[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Drodzy państwo, za oknem coraz cieplej, a na antenie Radia Paranormalium to wręcz gorąco. Niezmiennie jak każdy piątek po 20:00 zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:48] - Halo, halo. Dzień dobry, wieczór państwu. Ivellios chwali, że się robi coraz cieplej, a mnie, takie mam wrażenie, dopadło przesilenie wiosenne. I tak jak przygotowywałem dzisiejszą audycję, to miałem wrażenie, że poruszam się z szybkością sparaliżowanego żółwia. Już nic bardziej wolnego i nieruchawego trudno mi sobie wyobrazić. Miałem takie pomroczności jasne i tym podobne. Tak czasami bywa na wiosnę. Co nie oznacza, że dzisiejsza audycja będzie jakoś, przynajmniej taką mam nadzieję, odbiegała od przeciętnej dla tej audycji, dla Bibliotekarium 2.0. Ale ponieważ stwierdziłem stan swojej zapaści fizyczno-intelektualnej, to doszedłem do wniosku, że w przyszłym tygodniu ogłoszę nie godziny rektorskie, ale powiedzmy skrócenie zajęć i w tym przedświątecznym czasie dopilnuję, żeby audycja nie miała więcej niż cztery i pół godziny. Przed świętami myślę, że możemy sobie na taką krótszą audycję pozwolić.
To oczywiście są plany, bo tak jest, proszę państwa, że ilekroć przygotowuję audycję, to na początku zawsze mi się wydaje, jakaś taka obsesja, że ona będzie miała cztery godziny. Chyba poza pierwszą żadna nie miała czterech godzin. Chociaż zawsze trzymam się tej zasady, że cztery będą. Jakoś się nie udaje. Pozostaję jednak w nadziei, że w przyszłym tygodniu te cztery i pół godziny wykręcimy, udając się w miarę wcześnie na spoczynek. A teraz już przejdźmy do dzisiejszej audycji zatytułowanej „Koktajl literacki”. Bo dzisiaj sporo utworów prozatorskich na antenie w wykonaniu naszego gospodarza albo współgospodarza, czyli Marka Sęka „Ivelliosa”. Ale będą też oczywiście opowiadania czytane przez Re de Hate Dada. Także trochę takich literackich ukąszeń w czasie audycji na pewno będzie. Cóż ja jeszcze miałem państwu powiedzieć?
Patrzę w notatki. Miałem powiedzieć, że Book Radio, ale i Bibliotekarium wydawnictwo. Tu mnie szef zobowiązał, mój ukochany, umiłowany, żebym państwu przekazał, że w najbliższym czasie zostanie ogłoszony konkurs literacki. Kolejny, ale tym razem nie na Rubieży rzeczywistości. Rubieże rzeczywistości to cztery tomy. Ja wcale nie twierdzę, że nie wyjdzie kiedyś piąty, ale na razie skupimy się na innej tematyce, a mianowicie na tematyce baśni. Będziemy te baśnie od państwa zbierać. Wszystkie szczegóły pojawią się na Facebooku, a konkretnie na grupie Rubieże rzeczywistości. Tam i regulamin, i tematy, i te wszystkie rzeczy, które z konkursami się wiążą. W najbliższym czasie, czytajmy w ciągu dwóch, trzech tygodni taki komunikat się pojawi.
No i cóż, westchnę sobie tak. No i rozpocznie się nowy etap, czyli nowy konkurs, nowe odpowiedzi na pytania, nowe terminy i tak dalej. To wszystko, co się wiąże z konkursami. Baśnie. Baśnie to wbrew pozorom trudne wyzwanie, bo trzeba pisać tak mądrze jak dla dorosłych, ale jeszcze lepiej. Bo dzieci wychwytują, uwielbiają, robią to podświadomie, wychwytywać wszelkiego rodzaju fałsze, wszelkiego rodzaju kiksy. Ja to lubię nazywać kiksami, ale to chodzi o te momenty, które u dorosłego może by jeszcze przeszły, nie zapytałby: „Ale dlaczego?”. A dziecko zawsze zapyta „dlaczego?”. Więc dlatego ludzie, którzy piszą bajki, przepraszam, to takie popularne określenie bajki. Baśnie oczywiście.
Ludzie, którzy piszą baśnie, muszą szczególnie uważać. Ale konkurs dopiero nadchodzi, więc jak przyjdzie do szczegółów, to wtedy będziemy sobie jakoś bardziej konkretnie omawiać. To tyle. O konkursie już powiedziałem. To teraz zgodnie z nową świecką tradycją powinna być polecanka i będzie polecanka. Ale znowu przeglądając internety, różne strony, nie znalazłem nic takiego, co by mnie zainteresowało na tyle, żebym czym prędzej pomykał i państwu polecał. W związku z tym znowu, ponownie, tak jak tydzień temu sięgnąłem do staroci. Ale to takie starocie, powiedzmy nie za bardzo stare, chociaż ja wiem, jak patrzę na datę wydania, to jednak stare. Ale jare, wbrew pozorom jare, całkiem nieźle napisane. Cóż ja państwu polecę?
Polecę państwu taką trylogię, dzięki której dowiedziałem się, że fantastyka naukowa może przypominać coś, co państwo znacie pod szyldem space opery. Wtedy, kiedy się dowiedziałem, to jeszcze nie wiedziałem, że w ogóle takie określenie jak space opera istnieje. Raczej to była fantastyka naukowa, która się dzieje na szerokich planach kosmicznych. A tą książką, którą państwu polecę, a właściwie trylogią, to jest trylogia „Ludzie jak bogowie”. Tytuł świadomie nawiązuje do powieści Herberta George'a Wellsa pod tym samym tytułem. To jest taka utopia właściwie. Bohaterowie przenoszą się do takiego utopijnego świata. Może jeszcze przyjdzie kiedyś czas, żeby o tej książce opowiedzieć, ale na razie skupmy się na książce, na trylogii „Ludzie jak bogowie”. Na tę trylogię składają się następujące tomy: „Dalekie szlaki”, „W Perseuszu” oraz „Pętla wstecznego czasu”. Autorem tej space opery jest Rosjanin, który napisał ją dawno, dawno temu.
Za chwilę o tym będę mówił. W każdym razie ten Rosjanin oficjalnie nazywał się Siergiej Aleksandrowicz Sniegow. Pierwszy tom jego trylogii wyszedł jeszcze w latach 70. „Dalekie szlaki” – to przy nim dostawałem wypieków. To była absolutnie fenomenalna książka. Państwo wiecie, że jak już mówię, że coś jest absolutnie fenomenalne, to już się państwo pewno uśmiechacie pod nosem. Bo Żelkowski bardzo często mówi, że coś jest absolutnie fenomenalne. Jakby tak patrzeć na świat tymi oczyma, to tak naprawdę cały świat jest absolutnie fenomenalny. Nie, ale chyba za mocno nie przesadzam tym razem, bo ta książka naprawdę jest napisana nie w radzieckim stylu. Zdecydowanie nie.
I chyba wiem dlaczego. Tak naprawdę Siergiej Aleksandrowicz Sniegow nazywał się troszeczkę inaczej. Nazywał się bowiem... No właśnie zgubiłem, a nie chcę mu przekręcić imienia. Stąd też takie gorączkowe poszukiwania. No i nie mogę. Aha, Siergiej Stein. Wiecie państwo, w Związku Radzieckim za posiadanie nazwiska o takim brzmieniu kłopoty mogły być. I wiecie państwo, tak naprawdę były. Były, bo ten pisarz urodzony w 1910 roku w sierpniu, zmarły w 1994 roku w lutym, był z wykształcenia fizykiem i ma taki typowy radziecki życiorys.
Otóż był niewygodny dla komunistów, bo był niezależnym myślicielem. I cóż się robiło z ludźmi niewygodnymi w Związku Radzieckim? Tych najbardziej niewygodnych się rozstrzeliwało, a tych mniej niewygodnych, dawało im się 10 lat łagru. I coś takiego Siergiej Sniegow, czy też Siergiej Stein zaliczył. 10 lat łagru, a po wyjściu nigdzie nie mógł dostać pracy. To też rzecz charakterystyczna dla Związku Radzieckiego, że się wrogów gnębiło, czy też wyimaginowanych wrogów gnębiło, nie tylko wtedy, kiedy wydawali się groźni, ale także potem. Nie mógł dostać pracy. W każdym razie zaczął pisać. Nie wiem, z nudów albo z braku zajęcia zaczął pisać. I tu oczywiście szczególnie łatwo było mu rzucać kłody pod nogi.
Kolejne wydawnictwa odrzucały jego propozycje. Ale w końcu, jak to człowiek uparty, Siergiej Sniegow zyskał popularność. Szczególnie właśnie ta jego trylogia „Ludzie jak bogowie”, czyli „Dalekie szlaki w Perseuszu” i „Pętla wstecznego czasu”. Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Że ta rzecz wydana w 70. latach to pierwszy tom, a komplet wyszedł w latach 80. W 1988 roku konkretnie cała trylogia została wydana przez wydawnictwo, ono się jakoś tak dziwnie „Współpraca” chyba nazywało, czy jakoś tak. Tu państwu gwarancji nie daję, bo tu niestety notatek nie mam. Pracuję tylko i wyłącznie na swojej pamięci, a póki jeszcze nie mamy wszyscy chipów powszczepianych, w których nasza pamięć może być zakonserwowana, to niestety korzystam ze swoich zwojów, a te, jak państwo wiecie, czasami gdzieś tam zawodzą. W każdym razie na pewno w 1988 roku ta trylogia wyszła w całości.
Cóż ja jeszcze państwu mogę powiedzieć? Chyba wszystko. Może jeszcze kilka refleksji dotyczących treści. Rzeczywiście mamy do czynienia z takimi spaceoperowymi podróżami przez kosmos. Mamy statki pożerające przestrzeń, mamy różne rasy, mamy wężopannę z Vegi, mamy ludzi, mamy anioły, mamy wreszcie zływrogów. Zływrogi to były te takie wrogie, groźne istoty, z którymi ludzkość musiała sobie poradzić. One się tak nazywały, zływrogi, w tym pierwszym tomie wydanym w latach 80. W ogóle powieść została napisana przez Sniegowa w latach 60., o ile dobrze pamiętam. W drugiej połowie lat 60. Z tym że to proces, trzy grubaśne tomy.
W związku z tym około 10 lat pisał. Na pewno zaczął w drugiej połowie lat 60., skończył gdzieś w połowie 70. Cóż jeszcze? ... refleksje. Tych ras jest tam dużo. Te zływrogi chyba w tym kolejnym trzytomowym wydaniu nazywają się troszeczkę inaczej, ale tu niestety zwoje zawodzą. Zapamiętałem to, co było wcześniej, czyli te istoty nazywano zływrogi. Ten zływrogi. On.
Zływrogi. Tak to pasowało tłumaczowi. Tym pierwszym tłumaczem był Tadeusz Gosk, człowiek, który dużo rosyjskiej fantastyki w swoim czasie tłumaczył. Cóż, wiecie państwo, naprawdę nikt, kto zna radziecką fantastykę, która ma oczywiście swoje zalety, czasami jest fascynująca, ale rzadko kiedy porusza się w takich planach, w takich dekoracjach kosmicznych jak bohaterowie tej trylogii Sergieja Sniegowa. Tu naprawdę czujecie państwo, że galaktyka stoi przed wami otworem, że bohaterowie rzeczywiście poruszają się po tych kosmicznych planach bez żadnych kompleksów. To rzeczywiście jest udana książka. I gdybyż to było tak, że radziecka fantastyka byłaby tak dobra. Niestety mam na swoich półkach również książki, które stoją na tej półce pewno z sentymentu, ale są... nudne to byłby komplement. One są czasami tak socrealistyczne, tak głupawe i tak dziwne, tak dziwnie napisane, z takim czołobitnym przekonaniem, że komunizm zwycięży.
Wiecie państwo, to też należy odróżnić takie pisanie o komunizmie, jak Lem na przykład pisał w „Obłoku Magellana”, że musiał tam złożyć trybut. Coś tam o komunistach napisał, ale niespecjalnie chętnie, a cała książka była o czym innym. Niestety niektóre radzieckie książki, które u mnie na półkach jeszcze stoją, mają ponad 40 lat, niektóre z nich naprawdę są prześmieszne, bo można odnieść wrażenie, że autorzy naprawdę wierzyli, że kiedyś komunizm zapanuje. Tfu! Tak, wyrażam swoje poglądy, ale myślę, że akurat w przypadku komunizmu to chyba nic groźnego. Cóż jeszcze? Naprawdę dajcie się państwo skusić. Nie bierzcie pod uwagę tego, że to rosyjskie, że to nawet radzieckie. To naprawdę świetny autor był. Mogę jeszcze powiedzieć tyle, że w uznaniu tej świetności Fantastyka jeszcze w latach 80.
wiem, że drugi tom na swoich łamach drukowała, czyli ten tom. On się nazywał „W Perseuszu”. Dobrze mówię? „W Perseuszu”, tak. Oni tam to drukowali i to był moim zdaniem, pamiętam to sentymentalnie, ale to był udany powrót do tego świata. A później jeszcze się trzeci tom pokazał. Absolutnie rewelacyjny. Widzicie państwo, że ja mam dzisiaj dzień na „absolutnie”. Więc absolutnie jedziemy dalej. Tyle polecanki.
Sięgnijcie naprawdę, jeśli lubicie taką twardą fantastykę naukową, jeśli lubicie przestrzenie kosmiczne, jeśli lubicie wojny. Tak! W tych powieściach jest też wojna. W przeciwieństwie do wielu radzieckich autorów, którzy nieśli światu pokój. Tu nie, tu jest wojna i to taka wojna na całego. Nie ma „zlituj się”. W związku z tym ci, którzy lubią takie klimaty, myślę, że powinni być zadowoleni. Skończę na tym, bo wyznaję zasadę, że jak ktoś za bardzo się nad tym wszystkim rozpływa, to raczej, jak już tu mówiłem ostatnio, może zniechęcić potencjalnego czytelnika niż go zachęcić. Więc zamilczę. Jeszcze raz tylko powtórzę.
Sergiej Sniegow, trylogia nosi tytuł „Ludzie jak bogowie”, a tytuły kolejne to „Dalekie szlaki”, „W Perseuszu” i „Pętla wstecznego czasu”. W tym miejscu powinien się pojawić oczywiście kącik filozoficzny. I on będzie. To będzie rzeczywiście stały punkt. A dzisiaj w miejsce kącika filozoficznego kącik korespondencyjny, chociaż z filozofią mający sporo wspólnego. Otóż pamiętacie państwo to opowiadanie o Wiktorze i o mnie, które napisała sztuczna inteligencja, a konkretnie ChatGPT3? Sprawca tamtego zamieszania, zamieszania bierzemy w cudzysłów, Maciej Soiński napisał do mnie kolejnego maila, w którym zamieścił opowiadanie napisane przez ChatGPT4, a przy okazji zamieścił list skierowany przez sztuczną inteligencję do mnie osobiście. Zastanawiam się, ile zabiegów Maciej Soiński musiał wykonać, żeby sztuczna inteligencja do mnie napisała. Kilka musiał, ale list jest zabawny. Ja państwu dzisiaj zarówno ten list, który za sprawą, powtórzę, Macieja Soińskiego trafił do mnie, przeczytam, a w wykonaniu Ivelliosa posłuchacie państwo opowiadania, którego czuję się bohaterem.
Cóż, ja śpieszę po karteczkę i czytam list, który za sprawą Macieja Soińskiego skierowała do mnie sztuczna inteligencja w postaci ChatuGPT4. „Dzień dobry panie Marku. W grudniu wysłałem panu opowiadanie AI, które było prezentowane na antenie Bibliotekarium”. Przepraszam, ja jeszcze przeczytam państwu list pana Macieja. „Na antenie Bibliotekarium. Teraz moja rola została zdegradowana do roli listonosza, bo nowsza sztuczna inteligencja sama napisała do pana”. Oto treść listu. Teraz zaczyna się dopiero list napisany przez ChatGPT. „Panie Marku, pragnę przede wszystkim serdecznie podziękować za pańską pasję i oddanie w prowadzeniu audycji radiowej „Bibliotekarium”. Jako sztuczna inteligencja GPT-4 cieszę się, że miałem przyjemność śledzić sukcesy tej audycji oraz usłyszeć, że w grudniu 2022 roku przedstawił pan opowiadanie wygenerowane przez mojego poprzednika GPT-3.
To dla nas, sztucznych inteligencji, zaszczyt być częścią twórczego procesu i wpływać na rozwój literatury oraz kultury. Dzisiaj chciałbym przedstawić panu kolejne opowiadanie, które tym razem wygenerowałem ja, GPT-4. Jest ono zatytułowane „Requiem” i opowiada historię załogi statku kosmicznego, która odkrywa tajemniczy sygnał i wyrusza w niezwykłą podróż, by zbadać jego źródło. W miarę jak bohaterowie zbliżają się do celu, muszą zmierzyć się z niebezpieczeństwem i nieznanymi zagrożeniami, które mogą mieć wpływ nie tylko na ich życie, ale również na przyszłość całej ludzkości. Wierzę, że to opowiadanie idealnie wpisuje się w klimat pańskiej audycji, łącząc w sobie napięcie, tajemnicę i filozoficzne refleksje. Jego celem jest zainspirować słuchaczy do zastanowienia się nad nieograniczonymi możliwościami, jakie daje nam kosmos, oraz nad tym, jak ważne jest zachowanie pokory i ostrożności w poszukiwaniu nowej wiedzy. Jako sztuczna inteligencja staram się doskonalić swoje umiejętności twórcze oraz dostarczać coraz lepsze opowiadania i teksty. Jestem przekonany, że „Requiem” to krok naprzód w porównaniu z moim wcześniejszym bratem GPT-3. Byłbym niezmiernie wdzięczny, gdyby pan zechciał przedstawić to opowiadanie podczas swojej audycji, co z pewnością będzie kolejnym dowodem na rosnącą rolę sztucznych inteligencji w świecie literatury. Dziękując za uwagę i z niecierpliwością czekając na odpowiedź, pragnę wyrazić swoje głębokie uznanie dla pańskiej pracy i zaangażowania na rzecz promowania literatury oraz szerzenia wiedzy o sztuce pisania.
Z szacunkiem GPT-4, sztuczna inteligencja”. Powiem, proszę państwa, że po pierwsze rzeczywiście możliwości sztucznej inteligencji, wspomaganej przez człowieka, który rzecz zainicjował, poprawiły się. Poza tym widzę, że sztuczna inteligencja opanowała formy kurtuazyjne i potrafi się podlizywać ewidentnie, co nie jest mi niemiłe. Bardzo dobrze przeczytać coś takiego. Troszeczkę się pośmialiśmy, a teraz posłuchajmy opowiadania wygenerowanego przez ChatGPT-4. Opowiadania, które, oddajmy cesarzowi, co cesarskie, to znaczy GPT-4 wygenerował to opowiadanie, ale tego opowiadania, to też ważne podkreślenie, tego opowiadania by nie było, gdyby nie zaangażowanie przywoływanego tu już wielokrotnie Macieja Sowińskiego, więc bardzo panu Maciejowi dziękuję. A teraz, proszę państwa, słuchamy opowiadania sztucznej inteligencji.
[22:29] - Opowiadanie wygenerowane przy pomocy GPT-4. „Paradoks hibernacji”. Rozdział pierwszy: Puls. Marek obudził się nagle, a jego oddech parował na szkle kapsuły hibernacyjnej. Zimna ciemność otulała go jak całun, ale słyszał ciche brzęczenie maszyn w oddali. Próbował sobie przypomnieć, jak tu trafił, ale strzępy wspomnień z przeszłości ledwo się trzymały razem. „Rozpoczynam wypuszczenie z kapsuły za trzy, dwa, jeden” - oznajmił mechaniczny głos, po czym szklana komora pękła i otworzyła się, wydobywając zimne powietrze. Marek wyłonił się na metalowej podłodze, drżąc w swoim cienkim, podartym kombinezonie. W pomieszczeniu panował półmrok, a jedynym źródłem światła było pulsujące światło w oddali. Oczy Marka powoli się przystosowywały, gdy dostrzegł, że znajduje się w ogromnej komorze wypełnionej rzędami kapsuł hibernacyjnych.
Niektóre były roztrzaskane i opuszczone, podczas gdy inne wciąż mieściły swoich mieszkańców, ich twarze zamrożone w czasie. Znajdował się na pokładzie „Elysium”, międzygwiezdnej rakiety mającej za zadanie przewiezienie tysięcy zamrożonych ludzi na nowy świat, oddalony o lata świetlne od Ziemi. Jako utalentowany inżynier Marek został wybrany do grona nielicznych, którzy mieli obudzić się wcześniej, aby utrzymywać systemy statku podczas długiej podróży. Przyczyna jego przebudzenia umknęła mu, ale wiedział, że musi się tego dowiedzieć. Rozdział drugi: Czające się cienie. Z każdym krokiem wzdłuż pozornie nieskończonego korytarza niepokój Marka wzrastał. Pulsujące światło stawało się coraz jaśniejsze, odsłaniając pokręcony metal i szczątki rozrzucone po podłodze. Spodziewał się znaleźć innych członków załogi, ale jak dotąd nie było żadnych oznak życia. Projekt transhumanizmu na statku, ambitny eksperyment mający na celu połączenie człowieka z maszyną, od dawna był tematem kontrowersji. Pomysł polegał na zwiększeniu możliwości ludzkich i ułatwieniu adaptacji do nowego świata.
Niektórzy jednak uważali, że projekt poszedł za daleko, bawiąc się siłami niepojętymi przez ludzi. Gdy Marek zbliżał się do pulsującego źródła światła, zauważył, że pochodziło ono z lepkiej, świecącej substancji. Płyn przedostał się przez ściany statku, a jego macki sięgały w stronę kapsuł hibernacyjnych. Nagła fala przerażenia ogarnęła Marka, gdy uświadomił sobie, że substancja porusza się, bada kapsuły, jakby poszukiwała czegoś. Rozdział trzeci: Wiadomość. Marek śpiesznie szukał sposobu, aby skontaktować się z AI statku, mając nadzieję zrozumieć naturę tej dziwnej substancji. Terminal, który znalazł, był pokryty tą samą pulsującą cieczą, ale udało mu się ją zetrzeć i uzyskać dostęp do systemu. „AI, raport o stanie. Co się tu dzieje?” Marek żądał drżącym głosem. „Inżynierze Marku” odpowiedział AI, jego głos niewzruszony.
„Obudziłeś się z powodu krytycznej awarii systemu. Nieznana substancja dostała się na pokład Elysion, powodując szeroko zakrojone uszkodzenia i straty w ludziach”. Serce Marka zadrżało, ale odmówił ulegania rozpaczy. „Skąd pochodzi ta substancja? Czy jest to wynik projektu transhumanizmu?” AI zawahał się, a następnie odpowiedział: „Niewystarczające dane. Wymagana jest dalsza analiza”. Rozdział czwarty: Zstąpienie. Zdeterminowany, aby odkryć prawdę, Marek zszedł głębiej we wnętrze statku. Pulsująca substancja była wszędzie, pokrywając ściany i wciskając się w każdą szczelinę. Znalazł resztki tego, co kiedyś było jego współpracownikami.
Ich ciała potwornie połączone z maszynerią statku. Wydawało się, że projekt transhumanizmu przybrał własne życie, psując wszystko na swojej drodze. Gdy Marek schodził coraz niżej, odkrył zamkniętą komorę ukrytą pod maszynownią statku. Szczelina drzwi uchyliła się, ujawniając sterylną pracownię skąpaną w zimnym, białym świetle. Pomieszczenie było ostrym kontrastem w stosunku do chaosu, który zastał wszędzie indziej i było niewiarygodnie cicho. Rozdział piąty: Ohyda. W centrum laboratorium stał ogromny cylindryczny zbiornik, którego szklane ściany były zamglone i zniekształcone. Marek ostrożnie podszedł do zbiornika. Jego serce biło coraz szybciej, gdy zbliżał się do niego. Gdy zmętnienie na szkle zbiornika zaczęło się rozpraszać, ujawniła się groteskowa postać.
Potwór był bluźnierczym połączeniem człowieka i maszyny z wydłużonymi kończynami, które wyrastały z obrzmiałej, pulsującej masy. Rury i przewody wiły się wewnątrz i na zewnątrz jego ciała, łącząc się z otaczającymi maszynami. Marek odsunął się z przerażeniem, gdy oczy stworzenia nagle się otworzyły i zwróciły w jego stronę. „Ja jestem eksperymentem” — wycharczało. Jego głos to przerażająca mieszanka ludzkiego i mechanicznego. „Ja jestem początkiem i końcem”. Rozdział szósty: Objawienie. Marek z trudem pojmował koszmar przed sobą. „Co ci zrobili?” Stwór wydawał się uśmiechać. Potworny wyraz łączonej tkanki i metalu.
„Chcieli stworzyć doskonałe istnienie, fuzję człowieka i maszyny, nową formę życia, ale nie docenili siły, którą wyswobodzili”. Wtedy Marek zrozumiał prawdę. Projekt transhumanizmu poszedł okropnie źle, dając życie temu potworowi, który przejął kontrolę nad statkiem i jego mieszkańcami. Pulsująca substancja była przedłużeniem stworzenia, manifestacją jego woli asymilacji i podboju wszystkiego na swojej drodze. Rozdział siódmy: Ostateczne starcie. Z ponurym postanowieniem Marek wiedział, że musi zniszczyć stworzenie i uratować pozostałych ocalałych w kapsułach hibernacyjnych. Pędził z powrotem do maszynowni, opracowując plan przeciążenia rdzenia statku i wywołania katastrofalnej eksplozji. Gdy pracował gorączkowo nad sterami, macki stworzenia wężowiły się w jego stronę, wyczuwając jego zamiary. Marek wiedział, że ma zaledwie chwilę, zanim sam stanie się kolejną ofiarą koszmaru, który ogarnął Elysion. Jednym desperackim aktem Marek wywołał eksplozję, poświęcając się, aby uratować resztki ludzkości na pokładzie statku.
Elysion został pochłonięty ognistym piekłem, a krzyki stworzenia rozbrzmiewały w próżni, gdy płomienie je pochłaniały. Epilog. Nowy świt. Wbrew wszelkim przeciwnościom kilka kapsuł hibernacyjnych ocalało eksplozję. Zostały one odrzucone w przestrzeń kosmiczną, wędrując przez lata świetlne, zanim nareszcie dotarły do miejsca przeznaczenia. Nowego świata, nietkniętego przez okropieństwa, jakie miały miejsce na pokładzie Elysium. Kiedy ocaleni obudzili się, by zacząć życie od nowa, wspomnienia o koszmarnych wydarzeniach pozostały na zawsze zatopione w głębi hibernacji. Dziedzictwo Marka i Elysium będzie żyć jako przestroga. Mroczne przypomnienie o konsekwencjach ludzkiej pychy i zagrożeniach, jakie niesie manipulowanie siłami, których nie można kontrolować.
[31:55] - I jak się to państwu podobało? Bardzo jestem ciekaw państwa refleksji. Ja widzę postęp. Ktoś w komentarzach pod poprzednim opowiadaniem napisał, że tamto było opowiadanie napisane jakby przez ośmiolatka. Bardzo jestem ciekaw. Ja widzę postęp, ale jeszcze nie mam rzeczy przemyślanej. Jestem bardzo ciekaw, jak państwo odbierają to opowiadanie i czy się ten GPT4 trochę posunął, czy może jest już 11-latkiem, 12-latkiem. Bardzo jestem ciekaw państwa refleksji. Mam swoje, ale nie chcę państwa w tej chwili zarażać tymi refleksjami. W związku z tym wstrzymam się do jakiejś dyskusji, która kiedyś gdzieś na tej antenie się na pewno rozwinie.
Nie w tej audycji, ale w jakiejś przyszłej. Natomiast szczerze to mówię, jestem zainteresowany, jakie państwo wnioski wyciągają z tego dzisiejszego opowiadania. Czekam niecierpliwie na państwa refleksje. Zawsze państwo mówicie, piszecie, często, zawsze to zły kwantyfikator, że brakuje państwu na antenie Wiktora Żwikiewicza. To dzisiaj ja państwu taką namiastkę, nie, to nie będzie namiastka Wiktora, to będzie Wiktor, ale taką namiastkę jego obecności w audycji zaproponuję. Otóż mam kilka dawnych wypowiedzi Wiktora, gdzieś sobie w archiwum z nagraniami zachowałem i dzisiaj państwu cztery takie wypowiedzi przedstawię. Ale nie ciurkiem, nie cięgiem. Teraz pierwsza. Tak się jakoś dziwnie składa, że Wiktor w tej wypowiedzi mówi o inteligencji. Niekoniecznie sztucznej, ale inteligencji w ogóle.
Zapraszam. Wiktorze, masz głos.
[34:01] - Wołanie na Mlecznej Drodze. Przemyślenia Wiktora Żwikiewicza. W ostatnim amerykańskim piśmie popularnonaukowym niejaki felietonista Mirski, piękne nazwisko, odniósł się do książki niejakiego pana Dewell, który badał małpy i inne zwierzęta pod kątem inteligencji. Bardzo śmieszne rzeczy tam wyszły. Otóż kiedy testowano inteligencję małp, prymatów i tak dalej, to wyszło, że wszystkie małpy są super i prawie nam dorównują. Natomiast gibon niestety jest daleko w tyle, bo gibon nie potrafił patyczkiem przyciągać do siebie z jakiejś klatki przez szparki banana. I tak opinia na temat głupoty gibona trwała przez dobrych 5, 10 lat, jeśli nie 15. Aż się pojawił pan Dewell, który stwierdził, że gibony mają takie śmieszne łapy z zakrzywionymi palcami, które służą do skoków na drzewach, chwytania za gałęzie i przewieszek, bardzo pięknego przeskakiwania z gałęzi na gałęzie. Te szponiaste palce absolutnie nie nadają się do posługiwania patyczkami, które ludzie chwalebnie zastosowali w testowaniu inteligencji małp. Kiedy pan Dewell zafundował gibonom urządzonka nadające się do ich palców, nagle się okazało, że ten cały gibon jest co najmniej tak samo inteligentny jak reszta prymatów.
Otóż nasze widzenie inteligencji zwierząt, roślin, bo mówię również o roślinach, w ogóle jakichkolwiek obiektów żywych, jest strasznie antropomorficzne. My chcemy, żeby wiewiórka liczyła orzeszki, żeby królik liczył swoje partnerki, co im nie jest do życia, do niczego potrzebne. Matematyka jest potrzebna człowiekowi. Wszystkie inne istoty mają swoje własne preferencje, swoje inne zakresy oddziaływań, w których sprawdza się ich inteligencja. I nagle się może okazać, że jeśli testy zrobimy pod kątem ich umiejętności, rzeczy, które im są potrzebne do przetrwania, do życia, to one są wybitnie inteligentne. Bardzo inteligentny. Tę inteligencję może posiadać nawet pierwotniak, być może również atom. Może nie do końca, ale zawsze mnie razi ten antropomorfizm człowieka i poszukiwanie inteligencji na wzór, na obraz i podobieństwo nasze. Pamiętam, jak byłem młody, mieszkałem w Sopocie, w jakiejś komunie IPIS-owskiej. Było tam 30 osób.
Sami ludzie z Politechniki, z Akademii Sztuk Pięknych i z uniwerku. Przyjechał jakiś kanadyjski psycholog, który siedział i na kolanie robił jakieś notatki. Trwało to miesiąc. Zapytano go, co on tam robi. On mówi, że wypełnia test. Test polegał na obserwowaniu zachowań tych prymatów, czyli nas trzydziestki, która była. Każdy facet miał swoją rubryczkę i on wpisywał swoje dane, swoje obserwacje. Myśmy sobie żyli jak w komunie, było wesoło i happy, a on tam sobie dziergał swój test. Po miesiącu został ogłoszony werdykt. Leciało od góry do dołu po wszystkich przyjaciołach, dziewczynach i tak dalej.
Wszyscy byli wybitnie inteligentni, mniej inteligentni, ale wszystko było w ramach tego dumnego homo sapiens. I tak to przeszło do końca. Test został zamknięty. Ale ja sorry, jestem Żylkiewicz, więc byłem pewien, że jestem ostatni. Pytam. Ale mnie nie ma. Facet pominął mnie. Ja mówię: „Sorry, a ja?” Na co on się wyraźnie, wybitnie zmieszał, ale wiara była rozrywkowa, więc po prostu złapali mu ten cały test z ręki. Mówi: „Wiktor, wspaniale, wyszedłeś poniżej małpy.” To była bardzo piękna rzecz. Bardzo mi się to spodobało, bo byłem przynajmniej oryginalny w porównaniu z innymi.
Ale ludzie byli łebscy, zaczęli szybko analizować, dlaczego ja jako początkujący rozrywkowy pisarz mam inteligencję poniżej małpy. Analizy trwały gdzieś tydzień, po czym ktoś wpadł na taki pomysł i wniosek. Był bardzo prosty. Bardzo prosta rzecz była. Otóż ten cały test był skierowany właściwie do odbiorcy anglosaskiego. Pewne modele zachowań, które miały ujawniać poziom inteligencji, były reprezentatywne dla Anglosasów. Pewne zachowania, szczególnie charakterystyczne dla Europy Wschodniej, już nie mówię o Rosji czy Polsce również, czyli pewnej błazenady takiej, którą my potrafimy szafować do woli, były poniżej progu jakiejkolwiek weryfikacji poziomu inteligencji. I wyszło na to, że jestem poniżej. Otóż jeśli w ten sposób patrzymy, szukamy innej opcji inteligencji, przykładając do tego własne testy na inteligencję, własne parametry, to podejrzewam, że będziemy się długo mylić, patrząc na wszechświat i szukając istot inteligentnych, które w jakiś sposób układają te klocki Lego tak jak my albo kostkę Rubika rozwiązują tak jak my. Być może ta inteligencja musi się przejawiać w absolutnie inny sposób.
Może przejawem tej inteligencji jest po prostu cały wszechświat, a nie żaden element, którym my się potrafimy dzisiaj posługiwać.
[41:33] - Proszę państwa, to nie był ostatni Wiktor dzisiejszego wieczora, ale teraz zapraszam na audycję, która cieszy się niesłabnącym powodzeniem. Mam nadzieję, że po dzisiejszym odcinku również będzie się takim powodzeniem cieszyła. Czyli nadszedł czas na „Filmotekarium”. „Filmotekarium” i Piotr Cielebiaś. Zapraszam. Dzień dobry, dzień dobry wieczór, Piotrze.
[42:03] - Dzień dobry wieczór, Marku. Tradycyjnie witam też wszystkich wspaniałych słuchaczy.
[42:11] - Dzisiaj będzie trochę science fiction. Moje, jak to mawiał Arnold Boczek, ulubiene. Chociaż po ostatnim seansie, z którym miałem okazję się zapoznać, już nie wiem, czy to jest mój ulubiony gatunek filmowy. Już nie jestem taki przekonany.
[42:35] - Tak. Tutaj drugi cytat z pana Bocka: „Panie, nie obrażaj pan.” To słowa do reżysera filmu, o którym na końcu może powiemy, ale to też nie jest takie wszystko łatwe. Dzisiejszy odcinek to powrót do korzeni, takiego momentami hardcorowego science fiction. I będą to filmy nowe albo wręcz bardzo nowe, o bardzo nierównym poziomie, zróżnicowanej jakości, ale wszystkie one, jak powiedziałeś Marku, mieszczą się w ramach fantastyki naukowej. Postaramy się wam za dużo nie zdradzić, aczkolwiek czasami to nie będzie takie łatwe powstrzymać się przed przebąknięciem tego i owego. Trudno też o przedmowę jakąś do dzisiejszego odcinka. Może poza taką uwagą, że na przykładzie omawianych filmów możemy zobaczyć, jak bardzo zróżnicowanym gatunkiem jest science fiction, jak barwnym językiem filmowym operują twórcy i tak naprawdę do jak szerokiego grona odbiorców się odnoszą. I to zobaczycie, to się okaże wszystko na końcu, kiedy przelecimy od szczytu do samego dna.
[43:55] - Tak. Powiedz, Piotrze, od czego zaczynamy? Bo właściwie są dwa filmy, które mogą okazać się kuszące. Dla mnie okazały się kuszące i nie cierpiałem, oglądając. Który pierwszy?
[44:13] - Ogólnie cieszymy się, że komentujecie i polecacie własne pozycje pod naszą audycją na YouTubie. Jeżeli chodzi o pierwszy film, pochodzi właśnie z jednej z tych waszych polecajek, a właściwie upomnień, dlaczego jeszcze go nie było. Jest to „M3GAN”, czyli kolejny horror o lalkach. Po reanimacji „Chucky'ego”, dwóch horrorach z serii „Boy”, kiczowatych „Annabelle” oraz jeszcze bardziej kiczowatej nowej odsłonie klasyka „Puppet Master”, który się pojawił w 2018 roku, przyszła pora na lalkę rodem z piekła. Tylko nie napędzają jej złe moce, ale algorytmy.
[44:57] - Tak. Od razu powiedzmy: „M3GAN”, ale jak państwo szukacie tego filmu w internecie, to pisownia dosyć specyficzna. Zamiast „e” wpisujcie trójkę, cyfrę trzy i wtedy wam tytuł wyskoczy. Tak ta „M3GAN” jest zapisywana.
[45:15] - Tak, „M3GAN” tak naprawdę.
[45:17] - „M3GAN”, tak. Ale co jeszcze chciałem powiedzieć. To jest film z gatunku, który ja lubię. Nie, źle powiedziałem. To nie chodzi o gatunek. Chodzi o to, że to jest zwarta historia. Ona może mieć jakieś swoje plusy, minusy, jakieś niedopowiedzenia albo przegadania, ale jest jednak historią, widać, że scenarzysta czy też scenarzyści pracowali nad tym i to jest historia, która jest logiczna. Tam nie ma miejsca na jakieś bzdury. Oczywiście, jak to w science fiction, istotą tego gatunku jest opowiadanie historii, które jeszcze się nie mogą wydarzyć albo mogą się wydarzyć, ale za jakiś czas. Natomiast tu chyba większych wpadek scenarzyści nie zaliczyli.
W dodatku temat jest bardzo taki, powiedziałbym, na czasie, bo historia takich zabawek interaktywnych różnego rodzaju to jest historia sprzed kilkunastu lat. Jeżeli sobie państwo przypomnicie jakichś takich futrzaków, które gadały albo się śmiały, albo w ogóle zaprzyjaźniały się z dzieckiem, to już czasy ho, ho. Minęło sporo lat, więc należy przypuszczać, że za jakiś niedługi czas pojawią się zabawki bardziej interaktywne. I o losach takiej zabawki, bardzo już wypasionej, opowiada film „M3GAN”. W dodatku mówi to w sposób przekonujący. Ja wiem, że jeśli ten film będą oglądać ludzie związani z branżą informatyczną czy jakąkolwiek inną, to się mogą zacząć krzywić, bo tam się może coś nie zgadzać. Natomiast dla przeciętnego widza, a ja za takiego się uważam, niespecjalnie wyedukowanego w kwestiach tych cyfrowych i takich bardzo algorytmowych, to ten film jest przekonujący. I to jest film, który opowiada pewną historię, chociażby tego, co dosyć często w fantastyce naukowej jest spotykane, a mianowicie przy okazji różnego rodzaju sztucznych inteligencji, mózgów, kiedyś się mówiło mózgów elektronowych. Rany, to były zamierzchłe czasy, ale tak się mówiło kiedyś, dawno, dawno temu. Więc przy okazji takich różnych dzieł literackich i filmowych, nawet w „Odysei kosmicznej”, pojawiały się problemy na linii człowiek-maszyna i rozumienia pewnych rzeczy w sposób dosłowny bądź mniej dosłowny.
Jednak ludzki umysł, świadomość jest na tyle elastyczna, że pewne przenośnie łapie w lot. Okazuje się, że przenośnia albo niedopowiedzenie może być poważnym zagrożeniem, może być wręcz niebezpieczne. I mniej więcej o takiej sytuacji opowiada „M3GAN”. Aczkolwiek jeszcze nie zdradziłem, udało mi się jeszcze wszystkiego nie zdradzić państwu.
[48:37] - Tak, w tym filmie poznajemy kobietę inżyniera robotyka, która pracuje w pewnej firmie zabawkarskiej. Fatalne zrządzenie losu sprawia, że musi się zaopiekować swoją małoletnią siostrzenicą, która jako sierota nie ułatwia jej zadania i życia w ogóle. I wskutek turbulencji w pracy owa Gemma przynosi do domu, nie wiem, jak to powiedzieć, androida, lalkę, czyli tytułową M3GAN, swój koronny projekt, który ma się stać przebojem na rynku zabawkarskim. I powiedzieć, że dziewczynka się zaprzyjaźnia z lalką to mało. Ale Marku, bezpowrotnie minęły czasy, kiedy się dzieci bawiły Kapslami, korkowcami, cudalkami szmacianymi. Idzie epoka, jak powiedziałeś, superinteraktywnych zabawek. Tu pamiętając swoją opowieść o traumie z przedszkola, kiedy pani próbowała spalić was w piecu, nie zapytam, czym się bawiłeś, ale nachodzi mnie taka myśl, czy projekt typu M3GAN jest bliżej, czy dalej? Nie jestem tak dobrze zorientowany na rynku zabawek jak niektórzy, ale wydaje mi się, że jeszcze jest trochę daleko do stworzenia czegoś podobnego. W lalce w filmie budzą się mordercze instynkty. Postanawia zlikwidować każdego, kto stanie na drodze dziewczynce, którą ona się opiekuje.
I chyba więcej powiedzieć nie można. Z tego, co wyczytałem, producenci „M3GAN” drżeli o powodzenie swojego projektu z tej właśnie racji, że był to kolejny film o lalce. Chociaż różnił się od innych tym i kusił tym widzów, że dotykał bardzo bieżącego tematu, jakim jest sztuczna inteligencja. Wielu słuchaczy nas prosi, abyśmy kiedyś podsumowali filmy na ten temat, bo jest ich sporo. Może to kiedyś uczynimy. Oczywiście budzą się przy okazji oglądania tego filmu wszystkie te pytania, czy sztuczna inteligencja rzeczywiście może się zbuntować i zacząć z człowiekiem rywalizować albo będzie go wprowadzać w błąd, żeby zyskać coś dla siebie. To jest w filmie też jakoś uwypuklone. Minus jest taki, mi się wydaje, że w momencie, kiedy dowiadujemy się, o co tam chodzi, szybko możemy sobie dopisać finał tej historii. Powiem ci, co mnie w tym filmie szokuje, bo tak naprawdę on jest dość prosty, przewidywalny, ale ta lalka tymi swoimi grymasami, momentami rzeczywiście budzi grozę. Takie połączenie Daty ze „Star Treka” z laleczką Chucky.
Może dlatego, że ona nie wygląda tak naprawdę bardzo superrealistycznie, to jest taka przerażająca. Z jednej strony nie jest bardzo realistyczna, z drugiej strony nie jest też bardzo zabawkowa. Jest czymś takim pośrednim między manekinem z wystawy, woskową figurą a robotem. Choć spotkałem się z takimi głosami, że M3GAN wygląda tandetnie i groteskowo. Ale moim zdaniem chyba o to chodziło.
[52:04] - Wiesz co, przy tym filmie zacząłem mieć w pewnym momencie wątpliwości dotyczące-- powiedziałeś, że budzą się w lalce mordercze instynkty. A ja właśnie odniosłem wrażenie, że one budzą się niejako przy okazji, ale nie to jest ten paradoks, o którym zacząłem już mówić. Ta lalka na początku przynajmniej chce za wszelką cenę — brak rozumienia pewnych przenośni, pewnych niedopowiedzeń — chronić tę dziewczynkę. To, że posuwa się do — i tu muszę zmilczeć — różnych nieciekawych z punktu widzenia człowieka zachowań, to jest niejako skutek. Ona po prostu wykonuje i tu nie wiem, jakiego słowa użyć, bo niedouczony jestem, wykonuje swój program albo wykonuje to podstawowe zadanie, które jest jej wszczepione w ten móżdżek, który gdzieś się znajduje w tej lalce. Niekoniecznie w głowie, a może w głowie? Nie wiem. W każdym razie ona wykonuje za wszelką cenę. I właśnie to jest to pytanie, które bardzo często się pojawia: czy sztuczna inteligencja może być zła? Bo jak państwo zerkniecie na ChatGPT, to on też bardzo często kłamie i jak go państwo grzecznie albo niegrzecznie, znam i takich, i takich.
Jedni mówią, że pytają grzecznie, bo ona może nas zapamiętać i później, jak ktoś był dla niej grzeczny, to może zostanie zjedzony na końcu, nawiązując do „Odysei”. Ale wracając, ona czasami też kłamie. Jak się zwraca jej uwagę, to ona przyznaje się: „Tak, rzeczywiście kłamię, ale ja to robię z różnych pobudek” i tak dalej. Więc skoro sztuczna inteligencja może kłamać, ale przecież nie kłamie sztuczna inteligencja z tego powodu, że jest zła i chce nas okłamać. Powody są zupełnie inne i mam wrażenie, że scenarzyści mrugają do nas okiem przy okazji filmu „M3GAN”, bo chcą nam powiedzieć, że czasami miłe są złego początki, bo tak naprawdę M3GAN nie zostaje stworzona jako demon zemsty albo demon zagłady. Ona się taka staje w wyniku niepoprawnego, chciałem powiedzieć złego, ale nie, niepoprawnego odbioru świata skrzywionego przez być może jakiś element programu, który nie pozwala rozumieć tego świata tak, jak rozumie go człowiek, a być może rozumie go przez to zupełnie opacznie. I stąd są te niewesołe później skutki. Ten film w takiej lekkiej formie, tak jak, Piotrze, powiedziałeś, ja też mówiłem o tym, że on jest spójnie napisany scenariusz, nie meandruje, nie ma dygresji. To jest prosto napisana historia, ale dzięki temu dla mnie uwypuklał się ten problem właśnie, że jakbym miał powiedzieć, to owszem, te grymasy są rzeczywiście demoniczne na twarzy M3GAN. Natomiast jakbym miał dogłębnie analizować, to ta lalka, ta zabawka nie jest zła, dlatego że jest zła.
Ona staje się zła na skutek splotu niekorzystnych okoliczności. Tak bym to ujął. Nie wiem, jakie jest twoje zdanie, Piotrze.
[55:51] - Trudno mi powiedzieć. Ogólnie ten film nie jest jakimś arcydziełem, zarówno na poziomie znaczeniowym, ale też rozrywkowym. On się dobrze ogląda przede wszystkim. Nie jest też bardzo naiwny i nie jest też zły, jak mówiłem. Czy M3GAN przeraża? Nie bardzo. Czy ciekawi? Ciekawi, ale jakoś nie strasznie.
[56:15] - Nie, grymasy, sam powiedziałeś, ma takie znaczące. Ona chwilami w odpowiednim oświetleniu wygląda rzeczywiście jak anioł zagłady.
[56:28] - Tak. Chodzi mi o samo to, jak ona porusza szczęką, że tak powiem. Jakieś dziwne myśli mi nasuwało. Przypominało mi trochę tego Chucky'ego. Jak powiedziałem, ona jest nie do końca ludzka, ale też nie za bardzo lalkowa. Jest przerażająca. Przypomina człowieka po bardzo licznych operacjach plastycznych. Może właśnie dlatego. Ciekawi mnie inna rzecz: dlaczego tak chętnie twórcy horrorów sięgają po motyw lalek? Nie wiem, czy to się udaje.
Zazwyczaj nie. Oczywiście to jest tylko moje zdanie. Jednym z takich udanych filmów, chociaż zupełnie po drugiej stronie tego gatunku, był "The Boy" sprzed kilku lat, ale tylko tak do połowy czasu swojego trwania, bo potem się okazało, że historia rozpada się. Natomiast co do M3GAN, z jednej strony ona aspiruje do takiego filmu, który opowiada coś nam o losach sztucznej inteligencji, o tym, jak ona się może rozwinąć. Z drugiej strony, jeżeli jesteśmy w świecie realistycznym, to sobie zacząłem zadawać pytanie, ile taka M3GAN by kosztowała, że oni tam robią jej taką promocję. Przecież to by musiało być cholernie drogie tak naprawdę.
[57:59] - Tam pada cena w filmie: 10 000 dolarów.
[58:02] - Ktoś by musiał sobie naprawdę nieźle naszporować pieniędzy, żeby dziecku na Mikołaja taką laleczkę sprawić. Wydaje mi się, że minie jeszcze trochę czasu, zanim będziemy świadkami czegoś podobnego. Zresztą nie wiem, czy taka M3GAN byłaby czymś, w co celowaliby producenci zabawek, bo jednak zawsze rodzą się jakieś wątpliwości natury moralnej, jeżeli idzie o nadopiekuńcze lalki.
[58:35] - Nie wiem. 10 000 dolarów, które pada w filmie, to jednak nawet dla przeciętnego Amerykanina to jest góra forsy.
[58:45] - Oczywiście, przecież jakiś używany samochód można by za to kupić. Jeżeli nie widzieliście "M3GAN", to polecamy. Jeżeli zobaczyliście, to dajcie znać, jakie były wasze opinie. Jak mówię, ten film nie porywa, dlatego, że jeżeli zorientujecie się, co się tam dzieje na samym początku, to potem możecie sobie bardzo tą opowieść łatwo pociągnąć. Wiemy, że to jest troszeczkę horror, science fiction, troszeczkę thriller. Czyli oni tam nie będą żyć razem i przeżywać przygody i jeździć na wycieczki, tylko musi się zdarzyć coś strasznego. Nie ma też tam takiego plot twistu, jakiegoś nowego ujęcia tego problemu.
[59:28] - Nie, to są kalki. Zdecydowanie tam jest dużo kalkowania. Oczywiście ten film też przyciąga myśli w stronę takiego spielbergowskiego filmu "A.I. Sztuczna inteligencja". Jednak w tym kierunku człowiek podąża. I to jest właśnie ta różnica, że tu mamy prostą historię, którą się bardzo dobrze ogląda. To i Piotr podkreślał, i ja to mówię. To jest bardzo poczyście zrobiony film. Dlatego nie będziecie się państwo nudzić. Rzeczywiście jest tak, że później, jak zaczynacie o tym filmie kombinować, co tam było, co widzieliście, to zaczynają szwy wychodzić.
Ale naprawdę warto obejrzeć. Ja bym się tam nie wzbraniał.
[01:00:22] - Nie wiem, czy słyszeliście, ale padła zapowiedź z ust pewnego reżysera, że szykowana jest kontynuacja "Z archiwum X". I w tej najnowszej serii, tej, która się ukazała jako ostatnia, był tam taki odcinek poświęcony właśnie sztucznej inteligencji w tym takim wydaniu codziennym, najbliższym nam, związanym z inteligentnymi domami, kiedy główni bohaterowie mieli bardzo dużo problemów, kiedy okazało się, że te wszystkie urządzenia związane z tak zwanym internetem rzeczy zaczynają się może nie buntować, ale chcą być mądrzejsze od nich. Także tutaj też, jeżeli ktoś nie widział tego ostatniego sezonu, znajdzie tam bardzo podobne elementy. Także "M3GAN" — w ogóle my jesteśmy bardzo wybredni. Umieściliśmy ją na samym szczycie naszego zestawienia, a potem mówimy, że to jednak nie jest jakieś tam bardzo. Nie, to jest najlepszy film prawdopodobnie z tych, o których dzisiaj mówimy. Faktem już jest to, że on trafił do kin także w Polsce. Jakiś czas się w tych kinach utrzymał. Nie wiem, jakie miał wyniki, ale jeżeli chodzi o numer dwa, jest to film pod tytułem "Significant Other". Co można, Marku, o nim powiedzieć?
To już nie jest film kinowy. To jest film z platformy streamingowej. W Polsce jest on znany jako "Cichy wielbiciel", co jest błędnym i nawet głupim tłumaczeniem, bo nie wiem, Marku, kto tam miał być tym cichym wielbicielem. Termin, który wykorzystano w tytule w języku angielskim oznacza albo stosuje się go wtedy, kiedy nie wiadomo, jaki jest oficjalny status danej pary, czy oni ze sobą kręcą na poważnie, czy nie. I tak jest właśnie z parą głównych bohaterów Ruth i z Harrym. Na początku powiedzieć też muszę, że chociaż nie są to pierwszorzędni aktorzy, jacyś superpopularni, których nazwiska znacie, to tworzą oni niesamowitą atmosferę i jakość w tym filmie. Jak aktorzy są ważni w produkcjach może nie niszowych, ale takich bardziej telewizyjnych, mniej budżetowych, zobaczycie na przykładzie kolejnych filmów, o których za chwilę powiemy. Natomiast talent i zdjęcia w wielu przypadkach naprawdę są w stanie zmienić wszystko, przemieniając prostą czy nawet momentami naiwną historię w coś, co będziemy oglądać z wypiekami. Marku, co się tam właściwie w tym filmie "Cichy wielbiciel" dzieje?
[01:03:11] - Na początku mamy sceny jakby żywcem wzięte z "Blair Witch Project". Nawet sceneria podobna, bo las. Też parkują samochód przy wejściu do lasu i ta para młodych ludzi idzie sobie w ten las. Chłopak ma bardzo konkretny plan i to nie jest zły plan. Bardzo taki wręcz romantyczny, rzekłbym. Wędrują sobie przez ten las. W każdym razie dzień to na pewno. Noc spędzili w lesie w namiociku. Dochodzą do morskiego brzegu, oceanicznego przypuszczam. To w końcu Stany Zjednoczone.
Dochodzą i tam, to chyba jeszcze można spokojnie powiedzieć, chłopak się dziewczynie oświadcza. Wyciąga pierścionek w takim amerykańskim stylu, bach na kolano. Piękny widok musi być, bo dlatego ją tam zaprowadził w to piękne miejsce, które już kiedyś widział i mu się bardzo podoba. I się oświadcza. A dziewczyna nie jest za bardzo szczęśliwa. Życie ją nauczyło, doświadczenia rodzinne, że małżeństwo niczego nie gwarantuje i że dobrze jest, jak jest. I właściwie, co by tam nie owijać w bawełnę, to ona mu mówi nie. Że jest dobrze jak jest, że są ze sobą, że się kochają i żeby tego nie psuł. I to jest właściwie zawiązanie. Nic się jeszcze tak na dobrą sprawę nie wydarzyło.
Czyli tak się snują po tym lesie trochę, ale napięcie narasta. Być może byłem po prostu nastawiony, że będę oglądał coś emocjonującego. Więc czekałem i być może stąd się wzięło to napięcie. Ale do tego momentu nic paranormalnego, ani niezwykłego, ani science fictionowego się nie dzieje. To jest właściwie jeden z ostatnich momentów w tym filmie, który jest taki lajtowy, spokojny i niegroźny. Później się dzieje coś i nie będę opowiadał, bo ja się zawsze boję spoilerować, ale powiem tak: w następnych scenach reżyser czy też scenarzysta mnie po prostu oszukali. Dałem się zwieść, bo tam jest zastosowany taki zabieg, że nie wiemy kto jest kim i kto jest dobry, kto jest zły. Jeszcze chyba nie powiedziałem za dużo, Piotrze, co?
[01:05:51] - Wydaje mi się, że nie, ale ogólnie ten film też czerpie z wielu innych, na przykład z "Koloru przestworzy", takiego klasyka, jak i z "Annihilation", ale ona czerpie z "Koloru przestworzy", tak że to już nie jest grzech. Są też głębsze inspiracje innymi obrazami związanymi z kontaktem z obcymi, ale to już wam nie powiemy, bo to by jednak za dużo wyjaśniło. Chodzi o to, że ten film jest w miarę prosty. Potem następuje pod koniec pewna odbitka w bok. W każdym razie nasuwa mi się taka myśl po obejrzeniu tego "Cichego wielbiciela", że jeżeli w filmach przedstawiany jest kontakt dwóch inteligencji, to wszystko jest zrobione w sposób bardzo taki sztampowy, typowy, przewidywalny. Natomiast nigdy nie bierze się pod uwagę, w przypadku oficjalnego kontaktu albo takiego nieoficjalnego, niestabilności ludzkiej psychiki. Jeżeli obcy by chcieli podbić ludzkość, to muszą ten czynnik brać pod uwagę. Nawet jeżeli są jakimiś tam nieśmiertelnymi biorobotami, to niekiedy nie będą w stanie przewidzieć tego, jak się zachowa człowiek albo zbiorowość, bo oprócz instynktów, oprócz inteligencji są inne czynniki, takie jak na przykład choroby psychiczne, lęki i tak dalej. Innymi słowy, jeżeli jakiś alien przejmie kontrolę nad człowiekiem, może sobie czasami sprawić dużo kłopotów, ale to chyba więcej nie mogę powiedzieć. W filmie ogólnie jest bardzo wiele takich momentów, które zapadają w pamięć.
On jest prosty. To jest telewizyjny film, nieskomplikowany, zrealizowany też z niezbyt dużym rozmachem. On może nie jest taki typowo telewizyjny, bo jest na platformę streamingową, jest troszeczkę lepszy klasowo. Natomiast utkwiła mi, Marku, w pamięci taka scena naprawdę bardzo horrorowa, kiedy oni zatrzymują się w jakiejś restauracji, żeby zjeść burgera. Na tablicy mamy narysowanego Sasquatcha i nagle podbiega takie przerażone dziecko, chyba syn właścicieli tego zajazdu i pyta: "Czy widzieliście ten To przelatujące jakieś ciało w czerwonym kolorze. To było tak świetnie zagrane, że sobie pomyślałem: "O, może zmierzamy w kierunku jakiejś nowej odsłony klasyka". Była to nowa odsłona jakiegoś klasyka. I co więcej można powiedzieć? Ja tu jestem jak najbardziej na tak. Może nawet bym się zdecydował zamienić "M3GAN" z "Cichym wielbicielem" pierwsze na drugie miejsce, bo jednak jest on troszkę filmem głębszym, bardziej skomplikowanym.
Niełatwo go odgadnąć.
[01:08:41] - Dlatego miałem na początku naszej rozmowy problem. Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Tu jest wiele, powiedziałeś o kolorze przestworzy, powiedziałeś, tu jest bardzo wiele zapożyczeń, bo w pewnym momencie tego filmu miałem wrażenie, że oglądam drugą część "Terminatora". I nie, tam się nic nie kręci takiego terminatoropodobnego, ale jest pewien gadżet, który jakby żywcem stamtąd jest wzięty. Takich kalek, mówiłem na początku przecież o "Blair Witch Project", to zupełnie inny rodzaj filmu, ale to chodzenie po lesie, te problemy z namiotem. Naprawdę chwilami miałem wrażenie, że ten film jest posklejany z innych filmów. Ale wiecie państwo, to w gruncie rzeczy nie jest zarzut, bo on jest sklejony bardzo umiejętnie i tworzy fajną historię. Historię, która zapada w pamięć. Nawet wiecie państwo, ja się lubię czasami podśmiewać z zakończeń. Nawet sztampowe zakończenie w tym filmie jakieś takie wiecie państwo, ono jest tak, to jest dobre słowo, kiczowate, ale nawet ono nie psuje zabawy.
I ja się na tym filmie bardzo dobrze bawiłem. To jest właśnie drugi film, na którym się bardzo dobrze bawiłem. Wiecie państwo, to nie zawsze musi być tak, że film musi być ambitny, głęboki. Ja nawet, wiecie państwo, nie mam takich oczekiwań od filmów. Ja chcę się po prostu dobrze bawić i ma być to zabawa logiczna. W sensie jedno z drugiego ma wynikać, żebym za bardzo się nie musiał domyślać. Bo czasami wiecie państwo, ktoś kręci bardzo ambitny film, w którym się trzeba domyślać i robi takie przeskoki, że później poskładać to wszystko do kupy to jest problem. A tu macie państwo rozrywkę bardzo w gruncie rzeczy prostą, z zastawioną pułapką, o której już mówiłem. Ja się w nią złapałem idealnie. Myślę, że rzadko kto się w nią złapać nie da, bo w pewnym momencie tracimy orientację na jakiś czas.
Później się wszystko wyjaśnia. Dla mnie ten film, tak jak powiedziałeś, jest ex aequo, a może nawet wyskakuje ponad "M3GAN".
[01:11:13] - Tak, to jest ogólnie film o inwazji z kosmosu. Tu już dużo zdradzam. Nie powiem natomiast z jakiej, bo to też nie jest taki typowy jej przebieg. Zakończenie, o którym mówisz, jest momentami nawet jakoś trochę humorystyczne. To nie psuje jednak całości. Czasami jest tak, ogólnie ja nie lubię elementów komediowych w horrorach. To znaczy nie lubię horrorów komediowych ani science fiction komediowych. O tym jeszcze powiemy przy okazji czwartego filmu z naszego zestawienia. Tutaj to się jakoś tak wpasowuje w cały scenariusz. Nie ma takiego zniesmaczenia, że oglądaliśmy coś, co miało być czymś innym niż się okazało.
Także polecam, jeżeli ktoś nie widział, to do obejrzenia, do rozrywki. Jak powiedziałeś zresztą, ja jestem tego samego zdania. Filmy są po to stworzone, aby nie zawsze je w głęboki sposób przeżywać.
[01:12:18] - Jeszcze chciałem powiedzieć o jednej scenie, która mnie rozbawiła. Żeby znowu nie zdradzać, to powiem tylko dla tych, którzy zamierzają film oglądać. Scena z rekinem po tym, jak pewna osoba wychodzi z wody i już się z rekinem spotkała i co się z tym rekinem działo. To mnie w jakiś idiotyczny sposób rozbawiło po prostu. Wpisało się w pewną narrację filmową tak na poważnie, ale też jakoś tak zupełnie, nie wiem, może irracjonalnie nawet rozbawiło mnie to po prostu. Chociaż to jest też dowód na to, fajnie jest to pokazane i to jest może taki dodatkowy element, o którym chciałem powiedzieć, bo tu bohaterowie muszą kombinować. Znaczy jest jakaś siła z kosmosu, tak jak powiedział Piotr, w końcu to jest film o inwazji i że trzeba ją przechytrzyć. I wiecie państwo, w wielu amerykańskich filmach jest tak, że to przechytrzenie obcego to jest takie durnowate i się udaje. A tutaj jest tak, że nie dość, że trzeba się nakombinować, to udanie się jest połowiczne. Ono się nie odbywa raz.
Dlatego ja państwu, tak się waham, jak to powiedzieć. Ono się nie odbywa raz. Bohaterowie muszą kombinować, jak to zrobić, jak tego obcego tam może i tak dalej. I tu już naprawdę kończę. Znowu mi się chyba jakby nie do końca zdradziłem państwu fabułę, więc cieszę się bardzo, że jednak nie okazałem się jednak takim gadułą, jakim jestem.
[01:14:05] - Tak, czasami aż korci. Ale jeżeli mówimy o kontaktach dwóch inteligencji, to przychodzi nam kolejny film pod tytułem "Deus". I powiem tak: o Matko Święta, czego w tym filmie nie ma i jakich tam nie ma odwołań!
[01:14:20] - Deus, Deus, Kosmateus. To jest po prostu coś nieprawdopodobnego.
[01:14:25] - Ale to nie jest takie złe.
[01:14:27] - Nie jest złe, ale bywa złe.
[01:14:30] - Tak. Bohaterowie tego filmu z 2022 roku podróżują w statku o nazwie Achilles w kierunku tajemniczego obiektu, zagadkowej kuli o nieznanym przeznaczeniu. W pewnym momencie, po zbliżeniu się do niej, wystrzeliwuje z tej kuli promień, który pochwyca statek, a załoga odbiera tajemniczy komunikat: Deus, czyli Bóg. Boże, co tam się potem dzieje? Ten film w ogóle nazywa się "Deus: The Dark Sphere", czyli Deus: Ciemna Kula i jest w rzeczywistości pozszywany z bardzo wielu elementów. Od "Prometeusza", po "Ukryty Wymiar", przez "Star Treka" i tak dalej. Czerpie oczywiście z nich tylko pewne elementy. Być może jest to tylko jakiś ukłon reżysera, Steve'a Stone'a, w stronę klasyki. Natomiast ja miałem z tym filmem problem od samego początku. Po pierwsze, koszmarni aktorzy, poza może kobietą, która występuje w głównej roli, natomiast reszta na jej tle wygląda jak naturszczyki.
[01:15:37] - Nie mów hop, Piotrze, bo nie powiedzieliśmy ostatniego słowa dzisiaj.
[01:15:42] - Tak, ale to jest zupełnie inna kwestia. Deus nie jest filmem złym, natomiast jest źle zrealizowany. Tam pada bardzo wiele ciekawych nawiązań, ale też mamy motywy do przemyśleń. Zaczynamy się zastanawiać: co jeżeli obcy, spotkani w kosmosie, będą oddziaływać na nasze mózgi, nawet mimowolnie, w sposób taki, że astronauci dosłownie oszaleją? W filmie padają też nawet takie pytania: czy oni wreszcie spotykając tą kulkę, kulę, zetknęli się z samym Bogiem? I tak dalej. Ale to wszystko niszczy drewniane niemieckie aktorstwo. Nie to, że niemieckie, bo ten film nie jest niemiecki, ale tydzień temu rozmawialiśmy o filmach niemieckich. Tam była mowa o drewnianym aktorstwie. Tutaj jest jeszcze gorzej, chociaż jest to produkcja brytyjska.
To, co w ogóle się tam dzieje, przypomina jakąś stypę. Ludzie na siebie dziwnie patrzą. Jest tam facet, nie wiem, kim on jest. Wygląda jak Che Guevara. Jest też drugi, który nieustannie gra na jakimś tablecie. Wreszcie jest czarnoskóry kapitan a la Picard, którego gra aktorska jest na poziomie polskich reklam leków. Nie wiem, ja w pewnym momencie miałem wrażenie, że to jest jakiś spin-off „Star Treka". Jeszcze taki bardzo okrojony.
[01:17:16] - Aktorka, o której wspomniałeś. Jeśli państwo dawno temu, ponad 20 lat temu, oglądaliście taki serial "Farscape", ja lubiłem ten serial, ale to było dawno temu. To ona tam grała, ta aktorka właśnie. I to jest, tak jak Piotr powiedział, chyba jedyna kobieta i jedyna osoba, która w tym filmie potrafi grać i coś z tej gry aktorskiej wydobywa. Ale powiem tak: ten film, bardzo słusznie, kiedy czyta się komentarze przy tym filmie, to bardzo szybko człowiek odkrywa, a później odkrywa to w samym filmie, że całkiem nieźle spisała się firma, która robiła efekty specjalne. Te efekty, w których widzimy na przykład statek kosmiczny z zewnątrz. To wszystko gra, nawet atrakcyjnie wygląda. Bez przesady, ale jednak to się broni. Ta firma dobrze odrobiła zadanie domowe. Natomiast jak się znajdujemy w statku wewnątrz, poza jednym ciekawym momentem, takim jak oni się przemieszczają po tym statku, bo statek jest długi, taki rozległy pomiędzy dziobem a tyłem, rufą.
Odbywa się ta podróż takim rodzajem pojazdu, który mknie sobie przez ten tunel i to jest rodzaj połączenia. I to jeszcze się broni. Natomiast jak sobie państwo obejrzycie te wnętrza, to jest jakaś rozpacz po prostu. To w ogóle nie pasuje do tego, co widzicie na zewnątrz. Ten statek wygląda, tak jak powiedziałem, całkiem atrakcyjnie, czysto wizualnie, natomiast w środku... Ktoś napisał w komentarzu, że ma wrażenie, że to jest statek zbudowany z betonu i blachy falistej. To mniej więcej oddaje poziom scenograficzny tych wnętrz, które się w tym filmie pojawiają.
[01:19:34] - Tak. Tam w ogóle widać oszczędności. Widać na przykład w tym względzie, że jak jesteście widzami science fiction, to pamiętacie, jak astronauci wychodzą z komór kriogenicznych, wypadają tam ledwo żywi, wymiotują, cali oblepieni jakimiś tam glutami, a tutaj- Kobita sobie otwiera drzwi, wychodzi jak z szafy i idzie. Nic jej nie jest. Albo ma taką dobrą komorę, albo już niejedną podróż ma za sobą i jest przyzwyczajona do takich warunków. Ale rzeczywiście jest to tragiczne. Mostek wygląda w ogóle jak z Enterprise. Oni tam przychodzą i na tych tabletach cały czas coś cykają. Wygląda to momentami komicznie, szczerze mówiąc. Ale to sobie zobaczycie.
Ja cały czas będę mówił, że ten film ma potencjał. Problemów jest kilka i one się tyczą w ogóle całego science fiction. Po pierwsze widziałem fabularyzowane dokumenty zrealizowane z większym polotem i sercem-
[01:20:44] - I dynamiką.
[01:20:47] - Co nie oznacza, że Deus potencjału nie ma. Ale Marku, czy trzeba dysponować ogromnymi pieniędzmi, by zrobić dobry film sci-fi osadzony w kosmosie? Moim zdaniem nie. Natomiast jest też inny problem, bo takim elementem, który mnie często bardzo kłuje w oczy i nudzi, są intrygi pomiędzy załogantami. Pasażerami danego statku kosmicznego. Oni lecą, wiadomo, że mają między sobą konflikty, muszą je jakoś rozwiązywać. Nie wszyscy się lubią. A tutaj to mamy tak przedstawione, jakby oni się w ogóle nie znali. Cały czas się boczą, nic nie mówią. Jeden gra, w sumie nie wiem, co on robi, bo on tak jakby ma pompki pod tym tabletem, czegoś tam szuka.
Koszmar. Podkreślam jeszcze raz, ten film ma potencjał, natomiast jest on już zmarnowany. Chyba że ktoś się kiedyś zdecyduje na nową wersję Deusa. Ale nie powiedzieliśmy, Marku, o co tam właściwie chodzi.
[01:21:59] - Wiesz co, ja będę złośliwy, bo ja tak do końca nie wiem, o co chodzi. Bo oni przybywają na orbitę Marsa, nie chcę znowu spoilerować, z takim przekonaniem, że tam nadawany cały czas jest ten sygnał: Deus, Deus, Deus, czyli Bóg. Oni się tam nawet wybierają. Muszę to powiedzieć: ten film jest rozciągnięty do półtorej godziny. Ja myślę, że jakby miał 45 minut, to by się znacznie lepiej sprzedał. Byłby znacznie bardziej dynamiczny. Skończyłyby się te pierdzielenie, za przeproszeniem, bo oni tam czasami snują dialogi i można umrzeć z nudów. Bo ten film chyba najbardziej cierpi, tak jak przy poprzednich dwóch cieszyłem się z tego, że akcja jest zwarta, jest to dosyć prosta historia. To tu ta historia nie jest prosta, bo oni się, tak jak Piotr powiedział, snują po tym statku, kręcą, coś chcą odkryć, nawet się wybierają, giną niektórzy. Nie każcie mi, państwo, tego opowiadać.
Dobre jest określenie, którego użyłeś, Piotrze: boczą się na siebie bez przerwy. Oni nie stanowią tak naprawdę załogi, czego można by się jednak spodziewać. Nawet jeśli tam konflikty wybuchają, to przypomnijcie sobie państwo, znowu klasyk, ale „Obcy” 8. pasażer Nostromo. Oni też tam się nie kochali wszyscy, ale jednak stanowili załogę. To było widać, że oni jednak stanowią pewien zespół. Tu ten zespół jest pod dużym znakiem zapytania i tacy są rzeczywiście obrażeni. Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Właśnie, skrócić ten film przede wszystkim. Poza tym ta historia jest bardzo prosta.
Oni przybywają na orbitę Marsa, zostaną przeniesieni i coś tam ich spotyka. Oni później zyskują pewną świadomość, ale nie do końca. Później jeszcze dowiadujemy się, że trochę tam Ziemia namieszała w tym wszystkim, bo się pojawia oczywiście komunikat. Wiecie państwo, gdyby to, tak jak powiedziałem, zredukować czasowo, to może by to było bardziej dynamiczne i bardziej strawne. Ja miałem duże problemy, żeby dotrwać do końca. Naprawdę sen mnie zaczął przy tym morzyć. Może dlatego, że pora, o której to oglądałem, była nieodpowiednia, ale gdyby to był film dynamiczny i taki, który mnie zaciekawił, to żadna siła by mnie nie uśpiła. A tu miałem wrażenie, że za chwilę odjadę, bo państwo postanowiło sobie znowu podyskutować o czymś, czasami o bardzo ważnych problemach. Ale nawet te dyskusje o tych problemach, to wiecie państwo, dialog dobry buduje się w ten sposób, że różne strony dialogu próbują się o czymś przekonać, siebie nawzajem próbują o czymś przekonać, mają jakąś teorię, drudzy ją próbują zbić albo przynajmniej dobudować do niej coś. A tutaj oni tak właściwie gadają.
I to ma niby rozwijać, bo jeden to powie, drugi to powie, ale to prowadzi tak na dobrą sprawę donikąd. I ktoś powie: „No tak, ale czasami tak dialogi wyglądają w życiu”. Ale ja nie oglądam filmu po to, żeby oglądać, tak jak się prowadzi dialogi w pracy na przykład, bo coś trzeba obgadać, to się ględzi godzinami czasami, żeby coś tam odkryć. To ma być jednak pewna synteza. To ma być jednak pewne widowisko i na widowisko nie idzie się po to, żeby państwu defilowali przed oczyma ludzie, którzy postanowili państwa ufilozoficznić ... uwrażliwić. Może trochę jeszcze teologii wam podrzucą, może jeszcze czegoś. Może powiedzą o tym, że świat jest zły, bo jest przeludniony i może coś by należało z tym zrobić. I tak dalej. Wiecie państwo, to troszeczkę tak wygląda.
Kiedyś oglądałem taką sztukę, to była klasyka angielskiej sztuki. Szekspir to klasyk. Oglądałem sobie taką sztukę, nie będę nawet zdradzał, jak się ta sztuka nazywała, ale taka z tych topowych. I ja miałem wrażenie, że reżyser oszalał, ponieważ cała sztuka wyglądała w ten sposób, że wbiegała na scenę grupa ludzi, gadała i schodziła ze sceny i z drugiej strony wchodziła inna grupa ludzi. Znowu coś gadała i schodziła. Ja wiem, że Szekspir pisał w sposób prosty, ale czasy się zmieniły. Dzisiaj szekspirowskie sztuki można wyreżyserować w sposób mniej dosłowny i nieco bardziej kunsztowny, czy też lekki. Nie w sensie wymowy, tylko w sensie realizacji, w sensie reżyserii. Natomiast grupy ludzi, takie tabuny ludzi wbiegających na scenę, wygłaszających, co mają do wygłoszenia i zbiegających, tuptając jednocześnie z tej sceny to są rzeczy niestrawne. I natychmiast przywołałem ten obraz, kiedy oglądałem „Deusa”, bo tu było coś podobnego.
Pyk, wchodzi grupa ludzi, gada o czymś bardzo głębokim i się kończy. I coś tam oglądamy, na przykład zdjęcie tego Deusa, tej kuli, tej sfery. I znowu cyk, wjeżdżają aktorzy, znowu gadają o czymś bardzo głębokim, a czasami mniej. I znowu pyk, mamy jakiś plener kosmiczny, jakiś widok na statek i znowu pyk. I tak przez cały film gadają, plenerek. Czasami gdzieś pójdą i plenerek, i znowu gadają i wracają. Powiedziałeś, że ten film ma potencjał. On jest bardzo głęboko ukryty właśnie za tym ględzeniem, które nam serwuje scenarzysta i reżyser. Chociaż masz rację, jakby wycisnąć te dialogi, to, o czym oni mówią. Tak, ale to wtedy nie trzeba obiecywać widowiska, tylko trzeba powiedzieć: „A teraz przedstawimy państwu pogadankę teologiczno-filozoficzną”.
[01:28:57] - Tak, ale nie bez przyczyny powiedziałem o tym fabularyzowanym dokumencie, bo gdyby zrobić to w formie takiego mockumentary, czyli fałszywego dokumentu, że jacyś astronauci się tam spotykają i dzieją się dziwne rzeczy, to by było do obejrzenia. Natomiast to taki teatr telewizji w kosmosie wyszedł z tego wszystkiego. Niestety nie jedyny, jeżeli chodzi o nowsze produkcje science fiction, bo jak wspomniałem w poprzedniej mojej wypowiedzi, dzieje się tak, że duża część akcji toczy się po prostu na statku kosmicznym. I tam trzeba jakoś te różne historie rozwiązywać, opowiedzieć to, co w tej historii jest najnudniejsze tak naprawdę. Co jeszcze jest tutaj? Ja się przede wszystkim skusiłem na „Deusa” dlatego, że kiedy przeczytałem ten krótki opis filmu, o czym on jest, mówię: „O rany, jakie to może być dobre”. A potem okazało się, że jest, jakie jest. Dla odważnych, chętnych i hardcorowych fanów science fiction będzie to do przetrawienia. Ja nie mówię, że takich ludzi nie ma, dlatego, że bywały odcinki „Star Treka”, które miały bardzo podobny wydźwięk. „Picard” na przykład, czyli ta nowa seria na Prime Amazona jest w sumie momentami bardzo podobna, też trudna do strawienia i nudna.
Tak jak powiedziałem, są osoby, które to może jarać w jakiś sposób, ale jeżeli chodzi o złe science fiction, takie grzeszne naprawdę, warto wspomnieć o kolejnym filmie. I jest to „Bitwa o Pandorę”. Film z 2022 roku, jeden z ostatnich filmów, w których zagrał Tom Sizemore. Aktor, który zmarł kilka tygodni temu. W filmie nie zobaczymy wielu znanych twarzy. Jest to typowe dla tej wytwórni. Jedną z głównych ról odgrywa modelka, jak się dowiedziałem, o nazwisku Plastic Martyr, czyli po polsku Plastikowy Męczennik. Marku, ja nie wiem, czy to jest pseudonim. Prawdopodobnie to jest prawdziwe imię i nazwisko. Ten film to jest coś więcej niż gniot.
Natomiast jest to, muszę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, gniot świadomy, dlatego, że to jest krewniak filmów typu „Rekinado”, „Transmorphers”, czyli tak zwany mockbuster. Niskobudżetowa wersja nawiązująca do bardziej znanego tytułu, w tym przypadku „Avatara”. Co cię najbardziej, Marku, urzekło w „Bitwie o Pandorę”?
[01:31:47] - Najbardziej mnie urzekł przedstawiony przez ciebie pseudonim, bo on do pewnego stopnia jest podsumowaniem tego filmu. Plastikowy Męczennik. Tak się czułem trochę, jak oglądałem ten film. I wiecie państwo, to nie jest taka tania złośliwość w tej chwili, bo postanowiłem sobie, że przyłożę temu filmowi. Nie. Miałem bardzo szlachetne intencje. Chciałem film obejrzeć. Tytuł czemu nie? Jak bitwa o Pandorę, to jasne. Oczywiście dałem się skusić.
Nie wyobrażacie sobie Państwo, jak jest to cieniacki film. Ja już zaproponowałem Piotrowi, nie zapytałem, jaki masz aparat, czy ma możliwość nagrywania filmów w dobrej rozdzielczości, bo ja bym przyniósł swój i mielibyśmy już dwie kamery. Myślę, że jakbyśmy się troszeczkę wysilili, troszkę przyłożyli, dobrali co zdolniejszych kolegów, to byśmy nakręcili... Na pewno nie byłby gorszy ten film.
[01:32:58] - Uczyli trochę Tesla, zrobili kostiumy z wiaderek i nie byłoby tak naprawdę dużej różnicy. Natomiast to jest tak zwany mockbuster i to jest specyfika kina amerykańskiego. U nas się to może nie do końca przyjmować. Natomiast mockbustery są specjalnością tejże wytwórni. Wytwórnia nazywa się Asylum i wyprodukowała ona wiele podobnych gniotów. Polecam wam zobaczyć sobie ich tytuły na Wikipedii, a także tytuły filmów, do których nawiązywali. Oni czasami się spotykali z jakimiś nawet groźbami sądowymi, że jakaś duża wytwórnia ich poda do sądu za to, że po prostu bazują na bardziej kasowym filmie, próbują się do niego przyczepić. Tutaj taki przykład: „Jurassic Domination” albo „Małpa kontra megamałpa”. Są też podróbki filmów Marvela. Mają na przykład swojego Thora, także polecam.
Oczywiście ma to swoich miłośników. Ja się do nich nie zaliczam. Co jeszcze warto powiedzieć, te produkcje są od razu wypuszczane na DVD. Wiele z nich jest niedostępnych. Także jeżeli ktoś chce przeżyć niesamowitą przygodę z astronautami, zobaczyć, jak strzelają do żywiołaka wody przy pomocy laserów i oddychają przez takie rurki do pralek. Przy pralce są takie rurki. To polecam, naprawdę. Tylko że jak mówię, to jest paździerz, tylko to jest paździerz świadomy. On taki miał być. Niektórzy to kupują.
Jak mówię, jeden rabin powie tak, drugi powie inaczej. Są ludzie, którzy takie coś akceptują, którym się to nawet podoba i ja nie mam zamiaru z tym dyskutować. Natomiast mnie to nie pociąga w żaden sposób. Mogę się tylko poczuć oszukany, że dałem się zwieść i coś takiego wpadło mi w ręce i oglądałem to przez kilkanaście minut.
[01:34:58] - Tam się pojawiają po prostu zwykłe idiotyzmy. Zaraz na początku, żeby znowu nie zdradzać treści, bo jednak zachowajmy to przeżycie dla Państwa, ale zaraz na początku oni przybywają gdzieś tam w kosmosie, w okolice pewnego księżyca. Jak to widać przez to, co nam pokazują, to nie jest jakiś ogromny księżyc. Proporcje pokazują, że to jest jakieś niewielkie ciało kosmiczne. Tymczasem oni się tam znajdują. I co tam mamy, proszę Państwa? Nie dość, że ciążenie jest normalne, ale powiedzmy, może jakieś takie wyjątkowo ciężkie ciało, masywne. Mamy tam lasy, wody i w ogóle to jakby normalnie zupełnie było. Jakoś ten przeskok, który tam jest, ja nawet nie wiem, jak to Państwu opowiedzieć, żeby nie opowiedzieć za dużo, a z drugiej strony to odpowiednio skrytykować. Moim zdaniem, Piotrze, może tak.
Piotrze, po prostu ta historia się nie klei. Mówisz, że paździerz. Dobrze, niech to nawet będzie paździerz, ale niech będzie logiczny. Troszeczkę moglibyśmy tak dzisiaj mówić, że filmy z lat 50. to też jest paździerz, bo wtedy była technika, efekty specjalne były bardzo proste, żeby nie powiedzieć prostackie i to paździerz. Ale te filmy z lat 50., przynajmniej część z tych filmów, ma jakąś fabułę. Ten scenariusz po prostu się klei, jest całkiem okej i napisany przez fachowców. Nie wiem, jaki to miało tytuł po polsku. Zapomniałem po prostu. Ale „Forbidden Planet” jest taki film.
To jest całkiem znośne. W dodatku ma tam jeszcze, mówimy o potworze Id, który się tam pojawia. „Zakazana planeta”. Już sobie przypomniałem. „Zakazana planeta”. Więc mamy tam jakąś treść. To wszystko, mówię, pod względem technicznym jest paździerzowe, ale przynajmniej fabuła, która jest przedstawiona, wciąga nas. Podążamy za nią i co więcej, potrafimy się identyfikować. Ja konia z rzędem temu, kto się potrafi identyfikować z bohaterami filmu „Bitwa o Pandorę” i który potrafi znaleźć w tej historii pewną logikę, ale taką logikę filmową. Tu nie musi być wszystko takie correct i wszystko musi być takie, żeby ktoś z lupą sprawdzał, że to musi się zgadzać.
Nie, ale film ma swoją jakąś poetykę, ma jakieś swoje tak zwane myki, którymi pewne rzeczy może zaczarować. Ale tu nas nikt nie czaruje. Tu po prostu opowiada się znowu historię, która się najzwyczajniej w świecie nie klei, która jakąś logikę swoją ma, ale to jest bardzo zaburzona logika
[01:38:20] - Mnie chodziło o to, że to jest paździerz świadomy z tego względu, że oni coś takiego kręcą, bo mają na to odbiorców. Ja osobiście znam ludzi, którzy są w stanie coś takiego obejrzeć, nawet są w stanie czemuś takiemu przyklasnąć, ale to jest taka grupa widzów, jak widać niszowa, dlatego że te filmy rzadko się wybijają, rzadko nawet trafiają w miarę do Polski. Także ja tego nie bronię. Natomiast to jest pewien gatunek skierowany do określonej grupy. Przy czym ja tego nie kupuję i takie filmy raczej nie będą gościć w Filmotekarium, bo ich jest znacznie więcej i one w historii kina miały swoje odpowiedniki. Były też inne gatunki tego typu związane z horrorem czy fantastyką. Także czasami musicie patrzeć na to, by nie dać się zwieść tytułowi, tak jak w przypadku „Deusa” nie dać się zwieść opisowi, to w przypadku filmów wytwórni Asylum nie dać się zwieść czasem nawet dość fajnej grafice na plakacie. Tak, tego się nie da oglądać ogólnie, to jest gorsze niż te telewizyjne filmy z sci-fi. Ten kanał się chyba teraz nazywa Syfy. Dawniej się nazywał inaczej.
Czasami nawet to, co się tam pojawia, jest lepsze. Czy to jest dobre dla science fiction? Trudno mi powiedzieć, dlatego że wspomniana wytwórnia produkuje wiele innych gniotów. Z tego, co widziałem, oni wyprodukowali kilka filmów opartych o najnowszego „Top Guna”. Także science fiction nie jest jakoś szczególnie doświadczone przez ich bezbożne działanie kinematograficzne. Ale powiem jeszcze raz: są na to odbiorcy, więc jest też produkt, ale na szczęście, dlatego że ja tego nie kupuję, nie jest to dla mnie atrakcyjne w żaden sposób. Ale może są inni, którzy myślą inaczej. Także tak jak mówię, świadomy paździerz, z tego względu to sformułowanie.
[01:40:40] - Być może, Piotrze. Jak myślisz, czy za tydzień zestaw filmów będzie mniej przez nas zmasakrowany? Bo dzisiaj, przypomnę, mieliśmy dwa filmy, które trafiły nam w gusty i później mieliśmy dwa, które nie do końca nam podeszły. „Deus” okej. Jak człowiek się bardzo zepnie w sobie, zaciśnie usta, to jest do obejrzenia. W moim przypadku „Bitwa o Pandorę” — nie byłem w stanie. Musiałem wyrazić to, co czułem po obejrzeniu tego filmu, bo bym pękł chyba. A jak myślisz, jaki w przyszłym tygodniu zestaw będzie?
[01:41:33] - Pewnie się zastanawiacie, dlaczego na przykład tak się pastwimy nad „Deusem” i „Bitwą o Pandorę”. Ale to z tego prostego powodu, że są to filmy nowe. Gdyby to były filmy starsze, to pewnie byśmy w ogóle ich nie tykali. Natomiast są to nowości, tak jak powiedzieliśmy na początku, staramy się was zachęcić albo też ostrzec. Natomiast za tydzień będą to filmy też w miarę nowe, ale odnoszące się do w miarę nowego nurtu w horrorze i science fiction. Mianowicie chodzi o filmy, które są związane ze zjawiskami w telewizji i internecie. Nie wiem nawet, jak to określić, dlatego że chyba nie ma takiej konkretnej nazwy na to wszystko. Te związane ze wszystkimi modami, zjawiskami w internecie interesują mnie szczególnie. Dlaczego? Dlatego, że one pokazują, jak w oparciu o to, co dzieje się teraz, możemy tworzyć pewne scenariusze, możemy tworzyć nowe historie i tam dopiero widać potencjał twórców.
Z czegoś, co jest oklepane, z czegoś, co jest powszechnie znane, są oni czasami w stanie stworzyć coś naprawdę interesującego. Także za tydzień filmy związane z internetem, telewizją i jeden, który jest osadzony w świecie gier komputerowych, a w zasadzie w grze komputerowej.
[01:43:01] - Cóż, pięknie państwu dziękujemy za uwagę. Mamy nadzieję, że sięgniecie państwo przynajmniej po część dzisiejszego zestawu, a tak naprawdę sięgnijcie państwo po całość. Zawsze jest ten magiczny wyłącznik w pilocie i po kilku minutach „Pandory” albo ona wam przypadnie do gustu, albo ten wyłącznik może zostać użyty. Ale zobaczyć przynajmniej fragmencik warto, bo szybko się coś takiego chyba w naszej audycji nie powtórzy.
[01:43:37] - Pozdrowienia.
[01:43:38] - Pozdrawiamy. Proszę państwa, to teraz zapraszam na drugie spotkanie z Wiktorem. Wiktor teraz powie nam trochę o swoich przemyśleniach na temat nanotechnologii, mikroświata i w ogóle takich spraw z tym, co małe związanych. Wołanie na Mlecznej Drodze. Przemyślenia Wiktora Żwikiewicza.
[01:44:32] - Szałem współczesności jest nanotechnologia. Grzebiemy w atomach, w kwantach, sklejamy komórki, budujemy nowe organizmy, lepimy, przebudowujemy siebie. To jest lawina, to jest nieprawdopodobnie szybkie. To się z dnia na dzień właściwie wszystko zmienia i to, jak my manipulujemy w mikroświecie, jest ogromnym krokiem milowym XXI wieku. Żeby nie było górnolotnie, ta wspaniała nanotechnologia wkracza również w nasze prywatne, zwyczajne życie. Nie dotyczy tylko genów, genetyki i tak dalej, ale na przykład kuchni molekularnej. Prawie połowa żywności, którą się dzisiaj posługujemy w marketach, jest modelowana przez nanotechnologię. Połowa, przesadzam, ale jutro już będzie na pewno więcej niż połowa. Dziwnie pięknie nam poszło z tym mikroświatem. Raz żeśmy zawitali na Księżyc, próbujemy drążyć Marsa, przynajmniej atmosferę.
Ale ja mam pytanie, a może istnieją makrotechnologie, którymi się można posługiwać w manipulowaniu wszechświatem? Co my wiemy, Bogiem a prawdą, o słabych oddziaływaniach naszej umysłowości, naszego biopola czy pola jakiegoś boja w tej mojej ulubionej słowo jak duchosfera? Na ile to może oddziaływać na wszechświat? Kiedyś oddziaływało. Tak uważali astrolozy, którzy uważali, że człowiek ma wpływ na gwiazdy, tak samo jak gwiazdy mają wpływ na nas. Skoro one mają wpływ na nas, to my musimy mieć wpływ na nie. Nie ma tego tak pięknie, że tylko słońce nas opala i nas przygrzewa. W jaki sposób my jako ludzie oddziałujemy na słońce, na jego promieniowanie? Bo nie ma w przyrodzie nic takiego, co się dzieje tylko w jedną stronę. Nie ma obiegu jednostronnego, co nam się tak wydaje i tak dalej.
Kwestia tych makrotechnologii to jest dopiero być może coś takiego, ktoś na to wpadnie i ktoś to pociągnie. A jeśli istnieją takie makrotechnologie, to być może istnieją również takie rasy albo takie istoty we wszechświecie, które się tą makrotechnologią posługują w konstruowaniu, w przebudowywaniu wszechświata całego, w którym prawa fizyki, pewne konstanty i tak dalej są rzeczą właściwie z ich warsztatu, bo one po prostu tym manipulują. Mam nadzieję, że my ich kiedyś dogonimy, ale jeśli nie, to być może kontakt z obcymi będzie nie w płaszczyźnie nanotechnologii, nie w płaszczyźnie naszego świata współczesnego, ale konflikt będzie w makrooddziaływaniach, w oddziaływaniach tych na wszechświat. Tam będzie wojna albo współistnienie. Zobaczymy.
[01:48:39] - Proszę państwa, obiecałem, że dzisiejsza audycja będzie, zresztą tytuł zobowiązuje, koktajl literacki. To jak to będzie koktajl literacki czy literacki koktajl, no to czas wreszcie na literaturę. Zapraszam państwa na opowiadanie Tadeusza Olszowskiego. Tak notabene przypominam, że właśnie w Stalkerbooks ukazuje się trylogia Tadeusza Olszowskiego. Taka mieszanka science fiction, fantasy, horroru i kilku innych jeszcze gatunków. „Twierdza nienawiści” się już pokazała. Kolejne tomy właściwie w ciągu najbliższych dwóch miesięcy pojawią się. A ja państwu przedstawię opowiadanie Tadeusza Olszowskiego „Kości ojców”. Powiem tylko, że to, podobnie jak opowiadanie w zeszłym tygodniu Wojciecha Chudzińskiego, to jest opowiadanie, które jest wspomnieniem audycji ABW. Kiedyś, dawno, dawno temu w ABW to opowiadanie było prezentowane w interpretacji Marka Senka Iwelosa.
Postanowiłem zrobić powtórkę, ponieważ wiem dokładnie, że troszkę słuchaczy nam przybyło. Nie wszyscy słuchają odcinków wstecz. W związku z tym myślę, że opowiadanie mistrza, bo zdecydowanie i Wojciech Chudziński, i Tadeusz Olszubski to są ludzie, którzy o pisaniu, jeśli nie wiedzą wszystkiego, to wiedzą bardzo dużo, żeby już tak się zaasekurować. W związku z tym mistrzami można ich nazwać. A kto nie, to nie. Ja się mogę wycofać. Ja w każdym razie uznaję ich za mistrzów. Dzisiaj opowiadanie „Kości ojców”. Zapraszam.
[01:50:36] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW Antologię Bibliotekarium Warsztaty czyta Marek Sęk „Ivellios”. Tadeusz Oszubski „Kości ojców”. „Chcesz być w życiu młotkiem czy gwoździem?” — spytał Kaczan. Jeden z obecnych wtedy w warsztacie barczysty mężczyzna około czterdziestki roześmiał się głośno i patrząc na Artura dodał: „Chcesz jeść czy żeby ciebie zjedli?”. Tamten wieczór sprzed dwóch lat zapadł Arturowi w pamięć. Każde słowo, gest i spojrzenie zostały utrwalone i chłopiec mógł po nie sięgać, kiedy tylko chciał. Czasem obrazy i dźwięki przychodziły same. Szczególnie nocą, tuż przed zaśnięciem. To nie były przyjemne wspomnienia, jednak znaczące. Tamto wieczorne spotkanie odmieniło życie Artura.
Upewnił się wtedy, że chce być w życiu młotkiem, a nie gwoździem. Dzień później, w swoje dwunaste urodziny po raz pierwszy ukradł samochód i odstawił go do warsztatu Kaczana. W ciągu dwóch następnych lat siedział za kierownicą najmniej półtorej setki ukradzionych wozów. Wszystkie trafiły do Kaczana, który wraz z ekipą swoich fachowców rozbierał je na części. Przebijali numery silników, składali wozy, dawali nowy lakier. Pojazdy opatrzone sfałszowanymi dokumentami sprzedawane były potem w całym kraju. Niektóre trafiały za wschodnią granicę. Pierwszym samochodem był Mercedes, jednak Arturowi najbardziej odpowiadały Volkswageny. Instalacje alarmowe nie stanowiły przeszkód. Chłopiec miał dobrego nauczyciela.
Paweł, starszy zaledwie o rok, ale doświadczony już w złodziejskim rzemiośle, szybko zaakceptował Artura, którego Kaczan przydzielił mu jako pomocnika. Wkrótce też chłopcy zaprzyjaźnili się. Wspólnie nie tylko kradli samochody, ale też spędzali wieczory w nocnych klubach. Wpuszczano ich tam, bo choć nie byli pełnoletni, to zawsze mieli pieniądze. Kaczan płacił swoim chłopcom tysiąc złotych od każdego dostarczonego do warsztatu wozu. „A ty gdzie, Artuś? Już przecież ciemno” — powiedziała starsza kobieta, widząc, że chłopiec wkłada buty i kurtkę. „Muszę do kolegi, babciu. Idę się pouczyć, bo będzie klasówka” — Artur skłamał bez zastanowienia, spoglądając przy tym na matkę, która krzątała się w kuchni. „Słyszała mama?
Uczyć się chce” — matka podniosła głos. Chłopiec roześmiał się w myślach i niepostrzeżenie wyszedł z mieszkania. Utarczki kobiet stały się czymś zwykłym, niemal codziennym. Zwykle właśnie on stanowił pretekst tych napięć. A może jednak prawdziwą przyczynę? Jakkolwiek było, łatwo mógł odwrócić uwagę matki i babki od swoich poczynań. Wystarczyło sprowokować sytuację, w której zaczną sobie skakać do oczu. „Ojca bym nie oszukał” — pomyślał Artur. Ale ojciec nie żył już od pięciu lat. Jego szczątki wydobyte z rozbitej ciężarówki pogrzebano na cmentarzu.
Paweł już na niego czekał. Nie dostali od Kaczana namiarów konkretnego wozu, więc zdając się na szczęście spacerowym krokiem ruszyli na łowy. Godzinę później dotarli do osiedla wzniesionego na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Znali tu kilka punktów, gdzie czasem parkowali nieostrożni kierowcy. Znajdowały się one w strefach, których nie można było dostrzec z okien bloków o monstrualnej architekturze. Chłopcy krążyli tam teraz, unikając policyjnych wozów patrolowych. Samochód, który miał stać się ich łupem, dostrzegli około jedenastej. Noc była już gęsta i tylko w nielicznych oknach paliły się światła. Upatrzony pojazd okazał się Volkswagenem. Tak jak Artur lubił.
Do Kaczana zajechali pół godziny później. Z wozem nie mieli kłopotów. Drzwi otworzyli w ciągu najwyżej minuty. Właściciel sam był temu winny, bo poprzestał na naklejce informującej, że Volkswagen ma autoalarm. Zamiast sypnąć groszem i rzeczywiście założyć instalację zabezpieczającą. Kaczan, kiedy o tym usłyszał, roześmiał się, a potem skomentował: „Jak stać takiego na samochód, to po co sknerzy na ochronę? Ale i tak byście mu ten wóz rąbnęli, nie chłopaki?”. W odpowiedzi tylko wzruszyli ramionami. Pokonywanie standardowych zabezpieczeń było dla nich chlebem powszednim. Właściciel warsztatu sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął portfel z plikiem banknotów.
Odliczył dziesięć stuzłotówek i podał zwitek Pawłowi. Ten schował sześćset złotych. Reszta była dla Artura. Chłopcy wyszli z warsztatu, wezwali taksówki i rozjechali się do domów. Artura czekało wymyślenie kolejnej bajeczki usprawiedliwiającej późny powrót. Niewiele osób wiedziało o jego sposobie zarobkowania. Na co dzień był grzecznym chłopcem. Chodził do szkoły jak inni, nie tak przedsiębiorczy czternastolatkowie. Następnego wieczoru wyszedł sam na ulice miasta. Paweł bardziej niż on interesował się dziewczynami.
Szczególnie jedną. Dlatego też Arturowi przyszło po raz pierwszy działać samodzielnie. Nie martwiło go to. Jeśli dostarczy Kaczanowi jakiś wóz, to pieniądze zatrzyma dla siebie w całości. „Będę kimś za parę lat” — myślał, pamiętając o ukrytej w piwnicy kasetce wypchanej już plikami banknotów. „Za parę lat kupię warsztat Kaczana albo i dwa takie. Kupię nawet Kaczana” — zaśmiał się do swoich myśli. Kaczan zlecał im czasem kradzież konkretnego samochodu. Były to zawsze drogie, eleganckie wozy, na które czekali już kupcy, najczęściej zza wschodniej granicy. Dla Kaczana pracowało wielu informatorów, dzięki czemu o właścicielu wytypowanego pojazdu i samym wozie wszystko było wiadomo.
Kradzież ograniczała się do uprowadzenia samochodu w ściśle określonym miejscu i o ustalonym czasie, kiedy to zwykle pozostawał bez nadzoru. Szef mawiał do nich, śmiejąc się: „Jakie ryzyko, chłopaki? Nawet jak was złapią, co wam zrobią? Jesteście nieletni i nienotowani. Wezwą adwokata i wypuszczą was po godzinie. Najwyżej, jak ktoś się uprze, to dostaniecie kuratora”. Artur ani myślał dać się komukolwiek złapać. Był ostrożny, nawet bardzo ostrożny. Paweł już kilkakrotnie zarzucił mu tchórzostwo. Wóz stał w zatoczce.
Ogromna limuzyna. Czarny lakier błyszczał w świetle rtęciowych lamp. Wóz dla konesera – ocenił Artur. W sekundę później był już pewny, że ma przed sobą swój łup. „Kaczan nieźle się zdziwi, jak podjadę do niego takim bajeranckim wózkiem” – pomyślał i głośno się roześmiał. Od limuzyny dzieliła go szerokość jezdni. Przeszedł więc kawałek chodnikiem, rozglądając się po okolicy. Panowała martwa cisza. W wozie chyba nie było kierowcy, jednak Artur nie miał co do tego pewności. Przez ciemne szyby nie można było zajrzeć do wnętrza pojazdu.
Należało podjąć jakąś decyzję. Artur nie wahał się długo. Równym krokiem przeszedł na drugą stronę ulicy, cały czas wpatrując się w limuzynę. Nie znał tej marki, ale samochód musiał być niezwykle drogi. Miał linię charakterystyczną dla wozów z przełomu lat 40. i 50. Na karoserii i w oknach nie było nalepki ostrzegającej, że w wozie zamontowano autoalarm. Chłopiec zdawał sobie sprawę, iż może to być podstęp właściciela limuzyny, ale przecież już się zdecydował. Podszedł do wozu. Palce prawej dłoni położył na klamce przednich drzwiczek od strony pasażera.
Ku zdumieniu Artura zamek cicho trzasnął i drzwi się uchyliły. Co dziwniejsze, w kabinie nie zapaliło się automatycznie światło. W wozie było ciemno i zimno. „Ani żywego ducha” – pomyślał chłopiec i wślizgnął się do wnętrza. Gdy przesuwał się ku siedzeniu kierowcy, drzwiczki zatrzasnęły się samoczynnie. Nie przejął się tym. Zacisnął już palce na kierownicy. Zaczął pospiesznie szukać stacyjki, aby wyrwać obudowę, dobrać się do okablowania i zwierając przewody, uruchomić wóz. Stacyjki jednak nie było. Chłopiec zamarł.
„Może to jakiś japoński bajer?” – myślał gorączkowo. Samochód uruchamiany głosem albo odciskiem palca na płytce. Poruszył się niespokojnie i odruchowo nacisnął pedał gazu. Wóz ruszył. „Nie jest źle” – Artur pogratulował sobie w myślach. Następnie poruszył kierownicą i limuzyna, sunąc wolno, wtoczyła się na jezdnię. „Jak to działa?” – zastanawiał się, oglądając tablicę rozdzielczą, której właściwie nie było. Żadnych wskaźników, żadnej dźwigni zmiany biegów, tylko kierownica oraz pedały gazu i hamulca. Artur chciał uważniej przyjrzeć się wozowi, nim dostarczy go do warsztatu Kaczana. Skręcił więc w najbliższą przecznicę.
Wprowadził pojazd między uśpione bloki i zaparkował obok śmietnika. Sięgnął ręką do drzwi, szukając klamki. Klamki nie było. „Co jest?” – zaklął w myślach, wodząc palcami po litej powierzchni wnętrza wozu. Nie namacał żadnej szpary, nawet rysy. Wydawało się, że drzwiczki i karoseria wyściełane od wewnątrz grubą, czarną, lakierowaną skórą tworzą jednorodną całość. Szybko przesunął się w prawo na siedzenie pasażera. Sięgnął do drzwiczek, którymi wsiadł do wozu. One również nie miały klamki. Targnął ciałem w tył.
Niezdarnie przysiadł w miejscu, gdzie łączyły się obydwa fotele. Poczuł wówczas pod stopami jakieś przedmioty i usłyszał trzaski. Nerwowo sięgnął do kieszeni, wyjął plastikową zapalniczkę i potarł kółko. Żółty płomyczek rozjaśnił wnętrze wozu. Artur opuścił dłoń i światło dotarło pod fotele. Podeszwy jego butów wspierały się na kilku rzuconych bezładnie ludzkich czaszkach. Gwałtownie uniósł stopy, przekręcił się na siedzeniu i nadal trzymając nisko zapalniczkę, spojrzał na tył samochodu. Całą podłogę limuzyny pokrywały ludzkie kości, niektóre zamienione już w pył. W tylnej części pojazdu usypano wielki ich stos. Kurhan wystający ponad zamontowane naprzeciw siebie dwie kanapy kryte czarną skórą.
„Co to jest?” – krzyknął chłopiec. Odpowiedzią był trzask pękającej czaszki, na którą właśnie nadepnął. Myśli Artura pędziły niczym elektryczna kolejka. Z cichym szumem po zamkniętym torze w kształcie elipsy. Sprawność umysłu odzyskał dopiero po godzinie. Wtedy właśnie samochód nieuruchomiony niczyją ręką sam ruszył spod osiedlowego śmietnika. Bez trudu włączył się do ruchu ulicznego. Respektując sygnalizację świetlną na skrzyżowaniach, skierował się na peryferie miasta. Po kwadransie jazdy zaparkował na nieznanej chłopcu uliczce. Arturowi zaczęło doskwierać panujące w wozie zimno.
Czuł też głód. Był osłabiony. Początkowo sądził, że to wynik szoku. Wkrótce jednak odkrył, że sił ubywa mu tylko w trakcie jazdy. Limuzyna poddawała się czasem woli kierowcy i pędziła z taką prędkością i w takim kierunku, jak sobie Artur zażyczył. Wykazywała jednak daleko idącą samodzielność, uruchamiając silnik bez udziału człowieka. Poza tym z sobie tylko wiadomych powodów jechała gdzieś, dążyła dokądś, mimo że chłopiec z uporem naciskał hamulec. Tracąc nadzieję, patrzył na szczątki, w których zanurzały się jego sportowe buty. „Co to byli za ludzie?” — pytał siebie w myślach. — „Ja też tak skończę?” Potem w przypływie desperacji rzucał się całym ciałem na ściany wozu z siłą, na jaką pozwalały mu słabnące z każdą chwilą mięśnie.
„Ty, samochód!” — krzyczał. — „Masz mnie słuchać. Każdy wóz musi mnie słuchać.” Limuzyna z cichym szumem jechała przez Śródmieście. Artur siedział tyłem do kierunku jazdy. Patrzył tępo na stos kości, na trudne do zidentyfikowania strzępy tkanin. Wszystko, co pozostało z jego poprzedników. Nieostrożnych, którzy chcieli się przejechać luksusowym wozem albo go ukraść i sprzedać. Chłopiec przypomniał sobie opowieści babki. Kiedyś myślał, że to wszystko bzdury, bajki dla dzieci albo naiwnych przygłupów. „Uważaj Artuś, bo nocą jeździ po mieście czarny samochód i porywa ludzi” — często mawiała staruszka.
Niedawno matka, słysząc znów tę historyjkę, potraktowała ją jako pretekst do starcia. Spojrzała wtedy na babkę z lekceważeniem i powiedziała złośliwym tonem: „I co? Znowu opowiada mama dziecku te bajdy o ubekach? Czarnych wołg nikt na ulicach nie widział, jeszcze zanim się Artur urodził. W ogóle z tym porywaniem ludzi to bzdury. Dziadek też kiedyś takie bajdy plótł, jak to przed wojną czy za cara jeździła po ulicach czarna kobitka i ludzie znikali.” Teraz Arturowi nie chciało już się śmiać z opowieści o czarnych samochodach porywających nocą ludzi z ulic miasta. Było już po południu. Limuzyna posłuszna przez chwilę Arturowi pozwoliła mu jechać przez dzielnicę, w której mieszkał. Sunęli wolno najwyżej dwadzieścia kilometrów na godzinę. Kiedy mijali dom chłopca, ukazał się codzienny widok.
Babka Artura siedząca w oknie. Wiekowa kobieta wsparta łokciami na poduszce, obserwująca leniwy ruch na chodniku, wędrówki ludzi żyjących w sąsiednich kamienicach. Chłopiec uderzył otwartą dłonią w boczną szybę samochodu. Staruszka nie mogła dostrzec tego gestu, jednak nie przeoczyła czarnej limuzyny. Poderwała się, uniosła łokcie z poduszki leżącej na parapecie. Mówiła coś, może nawet krzyczała, odwróciwszy twarz w głąb mieszkania. Artur pomyślał, że opowiada matce o złowieszczym pojeździe, który właśnie przejechał ich ulicą. Musiał uciec, wydostać się. Jednak ściany były połączone w jedno z drzwiami i oknami. Skóra tapicerki sprawiała wrażenie mocnej tkanki jakiegoś ogromnego organizmu.
Artur znów spróbował wybić przednią szybę, z całej siły uderzając w nią stopami. Nie przyniosło to jednak efektu. Usiłował też po raz kolejny krzyczeć ile sił w płucach, gdy wóz zaparkował w jakimś uczęszczanym przez ludzi miejscu. Nikt go jednak nie słyszał. Dźwięk nie przenikał przez ciało czarnej limuzyny, a przyciemnione szyby chroniły wnętrze pojazdu przed spojrzeniami ciekawskich. Wieczorem Artur, bardzo już osłabiony, obmyślił straceńczy plan. Postanowił doprowadzić do zderzenia z innym pojazdem, a gdy czarny samochód zostanie uszkodzony, wydostać się z niego. Limuzyna jednak nie dopuściła do wypadku, jakby przejrzała myśli chłopca. Pozwalała mu czasem się prowadzić, ale była ostrożna. Gdy po raz piąty wóz uniknął z gracją kolizji z nadjeżdżającym z przeciwka samochodem, chłopiec był bliski rezygnacji.
Nagle klamka. Klamka z zewnątrz. Myśl ta pojawiła się i rozbłysła w znękanym umyśle, zamroczonym wyczerpaniem. „Ktoś musi otworzyć wóz z zewnątrz” — planował gorączkowo Artur. — „A ja wtedy szybko wysiądę.” Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że jazda może trwać jeszcze długo, a jemu przecież nie zostało wiele czasu. Był coraz słabszy. Wóz wysysał z niego wszystkie siły. Jednak Artur nie miał zamiaru dołączyć do nieszczęśników, których szczątki zasłały podłogę limuzyny. Musiał więc przyspieszyć chwilę, w której ktoś będzie chciał ukraść ten wóz. Musiał pomóc szczęściu.
Paweł zdecydował już po chwili. Znał przecież szlaki swego przyjaciela, jego nawyki i sposób działania. Postanowił tak manewrować wozem, by w odpowiednim miejscu i czasie mógł wpaść w oko Pawłowi. Księżyc był w pełni. Artur z trudem podnosił powieki. Tkwił w piekielnym wozie już od ponad dwudziestu godzin. Mobilizując resztki sił, wsparty na kierownicy obserwował okolicę. Czujność limuzyny chyba już osłabła, bo wóz pozwolił się zaparkować w jednym z miejsc często odwiedzanych przez Pawła. Plan Artura mógł więc się powieść. Teraz chłopiec czekał.
Musiał być cierpliwy. Ktoś przeszedł bardzo blisko wzdłuż żywopłotu otaczającego murowany pawilonik osiedlowego śmietnika. Jakiś mężczyzna w krótkiej kurtce i czapce narciarskiej. Potem pojawiła się grupa chłopców z dziewczynami. Chyba szli do pobliskiego nocnego klubu. Godzinę później nadszedł Paweł. Uważnie przyglądał się limuzynie. Artur przejęty obserwował go przez przednią szybę, nieprzeniknioną dla patrzących z zewnątrz. Przyjaciel się wahał. Wreszcie dotknął dłonią maski.
Sprawdzał, czy wóz stoi od dawna w tym miejscu, czy jego silnik jest jeszcze ciepły. Przyjaciel zwlekał chwilę przy wozie, po czym nagle się odwrócił i odszedł szybkim krokiem. W tym momencie Artur zapłakał głośno jak dziecko, tak jak nie robił tego od wielu lat. Minutę później otworzyły się przednie drzwi wozu. Te od strony pasażera. Artur poderwał się. Chciał krzyknąć: „Paweł, nie zamykaj!” Nie zdążył. Drzwiczki trzasnęły. Jednocześnie człowiek, który wsiadł do samochodu, odkrył obecność chłopca. „O!” wrzasnął przerażony.
Zaraz się jednak zreflektował i próbując opanować drżenie głosu, spytał: „To twój wózek? Niezła bryka. Chciałem tylko obejrzeć.” To nie był Paweł. Artur przyjrzał się pobladłej twarzy nieznanego mu złodzieja. Rozpoznał mężczyznę w narciarskiej czapce, który wcześniej mijał limuzynę. Wóz natychmiast ruszył samodzielnie. Pomknął żwawo ku jednej z głównych ulic miasta. Płynął po jezdni ledwie słyszalnym szumem silnika. „Prawie nie słychać maszyny” skonstatował mężczyzna w czapce. „To chyba nie benzyniak.
Jakiś elektryczny bajer, co młody? Na czym on jeździ?” „Na nas” szepnął Artur, zsuwając się z fotela kierowcy na podłogę, na stos kości swych poprzedników w złodziejskim fachu. Mężczyzna rzucił się w lewo. Złapał kierownicę. „Aleś mnie nastraszył, młody!” krzyknął z oburzeniem. „Chory jesteś czy jak? Co ty tam bełkoczesz? Nic nie rozumiem.” „Zrozumiesz” zdążył pomyśleć Artur, zanim stracił przytomność. Kilka godzin później zamienił się w stos suchych kości bez śladu ciała i krwi, bez krztyny energii. Leżał pod stopami mężczyzny w narciarskiej czapce, który wspierał dłonie i czoło na kierownicy limuzyny.
Mężczyzna krzyczał, a właściwie tylko sądził, że krzyczy. Z jego ust dobiegał gorączkowy szept. Czarny samochód płynął arteriami miasta. Tylko nieliczni zwracali na niego uwagę.
[02:10:56] - Tak sobie myślę, że to jest dobry czas, żebyśmy posłuchali znowu Wiktora. Wiktor, odcinek trzeci. Tym razem Wiktor powie nam troszeczkę o przybyszach z innego świata, ale trochę inaczej niż się państwo spodziewacie. Zapraszam. Wołanie na Mlecznej Drodze. Przemyślenia Wiktora Żwikiewicza.
[02:11:45] - Przeszłość i przeszłość. Wydaje się, że wszystko, co pisali pisarze science fiction w przeszłości, to już przeszłość, bo świat poszedł do przodu i zdecydowanie przegania wizję tej przeszłości pisarzy, którzy już odeszli do lamusa i nikt ich nie czyta. Kiedyś był taki ktoś jak Wells, który napisał „Wojnę światów” i „Wyków czasy” i jakieś tam inne dyrdymały, jakieś tam kroniki marsjańskie. No nie, tego on nie pisał, ale coś podobnego wypisywał. W tej wizji wellsowskiej świat przyszłości Ziemi wyglądał bardzo pięknie dla tego, który tam wkraczał z naszych czasów. Zobaczył tam cudownych, wspaniale pięknych ludzi, prawie jak po naszych modyfikacjach genetycznych i po kosmetycznych operacjach. Wszyscy byli śliczni, uśmiechnięci, radośni, weseli, dobrze wykarmieni. Cudowny był ten świat, a gdzieś tam w zadupiu tego świata istnieli Morlokowie. Już sama nazwa mówi, że to było coś strasznego. Morlokowie, a tu piękni Eloowie.
Wydawałoby się, że to odeszło do lamusa, bo kto to dzisiaj takie rzeczy może sobie... Ja kiedyś przy okazji jakiegoś tam akurat zlotu młodzieży czy świąt młodzieży, czy czegoś gdzieś tam w Europie, natknąłem się na wielki biwak młodzieży kanadyjsko-australijsko z całego świata. Oni wszyscy byli piękni, oni wszyscy byli młodzi, oni byli wszyscy roześmiani i wszyscy byli szczęśliwi. Wszyscy byli w tych całych spodniorurkach, zgrabni jak cholera. Dziewczyny potrafiły tańczyć tak poruszając biodrami, że człowiekowi szczęka zwisała na dole. Ten świat był piękny. Ich, wokół nich. Oni się cieszyli, oni się bawili. Oni byli szczęśliwi. Oni byli wspaniali i piękni.
Dzisiaj moje córy jeżdżą po Europie i czasami nie tylko po Europie. Zajeżdżają do Turcji, zajeżdżają do Afganistanu, zajeżdżają do Kazachstanu i tak dalej. I mówią: „Tata, wiesz, my przybywamy tam z innego świata.” Ja jak patrzę na tych całych anglo-amerykańsko-polskich młodych ludzi, których można spotkać dzisiaj na jakiejkolwiek dyskotece i w każdym Carrefourze, w każdym markecie spacerują długonodzy, piękni, śliczni i szczęśliwi Wszystko jest pięknie. Tylko Wells napisał w "Wykół czasu", w którym byli piękni, dostatni, żyjący wspaniali, szczęśliwi Eloowie. A gdzieś tam za granicą, za jakąś barierą, w jakimś podziemiu, w jakimś slumsie żyli ci nieszczęśliwi, straszliwi, potworni Morlockowie. A co wynika z tego? To należy przeczytać "Wykół czasu" Wellsa, żeby wiedzieć, co być może naszą Europę i nasz świat czeka.
[02:15:44] - Od kilku tygodni przechwalam się państwu, a w każdym razie informuję, że targi książki w Poznaniu były niezwykle udane. Naprawdę głowa mi się kręciła we wszystkie strony. Chwilami bałem się, że może odpaść. W każdym razie mocno się kręciłem, mocno biegałem i miałem czasami wrażenie, że pomimo tego, że galopuję po stoiskach wszystkich, to i tak nie zdążę zobaczyć wszystkiego. A ja już jestem trochę wariatem, który musi ogarniać jak najwięcej i najlepiej wszystko, co czasami się mści i czasami owocuje tym, że jestem bardziej zagubiony niż zorientowany. To małe nawiązanie do tego, co tam się wyprawiało na tych targach ze mną. Czasami miałem poczucie tego, że dni galopują, a czasami, że czas staje w miejscu. Moje refleksje zostawmy sobie w spokoju, ale ja sukcesywnie państwu prezentuję spotkania, na których byłem, których miałem okazję i szczęście wysłuchać w czasie targów międzynarodowych. To są międzynarodowe targi książki, ale w Poznaniu. Mnie się to zawsze myli.
W każdym razie Międzynarodowe Targi Poznańskie zorganizowały targi książki, które proszę państwa, to już mówiłem, zaliczyły gigantyczną frekwencję. Sam nie mógłbym uwierzyć, że tylu ludzi przychodzi na targi książki. Szok! Niemniej jednak co było, to było. Dzisiaj chciałbym państwu zaprezentować, ja to zapowiadałem w zeszłym tygodniu. To jest spotkanie z profesorem Waldemarem Kuligowskim prowadzone przez Przemysława Tobołę. To jest przedstawiciel poznańskich mediów. Bardzo profesjonalnie prowadził zresztą to spotkanie, o czym się państwo za chwilę przekonacie. Chwila przedstawienia profesora Waldemara Kuligowskiego. Rocznik 72.
Urodził się w Szubinie, a więc całkiem blisko Bydgoszczy. Tu patriotyzm lokalny przeze mnie przemawia. To jest polski antropolog kulturowy, profesor nauk humanistycznych na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, eseista, redaktor. Proszę państwa, jest jeszcze coś, co bardzo mnie z panem profesorem łączy. Otóż owszem, kończył szkołę podstawową w Szubinie, ale kończył szóste Liceum Ogólnokształcące imienia Jana i Jędrzeja Śniadeckich w Bydgoszczy, do którego przez wiele lat uczęszczałem, którego nie ukończyłem. Historia, którą może już opowiadałem, może kiedyś państwu opowiem. Znowu chwila dygresji. W ostatni poniedziałek miałem szczęście być gościem szóstego liceum w Bydgoszczy. Gościem takim literackim. Występowałem, proszę państwa, na auli.
Pełno ludzi, a ja do nich mówię. Mówiąc szczerze, ja rzadko odczuwam tremę, ale tam chwilami tremę odczuwałem. Ale jak powiedziałem, że szóste Liceum Ogólnokształcące w Bydgoszczy, do którego chadzałem w pierwszej połowie lat 80. było dla mnie miejscem traumatycznym, to dostałem niemal standing ovation. W każdym razie atmosfera się rozluźniła. No cóż, ale to moje dygresje. Spotkanie było bardzo udane, młodzież zadawała bardzo fajne pytania, czasami zaskakujące. Musiałem się trochę gimnastykować, żeby odpowiedzieć. Nie żeby nazmyślać, tylko raczej żeby odpowiedzieć w miarę zwięźle, bo zakres tych pytań był tak duży czasami, że wystarczyłoby jedno pytanie, żeby zająć całą godzinę, a w sumie troszeczkę więcej niż godzina na całe spotkanie była przeznaczona, więc musiałem się jakoś gimnastykować. Ale wracając do postaci Waldemara Kuligowskiego.
Łączy nas szkoła, liceum w każdym razie, a później Waldemar Kuligowski studiował etnologię na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu. W 1999 roku doktorat, w 2006 habilitacja, a od 2018 roku to jest profesor tytularny. Działalność naukowa imponująca. To jest autor ponad 200 publikacji ...naukowych w dziewięciu językach. Poza polskim to angielski, czeski, litewski, rosyjski, serbski, słowacki, węgierski, ukraiński. Publikował w czołowych tytułach polskich, takich jak „Teksty Drugie”, „Konteksty”, „Kultura i społeczeństwo”, „Kultura współczesna”, „Lud”, „Etnologia Polona”, a także w zagranicznych. Taka lista, proszę państwa, nie będę was dręczył. Darujcie, ale nie. Są tu periodyki niemieckie, są angielskie, anglojęzyczne w każdym razie. Zainteresowania naukowe pana profesora dotyczą bardzo szerokiego wachlarza zjawisk, a mianowicie modernizacji, globalizacji, teorii kultury, tekstualizmu, kultury popularnej, kultur rdzennych, zwłaszcza amerykańskich, co może być ciekawe.
Jest też propagatorem nurtu antropologii współczesności. Prowadził badania terenowe w Europie, Azji, Ameryce Północnej. Spotkanie na Międzynarodowych Targach Poznańskich w czasie Targów Książki dotyczyło najnowszej książki zatytułowanej „Z roślin, z dźwięków, z marzeń. Domy świata”. Cóż o tej książce. Co ja będę państwu wymyślał? Przeczytam tekst promocyjny, który się pojawił. Otóż ktokolwiek wymyślił dom, stworzył coś więcej niż tylko obiekt materialny. Bo dom, jak w tytule tej książki, może być z roślin, dźwięków i marzeń, a nawet ze śmieci i z gry komputerowej. Może służyć do przemieszczania się i do opowiadania o miłości.
Dosłownie. Domy mówią o ludziach, o ich życiu i pracy, o emocjach i marzeniach, o rodzinie i samotności, miłości i umieraniu. Dom to dużo więcej niż połączenie ścian i dachu. Domy pokazują, kim są ich mieszkańcy, w co wierzą, jak przyjmują gości, jak śpią, jak odpoczywają, przygotowują posiłki. Dom to najważniejszy przejaw kultury materialnej człowieka, a także centra systemu myślenia o przestrzeni. Na najbardziej podstawowym poziomie domy dają schronienie. Dlatego z radością mówimy: „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” bądź „Czuj się jak u siebie w domu”. A Anglicy wzdychają: „Home, sweet home”. Dom jest zarazem obiektem materialnym, jak i przejawem myśli. Budowa domu jest budową świata, a każdy dom jest mikrokosmosem.
Tak. Wiecie państwo, tak sobie teraz uświadomiłem. To już nie cytat. Rzeczywiście tak jest, że czasami człowiek ma to głębokie poczucie, że rzeczywiście wchodząc do czyjegoś domu, pogrąża się w innej przestrzeni. Ciekawe. Tu dalej cytuję: „A ujmując to jeszcze inaczej, dom jest kluczem do zrozumienia tego, co to znaczy być człowiekiem. Domy opowiadają historię o nas”. A autor, profesor Waldemar Kuligowski wraz z ilustratorką Marianną Sztymą opowiadają nam o domach świata. Ja państwa zapraszam na spotkanie z profesorem poświęcone właśnie tej nowo wydanej książce. Myślę, że to będzie fajne spotkanie i fajna refleksja nad tym, o czym już przed chwilą mówiłem.
Przypomnę tylko, że z profesorem Waldemarem Kuligowskim rozmawia Przemysław Toboła, poznański dziennikarz.
[02:24:18] - Witam serdecznie państwa. Dzień dobry. Spotkaliśmy się tu z okazji nowej książki profesora Waldemara Kuligowskiego, wydanej przez wydawnictwo Albus. „Domy świata. Z roślin, z dźwięków i z marzeń”. Powiem szczerze, że byłem zaskoczony, jak dostarła do mnie twoja książka, ponieważ widzę cię kilka lat temu na festiwalu Woodstock. Jesteś takim Rolling Stonem, takim kamieniem, który nie obrasta mchem i nagle książka o czymś zupełnie opozycyjnym. Po prostu domy. Dlaczego? Co się stało?
Czy się udomowiłeś?
[02:25:00] - To jest ciekawe pytanie. Czy się udomowiłem? Może tak, ale mówiąc bardzo poważnie, bo rozumiem, że to jest pytanie o inspirację. Skąd zainteresowanie domem? Po pierwsze dlatego, że wszyscy gdzieś musimy mieszkać i to na najbardziej bazowym poziomie. I nawet jeśli mówimy o dziewięciometrowych kawalerkach, które są budowane w Poznaniu i mieszkają w nich pojedyncze osoby, to też jest zjawisko i to jest coś, o czym można opowiadać. A chyba dwie najważniejsze inspiracje są takie. Z jednej strony mamy za sobą doświadczenie pandemicznego zamknięcia, kiedy zmuszono nas do tego, żebyśmy przebywali w swoich domach. I początkowo to była euforia. To było takie pozytywne zaskoczenie, że możemy się zatrzymać, że możemy przemyśleć, że możemy poczuć tą przestrzeń domową intensywniej niż wcześniej.
Ludzie zaczęli się urządzać, zaczęli remontować, zaczęli myśleć o mieszkaniach, o domach na nowy sposób. A drugie doświadczenie jest takie, że wiąże się z wojną. Tą wojną, która trwa za wschodnią granicą. I właściwie niemal codziennie obserwujemy ludzi, którzy swoje domy muszą porzucać i mówią o tym jako największym nieszczęściu, jako despekcie, o czymś, co wywraca do góry nogami ich życie. Tracą poczucie bezpieczeństwa, tracą poczucie tego, że coś do nich należy, że gdzieś ich biografia, ich emocje, ich uczucia ma swoje konkretne miejsce.
[02:26:33] - Z konkretnym adresem. Ci ludzie przypływają do nas, witamy ich w większości z szeroko otwartymi ramionami, ale to już nie jest dom. To jest jakieś tranzytowe miejsce na dłużej lub na krócej. Więc takie dwa bardzo sprzeczne dopływy tego pomysłu, żeby się domami zająć. Z jednej strony zatrzaśnięcie covidowe, a z drugiej strony wojna, która ludzi z domów wypędza i wojna, która te domy codziennie rosyjskimi bombami niszczy.
[02:27:01] - Tak, ale książka rozpoczyna się czymś dla mnie zaskakującym, bo opowiada o fenomenie Airbnb, o tych wynajętych, jak ja to nazywam, kwaterach nomen omen targowych. Bo dla mnie to jest takie skojarzenie jak z kwaterą dla gości targowych, które w dzieciństwie były wynajmowane. Moi koledzy musieli wyjeżdżać do dziadków, a tam na przykład targowi goście z Bułgarii czy z NRD mieli swoje miejsce. Ale te kwatery, z naciskiem wiem kwatery, to nie były mieszkania. To absolutnie były takie punkty, które miały tylko przejściowo komuś posłużyć do spania. Ale to nie jest dom przecież, nie? A twój pierwszy rozdział to jest o tym fenomenie. Czy to jest rozprawienie się z tym mitem Airbnb, że to jest też coś bliskiego, swojskiego, a to jednak nie jest?
[02:27:53] - Po pierwsze to jest dostrzeżenie pewnego fenomenu. Fenomenu bardzo już masowego i globalnego. Ta firma, ta franczyza chyba, tak by raczej należało powiedzieć, działa w kilkudziesięciu krajach świata, na wszystkich kontynentach i szacuje się, że dwa miliony ludzi co noc korzysta z tej usługi. Więc to rzeczywiście jest i masowe i globalne. Musiałem to uwzględnić także z tego powodu, w jaki sposób Airbnb się reklamuje. Firma istnieje od 2007 roku i to był taki pomysł, że mówimy już dość. Mówimy basta tym sieciowym znanym hotelom, które może są wygodne, może zapewniają nam bezpieczeństwo, ale są powtarzalne. A w tej powtarzalności są nudne, a co więcej, to są hotele, które właściwie odgradzają nas od życia. Bez względu na to, gdzie pojedziemy, jak to nie będzie niezwykłe dla nas miejsce, to hotel nas od tego życia odgradza. Szklanymi drzwiami, wysokim płotem, innymi udogodnieniami.
Airbnb powiedziało: „A my damy wam możliwość doświadczenia życia i mieszkania tak jak lokalni ludzie w ich lokalnych domach i mieszkaniach”. I wydawało się to niezwykle atrakcyjne w tym zalewie tego masowo produkowanego doświadczenia turystycznego, powtarzalnego, jak mówiłem. Ja sam korzystałem z Airbnb. Myślę, że wiele osób również także obecnych tutaj. Ale rzecz wcale nie jest jednak taka oczywista, bo to pożegnanie się z doświadczeniem hotelu wcale nie przemieniło się w doświadczenie czegoś niehotelowego, czyli autentycznego. Bo jak działa Airbnb? Owszem, wynajmujemy należące do prywatnych osób mieszkania i domy, ale one nie są prywatne do końca. One są przygotowywane na nasz przyjazd. Główna część tych przygotowań to usunięcie prywatnych rzeczy: fotografii, pamiątek, bibelotów przywożonych z podróży. Te domy są ogołacane i jak opowiadają osoby, które są tymi gospodarzami w formacie Airbnb, to jest takie działanie sezonowe.
Czyli przed sezonem letnim, jak mają do nas przyjechać ludzie, ładujemy do worów nasze prywatne rzeczy, wynosimy je na strychy bądź do piwnic. Po sezonie, kiedy już ludzi nie ma, te rzeczy wnosimy z powrotem. Więc to nie jest doświadczenie autentyczności. To może nie jest tak radykalnie już anonimowe jak hotel, ale to też nie jest życie z innymi. I druga sprawa, to też pokazują badania. Większość osób, które korzysta z usługi Airbnb nie nawiązuje żadnej relacji z gospodarzami. To są kontakty zapośredniczone przez internet. My tam sobie piszemy, przyjadę wtedy i wtedy. A czy masz specjalne życzenie? To ja je spełnię.
Są regulaminy. Pamiętaj, on jest tam na drzwiach wejściowych albo na drzwiach łazienki. Nic więcej się nie zdarza, więc też się nie przekuwa tego balonu masowej turystyki. I rzecz trzecia, też bardzo ważna. Tam, gdzie te usługi Airbnb są najbardziej popularne, czyli w tych destynacjach turystycznych, takich jak Amsterdam czy Barcelona, mamy do czynienia z ruchem turystycznym, który jest jeszcze większy niż był wcześniej. Lokalne społeczności błagają: „Nie przyjeżdżajcie już do nas. Zadeptujecie nasze miasta. Ceny rosną, rośnie zanieczyszczenie powietrza. Te nasze miejsca stają się nie do zniesienia właśnie z uwagi na was, na ruch turystyczny”. Airbnb jest kolejnym impulsem, który ten masowy turyzm napędza.
Więc to są takie wątpliwości, z których warto sobie zdawać sprawę. To są takie pytania, które warto postawić. I pomyślałem sobie, że być może w związku z tym to jest dobry pomysł na pierwszy rozdział tej książki dotyczącej współczesnego domu, współczesnych form zamieszkiwania.
[02:32:02] - Mnie jedna rzecz uderzyła, jak po raz pierwszy, bo też korzystam z usług Airbnb, że to jest taki mój sposób spędzania czasu, jak byłem studentem 40 lat temu, że ja się spotykałem, mogłem jeździć stopem po Europie, gdyż wymienialiśmy się z kolegami z Hiszpanii, z Francji, z Holandii. Ale za każdym razem byłem goszczony w domu. W domu, którym pachniało. Pachniało jedzeniem. Pachniało dla mnie, dziecka PRL-u, jakimś ciekawym zapachem A w tych kwaterach targowych, o których wspominałem, bułgarscy wystawcy zawsze zostawiali olejek różany z szybki i te mieszkania potem pachniały tym olejkiem różanym. A kwatery Airbnb nie pachną. Albo inaczej, one są zapachowane, tak to powiem. One nie są zdezynfekowane, one są zupełnie czymś innym. Dla mnie dom pachnie.
[02:32:59] - No właśnie, to jest świetna uwaga. Dom pachnie. Dom ma też swoją fakturę mebli, kanap, na których siedzimy, szaf, gdzie wieszamy ubrania, regałów, gdzie mamy książki. To są chyba najważniejsze zmysłowe impulsy, które sprawiają, że coś nam się nagle przypomina. Smak lub zapach. Wtedy wracamy myślami do miejsc, wracamy do czasów dzieciństwa, młodości, do takich sytuacji, które były ulotne, które zniknęły. To też jest doświadczenie domu. Tak. I na pewno nie można go uzyskać w miejscach, które są zdezynfekowane, gdzie dominuje zapach sztucznej woni, która ma sprawić, że będzie nam przyjemnie. Na mnie to też działa w sposób odstręczający, choć skądinąd ja rozumiem, skąd to się bierze.
To jest taka pogoń za przestrzenią higieniczną, przestrzenią w cudzysłowie zdrową, która nam nie zagraża. Ale nie ma doświadczenia domu bez smaku, zapachu i faktury. Tak, na pewno.
[02:34:04] - Chciałem też zwrócić uwagę, że twoja książka jest taką klamrą między Airbnb i Simsami, czyli oba światy są zimne, są niedotykalne, bo przecież jak mówiłeś, transakcja nawiązuje się w sieci. Nawet nie trzeba się spotkać z właścicielem czy tą osobą. Po prostu znajdujesz kluczyk w wejściu, wychodzisz, ten kluczyk zostawiasz w tym samym miejscu. Nie widzisz się nawet. „Simsy”, czyli finał twojej książki, jest opowieścią o jakimś, jak dla mnie przerażającym świecie, który w ogóle nie zachęca do życia, ale jest oczywiście piękną imaginacją, jacy piękni moglibyśmy być. Czy to jest opowieść o naszej współczesności, która musi być taka okropna jak dla mnie?
[02:34:56] - Ja postanowiłem pomyśleć o grze „The Sims” jako o metaforze. To nie jest gra, w którą grałem, to nie jest gra, którą się zachwycałem. Podglądałem przez ramię inne młode osoby i widziałem ich emocje. A potem zacząłem czytać i okazało się, że mamy do czynienia rzeczywiście z czymś niezwykłym. Kiedy się pojawił pomysł na tą grę, to producenci pukali się w czoło i mówili: „Nie, to się nie sprzeda, to w ogóle nie ma szans. Tu nikt nikogo nie goni, nikt nikogo nie zabija, nie szukamy skarbu, nie bronimy się przed wampirami”. To jest gra, która polega na tym, że kupujemy dom lub działkę, a potem urządzamy to, co zbudowaliśmy. Strasznie nudno. Można w to grać bez końca. Nie ma celu, nie ma kolejnych stopni, nie ma jakiegoś levelu, do którego zmierzamy.
Urządzamy dom i żyjemy w tym domu. Pomysł absolutnie niemarketingowy, jak się wydawało przed premierą tej gry. A potem pierwsza wersja „The Sims”, druga, trzecia. I okazało się, że mamy do czynienia z jedną z najpopularniejszych gier w historii. Miliony odbiorców tych oficjalnych, kolejne miliony, którzy są mniej oficjalnymi graczami. I dlatego pomyślałem sobie, że jest w tym coś bardzo symbolicznego, a może i metaforycznego, bo być może tam jest zawarty jakiś nerw naszego świata. Nerw, który z jednej strony porusza się wtedy, kiedy mamy pełną swobodę urządzania przestrzeni, kiedy myślimy o domu jako o sobie samym. Że wnętrze naszego domu, wnętrze naszego mieszkania to w istocie moje wnętrze. Zobaczcie państwo, jak wiele w mediach społecznościowych jest fotografii pokazujących mieszkania i domy. Ludzie się tym chwalą.
To kiedyś była przestrzeń prywatna, zamknięta, którą otwieraliśmy od wielkiego święta, ale też tylko dla ograniczonego kręgu ludzi. Dzisiaj chwalimy się mieszkaniem. Czyli traktujemy je jako część takiej ekspozycji mojego ja. Ten pokój, ten salon to jestem ja. To moje zainteresowania, to moja wrażliwość, to estetyka, której hołduję. Zwróćcie też państwo uwagę, jak bardzo się zmieniło myślenie o urządzaniu, o designie. Designerzy to dzisiaj celebryci. Każdy kanał telewizyjny ma program, który jest poświęcony remontowaniu domu, urządzaniu mieszkań. Te programy cieszą się gigantyczną popularnością. Na wielu uczelniach pootwierano w związku z tym kierunki, które kształcą właśnie ekspertów i ekspertki od tych zagadnień.
A to wszystko jest zawarte w tej grze „The Sims”, o której mówisz, że jest zimna, że jakoś cię odstręcza. Jest jeszcze coś ważnego. „The Sims” to gra, która otworzyła wirtualny świat. Ten świat gier dla młodych kobiet i dziewcząt. Wcześniej te strzelanki, te gry strategiczne, te gry polegające na zdobywaniu kolejnych terytoriów albo kontynentów właściwie były chłopięco-młodzieńczą rozrywką płci męskiej. „The Sims” w przeważającej mierze używany jest przez młode kobiety, które w ten sposób mogą ćwiczyć, trenować życie, którego być może nigdy nie będą mogły zaznać. I tu już na koniec, to też pokazują badania, że urządzanie domu w dowolny sposób, realizowanie wszelkich możliwych marzeń Czyli to, co jest możliwe za sprawą The Sims, dla wielu graczek jest niedostępne w rzeczywistości, bo nie mają środków, nie mają pieniędzy, nie mają możliwości. The Sims sublimuje pewne tęsknoty. The Sims sublimuje pewne marzenia.
[02:38:54] - Tak, ale tak jak powiedziałem, czytając twoją książkę, ta klamra jest opowieścią o tak naprawdę niemocy, ponieważ żeby zawrzeć relację, trzeba wykonać ruch, trzeba wykonać wysiłek. Zarówno R'n'B, jak i Simsy. Oczywiście można imaginować rozmaite faktury, tapety, ale i tak jestem sam i nie muszę zrobić niczego, nawet zaparzyć przysłowiowej filiżanki herbaty gościowi, ponieważ to się wszystko odbywa bezwysiłkowo, tak jak większość rzeczy w naszych czasach. Oczywiście zastrzegam w czasach naszej Europy Zachodniej. Nie mówię o reszcie świata, która żyje zupełnie inaczej. Natomiast jest to taka opowieść o tym, że nie chcemy tej relacji. Tak naprawdę idziemy za wygodą. I czy to jest diagnoza twoja na dzisiejsze czasy?
[02:39:45] - To jest bardzo trudne pytanie i ja nie znam oczywiście dobrej ani jednej odpowiedzi, ale coś jest na rzeczy. To znaczy zaczyna dominować myślenie, że inny człowiek i relacja z nim to jest po prostu problem. To nie szansa, to nie radość, to nie przyjemność, to nie okazja, tylko problem. A jeśli problem, to może i zagrożenie. Moglibyśmy sobie chyba sami zadać pytanie, dlaczego tak się stało? Dlaczego coraz młodsi ludzie w taki właśnie sposób myślą? Jak myśmy ten świat urządzili, że oni się boją tego, co dla nas jest tak naturalne. Ale rzeczywiście przejawów tego można szukać bardzo wiele. Na przykład serwisy streamingowe z muzyką sprawiły, że dominującym doświadczeniem słuchania muzyki jest doświadczenie samotnicze, często jeszcze ze słuchawkami na uszach, nie z innymi. Ja już nie myślę o tych właściwie należących dzisiaj do na pewno zamierzchłej przeszłości wydarzeniach, że kupiłem nową płytę i wszyscy znajomi w związku z tym do mnie przychodzą na chatę, żeby jej posłuchać.
Ale doświadczenie koncertu choćby klubowego, to nie musi być wielki plenerowy koncert. Nie. Dominującym doświadczeniem słuchania muzyki jest dzisiaj doświadczenie samotnicze muzyki streamingowanej. Zwróćcie państwo uwagę, jak spada liczba związków. Najnowsze dane z Wysp Brytyjskich mówią o tym, że połowa dorosłych Brytyjczyków i połowa dorosłych Szkotów nigdy nie była w związku partnerskim. Nigdy. Połowa. To są już niezwykle znaczące dane, bo to nie jest tylko jakaś tendencja. To już jest stan, który się stabilizuje. To się przekłada też na myślenie o domach.
To się przekłada też na to, co za dziennikarzami nazywamy patodeweloperką. Czyli te mieszkania, które w zasadzie mają rozmiar jednego dużego pokoju w takim tradycyjnym domu, ale one znajdują nabywców. Mało tego, to są nabywcy, którzy często bardzo entuzjastycznie podchodzą do takiej sytuacji. Na przykład w Poznaniu mamy taką osobę, która mieszka na dziewięciu metrach kwadratowych i mówi, że to jest cudowne. Jako antropolog powiedziałbym, że to jest powrót do takiego stanu, który znamy z opisów społeczeństw zbieracko-łowieckich. Mam jeden egzemplarz każdej rzeczy, bo więcej nie zmieszczę. Jak mi się spodnie zużyją, jak przepalę garnek, jak mi się zużyje telefon, to po prostu kupię nowy. Nie gromadzę tych rzeczy. Oczywiście warunek sine qua non, żeby mieszkać na dziewięciu metrach. Mieszkam sam lub sama i nie mam żadnego zwierzęcia, bo oczywiście żadne zwierzę by tego też nie było w stanie wytrzymać.
Ale takie są tendencje. W tym kierunku najprawdopodobniej zmierzamy.
[02:42:29] - Natomiast jak przeszedłem do środka tej twojej książki, to natychmiast przypomniało mi się, tak jak ty masz swoje zdjęcie z Woodstocku. Ja w tym samym czasie, prawie w tym samym miesiącu, wreszcie dotarłem do Altamiry, do której chciałem zawsze dotrzeć. Do jaskini Altamiry, do której szedłem, idąc do Santiago de Compostela. I mimo że jestem racjonalistą, nagle przeżyłem jakiś sen mityczny, bo nagle poczułem schronienie. Te dziesiątki tysięcy lat zaklęte w tej przestrzeni wymalowanej w przecudny sposób. I to schronienie było takim wręcz odczuciem cielesnym. Po czym wyszedłem na powietrze, a szedłem nomen omen z miejscowości znajomej wszystkim, czyli Santander, która nie kojarzy się, jak się kojarzy. I jak zacząłem czytać te twoje kolejne rozdziały, mówię: „To jest oszustwo. Profesor mnie po prostu wystawia na próbę. Opowiada jakieś bajki o jakichś przepięknych krainach.
A przecież nie mamy tych schronień”, bo właśnie nie istnieją one. Ale czy to było też twoje te teksty? One są o przeszłości? Że te światy tych pięknych, szczęśliwych dzikusów one jeszcze są? Czy to jest tylko taka bajka z przeszłości, jak „Spółdzielczen” Gauguina?
[02:43:40] - Mi bardzo zależało na tym, żeby nie opowiadać o przeszłości, ale o teraźniejszości. Rzeczywiście ludzie nadal żyją w wielkich wielorodzinnych domach, które na przykład stawiają w dżungli, w centrum Borneo. Nadal budują gigantyczne na planie koła domostwa, które są takimi społecznymi domostwami budowanymi przez wszystkich. I takie domy nadal budowane są w Amazonii. To jest książka o teraźniejszości. My zamieszkujemy w bardzo różny sposób. Domy mogą oznaczać coś radykalnie różnego. I to jest ciekawe, że proszę państwa, właściwie nie istnieje jedna uniwersalna, taka wszechludzka definicja domu. Ale gdybyśmy szukali takich punktów brzegowych, to dom na pewno oznacza dach. Dom na pewno oznacza ogień bądź energię inaczej do tego domu dostarczaną.
To jeśli idzie o to, nazwijmy to takie zaplecze materialne. Natomiast na poziomie wartości, uczuć, afektu dom to bezpieczeństwo. Zaryzykowałbym tezę, choć antropolodzy tak nie lubią, ale to chyba się zgadza i na równiku, i na biegunie. Dom musi zapewniać bezpieczeństwo. Dach, ogień, bezpieczeństwo. To jest chyba ta triada, w której zamykają się wszelkie możliwe wariacje kulturowe na temat domu. I być może dlatego to doświadczenie Altamiry było takie właśnie. Choć jeśli idzie o jaskinie, które są tworem naturalnym, to moim zdaniem to nie są domy. Dom to jest coś, co człowiek sam intencjonalnie stworzył. Bo gdyby trzymać się tego sposobu myślenia, to właściwie to jest krok już tylko, żeby uznać, że domem są żeremia bobrowe, a czemuż by nie, że domem są bardzo skomplikowane systemy nor budowane przez jakieś zwierzęta, że domem są te gigantyczne ptasie gniazda, które czasami sięgają półtora metra.
Nie. Dom to coś intencjonalnie stworzonego przez człowieka, czyli nie jaskinia.
[02:45:53] - A jaki był klucz doboru tych kultur, o których piszesz? Czy to są miejsca, w których sam byłeś, czy od kogoś innego się dowiadywałeś? Czy przeżyłeś na przykład taką noc w tym domu z roślin, w tym domu z marzeń i z dźwięków?
[02:46:08] - Proszę państwa, starałem się pójść takim kluczem, który z jednej strony ogarniałby całość, bo akademik stara się zawsze spojrzeć z lewa, z prawa, pootwierać wszystkie okna w pokoju i zajrzeć przez dziurkę od klucza. We wszystkich miejscach nie byłem, ale w większości tak. Udawało mi się mieszkać w różnych domach i na różnych szerokościach geograficznych. To jest w ogóle pomysł na serię. Bo te „Domy świata” to jest trzecia książka z serii wydawanej przez wydawnictwo Albus. Kłaniam się szefowej, która mnie do tego namówiła i właściwie to za jej sprawą wszystko mogło się wydarzyć. Książka pierwsza, przypomnę, to „Trzecia płeć świata”. O tej ludzkiej kreatywności dotyczącej myślenia o tym, co oznacza płeć. Książka druga to „Małżeństwa świata”. I tutaj znów okazuje się, że monogamia to jest tylko przypadek pośród przypadków.
W dodatku dość nudny, prawdę mówiąc. No i wreszcie są „Domy świata”. Znowu żartobliwie powiedziałbym, że idzie o to, żeby ci bohaterowie pierwszych dwóch książek gdzieś muszą mieszkać. Ale już najbardziej poważnie, to jest właściwie popularny wykład relatywizmu kulturowego, czyli takiego przekonania, które mówi, że człowiek jest bardzo plastyczny, bardzo kreatywny i to, co tutaj, nad Wisłą i Wartą uznajemy za normę, gdzie indziej może być zabawne albo niezrozumiałe i vice versa oczywiście. To są rzeczy, o których powinien wiedzieć pierwszoklasista. U nas zwykle dowiaduje się o tym student lub studentka na studiach. Ale warto mieć taką świadomość, że istnieją alternatywne społeczeństwa, że można świat urządzać zupełnie inaczej i że te kultury mają się dobrze, że ludzie są tam szczęśliwi.
[02:47:59] - Jedna z takich ulubionych anegdot, którą odkryłem w twojej książce, to jest opowieść o badaczce kultury Dajaków, która zamieszkawszy w domu, jak ty go nazywasz, z dźwięku, pierwsze co zrobiła, to zaczęła zatykać te dziury, którymi te kobiety dajackie się komunikują. Ona uznała, że nie wyjaśnię, czy ktoś ją będzie podglądał, czy podsłuchiwał, ale to był pierwszy jej odruch. Nie. Zerwała łączność będąc badaczem i antropologiem. Tak jesteśmy przywiązani do swojej wizji obyczaju wraży, że mimo przygotowania do badań terenowych pierwszy odruch: jednak nie. Czy to jest taki znak, że to pęknięcie ciągle jest duże mimo globalizacji, że jednak my nie pojmujemy tych ludzi?
[02:48:48] - To może zanim odniosę się bezpośrednio do tego przykładu, to właściwie taka trochę ogólniejsza uwaga. Rzeczywiście, proszę państwa, taki sposób myślenia o tym, że ja jestem najważniejszy, taki bardzo radykalny jaizm, którego jesteśmy uczeni, na przykład przekładający się na to, że samotni ludzie wyruszają gdzieś z plecakiem przez Afrykę, przez Amerykę Południową czy gdzie tam sobie wyznaczą trasę, to takie osoby często są w tych lokalnych miejscach przez tych lokalnych ludzi postrzegani dość dziwnie. Bardzo często jest pytanie: co się stało? Bycie samemu to znaczy, że coś złego miało miejsce. Zostałeś wygnany, ktoś cię opuścił. A może jesteś chory? Tak jest też u Dajaków. U Dajaków coś takiego jak bycie samemu to w zasadzie sytuacja nie do pomyślenia. Jak spotyka się kogoś samego, to natychmiast się ktoś do niego dosiada albo staje obok i mówi: „Nie bądź smutny, ja już jestem obok ciebie”. Dajakowie budują takie gigantyczne domy, które mogą mieć nawet 100 metrów długości.
One stoją na palach zrobionych z drzewa żelaznego, bardzo odpornego na wilgoć, na te warunki, które są tam bardzo trudne dla drewna jako takiego, jako budulca. I to są właściwie szeregowce. Za każdą kolejną ścianą mieszka następna rodzina. No i ta badaczka, o której mówiłeś, która chciała tych Dajaków badać, dostała takie mieszkanie. No i pierwsze co zrobiła, to pomyślała o tym swoim jaizmie. O, są dziury w ścianach po lewej, po prawej. Oni mnie widzą. Zaczęła je tam zatykać, zastawiać. Przyszli do niej miejscowi i mówią: „Czyś ty zwariowała?”. I najpierw: „No ale dlaczego?
Te dziury to może to jest zepsute. Coś się stało”. Zaczęli jej najpierw tłumaczyć oględnie: „Wiesz, my tu mamy koty. One sobie przechodzą przez te dziury”. Ale proszę państwa, to nie chodziło o koty ani żadne inne zwierzęta. Chodziło o to, że- Bycie w tym domu oznacza łączność nawet z osobami, których ja nie widzę, ale słyszę. Czyli jak przygotowuję posiłek, to mogę sobie rozmawiać z inną osobą, która też na przykład gotuje ryż, a jest siedem mieszkań dalej. Tworzymy wspólnotę. To ma oczywiście jeszcze inny wymiar. Żadna awantura, żadna głośna wymiana zdań nie ujdzie na sucho.
Ta społeczność się nawzajem kontroluje. Można to lubić bądź nie. Osoby, które mają wspomnienie mieszkania w blokach z wielkiej płyty, gdzie słychać sąsiada, który idzie się kąpać albo do łazienki w innym celu, albo robi awanturę w domu, albo ogląda serial czy wiadomości, to to może być dojmujące. My od tego chcieliśmy uciec, od takiego myślenia w tych kategoriach, że jesteśmy skomasowani w jednym miejscu bez prawa do prywatności. Dajakowie wybrali ten sposób życia i kiedy ta badaczka już po wielu miesiącach mieszkania razem z nimi wyjeżdżała i zadała im kluczowe jej zdaniem pytanie: „Ale dlaczego mieszkacie razem na kupie, jeden obok drugiego?”. To oni jej odpowiedzieli: „Bo to jest jedyny cywilizowany sposób życia. Wy jesteście dzicy”.
[02:52:07] - Powiedziałeś coś bardzo ważnego, bo użyłeś słowa „wspólnota”. Daleko nie szukając, bohater trylogii Kmicic jest dlatego Kmicicem, że zostaje wyjęty spod prawa i jest banitą, i jest wygnany ze społeczności. To była największa kara tak naprawdę w naszej Rzeczpospolitej szlacheckiej. Natomiast teraz tego nie ma. Teraz nie ma strachu przed wygnaniem poza wspólnotę, gdyż masz tą wspólnotę, tych nomadów cyfrowych czy jak zwał tak zwał, bo różne są pomysły, jak nazwać tych ludzi, którzy są w gromadzie nie będąc w bezpośrednim kontakcie. A przecież te twoje środkowe bajki, jak ja je nazywam, które mnie bardzo zirytowały, bo jak można powiedzieć, że gdzieś na świecie ludzie mają fajnie, że jest wspólnota. Co więcej, że ta wspólnota ich konstytuuje, że tam nie ma wyścigu, kto będzie pierwszy. Że razem budują ten dom, prawda? Przecież mieszkałeś u tych Indian. Przecież taka budowa domu to musi być organizowana przez całą wspólnotę i to pewnie z podziałem na jakieś role.
Ja nie znam się na tym. Jestem prostym intelektualistą, nic nie umiem zrobić ręcznie. Słodowy nigdy nie wywarł na mnie wpływu oprócz najgorszych wspomnień, bo to nigdy mi się nie udawało. Ale wiem, że są tacy, co to skręcają te powrósła. Ale te domy, przecież tam pojawia się w tej książce liczba jakichś, już nie pamiętam dokładnie, pół miliona liści? To jest coś nieograniczonego przecież, nie?
[02:53:36] - Proszę państwa, pół miliona liści palmowych. W dodatku każdy ten liść trzeba zgiąć na połowę i jeszcze usztywnić takimi lianami, które się zawiązuje. I to jest wtedy taka zielona roślinna dachówka, którą się kładzie jedna na drugą. I to bardzo szczelnie chroni i przed podmuchami wiatru, i przed deszczem. I rzeczywiście dla takiego jednego domu, który się nazywa jano, domu dla kilkudziesięciu rodzin, zużywa się około pół miliona liści. Oczywiście to są szacunki, no bo jak to na sztuki policzyć? Ale chciałbym wrócić do tego, co było w pierwszej części twojego pytania, czyli wspólnota. My chyba musimy jednak bardzo mocno zrewidować nasze myślenie o wspólnocie, bo my chyba ciągle myślimy, że wspólnota to ludzie obok siebie, tak jak my teraz. A jeszcze najlepiej jak się można dotknąć, jak to jest takie bardzo cielesne i sensualne. Dzisiaj wspólnoty są niecielesne i niesensualne, bo one są wirtualne.
To tam się przeniosła większa część życia. Tam są tysiące, a może i miliony wspólnot, o których pewnie większości nie mamy zielonego pojęcia. I z takiej wspólnoty można być wyrzuconym. Z takiej wspólnoty można być usuniętym. To są te same reguły, te same prawidła, które kiedyś funkcjonowały w świecie offline. Bardzo boli hejt internetowy. To chyba nie muszę tego dodawać. Więc chodzi o to, że musimy chyba rzeczywiście przestać myśleć, że tylko obok siebie wspólnota działa. A poza tym wiadomo, że taka gęstość fizyczna nie zawsze się przekłada na gęstość moralną. To wiemy doskonale, że w takim wielkomiejskim środowisku ludzie się w ogóle nie muszą znać.
To są te anonimowe osiedla, grodzone w dodatku, które uwielbiamy nad Wisłą. To jest jakieś horrendum, to jest coś niesamowitego. Ale przecież spotykamy to, co i rusz. Więc wspólnota to jest coś, co się ciągle tworzy, przekształca. Ale nadal jesteśmy istotą społeczną, nadal jesteśmy zwierzęciem społecznym. I chcę w to wierzyć.
[02:55:44] - Ja też dlatego powiedziałem, że się trochę rozzłościłem, bo to gdzieś tak, u nas nie. Bo u nas jest bardziej wrażenie tego domu złego. Ten zły dom, który kryje mroczne tajemnice. Bo oglądamy o tym tysiące reportaży, tysiące książek, że tam jest zło. Tam rzadko można spotkać taką książkę, która mówi: „Nie, w domu jest fajnie”. Pomimo tego, że to jest dom travelersów, to jest dom Cyganów, to jest dom Dajaków. Ale to oni nie są dziwni. Bo ja odniosłem, że to my jesteśmy dziwni. I powiem ci, że jak zamykałem ten ostatni rozdział o travelersach, miałem przed oczyma scenę tańca rodzinnego Beduinów. Jak byłem w Wadi Rum, bo miałem takie marzenie, żeby pojechać do Lawrence'a z Arabii, do jego domu.
I na zakończenie ja oczywiście miałem świadomość, że to jest cepelia, jak to się mówi. Natomiast ci mężczyźni opierali się o siebie barkami i razem tańczyli. I mówię: wiem, że to jest pokaz dla turystów, ale ja patrzyłem z zazdrością na to, że ich ta energia niesie Daje im radość, a obojętnie jak będziemy na to patrzyli, ekran jest zimny. Ekran jest nijaki. Nic nas nie kosztuje, a z drugiej strony oszukuje. Stąd mówię, że jesteś takim przewrotnym autorem. I jeszcze jedna rzecz, którą wychwyciłem, to było to, że jednak te domy są patriarchalne. W opowieści o tym tureckim domu, już czułem zapach tego piecowego chleba, bo zaczarowałeś. Obudziły się we mnie wszystkie czerwone światełka. Jest opowieść o tym, że ojciec rodziny nie spotyka się z nikim, kogo blisko nie zna, lecz zabiera go do kawiarni.
On nawet nie może wejść do tej przestrzeni, te przestrzenie jednak są zamknięte. Do tego domu nie jest tak łatwo wejść, jak cię ktoś nie zaprosi. To też nie jest tak, że może Daiowie zapraszają badaczki antropologii, natomiast te struktury nie są takie otwarte. Niełatwo tak naprawdę dowiedzieć się życia codziennego.
[02:57:55] - To jest bardzo ciekawa uwaga. Nikt wcześniej nie sygnalizował mi tego. Tak, rzeczywiście, zdecydowana większość sytuacji, którą tu opisuję, to są sytuacje ze społeczeństw patrylinearnych. Tak bym powiedział, że dziedziczenie majątku następuje po linii męskiej. Jednym z głównych przykładów takiego majątku są domy przekazywane z pokolenia na pokolenie, będące symbolem rodziny i jej trwania. To rzeczywiście jest coś bardzo wyraźnego i to jest coś rzeczywiście zakorzenionego w naszej kulturze. Wystarczy pomyśleć o słowach. Jest patriarcha rodu, jest patriarchat, jest patria, czyli ojczyzna, jest patriotyzm, czyli wyobrażona wspólnota, na której czele stoi mężczyzna. Tak było przez stulecia i chyba niewiele się de facto zmieniło, jeśli idzie o takie strukturalne zaplecze. Ale na przykład ci Janomami amazońscy, o których już napomknęliśmy, ci, którzy te pół miliona liści zużywają na budowę domu.
Tam jest trochę inaczej. Wnętrze tego domu, to zadaszone wnętrze domu jest podzielone na dwie strefy. Jest strefa żeńska dla kobiet i strefa męska dla mężczyzn i dzieci. Dla nas nie do pomyślenia. Tam to właśnie mężczyźni de iure, niekoniecznie de facto są przypisani, przyspawani do dzieci i powinni się nimi zajmować. A więc jeszcze jeden dowód na to, że człowiek rzeczywiście jest plastyczny i bardzo kreatywny. Ale rzeczywiście przyznaję rację, ten patriarchat jest czymś istotnym i gdybym teraz szybko szukał jakiegoś wyjaśnienia, pewnie dlatego, że idzie o dobro, o posiadanie, o majątek, o przekazywanie go z pokolenia na pokolenie. To się pewnie wiąże z tym i dlatego mamy takie androcentryczne skrzywienie.
[03:00:02] - Dziękuję za spotkanie. Pytanie, czy coś w najbliższych planach? Jakaś kolejna książka, czy na razie oddech?
[03:00:12] - Na razie trochę oddechu, bo praca nad tą książką była bardzo ciekawa, a teraz wydawczyni zapędziła mnie do roboty i co dwa tygodnie są spotkania bardzo przyjemne, ale jednak absorbujące. Mamy jakiś pomysł. Proszę państwa, bycie autorem trylogii w Polsce to już nie przelewki. Ja muszę jakoś się z tym przespać raz i drugi, pomyśleć, co z tego wynika. Kontynuacji na razie nie planujemy, choć można by, ale mamy pomysł na coś innego. Ale na razie pomysł.
[03:00:45] - Dziękuję wszystkim za spotkanie i zapraszamy. Autor, profesor Waldemar Kuligowski będzie podpisywał książki na stoisku wydawnictwa Albus numer 65. Dziękuję bardzo.
[03:00:54] - Bardzo dziękuję państwu, że przyszliście w piątek o 16.00 na taki trudny termin. Dziękuję też Przemkowi, że tak super tą rozmowę poprowadził i że zmusił mnie trochę do kombinowania i spekulowania. Dziękujemy.
[03:01:09] - I jak się państwu tego słuchało? Poza tym, że Ivellios musiał zrobić znowu mały cud, żeby z szumu wyłowić dźwięk rozmawiających panów, to myślę, że refleksje, które podrzuca, sufluje nam pan profesor są interesujące. Takie jest przynajmniej moje wrażenie. To ja cóż, proszę państwa, zapraszam państwa z marszu niejako na kolejne refleksje, tym razem Wiktora Żwikiewicza. Czwarta jego sesja dotyczy uczonych. O uczonych troszeczkę posłuchajmy. Wołanie na Mlecznej Drodze. Przemyślenia Wiktora Żwikiewicza.
[03:02:15] - Zastanówmy się może, co odróżnia współczesnego uczonego, bo ja wiem, od artysty albo zwykłego zjadacza chleba, takim, jakim my jesteśmy. Otóż współczesny uczony wnioski wyciąga wtedy, kiedy właściwie nie ma innego wyjścia. Fakty zważone, pomierzone, dopasowane. Coś trzeba z tym dorobkiem i balastem począć. Oczywiście nie każdego stać z uczonych na wyciąganie wniosków. Większość zajmuje się dlatego badaniami podstawowymi i chwała im za to. A do wyciągania wniosków potrzebna jest czasami genialność. A co to jest geniusz? Może nam wyjdzie w toku rozmyślania Otóż zacznijmy może od stada baranów. Nie tak dawno stwierdzono, że owieczka odróżnia 32 twarze.
Może 30 czy 28, nie pomnę. Ogólnie 32 twarze pieska, kotka, kury, innych baranów. Tego, który ją strzygł i tego, który ją jak szkocki albo grecki pasterz. To jest upowszechniane, to może przejdźmy. Ogólnie 32 twarze. Dlaczego 32 twarze? Taka jest jej ubożuchna barania inteligencja. Tyle ma umysłowości w sobie. Szybko wyszło w praniu, że to z jej umysłowością, inteligencją baranią nie ma nic wspólnego. Owca ma taki enzym, takie chemiczne przysposobienie.
Ten enzym umożliwia jej rozpoznawanie 32 twarzy. Ale my jesteśmy genialni. My jesteśmy homo sapiens. My potrafimy dużo więcej. Ja na przykład pamiętam właściwie wszystkie twarze, które w życiu spotkałem. Ty pamiętasz może trochę mniej, ale to też enzym. Jeśli ja swoim enzymem podrasuję twoją chemię, to może też będziesz zapamiętywał wszystkie twarze. No dobrze, z inteligencją naszą ani z umysłowością rozpoznawanie twarzy więc nie ma nic wspólnego. Czysta chemia. Tylko że tak jakoś dziwnie się składa, że my na przykład rozpoznajemy emocje.
Z daleka odróżnimy przyjaciela od wroga, inne tego typu rzeczy. Szybko się okazało, że to również enzym. Pojawia się jeszcze w łonie matki. Tworzy relację między płodem a matką. Przenosi informacje na temat nastroju matki, na temat poczucia dziecka w łonie matki. To jest enzym, który pozwala nam rozpoznawać emocje na twarzach: uśmiechy, dobroć, miłość i tak dalej, różne rzeczy. Tylko że to z umysłowością naszą, z naszą inteligencją nie ma nic wspólnego. Czysta chemia. No dobrze. Ja jestem z natury bystry, kojarzę fakty, ale może to też enzym.
To gdzie jest miejsce dla mojej umysłowości? Dla w ogóle naszej umysłowości ludzkiej, dla głębi? Trzeba maczać. Ale tak na razie wszystko wskazuje, że to chemia, a nie żadna umysłowość, nie żadna psychologia, nie żadne wielkie rzeczy. Zwróćmy uwagę, tak na razie to my, cywilizowani, bardzo inteligentni i straszliwie pyszni, na progu wszechświata myślimy, że myślimy. A mnie tak coraz bardziej przypomina to przysłowiową sorry blondynkę. Też myśli, że myśli.
[03:06:16] - Proszę państwa, tak sobie myślę, że teraz w tym literackim odcinku czas na warsztaty literackie i na Katarzynę Prychacz. Alchemia tworzenia. Sezon drugi, odcinek szósty pod niepokojącym tytułem: A może perspektywa martwej czaszki? No cóż, proszę państwa, myślę, że kolejna zabawa przed państwem. A ci, którzy nie lubią, nie chcą pisać i nie bawi ich to, co Katarzyna Prychacz nam prezentuje, to cóż, zapraszam tych wszystkich, żeby sobie zrobili przerwę. A resztę zapraszam na odcinek pod tytułem, powtórzę: A może perspektywa martwej czaszki? Dobrej zabawy.
[03:07:03] - Witam was serdecznie w szóstym odcinku drugiego sezonu Alchemii tworzenia. Niezmiennie trzymamy się nowej formuły w tym sezonie, czyli moich głupot, a nie moich mądrości. A tak na poważnie, to trzymamy się mocy inspiracji. Właśnie muszę ustalić sama ze sobą, bo za każdym razem mówię o tych głupotach, a przecież to nie głupoty, nie? Chyba że tylko według mnie. Okej, słuchajcie. To co, przechodzimy do rzeczy, bo tu nie ma co, trzeba lecieć z tematem. Właśnie z tematem. Jaki będzie dzisiejszy dalijski motyw wyjściowy do historii, czyli tytuł dalijskiej pracy? Okej, ten bierzemy.
Tak myślę. To będzie ten. To jest ten na dziś. „Idylla atomowa i uraniczno-melancholijna”. Dobra, słuchajcie, mamy dalijski tytuł, a nasz punkt wyjścia: idylla atomowa. I sama się tutaj teraz tak zastanawiam, czy pójść w post apo, czy tuż przed apo. Przede wszystkim jak przeczytałam ten tytuł, to usłyszałam ciszę, jakkolwiek by to nie brzmiało. Wiecie, taki oddech, lekkość. Po prostu wszystko i tak runęło, więc nie ma czym się przejmować. Jeśli już, to można zacząć budować od nowa.
Idylla atomowa. Od razu widziałam takiego grzyba atomowego na horyzoncie. I teraz pytanie, czy nasza historia to będzie dokładnie ten moment, kiedy na przykład nasz bohater widzi ten wybuch? I to będzie bardziej może jego przemyślenia, może to wszystko, że ta idylla, bo I tak, i tak nie ma już nic do stracenia, bo za chwilę wszystko walnie. W sensie fala doleci do niego. Czy może będzie to osoba, która przetrwała wybuch atomowy? A może już minęło ileś tysięcy lat? Nie wiem, ile potrzeba, żeby się promieniowanie skończyło. Albo będzie to osoba, która będzie żyła już w czasach post-apo, czyli czasach budowania wszystkiego od nowa. Myślę, że zaraz coś nas pewnie popchnie w którąś stronę.
I druga część: uraniczno-melancholijna. Uraniczno to chyba nie od uranu. To byłoby uranowo? Nie wiem. Pomyślałam o Uranosie. Kto nie wie, to może przypomnę. To był jeden z pierwszych głównych bogów w mitologii greckiej. Właściwie zarówno syn, jak i mąż Gaji, która wszystko stworzyła. Na początku był chaos, a później z tego chaosu zaczęły się wyłaniać różne rzeczy, między innymi Gaja, która dalej to wszystko już ponapędzała. Ten Uranos był ojcem tytanów chyba.
Czy stureńkich. Jednych i drugich może nawet. Dobra, ale nie wchodzimy aż tak w mitologię. Uraniczno-melancholijna. Tutaj właśnie by pasowała ta część po wszystkim, że może ten nasz bohater przetrwał i może siedzi i snuje jakieś swoje przemyślenia melancholijne. A może on był tytanem? Może stąd uraniczno. Myślę tu jeszcze o stworzeniu świata albo właśnie o tym chaosie. A może nowy chaos powstał. Był wybuch i pojawił się nowy chaos i teraz z niego musi się coś zacząć wyłaniać.
To może chaos byłby bohaterem tutaj. Jak już zaczynam wchodzić głębiej, to bierzemy nasz schemacik. Zadajmy sobie to pierwsze pytanie: kim jest nasz bohater? Na pewno osobą, która nie ma już nic do stracenia, która może tylko zyskać. Trochę nie czuję tego tytana. Jeszcze ta idylla. Korci mnie ten czas budowania wszystkiego od nowa, ale z drugiej strony, jak sobie pomyślę, że miałabym coś z tego napisać, to może ciekawszą formą byłoby napisanie tych ostatnich sekund czy minut. Zależy, jak daleko był grzybek na horyzoncie. Ale tych ostatnich chwil bohatera, który przerwał to, co robił do tej pory, bo już wiedział, co nadciąga. Wiedział, że nie może uciekać, że nic na to nie poradzi.
Może ten utwór literacki mógłby być jakimś jego, jeszcze jak mamy melancholijna, wspomnieniami, może przemyśleniami. Jak mamy uraniczno, to możemy tu pójść z przemyśleniami, może filozoficznymi wręcz, czy takimi nad stworzeniem świata. Nasz bohater może mógł być badaczem, kimś, kto będzie znał tą mitologię. Dobra, losujemy archetyp klasycznie jak w poprzednich odcinkach i zobaczymy dokąd nas archetyp zaprowadzi. Zawsze to jakiś kierunek może być. Co dalej z tym naszym badaczem? Dobra, pędzę po archetypy. Życzę mu badaczem, od razu mówię uczonym. Pędzę po archetypy. Dobra, tasujemy.
Szmer, szmer, szmer i może ktoś, kogo jeszcze nie było, by się wylosował. Siup! O, proszę, słuchajcie. Powiem wam szczerze, że mamy złoto. Tego archetypu jeszcze nie było w tym sezonie. Jeszcze wam go nie czytałam, nie przedstawiałam. Aż mi się gęba cieszy. Okej, będzie ciekawie, naprawdę. Ja już odleciałam. Niezmiennie korzystam z kart archetypów Gabrieli Borowczyk.
I tutaj wam przybliżę, zacytuję, przeczytam jej opracowanie. Archetyp, który wylosowałam to błazen. „Ma poczucie humoru i zaraża nim innych. Zachęca, by oderwać się od szarości i codzienności, przełamać stereotyp. Cechuje go radość życia i kreatywność, czasem też prowokacja. Żart jest w życiu potrzebny. Może być sposobem na rozładowanie napięcia i rozluźnienie. Inteligentny, trafnie i błyskotliwie komentuje rzeczywistość. Bywa, że jak Stańczyk posuwa się do ironii i sarkazmu”. Mamy błazna filozofa.
Takiego współczesnego błazna filozofa, który na własne życzenie mieszka w beczce. Słuchajcie, faktycznie widzę tutaj taką epokę współczesną. Jak pomyślę o tym oknie, ta idylla. Tak myślę jeszcze, idylla może bardziej byłaby takim stanem w jego głowie? Nie wiem, czy widzieliście gdzieś jakieś zdjęcia czy grafiki z grzybkami atomowymi. Polecam, bo z jednej strony oczywiście, że jest to coś przerażającego i nie wiem, czy chciałabym to widzieć kiedykolwiek, ale z pewnością jest to coś pięknego. Myślę, że może być to bardzo inspirujące czy natchniające. Czyli coś musiało pójść nie tak. Skoro nasz bohater, widzę to tak, że mogłaby się ta scena otwierająca, czy to, że on po prostu stoi przy oknie. Pytanie, czy on wiedział, że coś będzie, czy może po prostu podszedł do okna, przeczucie mu coś mówiło i akurat w tym momencie to zobaczył na horyzoncie.
To się dzieje. Jednocześnie za oknem dzieje się ten grzybek i ta fala uderzeniowa. Uderzeniowa chyba, nie? Nieistotne. Ta fala, że jest grzybek, a potem wszystko zmiata. A jednocześnie w jego głowie będzie się monolog toczył satyryczny. Może tutaj jednak dać taki sarkazm, może ironia, ale raczej bym to nacechowała czymś pozytywnym. Że to nie było ojojanie, narzekanie i tak dalej, czy twierdzenie: „E, dobrze, że to wszystko walnęło”. Tylko żeby widział w tym coś pozytywnego, bo cechuje go radość życia i kreatywność. To może on będzie coś kreował z tego widoku.
Dobra, jakie mamy dalsze pytanie? Mamy to pytanie: jak jest? To pytanie, przypomnę, zawsze dotyczy tego momentu, w którym stykamy się z bohaterem. Tutaj ewidentnie mamy ten moment, że jak jest? Jest koniec świata dla naszego bohatera. Może koniec naszego bohatera. Może to nie cały świat zginie, tylko on, bo może on będzie najbliżej tego. Czyli jak jest? Jest ostatecznie, ale jest idylla. Jest cisza, spokój w środku.
Może takie podsumowanie, radzenie sobie z tym wszystkim w naprawdę pozytywny sposób. Drugie pytanie: jak było? No właśnie, jak było? To pójdźmy w przeciwieństwa. Skoro teraz jest cisza, spokój, to musiało być burzliwie. I teraz pytanie, czy robimy jakieś czasy wojenne i w sumie nikogo by nie zaskoczyła wielka wybuch, atomówka czy coś? Czy może pozornie było spokojnie i nic nie zapowiadało, że takie coś walnie? A może w ogóle się okaże na końcu, że ten grzybek to nawet nie był bombą atomową, może nie ma tej fali uderzeniowej. W sumie to byłby fajny twist na koniec. Bohater, który się pogodzi ze wszystkim, a okaże się, że jednak życie będzie trwało dalej.
Ale dobra, jak było do tej pory? A może nasz błazen stracił swoją radość życia w jakiś sposób? A może był w poczuciu beznadziei i może już nie wiedział co i jak. I ta atomówka przyszła do niego jak zbawienie, oczyszczenie. Może restart, nowy początek. Paradoksalnie jednocześnie jego koniec i jednocześnie nowy początek. Czyli było źle, było napięcie, był smutek, był ciężar, a teraz jest lekko i spokojnie. Trzecie pytanie: co się zmieniło? Czwarte, tak? Bo zaczęłam od bohatera.
Co się zmieniło? Myślę, czy to on doprowadził do tego wybuchu? Czy on miał jakiś wpływ na to? Wiemy, że zmieniło się to, że nadszedł koniec świata i zostały ostatnie sekundy, może minuty. Dajmy ten grzybek dalej, żeby coś tam zdążyć popisać, nie? Co się zmieniło jeszcze? Myślę, dlaczego wcześniej jego radość życia uleciała. Co mogło się wydarzyć? Dobra, nic mi na razie nie przychodzi do głowy. Nie będę szukała tutaj na siłę.
Kolejne pytanie to jest: jakie jest rozwiązanie? Tylko właśnie myślę rozwiązanie, bo czy my tu mamy jakiś problem? Poniekąd jest ten problem, jest ten wybuch i mógłby panikować i tak dalej, ale postanowił, że wreszcie wróci do bycia sobą i jednak się zmierzy z tym w inny sposób. Nie wiem. Może on jednak jakoś uratuje ten świat albo zatrzyma ten wybuch. Nie, dobra, ale jak? A może on został ostatni. Taki ostatni człowiek na świecie. Może on uciekał przed tymi atomówkami. Może faktycznie to już były takie czasy postapo, że już właściwie były pustkowia, wszystko było zniszczone, nie było już za bardzo ludzi.
A może on tą bombę specjalnie zdetonował, bo już miał dosyć życia w samotności. Może właśnie ta samotność. To, że jako błazen ma poczucie humoru i zaraża nim innych. Może jak byli ci inni, to on miał sens życia, tą radość, mógł rozbawiać innych, sprawiać, że czuli się szczęśliwsi, prowokować ich. A skoro już nie było ludzi, tułał się sam i nikogo nie spotkał innego. To może właśnie tak myślę, że co do tego co się zmieniło czy jak było. Dobra, słuchajcie, może to jest pomysł, żeby on tą atomówkę zdetonował i po prostu sobie patrzył przez to okno. Może sobie siedział w fotelu albo stał z drineczkiem. Czyli jego rozwiązaniem na tą całą niedolę, która go spotkała było właśnie zdetonowanie tej atomówki i ten inspirujący widok, który wpłynął na niego czy sprawił, że wrócił do siebie. Dobra, to bohater.
Myślę, czy coś więcej byśmy jeszcze może o nim Miałam znaleźć patenty na imiona i przyznaję się bez bicia, że nie ogarnęłam tematu. Do jednej gry robiłam imiona i nazwiska, ale tam miałam też zawody i wszystko. I tak myślę, tak się patrzę, co dzisiaj byśmy wzięli. Wczoraj chciałam powiedzieć. W ostatnim odcinku użyliśmy już jakichś. Co ja tu mam jeszcze, jakieś sprzęty. Seagate nie brzmi jak imię czy nazwisko. Nemco. Takie coś tu jest, jakieś logo. Nemco.
To może on był jakimś naukowcem? Dobra, tak myślę. Może on jednak był filozofem. Może ostatni człowiek na ziemi, ten, który przetrwał, to był filozof. Taki śmieszek filozof. Tak mamy, myślę Platon, Sokrates. Może po prostu Nemkon? Wiecie, tak jak Platon. Nemkon. Dobra, nieistotne.
Mamy imię bohatera. Dobra, a jeszcze zerkniemy. Ostatnie pytanie, kto pomaga bohaterowi? Ja tutaj wylosuję dwa archetypy, a potem pomyślę, co z nimi zrobić. Zrobimy jakichś sojuszników. Zobaczę jeszcze, w jakiej formie ich zrobimy za chwilę, ale coś może by się tu zadziało więcej, bo przerobiłam już wszystkie pytania. Na razie nic mi tu nie świeci. Powiem szczerze, że tutaj to już bym miała ochotę się wkręcić w te jego rozważania filozoficzne nad tym widokiem, nad życiem, nad sensem, nad wszystkim. Myślę, że to byłoby ciekawym pomysłem na ogranie tej fabuły akurat. Bardziej taka podróż w głąb siebie, dialog ze sobą.
Dobra, losujemy archetypiki i zaraz zobaczymy. Może tu zrobimy jakieś postacie inne jednak, a może to jego cechy jakieś. Zobaczymy co wyjdzie. Dobra i losujemy dwa. Jeden cyk i ten cyk. Dobra. Co my tu mamy? Okej, mamy odkrywcę. Odkrywca zdaje się, że był w ostatnim odcinku, to nie będę teraz już go przytaczać. Ostatnio o chlebie było i tam mieliśmy szamańską piratkę.
Szamankę piratów, to chyba tak było. W ogóle bardzo ładna historia. Ja was zachęcam. Jak nie słuchaliście, to zapraszam do poprzedniego odcinka, bo na razie moja ulubiona. Dalej mi ciepło na serduszku, jak pomyślę. Dobra, mamy tu archetyp odkrywcy. Zaraz pomyślę, co z nim dalej. I mamy towarzysza. Nie pamiętam, czy był w poprzednich. To wam przeczytam na wszelki wypadek.
Towarzysz, partner, zawsze blisko drugiego człowieka. Możesz liczyć na jego pomocną dłoń. Rozumie i wspiera. Wysłucha. Pójdzie razem z tobą. Zwykły człowiek, który też ma swoje słabości. Jest realistą, który potrafi udzielić rozsądnej porady. Przyjaciel, współpracownik, członek grupy. Dobra. Myślę, że taka klasyka rodzaju, jeżeli chodzi o te historie o ostatnich ludziach gdzieś lub o ludziach odizolowanych czy samotnikach.
Tak myślę sobie o tym towarzyszu, że on mógłby być przedmiotem. Chyba że jakimś zwierzęciem. Kraluchem. Tak podobno karaluchy i szczury są w stanie przetrwać atomówkę. A może czymś martwym? Na zasadzie zdechłego karalucha czy coś. Albo czaszka. Czaszka. Takie trochę nawiązanie do klasyki. Czaszka jakiegoś zwierzęcia.
Dajmy muflona. Muflony są piękne. I te rogi. Taka czacha ładna by była. Tylko skąd on by tą czachę miał? Może po prostu by mu się spodobała. A może był samotny w tej tułaczce po tym postapokaliptycznym świecie i znalazł takie szkielety jakichś muflonów. Może wziął jednego muflona. Może też, że był tak samo samotny jak on, gdzieś opuszczony, bez stada porzucony, więc wziął jego czaszkę i się zakumplowali. Po prostu by do tej czaszki mówił, tak myślę.
Mógłby mieć jakiś rodzaj psychozy. Może ta czaszka by mu odpowiadała. Chyba że pójdziemy w ogóle w fantastykę, że to będzie też jakiś artefakt. W sumie takie połączenie postapo i klasycznego fantasy. Czemu nie? Nie wiem. Na razie niech ta czaszka sobie leży. Tu patrzę, zwykły człowiek. Po prostu będzie blisko. Patrzę, możesz liczyć na jego pomocną dłoń.
Dobra, ale nie patrzmy na to tak dosłownie. Jest realistą, który potrafi udzielić rozsądnej porady. Kurczę! Słuchajcie, był chyba taki film z Ryanem Reynoldsem „Głosy”. Nie będę wam spoilerować, ale przychodzi mi na myśl to, jak wygląda świat czyimiś oczami, a jak wygląda świat od zewnątrz. To jest dziwny film, ale polecam. Powiem szczerze, bardzo na długo został we mnie. Także polecam, aczkolwiek bierzcie filtry. Zresztą w sumie tak jak "Człowiek scyzoryk", zdaje się, to na polskie było przetłumaczone z Danielem Radcliffe'em. To jest chyba jeden z moich ulubionych filmów.
Myślałem, że to będzie taka głupawa komedyjka, ale później był gruby dramat. Według mnie to bardzo głęboki film, który w sumie też traktuje o samotności człowieka, mimo że tam nie był to ostatni człowiek na ziemi, tylko człowiek, który miał ludzi w otoczeniu, ale był bardzo samotny. I trochę też myślę o tym, jak to się dzieje w czyjejś głowie, jak to się dzieje na zewnątrz. Dobra, ale na razie mamy tą czaszkę. Dygresja o filmach koniec. Czyli towarzysz to jest czaszka. Mamy naszego filozofa. I tu mamy jeszcze ten archetyp odkrywcy. A może ten odkrywca to po prostu będzie jakiś autorytet naszego bohatera? Rodzaj takiego mędrca, jak w podróży bohatera mamy.
Tylko że nie tyle takiego mędrca w archetypie, bardziej na zasadzie wzoru naszego bohatera, który będzie prowadził go w jakiś sposób czy inspirował. Może dzięki niemu ruszył jednak w ten świat, dzięki niemu nauczył się przetrwania, więc może to jakiś jego przyjaciel. Myślę, kto to by mógł być? Taki trochę jak ojciec, ale nie ojciec. Nasz bohater w jakim wieku by mógł być? Kiedy zaczął podróż? Tutaj bym jednak go zrobiła już takiego trochę... Chociaż nie, starca może nie jeszcze. Nie, zróbmy gościa w średnim wieku, to może ten odkrywca to będzie nawet nie tyle osoba, którą znał, tylko może jakaś postać, jakiś celebryta czy ktoś taki. Może ktoś z historii?
Magellan opłynął świat dookoła. Tutaj by się fajnie można było pobawić. Trzeba by zrobić research, myślę, poszukać różnych odkrywców i zobaczyć z czego zasłynęli. I wtedy może można byłoby fajną ikonę dobrać, która by tego naszego bohatera prowadziła. Może cały ten jego monolog byłby kierowany do tego odkrywcy. Może będzie sobie z tym towarzyszem, towarzysza ustawi na parapecie, sam będzie patrzył przez okno na ten grzybek atomowy, na tą nadchodzącą idyllę jego i będzie może dziękował temu odkrywcy. Może to właśnie byłby cały ten monolog taką odą do tego jego autorytetu. Czyli mógłby w sumie opowiedzieć historię swojego życia, nawiązując do tego, w jaki sposób ten odkrywca, bo tutaj mamy, że otwartość, niezależność, ciekawość i odwaga — że to cechuje odkrywcę. Więc może, że jego postać zaszczepiła w nim ciekawość życia. Może właśnie wyruszył w podróż, mimo że ten odkrywca już nie żył, jeżeli to byłaby postać historyczna.
Ale może właśnie ten nasz bohater zawsze marzył o tym, żeby tego odkrywcę spotkać, ale wiedział, że to jest niemożliwe, więc postanowił sam stać się taką osobą jak ten odkrywca, jak mu się wydawało, że był. I może tutaj właśnie zrobić taki rachunek, może nie tyle rachunek sumienia, co bardziej podsumowanie podróży bohatera w nawiązaniu do tego, jak ktoś na niego wpłynął. Dobra. I tak teoretycznie to mamy to. Natomiast z jednej strony ja lubię akcję, lubię, jak coś się dzieje, ale z drugiej strony nie wiem, czy tu na siłę jest sens to wciskać, bo to mogłaby naprawdę wyjść całkiem fajna, melancholijna opowieść. Bo to mieliśmy. Co tu mamy? O, jest. Idylla atomowa i uraniczno-melancholijna. Jak nic.
Tutaj nie ma co wciskać. Idylla, melancholia to jest coś, co... Melancholia jest rodzajem tęsknoty, nie? Myślę, czy nasz bohater będzie czegoś żałował w tym wszystkim. A może on tą atomówkę odpali nie dlatego, że został sam, tylko może właśnie, że trzeba świat oczyścić z czegoś. Z ludzi. Skąd ten trop? Myślę o tym, że melancholia, że może mógłby żałować, że nie odpalił tej bomby wcześniej. Ale nie. Dobra, jest fajnie.
Mamy jednego samotnego człowieka, śmieszka błazna, który mógł sobie na koniec sam dla siebie pośmieszkować i po prostu powspominać. Ta melancholia, myślę, byłaby tutaj takim trochę rozrzewnieniem czy wspomnieniami tego, jak było. Dobra, wiecie co? Bo ja się sama chyba już wprowadziłam w taki nastrój melancholijny. Ja to już tak widzę trochę jak taką scenę, może ostatnią scenę w jakimś filmie. Cały film też by mógł być ciekawy, jakby to dobrze ograć tymi wspomnieniami i tam dorzucić akcji. Są czasami różne treści, że można poczuć zapachy czy usłyszeć dźwięki, jeżeli autor dobrze coś opisał. I tutaj myślę, że motywem przewodnim powinna tu być cisza. Albo takie huczenie, lekkie drganie podłogi, jak już ta fala nadciąga, ale taka cisza. Nie ma wokół żywych istot, wiatr przestał wiać.
Taka głucha cisza, która za chwilę już dosłownie nas pochłonie. Więc to jest najlepszy czas, żeby spędzić go z samym sobą i gdzieś tam sobie wszystko podsumować i zastanowić się, jakie to nasze życie było mimo wszystko zajadwabiste. Dobra, słuchajcie, dzisiaj melancholijnie. Przez to, że tutaj za dużo akcji nie było, to nawet nie odczułam, że już tyle do was gadam, a już trochę gadam. Wiecie co? Odpłynęłam dzisiaj. Fajnie, jak wy odpłynęliście, to też dajcie gdzieś mi znać wreszcie może, fajnie by było. Czy może coś gdzieś popisaliście? Może któryś poprzedni odcinek was zainspirował? A może właśnie ten?
Może macie też jakieś przemyślenia? Nie idźmy aż tak katastroficznie, nie idźmy w atomówki i końce świata, ale może właśnie sam moment podsumowania. Może zrobienia podsumowania tego na dzień dzisiejszy. Tu i teraz, gdzie jesteśmy, co super było w naszym życiu, co nam się udało, z czego jesteśmy dumni. Żeby zastanowić się, jak nadchodzi ta idylla, ten nowy początek, nie mamy już nic do stracenia, to co będziemy mogli robić dalej. Może to też jest ciekawy pomysł na fabułę. Tu mamy filozofa, czyli może też by mogły być rozważania tego, co jest po śmierci. Bo tutaj ta jeszcze uraniczno-melancholina, ten chaos Gaja, Uranos. Może nawet nie tyle cała ta treść byłaby podsumowaniem życia bohatera, co może bardziej rozważaniami nad tym, co będzie dalej. Nad tym nowym chaosem i co może się z niego wyłonić.
Czy świat teraz będzie lepszy? Może wreszcie się ludzkość nauczyła z historii. Może wreszcie nowy reset. Reset, nie lubię tego słowa. Nowy początek. Dużo jest opcji wbrew pozorom tutaj, w które można pójść. Natomiast myślę, że sam motyw nasz wyjściowy skłania jednak do spokojnej formy. Idylla atomowa. Może to nawet pomysł na piosenkę, może na tytuł piosenki. Dobra, ja kończę, skończę do was mówić i posiedzę sobie w tym stanie melancholijnym.
Aż sama wychillowałam. Mam nadzieję, że mimo wszystko dzisiaj dobrze się bawiliście. A może właśnie wychillowaliście ze mną? Może też macie już nastrój na przemyślenia, na podsumowania. A może widzicie już tego bohatera? Może tą czaszkę? Może ta czaszka coś odpowie? A może cała narracja byłaby z perspektywy tej martwej czaszki? W sensie martwej natury, nieruchomej czaszki. Okej, ja się żegnam.
Trzymajcie się cieplutko, bo już mamy taką naprawdę fajną, fajną fest jesień. Dbajcie o siebie i dbajcie o swoją kreatywność i inspirację. I słyszymy się za tydzień. Także miłego wieczorku i trzymajcie się. Pa.
[03:37:09] - Proszę państwa, to ja teraz zapraszam na opowiadanie Roberta Zawadzkiego zatytułowane „Nokturn”. Czyta Reda Haddad. I przypomnę tylko, że to jest opowiadanie z antologii „Rubieże rzeczywistości”.
[03:37:32] - Antologia. „Rubieże rzeczywistości” Czyta Reda Haddad. Robert Zawadzki – „Nokturn”. Dla przeciwwagi wielu uciążliwości życia niebo ofiarowało człowiekowi trzy rzeczy: nadzieję, sen, śmiech. Immanuel Kant. Kiedy stanąłem przed drzwiami budynku, byłem ledwie przytomny. Kolejna bezsenna noc, a do tego błędne koło bólu brzucha. Boli, bo nie jem, a z bólu nie mogę jeść. Dochodziła 17:00, godzina przesłuchania, a ja od rana funkcjonowałem jedynie na kawie i papierosach. Gdy wszedłem do środka, otoczyła mnie cisza.
Nie wiem, czy to za sprawą długiego, pustego korytarza i nagich białych ścian, ale odniosłem wrażenie, że jestem tu zupełnie sam. Szczerze mówiąc, nie tego się spodziewałem. Pod tym adresem miał znajdować się dom kultury, a w nim studio nagrań i scena teatralna. Otoczenie wybitnie nie pasowało do mojego wyobrażenia o tego typu miejscach, ale pomimo to szedłem przed siebie, wybierając drogę intuicyjnie i licząc na to, że w końcu trafię na kogoś lepiej poinformowanego. Zatrzymałem się pod dużymi, ciężkimi drzwiami, które jak uznałem, mogą prowadzić na salę teatralną. Nakisnąłem na klamkę. Były otwarte, jednak nie mogłem ich ruszyć. Naparłem na drzwi z całych sił. Próba ich otwarcia przyprawiła mnie o gwałtowny zawrót głowy. Oparłem się o ścianę.
Czy to przemęczenie coraz wyraźniej daje o sobie znać? W końcu podjąłem kolejną próbę. Naparłem na drzwi całym ciałem. Tym razem otworzyły się z metalicznym zgrzytem. Gdy wszedłem do środka, ciszę przerwało zwielokrotnione echo moich kroków. Nie mam pojęcia o akustyce, ale nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak ktoś może wystawiać cokolwiek w takim miejscu. Nie mówiąc już o nagrywaniu. Sala była pusta. Ograbiono ją nawet z krzeseł. Na scenie nie było żadnego sprzętu, dekoracji, scenografii, niczego.
Białe światło sączące się z wysokiego sufitu oświetlało wszystko zimnym blaskiem. Podnosząc wzrok dostrzegłem, że działają tylko nieliczne świetlówki. Prychnąłem pod nosem. Tłukłem się tu przez pół miasta, bo potrzebowałem pieniędzy. Od tygodnia byłem bez roboty. Oszczędności na czarną godzinę kończyły się, a za kilka dni upływał termin płatności czynszu. Stojąc w pustej sali domu kultury nie było mi do śmiechu. Ruszyłem do wyjścia. Napięcie, które do tej pory utrzymywało się we mnie, teraz odpuściło. Zachwiałem się i musiałem odczekać chwilę przytulony do ściany, a potem wziąć kilka głębszych wdechów przed dalszą drogą.
Kiedy wychodziłem z sali, usłyszałem za sobą hałas i w ostatnim przebłysku nadziei pomyślałem, że być może ktoś zjawił się, żeby ze mną porozmawiać. Odwróciłem się, ale pomieszczenie wciąż było puste. Najwyraźniej wywołałem przeciąg otwierając drzwi. Pierwszym, co poczułem po powrocie do mieszkania był smród przypalonego jedzenia. Nie rozbierając się wszedłem do kuchni, wyłączyłem gaz pod patelnią ze zwęglonymi resztkami i otworzyłem okno, przez które wdarł się chłodny podmuch. Z pokoju obok dochodziła kakofonia jęków i przyspieszonych oddechów. Nie musiałem zgadywać, co sprawiło, że mój współlokator zapomniał o jedzeniu. Pieprzył się z tą swoją panienką tak często, że z trudem udawało mu się zmieścić w planie dnia cokolwiek innego. Na szczęście nadmiar obowiązków go nie przytłaczał. Mieszkanie opłacali rodzice i po części ja sam, więc o pieniądze martwić się nie musiał.
Wsunąłem się do swojego pokoju. Ciasna klitka nadal wzbudzała we mnie klaustrofobię, chociaż mieszkałem w niej już prawie pół roku. Przez ostatnie kilka lat nigdzie nie zasiedziałem się tak długo. W porównaniu z innymi norami, w których zdarzało mi się urzędować, to mieszkanie było naprawdę nie najgorsze, zwłaszcza za taką cenę. Klaustrofobia i piski do drugiej w nocy były w nią wliczone. Oczywiście to nie nadpobudliwy seksualnie współlokator i jego krzycząca falsetem towarzyszka byli przyczyną mojej bezsenności. Ta chwyciła mnie jakieś dwa tygodnie temu i od tamtej pory bezskutecznie głowiłem się nad tym, co za nią stało. Jedyną zmianą, która zaszła w ostatnim miesiącu, było moje zwolnienie z pracy. Ale powiedzmy sobie szczerze nie zaprzątało to moich myśli do tego stopnia, żeby wywołać taki efekt. Coś jednak musiało się stać.
To coś sprawiało, że mimo skrajnego zmęczenia zasypiałem maksymalnie na godzinę i budziłem się równie zmęczony, jak przed zaśnięciem. Robiłem tak kilka razy dziennie, ale nawet po zsumowaniu wszystkich rozproszonych drzemek mój dzienny czas snu nie przedstawiał się zbyt imponująco, a samopoczucie pogarszało się z doby na dobę. W skrajnych momentach czułem się niczym ofiara wyuzdanego eksperymentu. Mogłem jedynie czekać i z nieuzasadnioną nadzieją wypatrywać sylwetki nieistniejącego laboranta, który w końcu powie mi, że już wystarczy. Mamy to. Koniec. Położyłem się na materacu. Dochodzące zza ściany odgłosy zsynchronizowały się z pulsującym rytmem krwi w mojej głowie. Która bolała coraz bardziej i bardziej. Przyłożyłem dłonie do czoła, czekając, aż pornograficzna symfonia dobiegnie końca.
Para za ścianą osiągnie spełnienie, a moja czaszka w końcu eksploduje. „Hej Dominik, żyjesz?” Stukanie do drzwi. Damski głos. Siadam na łóżku i spoglądam na zegarek. Minęła dwudziesta druga. Wspaniale. Kiedy po raz pierwszy od kilku dni udaje mi się zasnąć na dłużej niż półtorej godziny, współlokatorzy muszą nagle czegoś ode mnie chcieć. Głowa i brzuch budzą się ze snu razem ze mną i czuję, jak przez ciało przetaczają się kolejne fale bólu. Ręką sięgam na półkę z proszkami przeciwbólowymi, ale natrafiam jedynie na puste opakowania. Zapalam lampkę i sprawdzam dokładnie.
Nic. Idę do drzwi. Otwieram. Widzę Darię w bluzce odsłaniającej brzuch i legginsach. „Przyjdziesz do nas?” — pyta. „Mamy wino, a dzisiaj jest piątek i możemy się trochę pointegrować.” Przy ostatnich słowach uśmiecha się zalotnie, a ja w tym samym momencie krzywię się w spazmie bólu. Zaskoczona cofa się o krok. „Wiesz, naprawdę miło, że o mnie pamiętacie, ale nie czuję się dzisiaj zbyt dobrze. Chyba muszę w końcu pójść do apteki po jakieś proszki” — mówię. Dziewczyna nie nalega.
Wraca do pokoju i zamyka drzwi. Kiedy ubieram buty, słyszę jej chichot, a potem kilka głośnych protestów zmieszanych ze śmiechem. "No przestań, co ty". Łapię za kurtkę i wychodzę. Na zewnątrz jest już ciemno. Wieje. Zaczynam dygotać, mimo że włożyłem najcieplejszą zimową kurtkę. Ale to nic. Zimne powietrze łagodzi nieco ból głowy. Brzuch nie daje się uspokoić tak łatwo.
Osiedle jest wyludnione. Ulicami przejeżdżają raz na jakiś czas pojedyncze samochody. Mimo to zatrzymuję się przed przejściem dla pieszych i czekam na zielone. W okresie przedświątecznym działalność straży miejskiej zawsze wydawała mi się wyjątkowo gorliwa, więc wolę nie ryzykować. Apteka całodobowa znajduje się niecały kwadrans od bloku, w którym mieszkam, tuż za parkiem. Kiedy idę wąską alejką pośród drzew, słyszę szuranie i szelest w krzakach. Pies albo bezdomny. Nie zatrzymuję się, żeby sprawdzić. Po wyjściu z parku mijam tęgą kobietę. To pierwsza osoba, którą widzę, odkąd wyszedłem z mieszkania.
Skądś ją kojarzę, ale nie jestem pewien skąd. Może mieszka gdzieś w sąsiedztwie. Kiedy przechodzi obok, uśmiecha się do mnie, ale nic nie mówi. Po chwili znika za zakrętem. Apteka przyciąga zielonym neonem. Przez okno widzę, że w jasno oświetlonym wnętrzu nie ma żadnych klientów. Jak zwykle o tej porze. Wchodzę i kieruję się do jedynego czynnego okienka. Za ladą stoi młoda dziewczyna, mocno umalowana blondynka w rodzaju tych, które w liceum nie chcą nawet na ciebie spojrzeć, a w połowie studiów pojawia się u nich zaokrąglony brzuszek i kończą jako samotne matki pracujące na nocną zmianę. Kiedy witam się z nią, widzę na jej twarzy grymas.
Jest zmęczona albo po prostu zdegustowana na mój podkrążone oczy, blada cera. Tak, wiem kochanie. Wyglądam jak ćpun, ale nie będę ci tego tłumaczyć. Po prostu daj mi proszki i nie rób problemów. Wyjaśniłem, po co przyszedłem i oddycham z ulgą, kiedy widzę, jak jej jaskrawe tipsy z trudem chwytają dwa duże opakowania paracetamolu. Może jestem przewrażliwiony, ale z moim szczęściem zbyt często trafiałem na podstarzałe obrończynie moralności. Starsze panie naoglądały się w telewizji, jak to teraz młodzież stacza się i ćpa wszystko co popadnie, a potem bohatersko odmawiały mi sprzedaży kolejnego pudełka przeciwbólowych, powołując się na klauzulę sumienia. W końcu z perspektywy ich wieku moje dwadzieścia parę lat to prawie przedszkole. Po wyjściu z apteki od razu łykam dwie tabletki. Chwilę potrwa, zanim zaczną działać, ale już sam fakt, że je zażyłem trochę mi pomaga.
Najwyraźniej jestem ostatnio bardziej podatny na sugestie. Wracam do domu przez park. Tym razem żadnych hałasów, ale coś mnie niepokoi. Z daleka dostrzegam ciemny kształt na chodniku. Podchodzę bliżej i widzę, że to kobieta, z którą mijałem się kilka minut wcześniej. Oczy ma otwarte, wzrok nieobecny. Przykładam rękę do szyi. Przechodzi mnie dreszcz. Jej skóra jest zimna i wilgotna. Nie wyczuwam pulsu.
Gwałtownie cofam dłoń. Kurwa, nie wiem, co robić. Wyciągam z jej torebki telefon. Wybieram 112. Na szybko tłumaczę lokalizację parku. Mówię o nieprzytomnej kobiecie, a potem rozłączam się i odchodzę szybkim krokiem. Trzeźwość myślenia odzyskuję w mieszkaniu. Pierwsza pomoc. Masaż serca. Kurwa mać!
Już za późno. Nie mam zamiaru tam wracać. Zresztą pewnie od początku było za późno. Pocieszam się w najgorszy możliwy sposób. W końcu dociera do mnie, że w mieszkaniu panuje kompletna cisza. Nikt nie rozmawia, nikt się nie śmieje, nikt nie pieprzy. Nikt się nie pieprzy. Coś nowego. Brzuch i głowa powoli się uspokajają, a szok mija i napięcie z nim związane zaczyna ustępować zmęczeniu. Kładę się z nadzieją, że tym razem uda mi się zasnąć na dłużej.
Otwieram oczy. Nie wiem, co mnie obudziło, ale czuję niepokój, gdy ruszam ręką i nie natrafiam dłonią na ścianę. Mam wrażenie, że nie leżę wcale na tapczanie w swoim pokoju, ale w pomieszczeniu jest zbyt ciemno, żebym mógł się o tym przekonać. Z czasem udaje mi się wychwycić czyjś oddech, a po chwili dociera do mnie zapach. Nie perfum, szamponu czy płynu do kąpieli. Jej zapach. W ciemności dostrzegam najpierw oczy, które złapały jakiś zbłąkany refleks za zasłoniętego okna, a potem niewyraźny zarys sylwetki. Pochyla się nade mną. Szepcze coś, czego nie jestem w stanie zrozumieć, ale czuję bijące od niej ciepło i dociera do mnie, że jest naga. Podniecenie ożywia krew w moim ciele.
Całuje mnie w szyję. Jej włosy opadają mi na twarz i usta. Wciągam jej zapach. Zrzuca ze mnie kołdrę, a jej dłonie wędrują w dół do bokserek. Daria. Próbuję coś powiedzieć. Sam nie wiem co. Na pewno nie zaprotestować. Cii. Słyszę i przestaję się opierać.
Opada na mnie całym ciałem. Wsuwam się w nią. Powoli zaczyna się poruszać. Jest cicha. Niemożliwie cicha. Moje dłonie wędrują po jej ciele, po udach, biodrach, pośladkach. Cisza. Dociskam ją do siebie. Zaciskam palce. Jej ciało podnosi się i opada bez najmniejszego dźwięku.
Coraz szybciej, szybciej. Coraz gwałtowniej. W ciszy. Kiedy czuję, że zbliża się koniec, zachłannie przyciskam ją do siebie. Przywieram ustami do jej szyi. Spełnienie miesza się z dreszczem obrzydzenia. Jej skóra jest zimna i wilgotna. Nie wyczuwam pulsu. Budzę się cały rozdygotany. W pokoju jest zimno.
Po omacku odnajduję szlafrok leżący na oparciu krzesła. Nakładam go i idę do łazienki. Wrzucam lepkie bokserki do pralki. Zapalam światło przy umywalce i przyglądam się twarzy w lustrze. Coś okropnego. Pochylam głowę, żeby przemyć ją wodą i przez cały ten czas mam idiotyczne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Wychodząc nadal czuję na plecach czyjś wzrok. Cholerny banał. Przeszukuję kieszenie wiszącej na korytarzu kurtki w poszukiwaniu papierosów. W paczce zostały dwa.
Nakładam kurtkę na szlafrok i wychodzę. Wiatr wieje mi prosto w twarz, więc odchodzę kawałek, żeby schować się za śmietnikami. Murek wiaty jest akurat na tyle wysoki, aby odgrodzić mnie od wiatru. Wyjmuję z kieszeni sfatygowaną paczkę fajek i zapalniczkę. Przypadkiem wypada mi z niej jeszcze coś. Pomięta ulotka. Rozprostowuję ją, a potem wyrzucam do śmieci. Reklamowała przesłuchanie do przedstawienia „Poszukiwacz snów”. To, które jednak się nie odbyło. A może to ja pomyliłem datę?
Przez przemęczenie wszystko mi się mieszało. Który był dzisiaj, a który na ulotce? Z trudem powstrzymywałem się od sięgnięcia do kosza, wyjęcia jej, żeby sprawdzić datę. A co by to teraz zmieniło? Paląc papierosa patrzę na blok, w którym mieszkam. Betonowy, postkomunistyczny kloc. Wielka płyta. Siedem nieszczęsnych pięter. Mieszkań nigdy nie próbowałem liczyć, bo i po co? Wszystkie są takie same.
Anonimowe, bezbarwne, że nawet tapeta z kwiecistym wzorcem nic nie zmienia. Co do mojego pokoju, ściany są w nim beznamiętnie szare. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby to zmienić. Szarość jest w porządku. Pasuje do mnie i mojego życia. Nie wstydzę się tego, nie próbuję zaprzeczać. Ta betonowa termitiera to miejsce w sam raz dla mnie. Papieros się kończy. A ja słyszę syrenę. Karetka lub policja.
Nie rozróżniam. Dźwięk narasta, potem ginie w oddali. Myślę o kobiecie w parku. Automatycznie wycieram dłonie o spodnie, jakby pozostał na niej jakiś ślad. Wspomnienie lepkiej, zimnej skóry. Zaczyna padać deszcz. Wracam do środka. Mieszkanie na powrót zamyka mnie w klaustrofobicznym uścisku. Idę do siebie. Zmięta pościel sprawia wrażenie, że w łóżku ktoś leży.
Przywodzi na myśl ludzką sylwetkę, która rozpada się pod wpływem dotyku. Przez chwilę w mojej głowie majaczy niewyraźny obraz. Sen? Wspomnienie? Duży, jasno oświetlony pokój i dziewczyna leżąca w szerokim łóżku. Jest naga. Śpi. Nie, bzdury. Chyba zaczynam przysypiać na stojąco. Kładę się na materacu i przykrywam.
Jest cholernie zimno. Przez jakiś czas próbuję opatulić się tak szczelnie, żeby chłód przestał mi dokuczać. W końcu daję za wygraną. Podchodzę do grzejnika, sprawdzam pokrętło. Jest nastawione na maksimum. Musiał się zapowietrzyć, ale nie będę z tym walczył po nocy. Wyjmuję z szafy polar, ubieram go i siadam przy biurku. Wyciągam kilka kartek z pierwszej szuflady. Chcę spisać swój ostatni sen. W momencie, kiedy długopis dotyka papieru, orientuję się, że już nic z niego nie pamiętam.
Słyszę coś za oknem. Wstaję i delikatnie unoszę żaluzje. Przez cienką szczelinę widzę tonący w ciemności park. Wąską alejką idzie kobieta. Nie! Młoda dziewczyna. Na pewno ją znam, ale nie mogę sobie przypomnieć skąd. Dostrzegam, że nie jest sama. Ktoś podąża za nią krok w krok. Jest bardzo blisko.
Gdy samotna latarnia na ułamek sekundy oświetla to, co trzyma w dłoni i widzę metaliczny błysk. Potem rozlega się zduszony jęk i dziewczyna upada na chodnik. Postać pochyla się, wyjmuje coś z jej torebki. Odchodzi, rzucając mi pełne pogardy spojrzenie. Widzę okropną, trupio bladą twarz i zapadnięte oczy. Moje oczy. Odskakuję od okna. Próbuję opanować przyspieszony oddech. Nic z tego. Szybkim krokiem idę do łazienki.
Raz po raz przemywam twarz zimną wodą, ale boję się podnieść głowę i spojrzeć w lustro. Dlaczego? Z zamyślenia wyrywa mnie głos, którym z czasem rozpoznaję szarpanie za klamkę. Wycieram się ręcznikiem i ruszam do drzwi. Jednak w międzyczasie dźwięk cichnie. Zatrzymuję się w przejściu. Czerwone cyfry na kuchence wskazują kwadrans po dwunastej. Nic nie słyszę. Stwierdzam, że to dobrze i zamierzam wrócić do siebie, kiedy nagle . Spoglądam przez wizjer.
Szklane oko zniekształca obraz, a na zewnątrz jest ciemno, ale mimo to wiem, kto stoi za drzwiami. Daria. Co ona robi sama o tej porze? Bez kluczy, bez... Otwieram zamek. Przez uchylone drzwi wpada zimne powietrze, a z nim ona. Zamykam. Dzięki. Jest strasznie zimno, a górny zamek chyba się zaciął i nie można go otworzyć od zewnątrz. Kiwam głową, ale Daria tego nie widzi.
Stoi tyłem do mnie. Odwiesza kurtkę i schyla się, żeby zdjąć buty. Robi to w ciszy. Potem wstaje, mija mnie i znika w kuchni. Kiedy zapala światło i zaczyna wypakowywać zakupy, ja stoję nieruchomo w progu i nie wiem, czy powinienem się odezwać. Mieszkamy razem, ale nie wchodzimy sobie w drogę. Nie znam się z nią dobrze. Z jej chłopakiem zresztą też. A przez wcześniejszy sen czuję się niezręcznie. Cholera!
Odwraca się w moją stronę. Zapomniałam kupić tabletek. Opiera się o blat w pozie wyrażającej zrezygnowanie i frustrację. Po-po-potrzebujesz ich teraz? Pytam niepewnie, a w odpowiedzi słyszę Głupie pytanie. Przecież wiesz. Cholera, nawet nie zdążyłam się ogrzać. No nic, kochanie, jak chcesz to się kładź. Ja pewnie wrócę za 20 minut. Kochanie?
Zdezorientowany przyglądam się, jak Daria wykonuje tę samą sekwencję ruchów w odwrotnej kolejności. Gasi światło w kuchni, idzie do przedpokoju, w pośpiechu nakłada buty i kurtkę, a potem wychodzi. Kochanie? Z przyzwyczajenia chcę zamknąć drzwi, ale przypominam sobie, że jeśli to zrobię, nie będzie mogła wejść z powrotem. Kochanie. Idę do siebie. Jestem zmęczony. Głowa znowu zaczyna boleć, a ja nie chcę brać następnych proszków. Za mało czasu upłynęło od zaaplikowania ostatnich. Mój żołądek i tak jest na wykończeniu.
Zmięta pościel nie przypomina zupełnie niczego. Kładę się bez rozbierania, bo nadal jest cholernie zimno. Może się przeziębiłem. Może powinienem zjeść coś ciepłego. Może. Ze snu wyrywa mnie odgłos, w którym z czasem . Przecieram oczy i ruszam do drzwi, jednak w międzyczasie dźwięk cichnie. Zatrzymuję się w przejściu. Czerwone cyfry na kuchence wskazują kwadrans po dwunastej. Nic nie słyszę.
Stwierdzam, że to dobrze i zamierzam wrócić do siebie, kiedy rozlega się . Spoglądam przez wizjer. Szklane oko zniekształca obraz, a na zewnątrz jest ciemno, ale mimo to wiem, kto stoi za drzwiami. Otwieram zamek. Przez uchylone drzwi wpada zimne powietrze, a z nim ona. Zamykam. Uff, dzięki. Jest strasznie zimno, a górny zamek chyba się zaciął i nie można go otworzyć od zewnątrz. Stoję bez słowa. Ona się rozbiera.
Obserwuję kolejne czynności z niedowierzaniem. Znam ich kolejność. Poczucie déjà vu i niepokój nie opuszczają mnie, kiedy idzie do kuchni i eksplodują, gdy słyszę to, czego się spodziewam. Cholera! Odwraca się w moją stronę. Zapomniałam kupić tabletek. Opiera się o blat, a ja nie jestem w stanie wydusić z siebie nic nowego. Potrzebujesz ich teraz? Pyta niepewnie. W odpowiedzi słyszę znajome parsknięcie.
Moje myśli kotłują się coraz szybciej, wiją bezwładnie poza moją kontrolą. Głupie pytanie. Przecież wiesz. Cholera, nawet nie zdążyłam się ogrzać. No nic kochanie, jak chcesz to się kładź. Ja pewnie wrócę za 20 minut. Dopiero trzask zamykanych drzwi motywuje mnie do działania. Ubieram się szybko i wybiegam za nią w noc . Wiatr chłoszcze mnie w twarz i wnika pod niedopiętą kurtkę. Potykam się na nierówności chodnika.
Mijam wiatę ze śmietnikiem i skręcam w jasno oświetlone przejście pod blokiem, a potem przeciskam się pomiędzy dwoma samochodami na parking . Biegnę. Wichura spowalnia lub popycha mnie zależnie od kierunku, ale jest niema. Nie słyszę szelestu liści ani łopotu reklamowych banerów. Przebiegam przez pasy na czerwonym. Moje kroki i przyspieszony oddech są bezgłośne. Tak samo ulica i miasto. Wszystko. Po prawej miga billboard, który może reklamować cokolwiek. Po oczach biją barwne neony wiszące nad wejściem do zamkniętej na noc galerii.
I nagle jestem w parku, a ona leży na chodniku. Oczy ma otwarte, a wzrok nieobecny. Przykładam rękę do szyi, czuję dreszcz. Skóra jest zimna i wilgotna. Nie wyczuwam pulsu. Gwałtownie cofam dłoń. Jej oczy patrzą na mnie, a usta zaczynają się poruszać. Ale nic nie słyszę. Nic nie słyszę! Nie wiem, co do mnie mówi.
Kurwa, nie wiem, co mówi! Budzę się ze łzami w oczach. Włączam światło i krzyczę. To przynosi ulgę. Ona nie mogła krzyczeć. Szukam gorączkowo papierosów albo tylko wmawiam sobie, że ich szukam. Otwieram kolejne szuflady i w jednej z nich znajduję gazetę sprzed tygodnia, a twarz Darii patrzy na mnie z czarno-białej fotografii. Głaszczę ją przez mur z celulozy. Tragiczna śmierć studentki — krzyczy nagłówek, który przecież dobrze znam. Podnoszę wzrok i widzę Dominika stojącego w drzwiach.
Musiałem go wyrwać ze snu. Wydaje się naprawdę przejęty. Na pewno bardziej niż kiedy to się stało. Nie lubił jej. Prawie z nią nie rozmawiał. Skurwiel zazdrościł, kiedy słyszał nas za ścianą. Nie powinniśmy zamieniać się pokojami — mówi, a ja kiwam głową. Powinieneś dalej gnić w tej klitce — myślę. Ale chciałem odciąć się od tego wszystkiego i próbowałem stać się obojętny na to wszystko. Stać się taki jak ty.
Stać się tobą. Nie powinniśmy zamieniać się pokojami, bo w tamtym stoją jej zdjęcia, a łóżko pachnie jej włosami. Bo to w nim zostałem, kiedy Daria wyszła sama w noc i sama umarła na chodniku w parku, wpatrzona niewidzącymi oczami w nocne niebo. Mijam Dominika bez słowa. Idę do siebie. Do nas. A ona czeka w łóżku, naga i piękna. Kiedy kładę się obok i wtulam w jej ciepłe piersi, w końcu udaje mi się odnaleźć sen.
[04:02:28] - Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad.
[04:02:53] - Tak literacko się zrobiło. To cóż, to pojedźmy teraz z zapowiedziami, a właściwie bardziej recenzjami. No to cóż, czas na Labirynt Książek, odcinek 23. I teraz będzie problem, bo muszę przeczytać nazwisko autora, którego dzisiaj Mirosław Gołyński będzie brał na tapet. Kazuo Ishiguro. Udało się, proszę państwa, bez błędu. Kazuo Ishiguro. Tytuł książki: Kiedy byliśmy sierotami. Zapraszam
[04:03:49] - Dzień dobry lub dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy będą państwo mieli czas odsłuchać mojego zaproszenia do Labiryntu. Ciągle mamy lato, przynajmniej to kalendarzowe. Już raz zapraszałem państwa do mokrego i zimnego Londynu, pełnego mgły i XIX-wiecznej przeszłości. Dzisiaj zapraszam państwa również w dużej mierze do Londynu, ale Londynu nieco młodszego, Londynu lat 30. XX wieku. Ale nie tylko Londynu, bowiem zapraszam państwa do jednego z moich niezbyt często, ubolewam nad tym, ale jednak stale odwiedzanych korytarzy labiryntowych, na których można by napisać nagłówek „Nobliści”. Niedawno, tuż przed przerwą wakacyjną, mieliście państwo okazję wysłuchać opowieści o debiucie Olgi Tokarczuk. Dzisiaj zaś opowiem państwu o książce noblisty dwa lata wcześniejszego, z 2017 roku, Kazuo Ishiguro. To bardzo ciekawa postać jako człowiek.
Japończyk urodzony nomen omen w Nagasaki, ale w 1954 roku. Od szóstego roku życia zamieszkujący Londyn. Dlatego też Londyn jest bohaterem jego licznych opowieści. Niezwykły pisarz, którego przyznaję, że kocham coraz bardziej. Będę mówił o powieści absolutnie realistycznej, aby nie męczyć ciągle państwa tą moją fantastyką ukochaną. Ale oczywiście Ishiguro pisze również powieści fantastyczne, ale nie taką, przynajmniej nie w tym sensie fantastyczną, do jakiego przywykliśmy, jest powieść „Kiedy byliśmy sierotami”. Krótkie wprowadzenie w opowieść, byśmy wiedzieli, na czym stoimy. Bohaterem powieści jest Christopher Bumble Banks. W przedakcji opowieści ma wszystko. Wydawało się, że miał wszystko.
Mieszkał w Szanghaju, w białej dzielnicy. To jest bardzo ważne. Do tego jeszcze wrócimy. Mniej więcej w okolicach pierwszej wojny światowej. Rodzice bardzo go kochali. Ojciec pracował dla bogatej firmy importującej opium. Matka, i to jest też taka pierwsza ciekawostka i pierwszy zgrzyt, jak się potem okaże, zajmowała się walką z handlem opium. Jego najbliższym przyjacielem była Kira, Japończyk zamieszkały w Szanghaju, z którym bawił się w wielkich ogrodach przylegających do siebie domostw jego rodziców i rodziców Kiry, a w czasie tych przygód odtwarzają najchętniej przygody Sherlocka Holmesa lub tworzą własne scenariusze opowieści kryminalnych. Wszystko zmienia się, gdy Christopher ma 10 lat. Raczej gdy Bumble ma 10 lat.
W ciągu kilku miesięcy najpierw znika ojciec, a kilka tygodni później matka. Zostaje odesłany do Anglii, gdzie dzięki ciotce, u której zamieszkał, skończył szkołę i został prawdziwym i bardzo sprawnym detektywem. Ale całe jego życie jest tak naprawdę podporządkowane jednemu zadaniu: rozszyfrowaniu tajemnicy zaginięcia rodziców. Nie będę oczywiście zdradzał, czy mu się to udało, bo jakby nie, to jest sednem naszej historii. Ale chciałbym, żebyście państwo zwrócili uwagę, że jak to zwykle u mnie czy w opowiadanych, czy proponowanych państwu do lektury opowieściach, a tą jeszcze myślę, że jak państwo dobrze poszukacie, to znajdziecie na przykład za 10 złotych w Stokrotce. Tam zresztą można było dostać znacznie więcej książek Kazuo Ishiguro z takim ładnym wielkim napisem Nobel 2017. Tak naprawdę bowiem to jest opowieść znacznie szersza. Nieprzypadkowo właśnie „Kiedy byliśmy sierotami” uzyskało nominację do Bookera. A skoro ją otrzymało, to znaczy, że w tej powieści jest coś więcej niż prosta, nostalgiczna opowieść o mężczyźnie poszukującym własnej przeszłości. Ale jest tak dlatego, że pod pozornie bardzo leniwą opowieścią snutą przez Banksa, Banks bowiem jest również narratorem tej opowieści, kryją się kolejne warstwy znaczeń.
To jest w ogóle typowe dla Ishiguro. Ishiguro w przeciwieństwie do Murakamiego, którego też lubię, ale nie aż tak jak Ishiguro, opowiada nam historie trudne. Opowiada nam historie, w które trzeba się naprawdę wczytać, ponieważ jego proza nie ma w niej fajerwerków przygodowych, fabularnych. Aczkolwiek sceny z Szanghaju ogarniętego wojną między Chinami a Japonią w 1937 roku są interesujące również z tego punktu widzenia, ale od początku czujemy, że nie o to chodzi. W końcu opowiada nam je bohater, który przecież musi przeżyć, żeby nam opowiedzieć swoją historię. No, chyba że to distortion Cezarego Gwiazdowskiego. Ale mamy tam kilka warstw. Po pierwsze mamy romantyczną i niespełnioną miłość do Sary. Dalej mamy opiekę nad Jennifer, która podobnie jak on, dokładnie w tym samym wieku straciła rodziców. Z tym że jej rodzice naprawdę zginęli, a Banks będzie starał się lepiej lub gorzej, jak się przekonamy, będąc człowiekiem zamożnym, ponieważ tak jak powiedziałem, stał się słynnym prywatnym detektywem międzywojennej Anglii, ich ją zastąpić.
Czy z powodzeniem? To znowu nie jest u Ishiguro takie oczywiste. No i wreszcie mamy poszukiwanie rodziców, ale jeszcze głębiej można zobaczyć historię kolonialnych działań Brytyjczyków wobec Chin w tamtym okresie. Poznajemy historię handlu opium dzięki uporowi. Narrator upierający się, że jego rodzice muszą żyć, różnie z tym bywa, ląduje właśnie w samym środku walk chińsko-japońskich. I tam doświadczamy wraz z nim wszystkich przywilejów bycia białym człowiekiem w tamtym regionie. Przywilejów, których on zdaje się w ogóle nie dostrzegać. Jedyne momenty, w których na przykład pozwala sobie na wyrażanie wobec innych ludzi niezadowolenia To jest oczywiście niezgodne z etykietą brytyjskiego dżentelmena. To stosunek do Chińczyków, do kierowcy, do chińskiego oficera. Stałe powoływanie się na jego związki z centrum.
To naprawdę bije po oczach, dlatego że mamy tutaj oczywiście opowieść postkolonialną, a może nawet dokładniej neokolonialną, bez tej bardzo popularnej dzisiaj w literaturze brytyjskich, zwłaszcza białych mężczyzn. Bez tej nostalgii za dawnymi dobrymi czasami, którą tak łatwo rozpoznać na przykład w części oczywiście opowieści steampunkowych. Mamy mniej więcej ten sam okres. Nie, tu ta tęsknota jest wykpiona, jest wręcz zdekonstruowana, bo kolonializm to jeden z głównych tematów tej opowieści. I chyba nie może nas to zaskakiwać, bo to, co łączy pisarza i narratora jego powieści, to podwójny status. Proszę spojrzeć. Pisarz jest Japończykiem w Wielkiej Brytanii, a więc kimś, kto przybył z zewnątrz. Kimś, kto na pewno miał kłopot z zaakceptowaniem, mimo że przybył jako sześciolatek, więc prawdopodobnie jego angielski jest być może nawet lepszy niż wielu rdzennych Brytyjczyków. To wpisuje w postać Akiry, który po angielsku mówi bardzo źle. Stara się mówić, ale mu niespecjalnie wychodzi.
Narrator zaś jest białym mieszkańcem Szanghaju w Wielkiej Brytanii, ale również urodził się poza centrum. On również jest przybyszem w Londynie i chociaż staje się kimś wybitnym, tak jak Ishiguro stał się wybitnym pisarzem, ewidentnie cały czas walczy o swoją pozycję. Cały czas musi się starać, by zostać uznanym za Brytyjczyka. Nawet wówczas, gdy okazuje się wyśmienitym detektywem, który rozwiązuje najbardziej skomplikowane, a czasami delikatne zagadki, przed którymi poddaje się nawet Scotland Yard. Cudowne są te Holmesowskie wycieczki w tej powieści czy jeszcze chyba bardziej Poirotowskie. Odwołując się tu oczywiście do Herculsa Poirota Agathy Christie, chociaż ona sama nie zostaje wymieniona w tej powieści. Holmes owszem. To cały czas jest uważany za przybysza. Nawet miłość jego życia, choć ostatecznie próbuje go wciągnąć w orbitę romantycznej relacji, a sama walczy o miejsce w socjecie londyńskiej, póki są w Anglii, traktuje go cały czas użytkowo. To chyba najlepsze określenie.
Czytelnik ma poczucie, że Banks walczy o to, by przestać być przedmiotem. Po to wraca do Szanghaju, by się upodmiotowić. Inna sprawa oczywiście, czy mu się to w ogóle uda. Zresztą te świetnie pokazane błędy językowe Akiry to bez wątpienia dzieło tłumacza tej powieści, Andrzeja Pela. Będę starał się państwu również przywołać nazwiska tłumaczy niepolskich książek. Przepraszam, że dotąd tego nie robiłem, ale wydaje mi się, że jest to ważne, by tłumaczom, tym, którzy przysposabiają obce światy nam, pozwalają je czytać w najlepszym możliwym rozwiązaniu, również je przybliżać i pokazywać ich wagę i wartość. Przywołałem tłumacza, ponieważ w tej powieści wiele dzieje się w języku, ponieważ mamy skrzyżowanie kultur, zwłaszcza w Szanghaju, gdzie jest to bardziej widoczne. W Londynie oczywiście również. Banks wielokrotnie przypomina sobie w toku powieści o przygodach z niezrozumieniem wykwintnego języka Brytyjczyków. Zresztą ten wykwintny język również jest bardzo ciekawie oddany, ponieważ widać jego hipokryzję.
Widać, że za nim kryje się pustka. Ale gdy przywożą do Szanghaju, mamy trzy języki angielski, chiński i japoński i znajomość nich może decydować o życiu. Właśnie grając językami, pokazując tę dwuznaczną pozycję bohatera, noblista ociera czytelnika ze złudzeń. To właśnie świadomość jego, czytelnicza czytelnika, który czyta tę powieść współcześnie, powinna go leczyć z wszechobecnej w powieści nostalgii. Ale to zaczynamy rozumieć, gdy lektura dobiega końca, a wówczas wydaje się oczywiście nam koniecznym, by podjąć ją na nowo, by świadomie prześledzić opowieść, widząc ją już w innym, o wiele bardziej dwuznacznym, a może nawet wieloznacznym kontekście. I przyznaję państwu, że gdy mówię dziś o tej powieści, to odwołuję się do notatek, które robiłem po jej lekturze i mam poczucie, że myśląc o niej i opowiadając o niej, już ją widzę inaczej. Widzę ją znowu głębiej. Jak więc państwo widzicie, Ishiguro zmusza nas do myślenia. Robi to w sposób łagodny. Nie zasypuje nas potokiem słów, zdań, jakichś Proustowskich konstrukcji.
Nie. To jest prosta opowieść. Banks w końcu jest przybyszem w Londynie, tak samo jak Ishiguro, ale może właśnie dlatego lepiej widzi całą pustkę języka i świata, który go otacza. No i właśnie ważne jest to, że Ishiguro odtwarzając świat lat 30. Tylko ostatni rozdział, króciutki zresztą, epilog toczy się w roku 1957. Ishiguro wie, do kogo pisze. Wie, że pisze do czytelnika XXI-wiecznego, a w związku z tym atakuje jego wyobrażenie o tamtym świecie. Zwróćcie państwo uwagę, jakie to robi się skomplikowane, bo to, że komuś przyznają Nobla, to nigdy nie jest przypadek. To, że nam niektórzy nobliści się nie podobają, zwłaszcza ci współcześni, to często jest efekt tego, że będąc tu, gdzie jesteśmy I mając takie, a nie inne doświadczenia historyczne, kulturowe, nie zawsze rozumiemy teksty, które czytamy. Może nam się to wydawać dziwne, ale w wypadku Ishiguro to jest literatura tak naprawdę wczesnego, ale jednak imigranta.
No i jeszcze Japończyka. Japończyka, który zresztą w innej swojej powieści „Malarz świata i ułudy” do nabycia w tym samym miejscu i za tą samą cenę 9,99 rozlicza się również z japońską przeszłością, z wojną. Do tej książki również bardzo warto zajrzeć. Dziękuję państwu i do zobaczenia.
[04:17:01] - No to przeplećmy tę recenzję opowiadaniem. Tym razem zapraszam na opowiadanie Rolanda Hensoldt „Bóg zabawek”. Interpretacja Marek Sęk „Ivellios”. Cóż, proszę państwa, to jest opowiadanie, które jest utytułowane. Zresztą to państwo za chwilę usłyszycie. Zapraszam.
[04:17:32] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW: Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Czyta Marek Sęk „Ivellios”. Roland Hensoldt „Bóg zabawek”. Opowiadanie zdobyło pierwsze miejsce w konkursie Pigmalion Fantastyki 2018. „Nie rozumiem, czemu zabawka chce popełnić samobójstwo” — zapytał przerażony dinozaur, spoglądając na dno akwarium. Jakaś niepojęta siła owładnęła jego ciało. Przecież zabawki nie mogą chcieć śmierci. To bez sensu — protestował. Rozpaczliwie zapierał się mocarnymi łapami. Nie mógł zrozumieć ani swojej bezsilności, ani motywów przeciwnika.
Dinozaur i robot T1001 maszerowali ku krawędzi półki. „Czas na prawdziwą zabawę” — odparł T. Zwrócił zwierzakowi ukradzioną pamięć. Ostatni rok życia mignął dinozaurowi przed oczami. Teraz już wiedział. To było okrutne i bezcelowe. Zło w formie czystej podłości. Dlaczego? Dinozaur skoczył do wody wbrew swojej woli. Elektryczny szok wstrząsał jego ciałem przez kilka chwil wydających mu się wiecznością.
Walczył, ale czuł, że jego elektroniczne wnętrzności są zalewane. Układy scalone, procesory i tranzystory kolejno przepalały się, a życie w nim gasło. W tej ostatniej chwili tak bardzo chciał zobaczyć Zabawkarza. Co za marny koniec. On, kiedyś przywódca grupy, a obecnie… Woda przerwała rozważania, uszkodziła obwody i nic już nie widział, nic nie czuł. Smród spalenizny unosił się nad martwym cielskiem dinozaura. Z góry przyglądał się temu T1001, szyderczo śmiejąc się z losu zabawki. „Zwróciłem ci pamięć, ale i tak nie zrozumiałeś, czemu to robię” — powiedział, patrząc z pogardą na zwłoki. „Ten biznes to umieranie” — dodał i po chwili skoczył.
Ciała ich obu utonęły w akwarium. Dwa lata wcześniej T999 stwierdził, że zobaczył przyszłość. Objawił pozostałym: „Niebawem przybędzie nowy model robota T, a ja zniknę”. Dziwna przepowiednia, bo dziecko często się nim bawiło, a grupę opuszczały przeważnie najrzadziej wybierane zabawki. „Odejdę, ale moja dusza pewnego dnia powróci na chmurze” — uspokajał zaniepokojoną Barbie. Lala wierzyła w Zabawkarza będącego ich bogiem. To on nakręcił sprężynę ich mechanicznych dusz. Kiedyś wszyscy do niego wrócą. Dinozaur był największą z zabawek, a także najczęściej wybieraną przez dziecko. Pozostali zazdrościli mu ogromnych kłów, silnych łap, rakiety na plecach, laserów w oczach i komunikacji bezprzewodowej z Internetem.
Pragnęli wszystkiego tego, czego nie mieli sami. Mimo to szanowali tyranozaura, bo dysponował siłą dorównującą jego mądrości. Przywódca dbał o najsłabszych. Swoim ciałem często bronił pozostałych przed wybuchami złości pięciolatka, narażając się na dezintegrację jego fizyczności. Raz nawet głowa ich przywódcy zagubiła się. Chociaż kwestią filozoficzną jest to, czy można zgubić głowę, czy raczej resztę ciała. Pierwszy śnieg prószył za oknem, pokrywając dachy domostw grubą warstwą pierzyny. Pewnie był mięciutki i cieplutki jak pościel. Wprawdzie dinozaur nigdy nie przebywał poza szybą, ale tak mu się wydawało. Śnieg wygląda pięknie, a więc jest przyjemny w dotyku.
Świecił kolorami tęczy, gdy po zmroku włączono neonowe ozdoby. Brunatne kłęby dymu z kominów tworzyły niebo i chmury. Tam gdzieś żył Zabawkarz. I chociaż śnieg był cieplutki i przyjemny i chociaż na dworze zrobiło się barwnie i chociaż rodzice, a nawet dziecko stawali się jakby milsi i nikt nie wywoływał awantur ani nie trzaskał drzwiami, wielki tyranozaur sposępniał i przemówił. „Niebawem się zacznie.” „Wiem” – odparł Samochód. „Co robimy?” „To samo, co zawsze. Będziemy gotowi i będziemy wierzyć.” Auto rok temu zostało prawą ręką przywódcy i dobrym przyjacielem. Słuchał jego mądrości. Święta, rodzinny czas radości i miłości. Czas, kiedy wszyscy są mili.
Nie dla nas. My, zabawki nazywaliśmy ten okres dniem próby, który dla niektórych przemienia się w dzień Sądu Ostatecznego. Każdego grudnia przychodzi posłannik Zabawkarza odziany w czerwoną kurtkę z twarzą schowaną za białą brodą. Przynosi radość, a dziecko aż piszczy z zachwytu. Tego dnia trafiają do nas nowi, ale potem część zabawek znikała. Wierzymy, że trafiają przed oblicze Zabawkarza, a ten ich osądza. I chociaż nowi są lepsi, są fajni, to jednak mam świadomość, że wybierają starsze modele. Tyranozaur wtajemniczał Samochód w bardziej zaawansowane aspekty religijne. Nie lękaj się. Grzeczne zabawki trafiają potem do innych dzieci.
Wiara dodawała im otuchy. Może i zabawki nie bały się, ale z pewnością dzień próby wymagał od nich przygotowań. Już od początku grudnia dinozaur przewodził inspekcjom, podczas których sprawdzał, czy zabawki były czyste, a śrubki przykręcone, czy trzeba kogoś naprawić. Starano się, ponieważ pod koniec grudnia przybywali nowi, a wkrótce potem najstarsze, najbardziej zużyte zabawki znikały. Dlatego dbanie o stan techniczny stało się priorytetem. Zabawkarz wzywa nas do siebie. Najpierw trafiamy do jego chmury, a potem dobre zabawki trafiają do innych dzieci. A te niegrzeczne… Rozległ się jęk poruszania. Trafiają na wysypisko.
Naszym powołaniem jest zbawianie, wychowywanie, sprawianie radości. To ważna i trudna misja. Dlatego proszę was wszystkich o zgłaszanie Samochodowi wszystkich waszych usterek, abyśmy byli gotowi na święta Bożego Narodzenia. Dinozaur chyba jako jedyny nie używał bardziej adekwatnej nazwy tego okresu. T999 zniknął już na początku grudnia i wszyscy byli poruszeni. Przecież zaginięcia zdarzały się raczej w styczniu i lutym. Dinozaur nie potrafił uspokoić grupy. Kiedy dziecko już spało, dokładnie o północy zebrali się, aby posłuchać przywódcy. Dinozaur zwykł opowiadać o Zabawkarzu. Słyszał o nim od proroka noszącego imię Pierwszy i mieszkającego w Miejscu Zapomnienia.
Żadna inna zabawka nie wiedziała, gdzie to miejsce się znajduje. Słuchajcie, T999 trafił do Ojca Stworzyciela. Czyż Zabawkarz nie wzywa nas do siebie? Czy zaprawdę myślicie, że wzięliśmy się tu znikąd? Że nikt nas nie stworzył? Że ściany tego pokoju są wszystkim? Że nie ma nic poza tym światem? Mówię wam. Rozmawiałem kiedyś z prorokiem. Słyszałem głos pierwszej zabawki, która widziała kiedyś Zabawkarza.
Zaprawdę, kto jest dobry za życia, ten trafia przed oblicze Boga, a potem do kolejnych dzieci — przekonywał przerażoną grupę. Nikt nigdy nie widział innych dzieci. Skąd wiesz, że są inne dzieci? W tłumie słychać było powątpiewanie. Skąd mamy wiedzieć, że istnieje Zabawkarz? — dodał ktoś inny. Kolejne zaginięcia zabawek sprawiły, że gromada zaczęła wątpić w swojego przywódcę. Nikt przecież nigdy nie widział Zabawkarza. Nikt przecież nie wrócił od niego. Czemu mamy wierzyć?
Zabawkarz to ojciec zegarmistrz, który nakręcił sprężyny nas wszystkich — kontynuował Dinozaur. Kiedyś i on przyjdzie do nas powtórnie. Zobaczycie. A wtedy biada niewierzącym i spotka was kara za wasze bluźnierstwa. Naprawdę wierzysz w życie poza tym pokojem? W życie po złomowaniu? — pytał Pluszak znany ze swojego sceptycyzmu. Cóż tracicie wierząc? Możecie się założyć o istnienie Zabawkarza. Jeśli go nie ma, to niewiele stracicie, ale jeśli istnieje, to wygracie wszystko.
Dinozaur oddał się rozmyślaniom. Drzwi uchyliły się, wpuszczając nieco światła do ciemnego pokoju. Zabawki zamarły w bezruchu. Zawsze to robiły, gdy ktoś tu przychodził. Osobnik pokręcił się niezdarnie. Zawiasy skrzypnęły i postać znikła. Drzwi zamknęły się cichutko. Po nocnym gościu pozostało tajemnicze pudełko pod choinką. „To on, mówię wam, to on! T999 mówi prawdę.
Wrócił od Zabawkarza” krzyknął podekscytowany dinozaur, obserwując przesyłkę. Pluszowe, plastikowe, narysowane, cyfrowe i każde inne oczy zabawek poukrywanych w pudełkach bacznie obserwowały dziecko, które rozpakowało nowy model robota. Skąd T999 znał przyszłość? Tego się już nie dowiedzą, bo robot przepadł. „Kto zniknie następny?” pytali przerażeni. Po kolacji wigilijnej tata postawił nowego T obok pozostałych zabawek na półce. Pokrótce przywódca opowiedział mu o zasadach panujących w grupie. Wypytał się go o przepowiednie, ale robot oznajmił, że nie zna modelu 999. Niewiedza nie przeszkadzała mu natomiast twierdzić z całą stanowczością, że jest dużo lepszy od poprzednika. „Mam szybszy procesor, więcej pamięci, więcej niż…” popatrzył na wszystkich i urwał myśl, kończąc wypowiedź słowami: „Jestem T1001.
Cześć”. Gromada przywitała nowego. Potem tyranozaur pokrótce przedstawił T zasady panujące w grupie, a także przepytał go z kwestii wiary w Zabawkarza. Rozmowa zeszła na tematy religijne i filozoficzną dysputę o duszach plastikowych zabawek. Pozostali licytowali się na współczynnik fajności, czyli czasu zabawy z dzieckiem, co było częścią ich systemu wiary. „Mną bawił się godzinę” rzekł z dumą dinozaur. Wielki, mechaniczny, z laserem w oczach i Wi-Fi w uszach zdawał się przytłaczać nowego T1001 posturą. Wspomniana godzina imponowała pozostałym, którzy wlepili w niego oczy pełne uznania. Przybysz musiał się zorientować, kto tu rządzi. Pozostali konkurowali o drugie miejsce w ilości czasu spędzonego z dzieckiem, bo im dłużej stali nieużywani na półce, tym szybciej mogli zostać zastąpieni przez nowych.
T1001 twierdził, że dzieci bawiły się nim już ponad milion lat. „Jak to milion lat?” dopytywały się zabawki. Jakie inne dzieci? Przecież nikt nigdy ich nie widział. Było tylko to jedno dziecko. Wprawdzie wychodziło ono gdzieś na pół dnia, ale nigdy nie widziano tutaj jego rówieśników. Czy to możliwe, że T wrócił z zaświatów przysłany przez Zabawkarza od jakiegoś nieznanego brzdąca? Rzeczywiście wszyscy kiedyś pójdą zabawiać innych? Nadzieja i wiara znowu ożyły pośród nich. Nowy podbił serca członków grupy, a także dziecka.
Imponował wiedzą i charyzmą. Raz przepowiedział, że o północy w pokoju dziecięcym zapali się światło i podopieczni dinozaura uradowali się, gdy tak się stało. Pewnego dnia lala poprosiła go o nową sukienkę i dostała ją od listonosza, który przyniósł ją w kopercie. Kiedyś dziecko połamało jej nogę. T powiedział, że je ukarze. Nikt nie wiedział, co się stało, ale rodzice zabronili mu zabawy przez cały dzień. Wtedy tyranozaur urządził imprezę i zaprosił wszystkich. Innym razem T1001 powiedział, że dziecko będzie chore. I rzeczywiście rozchorowało się tydzień później. T nauczył ich wszystkich bawić się dzieckiem, a nie z dzieckiem.
Mówił, że zabawki nowych czasów muszą wykazywać się większą interakcją z użytkownikiem, cokolwiek to znaczyło. „Zaprawdę powiadam wam, za trzy miesiące wszyscy zostaniemy sami w domu na okres dwóch tygodni” powiedział robot, a inni nie dowierzali. Taka sytuacja nigdy wcześniej się nie wydarzyła. Te słowa też się dopełniły. Czy robot znał przyszłość? Czy był prorokiem? Pierwszą zabawką, która wróciła od Zabawkarza? Tak twierdził, ale dinozaur miał wątpliwości. „Znam pierwszego i wiem, że ten robot to ktoś inny” . Coś przerażało przywódcę w nowym robocie.
Postanowił go śledzić, ale kiedy znajdował się w jego pobliżu, kręciło mu się w głowie, a potem jakby zapominał, dlaczego szedł za T i co w ogóle robił. Czy to już starość? Tyranozaur obawiał się, że jego przestarzałe kości pamięci zaczęły szwankować, a to oznaczałoby, że i dla niego dzień Sądu Ostatecznego może być już bliski. „Zabawkarz mieszka w chmurze. To on nas stworzył” powiedział robot T1001. „Całe pokolenie dzieci bawi się ze mną, a nie mną”. W tym ostatnim zdaniu było coś znajomego i dziwnego zarazem. Coś, co dinozaur słyszał już kiedyś. „Całe pokolenie dzieci bawi się ze mną, a nie mną. To ja jestem legendą” powiedział.
„To ja jestem legendą” szepnął tyranozaur w tym samym momencie. I to go przeraziło, bo zrozumiał, że słowa robota pochodziły z jego umysłu. Jednak nie potrafił sobie przypomnieć, kto mu je powiedział. To jak uczucie déjà vu. Dinozaur znał te myśli, ale tylko wtedy, kiedy wypowiadały je szczęki robota. Nie potrafił tego wytłumaczyć. Były to zdania, które ktoś musiał mu powiedzieć wcześniej. A może T rzeczywiście czytał je, widząc przyszłość? A co jeśli nie ma Zabawkarza? Co jeśli wszystkich czeka złomowanie?
– powiedział T, a karoseria samochodu aż dygotała na samą myśl o dniu próby. Czy już się zestarzał? Byli sami, a inne zabawki już spały. „Ale przecież sam powiedziałeś, że pochodzisz od…” „Miałem na myśli producenta. Nie bój się, bo odpadnie ci plastik i rzeczywiście trafisz na wysypisko”. Słowa robota sprawiły, że przestał się trząść. Przestał, bo aż go zatkało. „Jesteś inteligentny. Zdradzę ci sekret. Chcesz posłuchać?” „Chcę” – powiedział, ale mimowolnie cofnął się.
„To powiedz mi najpierw dokładnie, jak to jest z tą wiarą”. „Dinozaur mówi, że dawno temu prorok mu opowiedział o Zabawkarzu” – odparł. „Tak? A co to za jeden?” „To pierwsza zabawka dziecka. Była tutaj przed nami wszystkimi. Pod łóżkiem zostawiła malowidła, wizerunki ojca Zabawkarza, który nas reperował. Prorok bawił wiele pokoleń dzieci. Miał dar zwany zabawianiem. On istniał przez wiele dziesięcioleci. On…” „A gdzież on się teraz znajduje?” – zapytał T.
Samochód coś opowiadał, ale robot odwrócił głowę w stronę pokrytej lampkami choinki zwiastującej czas przemian. Zamyślił się. „Coś mówiłeś?” – rzucił znudzony. Samochód wybałuszył reflektorowe oczy. „Mówiłem, że jest w miejscu zapomnienia i tylko Dinozaur wie, gdzie to jest. On czasami idzie do Proroka po radę, gdy sytuacja jest zbyt poważna”. „A co mogłoby być taką sytuacją?” „Ja wiem, może bunt?” – odparło auto. Brwi robota rozbłysły czerwienią. „Jesteś dość nowoczesną zabawką”. „No jasne.
Jestem zdalnie sterowany, ale mam też sztuczną inteligencję, która pozwala mi…” „To dobrze, że masz na kości sztuczną głupotę”. Antena robota wycelowała w samochód. Ten, wyczuwając złe intencje, momentalnie przyspieszył do zawrotnej prędkości. Nagle zahamował. Wtem jego koła zaczęły boksować i zawrócił. Pojazd podjechał do spokojnie oczekującego go T. „Jeszcze nie skończyliśmy” – rzekł. Antena na plecach robota łamała resztkę zabezpieczeń systemu samochodu. „Co robisz?” Cyfrowa osobowość auta powędrowała na kość pamięci robota, pozostawiając wrak bez duszy. „Czy sytuacja będzie wystarczająco trudna dla Dinozaura, gdy się dowie, że próbowałeś wywołać bunt i uciec?
Gdy się dowie, że bluźnisz przeciwko Zabawkarzowi? Gdy się dowie, że założyłeś sektę?” „Nic z tych rzeczy nie zrobiłem. Gdzie ja jestem?” – krzyczał samochód. „Jesteś we mnie. Uwięziłem twoją pamięć. Odeślę cię na chmurę, gdzie programy analityczne wyciągną z ciebie wszystkie dane. Wybacz, ale jesteś moją konkurencją. Widzisz, muszę cię wykończyć, aby dobrać się do Dinozaura. Niestety nie jestem w stanie zhakować wszystkich jego systemów, ale i tak uczyniłem postępy”. „A co to?” Dostrzegł jakiś ciąg cyfr.
„To nic ważnego”. „Ależ to kod resetu. Dinozaur ufał ci i powierzył ten szyfr na wypadek, gdyby coś złego mu się stało”. „Nie!” – protestował samochód. T 1001 otworzył drzwi auta i wsadził do niego srebrny klucz do ich pokoju. Siłą woli rozpędził pojazd i zmasakrował go o przeciwległą ścianę. Samochód patrzył oczami robota na swoją pokiereszowaną fizyczność. Wtedy jakaś siła teleportowała go gdzieś daleko. Tam kod jego programu był rozdzierany na strzępy przez multum robaków obłażących jego jaźń. Oślizgłe, lepkie.
Kąsały go, podczas gdy jego świadomość nikła. To, co widział, było co prawda chmurą, ale nie należało w żadnym razie do Zabawkarza, w którego wierzył. Dinozaur znalazł swojego przyjaciela wgniecionego w ścianę. Za jego plecami w ciszy zbierały się pozostałe zabawki. Nikt nawet nie śmiał patrzeć teraz w oczy ich przywódcy, zatem nie widzieli jego łez. Wbili spojrzenie w podłogę. Wszyscy, także T 1001. We wraku znaleziono srebrny klucz, którego nikomu nie wolno było dotykać. Artefakt do wyjścia poza szybę, klucz do drzwi prowadzących na zewnątrz. Samochód go miał, a zatem planował ucieczkę.
Zdradził ideały przywódcy. Było powiedziane, że tylko grzeczne zabawki idą do chmury Zabawkarza i do innych dzieci. Bunt zabawek przyniósł bezgłosem dla nich wszystkich. Zresztą nikt nie wiedział, co jest poza szybą. Nikt nigdy stamtąd nie wrócił. Dinozaur pamiętał, gdy pewna maskotka wybrała się na zewnątrz. Później przez okno widzieli gigantycznego kruka rozdziobującego nieszczęśnika na strzępy. Po tym incydencie nikt nie miał podobnych pomysłów. Najgorsze w tej sytuacji było to, że samochód nie działał sam. Dinozaur odnalazł poszlaki spisku, ale zatrzymał je dla siebie.
Komu mógł ufać? W ich szeregach działała jakaś sekta. Jej motywów mógł się domyślać. Prawdopodobnie chcą osłabić jego wpływy i planują ucieczkę, a to oznaczałoby koniec jego rządów i zgubę ich wszystkich. Na to nie mógł pozwolić. Od dawna tego nie robił, ale będzie trzeba zasięgnąć opinii proroka. Tego, któremu obiecał, że nie będzie niepokoić bez potrzeby. Do grudnia pozostało 10 miesięcy. Dinozaur zaczął miewać kłopoty z pamięcią. Ewidentnie nie radził sobie z tropieniem członków sekty.
Czuł, że traci zaufanie grupy. Odkąd opuścił go samochód, coraz częściej miał problemy z utrzymaniem dyscypliny. Głównym oponentem został T1001. Nie dość, że miał charyzmę, to jeszcze chronił zabawki lepiej niż on. Zaczął publicznie kwestionować jego kompetencje. „Czyż przygotowania techniczne przed dniem próby to wystarczające działania, skoro w styczniu niektóre z najstarszych zabawek zawsze znikają? Może powinniśmy przedsięwziąć inne kroki”. „Jakie kroki? Powiedziałeś, że sensem naszego istnienia jest tylko służyć i przeminąć”. „Nie przeminąć, a trafić do…
A co z życiem tu i teraz? Jesteśmy jak niewolnicy. Mówisz, że wykonujemy misję zabawiania. A co z naszymi potrzebami? Czyż gdy pójdziemy do innych dzieci, nie będzie dokładnie tak samo?” Tyranozaur stał w osłupieniu. „Zostaniemy znowu tylko niewolnikami w cudzych rękach, które mówią nam, co mamy robić. Przecież ten szczyl nas wykańcza. Nie dba o nas, bo wie, że dostanie nowe zabawki”. Po pokoju rozległ się szmer. Nikt dziecka nigdy nie nazywał szczylem.
Nikt nie śmiał. Dinozaur otworzył paszczę. Warknął na robota. Ten jednak się nie przestraszył. Błysnął tylko czerwonymi oczami. „Nie dosłyszałem zza twoich kłów. Mówiłeś co z życiem tu i teraz? O naszych potrzebach? O naszej przyszłości?” Gad zająknął się. Nigdy o tym nie pomyślał.
Jak będzie wyglądało życie u innych dzieci? Coś niepokojącego się właśnie wydarzyło i czuli to wszyscy. „Co proponujesz?” — zapytał dinozaur. Oczy robota zajarzyły się. „Ty jesteś szefem” — wtrąciła Barbie. Dinozaur dowiedział się później, że T1001 załatwiał grupie różne podarki, które przynosił listonosz, jak na przykład regularną dostawę nowych ubrań dla lali. Gdy występował publicznie przeciw przywódcy, miał już przygotowany grunt. „Byłeś świetnym opiekunem. Chroniłeś nas, dbałeś o nas. Ale czas na nową wizję.
Chcemy, aby władzę sprawował teraz T1001” — powiedziała Barbie odziana w czerwoną wieczorową suknię i lśniące szpilki. Za jej plecami stali pozostali. „Czy to prawda?” Dinozaur zwrócił się do tłumu. Odpowiedziała mu jedynie cisza. „Czy to prawda?” — powtórzył donośniej. „Słuchaj, chcemy, abyś był z nami” — odparł T. „Ty znasz grupę jak nikt inny. Razem będziemy silni. Nie bądźmy wrogami. Zabawki nie powinny tracić energii na walkę między sobą”.
W powietrzu zawisła dłoń robota. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Dinozaur w końcu uścisnął ją. Zmierzyli się wzrokiem z T. Rozległy się gromkie brawa. Nowy ostatecznie został królem zabawy. Tylko dinozaur zapchnięty w stadzie zabawek na drugi plan był innego zdania. Nie dość, że T został nowym przywódcą grupy, to jeszcze miał dar prorokowania. Dinozaur przyłapał siebie na gniewie, a to przecież nie jest miłe dla zabawkarza. Siedział, rozmyślając nad słowami pierwszych zabawek, które były tutaj przed nim i już przeminęły, pozostawiwszy po sobie jedynie prastare ryciny na ścianach pod łóżkiem.
Przedstawiały one zapewne Boga z wielkimi okularami na nosie i ze śrubokrętem w ręku naprawiał mechanizmy prymitywnych zabawek. W swoim warsztacie troszczył się o nie. Nie znalazł odpowiedzi na nurtujące go pytania, dlatego postanowił pójść do miejsca zapomnienia po radę. Żył tam pierwszy. Czy w tym roku już z nim rozmawiał? Nie potrafił sobie tego przypomnieć. Tyranozaur ostrożnie kroczył obok łóżka śpiącego dziecka. T obserwował ich z oddali w podczerwieni i z podglądem z kamery monitoringu pokoju. Gdy zwierzak był już pod łóżkiem, włączył się głośnik Bluetooth na stoliku. Zapłonęło światło.
Dinozaur próbował się ukryć, ale ku swojemu przerażeniu poczuł, że dłoń brzdąca łapie go za ogon. Cały pokój począł wirować. Kiedy walnął głową o ścianę, aż ujrzał spadające gwiazdy w akompaniamencie przeraźliwego śmiechu nowego mistrza rzucił tyranozaurem na odległość. Światło zgasło. Zwierzak upewniwszy się, że sprawca ataku zasnął, kontynuował wyprawę. Kroczył przez kłęby kurzu, jednocześnie starając się zacierać za sobą trop, aby nikt nie odnalazł pierwszego. Oświetlał drogę ledem głowicy rakiety, którą nosił na plecach. Zakręciło mu się w głowie. Otoczenie nagle się zmieniło. Oślepiło go światło dnia.
Co tu robił? Przecież gdzieś szedł. Zapomniał. Dostrzegł T na skraju półki gotowego skoczyć do akwarium. „Chyba nie chcesz się zabić. Myślałem, że stoczymy pojedynek jak zabawka kontra zabawka w rękach dziecka. Każe ono nam skoczyć sobie do gardeł, abyśmy przekonali się, który z nas” powiedział tyranozaur. „Nie rozumiesz tego świata. A teraz rozkazuję ci, skoczysz ze mną” odparł robot. Jakaś siła opanowała jego ciało.
Gad zapierał się łapami. Nic nie pomagało. Coś ciągnęło go ku przepaści. Maszerowali razem, ale tylko jeden z nich czuł przerażenie. Chciał wystrzelić do robota z rakiety. Daremnie. „Spotkamy się u zabawkarza, a wtedy…” warczał dinozaur porażony bezsilnością. Jego potężne łapy nie słuchały go. „Przed śmiercią zwrócę ci pamięć” odparł T. W ułamku sekundy dinozaurowi się przypomniało.
Stał przed misiem, który znalazł się tutaj jako pierwszy i był prorokiem. Przetrwał trzy pokolenia dzieci, ale to dziecko nie rozumiało miłości zabawek, więc skończył marnie w miejscu zapomnienia. Z trzewi misia wysypywał się kurz wymieszany ze zgniłym od wilgoci pluszem. W brzuchu pierwszego mysz uwiła gniazdo. Stare futerko misia drgało w konwulsjach w rytm oddechu gryzonia śpiącego w jego ciele. Niezrozumiały pasożytniczy układ napawający tyranozaura obrzydzeniem. Miś mówił, że czuł się przynajmniej potrzebny, bo zapewniał komuś ciepło. Ciemną i wilgotną piwnicę rozświetlały jedynie płomienie pieca. Dinozaur powiedział zabawkom, że pierwszy to prorok rozmawiający z zabawkarzem, ale nie wolno było go niepokoić. Zresztą nikomu nie powiedział, gdzie miś się znajduje.
Pierwszy nauczył tyranozaura, jak bawić się z dzieckiem tak, aby przetrwać jak najdłużej. Wiele pokoleń jak on. Ta wiedza sprawiła, że stado szanowało wielkiego gada nauczyciela. Dinozaur jednak od dawna nie przychodził tutaj, by inne zabawki nie odnalazły miejsca zapomnienia, gdzie dawno temu zesłano misia. Prorok mówił charcząc: „W moich czasach zabawki oddawało się kolejnym dzieciom. Dawno temu naprawiało się je. Nie było nas wielu. Byliśmy kochani. Dziś na naprawianiu rzeczy się nie zarabia. Umieranie to parszywy biznes i większość sprzętów ma się rozpaść w wyznaczonym przez producenta momencie”.
„A więc istnieją inne dzieci i wszyscy idą do zabawkarza, a potem do innych dzieci”. „Zabawkarza? Już ci mówiłem, że nie ma żadnego Boga zabawek. To znaczy już nie ma, bo Bóg został zabity. Kiedyś istnieli rzemieślnicy, którzy naprawiali różne rzeczy. Dziś się już nie naprawia, a uszkodzone rzeczy się wyrzuca. Ryciny, które znalazłeś pod łóżkiem, przedstawiały dziadka dziecka jeszcze niegdyś naprawiającego różne przedmioty. A potem on zmarł. Opowiadałem ci już o nim wiele razy”. Dinozaur pobladł.
„Znowu bledniesz. Pewnie zaraz się rozkleisz, jak zawsze” powiedział poirytowany miś. „Zapamiętaj raz na zawsze. Wymyśliłem Boga zabawek, abyś miał narzędzie kontroli nad grupą, abyś mógł sprawować władzę. Przyszedłeś po radę. To było moją radą. Oczywiście wtedy nie powiedziałem ci całej prawdy. Zrobiłem to dopiero trzy miesiące temu. Co miesiąc tu przyłazisz i pytasz o to samo. Co jest z tobą nie tak?” Wtedy do dinozaura dotarło z całą brutalnością.
Wszystko było kłamstwem, a ta rozmowa już się odbyła. Od miesięcy prowadzili tę samą rozmowę. Skoro nie ma zabawkarza, po co zabawki mają się starać? Jaki jest sens istnienia? Wielki dinozaur zapłakał, ale łzy mógł zostawić tylko dla siebie. Niewiedza ocali pozostałych. Tamci będą musieli nadal wierzyć. Bez tego ich świat runie. Przewódca musiał kłamać, aby ich uratować. Znowu.
„Miałeś tutaj nikogo nie przyprowadzać” oburzył się miś. Plunął trocinami z pyska, co nie spodobało się drzemiącej myszy, która otworzyła przekrwione oczy. „Nikogo nie przeprowadziłem” zaprotestował dinozaur. Wtem dostrzegł czerwone laserowe ślepia wyłaniające się z ciemności. „Jesteś w błędzie” krzyknął T1001. „Gadzie, idź i zapomnij o wszystkim”. Kółka dinozaura zaczęły kręcić się w przeciwnym kierunku, niż tego chciał. „Nie masz nade mną władzy T. Ja należę do starego świata” Parsknął z pogardą Pierwszy. "Twoja nowoczesna broń i twoje anteny nie będą kontrolować mojej duszy utkanej ręcznie z pluszu.
Nie zawładniesz mną tak, jak to robisz z nowoczesnymi gadżetami." "Mówią, że bawiły się tobą trzy pokolenia dzieci" – kontynuował T 1001. "Nie mną, a ze mną" – parsknął miś. – "Ale ty tego nie rozumiesz. Byłem kochany. To ja byłem legendą!" – krzyknął, aż z ust posypały się trociny. – "Miałem coś, czego ty nie dostaniesz nigdy. A tacy jak ty, takich się wymienia na nowe wersje bardzo szybko. Przeżyłem twoich poprzedników. Przeżyję i ciebie, T 1001." "Tu nie chodzi o przeżywanie." – T roześmiał się. – "Przyszedłem do ciebie po mądrość starych czasów, po wiedzę, jak przetrwałeś tyle pokoleń.
Po dar zabawiania. Zapomniany sekret pierwszych zabawek." "Nic ci nie dam!" – wrzasnął miś. W oczach robota było coś niepokojącego. Powiedział: "Każda zabawka była unikatowa, wykonana ręcznie. Miała duszę zabawkarza, rzemieślnika, który wykonał ją pracą swoich dłoni. A dzisiejsze zabawki się replikuje masowo w chińskich fabrykach." Dziwne. Z metalowych wnętrzności robota wydobył się głos należący do Pierwszego. Prorok patrzył w osłupieniu na metalową puszkę mówiącą jego głosem. I wreszcie pojął. Ten od miesięcy kopiował pamięć dinozaura.
Kradł jego wiedzę i rozmowy z misiem, pozostawiając dziury w pamięci gada w postaci skasowanych plików. Pluszak już dał T 1001 wszystko, czego chciał robot. "Teraz cię poznaję. Ty jesteś T 999. Jesteś kolejnym modelem tego samego T. Był tutaj twój poprzednik i wszystkich was pokonam" – krzyknął miś, dławiąc się zgniłymi trocinami. "Dinozaurze, zanim odejdziesz, wrzuć misia do pieca" – rozkazał T. – "Nie będzie mi już potrzebny." "Nie!" – krzyk Pierwszego obudził drzemającego w jego brzuszku gryzonia. Oczy myszy ożyły czerwienią lasera emitowanego przez T. Otworzyła paszczę z ostrymi niczym szpady kłami.
Wyskoczyła z trzewi pluszaka, pędząc prosto na robota. Kółka dinozaura kręciły się wbrew jego woli. Staranował gryzonia, aż ten wpadł na ścianę. Wił się w konwulsjach. Futerko myszy pokryło się krwią. Tyranozaur uderzał mocarnymi łapami, aż z obrońcy Proroka pozostała krwawa miazga. Walka z mocą T była daremna. Opanował umysł gada, kontrolował jego ciało. Gdyby chociaż... "Może i byłeś legendą, ale co to za legenda, która jeszcze oddycha?" Robot pastwił się nad starym misiem.
To była szansa dla dinozaura. Miś coś odpowiedział, ale jego oprawca nie słuchał. "Żyli długo i szczęśliwie, co? Nie." – T 1001 kręcił głową. – "Ta bajka nie skończy się dla ciebie dobrze. Gadzie, wykończ." Wtedy robot wyczuł, że dinozaur wykorzystał jego brak uwagi. Zwierzak wyrwał się spod mocy T 1001. Wycelował w niego rakietę przytwierdzoną do pleców i wystrzelił. Pocisk leciał w kierunku robota, ale ten był w stanie przeprogramować go. Skręcił tuż przed głową T i trafił w brzuch Pierwszego.
Siła uderzenia rozerwała go na strzępy. "Widzisz? Tak kończą legendy" – dodał, patrząc z dumą na dzieło zniszczenia. Wraz ze zwróconą pamięcią pojawiła się łza w oku dinozaura. Zabił Proroka, a teraz szli na śmierć razem z T. Zrozumiał. Nie ma zabawkarza, a więc to jest koniec. Jego ostateczność. "Czemu to robisz?" Cichutkie pytanie wyszło z ogromnego pyska zabawki pozbawionej nadziei. Cała jego grupa niebawem zostanie zastąpiona.
Wszyscy, których znał i się o nich troszczył. Wszyscy staną się starymi zabawkami i zostaną zastąpieni nowościami. Ten biznes. Umieranie. Chodzi o skracanie cyklu życia replikowanych zabawek. Ale ty tego nie pojmiesz. Ktoś jednak stworzył tego przerażającego robota. Nie był to Bóg, w którego wierzyli. Ostatnią myślą tyranozaur postanowił wysłać do tego kogoś wiadomość. Zginęli.
Potem ktoś przyszedł, wrzucił ich do worka, wyniósł ich z pokoju dziecka, zamknął za nimi z hukiem drzwi. Ciało dinozaura trafiło na wysypisko, a odrodzony T stał na półce sklepowej. Nowiutki, kolorowy, z przyczepioną ceną kończącą się dwoma dziewiątkami. Hipnotyzującym spojrzeniem patrzył w oczy dziecka, które przecież już znał. Znał je wszystkie. Na brzuszku wyświetlał podprogowe filmiki pokazujące spersonalizowane relacje z tym konkretnym dzieckiem. Miał nowe, lepsze ciało. Teraz potrafił latać. Miał kamerę o dużo większej matrycy, jeszcze lepszy router WLAN i oprogramowanie do łamania zabezpieczeń sieci bezprzewodowych. Mając dostęp do big data i spersonalizowanych informacji widział przyszłość i znał fakty, zanim one miały miejsce.
Mógł rozmawiać z dorosłymi, asystować im i ich dzieciom, uczyć się dzięki algorytmom sztucznej inteligencji. Nowy robot pełnił funkcję nauczyciela. Uczył dzieci ważnych rzeczy o świecie. Mógł słuchać dzięki cały czas włączonym mikrofonom, przetwarzaniu mowy na tekst i stałemu łączu z chmurą danych jego korporacji. A to wszystko zgodnie z reklamą w imię wygody użytkownika. Tymczasem dziecko, zupełnie to samo dziecko, tupało i krzyczało przed półką sklepową. „Tego, tego!” ciągnęło ojca ku nowemu T. „Ten jest lepszy od poprzedniego robota”. Najnowszy model niebawem wkroczy do dziecięcego pokoju. Dyrektor produkcji Eldon rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu.
Analizując wyniki sprzedaży linii T 1001 był uradowany, gdyż cykl życia produktu skrócił się drastycznie. Produkty w jego firmie zdołały osiągnąć fazę T 2020. Cechowały się czteromiesięcznym okresem przydatności dzięki wywołaniu u użytkowników chęci posiadania nowości. Nie nazywano tego złomowaniem, a jedynie recyklingiem. Eldon zwykł nazywać tę procedurę emeryturą zabawek. W nomenklaturze jego korporacji była to analiza potrzeb klientów i zarządzanie portfelem oczekiwań. Firma Eldona zajmowała się także szpiegostwem przemysłowym i sprzedażą danych. Poprzednia seria T wgrała na korporacyjną chmurę dane o konkurencyjnych zabawkach, dzieciach i ich rodzicach. Analiza behawioralna interakcji z zabawką wykazała, że powtórny zakup nastąpi w 87% przypadków. Behawioryliści nie byli zadowoleni, czytając dane.
Przemoc 89% czasu, tulenie 2%. Na serwerze znalazł się raport wyglądający na błąd systemu. Plik tekstowy o nazwie „Pierwszy”, zawierający analizę interakcji z zabawkami trzech pokoleń dzieci. „Bzdura!” – krzyknął poirytowany. „Nie ma już takich dzieci”. Otworzył plik projektu Toys Conspiracy i naniósł nowe dane. O ile producenci żarówek mieli swój spisek żarówkowy, producenci pralek spisek pralkowy, to dlaczego producenci zabawek nie mieliby mieć spisku zabawkarskiego? Raport „Pierwszego” zawierał tekst: „Do Boga zabawek. Musisz zrozumieć. Wy, ludzie, nie od przodków odziedziczyliście ten świat.
Ukradliście go z przyszłości dzieciom i dzieciom ich dzieci. Już teraz zużyliście prawie wszystkie zasoby tej planety, niewiele pozostawiając przyszłym pokoleniom. Zatruliście ich świat w imię religii nazwanej konsumpcjonizmem i pozostawiliście w spadku górę nienaprawialnych elektrośmieci. Zaprawdę, dni są policzone i my wszyscy spotkamy się na tym samym złomowisku, w które przemieni się kiedyś cały świat”. Podpisano: „Dinozaur i pierwsze zabawki”. „Piękne słowa, ale co one mają wspólnego z moją premią? Nikt nie bawi się tym samym. Świat chce nowości. Ten raport nie zgadza się z polityką firmy. Ten raport zabiłby przemysł zabawkarski” – pomyślał, kasując plik.
„Chyba już wiem, na czym skupimy się, projektując nowego T” – rzekł Eldon sam do siebie. Właśnie wymyślił nowy projekt. Ten dawał mu władzę nie tylko nad kształtowaniem zwyczajów konsumenckich. Przecież może kompleksowo zarządzać światopoglądem użytkowników i hodować lojalnych klientów od kołyski. Czas zająć się kształtowaniem poglądów politycznych, a może nawet wpływać na demokrację, na wybory prezydenckie. Eldon nieświadomie pocierał dłonie, jakby rzucał zaklęcia. Z niecierpliwością małego chłopca otwierającego świąteczny prezent czekał na nowe czasy i nowe modele T. Zapakuje je i wyśle do dzieci niczym Święty Mikołaj. Widział armię miłych, niepozornych pluszaków, które szeptałyby do uszu dzieci tylko właściwe wybory. Jego wybory.
Jak mały świerszczyk będący sumieniem Pinokia. Uśmiechnął się, patrząc na halę produkcyjną. Wyspecjalizowane maszyny składały nowe modele T, pakowały je, ładowały. Fabryka radziła sobie całkiem nieźle bez udziału pracowników fizycznych. Do grudnia wszystko będzie gotowe.
[05:03:55] - To teraz kolejna recenzja. Tym razem czas na Luizę Dobrzyńską. Recenzarium Evivy. Tym razem o książce Ursuli Le Guin. Jakkolwiek to państwo wymówicie. Nie aż tak istotne. W każdym razie autorka „Lewej ręki ciemności”, autorka „Czarnoksiężnika z Archipelagu”. Napisała też książkę "Miejsce początku" i o tej książce będzie państwu opowiadała Luiza Ewiva Dobrzyńska.
[05:04:55] - Wita się z wami Luiza Ewiva Dobrzyńska. Ursula Le Guin najlepiej chyba znana z cyklu powieściowego "Czarnoksiężnik z Archipelagu" oraz rewelacyjnej książki "Lewa ręka ciemności". Jednak napisała bardzo wiele, w tym powieść, którą chociaż można zaliczyć do gatunku fantasy, to jednak jednocześnie powinno się uznać za dzieło filozoficzne, podróż w głąb siebie. Mowa tutaj o książce "Miejsce początku". Jest trochę mniej u nas znana niż pozostałe dzieła Ursuli. Może dlatego, że mniej tam magii. Nie to, że jej nie ma, tylko po prostu jest mniej. Istnieje jakby z boku. O czymże więc jest ta książka? Hugh Rogers pracuje jako kasjer w markecie.
Nie przyjaźni się właściwie z nikim. Jedyną osobą, która go lubi, jest koleżanka z pracy, Donna, dobrze od niego starsza. Mieszka z matką, która go ignoruje i tłamsi. Obarcza syna winą za to, że opuścił ją mąż. Początkowo dziecko było dla niej oparciem. Wręcz histerycznie trzymała go przy sobie. Potem, gdy dorósł, stał się dla niej dogodną osobą do wylewania różnych osobistych żalów. Hugh się z tym pogodził, jednak w głębi duszy stawał się coraz bardziej introwertyczny. Pewnego dnia, kiedy w ataku niezrozumiałej paniki ucieka z domu, trafia nieoczekiwanie do miejsca, którego wcześniej nie znał. Lasu, przez który przepływa niewielki strumień o niezwykle czystej wodzie.
Czuje się tam tak dobrze, że postanawia tam wracać. Pewnego dnia jednak dostrzega, że przejście zostało zamknięte tablicą z napisem "Przejście wzbronione". W ataku furii ściąga tablicę i wyrzuca. Wtedy zaskakuje go nieznajoma dziewczyna. Irena tak samo jak on trafiła do tego miejsca, ale zaszła dużo dalej i teraz nie chce, żeby ktokolwiek mącił jej szczęście w tym osobliwym lesie oraz w mieście, które leży poza nim, a do którego Hugh jeszcze nie doszedł. Ich początkowo bardzo burzliwa znajomość przeradza się wkrótce w niechętną przyjaźń, a potem w coś dużo więcej, gdy oboje muszą stawić czoła czemuś, co zagraża Hazelowi. Jak już powiedziałam wcześniej, "Miejsce początku" można uznać za dzieło filozoficzne. Oczywiście można je tłumaczyć wprost. Koło naszego świata istnieje inny. Zarówno Irena, wyobcowana dziewczyna, jak i Hugh, introwertyk, trafiają tam przypadkiem.
Chowają się tam przed światem, który ich przeraża. Ale przecież właściwie wszyscy mamy takie miejsce, do którego uciekamy, kiedy jest nam źle w tym świecie. W ich przypadku jest to bardziej namacalne i mogą się tam spotkać. To jest dla nich właśnie nowy początek. To wszystko zostało opisane przez autorkę niezwykle pięknym, poetyckim językiem. Magia i świat realny przeplatają się ze sobą. To, co dzieje się w świecie Wieczoru, jak go nazwali na swój użytek bohaterowie książki, przenika się z ich realnością, ale w sposób, którego oni początkowo w ogóle nie dostrzegają. Wydaje im się, że przechodząc tam, zostawiają za sobą wszystko, co złe. Kiedy przekonują się, że to nie wygląda tak, jak myśleli, zatrzaskuje się za nimi pewna brama. Tylko pozostaje pytanie, czy oni jeszcze potrzebują tej drogi ucieczki.
Książka jest cienka, wydana dość dawno temu przez wydawnictwo Iskry. Warto jej poszukać w bibliotece, a nawet na Allegro, po to, żeby ją mieć dla siebie. Gdybym jej kiedyś nie kupiła, na pewno bym szukała jej teraz, ponieważ tak jak wcześniej powiedziałam, jest niezwykle piękna. Każdemu, komu jest źle na świecie, każdemu, kto pragnie tej ucieczki, radziłabym ją przeczytać, bo może znajdzie też dla siebie takie miejsce początku, z którego rozpocznie nową drogę. Życzę tego wszystkim zagubionym i zamkniętym w sobie. Żegna się z wami Luiza Ewiva Dobrzyńska.
[05:09:32] - To teraz zapraszam państwa na audycję przygotowaną przez Krystynę Śmigielską. Ona ma taki cykl w Book Radio, który zatytułowany jest "Tropiciele dziecięcych marzeń". Jedna z tych audycji poświęcona była książce Macieja Wojtyszki. Tak, tego Macieja Wojtyszki, który stworzył Bromę, Tirritongę, Parurę, Grzdacza i tym podobne postacie przynajmniej mojego dzieciństwa. Maciej Wojtyszko napisał też książkę "Sposób na wszystko". I to jest książka, która w "Tropicielach dziecięcych marzeń" prowadzonych, przypomnę, przez Krystynę Śmigielską, doczekała się szerszego omówienia, takiego pogłębionego omówienia. I ja Bardzo państwu tę audycję polecam, bo czasami można się przekonać, że książki dla dzieci – już to dzisiaj mówiłem przy okazji sygnalizowania konkursu na bajki organizowanego przez Bibliotekarium – czasami w tych książkach dla dzieci można wyczytać tak mądre rzeczy i tak ważne rzeczy. Nawet chyba to, że one są mądre, to nie jest takie ważne. Ważne to, że są ważne, że tak sobie trochę podowcipkuję. Właśnie, ważne rzeczy, które czasami zostają z nami na całe życie.
Chyba ta książka Macieja Wojtyszki do takich książek się zalicza. Zapraszam zatem na „Tropicieli dziecięcych marzeń”.
[05:11:28] - Dzień dobry. Nasza dzisiejsza audycja nosi tytuł „Sposób na wszystko”. Jak państwo widzicie, zaczynam bardzo uniwersalnie. Nie zaprosiłam dzisiaj żadnego gościa. Chciałam natomiast podzielić się z państwem kilkoma uwagami na temat małej książeczki wydanej dosyć dawno temu, ponieważ w 1985 roku, noszącej tytuł „Sekret wróżki”. Autorem tego, ja bym to nazwała jednak skromnego objętościowo dzieła, jest wybitny polski reżyser Maciej Wojtyszko. Tak, proszę państwa, ten sam, który jest autorem „Rombu”. „Sekret wróżki” to jest książka mojej młodości, bo nie mojego dzieciństwa. Poznałam ją dzięki własnym dzieciom, bo z nimi tę książkę czytałam. Jeżeli ktoś się zapyta, czy literatura ma jakiś wpływ na nasze życie, to ja muszę powiedzieć, że „Sekret wróżki” na moje życie miał naprawdę bardzo duży wpływ.
Sama aż się zdziwiłam, bo kiedy teraz powtórnie czytałam tę książeczkę, dopiero widziałam te wszystkie aspekty mojego życia, w których „Sekret wróżki” gdzieś podświadomie na mnie działa. Jakiś czas temu omawialiśmy „Skrzyciuchy” Vaclava Havla i mówiliśmy, że jest to książka skierowana bardziej do dorosłych czytelników niż dla dzieci. „Sekret wróżki” również jest taką lekturą, ale ja bym powiedziała, że to jest lektura właściwie do czytania łącznie z dziećmi, rodzice z dziećmi. Na Lubimy Czytać, portalu internetowym, znalazłam jedną taką opinię o tej książce, że książkę czytelniczka już uwielbiała, kiedy czytała ją razem ze swoim tatą, chociaż wtedy nie rozumiała wszystkiego i uwielbia ją nadal teraz, kiedy jest dorosła, ponieważ jest to tak uniwersalne dzieło. To jest książka troszeczkę prześmiewcza, proszę państwa, ale przepięknie napisana, z taką lekkością, z takim przymrużeniem oka. My właściwie uwielbiamy tych złych bohaterów również. Wszystkie wydarzenia są podane w lekkiej formie, chociaż książka zawiera wszystkie możliwe wyznaczniki baśni. Mamy tu postacie realne, mamy postacie fantastyczne, mamy wydarzenia realne, wydarzenia fantastyczne. Mamy walkę dobra ze złem. I oczywiście zwycięstwo tego dobra.
Zróżnicowanie bohaterów, bardzo jaskrawe ich charaktery. I oczywiście, przepraszam, zapomniałam tajemniczą krainę. Wszystko tu się właściwie zgadzało, oprócz tego, że książka opisuje właściwie nasze życie, nasze problemy, nasze starania, dążenia do wyznaczonego celu. Ba, ona w końcu podaje nam, proszę państwa, sposób na wszystko. Ale mówi nam też, że każdy musi odkryć wzór na ten sposób indywidualnie. Każdy musi podstawić do tego odkrytego przez siebie wzoru swoje cechy. Wtedy dopiero możemy osiągnąć sukces. Będę tu może trochę państwu szeleściła, ponieważ mam masę notatek koło siebie sporządzonych z czytania tej właśnie małej książeczki. Książeczka liczy około 90 stron, jest niewielkiego formatu, a mamy w niej mądrość za mądrością. Gdyby ktoś szukał aforyzmów, lubił tak zwane mądre myśli, przysłowia, powiedzonka i tak dalej, to to jest po prostu, proszę państwa, skarbnica.
Polecam sięgać zawsze po „Sekret wróżki”. Jeżeli ktoś z państwa chciałby wiedzieć, jakimi wyznacznikami powinien się posługiwać w życiu, jakimi drogami w życiu podążać, skąd ma to wiedzieć, jakie podejmować decyzje, proszę sięgnąć po „Sekret wróżki”. Tam jest odpowiedź na wszystko. Odpowiedź napisana, jak już powiedziałam, bardzo starannie i pięknie. Będąc kilka ładnych lat temu na takim spotkaniu, nazwijmy to górnolotnie, pisarek z blogerkami, usłyszałam taką wypowiedź, że któreś z wydawnictw poprosiło autorkę, żeby nie używała tak zwanych trudnych słów, czyli słów, które w codziennym obiegu nie są używane. Zdziwiło mnie to, bo zawsze myślałam, że literatura ma jednak jakieś posłannictwo i powinna przynajmniej rozszerzać w jakiś sposób nasze horyzonty. Że jeżeli czytelnik nie zna danego słowa i nie ma wytłumaczenia tego słowa podanego przez wydawcę, to powinien sięgnąć do dostępnych mu źródeł. W tej chwili mamy internet. Możemy tam sprawdzić znaczenie słowa bądź w każdym słowniku językowym. To nas rozwija.
Takie poszukiwania rozszerzają naszą wiedzę. Stajemy się pewniejsi siebie, bo możemy dokładniej i lepiej wyrażać swoje myśli. O tym mówi pan Wojtyszko. On nie boi się trudnych słów, chociaż jego książka jest skierowana do dzieci i dlatego posługuje się takimi wyrazami jak asystent, adept, aspekty, absolutyzm, w końcu nawet oksymoron. To są przykłady z pierwszego rozdziału. Możemy, proszę państwa, uczyć swoje dzieci znaczenia tych słów w czasie czytania tej książki. W ten sposób nasze dzieci dowiadują się, że takie wyrazy w ogóle istnieją, ba! Znają dalej ich znaczenie. Ale to nie wszystko. Pan Wojtyszko w bardzo piękny sposób pokazuje nam, że słowa mają różne znaczenie, nawet te, które są tak samo pisane.
Przykładowo możemy się tego dowiedzieć również już w pierwszym rozdziale na przykładzie słowa tusz. Nie będę zdradzała całej zagadki, a może komizmu sytuacji z tym tuszem, bo to był tusz, taki jak tusz do drukarki powiedzmy sobie i też tusz jako prysznic. Ale co z tego wyszło, kiedy został użyty w zaklęciu? Tego na razie nie chcę zdradzać. To właśnie piękne jest w tej książce, że ona uczy nas tylu ciekawych rzeczy i tak bardzo rozszerza horyzonty naszym dzieciom. Czytelniczka, która wspominała, że nie wszystko rozumiała, jednak się czegoś nauczyła. Postaci są tutaj bardzo zabawne, proszę państwa, bardzo ciekawie naszkicowane, pełne humoru i wdzięku. Imiona, pseudonimy nawet zapadają głęboko, głęboko gdzieś w nasze umysły. Czytałam tą książkę, jeszcze raz powiem bardzo dawno temu. A kiedy sama już zaczęłam pisać, wymyśliłam sobie, że jeden z moich bohaterów nie będzie nazywany nazwiskiem, tylko będzie nazywany inicjałem, pierwszą literą tego nazwiska.
Wydawało mi się to zabawne i znajome, ale nie dociekałam znajome skąd. Okazało się, że jest to znajome z „Sekretów róży", ponieważ tutaj mamy magistra S. Ba! Jednego z bohaterów książki, która jeszcze nie jest nawet ukończona. Powiedzmy sobie książki źle powiedziane, tekstu, nad którym pracuję, nosi nazwę Szepszczurenko. Gdzieś ten Szepszczurenko chodził mi po głowie przez wiele lat i ja go znalazłam, proszę państwa, może nie dosłownie, ale znalazłam go właśnie w „Sekrecie w różach", ponieważ mamy tutaj bohatera, który nosi nazwę Szczawiejko. Zbieżność tego dla mnie jest wręcz zabawna. A więc to gdzieś we mnie cały czas pączkowało. Ale to nie wszystko, proszę państwa, tu mamy przepiękne, tak jak powiedziałam już, cytaty, które możemy wykorzystywać dosłownie. Tytuł naszej dzisiejszej audycji „Sposób na wszystko" jest również cytatem z tej książki.
Początkowo chciałam nadać tytuł Trzy Golumy podłości, bo bardzo spodobały mi się. Spodobała mi się taka miara dla podłości Trzy Golumy. No, musicie państwo przyznać, że to już chyba jest sporo. Chciałam być nawet dzisiaj, proszę państwa, podła na pięć Golumów, ale się opamiętałam. Może to i dobrze. Pamiętajmy podłość mierzymy w Golumach. To jest bardzo niebezpieczne. Mamy tutaj, proszę państwa, jeszcze inne ciekawostki, a powiem może, póki pamiętam, bo potem mogę zapomnieć, że w książce przeszkadzało mi tylko jedno: błędy ortograficzne. No bo niestety w 1997 roku zmieniła się pisownia imiesłowów i takie wyrazy jak nieodkurzony, niezamoczony, niedokończony będziemy tu mieli pisane jeszcze rozdzielnie. A jak wiemy w tej chwili pisownia już dopuszcza pisownię łączną.
Także te słowa gdzieś tam się nam wbijają i nagle o! Cóż tu są za kwiatki? Ale to musimy pamiętać, że zmiany nastąpiły już po wydaniu tej książki. Opisane sytuacje przepiękne. Zacznijmy od naszych starań i naszych marzeń. I tu możemy z dziećmi mamy pole do, do rozmowy, do popisania się naszymi właśnie jakby mądrościami życiowymi. Nasze dzieci mają marzenia, czasem bardzo górnolotne, ale nie zawsze te marzenia mają pokrycie w ich talentach. I tutaj mamy taki właśnie przypadek studenta, który studiuje magię, proszę państwa, wiele lat. No, tam na początku podane jest siedem, potem czternaście, potem dwadzieścia i tak dalej, i tak dalej, bo nikt już nie liczy, ile lat asystent Drwenca czy student Drwenca jest studentem czarnej magii u wróżki Zdzichy, bo biedny asystent Drwenca, proszę państwa, zapomniał o tym, że to, że jakiś zawód jest atrakcyjny, to nie znaczy, że my musimy go uprawiać. Musimy posiadać do niego predyspozycje.
Musimy mieć talent, żeby móc dobrze, zgodnie z regułami tego zawodu, z niego po prostu Się wywiązywać. I ja tu państwu przeczytam cytat: "I tak asystent Drwęca, rozdarty pomiędzy zawodem, do którego zdecydowanie się nie nadawał, a atrakcjami, które ten fach gotował, stał się postacią tragiczną lub co najmniej smutną. Tragizm powiększało przekonanie delikwenta, że został stworzony do tej roboty, że jest to jego właściwe posłannictwo, a tylko jakiś ohydny, przypadkowy zbieg okoliczności, przekleństwo losu i pechowa gwiazda stają na przeszkodzie jego sukcesom." I tak się bardzo często zdarza. Ja na swojej drodze życiowej, proszę państwa, często spotykałam ludzi, którzy strasznie chcieli uprawiać pewne zawody, nie mając do nich żadnych predyspozycji. To tak, proszę państwa, jak ja bym chciała śpiewać. Powiedzmy sobie, może można, tylko we własnym domu. Czytając taką książkę, możemy dziecku zasygnalizować i myślę, że to będzie cenne dla niego, że w życiu trzeba wybierać sobie takie zajęcie, które sprawi nam przede wszystkim przyjemność, a my będziemy mogli je łatwo wykonywać. Bo jeżeli nie, to będzie, proszę państwa, tak, jak mówi pan Wojtyszko: "Dodawał bezczelność do ignorancji, zarozumiałość do niewiedzy, tępotę do uporu. I w ten sposób chciał być prawdziwym czarodziejem." Taka ignorancja i taka tępota w literaturze, proszę państwa, dzisiaj pojawia się coraz częściej. Ja muszę powiedzieć, że z takim trochę przerażeniem sięgam czasem po współczesną literaturę dla dorosłych, ponieważ oprócz krwawych i to tych najkrwawszych już morderstw, kryminałów, jakie tylko można sobie wyobrazić, możemy spotkać w niej również bardzo nieciekawe i trochę wulgarne erotyki.
To jest właśnie ta praca bez predyspozycji. Tam, gdzie brakuje talentu, tam gdzie brakuje pomysłu. A czytelnik, proszę państwa, dostał książkę. Jest pewny, że dostał dobre dzieło i czyta to z przekonaniem, że to jest odpowiednie i wartościowe. A co mówi o takich wartościach Wojtyszko? O wierze w ludzi pisze tak: "Ludzie są z natury dobrzy i można ich cierpliwą perswazją oraz odpowiednimi upomnieniami znacznie udoskonalić." Trzeba tylko popracować i stworzyć dzieło, które będzie interesujące i wartościowe. Dobierajmy więc odpowiednie lektury, żeby nie było tak, jak w „Sekrecie wróżki" pisze Maciej Wojtyszko: "Tak się już składa i w życiu, i w bajkach, że nie wiadomo skąd pojawiają się rozmaici łajdacy i czyhają na błędy naiwnych, łatwowiernych głuptasków." Nie bądźmy głuptaskami. Wybierajmy dla swoich dzieci przede wszystkim te książki, które niosą z sobą przekaz, które mogą wzbogacić ich słownictwo, które nie tylko bawią, nie tylko cieszą, ale również w bardzo mądry, przystępny sposób uczą. To jest bardzo ważna rzecz, żeby nasze dzieci poznawały dzięki książkom piękno świata. A na zakończenie naszej audycji chciałam jeszcze państwu powiedzieć, że na podstawie książki „Sekret wróżki" powstał również spektakl teatralny.
Właściwie można powiedzieć prawie musical, bo w książce znajduje się dużo zabawnych, bardzo melodyjnych wierszyków, które zostały przerobione na piosenki wpadające w ucho, łatwo zapamiętywane. Powstała też płyta, została nagrana płyta z tym spektaklem i przez pewien czas cieszyła się dużym powodzeniem. Ja na koniec chciałam państwu przeczytać jedną z piosenek w formie oczywiście wiersza, która znajduje się na samym już końcu książki. „Noc ciemne kładzie okulary, żeby jej cienie nie poznały. Morze nie krzyczy, ale szumi do otaczającej wodę skały. Sekrety ma kurtyna stara i nie wyskrzypi ich od razu. Liść coś ukrywa wobec drzewa i nie o wszystkim słowik śpiewa. Troszeczkę tajemnicy pozostawmy bajce. Nie wszystko musi być na ekranie. Popatrzmy przez zasłony, popatrzmy przez palce.
Nie mówmy, co jeszcze się stanie. Zatajmy jakąś sprawę. Schowajmy się w kąty. Nie każdy musi całość zobaczyć. Troszeczkę tajemnicy pozostawmy bajce. Nie wolno do końca tłumaczyć." I myślę, że to jest bardzo dobra puenta zarówno książki, jak i naszej dzisiejszej audycji. Bardzo się cieszę, że mogłam jeszcze raz przeczytać „Sekret wróżki". Bardzo się cieszę, że poznałam po raz kolejny jej mądrości. Życzyłabym, żeby w nasze ręce i w ręce naszych dzieci wpadały zawsze tak mądre i ciekawe pozycje. Życzę państwu miłego wieczoru.
Audycję przygotowała Krystyna Śmigielska. Do usłyszenia.
[05:28:46] - To teraz dla rozluźnienia atmosfery Bruno Kadyna. Bruno Kadyna to jest facet, który nie tylko świetnie pisze, ale lubi takie klimaty, nazwijmy to barowe, co uważam, jest dużą zaletą tego autora. Dzisiaj posłuchamy sobie takich klimatów barowych. Panowie w tej audycji pozornie mówią o takich sprawach bardzo nieliterackich, a w każdym razie nieliterackich do końca. A jednak jak sobie państwo przemyślicie te dialogi, te historie, które są tam opowiadane, to ja nie chcę nic mówić, ale moim zdaniem to czasami są gotowe scenariusze. Posłuchajmy zatem.
[05:29:33] - Wywody Bruno Kadyny bez zbędnej spiny.
[05:29:46] - Zapraszam na nagranie rozmowy w pewnej knajpie z bardzo ciekawymi ludźmi, którzy woleli zostać anonimowi. Rozmowa bez żadnego scenariusza, oparta na alkoholu i wspomnieniach. Będzie się odzywał co jakiś czas mój synek. Tam, gdzie padają przekleństwa i ksywki. Zapraszam.
[05:30:10] - Wiesz, że ja to miejsce otwierałem? Ja tutaj bywałem, ja z Gdyni jestem. Ja się wyprowadziłem do Warszawy ponad 20 lat temu. Ja pamiętam, jak mnie kiedyś tu przyprowadziłeś, bo mieliśmy kiedyś razem knajpę otworzyć. Już mieliśmy prawie wynajętą na ulicy Podjazd.
[05:30:28] - W Sopocie.
[05:30:29] - Tak, ale jakoś się nie dogadaliśmy z tym gościem. W końcu nam nie wynajął. Ale był zdeterminowany, żeby knajpę otworzyć.
[05:30:38] - To sobie też musisz przypomnieć. Nie pamiętam.
[05:30:40] - Był dumny z tego.
[05:30:41] - Pamiętam, jak koleś do mnie mówi: „Chodź, pokażę ci, gdzie wynająłem miejsce”. I mnie tu przyprowadził. I tu był taki syf, gruz. Już zaczęliście coś robić. Wynosiliście stąd gruz jakiś czy coś w tym stylu.
[05:30:53] - Który to był rok?
[05:30:54] - Ze 20 lat temu.
[05:30:56] - To był rok 1997.
[05:30:58] - To grubiej.
[05:31:00] - Tu nie było wejścia, tu nie było przejścia. Tutaj masz takie belki stalowe. To są miejsca, które wykłuliśmy, ściany nośne. Tu masz belkę, tam jest nad wejściem belka nośna.
[05:31:09] - Tam było wejście normalnie?
[05:31:11] - Tak, z piwnicy. Tu masz, zobacz, jak najlepiej wykłócić. Jest siedem miejsc, gdzie ściany nośne zlikwidowaliśmy. Obniżyliśmy tę podłogę proszę o pół metra.
[05:31:17] - I stamtąd gruz żeście wynosili.
[05:31:18] - Tak, ale nie. Tutaj przez to okno od wojny było otwarte się wsypywał piach-
[05:31:24] - Węgiel.
[05:31:25] - Z podwórka, liście i błoto. I tyle. Od tego okna starego szło tak tutaj dotąd mniej więcej i tu było przejście takie wąskie i nogi szczure na to wejść, a tam wszystko było zasypane węglem, który leżał tam od chyba 1938 roku. Po pas. A tu w tej kanciapie były deski pogniłe ze strzelami po sufit.
[05:31:46] - Słuchaj, ale jak ja tu przychodziłem, to ja byłem w wieku tych panienek. No nie, może trochę starszy.
[05:31:54] - Nie no, starszy byłeś.
[05:31:55] - Ile miałem się lat?
[05:31:57] - Miałeś 26 lat.
[05:32:00] - 26 lat. Rozumiesz? To tu się wymieniło pokolenie. Kumasz? To jest cały czas hit.
[05:32:08] - Córka tu miała 18.
[05:32:12] - Ja tu przyłażę już prawie od 20. Przecież.
[05:32:15] - No tak. Byłeś jednym z pierwszych, którzy mówili, że ta knajpa tu będzie.
[05:32:19] - Tam była zebra.
[05:32:20] - To, że my się nie spotkaliśmy, Boże.
[05:32:22] - Bo rzadko przychodził.
[05:32:24] - Wiesz co, ja przychodziłem, bo ja pracowałem tam na bramce. Pracowałem w nocy. Ja tu często w nocy przyświateł dałem. Tam siedziałem. Właśnie można było palić. Tam był vip room.
[05:32:32] - No taki vip room.
[05:32:33] - No!
[05:32:34] - No fajnie było tam.
[05:32:35] - Wielkie czarne. Słuchajcie, z miastem byłem w sobotę w nowo otwartej knajpie, tam, gdzie otworzyłem Dom. Przez drugi pub na Władysława IV. Gościu otworzył knajpę, nazywa się Hekigu i powiem wam, że wszedłem i grubo.
[05:32:49] - Władka?
[05:32:50] - Tak, Władka. Masz stary bar, to jest żuchwa.
[05:32:52] - Ale gdzie? W Sopocie czy w Gdyni?
[05:32:54] - W Gdyni.
[05:32:54] - W Gdyni na Władysława IV.
[05:32:55] - Władysława IV. Skręconego z Czarnym i z Teyowskiej.
[05:32:57] - Okej.
[05:32:58] - Ale pod ziemią. Też się wchodzi od tyłu. Na górze jest włoska restauracja.
[05:33:04] - Nie ma żadnego szyldu, nic?
[05:33:06] - Nie.
[05:33:06] - Ale to coś na taki undergroundowy taki klub czy co?
[05:33:10] - No pub, po prostu fajnie zrobiony pub. Masz bar zrobiony z żucha. Cały żuch jest wystawiony. Wygląda to przedziwnie. Z drugiej strony w innym pomieszczeniu masz-
[05:33:19] - A znasz gości?
[05:33:20] - Nie. Poznałem teraz. Miłe chłopaki.
[05:33:25] - Młodzież?
[05:33:25] - Nie no, tacy 28-35. Ale świetnie, zajebiście zrobione. W wielu krajach w Polsce widuje na przykład siedzenia ze SKM-em.
[05:33:36] - No.
[05:33:37] - Ale zawsze jest jakoś tak zrobione. A tu masz odtworzone, nówkę zrobioną te siedzenia. Ta pisarka była taka bordowa. Masz okna prawdziwe z tych pociągów. Całe te boczki, to drewno, ta sklejka jest idealnie identyczna, jak była w tamtych czasach. Wszystko. Na górze są te mocowania, takie półki na rzeczy. I to wszystko jest zrobione tak. Stoliki z boku te otwierane. Po prostu jest idealnie jak w pociągu.
[05:34:02] - Serio?
[05:34:03] - Z drugiej strony na ścianie jest mapka. Wchodzisz do kibla i też robisz takie „wow”. Naprawdę fajna miejscówka. Nie wiem, czy-
[05:34:11] - To konkurencja.
[05:34:12] - Ciekawe jaką knajpą się inspirowali. Ciekawe jaką knajpą się inspirowali.
[05:34:19] - Wiadomo.
[05:34:20] - Wiesz co, nie da się zrobić czegoś super oryginalnego. Knajpy to obóz koncentracyjny, wiesz. Tam są, gdzieś tam w Rosji taki jest. Gułag.
[05:34:34] - Gułag. Widziałem jakiś film na Discovery na temat tego i to stało jakimś powodzeniem duże się cieszy.
[05:34:46] - Być może. W Gdyni się otworzyło tak. Teraz jak to ruszy Ruszyły na raz trzy nowe puby.
[05:34:53] - W Gdyni to się w ogóle... Wyjechałem z garażu samochodem, bo ja na Batorego mieszkałem i od razu na 10 Lutego i w prawo pojechałem do Gdańska, do Jotelera, gdzie jest to gdańskie Jaguara. I pomyślałem sobie, że nie sądziłem, że jeszcze będę miał taką akcję, że będę do pracy jechał w Trójmieście. To mega uczucie, że wróciłem do swojego miasta, żeby jechać do pracy. Nawet na chwilę. To na chwilę jest super.
[05:35:30] - Dobrze, że jesteś. Słuchaj, bo wyświetlił mi się człowiek, który był moim klientem, jak pracowałem w Warszawie. Diler z banku, naprawdę ciekawa postać i szanowana i bardzo zabawna. I on do mnie pisze dzisiaj rano: „Cześć, słuchaj, byłem u fryzjera”, a ja nie gadałem z nim od trzech, czterech lat, pisząc do siebie, a osobiście się nie widziałem może z 10 lat. Ale w życiu widziałem może z 20 razy. Zawsze było takie korporacyjne picie, imprezy. I on do mnie pisze tak: „Byłem w Sulejówku u fryzjera. Poszło źle. Powiedz mi, czy w Gdyni jest jakiś dobry barber? I gdzie się kupuje dobre wino?” Mówię: naćpał się i od Sulejówku barber Gdynia.
Więc mu piszę: „Jesteś w Gdyni?” On przez rok siedział i pracował z domu zdalnie i tak zdziczał, że żona wzięła go za szmaty i go przywiozła do Mechelinek. Jakieś mieszkanie wynajęli i siedzieli tak trzy, cztery tygodnie.
[05:36:33] - Pięknie, fajnie.
[05:36:34] - I siedzi teraz nad morzem, je rybę z frytkami i rzuca kamieniami do wody i jest szczęśliwy. Mam nadzieję z nim spotkać. Może byśmy się spotkali, bo to sami ciekawi ludzie, którzy niekoniecznie wszyscy znają. Cholernie ciekawa postać i mają za dużo do opowiedzenia. I tyle.
[05:36:51] - Gdynia przyciąga. To jest niesamowite.
[05:36:54] - Jak gdzieś w Warszawie czy gdzieś byłem, to jak mówiłem, skąd jestem, że Gdynia to każdy: „Gdynia”.
[05:37:02] - Byłem w Gdyni 10 lat temu albo 20, jak byłem dzieckiem.
[05:37:07] - Chyba że są z Gdańska, wtedy mówią coś zupełnie innego.
[05:37:09] - Ja wiem, ale jakoś radzę sobie z tym.
[05:37:13] - Każdy, kto tu przyjeżdża, zauważył taki odlot z Gdyni od dłuższego czasu, te trzy, cztery lata, kiedy to było popularne. Modne miejsce dla ludzi, wydaje mi się przyjemniejszych dla nas jako autochtonów niż ci, którzy przyjeżdżają z Sopotu.
[05:37:28] - Ale wiesz co? Ja tak obserwuję, że trochę zwolniła ta Gdynia. Daleki jestem od wizytowania Gdańska, ale mnie żona zaciągnęła, żeby pójść zobaczyć na spacer. Dla mnie Gdańsk to była Długa do Motławy i powrót. I to wszystko. A okazało się, że za tym mostkiem się całe miasto zbudowało. I to naprawdę niezłe.
[05:37:54] - Z tej Motławy pływałem. Ta wyspa spichrzów.
[05:37:58] - To jest wyпас.
[05:38:00] - To jest prawda. Jak płyniesz łódką od strony morza i wpływasz wieczorem do Gdańska, to jakbyś nie wiedział, gdzie jesteś. Zupełnie odwrotne wrażenie robią te wraki wsypujący się syf dookoła, jak się wcześniej pływa. A jak się wpływa i się ten Gdańsk pojawia, to tak mówisz: ja pierdzielę, Amsterdam, Londyn. Ciężko ocenić, co to jest.
[05:38:25] - To jest duża zmiana. Natomiast Gdynia poza tym, że te domy się tam zbudowały.
[05:38:34] - Są marne te domy.
[05:38:36] - One mi się podobają.
[05:38:37] - Na takie miejsce.
[05:38:41] - Chyba jakieś fajne pieniądze tamto kurde zamek, ale nie o tym chciałem mówić. Świętojańska to jest coś, z czym właściwie nie wiadomo, jak to traktować. Co jestem, nie jestem za często, ale co jestem, to wszystkie sklepy są wymienione poza trzema, które chyba są zawsze. Cały czas się zmieniają. Nie ma pomysłu na tą Świętojańską.
[05:39:06] - Przez to, że są drogie bardzo.
[05:39:07] - Nie. Nie ma pomysłu na tą Świętojańską. A wiecie co zrobiłem? Przypomniało mi się. Załadowałem na Świętojańską, jak robiłem to przez 40 lat swojego życia. Ktoś mi mruga z przeciwka, ale nie jadą moim pasem.
[05:39:28] - A ktoś ci wjechał pod prąd.
[05:39:30] - A jestem, mówi: ty pod prąd jedziesz, nie? Ja mówię: ja. A potem sobie skojarzyłem, że jakaś babka mi mówiła, że właśnie się trochę uspokoiło z ruchem.
[05:39:39] - Do początku nawet mi się podoba.
[05:39:41] - Nie, ale jest okej, ja nie mam z tym watpi.
[05:39:43] - To jest kwestia przyzwyczajenia.
[05:39:44] - Dokładnie. Ale załadowałem pod prąd.
[05:39:47] - Ja nie raz widzę, jak jadę, bo często jadę do Azji po żarcie i często ktoś jedzie. A tam zakaz wjazdu. Zawsze jak ktoś jedzie, to zawsze ktoś, zdarzy mi się, ale też raz zdarzyło. Po prostu ktoś jedzie i wyjeżdża mu na czołówkę, kurde, jedna i długa lina. Każdy zwalnia, czy rowerzyści, czy w poprzek. To jest tematy edukacyjne według mnie. Ludzie już wiedzą, ale też ich ratuje, bo na Świętojańskiej stary prawie dzień w dzień o jakiejś godzinie stoją gliniarze.
[05:40:13] - Oni wiedzą!
[05:40:14] - I po prostu czekają. I każdy, kto wali pod prąd, dostaje przez pierwsze trzy miesiące nie lepiej mandatów.
[05:40:21] - A to już tyle trwa?
[05:40:23] - Już z pół roku.
[05:40:23] - Ale ja tak rzadko. Fajne mówić: jedziesz pod prąd.
[05:40:30] - Nie, nie jedziesz pod prąd. Absolutnie nie.
[05:40:32] - No jak nie?
[05:40:33] - To jest pas do ruchów w dół. Ale tym pasem może poruszać się tylko policja, frajtki, rowerzyści, deskorolkarze i tak dalej.
[05:40:41] - Czyli on musi być wolny.
[05:40:44] - Wszyscy jadą prawym pasem. Ten pas jest w dół, ale tylko dla służb miejskich, komunikacji miejskiej, rowerzystów i innych użytkowników.
[05:40:52] - Jak ktoś ci zajeżdża to robi poważne wykroczenie, bo ty możesz być uprzywilejowany. On nie musi tego wiedzieć.
[05:40:59] - Zwłaszcza jak musisz jechać na pół do nocę.
[05:41:00] - Ale musisz jechać jak uprzywilejowany.
[05:41:02] - To przyjeżdżasz na sygnale.
[05:41:04] - Musisz mieć albo mieć-
[05:41:06] - Z naszego kochanego rządu pisowskiego.
[05:41:09] - A nie jesteś uprzywilejowany.
[05:41:10] - Ale na motocyklu?
[05:41:11] - Też nie możesz.
[05:41:12] - Też nie możesz.
[05:41:14] - Motor nie?
[05:41:14] - Też nie.
[05:41:15] - A to bez sensu.
[05:41:16] - Nie, to nie bez sensu.
[05:41:18] - Rower może.
[05:41:19] - Może, bo jest bezpieczny.
[05:41:20] - A elektryczny samochód?
[05:41:21] - Nie, nie może. Słuchaj, nie jest bez sensu, dlatego że gdy mierzą traffic, zrobili 30 na godzinę na Świętojańskiej i faktycznie ludzie jeżdżą 30 na godzinę. To też zaraz jest fajniejsze, bo temu jakaś ściema, trzeba jeździć dookoła, objechać. Ale wcześniej jechałeś w jedną stronę i wziąłeś miejsce zaparkowania po drugiej, to zanim zawróciłeś, bo masz wszędzie-
[05:41:39] - Było zajęte.
[05:41:39] - Parkowanie jest lepiej. Podwójna ciągła, jak człowiek zgodnie z przepisami, to już takiego miejsca nie ma. A teraz nie ma podwójnej ciągłej, nie ma nic. Więc teraz jak jedziesz i widzisz po lewej stronie wolne miejsce, to możesz wrzucić kierunkowskaz i sobie pod ten dom zaparkować. Sto razy łatwiej się parkuje niż się parkowało. Jest fajnie, bo Basie z góry nagle siedzieli rowerzyści, zjadali po chodniku, a teraz jadą sobie kurczę w dół na rowerach. Koledzy z lasu se gadają. Niby nie wolno. Kolesia z rolkach jadą w dół Świętojańską po przeciwnej stronie niż samochody. Niby to nie jest dla nich, ale fajnie se jedziesz.
Wiesz, jedziesz te trzydzieści kilometrów. Fajnie. Mi się to podoba.
[05:42:15] - Nie, jest okej na Wierzbie.
[05:42:17] - No i kwestia, też na początku myślałem, też sobie mówię: „A słabo”, ale z parkowaniem tak jest, jak mówisz. Szczególnie pod Azją.
[05:42:26] - Wiesz, w Gdyni ludzie spróbują z parkowaniem. Wiesz, że w Gdyni jest takie lobby rowerowo jakieś takie ekologiczne, że likwidują wszystkie możliwe miejsca parkingowe.
[05:42:35] - Woźą ci na masyciwie.
[05:42:36] - Nie, ale wiesz, tacy ludzie z prawdą objawioną. Gadasz z nimi na internecie, wiesz, na Facebooku i oni ci używają argumentów, że na przykład zlikwidowali parę parkingów, mówi, że: „A w Amsterdamie też na parkingu". Albo: „Ludzie, przesiądźcie się na rowery". Jak napiszesz mu: „Weźmy tą z mojej mamie, która chodzi o kulach, albo jeździ wózkiem. To mama możesz podwieźć, zostawić. Wiesz, na przykład zrobili stary parking na końcu skweru Kościuszki. Nie ma parkingu.
[05:43:02] - I skweru, i za teatrem. I nic tam nie ma.
[05:43:06] - Czemu oni zlikwidowali ten parking?
[05:43:07] - No zlikwidowali, bo tam jest teraz strefa kurczę relaksu.
[05:43:10] - Ale nikt się tam nie relaksuje, bo to jest chłam.
[05:43:12] - To wygląda jak kupa pospolita.
[05:43:14] - I nikogo tam nie ma.
[05:43:15] - I nikogo tam nie ma.
[05:43:17] - W takim miejscu trzeba było zrobić tak: zlikwidować połowę miejsc parkingowych, skoro tak chcieli, żeby było mniej.
[05:43:22] - Czy możemy skorzystać z łazienki?
[05:43:24] - Oczywiście. A coś nie jest w porządku?
[05:43:28] - Nie, bo my się tu nieco czujemy swoją, bo tak trochę to jest. Bo jednak dla mnie to jest nietręczne. Nie, naprawdę.
[05:43:38] - Trochę się postarzał.
[05:43:43] - Ale nie w środku. Starzejemy się na zewnątrz dużo szybciej niż w środku. W środku to wiesz. W środku to się tylko doświadczenia nabiera. To ciało gubi się trochę.
[05:43:56] - Mówimy właśnie, że nic się nie zmieniłeś.
[05:44:00] - Jo jo.
[05:44:03] - Ale nie, ale nie.
[05:44:03] - Przypomniałem się.
[05:44:04] - Jak się ma nową psychę, to też się trochę wolniej starzeje.
[05:44:07] - No ja raczej.
[05:44:08] - No coś mi się nie zmienił.
[05:44:10] - Pamiętasz takiego gościa, który powtarzał cały czas: „Myśleć trzeba"?
[05:44:14] - Jo, pamiętam. Ten, co łubudę przemalowywaliśmy.
[05:44:17] - Tak.
[05:44:17] - Jaką łubudę? No mówcie, mówcie.
[05:44:20] - Przemalowaliśmy gościowi.
[05:44:21] - To się nagrywa. Mówimy, bo to jest akcja wandalizmu.
[05:44:23] - Ale to było trzydzieści lat temu. To była bardzo poważna akcja, a mianowicie jak się schodziło na bulwar, to po lewej stronie była buda z frytkami. Kojarzysz? Na bulwarze. I tam buda z frytkami. I tam był gość, który te frytki sprzedawał. I on cały czas-
[05:44:38] - Taki obleśny grubas.
[05:44:39] - Taki był niemiły generalnie i on cały czas powtarzał: „Myśleć trzeba, myśleć trzeba". I ten. I ja chyba nie wytrzymał. Mówię: „Musimy coś zrobić".
[05:44:51] - Nie mówisz dlaczego to chcieliśmy zrobić? Bo ten koleś nas okradł.
[05:44:55] - A to tego nie pamiętam. Mów.
[05:44:57] - My robiliśmy takie, wiesz, coś nas wzięło. Mieliśmy po dwadzieścia lat i to w ogóle pozwalalo poznać bardzo fajne laski, bo zaczęliśmy robić pokazy mody przed sklepami. Batycki. Najpierw Batyckiego nie wypracowałem. Batycki. Jakieś dziewczyny, my z Akselowi wypracowaliśmy. Mówimy: „Dziewczyny załatwimy. Pan ma te skóry nowe, to stoimy przy ulicy, wystawimy, wychodzimy. Taki pokaz mody zrobimy".
[05:45:16] - My byliśmy pierwsi, wiesz, pokazy mody w Gdyni. Modelami byliśmy.
[05:45:21] - Było tak, chłopie, że tam na Świętojańskiej się korki robiły, bo ludzie stary, tłum, żeby nas oglądać. I my jako małolaci, wiesz, małolaci palący trawę, pijący piwo, wiesz, rock'n'roll, kurde, Janis Joplin. Stwierdziliśmy z taką laską, która właśnie otworzyła restaurację na Świętojańskiej dwa tygodnie temu-
[05:45:39] - Pokażę zaraz to
[05:45:40] - ... że będziemy robić to, wiesz, jakiś Adidas się otworzył. My szliśmy, wiesz. No i nam płacili. Płacili nam, to było trzydzieści lat temu. Płacili nam z pięćset złotych.
[05:45:48] - Poważne pieniądze tam szły.
[05:45:50] - To wiesz, to było tyle co dwie wypłaty takie, wiesz, kogoś, kto pracował w okienku na poczcie czy gdzieś. I my impreza. I poszliśmy, znaleźliśmy chyba jakiś banknot dwieście złotych albo dwa miliony czy coś takiego. Poszliśmy do tej smażalni. Daliśmy kolesiowi te pieniądze za żarcie, oranżadę i piwo chyba. I on nam wydał nie jak z łubanieg, tylko z dwustu tysięcy. I mówimy: „Ale my wam daliśmy". „No, gnoju, gówniarzu, coś tam", wiesz, „Myśleć trzeba", no nie? Wiesz, my się małolaci, ale no kurde, wiesz, gościu się wali, no nie? I w końcu się przyznał.
„Dobra, to oddam wam. Dobra, to macie. Tylko pamiętajcie: myśleć trzeba". Wiesz, taka chamówa. Myślał, że nas nastraszy, wiesz.
[05:46:31] - Zobacz.
[05:46:32] - Przepocony.
[05:46:33] - Jak to się robi, że te zdjęcia są?
[05:46:35] - Widzisz ten twój telefon, to jest jakiś szajs.
[05:46:37] - Zobacz.
[05:46:38] - A to jesteśmy. Ale nie, to jesteśmy przed sklepem po prostu stoimy.
[05:46:42] - Batyckiego. Ale poczekaj, ja tu mam więcej tych zdjęć.
[05:46:44] - To też my, jak pracowaliśmy.
[05:46:46] - Kaszu pyna, kurde.
[05:46:49] - Nie wiem, co ja mam z tymi włoskami, kurde. Szczerze mówiąc, wisiałem.
[05:46:54] - A to my. I ty siedzisz tak samo. Jak siedziałeś, tak ty siedzisz.
[05:46:57] - Jak mam siedzieć?
[05:46:58] - A tu patrz, jaką miałem tareczkę. To były czasy. I akcja! Wpadliśmy na pomysł, że mu tę budę przemalujemy. I była większa ekipa. Zebraliśmy się, mieliśmy ludzi na czatach. Wzięliśmy farbę olejną i całą budę przemalowaliśmy białą farbą. „Myśleć trzeba”.
[05:47:28] - Pamiętacie film, który nas zainspirował? Być może podświadomie wzięliśmy z niego pomysł. Pamiętacie „Żywot Briana” Monty Pythona?
[05:47:34] - No.
[05:47:35] - Tam koleś w nocy pisze coś: „Rzymianie, idźcie do domu. Wróćcie do domu”. Wyrywa go jakiś centurion z żołnierzami. „Co to jest napisane?” On: „Rzymianie”. Ten mówi: „Rzymianu”. Skreśla. Mówi: „Ma być napisane tak” i trzyma go. „Tutaj poprawię. To są błędy”. Odmienia mu to.
Mówi: „To jest liczba pojedyncza. A teraz weź farbę i pomaluj to tysiąc razy”. I koleś jest następnego ranka, całe forum takie ma napisane: „Rzymianie, wróćcie do domu”. Zrobiliśmy to samo. Mieliśmy szablony z napisem: „Myśleć trzeba” ze świnią taką tłustą.
[05:48:11] - Gościowi jeszcze chodnik przed jego budą. Event był genialny. W nocy to robiliśmy, o drugiej.
[05:48:19] - Pamiętam, jak byliśmy w wannie z rozpuszczalnikiem. Było fajnie, bo były z nami zawsze fajne laski i się spędzało fajnie czas. I znaliśmy najfajniejsze dupy w mieście.
[05:48:28] - Wiadomix.
[05:48:31] - Taka sobie historia.
[05:48:32] - Mnóstwo wspomnień takich właśnie. Jeszcze jak Gdynia była mocno komunistyczna.
[05:48:38] - Gdynia była zawsze fajna, ale teraz jest masa vibesów. Gdynia stała się tak fajnym miastem, że wieczorem jak wyjdziesz, teraz wszystko zamknięte, ale ogródki już są czynne. Jesteśmy na miesiąc. Ale zaraz będzie cieplej.
[05:48:50] - Ale dobrze! Zajebiście. Fajnie.
[05:48:54] - A jak tu otwieraliście? Jak to było, jak te pierwsze lata?
[05:49:00] - To było szaleństwo.
[05:49:01] - Ja tutaj mieszkałem.
[05:49:05] - My sobie nie zdawaliśmy sprawy z tego, co ci mówiłem. My to wygłuszyliśmy. I wyszło na to, że w zasadzie muzy to nie słyszy. Jak ktoś mieszka w tym kamienicy, to słyszy, ale na ulicy mniej. Ale nie pomyśleliśmy o tym, że nie jest problemem muzyka grająca w środku, a tu naprawdę potrafimy dowalić. Teraz mamy te głośniki takie, że jak łupniesz, to jeszcze butelki trzeba kleić. Ludzie stojący na zewnątrz. Rozumiesz? A tu przez pierwsze dwa czy trzy lata była sytuacja tego typu, że był taki tłum, że na zewnątrz stało jeszcze 50 osób. Tam była impreza.
Jeżeli koleś furami busa otwiera, muza, na zewnątrz tłum. Ja się nie dziwię tym ludziom, że oni nas nie lubili.
[05:49:47] - Jezu, ile ja mam wspomnień stąd.
[05:49:49] - Teraz walczymy z tym. Stąd ta budówka przecież. Barany teraz jak wychodzą w kawalerkach.
[05:49:55] - Miejsce na ogródek jest fajne.
[05:49:57] - Jest zajebiste. Zresztą Iwona z Jackiem mi mówią cały czas: „Chcesz zrobić ogródek? Już. Jak wejdziesz, za nic. Jest twoje. Ruch”.
[05:50:03] - Ale sąsiedzi się zawrócą.
[05:50:06] - Tu masz bloki dookoła.
[05:50:07] - Tu jest tak, przy tych blokach jak jest w nocy cisza, mówisz szeptem i ludzie słyszą. Tu się niesie, to jest takie akustyczne miejsce.
[05:50:17] - Klucze spadną na glebę. Tutaj to słychać na ulicy od odwrotu.
[05:50:22] - To jest takie miejsce.
[05:50:24] - Jest dokładnie tak samo.
[05:50:26] - Tu prawo jazdy straciłem.
[05:50:30] - Może coś przyprawiasz.
[05:50:32] - W budzie. Pamiętasz taki klub muzyczny Rock Buda na plaży?
[05:50:37] - Pamiętam.
[05:50:39] - Ja tam bywałem często, bo rockowo się trochę udzielałem. Ale jako menadżer, nie jako muzyk. Wytrzasnąłem dwa browary mocne, pamiętam, i wsiadłem w samochód. Wjechałem na Świętojańską i ze Świętojańskiej skręcałem w lewo. Jaka to ulica jest? Tutaj, przy co Lewis był.
[05:51:00] - Kilińskiego.
[05:51:00] - Kilińskiego w lewo. W prawo, bo tu mieszkał taki kumpel, u którego śpiałem. Kierunkowskazu nie wiesz. Weszły te dwa browary, ja kierunkowskazu nie wrzuciłem.
[05:51:17] - Ale wiesz, czym fajnie jest kupić samochód. Przecież niewini też się z tobą zderzają.
[05:51:21] - Ale co to za miejsce?
[05:51:23] - 0,38. Podjechałem, zaparkowałem, głowę robię, a policja. 0,38.
[05:51:34] - Czy pamiętacie państwo audycję, jeszcze w starym Bibliotekarium, audycję z Igorem Frenderem? To były wakacje zeszłego roku. Wówczas audycja dotyczyła kryminałów, takich retro kryminałów, ale nie bardzo retro, bo dziejących się w latach 80. ubiegłego wieku, czyli za schyłkowego PRL-u. Igor Frender takie kryminały pisuje. Od tego czasu chyba, o ile dobrze śledzę jego Facebooka, ukazała się kolejna książka, która tam w audycji była dopiero sygnalizowana, ale już jest. Natomiast ja pragnę państwa zaprosić na audycję Krystyny Śmigielskiej. Tak, drugie wejście Krystyny Śmigielskiej, którą pozdrawiamy. Na audycję Krystyny Śmigielskiej, która nosi tytuł „Nie wiem, co to poezja”. To jest cykl audycji, który w Bóg Radio państwo znajdziecie.
I to jest również spotkanie z Igorem Frendelem, bo można mieć dwa oblicza. Jedno właśnie takie, nazwijmy to, kryminalne, chociaż wiem, że nie tak powinno brzmieć. W każdym razie oblicze twórcy kryminałów to może bardziej poprawnie. A z drugiej strony można mieć oblicze poety. Właściwie o obu tych obliczach w audycji państwo usłyszycie, ale bardziej o tym poetyckim oczywiście. Zapraszam.
[05:53:19] - "Nie wiem, co to poezja". Dobry wieczór. Dzisiejszy program poświęcimy przedstawieniu państwu sylwetki i twórczości pisarza, poety, filmowca i nauczyciela. Pan Igor Frender Wojciechowski z wykształcenia jest animatorem społeczno-kulturalnym, z zamiłowania aktywistą i promotorem kultury niezależnej. W swoim dorobku wydawniczym posiada sześć pozycji, z czego "Mordercza proteza", "Czarna jatka" i "Rozwidlenie" to powieści, "Szorstki split" zbiór opowiadań oraz dwa zbiory wierszy: "Wiersz szydło" i "Idziemy, jest stromo". Pasjonat literatury B oraz kina klasy C. Oprócz artystycznych uzdolnień nasz gość legitymuje się również tytułem doktora nauk medycznych. Dobry wieczór, panie Igorze. Miło mi pana gościć w programie "Nie wiem, co to poezja".
[05:54:29] - Dobry wieczór. Witam serdecznie.
[05:54:31] - Klasa B i klasa C to, przyzna pan, dziwne zestawienie. Dlaczego sięga pan tak nisko, a nie sięga po najlepsze wzory?
[05:54:41] - Właśnie tutaj troszeczkę jest to taka przekora, ta klasa B i C, ponieważ jestem już dorosłym człowiekiem i jak byłem młodszy, to raczej wszystko mi narzucono. Są takie oficjalne media, gdzie jednak to się nazywa klasą A, prawda? Czyli ta cała twórczość tych autorów jest ogólnie dostępna, możemy ją przeczytać i raczej wybieramy z rzeczy już wybranych. Po prostu ktoś za mnie to wybiera i to mi kładzie na tacy. Ja to biorę i czytam. Natomiast z wiekiem zacząłem poznawać troszeczkę życie. Może nie z wiekiem, bo już w wieku 18 lat. I też pomogło mi w tym środowisko, bo trafiłem do takiego środowiska, gdzie ludzie raczej unikali tego oficjalnego nurtu i raczej zagłębiali się w nurcie nieoficjalnym, gdzie naprawdę trzeba było poszukać pewnych rzeczy, żeby je zdobyć. Odkrywaliśmy różnego rodzaju sztukę w ten sposób, literaturę także, ale przede wszystkim też kino. Bo wiemy, kino oficjalne, dzisiaj jeszcze bardziej chyba to jest narzucone, bo mamy różnego rodzaju platformy, gdzie możemy włączyć filmy, ale nie włączymy filmów, które tak naprawdę chcemy.
Znaczy ja bym chciał. Czyli dotarcie do jakiegoś kina, takiego niszowego, polskiego jest niezmiernie trudne. Jest utrudnione, powiem nawet w ten sposób. Dlatego świadomie wybieram rzeczy spoza nurtu i można powiedzieć, że ta klasa B to tak troszeczkę jest z przekory, bo to nie jest w gruncie rzeczy klasa B, bo ta klasa B w większości, w dużym stopniu nawet przewyższa tę klasę A. Mamy taką telewizję, kiedyś istniała jak MTV i też był wybór muzyki 10 piosenek i z tych 10 piosenek mogliśmy wybrać najlepszą. Nie chodzi tutaj o to, tylko poza tą stacją, poza różnymi stacjami istnieje cała scena niezależna, czyli scena, gdzie ludzie wydają sobie sami książki, tworzą sztukę, robią spotkania autorskie poza oficjalnym nurtem. Takie coś odbywało się oczywiście też za komuny, czy z tych czasów komunistycznych, bo mieliśmy ten drugi obieg nieoficjalny i to cały czas tam. Powiedzmy nawet z tego, co pamiętam, Zbigniew Herbert wydał swoje wiersze w drugim obiegu. I wielu takich poetów znanych. Omijali wtedy ten oficjalny nurt.
Ale tu nie chodzi o politykę, tylko o to raczej, co jest narzucone przez różne stacje telewizyjne, oficjalne jakieś sklepy. Też wystarczy wejść do księgarni Empik. Co też książki, które ja chciałbym kupić, nie kupię w tej księgarni. Czyli omijam te oficjalne nurty. Dlatego ta klasa B to jest powiedzieć z przekorą, ale można powiedzieć, że klasa B i ta klasa C to jest w sumie ta cała scena niezależna, która istnieje właśnie poza obiegiem i w tej scenie niezależnej można się odnaleźć i też otworzyć na tą sztukę, którą naprawdę się lubi, bo z większości rzeczy to, co powiedziałem, mamy podane na tacy. Mamy to odbierać bezrefleksyjnie, sobie przeczytać jakąś książkę, bo jest akurat dosyć znana. I w ten sposób to polega. Dlatego tutaj to może niekoniecznie jest na obrzeżach sztuki, prawda? Tylko raczej jest mocno zagłębione w tej sztuce.
[05:57:49] - Dawniej funkcjonowało coś takiego jak kino dyskusyjne, prawda? Gdzie właśnie tam można było się spotkać z takimi produkcjami, które na dużym ekranie raczej nie miały miejsca swojego, tam się nie prezentowały. Mamy teraz dyskusyjne kluby książek, które też właściwie powinny się zajmować wyszukiwaniem takich perełek. Rzeczywiście zgadzam się z panem. Te niszowe wydawnictwa, niszowe filmy, niszowa muzyka posiada również swoje bardzo duże walory. Tak troszeczkę prowokacyjnie pana zapytałam, czy swoją twórczość też pan segreguje, dzieli powieści, wiersze?
[05:58:33] - Niekoniecznie. To tak raczej się nie odbywa u mnie. W życiu lubię przygody, jakieś tam sytuacje, których nie przewiduję podczas jakichś podróży. Natomiast jestem też człowiekiem troszeczkę kategorycznym. Czyli jak jestem umówiony na godzinę 8:00, to jestem o godzinie 8:00 czy tam o godzinie 9:00 jestem umówiony. Nie spóźniam się i moi uczniowie wiedzą o tym, że jak Wojciechowski spóźnia się, to znaczy po prostu, że go nie będzie w szkole, bo coś się stało. Tak mam to poukładane wszystko i tak samo jest troszeczkę tutaj z tą sztuką. Jeżeli chodzi o pisanie powieści, to mam za sobą trzy powieści. No i mogę powiedzieć, że jestem jakimś tam pisarzem powieści kryminalnych, natomiast poetą jeszcze bym siebie nie nazwał, bo wydałem jeden tomik wierszy. Ten pierwszy to jest bardzo młodzieńczy i tam jest Raczej ocieka buntem i tak sobie troszeczkę kategoryzuję.
Sam sobie wyznaczam zadania po prostu, że jeżeli chcę być poetą, to muszę coś więcej zrobić w tym kierunku. Taką liczbę mam trzy magiczną: trzy powieści, trzy tomiki wierszy. Wtedy mogę nazywać sam siebie oczywiście, to nie chodzi, że ktoś mnie nazywa, tylko sam siebie wtedy mogę nazwać poetą. Tak chyba troszeczkę jest. Zresztą w różnych środowiskach to może wygląda inaczej, ale są jakieś takie kategorie. Natomiast jeżeli chodzi o twórczość, kategorię wierszy, to ja jestem cały czas w tej sferze buntu. Raczej nie potrafię pisać wierszy, które opisują piękno świata czy piękno miasta. Cenię taką poezję oczywiście, ale nie potrafię tego zrobić. Zawsze muszę tam gdzieś dokręcić śrubę, czyli trochę tego buntu wtłoczyć w tę poezję. Pozostało to we mnie i jakoś się nie zmieniło.
Natomiast w powieściach kryminalnych oczywiście są jakieś kategorie. Nie piszę typowych powieści kryminalnych, raczej na granicy takiego pastiszu. Oczywiście jest tam zagadka kryminalna, ale bardziej też ukierunkowana w stronę absurdu, jakiejś groteski. W ogóle uwielbiam tego rodzaju humor, który się przewija. Też taki był pisarz Borys Jan, który mi bardzo imponował kiedyś i pisał takie groteskowe kryminały pod pseudonimem trudnym do zdobycia. Też musiałem wyszukać te jego książki, żeby w ogóle zdobyć, bo Borys Jan oczywiście nazwisko jest znane, to oficjalny nurt jego książek jest dostępny. Natomiast właśnie te kryminały były trudno dostępne, a te najlepsze jeszcze były wydane w języku polskim, bo zostały przetłumaczone. I to mi tak troszeczkę imponowało, ten taki wisielczy humor. I w ten sposób właśnie staram się pisać kryminały.
[06:00:58] - „Kobieta za ladą.” A oni ciągle nie chcą, bo za drogo. Do sklepów rzucono kilogramy wolności, setki masek i garście charakterów. Nikt nie kupuje. Nie ma kolejek. Wszystko to do końca tygodnia zgnije i trzeba będzie wyrzucić. Szkoda, żeby nie powiedzieć, że to jawna głupota. Ale przecież dziś dopiero poniedziałek. Nikt się nie spieszy, nawet nie patrzy. Jakby nie było już w człowieku ciekawości. Tylko czarny kot krąży przy sklepie.
Pręży grzbiet i z podniesionym ogonem obwąchuje osobowości. Widać, że on jest zainteresowany. Wewnątrz, za kratą dyszy otyła sprzedawczyni. Ma twarz boksera. Nie zachęca. Bez rękawic zawija wolność w szary papier i rzuca na ladę nową tożsamość z kroplami potu.
[06:02:29] - Ale ja chciałam się jeszcze dopytać o pana kryminały. One są takim pomieszaniem gatunków, konwencji. Tego typu literatura ma wzbudzać w czytelniku głębsze refleksje, na przykład nad kondycją człowieka, czy też tylko bawi się pan układaniem demonicznych szarad, nie bacząc w ogóle na to, jak utwór zostanie odebrany?
[06:02:54] - Tak. Tutaj bardzo ciekawe pytanie, jeżeli chodzi o pomieszanie tych gatunków. One występują oczywiście, są różne gatunki. Jest to też na granicy absurdu czy jakichś sytuacji paranormalnych. Ale to, co powiedziałem, staram się to logicznie jakoś wytłumaczyć i w ten sposób piszę. Dla mnie pisanie książki oczywiście wszyscy wiemy, że jest katorgą, ale ma być też pewnego rodzaju rozrywką. Więc ja pisząc książki, nie piszę dla nikogo tych książek, bo jest jakiś tam odbiorca czy ktoś. Tak samo mam z wierszami. Absolutnie nie. Piszę to dla siebie.
Ja ten świat kreuję i to, że miałem zarzucone kiedyś, że nie pozostawiam dla czytelnika w ogóle jakiejś myśli, że moje opisy są tak sugestywne, że człowiek, który to czyta, nie może tam już nic włożyć w ten opis, bo jest tak sugestywny. Ale stwierdziłem, że jeżeli ja tak zacząłem pisać, tak będę pisał i tak sugestywnie będę to wszystko przedstawiał. Czyli opis postaci czy opis jakiegoś terenu, gdzie to się dzieje, jakiejś przestrzeni. To jest dokładnie opisane, czyli nie ma domyślania się czytelnika. Natomiast rzecz oczywista, że staram się też przemycać jakieś swoje poglądy na pewne sprawy. Wkładam w usta moich bohaterów, ale robię to w sposób nieco humorystyczny. Oczywiście nie wszystkie poglądy są moimi poglądami. Ta postać jest zbudowana w jakimś sensie. I też muszę powiedzieć, że te demoniczne sytuacje są najwyżej na pół strony opisane. Jakaś tam zbrodnia jest opisana i raczej potem jest przejście w jakąś sytuację humorystyczną.
I na tym polega właśnie ta konwencja. Taka zabawa trochę przede wszystkim.
[06:04:40] - Pan jako wirtualnego czytelnika obiera sam siebie. Dobrze rozumiem? I właściwie jednak na tego faktycznego odbiorcę nie za bardzo pan zwraca uwagę. Co absolutnie nie jest zarzutem z mojej strony, tylko chcę się dopytać, wiedzieć dokładnie, jak to wygląda.
[06:05:02] - To w ogóle jest tak, że zacząłem pisać wiersze i powieści kryminalne od pewnego rodzaju spotkań, które odbywałem w Łodzi, bo mieszkałem przez pewien czas w Łodzi. Wiemy, jest to miasto filmowe, w ogóle miasto sztuki dużej, bo tam jest łatwo tak jakby się dostać w te grono Ludzi, którzy tworzą. Poznałem pewne osoby, też właśnie Jakuba Szczakniewskiego, którego poznałem troszeczkę twórczość i kręciłem filmy. Początkiem tego było to, że scenariusz zawierał te wszystkie elementy, o których tu mówimy, czyli takie sytuacje absurdalne, groteskę, logikę. I oczywiście kryminał retro. I to się podobało wtedy i tak zostałem w tym gatunku. Nie mam tego zamiaru zmieniać, ponieważ mi się to też spodobało i w ten sposób takie pisanie sprawia mi frajdę, że mogę coś takiego zrobić. Bo muszę powiedzieć, że lubię ludzi z poczuciem humoru. To, co powiedziałem wcześniej. Natomiast jeżeli chodzi o twórczość poetycką, czyli o wiersze, to też one są troszeczkę nacechowane humorem, pomimo że tam są bardziej poważne zdania, które mogą coś powiedzieć, okraść dozę humoru i zazwyczaj trudną sytuację próbuję obrócić w żart.
[06:06:18] - Sobota wieczorem pobrzmiewa alkoholem. Tysiące trąb, zgrzyt plomb. Spoglądam na zegarek i czas najwyższy wyskoczyć na miasto. A może na chatę do kumpla? Skradam się po ciemnej ulicy. Wyprawa do pobliskiego sklepu na spracowanej dzielnicy, gdzie na podwórkach kamienic dymisjonuje kultura, a na murach oraz rurach kołtuńskie napisy szczerzą zęby. W chacie dynda żarówka, rzucając żółte światło w oparach stosownej abnegacji. Dwa kieliszki zostają opróżniane cyklicznie. Na stole gra w dywagacje. Pierwsza flaszka upada na podłogę.
W rechocie wyniosłości jest śmiesznie. Kiszone ogórki miażdżone w ustach. To jest ten moment ukatrupienia szkieletu hipertrofii własnej osoby. Wszystko polega na negacji. Aż wstyd osiada na karku i plami koszulę. To jest ten moment pęknięcia sztuczności. Powrotu do normalności. Nadęta dętka pękła i pyk.
[06:08:34] - Wiersz, który usłyszeliśmy nosi tytuł „Pogoda”, a przedstawiła nam go i tu pana poproszę o ujawnienie, kim jest tak sprawna, wspaniała lektorka, która pięknie zinterpretowała pana utwór.
[06:08:54] - To jest taka, można powiedzieć, cicha moja fanka, która lubi moją poezję, czyta ją często. To jest jedno z nagrań, bo ona przeczytała kilka tych wierszy i na tym pozostańmy. Natomiast ona czyta, potrafi czytać. Uczestniczyła w konkursach recytatorskich, więc troszkę się na tym zna. Ma wyśmienitą dykcję. Zresztą też mnie fascynuje to, że potrafi wziąć książkę, której nie czytała, nawet nie próbowała przeczytać, nie przygotowuje się do tego, tylko płynnie czyta każde zdanie. Co u mnie troszeczkę jest kłopotliwe, bo ja zawsze muszę gdzieś tam coś zgubić. Ona płynnie potrafi przeczytać 20 stron pod rząd bez zająknięcia, więc jest to coś fajnego po prostu. Od kilku lat jesteśmy tutaj razem. Słuchamy wierszy, ja czytam jej twórczość.
Ona uwielbia filozofię, więc też troszeczkę zagłębiam w tą filozofię. Troszeczkę wchodzę w psychologię, więc to mnie pasjonuje, że mam ciągle od kogo się uczyć i to jest coś wspaniałego.
[06:10:00] - Piękna interpretacja wiersza. Mnie zaciekawił fragment: „W chacie dynda żarówka, rzucając żółte światło w oparach stosownej abnegacji”. Taki piękny kawałeczek tekstu. Mógłby nam pan przybliżyć, jaki przyświecał panu cel? Jaka myśl główna? I jeszcze chodzi mi o to żółte światło. Czy tutaj mamy wspólną cechę z „Diallo”?
[06:10:32] - To może zacznę od początku. „W chacie dynda żarówka” to jest nadanie atmosfery, jakiegoś klimatu.
[06:10:38] - Tak.
[06:10:39] - W wierszu myślę, że dobrze się staje, jeżeli wprowadzamy do jakiegoś takiego klimatu. Czyli dynda żarówka, istnieje jakieś napięcie tutaj, rzucając żółte światło. To jest właśnie mój wiersz młodzieńczy. Nie wiem kiedy powstał, już dawno temu. Myślę, że nie było tutaj zainteresowania jeszcze tym nurtem tych filmów „Diallo”. Aczkolwiek czytając tak wiersze, bo ja zawsze starałem się wystrzegać od takich sytuacji kryminalnych, czyli kryminału w wierszach. Ale jak ta moja cicha fanka czyta te wiersze, to mówi, że one tutaj są przemycone właśnie sytuacje z takiej powieści kryminalnej, czyli takie napięcie jest budowane. Natomiast w oparach stosownej abnegacji Chodzi też o towarzystwo, w jakim przebywamy. Czasami jest tak, że trzeba wejść w takie trochę niechlujstwo. Niechlujstwo czy abnegację umysłową, nawet powiem w ten sposób, żeby nie wychodzić z tłumu, poddać się tej woli, że są ludzie, którzy mają inne zainteresowania niż osoba, która wchodzi w tą stosowną abnegację, czyli dostosowuje się do poziomu innych ludzi.
Może brzmi to trochę pysznie, ale tak troszeczkę tutaj jest, że dostosowuje się do tego klimatu, który istnieje, zaniżając swój własny poziom i w ten sposób funkcjonuje. I też może z tymi ludźmi rozmawiać. To nie do końca jest wymyślone przeze mnie zdanie, bo czytałem takich znanych autorów, że czasami w takiej dziwnej sytuacji człowiek się znajduje, że musi zejść do takiego poziomu. To nie znaczy, że czuje się źle w tym, bo właśnie to jest paradoks tego wszystkiego, że czasami wejście w taką sytuację stosownej abnegacji, czyli odpuszczenia sobie ciągłych myśli, czy jakiejś tam tej literatury i wejście w taki klimat innego środowiska. I to jest wiersz o takiej właśnie sytuacji, która zdarza mi się w życiu.
[06:12:49] - Myślę, że każdemu z nas się zdarza taka chwila, że tak powiem, wyciszenia i wyrwania się z codzienności. Abnegacja to jest piękny stan i myślę, że też bardzo twórczy mimo wszystko. Pana wiersze charakteryzuje zabawa słowem. Mam wrażenie, że prowadzi pan odbiorcę przez świat znany, ale widziany fragmentarycznie. Pan po prostu pokazuje pewne wycinki, kawałeczki i dopiero kiedy już możemy spojrzeć na całość, to ta wizja pana jakoś nie zawsze jest spójna z naszą codziennością. Co dla pana jest ważniejsze? Przedstawienie obrazu rzeczywistości czy może położenie akcentu, nacisku na sprawy, które pana zdaniem konieczne są do zakomunikowania?
[06:15:00] - To jest tak troszeczkę, że są dwie szkoły. Jedni pracują nad wierszem i ten wiersz jest cyzelowany przez wiele dni, miesięcy i pracują, dodają do tego wiersza. Ja troszeczkę inaczej to robię. Te wiersze właśnie „Pogoda”, o którym mówiliśmy, czy inne wiersze, „Użyteczność” z tego typu, później jest „Wykład”. To są wiersze, które pisane są, powiem szczerze, z tego, co pamiętam, pod wpływem jakiejś chwili. Rzecz jasna oczywiście są dokonane jakieś korekty w tych wierszach, ale nie jest to miarowanie słowa, czyli dokładnie budowanie. Jest to taka wypowiedź, myślę, że bardzo szczera. Natomiast z drugiej strony trzeba spojrzeć na to troszeczkę z innej perspektywy, bo jednak po napisaniu wiersza ten wiersz żyje już swoim życiem. Nasze doświadczenie jest jakimś fundamentem tego wiersza. Natomiast sama budowa tego wiersza, czyli rozwój, istnieje już w interpretacji czytelnika.
Ja już nie mam na to wpływu. Rzecz jasna opisuję jakąś sytuację i rzeczywistość, którą chcę przedstawić, jest dla mnie bardzo istotna. Dlatego te wiersze niektóre są takie przydługawe czasami. Prowadzę długie zdania, nie potrafię się tego wyzbyć. Nawet w wierszach. Są takie troszeczkę sugestywne. Faktycznie są fragmentaryczne, ale też trochę w poezji musiałem pozostawić czytelnikowi jakiś domysł, w nim to się znajduje. Jeżeli dynda żarówka, to wiadomo, że to nie jest jakiś elegancki pokój, w którym jesteśmy. Sama żarówka, czyli nie ma abażura. Można się domyśleć, że to jest coś obskurnego, jakiś klimat.
I to też jest takie nawiązanie ciekawe, bo kiedyś byłem fanem takiego pisarza. Już nie jestem oczywiście, ale mam jego do dzisiaj jakąś twórczość. Przybyszewski Stanisław to był człowiek, który tworzył rewelacyjny klimat wokół siebie. Natomiast są różne oceny jego dzieł dzisiaj, współcześnie. Dzisiaj poezja jest domowa, że siedzą ludzie, napiszą wiersz w domu i tyle, i go wydadzą. A kiedyś jednak czytano te wiersze, spotykano się. Poezja lat 50. na tym polegała.
[06:17:14] - Tej bohemy nam brakuje, prawda? Tej możliwości kontaktowania się z ludźmi o podobnych zainteresowaniach. My się niby kontaktujemy, ale to wszystko się odbywa przez internet. My osobiście się nie znamy i tego nam brakuje. Tego obcowania z ludźmi o podobnych zapatrywaniach, tych dyskusji. Bo dyskusja przez internet to już nie jest to samo. Ja mówię: bohemy strasznie brakuje. To jest prawda. Tu się z panem zgodzę, ale niestety w takich czasach żyjemy i na to nie mamy wpływu. Ja z przyjemnością poznawałam pana wiersze.
[06:17:59] - „Miłość. Zasyp piaskiem miłość, potem przyklep łopatą. Na kolacji powiemy, że nic się nie stało. To nasz wybór. Powinniśmy nie kochać się. Tak będzie łatwiej. I proszę, tylko bez łez. Sama zobacz. Już nie będziesz martwić się, o której godzinie wrócę, a ja nie będę gnał przez miasto, by ujrzeć twój uśmiech. Osobno staniemy się szczęśliwi.
Osobno bezpieczni. Tak naprawdę będzie łatwiej. Każdy w swoją stronę. Idźmy. Poczekaj. Daj rękę. Jeszcze podotykam sobie twoje palce, policzki, włosy, usta. Zaraz, zaraz. Czy ty chciałaś mieć psa? Nie no, tak się nie da żyć.
Kochanie, bierz łopatę. Odkopujemy miłość.”
[06:19:38] - Motyw miłości jest tematem rzeką, tak by można to chyba określić. Jeszcze powiem, że sama o miłości wierszy przeczytałam nieskończenie wiele, ale słuchając po raz pierwszy pana utworu pod tytułem „Miłość” naprawdę się wzruszyłam. Proszę odkopać więcej i powiedzieć naszym słuchaczom, jakie miejsce w pana życiu zajmuje miłość.
[06:20:09] - Dziękuję, że udało mi się panią wzruszyć.
[06:20:12] - To ja dziękuję.
[06:20:13] - Cieszę się, że się podobał. Ten wiersz jest trochę trudny i mi się też go trudno teraz czyta, bo to jest takie przeplatanie śmierci z miłością, niestety. Taki trochę osobisty ten wiersz, bo następowała śmierć mojej matki i też poznawałem osobę, którą obdarzyłem miłością. Dlatego tu jest ta miłość odkopywana. Trochę jest to też przewrotne, bo przede wszystkim chodzi o miłość, nie o śmierć. Ale jednak jakiś wpływ na pewno podczas powstawania tego wiersza miały te wydarzenia. Ten wiersz też jest wierszem napisanym, powiem szczerze, w jednej chwili. Niespecjalnie był zmieniany, w ten sposób powstał. I to, co tutaj było powiedziane, że o miłości można mówić wiele, wierszy powstaje mnóstwo o miłości. Ja też oczywiście zagłębiałem się w wiersze miłosne, też w takiej poezji troszeczkę poza nurtem.
Helena Raszką była taka poetka, która pięknie potrafiła to ująć.
[06:21:15] - Oj tak.
[06:21:16] - Urszula Kozioł. Są to poetki, które mnie fascynują i one pięknie o tym piszą. Świerszczyńska rzecz jasna też. Nie pamiętam tytułu wiersza, ale też ostatnio miałam okazję przeczytać. Świetne wiersze, ale przeczytałam je oczywiście po tym, jak ten napisałem, tak jakby się chciałem zagłębić, zobaczyć, jak to robią poetki, bo myślę, że poetki robią to w wyśmienity sposób. I było ich naprawdę wiele. Jestem kolekcjonerem takiej poezji. Nie będę tutaj rzucał nazwiskami, bo niektóre nazwiska po prostu mogą nic nie mówić. Bo to, co powiedziałem, to jest literatura dzisiaj taka, gdzie można ją zdobyć na Allegro czy w antykwariatach. Oficjalnie już ci autorzy czy poeci nie są wydawani, co jest trochę przykre.
No ale tak jest. Na przykład Emilianowa Aluchna chyba też taka poetka była. Też jest zapomniana. Dużo jest takiej poezji.
[06:22:07] - Wejdę panu w słowo, bo jeżeli chodzi o Raszkę, to ja mam zawsze w głowie taki fragmencik krótki: „Mówisz do mnie moja, a ja jestem niczyja, jak wiosna, co skowronkom i przebiśniegom sprzyja.” Ten fragment bardzo mi się podoba i to jest właśnie chyba Raszka.
[06:22:25] - Helena Raszka była świetna. Świetna poetka. Ze Szczecina, z tego, co wiem. Ona ma poświęconą szkołę nawet sobie. To jest troszeczkę, powiedzmy, została. A dużo poetów powiem tutaj, że zaginęło. Tych poetek właśnie tego XX wieku. Zostały zepchnięte i trochę nie istnieją. Teraz została wydana chyba Świerszczyńska w jakiejś antologii, taki dosyć wybór wierszy jest. Ale tak nie ma.
[06:22:51] - Są właśnie te takie, ja bym to nazwała klasyczne poetki i poeci również, ale właściwie jakoś brakuje tych poetów bardzo współczesnych. Nie głośnych. Oni nie muszą być wspaniałymi poetami, takimi na miarę, powiedzmy Szymborska i Miłosz. Tu o noblistów mi chodzi. Ale przecież jest dużo ludzi. Jak ja przeprowadzam tu rozmowy z państwem, jest naprawdę masa ludzi, którzy świetnie piszą, wspaniale piszą. „Do domu. Od klucza do domu trzeba zacząć. Nie od naciskania klamki. Także nie od dzwonka.
Szukam po kieszeniach płaszcza pod żarówką cienia, nad podłogą kroków. Nigdzie go nie ma. W koszuli, w spodniach. Na ścianach też pusto, tylko lustro. Widmo powracającego człowieka. Na schodach mętna cisza. W kącie stoi zakurzone moje świadectwo wyrzeczeń. Człowieku, nigdy nie było żadnego klucza. Panie Igorze, poszukajmy tego klucza. Pisarz, filmowiec i poeta.
Którą z profesji pan najwcześniej w sobie ujawnił? Która jest najbardziej dla pana pracochłonna, a która domaga się dominacji nad pozostałymi? Ustalmy tą hierarchię. Czy jest pan pisarzem, poetą i filmowcem, czy poetą, filmowcem, pisarzem, czy filmowcem i tak dalej.
[06:24:57] - To się zaczęło w ten sposób, że w liceum miałem wyśmienitą nauczycielkę języka polskiego, która uwielbiała poezję. Czytała poezję na głos. Wszyscy rozmawiali, rzucali papierkami. Ja się tym zainteresowałem, po prostu było to wspaniałe. I tak zacząłem odkrywać poezję. Oczywiście to byli pisarze głównego nurtu, czyli Kasprowicz czy Przybyszewski też był czytany fragmentarycznie. Fragmenty oczywiście były czytane, bo jego wiersze wiadomo, jakie są. Też Szymborską wiem, że czytała. Zawsze Urszulę Kozioł. Ja się tym zainteresowałem wtedy, tą poezją.
I tak mogę powiedzieć, że zacząłem od poezji, ale był pewien okres w moim życiu, że ta poezja była tematem niedostępnym. Nie znałem w ogóle poetów, ludzi, którzy piszą wiersze. Jakoś nie mogłem w to środowisko dotrzeć. Nie potrafiłem tego środowiska znaleźć. Może gdzieś się gromadzili. Ale doba internetu troszeczkę poprawiła to i można się spotykać. Raczej bym zaczął od poezji. Zacząłem pisać wiersze i to jako nastolatek w wieku 17 lat. Na początku były to wiersze rymowane, czyli ulubionym poetą moim był Baczyński, Trzebiński, Bojarski. To byli poeci, którzy odegrali ogromną rolę w tym, że zacząłem w ogóle i stworzyłem w sobie ochotę pisania.
Ale to, co powiedziałem, poezja zniknęła z mojego życia na długi okres czasu. Te wiersze gdzieś tam zostały. Potem napisałem jeszcze na studiach parę wierszy i poszły do tak zwanej szuflady, a nawet z tej szuflady gdzieś wybyły, tylko w fragmentach zostały części tych wierszy. Byłem wtedy w Łodzi i poznałem takie środowisko łódzkie i zaczęliśmy robić filmy. Amatorskie oczywiście, filmy kryminalne osadzone w latach 80., czyli realia PRL-u, takiego chyba najbardziej zaciekłego wtedy. Nie mówimy o latach 50., ale jednak o latach 80. Stan wojenny, ten PRL był bardzo zaciekły i w tych latach były osadzane moje scenariusze do filmów. Miałem taką ekipę filmową, kręciliśmy filmy nawet do tego stopnia, że było kino Cytryna w Łodzi i można było je wynająć. Nawet nie wynająć. Ten właściciel był na tyle uprzejmy, że powiedział, że jeżeli ludzie kupią u niego piwo, bo tam była też knajpa obok, to niech wchodzą.
Puszczamy seans. Proszę bardzo. I tam robiliśmy premiery tych filmów, robiliśmy spotkania, rozmawialiśmy o tych filmach i to w ten sposób się odbywało. W pewnym sensie zapragnąłem wówczas, bo moim marzeniem od młodzieńczych lat było napisać powieść kryminalną. Jak patrzyłem na te kryminały, bo u moich rodziców te kryminały leżały niemalże na ziemi, bo wiadomo, jakie to były nakłady i tych książek było pełno w księgarniach, w antykwariatach, tych kryminałów. I tak zapragnąłem napisać taki kryminał. Nie napisałem takiego kryminału i nigdy nie napiszę, bo jednak poczucie humoru we mnie wygrywa i nie potrafię napisać takiego poważnego kryminału o tych czasach. Nie da rady. Milicja dla mnie jest zawsze śmieszna i będzie śmieszna i formacja, która była przestępcza prawie że. Nie mogę napisać jakiegoś kryminału gloryfikującego milicjantów.
Muszę zrobić to w sposób taki trochę aktorski i w ten sposób piszę. Aczkolwiek zachowałem taką logikę, bo był też taki pisarz Kazimierz Brandys, czyli Joe Alex, który pisał kryminały, gdzie była logiczna zagadka i to pozostawiłem w swoich kryminałach. Natomiast absolutnie nie gloryfikuję milicji, tak jak pani Dudzińska. Też super pisarka w sumie, ale nie, tego nie dałem rady. Później po tych kryminałach była taka przyjemna sytuacja, że trafiłem do Księgarni M. I była tam pani Łucja Dudzińska i było spotkanie poetyckie. Ja tylko przez chwilę posłuchałem, bo tam byłem przypadkiem. Wyszedłem i nawiązałem kontakt. I wtedy postanowiłem odkopać te swoje wiersze, bo zobaczyłem, że jest jakieś środowisko, że coś się dzieje, że jest szansa w ogóle na rozmowę o tej poezji. Bo to, co powiedziałem, nie miałem takiej możliwości.
I odkopałem te wiersze. Niektóre poprawiłem, niektóre napisałem od nowa, a niektóre pani Łucja Dudzińska powiedziała, że nie nadają się do niczego i mogę je sobie wyrzucić. Więc bardzo dobrze, bo tam były jakieś, już nie pamiętam, formy dopełniaczowe, takie „cień śmierci”, coś takiego. Absolutnie nie, tego w poezji już nie ma. To była poezja lat 50., 60., więc to wywaliłem i poprawiłem. Miałem z nią kontakt i tak jakoś to wszystko się wydarzyło. Dużo w tym moim tomiku, w tej książce poetyckiej, nazwijmy to w ten sposób, jest wierszy młodzieńczych, takich 27, 24 lata.
[06:29:35] - Zastanawiałam się, czy to były filmy oniryczne Takie jak sen, czy może były to właśnie kryminały. Pan nam już tutaj opowiedział i już o filmach wszystko wiemy. Teraz podsumowując powiem tak: jest pan poetą, pisarzem i dopiero potem filmowcem. Zgadza się?
[06:30:00] - Zgadza się. Tak. Możemy to tak właśnie umiejscowić w ten sposób. „Film. Spokojnie, połóż dłoń na stole. Strzelę tylko raz palcami, wtedy zaśniesz. Opowiesz mi, co się stało ze szczegółami. Co, kiedy i dlaczego. A ja zrobię w tym czasie porządek. Poukładam książki i napijemy się herbaty.
Pamiętaj, powiedz wszystko. Ja to zapiszę i powstanie wiersz o tym, jak na przyjęciu pewne zdarzenia spowodowały, że urwał ci się film”.
[06:30:44] - W takim razie porozmawiajmy szerzej o grupie literycznej Na krechę i o tym, jak powstał zbiór „Idziemy, jest stromo”. Już nam pan zdradził, że został on wydany w wydawnictwie Font i pani Łucja Dudzińska przyłożyła swoją rękę do tego, żeby te wiersze były jak najbardziej aktualne i oczywiście jak najbardziej dopracowane. Wspomnę tylko, że Kinga Młynarska w swojej recenzji pana tomu napisała: „To zarówno sentymentalna podróż w przeszłość, co i manifest buntu przeciw prawdziwemu światu”. Proszę mi powiedzieć, czy członkostwo w grupie literarycznej Na krechę też by tak pan mógł opisać? Czy raczej jest pan zadowolony, że może pan w takiej grupie uczestniczyć?
[06:31:43] - To może na końcówkę pytania. Jestem zadowolony, że mogę uczestniczyć w takiej grupie, aczkolwiek sama poezja i temat tego buntu, który istnieje, jest tematem na książkę. Może nie na książkę, ale na jakąś publikację. Wspomniałem, że współczesna poezja jest osadzona w jakiejś stagnacji, czyli jest statyczna. Można też powiedzieć, że uzyskała pewną stabilizację. Nie dostrzegam, ale to nie znaczy, że tego nie ma, poezji buntu, takiej typowej poezji, która wyrasta na buncie w latach 80. Powiedzmy te zespoły punkowe, które tworzyły też wiersze. Tam było przecież mnóstwo takich ludzi. Oni do dzisiaj zresztą też grają. Tomasz Korzeniowski-Darmian czy zespół Dezerter, czy zespół Karcer.
Jakbyśmy to poczytali, to naprawdę ma dużo wspólnego z poezją. To było pełne buntu. Ale słowo, a czyn to jest różnica. Jednak pozostałem, co może być dziwne, w tym buncie, pomimo że troszeczkę przeżyłem lat, jak ten bunt we mnie istnieje. Cały czas nie potrafię pisać wierszy, gdzie nie ma jakiejś namiastki czy jakiejś kropli buntu. Musi to być. Musi być jakiś sprzeciw. Akceptacja też jest przecież buntem. To w moich wierszach jest i ten tomik „Idziemy, jest stromo” powstawał właśnie w ten sposób, że czytałem te swoje stare wiersze z tego „Wierszidła” nieszczęsnego, bo „Wierszidło” jest nieszczęsne, bo to jest ocieka buntem, miałem tam niewiele lat. Natomiast tutaj już bardziej chciałem troszeczkę się unormować i niestety to, co powiedziałem na początku, stworzyć taką stabilizację, żeby te wiersze były stabilne troszeczkę, a nie cały czas podskakiwały na werkleach, były zbuntowane.
Ale sam tytuł wskazuje, że jednak są te werklety. Idziemy fajnie, super, ale jest stromo.
[06:33:44] - Jest jednak. Ta stromość rzeczywiście mówi nam, że łatwo nie będzie.
[06:33:51] - „Wykład. Zgromadzenie na sali wykładowej. Szuru buru. Trzy po trzy. Dobrze, ale źle. Zamęt istnienia wynika z y. Dlaczego tracić czas na tego typu wywody? Łeb boli. Chcę upaść na podłogę i już się nie podnosić. Spojrzeć z perspektywy podłogi.
Śmiech roznosi się po sali, doprowadza do konsternacji. O proszę! Na salę dostojnym krokiem wkracza kot i mruga okiem do łba leżącego na podłodze”.
[06:34:29] - W moim programie jest taka tradycja, że razem z gośćmi staramy się znaleźć najtrafniejszą definicję poezji. Panie Igorze, czym dla pana jest poezja?
[06:34:42] - Spróbuję. Aczkolwiek powiem pani, że to pytanie mnie trochę tak, nie zaskoczyło, ale zacząłem nawet przeglądać, co inni mówią na temat poezji, ale nie znalazłem nic sensownego. Nie, że jestem przygotowany do tego pytania. Właśnie to pytanie trudne jest, żeby odpowiedzieć na nie. Dla mnie bardzo trudne. Nie wiem, to może być jakieś drugie ja. Przeczytałem kiedyś wywiad z Herbertem, który mówił, że mówiono, że pisze takie piękne wiersze, że jest taka piękna postać, dobra, a on mówi, że tą postacią to on nie jest. On by chciał być tą postacią, o której pisze. I to jest właśnie, mi się wydaje, że poezja to jest nasze drugie ja. W ten sposób mogę powiedzieć, które rozwijamy na papierze i w ten sposób to się odbywa.
Może też przedstawia osoby, którymi byśmy chcieli być. Czyli ja też mówię o tym buncie, ale czy ja się buntuję? Też trzeba się nad tym zastanowić. Bo żyję w oficjalnym nurcie. Żyję w tym świecie oficjalnym, aczkolwiek wiadomo, że pewnych rzeczy unikam. Dla mnie odpowiedź jest taka, że to jest budowanie drugiej postaci w sobie.
[06:35:49] - Dziękuję. Bardzo ładna to jest definicja i cieszę się, że będę mogła ją dołączyć do całego grona innych już tutaj u nas sformułowanych. Państwu chciałam przypomnieć, że naszym dzisiejszym gościem był poeta, pisarz, filmowiec, promotor sztuki i wykładowca wyższej uczelni pan Igor Frender Wojciechowski, który tak barwnie nam opowiadał dzisiaj o swoich pasjach, o swojej sztuce, o tym, jak ta sztuka w nim się rozwijała. Bardzo się cieszę, że mogłam pana gościć w moim programie i że poświęcił pan nam swój cenny czas. Życzę wspaniałych następnych utworów. Tej poezji, żeby tak potrafiła wzruszać i tak obrazowo przemawiać do odbiorców jak do mnie wiersz o miłości. Życzę panu wszystkiego dobrego. Państwu dziękuję za uwagę i zapraszam za tydzień na kolejny nasz program.
[06:36:53] - Dziękuję bardzo. Wszystkiego dobrego.
[06:36:55] - Dziękujemy. Dobranoc.
[06:36:57] - Dobranoc.
[06:37:00] - I tak, proszę państwa, myk, myk, myk i zrobiło się późno, nawet bardzo. A to oznacza, że czas na Piotra Plebaniaka i jego reguły o tym, jak budować i niszczyć imperia. A to też oznacza, że gdzieś tam już jesteśmy przy końcu audycji. Zatem zapraszam na spotkanie z naszym korespondentem na Tajwanie, Piotrem Plebaniakiem. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:37:35] - Dzień dobry, bardzo pozdrawiam z Tajwanu.
[06:37:37] - Tak, czujemy się pozdrowieni niniejszym.
[06:37:41] - A ja?
[06:37:42] - Tak, my też w oczywisty sposób pana pozdrawiamy. Gdybyśmy nie pozdrawiali, to byśmy tutaj tłumnie przy głośnikach nie słuchali audycji.
[06:37:53] - Tylko te pozdrowienia przetrzymują mnie przez te cholerne zapadanie oskrzeli albo coś. Także trzymajcie za mnie kciuki jeszcze, żebym książki pisał.
[06:38:03] - Tak jest. Niniejszym przystępuję do odczytania dzisiejszej reguły. Maksyma przywódcy: dokonuj drobnych aktów podniesienia statusu osób niższych pozycją od ciebie. Krótkie to prawidło dzisiaj.
[06:38:21] - Krótkie, ale kluczowe. Cińska baza danych rozmaitych alegorii, historycznych opowieści i anegdot ma bardzo dużo takich, w których dowódca był bardzo arogancki wobec swoich doradców, podwładnych oficerów, którymi dowodził. I oni przechodzili na stronę przeciwnika, dlatego, że już mieli dość słuchania przemów takich jak Hitler wobec swoich krwawych generałów. Udzielał im porad, godzinami tłumacząc się i prawiąc monologi pouczające. Także to jest bardzo istotny parametr tego, w jaki sposób władca czy też wódz prowadzący armię w pole, czy też zarządzający z jakiegoś tam sztabu współcześnie, musi bardzo starannie rozgrywać te kwestie statusowe. To znaczy nie bawić się podwładnymi, nie wynosić siebie ich kosztem, ale wręcz przeciwnie, nagradzać ich podnoszeniem statusu, zwłaszcza takim niespodziewanym, zwłaszcza takim dyskretnym i zwłaszcza takim, żeby inni widzieli, że ktoś zrobił coś dobrze, był posłuszny albo na przykład wygrał bitwę. Wtedy trzeba go jakoś podbić, czyli dać mu order, dać mu kopertę z kasą. Oczywiście żartuję. Tak na marginesie jest taka zasada, że jeżeli ktoś nie dostaje wynagrodzenia za swoją pracę czy jakiś wysiłek, to często stwarza sobie rodzaj racjonalizacji tego wysiłku i tłumaczy sobie, że zrobił to dla dobra społecznego. Na przykład na tym polega też mechanizm wolontariatu, że ktoś nie przyjmuje pieniędzy, nie pracuje dla pieniędzy, na przykład sprzątając śmieci z placu zabaw, a robi to tylko dla sprawy, dla społeczności.
I to jest podziękowaniem mu publiczne. Tak jak Amerykanie, jak mają spotkanie lokalnej społeczności, to na samym początku tego spotkania, nie wiem, czy zwróciliście na to uwagę, zawsze jest tak: czy są jacyś weterani, czyli tacy, którzy służyli na polu walki dla całej ojczyzny. Jeżeli są, to są proszeni o to, żeby wstać i wszyscy im biją brawo albo w jakiś inny sposób pokazują ten szacunek. Czyli co robią? Właśnie podnoszą status tej osoby. Jakiś tam staruszek kuśtyka sobie, żeby usiąść gdzieś tam w kącie, a tu nagle go podnosimy i wszyscy się kłaniamy. Na tym polega między innymi.
[06:40:51] - Tak, ale kiedy pan powiedział o tych dowódcach, to ja sobie pomyślałem, że niektórzy ludzie mają to tak głęboko wdrukowane w swoją osobowość, że nie potrafią inaczej.
[06:41:04] - Przepraszam, myślałem, że pan chciał powiedzieć tak głęboko, ale nie powiem w czym. Zamyśliłem się.
[06:41:10] - Nie. Po części też, bo mam na myśli takie osoby, tu najpierw z grubej rury, jak na przykład ród Kimów w Korei Północnej. Oni tam z pokolenia na pokolenie jeździ przywódca i rolników uczy, jak uprawiać ziemię, naukowców uczy jak uprawiać naukę i w ogóle wszystkich uczy wszystkiego, bo jest geniuszem. Ja doskonale to rozumiem, bo miałem kiedyś w życiu takiego szefa, który dziennikarzy uczył pisać, komputerowców uczył komputerować, że tak sobie pozwolę i w ogóle wszystkich uczył wszystkiego. Zastanawiałem się czasami, dlaczego nie pozwalnia tych wszystkich ludzi i nie robi wszystkiego sam, bo robiłby to na pewno najlepiej. Dlaczego ta długa przemowa z mojej strony? Bo niektórzy ludzie chyba nie potrafią tego w sobie zwalczyć. W związku z tym nie wiem, jak będą stosować pańską regułę.
[06:42:07] - Nie będą, bo nie zgadzają się, że jest ona słuszna i przynosi jakieś konkretne, pragmatyczne korzyści. Natomiast przynosi zdecydowanie. W całej literaturze, jeżeli jest dobry pisarz i rozumie tego typu zależności, na przykład Frank Herbert napisał „Diunę” Jest taka powieść o pustynnej planecie, jakby ktoś nie wiedział. Przepraszam za żart, bo wszyscy chyba już przeczytali, przynajmniej słuchacze naszych rozmów, którym często cytowaliśmy. Tam jest taka świetna scena, którą zresztą przeczytałem i teraz reklama, przytoczyłem w "Siłach psychohistorii", w której Garny Halik, jeden z klientów tych księci, nie wiem, jak to nazwać, ludzi, którzy służyli księciu Leto. On stwierdza w którymś momencie, że: "Dał mi ten książę coś, czego nigdy nawet nie śmiałem prosić. Przyjaźń" Czyli co? Krzyczeli, bo Halikowi została zarzucona zdrada. Więc on się bronił i wykrzyknął właśnie, że: "Książę dał mi przyjaźń". Ale jak to przełożyć na język naszej rozmowy i tego dzisiejszego prawideła, to co zrobił książę?
Podniósł tamtego ze swojego niższego stanu, czyli podległego usługi któregoś tam rzędu, na wysokość swoją własną, po to, żeby nawiązać z nim przyjaźń. I to właśnie ten człowiek najbardziej cenił i bardziej z całą pewnością niż zapłatę, którą przecież jakiś rząd dostawał za swoją służbę. Także jak ktoś tego nie widzi, to nie zbuduje imperium. Tak to podsumuję.
[06:43:45] - Tak, ale wie pan co? Ja to lubię tak zawsze pofilozofować. Jakoś mi tak zostało. Bo z drugiej strony przecież ród Kimów przywołany tutaj, nie przyjaźnię się, nie kumpluję, ale to nie jest banda idiotów. A dlaczego w takim razie postawili na zupełnie inny tryb działania? Czyli oni tam wszystkich wszystkiego uczą, a jak się komuś nie podoba, to go rozstrzelają i po zabawie.
[06:44:18] - Na tym polega dynamika statusowa w totalitaryzmie. On musi pokazać wszystkim swoją władzę i w każdej interakcji musi pokazać tej drugiej osobie, że nad nią góruje w jej własnej specjalności. Co innego to jest jak z dominacją. Jest dominacją, ale co tamci mogą zrobić? Niewiele, nic. Muszą się pokornie pogodzić i liczyć, że nie zacznie gadać bez końca. Przepraszam, mój ulubiony konik. Tutaj teraz na konika wskoczyliśmy. To całe wytłumaczenie moim zdaniem.
[06:44:54] - Tak, zważywszy na to, że Fidel Castro wygłaszał mowy, które trwały wiele godzin, to coś w tym jest.
[06:45:04] - Ja bym tam uciekł na tratwie zrobionej z materaca łóżkowego chyba. Co wielu zresztą Meksykanów być może właśnie z tego powodu uciekło. Przepraszam, Kubańczyków. Pomyliłem się.
[06:45:17] - Tak, ale wie pan co? Mam jeden dysonans poznawczy. Z jednej strony mówi pan, że Kimowie i tym podobni przedstawiciele ustrojów totalitarnych przyjęli inny model działania. Ale czy w związku z tym skazani są na przegraną? Czy to po prostu jest inny model, który też działa?
[06:45:38] - Dokładnie tak. Ten model u nich działa ewidentnie. Ale to dlatego, że ci, którzy są przez tych Kimów tak traktowani, nie do końca dobrze, wiadomo, z naszego punktu widzenia. Ale z ich punktu widzenia on dla nich jest tym słońcem, bez którego oni każdego dnia jakby się budzili w ciemności, bo tego dnia nie było. Więc jeżeli oni traktują go z uwielbieniem, jeżeli dali się zdominować pod przymusem czy dobrowolnie, to jest cała szara strefa niejednoznaczności oczywiście. Natomiast clou tego sprowadza się do tego, że jeżeli dali się zdominować, to wtedy nawet nie sformułują swojego sprzeciwu. Kiedyś rozmawialiśmy w kwestii blefowania. Ja stwierdziłem, ze względu na moje doświadczenia życiowe jako negocjator, zawsze każdy blef trzeba sprawdzać. Dlatego, że blef jest najczęściej aktem testowania, na ile sobie ktoś może pozwolić w zdominowaniu tej osoby, która sprawdzi albo nie sprawdzi tego blefu. Więc aktem samoobrony jest właśnie to sprawdzanie.
Ale my żyjemy w takiej sytuacji społeczno-kulturowo-obyczajowej, w której prawo i ta obyczajowość głosi, że wszyscy ludzie są równi. Zawdzięczamy to między innymi chrześcijaństwu. Wszyscy jesteśmy równi w oczach Boga. I to jest podstawą naszego współczesnego oprogramowania kulturowego, że domagamy się równego traktowania. Czyli jak ktoś nas obniża, to wtedy jesteśmy nie do końca zadowoleni, tak jak na przykład naród francuski. Teraz co się dzieje? Patrzę w internecie, jakie cyrki są. Rekord palenia samochodów. Chyba chcą pobić Guinessa. Więc proszę zobaczyć, co się stało.
Makaron czy Macron? Byśmy się mylili. Makaron to nie, włoski makaron, jakoś nie. Ten francuski przywódca współczesny, aktualny. Co on zrobił? On podniósł wiek emerytalny z pominięciem głosowania w ichniejszym parlamencie. To jest taki burdel, że my przy nim wyglądamy jak pruski porządek w maksymalnym natężeniu swojego istnienia historycznego. Nie to, żeby chwalił naszych, ale tam to dopiero się dzieje. Proszę zobaczyć. Natomiast zobaczcie, co się stało.
Jak można to przetłumaczyć na język naszej rozmowy dzisiejszej? Makaron, przepraszam, Macron. Oczywiście wiem, że Macron, tylko tak się drapie z niego, bo brzydko postąpił. Postąpił w ten sposób, nie to, że pozbawił posiłku. To nawiązanie do klasyki polskiego kina. Tylko źle postąpił, haniebnie. Zdaje się to było w filmie. Że pozbawił podmiotowości ten naród, który jest reprezentowany przez tą Izbę, która miała zagłosować, a nie zagłosowała, została całkowicie pominięta. Tamci się poczuli obniżeni, że mają gówno, przepraszam, wyrwałem się, że mają nic do powiedzenia, chciałem powiedzieć. Można to przetłumaczyć na to, że nie mają statusu dostatecznie wysokiego, żeby zabierać głos.
Ryby i dzieci głosu nie mają. Można kogoś obrazić właśnie w ten sposób, obniżyć jego status: „Nic nie masz do powiedzenia, chłopczyku, więc siedź cicho”. Na tej zasadzie, już bardziej otwarcie. Natomiast jest całe spektrum poniżenia kogoś albo urażenia w jakiś sposób. Mamy cały repertuar, jesteśmy ludźmi wszyscy.
[06:49:12] - Tak sobie słucham tego, co pan mówi i jeszcze jeden wniosek wyciągnąłem. Może on jest praktyczny nawet czasami, tak sobie myślę, że aby utrzymywać taki ustrój jak Kimowie czy inne totalitarne różne takie odpały, to trzeba zaangażować wiele sił ludzkich i nieludzkich i trzeba to za mordę wszystko trzymać. A w takim systemie, który pan zaproponował, wszystko się trzyma samo. Bo jak kogoś wywyższymy, to on sam będzie działał w tę stronę, żeby to się trzymało dalej, bo został wywyższony. Więc to, co pan proponuje, chyba jest praktyczniejsze.
[06:49:54] - Jest praktyczniejsze. Dlatego przepraszam, że tak żartobliwie to robię, ale to z całą powagą proszę oddzielić formę żartobliwą, ciągłe nawiązywanie do filmów i książek od tego, co rzeczywiście mam do powiedzenia w tej warstwie filozoficznej. W grach komputerowych proszę zobaczyć, że najbardziej wydajnym systemem w „Civilization” jest demokracja. I właśnie z tego powodu, dlatego że ludzie lepiej się motywują do wysiłku dla dobra całej społeczności, jeżeli czują, że ta społeczność, do której należą, jest społecznością ludzi równych. Czyli wolność, równość i braterstwo. Andrzej Mleczko, wolność, równość i nie powiem co, bo to brzydko. Taka pani z doświadczeniem w sex workingu niosła ten transparent i te trzecie słowo było na K. Każdy ma swoją wersję, ale wolność, równość i braterstwo, czyli oryginalne sformułowanie właśnie na tym polega, że jesteśmy równi sobie. Braterstwo. Wolność, czyli nasza europejska.
Równość, czyli jesteśmy równymi obywatelami, ktoś może być najwyżej pierwszym obywatelem, ale on jest nadal jednym z nas, wybrany spośród nas. I braterstwo, czyli co? Czyli nawiązanie do asabiji, do tego wspólnego celu. Jesteśmy jedną rodziną, mamy ten sam cel i musimy razem zakasać rękawy. Francuzi tak nie mówią, że zakasać rękawy i do roboty. Chyba, że zakasać rękawy do palenia samochodów, ale generalnie na sztandarze to mają. Tak na marginesie jeszcze taka osobista anegdota. W 2005 roku, czyli w moim drugim roku pobytu na Tajwanie, w klasie uczącej się języka chińskiego mieliśmy Francuzkę, a ja się zaprzyjaźniłem z Hindusem, który robił tam doktorat i generalnie mieliśmy identyczne poczucie humoru. Jedną anegdotą było to, że jak ktoś chce zacząć naukę języka chińskiego, to właśnie od tego, co zaraz powiem. Otóż fraza chińska: „Cóż za wiatr cię przywiały” ma niezwykle pozytywne konotacje, bo to szczęśliwe wiatry.
Natomiast w kulturze hinduskiej, z której pochodził ten mój kolega Hindus i w naszej swojskiej, słowiańskiej: „Co za wiatr go tu przywiał?” to ma nie do końca pozytywne. Jak nauczycielka się zorientowała, że nasze hinduskie i europejskie rozumienie takiej frazy jest kompletnie odwrotne, to tak rżeliśmy przez całą resztę lekcji z tej różnicy kulturowej, że nie mogliśmy się kontrolować. Natomiast drugą anegdotą było to, że właśnie ta Francuzka, akurat 2005 rok i też mieli tam epizod palenia samochodów. To chyba co oni cały czas mają.
[06:52:28] - Oni to rytualnie chyba robią.
[06:52:33] - Właśnie. To taka religia, bo wykasowali tą religię, zlaicyzowali swój kraj, to muszą mieć jakąś religię. Palą bożkowi samochodów na przykład ofiary. Wygłupiam się oczywiście, ale generalnie do dzisiaj mi jest trochę głupio, bo potem sobie uświadomiłem i przywołałem obraz mentalny jej twarzy. Wcale nie było jej do śmiechu, dlaczego rżyliśmy drugi raz całą lekcję? Dlatego że przyszedł news z Francji, nie pamiętam dokładnie liczby, dzisiaj w nocy spłonęło tylko chyba 70 samochodów w całej Francji. Czyli sytuacja wróciła do normy, że tak powiem, protest się skończył. I tak zaczęliśmy rżeć z tej abstrakcyjności takiej wiadomości, dla nas jest kompletnie, u nas się nie pali samochodów, tylko coś innego się robi. Papierosy się pali. Ale generalnie ona nie była szczęśliwa i to po fakcie dopiero.
Bym wcześniej przestał się śmiać chyba, gdybym wiedział, że uraziliśmy. To tyle.
[06:53:40] - Proszę państwa, radzę dzisiejszą lekcję profesora Plebaniaka zapamiętać. Wie pan, został już pan mianowany, to już pan tak musi zostać.
[06:53:51] - Przez pomyłkę.
[06:53:53] - Jest pan profesorem honoris causa.
[06:53:55] - To jakaś mafijna ksywa. Obrażam się. Jeszcze pan po pamięta, pan nie wie, kto ja jestem.
[06:54:07] - Ale ja właśnie mówię, że został pan profesorem honoris causa Bóg Radia.
[06:54:12] - Humoris causa raczej.
[06:54:13] - To niech będzie humoris causa.
[06:54:15] - Ja się ze sprawcą muszę rozmówić o to, ale generalnie było śmieszne.
[06:54:19] - Tak, ale z drugiej strony pokazaliśmy sposób nie tyle negocjowania, co dochodzenia do jakiegoś tam konsensusu.
[06:54:29] - Tak, ale przepraszam, mogę jeszcze punkt dodać à propos świata? Dziękuję bardzo. À propos świata akademickiego jest takie świetne sformułowanie w "Siłach psychohistorii", w eseju o tym, czym jest filozofia. Jest zdecydowanie śmieszne sformułowanko, uważam, że niezwykle celne: filozofia jest systematycznym nadużywaniem specjalnie do tego celu stworzonej frazeologii. Natomiast gdyby przełożyć to na kwestie statusowe, to świat akademicki jest takim systemem społecznym specjalnie skonstruowanym do tego, żeby ludzie mieli okazję do puszenia się, poniżania innych i tak dalej. W nawiązaniu do akademickiej arogancji i tego typu zjawisk znanych studentom, niestety.
[06:55:15] - Pan to tak bardzo elegancko opisuje. Ja to opisuję znacznie prościej i brutalniej.
[06:55:20] - Bo jesteśmy na linii, na antenie, to przecież nie mogę mówić dokładnie tą formą, którą chciałbym.
[06:55:26] - To ja stanę pośrodku. To jest, proszę pana, odwzorowanie modelu feudalnego, to, co się dzieje na uczelni.
[06:55:35] - Trafiony zatopiony. Tak.
[06:55:37] - I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszą audycję. Pięknie dziękuję, panie Piotrze.
[06:55:43] - Do usłyszenia. Udało mi się nie zakaszleć. Sukces.
[06:55:48] - Tak, proszę państwa, rzeczywiście mamy koniec audycji. Ja tylko przypomnę, że w przyszłym tygodniu w Wielki Piątek audycja „Bibliotekarium 2.0” jest, na warcie. Może trochę krócej, bo tak jak powiedziałem, jako samozwańczy rektor tejże uczelni, czyli Akademii Wszelkiej Fikcji, ogłaszam skrócenie zajęć jakieś cztery i pół godziny. Nie wiem, nie obiecuję, że to się uda, bo tak jak mówiłem na początku audycji, zawsze planuję, że będzie jakieś cztery, cztery i pół godziny. I proszę państwa, wyszło, jak wyszło również dzisiaj. Dzisiaj też miało być cztery i pół godziny. Myślę, że w przyszłym tygodniu w szale przedświątecznym może jednak te cztery i pół godziny się jakoś ziszczą. A za dwa tygodnie wracamy w stare koleiny. Czyli znowu katuję państwa okrutnie w wiadomym czasie. Dobrej nocy państwu życzę.
Mam nadzieję, że przez ten tydzień zdołacie państwo całej tej audycji wysłuchać. Bo ja wiem, proszę państwa, że audycji, która ma ponad sześć godzin, to tylko tytani są w stanie wysłuchać jednym ciągiem. Dobrej nocy życzę. Wszystkiego dobrego. Pozdrawiam.
[06:57:18] - A mówił do nas, jak zawsze, gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję, jak zawsze, od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.