcale nie chciałem tam jechać, ale Emmie bardzo zależało. Powiedziała, że jeśli jesteśmy razem na poważnie, to tak trzeba. No i nie spodobała się moim rodzicom. Sam nie wiem dlaczego.
Mama sprawiała wrażenie, jakby jeszcze zanim ją poznała, już jej nie lubiła. Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że odwiedziła ją Aneta i wypytywała o mnie. Powiedziała, że wciąż mnie kocha i może dałoby radę to jeszcze odkręcić. Znowu być razem. Oblął mnie zimny pot i słabo mi się zrobiło. Szczególnie, że mama ją poparła. Powiedziałem, że wolałbym szybciutko zginąć tragicznie. Jest już jesień. Idziemy na wzgórze naprzeciwko mojego domu zobaczyć zachód słońca. Staramy się czerpać z resztek lata i spędzać jak najwięcej czasu na dworze.
Zresztą tu jest tak wspaniale, że nie chce się siedzieć w domu. Na przyszły rok planuję zbudować podobną wiatę jak u wodza. Być może Emma będzie już ze mną mieszkać jako moja żona. Kto wie? Nie jest taka prędka. Chce mnie najpierw dobrze poznać. W sumie racja, też nie powinienem się śpieszyć. Nauczony doświadczeniem. Na razie wystarcza mi jej miłość. To już i tak cały świat.
Kładzie głowę na moim ramieniu. „Ale czad, co?” – mówię. „Nigdy mi się to nie znudzi.” Patrzymy w kierunku gigantycznej sceny letniej, na której trwa płonące widowisko słońca, a my błogo zmęczeni po kilku godzinach wykopków mamy najlepsze miejsca na widowni. „Następnym razem zabierzemy rozkładane krzesełka i butelkę wina” – mówię. „Dobry pomysł.” Dostaję buziaka w policzek. Słońce schodzi ze sceny, a my ze wzgórza. Idziemy powoli w kierunku domu wodza. Niechętnie się rozstajemy. Jeszcze poprzytulamy się chwilę, pocmokamy i uzbroimy w cierpliwość do jutra. Wchodzimy na asfalt, a do domu wodza zbliża się wolno jadący samochód.
„Taki sam jak moich rodziców” – mówię. Robi się już szaro, więc dopiero kiedy jest blisko, rozpoznaję, że to oni. „Co oni tu robią?” – pytam siebie. Najpierw otwierają się tylne drzwi i pojawia się Aneta. To jest tak nieoczekiwane, że w pierwszej chwili mój mózg tego nie łapie. „Szymon, kim jest ta kobieta?” – wydziera się Aneta. Emma mnie puszcza i odsuwa się odrobinę. Nawet tego nie rejestruję. Staję się ciężki, jakby mi ktoś wrzucił na plecy wielki wór z gruzem. Śpię.
Śni mi się to. To nieprawda. Zamykam oczy. Kręci mi się w głowie. Mam nadzieję, że kiedy je otworzę, nikogo nie będzie na drodze. „Zapytałam o coś!” Nawet dobrze, że wrzasnęła, bo przytomnieję. „Kochanie, przepraszam cię najmocniej. Załatwię to. Dobranoc” – mówię cicho do Emmy. „Kochanie?” Emma odchodzi bez słowa.
Potwornie mi przykro. Nie zasłużyła nawet na cień takich emocji. Aneta odprowadza miłość mojego życia nienawistnym wzrokiem. Całe szczęście nie oblewa jej szambem z ust. Z samochodu wysiadają rodzice. Nie wiem, jak wygląda moja twarz, ale chyba właśnie dotarło do nich, co narobili. Nic nie mówią. Zadzieram głowę. Widać już sporo gwiazd. Dziękuję w myślach za dwa miesiące spokoju ducha, piękna i prawdziwej miłości.
„Ogłuchłeś?” Wzdycham ciężko. Krótki czas pokoju minął. „Póki śmierć nas nie rozłączy.” Zaczynam się śmiać i gotować do walki. Taki już mój zakichany los. „Uważasz, że to śmieszne? Co to za lafirynda się pytam?” „Jak śmiesz?” Muszę stanąć w obronie Emmy, ale przerywa mi głos wodza. „Hołk!” Wódz wychodzi na ulicę i nie jest sam. „Shto? Kto tu nas odwiedził i krzyczy?” Szaman mija samochód rodziców. „Zaraz odczynimy i zaradzimy wszystkim paszkwilom.” Schodzi ze mnie powietrze.
Brzmienie ich głosów i obecność działa jak gorące kakao na wyziębiony organizm. Czytał Bruno Kadyna.
[05:28:10] - Proszę państwa, mówiłem o tym, że spotkanie z Piotrem Cielebiasiem nie jest ostatnie i nadszedł czas na spotkanie drugie. Spotkanie drugie. Uśmiecham się, bo to spotkanie o książkach, tych książkach takich paranormalnych. W ostatniej audycji ogłosiliśmy taki minikonkurs, właściwie konkurs, zabawę na wymyślenie nazwy. I Piotrowi oraz mnie spodobała się nazwa MAUPA. Piotr rozwinie ten skrót w audycji, więc zapraszam państwa na MAUPĘ. Tym razem będziemy rozmawiać o książce Raymonda Moody'ego „Życie po życiu”. Klasyk, absolutny klasyk. No i zobaczmy, co tam w klasyku piszczy. Zapraszam.
Dzień dobry. Dzień dobry po raz drugi, Piotrze.
[05:29:15] - Dzień dobry Marku. Chociaż nie wiem, czy to wypada tak drugi raz się witać. Dobrze cię słyszeć. Tak czy tak.
[05:29:23] - W każdym razie po przerwie. No to jakoś tam trzeba zagadnąć, zadzierzgnąć rozmowę, że tak się wyrażę. Cóż, może najpierw remanenty drobne. Przede wszystkim ogłosiliśmy taki nieformalny bardzo konkurs na nazwę. Nazw się kilka pojawiło. Najbardziej urzekła mnie taka nazwa, która może niewiele mówi, ale za to jakie ma piękne rozwinięcie. Mianowicie MAUPA.
[05:29:53] - A tak, też miałem o tym powiedzieć, że ta MAUPA jest całkiem dobra, a to oznacza, już czytam. Miałem to gdzieś zapisane: Mały Autorski Upamiętnik Paranormalnych Autorów. To taki akronim jak ktoś pamięta taki na przykład program rozrywkowy „KOC: Komiczny Odcinek Cykliczny”, to tutaj byłaby MAUPA.
[05:30:19] - No i ta MAUPA. No przyjmijmy przynajmniej na razie, że MAUPA jest okej. I niniejszym w takim razie ogłaszam, że rozpoczynamy drugi odcinek. Teraz już MAUPY. Dzisiaj książka klasyczna. Książka, która jest z nami już hoho, od połowy lat 70. No w każdym razie z czytelnikiem anglojęzycznym, bo u nas ukazała się po raz pierwszy U nas, czyli w Polsce. Ukazała się po raz pierwszy, już nie pamiętam, to był może '78, może '79 rok, wydawnictwo Pax. I to była książka, proszę państwa, w PRL-u wiele było książek, które ludzie sobie wydzierali dosłownie z rąk, ale to była właśnie jedna z tych książek. Wydawnictwo Pax musiało zbić na tym olbrzymią kasę, PRL-owską, ale jednak.
Naprawdę to była książka, która wstrząsnęła ludźmi. Powiemy pewno za chwilę, dlaczego nimi wstrząsnęła. Wiązało się to z pewną atmosferą, z takim przejrzeniem na oczy. Może to jest trochę na wyrost, ale ludzie wtedy bardzo łaknęli tego rodzaju literatury, bo jej praktycznie rzecz biorąc w Polsce nie było.
[05:31:51] - Tak, „Życie po życiu” Raymonda Moody'ego. Książka, która zapisała się w pamięci milionów czytelników, także w Polsce, jak powiedziałeś. Zdaniem niektórych otworzyła w dyskusji publicznej przestrzeń do rozmów na temat życia po życiu w rozumieniu tak zwanych doświadczeń z pogranicza śmierci. Dla mnie osobiście ta książka jest nadal aktualna, o tym jeszcze będziemy mówić, ale też otaczają ją liczne kontrowersje. Dlaczego? O tym za chwilę. Ja tylko nawiążę do naszego tytułu programu „MAUIPA”, że choć jest on taki bardzo humorystyczny, to dzisiaj będzie absolutnie na poważnie. Dlatego, że temat, o którym mówimy, aktualny jest do dziś. Autor nadal żyje, ma się dobrze, nadal publikuje, natomiast z jakichś powodów zszedł do takiej drugiej ligi pisarzy, którzy się zajmują NDE. Chociaż jest przecież psychiatrą praktykującym.
Nie wiem, czy teraz, przynajmniej jeszcze parę lat temu, ale to już nie jest ten Moody co dawniej i za chwilę się dowiecie dlaczego. Marku, powiedziałeś tutaj, że książka ta była hitem w PRL-u. Ja pamiętam, że doczekała się wielu wydań. Osobiście posiadam takie z czerwoną okładką. Ona pochodzi z Limbusa bydgoskiego. Ale były też takie sytuacje, że krążyły wręcz odpisy lub takie samodzielne wydania, takie, jak to się mówiło, samizdaty chyba, że ludzie kolportowali sobie czasami nawet fragmenty tej książki. Wszystko to dlatego, że dotykała tematu, który nie możemy powiedzieć, że był nieznany, natomiast pokazywał w sposób bardzo taki wręcz naukowy bym powiedział, że życie jednak nie kończy się na ziemskim padole. A jak się rozpoczęła twoja przygoda z książką „Życie po życiu”?
[05:34:06] - Tak, pewno każdy ma swoją historię. Ciebie też poproszę oczywiście o przytoczenie. Moja zaczęła się dosyć egzotycznie. Był rok '80, lipiec, przed tak zwanymi wydarzeniami, więc wyjechałem wspólnie z rodzicami do Pragi. Tam urzędował z ramienia Electrimu mój wujek. Był przedstawicielem Electrimu w Pradze. Odwiedziliśmy rodzinę. Wypad był wspaniały, bo Praga piękna, złota jak zawsze i pełna zabytków. Ale w pewnym momencie wujek przytargał, co prawda przytargał ją dla moich rodziców, ale moi rodzice jakoś niespecjalnie po tę książkę sięgnęli. Natomiast ja ją zjadłem w jeden wieczór.
Literacko zjadłem, a w każdym razie czytelniczo. To była książka, która właściwie trochę korespondowała z moimi zainteresowaniami, bo ja już wtedy byłem opętany fantastyką we wszelkich wydaniach. To na początku tak wyglądało, jakby to fantastyka była, ale bardzo szybko doszedłem do wniosku, że to fantastyka nie jest. Co więcej, mówiłeś Piotrze o tym, że ludzie szaleli za tym, bo ta książka daje coś, czego wielu ludzi, którzy deklarują wiarę, tak naprawdę chciałaby wiedzieć, a nie wierzyć. To dawało taką namiastkę, coś na pograniczu pomiędzy wiarą a wiedzą. Odrobinę bliżej było do pewności. I rzeczywiście, jak czytałem tę książkę w praskim mieszkaniu służbowym mojego wujka, to przez chwilę czułem, że to naprawdę, tu cię powtórzę, jak tradycja głosi, że to naprawdę musi być prawda, że to jest po prostu niesamowite. Te obrazy tunelu świetlistego, te łąki, czy też te rozkwiecone łąki, na których spotyka się swoich bliskich, powtarzające się obrazy. To tak mocno przemawiało do świadomości szesnastolatka, że aż byłem straszliwie poruszony. Dzisiaj, jak teraz to mówię, usiłuję sięgnąć do tych emocji i coś tam wraca.
To były emocje. Mniej czytałem tę książkę rozumem. Analizowałem ją później, ale wtedy były głównie emocje. Taki był mój pierwszy kontakt z książką Moody'ego. To się zrewanżuję pytaniem, Piotrze, a twój?
[05:37:08] - Ja osobiście nie pamiętam. Natomiast mogę powiedzieć, że chyba temat znałem wcześniej niż samą książkę. Dlatego, że w szkole podstawowej mieliśmy taką fazę, że zbieraliśmy się w kąciku i każdy opowiadał sobie na świetlicy, zanim po nas przyjechał autobus, jakieś straszne historie. Oczywiście część z kolegów to byli bajeranci, opowiadali jakieś niestworzone rzeczy, ale byli też tacy, którzy te historyjki mieli z życia wzięte i je powtarzali kilkakrotnie. Mieliśmy po kilka lat i jeden z kolegów przytoczył właśnie taką opowieść o swojej chyba cioci, która przeżyła NDE. Wtedy się mówiło i do dzisiaj wiele osób mówi „śmierć kliniczną”. Do dziś mam w pamięci to, że ona powiedziała, że jakby mogła, to by tam została. Oczywiście potem był „Limbus” i ta czerwona książeczka. Książeczka, właśnie, bo pomówmy jeszcze na wstępie o budowie. To jest naprawdę niewielka publikacja, żadne opasłe tomisko.
W sumie sto kilkadziesiąt stron niedużego formatu, opatrzonych bardzo oszczędnym i wręcz nieatrakcyjnym spisem treści. Natomiast sama treść okazała się takim dynamitem i bestsellerem, a wnioski Moody'ego tak chwytliwe, że de facto otworzył on nowy rozdział, a w zasadzie podrozdział w literaturze parapsychologicznej, który kontynuują dzisiaj inni. Chyba takie najbardziej głośne nazwisko na chwilę obecną to jest doktor Bruce Grayson. Wcześniej był też Pim van Lommel, którego „Wieczna świadomość” ukazała się w Polsce. O nowościach ogólnie w kwestii badań nad NDE czy publikacji piszemy w „Nieznanym Świecie” i tam możecie znaleźć jakieś najnowsze wnioski. Dużo się zmieniło tak naprawdę, ale pytania pozostały te same. Ale o tym znowu za chwilę. Co możemy jeszcze powiedzieć? Otóż Moody uchodzi za twórcę terminu NDE, czyli near-death experience, doświadczenie bliskiej śmierci, ale też tłumaczy się to jako doświadczenie z pogranicza śmierci, co może nie jest dokładnym tłumaczeniem, natomiast lepiej oddaje chyba sens tego zjawiska. Słuchacze „Paranormalium” wiedzą, że pod tym skrótowcem kryją się te wszystkie doznania, które występują u ludzi, u których doszło do nagłego zatrzymania krążenia i którzy powrócili potem do życia samoistnie albo w wyniku resuscytacji.
Marku, istnieje taki pogląd w ogóle, że popularność tej literatury na temat NDE czy jak kto woli śmierci klinicznej wiąże się z prostym faktem, postępem medycyny ratunkowej, bo po prostu przedtem jak ktoś miał zapaść czy zatrzymanie krążenia, to w większości przypadków umierał. Teraz to się dzieje trochę inaczej. Od kilku dekad się dzieje trochę inaczej. Stąd też coraz więcej relacji. Gdybyśmy chcieli oszacować obecnie ilość opowieści, relacji, zdarzeń o naturze NDE, to podejrzewam, że byłyby to miliony. Obecnie też się przyjmuje, że to jest zjawisko powszechne. Moody stał jeszcze w pewnym rozkroku, w pewnej niepewności.
[05:40:41] - To prawda. Ja, nawiązując do tego, co powiedziałeś o pewnej oszczędności tej książki, takiej formalnej i po prostu dotyczącej na przykład budowy, powiem, że książka to jest wstęp oraz sześć rozdziałów. Pierwszy z tych rozdziałów: zjawisko śmierci. Później przeżycia towarzyszące umieraniu. Rozdział trzeci to zbieżności, czwarty to pytania, piąty wyjaśnienia i wreszcie uwagi końcowe. Jak państwo widzicie, konstrukcja chyba najprostsza z możliwych. Powiedziałeś o tym rozkroku. Chyba słusznie, bo rzeczywiście to jest tak, że ja myślę, że to właśnie w latach 70. medycyna ratunkowa zaczęła rzeczywiście ludzi ze stanu śmierci klinicznej wyciągać dosyć powszechnie. Oczywiście to się zdarzało wcześniej, znacznie wcześniej na stołach operacyjnych, w różnego rodzaju szpitalnych warunkach.
To znacznie wcześniej miało miejsce i takie relacje też się przecież pojawiały. Natomiast myślę, że dobrym tropem podążyłeś, że te lata 70. to po prostu upowszechnienie się nawet procedur medycznych. Ja nie mówię o Polsce w tym wypadku, ale właśnie na Zachodzie czy w Stanach Zjednoczonych procedur medycznych. Procedury to nie jest coś, za czym przepadam, ale wydaje mi się, że w niektórych przypadkach, jeśli chodzi o medycynę ratunkową, one się sprawdzają. Po prostu to jest pewien ciąg czynności, które należy wykonać, ściśle przestrzegając pewnych kolejności, pewnych następstw, które mają miejsce. I to sprawia, że rzecz staje się powtarzalna, czyli możliwość wyciągnięcia człowieka z śmierci klinicznej jest po prostu większa. To nie znaczy zresztą, że człowiek wyciągnięty z takiego stanu jeszcze później długo pożyje, bo pewno łatwiej wyciągnąć go z tej zapaści czy z tego stanu, niż później przy życiu utrzymać. Tu są nawet, powiem tak, to jakaś taka tajemnica, może nie za wielka, ale jednak jest, że na przykład pacjentów w określonym wieku ratuje się w sposób taki ekstensywny. To znaczy, jeśli tam nie za bardzo idzie to ratowanie, to się po prostu, nie także oficjalnie macha ręką, ale daje mu się po prostu temu człowiekowi odejść, jak już ma osiemdziesiątkę.
Ja wiem, to jest cyniczne, że się już nażył i tak dalej. Ja jakoś tak nie do końca się mogę z tym pogodzić, ale wiem, że są ludzie, którzy uważają, że to jest akurat dobry krok. Nie potrafię tego rozstrzygnąć, więc może temat zostawmy. Mówiliśmy o tym, że rzecz się upowszechniła. A zresztą powiem, dlaczego Moody wydawał się wiarygodny. Do dzisiaj się wydaje wiarygodny, jeśli chodzi o zbieranie tych relacji oraz także pewną ich interpretację. Otóż rzecz się zaczęła tak, że Moody studiował w latach 60. filozofię. W 66. roku uzyskał licencjat, potem magister.
Magister to był rok 67. Później został jeszcze doktorem z tejże dziedziny. Ale tak naprawdę później Moody zajął się również tym, żeby stać się doktorem medycyny. Od 1976 roku stał się absolwentem Medical College of Georgia. Także wiecie państwo, to zawsze budzi większe zaufanie. To jest chyba ważna rzecz, żeby o tym powiedzieć. Rzeczywiście książka „Życie po życiu” to jest najbardziej znana książka tego autora. Zresztą film na jej podstawie nakręcono. Warto też powiedzieć chyba w tym momencie, że pojawiła się książka dużo, dużo później. Książka „Ostatni śmiech”, w której on pisze o pewnych rzeczach, o których nie napisał w „Życiu po życiu”.
Tak naprawdę powiedział o tym, że tam są materiały usunięte z pierwotnej wersji „Życia po życiu”. I to troszeczkę wprawiło w zakłopotanie czytelników, którzy, tu gryzę się w język, ale którzy być może wyciągali zbyt daleko idące wnioski. Bo warto sobie uświadomić, że książka Moody'ego mówiła to, co mówiła. Natomiast do tej książki przylepiło się bardzo wielu ludzi, którzy mieli do udowodnienia jakieś swoje tezy, czy to tezy głęboko religijne, czy to tezy jakieś takie, na przykład newage'owe i tak dalej. Co więcej, książka Moody'ego stała się też takim kamieniem milowym, a właściwie takim znacznikiem, do którego na przykład z lubością odwołują się ludzie, którzy nie wierzą w nic. Ja już nie mówię o religii, ale w nic. Po prostu: „Ciemność. Nie ma nas”. Jak najbardziej możliwe. Natomiast pamiętam do dzisiaj te wypowiedzi.
One się powtarzają, kiedy mówią: „Po śmierci klinicznej, znaczy kiedy umieramy, znajdujemy się dokładnie tam, gdzie byliśmy przed śmiercią. To znaczy nigdzie. Nie ma nas”. Już sama ta wypowiedź jest dosyć ryzykowna, powiedziałbym. Bo tak naprawdę nie wiemy, gdzie się znajdowaliśmy przed narodzinami i nie wiemy, gdzie się znajdziemy po śmierci. To wszystko jest tajemnica. Moody próbuje znajdować wyjaśnienie. I kiedy ludzie, którzy jak powiedziałem, nie wierzą w nic, zaczynają mówić, że na przykład w ich rodzinie coś takiego się zdarzyło i nie było żadnego tunelu, nie było żadnej łąki, była ciemność, nic nie pamięta, nic się nie stało i to jest dla nich dowód. Już samo to jest zabawne i to jest dla nich dowód, że te zjawiska to wszystko kupa bzdur jest. Myślę, że to duża frywolność w interpretowaniu tego, o czym można u Moody'ego przeczytać.
[05:47:58] - Wynika to z tego, że wokół zjawiska NDE narosło bardzo wiele mitów. Bo chociaż ta książka się wydaje takim wstępem i podręcznikiem, to omija wiele elementów. Już samo to, że w Polsce się przyjął zwrot, że ktoś przeżył śmierć kliniczną, też jest taki nie do końca poprawny. Stąd ja osobiście stosuję ten termin NDE. I utarło się również także poza naszym krajem, że jeżeli ktoś doznał NDE, to od razu go wywaliło tam, wiecie, w zaświaty. Spotkał zmarłych krewnych, a na koniec podszedł Pan Bóg, Allah i powiedział: „O nie, musisz wracać na ziemię, bo jeszcze nie wykonałeś swojej misji”. Otóż nie jest tak. Zgodnie z obecnymi szacunkami, one oczywiście na pewno są niedokładne, ale wynika, że tylko od 3 do 13% ludzi z nagłym zatrzymaniem krążenia, którzy potem wrócili do życia, czegoś takiego doświadcza. Przy czym w większości, w znacznej większości są to bardzo okrojone doznania. Czyli to nie oznacza, że jeżeli ktoś znalazł się tam na krawędzi śmierci, od razu coś zobaczy.
Nie. Większość ludzi ma jakieś doznania, na przykład wrażenie błogości, wrażenie tego, że mu po prostu wyłączono światło czy jakiegoś tam opuszczania ciała. Natomiast rozbudowane scenariusze są bardzo, bardzo rzadkie. Co nie znaczy, że ich nie ma, bo jeżeli ktoś coś takiego przeżył, to chce o tym opowiedzieć. Pozostaje pytanie, czy ta książka w ogóle jest warta dzisiaj czytania? Moim zdaniem tak. Po pierwsze te wszystkie pytania i wątpliwości, które stawia Moody, są paradoksalnie nadal w obiegu. Wiele się natomiast zmieniło, jeżeli idzie o kwestie badań, szczególnie o pole neuronauk odnośnie NDE. Ponadto pojawił się szereg badaczy, parapsychologów, psychologów, neurologów, którzy analizują różne aspekty tych doświadczeń. I o ile co roku mamy jakieś świeże publikacje na temat NDE w formie książek czy opracowań naukowych, które są oparte o jakieś badania, to „Życie po życiu” Moody'ego, chociaż stare, stanowi doskonały wstęp, taki podręcznik dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest to zjawisko, nie wiedzą, z którego punktu wyjść, czy od razu się zabierać za Greysona, czy może poszukać czegoś starszego i bardziej podstawowego.
I tutaj trafiają właśnie na „Życie po życiu”. Myślę, że jest kilka problemów ogólnie związanych z tą książką. Jeden jest taki, że może złe było to, że nie napisano o całym spektrum zjawiska NDE, bo wszyscy chcieli, Marku, wierzyć, że tak, umieram i otwiera się tunel, i ja idę, i światło, i kwiatki jakieś niebiańskie.
[05:51:13] - Błogość.
[05:51:13] - Tak, niebiańskie kolory nie do opisania. Dziadek, babcia, rodzice piątkę przybijają. Natomiast nie, nie do końca tak jest, bo jest równie wiele doświadczeń pozytywnych co negatywnych. Tylko nie wypadało pisać o tych negatywnych. Dlaczego? Bo zabijałoby się nadzieję na to, że jednak coś po śmierci jest. Jak tu powiedzieć ludziom, że jest życie po śmierci, ale może mieć formę negatywną i pozytywną? Wtedy automatycznie też wpadamy znowu w pułapkę religii. I myślę, że to był taki troszeczkę błąd, który pokutuje do dzisiaj, że ludzie wyobrażają sobie to NDE tylko i wyłącznie w takiej formie, że jakieś takie pozytywne doświadczenie w raju. Natomiast nie, nie jest tak.
Te doświadczenia są tak zróżnicowane, że w sumie co pacjent to historia. Znacie może z anteny Radia Paranormalium przypadek Alicji Ziętek? Takie bardzo rozbudowane NDE, kiedy ona została wyrzucona poza ciało w czasie kryzysu zdrowotnego, podróżowała poza Ziemię na przykład. Są ludzie, którzy widzą film ze swojego życia. O tym za chwilę powiem. Są tacy, którzy nawet widzą przyszłość, bo w około 4% przypadków, to jest w ogóle niewyjaśnione i paradoksalne, zdarza się, że ludzie podczas NDE jasnowidzą. Co jeszcze, Marku, możemy powiedzieć na temat recepcji tej książki? Myślę, że to w ogóle było bardzo blisko związane z duchem czasu, jaki wtedy panował. Druga sprawa jest taka, że istnieje duży rozdźwięk między tym, co mówi dzisiaj Kościół o NDE, a tym, co mógł mówić wtedy. Bo tak naprawdę od strony formalnej NDE wcale nie pasuje do katolickiej wizji życia po śmierci.
[05:53:25] - Tak, ja mówiłem o tym, że się bardzo wiele ruchów religijnych, w tym Kościół katolicki, przyłączyło do promowania Moody'ego. Ja sam byłem świadkiem, kiedy dosyć taki, nazwijmy to, postępowy ksiądz, ale jednocześnie bardzo zapalczywy, udowadniał, jaki to Moody jest wspaniały, bo tak naprawdę udowodnił, że jest niebo. Bez komentarza w ogóle. Natomiast warto też nawiązać do tego, o czym Piotr powiedział, bo te cechy NDE według Moody'ego, on je wymienia w książce, znajduje ich dziewięć. Piotr większość z nich wymienił, a ja jeszcze tak zrekapituluję. Słyszenie dźwięków w postaci szumów, doznawanie spokoju, braku bólu to drugi punkt. Różnego rodzaju doświadczenia bycia poza ciałem. Wreszcie ten chyba najsławniejszy, który trafił do filmów, a nawet do komedii, czyli odczucie podróżowania przez tunel. Idziemy w stronę światła. To się państwu powinno skojarzyć odpowiednio.
Odczucie wznoszenia się w przestworza, widzenie się tam na drugim końcu z ludźmi, ze zmarłymi krewnymi to już punkt szósty. Siódmy: spotkania z bytami duchowymi, takimi jak Bóg, ale nie tylko. Wreszcie ósmy punkt: doznanie retrospekcji własnego życia, czyli to przewijanie filmu. I wreszcie dziewiąty: odczucie niechęci powrotu do życia. Tak właściwie opieranie się i tak dalej. To jest tych dziewięć punktów, ale jak już Piotr powiedział, okazuje się, że to było takie dziewięć punktów ku pokrzepieniu serc chyba. Tak to należałoby opisać, bo rzeczywiście jest tak I to chyba, myślę, Piotrze, ty najlepiej zrobisz, bo to na sławetnym, nieodżałowanym właściwie portalu Infra pojawił się tekst Wojciecha Chudzińskiego o negatywnym NDE.
[05:55:50] - W zasadzie to możemy przedstawić to najprościej tak, bo myślę, że nie możemy tego tematu za bardzo rozwinąć, bo odejdziemy od tego, co pisał Moody, ale najprościej to wygląda tak: było wielu badaczy, którzy zajęli się całością doświadczenia NDE i doszli do takiego prostego wniosku. Każde doświadczenie pozytywne ma swoją przeciwwagę w postaci doświadczenia negatywnego. Przykład: jeżeli ktoś podróżuje tunelem w stronę światła, to doświadczenie negatywne będzie takie, że ktoś wpada w niebyt, w ciemność, nie ma tam nic. Na drugim końcu tych doświadczeń są te rajskie krainy i tak dalej. Są też relacje osób, które trafiły w wymiary wyglądające jak piekło. Piekło takie, jak sobie my je w Europie wyobrażamy. Tutaj się otwiera oczywiście pole do dywagacji, jak na NDE wpływają nasze wyobrażenia religijne, jak wpływa w ogóle religijność. To jest bardzo trudne. To jest w ogóle bardzo skomplikowana sprawa, bo moglibyśmy przeciągnąć tę dyskusję. Lubię, jak niektórzy youtuberzy mówią, że moglibyśmy na przykład do samego rana gadać.
Nie wiem, czy do samego rana byśmy mogli gadać. Natomiast ja, analizując literaturę, doszedłem do takiego wniosku, że tych wątków religijnych, jeżeli badamy NDE od strony naukowej, to jest bardzo mało. Rozwinę to za chwilę, bo chciałem jeszcze, Marku, dodać kilka słów o autorze. To jest bardzo ważne. Tutaj zrobiłeś taki wstęp na temat tego, gdzie Moody się uczył, kim był i tak dalej. Ma podwójny doktorat. W ogóle autor żyje do dziś i ma się całkiem dobrze. Ma 78 lat i publikuje nieustannie książki na wspomniany temat.
[05:57:57] - Trzy żony miał. To też o czymś świadczy.
[05:58:01] - To musi być mocny zawodnik. W ogóle niektóre z tematów tych książek są bardzo luźne, tak jakby chciał wrócić na to pole, podbić piłeczkę. Ale jak powiedziałem na początku, on się troszeczkę nie może przebić do tego pierwszego składu pierwszego rzędu, gdzie jest Grayson i inni. Dlaczego? Troszeczkę ze względu na kontrowersje, które go otaczały w latach 90. Otóż po wielkim sukcesie „Życia po życiu” i kolejnych książek, kiedy on zaczął odcinać kupony, Moody automatycznie stał się celebrytą jakimś tam w tamtych czasach. I żeby utrzymać się na fali, zaczął po prostu poszukiwać uwagi. Jednym z tych elementów były takie eksperymenty psychotroniczno-psychologiczne z krystalomancją, czyli indukowaniem zmienionych stanów świadomości poprzez zwyczajne wpatrywanie się w lustro. W latach 90. on pisał już i to była chyba, Marku, próba powrotu na rynek.
Próba zbicia kapitału, dlatego że pamiętasz, jak było w „Lalce”, że jak stary Mincel nie miał jak ludzi przyciągnąć, to sobie okno wybił w sklepie, a Moody powiedział, że wreszcie sam przeżył NDE w wyniku próby samobójczej, bo miał jakieś problemy natury hormonalnej. Potem w ogóle trafił do szpitala psychiatrycznego w związku prawdopodobnie ze swoimi eksperymentami. Nie wiadomo, co się naprawdę z nim działo, ile było w tym kreacji jego menadżerów. To też w sumie trzeba zawsze brać coś takiego pod uwagę. To tylko wzmocniło głos jego krytyków, bo naprawdę od początku, od publikacji „Życia po życiu” zarzucano mu to, że on sobie trochę frywolnie żongluje faktami, że za bardzo niektóre rzeczy wyolbrzymia, ale cały czas miał na swoją obronę to, że miał tytuł naukowy i praktykę. Był też wykładowcą akademickim, także nie był to byle kto. Natomiast tu jest takie drugie oblicze i myślę, że to jest coś typowego dla Ameryki. Bo jeżeli pisałby za mądrze, jeżeli szukałby jakichś dowodów, przeczesywałby archiwa, robił badania, wywiady i tak dalej, skończyłby jak wielu innych autorów. Ian Stevenson na przykład, którego książki są ciężkie, chociaż on się zajmował reinkarnacją, którego książki są ciężkie, pełne faktów i może nie są tak popularne. To nie jest literatura popularna.
To już podchodzi troszeczkę pod naukę. To nie jest taka typowa książka popularnonaukowa. Tak samo jest z innymi. Nawet książka Pima van Lommela była taka dość ciężkawa, a tutaj mamy coś takiego lżejszego i w przypadku Moody'ego coraz bardziej lżejszego. Wydaje mi się, że on jakoś się nie może odnaleźć w dzisiejszych czasach. NDE stało się też taką płaszczyzną, gdzie liczą się ckliwe historie. Jeżeli śledzicie te różnego rodzaju opowieści z Ze Stanów Zjednoczonych. Tam musi być cały czas coś bardziej barwnego niż w poprzednich, żeby się tym ktoś zainteresował. I może to wszystko sprawiło, że Moody gdzieś w tym wszystkim się zapętlił i zniknął. Ale mimo wszystko książka pozostaje i książka nie jest taka zła.
[06:01:54] - Chciałem, Piotrze, powiedzieć, przyszło mi do głowy, że jeśli ktoś tematu nie zna, to mi się wydaje akurat w stosunku do naszej publiczności moim prywatnym nadużyciem, bo w końcu słuchają nas ludzie, którzy jednak z tematem się przynajmniej zetknęli. Ale jeśli byłaby taka osoba, która by tematu nie znała, nie zgłębiła, to myślę, że warto zacząć właśnie od „Życia po życiu”. Trochę to chronologiczne, tak jak się to ukazywało, ale to jest dobry wstęp, bo on tam, tak jak powiedziałeś, dosyć prosto skonstruował książkę. Otóż książka „Życie po życiu” to są relacje, już nie pamiętam, chyba ponad 100 różnych świadków zebrał Moody i czasami to skomasował, czasami opisuje bardzo szczegółowo poszczególne przypadki, ale na podstawie tych ponad 100 przypadków, może nawet 150, roztacza przed nami pewien obraz. To jest w bardzo prosty sposób skonstruowana książka. Wyobraźcie sobie państwo, zbieramy relacje iluś dziesięciu osób i po prostu je przytaczamy. Później oczywiście znajdujemy podobieństwa, różnice i tak dalej. To najprostszy sposób konstruowania jakiejś pracy, która ma nas zainteresować. Bo z jednej strony dostajemy prostą opowieść ludzi, którzy coś przeżyli, z drugiej strony coś na tym budujemy, ale nie budujemy w sposób specjalnie skomplikowany. Wręcz przeciwnie, raczej szukamy podobieństw i je uwypuklamy.
Pokazujemy, gdzie one są, gdzie mogłyby być. I moim zdaniem Moody w tej pierwszej książce odkrył, pewno po raz kolejny w historii świata, bo takich autorów było wielu, odkrył przepis na sukces. I być może rzeczywiście jest to związane z pewnym typem kultury, który się pojawił na Zachodzie, później przepłynął do nas. Być może z czasami, w których to miało miejsce. To tak naprawdę jest nieważne. To, co Piotr powiedział, ta książka w dalszym ciągu chyba nie straciła na aktualności. Nie, moim zdaniem na pewno nie straciła na aktualności i kto wie, czy jeszcze przez następne dziesięciolecia nie straci. A jako wstęp do zgłębiania zjawiska NDE moim zdaniem jest znakomita. Na tej książce dopiero można nadbudować sobie później kolejne fakty, można sięgnąć po kolejne książki. Dobre wprowadzenie.
[06:04:39] - Tak, ale trzeba mieć świadomość tego, że bardzo dużo się zmieniło, jeżeli chodzi o stan wiedzy na temat NDE. To znaczy cały czas mamy do czynienia z tym samym zjawiskiem, natomiast pojawiają się różne hipotezy na temat tego, jaka jest jego mechanika. Neurologia zrobiła duży krok w stronę rejestrowania aktywności mózgu ludzi w czasie NDE. I jest taki zestaw pytań, który stawia Moody, które do dzisiaj nie doczekały się odpowiedzi. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych i trudnych w zasadzie poletek dyskusyjnych jest to, na ile byli martwi ludzie, u których doszło do NDE. Czy formalnie rzeczywiście wszyscy byli jedną nogą na tamtym świecie? Kolejna sprawa, czy nie jest tak, że za tego rodzaju wizje odpowiada chociażby wzrost stężenia dwutlenku węgla we krwi, doprowadzając do halucynacji? Jest też przecież hipoteza o tym, że mózg dozuje jakieś mikrodawki DMT w momencie śmierci, aby tę śmierć złagodzić. Wreszcie dochodzimy do najdziwniejszej, moim zdaniem, hipotezy, ale lansowanej przez niektórych uczonych, że NDE to tak naprawdę naturalny mechanizm łagodzenia śmierci, że natura wymyśliła sobie zaświaty tylko po to, żeby człowiekowi się umierało łagodniej. O dziwo, wiele osób do tego przystaje z tego środowiska naukowego.
Trudno uznać mi, by przyroda stworzyła sama z siebie te wszystkie skomplikowane konstrukcje. Dlatego że tak jak powiedziałem, gdyby NDE było jakimś mirażem, jakimś snem, halucynacją czy czymś podobnym, to mielibyśmy tam cały zestaw miejsc do domysłu, cały zestaw interpretacji. Oczywiście jest tak, że ludzie religijni zawsze dopatrzą się tam potwierdzenia swoich wierzeń, że jak zobaczą świetlistą istotę, to powiedzą, że to był anioł albo Pan Bóg. Ale w rzeczywistości NDE są bardzo mało religijne. To są doznania, które ludzie opisują po prostu jako kolejne wydarzenie. I to jest bardzo interesujące. Natomiast wspomniałeś o tym prawie pierwszaka. Bo to też nie jest tak, że NDE przed Moodym nie występowało. Występowało i było opisywane pod innymi terminami, ale było. Chociażby w książkach dr Kibler-Ross, także w literaturze przedwojennej.
NDE oczywiście z tych powodów, o których mówiliśmy, były rzadsze, ale przecież bywało też tak, że ktoś się wybudził z tej zapaści i opowiadał o cudownych krainach, które odwiedził. I tak naprawdę pierwszych relacji tego typu należy szukać już w czasach starożytnych. Natomiast Moody był tym, któremu się udało. Wywąchał bardzo nośny temat i szybko w niego wskoczył, potem został poniesiony na jego fali. Coś podobnego obserwowaliśmy w przypadku von Dänikena, który niepoprawnie bywa uznawany za ojca teorii o starożytnych astronautach, a tak oczywiście nie jest. On po prostu pisał najpopularniejsze, proste, często mijające się z prawdą książki. Ale nie zniżajmy Moody'ego do poziomu tego sprytnego Szwajcara czy Niemca. Tak jest niestety w tym pisarskim świecie. Nie ten, kto napisze coś odkrywczego, uchodzi za pierwszego i niestety nie on często spija śmietankę.
[06:08:26] - Myślę, że też tutaj odegrał rolę efekt skali, bo tak jak powiedziałeś, tego rodzaju relacje się pojawiały. Natomiast w takim natężeniu jak w książce Moody'ego, to ja nie pamiętam, żeby się pojawiały. Co więcej, warto powiedzieć, że te zjawiska NDE, nazwane później NDE, były też początkiem, motorem, zapalnikiem dla literatury. I w literaturze bardzo często pojawia się motyw tego, że ktoś umierając, będąc na pograniczu życia i śmierci, gdzieś się przenosi do cudownych, niezwykłych krain. To jest motyw literacki bardzo często stosowany w fantastycznej literaturze końca XIX, początku XX wieku. On się tam pojawia. Czasami są sny, czasami rzeczywiście w grę wchodzi taki stan na pograniczu życia i śmierci. To różnie bywa. W każdym razie zostało to sprytnie przez literaturę wykorzystane. Co więcej, ja tu nie mogę się pozbyć takiej pokusy, żeby nie powiedzieć o tym, że książka Moody'ego, ale w ogóle samo zjawisko NDE niezwykle pobudza wyobraźnię i to bez względu na to, czy później nas przekonuje, czy nie, to wyobraźnia jest pobudzona.
Sam wiem, że pod koniec pierwszego dziesięciolecia XXI wieku dla czasopisma „Science Fiction, Fantasy and Horror” napisałem opowiadanie „Vaee victis”, czyli „Biada pokonanym”, które mówi o zjawisku NDE. Ono jest skomercjalizowane. To już sobie państwo wyobraźcie, o co mniej więcej chodzi, a w dodatku jeszcze ma kompletnie porypaną, aczkolwiek uzasadnioną, jeśli chodzi o narrację, konstrukcję. Otóż zaczyna się od epilogu, a kończy prologiem. A w środku jak zwykle środek, ale to ma uzasadnienie, w dodatku pozwala to opowiadanie odczytać na nowy sposób. Oczywiście pochwaliłem się bardzo chętnie, ale tak naprawdę chodziło mi o to, że samo zjawisko jest niezwykle nośne i literacko, ale też bardzo pobudza wyobraźnię, to podkreślę. Jeśli ktoś jakieś literackie zapędy ma, to być może książka Moody'ego tknie go w kierunku niezwykle ciekawej historii.
[06:11:20] - Ja tylko chciałbym dodać, że obserwujemy potem w karierze Moody'ego, kiedy on mówi, że sam przeżył NDE i zaczyna opowiadać swoją historię ze swojej perspektywy. Obserwujemy, że to jest coś, co się sprzedaje w Stanach Zjednoczonych. Pamiętacie historię Ebena Alexandra, czyli tego boleśnie neurochirurga, który też wydał dość płaczliwą książkę pełną emocji o tym, jak wszedł w zaświaty i tak dalej. Sprzedał mnóstwo kopii, ale nie ufam gościowi. Nie wiem czemu. A czemu? Dlatego, że wiem, jak oni te książki piszą. Nie chciałbym jechać po Ameryce jak masełkiem po chlebie, ale wydaje mi się, że to, co osiąga tam sukces, zawsze jest troszeczkę podbajkowione, ukoloryzowane i próbowano to zrobić z Moodym. Na szczęście przed „Życiem po życiu”. Co jeszcze warto dodać?
Książka, która wywołała w Polsce może podobną lawinę w kwestii życia pośmiertnego, to jest polskie „Życie po życiu”. Dzieło Marka Remuszko, wielokrotnie wznawiane przez wydawnictwo Nieznany Świat, które chociaż nawiązuje do książki Moody'ego tytułem, jest czymś zupełnie innym pod względem konstrukcji, a nawet gatunku. Dlatego, że składa się w zasadzie z relacji polskich świadków prezentujących bardzo zróżnicowane aspekty zjawiska NDE. Ale o tym innym razem, dlatego że ta książka również mieści się w ramach zainteresowania naszej audycji „Małpa”.
[06:13:05] - Cóż, Piotrze, w takim razie drugie wydanie „Małpy” uważam niniejszym za zakończone. Pięknie ci dziękuję. Myślę, że udało nam się przynajmniej kilka osób zachęcić do sięgnięcia po tę, powiedzmy to otwarcie, już właściwie leciwą bardzo książkę, a jednak nie zestarzała się tak bardzo.
[06:13:29] - Tak, jest wznawiana. Jakieś ostatnie egzemplarze najnowszego wydania zachowały się w sklepie Nieznanego Świata. Także zachęcam www.nieznany.pl. Są też inne książki o NDE. Także zapraszam. Pozdrawiam.
[06:13:50] - Troszkę nam się opóźnił cykl Witolda Wargasa, ale jest kolejne omówienie kolejnej opowieści ludowej. Myślę, że już państwo się przekonali, że to nie są jakieś przyśpiewki i hołubce ludowe, tylko całkiem poważna analiza historycznych opowieści ludowych, opowieści, którym blisko do baśni, do utworów fantastycznych. To jest moje zdanie, Victor Vargas znakomicie te teksty tłumaczy, patrzy na nie przez pryzmat użytkowości. Po coś te historie wymyślano kiedyś, dawno, dawno. A dzisiaj Witold Vargas próbuje nawet przejść do naszych czasów. Można się nie zgadzać z tą interpretacją, wtedy proponuję znaleźć nową. Natomiast warto się temu zjawisku, jakim są opowieści ludowe, fantastyczne opowieści ludowe, przypatrzeć. A dzisiaj dowiemy się od Witolda Wargasa oraz od Kolberga, jak powstały wiry powietrzne. Zapraszam.
[06:15:29] - Żywcem wzięte. Magia opowieści ludowych i jak je rozumieć. Skąd się wzięły wiry powietrzne? Z Kolberga i trochę z głowy. Pewnej kobiecie zmarło się nagle, a jej córka została sierotą. Mąż kobiety zaś postanowił ożenić się ponownie, bo roboty było dużo na gospodarstwie, a z jedną córką wszystkiemu by nie podołał. Wybrał sobie babę obrotną i robotną, ale też pioruńsko wredną. Miała ta baba córkę, rówieśniczkę sierotki. Wypisz, wymaluj charakter mamusi. Biedna sierotka, choć miała pełne ręce roboty od świtu do nocy, dostawała ino okruszki ze stołu, a i tego macocha jej żałowała, wołając przy każdym posiłku: „Kto to widział, żeby tyle jeść i jeść?
Jak tak dalej pójdzie, wszyscy pójdziemy z torbami!” Ojcu dziewczyny przykro było to słyszeć, ale nie śmiał się sprzeciwić nowej żonie. Bał się, że go opuści i znów pozostanie sam. W końcu przywykł do tego, że jego córka była źle traktowana, a pasierbica miała wszystkiego pod dostatkiem. Ale macocha była zazdrosna o sierotkę, bo ta choć harowała za dwie, nigdy się nie skarżyła, a na uśmiech i uprzejmości zawsze starczało jej sił. Jej przyrodniej siostry natomiast nic nie mogło uszczęśliwić. Wciąż jej coś nie pasowało, wciąż coś ją uwierało i chodziła z miną, jakby kto jej do buzi napluł. Martwiło to macochę i postanowiła, że musi się sierotki pozbyć, by uszczęśliwić swą rozpieszczoną córkę. Nieopodal wsi był młyn, w którym jak powiadano nocą diabły mąkę mełły. Nikt nie miał odwagi się tam udać po zachodzie słońca, toteż macocha wysłała sierotkę z workiem ziarna właśnie do tego młyna w samym środku nocy, bo jak twierdziła na rano musiała koniecznie mieć mąkę. A sierotka jak to sierotka, z uśmiechem na ustach dygnęła uprzejmie i zamiast kłaść się spać, wzięła worek na plecy i udała się do diabelskiego młyna.
Puściła kamienie w ruch. Już się mąka miele, a tu zjawia się przy niej elegancki pan w cylindrze i fraku, spod którego wystaje kudłaty ogon. „Cześć młoda panienko, czy chciałabyś ze mną zatańczyć?” „Jakże mam iść z tobą tańczyć, kiedy sukni nie mam?” – odparła sierotka, próbując wykręcić się jakoś. Ale diabeł tylko pstryknął palcami i sukienka się znalazła z najszlachetniejszego jedwabiu. „Czy teraz ze mną pójdziesz?” – zapytał. „Jakże mam z tobą iść, kiedy trzewików nie mam?” I trzewiki się natychmiast znalazły, sznurowane pod same kolana. I tak trwała rozmowa diabła z sierotką do samego rana. Co czart coś wyczarował, to dziewczyna wymyślała kolejne życzenie, bez którego do tańca ani rusz. A jak nastał świt, diabeł musiał zniknąć, żeby go promienie słońca nie spaliły. Wtedy dziewczyna wróciła do domu z workiem mąki na plecach i ubrana jak księżniczka.
Macocha mało nie umarła z zazdrości i dowiedziawszy się co i jak, postanowiła wysłać do diabelskiego młyna własną córkę już następnej nocy. Przykazała jej przy tym, by nie zadowoliła się strojem, tylko wyłudziła od diabła, co tylko się da. I tak wredna dziewczyna udała się nocą do młyna. Znów pojawił się diabeł w cylindrze i fraku i poprosił ją do tańca. Ta, nie zastanawiając się ani chwili, wyrecytowała całą listę życzeń jednym tchem, aż zabrakło jej powietrza. "Czy to już wszystko?" – zapytał diabeł, nie chcąc zostać ponownie wystrychnięty na dudka. Dziewczyna myślała i myślała i niczego więcej wymyślić nie mogła, więc zaczęła się martwić, że sama wróci z pustymi rękami. Diabeł pstryknął palcami tylko raz. Wszystko pojawiło się w młynie natychmiast i dodał: "Spełnię jeszcze jedno twoje życzenie podczas tańca, ale teraz chodź!" Diabeł okazał się znakomitym tancerzem. Tak wziął dziewczynę w obroty, że ta oniemiała ze szczęścia.
Zdawało jej się, że unoszą się razem nad ziemią i że nie oni się kręcą, tylko świat wokół nich z niewiarygodną prędkością, wraz z całą stertą prezentów, jakie czart wyczarował. Nadszedł świt i diabeł rzekł: "Jakie masz ostatnie życzenie? Czas nam iść do piekła." "Jeszcze nie skończyłam tańczyć" – zawołała przerażona, a diabeł, który musiał uciec przed promieniami słońca, odparł: "A tańcz sobie, tańcz. Ja mam czas. Ja poczekam." I tak tańczy ona do dziś zamieniona w wir powietrzny, a prezenty, jakie dostała, zamieniły się w suche liście. W upalne dni na polnych drogach, jeśli ją spotkacie, przypatrzcie się dobrze, jak porywa te liście z ziemi, okręca się nimi, stroi się, by po chwili załamana rozrzucić je byle gdzie. Koniec. Od razu przyznaję bez bicia – tej opowieści nie znalazłem u Kolberga w takiej wersji. W oryginale kara złej siostry jest o wiele okrutniejsza, a ja pozwoliłem sobie dostosować ją do naszych współczesnych norm i mam na to pewne usprawiedliwienie. Otóż bajki, te prawdziwe, zawsze zmieniały się tak, jak zmieniał się świat wokół.
Na tym polega ich prawdziwość, że opowiadają o rzeczach ważnych tu i teraz. Dziś zarzuciliśmy tak zwane kary cielesne. Nie wiszą już na ścianach dyscypliny, które świstały nad gołymi tyłkami naszych pradziadków, kiedy w głowie im były dziecięce psoty. Nie ma już kary śmierci, której obawiali się opryszkowie w dawnych czasach. Dzisiaj dzieciom co najwyżej zabiera się telefony, licząc, że poprawią swoje zachowanie. Czy to jest skuteczne? Nie za bardzo, ale bicie dzieci też nie było skuteczne. Za mojego dzieciństwa dostawaliśmy pasem nieraz. Parzyło jak ogień, ale już następnego dnia znów w głowie było nam rozrabiać i sprawdzać granice cierpliwości dorosłych. Więc dobrze, że dziś jest tak, jak jest i niech już tak pozostanie.
Aby tylko trwała bajka, aby nigdy nie wyginął zwyczaj snucia opowieści. Czy to przy domowym kominku, czy domowym ekranie, w teatrze, w kinie, przy letnim ognisku. Niech kręci się świat opowieści wokół nas. Niech pozwala nam marzyć, rozwijać skrzydła i rwać się do pierwszych lotów w bezpiecznych warunkach, ale niech zawsze niesie ze sobą dobre myśli. Nie wszystko dało się w bajce o wirze zmienić. Dobrze by było, żeby zła siostra, zamiast pokutować jako wir powietrzny, miała okazję, dostawszy nauczkę, poprawić się i dalej wieść życie normalnej, szczęśliwej dziewczyny. Dziś, kiedy świat staje się z dnia na dzień coraz mniejszy, kiedy ludzie na dwóch jego końcach mogą ze sobą rozmawiać za pomocą zwykłego telefonu komórkowego, trzeba nam jak nigdy wcześniej zrozumienia dla tych, którzy od nas się różnią. Musimy umieć przebaczać i traktować innych tak, jak chcemy, żeby i nas traktowano. Bo skończyły się czasy, kiedy świat dzielił się na swoich i obcych. W kurczącej się z dnia na dzień błękitnej planecie zostało już tylko jedno plemię – nasze plemię ludzkie.
Jaka może płynąć dziś nauka dla nas z tej starej bajki, kiedy ani już do młyna się nie chodzi, ani nie straszy się dzieci diabłem, który porywa do piekła? W erze konsumpcji, kiedy to wszystkiego mamy pod dostatkiem i supermarkety pękają w szwach, każdego z nas kuszą tysiące towarów reklamowanych jako jeszcze tańsze i jeszcze lepsze. Jeśli będziemy bezmyślnie kupować i wyrzucać po nich plastikowe opakowania, nasza mała planeta Ziemia może tego nie wytrzymać. Cała nadzieja, że nowe pokolenia będą dbały o nasz dom lepiej, niż zrobiliśmy to my, dorośli. Opowiadał Witold Vargas.
[06:25:22] - Proszę państwa, proszę państwa, już się późno bardzo zrobiło, a nawet bardzo, bardzo późno, a tu jeszcze ciągle nie było takiego cyklu, który już się wgryzł bardzo mocno w Bibliotekarium 2.0, a mianowicie cyklu recenzyjnego. To naprawmy ten błąd. Na pierwszy rzut "Labirynt książek", odcinek 30. Twórczość Filipa Rotha. Zapraszam zatem na "Labirynt książek" Mirosława Gołuńskiego.
[06:26:15] - Dzień dobry państwu albo dobry wieczór. W końcu nie wiem, kiedy państwo odsłuchujecie moje zaproszenie do „Książkowego labiryntu”. Dzisiaj znów trochę poeksperymentuję. To nasze trzydzieste spotkanie. Jak już państwo zauważyliście, lubię eksperymentować, kiedy mamy okrągłe liczby naszych spotkań czy okrągłe numery. Tym razem jest to spotkanie okrągłe, półokrągłe jak w przypadku dwudziestego piątego. Dlaczego dzisiaj będzie eksperyment? Kilka słów wyjaśnienia. Otóż od samego początku przyjąłem założenie, że żaden pisarz nie może pojawić się w moich rozważaniach dwa razy. Wynika to z bardzo prostego powodu.
Pisarzy są tysiące, a ja nie mam pojęcia, ile spotkań będę mógł z państwem poprowadzić. Chciałbym poprowadzić je jak najdłużej, ale to, jak wiadomo, nie tylko ode mnie zależy. Dlatego uznałem, że każde spotkanie poświęcę jednemu, jak państwo już wiecie, czasami dwóm, zdarzyło się, że i trzem pisarzom. I choć bardzo mnie boli, że na przykład nie wrócę już do Henry'ego Jamesa i nie będę mógł państwu opowiedzieć ani o „Ambasadorach”, ani tym bardziej o „Kleszczach lęku”, najwybitniejszym horrorze XIX wieku, a i nie tylko, jaki czytałem, to trzymam się twardo tej zasady. Ale dzisiaj chcę mówić o pisarzu, przy którym nie potrafię wybrać utworu, z którym państwa chciałbym jakoś zupełnie bliżej zapoznać. Dlatego w ramach pewnego eksperymentu będę mówił bardziej o całej twórczości tego twórcy, aniżeli o pojedynczym dziele. Bo naprawdę znam tych tekstów kilkanaście. Spośród 31 powieści, które napisał, nie wszystkie wyszły do tej pory po polsku. Nie wiedziałbym, którą wybrać, bo jest przynajmniej kilka, które uwielbiam, choć to czasami będzie bardzo ryzykowne sformułowanie. Bohaterem naszego dzisiejszego spotkania będzie Philip Roth.
Od razu odróżnijmy go od Josepha Rotha, austriacko-węgierskiego pisarza, który nie jest, jak twierdził sam Philip, jakoś specjalnie z nim spokrewniony, choć autor wybitnych powieści, o których za chwilę będę mówił, miał dużą predylekcję do Europy Wschodniej, zwłaszcza do Czech. Chociaż w Polsce też toczy się akcja, pojawiają się motywy polskie w jednej z powieści, w „Operacji Szylok”, do której mam nadzieję dotrzeć. Kim jest Philip Roth? To postać w Polsce chyba ciągle mniej znana, niż by się wydawało. Znany jest przede wszystkim jako skandalista i pornograf, a to ze względu na opublikowaną w 1969 roku powieść „Kompleks Portnoya”, już trzy lata później sfilmowaną, w Polsce przetłumaczoną na przełomie lat 70. i 80., potem już kilkakrotnie wznawianą. Ale właśnie łatka, jaka została przypięta do tego pisarza, to znaczy tego, który opisuje pornografię, dużo seksu, jednym słowem mówiąc, zamknęła oczy polskich czytelników, ale chyba też krytyków na znaczenie, jakiego twórczość Rotha nabrała w Stanach Zjednoczonych. Bo jest oczywiście amerykańskim pisarzem urodzonym na przełomie lat 20. i 30., bardziej 30. XX wieku w Newark koło Nowego Jorku.
To bardzo znaczące, dlatego że jego dzieciństwo było najpierw w cieniu nadchodzącej II wojny światowej i mocnego antysemityzmu, który wbrew pozorom w Ameryce był niewiele mniejszy niż w Europie. O tym pisze w niezwykłej, moim zdaniem fenomenalnej absolutnie, dużo lepszej niż u Philipa K. Dicka „Wysokiego zamku”, historii alternatywnej „Spisek przeciwko Ameryce”, niedawno sfilmowanej. Można serial obejrzeć na HBO. Następnie w cieniu II wojny światowej, w której ginie jego brat. To bardzo częsty przypadek jego bohaterów. Z kolei po wojnie jako młody człowiek o lewicowych poglądach bardzo przeżywa nagonkę McCarthy'ego, śledztwa McCarthy'ego i całą walkę z komunizmem. Temu przede wszystkim daje wyraz w powieści, do której jeszcze wrócę, bo należy ona do pewnego cyklu, o którym będę mówił, „Wyszłam za komunistę”. A później, przeżywając zarówno rewolucję seksualną, jak i wchodzenie czy oswajanie Ameryki przez Żydów. On sam urodził się w Stanach Zjednoczonych, ale jego rodzice przybyli prawdopodobnie z Rosji.
I on tym doświadczeniom z perspektywy mimo wszystko trochę żydowskiego outsidera, wbrew pozorom i wbrew temu, co często w Polsce się o Żydach myśli, opisuje Amerykę. Opisuje ją szczerze, czasami wręcz szczerze do bólu, jak to czasami mówimy. Opisuje ją w sposób satyryczny, ale też tragiczny. Owszem, seks często towarzyszy jego powieściom, ale to nie jest seks przypadkowy. Jeżeli nawet pojawia się na przykład w „Kompleksie Portnoya” – zaraz wrócę do tej powieści, by wytłumaczyć pewne nieporozumienia, które wokół niej narosły, zwłaszcza w Polsce – czy w „Teatrze Sabata”, czy w powieściach, które już w tytułach mają wpisane, czy będzie to „Dyplom z pożądania”, czy „Praska orgia”, to w każdej z tych powieści seksualność męska, wszyscy jego bohaterowie są Żydami. Przepraszam, jeden nie jest, tylko udaje Żyda, ale o tym za chwilę będę mówił. Ona jest podporządkowana pewnej znacznie głębszej myśli. Jest podporządkowana pewnej wizji Ameryki bynajmniej nie sielankowej, wbrew tytułowi jednej z powieści „Amerykańska sielanka”. Ale głównym motywem jest zamach terrorystyczny dokonany przez członkinie rodziny żydowskiej, która dobrze się wpisała w amerykański pejzaż. Na tym polega pewna ironia, która dosyć często w tych powieściach się pojawia.
Ale właśnie ten seks, jeśli jest, to jest po prostu czynność ludzka. Jeżeli wysuwa się na pierwszy plan, a czasami się faktycznie wysuwa To służy absolutnie czemuś. Coś ma w ten sposób pokazać. Właśnie tutaj wychodzi „Kompleks Portnoya”, który w Polsce wywołał skandal w momencie, gdy został po raz pierwszy wydany. To były chyba lata 80., jak mi się wydaje. Dlaczego? Dlatego że został kompletnie niezrozumiany. W Polsce psychoanaliza właściwie wtedy nie istniała. Owszem, osoby z wyższym wykształceniem humanistycznym pi razy drzwi wiedziały, kto to Freud. Studenci psychologii pewnie uczyli się o poglądach Freuda, które były absolutnie w Polsce podważane i negowane.
Czy to jest słuszne, czy nie? Ja w tym momencie od tego abstrahuję, ale Ameryka żyła psychoanalizą. To było bardzo popularne wtedy, a „Kompleks Portnoya” to narrator tej powieści, Portnoy właśnie, co wyjaśnia się na końcu. Trudno, tym razem zdradzę zakończenie, chociaż to nie jest takie istotne tak naprawdę. Tak naprawdę leży na kozetce psychonalityka i jego opowieść to spowiedź z dzieciństwa i całego życia. A jak wiadomo, w psychoanalizie Freuda seksualność, zwłaszcza wszystkie możliwe odstępstwa od heteronormy, są bardzo ważne i dlatego ta powieść w Polsce została tak źle odebrana, niezrozumiana, uznana za pornografię, bo nie zrozumiano w dużej mierze tła, które temu towarzyszyło. Pisarz ten jest tak ważnym twórcą dla Ameryki, że jako jeden z czterech czy pięciu w XX wieku doczekał się tak zwanej serii Senatu Stanów Zjednoczonych. To jest dziesięć wybranych powieści. Jestem bardzo ciekaw. Właściwie nie jestem ciekaw, a współczuję redaktorom, którzy stali za tą serią w przypadku Rotha, bo naprawdę trudno coś wybrać.
Ta seria jest wydana właśnie przez Senat Stanów Zjednoczonych. Jest to takie uhonorowanie. Tam jest Hemingway, Steinberg i Faulkner oprócz Rotha. To znaczy, że w pewnym momencie, gdy oni umarli, Roth był uważany za najważniejszego żyjącego pisarza Ameryki. Roth zmarł w 2018 roku i zamilkł. Co ciekawe, zamilkł kilka lat przed śmiercią. Skończył 80 lat. Powiedział: „Idę na emeryturę”, napisawszy 31 powieści, więc całkiem nieźle. Ja oczywiście bardzo tego żałowałem, dlatego że tak jak powiedziałem już na samym początku, ja tego pisarza po prostu uwielbiam. Wyjaśniliśmy sobie na razie jedną trudność.
O czym więc tak naprawdę pisze? Tak trochę ogólnikami płynę. Obraz Ameryki i tak dalej. O czym pisze Roth? Roth opowiada pozornie bardzo proste historie. Jest taka jego słynna trylogia. Aha, już tylko zapomniałem dodać. Przepraszam. Te dziesięć tomów wyszło w Polsce jakieś cztery, sześć lat temu w serii Wydawnictwa Literackiego, w bardzo ładnych, kolorowych okładkach, bardzo surowych, ale w sugestywnych kolorach. Przyznaję, że ja tą serię mam na swojej półce i jestem bardzo szczęśliwy, że kupiłem te tomy, bo naprawdę warto je mieć.
Ale to było dopowiedzenie. O czym pisze? Wydał trylogię, w skład której wchodzą: „Sielanka amerykańska” już wspomniana przeze mnie, również wspomniana przeze mnie „Wyszłam za komunistę” i niewspomniane, ale w tym momencie ważne, zasugerowane, ale nie podałem tytułu – „Ludzka skaza”. „Ludzka skaza” to jest jedyna powieść, której główny bohater nie jest Żydem, ale dla odmiany pod Żyda się podszywa. Dlaczego nie jest Żydem? Powstał też film z genialnym Antonem Hopkinsem w roli głównej. Dlatego, że jest czarnoskórym, jest Afroamerykaninem, ale ma tak jasną skórę, że od pewnego momentu zaczął się podawać za Żyda. Obrzezał się i okazało się, że się opłaci. Pracuje jako profesor na uczelni. To jest bardzo częsty los bohaterów Rotha, ale sam Roth również całe życie, mimo że pewnie zarabiał nieźle na książkach, i tak wykładał literaturę i pisanie literatury na uniwersytetach jako visiting professor.
Technikę miał opracowaną faktycznie do perfekcji. Wydaje nam się, że to jest prosta historia. To jest dobry przykład tego, jak Roth widzi Amerykę. Oto na jednym z wykładów specjalista od bodajże literatury antycznej, główny bohater tej powieści pozwala sobie na określenie dwójki nieobecnych młodych Afroamerykanów pojęciem, które wiele lat wcześniej uważane było za rasistowskie, ponieważ ono jest stare. Cytat z Szekspira. I zaczynają się schody, bo zostaje formalnie oskarżony o rasizm. To jest rok bodajże 2000. Za tą książkę dostał potem nagrodę. Oczywiście grozi mu relegowanie. Może uratować się przed relegowaniem, jeśli przyzna się do tego, że nie jest Żydem, tylko jest czarnoskórym i że jest Afroamerykaninem.
Ale przyznanie się do winy oznacza dla niego katastrofę, dlatego że on ożenił się z Żydówką i wyparł się korzeni. Ma dzieci, które czują się Żydami. Żona zmarła w pewnym momencie. On zostaje sam, ale staje przed takim właśnie dylematem. Ta powieść, chciałbym, żebyście zobaczyli, opowiadam ją nieco dokładniej, dlatego że ona stawia przed państwem, chcę w ten sposób postawić państwu jedne z głównych problemów. Otóż Roth opowiada o ludziach wykorzenionych, którzy próbują się zakorzenić i nigdy nie potrafią tego do końca zrobić. To jest los Żydów w Ameryce. Żydzi w Ameryce zawsze czują się obco. Dlaczego czują się obco? O tym chyba najlepiej opowiada powieść „Spisek przeciwko Ameryce”, która jest, tak jak powiedziałem wcześniej, alternatywną historią, w której znowu mamy tego głównego bohatera.
Tylko że on ma wtedy sześć lat dopiero. Mamy '39 rok. W Stanach Zjednoczonych dochodzi do wyborów prezydenckich w '40 roku, których nie wygrywa, tak jak wygrał naprawdę Roosevelt, ale Lindbergh. Lindbergh, postać autentyczna, to faszysta, pilot, który pierwszy dokonał przelotu nad Atlantykiem w jednorazowym locie. Przyjaciel, naprawdę przyjaciel Göringa, który był typowany jako kontrkandydat dla Roosevelta w '40, ale zniknął. To znaczy wyleciał gdzieś z rodziną i przepadł. Ale właśnie gdy wygrywa Lindbergh, podpisuje oczywiście umowę z hitlerowskimi Niemcami, co oznacza, że nie wybuchnie II wojna światowa. Natomiast amerykańscy Żydzi są prześladowani przez zwykłych ludzi. Zresztą sam Roth mówił, że tak naprawdę on mniej to odczuł w dzieciństwie nawet, niż to pokazuje. Natomiast odczuł antysemityzm Brytyjczyków.
Gdy odwiedzał Wielką Brytanię, to odczuł tam antysemityzm. I to było tak traumatyczne doświadczenie, że z tego wyszła jedna z najciekawszych powieści historii alternatywnych. Moim zdaniem jedna z lepszych, jakich w ogóle napisano. Tak naprawdę to jest oczywiście ukłon w stronę fantastyki. Dla amerykańskich pisarzy to nie jest żaden problem, dlatego że w Stanach Zjednoczonych granica między prozą realistyczną a fantastyczną, żadną fikcjonalną, fantastyczną jest bardzo cienka. Ale oczywiście opowiadając tę historię alternatywną, opowiada nam coś więcej. Na mnie jedno z największych wrażeń zrobiło ostatnio powieść „Nemesis”, ale kilka lat wcześniej napisał powieść o umieraniu. To jest „Everyman” z 2006 roku. Już wtedy jest 70-latkiem, jeszcze dziarskim, jeszcze ciągle piszącym. „Nemesis” wyszło w 2012.
„Everyman” to opowieść o odchodzeniu. To opowieść o starości, ale przyjmowanej godnie, pokazującej Amerykę, w której paradoksalnie nie ma nic na zawsze. Starsze osoby przenoszą się do osiedli dla seniorów, ale żeby to zrobić, muszą sprzedać swoje mieszkania czy domy w okolicy, gdzie mieszkają młodzi. Stają odcięci tak naprawdę. Oczywiście rodziny ich mogą odwiedzać, jeśli mają ochotę i czas. Oni tam sobie różne rzeczy robią, malują i tak dalej. Główny bohater „Everymana” trafia do takiego miejsca jako osoba starzejąca się. Jeszcze raz się zakochuje, ale tak naprawdę to jest podróż przez życie. Jest tym każdym homo viatorem, który podróżuje przez Amerykę śladami własnego ojca, bo odwiedza cmentarz, na którym spoczywają jego rodzice. Opowiada o umieraniu, o tym, jak traci się wszystko.
Bohaterowie Rotha często wszystko tracą. Tak jest na przykład z bohaterem „Teatru Sabbatha”. Sabbath to lalkarz, bardzo ciekawy twórca, bardzo samodzielny, który z jednej strony ma romans. Akurat tu będzie trochę więcej seksu. Ma romans z imigrantką, ale już czterdziestoparoletnią imigrantką z byłej Jugosławii, a właściwie z Jugosławii wtedy, która oczywiście zdradza z nim męża. Na samym początku tej powieści ona umiera i poznajemy jego historię życia, bo on ją jej jeszcze raz opowiada. Jej zwłokom, a tak naprawdę stojąc nad jej grobowcem czy nad jej grobem. To też opowieść o latach 70. i 80. w Stanach.
O tym, jak będąc zbyt seksistowskim, wtedy było rasistowsko, tu jest seksistowsko. Sabbath, który faktycznie uwodził młode dziewczyny i nie miał z tego tytułu żadnych wyrzutów sumienia, przegapił moment końca rewolucji seksualnej, w której to było przyjęte i przyłapany na tym jako również profesor uczelni, wylatuje z niej. Traci wszystko, bo to się mniej więcej nakładają. Żonę też zresztą straci, bo żona też już miała dosyć znoszenia jego ciągłych zdrad. Chociaż te zniosłaby lepiej. Jeszcze gorzej znosi to, że on nie ma celu i nie ma sensu w życiu, bo razem z utratą pracy na uczelni, razem właściwie z tym, że nie może dalej prowadzić swojego teatrzyku i ze śmiercią jugosłowiańskiej kochanki traci wszystko. Podobnie jest bohaterem „Dyplomu z pożądania”, który wychował się w hotelu, który mieli jego rodzice. Gdy dorasta, ze względu na koniunkturę polityczną i ekonomiczną muszą sprzedać ten hotel. I na starzenie się. Rodzice sprzedają ten hotel, a on traci dzieciństwo, traci zakorzenienie w świecie.
Jak więc państwo widzicie, to są proste historie, najprostsze na świecie, a jednocześnie one są bardzo głębokie. One są wielopoziomowe. Dlatego nie potrafię wybrać, bo jak państwo widzicie, omówiłem już państwu kilka powieści Philipa Rotha i naprawdę mógłbym o nich opowiadać długo, bo naprawdę to są wielkie teksty. Tak jak mam doroczne czytanie jednego tomu „Wiedźmina”, tak samo mam doroczne czytanie jednego tomu prozy Rotha. Oczywiście, o ile „Wiedźmina” już zdążyłem przeczytać pewnie ze dwa razy, to Rotha oczywiście jeszcze nie skończyłem, bo jeszcze parę powieści na mnie czeka i strasznie się na to cieszę. A jak się skończą, to faktycznie zacznę je czytać od nowa. Zajrzę jeszcze raz do „Cienia pisarza”, niezwykłej powieści o historii alternatywnej. Główny bohater tej powieści, Zuckerman zresztą, to taka postać, która przewija się przez bodajże osiem czy dziewięć jego utworów. Nie Zuckerberg, a Zuckerman, żeby nie było nieporozumień. Wydaje mu się, że spotyka dorosłą Annę Frank.
Pamiętacie państwo na pewno historię o Annie Frank i jej dzienniku. Ona sama zginęła w Ravensbrück. On opowiada o tym, że ona przeżyła, bo tak jak u wielu innych pisarzy żydowskich, u Czajbena, u Laviego Tidhara, o którym będę państwu niedługo opowiadał, bo to też niezwykle zdolny i świetny pisarz. Ten projekt: czy można było coś zrobić? Czy można było kogoś uratować lub nie uratować? Co by się stało, gdyby? Jest ciągle wielkim problemem. Przynajmniej był. Ale akurat Tidhar jest pisarzem względnie młodym, bo jest młodszy ode mnie. To jest 45-latek i tak naprawdę dotyka tego z innej strony, ale myśli o tym samym.
O tym, że Zagłada pozostawiła głębokie ślady i wyrwę w narodzie żydowskim czy w społeczności. W związku z tym nawet dwa, trzy pokolenia później, czy tak jak w przypadku Rotha, który był bezpieczny bo Bo mieszkał w Ameryce. Miał to szczęście, że akurat jego rodzice wyjechali do Ameryki i on się już urodził. Co prawda w biednej rodzinie w Newark, ale jednak bezpiecznej. Czują ciągle odpowiedzialność za to, co się stało, czy raczej zmagają się z tym, co się stało. Zmagają się z duchami przeszłości. Oczywiście Roth nie stroni od polityki. Chyba najbardziej polityczną jego powieścią jest „Nasza klika”. Ciekawa historia, dlatego że on strasznie nie lubił Nixona i oczywiście w powieści obsmarował go straszliwie. To jest powieść bardzo satyryczna, króciutka, złośliwa niemiłosiernie.
Ale jeżeli chcemy ją czytać dziś, musimy zdać sobie sprawę z jednego. On ją wydał mniej więcej rok przed aferą Watergate. A tak naprawdę w pewnym sensie on aferę Watergate w tej powieści przepowiada. Nie konkretnie. Oczywiście nie chodzi o to, że przyjdą dziennikarze i wykryją, co się dzieje w sztabie wyborczym prezydenta, czy w ogóle w sztabie prezydenta. Nie, to nie w tych kategoriach. Ale sposób działania, a on przecież nienawidził go szczerze, ponieważ był przeciwnikiem jego działań politycznych. Jest wręcz niewiarygodne, jak ta powieść obnaża amerykańską politykę. Zostajecie więc państwo na dzisiejszym naszym długim spotkaniu. Ale też pisarz wielki i próbuję zamknąć go w takich ramach, które zachęcą państwa do lektury.
Bo ja oczywiście namawiam państwa, zarówno staram się państwu pokazać, jak czytać literaturę, ale również namawiam państwa. Oczywiście mam nadzieję, że sięgacie czasami chociaż po powieści, o których opowiadam. I dramaty. Raz mi się zdarzyło. Czasami jakieś zbiorki opowiadań. A Philipa Rotha polecam. On oczywiście jest bardzo amerykański. Tylko że tam nie ma American Dream. Wręcz przeciwnie, on jest bardzo gorzki. Wiele jego powieści wcale nie kończy się jakimiś super happy endami.
Wręcz przeciwnie. Właściwie za każdym razem, nawet jeżeli odnosi się pozorne zwycięstwo, tak jak w „Ludzkiej skazie” udało się głównemu bohaterowi wyjść z getta afroamerykańskiego i zostać żydowskim profesorem na uniwersytecie, to i tak płaci się za to koszmarną cenę. Portnoy, od którego zacząłem tę opowieść, odnosi sukcesy, ale przychodzi do psychoanalityka, bo sobie nie radzi sam ze sobą. Takim właśnie zamknięciem kolistym, powrotem do tej powieści, która dała mu sławę, kończę dzisiejsze spotkanie z państwem i zapraszam państwa za tydzień. Jak zawsze, jeżeli macie państwo jakieś pytania, jeżeli chcielibyście wiedzieć coś więcej, to po prostu piszcie. Do zobaczenia.
[06:47:49] - Proszę państwa, to od razu idźmy za ciosem. Zatem recenzarium Vivy z bardzo popularną książką. Myślę, że część z państwa doskonale tę książkę zna. „Ronja, córka zbójnika”. Zapraszam.
[06:48:32] - Wita się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska. Na pewno każdy zna nazwisko Astrid Lindgren. Myślę, że mało kto się spodziewał jej akurat w tym zestawie, który tu prezentuję. A jednak. Wiele książek tej pisarki można zaliczyć do gatunku fantasy. W końcu pojawiają się tam różne bajkowe istoty albo nadzwyczaj mocne dziewczynki, które potrafią podnieść konia. Ale są to oczywiście bajki dla dzieci, w najlepszym razie dla starszych dzieci. Czy to jednak znaczy, że są mniej wartościowe? Podejrzewam raczej, że nie. Nawet wręcz przeciwnie.
W czasach, kiedy tworzyła Astrid Lindgren, nie karmiono dzieci byle czym. Książki dla nich musiały odznaczać się wartościami literackimi i być po prostu dobre. Nie tolerowano żadnych odpadków. Dlatego też do dzisiaj książki tej pisarki są niezwykle cenione. Może nie wszędzie, bo akurat w jej rodzinnej Szwecji teraz planuje się usunięcie jej z bibliotek, ponieważ może urazić czyjeś uczucia. Doprawdy nie wiem, kto mógł wpaść na tak idiotyczny pomysł. Ale jaką to książką zajmiemy się dzisiaj? „Ronja, córka zbójnika”. Tak naprawdę nie wiem, czy to się akurat tak wymawia. Nie znam szwedzkiego, ale powiedzmy, że właśnie tak.
O czym więc mówi ta książka? Podczas strasznej burzy, która szaleje nad ponurym zamczyskiem będącym siedzibą bandy zbójców, przychodzi na świat mała dziewczynka, córka wodza Mattisa. Mattis szaleje ze szczęścia, że ma córkę. Reszta zbójców też się z tego cieszy, bo w końcu w ich ponurym życiu pojawia się mały promyk słońca. Ale czas mija, dziewczynka rośnie i w końcu zaczyna sama włóczyć się po lesie. Poznaje tam różne bajkowe stwory, jedne groźne, tak jak wietrzydła, inne mniej groźne czy nawet zgoła przyjazne, tak jak głupawe pupiszony. Ale pewnego dnia natyka się też na istotę zupełnie nieoczekiwaną. Jest to jej rówieśnik, chłopiec imieniem Birk. Co więcej, okazuje się, że mieszka on w drugiej połowie zamku, która została oddzielona przez uderzenie pioruna. Mieszka tam razem ze swoim ojcem Borką i jego bandą.
Od wielu lat Mattis i Borka są ze sobą skonfliktowani i kiedy akurat kogoś nie rabują, to biją się między sobą. Łatwo się domyśleć, że mając za sąsiada największego wroga, Mattis nie będzie szczególnie zadowolony. Ronja początkowo też nie, ponieważ wychowana przez Mattisa i jego zbójców nauczyła się nienawidzić Borki. Z czasem jednak to uczucie nieco słabnie. W końcu jest dzieckiem, a dziecko potrzebuje innych dzieci. A gdzie ich znaleźć w ponurym górskim lesie, w zamku, w którym mieszka tylko 12 zawszonych, kudłatych zbójców, ich wódz oraz jego żona? „Ronja, córka zbójnika” to książka bardzo osobliwa, bo Astrid Lindgren nie poszła najłatwiejszą drogą. Mattis nie jest Janosikiem ani dzielnym Robin Hoodem. To po prostu zbój. Zbój, który rabuje wszystkich i właściwie wszystko mu jedno kogo.
I właśnie Ronja w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że wcale nie chce być taka jak jej ojciec. Nie widzi w tym nic romantycznego ani nic wielkiego. Astrid nie zrobiła ze zbójów pozytywnych postaci. Owszem, bywają sympatyczni. Na pewno kochają swoje dzieci, bo właściwie każdy kocha swoje dzieci, ale to tak naprawdę źli ludzie. I to właśnie pokazała dzieciom. Zamiast mamić kolorowymi mitami o dzielnych, szlachetnych rozbójnikach wspomagających biednych. Wyraźnie napisała, że coś takiego to bujda z krzanem. Ale to stanowi tylko tło. Na pierwszym planie jest Ronja oraz Birk.
Dwoje dzieci, które muszą znaleźć swoją własną drogę i muszą też przeciwstawić się rodzinie. To bardzo mądra książka. Nie mówiąc już o tym, że jest bardzo dobrze napisana, ogromnie ciekawa i tak naprawdę również dorośli mogą ją czytać, bo właściwie dlaczego nie? Jak napisał Jerzy Broszkiewicz w swojej książce, której omówienie też się z czasem pojawi, mam na myśli „Kluska, kefiri tutejszy”: „Jeżeli wstydzisz się bajek, to najlepszy dowód, że nie wyrosłeś jeszcze z dziecka”. Kiedy nas dorosłych znuży czasami nasze poważne życie, pełne odpowiedzialności i obowiązków, właśnie wzięcie do rąk książki Astrid Lindgren albo innego pisarza tego kalibru może przynieść nam wytchnienie i uśmiech tak bardzo potrzebny w codziennym życiu. Nie zapominajmy o tym i nie wstydźmy się czasem poczytać czegoś, co, jak powszechnie się mówi, dobre jest tylko dla małych dzieci. Może niezupełnie małych, ale w każdym razie nie dorosłych. To nam pozwoli obudzić nasze własne wewnętrzne dziecko i dzięki temu wrócić do równowagi. Żegna się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska.
[06:53:40] - Nadszedł ten moment. Późną nocą pojawia się z dalekiego Tajwanu Piotr Plebaniak. I znowu rozmawiamy o prawidłach budowania oraz niszczenia imperiów. Zatem zaczynamy. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:54:01] - Dzień dobry. Bardzo gorąco pozdrawiam z Tajwanu, na którym jest zimno. Niestety zrobiła się plucha i zimno jak w kieleckim. Jest takie powiedzenie. Nie wiem, czy dobrze przytoczyłem.
[06:54:12] - Nie do końca, ale może tak szczegółowo go nie przytaczajmy, bo zawsze jakieś ucho nas podsłuchuje. Dzisiaj mamy taką regułę, nad którą się naprawdę trzeba, przynajmniej z mojego punktu widzenia, głęboko zastanowić. Cytuję: „Im bardziej wychylenia zagrażają egzystencji systemu homeostatycznego, tym łatwiejsze jest przewidzenie jego opcji decyzyjnych”. Zamurowało mnie.
[06:54:47] - Tak. Jesteśmy w grubej filozofii, więc musimy zapoznać się z takimi koncepcjami, które powstały w chińskim neolicie niemalże. Trudno to stwierdzić, ale generalnie tak należy założyć. Mówię o doktrynie środka. Mówię o stabilności systemu, bo ci kombinatorzy, którzy siedzieli przy ognisku i żarli na wpół surowe mięso gdzieś w środkowym dorzeczu Rzeki Żółtej, wymyślili coś, co nasza współczesna nauka dopiero odkryła w ciągu ostatnich, powiedzmy, 200 lat. Chodzi o myślenie systemami. Myślenie systemami to jest pierwszy esej z drugiej części książki „Siły psychohistorii” i chodzi o zrozumienie tego, że system to jest coś znacznie więcej niż suma części, które składają się na jego istnienie. To jest poniekąd podobne do idei synergii. Synergia to jest działanie czynników, które jest znacznie większe niż prosta suma arytmetyczna tych czynników. To znaczy, jeżeli na przykład mamy jakąś substancję chemiczną, która wchodzi w reakcję z inną i przy okazji dodajemy jakąś odrobinkę katalizatora, jakąś trudną do wymyślenia substancję bez eksperymentu i nagle okazuje się, że efekt jest ultragwałtowny, na przykład następuje wybuch, to właśnie jest, mówiąc w maksymalnym uproszczeniu, efekt synergii.
Czyli efekt następuje nieproporcjonalnie większy od zmiany tych parametrów eksperymentu czy też wykonywanych czynności. Wracając do teorii systemów, powiedzmy tak górnolotnie i poważnie, w starożytności chińskiej odkryto właśnie doktrynę środka, która sprowadza się do tego, że należy unikać skrajności, dlatego że skrajności przynoszą nieprzewidywalne, niemożliwe do predykcji- Zmiany stanu systemu, mówiąc współczesnym językiem, a mówiąc językiem starożytnym chińskim, który uwielbia przeskakiwać z jednego do drugiego, jak Czytelnicy i słuchacze wiedzą. Mamy system, który można wyobrazić sobie za pomocą sposobu jego działania, funkcjonowania, filozofii jego działania, można tak powiedzieć, tym chińskim znakiem yin i yang. Czyli mamy to kółeczko biało-czarne z tą kropeczką, które wygląda jak liczba 69 i na tym białym polu jest taka kropeczka czarna, a na czarnym polu jest kropeczka biała. Cała sprawa polega na tym, że wszystkie fenomeny natury, czyli wszystkie zdarzenia, wszystkie procesy, jakie są w naturze albo parametry rozmaitych systemów, które istnieją w naszym świecie dookoła nas. My też jesteśmy systemami, homo statami, bardziej precyzyjnie, a niektórzy są homo sapiens. To już nie będę odchodził od tematu, bo chciałem pożartować, ale to następnym razem pożartuję. Natomiast co reprezentuje ten symbol graficzny wywodzący się z chińskiej starożytności, który my przypisujemy, Chińczycy w większości też taoizmowi, aczkolwiek jest to nauka kosmologiczna, która jest o stopień wyżej, jeśli chodzi o szczegółowość. Takie gatunki mamy: kot, tygrys, kot domowy, tygrys, lampart i tak dalej. To są wszystko kotowate, prawda?
Po polsku słowo zapomniałem, genus, czyli ten nadrzędny typ zwierzęcia. Jak to się mówi? Pamięta pan?
[06:58:19] - Nie, bo już dawno tę biologię miałem. Wie pan, były rodziny, były gatunki, były różne takie rzeczy, ale tego już nie ogarniam.
[06:58:28] - Coś w tym stylu, tak. Więc generalna zasada, wracając do tej chińskiej starożytności, jest taka, że te systemy przechodzą od swojego największego natężenia do swojego najniższego natężenia w jakimś przewidywalnym cyklu. I nawet w największym swoim natężeniu jakieś zjawisko zawsze ma już zaczątek swojej odwrotności. Najprostszym przykładem, takim powiązanym z historią wojskowości, o której w gruncie rzeczy jest większość moich książek, jest armia, która jest gotowa do obojg, która osiąga maksimum swojej zdolności bojowej. Ale takie osiągnięcie maksimum zdolności bojowej wymaga dużo energii, prawda? Czyli paliwa, czyli czujności żołnierzy, którzy się męczą i muszą jeść pervitin na przykład. Mogę panu przysłać pervitin przesyłką poleconą. Panie Marku, jaki adres?
[06:59:11] - Nie, no ja dziękuję. To nie jest smaczne.
[06:59:16] - On wie, co to jest pervitin. To jest metaamfetamina, którą raczyli się niemieccy żołnierze w czasie II wojny światowej. Skąd pan wie? Kolega powiedział czy sam pan wie, że nie jest smaczne?
[06:59:28] - Przemilczmy.
[06:59:28] - Przepraszam. Chciałem pożartować w tym kierunku, ale wróćmy do tematu, bo to jest absolutnie ważna sprawa, żeby zrozumieć, co się wokół nas dzieje. Więc system, jakim jest armia będąca w pełni gotowości bojowej, szybko wyczerpuje tą swoją energię i wpada w wyczerpanie, traci tą pełną zdolność bojową. Żołnierze są zestresowani i muszą odpocząć gdzieś na tyłach. Amunicja musi być uzupełniona, paliwo musi być dostarczone z powrotem na linię frontu. Czyli mamy odwrócenie tej tendencji. Coś, co było w szczycie swoich możliwości oddziaływania na przeciwnika, negatywnego oczywiście, dla przeciwnika. Dla siebie pozytywne to było, jak się przeciwnika zabije na przykład. Natomiast wracamy do tego cyklu, kiedy ona traci to, osiąga minimum, nagle następują procesy odnowienia zdolności bojowych i znowu zyskuje tą pełną zdolność, czy też maksymalną, mówiąc precyzyjnie. Więc mieliśmy coś takiego do czynienia w czasie bitwy pod Grunwaldem.
Proszę zobaczyć, co się zdarzyło. Ponieważ ja mam urodziny w rocznicę tej wspaniałej wiktorii Polski, to akurat pamiętam świetnie szczegóły lepiej niż innych bitew. I o co poszło? Polacy mogli nocować w miejscu, w którym nastąpiła bitwa następnego dnia, natomiast Niemcy doszli do tego miejsca bitwy forsownym marszem przez całą noc. Więc proszę zobaczyć, że, i tutaj wpada kolejna chińska koncepcja, już bardziej militarna, że to, co jest wyczerpane, czyli coś jest w tym najniższym punkcie gotowości bojowej, czyli Krzyżacy wyczerpani nocnym marszem jeszcze potem musieli odstać swoje w słońcu według kronik historycznych. Natomiast nasi czekali sobie w zacienionym lesie i generalnie to w domyśle przeważyło nad tym, że było tym multiplikatorem zdolności bojowej Polaków, wojsk polsko-litewskich i daliśmy Szkopom łupnia. Przepraszam, emocjonalne to jest. Przepraszam. Ale daliśmy im łupnia. Więc na tym to polega.
I teraz niech pan zechce powtórzyć jeszcze raz całe prawidło.
[07:01:35] - Im bardziej wychylenia zagrażają egzystencji systemu homeostatycznego, tym łatwiejsze jest przewidzenie jego opcji decyzyjnych.
[07:01:46] - I tu dochodzimy do najważniejszej rzeczy. Ktoś, kto jest zapędzony w kozi róg. Albo inaczej, czym jest wolność? Jeszcze możemy zadać takie pytanie. Ktoś, kto jest zapędzony w kozi róg, ma ograniczoną ilość opcji działania. Ten, kto jest na przykład bogaty, wpływowy w swoim środowisku społecznym albo w środowisku biznesowym, dzięki pieniądzom, które posiada, ma o wiele więcej tych możliwości działania. Czyli na przykład jeżeli ja jestem ojcem, żona zaraz urodzi trójkę dzieci, to ja nie mam innego wyjścia niż zasuwać na dwie zmiany po to, żeby na te dzieciaki zarobić i żeby miały jakieś godne życie. Czyli wachlarz moich opcji działania, czyli wyjechać na wakacje albo na przykład zacząć pisać książkę, która ma jakieś wątpliwe szanse na zwrot finansowy całego nakładu. Wszystko to musi lecieć w kąt i koncentruję się tylko i wyłącznie na tych zdarzeniach, które w sposób najbardziej prawdopodobny przyniosą mi dostateczne środki finansowe do tego, żeby wykarmić rodzinę. Na tej samej zasadzie przeciwnik, który jest w trudnej sytuacji taktycznej czy strategicznej, musi wyrwać się z okrążenia.
Jeżeli go okrążamy, powiedzmy, że mamy bitwę pod Stalingradem w 1941 roku. Przepraszam, 1942. W chwili, w której Niemcy zostali okrążeni, mieli tylko kilka możliwości, żeby to okrążenie przerwać. Są określone strefy podejścia od zewnątrz, żeby przyjść na odsiecz oblężonym i ci oblężeni mają określone kierunki, w których najłatwiej, najefektywniej albo najmniej ryzykownie jest to oblężenie przerwać od środka. W związku z tym to są właśnie te miejsca, w których Rosjanie powinni zintensyfikować swoje działania, które mogłyby pokrzyżować Niemcom te plany w rozmaity sposób, mniej lub bardziej podstępne. Dochodzimy do tego, prawda? W chwili, w której egzystencja jakiegoś homeostatu, w tym wypadku mówimy o armii, ale homeostatem jest człowiek, społeczeństwo, naród zamieszkujący jakieś państwo narodowe czy jakiś obszar, które po to, żeby odeprzeć inwazję, musi zbudować jakąś kontrsiłę typu militarnego do tego, żeby przeciwstawić się tej inwazji. Jeżeli jest inwazja nie militarna, tylko inwazja przez subwersję ideologiczną, to należy wykształcić takie cechy, które spowodują powiększenie zdolności do kooperacji wewnętrznej tego systemu. Mówiliśmy wielokrotnie na temat tego przy omawianiu sił psychohistorii. Nie wiem, panie Marku, czy dobrze wyjaśniłem, czy źle.
[07:04:33] - Myślę, że dobrze, ale to w dalszym ciągu materia skomplikowana mimo wszystko.
[07:04:38] - Tak, to jest trudne koncepcyjnie. To prawda.
[07:04:40] - Więc chyba materiał jak dla Sztyrlica do przemyślenia. Zadanie domowe. Pan lubi zadawać zadania domowe, więc to chyba ewidentnie na takie zadanie się nadaje.
[07:04:51] - Tak. A propos zadań domowych, powiedzmy też słuchaczom „Bibliotekarium”, że chwilowo ogłosiłem amnestię co do limitu wygranych książek w okresie roku. I w telegramie, który dzisiaj, 16 maja zostanie wyemitowany, mamy nową zagadkę, tak że zapraszamy. Natomiast wracając jeszcze do tych systemów. Systemy mają określone taktyki utrzymania swoich parametrów wewnętrznych i zdolności oddziaływania na parametry zewnętrzne, ale także na zachowanie innych systemów, które są wrogie albo przyjazne, albo mają skłonność do kooperacji z nami, z tym systemem naszym, albo mają skłonności do przeszkadzania i konkurowania o te same zasoby. W związku z tym, jeżeli tych zasobów jest mało, nie starczy dla wszystkich systemów, wtedy jest jasne, że te systemy zaczną zachowywać się bardziej agresywnie i zaczną bardziej konkurować i zaczną postrzegać świat w kategoriach gry o sumie zerowej. Czyli jak jeden wygra, to tylko kosztem drugiego. Wtedy, kiedy jest niedobór zasobów. Wtedy, kiedy jest nadmiar zasobów, to systemy, czyli ludzie na przykład, w roku, w którym jest nieurodzaj, źle obrodziły zboża, ziemniaki zgniły, bo były deszcze na wiosnę i nagle ludzie zaczynają patrzeć na siebie wilkiem. Więc obserwując jakiś system i rozumiejąc, czy ten system sam postrzega swoją sytuację jako sytuację zagrożenia, możemy stwierdzić, czy będzie postrzegał świat w kategoriach gry zerowej albo niezerowej, czyli tego, że musi konkurować z innymi w sposób drapieżny i nie do końca etyczny, czy też może sobie pozwolić na posiadanie etyki i mniej agresywne zachowanie, to obserwując taki system i obserwując parametry jego przetrwania, możemy zrozumieć jego motywy.
Homeostat może nie być istotą świadomą, ale może mieć motywy w tym sensie, że może zachowywać się w określony sposób. To jeszcze bardziej skomplikowane jest, ale już zaczynam mówić językiem Lema. Już zupełnie wychodzimy na wyżyny filozofii. Bardzo przepraszam.
[07:07:04] - No cóż, zatem zadanie domowe zostało zadane, proszę państwa, czas na przemyślenia. A ja, panie Piotrze, pięknie dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[07:07:15] - Ja też dziękuję. Do usłyszenia. Życzę utrzymania homeostazy w maksymalnie optymalnych warunkach wszystkim słuchaczom i panu Markowi też oczywiście.
[07:07:23] - No cóż, proszę państwa, dotarliśmy do końca. Czas powiedzieć, co w przyszłym tygodniu. W przyszłym tygodniu mamy spotkanie z Pawłem Siedlarem. To jest pisarz, który w swojej twórczości posługuje się różnymi... Szukam słowa. Widzicie państwo, pora późna to już i słowa nie przychodzą od razu z rękawa. Posługuje się zarówno grozą, jak i fantastyką, jak i opowieściami współczesnymi. W każdym razie pisarz wielostronny, wielowymiarowy zdecydowanie. Powiem tylko, że zaczął pisać dosyć późno, bo około 40 to dla pisarza nie jest wiek młodzieńczy. Dla człowieka to jeszcze tak, ale pisarz już w tym czasie na ogół bywa rozpisany.
Ależ też mi banał wyszedł kompletny. Dobra, pora późna. Czuję się usprawiedliwiony. W każdym razie Paweł Siedlar urodził się w Krakowie i tam spędził dzieciństwo. Ciekawe to dzieciństwo, o tym usłyszycie państwo w audycji. Nawet powiedziałbym, że chwilami takie dzieciństwo, które mrozi krew w żyłach. Dorastał też trochę na Podhalu. W życiu imał się rozmaitych zajęć. Na przykład był Pracował na lotnisku, ale wykonywał też szereg innych zajęć. To pewno w rozmowie również padnie.
W każdym razie, jak to sam powiada, żadnej pracy się nie boi. Od wielu lat mieszka w Warszawie. Powiedziałem już, że pracował na lotnisku Okęcie, a jego opowiadania były drukowane w czasopismach, chociażby takim czasopiśmie jak „Feniks”, ale też w antologiach. Przypomnę między innymi antologia Fabryki Słów „Deszcze niespokojne”. Jest autorem dwóch powieści, jednego zbioru opowiadań, scenariusza horroru zakupionego przez TVN. Niestety nie zrobili, ale na szczęście autor przerobił ten scenariusz na opowiadanie, więc kto chętny może to opowiadanie przeczytać, a tytuł opowiadania padnie w przyszłym tygodniu. Jak sam mówi, w szufladzie przechowuje zbiory opowiadań, które chce zachować, tu cytuję, sam mówi: „na czarną godzinę impotencji mózgowej lub wzmożonego, a nieodpartego lenistwa”. Z innych spraw przybliżających autora to uprawia narciarstwo zjazdowe i turystyczne, strzelectwo, łucznictwo, włóczęgostwo po nieprzyjaznych miejscach, a także samotne pływanie na dalekie dystanse. Lubi rąbać drewno, pić piwo, prowadzić uczone filozoficzne dysputy na tematy wszelakie oraz słuchać Toma Waitsa. Nie lubi relatywizmu i poprawności.
Uważa je za szalbierstwo, oszustwo, tchórzostwo oraz przyczynę większości zła tego świata. To spotkanie z Pawłem Siedlarem. Jeszcze powiem, że będzie też kolejne spotkanie. Taki cykl się nam zrobił. Spotkanie poświęcone sztucznej inteligencji. To tyle tytułem zachęcajek na przyszły tydzień. Zapraszam na 34. wydanie „Bibliotekarium 2.0”, a teraz już pięknie się z państwem żegnam. Życzę dobrej nocy. Pozdrawiam.
Do usłyszenia.
[07:11:22] - Mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”, „Radio Paranormalium” – paranormalny głos w twoim domu i „Book Radio” oczywiście również. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów „Radia Paranormalium” i „Book Radia”.