[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Za oknem coraz cieplej, a na antenie Radia Paranormalium to wręcz, proszę państwa, gorąco, bo właśnie teraz zaczynamy kolejny odcinek audycji Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz, AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:46] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór Marku. Zaczynamy kolejny odcinek. Dzisiaj troszeczkę więcej opowieści natury kryminalnej, stąd tytuł odcinka „Ludzie z mgły”. To jest nawiązanie do rozmowy, którą państwo dzisiaj usłyszycie podczas audycji. Rozmowy z autorką powieści sensacyjno-kryminalnych czy kryminalno-sensacyjnych. To już państwo sami rozstrzygniecie. Będzie też rozmowa o filmach, w których podstawą też jest jakiś zabójca albo ktoś mało sympatyczny. Ale szczegóły później.
Zacznijmy, tak jak już to stało się pewną tradycją, od polecanek książkowych i od tego, co w dalszym ciągu nie zostało jeszcze do końca nazwane, ale przynajmniej tak roboczo nazywam sobie gdzieś tak układając plan audycji, korepetycjami filozoficznymi. Termin podoba mi się średnio. Korepetycje to zawsze coś przygnębiającego. Mnie przynajmniej zawsze to przygnębiało. Zawsze mi to szeptało gdzieś tak, że jestem głąbem. Więc staram się unikać słowa korepetycje. Głąbem tak, bo wiecie państwo, ja miałem jakieś takie poczucie winy, że nie jestem w stanie tej matematyki zgłębić na tyle, żeby otrzymać jakąś pozytywną ocenę. W związku z tym korepetytorzy ładowali we mnie kolejne, kolejne i kolejne informacje, a ja zamiast coraz mądrzejszy, czułem się coraz głupszy. Troszeczkę mnie w tym utwierdzał mój ukochany, umiłowany, to żart oczywiście i to podły, nauczyciel od matematyki, który jak to często wspominam, to jest człowiek, który powinien być w tamtym czasie, te 40 lat temu, w ogóle odsunięty od kontaktów z uczniami jakimikolwiek. Ale dawne czasy.
Zostawmy te ponure remanenty. Zacznijmy w takim razie od polecanek literackich. Tym razem zerknąłem sobie do wydawnictwa MAG i znalazłem rzeczywiście kilka nowości. Z nowości pragnąłbym polecić jedną książkę oraz pewne wznowienie, z którego bardzo się cieszę. Zacznijmy jednak od nowości. Ta nowość to jest „Łańcuch z cierni”, ale od razu powiem, że „Łańcuch z cierni” to jest trzecia część pewnego cyklu. Cykl nazywa się „Ostatnie godziny” i jest autorstwa autorki, która nazywa się Cassandra Clare. Te pierwsze części to był „Łańcuch ze złota”, to część pierwsza, „Łańcuch z żelaza”, część druga. Jeśli lubicie państwo cykle, to jest ten trzeci tom, czyli „Łańcuch z cierni”. To jest coś dla was.
Troszkę o tym świecie. Otóż główna bohaterka o imieniu Cordelia jest nocną łowczynią. Jest taką wojowniczką trenującą od dzieciństwa walkę z demonami. Kiedy w pierwszej części, w „Łańcuchu ze złota”, przyjeżdża do Londynu, spotyka przyjaciół z dzieciństwa. Jest już dorosła. Spotyka przyjaciół z dzieciństwa, Jamesa i Lucy. To są jej, tak jak powiedziałem, przyjaciele z wczesnej młodości. Daje się wciągnąć, główna bohaterka, do ich świata takich błyszczących sal balowych, nadnaturalnie wielkich salonów. Ale przez cały czas musi ukrywać swoją miłość do Jamesa, którego ponownie spotkała, bo tenże James przysiągł ożenić się z kimś innym. Już nie będę państwu opowiadał, co tam się w tej pierwszej części dzieje, bo to dosyć skomplikowana, dosyć zawiła historia.
Mamy do czynienia z jakimś takim światem alternatywnym, w którym demony są na porządku dziennym i ludzie, którzy owe demony zwalczają, też są na porządku dziennym czy nocnym, to już tak naprawdę trudno rozstrzygnąć. Teraz, jak powiedziałem, MAG wydaje trzeci tom serii „Ostatnie godziny”, czyli „Łańcuch z cierni”. I cóż, ja spróbuję państwu przeczytać to, co pisze wydawca na ten temat, chociaż zdaję sobie w pewnym momencie przerwę, bo zdaję sobie sprawę, że jeśli ktoś nie zna tego cyklu, to niewiele mu ta notka wydawnicza powie. Natomiast jeśli ktoś zna, to go chyba zachęcać do cyklu nie trzeba. Niemniej jednak cykl wydaje się ciekawy, jest dosyć barwnie napisany. Bo miałem okazję zerknąć, a nawet troszkę dłuższe fragmenty poczytać. Jest to dobrze napisane i przede wszystkim dobrze przetłumaczone. W tym tłumaczeniu brały udział dwie osoby, Małgorzata Strzelec i Wojciech Przypuła. Rzeczona Cordelia w poprzednich tomach straciła wszystko, co było dla niej ważne. W ciągu zaledwie kilku tygodni zamordowano jej ojca, uniemożliwiono stworzenie więzi tak zwanej prabatai – tu pewne szczegóły związane z fabułą – z najlepszą przyjaciółką.
A małżeństwo z Jamesem, o którym wspominałem przy okazji pierwszego tomu, rozpadło się dosłownie na jej oczach. Co gorsze, jest w tej chwili podwładną Lilit, główna bohaterka, prastarej królowej demonów, a to pozbawia Cordelię atutów właściwych nocnej łowczyni. Więc główna bohaterka ucieka do Paryża w towarzystwie Matthew, aby rzuciwszy się w wir tamtejszego nocnego życia, zapomnieć o swoich smutkach. A rzeczywistość nie daje tak łatwo zapomnieć o sobie i wkrótce dochodzą niepokojące wieści z domu, z Londynu. Otóż Tatiana Blackthorn uciekła z... Myślę, że nie ma sensu, żeby czytać to dalej. Już państwo zauważyliście, że historia jest skomplikowana, dosyć misternie utkana przez autorkę. Ja kiedy czytałem te fragmenty, o których państwu mówiłem, dałem się wciągnąć. To się naprawdę dobrze czyta. Jeśli ktoś lubi takie klimaty demoniczno...
Wampiryczne nie, ale demoniczne to zdecydowanie. Taki świat, który jest alternatywą naszego świata. Jakieś podobieństwa są, ale to jednak nie jest nasz świat. Jeśli wciągają państwa takie klimaty, to jest książka właśnie dla was i myślę, że warto po tę książkę sięgnąć. Jej jeszcze na rynku nie ma. Od razu to powiem. Pojawi się w trzeciej dekadzie kwietnia. Już dzisiaj ją można na stronie wydawnictwa zamawiać. Za co chwała wydawnictwu, że tego rodzaju sprzedaż stosuje. Zresztą nie jest jedyne i umówmy się, że w tej chwili tak zwana przedsprzedaż to jest bardzo popularna forma docierania do czytelnika.
To mniej więcej, jeśli chodzi o ten trzeci tom cyklu, jak sobie go nazwałem, łańcuchowego, więc trzeci tom „Łańcuch ścierni”, a wcześniej „Łańcuch ze złota” i „Łańcuch z żelaza”. Myślę, że to może być fajna lektura, ale ja tak naprawdę cieszę się teraz, że mogę państwu polecić pewne wznowienie. Otóż w twardej oprawie, w tymże MAG-u wyszła książka, która jest dla mnie książką bardzo ważną. Nie wiem, jaki miesiąc powiedziałem. Wyszła pod koniec stycznia. To jest książka „Gwiezdny pył”. Autorem jest Neil Gaiman i mistrz, dla mnie absolutnie mistrz. Ja tylko przypomnę, że to jest książka, która opowiada taką oto historię. Młody Tristan Thorn zrobi wszystko, byleby zdobyć lodowate serce pięknej Wiktorii. Przyniesie dla tej dziewczyny nawet gwiazdę, której upadek z nieba oglądali razem pewnej nocy.
Ale aby to było możliwe, musi wyprawić się na niezbadane ziemie po drugiej stronie starożytnego i dobrze pilnowanego muru. Muru, od którego bierze nazwę ich maleńka wioska. Za tym murem leży kraina czarów, gdzie właściwie nic nie jest już takie, jak sobie wyobraził główny bohater. Nawet ta upadła gwiazda. To, że książka Neila Gaimana jest bestsellerem, to właściwie jest truizm, ale jest to z całą pewnością opowieść, która zostaje gdzieś tam niektórym w sercu, niektórym w rozumie. Mnie pewno bardziej jednak w sercu. To jest opowieść o niezwykłej wyprawie do mrocznej krainy w poszukiwaniu, czy gwiazdy? Nie. Tak naprawdę w poszukiwaniu miłości. Miłości i tego, co jest niemożliwe.
A może właśnie możliwe. Specjalnie używam takiego języka, który stara się naśladować pewną poetykę, ponieważ książki Neila Gaimana mają to do siebie, że dosyć trudno jest je opowiadać. Te książki trzeba przeżyć, trzeba je przeczytać, przetrawić, ale w trakcie lektury przeżywać. To jest taka cecha charakterystyczna tego pisarza. Przeżywanie. I ja państwu, jeśli nie czytaliście, to polecam. Książka jest dosyć nowa na rynku. Twarda oprawa, bardzo porządnie wydane. MAG ostatnio dużo książek w sztywnych oprawach wydaje, więc myślę, że to jest dobry prezent, żeby sobie go sprawić. Sam się zastanawiam.
Więc to tyle na dzisiaj polecanek, polecanki z MAGa. Tak jak powiedziałem, jedna to nowość absolutna, której jeszcze na rynku nie ma. Będzie za kilkanaście dni. I jedno wznowienie, które trzeba po prostu znać. Jeśli ktoś lubi fantastykę, ale tę szeroko pojętą fantastykę. Już bez dodatku "naukowa", to jest po prostu fantastyka taka fantastyczna. Rozmarzam się patrząc w mikrofon. Rozmarzam się, bo książki Gaimana to jest coś, co mnie przynajmniej nie pozostawia obojętnym. Spróbujcie państwo, może warto. Trzeba jakoś się oderwać od tych polecanek.
To ja właśnie państwu komunikuję, że niniejszym się odrywam. Odrywam się, aby udać się w kierunku tych korepetycji filozoficznych. Niech zostanie na razie ta nazwa, chociaż tak jak powiedziałem, nazwa korepetycje w jakimś stopniu mnie przygnębia, ale może tylko mnie. O czym dzisiaj porozmawiamy? Otóż przedstawię państwu artykuł, który został napisany przez Erika Olsona. To jest amerykański filozof, profesor Uniwersytetu w Sheffield. On zajmuje się przede wszystkim metafizyką, a w ramach tej metafizyki porusza zagadnienia umysłu oraz tożsamości osobowej. Autor wielu książek, między innymi "Human Animal", "Personal Identity" i tak dalej. Oszczędzę państwu katowania państwa słuchu moim angielskim. Zapamiętajcie państwo natomiast nazwisko Erik T.
Olson. Naprawdę fajny artykuł. Przełożył ten artykuł Jacek Jarocki. Artykuł pochodzi oczywiście z czasopisma "Filozofuj" z 2017 roku, z numeru trzeciego. Jest dostępny, tak jak poprzednie, które państwu cytowałem, na licencji uznanie autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Cóż jeszcze warto powiedzieć? To jest artykuł, jak powiedziałem, życie po śmierci. Wielu ludzi wierzy w życie pozagrobowe, inni uważają natomiast, że to po prostu są bzdury. Jedni uważają, że po śmierci będziemy nadal istnieć jako świadome istoty i śmierć w związku z tym nie jest żadnym końcem, a jedynie przejściem z naszego świata do innego. Dokładnie do nieba.
Wiecie państwo, ja nie zamierzam dzisiaj uprawiać ani teologii, ani antyteologii, tylko filozofię. Dlatego ja nie chcę rozstrzygać, kto ma rację. Naturą artykułu Olsona jest wykazanie pewnego sceptycyzmu, ale też pokazanie pewnej drogi, bo naturą filozofii jest dyskusja. Nie wystarczy powiedzieć, że ten facet, ten Olson, nie ma racji albo że ma rację, bo to jest za mało. Nawet jeśli się z nim zgodzimy, to warto wiedzieć, dlaczego się z nim zgadzamy. A jeśli się nie zgadzamy, to również warto to rozstrzygnąć, dlaczego nie. Mnie ten artykuł zatytułowany, powtórzę: "Sceptycznie o życiu po śmierci" zainteresował, bo porusza dosyć ważne zagadnienia. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy tezy o życiu po śmierci mogą w tym tekście znaleźć argumenty dla siebie. Chociaż autor nie ukrywa, że do życia po śmierci nastawiony jest sceptycznie, bardzo sceptycznie. Używa do tego argumentów rozumowych.
Na ile one państwa przekonają? To zobaczymy. Ważne jest tylko, żeby się nie wyzywać od heretyków albo jakichś innych epitetów nie używać. Warto po prostu wysłuchać, co filozof z jakimś jednak konkretnym dorobkiem ma do powiedzenia. Ja to postaram się państwu mniej lub bardziej umiejętnie przekazać. Więc zacznijmy jeszcze raz. Wielu ludzi wierzy w życie pozagrobowe. Uważają, że po śmierci będziemy nadal istnieć jako świadome istoty. Śmierć nie jest zatem końcem, lecz jedynie przejściem z tego świata do innego, a dokładnie do nieba. Z drugiej strony życie po śmierci wydaje się niemożliwe.
Wszyscy wiemy, co dzieje się, kiedy umrzemy. Zjadają nas robaki albo trawi ogień. Budulec, z którego się składamy, ulega rozproszeniu i choć ów rozkład może być szybszy lub wolniejszy, jest on jednakowo bezlitosny. Ostatecznie z naszej natury fizycznej i psychicznej nie zostaje nic. Nawet kości czy skamieniałe szczątki. Po odpowiednio długim czasie pozostają tylko atomy losowo rozproszone w próżni. Nic w ich naturze czy strukturze nie będzie wskazywało na to, że niegdyś składały się na żywą istotę. Skoro zaś jakaś rzecz jest w ten sposób całkowicie niszczona, jak może wciąż istnieć? Powtórne uporządkowanie atomów na potrzeby naszego eksperymentu. Wyobraźmy sobie, iż istnieje wszechmocna istota, którą w skrócie będziemy nazywać Bogiem.
Bóg może czynić to, co możliwe, ale nic więcej. Może on spowodować, by żyrafy miały fioletowe umaszczenie. Nie może jednak sprawić, by sam nie istniał. Wyobraźmy sobie, że Bóg chce obdarować mnie życiem po śmierci. Jak mógłby tego dokonać? Mogłoby się wydawać, że wystarczy, iż zbierze on rozsypane po całym świecie atomy, z których niegdyś się składałem i nada im taki porządek, jaki miały za mojego życia. Tyle powinno wystarczyć, bym zaistniał na nowo. Choć zatem śmierć może spowodować, że moje atomy ulegną rozproszeniu, Bóg jest w stanie przywrócić mnie do życia, rekonstruując ich strukturę podobnie jak zegarmistrz reperuje oddany do naprawy zegarek. Takie ujęcie nie może być jednak poprawne. Przede wszystkim każdy z nas składa się z materii, która należała niegdyś do ciał innych ludzi.
Najbardziej jaskrawym przykładem jest kanibalizm, ale w rzeczy samej zjawisko to jest powszechne. Kiedy umrzemy, nasze atomy zostaną zaabsorbowane przez rośliny i wejdą w obieg łańcucha pokarmowego. W rezultacie każdy z nas składa się w znacznej części z atomów, które należały do ludzi zmarłych przed wieloma laty. Jeżeli wymagane byłoby uporządkowanie wszystkich oryginalnych atomów, niewielu z nas dostąpiłoby życia po śmierci. Nic też nie da założenie, że potrzebujemy jedynie jakiejś części z nich, na przykład połowy. Im dłużej istnieje gatunek ludzki, tym więcej jest tych atomów, które tworzyły niegdyś ciała jego przedstawicieli. Jeśli przetrwamy wystarczająco długo, każdy atom składający się na ciała naszych potomków będzie tym, który już do kogoś należał. W takim wypadku nawet Bóg nie mógłby nadać ponownej struktury wszystkim ludziom. Niestety, teza ta sprzeciwia się większości doktryn religijnych na temat życia po śmierci. Jeszcze większy problem polega na tym, że w rzeczy samej nie ma czegoś takiego jak moje oryginalne atomy.
Ponieważ ciągle przyjmujemy nowe atomy i pozbywamy się starych, co najwyżej można mówić o atomach, z których składamy się w danym momencie. Materia pojawia się i znika poprzez jedzenie, oddychanie czy wydalanie. Człowiek przypomina pod tym względem wolno płynącą fontannę. Tylko nieliczne z naszych obecnych atomów należały do nas rok temu. Załóżmy, że Bóg zebrałby i nadałby odpowiednią strukturę atomom, z których składałem się w dniu piątych urodzin. Zaistniałe w ten sposób w równoległym świecie dziecko miałoby wspomnienia z pierwszych lat mojego życia. Przyjmijmy teraz, że Bóg uczynił jednocześnie to samo z atomami, z których zbudowany jestem teraz, czyli w wieku 53 lat. Zdaje się, że obaj stworzeni przez Boga ludzie, dziecko oraz dorosły, byliby mną. Jest to jednak logicznie niemożliwe. Dorosły i dziecko byliby bowiem dwiema różnymi osobami.
Oczywiste jest, że w rezultacie działań Boga populacja możliwego świata zwiększyłaby się o dwie osoby, nie zaś o jedną. A zatem dwie różne osoby, dziecko i dorosły byłyby mną. Jeśli jednak dziecko i ja oraz dorosły i ja to ta sama osoba, dziecko i dorosły nie mogą być dwiema osobami. Ten właśnie problem sprawia, że wizja życia po śmierci uzasadniana uporządkowaniem atomów jest niespójna. Stanowisko to niesie również absurdalną konsekwencję, że wszystkie przedmioty, które przestawały istnieć dawno, dawno temu, mogą zaistnieć ponownie, bez względu na to, co działo się w międzyczasie. Wyobraźmy sobie, że jako dziecko budujesz na plaży zamek z piasku, który wkrótce niszczy przypływ. Czy możliwe jest przywrócenie go do istnienia? Oczywiście, że nie. Być może pewien wprawny ekspert byłby w stanie zbudować budowlę identyczną w wyglądzie. Mógłby on nawet ułożyć te same ziarnka piasku dokładnie w taki sam sposób.
Efektem końcowym byłaby jednak co najwyżej kopia lub reprodukcja. Nie byłby to zamek wzniesiony dawno temu przez dziecko, ale budowla, którą dziś stworzył ekspert. Wszystko wskazuje na to, że śmierć robi z nami dokładnie to, co fale robią z zamkiem z piasku. Chyba jedynej nadziei na życie po śmierci musimy upatrywać w stwierdzeniu, iż pozory nas mylą. Nie podlegamy niszczeniu analogicznemu do destrukcji zamku z piasku przez morskie fale. W jakiś sposób trwamy dalej, nawet jeśli nasze atomy ulegają rozproszeniu. Jak to się jednak dzieje? Być może każdy z nas ma specjalną, niematerialną część, która jest odporna na rozpad i zanik. A zatem, mimo że nasze fizyczne szczątki ulegają całkowitemu zniszczeniu, ta specjalna część może przetrwać nietknięta. Ów specjalny czynnik Platon nazywał duszą.
Zauważmy jednak, że sam fakt, iż jakaś część mnie przetrwała, nie znaczy wcale, że przetrwałem również ja. Załóżmy, że wpadłem w tryby wielkiej machiny złożonej z wielu poruszających się części. W rezultacie nietknięty pozostał tylko jeden z moich palców. Podtrzymywanie palca przy życiu, a nawet przyszycie go do dłoni żywej osoby, z pewnością nie zapewni mi życia po śmierci. Istotne dla mojego przetrwania wydaje się zatem, by moja dusza posiadała specjalną naturę, która czyni ją radykalnie inną od innych moich części. Jej trwałość musi jakoś wystarczać, bym mógł zachować istnienie oraz świadomość. Dusza wydaje się być więc tym, co aktualnie jest moją świadomością. Jest zatem autorem tych słów i używa mego ciała jako narzędzia do ich spisania. W chwili śmierci dusza oddziela się od ciała. Tym samym przestaje istnieć materialny przedmiot poruszający się wedle jej woli i dostarczający jej informacji zmysłowych.
Pozostaje ona jednak świadoma i pamięta wydarzenia z życia. Zatem dopóki ta część istnieje, istniejemy również my. Jesteśmy tam, gdzie ona. Ten pogląd nie prowadzi do logicznych sprzeczności znanych z hipotezy uporządkowania atomów ani nie niesie absurdalnych konsekwencji wskazywanych przez przykład zamku z piasku. Możliwe jest, by Bóg dał nam życie po śmierci, tworząc w nas świadomą, niematerialną duszę. Niemniej jednak nie jest to oczywiste. Wprost przeciwnie, wszystkie dowody przemawiają przeciwko takiemu ujęciu. Posiadanie duszy umożliwiałoby bycie świadomym nawet pomimo całkowitej zagłady ciała. W takim wypadku powinienem posiadać świadomość również po stosunkowo niewielkich i krótkotrwałych uszkodzeniach mózgu. Nagłe uderzenie w głowę powinno mieć wpływ na oddziaływanie między duszą a ciałem, powodując tymczasową niemożność działania i postrzegania, podobnie jak zniszczenie kontrolera zdalnie sterowanego samolotu uniemożliwia jego właścicielowi operowanie nim.
Wszystko powiłaby czerń i cisza, ja zaś nie mógłbym się ruszyć. Mimo to dusza jako nieuszkodzona powinna zachować pełną świadomość i zastanawiać się na przykład, jak długo będzie trwał ten nieszczęsny stan. Nic takiego się jednak nie dzieje. Cios w głowę powoduje, że tracę przytomność. Jeśli zaś mniejsze obrażenia powodują utratę przytomności, to jak mogę zachować pełną świadomość po całkowitym zniszczeniu mózgu? Wiemy również, że niewielkie zmiany w mózgu odpowiadają ogromnym zmianom w czujności, nastroju, pamięci, poczuciu humoru i jasności myślenia. Zgodnie z dzisiejszą wiedzą, wszystkie zjawiska umysłowe zmieniają się w zależności od stanów układu nerwowego, choć wciąż mało wiemy na temat połączenia zjawisk umysłowych i mózgu. Mimo to powiązanie między nimi z pewnością istnieje. Tego rodzaju fakty sugerują, że aktywność umysłowa zachodzi w mózgu, a nie w duszy. Jeśli zaś nie jesteśmy duszami lub jeśli nasze dusze nie są świadome, ich trwanie niezależnie od ciała nie zapewnia nam życia po śmierci.
Czas na zakończenie. Wydaje się jasne, że życie po śmierci nie polega ani na uporządkowaniu atomów, ani na przetrwaniu duszy. Niektórzy filozofowie zaproponowali bardziej skomplikowane wyjaśnienia możliwości życia pozagrobowego, ale żadne nie wydaje się w pełni satysfakcjonujące. W rezultacie im dłużej się nad nimi zastanawiamy, tym mniej wydaje się ono prawdopodobne. Tak, proszę państwa, to już jest cały artykuł. Przypomnę, że ten artykuł ukazał się w czasopiśmie „Filozofuj”. Jego autorem jest Eric T. Olson, amerykański filozof, profesor Uniwersytetu Sheffield. Cóż, można się z nim zgadzać, można się z nim nie zgadzać. Ja sobie zdaję sprawę, że on stawia sprawę na ostrzu noża.
Mówi, że raczej nie, ale każdy z nas musi to dla siebie rozstrzygnąć. Nie bez przyczyny to coś, o czym dzisiaj rozmawialiśmy, bardzo często nazywane jest wiarą, a nie wiedzą. Zostawiam państwa z tym problemem, bo problem nie jest łatwy. Każdy na niego sobie musi sam odpowiedzieć. Ale warto jest przynajmniej te przykłady, które Eric Olson podaje, sobie przemyśleć i utwierdzić się w swoich przekonaniach. Albo może on zasieje jakieś ziarenko zwątpienia. Nie wiem. Nie to, żebym nie chciał wiedzieć, ale to tak naprawdę są sprawy, z którymi każdy z nas musi się zmierzyć. Proszę państwa, ja już w tej chwili myślę, że nagadałem się odpowiednio ze swojej ulubionej dziedziny, czyli z filozofii. Państwa troszeczkę pomęczyłem.
To czas na odrobinę oddechu, żebyście państwo kompletnie nie znienawidzili filozofii. Swoją drogą, jeszcze zanim państwu zaproponuję coś, żeby odetchnąć, to powiem tak: bardzo współczuję wszystkim byłym studentom, którym na siłę wciska się na różnych kierunkach, czasami bardzo takich niefilozoficznych, historię filozofii Bo uważam, że to jest potworne nieszczęście, bo w przeciągu semestru, czasami dwóch, trzeba przerobić dwa i pół tysiąca przynajmniej lat historii filozofii, co jest mało realne, a już na pewno mało interesujące. Dlatego, że trzeba to zrobić w tempie, które nie gwarantuje zrozumienia, o czym ci filozofowie w jednym, w drugim czy w trzecim czasie mówili. Można dzięki temu osiągnąć jeden cel: znienawidzić filozofię do imentu, traktować ją jako kompletne bzdury i gadanie o niczym, żeby nie powiedzieć gorzej. Myślę, że bardzo wiele złego jest robione na uczelniach, gdzie historia filozofii nazywana jest zresztą filozofią. Bo ja nie wiem, czy nie byłoby lepiej, żeby przez ten semestr prowadzący zajęcia po prostu popróbował ze studentami pofilozofować, pomyśleć w taki sposób, w jaki niektóre zagadnienia ujmują filozofowie. Myślę, że byłoby to z większym pożytkiem dla wszystkich, i dla wykładowcy, i dla studentów, kiedy popatrzyliby na pewne problemy w nieco inny sposób. Dowiedzieli się, że można na jeden problem patrzeć z kilku miejsc. To niby wszyscy wiemy, ale warto czasami spotkać się z takimi prawdziwymi przykładami. A historia filozofii, aczkolwiek uważam, że jest potrzebna, to chyba tylko tak naprawdę filozofom, może tym, którzy chcą się orientować w historii.
Ale wierzcie mi państwo, ja jako miłośnik filozofii uważam, że to, co się wyprawia na uczelniach, czyli dręczenie studentów filozofią, to nie jest normalne. Myślę, że wśród państwa również są ludzie, którzy zdążyli na studiach filozofię znienawidzić, bo był jakiś nawiedzony filozof, który za wszelką cenę starał się państwu udowodnić, że to jest ciekawe, z czego tamci Grecy próbowali budować świat: z ognia, z wody, z ziemi, z bezkresu i tak dalej. To jeszcze na początku było do strawienia. Im dalej w las, im dalej w historię filozofii, tym to wszystko bardziej skomplikowane. A już najbardziej lubię, jak się w historii filozofii przerabia Kanta i tłumaczy się to wszystko w pięć minut albo w 10 nawet. Coś, co tak naprawdę wymaga osobnych studiów. I wierzcie mi państwo, nawet przy tych osobnych studiach jest wiele takich momentów, że człowiek ma takie poczucie, że kurczę, ja chyba tego nie rozumiem. Cofnijmy się. Jeszcze raz. Nie, na pewno tego nie rozumiem.
Z Kantem i z kilkoma innymi filozofami tak właśnie jest, że nie da się ich obrobić w 10 minut. Nawet jeśli to się spróbuje zrobić w punktach, to te punkty będą martwe. Nic państwo z tego nie będą rozumieli. Tak, to była moja prywatna filipika przeciwko dręczeniu ludzi filozofią na studiach. A teraz już, proszę państwa, tytuł audycji zobowiązuje. Dzisiaj są ludzie z mgły, a zatem zapraszam państwa na retransmisję spotkania, które odbyło się na Poznańskich Targach Książki, które tak często wspominam. Dzięki Poznańskim Targom Książki miałem okazję spotkać się z autorką wielu superksiążek, kryminałów, się tak mówi powszechnie, ale tak naprawdę to jest pomieszanie książek kryminalnych z sensacyjnymi. Tą autorką jest Izabela Janiszewska. Kiedyś państwu przedstawiałem wywiad w „Bibliotekarium 2.0” zrobiony przy okazji bestsellerowej trylogii kryminalnej o komisarzu Brunonie Wilczyńskim i dziennikarce Larysie Luboń. Ta trylogia to było spore osiągnięcie, ale też był taki thriller „Niewybaczalne”.
W swojej twórczości Izabela Janiszewska inspiruje się psychologią. To z tego wywiadu między innymi można się było dowiedzieć, ale też historiami z życia. Takimi historiami, które zostawiły w niej jakiś emocjonalny ślad. To jest autorka, która przez wiele lat pracowała jako dziennikarka prasowa i telewizyjna dla cenionych stacji oraz magazynów. Tam przygotowywała reportaże, teksty psychologiczne, rozmowy, wywiady. Jest wytrawną słuchaczką i niezłomną idealistką, która podobno niczym magnes przyciąga przygody. A prywatnie to jest nieidealna mama, jak sama o tym mówi, dwóch urwisów. Zapraszam państwa zatem na spotkanie z Izabelą Janiszewską. Spotkanie przy okazji jej najnowszej książki „Ludzie z mgły”. Zapraszam jeszcze raz.
[35:38] - Wielkie brawa dla naszej autorki Izabeli Janiszewskiej, autorki kilku wspaniałych książek, ale dzisiaj spotykamy się z powodu jednej z nich. Z powodu najświeższej, czyli „Ludzie z mgły”. Thriller kryminalny, który powstał z powodu bardzo ciekawej inspiracji. Opowiesz może nam o tym, Izo?
[35:57] - Opowiem, ale też cię skomplementuję, bo mówisz, jakbyś wiedziała, że będziesz siedziała obok mnie i będziesz prowadziła to spotkanie. Jakbyś całą noc ćwiczyła.
[36:05] - To jest adrenalina. Nie, nocą wolę czytać książki. I to takie jak „Ludzie z mgły”. I przyznam, że na tym spontanie chyba cię właśnie poinspiruję spotkaniem autorskim swoim premierowym, które słuchałam, które oglądałam i właśnie tam taką świetną historię o tych
[36:22] - O ludziach z mgły, którzy do ciebie wyszli i przyszli. Jak to było?
[36:29] - Na szczęście aż tak blisko nie podeszli. Był taki moment i to jest dla mnie zawsze trudny moment. Po tym, jak oddam jedną książkę, zrobię sobie miesiąc Eldorado. Czytam, piję drinki, bawię się z dziećmi, spędzam czas z mężem i nagle mi się przypomina, że nadchodzi kolejny deadline i muszę napisać kolejną książkę, bo czytelnicy piszą: „A kiedy następna? Bo przeczytałam w jeden dzień”. Są tacy nawet na tej sali.
[36:57] - Co państwo po lekturze? Super.
[37:01] - To jest taki czas, kiedy trzeba wymyślić, o czym będzie kolejna książka. I dla mnie to jest zwykle najtrudniejszy czas, dlatego, że to, o czym jest książka, jest dla mnie szczególnie ważne. To, co tą książką chcę opowiedzieć, jaką historię chcę przekazać. Stąd zwykle tego tematu szukam długo. Tak długo, że czasem wydawca dzwoni i mówi: „Iza, kiedy będzie nowa książka?”. I to jest ton niezbyt miły.
[37:24] - Dokończymy ten wątek? Opowiadamy właśnie o tym pierwszym natchnieniu, które przyszło.
[37:41] - I był to właśnie taki moment, gdy wiedziałam już, o czym chcę pisać, ale jechałam podlaskimi ostępami późnym wieczorem. Nad łąkami unosiła się biała mgła. Droga się wiła, meanderowała. Spomiędzy drzew wylewała się biel. I pomyślałam: „Jeju, ale to jest magiczne”. I nagle przeszły mnie ciarki. Zobaczyłam w tej mgle zarysy sylwetek ludzkich i uznałam, że to jest coś, o czym chciałabym opowiedzieć i że zapomniałam, o czym chciałam opowiadać wcześniej. Tylko to się liczyło wtedy. A drugim wątkiem była historia kiedyś opisana przez Wojciecha Tochmana. Historia człowieka, który powstał z torfów.
I ona też od lat, bo to się stało już ponad 20 lat temu, mnie fascynowała, inspirowała. To jest człowiek, który do dzisiaj nie wie, kim jest. Dostał nowe imię, nowe nazwisko od sądu. A może więcej o nim opowiem, jak dokonamy tutaj wielkiej podmiany.
[38:38] - Dziękuję bardzo. Tych dwóch początków na spotkaniu chyba jeszcze pani nie miała.
[38:48] - Myślę, że nie wiemy, co się wydarzy dalej, bo tutaj wszystko jest możliwe.
[38:53] - Na Targach Książki dużo się dzieje i może być tak, że za chwilę wejdzie następna kobieta i powie, że to ona prowadzi z panią spotkanie. I to tak może być. Przepraszam najmocniej, po prostu jest tak, że Targi Książki powodują korki w mieście i to jest niezwykle krzepiące, ponieważ jak Budma powoduje korki, to wszyscy rozumieją, że ludzie chcą budować i dachę kłaść. A jak Targi Książki po pandemicznej przerwie i po powrocie w ubiegłym roku powodują korki, ja się nie spodziewałam tego, mimo że mieszkam w Poznaniu i żyję. I to jest cudowne, więc najmocniej przepraszam, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Natomiast zdążyłam się zorientować, że zaczęły pani rozmawiać o książce, która miała dopiero co swój debiut. Bardzo się cieszę, że państwo tutaj są i że chętnie czytają również tego rodzaju gatunki. To cóż, może będziemy nadal rozmawiać o ludziach z mgły. Ja też liczę, że państwo włączą się do rozmowy. To zawsze jest też dobra okazja, żeby zadać pytanie autorce, autorowi i spotkać się bardziej bezpośrednio niż za pośrednictwem przedstawionej fabuły.
Powiem pani, że tę książkę się czytało naprawdę znakomicie. Mnie czasami thrillery czy kryminały trochę denerwują, bo się zatrzymuję na warstwie, że dużo się dzieje, a ja się jeszcze nie boję. A tu się zaczęłam bać bardzo szybko.
[40:36] - W literaturze grozy tak się bardziej boimy. Tak myślę. Przynajmniej z założenia.
[40:41] - Lubią się państwo bać, czytając thrillery, prawda? No właśnie. Proszę?
[40:47] - Po coś się je czyta.
[40:48] - No właśnie, widzi pan?
[40:49] - Dla napięcia, emocji. Emocje są różnorakie oczywiście.
[40:56] - To prawda. Rozumiem, że to niewywołanie strachu było tym razem powodem wprowadzenia nas w tę gęstniejącą mgłę. Jak to jest z tymi emocjami? Bo przyznam, że w wywiadach się pani powołuje właśnie na emocje, to może o nich teraz porozmawiamy.
[41:16] - Tak, emocje są bardzo ważne w moim pisaniu, dlatego, że uważam, że książki tego gatunku dużo ciekawie, jeśli się je nie tylko czyta, ale też się je przeżywa. I stąd uważam, że kompozycja emocjonalna, którą buduje się razem z budowaniem historii, to jest coś, co może rzeczywiście potem takie emocje wywołać. I myślę, że to jest bardzo trudne i nie do końca wszystko w tym obszarze da się skontrolować, pisząc książkę. Można zaplanować pewne rzeczy, ale to trochę tak jak z muzyką, że każdy odbiera dany utwór inaczej. I podobnie jest z historiami książkowymi, ponieważ autor może włożyć w to całe serce, a niekoniecznie wywoła dokładnie te emocje, które by chciał. I myślę, że tu tkwi ta wirtuozeria i lata ciężkiej pracy i szlifowania tego pióra jak diamentu, żeby rzeczywiście te emocje budzić. Więc jeżeli moja mgła i moi ludzie z mgły budzą niepokój, ciekawość, jeśli budzą być może złość albo wściekłość czasami, jeśli to rzeczywiście tam jest, to wielka rzecz i cieszę się.
[42:29] - Proszę powiedzieć. Chcę przejść do warsztatu, którego jest pani bardzo świadoma i to jest w tych książkach. Proszę potraktować to oczywiście jako komplement, ale proszę opowiedzieć nam trochę o tym, jak się pani uczyła budować historię i naciskać w czytelniku te guziczki, które wywołają określony efekt.
[42:56] - Mam wrażenie, że się tego nie uczyłam i że się nie uczę, że ja po prostu to robię i czasem wychodzi to lepiej, czasem gorzej. Że to jest bardziej nauka przez doświadczenie, że sama jestem osobą głęboko czującą i opowiadam te historie tak, żeby poruszały mnie. Korzystam też ze wsparcia czytelników, beta czytelników, osób, które czytają moje książki, zanim pójdą one do wydawcy. Dzięki temu widzę, czy to, co wymyślam, działa. Ale przede wszystkim myślę, że kompasem emocjonalnym opowieści jestem ja dla siebie sama, że sprawdzam, jak to działa. Myślę, że ta nauka dzieje się nieświadomie, poprzez czytanie. Dlatego, że bardzo dużo czytam. Czytam literaturę gatunkową również, ale czytam też dużo literatury pięknej, reportaży. Mam wrażenie, że umiejętność stawiania człowieka w centrum budowania historii, opowiadania jej, wynika w dużej mierze z świadomego czytania, z umiejętności widzenia w tym, co się czyta. Dlaczego na przykład coś tak porusza albo dlaczego coś tak ściska za gardło, albo powoduje, że przechodzą dreszcze.
To jest jedna rzecz. Druga rzecz to myślę, że moja droga zawodowa, czyli dziennikarstwo. Bo jednak te kilkanaście lat pracy w prasie, w telewizji, w prasie przy okazji wywiadów na przykład z kapitanem Cichockim, który kilkakrotnie próbował opłynąć świat i wielokrotnie mu się to nie udawało. Tracił majątek i szacunek do samego siebie i musiał odbudowywać całe życie od nowa poprzez reportaże. Myślę, że całe moje życie zawodowe przygotowywało mnie do pisania książek.
[44:48] - A kiedy to zaczynało się dobijać?
[44:50] - Od zawsze. Pamiętam, miałam kilka lat i już jako mała dziewczynka. Przywołuję tę historię często, bo ona jest bardzo zabawna, więc państwo, którzy ją już słyszeli, to miejcie litość. Rzeczywiście jako dziecko nosiłam i nadal teraz noszę, ale nosiłam wtedy takie grubsze okulary. Byłam krótkowidzem i jak mnie ktoś pytał, dlaczego noszę okulary i co mi się stało w oko, to mówiłam, że bo napadł mnie wściekły pies i mnie ugryzł w oko. Od początku opowiadałam takie historie. Na każde pytanie potrafiłam coś wymyślić ciekawego, dlatego że uwielbiałam te emocje, które się pojawiały. Bo jak bym powiedziała: „Bo mam wadę wzroku i mama mnie wzięła do okulisty”, to jakoś wiele emocji to nie budzi. Ale ten pies, to wyobrażenie psa, który się wyłania zza rogu, skacze na dziewczynkę i gryzie ją w oko, to już jest coś. Więc mam odczucie, że we mnie to było od zawsze.
Może wzięło się z tego, że moi rodzice, głównie mama mi czytali. Więc ta miłość do opowieści była, ale też kinematografia bardzo wpłynęła na moją chęć opowiadania. Pamiętam lata 80., w których dorastałam, pierwsze wideo i pierwsze dwa filmy, które obejrzałam na wideo. Nigdy w życiu nie powinnam ich oglądać, bo byłam za mała. Jeden to był film „Dirty Dancing”, a ja miałam jakieś pewnie pięć lat, a drugi to był film o robotniku zamurowanym w ścianie, który wychodzi stamtąd i straszy. Teraz państwo wiecie, dlaczego piszę ten gatunek.
[46:28] - Ja wiem. Był jeszcze „Sok z żuka”?
[46:32] - To już dużo później myślę. Ale było coś takiego, tak.
[46:36] - I coś jeszcze było takiego. Też na wideo oczywiście, mieliśmy wtedy taśmy VHS. Mało kto się przejmował, czy powinniśmy to oglądać, czy nie, bo to było po prostu dobro wcielone. Więc myślę, że każdy z nas miał na koncie takie coś, co nie do końca powinno być obejrzane, ale było i nas jakoś doedukowało. Pani mówi, że było. Co było? Że dużo. Że dużo. Moja mama mnie wysłucha. Aha, rozumiem.
To nie rozmawiamy na ten temat. „Crazy Woman”.
[47:13] - „Crazy Woman” też.
[47:14] - „Sok z żuka” też pamiętam. I „Sok z żuka” też? Właśnie. Ja to pamiętam, bo potem nie mogłam spać i jak na złość powtarzało mi się w głowie po trzy razy: „beetlejuice, beetlejuice, beetlejuice” i nie wiedziałam, czy on się pojawia, czy znika i można było zupełnie zwariować. Muszę powiedzieć, że podczas lektury „Ludzi z mgły” też jest wrażenie takiej opresji, obsesyjności. Nie chcę powiedzieć za dużo tym, którzy są jeszcze przed lekturą, bo przecież książka jest zupełną świeżynką. Ale chciałam tak państwa zapytać, ponieważ targi są demokratyczne i jesteśmy otwarci. Kto jest już czytelnikiem książek pani Izabeli Janiszewskiej? Ręka do góry. Pani przyszli.
Ale są też tacy, którzy mają tę przygodę.
[48:13] - Niektórzy zostali przez żony na przykład przyciągnięci.
[48:17] - To jest bardzo pożyteczne. Dobrze. Proszę powiedzieć, skoro jest tak, że pani nasiąknęła fabułami, a potem odważyła się, żeby sama coś takiego stworzyć To kiedy pani poczuła, że jest ten moment? Bo myślę, że są tacy, którzy lubią czytać i którzy marzą o tym, żeby coś napisać, ale to się nigdy nie wydarza. A u pani się wydarzyło.
[48:44] - Myślę, że mogłabym jeszcze długo nie poczuć. Znaczy ja cały czas czułam, ale się bałam. To takie było: chcę, ale się boję. Trwało to wiele lat i rzeczywiście w tych mitycznych szufladach, a w moim przypadku w folderze w komputerze, jak nie czuję, kiedy ujmuję, są pliki z wieloma pomysłami na książki albo pozaczynane książki, bo zbieram to przez dobrych paręnaście lat, więc dużo tam się kryje rzeczy. Dużym motywatorem byli moi synowie. Dzisiaj mają sześć i osiem lat. To oni powiedzieli: „Mamo, to jest nieokej, bo mówisz nam, że możemy w życiu wszystko. Mówisz, że jeśli chcemy, to możemy być sportowcami, naukowcami, a ty chcesz pisać książki, tylko tak sobie o tym marzysz i coś sobie piszesz do tego komputerka. Weź, mamo, zrób coś z tym”. Więc trochę oni mnie popchnęli.
Dużym impulsem, ale też pomocą dla mnie był mój mąż, który powiedział, że jeżeli ja zajmę się pisaniem, to on mnie w tym będzie wspierał, bo wiadomo, że na pisaniu nie zarabia się kokosów od razu, a czasem w ogóle. Różnie to bywa. Więc to wsparcie finansowe ze strony męża było bezpieczną poduszką, na której mogłam się oprzeć, żeby robić to, o czym marzę. I to były chyba dwie takie rzeczy. A ta we mnie to było to, że od wielu lat chciałam i chyba to pragnienie już na tyle urosło i było tak wielkie, że zaczęło się ze mnie wylewać i już się nie mieściło w środku. Musiałam napisać pierwszą książkę, potem drugą aż do szóstej.
[50:30] - Dla niektórych trudnym momentem jest po pierwsze podjęcie decyzji, a po drugie już po podjęciu decyzji, że chciałoby się coś opublikować, jest to, żeby trafić do jakiegoś wydawnictwa i żeby ono zechciało otworzyć nam swoje drzwi. Niektórzy pukają wielokrotnie, ale u pani potoczyło się znakomicie.
[50:54] - Tak, myślę, że miałam to duże szczęście, że bardzo szybko udało mi się podpisać tę umowę wydawniczą. Natomiast myślę, że tym, co jest najtrudniejsze, trudniejsze od znalezienia wydawcy, bo mam wrażenie, że dzisiaj dla dobrych książek i niekoniecznie dla dobrych wydawców nie jest aż tak trudno znaleźć, ponieważ jest mnóstwo wydawców, powstają co chwilę jakieś małe wydawnictwa, więc jeżeli ktoś ma tylko cel po prostu wydać książkę, to pewnie to nie będzie aż takim wielkim wyzwaniem. Myślę, że największym wyzwaniem jest zmierzyć się z własnymi wątpliwościami, lękami, kompleksami. Z tym wszystkim, co się wiąże z debiutem, z tym, że się wydaje książkę i nagle ta książka jest oceniana. I nie tylko książka jest oceniana, tylko jej autor, autorka są oceniani w komplecie z tą książką i można się dużo rzeczy o sobie dowiedzieć. Nie zawsze są to miłe rzeczy, których chciałoby się o sobie dowiedzieć, więc myślę, że największym wyzwaniem to jest w ogóle odważyć się na to, żeby zmierzyć się z tym, co czeka autora, autorkę, jak już się wejdzie w ten świat. Co więcej, jest tak, że absolutnie wszystko... dobra, może nie wszystko. 95% rzeczy, które sobie wyobrażałam na temat tego świata pisarskiego, wygląda inaczej. Chociaż nie odbiega jakoś tak super bardzo, ale jednak wygląda inaczej.
To tak jak czasem ludzie, którzy nie mają dzieci, myślą sobie, że wiedzą, jak to jest. Dopóki się czegoś nie przeżyje, to naprawdę ciężko jest o tym mówić. Mimo tego, że można mieć olbrzymią wiedzę, empatię i świadomość. To podobnie jest tutaj.
[52:36] - Mówiąc o tym wydawcy, pomyślałam sobie, że nawet jeśli jest tak, jak pani mówi, że w końcu na tym rynku możemy się pojawić, to myślę sobie, że jeżeli sami ze sobą się przełamujemy, żeby pokazać światu swoją książkę, to jeżeli nam się udaje za pierwszym, drugim razem, jest nam zdecydowanie łatwiej, niż musi być do tego dziesiątego czy jedenastego wydawnictwa. Myślę też o takim psychologicznym efekcie, że im dłużej pukamy do drzwi, tym więcej może pojawić się wątpliwości, które mogą nas ostatecznie oddzielić od realizacji naszego marzenia. Więc trochę miałam też to na myśli. Natomiast to, o czym pani mówi, to jest bardzo ciekawe. Może pani powiedzieć o tym rozdźwięku czy zaskoczeniu pomiędzy tym, jak sobie pani wyobrażała ten czas już kiedy się zostaje pisarką, bo ma się wydane książki, od tego, co wydarza się naprawdę?
[53:31] - Przede wszystkim chodzi o to, jak ciężka bywa ta praca, bo są momenty miłe i cudowne, takie jak to, że możemy się dzisiaj spotkać i porozmawiać. A są takie momenty, że na przykład trzeba pracować czasami do późnych godzin, bo jest też życie i życie zabiera czas na pracę i potem trzeba tę pracę gdzieś wcisnąć, żeby na przykład książka była zredagowana na czas, żeby była bardzo dobrze zredagowana. Im więcej ja od siebie wymagam, tym więcej czasu, zaangażowania, spotkań przed napisaniem książki, researchu, sprawdzania różnych informacji, ale też czasem takiego dłubania w tym tekście i dużej uwagi i koncentracji na tej historii potrzebuję. To bywa po prostu wycieńczające. To jest nagradzające już później, ale są takie momenty, gdzie to rzeczywiście jest Po prostu ciężka praca, więc to nie ma nic wspólnego z mityczną wizją spływającego natchnienia i tego, że książki się piszą same. Książki się same nie piszą. Piszą je ciężko pracujący autorzy i autorki.
[54:47] - Wyobrażam sobie, bo wspomniała pani o życiu, o dzieciach, taką sytuację i proszę się uczciwie nam przyznać, czy do takich dochodziło, że na przykład pani się bawi z synami i wie, że będzie miała wolne, jak oni będą umyci i zasną. Ale tutaj na przykład rozwikłujecie perypetie życiowe świnki Peppy, a pani myśli tak naprawdę, kto mógłby być jakimś zbirem, którego pani potem opisze w swojej książce. Ta praca umysłowa, bo książkę się nosi w głowie najpierw.
[55:22] - Albo w sensu też i w głowie.
[55:23] - Na przykład.
[55:24] - Ja też dużo w sensu. Jest tak, że rzeczywiście myśli się pojawiają różne. Natomiast moja rodzina jest dla mnie absolutnym priorytetem i gdybym kiedyś musiała, choć nie muszę i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała wybierać swoje życie zawodowe czy moich synów, to oczywiście, że synowie będą na pierwszym miejscu i że nawet jeżeli orientuję się, że moje myśli gdzieś odbiegają w stronę na przykład tego, czy są już jakieś recenzje na Instagramie, a spędzam ten czas z synami, to odkładam telefon i jestem naprawdę z nimi. Jestem z nimi na 100%, bo i tak tego czasu dla siebie nie mamy aż tak wiele. Oni za chwilę urosną, będą mieli swoje życia i to, co mogę im dać, ten czas, kiedy mogę pomagać im budować swoje poczucie własnej wartości, swoją wiarę w siebie, w swoje marzenia, to jest teraz i jak go nie przytrzymam w tym momencie, to on mi ucieknie. Więc jestem z nimi na maksa. A kiedy się w głowie pojawia mgła, to mówię: „Zaczekaj, przyjdzie na ciebie pora. Teraz jest Jasiek i Alek”.
[56:35] - Czyli jakoś udaje się to pani umiejętnie rozdzielać te dwie role pisarki, twórczyni i po prostu mamy na pełnych obrotach. Proszę powiedzieć, skąd pani bierze pomysły?
[56:53] - Pomysły biorę z wielu miejsc. Przy tej książce myślę, że warto, żebym może teraz opowiedziała o tym człowieku, który powstał z torów. Ponad 20 lat temu przy torach kolejowych w Warszawie obudził się mężczyzna. Mężczyzna, który otworzył oczy, nie wiedział, czy jest wiosna, czy jest lato, czy jest zima, czy jest rano, czy jest wieczór. Był totalnie zdezorientowany. Poczuł coś wilgotnego na twarzy. Dotknął jej dłonią. Zauważył, że ma na palcach krew. Zdziwiło go to bardzo. Postanowił pójść przed siebie.
Szedł wzdłuż tych torów tak, jak go prowadziły i dotarł do toalety na Dworcu Centralnym. Spojrzał w lustro i przeraził się, bo myślał, że jakiś facet za nim chodzi. Jakiś dziwny, zakrwawiony mężczyzna. A to był on sam. Nie rozpoznał siebie i okazało się, że nie wie, kim jest. Nie wie w ogóle, co robi w tym miejscu, dlaczego tam się obudził. Nie miał ze sobą absolutnie niczego, żadnych dokumentów. I ten fragment wykorzystałam dla mojego bohatera książkowego. Natomiast to, co się z tym prawdziwym mężczyzną działo, to on się błąkał, był bezdomny. Potem znalazł pracę u jakichś budowlańców, u jakichś górali, gdzie rzeczywiście jakoś się najął do pomocy.
Przez to, że nadal nie wiedział, kim jest, był wykorzystywany. To znaczy, że płacono mu bardzo mało albo nie płacono za jego pracę, bo mogli z nim zrobić wszystko, co chcieli, bo był człowiekiem znikąd. Człowiekiem duchem. I po jakichś trzech latach zgłosił się do Fundacji Itaka. To były pierwsze lata istnienia fundacji Itaka i pewnego wieczoru pracownik fundacji Itaka odebrał taki telefon od mężczyzny, który powiedział: „Dzień dobry, nie wiem, kim jestem i potrzebuję pomocy”. I zaczęło się wielkie szukanie tożsamości tego mężczyzny. On był na okładce Dużego Formatu, gazety, był w programach telewizyjnych i do dzisiaj nikt nie wie, kim on jest. I to, co w jego historii jest dla mnie najbardziej fascynujące, to to, że naprawdę trudno jest znaleźć osobę, która nigdy się z nikim nie zetknęła, która nie poszła kupić pieczywa, która nie ma chociaż jednego znajomego albo która gdzieś nie pracowała, która nie ma chociaż jednego członka rodziny. To jest niewyobrażalne, że dotychczas nie zgłosił się absolutnie nikt, kto mógłby powiedzieć, kim jest ten mężczyzna. On sądownie dostał w końcu imię i nazwisko.
Jan Man. Tak się nazywa. Wybrał sobie rocznik, w którym chciałby być urodzony. Pamiętam, że wtedy to było chyba, że on sobie 40 lat dał, a dzisiaj już jest po sześćdziesiątce, bo tak czuł, że mniej więcej na tyle wygląda. I zawsze mówił o tym, że nie wie, czy ta jego niepamięć to przekleństwo, czy błogosławieństwo, bo tak naprawdę zanim ją stracił, mógł być każdym. Mógł być kimś wspaniałym. Mógł mieć rodzinę, dzieci. Chociaż pewnie gdyby ich miał, toby się odezwali. A mógł być kimś potwornym i robić złe rzeczy. I może dlatego nikt o nim nie wiedział.
Ale nie znaleziono go w żadnych bazach odcisków osób oskarżonych o różne przestępstwa. Nie był poszukiwanym żadnymi listami gończymi. Właściwie taki rzeczywiście człowiek duch. Pamiętam też taką bardzo ciepłą historię, kiedy Wojciech Tochman, który napisał o nim reportaż, zabrał go pociągiem nad morze. Tam jeszcze panie z Fundacji Itaka z nimi jechały. I oni myśleli, że morze to jest coś takiego, co każdy jak choć raz widział w życiu, to się nie zapomina, że się pamięta, jak się je widziało. Jechali tym pociągiem i mieli nadzieję, że w momencie, kiedy on zobaczy morze, to jakieś wspomnienie związane z tym morzem, tego pierwszego kontaktu z morzem wróci, a wtedy być może po kolei zacznie się odsłaniać pamięć. Okazało się, że morze go zachwyciło, ale nic nie zmieniło w jego historii. I do dzisiaj nie wiemy, kim on jest.
[01:01:13] - Czyli żyje nadal?
[01:01:15] - Żyje, mieszka w Warszawie. Nawet miałam taki pomysł, żeby się z nim spotkać przy pisaniu tej książki. Natomiast pomyślałam, że to byłoby nie do końca etyczne, bo ta książka nie jest o nim. On jest tylko iskrą zapalną do poruszenia dyskusji wokół tego problemu i do zrozumienia, jak ciężko musi być nie wiedzieć, kim się jest. I do zadawania pytań wokół tego zagadnienia. Czy w ogóle w takiej sytuacji dobrze jest szukać tej prawdy, czy może czasem lepiej nie szukać? Więc w końcu odpuściłam ten pomysł spotykania się. Dlatego, że wiem, że on się rzeczywiście boryka cały czas z tymi pamięciowymi problemami, bo poza tym, że z jego głowy wykasowało się całe jego życie, to też zdarza mu się na przykład nie pamiętać czegoś, co się działo przed chwilą. Czyli pamięć krótkotrwała zaczęła też szwankować.
[01:02:06] - Niesamowite, że to się dzieje wokół nas, a jest zupełnie realne. Prawda jest taka, że często życie dostarcza scenariuszy, które przełożone na ekran albo na karty książki wydawałyby się kiczowate wręcz, albo tak bardzo niesamowite, że trudne do przyjęcia. Tutaj mamy do czynienia właśnie z taką historią. Pytałam o to, jak się pani przygotowuje, skąd czerpie pomysły. Tutaj z tym pomysłem samo życie podsunęło myśl i inspirację. Mówiła też pani w wywiadach, że robi pani research. Niektórzy, zwłaszcza ci, którzy piszą klasyczne kryminały, gdzie musimy dociec albo bardzo chcemy jako czytelnicy, kto zabił, to tutaj, jeśli chodzi o kryminalistykę, wszystko musi się zgadzać, żeby było wiarygodne. Pani wspomina, że to wygląda trochę inaczej, że oczywiście przygotowuje się pani, ale nie jest to, o ile dobrze zrozumiałam, tak bardzo głębokie jak ci, którzy zajmują się typowymi zbrodniami. To jest dla nich w centrum tego kryminalnego mięsa.
[01:03:25] - Dla mnie zbrodnia nie jest w centrum. Dla mnie w centrum jest to, co prowadzi do zbrodni, bo mam wrażenie, że zbrodnia jest takim finałem, można by brzydko powiedzieć wisienką na torcie, że do tej zbrodni prowadzi dużo wcześniejszych wydarzeń, wiele dni, czasem wiele lat, wiele doświadczeń osoby, która tej zbrodni się dopuszcza. Wszystko, co w mordercy, już użyjmy tego słowa, chociaż mam wrażenie, że ono napiętnuje osobę, która dopuszcza się zbrodni. To jest tak, że w tej osobie przez lata osiada taki kurz i on się tak długo zbiera, że w końcu się zamienia w gęsty i lepki brud i to już prowadzi do zbrodni. A jeśli chodzi o research, to w moim przypadku jest to ogrom czasu. I rzeczywiście przy tej książce pracowało ze mną najwięcej specjalistów od początku mam wrażenie, chyba ponad 10 osób. Już nawet nie wszystkich wymieniałam, bo niektórzy konsultowali mi jakieś drobne wątki albo wątki, które w końcu postanowiłam usunąć i ich nie ma w książce, więc już nie wymieniałam tych osób. Ale rzeczywiście to jest taki trzon. To jest pani kryminalistyk, jest kilkoro psychologów, z czego dwie osoby są biegłymi sądowymi. Jest ratownik medyczny, jest technik kryminalistyki.
Tutaj też dostałam duże wsparcie właśnie od medyków odnośnie takich kwestii dotyczących szpitali, lekarstw. Więc to jest zawsze dużo ludzi wspaniałych, którzy poświęcają mi swój czas, swoją uwagę. I oczywiście też pojawił się tutaj konsultant z grupy poszukiwawczo-ratunkowej, która zajmuje się poszukiwaniem osób zaginionych i wydobywaniem osób uwięzionych pod budynkami, które się zawaliły. Tu też mieliśmy bardzo intensywne konsultacje. Plus policjantki z województwa podlaskiego, bo tam osadziłam akcję i dwie policjantki jeszcze z innych regionów Polski, bo chciałam zweryfikować, czy inaczej się prowadzi takie sprawy w innych regionach i okazuje się, że totalnie inaczej. Okazuje się, że niby procedury powinny być takie same, ale regionalizm wpływa na zaangażowanie policjantów w sprawy, na zwyczaje, jakie panują. I tutaj, chcąc zachować dobre serce dla wszystkich regionów Polski, powiem tylko tyle, że nie w każdym to zaangażowanie jest tak samo intensywne i że nie wszędzie warto zaginąć. W ogóle nie warto, ale w niektórych miejscach bardziej.
[01:06:20] - Drogą dedukcji wnioskuję, że gorzej zaginąć na Podlasiu.
[01:06:25] - Nie potwierdzam, nie zaprzeczam.
[01:06:30] - Dobrze, to już wiemy o researchu, ale to nie jest tak, że pani korzysta z wiedzy ekspertów, ale to nie jest tak jak niektórzy pisarze, że pani sama idzie do prosektorium i prosi o to, żeby na przykład asystować przy sekcji. To nie ten rodzaj.
[01:06:47] - Do prosektorium nie, ale robię rzeczy, które chyba nie są zwyczajowe. Przy okazji innych moich książek, przy tej akurat tego nie było. Przy tej bardzo dużo czytałam i usłyszałam dużo ciekawych historii o osobach, które straciły pamięć. Natomiast przy poprzednich książkach spotykałam się z osobami, które miały podobne doświadczenia życiowe jak moi bohaterowie, po to, żeby bardziej reportersko naszkicować te portrety. Zdarza mi się też odwiedzać miejsca po to, żeby zobaczyć, jakie dźwięki tam słychać, jakie zapachy tam królują, jak ja się tam czuję i jak mogłabym zbudować te uczucia dla czytelnika. Tak jak pani mówi, jak ja się uczyłam, jak ja coś robiłam. Ja nie piszę tak intelektualnie, że planuję sobie, że teraz zrobię to, bo to wywoła to. Ja bardziej przeżywam tę historię, wchodzę w nią, jestem w niej, jestem tam z tymi bohaterami, brodzę przez mokradła. Sama wchodzę w mgłę, w pajęczynę, która mnie oblepia i piszę to, co wyświetla się na moim filmowym ekranie, bo tak sobie tę historię wyobrażam. Nie byłam nigdy w prosektorium, żeby patrzeć, jak się kroi człowieka.
Chyba wolałabym się spotkać z człowiekiem, który to robi i pogadać, a niekoniecznie na to patrzeć.
[01:08:11] - Jest jedna rzecz, która mnie zaciekawiła w pani wypowiedzi, bo kiedy miała pani powiedzieć o bohaterach książki „Morderca”, to nie chciała pani użyć takiego, mówiąc przed chwilą, piętnującego słowa. Może zapytam teraz o relacje pisarza z bohaterami, których tworzy, bo pani zaczynała lubić tych tajemniczych ludzi.
[01:08:41] - Ja ich rozumiem. Nie wiem, czy ich lubię, ale ich rozumiem i bardzo im współczuję, bo często ludzie, którzy dopuszczają się zbrodni. Nie mówię o takich typowo polskich zbrodniach, których jest najwięcej w kronikach kryminalnych, typu że trzech panów wypiło za dużo i się tam siekierą. O takich nie mówię, bo to są zbrodnie z głupoty według mnie. Ale mam wrażenie, że te najbardziej poruszające mnie zbrodnie to są te, które wynikają z odkładającej się latami krzywdy, z doświadczonych traum, z życia w mylnych przekonaniach, z jakiejś ułudy albo z hipokryzji. Mam wrażenie, że jestem w stanie współczuć sprawcy jego losu. Nie tego, co go spotka po dokonaniu zbrodni, bo oczywiście uważam, że za każdą zbrodnię należy się kara. Natomiast jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś, kto czuje, że nie ma już innego wyjścia, podejmuje złą decyzję. Wpisywałam niekiedy taką dedykację niektórym czytelnikom, że człowiek, kiedy ma poczucie, że ma jakiś wybór, to zwykle wybiera dobro, a zło wybiera wtedy, kiedy wydaje mu się, że nie ma już żadnego innego wyboru. I takim sprawcom jestem w stanie współczuć.
[01:10:09] - Ja pytam o to, w jaki sposób pani się uczyła czy jak pani konstruuje fabułę nie bez przyczyny, ponieważ bardzo popularne są wszelkie kursy twórczego pisania. Myślę, że jest mnóstwo ludzi, którzy marzą o tym, sami czytając, żeby coś napisać. Są różne drogi, które do tego prowadzą. Natomiast warsztaty twórczego pisania może nie nauczą nas wrażliwości, natomiast mogą nam powiedzieć, że ważny jest w pewnym momencie zwrot akcji i jak naprawdę go skonstruować, czy coś takiego się przydaje. Więc ja bym powiedziała, że to, o czym pani mówi, jest dowodem na pani intuicję i talent zwyczajnie. Bo aż tak patrzę i tak sobie myślę: „czego ta kobieta nam nie mówi o tym swoim pisaniu?” Bo jak się tutaj spotykamy, to oczywiście nas to bardzo ciekawi. A jest to tym bardziej intrygujące, że jest pani komplementowana przez kolegów po fachu, którzy nie są ze stajni czwartej strony kryminału. I nie klepiecie się wzajemnie po plecach, bo po prostu tak wypada, bo macie jednego wydawcę tylko dlatego, że wzajemnie się czytacie i każdy podpatruje, co się dzieje na tym rynku. Więc mam pani czułe jakiegoś takiego. I to jest właściwie niesamowite, bo ja jestem wychowana na tym, że oczywiście można mieć jakiś pomysł, ale są reguły i jakoś się w te reguły człowiek wtłacza.
Pracuje na jakimś schemacie albo go potem zupełnie podważa, ale jednak jest jakiś punkt odniesienia, więc pani coś ukrywa.
[01:11:59] - Tak, mam w piwnicy bandę ludzi, którzy na mnie pracują i oni wymyślają te zwroty akcji. Nie, rzeczywiście jest tak, że pewnie jest we mnie coś takiego, co mi pomaga pisać te książki, bo nigdy nie myślę o tym, jakie są reguły. Nigdy nie myślę o tym, że teraz trzeba zrobić zwrot akcji. Też nie spisuję książki na punkty, nie planuję jej w scenach, że teraz się wydarzy to, a teraz tamto. Ja chcę tę historię sobie najpierw opowiedzieć. Zawsze wiem, z czym chcę zostawić czytelnika, dokąd zmierza ta historia. Znam kilka najważniejszych zdarzeń w niej, a cała reszta wyłania się z pisarskiej mgły.
[01:12:46] - No dobrze, ale w Poznani jesteśmy, tutaj dobrze liczymy i mierzymy, ale jakieś takie równe pani te książki wychodzą. To nie może być tak, że wsiada pani-
[01:12:55] - Bo kartki podobno można tak spulchnić w książkach, żeby książki wydawały się grube. Tak słyszałam na jednym z blogów czytelniczych.
[01:13:05] - Tak? To o tym nie słyszałam. O tym, że różne manewry z drukiem robi.
[01:13:09] - „Ludzie z mgły” to moja najgrubsza książka. Pod względem ilości znaków jest to książka najdłuższa ze wszystkich moich książek, a i tak były tam cięcia pod koniec. Chociaż były cięcia i były jeszcze dodatki.
[01:13:26] - Mówiąc o tym, że te książki są równe objętościowo. Mniej więcej, prawda? Nie jest tak, że jedna jest jakaś tam.
[01:13:32] - I czcionkę można też rozmiar zwiększać, zmniejszać. Wtedy też inaczej się układa.
[01:13:36] - Ja wiem, ale pytanie brzmi tak: co decyduje o tym, że mimo iż pani dość swobodnie podchodzi do procesu twórczego, to jednak pani kończy historię?
[01:13:48] - Bo jak już docieram do pewnego etapu, do pewnej ilości znaków, to już ja jestem wykończona, więc myślę, że to czas wykończyć książkę. I wtedy piszę „koniec” i oddaję.
[01:14:01] - Rozumiem. Zamiast książka wykończy panią, pani wykańcza książkę. Ten wątek o ludziach bez tożsamości jest niezwykle ciekawy i myślę sobie, że bardzo pojemny. Czy planuje pani coś jeszcze wokół tego? Nawiązuje? Bo mamy trylogię. Ona oczywiście jest zamknięta, była tą debiutancką przygodą. Natomiast pytanie jest takie: czy pani się już z tej mgły zupełnie otrząsnęła, czy jeszcze ma pani taką pokusę, żeby raz albo dwa razy nas w nią wprowadzić?
[01:14:38] - Zdecydowanie się otrząsnęłam, ponieważ pracuję już nad nową książką i profesjonalizm wymaga ode mnie pełnego skupienia i naprawdę dużej pracy, a nie brodzenia we mgle. Mgła jest już za mną. Teraz we mgłę wysyłam swoich czytelników i życzę im, by nie spotkali w mgle tego, co moi bohaterowie, czyli tego, co przeraża państwa najbardziej. Bo myślę, że jest tak, że tam, gdzie jest mrok i gdzie idziemy, jeśli się czegoś boimy, to właśnie spotykamy to, czego się boimy. Tak sobie to wyobrazimy i zabierzemy ze sobą wszędzie. Jeśli chodzi o historie osób bez tożsamości, to rzeczywiście naprawdę dużo ciekawych usłyszałam, rozmawiając z panią neurolog, o której nie wspomniałam, też wspaniałej konsultantce, która pracowała z osobami, które straciły pamięć i pomagała im tę pamięć odzyskać. Ja z nią rozmawiałam dosyć dużo o kobiecie, która przyjechała do Warszawy pociągiem. Ta kobieta miała poważne problemy rodzinne. Spodziewała się kolejnego dziecka. Miała już jedno z jakimś mężczyzną, który nie został jej partnerem, nie wychowywał z nią tego dziecka.
Spodziewała się kolejnego z jeszcze innym mężczyzną. W jej życiu wszystko się sypało. Rodzice byli bardzo ortodoksyjni, wymagający i ta kobieta chciała pojechać gdzieś i pomyśleć o tym, co zrobić ze swoimi problemami, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Przyjechała do Warszawy. Tam spotkała pewną staruszkę. Ta staruszka widziała, że siedzi jakaś biedna młoda dziewczyna, płacze, więc wzięła ją do siebie do domu. Zaopiekowała się nią. Przez jakiś czas u siebie miała. Ale ta dziewczyna uznała, że nie może być dłużej ciężarem. Wyszła od tej kobiety i przysiadła na zewnątrz na ławce.
I w tym momencie wydarzyło się coś strasznego i wręcz nieprawdopodobnego. Straciła pamięć. Jej mózg zablokował absolutnie wszystko, co dotyczyło jej tożsamości. Stało się to na skutek bardzo silnego stresu emocjonalnego związanego z jej problemami. Z problemami, które przewidywała, że ją spotkają, kiedy jej rodzice dowiedzą się o tym kolejnym dziecku, o tym, że ten kolejny mężczyzna, o całej masie innych problemów. I rzeczywiście tak wygląda amnezja psychogenna. Wydaje się, że jest to proces, który ma za zadanie chronić nas przed tym, co zbyt ciężkie do uniesienia. Natomiast czasem chroni w tak dziwny sposób, że właśnie z jej głowy zniknęło absolutnie wszystko, co dotyczyło jej osoby. Co ciekawe, ona nadal wiedziała, jak na przykład zrobić szarlotkę, kiszone ogórki, jak się używa żelazka albo kto był prezydentem, czy że Wałęsa był prezydentem. Więc takie rzeczy dotyczące faktów zostają przy amnezji psychogennej.
Nadal wiemy, jak na przykład prowadzić samochód, jeśli wcześniej go prowadziliśmy, ale wykasowuje się wszystko, co dotyczy „ja”, człowieka. Jest to taki pancerz ochronny pomiędzy tym, co dotyczy mnie, a całą resztą wyrosła gruba stalowa ściana gdzieś w umyśle. I tak się stało w przypadku tej kobiety. Trafiła do szpitala psychiatrycznego na Słowackiego w Warszawie i tam na wiele sposobów usiłowano jej pomóc odzyskać pamięć. Poszła do programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” i nikt się nie odzywał, aż w końcu zadzwonił ktoś i powiedział, że wie, kto jest rodziną tej dziewczyny. Jej rodzina wiedziała o zaginięciu. Widziała ją w telewizji. Postanowiła się nie odzywać. Ponieważ czasami, i to jest częsty przypadek, zdarzy się tak, że rodzinom jest wygodniej nie przyznać się do tego kogoś, kto jest dla nich w jakiś sposób ciężarem. I bardzo często dzieje się to w przypadku osób z zaburzeniami psychicznymi.
Jeżeli tracą pamięć, to często rodziny się nie przyznają. Na szczęście są, a może i nieszczęście, bo finał tej historii może być różny, inni ludzie dookoła, którzy potrafią gdzieś połączyć te nitki i znaleźć odpowiednią rodzinę dla osoby bez pamięci. Ale żeby nie było tak smutno To ze śmiesznych historii, jak tutaj mogę powiedzieć, że kiedyś w „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” pojawiła się też pani, która mówiła, że nie pamięta, kim jest i rzewnymi łzami błagała o pomoc. W trakcie programu zadzwonił ktoś i mówi: „Ja znam tę panią, to oszustka”. Była to księgowa z Podkarpacia, która oszukała wielu ludzi i udawała amnezję, bo tak naprawdę doskonale pamiętała swoje grzeszki.
[01:19:31] - To znaczy, że na przykład o tej pani z amnezją zapowiadam w maju kolejną książkę, nad którą pani pracuje?
[01:19:39] - Absolutnie nie. Nigdy bym tego nie powiedziała, gdyby miała być o tym kolejna książka.
[01:19:42] - Tak, to już państwo wiedzą, że ja nie piszę thrillerów, bo wszystko bym spaliła na samym początku. Wiem, że ta jest w centrum uwagi i chcę państwu powiedzieć, że ona naprawdę trzyma w napięciu. Bardzo. Lubicie to, więc myślę, że będziecie mieć dużą przyjemność, ale też pole do pomyślenia, o czym pani wspomina. A możemy coś szepnąć o tej następnej? Też mnie ciekawi tempo, w jakim pani pracuje, bo przecież debiut to jest 2020.
[01:20:16] - Ale słyszała pani, że mam dwoje dzieci i muszę wykarmić, wychować, ubrać.
[01:20:20] - Ja wiem, ale umowa wydawnicza to jest umowa wydawnicza, więc nie wiem, jakie warunki pani wynegocjowała. Stąd moje pytanie, bo to, co wydaje się oczywiste, wcale oczywiste być nie musi. Więc dwa pytania tutaj zmieściłam. Pierwsze jest takie: czy możemy już powiedzieć chociaż jedno słowo na temat tej kolejnej książki? I po drugie: jakie jest tempo pani pracy i na ile pani wydawnictwo pozwala?
[01:20:49] - Zacznę od tempa. Tempo jest takie, że staram się pisać dwie książki rocznie, dlatego że wymyślenie, o czym będę pisać, zajmuje mi dużo czasu. Później jakieś dwa miesiące zajmuje mi zresearchowanie tego tematu, ułożenie go w sobie, opowiedzenie sobie tej historii, wyświetlenie jej jak filmu przed oczyma swojej wyobraźni, a potem około trzech miesięcy zajmuje zapisanie tej historii. Plus do tego dochodzi jeszcze redakcja, często już przy której muszę powoli myśleć o kolejnej książce. A kiedy jest już promocja książki, tak jak tutaj, i ona się ukazuje, to ja już siedzę głęboko w książce, która ma być tą następną. I tu płynnie przechodzę do drugiego pytania: mogę powiedzieć tyle, że chciałabym w tej książce zrobić bardzo ciekawą intrygę, nie posiłkując się absolutnie żadnymi amnezjami, żadnymi zaburzeniami psychicznymi. Chcę, żeby wszystko było zdrowo i normalnie. Żadnych przekrętów, żadnych magicznych sztuczek. Tylko tajemnica i zło. Ale wszystko będzie totalnie wyjaśnione i żadnych tu nie będzie zasłon dymnych ani mgiel.
[01:22:10] - Proszę powiedzieć, czy w recenzjach, które się pojawiają na temat pani książek, czasami nie znajduje pani czegoś, co by pani chciała, żeby zostało powiedziane o pani publikacjach?
[01:22:27] - Zupełnie tak na to nie patrzę. W ogóle nie podchodzę do czytania recenzji w sposób, że czegoś w nich szukam.
[01:22:32] - A w ogóle pani czyta recenzje?
[01:22:34] - Czytam głównie na Instagramie albo na Facebooku, dlatego że tam osoby, które umieszczają recenzje, oznaczają autora. Czytam, bo podchodzę do tego w taki sposób, że jeżeli ktoś poświęcił czas, żeby przeczytać moją książkę, a potem poświęcił czas, żeby jeszcze napisać tę recenzję, często bardzo długą, to ja jestem wręcz zobowiązana poświęcić czas tej osobie, żeby po pierwsze przeczytać to, co ten ktoś napisał, nawet gdyby napisał najstraszniejsze dla mnie rzeczy z szacunku do tej osoby. A po drugie chcę odpowiedzieć. Chcę wejść w dialog, bo po to piszę książki, żeby rozmawiać z czytelnikami, po to, żeby nawiązywać relacje z ludźmi. Piszę te książki dla czytelników, więc niesamowicie ważne jest dla mnie to, jak się czują po przeczytaniu tych książek.
[01:23:24] - Skoro tak, to może to jest ten moment, kiedy państwo zechcą zadać pytanie. Bardzo chętnie myślę autorka odpowie. Skoro te książki są dla was, śmiało. To ja zadam pytanie z cyklu: „Nie wiadomo, czy nam wypada i się wstydzimy, ale zadamy”. Pani trochę o tym wspomniała. Czy pani jest już na takim etapie, że pani na tych swoich książkach zarabia?
[01:23:52] - Widzę, że tutaj wchodzimy głęboko do mojego portfela.
[01:23:56] - Nie, nie będę pytała ile. Natomiast pani sama wspomniała o tym, że jest tak, że wsparcie rodziny pozwoliło pani zacząć realizować marzenia.
[01:24:08] - Tak. Ja sobie pozwalam na takie żarty, żeby się tu nie zrobiło poważnie i żeby zaraz jakiś fiskus nie wszedł i nie zaczął nas rozliczać. Jest dobrze, jest w porządku, daję radę. Mam co jeść, stać mnie na chleb. Dzieciom kupuję jakieś ubrania raz na jakiś czas. Jest w porządku.
[01:24:30] - Dobrze, czyli to już jest ten pozytywny moment, kiedy ma też pani tutaj dowód, że jest w porządku. Dobrze. Zapytałam o to, czy już można. Mamy pytanie, tak? Proszę.
[01:24:47] - Chciałabym zapytać, w jaki sposób trafiła pani na informację o tym człowieku, który powstał z toru? Czy to była informacja znaleziona gdzieś przypadkowo, na przykład w internecie? Czy trafiła pani na reportaż, o którym wspomniała pani?
[01:25:03] - Dawno, dawno temu czytałam ten reportaż na etapie nie wiem, czy nie liceum jeszcze, bo to już stara książka „Wściekły pies”. Są tam w ogóle genialne reportaże. Polecam, jak ktoś lubi takie wstrząsające. Jest też tam reportaż, który mocno zapamiętałam i właśnie on wydaje mi się nosi tytuł „Wściekły pies”. O wypadku autobusu maturzystów, który spłonął i było bardzo dużo ofiar. Te reportaże są mocne. Jest ich kilka w tym zbiorze, a wcześniej ukazywały się na łamach prasy. Poznałam je w tej książce i trafiłam na nie dlatego, że śledziłam, co robi Wojciech Tochman. Dużo później, to musiało być na etapie liceum, na studiach dziennikarskich też miałam przyjemność uczyć się od Wojciecha Tochmana. Stąd było to.
Dlatego, że ta historia gdzieś żyła we mnie. Dużo rzeczy, które czytam, te, które zostają we mnie, potem gdzieś czasem prześwitują w niektórych historiach, które piszę.
[01:26:20] - Skoro żeby nie było, Iza, tak dramatycznie i poważnie. Na Dzień Pisarza wymieniłaś kilka fajnych ciekawostek o innych znanych autorach. O Carlanie Cobenie, który pisał w taksówce albo o Agacie Christie, która zaginęła na 11 dni. Bodajże tam było.
[01:26:35] - Podobno, żeby ukarać męża, który miał kochankę, ale nikt nigdy się tego nie dowiedział.
[01:26:40] - Tak. Czy tobie się zdarzają takie nietypowe zachowania albo miejsca, w których piszesz swoje książki? Na przykład gdzieś musisz się schować, ukryć albo miejsca, które przypadkowo ci się trafiły, że akurat tam byłaś i wpadłaś na jakąś myśl, którą akurat wtedy musiałaś napisać.
[01:26:56] - Mam wrażenie, że niczego super sexy państwu nie powiem, bo jestem raczej bardzo typowa w tym pisaniu. Poukładana i zorganizowana. Zdarza mi się na przykład wpadać na jakieś pomysły w trakcie prowadzenia samochodu i wtedy tylko na czerwonym świetle oczywiście, kiedy jest bardzo bezpiecznie i kiedy naprawdę mogę to zrobić i wiem, że to czerwone światło pali się bardzo długo i mam na to czas, to tylko i wyłącznie wtedy wyciągam telefon i szybciutko coś nagrywam na dyktafonie. Albo przychodzi mi jakaś fraza, jakiś fragment dialogu i sobie go mówię do tego telefonu, jakbym była tym bohaterem. Czasem powtarzam to zdanie kilka razy z różną intonacją i później sobie myślę: „Cholera, Iza, co ty robisz? Nie jesteś aktorką, tylko piszesz. Siła, odłóż to”. Na co dzień do pisania potrzebuję spokoju i ciszy, więc jak ktoś wierci w ścianie, to mam mordercze zapędy. Musi być mi ciepło, bo jak jest mi zimno, to nie mogę się skupić, tylko się trzęsę. Raczej nie piję kawy, bo po kawie też się trzęsę.
Możecie państwo pomyśleć, że większość czasu się po prostu trzęsę.
[01:28:04] - I w tym czasie pisze pani książki, z powodu których trzęsą się inni.
[01:28:08] - Dokładnie tak. Może to trzęsienie to nie jest wcale taka zła rzecz.
[01:28:13] - Czy jeszcze jakieś pytanie?
[01:28:17] - Ja jestem ciekawa, jak to się stało, że debiut to był cykl książek, a później przeszła pani do pisania jednotomowych opowieści. Czy łatwiej się pisze, kiedy są stali bohaterowie, czy kiedy jest cykl jednotomowy? Czy planuje pani jeszcze stworzyć bohaterów, którzy zapadną nam w pamięć?
[01:28:42] - Mam nadzieję. Pisze się zawsze trudno. Czy to jest cykl, czy to są powieści od nowa. Z jednej strony jest pokusa, żeby wciąż tworzyć nowe światy, żeby budować, stwarzać. Trochę nawet teraz, jak o tym mówię, to widzę film „Incepcja” i te światy, które się tam budują. To trochę jest pokusa, żeby cały czas budować je od nowa z tych klocków. To jest jedna rzecz. Druga rzecz jest taka, że rzeczywiście, kiedy już taki świat jest stworzony i są świetni bohaterowie. Mówię świetni nie dlatego, że być może tak będą oceniani przez czytelników, tylko świetni, że ja jako autorka się z nimi wspaniale czuję, bo chcę o nich pisać. Chcę ich jeszcze bardziej poznawać.
Tak jak miałam przy Larysie i Brunonie, bohaterach trylogii. Przy takich bohaterach rzeczywiście jest trochę łatwiej o tyle, że można rozbudowywać ten już stworzony świat i bardziej ciekawie pleść losy tych bohaterów. Przy okazji trylogii było tak, że ja od początku wiedziałam, że to będzie historia trzytomowa, bo opowiedziałam sobie ją wcześniej i dlatego tak powstała. To jest tak jakby jedna duża opowieść w trzech odcinkach. Tak ja ją widzę i tak ją widziałam od początku. Natomiast w tym momencie rzeczywiście dobrze czuję się w pisaniu historii jednotomowych i chcę budować te nowe światy dlatego, że to wymaga ode mnie bardzo dużo. To wymaga ode mnie rzeczywiście dużej koncentracji, czujności, nieustającej nauki i rozwoju. Mam poczucie, że bycie w serii troszeczkę rozleniwia, ale też jest bardzo przyjemne. Myślę, że jak są serie, które czytelnicy kochają, to chce się czytać nawet tom 14. Tak jak na przykład w słynnej serii z wiadomo kim.
Teraz jestem za tym, żeby pisać powieści jednotomowe i dobrze się z tym czuję. Natomiast jeżeli pewnego dnia wyobrażę sobie bohatera, bohaterkę, z którym chcę rzeczywiście spędzić miesiące, noce, dnie, lata, którego chcę poznać do szpiku kości, wiedzieć o nim wszystko, z nim płakać, z nim się śmiać, z nim chodzić na piwo, to być może znowu powstaną serie.
[01:31:20] - Kolejne pytanie. Waldemar Milczanek, Book Radio. O pewnym rytuale już się tutaj dowiedzieliśmy. Chodzi o to, że pani powiedziała, jak pani pisze. Natomiast chciałbym się dowiedzieć, jak pani kończy książkę. Jest ostatnia kropka. Jakie są emocje? Czy ma pani jakiś rytuał? Czy też jest lampka szampana, papieros, jak to było na przykład w „Mizery”? A drugi rytuał: jak pani czyta książki innych autorów?
[01:31:50] - Kiedy kończę książkę, to przede wszystkim robię takie: „Uff, że to już”. Bo często te zakończenia są trudne i zdarzają się u mnie w ostatnim momencie, gdzie już czuję oddech wydawcy na plecach, a ja jeszcze dopisuję, bo pomyślałam, że zrobię coś inaczej, że zmienię koncepcję zakończenia. Nie że zmienię to, kto jest sprawcą, tylko że zmienię sposób, w jaki o tym opowiem. Bo na przykład czytam to, jak to wymyśliłam i stwierdzam, że powinno to wyglądać inaczej. Więc tym, jak świętuję zakończenie, jest to, że przede wszystkim się relaksuję. Najpierw kładę się na łóżku i myślę sobie: „O Boże, to już koniec”. A później przez kilka dni nie robię nic związanego z pracą. Po prostu wysyłam już tekst. Natomiast moja głowa cały czas się martwi, co powie wydawca, co powie ktoś inny, kto to przeczyta. I dopiero kiedy dostaję odpowiedź, jest lepiej.
Nie świętuję jakoś specjalnie tego zakończenia. Myślę, że dużo bardziej świętuję, jak książka już jest i jak już wiem, jaki jest jej odbiór. Przede wszystkim myślę, że to, co robię, to pozwalam sobie na odpoczynek. Uprawiam słodkie nicnierobienie. Zdarza mi się wtedy pójść gdzieś do kina, bo kocham kino, pójść do kawiarni i po prostu siedzieć i patrzeć na ludzi, słuchać tego, o czym rozmawiają, podsłuchiwać może nawet. Po prostu żyję. Spotykam się ze znajomymi, rozmawiam. Wtedy intensywnie i głęboko żyję, by zbierać doświadczenia, emocje, doświadczać świata, a potem móc znowu ten świat zobrazować w książce. A jak czytam książki innych? Są takie książki, które czytam trochę z powinności zawodowej, po to, żeby zobaczyć na przykład, jaki warsztat mają inni.
Albo wiem, że kogoś książki są bardzo popularne i jestem ciekawa, co w tej książce jest takiego, co tę popularność wywołuje. Więc czytam wtedy takie książki i usiłuję znaleźć odpowiedź na to pytanie. Sprawdzam, czy mi się podobają te książki. To jeden sposób czytania. Są takie książki, które biorę do ręki i już po kilku zdaniach wiem, że to są książki wybitne i wtedy je smakuję rzeczywiście po kęsie. Delektuję się każdym zdaniem, każdym ustępem i zatapiam się w tych książkach. I to najczęściej są książki z obszaru literatury pięknej. I są takie książki, które czytam, żeby się też z nich uczyć, jak pisać świadomie. Czyli na przykład wiem, że jest jakiś autor, który fantastycznie buduje napięcie, to czytam jego książkę w sposób analityczny i sprawdzam, jak on to robi, że to napięcie buduje. Usiłuję znaleźć to gdzieś między wierszami, w zdaniach.
Choć tego ostatnio robię mało, bo głównie czytam dla przyjemności albo dla delektowania się.
[01:35:07] - Czy ktoś jeszcze z pytaniami? Racja, na tą stronę.
[01:35:15] - Jeszcze raz się skuszę. Bardzo mnie zainteresowała pani tą opowieścią o książkach. Gdyby mogła pani polecić taką jedną książkę z literatury pięknej, która zrobiła takie ogromne wrażenie. Jaki to byłby tytuł?
[01:35:31] - Myślę, że byłoby to okrucieństwo polecać jedną książkę. Natomiast nie ukrywam tego i to już mówiłam na kilku spotkaniach, że bardzo lubię książki Jakuba Małeckiego i do mnie one przemawiają. Widziałam też, że pan Jakub zapowiedział nową książkę, która ukaże się pod koniec kwietnia, więc jeżeli ktoś chciałby spróbować, to może to jest ten moment. Jeśli jeszcze nie znacie państwo tego autora, chociaż po kiwających się niektórych głowach myślę, że niektórzy znają, to chociażby z polskich autorów to jest taki autor. Z autorów zagranicznych to taką autorką, która swego czasu wywarła na mnie duże wrażenie swoją historią, była Hanya Yanagihara. Przepraszam, jeśli źle wymawiam to nazwisko. Autorka „Małego życia”. Już kilka lat temu czytałam tę książkę. Dopiero niedawno zastanawiałam się, dlaczego w ogóle ta książka tak mną zawładnęła. I pomyślałam, że ta książka ma w sobie dużo bólu.
I zaczęłam się przyglądać swoim książkom i myślę, że chyba moją ulubioną lekturą ze szkoły powinny być „Cierpienia młodego Wertera”, bo jakoś mnie do tych cierpienników ciągnie i chcę ich opisywać. Ale może wynika to z dużej wrażliwości i empatii.
[01:36:43] - Czy na przykład zdarza się tak, że pani próbuje znaleźć to coś, co ma jakaś książka, która jest bardzo popularna i czyta pani, czyta, szuka, kopie i pani nie znajduje?
[01:36:57] - Raczej nie kopię, tylko czytam i myślę sobie, co mogło się spodobać. Ale książka znajduje swojego czytelnika albo czytelnik znajduje swoją książkę. I nie jest tak, że wszystkie książki są dla wszystkich. I nie zamierzam cytować Olgi Tokarczuk. Po prostu jest tak, że każdy znajduje swoje książki, bo myślę, że szukamy w książkach tego, czego szukamy w życiu, a może tego, co nosimy w sobie. Więc nie ma takiej książki i ona się nigdy nie pojawi, która by się podobała każdemu. Więc nie krytykuję tego, że komuś się podoba coś, co ja odrzucam, bo po prostu jesteśmy inni.
[01:37:40] - Czy ktoś chce zadać jeszcze pytanie? Dużo się dzieje. Kolejne spotkania nadciągają, więc to jest ostatni moment, żeby państwo się zdecydowali.
[01:37:50] - Można też na uszko później.
[01:37:53] - Ale żeby to było możliwe, muszą się państwo zbliżyć, a widzę, że macie też egzemplarze i wiem, że pani Izabela z chęcią zamieni parę słów z państwem i podpisze te książki. Myślę, że to jest dobry moment. Bardzo się cieszę, że państwo przybyli na to spotkanie. Trzeba jednoznacznie podsumować po głosowaniu, które się tutaj odbyło, że są to ci, którzy w pani książkach odnajdują to coś, co ich przyciąga. Więc gratuluję bardzo serdecznie.
[01:38:28] - To ja dziękuję państwu, że przyszliście i myślę, że na koniec należą się nam wszystkim brawa, że tu jesteśmy razem. Dziękuję, że przyszliście i że kawałek swojego życia, cennego, unikalnego, podarowaliście właśnie temu spotkaniu.
[01:38:45] - I lekturze, bo my też panią będziemy zabierać do domu i czytać i spotykać się. Tym razem we Mgle. Ta książka miała premierę 8 marca. Polecamy bardzo serdecznie i życzymy potoczystego pisania i wielu pomysłów podczas tej książki, o której nie powiedziała pani ani słowem, mimo że pytałam dwa razy, ale będziemy cierpliwie czekać, aż ukaże się i na pewno po nią sięgniemy. Pięknie dziękujemy, a państwa zapraszamy do spotkań, do podpisywania.
[01:39:16] - Dziękuję i zapraszam.
[01:39:20] - Proszę państwa, po wrażeniach kryminalnych, literackich zapraszam na „Filmotekarium”. Też będzie kryminalnie. Też będą mocne utwory kinowe. Będę mniej narzekał niż zwykle. To mogę państwu obiecać. Zapraszam zatem. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:39:52] - Dzień dobry wieczór, Marku. Jak się czujesz po świętach i przed długim weekendem, który się zbliża równie długimi krokami?
[01:40:02] - Dobrze się czuję. Jestem w nastroju bardzo pozytywnym, bo zestaw filmów, o którym będziemy dzisiaj mówić, tak mnie właśnie nastroił. To nie są wszystko arcydzieła, ale to są filmy, które ja lubię w tym sensie, że nikt mnie tu nie nudził, nikt mnie tu nie napastował jakimiś przemyśleniami bardzo takimi głębokimi. Chociaż przemyślenia w gruncie rzeczy są, ale one są umiejętnie podane. Bardzo pozytywnie odbieram zestaw filmów, które będziemy dzisiaj omawiać.
[01:40:42] - Jest on związany ze złoczyńcami, którzy mają charakter nadprzyrodzony lub fantastyczny. W slangu funkcjonuje takie przejęte z angielszczyzny słowo „badass”, które tłumaczy się po polsku czasami humorystycznie jako, to jest oczywiście dosłowne tłumaczenie, „złodup”. Czyli dzisiaj właśnie o takich fantastycznych złodupach pomówimy. Pójdziemy nieco po linii tematycznej całego odcinka i na podstawie kilku mniej lub bardziej znanych filmów zobaczymy, jak to się rozkłada, jeżeli idzie o pomieszanie kryminału z grozą i science fiction. Ale to jest temat rzeka. Jak to często bywa w „Filmotekarium” właśnie złoczyńcy, antagoniści są nieodłączną częścią wielu gatunków czy serii filmowych. Bez nich istnienie takich postaci jak Sherlock Holmes, Batman i inni wydaje się niemożliwe. Kim byłby Sherlock Holmes, gdyby nie jego główny przeciwnik Moriarty? Kim byłby Batman bez Jokera albo Riddlera? Albo kim byłyby „Atomówki” bez Mojo Jojo?
Tego chyba nie ma co, Marku, rozkładać na czynniki pierwsze, bo to byłaby bardzo dyskusja rozwlekła i może mało ciekawa. Skupimy się dzisiaj za to na kilku filmach, w których ten główny badass posługuje się niecodziennymi umiejętnościami albo mocami. Pierwszym takim filmem, najnowszym z całego zestawienia jest „Wcielenie” lub „Malignant”.
[01:42:28] - Tak, to był film, który, jakby to powiedzieć, na początku wydawało mi się, że będzie bardzo sztampowo. Nie, to później powiem. W każdym razie wydawało mi się, że będzie sztampowo. Niby się dzieje, ale w gruncie rzeczy ten film się rozwija tak dosyć trudno powiedzieć powoli, ale on się toczy. Natomiast dotoczył się do takiego momentu, że ja już się po prostu nie mogłem od tego filmu oderwać. On ma jeszcze polski tytuł, który moim zdaniem jest tytułem bardzo nieudanym. Przypomnij, Piotrze, bo gdzieś mi to wyleciało z głowy. „Wcielenie” bodajże. O ile dobrze pamiętam.
[01:43:27] - Tak.
[01:43:28] - Uważam, że to bardzo nieudany tytuł, bo ten „Malignant” lepiej nawiązuje do Element złośliwości, zostańmy przy tym słowie, pasuje bardziej do tego filmu. Szczególnie, że gdzieś tam pada taka fraza, że trzeba pozbyć się nowotworu. Nie wiem, czy za dużo nie mówię. Staram się ogródkami to wszystko opowiadać, że trzeba się pozbyć nowotworu. I przyznam, że ten film ma taką zaletę, że ja przez sporą część filmu miałem problemy, żeby się zorientować, o co tak naprawdę chodzi. To może być irytujące dla niektórych, ale dla mnie jest to akurat coś, co dobrze świadczy o reżyserze, że utrzymał pewną logikę narracji, jednocześnie nie wpuszczając mnie, nie podając zbyt wielu szczegółów, żebym się za szybko nie zorientował. Bardzo sobie cenię w podawaniu informacji przez reżysera, przez scenarzystę, kiedy nie wiem wszystkiego od początku. Taki rodzaj filmów bardzo mi odpowiada. Czasami bywa tak, że kiedy dowiaduję się już więcej albo już wiem wszystko, to bywam zawiedziony. Ale tu w miarę udało się, że to szło zgodnie z naturalną sekwencją wydarzeń.
To znaczy przyjąłem to w kontekście rozumowym. Przyjąłem tę historię. Miałem co prawda pewne wątpliwości wizyjne w pewnym momencie. Czy mogę to powiedzieć? Nie mogę tego powiedzieć. W związku z tym w pewnym momencie pojawiły się u mnie wątpliwości dotyczące obrazu, który obserwowałem na ekranie. Ale wierzcie mi państwo, to nie jest istotne dla tego filmu, bo cała historia według mnie klei się i jest taka, że wciąga po prostu. Co będę wiele mówił?
[01:46:12] - Zacznijmy może od tego, że reżyserem filmu jest James Wan. W filmie zawarte opowiadanie jego współautorstwa jest dziełem Wana powstałym bezpośrednio przed „M3GAN”, chociaż był on tam nie reżyserem, ale scenarzystą i producentem. „M3GAN” omawialiśmy bodajże tydzień temu. Dlaczego nie możemy powiedzieć zbyt dużo o naturze głównego złoczyńcy, wspomnianego złodupa, który ma w tym filmie imię Gabriel? Jest to mordercza istota, która dokonuje masakr. Widz poznaje ją na koniec i gdybyśmy tutaj zdradzili, co się dzieje, to nie mielibyście frajdy, jeżeli nie oglądaliście jeszcze „Malignanta”. Główną bohaterką jest jednak Madison Mitchell, młoda kobieta, która nagle zaczyna przewidywać te brutalne zabójstwa. I jak się potem okazuje, z tym brutalnym mordercą bardzo wiele ją łączy.
[01:47:14] - Właśnie chciałem wtrącić, że tak naprawdę, ale to można przeżyć tylko raz. Od początku macie państwo na tacy podane co i jak. Ale oczywiście, jak to bywa z poetyką filmu, nie jesteście w stanie rozczytać tego wszystkiego, ale dobrze wpatrujcie się państwo w ekran. Może będziecie lepsi ode mnie. Nie wiem, jak u Piotra było, ale ode mnie na pewno będziecie lepsi, bo ja się zorientowałem bardzo późno. Natomiast to, co lubię, kiedy się później film ogląda drugi raz albo pewne sceny odtwarza w głowie, to człowiek zdaje sobie sprawę, że od początku reżyser grał fair. To znaczy dostawaliśmy podaną informację tylko w związku z tym, że mieliśmy zbyt mało informacji, w zbyt małym stopniu ogarnialiśmy świat przedstawiony, nie byliśmy w stanie tych informacji rozczytać. Natomiast wierzcie mi państwo, żeby tego złoczyńcę zidentyfikować, po prostu wpatrujcie się państwo uważnie w ekran. To tyle, co mogę właściwie powiedzieć.
[01:48:35] - Tak. Jak powiedziałem, morderczy Gabriel jest bardzo związany z główną bohaterką i niezwykłe zdolności czynią z niego niemal istotę nadprzyrodzoną. Jest przede wszystkim niezwykle wytrzymały, silny, skoczny, ale ma też taką zaskakującą, Marku, umiejętność chodzenia plecami do przodu tak, jakby miał z przodu wiadomo co. On się porusza tak jakby nie, że w drugą stronę, ale... Sami zobaczycie. Film Wana ma oceny skrajne. Chociaż mógł się stać hitem, jak wiele jego innych produkcji, tak chyba raczej nie było. Może mu przeszkodziła trochę w tym pandemia. Przeszedł, nie chcę przesadzać, ale praktycznie bez echa. Niektórzy nazywają go ukłonem w stronę kina lat 80.
i 90. Inni twierdzą, że to była satyra reżysera na gatunek, jakim jest współczesny horror. Ale nie brakowało też dotkliwszych, bardziej krytycznych komentarzy, które Mówiąc wprost obnażały absurdy tego filmu. Nie wiem, czy do końca one były sprawiedliwe, dlatego że ono się rzeczywiście w miarę klei. Co do kwestii realizacyjnych też nie ma co narzekać, bo jest bardzo dobrze nakręcony, dobrze się to ogląda. Natomiast czy tutaj możemy oczekiwać czegoś więcej po filmie, gdzie groza zbiega się z kryminałem? Nie wiem. Ja byłem tutaj mniej entuzjastycznie nastawiony do tego obrazu, dlatego że po pewnym czasie mój entuzjazm w stronę zgłębiania historii Gabriela i tej kobiety trochę się wypalił. Emocje opadły i ten stwór, chociaż straszny, oczywisty i morderczy, jakoś przestał mnie przerażać. Zresztą sami chyba ocenicie, czy rzeczywiście mamy tutaj do czynienia z parodią, z jakimś prześmiewczym potraktowaniem rzeczy.
Ja myślę, że nie. To też jest delikatna przesada, ale nie jest to na pewno film zły. Dotyka sedna tego, o czym dzisiaj mówimy, czyli złoczyńca. I to taki złoczyńca z krwi i kości, o naturze chciałoby się powiedzieć nadprzyrodzonej, a z drugiej strony zupełnie ludzkiej.
[01:51:11] - Ja jeszcze powiem jedną rzecz. To być może jest absurdalne, co za chwilę państwu zdradzę, ale ja miałem skojarzenia. To dziwne poruszanie się tego głównego złego w tym filmie oraz pewne jego cechy wyglądu jakoś nieodmiennie pchały mnie w kierunku „Ringu”, tego filmu japońskiego, który później zrobili Amerykanie. Czysto wizualnie, żadna fabuła się z tym nie łączy, raczej wizualnie. Zastanawiam się, czy przypadkowo reżyser sobie też jakiegoś oka nie puścił do nas albo w każdym razie jakiejś parodii z tego nie zrobił. Bo i ta niezborność ruchów, i pewien fetysz związany z włosami i tak dalej. W każdym razie to jest film, ja w ogóle w dzisiejszym zestawie, chociaż jestem do niego nastawiony bardzo pozytywnie, co słyszycie państwo od początku audycji, to ja mam jednak wrażenie, że większość z dzisiaj omawianych filmów mogłaby być deczko krótsza. One są jakoś tak rozciągnięte w okolicach dwóch godzin wszystkie. I ja się zastanawiam, czy to im robi dobrze, czy wszystkim tym tytułom, o których dzisiaj będziemy mówić, robi to dobrze. Zastanawiam się po prostu, czy gdyby odpowiedni montaż, odpowiednie cięcia, mniej dłużyzn albo takich pseudoprzemyśleń ekranowych — wiem, że to brzmi dziwnie, ale jednak jakoś funkcjonuje — zastanawiam się, czy to by tym filmom nie nadało lepszego tempa.
Ale nie wypowiadam się tu, proszę państwa, jako ekspert. Ja cały czas podkreślam, że jestem profanem, jeśli chodzi o sztukę filmową. Ja jestem czystą kwintesencją odbiorcy, który jest spragniony dobrego widowiska. I tak filmy oceniam. Z jednej strony czasami ten dłuższy czas da się uzasadnić budowaniem nastroju i pewno część obrazów z dzisiejszego zestawu będzie się tak broniła i da się je tak obronić. Natomiast zawsze się zastanawiam, co jest z przodu, co jest ważniejsze: tempo akcji, pewna sekwencja wydarzeń, które następują po sobie, czy też to budowanie nastroju. Nie potrafię tego rozstrzygnąć w przypadku kina. Naprawdę nie potrafię, ale zawsze wątpliwość mogę zgłosić, więc tu zgłaszam po raz pierwszy tę wątpliwość, że długość być może nie robi dobrze temu filmowi, że czasami dałoby się z niego wyciąć i byłoby jeszcze lepiej.
[01:54:18] - Tak. Jeżeli największe potwory tkwią w człowieku, tutaj taki może kolejny mały spoilerek względem „Wcielenia”, to udowadnia to wręcz dosłownie kolejny film pod tytułem „Split”. I o ile „Malignanta”, czyli „Wcielenie” mogliście gdzieś pominąć, tak ten film w reżyserii kolejnego mistrza współczesnego, oczywiście tutaj cudzysłów, bardzo produktywnego reżysera. Chodzi o Shyamalana. Tutaj się trochę już pogubiłem, ale chodziło mi o to, że w pełni wyczerpuje ten film tą moją sentencję z początku. Jak powiedziałem, jest to nieco starsza produkcja z roku 2017 i pierwsza część trylogii, z której pozostałe filmy to bodajże „Niezniszczalny” oraz „Glass”. Wszystkie one stanowią próbę połączenia filmu o superbohaterach z thrillerem albo horrorem psychologicznym. Różnie to wychodzi, natomiast w tym pierwszym wypadku wyszło to najlepiej. Głównym bohaterem jest tutaj Kevin Wendell Crumb, człowiek cierpiący na zespół osobowości naprzemiennej lub wielorakiej. Pewnie wiecie, z czym to się wiąże.
On akurat jest takim ekstremalnym przykładem, bo posiada aż 23 osobowości. Natomiast jest jeszcze jedno alter ego, które jest bardzo problematyczne. W ogóle z nim jest tak, że w jego przypadku te osobowości wzajemnie się pod siebie podszywają i się ze sobą kłócą. I to doprowadza do takiej sytuacji, że on, chociaż wygląda na człowieka już w pełni wyleczonego, popełnia pewne przestępstwo. Jest nim uprowadzenie trójki dziewczyn, które następnie więzi w opuszczonych magazynach ogrodu zoologicznego w Filadelfii, gdzie wcześniej pracował. Co tutaj możemy powiedzieć? Jeżeli oglądaliście "Splita", nie pamiętam, jak on się nazywa po polsku. Tłumaczenie też jest dość chyba niefortunne. W każdym razie film jest naprawdę dobry. Tak jak w przypadku innych obrazów, o których dzisiaj będziemy mówić, dużą rolę odgrywa tutaj talent aktorski głównych bohaterów.
Oni tutaj naprawdę odwalają kawał dobrej roboty, szczególnie ten Kevin Wendell Crumb, w którego się wciela James McAvoy, grający kilka postaci naraz.
[01:57:20] - Ja powiem tak: na szczęście reżyser uniknął pokusy, żeby nam przedstawiać wszystkich dwadzieścia kilka osobowości głównego złoczyńcy. Poznajemy zaledwie kilka i to jest duży plus. Aczkolwiek ta postać zwana Hordą, chyba dobrze pamiętam, to jest rzeczywiście postać demoniczna. Ale przypomnij mi, Piotrze-
[01:57:50] - Bestią, bo Hordą to jest tak naprawdę nosiciel.
[01:57:55] - Tak.
[01:57:57] - Tam jest jeszcze Bestia, czyli numer ostatni, w którą w zasadzie wierzą albo przynajmniej są jej poddanymi wszystkie inne osobowości, boją się jej. Koniec końców się okazuje, że owa Bestia stanowi zlepek cech zwierzęcych, które Crumb jakoś przejął podczas pracy w zoo.
[01:58:25] - W zoo.
[01:58:26] - Tak, w Filadelfii. Natomiast problem jest taki, że o ile na przykład ten kilkuletni chłopiec, który chyba jest takim najbardziej zabawnym wcieleniem spośród tej całej grupy, jest w miarę nieszkodliwy, to ta Bestia może zrobić krzywdę. Ona już wykracza swoimi zdolnościami poza to, co potrafi zwykły człowiek. I można się pokusić o wnioski, że ma zdolności nadprzyrodzone, takie, które się manifestują na przykład podczas opętania. Kiedy rzekomo te osoby, które są we władaniu demona, wykazują szereg dziwnych właściwości. Jedną z nich jest, jak wiecie, nadprzyrodzona, niespotykana siła fizyczna.
[01:59:18] - Tak. Ten film ma swoje dłużyzny, których ja nie lubię w filmie, ale ma też momenty absolutnie odlotowe. Ale zanim o tym, to jeszcze cię, Piotrze, zapytam, czy to jest ten sam reżyser, czy ja dobrze kojarzę, który nakręcił w swoim czasie taki dla mnie bardzo kultowy film, który nazywał się "Osada"?
[01:59:45] - Prawdopodobnie tak.
[01:59:46] - Tak. Powiem tak: to czuć. Ja nie byłem tego pewien, ale gdzieś to chyba słyszałem. Wiecie państwo, czasami jest tak, że gdzieś coś jednym uchem wpada, drugim wypada. W związku z tym, ponieważ staramy się z Piotrem, żeby tutaj jednak plotek nie powtarzać, stąd to moje zawahanie. Ale powiem tak: ten reżyser, którego nazwiska nie jestem w stanie wymówić tak do końca, nie wiem, jak to przeczytać po prostu, on ma w sobie z jednej strony pewną genialność, a z drugiej strony czasami to idzie w złą stronę. Ale mówmy o tych dobrych stronach, bo tych dobrych stron jest w tym filmie więcej. Powiem tak: początek filmu dla mnie mistrzostwo świata. Scena na parkingu, której państwu nie opowiem, ale to jest mistrzostwo świata, naprawdę. I to pod względem pracy kamery, jak i pewnego napięcia, które się pojawia, pewnej takiej, według mnie przynajmniej, prawdy psychologicznej.
Absolutnie super. Później, kiedy przenosimy się w podziemia, bywa różnie. Tam czasami akcja przyspiesza, czasami spowalnia. Niemniej jednak duży szacun. To jest mimo wszystko film... Kiedy pojawia się taki przymiotnik „psychologiczny”, „psychologiczne kino”, to niektórzy w tym wypadku zaczynają ziewać albo uciekać. Niesłusznie. W tym wypadku niesłusznie, bo to kino czerpie sporo tych dobrych cech z kina psychologicznego. Tu bohaterowie nam się obnażają, a tych bohaterów jest dużo, znacznie więcej niż aktorów. Może tak to sobie zażartuję z tego.
I powiem tak: odtwórca tej roli głównego złego moim zdaniem udźwignął odgrywanie tych wielu osobowości. Czasami wystarczy spojrzeć na jego twarz i już wiemy, z którą postacią mamy do czynienia. To naprawdę trzeba dobrego aktora do tego.
[02:02:20] - Tak, na przykład Ian McKellen by tego nie zagrał, dlatego że on zawsze gra siebie. I to rzeczywiście jest tutaj nie przytyczek do McKellena, którego nie lubię, tylko szacunek dla McAvoya, który troszeczkę nam zniknął po „Splicie". Ale takim minusem jest to, że pozostałe dwie części tej trylogii są już kiepskie. I mnie się wydaje, że tutaj Shyamalan za bardzo odpłynął w stronę chęci naśladowania kina superbohaterskiego, które może jeszcze w tamtych czasach nie było tak bombowo popularne, ale jednak raczkowało. Może próbował jakoś naśladować, stworzyć swoje własne uniwersum. I pozostałe dwa filmy są już takie troszeczkę-
[02:03:16] - Ale poczekaj. Jeszcze powiem jedną rzecz. Muszę to powiedzieć, bo pęknę po prostu tutaj przed mikrofonem i będzie nieszczęście. Ogromny szacun za scenę przy napisach. Oczywiście znowu państwu nie opowiem, ale trwajcie państwo przy tym filmie, bo warto. Naprawdę warto. To jest po prostu majstersztyk. On pewne rzeczy zapowiada. Ja byłem zachwycony końcówką. Ona niewiele ma wspólnego z filmem, ale trzeba dużego luzu, moim zdaniem, takiej swobody w operowaniu językiem filmu, żeby po prostu czegoś takiego spróbować.
A tutaj mamy do czynienia z zapowiedzią, z jakimś takim nawiązaniem. Moim zdaniem świetna sprawa. Po prostu więcej państwu, wybaczcie, nie mogę powiedzieć, ale dotrwajcie państwo. Jak już nie dacie rady dotrwać, to duży błąd. To przynajmniej zobaczcie państwo w okolicach napisów końcowych, co się tam dzieje w tym filmie.
[02:04:43] - Mówiliśmy tutaj o mordersach wywodzących się — i może to za dużo powiedziane, jeżeli nie chcemy zdradzać sensu pierwszego filmu — ale wywodzących się z odmętów fizjologii lub psychiki człowieka tak naprawdę. Powiedzmy jednak słowo o tych, którzy w swojej niecodziennej działalności, Marku, używają zaawansowanej technologii i różnego rodzaju gadżetów. Ci współcześni Fantomasowie też mają swoją liczną reprezentację w kinematografii, a my wybraliśmy dwa filmy, w których oni są obecni. Jeden jest bardziej znany, drugi trochę mniej. I tą pierwszą, bardziej znaną produkcją jest „Niewidzialny człowiek" z roku 2020. Wątek niewidzialnego człowieka w kinie sięga lat 30. ubiegłego wieku. Inspirację czerpie z powieści Wellsa o tym samym tytule, gdzie poznajemy wynalazcę optyka, który sprawia, że jego ciało staje się niewidoczne. Jednakże nie potrafi tego efektu bodajże cofnąć. I to go skłania do tego, żeby popełniać różnego rodzaju przestępstwa.
W tym filmie niewidzialny człowiek nosi to samo nazwisko co w innych, czyli Griffin. Również jest optykiem, który znajduje się w dysfunkcyjnym związku z pewną kobietą, która ma go na tyle dość, że po prostu postanawia uciec, ale postanawia uciec w sposób dość nietypowy. Otóż narkotyzuje go i znika. Po pewnym czasie dowiaduje się, że Griffin nie żyje i że zostawił jej sporo pieniędzy. I pierwsza rzecz, która nam przychodzi do głowy: co się stanie potem, jeżeli głównym bohaterem jest niewidzialny człowiek? To jest właśnie dalsza część filmu.
[02:06:35] - Piotrze, to w ogóle było dla mnie duże zaskoczenie. Ja znam oczywiście nowelkę Herberta George'a Wellsa. Znam klasykę kina. Ten film, który powstał bardzo dawno temu. On miał zresztą kontynuację. Jak zwykle jakiś powrót niewidzialnego człowieka. Nie wiem, jaki tytuł miała ta kontynuacja, nie pamiętam. Ale powiem ci, że w tamtym wydaniu to mi w pewnym momencie zrobiło się żal tego niewidzialnego człowieka. Natomiast tu, w tej nowej odsłonie mamy do czynienia z demonem zła. W dodatku gratulacje dla reżysera filmu za niezwykle dynamiczną scenę otwarcia filmowego, bo ta scena ucieczki z domu kobiety, która — powiedziałeś — znarkotyzowała męża i tak dalej.
Ale od razu powiedzmy, że ten mąż to nie było takie niewiniątko, bo to był mąż. On był ewidentnie dysfunkcyjny. Starał się podporządkować, kontrolować to wszystko, co robi jego partnerka i ona po prostu na dłuższą metę nie była w stanie tego wytrzymać. W związku z tym pryska- Powiem Państwu, że te sceny początkowe z filmu ogląda się naprawdę jak kino sensacyjne z górnej półki. Później akcja filmu nieco przysiada. Ja na początku mówię: „O, to pogadam sobie w audycji o tym, jak to czasami jednak tempo filmu spada”. Ale wierzcie mi Państwo, że później doceniłem ten spadek tempa, bo to jest przygotowanie do tego, co się dzieje w dalszej części filmu. Z punktu widzenia opowiadanej historii to zwolnienie tempa jest jak najbardziej potrzebne. Inaczej nie wybrzmiałby ten koniec, a właściwie nie koniec, ta druga część całego obrazu nie wybrzmiałaby tak mocno. Ten spadek tempa jest jak najbardziej potrzebny i może się Państwu wydać, że właśnie reżyser stracił parę, realizując ten obraz.
Nie, nie stracił pary. On przygotowuje nas, przygotowuje bohaterów. W ogóle wszystko podporządkowane jest temu, co będzie w drugiej połowie filmu. I wierzcie mi Państwo, to jest mocny film. Były takie sceny w tym filmie, nie wiem, czy Państwo to macie, ale w takich filmach o naturze spiskowej różnego rodzaju ja miewam takie momenty, kiedy wyobrażam sobie: nie, już tak został główny bohater wpierdzielony w różne pokrętne sytuacje, że on się już z tego nie wyplącze. I dokładnie takie wrażenie miałem tutaj, kiedy bohaterka filmu jest wplątana w takie sytuacje, że człowiek sobie mówi: nie, nie wymiga się z tego, nie ma najmniejszej szansy. Obejrzyjcie Państwo obraz. Okazuje się, że tego rodzaju dywagacje nie do końca mają sens i nie zawsze bywają naciągane. Tu to wszystko się logicznie klei moim zdaniem. Znowu nawiążę do tego, co powiedział Piotr.
To nie jest oczywiście arcydzieło, to nie jest żadne kino wybitne, ale to jest patrzydło. To takie nawiązanie do czytadła, więc patrzydło, które ogląda się bez wstrętu. Tu nie ma takich momentów, kiedy człowiek mówi: „Ale bzdury! Już dobrze, obejrzę to do końca, ale tylko z litości”. Nie, to wszystko jest poklejone w sposób bardzo moim zdaniem udany. Ja nie mam pretensji do tego filmu, chociaż sceny bywają tam brutalne.
[02:10:59] - Tak, zgodzę się z tym, co powiedziałeś. Ten film ogólnie zebrał bardzo dobre recenzje. Dla mnie był nieco przewidywalny, ale nie był żenujący. Rzeczywiście to było trafne, że ogląda się go bez takiego poczucia ciarek żenady na plecach. Są pewne mankamenty, które sprawiają, że po pewnym czasie ja na przykład doszedłem do wniosku, że tam jednak nie było jakiegoś podłoża do głębszych rozkmin, ani nawet dobrej zabawy. Dlatego że to wszystko koniec końców było bardzo przewidywalne, szczególnie jeżeli przyglądaliście się w swoim życiu historii „Niewidzialnego człowieka”, która liczy sobie, jeżeli weźmiemy pod uwagę dzieło Wellsa, ponad 100 lat, a jeżeli weźmiemy pod uwagę karierę filmową, to blisko 100 lat. Także nie byłem tym filmem zszokowany. To jest jedna z tych produkcji, kiedy możesz przewidzieć, co się wydarzy. Szczególnie, że dostajesz do ręki taki papier w postaci tytułu, który ci mówi, o czym ten film jest i o kim traktuje. Natomiast znam też bardzo wiele osób, którym się „Niewidzialny człowiek” podobał i takich, którzy chętnie do tego obrazu wrócą.
[02:12:34] - Zszokowany rzeczywiście nie, a w każdym razie nie całą fabułą filmu. Natomiast powiem w ten sposób: ja wiem, nieraz o tym rozmawiałem z Wiktorem Żwikiewiczem, pewno nieraz jeszcze będziemy o tym rozmawiać, ale co może szokować, to okrucieństwo kobiet. Tak, proszę Państwa, my jesteśmy przyzwyczajeni, że faceci w filmach robią rozpierduchy, masakry różnego rodzaju. To normalka. Ale że kobieta potrafi być tak konsekwentnie okrutna, konsekwentnie dążyć do pewnego celu, to przyznam, że to mnie zaskoczyło w tym filmie. Bo ja oczywiście mniej więcej wiedziałem, w którym kierunku żeglujemy. Zresztą dobrze jest rozegrany ten moment, o którym mówiłem, że akcja troszeczkę jakby siada. To jest właśnie takie przygotowanie, kiedy my czujemy, że coś jest nie w porządku, że coś w tym świecie przedstawionym jest nie tak. Niby te pozory wskazują, że nie, że mylimy się, że jest okej, ale my przez cały czas czujemy, że nie, okej to na pewno nie jest, tylko jeszcze nie do końca, przynajmniej do pewnego momentu potrafimy rozkminić, o co chodzi. Z czasem rzecz się zaczyna powoli krystalizować.
Zaczynamy wiedzieć, o co mniej więcej chodzi. Zresztą jeśli chociaż państwo kiedykolwiek dotknęli historii głównej, czyli tego „Niewidzialnego człowieka" w oryginale, to od razu wiadomo, o co mniej więcej chodzi. Niemniej tu jest to podane w takiej dosyć przewrotnej sekwencji wydarzeń. Okej, ale przewidywalnej. Nie demonizujmy. Natomiast powiem to jeszcze raz: kobieta bywa okrutna. Wierzcie mi państwo, z tego filmu jasno to wynika.
[02:14:52] - Główny bohater „Niewidzialnego człowieka" jest geniuszem technologicznym. Jest konstruktorem, który tworzy dzieło przyszłości. Kolejnym filmem, gdzie pojawia się złodziej posiadający dostęp do różnego rodzaju gadżetów, jest „Bad Samaritan" lub „Zły Samarytanin". To jest film z roku 2018, podobny do „Niewidzialnego człowieka" pod tymi właśnie względami, że poznajemy tam psychopatę posiadającego szereg zabawek i gadżetów, dzięki którym ukrywa on swoje ofiary. I tutaj już nie szedłbym dalej, Marku, w opowiadaniu fabuły, dlatego że możemy jeszcze ujawnić, że głównymi bohaterami de facto jest para złodziejaszków, którzy w pewnym momencie natykają się na brutalną prawdę o jednym z bogatych klientów restauracji, w której pracuje jeden z nich. Okazuje się, że on jest nie tylko psychopatą, ale też doskonałym manipulatorem tak naprawdę. Jedyny komentarz, o jaki się tutaj pokuszę w przypadku „Bad Samaritan" jest taki, że nawet oklepana historia opowiedziana w taki żywiołowy, niefrajerski sposób z udziałem utalentowanych aktorów ma szansę stać się naprawdę dobrym filmem. Dlatego, że tutaj w tym obrazie występuje David Tennant. Jeżeli ktoś kojarzy go z roli Doktora Who, to pewnie wie, o kim mowa. Film z roku 2018, delikatnie mówiąc, podobny do „Niewidzialnego człowieka".
Wiem, że on na tobie zrobił spore wrażenie.
[02:16:54] - Tak, bo ja lubię takie kino. Ja tu w tym wypadku odcinam się, proszę państwa, od jakichś takich analiz stricte filmoznawczych. Chociaż gdzie mnie do filmoznawcy, naprawdę to nie ja, ale mogę się czasami silić, próbować udawać przynajmniej. Nie, tu nie będę udawał. Ten film mnie porwał, bo ja lubię taki sposób opowiadania historii. To mnie głównie w tym filmie porwało. Przychylając się do postulatu Piotra, nie będę państwu zbyt wiele opowiadał, ale kolejne wydarzenia, które następują w filmie, składają się nie tylko w logiczną układankę, ale w taką układankę, która intryguje. Cały czas posuwamy się za historią opowiadaną przez scenarzystę, opowiadaną przez reżysera i wierzymy. Ja bardzo wierzę. Właściwie w cały ten film jestem gotowy uwierzyć.
To, wiecie państwo, wbrew pozorom nie jest takie częste. Czasami jednak zawieszamy swoją niewiarę na czas filmu. Tu nie. Tu aż tak nie musiałem się wysilać. Poza tym ten film jest... Zastanawiam się, jak to powiedzieć. On jest dosyć estetycznie dopracowany. Bo kiedy powiedziałeś o złodziejaszkach, kiedy jeden z bohaterów znalazł się w domu, zresztą to jest ich robota. Tyle możemy powiedzieć, bo to jest dobre wprowadzenie do akcji. W Polsce coś takiego nie istnieje, przynajmniej na masową skalę.
Restauracja w Stanach Zjednoczonych, jak jest dobra i klasy, to podjeżdża się pod restaurację, zostawia się samochód i człowiek odprowadza ten samochód na parking, a drugi człowiek, który do tej restauracji przyjechał, w tym czasie już zażywa rozkoszy podniebienia. Tym zajmują się panowie, których oczami poznajemy sytuację, to wszystko, co się w tym filmie przydarzyło. Więc to jest dobry punkt wyjścia do tego wszystkiego, co się w filmie dzieje. A zatem oczywiste jest, że ci panowie, ponieważ łączą te dwie funkcje, czyli złodziejaszków, a jednocześnie ludzi, którzy obsługują restaurację, a w każdym razie tę część parkingową restauracji, to patent jest prosty. Jeden z panów wsiada w brykę i jedzie obejrzeć, jak dany klient mieszka, a przy okazji sobie coś tam przytulić z jego majątku. To jest dobry punkt wyjścia i oglądamy mieszkania Amerykanów różne. Jedno z tych mieszkań poznajemy, jest takie sobie, przeciętne, ale drugie, które poznajemy, jest, proszę państwa, hmm... Nie wiem, czy chciałbym tak mieszkać, ale wrażenie robi ogromne ten dom. Zresztą, podobnie jak w poprzednim filmie, to jedna z rzeczy, które łączy te filmy, to piękne wnętrza, bo w „Niewidzialnym człowieku" ten geniusz wynalazujący niewidzialność też mieszka w chacie, która zapiera dech w piersiach. Jej wnętrza zapierają dech w piersiach.
[02:20:36] - Trochę przypominało laboratorium. Ale dodajmy do „Samarytanina" to, że tam mamy jeszcze dość rozwiniętą historię głównego bohatera. Otóż nim on trafia do tej restauracji, to przybywa wraz z rodzicami z Irlandii do Stanów Zjednoczonych, do tej ziemi obiecanej, żeby zaznać dobrego życia. Co bym jeszcze tutaj dodał do tego wszystkiego? Że ten film rzeczywiście jest sympatyczny po prostu. Nie ma tam czegoś takiego, że byśmy powiedzieli... Zresztą zgadzam się z tym, co powiedziałeś, że nie musimy zawieszać naszej racjonalności tak jak było w przypadku chociaż „Malignanta". „Split" może był w jakiejś części wiarygodny, dlatego że znamy te historie wszystkie o ludziach posiadających osobowości alternatywne, którzy mieli różnego rodzaju przygody. Natomiast tutaj to wygląda po prostu jak historia kryminalna zwykła, która przeradza się w opowieść niezwykłą. Nie ma tutaj oczywiście żadnych wątków paranormalnych, ale jest facet, który za pieniądze, które zarobił, nie pamiętam w jaki sposób, szczerze mówiąc, odwalił sobie taką futurystyczną, inteligentną chatę, która jest też poniekąd lochem.
[02:22:06] - Tak, ale poza tym ten facet potrafi się posługiwać nowoczesną technologią. To jest też dosyć ważny element filmu, bo ta technologia służy. On ją później wykorzystuje w toku filmu. Znowu nie powiem państwu do czego, ale sami państwo to zaobserwujecie, że on tą technologią posługuje się perfekcyjnie. To też jest ważny element tego obrazu, bo dzięki temu on potrafi być na przykład nieuchwytny. Mówię o tym złym. Potrafi być nieuchwytny, co więcej, potrafi zbudować wokół siebie rodzaj takiego muru. Może złe słowo, takiego maskowania, że on właściwie jest niewidoczny, niedostrzegalny. Tylko bohaterowie filmu widzą w nim kogoś, kto jest potencjalnie niebezpieczny. Ale te służby, które są do tego powołane, absolutnie tego nie widzą.
To oczywiście do czasu wszystko. Ale tu już brnę za bardzo, więc się szybciutko wycofuję. Powiem natomiast jedną rzecz, która jest dla mnie arcyciekawa. Wszystkie dzisiaj omawiane filmy, one tak naprawdę, chociaż tak różne, jak państwo zdołali się zorientować, one mają kilka elementów wspólnych. Mianowicie we wszystkich tych filmach ważną rolę odgrywa kobieta. To może tak nie do końca i na 100%. Chociaż nie. W ostatnim, właśnie w tym złym „Samarytaninie" to, powiedzmy ona częściowo, ale w pozostałych trzech to ewidentnie kobiety. W dwóch z tych filmów poznajemy postać lekarza psychiatry, psychologa, który śledzi ciekawe przypadki, takie psychologiczno-psychiatryczne. To nie do końca się zawsze dobrze kończy, bo okazuje się, że to złudzenie, że możemy pewne procesy, które się w ludzkich głowach odbywają, kontrolować albo w jakiś sposób utrzymywać na wodzy, to bywa jednak złudne.
To przekonanie bywa złudne. Więc tu mamy kolejny element łączący. To jest bardzo ciekawe, bo obojętnie czy słuchacze, którzy w tej chwili nas słuchają, są kobietami czy mężczyznami. Dla mężczyzn to poznawanie świata kobiet to jest szczególnie zajmujące. Ja do dzisiaj pamiętam rozmowy z kilkoma pisarzami, którzy poważyli się na to, żeby pisać swoje utwory właśnie z pozycji kobiety. I pamiętam, jak mi to wyjaśniali, jak dużo konsultacji, jak dużo rozmów, jak dużo pracy w gruncie rzeczy wymagało to, żeby się przedzierzgnąć w psychikę kobiecą, będąc samym mężczyzną. To jest arcytrudne zadanie, chociaż czasami efekty są niezwykłe, niezwykle porywające. Tu mamy do czynienia z taką sytuacją, że rzeczywiście świat, przynajmniej w części z tych obrazów widzimy oczyma kobiety. To jest ciekawe, bo to jest jednak kosmos dla mężczyzny, jednak w jakiś sposób takie obce przestrzenie. Natomiast ja się zastanawiam, ale to już czysta spekulacja z mojej strony, jak te filmy będą postrzegane przez kobiety.
Bo to jest być może pewna prawda albo dodatkowa, albo ekstra prawda o tym, kim kobieta może być. Może oczywiście pełnić rolę taką, jaką kobieta chce pełnić. Ale okazuje się, że czasami może się to przedzierzgnąć w taką rolę, która ciarki na plecach ewidentnie wywołuje.
[02:26:34] - Tak, doskonałe podsumowanie. Rzeczywiście nic dodać, nic ująć. Dzisiejszy przegląd był bardzo subiektywny. Oczywiście przykłady bohaterów można mnożyć ukazując jakieś kinematograficzne mariaże kryminału i grozy oraz science fiction. O dziwo, ten miks bardzo często powołuje nam też do życia kogoś w rodzaju superbohaterów, kryminalistów o ponadprzeciętnych zdolnościach, czy to w jedną, czy w drugą stronę, czy w stronę paranormalną, czy w stronę geniuszu zupełnie ludzkiego. Marku, a co za tydzień? Bo słyszałem, że będziemy się zajmować kilkoma arcydziełkami europejskiego science fiction.
[02:27:18] - Tak, bo my jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że jak science fiction, to muszą to kręcić Amerykanie. Bo gdzież by inaczej? Od razu zastrzegę, że to nie będą super nowości, aczkolwiek to będą filmy, które w powodzi różnego rodzaju obrazów mogły wielu naszym słuchaczom umknąć. My postaramy się z Piotrem te dziełka, arcydziełka, te dobre obrazy w jakiś sposób – nie, to złe słowo reanimować, chociaż mi się nasunęło – ale w każdym razie przypomnieć, że takie obrazy są i że jeśli ktoś ich nie widział, to warto po te obrazy sięgnąć. Bo my zafascynowani hollywoodzką produkcją czasami niesłusznie lekceważymy to, co powstaje po naszej stronie Atlantyku.
[02:28:27] - Tak. Z drugiej strony nie musimy ich reanimować, dlatego, że to są filmy w większości kilkuletnie, które często giną w potoku tego, co jest nam oferowane przez kinematografię amerykańską. Niesłusznie, dlatego że – już tutaj się cieszę na rozmowę za tydzień – pokażemy wam, że przy nawet niewielkich środkach można zrobić coś bardzo interesującego, niesztampowego i takiego, co zapadła w pamięć.
[02:29:03] - Tak. Pięknie ci zatem Piotrze dziękuję za dzisiaj.
[02:29:07] - Pozdrawiam.
[02:29:09] - Pozdrawiam również i zapraszam za tydzień. Proszę państwa, takim zwyczajem się stało, że w naszej audycji, nawiązując do audycji siostrzanej, czy właściwie tej prekursorskiej, czyli do „ABW” – „Antologia Bibliotekarium Warsztaty” prezentuję na antenie różne utwory literackie. Przyzwyczailiście się państwo również do tego, że Reda Haddad przedstawia te utwory. Głównie są to utwory z wszystkich części antologii „Rubieży rzeczywistości”. Dzisiaj, ponieważ będziemy mieli do czynienia z utworami krótszymi, postanowiłem zafundować państwu blok z opowiadaniami. To będzie pięć opowiadań w następującej kolejności: Ewa Dębska „Tytan 2060”, Hanna Layer „Przyjaciel”, Marek Kolender „Tchnienie”, Marek Tomasik „Ognista robota”. Ten tytuł, jeśli słuchali państwo „ABW” możecie kojarzyć, bo on był w tej pierwotnej, jeszcze surowej formie prezentowany właśnie w „ABW”. A teraz już wersja, która została zaczerpnięta prosto z antologii. A zatem Marek Tomasik „Ognista robota”. I wreszcie piąte opowiadanie Kamil Bury „Ostatnie spóźnienie”.
Zapraszam państwa zatem na blok opowiadań. Pięć tekstów, pięć myślę, że niezapomnianych historii. Reda Haddad do państwa dyspozycji. Antologia „Rubieże rzeczywistości” czyta Reda Haddad.
[02:31:13] - Ewa Dębska „Tytan 2060”.
[02:31:18] - Benefis. Na Programie Pierwszym Telewizji Polskiej w czasie największej oglądalności podczas drugiego dnia świąt Wielkiej Nocy, po „Wiadomościach” pokazano benefis pana Stasia, listonosza, mieszkańca jednej z wielkopolskich wsi. Niespodziankę przygotowała jedna z jego stałych klientek, zaprzyjaźniona dziennikarka. Doręczyciel przepracował w zawodzie prawie pół wieku. W sposób niezwykle ciekawy opowiadał na wizji o swoim zajęciu. W przerwach występowali dla niego zaproszeni goście, między innymi Krzysztof Krawczyk z utworami „Rysunek na szkle” i „Chciałem być” czy wokalistka Urszula Sipińska z piosenką „Są takie dni w tygodniu”. Swoją obecnością zaszczycił beneficjenta wspaniały satyryk Zenon Laskowik z Kabaretu Tey. Co ciekawe, i on miał swoje pięć minut w charakterze listonosza na jednym z poznańskich osiedli.
[02:32:20] - Było pięknie i bardzo uroczyście. Na zakończenie wieloletni pracownik Poczty Polskiej otrzymał ogromny bukiet kwiatów. Uczestnicy, a przede wszystkim Stanisław, również gromkie brawa i owacje na stojąco. Prosty wiejski listonosz doświadczył tego dnia tylu wrażeń, że spokojne zaśnięcie graniczyło z cudem. Kiedy już mu się udało, miał sen, który następnego dnia opowiedział zaprzyjaźnionej sprawczyni całego zamieszania. Główny bohater. Pan Stasiu od zawsze był pracownikiem Poczty Polskiej. Zatrudnił się tuż po ukończeniu szkoły. Nadal pamięta swój pierwszy dzień wśród kolegów z branży. Na dzień dobry wręczono mu granatowy mundur i czapkę z logo firmy.
Na wyposażeniu miał także skórzane buty i dużą torbę na listy i gazety. Nosił w niej metalowy długopis i niewielki notes. Młodemu pracownikowi przydzielono teren dwóch wsi z numerami domów od 1 do 60. Początki były trudne. Tyle tej korespondencji, kartek z pozdrowieniami, telegramów. Zdarzały się też małe paczki, nawet prenumeraty gazet. Wtenczas poczytnym czasopismem dla rolników była „Gromada. Rolnik Polski”, kobiety zaś uwielbiały „Przyjaciółkę”. Zawód listonosza cieszył się ogromnym zaufaniem. Stasiu jako nowicjusz bardzo dbał o swój wizerunek.
Zawsze elegancki, z bujną czarną czupryną, ogolony i wypachniony, wyprowadzał z garażu swój pojazd i wyruszał z wielką radością do ludzi. Kontaktowy, z natury pozytywnie nastawiony do świata, realizował się w swym fachu. Praca. Po jakimś czasie znał się z mieszkańcami na tyle, że nie było mowy o pomyłce przy dostarczaniu korespondencji. Większość zaczęła go nawet wypatrywać, bo zawsze umiał zażartować. Opowiadał kawały wszystkim, bez wyjątku. Wiedział, komu urodziło się dziecko, kto we wsi umarł, a to, że Kowalska handluje tym a tamtym. Wtedy nie obowiązywało żadne RODO. Mógł swobodnie witać się po nazwisku i już z daleka wołać: „Dzień dobry, pani Nowakowa! Liścik dla męża.
A, to z wojska, brat na pewno. Trzeba w niedzielę pojechać do jednostki. Upiekę sernika, to się ucieszy, a i wędlinka się znajdzie dla żołnierzyka”. Pan Stasiu przynosił również emerytury i przekazy pocztowe. Wtedy zapraszano go do domu. Zostawiał należności i odcinek z ZUS-u. Bywało, że końcóweczka danej kwoty stawała się jego własnością. Wchodząc na posesję, musiał uważać na podwórkowe burki, które lubiły pociągnąć go za nogawkę. Uodpornił się na nie. Przeważnie stawał nieruchomo i wypatrywał gospodarza.
„On nie ugryzie”. Ileż razy to słyszał. Uśmiechał się. Dla rozładowania atmosfery wyjmował z rękawa ulubiony kawał: „Cześć kolego, słyszałem, że pracujesz na poczcie”. „Ano, stempluję listy”. „I nie nudzi ci się to?” „Nie, przecież codziennie jest inna data”. Wtedy ludzie korespondowali ze sobą naprawdę. Łącznik ze światem miał wiele pracy i ciężką listonoszkę. Jednak lata mijały, a wraz z nimi następowały zmiany. Era elektroniki.
Nastała era elektroniki. Wiadomości tekstowe za pośrednictwem wynalezionego przez Martina Coopera telefonu komórkowego docierają do odbiorcy w sekundę. Era komputerów i wielu innych gadżetów. Obecnie listonosz konkuruje o klienta z firmami kurierskimi. Na poczcie ogranicza się etaty. W dzisiejszym świecie, nie wychodząc z domu, można zaopatrzyć się w każdy asortyment. Firmy kurierskie mają mnóstwo przesyłek. Ludzie zamawiają na potęgę praktycznie wszystko, począwszy od artykułów spożywczych, gabarytowe meble, aż po wyroby jubilerskie. Pan Stasiu cały czas jest mobilny i musi się dokształcać. A to wielogodzinne kursy komputerowe, a to krótki kurs z obsługi elektronicznego długopisu.
Kurierzy są dużym zagrożeniem dla długoletniego doręczyciela. Pan Stanisław nie ukrywa, że zaczyna się bać o swój byt. Jest w pełni świadomy, że świat pędzi do przodu, a wraz z nim nowe technologie. Ludzie też są inni. Nie mają już tyle czasu na pogawędki. Wydaje mu się, że jest ich jakby mniej czy coś. Społeczeństwo jest przepracowane. Przeważnie zostawia awizo w skrzynkach pocztowych. Jego kontakt z człowiekiem powoli zanika. Ma wrażenie, że ludzie się izolują.
Są tacy tajemniczy. Sen pana Stanisława. Pan Stasiu miał sen. Opowiedział go zaprzyjaźnionej dziennikarce, gdy przyszła na kawę dzień po jego telewizyjnym wystąpieniu. Śniła mu się tytanowa maszyna pokryta żółto-niebieską farbą niezwykle okazałych rozmiarów, podobna do powiększonego tysiąc razy małża morskiego. Stacjonowała na zapleczu Poczty Polskiej w zwartym szeregu innych wspólnych przyszłych metalowych pracowników w charakterze kuriera. Po zewnętrznej stronie, pośrodku kopuły naokoło znajdowały się otwory. Chyba ze 100 otworów, z których wypełzały a la ręce zachowujące się niczym jadowite węże, zakończone zachipowaną końcówką mającą rozpoznawać adresata. Wewnątrz załadowana ściśle tajną korespondencją, uruchamiana z komputera przy pomocy przycisku wysyłającego ją w teren. We śnie to ja miałem nadusić na czerwony jak grzałka rozgrzana do czerwoności z peerlowskich czasów guzik.
Próbowałem kilkakrotnie. Raz prawą, raz lewą ręką. Pociłem się przy tym okropnie. Genialne cudo, zbliżając się w obręb posesji, wysyłało spowolniony dwudziestokrotny sygnał: charakterystyczne hasło: „Proszę odebrać przesyłkę”. Wyślizgiwały się wtenczas węże i przesyłka. Aby ją odebrać, adresat zobowiązany był założyć odpowiedni kombinezon chroniący go przed promieniowaniem. Z tego powodu pod żadnym pozorem nie wolno było upoważniać dzieci do kontaktu z tytanową maszyną. Choć wyposażona w specyficzne funkcje rozpoznawcze płci i wzrostu wciąż pozostawała martwa, diametralnie różniąca się od człowieka, który widzi, czuje, rozpoznaje innych ludzi i ich emocje. Służy pomocą, jeśli zaistnieje taka potrzeba. Po zakończonej misji komputerowo sterowany tytan wracał do bazy.
Kiedy już zdecydowałem się przywalić w ten guzik, mówił dalej Stanisław, maszyna w moim śnie eksplodowała pełna ulotek, bankowych listów i paczek. Niby hermetycznie zamknięta, najnowocześniejsza kapsuła przyszłości, a rozprysła się w drobny mak. Zatrzęsła się ziemia. Strzępy metalu poraziły przechodniów, ale ich nie poraniły, bo ci ludzie byli jacyś nieludzcy, ślepi i nadzy. Widziałem ich puste głowy z przyklejonymi do nosa komórkami. Nawet nie parzyły ich te srebrzystobiałe, lecące z ogromną prędkością odłamki. Zapamiętałem też ich paznokcie u rąk i nóg. Miały granatową barwę, a lśniły jak posypane brokatem. I te rozepchane wielkie brzuchy. Od czego to?
Co to za potwory? Nowy gatunek ludzi? Znajoma dziennikarka uśmiechnęła się smutno. Krajobraz przyszłości. Sztuczna inteligencja i ludzie-nieludzie zamknięci w swoich światach. Obudziłem się mokry jak szczur w kanale. Telepało całym moim ciałem. Ciągle wydawało mi się, że to dzieje się naprawdę. A przecież byłem we własnym łóżku na kilka dni przed emeryturą. A jednak dygotałem i powtarzałem: nie, nie, to wszystko było bez sensu.
Zamilkł i po chwili dodał z mocą: Kurier przyszłości Tytan 2060. Tak go sobie nazwałem. Widząc jego wzburzenie, kobieta postanowiła zakończyć spotkanie i dać odpocząć wieloletniemu listonoszowi przed jednym z jego ostatnich dni w pracy. Życzyła mu spokojnej nocy i wyszła. Pan Stanisław położył się spać. Tej nocy nic mu się nie śniło. Gdy rano wstał, ochoczo udał się na pocztę. Ostatni dzień w pracy. W budynku wszystko wyglądało jak zwykle. Mijał koleżanki i kolegów.
Towarzyszyły mu znane i lubiane barwy oraz logo. W głębi ducha żałował, że za chwilę odchodzi na emeryturę. Nagle zatrzymał się przed drzwiami z mlecznobiałego szkła, spod których wydobywało się dziwne światło. Chociaż ciągnął za klamkę, w miarę złego zaczął się dusić, jakby poza światłem do pomieszczenia dostawało się coś jeszcze. Nim upadł, udało mu się jeszcze dostrzec niewyraźną, szarawą postać oraz usłyszeć głos. Niepokojące „Proszę odebrać przesyłkę”. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadad. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadad.
Hanna Layer. Przyjaciel. Dzisiaj jest Wigilia, więc chcę powiedzieć ci coś bardzo ważnego. Nie, proszę, tylko nie pytaj o starego. Po prostu wolę go nie pamiętać. Niepotrzebnie tylko obaj byśmy cierpieli na wspomnienie tego piekła. Nawet sobie nie wyobrażasz. Wtedy jeszcze mnie nie widziałeś. Wydaje ci się, że kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy, wyglądałem źle. Lepiej, żebyś nie wiedział, jak bardzo źle było przedtem, zanim się poznaliśmy.
Kiedy za pierwszym razem zwiałem od starego, przypominałem wrak. Sam nie umiem dzisiaj powiedzieć, jak w ogóle zdołałem uciec. Bóg musi chyba czuwać nad nami wszystkimi. Gdy trafiłem do pudła, wiesz, wydaje mi się, że wtedy prawie umarłem. Właściwie miałem pełne prawo uważać śmierć za swoje wybawienie. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało im się poskładać mnie do kupy. Kawał rozkładającego się mięsa. Daj słowo. Nie dziw się, że po tym, co przeszedłem, nienawidziłem ich wszystkich. Nawet nie chodziło o jakąś głupią zemstę.
Po prostu się bałem. Gdyby tylko chcieli mnie zabić, pół biedy. Najbardziej bałem się bicia, rażenia prądem, głodu. Wiesz. Przepraszam. Miałem o tym nie mówić. No nie płacz. Przepraszam. Gdybym tylko sam umiał płakać. Nie dziw się, proszę.
Wtedy myślałem, że ludzie tacy już są. Pamiętam jak dziś, kiedy wyciągnęła rękę ze strzykawką. Boże, a ten jej strach w oczach. Chyba bym ją prawie zabił wtedy. Wybacz mi. Skąd mogłem wiedzieć? Już wtedy zdawałem sobie sprawę, że coś się zmieniło. Ale powiedz sam, czy mogłem się cieszyć? Słuchaj, żarcie smakowało jak gówno, ale przynajmniej jakieś było. Poza tym woda, dach nad głową.
Tylko wiesz, na co mogłem liczyć? Miałem dwóch kumpli, z którymi dało się pogadać. Część zwariowała. Część to takie towarzystwo, że bez kija nie podchodź. Codziennie rano smród, wieczorem smród. Wiesz, co było w tym wszystkim najgorsze? Praktycznie zero słońca, brak wiatru. Człowieku, raz jeden przyszło dwóch gości i nas zabrało. Pamiętam to jak dziś. Mieli nas pilnować, a my z kumplem do rzeki.
Jazda była wtedy. Już myślałem, że może uda nam się zwiać, ale gdzie tam. Zresztą Kuba okazał się wcale taki chętny do ucieczki. Ale on nie siedział tyle co ja i nie wiedział czym to pachnie. No i wiadomo, jak to się skończyło. Łapanka i po sprawie. Ba! Co ja mówię po sprawie. To, cośmy wtedy przeszli, tego nam nikt nie wynagrodzi. Może ty jeden.
Wybacz. Znów się rozczulam. Pięknie nas wtedy potraktowali. Wiesz, tak sobie później nieraz myślałem, co mnie jeszcze może dobrego w życiu spotkać. Już wtedy podejrzewałem, że dzieci mieć nie będę. Jedyna przyszłość, na którą mogłem liczyć, to żarcie jak gówno, spanie przez pół doby, o ile w ogóle warunki na to pozwalały. I tak dzień w dzień. Ogarnęło mnie już przekonanie graniczące z pewnością, że zupełnie oszaleję jak ci inni. I wtedy przyszedłeś. Przepraszam, bo znowu brakuje mi słów.
Chyba już pierwszego dnia przeczuwałem, że pojawił się nowy, wspaniały człowiek. Zawsze nim dla mnie będziesz. Słuchaj, mój większy bracie, bo zaraz zrobi się jasno. Chcę tylko powiedzieć, że dziękuję ci. Dziękuję ci za te prawdziwe jedzenie, za przestrzeń i za to, że jesteś. Wiedz, że cię kocham i nigdy ci tego nie za… Tato? Tato, dlaczego płaczesz? Dlaczego Azor szczeka? Antologia.
Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadadar. Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadadar. Marek Kolender. Tchnienie. Świat został stworzony, ale on został zapomniany. Nie był dobrem, złem, materią, próżnią, przypadkiem, wyliczeniem. Więc czym?
Czy w ogóle istniał? Ale tak, i to bezsprzecznie. Tylko jaka była jego natura? Co powinno być celem? Zadawał sobie te pytania, gdy pływał między materią. Nie zastygła jeszcze i jaśniejąca, odlatywała w zastraszającym tempie, jakby chciała uciec od swego stwórcy. On sam sunął od elektronu do elektronu, od pierwiastka do pierwiastka, od pyłu do pyłu, od planety do planety, od życia do życia. Życie? To ciekawe. Tego jeszcze nie było.
Ale co to? Czemu to życie wraca do materii? On nie chciał na to pozwolić. Nie mógł tworzyć. Zamiast tego kształtował. Zdał sobie z tego sprawę, gdy pewnego razu dotknął jakiegoś kosmicznego pyłu, a on rozrósł się i pokrył czymś niebieskim. Teraz jednak patrzył na to, co tak go przypominało. Podobne, choć młodsze. Widział w nim zmęczenie. Tchnął w nie, a ono wstało i wróciło do swoich.
Później nadeszło jeszcze wielu takich. Tchnięci zaczęli go zdumiewać. Przerabiali materię może wolniej od niego, ale byli niezwykle kreatywni. Martwiło go jednak, że każdy z nich niknął po chwili. Tchnął więc na nich raz jeszcze, tak aby zostawali na dłużej. Udało się, lecz nie do końca. Choć jedni żyli dłużej, inni umierali szybciej, nieraz w męczarniach. Żałował. Chciał to naprawić. Pomagał jednym, ale ci dominowali innych.
I wtedy wydarzyła się ohyda. Krew przelała krew. Żywy zabrał życie, a tchnięty zadusił tchniętego. Zapomniany zapłakał. Ujrzał, co przez niego zrobili sobie ci, których tak kochał. Przetarł łzy i odszedł w kosmos. Tchnął jednak na nich raz jeszcze tym samym pierwszym tchnieniem. I tak ruszył przed siebie. Oglądał cuda świata, wpływał w czarne dziury, kąpał się w świetle gwiazd, pił siłę supernowych i utulał czerwone olbrzymy do snu. Bywał w nicości, pragnąc jej doznać.
Wtedy do jego uszu doszedł dźwięk. Jednak nie taki, który rezonuje w materii, gdyż przebywał wtedy w pustce. Był to dźwięk duchowy. Dochodził z domu tchniętych. Ruszył więc za nim. Nie wiedział, ile to trwało, ale w końcu minął planetę pierścieni, a później kolejne. Po chwili wrócił już do miejsca, za którym tak tęskniło jego serce i ujrzał tych tchniętych, grających na harfie i lirze, mówiących lecz nie tak, jak dawniej. Mówili bowiem jak najprzedniejsi z poetów. Przekształcali materię, ale przy tym przewyższyli jego samego, gdyż potrafili również tworzyć, mimo że niematerialnie. Spojrzał na nich i zdumiał się.
Byli piękni. Wtedy jednak do lutnisty podszedł inny, który nie grał tak wspaniale i zatopił w jego cielesnej powłoce nóż. Piękno znów zostało zdradzone. Morderca spojrzał na nóż, a później na innych tworzących. Zaczął machać bronią, a tamci połamali harfy i odrzucili dłuta, potargali też zapisane ledwie do połowy papirusy. Ruszyli z nożami w dłoniach przeciw innym tchniętym. Tak więc nieczuły podporządkował sobie twórców. Po tym jednak jego twarz nie była już piękna. Dawca tchnienia poczuł coś złego. Nie umiał zatrzymać tego ani połkniętą mocą supernowych, ani czułością, która pozwalała mu utulać do snu czerwone olbrzymy.
Tchnięci zamykali, zaduszali swych braci i siostry, pozbawiając ich tego daru, a także daru pierwotnego, który nie pochodził od niego, jeśli w ogóle cokolwiek odeń pochodziło. Wysyłali ich jak oddechy ku górze, lecz te wołały o pomstę. Wtem jednak stanął wśród nich tchnięty, który oddychał czymś innym. Zaczęli gromadzić się przy nim piękni. Ci oddychać poczęli jego ustami, a choć było to dobre, zabójcy piękna niszczyli to. Chcieli wszak wszystko pochłonąć. W końcu pochłonęli i samych siebie. Po tym tchnięci przestali tworzyć. Patrzyli ze smutkiem na zgliszcza pozostawione przez nożowników. Czy po tym wszystkim mogła istnieć jeszcze sztuka?
Ten, który dawał tchnienie, wyruszył raz jeszcze w pustkę. Nie znał bowiem odpowiedzi. Znów podróżował, pił rosę nowych galaktyk i tańczył wśród fontann bieli. Nie czuł już jednak nic. Wtedy do jego uszu doszedł śpiew. Był on podobny do starego, a jednak inny. Ruszył ku błękitnej kuli. To oni tańczyli, śpiewali, kochali. I on też kochał. Nie chciał już odchodzić.
Spał więc w wyżłobieniach gitar i inkaustach piór. Pląsał wśród nóg tańczących i nawilżał pędzle malarzy. I choć wiedział, że noże nadal istnieją, były też harfy i liry, a on wierzył w ich siłę. Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadadar. Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadadar. Marek Tomasik, Ognista robota.
A co jeśli dziś spłonie wszystko? Zanucił pod nosem Hans i zajrzał przez małą szybkę w drzwiach. Pomachał wszystkim, uśmiechając się szeroko. Chciałbym spłonąć z tobą! Ogień wspina się na niebo szczyt! Nucił dalej. Odskoczył od wejścia. Prawie tanecznym ruchem podszedł do skomplikowanej aparatury, którą obsługiwał. Ojcze, wezwij ich. Stań przy mnie i patrz.
Pokręcił jednym z wielu pokręteł, potem kolejnym. Jak na zboczu góry wstaje ognisty świt. Poruszył kolejny kurek, a po chwili skoczył do tyłu, robiąc zgrabny piruet. A jeśli śmierć przyjdzie nocą. Pociągnął za dwie dźwignie. Chciałbym zginąć z tobą. Spojrzał na liczniki wskazujące ciśnienie. Wszystko działało jak należy. Z uśmiechem na ustach podśpiewywał dalej. Kielich wina wznieś ostatni raz.
Zrobił dwa kroki stając przy głównych zaworach. Ojcze, wezwij ich. Stań przy mnie i patrz. Rozkręcił jeden z zaworów. Wskazówka na zegarze poszybowała w górę. Przestał kręcić, gdy doszła do spodziewanej wartości. Jak na zboczu góry wstaje ognisty świt. Pociągnął za jedną z dźwigni, otwierając wlot powietrza. A śmierć spadnie z nieba i nie zostawi nic. Klasnął w ręce, robiąc przy tym pełny obrót.
Złapał mocno za kolejną wajchę, ścisnął i delikatnie zaczął opuszczać. Widzę ogień drążący skały. Zaśpiewał teraz już głośniej. Widzę ogień trawiący las. Zza drzwi dobiegły go przytłumione głosy. Widzę ogień trawiący dusze i kości też. Dodał już całkiem od siebie. Puścił dźwignię, by pociągnąć bardziej za przepustnicę powietrza. Podmuch ognia, który zgasić życie w nas chce. Zwiększył dawkę powietrza.
Ale proszę, nie zapomnij o mnie. W tym momencie otworzyły się boczne drzwi i wszedł Jurgen. I jak idzie? Zapytał, wybijając Hansa z rytmu. Miał ochotę zaśpiewać kolejną zwrotkę, ale kolega zdekoncentrował go tym nagłym wtargnięciem. Już prawie. To dobrze, bo kolejna dwudziestka czeka. Stwierdził Jurgen. Niech jeszcze poczekają. Hans nie lubił spieszyć się z robotą.
Był perfekcjonistą. Wpuścisz ich dopiero, gdy się kości spopielą. Niespopielone kości ciężko się sprząta, a tak będą same prochy. W porządku, to zawołaj, jak już będzie można. Popilnuję ich do tego czasu. Jurgen zatrzasnął za sobą drzwi. Ech — westchnął Hans. Na czym ja to? Odchrząknął, przełknął ślinę i zaintonował: A jeśli polegną bracia klęskę przyjmę ja. Antologia.
Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadadar. Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadadar. Kamil Bury. Ostatnie spóźnienie. Zerknął na zegarek. Był spóźniony. Zresztą jak zawsze.
Jednak tym razem wypadało stawić się o czasie. Przyśpieszył kroku, mocniej zacisnął dłoń na rączce czarnej walizki. W holu wielopiętrowego wieżowca korporacji LEWY, Lewy, wciśnięta w wydekoltowaną bluzeczkę sekretarka bez zbędnej ekscytacji i entuzjazmu oznajmiła, że szef już czeka. Jeszcze raz spojrzał na zegarek. Pośpiesznie wszedł do sali konferencyjnej. Elegancka przestrzeń była utrzymana w surowym, nowoczesnym stylu. Najistotniejszy element wystroju stanowił olbrzymi, podłużny stół. Przywitał się zwyczajowym dzień dobry i zajął miejsce naprzeciwko szpakowatego mężczyzny w garniturze. Zamiast powitania usłyszał suchy wyrzut: Spóźnił się pan. Wiem, bardzo przepraszam.
Chciał się pan ze mną spotkać, a mimo to spóźnia się pan. Wiem, bardzo przepraszam. Ja jestem bardzo zapracowanym człowiekiem. Zegarmistrz świata dał każdemu z nas określoną ilość czasu, a ja nie zamierzam swojego zmarnować Spotykam się z panem tylko przez grzeczność. Bardzo mi przykro, że pańska żona miała wypadek u nas w firmie, ale ja już za to przeprosiłem, a spółka zapłaciła odszkodowanie i nie da panu ani grosza więcej. Prezes prowadził monolog. Było widać, że uwielbia ton własnego głosu, lecz mężczyzna już go nie słuchał. Zerknął na zegarek. Był spóźniony. Mówi się trudno.
Rozbawiła go myśl, że jest to ostatni raz, gdy nie wyrobił się na czas. Bez słowa położył walizkę na biurku, odwrócił czerwonym wyświetlaczem w stronę biznesmena. Zegar nie miał prawa się zatrzymać ani spóźnić. Zostało 10 sekund.
[02:57:27] - Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadar. Tak, proszę państwa, było spotkanie z pisarzem. Była rozmowa o filmach. Były utwory literackie. To teraz część warsztatowa dla tych wszystkich, którzy marzą o pisaniu. Katarzyna Prychacz i jej Alchemia tworzenia. Sezon, który rozpoczął się brawurowo, a teraz ciągnie się i te historie przyrastają na państwa oczach. Katarzyna Prychacz, to już mamy dzisiaj ósmy odcinek.
Na państwa oczach powstają historie i myślę, że obserwujecie państwo, że układanie historii w gruncie rzeczy nie jest takie trudne, że czasami ten zastały mózg, który mówi sobie: coś bym wymyślił, ale jakoś nie mam weny, nie mam pomysłu, nic nie mam. Katarzyna Prychacz udowadnia, że czasami ten mózg warto rozruszać i pokazuje sposoby, w jakie można to zrobić. Pokazuje, jak można analizować historię i ciągnąć ją dalej. Tytuły mi się niezwykle podobają w Alchemii tworzenia. Dzisiaj jest też rewelacyjny tytuł, który zapowiada naprawdę świetną historię. Fontanna krokodylim mlekiem płynąca. Zapraszam.
[02:59:19] - Halo, halo ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na Alchemię tworzenia. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w ósmym odcinku drugiego sezonu Alchemii tworzenia. Oczywiście sezon zupełnie inny niż ten pierwszy. Bawimy się inspiracją, a tak naprawdę ja się bawię, a wy słuchacie. Mam nadzieję, że też się bawicie. Dobra, żeby nie przedłużać i tradycji, żeby stało się zadość. Oczywiście, że Salvador Dali też nam dziś będzie towarzyszył. I co na dzisiaj?
Pomyślałam sobie, że weźmiemy tytuł. Tytuł, który... Zresztą zaraz o nim porozmawiamy. A zatem tytuł: Struga mleka wypływająca na darmo z trzech butów. Ach, Dali, Dali i te jego wizje. Słuchajcie, z pozoru tytuł wydał mi się naprawdę... Dobra, one wszystkie są abstrakcyjne. Nie będę przecież tutaj was czarować. Sami słyszeliście. Natomiast oczywiście, że tutaj zaraz widzimy tak naprawdę mleko wypływające z trzech butów.
Nawet nie, że z trzech par, tylko sobie stoją trzy buty. I wiecie, próbowałam sobie to wpasować gdzieś w jakieś otoczenie, w jakiś świat. I tak nabrałam ochoty na taki jakiś ładny, tajemniczy ogród. Wiecie, takie coś, co może po kimś zostało, co niszczeje. I wyobraziłam sobie właśnie, myślę, że taki rodzaj może fontanny, takiej starej, zapyziałej fontanny, natomiast w postaci właśnie takich trzech starych butów, takich buciorów skórzanych. I one obok siebie stoją. Na przykład są z... Czekajcie, mosiądz to chyba nie pyknie przy fontannach, bo trochę się chyba niebieski zrobi. No ale wiecie. Jaki metal się używa?
Ej, zdurniałam teraz, przecież są fontanny z metalu. No dobra, dzisiaj mamy jakąś tam stal nierdzewną i inne bajery, ale myślę, że kiedyś nie mieli. A może kiedyś były tylko kamienne. Nieistotne. Nasza fontanna jest z metalu, buciory są z metalu, mogą być oksydowane, więc będą takie, wiecie, poczerniałe. A może są po prostu sczerniałe. O, niech będą sczerniałe ze starości i takie zmurszałe. Dobra i mamy sobie taki ogród porzucony. Fontanna w takim ogrodzie, myślę. Taki ogród zdziczały, jak to było w stylu angielskim?
Już nie pamiętam ze studiów. Francuskie to chyba były takie, że tak powiem, uczesane, ładne, zadbane i w ogóle wszystkie piękne żywopłociki. Angielski chyba był właśnie taki puszczony samopas. Tak trochę. Jakoś to było tak. Jak ktoś z was wie lepiej, to nie krępujcie się, wyprowadź mnie z błędu. Okej, tak czy siak, nasz ogród jest zdziczały i zaniedbany, więc jak można się domyślić, będzie to nasze miejsce zdarzenia. Myślę, że nie będziemy robić z fontanny bohatera. Bardziej można by zrobić z niej może coś w rodzaju artefaktu, na pewno coś z tym mlekiem. Myślę, że to mleko będzie potrzebne, żeby coś się tam wydarzyło, wiecie.
Jeszcze nie wiem co. Zaraz zobaczymy. I tak sobie myślę, bo możemy już przejść sobie do naszego tradycyjnego schemaciku fabuły. Przydałby nam się jakiś bohater. Jakiś bohater. Może bohaterka? Dobra, patrzę. Bohaterka. Zastanawiam się, czy mieliśmy już bohaterkę? Tyle tych historii było, a czy była główna bohaterka?
Była taka prawie główna. Dobra, dzisiaj mamy bohaterkę. Myślę sobie: taka stylowa pani w futerku, w kożuszku, kapelusz z dużym rondem, ciemne okulary. Może to będzie jakaś modystka albo projektantka. Myślę, że coś z modą. Chyba że projektantka ubrań. Albo nie. Albo to będzie bardzo bogata kobieta, która ubiera się modnie. Może pracuje w branży modowej, ale nie wiem, czy jako projektantka. Modelka też nie.
Może fotografka? O! Dobra, mamy to. Czekajcie, nie zadałam pytania: kim jest bohater? Czyli ustaliliśmy, a właściwie ja sama ze sobą, że mamy pięknie ubraną, modnie ubraną panią w futerku, krótkim kożuszku. Nie taki płaszcz do ziemi, tylko właściwie puchata kurtka. Kapelusz z dużym rondem, ciemne okulary. Dajmy jej może też brązowe włosy. Takie ładne, długie, błyszczące, falowane. I jako fotografka skąd ona się w tym ogrodzie wzięła?
Po prostu szukała świetnego nowego miejsca na sesję zdjęciową i ktoś jej powiedział o starej willi. Natomiast ona tam przyszła, ta willa jakoś do niej nie przemówiła. Ona się zawsze kierowała takim poczuciem, że coś musi do niej przemówić. Tak jak każdy przedmiot, który kupiła czy który przyniosła do domu, czy na przykład modele, z którymi pracowała. Oni musieli mieć to coś. Natomiast jeżeli chodzi o przedmioty czy o miejsca, to musiała być dobra energia. Była wyczulona na energetyczne sprawy i zawsze się tym kierowała. Więc ta willa ją wręcz odpychała. Ale było coś, co ją przyciągało i ona nie wiedziała tak do końca co, ale po prostu szła za tym wołaniem, za tą energią i odeszła od tej willi kawałek. Weszła w zarośla i zupełnie przypadkowo znalazła tą starą, nieuruchomioną, dziwną fontannę.
Ja jeszcze wylosuję archetyp naszej bohaterce, bo myślę, że mógłby nam dać ciekawe tropy, jeżeli chodzi o problem, może jakieś wydarzenie. Także klasycznie sięgam po opracowanie archetypów osobowości od Gabrieli Borowczyk i jej opracowanie będę tu wam cytować. Na razie tasujemy. Wiecie co? Wysypała mi się jedna karta, więc niech będzie, że energia ją wylosowała. Zobaczymy, cóż my tu mamy. Okej, bohater. Kurczę, bohater chyba był ostatnio. Ale dobra, niech będzie, skoro już powiedziałam, że energia nam wylosowała. Może nasza bohaterka sama sobie to przyciągnęła.
W ramach przypomnienia, jeżeli ktoś wcześniej nie słyszał, mieliśmy z dwa albo trzy razy bohatera jako archetyp. Mamy tutaj tak: pomaga i staje w obronie potrzebujących. Posiada supermoce, pozwala wierzyć, że wszystko jest możliwe. Charakteryzuje go odwaga, działanie, siła i moc sprawcza. Pociąga za sobą ludzi, dając przykład. Pociąga za sobą ludzi. Nasza bohaterka, można powiedzieć, inspiruje ludzi. Nie do końca wiadomo, czy to dzięki temu, że ona za tą energią podąża, czy może po prostu jest dobra w tym, co robi. Ale wszystkie jej sesje zdjęciowe to zawsze jest przełom, takie wow! Ludzie są zachwyceni, zainspirowani.
Zarówno modele i modelki, którzy biorą udział w sesjach, czy później ludzie, którzy oglądają te zdjęcia. Także jest ogólne wielkie wow. To jest jej supermoc, wyczucie estetyczne. I teraz gdzie to jej bohaterstwo? A może zróbmy bohaterstwo wobec rzeczy. Tak jak mówiłam wcześniej, że ona kieruje się tą energią, przynosi do domu czy kupuje rzeczy z duszą, można powiedzieć, takie wyjątkowe. To może ona będzie bohaterką dla tych rzeczy, dla antyków na przykład. Będzie uwielbiała jeździć na pchle targi. Tak się odmienia? Jak inaczej.
Na różne jarmarki czy do sklepów z antykami czy wyprzedaże garażowe i tak dalej. Wszędzie, gdzie można kupić lub nabyć, zdobyć po kimś przedmioty z przeszłością, z duchem swoim wewnętrznym. A może będzie miała też taką przypadłość, cechę. Nie, że kleptomanka, przeszło mi to przez myśl, ale może bardziej, że jak będzie w różnych domach czy w różnych miejscach i zobaczy wyjątkową rzecz, to będzie robiła wszystko, żeby tą rzecz zdobyć w jakiś sposób, żeby się dogadać. Nie ukraść, tylko zdobyć, bo kradzione rzeczy mają złą energię. Ta rzecz musi pójść razem z nią dobrowolnie, a nie, że zostanie skradziona. Okej, w naszej scenerii mamy tą fontannę. Może jakaś legenda z nią związana by się przydała nam jeszcze? Wiecie, bo trzeba coś zrobić, żeby to mleko puścić w tę fontannę. I jeszcze czekajcie, jak to tu było, to mleko jeszcze musi na darmo wypływać.
Struga mleka wypływająca na darmo z trzech butów. No dobra, to tak myślę sobie chronologicznie, bo przed nami jest pytanko: jak jest i jak było? I tak sobie pomyślałam, że może ona sobie szukała różnych miejsc i znalazła tę fontannę i oczywiście zrobiła tam sesję. Czy nie zrobiła? Zmierzam do tego, że w odpowiedzi, jak jest to pytanie, chodzi o ten moment, w którym poznajemy bohatera. I tak sobie myślę, że jeżeli miałaby ta historia zostać spisana, to jedną z opcji myślę, że byłoby, żebyśmy poznali bohaterkę właśnie już w momencie, kiedy ona wypełnia ten quest. Robi coś z tym mlekiem. Zaraz pomyślimy jeszcze co. Więc w odpowiedzi na to, jak było, myślę, że byśmy mieli to, że może ona chciała zrobić sesję, ale zanim tam przyprowadziła modeli, to zaczęła czytać jakieś opracowania miejscowe, że dużo było opracowań o tej legendarnej opuszczonej willi, natomiast mało gdzie w ogóle można było się dowiedzieć, o co chodzi z tymi trzema butami. Chyba że historia będzie dotyczyła poszukiwań odpowiedzi.
Aż tyle opcji. Cholera, nie mogę się zdecydować. Z jednej strony fajnie byłoby, że już jesteśmy po wszystkim. Czyli ona już znalazła te opracowania, wyczytała jakąś legendę, bo pomyślałam o tym, że znalazłaby w tej willi jakiś stary pamiętnik, jakiś dziennik. Klasyka rodzaju. Czyli sama willa nie była jej klimatem, ale weszła, bo skoro ta fontanna była w ogrodzie na tym terenie, to musiały być tam jakieś wzmianki. W pierwszej chwili pomyślałam, że ona już to wszystko znalazła i żeby zrobić idealną sesję, to chciała wykonać te rzeczy czy uruchomić tę fontannę w jakiś sposób. Natomiast teraz myślę, że samo poszukiwanie tego dziennika w willi też mogłoby przynieść bardzo ładne sceny. Byłby fajny moment na opisanie wystroju. Może powspominania tej dawnej świetności.
Ona, mimo że wchodzi do ruiny, to ma to wyczucie i może taką moc też ma, kolejną supermoc, że jest w stanie przywołać sobie, tak jakby się cofnęła w czasie. Mimo że się nie cofa, tylko wizualizację taką robi i widzi, jak ta willa kiedyś wyglądała. Może coś takiego. Tyle się tych antyków naoglądała, że ma takie pojęcie już. To może to zróbmy. Dobra, już wiem. Jak jest. Czyli ten moment, kiedy ją spotykamy. Spotykamy naszą bohaterkę w bibliotece. Nie.
Na piętrze w starej willi, zapadającej się wręcz. Wdrapała się na to piętro, gdzie już jedne pokoje były zarwane, ale znalazła pokój, który był zamknięty na klucz. Mimo że bez problemu udało jej się sforsować ten zamek, bo już był zrdzewiały. Czyli moment, kiedy spotykamy naszą bohaterkę, to jest moment, kiedy ona jest cała zakurzona, jest wściekła, że jej stylowa kurtka... Może tym razem nie futerko? A niech ma to futerko. Dała się porwać chwili i zamiast je zostawić w samochodzie, to ona wlazła w ten najgorszy brud, kurz i wszystkie pajęczyny. Więc spotykamy ją, kiedy jest wściekła, że to futerko jej się zniszczyło czy zabrudziło. I kopie w tych książkach i właśnie trafia na dziennik. I to by mogło być może nie samo w sobie wezwanie do wyprawy naszej bohaterki, ale już gdzieś jakiś zaczątek questu.
Jak było? Zwykle te sesje były tak, że znajdowała miejsce, szła, robiła zdjęcia czy to samego miejsca, czy właśnie z modelami. No dobra, bo znowu przechodzę do „jak jest”. I zwykle to było tak, że ona po prostu przychodziła i robiła swoje. A tym razem tak się zaangażowała w to miejsce, tak ją ta fontanna pochłonęła. Dostała wręcz obsesji na tym punkcie i trochę zaczęła zaniedbywać. To już wracając do tego „jak jest”, więc trochę zaczęła zaniedbywać swoje... Nie wiem, czy zaniedbywać swoje obowiązki. Nie. Może po prostu chciała tak idealnie zrobić tę sesję, że musiała uruchomić tę fontannę.
I znajdujemy dziennik. Co się zmieniło? Może się zmieniło to, że ta obsesja przyszła. To jest kolejne pytanie, które tu mamy. Ta obsesja i znalezienie dziennika z legendą. I tutaj oczywiście klasycznie mam pytanko jeszcze, jakie jest rozwiązanie. Natomiast prawda jest taka, że ja chyba tu powinnam jeszcze sobie dopisać z wykrzyknikami, że mam zawsze znaleźć problem, zanim zaczniemy szukać rozwiązania. Jakie jest rozwiązanie? Musimy dowiedzieć się w takim razie, jaka jest tę legendę. Tak myślę.
Mleko ma wypływać, nie? Tu by się przydało zrobić research. Na przykład jaka jest symbolika mleka. Z tego, co mam flashbacki ze studiów czy z różnych mitologii, to mleko często było symbolem bogactwa, też młodości. Mleko ma właściwości odmładzające. To może fontanna młodości? No nie wiem. Myślę, że może ona sprawi, że z tej fontanny popłynie mleko, ale to będzie na darmo, ponieważ może nie o takie mleko chodziło. Tak już spoilerując zakończenie wszystkiego. Może ona w tym dzienniku znalazła informację, że jeżeli się uruchomi fontannę, z której będzie wypływało mleko z buta do buta i z powrotem.
Tak to widzę chyba. Czy je ustawimy w jakiejś misie? To byłoby ładne, jakby te rurki były tak ustawione, że te buty stoją obok siebie i siup, siup, siup i z powrotem siup, siup, siup. Z buta do buta struga cieczy będzie przeskakiwała. Oczywiście rurki będą ześniedziałe. I może tu będzie problem. Tu jakąś alchemię można by włożyć. O matko, ile mam fajerwerków w głowie! Mleko. Co może się jeszcze, myślę, jakaś substancja.
To może mogła być taka rymowana legenda i tam w tej rymowanej legendzie będzie użyte słowo „mleko”. Może jakieś tam mleko. Gadzie mleko. A może właśnie nie mleko ze ssaka. Gadzie mleko. Ale co by to mogło być? Chemia, alchemia. Bo tam co było? Jakieś srebro, żywe srebro, rtęć. Ale to wszystko było srebrne.
Nie wiem. Wiem, że jakbym się miała zabierać za to pisanie, to bym sobie poszukała ciekawostek historycznych na temat mleka. Jakie są rodzaje mleka. Jestem przekonana, że na coś można powiedzieć mleko, bo mamy czasy współczesne i może jest weganką i zamiast krowiego mleka czy mleka ze zwierzaka wrzuciłaby tam jakieś mleko roślinne. Natomiast patrząc na to, że ta willa jest podniszczała, to znaczy, że to jest stara rzecz, stara legenda, więc tam raczej by nie pasowało to mleko. Ale to byłoby fajne, gdyby ta fontanna była przejściem do ukrytego laboratorium, warsztatu. Bo skarbiec taki będzie oklepany. Już wiem. Biblioteka z zakazanymi księgami i jeżeli odpowiedniej gęstości odpowiednia ciecz będzie w tej fontannie płynęła, to wtedy się otworzy ukryte przejście. To mamy.
A na przykład mleko krowie, kozie czy owcze się różnią konsystencją? Owczego na pewno na żywo nie widziałam, nie piłam. Kozie nie porównywałam. Nie wiem, bo pomyślałam, że może zwykle ktoś by tutaj leciał z krowim mlekiem, a tutaj okazuje się, że musi być jakieś konkretne mleko konkretnego gatunku. Może się różnią składem chemicznym. Może w tej fontannie jest czujnik i po prostu, żeby to zadziałało, to musi być konkretna substancja, może jakaś proporcja. Nie chcę robić tutaj przerw, bo z chęcią bym zrobiła przerwę, zrobiła research na temat mleka i wróciła do was z odpowiedziami. Natomiast podrzucam wam tropy, bo może niekoniecznie sama fontanna i ta historia będzie wam przydatna, ale może faktycznie chcecie sobie z ciekawości zrobić taki research na temat mleka, bo może gdzieś w tym, co piszecie, może wam się to przyda. Może się okazać, że to cholera mleko się naprawdę różni. Oprócz tego, że się różni smakiem.
Skoro się różni smakiem, to na pewno różni się składem. Albo do tego mleka trzeba coś dodać. Kurczę, elaborat o mleku. Tu jeszcze mam pytanie jedno, które nam zostało. Zaraz pomyślę jeszcze. Zaraz to podsumujemy, bo już trochę do was ględzę, a kręcę się, kąpię się w tym mleku. Jaka ja będę piękna i młoda po prostu po tym odcinku. To na razie może to nas gdzieś jeszcze pchnie dalej. Czyli ostatnie pytanie: kto pomaga bohaterowi? Tutaj też wylosujemy jakiś archetyp.
Wylosujmy dwa i potem pomyślę, czy dorzucimy może jeszcze jeden naszej bohaterce, czy może jednak dajmy jakichś ludzi tutaj wokół. Dobra, tasujemy. Wachlarzyk mam. Jeden i z tej strony dwa. Już odwracamy. Co nam się tu wylosowało? Pierwszy, który się wylosował to archetyp Kochający. Nie wiem, czy był, chyba że w którymś, może w tym pierwszym odcinku o aptekarzu. Czytam całe, na wszelki wypadek, jakby jednak tego nie było. „Miłość jest siłą napędową tego świata i motywem działania.
Nie ma jednego rodzaju miłości. Jest miłość w rodzinie, braterska, bliźniego, altruistyczna i ta zmysłowa. Zarówno bezinteresowna, jak i romans bądź czysta przyjemność. Ważne dla niego jest przywiązanie, troska i intymność. Może być szczery i otwarty, ale także tajemniczy i uwodzicielski”. To może jakiegoś amanta tutaj jednak zrobimy? Może jak otworzy tę bibliotekę, to będzie kościotrupek, który niegdyś był amantem. Myślę, ktoś by musiał jej pomóc. Może jakiś inżynier, ale nie wiem, czy nie musimy tu robić romansu między nimi. Może to po prostu będzie jej znajomy.
Taki Casanova, on lubi kobiety. Lubi kobiety, ale myślę sobie, że może nie w kontekście tej czystej przyjemności, o której tu była mowa, tylko po prostu lubi kobiety. Szanuje je, uważa za cud świata i zawsze je podziwia. Dlatego z chęcią takiej wyjątkowej kobiecie, jak tylko usłyszał, że ma jakiś problem z rurami. Problem z jakimś mechanizmem, z tą fontanną, bo ona chciała zrozumieć, jak to działa, żeby odpowiednio to wszystko dobrać czy w ogóle zobaczyć, czy ten mechanizm po tylu latach jeszcze działa. Pierwsze, co jej przyszło do głowy. I teraz pytanie: czy ona do niego zadzwoniła, czy może to wyszło z przypadku? Niech zadzwoni, że ma człowieka od różnych sprzętów. Jak jej się coś psuje, to zawsze on jest jej konsultantem i nie takim: u mnie działa. Dobra, pozdrawiam wszystkich informatyków.
Cieszę się, że u was działa. Okej, czyli przyjeżdża. Mamy go tutaj na placu boju. On będzie pomagał od strony technicznej. Dobra, to mamy go i zobaczymy drugi archetyp, który tu nam się wylosował. Niewinny. Może tego nie było. Dobra, czytamy na razie. Niewinny. Idealista, czasem nadmiernie ufny romantyk, czysty i transparentny.
Szczery. Nie ma nic do ukrycia. Czasem dziecięco naiwny, bezinteresowny, nieskażony i prostoduszny. Wierzy, że może zmienić świat na lepszy i tą wiarą emanuje dookoła. Jednak jeśli trzeba, będzie bronił swoich ideałów i uniwersalnych wartości. Nie wiem. Tu mamy kochającego, nadmiernie ufnego romantyka, a niewinny tu nie było chyba. Pomyślałam o takim nieśmiałym. To mi wcale nie ułatwiło tej fabuły. A już jest długo i jesteśmy w lesie trochę.
A może nie jesteśmy. W sumie nie jesteśmy, bo prawdę mówiąc, to mamy najważniejsze elementy historii. Kto będzie ten niewinny? Może właściciel willi. Może on przyjdzie, przyjedzie. Miejscowi mu doniosą, że jakaś baba się kręci po tej willi i coś tam mu grzebie w ogrodzie. I on specjalnie przyleci samolotem z zagranicy. Mógłby mieszkać gdzieś, ja go widzę w jakiejś może nie tyle puszczy... Już wiem. To na Bali?
Myślę o takich domach na palach. Ludzie mieszkają dosłownie na wodzie, na wielkich wysokich palach. Fajne takie bungalowy. Po polsku też przez „y” się mówi, bo bungalowy? Nie. Bungalowy. Bungalow. Fajna drewniana hacjenda na palach. Oczywiście podróżują motoróweczkami, łodziami czy kajakami. Na krokodylach, nie?
Może to będzie człowiek, który będzie się przyjaźnił z krokodylami. Dobra, nieważne. Może być ekscentrykiem, ale myślę o tym, że przyleci, przybędzie z tego swojego zacisza. Trafi w taki świat, nie dość, że tutaj jakaś baba w futerkach, poubierana, elegancka, światowa. Jeszcze jakiś gościu, podrywacz, tiruriru i będzie negatywnie nastawiony. Będzie wściekły, że ktoś mu grzebie po jego posiadłości. Ale zróbmy ten romanseł, że może jednak ta kobieta wpadnie mu w oko, a on będzie myślał, że ona jest z tym inżynierem i w ogóle. I jakaś zazdrość. Taka klasyka rodzaju. Czemu nie?
Okej, ale on może im jakoś pomoże. Pomyślałam o jakiejś innej odmianie krów. Nie wiem, czemu chciałam powiedzieć świątynia. Ja już chyba byłam w tej puszczy i ukrytych świątyniach. Myślę o tym, że może już ta sesja sesją, że w pewnym momencie to już przestanie naszej bohaterce w ogóle chodzić o tą sesję, tylko o rozwiązanie zagadki, o znalezienie tego przejścia ukrytego. Od strony technicznej wszystko będzie działało w fontannie i właściciel akurat przyjedzie w momencie, kiedy będą już oficjalnie chcieli puścić to mleko i zobaczyć, jak to się otworzy. Z jednej strony właściciel będzie wściekły, ale z drugiej strony będzie zaintrygowany. Nie wiedział o tym, nie znalazł tego dziennika, jego przodkowie mu nie powiedzieli o tej legendzie. Aczkolwiek pamiętał, że dziadek szalony wynalazca. Myślę, czy był wynalazcą...
Antykwariuszem. Tak, to będzie fajne. Dziadek był kolekcjonerem książek i faktycznie wszyscy w rodzinie wiedzieli, taka była legenda rodzinna, że gdzieś jest prawdziwy skarbiec. Oczywiście wszyscy myśleli, że chodzi o pieniądze, a tak naprawdę, to już wam zaspoileruję, okaże się, że chodziło o białe kruki, zakazane księgi. Coś, co kiedyś było na stosach palone, a tutaj znajdą skarb w postaci wiedzy. Mimo że to czasy współczesne, to teoretycznie mogliby spieniężyć ten skarb, ale znajdą coś wow. Przyjdzie ten wściekły właściciel i uruchomią tą fontannę. Stąd tytuł, że ta struga mleka wypływająca na darmo z trzech butów, bo ta struga wypłynie i nic się nie zadzieje. To wam zaspoileruję. Najpierw mój żart z tym mlekiem z krokodyla, a później, że on żył z tymi gadami.
Może jad? Przypomnę sobie z jakichś filmów, że on zwykle jest przezroczysty, ale czy to surowica była biała? Dobra, ale skąd te gady? Kolejne fajerwerki. Nie mam pojęcia gdzie idę, co ja robię. Myślę, że to zwiastuje potencjał tej historii, że tu jest tyle opcji. Reasumując, chodziło mi o to, że ten właściciel zobaczy, że oni popełnili błąd, ponieważ przypomni mu się jakaś historia, którą mu dziadek opowiadał i on powie, że to wcale nie chodziło o mleko, że może to był dziennik jego dziadka albo pradziadka i może u nich w domu mlekiem nazywano coś innego. Wpuszczą inną substancję i wtedy otworzy się ten skarbiec z książkami. Przydałoby się tutaj więcej elementów. Jeżeli mielibyśmy tutaj wprowadzić wątek romantyczny, to tutaj się za mało dzieje.
Tu jeszcze by trzeba było coś więcej. Jakbyśmy mieli to zacząć rozpisywać na osi czasu, to faktycznie mamy tutaj za mało zdarzeń, ale wszystko przed wami, przed nami, przede mną. A może nie ten romans. Będzie fajnie. Będzie zderzenie dwóch światów, dzikus z puszczy i kobieta z centrum wielkiego miasta. Widziałam ją jak z filmów gdzieś w Nowym Jorku. Świat mody, „Diabeł ubiera się u Prady” czy „Seks w wielkim mieście”. Ona chyba pracowała w magazynie modowym, ta główna bohaterka. Tak mi się wydaje. Tak czy siak, wiecie, o jaki klimat mi chodzi tej kobiety.
I mamy tu zestawienie takiego Indiana Jonesa. Dobra, ja nie ględzę dłużej. Myślę, że mamy to. Mamy tajemniczą willę, dużo kurzu. Mamy oczywiście ukryty skarb. Mamy romans. Taka klasyka rodzaju. Oczywiście możemy tu też wprowadzić element rywalizacji. Może nasz inżynier będzie przy tym nie pierwszy raz jakiś facet jest o niego zazdrosny i on będzie prowadził gierkę i będzie udawał, że on coś tam z tą kobietą, żeby wkurzyć tego gościa. Bo tu jest taki tajemniczy i uwodzicielski.
Ja bym go zrobiła takiego trochę trolla, śmieszka. Trola od trollowania, nie że spod mostu. Taki śmieszek, heheszek i będzie podpuszczał tego niewinnego. To też by mogła być fajna relacja między nimi. I ta kobieta, która właściwie nawet nie miała nigdy czasu myśleć nad miłostkami. Ona kobieta czynu, kobieta akcji. Ona tu robi swoje, pracuje, realizuje się, inspiruje ludzi, pomaga w obronie potrzebującym, ratuje te smutne artefakty i przedmioty. Może to zamiłowanie do staroci ich połączy. Może o coś się będą kłócić. Albo jakaś akcja w skarbcu musi być.
Chyba że ten właściciel będzie wściekły, że oni to odkryli. Będzie ich chciał wyrzucić z posesji, bo to wszystko i tak należało do niego. Ale kiedy zobaczy z jakim podziwem, z namaszczeniem, jakby weszła do jakiegoś świętego miejsca, jak wejdzie do tego skarbca, to może to tak poruszy jego serce. Ufny romantyk, bezinteresowny, prostoduszny. Taki dobry chłopak. To ja wam zostawiam, czy ten romans będzie, czy nie, w jakim kierunku pójdzie. Myślę, że historia ma ciekawy potencjał. Sama fontanna jest na tyle dziwna. A może dzięki całej tej sytuacji nasz podróżnik wróci i odnowi tę willę. Może z całej willi mogliby zrobić muzeum miejscowe.
Taka miejscowa legenda okoliczna. Tajne przejścia. Oczywiście książki zostaną zabezpieczone, ale może razem z tą kobietą stworzą takie miejsce, gdzie ona będzie mogła zadbać o to, co się da uratować z tej willi, czy umieszczać tam jakieś wyjątkowe rzeczy. Myślę sobie, jak są czasami różne escape roomy klimatyczne, to może tutaj będą pokoje w różnym stylu na przykład. Może właśnie zajmą się tym. Nawet nie od razu, nic między nimi nie musi być, ale może finalnie jednak gdzieś to ich zbudowane dziecko, cudzysłów, ta willa odnowiona, może to ich połączy. A przy okazji inżynier będzie mógł im fajne bajery tam jakieś pomontować, wiecie, ukryte przejścia i takie tam rzeczy. Okej, dobra. Nawet widzicie, oprócz historii mamy dzisiaj pomysł na biznes. Tak że ja kończę.
Życzę wam dużo inspiracji. Oczywiście, jeżeli macie ochotę otworzyć tego typu biznes czy zbudować taką fontannę, proszę bardzo, bierzcie. Zachęcam. Jeżeli zbudujecie taką fontannę, będę wdzięczna za fotkę. Ja kończę. Słuchajcie, trzymajcie się, zdróweczka, ciepełka, mocy, inspiracji i słyszymy się za tydzień. Pa!
[03:34:22] - Ktoś z państwa powie, że te historie bywają absurdalne. Właśnie o to chodzi, że warto czasami pójść w absurd, żeby później ten gotowy tekst wyszlifować. Ale tak naprawdę nasz mózg uwielbia absurdy. Uwielbia właśnie wpędzanie się w takie sytuacje, w jakie wpędza nas Katarzyna Prychacz. Ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że ci z państwa, którzy chcą pisać, a na początku zlekceważyli alchemię tworzenia, powinni jeszcze raz przemyśleć. Nie mówię, że się przekonają, ale powinni jeszcze raz sprawę przemyśleć, bo pod pozorem takich absurdalnych chwilami historii tam robi się świetna robota. Dowiadujemy się, jak wykuwają się historie, jak się klarują historie. Ja jestem Katarzynie bardzo za ten cykl wdzięczny. Ale jedziemy dalej. Dzisiaj taki nietypowy odcinek „Labiryntu książek” Mirosława Gołuńskiego.
Nosi on tytuł „Hipolit”. Ale jesteście państwo przyzwyczajeni, że na ogół Mirosław Gołuński opowiadał o jakiejś książce. To dzisiaj opowie o trzech. Może nie tyle książkach, a utworach scenicznych, czyli tak naprawdę sztukach teatralnych z różnych czasów. Bo to jest sztuka Seneki, „Fedra”. Sztuka Jeana Baptiste Racine'a, która nosi ten sam tytuł „Fedra”, a jest zupełnie innym utworem. Oraz sztuka już taka bardzo nowa, sprzed kilkudziesięciu lat, Sary Kane, „Miłość Fedry”. A jak to się wszystko ze sobą łączy? Cóż, oddajmy głos mistrzowi. Mirek Gołuński i jego „Labirynt książek”.
[03:36:50] - Dzień dobry albo dobry wieczór. Już w końcu nie wiadomo, kiedy będziecie państwo mieli czas, żeby zajrzeć do mojego labiryntu. Nasze dzisiejsze spotkanie będzie inne. W ogóle przygotujcie się państwo na to, że od czasu do czasu będę eksperymentował. Dlatego że wydaje mi się, że ta formuła, którą państwu zaproponowałem, jest interesująca, ale będę starał się do niej wprowadzać pewne nowości czy wariacje na jej temat. Dzisiejszy eksperyment jest daleko idący i zaraz opowiem dlaczego. Chciałbym dziś państwu opowiedzieć w zupełnie nowy sposób o zupełnie nowych rzeczach. Przede wszystkim ponieważ jesteśmy w labiryncie, a z labiryntem kojarzy się przede wszystkim Tezeusz i jego syn, i Ariadna, dzięki której zdołał pokonać złego Minotaura. Ja chciałbym państwu opowiedzieć o jego synu, o Hipolicie, ale ponieważ trzymamy się literatury, opowiem państwu aż o trzech tekstach pisanych w różnych epokach, w których Hipolit występuje. Żeby sobie jeszcze bardziej utrudnić to zadanie, to tym razem nie będą to powieści czy opowiadania, tak jak to zwykle, czy właściwie dotąd wyłącznie pojawiało się to w naszych labiryntowych spotkaniach, ale dramaty.
Trzy dramaty dwóch pisarzy i jednej dramaturżki. Dwa teksty mające już swoje lata i tekst względnie nowy, zaledwie dwudziestoparoletni, który będzie zupełnie inny. By jednak mówić o Hipolicie w dramatach, muszę państwu zarysować mityczną historię o tej zdecydowanie mniej znanej postaci w mitologii, która jednak odegrała pewną rolę w historii literatury, może nawet większą niż w micie. Otóż wiadomo, że Hipolit był synem Tezeusza i to wiemy na pewno. Natomiast jego matką była Amazonka. Z tym że nie wiemy, czy była to Hipolita, stąd wtedy byłoby imię bohatera, która była królową Amazonek, czy też Antiopea lub Antiope, która była tejże królowej Amazonek siostrą. Tak czy inaczej był on nieślubnym dzieckiem. Gdy Hipolit dorósł, a jego ojciec ożenił się z Fedrą, która zwykle daje tytuł dramatom, o których tutaj będę mówił, został on zesłany do Troizen. To miasteczko czy miasto niedaleko Aten, gdzie został adoptowany jako następca tronu przez tamtejszego władcę Piteusa. To był taki klasyczny w starożytności chwyt.
Silniejszy władca, czyli Aten, w tym wypadku oczywiście Tezeusz, podbija miasto, ale niekoniecznie zmusza do uległości sąsiednie miasto. Nie chce jednak pozbawiać władcy już władzy, więc podsyła mu swojego syna, który ma być jego ewentualnym następcą. Ważne jest tutaj to, że ponieważ Hipolit jest nieślubnym dzieckiem, można też powiedzieć, że Tezeusz zadbał po prostu o jego przyszłość. Za Hipolitem do Troizeny przybywa jego macocha Fedra, która, i to jest bardzo ważne, zakochała się w Hipolicie za karę. Mówiąc wprost, sprzeciwiała się ona woli swej bogini, czyli Afrodycie i nie składała odpowiednich darów. Zirytowana Afrodyta zesłała na Fedrę złą miłość. To zresztą jest rodzinny problem kobiet z rodziny Fedry. Przypominam, że jej matka Pazyfae miała romans z bykiem, a siostra Ariadna zakochała się również zresztą w późniejszym mężu Fedry, Tezeuszu, który ją zostawił. Mówiąc wprost, zwykle kobiety z tego rodu były nieszczęśliwie zakochane. Gdy Fedra wreszcie objawia swą miłość, po prostu nie może wytrzymać.
Pasierb odrzuca jej zalotnik. Hipolit nie pożąda swojej matki. Moglibyśmy się oczywiście zastanawiać nad mitycznymi konsekwencjami takiego gestu, ale to dla nas jest mniej ważne. Rozścierpczona bohaterka oskarża Hipolita o próbę gwałtu i popełnia samobójstwo, w niektórych wersjach zostawiając jeszcze oskarżycielski list. Tezeusz daje wiarę oskarżeniom i skazuje syna na banicję, a następnie prosi swego boskiego ojca Posejdona o zabicie niewiernego potomka. Bóg morza stawia na drodze pędzącego rydwanem młodzieńca białego byka. Znów byk. To się pojawia w tych mitach. Zresztą byk był w ogóle zwierzęciem Posejdona, a zabójcami bohatera stają się tak naprawdę jego konie, ponieważ spłoszone wyrwały go z rydwanu i stratowały. Co się dzieje potem?
Bo to nie jest takie proste. W niektórych wersjach Hipolit umiera i na przykład zostaje umieszczony wśród gwiazd jako Woźnica. Ale w jeszcze innej wersji i ona nam się przyda. Artemida zlitowała się nad swoim ulubieńcem i poprosiła boga Asklepiosa o przywrócenie go do życia, a następnie przeniosła do italskiej Aryzji. Warto zapamiętać tą nazwę, gdzie zamieszkał w świętym gaju, poślubił nimfę i miał syna i tak dalej. To nas mniej tutaj interesuje. Tak czy inaczej, zwróćcie państwo uwagę, że Hipolit cierpi. Z jednej strony, bo jest atrakcyjny, tak jak Józef Egipski, tak jak Peleus, Bellerofon. Józefa Egipskiego myślę, że państwo znacie najlepiej, a jego los zostaje przypieczętowany też jego dumą. Raczej brakiem wiary ojca w uczciwość własnego syna.
Oczywiście to jest błąd Tezeusza. Pokazałem państwu takie najbardziej podstawowe elementy tego mitu, ponieważ troje autorów, troje dramaturgów, którzy opisali historię nieszczęśliwej miłości Fedry do Hipolita, czyli Seneka, Racine i Sarah Kane tak naprawdę idą przez wszystkie te trzy elementy, które wskazałem w micie, w jakiś sposób pojawiają się w tekstach tych autorów. Natomiast każde z nich opowiada przy pomocy tego mitu własną, zupełnie inną historię. Dlaczego? To wyjdzie nam na kont. Najpierw Seneka, najstarszy z nich żył w pierwszym wieku naszej ery. Był również zausznikiem tego okropnego Nerona. Ale gdy zaczyna się akcja Quo vadis już nie żył, bo Neron kazał mu popełnić samobójstwo kilka lat wcześniej. Był wyznawcą filozofii stoickiej. I tak naprawdę ten mit, który mówi nam o złości bogów, o bezradności wobec tej złości człowieka, a także o tym, że Bóg potrafi ukarać nawet za urodę.
U Seneki to się zmienia w opowieść filozoficzną. Hipolit jest stoikiem. Hipolit także nienawidzi kobiet. To jest oczywiście uzasadnienie narracyjne, dlaczego odrzuca zaloty Fedry. Ale on robi to również dlatego, że jest panem swych namiętności i działa zgodnie z rozumem, dlatego zasługuje na miano dobrego i dzielnego człowieka. Fedra zaś jest szalona, co w rozumieniu stoików oznaczało, że ulega własnym namiętnościom, co staje się również widoczne w tekście. Jeżelibyście państwo zajrzeli, a akurat Fedrę Seneki bez trudu można znaleźć w opracowaniach, to mamy tam niesamowite zestawienie. Z jednej strony długi, dość nudny monolog Hipolita, który opowiada, jak to cudownie. Posłuchajcie państwo, wyjątkowo przytoczę krótki fragment, a zorientujecie się, że dobrze to znacie z Kochanowskiego. „Ten żyje najswobodniej od występków wolny i najwierniej przestrzega przodków obyczaju, który mury miast porzucił, a lasy ukochał.” "Nie pożera gorączka złej chciwości tego, kto niewinną swą młodość szczytom gór poświęcił." Koniec cytatu.
Jak państwo widzicie, mamy tutaj dobrze znany obraz Kochanowskiego, który oczywiście ze stoicyzmu jak najbardziej czerpie. Z kolei Fedra jest szalona, to widać nawet w jej dialogu z Piastunką. Piastunka: "Nie zwyciężysz prośbą." Fedra: "Srogi jest? Miłość, wiemy, i srogich zwycięża." Piastunka: "Ucieknie." Fedra: "Choć za morze i tam pójdę za nim." Piastunka: "Unika wszystkich kobiet." Fedra na to: "Więc nie mam rywalki." Zwróćcie państwo uwagę, że nawet dostojny rytm opowieści Hipolita kontra rwane, krótkie zdania Fedry, nawet na poziomie opowieści, na co rzadko zwracamy uwagę czytając teksty, wyjawia nam różnicę między bohaterami. Jeżeli ją zrozumiemy, to opowieść staje się bardzo prosta. Tym bardziej że ze swego świata Seneka właściwie usuwa bogów. O nich się mówi, ale Piastunka, bardzo ważna postać w tej sztuce, uważa wręcz, że Wenera i Wenus, jej syn Amor są tylko wytworami ludzkiego umysłu. Ponieważ to jest oczywiście już schyłkowy okres kultury rzymskiej, już po złotej erze augustowskiej i mamy świat w kryzysie. O tym kryzysie będę często jeszcze państwu dzisiaj opowiadał. Seneka więc zachowuje ten trzon opowieści.
Potem mamy wszystkie te znane elementy, które nam tutaj nie są aż takie potrzebne, bo chodziło mi przede wszystkim o ukazanie tego, w jaki sposób mit Seneka przekształca w opowieść filozoficzną. Co ciekawe, Tezeusz nawet nie rozmawia z synem. Zaocznie skazuje go na śmierć. To bardzo interesujące podejście, bo pokazuje też władzę ojca, głowy domu nad rodziną. Przypomnę, że w Biblii również nikt nie słucha Józefa. Potifar odsyła go do więzienia na podstawie fałszywego oskarżenia żony. Tu mamy z bardzo podobną rzeczą do czynienia, z bardzo podobną sytuacją. Państwo spróbujcie sobie teraz domyślić, dlaczego Hipolit, który jest przedstawicielem stoicyzmu, musi zginąć. Druga sztuka, również zatytułowana „Fedra” to sztuka Racine, wielkiego francuskiego dramaturga żyjącego w XVII wieku, ale oczywiście już chrześcijanina. I u Racine Hipolit jest po pierwsze posłusznym, wiernym synem.
Po drugie on również ma swoje powody, by odrzucić zaloty Fedry. Po pierwsze dlatego, że jest posłusznym synem, ale po drugie dlatego, że jest zakochany. Zakochany w innej kobiecie, w Arycji. Przypominacie państwo sobie tą nazwę z Włoch, której pojawienie się w sztuce uzasadnia polityka. Jest ona córką poprzednich prawowitych władców Aten. Tym razem akcja znów toczy się w Troizenie. To jest oczywiste, dlatego, że była wystawiona w Wersalu, na dworze Ludwika XIV. Więc Paryż a Wersal to jest dokładnie jak relacja Troizeny a Ateny i znajduje się tam w roli zakładniczki. Hipolit więc ma świadomość, że ojciec sprzeciwiłby się tej miłości. Ale Fedra w pewnym momencie orientuje się, że on jest zakochany.
Wzajemna miłość Arycji i Hipolita wzrusza, bo ona jest czysta. To jest chrześcijańska miłość. Znowu zacytuję fragment sztuki. Arycja mówi: „Ale zanim nas węzeł tak słodki nie spoi, mogęż uchodzić z tobą, nie depcząc czci swojej?” Oczywiście, gdyż Hipolit w pewnym momencie zaproponował Arycji ucieczkę wspólną. Arycja nie może uciec, bo wie, czym by się to skończyło oczywiście, a ona się na to nie może zgodzić. Dlatego odpowiedź Hipolita nie pozostawia wątpliwości. I tu cytat: „Pójdziemy ślub nawzajem złożyć uroczysty. Bóg w świątyni czczony świadkiem naszym będzie. Uprosim go, by ojca zastąpił w tym względzie przysięgą najświętszymi potwierdzą imionę czystej dziewicy Diany” i tak dalej. Jaki to Bóg, który pobłogosławi zakochanym i zastąpi ojca?
To oczywiście Bóg chrześcijański, ponieważ niewymieniony z imienia z dwóch powodów. Po pierwsze, w tym momencie Racine odwołuje się do Dziejów Apostolskich i dokładniej do wystąpienia świętego Piotra na Areopagu, które jest zresztą mistrzostwem retoryki, gdy mówi święty Paweł. Przepraszam, świętego Pawła, nie świętego Piotra. Święty Paweł mówi, że idąc na spotkanie z Grekami, z Ateńczykami widział świątynię zapomnianą trochę, świątynię nienazwanego boga. To jest właśnie Bóg chrześcijański. A z drugiej strony w XVII wieku istniał taki bardzo ciekawy kierunek w chrześcijaństwie zwany jansenizmem. On został potem zniesiony, przegrał walkę z jezuitami, ale w jansenizmie Bóg jest ukryty. Jeżeli przypomną sobie państwo Pascala, a Pascal jest najwybitniejszym chyba filozofem tej szkoły, to Pascal mówi, że... Pamiętacie państwo zakład Pascala, prawda? „Wierzę, bo jeżeli Boga nie ma, to nic nie tracę, ale jeżeli Bóg jest, to mój zysk będzie stukrotny.” Wierzę w Boga, którego nie znam, który jest przede mną ukryty.
Właśnie z tego wyłania się myśl ewenistyczna, którą Racine wpisuje w mit. Oczywiście chrześcijaństwo i evenistyczne chrześcijaństwo Hipolita jest posunięte jeszcze dalej, bo gdy Fedra mówi mu, że go kocha, on uważa, że zgrzeszył tym, że ona się w nim zakochała. A więc bierze na siebie po części tę winę. Chce uciekać, bo czuje się temu winny. A kim jest Fedra? Oczywiście Fedra w tej układance, to jest oczywiste, jest grzesznicą, która nie potrafi wymknąć się grzechowi. Ulega mu. Jest, moglibyśmy powiedzieć, po prostu uległym człowiekiem. Racine pokazując nam na scenie dwie relacje miłosne: Arystej i Hipolita, i Fedry do Hipolita. Pokazuje nam również automatycznie relację między tą miłością dobrą, chrześcijańską, agape, a złą, zmysłową, miłością erotyczną.
Jak więc państwo widzicie, dawna sztuka, jeżeli zdołamy ją ująć, uchwycić w troszeczkę szerszym kontekście. Jeżeli zrozumiemy i bardzo bym chciał, żeby tak uczono w szkole wszystkich tekstów, żeby uczniowie próbowali zrozumieć epokę, w której ten tekst powstał, to nagle odkrywają się przed nami zupełnie inne obszary znaczeń. Jeszcze do tego wątku wrócę na koniec mojej opowieści dzisiejszej. I wreszcie trzeci tekst, tym razem zatytułowany przewrotnie i ironicznie „Miłość Fedry”. Tekst ten Sarah Kane napisała w połowie lat 90. Dwa lata później popełniła samobójstwo. Możecie państwo nie kojarzyć tej autorki. Ona należała do kręgu określanych mianem nowych brutalistów i wykorzystuje ten mit po to, by opowiedzieć o swoich czasach. Jest Brytyjką i myślę, że w ogóle we współczesnym świecie tylko w Anglii taki tekst wybrzmiewa, ma sens. Ten tekst oczywiście najtrudniej odnaleźć, chyba że odnajdziecie państwo odpowiedni dialog, w którym ten tekst się ukazał.
Dialog oczywiście myślę tutaj o czasopiśmie. To jest trudna sztuka, dlatego, że Sarah Kane realizuje mityczny związek bardzo konsekwentnie, ale odwraca przy tym wszystkie praktycznie możliwe znaczenia archetypowej historii. Jak to wygląda? Wygląda to w ten sposób, że opowieść toczy się w dniu urodzin księcia Hipolita. Ojciec gdzieś przepadł. Oczywiście Tezeusza we wszystkich innych opowieściach, o tym zapomniałem powiedzieć na samym początku. Tezeusz wyruszył na kolejną wyprawę. Wylądował w piekle, w Hadesie i spędził tam trzy lata, bo próbował wraz z przyjacielem uwieść Korę Demeter. Hades się połapał i troszeczkę za to musieli odcierpieć. Tezeusza głównie nie ma.
On się pojawia dopiero w zakończeniu sztuki. Tu jest tak samo. Mamy urodziny Hipolita. Tylko że mamy Hipolita, który jest, mówiąc delikatnie, obrzydliwy. Fedra opisuje go następująco: „Jesteś trudny, nastrojowy, cyniczny, gorzki, gruby, dekadencki, zepsuty. Cały dzień gnijesz w łóżku, a potem przez całą noc gapisz się w telewizor. Z zaspanym wzrokiem obijasz się po domu, nie myśląc o nikim prócz siebie. Cierpisz.” To nie jest ani chrześcijanin, ani stoik w wersji Kane, ale on jest elementem tego świata. Gdy opowiada, co widzi, mówi tak, tym razem słowa samego Hipolita: „Dziennik. Kolejny gwałt.
Zamordowane dziecko. Jakaś wojna gdzieś tam. Likwidacja pięciu tysięcy miejsc pracy. Ale to wszystko nieważne, bo dziś są królewskie urodziny.” Chyba bez trudu rozpoznajecie państwo świat, w którym my żyjemy dzisiaj. A biorąc pod uwagę, że sztuka została napisana pod koniec nieszczęśliwego małżeństwa Diany i księcia Karola, to chyba widzimy, o co tutaj chodzi. Oczywiście nie ma tu mowy o czystości. Hipolit nie jest cnotliwym wyznawcą boga czy innych bogiń, tylko uprawia seks na okrągło i ze wszystkimi. Jest wręcz chory. Co więcej, nie dokonuje gwałtu ani próby gwałtu na Fedrze, ponieważ to Fedra uwodzi Hipolita i Hipolit się temu nie opiera. Fedra uprawia z nim fellatio, ale on już ją ostrzega, że to będzie tylko raz.
On kompletnie nie zastanawia się nad konsekwencjami. Jak już odbyli stosunek, Fedra próbuje nawiązać z nim kontakt. Fedra: „Ale czy było ci przyjemnie?” Hipolit: „Nie. Nienawidzisz tego tak samo jak ja, tylko nie chcesz tego przyznać.” Hipolit jest wręcz brudny. Jest brutalny. Ta sztuka w ogóle jest brutalna. I gdy Fedra oskarży go o gwałt, którego naprawdę nie było. W tym sensie oczywiście w przewrotny sposób Sarah Kane podtrzymuje znaczenie mitu, chociaż je odwraca. Zachowana zostaje struktura opowieści, ale znaczenie zostaje kompletnie odwrócone. Nie ma gwałtu, ale jest oskarżenie o gwałt.
Seks był absolutnie dobrowolny. Bohaterka nie mści się jednak za odrzucenie tych zalotów, bo w pewnym sensie zostaje odrzucona oczywiście, ale próbuje nim wstrząsnąć, wyrwać go z marazmu nawet za cenę życia. I popełnia samobójstwo. I w tym sensie odnosi zwycięstwo zza grobu. Tylko że to jest jeszcze większa klęska. Dochodzi oczywiście do sądu, dochodzi do procesu, w wyniku którego Hipolit zostaje skazany na karę śmierci. Jest tam bardzo brutalna scena z księdzem. Jak ktoś z państwa zajrzy, to zobaczy. Ja przytoczę tylko jej fragment, chyba kluczowy. Hipolit mówi: "Boga nie ma, Bóg nie istnieje.
Kapłan: Być może odkryjesz, że istnieje. I co wtedy zrobisz? Nie ma pokuty w następnym życiu, tylko w tym. Na co Hipolit: Co mi proponujesz? Żebym się na chybcika nawrócił? Tak na wszelki wypadek?" Zwróćcie państwo uwagę na aluzję do Pascala. Wracam do cytatu. "Żebym umarł tak, jakby Bóg istniał, wiedząc, że nie istnieje? Nie. Jeśli Bóg istnieje, to chciałbym mu spojrzeć w twarz, wiedząc, że tak umarłem, jak żyłem.
Świadomie grzesząc. Jestem pewny, że Bóg byłby dość inteligentny, żeby przejrzeć moją spowiedź za pięć dwunasta." Hipolit wbrew miałkości tej postaci, wbrew stwierdzonej zresztą w tekście depresji, na którą chorowała też autorka, jest tak naprawdę bardzo twardy w swoich poglądach. On jest bardzo konsekwentny, podobnie jak jego poprzednicy, tylko inne są jego poglądy. Będzie jeszcze jeden cytat i tym razem będzie jeden wulgaryzm, ale z cytatu. Kapłan: "Nie jesteś Bogiem. Nie – mówi Hipolit. – Księciem. Bogiem na ziemi, ale nie Bogiem. Szczęśliwie dla wszystkich zainteresowanych nie pozwoliłbym ci grzeszyć ze świadomością, że się wyspowiadasz i ujdzie ci to na sucho. Kapłan: Niebo byłoby puste.
Hipolit: Królestwo uczciwych ludzi. Uczciwie grzeszących. Śmierć tym, którzy próbują schować dupę." Przepraszam za cytat, ale trudno było to pominąć, dlatego że bez tego nie zrozumielibyśmy tak do końca, czym jest ten tekst. Śmierć Hipolita również jest zupełnie inna i taka sama niż w poprzednich dramatach, niż w micie. Mimo że syn Amazonki zostaje oficjalnie skazany na karę śmierci, zanim kara zostaje wykonana, dochodzi do linczu. Motorem linczu jest powracający Tezeusz. To jest niezwykłe, bo tłum zostaje pokazany w tej sztuce właśnie jako ten poruszony przez Tezeusza byk. Tylko że ten byk jednocześnie dokonuje kastracji, poniewiera, wreszcie patroszy Hipolita, i to w obecności jego ojca. To nie są wszystkie smaczki tego tekstu, bo tam jest jeszcze parę bardzo ciekawych rzeczy, którym warto się przyjrzeć bliżej. Ale dla potrzeb mojej dzisiejszej opowieści myślę, że to wystarczająca wizja.
Proszę państwa, jakieś konkluzje wypadałoby wyciągnąć, bo wyjątkowo długa dzisiejsza moja opowieść, ale myślę, że państwa chociaż troszeczkę wciągnąłem. Wszystkie trzy sztuki zostały napisane w czasach kryzysu. Seneka to oczywiście kryzys początków cesarstwa i to pod złymi władcami, takimi jak Neron. Racine to kryzys związany z przełomem, ponieważ mamy XVII wiek, a więc Francja jest też obszarem wojen religijnych. Jesteśmy właściwie u końca wojen religijnych XVI-wiecznych i wyłaniania się protestantyzmu. Wreszcie lata 90. to społeczne konsekwencje głębokich kryzysów ekonomicznych lat 80., zwłaszcza w Anglii. Tam padają te słowa o zwolnieniu 6000 robotników. To jest oczywiście dla Anglików bardzo czytelna aluzja. Jak więc państwo widzicie, mit pomaga nam zrozumieć świat, a jeżeli będziemy przyglądać się jego powrotom, to zobaczymy pewną spójność tej opowieści i możemy coś wydobyć dla siebie.
W pewnym momencie powiedziałem, że wrócę do szkolnego motywu. Tak, wracam. Miałem taką możliwość i przez kilka lat omawiałem te trzy sztuki, trzy dramaty. Oczywiście na znacznie większej liczbie lekcji z uczniami w liceum. I jeżeli przeskoczymy nad tymi dość brutalnymi elementami w sztuce Sarah Kane, to wówczas uczniowie zaczynają naprawdę rozumieć również te poprzednie sztuki. Możemy, jeżeli chcemy czytać, jeżeli chcemy traktować czytanie nie tylko jako prostą rozrywkę. Oczywiście możemy. Lektura może być przyjemnością, ale na wiele sposobów w moim labiryncie, do którego państwo weszliście na własną odpowiedzialność. Chyba zapomniałem napisać, że wejście do niego jest dantejskie. Wy, którzy tu wchodzicie, porzućcie wszelką nadzieję.
W tym labiryncie pokazuję państwu, że czytanie nawet prostych tekstów może mieć głębszy sens, a czytanie tekstów głębokich ma tego sensu jeszcze więcej. Tylko musimy nauczyć się czytać. I w związku z tym, że to jest jeden z takich moich, jakby to powiedzieć, prób, troszeczkę inna jest ta moja dzisiejsza opowieść, jak już państwo się zorientowali. Szczerze zapraszam tych z państwa, którzy przetrwali do tej pory, żeby podzielili się ze mną choćby prostymi uwagami. Czy chcą państwo słyszeć opowieści o innych postaciach mitycznych? Czy taka formuła, nieco kontrowersyjna – o kontrowersje trochę będę dbał, żeby państwa nie zanudzić – wam odpowiada? Jeżeli tak, napiszcie, czy to do redakcji Book Radia, czy znacie moje nazwisko, bez problemu można znaleźć na Facebooku i myślę, że bez większych trudności znajdziecie mnie. Nie ma aż tak wielu nosicieli mojego imienia i nazwiska, by nie można mnie było odnaleźć. Ja oczywiście trochę ryzykuję, ale lubię ryzyko. Gdy zaprosił mnie tutaj Marek Żelkowski do wygłaszania tych opowieści labiryntowych, to myślę, że sam nie wiedział, że przetrwamy tak długo.
W końcu to już niemal 30 spotkań, a już na pewno nie sądził, że aż tak to będzie się nam rozwijać. Dzisiaj mówiłem, tak jak państwu powiedziałem, wyjątkowo długo, ale cóż, czekam na państwa opinie i zapraszam na następne spotkanie.
[04:05:04] - Tak. Westchnąłem sobie, sami wiecie państwo dlaczego. Niestety zasób kolejnych recenzji sukcesywnie topnieje. Z każdą audycją mamy tych kolejnych recenzji coraz mniej, bo jest to niestety zbiór zamknięty, skończony. Nie będzie już kolejnych recenzji. Niedługo przypada rocznica śmierci Mirka. Ja jakoś cały czas nie do końca się mogę z tym pogodzić. Mirek wydawał się taki oczywisty, że był, że dyskutował na temat książek, że mówił na temat książek, że opowiadał o książkach. I to była taka oczywista oczywistość. I jakoś tak nie dociera chyba do mnie jeszcze, że kolejnych recenzji nie będzie.
To znaczy dla państwa jeszcze grubo ponad 30 takich recenzji jest, ale to będzie wszystko. Jedźmy, proszę państwa, dalej. Przed nami „Literackie tête-à-tête”, czyli audycja, która powstaje dzięki zaangażowaniu Krystyny Śmigielskiej. Dzisiaj spotkanie z Anną Konstanty. To jest autorka prozy, która pisze bardzo różną prozę, o czym się państwo przekonacie podczas rozmowy. Bo to są historie, nazwalibyśmy je bardzo brzydko, babskie, ale są też historie sięgające gdzieś w stronę fantastyki, grozy. I to w niczym nie przeszkadza. Ja sobie bardzo cenię takie autorki, które nie zamykają się, nie zasklepia się to pisanie w jakimś jednym gatunku. I taką autorką właśnie jest Anna Konstanty. Żeby nie zagadywać, zapraszam państwa na spotkanie, które tak jak powiedziałem, prowadzi Krystyna Śmigielska, a państwa gościem będzie Anna Konstanty.
[04:07:33] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór państwu. Dzisiejszy program „Literackie tête-à-tête” poświęcimy sylwetce i twórczości pani Anny Konstanty, urodzonej w Gubinie autorce tomików „Wiosna i inne opowiadania”, „Cztery do kwadratu”, opowiadania „Semi sweet” oraz powieści obyczajowej „To był maj”. Pani Anna jest również współautorką kilku publikacji, jak na przykład „Jakie czasy, taki diabeł”, „Nasze widnokręgi”. Była też publikowana w wielu pokonkursowych zbiorach. Aby dopełnić wizerunku naszego dzisiejszego gościa dodam, że pani Anna Konstanty ukończyła Uniwersytet Zielonogórski, a zawodowo zajmuje się finansami, prywatnie zaś spełnia się w roli matki i żony. Jeżeli, powiem, wysłuchacie państwo opowieści laureatki konkursów literackich, będziemy już mieli prawie pełen obraz naszego dzisiejszego gościa. Dobry wieczór, pani Anno. Bardzo mi miło powitać panią w programie „Literackie tête-à-tête”.
[04:08:59] - Dobry wieczór. Witam serdecznie słuchaczy i dziękuję za zaproszenie, bo ja zawsze z wielką przyjemnością rozmawiam o pisaniu.
[04:09:06] - Cieszę się, że dzisiaj będziemy mogli właśnie o tym porozmawiać. Mówię „mogli”, bo mówię w imieniu przecież naszych słuchaczy. Wieś to dzisiaj trudny temat, taki mało atrakcyjny, bym powiedziała. Różnice pomiędzy miastem a wsią praktycznie powoli się zacierają i to dzisiaj ludzie z miasta emigrują na wieś. Nie tak jak dawniej. Trend jakby się obrócił, prawda? Obecnie trudno jest znaleźć wypoczynek w mieście, więc wszyscy starają się tą wieś w jakiś sposób nawiedzić. O dawnych mieszkańcach tych małych miejscowości prawie się nie pamięta, ale są i tacy ludzie jak pani, którzy nie pozwalają o nich zapomnieć. Proszę nam opowiedzieć o swoich związkach ze wsią.
[04:09:55] - Mam to szczęście, że urodziłam się prawie na wsi i od urodzenia mieszkam na wsi I rzeczywiście ostatnio bardzo widoczny jest dla mnie ten trend zacierania się takiego podziału, który kiedyś był bardzo dotkliwy. Szczególnie jak byłam dzieckiem, to było bardzo widoczne, że są dzieci ze wsi i są dzieci z miasta. Uważam to za szczęście, że dorastałam w takiej wsi lat 80., lat 90., kiedy byliśmy jeszcze wychowywani na młodych ludzi pracujących, pomagających w gospodarstwie. Mieliśmy swoje obowiązki. Bardzo narzekałam kiedyś na te obowiązki gospodarskie, ponieważ tylko ci, którzy byli kiedyś przy przewracaniu siana, wiedzą, jaka to jest ciężka praca. Ale dzisiaj, już z perspektywy dorosłego człowieka, bardzo doceniam to, że doświadczyłam tego, bo to są doświadczenia nie do przecenienia. Bardzo chętnie wracam do tej tematyki wiejskiej i próbuję oddać nastrój wsi takiej, jaka ona była kiedyś. Głównie z punktu widzenia wspólnej pracy, pomocy sąsiedzkiej, jedności, znajomości jeden drugiego, beczki przed domem, która kiedyś była obowiązkowa, a teraz już została zastąpiona przez bramę zamykaną na pilota, niestety. I bardzo ubolewam nad tym, że ta wieś zmienia swój charakter na miejską sypialnię. Ale mieszkam jeszcze na wsi dosyć oddalonej od miasta i jeszcze staramy się cały czas pielęgnować sąsiedzką pomoc, oddolną inicjatywę, lokalne spotkania, festyny.
I jest to dla mnie niesamowite źródło inspiracji cały czas. I to od każdej strony, bo oprócz tego, że jest tu oczywiście sąsiedzka pomoc, przyjaźń, znajomość, to są różne niesnaski, obgadywania i inne rzeczy ludzkie, które też są niesamowicie bogatym źródłem czerpania pomysłów dla pisarza.
[04:12:13] - Ja tylko powiem, że od 27 lat też mieszkam na wsi. Jestem jedną z tych, co właśnie z miasta na wieś się przeprowadziły. Mieszkam na wsi, na której nie ma ani jednego rolnika. Jeszcze te 27 lat temu mieliśmy tutaj ze dwóch, trzech. Nawet krowy mieliśmy, konie na wsi, a w tej chwili nikt u nas nie uprawia ziemi i właściwie można powiedzieć, że to jest tylko i wyłącznie sypialnia miasta.
[04:12:43] - Fragment opowiadania „Wiosna” z tomiku „Wiosna i inne opowiadania”. „Najgorsze jest zimno. Miłka z Aferą próbują mnie ogrzać, ale nic to, gdy w piecu wygaszone już trzeci dzień. Trzeba mi koniecznie do leśniczego pójść, niech da rewir do wyrobienia. Leśniczy dobry człowiek, to nic nie powie, jak sobie wózkiem trochę gałęzi przywiozę przed odbiorem. A przywieźć muszę, bo długo w tym zimnie nie pociągniemy. Zwłaszcza jakie choróbsko się przypałętało i zimno człowiekowi, jakby go sam diabeł obpuchał. Te elektryczne ogrzewanie już tak człowieka nie ogrzeje jak piec prawdziwy, drewnem wypchany. Jak ogień, co aż huczy w kominie i płyty nagrzane, co aż trzeszczą od gorąca. Mama mówiła, że jak się w piecu nie pali, to bieda.
I zawsze z samego ranka rozpalała. Zaraz woda gwizdała na herbatę, zaraz kości, jakie nastawiała na zupę. I tak zawsze coś się grzało. Zawsze człowiek mógł coś gorącego zjeść. Chodź, Miłka, chodź, mleka ugrzejemy na śniadanie — mówię do kotki. Dobre to kocisko, chociaż stare. Na ichnie lata to już pewnie starsze ode mnie. Czasem jak tak leży i stare kości wygrzewa, to nie wiem, czy swoje ciepło mnie daje, czy moje sobie zabiera. Jakoś to tak na starość się robi, że i człowiekowi, i kotu zimno. Gdzie my kiedy w zimę tyle drzewa wypalili?
Gdzie nam kiedy w marcu drewno było potrzebne? Ledwo co pierwsze słonko zaświeciło, już my przy otwartym oknie spali. Koty to do domu wcale nie wracały na noc. A teraz na piernaty się pchają pierwsze. Ciepłolubne robimy się i wygód szukamy. Nie chce się myśleć o tym, że do piachu zimnego pójdziem prędzej czy później. Lepiej później. Bo czy to nie pięknie będzie jeszcze kilka wiosen przeżyć? Pan Bóg wiosnę dał, żeby nam lżej było — mówię do Miłej, która na parapecie przysiadła i zagląda w okno, jak ptaszki na czereśni harcują. Na wiosnę nie za zimno, nie za gorąco, nie za mokro.
Słonko w sam raz przygrzewa. Cały świat jakby od nowa się rodził. Mama mówiła, że na wiosnę ludzie zawsze milsze są, nawet jak się w polu urobią.”
[04:15:03] - W opowiadaniu „Wiosna” stylizuje pani swe słownictwo. Chciałabym wiedzieć, czy specjalnie pani się przygotowywała, żeby zastosować to. To nawet nie jest gwara, to nie są regionalizmy, to są jakieś takie naleciałości ogólne. Intuicyjnie pani prowadziła taką narrację, operując takimi mało literackimi zwrotami, co tylko i wyłącznie na plus możemy pani poczytać, bo w ten sposób pani czytelnika przeniosła zarówno w czasie, jak i w przestrzeni.
[04:15:37] - Tutaj narracja była całkowicie intuicyjna, ponieważ „Wiosna” to jest opowiadanie, które gdzieś urodziło się po prostu samo we mnie. I jak zaczęłam je pisać, to ono wymagało wypisania do końca. Spędziłam dwa dni z laptopem na kolanach. Po prostu nie mogłam odejść do momentu, kiedy go nie skończę i przeniosłam się dosłownie w świat moich dziadków. W czasy, kiedy ja byłam małym dzieckiem i widziałam te garnitury pielęgnowane, jak dziadek miał jeden garnitur, jak babcia dbała o pelargonie, jak podlewała pomidory, jak to życie wiejskie toczyło się wokół przyrody i czerpałam z tego. Bardzo mocno z tego czerpałam. Przypomniałam sobie to, w jaki sposób ludzie na wsi mówili kiedyś, ponieważ wychowywałam się na wsi wypełnionej mieszkańcami z różnych stron nie tylko kraju, ale i świata. Mieszkam na ziemiach odzyskanych po wojnie. Przyjechali tutaj ludzie z różnych stron. Mój dziadek z województwa lubelskiego, od strony mamy rodzina z Laszek Murowanych.
Oni wszyscy mieli swój bardzo specyficzny język. Używali specyficznych słów, nawet posługując się językiem polskim. To był taki lekki, melodyjny nalot gdzieś z różnych stron. I ten język był naprawdę wyjątkowy. Ja go bardzo dobrze pamiętam i bardzo łatwo mi przyszło odtworzyć go w opowiadaniu. Zawarłam w nim oprócz języka jeszcze tęsknotę za wsią przyjacielską, pomocną. Za życiem w zgodzie z naturą. Za kotami. Tam jest jabłonka, taka, z której opadają płatki białe. To jest jedno z opowiadań moich bardzo ukochanych.
Nie mogę powiedzieć, że ja je przemyślałam, wymyśliłam, jakiś scenariusz stworzyłam. Ono po prostu wyszło samo z siebie. I to jest jedno z moich najbardziej udanych opowiadań. Naprawdę jestem z niego dumna i mogę powiedzieć, że ono jest naprawdę moje, z serca. Nic tu nie było przemyślane, wszystko samo się urodziło.
[04:17:47] - To naprawdę bardzo piękne opowiadanie i pięknie pani o nim opowiada. Pani Anno, jest pani prezesem Gubińskiego Towarzystwa Kultury. Czym zajmuje się towarzystwo, jakie ma zadania i w jaki sposób wpływa na rozbudzenie potrzeb kulturalnych lokalnej społeczności? Proszę nam też powiedzieć o osiągnięciach Gubińskiego Towarzystwa Kultury.
[04:18:11] - Gubińskie Towarzystwo Kultury to już jest moja wyższa półka literacka, że tak powiem, ponieważ piszę praktycznie od dziecka. Natomiast pierwszy kontakt z ludźmi piszącymi miałam poprzez konkurs literacki, który od wielu lat ogłaszało Gubińskie Towarzystwo Kultury. Gubin to jest najbliższe mi miasto. Miasto, gdzie chodziłam do szkoły, gdzie pracuję w tej chwili. I ktoś mi powiedział, że skoro piszę do szuflady, to może spróbowałabym sił w konkursie Gubińskiego Towarzystwa Kultury. Miałam to szczęście, że po oddaniu swojej pracy na konkurs zajęłam pierwsze miejsce w tym konkursie. To było moje wyjście z tej szuflady. Poznałam ludzi, którzy w Gubińskim Towarzystwie Kultury pracowali społecznie. Niedługo trwało, zanim się zaprzyjaźniliśmy. Zaczęłam współpracować, pomagać od strony księgowej prowadzić to towarzystwo.
Później zostałam zaproszona jako członek towarzystwa. Później już kandydowałam w wyborach. Dzisiaj jestem szczęśliwą prezeską i bardzo się staram, żeby to towarzystwo funkcjonowało i żeby kultywować taką piękną tradycję, ponieważ ono powstało w 1957 roku. Myślę, że mało dzisiaj jest takich stowarzyszeń, które tak długo funkcjonują i przez które przeszła taka masa zdolnych, pięknie piszących ludzi kultury, literatury, muzyki. Nie zajmujemy się wyłącznie pisaniem, ponieważ zrzeszamy ludzi, którzy nie tylko tworzą, ale też kochają kulturę w każdym wydaniu. Myślę, że takim sztandarowym projektem, który od wielu lat Gubińskie Towarzystwo Kultury kultywuje, jest konkurs literacki imienia Tadeusza Firleja, który staramy się ogłaszać co roku. W tej chwili to już będzie chyba 24. edycja, którą wkrótce ogłosimy. Piękne jest to, że ten konkurs czasem wyciąga takie osoby jak ja, które piszą sobie gdzieś coś, boją się z tym wyjść i nagle poznają ludzi, wchodzą w ten świat i zdarzają się. Już nie raz zdarzyły się takie jednostki, kiedy otwieraliśmy kopertę z godłem i okazywało się, że świetną pracę złożyła osoba, nasza sąsiadka, nasz znajomy, osoba z Gubina, o której pojęcia nie mieliśmy, że pisze, a okazuje się, że świetnie pisze i można ją pokazać, można się nią pochwalić, wyciągnąć z tej szuflady i pokazać ludziom.
Oprócz konkursu jeszcze mogę się pochwalić, że działając jako stowarzyszenie, mamy możliwość sięgnąć do budżetów miasta, do budżetu starostwa, do budżetu Urzędu Marszałkowskiego i taką malutką garsteczką czerpać z tych budżetów po to, żeby wydawać książki i promować naszych lokalnych twórców. W tym roku bardzo szczęśliwie, to był bardzo owocny rok, udało nam się już wydać pięć pozycji i w przygotowaniu jeszcze jest szósta, już wysłana do drukarni. Myślę, że to jest nasz sukces. Takie malutkie stowarzyszenie funkcjonujące w malutkim mieście też może się czymś pochwalić, czymś takim fizycznym, namacalnym.
[04:21:44] - Powiem pani, że z zazdrością słucham o takiej działalności. To piękne, że potraficie państwo promować własnych twórców lokalnych. Nie tylko są oni skazani na bytowanie we własnym środowisku, ale można ich też pokazać szerszej publiczności. Każdy twórca marzy o tym, żeby został w jakiś sposób doceniony przez swoje lokalne środowisko. Trzymam kciuki za następne działania.
[04:22:15] - Muszę jeszcze jedną sprawą się pochwalić, ponieważ udało nam się Docenić autorkę. Przyznaliśmy jej trzecie miejsce w konkursie. Okazało się, że jest to dziewczynka 14-letnia z Gubina, uczennica jednej z gubińskich szkół. Już w tej chwili ma wydane jedno opowiadanie w tomiku pokonkursowym i drugie opowiadanie w naszej antologii gubińskich twórców. To jest przykład dziewczyny, która wczoraj jeszcze pisała sobie po cichutku gdzieś w domu, a dzisiaj już będziemy ją promować na forum całego miasta jako lokalną pisarkę.
[04:22:52] - Bardzo pięknie. Naprawdę prawie się wzruszyłam. Tak pięknie pani opowiada o tym.
[04:22:57] - Fragment opowiadania „Drugie wyjście” z tomiku „Opowiadanie Semi Sweet”: „Dzisiaj powiem Helenie, że chcę rozwodu. Minął urok nowości i to, co kiedyś mi się w niej podobało, teraz wyraźnie przeszkadza. Poznaliśmy się na wczasach odchudzających w Międzyzdrojach i od razu zaimponowała mi hartem ducha. Tylko ona z całego turnusu potrafiła sobie odmówić wypadu na gofra z bitą śmietaną. Była uparta, zacięta w sobie i wcale nie taka gruba. Może lekko pulchna, ale w przyjemny sposób. Może raczej zbita, umięśniona, masywna. Bez trudu ćwiczyła ręce pięciokilogramowymi hantlami. Muszę przyznać, że mam słabość do silnych kobiet, twardych ud i do dużych piersi. Poza tymi przymiotami Helena urzekła mnie jeszcze pewną prostotą bycia, czystością charakteru, szczerością.
Mówiła, co myśli, robiła to, co uważała za stosowne. Kochała się ze zwierzęcą namiętnością. Jest zupełnie inna niż moje koleżanki z uczelni, mama, ciotki i wszystkie znajome. W przeciwieństwie do nich jest prostą kobietą ze wsi, a w domu od początku nie miała nic przeciwko temu, żeby prać, sprzątać, gotować i rozkładać nogi na zawołanie. To było dwa lata temu. Dwa lata temu byłem tak zachwycony Heleną, że zapomniałem o rozmowie, kiedy tylko zobaczyłem ją zbierającą warzywa w ogródku dziadków. Swobodnie przenosiła między grządkami 20-kilogramowe wiadra pełne ogórków. Miała na sobie szeroką spódnicę i białą bluzkę, skutecznie odkrywającą wszystkie jej atuty. Opalony kark lśnił w słońcu. Strużka potu spływająca spod upiętych do góry włosów spływała wolno po szyi aż do dekoltu.
Pożądanie zaostrzyło mi zmysły i skutecznie zaćmiewało umysł. Trzymając się za ręce, pobiegliśmy wtedy na łąkę za kartofliskiem i tarzaliśmy się w trawie bez wstydu i bez zahamowań. Nie zaprzeczam, że Helena jest w tych sprawach bezkonkurencyjna. Jej pożądanie jest jak zwierzęca chuć: ordynarne, wulgarne i nieprzyzwoite. Ach, jak rozkosznie nieprzyzwoite!”
[04:25:07] - Wysłuchaliśmy przed chwilą z państwem fragmentu opowiadania „Drugie wyjście”. Urzekł mnie w tym tekście opis prawie wyuzdanego, ale jakże subtelnego erotyzmu. Mam jednak dziwne przeczucie, że to drugie wyjście okaże się ostatecznym, bo opowiadanie opublikowane zostało w czasopiśmie poświęconym kulturze grozy. Skąd zaczerpnęła pani pomysł na podobną fabułę?
[04:25:37] - Tutaj akurat pomysł nie przyszedł mi do głowy sam, ponieważ sytuacja była wyjątkowa. Wcześniej wydawałam opowiadanie o diable pod tytułem „Pokusa” i po jakimś czasie stowarzyszenie, które wydawało magazyn grozy, zwróciło się do mnie z prośbą o napisanie opowiadania groteskowego lub opowiadania grozy, które będzie mogło być zamieszczone w magazynie grozy. Oczywiście zgodziłam się, bo bardzo lubię takie wyzwania, ale nie miałam pomysłu. Usiedliśmy z rodziną, z dziećmi i z mężem w kuchni, ja z długopisem w ręku, i poprosiłam, żeby mi podali jakieś pomysły, bo musi być coś fajnego. Dodam, że bardzo częstym motywem w moich opowiadaniach jest właśnie małżeństwo i często to małżeństwo jest konfliktowe i często niestety kończy się śmiercią któregoś z małżonków. I jedno z moich dzieci tak lekko powiedziało: „To męża zabij, dawno żadnego nie zabiłaś”. I tak wyszło, że to jest opowiadanie. Nie mogę zdradzić, jak się skończy, ponieważ akurat nie kończy się zabiciem męża, ale w ten sposób urodził się pomysł. Mnie się bardzo spodobał, tylko że nie podeszłam do niego stereotypowo, tylko starałam się wymyślić coś niezwykłego. Rzeczywiście myślę, że bardzo lubię temat erotyki, ponieważ nie można spychać w niebyt czegoś, co jest codziennością każdego człowieka.
Myślę, że seks jest w życiu bardzo ważny i on jest ważny, jeżeli jest, i jest bardzo ważny, jeżeli go nie ma w życiu. I ja różnie piszę o tym, że można go odczuwać jako wielki brak, a można cieszyć się nim i odczuwać satysfakcję. A tutaj w tym opowiadaniu musiałam jakoś uzasadnić, że pan doktor nauk zakochał się w kobiecie ze wsi. I pierwszym takim, co mi przyszło do głowy, co mogło go urzec w takiej kobiecie, to naturalny popęd płciowy. Starałam się go jak najbardziej wiarygodnie opisać.
[04:27:50] - To jest bardzo realistycznie opisane, bo to rzeczywiście tak w życiu jest, że popęd płciowy jest bardzo ważny i on często gra jedne z głównych skrzypiec w naszym życiu. I tak jak pani powiedziała, seks jest naturalną, przypisaną człowiekowi sprawą. Każdego dotyczy, każdego z nas. Natomiast my nie potrafimy do dzisiaj o tym seksie mówić i przeważnie te sceny seksu są nieciekawe albo wulgarne, a pani ujęła to w piękny sposób, poetycki sposób. Byłam urzeczona. Pani Anno, już nam się pani przyznała do pracy w Gubińskim Towarzystwie Kultury, ale ja wiem, że pani działa jeszcze w innych zrzeszeniach dla środowiska, dla mieszkańców gminy Gubin i okolic. Proszę nam opowiedzieć o innej swojej społecznej działalności.
[04:28:44] - Rzeczywiście nie wiem, jak to się zaczęło tak naprawdę, bo po ślubie wychowywałam dwójkę dzieci. Gdzieś tam próbowałam sobie dorabiać aż do momentu, kiedy poszłam do prawdziwej pracy na zasadzie, że zostawiam dzieci w domu. One już były samodzielne. Zaczęłam karierę zawodową i zaczęłam pracować troszeczkę zgodnie z kierunkiem ukończonych studiów, a zrządzeniem losu też troszeczkę w księgowości. I jak to już w życiu bywa, niestety każde stowarzyszenie, choćby najbardziej artystyczne, potrzebuje księgowej i potrzebuje całej tej papierologii. A ponieważ już weszłam w ten temat, musiałam się w niego bardzo mocno wgryźć, ponieważ to jest trudne, żmudne i niewdzięczne. Zaczęłam prowadzić księgowość stowarzyszeń, nawiązałam współpracę z Ochotniczą Strażą Pożarną w Chlebowie. Później powstało Koło Gospodyń Wiejskich w Chlebowie. Później zaczęłam pracować w radzie sołeckiej naszej wsi. W międzyczasie jeszcze była przygoda z Polskim Towarzystwem Turystyczno-Krajoznawczym w Gubinie.
Tylko muszę dodać, że to nie jest tylko przygoda od strony księgowej, ponieważ jak już weszłam do tych stowarzyszeń jako ich członek, to staram się jak najbardziej uczestniczyć w życiu tych stowarzyszeń, w działaniu tych stowarzyszeń. Włączam się w organizację wszelkiego rodzaju imprez. Szczególnie doceniam inicjatywę OSP, czyli Ochotniczej Straży Pożarnej chlebowskiej i Koła Gospodyń Wiejskich w Chlebowie, i rady sołeckiej, ponieważ jesteśmy przykładem sąsiedzkiej, wzajemnej współpracy. Bardzo się staramy, żeby promować tą swoją wieś. Organizujemy różne imprezy lokalne, które cieszą się dobrą sławą, dobrą renomą, ponieważ ludzie, którzy do nas przyjeżdżają, dostrzegają to, że my chcemy robić coś razem. Także ta strona mojego życia, takiego półzawodowego, półspołecznego, daje mi niesamowitą satysfakcję. Kosztuje mnie wiele czasu niestety i zabiera mi ten czas, który mogłabym poświęcić na pisanie. Ale z drugiej strony ja czuję, że to, co dzisiaj przeżywam, będąc, pracując z tymi ludźmi, nabywam takich doświadczeń i takich emocji, że za parę lat, kiedy już będę mogła usiąść spokojnie do pisania, to wszystko będę przelewała na papier. Kończy się to świetnymi opowiadaniami.
[04:31:21] - To jest właśnie tak zwane zbieranie doświadczeń. Myślę, że to wszystko zaprocentuje.
[04:31:26] - Fragment opowiadania „Pogrzeb” z tomiku „Opowiadania semi-sweet”. „Anielski orszak niech twą duszę przyjmie” – zaintonował kościelny i z zaciekawieniem powiódł oczami po zebranych. Nikt nie przyłączył się do jego śpiewu. Stali nieruchomo wpatrzeni w elementy wystroju kaplicy. Nieliczni wpatrywali się w zdjęcie zmarłego postawione na trumnie. „Unieś się z ziemi na wyżyny nieba” – ciągnął dalej, przyzwyczajony do tego, że śpiewa sam, a cappella. Nikt na niego nie patrzy i nikt nie oklaskuje, że śpiewa pieśń, która po prostu jest do odśpiewania, bo się zmarłemu należy jak kadzidło, którym go ksiądz okadzi przed ostatnią drogą i jak łza, którą jego małżonka winna uronić nad trumną. „A chór zbawionych niech ją zaprowadzi” – rozległo się nagle gdzieś z końca kaplicy. Czysty, wysoki głos zabrzmiał jak dzwon w uszach żałobników i wszyscy odwrócili głowy, żeby spojrzeć, kto śpiewa. Drobna kobieta w czerni wcześniej nie zwróciła niczyjej uwagi.
Stała z podniesioną głową i nie patrzyła na patrzących, tylko z lekko załzawionymi oczami przyciskała obie dłonie do serca, z którego głębi wydawał się dobiegać jej śpiew. „Aż przed oblicze Boga Najwyższego” – dokończyli w duecie, bo oboje, ona i kościelny nie wydawali się zakłopotani utkwionymi w nich spojrzeniami. A pieśń była do odśpiewania jak zawsze na każdym pogrzebie. Może tylko ten, który stał najbliżej, wyłowił uchem, że głos kościelnego jakby ścichł na krótką chwilę, jakby go coś nagle ujęło, wzruszyło, rozproszyło. I dalej zwrotkę głośno, wyraziście i bez żadnego fałszu. Ich głosy pięknie brzmiały w zimnych murach kaplicy i pięknie współbrzmiały z jej zacienionym wnętrzem. Jego donośny, czysty, łagodny jak pociecha, jej ciepły, spokojny, kojący jak nadzieja. Słowa pieśni inaczej jakoś brzmiały w tym wspólnym śpiewie bardziej do serc zebranych trafiały i więcej treści przelewały do ich myśli, aż by się chcieli niektórzy przyłączyć do melodii. Ale cóż z tego, skoro zwrotek nie znali, a refrenu nie chcieli popsuć. Bo oni znowu tak cudnie i czysto.
„Anielski orszak niech twą duszę przyjmie”
[04:33:59] - Pani pięknie obserwuje i opisuje zwykłe, codzienne życie. Właściwie wydawałoby się, że sprawy błache, nieważne, ale to są nasze emocje, małe, drobne światy i właściwie mi się wydaje, że najważniejsze dla nas. A dzisiaj jest tak mało osób, które zajmują się tymi codziennymi sprawami. Raczej opisywane są sytuacje drastyczne, romantyczne. A ja bym chciała poznać zwykłych, normalnych ludzi. Pani mi ich przedstawia i to jest właśnie, moim zdaniem, bardzo piękne w pani twórczości. Jaką trzeba mieć wrażliwość, aby dostrzegać piękno w ludziach, rzeczach, sytuacjach nam najbliższych i z jaką starannością, precyzją trzeba obserwować jako twórca to, co dzieje się dookoła?
[04:34:55] - Myślę, że nie da się tego wyuczyć, wytrenować. Myślę, że ta wrażliwość i ta zdolność dostrzegania drugiego człowieka z całą jego codziennością i z całymi codziennymi troskami, musi wynikać z charakteru pisarza, z jego doświadczeń, z jego przeszłości. Trudno mi to dookreślić. Tak jak Olga Tokarczuk, że my musimy mieć czułość w sobie. Myślę, że to jest clue do tego wszystkiego, że trzeba umieć obserwować. Trzeba mieć w sobie dużo empatii, zrozumienia dla drugiego człowieka. Ja na przykład próbuję, bo mam to w sobie od dziecka. Nie od momentu, kiedy zaczęłam pisać i uznałam, że będę pisała, więc zacznę obserwować ludzi. Wydaje mi się, że zawsze miałam w sobie dużo empatii i bardzo się staram nie oceniać człowieka po tym, co zrobił, tylko raczej próbuję zrozumieć go, dlaczego on to zrobił. Nie można powiedzieć, że ktoś jest zły, dlatego że coś się wydarzyło w jego życiu.
Trzeba by było wejść w jego skórę, przemyśleć, przeanalizować to, co on przeżył, jak on to odebrał, czym skutkuje to, że on zrobił konkretną rzecz. Myślę, że z sukcesami do tej pory udawało mi się to, ponieważ jedno z moich opowiadań, zresztą niejedno. Często jest tak, że ktoś, kto nie zna mnie, a czytał moje opowiadanie pisane na przykład z punktu widzenia mężczyzny albo z punktu widzenia starszego człowieka, albo z punktu widzenia starszej kobiety, albo z punktu widzenia małego dziecka, bo takie też pisałam i dostawałam za te opowiadania nagrody i w momencie odbierania tej nagrody jury jest naprawdę zaskoczone, że odbiera je kobieta młoda, gdzie oni byli przekonani, że to pisał ktoś w pierwszej osobie.
[04:36:55] - Ma pani niesamowitą empatię. Potrafi pani po prostu wejść w postać. Tak jak aktorzy, szykując się do roli, oni całkowicie starają się zmienić swoją mentalność na mentalność postaci odtwarzanej. I pisarz powinien zmieniać swój punkt widzenia w zależności od tego, jakiego przedstawia bohatera. I pani to robi.
[04:37:19] - Fragment opowiadania „Kontrabas” z tomiku „4 do kwadratu”. „Zawodowo osiągnęłam już tyle, że mogłabym spokojnie myśleć o emeryturze. Ale ten kontrabas to wszystko, co mi teraz w życiu towarzyszy. Czy pan rozumie, jak to jest wracać do domu samotnie i spotykać w nim tylko puste, martwe przedmioty? Rozumiem — wtrącił komendant, bo przecież od lat tak wracał i od lat je spotykał. A on ma duszę. Kto? On. Mój kontrabas. To nie jest zwykła rzecz, mówię panu przecież.
On jest powiernikiem. On rozumie. Kiedy jest mi źle z samotnością, biorę go do ręki, siadam, muskam go lekko i on mówi to wszystko, czego bym sama nie umiała powiedzieć słowami. On wie, jak mi tęskno do drugiego człowieka. Szemrze o tym tak, jakby płakał, jakby mi współczuł. On mnie też pociesza, bo najpiękniej gra właśnie wtedy, kiedy mnie jest najsmutniej. Transponuje oktawy coraz niżej i niżej, coraz czystsze dźwięki roznoszą się w powietrzu, coraz lżej sunie smyczek, jakby mi chciał pokazać, że docenia moją pracę i dać mi radość z tego, co potrafię. Radość? Och, radość! — rozpromieniła się jakby na wspomnienie czegoś.
Jej twarz zmieniła wyraz, rozjaśniając całe wnętrze gabinetu komendanta. Pan nawet nie wie, jaka to radość stać na scenie. Proszę sobie wyobrazić moje solo. Ja w pięknej sukni. Sala pełna ludzi. Gryf spod strunicą błyszczą w świetle reflektorów. Dyrygent światowej sławy próbuje narzucić swoje tempo, ale tak trudno go słuchać, kiedy pudło rezonansowe drga między udami. Chciałoby się szybciej, mocniej, dotkliwej, tak, żeby wszyscy poczuli, jak to dobrze być w takim miejscu, grać, cieszyć się muzyką. Pięknie pani gra — powiedział komendant, unosząc się z fotela, bo też mógłby przysiąc, że oto na własne uszy tę grę usłyszał. A kiedy jestem zdenerwowana.
Pani? Tak, ja — potwierdziła gorliwie i coś na kształt grymasu przesunęło się po jej obliczu. Kiedy jestem zdenerwowana, rzucam się na niego. Dosłownie. Szarpię struny, odciągam je od podstrunnicy. One brzmią, dudnią, szaleją. Dźwięk jest jak krzyk, melodia jak awantura. Bo ja przecież nie jestem z kamienia. Mam uczucia, mam swoje nadzieje i plany. I mam też prawo wykrzyczeć, kiedy coś nie idzie tak, jak trzeba.
[04:39:54] - Pani potrafi ograne, opisane takie jak bliskość czy samotność opisać nam w taki sposób, że my jakbyśmy spojrzeli na to z innego punktu widzenia. Przedstawia nam pani nowy aspekt, świeże wejrzenie na daną sytuację. Proszę mi powiedzieć, jak to się robi?
[04:40:15] - To jest dla mnie zawsze wyzwanie, ponieważ doskonale wiem, że gdyby przeczytać choćby prozę z ostatnich kilku lat, to okazuje się, że tam wszystko już było. Wszystkie motywy są ograne, wszystkie wyeksploatowane, ale w literaturze. A w życiu tak nie jest, ponieważ mogło milion pisarzy napisać o samotności i ta samotność nie przestała istnieć, bo ona jest. Jak się rozejrzymy, to myślę, że teraz czasy są takie, że ona jest bardzo widoczna. Po tym trudnym czasie COVIDA, teraz jest inflacja, bieda, ludzie nie mają gdzie wyjść, boją się wychodzić. Jest to nowy temat, który zawsze był, ale teraz się nasilił i teraz my od nowa uświadamiamy sobie, że to rzeczywiście jest problem i że on jest bardzo dotkliwy dla innych ludzi. Ja akurat w opowiadaniu „Kontrabas” próbowałam dotknąć samotności w taki sposób, żeby pokazać, jak ludzie próbują sobie z nią radzić. W tym opowiadaniu jest kobieta, która żyje samotnie i mężczyzna, który również żyje samotnie. Oni wydają się całkowicie z samotnością pogodzeni. Ale w momencie, kiedy kobieta zaczyna mówić, jak strasznie ważny jest dla niej instrument, rzecz, która jej zginęła, którą jej skradziono i do komendanta policji mówi o tym, że ten kontrabas to jest jak kochanek, jak przedmiot, jak przyjaciel.
Ona go uwielbia. Ona z nim rozmawia, kłóci się. Czuje do niego miłość i namiętność. I ten komendant uzmysławia sobie, jak strasznie on jest samotny w swoim życiu, że kończy się to opowiadanie tym, że komendant wiedząc, że niestety nie jest w stanie odnaleźć skradzionego instrumentu, mówi, że zaproponuje siebie w zamian. Ten happy end taki, który tak na siłę, bo w życiu to się rzadko zdarza, ale w tym opowiadaniu jest tak, że samotność jest rzeczywiście bardzo dotkliwa, nawet jeżeli spychamy ją na boczny tor. Trzeba o tym mówić i trzeba próbować. U mnie jest happy end, a w życiu różnie bywa.
[04:42:32] - Ludzi samotnych jest coraz więcej i z samotnością coraz gorzej sobie radzimy. Dlatego pokazanie samotności, jakie pani zrobiła w opowiadaniu „Kontrabas” jest naprawdę świeżym spojrzeniem i daje nam jednak nadzieję. Bardzo piękne opowiadanie, ale my już wiemy, że pani potrafi pisać opowiadania. Dlatego teraz zapytam panią o dłuższą formę, bo jest pani również autorką powieści, która ukazała się w 2017 roku i nosi tytuł „To był maj”. Proszę nam opowiedzieć o tym, czym się w pani przypadku różni tworzenie opowiadań od tworzenia dłuższej formy fabuły. Jakie czekały na panią wyzwania, trudy i blaski pisania dłuższego tekstu?
[04:43:26] - Rzeczywiście pisanie powieści to jest wielkie wyzwanie, ponieważ opowiadanie można napisać tak naprawdę za jednym przysiadem albo w ciągu dwóch, trzech dni, będąc cały czas w tej historii i układając ją sobie w głowie do momentu, kiedy ona się nie skończy. Opowiadanie jest krótkie, spójne, można je szybko dokończyć. Natomiast powieść to jest zupełnie inna historia. Powieść się pisze miesiącami albo latami. Trzeba pamiętać, kto jest kim, kiedy się urodził i w jakich relacjach jest z innymi bohaterami. Trzeba poprowadzić akcję tak, żeby ona nie była nudna. Akurat powieść, która jest wydana, moja powieść „To był maj”, to jest taka przeplatanka opowiadania z powieścią, ponieważ rzuciłam sobie takie wyzwanie, żeby uczyć się pisać sceny, ponieważ jest to bardzo trudne i wielu doskonałych pisarzy na tym poległo. Próbowałam wprawiać się, ćwiczyć to, używać różnych słów. Później to czytałam, dawałam koleżankom do przeczytania, żeby oceniły, czy to jest dobre. I w momencie, kiedy już miałam tam, załóżmy 20 000 znaków czy 200 000 znaków, okazało się, że to jest prawie powieść.
Także wystarczyło uzupełnić braki fabuły i okazało się, że powieść jest gotowa. Ta powieść to jest też odpowiedź na pytania, które się pojawiły po tym, jak wyszedł mój pierwszy tomik opowiadań, ponieważ wtedy wszyscy się dowiedzieli, że piszę i nawet wydałam książkę, ale zaczęli pytać właśnie o książkę fabularną, o powieść. Ponieważ opowiadania nie dla wszystkich są odpowiadającą formą, nie dla wszystkich czytelników. I myślę, że ona była potrzebna, chociaż nie jest to moja domena, ale rzeczywiście cieszyła się powodzeniem przez chwilę. Ta książka sprawiła, że stałam się odbierana jako w cudzysłowie oczywiście „prawdziwa pisarka”, bo mam wydaną powieść. Na dodatek z tyłu jeszcze zamieszczono adnotację, że to jest polskie „50 twarzy Graya”, chociaż nie zgadzałam się z tym , ale wiele osób cytowało właśnie ten przypis. To jest jedna z moich książek. W tej chwili pracuję nad zupełnie inną powieścią, bardziej o wsi, o ludziach wsi.
[04:45:59] - Która będzie zupełnie inna. Tylko że tak jak mówiłam, powieść to jest ogromne wyzwanie, ogromna praca i potrzebuję na to bardzo dużo czasu. Także nie wiem, kiedy ją dokończę. Na razie wolę jednak pisać opowiadania.
[04:46:14] - To my czekamy na tę powieść, a ja państwu powiem, właściwie przypomnę, że jeżeli chcecie państwo przeczytać subtelne, bardzo piękne opisy seksu i porównać je z opisami w książce „Pięćdziesiąt twarzy Graya”, to musicie koniecznie państwo sięgnąć po powieść naszego gościa Anny Konstanty „To był maj”. Proszę szukać w księgarniach, proszę szukać w bibliotekach. Sprawdźcie państwo sami, czy takie twarze Graya bardziej państwu odpowiadają.
[04:46:49] - Fragment powieści obyczajowej „To był maj”: „Z rozkoszą wdychałam nagrzane powietrze i patrzyłam na niebo upstrzone tylko kilkoma kleksikami białych obłoczków. Biegnąc wzrokiem wzdłuż ściany lasu, dostrzegałam też nieduże stadko saren pochylone ku soczyście zielonej, bujnej trawie. Jednak najlepsze widoki miałam tuż przed sobą. Adrian zrzucił wilgotną od potu koszulkę i zawiesił ją na suchej gałęzi pochylonej ze starości jabłoni zachodzącej na jego nowo powstające surowe ogrodzenie. Kiedy promień słońca liznął jego spoconą skórę między łopatkami, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie oblizać ust. Fakt, że zaczęły mi drżeć dłonie, zrzuciłam na nagłe uderzenie kofeiny. Jak on to robił, że ogłupiał mnie, nic nie robiąc? Odkąd go pierwszy raz zobaczyłam, działo się ze mną coś, czego nie potrafiłam zrozumieć, wytłumaczyć, a już na pewno nie zaakceptować. Gdzie się podziała moja dorosłość i powaga, moja godność osobista, które powinny stanąć w jawnej sprzeczności z nachalnym przyglądaniem się obnażonym mężczyznom? Dla kamuflażu naciągnęłam na głowę kapelusz, włożyłam ciemne okulary i otworzyłam książkę.
Mateusz też zdjął koszulę i z manierą podwórkowego kogucika prezentował swoje opalone muskuły Marcie. Zważywszy na porę roku, musiał opalić je sobie w solarium. Stwierdziłam, że mimo młodego wieku też ma całkowicie rozwinięte ciało, wyjątkowo bogate w dorodne i twarde męskie atrybuty. Póki co miałam na myśli tylko szerokie ramiona. Marta porzuciła kilof i przybiegła do mnie w poszukiwaniu czegoś do picia. Sięgnęła po słoik z wodą i wypiła wszystko jednym haustem. „Mamo” — szepnęła. „Przestań się gapić, bo wstyd. Wszystko widać”. „Nie gapię się” — zaprzeczyłam słabo i podniosłam do góry otwartą książkę.
„Czytam”. „Do góry nogami?”
[04:48:53] - Przejdźmy jeszcze do tych spraw konkursowych pani doświadczeń, bo ma ich pani sporo. Co oprócz takich rzeczy finansowych, powiedzmy nagród, udało się pani osiągnąć, biorąc udział w licznych imprezach? I jak ocenia pani rywalizację twórców? Konkursów naprawdę mamy bardzo wiele i tych literackich naprawdę jest sporo. Można by było powiedzieć, że każdy jakiś większy ośrodek, każda większa biblioteka stara się swój konkurs przeprowadzić. Wygląda mi to już na takie zawody prawie sportowe, muszę powiedzieć. Czasem tak sobie myślę, że poeci to krótkodystansowcy, a pisarze to maratończycy. Oczywiście troszeczkę trywializuję. Czy pani uważa, że w jakiś sposób te konkursy jednak dają nam możliwość wypowiedzenia się, że jednak rozwijają nasz umysł? Warto brać udział, być jednym z wielu?
Proszę pochwalić się zdobytymi tytułami, laurami.
[04:49:59] - To znaczy tak: pochwalę się na koniec wypowiedzi, a na początek to muszę zdecydowanie podkreślić, że konkursy mają tyle samo wad, ile zalet. Myślę, że największą wadą udziału w konkursie jest fakt, że świetny pisarz młody albo poeta, albo pisarz, który traktuje konkurs jako sprawdzenie swojego talentu i sparzy się raz, drugi, trzeci, piąty, ponieważ nie dostanie żadnej nagrody i stwierdzi, że w takim razie moje pisanie nic nie jest warte, no to niestety myli się myśląc, że nic nie jest warte. Ponieważ laury w konkursie nie zależą zawsze tylko od talentu, niestety. Nie mówię, że tu jury jest stronnicze, bo zawsze oceniane są anonimowo prace, ale czasem zdarzyło nam się kiedyś, że dostaliśmy 230 zestawów prac na konkurs. No to wiecie państwo, nie jest możliwe sprawiedliwe potraktowanie wszystkich utalentowanych ludzi. Są tylko trzy miejsca. Naprawdę świetne prace niestety trzeba odrzucić, bo jakaś jest lepsza. Także to jest właśnie podstawowa wada konkursów. Ja mówię młodym ludziom czasem na spotkaniach w szkołach, że jeżeli piszą, to owszem, niech próbują, niech wysyłają, ale absolutnie niech się nie zrażają faktem, że nie dostają żadnej nagrody, bo to nie jest jakiś dowód na to, że oni są złymi pisarzami lub poetami. Trzeba próbować, myślę, ale nie można oceniać samego siebie pod kątem tego, czy się zdobywa nagrody na konkursach, czy się nie zdobywa.
No i druga strona medalu. Miałam rzeczywiście to szczęście wiele razy dostawać laury w różnych konkursach. Tutaj właśnie ta podstawowa zaleta konkursów to jest takie wejście w środowisko ludzi piszących. Dla mnie to było coś zupełnie niesamowitego, bo ja, tak jak mówiłam, dziewczyny, która mieszkała na wsi, wychowywała dzieci i kompletnie nie miała kontaktu z ludźmi, z tym światem literatury. Ja nagle weszłam szturmem w literacki świat.
[04:52:13] - Jak zaczęłam wysyłać swoje prace na konkursy, przez dwa lata praktycznie nagroda za nagrodą. Zaczęłam jeździć na wszystkie gale rozdawania nagród. Poznałam masę świetnych ludzi, których znam do dzisiaj. Oni mi wskazali pewne ścieżki, rozwiązania, sposoby, kolejne osoby, które warto poznać. Dzięki temu później publikowałam na przykład w Pasjach Literackich Lubuskich, magazynach Grozy. Te wszystkie kontakty nawiązałam właśnie podczas gali literackich. Od tej strony jak najbardziej polecam. Ale nie trzeba być laureatem konkursu, żeby pojechać na taką galę, ponieważ one zwykle są otwarte, tak że śmiało można jechać. Byłam zaskoczona faktem, że niezależnie od wieku wszyscy ludzie piszący są bardzo otwarci, serdeczni, przyjacielscy, chętnie służą radą, rozmawiają, dzielą się doświadczeniami. I to jest coś bardzo fajnego w tym świecie literackim, do którego trzeba wejść.
Jak ktoś pisze, to odwagi, trzeba tam iść. Teraz się pochwalę.
[04:53:31] - Proszę się chwalić.
[04:53:33] - Tak, teraz się pochwalę, ponieważ tak jak mówiłam na początku, moje wyjście z szuflady odbyło się właśnie poprzez konkursy literackie imienia Tadeusza Firleja w Gubinie. To była nagroda w 2012 roku, później kolejny konkurs w 2013 roku i kolejny w 2014. Czyli trzy lata z rzędu zgarnęłam główną nagrodę ku zaskoczeniu jury, ponieważ każde opowiadanie było pisane z innego punktu widzenia i jury nie domyśliło się, że ja to ja piszę. Później przestałam uczestniczyć w tym konkursie jako uczestnik, ponieważ stwierdziłam, że skoro trzy lata z rzędu zgarnęłam główną nagrodę, to zaczynam pracować po drugiej stronie i zaczynam oceniać prace. To był taki początek. Tych nagród dostałam około 20. W tej chwili już nie biorę udziału w konkursach, bo nie mam na to czasu i czemu innemu się poświęcam. Ale z takich najfajniejszych nagród, z których jestem bardzo dumna, to jest na przykład pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie literackim o pióro Reymonta w Kobielach Wielkich. I tam wysłałam opowiadanie „Chleba naszego”, dotykające bardzo ściśle tematu wsi, pieczenia chleba i faktu, jak ten chleb potrafi zjednoczyć rodzinę. Cudowne doświadczenie być w miejscowości, gdzie się urodził Reymont, być tam i odbierać nagrodę jego imienia.
[04:55:06] - Bardzo serdecznie gratulujemy. To naprawdę bardzo duże osiągnięcie. Jednak pani nas tutaj utrzymuje w przekonaniu, że warto brać udział w konkursach. Ja też jestem tego samego zdania i wszystkich chętnych, którzy chcą spróbować swoich sił, zawsze zachęcam do tego, żeby w konkursach uczestniczyć. Pani Anno, należy pani też do literycznej grupy Na krechę. Proszę powiedzieć nam, jakie korzyści przyniosło pani uczestnictwo w tej grupie i czy uważa pani, że takie grupy, ludzie o tych samych zainteresowaniach pomagają twórcom? Czy są dla nich inspirujące?
[04:55:50] - Oczywiście, że tak. To jest wejście w środowisko ludzi piszących. Ponieważ pisanie czy wierszy, czy opowiadań, czy jakiejkolwiek innej prozy to nie jest hobby dzisiaj modne, że tak powiem. Jeżeli ktoś pisze, to raczej jest w tym sam, raczej niespecjalnie ma odwagę się tym pochwalić. A w momencie, kiedy to jest spychane na margines, to niekoniecznie ma szansę się rozwijać. Natomiast spotkania z ludźmi, rozmowy z ludźmi, którzy też piszą i mają jakieś doświadczenia literackie, bardzo dużo dają pod takim kątem, że chociaż zaczyna się rozmawiać o tym, że ja piszę, że może wydaj, w jaki sposób wydaj, może weź udział w jakimś przedsięwzięciu, może w innym, może ja cię komuś przedstawię. I właśnie dla mnie grupa literyczna Na krechę to było pół towarzyskie, pół literackie odkrycie, ponieważ zostałam tam dosłownie wciągnięta poprzez mojego kolegę poetę Adama Wierzbickiego, który mnie przedstawił Lucji Dudzińskiej. Nie musiałam jakiegoś egzaminu zdawać, żadnego castingu nie musiałam przechodzić. Po prostu zostałam zaproszona. Skoro piszę, to proszę bardzo, drzwi są dla ciebie otwarte.
Mam cały czas informacje na temat realizowanych projektów. Z zainteresowaniem obserwuję na Facebooku wszystkie działania grupy literycznej. Kibicuję wszystkim uczestnikom, ponieważ staram się obserwować i być na bieżąco z tym, co u nich w życiu literackim. Tak że jak najbardziej polecam, ponieważ to nie są stowarzyszenia, które są elitarne, zamknięte, ale są otwarte, przyjazne, pozytywnie nastawione i mam wrażenie, że kibicujące i wspierające w tym, żeby pisać i rozwijać swoją pasję.
[04:57:57] - Pani Anno, bardzo serdecznie dziękujemy za przepiękną opowieść o pani twórczości. Mam nadzieję, że rozbudziłyśmy apetyt w naszych słuchaczach i po naszym programie chętnie zagłębią się oni w pani prozę i może trafią i do wierszy. Życzę pani wielu cudownych czytelników i kolejnych udanych utworów. Wszystkiego, co jest dobre dla twórcy. Państwu przypominam, że gościliśmy panią Annę Konstanty, laureatkę wielu literackich konkursów, autorkę niezwykle interesujących opowiadań i jak dotąd jednej, ale jakże ciekawej powieści. Działaczkę społeczną i miłośniczkę wsi. Było mi niezmiernie miło móc dzisiaj panią przedstawić naszym słuchaczom. Niestety musimy już kończyć naszą audycję. W takim razie nie pozostaje nic innego, jak pożegnać się. Dobranoc, pani Anno.
[04:58:59] - Dobranoc pani, dobranoc państwu.
[04:59:02] - Dziękuję bardzo za spotkanie. Dobranoc państwu.
[04:59:08] - Proszę państwa, to teraz czas na recenzarium Ewiwy. Dzisiaj Ewiwa, czyli Luiza Dobrzyńska opowie państwu o „Przygodach króla Pausola”. Chyba tak się wymawia. Nie jestem na bieżąco z językiem francuskim, a w ogóle poza językiem polskim to słabo z językami. W każdym razie z wymową w tych językach. Bardzo natomiast skutecznie i z dużym zaangażowaniem potrafię kaleczyć język angielski. Robię to w mistrzowski sposób, ale w zaciszu domowym. Nie będę się z państwem tymi doświadczeniami dzielił. Natomiast dzisiaj sfera francuskojęzyczna. „Przygody króla Pausola” to jest utwór autora, który nosił pseudonim Pierre Louÿs.
A tak naprawdę nazywał się Pierre Felix Louÿs. Francuski pisarz i poeta. Był uważany za jednego z mistrzów francuskiej literatury erotycznej. Chociaż to jest literatura erotyczna sprzed wielu dziesiątków lat. I jakby to państwu powiedzieć, pojęcie erotyki czy też sprośności bardzo się zmieniło, a nawet bardzo. I znowu, żeby nie zagadywać, myślę, że znacznie lepiej opowie państwu o tym Ewiwa, czyli Luiza Dobrzyńska.
[05:01:21] - Wita się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska. Omawiałam już literaturę polską, rosyjską, angielską, amerykańską. To nie to samo, wbrew pozorom. A dzisiaj przyszła pora na francuską i to dość starą. Pewnie większość słuchaczy w ogóle o tej książce nie słyszała. A szkoda. „Przygody króla Pausola” pióra Pierre'a Louÿsa. Słyszeliście o nim? A powinniście. Był to w swoim czasie skandalista, przy którym autorka „Pięćdziesięciu twarzy Graya” oraz jej polska naśladowczyni, niejaka Blanka Lipińska, mogłyby się schować.
Pierre Louÿs najbardziej był znany z mocno skandalizujących opowieści. Ta zresztą też wywołała sporo szumu. Wtedy, kiedy pisał, nie istniało jeszcze pojęcie literatury fantasy i jest rzeczą dyskusyjną, czy „Przygody króla Pausola” można do takowej zaliczyć. Ale w sumie chyba tak. Albowiem rzecz dzieje się w państwie całkowicie wymyślonym, które według autora zostało z premedytacją wymazane z map Europy, które sfałszowano, aby owo państwo Tryfonię pogrążyć w milczeniu. Dlaczego? Ano z powodu niezwykłej obyczajowości, która w nim panuje. Ale przejdźmy do rzeczy. Król Pausol rządzi Tryfonią od bardzo wielu lat. Jest ogromnie lubiany przez poddanych, głównie dlatego, że do niczego się właściwie nie wtrąca.
Czasami wymierza sprawiedliwość, ale robi to w sposób naprawdę bardzo inteligentny. Na przykład uniewinnia kobietę, która uciekła z kochankiem, co w owych czasach w Europie było karane. Król ma jednak własne problemy. Zgodnie z osobliwą obyczajowością Tryfonii może sobie pozwolić na wielożeństwo. W związku z tym posiada harem. Harem złożony z 366 kobiet. Dlaczego z 366? Kiedyś było ich dużo więcej, ale wreszcie przyjął pewnego, nazwijmy to naczelnego eunucha, który zredukował liczbę królowych po to, żeby był większy porządek. 365. Jedna na każdy dzień roku plus jedna jako nadwyżka za rok przestępny.
Mimo takiej ilości żon król ma tylko jedną córkę, która właśnie uciekła z domu. Czternastoletnia Alina żyła bowiem w zamknięciu, co stało w jaskrawej sprzeczności z prawem Tryfonii, które nie tylko dopuszczało całkowitą swobodę obyczajową, ale również, jakby to powiedzieć oględnie, dopuszczało chodzenie nago, ale tylko ludziom prawidłowo i ładnie zbudowanym. W związku z tym właściwie wszyscy młodzi ludzie w tym kraju korzystali z tego przywileju, ale nie królewna. Ma się rozumieć, jej dotyczyły znacznie surowsze zasady. Nic więc dziwnego, że dziewczynka w końcu zbuntowała się i uciekła z domu z tancerką z grupy mimicznej. Postanowiła, że zwiedzi kraj i wróci, kiedy będzie pełnoletnia, czyli według praw Tryfonii będzie miała 15 lat. To się oczywiście nie mogło królowi spodobać, więc w towarzystwie ulubionego pazia wyruszył na poszukiwanie jedynaczki. Co było dalej? Chętnych odsyłam do książki. Jak już powiedziałam, można ją zaliczyć do gatunku fantasy, ponieważ opowiada o kraju nieistniejącym, który jednak podobno gdzieś tam koło nas jest.
W czasach, kiedy obyczaje były dużo surowsze, przynajmniej na pokaz, niż teraz, opisanie kraju, w którym można swobodnie chodzić nago, w którym nie istnieje chrześcijaństwo ani w ogóle żadna inna religia, w którym ludzie swobodnie dają upust swoim cielesnym pragnieniom, nie łamiąc przy tym żadnego prawa, wywołało straszny skandal. Kiedy ją czytamy dzisiaj, wcale nam się taka skandaliczna nie wydaje, mimo poruszanych tematów. Znamy znacznie gorsze książki, a co gorsza pisane dużo wulgarniejszym językiem. Bo Lois, trzeba to przyznać, pisał z typowo francuską lekkością, jednocześnie delikatnie, poetycko i bardzo zabawnie. Jeżeli chcecie poznać przygody króla szukającego zbiegłej królewny i natykającego się po drodze na problemy, z którymi zmagają się jego poddani, jeżeli chcecie poznać motywację Białej Aliny oraz jej nowo poznanej przyjaciółki, tancerki oraz co w tym wszystkim robi swawolny paź, a także zajrzeć do haremu, w którym mieszka 365 kobiet. Przepraszam, 366 plus jedna, która dopiero w przyszłości ma zostać królową. Musicie sięgnąć po tę książkę. Oczywiście kupić jej już raczej nie można, natomiast bez problemu wypożyczycie ją w bibliotece w literaturze francuskiej. Zapewniam, nie będziecie się nudzić, a także przy okazji zobaczycie, jak o różnych sprawach można pisać, nie uciekając się do drastycznych opisów. I mimo że inni literaci potępili Loisa za tę książkę, mimo że jego własny teść nazwał ją „wykoncypowanym na zimno świństwem”, przekonacie się, że w porównaniu z tym, co teraz pretenduje do miana literatury pięknej, jest ona, jak mawiała moja świętej pamięci mama, dla niemowlaków i bezzębnych staruszków.
Jeśli chodzi oczywiście o warstwę erotyczną. Naprawdę będziecie się świetnie bawić przy tej lekturze. Dziękuję za uwagę. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:07:00] - Tak, proszę państwa, tak. A teraz będzie odrobina prywaty. Na czym będzie polegała prywata? Postanowiłem wykorzystać ten nasz mini cykl, który przypomina opowiadania, które ukazywały się niegdyś w ABW, do zaprezentowania opowiadania, które jest jednym z moich ulubionych opowiadań z czasów złotej ery science fiction. Czyli jak się państwo domyślacie, jakaś kolejna ramota wjeżdża na antenę. Ale to jest opowiadanie, które było w ABW i które czytał Ivellios. Zresztą super je przeczytał, ale najważniejsze jest to, że to jest opowiadanie, które bardzo mnie ujęło. Jeśli się państwo dobrze w niego wsłuchacie, w jego zabawny w gruncie rzeczy ton i jeśli dobrniecie do końca, to konsekwencje, staram się dobierać słowa, żeby tym z państwa, którzy nigdy opowiadania nie słyszeli, nie zepsuć zabawy. Więc jak dobrniecie państwo do końca i uświadomicie sobie, o czym wam autor opowiedział, o jakiej relacji, to będziecie państwo chyba tak samo rozbawieni jak ja. Powiem państwu, jeszcze raz powtórzę właściwie, to jest jedno z moich ulubionych opowiadań z tej złotej ery science fiction.
A zatem Marek Sęk „Ivellios” zaprezentuje państwu opowiadanie Jacka Vance'a „Panowie domów”.
[05:08:45] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW. Antologię Bibliotekario Warsztaty. Czyta Marek Sęk „Ivellios”. Jack Vance, „Panowie domów”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Dwóch mężczyzn siedziało w milczeniu, mocno zaniepokojonych. Kefvryd, gospodarz spotkania, podniósł się i szybkim krokiem zaczął krążyć po pokoju w tę i z powrotem. Podszedł do okna, popatrzył w niebo w stronę odległej gwiazdy BGD-1169. Jego gość, Richard Emerson, był nawet jeszcze bardziej zdenerwowany. Siedział odchylony do tyłu na krześle.
Twarz miał białą, usta obwisłe, oczy rozszerzone i błyszczące. Nie padło nawet jedno słowo i nie było widać niczego, co mogłoby tłumaczyć ich emocje. Siedzieli w zwykłym podmiejskim salonie, wyróżniającym się tylko mnóstwem wiszących na ścianach ciekawostek, osobliwości i bibelotów. Słysząc odgłos skrobania, Caffridge odwrócił się od okna. Ostro zawołał: „Serwis!” Czarno-biały kot, ostrzący sobie pazury na zdobionej kolumnie z egzotycznego drewna, postawił uszy, ale drapał nadal. „Ty urwisie.” Caffridge wziął kota i wyrzucił go na zewnątrz przez specjalne drzwi dla zwierzęcia. Wrócił do Emersona. „Zdaje się, że obaj myślimy o tym samym.” Emerson trzymał się oparcia swego krzesła. „Jak mogłem to wcześniej przegapić?” – wymamrotał. „To dziwna sprawa” – powiedział Caffridge.
„Nie wiem, co teraz robić.” „W tej chwili to nie leży już w moich rękach. Dzięki niebiosom” – powiedział Emerson. Caffridge wziął do ręki małe białe pudełko, które zawierało raport Emersona. „Chce pan pójść ze mną?” Emerson pokręcił przecząco głową. „Nie mam nic więcej do powiedzenia. Nie chcę widzieć tego więcej na oczy.” Skinął głową w stronę pudełka. „No dobrze” – powiedział ponuro Caffridge. „Pokażę to zarządowi dziś wieczorem. Potem...” Emerson uśmiechnął się, zmęczony i sceptyczny. „Potem co?” Towarzystwo Astrograficzne działało jako organizacja non-profit, poświęcając się badaniom i eksploracji pozaziemskiej.
Składki wpłacone przez milion aktywnych członków powiększały jeszcze dochody ze specjalnych patentów, dotacji, licencji oraz opłat za doradztwo, w wyniku czego z biegiem lat towarzystwo stało się bardzo bogate. Kilkanaście statków kosmicznych zaniosło niebiesko-zielony emblemat astrograficzny do bardzo odległych miejsc. Comiesięczna publikacja studiowana była zarówno przez dzieci w wieku szkolnym, jak i naukowców. W Muzeum Astrograficznym znajdował się wspaniały zbiór eksponatów zgromadzonych w całym wszechświecie. W specjalnie wyposażonej kopule na dachu muzeum raz w miesiącu spotykała się rada dyrektorów, aby zatwierdzać transakcje biznesowe oraz przeglądać i przesłuchiwać doniesienia zespołów badawczych o istotnym znaczeniu. Theodore Caffridge, prezes rady, po przybyciu na spotkanie wrzucił do mechanizmu witaliskopu pudełko zawierające raport dowódcy zespołu Richarda Emersona. Stał w milczeniu, wysoki, ponury, czekając na zakończenie toczących się wokół stołu rozmów. „Panowie” – powiedział Caffridge ponurym, monotonnym tonem. „Ja już zapoznałem się z tym raportem. To najdziwniejsza sprawa, jaką napotkałem w całym swym doświadczeniu.
Jestem bardzo poważnie zaniepokojony i mogę dodać, że komandor Emerson podziela moje odczucia.” Przerwał. Dyrektorzy popatrzyli na niego z ciekawością. „No dalej, Caffridge, nie bądź taki tajemniczy. Wysłuchajmy tej relacji, Theodore’rze.” Caffridge uśmiechnął się najsłabszym, najbardziej niewyraźnym uśmiechem. „Raport jest tutaj. Sami możecie się przekonać.” Dotknął włącznika. Ściany pokoju rozpłynęły się w szarej mgle. Kolory zawirowały i znikły. Rada dyrektorów zmieniła się w grono niewidzialnych oczu i uszu obecnych w kabinie statku kosmicznego Gaea. Ich punkt obserwacyjny znajdował się w miejscu kuli rejestrującej na szczycie hełmu Emersona.
Widzieli wszystko to, co i on. Słyszeli to samo, co on słyszał. Głos Emersona dolatywał z głośnika. „Znajdujemy się na orbicie nad planetą drugą gwiazdy BGD 1169, Fargo Navis 4. Przylecieliśmy tu przyciągnięci serią impulsów emitowanych w fazie C3. Wydawały się one wskazywać na wysoce zorganizowaną cywilizację techniczną, więc oczywiście zatrzymaliśmy się w tym miejscu, aby to zbadać.” Obraz na ścianach pomieszczenia przemieszczał się, gdy Emerson przeszedł do pulpitu sterowania. Przez port obserwacyjny dyrektorzy mogli zobaczyć wirującą w dole planetę w pełnym świetle niewidocznego słońca. Emerson podał szczegółowe cechy fizyczne planety, które przypominały Ziemię. „Atmosfera wydaje się nadawać do oddychania. Jest tu bujna roślinność, z grubsza porównywalna z naszą.” Emerson podszedł do ekranu.
Ponownie obraz na ścianach wokół nich przesunął się. „Sygnały spowodowały, że spodziewaliśmy się jakiegoś rodzaju inteligentnych mieszkańców. Nie zawiedliśmy się. Autochtoni nie żyją w zorganizowanych osadach, lecz w odizolowanych od siebie siedzibach. Z braku lepszego słowa nazwaliśmy je pałacami.” Emerson ruszył pokrętłem na konsoli. Widok na teleekranie bardzo się rozszerzył i dyrektorzy spoglądali na gęsty jak dżungla las. Obraz przemieścił się po koronach drzew na polanę o średnicy około mili. Pałac zajmował środek polany. Kilkanaście wysokich ścian, strzelistych i ogromnych jak skały, połączonych, wydawałoby się, w przypadkowy sposób. Zbudowane zostały z jakiegoś migoczącego metaloidu i były otwarte od góry.
Nie było widać żadnych wejść ani otworów okiennych. „To mniej więcej wszystkie szczegóły, jakie mogłem wyłapać z tej wysokości.” – zabrzmiał głos Emersona. – „Proszę zwrócić uwagę na brak dachu, widoczny brak wyposażenia wewnętrznego.” Niemalże nie wygląda to na miejsce zamieszkania. Proszę także zwrócić uwagę na to, jak wygląda polana. Jak formalny ogród. Odwrócił się tyłem do teleekranu. Dyrektorzy ponownie siedzieli w kabinie Geyi. Nadajemy przez cały czas na wszystkich pasmach międzynarodowe symbole, powiedział Emerson. Jak do tej pory nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Myślę, że wylądujemy na tej polanie.
Istnieje pewien element ryzyka, ale wierzę, że rasa wyglądająca na tak wyrafinowaną nie będzie zaskoczona ani zszokowana pojawieniem się dziwnego statku kosmicznego. Geya zagłębiła się w atmosferze BGD11692. Jej kadłub drżał pod naporem chłostającego go rzadkiego gazu. Emerson przemówił z widokoskopu, zwracając uwagę, że statek unosił się ponad obserwowanym wcześniej obszarem i zaraz miał wylądować. Amortyzatory uderzyły w twardą ziemię. Nastąpiło kilka krótkich wahnięć, kiedy zadziałały automatyczne stabilizatory. Potem wrażenie stabilizacji pozycji. Automatyczne przełączniki wyłączyły napęd. Na wpół słyszalny skowyt silników zaczął słabnąć, aż w końcu zapadła cisza. Załoga siedziała na posterunkach obserwacyjnych, wpatrując się w polanę.
Pośrodku niej wznosił się pałac. Wysokie płaszczyzny ścian z lśniącego metaloidu. Nawet z tak niewielkiej odległości nie było widać żadnych okien, drzwi ani otworów wentylacyjnych. Tereny otaczające pałac były starannie wypielęgnowane. Rzędy drzew o białych pniach utrzymujących kwadratowe, czarne liście, wielkie jak tace zwrócone ku słońcu. Nieregularne łoża czarnego mchu, pierzaste bordowe paprocie, puszyste różowe i białe rośliny wyglądające jak cukrowa wata. W tle wyrastał las. Kłębowisko niebiesko-zielonych drzew i krzewów o szerokich liściach czerwonych, czarnych, szarych i żółtych. W środku Geyi załoga stała przy portach widokowych, gotowa do odlotu przy najmniejszej oznace wrogości. Pałac pozostawał milczący.
Minęło pół godziny. W pewnej chwili poza ścianą pałacu pojawił się niewielki, niewyraźny kształt. Jako pierwszy zauważył go młody trzeci oficer Coombe i zawołał do Emersona: Niech pan tam spojrzy. Emerson skupił na nim obraz z teleskopowej szyby. To dziecko. Ludzkie dziecko. Załoga zaczęła się przypatrywać. Inteligentne życie wśród gwiazd było rzadkością. Znalezienie takiego życia w ludzkiej postaci było wręcz zdumiewające. Emerson zwiększył powiększenie teleskopowej szyby.
To chłopiec w wieku około siedmiu lub ośmiu lat, powiedział. Patrzy na nas, ale nie wydaje się być jakoś szczególnie zainteresowany. Dziecko wróciło do pałacu i zniknęło. Emerson wydał przyciszony okrzyk. Widzieliście to? Co się stało? Spytał Wilhelm, wielki, jasnowłosy drugi oficer. Przeszedł przez ścianę, jakby to było powietrze. Czas mijał. Nie było widać żadnych dalszych śladów życia.
Załoga zaczęła się niecierpliwić. Dlaczego się nami nie zainteresowali? Poskarżył się Swet, steward. Nawet dzieciaki nas ignorują. Emerson pokręcił głową ze zdziwieniem. Statki kosmiczne z pewnością nie lądują tutaj codziennie. Wilhelm nagle zawołał: Jest ich więcej. Dwóch, trzech, sześciu. Całe cholerne plemię. Wysuwali się z lasu cicho, niemalże ukradkowo, pojedynczo i parami, mężczyźni i kobiety, aż wreszcie w pobliżu statku zebrało się kilkanaście osób.
Nosili utkane z grubego włókna fartuchy, surowe skórzane buty z wywiniętymi cholewami. U pasa wisiały im sztylety o różnych rozmiarach i jakieś skomplikowane małe urządzenia zbudowane z drewna i poskręcanych jelit. Wyglądali na twardych ludzi o kanciastych twarzach i błyszczących oczach. Szli ostrożnie na ugiętych kolanach, co zwiększało jeszcze wrażenie skrytości zachowania. Przez cały czas utrzymywali między sobą a pałacem kadłub statku, jakby chcąc uniknąć wykrycia. Emerson powiedział: Nie mogę tego zrozumieć. Są nie tylko typu humanoidalnego. Oni są ludźmi pod każdym względem. Popatrzę w stronę, gdzie biolog Boyd kończą swoje ostatnie testy. Jak to wygląda?
Niemal tak sterylnie, jak w izolatce, powiedział Boyd. Żadnych niebezpiecznych tyłów, żadnych unoszących się w powietrzu cząsteczek białkowych. Nic niezwykłego pod żadnym względem. Mam zamiar wyjść na zewnątrz, powiedział Emerson. Wilhelm zaprotestował. Nie wyglądają na godnych zaufania i są uzbrojeni. Zaryzykuję, powiedział Emerson. Gdyby byli wrogo nastawieni, nie sądzę, żeby się ujawnili. Wilhelm nie był przekonany. Nigdy nie wiadomo, co takiej dziwnej rasie przyjdzie do głowy.
Tym niemniej, oznajmił Emerson, wychodzę. Wy osłaniajcie mnie ze stanowisk działek. Czekajcie też przy silnikach na wypadek, gdybyśmy musieli pośpieszyć się z odlotem. Masz zamiar wyjść sam? Spytał z powątpiewaniem Wilhelm. „Nie ma sensu ryzykować życia dwóch ludzi.” Kwadratowa, kanciasta twarz Wilhelma przybrała wyraz oporu. „Pójdę z tobą. Co dwoje oczu, to nie jedno.” Emerson roześmiał się. „Mam już dwoje oczu. Poza tym ty jesteś zastępcą dowódcy.
Twoje miejsce jest tutaj, na statku.” Słysząc to, odezwał się Cope, młody trzeci oficer, szczupły i ciemnowłosy młodzieniec, który dopiero niedawno wyrósł z wieku nastolatka. „Ja chętnie bym z panem poszedł.” „Dobrze, Cope” – powiedział Emerson. „Chodźmy.” Dziesięć minut później obaj mężczyźni wyszli ze statku, zeszli z rampy i stanęli na ziemi BGD 11692. Mężczyźni i kobiety z lasu wciąż stali za statkiem, od czasu do czasu spoglądając w stronę pałacu. Kiedy pojawili się Emerson i Cope, tubylcy zebrali się razem, gotowi do ataku, obrony lub ucieczki. Dwaj z nich przesunęli palcami po drewnianych przedmiotach, które Emerson uważał za miotacze strzałek. Poza tym jednak nie wykonali żadnego ruchu, przyjaznego lub też jakiegokolwiek innego. Przybysze z kosmosu zatrzymali się w odległości 20 stóp od nich. Emerson uniósł dłoń i uśmiechnął się, jak miał nadzieję, w przyjazny sposób. „Witam.” Popatrzyli na niego, a potem zaczęli coś mamrotać między sobą.
Emerson i Cope zbliżyli się o krok lub dwa. Głosy stały się słyszalne. Szczupły, siwowłosy mężczyzna, który wydawał się posiadać pewną władzę, mówił coś ze zgryźliwą energią, tak jakby obalając jakiś nonsens. „Nie, nie, niemożliwe. To nie mogą być Fremeni.” Sękaty człowiek o paciorkowatych oczkach, do którego mówił, odparł: „Niemożliwe? Kim więc według ciebie są, jeśli nie Fremenami?” Emerson i Cope przypatrywali się temu ze zdumieniem. Ci ludzie mówili po angielsku. Ktoś inny zauważył: „To nie są panowie domów. Czy ktoś kiedykolwiek widział tak wyglądających panów domów?” Czwarty głos był równie wyraźny. „I pewne jest też, że nie są sługami.” „Wszyscy tylko gadacie w kółko” – warknęła jedna z kobiet.
„Dlaczego ich nie spytacie i nie skończycie tego wszystkiego?” Angielski. Akcent był niewyraźny, intonacja niezwykła, ale poza tym to był ich język. Emerson i Cope zbliżyli się o krok. Leśni ludzie zamilkli i nerwowo zaszurali nogami. Emerson odezwał się: „Nazywam się Robert Emerson” – powiedział. „A to jest Howard Cope. Kim wy jesteście, ludzie?” Siwy przywódca przyglądał się im z przebiegłą bezczelnością. „Kim my jesteśmy? Jesteśmy Fremenami, jak dobrze musicie wiedzieć. Co tutaj robicie?
Z jakiego domu jesteście?” Emerson odparł: „Jesteśmy z Ziemi.” „Ziemia?” Emerson przypatrzył się pustym twarzom. „Nie słyszeliście o Ziemi?” „Nie.” „Ale mówicie ziemskim językiem.” Przywódca uśmiechnął się szeroko. „A jak inaczej mogliby mówić ludzie?” Emerson zaśmiał się niewyraźnie. „Istnieje wiele innych języków.” Wódz sceptycznie pokręcił głową. „Nie za bardzo potrafię w to uwierzyć.” Emerson i Cope wymienili między sobą spojrzenia oszołomionego rozprawienia. „Kto mieszka w pałacu?” – spytał Emerson. Przywódca zdawał się nie wierzyć w ignorancję Emersona. „Panowie domów, oczywiście. Genarro, Kensford i reszta.” Emerson popatrzył na wysokie ściany, które wydawały się być zupełnie niedostosowane do ludzkich wymagań. „Oni są ludźmi, tak jak my?” Przywódca roześmiał się szyderczo.
„Jeśli można nazwać takie rozpieszczone stworzenia ludźmi. Tolerujemy ich tylko dla ich kobiet.” Ze strony grupy mężczyzn dobiegł lubieżny szmer. „Miękkie, słodkie dziewczyny panów domów.” Leśne kobiety syknęły ze złości. „Są tak samo bezwartościowe jak mężczyźni!” – wykrzyknęło jedno ze skórzastych, starych stworzeń. Na obrzeżach grupy pojawiło się nagle nerwowe poruszenie. „Oto idą! Panowie domów!” Szybkimi, długimi krokami na ugiętych w kolanach nogach dzicy ludzie wycofali się i zniknęli w lesie. Emerson i Cope obeszli statek dookoła. Przez polanę spokojnymi krokami zbliżali się do nich młody mężczyzna, młoda kobieta, dziewczynka i chłopiec, którego widzieli wcześniej. Byli to najprzystojniejsi ludzie, jakich Ziemianie kiedykolwiek widzieli.
Młody mężczyzna miał na sobie przylegającą do ciała szatę zdobioną szmaragdowo zielonymi cekinami, skomplikowane nakrycie głowy ze srebrnych kółców. Chłopiec nosił czerwone spodnie, ciemnoniebieską kurtkę i niebieską czapkę z długim ciobem. Młoda kobieta i dziewczynka ubrane były w proste tuniki w jasnobłękitnym kolorze, rozciągające się elastycznie w czasie ruchu. Miały gołe głowy, a jasne włosy opadały im na ramiona. Zatrzymali się kilka jardów od statku, spoglądając na przybyszów z kosmosu z trzeźwą ciekawością. Wszyscy mieli identyczny wyraz twarzy. Skupiony, inteligentny, z lekkim cieniem dumy. Młody mężczyzna popatrzył mimochodem na las. Uniósł w górę niewielki pręt. Wypłynął z niego obłoczek ciemności i w kierunku lasu powędrowała czarna bańka, w miarę przemieszczania się znacznie powiększając swoje rozmiary.
Z lasu docierały skowyty strachu, tupot potykających się w ucieczce stóp. Czarna bańka eksplodowała o drzewa, rozrzucając setki mniejszych czarnych bąbelków, które także rosły i wybuchały. Odgłosy panicznej ucieczki ucichły w oddali. Czwórka młodych panów domów, uśmiechając się lekko, zwróciła uwagę na Emersona i Cope'a. „A kimże wy możecie być? Z pewnością nie dzikimi ludźmi.” „Nie, nie jesteśmy dzikimi ludźmi” – odparł Emerson. Chłopiec zauważył: „Ale nie jesteście też panami domów.” „I z pewnością nie jesteście też sługami” – powiedziała dziewczynka. Była kilka lat starsza od chłopca. Miała może 14 lub 15 lat. Emerson wyjaśnił cierpliwie: „Jesteśmy astrografami, naukowcami z Ziemi.” Podobnie jak leśni ludzie, lordowie domu byli mocno zdziwieni.
„Ziemia?” „Wielkie nieba!” – zawołał Emerson. – „Na pewno słyszeliście o Ziemi.” Pokręcili głowami. „Ale jesteście istotami ludzkimi, ludźmi z Ziemi.” „Nie” – oznajmił młody człowiek. – „Jesteśmy panami domów. Ziemia nic dla nas nie znaczy.” „Ale mówicie w naszym języku. To ziemski język.” Wzruszyli ramionami i uśmiechnęli się. „Istnieją setki sposobów, dzięki którym twój lud mógł nauczyć się naszej mowy.” Sprawa wydawała się nie bardzo ich interesować. Młoda kobieta popatrzyła w stronę lasu. „Lepiej uważajcie na dzikich ludzi. Zrobią wam krzywdę, jeśli będą mogli.” Odwróciła się.
„Chodźcie, wracamy.” „Czekajcie!” – zawołał Emerson. Zmierzyli go wzrokiem ze zdawkową uprzejmością. „Tak?” „Nie jesteście nami zainteresowani ani nie interesuje was, skąd pochodzimy?” Młody człowiek z uśmiechem pokręcił głową, a srebrne kolce jego nakrycia głowy zabrzęczały jak dzwoneczki. „A czemu niby mielibyśmy być zainteresowani?” Emerson roześmiał się z mieszaniną zdumienia i irytacji. „Jesteśmy obcymi z kosmosu, z Ziemi, o której jak twierdzisz, nigdy nie słyszeliście.” „Zgadza się. Jeśli nigdy o was nie słyszeliśmy, to jakże możemy być zainteresowani?” Emerson wyciągnął w górę ręce. „Jak sobie chcecie, ale my jesteśmy zainteresowani wami.” Młody człowiek skinął głową, w oczywisty sposób przyjmując to do wiadomości. Chłopiec i dziewczynka już odchodzili. Młoda kobieta na wpół się odwróciła i czekała. „Chodź, Hesvor” – zawołała przyciszonym głosem.
„Chciałbym z tobą porozmawiać” – powiedział Emerson. – „W tym tkwi jakaś tajemnica. Coś, co powinniśmy wyjaśnić.” „Nie ma żadnej tajemnicy. Jesteśmy panami domów, a to jest nasz dom.” „Czy możemy wejść do waszego domu?” Młody człowiek zawahał się. Popatrzył krótko na kobietę. Zacisnęła usta i pokręciła głową. „Lord Gennarro.” Młody mężczyzna lekko się skrzywił. „Służący już poszli. Gennarro śpi. Mogą na krótko wejść.” Kobieta wzruszyła ramionami.
„Jeśli Gennarro się obudzi, nie będzie zadowolony.” „Ach, ale Gennarro-” „Ale Gennarro” – przerwała mu szybko kobieta – „jest pierwszym panem domu.” Hesvor wydawał się przez chwilę spochmurnieć. „Gennarro śpi, a służących nie ma. Te dzikie stworzenia mogą wejść.” Machnął ręką na Cope'a i Emersona. „Chodźcie.” Panowie domów, wracając, przeszli przez ogród, cicho rozmawiając między sobą. Emerson i Cope podążali za nimi, na wpół rozgniewani, na wpół oszołomieni. „To fantastycznie” – mruknął Emerson. – „Spostponowani przez aroganckich arystokratów w pół godziny po przybyciu tutaj.” „Chyba będziemy musieli to jakoś przełknąć” – stwierdził Cope. – „Oni wiedzą o rzeczach, o których nigdy nawet byśmy nie pomyśleli. Na przykład ta czarna bańka.” Chłopiec i dziewczynka dotarli już do ścian pałacu. Bez wahania przeszli przez błyszczącą powierzchnię.
Młody mężczyzna i kobieta podążyli za nimi. Kiedy Emerson i Cope dotarli do ściany, wyglądała na zupełnie twardą i była niezwykle zimna. Dotknęli jej gładkiej powierzchni, napierając, obmacując ją z poirytowaniem. Chłopiec wrócił przez ścianę. „Wchodzicie do środka?” „Chętnie byśmy to zrobili” – odparł Emerson. „W tym miejscu jest twarda.” Chłopiec przyjrzał się im. „Nie potraficie zobaczyć, gdzie ściana jest przepuszczalna?” „Nie” – odparł Emerson. „Dzicy też nie potrafią” – powiedział chłopiec. Wskazał ręką. „Przejdźcie tam.” Emerson i Cope przeszli przez ścianę.
Sprawiało to wrażenie, jakby przechodziło się przez cienką warstewkę chłodnej wody. Stali na matowej niebieskiej podłodze ze srebrnymi włókienkami kreślącymi zapętlony wzór. Wszędzie dookoła wznosiły się wysokie ściany. Sto metrów wyżej z płytkich półek wyrastały pręty czarnej materii. Powietrze wokół ich końców zdawało się drżeć, jakby rozgrzane nad gorącą drogą. W pomieszczeniu nie było widać mebli ani żadnych innych śladów wskazujących, że zamieszkiwali je ludzie. „Chodźcie” – powiedział chłopiec. Przeszedł przez pomieszczenie i zniknął w ścianie po jego drugiej stronie. Emerson i Culp ruszyli za nim. „Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć wyjście na zewnątrz” – powiedział Culp.
– „Nie chciałbym wdrapywać się po tych ścianach”. Stali w sali podobnej do pierwszej, ale z podłogą z elastycznego białego materiału. Czuli się, jakby ich ciała zrobiły się lżejsze, a kroki niosły ich dalej, niż się spodziewali. Młody mężczyzna i kobieta czekali na nich. Chłopiec cofnął się przez ścianę. Dziewczyny nie było nigdzie widać. „Możemy zostać z wami przez chwilę lub dwie” – powiedział młody mężczyzna. – „Nie ma służących. W domu panuje spokój. Może chcecie coś zjeść?” Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął do przodu ręce.
Jego dłonie rozpłynęły się w nicości. Cofnął je, wyciągając stojak, na którym rozłożone były tace i misy pełne rzeczy do jedzenia. Kliny czerwonej galaretki, wysokie białe stożki, czarne wafle, małe zielone okrągłe owoce, flasze z płynami w różnych kolorach. „Możecie jeść” – zaprosiła ich młoda kobieta, wskazując ręką. „Dziękuję” – powiedział Emerson. On i Culp ostrożnie spróbowali jedzenia. Było dziwne, bogate w smaki i musowało w ustach jak gazowana woda. „Skąd się wzięło to jedzenie?” – spytał Emerson. – „Jak mogłeś wyciągnąć je z pustego powietrza?” „Ot tak sobie.” Młody pan domów popatrzył na dłonie. „Słudzy je tam umieścili.” „A skąd biorą je słudzy?” Młody mężczyzna wzruszył ramionami.
„Czemu mielibyśmy się tym przejmować, skoro już tam jest?” Culp spytał z zaciekawieniem: „Co byście zrobili, gdyby wasi służący was porzucili?” „Coś takiego nigdy się nie wydarzy.” „Chciałbym zobaczyć waszych służących” – powiedział Emerson. „Teraz ich tutaj nie ma.” Młody mężczyzna zdjął nakrycie głowy. Schował je w niewidoczną niszę. „Opowiedzcie nam o tej waszej ziemi.” „To planeta taka jak ta” – powiedział Emerson. – „Chociaż ludzie na niej żyją zupełnie inaczej. Czy macie służących?” „Nikt z nas obecnie nie ma służących.” „Hm.” – mruknęła z pogardą młoda kobieta. – „Jak dzicy ludzie.” Culp zapytał: „Od jak dawna tutaj mieszkacie?” Pytanie zdawało się być dla panów zagadką. „Od jak dawna? Co masz na myśli?” „Od ilu lat?” „Co to jest rok?” „Jednostka czasu. Czas, jaki zajmuje planecie dokonanie obiegu wokół Słońca, tak jak dzień jest czasem, w którym planeta obraca się wokół własnej osi.” Lordowie domu byli rozpawieni.
„Co za dziwna myśl. Wspaniale arbitralna. Jaki byłby pożytek z takiego pomysłu?” Emerson odparł sucho: „My uważamy pomiar czasu za przydatny.” Panowie domów uśmiechnęli się do siebie. „Może tak rzeczywiście być” – przyznał Hesfor. „Kim są dzicy ludzie?” – spytał Culp. „To tylko hołota” – powiedziała młoda kobieta ze pstryknięciem. – „Wyrzutki z domów, w których nie było dla nich miejsca.” „Nękają nas, próbują ukraść nasze kobiety” – powiedział młody mężczyzna. Uniósł rękę. – „Słuchajcie.” On i młoda kobieta popatrzyli po sobie. Emerson i Culp nic nie słyszeli.
„Pan Gennarro.” – powiedziała młoda kobieta. – „Idźcie tutaj.” Hesfor spojrzał niespokojnie na ścianę. Popatrzył na Emersona i Culpa, a potem twardo ustawił się na środku sali. Rozległ się cichy szmer. Przez ścianę przeszedł wysoki mężczyzna ubrany w lśniącą czerń. Włosy miał miedzianozłote, a oczy szaroniebieskie. Zobaczył Emersona i Culpa. Zrobił wielki krok naprzód. „Co tutaj robią te dzikie stworzenia? Czy wyście wszyscy oszaleli?
Precz, na zewnątrz z tymi stworami!” Wtrącił się Hesfor. „To są obcy z innej planety. Nie mają zamiaru nikogo skrzywdzić.” „Precz z nimi! Jedzą nasze jedzenie. Patrzą pożądliwie na panią Thelm.” Przez cały czas szedł groźnie naprzód. Emerson i Culp cofnęli się trzy kroki. „Dzikie stworzenia, precz!” „Jak sobie chcesz” – powiedział Emerson. – „Pokaż tylko nam stąd wyjście.” „Chwileczkę!” – zawołał Hesfor. – „To ja ich tu zaprosiłem. Są pod moją opieką.” Gennarro skierował swoje niezadowolenie w stronę młodego pana domów.
„Czyżbyś chciał pójść sobie stąd do dzikich ludzi?” Hesfor popatrzył na niego. Ich spojrzenia zwarły się ze sobą. Hesfor zrezygnował i odwrócił się. „Dobrze.” – mruknął. – „Odejdą stąd.” Zagwizdał. Przez ścianę przeszedł chłopiec. „Zabierz obcych na ich statek.” „Szybko!” – ryknął Gennarro. – „Powietrze cuchnie. Są brudni jak świnie.” „Tędy.” – chłopiec przeniknął przez ścianę. Emerson i Culp ochoczo podążyli za nim.
Minęli jeszcze dwie ściany i znaleźli się z powrotem na świeżym powietrzu. Culp głęboko westchnął. Gościnność Gennarro pozostawia wiele do życzenia. Z pałacu wyszła dziewczynka i dołączyła do chłopca. „Chodźcie” – powiedział chłopiec. – „Zabierzemy was na wasz statek. Lepiej, żeby was tu nie było, kiedy wrócą służący.” Emerson obejrzał się w stronę pałacu. Wzruszył ramionami. „Chodźmy.” Poszli za chłopcem i dziewczynką przez dobrze utrzymany ogród, mijając drzewa o białych pniach, łoża czarnego mchu, różowo-białą watę cukrową. Stojąca na drugim końcu polany Gea wydała im się czymś znajomym, jak skrawek domu.
Emerson i Combe przyspieszyli kroku. Kiedy mijali kępę bambusów o szarej łodydze, ze wszystkich stron rozległy się szelesty, odgłosy pośpiesznego ruchu i nagle zostali otoczeni przez dzikich ludzi. Ich dłonie pochwyciły Emersona i Combe’a. Broń Ziemian została im zabrana. Chłopiec i dziewczynka walczyli. Kopali, krzyczali, ale zostali schwytani. Wokół ich ciał zawiązano pętle i pociągnięto ich w kierunku dżungli. „Wypuśćcie nas!” – krzyczał chłopiec. – „Służący przerobią was na proszek.” „Służących nie ma” – zawołał radośnie wódz. – „A ja mam to, czego pragnąłem od wielu lat.
Świeżą i piękną dziewczynę Panów Domów.” Dziewczyna szlochała, krzyczała i szarpała więzy. Chłopiec szarpał się i kopał. „Spokojnie, chłopcze” – ostrzegł go wódz dzikusów. – „Mamy naprawdę wielką ochotę poderżnąć ci gardło.” „Ale czemu złapałeś nas?” – sapał Emerson. – „Do niczego wam się nie przydamy.” „Tylko do tego, żeby zdobyć to, co dadzą nam wasi przyjaciele, abyście wrócili cali do domu.” Wódz uśmiechnął się porozumiewawczo pod wąsem. „Broń, dobre ubrania, dobre buty. Nie zabieramy ze sobą zapasów takich rzeczy. Poczekacie u nas, aż je dostaniemy.” Las był zaledwie w odległości 50 jardów. Chłopiec rzucił się na ziemię. Podobnie zrobiła dziewczyna.
Emerson poczuł, że uścisk na jego ramionach rozluźnia się. Uwolnił się, wymachując pięściami. Trafił dzikiego człowieka, a ten upadł na ziemię. Przywódca wyciągnął swój miotacz. Wycelował go. „Jeden ruch i już jesteście martwi.” Emerson stanął bez ruchu. Dzicy ludzie złapali chłopca i dziewczynkę. Cała grupa ruszyła naprzód, ale do tej pory w pałacu już zauważono atak. Powietrze zapulsowało dziwnym, wysokim gwizdem. Dzicy ludzie zwiększyli tempo swych kroków.
Z pałacu wystrzelił wachlarz czerni, spadając w dół jak wielkie czarne ostrze i uderzając o ziemię na skraju lasu. Dzicy ludzie stanęli na chwilę. W tym miejscu droga ucieczki była zablokowana. Skręcili w bok i pobiegli równolegle do krawędzi polany. Z pałacu wyszedł Gennarro i Hesvor, a za nimi Falm i jeszcze jakaś inna kobieta. Po całej polanie niósł się dźwięk głosu Gennarro, pełen pasji i groźby. Emerson i Combe biegli jakby w sennym koszmarze. Nagle wyrosła przed nimi Gea. Z łomotem wbiegli na górę po rampie, wpadli do wnętrza statku. Załoga z białymi twarzami i pełna niepokoju czekała tylko na nich.
Nie zwlekała nawet sekundy. Właz został zatrzaśnięty. Energia zaryczała w silnikach, a Gea wzbiła się z polany. Gea była w kosmosie, z dala od jakiejkolwiek gwiazdy. Bez słowa komentarza Emerson wyznaczył kurs na Ziemię. Obrazy witaliskopu zgasły. Dyrektorzy Towarzystwa Astrograficznego siedzieli bez ruchu na swoich miejscach. Odezwał się Theodore Cafridge. Jego głos brzmiał spokojnie i rzeczowo. „Jak panowie widzieliście, komandor Emerson i jego załoga przeżyli bardzo szczególne doświadczenie.” „Szczególne?” – Ben Haynut zagwizdał.
– „To spore niedopowiedzenie, jeśli w ogóle.” „Ale co to wszystko znaczy?” – dopytywał się Pritchard. – „Ci ludzie mówią po angielsku i nic nie wiedzą o Ziemi.” Cafridge powiedział swym stanowczym tonem: „Emerson i ja przygotowaliśmy wstępną hipotezę. Po kolei było to tak. Tak jak wy, panowie, byliśmy bardzo zdziwieni. Kim byli ci Panowie Domów? Jak mogli mówić ziemskim językiem, nic nie wiedząc o Ziemi? Jak Panowie Domu kontrolowali swoich służących? Te ogromne stworzenia, które można było postrzegać jedynie jako migotanie światła i cienia.” Cafridge przerwał. Nikt się nie odezwał. Zaczął mówić dalej.
„Komandor Emerson nie potrafił odpowiedzieć na te pytania. Ja też nie. I wtedy wydarzyło się coś bardzo zwykłego. Wydarzenie samo w sobie zupełnie nieistotne, ale pobudziło ono nasze umysły. Otóż wtedy właśnie mój kot Sarvis wkroczył do domu. Użył swoich specjalnych małych, odpychanych drzwi. Mój mały Pan Domu, Sarvis, wszedł do swojego pałacu, podszedł do swojego naczynia i zaczął szukać swojego obiadu.” W sali Rady zapanowała lodowata cisza. Czas jakby się zatrzymał na skutek zaskoczenia i wstrząsu. Potem ktoś zakaszlał, rozległo się sapnięcie oddechu, odrobina nerwowego śmiechu, ogólne niespokojne poruszenie. „Theodore?” — spytał ochrypłym głosem Ben Heinelt.
„Co masz na myśli? Podałem wam fakty. Sami musicie wyciągnąć własne wnioski.” Paul Pritchard mruknął: „To oszustwo. Na pewno. Nie ma żadnego innego wytłumaczenia. Społeczeństwo szalonych głów, eskapistów.” Caffridge uśmiechnął się. „Może omówisz tę teorię z Emersonem?” Pritchard zapadł w milczenie. „Emerson uważa, że mieli szczęście” — kontynuował Caffridge. „Jestem skłonny się z nim zgodzić. Gdyby jakieś dzikie stworzenie wpadło do mojego domu i zabiło Service'a, uznałbym to za wielką tragedię domową.
Mógłbym nie być taki wyrozumiały.” „Co możemy zrobić?” — spytał cicho Heinelt. Caffridge podszedł do okna i stanął koło niego, patrząc w niebo na południu. „Możemy tylko mieć nadzieję, że mają tylu panów domów, ilu im potrzeba. W przeciwnym razie nikt z nas nie jest bezpieczny.”
[05:47:57] - Proszę państwa, późno się zrobiło, tak jakby, a nawet na pewno. To widomy znak, że czas na tradycyjne zakończenie każdego „Bibliotekarium 2.0”, a mianowicie na rozmowę z Piotrem Plebaniakiem. Czas na tę rozmowę.
[05:48:19] - Ja tylko się wetnę na sekundkę. Owszem, jest późno, ale nie tak późno, jak mogłoby być, Marku.
[05:48:26] - Tak, ale to jest właśnie, proszę państwa, pewien problem polegający na tym, że nie ma tych maili może bardzo dużo, bo bym zgrzeszył, gdybym mówił, że jestem zasypywany mailami. Nie, ale kilka maili przyszło i proszę państwa, da się to prawie rozdzielić na pół. Tych, którzy piszą, żeby jednak nie szaleć i nie dojeżdżać do godziny trzeciej w nocy, i tych, którzy piszą, że takie audycje pięć godzin to byłoby całkiem okej. Nie trzeba więcej. Więc wiecie państwo, powiem tak: jakbym nie zrobił, to zawsze zrobię źle, bo jak zacznę skracać audycje, to będą pretensje i jak zacznę je wydłużać, to też będą pretensje. Więc ja tak naprawdę poszedłem dzisiaj złotym środkiem, czyli tak naprawdę audycja gdzieś pewno zbliży się w okolice sześciu godzin. I to jest ten złoty środek. Podobno. Nie wiem. Jeśli macie państwo ochotę, mail jest znany.
Powtórzę go ewentualnie. Albo te wszystkie maile, które państwo znacie doskonale z Radia Paranormalium. Marek Sęk „Ivellios” jest zawsze na posterunku i zawsze maile odbiera. Możecie państwo również pisać na mail Book Radia, a właściwie prostszy jeszcze: redakcja.bibliotekarium@gmail.com. Tam możecie państwo swoje opinie wyrażać, czy to ma być krótsze, dłuższe. Ja wiem, że to jest rodzaj takiego plebiscytu, ale wierzcie mi państwo, ja już czasami jestem bezradny, bo te argumenty, których państwo używacie w mailach, to jest właśnie to, czego się boję w filozofii bardzo często, która tak jak podkreślam, zawsze jest moją ukochaną dziedziną. Ale filozofia ma to do siebie, że da się wydyskutować, wygadać argumenty w każdą stronę i argumenty, których państwo używacie za tym, żeby audycje były dłuższe, jeszcze najlepiej do szóstej rano. Najlepiej, żeby trwały po 10 godzin. I argumenty takie, które optują za tym, że: „Panie Marku, bo pan się wystrzela za szybko jeszcze przed wakacjami i co później będzie pan śpiewał arie operowe gdzieś w czerwcu?” Myślę, że nam to nie grozi, żebym ja musiał państwa katować ariami operowymi. Materiału jest całkiem sporo.
Niemniej jednak ja chętnie poczytam argumenty za i przeciw, chociażby w ramach ćwiczeń filozoficznych. Więc piszcie państwo, piszcie. Dzisiaj będzie tyle godzin czy tyle czasu, ile nam wypadnie. W takim razie Piotr Plebaniak i kolejna reguła, która może zadecydować o tym, czy zbudujemy, czy też rozsadzimy jakieś imperium. Jedno i drugie wydaje się bardzo atrakcyjne.
[05:51:40] - Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:51:43] - Dzień dobry. Pozdrawia Tajwan. Znowu.
[05:51:45] - Wolny Tajwan jeszcze, rozumiem.
[05:51:47] - Wolny cały czas. I teraz była ostatnia afera z tym Macronem, gwałcicielem demokracji z Francji. Natomiast już ją wyjaśniam. Problem współczesnych rozgrywek geopolitycznych polega na tym, że w świecie wielobiegunowym, do którego powoli zmierzamy nieuchronnie, Amerykanie muszą mieć prymat w świecie Zachodu, a w związku z tym muszą Mieć kontrolę decyzyjną nad Europą, czyli nad Unią Europejską kontrolowaną przez Francję i Niemcy. Macron pojechał rozmawiać z Xi Jinpingiem i powiedział między innymi to, że Tajwanu nie będzie bronił, jeżeli dojdzie do ruchów militarnych ze strony Chin. Wszystko to jest plunięciem w twarz Amerykanom i zadeklarowaniem, że nie będą posłuszni dyktatowi Ameryki w kwestii amerykańskiej decyzyjności i sprawczości na całym świecie. I to tyle. To wyjaśnia całą sprawę.
[05:52:45] - Tak, ja to rozumiem, ale w takim razie Amerykanie mają problem.
[05:52:48] - Mają. Muszą negocjować.
[05:52:51] - Zostawmy sobie to, panie Piotrze, na przykład na telegram z krańca świata, bo dzisiaj przed nami kolejna reguła, która pozwoli być może zbudować imperium, a już na pewno pozwoli je rozwalić. Otóż brzmi ona w ten sposób: potrzeba zachowania godności jest jedną z najpotężniejszych sił rządzących ludzkimi reakcjami i motywacjami.
[05:53:16] - Tak, już zbliżamy się do podsumowania rozdziału czy też sekcji książki „Siły psychohistorii”. To jest jedno z ostatnich prawideł i mówi o zachowaniu godności. Ja bym dał taką pracę domową od razu na początku naszym słuchaczom. Oglądając filmy albo przypominając sobie nasze ulubione książki czy filmy, jakieś wypowiedzi polityków czy jakieś sprzeczki polityków, proszę zwrócić uwagę, że niektórzy robią to specjalnie. Czasami wychodzi to niecelowo. Po prostu ktoś zagapił się i naruszył godność innej osoby. Jedno z nowszych filmów, który mi się strasznie podoba, fragment „Diuny” tej najnowszej sprzed dwóch lat, w której książę Leto Atryda spotyka się ze Stilgarem, czyli przywódcą Freemanów żyjących na planecie Arrakis. I pierwsze, co mówi do tego przywódcy lokalnej ludności, to coś takiego: „Szanowny panie, szanuję godność każdej osoby, która szanuje moją”. I to jest deklaracja tego, jak ustala się warunki negocjacyjne z tą drugą stroną. I ten drugi, czyli Stilgar odpowiada: „To bardzo honorowe”.
I już wtedy obydwie strony wiedzą, z kim mają do czynienia. Wracając do tych wszystkich przykładów i do tej pracy domowej, którą zadaję, za co bardzo nieszczerze i gorąco przepraszam. Zobaczcie, że większość konfliktów kontynuuje się dlatego, że albo jedna ze stron decyduje się, albo obie, albo wychodzi to z sytuacji, że godność drugiej strony zostaje w jakiś sposób naruszona, albo zaproponowane warunki kontraktu, albo zawarcia pokoju, albo generalnie jakiejś interakcji, która między nimi zachodzi, polega właśnie na tym, że ta druga strona uznaje, że jej godność została naruszona. Takim najbardziej oczywistym przykładem jest koniec pierwszej wojny światowej w Europie. Proszę zobaczyć, Niemcy zostali pokonani nie na polu bitwy, tylko na skutek blokady morskiej i rewolucji, która wybuchła wewnątrz Niemiec, czyli przegrali bez zachowania honoru. W sensie, że nie jak rycerz na polu chwały w uczciwym pojedynku, tylko po prostu ze względu na inne przyczyny. Porażka nie została uznana i to zostało wyzyskane przez kolejny reżim, czyli przez reżim nazistów. Tak to wygląda.
[05:55:48] - Panie Piotrze, ale to, o czym pan mówi, wydaje się być wiedzą powszechną, przynajmniej wśród polityków. Wśród polityków to już z całą pewnością. Dlaczego zdarza się tak, że wręcz świadomie w wielu wypadkach godność drugiej strony bywa nie tylko szargana, ale wręcz deptana ostentacyjnie i z zachowaniem wszystkich możliwości, na które sobie może jedna strona pozwolić?
[05:56:18] - My jesteśmy ludźmi, a ludzie to są zwierzęta społeczne, a raczej małpiszony społeczne, czyli homo sapiens. Ja przypominam, przetłumaczyłem w poniekąd bardzo poważnej książce Sun Zi „Sztukę wojny”, czyli przekład traktatu „Sztuka wojny”. Homo sapiens przetłumaczyłem na złośliwe małpy. Clou tego przekładu, może nie do końca ścisłego, ale trafiającego w punkt, to taki paradoks polega na tym, że my mamy ten instynkt dominowania nad innymi, dlatego że to dominowanie nad innymi polega na tym, że zmienia się kolejność dziobania, czyli otrzymywania podziału na przykład upolowanej zwierzyny. Taki zwyczaj jeszcze był do niedawna, do XIX wieku na Hawajach, które są zawsze podawane jako przykład przez osoby lewicowo-liberalne, tak zwane podkreślam, jako przykład biednego kraju, który został napadnięty przez Stany Zjednoczone, którym trzeba zwrócić autonomię i generalnie tego typu głosy panują. Natomiast mieszkańcy Hawajów to była po prostu dzicz. Proszę poczytać sobie, jakie były zwyczaje posiłku, zwyczaje małżeńskie, zwyczaje regulacji statusu członków plemienia. Jedna z najgorszych dziczy, jaką można przeczytać w podręcznikach od antropologii, była na Hawajach. Skoro jesteśmy przy Hawajach, to proszę zobaczyć, co się stało pod koniec drugiej wojny światowej, wtedy, kiedy Japończykom zostały spuszczone dwie bomby. Ja mam jeszcze zdjęcie nawet z muzeum Los Alamos z wyjaśnieniem, dlaczego te bomby zostały spuszczone według kuratorów tego muzeum.
Los Alamos to jest miejsce, gdzie był główny ośrodek projektu Manhattan, czyli zbudowania amerykańskiej bomby atomowej. Tłumaczone jest to bardzo prosto. Japończycy w czasie w okolicy drugiej wojny światowej To był naród kierowany przez elity, działający pod wpływem kodeksu honorowego czy kodeksu wojownika, czy kodeksu buszido. To jest bardzo nieścisłe, zastrzegam. To wymagałoby osobnej rozmowy. Natomiast generalnie taki wojownik się nie poddaje. Poddać się to jest hańba. W związku z tym Amerykanie, już skracając maksymalnie tę opowieść, która zresztą jest znana powszechnie, więc nie ma sensu jej powtarzać. Amerykanie musieli zrobić coś takiego, co by przełamało nie tyle tabu kulturowe, ile właśnie mózg kulturowy do tego, żeby się nie poddać. Amerykanie przewidywali, że nie dziesiątki, ale setki tysięcy ofiar można się spodziewać w czasie inwazji na Japonię, a potem okupacji Japonii.
Właśnie ze względu na to, że Japończycy by nie uznawali i by walczyli po prostu do końca po to, żeby zachować swoją godność w swoich własnych oczach. I co zostało zrobione przez Amerykanów? Amerykanie zrzucili te dwie bomby i nakazali cesarzowi, żeby on nakazał ludowi bezpośrednio przez radio poddanie się. I to był pierwszy raz, kiedy zwykły człowiek, zwykły Japończyk usłyszał w ogóle przez radio oczywiście nie bezpośrednio, ale głos swojej władzy, swojego cesarza. To było właśnie wtedy, kiedy ten cesarz nakazał wszystkim, żeby się poddać i żeby przyjąć wojska okupacyjne, amerykańskie i alianckie. Także godność. Proszę zobaczyć, jeżeli pokonujemy przeciwnika, należy upewnić się, co chcemy zrobić. Czy chcemy go zexterminować, czy chcemy go tak czy inaczej zniszczyć, zakulturować, rozczłonkować, porozsiedlać w różne zakątki własnego imperium. To, co robią Chińczycy z Ujgurami w tej chwili, a wcześniej robił Stalin z Polakami na przykład. Po to, żeby zniszczyć wolę oporu i zdolność całej jednostki narodowej czy też społeczności narodowej do stawiania jakiegoś zbrojnego oporu.
Więc jeżeli chcemy skłamsić tą godność, to robimy bardzo brzydkie rzeczy. Akulturujemy, zamykamy w obozach, eksterminujemy, czyli zabijamy tak, jak robili to Niemcy wobec Słowian, Polaków i Żydów. Przepraszam, to są częściowo łączne grupy. Natomiast jeżeli chcemy zachować godność, to postępujemy tak jak Zhuge Liang, który siedem razy uwalniał Meng Huo. To jest taka słynna opowieść, taka anegdota historyczna, którą wszyscy Chińczycy niemalże znają. Opisałem ją w książce „36 kwarteli”. Jak ktoś jeszcze nie zna, to zapraszam oczywiście do zakupu albo przeczytania przynajmniej. Tam właśnie ta anegdota polega na tym, że Zhuge Liang, uznawany za największego stratega, najgenialniejszego stratega w historii Chin chwytał w bitwie króla barbarzyńskiego, który napadał na państwo, w którym mieszkał ojczyzna Zhuge Lianga i następnie ten król barbarzyński został wypuszczony. To było dla niego kompletnie niezrozumiałe. Natomiast za którymś tam razem on zrozumiał, że ten wypuszczający go Zhuge Liang starał się właśnie zachować godność tego króla.
I kiedy ta relacja stała się w końcu jasna dla tego co i rusz łapanego i wypuszczonego, to on przestał po prostu walczyć. Przestał uznawać Zhuge Lianga za swojego wroga, więc nagle okazało się, że konflikt można rozwiązać okazując komuś, dając komuś godność, nadając podmiotowość i okazując szacunek w nie do końca na początku zrozumiały sposób, ale w końcu się dało to zrozumieć.
[06:01:57] - Niby to do mnie przemawia panie Piotrze, ale jak sobie przypomnę końcówkę roku 1984, to tak nie do końca.
[06:02:06] - Dlaczego?
[06:02:07] - Bo w '84 roku było tak, że najpierw oni tego głównego bohatera Winstona przekonali do idei. On za każdym razem czekał, jak już kochał wielkiego brata, to jednak miał świadomość tego, że pewnego dnia przyjdzie egzekutor. On wiedział o tym, w czasach stalinizmu tak było, że najpierw trzeba było potencjalną ofiarę przekonać. Ona musiała uwierzyć, a potem się jej pozbywano. To jest dla mnie mechanizm psychologiczny, którego do końca nie rozumiem, a który był stosowany.
[06:02:45] - To jest kwestia dominacji moim zdaniem. Ja nie czytałem akurat tej końcówki, bo czytałem tylko fragmenty, pisząc „Siłę psychohistorii”. Natomiast to jest ewidentnie gra dominacyjna, dlatego że ludzie, którzy są zarażeni, którzy mają fetysz dominowania nad innymi, czyli mają ten power fetish po angielsku to się nazywa. Ktoś musi nastąpić jakiś rytualny akt albo jakiś akt ulegnięcia tej ofiary. I wtedy ten dominator, gwałciciel, zależnie od kontekstu czuje się zaspokojony i atak jest zakończony. W związku z tym akt dominowania i pojedynczy akt dominacji to są procesy częściowo nakładające się dlatego, że okres czasu, w którym osoba dominująca dominuje nad swoją ofiarą, może być okresem, w którym następuje cały szereg aktów dominacji, albo może być po prostu ustanowiony jednym aktem dominacji na początku, a potem tylko przypominanym, albo nawet to nie jest potrzebne. Natomiast liczy się to poczucie satysfakcji w umyśle osoby dominującej, że oto jemu podlegają decyzyjnie czy ideologicznie inni i muszą robić albo myśleć to, co on im narzuci.
[06:04:08] - Tak jest. Dzięki panie Piotrze. To była pouczająca lekcja. Na pewno dla mnie przynajmniej i myślę, że dla naszych słuchaczy również. Pięknie dziękuję. Pozdrawiam i do usłyszenia.
[06:04:20] - Bardzo też dziękuję. Do usłyszenia.
[06:04:24] - Proszę państwa, to już widomy znak, że audycja dotarła do brzegu. Co na tym brzegu? Na tym brzegu oczywiście pożegnanie ode mnie, ale też zapowiedź, bo w następnej audycji zrobi się ciekawie, bo porozmawiamy o japońskich kryminałach. Tak, proszę państwa, natknąłem się na niezwykłą prelekcję podczas Poznańskich Targów Książki właśnie o japońskich kryminałach. Co więcej, coś jest takiego w naszej rzeczywistości, co sprawia, że ona mi się wydaje jednak w jakiś sposób synchroniczna. Dlaczego? Już państwu odpowiadam. Bo całkiem niedawno dogadałem się z jednym z autorów, który gościł na naszej antenie już jakiś czas temu, że również porozmawiamy o jego fascynacjach literackich. I wśród tych fascynacji literackich są, zgadnijcie państwo, japońskie kryminały. To jeszcze za jakiś czas.
Niemniej jednak jakoś tak się powtarzalnie robi. Co więcej, gdzieś w perspektywie, mam przynajmniej taką nadzieję na rozmowę z Martą Sobiecką na temat jej najnowszej książki. Książki, którą zapowiadałem tydzień temu. Ale czas, by wreszcie przepytać autorkę na tak zwaną okoliczność tejże książki. Podejmę takie kroki. Mam nadzieję, że dzięki „Bibliotekarium 2.0” będziecie państwo mogli w swoich lokacjach gościć autorkę. Bo wierzcie mi państwo, te opowieści z futurystycznej Japonii, ale futurystycznej tak niespecjalnie mocno futurystycznej, odległej od nas zaledwie o kilkadziesiąt lat. Niektórzy z państwa dożyją tamtych czasów. Tych, co nastąpią. Dożyją tych czasów, które opisuje Marta Sobiecka.
Ten świat jest fascynujący. Ten świat jest porywający. Jeśli podobała się wam narracja w „Ghost in the Shell”, czy to tym rysunkowym, czy to tym aktorskim, proszę tego nie traktować jako taką prostą kalkę. To nie jest to, ale w jakimś stopniu pewien klimat i tylko klimat jest podobny. Marta Sobiecka zabiera nas w podróż do tej futurystycznej Japonii i jest to podróż, której się nie zapomina. Ja w każdym razie mam to szczęście, że sporą część utworów Marty czytałem przed osobami tymi, które kupują książki. I wierzcie mi państwo, to zawsze była ogromna przyjemność dyskutować później z autorką o różnych aspektach tych opowiadań. Może się uda w takim razie podyskutować z nią również w audycji, zapytać o plany, o to, jak będzie wyglądała jej trzecia książka, bo skoro druga, to na pewno będzie trzecia. Już nie przedłużam. Pięknie państwu dziękuję za towarzystwo podczas dzisiejszej audycji.
Zapraszam niezmiennie na następny tydzień. Znowu będzie ciekawe „Filmotekarium”. Już Piotr Cielebiaś o to zadba. Będzie ciekawa rozmowa, a właściwie ciekawa prelekcja o japońskim kryminale. Jeszcze raz serdecznie zapraszam. Pięknie państwu dziękuję. Do usłyszenia.
[06:08:29] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sengiewelios, Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.