[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Drodzy Państwo, dzisiaj będziemy, nie wiem, czy tworzyć, nie wiem, czy niszczyć, ale na pewno poznamy jakieś galaktyczne imperia w kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkie Fikcji. Przy mikrofonie i za strami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:45] - Halo, halo tu Bydgoszcz. Dzień dobry, wieczór Państwu. Tak, galaktyczne imperia. Tak się złożyło, że z Piotrem Plebaniakiem rozmawiamy o geopolityce. To można znaleźć w cyklu zarówno tym bibliotekaryjnym, krótkim na koniec, kiedy omawiamy różnego rodzaju reguły, które odpowiedzialne są za tworzenie albo może nie odpowiedzialne, przydatne przy tworzeniu imperiów, ewentualnie przy ich niszczeniu. Ale jest jeszcze inna audycja, która już od dawna funkcjonuje zarówno w Book Radiu, jak i w Radiu Paranormalium. To jest „Telegram z krańca świata” i na ogół rozmawiamy tam o geopolityce tak szeroko pojętej. Natomiast od czasu do czasu tak nam się ta audycja ześlizguje w kierunku rozmów o książkach. W ostatniej audycji połączyliśmy rozmowy o książkach i to jeszcze o książkach science fiction, takich, w których imperia różnego rodzaju odgrywają pewną rolę. Połączyliśmy to z rozmową o zasadach geopolitycznych.
I tak nam wyszedł odcinek, który owszem, funkcjonuje sobie jako „Telegram z krańca świata”. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie włączył tego odcinka w dzisiejszą audycję. Dzisiaj w związku z tym będziecie państwo mieli Piotra Plebaniaka w podwójnym wydaniu. Ale zanim Piotr Plebaniak i inne atrakcje, takie jak chociażby Filmotekarium, recenzje książek, „Labirynt książek” czy „Recenzarium Vivy”, „Opowiadanie” i wiele innych. Stałe punkty programu. Jeszcze tylko powiem, że tym razem chyba się, proszę państwa, udało. Ogłoszone tydzień temu przeze mnie godziny rektorskie. Ja, jako samozwańczy rektor tejże akademii, pozwoliłem sobie takie godziny ogłosić. No i dzisiejsza audycja będzie nieco krótsza od tych, które występują w przyrodzie normalnie. Aczkolwiek wiecie państwo, czy audycja oscylująca w okolicach pięciu godzin jest krótka?
Nie wiem, ale krótsza zdecydowanie niż ostatnio to bywało. Stałe punkty programu na początek to są zapowiedzi wydawnicze, ale jeszcze się muszę z państwem podzielić dwiema ważnymi informacjami. Wspominałem już o konkursie, który organizuje Bibliotekarium. Konkursie na bajkę. Źle, błąd. Nie na bajkę, na baśń. Bajka to utwór rymowany. Baśń to zupełna proza. W każdym razie Bibliotekarium, mój szef ukochany, umiłowany ogłosił konkurs pod tytułem „Piszemy bajki”. Baśnie.
Coś z tymi bajkami dzisiaj mi weszło na głowę i cały czas bajki. Nie, „Piszemy baśnie”. Trzy tematy. Jeśli państwo jesteście ciekawi szczegółów, to proponuję pomknąć na facebookową grupę Rubieże rzeczywistości. Tam jest informacja, tam jest też przekierowanie do regulaminu. Czasu całkiem sporo. Czekamy na te baśnie. O szczegółach pewno jeszcze będziemy mówić. W każdym razie konkurs otwarty. Prace mogą spływać od 1 maja.
O ile dobrze pamiętam, termin 31 dzień lipca. Więc trzy miesiące pełne na samo spływanie prac. Natomiast jeśli się państwo weźmiecie do roboty, ci oczywiście chętni, którzy z piórem czują się dobrze, to jeśli się weźmiecie do roboty, to tak naprawdę prawie cztery miesiące. To pierwsza informacja, pierwsze ogłoszenie parafialne. Drugie to prywata, czysta prywata. Dzisiaj jest właśnie, proszę państwa, ten dzień, kiedy zredagowana wersja mojej książki, drugiego tomu „Wojny cieni”, pomknęła sobie mailem do wydawcy. To zawsze dla każdego piszącego, dla osoby, która gdzieś tam gmera w tej klawiaturze i kolejne rozdziały dopisuje, to zawsze jest wielki czas. Książka o objętości ponad 800 tysięcy znaków właśnie pomknęła do wydawcy. Gdybym dzisiaj nie miał audycji, to pewno bym hucznie świętował. Ale audycję mam.
W związku z tym ze świętowania, przynajmniej na razie, zrezygnowałem. Cóż więcej? Więcej ogłoszeń parafialnych nie mam. Przejdźmy zatem do stałej rubryki, która nazywa się „Zapowiedzi wydawnicze”. A co w zapowiedziach wydawniczych? Zaczęły się pojawiać rzeczywiście nowości. Już nie będę musiał odwoływać się do jakichś retro książek, które polecam z sentymentu. Dzisiaj polecam, chciałem powiedzieć nowości. Jedna z tych książek to będzie absolutna nowość, druga to będzie wznowienie po wielu latach. W związku z tym dla niektórych pokoleń to również nowość.
Pierwsza książka jest książką Marty Sobieckiej, wydaną przez Wydawnictwo Dziewięć, które jest państwu znane. Jej premiera to kwiecień 2023. Więc sami państwo widzicie, nówka ni rdzewka. Marta Sobiecka dwa lata temu, w roku 2021, bodajże we wrześniu, wydała zbiór opowiadań zatytułowany „Algorytm życia”. To się działo w futurystycznej Japonii. Bohaterką była Karoi Nakamura, policjantka japońska, która tam prowadziła rozmaite śledztwa. Nowa książka Marty Sobieckiej. I tu znowu, wiecie państwo, ja zawsze lubię przekręcać tytuły, a ten stanowi pewne wyzwanie. „Cingdogu” chyba to tak się czyta. Nie wiem, jak to długie „o” się czyta.
„Cingdogu” to jest książka nowa. To nie jest już zbiór opowiadań. To jest powieść tak zwana mozaikowa. Również rozgrywa się w futurystycznej Japonii. Bohaterką też jest oficer policji Karoi Nakamura i też prowadzi śledztwa związane z, powiedzmy, szeroko pojętą cyberprzestępczością. Trochę za szybko chciałem to powiedzieć. Pomaga jej w tej pracy hiperhologram jej brata nieżyjącego już. Samoucząca się sztuczna inteligencja mająca problem z przestrzeganiem ustanowionego przez ludzi prawa. Gdy dzień po trzęsieniu ziemi na komisariacie pojawia się młoda kobieta, pracownica jednego z banków i zgłasza zaginięcie koleżanki z pracy, to Karoi Nakamura zostaje oddelegowana do tej właśnie sprawy i w toku śledztwa dowiaduje się, że kilka dni wcześniej ktoś przyjechał do firmy i groził zaginionej dziewczynie. To postępowanie, to śledztwo pozornie ma niewiele wspólnego z cyberprzestępczością.
Sytuacja, z którą mierzy się główna bohaterka Karoi Nakamura, w pewnym momencie zaczyna ją dotykać osobiście. I tu musimy już właściwie zacząć stawiać pytania, bo ja oczywiście państwu książki nie opowiem. Jak to wszystko wpłynie na jej osąd sytuacji? Czy te technologie, którymi bohaterka się wspiera, okażą się naprawdę pomocne? Cóż, książka Marty Sobieckiej to jest cyberpunk. Tylko taki cyberpunk, wiecie państwo, kiedyś, jak się czytało książki Gibsona chociażby, to wydawało się, że to jest taki świat, który nadejdzie, ale jeszcze hoho, jak to jeszcze dużo czasu zostało. U Marty Sobieckiej to jest pieśń przyszłości, ale ten świat jest jakby za progiem. Niemal za chwilę będzie naszym tu i teraz. Jest na wyciągnięcie ręki. On się wydaje przez to bardziej namacalny, bardziej realny, niż to mogło się wydawać, chociażby w książkach Gibsona.
A skoro tak jest, to jest łatwiejszy do wyobrażenia. Już te technologie, może nie wszystkie, ale przynajmniej zaczątki niektórych technologii, które występują w książce Marty Sobieckiej, my już się z nimi właściwie stykamy, przynajmniej z większością z nich. One tylko mogą ulec jakiejś jakościowej poprawie, może ilościowej, ale w gruncie rzeczy my już po części je przynajmniej znamy. Może nie ma jeszcze hiperhologramów takich napędzanych sztuczną inteligencją, ale tak naprawdę gdzieś to naprawdę za progiem. Cóż, tak naprawdę to już chyba wszystko, co mogę o tej książce powiedzieć. Bo jak książka jest rodzajem takiego futurystycznego kryminału, to trzeba bardzo uważać, jak się państwu ją poleca, żeby nie opowiedzieć za dużo. W każdym razie pozwolę sobie jeszcze raz powtórzyć. Książka Marty Sobieckiej „Cingdogu”. Coś mam z tymi tytułami problemy. „Cingdogu”, Wydawnictwo Dziewiątka.
Nówka ni rdzewka z kwietnia 2023 roku. Tak, to była pierwsza zapowiedź, a druga? Trochę łezka mi się kręci w oku, kiedy o niej będę mówił. Z dwóch powodów. Po pierwsze jest to książka Roberta Silverberga, jednego z pisarzy, którego sobie ulubiłem. Po prostu taki pisarz, który jakoś koresponduje, nie wiem, czy z moją wrażliwością, czy z moim poczuciem fantastyki naukowej. Nie wiem. W każdym razie lubię tego autora, lubię jego kolejne książki. Tym razem mam na myśli książkę „Księga czaszek”. „Księga czaszek” wyjdzie już niedługo w wydawnictwie Vesper.
Przypomnę tylko, że wcześniejsze polskie wydania to na początku lat 90. wydawnictwo Alfa i później Prószyński. Daty niestety nie pamiętam, ale w Prószyński i S-ka w serii Fantastyka Poleca ta książka również wyszła. O czym jest „Księga czaszek”? Tu, żeby nie narobić bałaganu, posłużę się zapowiedzią wydawniczą. Otóż cztery osoby o odmiennych charakterach. Cztery osoby, które są przedstawicielami różnych środowisk, nawet są odmiennych wyznań. Wszyscy wyruszają na poszukiwanie nieśmiertelności. Nieśmiertelności obiecanej w starożytnym manuskrypcie. Takim manuskrypcie, który ma niejasne pochodzenie.
I w trakcie przerwy semestralnej Oliver, Timothy, Ellie oraz Ned wyruszają do Arizony, gdzie ma siedzibę tajemnicze bractwo, rodzaj sekty. Członkowie tego bractwa pokonali ponoć śmierć. Przestali jej podlegać i ponoć od setek lat strzegą tajemnicy, która obdarzyła ich życiem wiecznym. W każdym razie tak można przypuszczać na podstawie tego tajemniczego manuskryptu. Zgodnie z nim ceną za nieśmiertelność jest rodzaj ofiary dobrowolnej. Ale jedna jest dobrowolna, druga jest narzucona. Problem jednak polega na tym, że to jest ofiara, powiedziałbym, ostateczna. Z tych czterech kandydatów jedynie dwóch zostanie przyjętych. Na każdego, kto trafi do bractwa, przypada jedna osoba, która musi umrzeć. Raz to będzie samobójstwo, a raz morderstwo.
To jest cena życia wiecznego. I tu wypada za wydawcą zadać pytanie, czy marzenia o nieśmiertelności są prawdą czy ułudą? Czy poświęcenie przyjaciół pozwoli uzyskać studentom to, po co przybyli, czyli tak naprawdę nieśmiertelność? Czy „Księga czaszek” stanowi jakiś potężny artefakt, czy jest jedynie pułapką mającą wabić kolejne ofiary do bractwa? To tyle, jeśli chodzi o polecanki. Dwie książki, przypomnę Marta Sobiecka i Robert Silverberg. To teraz czas chyba na kolejny stały punkt, który pojawia się na początku „Bibliotekarium 2.0”. Tym stałym punktem są, nie wiem jeszcze, jak to nazwać, w każdym razie jakieś takie warsztaty filozoficzne. Nie, to jakoś tak strasznie sztywno brzmi. W każdym razie na tapet wjeżdża filozofia.
Taka właściwie próbka filozofii. Chodzi mi konkretnie o artykuł Leszka Kleszcza „Pochwała utopii”. Utopia to rzecz taka bardzo literacka, bo to w końcu dzieło Morusa. Później wielu autorów próbowało utopię pisać. A zatem, tak jak powiedziałem, bardzo literacko-filozoficzny dzisiaj temat. Tekst, który państwu przeczytam, to jest tekst, który ukazał się w piśmie „Filozofuj” w roku 2020 w numerze trzecim. Jego autor, przypomnę, Leszek Kleszcz jest kierownikiem Zakładu Filozofii Współczesnej w Instytucie Filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim. Jego zainteresowania to filozofia rozumiana jako miłość mądrości. Śladów tej mądrości autor szuka w filozofii, historii, literaturze, a także w obserwacjach życia codziennego. W tych poszukiwaniach ważne miejsce zajmują klasycy filozofii, tacy jak chociażby Sokrates, Platon, Arystoteles, Montaigne, Kant, Schopenhauer czy wreszcie Nietzsche.
Ze współczesnych nurtów filozoficznych najbliższa autorowi jest filozofia hermeneutyczna, zwłaszcza w wersji gadamerowskiej. Hobby autora, przypomnę Leszka Kleszcza, to takie bardzo staroświeckie. Lubi czytać książki. Nie dziwcie się państwo, że ten artykuł pojawia się w dzisiejszym „Bibliotekarium 2.0”. Powiem tylko jeszcze, że tekst Leszka Kleszcza „Pochwała utopii” jest udostępniany na licencji uznania autorstwa na warunkach 3.0 Polska. Więc przejdźmy do tego artykułu. Czym jest utopia? Proste słownikowe określenie mówi, że jest to kraj szczęśliwy, wymarzony przez poetów i filozofów, w którym panują idealne stosunki, nieziszczalne marzenie. Samo słowo utopia wymyślił Tomasz Morus, który w roku 1516 wydał książeczkę, zaiste złotą I nie mniej pożyteczną, jak przyjemną, o najlepszym ustroju państwa i nieznanej dotąd wyspie Utopia. Cóż znaczyło to słowo?
Może nieistniejące miejsce. Taki zwrot outopos. Może dobre miejsce. Zwrot eutopos. A może dobre, nieistniejące miejsce? Niezależnie od intencji Morusa, najlepiej istotę myślenia utopijnego oddaje chyba to ostatnie znaczenie. Wprawdzie słowo powstało w XVI wieku, ale wyraża ono zjawisko bardziej uniwersalne, gdyż marzenie utopii, owym dobrym, nieistniejącym miejscu towarzyszy człowiekowi od samego początku, a jego ślady możemy odnaleźć już w najstarszych mitach czy świętych księgach niemal wszystkich religii. Należy ono chyba do istoty człowieczeństwa. U jego źródeł tkwi poczucie rozdźwięku między tym, co jest, a tym, co chcielibyśmy, by było. Co powinno lub przynajmniej mogłoby być.
Bowiem myślenie utopijne wyrasta z jednej strony z tęsknoty za rajem, z drugiej ze sprzeciwu wobec tego świata, z niezgody na cierpienie, niesprawiedliwość, przemijalność. Ta niezgoda przybiera różny kształt. Dlatego próbowano odróżnić utopie eskapistyczne i heroiczne. To podział Szackiego. Urojone, krytyczne, oświecone. To podział Pichta. Czy też ładu wiecznego, społeczne i eupsychie. W utworach ładu wiecznego wszystko ulega całkowitej przemianie, a nawet wilk mieszka z barankiem. W idealnych społeczeństwach nie ma wojen, niesprawiedliwości ani głodu. Z kolei eupsychie zawierają rady dla pojedynczego.
Wskazują, jak stać się nadczłowiekiem lub przynajmniej rycerzem wiary. Choć słowo utopista jest powszechnie używane jako synonim określenia marzyciel, naiwniak czy ktoś całkowicie oderwany od rzeczywistości, to w istocie bardzo wiele zawdzięczamy tym leszczom. To w cudzysłów jest wzięte, gdyż myślenie utopijne pełni szereg bardzo ważnych funkcji. Podstawową jest chyba funkcja krytyczna. W utopijnych koncepcjach pokazywano ciemne strony rzeczywistości, niesprawiedliwość społeczną, zniewolenie, egoizm, urzeczowienie stosunków międzyludzkich czy nieautentyczność. Z funkcją krytyczną związana jest cecha, którą można określić jako intencjonalność myśli utopijnej. Oto piętnując, krytykując społeczną rzeczywistość, sprawia, że zaczynamy ją dostrzegać. Utopijna krytyka czyni widocznym. Myślenie utopijne pełni również funkcję wartościotwórczą, ponieważ jest ono zawsze myśleniem wartościującym, oceniającym rzeczywistość z punktu widzenia pewnych wartości, na przykład sprawiedliwości, wolności, równości. Utopiści podkreślają ich niezbywalność, a czyniąc to, zapładniają ludzkie umysły pewnego rodzaju idealizmem.
Dzięki temu myślenie utopijne staje się ważnym czynnikiem dziejotwórczym, a historię ludzkości można postrzegać jako proces tworzenia idealnych projektów i podejmowania prób ich realizacji. Współczesne społeczeństwa są do pewnego stopnia owocem utopijnych projektów sprzed lat. Myślenie utopijne pełni również funkcję poznawczą. Jest odmianą ćwiczenia wyobraźni, gdyż każdy utopijny projekt można potraktować jako teoretyczną próbę zbadania pewnej hipotezy. Jako próbę odpowiedzi na pytanie, jak powinno być skonstruowane społeczeństwo, by realizowało cele zamierzone przez utopistę. Oprócz zwolenników myślenia utopijnego istnieją oczywiście również krytycy, którzy przypominają, że marzenia jednych bywają koszmarami innych, a zrealizowane projekty utopijne łatwo mogłyby się przerodzić w zamknięte społeczeństwa totalitarne. Na obronę zwolenników myślenia utopijnego można powiedzieć, że po pierwsze człowiek nie jest Bogiem, a więc wszystko, co robi, jest zawsze obciążone niedoskonałością. Oczywiście dotyczy to także projektów idealnego społeczeństwa. Po drugie, wydaje się, że kluczowe znaczenie w myśleniu utopijnym ma funkcja krytyczna i niezgoda na rzeczywistość. Dlatego pamiętajmy, że gdy ludzie nie śnią o katedrach, nie umieją budować pięknych mansard.
Cóż, proszę państwa, fajny tekst, który pokazuje nam dwoistość tego, czym jest utopia. Utopia może być tym niespełnionym marzeniem. Może pobudzać nas do tego, żebyśmy myśleli o tym, jak chcemy, żeby było. Marzyli, krytykowali to, co jest, ale marzyli o tym, żeby było lepiej. Ale utopia, tak jak wspomina tutaj autor Jest też rodzajem przestrogi. Może przynajmniej być rodzajem przestrogi. Bo tak to jest, proszę państwa, kiedy ktoś wymyśli sobie ustrój idealny, a później próbuje go narzucać innym, to tak jak napisał autor, bardzo niedaleko jest od tego miejsca do totalitaryzmu. Bo to, co jest idealne dla nas, wcale nie musi być idealne dla innych. Warto po prostu o tym pamiętać. Nie żebym jakoś specjalnie przestrzegał, czy jakoś mówił o tym, że takie niebezpieczeństwo nam grozi.
Ale jeśli słyszycie gdzieś państwo, że ktoś mówi o tym, że teraz zbuduje idealny ustrój, będzie wspaniale, będzie cudownie, bo posiadł właśnie patent na utopię, na idealność, na społeczeństwo, które się będzie kochało, miłowało, wielbiło i właściwie będzie idealne pod względem harmonii społecznej, to nie wierzcie w to państwo. W naturze człowieka nie leży harmonia. W naturze człowieka leży dyskusja, czasami przeradzająca się nawet w ostrą dyskusję, ale to tak naprawdę jako ludzkość popędza nas do przodu. Nie będę tego teraz rozwijał. W każdym razie ja państwu jeszcze raz polecam czasopismo „Filozofia!” z wykrzyknikiem. Ten artykuł Leszka Kleszcza „Pochwała utopii”. Myślę, że może go jeszcze warto raz przesłuchać. Tym bardziej że lektor, czyli ja, nie jest lektorem idealnym. Ma swoje braki, chociażby w intonacji czy akcentowaniu, więc może jeszcze raz warto posłuchać. A teraz, proszę państwa, chyba ruszamy już z tokiem audycji, tej właściwej audycji.
Tak jak zapowiadałem, „Telegram z krańca świata” przerodził nam się ostatnio, kiedy rozmawialiśmy z Piotrem Plebaniakiem, trochę w taką audycję o książkach. O książkach, w dodatku science fiction. W dodatku tak się jakoś dziwnie składa, że to były książki z takiego odłamu science fiction, który nazywa się space opera. Przynajmniej część z tych książek, o których będziemy rozmawiać. A ponieważ, tak jak wspomniałem na początku audycji, ja też dzisiaj skończyłem pewną książkę i ona też jest space operą i nosi tytuł „Wojna cieni. Tom drugi”. Aczkolwiek to jest osobna całość. Nie trzeba czytać jedynki, żeby przeczytać dwójkę. Więc jak się już takich kilka rzeczy zbiegło, no to nie ma siły, proszę państwa, zapraszam na „Telegram z krańca świata” pod tytułem „Galaktyczne imperia”.
[27:01] - Telegram z krańca świata.
[27:04] - Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[27:06] - Dzień dobry, bardzo pozdrawiam z Tajwanu, a w szczególności z wyspy Kinmen, na którą właśnie dotarłem. Zaraz sobie o niej powiemy. A teraz ogłaszamy tytuł rozmowy: „Imperia galaktyczne”.
[27:17] - Ja nie wiem, co jest w tym tytule, ale taka mała kuchnia dziennikarska. My tę rozmowę tak naprawdę, proszę państwa, zaczynamy po raz trzeci i zawsze coś się takiego pojawia, co nam po prostu rozwala kompletnie tę rozmowę. Miejmy nadzieję, że do trzech razy sztuka i tym razem już nic się tutaj nie posypie w tak zwanej technice. Niniejszym zaczynamy rozmawiać o galaktycznych imperiach, czyli galaktycznym imperium. To jest to, co tygrysy lubią najbardziej, bo niechybnie zahaczymy o fantastykę naukową.
[27:54] - Tak jest. Ale zanim zahaczymy o fantastykę naukową, to zahaczymy o teorie spiskowe. Tak się zastanawiam, czy czasem feministki czwartej fali nie dowiedziały się o treści naszych rozmów na temat dymorfizmu płciowego. Mieliśmy chyba trzy czy cztery miesiące temu. W związku z tym niewykluczone, że podjęły działania sabotażowo-subwersyjne celem zdeprymowania nas do prowadzenia tych rozmów. Oby tak nie było, bo wtedy właśnie te imperium 4F feministyczne mogłoby być konkurencją do imperium galaktycznego, które tutaj z panem Markiem będziemy budować. To na razie jeszcze tajemnica. Proszę nikomu nie mówić. Natomiast zastanawiamy się, przecież mamy bazę teoretyczną, cały czas ją przetwarzamy, że tak powiem, i zaraz ruszymy do dzieła. Natomiast zanim ruszymy do opisywania książek, powiem taką jedną ciekawostkę, na którą natknąłem się w czasie kończenia książki o geopolityce, czyli „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”.
Książka została ukończona w ubiegłym tygodniu, jakby ktoś przegapił. Zaraz będzie w wersji papierowej dostępna, mniej więcej za dwa tygodnie. Natomiast analizując debatę, że tak powiem, alarmistyczną dotyczącą klimatu, natknąłem się na następującą ciekawostkę. Otóż prymaty, czyli małpy, łącznie z takimi malutkimi, które skaczą po drzewach, takie pieszczoszki wielkości psa czy kota. Prymaty powstały mniej więcej 50 milionów lat temu i wtedy, w tamtym okresie 50 milionów lat temu, stężenie dwutlenku węgla w atmosferze ziemskiej było w granicach 1000 PPM, czyli parts per million, czyli cząsteczek na milion innych cząsteczek. W tej chwili, po zakończeniu epoki lodowej spadło stężenie dwutlenku węgla do 180 cząsteczek. Natomiast to stopniowo rosło. Przed erą przemysłową miało to 280 wysokość, a w tej chwili jest mniej więcej niecałe 400, czyli się zwiększa. Natomiast tutaj powrócę do tych 180. To jest zaledwie 30 jednostek powyżej sytuacji, w której rośliny po prostu nie mając dwutlenku węgla nie mogą syntetyzować i po prostu umierają.
Gdy trend odsysania poprzez życie biologiczne i poprzez inne procesy fizykochemiczne, wysysania dwutlenku węgla z atmosfery, gdyby ten trend kontynuować w przyszłości, czyli dokonać jego projekcji, to spojrzę na zegarek, za półtora miliona lat dwutlenku nie będzie, a znacznie wcześniej, zanim go w ogóle nie będzie, to rośliny poumierają i cała biosfera, taka jaką znamy przynajmniej, przestanie istnieć. Dlatego, że bez roślin nie ma też zwierząt. Lem pomylił się. To nie jest tak, że cały świat zwierzęcy jest pasożytem roślinnego, co właśnie mówił Lem. To jest kompletnie błędną koncepcją. To jest taka symbioza, nie do końca oczywiście dobrowolna, ale co jest dobrowolne w biologii? Podsumowując, to jest jeden punkt. Drugi punkt jest następujący: ludzie, znaczy my wszyscy, którzy funkcjonujemy na co dzień, mamy pewną tolerancję co do tego, jaki poziom dwutlenku węgla jest dla nas zdrowy i jakieś wahania, to było mierzone w wielu doświadczeniach. Poza tym znamy z takich dusznych sal, które są źle wentylowane, kiedy stężenie wzrasta do 600, 800 w jakiejś sali, to po prostu czujemy się niedobrze, duszno, niektórych boli głowa. To zależy oczywiście od osoby.
Natomiast występują też zmierzone laboratoryjnie zaburzenia kognitywne w sytuacjach, kiedy stężenie dwutlenku węgla wzrasta na przykład między 800 a 900, już się zaczynają pojawiać wyraźnie dostrzegalne zaburzenia kognitywne. Tutaj tytułem dygresji, niektórzy ludzie, których nie lubimy, nasi wrogowie przede wszystkim, mają te zaburzenia bez wpływu dwutlenku węgla. Niech ich piekło pochłonie, tych ludzi, których nie lubimy. Wracając do pewnej powagi sytuacji. Pierwszy punkt, czyli stale obniżające się stężenie dwutlenku węgla i drugie, zakres, w którym ludzie są w stanie funkcjonować kognitywnie na wystarczającej wydolności, która umożliwia pracę akademicką czy też pracę umysłową. Proszę zobaczyć, że te zakresy ledwo się nakładają. To znaczy, można by wymyślić opowiadanie fantastycznonaukowe. Nie wiem, czy dobrze mówię, bo pan Marek zaraz napisze je przede mną. Ja nie zdążę nawet otworzyć komputera. To jest zawodowy pisarz, który napisał dziesiątki książek i po prostu ograbia mnie z pomysłu.
Ale trudno. Można napisać świetne opowiadanie naukowe, w którym ludzkość nie jest w stanie ze względu na to, że wzrosło stężenie dwutlenku węgla, ludzkość nie jest w stanie kontynuować podtrzymania cywilizacji, dlatego, że po prostu nie jest w stanie prowadzić działalności kognitywnej niezbędnej do tego, żeby prowadzić innowację technologiczną chociażby. Ale drugim pomysłem, to już jest bardziej poważnym pomysłem, jest to, że byłoby możliwe, że człowiekowate, czy też człowiek jako homo sapiens, jako gatunek, nie byłby w stanie wytworzyć kultury czy też powiększyć wielkości swojego mózgu do poziomu, który jest niezbędny do tego, żeby był wydajnym zwierzęciem społecznym, zdolnym do ultrakooperacji. Zaraz powiem, co to jest. Jak ktoś jeszcze nie przeczytał „Sił psychohistorii”. Człowiek jako gatunek nie byłby w stanie stworzyć społeczności i tworzyć gatunku, którego biologia zasadza się na bardzo dużym mózgu, zdolnym właśnie do budowania działań kooperacyjnych, działań społecznych, gdyby stężenie dwutlenku węgla było wyższe niż na przykład 700, 800 czy 1000. Nikt tego nie zbadał z tego, co wiem. Próbowałem to znaleźć, ale nie natrafiłem na żadne badanie, które by w jakiś sposób to opisywało, mówiło, że istnieje taka granica, ale jest możliwe, że przez niesamowity zbieg okoliczności ewolucji biologicznej gatunku homo sapiens, który akurat się pojawił na Ziemi wtedy, kiedy wartość dwutlenku węgla spadła do jakiejś niemalże granicznej dla życia roślin wartości, to w tym przedziale powyżej tego progu umierania roślin, ale poniżej tego progu zdolności kognitywnych, byliśmy w stanie stworzyć cywilizację. Nagadałem się, ale skończyłem.
[35:04] - Przywołał pan pewien wykres ze swojej najnowszej książki. To ja jeszcze o tym wykresie chwileczkę. Po pierwsze-
[35:11] - Już poprawiłem to.
[35:12] - Nie, to nie o tym. Tam jest bardzo ciekawy element, że tak naprawdę interesy człowieka, interesy roślin są jakby rozbieżne. To znaczy rośliny czują się najlepiej od 1000 do 1500 ppm i w związku z tym-
[35:33] - Niech pani mówi PMS-ów, bo feministki się przyczepią rzeczywiście.
[35:37] - Jasne. W każdym razie można by też wymyślić opowiadanie, w którym rośliny uzyskały jakąś tam świadomość i świadomie podwyższają ilość dwutlenku węgla, żeby ten człowiek, który potencjalnie stanowi konkurencję, najnormalniej w świecie zgłupiał i nie stanowił zagrożenia dla roślin. To jest pierwsza sprawa, o której chciałem powiedzieć. Druga, że taki podobny przypadek, nie o to chodziło, ale coś takiego można by wyciągnąć z tej książki, mianowicie Brian Aldiss i „Cieplarnia”. Tam mamy do czynienia z takim światem, gdzie rośliny panują, wydzielają dwutlenku węgla od cholery prawdopodobnie. Znaczy i wydzielają, i wchłaniają, bo tak z roślinami jest, że one co prawda produkują ten tlen, ale to w zależności od pory, od doby, od czasów podczas doby. Raz to jest tlen, raz dwutlenek węgla. W każdym razie o tym należy też pamiętać. Więc cieplarnia byłaby tu dobrym przykładem. Ale mam jeszcze jedną sprawę.
Otóż bardzo panu dziękuję za ten wykres, z którym państwo będziecie się mogli zapoznać, kiedy już nabędziecie-
[36:49] - Po zakupie książki.
[36:50] - Tak, no właśnie. Dlaczego dziękuję? Otóż do tej pory bardzo często ludzie, którzy są opętani tym przekonaniem, że giniemy, umrzemy, zabije nas efekt cieplarniany i tak dalej. Nie wykluczam. Być może, ale oni przede wszystkim przywoływali wykres, na którym było uwzględnione ostatnich kilkaset tysięcy lat. I wtedy rzeczywiście ten wykres wygląda tak, że on cały czas rośnie. Natomiast dosyć skrzętnie pomijano tę szerszą perspektywę czasową. A to, co pan przywołał, sięga bodajże stu pięćdziesięciu milionów lat wstecz. Wtedy widać, że to zupełnie wygląda inaczej i że my tak naprawdę w tej chwili, pompując to CO2 do atmosfery, nie wiem, czy to dobrze, czy źle, nie zabieram w tej sprawie głosu. Natomiast tak naprawdę zaledwie odrobiliśmy część tego, co było w odległej przeszłości.
Moje pytanie do wszystkich tych ekologistów, bo to trudno ich nazywać ekologami, ale tych ekologistów, jest takie: czy aby na pewno są przekonani o tym, że wiedzą, jakie stężenie CO2 w atmosferze jest tym właściwym, takim, jak powinno być?
[38:13] - Właśnie tak. Oni tego nie potrafią powiedzieć. Dostają zwarcia, kiedy zada im się dokładnie to pytanie. Także zna pan temat, widzę.
[38:21] - No właśnie, bo ja się już nie raz z tym zetknąłem. Na podstawie czego właściwie oni dosyć arbitralnie mówią, że powinno być tak, a tak? Ja tutaj powiem, że wczoraj w stosunku do momentu nagrania tej audycji, ale gdzieś tam wcześniej wspólnie z Piotrem Cielebiasiem nagraliśmy taką audycję „Czy chcą zasłonić niebo?”, gdzie mówimy o planowanych eksperymentach, takich geo inżynieryjnych, a właściwie związanych z regulacją, z rozpylaniem związków siarki w atmosferze, do czego nawołuje część naukowców, żeby zasłonić część promieniowania, żeby efekt się nie wzmagał, ten cieplarniany i tak dalej. Odsyłam państwa do tej audycji, a teraz kontynuujmy budowę Imperium Galaktycznego, panie Piotrze.
[39:11] - Więc po to, żeby powoli się przebili do tematu, podpowiem, że dostaliśmy od losu dosłownie ułamek czasu Ziemi, w którym pojawiliśmy się jako gatunek i mamy ten jeden strzał, żeby stworzyć właśnie Galaktyczne Imperium z tej prostej przyczyny, że jeżeli nastąpi teraz jakieś załamanie cywilizacyjne polegające na rozprzęgnięciu na przykład tych łańcuchów dostaw, o czym co chwila słyszymy w telewizji, w mediach i w internecie. Ale problem polega na tym, że jeżeli nastąpi takie załamanie i część chociaż wiedzy, którą na dzisiaj używamy do tego, żeby budować platformy wiertnicze wydobywające ropę z głębokości kilku kilometrów pod dnem morza, utracimy zdolność przetwarzania uranu na przykład albo jakichś innych elementów naszej technologii, która nas otacza, które uważamy za nam dane i już na zawsze. Kiedy nagle nastąpi załamanie i jakaś następna cywilizacja, na przykład za dwa, za trzy tysiące lat czy na przykład za pięćdziesiąt tysięcy lat, kiedy ludzkość ponownie wygeneruje zdolność do budowania imperiów takich, jakie były na przykład dwa tysiące lat temu, czyli w czasach Imperium Rzymskiego, to ci ludzie za na przykład pięćdziesiąt tysięcy lat już nie będą mieli do dyspozycji jakichś tam złóż miedzi czy złóż żelaza, które gdzieś tam leżą niemal na wierzchu, że łopatkiem wystarczy pogrzebać i znaleźć. Tylko my wszystko wydrenujemy. Przecież skąd, z jakiej głębokości teraz wyciągamy węgiel? Z ponad kilometra bierzemy węgiel z pokładów, które są na dzień dzisiejszy na terenie Polski. Oczywiście są nadal jakieś te biedaszyby tak zwane, ale tej energii następna iteracja naszej ludzkiej cywilizacji będzie miała po prostu za mało. Przynajmniej w takim modelu cywilizacyjnym, jaki rozumiemy na dzień dzisiejszy, że jest realistyczny do wykształcenia technologii kosmicznych. I oni po prostu nie dadzą rady. Jest takie świetne opowiadanie Egana bodajże, takiego australijskiego pisarza, w którym jakaś cywilizacja kosmiczna, wyższa odrobiła Ziemię tak, żeby można, jak gdyby zamroziła w czasie, czyli bieg wszechświata.
Niech pan mi przypomni autora i tytuł. Spin Wall czy jakoś tam ze spinem był tytuł, nie pamiętam dokładnie. Generalnie ta cywilizacja sprawiła, że wszechświat biegł swoim biegiem, a Ziemia jakby się zatrzymała. Także na Ziemi przebiegło chyba ze dwieście lat, a w kosmosie na zewnątrz chyba kilka miliardów. Pamięta pan nazwę opowiadania?
[41:41] - Nie, niestety nie. Ale bardzo podobną tematykę porusza Isaac Asimov w „Końcu wieczności”. Tam też przypomnę, była taka organizacja, która nadzorowała czas i po prostu ciągle pojawiał się nowy model człowieka i oni ciągle, ta organizacja nadzorowała, żeby się ten człowiek odpowiednio rozwijał. Czasami ingerowali mniej, czasami bardziej, ale do czego prowadzę? Tak naprawdę Ziemia przestała się zajmować kosmosem i kiedy już doszła do wniosku, że można by to, jak to napisano w tej książce, kiedy ruszyliśmy w kosmos, to wszędzie zastaliśmy tabliczki z napisem „Zajęte”.
[42:28] - Zajęte. Tak jest.
[42:30] - Także to też może być taka kolej rzeczy się może pojawić.
[42:36] - Dobrze, więc wracając ponownie do tematu po tej dygresji mamy ostatnią szansę, znaczy jedyną, pierwszą i ostatnią tak naprawdę, żeby zbudować Galaktyczne Imperium, żeby spełnić ten sen lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych fantastyki naukowej, która była taka optymistyczna i opowiadała nam, że zaraz skolonizujemy Układ Słoneczny, zaraz wyprawimy się Na statku, który się nazywał Gea na przykład do Alfa Centauri albo na statku, który się nazywał Kuan-yin albo Mayflower. To jest oczywiście z tej książki, o której już opowiadaliśmy „Niez z przeszłości”. Natomiast dzisiaj będziemy mówili o imperiach galaktycznych. Pierwszym takim imperium podstawowym dla książki, przynajmniej „Siły psychohistorii” jest imperium właśnie w powieści „Fundacja” Isaaca Asimova, o której przed chwilą wspomnieliśmy. Tamte imperium objęło swoim władztwem całą galaktykę i po ileś tam chyba dziesięciu czy trzydziestu tysiącach lat, dziesięć tysięcy lat trwało tak. Chyliło się nieuchronnie ku upadkowi. Natomiast jest jeszcze inna książka „Wyprawa do gwiazd” van Vogt. Nie wiem, czy ktoś czytał tak starą fantastykę naukową. Więc sprawa polegała na tym, że ludzkość skolonizowała całą naszą Drogę Mleczną i wyprawa gigantycznego statku kosmicznego miała za cel skolonizowanie i penetrację przede wszystkim całej galaktyki Obłoku Magellana. W związku z tym, że ta wyprawa nie była pierwszą, bo okazało się w jej trakcie, że Obłok Magellana został skolonizowany przez uciekinierów z Drogi Mlecznej, którzy nie pamiętam dokładnie tysiąc lat wcześniej zbiegli po to, żeby zbudować swój własny świat, a zbiegli dlatego, że byli mutantami.
Zostali przekształceni genetycznie do tego, żeby być biologicznie nadludźmi. W związku z tym, że ta cywilizacja właśnie tych uciekinierów została odkryta, nastąpił konflikt. Konflikt bardzo ciekawy, dlatego, że okazało się, że dla tej gigantycznej, panującej nad całą galaktyką cywilizacji rasy ludzkiej jedność była ważniejsza niż dominacja jakiegoś biologicznego odłamu ludzkości. W związku z tym kapitańczyni, bo to była kobieta, była dowódcą tego okrętu, czy też pani kapitan. Już nie będę się pastwił nad osobami o odmiennych światopoglądach. Natomiast pani kapitan stwierdziła jasno do jednego z przywódców tej cywilizacji Pięćdziesięciu Słońc to było tak nazywane bardzo poetycko, że ludzkość jest gotowa do tego, żeby być zdominowana przez tą lepszą wersję biologiczną samych siebie, ludzi, czyli homo sapiens. Dlatego, że ważniejsza jest jedność. Ważniejsze jest to, że imperium człowieka rozciągające się na całą galaktykę nie zostanie podzielone i nie stoczy się do walk frakcyjnych czy też walk plemiennych.
[45:50] - Tak, pamiętam tę książkę. Pamiętam, że wtedy przyznam się, że moich kolegów niezwykle szokowało, że może pani kapitan dowodzić taką wyprawą. To świadczy o tym, że czasy były jednak te czterdzieści lat temu, bo ta książka wyszła w Polsce czterdzieści lat temu. Oczywiście w oryginale wyszła znacznie, znacznie wcześniej, ale w Polsce wiem, że to było przyjmowane z takim niedowierzaniem. No, to były czasy, proszę państwa, że kobieta za kierownicą budziła jakieś tam emocje. Więc proszę bardzo, proszę czterdzieści lat i się wszystko pozmieniało. To taka refleksja może nie à propos dzisiejszego tematu, niemniej jednak dobrze. To jest pierwsze galaktyczne imperium, właściwie drugie, no bo mieliśmy Isaaca Asimova i „Fundację”, teraz mamy „Wyprawę do gwiazd”, ale w ogóle cały odłam fantastyki naukowej zwany space operą karmi się wszelkimi imperiami galaktycznymi. Raz są one bardziej potężne, raz mniej. No ale to w ogóle jest sól ziemi dla space opery.
To cóż jeszcze rzuci pan na stół, panie Piotrze?
[46:59] - Na stół możemy rzucić „Zmierzch i upadek Cesarstwa Rzymskiego” Gibbona, który był inspiracją do „Fundacji”.
[47:07] - Tak, mało to science fictionowe, ale rzeczywiście, tak jak pan powiedział, Asimov dawał do zrozumienia i wiele razy się o tym mówiło, że ta książka Gibbona ona była takim miejscem startu dla Asimova. Prawdopodobnie pod wpływem tej lektury w ogóle zaczął sobie myśleć o tym, że można by tego rodzaju opowieść snuć. I podobno, kiedy Campbellowi powiedział o tym pomyśle, to Campbell oszalał. Po prostu oszalał ze szczęścia, że coś takiego. To było absolutnie przełomowe. Dlaczego? Dlatego, że owszem, już w fantastyce naukowej, bo to lata czterdzieste były, w fantastyce naukowej tamtego czasu pojawiały się takie wątki jakichś rozbudowanych państw galaktycznych czy takich częściowo galaktycznych. Natomiast Asimov zaproponował analizę tego niejako od środka, mechanizmów. O, może to lepsze słowo. Mechanizmów, które sprawiają, że tego rodzaju organizacje wielkie mogą w ogóle funkcjonować.
I to jest duży wkład Asimova. No, po części, tak jak pan powiedział, Gibbona do tego, żeby przestawić zwrotnicę, przestawić wajchę i dać czytelnikom niby lekturę rozrywkową, ale jednocześnie taką, po której naprawdę można snuć rozmaite refleksje. Takie bardzo à propos naszych czasów.
[48:41] - W ogóle ja niedawno słuchałem angielskiej wersji audiobooka „Fundacji” i było dla mnie fascynujące, że wiele wątków Asimova to jest taka filozofia historii jak gdyby, bo bardzo silny był ten wątek zestawiający siły psychohistorii, czyli te siły- Napędzające wielkie wydarzenia, które muszą się zdarzyć, dlatego że inercja tych zdarzeń socjologicznych, zdarzeń politycznych jest taka, że pewne zdarzenia muszą zajść. Po przeciwnej stronie był człowiek, który starał się zmienić bieg rzeczy, przekierować go wedle swojej własnej woli i zestawienie siły decyzyjnej potężnych mechanizmów, które powodują całymi narodami, całymi galaktykami, całymi gromadami gwiazd skolonizowanych przez ludzi. A z drugiej strony pojedynczy człowiek albo grupa ludzi, którzy są zdeterminowani do tego, żeby coś zmienić. Coś takiego w mniejszej skali na dzień dzisiejszy mamy. Zmienia się geopolityczny cały układ sił, do którego się przyzwyczailiśmy od 30 lat, czyli ten Pax Americana, ten moment historii, który nazywaliśmy końcem historii. Niektórzy propagandyści nazywali oczywiście. Moment historii, w którym Amerykanie absolutnie dominowali. Ten moment się już kończy. W tej chwili, kończąc pisanie książki o geopolityce, zacząłem trafiać na wydarzenia, które były czystą spekulacją, jak zaczynałem tę książkę pisać. Na przykład dosłownie dwa tygodnie temu czy 10 dni temu na giełdzie surowcowej w Szanghaju nastąpiła pierwsza transakcja zakupu ropy naftowej.
Francuska firma kupiła od firmy z Arabii Saudyjskiej 64 tysiące ton ropy i transakcja była denominowana w juanach. Nie w dolarach, nie w petrodolarach, tylko właśnie w juanach. Historia dzieje się na naszych oczach.
[50:39] - Tak, panie Piotrze. Francuzi zawsze Amerykanom robili pod górę. Ja przypomnę, że odejście od parytetu złota też miało w tle francuską akcję. Francuzi są wyjątkowo pod tym względem zasłużeni albo też można by przeciwnego określenia użyć.
[51:00] - Tak, ale Francuzi też mocno dostali od Anglików i od Amerykanów, bo byli dosyć poważną konkurencją na rynkach światowych, w sferze kontrolowania mniejszych narodów i wyzyskiwania ich, łupienia ich. Przepraszam, to gramatycznie mi się nie skojarzyło. Chciałem grzecznie powiedzieć, a mi się połączyło z tym, co naprawdę myślałem. Otóż w czasach jeszcze przed tym Pax Americana, przed takim porządkiem światowym, który się wykształcił w II wojnie światowej, wszystko to, co się działo na świecie, było porządkiem tak zwanym imperialnym. Polegało to na tym, że silniejsze narody, silniejsze państwa wymuszały siłą na słabszych wydobycie wszystkich surowców niezbędnych do tego, żeby być silnymi. W związku z tym, jak niektórzy mogliby powiedzieć, że Europejczycy to dranie i rasiści, bo wszystkie inne narody zgnębili i sprowadzili do roli ofiar wyzyskiwanych, a tak naprawdę wszystko to było robione przez wszystkie inne imperia, czy murzyńskie, czy afrykańskie, czy azjatyckie, czy nieazjatyckie. Wszyscy łupili, jak tylko mogli. Natomiast robili to za pomocą noży. Nawiązując do starego kawału, Europejczycy przyszli na tę całą rozróbę nie z nożami, tylko z karabinami. I to była ta różnica.
W związku z tym tutaj możemy przejść do innego tematu: jak imperia galaktyczne powstawały. Trzymajmy się już tego tematu, wróćmy raczej do tej długiej dygresji. Świetnym mgnieniem jest opowiadanie Arthura Clarke'a. Nie pamiętam tytułu, ale jest na początku zbioru „Gwiazda”, w którym jeden z naukowców jednego z dwóch walczących wiedznych imperiów został skazany za wynajdywanie coraz to nowocześniejszych broni, które co prawda były nowoczesne i teoretycznie dawały przewagę, natomiast nie można było na nich w pełni polegać. Na przykład, co mi strasznie utkwiło jako małemu gnojkowi, to czytałem, że co prawda wynalazł ten naukowiec technologię powiększania statków o ileś tam procent w skomplikowanym procesie, oczywiście nierealnym, bo wymyślonym przez pisarza. Natomiast powrót do pierwotnego wymiaru nie był zawsze stuprocentowy. To znaczy nie było to 100,00, tylko jakiś tam ogonek na końcu. W związku z tym nie dało się na przykład wymienić śrubki, dlatego że ta śrubka była już troszeczkę innej wielkości i wymiana nie była po prostu możliwa. W związku z tym imperium, z tego, co pamiętam, jedną z głównych przyczyn upadku było to, że po prostu skończyły się temu jednemu przeciwnikowi części zamienne i przez to przegrali. Nie wiem, czy pan to pamięta.
[53:58] - Pamiętam zbiór tylko tamtych opowiadań. Może to tytułowe opowiadanie, „Gwiazda” właśnie. Nie jestem przekonany.
[54:05] - Nie, „Gwiazdy”, gdzie to imperium niestety nie przetrwało obcych. Zostawili tylko, dobrze pamiętam, monument, do którego ludzki statek, nasz ziemski statek poleciał. A gwiazda była nowa, która zmieniła właśnie tę planetę w taki ogarek i został jeden pomnik bytności tej obcej rasy.
[54:29] - Tak myślę, jakie tam opowiadania były. Tam było „Halo, kto mówi?” Było „Dziewięć miliardów imion Boga”, ale to się na Ziemi dzieje. „Zapomniany wróg” może to? Nie wiem, nie pamiętam.
[54:46] - Nie pamiętam. Z tego, co pamiętam, ale polecamy wszystkim to opowiadanie, dlatego że cały zbiór i w ogóle wiele powieści Clarke'a jest wizjonerska w tym sensie, że on był pionierem. Znaczy nie tyle pionierem, bo on nie do końca sam wszystko wymyślał od początku. Ale był tym mentorem, który miał siłę oddziaływania na swoich czytelników, że pokazywał im idee jako pierwszy. Jedną z tych idei było to, że innowacje nie zawsze są optymalnym sposobem wygrywania z przeciwnikiem w wyścigu technologicznym. To było nawiązanie do II wojny światowej zresztą, w której Niemcy produkowali bardzo wiele rozmaitych broni, typu rakietowe myśliwce, które startowały po to, żeby ostrzeliwać formacje bombowców lecące na Niemcy. Natomiast tworzyli bardzo skomplikowane czołgi, na przykład Pantera, która bardzo się psuła na polu bitwy, maksymalnie to skracając. Natomiast Rosjanie skoncentrowali się na modelu prostym. Konstrukcja cepa typu „Nie gniotę, nie łamę, psa”, kto zna to powiedzenie. Mówię tutaj oczywiście o czołgu T34, który był toporny, był słabej jakości produkowany, natomiast było go tak dużo, że to przeważyło.
Czyli to wyrafinowanie technologiczne i postęp technologiczny przegrał z masową produkcją i to w moim przekonaniu już wtedy, jako licealista, chyba nawet w podstawówce to już czytałem „Gwiazdę” – ten zbiór opowiadań. To było oświecające, że teoretycznie postęp technologiczny zawsze jest lepszy i zawsze da zwycięstwo, a tu okazuje się, że jednak nie. Książki Clarke’a kwestionują wszystko, co się da zakwestionować w tym, jak rozumiemy technologię i robił to w sposób absolutnie mistrzowski. Także jak ktoś chce zbudować galaktyczne imperium, jakieś konkurencyjne do naszego z panem Markiem, co budujemy, to proszę przeczytać właśnie „Gwiazdę” Clarke’a.
[57:00] - A Rosjanie powtórzyli ten numer z T34 w późniejszym okresie, bo proszę sobie przypomnieć wojnę w Wietnamie. Mówi się często, że M14, które tam było podstawowym wyposażeniem armii amerykańskiej wówczas, to był karabin idealny. Super. Tylko bardzo często widzicie państwo na filmach, nawet fabularnych, że żołnierze się wściekają i uderzają tym karabinem, bo się zacinał. Tam wszystko było tak idealnie spasowane, takie było wspaniałe, że się nie nadawało na pole bitwy, bo tam piachu pełno, różnych innych czynników niekorzystnych i się zacinał. Natomiast w Kałasznikowie, który był na wyposażeniu armii, która stała naprzeciw, wszystko klekotało, wszystko strzelało. Strzelało to podstawowa funkcja, ale klekotało i było jakby niespasowane. Ale to było świadome zagranie, ponieważ praktycznie karabin Kałasznikowa się nie zacinał i nie miał tego rodzaju problemów jak M14. Tam wszystko było tak zrobione, że miało działać i działało. Więc to, co pan Piotr powiedział, to nie zawsze wysoka technika jest w stanie rozwalać technikę potencjalnie gorszą.
Ale panie Piotrze, ja mam jeszcze jedno opowiadanie przygotowane. To było w zbiorze „Rakietowe szlaki”, ale tym pierwszym, który wyszedł jeszcze w latach 50. On został w latach 70. powtórzony. Było takie opowiadanie „Helping Hand” – „Pomocna dłoń”. To było opowiadanie, w którym były dwie planety, takie podupadłe, biedniejsze i tam też imperium. W sumie jakaś dominująca organizacja polityczna była gotowa udzielić pomocy jednej i drugiej planecie. Jedna planeta ochoczo tę pomoc przyjęła, a druga powiedziała: „Nie. Będziemy żyli w głodzie, chłodzie, będziemy znosić cierpienia, a nie damy się w ten sposób podbić”. Wiem, że to opowiadanie mocno mną wstrząsnęło, bo pokazało, że nie zawsze ta pomocna dłoń ma na celu to, żeby komuś pomóc, tylko czasami jest elementem służącym zdominowaniu kogoś.
Bardzo to pouczające było.
[59:31] - Pamiętam tytuł, ale nie pamiętałem tego opowiadania. Rzeczywiście jest tak, jak pan mówi. Kiedy następuje jakaś gra między mocarstwami, to mocarstwa próbują uzależnić pozostałych graczy od siebie, czyli na przykład sprzedają tanio jakieś surowce. W związku z tym zarabiają na tym. Natomiast uzależniają swojego przyszłego przeciwnika właśnie od tego, że mogą to w każdej chwili odciąć. Taką sytuacją, jaką tu widzimy współcześnie, jest kwestia zachowania przepływu ropy naftowej w supertankowcach przepływających przez cieśninę Ormuz, czyli przez tę cieśninę, która jest wejściem do Zatoki Perskiej. Z tego, co pamiętam, było wiele rozbieżnych danych, które zaskoczyły mnie, które musiały kłamać po prostu. Natomiast mniej więcej połowa ropy produkowanej każdego dnia na świecie przechodzi właśnie przez tą cieśninę. Teraz ze względu na to, że imperium amerykańskie ma swoją własną ropę i jest w dużym stopniu niezależne od tego, czy droga morska cieśnina Ormuz będzie drożna, czy też niedrożna. Większość ropy, która przez nią przepływa, trafia do Azji Wschodniej i do Azji Południowo-Wschodniej, w dużej części do Chin.
W związku z tym proszę zobaczyć, że Amerykanie, destabilizując region Bliskiego Wschodu, to chyba mówiliśmy w ubiegłym tygodniu- Destabilizując ten region, przekładając to na język bardziej metaforyczny, po prostu mają pięść zaciśniętą na gardle Chińczyków, którzy egzystencjalnie zależą od tego, żeby te zasoby płynnie zostały przesyłane sprawnie i bezproblemowo. W związku z tym wszystkie imperia gwiezdne, jakie mogą sobie wyobrazić pisarze, muszą też opierać się właśnie na takim mechanizmie. Na tym, że jedno imperium stara się zdobyć jakiś punkt lewarowania, tak można powiedzieć, albo po prostu miejsce słabe, którego przejęcie w kontrolę może doprowadzić do tego, że tamci są od nas zależni egzystencjalnie, to znaczy mogą być rzuceni na kolana. To jest jakiś szlak handlowy, przez który przepływa jakiś krytyczny zasób. Takim innym imperium, w którym to było zrobione, było pokazane świetnie. To była jedna z gier opartych na „Diunie” Franka Herberta, i z takiego filmiku między akcją pochodzi jedno z moich ulubionych powiedzonek geopolitycznych, a mianowicie: „Przyprawa musi płynąć”. Jak ktoś nie czytał „Diuny”, to szybciutko opowiemy. Chcę to zrobić? Czy mam zrobić?
[01:02:27] - Tak. Przyprawa była czymś niezwykle ważnym w tym uniwersum stworzonym przez Herberta. Pominąwszy wszystkie inne jej zastosowania, to się dzieje w świecie, w którym tak naprawdę nie funkcjonuje elektronika, a w każdym razie takie maszyny, różne komputery, różne sztuczne świadomości. To nie istnieje, ponieważ gdzieś daleko w tle odbyła się wojna z tymi inteligentnymi maszynami, której ludzie omal nie przegrali. Ledwo ją wygrali i od tego czasu do sterowania statkami, które zapewniają łączność w ramach tego imperium, używani są ludzie. Ale ci ludzie oczywiście nie daliby rady tymi statkami sterować, ponieważ trzeba szybko i bardzo subtelnie działać. W związku z tym do zwiększenia możliwości percepcyjno-sterowniczych używana jest właśnie przyprawa. Ta przyprawa sprawia, że łączność w obrębie galaktyki w ogóle jest możliwa. Ona zwiększa potencjał ludzkiego umysłu, ludzkiego mózgu i dzięki temu przyprawa może płynąć. To tak parafrazując.
Z taką sytuacją mamy do czynienia.
[01:03:49] - I to powiedzenie „Przyprawa musi płynąć” zostało powiedziane przez jednego z pilotów gildii nawigatorów, która miała monopol na podróże międzygwiezdne. A samo powiedzenie „Przyprawa musi płynąć” zostało wypowiedziane do wiadomości dwójki zwaśnionych rodów, Harkonnenów i Atrydów. To oczywiście pamiętamy z książki ci, którzy ją przeczytali. Znaczyło bardzo prosto: możecie sobie tam poborywać, nas to nie obchodzi, ale jeżeli wasze działania zbrojne przeciwko sobie nawzajem zakłócą przepływ produkcji przyprawy i dostawy tej przyprawy do nas, to wtedy skończy się zabawa. I nawiązując do starego dowcipu: myśliwy przegoni z lasu i Niemców, i partyzantów. Inaczej mówiąc, już podsumowując zupełnie poważnie, każde imperium, bardzo wiele imperiów, znaczy każde ma jeden podstawowy enabler, to się nazywa po angielsku, czyli jakiś parametr, który sprawia, że to imperium jest w stanie funkcjonować. Imperium Pax Americana, Amerykańskie za taki zasób ma ropę naftową. To jest oczywiście źródło energii podstawowe do funkcjonowania wszystkiego wokół nas. W powieści Herberta to była właśnie ta przyprawa, która umożliwiała podróże hiperprzestrzenne. Natomiast jako takie ćwiczenie umysłu, proszę zobaczyć, że każdy kraj ma cały zestaw tych parametrów.
Jeden może być główny, master resource, czyli nadrzędny surowiec. To jest pojęcie, którego używam też i w swojej książce. Oczywiście podpatrzyłem gdzieś w jakimś innym miejscu. Przeczytałem tych książek tyle o geopolityce, że już nie pamiętam nawet, w którym. Natomiast master resource to jest ten zasób, który umożliwia zdobycie wszystkich pozostałych, czyli przyprawa w świecie Herberta, czyli ropa naftowa w naszym rzeczywistym świecie, w którym aktualnie żyjemy. Każde takie imperium ma właśnie to, co sprawia, że jeżeli w jakiś sposób zostanie naruszone, to po prostu wszystko się sypie. W przypadku Imperium Rzymskiego całe miasto Rzym, które było epicentrum tego całego imperium władzy politycznej, było uzależnione od dostaw żywności z zewnątrz, przede wszystkim z Egiptu, czyli z Delty Nilu, gdzie było zboże siane i uprawiane. Z tej prostej przyczyny, że ludność miasta Rzym, przede wszystkim w apogeum istnienia Imperium Rzymskiego, była zbyt liczna, żeby wszystkie pola uprawne czy wszystkie miejsca, gdzie produkuje się żywność w najbliższej okolicy, żeby po prostu to wystarczyło. W związku z tym, po to, żeby imperium mogło istnieć, czy ten ośrodek administracyjny i ośrodek, w którym mieszkały elity i toczyło się życie społeczne i polityczne, i wszelkie inne, było sztucznym tworem i żyło, można to nazwać, w pożyczonym czasie. Ale to nie jest do końca dobre określenie.
Metaforą jest to określenie. W pewnym napięciu, w tym sensie, że w jakimś sztucznie stworzonym środowisku przepływu żywności drogą morską. I po to, żeby rzucić to imperium na kolana, można by wymyślić na przykład jakiś rodzaj instrumentu oddziaływania, na przykład floty wojennej, która tą linię zaopatrzeniową w zboże przerywa. I teraz ludzie w naszym współczesnym, rzeczywistym świecie, ludzie zarządzający polityką mocarstwową szukają u swoich przeciwników albo aktualnych przyjaciół czy sojuszników tego typu haków, tego typu słabych miejsc, po to, żeby ich lewarować, żeby ich zmuszać do tego, żeby narzucić im wolę geopolityczną i zmuszać, żeby robili to, co potrzeba, żeby robili. Mówiliśmy przed chwilą o tej cieśninie Ormuz, przez którą płynie ropa przede wszystkim do Azji Wschodniej. Więc proszę zobaczyć, skoro Ameryka jest uodporniona na zakłócenia przepływu przez tą cieśninę Ormuz, a sojusznicy Ameryki, czyli na przykład Japonia, Korea Południowa, Tajwan, są oni egzystencjalnie zależni, to Amerykanie jeżeli mają instrument oddziaływania, na przykład grupę uderzeniową lotniskowca. Dwie chyba są gdzieś tam w pobliżu zawsze Zatoki Perskiej, kręcą się w okolicy i pilnują. Więc mają ten instrument. I ten instrument jest nie tylko instrumentem oddziaływania na proces decyzyjny Chińczyków, czyli jawnych przeciwników konfrontujących się ze Stanami, ale też jest instrumentem oddziaływania na sojuszników, czyli mają trzymać się w szeregu tam, gdzie ich miejsce i mają realizować w miarę plany geopolityczne Stanów, a nie swoje własne. Zawsze coś takiego będzie w tle.
[01:09:02] - Panie Piotrze, już kończymy powoli audycję, ale o jedną rzecz muszę jeszcze zapytać. Otóż mówiliśmy o książce Gibbona, która być może stała się taką inspiracją dla Asimova do napisania „Fundacji", ale bardzo często Asimovowi zarzuca się, że ta jego książka, ta psychohistoria, to ona ma sporo wspólnego z marksizmem, bo w marksizmie też było tak, że pewne rzeczy musiały się po prostu wydarzyć. Oczywiście z kolei inni komentatorzy wyśmiewają to. Absolutna bzdura, prędzej łączą to, co napisał Asimov z Frommem i z jego postrzeganiem. Ale ja nie o tym. Ja bardziej o tym, że w marksizmie to też była taka słabość, ale być może w psychohistorii też, nie wiem. Pan być może mi na to odpowie. Był taki element, że pojawiało się wydarzenie, pojawiał się na przykład wynalazek, który wszystko odmieniał. I według marksizmu to nieważne. Taki wynalazek w ogóle nie miał znaczenia, bo jak Napoleon miał przegrać, to przegrał i musiał przegrać.
I choćby te skały, tu sobie państwo dopowiedzcie co, to i tak musiałby przegrać. Trochę to było takie zatwardziałe i mówiąc szczerze mało rozwijające, ale tak sobie marksizm tłumaczył. Pytanie moje jest o to, jak pan postrzega takie powieści, takie dzieła literackie, w których to Imperium Galaktyczne gdzieś tam uzależnione jest od cudownego wynalazku? Bo i takie oto opowieści się pojawiają. Jak pan to postrzega?
[01:10:47] - Tylko jeszcze jedną uwagę dam o Napoleonie. Napoleon sam postrzegał to, nie pamiętam dokładnie, jak to sformułował słowo w słowo, natomiast stwierdził któregoś razu, że tamci cesarze, czyli car rosyjski, czyli władcy Prus, władcy Austrii, ich stać na przegrywanie jednej bitwy, drugiej, trzeciej, czwartej. Natomiast jeżeli Napoleon przegra jakąś jedną ważną bitwę, to wtedy jest koniec ery jego podbojów. Także on sam to stwierdzał, że jest niesymetryczny skutek zwycięstw i porażek przez niego samego odnoszonych. Natomiast jeśli chodzi o takie technologie, które są przełomowe, to mi się nasuwa taka świetna cała seria „Zaginiona flota". Nie pamiętam nazwiska autora w tej chwili. Campbell, tak? Generalnie były dwa zwaśnione imperia ludzkości, które ze sobą walczyły i z różnym szczęściem. I nagle, chyba zdradzę. Jak ktoś nie chce, przepraszam, jak ktoś nie chce, jak stwierdzi, że sobie przeczyta tą serię, to zapraszam.
Mi się nie do końca podoba. Sam pomysł jest absolutnie monumentalny. Natomiast w większości tych tomów „Zaginiona flota" polega to na tym, że dowódca, który jest głównym bohaterem, użera się ze swoimi oficerami, podległymi dowódcami, którzy zachowują się jak małe dzieci. I to jest główny wątek wszystkich powieści, jak pod jedno kopyto. To jest nie do wytrzymania po prostu.
[01:12:21] - No tak, ci oficerowie tępi są po prostu. Ja tylko dorzucę, że autorem jest Jack Campbell, to nie mylić z tamtym Campbellem od Asimova. A w ogóle to i tak jest pseudonim. Dobra, oddaję panu głos.
[01:12:34] - Dziękuję. Więc jak ktoś na minutę, to proszę wyłączyć dźwięk, jak ktoś stwierdzi, że sobie przeczyta. Pomysł jest, tak jak powiedziałem, monumentalny, ale po prostu pod jedno kopyto jest. Wszystkie wątki wszystkich tych powieści. Polega to na tym, cała ta sytuacja, że pojawia się nagle technologia bram hiperprzestrzennych łączących rozmaite układy gwiezdne i jeden odłam ludzkości myśli, że to jest technologia opracowana przez drugi odłam. Drugi odłam myśli, że to jest technologia opracowana przez pierwszy, a tymczasem, tu właśnie zdradzam, technologia została podsunięta przez obcą rasę, która chciała zmusić oba odłamy ludzkości do wzajemnego wyniszczenia. I te bramy hiperprzestrzenne zostały zbudowane przez ludzi, wysiłkiem ludzkim, nadludzkim w tym sensie, że niezwykle kosztowne było zbudowanie tych bram. I utrzymanie. Natomiast one tak naprawdę były bombami, które miały być zdetonowane i miały doprowadzić do możliwie pełnej eksterminacji rodzaju ludzkiego Homo sapiens i wymazania go z galaktyki. Także to są właśnie zagrożenia tych technologii polegające na tym, że nie jesteśmy w stanie, gdy technologia jest dość zaawansowana, tak trochę nawiązując do słynnego powiedzenia Arthura C.
Clarka, to nie jesteśmy w stanie zrozumieć wszystkich konsekwencji jej funkcjonowania i działania. I nie tylko geopolitycznych, ale właśnie tych technologicznych. I w związku z tym, czym bardziej przełomowa jest jakaś dana technologia, tym większy margines nieprzewidywalności wprowadza do pola gry.
[01:14:12] - Tak, panie Piotrze, myślę, że już pana gardło, pana płuca wystarczająco dzisiaj zostały nadwyrężone. Ja cały czas przypomnę, pan Piotr walczy od jakiegoś miesiąca z infekcją i to, że w ogóle audycje się odbywają, to jest mimo wszystko duży heroizm pana Piotra. Ale udało się, panie Piotrze, udało się. Kolejna audycja się nam udała. W dodatku stanowi połączenie takiej pogadanki o geopolityce, jednak z polecajkami książkowymi, bo kilka tytułów ważnych dla pewnego typu literatury SF padło dzisiaj. Także pięknie panu dziękuję.
[01:14:55] - Ja też dziękuję i jeżeli mogę jeszcze tak nawiązać, chciałem zadać publicznie panu zagadkę. Istniało takie imperium lokalne w najbliższej okolicy Ziemi rzędu tysiąca lat świetlnych. I to imperium niestety zrobiło bardzo brzydką rzecz. To znaczy, kiedy wyprawa badawcza w eksperymentalnym statku nadprzestrzennym spotkała flotę tego imperium, to my jako naiwni jak dzieci dosłownie podaliśmy współrzędne naszego jedynego świata, czyli Ziemi. I te imperium zrobiło bardzo brzydką rzecz i zniszczyło tą naszą planetę. W związku z tym niedobitki ludzkości musiały jakoś przetrwać i szukać zemsty. Nie wiem, czy rozpoznał pan tytuł. To już tak bez konkursu.
[01:15:43] - Colin Maccomb „Zapomnij o Ziemi”. Tak, to była ta książka. Też polecamy.
[01:15:49] - Tak, ja uważam, że jest to najlepsza space opera, jaką kiedykolwiek w życiu przeczytałem. Także jeżeli ktoś chce i bardzo cienka jest przede wszystkim też. Jeżeli ktoś się spieszy na przykład do roboty, to bardzo polecam. Absolutnie fenomenalna książka. Pomysł jest wybitny.
[01:16:07] - A ja nie mam tutaj jasnego obrazu, ponieważ to była bodajże pierwsza space opera. Nie, może druga, bo jeszcze jest taka, państwo się zdziwicie, radziecka space opera. Mówiłem o niej w ostatnim „Bibliotekarium 2.0”. Nazywała się „Dalekie szlaki”, a w ogóle cały trzytomowy cykl nazywał się „Ludzie jak bogowie”. To nawiązanie do powieści Wellsa i to była właściwie pierwsza space opera, którą czytałem. Radziecka, ale udana, w przeciwieństwie do wielu książek. Udana, ale właśnie Colin Maccomb i „Zapomnij o Ziemi” to bodajże druga space opera, którą czytałem. I robiła wrażenie olbrzymie. I ja dzisiaj nie potrafię oddzielić tego pierwszego wrażenia od faktycznej wartości, więc z sentymentem i łezką w oku wspominam. Niemniej polecam.
[01:17:01] - Dobrze, także panowie, zbudujemy przede wszystkim galaktyczne imperium, ale do tego musimy stworzyć z panem Markiem religię, która zenergetyzuje ludzi na całej planecie i stworzy maksymalnie optymalne warunki do zbudowania ogólnoplanetarnej ultrakooperacji. Także jedna planeta, jeden naród, jedno imperium tutaj szykujemy. Za tydzień zdradzimy więcej szczegółów, także nie zapomnijcie się podłączyć i posłuchać naszych rozmów. Będzie wesoło generalnie, tyle powiem.
[01:17:37] - Pięknie. Jeszcze raz, panie Piotrze dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[01:17:41] - Do usłyszenia.
[01:17:43] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.
[01:18:07] - Proszę państwa, no to nagadaliśmy się. Mam nadzieję, że jakieś książki dla siebie państwo wyłowili. Oczywiście, jeśli lubicie fantastykę z takim dodatkiem space opera. Jeśli nie, to bardzo mi przykro. Postaram się, żeby dalsza część programu zaspokoiła państwa gusty czy gusta. W każdym razie, żeby zaspokoiła. Takim krokiem w tym kierunku będzie następna część audycji, czyli ulubione przez niektórych, a przez niektórych w ogóle wyłączne, całkowite, totalne, najlepsze, najwspanialsze „Filmotekarium”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:18:56] - Dzień dobry wieczór Marku. Miło cię słyszeć.
[01:19:00] - Też mi miło, ale zobaczymy jak to się dzisiaj po tej audycji zaplecie. Bo tak, filmy, które zahaczają o współczesną technikę, technologię właściwie, ale tak nie do końca, bo część filmów troszeczkę nas cofa w latach, ale w każdym razie połączenie grozy i
[01:19:26] - Technologii? Czy dobrze rozpoznaję, jako temat możemy potraktować?
[01:19:32] - Tak, dzisiaj będzie wstęp do filmów, które są skoncentrowane, których scenariusz jest osnuty na historiach, które się wykluwają w oparciu o to, co się dzieje w internecie. To jest wszystko bardzo skomplikowane, ale są pewne zjawiska w internecie, które się da przełożyć na filmy, głównie na thrillery i horrory. Natomiast dzisiaj punktem wyjścia będzie inna sfera, w której przez lata toczyło się życie rozrywkowe, umysłowe i tak dalej, czyli telewizja. Zatem podsumowując, dzisiaj zajmiemy się kilkoma filmami z telewizją i internetem w tle. Wybór jest bardzo szeroki, szczególnie jeżeli idzie o te filmy związane z siecią www, z portalami społecznościowymi. Telewizja, jak wiadomo, takich emocji już dzisiaj nie wywołuje, ponieważ ona się ześlizguje po równi pochyłej. Mnie się wydaje, że telewizja najlepsze lata ma już dawno za sobą, a obecne pokolenie X, Y czy Z może jej w ogóle nie potrzebować, przynajmniej w znanej nam obecnie formie. Ja tutaj tak tere-fere o telewizji, ale więcej filmów się poświęca ostatnio internetowi, co jest absolutnie zrozumiałe. Pewne nowe zjawiska na linii czasu cywilizacji, jak hejt, streamy, patostreamy, wycieki danych, życie w sieci, influencerstwo, live'y są dobrym polem do konstruowania rozmaitych, często nowatorskich scenariuszy. W historii horroru, Marku, co już powiedziałeś, bywało tak, że nowe technologie stawały się albo przestrzenią, albo tematem opowieści z dreszczykiem.
I tutaj nieco taki przykład z myszką, może dla niektórych bardzo radykalny: „Opowiadania kolejowe” nestora polskiego horroru, pana Grabińskiego.
[01:21:41] - Zgadza się. Nawet część z nich była sfilmowana. I nie tylko te kolejowe, „Pożarowisko” chociażby to też, zdaje się, Grabińskiego. Także rzeczywiście. Zresztą cała literacka część związana z tak zwanym weird fiction ma potężnych przedstawicieli zarówno pod względem klasy pióra, jak i ilości pisanych utworów, którzy też dotykają fabryk, obszarów postindustrialnych. To też jest obszar i sceneria grozy. Przypuszczam, że w filmie też by się to dało odnaleźć, ale my dzisiaj aż tak daleko nie będziemy się zapuszczać. Od czego zaczniemy? Tak myślę, może chronologicznie. Przed epoką internetu, stron www, streamów i tak dalej, były kasety VHS.
Wideo to było coś, o czym marzył w latach 80. Polak. To była oznaka luksusu.
[01:22:59] - Tak, w Polsce może ten świat VHS nie rozwinął się tak bardzo jak na Zachodzie, jak w Stanach Zjednoczonych. To znaczy oczywiście wypożyczalnie były wszędzie, w każdym mniejszym, większym mieście. Natomiast na Zachodzie i w Stanach mogliśmy odnaleźć produkcje inne niż filmy, inne niż jakieś tam instruktaże, powiedzmy gotowania czy ćwiczenia. Jedną z takich, nie chcę powiedzieć aberracji, ale z takich rzeczy dziwnych z dzisiejszego punktu widzenia był video dating, czyli oferty matrymonialne na kasetach VHS. Polegało to na tym, że ktoś sobie po prostu siadał, nagrywał takie demo, mówił o sobie i to potem miało swój wewnętrzny system obiegu i ktoś potem inny, samotny brał tą kasetę, oglądał twoje demo i ewentualnie się wymieniał kontaktami. Gdzieś tam w odmętach YouTube'a możecie znaleźć przykłady takich dem. Natomiast jedno z nich nagrywa sobie David, dojrzały mężczyzna, który się opiekuje chorą matką. Jest to bohater filmu „VHS Andy” albo „Rent a Pal”. I co więcej, to jest najlepszy film w naszym zestawieniu moim zdaniem dzisiaj. O czym on opowiada?
Wspomniany David, poszukując partnerki i zrozumienia, a przede wszystkim kogoś, z kim mógłby pogadać, bo nie ma za bardzo z kim, bo nie może wychodzić z domu, napotyka kolejne kuriozum ze świata VHS, jakim jest kolega na kasecie.
[01:24:42] - Sekunda, ale jeszcze trzeba powiedzieć, bo inaczej film nie zadziała. Najpierw go spotyka zawód, bo to, co nagrał, jakoś nie cieszyło się powodzeniem. I on taki zrezygnowany jest i wtedy trafia na tę kasetę w koszu, o ile dobrze pamiętam.
[01:25:02] - Tak. Nie będziemy o tym filmie za dużo opowiadać. Nie chcę wam zdradzać za dużo. Powiedziałem, że on mi się najbardziej podoba z tego dzisiejszego zestawienia i pod względem artystycznym, i pod względem jego realizacji. W każdym razie tak, on trafia na tego kolegę na kasecie. Nie jest to żadne paranormalne nagranie. To jest po prostu dystrybuowane przez VHS Program skierowany, tak przynajmniej to zrozumiałem, do ludzi samotnych, pozwalający im się otworzyć, pokonać też blokady w interakcjach z ludźmi. A mówiąc najprościej taki VHS Andy to facet, który siedzi w telewizorze i może z nim nauczyć się rozmawiać z drugim człowiekiem. Oczywiście nie ma możliwości, żeby reagował w czasie rzeczywistym. Andy symuluje coś w rodzaju krótkich pogawędek, czasem coś powie o sobie.
David, typowy piwniczak, który ma w piwnicy swojego domu telewizor z magnetowidem, po pewnym czasie dochodzi do wniosku, że Andy to jest ktoś więcej niż tylko aktor z kasety VHS.
[01:26:16] - Ale ja mam wrażenie, że my też wspólnie z bohaterem zaczynamy dochodzić do wniosku, że Andy nabiera cech może nie do końca kasetowych. On już w pewnym momencie, ja też tego nie potrafię rozstrzygnąć, ale coś się dzieje, jakby nabierał cech już nie kasetowych. Zostanę przy tym określeniu.
[01:26:49] - Tak, jego istnienie staje się medium, które byśmy zaliczyli dzisiaj może bardziej do streamów. Jest to komunikacja dwustronna w pewnym momencie. Życie Davida oczywiście nie koncentruje się wyłącznie wokół Andy'ego, bo wreszcie udaje mu się poznać kobietę. Natomiast Andy jakoś nie za bardzo sobie z tym radzi. Film jest na tyle ciekawy i na tyle dobrze zrealizowany, że go szczerze polecam. Jest go trudno znaleźć niestety. Oddaje nam klimat początku lat 90. doskonale. Pokazuje też, jakie dziwaczne produkty się pojawiały na kasetach i pokazuje nam również, że niektóre dzisiejsze trendy, chociażby popularne w telewizji czy w sieci, za dwadzieścia kilka lat mogą być odbierane jako zupełne kurioza przez kolejne pokolenia. Chociaż kto wie.
W każdym razie „VHS Andy" lub „Rent a Pal", szukajcie po tych dwóch tytułach. Polecam, naprawdę interesujący scenariusz. Marku, jeżeli jesteśmy przy VHS-ie, a VHS wiadomo nie działa bez telewizora, to zdarza się też tak, że ludzie poszukują mocniejszych wrażeń. Nie chodzi tutaj o jakieś tam ślizgacze, jak to się mówiło u mnie w liceum, ale takie filmy, które w Wielkiej Brytanii były znane pod terminem video nasty, czyli filmy nieprzyzwoite. One były dystrybuowane na Wyspach przez wypożyczalnie kaset w latach 70., 80. i zawierały bardzo mocne sceny, zarówno jeżeli chodzi o przemoc, seks i inne wątki uznawane za społecznie szkodliwe. Z tego, co sobie możemy przeczytać w sieci, to z racji luki prawnej, pomimo tego, że istniała taka instytucja nadzoru nad filmami w Wielkiej Brytanii, to one uniknęły tej instytucji i po prostu krążyły sobie gdzieś w drugim obiegu. Czasami były ogólnie dostępne. Z czasem się to oczywiście wszystko skończyło, bo zostało to prawnie uregulowane. Natomiast kolejny film jest w tym świecie właśnie osadzony.
Nazywa się „Cenzorka" i opowiada historię brytyjskiej, chcąc nie chcąc, cenzorki. Bo jak inaczej ten zawód, który ona uprawia, nazwać? Enid, bo tak się ona nazywa, pada niestety ofiarą własnej skrupulatności, bo chociaż walczy z kinematograficzną patologią, zostaje oskarżona przez opinię publiczną o brak czujności, bo okazuje się, że pewien film, który nie został zastopowany przez instytucję, w której ona zasiada, mógł stać się inspiracją dla morderstwa. Ale tak naprawdę nie to jest głównym problemem bohaterki, bo nagle się okazuje, że wśród tych drugoobiegowych horrorów jest coś, co związane jest z jej bardzo głęboko skrywaną tajemnicą z dzieciństwa.
[01:30:32] - Tak, ale zanim o tej tajemnicy, to ja chciałbym powiedzieć, że oglądałem ten film z coraz bardziej rozszerzonymi oczami. Im więcej czasu upływało od początku, tym te oczy miałem bardziej szeroko otwarte. Ja po prostu nie mogłem uwierzyć, aż sprawdzałem. Mnie się przez chwilę zaczęło wydawać, że oglądamy jakąś alternatywną brytyjską rzeczywistość. Jakiś taki 1984. Może nie aż tak daleko, ale jakąś nieco totalitarną rzeczywistość, w której filmy podlegają cenzurze. Te filmy zresztą tam lecą w kawałkach, widzimy fragmenty. Straszne są, po prostu coś strasznego pod względem estetycznym, żadnym innym. Mnie to, że się sex show albo sobie coś obcinają jakoś niespecjalnie przeszkadza, nawet w tych krótkich wydaniach, ale po prostu marne to, co oni oglądają i co poddają cenzurze. Natomiast skończę to, co zacząłem.
Ja nie mogłem uwierzyć, że taka instytucja cenzorska, z takimi obwarowaniami i z takim oglądaniem, kolaudowaniem właściwie, byśmy się oburzali, że w latach 70., 80. było coś takiego jak kolaudacja filmu i to właściwie było takie być albo nie być dla filmu. Jak nie przeszedł kolaudacji, to niestety trafiał na półkę albo czasami szedł na przemiał. Tu mamy do czynienia z czymś podobnym. Ona, główna bohaterka, plus jeszcze na przykład koleżanka albo kolega oglądają film i mówią: „A tu troszeczkę tego trzeba wyciąć, bo tam widać trochę za dużo albo trochę to niepotrzebnie”. I właściwie tną te filmy. Marne, bo marne, ale tną. Ja po prostu nie mogłem tego pogodzić. Myśmy tu w latach 80. wyobrażali sobie, że ten Zachód to oaza wolności.
W ogóle tam wszystko wolno i tak dalej. Tymczasem tu mamy dosyć ponury obraz cięcia, przyznaję, jakiejś jednak patologii filmowej, ale jednak cięcia, cenzurowania. Tam jest taka scena, w której przecież bohaterka trafia do wypożyczalni i usiłuje nabyć pewien film, nazwijmy go legendarny, a w każdym razie taki, o którym mówi się dużo spod lady. Próbuje jakoś zachachmęcić, dogadać się z tym, który prowadzi tę wypożyczalnię, żeby jej ten film jakoś pod ladą dał, wypożyczył. W każdym razie to mi się wydawało w tym filmie nieprawdopodobne. Nie mogłem uwierzyć. I tak jak państwu powiedziałem, przez chwilę miałem wrażenie, że to jakaś alternatywna rzeczywistość. Okazuje się, że nie. Nie wiem, czy to jest z fotograficzną dokładnością odwzorowane. Niemniej taki problem, taka instytucja, gdzieś to sobie funkcjonowało.
Ale tak jak Piotr powiedział, my tu w pewnym momencie, to nie tyle zwrot, co dowiadujemy się, że te filmy są połączone, jeden z tych filmów jest powiązany z traumatycznym przeżyciem z dzieciństwa. Gdzieś tam kiedyś, dawno temu była zapodziała siostra głównej bohaterki.
[01:34:12] - Tak. I tu mam największy problem, dlatego że jeżeli czytamy sobie w internecie opisy „Cenzorki”, to znacznie się to lepiej czyta, niż się to rozumie w tym filmie, bo przynajmniej te kilka zdań, które otrzymujemy, mają jakiś sens, pomimo że on jest świetnie zrealizowany i od strony technicznej i artystycznej. Reszta to jest takie lunatyczne krążenie po świecie swoich iluzji i faktów. I z czasem to mierzi, bo tak naprawdę nie za bardzo nas ciekawi, co się wydarzy, bo mam takie wrażenie, że tam od początku wszystko jest jasne. Czyli ta opowieść o związku horroru na kasecie z zaginięciem dziecka jakoś się rozpływa. To, co miało być najważniejsze, tak naprawdę gdzieś ginie według mnie. I ten film nie budzi w ogóle żadnych emocji. Jest tak surowy jak ta pani cenzorka. Oczywiście są odmienne zdania. Niektórzy uznawali, że to najlepszy horror, nie pamiętam, z którego roku, 2021 chyba albo jeden z najlepszych horrorów z tego roku.
U mnie on nie wzbudził żadnych... Nie wiem. Mieliśmy jakieś tło historyczne, potem mieliśmy historię, która była zupełnie osobista i ona została opowiedziana na tle, powiedzmy, jakiejś aberracji społecznej, jakiegoś ruchu kulturowego. I ona nie miała zupełnie żadnego dźwięku, bo te osobiste przeżycia bohaterki były jakieś mdłe na tle tych wszystkich wygibasów, tej lejącej się krwi, która miała zostać powstrzymana przez odpowiednie instytucje państwowe, aby ludzie, w tym przypadku Brytyjczycy, nie naśladowali tego w swoich domach i na ulicach.
[01:36:12] - Ale jeden element wydał mi się w tym filmie bardzo współczesny. Zaraz o nim powiem. Natomiast nawiązując do tego, co powiedziałeś, ten film opowiada o horrorach, ale sam horrorem, czy też filmem grozy nie jest. My tam sobie oglądamy fragmenty, które ona cenzuruje, jakieś takie urywki. I tam to też właściwie nie jest typowa groza, tylko bardziej takie bebechy na wierzchu, jak ja to nazywam. Natomiast to, na co zwróciłem uwagę, to mechanizm hejtu. Okazuje się, że to nie jest zjawisko charakterystyczne dla naszych czasów, bo w momencie, kiedy okazuje się, że film cenzurowany wcześniej przez główną bohaterkę mógł stać się inspiracją dla dokonania prawdziwego przestępstwa, to na cenzorkę wylewa się kubły pomyj. I to różni ludzie, obcy dzwonią, wypowiadają jej jak najgorsze życzenia, co się powinno z nią stać. I ona właściwie nie ma możliwości bronienia się, że właściwie zrobiła wszystko zgodnie ze sztuką. Ja nie wiem, czy istnieje sztuka cenzorska.
Przypuszczam, że w jakichś środowiskach tak można by to było określać. W każdym razie, że zrobiła wszystko zgodnie tak, jak powinna zrobić. Nie, to w ogóle jest nieważne. Po prostu ludzie chcą wyładować na kimś swoją złość, swoje przerażenie, przypuszczam również, związane z tym, że miały miejsce jakieś wydarzenia niepozytywne, tak to określmy I ona staje się obiektem zmasowanej nagonki, seansów nienawiści troszeczkę. To mi się wydało bardzo współczesne, chociaż tak jak powtarzamy z Piotrem, film dzieje się bardzo dawno temu, z naszej przynajmniej perspektywy. A jednak zachowania ludzkie są takie same.
[01:38:28] - Tak, tym bardziej, że przypomnijmy sobie, że funkcjonowało coś takiego jak książka telefoniczna i w niektórych prócz numerów telefonu były podane dane adresowe. Czyli jeżeli hejter sobie działał w tamtych czasach, miał do ciebie numer telefonu, to mógł cię jeszcze znaleźć. Dzisiaj już bardziej dbamy o prywatność. Wariaci zawsze byli i zawsze będą, ale rzeczywiście to chyba najbardziej w tym filmie poruszało, w jaki sposób ją dotknął ten hejt, prawda? Było to z wielu powodów interesujące, natomiast sama jej historia i sama ta tajemnica już jakoś tak się przemykała bokiem na tle wszystkich innych wydarzeń w tym filmie. Bo tam jeszcze było tak, myślę, że możemy tutaj uchylić rąbka tajemnicy, że ona rozpoznała w pewnej aktorce swoją zaginioną siostrę i próbując do niej dotrzeć pogłębiała tylko swoje traumy z przeszłości. Niektórzy recenzujący i komentujący twierdzą, że ten film właśnie o traumach jest, że to nie jest żaden thriller psychologiczny czy też horror psychologiczny, tylko właśnie film traumatyczny. Ja umiejscowiłem się pośrodku. Na mnie cenzorka nie zrobiła zbyt dużego wrażenia. To mogło być fajne, ale stało się nudne.
Tym bardziej, że jak powiedziałeś, bo to jest produkcja brytyjska oczywiście i my otrzymujemy jakiś wycinek z tej historii kultury Wielkiej Brytanii, ale taki niekoniecznie powszechnie znany. I ja też byłem początkowo zaskoczony tym, że taka instytucja cenzurująca lub też przeglądająca te filmy istniała. Chociaż to się odbywało w odniesieniu do zupełnie innych problemów, że tak powiem, niż w PRL-u, ale jednak coś takiego było. Także jeżeli jesteście zainteresowani, jeżeli lubicie tego typu produkcje, to polecamy.
[01:40:36] - Tak, kasety VHS. Cóż, bo powiedzieliśmy w tej chwili o dwóch filmach, w których kasety odgrywały jakąś rolę, to sobie westchnąłem, bo jednak gdzieś tak zawsze pamięć, jeśli mowa o kasetach VHS, to zawsze pamięć odwołuje się do „Ringów”, czy to tych japońskich, czy to tego amerykańskiego. Zawsze tam ta kaseta też miała swoje znaczenie i obawiam się, że jednak, ja wiem, to są takie wspomnienia starca w tej chwili, ale „Ring” do „Ringu” to chyba te filmy nie mają startu. Ja wiem, ta japońska wersja może Europejczyka zabić, chociaż są miłośnicy tego rodzaju kina. Ja specjalnie nie fascynowałem się ani japońskimi wersjami, ani tą amerykańską, niemniej odnotowałem w pamięci, że „Ring” robił olbrzymie kasowe wyniki i jednak cieszył się popularnością.
[01:41:48] - Tak, na pewno starsi słuchacze w ogóle pamiętają taki bardzo bogaty, kolorowy wątek w historii naszych mediów, historii polskiej rozrywki, jaką były kasety VHS. I one oczywiście się dzieliły na ten rynek wypożyczalniowy, gdzie dostawałeś kasetę, dostawałeś pudełko, ładny obrazek i tak dalej. No i oczywiście tą całą wolną amerykankę, kiedy ktoś sobie przegrywał, nagrywał i to wszystko tak krążyło. Ja pamiętam na przykład takie, nie wiem, jak to nazwać, takie broszury, w których ukazywały się informacje o najnowszych filmach na VHS. Pamiętam, że jednym z horrorów, który zrobił na mnie ogromne wrażenie jako na dziecku, był oglądany właśnie na VHS „Predator”. To było coś. W ogóle inna była celebracja tego filmu, bo musiałeś się trochę natrudzić. Musiałeś nie dość, że wybrać świadomie, kierując się opiniami albo przynajmniej, że tak powiem, okiem swoim wypożyczalni, to musiałeś tam iść, musiałeś to przynieść, obejrzeć, odnieść i tak dalej. Dzisiaj siadasz przed Netflixem, klikasz, czekasz te kilka minut. A, nie podoba mi się.
Następny, następny, następny. Był jakiś urok w tym wszystkim. Ja czytałem chyba niedawno, że w Polsce działała ostatnio wypożyczalnia, działała, bo chyba już jej nie ma, VHS-ów, kaset i pan, który nią prowadził, wyprzedawał chyba swoje zbiory kilka miesięcy temu. Nie pamiętam, w jakim to mieście było. Gdzieś tam na prowincji była sobie jeszcze samotna wypożyczalnia, gdzie te VHS-owe niedobitki zmierzały jak do Mekki po kasety. Interesujące, dlatego że prędzej czy później te wszystkie zjawiska kulturowe, te wszystkie nowinki, które znamy dzisiaj, też odejdą do lamusa i za 20 lat ktoś się będzie śmiał z Netflixa, bo wymyślone zostanie na przykład coś innego. Nam się wydaje dzisiaj, że YouTube to jest taki szczyt możliwości medialnych, bo każdy może mieć swoją telewizję, każdy może wybrać, co ogląda, a w dodatku każdy może sobie nagrać sam. Co chce. I to już jest totalna demokracja medialna. Ale może za tych kilka lat powstanie coś jeszcze lepszego, jeszcze bardziej kontrowersyjnego.
Bo tak jak powiedziałem, Marku, na początku, telewizja to już trochę się chyba skończyła, dlatego że do nas dopiero po jakimś czasie docierają takie japońskie formaty, że pokazane już w zasadzie w telewizji wszystko i dla pewnego pokolenia ona nie jest już w żaden sposób atrakcyjna. Bo są takie pokolenia, które widziały już wszystko w internecie, które mogą mieć każdą produkcję na wyciągnięcie ręki. Zatem telewizja musi coś wymyślać, żeby przeżyć tak naprawdę.
[01:44:58] - Tak, ale telewizja ma poza tym tę podstawową wadę z punktu widzenia współczesnego odbiorcy, że ona jest godzinowa i musisz zdążyć na określoną godzinę, żeby coś obejrzeć. W latach 70. to było tak, że jak jakiś serial zaczynał się o 20:00, to trzeba było być na 20:00. Jak się było na 20:15, to niestety już część serialu uciekła. Dzisiaj część programów telewizyjnych ma możliwość tego, że mimo że przyszliśmy 15 minut później, to oglądamy od początku i tak dalej. To jest to, co jest nowe dla telewizji, ale generalnie telewizja jest mało atrakcyjna, bo tak jak powiedziałeś, narzuca pewien program, pewną ramówkę, pewne godziny i to wcale nie jest atrakcyjne wobec ofert takiego Netflixa, który w dowolnym momencie możesz sobie puścić odpowiednią liczbę odcinków serialu, który gdzieś tam sobie wisi w tej przestrzeni i obejrzeć to ciągiem. W dodatku nowe zjawiska się pojawiają, bo jak kiedyś mówiłeś o tym wypożyczaniu filmów, jak kiedyś człowiek podeptał sobie do wypożyczalni, wypożyczył sześć filmów na przykład, bo miał długi weekend i nie miał co robić. Sześć filmów wypożyczył i obejrzał pierwszy, drugi było całkiem nieźle, ale wrzucił trzeci i to jakaś straszna nuda. Ale człowiek miał tę świadomość, że jak już wypożyczył i zapłacił, to cholera, obejrzy, choćby miał tam paść przy tym. I czasami człowiek te filmy oglądał, chociaż nie miał specjalnej ochoty.
Czasami wychodziło to na dobre, a czasami niekoniecznie. Różnie bywało. Czasami człowiek przymusowo łyknął porcję czegoś, na co może nie miał ochoty, a co było na przykład wartościowe. Bywało też niestety odwrotnie w każdym razie. A dzisiaj, tak jak powiedziałeś, nie podoba mi się, to pyk, wyłączam, włączam coś innego. Zupełnie inny sposób odbioru treści, chociażby treści filmowych. Zupełnie inny sposób działania. Szybciej człowiek podejmuje tę decyzję o wykasowaniu albo nieobejrzeniu. To ma oczywiście swoje plusy, ale chyba też ma trochę minusów. Nie chcę wyjść na starego zgreda, ale jednak gdzieś tam ten zgred ze mnie wychodzi sam.
To cóż mam więcej powiedzieć?
[01:47:29] - Ja na przykład, kiedy rozmawiam z różnymi osobami, to schodzi temat na telewizję, na filmy i tak dalej. Wiele osób ma taką nostalgię w kierunku jakości dawnej telewizji sprzed na przykład 15, 20 lat i tak dalej. To nie chodzi mi tylko o TVP, ale na przykład o kanały Discovery, o dokumenty, jakie się tam wtedy pojawiały i to były dokumenty niosące jakąś wiedzę. Natomiast to, co tam jest teraz, to woła o pomstę do nieba. Tak, w ogóle zmienia się percepcja widzów. Nie wiem, jak telewizja to zniesie, dlatego, że dzisiejszy widz chce przede wszystkim mieć rzeczy szybko, łatwo i w przystępnej wizualnie formie. Telewizja jednak czegoś takiego nie oferuje. Staje się powoli tak naprawdę medium dla emerytów. Jestem bardzo ciekaw już z takiej nawet historycznej i trochę futurologicznej perspektywy, jak właściciele kanałów, koncernów z tego wybrną za jakiś czas, bo się okaże, że telewizja, jak mówię, stanie się medium emeryckim. A emeryci tak za bardzo kasiaści nie są i te wpływy będą się ograniczać.
Może się nawet okazać, że youtuberzy prześcigną w zarobkach jakiegoś tam, nie wiem, Piotra Kraśkę czy inne Pokemony. Także może być bardzo różnie. Jest to wszystko bardzo interesujące. Mimo wszystko nasze czasy są pod wieloma względami takie przełomowe, także jeżeli chodzi o te kwestie medialne, bo wszyscy wieszczą śmierć prasy drukowanej, natomiast nikt nie zauważa, że szybciej po tej równi stacza się telewizja.
[01:49:19] - Ale jeszcze coś chcę powiedzieć, bo z drugiej strony syndrom miecza i tarczy. Bo co prawda telewizja wydaje się, że umiera, ale nagle pojawiają się jakieś zakusy regulacyjne odnośnie chociażby YouTube'a, jakieś próby rejestrowania. To na razie dotyczy polityki i tych spraw, które związane są z polityką, z wpływem na wybory. Unia Europejska już kombinuje przy tym, żeby to w jakiś sposób uporządkować. To się tak ładnie nazywa, uporządkować, de facto ograniczyć i tak dalej. Zatem jest, jak w każdym przypadku, ruch w drugą stronę, czyli próba reanimacji, bo to chyba trudno inaczej nazwać, bo to nie jest ożywienie, a raczej reanimacja telewizji, na razie formatów polityczno-informacyjnych. Kto wie, czy nie zaczną się podobne ruchy W przypadku takich kanałów, nazwijmy to ogólnorozrywkowych, czy nie wiem, jak nawet to nazwać.
[01:50:30] - Tak. Pogadaliśmy sobie o tym, jak telewizja się może rozwijać, jak będzie umierać, to przejdźmy do filmów, w których główną rolę gra internet. Nie wiem, od czego zaczniemy, dlatego że tak naprawdę obrazy, które wybraliśmy, jeden jest nowy, drugi jest troszeczkę starszy. Pokazują nam różne oblicza działania sieci i są to oblicza zupełnie inne. Jest taki film „Cam”. Możecie go znaleźć na Netflixie. To jest amerykański thriller psychologiczny lub też horror psychologiczny. Najstarszy w naszym zestawieniu, 2018 rok, opowiada historię Alice Ackerman, która jako Lola Lola pracuje jako tak zwana modelka na kamerce. To znaczy, mówiąc najprościej, niby bez owijania w bawełnę, rozbiera się za donate'y, czyli wpłaty od widzów na transmisjach na żywo. Ale tu nie wchodzą w grę takie, Marku, banalne striptizy, tylko powiedzmy live'y tematyczne, bo to nie jest tak jak w takim słynnym polskim patostreamie, że ktoś jej wyśle donate'a: „Gocha, Gocha” za trzy złote i ona będzie uradowana.
Nie, nie, nie. Tam wchodzi w grę taki mały, powiedzmy, erotyczny teatr.
[01:51:53] - No tak. I w dodatku mamy do czynienia z pełną profeską. To znaczy to jest wszystko przygotowane. Teatr, jak powiedziałeś, ale mamy też do czynienia z pewną czapką finansową, bo te kamerki podlegają pod pewną instytucję, która, jak dowiadujemy się z filmu, bodajże 50% kasuje od tych zarobków, które na kamerkach owe panie wykonują, robiąc tam różne rzeczy. To w zależności od tej osoby, która przed kamerką występuje. Jedne to robią mniej ambitnie, drugie bardziej ambitnie. Tu w przypadku bohaterki filmu mamy do czynienia z jakąś taką ambitniejszą produkcją. O tym pewno za chwilę. Niemniej jednak to jest wszystko zinstytucjonalizowane. Te kamerki pracują w ramach pewnej sieci, pewnej instytucji, która tam nie dość, że ten sygnał rozprowadza, to tam jeszcze pewne rzeczy umożliwia, docieralność i tak dalej.
I te panie, które się rozbierają za donate'y, one jednocześnie rywalizują ze sobą. Bo Lola Lola, która jest główną bohaterką, jak ją poznajemy, to ona jest na pięćdziesiątym którymś miejscu w rankingu tychże kamerek erotycznych. I bardzo chce awansować do pierwszej pięćdziesiątki. No i cóż, okazuje się, że w czasie jednego z seansów, możemy nawet ten seans opisać, gdzie pani się gustownie rozbiera, ale jednocześnie robi pewną rzecz. Nie, tego nie powiem, co robi, ale robi rzecz zaskakującą, która oglądających wprawia w ekstazę, właściwie w poruszenie ogromne i przeskakuje nasza Lola Lola właśnie do tej pierwszej pięćdziesiątki. I to jest wydarzenie, proszę państwa, w jej życiu, w życiu najbliższych, w sensie kolegów, koleżanek, jakieś takie znaczące. Tak mniej więcej się ten film rozkręca.
[01:54:04] - Tak. Lola Lola... Nie wiem, ja w ogóle mam problem z tym filmem, dlatego że, powiedzmy tak, on powstał na podstawie rzeczywistych przeżyć w pewnym stopniu. Jego scenarzystka pracowała kiedyś jako taka, powiedzmy, performerka internetowa. Ten portal, na którym pracuje Lola Lola, grupuje takie modelki i przez system wewnętrznych żetonów, tak jak to ma miejsce na wielu rzeczywistych portalach, pozwala na ich nagradzanie. I tam siedzą różne osoby. Nie tylko, że tak powiem brzydko, obleśne dziady, ale też całkiem dziani faceci, którzy po prostu płacą pieniądze i gadają sobie z ładnymi dziewczynami. Problem jest taki, że z powodu, nie wiem też, jak to powiedzieć, ale są też tacy, którzy ze względu na pewne zaburzenia w sferze interakcji z innymi nie widzą różnicy między prawdziwym związkiem a wyznawaniem miłości na kamerce za, powiedzmy, ten żeton. Alice ma kilku takich stałych donatorów, których spotykamy. Jeden z nich, nie pamiętam pseudonimu niestety, nazwijmy go Turbinator Masakrator, będzie wyznawał jej miłość.
Pojawi się też drugi. Ale pewnego razu ta pnąca się w tym rankingu młoda performerka zauważy coś dziwnego. Otóż ktoś, kto wygląda jak ona, mówi jak ona, zachowuje się jak ona, przejmie jej konto i przejmie kamerkę, co będzie miało daleko idące konsekwencje.
[01:55:53] - A jeszcze wcześniej dowiadujemy się, że panie pracujące przed kamerkami potrafią być wredne i potrafią się nie lubić. Otóż jedna z pań przedstawia swoim oglądającym taką oto propozycję: jeśli Lola Lola spadnie w rankingu o 10 punktów, to ona pokaże to, co ma do pokazania. I Loli spada, więc znowu znajduje się w drugiej pięćdziesiątce. Ale ponieważ spadła tylko o dziewięć, a nie o dziesięć miejsc, to pani, która miała pokazać tym razem nie pokazuje. To à propos pewnej poetyki tego filmu, ale zgadza się, w pewnym momencie atmosfera się zagęszcza, bo rzeczywiście mamy do czynienia, my jak my, ale już zdecydowanie bohaterka obserwuje z pewnym zdziwieniem. Na początku podejrzewa, że te obrazy, które ogląda, czyli samą siebie na tym swoim kanale, na który się w dodatku nie może dostać, bo staje się on zablokowany, dla niej przynajmniej. Na początku ma podejrzenia, że to są jakieś filmy nagrane wcześniej, które są odtwarzane, ale się okazuje, że niekoniecznie tak jest. I tu się zaczyna robić interesująco. Może tak.
[01:57:21] - Albo nawet i dziwnie, dlatego że ten film się ogląda dobrze. Nie chodzi tu jedynie o procent golizny w czasie ekranowym, ale też, że do pewnego momentu ma on sens. I tak jak wiele produkcji amerykańskich po prostu to się dobrze ogląda. Nie boli to. A potem się robi dziwnie. I muszę powiedzieć, że nie do końca rozumiem, co się tam stało. Kim był ten mimik lub ten sobowtór, który jej odebrał konto? Dlaczego zrobiła to, co zrobiła i o co w ogóle tam chodziło? Ale jeszcze dziwniejszy jest fakt, że tak jak powiedziałem, wszystko zostało rzekomo oparte na prawdziwych wydarzeniach z życia scenarzystki Izzy Mazzei, która również przez coś podobnego przeszła, chociaż chyba tam miało to miejsce bez tych wątków paranormalno-magicznych. W każdym razie w pewnym momencie przestajemy chyba rozumieć, o co w tym filmie chodzi.
[01:58:21] - Ja mam podejrzenie. Rzeczywiście racja jest co do tego, że trudno wyostrzyć to, co tam widzimy. Wyostrzyć w sensie takim, żeby powiedzieć: tak na pewno było. Otóż rzeczywiście w pewnym momencie musimy zacząć domyślać się, co się dzieje. Czy to jest rzeczywiście wątek taki paranormalny? Nie wiem. Szatan zstąpił albo jakiś jego wysłannik, w tym wypadku wysłanniczka. W dodatku jeszcze główna bohaterka próbuje sobie z tą sytuacją poradzić w sposób zupełnie niemagiczny, tylko wykorzystując technologię logowania, nie logowania, cudowania. Nawet w pewnym momencie zaczyna rozmawiać z tym czymś, co tam występuje zamiast niej. Rozmawiać, a później nawet dochodzi do tego, że się pokazują razem.
Taki specyficzny sposób ustawienia kamerki i telewizora w taki sposób, że obie panie są widoczne w pewnym momencie na ekranie. I w tym momencie to już naprawdę, mówiąc szczerze, chyba nie wiem, o co chodzi.
[01:59:47] - Tak, ja też przestałem, ale jeżeli ktoś jest zainteresowany i może czuje się na siłach powiedzieć, co się tam naprawdę wydarzyło z Lolą, Lolą.
[01:59:57] - To my bardzo chętnie.
[01:59:58] - To polecamy w komentarzach, zostawcie tam jakieś wskazówki lub swoje interpretacje. Ale kolejny film Marku, „Take Back the Night” z roku 2021 lub 2022. Daty są różne jeżeli chodzi o publikacje. I poznajemy w nim amerykańską artystkę imieniem Jane, która na wystawie swoich dzieł, nie oszukujmy się, daje nieco w palnik i choć w ogóle-
[02:00:28] - Daje we wszystko.
[02:00:29] - Nie tylko w palnik. Muszę ci powiedzieć, jak tam widzimy, ile ona, mówiąc brzydko, wypiła w czasie tego wernisażu, to ja jestem pełen podziwu, naprawdę, bo Polaka to by zmogło, przeorało i by chyba umarł. A ona nie dość, że się trzymała na nogach, to jeszcze wyprowadziła jednego z gości na zewnątrz. Nie mogła się dostać do budynku, w którym ten wernisaż się odbywał i na dziedzińcu została zaatakowana przez demona. Tajemnicze monstrum, które wyszło z kosza. I tutaj się rodzi problem, bo kobieta zgłasza się na policję, trafia do szpitala, ale brak dowodów na istnienie agresora. Koniec końców wybucha skandal, bo opinia publiczna po czasie zaczyna jej sugerować, że tak jak stary mincel w lalce, że ona wywołuje skandal, żeby zrobić wokół siebie szum i sprzedać więcej swoich dzieł. Ona pomimo wszystko jest pewna, że to, co się wydarzyło, miało charakter nadprzyrodzony no i było przede wszystkim prawdą. I dyskusja przenosi się do internetu. I to właśnie dlatego ten film trafił do naszego zestawienia, bo o dziwo okazuje się, że znajduje się więcej osób, które coś podobnego przeżyły.
Niestety pojawia się też hejt.
[02:01:48] - No tak. I mamy nawet takie sceny w filmie, gdzie te okienka internetowe, w których ludzie pokazują ślady po tym czymś, co zaatakowało, mówią o tym, to nagle mamy rozmnożone na ekranie, tych okienek jest bardzo dużo i dzięki temu zabiegowi, bardzo prostemu widzimy skalę zjawiska, o którym ci ludzie rozmawiają. Skalę zjawiska, które przeżyła bohaterka filmu. Ale tak jak powiedziałeś, internet to jest takie wspaniałe albo okrutne, albo głupie miejsce, w którym choćbyście państwo mówili prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, to zawsze się znajdą ludzie, którzy są mądrzejsi od was i wiedzą lepiej. I pół biedy, jeśli mają ochotę dyskutować, to ja jestem jak najbardziej za i obiema rękami się podpisuję. Natomiast to niestety tak nie wygląda najczęściej w internecie, bo w internecie przychodzi gość i mówi: „Ja to wiem lepiej, wypierniczać” — to w najlepszym wypadku — „i w ogóle nie będziemy dyskutować, bo ja po prostu wiem lepiej, a wy jesteście głupcami, wariatami, foliarzami”. Tu sobie państwo wstawcie dowolne wyzwisko. Te i tak były łagodne. I z czymś takim bardzo podobnym, znowu istota hejtu, istota tego, że jak się na kogoś zagnie parol, ludzie postanowią jechać po kimś, to po nim po prostu jadą i tego właściwie nie można zatrzymać, a w dodatku to ma też destrukcyjny charakter. Zarówno destrukcyjny w odniesieniu do osoby, która jest hejtowana, jak i do całego postrzegania wydarzeń, bo to też ma w tym wypadku znaczenie.
Te wydarzenia właściwie w ten sposób są jakoś kwestionowane. Że to po prostu bzdury, bzdury i jeszcze raz bzdury.
[02:04:00] - Jeżeli się zagłębimy w komentarze, to okaże się, że film, chociaż traktuje o demonie, ma głębokie przesłanie symboliczne. Rzeczywiście. Odwołuje się do zjawiska victim shaming, czyli publicznych ataków na ofiary przestępstw seksualnych. Po tym, jak te ujawniają swoje przeżycia, spotykają się one wtedy z różnego rodzaju zarzutami. Obecnie w Polsce victim shaming pojawia się w kontekście dyskusji o skandalach z udziałem kleru i bywa przez przedstawicieli kleru, niektórych oczywiście, uprawiany. Ale jak to bywa z filmami, które chcą nam powiedzieć coś ważnego przez pryzmat historii z dreszczykiem, to i tutaj sukces bywa połowiczny. Właściwie jest połowiczny. Nie jest to arcydzieło, nie oszukujmy się, ale nie jest to coś bardzo złego, bo prócz tych dygresji różnych pojawia się wątek paranormalny i próba odpowiedzenia na pytanie, czy wszechobecne smartfony i te live'y pomogłyby osobie, która jest atakowana przez zjawisko czy byt nie z tego świata. Czyli nawet jeżeli mówi prawdę, to konfrontujemy się z czymś, co nie jest fizyczne, nie jest widoczne. Jakież to jest prawdziwe na tle tych wszystkich historii, które napływają do „Nieznanego Świata” i do Radia Paranormalium.
To, co znajdujemy w tak zwanej rzeczywistości niejawnej, nie zawsze jest do uchwycenia, nie tylko przez nasze zmysły, ale i przez przede wszystkim sprzęt nagrywający. Myślę, że to jest dobre podsumowanie tego filmu. On nie jest zły. Natomiast, jak mówię, nie jest to też cudo. Przede wszystkim skupia się na bohaterce, która ma bardzo współczesny problem.
[02:06:01] - Ale jest jeszcze jeden element tego, o czym powiedziałeś. Bo dzisiaj żyjemy w czasach, w których nawet zrobienie zdjęcia jakiemuś zjawisku, zrobienie filmiku to właściwie nie jest żaden dowód. To może być poszlaka, ale dzisiaj, jeśli zajrzycie państwo do internetu i posiedzicie tam odpowiednio długo, natkniecie się na filmy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Powstają dzięki algorytmom, powstają dzięki sztucznej inteligencji. Dzisiaj naprawdę oglądacie często na Facebooku reklamy programów, aplikacji, które mogą przerobić wam stare zdjęcia nie tylko na zdjęcia kolorowe, ale też takie, które mrugają oczami, jak te zdjęcia z Harry'ego Pottera w czasopismach. Nagle oglądacie znanego polityka śpiewającego durną piosenkę. To wszystko jest nieprawdziwe, ale wygląda coraz lepiej w sensie technicznym. Więc nie zdziwcie się państwo, jeśli za rok, może za dwa, może już teraz obejrzycie państwo filmik z sobą w roli głównej, na którym robicie państwo rzeczy, których nigdy w życiu byście państwo nie zrobili, ale to na filmiku widać. I tak naprawdę wy oraz osoby, które brały udział przy robieniu tego filmu, wykonywaniu go, wiedzą, że jest nieprawdziwy. A cała reszta dostała obraz, dostała dźwięk i widzi, że robicie coś niefajnego albo i tak dalej.
I co? I komu uwierzą? Obraz mówi bardzo głośno, czasami więcej niż tysiąc słów. I oto dowód dostali ludzie. Więc żyjemy w czasach, w których te obrazy, które widzimy, nie są żadnym dowodem. Jeśli nawet państwo sfotografujecie, nagracie potwora, który wypełza z jakiegoś śmietnika, pojemnika i tak dalej, to to żaden dowód nie będzie. Tu takiej sytuacji do końca nie ma, ale stykamy się w tym filmie ze zjawiskiem, że policja nie wierzy, nikt tam nikomu nie wierzy, a jak już uwierzy, to też jest problem. Nieważne, bym się wygadał za mocno.
[02:08:37] - Tak, ale podobnie było w przypadku wszystkich filmów nagranych przez amerykańskie siły powietrzne albo siły powietrzne marynarki wojennej przedstawiających UFO. Okazuje się, że nagle siły światowego mocarstwa nagrały niezidentyfikowane obiekty. I nie dość, że te filmy są Takiej kiepskiej jakości. Koniec końców, pomimo dziesiątków ekspertów, milionów analityków nikt nie wie, co to jest do tej pory. Wszyscy dywagują i tak dalej. Druga sprawa, jeżeli myślicie, że deepfake jest wytłumaczeniem w filmie „Cam”, o którym mówiliśmy i że ta Alice pada ofiarą właśnie deepfake'a, to nie jest tak. Czekamy na wasze sugestie. Cóż, Marku, przerobiliśmy taki mały wstęp do filmów o internecie. Są też filmy, które traktują o mediach bardziej tradycyjnych, jak na przykład radio, telewizja w nieco innym kontekście, ale do nich wrócimy. Do tego, że trzeba się nad nimi pochylić szerzej, głębiej je zanalizować.
Ale przyjdzie taki odcinek, w którym poddamy te produkcje związane z internetem głębszej analizie. Dlaczego mnie to interesuje? Dlatego, że jak powiedziałem na początku, w oparciu o pewne nowe zjawiska można napisać naprawdę nowe, ciekawe scenariusze. Niekiedy się to udaje, niekiedy się to nie udaje, ale to pokazuje, że ta tkanka do tworzenia nowych opowieści z dreszczykiem cały czas się regeneruje, cały czas się tworzy i pewnie będziemy świadkami jeszcze niejednych wariacji związanych z mediami w przyszłości, jeżeli idzie o gatunki filmowe, o których w „Filmotekarium” mówimy.
[02:10:35] - Tak, powiemy sobie z czasem o internecie, o jego roli przy filmach grozy, ale w przyszłym tygodniu proponuję, żebyśmy się zajęli, tak sobie to ukułem, fantastycznymi mordercami. To myślę, jest dobry temat i kilka filmów znajdziemy na ten temat.
[02:11:01] - Tak. I nie będą to filmy stare. Postaramy się wam zaserwować kilka nowości oraz kilka starszych nowości. Przyszła mi do głowy, Marku, jeszcze jedna rzecz. Chociaż w „Filmotekarium” nie zajmujemy się na razie serialami, bo nasz plan jest taki, że będziemy się serialami zajmować może w tej przerwie wakacyjnej. To jest taka w miarę nowość na Netflixie, nazywa się „Red Rose”. To jest serial ośmioodcinkowy produkcji brytyjskiej. On jest osadzony głęboko w internecie i to jest coś, co ma sens. Paradoksalnie, pomimo bardzo tajemniczych pierwszych odcinków, które nam sugerują, że to bardziej dryfuje w stronę horroru, koniec końców mamy bardzo technologiczne wyjaśnienie. Jeżeli ktoś by chciał sobie ten problem zgłębić, o którym dzisiaj mówiliśmy, to „Red Rose” jest dobrym przykładem pokazującym, że można pewne wątki sklecić.
Można połączyć wątki paranormalne z tymi technologicznymi. Chociaż oczywiście wyjaśnienia... Nie powiem wam, jakie będą wyjaśnienia, bo wam popsuję całą zabawę. Także „Red Rose” jako serial, bo jak mówię, w „Filmotekarium” o serialach na razie przynajmniej staramy się nie mówić, jest taką pracą domową dla tych, którzy chcą zagłębić się w świat tajemnic internetu. Już nie wiedziałem, jak to skończyć. Dobrze, do zobaczenia za tydzień w odcinku o paranormalnych. Nie paranormalnych, tak z przyzwyczajenia powiedziałem. Fantastycznych mordercach.
[02:12:49] - Ja tylko jeszcze dodam, że w dodatku, tak jak Piotr powiedział, to wszystko się ze sobą miesza we współczesnej kulturze, bo przynajmniej jeden z tych filmów będzie mówił o fantastycznych mordercach, ale trochę o internecie i jego roli w tym wszystkim. Myślę, że już państwa zachęciliśmy. Pięknie państwu dziękujemy i do usłyszenia za tydzień. Proszę państwa, to czas się zająć książkami. Ja od kilku tygodni chwalę się państwu, że byłem na targach w Poznaniu i to Targach Książki. Chwalę się, bo naprawdę to była impreza, z której bardzo dużo wyniosłem. Może nie tyle książek, bo ochrona czuwała, ale wyniosłem sporo ciekawych nagrań i postanowiłem, że się muszę z państwem podzielić tymi nagraniami i od kilku tygodni staram się, jak to powiem brzydko, puszczać te nagrania i dzisiaj też puszczę państwu takie nagranie. To będzie spotkanie z Ryszardem Świrlejem, autorem piszącym kryminały. Na Targach w Poznaniu, na Międzynarodowych Targach Poznańskich, na Targach Książki było spotkanie z Ryszardem Świrlejem. I tu znowu wielki ukłon i podziękowanie dla Ivelliosa, który te nagrania pracowicie doprowadza do porządku.
Warunki nagrywania były na targach takie sobie. Ten ukłon dla Ivelliosa właśnie za to, że w ogóle są te audycje, te spotkania z autorami słyszalne. Może nie są idealnie słyszalne, to nie jest studio, ale wysłuchać się da nawet bez specjalnego wstrętu. Taką mam przynajmniej nadzieję. Kilka słów o dzisiejszym bohaterze, o dzisiejszym autorze. Ryszard Świrlej to jest człowiek urodzony 1 listopada 1964 roku w Trzciance. Polski dziennikarz, dziennikarz telewizyjny oraz pisarz. Ukończył socjologię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. W latach 1996–1997 pracował w TVP Katowice. Od 1997 do 2010 roku przeniósł się.
W tych latach pracował w poznańskim oddziale TVP. Był tam między innymi szefem redakcji miejscowego dziennika, który się nazywa „Teleskop”. Chyba nic nie pokręciłem. Taką mam przynajmniej nadzieję. W latach 2010–2016 był członkiem zarządu do spraw programowych Radia Merkury S.A. w Poznaniu. Od 2010 był też wykładowcą na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ryszard Ćwirlej stworzył cykl milicyjno-policyjny, tak go nazwijmy, bo jego książki dzieją się zarówno pod koniec PRL-u w latach 80. XX wieku w Poznaniu, jak i później, właściwie do czasów współczesnych. To nieco skomplikowane, ale za chwilę się wyjaśni.
Więc to jest cykl o milicjantach i policjantach z Poznania. Te powieści kryminalne, tak jak wspomniałem, ich akcja toczy się od lat 80. XX wieku, a znowu się powtarzam, do czasów współczesnych w Poznaniu oraz w innych miejscach Wielkopolski. Kilka tytułów wrzucę, może to coś państwu powie, a może zainteresuje. „Upiory spacerują nad Wartą” to w 2007 roku, „Trzynasty dzień tygodnia” 2007 rok. Sporo w tym 2007 dwie książki. „Ręczna robota” w roku 2010, „Nocne uderzenie” 2011, „Śmiertelnie poważna sprawa” 2013, „Błyskawiczna wypłata” 2014, „Jedyne wyjście” 2015. I tak bym, proszę państwa, jeszcze mógł nadawać. Jeszcze przynajmniej przez minutę by mi starczyło tytułów. Poszukajcie państwo, Ryszard Ćwirlej jest do odnalezienia w internecie.
Tam wszystkie tytuły państwo namierzycie. Cóż, a ponieważ autor miał taki przeskok i nie opisał lat 90., o czym zresztą państwo usłyszycie podczas spotkania, to właśnie pracowicie nadrabia, naprawia ten błąd. I po pierwszej książce z cyklu, takiego podcyklu, który dzieje się w latach 90., ta książka właśnie trafia na półki księgarskie. Cóż, miłego słuchania państwu życzę. Myślę, że ciekawa rozmowa. To autor, który ma różne doświadczenia, ciekawe. Bardzo mi się podobało jego podsumowanie tego, jak się kiedyś pracowało na przykład w telewizji. Nie przypuszczałem. Naprawdę nie przypuszczałem. Cóż, zapraszam na spotkanie z Ryszardem Ćwirlejem.
[02:18:11] - Dzień dobry, witam państwa. Witamy państwa.
[02:18:13] - Dzisiaj przed nami pisarz zakochany w przeszłości. Pisarz, który celebruje przeszłość od czasów sprzed II wojny światowej, czyli dwudziestolecia międzywojennego, gdzie umieścił jedną ze swoich serii kryminalnych, aż po PRL oraz współczesność. Miał jeden wyskok, jedną serię, którą umieścił współcześnie. Ale w tej chwili zaczniemy rozmowę od książki, która jest najnowsza. Książka, którą państwo widzą na stoliku, czyli „Granica możliwości”, którą autor umieścił w latach 90., na początku lat 90. I mam takie pytanie na początek: co pana tak bardzo ciągnie do przeszłości? Co w niej jest takiego, że tyle tych różnych książek dzieje się w bardziej lub mniej zamierzchłej przeszłości?
[02:19:05] - Przeszłość, która zaczęła się w moich książkach pojawiać od samego początku, to przeszłość, która w zasadzie dla mnie przeszłością nie jest, bo jest to czas lat 80. Więc dla wielu z państwa, tak patrzę po twarzach zebranych osób, to część z was oczywiście lat 80. nie pamięta, ale zdarzają się takie osoby, które są w wieku podobnym do mojego. I te lata 80. to przecież nie jest zamierzchła przeszłość. To nie są czasy, które dawno odeszły. To są czasy, które minęły. Oczywiście od lat 80. dzieli nas już sporo czasu, bo kilkadziesiąt lat, jakby nie patrzeć, ale tak naprawdę są to te czasy, które w jakiś sposób nas kształtowały. Mnie jako młodego człowieka, państwa również.
Część z was się rodziła w latach 80., więc niektórzy pamiętają jeszcze te czasy, kiedy żeby dostać gdzieś książkę, to trzeba było mieć znajomości albo w bibliotece, albo w księgarni. Mówię o książkach.
[02:20:08] - Jednocześnie nakłady wynosiły po 30 000 egzemplarzy albo i więcej.
[02:20:12] - 30 000. Gdybyśmy wzięli do ręki jakikolwiek kryminał z lat 80. czy 70., to te nakłady kryminałów dochodziły do 100 000 egzemplarzy. 100 000 egzemplarzy. Proszę sobie wyobrazić, jakim fajnym samochodem bym jeździł dzisiaj, gdybym miał... Znaczy ja próbuję sobie to wyobrazić, gdybym miał takie nakłady. Ale to wtedy, proszę państwa, akurat nie stanowiło o bogactwie pisarza wielki nakład, ponieważ oni nie dostawali pieniędzy za każdy pojedynczy egzemplarz, tylko dostawali za napisaną książkę. Ale pomarzyć można oczywiście i fajnie by było, żeby te książki docierały do jak najszerszego grona osób, gdyby takie nakłady były wielkie. No ale takie czasy mamy, że nie ma czegoś takiego. Na szczęście nie ma władzy, która decydowałaby o tym, która książka warta jest wydania, ale decydują o tym wydawnictwa.
Stąd nakłady większe, mniejsze, ale też i bardzo wielu pisarzy, pisarek, którzy pojawiają się na naszym rynku. A jeśli chodzi-
[02:21:22] - Jeszcze ja tutaj przerwę. Jeden z bohaterów tej książki, „Granicy możliwości”, jest aspirującym pisarzem. On napisał kryminał i próbuje ten kryminał wydać. To jest jakiś początek lat 80., kiedy on ten kryminał napisał, złożył do druku i obiecano mu, że wydrukują mu tę książkę w roku 1990.
[02:21:43] - Miał pecha, bo chyba właśnie wtedy wydawnictwa rozpadły się całkowicie. Nie było sponsora w postaci Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej, bo moim bohaterem, który napisał książkę, jest milicjant. Napisał kryminał milicyjny. Jeśli państwo czytali wcześniejsze moje książki, to ten bohater z tym swoim kryminałem już się przewija przez wcześniejsze powieści. A tutaj już dochodzimy do tego momentu w 1990 roku, kiedy napisał książkę, złożył do wydawnictwa. I tak naprawdę idą tak nowe czasy, że on się zastanawia bardzo mocno, czy dobrze by nie było, żeby ta książka się jednak nie ukazała. Ale tego wszystkiego dowiedzą się państwo, czytając tę książkę, bo nie chcę wam odbierać tego smaczku czytelniczego, kiedy dowiecie się, dlaczego bohater pisarz boi się o losy swojej książki. Powiem tylko tyle, że jako realista obawia się tego, że może być źle odebrana przez współczesną rzeczywistość. Ale wróćmy jeszcze do tej sprawy związanej z historią, która w tle się pojawia. Bo historia, tak jak powiedziałem, ten PRL w zasadzie nie jest dla mnie historią, jest powrotem do młodości, jest powrotem do przeszłości i tak naprawdę nie uważam, by książki moje PRL-owskie były książkami historycznymi.
One są książkami, w których ja tak naprawdę nie muszę zagłębiać się w jakieś dokumenty, zagłębiać się w jakieś książki dające mi szczegółową wiedzę. Oczywiście pewne sprawy się przydadzą, przydają się jakieś poszukiwania, chociażby w gazetach po to, żeby przypomnieć sobie, jakie ceny obowiązywały w latach 80. Bo tego, drodzy państwo, nie pamiętamy. Ale pamiętamy, wracając do lat 80.
[02:23:33] - Miliony.
[02:23:34] - No miliony. Ale trzeba wiedzieć dokładnie, ile kosztowało jedno piwo albo butelka wódki, albo chleb chociażby, żeby nie oszukać nikogo i żeby nie okazało się, że moi bohaterowie płacą wygórowane ceny za jakieś towary. Więc te lata 80. nie są problemem. Ja je dobrze pamiętam i ja zawsze mówię, że na dokumentacji w sprawach 80. lat byłem przez całe lata 80. i zajęło mi to 10 lat, więc dokumentowałem dogłębnie, można by powiedzieć, używając języka milicyjnego, metodą organoleptyczną dokumentowałem lata 80. i myślę, że zdokumentowałem je bardzo dobrze. Natomiast problem pojawia się, jeśli zaczynam przerzucać się na inną epokę. Przechodzę do przeszłości, która jest naprawdę przeszłością zamierzchłą, choć też wydawać by się mogło, że to całkiem niedawno.
Mówię o latach 20. i 30. Wtedy potrzebna jest solidna dokumentacja, potrzebne jest zbieranie informacji. Potrzebna jest tak naprawdę wyprawa w przeszłość na stronicach książek, na kartach gazet. Po to, żeby dobrze te czasy przypomnieć sobie i spróbować się wtopić w tę rzeczywistość lat 20. czy 30. Ale rozmawiamy o latach 90.
[02:24:52] - Tak, ja uważam, że to w ogóle był świetny pomysł, aby osadzić akcję tej książki w 1990 roku, kiedy jeszcze jedną nogą siedzieliśmy w starym systemie, ale już zaczęły się pojawiać pewne nowinki. Zachłysnęliśmy się Zachodem, zaczęły wchodzić magnetowidy, kamery, które mogliśmy mieć w domach i mogliśmy wyjeżdżać na Zachód. I właśnie te nowinki technologiczne, techniczne są w tej powieści podstawą do wielu takich nie wiem, czy zamierzonych, ale prawdopodobnie tak, anegdot i też takich bardzo zabawnych sytuacji. Na przykład jeden z policjantów dziwi się, po co w ogóle kręcić kamerą podwórko, skoro można sobie ją zabrać na przykład do sypialni i nakręcić coś ciekawszego. Więc powiedz mi, czy ty planowałeś taki humor, który polega na tym, że policjanci, byli milicjanci jeszcze, są tak bardzo mocno zacofani, że nie ogarniają współczesnego świata?
[02:25:57] - Ja myślę, drodzy państwo, że myśmy w tym roku 1990 troszeczkę też wszyscy nie ogarniali tego współczesnego świata i gdy wstawialiśmy sobie do domu pierwszy odtwarzacz wideo, dziwiliśmy się, że nie można go podłączyć do telewizora Neptun, który był czarno-biały i który stał w domu. I dlaczego w zasadzie nie możemy nagrywać z tego telewizora. Byliśmy wszyscy troszeczkę zacofani wobec tej rzeczywistości, która zaczęła do nas powoli napływać z Zachodu. Więc jakże, przypominając sobie te czasy i te chwile, kiedy stawaliśmy naprzeciw wyzwaniom, które niósł świat zachodni, jakże nie wykorzystać ich w tej warstwie pisarskiej, w tej warstwie literackiej, skoro to były naprawdę czasy ciekawe. Właśnie poprzez to zderzenie naszej rzeczywistości, tej przaśnej, PRL-owskiej rzeczywistości z tym wszystkim, co się na nas zaczęło rzucać, bo ten Zachód tak naprawdę został nam rzucony. Przywieziony w bagażnikach maluchów, w bagażnikach dużych fiatów i polonezów, którymi nagle po otwarciu granic sami zaczęliśmy na Zachód wyjeżdżać. Bo tak naprawdę, proszę państwa, proszę zwrócić uwagę na jedną ciekawą, specyficzną rzecz, która dotyczy nas wszystkich w czasach przełomu lat 80. i 90. Gdybyśmy liczyli na to, że rząd komunistyczny spowoduje zmiany kulturowe, myśleniowe, zmiany mentalnościowe, technologiczne w naszych czasach, w czasie przełomu, to byśmy się pewnie tego nigdy nie doczekali. Tak jak nie mogliśmy się doczekać polskiego magnetowidu, nad którym polscy technicy pracowali w zakładach Diory przez 10 lat i w końcu wyszedł magnetowid większy od magnetofonu szpulowego, więc był całkowicie nieprzydatny.
W tym czasie można było już ściągać z Zachodu magnetowidy, które wyglądały zupełnie inaczej. Ale mówię o tym, że gdybyśmy liczyli na to, że rządzący nam zaproponują jakąś opcję, która spowoduje, że nagle znajdziemy się w innej rzeczywistości, to byśmy pewnie czekali jeszcze całe lata. Ale na szczęście sprawy wzięliśmy wszyscy my w swoje ręce i wsiedliśmy w te swoje samochody i pojechaliśmy na podbój Zachodu. Zaczęliśmy przywozić wszystko, co tylko można było przywieźć z tego Zachodu, a więc przywożone z hurtowni tureckich w Berlinie magnetofony, telewizory, magnetowidy, różnego rodzaju podróbki. Ale to było dotknięcie Zachodu.
[02:28:35] - I to też jest wykorzystane w powieści.
[02:28:37] - Właśnie. Przywoziliśmy wszystko, co się dało przywieźć. Nie czekaliśmy na maluchy. Proszę państwa, w 1990 roku, 1991, 1992 cały czas obowiązywały przedpłaty na malucha, tak jak wpłacaliśmy w latach 80. na książeczki samochodowe i w 1992 roku była szansa, że ktoś, kto wpłacał regularnie, jeszcze tego malucha odbierze. Tylko że w 1992 roku właściciel książeczki samochodowej nie był już zainteresowany tym paskudztwem, małym fiatem byle jakim o pojemności silnika 650, ale zainteresowany był nawet 10-letnim, ale volkswagenem, którego można było przywieźć z Niemiec. Także sprawy zmiany rzeczywistości wzięli w swoje ręce sami Polacy. My wszyscy ruszyliśmy na Zachód i zaczęliśmy ten Zachód przywozić do siebie. I tak naprawdę, proszę państwa, o tym jest ta książka, o tym opowiada ten kryminał. Oczywiście akcja kryminalna jest istotna w tym wszystkim, bo bez niej nie byłoby przecież dobrej powieści sensacyjnej.
[02:29:44] - Tło jest doskonałe.
[02:29:45] - Ale najistotniejsze jest to tło obyczajowe, bez którego tak naprawdę ten kryminał nie mógłby zaistnieć.
[02:29:53] - Tak, bo podczas czytania my tak naprawdę przypominamy sobie: no tak, były giełdy, było przegrywanie kaset, gdzie chodziliśmy albo wymienialiśmy jakieś kasety wideo czy kasety, nie wiem, chyba też magnetofonowe. Magnetofonowe nagrywało wszystko.
[02:30:08] - Kasety magnetofonowe można było sobie kupić z nagranymi przebojami Modern Talking albo innymi fajnymi zespołami.
[02:30:17] - Tak. I to się zaczyna przypominać wtedy. Rzeczywiście tak było. Ja mam wrażenie, że myśmy to bardzo szybko wyparli jakoś z pamięci. Albo przynajmniej ja nie umiałam sobie tego umiejscowić w czasie. Natomiast ta książka bardzo fajnie umiejscawia to w czasie i pokazuje tę naszą Polskę rodzącą się, współczesną, która tak naprawdę wyrasta z tej przeszłości, którą mieliśmy przez wiele, wiele lat.
[02:30:42] - Tak, bo o wielu rzeczach my naprawdę nie pamiętamy. Myśmy je w sposób naturalny wyparli.
[02:30:46] - Pamiętasz symbole, kartki, coś tam.
[02:30:49] - Ale nie dlatego wyparliśmy, że zaczęliśmy się tego wstydzić, czy uważamy, że to było złe, czy było niepotrzebne. Myśmy po prostu zapomnieli o niektórych rzeczach, jak na przykład, drodzy państwo, zapomnieliśmy o zaworkach do zapalniczek. Czy ktoś z państwa pamięta jeszcze, że zapalniczkę kupowało się jednorazową na stacji benzynowej w Niemczech i żeby ona funkcjonowała dłużej, trzeba było pójść do punktu... Jak się taki punkt nazywał? Kto pamięta? Kto z was pamięta? Tak. Ano właśnie. Ale taki punkt miał jakąś swoją nazwę. One się nazywały najczęściej, drodzy państwo, i proszę sobie przypomnieć, to był punkt naprawy parasoli i repasacji pończoch.
Repasacja pończoch. Drogie panie, która z pań ostatnio poddawała swoje pończochy zabiegowi repasacji? Zapominamy o takich rzeczach, prawda? W 1990 roku doskonale pamiętaliśmy. Nie, myśmy z tego korzystali na co dzień, bo doskonale panie wiedziały, że jeśli poleci oczko w pończosze, to tej pończochy się nie wyrzuca, bo się drugiej tak szybko nie dostanie. Albo jeśli się pójdzie na Łazarz, to się ją kupi, ale trzeba będzie zapłacić pół pensji za to. Tutaj dla młodych wyjaśnienie: repasacja pończoch polega na podnoszeniu oczek i naprawianiu. Punkt przerabiania zapalniczek przerabiał jednorazowe zapalniczki, wkładając zaworki po to-
[02:32:20] - Były jednorazowe.
[02:32:21] - Po to, żebyśmy mogli je napełniać w nieskończoność. Te plastikowe, byle jakie.
[02:32:25] - Ale to było ekologiczne.
[02:32:27] - Słucham?
[02:32:27] - Ekologiczne.
[02:32:28] - To było ekologiczne. No tak, dzisiaj nikt nie zwraca uwagi na zapalniczki i nikt też nie wstawia im zaworków. Podejrzewam, że w ogóle nikt nie produkuje zaworków.
[02:32:38] - To byłoby niemożliwe.
[02:32:39] - Te zawory chyba produkowały jakieś prywatne przedsiębiorstwa, prywatne firmy. W każdym razie proszę bardzo, proszę państwa, to są przykłady najprostsze, z brzegu wzięte. Punkty repasacji pończoch. Najbliższy w Okrąglaku chyba był, tam na dole i tam można było sobie pójść naprawić parasolkę. Dzisiaj też tych parasolek nie naprawiamy, bo można je dostać na przykład na Targach Książki jako reklamówki niektórych stoisk, więc nie przywiązujemy do tych rzeczy codziennego użytku tak wielkiej wagi, jak przywiązywaliśmy w tamtych czasach. Kasety, kasety wideo, kasety, o których już też nie pamiętamy. Jeszcze gdzieniegdzie w domach na półkach stoją kasety wideo, bo szkoda nam wyrzucić. Gdzieś kupiliśmy kasetę.
[02:33:22] - Na czym mamy je oglądać? Pewnie już nie.
[02:33:25] - Pewnie nie zawsze mamy na czym oglądać, ale Gdzieś tam można by było znaleźć jeszcze jakiś odtwarzacz. Ja pewnie na strychu jeszcze mam, więc pewnie jeśli zatęsknię za jakimś filmem typu „Rambo”, który gdzieś tam stoi na jakiejś półce, to będę mógł odtworzyć sobie ten film. Proszę Państwa, koniec lat 80., początek lat 90. to czasy, kiedy ten zalew takiej taniej i popularnej kultury z Zachodu się zaczął i on trwa do dzisiaj. Tylko że dzisiaj nie jesteśmy tak bardzo podatni na te wszystkie treści, na tą całą śmirę, która do nas napływała. Dzisiaj wybieramy, mam nadzieję, lepsze filmy i lepszą muzykę, ale mamy do nich dostęp w zasadzie w każdej chwili, dzięki różnego rodzaju platformom cyfrowym. A wtedy, żeby wypożyczyć, żeby obejrzeć jakiś film zachodni, a za tymi filmami tęskniliśmy, bo przecież nie wszystkie filmy docierały do naszego kina, musieliśmy pójść na błazar albo na najbliższe targowisko, gdzie stał pan z pudełkami wypełnionymi kasetami wideo i trzeba było sobie taką kasetę wideo kupić od niego, a później można było pójść tą kasetę wypożyczyć, zamienić na jakąkolwiek inną. Były to czasy, kiedy działo się dużo i tak naprawdę o tym zupełnie zapominamy. Dlatego warto chyba sięgnąć po tę książkę, żeby sobie przypomnieć.
[02:34:56] - Ta powieść jest wielowątkowa, dzieje się w różnych miejscach, między innymi w Opalenicy, gdzie komisariat czy posterunek, nigdy nie odróżniam, policji prowadzi śledztwo. I prowadzi to śledztwo jeszcze tak, jak było prowadzone w PRL-u, czyli żeby jak najszybciej to zamknąć, pozamiatać i się tym nie przejmować. Ale przyjeżdża młoda pani prokurator Brigida Bocian, która wprowadza powiew nowoczesności, profesjonalizmu i zapędza tych policjantów, jeszcze niedawno milicjantów, do prawdziwej policyjnej roboty. I mam takie pytanie: dlaczego autor zdecydował się umieścić w tej roli młodą kobietę, a nie na przykład młodego mężczyznę prokuratora?
[02:35:41] - Bo lata 90. to czasy, kiedy wreszcie zaczęto zauważać kobiety z ich ambicjami zawodowymi, z ich umiejętnościami. Kobiety, które w organach, czy w milicji, czy w prokuraturze zawsze były troszeczkę odsuwane na plan dalszy, bo to były firmy zdominowane przez mężczyzn. Nagle w latach 90. zaczęły dobijać się o swoje prawa. Może jeszcze nie walczyły o swoje prawa na ulicach, ale przede wszystkim starały się pokazywać, ile są warte. I myślę, że taka ambitna pani prokurator jest tak naprawdę takim znakiem czasu. Tym, że idzie nowe. To jest ta granica możliwości, która jest zapisana w tej książce, którą trzeba przekroczyć. Jeszcze wcześniej prokurator to był facet, któremu się nic nie chciało i który miał wszystko w nosie.
I nagle przychodzi ktoś zupełnie nowy. Dziewczyna, która chce pokazać, że „Nie, proszę pana, nie, panowie, przestaniemy się bawić w taką milicję, jaką znaliście dotychczas. Teraz trzeba się wziąć do roboty, bo są zupełnie inne czasy, nowa rzeczywistość”. I to ona goni tych starych pryków do roboty. I bardzo dobrze. Wydaje mi się, że ta postać była tam potrzebna. Jest bardzo istotna dla tej książki, ale była też potrzebna, żeby pokazać to nowe otwarcie, nową rzeczywistość, która się zaczyna otwierać. A co z tą rzeczywistością się stanie dalej? Zobaczymy. Ale jedno jest pewne, że w tych instytucjach, takich jak policja, wojsko, prokuratura, kobiety zaczęły odnajdywać się.
Z trudem, musiały się rozpychać łokciami, ale zaczęły pojawiać się w tych instytucjach i zaczęły robić swoje. I to bardzo pozytywnie wpłynęło, stało się tak naprawdę ożywczym wiatrem w historii, który wpłynął do tych miejsc.
[02:37:43] - Wpłynęły zupełnie do innych klas, prawda?
[02:37:43] - Tak jest.
[02:37:44] - Więc rzeczywiście ona pogoniła tych starych pryków.
[02:37:46] - Ale zobaczcie Państwo jeszcze chwilę przedtem. Jaki był status kobiet na przykład w Milicji Obywatelskiej? Oczywiście zdarzały się panie, które pracowały w służbie ruchu drogowego i one były niejako symbolem tych kobiet w instytucji takiej jak Milicja Obywatelska. Panie z okazji Dnia Kobiet otrzymywały kwiatki od swoich kolegów milicjantów, a dziennikarze gazety robili im zdjęcia, jak te kwiatki dostają podczas służby na skrzyżowaniu w centrum Poznania czy w centrum Warszawy. I to był taki ładny, miły gest, ale tak naprawdę, gdyby się mocniej rozejrzeć, to kobiety owszem, zdarzały się też jako pomocniczki porucznika Borewicza w wydziale dochodzeniowo-śledczym. Ale to ze względów filmowych potrzebna była dla kontrastu kobieca postać, żeby wspomagać tego macho Borewicza. Ale oprócz tego, gdyby popatrzeć na Komendę Wojewódzką Milicji Obywatelskiej w Poznaniu, to panie zdarzały się jeszcze w wydziale obyczajowym, bo predestynowane były do tego rodzaju działań w tym wydziale. Pojawiały się gdzieś tam jeszcze w przestępstwach gospodarczych. I proszę państwa, pojawiały się panie w kadrach, pojawiały się w bufetach, w sekretariatach jako sekretarki i były panie sprzątaczki. I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o kadry kobiece w komendach wojewódzkich czy jakichkolwiek innych komendach.
W tych firmach pracowali panowie, w tych firmach pracowali przede wszystkim mężczyźni. I teraz przychodzą lata 90. I zaczyna się coś zmieniać. Zaczyna się coś zmieniać w mentalności tych, którzy w tych instytucjach pracują, tymi instytucjami zarządzają. Drzwi dla kobiet się otwierają. Powoli, powolutku, bo jeszcze nie ma tego-
[02:39:46] - One nie były tam mile widziane.
[02:39:47] - Nie, faceci patrzyli na nie jak na-
[02:39:51] - UFO
[02:39:52] - ... dziwne zjawisko, które się gdzieś pojawia w tej męskiej przestrzeni. Było tych kobiet niewiele, ale im dalej w las, im później, im głębiej w lata 90., tym pań pojawiało się w policji więcej. A gdy dziś spojrzymy na ulicę i wyjdziemy gdziekolwiek tutaj poza targi, to trafiając na jakikolwiek patrol, możecie być państwo pewni, że przynajmniej połowa tego patrolu to będą dziewczyny.
[02:40:20] - Czy te dziewczyny w policji zmieniły też coś trochę w zachowaniu tych policjantów, którzy bez przerwy popijali na służbie? Czy alkohol był wielkim problemem w milicji, a później na początku policji? Czy to jest przesadzone, co pan napisał?
[02:40:38] - Przy kobietach faceci mniej przeklinają. To jest niewątpliwe. Więc to już spowodowało wielką zmianę obyczajową w komendach, w tych pokojach, w których siedzieli sami faceci. Co do picia – lata peerelowskie to czas, kiedy nie tylko piło się w milicji, ale piło się wszędzie, gdzie tylko się dało funkcjonować. W każdej instytucji niemalże ta wódka była czymś naturalnym. Jakoś chyba nie bardzo z tym pijaństwem w instytucjach walczono. Ludzie pijani na budowach, ludzie pijani podczas prac rolnych, wypadki i tak dalej. To była nagminna sytuacja. A milicja była taką soczewką, w której skupiał się cały przekrój społeczeństwa. Trafiali tam różni ludzie, którzy wynosili, przynosili z domu różne sposoby zachowań.
Alkohol był powszechnie akceptowanym środkiem pobudzającym, w którym można było topić swoje troski i odreagowywać napięcia. Więc nic dziwnego, że on się w Milicji Obywatelskiej pojawiał. Jeśli chodzi o milicję, to tak naprawdę w moich książkach ten alkohol jest pokazywany i to z pewną przesadą. Ja oczywiście przerysowuję pewne rzeczy. Te książki moje peerelowskie mają takie znamiona pastiszu. Ale jeśli opowiadać w sposób wiarygodny o tym, co się działo w milicji, nie można pominąć tego elementu, który był dla milicjantów bardzo istotny, czyli po prostu chlanie w robocie. Ja tylko powiem państwu jedną rzecz, że pamiętam połowę lat 90., kiedy zaczynałem sam swoją pierwszą pracę po studiach. To była praca w telewizji. I przyszedłem do pracy w telewizji i mój kolega, który już był tam praktykantem troszeczkę dłużej niż ja, powiedział mi tak: „Słuchaj, jeśli chcesz, żeby ci zrobili dobre zdjęcia operator, dźwiękowiec i tak dalej, żeby ekipa dobrze z tobą współpracowała, to zanim na zdjęcia pojedziesz, to skocz tam na róg do tego sklepu, kup flaszkę i zanieś im”. Połowa lat 90., proszę państwa.
No więc zaniosłem flaszkę. Koledzy starsi z uznaniem przyjęli tą butelkę, poklepali mnie po plecach i powiedzieli, że jak przyjdę to możemy jechać na zdjęcia. Po czym odkręcili ją i rozlali między siebie, a ja poszedłem na górę. Oczywiście nikt mnie nie poczęstował. Zresztą gdzieżbym śmiał ze starymi wyjadaczami wypijać jakiegokolwiek łyka wódki? Ale oni potraktowali to jako normalną rzeczywistość, proszę państwa, godzina 10.00 czy 11.00 do południa, to trzeba się napić, skoro jest flaszka przyniesiona do firmy.
[02:43:28] - Ale dobrze skadrowali przynajmniej?
[02:43:30] - Wszystko było skadrowane dobrze. Ręce się nie trzęsły. Widocznie dlatego operatorowi się nie trzęsły, że już się zdążył napić. Wszystko było w porządku. No więc to była połowa lat 90., proszę państwa i na to było cały czas przyzwolenie. Tak normalnie funkcjonowała taka instytucja jak Telewizja Polska. A cóż powiedzieć dopiero o latach 90. w policji, która jeszcze mentalnie tkwi w rzeczywistości milicyjnej. Więc te obyczaje zaczynają się powoli zmieniać. Powoli ludzie zaczynają myśleć o służbie inaczej.
Pojawiają się kobiety w służbie. Pojawiają się nowi ludzie, którzy zostali wychowani w szkołach oficerskich na zupełnie innych zasadach. I oni w tej rzeczywistości muszą zacząć wprowadzać zmiany. I rzeczywiście te zmiany zaczynają się przyjmować, ale bardzo, bardzo opornie. Także skoro zacząłem pierwszą książkę o latach 90. pisać-
[02:44:31] - Właśnie miałam pytać. Będzie dalej?
[02:44:34] - Skoro zacząłem pisać pierwszą książkę o latach 90., to chciałem państwu powiedzieć, że będę miał co pisać do końca lat 90. O czym pisać, bo tam się dużo działo w tej rzeczywistości lat 90. Bo to, co zaczyna się tutaj dziać, jakieś gangsterskie porachunki, wylatujące w powietrze samochody to jest dopiero początek lat 90. Ale proszę państwa, strzelaniny na ulicach w Poznaniu miały miejsce. Wysadzanie samochodów w Poznaniu miały miejsce. Sam pamiętam połowa lat 90., kiedy jechałem na drogę do Kiekrza, gdzie wyleciał w powietrze samochód któregoś z bossów gangsterskich i pamiętam ten samochód rozerwany ładunkami wybuchowymi. To była rzeczywistość Zaraz chcę przypomnieć, 1998 roku, proszę państwa. 1998 rok i jeszcze wtedy bandyci wysadzali się w powietrze, walczyli ze sobą za pomocą broni. Całkiem niedawno. Przecież to się działo całkiem niedawno i działo się to na naszych ulicach.
Więc tak naprawdę, proszę państwa, lata 90. w porównaniu ze spokojnymi latami 80. to tak naprawdę to jest Dziki Zachód. To jest rzeczywistość nieprawdopodobna, która wydaje nam się, że nie miała prawa się zdarzyć na naszych ulicach, a jednak miała miejsce, a jednak się zdarzała. A jednak ludzie zabijali się na ulicach naszych miast i wysadzali się w powietrze. Więc jak nie wykorzystać tych lat 90. do tego, żeby opisywać je literacko? Zastanawiałem się nad tym, czy rzeczywiście wejść w te lata 90. i czy zacząć się nad nimi zastanawiać, zacząć je opisywać, zacząć je obrazować. I doszedłem do przekonania dosyć szybko, że jest to tak barwny okres w naszych dziejach, że trudno się nad nim nie pochylić.
Więc jestem, proszę państwa, w latach 90. I wstępnie założyłem sobie, że tak jak w latach 80. stworzyłem 10 powieści, kto wie, czy nie napiszę 10 powieści, które będą się rozgrywały-
[02:46:45] - Cała dekada.
[02:46:46] - W latach 90. I obiecuję państwu jedno. Tym wszystkim, którzy czytają moje książki i są zirytowani tym, że muszą przeskakiwać z roku na rok i nigdy nie wiedzą, która książka po kolei jest która. Lata 90. zaczną się od 1990 roku, czyli od tej książki, a kolejny tom będzie się dział w roku 1991.
[02:47:05] - Czy on już się pisze?
[02:47:06] - Więc dojdziemy do 1999 na pewno.
[02:47:09] - Pisze się już ten 1991?
[02:47:11] - Nie, jeszcze się nie pisze. Pisze się coś zupełnie innego. Piszą się lata 30., bo 1932 rok. W tej chwili właśnie.
[02:47:20] - No właśnie, to teraz chciałabym tak mniej lub bardziej płynnie przejść do serii z Anetą Nowak, która dzieje się współcześnie. I mamy tutaj zupełnie inne metody śledcze, mamy różne techniki, pojawiają się drony, pojawiają się DNA i inne rzeczy. Który okres w historii łatwiejszy jest do opisania dla autora? Czy te tradycyjne metody śledcze, kiedy Olkiewicz chodzi, drepcze i rozmawia z ludźmi i wypije z każdym kielicha, czy też te nowoczesne, które w dużej mierze oparte są na badaniach laboratoryjnych czy obsłudze sprzętu?
[02:48:01] - Powiem szczerze, drodzy państwo, że te współczesne to jest naprawdę mordęga dla pisarza, bo wszystko jest. Oni wszystkim dysponują, oni wszystko mają. Tak naprawdę mówię o policjantach. Oni nawet nie muszą się szukać specjalnie, bo mają telefony komórkowe. Przecież żeby Olkiewicz doszedł do swojego kolegi Brodziaka przez centrum miasta, zdążył pięć razy wpaść do knajpy, zdążył się napić, zdążył porozmawiać z różnymi ludźmi i ta akcja mogła iść do przodu i wszystko się działo. A dzisiaj co się dzieje? Olkiewicz nie poradzi sobie z obsługiwaniem telefonu komórkowego. Tutaj pewnie to ułatwia życie. Ale te telefony, proszę państwa, zabijają nam akcję, bo nie musimy nikogo szukać. Wystarczy, że do kogoś zadzwonimy.
Nie musimy się zastanawiać nad tym, jak przekazać komuś jakąś informację. Wysyłamy SMS-a albo wysyłamy zdjęcie. Więc te telefony to jest takie paskudztwo, które sprawia, że trudno nam się w rzeczywistości tej odnaleźć pisarsko. Są pewne sposoby, są pewne takie działania, które powodują, że można jakoś wybrnąć z trudnej sytuacji.
[02:49:11] - Ciągle pojawia się w kryminałach taki motyw, że telefon się rozładował.
[02:49:15] - Telefon się rozładowuje każdemu pisarzowi, drodzy państwo, i o tym nie ma w ogóle co mówić. To jest doskonały sposób. Już to wymyślił Henning Mankell, doskonały pisarz, który już w latach 90. borykał się z telefonami komórkowymi, że jego główny bohater, Wallander, był człowiekiem, który ciągle telefonu zapominał. Proszę sobie przypomnieć jakąkolwiek jego książkę. Telefon Wallandera albo leżał na podłodze w domu, albo leżał na podłodze w samochodzie, albo wypadał mu gdzieś na komisariacie. Ciągle ten telefon był zgubiony. I co to dawało, proszę państwa? Teraz odkrywam tajniki warsztatu. To wcale nie miało świadczyć o safandułowości głównego bohatera Wallandera.
Wallander był superfajnym bohaterem. On oczywiście miał swoje śmiesznostki, swoje jakieś nawyki starokawaleryjskie niemalże. Ale ten telefon, proszę państwa, wcale nie gubił tego telefonu dlatego, że zapominał o tym telefonie. On gubił ten telefon dlatego, że autorowi było łatwiej, kiedy ten telefon był zgubiony. No i stąd ten Wallander biedny, ciągle bez tego telefonu, ciągle się gdzieś tam gubił w jakiejś rzeczywistości i ciągle te telefony mu ginęły albo się psuły, albo się rozładowywały. No i my, proszę państwa, pisarze zajmujący się pisaniem współczesnych opowieści skwapliwie wykorzystujemy to, co już wynaleźli ci, którzy pisali przed nami, czyli w tym wypadku na przykład Wallander, który gubił telefony swojego bohatera.
[02:50:57] - Jeszcze można zastrzelić drona.
[02:51:00] - No i dron zestrzeliwany. Dzisiaj na porządku dziennym zestrzeliwane są drony za naszą wschodnią granicą. Niestety tam się cały czas dzieje.
[02:51:08] - W trybunale spotkałam się pierwszy raz.
[02:51:10] - Pierwszy raz zestrzelony dron został w tym trybunale u mnie?
[02:51:13] - Tak.
[02:51:14] - Tak?
[02:51:14] - Ja wcześniej nie spotkałam się.
[02:51:15] - No to ja zestrzeliłem drona, proszę państwa, jeszcze przed wojną, gdzie drony się zestrzeliwuje. Znaczy nie ja przede wszystkim, tylko bohaterka, która potrafi się dobrze posługiwać karabinem i trafiła drona bez większych problemów. Coś wyleciało, coś się stało. Dron został zestrzelony.
[02:51:34] - To jest właśnie dowód na zestrzelenie drona.
[02:51:36] - I na to, że gubią nam się niektóre przedmioty, które mogą się przydać. Na przykład zegarek.
[02:51:42] - O, właśnie.
[02:51:42] - Jeszcze nie zgubiłem zegarka. Ale już wiem, jak może zginąć zegarek, drodzy Państwo. Jest taki kobiecy zegarek wkładany w tą bransoletkę. Proszę bardzo. Proszę. Wykorzystujemy to, co podrzuca nam rzeczywistość, proszę Państwa, więc już możecie Państwo się spodziewać, że w jakimś kryminale może zginąć zegarek bohaterce.
[02:52:06] - No i brawo.
[02:52:06] - Który będzie wypadał tak samo, jak na przykład Olkiewiczowi wypada ciągle magazynek z jego starej tetetki, bo nigdy nie ma czasu na to, żeby zanieść tę broń do rusznikarza.
[02:52:18] - Jest bardzo zajęty.
[02:52:23] - Ma inne sprawy na głowie niż takie przyziemne kwestie. Ten magazynek dwa razy mu już wypadł, w dwóch powieściach. W dwóch powieściach były sytuacje takie, kiedy chciał kogoś zastrzelić, ale się nie udało, bo magazynek wypadł. I drugi raz wykorzystałem tę samą sytuację, bo wydawało mi się, że ona będzie zabawna właśnie dlatego, że powtarza dokładnie to samo. Tę samą sytuację i świadczy o niefrasobliwości bohatera, ale też o jego głupocie i o tym, że po prostu o pewnych rzeczach nie pamięta, mimo że powinien.
[02:53:01] - Jeszcze mam dwa pytania, które zadam, a później oddam głos Państwu na chwilę. Pierwsze to pytanie o Anetę Nowak. To jest młoda dziewczyna. Jak się pisało rolę takiej młodej kobiety facetowi po czterdziestce? Czy ktoś sprawdzał, czytał? Czy ta postać jest wiarygodna? Czy poszło na żywioł?
[02:53:24] - Drodzy Państwo, przecież nie żyjemy w świecie samych mężczyzn. Ja nie żyję w świecie samych mężczyzn, tylko żyję w świecie kobiet i mężczyzn. Więc nietrudno jest być obserwatorem i postarać się obserwować i wyciągać wnioski z tego, jak zachowują się kobiety z mojego otoczenia, z tego bliższego i z tego dalszego. Rozmawiam z kobietami codziennie i słyszę, jak mówią, jak myślą. Więc tak naprawdę, mimo że podobno jesteśmy z Marsa, a kobiety są z Wenus, to my się nie różnimy od siebie. Żyjemy w jednym świecie, więc przejście z pozycji pisarza wczuwającego się w rolę faceta w rolę pisarza wczuwającego się w rolę kobiety nie jest wbrew pozorom takie trudne. Trzeba tylko pomyśleć o tym, żeby postarać się przez chwilę myśleć w podobny sposób. A to, w jaki sposób myślą kobiety znam na co dzień z autopsji, z codziennych kontaktów, więc nie jest to jakieś wyzwanie. Tak wydaje mi się przynajmniej. Myślę, że dzięki temu, że jako ten pilny obserwator rzeczywistości mogę z powodzeniem budować kobiece postaci.
Bo to nie jest pierwsza. Aneta Nowak jest pierwszą taką główną bohaterką, ale nie jest ostatnią. Wydaje mi się, że dzięki temu też potrafiłem zbudować kolejną postać w postaci Brygidy Bocian, czyli pani prokuratorki.
[02:54:55] - Brygida będzie się pojawiała później?
[02:54:56] - Musi się pojawić, bez niej tam już nie ma szansy na to, żeby ona się-
[02:55:00] - Ktokolwiek działał bez niej.
[02:55:02] - Ja muszę coś zrobić tylko z nią, proszę Państwa, bo jeszcze część z Państwa jeszcze nie czytała mojej książki. Brygida Bocian jest prokuratorką w małej miejscowości Opalenica. Muszę ją z tej Opalenicy awansować chyba i wyciągnąć do Poznania, bo przecież nie będę wszystkich książek pisał tylko i wyłącznie w Opalenicy. Znają państwo moje książki i wiedzą, że staram się podróżować po różnych miejscowościach, po różnych tych poznańskich, wielkopolskich fyrtlach, żeby gdzieś zbłądzić do innego miasta. Nie tylko do Poznania, nie tylko do Szamotuł, nie tylko do Grodziska, Opalenicy. I jestem tam, gdzie coś, wydaje mi się, może dziać się ciekawego.
[02:55:43] - Ale Brygida jest skuteczna, więc spokojnie może dostać awans.
[02:55:47] - Jeśli dostanie, to pójdzie do prokuratury w Poznaniu, więc wtedy będzie mogła nie raz się spotykać z moimi bohaterami i spotykać się z tym, który się staje powoli takim najgłówniejszym spośród tych milicyjnych bohaterów, czyli Mariuszem, który był tym młodym idealistą jeszcze za czasów milicji. Chciał zmieniać milicję i udaje mu się zmieniać policję.
[02:56:09] - „Naga prawda” dzieje się-
[02:56:10] - Udaje mu się, przepraszam, wejść w policję, nie zmieniać jej, tylko ją tworzyć od podstaw.
[02:56:14] - Tworzyć, tak. „Naga prawda” dzieje się na początku pandemii, równo trzy lata temu. Czy była pisana w tamtym czasie, czy była pisana dopiero już po upływie? Czy może po tym, jak okrzepiliśmy i jakoś uczyliśmy się żyć w nowej rzeczywistości?
[02:56:31] - „Naga prawda” była pisana mniej więcej w tym czasie, kiedy pandemia już szalała bardzo mocno. Ja wtedy siedziałem w domu i pisałem sobie. I powiem szczerze-
[02:56:42] - To bardzo istotne, ten czas akcji dla tej książki.
[02:56:44] - To jest ten moment. Akcja tej książki dzieje się w chwili, kiedy pandemia się zaczyna. Jeszcze tak naprawdę nikt nie wie. Ja lubię te graniczne momenty, kiedy nikt nie wie, z czym to się będzie jadło. Tak jak nikt nie wie, z czym się będzie jadło Rzeczpospolitą Polską, bo się jeszcze mentalnie tkwi w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Nikt nie wie, jak ten nowy kraj będzie wyglądał. Tak samo nikt nie wiedział na początku pandemii, jak będzie ta pandemia wyglądała, jak będzie się rozwijała, co się będzie z nią działo. Ludzie jeszcze mają sceptyczny stosunek do maseczek. Nie wiedzą jakie lekarstwa można stosować na to. Zresztą nikt wtedy nie wiedział, czy można czymkolwiek się leczyć.
Więc ten czas pandemii był czasem trudnym. I tak naprawdę wszyscy mieliśmy ochotę uciec do mysiej dziury, zamknąć się i w ogóle nie wychodzić najlepiej z domu, bo nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Obrazki, które do nas napływały, na przykład te szpitale we Włoszech, w których umierali ludzie po kilkaset osób dziennie. To były obrazki straszne. W ten moment, w którym zaczyna się książka, jeszcze te obrazki nie dotarły, ale to jest ten moment, kiedy z Włoch, z ferii zimowych przyjeżdżają do nas ludzie, którzy już zaczynają kaszleć, ale jeszcze nie wiedzą dlaczego. Przyjeżdżają przeziębieni. Ja wtedy też przyjeżdżałem. Przyjechałem z Włoch kaszlący i poszedłem zaraz do lekarza. I pamiętam, proszę państwa, taki żart, który zastosowałem, bo już ledwo oddychałem, źle się czułem, kaszlałem i wchodząc do lekarza na pogotowie, bo przyjechałem w sobotę wieczorem, a w niedzielę rano, czując się źle, poszedłem na pogotowie. Powiedziałem do lekarza, wchodząc i oddychając kiepsko, że proszę się nie przejmować.
Nie przyjeżdżam z Chin, bo wtedy nam się wszystkim wydawało, że ta choroba jest w Chinach, a myśmy już ją zwozili hurtowo z wakacji z Włoch i z innych europejskich kurortów, w których ona się wylęgała. Więc to jest ten moment, który doskonale pamiętam i który dzięki temu chyba, że też zacząłem być chory, ale jeszcze nie wiedziałem na co i nikt nie wiedział, na co jeszcze chorujemy i przeleżałem chyba dwa tygodnie w domu, ledwo żyjąc. Udało mi się przeżyć, jak widać. Całe szczęście dla kolejnych książek, które mają się ukazywać. No i to jest ten moment, który wydawało mi się, że warto opisać. Ten czas niewiedzy, braku informacji tego momentu, kiedy władze zaczynają szukać jakichś rozwiązań i nie mają zielonego pojęcia, jakie rozwiązania wprowadzić. I za chwilę wprowadzą nam zakazy zejścia do lasu, żeby nas chronić przed wiórkami.
[02:59:28] - Cwaniacy, którzy potrafią ten nasz niepokój, lęk wykorzystać.
[02:59:33] - Są tacy, którzy myślą o tym, jak na tym naszym strachu i tej naszej niepewności zbić fortunę i zarobić jak największą kasę. Bo tacy ludzie w sytuacjach kryzysowych pojawiają się zawsze.
[02:59:47] - I teraz mam tylko prośbę o krótką odpowiedź, ponieważ chciałabym już oddać głos słuchaczom. Czy autorowi nie miesza się akcja książek, w których występują ci sami bohaterowie, czyli bohaterowie przeskakują sobie jak chcą z serii do serii. Blacha jest raz tutaj, raz tutaj. Olkiewicz się pojawia tak naprawdę przynajmniej wspomniany jest w co najmniej trzech seriach książek. Jak pan to rozwiązuje?
[03:00:17] - No mam dobrą pamięć i z tym sobie jakoś muszę radzić, ale myślę, że pamiętam mniej więcej wstecz, co się działo w dwóch, trzech książkach. No, w pięciu to już jest problem. A jak ktoś z państwa zapyta mnie, co tam autor chciał powiedzieć w pierwszej albo w drugiej książce, to ja już naprawdę nie pamiętam. Chociaż jakbym się wysilił, to pewnie bym gdzieś tam mógł dokonać jakiegoś odkrycia. Natomiast gdzieś tam pewne rzeczy mam pozapisywane, chociaż nie prowadzę jakiejś takiej tabelki w Excelu, w której miałbym pozapisywane daty urodzenia moich bohaterów. A szkoda, bo powinienem mieć. Wtedy bym nie musiał odszukiwać ich w swoich notatkach. Chociaż mam takie notatki w kalendarzach dawnych czy w notatnikach. Ja prowadzę w ogóle notatniki, w których piszę ręcznie, nie w komputerze i dzięki temu mniej więcej wiem, co jest zapisane, na której kartce i w którym miejscu notatnika. No więc mam takie notesy, w których są wymienione nazwiska na przykład Olkiewicz, Brodziak i tak dalej.
I wiem, który urodził się, w którym roku i dzięki temu mniej więcej mam pojęcie, czy oni jeszcze żyją i czym się powinni w tym momencie zajmować i czy rok 2020 nie jest na przykład rokiem skrajnym dla niektórych bohaterów i czy oni jeszcze w ogóle mają szansę w tych książkach wystąpić. No więc staram się w miarę moich skromnych możliwości robić wszystko, żeby nie mylić się, choć proszę państwa, nie jest to sprawa łatwa. Pomyłki się zdarzają i to nawet jeśli się książkę redaguje, sprawdza, czyta się ją po wielokroć, to jednak gdzieś te błędy muszą się pojawić, bo jesteśmy tylko ludźmi.
[03:02:03] - Wyszukiwarki internetowe mogą sobie wyszukiwać.
[03:02:06] - Nie pisze za nas jeszcze sztuczna inteligencja, co myślę, że całkiem niedługo może się zacząć już dziać, ponieważ są specjalne programy, które potrafią napisać opowiadanie na zadany temat.
[03:02:18] - Proszę państwa, jedno pytanie, a później zapraszam państwa na stoisko numer 57. Tutaj po lewej stronie, gdzie autor będzie podpisywał książki i będzie można jeszcze go dopytywać o różne frapujące kwestie. Prosimy, czy ktoś ma jakieś pytanie?
[03:02:36] - Dzień dobry. Ja chciałbym się zapytać pana Ryszarda czy zespół Depeche Mode, bo tam trzy razy była wzmianka w książkach. Czy jest pan fanem też tego zespołu? Bo z tego, co wiem, to trzy razy w książkach była wzmianka.
[03:02:54] - Depeche Mode się pojawia nie od rzeczy, ponieważ często się zdarza, że piszę podczas słuchania zespołu Depeche Mode, ale nie tylko tego. Ja bardzo wiele zespołów z tych lat 70., 80., 90. mam na swojej playliście w Spotify, bo już jestem na tym etapie. Proszę państwa, przeszedłem na wyższy etap. Już przestałem, chociaż Depeche Mode mam kilka płyt oczywiście. Przestałem już kupować płyty i robię sobie swoje własne playlisty. I to jest bardzo fajne, bo dzięki temu mogę robić sobie składanki, w których nikt mnie nie zaskoczy jakąś muzyką, która mnie mogłaby zirytować niepotrzebnie. Chociaż może powinienem takie irytujące piosenki wrzucać i wtedy mógłbym wykrzesać z siebie więcej energii i takiego pozytywnego hejtu do tworzenia kryminałów. Więc Depeche Mode jak najbardziej to jest zespół, który gdzieś tam towarzyszy mi od tych lat 80., od dawna. No i bez niego sobie nie wyobrażam, że mógłbym gdzieś tam funkcjonować.
[03:03:54] - Dziękuję bardzo.
[03:03:54] - A idzie pan na koncert?
[03:03:57] - Nie, chyba nie mam czasu. Wiem, że jest, ale nie mam chyba czasu na to, chociaż chętnie bym się wybrał. Proszę państwa, powiem tylko jeszcze tyle, że nie wyobrażam sobie w ogóle pisania bez muzyki. Muzyka musi być gdzieś tam w tle i zależnie od tego, co piszę, to do tego staram się dobierać też rodzaj muzyki. Jeśli piszę książkę w latach 90., to oczywiście jest to playlista rockowa, w której Depeche Mode się musi pojawiać. Ale jeśli na przykład piszę książkę, której akcja się dzieje w latach 20. i 30. i przenoszę się z akcją do miast w Niemczech, to puszczam sobie Bacha, bo on mi bardzo dobrze robi, jeśli chodzi o nastrój i piszę przy kantatach Bacha, bo one naprawdę fajnie wpływają na cały proces twórczy. Także szeroko do muzyki podchodzę i szeroko staram się wybierać ciekawe elementy muzyczne, które stymulują mnie w jakiś sposób. Bez muzyki nie ma pisania.
[03:05:01] - No więc zostaje nam życzyć, aby pisanie szło jak z nut.
[03:05:04] - Nie mają państwo żadnych pytań już?
[03:05:06] - Już nie, bo ja już muszę lecieć dalej. Bardzo proszę pana.
[03:05:10] - To króciutkie. Którego bohatera ze swoich bohaterów z wszystkich serii darzy pan największym sentymentem? Takie ukochane dziecko ojca.
[03:05:18] - Powiem szczerze, że wszystkich. Trudno wybrać jednego, ale jakby tak się dobrze zastanowić, drodzy państwo, to myślę, że takim dzieckiem, o którym mogę powiedzieć, że jest bardzo udane, chociaż nieudane w sumie, jest Teofil Olkiewicz. To jest ten człowiek, który gdzieś tam musi funkcjonować w mojej rzeczywistości i bez niego nie wyobrażam sobie pisania książki. Nawet jak będą te lata 90. i Olkiewicza będzie już mniej, bo on siłą rzeczy nie może się pojawiać w śledztwach jako emeryt, to gdzieś tam zawsze jakieś odwołania do niego będą. Bo powiem państwu szczerze, że ja chciałem stworzyć takiego milicjanta idiotę, takiego kretyna, takiego faceta z tych dowcipów typu „idzie milicjant i myśli”. Najgrubszy dowcip o milicji. Ale on mi uciekł. On mi się wyemancypował. On zaczął żyć własnym życiem i nagle z tego kretyna stał się chłopskim filozofem, Dylem sowizdrzałem, takim człowiekiem, który coś ma do powiedzenia, chociaż nie bardzo potrafi to wyartykułować i do końca sam nie wie, co chciałby powiedzieć.
I może dlatego jest zabawny, bo my tak naprawdę lubimy kibicować takim chłopkom roztropkom i pewnie dlatego go lubimy. A jeśli jeszcze ktoś taki jest obdarzony nieprawdopodobnym szczęściem, a jemu się zawsze wszystko udaje, a do tego, proszę państwa, ma jeszcze dwie wątroby, to już w ogóle jest to ewenement w skali światowej. Drodzy państwo, bardzo dziękuję za spotkanie, było mi szalenie miło. Słucham? Przepraszam. Możemy zostać jeszcze. Okazuje się, że jeszcze na stoisku jest tłok, więc jeśli państwo mają pytania, to ja z przyjemnością odpowiem. Mamy jeszcze siedem, osiem minut, więc bardzo proszę, wykorzystajmy tę chwilę i porozmawiajmy, jeśli to jest możliwe. Drodzy państwo. Pytania.
[03:07:18] - Dzień dobry. Tak à propos Olkiewicza. Więc ja niewiele przeczytałam, chyba trzy czy cztery pańskie książeczki czy książki, to zobaczyłam taką ambiwalencję. Z jednej strony bardzo serdecznie, sympatycznie, przyjacielsko potraktowany Olkiewicz i jego koledzy z komendy, a z drugiej strony chyba w książce, której akcja jest umiejscowiona w Pile. „Mordercza, błyskawiczna wypłata” chyba.
[03:07:53] - Tak.
[03:07:54] - I tam przenosi się akcja, jest wprowadzony drugi wątek i tam znajduje odzwierciedlenie środowisko bezpieki. I jest bardzo wyraźna różnica w potraktowaniu jednego świata i drugiego. Jeśli świat Olkiewicza i kompanów trąci, tu pan powiedział Dylem sowizdrzałem, a dla mnie Falstaffem. I potem można sobie snuć też taki przyzwoity żartowniś, prostak à la Zagłoba. Ale dajmy sobie spokój z tą staropolszczyzną. Lepiej tutaj być w tym Falstaffie. Ale kiedy pojawia się „Dwóch smutnych panów”, nie wiem, czy świadomie, czy nieświadomie, klimat diametralnie się zmienia. Akcja jest poważna, nie ma dowcipu, nie ma pańskiego dystansu. W pewnym momencie jakbym czytała treść z jakiegoś thrillera. Jakby dwa różne światy.
Tak sobie to wyobraziłam. Czy to jest zabieg specjalny, czy to wyszło samo z siebie? Czy żyje własnym życiem?
[03:09:06] - Ja myślę, że troszeczkę sama pani odpowiedziała sobie na to pytanie.
[03:09:08] - No właśnie.
[03:09:09] - Bo to są rzeczywiście dwie rzeczywistości, które się w pewnym sensie przenikały, ale one były diametralnie różne. Proszę zwrócić uwagę, czym zajmują się moi milicjanci, a czym zajmują się tamci panowie. Milicjanci zajmują się wyjaśnianiem zagadki kryminalnej i tą swoją, można by było nawet powiedzieć niezależnie od czasów, kryminalną robotą. Natomiast tamci zajmują się swoimi sprawami, które mają jedno główne zadanie, jeden najważniejszy, najistotniejszy cel. Mają za wszelką cenę utrzymać socjalistyczne porządki w naszej rzeczywistości.
[03:09:54] - Polityczne kwestie.
[03:09:55] - I oni zajmują się kwestiami politycznymi.
[03:09:57] - Politycznymi.
[03:09:58] - I oni są czynownikami politycznymi, a nie są policjantami. Więc o ile te światy się przenikają, o ile ci faceci nawet siedzą ze sobą w jednym budynku, to nie są współpracownicy, to nie są przyjaciele.
[03:10:13] - Nie.
[03:10:14] - Ale ta rzeczywistość, proszę państwa, jest jak najbardziej autentyczna.
[03:10:18] - Tak.
[03:10:18] - To znaczy, że nie bardzo poważali panowie z SB, uważając się za lepszych milicjantów, a milicjanci mieli do nich o wszystko pretensje. O to, że oni uważają się za lepszych.
[03:10:32] - W każdym razie, kiedy się czyta tą rzeczywistość milicyjną, ja się zaśmiewam na głos. A ta druga perspektywa, powiem szczerze, że odczuwam lekkie dreszcze.
[03:10:44] - Jest paskudniejsza po prostu. Jest paskudniejsza.
[03:10:46] - Dziękuję bardzo.
[03:10:47] - Dziękuję bardzo.
[03:10:50] - Proszę państwa, to teraz, skoro mieliśmy autora, opowiadał trochę o tym, jak się pisze, to może zróbmy teraz warsztaty. Warsztaty prowadzi u nas Katarzyna Prychacz. Czas na kolejny odcinek „Alchemii tworzenia”. Dzisiejszy tytuł ... Katarzyna Prychacz jest mistrzynią tytułów, które mocno pobudzają wyobraźnię, ale też jest mistrzynią improwizacji, o czym mieliście się państwo okazję wielokrotnie przekonać. A zapewniam, że Katarzyna jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Te najlepsze odcinki to jeszcze przed nami, chociaż i temu niewiele brakuje. Tytuł dzisiejszego odcinka: „Bohater uwięziony i kostur ziemi rozstępów”. Pięknie zapraszam i życzę dobrej zabawy.
[03:11:54] - Halo, halo złota ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na „Alchemię tworzenia”. Skoro ja już jestem i wy już jesteście, to zaczynajmy. „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w siódmym odcinku drugiego sezonu „Alchemii tworzenia”. Sezon wyjątkowy, ponieważ zupełnie inny niż sezon numer jeden. Dobra, słuchajcie, ja nie przedłużam ze wstępami. Lecimy. Tutaj sięgamy po Salvadora naszego, po nasze dalijskie mądrości. A właściwie nie tyle mądrości, co tytuły jego prac.
I dzisiaj pomyślałam, że takim motywem przewodnim dla naszej improwizowanej, wymyślanej historyjki będzie taki oto tytuł: „Sen wywołany lotem pszczoły wokół jabłka granatu na sekundę przed przebudzeniem”. Pomyślałam, że skoro ostatnio tak nam wyszło trochę filozoficznie, cicho, spokojnie, patetycznie i w sumie fajny potencjał na historię, ale faktycznie było za mało akcji, a mam wrażenie, że dzisiaj jakoś tak potrzebuję więcej akcji, to pomyślałam, że udamy się w krainę snów. I ten sen wywołany lotem pszczoły. Jak próbowałam sobie zwizualizować cały ten tytuł, to sobie tak to w głowie poukładałam, czy tak to sobie wyobraziłam, że gdzieś tam w tle, na kanapie na przykład lub na jakimś łóżku, leżance śpi nasz bohater lub bohaterka. Zaraz postanowimy. Natomiast na stole obok leży jabłko granatu. Owoc granatu. Nie wiem, czy wiecie, że niegdyś jabłko to nie był tylko ten owoc, który my znamy jako jabłko, tylko to była nazwa na kształt owocu. Czyli w sumie to, co rośnie na gruszy, to też jest jabłko, tylko że jabłko gruszy. Znaczy było.
Już dzisiaj się przyjęło, że to gruszka i koniec. Dobra, ale zresztą kto ciekawy, to niech sobie poczyta. Nie wiem, czy Bralczyk chyba kiedyś o tym mówił? Tak mi się wydaje. W ogóle byłam chyba kiedyś na festiwalu jabłek i on opowiadał całą historię. Świetne rzeczy opowiadał. Myślę, że gdzieś też będzie można w internetach znaleźć, to zachęcam, bo tam dużo też różnych mitów, legend i też tłumaczeń właśnie tego słowa. Fajna sprawa. Kurczę, stałam pod sceną zasłuchana. Dobra, słuchajcie, wracamy tutaj.
No i sobie mamy na tym stole taki wielki, soczysty, czerwony granat i przyleciała pszczoła. I tak sobie myślę, bo tu jest na sekundę przed przebudzeniem, że może właśnie ta pszczoła zaczyna bzyczeć i nasz bohater się wybudza. Natomiast myślę, że cała akcja naszej historii właśnie mogłaby dziać się w tą jedną sekundę, czy te kilkanaście sekund przed przebudzeniem. Wiecie jak to ze snami, czasami nam się wydaje, że spaliśmy trzy godziny, a to było, kurczę, mocne 10 minut, a taka gruba fabuła leciała. A czasami odwrotnie. Dobra, słuchajcie, jak mamy sny, to w ogóle jest magia, bo nas tutaj już totalnie nic nie będzie ograniczało. Znaczy właściwie to moja własna wyobraźnia mnie będzie ograniczać. Was pewnie wasza, jeśli w ogóle. Dobra, słuchajcie i lecimy. Kim jest bohater?
Ale zanim przejdziemy do „kim”, trzeba pomyśleć „kto”. Przez to, że trzymam książeczkę Salvadora, myślałam o artyście, który sobie siestuje. Ale myślę, czy może coś ambitniejszego? Myślę, bo jabłko granatu tak klimatycznie. Chociaż wiadomo, w Polsce już dawno możemy takie coś sobie upolować, ale chyba u nas to nie rośnie, nie? Może na potrzeby naszej historii to nie będzie owoc, tylko granat. Nie, dobra, bo znowu mi się jakieś postapo włącza albo jakieś wojenne klimaty. Mamy pyszny czerwony owoc, a nie żadne metalowe granaty. A swoją drogą Dali bardzo lubił te owoce, stąd jego obecność, bardzo go inspirowały. Odnośnie płodności czy całej symboliki z tym związanej, tak jak z figą czy marakują, tak granat był czymś wyjątkowym dla niego.
Tak w ramach ciekawostek. Dobra, bo nie o Dalim. Kto może być bohaterem? Kto? Nie wiem, współcześnie to mógłby być jakiś programista albo grafik. Ktoś, kto cuda graficzne, komputerowe rzeźbi teraz. Chociaż wiadomo, w grach komputerowych mamy całe zespoły, ale może ktoś taki, kto scenografię do gier RPG czy nie tylko RPG. Wiecie, o co chodzi, teraz te ładne gry robią, takie, że jakby tu człowiek do innego świata wszedł. To może właśnie taki projektant. Czemu nie?
Dobra. W sumie mamy tu człowieka, który zajmuje się wirtualnymi światami, a zajrzymy dzisiaj w jego głowę, w jego sny. Dobra, okej, mamy coś. To teraz jeszcze „kim”. Żeby tradycji stało się zadość, sięgam po archetypy osobowości i zobaczymy, na czym oprzemy naszego dzisiejszego bohatera lub bohaterkę, bo cały czas jeszcze nie postanowiłam. Dobra, losujemy. Tasujemy najpierw. Dobra, coś mamy. Rozkładam sobie wachlarz i może dzisiaj to. Patrzymy, co my tu mamy.
Bohater. Zdaje się, że też nam już wskoczył w którymś odcinku. Okej, ale patrzę w ramach przypomnienia dla tych, co nie wszystko słuchali. I co my tu mamy? Pomaga i staje w obronie potrzebujących. Posiada supermoce, możliwości niedostępne dla innych. Pozwala wierzyć, że wszystko jest możliwe. Charakteryzuje go odwaga, działanie, siła, moc sprawcza. Pociąga za sobą ludzi. Oczywiście niezmiennie archetypy w opracowaniu Gabrieli Borowczyk.
Dla tych, którzy jeszcze nie słyszeli, nie wiedzieli. I na to się tutaj powołuję. Przytaczam wam jej opracowanie. Bohater. Bohater, taki projektant grafiki, programista. Chyba że zrobimy tak, że on będzie bohaterem we śnie. A może faktycznie jego bogate sny będą inspiracją do światów, które tworzy. Może to będzie twórca światów wirtualnych, a nie tak stricte projektant grafiki. Okej, z nutką romantyczności, takiego bohatera definicyjnego, klasycznego z baśni. Więc mamy człowieka we współczesnym, realnym świecie.
Może właśnie w świecie technologii, może w trochę zimnym świecie pod tym względem, twardo osadzonym na ziemi. Natomiast tu będziemy mieli marzyciela, bohatera romantyka. Romantyka w kontekście, nie mówię tutaj o relacjach, tylko chodzi mi o wizję romantyczną, epicką, baśniową. Dobra, więc mamy takiego bohatera i może na co dzień on nim nie jest. On to ukrywa przed światem, a we śnie może się spełniać w tej roli, w tych swoich wykreowanych przez mózg światach. Dobra, niech będzie facet. No dobra, i co dalej? Nie mam patentu na imiona. Czy mi się tu jakieś imię na „R” jakieś. Czekajcie.
Ryszard, Romulus, Roman. Był jakiś taki rycerz, jakaś była lektura, gdzieś mi dzwoni, ale nie wiem gdzie. Ej, słuchajcie, ale mam zamułę. Normalnie nie wiem. Rododendron. Nie, dobra, ale jakieś realne imię. Sama ze sobą ustalić to, kurczę, ciężko. Zawsze jakaś wizja z zewnątrz. I teraz mnie męczy ten rycerz z lektury. Ej, normalnie zaćma.
Pewnie się teraz ze mnie śmiejecie wszyscy ci, którzy pamiętają. Słuchajcie, muszę to gdzieś obczaić w internecie, bo mnie będzie męczyć. Może on wcale nie był na „R”, tylko moja pamięć tak twierdzi. Rycerz. Może on w ogóle nie był rycerzem. Roland! No, Roland. To był Roland. Przynajmniej o nim pomyślałam. Wzór idealnego rycerza, no przecież.
Dobra, ale czemu bohater to rycerz? Ja chyba już drugi raz pobiegłam w tą stronę. Tak mi się coś wydaje, że już mieliśmy archetyp bohatera i też zrobiłam rycerza z niego. Okej, no dobra, ale to był hrabia Roland. Hrabia Roland historyczny. Czy do naszego bohatera to pasuje? Roland. A właściwie czemu nie? W sumie to nawet może będzie zabawne, jak to taki Może nawet osadzilibyśmy to nie w naszym współczesnym świecie, tylko jeszcze 10 lat do przodu, żeby już futurystycznie było. No dobra, będzie wymyślał te światy VR do okularów czy do chipu w głowie.
Za 10 lat to już tyle może się wydarzyć. Tak czy siak, pewnie jakieś światy będą potrzebne. I Roland. I ten nasz Roland sobie uciął drzemeczkę i sobie śpi. I teraz kolejne pytanie na tej mojej magicznej liście: jak jest? Myślę, bo tutaj nie mamy problemu w sumie, jeżeli przenosimy się poza ten tytuł. Tu jest pszczoła, on śpi. Czyli może być wszystko. Może będzie kogoś ratował. Ma się spełniać w tym śnie, być takim bohaterem.
Staje w obronie potrzebujących, posiada supermoce. Może będzie miał jakiś artefakt. To już byłoby fajne, jakby mu dać. Jakiś kostur może? Taki kij, że jak nim będzie uderzał w ziemię, to się będą robiły trzęsienia ziemi. Może coś takiego. A może będzie zaburzał pole magnetyczne Ziemi. Może jednak w tym śnie damy trochę takich elementów. Tylko po co miałby to robić? A może to będzie koszmar?
Może on w tym koszmarze zawsze jest bohaterem i będzie przerażony tym, że stał się antybohaterem i będzie niszczył ten świat, który mu się przyśnił. A może przyśnił mu się jakiś super świat, na który nigdy wcześniej nawet nie wpadł. Może to jakiś przełomowy, że po przebudzeniu będzie mógł go zastosować. Jakiś przełom może z tego zrobimy. Czyli jak jest, to może właśnie poznajemy naszego bohatera w momencie, kiedy w tym śnie, może wbrew sobie będzie niszczył świat, że coś przejęło kontrolę nad jego ciałem. Może ten kostur, ten artefakt przejmie kontrolę i on będzie w środku się dusił, krzyczał i chciał zaprzestać, a coś będzie po prostu spychało go i władało jego ciałem i sprawiało na przykład, że ziemia się będzie rozstępowała od tych trzęsień i ludzie będą wpadali, budynki będą się zapadały, wszystko będzie ginęło. Ogólnie katastrofa jakaś gruba, a on będzie zachodził w głowę swoją w tym śnie, jak przejąć z powrotem kontrolę nad ciałem, jak ją odzyskać, jak pokonać to coś, co go opętało. A jak było? Czyli w tym śnie zaczęło się sielankowo. Piękny świat.
Może ten świat zrobić taki dużo natury, dużo liści, taki trochę dziewiczy ten świat jeszcze. Ta cywilizacja mogła być dosyć mało rozwinięta w tym śnie. I dlatego ten świat może mu się tak podobał. Może był trochę odwołaniem do tych wartości, do tego, co go kiedyś w dzieciństwie zainspirowało i to wszystko, co ukrywał w realu, nie we śnie, przed wszystkimi, to tutaj będzie po prostu świat utopijny dla niego. I nagle na przykład może znajduje w lesie jakiś kij, czy podnosi ten kij. Co mogłoby się wydarzyć? A może poszedł się przespacerować leśną ścieżką i nagle z drzewa pod jego nogi spada taki wielki kij, że ledwo zdążył uskoczyć. Podniósł ten kij, żeby zobaczyć, co to jest i nagle wtedy to przejęło kontrolę i on zaczął niszczyć ten świat piękny. Dobra, to już wiemy mniej więcej jak jest, jak było. Kolejne pytanie mam takie: jak było?
I to dotyczyło bardziej tej przeszłości, której nie ma, czyli tej części, że było utopijnie. I co się zmieniło? Jak zawsze wybiegam przed szereg, czyli zmieniło się to, że spadł ten kij i on zaczął niszczyć i on chce się temu przeciwstawić. I teraz jakie jest rozwiązanie? Kolejne pytanko mamy. Idę dzisiaj jak burza z tymi pytaniami. Jakie jest rozwiązanie? Tutaj jest archetyp bohatera, że ma takie supermoce niedostępne dla innych. Myślałam o tym kosturze w pierwszej chwili, ale teraz, skoro on jest uwięziony we własnym ciele, to może tutaj odnajdzie w sobie jakąś moc. Może w tym śnie poprzez tą walkę wewnętrzną odkryje, że nie powinien ukrywać tego, co jest najpiękniejsze w nim, tych wszystkich wartości, które w realu ukrywa przed światem.
I może ten sen też będzie w jakiś sposób mu pokazywał, że może warto jednak po przebudzeniu otworzyć się na to. Już wybiegam trochę w przód, jeżeli chodzi o morał tej historii. Natomiast to rozwiązanie to może będzie tyle sobie zadawał pytań, tak desperacko o to walczył, patrząc jak każda osada, która znika pod ziemią, każdy piękny las, zwierzęta, ludzie, cały świat będzie się walił. I on będzie za wszelką cenę starał się znaleźć w sobie tą odpowiedź, bo tylko tym będzie dysponował. Skoro nie ma władzy nad swoim ciałem, nie może w żaden sposób się komunikować z nikim na zewnątrz, to właśnie tam będzie szukał odpowiedzi. Będzie schodził do najgłębszych, najczarniejszych, najbardziej zamkniętych swoich zakamarków. To też byłyby ciekawe wizje, by opisać. Wiadomo, jak to we śnie, to te zakamarki będą trochę wykoślawione, może groteskowe, może makabryczne niektóre. Trochę jak kręgi piekieł u Dantego, to tu mogły być kręgi wewnętrznej otchłani. Może nie samego piekła, tylko warstwy doświadczeń tego wszystkiego czy różnych traum.
A może się okazać, że prawdziwe rozwiązanie tak naprawdę będzie w zasięgu mentalnej ręki, bo wystarczyło odwołać się do tych wartości. Może ten kostur, który przejął kontrolę, może też miał — właśnie myślę, na ile on będzie świadomy. Musi być w jakiś sposób. To musi być jakiś byt pewnie zaklęty w ten kostur. Wirus komputerowy. Taki kostur, który pozornie będzie wyglądał — fajny motyw w grze, w sumie fajna gra, fajna fabuła na grę. Właśnie może wymyśliłam fabułę na grę. Oczywiście jak ktoś z was planuje ją podkraść — jasne, zachęcam, nie krępujcie się. Aczkolwiek będzie mi milusio, jak gdzieś wspomnicie, że zapaliłam iskierkę inspiracji do tego pomysłu. Czyli może te wartości, o których bohater sobie przypomni, skoro nic w tych otchłaniach, w tych kręgach tak naprawdę nie znalazł.
Największy wyczyn to był taki, że tam się odważył wejść. Ale wrócił i pomyślał: „Dobra, spokojnie, poukładajmy to, zacznijmy od nowa”. Zwłaszcza że już ten świat bardzo podupadał, było bardzo źle i on musiał jeszcze zdusić panikę. Przypomniał sobie o swoim wewnętrznym kodeksie bohatera, kodeksie samym ze sobą i pomyśli o swoich wartościach i może któraś z tych wartości wpłynie na ten byt, który był w kosturze. Może on się na chwilę zawaha, a może bohater właśnie zauważy, że im bardziej będzie myślał o swojej wewnętrznej sile, o tym, skąd się w ogóle czerpie jego motywacja czy chęć przeżycia — nawiązuję tutaj do tych wartości i do tych filarów — to może będzie zauważał, że powoli wtedy on zaczyna dominować czy powoli przejmuje kontrolę nad ciałem albo zaczyna powoli czuć to ciało, że wpływ tego artefaktu słabnie. Takie wartości jak honor, obrona potrzebujących, troska o innych czy chęć czynienia dobra. Może im bardziej on sobie będzie to wszystko przypominał i układał, tym bardziej przejmie kontrolę. Po tym wszystkim mógłby się wybudzić. Oprócz pomysłu na fabułę, poniekąd ten sen się okaże taką wyprawą bohatera, że uświadomi sobie, jak bardzo ważne są te wartości. Jak tutaj uratował świat, to może jednak warto się w tym realu tymi wartościami podzielić.
Jeszcze tak sobie myślę z tym kosturem. Może to będzie taki artefakt, który już zniszczył niejeden świat, ponieważ przejmował kontrolę, a tutaj nasz bohater poukładał się wewnętrznie. Zrozumiał esencję samego siebie, te wszystkie najważniejsze rzeczy, na których to wszystko w ogóle w jego życiu funkcjonuje. I może właśnie przez to, że przestał być pogubiony, ten kostur stracił władzę. Każda osoba, która jest pogubiona, kiedy chwyta ten artefakt, traci kontrolę. Ale faktycznie, jeżeli trafiłoby to na osobę, która jest poukładana, wie, kim jest, po co tu jest, jaka jest jego misja i tak dalej — czyli to, co nasz bohater odkryje w trakcie — a gdyby od razu miał, to ten kostur by nawet nigdy nie przejął kontroli. I co więcej, może można byłoby tego kostura, kija, tego artefaktu używać do czynienia dobra. Może same te wstrząsy ziemi byłyby potrzebne. Może jednak coś by w tym uniwersum dało się z tego robić czy wykorzystać to jako coś dobrego. A może dałoby się odwrócić tą siłę i zamykać ziemię.
Jeżeli gdzieś byłaby jakaś katastrofa czy jakiś wybuch, to może można byłoby odwrócić te skutki, czyli sprawić, żeby ziemia na powrót się połączyła. Ciekawy nasz kostur. Mam tu jeszcze jedno pytanie: kto pomaga bohaterowi? Jeszcze patrzę, chwilkę mamy, to wylosujemy sobie drugi archetyp, a później pomyślę, czy to będzie ktoś wewnątrz, czy na zewnątrz, czy może w ogóle w realnym świecie. Dobra, w sumie tasowane było, to teraz siup. O, proszę. Buntownik. Buntownika też już mieliśmy. Zdaje się w tej historii z fryzjerem od wampirów. Pierwszy czy drugi odcinek?
Drugi chyba albo trzeci. Nieważne. W dużym skrócie: podważa ustalony porządek rzeczy, kwestionuje zastane status quo, zadaje niewygodne pytania, zmusza do myślenia. Jego drugie imię: Rewolucjonista. Gotów iść na barykady za swoje przekonania i ideały. Można też zrobić tak, że nasz bohater mógłby w trakcie tej podróży w głąb siebie odkryć w sobie tego buntownika. Tylko teraz myślę, co by nam to dało. Może ten podpunkt: „Zadaje niewygodne pytania, zmusza do myślenia i rewizji poglądów, prowokuje”. Tak brzmiało to w całości. Może właśnie szukając w sobie odpowiedzi, on spotka taką personę.
To byłoby też jego wnętrze, tylko można by to fajnie zmanifestować. Nie wiem, czy w postaci jakiegoś stworka, może duszka, przewodnika po tych otchłaniach. Istota, która przyczepi się do niego i będzie go drażnić, wkurzać, prowokować, ale w końcu dotrze do niego, że te wszystkie niewygodne pytania, które ta istotka mu zadawała, sprawiły, że on stwierdził, że wyszedł z tej otchłani i zaczął szukać prostszych rozwiązań. Może właśnie taki buntownik będzie mu pomagał. To byłoby fajne. Taki na poły trickster, trochę sojusznik. Dobra, to mamy tego buntownika. I teraz myślę jeszcze, co po przebudzeniu. Wrócę do tytułu. Ta pszczoła wokół jabłka.
Czyli tu byłaby wtedy ta cała fabuła. Można by w ogóle zacząć nie od tego, że sobie bohater spał, tylko od razu wjeżdżamy na grubo w ten świat czy w ten spacer po lesie, gdzie ten kostur spada w jakiś sposób. A później przechodzimy, że to wszystko był sen i że ta pszczoła go obudziła. Można zrobić, że miał taki rytuał, że zawsze po przebudzeniu, żeby dostarczyć dużo witaminki C, dużo zdrowych rzeczy, to sobie zjadał granat, żeby mieć rozpęd albo pił sok z granatu. Może golnie sobie soczek. Chociaż opis na przykład chrupania. Jak ktoś z was widział, jak wygląda ten owoc w środku, czy jadł go, to też będzie wiedział, że specyficznie te nasionka czy cząstki owoca pękają, czy ta pestka jest w środku. Można by też fajną scenę tego dźwięku rozpisać. A może sam ten dźwięk będzie jego rytuałem, że będzie jeszcze chwilę medytował, słysząc pękanie tych cząstek w środku. Dobra, to już sobie śmieszkuje.
Natomiast jak to się przełoży na jego pracę? Tak jeszcze myślę, bo skoro mamy sobie tutaj takiego projektanta światów, to może tak to się zakończy, że oprócz tego, że pomyśli, że to byłby świetny scenariusz, a może zawsze pomagał wymyślać światy, a może to będzie moment taki, że on stanie za siebie, wesprze się sam siebie i postanowi stworzyć własną grę albo własny scenariusz. Że ten sen będzie tak inspirujący dla niego. Może coś takiego, że najpierw ten kostur będzie działał super, ale im dłużej się będzie używało w grze jako gracz, to nagle zacznie się robić problem z kontrolą. Że nawet sam gracz będzie tracił kontrolę nad tą postacią. To byłoby ciekawe. Jeżeli ktoś z was kiedyś grał w „Max Payne'a”, to chyba tam, z tego, co pamiętam, były takie, jak go czymś naćpali, to miał psychodeliczne wizje. To w sumie taka gra też by mogła być. Takie trochę połączenie „Skyrima”, takich pięknych widoczków. Jak widziałam te trzęsienia ziemi, to w sumie widziałam „Borderlands”.
Taka gra chyba. Nie wiem, czy gdzieś w tym magicznym, legendarnym „Fortnite'cie” przez moment nie było takich klimatów. Takich pustyni, ziemi, takich trochę postapo, ale takiego wypalonego. Ciekawe. Wiecie co? Ja już widzę ten świat. Ja już widzę tą grę. Ja w sumie to już bym grała w tą grę. Ale jak te wartości, bo on jeszcze odkrył te wartości. Może kiedy w tym śnie odkrył, zrozumiał te wartości, czy jedząc ten owoc, czy pijąc soczek, myślał sobie jeszcze nad tym, że to faktycznie były jego wartości.
Że to nie była jakaś tam tylko fabuła we śnie, tylko faktycznie jego mózg pracował w sobie w tle i że to naprawdę jest ten jego kodeks i w sumie on nigdy się nie odważył tak w 100% zastosować w życiu, bo coś wypada, czegoś nie wypada. I postanowił, że będzie takim bohaterem, że będzie wierzył w to, że wszystko jest możliwe i zacznie działać i stworzy swoją grę. Mimo że pracuje tutaj, komuś pomaga, ale zacznie rozpisywać projekt i będzie legendą w świecie gier. Dobra, słuchajcie, myślę, że chyba mamy to. Mi się ciągle wydaje, że to są takie proste fabuły, ale żeby było śmieszniej, jak później obrabiam trochę ten dźwięk, odsłuchuję, to jednak to trwa dłużej, niż mi się wydaje, jak tutaj siedzę po stronie mikrofonu. Ciekawy ten artefakt. Powiem szczerze, można by w ogóle samo działanie fajnie rozpisać. Myślę, jaki ten byt mógł być. Czy to bardziej byłby demon, czy coś w rodzaju sztucznej inteligencji. Jakby nie patrzył, jakby to sobie przełożyć, to w sumie taki demon to też jest rodzaj sztucznej inteligencji w kontekście mitologicznym.
Ciekawe. Dobra, bo ja już odpływam myślami w ten kostur. Ja sobie tu jeszcze pokminię tą historyjkę. Mam nadzieję, że was też coś zainspirowało. Może gdzieś sobie użyjecie taki artefakt. Wiecie, to nie musi być wcale kostur, może to być jakiś medalion, może jakaś księga, cokolwiek. Może smartfon, może pójdziecie współcześnie w coś. Co jeszcze? Może samochód. Też już chyba był kiedyś jakiś film o opętanych samochodach, o samochodach, które przejęły kontrolę nad ludźmi.
Albo żarówka może jakaś. Dobra, już nie wymyślam, bo się rozglądam i dużo rzeczy tu kiełkuje. Może wy w ogóle macie jakieś sny. Mi się nieraz śniło jakieś fajne uniwersum, mam część spisaną. A może wam też się coś śni? Może też bazujecie w pisaniu na swoich snach, a jeśli nie, to może warto. Czasami może coś wyjdzie bardzo abstrakcyjnego, ale może w trakcie spisywania nadacie temu jakiś głębszy sens, czy dopiszecie coś od siebie. Kurczę, wszystko fajnie, wszystko na plus. Czasami jeden element, a może zrobić tak robotę. Dobra, to ja kończę.
Życzę wam samych cudowności. Oczywiście, że mocy inspiracji i dużo ciepełka przede wszystkim, bo już takie chłodne, wilgotne powietrze jest. Już wiem. I żeby przyśniło się wam coś inspirującego. Jest pięknie, na tym zakończę. Trzymajcie się. Pa.
[03:41:38] - Proszę państwa, zapraszam teraz na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj Mirosław Gołuński opowie państwu o książce Swietłany Aleksijewicz „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości”. Zawiesiłem głos, bo coś państwu jednak opowiem. Mam jakieś wspomnienia. To było 26 kwietnia 1986 roku. Ja wtedy pracowicie chadzałem sobie do studium pomaturalnego, bo się nie dostałem na studia w pierwszym terminie, więc musiałem rok przychodzić do studium pomaturalnego. Na administrację państwową chodziłem. Rany boskie. Ale chodziłem.
I mieliśmy akurat zajęcia z przysposobienia obronnego. Akurat bawiliśmy się w jakieś czujniki, jakieś radio, coś tam. Nieważne. I tak państwu szczegółowo nie powiem, co to było, jakie to było. W każdym razie zaczął wyć. I nie, to nie jest dramatyczna historia, że wykryliśmy skażenie promieniotwórcze. Nie, po prostu przypadek. Jedno z tych urządzeń do wykrywania promieniowania zaczęło wyć. Dokładnie tego samego dnia, nie wiem, czy zaraz potem, czy zaraz przedtem, tego już nie jestem w stanie ustalić. W każdym razie 26 kwietnia 1986 roku o godzinie 1 minut 23 i 58 sekund seria wybuchów obróciła w ruinę reaktor oraz czwarty blok energetyczny elektrowni atomowej, która była położona niedaleko granicy białoruskiej.
Tak, w Czarnobylu właśnie. Ta katastrofa czarnobylska była najpotężniejszą katastrofą technologiczną XX wieku. Autorka książki, o której będzie dzisiaj mówił Mirosław Gołuński, pojawiła się w okolicach Czarnobyla 20 lat później. Swietłana Aleksijewicz wróciła tam i rozmawiała z ludźmi, dla których ten dzień w '86 roku był końcem świata, którzy tak naprawdę nie powinni żyć, ale przeżyli. Żyją, bo jak oni to mówią, trzeba żyć. I bohaterowie książki opowiedzieli historię o tym, co wydarzyło się wówczas i o tym, co wydarza się dzisiaj. O ponad dwóch milionach Białorusinów, których — jakież to charakterystyczne dla socjalizmu — zapomniano przesiedlić poza strefę skażoną. O dzieciach, które są bez włosów, o zwierzętach, które mają smutne oczy, a które zamieszkały w porzuconych domach. O dziwnych stworach, które pojawiły się w rzekach i lasach. I o tym, że mimo wszystko ludzie chcą być szczęśliwi.
Ta wybitna białoruska dziennikarka pokazuje nam bezlitosną prawdę o tamtym miejscu, o tamtym czasie, o tamtych władzach i o tamtych ludziach. Zapraszam państwa bardzo serdecznie na spotkanie z Mirosławem Gołuńskim i na jego „Labirynt”.
[03:45:37] - Dobry wieczór. A może dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy macie państwo czas i ochotę odsłuchać opowieść o moim labiryncie książek. Dzisiaj po nieco łatwiejszej lekturze zabieram państwa do miejsca bardzo poważnego. Do miejsca, które związane jest z moim dzieciństwem, a pewnie też dzieciństwem i dorosłością wielu ludzi pośród państwa. To niezwykła książka Swietłany Aleksijewicz Noblistki. „Czarnobylska modlitwa. Kronika przeszłości”. 26 kwietnia 1986 roku. Do nas informacja o tym, co się wydarzyło, dociera trzy, cztery dni później, i to via Sztokholm, ponieważ Rosja oczywiście nie przyznaje się do niczego.
Związek Radziecki, wtedy Rosji nie było. Nie przyznaje się do niczego, a jednak się zdarzyło. Jedna z najpoważniejszych awarii i właściwie do czasów Fukushimy jedyna awaria systemu w elektrowni jądrowej czy elektrowni atomowej, jak to wtedy nazywano. Aleksiejewicz kilka lat później zaczyna zbierać wiadomości. Zaczyna zbierać relacje ludzi, którzy tam byli w trakcie, którzy tam pojechali po. Książka, o której państwu opowiadam, świetnie przetłumaczona przez Jerzego Czecha, to oskarżenie systemu sowieckiego. To podobnie jak „Cesarz” Ryszarda Kapuścińskiego coś znacznie więcej niż dokument, niż reportaż, niż narracja z epoki. To coś bardzo dramatycznego, tragicznego i gorzkiego. A jednocześnie to niezwykła opowieść o ludziach. Dlatego, że autorka, w tym wypadku dziennikarka, zdecydowała się oddać głos ludziom.
Tak naprawdę z opowieści, z narracji, którą dostajemy, wynika, że po prostu nagrywała relacje. Pewnie zadawała pytania, ale gdy przepisywała je na czysto, usuwała siebie, usuwała swoje pytania. Za to wprowadza didaskalia, dramatyczne pauzy, łzy, chwile refleksji, którymi dzielą się również poza słowami ludzie, którzy jej to opowiadają. Pamiętam rok 1986. Miałem już dobrze ponad 10 lat. Pamiętam, jak pewnie wielu moich rówieśników, słynny płyn Lugola. A ponieważ sam miałem rodziców chemików, znaczy miałem, mam, wiedziałem nieco więcej, choć oni nie wiedzieli zbyt wiele ani nie chcieliby pewnie ja za dużo wiedział, ale czułem ich strach. Jak bardzo on był słuszny, to nie jest ani dzisiaj, ani dla mnie, ani tak naprawdę też dla tej książki najważniejsze. Ale opowieści ludzi, którzy mieszkali od Czarnobyla tak blisko, że widzieli łunę pożaru, odnotowali śmierć wróbli i chrząszczy, to, że zbielały liście w ciągu jednej nocy. Nie wiedzieli, że to jest cezy i stront.
To jak opowieści ze świata poza APU. Takie wiecie państwo, bez happy endu. Chociaż oczywiście w samym akcie wybuchu i potem przy gaszeniu zginęło kilkadziesiąt osób. To pozostały choroby zarówno tych, którzy mieli nieszczęście w pobliżu mieszkać, jak i tych, którzy pojechali walczyć z pożarem, a potem zasypywać to miejsce. Najbardziej poruszające jest to poczucie absurdu. W kilku miejscach osoby opowiadające mówią o tym, że świat się dla nich skończył i zaczął na nowo. Karmieni radziecką propagandą, że mają szykować się na wojnę z Amerykanami. Karmieni też oczywiście opowieściami jeszcze wtedy przecież żyjących żołnierzy. To było 36 lat temu. W '86 od wojny minęło dopiero 30, 40 lat, więc młodzi chłopcy, którzy poszli na wojnę, mając lat 20, mieli dopiero 60.
Spodziewali się wszystkiego, ale nie tego, że nie będzie frontu. Tak to jest opowiadane. Zjawia się wojsko, ale nie wiadomo, gdzie jest wróg, bo wróg jest wszędzie i nie ma go nigdzie. To, co mnie uderzyło, to gdy czytałem to w pandemii, zobaczyłem w opowieściach tych ludzi te same mechanizmy wyparcia. Oni nie rozumieli, co się stało. No nie ma wroga. Przecież trzeba zebrać z pola, a to wszystko grozi śmiercią. Dodatkowo Swietłana jest Białorusinką. Aleksiejewicz jest Białorusinką. Ukraińcy, na których terenie stała elektrownia, oczywiście odczuwali to.
Ten strach był u nich jeszcze większy. Białorusini wydawali się, że jak mieszkają za granicą, to przecież nic im nie grozi. Na Białorusi nie ma atomu. I oni naprawdę tak żyli i myśleli. 10, 12 lat później ona zbiera opowieści od wdów, od zrozpaczonych matek, od tych, którzy stracili normalne życie. To również opowieść o lękach społecznych. Wysiedleni, bo w końcu trzeba było ich wywieźć, Białorusini opowiadają o tym, jak ludzie przed nimi uciekali, bo przecież uciekali tak, jakby można było zarazić, jakby można było przekazać ten stront czy cez. To bardzo gorzkie historie. I do tego ta nieprawdopodobna propaganda, bo przecież kapitalistyczna Ameryka czyha. Przecież o niczym nie można mówić, bo KGB też czeka i czuwa, bo wszystko było na rozkaz.
Pilot śmigłowca, który latał, woził piach nad płonący reaktor, by go zasypać. Co oczywiście, oni wszyscy zapłacili rakiem. Opowiada, że czuł się bohaterem i bohaterów z nich robiono. Na pytanie, czy gdyby trzeba było lecieć jeszcze raz, odpowiada tak. Nie był tchórzem i czuł się jak bohater wojenny. Oni naprawdę w to wierzyli. Oni naprawdę wierzyli, że tak trzeba. Oczywiście są też odpowiedzi inne. Były ówczesny szef Instytutu Fizyki Białoruskiej Akademii Nauk opowiada, jak zmagał się z systemem, jak próbował ostrzegać. Skończyło się wyrzuceniem z pracy i grożeniem Sybirem.
Gdy dezymetry pokazywały piekło, to się je usuwało, bo nie należy siać paniki. Na zasadzie jak nie chcesz być chory, to zbij termometr. Znamy to skądś, prawda? To naprawdę niezwykła książka. Ale ja też zwróciłem uwagę na rzecz absolutnie pozornie uboczną, której trudno by się było spodziewać. Ale zwłaszcza w opowieściach ludu Rosjan, mieszkańców, Białorusinów, chłopów jest siła słowiańskości. To jest wręcz nieprawdopodobne, ale po iluś tam dziesięcioleciach praktycznego komunizmu bohaterowie mówią o słowiańskich obrzędach pogrzebowych, o słowiańskich świętach ku czci zmarłych. O ile cerkwie pojawiają się w tych historiach rzadziej, o tyle umieranie jest nie tylko ściśle związane z metafizyką, ale również z rytuałem słowiańskim. To naprawdę niezwykłe, że ci ludzie zmęczeni, chorujący, z poczuciem utraconego świata, bo musieli się wyprowadzić albo zostać uwięzieni, oni ciągle tęsknią do słowiańskości. Jest tam taka niesamowita historia, że część z tych ludzi z jakiegoś kołchozu czy sowchozu, którzy żyli na Białorusi w małych, biednych, brudnych chatynkach, najczęściej jeszcze przy nafcie, bo bez prądu, przeniesiono ich na osiedle, gdzie były wygodniejsze, jasne mieszkania, prąd, ciepła woda.
Oni nie potrafili się przyzwyczaić, bo to nie było ich. To są takie nieoczywistości, które z tej książki można również wydobyć. A ja państwa zapraszam do zwiedzania korytarzy mojego labiryntu właśnie, by dotykać maksymalnie wielu takich nieoczywistości. Bo czytanie jest dla mnie niczym praca archeologa. Wiecie państwo, zawsze chciałem być archeologiem. Pewnie dlatego dzisiaj mówię o moim labiryncie. Tylko rysować nie umiałem. Ale praca archeologa, nie tego Indiany Jonesa bynajmniej, kojarzy mi się właśnie z cierpliwością. Z takimi miotełkami, które widziałem kiedyś, jak zdarzyło mi się być na wykopaliskach, które zwiedzałem. I takie cierpliwe usuwanie piasku, cierpliwe przeszukiwanie, w moim wypadku tekstów, w wypadku archeologów ziemi, w poszukiwaniu znaczącek, poprzez które będę mógł dotrzeć głębiej.
Dlatego tak lubię i tak często zapraszam państwa na wycieczki w różne strony. Bo gdy czytam o Białorusinach, opowiadałem już państwu przecież swego czasu o Afryce, to właśnie te nieoczywistości wydają mi się najciekawsze. Mnie zawsze fascynowało spotkanie z innym. Oczywiście ta inność może pojawiać się na milion sposobów, bo każdy jest inny niż ja. Jak cudownie zauważa bohater „Lewej ręki ciemności” Ursuli Le Guin, gdy mówi, próbuje wytłumaczyć komuś, kto tego nie rozumie, jaka jest różnica między mężczyzną a kobietą. Odpowiada właściwie: „Ja nie umiem nic powiedzieć o kobiecie. Ona jest tak samo daleka mnie jak ja jej, jak dwa różne światy”. Więc inność jest oczywiście czymś naturalnym, a ja lubię spotykać inność, bo ona mnie ubogaca. Ubogaca mnie dlatego, że pokazuje mi rzeczy nieoczywiste. Tak właśnie jak na przykład ta słowiańskość u wyznawców komunizmu.
Oczywiście wśród głosów w tej książce są i obrońcy komunizmu. Są i tacy, i takie, które mówią, że to wszystko jest, że tak musiało być, że byliśmy zagrożeni przez złą Amerykę. Bo ludzie są różni i za każdym razem mają własną wizję świata. Dobrze się ją poznawać. Dziękuję państwu. Do zobaczenia. Dwa tygodnie temu rozpoczęliśmy cykl takich pogadanek, opowieści Witolda Wargasa, który nosi tytuł, ten cykl oczywiście nosi tytuł „Żywcem wzięte”. To są opowieści ludowe i o tym, jak je rozumieć. Dzisiaj drugi odcinek. Ja cały czas apeluję, żebyście państwo nie uciekali.
Te opowieści ludowe mogą się państwu z jakimś takim folklorem kojarzyć, z przyśpiewkami ludowymi, jakimiś oberkami. Nie każdy to lubi. Ja na przykład nie. Ale Witold Vargas zabiera nas w świat fantazji, świat opowieści. Dzisiaj bardzo dziwna opowieść inuicka. Kiedyś się mówiło eskimoska. No ale dobrze, inuicka. Zobaczycie państwo, kiedy ja pierwszy raz słuchałem tej audycji, przygotowując ją dla państwa, byłem zaskoczony. Ale o co chodzi? Po pierwsze bardzo krótka i czy coś z niej wynika?
Takie było moje wrażenie, że autor popełnił jakiś błąd. No ale później bardzo szybko przekonacie się państwo, że w tej krótkiej opowieści, która na początku wydaje się nie mieć kompletnie sensu, jest ukryta pewna głęboka prawda. I to, co mówi Witold Vargas, moim zdaniem wcale nie jest jakimś wymyślaniem, dorabianiem filozofii. Tak chyba właśnie było i Witold Vargas pięknie odsłania pewne mechanizmy, dla których historie, pozornie historie dla dzieci są budowane. Okazuje się, że one mają swoje drugie dno. No to niby oczywiste, ale mają też ściśle odpowiednio pojętą funkcję, funkcję wręcz społeczną. Ale ja tu zagaduję państwa i zagaduję. Oddajmy głos Witoldowi Vargasowi.
[03:58:29] - Żywcem wzięte. Magia opowieści ludowych i jak je rozumieć. Pewna myszka się potłukła. Bajka innuicka. Całkiem niedawno, rozmawiając o bajkach tradycyjnych i o tym, czy są one zrozumiałe dla nas, ludzi współczesnych, ktoś wspomniał o następującej bajeczce innuickiej jako przykładu czegoś dla nas skrajnie abstrakcyjnego. Oto ona. Na skraju nieba żyła sobie mała myszka. Wyjrzała i dostrzegła kamienny kominek. Obeszła go wokoło, ale nie zauważyła stopnia i upadła na samą krawędź ostrego kamienia. Zraniła sobie brzuszek i zdawało jej się, że wszystkie wnętrzności wyszły jej na wierzch.
Ale potłukła sobie również żebra i wtedy zaczęła płakać. Koniec bajki. Zapytałem grupę o wrażenia i sporo osób powiedziało mi, że jest ona jakaś wybrakowana. Jedna osoba stwierdziła wreszcie, że prawdopodobnie informator, od którego została ona spisana gdzieś na dalekiej Alasce, nie znał tej opowiastki do końca i podał tylko tyle, ile pamiętał. Ja zapytałem wtedy, ile postaci w tej bajce dostrzega, bo to chyba oczywiste, że tam występują co najmniej trzy. Czy wy, drodzy słuchacze, domyślacie się, kogo mam na myśli? Pomyślmy. Dobrym tropem będzie nasza wszystkim doskonale znana rymowanka: idzie rak, nie bo rak, jak uszczypnie, będzie znak. Czy jest ona o tym, że idzie jakiś nieszczęśliwy rak, który może zostawić znak? W rymowance udział biorą trzy postacie.
Jedna fikcyjna — rak i dwie autentyczne — rodzic i dziecko, którego ów rodzic łaskocze i delikatnie szczypie po żebrach. Czy dziecko widzi tego raka? Oczywiście! Czai się pod postacią pełnej odnóży ręki rodzica. Czy uczestniczyliście kiedyś w tej zabawie? Ja tak. Bałem się go trochę, ale to był przyjemny lęk, bo mama doskonale umiała utrzymać zabawę na granicy bezpiecznych emocji. A czy to nie jest najważniejsze również w bajkach, żeby poprzez emocje dać się porwać aż do samej granicy tego, w co jesteśmy w stanie uwierzyć? No dobrze, wróć. Miało być o myszce, która spadła z pieca.
Otóż to nie bajka, ani baśń, ani legenda. I fakt, że znajduje się w zbiorze "Ognista kula: legendy i baśnie eskimoskie" tego nie zmieni. Choć z drugiej strony to jak najbardziej bajka, baśń, a nawet legenda poniekąd. Namąciłem? Pozwólcie, że się wytłumaczę. Formalnie to krótka opowiastka. Może wierszyk, może rymowanka, ale jak dla mnie służy ona bardzo konkretnemu celowi, mianowicie uspokojeniu dziecka, które właśnie stłukło sobie kolano i rozpacza wniebogłosy. Otóż czytając inne podania innuickie dowiedziałem się, że w tamtej kulturze oczekiwało się od dzieci, by panowały nad głośnym wyrażaniem emocji. Warto pamiętać, że tradycyjnie Innuići polowali głównie na foki, które wygrzewały się na skraju przerębli tuż obok wody. Na najmniejszy niepokojący szmer jednym delikatnym ruchem ciała — chlusK!
— i już obiadek zniknął z pola widzenia. Była to sprawa życia i śmierci, a dziecięce krzyki najgorszym zagrożeniem. Wśród opowieści Inuitów sporo z nich zaczyna się od tego, że dzieci swoją zabawą spłoszyły foki, a potem przyszła wielka foka i zabrała ich do swojej magicznej krainy, gdzie było im bardzo smutno i samotno. Mówi wam to coś? Pomyślmy jeszcze raz. A znacie bajkę o szczurołapie? Tym, który za pomocą magicznego fletu zabrał wszystkie dzieci z miasta do wnętrza góry? A o Pinokio, który po swoich łobuzerskich perypetiach wylądował na Wyspie Głupców? W naszej polskiej tradycji mówiło się: uwaga dzieci, bo kania leci, by przestrzec latorośle przed deptaniem kiełkującego zboża na polach. Kania, na co dzień bardzo pożyteczny ptak drapieżny, w ustach rodziców stawała się piękną panią unoszącą się na chmurce blisko ziemi i zapraszającą do niej niesforne dzieciaki, by porwać je i nigdy więcej nie oddać rodzicom.
Myszka znów? Toż to przecież Myszka Zębuszka! Wiedzieliście, że wróżka, ta, która dziś zamienia mleczaki na pieniążki, była kiedyś myszką i nadal nią jest w wielu krajach? Bo myszka to od pradziejów opiekunka dzieci, trochę jak anioł stróż. Przywołując ją mówiło się często o sprawach ważnych dla najmłodszych. Powiada się, że nasza polska myszka umiała wędrować po niebie, korzystając z Drogi Mlecznej. Piękne, prawda? Reasumując, opowiastka inuicka, którą dziś badamy ze wszystkich stron, prawdopodobnie nie była recytowana na zamówienie. Raczej czekała na moment, kiedy trzeba było dziecko uspokoić, bo się potłukło. Mówiło się doń tak: „Pewna myszka, która mieszkała w niebie, to znaczy dziecko w postaci bajkowej, bezpiecznej, wyjrzała i dostrzegła kamienny kominek.
To znaczy dała się ponieść ciekawości tak jak ty. Nie zauważyła stopnia i spadła. To znaczy była nieostrożna i stał się wypadek tak jak tobie. Upadła na samą krawędź ostrego kamienia. To znaczy rozumiem twój ból, współczuję ci z całego serca. Zraniła sobie brzuszek i zdawało jej się, że wszystkie wnętrzności wyszły jej na wierzch. To znaczy, ale w jej wyobraźni wypadek urósł do gigantycznych rozmiarów, tak jak tobie. Nic poważnego jej się nie stało. Ale potłukła sobie również żebra. I ty dziecko pokażesz żebra.
Sprawdzimy, czy są całe. Pogilgoczę cię tu i tam. Tu następuje gilgotanie, a za nim śmiech. I zaczęła płakać. Uła! Uła! Uła! Kiedy dzieciak już się śmieje, a nie płacze, rodzic wtóruje mu: uła, uła, uła! Dając mu do zrozumienia, że ta cała awantura była mocno przesadzona i można się z niej pośmiać. Zauważ, nikt nie powiedział dziecku „zamilcz”, nie wyśmiał jego uczuć, nie poniżył je.
Wszystko poszło na konto myszki, która istnieje tylko w wyobraźni, więc jest niezniszczalna i odporna na wszystko. Czy to nie genialne? Tu właśnie tkwi magia baśni, legend i mitów, że mówią o sprawach jakże dla nas wszystkich ważnych, ale za pomocą symboli, czyli takich postaci, miejsc i rzeczy, które są jak worki z bardzo mocnego materiału i gdzie można wrzucić wszystko, nie uszkadzając ani worka, ani tych rzeczy. A po co wyrzucać rzeczy do worków? Ano po to, żeby móc je nosić na plecach całe życie. To się nazywa doświadczenie życiowe. Coś, co sprawia, że lepiej poznajemy świat, który nas otacza. Że nie boimy się aż tak rzeczy nieznanych, że umiemy trzeźwo ocenić zagrożenia i pokusy. A że nie możemy nabrać tego doświadczenia wyłącznie chodząc do sklepu, szkoły czy na plac zabaw, mamy jeden dodatkowy magiczny świat, gdzie da się to wszystko bezpiecznie przeżyć. To nasz zapasowy bagaż doświadczeń.
Magiczny świat bajek. Czas na recenzarium Evivy. Dzisiaj książka, właściwie debiut. No tak, książka, a właściwie debiutancka książka Tanith Lee „Zabójca umarłych”. Kilka słów z notki wydawniczej. Co prawda Luiza Dobrzyńska Eviva opowie państwu o tej książce lepiej, ale notka też się przyda. Czarne, głębokie, nieprzeniknione oczy. Kruczoczarne, opadające na ramiona włosy. Obszerny czarny płaszcz z kapturem. Oto Parl Toro, postrach zjaw, upiorów i wampirów.
Złowieszczy król. Król mieczy. Samotny wojownik, którego wszyscy się boją, a jednocześnie z niecierpliwością oczekują. Czy i tym razem uda mu się pokonać upiora? Czy odgadnie, która z dwóch pięknych sióstr nie należy do świata żywych? To tyle. A teraz już Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:09:38] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Czy lubicie opowieści o duchach? Albo może raczej o upiorach? Bo duch to coś niematerialnego. Natomiast upiór, jak wiadomo, może być niematerialny i może być materialny. Oczywiście rozprawiamy o czymś, czego nie ma, ale nawet to, co nie ma, rządzi się pewnymi prawami. Ponieważ czasami trudno przypasować do tego, co się stworzy, jakąś nazwę już istniejącą, trzeba wymyślić swoją. Tak właśnie zrobiła Tanith Lee w swej debiutanckiej powieści pod tytułem „Zabójca umarłych”. Używa mianowicie określenia żywomór. Jest to przebywający między ludźmi duch obleczony W rodzaj ciała.
Trudno powiedzieć, czy to ciało to astral, czy cokolwiek innego. W każdym razie żywomór potrafi być nad wyraz materialny i mocno zaszkodzić. Właśnie z takimi zjawiskami walczy Parl Dro, osławiony zabójca umarłych. Ludzie uważają go czasami za wybawiciela, częściej jednak po prostu boją się go. Kto wie, czy nie bardziej niż żywomorów. Parl Dro podróżuje po świecie piechotą. Nie posiada czegoś takiego jak wierzchowiec. Ma swoje powody. A wszędzie tam, gdzie się pojawi, budzi lęk i niezdrową ciekawość, czasem nawet wrogość. W małej wiosce, gdzie się zjawił, raczej jest to ciekawość.
Mieszkańcy bardzo chętnie opowiadają mu o miejscowej dziedziczce, czy raczej osobie uważającej się za dziedziczkę tych ziem oraz o jej towarzyszce, młodszej siostrze. Obie mieszkają w zrujnowanej wieży tuż za wioską. To znaczy, trudno powiedzieć, czy obie. Jedynym, który otwarcie od początku okazuje wrogość wobec Parla, jest śpiewak Majal. Czuje, że zabójca umarłych chce mu odebrać to, co kocha. Parl dobrze rozumie jego uczucia, może lepiej niż sam Majal może się tego domyślić, ale wie również, że musi wykonać swoją pracę, albowiem celem jego życia jest odsyłanie umarłych na tamtą stronę. Tych umarłych, którzy wciąż trzymają się świata żywych. Tym razem jednak, chociaż samo zadanie będzie dość proste, to spowoduje lawinę wydarzeń, których Parl wcale się nie spodziewał. Debiutancka książka Tanny Tli charakteryzuje się przedziwną poetyką, którą widać w tej książce i jeszcze w następnej, „Czarnoksiężnik z Volkianu”. Później było już niestety tylko gorzej.
Nie wiem czemu w pewnym momencie autorka zatraciła ową lekkość. Raczej można powiedzieć, że poszła w komercję. Zaczęła używać łatwych chwytów typu opisy aktów seksualnych oraz ponurej brutalności, co spowodowało, że jej książki przestały być już tak interesujące. Jednak „Zabójca umarłych” to lektura szczególna, ponieważ stykamy się w niej z życiem po śmierci pojętym w bardzo szczególny sposób. W pewnym sensie trochę japoński, co biorąc pod uwagę pochodzenie Tanny Tli nie byłoby takie dziwne, bo w końcu ona sama ma dalekowschodnie korzenie. Mianowicie upiór, czy też żywomór, jak ona nazywa, dręczy człowieka wcale nie dlatego, bo go nienawidzi, tylko wręcz przeciwnie. Dlatego, że go kocha. Takie stworzenia mają wypaczone podejście do życia, wypaczone spojrzenie na świat i dlatego właśnie są takie groźne. Pisarka przedstawia jednak z osobliwą czułością, tak jakby darzyła je ogromnym uczuciem tych zmarłych, którzy z jakiegoś powodu zostają na ziemi. Chociaż próbują doprowadzić swoich bliskich do śmierci, to robią to nie dlatego, żeby ich skrzywdzić, tylko dlatego, że chcą być z nimi.
Nie chcą odchodzić na drugą stronę bez nich. Tak jak już wspomniałam, książka sprawia wrażenie poematu. Coś absolutnie niezwykłego, jeśli chodzi o utwór pisany prozą. Myślę, że łatwo dacie się porwać jej magii, kiedy tylko po nią sięgniecie. A kiedy przeczytacie późne dokonania Tanny Tli, zrozumiecie, dlaczego uważam, że jej pisarstwo bardzo się zepsuło, co przyjęłam zresztą z dużym smutkiem. W każdym razie zachęcam do lektury „Zabójcy umarłych”. Jest to naprawdę piękna i bardzo wartościowa książka. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:14:28] - Przyzwyczaiłem państwa do tego, że w ostatnich audycjach było sporo prozy. Proza musi być również dzisiaj. Nie da się inaczej. A jednocześnie kontynuuję cykl mający przypomnieć nieboszczkę już, ale jednak bardzo zasłużoną, mianowicie audycję ABW. Antologia, Bibliotekarium, Warsztaty. Tam naprawdę pojawiało się sporo fajnych tekstów. Ja się trochę państwu, mówiąc szczerze, tym osobom piszącym dziwię, dlaczego przysyłacie, a właściwie nie przysyłacie albo przysyłacie tak mało tekstów do obecnej audycji. I ja się wcale nie odżegnuję od tego, że nie będę tych tekstów na antenie prezentował. Od razu powiem, że kilka tekstów jednak napłynęło i one sobie czekają elegancko w kolejce. Niemniej taki apel do państwa, może jednak przypomnieć sobie o czasach ABW i troszeczkę tekstów podsyłać.
Ja bardzo chętnie sobie o nich podyskutuję chyba sam ze sobą, ale jednak. Dam radę. Myślę, że dam radę przynajmniej. Dzisiaj to wspomnienie ABW to opowiadanie Jacka Fleischfressera zatytułowane „On drapie”. Długi tekst, ale Ivellios, który czyta to opowiadanie, dał radę, ogarnął to i myślę, że przed państwem niesamowite opowiadanie. Niesamowite w nastroju, niesamowite w pewnym klimacie. To ja państwa zapraszam. Dobra zabawa przed państwem.
[04:16:21] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW. Antologia, Bibliotekarium, Warsztaty. Czyta Marek Sęk "Ivellios".
[04:16:36] - Jacek Flenschfresser „On drapie". Szur, szur, szur. Obudziłem się, słysząc, jak pies drapie do drzwi. Żona pewnie zapomniała wpuścić go do środka. Zasnęła jak zwykle przed telewizorem. Szur, szur, szur. Kundel nie da spać. Po ciężkim dniu chciałem odpocząć i zwlokłem się z łóżka, by go wpuścić do środka. Kapcie zgubiły się przy przeprowadzce i od tamtej pory śmigałem na bosaka po zimnych panelach i kafelkach. Można się przyzwyczaić.
Sypialnia była po drugiej stronie domu, ale i tak nie zapalałem światła. Szkoda wzroku. Zegar z mikrofali wskazywał 2:05. Przekręciłem gałkę od górnego zamka i uchyliłem drzwi. Chłód otulił moje łydki, aż włoski na nogach się zjeżyły. Pusto. „Pucek!” – krzyknąłem, lecz on nie przychodził. „Pucek, ty kundlu” – spróbowałem ostatni raz, zanim pozwolę mu nocować poza domem. „Pu…” Słowa mi ugrzęzły w gardle, gdyż przypomniał mi się mały, acz znaczący fakt. Pucek zdechł dwa tygodnie temu.
Rano wstałem niewyspany, bo nie mogłem usnąć po tym incydencie z omamami. Starzeję się czy co? Może zwariowałem na stare lata. Właśnie dlatego nikomu z familii o tym nie wspomniałem, bo dzieciaki bardzo powoli oswajały się ze stratą. Córka, chociaż skończyła już 10 lat, wciąż zasypia z płaczem. Natomiast o trzy lata starszy syn dosyć szybko wytłumaczył sobie, że psy żyją krócej od ludzi. Oczywiście nie przeszkadzało mu to wołać go, gdy się zapomniał. Dla mnie to też była strata, bo nawet polubiłem owo brzydactwo z rasowych rodziców. Zresztą to na mnie spadł ten cały cyrk z nocnymi wyjazdami do weterynarza. Wydałem tysiąc na diagnostykę, a ci nawet nie chcieli dać mu czegoś przeciwbólowego, by złagodzić dwudniową agonię.
Zapach gorącego kakao wywabił z łóżek dzieciaki. Żonę jak zwykle musiałem napoić gorącą rozpuszczalną kawą. W zasadzie było to coś kawopodobnego, bo zapach też miało dziwny. Jakiś granulat z dodatkiem cykorii o niskiej zawartości kofeiny. Jak ona to może pić? Zabielam to czymś UHT podającym się za mleko. Dobrze, że przynajmniej nieodtłuszczonym, bo jeszcze byłaby chudsza niż patyk i wredniejsza niż zwykle. Ja też nie jestem lepszy, gdyż pijam gorzki wywar z pyłu herbacianego. Kiedyś piłem tylko Lipton, ale gdy syn wyczytał, że herbicydy są też w tej droższej marce, to przerzuciłem się na tanią minadkę. „Zaraz sobie palce odkroisz” – rzekła złośliwie ma ukochana.
– „Co taki jesteś nieprzytomny?” Zdążyłem zatrzymać ostrze, gdy zaczęło wgryzać się w paznokieć. A nic. Jakiś kot hałasował w nocy. Nie mogłem zasnąć. Darł mordę, że niosło po dzielnicy. Nigdy nie kłamałem mojej żonie, gdyż należałem do osób prawdomównych, a i ona wykazywała przenikliwość lepszą niż promienie rentgena. Mówiłem prawdę, no, półprawdę, gdyż Pucek z racji rozmiaru i wyglądu przypominał chudego, brzydkiego kota. Nawet córce, utalentowanej plastyczce, wciąż na obrazkach wychodził jak kotopies. „Rdolone sierściuchy” – przeklęła pod nosem Agata. – „Jakbym mogła, to wystrzelałabym każdego, który wejdzie na podwórko”.
Uśmiechnąłem się, bo przypomniałem sobie, z jaką determinacją ganiała dildo kota Paździerzakowej. Pchlarz kiedyś tak podrapał Pucka, że ten o mało co nie stracił oka. Kocur zrobił mu na całym ciele rany, które nie chciały się zagoić. „Uspokój się, dzieci słyszą” – syknąłem. – „Bo ci Bozia język uerdoli” – dodałem żartobliwie. „Sam się uspokój” – odbiła piłeczkę. – „Do tej pory nic nie zrobiłeś. Włażą i srają na moją działkę”. Nie chciałem drążyć tematu i podałem jej ukrojony chleb z żółtym serem, żeby się zamknęła. Może kiedyś się zadławi.
Nie daj Boże oczywiście. Spojrzała na mnie z wyrzutem i porwała kanapkę. Moją kromkę przełknąłem z trudem, popijając gorzką letnią lurą bez cytryny. Ucałowałem jeszcze dzieciaki i bez słowa wyszedłem, bo autobus uciekał za 10 minut. W pracy koło południa przeanalizowałem całe nocne zdarzenie i obiecałem sobie, że przebadam uszy. Rozmyślania przerwała kierowniczka. Wtargnęła do mojego pokoju i rzuciła papierami na biurko. Wyzwała od najgorszych, że źle akapity stawiam, że połykam przecinki i wszystko, co najgorsze. Popatrzyłem na grubą, sfrustrowaną babskę, której brak faceta i narastający alkoholizm szkodziły ponad miarę. Zresztą jej jak jej, ale ona i tak była przegrana.
Najbardziej z tego powodu i tak cierpieli jej podwładni, na których to właśnie wyładowywała swoją złą energię. Przełknąłem ślinę, żeby nie powiedzieć jej czegoś w stylu: „Won, ty wredna świnio”. Uśmiechnąłem się na siłę i odrzekłem spokojnym, wyćwiczonym, obojętnym głosem: „Tak, pani kierownik, oczywiście poprawię”. Zamknęła się na chwilę i jeszcze dodała coś o moim długim stażu i że się nie staram. W końcu wylazła. Przejrzałem jeszcze raz moje straszne dzieło. No rzeczywiście, trzy wyrównania, akapit i brak dwóch przecinków. To doskonały powód, by zmieszać człowieka z błotem. Przekląłem pod nosem i rzuciłem plikiem w ścianę. Wyobraziłem sobie, że trafiłem w czyjś pusty, zabity łeb.
Do pokoju wszedł współwięzień Alojzy Szewc, sympatyczny człek, który myślał, że nikt w zakładzie pracy nie wie o jego romansie z Radkiem Pawlikowskim, głównym księgowym. Obaj mieli żony i dzieci, ale na szkoleniach i wyjazdach integracyjnych nie mogli się od siebie odkleić w znaczeniu przenośnym i dosłownym. „Znowu tu była?” Alojzy kopnął pomięty plik. „Jak na nią patrzę, to nawet odechciewa mi się rzygać, a jak słyszę ją, to…” „Wiem, wiem, nie kończ.” Uniknąłem dywagacji nadreferendarza. Mógł tak godzinami rdoleć o swojej depresji spowodowanej niską płacą, brakiem snu, bo dzidziuś mu ząbkował. Podejrzewałem, że nie mógł już się doczekać kolejnej delegacji. Reszta dnia i wieczoru minęła znośnie i pełen dobrych myśli o 23.00 padłem na twarz. Szur, szur, szur. Obudziłem się. Wydawało mi się, że słyszę szuranie.
Położyłem się na boku, by znów zasnąć, ale po paru chwilach znów dobiegło mnie drapanie do drzwi wejściowych. Trap, trap. No nie, bez jaj. Złapałem za komórkę. Wyświetliła się 1:06. Po dwóch, może trzech minutach znów usłyszałem uporczywą próbę zniszczenia drzwi w celu wywarcia psychicznego przymusu na właścicielu. Poderwałem się i pobiegłem do drzwi. Przekręciłem zamek i otworzyłem z impetem. Lampa z fotokomórką rozświetliła ganek. Pustka.
Nie było widać śladów na betonie, chociaż padał lekki deszcz. Jedynie mała grudka ziemi z ogródka leżała na gładkiej, oświetlonej powierzchni. To jakaś paranoja. Przekląłem jeszcze kilka razy i wróciłem do łóżka. Znów nie mogłem zasnąć przez godzinę. Będę jutro znów nieprzytomny. Jej gorące wargi delikatnie, acz stanowczo zadały mi rozkosz, jakiej nie doświadczyłem wcześniej. Dała się poderwać w barze, gdzie siedziała samotnie, popijając drinka z parasolką. Wysoka, figura typu fit, muskularne nogi. Takie dziewczyny lubię najbardziej.
Długie włosy, średnie piersi i zgrabny, jędrny tyłek. Musiała w młodości dużo grać w siatkówkę, gdyż łydki miała niesiebskie. Czasami lubiłem z nieznajomymi, ot tak, bez zobowiązań umilić przerwę w rutynie. Szczytowałem po dwakroć, a ona spiła każdą kropelkę bez narzekania i wymówek. Opadłem na poduszki i jeszcze z rozkoszy było mi tak dziwnie lekko. Spojrzała na mnie spod długich rzęs i oblizała wargi. „Harasho?” – rzekła moja nowo poznana poliglotka. Usiadła na mnie przodem, a zadarta czerwona kiecka odsłoniła śliczne koronkowe pończochy. Oparła się ręką o poręcz łóżka i jej piersi znalazły się jeszcze bliżej mojej twarzy. Złapałem za nie, a każda idealnie mieściła się w dłoni.
Ścisnąłem, a ona wygięła się z rozkoszy. Jęknęła i zaczęła rozpinać dekolt. Trwało to nieskończenie długo, ale warto było czekać, bo pod koronkowym stanikiem kryły się piękne, kształtne, jakby prosto od chirurga perfekcyjne piersi ze sterczącymi sutkami. Chwyciła wargami me usta i całowaliśmy się do utraty tchu. Prawą ręką złapałem ją znów za pośladek i zadarłem całkiem spódnicę. Wsadziłem palce w koronki i mogłem dotknąć jej atłasowej skóry. Nagle swawolnica złapała mnie za rękę i wyjęła ją z majtek. Troszkę mnie to zdziwiło, ale tylko troszkę. „Ty chociesz w żopu?” – zapytała w tym egzotycznym, puskinowskim języku, cokolwiek to znaczyło. „Da” – odrzekłem, bo innego słowa nie znałem.
„Wpariatkie.” Chwyciła za stanik i założyła mi go na głowę, żeby zasłonić oczy. Zamarłem, czekając na jej ruch. Przez koronki widziałem, jak ściąga czerwoną spódnicę. Została w pasie, pończochach i czarnych jedwabnych majteczkach. Zsunęła mi spodnie, a potem zdjęła majtki. Położyła mi dłoń na ustach. Ugryzłem delikatnie w paluszki, potem namiętnie je ssałem. Tą samą ręką zasłaniała mi oczy, bym na pewno nie podglądał. Drugą ręką zdjęła sobie majtki i złapała mnie za rękę, prowadząc do jaskini szczęścia. Już zbliżałem się do niej, gdy chwyciłem jakiś duży, ciepły, naprężony…
„Hieronim!” Spojrzałem na żonę. Stała nade mną zdenerwowana. „Czego się nie odzywasz, jak cię wołam?” „Daj spokój. Przerwałaś mi w najlepszym momencie.” Szybko zapisałem dorobek na dysku. „Pająk biegał po kuchni, o taki duży.” Żona spojrzała w ekran komputera. „A znowu w Mastertona od siedmiu boleści się bawisz. Weź ty polszczyzny się naucz.” Nie chciało mi się z nią gadać, bo jakby Einstein słuchał się swoich nauczycieli w dziedzinie fizyki, to byśmy byli dalej w cywilizacyjnej czarnej dupie. „Nie denerwuj się” – odrzekłem najdelikatniej, jak mogłem. „Wiesz dobrze, że gorące chwile kupią każdy mój tekst.” Spojrzała na mnie drwiąco. „Płacą ci śmieszne grosze.
Jeszcze ten pseudonim, jak on leciał? Hieronimus Skurvenson?” Przewróciła oczami. „Lepiej z dziećmi odrób lekcje, pozmywaj, poodkurzaj i wystaw śmiecie, bo jutro odbierają.” „A ty?” Wkurzyłem się nie na żarty. „Dzieci przywiozłam i obiad im odgrzałam. Teraz obejrzę serial Zmutowany anioł.” Odwróciła się na pięcie i wyszła. „O ty podła czarownico” – pomyślałem i usiadłem znów do tekstu. Zupełnie straciłem wątek i zapomniałem, jak miał zareagować inspektor Puchacz, gdy odkryje, że nowo poznana jest seryjnym mordercą o imieniu Andriej. Wena nie przyszła, więc przeczytałem dwie ostatnie linijki tekstu i wyłączyłem komputer. Do tego wszystkiego dochodziło jeszcze te cholerne drapiące bydle. Muszę się tego pozbyć, bo kolejnej nocy nie zdzierżę.
Tym razem padnięty zasnąłem około 21:00. Skończyło się tym, że jak po drugiej to coś mnie obudziło, to już do rana nie mogłem zmrużyć oka. Na przywitanie po pracy znów zdenerwowała mnie ukochana żona. Siedziała przy stole w kuchni. „Zobacz jakiego cudnego psiunia znalazłam. Patrz jaki śliczny kundelek ze schroniska. Prawie york. Spójrz jaki podobny do Pucusia.” Pokazała mi ekran tabletu i ujrzałem pokrakę. Wybałuszone gały, przodogryz, wielkie uszyska. Całość brzydoty dopełniała typowa u mieszańców łaciata sierść.
Popatrzyłem się na Agatę, potem na pokraka i znów na żonkę. Skoro nie żartowała, to ja parsknąłem i odrzekłem, że to wcale nie jest śmieszne. Błyskawicznie złapała focha i wyrwała mi tablet z ręki. Odwróciła się i poszła do salonu oglądać kolejne reality show na TVN-ie w stylu To nie ja albo Kto jest matką mego dziecka. Po obiedzie próbowałem coś bezskutecznie napisać. Wkurzony łyknąłem garść ziołowych pigułek na sen. Szur, szur, szur. Ja pierdzielę, do dupy te tabletki. Wygramoliłem się z łóżka. Podłoga była strasznie zimna i nie mogłem znaleźć papuci żony.
W pomieszczeniu panował straszny mrok. Latarnie nie świeciły tej nocy. Nie wymacałem pstryczka w przedpokoju ani w kuchni. Korytarz ciągnął się w nieskończoność. Trap, trap. O ty mały pokurczu, tym razem cię dopadnę. Chciałem otworzyć górną zasuwę, a ta ani drgnęła. Po paru sekundach mocowania odkryłem, że jest otwarte. Złapałem za klamkę i naparłem na drzwi tak, żeby bydle zabić jednym uderzeniem. O dziwo, musiałem użyć sporo siły, by je otworzyć, jakby ktoś się o nie opierał albo ważyły kilka ton.
Jak zwykle przywitał mnie pusty ganek i przeraźliwe zimno. Latarnie nie świeciły, a i lampa nie zadziałała. Zza grubej warstwy chmur przyświecał chwilami księżyc w pełni. Był wielki, świecił na czerwono i miał jasną fakturę bez charakterystycznej facjaty. Kiedyś oglądałem zdjęcia drugiej strony, ale nic. Później się tym zajmę. Zauważyłem mokre ślady na betonie. Biegły od drzwi w stronę komórki na rowery. Wytężyłem wzrok i zobaczyłem, że szopa ma uchylone wrota. Usłyszałem szuranie ze środka.
„No to po tobie” – pomyślałem. Strasznie opornie mi się szło po mokrej trawie. Lekkie drewniane drzwi też były cholernie ciężkie. Bydle siedzące w środku zaczęło warczeć. Złapałem za szpadel, ale i tu spotkała mnie niemiła niespodzianka. Gdy go wreszcie z trudem podniosłem, ujrzałem ciemny kształt za rowerami. Zacząłem się skradać w jego stronę, starając się go nie spłoszyć. Pies widocznie mnie zauważył, bo zaczął coraz głośniej warczeć. Zatrzymałem się w pół kroku. Ciemny kształt zaczął rosnąć, aż zaczął mi sięgać do pasa.
Było ciemno, a ja dalej nie wiedziałem, z jakim zwierzem mam do czynienia. Bulgot przerywany warczeniem ciągle narastał, więc postanowiłem nie czekać i wziąłem nogi za pas. Udało mi się wyjść z szopy dosyć szybko, ale drzwi nie dały się całkiem zamknąć na zasuwkę. Za plecami wściekły warkot przybrał na sile. Od domu dzieliło mnie jakieś trzydzieści kroków, ale przeprawa przez trawnik wyglądała, jakbym ugrzązł w metrowej warstwie mułu. Usłyszałem, że drzwi od szopy się rozlatują. Do ganku miałem już niedaleko, a czułem, jak to coś się do mnie zbliża i dyszy do ucha. Nagle poczułem uderzenie w plecy, aż zabrakło mi tchu. Obudziłem się w łóżku. Okazało się, że to ukochana tak się wierciła, że oberwałem kolanem w krzyż.
Leżałem chwilę łapiąc oddech i próbowałem uspokoić myśli po tym realistycznym koszmarze. Wstałem, zrobiłem siku, napiłem się przegotowanej wody. Sprawdziłem, czy drzwi są zamknięte. Nawet wyjrzałem na zewnątrz. Nic. Pusto. Pogasiłem światła i przytuliłem się do tej jedynej. Zamknąłem oczy i poczułem, że tabletki niosą mnie w objęcia Morfeusza. Ostatnio wymyśliłem sobie ot tak żeńską wersję tego bożka. No bo kto normalny chciałby skończyć w objęciach obleśnego starego Greka?
Nie zdążyłem jeszcze zasnąć. Znów upiór się dobijał. „Słyszałeś szuranie?” Miałem szansę podzielić się koszmarem. „Daj mi, do cholery, spać, bo jutro sam je będziesz odwoził do szkoły.” Wciąż jej ta sama idiotyczna śpiewka. „A idź w cholerę” – przekląłem pod nosem i już tym razem bez oporów dotarłem do wyjścia. Zapaliłem światło, przekręciłem górny zamek, drzwi, fotokomórka, światło na ganku i nic. Zupełnie nic. Otworzyłem szerzej i też pustka. Już zamykałem, gdy ujrzałem otwartą na oścież komórkę. Cholera, włamanie!
Szybko zarzuciłem kurtkę na plecy i włożyłem stare adidasy. Pewnym krokiem zbliżyłem się do miejsca zbrodni, lecz zamarłem, bo na trawie leżał szpadel ze złamanym trzonkiem. To nie był jakiś patyk od szczotki, ale porządny, oszlifowany, gruby kij. Nie podniosłem go, gdyż mogły być tam odciski palców złodzieja. Gdy stanąłem przed szopą, wrota spadły na mnie, bo jak się okazało, górne zawiasy były wyłamane. Drzwi uderzyły mnie boleśnie w głowę. Oparłem je o ścianę i rozmasowałem guza. Kłódka była cała i wyglądało, jakby ktoś wyłamał drzwi od środka, bo gwoździe i zawiasy były wygięte na zewnątrz. Nagle zaszczekał pies, aż podskoczyłem ze strachu. Na szczęście odgłos dobiegał z daleka.
Tak jak podejrzewałem, nic nie zginęło. Spojrzałem na półkę z gratami. Brakowało jednej piłki Pucka. Chociaż może mi się wydawało. Albo upadła lub były tam zawsze cztery, a nie pięć. Może któreś z dzieciaków sobie wzięło. W każdym razie i tak poczułem niemiły dreszcz. Oparłem drzwi o komórkę tak, żeby wyglądały, jakby były zamknięte i wróciłem do łóżka. Poleżałem chwilę, ale usłyszałem wołanie z sypialni najmłodszej. „Pucek, Pucek, chodź do mnie, Pucek” – wołała Magdusia przez sen.
Biedactwo. Zapaliłem w kuchni światło, żeby światło wpadało do jej pokoju. Wszedłem. Siedziała na łóżku z otwartymi oczyma i powtarzała szeptem „Pucek, Pucek.” Przytuliłem się do niej. „Cii, malutka. Już dobrze, dobrze. Śpij, śpij.” Pogłaskałem po główce. „Ale Pucek” – dodała jeszcze i położyła się na boku. Pocałowałem ją w czółko. „On był u mnie” – dodała cichutko albo się przesłyszałem.
„Co Magdusiu?” – zaschło mi w gardle. – „Co powiedziałaś?” Nie odpowiedziała, bo spała w najlepsze. Tak to mnie zdenerwowało, że musiałem się uspokoić przed telewizorem. Wstawiłem wodę na herbatę. Z ostrymi chipsami rozsiadłem się na kanapie. Na kanale Minus TV leciał jakiś dziwny film, gdzie brutalnie bili kobietę w koronkach, a ona krzyczała wciąż „Tak, tak.” Wlepiłem gały w bujające się silikony. Obudził mnie skowyt żony. „Zabić nas chciałeś! Puściłbyś nas z dymem.” Dzieci, przerażone, powyskakiwały z łóżek, a ona się darła i darła. O Jezu, herbata!
Zrozumiałem przyczynę zamieszania. Ja ci dam herbatę. Wszedłem szybko do kuchni. Zobaczyłem, że na rozgrzanym do czerwoności czajniku plastikowa rączka i trzymadełko do pokrywki zamieniły się w jeden placek. Termoodporne tworzywo zaczęło już powoli dymić. „Wyłącz gaz” – krzyknąłem do niej, bo stała bliżej źródła problemu. „Pozabijać nas chcesz.” Lecz ona wolała drzeć się wniebogłosy, strasząc dzieci. Madzia się rozpłakała, a czajnik mocniej zaczął kopcić. „Ty wariatko” – pomyślałem i szybkim krokiem znalazłem się przy ognisku domowym. Wyłączyłem palnik, założyłem rękawice i widelcem przeniosłem spaleniznę do zlewu.
Odkręciłem wodę. Pary i smrodu było co niemiara. Od jej krzyku i erdolenia jeszcze bardziej rozbolała mnie głowa. Tego poranka kawę i herbatę wypiłem dopiero w pracy. Szef do 12:00 jak najęty gadał mi o nowych obligacjach. Nic z tego nie rozumiałem, ale z jego paplaniny wynikało, że zakupem tych papierów robił interes życia. Pewno tak samo, gdy kiedyś stracił roczne oszczędności na parszywych akcjach jakiejś firmy komputerowej. W czasie jego wywodów obmyśliłem plan, żeby chociaż zobaczyć, tego drapichrusta. Ustawię kamerę wideo na ganku i zobaczę, co mnie nęka. Po powrocie do domu naładowałem akumulator, oczyściłem kartę i wyłączyłem zapętlenie.
Gdy wszyscy zasnęli, ustawiłem na betonie kamerę. Włączyłem nagrywanie w podczerwieni i poszedłem spać. Obudziłem się, gdy świtało, a zegar wskazywał 4:13. Bez kapci, w piżamie poleciałem na plan filmowy. Drzwi wydawały się bardziej podrapane niż po śmierci Pucka. Ha! Było i drapało. Zaraz to sobie obejrzę. Kamera leżała w starym bucie, tak jak zostawiłem. Gdy zobaczyłem, że kontrolka się nie świeci, ogarnęły mnie złe przeczucia.
No i rzeczywiście, sprzęt nie dał się uruchomić. Pogrzechotałem kamerą i zabrzmiała jak rasowy marakas. Przynajmniej karta zachowała się cała i dała się wyjąć. Zjadłem śniadanie, chociaż po 4:00 nie miałem za grosz apetytu. Do 6:00 nie mogłem zasnąć. W pracy włożyłem kartę w komputer i puściłem film. Uwieczniłem ganek, drzwi i swoją zarośniętą twarz mówiącą, że dorwę bydlaka. Długo na przeglądzie widać było same drzwi, a potem szum. Jak sprawdziłem, film trwał jakieś trzy godziny, mniej więcej do pierwszej w nocy. Potem się urwał.
Może kumpel, informatyk z pracy zdoła ją naprawić. Umówiłem się z nim koło dziesiątej w jego ganciapie. Ten pogrzechotał pudełkiem, zrobił wielkie oczy i kazał mi usiąść. Obejrzał z niedowierzaniem całe oryginalne plomby. Stwierdził, że obiektyw jest w doskonałym stanie, tak jak pudełko. Nówka. W końcu kupiłem to coś w zeszłym roku za pięć stówek. Artur śmiesznym trójkątnym śrubokrętem odkręcił cztery śrubki i delikatnie otworzył wieczko. Na biurko wysypała się sieczka zrobiona z zawartości płyty głównej i innych pelechów. Kabelki były porwane w drobny mak, akumulator zaś miał kilka dziurek z dwóch stron.
Patrzyliśmy na to osłupiali przez dłuższą chwilę. Informatyk nie wytrzymał i parsknął śmiechem. „Dobre, dobre. Przedni żart. Nie wiem, jak ci się udało przykleić fabrycznie nowe plomby, ale rozbawiłem się.” Całkiem zgłupiałem i wydukałem: „Ale to nie ja.” „Ta, jasne. Wiesz co? Nie mam czasu na pierdoły. Bierzesz to, czy mam wyrzucić? Teraz się spieszę. Dyrektor Pojtasik za pięć minut chce mnie widzieć.
Pewno znów klawiaturę zalał kawą.” Bezceremonialnie złapał za kosz i zaczął zgarniać. „Wiesz co? Zostawię sobie.” „Jak chcesz.” Zdziwił się i pomógł wsypać farfocle do torebki. Wtedy pękłem. „Artur.” „No co tam?” Przełknąłem ślinę, bo nie wiedziałem, od czego zacząć. „Mam cholerny problem, a nie wiem, z kim o tym pogadać. Ta kamera to tylko część kłopotów.” Artur się zdziwił i zatrzymał. „To nie miał być żart?” „Chodź ze mną na obiad, to ci sprawę wyłożę. Może coś pomożesz albo doradzisz. Jestem w czarnej dupie.” „Ja?
Co ja mogę?” Po Arturze było widać, że jest zdumiony, bo nigdy nie chodziliśmy razem na obiady czy piwo. Zasadniczo też nie przyjaźniliśmy się. Ot, taki sympatyczny koleś z pracy. „Sprawa dziwna i mogę przysiąc, że to nie ja zniszczyłem kamerę.” „Skoro tak, to przyjdź do mnie o 13:30.” Stołówka zakładowa wystrojem przypominała jeszcze czasy PRL-u, ale za to ceny były przystępne. Za 15 złotych można było zjeść niegumowatego schabowego z frytkami i ogrzać żołądek jakąś zjadliwą, lurowatą zupą. Artur na początku sobie żartował i kpił z mojej nielichej sytuacji. Nie dziwiłem się, bo pewno sam bym tak reagował. Uspokoił się dopiero przy zniszczonej bramie, a przy kamerze całkiem zamilkł i zaczął się drapać po swojej czuprynie. „Ile spałeś średnio przez te dwa tygodnie?” Zapytał, kończąc pomidorową. Dotarło do mnie, że jestem tak zmęczony, że nie zauważyłem skrajnego wyczerpania.
„Nieprzerwanie?” „Aha.” Wbił zęby w mielonego. „Daj policzyć. Raz udało mi się pięć godzin, ale to po prochach. Średnio śpię cztery godziny.” „Tak więc są dwa wyjścia. A nie, przepraszam, trzy. Zestresowany, niewyspany organizm zaczyna świrować i masz coraz większe omamy pogłębiające się z dnia na dzień. Wynieś się z domu na jakiś czas i się wyśpij. Drugi wariant nie wyklucza, że masz do czynienia z wyjątkowo namolnym i mściwym upiorem. Musisz przebić jego serce osikowym kołkiem, łeb upitolić przy samej dupie, ścierwo spalić, resztki oblać święconą wodą. W horrorach pomagało.
Trzeci jest taki, że ci odpierdoliło, a tu nic nie pomogę. Psychotropy, Prozac lub elektrowstrząsy. Zresztą nie wiem. Jestem tylko informatykiem z doktoratem z filozofii.” „No co ty. Kiedy zrobiłeś?” „Dziesięć lat temu, ale nie chcę o tym mówić.” Splunął teatralnie przez lewe ramię. „To co radzisz, doktorku?” Ten przez sekundę spojrzał na mnie gniewnie, dając do zrozumienia, że to nie było śmieszne. Potem się rozchmurzył, rozsiadł się i dokończył kompot. „Tak jak mówiłem, wyśpij się poza domem, bo inaczej oszalejesz. Potem anihiluj drania kołkiem i ogniem jak Stoker czy King radzą.” „To przecież na wampiry.” „Jeden wuj. Upiór to upiór.
Nie będziesz chyba czekać, aż się przedrapie i zacznie chłeptać krew.” „Też prawda.” „Sorry, muszę lecieć. U dyrektora Dziekcia muszę postawić system. Daj znać jak postępy.” „Dzięki, jasne.” Teraz mogłem wziąć się za zimne mięcho. Żułem żylaste żeberka i obmyślałem plan. Gdy skończyłem jeść, wiedziałem, co robić. Motel raczej nie wchodził w rachubę, bo moja luba by mi nie powiem co urwała, gdyby skądś się o tym dowiedziała. A ona zawsze dowiadywała się o moich tajemnicach. Odszukałem w mojej archaicznej Nokii numer do Jacka, kumpla ze starych lat. Poznaliśmy się jeszcze na studiach z geologii. Ja rzuciłem to szaleństwo po trzecim roku.
On natomiast obzdurał sobie, że zrobi doktorat z derywatografii pstrych iłów pliocońskich z Zapiecka Dolnego. Przed otwarciem przewodu po nieudanym seminarium, gdzie zjechał go docent Rafał Skrobak za nieuwzględnienie poprawki na kolor pobieranego materiału, załamał się permanentnie. Po półrocznym pobycie w wyjątkowej klinice nie pozbierał się do teraz, chociaż minęło już 20 lat. Wciąż był na garnuszku u mamusi i nie był w stanie się przekonać do jakiejś sensownej roboty. W każdym razie był niezrównanym gawędziarzem i świetnym kompanem do picia. „Cześć, stary koniu” – zagadałem, jak tylko odebrał telefon. „No cześć” – odpowiedział. „Co nowego?” – zapytałem, nie spodziewając się sensownej odpowiedzi. „No nic.” W eterze zapanowała cisza, bo kolega wciąż miał w zwyczaju zachowywać się jak warzywo. Żył przeszłością i rzeczywistością z pogranicza fantasy.
Czasami łapał idiotyczne fuchy, ale nawet nie szukał normalnej roboty. Chyba bał się, że zacznie rzucać w ludzi przedmiotami, krzyczeć i robić cyrk, jak to na studiach bywało, gdy się napił. Jak to mi kiedyś przy piwie powiedział, że jest świadomym swych ograniczeń wariatem. „Słuchaj, mam pytanie. Czy masz dzisiaj wolną chatę?” Podejrzewałem, że jego szacowna matka pojechała do swej siostry do Wasilkowa. „Bo z tego, co pamiętam, miałeś niedawno imieniny, a ja właśnie mam dobrego whiskacza na tą okazję.” „Ty to masz nosa. Matka od ciotki wróci dopiero za tydzień. Wpadaj, zaraz skoczę po zagrycję, bo w lodówce jest tylko żółty ser, margaryna i światło.” Teraz krótki telefon do ukochanej. „Kotku, ty moja najukochańsza z żon.” „Co narozrabiałeś?” – ucięła szybko. „Jacek dzwonił dzisiaj do mnie.” „On do ciebie?
To dziwne. Czego chciał? Próbuje CV napisać i mu słabo idzie. No dobrze, tylko się za mocno nie schlej. Jutro wieczorem przychodzą do nas rodzice i chciałabym mieć z ciebie pożytek. Wróć przed południem.” „Tylko jedno CV rozwalimy. Obiecuję.” – postanowiłem kończyć. „Pozdrów go ode mnie. Całuski, pa.” Uff. Póki co wszystko szło jak po maśle.
Pozostawało jedynie kupić flaszkę. Zjawiłem się równo o 18:00. Przywitał mnie w rozciągniętym podkoszulku i starych dresach z czterema lampasami. Założyłbym się z każdym o stówę, że miał je na sobie 20 lat wcześniej na kursie studenckim w Górach Świętokrzyskich. Wyjęty z siatki litrowy Jaś Wędrowniczek ucieszył facjatę starego pijusa. Dwa litry coli dopełniło jego imieninowe szczęście. O 21:00 miałem już dosyć wspominania koleżanek, których nie przelecieliśmy oraz kolesiów, którym nie warto było nawet nogi podać. Przez pół godziny wsłuchiwałem się w jego dywagacje na temat konieczności poprawy tolkienowskiego słownika polsko-elfickiego oraz plucie na Sapkowskiego, że całkiem wypaczył sindaryjski dialekt. Omawiane tematy były te same co rok temu i jeszcze wcześniej, przed i po jego załamaniu nerwowym. Dla niego czas się zatrzymał i kolega nie pojmował, że istnieją takie tematy jak praca, dzieci, kredyt, denerwująca żona, gderliwa szefowa, brak szans na awans, zdechły demoniczny kundel.
Jak ja mu zazdrościłem. Miał ciszę, spokój. Matka łożyła na jedzenie i mieszkanie. Dostawał od niej jakieś kieszonkowe, a jak chciał kupić sobie jakieś części do komputera, wtedy tydzień zamiatał ulice. Szczęśliwy człowiek. Dodatkowo, jak jego matce przyjdzie kiedyś przejść do krainy wiecznego księgowania, wtedy on wynajmie lokal na Wawie, a sam wyniesie się do pokoiku w domu w Wasilkowie. Taki farciarz z niego. Znużenie sięgnęło u mnie zenitu i wypiłem duszkiem pół szklanki trunku bez popitki. Gdy Jack coś paplał o potędze nieświadomości i o światach równoległo-prostopadłych, ja rozsiadłem się wygodnie na amerykance. Podparłem głowę o poduszkę.
Przymknąłem oczy na chwilę. Obudziło mnie „łup, łup, łup”. „O w mordę! Pucek i tu po mnie przyszedł” – pomyślałem i otworzyłem oczy. Na szczęście moim oczom ukazała się chuda, owłosiona, blada Jackowa dupa. Opadała raz po raz na sąsiednim łóżku. „O kurwa!” – pomyślałem i ją zobaczyłem. Dzięki Bogu i oszczędności kolegi panował półmrok i tak bardzo się nie przestraszyłem jej wyglądem. Leżała pod Jackiem i udawała, że jęczy. Miała przymknięte oczy i mnie nie zauważyła.
Żeby im nie przeszkadzać, złapałem za poduszkę i cichcem wyszedłem z jego pokoju. Zdążyłem jeszcze odsunąć stolik, żeby nie walili o niego. Zrobiłem sobie herbatę, przegryzłem kanapkę z pasztetem i pomidorem. Wlazłem do sypialni jego matki. Przykryłem się narzutą i przez chwilę pogapiłem się bezmyślnie w telewizor. Nic w nim nie było, więc szybko zasnąłem. Słońce przywitało mnie koło dziewiątej. Nie miałem bólu głowy. Szybko wstałem, zrobiłem parę pompek i przysiadów. Gdy wychodziłem z łazienki, wypełzła z pokoju ona.
Poczułem się tak samo jak ofiary z filmu „Ring”, kiedy to z ekranu telewizora wyczłapuje na czworaka Samara czy Sadako. Zamiast czarnych, długich włosów tu widziałem rude, krótkie, a w każdym uchu po pięć kolczyków. Zmarszczki wszędzie. Szminka jak u Jokera, połamane paznokcie, obwisłe, wysuszone cycki. Szukała na podłodze szaro-żółtego stanika. Gacie miała jeszcze opuszczone i wiszące między dwoma chudymi gicołami z dziurawymi pończochami. Szarą, poplamioną spódnicę miała zadartą aż po pępek. Gdy dostrzegłem jej siwe futro, to resztki alkoholu podeszły mi pod gardło. Bałem się ruszyć, gdy na moich oczach doprowadzała się do użyteczności. Zamarłem, gdy przekrwionymi, wodnistymi oczami mnie dostrzegła.
Złapała za butelkę z resztą coli, wypiła i beknęła donośnie, a potem rzekła dyszkantem, gdy próbowała zapalić sobie papierosa: „150 się należy. Słucham?” Nie mogłem uwierzyć, że ten gnojek jej nie zapłacił, chociaż po paru sekundach dotarło do mnie, że on jest zdolny do wszystkiego. Kobieta pracująca na początku się speszyła, ale za chwilę powtórzyła żądania. „Kakao było? Było. Lodzik był? Był. Cała noc ruchania ekstra. Taniej nie zejdę. Jak się nie podoba, to zaraz dzwonię Poetka, a ten wam zrobi z dupy jesień średniowiecza czy rokoko.
Jebnie cię w oko. Hehe”. Podparła się pod boki, rechocząc. Smród jej petów zaczął mnie dławić. „O murwa, Poetka” – pomyślałem przerażony i szybko wyjąłem portfel. Odliczyłem trzy kazimierze i wręczyłem jej wyciągniętą ręką tak, żeby broń Boże nie zbliżyła się do mnie. Na widok pełnego portfela oczy jej zabłysły i puściła zalotnie oko. „Ryky tyki tak. Jeśli masz ochotę, daj mi tylko znak.” Potem obciągnęła bluzkę i stanik tak, że zwisy prawie jej górą nie wypadły. Usta wydęła, jak to robią nastolatki na zdjęciach na portalach internetowych.
Podszedłem szybko do drzwi i otworzyłem na oścież. „Wypindolaj” – powiedziałem spokojnie i grzecznie, tak, żeby zrozumiała. – „W podskokach, proszę.” Ta chwilę postała, mając nadzieję, że zmienię zdanie. Potem narzuciła na plecy jakieś wypłowiałe futerko i wyszła, drobiąc jak upadła modelka. Szybko zamknąłem na łańcuch i dwa zamki. O kurwa! Usiadłem ciężko na fotelu. Oglądając wiadomości o mocno sfrustrowanych ciężarówkach jeżdżących po chodnikach, dokończyłem zimną herbatę. Zrobiłem sobie lekką jajówę i po pół godzinie wyszedłem. Dotarłem w południe, rześki i wypoczęty.
Na szczęście żona z dzieciakami pojechała do swoich rodziców po zastawę na przyjęcie. Obłożyłem się wszelkim srebrem, jakie mieliśmy w domu. W końcu nie darmo Artur mówił o wampirach. Nie chcę być jak ten mądry Polak po szkodzie. Buteleczkę wody święconej zgarnąłem z szafki z dewocjonaliami. Stała koło krucyfiksu. Gdy wychodziłem na dwór, wróciłem się i zabrałem krzyżyk ze sobą. Wsadziłem go do kieszonki na piersi. Pomyślałem też, że kołek leszczynowy będzie równie dobry jak i osikowy. Wystrugałem sobie ze trzy.
Sam raz na podgniłą, piekielną psinę. Za domem między krzakami agrestu leżał kawałek szarego marmuru z napisem: „Tu leży Pucek. Pies przyjaciel 2010-2017.” Żona się uparła na tą bzdurę i sama zamówiła napisy na kamieniu, który od dawna walał się po podwórku. Zabawne, ileż to razy Pucek musiał wcześniej zadrzeć na niego nogę i oddać mocz. Założyłem gumowe rękawice i przeniosłem go obok. Po paru ruchach szpadlem odsłoniłem pudełko po butach. Przeżegnałem się i je otworzyłem. Zamarłem przerażony, gdyż koło truchła leżała piłeczka tenisowa. Nie przypominam sobie, żebym tam ją wsadzał w czasie pochówku. Z trudem łapałem powietrze przez ściśniętą krtań.
Czyżby upiorne bydle włamało się do szopy i sobie wzięło jedną? Uspokoiłem oddech. Może w ostatniej chwili, kiedy przenosiłem nagrobek, Krzyś ją wrzucił. Nawet jeśli to upiór, to właśnie po to tu jestem, żeby temu zaradzić. Spojrzałem pobieżnie na zwłoki. Futro nieprędko się rozłoży. Na widok paru wijących robali zrobiło mi się niedobrze. Na szczęście miałem pusty żołądek. Z ciekawości spojrzałem na łapki i miał je troszkę brudne, więc dobrze, że zrobię to, co zrobię. Przeżegnałem się ponownie, co było zasadniczo niesamowite jak na niepraktykującego katolika.
Szybkim ruchem szpadla obciąłem mu łeb. Poszło łatwiej niż się spodziewałem. Żadnego zaklinowania, żadnej reakcji obronnej potwora. Po prostu nic. Łepetynę przeturlałem w okolice ogona. Dla pewności rozdzieliłem korpus na dwie części. Teraz będą mnie straszyć dwa bydlaki, a czaszka będzie lewitować. O czym ja myślę? Czyżby whisky jeszcze nie wyparowała? Cholera, jakiś robal przykleił się do szpadla.
Z obrzydzeniem wytarłem o trawę. Oblałem ścierwo rozpuszczalnikiem butylowym i od jednej zapałki odpaliłem też sobie papierosa. Przy drugim fańku dalej walił gęsty dym. „Dzień dobry, sąsiedzie, co tam palicie?” Z zadumy wyrwała mnie wścibska sąsiadka Leokadia Paździerzakowa. „A, papierosa” – odpowiedziałem na odczepnego. „Kłęby śmierdzące lecą. – podniosła głos. – Po straż miejską zadzwonię.” „Przecież nie leci w pani stronę.” „Tam mi pan pierdoli. Smród taki, że dusi.” Jeszcze sekundę, a sąsiadka zadławiłaby się własną żółcią i jadem. „Już, już.
Daj pani spokój, gaszę już.” Ryknąłem, bo puściły mnie nerwy. Złapałem za łopatę i przysypałem piaskiem. Zgasiłem za pierwszym zamachem, ale dalej się dymiło. Nadpalony pucek wyglądał jeszcze gorzej niż poprzednio. „A co pan tam palił?” Upierdliwość jej nie miała końca. „Śmierdziało prawie jak w '44, kiedy nas do Pruszkowa prowadzili.” „Jak w zimę palicie byle czym, aż w oczy szczypie, to jest okej, a teraz pary gałganów nie mogę spalić” – dodałem pod nosem tak, żeby usłyszała. Odwróciłem się plecami do niej, zasłaniając pogorzelisko. Pierwszy kołek wcisnąłem w oczodu, drugi w żebra, aż żebra strzeliły. Ostatni wbiłem w miednicę. Sąsiadkę odpuściła i poszła do swego domu, by wieść dalej bezsensowną egzystencję.
Upierdliwy i złośliwy babiszon. Zaraza ludzkości. Potem, zgodnie z zaleceniami wielkich pisarzy, woda święcona. Wylałem całą buteleczkę. Żadnego skwierczenia ani ognia piekielnego. Wstałem, przeżegnałem się i zmówiłem „Racz im dać, Panie”. Kiedy już chciałem przesunąć płytę na miejsce, ujrzałem piłeczkę. Znów złapałem za łopatę, by odrzucić ziemię. Wtedy mnie olśniło, że bydlę może wychodzić po pozostałe. Pobiegłem do szopy, złapałem resztę i wrzuciłem je na trupka.
Gdy skończyłem, miałem już dosyć tego dnia, chociaż dochodziła dopiero 13:00. Schowałem narzędzia, zdjąłem rękawice i zapaliłem papierosa. Wreszcie wolny, bez piekielnego bydlaka. Nie zdążyłem wypalić połowy, gdy przyjechała rodzinka. Otworzyłem im bramę. „Tatusiu!” – pierwsza z samochodu wybiegła córka. „Tato, zobacz co mamy” – dodał radośnie syn. Ich nadmierna euforia wywołała u mnie złe przeczucia. Zaciągnąłem się mocno papierosem, jakby to miał być mój ostatni. Zamknąłem bramę.
Ukochana wyszła z samochodu. Była dumna i blada. Trzymała w rękach szarobrązowe coś. Przełknąłem ślinę, bo ujrzałem Pokraka. Tego samego co ze zdjęcia na tablecie. „Za jakie grzechy?” – rzekłem sam do siebie i spojrzałem na Agatę. Miałem ochotę złapać kundla za ogon i zatłuc ją na amen za to, że nie zapytała mnie o zdanie. „Puszek! Puszek!” Dzieciaki piszczały i skakały przy kundelku stawiającym pierwsze kroki po podwórku. Dopadła mnie córka i zaczęła szarpać za nogawkę.
„Tatusiu, czy może być Puszek?” – szczebiotała cała w skowronkach. Dobrze, że chociaż ona się zapytała. „Zobacz jaki słodki. Jak cukierek.” Uśmiechnąłem się najsłodziej jak potrafiłem, żeby nie rzucać urwami. „Ze schroniska w Celestynowie wzięliśmy” – dodał Krzysio. „Ale mi niespodziankę zrobiliście.” Pies się zgarbił i zrobił kupę na świeżo skoszoną trawę. „Rzeczywiście jest słodki jak cukierek” – dodałem. „Niech będzie Puszek.” „Hura!” – krzyknęła rewiata. „Puszek postawił kloca, postawił kloca!” – krzyczały i skakały dookoła. „Posprzątaj” – ukochana rzuciła krótko.
Podszedłem do niej bliżej i wycedziłem między zębami: „Twój kundel, twoje gówno.” Ta się cofnęła i wykrzywiła. „Ale śmierdzisz wódą.” Przemilczałem kpinę, bo wódki w ustach nie miałem od ponad pół roku. „Prosiłam, żebyś nie palił” – dodała najmądrzejsza. „Co u Jacka? Ma już dziewczynę?” Uniosłem brew i dotarło do mnie, że ten nieudacznik, dziwak i dziwkarz ma bardziej udane życie seksualne ode mnie. „Raczej się na to nie zanosi.” Powiedziałem to, co chciała usłyszeć. Puszek tymczasem przy asyście dzieci obsikiwał każdy zakątek działki, łącznie z pamiątkowym marmurem. „Brzydszego nie mogłeś? Malkontent” – odpowiedziała prawie inteligentnie i poszła do domu. Odwróciłem się na pięcie i wdepnąłem centralnie w świeże gówno.
Zachciało mi się wyć. Tak jak się spodziewałem, moje egzorcyzmy nic nie dały. Nowe, jeszcze głupsze bydlę nawet się nie budziło, gdy jego poprzednik dobijał się do domu. W nocy po drapaniu szedłem prawie lunatykując do drzwi. Otwierałem je, patrzyłem na ganek, zamykałem i szedłem spać. Większości nocnych pobudek nie pamiętałem, a część zarejestrowałem jako sen. Tak funkcjonowałem ponad dwa tygodnie, przysypiając w pracy i popołudniami. Śpiąc w weekendy nie mogłem mieć pretensji do dzieci, że jak się bawią z Pokrakiem, to ten ciągle szczeka, szczeka i szczeka. Oszaleć można. Nawet za bardzo się nie zirytowałem, gdy wieczorem, gdy oglądałem rządówkę, ten przylazł i zaczął jeścić mi na nodze.
Bez słowa i ostrzeżenia machnąłem gwałtowną w stronę ściany. Niewyżyty poszybował lotem koszącym i walnął głucho w mur. Potem bezwładnie pacnął na kafelki. Nawet się przestraszyłem, że zabiłem bydle w tak głupi sposób. Usłyszałem żonę zbliżającą się do salonu, a ten dalej leżał jak nieżywy. Na moje szczęście Pokrak poderwał się i wybiegł na podwórko, zataczając się. „Co on tak krzywo biegł?” „A bo ja wiem?” Żeby się nie roześmiać, z udawanym zaciekawieniem wpatrywałem się w informacje dotyczące nowego programu „Rodzina na cudzym”, który to zakładał szczególną ochronę życia niepoczętego. „Kupiłaś Pokraka, to masz.” W rewanżu zalała mnie bełkotem i pretensjami, że za mało zarabiam i nic z tym nie robię, a potem przełączyła na telewizję niemiecką, w skrócie ntv, i z uśmiechem wpatrywała się w gadające głowy. Cholera, to musi być jakiś koszmar senny. Walę go kijem, a jemu nic się nie dzieje.
Trzonek od szpadla jest gruby, a jemu nic. Szczerzy kły, szczeka, ujada i chwyta za nogawki. Kundel zaorał cały ogródek, wykopał na środku wielką dziurę z 10 metrów i dalej przebiera łapkami. Nagle coś chwyciło mnie za bark i wytrąciło kij. „Wstawaj i poszukaj go.” Żona, budząc mnie, ciągnęła za piżamę. „A co, nie ma go?” – odpowiedziałem, gdy uświadomiłem sobie, że to był tylko głupi sen. „Tak mi mówiłeś godzinę temu, jak go poszedłeś szukać.” „Że co?” Nie pamiętałem tego faktu. Spojrzałem na zegarek. Było około pierwszej. „Sama go nie będę po nocy w ogrodzie szukać.” Małżonka nie odpuszczała.
„Już, już.” Noc była chłodna, więc po wyjściu z łóżka założyłem kurtkę. Na prawą nogę rozorkanego Adidasa, a na lewą z braku tego pierwszego sandał. Wziąłem latarkę. Może wlazł do samochodu i nie może teraz wyjść. Wiał silny wiatr. Co chwilę zacinało deszczem. „Pucek, pucek.” Ugryzłem się w język, bo lepiej nie wzywać upiora po północy. Poświeciłem w stronę krzaku agrestu i ujrzałem wybałuszone gały Puszka. „Tu jesteś.” – cmoknąłem. – „Do nogi, bydlaku.” Ten jednak nie zareagował i patrzył się na mnie z wyrzutem.
Pierdzielony, niewdzięczny, skundlony yorkshire terrier. Może się, kuźwa, zaplątał w kolce i biedactwo nie może wyjść. Nadepnąłem na coś mokrego i śliskiego. O mało co nie wywinąłem orła. Kopnąłem worek, który okazał się jakimś kudłatym ścierwem. Dostrzegłem wypływające jelita. Oż ty mordo! Chciałem pochwalić kundla, że mimo małego rozmiaru i braku rozumu ma niesamowity instynkt łowiecki. Powiał silniejszy wiatr i z krzaka na ziemię spadła głowa Puszka. Przekleństwo zamarło mi w gardle.
Co za potwór mógł tak zmasakrować pokraka? Co ja powiem żonie? Jak wytłumaczę dzieciakom, że straciłem drugiego psa w ciągu dwóch miesięcy? Następnego nagrobka nie przeżyję. Może uciekł? Tak. To jedyne sensowne wyjście. Znalazł dziurę w płocie i uciekł. Zakopać? Nie.
Znów będzie przełaził i straszył. Spalić? Nie ma gdzie. Poza tym mokro. Na szczęście jutro odbierają zmieszane i biodegradowalne. To jedyne wyjście. W szopie znalazłem jedynie pusty zielony worek na szkło. Gdy wrzucałem urwane kończyny, to zwymiotowałem do worka. Potem z pustym żołądkiem łatwiej mi było zebrać porozrzucane wnętrzności. Czterokilowy worek z Puszkiem wrzuciłem do zmieszanych i przykryłem śmieciami z całego tygodnia.
Może śmieciarze nie będą sprawdzać, czy dobrze segregujemy śmieci. Wziąłem wąż ogrodowy i obficie polałem miejsce zbrodni. Buty też opłukałem. Co za psychopatyczna bestia go zabiła z takim okrucieństwem. Może biedny nie cierpiał, jak od razu stracił głowę. W gorączce sprzątania zapomniałem, że nie mogłem znaleźć jego ogona. Chciałem wyjąć z kieszeni spodni latarkę, a wyjąłem kudłate coś. Z obrzydzeniem odrzuciłem to na ziemię. Czy byłem aż tak nieprzytomny, że tak się zapomniałem? Przecież latarkę trzymałem cały czas przy sobie.
Następnego ranka oznajmiliśmy dzieciakom, że Puszek uciekł i w nocy go szukałem, ale mi się nie udało. Oczywiście żona stwierdziła, że to moja wina, że uciekł, więc wziąłem urlop na żądanie i z dzieciakami na rowerach zwiedzałem okolicę. O 8:30 razem ze śmieciarzami Puszek na zawsze opuścił naszą dzielnicę. Dzieci zaś desperacko wołały. Aż mi się serce łamało, że przeżywają kolejną traumę. Może jakiś dziki ryś albo alochtoniczna puma go rozdarła na strzępy. Wściekły wieczór przeskoczył ogrodzenie albo morderczy jenot się podkopał. Trzeba będzie poczytać w necie o grasujących ostatnio ksenodrapieżnikach. Po południu zaliczyliśmy tą samą trasę, rozklejając plakaty. Przy kolacji, gdy żona przy stole prowadziła monolog odnośnie przyszłorocznej pierwszej komunii Krzysia, olśniło mnie, gdy stwierdziła, że będę musiał się wyspowiadać.
Może rzeczywiście tędy idzie droga do wolności sumienia? Może jak dostanę rozgrzeszenie, to zjawa sobie odpuści i mi wybaczy. Pod pretekstem zakupów wyrwałem się późnym popołudniem na mszę o 18:00. W konfesjonale siedział młody wikariusz. Formułka z trudem wyszła mi z gardła, ale potem jakoś się rozkręciłem. Opowiedziałem, jak to nie trafiłem do kosza siatką z kośćmi i odpadami po kurczaku, że z lenistwa nie posprzątałem rozdartej torby. Potem głupi pies zjadł to wszystko, a krawędzie pustych gnatów poharatały mu trzewia. Potem wykrwawił się na amen. O sprzątnięciu ścierwa pokraka i okłamaniu rodziny nie wspomniałem, bo przecież w tym nie było nic złego. Ksiądz przemyślał chwilę.
Rzekł coś, że zwierzęta też są istotami boskimi i trzeba dbać o nie jak o ludzi. Prawie wyszedłem z konfesjonału, słysząc takie farmazony. Kazał mi odmówić litanię do Najświętszego Serca Maryi i trzy zdrowaśki. Odpukał. I z Bogiem. Jak ksiądz nakazał, po trzykroć odmówiłem litanii i zdrowaśkom i połknąłem opłatek rozdawany przez księdza pod koniec mszy. „Alleluja, jestem święty” – chciało mi się krzyczeć z radości. Pełen dobrych myśli wróciłem do domu. Przed snem dotarło do mnie, że odmówienie nie polega na wyrzucenie z siebie „nie, dziękuję, odmawiam”, więc przez pół godziny szukałem starej książeczki do nabożeństwa. W którymś momencie zrozumiałem, na czym polega moc pokutnicza litanii.
Może dlatego, że były takie długie i bezsensowne, stanowiły doskonałą karę. W nocy z przykrością stwierdziłem, że drapanie znów mnie obudziło. Wstałem jak automat, otworzyłem drzwi. Pusto. Poszedłem spać. Przez parę nocy zdawało mi się, że nie drapał w nocy, ale rano stwierdzałem, że drzwi są otwarte lub buty poprzestawiane. Może i dobrze, że nie pamiętam. Dzięki temu czułem się w miarę wyspany, nie licząc uporczywego bólu głowy. Siedziałem w robocie od godziny nad aktualizacją kart ryzyka rezydualnego i nie mogłem się skupić. Obraz się zamazywał i wirował.
Zamknąłem oczy i przycisnąłem ręce do skroni. Może pomoże. Lecz nic z tego. Nad prawym okiem migrena pulsowała ze zmienną amplitudą. Musiałem łyknąć aspirynę i od razu zrobiło się lepiej, nie licząc krwotoku z nosa. Zadzwonił telefon z wewnętrznej linii. „Kalinowski. Słucham.” „Tu minister” – usłyszałem czyjś skądś znajomy wściekły głos. – „Już od godziny czekam na notatkę.” „No cześć, Łosiu” – odpowiedziałem i zaśrobałem słuchawkę herbatą. – „Możesz mnie cmoknąć w trąbkę.” „No cześć.
Skąd wiedziałeś?” Artur miał zabójcze poczucie humoru. „Mam nowy aparat i wyświetlają się numery.” „Hehe, i co, nadaje się jak każdy nieudacznik” – rzekłem z przekąsem do zielonego ścierwa u żłobu. „Nie chwaliłeś się jak się udało, bo mnie strasznie sprawa zaintrygowała. Mam dla ciebie jeszcze kilka pomysłów.” „Średnio.” – Ale w tym momencie zadzwoniła komórka od żony. – „Wiesz co? Przyjdę do ciebie za kwadrans, to opowiem.” „Spoko, mam wolne do 12:00. Wpadnij, zrobię kawę.” Równiutko za 15 minut zapukałem do jego pokoju na siódmym piętrze. Ciemny korytarz świecił pustkami jak w horrorze. „Wejść” – usłyszałem ze środka. Uściskaliśmy sobie ręce i wskazał wolne krzesło przy biurku.
„Słabo wyglądasz. Częstuj się. Z cukrem i mlekiem?” Nawet nie zdążyłem złapać za filiżankę, gdy zadzwonił mu telefon. „Przepraszam, z pierwszego piętra” – i odebrał go. – „Tak, panie ministrze?” Przewrócił oczami. – „Myszka wpadła do herbaty? Już nie świeci? Pani Joli nie ma? Tak bywa. Zaraz przyniosę nową.
Tak, będzie świecić. Tak, też na czerwono.” Zaczął robić do mnie głupie miny i wsadzać sobie palec do gardła, udając, że chce mu się wymiotować na rozmówcę. – „Na zielono? Nie, panie ministrze, nie ma takich dostępnych na rynku. Tak, jestem pewien, że nie ma myszek świecących na zielono. Tak, to bardzo dobry pomysł. Zamówię zielone z wygrawerowaną koniczyną. Zaraz przyjdę. Tak, na jednej nodze. Poczekaj minutkę.
Rozgość się.” Złapał za pudełko z myszką i wybiegł. Wziąłem filiżankę i podszedłem do okna, które wychodziło na betonowy dziedziniec. Chociaż było lekko uchylone, to jednak było czuć zimny, nieprzyjemny wiatr. Łyknąłem wrzątek i usiadłem przy laptopie kolegi. Wpatrzyłem się w jego wygaszacz. Generował śmieszne, wirujące parasolki. „Śmieszne, wirujące para...” Ocknąłem się z zadumy. Laptop był zamknięty, a okno otwarte na oścież. Zmarzłem, kuźwa, i na dodatek rozbolała mnie szczęka. Kawa Artura była rozlana na całym blacie, a moja dziwne, by stygła cała.
Z trudem, gdy rozprostowałem dłoń, poczułem dziwny ból, jakbym uderzył kolcami o ścianę. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła 12:00. Gdzie ten gałgan poleciał? Nie miałem czasu na niepoważne zachowania. Złapałem za filiżankę. Odgrzeję sobie w mikrofali. Szkoda wyrzucać dobrą arabikę. Jadłem akurat ogrzane w mikrofali tymbaliki drobiowe, gdy zza okna doleciał do mnie sygnał syreny policyjnej. Równocześnie do pokoju wpadł dziwnie podniecony szewc i zaczął drzeć ryja o ton za głośno.
„Na dziedzińcu leży trup! Właśnie gliny po niego przyjechały.” Tknęło mnie złe przeczucie odnośnie Artura i jego niepoważnego zachowania. Tego dnia wróciłem jak zwykle z pracy przed 18:00 i znów zobaczyłem migające koguty policyjne na działce Paździerzakowej. Na ulicy stało trzech sąsiadów i z ponurymi minami plotkowali. Przywitałem się grzecznie i zapytałem się, za co ją aresztowali. Sąsiad Marian, dziwnie zdenerwowany, przeżegnał się i mówiąc co drugie słowo „Jezus” albo „urwę”, oznajmił, że sąsiadkę zamordowano w bestialski sposób. Potem się rozpłakał i Anzelm, nasz sąsiad, wziął go pod pachę i odprowadził do domu. Ostatni ze zbiegowiska dodał, że to właśnie Marian znalazł zwłoki swojej ciotki, bo chciał pożyczyć od niej na flaszkę. Na miękkich nogach doszedłem do domu. W łazience zmieniłem plaster na przedramieniu, bo boleśnie się zadrapałem o coś i teraz rana znów mocno krwawiła.
Usiadłem ciężko przy stole i gorącą herbatą poparzyłem sobie usta. Co za bestia mogła zaszlachtować tą staruszkę? Była tępa, wścibska i złośliwa. Nie cierpiałem tego babsztyla, ale nigdy nie życzyłem jej śmierci. O Boże, jaka tragedia! W weekend odwiedził nas dzielnicowy, starszy sierżant Antek Sowa, kolega Agaty z podstawówki. Ponoć chodzili ze sobą przez długie lata. Teraz byli dobrymi znajomymi, a mi pozostało go tolerować, bo był dość bystry jak na glinę i miał niezłe poczucie humoru. Posiedział u nas pół godziny, spisał protokół i powspominaliśmy stare czasy. Gdy wychodził z działki, przypomniał mi się drobny, aczkolwiek, jak się później okazało, znaczący fakt dla śledztwa.
„Antek. Byliśmy od dawna na ty. Nie wiem, czy to ważne, ale ostatnio widziałem na końcu ulicy, w tym piętrowym domku z białym sidingiem, jakichś obcych.” Wsadziłem pod koszulę pięść, udając, że coś mi chce wyjść na zewnątrz. Dzielnicowy uśmiechnął się, gdyż też jak ja w dzieciństwie kochał Sigourney Weaver i mi zasalutował. „Policja uprzejmie dziękuje za obywatelski donos.” Odsalutowałem i stanąłem prawie na baczność. Przeszczęśliwy Antek ruszył z buta w stronę domniemanych złoczyńców, zmieniając plany, bo wspominał, że chciał odwiedzić każdego z najbliższych sąsiadów. Spocząłem ciężko na ławeczce przy ganku. Cała ta wizyta dziwnie mnie spięła. Ramiona aż bolały od napięcia. Musiałem się rozluźnić, bo inaczej bym zwariował.
Było cieplutko. Cirrusy zasłoniły błękitne niebo. Oparłem się o ściankę werandy. Już prawie zasypiałem, gdy obudziła mnie odpalona gdzieś petarda. Potem jeszcze dwie. Cholerni gówniarze nie są w stanie uszanować niedzieli. Oparłem głowę o mur, by przeciąć komara. Obudziły mnie syreny policyjne mknące po mojej ulicy. Była gruntowa i wzniecili tabuny kurzu. Kurwa, czy oni oszaleli?
Chyba nie, bo zaraz za nimi mknęła na sygnale karetka. Zaciekawiłem się, aż wstałem i wyjrzałem na ulicę. Byłem zbyt zmęczony, by śledzić, dokąd pędzi lekki wóz strażacki. Tydzień minął spokojnie. Sąsiedzi przekazali nam, że cała ta akcja to był nalot na nielegalnych imigrantów, co mieszkali na końcu ulicy. Wszystkich deportowano. W sobotę rano zadzwonił Antek i spytał się, czy może wpaść wieczorem. Zgodziłem się, bo jak każdy normalny człowiek chciałem dowiedzieć się, jak to było z tą strzelaniną. Zjawił się punktualnie o 18:00. Małżonce wręczył bukiet jej ulubionych róż, a ja zgłupiałem, gdy podarował mi złotego wędrowniczka.
„A czemuż to?” – zapytała odurzona różami. Dzielnicowy wyprężył się, stuknął obcasami i rzekł: „Chciałem wam podziękować za pomoc i wypić za mój awans na młodszego aspiranta. Stary podniósł mnie aż o dwa stopnie.” Pogratulowaliśmy mu, a z Agatą się wycałował. Trudno. Zanim usiedliśmy w salonie, ja skoczyłem po lód, a żona podała koreczki. Antek machnął ręką, gdy zobaczył moją dezaprobatę na to, że Agata do złotego trunku wlewa colę. Gdy się napiliśmy, on jeszcze raz podziękował, że wskazałem mordercę paździerzakowej. „Co?” Żona aż się zakrztusiła, bo uważała, że do niczego się nie nadaję, a w szczególności do tropienia przestępców. No i zaczął opowiadać, że zgodnie z moją sugestią poszedł od razu na wskazaną posesję. „Patrzę, a tam kopie w ogródku.” Tu Antek rozłożył szeroko ręce.
„O taki wielki chłop, morda zakazana, łapy jak bochny. No i mówię do niego jak do człowieka po polsku, rosyjsku. A ten nic. Nagle podejrzany rzucił we mnie szpadlem, aż siatkę wygięło i zaczął uciekać. Wyciągam broń i krzyczę: »Stój, policja! Będę strzelał«. Nie zatrzymał się, więc oddałem dwa strzały w powietrze, a trzecim celowałem w nogi. Pech chciał, że przechodził wtedy przez bramę z wielkimi kolcami. Postrzelona noga ześliznęła się i nadział się szczęką na wielki szpic, którego czubek chyba musiał mu przez jamę ustną wbić się do mózgu, bo dostał drgawek. Ci z pogotowia razem z moimi kolegami nie dali rady go zdjąć z ogrodzenia.
Drgawki miał tak straszne, że jednym uderzeniem ręki powalił doktora, który chciał go zbadać. Strażacy też nie pomogli, bo jakby chcieli kątówką ściąć bolec, to mogliby zahaczyć o gardło. No to sanitariusz zaproponował zastrzyk z Pavulonu, żeby ranny nie miotał się jak szalony. Po minucie Stiepan, bo tak denat miał na imię, był gotowy i się rozluźnił. Bezładnie zawisł całym ciałem na bramie i wreszcie się uspokoił. Na zawsze. Troszkę lekarz się zmartwił, gdy usłyszeliśmy chrupnięcie przebijanej czaszki.” Agata wypiła duszkiem whisky, a ja z Antkiem też osuszyliśmy szklanki. A jaki to ma związek z Paździerzakową? Niecierpliwość Agaty powinna być karalna co najmniej chłostą. Dolałem trunku i zagryzłem kabanosem.
Gdy go pakowali do worka, to zauważyłem wystającą z ziemi obrączkę. Przypomniało mi się, że bestia po poćwiartowaniu też ograbiła sąsiadkę. Agatę jakby ścięło. Złapała się za usta i pobiegła do łazienki. Mieliśmy nieprzyjemność słuchania, jak wymiotuje. O, przepraszam. Antek poczuł się głupio, bo zapomniał, że Aga miała bogatą wyobraźnię i słaby żołądek. Tyle dobrej whisky. Starałem się rozluźnić atmosferę. Zrobię ci, kochanie, herbaty.
Była zielona, jak wróciła z łazienki. Antek jeszcze przez minutę przepraszał pro forma. Potem kontynuował. Zauważyłem na biżuterii zaschnięte ślady krwi. Nieopodal leżał szpadel. Ten, co prawie dostałem nim w twarz. Zaciekawiła mnie ruda plama na trzonku. Powąchałem i potwierdziłem swe obawy. Nie znaleźliśmy jeszcze narzędzia zbrodni, którym dokonano morderstwa, a płaska, słabo naostrzona klinga szpadla mogła nim być. Zabezpieczyłem ślady i pokazałem je komendantowi, który przyjechał na miejsce incydentu.
Jak Antek wspomniał o swoim szefie, ja przypomniałem sobie o kierowniczce, której od tygodnia nie było w pracy. Dzwoniliśmy na jej komórki, ale nie odbierała. Dziwna sprawa. Niesamowite. I co ustaliliście? Agata przerwała sączyć herbatę. Antek przez to stracił wątek, więc napił się i ciągnął opowieść. Zgodnie z moimi podejrzeniami i twoimi – tu stuknął się ze mną szkłem – dzięki szybkiej analizie DNA plamy okazały się krwią sąsiadki. Komendant Sałata złożył wniosek o awans. To jakieś siedemset zeta brutto więcej.
Jestem ci dozgonnie wdzięczny. Za jednym zamachem złapałem mordercę Paździerzakowej i unieszkodliwiłem szajkę nielegalów. A ten Stiepan to kto to był? Jakiś drobny złodziejaszek i przemytnik. Miał pseudonim Pantera, więc pewno chciał jak ona chyłkiem czmychnąć. Nosiła pantera razy kilka – rzekłem. Ponieśli i Panterę – skończył dzielnicowy. Tylko... Zamilkł, widocznie zafrasowany. Tak?
– zapytałem, rozlewając ostatnie krople trunku. Kilka rzeczy nie daje mi spokoju. Nie znaleźliśmy serdecznego palca denatki. Nagle to dziwne zadrapanie zaczęło mnie cholernie piec i spod koszuli wyciekła strużka krwi. Schowałem rękę do tyłu, żeby nie obrzydzać towarzystwa. Na szpadlu znaleziono też odciski palców innej osoby. Innej niż tam mieszkała. Nie możemy zidentyfikować, bo nie ma ich w bazie. Musielibyście zeskanować tysiące obywateli, nawet i mnie. Wyciągnąłem ręce do nałożenia kajdanek.
Antek uśmiechnął się półgębkiem. Może sprzedawcy? – wtrąciła Agata. Na twoim miejscu ja bym się nie przejmowała. Macie zbrodniarza, narzędzie, odciski, fanty z kradzieży. Podniosła szklankę z herbatą do toastu. Zawsze w ciebie wierzyłam, Antek. Zdrowie komisarza! Poklepałem go po ramieniu. Zasłużyłeś na awans.
Twoje zdrowie. Chciał już iść, ale wyciągnąłem czarną etykietę i miło spędziliśmy czas do północy. Gość był w stanie jeszcze chodzić i odprowadziliśmy go do domu. Po powrocie nie miałem siły się wykąpać. Muszę jechać do ogrodniczego. Narzędzia tak szybko się wykruszają – myślę. Spoglądam przez okno na księżyc w pełni. Boję się zasnąć. Wiem, że pucek znów będzie drapał.
[05:30:18] - A mówiłem, że dzisiejsze wydanie „Bibliotekarium 2.0” będzie krótsze, bo ogłosiłem godziny rektorskie? Mówiłem. Nie żeby jakoś bardzo krótka audycja, niemniej krótsza jest. Proszę państwa, to już jest ten moment, kiedy usłyszycie po raz drugi Piotra Plebaniaka. Tym razem będziemy mówić o tym, jak budować i niszczyć imperia, więc w jakiś sposób nawiążemy do pierwszej części tej z telegramu z krańca świata. Niemniej jednak dzisiaj konkretne prawidło z bardzo konkretną wymową i bardzo praktycznym zastosowaniem, o czym państwo za chwilę się przekonacie. Zapraszam. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:31:05] - Dzień dobry, melduję się ponownie z wyspy bunkrów tajwańskiej, czyli z wyspy Kinmen.
[05:31:11] - Tak. A dlaczego bunkrów?
[05:31:13] - Dlatego, że to jest wysepka, która jest dosłownie 4,4 km od wybrzeży kontynentu, na którym panuje niepodzielnie komunistyczna Partia Chin.
[05:31:25] - Cztery kilometry? O kurczę.
[05:31:30] - Tak. Jak zobaczycie na mapie, to tam jest masa bunkrów, plaż, które są usiane jeszcze takimi instalacjami antyinwazyjnymi, jakie znamy z filmów o inwazji w Normandii w 1944. Więc dla kogoś, kto jest miłośnikiem historii wojskowości, to ja jestem w raju teraz. Przepraszam, przyznam się. Ojejku, jak dobrze.
[05:31:51] - Nie, pan jest cztery kilometry od komunistycznego raju. Tak to wygląda.
[05:31:58] - To właśnie chciałem powiedzieć. Niech żyje towarzysz nie Lenin, tylko ten mały.
[05:32:02] - Xi Jinping. Proszę pana, teraz jest jedyny słuszny przywódca. Panie Piotrze, dzisiaj wśród reguł, które powinny przyświecać budowniczym i niszczycielom imperium, pojawia się taka oto reguła: zanim zwiążesz się z jakąś osobą emocjonalnie lub biznesowo, zobacz, jak traktuje ona ludzi o niższym statusie, którzy nie mają jak się odegrać lub komu poskarżyć.
[05:32:33] - Tak, reguła jest zupełnie jasna. W życiu codziennym taki test polega na tym, że bierzemy kogoś do restauracji i patrzymy, jak się obchodzi z kelnerem bądź kelnerką, domawiając coś albo regulując rachunek, albo robiąc cokolwiek innego. Albo łapiemy tego typu sytuację eksperymentalną, naturalną, albo ją stwarzamy. To wszystko jedno. Uważam, że każdy ma prawo do takiej samoobrony, to znaczy do stwierdzenia, z jakim człowiekiem, jakiego rodzaju człowiekiem ma do czynienia i będzie miał do czynienia, robiąc jakieś biznesy. Tę regułę, która pochodzi oczywiście z książki „Siła psychohistorii”, bo cały czas przelecimy prawidła z tej książki, ja przerobiłem i bardzo gorzko pożałowałem, że ją zignorowałem. Potem zawsze już przestrzegam, wchodząc w relacje biznesowe, co zresztą w książce umieściłem. Wymieniłem komuś koło w samochodzie, który tego nie potrafił. Facet. I nie usłyszałem nawet słowa dziękuję.
I to powinno być już sygnałem alarmowym. Teoretycznie ja w tamtym czasie stwierdziłem, że to przesada. Takich małych szczegółów nie bierze się pod uwagę, są ważniejsze rzeczy, prawda? Ale właśnie to był mój błąd. Takie małe rzeczy bierze się pod uwagę, bo wtedy, w chwili, w której ktoś stwierdził, że nie obniży swojego własnego statusu do mojego, żeby powiedzieć dziękuję tak jak równy równemu, to znaczy, że przy tak drobnej sprawie i jeszcze zanim ja się zaangażowałem we współpracę dłuższą, to już jest ewidentny znak, że na pewno będzie źle. W książce „Diuna” Franka Herberta to było świetnie opisane jako stwierdzenie narratora, że uczciwości można się spodziewać tylko i wyłącznie po transakcji podmiotów o w miarę równym statusie, czyli sile po prostu mówiąc brutalnie i krótko. Jeżeli ta druga strona postrzega, że jest silniejsza, to będzie wymuszać tak jak to robią Japończycy w bardzo nieprzyjemny sposób. Zazdroszczę wam wszystkim, że nie mieliście z nimi nigdy do czynienia. To jest jedna wielka dżungla po prostu. W chwili, w której ktoś traktuje biznes statusowo i patrzy na tą drugą stronę, na ile może sobie pozwolić, to możemy przerobić jako przykłady toksyczne związki uczuciowe męża z kobietami w jedną i w drugą stronę.
Oczywiście ta toksyczność działa w zależności od przypadku, najlepiej jak się dobierze dwóch toksycznych, wtedy jest śmiesznie i wtedy można nawet nakręcić film z gatunku komedia albo tragedia. Natomiast jak to się przekłada na kwestie tworzenia imperiów? Bardzo prosto. Imperia to też są takie zwierzaki, które walczą o status i o zdobycie pozycji siły, z której będą mogły wymuszać na słabszych mocarstwach albo na zwykłych takich państwach, które trzeba ujarzmić i eksploatować potem surowcowo w dowolny sposób, jaki tylko się da. W chwili, w której dwa państwa negocjują, jedno z nich ma zdecydowanie słabszą pozycję negocjacyjną, to jest na przegranej pozycji, bo silniejsze państwo wymusi po prostu na tym wszystkim. Wymusi wszystko to, co potrzebuje wymusić. Więc gdy jesteśmy władcami, to jest świetnie opisane, zresztą przepraszam, tak zrobię dygresję do cyklu wiedźmińskiego Andrzeja Sapkowskiego. Królestwo na północy Kovir, które było jedną wioską, któremu udało się wytargować, że nie będzie składać hołdu lennego temu wtedy silniejszemu. A kiedy się ten Kovir wzbogacił na sprzedaży surowców I rozmaitych wykopanych rzeczy z ziemi, mówiąc żartobliwie. Nagle się okazało, że ten COVID nie dał sobie narzucić niczego w niezwykle śmieszny sposób.
Nie wiem, czy pamiętacie? Jeżeli nie, to naprawdę warto przeczytać, w jaki sposób władcy, którzy wznieśli się na wyżyny pełnej kontroli strategicznej nad swoim własnym losem, grzecznie odmawiali próbom narzucenia sobie sprawczości, czy też dominacji decyzyjnej przez tego wcześniejszego lennika. I to tyle tak naprawdę.
[05:36:59] - Panie Piotrze, ja się będę jednak czepiał. Nie żeby jakoś mocno, ale trochę tak. Po to w końcu jestem. Ja sobie wyobraziłem tę sytuację z kołem, o której pan wspominał. Ja bym tego gościa jednak jeszcze sprawdził ze dwa razy, bo sytuacja z kołem jest taka-
[05:37:17] - Byłem głupi wtedy. Wtedy jeszcze nawet żadnej książki nie napisałem, więc nie miałem żadnego paska na ramieniu, że jestem jakiś. Byłem zwykłym szeregowym wtedy, jeśli chodzi o doświadczenie z ludźmi.
[05:37:27] - Nie, wniosek okazuje się, już na początku wysunął pan słuszny, ale ja bym nie oparł się na jednym doświadczeniu, bo taka wymiana koła, facet był zaaferowany. Mógł być tak zaaferowany, że mu mogło to umknąć. Ja bym go jeszcze kilka razy sprawdził i gdyby z tych-
[05:37:46] - Widzi pan, w kilku innych sytuacjach ja też, patrząc wstecz, zignorowałem wszystkie sygnały ostrzegawcze.
[05:37:53] - Rozumiem to w ten sposób. Ale moja errata to sprawdzajmy po kilka razy takiego gościa, bo człowiek jest istotą emocjonalną i czasami zdarza mu się, że zaaferowany o czymś zapomni, o tak zwanym dobrym tonie zapomni. Sprawdźmy to jeszcze ze dwa razy, a później rzeczywiście, jeśli to jest takie chamidło po prostu, to już tym chamidłem pozostanie i zdaje się, że nie należy mieć złudzeń specjalnych.
[05:38:26] - Może nie chamidło.
[05:38:27] - Ludzie się nie zmieniają.
[05:38:30] - Ja bym poprawił: nie tyle chamidło, ile po prostu człowiek, który tylko patrzy na to, ile może sobie pozwolić wymusić od kogoś, kto okaże chwilę słabości czy okaże swoją słabość, czy brak zdecydowania i brak gotowości do oporu.
[05:38:44] - Tak, ma pan rację, to kwestia definicji słowa chamidło. Ale zgoda pełna. Natomiast, panie Piotrze, kolejne pytanie, czy aby na pewno jest tak w przypadku dużych organizmów, właśnie takich państwowych? Ja wiem, że na ich czele stoją ludzie, którzy mogą tego rodzaju praktyki stosować. Czy jednak na pewno w stosunkach pomiędzy dużymi organizmami, imperiami naprawdę głównie chodzi o narzucanie sobie różnych rzeczy?
[05:39:27] - Niestety tak. Czym bardziej rzadkie są jakieś zasoby, czym cenniejsze, czym wyższa jest stawka gry, tym bardziej drapieżne są zasady tej gry. Także w geopolityce, nie tylko w tej książce, w której podaję masę przykładów, ale jak czytamy podręczniki historyczne czy też książki historyczne pokazujące jakieś konflikty między dużymi, silnymi mocarstwami, to niestety tutaj natura tej gry jest taka, jaka natura jest darwinowska, czyli błyszcząca od krwi i pazurów. Nie wiem, czy dobrze przytoczyłem frazę.
[05:39:59] - Cóż, panie Piotrze, nie ma co rozwlekać, bo myślę, że reguła dzisiejsza jest brutalnie prosta.
[05:40:07] - Tak jest.
[05:40:07] - Ale warto bardzo dobrze ją zapamiętać, bo myślę, że nie tylko w budowaniu imperium może pomóc, ale też w takim codziennym życiu. Pan zresztą o tym powiedział chyba najlepiej.
[05:40:21] - Mam nadzieję, dziękuję.
[05:40:22] - Cóż, panie Piotrze, w takim razie pięknie dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[05:40:26] - Do usłyszenia.
[05:40:29] - Tak, proszę państwa, to już zdecydowanie koniec dzisiejszego „Bibliotekarium 2.0”. Pięknie państwu dziękuję za dotrzymanie mi towarzystwa, za wysłuchanie poszczególnych części, a może całości. Cóż, jesteśmy w czasie przedświątecznym. Tym wszystkim, którzy święta obchodzą, życzę radosnych świąt, wszystkiego fantastycznego, żeby było jak najfajniej, jak najlepiej, żebyście państwo też trochę refleksji posnuli w związku z tymi świętami, bo to święta, które przynajmniej w tej wymowie religijnej mają znaczenie, które warto przemyśleć. Dla tych wszystkich, dla których te święta są tylko czasem wolnym, tym życzę, żeby to był fantastyczny czas. Zawsze kiedy jesteśmy z rodziną, kiedy mamy pewną swobodę, nie mamy kieratu związanego z pracą, to człowiek w jakiś sposób oddycha głębiej, czuje się lepiej. To po prostu jest naturalne środowisko, jednak przynajmniej do pewnego stopnia naturalne środowisko człowieka. Więc wszystkim państwu, tym, którzy obchodzą i którzy nie obchodzą i którzy mają wolne, i którzy głęboko to przeżywają, wszystkim wszystkiego najlepszego. Ja już dzisiaj zapraszam państwa na audycję za tydzień. Będzie i pewno nie będzie krótka.
A w tej audycji zapraszam państwa na spotkanie z autorką kryminałów. Autorką, którą już państwo poznaliście. Długie spotkanie, też z Międzynarodowych Targów Poznańskich z Izabelą Janiszewską, autorką, która przyznam państwu, że bardzo odpowiada mi sposób jej pisania. Zapraszam zatem za tydzień. Do usłyszenia. Pięknie państwu dziękuję.
[05:42:31] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radio.