[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Kolejny piątkowy wieczór z książkami i nie tylko przed nami. Właśnie teraz zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”. Po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski i chyba jakiś strasznie niesfornie się zachowujący pewien pakiet biurowy. Prawda, Marku?
[00:47] - To prawda. Dzień dobry państwu, a nawet dzień dobry wieczór. Tak właśnie przed audycją troszeczkę z Ivelljosem rozmawialiśmy, że niezbadane są ścieżki, którymi podąża ten cały szmelc elektroniczny, który nad nami chwilami przejmuje władzę. Otóż mam całkiem legalny, oficjalny i wspaniały pakiet Office, bodajże 2003. To przecież już zabytek, 20 lat ma. W związku z tym, jak sobie go zainstalowałem na swoim świeżutkim, nowiutkim i wspaniałym komputerku, od tego czasu ten pakiet Office gryzie się z tym pakietem Office, który jest w tej chwili jedyny, legalny i niepowtarzalny i wspaniały, czyli ten nowszy, ten sieciowy. Średnio plik wordowski otwiera mi się tak z minutę, półtorej. Tyle mu zajmuje otwarcie się. Poza tym komputer śmiga jak głupi. To nie są żadne problemy związane z brakiem miejsca, z procesorem czy z czymkolwiek innym.
Po prostu pakiet Office ma inne zdanie na temat prędkości. Może się mylę, może zrzędzę zupełnie niepotrzebnie. Nie wiem. Był czas przywyknąć. Przywykłem. A w ogóle, proszę państwa, powoli odchodzę po raz drugi od pisania w Wordzie. Reaktywowałem swój program Scrivener. Muszę powiedzieć, że odkrywam jego nowe zalety. Był taki czas, że zrezygnowałem z niego po momencie entuzjazmu, nawet dłuższym momencie entuzjazmu, po napisaniu przynajmniej dwóch książek w Scrivenerze. W pewnym momencie okazało się później, że to była moja wina, a nie zapisał mi pewnego ważnego pliku, dlatego, że w poprzednim komputerze miałem dysk tak przeładowany, że nie miał gdzie go zapisać po prostu.
I poszło ileś tam dni pracy. Zniechęciłem się. Powinienem się tak naprawdę zniechęcić do siebie i przerazić własną głupotą, ale obraziłem się na Scrivenera. Teraz, kiedy mam komputer z potężną przestrzenią dyskową, znowu się ze Scrivenerem zaprzyjaźniliśmy i odkrywam jego zalety, tak jak już mówiłem, coraz większe i coraz więcej tych zalet odkrywam. Także chyba z Wordem się za jakiś czas pożegnamy. Prawda jest taka, że i tak później całą książkę, jak się napisze w Scrivenerze, to i tak później trzeba importować do Worda, bo inne wydawnictwa, inne i te całkiem nie inne, nie chcą innych plików. Chcą mieć pliki doc albo rtf i nic innego ich właściwie nie interesuje. Więc tak jak powiedziałem, całą książkę pisze się w innym programie, a później i tak wszystko kończy się na pakiecie Office. Ale się nagadałem na ten temat. Wiecie państwo, to niezgodnie z planem, bo teraz, proszę państwa, jest czas na początku audycji na polecanki.
To bądźmy konsekwentni. Do kogo ja mówię? Niech ja będę konsekwentny i zajmę się tymi polecankami. Dzisiaj zajmiemy się polecankami, a właściwie wydawnictwem Odessa. To jest wydawnictwo, które wydaje książki ciekawe, aczkolwiek jedyne, na co można, proszę państwa, narzekać, ale myślę, że to tylko na razie, to że trzeba się naszukać w sieci, żeby te książki znaleźć. Ja podam państwu bardzo prosty patent. Wpiszcie sobie państwo w Google wydawnictwo Odessa i tam państwo pełną ofertę tego wydawnictwa znajdziecie. A jakież to książki chciałbym polecić? Polecić chciałbym książki cieplutkie, nowiutkie i zupełnie takie nówki, nierdzewki. Pierwsza z tych książek to tytuł, który nic państwu nie powie.
Mnie też nic nie mówił, ale na szczęście trzymam tę książkę już na półce. Jest w kolejności do czytania, ale nie wytrzymałem i przeczytałem początek, żeby mieć czyste sumienie i polecać państwu tę książkę. I mam czyste sumienie. Zaczyna się rewelacyjnie. To jest książka „Powroty” dwóch autorów: Adama Pietrasiewicza i Wojciecha Bogaczyka. Cóż, wyobraźmy sobie taką sytuację: jest II wojna światowa, jest rok 1939. Rzeczpospolita jest atakowana. Ta II Rzeczpospolita jest atakowana przez Niemcy, Rosję bolszewicką, Słowację, nacjonalistów ukraińskich, a także litewskich. W każdym razie nie jest wesoło. W dodatku sojusznicy zdradzają, nie przybywają z pomocą.
Tak wyglądała historia. A w przypadku książki „Powroty” mamy do czynienia z inną wersją historii. Czy mogło być inaczej? Czy można było uniknąć tej hekatomby ludności cywilnej, utraty terytoriów razem z ich zasobami naturalnymi oczywiście oraz mieszkańcami? Czy można było nie dopuścić do utraty niepodległości na kornelejne kilkadziesiąt lat? Bo jakby się to zsumowało, okupację hitlerowską, a później światłe rządy komuny, neokomuny, budowę socjalizmu w Polsce, to się zrobiło z tego kilkadziesiąt lat. Czy te sojusze zawarte przez II Rzeczpospolitą w 1939 roku tak naprawdę mogły zadziałać? Czy też zawsze doprowadziłyby do nieszczęścia? O tej książce, o tej sytuacji tak napisał Maciej Parowski: „Przemiany sojuszy dokonywane przez II Rzeczpospolitą w 1939 roku przynoszą na Polskę jedynie nieszczęścia, bo w 1939 roku nie było już dobrych wyjść”. Tak napisał Maciej Parowski.
Cóż jeszcze o tej książce „Powroty”? To jest znakomita lektura dla ludzi lubiących prozę przygodową, taką z pogranicza historii, polityki i oczywiście fantastyki. Macie tu państwo takie doskonale znane, w każdym razie znanym miłośnikom science fiction, toposy jak paradoks dziadka, cudowny wynalazek. Autorzy czerpią też pełnymi garściami z takiej figury, która często pojawia się w literaturze pod różnymi postaciami, ale którą nazwijmy sobie lampą Alladyna. Autorzy wprowadzają też jako bohatera powieści takiego człowieka, który pochodzi z roku 2010. I on, użyjmy tego słowa, skacze w kwantową rzeczywistość światów równoległych. I cóż, te drobne interwencje, których dokonuje bohater w świecie kwantowym, interwencje w przeszłości sprawiają, że główny bohater wraca za każdym razem do innej Polski, do Polski zmienionej. Ale czy jest to Polska lepsza, doskonalsza? Nie znajdziecie państwo prostej odpowiedzi w tym, co napisali autorzy, ale myślę, że zabawę będziecie państwo mieli całkiem niezłą. Powtórzę, książka nosi tytuł „Powroty”, autorzy Adam Pietrasiewicz i Wojciech Bogaczyk.
Druga książka z tego samego wydawnictwa, Odesfa. To jest książka Tomasza Fijałkowskiego. Nosi tytuł „Antipolis”. Cóż czytamy w notce wydawniczej? Otóż w świecie „Antipolis” chrzest w 966 roku nie miał miejsca i nie ufundował naszej państwowości. Nie doszło też tam do kaźni na wzgórzu Czaszki. W związku z tym symbolika znanej nam religii ma zupełnie odmienny, być może nawet obrazoburczy charakter. Słowianie nie tyle ulegają chrystianizacji, ile przyjmują wiarę w grecko-rzymskie bóstwa, które zresztą objawiają się na łamach powieści w licznych krwawych epifaniach. Alternatywna Polska. Zauważcie państwo, druga książka o alternatywnej historii.
Alternatywna Polska tworząca strukturę zwaną Koroną jawi się w powieści Fijałkowskiego potęgą, bez dramatu rozbiorów, bez wielu innych dramatów. I chociaż ta Polska wygrywa wojnę światową, tę wojnę wygrywa gdzieś daleko nad Wołgą, prowadzi nadal nieustające mniejsze i większe starcia z Rosjanami. To taka książka, w której znajdziecie państwo kłębowisko odwołań do różnych sytuacji, do różnych historii, do różnych wydarzeń, które państwo zapewne doskonale znacie. I ta książka to jest taka prawdziwa dżungla zagadek, w którą wchodzi niezbyt wyraźna postać filozofa Tomasza. Podejrzenia są takie, że to jest alter ego autora, ale one są jeszcze niedoprecyzowane i niepotwierdzone. W każdym razie zadajemy sobie pytanie, czy bohater odnajdzie drogę i wyjście z labiryntu, czy też rozmyje się ostatecznie, wtapiając się w historię spisaną- Przez swojego kreatora. To tyle notka wydawnicza. Ja państwu te dwie książki bardzo mocno polecam. Tak się złożyło, że wydawnictwo Odessa właśnie te dwie alternatywne historie wydało. W obu sporo jest miejsca, sporo zmagania się z naszą historią.
Pewno będziecie państwo z tymi książkami dyskutować i pewno się z nimi nie wszyscy państwo zgodzicie. Ale to dobrze. Literatura, która pozostawia nas obojętnymi, po prostu przełykamy ją i idziemy dalej, to jest literatura, która chyba nie ma szansy, żeby zostać z nami dłużej. Tymczasem jeśli budzi ona polemikę, a myślę, że te książki wzbudzą polemikę, to dobrze. O literaturze warto dyskutować. Ja przypomnę, że całej naszej audycji przyświeca właściwie to motto: czy książki są do czytania? W końcu Wiktor to napisał. Czy są do czytania? Być może, ale przede wszystkim są do rozmawiania o nich, o książkach. I to państwu proponuję.
To były dwie moje polecanki na dzisiaj. Ale skoro jesteśmy przy polecankach, to ja państwu zaproponuję kolejną polecankę. Zbliżamy się do końca miesiąca. Od dzisiaj, mówię te słowa do państwa w piątek. Znaczy ja je wypowiadam w czwartek, ale usłyszycie je państwo w piątek. To tradycyjny paradoks naszej audycji. Więc mówię to do państwa w piątek, a piątek to jest dzień, w którym ukazuje się majowy numer „Nieznanego Świata”. W związku z tym wypadałoby o tym nieznanym świecie porozmawiać. Więc ja państwa zapraszam na taką pogawędkę z Piotrem Cielebiasiem o majowym numerze mojego ulubionego miesięcznika „Nieznany Świat”, numer piąty, 2023 rok. Piotr Cielebiaś jak zwykle w świetnej formie.
W nieco gorszej formie jest mówiący te słowa, a właściwie był, bo tę rozmowę nagraliśmy w środę, a ja byłem po kilkunastu godzinach pracy z tekstem, jak to się mówi, czyli po kilkunastu godzinach redakcji. Myślę, że w tej rozmowie wypadam tak sobie, ale najważniejsze, że człowiek, który reprezentuje „Nieznany Świat”, mówi z przekonaniem i mówi rzeczy naprawdę ciekawe. Zapraszam zatem na przegląd „Nieznanego Świata” numer pięć, 2023. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[15:06] - Dzień dobry wieczór, Marku.
[15:09] - Minął miesiąc i czas porozmawiać o najnowszym numerze „Nieznanego Świata”.
[15:18] - Tak. I to takim najnowszym, że trafił do sprzedaży akurat dzisiaj, w piątek. Jest to numer majowy, bardzo ciekawy jak zwykle. Toteż polecam się w niego zaopatrzyć przed zbliżającym się długim weekendem. Jest co poczytać.
[15:35] - Otwieram sobie, kartkuję. Wirtualnie kartkuję, bo papierowego oczywiście nie mam, ale patrzę i tu znajoma Joanna Bohaczek-Trąbska, „Magia w imieniu zaklęta”. Przypomnę tylko naszym słuchaczom, że gościliśmy autorkę już dwukrotnie w „Bibliotekarium 2.0”. Poplotkujmy teraz o jej artykule.
[16:02] - Joanna Bohaczek-Trąbska, częstochowska artystka, znawczyni ezoteryki. Tym razem podejmuje bardzo ważny temat, jakim jest głębsze znaczenie imion, a te, jak wiadomo, w wielu przypadkach wyewoluowały właśnie z chęci takiego zaklęcia rzeczywistości, bo rodzice nadawali dziecku imię, mając nadzieję, że jakoś będzie ono determinować jego dalsze życie. Szczególnie widoczne jest to w imionach słowiańskich, tych zakończonych na „ysław”, ale też innych, jak na przykład Feliks. Autorka pisze także o tym, jaką wagę miało imię na przestrzeni dziejów. Przykładowo w starożytnym Egipcie było równoznaczne z duszą. Natomiast w ezoteryce znaczenie imion rozpatruje się trochę inaczej. To znaczy na różnych polach, nie tylko tych stricte znaczeniowych. Związane są one z konkretnymi szkołami albo też sztukami, jak chociażby numerologia czy kabała. Także jeżeli ktoś jest zafascynowany tym tematem i chciałby poznać ukryte znaczenie swojego imienia, to odsyłam do numeru majowego.
[17:12] - Patrzę dalej. I dalej jest artykuł Wojciecha Chudzińskiego: „Teoria filtra”. I powiem, już po przeczytaniu leadu zapragnąłem ten tekst przeczytać natychmiast. Ja państwu przytoczę, nie mogę się powstrzymać, więc przytoczę: „Eksperyment Warrena MacLeana przeprowadzony w Massachusetts Institute of Technology wykazał, że żaba skupia swą uwagę jedynie na poruszających się obiektach wielkości owada, natomiast inne percepcje wzrokowe są u niej tłumione. Ekstrapolując to na homo sapiens, możemy stwierdzić, że także nasz umysł filtruje ogromną ilość informacji, przetwarzając tylko to, co okazuje się przydatne dla ludzkiej ewolucji i przetrwania. Czego nie dostrzegamy? Co pozostaje poza kadrem ludzkiej świadomości? Na to pytanie wciąż poszukujemy odpowiedzi”. Fascynujące.
[18:16] - Jest to bardzo dobre pytanie. W kolejnym odcinku swojego cyklu poświęconego świadomości Wojtek Hudziński, a tutaj nazwisko jest gwarantem jakości, mówiliśmy to już nie raz, skupia się na teorii filtra i ona mówi w dużym skrócie o tym, że mózg jest nie tylko rejestratorem rzeczywistości, ale też swego rodzaju filtrem. Raz na jakiś czas rodzą się jednak ludzie, którzy posiadają dodatkowe zmysły. Nazywane to jest postrzeganiem pozazmysłowym. Ludzie ci są określani jako ekstrasensi. To świadczy o tym, że nasz mózg ma jednak pewien zakres zdolności, który się nie ujawnia u wszystkich. Ba! Istnieje sugestia, że jednak wszyscy takie zdolności posiadamy, natomiast są one albo wytłumione, albo nieuświadomione, albo po prostu niewyćwiczone. O tym mówi na przykład Krzysztof Jackowski, że w zasadzie każdy z nas może się nauczyć tego, co on robi, tylko trzeba przejść odpowiedni trening. Innymi słowy, nasz umysł może pełnić paradoksalnie rolę czynnika blokującego, który wycisza jakieś bodźce czy informacje.
Jakie to mogą być informacje? Przykład jest dość charakterystyczny. Jeżeli sobie przypomnicie zjawisko wspomnień z poprzednich wcieleń u dzieci, to tam się okazuje, że one osiągnąwszy pewien wiek zapominają te wspomnienia reinkarnacyjne. I teraz pytanie: dlaczego tak się dzieje? Czy to przez proces socjalizacji, czy może przez jakieś zmiany fizjologiczne w mózgu? Czy jest tam coś, co blokuje te zjawiska psi? A może to raczej właśnie wychowanie sprawia, że te zdolności tracimy, ponieważ są postrzegane przez społeczeństwo jako coś z gruntu niechcianego. O tym wszystkim bardzo szczegółowo pisze Wojtek w artykule „Teoria filtra”.
[20:19] - Powiedziałem sobie „no tak”, bo następny artykuł, chyba nie mieliśmy o nim mówić, ale nie mogę się znowu powstrzymać. Mamy tutaj taki dla mnie dosyć zagadkowy tytuł. Dopiero musiałem się wgryźć. Piotr Milko „Wiedźmar z Białowieży”. Cóż to takiego?
[20:43] - Wiedźmar kojarzy się z wiedźminem, natomiast wiedźmar jest męskim odpowiednikiem wiedźmy. Jest to takie słowo i taki zawód trochę zapomniany. To niezwykle interesująca opowieść. Ślad po zapomnianej części naszej kultury, bo takich osób jak tytułowy Wiedźmar z Białowieży było mnóstwo, ale zostali w większości zapomniani. Dzisiaj funkcjonują w pamięci swoich bliskich, może gdzieś tam w jakichś lokalnych kręgach, natomiast nie mówi się o nich, bo tak naprawdę funkcjonowali na pograniczu świata naszego i takiego trochę cenzurowanego zarówno przez Kościół katolicki, jak i w tym przypadku Cerkiew prawosławną, bo Piotr Milko był wyznania prawosławnego. Pan Piotr Bajko, autor bardzo wielu ciekawych artykułów do „Nieznanego Świata”, opisuje tu relację mówiącą o tym białowieskim wiedźmarze, który słynął z takiego hipnotycznego wręcz wpływu na ludzi, jak słynny ekstrasens Wolf Messing. I ów Milko potrafił sprawić, by ludzie robili dosłownie to, co on chciał. I biada, jeżeli ktoś mu się tam naraził w jakiś sposób, dlatego, że potrafił się w brzydki sposób zemścić. Tajemnica jego zdolności, jak pisze pan Piotr Bajko, miała tkwić w zagadkowej i budzącej postrach czarnej księdze. W numerze znajdziecie oczywiście dużo więcej interesujących materiałów.
Igor Witkowski pisze o zbliżających się wielkimi krokami nowych źródłach energii, o których tak naprawdę mówi się od końca II wojny światowej. Z kolei w „Kronikach Akaszy” kilka słów o badaniach nad nieznanymi komnatami w Wielkiej Piramidzie. Ale wśród tych tematów jest też taki, który mnie szczególnie interesuje od wielu lat. Chodzi o temat, który porusza w swoim tekście Marcin Gibas, a tekst, który znajdziecie oczywiście w majowym numerze „Nieznanego Świata”, nazywa się „Jak wpływa na nas słońce? Kosmiczna pogoda a dzieje ludzkości”.
[22:53] - Tak, to słońce, które na nas wpływa. A powiedz, Piotrze, pod jakim kątem ten tekst jest pisany? Bo to, myślę, jest najbardziej ciekawe.
[23:05] - Pod kątem naukowym. Okazuje się, że przez lata ta hipoteza, która mówi, że słońce i ta słoneczna pogoda, a w zasadzie niepogoda, jakoś na ludzkość oddziałuje, była takim tematem tabu, troszeczkę teorią spowrogiem. Natomiast okazuje się, że specjaliści psychiatrzy, którzy poczynili pewne analizy i badając korelacje między aktywnością słońca a ludzkim zachowaniem, odkryli pewne interesujące zależności. Chodzi o to, że im bardziej słońce aktywne, tym ludzie też bardziej niespokojni. Nawet był taki radziecki uczony, który stworzył taki wykres zależności pomiędzy aktywnością słońca a wojnami i rewolucjami, które miały miejsce w historii ludzkości. Czyli tak mówiąc najkrócej, czy to oznacza, że słońce nas masowo wręcz ogłupia? Pewnie się wkrótce o tym przekonamy, gdyż zbliża się kolejne słoneczne solarne maksimum.
[24:09] - Piotrze, pewno zbliżamy się do końca, ale muszę zapytać o jeszcze jeden tekst w bieżącym numerze „Nieznanego Świata”. Powiedzmy taki na czasie. Jak powiem, że na czasie, to właściwie od wszystkich dostanę, więc powiem, o co mi chodzi. Tekst, który nazwałbym tekstem papieskim.
[24:30] - Tak, ale poświęcony jest nie temu papieżowi, o którym wszyscy myślą. Odnosi się do tego, że pewien bardzo znany polski astronom wiele wieków temu z wielką dokładnością przewidział śmierć Ojca Świętego. Zyskał sobie tym ogromną sławę. W Polsce był średnio znany i okazało się, że jak pisze doktor Piotr Piotrowski, który się specjalizuje w astrologii, istnieją pewne metody, które stosowane są przez praktykujących astrologów do wyznaczania losów papieży. W swoim artykule o dość kontrowersyjnym tytule doktor Piotrowski analizuje, jak będzie się toczył pontyfikat obecnie panującego papieża Franciszka, bo wiemy, że przed Wielkanocą miał małe potknięcie i wszyscy drżeli wtedy o jego zdrowie. Także kolejny bardzo interesujący artykuł. Astrologia to jest taka dziedzina, z której się jedni śmieją, a drudzy się nią fascynują. To jest dla niej bardzo charakterystyczne, ale niełatwo ją zrozumieć i trzeba poświęcić naprawdę sporo czasu, żeby sobie pewne rzeczy uświadomić, bo to nie jest tak wszystko proste, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.
[26:09] - Piotrze, jest jeszcze jeden tekst, o którym tobie nie wypada mówić, ale ja mogę powiedzieć o nim zupełnie spokojnie. To jest recenzja filmowa. Film ma inny tytuł. Film ma tytuł „IO”, ale tytuł artykułu „Osiołek w wielkim świecie”. Bardzo mnie cieszy, że nie przyłączasz się do chóru zachwyconego i bezkrytycznie wpatrzonego w ten film, tylko mu kilka szpileczek wbijasz. I to nie tylko dlatego, że ja nie lubię filmów o zwierzętach. To już państwo wiecie bardzo dokładnie i to pisanie na przykład, czymże są tragedie zwierząt wobec tragedii ludzi. To w ogóle nie o to chodzi. Zupełnie inaczej trzeba do tego podchodzić, ale to sobie zostawmy. Natomiast skupmy się na tej recenzji filmowej.
[27:03] - Tak. O „IO” już mówiliśmy w „Filmotekarium”. Natomiast tutaj powtarzam kilka argumentów. Przede wszystkim taki, że mnie strasznie dziwi jedna rzecz. Otóż ci, którzy wznoszą te peany i zachwyty, mówią o łzach, które ściekały po policzku po obejrzeniu „IO”. Ci ludzie często podkreślają: „O, jaki to jest los zwierząt straszny”. Ale to wszyscy wiemy, jaki on jest i naprawdę nie trzeba było oglądać tego filmu, żeby się o tym dowiedzieć. Ja tam zawieram kilka takich mocnych, jak mówisz, uderzeń. W zasadzie celnych uwag z perspektywy kogoś, kto ogląda ten film i chce z niego cokolwiek wynieść, poza tym, że musi się nim zachwycać. To był film nieudany.
Strasznie napompowano ten balonik i myślę, że kiedy on dotrze do szerszej publiczności, to tak naprawdę jego notowania znacznie spadną względem tego, co mówiono o nim przed ceremonią oskarową. Także zachęcam, jeżeli ktoś nie widział „IO”, do zapoznania się z tą recenzją.
[28:17] - Jeśli dodamy do tego, że ponoć, jak donoszą media plotkarskie, Olbrychski powiedział, że nie pojawi się więcej na Gdańskim Festiwalu Filmowym, ponieważ tenże festiwal nie docenił filmu „IO”, to macie państwo obraz tego, co się wokół filmu dzieje. Może takie chłodne spojrzenie na to dzieło filmowe troszeczkę państwu nakreśli drogę albo zasugeruje, jak można na ten film patrzeć. Piotrze, cóż, dotarliśmy chyba do końca.
[28:58] - Tak. Jeżeli jesteście zainteresowani majowym numerem „Nieznanego Świata”, znajdziecie go oczywiście w punktach sprzedaży prasy. Zachęcam też was do odwiedzenia strony naszego sklepu www.nieznany.pl.
[29:19] - Warto w takim razie zauważyć, że nie było jeszcze dzisiaj korepetycji filozoficznych. Ja w dalszym ciągu twierdzę, że ta nazwa nie jest specjalnie szczęśliwa, ale nie mam lepszych nazw. Od państwa propozycje też nie napłynęły, więc zostajemy przy tej nazwie, jak powiedziałem, niezbyt szczęśliwej, ale przynajmniej wszyscy rozumieją. Czym się dzisiaj zajmiemy? Ja już wiem, ale zastanawiam się, jak to przedstawić. Może tak: lepsza pamięć, szybsze myślenie, nauka bez wysiłku. Któż z nas nie marzy o sprawniejszym mózgu? Kultura popularna przekłada te sny na obrazy zawarte w książkach i filmach. Okazuje się jednak, że zrealizowane marzenie o udoskonalonym umyśle może przerodzić się w koszmar. To taki wstęp, przy którym część z państwa wzruszyła ramionami.
Okej, ja tylko jeszcze dopełnię obowiązku. Tekst, który państwu dzisiaj przedstawię Pochodzi, a jakże, tradycyjnie z dwumiesięcznika „Filozofuj” z roku 2018, z numeru szóstego. Tam pojawił się artykuł Piotra Biłgorajskiego, doktoranta w Instytucie Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który w pracy zajmuje się eksperymentami myślowymi i jak napisał w notce, posiada własny fotel. Myślę, że jeśli człowiek jeszcze dzisiaj coś posiada, to jest człowiekiem odważnym. Bo jak państwo zapewne wiecie, nie będziemy mieli nic i będziemy szczęśliwi. Ja się już tego hasła zdążyłem przestraszyć. Nie wiem jak państwo. W każdym razie ten tekst z dwumiesięcznika „Filozofuj” jest udostępniony na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. W takim razie zajmijmy się tym tekstem. Scenariusz jest zwykle bardzo podobny.
Przypadkowy bohater zostaje poddany działaniu tajemniczej substancji, która w równie tajemniczy sposób stymuluje pracę jego mózgu. Nagle z niezbyt rozgarniętego przedstawiciela homo sapiens przeistacza się w homo superior. Jego zmodyfikowany mózg, niczym podkręcony komputer, zadziwia pojemnością pamięci i z łatwością radzi sobie z rozwiązywaniem najtrudniejszych problemów. Motorem fabuły jest najczęściej mit, zgodnie z którym wykorzystujemy zaledwie 10% naszego mózgu. Twórcy popularnych w ostatnich latach filmów „Lucy”, „Jestem bogiem” bawią się pomysłem, co by było, gdyby udało się uaktywnić pozostałe 90%. Chociaż współczesna nauka przekonuje, że w rzeczywistości wykorzystujemy nasze mózgi w pełni. Wszak ekonomia biologicznych organizmów kieruje się maksymą, że organ nieużywany zanika. To fantastyka naukowa zostawia sobie techniczne szczegóły inwencji naszej wyobraźni. Jej celem jest bowiem opis hipotetycznych konsekwencji warunkowego przyjęcia takiej fantastycznej przesłanki. Wszechstronne spojrzenie na motyw superumysłów można znaleźć w opowiadaniu Teda Chianga „Zrozum”.
Główny bohater opowiadania ulega wypadkowi i zapada w śpiączkę. Lekarze testują na nim nowy preparat Hormon K, mający regenerować uszkodzenia mózgu. Okazuje się, że lek działa o wiele skuteczniej niż przypuszczano. Pacjent nie tylko szybko wraca do dawnej sprawności, ale wykazuje także oznaki znacznego wzrostu inteligencji. To zwraca uwagę wojska. Genialny analityk danych byłby przecież nieocenionym wsparciem w świecie informacyjnego chaosu. Bohater oczywiście orientuje się, że jest przedmiotem zainteresowania rządu i ucieka ze szpitala, by na własną rękę sprawdzić, jaki jest zakres jego nowych intelektualnych możliwości. Jak można się spodziewać, nauka nowych rzeczy przychodzi mu z łatwością. Przyswojenie dowolnej dziedziny wiedzy to kwestia kilku godzin. Aby ukryć się przed rządowymi agentami, uczy się programowania i czyści wszelkie bazy danych ze śladów swojego istnienia.
Zdobycie pieniędzy również nie jest trudne. Zyskowne inwestycje na giełdzie stają się dziecinnie proste. Także mijani na ulicy ludzie zaczynają być przezroczyści. Obserwując mowę ich ciała jest w stanie nie tylko odczytać ich myśli i przewidzieć zachowania, ale także skutecznie nimi manipulować. Szybko jednak traci zainteresowanie innymi osobami, zaś cała dotychczasowa kultura zaczyna wydawać mu się banalna. Problem samotności geniusza oraz relacji między ludźmi na różnym poziomie inteligencji w przejmujący sposób przedstawia powieść „Kwiaty dla Algernona”. Przypomnę tu, przerwę na chwilę lekturę. To jest zarówno powieść, jak i opowiadanie. W zależności, którą wersję państwo wybierzecie. Oba utwory są przejmujące, więc bardzo państwu polecam.
Wracajmy do lektury. Tworzy więc własne dzieła sztuki odpowiadające jego wyrafinowanemu zmysłowi smaku. W poszukiwaniu intelektualnej stymulacji oddaje się rozmyślaniu nad naturą świata. Rzeczywistość objawia mu się jako nieskończenie wielka matematyczna struktura, zaś odkrycie kierujących nią praw staje się jego obsesją. Ten motyw poruszony jest także w filmie „Pi”. W pewnym momencie bohater opowiadania uświadamia sobie, że objęcie umysłem ogromu, jakim jest cała rzeczywistość, przekracza fizyczne możliwości jego biologicznego mózgu. Obmyśla więc plan przeniesienia swojego superumysłu na inny, cyfrowy nośnik, aby móc w ten sposób w pełni rozwinąć swój intelektualny potencjał i zaspokoić rozbudzone pragnienie poznania. Szkopuł w tym, że skonstruowanie takiego urządzenia wymagałoby zaangażowania setek tysięcy osób i zużycia ogromnych ilości planetarnych zasobów. Ludzkość dobrowolnie nie zgodzi się na takie poświęcenie. Jednak bohater wie, że siła jego woli z łatwością Wymusi absolutne posłuszeństwo u zwykłych ludzi.
Czy szansa na ostateczne zrozumienie rzeczywistości nie jest tego warta? Niespodziewana przeszkoda krzyżuje jednak jego plany. Nagle ujawnia się drugi osobnik obdarzony podobnie udoskonalonym umysłem, chociaż o zupełnie przeciwstawnych ambicjach. Ten drugi motywowany jest absolutną troską o ludzkość i w związku z tym obmyślił konkurencyjny plan. Wygląda na to, że superumysły wciąż coś planują. Plan stworzenia utopii, czyli idealnego społeczeństwa posłusznego jego wizji. Ponieważ oba cele wzajemnie się wykluczają, konfrontacja jest nieunikniona. Gdy w końcu do tej konfrontacji dochodzi, jasne stają się dwie rzeczy. Po pierwsze, w naszym świecie jest miejsce tylko na jeden superumysł. Po drugie, niezależnie od wyniku starcia, ludzkość będzie musiała się jednemu z nich podporządkować.
Posłuży jako narzędzie ostatecznego poznania lub jako cel realizacji utopii. Nie zdradzę zakończenia pojedynku. Powiem tylko, że walka toczyła się nie na pięści, lecz na słowa naładowane zabójczym ładunkiem perswazji. Scena warta jest wysiłku rzucenia na nią okiem wyobraźni. Fantastyka naukowa roztaczając przed nami fascynującą wizję spektakularnych mocy, w jakie w przyszłości być może wyposażą nas transhumanistyczne badania nad ulepszeniem mózgów, jednocześnie przemyca inną, niepokojącą myśl. Bohater obdarzony superumysłem pojmuje materię rzeczywistości w sposób niedostępny dla zwykłych ludzi. W konsekwencji jego postępowanie jako powszechnie niezrozumiałe oceniane jest jako niebezpieczne i złe. Przykładem może być postać Thanosa z ostatniej części „Avengers”. Nie dziwi więc, że klasyczni superherosi posiadają normalne umysły, natomiast ich supermoce ograniczają się do sprawności czysto fizycznych, takich jak super siła czy umiejętność latania. Osobnik obdarzony superumysłem występuje najczęściej w roli złego i szalonego naukowca, który snuje mroczne plany zmiany zastanego porządku świata i którego należy powstrzymać.
Najlepiej przy pomocy celnego super sierpowego, co ma miejsce w animacji „Megamocny”. Kultura popularna w pewnym sensie uczy nas odwiecznej prawdy, że ludzkość nie zaakceptuje pomysłów, których nie potrafi zrozumieć. Rewolucyjne idee wykuwane są więc w ukryciu, podczas gdy na straży powszechnie przyjętych wartości stoi superosiłek w czerwonej pelerynie. Ciężkie jest życie geniusza. I tak jak zwykle z tymi korepetycjami filozoficznymi bywa, ten tekst może stanowić niezłą bazę do rozmyślania. Ten główny problem postawiony, czy geniusz chcący dobra ludzkości, ale niezrozumiany przez tą ludzkość i w związku z tym traktowany jak wroga. Jaka jest jego rola? Czy on ma prawo uszczęśliwiać ludzkość na siłę? W świetle tego, co się dzieje wokół nas, myślę, że warto się nad tym zastanowić. Mam też wrażenie, że wokół nas coraz więcej jest ludzi, coraz więcej jest grup, które starają się nas uszczęśliwić.
I ja wcale nie jestem przekonany, że będziemy z tego powodu szczęśliwi. I tyle korepetycji filozoficznych. Korespondencji to głodnemu chleb na myśli. Przyszło mi do głowy, na ile to, co przeczytałem, koresponduje z rzeczywistością. Stąd to freudowskie przejęzyczenie, bo moim zdaniem koresponduje bardzo mocno. Ale dobrze, skończmy już korepetycje, zajmijmy się programem. Bo w kolejce czeka coś, co obiecałem państwu tydzień temu, a mianowicie japońskie kryminały. Cofnijmy się w czasie o grubo ponad miesiąc. Jesteśmy na Targach Książki w Poznaniu i tam pewnego dnia pojawiła się prelekcja właśnie owych kryminałów japońskich dotycząca. Szedłem na to spotkanie z mieszanymi uczuciami.
Jakoś nie do końca byłem przekonany, że japoński kryminał może mnie zafascynować. Powiem państwu tylko tyle, żeby za dużo nie gadać, że w tej chwili na moim biurku leży książka zatytułowana „Gąsienica” niejakiego Rampo Edogawy. Tak, o tej książce będzie między innymi mowa. Tak jak powiedziałem, Targi Poznańskie, początek marca i tam odbyło się spotkanie z Andrzejem Świrkowskim. Andrzej Świrkowski na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu Bada twórczość Edogawy Rampo. Jest chyba jedynym w Polsce rampologiem. W związku z tym osoba jak najbardziej kompetentna. Człowiek, który kulturę japońską i język japoński zna, świetnie się w tej kulturze porusza. Myślę, że rozmowa będzie ciekawa. Partnerką w tej rozmowie będzie przedstawicielka wydawnictwa Tajfuny, Anna Wołcyrz, absolwentka japonistyki, a jednocześnie w tej chwili publishing director w wydawnictwie Tajfuny.
Wydawnictwie, które to spotkanie zorganizowało. Tajfuny to jest wydawnictwo, które przybliża literaturę Azji Wschodniej na polskim rynku. Tak jak piszą na swojej stronie: „Wyszukujemy dla was najciekawsze tytuły, świeże głosy ze swoich lokalnych scen literackich, nieznane i zapomniane klasyki oraz kulturowe pozycje, które nie dotarły jeszcze do Polski. Wybieramy książki, które zachwycają nas swoim językiem i poruszają ważne dla nas tematy. Wierzymy, że zarazimy tą pasją czytelników w Polsce. Dbamy o każdą naszą książkę. Nad każdym tekstem pracujemy tak samo dokładnie. Bardzo dopieszczamy tłumaczenia i zapewniamy im czas na uważną redakcję. Współpracujemy z zaufanym gronem tłumaczy z języków azjatyckich oraz z szerokim gronem redaktorów”. Ja państwa bardzo serdecznie zapraszam na spotkanie dotyczące japońskich kryminałów.
[44:41] - Dobrze, zaczynamy. Jest równo 17.00, przynajmniej na moim zegarku. Nazywam się Anna Wołcyrz i z ramienia wydawnictwa Tajfuny chciałabym wszystkich was bardzo serdecznie zaprosić na rozmowę o japońskich kryminałach. Moim rozmówcą jest Andrzej Świlkowski, japonista. Obronił doktorat na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jego głównymi zainteresowaniami naukowymi są początki japońskiego kryminału. Mogę tak chyba powiedzieć.
[45:16] - Jeszcze dodałbym, nie tylko naukowymi, ale i czytelniczymi.
[45:20] - Czytelniczymi jak najbardziej. Ale oprócz tego Andrzej jest też tłumaczem. Przełożył Yumeno Kyusaku „Piekło w butelkach”. Tom, który ukazał się w serii Tajfuny Mini, ale jest też autorem wstępu do tomu „Gąsienica” Edogawy Rampo i pracuje nad kolejną powieścią, również Edogawy. O tym może powiemy jeszcze za chwilę. „Gąsienica”, „Piekło w butelkach”. Żeby opowiadać o tych dwóch książkach czytelnikom, ukułyśmy sobie w redakcji taki termin „retro kryminału”. Jak ktoś nas pyta, o czym są te książki, to zawsze zaczynamy i mówimy: „Wie pan, wie pani, to jest taki kryminał w stylu retro albo retro kryminał”. Ale właściwie o czym rozmawiamy, kiedy rozmawiamy o retro kryminałach? Jakbyś mógł trochę powiedzieć.
[46:21] - Dobrze, to ja tutaj chyba będę musiał zacząć, takie moje skrzywienie zawodowe, od doprecyzowania pojęcia, co rozumiemy przez retro. Czy będzie to retro w kontekście utworów powstających ileś tam dziesiąt lat temu, więc utworów, które już porosły pewną patyną, które w jakiś sposób wydają nam się może nawet reliktami pewnej odległej epoki, ale będąc tymi reliktami sprawiają nam przyjemność w lekturze. Ale też możemy to retro być może interpretować jako określenie utworów powstających obecnie, nawiązujących swoją poetyką do tych dawniejszych czasów, w tym przypadku akurat japońskiego kryminału, bo też takie kryminały retro w Japonii powstają niewątpliwie. Wyobrażam sobie jeszcze trzecią możliwość tak naprawdę, ale o niej może w trakcie coś powiem. Ale domyślam się, że skoro tutaj mamy naszych dwóch głównych bohaterów dostępnych w polskim tłumaczeniu, to domyślam się, że będziemy rozmawiali przede wszystkim o japońskich kryminałach pochodzących z lat 20., 30. XX wieku. Zawsze trzeba dodawać: XX wieku, mamy lata 20. Jeśli mówimy tutaj o kryminałach, które powstały w pewnym kontekście historycznym, społeczno-politycznym w Japonii, to myślę, że ci dwaj panowie są najbardziej tutaj reprezentatywnymi twórcami tego okresu, aczkolwiek twórcami bardzo różnymi. Dlatego nawet czasem ciężko scharakteryzować całe to zjawisko japońskiego kryminału. Postaram się tutaj jakoś to w miarę skondensowany sposób uczynić.
[48:53] - Skoro mówimy o retro kryminałach, to myślę, że wiele osób będzie miało wyobrażenie utworów wpisujących się w poetykę klasycznej powieści detektywistycznej. Czyli Doyle, czyli Agatha Christie. Utwory powstałe według niezmiennego już od 150 lat schematu. Najczęściej zagadka zbrodni, śledztwo prowadzone najczęściej przez genialnego detektywa i wreszcie rozwiązanie, najlepiej zaskakujące. Jeśli będziemy z takimi oczekiwaniami podchodzić do twórczości tych dwóch panów, Edogawy Rampo i Yumeno Kyusaku, czy do innych twórców tego okresu, możemy się mocno rozczarować. Chociaż japoński kryminał pochodzi bezpośrednio od zachodniego odpowiednika, to jednak w praktyce mocno się różni i podchodząc z pewnymi konkretnymi oczekiwaniami, możemy się zawieść. Co nie znaczy, że nie powstawały wtedy w Japonii utwory bezpośrednio nawiązujące do klasycznej poetyki, klasycznego schematu, nazwijmy go Holmesowskim.
[50:35] - Jasne. Czyli można powiedzieć, że wybierając tych dwóch panów na przedstawicieli retro, czyli kryminału starszego japońskiego w Polsce, zrobiłyśmy błąd, bo oni obaj jednak odbiegają od tego, co uważamy za taki tradycyjny kryminał, tak?
[50:55] - I tak, i nie. Bo też zależy, o jakim okresie twórczości każdego z tych panów mówimy. Edogawa Rampo przede wszystkim zaczął swoją karierę literacką z takim założeniem, że będzie – musimy o tym powiedzieć, bo to może nie zawsze jest jasne, ale zawsze, kiedy wspomina się o Rampo, trzeba napomknąć o tym, że jego pseudonim jest przetworzeniem nazwiska Edgara Allana Poe. Edgar Allan Poe wypowiedziane po japońsku Edoga Ara Po, Edogawa Rampo. Od początku, nadając sobie ten pseudonim, troszkę się wystawił, mówiąc: „Patrzcie, oto ja jestem japońskim Poe”. Szczególnie widział Edogawa Poe jako twórcę klasycznego kryminału, klasycznej odmiany detektywistycznej. Chodziło mu głównie o nawiązanie do Poe jako twórcy takich opowiadań jak „Zabójstwo przy Rue Morgue” czy „Złoty Żuk”. Do opowiadania „Złoty Żuk” Rampo bezpośrednio nawiązał w swoim debiutanckim opowiadaniu. Rampo wyszedł z założeniem, że będzie takim odpowiednikiem Edgara Allana Poe, będzie taką jego japońską wersją. I rzeczywiście wśród jego pierwszych opowiadań znajdziemy utwory nawiązujące czy do Poe, czy do poetyki Poe, jaką tamten wytworzył w swoich pionierskich opowiadaniach detektywistycznych.
Czasem zresztą mamy motywy bezpośrednio zapożyczone od amerykańskiego pisarza i od innych twórców zachodnich. W tym pierwszym okresie rzeczywiście Edogawa Rampo starał się tworzyć kryminały w miarę klasyczny sposób. Moim zdaniem nie do końca mu to wychodziło, ale to nie znaczy, że te utwory były nieudane. Od razu powiem, nie. Bardziej w tym sensie, że próbując wpasować się w pewne rozwiązanie gatunkowe, przypadkiem tworzył coś zupełnie nowego. Ale myślę, że nie znaczy to, że miłośnicy klasycznej literatury detektywistycznej będą szczególnie zawiedzeni, sięgnąwszy po chociażby ten tom. Tu mamy opowiadania ułożone w kolejności chronologicznej. Pamiętasz? I zaczynamy właśnie od okresu najwcześniejszego, w którym te utwory najbardziej zbliżały się do tego, czego można się spodziewać po literaturze kryminalnej. Szczególnie ten początkowy, test psychologiczny, opowiadanie, które nawiązuje między innymi do „Zbrodni i kary” Dostojewskiego.
Nawiązuje czy jest troszkę wręcz zrzynką.
[54:29] - Chciałam właśnie tego słowa użyć, ale zrzynką świetną, bo to jest jedno z moich ulubionych opowiadań. I tak samo „Spacerowicz na poddaszu”, w którym wraca znowu błyskotliwy i zabawny detektyw Akechi Kogoro, który jest takim dzieckiem Edogawy Rampo i od niego chyba Rampo zaczynał, prawda? Czy ten bohater i jego perypetie detektywistyczne to były pierwsze-
[55:02] - Tak. Mówimy o pierwszych dwóch latach długiej kariery pisarskiej Edogawy, więc rzeczywiście można tak to ująć. Akechi pojawił się nieco z przypadku w opowiadaniu „Zatsujin zuken” „Zabójstwo przy Dango zaka”. Miało mieć tylko jedno pojawienie się, jednorazowe, ale tak on się spodobał czytelnikom, że potem Rampo się, mówiąc kolokwialnie, trochę wkopał i musiał tego Akechiego umieszczać potem w kolejnych swoich utworach. I tak niejako mimochodem stał się ten Akechi pierwszym seryjnym japońskim detektywem prywatnym. W przeciwieństwie do takiego Holmesa, Akechi zmieniał się bardzo na przestrzeni tych opowiadań. Czasem można odnieść wrażenie wręcz, że to jest tak naprawdę kilku różnych bohaterów, którzy się tak samo nazywają.
[56:08] - To bardzo ciekawe, bo na razie czytelnicy mogli poznać Akechiego tylko w tym tomie, w tych dwóch opowiadaniach, więc zaintrygowałeś mnie. Jak on się prezentuje fizycznie, psychicznie i czy miał swojego Watsona, też bym chciała zapytać.
[56:25] - Watsonów miał różnych Akechi. Jednym z takich Watsonów jest narrator pierwszego opowiadania, w którym Akechi się pojawia. Tam Rampo stosuje taką swoją typową dla siebie zmyłkę. On bardzo lubił zwodzić czytelnika. W kilku swoich utworach uczynił narratorem postać, która zdaje się nam być detektywem. I ta postać często sama myśli, że jest detektywem, ale okazuje się, że nie, że zostaje przechytrzona przez kogoś sprawniejszego pod względem intelektualnym. W opowiadaniu „Zabójstwo przy Dango zaka” taką osobą okazuje się być właśnie Akechi Kogoro. Ci pierwsi Watsoni Akechiego to są zwykle narratorzy opowiadań, w których on występuje. Spełniają taką funkcję jak Watson, chociaż nie są takim stricte kronikarzem, jakim był doktor Watson dla Holmesa. A potem, kiedy Rampo od połowy lat 30.
zaczął tworzyć niemal wyłącznie literaturę dla dzieci i młodzieży, co może wydawać się zastępujące, wziąwszy pod uwagę utwory takie jak „Gąsienica”. Człowiek, który napisał właśnie taką „Gąsienicę”, kilka lat później stał się kimś w rodzaju japońskiego Nienackiego. A Akechi Kogoro z kolei zmienił się w kogoś przypominającego trochę Pana Samochodzika. Czyli zmienił się w stosunku do tych pierwszych opowiadań wygląd również. On charakteryzowany był we wczesnych tekstach Edogawy jako młodzieniec zawsze chodzący w takiej wymiętej yukacie, z długimi, rozczochranymi włosami. I 10 lat później Akechi już jest opisany jako przypominający urodą Europejczyka, ubierający się po zachodniemu. Zawsze jest gładko uczesany, więc zupełnie inna postać.
[58:44] - Dojrzał, trzeba powiedzieć.
[58:46] - Tak. I wtedy, w tych opowieściach dla dzieci i młodzieży, jego towarzyszami staje się grupa młodych ni to urwisów, ni to młodych detektywów, troszkę stworzonych też na wzór podobnej grupki, jaka przy Holmesie funkcjonowała w niektórych opowiadaniach. I właśnie przywódca tej grupy staje się takim Holmesem dla Akechiego. Ale to już są te utwory z okresu dziecięcego, nieco moim zdaniem mniej interesujące, bo już ugrzecznione w stosunku do tego, co znamy z tych utworów.
[59:32] - To ciekawe, czy wiesz coś, czy ta zmiana wynikała, to była jakaś taka wewnętrzna przemiana samego Edogawy, że nagle zapragnął pisać dla dzieci? Czy jakaś wymuszona przez warunki zewnętrzne? Myślę, że może czasy wojenne jakoś wpłynęły na to, że musiał pisać coś innego, czy niekoniecznie?
[59:53] - Powód był prosty: pieniądze. Rampo, który wobec swojej twórczości jest chyba najbardziej krytycznym pisarzem, jakiego znam. Jego pisma publicystyczne, po prostu na każdej stronie jest: „A, to opowiadanie było takie beznadziejne. Nie, tragedia. Nie da się tego czytać. Wstyd mi, kiedy wracam do tego utworu”. On też często powtarzał, że tak naprawdę to on się starał tylko przez pierwsze cztery, pięć lat swojej literackiej kariery, a potem już tworzył, powiedzmy, taśmowo dla pieniędzy. To troszkę też jest taka autokreacja, bo Rampo był mistrzem, jednym z wczesnych literackich mistrzów autokreacji w Japonii. Pierwsza powieść napisana dla dzieci na zamówienie pewnego, nie pamiętam już teraz, czy to był periodyk literacki czy wydawnictwo, w każdym razie chwyciło i posypały się następne zamówienia. A przy okazji, tak jak mówisz, w okresie wojennym, co W Japonii należy liczyć mniej więcej od 1937 roku.
Literatura kryminalna znalazła się na cenzurowanym jako wytwór Zachodu. Coś obcego, coś często też mocno dekadenckiego, jeśli chodzi o treści, o poruszane motywy. Po prostu przestała być publikowana. Nie znaczy to, że spotykały pisarzy jakieś represje. Nie mówimy tu o takich historiach, jak na przykład było z literaturą proletariacką w tym samym czasie, gdzie mieliśmy przecież przykłady pisarzy takich jak Kobayasi Takiji, który został zamęczony na śmierć przez japońską policję. Nie, po prostu coraz mniej były czasopisma chętne publikować tego typu utwory, więc siłą rzeczy tutaj jakaś inna furtka się pojawiła tej literaturze dziecięcej.
[01:02:18] - Czyli w „Gąsienicy" mamy opowiadania właśnie z zagadką kogoro, które są takim przykładem tego prawdziwego, ortodoksyjnego kryminału z detektywem, z zagadką, ze zbrodniarzem, którego trzeba złapać. Ale pomiędzy nimi zaczynają się pojawiać też opowiadania już mniej wzorowane na zachodnich. Tak mi się wydaje. Takie trochę na granicy jawy i snu. Trochę bardziej wymagające wyobraźni. Nie wiem, czy tutaj wszyscy z państwa czytali, czy nie. Jeżeli nie, to bardzo polecamy. Jeżeli państwo czytali, to na pewno państwo kojarzą ostatnie opowiadanie, w którym już rzeczywiście zagadki prawie nie ma. Albo może jest, ale jest to zupełnie inna zagadka, już nawet nie do końca bym powiedziała, kryminalna. I zastanawiam się, jak Rampo jest odbierany przez specjalistów i też przez fanów w Japonii.
Która jego strona jest uważana za tą najwybitniejszą?
[01:03:28] - To jest przedmiotem gorących debat tak naprawdę i dyskusji. Są osoby, które upierają się, że tylko te wczesne opowiadania, których wybór bardzo dobrym jest „Gąsienica", są godne uwagi. Są osoby, które uważają twórczość powieściową Rampo za tę najlepszą. Powieści on zaczął pisać na przełomie lat 20. i 30. i troszkę one są już w innej poetyce niż te wczesne opowiadania, bardziej uderzające w tony makabryczne, wręcz makabryczno-groteskowe. Ja chyba należę do grupy fanów tego powieściowego Rampo przede wszystkim. A są też osoby, szczególnie wśród takich zwykłych czytelników, którzy zaczęli, skończyli swoją przygodę z Rampo na utworach młodzieżowych. Bo jeśli jest jakieś takie powszechne skojarzenie z tym pisarzem wśród przeciętnych Japończyków, to na pewno będą to te utwory młodzieżowe. Potem ewentualnie czytelnicy przechodzą na wyższy stopień wtajemniczenia i sięgają po te nieco bardziej odjechane utwory.
Ale wówczas, jeśli spojrzymy na to z perspektywy, jak te utwory były odbierane w latach 20., 30., w okresie swojego powstania, to na pewno te wczesne utwory spotykały się z najlepszym przyjęciem ze strony i czytelników wczesnych i krytyki. Zresztą to dzięki temu, że te utwory Rampo były takie nietypowe często, pojawił się w reakcji na to taki ruch zapoczątkowany przez specjalizujących się w literaturze kryminalnej krytyków literackich, nawołujący do pewnego powrotu do źródeł. Że to, co tworzy Rampo, to w ogóle nie jest literatura kryminalna, że w Japonii tak naprawdę prawdziwy kryminał, prawdziwa literatura detektywistyczna według tych klasycznych schematów jeszcze nie powstała. Wówczas, to był mniej więcej rok 1926, ukuto takie określenie honkaku. Najpierw to był pisarz Koga Sawuro. Określał ten prawdziwy, konkretny kryminał według tradycyjnych wzorców detektywistycznych. Postulował jego powstanie właśnie w kontrze do tego, co tworzył Edogawa Rampo.
[01:06:43] - Czy możemy jakoś doprecyzować, jaki miałby być ten czysty kryminał?
[01:06:50] - Przede wszystkim miał być zupełnie nieliteracki. Miał być pozbawiony wszelkich prób uczynienia utworu wartościowym literacko. Może tak. To miała być czysta zagadka.
[01:07:09] - Już miałam powiedzieć, że nie brzmi to dobrze, ale dodałeś, że jest jakaś zagadka.
[01:07:13] - Tak. To chodziło po prostu o Napisanie czegoś, co będzie wypełniało ten wzorzec zagadki logicznie skonstruowanej, logicznie poprowadzonego śledztwa i jednoznacznego zakończenia, które, jak to powinno być w klasycznym utworze detektywistycznym, daje przynajmniej nam jakieś złudzenie, że oto poznaliśmy tę ostateczną prawdę.
[01:07:41] - Wydaje mi się, że wszystkie poszlaki, które są potrzebne do rozwiązania tej zagadki, były w tekście. Czyli czytelnik-
[01:07:50] - Tak, zgadza się.
[01:07:51] - ... uważny jest w stanie doszukać się-
[01:07:54] - To jest tak zwana zasada fair play, którą kierowali się twórcy powieści detektywistycznej złotego wieku, czyli lata 20. i 30.
[01:08:06] - Czyli tacy twórcy też działali i pojawili się po tym ruchu honkaku.
[01:08:12] - Kilku ich się pojawiło, między innymi Koga Saburō, który wymyślił ten termin honkaku. Nie byli oni nigdy dominującą siłą na scenie.
[01:08:31] - Jednak brak tej literackości chyba się okazał kluczowy.
[01:08:35] - To jest świetna literatura rozrywkowa. Często opowiadania Kogi Saburō moim zdaniem dorównują najlepszym utworom Doyle'a. Ale tak naprawdę prawdziwa literatura detektywistyczna, taka, jaką widzieli twórcy pojęcia honkaku, pojawiła się dopiero po wojnie. Dopiero w 1945 roku, kiedy Yokomizo Seishi zapoczątkował cykl powieści o detektywie Kindaiji Kinkosuke. Dopiero wtedy triumfalnie literatura detektywistyczna sporządzana według klasycznego wzorca wkroczyła do Japonii.
[01:09:23] - Przekłady Yokomizo Seishiego dopiero niedawno ukazały się po angielsku. Nie są dostępne po polsku, niestety. Natomiast jeżeli ktoś z państwa czyta po angielsku, to w wydawnictwie Pushkin Press można je przeczytać. Kindaiji Kinkosuke to jest taki drugi wybitny detektyw japoński, który przez wiele tomów powieści gdzieś tam się przeplata. Też chyba ciekawa postać. Ale powiedziałeś o tej zasadzie fair play i o tym, że są jednoznaczne zakończenia. Myślę, że to jest dobry moment, żeby przejść do naszego drugiego bohatera, Kyusaku Yumeno i jego „Piekło w butelkach”. Ta mniejsza książka przed nami, w której są trzy opowiadania. Tytułowe „Piekło w butelkach” to jest właśnie coś, co ja uważam, że nie spełnia w żadnym zakresie zasady fair play. Zresztą we wstępie wspominasz o tym, że Rampo Edogawa pierwsze teksty Yumeno Kyusaku bardzo skrytykował i dopiero po jakimś czasie przekonał się i docenił jego twórczość.
To jest już kompletnie inny pisarz, inne teksty, a jednak mimo wszystko ci dwaj pisarze stawiani są obok siebie. Czy mógłbyś trochę więcej powiedzieć o Kyusaku Yumeno, o jego twórczości, o tym, jak ona się w tym świecie japońskiego retrokryminału plasuje?
[01:11:02] - Jeśli Edogawa Rampo był pisarzem, który bardzo chciał tworzyć literaturę detektywistyczną, ale często mu to nie wychodziło. Zawsze tam był jakiś mały dysonans, który sprawiał, że to jednak było trochę coś innego, niż spodziewalibyśmy się po twórcy literatury detektywistycznej. Kyusaku od początku stwierdził, że on będzie twórcą literatury kryminalnej, ale takiej, która będzie łamała wszelkie zasady, w której specjalnie będzie próbował odejść od wszelkich schematów detektywistycznych literatury kryminalnej, klasycznej, zachodniej. Więc on troszkę tak na przekór. Wszystkie te wymagania, które stawiano na przykład przed twórcami kryminału względem logicznego rozwoju akcji, leciało przez okno. Nawet tutaj mamy przecież do czynienia bez przerwy z narratorem niewiarygodnym. To ulubiony schemat Yumeno Kyusaku. Niemal w każdym jego bardziej reprezentatywnym utworze to się mieści. Mówisz o „Piekle w butelkach”, że nie wpisuje się w te wzorce kryminalne. Tak, bardzo często.
I to jest dobry przykład takiego opowiadania Kyusaku. On publikował w czasopismach poświęconych literaturze kryminalnej. On sam uważał siebie za twórcę literatury kryminalnej, ale tam nie mamy ani zbrodni, ani śledztwa, detektywa, policji, czegokolwiek. Kyusaku bardziej zależało na tym, żeby- Uczynić, co być może było pełną realizacją tej zasady fair play, dać czytelnikowi możliwość stania się detektywem i rozwiązywania literackiej zagadki, którą stawia przed czytelnikiem tekst. Na najbardziej elementarnym poziomie będzie to na przykład ułożenie w odpowiedniej kolejności listów składających się na treść opowiadania „Piekło w butelkach”. Dla tych z państwa, którzy nie czytali, w skrócie tylko, to ma osiem stron opowiadanie, więc w dużym skrócie jego treść stanowią trzy znalezione w butelkach wyłowionych z morza listy.
[01:14:04] - Nie wiemy w jakiej kolejności, czy wszystkie naraz. Ja miałam taką teorię, mogę się wreszcie przyznać, że to jest jakiś psikus kogoś, kto podłożył te butelki.
[01:14:17] - To jest jedna z funkcjonujących interpretacji wśród japońskich czytelników.
[01:14:28] - Dobrze. Czyli mamy Rampę Edogawę, który trochę się trzyma faktycznego kryminału. Mamy Kyūsaku Yumeno, który kompletnie się tych zasad nie trzyma. Czy są jeszcze jacyś twórcy? Wspominałeś już o Yakamizo Seishi, ale czy są jeszcze jacyś pisarze, których chętnie byś do Polski sprowadził? I czym oni się charakteryzują? Co jest ich takim kluczem?
[01:15:01] - Myślę, że to jest świetna okazja, żeby wspomnieć o pisarzu, który jest właśnie w trakcie sprowadzania, czyli o Oguri Musitaro. Jeszcze w tym roku będzie?
[01:15:14] - Mamy taką nadzieję, chociaż zagadka u niego, przynajmniej w jednym opowiadaniu, okazała się na tyle trudna, że więcej czasu, niż było planowane w redakcji zabiera nam, żeby odtworzyć tę zbrodnię. Ale tak, jest planowany Musitaro Oguri w serii Haifune Mini, czyli w tej niewielkiej, w tłumaczeniu Aleksandry Przybysz.
[01:15:38] - Tak. Jest to trzeci z wielkiej trójcy przedwojennych japońskich autorów kryminału. Chociaż ta wielka trójka to raczej jest kwestia powojennej, późniejszej recepcji tych pisarzy, bo w latach 20., 30., kiedy Oguri tworzył, jego popularność nieco była mniejsza niż Edogawy Rampo czy Yumeno Kyūsaku nawet. Ale gdzieś w latach 60., 70. wraz z pierwszymi wznowieniami powojennymi tego pisarza on wrócił. Oguri Musitaro to jest jeszcze inny sposób podejścia do literatury detektywistycznej. Jeszcze chyba bardziej przekorny niż w Yumeno Kyūsaku. O ile Yumeno Kyūsaku łamał wszystkie zasady, to Oguri Musitaro skrupulatnie je wszystkie wypełniał. To znaczy jego najważniejsze, najbardziej reprezentatywne utwory wszystkie zawierają zagadkę kryminalną. Często jest to zbrodnia popełniona w tajemniczej, odciętej od świata rezydencji.
Jak to często bywało na Zachodzie. Mamy genialnego detektywa, który nazywa się Norimizu Rintaro. Do tego taka gra słów jest użyta, bo znaki, jakimi pisze się nazwisko Norimizu, można też odczytać po japońsku jako „Holmes”. Tutaj z kolei Oguri puszcza oko do czytelnika i mówi: „Daję wam teraz prawdziwego japońskiego Holmesa”. Na poziomie opisu jego najważniejszych utworów, opisu fabuły rzeczywiście mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z autorem, który wreszcie dał japońskim czytelnikom możliwość skosztowania tego, jak będzie wyglądała klasyczna powieść detektywistyczna po japońsku. Ale na czym polegała ta cała przekorność? On tak bardzo się wgryzł w zasady tworzenia literatury kryminalnej, że aż wręcz przegryzł się na drugą stronę. Wszystkie te zasady Oguri sprowadza naprawdę na absurdalne poziomy. Żeby podać przykład może bezspoilerowy z innego utworu, który nie będzie ukazywał się w języku polskim jeszcze. W jego największej powieści „Koksikan satsujin jiken” z 1934 roku, „Zabójstwo w domu zarazy” można by to przetłumaczyć.
To jest pewien ewenement, jeśli chodzi o objętość, bo jest to powieść ze trzy razy grubsza niż przeciętny brytyjski czy amerykański kryminał. Tam mamy śledztwo prowadzone właśnie przez Norimizu Rintaro, które wygląda na przykład w ten sposób. Przesłuchuje on podejrzanego o morderstwo, rzucając cytat z Szekspira, z „Makbeta”: Przerywa recytowanie. To jest oczywiście naturalne, że wszyscy znają na pamięć „Makbeta” Szekspira. Osoba przesłuchiwana dokańcza zaczęty przez Norimitsu cytat i Norimitsu, analizując, w jaki sposób przesłuchiwana osoba stawia akcenty w swojej recytacji Szekspira, jest w stanie domyślić się, co tam z tyłu głowy tej osobie siedzi związanego bezpośrednio z zagadką kryminalną.
[01:20:12] - Znał cytat, znaczy jest mordercą.
[01:20:15] - Nie, to wcale tak nie polega. Chodzi o rozłożenie akcentów podczas recytacji, co sprawiło, że jedno słowo zabrzmiało-
[01:20:24] - Zawahał się.
[01:20:25] - Zupełnie inaczej. Tak jak zwykły detektyw przeprowadza przesłuchanie i czeka na moment zawahania, to Norimitsu idzie w bardzo literackie skojarzenia. Te jego wyjaśnienia zagadek. Wiadomo, powieść detektywistyczna musi skończyć się tym, że detektyw objaśnia. Ta scena, w której czujemy: „Aha, dobra, rozumiemy wszystko” i ta żaróweczka się zapala nad głową. Myślę, że się zgodzisz ze mną, bo też jesteś po wnikliwej lekturze wytworu „Zabójstwo w aureoli”, które ukaże się w tomie Oguriego wydanym przez Tajfuny. Te wyjaśnienia są kompletnie niezrozumiałe.
[01:21:21] - Ja bym tak może nie straszyła państwa, bo rzeczywiście warto poczekać i warto przeczytać. To, co mogę powiedzieć, to rzeczywiście detektyw Norimitsu jest najbardziej nieznośny z tej trójki detektywów, którzy się dzisiaj pojawili. Więc nie dziwię się, że tak tym Szekspirem tam... Akurat w „Aureoli” Szekspira nie używa, ale to jest typ bardzo specyficzny. Nieznośny to jest dobre jego określenie.
[01:21:49] - To nigdy nie są morderstwa popełniane przez kogoś z użyciem broni palnej czy noża. To są zawsze bardzo skomplikowane mechanizmy. Takie naczynia połączone. Nie zdradzajmy zakończeń, ale to wszystko jest taki mechanizm, w którym gdzieś ta kuleczka pchnięta przez mordercę leci przez cały labirynt różnych skomplikowanych urządzeń i na końcu dopiero wpada do tego dołka z napisem „morderstwo”. To jest naprawdę nawet nie do opisania, dopóki się tego nie poczuje na własnej skórze. Oguri Michitaro obiecuje: oto będzie utwór detektywistyczny, a potem okazuje się, że mocno odbiega on od tego, czego byśmy się spodziewali. Tym bardziej, że stylistycznie Oguri Michitaro jest chyba jednym z pierwszej trójki najtrudniejszych w lekturze pisarzy japońskich, moim zdaniem. Potrafi naprawdę ciągnąć jedno zdanie przez pół strony.
[01:23:14] - Ja się śmieję, bo rozmawialiśmy chwilę przed spotkaniem i właśnie powiedziałam ci wtedy, że dlaczego ty mi tego wcześniej nie powiedziałeś, że on jest taki trudny. Rzeczywiście jest trudny, ale postaramy się, żeby czytało się wspaniale. Czyli mamy Oguriego, który trzyma się aż do bólu wszystkich wytycznych i wszystkich schematów i kreuje przedziwne narzędzia zbrodni i systemy. Czy jest jeszcze ktoś, kogo śledzisz, lubisz i ma jakiś swój własny sposób na kryminały?
[01:23:53] - Ci trzej pisarze są na pewno najbardziej charakterystyczni, ale myślę, że nie możemy zapominać, że tacy twórcy jak właśnie Kōga Saburō, którzy tworzyli jak najbardziej zwyczajne utwory detektywistyczne, też w Japonii tworzyli, pisali. Właśnie ten Kōga jest takim dobrym reprezentantem przedwojennej klasycznej literatury detektywistycznej. Po wojnie Yokomizo Seishi na pewno, który szczególnie w swoich powieściach z lat 40., 50. stworzył największe arcydzieła klasycznej detektyw nowel. On na pewno jest takim złotym wzorcem.
[01:24:53] - Czy były w gronie pisarzy kryminalnych jakieś kobiety tamtych czasów?
[01:25:00] - Tak, jedna. Matsumoto Keiko, która była małżonką z kolei innego pisarza. Od razu też wspomnę, Matsumoto Tai tworzył w tym samym czasie co Edogawa Ranpo i Umeno Kyūsaku. Oni razem, Matsumoto Tai i Matsumoto Keiko, założyli takie czasopismo detektywistyczne. Nazywało się „Himitsu Tantei Zasshi”. Tajny detektyw, na łamach którego publikowali i tłumaczenia pisarzy zachodnich, i swoje oryginalne utwory. Matsumoto Keiko z kolei specjalizowała się w utworach na klasyczną modłę, ale z zacięciem bardziej obyczajowym. Skupiając się może nie tyle na zbrodni, co na relacjach między postaciami, jak do tej zbrodni doszło. Jej twórczość oryginalna przypadała na okres przedwojenny. Po wojnie została cenioną tłumaczką.
Między innymi ona pierwsza przełożyła „Kubusia Puchatka” na język japoński.
[01:26:28] - Bardzo ciekawe trivia, teraz się dowiedzieliśmy. Też nie znałam tej pisarki, więc bardzo chętnie nadrobię. To jest też ciekawe, bo współcześnie rzeczywiście ten parytet jest bardziej zachowany i mamy pisarzy i mężczyzn, którzy piszą kryminały i bardzo popularne pisarki kryminałów. Nie wiem, na ile scena współczesnego kryminału też cię interesuje, ale tak króciutko, zanim przejdziemy do pytań od państwa, jeżeli jakieś są, proszę myśleć, zapytam cię: jak byś miał opisać w kilku słowach, co się obecnie dzieje na rynku kryminału w Japonii? Czy widać jakieś wpływy naszych pisarzy Rampo, Kyūsaku, kryminału czystego? Czy wszystko już poszło w zupełnie inną stronę? Może bardziej taki thriller amerykański?
[01:27:25] - Może nawet należałoby od tego zacząć, że Japończycy kochają kryminały. I to jest ilość publikowanych w Japonii powieści kryminalnych, detektywistycznych, thrillerów. Jeślibyśmy to wszystko do jednego worka wrzucili. W Japonii się to określa zwykle jednym określeniem: mystery. W największych księgarniach są ciągnące się dziesiątkami metrów półki twórców, twórczyń też oczywiście. Jeśli do tego dodamy jeszcze popularne seriale kryminalne, których też mnóstwo jest produkowanych, filmy w tej poetyce. Naprawdę Japończycy czytają, oglądają utwory kryminalne nagminnie i dlatego bardzo ciężko się w tym połapać wszystkim. Przed wojną było łatwiej, bo było tych 10, 20 twórców. Każdy miał to swoje poletko nieco wyróżniające się od innych, a teraz to już jest cały wręcz przemysł. Co nie znaczy, że wszystko jest tworzone maszynowo, automatycznie.
Mamy wyróżniających się twórców. Higashino Keigo jest takim współczesnym klasykiem na pewno. Tłumaczony na język polski, ale jego powieść obyczajowa, nie kryminalna wyszła, prawda? To jest dość ciekawe.
[01:29:15] - To jest taki bardzo płodny pisarz. Nie wiem, do kogo go porównać, ale może do Kinga. Rzeczywiście wydaje bardzo dużo powieści w różnych cyklach. I on też stworzył takiego detektywa. Właściwie nie detektywa, tylko profesora, który jest wybitnym rozwiązywaczem. Myślę o serii „Galileo”. Nie wiem, czy gdzieś miałeś z nią do czynienia?
[01:29:44] - Nie.
[01:29:44] - Nie? To ja polecam. Też ciekawe, inne podejście. Ale do Polski dotarła tylko jego obyczajowa strona. „Cuda za rogiem”, taka książka. W Wydawnictwie Otwarte bodajże, ale może kłamię. I ktoś jeszcze oprócz Higashino Keigo twoje czytelnicze serce skradł czy niekoniecznie?
[01:30:09] - Ja osobiście nawiązuję do tego, co mówiłem o retro kryminałach i o postrzeganiu tego terminu jako o utworach pisanych współcześnie nawiązujących do klasyki. Ja osobiście lubię Sōji'ego Shimady. Shimada Sōji, który jest chyba najlepszym twórcą, a przynajmniej najbardziej poczytnym twórcą tej klasycznej odmiany. Każda z jego powieści to jest zagadka, śledztwo, rozwiązanie. Do tego zawsze rozgrywa się to w jakiejś rezydencji. Trup w bibliotece, tego typu klimaty. Zawsze jest mapka miejsca zbrodni, tak żeby czytelnicy mogli łatwo podążać.
[01:31:13] - Trzymasz się tych zasad jak najbardziej. Honkaku, czyli czystego kryminału.
[01:31:20] - Dokładnie tak. To jest Shimada Sōji. A jeszcze przychodzi mi do głowy Minato Kanae, która Jest przedstawicielką pokolenia debiutującego już w XXI wieku. Ona z kolei od strony thrillerowej ten gatunek ujmuje, ale myślę, że ty wiesz nieco więcej ode mnie o Mina to Kanae.
[01:31:54] - Tak, Mina to Kanae ukaże się też w Tajfunach. Dwie książki, „Wyznania” i „Wszystko dla N”. „Wszystko dla N” miałam przyjemność tłumaczyć. Już tłumaczenie jest gotowe. Ona jest rzeczywiście reprezentantką ruchu kryminałów, który nazywany jest w Japonii iya misu, czyli iya mysteries, bo one rzeczywiście nie tyle skupiają się na rozwiązywaniu zagadki, co jednak na wzbudzeniu grozy i wstrętu w czytelniku. To nie brzmi może dobrze, ale jak już się dojdzie do końca i jest rozwiązanie akcji, to jest jednak moment oczyszczenia. Więc też ciekawie pisze i jest warta uwagi. Dlatego ta książka się ukaże w Polsce i bardzo się cieszę. Dobrze. Jest 17.45.
Jeżeli są jakieś pytania od państwa, to bardzo chętnie wysłuchamy. Jeżeli nie, to ja mam jeszcze kilka w zanadrzu, ale to jest okazja, żeby wypytać Andrzeja. Nie widzę, nie słyszę. Chyba nie. Dobrze, to ja cię zapytam dalej. Państwo nie chcieli zapytać, ale bądźmy tak dobrzy i zdradźmy, czego się mogą spodziewać czytelnicy po „Demonie samotnej wyspy”, jeżeli taki będzie tytuł. Bo to jest powieść Edogawy Rampo, nad której przekładem pracujesz. Chcielibyśmy, żeby się ukazała w tym roku w okolicach Halloween, bo to jest dobra pora i dobry rok. Dlaczego? Może zaraz powiesz.
Więc prosimy bez spoilerów streszczenie, co się będzie działo w tej powieści.
[01:33:51] - Dzięki za przypomnienie o tym roku, bo mamy marzec 2023. Edogawa Rampo zadebiutował w kwietniu 1923 roku, dokładnie prawie 100 lat temu. Mówię o tym też dlatego, że jego debiut literacki jest cezurą wyznaczającą początek prawdziwego, oryginalnego japońskiego kryminału. Dla japońskich miłośników gatunku to jest święta data. Takie przed i po. Jest kryminał przed Rampo i kryminał po Rampo. Moim skromnym pomysłem na świętowanie tego stulecia było właśnie przetłumaczenie „Demona samotnej wyspy”, „Koto no oni”. Z tego prostego względu, że to jest mój ulubiony utwór tego pisarza i też pierwszy, jaki przeczytałem. Dla mnie osobiście jest to bardzo ważny tekst. To była jedna z pierwszych japońskich powieści.
Chyba druga japońska powieść, jaką przeczytałem w oryginale podczas mojego pierwszego pobytu w Japonii. Nie wiem, czy miałaś tak samo jak ja, ale domyślam się, że tak, że kiedy tylko po raz pierwszy przyjechałaś do Japonii, pewnie od razu poleciałaś do księgarni czy do jakiegoś Book Offa.
[01:35:23] - Book Offa. Wykrwiłem pieniądze. To jest outlet książkowy, gdzie można rzeczywiście za cenę napoju z puszki kupić sobie książkę.
[01:35:32] - Dokładnie tak. Właśnie nie kupiłem sobie napoju z puszki, tylko kupiłem sobie powieść Edogawy Rampo „Koto no oni”. O Rampo już wiedziałem wcześniej nieco, że jest taki pisarz. Moje zainteresowanie Japonią wzięło się od kina japońskiego. Rampo strasznie często był ekranizowany. Nadal jest. W związku z tym znałem najpierw ekranizacje jego twórczości. W końcu postanowiłem coś przeczytać. Już zdecydowałem, że jestem w stanie. Dobrze pamiętam, to był rok 2010.
To był księgarnia Book Off w mieście Otaru na Hokkaido i tam sięgnąłem po „Koto no oni”. Już wiedziałem wcześniej, że w Japonii wśród wielbicieli Rampo jest to powieść najbardziej ceniona z jednej strony. Z drugiej najbardziej szalona, jeśli chodzi o pomysły, po jakie Rampo w tym utworze sięga. To też mój pierwszy kontakt z japońską literaturą kryminalną, więc ta lektura też w dużej mierze zdecydowała o mojej dalszej ścieżce. Ale czego możemy się spodziewać? Powiem ci, że z tego, co pamiętam, chyba co druga strona była dla mnie takim: „Wow, co tu się dzieje? Co on wyprawia w ogóle?”. Zacznijmy od tego, że od razu w pierwszym rozdziale narrator, główny bohater powieści zdradza, kto będzie zamordowany. Ta straszna historia zaczęła się od morderstwa osoby takiej i takiej. Potem został zamordowany...
Z wyjaśnieniami, co się będzie działo. Czyli już to zaskoczenie zostaje przez samego pisarza usunięte. Myślę sobie: co on robi? Dlaczego on mi pisze, kto będzie zamordowany? Agatha Christie by tak nie zrobiła przecież. Więc z jednej strony trochę zawiedziony, z drugiej zaintrygowany. Czytałem dalej, ale okazało się, że to wszystko ma sens. Porównuję może z Agathą Christie, bo to też była pisarka, po której utwory bardzo często sięgałem. Czytając „Demona z samotnej wyspy”, cały czas przychodziły mi różne porównania z pisarzami zachodnimi. Co on tutaj robi?
Przecież Agatha Christie by tak nie zrobiła. Może jedna z takich wczesnych scen. Narrator, który traci bardzo bliską sobie osobę, udaje się na pogrzeb, na kremację tej osoby, wykrada jej prochy i w geście rozpaczy zjada je w bardzo dramatycznej scenie. I to jest tylko początek różnych innych – też nie chcę spoilerować – prób łamania tego, na co czytelnik jest gotowy w tego rodzaju literaturze detektywistycznej. Bo u Agathy Christie, już nie mówiąc o dojnych innych pisarzach, nie mamy nigdy takich transgresji wręcz, jakie popełnia Ramp w swoich utworach. Łamania przeróżnych tematów tabu, nie unikania nawiązań, nie unikania scen mocno nacechowanych erotycznie, co pruderyjnym twórcom brytyjskiego kryminału chyba w ogóle by nie przyszło do głowy. Takich motywów jest też sporo w „Demonie samotnej wyspy”. Wreszcie, to też jest pierwsza chyba w historii tego typu postać, ale jedna z postaci odgrywających rolę detektywa jest homoseksualnym mężczyzną i to nie w jakiś tam zawoalowany sposób, tylko bardzo otwarcie. Jest to w ogóle pierwsza tego typu postać w japońskiej literaturze popularnej, przynajmniej tej nowoczesnej, bo w Edo oczywiście literatura na osiołku była całkiem osobnym gatunkiem. Ale tworząc różnego rodzaju nietypowe sytuacje czy niespotykane w literaturze typowej zachodniej kryminalnej postaci, on bardzo lubi wszystko udziwnić, zaskoczyć czytelnika.
I jest jeszcze ostatnie zdanie tej powieści. Ostatnie zdanie tej powieści, ale nie powiem, jakie ono jest oczywiście.
[01:41:24] - Nie, nie.
[01:41:26] - Odkąd zacząłem to tłumaczenie, zastanawiałem się, co z nim zrobić. Gwarantuję, że kto sięgnie po tę powieść, nie ma osoby, która nie będzie płakała po przeczytaniu ostatniego zdania.
[01:41:44] - Super. Brzmi to, myślę, że wszyscy się ze mną zgodzą, bardzo zachęcająco. Wspaniale. Możemy jedynie trzymać kciuki, czekać, aż tłumaczenie się ukaże. Nie będziemy już przedłużać, żebyś mógł wrócić do domu i te kolejne dwie strony przełożyć dla nas.
[01:42:06] - To jest takim moim- Jak to powiedzieć?
[01:42:10] - Norma taka.
[01:42:10] - Norma moja, którą muszę wyrobić. Dwie strony bunkwa.
[01:42:14] - Bardzo ci dziękuję za przeciekawą rozmowę. Dziękujemy państwu za uwagę i zachęcamy niezmiennie do sięgnięcia po „Gąsienicę” Edogały Rampo w tłumaczeniu Dariusza Latosia i po „Piekło w butelkach” w tłumaczeniu obecnego tu Andrzeja Świrkowskiego. Jedna i druga książka ma też wstęp, w którym można poznać bliżej sylwetki tych dwóch twórców. Oba wstępy napisał niezastąpiony Andrzej Świrkowski.
[01:42:44] - Tak. Ja z kolei dziękuję ci za zaproszenie i cieszę się, że miałem okazję z tobą porozmawiać o książkach. Ania jest moją senpai-ką uniwersytecką w ogóle.
[01:42:57] - Z Poznania.
[01:42:59] - Tak, więc to też dla mnie wielki zaszczyt, że mogę z tobą rozmawiać.
[01:43:03] - Też się cieszymy, że możemy akurat w Poznaniu się spotkać i porozmawiać.
[01:43:07] - Dokładnie tak. Więc dziękuję ci.
[01:43:09] - Dziękujemy państwu.
[01:43:13] - Proszę państwa, zmieńmy teraz medium. Trochę o książkach, nawet bardzo trochę już było. Czas na „Filmotekarium”. „Filmotekarium” w „Bibliotekarium”. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o europejskim science fiction. O filmach, które Myślę, że państwa zainteresują. Ja mam taką tendencję do ględzenia, to już państwo doskonale wiecie i chciałem koniecznie coś jeszcze powiedzieć, ale nie. W końcu po to rozmawiamy, żebyście się państwo wszystkiego dowiedzieli z dialogu w „Filmotekarium”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:44:08] - Dzień dobry wieczór Marku. Jak miło cię słyszeć.
[01:44:13] - I wzajemnie. Powiem ci tak: dzisiaj będziemy mówić o europejskim kinie science fiction, a właściwie o takich filmach, które są znaczące dla kina science fiction europejskiego. I moja pierwsza refleksja to taka: kino europejskie i kino amerykańskie, żadna to nowość ani odkrycie, ale muszę to powiedzieć, bo pęknę, to są jednak inne światy, zupełnie inne światy. Ciekawe bardzo dzisiaj filmy, ale podobno niweluję to, co było wcześniej. Tym razem chyba nie do końca, bo to nie są filmy akcji, takie, które najbardziej lubię, ale muszę z pokorą przyznać, że to były też filmy, które nawet bez tej akcji na dłuższy czas przykuły mnie przed ekranem. Czułem się przykuty. To chyba dobrze. Dla filmu to chyba dobrze.
[01:45:17] - Tak. To są przede wszystkim filmy kameralne, tak je nazwę. Różnią się rozmachem od kina amerykańskiego i teraz też chińskiego. Chińczycy od pewnego czasu też produkują sobie takie widowiskowe sci-fi. Tak jak powiedziałeś, w dzisiejszym programie, który nazywa się roboczo „Europejskie perełki sci-fi”, przedstawimy trzy mniej znane filmy, które z jakichś powodów zasługują według nas na uwagę i zgodnie z zasadą naszego programu przedstawimy wam filmy nowe albo niezbyt leciwe. Produkcje z dzisiejszego zestawu należą do tej drugiej kategorii. A jak jest ktoś spragniony wiedzy o nowościach, to zapraszamy za tydzień, kiedy dokonamy przeglądu kilku prawdziwych świeżynek. Tak jak powiedziałeś, jeżeli chodzi o kino science fiction współczesne, to ono się nie kojarzy — podkreślam współczesne — ze Starym Kontynentem za bardzo. Chociaż jeżeli sięgniemy do historii, to znajdziemy wielu mocnych reprezentantów gatunku. Od paru dekad jest tak, że aby film z gatunku fantastyki naukowej zdobył uznanie, musi być albo bardzo widowiskowy i wypełniony efektami specjalnymi, albo opierać się na jakimś genialnym pomyśle.
A najlepiej, jakby było jedno i drugie. Produkcje, o których dzisiaj powiemy, są, jak wspomniałem wcześniej, raczej takie kameralne, ale ich przekaz i wrażenie, jakie po sobie pozostawiają, biją niektóre produkcje, w których są lasery, ośmionodzy kosmici i wojny we wszechświecie na głowę. Oczywiście musicie też pamiętać, co Marku zawsze zaznaczamy, że to jest przegląd subiektywny i pewnie się znajdą tacy, którym wymienione filmy do gustu nie przypadną.
[01:47:16] - Ja tylko jeszcze powiem, że wspomniałeś o tych ośmionogich obcych, to dzisiaj w późniejszej części „Bibliotekarium” też będzie mój subiektywny przegląd ras obcych od starożytności. Bierzcie to państwo jednak w duży nawias albo w cudzysłów to nie wiem, ale nawias na pewno — tę starożytność. Ale zaczniemy dzisiaj taki przegląd, skończymy póki co na początku XX wieku. Jak też autorzy science fiction wyobrażali sobie tych kosmitów? Niekoniecznie ośmionogich, ale właśnie takich dziwacznych, innych niż ludzie. Ale to później. Teraz zajmijmy się filmami.
[01:48:07] - A ja mam do ciebie pytanie. Jeżeli już się zajmujemy filmami, to czy ty się boisz zombie?
[01:48:16] - Powiem tak: one budzą taką niezdrową ekscytację we mnie. Dotychczas poza tym filmem, który omówimy za chwilę, miałem okazję oglądać zombie w wykonaniu amerykańskim. Te filmy amerykańskie miały swoje plusy oraz minusy, czy też jak chcą niektórzy plusy ujemne. Inna jest dynamika tamtych amerykańskich filmów. To jest oczywista oczywistość. Powiem ci, że ten europejski zombiak zafrapował mnie. Powiem ci tak: Amerykanie idą jednak na łatwiznę. Łatwiznę polegającą na tym, że chodzi to wszystko zabija, morduje, gryzie. Natomiast ten film, którego tytuł za chwilę padnie, pokazuje pewien mechanizm i chyba był dla mnie równie przerażający, to może za duże słowo, ale w każdym razie intrygujący. Pokazujący mechanizm wybuchu jakiejś tam epidemii czy w każdym razie jakichś takich wydarzeń, które prowadzą do zombiactwa.
To mi się w sumie podobało.
[01:49:46] - Ja osobiście nie jestem wielkim fanem zombie czy zombich. W zasadzie to nawet nie wiem, z czego wynika taka obsesja amerykańska na tym punkcie.
[01:49:57] - Z obcości. Przepraszam, że tak się wcinam. Myślę, że z obcości i z tego dreszczu przerażenia. Ja pamiętam te filmy jeszcze Romero, zdaje się, on się nazywał, jeden z takich bardzo znanych gości, który o tych zombiakach kręcił. I ta obcość, ta niemożliwość komunikacji. Ja pamiętam, kiedyś widziałem taki film, oczywiście tytułu to już w ogóle nie pomnę, ale ten film budził we mnie autentyczne przerażenie. Ale nie na tym poziomie, że się naprawdę bałem, że zaraz przyjdą. Tylko stopień emocji i obrzydlistwa przy okazji, ale też emocji: uda się czy się nie uda? Przecież powinno się udać. A te filmy amerykańskie mają to do siebie, że tam właściwie w tych seriach różnego rodzaju nie ma wygranych i te zombiaki tak na dobrą sprawę swoją masą załatwiają wszystko.
Oczywiście bohaterowie przez jeden, dwa odcinki serii przeżywają. Chociażby jeśli sobie przypomnicie państwo korporację Umbrella, „Resident Evil”, to tam na początku się niby udaje, ale później się nie udaje do końca. I tak macie państwo ciągnięte to w nieskończoność. Te wszystkie zombiackie filmy sprawiają, mnie przynajmniej, ja nawet nie wiem, czy je lubię. Ja wiem jedno, że coś mi się tak na plecach jednak jakiś dreszcz tam przechodzi i nie potrafię tego opanować. Głupi, zdaje się, jestem po prostu.
[01:51:44] - Ja szczególnie nie przepadam za tymi produkcjami. Mnie to po prostu nie przeraża tak bardzo. Natomiast jeżeli chodzi o ten film, o którym mówimy, czyli „Sorgenfri", on ma jeszcze alternatywny tytuł angielski „What Be Become" chyba. Zaraz zobaczę, bo niestety zapomniałem. Z filmami o zombie to jest tak: nuda, nic się nie dzieje, dialogi bardzo niedobre, jak mówił Zdzisław Maklakiewicz. Właściwie postać przez niego grana w „Rejsie". Dużo rzeczy jest po prostu w tych filmach przewidywalnych. Czy można zrobić zombie movie zaspokajający wymagającego widza? Duński reżyser Bo Mikkelsen pokazuje, że można. „Sorgenfri", czyli tytuł filmu, to równocześnie nazwa dzielnicy czy też przedmieść Kopenhagi, która jest miejscem przerażających wydarzeń.
Otóż tajemniczy wirus zaczyna tam przemieniać ludzi w zabójcze maszyny. Znaczy maszyny, bezmózgie istoty, niemyślące istoty. Nie jest to więc może taki stuprocentowy film o zombie, czyli tych rozpadających się umarlakach, ale wykorzystuje wątek pozbawionych samokontroli ludzi, którzy polują na innych ludzi. I wydawać by się mogło, że nic tu już nas nie jest w stanie zaskoczyć. Jak ktoś oglądał „28 dni później", to już widział te ambitne filmy o zombie i nie może być nic fajnego. A jednak jest. Jest to bowiem, moim zdaniem, bardzo dobrze opowiedziana historia. Składna i bardzo emocjonalna. Oglądając ten film pierwszy raz, byłem nim bardzo mocno zaskoczony, bo przypadkowo gdzieś na niego natrafiłem. Mówię: „O, jakiś dziwny tytuł.
Pewnie będzie jakaś ckliwa, nudna europejska historia". Okazało się, że nie, że to jest naprawdę fajne. I coś, co opiera się o tak wydawałoby się zużyte tematy, coś tak wyświechtanego, jak mówią niektórzy, zostało przełożone na bardzo ciekawą opowieść.
[01:53:59] - Wiesz co, Piotrze, ten film mówi do nas chyba mocniej dlatego, że jesteśmy po ataku w roku 2020 pewnej zarazy, której lepiej nie wymieniać, bo zaraz Eveliosowi zdemonetyzują, zniszczą albo w ogóle odwołają kanał. W związku z tym nie wymieniajmy. W każdym razie myślę, że ten film przez to mówi mocniej, bo tu rzeczywiście mamy taką sytuację, że cała ta opowieść nie skupia się na zombiakach, którzy sobie tam krążą nie wiadomo gdzie, tylko ona się skupia na tym, że jest jakiś mechanizm i ci ludzie w pewnym momencie są tak samo zagubieni jak my, widzowie, bo coś się dzieje. Pojawia się wojsko, pojawiają się służby, siły specjalne, całe domy zostają pokryte rodzajem takiej folii. Dzieją się rzeczy przedziwne, ale jakbyśmy to wszystko znali, może nie na tę skalę, ale te wszystkie durne zarządzenia rozmaite, jakieś mniej lub bardziej sensowne. Jakaś tajemnica, cholera, która nie wiadomo czasami dlaczego, po co, z jakiego powodu. Jakieś segregacje, jakieś wydawanie rozkazów w pozornie demokratycznym państwie. Oczywiście jest jakiś niby stan specjalny, jakieś odcięcie. Ale nie wiemy na początku, do czego to wszystko prowadzi. I w pewnym momencie te zombiaki...
Muszę powiedzieć, że być może ten film zadziałał tak mocno, ponieważ gdzieś tam w pamięci mojej czas ostatnich kilku lat został. I tu oglądamy, oczywiście to jest wzmocnione, to jest spotęgowane, ale jakbyśmy to oglądali własnymi oczyma. Coś podobnego.
[01:56:25] - Tak. Ja miałem szczęście, że oglądałem to długo przed wybuchem pandemii. Może trochę ten film nawet pada dzisiaj ofiarą tej swojej proroczości, bo jednak pokazał wiele rzeczy, których rzeczywiście byliśmy świadkami albo które widzieliśmy w telewizji, które ponoć miały miejsce naprawdę. On oglądany przez kogoś, jak mówię, z dzisiejszej perspektywy, kogoś, kto ma za sobą lockdowny, może już nie robi takiego wrażenia, bo my też żeśmy mieli i jakoś to było. Natomiast polecam wymazać sobie z pamięci własne doświadczenia i spojrzeć na to pod tym kątem. To jest naprawdę kawał dobrego kina. Ja tutaj jeszcze wspomniałem o filmie „28 dni później", który jest też produkcji europejskiej, bo jest to film brytyjski, natomiast jest on dużo starszy i pewnie też wielu z was go widziało. Jeżeli nie widziało, to polecam. Zrealizowany z rozmachem tak naprawdę obraz, ale wspominamy go tylko takim obowiązkiem kronikarskim, ponieważ jest starszy, liczy już ponad 20 lat, także warto o nim pamiętać, ale rozwodzić się nad nim nie będziemy. A Markus, „Sorgenfrei", senne przedmieścia, rzędy podobnych do siebie domków.
Dla jednych sielanka i szczyt marzeń klasy średniej, a dla innych horror. Bo oto w „Vivarium" coś takiego się nam w podobnej scenerii odgrywa. Tylko że jest to taka dzielnica zaczarowana, z której nie można wyjść.
[01:58:08] - Wiesz co, ja jeszcze na chwilę zostanę przy poprzednim filmie, przy „Sorgenfrei". O ile tamten film mi się podobał, właśnie powiedziałeś, że jak przeżyje się to, inaczej się na to patrzy. Ja właśnie tym bardziej byłem przerażony. W każdym razie jakoś tak podekscytowany oglądając ten film, właśnie ponieważ to przeżyłem. Zastanawiałem się nawet, jak daleko mogłoby to pójść, gdyby ta zaraza szalała bardziej. Czy rzeczywiście posunięto by się do czegoś takiego, do czego tam się niektórzy przedstawiciele sił specjalnych posuwają. I mówiąc szczerze, to najbardziej jeżyło mi włos na głowie, resztki właściwie włosów. Ale wróćmy rzeczywiście do „Vivarium". Powiem ci tak: ten film, jak by to powiedzieć tak delikatnie, im dłużej go oglądałem, tym mniej mnie zachwycał, bo na początku on mnie zachwycał bardzo. Ja miałem takie wrażenie, że za chwilę po prostu zaliczę odlot jakiś taki emocjonalny czy też artystyczny.
Naprawdę, to się zaczynało fenomenalnie. Natomiast im było dalej, ja oczywiście sobie później dorobiłem różnego rodzaju interpretacje, którymi się pewno z państwem podzielę, ale to za chwilę. Natomiast ja miałem takie wrażenie, że chyba sam reżyser albo pewno raczej scenarzysta nie do końca wiedział, w jaką podróż nas zabiera. Bo moim zdaniem gdzieś tam w pewnym momencie marnuje się ogromny potencjał. Ten film, moim zdaniem, miał potężnego kopa na początku, a później gdzieś to się rozmyło. Oczywiście on zostaje w naszych głowach i będzie mi trudno o tym filmie zapomnieć, nawet pomimo różnych słów krytyki, które pewno dzisiaj wypowiem. To jest film, który zostanie ze mną i gdzieś tam jako taka figura kulturowa będzie ze mną i będę się nim posługiwał. Odwołanie do tego filmu z całą pewnością przy wielu dyskusjach dotyczących literatury, dotyczących filmu przyda się. Absolutnie, jestem o tym przekonany. Natomiast cały czas boleję, że ten film mógł być znacznie lepszy.
[02:00:55] - W przypadku „Vivarium" i w przypadku na przykład takiego filmu „Platforma", oba filmy pochodzą z roku 2019, kwestie takie jak interpretacja i symbolizm są bardzo ważne. Natomiast jeżeli chodzi o „Vivarium", o „Platformie" dzisiaj nie będziemy omawiać, to tam jednak jest pewna historia, która stanowi tło do dalszych interpretacji. Jest to duńsko-irlandzko-belgijska koprodukcja, jak mówiłem, z roku 2019. Poznajemy tam parę narzeczonych, która szukając dla siebie lokum trafia na przedziwne osiedle jednakowych domków, z których jak się okazuje, nie ma ucieczki ani są tam uwięzieni. I „Vivarium" na początku jako historia przeraża, szczególnie od momentu, kiedy rodzina, że tak powiem, się powiększa. I tutaj jest druga sprawa, dlatego że zdaniem wielu komentujących, tak naprawdę sami to zauważycie, film ten ma taką bardzo otwartą, widoczną, niezawoalowaną warstwę symboliczną i odnosi się, ogólnie rzecz biorąc, do dzisiejszych społeczeństw zachodnich, europejskich Gdzie wszyscy toczą sobie podobnie skrojone żywoty, a przynajmniej chcą albo próbują, albo takie są im narzucane wzorce i modele. Jednakowe domki, dzieci, które są traktowane może nie jako towar, ale też są przeliczane na pieniądze. Bo przecież dzisiaj słyszymy, że kogoś na przykład na dziecko nie stać. I to wszystko w tym filmie jest. Inna sprawa to ten tajemniczy mimik, którego oni wychowują, który naśladuje swoich rodziców, a symbolicznie wiemy, że on będzie żył tak jak oni.
Na przykład ja sobie zacząłem zadawać pytanie, kiedy już myślałem o tym symbolizmie. Ogólnie powiem ci, Marku, ja czasami lubię, jak film ma jakiś wydźwięk. W tym przypadku mnie to tak nie razi jak w innych. Natomiast jeżeli ktoś wrzuca do filmu jakiejś filozofii za dużo, najgorzej jest, kiedy film nie wychodzi, a potem przychodzi reżyser czy scenarzysta i mówi, że on chciał coś innego powiedzieć przez to. To mnie najbardziej denerwuje. To mi przypomina taką praktykę ze szkoły, którą uważałem za niesamowicie głupią, czyli interpretowanie wiersza, a potem próbę narzucania przez podręcznik, co tak naprawdę ten poeta chciał powiedzieć. Tutaj w „Vivarium” ta kwestia symboliczna nie irzy aż tak bardzo. Tak mi się wydaje. Ja sobie zadałem takie pytanie, kiedy już się naczytałem o tym symbolizmie. Może ci twórcy próbują nam powiedzieć coś takiego: „Popatrzcie ludzie na tą Europę, zobaczcie, do czego doszli wasi przodkowie.
Tysiąclecia wojen, tysiąclecia zmagań, rewolucje, oświecenia, odrodzenia, a wy sobie w tych jednakowych domkach tak siedzicie”.
[02:04:10] - Wiesz co, Piotrze? Trochę przepuściłem ten film przez zęby, dlatego że tak jak powiedziałem, on się świetnie zapowiadał, nawet nieźle toczył. Te sceny takie napakowane pewną symboliką, napakowane pewnymi znaczeniami, które musimy rozszyfrować, rozkodować. To wszystko tam jest. Tylko od pewnego momentu zacząłem się zastanawiać, czy to jest prawdziwy kod, czy też reżyser, scenarzysta chcieli nam zasugerować, że tam jakiś kod jest, ale tak naprawdę go tam nie ma, tylko ten kod ma dopiero powstać w naszych głowach. Tego się trochę boję śledząc cały film, całą opowieść, która w tym filmie jest. I owszem, tam się da wyciągnąć różne interpretacje. Właśnie tak jak zacząłeś mówić o życiu, o tych domkach, o tym, że właściwie wszystko się powtarza, wszystko jest w takiej pętli, że te nasze marzenia są zredukowane, że wszystko jest takie proste. Tam czasami nawet na poziomie języka, kiedy to dziecko pojawia się, bo to nie jest oczywiście dziecko tej pary, która trafia na to osiedle, ale pojawia się w kartonie i jest komunikat, że mają to dziecko wychować i zostaną uwolnieni. W każdym razie już będzie po wszystkim.
A w pewnym momencie okazuje się, że tak naprawdę nie o taką wolność chodziło albo nie o takie uwolnienie nam chodziło. Ale słowo czy też ta deklaracja właściwie się spełnia. Ten film jest pod względem wizualnym niezły. Na początku myślałem, że to błąd, bo te domki są ewidentnie wykreowane komputerowo. To niebo, które jest nad tym osiedlem, jest wykreowane komputerowo. Ale później zmieniłem zdanie. To miało być wykreowane komputerowo i to takie miało być. I tu jest wszystko okej. Cały czas podkreślam, że to jest film, który ze mną zostanie, ale mam wątpliwości, czy on nie jest właśnie tak napakowany symboliką różnego rodzaju, zebraną troszeczkę na zasadzie wpakujmy w to maksymalnie dużo różnych treści, może się coś z tego ułoży. I śledząc zakończenie tego filmu i śledząc rozwój tego filmu, nie mogę się pozbyć wrażenia, że tak właśnie było.
I że została stracona naprawdę duża szansa na, nie wiem, czy wielkie kino, ale na takie kino, które zostałoby w każdym razie takim wzorcem, jak są wzorce metra, kiedyś były w Sèvres, to byłby taki wzorzec kina symbolicznego. Mnie się wydaje, że od pewnego momentu to się rozpada. Chyba nie.
[02:07:50] - Mnie się wydaje, że to mogłaby być lepsza historia przede wszystkim. Natomiast to i tak nie jest złe.
[02:07:56] - Oczywiście.
[02:07:57] - Jeżeli ktoś widział, to wie. Jeżeli ktoś nie widział, to dopiero oceni. Natomiast to mogłaby być lepsza historia science fiction, bo tam mamy także opowieść, która zalicza się do sci-fi. Jest przestrzenią, na której prezentuje nam pewną symboliczną pogadankę filozoficzną. Ale ja osobiście wolałbym, żeby tego, co mnie najbardziej zaskakuje, czyli tych dziwnych opowieści było trochę więcej. I z pewnością dałoby się zrównoważyć ten film w taki sposób, że mielibyśmy na przykład 60% dobrego sci-fi i 40% powiastki filozoficznej albo 35%, bo dochodzą jeszcze napisy. Ale mimo wszystko warto. Myślę, że warto. To jest jeden z najciekawszych filmów science fiction ostatnich pięciu lat, europejskich na pewno. Przenosi nas do świata jednakowych domków, o jakich niektórzy marzą.
[02:09:11] - Wiesz, Piotrze, mam takie wrażenie, że chyba dobrze go zareklamowaliśmy, bo w taki sposób można by o tym filmie powiedzieć, jeszcze raz to podkreślmy. Życzę każdemu filmowi, żeby przy tylu wątpliwościach, przynajmniej z mojej strony, kręceniu nosem i mówieniu: „Nie, to jednak nie było takie, jakbym się spodziewał, mogło być lepsze” i tak dalej. Ale cały czas to podkreślam, ten film ze mną zostanie. To jest film, który jak już państwo obejrzycie, to jestem przekonany, że spora część z naszych słuchaczy po prostu ten film zapamięta i to będzie pewien wzorzec, który gdzieś tam w głowach będzie się tlił, bo myślę, że to będzie wydarzenie. Bardzo często pojawia się coś takiego jak wydarzenie, coś, co zapamiętujemy. I ten film właśnie takim wydarzeniem jest. Uderzę się w pierś, to ja tak narzekam. Mogę oczywiście przy nim narzekać i się czepiać. Ja bym jeszcze mógł tak przez 15 minut się czepiać przynajmniej. Ale w gruncie rzeczy to nie ma żadnego sensu, bo tak jak powiedziałem, ten film zostanie.
Ze mną został, a myślę, że z państwem również zostanie. Każdemu reżyserowi i scenarzyście życzę, żeby przy takim ojczeniu, jak ja w tej chwili prezentuję, jednak podsumowanie było właśnie takie.
[02:10:47] - Tak. A poza tym nieduże środki, względnie dobry pomysł plus utalentowani aktorzy, czyli coś, co jest przepisem na-
[02:10:55] - A tak! Aktorzy genialni. W ogóle nie znam specjalnie aktorów z tej grupy. Europejscy aktorzy to nie jest to, w czym najbardziej przebieram i na czym się najbardziej znam. Ale muszę powiedzieć, że ta para młodych ludzi to dla mnie rewelacja. Myślę, że w sporej części ten film zawdzięcza swój nastrój, to coś, że on rzeczywiście ma w sobie to coś, właśnie tej parze aktorów. Moim zdaniem świetne kreacje. Świetne.
[02:11:34] - Tak. Tomasz Karolak i Sonia Bohosiewicz rzeczywiście dali radę w tym filmie. Nie, żartuję. Żartuję oczywiście. To był Cezary Żak i Artur Barciś. Nie, znowu żartuję. Ale tak, polecamy „Vivarium”. Do tej listy tak nieoficjalnie dopisaliśmy „28 dni”, dopisaliśmy „Platformę”, która pewnie też się kiedyś pojawi. „Platforma” jest pod pewnymi względami bardzo podobna do „Vivarium”. Możecie sobie ją chyba nadal znaleźć na Netflixie.
Ale jeżeli mówimy o przenosinach do świata innego, do świata symboli, także świata grozy, to przychodzą nam na myśl podróże kosmiczne. „Aniara” — kolejny film z naszej listy, właściwie ostatni z naszej listy. Opowiada o luksusowym statku kosmicznym o tejże nazwie. To taki futurystyczny transatlantyk, który przewozi ludzi ze zniszczonej Ziemi na Marsa w zaledwie trzy tygodnie. W pewnym momencie dochodzi jednak do tragedii i wskutek kolizji z asteroidą załoga jest zmuszona pozbyć się całego paliwa. Statek zbacza z kursu, oni tracą kontrolę i zaczyna się dryf w nieznane. To ma trwać krótko, ale jakoś się ciągle przedłuża. Marku, to jest ciekawa rzecz, bo ten film jest oparty w ogóle o rymowany poemat science fiction z lat 50., którego autorem jest szwedzki noblista. Ja ten poemat sobie próbowałem nie to, że cały przeczytać, ale przynajmniej zobaczyć fragmenty przetłumaczone na angielski. Muszę powiedzieć, że jest ciężko.
Film jest znacznie lepszy.
[02:13:22] - Ale w końcu noblista do nas przemawia. Od razu wspomnę, Harry Martinson, chyba tak to się wymawia. Noblista w dziedzinie literatury z 74 roku. Przeżył tego Nobla tylko cztery lata. Zmarł w 78 roku. I powiem tak: myślę, że ten poemat, forma pierwotna troszeczkę na tym filmie odcisnął swoje piętno. Na szczęście niezbyt mocno, bo to jest opowieść, która wciąga. Znowu, nie wciąga akcją. Wiecie państwo, że ja to głównie jak się strzelają, to lubię i jak jeszcze się gonią. Ale nie, to zupełnie inny rodzaj filmu.
W ogóle dzisiaj filmy, które omawiamy, to nie ten rodzaj kina. I Taki rodzaj kina również jest mnie w stanie wciągnąć, pociągnąć za sobą. Nie wiem, czy robię to w sposób oryginalny, ale dostrzegam duże podobieństwo tego obrazu filmowego z opowieściami, które snuł Lem, a przynajmniej snuł je na początku swojej kariery pisarskiej. Niektóre obrazy, które pojawiają się na ekranie, bardzo mi się skojarzyły z wczesną powieścią Stanisława Lema, a mianowicie z „Obłokiem Magellana”. Też mamy luksusowy statek kosmiczny czy też rodzaj promu. Tak jakbyśmy widzieli G, która podróżuje do Obłoku Magellana. Jakieś podobieństwa są. Co więcej, te przemyślenia dotyczące społeczności, funkcjonowania w zamknięciu, tego, czy kosmos jest dla nas, czy może jednak nie, to jakoś jest takie lemowskie. I w moich ustach to jest akurat komplement, nie żaden przytyk, bo okazuje się, że przy całym tym swoim zafascynowaniu kinem akcji gdzieś tam ze mnie wcześniej czy później wychodzi melancholik, a w każdym razie człowiek, który czasami lubi się zadumać. I przy tym filmie można to zrobić.
Może nie w trakcie, może raczej po emisji, ale ten film jest gęsty od sytuacji, od momentów, w których człowiek czuje dyskomfort. Czuje dyskomfort chociażby polegający na tym – to się już pojawiło w mojej wypowiedzi – czy aby na pewno jest tak, jak wielu autorów science fiction uważa, że my będziemy po tym kosmosie pomykać i zdobywać kolejne planety, później kolejne światy, później opanujemy całą galaktykę. To takie mocne science fiction. Natomiast z tego filmu wynika to pytanie, które często pojawia się w recenzjach: czy aby na pewno kosmos jest dla nas, dla ludzi? Bo z tego filmu wynika, że chyba niekoniecznie.
[02:16:51] - Tak. Dlatego, że poznajemy tam główną bohaterkę. Jest ona kimś w rodzaju operatora maszyny, która się nazywa Mima. To jest zagrywka słowna związana z powtarzanym już dzisiaj słowem „mim” czy „mimik”. To jest superkomputer, który w taki sposób wpływa na ludzi – niestety nie wiemy jak – że wywołuje u nich wizje. I te wizje są zazwyczaj związane z przebywaniem na Ziemi w otoczeniu przyrody. I o ile początkowo na tym statku ludzie, którzy mają dostęp do dosłownie wszystkich możliwych rozrywek, omijają tą Mimę, bo po co, tak kiedyś się okazuje, że zbaczają z kursu i najpierw mijają dwa lata, potem więcej, bo oni mają taki plan, żeby przy zbliżeniu do najbliższego dużego ciała niebieskiego odbić się od niego i wrócić na kurs, który ich doprowadzi na Marsa. I to się przeciąga. Ta Mima z czasem staje się takim substytutem narkotyku, substancji psychoaktywnej. Ludzie po prostu nie są w stanie wytrzymać rozłąki ze swoim otoczeniem naturalnym.
Wolą uciec do tej kabiny, która generuje te obrazy i leżeć na podłodze w półśnie niż tak naprawdę przebywać w tej pustej, zimnej przestrzeni kosmicznej, która ma być tak wspaniała, nawet jeżeli się poruszają na superzaawansowanym statku kosmicznym. Ale problem jest taki, że ta Mima z czasem strajkuje.
[02:18:35] - Tak, ale poza tym powiedzmy jeszcze o jednej ważnej rzeczy: to prawda, że jest wersja o tym, że ten statek zawróci pod wpływem oddziaływań grawitacyjnych jakiegoś ciała niebieskiego, ale to jest wersja dla maluczkich, dla ludzi, którzy są tam transportowani, mieli być transportowani na Marsa. Załoga tak naprawdę wie, że żadnego ciała masywnego, które zawróci statek, nie będzie. Liczą na coś innego. Pewna iskierka nadziei się pojawia zresztą. Nie będziemy chyba o tym mówić, ale pojawia się i to jest może ważne. Powiedziałeś o tym strajku, cudzysłów, strajku Mimy. To też okazuje się, że w pewnym momencie, kiedy zaczyna brakować rzeczy, które uważamy za oczywistą oczywistość, że się nam niemal należy, to może być rozpad świata dla tych ludzi. Co więcej, ja mam takie wrażenie, kiedy oglądałem ten film, że dałem się porwać temu obrazowi, chociaż nie strzelali się i nie gonili, to dałem się pewnej poetyce tego filmu porwać. Niemniej wyszło ze mnie w końcu to, co we mnie wredne, bo zadaję jedno ważne pytanie i myślę, że na tym zaważyło, że to złośliwe pytanie mogę zadać, to, że rzeczywiście film był wzorowany był, oparty na tym poemacie. Ja od początku pytam i nawet poszedłem w tym szaleństwie dalej, zacząłem to oglądać drugi raz i nie znalazłem odpowiedzi na pytanie.
Otóż pytam, dlaczego tam absolutnie urywa się kontakt z Ziemią? Jeśli znacie państwo zupełnie innej klasy film, bardzo komercyjny, „Apollo 13”, to tam przekonaliście się państwo, że antenę czy cokolwiek da się zrobić z pudełka od zapałek. Przesadzam oczywiście, ale chodzi o coś takiego, że pomysłowość ludzka jeśli nie zna granic, to w każdym razie ma bardzo szerokie granice. I tu czegoś takiego nie ma. Od początku „Aniara” nie ma kontaktu z Ziemią, nie ma kontaktu z Marsem, w ogóle nie ma kontaktu. Zerwał się ten kontakt i właściwie nie wiadomo dlaczego. Nie potrafię sobie na to pytanie odpowiedzieć. To oczywiście scenariuszowo dla przebiegu tej historii ma kapitalne znaczenie, bo ta izolacja ludzi w kosmosie, pewna beznadzieja, która się wkrada, oczywiście ma znaczenie i wpływa na nastrój, z którym się stykamy. Niemniej jednak czasami takie pytanie, które zadałem o tę łączność z Ziemią, łączność z Marsem, w ogóle łączność. Nurtuje mnie to po prostu.
[02:22:05] - To nie jest jedyne pytanie odnośnie fabuły, bo tam się pojawi jeszcze jeden obiekt, który oni przechwycą, ale tu już nie będziemy więcej wyjaśniać. Oglądając „Aniara” miałem takie wrażenie, że nie minęło kilkadziesiąt minut, kiedy się ten film skończył, lecz kilka godzin. I to zdecydowanie jest pierwszy raz, kiedy nie miałem wrażenia, że produkcja się dłuży, bo ona jest tak napakowana różnego rodzaju historiami, które są chociaż lapidarne, to tak symboliczne i w zasadzie realistyczne, że ogląda się to z przyjemnością. Bo kiedy ta podróż im się przedłuża, to ta „Aniara” zaczyna funkcjonować jak takie małe kosmiczne terrarium, takie minipaństwo ze swoim społeczeństwem mającym określone poglądy, mody, a ostatecznie nawet wierzenia. Bohaterka też przeżywa upadki i wzloty związane z życiem prywatnym, służbą na statku. I tutaj jest też coś bardzo ciekawego, związanego z tym, co powiedziałeś: czy kosmos jest dla nas? Bo o ile wielu pasażerów daje się wtłoczyć w nurt życia statkowego, to wielu pozostaje pesymistami, takimi twardymi. Oni twierdzą, że tam nie ma przyszłości na tym statku, bo jest on niczym innym jak po prostu sarkofagiem. Dzieci, które się na nim urodzą, czeka śmierć w ciemnościach. Co jest ogromnym plusem dla mnie na przykład, to ten realizm, realistyczne ujęcie tematu.
Brak tam schematów oklepanych i takich rzeczy, które nas nudzą już po pewnym czasie. Mówiliśmy o tym w związku z filmem „Deus”, który był krytykowany chyba dwa czy trzy tygodnie temu na antenie „Bibliotekarium”. Pojawiają się tam oczywiście trudne dylematy moralne, związane chociażby z totalitarnym zarządzaniem tym statkiem, które momentami okazuje się lepsze od jakichś demokratycznych rozwiązań. Ale nie ma tam też takiej naiwności, która cechuje na przykład uniwersum „Star Trek”, gdzie pewne sprawy są trywializowane albo bardzo spłycane. Nie ma tam heroiczności, takiej łatwizny życia. To był duży plus jak dla mnie. Oczywiście nie każdemu się to spodoba, ale myślę, że jeżeli ktoś jeszcze do tej pory nie natknął się na „Aniara”, a jest to film bodaj z 2018 roku produkcji szwedzkiej, to zdecydowanie warto.
[02:24:52] - Ja tylko jeszcze z takich ciekawostek powiem, że może nawet lepiej, że tego nie widziałem, bo na podstawie „Aniary”, tego poematu, wyprodukowana została w latach 60. opera. Muzykę do niej skomponowano i wystawiono. Szwedzka Opera Narodowa to, proszę państwa, wystawiała na przełomie lat 50. i 60. Znaczy się dzieło intelektualnie nośne. Natomiast na szczęście w filmie nie śpiewają. Być może czasami jesteśmy niewolnikami własnych wyobrażeń. Być może tak jest w moim przypadku, ale powtórzę to, co powiedziałem na początku: ten film jest bardzo lemowski dla mnie i z takimi przemyśleniami, które chyba Lem by zaakceptował, a w każdym razie podjąłby te rozważania. Ciekawy film, chociaż się nie strzelają, tak państwu powiem, bo w tym europejskim kinie w ogóle się mało strzelają.
I to dla mnie taki sygnał, że właściwie z tych wszystkich filmów, które dzisiaj omawialiśmy, przypomnę trzy tytuły: „Sorgenfri”, „Vivarium” i wreszcie „Aniara”. One wszystkie mnie w jakimś stopniu zmusiły do tego, czego nie lubię w kinie, czyli do Kombinowania, pogrążenia się w refleksjach, w zadumie, rozważaniu. Nie lubię siebie takiego, a już szczególnie wtedy, kiedy wychodzę z kina, czy też sprzed ekranu telewizora. Bo kino traktuję jako taką zabawę ludyczną bardzo, czyli się mają strzelać. A tutaj dostajecie państwo coś, co dla niektórych może być zaletą, dla niektórych może być wadą. Warto o tym powiedzieć. Ku mojemu zaskoczeniu, dla mnie to akurat było w tym wypadku sporą zaletą. Aż sam jestem zdziwiony swoimi reakcjami. Chyba się zmieniam. Po prostu chyba się zmieniam albo starzeję.
To jest druga możliwość.
[02:27:21] - Ja bym chętnie zobaczył, w zasadzie posłuchał tej opery. Jestem bardzo ciekawy co tam było. Nie wiem, jak może brzmieć opera o statku kosmicznym. Szumi Syriusz na gór szczycie i tak dalej? Nie muszę tego poszukać. Marku, co tam za tydzień? Ja już się wygadałem chyba, bo powiedziałem, że będzie garść nowości i ta garść nowości to będzie coś, co chyba będzie się coraz częściej u nas pojawiać, dlatego że po co wam mówić o starych filmach, skoro możemy wam polecać albo też obrzydzać niektóre nowości.
[02:28:00] - Tak, pogrążymy się znowu w tym, co lubię najbardziej, czyli w sci-fi tak naprawdę, w miarę nowych. To chyba dobry kierunek, przynajmniej dla mnie. Ja swojego zapatrzenia w sci-fi nie zamierzam wyzbywać. Na to państwa bardzo zapraszamy w przyszłym tygodniu. Myślę, że będzie ciekawie.
[02:28:31] - Wyjdziemy co prawda poza Europę, bo będą to chyba w większości filmy amerykańskie. Podejrzewam, że jeszcze kiedyś wrócimy do tych perełek europejskich, ale pod kątem horroru, dlatego że swego czasu, a było to dobrych kilka lat temu, takie triumfy święciło kino, a właściwie horrory, filmy grozy irlandzkie. Naprawdę powstało bardzo wiele dobrych produkcji. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że one są praktycznie nieznane w Polsce. Oczywiście do tej listy dzisiejszych filmów, prócz tej trójki, o której mówiliśmy i tej dwójki, o której wspomniałem, moglibyśmy dołączyć filmy, o których już żeśmy rozprawiali na antenie „Filmotekarium”. Chociażby „Bankiet”, chociażby ten film niestety wypadło mi z głowy. Pamiętasz, Marku, mówiliśmy przy okazji filmów bożonarodzeniowych o takim brytyjskim science fiction, gdzie też bohaterowie zostali uwięzieni w domu. Także ten europejski sci-fi jakoś się trzyma. Natomiast on nie wchodzi do mainstreamu, ale że nie wchodzi, to trzeba szukać też, jak to się mówi, od zakrystii, do czego was gorąco zachęcam.
[02:29:54] - Cóż, wielkie dzięki Piotrze. Jeszcze raz dziękuję za dostarczenie fajnych filmów. W gruncie rzeczy było to dla mnie zaskoczenie. Cały czas nie mogę jeszcze wyjść z wrażenia, ale dzięki i do usłyszenia w przyszłym tygodniu. Proszę państwa, to czas na kącik już stricte literacki. „Antologia Rubieży rzeczywistości” i niezawodny Reda Haddad. Dzisiaj spora dawka. Część z tych opowiadań, mam takie wrażenie, że już na antenie „Bibliotekarium 2.0” było, ale ponieważ mam to w zestawie kilku opowiadań, to już postanowiłem tego nie rozdzielać. Trochę w myśl zasady: znacie państwo, to posłuchajcie. A co dzisiaj nas czeka?
Otóż dwa opowiadania Roberta Zawadzkiego. Pierwsze z nich to „Biblioteka ojca”, drugie „Co pan robi całymi dniami?”. To pierwsze dwa teksty. Dalej Sonia Lipska, „Bardzo krótka historia miłosna”. Tadeusz Meszko, „Dopóki w kałamarzu nie zabraknie atramentu”. Dwa opowiadania Tomasza Fąsa: „Internet od rzeczy” i „The Final Frontier”. I wreszcie Przemysław R. Cichoń, „Posłaniec”. Teksty są różnej długości, ale spotykamy się za około 40 minut.
[02:31:35] - Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad.
[02:31:49] - Robert Zawadzki, „Biblioteka ojca”.
[02:31:53] - Ojciec trzymał w niej książki, których istnienia nawet nie podejrzewałem. Malutkie, pokątne wydania dzieł krążących w drugim obiegu, kiedy cenzura nie zezwalała na druk treści o charakterze antysystemowym. Pękate woluminy oprawione w półskórek, zapisane cyrylicą albo grubą gotycką czcionką o literach obdarzonych zdumiewającą ilością zawijasów. W końcu całą masę innych w twardej i miękkiej oprawie, z grzbietami prostymi i zaokrąglonymi. Wszystkie, naprawdę wszystkie, jak tylko można sobie wyobrazić. A w środku historie Napisane przestarzałym, pełnym ozdobników językiem poematy o bohaterach. Kryminały o detektywach w prochowcach, którzy kroczą mrocznymi ulicami miast, mówią grubym głosem i palą mocne papierosy, popijając je jeszcze mocniejszym alkoholem. Westerny z Winnetou i Old Shatterhandem. Opowieści o duchach czytane przeze mnie tylko w dzień, a mimo to prowadzące do nocnych koszmarów. Jednak kiedy przechodziłem do niego przestraszony, ojciec wcale się nie gniewał ani nie wzbraniał mi dalszej lektury.
Dlatego czytałem wszystko. Naprawdę wszystko. Gdy natrafiłem na książki o astronomii, fizyce i biologii, zacząłem pochłaniać je niemal tak samo łapczywie jak wcześniej literackie przygody Tomka Wilmowskiego. I to właśnie w tamtym czasie zacząłem rzadziej widywać ojca. Nagle czułem jego obecność w domu, subtelne oznaki jego bytności, ale kiedy w końcu się pojawiał, nasze rozmowy nie były już tak radosne i beztroskie jak wcześniej. Nie potrafiłem już zwierzać mu się ze wszystkich spraw i opowiadać o tym, co ostatnio wyczytałem. O wielkim wybuchu, inflacji i entropii, wybuchach supernowych. Nowa wiedza uświadomiła mi jego inność i nie byłem w stanie nic na to poradzić. On dostrzegał to samo i nawet jeśli zaprzeczał, to wiedziałem, że jestem odpowiedzialny za to, co działo się w domu. Okresy jego nieobecności wydłużały się coraz bardziej.
Rozmowy skarlały do pozdrowień, aż pewnego dnia, kolejnego z wielu spędzonych bez niego, zrozumiałem, że już nie wróci. Mama zmęczona moimi pytaniami, na które nie mogła i nie chciała odpowiadać, przyniosła w końcu do salonu dużą skrzynkę. W środku były listy, notatki, zdjęcia, wszystko, co nam po nim zostało. Zacząłem czytać. Przeczytałem wszystko. Każdy zapisek, każdą pocztówkę. Wszystko. A potem zacząłem od początku, licząc, że gdzieś tam pomiędzy wierszami, w ciągach wielkich i małych liter uda mi się odnaleźć jego samego. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hattat.
Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hattat. Robert Zawadzki. Co pan robi całymi dniami? Co robię przez całe życie? Znalazłem sobie zajęcie, które stało się dla mnie ważne, chociaż to z pozoru banał. Oglądam ściany. Nie mają tapety, nie są pomalowane. Poetycko można by je nazwać nagimi i w ich przypadku wydaje się to nawet bardziej uzasadnione niż w przypadku gładkich powierzchni, do których zazwyczaj używa się tego określenia. Ściany celi naprawdę są nagie, ponieważ mają setki nierówności, wybrzuszeń i szczelin, dokładnie jak nagie ludzkie ciało.
Godziny, które codziennie spędzam na obserwacji tych ubytków i wyżłobień sprawiły, że odnalazłem w nich już setki ludzkich i nieludzkich kształtów. Kiedy wiem już, co przedstawiają, nadaję im własne nazwy niczym odkrywca albo astronom. Zaczynając od całości. Ściana to moje niebo. Tego prawdziwego nie widziałem już bardzo dawno, ale mój substytut ma nad nim właśnie tę przewagę, że zostało w całości odkryte i opisane przeze mnie. Oczywiście opisane w głowie. Nie daliby mi długopisu. Baliby się, że coś sobie zrobię. Nie mogę mieć nawet paska. Ale wracając do ściany, było co odkrywać.
Całe konstelacje, każda ze swoją własną mitologią, całe archipelagi ściennego nieba. Znam je na pamięć i mogę opisywać tak, jakbyśmy oboje teraz tam byli. Zresztą prosiłem naczelnika o przeprowadzenie widzenia na miejscu, ale się nie zgodził. W sali widzeń czuję się jakoś tak dziwnie. Ale wracając do tematu, uruchom wyobraźnię, a ja będę opowiadał. Nierówności na ścianie układają się w gwiazdozbiory, symbole rzeczy, które były dla mnie ważne albo są nadal. Nad łóżkiem moja gwiazdeczka Merlin. Twarz ledwo zarysowana, ale włosy spływają falującymi szczelinami widocznymi z bliska nawet po zgaszeniu światła. Kiedy zasypiam, przesuwam się do ściany i wyobrażam sobie, że słyszę cichutki głos śpiewający: I Wanna Be Loved By You. Czasami patrzę na nią inaczej.
Zamiast Merlin widzę swoją żonę. Ale przejdźmy dalej. Wyżej mam dwie lekko odchylone od poziomu bruzdy. To most, a nad nim tamto małe wgłębienie to samochód. Znasz Blues Brothers? Tam też była taka scena. Most właśnie zaczyna się otwierać, ale Elwood wciska gaz i przeskakują samochodem na drugą stronę rzeki. Ojciec pokazał mi ten film. Oglądaliśmy go razem z milion razy. Pamiętam, jak zawsze śmiał się głośno podczas sceny w restauracji albo tej po pierwszym koncercie.
Wiesz, o której mówię? Cholera, czyli jednak nie znasz. W każdym razie Blues Brothers grają koncert, a po jego zakończeniu przychodzi właściciel tego miejsca, gdzie grali, tej knajpy. No i mówi, że za występ należy im się 200 dolarów, ale piwa w trakcie wypili ze 300. Uwielbiałem ten film, uwielbiałem Johna Belushiego. Dalej uwielbiam. Ojciec zmarł niedawno. Nie byłem na pogrzebie. Chyba rozumiesz czemu. A obok jest Jack Daniels.
O tam w rogu, koło kibla butelka Jacka. Jak w mordę strzelił. Czy lubiłem sobie golnąć? No jasne, że lubiłem. Kto nie lubi? Ale o co ci chodzi? Szukasz sensacji dziennikarzyku? Lubisz wyciągać brudy? Taka praca? No, ale jak już zacząłem gadać, to może dasz mi skończyć?
Bo ja tu mam całe niebo. Mówiłem przecież. Same gwiazdy. Jest Bogart, Elvis, John Wayne. Nie, nie możemy zmienić tematu. Cholera, wiedziałem, że tak będzie. Zawsze jest tak samo. Przychodzicie, udajecie miłych i eleganckich, ale koniec końców wszystkim wam chodzi o jedno. Dlaczego zabiłeś? Co wtedy czułeś?
Czy gdybyś mógł cofnąć czas? Bla, bla, bla. Chcielibyście usłyszeć, że mnie to podnieca albo że właśnie nie, nic nie czuję. Chcielibyście zboczeńca albo psychopatę, nie normalnego człowieka, bo lubicie wierzyć, że tutaj nie ma normalnych ludzi. Są zwierzęta, potwory. Koniec widzenia. Nie będę mówić o żadnym morderstwie. O niczym nie będę mówić. Spieprzaj stąd. No już, spierdalaj!
Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Sonia Lipska. Bardzo krótka historia miłosna. Życie z ponadprzeciętnymi zdolnościami nie należało do najłatwiejszych. Wiedział o tym aż za dobrze. Choć patrząc z boku, dar czytania w myślach mógłby wydawać się bardzo atrakcyjny. Jednak w rzeczywistości wcale nie było tak różowo.
Słyszał wszystkie myśli osób znajdujących się w pobliżu i w żaden sposób nie potrafił nad tym zapanować. Tamtego dnia, jak zwykle to słyszał. Te wszystkie sprawy, które były w głowach ludzi wsiadających do autobusu, stawały się w jednej chwili jego udziałem. Na ogół starał się unikać tłumów, ale tym razem intuicja kazała mu podróżować komunikacją miejską. I to w godzinach szczytu. Jego uwagę przykuła młoda dziewczyna. Stała z głową opartą o metalową poręcz. Niestety znajdowała się na drugim końcu pojazdu, zbyt daleko, by mógł doświadczyć jej myśli, a wiedział, że powinien, że właśnie dla niej tutaj jest. Żeby przekonać się, co kryło się w tej ślicznej główce, musiał podejść bliżej. Niech ten dar wreszcie się na coś przyda.
Z tą myślą zaczął przepychać się przez tłum. Moje życie to piekło. Usłyszał, a gdy to do niego dotarło, spojrzał jej w oczy. Były smutne i przestraszone. Nie pozwolę na to, postanowił. Jeszcze sprawię, że stanie się szczęśliwa. Zmienię jej życie w niebo, w istne archipelagi nieba. Uśmiechnął się dyskretnie do dziewczyny. Wiedział już, że to spotkanie odmieni ich oboje. Antologia Rubieże rzeczywistości.
Czyta Reda Haddad. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Tadeusz Meszko. Dopóki w kałamarzu nie zabraknie atramentu. Miałem sen grozy. Śnił mi się pałacyk, a w nim pokój przestronny z sekretarzykiem z ciemnego drewna, oddzielony barierką z czerwonej, splątanej w niezliczonych supłach liny niczym w muzeum. A na tym sekretarzyku stał samotnie kałamarz z wetkniętym gęsim piórem. Głos z przeszłości kustosza oprowadzającego po salach lub przyjaciela, do którego przyjechałem w gościnę, aby dokończyć pracę nad tekstem, mówił, że ów przybytek opanowany jest przez ducha niespokojnego, lękającego się jedynie atramentu z kałamarza. Polubiłem ten muzealny pokój od pierwszego spojrzenia.
Gdy w za dużych bamboszach szuramy posadzkę muzeów, obcując przez splecione ze sznurków linki z materią, w której poruszali się bohaterowie naszych podręczników, pomimo tak starannego gromadzenia mebli, filiżanek dotykanych o poranku, obrazów, na które spoglądali w zamyśleniu, bardzo rzadko wchłaniamy atmosferę tamtych chwil. Ów porządek z połyskiem werniksu wielokroć wygładzany przez kustosza czyni te pomieszczenia bezlitośnie pustymi, martwymi odbiciami w szybach kryjących rekwizyty przed kurzem. Tylko że ja przyjechałem tutaj nie w poszukiwaniu minionych epok, a w poszukiwaniu siebie i potrzebowałem ładu przestrzeni dotykalnej, abym mógł wyrwać się z chaosu myśli. Łatwiej było tego dokonać patrząc na nudny porządek. Wystarczał mi śmietnik myśli. Gdy go otwieram, czynię taki rozgardiasz wokół, że z przyjemnością wyciągnę szyję, aby uwolnić się spod sterty myśli niepotrzebnych, niechcianych, wartych zapomnienia. Spojrzę wtedy na kałamarz, z którego zapewne korzystał jakiś sławny pisarz i pomyślę: to w atramencie z tego kałamarza tkwiła moc zdolna poskromić nawet niesfornego ducha. Atramentu wystarczyło na kilkakrotne skropienie otoczenia. Duch wyczyniał coraz większe harce. Niszczył mnie nieustannie, wyrywając po kawałku życie.
Zrozpaczony, skazując siebie na nieuniknioną zagładę, a nie wiem czemu przyszło mi do głowy, że być może to nie w atramencie tkwi siła, której tak obawiał się niespokojny duch, a w słowie zapisanym. Bowiem jedynie świat opisany tworzy rzeczywistość broniącą dostępu przed złymi mocami. I wtedy zrozumiałem. Musisz odrzucić wszystko, co ci przeszkadza. Pamiętaj, że jedynie to, co napiszesz, pozostanie. Moc ducha maleje z każdym słowem. Opowieść zacząłem spisywać na kartce, wciśnięty w róg pokoju, gdy za oknem szalała burza, a drzwi otwierały się i zamykały z upiornym hałasem, dręcząc bezzasadnym lękiem, iż zaraz wkroczy ów duch niespokojny, aby odebrać mi wszystko. W tej chwili, gdy piszę ostatnie słowa tej opowieści, niebo się rozpogodziło, a ja siedzę przy sekretarzyku, mając w pogardzie drzwi za moimi plecami, wciąż skrzypiące niewiadomym. Pisać, wciąż pisać, dopóki w kałamarzu nie zabraknie atramentu. Antologia Rubieże rzeczywistości.
Czyta Reda Haddad. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Tomasz Fons. „Internet od rzeczy”. „Ja wam mówię, to narzędzie szatana!” — krzyczał dziadek z drugiego pokoju. — „Za moich czasów komputer to był komputer. Osobne urządzenie. Kto wymyślił, żeby to ustrojstwo mogło sterować całym domem?” Patryk, zupełnie nic sobie z dziadkowych mądrości nie robiąc, dalej wprowadzał brata w podstawy programowania. „Kiedyś, dawno temu, było trudniej.
Informatycy musieli pisać ogromnie dużo kodu, żeby najprostsze urządzenie mogło działać. Czasem nawet liczyli wszystko w systemie dwójkowym i szesnastkowym. Ty już tak pewnie nie umiesz. Mówili nam na matematyce, ale to jest tylko dla chętnych.” Mały Kaziu wydawał się średnio zainteresowany tematem. Skupiał się, żeby nie zawieść Patryka, choć wolałby już oglądać kreskówki. „Teraz mamy język wysokiego poziomu i biblioteki. Jak znajdziesz odpowiednią bibliotekę, to wszystko da się napisać w kilku linijkach. Zobacz, tu mam biblioteki kulinarne. Ładuję jedną, wpisuję komendę ciasteczka z parametrem czekoladowe.” Nie minęło pięć minut, a urządzenie gastronomiczne wysunęło tackę brązowych wypieków. Kaziu pobiegł spróbować, jak smakują.
„I co?” „Nie wiem. Chyba trochę za gorzkie.” „O, widzisz, na to nie mamy wpływu. Jeżeli korzystasz z gotowej biblioteki, to jesteś zdany na umiejętności jej twórcy. Nie da się wszystkiego programować od podstaw, więc musimy komuś zaufać, nawet jeżeli w ten sposób nie wiemy, co naprawdę dzieje się w programie. Dopóki nie umiesz edytować bibliotek, musisz korzystać tylko z naprawdę sprawdzonych źródeł. Tak na wszelki wypadek. Zobacz, tu masz biblioteki do prania, tu do ogrzewania i klimatyzacji, a tutaj do telewizora w salonie.” „Dobra już, wystarczy na dzisiaj” — wtrącił się dziadek. — „Weźcie lepiej wyklikajcie nam obiad. Taki według starego programu, a nie jakieś cuda.” „Nie tak szybko. Skończyły się białka” — przerwał mu Patryk, przeglądając spiżarnię.
— „Jak zamówię, to będą na jutro. Czyli pewnie trzeba się przejść po zakupy.” „No dobra, to ja się ubieram. Kaziu, poczekaj tu na nas. Zaraz wrócimy.” Kiedy znów weszli do mieszkania, było w nim ciemno i gorąco. Klimatyzator grzał, telewizor dymił, wszystkie lampy były przepalone, a z głośników wydobywało się coś na kształt jęku potępieńczego. Przerażony Kaziu w rogu korytarza krzyczał przez łzy: „Myślałem, że to będą kreskówki!” Na głównym ekranie widniała informacja, że załadowano bibliotekę babilońską, natomiast ścianę w salonie ozdabiał napis: „Mane tekel fares”. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad.
Tomasz Fons. „The Final Frontier”. Wiązanki wulgaryzmów jeszcze frunęły w kierunku głównego monitora, kiedy Sobieski z Jonesem wchodzili na orbitę zasłużonej przerwy obiadowej. Reszta zespołu technicznego wyłączała aparaturę. Frustracja rozniosła się niby fala uderzeniowa od gasnącego ekranu. „No i znów klops” — stwierdził Jones. — „Coś na etapie trzeciego przyspieszenia. Może poszła uszczelka.” „Daj spokój. Sprawdzaliśmy 15 razy.” „Jak widać nigdy dosyć. Już wcześniej nie chcieli lotów załogowych.
Teraz pewnie zatrudnią nas w stołówce.” Wyraźnie urażona bufetowa wydała im po dwie kanapki. „Może i dobrze.” Sobieski westchnął z rezygnacją. „Przynajmniej nie będziemy mieć nikogo na sumieniu.” Za ich plecami rozległo się: „I'm stranded in space. I'm lost without trace. I'm stranded in space. I'm lost without trace. I have a chance of getting away.” „Marny cover” — stwierdził Jones. Iron Maiden miał na sobie elegancką kufajkę, a w zębach fajkę kwantową, surowo zakazaną na terenie całego instytutu. Kolejny punkt regulaminu łamał parą szmacianych kapci. Nie dość, że godzących w powagę placówki, to jeszcze zwiększających ryzyko wyładowań elektrostatycznych.
No i što zagadnu? Nie poszło? Profesor Bolubow, jak zawsze w dobrym humorze. Rzucił Sobieski do Jonesa: Jeszcze tydzień temu ja skazał wam, żto zwykły rachunek prawdopodobieństwa przy tej skali złożoności zagadnienia. Nie dajmy się zwariować cyferkom. Jones podjął próbę obrony: Przecież odnieśliśmy pewne sukcesy. Bolubow rozpostarł ramiona i objął obu dyskutantów ze wschodniosłowiańską czułością. Ech, boysy, co my tam wiemy o wszechświecie? U nas na Archipelagu wszystkim się zdaje, że atom to latające kuleczki. Patrzą w kosmos, myślą taki sam gułag, tyle że na niebie i dłużej trzeba płynąć.
Już dosyć. Wystarczy na dzisiaj. Chodź Jones. Zdecydowanie musimy się napić. Gdy po dłuższym odreagowaniu porażki opuszczali bufet, żegnało ich za plecami: If I could survive to live one more time, I wouldn't be changing a thing at all. Na skwerze przed budynkiem było już prawie ciemno. Bezchmurna noc potęgowała ich frustrację, a do tego niebo pełne gwiazd. Między nimi wokół przydrożnej latarni wirowały ogłupiałe ćmy. Niżej jakiś gówniarz podskakiwał na ławce, machając ręką nad głową, jakby chciał odgonić ćmy lub złapać zasięg smartfonem. Daj spokój, głuptasie.
Jones mimowolnie powielił słowiański akcent Bolubowa. Nie możesz dosięgnąć gwiazd. Są za wysoko. Przyjaciele spojrzeli sobie w oczy, po czym parsknęli śmiechem. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Przemysław R. Cichoń: Posłaniec.
W karczmie wrzało. Klan McGregorów świętował z okazji wygranej potyczki. Piwo i wino lało się strumieniami, a gwar panował taki, że grający dudziarze nie byli w stanie się przez niego przebić. Największy i najgłośniejszy z górali wlazł na stół i ryknął na całe gardło: Wiwat McGregor! Wiwat! Odpowiedział tłum. Wypijmy bracia za wygraną, a McNeilowie niech gryzą ziemię w Dolinie Słonych Wiatrów. Pulsujący tłum, niczym jeden organizm zawrzał i gruchnął gromkimi owacjami. Karczmarz krzątał się pomiędzy stołami, wciąż donosząc nowe dzbany wina, pieczone baranie udźce i haggis. Skwapliwie liczył też rozbite dzbany i kufle.
Taka okazja nie trafiała się często, bo przeważnie to McNeilowie wygrywali. Jednak dziś można było zarobić. Dlatego mężczyzna uwijał się w pocie czoła, by dogodzić wszystkim klientom. W tym czasie jego dwóch synów myszkowało w Dolinie Słonych Wiatrów. Od północnej strony nic nie ograniczało przestrzeni. Dolina kończyła się stromymi klifami, o które rozbijały się morskie fale niesione silnym wiatrem. W powietrzu unosił się zapach oceanu, a wiatr miał dosłownie słony smak. Niektóre ścierwa były jeszcze ciepłe. Trzeba było się śpieszyć, zanim McNeilowie przyjdą po zwłoki swoich braci. Worki mieli już prawie pełne, kiedy poprzez krakanie kruków usłyszeli jęczenie i prośby o pomoc.
Było już prawie ciemno, więc kierowali się słuchem. W końcu znaleźli rannego. Był przywalony ze zwłokiem konia. Connor, starszy z braci, odciął nożem sakwę przytroczoną do końskiego siodła. Ewan, chodź tu — zawołał młodszego brata. Jeden jeszcze żyje. Młodzieniec zjawił się prawie natychmiast. Jeszcze dycha powiadasz? A co za jeden? Nie mam pojęcia, ale kilt ma McNeilów — zauważył Connor.
Wyciągnijmy go, może odwdzięczę się za uratowanie mu życia. Musimy się śpieszyć, bo reszta klanu zaraz tu będzie. Brat namyślał się chwilę. Dobrze. Musimy tylko zwalić z niego tę chabetę. Jakiś czas później wracali do domu, ciągnąc dwukołowy wózek pełen zdobyczy. Wyprawa się udała. Łup był spory. Miecze, topory, skórzane ćwiekowane zbroje i hełmy, ozdoby, pierścienie, niektóre nawet z palcami ich byłych właścicieli. No i jeden jeniec.
Wyglądał na szlachcica. Pewnie był wiele wart. Ciotka Akira postawi go na nogi, a McNeilowie zapłacą za niego niezłą sumkę — dumali bracia. Tuż przed północą dotarli do domu. W karczmie nadal trwała biesiada. Co prawda nie było już tak głośno, gdyż większość wojów upojonych alkoholem posnęło. Co wytrzymalsi wykrzykiwali wciąż toasty i dopominali się o napitek, miętosząc wielkimi łapskami piersi pijanych dziewek siedzących im na kolanach. Bracia rozładowali łup na tyłach karczmy i zamknęli dokładnie składzik, po czym udali się z jeńcem do ciotki Akiry. Akira była siostrą ich babki od strony matki. Żyła w odosobnieniu, poświęcając czas na zbieranie ziół i przyrządzanie różnego rodzaju leków.
Była znaną w osadzie zielarką, a co niektórzy uważali ją nawet za czarownicę. Ponoć miała kiedyś dziecko z druidem, ale oddała mu je zaraz po wykarmieniu. Wieść niesie, że był to chłopiec i został czarownikiem o wielkiej mocy. Jednak to tylko opowieści miejscowych bab. Akira zajmowała się leczeniem ciała, jak i duszy. Ludzie przychodzili do niej po zioła na różne dolegliwości, od niestrawności po zawody miłosne. Babka Akira, jak ją nazywali, zawsze starała się im pomóc. „Ciociu Akiro” — zawołał spłomionym głosem młodszy z braci. — „Ciociu, obudź się!” Stali pod oknem niewielkiej chaty na skraju lasu, gdzie mieszkała. Noc była dość jasna.
Księżyc zbliżał się ku pełni, a czyste jak łza niebo skrzyło się niezliczoną liczbą gwiazd. Po chwili usłyszeli cierpki i chrapliwy głos ciotki: „Czego chcecie o tak późnej porze?” Drzwi chaty otworzyły się ze skrzypnięciem zawiasów. „Ciociu, to my, Ewan i Connor. Przyszliśmy prosić cię o pomoc. Mamy tu rannego” — tłumaczył Ewan. „Wchodźcie.” Ciotka otworzyła szerzej drzwi. Bracia wkroczyli do środka, niosąc nieprzytomnego rannego. „Połóżcie go na ławie głową w stronę okna” — zarządziła. Siostrzeńcy wykonali jej polecenie. Akira pochyliła się nad leżącym.
Zbliżając twarz do twarzy rannego, wciągnęła w nozdrza jego słaby oddech. Wykonała rękoma jakieś dziwne gesty nad jego głową i, o dziwo, jeniec zamrugał i poruszył ustami, jakby chciał coś powiedzieć. Zielarka położyła dłoń na jego ustach, drugą zaś wykonała skomplikowany gest, a pacjent w mgnieniu oka zasnął. „On nie jest z naszego klanu” — stwierdziła ciotka, patrząc pytająco na siostrzeńców. „No, nie jest” — odparł nieśmiało Connor. „On jest z klanu McNeillów” — wyjaśnił Ewan. „Wydaje mi się, że nie całkiem” — przerwała, bo ranny poruszył się i zaczął coś bełkotać w dziwnym języku. — „Musicie już iść. Przyjdźcie jutro. Postaram się mu pomóc.” „On jest wiele wart” — rzucił Connor.
„Będę się z nim obchodzić jak z jajkiem. Teraz już idźcie” — ponagliła ich ciotka. Gdy wrócili do domu, w karczmie panowała cisza. Postanowili położyć się spać. Ten dzień był wyczerpujący. Jednak sama perspektywa sporego okupu za jeńca z klanu McNeillów wynagradzała po części trud dzisiejszego dnia. Sen spłynął na nich rychło. Poranek przyszedł jeszcze szybciej. „Wstawać, nieroby! Ile będziecie jeszcze gnić w tych wyrach?” — grzmiał Ronan, ojciec braci.
Młodzieńcy poderwali się momentalnie z łóżek i stanęli wyprostowani jak struny. „Czym możecie mnie udobruchać, darmozjady? Bo mnie lada zły. Musiałem wczoraj ciężko za was harować, a wy śpicie w najlepsze. I nie wiem, czy mam was ukarać, czy może nagrodzić tym śniadaniem. Co tam przywlekliście z Doliny Słonych Wiatrów?” „Ojcze” — zaczął starszy brat. — „Staraliśmy się bardzo. Mamy spory łup” — pochwalił się Connor, nie wspominając jednak ni słowem o rannym jeńcu. „Mam nadzieję, bo wczoraj musiałem sam obsłużyć prawie cały klan. Nogi weszły mi w zad.
No jazda, pokażcie, co tam macie” — zarządził karczmarz. Młodzieńcy wysypali zawartość worków i ułożyli na podłodze kilkanaście sztuk mieczy wraz z misternie zdobionymi pochwami, dwa topory z krótkimi drzewcami, kilka skórzanych nabijanych stalą kaftanów i hełmów. Pozostała jeszcze sakwa. Connor odciął nożem skórzane troki i wysypał jej zawartość na podłogę. Pośród zwykłych rzeczy, flakonów z olejami i jakimiś zapisanymi pergaminami, które były dla nich bezwartościowe, bo nikt z nich nie umiał czytać, było jeszcze coś. Nigdy przedtem nie widzieli czegoś takiego. Był to płaski, idealnie oszlifowany kawałek czarnego obsydianu wypolerowanego do połysku. Dość spory, mniej więcej wielkości dłoni. Kiedy Connor dotknął palcem gładkiej tafli, obsydian zabłysnął jasnym światłem. Przerażony upuścił dziwny przedmiot.
Wszyscy trzej w milczeniu wpatrywali się w powierzchnię płytki leżącej na deskach podłogi. Widniał teraz na niej bardzo realistyczny portret człowieka o rozczochranych białych włosach, takimiż samymi wąsami i wysuniętym językiem. Portret po chwili zaczął ciemnieć, po czym całkowicie zniknął. Stali tak jeszcze przez chwilę, wlepiając wzrok w czarną powierzchnię obsydianu. „To musi być jakiś druid. Być może widział nas teraz poprzez to dziwne czarne lustro. W tej chwili idźcie wyrzucić ten przedmiot do zatoki. Może on sprowadzić na nas gniew druida. To czary. Niczego dobrego to nie wróży.
Nie mówcie nikomu o tym, tylko pozbądźcie się tego jak najszybciej. Resztę rzeczy z jego sakwy spakujcie z powrotem i wrzućcie do morza” — polecił synom karczmarz. — „Miejmy tylko nadzieję, że nie dosięgnie nas gniew druida. No jazda, ruszać się. Nie chcę tego widzieć pod swoim dachem.” Chłopcy spakowali dobytek rzekomego druida do sakwy i czym prędzej ruszyli. Jednak nie wybierali się wcale nad zatokę. Ruszyli w stronę lasu, gdzie mieszkała ciotka Akira. Jej chata za dnia wyglądała jak olbrzymi, omszały grzyb. Napadnięty zielony dach porastała różnorodna roślinność, w tym kępy trawy. Nad chatą górował potężny stary dąb, którego rozłożyste konary zdawały się ją oplatać.
Na jednym z konarów, bezpośrednio nad dachem, rosła olbrzymia jemioła. Dzięki jej mocy nie imały się ciotki żadne nieszczęścia. Ta święta roślina służyła jej do wytwarzania leków i maści na najcięższe rany. Każdego szóstego dnia księżycowego miesiąca, pomimo swego podeszłego wieku, wdrapywała się po drabinie na dach chaty i złotym sierpem odcinała kawałek, wymawiając przy tym na głos zaklęcia. Ewan zastukał w drzwi. Odpowiedziało mu tylko leśne echo. Stał przez chwilę na progu, ale nadal nikt nie odpowiadał. „Ocuń się.” Connor odepchnął brata i załomotał pięścią w ciężkie dębowe drzwi. Łomotanie również wróciło od strony lasu. Jednak oprócz samego łomotania, zwielokrotnionego przez leśne echo, usłyszeli też krakanie kruka.
Po chwili spomiędzy drzew wyłoniła się zgarbiona postać ciotki. Zmierzała w ich kierunku, podpierając się akacjowym kosturem. Kiedy podeszła bliżej, wyciągnęła przed siebie lewą rękę, na której usiadł wielki czarny ptak, kracząc przy tym złowieszczo. Chłopcy dobrze znali Randalla. Ciotka wychowała go od pisklęcia, kiedy to uratowała go od niechybnej śmierci w pysku łasicy. Od tamtej pory Randall trzymał się blisko niej. Zawsze czuwał gdzieś w pobliżu i ostrzegał swym donośnym krakaniem, gdy tylko jego bystre oczy wypatrzyły jakieś niebezpieczeństwo. „Witaj ciociu Akiro” — odezwał się Connor. — „Przyszliśmy zapytać, jak czuje się nasz jeniec”. „Śpi.
Dałam mu zioła, które go wzmocnią i przyspieszą zrastanie kości. Nie jest poważnie ranny. Ma połamane żebra, jest poobijany. Od śmierci wybawiła go zbroja, którą miał pod ubraniem”. „Zbroja pod ubraniem? Jak to?” — zdziwili się chłopcy. „Gdyby nie ona, już by nie żył. Prawdopodobnie został ugodzony w pierś brogitem. Gdyby nie ta dziwna zbroja, jeden z kolców pałki przebiłby mu serce. Jednak utkwił w tej przedziwnej zbroi i tylko drasnął skórę.
Gdzie go poznaliście?” „W Dolinie Słonych Wiatrów, zaraz po wczorajszej bitwie” — oznajmił Ewan. „Ten chciwy Ronan wysłał was znów, byście jak te sępy ograbiali trupy i niedobitków”. „Na pobojowisku nie było niedobitków, tylko ten jeden. Leżał przywalony końskim zadem”. „No tak, stąd te połamane żebra” — wymamrotała Akira półgłosem, trochę jakby do siebie. „Dziś będzie spał, by nabrać sił. A wy co tam macie?” Wskazała na sakwę, którą trzymał Ewan. „To chyba należy do niego”. Ewan wyciągnął rękę z sakwą w stronę ciotki. „Są tam jakieś pisma i flakony z olejami.
No i czarodziejski płaski kamień. Siedzi w nim biały druid”. Ciotka wzięła od Ewana sakwę, wymownie zważyła ją w ręce i delikatnie odłożyła na ziemię. „A teraz już zmykajcie. Ojciec was zruga, że się włóczycie zamiast pracować”. „Ojciec wysłał nas na klify, byśmy wyrzucili tę sakwę do morza” — odezwał się Connor. „On boi się wszystkiego, co ma związek z magią. Gdyby się dowiedział, że nie uczyniliśmy tak, jak kazał, pewnie by nas wychłostał”. „Zmykajcie. Ode mnie na pewno się nie dowie”.
Zbliżał się Samhain, koniec lata. Stan zdrowia jeńca poprawiał się z dnia na dzień. Jeśli nieznajomy rzeczywiście był czarownikiem, to musiał pochodzić z jakiegoś dalekiego kraju. Z wyglądu nie przypominał druida. Był młody i dobrze zbudowany. Akira miała okazję przyjrzeć mu się dokładnie, opatrując go, kiedy leżał nieprzytomny. Czwartego dnia nieznajomy poczuł się już na tyle dobrze, że usiadł na łóżku i zjadł skromny posiłek, który podała mu Akira. Trzeba przyznać, że był bardzo zdyscyplinowany. Wykonywał wszystkie polecenia babki i bez zająknięcia przyjmował leki, które mu podawała. Były to przeważnie napary z ziół.
Rany zaś smarowała mu maścią sporządzoną z jemioły. „Dziękuję ci, dobra kobieto” — zwrócił się nagle do babki łamanym celtyckim. Trochę zaskoczona zaczęła mu się wnikliwie przyglądać. Obeszła łóżko, dookoła wahlując w powietrzu gałązką jemioły, jakby odganiała muchy. Potem stanęła naprzeciw niego i spytała: „Kim jesteś i skąd pochodzisz? Bo nie jesteś na pewno jednym z McNeilów”. Nieznajomy zakasłał. Jego twarz wykrzywił grymas bólu. Zauważyła to i podała mu kubek z naparem, którego specyficzny zapach wypełniał izbę. „Pij, to ci pomoże.
Uśmierzy ból. Żebra muszą się zrosnąć”. Ranny posłusznie wypił kilka łyków z glinianego kubka, krzywiąc się przy tym odrobinę. „Jestem posłańcem z daleka” — odpowiedział. „Jak się tu znalazłem i jak długo tu jestem?” „Przywlekli cię tu zaraz po bitwie synowie karczmarza. Dziś jest piąty dzień, odkąd przebywasz pod moim dachem”. Nieznajomy rozejrzał się z ciekawością po izbie. Zauważył sakwę leżącą przy wezgłowiu łóżka. Sięgnął po nią czym prędzej i znów skrzywił się z bólu. Wyprostował się jednak i wyjął z niej plik pożółkłych kartek zszytych wzdłuż jednego brzegu grubą konopną nicią.
Przewertował, jakby sprawdzał, czy nie brakuje kartek. „Dziwne pismo” — zauważyła zielarka. „Ty to pisałeś? Co to za język?” „Angielski” — odpowiedział, ale zaraz potem zreflektował się i dodał: „Brytyjski”. „Więc pochodzisz z Brytanii?” „Można tak powiedzieć, ale niezupełnie”. „Więc skąd? Bo chyba nie z Galii”. Mężczyzna wyjął z sakwy ten przedziwny kawałek obsydianu, a on rozbłysnął w jego dłoniach. Muskał go delikatnie palcami, a przez jego powierzchnię przepływały przeróżne obrazy. Babka przyglądała się temu z zaciekawieniem.
„Jak masz na imię? Jesteś druidem?” — zapytała bez ogródek. „Nie, nie jestem druidą. Na imię mam Robin. Robin McCornick”. „McCornick? To szkockie nazwisko, ale nie znam tego klanu. Na druida jesteś za młody. To jakieś czary?” Wskazała na przedmiot w jego dłoniach. „Nie.
To komunikator. Muszę się skontaktować z koordynatorem projektu”. „Z kim? To jakiś czarownik?” „Można tak powiedzieć. Musi mnie stąd wybrać. Musi mnie stąd zabrać”. „Przybędzie po ciebie?” „Niezupełnie, ale pomoże mi wrócić do siebie”. „Czyli dokąd? Skąd jesteś, młodzieńcze?” „Z Edynburga”. „Gdzie to jest?
No tak, jeszcze nie jest”. „Teraz to twierdza Edwina. Za jakieś trzysta lat będzie to Edinburgh”. „Znowu bredzisz. Dam ci jeszcze ziół na gorączkę”. Babka zaczęła się krzątać przy piecu, przygotowując napar. Robin jeszcze raz sprawdził zawartość sakwy, po czym odłożył ją na podłogę. „Czy wiesz, gdzie w okolicy jest takie miejsce, gdzie w święto końca lata zbierają się druidzi, by udobruchać duchy zmarłych?” Babka Akira odwróciła się nagle jak rażona gromem. Wymownym wzrokiem spojrzała na Robina. „Skąd wiesz o tym miejscu?
Zwłaszcza że nie jesteś stąd, jak twierdzisz”. „Powiedział mi o nim koordynator. Ten czarownik, który ma mnie stąd zabrać”. „Rzeczywiście istnieje takie miejsce. W głębi lasu jest polana idealnie okrągła jak księżyc w pełni. Wokół niej znajduje się dwanaście głazów tak wielkich, że tylko starożytni giganci Wokół niej znajduje się dwanaście głazów, tak wielkich, że tylko starożytni giganci mogli je tam ustawić. Co roku, w noc święta Samhain, spotykają się tam druidzi, by uprawiać swoją magię. Nikomu nie wolno wchodzić do kręgu. Tylko druidzi mają wystarczającą moc, by przeciwstawić się demonom zamkniętym w heksagramie. Każdy, kto odważy się wejść w krąg, niechybnie postrada zmysły, a nawet życie.
Nie mów mi tylko, że chcesz tam iść. Taki mam zamiar i będę chciał, byś mnie tam zaprowadziła. Spróbował wstać, ale natychmiast opadł z powrotem na łóżko i jęknął ciężko. Dobrze, może cię tam zaprowadzę, ale najpierw muszą się zrosnąć żebra i musisz nabrać sił. I będziesz mi musiał jeszcze wiele wyjaśnić. Siostrzeńcy zielarki w końcu odpuścili, ponieważ okazało się, że McNeilowie nikogo nie szukają. Zupełnie jakby ten wojownik nie był z ich klanu. Uznali, że Akira musiała mieć rację i zadowolili się podarowaną im przez ciotkę czarodziejską pomadą, która miała im zapewnić przychylność płci przeciwnej. W rzeczywistości była to zwykła maść na pryszcze. Robin z dnia na dzień nabierał sił.
Ósmego dnia był już gotów do drogi. Akira, zgodnie z umową, w zamian za przedziwny przyrząd wskazujący północ, zgodziła się zaprowadzić go do świętego kręgu druidów. Wyruszyli tuż po wschodzie słońca. Dzień zapowiadał się pogodny. Dotarli na miejsce po dwóch godzinach marszu. To tutaj powiedziała Akira, wskazując ręką polanę z gruzami, z głazami, nie wychodząc jednak poza linię drzew. Robin zdjął z ramienia sakwę i sprawdził jeszcze raz jej zawartość. Dziękuję ci Akio za uratowanie życia i za wszystkie podarunki. To nie ja cię uratowałam. Gdyby nie chłopcy, sczeznąłbyś pod tą chabetą.
A to są zwykłe rupiecie. Wskazała na sakwę. I tak miałam je wyrzucić. Mimo to dziękuję ci za wszystko. Dodał, kłaniając się uprzejmie staruszce. No idź już, skoro musisz. Jednak ja na twoim miejscu bym tego nie robiła. Robin wyszedł z lasu i wkroczył w sam środek kręgu pomiędzy głazy. Spojrzał na bransoletę, którą nosił na lewej ręce i przykucnął. Akira obserwowała wszystko z bezpiecznej odległości.
Po chwili powietrze nad kręgiem zgęstniało. Zaczęły się gromadzić chmury. Były coraz niżej i niżej. Zerwał się wiatr. Akira przywarła do ziemi przerażona. Pomiędzy głazami zaczęły przeskakiwać pioruny. Wyraźnie słychać było grzmoty. To była prawdziwa burza, tylko w mikroskali. Trwało to kilka minut, po czym wszystko ucichło. Babka wstała i wyjrzała zza zarośli, w których się ukryła.
W środku kręgu nikogo już nie było. W jasno oświetlonym pomieszczeniu znajdowało się kilka osób ubranych w białe kombinezony. W powietrzu czuć było napięcie w przenośni i dosłownie. Atmosfera była mocno zjonizowana. Wszyscy byli skupieni i zajmowali się wykonywaniem swych obowiązków, swych zadań. Na imponującej wielkości ekranach co jakiś czas pojawiały się komunikaty, grafiki i inne dane. Cały zespół wpatrywał się w główny ekran, który przedstawiał zdjęcia satelitarne z naniesionymi wykresami i danymi liczbowymi. Wszyscy wyraźnie na coś czekali. Zegar w prawym górnym rogu ekranu odliczał czas wspak. Jedenaście, dziesięć, dziewięć, osiem.
Otworzyć przejście powiedział do mikrofonu starszy, siwy mężczyzna, najwyraźniej szef całej grupy. Tak jest, panie Kustoszu odpowiedziała niska blondynka siedząca przy stanowisku obok. W tym momencie rozległ się sygnał alarmu i nad drzwiami śluzy rozbłysły niebieskie światła ostrzegawcze. Pulsujący napis głosił: Nie wchodzić. Teleportacja w toku. Po dziesięciu sekundach wszystko ucichło. Drzwi śluzy otworzyły się. Stał w nich mężczyzna w szkockim kilcie, z dużą skórzaną torbą na ramieniu. No McCormick, coś ty znowu nawywijał. Ponad tydzień nie było z tobą kontaktu.
Przygruchałeś sobie jakąś fajną dziewkę? Nie masz co liczyć na premię w tym miesiącu. Odezwał się Kustosz. O nadgodzinach nawet nie marz. Dałaś mi tu raport. Mężczyzna był wyraźnie wkurzony. Robin postanowił się nie tłumaczyć. Podszedł do biurka szefa i wysypał zawartość sakwy. Kustosz przez moment nic nie mówił. Później, przełykając ślinę i oceniając wzrokiem przedmioty, powiedział: Dobra robota McCormick.
Masz dwa dni urlopu. Reszta personelu zebrała się wokół biurka i z zachwytem oglądała leżące na nim artefakty. Robin, korzystając z zamieszania, oddalił się w stronę drzwi wyjściowych. Widzę zaczął Kustosz, że program przynosi efekty. To był dobry pomysł z tymi kurierami. Myślę, że jak przedstawimy raport, to dostaniemy dodatkowe fundusze. Wtedy proponuję postawić następny terminal gdzieś w okolicach Salisbury w hrabstwie Wiltshire. Nazwiemy go Stone Age. Co wy na to? Robin, wychodząc na zewnątrz, odetchnął z ulgą.
Ech, chyba jestem na to za stary pomyślał. Odwrócił się, by jeszcze raz spojrzeć na gmach National Museum of Scotland. Jutro wyślę im wypowiedzenie, ale teraz muszę się napić. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hattat.
[03:14:18] - Proszę państwa, a teraz czas na cykl Witolda Wargasa. Wiecie państwo z dwóch poprzednich odcinków, że ten autor, autor świetnych bestiariuszy słowiańskiego, japońskiego i wielu niezwykłych, ciekawych książek, tu odwołuje się właściwie do kultury ludowej. Odwołuje się do Kolberga, ale też do opowieści pochodzących z odległych stron świata. Mieliście państwo o tym okazję się przekonać dwa tygodnie temu, kiedy omawiana była opowieść inuicka. Witold Vargas przybliża nam te opowieści, których tak naprawdę nie rozumiemy, bo dzisiaj, kiedy czytamy opowieść ludową, to bardzo często mówimy sobie: "O co chodzi? Jakieś to mętne i nie do końca koresponduje". Nie potrafimy się tym bawić, nie potrafimy się tym zadziwić. Tymczasem Witold Vargas odsłania nam kolejne piętra, kolejne poziomy tego, czego nie rozumiemy. W pozornie prostej historii odnajduję głębię. Nie wiem jak państwo, ale ja się państwu przyznam, że dotychczas za każdym razem Witold Vargas potrafił mnie zaskoczyć.
Kiedy analizował przeczytaną wcześniej historię, to zawsze byłem zadziwiony. Dzisiaj odcinek nosi tytuł „Chodził Bóg po ziemi”. To prosta historia. Jej początek na pewno z czymś się państwu skojarzy. To taka opowieść ludowa, tak jak mówi Witold Vargas, wzięta z Kolberga. Wydaje się ta opowieść tak jak zawsze prosta, oczywista, jakaś dziwaczna. Posłuchajcie państwo, co da się w tej opowieści odnaleźć.
[03:16:34] - „Żywcem wzięte. Magia opowieści ludowych i jak je rozumieć”. „Chodził Bóg po świecie” Kolberga, sanockie. Chodził Bóg 303 lata po świecie w towarzystwie świętego Piotra i świętego Pawła, dopóki nie został ukrzyżowany. Cała trójka pukała po prośbie do wiejskich drzwi w przebraniu żebraków. Kto wpuścił ich do siebie i dał choć kruszynkę chleba, był błogosławiony i szczęście się do niego uśmiechało. Kto zaś pogonił ich i naubliżał, to z tym już nie bywało. Pewnego razu Pan Bóg, Piotr i Paweł zaszli do chaty pewnej baby, która właśnie wyjmowała chleb z pieca. Gdy zobaczyła żebraków, ze złości upuściła wypiek na ziemię, a potem rzuciła się na nich z łopatą piekarską, która wylądowała na samiuteńkiej głowie Pana Boga. Cóż było czynić?
Trójka wędrowców opuściła zagrodę i ruszyła do lasu, by przespać się pod spróchniałym drzewem. Wtem Bóg poczuł, że swędzi go głowa. Wymacał sobie spory guz i niewielką ranę, w której zalęgły się białe robaczki. Zebrał je wszystkie do dłoni i delikatnie schował do dziupli w pruchnie. Na pożegnanie chuchnął w nie delikatnie. Następnego roku po zimie wrócił w to miejsce i chuchnął ponownie. Wtem stał się istny cud. Robaczkom wyrosły skrzydła i futerko i tak stały się pszczołami. Robią dla nas nektar Boga, czyli miód, a dla Kościoła wosk na świece, żeby odpuszczone były winy grzeszników. Koniec.
Niezła bajka ludowa. Spisana została od Łemków z okolicy Krosna, będzie niedługo 200 lat temu. Ale nie jest ona tylko łemkowska. To zaledwie jedna wersja jednej z wielu opowiastek o tym, jak Pan Bóg chodził po świecie, które znaleźć możemy właściwie na całym świecie. Tak jakby rzeczywiście kiedyś po nim chodził Bóg. Większość z nich kończy się tym, że szczodrzy i roztropni zostają wynagrodzeni, a opieszali i chciwi ukarani. Ale ta jest moim zdaniem wyjątkowa. Po pierwsze dlatego, że nie prowadzi do kary. Po drastycznej scenie bicia Boga po głowie nie ma mowy o ukaraniu grzechu, tylko o odpuszczeniu. W genialny sposób ta przypowiastka łączy w jedną barwną całość wiele przykazań moralnych, ważnych symboli dla tamtej kultury, nie ograniczając się do taktyki kija i marchewki.
I tak: mowa jest o przebaczeniu, o tym, że jeśli zrobisz coś pożytecznego, zamiast mścić się i karać, wszyscy na tym skorzystają. Mowa jest o głowie Boga. W opowieściach inspirowanych Biblią mieszają się wątki chrześcijańskie z mitologią i wierzeniami ludowymi. A przecież Atena urodziła się Zeusowi właśnie z głowy, prawda? W przypowieści o Samsonie zaś w Starym Testamencie jest o tym, że z ciała lwa, którego siłacz pokonał, wyłoniły się pszczoły. A on zebrał ich miód. A w łemkowskiej historyjce oba wątki i być może wiele innych, mieszają się w jeden, gdzie pszczoły rodzą się z głowy Boga. Nie bez powodu. Pszczoły to przecież najcenniejszy dar dla ludzkości, w odróżnieniu od much i gzów, które w podaniach ludowych stworzył diabeł, próbując naśladować dzieło Stwórcy. Jest o tym wiele bardzo zabawnych opowieści.
Mowa jest o świętości chleba. Baba woli rzucić chleb na ziemię, aniżeli poczęstować nim przybyszów. To taka ludowa forma uczynienia z kogoś złego kimś bardzo złym. A ponadto przypomina o tym, że rzucanie chleba na ziemię to wielki grzech. Kiedyś żyło się biednie i chleb był często jedynym pożywieniem. Czyż nie mówi się: chleb powszedni? Mowa jest o wosku. Dziś wosk produkują fabryki, ale dawniej jedynym jego źródłem były plastry w ulach. Można się domyślić, jakim był cennym surowcem. Woskowe paliły się świece w kościołach w intencji żywych i zmarłych, robiono z nich gromnice, które chroniły przed piorunami.
Wosk był źródłem światła w chatach, więc dla oszczędności chodzono spać z kurami, a świece zostawiano na szczególne okazje. Mowa jest o tchnieniu Boga pod postacią wiatru, który wieje dwa razy do roku. Jesienny wiatr utula pszczoły do snu, a wiosenny je budzi i zaprasza do uczty. Można sobie wyobrazić, jak ktoś mówi wiosną do swoich dzieci: „Czujecie ten wiatr? To Bóg chucha na wszystkie zimujące stworzenia, by zbudziły się ze snu zimowego”. I po chwili rzeczywiście owady i zwierzęta zaczynały się ukazywać tu i ówdzie przy akompaniamencie śpiewu ptaków. Czy to nie piękne? Mowa jest przede wszystkim o samych pszczołach. Ten owad był jeszcze do niedawna uważany za świętego. Wiele wieków zajęło ludziom i pszczołom stworzyć więź współpracy.
Musiały powstać sady i ogrody, żeby pszczołom chciało się zamieszkać przy gospodarstwach. Człowiek częstował je nektarem, a one odwdzięczały się podwójnie, bo dawały miód i dawały wosk. Dwa niezwykle cenne surowce. Szkodzenie pszczołom uważano za ciężki grzech. Trzeba było umieć z nimi rozmawiać i się z nimi dogadywać, znać mnóstwo sposobów ochrony swoich skrzydlatych podopiecznych. Najznakomitsi pszczelarze tamtych czasów uważani byli za istnych czarodziejów. Piszę o tym w swojej książce „Bestiariusz. Zwierzęta”. Dziś całkowicie zaniechano wiary w świętość pszczół. Cóż, jeśli jak alarmują naukowcy, grozi im zagłada, wymrzeć mogą wszystkie kwiaty i owoce.
I wtedy się okaże, czy warto było tej starej tradycji zaniechać. Lubię sobie wyobrazić waszych rówieśników urodzonych w tamtych innych czasach, niemal samych z rodziną, przyrodą i swoimi zwierzętami. Nadchodzi zmrok i w jednej z chat zapala się świeczka. Ktoś kładzie ją na stół i cała dzieciarnia gromadzi się wokół dziadka. Jest bajarzem znanym w całej okolicy i na niego nie szkoda wosku. Dobre baśnie, takie, na które nie żałowano wosku, musiały przecież zastąpić nauczyciela. Jeszcze takiego, którego chce się słuchać. Poza tym zastąpić dobrego doradcę, czasem lekarza czy nawet radio, telewizję, kino, teatr i komputer w jednej osobie. Tacy wędrowni bajarze byli wielce szanowani, również w starożytności. Jednym z nich był przecież sam Homer, dzięki któremu znamy „Iliadę” i „Odyseję”, więc możemy sobie wyobrazić, jak tego wieczora pada nagle słowo o chlebie rzuconym na ziemię.
Coś, za co każdy ze słuchaczy dostałby od ojca solidnego klapca. Wszyscy wstrzymują oddech. Potem robi się tylko gorzej. Ktoś uderza Pana Boga w głowę. Dzieci kulą się w przerażeniu, a starsi zaczynają powątpiewać, czy aby opowiadacz zachował granice przyzwoitości. Potem jest o robaczkach wychodzących z głowy. Wszyscy aż się odwracają z oburzenia. I wtedy nadchodzi moment kulminacyjny. Dwa chuchnięcia i wszystko, co złe, wychodzi na dobre dzięki wielkiej miłości Boga do swego stworzenia. Nie każda opowieść była tak nasiąknięta religijnością, ale ta seria o Bogu tak.
Co prawda nie mówiła o życiu Syna Bożego gdzieś na dalekiej, abstrakcyjnej pustyni, tylko o tym, co dla Łemków było w ich życiu najistotniejsze, żeby darzyć największym szacunkiem to niewiele, co dawało im życie. Takie opowieści ludowe inspirowane Pismem Świętym nazywa się apokryfami. Opowiadał Witold Vargas.
[03:27:29] - Po raz kolejny się zadumałem. Myślę, że to jest jeden z takich cyklów, który zawsze mnie wpędza w zadumanie. Mam nadzieję, że państwo również go lubicie albo przynajmniej polubicie. Jedźmy dalej. Teraz przed nami recenzarium Ewiwy. Luiza Dobrzyńska bierze dziś na tapet książkę Waltera Tevisa „Człowiek, który spadł na Ziemię”, a właściwie książkę oraz jej ekranizację. Ja tylko powiem, że akcja zawiązuje się tam mniej więcej w ten sposób: główny bohater przybywa na Ziemię i celem tej jego wizyty jest zdobycie wody, której na jego rodzinnej planecie w sposób dramatyczny brakuje i w związku z tym życie wymiera. Ale co ja tu będę gadał? Oddajmy głos Luizie Ewiwie-Dobrzyńskiej.
[03:29:02] - Wita się z wami Luiza Ewiwa-Dobrzyńska. Książka przeniesiona na ekran zazwyczaj dużo traci. Jest wiele rzeczy, które można powiedzieć w formie pisanej, a które zupełnie, w żaden sposób nie wyjdą w formie filmowej. I tak się zazwyczaj składa, że kiedy oglądam ekranizację książki, którą czytałam i która mi się podobała, zgrzytam zębami z wściekłości. Niewiele jest takich, które uznaję za odpowiadające moim wyobrażeniom. Zdecydowanie należy do nich na przykład serial „Lalka”. Nie film, tylko serial. Wyjątkowo dobrze zrobiony. Zazwyczaj jednak jestem po prostu zła. Zła, że ktoś spaprał to wszystko, co budziło we mnie zachwyt.
Nie będę teraz podawać przykładów. To wyjdzie z czasem. Skupię się na jednym tylko. I tutaj mamy do czynienia z czymś zupełnie odwrotnym, ponieważ najpierw obejrzałam film, a dopiero potem przeczytałam książkę. O cóż chodzi? „Człowiek, który spadł na Ziemię”. Powieść Waltera Tevisa sfilmowana przez Nicolasa Rega z fenomenalną rolą młodego Davida Bowie. Warto podkreślić, że ten genialny muzyk znajdował się wtedy w stanie kompletnego oderwania od rzeczywistości. Był to najmroczniejszy okres w jego życiu, kiedy był uzależniony od twardych narkotyków i właściwie szedł ku przepaści. Może dlatego rola kosmity była dla niego czymś wymarzonym.
Oglądając film, nie miałam pojęcia, że został nakręcony według czyjejś książki. Dopiero później się o tym dowiedziałam. No i ma się rozumieć, postawiłam się na głowie, aby tę książkę zdobyć. Zajęło mi to wiele lat, ponieważ w tym okresie czasu nie była ona tłumaczona na język polski. Dopiero stosunkowo niedawno ukazała się nakładem wydawnictwa MAG i mogłam porównać wersję filmową z wersją książkową. I tutaj właściwie ciężko mi powiedzieć, która jest lepsza. O co chodzi? Thomas Jerome Newton, który tak naprawdę wcale się tak nie nazywa, ląduje na Ziemi. Chce, korzystając ze swoich zdolności oraz z patentów, których autorami byli jego ziomkowie, opracować ratunek dla swej planety. W filmie cierpi ona na klęskę braku wody.
W książce zaznaczono tylko, że umiera. Tak czy inaczej, Newton musi wykonać bardzo poważną pracę. Musi najpierw zdobyć pieniądze, co dzięki sprzedaży patentów okazuje się łatwiejsze, niż myślimy. Ale pozostaje do wykonania druga część zadania, dużo trudniejsza. Musi opracować plan ratunku i wrócić do swoich. I tutaj zaczynają się schody. Ziemia okazuje się bowiem miejscem bardzo interesującym, obfitującym w wodę i zieleń oraz różne rozrywki, których wcześniej Newton nie znał. Ma też do zaoferowania coś jeszcze: miłość w formie, której nawet nie przewidywał. Nie, nie chodzi tutaj tylko o seks, co zaraz pewnie pomyślicie, ponieważ to znali również na jego planecie. W końcu jakoś trzeba się było rozmnażać.
Jednak miłość emocjonalna okazuje się dla niego czymś jednocześnie wspaniałym i całkowicie niezrozumiałym. Niestety razem z nią Newton poznaje gorsze strony ziemskiego świata, mianowicie używki i zaczyna się od nich szybko uzależniać. To wszystko razem powoduje, że wcale się nie kwapi z powrotem na swoją planetę. Jak już zaznaczyłam, książka różni się od filmu. Jest nieco bardziej prawdopodobna, logiczniej skonstruowana. Jednak niesie ze sobą ten sam smutny przekaz, że bardzo łatwo jest zniszczyć sobie przyszłość. Sobie i nie tylko sobie, ale wszystkim dookoła. Bo w końcu fakt, że Newton ulega niejako korupcji ziemskiego życia, jest wyrokiem śmierci na jego planetę i jego bliskich Jednak nie potrafi się temu oprzeć, ponieważ w porównaniu z ludźmi jest istotą całkowicie niewinną, nieznającą naszych pokus, a w związku z tym niepotrafiącą wypracować sobie formy obrony. Dlatego zostaje w końcu, wybaczcie, że to zdradzam, ale myślę, że i tak każdy wie, o czym mowa. Zostaje w końcu uwięziony między nami na naszej planecie.
Rodzi się tu pytanie, czy tego chciał, czy nie? Właściwie sądząc po tym, jak postępuje, dążył do tego. Bardzo chciał, żeby inicjatywa w tej sprawie wyszła z zewnątrz, żeby nie miał sobie nic do zarzucenia. I wyszła, choć może nie tak, jak by się tego spodziewał, ponieważ płaci bardzo wysoką cenę. Ale zostaje i trwa tutaj między nami. Z jednej strony otoczony tym, czego pożądał, a z drugiej strony całkowicie osamotniony. Bowiem tutaj na Ziemi jest jedynym swego rodzaju. I drugie pytanie: kim naprawdę jest Thomas Jerome Newton? Czy czasem nie jest to projekcja naszych własnych osobowości? Między nami znajdują się ludzie, którzy wyglądają, zachowują się, jakby spadli z księżyca.
Tacy nieprzystający zupełnie do społeczeństwa, zatem wyśmiewani, odpychani, traktowani z wrogą podejrzliwością. Są trochę inni. Poeci, pisarze, malarze. Wszyscy ci, którzy dysponują szerszym spojrzeniem na rzeczywistość. Zwłaszcza ci, którzy potrafią tworzyć swoje własne światy. W naszym świecie stają się intruzami, albowiem są z innego wymiaru. Tak właśnie jak Thomas Jerome Newton. I właśnie dlatego reżyser bardzo dobrze zrobił, że obsadził w tej roli Davida Bowie. On doskonale oddawał zagubienie i obcość kosmity, bo sam był trochę jak obcy. Trzeba przyznać, że aczkolwiek można mu dużo zarzucić, na pewno nie był kimś przeciętnym.
Książka dla wrażliwego człowieka jest smutna, depresyjna. Film może doprowadzić wrażliwszego do łez, jeżeli tylko wczuje się w tragedię Newtona, w to, co on przeżywa, w to, co traci i w to, od czego nie umie się uwolnić. Zachęcam zarówno do przeczytania książki, jak i do obejrzenia filmu. Jedno i drugie wzbogaci was o doświadczenia, które trudno przecenić. Żegna się z wami Luiza Ewiva Dobrzyńska.
[03:35:58] - Czas, proszę państwa, na odrobinę pozytywnego szaleństwa. Pozytywnego, bo związanego z kreacją. To widomy znak, że przed nami alchemia tworzenia. Dzisiejszy odcinek audycji przygotowywanej przez Katarzynę Prychacz nosi tytuł: „Żona z plusami w oczach”. Cokolwiek to oznacza. Ja wiem, co oznacza. Państwo dopiero się o tym przekonacie, ale przyznacie chyba państwo, że tytuł intrygujący, a myślę, że sama treść intrygująca jeszcze bardziej. Bo ja jestem nieustającym fanem audycji Katarzyny Prychacz. Myślę, że o to tak naprawdę chodzi w układaniu historii, żeby się dobrze bawić. Ja myślę, że Katarzyna bawi się nieźle, a od państwa tylko zależy, czy dacie się zabrać w tę podróż pełną zabawy i fantazji.
[03:37:01] - Halo, halo ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na alchemię tworzenia. Skoro ja już jestem i wy już jesteście, to co? Dżingiel, niechajże leci. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w dziewiątym odcinku drugiego sezonu „Alchemii tworzenia”. Niedługo odcinek 10. I tak sobie myślę, że może coś jeszcze zmienimy w tym sezonie. A co! Ale zanim zmienimy, to zwyczajowo sięgamy po moją książeczkę pełną myśli dalijskich.
I dzisiaj na tapet pomyślałam, że weźmiemy sobie taki oto tytuł: „Telefon na talerzu z trzema sardynkami z rusztu pod koniec września”. Powiem wam szczerze, że tak sobie od razu pomyślałam: jak ruszt, to przecież grill. Zwłaszcza że koniec września to już taki wywrotowy termin, bo to koniec wakacji dla studentów. Zwłaszcza że pogoda we wrześniu często jeszcze bywa taka, że można sobie tego grilla odpalić. Więc tak sobie myślę, gdzie mam moją ściągę z pytaniami, nasz schemacik, który mnie trzyma w ryzach. I tu mam pierwsze pytanie: jak jest? Właśnie tak sobie pomyślałam, że ten moment, w którym spotkamy się z bohaterami tej historii, to właśnie będzie moment grilla. Myślę, że będzie milusio, sympatycznie w ogródku, już trochę chłodek, ale jeszcze fajne słoneczko. I sobie siedzi grupa znajomych. Jest pan domu, mistrz grilla, który grilluje i jest jego piękna małżonka, która podaje różne wymyślne sałatki, przystaweczki i tak dalej.
I jest wszystko fajnie, pięknie. Może właśnie to są studenci, którzy wracają na studia, a może towarzystwo mieszane. Na razie nie jest to istotne dla fabuły. Drugie pytanie mamy takie: jak było? I tutaj myślę, że przydałby nam się jakiś problem, żebyśmy mogli się do tego odnieść. To może zanim oni usiedli do tego stołu i zanim była już śniadanka, zanim przybyli goście, to może była jakaś kłótnia? A może zróbmy, że to przyszli kumple sami. Nie ich wspólni znajomi, tylko właśnie kumple naszego mistrza grilla. Dobra, to od razu czekajcie. Kim jest nasz bohater?
Myślę, które z nich by mogło być tu bohaterem. Tak czy siak mistrz grilla, damy mu jakieś imię. Czekajcie, jakieś imię tym razem, bo tak ciągle bez tych imion. Może jakiś Filip albo Franek? Florian. Niech będzie. Florian, osiedlowy mistrz grilla i jego piękna, mądra i ukochana żona. Florentyna to będzie zbyt zabawne. To może Filomena? Tak, to pasuje lepiej.
Czyli Florian i Filomena. Czyli kumple wbili na tego grilla trochę bez zapowiedzi większej. Zadzwonili godzinkę czy dwie wcześniej. Mąż spontanicznie: „Jasne, wbijajcie”, a żona miała inne plany. Czyli tuż przed grillem żona się trochę poobrażała, że jest profesjonalną żoną. Że wspiera męża i też nie chciała robić większego problemu, to postanowiła jednak zorganizować z nim tego grilla, skoro to taki spontan nagły wyszedł. A może mąż się do niej ładnie uśmiechnął, poprosił. Może jednak ta kłótnia była dosyć szybko ułagodzona. Czyli wiemy jak jest, wiemy jak było. A co się zmieniło?
Wiecie co? Mam plan. Bo może ci kumple przyjdą. Myślę o motywie zazdrości, ale nie pod tym względem, że kumple będą mu zarywali żonę, tylko bardziej, że to ta żona będzie lepszym kumplem dla jego kumpli niż on. Że ci kumple będą ją tak traktować jako taką kumpelę, będą się dobrze bawić. Czekajcie, że to grill, to pomyślałam o takim klasycznym stereotypie oglądania meczu. Ale nie, dobra, to miał być grill. To może po prostu jakieś niewybredne żarciki i historyjki będą leciały i to w sumie się wszystko tak trochę obróci, że ta żona jednak się będzie bardzo dobrze bawiła z tymi kumplami. Może to są kumple z wojska. Przyjechali tak odświeżyć.
Stara ekipa się zebrała. Oni poznali się w wojsku, ale później każdy się porozjeżdżał, każdy zajął się czymś innym i tutaj mieli taki zjazd. Nie mamy chyba w Polsce innego słowa na to, nie? Reunion. Tak, mówi się o zjazdach rodzinnych. To jest taki zjazd ich paczki po latach. I oczywiście kumple są zafascynowani jego żoną. Więc myślę, że to ta zmiana nastroju żony. Czyli najpierw żona była niezadowolona, a później się okazało, że całkiem dobrze się bawi. To tak w odpowiedzi na to pytanie w schemaciku: co się zmieniło?
Kim jest bohater? Myślę, że jeszcze do tego wrócę. Już wiemy, że jest mistrzem grilla i że jest aktualnie zazdrosny o żonę. Właśnie o to, że jest lepszym kumplem dla jego kumpli niż on. To co? Losujemy może jakiś archetyp? Bo czemu nie? Niech będzie jakaś tradycja. To losujemy archetyp dla Floriana. On miał być, nie?
Dobra, to najpierw dla Floriana. I towarzysz. Może nie mieliśmy jeszcze, a może był tylko gdzieś na początku. Oczywiście niezmiennie archetypy to jest opracowanie Gabrieli Borowczyk, zatem to tutaj wam cytuję. „Towarzysz, partner zawsze blisko drugiego człowieka. Możesz liczyć na jego pomocną dłoń. Rozumie i wspiera. Wysłucha, pójdzie razem z tobą. Zwykły człowiek, który też ma swoje słabości. Jest realistą, który potrafi udzielić rozsądnej porady.
Przyjaciel, współpracownik, członek grupy.” To słuchajcie, to się idealnie składa. To nic dziwnego, że on tu będzie zazdrosny. To teraz dla Filomeny coś losujemy. Zobaczymy, cóż to nam się za parka dobrała. Odkrywca już był. Patrzę, żeby tak w ramach przypomnienia. „Cechuje go otwartość, niezależność, ciekawość, odwaga. Poszukuje nowych wyzwań i doznań. Nie boi się zmian, nie ma porażek, tylko lekcje na przyszłość. Ważne dla niego jest poznanie nowego, nawet kosztem ryzyka.” Może tutaj odkrywca.
Myślę, kim ona mogłaby być z zawodu. Bo to w sumie by mogło też tłumaczyć to, że przyjechała tutaj ekipa. Tylko w sumie czemu ona wcześniej nie chciała tego grilla? A może faktycznie to nie tak, że ona nie chciała poznać nowych ludzi, czy coś, tylko miała plany. Może właśnie plany związane z tym archetypem? A może mieli pojechać razem na jakieś lekcje albo czegoś się nauczyć, albo odkryć jakieś nowe miejsce? Już wiem. Mieli pojechać do lasu na spacer Są takie ogrody, arboretum, tak to chyba nazywają. Czy ja mylę, czy to jest jakaś nazwa własna? Na przykład jak są palmiarnie czy różne rezerwaty, czy ptaszarnie.
Może właśnie oni mieli pojechać do ptaszarni. Jest sobie las i w środku lasu jest ptaszarnia. Oni to mieli zaplanowane i ona się cieszyła na to, że nie dość, że pójdą wreszcie na spacer w nowe miejsce, to dodatkowo może jeszcze zobaczy jakieś zwierzątka, których nigdy nie widziała. Ale plany się zmieniły i dlatego ona była zła. Może nie zobaczyła nowych zwierzątek, ale poznała nowych ludzi czy nasłuchała się nowych historii, także też się świetnie bawiła. Tutaj cechuje go otwartość. Otwartość, ciekawość i odwaga. Dlatego też taką relację z jego kumplami szybko nawiązała. Chyba kumpli nie będziemy losować, nie? Dalej patrzę na liście pytań.
Mam właśnie, jakie jest rozwiązanie. Czyli musielibyśmy mieć ten problem. Chyba że tą zazdrość weźmiemy jako problem, ale dalej nam się robi taka prosta fabuła. Nie tak jak ostatnio. Tak, to ostatnio było, nie? Fontanna ostatnio była. Co się tu mogło wydarzyć? Bo co, mąż się obrazi? Nie chyba. Myślicie, że się obrazi i wyjdzie po mleko?
Ale nie. Gdybyśmy mieli zrobić z tego opowiadanie, to może byłoby bardziej takie opowiadanie wypełnione anegdotami, może jakimiś śmiesznymi gagami, śmiesznymi historiami z życia tego naszego, już zapomniałam, Floriana. Florian. Nie wiem. Może niech oni się ze szkoły znają. Musiałabym robić research, żeby jakieś historie rodem z wojska rozpisać, to musiałabym do moich znajomych, którzy mają taką przeszłość. To by mogło być ciekawe. Wtedy każda historia mogłaby być jakąś lekcją, jakimś morałem. Dobra, tak czy siak, to mogły być te elementy takiego, że możemy sobie poszaleć z przekazem jako autorzy. Ale tutaj jeszcze jakaś akcja.
Aha, bo jeszcze o tym wszystkim bym zapomniała, bo tu jeszcze jest telefon na talerzu z trzema sardynkami z rusztu pod koniec września. Dobra, czyli mamy ruszt i ten koniec września. Czemu sardynki? Może oni nie tyle z wojska jako takiego typowego z piechoty, tylko może jednak marynarka morska. Może właśnie na statkach pływali. Może kumple wrócili z jakiejś akcji i przywieźli sardynki z rusztu. W ogóle to nigdy nie jadłam. Jakieś różne ryby się jadło z grilla, ale z rusztu sardynki. Ciekawe. Dobra, może to jest jakiś rarytas.
Może oni przywieźli te sardynki. Jak tutaj widzę ten telefon, obstawiam, że akurat Dali pisząc tutaj, miał na myśli pewnie taki telefon tarczowy ze słuchawką. Natomiast ja oczami wyobraźni zobaczyłam taki talerz z ładnie wypieczonymi sardynkami, może z jakąś sałateczką. O matko, aż się zaśliniłam, jak pomyślałam o tym. Widziałam w tym wszystkim taki ze złością rzucony w to smartfon. Po prostu ktoś się wkurzył, rzucił tym telefonem w to jedzenie i wyszedł. Może to to. Teraz pytanie, czy ktoś by coś znalazł w telefonie, któryś na przykład z naszych małżonków tutaj. Od razu widziałam jakąś kłótnię, przepychankę. Motyw zdrady to byłoby za proste.
Ta zazdrość tutaj taka ciekawa. Nie wiem, czy ja gdzieś czytałam jakąś historię o tym, żeby mąż był zazdrosny o to, że żona jest z lepszym kumplem niż on. Ale co dalej z tego pociągniemy? Jak dalej pociągniemy? Może te historie po prostu popłynęły w takim kierunku, że były heheszki, śmieszki z naszego Floriana, a Florian był bardzo wrażliwym człowiekiem, może takim trochę nawet wybuchowym. Mimo że towarzyszy, że rozumie, że wspiera, to jednak były takie momenty, że jak ktoś mu umniejszał, to mu się uruchamiało coś w środku. O czym mogła być ta historia? Nie wiem. Kurczę, brakuje mi problemu. Co, znowu z piguły sobie problem wyjąć?
Jeszcze trochę czasu jest, a ja tak poleciałam szybko. Chyba że dzisiaj weźmiemy jakąś inną jeszcze historię. Myślę sobie, że może byśmy później sobie pograli trochę inaczej w to wszystko. Albo dobra, wiecie co? Odpalam te moje pisarskie piguły. W którymś odcinku już to było. I zobaczymy, jakiś problem wylosujemy sobie. Co prawda tutaj są dosyć abstrakcyjne problemy, ale może wylosuję trzy problemy, bo mamy czas jeszcze trochę. Trzy problemy i może właśnie te problemy będą rodzajem tych historii, które padły tutaj o nim. Może to jest trzech kumpli i każdy opowiedział jakąś historię.
Która może trochę przedstawiała Floriana w nieprzychylnym świetle. A może oni byli świeżo po ślubie, że on jeszcze bał się, że żona się zniechęci czy coś. Jeżeli chodzi o pisarskie piguły, wspominałam wam, to jest moje autorskie narzędzie do ćwiczenia kreatywności. Tu są trzy rodzaje piguł. Mamy początek, problem i morał. Dzisiaj akurat sięgniemy po piguły czerwone, w których mamy problem. Zobaczymy, jaki jest pierwszy problem. Już czuję, że będzie na grubo. Dobra. Zniknęły wszystkie kamienie.
To może wcale nie jest bardzo abstrakcyjne. Tylko nie wiem, widzicie na przykład na takim statku, po co te kamienie by były? Bo jakby to był jakiś kuter rybacki, to bym pomyślała, że do obciążania sieci. Chyba że to były jakieś kamienie kosztowne, szlachetne, może jakiś skarb. A może faktycznie oni przewozili gdzieś. Jak to ma być historia, to może jednak jedną z misji było przewiezienie. Myślę, czym się zajmuje wojsko. Może odkryli coś pod wodą. Nurkowali sobie na przykład i odkryli jakiś stary skarb. Na przykład jeszcze z czasów II wojny światowej czy nawet I wojny światowej.
Jakieś stare skarby odkryli i może właśnie Florian był odpowiedzialny za to. Natomiast może przysnął na warcie i może właśnie oni mu wycięli numer. A może on przysnął i oni go wtedy obudzili w środku nocy. Go przestraszyli, obudzili, bo się zorientowali, że gościu przysnął. I on taki skołowany był i oni mu wmówili, że te kamienie zniknęły, że ten skarb zniknął i w sumie to on taki półtrzeźwy od snu, zaspany uwierzył i się zestresował może. Ale to taka lipna ta historia. Kurczę, za mało wiem na temat wojska, żeby wam zaimprowizować coś fajnego. Nie wiem, jakiego typu misje tu mogą być. No chyba że jakoś jeszcze wcześniej gdzieś. No dobra, to by mogła być taka historia.
A może on był nowy? Myślę, że to może było trochę jeszcze, jak się dopiero poznawali, taka historia. A może właśnie oni mu wmówili, że to jest jakaś supertajna misja i on miał pilnować skrzynki z kamieniami szlachetnymi i bronić jej własnym życiem. A potem na przykład się okazało, że w środku były jakieś draże. Że oni mu po prostu dali jakiś kuferek, w którym właściwie nie było nic cennego, ale mieli z niego na przykład przez cały dzień polewkę, bo on się napinał. A może jeszcze podpuszczali innych, żeby go zagadywali o to. Może coś takiego. Może zrobili z niego trochę głupka, a on tak łatwo uwierzył, bo to starsi koledzy stażem. Dobra, dalej. Może jednak bardziej hardkorowy problem nam się trafi kolejny.
I co my tu mamy tym razem? Okej. Każdy człowiek w mieście chodzi tylko w kółko. Dobra. To są problemy do opowiadań typowo, ale może tutaj właśnie chodzenie w kółko. Może jakiś przegrany zakład albo grali w karty. Coś musieli robić, więc może chłopaki grali w karty i on przegrał, a przegrany musiał robić jakieś głupie rzeczy i może właśnie musiał chodzić dookoła masztu. A jeszcze ze skarpetą na głowie. Jak kara to kara. Może tak.
A jeszcze może w tym wszystkim deszcz zaczął padać, ale musiał chodzić, bo przegrana gra. Więc chodził taki zmoknięty i ta skarpeta taka smutna, zwiędnięta była. I oni też z niego mieli heheszki. Może jego to zawstydzało, jak teraz tutaj opowiadali. Dobra i trzeci problem zobaczymy. Aż się boję. Już się boję. Dobra, patrzymy co my mamy. Raz w ciągu dnia pada z nieba żółty śnieg. O matko, hardkor.
Myślę, że ta morska woda nieźle musiała działać tutaj na naszych kumpli. Dobra, że z nieba pada żółty śnieg. On nie był aż tak naiwny, żeby mu takie rzeczy nagadać. Ale może coś z tym żółtym śniegiem. Może gdzieś stacjonowali, że to nie było na morzu, tylko gdzieś jednak tam dopłynęli. I może. Nie wiem, co, wpadł w ten żółty śnieg? Zrobił ten żółty śnieg? Chyba że może faktycznie on gdzieś tam sikał w miejscu, w którym nie powinien. I to takie właśnie były śmieszki, heheszki.
Nie wiem. Wiecie co, jakoś nie mam konceptów na to. Nie pomogło mi to, powiem szczerze, te problemy tutaj. Chyba że wy macie jakieś pomysły, jakie tu można by śmieszne scenki z tego zrobić. Dobra, popatrzę, czy tu mamy jeszcze w ogóle jakieś pytania w schemaciku. Jakie jest rozwiązanie? Aha, no właśnie, jakie jest rozwiązanie? Tutaj rozwiązanie jest takie, że będą musieli sobie po prostu pogadać później. To nie był strasznie duży problem. A może.
Chyba że rozwiązaniem będzie coś takiego, że żona zna swojego męża, wie, jak on reaguje na takie rzeczy i bardzo szybko wyłapała, że koledzy mają taki styl humoru, że bardziej wyśmiewają z tego męża. Może oni będą próbowali zrobić z tego śmieszki, heheszki czy go postawić w złym świetle. On się będzie stresował, że faktycznie zostanie postawiony w złym świetle i jeszcze dodatkowo będzie czuł zazdrość, bo żona się bawi świetnie, a on niekoniecznie. Natomiast żona w tym wszystkim będzie każdą historię obracała na korzyść męża, że nie będzie go widziała w złym świetle, tylko będzie szukała plusów w tych historiach. I może to będzie rozwiązanie, że ta cała impreza, mimo wszystko nastrój będzie dobry, ponieważ ona cały czas będzie męża wspierać i mąż też powoli będzie. Może tak jak na początku poczuł tę zazdrość czy rodzaj wstydu, to jednak będzie później wzmocniony po tym wszystkim się czuł. Myślę, że tak. To jest to. Jeszcze kim jest bohater, to mówiliśmy. I kto pomaga bohaterowi?
Sama nie wiem, czy tutaj jeszcze kogoś szukamy, bo tu żona była i myślę, że ona tutaj też pomogła mu się zmierzyć z tymi emocjami. Dobra, słuchajcie, nie wiem, to chyba jest krótka historia. Tutaj nie ma co na siłę dokładać. Wylosuję. Jak już mam otwarte piguły, to może wylosujmy jakiś morał. Hardkorowy, randomowy morał. Zobaczymy zresztą jak bardzo hardkorowy. O! Posiadanie miecza nie czyni walki wygraną. Posiadanie miecza.
Próbuję tę metaforę tutaj nagiąć. Chyba że to jest to, że ci koledzy może to nie byli tacy prawdziwi koledzy. Myślę, czy oni mieli taką relację opierającą się na wzajemnym wytykaniu. Ale z drugiej strony tutaj się trzech uwzięło na jednego. Może oni chcieli celowo zepsuć mu relację z żoną, więc w sumie mieli ten miecz, bo wojowali nim, opowiadali te wszystkie najgorsze historie na jego temat. Ale co wcale nie oznaczało, że wygrali walkę, ponieważ nie docenili przeciwnika, czyli tej żony. Nastawienia żony. Nie spodziewali się, że tutaj jest taka prawdziwa miłość i ta żona jednak będzie szukała plusów w tym wszystkim. Dobra, wyszły nam takie tutaj toksyczne przyjaźnie. Prawdziwa miłość.
W sumie odkrywca i towarzysz to też ciekawe archetypy. Mogłyby się fajnie tutaj uzupełniać. Koledzy sobie poszli. Oczywiście wszyscy się najedli i było fajnie. A żona z mężem może wybrali się jednak na jakiś romantyczny wieczorny spacer i mąż na nowo się w niej zakochał. I mamy cukierkowy happy end. Dobra, słuchajcie, ja postaram się, skoro za tydzień mamy dziesiąty odcinek, to myślę, że dobiorę jeszcze jakiś tytuł. Jeszcze chyba zostały nam względnie przyjemne tytuły, bez żadnych obscenicznych rzeczy, takich typowych dalijskich, ale to chyba się wtedy już ubezpieczę faktycznie tym razem może w jakieś problemy, w jakieś fajne inne elementy, żebyśmy zrobili może jednak jakąś taką akcję z prawdziwego zdarzenia. Może odkopię jeszcze jakieś swoje inne narzędzia. Taką mam planszę.
Nie będę wam spoilerować. Ja na dziś kończę. Mam nadzieję, że coś sobie z tego powybieracie albo może jakaś rozkmina was wzięła, jeżeli chodzi o wasze relacje. Myślę, że to byłby projekt, przy którym może i bym musiała trochę zrobić researchu, ale takiego odnośnie życia wojskowego, wewnętrznego, bo może pewnie byłoby można jakieś fajne smaczki czy historyjki tutaj napisać. Ale sam schemat historii, w której pojawiłyby się może historie ośmieszające głównego bohatera, ale każda wewnętrzna historia kończyła się morałem, takim jednak mocniejszym. Takim poszukaniem plusów. Jak ta żona by tutaj robiła. Myślę, że to byłaby ciekawa struktura do napisania czegoś. Może nie o Florianie i Filomenie, ale może sam schemat takiej historii wam się do czegoś przyda. Trzeba szukać plusów, więc mam nadzieję, że w dzisiejszym odcinku wy też znajdziecie jakieś plusy.
Ja się żegnam z wami. Tradycyjnie oczywiście niezmiennie mocy, inspiracji wam życzę. I słyszymy się za tydzień. Trzymajcie się cieplutko. Pa.
[04:03:09] - Tak, to była literatura od strony teoretycznej. Właściwie nie teoretycznej, właściwie od praktycznej, a w każdym razie dopiero tworzenie literatury to było. Ja zapraszam państwa teraz na literaturę już stworzoną. Rzecz, którą część z państwa może już znać, ponieważ to opowiadanie Bruno Kadyny było emitowane w ABW dawno, dawno temu w interpretacji Ivelliosa. Teraz przed nami interpretacja samego autora. Bruno Kadyna, tekst „Wódz i szaman”. Tak jak powiedziałem, tekst był już w ABW, ale to dawne czasy Autor dopiero wtedy początkował. Dzisiaj to już jest autor dojrzały, piszący książki, którymi zadziwia, bo miałem okazję oglądać czytelników. Oglądać. Dziwnie to zabrzmiało.
Oglądać czytelników, którzy przychodzili do autora na targach. I muszę powiedzieć, że każdy autor powinien życzyć sobie tak oddanej publiczności, tak oddanych czytelników, którzy przychodzą i potrafią długo z autorem rozmawiać o jego książce. Myślę, że nic lepszego autora spotkać nie może. Tak jak powiedziałem, Bruno Kadyna to już autor pełną gębą. Sięgnijmy do jego wczesnej twórczości, do opowiadania „Wódz i szaman”. Zapraszam.
[04:04:46] - Bruno Kadyna, „Wódz i szaman”: Mam prawie 40 lat, świetną pracę, spore oszczędności i serdecznie dość. Przede wszystkim ludzi, a w szczególności kobiet. Jednej konkretnie. Nie chcę się rozwodzić na ten temat. Wystarczy jeden rozwód. Ale Aneta wciąż nie daje mi spokoju. Wciąż jej mało. Zalazła mi za skórę tak bardzo, że krzywo zacząłem patrzeć na wszystkie kobiety. Już nie wiem, co robić. Wystąpić o sądowy zakaz zbliżania się?
Może gdybym był kobietą, ale facet i taki zakaz? Trochę słabo. Mocno niemęsko. Zostawiłem jej duże mieszkanie, które kupiłem jeszcze przed ślubem i wyniosłem się do kawalerki na drugim końcu miasta. Ci, którzy znają sprawę i powód rozpadu mojego małżeństwa, pukają się w czoło, że tak zrobiłem. A ja chciałem do końca być w porządku, żeby niczego już ode mnie nie chciała. No cóż, pomyliłem się, ale przynajmniej sam ze sobą czuję się dobrze. Chociaż z kimś. Wcześniej tego nie zauważyłem, mimo że z moją żoną Zołzą też mieszkaliśmy w bloku, że w ogóle nie znamy się z tymi, którzy mieszkają obok. Sam nie wiem, do czego ludziom potrzebne skupiska, to upychanie w bloki i osiedla jak rybki do puszek.
Mieszkam tu już czwarty miesiąc i nie mam pojęcia, kim jest małżeństwo z dwójką dzieci po prawej albo starsze państwo za drzwiami naprzeciwko. A ludziom nade mną i pode mną nawet nie mówię „dzień dobry”. Ci pode mną to para około pięćdziesiątki, chyba małżeństwo. Kochają się często i głośno. Jednak nigdy nie słychać tej pani. Za to zawsze tego pana. Ja chyba nigdy jeszcze nie przeżyłem takiego uniesienia. Coś się we mnie zmieniło po rozwodzie, bo zaczęła denerwować mnie nieobecność ludzi. To, że są tuż obok, za ścianą, niecały metr ode mnie. Czuję ich obecność i emocje przez ściany.
Nie podoba mi się to. Zacząłem dużo spacerować, ale drażnią mnie mijani ludzie. Potwornie ich dużo. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nigdy taki nie byłem. Ktoś ze znajomych mojej byłej żony widział mnie chyba podczas jednego ze spacerów, bo dwa miesiące temu mnie znalazła. Koczuje pod blokiem, dzwoni do drzwi. Jak tylko się pokażę, atakuje i chlusta we mnie ściekiem ze swoich ust, jakby była szambem bez dna. W końcu próbowałem zrozumieć, co chce osiągnąć. Nawet dać to, byle się jej pozbyć.
W granicach rozsądku, rzecz jasna. Słuchałem cierpliwie, starając się przyjmować te fekalia bez emocji, jak oczyszczalnia ścieków. W pewnym momencie przerwała i odeszła. Stałem dalej zdziwiony jak chyba jeszcze nigdy. Wydaje mi się, że się zmęczyła albo zaspokoiła na chwilę. Wróciła na drugi dzień i znowu zaczęła. Widzę ją kilka razy w tygodniu. Czasami daje radę mnie dopaść. Zrozumiałem, że niczego nie chce, tylko się pastwić. Żal mi jej, że tak marnuje swoje życie, że jest chora i mam już dość bycia workiem treningowym.
W końcu się stąd wynoszę i nikt o tym nie wie, tylko rodzice. Pracuję w domu na komputerze i któregoś wieczora, słuchając stękania faceta z dołu, wpadłem na pomysł, że przecież mogę mieszkać wszędzie. Znalazłem możliwie najgłębszą wieś w północnej Polsce, całkiem przypadkiem. Nic tam nie ma, żadnej trasy w pobliżu. Wygląda jak odcięta od świata. Chciałem uciec jeszcze dalej, najlepiej w Bieszczady, ale mam tutaj rodziców i nie chcę tracić całego dnia na dojazd do nich. W końcu będę musiał się nimi zająć. To mój obowiązek. Na razie nie widujemy się często. Nie jesteśmy specjalnie zżyci.
Moi rodzice już tacy są. Zawsze byli zimni, wolą być sami, a mnie zawsze brakowało dobrych uczuć. Mama nigdy mnie nie przytulała, nie mówiła niczego miłego. O ojcu nie wspomnę. Ale teraz już jestem za stary, żeby się tym przejmować i rozpamiętywać. Ja starałem się być miły i dobry dla żony i widać ile to dało. No więc kupiłem dwa hektary taniej jak barszcz ziemi w zapadłej dziurze, która się nazywa Lipcewo. Załatwiłem formalności, wynająłem firmę budowlaną, wykończeniową i jazda. Postawili dom z gotowych elementów. Niecałe 100 metrów kwadratowych w zupełności wystarczy.
I jutro się wyprowadzam. Dom stoi na wzgórzu. Drzwi wejściowe i weranda wychodzą na stronę wschodnią. Po południu przed domem mam cień, a w środku słońce. Z werandy roztacza się widok na zachodni stok, teraz zielony od dojrzewającego zboża. Ten widok przyjemnie uspokaja. Droga asfaltowa tutaj nie dochodzi. Kończy się koło domu sołtysa. To mój najbliższy sąsiad. Widziałem tabliczkę na ścianie ganku z przekreślonym słowem „sołtys”, a nad nią czarną farbą ktoś napisał „wódz”.
Od sołtysa do mnie jest pół kilometra piaskowej drogi. Rosną przy niej wielkie lipy, a od piaskowej jeszcze 50 dojazdowej do mnie. Niepotrzebne mi ogrodzenie. Ziemia jest moim ogrodzeniem. Posadzę chyba jakieś drzewa, to już w ogóle będę odcięty od świata. Nie mam pojęcia, ilu tu jest mieszkańców i nie obchodzi mnie to, ale raczej niewielu. Jest też sklep, ale jeszcze w nim nie byłem. Wolę robić większe zakupy na dłużej. Spodziewam się, że tutejsi będą się przyglądać na początku i plotkować o mnie. Normalna sprawa.
Ale przeżyję. W końcu się oswoją i nie będą zwracać uwagi. Może powstaną jakieś dziwne historie ulepione z wyobrażeń o mnie, ale mam to gdzieś. Do mnie przecież nie będą docierały. Siedzę na werandzie i piję kawę. Zrobiłem sobie przerwę w pracy. Nie muszę się śpieszyć z projektem. Deadline daleko przede mną, a już prawie kończę. Lubię zrobić szybciej i potem mieć luz. Słucham teraz ptaków i szumu zboża.
Super, o to chodziło. Cisza i spokój. Nikogo nie ma w promieniu pół kilometra, a prawdopodobieństwo, że znajdzie mnie tutaj ta wariatka jest tak rozkosznie znikome, że mam ochotę zapiać jak kogut. W sumie mogę. Kto mnie usłyszy? Ku-kuryku! Jak wspaniale. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz krzyknąłem na całe gardło. Chyba jako dzieciak. Świetne uczucie.
Czuję, jak się rozluźniam. Napięcie odpuszcza z każdym podmuchem wiatru i głośniejszym szumem zboża. Kojąca muzyka. Pora do roboty. Chcę wstać, ale kątem oka dostrzegam ruch. Co jest? Ze wsi idą jacyś ludzie. Zeszli już z asfaltu na piaskową drogę. Idą do mnie? Chyba do mnie.
Dalej droga prowadzi tylko na pola. Wytężam wzrok. Nie wyglądają, jakby mieli iść na pole. Widzę kobietę i dwóch facetów. Jeden niesie koszyk wiklinowy. Z takim kiedyś moja mama chodziła na rynek po zakupy. Czego oni chcą? Może chcą mnie powitać chlebem i solą. Może mają tu taki zwyczaj. Ale istnieją jeszcze takie zwyczaje?
Nawet nie wiem, czy w ogóle istniały. Tak jakoś mi się skojarzyło. Już mnie widzą. Kobieta macha do mnie. Już się nawet nie schowam i nie udam, że mnie nie ma, tak jak zawsze robiłem w Gdyni. Może jednak przydadzą się te drzewa wokół domu. Mija spora chwila. To w końcu kawał drogi. Czekam z kubkiem w ręce, w którym są już tylko fusy. „Dzień dobry” — woła kobieta z drogi dojazdowej.
„Dzień dobry” — odpowiadam. Wstaję i uśmiecham się. Strasznie nie mam ochoty na towarzystwo. Mam nadzieję, że to nie będzie długo trwało. Kobieta jest niska, obfitych kształtów. Faceci brzuchaci. Ten, który trzyma panią pod rękę, a w drugiej koszyk, ma czarne włosy i wąsa jak Zagłoba, a drugi z większym brzuchem jest zupełnie łysy. Głowę ma okrągłą jak piłka. Trzyma ręce w kieszeniach. Cała trójka w średnim wieku.
Wyglądają na wesołych. „Hołk!” — czarny facet unosi dłoń. „Hołk!” — łysy tak samo. Co oni, Indianie? Zbili mnie z tropu. „Cicho gamonie” — kobieta gani z uśmiechem. „Witamy pana w naszej wiosce. Jestem Izabela Ryśkowska. To mój mąż Stefan Ryśkowski, nasz...„ „Wódz” — wtrąca Stefan. „Muqtada Sadar” — dorzuca łysy facet.
„Sołtys” — poprawia pani Izabela. „A to nasz miejscowy...„ „Szaman” — wtrąca łysy facet. „Machawik” — odgryza się wódz. — „Obezsraniec” — dodaje ciszej. „Miejscowy działacz społeczny, pan Edward Kołodziej” — mówi kobieta. — „Ciekawi byliśmy, kto taki się do nas sprowadził”. Myślę o tabliczce na ganku domu sołtysa. Patrzą na mnie i czekają. „A tak. Szymon Górski” — przedstawiam się.
— „Architekt grafiki i samotny wędrowiec”. „Dawaj pan, grabę trzeba przybić” — mówi sołtys i podchodzi. Przybijamy. Mam wrażenie, jakbym dłoń wsadził w widło. Podchodzi szaman i z moją biedną, nieskażoną fizyczną pracą dłonią robi to samo. „Bardzo mi miło” — mówię prawie przez łzy. „” — wybucha szaman i zaczyna podskakiwać. Też podskoczyłem, tak mnie zaskoczył. Brzmi to jak indiański śpiew. Wariaci — myślę i zaczynam się śmiać.
„Edek, zamknijże się” — gani kobieta. „Trzeba odczynić chałupę Fiorella” — mówi szaman. Pierwszy raz widzę, żeby ktoś w taki sposób rozluźnił atmosferę. Coś pięknego. Już kompletnie nic nie jest we mnie napięte. „Teraz będzie ci się mieszkało dobrze, rybionek” — dodaje pan Edek. Rybionek? „To się okaże” — mówi wódz. — „On często myli kroki. Raz tańczył na deszcz, a przyszła susza, innym razem, żeby Kruszykowej przeszło lumbago, a dostała półpaśca”.
„Każdemu się zdarza pomylić” — mówi szaman. „Jak coś będzie nie tak, przyjdź zaraz. Ale wtedy już lepiej, żeby nie tańczył, bo jeszcze pogorszy sprawę”. „Niech pan się nie przejmuje tymi starymi zbukami. Ze wszystkiego sobie robią żarty. Proszę, to dla pana na przywitanie nasze miejscowe specjały”. Sołtys stawia koszyk na werandzie. „Dziękuję państwu, nie trzeba było. Bardzo dziękuję”. „Tylko ostrożnie z wodą ognistą, żebyś nie oślepł rybionek.
Dawkuj ostrożnie”. „Racja, zobacz jaki po niej machawik durnowaty” — mówi wódz. „Ty Muqtada Sadar durnowaty ty!” Szaman macha na niego ręką, zaczyna zawodzić, podskakiwać i kręcić się w kółko. "Aj aj aj aj oj oj oj oj!" Brzuch mu podskakuje jak piłka. "Spokój, turne chłopy." Sołtysowa zaprowadza porządek. "No to na zdrowie panu. Przy okazji proszę oddać koszyk." "Tak, oczywiście. Naprawdę nie trzeba było" – powtarzam. "Jakby pan czegoś potrzebował, pomocy na przykład, to proszę dawać znać. My tu dbamy o siebie nawzajem jak kochająca rodzina" – mówi pani Iza.
Uśmiecham się rzadko. Nie jestem do czegoś takiego przyzwyczajony i dziwnie to zabrzmiało. "Tylko nie zabieraj się za nasze koszki, rebionek. Nie wiemy jeszcze, coś ty za jeden. Możesz na razie stare raszple adorować co najwyżej" – mówi szaman. "Jasne" – odpowiadam, choć nie mam pojęcia, co to koszki. Pewnie młode kobiety. "Dziś wieczorem w chacie wodza odbędzie się twoja inicjacja. Będziesz miał prawa do koszki, chyba że okażesz się bęcwał i łakzuber. Wtedy ani babsztyli, ani nawet starych raszpli nie wolno będzie ci bałamucić" – dodaje szaman.
"Nie chcę żadnej inicjacji ani koszki." "Coś się tak zaciął? Nie wykręcaj się, tylko przyjdź. Dowiesz się, w co żeś wdepnął." – śmieje się wódz. Chcę powiedzieć, że mam dużo pracy, ale pani Iza mnie ubiega. "Proszę się nie bać i przyjść. Nie będzie pan żałował." "Postaram się." Towarzystwo milknie. Szaman spogląda na wodza z ironią. "Postara się" – mówi. "Ty musisz być rebionek. Bez ciebie nie będzie imprezy.
Rozumiesz to?" Chyba nie mam wyjścia. "Okej, no to będę na pewno. Coś mam zabrać? Jakoś się przygotować?" "Zabierz tylko dupę w troki" – mówi wódz. Śmieją się ze mnie, machają na pożegnanie i odchodzą. Niezła heca, nie ma co. Nie mogłem się już skupić na robocie po tej wizycie. Coś tu nie gra. Dziwne, że przyjęli mnie tak miło. Pofatygowali się spory kawałek.
Niemożliwe, że tak po prostu, z życzliwości przyszli mnie przywitać. "My tu dbamy o siebie jak kochająca rodzina." Ciągle słyszę słowa sołtysowej. Dziwne to było, mimo że było zabawnie. To niezłe świry. Jak dbają tak po prostu o obcych? O wszystkich w wiosce? Wszyscy są tacy? Nie, coś tu nie gra. Ludzie się tak nie zachowują. W mieście to nie do pomyślenia.
Nie śmiałbym pożyczyć od sąsiada z naprzeciwka szklanki cukru. A co dopiero zdobyć się na taki wysiłek, żeby przywitać nowo wprowadzonego i jeszcze tyle ofiarować. Nie wiem, o co im chodzi, ale postarali się. Z koszyka wyciągnąłem swojskie kiełbasy i wędliny, prawdziwy chleb, smalec ze skwarkami, mleko, jajka i zakapsulowaną flaszkę z wodą ognistą, czyli bimbrem. Spróbowałem chleba i wędlin. W życiu nie jadłem takich pyszności. Jestem pewien, że jeśli nie wypiję mleka, to się zsiądzie. Wieki nie piłem zsiadłego mleka. Bimbru na razie nie ruszam. Boję się oślepnąć, jak powiedział szaman.
Dzwoniłem do kolegi pochwalić się i zapytać, czy wie coś o takich wiejskich powitaniach nowych osadników. Ale pierwsze słyszy. W sumie skąd ma wiedzieć? Jest takim samym mieszczuchem jak ja. Powiedział, żebym lepiej uważał, bo to może być podstęp. Mogą czegoś ode mnie chcieć. Nie ma nic za darmo. Może kiedyś się tak robiło, że witali ludzi i obdarowywali. Może przed wojną, ale dzisiaj? A może nie tylko wyniosłem się na wieś, ale jeszcze przeniosłem w czasie?
To ci heca. Nabrałem ochoty, żeby zwiedzić wieś. Rozejrzę się. Oddam przy okazji koszyk. Jestem już pod domem wodza pełen wątpliwości i obaw. Dwa psy zaczęły ujadać, jeszcze zanim nacisnąłem dzwonek na płocie. Czekam. Nic nie wydaje się dziwne. Zwykłe wiejskie obejście. Fajna jest duża wiata na podwórzu, a pod jej dachem gruby dębowy stół i ławy.
Wyobrażam sobie, jaką ekstra można by tu zrobić biesiadę. Obok stoi bujana ławka z bali, a przed nią palenisko i trójnóg z rusztem. "Kogo tam?" Nikogo nie widzę i nie rozpoznaję głosu. Jest damski i młody. "Dzień dobry. Szymon Górski, sąsiad." – odpowiadam. "Do pani Izabeli albo pana Stefana." "Prosi o audiencję u wodza?" – pyta głos. "Może być u żony wodza. Koszyk chcę oddać." "A co w koszyku?" Kurczę, oczekiwali czegoś? Będę sobie robił żarty jak oni.
"Czy jest to świeżutkie powietrze" – odpowiadam. "A ile masz pan tego powietrza?" "Pełen koszyk, aż się wylewa." "To wchodź pan." "A psy mnie nie zeżrą?" "A lubisz pan psy i inne zwierzaki?" "Lubię." "To wchodź pan, nie będzieś im smakował." Wchodzę na podwórko. Podbiegają do mnie dwa skundlone owczarki na krótkich łapach i obwąchują. Staram się nie okazać strachu. Wydają się przyjazne. Groźne tylko zza płotu. "Benek, Reksio!" – woła głos. Zauważam pod wiatą na końcu ławki szczupłą kobietę, bardzo ładną. Zasłaniał ją wielki krzew, dlatego jej nie widziałem. Koszka?
"Postaw pan ten koszyk z powietrzem tutaj." Uśmiecha się. Stawiam na ławce i nie wiem, co dalej. "Chciałem podziękować za specjały. Nie ma pani Izy?" "Nie ma rodziców. Przekażę, że pan był. Chyba że pan poczeka. Za chwilę powinni być. Napije się pan kawy?" "Nie chcę robić kłopotu." "Żaden kłopot. Miałam właśnie wstawić wodę. Niech pan siada, co pan tak stoi?" Dziewczyna przygląda mi się i wyraźnie drzewem mnie łacha.
Siadam bez słowa. Dopiero wtedy wstaje i wchodzi do domu. Nie powiedziała, jak ma na imię. Jest wysoka i szczupła. Oprócz biustu. Ma blond włosy upięte do góry, szare oczy i śniadą cerę. Nie mam ochoty na towarzystwo, szczególnie kobiet, nawet ładnych, ale ona mnie zaciekawiła. I nie powinienem nastawiać się przeciw kobietom. Przez jedną wariatkę nie mogę tak myśleć o wszystkich. Szybka kawa w damskim towarzystwie dobrze mi zrobi.
„Jaką pan pije kawę?” Słyszę za sobą głos. „Czarną i dużo cukru”. Czekam dalej. Psy położyły się obok ławy. Promienie słońca poszarpane przez krzew zdobią blat. Lekki powiew chłodzi kark. Słyszę ten wiaterek, jak porusza liśćmi. Słychać nawet ruch ptasich skrzydeł i przelatujące owady. To podoba mi się tutaj najbardziej. Cisza.
Nie ma samochodów, kolejki podmiejskiej. Nic nie zagłusza natury. „Proszę, kawa dla pana”. Kobieta stawia przede mną kubek, a sama siada na swoim miejscu na końcu, po drugiej stronie stołu i przygląda się. „Ma pani jakieś imię?”. „Mam”. Znowu się ze mnie śmieje. „Ładnie tak robić sobie jaja?” Pytam. „Na pewno śmiesznie. Nie ma w tym niczego nieładnego przecież.
Jestem Emma”. „Bardzo mi miło”. „Podoba się panu u nas?”. „Jak na razie podoba. Dzisiejsza wizyta pani rodziców i szamana była świetna”. „Dostałoby się panu, gdyby zobaczył, że pan ze mną tu siedzi”. „Szaman?”. „Tak”. „Nie mam prawa do koszki?”. „Dokładnie”.
„Mam wpaść do was dzisiaj wieczorem na inicjację. Wtedy będę miał już prawo?”. „Tylko po pomyślnej inicjacji”. „To coś może pójść nie tak?”. „Wszystko zależy od pana. Znalazł pan tu jakąś koszkę i dlatego tu zamieszkał?”. Zawieszam się. Między nami w powietrzu nad ławą coś się pojawia, jakieś napięcie. To pewnie przez tę rozmowę. Wcale tego nie chcę.
Dość mam bab po dziurki w nosie. „Co pan tak zamilkł?”. „Pani jest pierwszą koszką, jaką tu spotkałem. Nie licząc pani mamy”. „Mężatki to już nie koszki. Szczególnie w tym wieku. To już stare babsztyle według szamana”. „Pani jest koszką?”. „Do niedawna byłam bździągwą. Teraz jestem koszką.
Po trzydziestce będę płetwą, cokolwiek to znaczy. Po czterdziestce babsztylem, a po pięćdziesiątce starą raszplą”. „Czemu tak?”. „Niezbadane są myśli i terminy szamana”. „Powie mi pani, czego mam się spodziewać wieczorem?”. „Jedzenia, picia i żartów z pana. Dość już tego panowania. Proszę mi mówić po imieniu”. „Mnie również. Szymon” – przypominam.
„No to co cię tu sprowadza?”. Nie odpowiadam. Pod dom podjeżdża samochód. „Rodzice” – mówi Emma. Nie wiem dlaczego, ale czuję się jak dzieciak. Jakbym spotykał się z dziewczyną i wystraszył się jej starych, którzy właśnie wrócili do domu. Rozbawia mnie to konkretnie. „Czego się tak cieszysz?” – pyta dziewczyna. „Jak to czego? Znowu spotkam wodza i szamana”.
Ze starego opla wysiada wódz, szaman i żona wodza. „Musi być z naciskiem na swojsko, stary kniaziu” – mówi szaman do wodza. Zauważa mnie. „Szto rybionek?”. Emma rechocze. Wtedy orientują się, że z nią siedzę. Wchodzą na podwórko. „To hucu!” – mówi o mnie szaman. „Za curcię mi się zabierasz?”. Zbaraniałem.
To córka sołtysa czy szamana w końcu? Emma widzi moją dezorientację. „Pan Edziu tak o mnie mówi. Że jestem jego curcia”. „Bo jesteś.” Łapie się za brzuch. „W tym brzuszku cię nosiłem. Tymi cycuszkami karmiłem. Z tego leciało mleczko, a z tego Pepsi”. Prezentuje miseczkę B. „A kogo pan teraz nosi w tym okrągłym brzuszku?” – pyta Emma.
„Braciszka ci urodzę”. „Stary, durny machawik” – śmieje się sołtysowa. „Wnosić mi te zakupy”. Wypędza chłopów. „Pomóc państwu?” – pytam. „Nie trzeba. Tylko tyle mamy”. „No hucu, słuszne pytanie zadałeś. Możesz za to jeszcze pięć minut z curcią zamienić. I pamiętaj o wieczorze.
Natrzyj dupę cebulą”. Śmieją się i wchodzą do domu. Patrzę na curcię i powstrzymuję się od śmiechu. „Co się śmiejesz, hucu?” – pyta. „Wyobraziłem sobie, jak ssiesz te włochate cycuszki”. „Głupol. Widzisz, jak mnie chroni mój matkoojciec?”. „Wydaje się sympatyczny. Twoi rodzice też”. „Pan Edzio ma bardzo dobre serce.
Razem z moimi rodzicami zrobili wiele dobrego dla tej wsi. Zmienili wszystkich i wciąż dbają, żeby było lepiej”. „Jak zmienili? Dziwnie to zabrzmiało”. „Trochę to trwało. Mój ojciec od lat jest sołtysem i długo próbował zmienić ludzi, ale samemu było ciężko. Kiedy pan Edek się tu wybudował, od razu się zaprzyjaźnili. Obaj mają takie same serca i natychmiast się rozpoznali”. Jak geje? Mam ochotę zapytać, ale chyba wyjdę na buraka.
„Co to znaczy, że chciał zmienić ludzi?”. „Podejście ludzi do siebie nawzajem. Już trochę lat trwa przyjaźń taty i pana Edka. Pamiętam lato. Ciepło jak teraz. Siedzieli tutaj i pili wódkę. Było wesoło, ale i konstruktywnie, bo chyba wtedy podjęli decyzję, że zajmą się zmienianiem tego małego kawałka świata. I naprawdę się za to wzięli pełną parą”. „Ciekawa sprawa”. Biorę łyczka kawy.
Dobrze posłodziła. „Jak to robili?”. „Dawali przykład, poświęcali czas i rozmawiali. Kilka razy chcieli się poddać. Ludzie nie lubią się zmieniać. Niektórzy byli złośliwi, niektórzy kradli, a praktycznie wszyscy plotkowali i obrabiali sobie dupska. Jak to na wsiach, jak wszędzie. I co? Trzaskali niepokornych po pyskach? Absolutnie.
To byłoby zaprzeczenie tego, co chcą osiągnąć. Opornym na wiedzę poświęcali najwięcej czasu i miłości. Mieli jeden cel, żeby wszyscy zrozumieli, jakie to przyniesie korzyści dla nich i ich dzieci, każdemu dookoła. Wiedzieli, że potrzeba na to czasu. Motywowali, żeby ludzie wciąż próbowali, nie zniechęcali się niepowodzeniami. Oj, pamiętam, że tylko tym żyli przez jakiś czas. I co? Nie plotkują o sobie? Jakoś ciężko mi w to uwierzyć. Wódz i szaman wpoili wszystkim prostą prawdę, że każdy jest tyle samo wart, że wszyscy tak samo nadzy się rodzimy i idziemy w piach.
I że każdy jeden i jedna potrzebuje tego samego od drugiego: miłości. To jakaś abstrakcja, zupełnie nierealna. Może ta schizofreniczka chciałaby po prostu, żeby tak było? I udało się? Dały efekt te starania? Strata czasu. Nie mieszka tu nikt zły, nikt się na nikogo nie boczy. Problemy są rozwiązywane natychmiast w duchu łagodności i życzliwości. Ludzie wolą nawet coś stracić niż nadwyrężyć pokojowe stosunki. Wręcz szukają korzyści drugich niż własnej.
Rozsmakowali się w satysfakcji, radości i szczęściu, jakie to daje. Dzięki temu nikomu niczego nie brakuje. Nikt nie czuje się samotny i biedny. Mamy tutaj raj na ziemi. Nikt nie jest nieszczęśliwy. To jest nieprawdopodobne, wręcz niemożliwe. Tak się tylko wydaje. A człowiek jest tak stworzony, że najwięcej przyjemności sprawia mu dbanie o innych, dawanie siebie, swojej uwagi, praktycznej pomocy i uczuć. Nawet Einstein powiedział, że człowiek jest tutaj dla innych ludzi. Wódz i szaman rozumieją to bardzo dobrze.
Znają tego wartość i chcieli, żeby inni rozumieli. Ciężko w to uwierzyć, skoro świat wygląda inaczej. Każdy myśli tylko o sobie, uważa, że jest najważniejszy i chce tylko brać. To jest sens życia większości ludzi. Nie rozumieją, wręcz nie mają zielonego pojęcia o tym, że to wbrew naturze. Sami siebie niszczą i nie wiedzą, dlaczego cierpią. Obwiniają innych. Dlatego tak wygląda świat. Jest wynaturzony. Dopóki ludzie nie zrozumieją, że miłość jest najważniejsza, dopóty będzie się pogarszać sytuacja.
Jak o tym pomyśleć, wciąż się spotyka takie podejście. Ma sens to, co ona mówi i w szoku jestem, że jest taka inteligentna. Zaskoczyła mnie tym Einsteinem. Chyba miałem złe wyobrażenie o poziomie intelektu ludzi ze wsi. Mam wrażenie, że pęka we mnie jakaś skorupa, która ogranicza pojmowanie prawdziwej natury i odłupuje się jej fragment. Emma milknie. Patrzy na mnie takim wzrokiem, jakby szukała tego miejsca, gdzie odpadła powłoka. Czuję ogromną chęć zaspokojenia jej ciekawości. Jak miałoby się coś zmienić, skoro samolubne podejście propaguje cały świat? Weźmy reklamy i slogany: „Jesteś tego warta.
Należy ci się. Musisz to mieć”. To, o czym mówisz, to nieosiągalna utopia. To, że tutaj się udało, to jakiś cud. Jeśli się udało. Udało się, bo to bardzo mała wioska i daleko od innych. Ale i tak mojemu ojcu i panu Edziowi należy się Pokojowa Nagroda Nobla. No i mamie. Ona też zrobiła kupę dobrej roboty. Tak myślałem, że to był jej pomysł, żeby mnie przywitać.
Pozwolisz, że zapytam jeszcze raz, dlaczego tu przyjechałeś? Znowu nie odpowiadam. Z domu wychodzi szaman.
[04:32:04] - Szto rybionek, ty jeszcze tutaj? Córcię mi bałamucisz? To hucu jeden.
[04:32:12] - Gdzieżbym śmiał. Już uciekam. Wstaję i kłaniam się Emmie. Dziękuję pięknie za kawę. Odwracam się do pana Edka. Panie szamanie, uszanowanie.
[04:32:22] - Sranie w banie. Nie wolno ci się brać za koszki, pamiętaj. Do wieczora. Hauk.
[04:32:27] - Hauk. Puszczam oczko uśmiechniętej Emmie i idę sobie. Czuję na sobie jej wzrok jeszcze długo. Albo tylko mi się wydaje. Niesamowita dziewczyna. I bardzo ładna. Ty, co ty? Nie wiem, co się ze mną dzieje. Przecież mam dość kobiet. Chcę być sam do końca życia.
A tu po jednej rozmowie rozmarzyłem się jak jakiś szczyl. Staram się nie myśleć o dziewczynie. Idę zwiedzić wieś. Mijam dom z czerwonej cegły. Siedzi przed nim na małym taborecie dziadek z niesamowicie pomarszczoną twarzą. Dzień dobry. Kłaniam się. Dziadek nie odpowiada, za to zdejmuje czapkę, macha nią raz, jakby kogoś przywoływał i wkłada na głowę. Wygląda, jakby już jakiś czas temu przekroczył setkę. Idę dalej główną ulicą.
Od niej jest tylko kilka krótkich odnóg, przy których stoją góra dwa domy, a potem są już tylko pola. Wydaje mi się, że główna ulica nie ma nawet kilometra długości. Nie wiem, ile stoi tu domów, ale jest ich maksymalnie kilkadziesiąt. Są zadbane, większość bardzo stara, ale nie wyglądają na rudery. Ciekaw jestem, jaką każdy z nich skrywa historię. Przecież sto lat temu mieszkali tu zupełnie inni ludzie. Oprócz tego pomarszczonego dziadka oczywiście. Dochodzę do sklepu. Wygląda normalnie jak na wiejskie standardy. Kupuję loda na patyku, bo jest gorąco.
Ekspedientka po sześćdziesiątce jest bardzo miła. Zagaduje mnie, wypytuje, ale nienachalnie. Naprawdę fajna odmiana. Zupełnie inny świat od tego, który znam. Wychodzę ze sklepu i wpada na mnie jakiś brzdąc, najwyżej dwuletni. Jest boso, ma na sobie tylko koszulkę. Siusiak podryguje śmiesznie z każdym kroczkiem. Chłopak patrzy do góry, wodzi wzrokiem za moim lodem. „Nie zaczepiaj pana, Nikoś” — mówi mama. „Dzień dobry.
Mogę mu dać?” — pytam. „Nie chcemy pana ograbiać.” „To dla mnie przyjemność.” Odpakowuję loda. Mały tupie w miejscu i rozdziawia jabłko z radości. „Proszę” — podaję. „Co się mówi Nikoś?” „Ije” — mówi. „To było dziękuję” — tłumaczy mama. „Świetnie, zrozumiałem. Szymon Górski. Bardzo mi miło.” „Marta Karbowska” — podaje dłoń. Całować?
Uścisnąć? Ściskam. „Miło zobaczyć młodą osobę. Już myślałem, że tu mieszkają sami starsi ludzie” — mówię. „Jest trochę młodych, ale to starsi wiodą prym. Porządek musi być.” „Rozumiem.” „Przepraszam za pytanie. Mieszka pan sam?” Co ona szuka ojca dla dziecka? „Sam.” „Musi czuć się pan samotnie. Szczególnie teraz, kiedy adaptuje się pan do nowego otoczenia.” „Daję radę. Lubię być sam.” Na bank szuka faceta.
„Może zgodzi się pan wpaść do nas na kolację. Będzie nam miło z mężem pana powitać.” A jednak nie szuka. Oni tu naprawdę są inni. „Z przyjemnością, ale wieczorem mam się stawić w domu wodza. Znaczy sołtysa.” „Rozumiem. W takim razie następnym razem. Porozmawiam z mężem i zaprosimy pana na pewno.” „Będzie mi bardzo miło. Dziękuję.” Otwieram pani drzwi do sklepu. Też wchodzę kupić drugiego loda. Cieszę się do siebie jak dzieciak.
Co za miejsce. Wiem, że rozmowa z kilkoma osobami wiosny nie czyni, ale i tak jest super. Mijam dom wodza. Macha mnie. Siedzi na bujanej ławce i czyta. Znowu czuję jej wzrok na sobie jeszcze na piaskowej drodze. Nawet kiedy mijam kilka lip. Robię obiad i myślę o niej. Jest kilkanaście lat młodsza ode mnie i taka rozumna. Nie to co moja była.
Weź skończ, zajmij się sobą. Może się pomyliłem. Może naprawdę nie chcą niczego w zamian. Może jest tak, jak Emma mówi. To jakiś inny świat. I przygotowywała mnie. Sprawdzała. Jeśli tak, to oni bardziej się boją mnie niż ja ich, że zaburzę ich porządek. Enklawę. Wieczorem poddadzą mnie próbie, zdenerwują i zobaczą, jak reaguję.
Będą mnie umoralniać. Chyba nie muszą. Bardzo mi się podoba taki porządek. Jeśli oczywiście to prawda, bo wciąż ciężko uwierzyć. Co prawda nie wyobrażam sobie, jak miałbym zabiegać o czyjąś korzyść, a nie własną, ale to normalne. Nie potrafię inaczej przecież. Ale nie mam zamiaru się zamykać na nowe. No bo dlaczego? Pierwszy krok zrobiłem. Zamieszkałem tutaj.
Mam ochotę zadzwonić do kolegi i powiedzieć, że raczej niczego ode mnie nie chcą. Nie wydaje mi się, żeby dziewczyna ze wsi potrafiła tak kłamać, tak zagrać dobre serce. To mało prawdopodobne, ale nie dzwonię. Wiem, jak wyglądałaby ta rozmowa. Koleżka nie słyszał tego co ja i poddawałby w wątpliwość wszystko, co mówię, a ja musiałbym bronić i zapewniać. A po co? „No rybionek, zachodź.” Uśmiecham się i wchodzę. Już na ganku pachnie jedzeniem. Chyba gulaszem. Zdejmuję buty i wchodzę przez kuchnię do jadalni.
Nie spodziewam się tego, co dalej. „Witamy nowego sąsiada.” Gromki okrzyk kilku osób. Serce łomocze z emocji. Wystraszyłem się. Ale ja cię. Nie spodziewałem się. „Dobry wieczór.” „Proszę usiąść” — mówi sołtysowa. Siadam na wskazanym miejscu i siadają pozostali. Czuję, jak twarz naciąga czerwienią. Obok mnie siedzi wódz i szaman.
Naprzeciw Emma z pięknym, powściągliwym uśmiechem. Ubrana inaczej niż wcześniej, w zieloną sukienkę. Włosy rozpuszczone, długie do ramion. Stara się na mnie nie patrzeć, jakbym jej nie interesował. Mnie ciężko na nią nie patrzeć. Teraz wydaje się jeszcze ładniejsza. Jest jeszcze kilka osób. Trzej mężczyźni i kobiety. Wszyscy starsi ode mnie. Tylko jeden z nich jest szczupły.
Reszta przy kości. Na stole stoi mnóstwo jedzenia. Wędliny, chleb, ogórki, marynowana papryka i grzybki. Nie brakuje wódki. Chyba że w butelkach po wódce jest bimber. Pewnie zaraz się przekonam. „Zaraz będzie jedzenie. Misiu, pomożesz?” — mówi pani Iza do męża. Z miejsca podrywa się też Emma. Odprowadzam ją wzrokiem.
„Rybionek, bo ci krosty na oczach wyskoczą.” Dostaję kuksańca od szamana. „Poznaj starszyznę plemienia Buczyńskich, Karbowskich i Oleksińskich. Straszne świntuchy, ale w porządku” — mówi szaman. „Ty, ja ci dam zaraz świntuchów z boku jeden” — śmieje się pani Oleksińska. „Bardzo mi miło. Szymon Górski.” Kłaniam się. „Poznałem dzisiaj panią Martę i Nikosia.” „To nasz wnuk i synowa” — mówi pani Karbowska. „Gratuluję wnuka. Super chłopak.” „Uwielbia latać z gołą dupą i zostawiać bobki po drodze” — mówi dziadek Nikosia. „Jeszcze mu wolno, niech zostawia” — wtrąca pani Iza.
„Dobra rybionek do rzeczy” — zaczyna szaman. — „Starszyzna chciała cię poznać, zobaczyć i wybadać coś ty za jeden. Bo mają po koszce w domu i boją się takich ciemnych typów nakrapianych. Tylko Oleksińscy mają jeszcze małą bździągwe, ale tobie już widzę gały za moją córcią chodzą.” Emma właśnie donosi na stół chleba do gulaszu. Od tej dziewczyny bije jakieś jasne światło. Ma się ochotę do niego przytulić i ogrzać. Rumieni się, gdy słyszy słowa pana Edzia i zaczyna się śmiać. Przez chwilę nie wiem, co się wokół mnie dzieje. Czuję się jak zadurzony małolat. Zapomniałem zupełnie o swojej byłej żonie i niechęci do kobiet.
Towarzystwo patrzy na mnie i się śmieje. "Ty Hucuł durnowaty" mówi szaman. Co? A tak. Bardzo się cieszę, że tu jestem. Śmieją się jeszcze głośniej, a ja robię się bardziej czerwony. "No to zaczynamy inicjację" mówi wódz. Chwyta za butelkę i polewa każdemu. "Wypijemy po jednym przed jedzeniem." Pan Stefan staje z kieliszkiem jak do toastu. My tu niczego nie ukrywamy, Szymek.
Jesteśmy szczerzy i szczerości oczekujemy. Nie zakładamy, że będziesz chciał ukrywać, kim naprawdę jesteś. Nie ma to znaczenia, bo woda ognista sprawi, że nie będziesz mógł się powstrzymać. Pokażesz nam swoje serce, jakie jest naprawdę, a my pokażemy swoje. Siup w te głupie ryje. Unosi kieliszek. Nic nie mówię. Twarz mam jak prawdziwy czerwonoskóry. Wychylamy kieliszki. Bimber jest łagodny, jakby niewiele było w nim alkoholu.
Smakuje świetnie. Mam wrażenie, że znalazłem się przypadkiem w świecie, w którego istnienie bym nie uwierzył, gdyby mi ktoś opowiadał. Co najwyżej przeczytał w książce albo zobaczył w filmie. Jedzenie było przepyszne. Najpierw zjedliśmy rosół, a potem gulasz. W życiu czegoś takiego nie jadłem. Czułem się jak dzieciak na wakacjach, który był pierwszy raz w takim miejscu. Wszystko było nowe. Atmosfera tak radosna, że miałem ochotę śpiewać. Chyba raz czy dwa nawet mi się wymsknęło i zapiałem.
Wszystko wina wodza i szamana. To najwięksi gajcarze i podpuszczacze, jakich w życiu spotkałem. Uzupełniali się jak nóż i widelec. Nie miałem zamiaru opowiadać o moim życiu, rodzicach i nieudanym małżeństwie, ale nie mogłem się powstrzymać. W bimbrze było dużo więcej alkoholu, niż myślałem. No i ci ludzie. Chciałem mówić o sobie tak, jak oni mówili. Niczego nie ukrywali, byli szczerzy, a ja zapragnąłem być taki sam. Chyba w środku zawsze do tego tęskniłem, dlatego tak łatwo się wpasowałem. A Emma?
Wcale nie było tak łatwo ją zdobyć. Ale kiedy zobaczyłem jej serce, zakochałem się bez reszty. Musiałem zacząć o nie dbać jako najcenniejszy skarb. Jeśli to możliwe, sprawić, by biło jeszcze dźwięczniej i wyraźniej. W końcu zostanie moją żoną. Jestem pewien. Jest jak stworzona przez autora powieści. Jej wady są niczym przy zaletach: mądrości, pracowitości i życzliwości. A jej miłość... Nie śniłem nigdy, że będę tak kochany, że to w ogóle możliwe.
W końcu posmakowałem ciężkiej pracy. Kilka dni po inicjacji pomagałem kilku gospodarzom zwozić baloty z sianem z pól, a potem wrzucać do stajni i na strychy. Nigdy wcześniej nie zdobyłem się na taki wysiłek. Te bele siana ważą lekko ponad stówę i samo turlanie jest ciężkie, ale czułem się potem szczęśliwy. W sierpniu przyszła kolej na żniwa. I znowu widać było, jak nasze całe plemię jest z sobą zżyte i współpracuje. Nie sądziłem, że pomaganie innym daje tyle satysfakcji. Czuję się syty, spełniony. Moja własna praca nie daje takiej radochy, nawet kiedy jestem szczególnie zadowolony z jakiegoś projektu i klepany po plecach. Emma pracuje równie ciężko i chętnie.
Do tego z uśmiechem na ustach. I to w niej jest wspaniałe. Jest zupełnie inna od kobiet, które znałem wcześniej. Moją byłą żonę i Emmę dzieli przepaść większa niż Wielki Kanion. Są jak dwa przeciwstawne bieguny. Byliśmy niedawno w Gdyni u moich rodziców. Wcale nie chciałbym tam jechać, ale Emmie bardzo zależało. Powiedziała, że jeśli jesteśmy razem na poważnie, to tak trzeba. No i nie spodobała się moim rodzicom. Sam nie wiem dlaczego.
Mama sprawiała wrażenie, jakby jeszcze zanim ją poznała, już jej nie lubiła. Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że odwiedziła ją Aneta i wypytywała o mnie. Powiedziała, że wciąż mnie kocha i może dałoby radę to jeszcze odkręcić. Znowu być razem. Oblął mnie zimny pot i słabo mi się zrobiło. Szczególnie, że mama ją poparła. Powiedziałem, że wolałbym szybciutko zginąć tragicznie. Jest już jesień. Idziemy na wzgórze naprzeciwko mojego domu zobaczyć zachód słońca. Staramy się czerpać z resztek lata i spędzać jak najwięcej czasu na dworze.
Zresztą tu jest tak wspaniale, że nie chce się siedzieć w domu. Na przyszły rok planuję zbudować podobną wiatę jak u wodza. Być może Emma będzie już ze mną mieszkać jako moja żona. Kto wie. Nie jest taka prętka. Chce mnie najpierw dobrze poznać. W sumie racja, też nie powinienem się śpieszyć. Nauczony doświadczeniem. Na razie wystarcza mi jej miłość. To już i tak cały świat.
Kładzie głowę na moim ramieniu. Ale czad, co? Mówię. Nigdy mi się to nie znudzi. Patrzymy w kierunku gigantycznej sceny letniej, na której trwa płonące widowisko słońca, a my, błogo zmęczeni po kilku godzinach wykopków, mamy najlepsze miejsca na widowni. Następnym razem zabierzemy rozkładane krzesełka i butelkę wina — mówię. Dobry pomysł. Dostaję buziaka w policzek. Słońce schodzi ze sceny, a my ze wzgórza. Idziemy powoli w kierunku domu wodza.
Niechętnie się rozstajemy. Jeszcze poprzytulamy się chwilę, pocmokamy i uzbroimy w cierpliwość do jutra. Wchodzimy na asfalt, a do domu wodza zbliża się wolno jadący samochód. Taki sam jak moich rodziców — mówię. Robi się już szaro, więc dopiero kiedy jest blisko, rozpoznaję, że to oni. Co oni tu robią? — pytam siebie. Najpierw otwierają się tylne drzwi i pojawia się Aneta. To jest tak nieoczekiwane, że w pierwszej chwili mój mózg tego nie łapie. „Szymon, kim jest ta kobieta?” — wydziera się Aneta.
Emma mnie puszcza i odsuwa się odrobinę. Nawet tego nie rejestruję. Staję się ciężki, jakby mi ktoś wrzucił na plecy wielki wór z gruzem. Śpię. Śni mi się to. To nieprawda. Zamykam oczy, kręci mi się w głowie. Mam nadzieję, że kiedy je otworzę, nikogo nie będzie na drodze. „Zapytałam o coś!” Nawet dobrze, że wrzasnęła, bo przytomnieję. „Kochanie, przepraszam cię najmocniej.
Załatwię to. Dobranoc” — mówię cicho do Emmy. „Kochanie?” Emma odchodzi bez słowa. Potwornie mi przykro. Nie zasłużyła nawet na cień takich emocji. Aneta odprowadza miłość mojego życia nienawistnym wzrokiem. Całe szczęście nie oblewa jej szambem z ust. Z samochodu wysiadają rodzice. Nie wiem, jak wygląda moja twarz, ale chyba właśnie dotarło do nich, co narobili. Nic nie mówią.
Zadzieram głowę. Widać już sporo gwiazd. Dziękuję w myślach za dwa miesiące spokoju ducha, pięknej, prawdziwej miłości. „Ogłuchłeś?” Wzdycham ciężko. Krótki czas pokoju minął. Póki śmierć nas nie rozłączy. Zaczynam się śmiać i gotować do walki. Taki już mój zakichany los. „Uważasz, że to śmieszne? Co to za lafirynda, się pytam?” Jak śmiesz?
Muszę stanąć w obronie Emmy, ale przerywa mi głos wodza. „Hołk!” Wódz wychodzi na ulicę i nie jest sam. „Szto? Kto tu nas odwiedził i krzyczy?” Szaman mija samochód rodziców. „Zaraz odczynimy i zaradzimy wszystkim paszkwilom.” Schodzi ze mnie powietrze. Brzmienie ich głosów i obecność działa jak gorące kakao na wyziębiony organizm. Czytał Bruno Kadyna.
[04:48:27] - Ja myślę, że teraz Ivellios powinien wrzucić ten krótki dżingiel „Będzie truć”, bo postanowiłem państwu poopowiadać co nieco. Jeśli Ivellios będzie tak miły, to w tym miejscu mniej więcej dżingielek wrzuć, a to się zobaczy.
[04:48:47] - Będzie truć.
[04:48:49] - O czym postanowiłem państwu opowiadać? Otóż przyszło mi do głowy, że my bardzo często, kiedyś o tym zresztą rozmawialiśmy na antenie „Bibliotekarium 2.0”, odwołujemy się w literaturze science fiction do figury Obcy. Obcy to jest ktoś, kto przybywa do nas z gwiazd i my później różne przygody przeżywamy względem tych Obcych. Również kiedy rozmawiamy o UFO, to bardzo często figura Obcego pojawia się. My mamy pewien problem z tym Obcym, bo w polskim języku takie słowo jak extraterrestrial nie funkcjonuje. Oczywiście da się to przetłumaczyć jako pozaziemski i czasami tego używamy, ale częściej w użyciu jest słowo obcy. To w pewien sposób wpływa na nasze rozumienie, bo obcy to jest każdy. To jest człowiek, który przybywa zza morza, to jest człowiek, który przybywa z innego świata. A ten extraterrestrial bardziej definiuje to taki extraterrestrial, który przybywa z odległych planet krążących wokół odległych słońc i o to coś takiego mniej więcej chodzi. Można zadać pytanie i na to pytanie kiedyś próbowaliśmy razem odpowiadać: kiedy ten Obcy się pojawił?
To już państwo wiecie. Ja natomiast dzisiaj postanowiłem przyjrzeć się, jak ci Obcy wyglądali na przestrzeni dziejów. To będzie oczywiście bardzo skrótowy i bardzo wybiórczy i mimo wszystko tendencyjny z mojej strony wybór obrazów. Im bliżej będziemy naszych czasów, to tych postaci Obcych było coraz więcej. W związku z tym, kiedy będziemy przy naszych czasach, to już będzie kompletnie wybiórczy. Ale sięgnijmy. Co prawda ja twierdzę, że w starożytności Obcych nie było. Były istoty boskie, były jakieś istoty, wtedy diabeł nie funkcjonował, jakieś złe moce, demony. To wszystko było, ale przyjmijmy, że Ancient Aliens, w każdym razie starożytni kosmici to jest wymysł naszych czasów. Wymysł nie rozumiejmy w ten sposób, że ja to kwestionuję, tylko samo pojęcie, że to byli Obcy.
Ci ludzie w starożytności nie odbierali tych istot, jeśli się pojawiały, jako Obcych, tylko właśnie jako bogów, jako przybyszy ze świata alternatywnego. Nie, właśnie nie. Ze świata boskiego, lepszego, specjalnego, innego niż ziemski. Ale dobrze, co myśmy widzieli w starożytności? Taką mitologią, która bardzo pobudza wyobraźnię, jest mitologia egipska, w której macie państwo właściwie same hybrydy. To są ci bogowie egipscy. Żeby nie wchodzić za bardzo w szczegóły, bo tu moglibyśmy spędzić czas do rana, ale to rzeczywiście są hybrydy, a to jest ludzka postać z głową szakala, a to inne tego rodzaju połączenia. W każdym razie ta mitologia wydała się na tyle interesująca i na tyle obca. Nie obca w sensie im obca, tylko taka stwarzająca pozory obcości, że w swoim czasie Roger Żelazny napisał, moim zdaniem, brawurową książkę „Stwory światła i ciemności”. Bardzo państwu ją polecam.
I tam właściwie macie państwo do czynienia z tymi Z tymi postaciami z egipskiej mitologii. Nie będę wchodził w szczegóły, o co w tej książce chodzi, ale jak sami państwo zdołacie, zechcecie zaobserwować, to była świetna podstawa do tego, żeby taką figurę obcego przywołać. Jest taka książka Jamesa Guna „Droga do science fiction” i pierwszy tom nosi tytuł: „Od Gilgamesza do Wellsa”. Jak widzicie państwo olbrzymi obszar, właściwie przestrzeń czasowa olbrzymia. I ja nie do końca się zgadzam z tą typografią, którą Gun zastosował, ale on już obcych upatrywał w starożytności. Zostawmy, czy to byli obcy, czy nie. On w każdym razie przywołuje postać Lukiana z Samosaty. To taka postać z II wieku naszej ery, która rzeczywiście pisała, czy pisała o obcych? W każdym razie pisała o mieszkańcach Księżyca i mieszkańcach Słońca. To były takie dwie nacje, które walczyły ze sobą, zgromadziły wielką armię i one walczyły, te dwie armie, o panowanie nad Gwiazdą Polarną, jeśli dobrze pamiętam.
I tam ten władca Księżyca zebrał wielką armię, potężne ptaki o skrzydłach z sałaty, ludzie czosnki czy tacy pchli łucznicy, a naprzeciw nich na polu bitwy stanęły gigantyczne mrówki. Jak już mrówki, to też mrowie jeźdźców na komarach. Byli też ludzie z psimi pyskami, którzy jeździli na takich stworach żołędziopodobnych. W każdym razie coś z żołędziami mającym wspólnego. Zresztą kto ciekawy, niech sięgnie do książki Jamesa Guna, którą już przywoływałem „Droga do science fiction”, tom pierwszy. Ja odnoszę nieodparte wrażenie, że rzeczywiście ten Lukian z Samosaty przedstawia dziwne stwory i rzeczywiście ich pochodzenie to Księżyc, to Słońce, ale mam nieodparte wrażenie, że jemu nie chodziło o pokazanie istot pochodzących z innych planet, tylko raczej o zachowanie swojej głowy na szyi. Otóż to były czasy, że jak ktoś za bardzo popłynął, jeśli chodzi o dowcipy, a były to dowcipasy na temat władcy albo na temat człowieka, który był potężny, to rozdzielenie głowy i szyi mogło nastąpić w sposób gwałtowny. Człowiek rzadko chętnie rozstaje się ze swoją głową, a w każdym razie z tego połączenia rzadko rezygnuje. Głowa, szyja. W związku z tym wygodniej było pisać różne takie historie, jak to Lukian właśnie pisał i dlatego posługiwał się władcą z Księżyca i nadawał tym jego armiom tak dziwne wyglądy.
Odnoszę wrażenie, że o coś innego chodziło, ale jeśli ktoś się bardzo uprze, to rzeczywiście może tych istot z początku historii science fiction szukać właśnie w tym II wieku przed naszą erą. Ja się co prawda od tego odcinam, ale jeśli ktoś lubi. Wierzcie mi państwo, ale różnie było z tymi istotami później. Natomiast taką osobą, która dosyć mocne piętno odcisnęła na obrazie ludzi z innych ciał niebieskich, był Johannes Kepler. Znacie państwo to. Astronom, ale on napisał też książkę, którą niektórzy, podkreślam niektórzy, uznają za jedną z pierwszych powieści, jeden z pierwszych utworów science fiction. Nosił ten utwór tytuł: „Sen, czyli astronomia księżycowa”. Publikowane to było w roku 1634, a więc trzy lata po śmierci Johannesa Keplera. Jak powiedziałem, pierwsze opowiadanie science fiction w nowoczesnym znaczeniu tego słowa. Być może.
Też się od tego odcinam, ale jak ktoś lubi, warto po tę książkę sięgnąć. Ona jest dostępna na polskim rynku. Kepler zaczął marzyć o wyprawie na Księżyc już w czasach studiów uniwersyteckich. To znaczy bardziej o opisaniu tej podróży. Studiował w Tybindze. Pierwsza wersja tej opowieści, którą później znamy pod tytułem: „Sen, czyli astronomia księżycowa”, pojawiła się w roku 1610. Później jeszcze przez wiele lat tworzył to dzieło. Wiemy, że na przykład przypisy do tego utworu powstały 10 lat później, a ostateczna redakcja odbyła się tuż przed śmiercią w roku 1630. I to ważne, odbyła się w miejscowości, która dzisiaj nosi nazwę Żagań. Warto powiedzieć, że Ziemia nazywana jest przez mieszkańców Księżyca Wolwą od łacińskiego revolvere — obracać się.
Widać ją tylko z jednej półkuli Księżyca. To oczywiste, ale zauważcie państwo takie sprytne przedstawienie przez Keplera Pewnej mechaniki niebieskiej, która dla nas dzisiaj jest oczywistością, ale w czasach, kiedy to pisał, wcale taką oczywistością nie była. Warto powiedzieć, że te dwie półkule nazywają się różnie. Jedna to jest Podwolwa albo Subwolwa, a druga półkula Bezwolwa albo Priwolwa. Cóż, cokolwiek rodzi się na tej Ziemi Księżycowej przybiera monstrualne rozmiary. Rośnie szybko. Znowu jest to odwołanie się przez Keplera do pewnej wiedzy, która dzisiaj wydaje nam się oczywista, ale wtedy to była nowość. Kepler po prostu sugeruje, że mniejsze ciało niebieskie będzie miało, dzisiaj byśmy powiedzieli, niższą grawitację. Wtedy oczywiście nie padały tego rodzaju stwierdzenia, ale już intuicyjnie Kepler najprawdopodobniej to wyczuwał. Dlatego pisał, że wędrowcy, którzy wędrują po Księżycu, mają znacznie dłuższe nogi od nóg wielbłądów.
Skrzydła także mają te istoty, które tam mieszkają, monstrualne. Co więcej, pisał też o takich szczegółach jak to, że chowają się w jaskiniach. Pisał o tym, że mieszkańcy Księżyca oddychają bardzo powoli. Większość z nich to nurkowie. Mogą bardzo długo przebywać na dnie zbiorników. A ci, dla których oddychanie jest ważniejsze, wolą częściej oddychać, chowają się w jaskiniach. Znowu można to brać wprost i pomyśleć: „Takie sobie tam pierdołki opisywał”. Nie. Myślę, że Kepler po prostu przedstawiał nam pewne mechaniki światów. Świata, który sobie wyobraził.
I w tym jest więcej tak naprawdę nauki niż opowieści o istotach z innych ciał niebieskich. Co jeszcze pisze o tych mieszkańcach Księżyca? Znakomitą część ciała zajmuje skóra gąbczasta i porowata. Wystawiona na promienie słońca staje się twarda i spieczona, a wieczorem odpada. Dominują na Księżycu istoty o kształcie wężowatym. Nie wiem, czy państwa zachęciłem, ale ja, kiedy czytałem po raz pierwszy „Sen”, czyli tę opowieść Keplera, byłem zafascynowany. Trzeba przyznać, że nie przypuszczałem, że można tak zgrabnie połączyć pewien wykład naukowy jednocześnie z opowieścią. Dobrze, niech już będzie. Z taką protoopowieścią science fiction. Któż był jeszcze, kto pisał o nieznanych istotach?
Była taka postać. Nazywała się Cyrano de Bergerac. On napisał książkę, utwór „Tamten świat. Państwa i cesarstwa Księżyca”. Opublikowane to było w roku 1657. Zauważcie państwo, że Księżyc niesłychanie ekscytował piszących wówczas autorów. Cóż, mieszkańcy Księżyca, Selenici byli humanoidalni i oni dzięki swym nosom obywają się bez zegara. Mają bowiem na zębach oznaczone godziny tak dokładnie, że gdy chcą określić czas, rozchylają wargi, a cień nosa padając na zęby niby na tarczę zegara słonecznego wskazuje zainteresowanym godzinę. Czy to jest opis istoty, o której chcielibyście państwo czytać w utworze literackim science fiction? Nie.
To pewien jednak rodzaj satyry, może takiej przypowieści. Jest jeszcze jeden utwór Cyrana de Bergerac „Historia komiczna państw i cesarstw Słońca”. Publikacja w roku 1662, a więc pięć lat po tej pierwszej. W tej publikacji odnajdujemy już rozumne ptaki. Wiecie państwo, to są takie pierwociny. Takie opowieści można znaleźć gdzieś tam dawno, dawno. Ja podkreślam cały czas, że to jednak były opowieści, które miały inny cel, a nie przedstawianie życia na innych planetach. Natomiast później w XIX wieku pojawił się Juliusz Verne. Wern, w zależności, jak państwo lubicie, oraz Herbert George Wells. Verne nie pisał o istotach na innych planetach.
On raczej zajmował się ciałami niebieskimi. To cała jego dylogia o tym, jak się podbijało Księżyc. Z czym to było związane? Bo XIX wiek to, proszę państwa, czas, kiedy powstała teoria ewolucji. Nastąpiła rewolucja przemysłowa. Panował też kolonializm. On poza tymi wszystkimi paskudnymi przejawami miał też pewien pozytywny wpływ, przynajmniej dla mieszkańców Europy. Dawał tym mieszkańcom bogactwo. To było życie na czyjś koszt, ale jednak przyczyniło się to do rozważań różnego rodzaju. Właśnie ta teoria ewolucji, kolonializm i rewolucja przemysłowa stworzyły taki Niecodzienny konglomerat.
Nie będę tego dzisiaj omawiał, ale taki konglomerat, który sprawił, że fantazja rozsypała się, jej efekty rozsypały się i trafiły do czytelników. Bo w roku 1895 trafia do czytelników „Wehikuł czasu”. Tam przenosimy się do roku 800 002, a właściwie nawet 800 002 701. Mamy dwie rasy: Elojów, którzy przypominali piękne porcelanowe figurki. Zacytuję autora: „Ich kędzierzawe włosy kończyły się nagle nad uszami i karkiem. Najmniejszego śladu zarostu nie było na twarzy. Uszy zaś mieli prawdziwie maleńkie. Usta także małe, ciemnoczerwone, z wąskimi raczej wargami. Małe podbródki kończyły się ostro. Oczy zaś mieli duże i łagodne.
Podróżnik ze zdumieniem stwierdził, że cały czas spędzali ci ludzie na zabawie, na kąpaniu się w rzece, na półswawolnych romansach, na spożywaniu owoców i spaniu”. Była też druga rasa: Morlockowie. Ci żyją w ciemności. Nie przedstawiali się w przyjemny sposób, a w każdym razie niezbyt przyjemny dla oczu chociażby współczesnego człowieka. Znowu cytat: „Nie wystawicie sobie, jak odrażająco i nieludzko wyglądali. Blade twarze bez podbródków, wielkie bez powiek, czerwonoszare oczy”. Zapytacie państwo: tak, ale przecież to byli ludzie, tylko tacy przekształceni mocno przez ewolucję. Tak, ale właściwie to już były dwie odrębne rasy. One się nie mogły między sobą dogadać, a co dopiero z podróżnikiem, który jest bohaterem tej powieści. Myślę, że już coraz mniej te dwie rasy miały wspólnego z ludźmi.
Kilka lat później pojawia się „Wojna światów”. Tu mamy już opis istot absolutnie wrogich człowiekowi, a jednocześnie powstałych na obcej planecie, w obcych warunkach, zupełnie nam obcych. Znowu cytat: „Były to wielkie obłe cielska lub raczej głowy około czterech stóp średnicy. Każde miało z przodu twarz. Twarz ta nie miała nozdrzy, gdyż Marsjanie nie byli obdarzeni, jak się zdaje, zmysłami powonienia. Miała za to parę ogromnych, ciemnych oczu, tuż nad nimi zaś coś w rodzaju mięsistego dzioba. W tylnej części głowy czy też ciała — sam już nie wiem, jak to nazwać — mieściła się jedna tylko sztywno napięta błona bębenkowa, anatomicznie odpowiadająca, jak później stwierdzono, uchu, jakkolwiek w ziemskim gęstym powietrzu było ono zupełnie niemal bezużyteczne. Dookoła dzioba, to znaczy ust, znajdowały się zebrane w dwa pęki po osiem w każdym smukłe, drobne, podobne do biczy macki”. To cytat z „Wojny światów”. Dalej pojawiła się książka „Pierwsi ludzie na Księżycu” w roku 1901.
Również jej autorem był Herbert George Wells. Tu odnajdujemy Selenitów, ale już w przeciwieństwie do tych Selenitów ze starożytności od Lukiana czy od Astronoma, który napisał „Sen”, tu mamy już obce istoty żyjące na Księżycu. Selenici zachowują się w stosunku do bohaterów agresywnie. Bohaterowie, którzy przybywają na Księżyc, zostają schwytani, zakuci w kajdany. W dodatku w złote. Oni odkrywają dopiero później, że to są złote kajdany. I uwięzieni we wnętrzu jednej z wielkich podziemnych grot księżycowych, gdzie ci Selenici mieszkali. Tak naprawdę to są owady i zawodzą wszelkie próby nawiązania kontaktu z Selenitami z tych mniej inteligentnych kast. Ci Selenici nie rozumieją prób porozumienia się i początkowo traktują podróżników jak nierozumne zwierzęta. Nie będę opowiadał książki, ale w każdym razie kontakt się urywa.
W filmie tych Selenitów wykańcza katar. To już musiałem państwu powiedzieć. To było, powiedziałem w 1901 czy też w 1902 roku. Tak dokładnie nie pamiętam, kiedy „Pierwsi ludzie na Księżycu” wyszli, ale w każdym razie już w XX wieku. Był też autor, którego państwo odnajdziecie na polskich półkach, mianowicie Gustave Le Rouge. To chyba tak się czyta. On napisał taką biografię. W 1908 roku pojawił się „Więzień na Marsie”. W Polsce pojawił się w roku 1929 oraz w roku 1909 napisał „Niewidzialnych”. To chyba rok później w Polsce się pojawiło.
To się w Polsce nazywało „Niewidzialni”, a tak naprawdę to tłumacząc z francuskiego, nazywało się to „Wojny wampirów”. Na Marsie, okazuje się, bo tam trafia główny bohater, żyje wiele ras. Żyją krasnoludki. Tak sobie to nazwałem, bo tam nazwa nie pada, ale rzeczywiście przypominają te istoty wielkie krasnoludy. Jedzą i tyją. To tyle można o nich powiedzieć. Dzięki głównemu bohaterowi poznają obróbkę cieplną obróbkę cieplną mięsa i ta obróbka cieplna, czyli gotowanie czy też pieczenie, przypada im bardzo do gustu. Powiecie państwo: „Mało się postarał Gustave Le Rouge”. Dobrze, może te krasnoludki to nie jest najlepszy przykład. To następni.
Mamy istoty, które się nazywają Erlurovie. To są wampiropodobne istoty, takie główki ze skrzydełkami nietoperza, mają pazury. Mamy też niewidzialnych. To są głowy, szarobiałe skrzydła ważek, pięć macek razy dwa. Każda macka ma trzy ssawki. Nie mają te istoty powiek, szerokie nosy, wąskie usta. I wreszcie mamy też niezwykle inteligentną istotę, wielki mózg na Wyspie Śmierci w tej powieści. I ten mózg, powiem państwu tyle, stoi na czele łańcucha pokarmowego w tej powieści. Cóż jeszcze? Na początku XX wieku mamy powieści Żuławskiego „Na srebrnym globie”, „Rękopis z Księżyca”, dalej „Zwycięzca” i „Stara Ziemia”.
Tu pojawiają się istoty, znowu mieszkańcy Księżyca, szernowie. To jest rasa pokryta czarnym włosiem. Ich anatomia może kojarzyć się z wielkimi ptakami. Są bardzo inteligentni. Żyją na odwrotnej stronie Księżyca. Porozumiewają się przy pomocy telepatii. Mają dwie białe macki, których używają w takich celach, chciałoby się powiedzieć seksualnych, nie do końca, bo one po prostu dzięki elektryczności zapładniają ziemskie kobiety. Powstają istoty, które się nazywają morc. Dzisiaj byśmy powiedzieli mutanci. Mamy też istoty z obcych światów, tym razem z Marsa, u Edgara Rice’a Burroughsa.
Przeczytajcie państwo „Księżniczkę Marsa”. Tam mamy karków, zielonych olbrzymów o sześciu kończynach. Mamy też inne rasy, bo żyje na Marsie wiele innych ras rozumnych. Mamy Howarda Philippa Lovecrafta i przeczytajcie państwo, już pewno większość z państwa to ma poza sobą, zbiór „Zew Cthulhu”. Tam te pradawne istoty są koszmarne. Miały być koszmarne według autora. To były potwory. Potwór opisywany jest jako taki mający niewyraźne, antropoidalne kształty, łeb ośmiornicy pełen macek. Ta istota ma też ogromne pazury, wąskie smocze skrzydła na plecach. To tyle na razie mojej pogadanki.
Pewno jeszcze do tych istot z innych planet powrócimy, bo później robi się jeszcze ciekawiej. Umówmy się w takim razie, że do tego, co powstawało w XX wieku, a co było naprawdę ciekawe, bo wiecie państwo, fantastyka karmi się tak naprawdę istotami z innych światów i tego powstawały tysiące. Ja dla państwa wybrałem takie charakterystyczne przypadki, ale o tym porozmawiamy w następnym tygodniu. Zapraszam już dzisiaj. Będzie kilka ciekawych rzeczy, będzie trochę polskiej fantastyki i całkiem sporo amerykańskiej. To był subiektywny bardzo przegląd obcych ras, a w każdym razie obcych istot, od starożytności do początku XX wieku. Ciąg dalszy nastąpi. A teraz to chyba sobie zafundujemy „Labirynt książek”. Dzisiaj nie będzie fantastyki. Dzisiaj Mirosław Gołuński przedstawi państwu książkę Anne Patchett „Dom Holendrów”.
To jest powieść, która była nominowana do Nagrody Pulitzera i wiele osób, wielu krytyków porównuje tęże książkę do twórczości Scotta Fitzgeralda. Nawet mówi się o tym, że w 2019 roku to była jedna z najważniejszych książek, które w ogóle ukazały się na świecie. Tak przynajmniej twierdzi „New York Times” i „Time”. Posłuchajmy.
[05:16:10] - Macie czas, by zajrzeć do mojego labiryntu. Dzisiaj wracamy do jednej z moich ulubionych ścieżek. Wszystkie są ulubione, ale ta może trochę bardziej. Do ścieżki amerykańskiej. Będę mówił o książce nowej, bo wydanej w 2019 roku i od razu bardzo słynnej, bo nominowanej do Nagrody Bookera. To powieść Anne Patchett „Dom Holendrów”. Dlaczego chcę o niej mówić? Dlatego, że jest niezwykła. Ale po kolei. Dom Holendrów to niezwykłe miejsce.
Zbudowali je przybysze do Ameryki w połowie XIX wieku, którzy wzbogacili się na handlu tytoniem. Zbudowali sobie dom Byli Holendrami, więc ten dom jest wielki, bardzo kolonialny w stylu, ale jednocześnie, i to jest bardzo holenderskie, przejrzysty. Po prostu są tam okna. Jest mocno przeszklony, co dla XIX-wiecznych domów nie było wcale takie oczywiste. Poznajemy go oczami dwojga mieszkańców, którzy zostali z tego domu wyrzuceni. To Danny i Maeve. Danny to narrator całej tej opowieści, który opowiada historię w bardzo niezwykły sposób, dlatego, że mamy tam przeskoki w czasie, cofanie się. Innymi słowy, musimy sobie sami zrekonstruować historię nie tyle domu, co rodziny Danny'ego. A rodzina to dość niezwykła. Nie będę oczywiście wprowadzał państwa we wszystkie możliwe niuanse tej opowieści.
Powiem tylko tyle, że powieść zaczyna się około roku 1950. Wtedy rodzi się Danny. Danny rodzi się już w momencie, gdy jego ojciec kupił dom Holendrów. To jest w ogóle ciekawa sprawa, bo krótko po II wojnie światowej jego ojciec dość nieoczekiwanie się wzbogaca. Nic nie mówi o tym swojej żonie oraz tym bardziej nie mówi o tym trzyletniej wówczas córeczce Maeve. Tylko pewnego dnia pożycza samochód, bo jeszcze swojego samochodu nie mieli. Zawozi ich do tego domu i mówi: „To jest wasz nowy dom”. Dotąd mieszkali w bazie wojskowej. I tu mamy niezwykłą sytuację, bo matka nie umie sobie z tym poradzić. Nie umie sobie dać rady z tym, że nagle jest bogata.
To jest w ogóle ciekawa historia. Zarówno ona, jak i mąż są z pochodzenia Irlandczykami, katolikami i, o czym dowiemy się później, on ją właściwie porwał z klasztoru. Oczywiście ożenił się z nią właściwie wbrew jej woli, za zgodą brata. Mamy więc taką typową historię dla tamtej epoki. Już w tym domu urodzi się Danny, ale gdy Danny będzie miał zaledwie trzy czy cztery latka, matka odchodzi. Znika z ich życia i długo nie będziemy wiedzieli, co się z nią stało. W międzyczasie w domu pojawiają się służące. Najpierw Pusia, która była łącznikiem między starymi a nowymi właścicielami, bo ona była służącą ostatniej właścicielki, Holenderki, po której śmierci wraz z całym dobytkiem ojciec kupił ten dom. A potem pojawiają się dwie siostry. Zabawne i znaczące w tej powieści jest to, że Danny bardzo długo nie wie o tym.
Nie umie rozpoznać, że to są siostry. Wreszcie pojawi się też w życiu ojca kolejna kobieta, Andrea, z dwiema córeczkami z poprzedniego związku. I to ona zniszczy życie pary, od której zacząłem. Bo tak naprawdę powieść zaczyna się od tego, że podjeżdżają do domu samochodem. Maeve, która już wtedy pracuje. Danny akurat przyjechał, bo studiuje i ma praktyki medyczne, ale wyrwał się na chwilę z pracy. Siedzą przed tym domem i palą papierosy. I to jest taki rytuał, który powtarzał się przez wiele lat. Ale nim do tego doszło, ojciec zaraził Danny'ego miłością do posiadania domów. Dlatego, że ojciec kupował i sprzedawał domy.
Co tydzień jeździł zbierać czynsz. Na początku zabierał ze sobą żonę, ale szybko się okazało, że żona nie rozumie sytuacji. Potem zaczyna swoim mieszkańcom gotować obiady i właściwie mówi, że nie muszą płacić. Z kolei Danny pokochał te wyjazdy. Danny w ogóle pokochał domy. Pokochał to posiadanie. Ale zupełnie nieoczekiwanie, gdy miał zaledwie kilkanaście lat, a Maeve niedawno się usamodzielniła i straciła miejsce w domu Holendrów, bo została wyrzucona przez Andreę, bo jej pokój został zajęty przez jej córki. Ojciec nieoczekiwanie umiera na zawał serca. Dzień po śmierci, dzień po pogrzebie okazuje się, że dla Danny'ego nie ma miejsca w tym domu i wszystkie dotychczasowe posiadłości, cały dobytek ojca przeszedł w ręce Andrei. W amerykańskim systemie prawnym jest tak, że jeżeli jest spadek, nie ma zachowku.
Dla Maeve nie zostało nic. Z kolei dla Danny'ego został fundusz edukacyjny. Tutaj Maeve go trochę zmusiła do tego, żeby skończył najlepszą i najdroższą uczelnię. Dlatego skończył studia medyczne, ale tak naprawdę nigdy tej medycyny nie uprawiał. Za to skończył Columbię, bo było najdrożej. Oczywiście chodziło o to, że to miało być również dla dzieci Andrei. Dlatego Maeve bardzo chciała, żeby jak najmniej z tego trafiło jeszcze tym bardziej do Andrei. To jest oczywiście ogólny zarys. Pojawi się jeszcze jedna kobieta, Celeste, która zostanie żoną Danny'ego. Tyle że Celeste bardzo chciała być żoną lekarza i do końca nie będzie mogła się pogodzić.
Mimo że Danny jako nielekarz będzie zarabiał znacznie lepiej, bo pójdzie w ślady ojca, to ona będzie miała wielki kłopot, żeby się z tym pogodzić. Ale tak naprawdę to jest tylko fabuła, która niewiele nam powie. Dlatego, że tak naprawdę to jest opowieść o trzech pokoleniach kobiet. Pokoleniu matki bohaterów i macochy Andrei, o pokoleniu Maeve i Celeste, wreszcie o córce Danny'ego i Celeste, May. Tak ją nazywano, chociaż tak naprawdę miała imię po ciotce. Też Maeve, ale mówiono na nią May. Te trzy pokolenia białych Amerykanek i służących, które zresztą też prawdopodobnie były białe, bo w tej powieści nie pojawiają się problemy rasowe. To tak naprawdę opowieść o tym, jak zmieniała się Ameryka i o tym, jak historia Ameryki źle obchodziła się z kobietami. Albo inaczej. Jak bardzo kobiety w męskiej historii Ameryki były marginalizowane.
To zupełnie zaskakujące spojrzenie. Nie chodzi tu o to, że matka nie potrafi pogodzić się z posiadanym majątkiem, a z kolei Andrea jedyny sposób, w jaki ten majątek może zdobyć, to wydać się za mąż. W pewnym momencie przeinteligentna Maeve śmieje się, że Andrea związałaby się z każdym, kto byłby posiadaczem domu Holendrów, bo ona pokochała ten dom. Pokolenie średnie, a więc urodzone pod koniec lat 40. czy na początku lat 50., to pokolenie kobiet, które nie mogą. Maeve jest wybitnie uzdolnioną matematyczką. Powinna właściwie studiować na MIT, ale ojciec ją kompletnie lekceważy. Nie dostrzega jej potencjału, nie dostrzega jej talentu. Ona kończy college, matematykę, po czym idzie pracować jako księgowa do firmy produkującej i rozwożącej mrożonki warzywne. W ciągu kilku lat stawia tą firmę na czołowym miejscu na wybrzeżu.
Gdy brat pyta, dlaczego ona nie chce studiować, odpowiada, że jej ta praca się podoba, bo właściwie dla niej to są wakacje. Jej zdolności matematyczne pozwoliły jej nie tylko prowadzić księgowość w firmie, ale potem właściwie bez żadnego problemu będzie prowadziła księgowość w firmie swojego brata. Tak naprawdę ona matkuje młodszemu bratu, gdy zabrakło matki biologicznej. Za odejście matki Maeve zapłaciła wysoką cenę, bo zapadła na cukrzycę, ale dla niej nie ma miejsca. To jest takie pokolenie kobiet, które robią wszystko, żeby nie zawadzać. Gdy są wspólnie na koncercie, na którym tańczy May, czyli jej bratanica, żeby nie zawadzać, nie reaguje, gdy ma potężne niedocukrzenie w czasie tego koncertu i o mało nie umiera. Ratuje ją brat, który będąc jednak z wykształcenia lekarzem, wie, jak się w tej sytuacji zachować. Celeste z kolei to kobieta, która też jest nieprzeciętnie zdolna. Połączyła ich chemia, ją i Danny'ego. Nie będę wnikał, w jaki sposób, ale ona nie może iść na medycynę, bo jak zauważa Danny, w tym czasie na Kolumbii kobietom nie wolno było studiować medycyny.
W związku z tym ona kończy szkołę dla nauczycielek i wydaje się, że jest zadowolona z tej pracy, dopóki nie usidli Danny'ego na tyle, że się z nią ożeni, a ona przejdzie na pełnoetatową żonę. Pokolenie kobiet, które nie mogą wybierać swojego losu. Są tak zaimpregnowane, że mimo iż Celeste jest inteligentna i Danny wielokrotnie podkreśla, że powinna być lekarką, nie może nią być. One już mogą kończyć studia. W przeciwieństwie do pokolenia Andrei i ich matki one już są samodzielne, ale jednocześnie na nic sobie nie mogą pozwolić. Ostatecznie to Danny kupi May domek, dom i ona go przyjmie. Nie powiedział jej o tym. To jest kapitalny powrót motywu. Ojciec nie mówi żonie. Ich ojciec nie mówi ich matce, że kupił im dom Holendrów.
Matka tego daru nie przyjmuje, ucieka. Danny nie mówi siostrze, że kupuje jej dom, ale siostra ten dar już przyjmuje. Dopiero May, dziewczyna urodzona w latach 70., pod koniec lat 70. jest autentycznie wolna. Jej już nic nie ogranicza. Jak wszystkie kobiety w tej rodzinie ma wielki talent. Ona już może nie tylko korzystać ze swojego talentu, ale może też dysponować swoim losem. „Dom Holendrów" to opowieść o trzech pokoleniach amerykańskich kobiet. Z jednej strony o American dream, dlatego że ojciec, który ten dream realizuje, wpaja go synowi, ale córce nie. Kobiety nie mogą realizować American dream, bo są kobietami.
To bardzo bolesne doświadczenie, które staje się ich udziałem, powoduje, że nie mogą być sobą, nie mogą korzystać z tego. Dopiero May będzie mogła realizować American dream na swoich kobiecych zasadach. Ta książka jest niespieszna. W jednym z poprzednich moich labiryntów opowiadałem państwu o Henry Jamesie czy potem o Taft. To jest właśnie ten styl pisania. Ja go, przyznaję, uwielbiam. Tu nie ma śpiesznej narracji. Tu nie przeskakujemy od akcji do akcji. Ba, tu nawet seksu jest niewiele. Tak samo jak w tych powieściach, bo nie na tym.
A tym różni się pewnie od Rotha, chociaż do Philipa Rotha ja bym tą twórczynię również porównywał. Ale jak widzicie państwo, w tą powieść jest wpisane coś niezmiernie ważnego. Rozliczenie dopiero u schyłku drugiego dziesięciolecia XX wieku przez kobietę urodzoną na początku lat 60., a więc z urodzenia pomiędzy nieco młodszą od Maeve i Celeste, ale już niewiele, bo Celeste to jest pewnie 57, 58 rocznik, ale zdecydowanie starszą od May, tego następnego pokolenia rozliczająca się z amerykańskim snem. Amerykańskim snem kobiet. To ważna powieść. Przedstawiam ją państwu z tego samego powodu, z których mówię o innych powieściach tego typu. To nie jest tylko powieść obyczajowa. Jak państwo widzicie, to oczywiście w pewnym sensie jest powieść. Powiedzielibyśmy dzisiaj saga rodzinna ot jak "Buddenbrookowie" Thomasa Manna. Tylko że "Buddenbrookowie" Thomasa Manna to opowieść męska.
Tymczasem "Dom Holendrów" to zdecydowanie opowieść kobieca. Paradoksalnie to jest bardzo ciekawy chwyt. Narratorem nie jest mężczyzna Danny, ale Danny jest momentami ślepy. To, co pokazałem państwu przy okazji tego niezauważenia, że służące są siostrami, czy tego, że powiela błąd ojca à propos kupna domu siostrze, to jeden z wielu przykładów jego ślepoty. To jeden z wielu przykładów tego, czego mężczyźni bardzo często nie dostrzegają. Gdy mówię z kolei o kobietach, to zwróćcie państwo uwagę, że w tych pierwszych dwóch pokoleniach one są wobec siebie opozycjonowane. Matka Danny'ego Maeve ucieka. Andrea wręcz przeciwnie. Matka chce służyć. Ona wręcz gotuje czasami swoim służącym, podczas gdy Andrea jest skupiona wyłącznie na sobie i na przykład, mimo że jedna ze służących Jacqueline piecze cudowną szarlotkę, którą uwielbia cała rodzina z wyjątkiem Andrei, Andrea zabrania jej tą szarlotkę piec, bo jej nie lubi.
Celeste i Maeve są wręcz wobec siebie opozycjonowane, bo w pewnym sensie Celeste jest zazdrosna o Maeve, bo więź między Dannym a Maeve jest naprawdę niezwykła. Ale to ma też swoje konsekwencje. Tak samo jak pojawiają się w powieści zupełnie nieoczekiwane konsekwencje tej relacji między matką a Andreą, bo okaże się, że te kobiety również się spotykają w pewnym momencie. Nie chcę zdradzać oczywiście zbyt wielu szczegółów fabuły, bo nie o to chodzi. Jak zawsze w moim labiryncie, gdy otrzepuję te precjoza, jak zawsze tak sobie wyobrażam. A czytałem trochę książek archeologicznych, niekoniecznie Indiany Jonesa. To najpiękniejsze w nich jest to, że widząc coś, możemy zobaczyć coś więcej. I to zawsze państwu staram się proponować. Do zobaczenia.
[05:32:21] - Tak. Literatura, nazwijmy wysoka. Nie lubię tego podziału, ale czasami łatwiej się dogadać. Więc wysoka literatura za nami. Wiecie państwo, dlaczego nie lubię tego podziału? Otóż to jest taki przeżytek, kiedy wielu recenzentów, wielu pisarzy uważało, że literatura dzieli się na literaturę wysoką i literaturę popularną. Aż mi się nie chce wierzyć, że nie przychodziło im do głowy, że literatura dzieli się na literaturę dobrą i złą. Po prostu. I czy ona jest popularna, czy ona jest wysoka, czy też głęboka, to dochodzi do takiej zbitki językowej. Zły opis.
Po prostu zły opis. Używam sam tego sformułowania, jak państwo zauważyli, ale zawsze czuję potrzebę, żeby się z niego wytłumaczyć. Literatura wysoka, literatura popularna. Jestem wrogiem tego podziału. Zadeklarowałem. Proszę państwa, mówicie często, piszecie często państwo o tym, że za mało Wiktora Żwikiewicza w „Bibliotekarium 2.0". Cóż poradzić? Kiedy mogę, to staram się, żeby Wiktor do państwa przemawiał. Coraz trudniej mi jest go namówić na to, żeby zaistniał, żeby był, żeby rozmawiał z państwem. Wiek ma swoje prawa.
Poza tym choroby też mają swoje prawa, ale nie ustaję w wysiłkach. Wierzcie mi państwo. Czasami kropla drąży kamień. Dokładnie tak jak w tym przysłowiu: nie siłą, lecz częstym spadaniem. Więc ja robię tak, żeby było często. Często się dopraszał, domagał albo w każdym razie kierował te prośby. Jest nadzieja. A dlaczego to wszystko mówię? Dlatego, że dzisiaj w zastępstwie głosu Wiktora będzie twórczość Wiktora. W tym cyklu, w którym wspominamy ABW, tam był taki cykl mistrzów.
Mistrzowie mówili do nas. Były też opowiadania między innymi Wiktora w czasie wakacyjnym prezentowane. Dzisiaj taki utwór, który Jest bardzo charakterystyczny dla Wiktora pod względem językowym, pod względem pewnej problematyki, a jednocześnie nawiązuje do twórczości innego wielkiego pisarza, którego nazwisko już dzisiaj padało, a mianowicie Stanisława Lema. Zapraszam państwa na opowiadanie Wiktora Żwikiewicza „Appendiks Solariana”.
[05:35:45] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW: Antologię Bibliotekario Warsztaty. Czyta Marek Sęk „Ivellios”. Wiktor Żwikiewicz „Appendiks Solariana”: Pewnego dnia Stanisław Lem w posłowiu do „Pikniku na skraju drogi” Strugackich zawarł własną, diametralnie inną od autorskiej interpretację tej znakomitej zresztą powieści. Korciło mnie, żeby podobny zabieg dokonać z jego dziełem. Zrobiłbym to pewnie, lecz tymczasem udało mi się rozszyfrować fragment encefalogramu doktora Chrisa Kelvina z drugiej próby nawiązania kontaktu z Oceanem Solaris. Tym samym pierwotny mój zamysł uznaję za spóźniony, jeśli nie chybiony. Vicor da Vinciusz. Stałem przy oknie ramieniem wsparty o srebrną framugę. Hurry przysiadła na parapecie i mówiła, o czym nie wiem. Wciąż myślami wracałem do lektury Montiusa i prostego wyznania Gibariana w kwartalniku Parerga Solariana.
Dlaczego jestem solarystą? Ponad ramieniem Hurry patrzyłem w przestrzeń wypełnioną pożarem wznoszącym się nad powierzchnią oceanu. „Ciągle przejmujesz się” — ciągnęła Hurry. — „A przecież mówiłeś: to tylko eksperyment. Coś zdarzy się albo nie”. W tym rzecz. Pomyślałem, że czasami najtrudniejsze jest oczekiwanie na odpowiedź. Dotknąłem czołem oksydowanej listwy. Jej chłód był inny niż pamięć zimnych elektrod, które Snaut przystawił mi do skroni, a potem w pustej otchłani dwa echa przeniknęły się nawzajem. Tkliwość dla Hurry i pogarda dla misji doktora Kelvina, Sartoriusa i Snauta.
Mój encefalogram zakodowany w wiązkę rentgenowskiego promieniowania. Posłaliśmy go w wybrzuszoną ku niebu powierzchnię oceanu, a potem patrzyliśmy, jak rodzi się półprzezroczysty kwiat kolejnej symetriady. „Chris” — zawołała Hurry. Mimo zamkniętych oczu zobaczyłem światło przenikające nas na wylot i równocześnie poczułem wstrząs stacji, którego dwie fale od stóp i od czoła przyklejonego do framugi okna zderzyły się we mnie, jakby drgające dłonie chwyciły mnie za serce. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Hurry. Przez moment była ciemną sylwetką na białym tle. Światło zgasło jak ogień pożerający papier. Chwila i popiół osypie się z powietrza, lecz rzeczywistość znów ubrała kształty. „Spójrz” — powiedziała Hurry i koniuszkiem palca dotknęła szyby. Przez rdzawy kurz atmosfery srebrna iskra płynęła w stronę stacji.
„Co się stało?” — zapytałem, pokonując skurcz gardła. „Zobaczyłam błysk. To było jak wybuch”. „Tam w dole?” — wskazałem powierzchnię oceanu. „Nie tam ani nie od strony gwiazd. Zwyczajnie na wprost stacji. Przez moment zadrżało wszystko: niebo, ocean i tutaj, a potem pojawił się punkt. Najpierw był nieruchomy, potem zrozumiałam, że zbliża się. Sam widzisz.” Powolutku przesuwała rękę, a punkt pod opuszką jej palca nie był już pozbawionym wymiarów lśnieniem. Coraz bardziej sylwetka przypominała rakietową szalupę przeznaczoną do krótkodystansowych lotów między stacją a sateloidem.
Kiedy stał się tym, czym powinien być, zniknął z pola widzenia. Równocześnie usłyszałem pomruk silników odsuwających przesłony nad dokiem. Krótki wstrząs podłogi poświadczył, że amortyzatory szalupy zetknęły się z płytą lądowiska. Potem nastąpiła cisza. W przestrzeni pozbawionej dźwięków echo kroków zabrzmiało jak siąpanie jaszczura po dnie płytkiego jeziora. Ślady stóp pozostawiają wgłębienia w szlamie, który zamienia się w kamień i na wieki wieków utrwala trop. Na dnie kambryjskiej laguny i w korytarzach stacji monstrualne zwierzę powłóczy kolumnami nóg. Nagle krok nabiera lekkości. To już bieg. Może Behemot zwęszył padlinę i śpieszy na żer.
Przez mgłę w oczach zobaczyłem posadzkę korytarza i wiedziałem, że to ja biegnę. Gnam na złamanie karku obok drzwi obitych skórą i tych naznaczonych biało-zieloną szachownicą, przez włazy, które pod uderzeniem mojej pięści ustępują, jakbym miał w sobie moc neutrinowych gości. Bieg, gdy muszę być pierwszy. Ja i nikt więcej. Nikt, gdyż tylko ja i może Snaut wiemy, kto wrócił do stacji spokojnie płynącej w atmosferze nad powierzchnią Oceanu Solaris. Kiedy dopadłem do ostatniej śluzy, uświadomiłem sobie, że nie jestem sam. Lekkie kroki szły za mną trop w trop. Jak mogłem zapomnieć o Harry? O której Harry? Po tej czy po tamtej stronie drzwi?
Obróciłem się i plecami oparłem o wybrzuszoną tarczę śluzy. „Och, Chris!” Nawet nie zwolniła kroku. Lekka i zwinna z rozpędu wpadła na mnie i chichocząc wtuliła mi się w pierś. „Chris. Chyba to lubię. Następnym razem mnie tak łatwo nie złapiesz”. Objąłem ją i przytuliłem. Czułem spokojne bicie jej serca tam, gdzie moje tłukło się jak opętane. „Nie możesz tam wejść, Harry” powiedziałem. „Wstydzisz się mnie?” Zapytała, wciąż z rozbawieniem i odrobiną kokieterii.
„Chciałabym poznać kogoś jeszcze poza twoim Snautem i indrentym Sartoriusem. Kto to?” Miałem jej powiedzieć o tamtej Harry? Uwięzionej w pułapce rakiety, którą posłałem w martwą pętlę orbity wokół Solaris? O tym, jak pękały blachy poszycia kapsuły, kiedy walczyła o życie. A może tylko o to, aby być przy mnie? Dlaczego założyliśmy i wierzymy w to ciągle, że muszą być z nami, bo takie im Stwórca założył kajdany. Może tamta Harry tak samo jak ty chce być przy mnie po prostu z miłości. Obiecałem sobie, że nigdy żadne drzwi nie staną między mną a tą Harry. I dotrzymałem tej obietnicy. Zawsze.
Tylko nie teraz. „Wejdę tam” powiedziałem. „A ty zaczekasz na mnie”. „Chris!” „Zaufaj mi. To ostatni raz”. Jej oczy zaszkliły się przez moment, ale tylko potrząsnęła głową. Zrobiła głęboki wdech i powiedziała już spokojnie: „Ufam ci, Chris. Idź”. Gwałtownie pchnąłem dźwignię włazu i już byłem po przeciwnej stronie. Z jeszcze większym impetem zatrzaskując za sobą pancerne drzwi.
Przywarłem do nich plecami. I tak znieruchomiałem. Smukłe cygaro rakiety tkwiło w osnowie wsporników tak jak przed startem. Słychać było cichutkie potrzaskiwane stygnących dysz. Tylko to. Żadnych drgań, nic. Zrozumiałem nagle, że nie mam pojęcia, co teraz począć. Przecież nie zrobię nic więcej ponad to, co już uczyniłem, a na pewno nie po raz drugi. Może trzeba było zawołać Snauta? Przecież oni to mają większe ode mnie doświadczenie.
Im po prostu byłoby łatwiej, bo to nie ich Harry. Równocześnie poczułem drgnienie dźwigni, którą zaciskałem w spoconych dłoniach i wibracje całej płyty wybrzuszonej na zewnątrz, jakby pod naporem nieludzkiej siły gotowa była odkształcić się w moją stronę. „Wytrzymaj, Harry” modliłem się w duchu. Przez moment chciałem dopaść sterowniczego pulpitu i uruchomić radiostację, którą sam wyłączyłem wtedy, uciekając przed strasznym krzykiem. Po co? Żeby teraz samemu błagać jedną z nich. Odejdź. Odejdź. Tkwiłem w miejscu i patrzyłem, jak naprzeciw mnie powoli uchyla się klapa włazu rakiety, której śruby z zewnątrz dokręciłem przecież własnymi rękami. A potem nie rozumiałem już nic.
Kiedy stanął przede mną i trochę z dołu spojrzał mi w oczy, wiedziałem jedno, że jest mi zupełnie obojętne, co mnie pomyśli. Moje nogi były tak miękkie, że nie potrafiły już utrzymać ciała. Puściłem dźwignię drzwi i powoli osunąłem się do podłogi. Tylko twarz ukryłem w dłoniach. I tak trwałem, dygocząc cały, chociaż to coś we mnie nie było śmiechem idioty. „Domyślam się. Doktor Kelvin” powiedział głosem bez wyrazu. Zebrałem siły, żeby podnieść się z kretyńskiego przysiadu. Nie próbował mi pomóc i za to byłem mu wdzięczny. „Przepraszam” powiedziałem.
Nie oczekiwał więcej. Po prostu stał, gdzie się zatrzymał i trochę przekrzewiając głowę, przyglądał mi się z pewnym zaciekawieniem. Jednej rzeczy byłem pewien, że skądś go znam. Pamiętałem te puste oczy i twarz, która byłaby zupełnie nijaką, gdyby w dziwny sposób nie uszlachetniła jej zwyczajna starość. Ale nigdy przedtem nie widziałem tak starego człowieka. Wydawało mi się, że jego łysy czerep otacza ledwie uchwytna poświata, zanim zrozumiałem, że to tylko resztki włosów, cieniutkie jak puch na ciele noworodka. Ubrany był w skafander trochę mniej przedpotopowy niż on sam. Odruchowo poszukałem wzrokiem. Powinienem to był zrobić od razu. Oczywiście na piersi nosił maleńki identyfikator wszyty w skafander.
Znałem go. Każdy z nas go znał. Snaut i Sartorius. Może nawet Harry. „Komandorze” wykrztusiłem zupełnie bez sensu. „To pan?” „Chciałeś powiedzieć: to pan jeszcze żyje?” Uśmiechnął się samymi oczami. Potem, jakby coś sobie przypomniał, uniósł ramię i chwilę mrużąc oczy, wpatrywał się w zegarek nałożony ponad nadgarstkiem na rękaw skafandra. „Muszę porozmawiać z Gibarianem.” Stwierdził nad całą resztą, przechodząc do porządku dziennego. Przypomniałem sobie minę Snauta, kiedy zjawiłem się przed nim z tym samym żądaniem. „Nie żyje” – wyjaśniłem po prostu.
„Aha” – powiedział po chwili namysłu. – „Snaut i Sartorius?” „Są u siebie.” „O!” – jego wyblakłe oczy zrobiły się nieco okrągłe. – „Jak widzę, rozmowa może być milsza, niż oczekiwałem.” Nie pojmowałem, o co mu chodzi, aż zauważyłem, że jego spojrzenie kieruje się nieco w bok od mojego ramienia. Ruch powietrza powinien dużo wcześniej ostrzec mnie, że drzwi za moimi plecami są już otwarte. Odstąpiłem w bok. – „Pan pozwoli. To Hurry, moja żona.” „Aha” – stwierdził po swojemu. Znów zerknął na zegarek. – „Mam bardzo mało czasu” – wyjaśnił. „Jest tu miejsce, gdzie moglibyśmy się zebrać i chwilę porozmawiać?
Może biblioteka?” „Świetnie.” – zaakceptował natychmiast. „Tylko...” – wahałem się. – „Ktoś musi pójść po Sartoriusa i Snauta.” „Więc idź, Chris.” – nieoczekiwanie odezwał się do mnie po imieniu. – „I nie rób takiej miny. Znamy się, ale pamięć to przywilej starców. Idź, damy sobie radę. Twoja milsza połowa zaprowadzi mnie do biblioteki.” Trochę bezradnie spojrzałem na Hurry. Nigdy jej nie widziałem takiej. Żadnego napięcia w twarzy. Kiedy patrzyła na tego starego człowieka, wyglądała trochę jak roześmiana, zupełnie beztroska dziewczynka, jaką pewnie kiedyś była, zanim ją poznałem.
„Idź, Chris.” – zareagowała na moje spojrzenie. – „Zaprowadzę pana do biblioteki.” Bezceremonialnie wsunęła mu dłoń pod łokieć i okręciła się na pięcie, a ja stałem i patrzyłem, jak odchodzą. Tym razem z pewnością miałem idiotyczny wyraz twarzy. Szczęśliwie nikt tego nie widział. Kiedy powlokłem się wreszcie w przeciwną stronę, spotkałem Snauta przed drzwiami Sartoriusa. „Jesteś sam?” – popatrzył na mnie z pewnym zdziwieniem i uznaniem. Przemilczałem. – „Sartorius jest u siebie? Właśnie chciałem uciąć z nim pogawędkę w cztery oczy.” „Szykuje się rozmowa większego kalibru” – powiedziałem. „Co jest?” – przez jego twarz przemknął niepokój.
„Zaczekaj. Nie będę się powtarzał.” Tym razem szklane drzwi laboratorium nie były od wewnątrz niczym przesłonięte. Mimo poświaty z podsufitowych okien korytarza trochę żółtego światła przesączało się też przez chropowate szkło. – „Sartorius!” – dość bezceremonialnie uderzyłem w drzwi. – „To ja, Kelvin. Jest ze mną Snaut. Mamy sprawę.” Wiedziałem już, że Hurry potrafi być dzielna, ale niepokój o to, jak długo może się obejść beze mnie, spowodował, że po kolejnym uderzeniu pięścią w szkło Snaut chwycił mnie za rękę. „Czekaj, słyszę coś.” Rzeczywiście w laboratorium rozległo się szuranie. Cień podobny do wiatraka z przetrąconymi płatami śmigła nałożył się na taflę szkła. Klucz niemiłosiernie zgrzytał w zamku, jakby oduczył się otwierać drzwi.
Wreszcie Sartorius spojrzał na nas przez wąską szparę, całym sobą przesłaniając widok na resztę laboratorium. Nie miał na nosie swoich czarnych szkieł i pierwszy raz naprawdę zobaczyłem jego twarz. Nie budziła sympatii. Wierzchem dłoni przetarł prawie ślepe oczy. „No i co?” – spytał. – „Chciałbym kiedyś normalnie wyspać się do końca.” „Musimy porozmawiać.” „Tak? No to jesteśmy w komplecie. Może u mnie?” – nieoczekiwanie odstąpił krok i otworzył drzwi. Kątem oka widziałem minę Snauta. „Życie nie jest takie proste, doktorze Sartorius.” – zaśmiałem się.
– „Komplet będzie dopiero w bibliotece. Mamy gościa.” „Kto?” – powiedzieli to równocześnie. Prawie z przyjemnością patrzyłem, jak twarz Sartoriusa wydłużyła się jeszcze bardziej, a Snaut zrobił się prawie biały. Mógłbym tę chwilę przeciągać w nieskończoność, ale ten stary człowiek wciąż patrzył na zegarek. „My.” – podkreśliłem. – „Wszyscy razem.” „Kto to jest?” – trochę chrapliwie spytał Snaut. „Pirx.” – powiedziałem. „Kto?” – dopiero teraz mieli miny warte zapamiętania. „Ten Pirx?” – upewnił się Snaut. „We własnej osobie.” – przyznałem.
„Skąd się tu wziął, u licha?” – w głosie Snauta zabrzmiało rozdrażnienie. „Zapytajcie go sami. Przyleciał rakietką nie większą od naszych transportowych, więc można brać pod uwagę tylko sateloid.” „Czego chce?” „Porozmawiać. Chciał z Gibarianem. Kiedy mu wyjaśniłem, że spóźnił się tak samo jak ja, zgodził się na całą resztę.” „Chwileczkę.” – mruknął Sartorius i zniknął w drzwiach. Wrócił z czarnymi soczewkami przytwierdzonymi do twarzy. – „Chodźmy więc.” „Czego może tu szukać pilot Pirx?” – głowił się po drodze Snaut. „Komandor Pirx.” – poprawił Sartorius. „Ech.” – Snaut tylko machnął ręką. – „Dostał to pośmiertnie.
Pech tych, którzy mu dali stopień polegał na tym, że przeżył, gdzie nie powinien.” „Nie pierwszy raz.” – wtrąciłem. I trzeba się z nim liczyć poważnie stwierdził Sartorius. Pewnie. Latająca legenda ma przyjaciół. Ile on może mieć dzisiaj lat? Na moje oko co najmniej 200. Tak długo się nie żyje z pewną goryczą przyznał Sartorius. Wszyscy wiemy, że pogrzebano go już kilkakrotnie. Cholera! Snaut jak wryty zatrzymał się przed drzwiami biblioteki.
To on może nawet... Co? Pamiętać odkrycie Solaris. Trochę długo w milczeniu staliśmy w korytarzu, a potem Snaut uczynił coś, czego z pewnością nie robił nigdy wcześniej. Zapukał do drzwi biblioteki. Wejść! Rozległo się za drzwiami, ale ja byłem pewien, że słyszę też głos Harry. Snaut otworzył drzwi i nie przestąpił progu. Ponad jego ramieniem widziałem to samo, co on. W panoramicznym oknie biblioteki nad mglistym horyzontem Solaris wstawał świt czerwonego słońca.
Jeszcze ocean pogrążony był w czerni. Jak zwykle świt najpierw zaglądał w okna stacji zawieszonej wysoko w atmosferze. W szkarłatnym zarzewiu wnętrze biblioteki sprawiało wrażenie miejsca przynależnego bardziej zewnętrznemu światu niż cywilizacji, która tego świata zrozumieć nie potrafi. Nie piękno świtu zatrzymało nas w progu. W fotelu przy oknie siedział pilot Pirx, a raczej komandor Pirx. Jak pamiętam ze starych zdjęć, był z niego kiedyś całkiem postawny mężczyzna. Teraz prawie nie było go widać w przepastnym fotelu. Tylko skafander srebrzył się nieco w czerwonym półmroku. Za to Harry tkwiła w pełnym świetle. Pirx zapadł się w fotel, a ona siedziała mu na kolanie z rękami jeszcze zawieszonymi w powietrzu, jakbyśmy naszym wtargnięciem nie pozwolili jej dopowiedzieć czegoś, co jest tak niezwykłe, że trzeba słowa poprzeć gestem obejmującym cały świat.
Głowa Snauta powoli obróciła się twarzą tylko w moją stronę. W oczach miał takie szyderstwo, jakby prosił, żebym mu złamał szczękę. Dwieście? Odczytałem z ruchu jego warg. No, no. Sartorius zachowywał się tak, jak można było spodziewać się po nim. Nienawidziłem go bardziej niż Snauta. Przepchnął się obok nas i jakby nigdy nic poszedł do Pirxa z wyciągniętą ręką. Dla niego Harry znaczyła nie więcej niż powietrze. Witamy na Solaris.
No tak. Z pewnym wahaniem odparł Pirx. Tak się składa, że nie jestem tu po raz pierwszy. Nawet nie zauważyłem, kiedy Harry sfrunęła mu z kolan. Już uczepiła się mojego ramienia, radosna jak nigdy przedtem. Słyszałem jej szept prosto w ucho. Czułem jej oddech i przy każdym słowie leciutki dotyk ust. Chris, Chris. Wiesz, co zrobiłam? Oczywiście.
Nic nie wiesz. Powiedziałam mu wszystko. Co? Kim jestem. Zrobiłam to od razu. A wiesz, co on na to? Powiedział: A ja jestem Pirx. Imponujące. Och, Chris, nie masz pojęcia, jaki on jest. Nigdy nie czułam się tak nawet przy tobie.
Bo ty możesz odejść, a ja nie przeżyję tego. Rozumiesz, Chris? A on... Co on? On może zniknąć, jak się pojawił. Ale kiedy jest, wiedziałam to od razu, jestem bezpieczna. Jak przy tobie. A powiedzieć mogłam mu jeszcze więcej. O czym? O sobie i o tobie.
Westchnąłem z rezygnacją. Zostawmy to maleńka. Czekają na mnie. Zajmiesz się czymś? Pewnie. Strasznie jestem ciekawa, co on ma wam do powiedzenia. No tak. Moja rezygnacja osiągnęła kolejne przyspieszenie kosmiczne. Chodźmy. Snaut tymczasem zrobił sobie legowisko z książek zwalonych na podłogę.
Tylko nogi zarzucił na blat stołu. Sartorius zajął miejsce strategiczne w fotelu wciśniętym w najciemniejszy kąt, skąd dokładniej widział wszystkich, chociaż z niego zostały dwie czarne plamy na wysokości twarzy. Pirx stał przy oknie. Jestem winien drobne wyjaśnienie, dlaczego doktora Kelvina trochę obcesowo traktuję po imieniu powiedział. Gibarian i ja prowadziliśmy kiedyś dość ożywioną korespondencję. Odwiedziłem go nawet w solaryjskim instytucie w Adenie, gdzie przyszły doktor Kelvin był asystentem mojego przyjaciela. Wspomniał parę razy o tym młodym człowieku i używał przy tym wyłącznie imienia Chris. Osobiście nie mieliśmy okazji porozmawiać, chociaż raz jeden zauważyłem go w archiwum mikrofilmów. Podszedłem nawet, żeby zagadać, ale akurat weszła mi w paradę szkolna wycieczka. Większość dzieciarni była oszołomiona ogromem archiwum, ale jedna dziewczynka, pamiętam, zadała wtedy pytanie: A po co to wszystko?
Sporo czasu upłynęło od tamtych dni, ale pytanie pozostaje aktualne i mam wrażenie, że przez te lata nikt z nas naprawdę nie wydoroślał. Zabrzmiało to dość patetycznie. Pirx musiał to zauważyć, gdyż machnął ręką z pewną irytacją, po czym zwrócił się do mnie: Niech pan tak nie stoi przede mną, doktorze Kelvin, bo się nabawię kompleksów. Stwierdził: "Usiądź gdzieś, przyjacielu, choćby na tym fotelu. Ja w nim czuję się i pewnie wyglądam podobnie, jak na krawędzi czarnej dziury. Garnitur jeszcze tutaj, właściciel po tamtej stronie." Co miałem począć? Usiadłem. Harry pewnie już przyswoiła sobie to miejsce, gdyż natychmiast skorzystała z okazji i wylądowała mi na kolanach. Snaut prawie dławił się ze śmiechu. "Wszystkich panów przepraszam, że to nie będzie rozmowa, tylko monolog" podjął Pirx.
"Ale zostało mi jakieś 10 minut. Po pierwsze więc, nie jestem tu z Sateloidu, ale bezpośrednio z Instytutu, który opuściłem może pół godziny temu. Kilku pańskich przyjaciół, doktorze Sartorius, zrealizowało projekt, którego sensu nie mógł potwierdzić wiarygodny eksperyment ze względu na powszechne zniesienie statusu zwierzęcia doświadczalnego. Nie znam się na tym, ale mówili coś o pozaprzestrzennym przeskoku informacji. Jako człowiek szukający okazji do chwalebnego przejścia na wieczystą emeryturę zaproponowałem im swoje usługi. Podpisałem właściwe formularze i wtedy poinformowano mnie, że cel przerzutu dla eksperymentu nie ma istotnego znaczenia, więc mogę sam wybrać adres, pod jaki ci panowie zobowiązują się dostarczyć nie mnie, jak zrozumiałem, lecz pełną o mnie informację w jakiejś formie." "Pilocie Pirx" zaczął Sartorius, z pewnością nieprzypadkowo rezygnując z komandora. Pirx tylko uniósł ramię i wskazującym palcem postukał w zegarek. "Jeszcze raz proszę o wybaczenie" przerwał Sartoriusowi. "Za chwilę muszę być w przestrzeni. Chcę panom wyjaśnić, że po ewentualnie szczęśliwym moim powrocie do Instytutu nie będę miał zielonego pojęcia o tym, co zobaczyłem na stacji Solaris i czego udało mi się tu dowiedzieć.
Eksperymentatorzy tłumaczyli mi, że musi się zgadzać jakiś bilans przestrzeni informatycznej i są w stanie odebrać tylko tyle informacji, ile zostało wysłane. Nie będę nawet pamiętał tego, co teraz do panów mówię, chociaż takie intencje miałem. Wyłącznie panowie będą mogli kiedyś zaświadczyć, jak było z realizacją." Słuchałem go, ale nie wiedzieć czemu, wciąż myślałem o pytaniu tamtej 15-letniej dziewczynki. Zobaczyłem, jak Snaut westchnął i jednak wtrącił swoje, kiedy Pirx nabierał oddech. "To niech pan już powie pilocie, dlaczego wybrał pan akurat ten adres?" W istocie, jak już wspomniałem, nie jest to moja pierwsza wizyta na Solaris. Dawno temu byłem pilotem w ekspedycji Giesego, która w historii solarystyki zapisała się tak zwaną Erupcją Stu Sześciu. Kiedy zdarzyło się to, co się zdarzyło, pilotowałem maszynę Tsankena, dowódcy grupy rezerwowej. On o nawigacji miał raczej blade pojęcie. Może dlatego jego ocalenie zostało spisane na karb przypadku. Ten przypadek to byłem ja, Pirx.
Nieoczekiwanie, chociaż słowa może tak brzmiały, nie było w tym stwierdzeniu ani śladu pychy, tylko jakiś bezgraniczny smutek. "Tak więc mam swoje porachunki z Solaris" ciągnął Pirx. Może dlatego przez lata śledziłem wszystko, co dotyczy tej planety. Pewnie dlatego też zaprzyjaźniłem się z Gibarianem. A poza tym nikt nie odbył tylu lotów nad oceanem. Nie ma tego w archiwach, bo była to, że tak powiem, raczej moja prywatna inicjatywa. Co wiedziałem? Może więcej niż Burton, może mniej. Może jak doktor Kelvin zostawię komuś w spadku mój encefalogram, żeby to sobie obejrzał i zrozumiał więcej. Nieważne.
Widziałem, jak dłonie Pirxa zwinęły się w pięści. Musiał spostrzec, że patrzę na jego ręce, gdyż prawie ze złością wcisnął je w kieszenie skafandra. To, że dzisiaj mówię, a nie słucham, ma dwa uzasadnienia. Po pierwsze wiem prawie o wszystkim, co tu się zdarzyło i czego dokonaliście, gdyż miałem okazję porozmawiać z tą młodą osobą. Tutaj twarz Pirxa trochę złagodniała, kiedy spojrzał na Harry. A ona, jak by to ująć, wie chyba więcej niż wie. Po drugie, przecież i tak nie jestem w stanie przekazać komukolwiek informacji, jaką wy moglibyście się ze mną podzielić. Skończmy więc na tym, o czym chciałem porozmawiać z Gibarianem. Pirx okręcił się na pięcie i stanął plecami do nas, twarzą w stronę okna, jakby chciał widzieć ocean, kiedy wreszcie powie, co ma do powiedzenia. Jak każdy z was, przeczytałem wszystko, co zostało o tej planecie napisane.
Przeżyłem więcej niż wy, bo był w tym optymizm mojej młodości i jest to, co wam zostało. Bezradność. Znałem ludzi, którzy pierwsi patrzyli na ten ocean jak na żywą istotę. I tych, którzy w jego działaniu dopatrywali się świadomości, boskości nawet. Zjawiali się pełni natchnienia. Podejmowali próby kontaktu tak samo, jak wy próbujecie. I odchodzili odtrąceni. Powiem wam dlaczego. Pirx zamilkł, ale Snaut i Sartorius nie skorzystali z okazji. A jeżeli tam nic nie ma?
Zamiast twierdzenia Pirx zadał pytanie. Co znaczy nic? Po długiej chwili odezwał się Snaut. „Słyszymy coś, widzimy, dotykamy” powiedział Pirx. „Usta mówią, więc próbujemy nawiązać kontakt z ustami.” „Co pan przez to rozumie, pilocie Pirx?” Nie wytrzymał Sartorius. „Czy próbował pan kiedyś nawiązać kontakt z monitorem albo z głośnikiem radiostacji? Na ekranie jest obraz, w głośniku głos.” „A gdzie według pana jest nadawca?” Zapytał Snaut. „Może jest, może nie ma. A jeżeli Ocean Solaris to tylko ekran? Drgająca membrana, która w naszą stronę odbija coś, co z nim samym nie ma nic wspólnego?
Jaką świadomość ma w lustrze nasze w nim odbicie? Każdego z nas poraził drobny błysk zwierciadła i już mniemamy, że ono wie coś o nas, skoro posłało nam w oczy świetlnego zajączka. I może nie do końca jesteśmy tacy, jak to widać w odbiciu. Może to trochę krzywe lustro.” „Chce pan poprawić nam samopoczucie?” Dziwnie zduszonym głosem odezwał się Sartorius. „A może sobie?” „Bynajmniej.” Z nieoczekiwaną zawziętością odparł Pirx. „Nie jestem od rozgrzeszania, ale jeśli to tylko lustro, to przeglądamy się w nim nie tylko my przecież. Może cały wszechświat. Widzimy nad oceanem erupcję symetriad i upatrujemy w nich jego dzieło. A jeśli to tylko echo aktywności innych cywilizacji? Może takich, po których dawno ślad ostygł we wnętrzu wszechświata, zanim znak ich bytu wzbudził rezonans w neutrinowej membranie.
Może w tym lustrze swój ślad zostawia szczątkowe promieniowanie wszechświata, nawet to coś, co dało mu początek. Szukajcie, a jeśli znajdziecie w nim nawet głos pana, czy też podejmiecie próbę ustanowienia kontaktu?” Dopiero teraz poczułem, że Harry trzyma mnie mocno za rękę. „Mam tylko jedno pytanie, komandorze” odezwałem się. „Ta planeta posiada niestabilną orbitę. Jeśli ocean jest tylko tym, o czym pan mówi, jak wytłumaczyć fakt, że planeta nie uległa zniszczeniu?” Spostrzegłem, jak Snaut spojrzał na mnie i uniósł brwi. Patrzyłem na Pirxa, wciąż odwróconego do nas plecami. Jego ramiona drżały. Musiał wyczuć nasze spojrzenia i oczekiwanie, gdyż odwrócił się powoli. Pirx śmiał się. „Mój młody przyjaciel mniema, że mnie dostał” powiedział.
„Ale na to pytanie mogę odpowiedzieć pytaniem. Jak myślisz, dlaczego ja wciąż żyję, chociaż nie powinienem?” Najzwyczajniej w świecie, wciąż śmiejąc się, bezradnie rozłożył ręce. „Czas na mnie” stwierdził. „Jak uznacie to za słuszne, możecie tę rozmowę uznać za niebyłą. Odprowadzisz mnie, Harry?” Niewiele sobie robiąc z ich obecności, Harry pocałowała mnie w policzek, potem pobiegła do Pirxa. Szarmancko podał jej ramię. Kiedy wyszli, z ulgą wyrwałem się z fotela. Snaut i Sartorius też podeszli do okna. Wciąż milczeliśmy. Po jakimś czasie drgnienie stacji oznajmiło nam, że Pirx wystartował.
Nie żegnał się z nami. Czy miał powód, żeby pominąć tę formalność? Odprowadzaliśmy wzrokiem jego rakietę. Kiedy zmieniła się w punkt, odruchowo zmrużyłem oczy. Snaut i Sartorius nie byli tak zapobiegliwi. Po tym, jak biały błysk prześwietlił nas na wylot, długo przecierali oczy. „Twoja Harry dobrze się czuje w jego towarzystwie” odezwał się Snaut. Spojrzeliśmy po sobie i równocześnie każdy z nas przeniósł wzrok na ocean. „Myślisz, że Pirx też?” Zapytał Sartorius. Drzwi otworzyły się.
To wróciła Harry.
[06:09:47] - Proszę państwa, czas na końcówkę dzisiejszej audycji. Tradycyjnie na koniec Piotr Plebaniak i jego przepisy na budowę, ewentualnie rozpierdzielenie jakiegoś imperium. Dzisiaj kolejny odcinek. Myślę, że to ważna dyskusja na temat prawa, na temat tego, jaką rolę to prawo odgrywa w naszej rzeczywistości, w tej rzeczywistości, która nas otacza. Zapraszam państwa bardzo. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:10:29] - Dzień dobry, bardzo pozdrawiam. Chciałem panu Markowi gorąco podziękować za pochwały w poprzednim odcinku, ale też wyślę mu rachunek, bo musiałem sobie wszyć taki Esperal na drogę dopaminową, żeby nie uzależnić się od pochwał, tylko od merytorycznych pochwał. Także częściowo dziękuję, a częściowo nie dziękuję.
[06:10:52] - Oj tam, oj tam. Wie pan, odrobina dopaminy jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
[06:10:58] - Ojejku, ale mnie zakłuło teraz w przysadce mózgowej ten Esperal. Niech pan przestanie.
[06:11:05] - Okej, to czytam w takim razie dzisiejsze prawidło.
[06:11:09] - Świetnie.
[06:11:10] - Kluczowy atrybut i parametr legitymizacji władzy to zdolność stania się źródłem prawa Jak to, panie Piotrze? W takim pojęciu powszechnym jak jest władza, to ona daje prawo i mamy słuchać. Trochę to chyba inaczej wygląda.
[06:11:29] - Będę w takim razie polemizował z kolegą filozofem. Generalnie od dziecka gnębił mnie problem, dlaczego – jak się dowiedziałem o tym, jak naszych oficerów w Katyniu pozabijali bolszewicy – dlaczego ci bolszewicy koniecznie chcieli, żeby ci zabijani podpisywali przyznanie się do winy? Przecież mogli ich kompletnie, bez absolutnie żadnych konsekwencji zastrzelić, strzelić w tył głowy i wrzucić do dołu. Co zresztą zrobili. Ale dlaczego wcześniej potrzebowali tego podpisu? Pytałem i filozofów, i różnych osób. Prosiłem o zastanowienie i potem oddzwaniałem, żeby dać im czas do namysłu, bo to nie jest prosty problem wbrew pozorom i nikt nie był w stanie podać mi odpowiedzi. Aż w końcu sam siebie pochwalić muszę, przepraszam, bo sam na to wpadłem. Otóż najważniejszym – w moim przekonaniu po odkryciu tej odpowiedzi – atrybutem władzy jest to, że ten, kto ma władzę, ma prawo ustanawiać prawa. Przepraszam, to brzmi jak masło maślane, ale ma tę legitymizację.
Podmieniłem słowo, nadal to jest prawo. Ma tę legitymizację do tego, że on jest tym prawodawcą. Mamy Mojżesza prawodawcę. Dlaczego? Dlatego, że on jest tym uznanym przywódcą całej tej społeczności krążącej po pustyni, bo GPS-ów wtedy nie było, zdaje się, czy może z innych powodów. Natomiast jaka jest inna odpowiedź? Dlaczego ci bolszewicy potrzebowali przyznania się do winy bez kompletnie żadnej rozliczalności ich czynów? Najważniejszym atrybutem władzy w moim przekonaniu jest to, że władza polega na tym, że my mówimy, co inni mają robić, a inni muszą słuchać. I jest to w jakiś sposób zapisane, czy to w Granicie, czy wracając do metafory Mojżesza, na tych dwóch tablicach z dziesięcioma przykazaniami. To są prawa dane przez Boga, czyli jeszcze potwierdzone przez siłę wyższą, naturalną.
I tym prawom muszą być posłuszni wszyscy członkowie społeczności. I co pan na to?
[06:13:52] - Jakoś mi się to jednak nie klei. Wracając do przykładu, który pan podał z tymi bolszewikami. Jaki był problem, żeby ustanowić takie prawo, że każdy z racji tego, że jest z kapitalistycznej Polski, musi być zabity i koniec? Dalej mi to nie odpowiada. Mimo wszystko to wytłumaczenie nie daje mi pełni tego obrazu dlaczego tak się działo. Bo jak ktoś jest na szczycie i jest w dodatku w opresyjnym ustroju, to i tak może wszystko.
[06:14:26] - Ale właśnie nie, bo gdyby mógł wszystko, to wtedy byłby chaos, prawda? Nie byłoby żadnych reguł rządzących tym, kto ma jaki zakres władzy, czy względem swoich współtowarzyszy – dosłownie towarzyszy przecież – czy wobec tych, którzy podlegają, czyli tej biednej klasie robotniczej, której nie udało się dostąpić do tej władzy, która była obiecywana przez rewolucjonistów. To jest właśnie taki niuans, którego nikt nie potrafił koncepcyjnie wyjaśnić. Gdy ich pytałem, nikt nie próbował mi odpowiedzieć. Nikomu nie udało się udzielić mi tej odpowiedzi. To, że my decydujemy, że takie, a nie inne prawo obowiązuje i działamy wedle tego prawa, mimo że nie ma żadnych konsekwencji, które może ktoś z nas wyciągnąć, jeżeli nadużyjemy tej władzy czy nie nadużyjemy, to postępując według tego prawa potwierdzamy legitymizację tego, że to prawo ustanowiliśmy.
[06:15:34] - Nie wiem. Być może rzeczywiście. Ja bym szukał jednak w mechanizmach psychologicznych, bo proszę zobaczyć, co by się stało, gdyby któryś z tych więźniów nie podpisał? I tak by go zastrzelili. Moim zdaniem ta procedura podpisywania, przyznawania się do winy raczej miała ostatecznie pognębić tego nieszczęśnika, gdzieś pod koniec pokazać mu: „Patrz, jesteś winny, jesteś zerem”.
[06:16:02] - Czyli mechanizm dominacyjny?
[06:16:06] - Kto wie?
[06:16:07] - O ile dobrze była zrekonstruowana scena w filmie „Katyń”, kiedy oficera polskiego brali, siadali na krzesło czy stołek i: „Podpisuj”. Z punktu widzenia ideologicznego, z punktu widzenia bolszewików, spotkałem się z takim świetnym sformułowaniem, tylko nie pamiętam, gdzie to wynalazłem. Nie zdążyłem zapisać, ale wryło mi się to w pamięć po prostu. W uzasadnieniu wyroku śmierci: osobnik ten nie rokuje szans na to, że stanie się częścią nowego, zdrowego, budowanego przez nas społeczeństwa.
[06:16:51] - Tak, ale on od początku Nie wiem. Nie rozstrzygniemy tego, panie Piotrze, dzisiaj, bo ja mam ten obraz przed oczyma i i tak wiem, że on tam siadał i czy on by podpisał, czy nie podpisał, jego los i tak był przesądzony. To jest raczej sowiecka, typowa dla nich, dla ich państwa, a w ogóle może nawet dla Rosji, bo to jeszcze z czasów carskich to urzędnicze państwo sięga, gdzie tam wszystko się musiało zgadzać. Troszeczkę to zbliża Rosję do Niemiec, w których też wszystko musi być idealnie uporządkowane, musi być porządek. Jakby się patrzyło na pewną teorię, którą wysnuł Koneczny, że tym państwom tak naprawdę do siebie jest bardzo blisko pod względem mentalu, to kto wie, czy nie zbliżamy się do jakiegoś wyjaśnienia.
[06:17:42] - Nie wiem, nie potrafię na to odpowiedzieć.
[06:17:44] - Ale wróćmy do tej reguły, czyli stawania się źródłem prawa, bo podeszliśmy do takich czasów mrocznych. A jak to wygląda dzisiaj w różnych państwach? Pytam o to: jak mamy model, kluczowy atrybut i parametr legitymizacji władzy to zdolność stania się źródłem prawa. Chciałbym po prostu, żebyśmy się przenieśli w dzisiejsze czasy i coś na ten temat powiedzieli.
[06:18:10] - Nic się nie zmieniło. Cała władza ustawodawcza, legislacyjna i wykonawcza. Wszystko polega to na tym, że ustanawia się jakieś prawa. Ustanawiają to nasi reprezentanci wybrani demokratycznie. Jeżeli ktoś usłyszał ton kpiny w moim głosie, to dobrze usłyszał. Polega to na tym, że te prawa są ustanowione i trzeba tych praw przestrzegać. Kto nie przestrzega, ten jest narażony na sankcje. Czyli przyjdzie policja i go wsadzi na dołek albo zrobi inną brzydką rzecz. Widziałem parę dni temu świetne sformułowanie z amerykańskiej debaty publicznej w kwestii pomagania Ukrainie i wysyłania broni do Ukrainy i dawania Ukrainie pieniędzy. Trwa tam taka debata właśnie w Stanach i ktoś powiedział, że skoro Ukraińcy dostają od nas broń, bo są naszymi przyjaciółmi, to dlaczego rząd chce odebrać prawo do posiadania broni nam, Amerykanom?
To są dylematy legitymizacji władzy i tego, czy władza rzeczywiście reprezentuje naród, czy też jest jakimś podmiotem, który stoi w opozycji, prawda? My i oni. I dlaczego ludzie się nie buntują, prawda? Dlaczego? Są te mechanizmy psychologiczne, wedle których ludzie mają tą dużą potrzebę. Ludzie, którzy organizują się w jakieś zbiorowości, w jakieś wspólnoty, mają dużą potrzebę tego, żeby istniały jasne, klarowne prawa działające dla wszystkich równo. Bo na tym polega demokracja systemów niefeudalnych, czyli takich, w których my żyjemy, republikańskich. Prawa działają w identyczny sposób dla wszystkich i wszyscy jesteśmy równi wobec tych praw. I jesteśmy tym suwerenem, teoretycznie oczywiście. Tutaj też oczywiście kpię, bo to nie jest tak do końca, jak powinno być wedle ideałów.
[06:20:27] - Tak, panie Piotrze, ale coraz większa ilość ludzi komentujących życie polityczne zauważa jedną rzecz, która mocno się rozjechała w naszych republikańskich państwach. Otóż od starożytności funkcjonuje coś takiego. Inaczej: kiedyś prawo było źródłem sprawiedliwości. I tutaj wszelkie skojarzenia partyjne proszę odrzucić. Prawo służyło temu, żeby osiągać sprawiedliwość i coś się w pewnym momencie w tej maszynce zacięło. Dzisiaj już mówi się o tym, że po prostu my mamy inne rozumienie prawa w systemach republikańskich, bo od starożytności funkcjonuje coś takiego jak ius i lex. Ius to było to prawo, nazwijmy to naturalne, które rzeczywiście prowadziło do pewnej sprawiedliwości. Coś osiągamy. A lex to jest to prawo spisane. I coraz częściej jest tak, że prawnicy w ogóle nie zwracają uwagi na to ius, a lex jest najważniejsze, czyli zarzucić pana, mnie, kogokolwiek ilością przepisów, różnego rodzaju skomplikowanych reguł.
I tak naprawdę działanie według zasady: jest jakaś sprawa do załatwienia? Potrzymaj mi waćpan piwo, zaraz to załatwię. Czyli prawo staje się taką maszynką do czarowania. Troszeczkę jak-
[06:21:56] - Dominowanie nad innymi.
[06:21:58] - Tak. Dominowania nad innymi.
[06:21:59] - No niestety. Patologia cyklicznie powstająca i cyklicznie prowadząca do jakichś przewrotów albo do jakichś poważnych, że tak powiem, resetów systemu, mówiąc najdelikatniej.
[06:22:09] - Tak, dokładnie w ten sposób to wygląda, że dzisiaj prawnicy w państwach Zachodu, szeroko pojętego, stali się takimi magami, któremu takiemu magowi mówi się: „Oj, magu, magu, chciałbym tego i tego”, a on mówi: „Chwileczkę”. Odczynia swoje różnego rodzaju przed sądem czy jakimś innym organem różnego rodzaju gusła i zabobony i otrzymujemy to, czego sobie życzyliśmy. To ma niewiele wspólnego z tym ius, o którym mówiliśmy. To jest to lex, czyli trzymanie się przepisów, bo przepis jest najważniejszy. Oj, to niedobrze rokuje. Pan to zresztą już powiedział, że niedobrze rokuje, bo mówił pan o cykliczności. Wreszcie ktoś dostanie szału i pociągnie ludzi za sobą.
[06:22:59] - Niestety tak. Na to się składa wiele czynników. Przykładów historycznych można bardzo dużo wymienić i z kręgu naszej kultury, cywilizacji, historii przede wszystkim, i z cywilizacji chińskiej. Miejmy nadzieję, że ten okresowy wstrząs odświeżający, który czasami się można określić takim sformułowaniem, które mi się strasznie podoba, ale które jest nie do końca pozytywne: to, czego potrzebuje nasza generacja, to wojna. Ktoś właśnie w smutnej konstatacji stwierdził, że coraz bardziej się poszerzaTen margines poza prawem, czyli nie tyle bezprawia, ale właśnie poza prawem, czyli załatwianie wszystkiego, naginania prawa do jakichś partykularnych interesów, do lobbowania, do nepotyzmu i innych patologii. Więc miejmy nadzieję, że nie będziemy tym pokoleniem, które dostanie tę potrzebną wojnę.
[06:23:55] - Tak, ale mówiąc szczerze, ku mojemu przerażeniu udowodnił pan dzisiejszą tezę, którą odczytałem na początku, że rzeczywiście kluczowym atrybutem i parametrem legitymizacji władzy jest zdolność do stawania się źródłem prawa. My wcale nie mówiliśmy na początku, że to będzie optymistyczne, bo dzisiaj właśnie władza staje się źródłem – powiem to w ten sposób – chorego czasami prawa albo właściwie tego poza prawem. To jest bardzo dobre sformułowanie, którego pan użył.
[06:24:29] - Wie pan co? Chyba jednak zdecyduję się wyjąć ten Esporal antydopaminowy z mózgu. Taką samą operację jak Arnold Schwarzenegger w „Pamięci absolutnej”. Dziękuję.
[06:24:44] - Cóż, panie Piotrze, pięknie dziękuję i do usłyszenia w przyszłym tygodniu.
[06:24:48] - Do usłyszenia.
[06:24:51] - Skoro pojawiła się rozmowa z Piotrem Plebaniakiem, już przebrzmiała, już za nami, to widomy znak, że audycja niniejszym zbliża się do końca. Mnie pozostaje już tylko bardzo się z państwem serdecznie pożegnać. Może jeszcze zapowiem: za tydzień opowiadanie „Bagno” autora, którego już państwo znacie. Jeśli słuchaliście poprzednich „Bibliotekariów”, to nazwisko R.A. Olek jest państwu znane. Podążymy za autorem na bagna. Będzie opowiadanie „Bagno”. Cóż, to jest taki sygnał dla państwa, żebyście państwo przysyłali opowiadania, tak jak przysyłaliście państwo do antologii „Bibliotekarium. Warsztatów”, do ABW, tak teraz „Bibliotekarium 2.0”, AWF, równie spragniona tych opowiadań jest. Namawiam państwa do tego, żeby je przysyłać.
Ja oczywiście rezerwuję sobie prawo do doboru, do selekcji oraz do kilku słów, do omówienia wrażeń, jakie te opowiadania na mnie wywarły. Niemniej to chyba nie jest aż takie straszne. Dlatego jeszcze raz bardzo serdecznie państwa namawiam: przysyłajcie opowiadania do „Bibliotekarium 2.0”. Będzie je można zaprezentować. A oprócz opowiadania „Bagno” w przyszłym tygodniu zapraszam państwa, a szczególnie wszystkich tych, którzy piszą, którzy popełniają kolejne opowiadania, popełniają powieści. I przychodzi taki moment, kiedy utwór trzeba wydać. Muz jest taki w autorze, że jak już coś napisze, to chciałby to przynajmniej wydać. Załóżmy, że spotyka go to szczęście, że wydawnictwo odpowiada tak: „Szanowny autorze, jesteśmy zainteresowani twoim utworem”. I tu się pojawia, proszę państwa, problem, bo się na państwa komputerze, w skrzynce mailowej, może czasami w korespondencji pojawia umowa z wydawnictwa. I taka umowa to jest dokument prawny, który obowiązuje obie strony.
A jak w każdym dokumencie diabeł tkwi w szczegółach. Dlatego zapraszam państwa na przyszły tydzień na rozmowę z Krzysztofem Lewandowskim, dyrektorem generalnym ZAiKSu. Organizacja zapewne państwu znana albo przynajmniej kojarzycie tę nazwę ZAiKS. A więc rozmowa z Krzysztofem Lewandowskim, dyrektorem generalnym ZAiKSu oraz z prawnikiem dr. Piotrem Lewandowskim, radcą prawnym w Kancelarii Adwokackiej Małecki, Chmielowski i Grajzer. Z oboma panami porozmawiamy o prawie autorskim i o tym, jakie umowy podpisywać, a jakich umów nie podpisywać. Gdzie ten diabeł poukrywał szczegóły? Co w umowie wydawniczej jest ważne? Na co autor powinien być uczulony? Na co powinien zwracać uwagę?
To wszystko w tej rozmowie padnie, ale to oczywiście będzie początek pewnego dialogu. To, czego państwo nie usłyszycie, to mam obietnicę ze strony obu panów, że jeśli jakieś pytania natury prawnej związane z twórczością, związane z pisaniem, z wydawaniem książek, jeśli jakieś pytania będą państwa nurtowały, to obaj panowie gotowi są na kolejny seans, na kolejną rozmowę, żeby tego rodzaju wątpliwości, które państwo możecie mieć, rozwiać, ewentualnie pokazać, jak pewnym niebezpieczeństwom, pewnym pułapkom, które czasami zupełnie bezwiednie wydawcy zastawiają, jak uniknąć tego rodzaju niebezpieczeństw. A zatem to za tydzień. Zapraszam państwa jeszcze raz bardzo serdecznie. A teraz już dobrej nocy życzę. Do usłyszenia. Pozdrawiam.
[06:29:35] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. „Radio Paranormalium” i „Book Radio” dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów „Radia Paranormalium” i „Book Radia”.