[00:01] - Telegram z krańca świata. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[00:06] - Dzień dobry, bardzo pozdrawiam z Tajwanu, a w szczególności z wyspy Kinmen, na którą właśnie dotarłem. Zaraz sobie o niej powiemy. A teraz ogłaszamy tytuł rozmowy: Imperia galaktyczne.
[00:17] - Ja nie wiem, co jest w tym tytule, ale taka mała kuchnia dziennikarska. My tę rozmowę tak naprawdę, proszę państwa, zaczynamy po raz trzeci i zawsze coś się takiego pojawia, co nam po prostu rozwala kompletnie tę rozmowę. Miejmy nadzieję, że do trzech razy sztuka i tym razem już nic się tutaj nie posypie w tak zwanej technice. Niniejszym zaczynamy rozmawiać o galaktycznych imperiach, czyli galaktycznym imperium. To jest to, co tygrysy lubią najbardziej, bo niechybnie zahaczymy o fantastykę naukową.
[00:54] - Tak jest. Ale zanim zahaczymy o fantastykę naukową, to zahaczymy o teorie spiskowe. Tak się zastanawiam, czy czasem feministki czwartej fali nie dowiedziały się o treści naszych rozmów na temat dymorfizmu płciowego, który mieliśmy chyba trzy czy cztery miesiące temu. W związku z tym niewykluczone, że podjęły działania sabotażowo-subwersyjne celem zdeprymowania nas do prowadzenia tych rozmów. Oby tak nie było, bo wtedy właśnie to Imperium 4F feministyczne mogłoby być konkurencją do Imperium Galaktycznego, które tutaj z panem Markiem będziemy budować. To na razie jeszcze tajemnica. Proszę nikomu nie mówić. Natomiast zastanawiamy się, przecież mamy bazę teoretyczną, cały czas ją przetwarzamy, że tak powiem, i zaraz ruszymy do dzieła. Natomiast zanim ruszymy do opisywania książek, powiem taką jedną ciekawostkę, na którą natknąłem się w czasie kończenia książki o geopolityce, czyli „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Książka została ukończona w ubiegłym tygodniu, jakby ktoś przegapił.
Zaraz będzie w wersji papierowej dostępna mniej więcej za dwa tygodnie. Natomiast analizując debatę, że tak powiem, alarmistyczną dotyczącą klimatu, natknąłem się na następującą ciekawostkę. Otóż prymaty, czyli małpy, łącznie z takimi malutkimi, które skaczą po drzewach, takie pieszczoszki wielkości psa czy kota. Prymaty powstały mniej więcej 50 milionów lat temu i wtedy, w tamtym okresie 50 milionów lat temu, stężenie dwutlenku węgla w atmosferze ziemskiej było w granicach 1000 PPM, czyli parts per million, czyli części cząsteczek na milion innych cząsteczek. W tej chwili, po zakończeniu epoki lodowej spadło stężenie dwutlenku węgla do 180 cząsteczek, natomiast przed erą przemysłową miało to 280 wysokość, a w tej chwili jest mniej więcej niecałe 400, czyli się zwiększa. Natomiast tutaj powrócę do tych 180. To jest zaledwie 30 jednostek powyżej sytuacji, w której rośliny po prostu nie mając dwutlenku węgla, nie mogą syntetyzować i po prostu umierają. Gdy trend odsysania poprzez życie biologiczne i poprzez inne procesy fizykochemiczne, wysysania dwutlenku węgla z atmosfery, gdyby ten trend kontynuować w przyszłości, czyli dokonać jego projekcji, to za półtora miliona lat po prostu tego dwutlenku nie będzie, a znacznie wcześniej, zanim go w ogóle nie będzie, to po prostu rośliny poumierają i cała biosfera, taka jak ją znamy przynajmniej, po prostu przestanie istnieć. Dlatego, że bez roślin nie ma też zwierząt. Lem pomylił się.
To nie jest tak, że cały świat zwierzęcy jest pasożytem roślinnego, co właśnie mówił Lem, co jest kompletnie błędną koncepcją. Właśnie to jest taka jak gdyby symbioza, nie do końca oczywiście dobrowolna, ale co jest dobrowolne w biologii? Więc podsumowując, to jest jeden punkt. Drugi punkt jest następujący: ludzie, którzy funkcjonują, znaczy my wszyscy, którzy funkcjonujemy na co dzień, mamy pewną tolerancję co do tego, jaki poziom dwutlenku węgla jest dla nas, że tak powiem, zdrowy i jakieś wahania, to było mierzone w wielu doświadczeniach. Poza tym znamy z jakichś dusznych sal, które są źle wentylowane, kiedy stężenie wzrasta do 600, 800 w jakiejś sali, to po prostu czujemy się niedobrze, duszno, niektórych boli głowa. To zależy oczywiście od osoby. Natomiast występują też zmierzone laboratoryjnie zaburzenia kognitywne w sytuacjach, kiedy ten dwutlenek węgla, jego stężenie wzrasta na przykład między 800 a 900. Już się zaczynają pojawiać wyraźnie dostrzegalne zaburzenia kognitywne. Tutaj tytułem dygresji niektórzy ludzie, których nie lubimy, nasi wrogowie przede wszystkim, właśnie mają te zaburzenia bez wpływu dwutlenku węgla. Niech ich piekło pochłonie, tych wrogów, których nie lubimy.
Natomiast już wracając do pewnej powagi sytuacji, pierwszy punkt, czyli stale obniżające się stężenie dwutlenku węgla i drugie: zakres, w którym ludzie są w stanie funkcjonować kognitywnie na wystarczającej wydolności, która umożliwia pracę akademicką czy też pracę umysłową. Proszę zobaczyć, że te zakresy ledwo się nakładają. To znaczy, można by wymyślić opowiadanie fantastycznonaukowe. To nie wiem, czy dobrze mówię, bo pan Marek zaraz napisze je przede mną. Ja nie zdążę nawet otworzyć komputera. Przecież to jest zawodowy pisarz, który napisał dziesiątki książek i po prostu ograbia mnie z pomysłu. Ale trudno.Można napisać świetne opowiadanie naukowe, w którym ludzkość nie jest w stanie ze względu na to, że wzrosło stężenie dwutlenku węgla, ludzkość nie jest w stanie kontynuować podtrzymania cywilizacji dlatego, że po prostu nie jest w stanie prowadzić działalności kognitywnej niezbędnej do tego, żeby prowadzić innowację technologiczną chociażby. Ale drugim pomysłem, to już jest bardziej poważnym pomysłem, jest to, że byłoby możliwe, że małpy człowiekowate czy też człowiek jako homo sapiens, jako gatunek nie byłby w stanie wytworzyć kultury czy też powiększyć wielkości swojego mózgu do poziomu, który jest niezbędny do tego, żeby był wydajnym zwierzęciem społecznym, zdolnym do ultrakooperacji. Zaraz powiem, co to jest. Jak ktoś jeszcze nie przeczytał „Sił psychohistorii”.
Człowiek jako gatunek nie byłby w stanie stworzyć społeczności i tworzyć gatunku, którego biologia zasadza się na bardzo dużym mózgu, zdolnym właśnie do budowania działań kooperacyjnych, działań społecznych, gdyby stężenie tego dwutlenku węgla było wyższe niż na przykład 700, 800 czy 1000. Nikt tego nie zbadał z tego, co wiem. Próbowałem to znaleźć, ale nie natrafiłem na żadne badanie, które by w jakiś sposób to opisywało, mówiło, że istnieje taka granica, ale jest możliwe, że przez niesamowity zbieg okoliczności ewolucji biologicznej gatunku homo sapiens, który akurat się pojawił na Ziemi wtedy, kiedy wartość dwutlenku węgla spadła do jakiejś niemalże granicznej dla życia roślin wartości, to w tym przedziale powyżej tego progu umierania roślin, ale poniżej tego progu zdolności konceptów kognitywnych byliśmy w stanie stworzyć cywilizację. Nagadałem się, ale skończyłem.
[08:04] - Przywołał pan pewien wykres ze swojej najnowszej książki. To ja jeszcze o tym wykresie chwileczkę. Po pierwsze-
[08:11] - Już go poprawiłem.
[08:12] - Nie, to nie o tym. Tam jest bardzo ciekawy element, że tak naprawdę interesy człowieka, interesy roślin są jakby rozbieżne. To znaczy rośliny czują się najlepiej od 1000 do 1500 ppm i w związku z tym-
[08:33] - Niech pani mówi PMS, bo feministki się przyczepią rzeczywiście.
[08:38] - W każdym razie można by też wymyślić opowiadanie, w którym rośliny uzyskały jakąś tam świadomość i świadomie podwyższają ilość dwutlenku węgla, żeby ten człowiek, który potencjalnie stanowi konkurencję, najnormalniej w świecie zgłupiał i nie stanowił zagrożenia dla roślin. To jest pierwsza sprawa, o której chciałem powiedzieć. Druga, że taki podobny przypadek, nie o to chodziło, ale coś takiego można by wyciągnąć z tej książki, mianowicie Brian Aldiss i „Cieplarnia”. Tam mamy do czynienia z takim światem, gdzie rośliny panują, wydzielają tego dwutlenku węgla od cholery prawdopodobnie. Znaczy i wydzielają, i wchłaniają, bo to tak z roślinami jest, że one co prawda produkują ten tlen, ale to w zależności od pory, od doby, od czasów podczas doby. Raz to jest tlen, raz dwutlenek węgla. W każdym razie o tym należy też pamiętać. Więc „Cieplarnia” byłaby tu dobrym przykładem. Ale mam jeszcze jedną sprawę. Otóż bardzo panu dziękuję za ten wykres, z którym państwo będziecie się mogli zapoznać, kiedy już nabędziecie-
[09:49] - Po zakupie książki.
[09:50] - Tak, no właśnie. Dlaczego dziękuję? Otóż do tej pory bardzo często ludzie, którzy są opętani tym przekonaniem, że giniemy, umrzemy, zabije nas efekt cieplarniany i tak dalej. Nie wykluczam. Być może, ale oni przede wszystkim przywoływali wykres, na którym było uwzględnione ostatnich kilkaset tysięcy lat. I wtedy rzeczywiście ten wykres wygląda tak, że on cały czas rośnie. Natomiast dosyć skrzętnie pomijano tę szerszą perspektywę czasową. A to, co pan przywołał, sięga bodajże 150 milionów lat wstecz.
[10:34] - Tak, nawet więcej.
[10:35] - Wtedy widać, że to zupełnie wygląda inaczej i że my tak naprawdę w tej chwili, pompując to CO2 do atmosfery, nie wiem, czy to dobrze, czy źle, nie zabieram w tej sprawie głosu. Natomiast tak naprawdę zaledwie odrobiliśmy część tego, co było w odległej przeszłości.
[10:53] - Dokładnie.
[10:53] - Moje pytanie do wszystkich tych ekologistów, bo trudno ich nazywać ekologami, ale tych ekologistów jest takie: czy aby na pewno są przekonani o tym, że wiedzą, jakie stężenie CO2 w atmosferze jest tym właściwym, takim jak powinno być?
[11:13] - Właśnie tak. Oni tego nie potrafią powiedzieć. Dostają zwarcia, kiedy zada im się dokładnie to pytanie. Także zna pan temat, widzę.
[11:21] - No właśnie, bo ja się już nie raz z tym zetknąłem. Na podstawie czego właściwie oni dosyć arbitralnie mówią, że powinno być tak, a tak? Ja tutaj powiem, że wczoraj w stosunku do momentu nagrania tej audycji, ale gdzieś tam wcześniej wspólnie z Piotrem Cielebiasiem nagraliśmy taką audycję „Czy chcą zasłonić niebo?”, gdzie mówimy o planowanych eksperymentach takich geoinżynieryjnych, a właściwie związanych z regulacją, z rozpylaniem związków siarki w atmosferze, do czego nawołuje część naukowców, żeby zasłonić część promieniowania, żeby efekt się nie wzmagał, ten cieplarniany i tak dalej. Odsyłam państwa do tej audycji, a teraz kontynuujmy budowę Imperium Galaktycznego, panie Piotrze.
[12:12] - Po to, żeby powoli się przebili do tematu, podpowiem, że dostaliśmy od losu dosłownie ułamek czasu Ziemi, w którym pojawiliśmy się jako gatunek i mamy ten jeden strzał, żeby stworzyć właśnie Galaktyczne Imperium.Z tej prostej przyczyny, że jeżeli nastąpi teraz jakieś załamanie cywilizacyjne polegające na rozprzęgnięciu tych łańcuchów dostaw, o czym co chwila słyszymy w telewizji, w mediach i w internecie. Problem polega na tym, że jeżeli nastąpi takie załamanie i część chociaż wiedzy, którą na dzisiaj używamy do tego, żeby budować platformy wiernicze wydobywające ropę z głębokości kilku kilometrów pod dnem morza, utracimy zdolność przetwarzania uranu albo jakichś innych elementów naszej technologii, która nas otacza, którą uważamy za nam dane i już na zawsze. Kiedy nagle nastąpi załamanie, jakaś następna cywilizacja, za dwa, za trzy tysiące lat czy za 50 tysięcy lat, kiedy ludzkość ponownie wygeneruje zdolność do budowania imperiów takich, jakie były 2000 lat temu, czyli w czasach Imperium Rzymskiego, to ci ludzie za 50 tysięcy lat już nie będą mieli do dyspozycji jakichś złóż miedzi czy złóż żelaza, które gdzieś leżą niemal na wierzchu, że łopatkiem wystarczy pogrzebać i znaleźć. Tylko my wszystko wydrenujemy. Przecież z jakiej głębokości teraz wyciągamy węgiel? Z ponad kilometra bierzemy węgiel z pokładów, które są na dzień dzisiejszy na terenie Polski. Oczywiście są nadal te biedaszyby tak zwane, ale tej energii następna literacja naszej ludzkiej cywilizacji będzie miała po prostu za mało. Przynajmniej w takim modelu cywilizacyjnym, jaki rozumiemy na dzień dzisiejszy, że jest realistyczny do wykształcenia technologii kosmicznych i oni po prostu nie dadzą rady. Jest takie świetne opowiadanie Egana bodajże, takiego australijskiego pisarza, w którym jakaś cywilizacja kosmiczna wyższa odrobiła Ziemię tak, jakby zamroziła w czasie, czyli bieg wszechświata. Niech pan mi przypomni autora i tytuł.
„Spin” czy jakoś tam ze spinem był tytuł. Nie pamiętam dokładnie. Generalnie ta cywilizacja sprawiła, że wszechświat biegł swoim biegiem, a Ziemia jakby się zatrzymała. Także na Ziemi przebiegło chyba ze 200 lat, a w kosmosie na zewnątrz kilka miliardów. Pamięta pan nazwę opowiadania?
[14:41] - Niestety nie. Ale bardzo podobną tematykę porusza Isaac Asimov w „Końcu wieczności”. Tam też przypomnę była taka organizacja, która nadzorowała czas i ciągle pojawiał się nowy model człowieka i ta organizacja nadzorowała, żeby się ten człowiek odpowiednio rozwijał. Czasami ingerowali mniej, czasami bardziej, ale do czego prowadzę. Tak naprawdę Ziemia przestała się zajmować kosmosem i kiedy już doszła do wniosku, że można by to, jak to napisano w tej książce: „Kiedy ruszyliśmy w kosmos, to wszędzie zastaliśmy tabliczki z napisem zajęte”.
[15:28] - Zajęte. Tak jest.
[15:29] - Także taka kolej rzeczy się może pojawić.
[15:36] - Dobrze, więc wracając ponownie do tematu po tej dygresji mamy ostatnią szansę, pierwszą i ostatnią tak naprawdę, żeby zbudować galaktyczne imperium, żeby spełnić ten sen lat 50., 60., 70. fantastyki naukowej, która była taka optymistyczna i opowiadała nam, że zaraz skolonizujemy Układ Słoneczny, zaraz wybrawimy się na statku, który się nazywał Gea, na przykład do Alfa Centauri albo na statku, który się nazywał Quinine albo Mayflower. To jest oczywiście z tej książki, o której już opowiadaliśmy „Nas z przeszłości”. Natomiast dzisiaj będziemy mówili o imperiach galaktycznych. Pierwszym takim imperium podstawowym dla książki, przynajmniej „Siły psychohistorii” jest imperium właśnie w powieści „Fundacja” Isaaca Asimova, o której przed chwilą wspomnieliśmy. Tamto imperium objęło swoim władztwem całą galaktykę i po chyba 10 czy 30 tysiącach lat, 10 tysięcy lat trwało, chyliło się nieuchronnie ku upadkowi. Natomiast jest jeszcze inna książka „Wyprawa do gwiazd” van Vogt. Nie wiem, czy ktoś czytał tak starą fantastykę naukową. Więc sprawa polegała na tym, że ludzkość skolonizowała całą naszą Drogę Mleczną i wyprawa gigantycznego statku kosmicznego miała za cel skolonizowanie i penetrację przede wszystkim całej Galaktyki Obłoku Magellana. W związku z tym, że ta wyprawa nie była pierwszą, bo okazało się w jej trakcie, że Obłok Magellana został skolonizowany przez uciekinierów z Drogi Mlecznej, nie pamiętam dokładnie, 1000 lat wcześniej.
Ci uciekinierzy zbiegli po to, żeby zbudować swój własny świat, a zbiegli dlatego, że byli mutantami. Zostali przekształceni genetycznie do tego, żeby być biologicznie nadludźmi. W związku z tym, że ta cywilizacja właśnie tych uciekinierów została odkryta, nastąpił konflikt. Konflikt bardzo ciekawy, dlatego, że okazało się, że dla tej gigantycznej, panującej nad całą galaktyką cywilizacji rasy ludzkiej jedność była ważniejsza niż dominacja jakiegoś biologicznego odłamu ludzkości. W związku z tym kapitańczymi, bo to była kobieta, była dowódcą tego okrętu, czy też pani kapitan, już tu będę się pastwił nad osobami o odmiennych światopoglądach. Natomiast pani kapitan stwierdziła jasno do jednego z przywódców tej cywilizacji 50 Słońc to było tak nazywane bardzo poetyckoŻe ludzkość jest gotowa do tego, żeby być zdominowana przez tą lepszą wersję biologiczną samych siebie, ludzi, czyli homo sapiens. Dlatego, że ważniejsza jest jedność. Ważniejsze jest to, że imperium człowieka rozciągające się na całą galaktykę nie zostanie podzielone i nie stoczy się do walk frakcyjnych czy też walk plemiennych.
[18:50] - Tak, pamiętam tę książkę. Pamiętam, że wtedy, przyznam się, że moich kolegów niezwykle szokowało, że może pani kapitan dowodzić taką wyprawą. To świadczy o tym, że czasy były jednak te czterdzieści lat temu, bo ta książka wyszła w Polsce czterdzieści lat temu. Oczywiście w oryginale wyszła znacznie, znacznie wcześniej, ale w Polsce wiem, że to było przyjmowane z takim niedowierzaniem. To były czasy, proszę państwa, że kobieta za kierownicą budziła jakieś tam emocje. Więc proszę bardzo, proszę czterdzieści lat i się wszystko pozmieniało. To taka refleksja może nie à propos dzisiejszego tematu, niemniej jednak dobrze. To jest pierwsze galaktyczne imperium, właściwie drugie, bo mieliśmy Isaaca Asimova i „Fundację”. Teraz mamy „Wyprawę do gwiazd”, ale w ogóle cały odłam fantastyki naukowej zwany space operą karmi się wszelkimi imperiami galaktycznymi. Raz są one bardziej potężne, raz mniej.
Ale to w ogóle jest sól ziemi dla space opery. To cóż jeszcze rzuci pan na stół, panie Piotrze?
[19:59] - Na stół możemy rzucić „Zmierzch i upadek Cesarstwa Rzymskiego” Gibbona, który był inspiracją do „Fundacji”.
[20:07] - Tak, mało to science fictionowe, ale rzeczywiście, tak jak pan powiedział, Asimov dawał do zrozumienia i wiele razy się o tym mówiło, że ta książka Gibbona była takim miejscem startu dla Asimova. Prawdopodobnie pod wpływem tej lektury w ogóle zaczął sobie myśleć o tym, że można by tego rodzaju opowieść snuć. I podobno kiedy Campbellowi powiedział o tym pomyśle, to Campbell oszalał. Po prostu oszalał ze szczęścia, że coś takiego. To było absolutnie przełomowe. Dlaczego? Dlatego, że owszem, już w fantastyce naukowej, bo to lata czterdzieste były, w fantastyce naukowej tamtego czasu pojawiały się takie wątki jakichś rozbudowanych państw galaktycznych czy takich częściowo galaktycznych. Natomiast Asimov zaproponował analizę tego niejako od środka, mechanizmów. Może to lepsze słowo, mechanizmów, które sprawiają, że tego rodzaju organizacje wielkie mogą w ogóle funkcjonować. I to jest duży wkład Asimova, po części, tak jak pan powiedział, Gibbona do tego, żeby przestawić zwrotnice, przestawić wajchę i dać czytelnikom niby lekturę rozrywkową, ale jednocześnie taką, po której naprawdę można snuć rozmaite refleksje.
Takie bardzo à propos naszych czasów.
[21:41] - W ogóle ja niedawno słuchałem angielskiej wersji audiobooka „Fundacji” i było dla mnie fascynujące, że wiele wątków Asimova to jest taka filozofia historii, jak gdyby. Bo bardzo silny był ten wątek zestawiający siły psychohistorii, czyli te siły napędzające jakieś wielkie wydarzenia, które muszą się zdarzyć, dlatego, że inercja tych zdarzeń socjologicznych, zdarzeń politycznych jest taka, że pewne zdarzenia muszą zajść. A po przeciwnej stronie był ten człowiek, który starał się zmienić ten bieg rzeczy, przekierować go do swojej własnej woli. I zestawienie tej siły decyzyjnej, tych potężnych mechanizmów, które sprawiają, które powodują całymi narodami, całymi galaktykami, całymi gromadami gwiazd skolonizowanych przez ludzi. A z drugiej strony pojedynczy człowiek albo grupa ludzi, którzy są zdeterminowani do tego, żeby coś zmienić. Coś takiego w mniejszej skali na dzień dzisiejszy mamy. Zmienia się geopolityczny cały układ sił, do którego się przyzwyczailiśmy od trzydziestu lat, czyli ten Pax Americana, czyli ten moment historii, który nazwaliśmy końcem historii. Niektórzy nazywali oczywiście, propagandyści. Moment historii, w którym Amerykanie absolutnie dominowali. Ten moment się już kończy.
W tej chwili, kończąc pisanie książki o geopolityce, zacząłem trafiać na wydarzenia, które były czystą spekulacją, jak zaczynałem tą książkę pisać. Na przykład dosłownie dwa tygodnie temu czy dziesięć dni temu na giełdzie surowcowej w Szanghaju nastąpiła pierwsza transakcja zakupu ropy naftowej. Francuska firma kupiła od firmy z Arabii Saudyjskiej sześćdziesiąt cztery tysiące ton ropy i transakcja była denominowana w juanach. Nie w dolarach, nie w petrodolarach, tylko właśnie w juanach. Historia dzieje się na naszych oczach.
[23:39] - Tak, panie Piotrze. Francuzi zawsze Amerykanom robili pod górę. Ja przypomnę, że odejście od parytetu złota też miało w tle francuską akcję. Tak że Francuzi są wyjątkowo pod tym względem zasłużeni albo też można by przeciwnego określenia użyć.
[23:59] - Tak, ale Francuzi też mocno dostali od Anglików i od Amerykanów, bo byli dosyć poważną konkurencją na rynkach światowych, w sferze kontrolowania mniejszych narodów i wyzyskiwania ich, łupienia ich. Przepraszam, to gramatycznie mi się nie skojarzyło, bo chciałem grzecznie powiedzieć, a mi się połączyło z tym, co naprawdę myślałem. Otóż w czasach jeszcze przed tym Pax Americana, przed takim porządkiem światowym, który się wykształcił w II wojnie światowejWszystko to, co się działo na świecie, było porządkiem tak zwanym imperialnym. Polegało to na tym, że silniejsze narody, silniejsze państwa wymuszały siłą na słabszych wydobycie wszystkich surowców niezbędnych do tego, żeby być silnymi. W związku z tym, jak niektórzy mogliby powiedzieć, że Europejczycy to dranie i rasiści, bo wszystkie inne narody zgnębili i sprowadzili do roli ofiar wyzyskiwanych. A tak naprawdę wszystko to było robione przez wszystkie inne imperia, czy murzyńskie, czy afrykańskie, czy azjatyckie, czy nieazjatyckie. Wszyscy łupili, jak tylko mogli. Natomiast robili to za pomocą noży. Nawiązuję do starego kawału. Europejczycy przyszli na tą całą bardachę, tą rozróbę nie z nożami, tylko z karabinami.
To była ta różnica. W związku z tym tutaj możemy przejść do innego tematu. Trzymajmy się już tego tematu, wróćmy raczej do tego tematu długiej dygresji, jak Imperia Galaktyczne powstawały. Świetnym mgnieniem jest opowiadanie Arthura Clarke'a. Nie pamiętam tego tytułu, ale jest na początku zbioru „Gwiazda", w którym jeden z naukowców jednego z dwóch walczących wojennych imperiów został skazany za wynajdywanie coraz to nowocześniejszych broni. Te bronie były co prawda nowoczesne i teoretycznie dawały przewagę, natomiast nie można było na nich w pełni polegać. Na przykład, co mi strasznie utkwiło jako małemu gnojkowi, to czytałem, że co prawda wynalazł ten naukowiec technologię powiększania statków o ileś tam procent w jakimś tam skomplikowanym procesie. Oczywiście nierealnym, bo wymyślonym przez pisarza. Natomiast powrót do pierwotnego wymiaru nie był zawsze stuprocentowy. To znaczy nie było to 100,000, tylko był jakiś tam ogonek na końcu.
W związku z tym nie dało się na przykład wymienić śrubki, dlatego że ta śrubka była już troszeczkę innej wielkości i wymiana nie była możliwa. W związku z tym z tego, co pamiętam, jedną z głównych przyczyn upadku imperium było to, że skończyły się temu jednemu przeciwnikowi części zamienne i przegrali. Nie wiem, czy pan to pamięta.
[26:58] - Pamiętam zbiór tylko tamtych opowiadań. Może to to tytułowe opowiadanie „Gwiazda" właśnie. Nie jestem przekonany.
[27:05] - Nie, w „Gwieździe" to imperium niestety nie przetrwało obcych. Zostawili tylko, dobrze pamiętam, monument, do którego ludzki statek, nasz ziemski statek poleciał, a gwiazda była nowa, która zmieniła właśnie tą planetę w taki ogarek i został jeden pomnik tej obcej rasy, która pozostawiła ślady.
[27:30] - Tak myślę, jakie tam opowiadania były. Tam było „Halo, kto mówi?", było „Dziewięć miliardów imion Boga", ale to się na Ziemi dzieje. „Zapomniany wróg" może to? Nie wiem, nie pamiętam.
[27:46] - Nie pamiętam. Z tego, co pamiętam, ale polecamy wszystkim to opowiadanie, dlatego że cały zbiór i wiele powieści Clarke'a jest wizjonerska w tym sensie, że on był pionierem. Znaczy nie tyle pionierem, bo on nie do końca sam wszystko wymyślał od początku, ale był tym mentorem, który miał tą siłę oddziaływania na swoich czytelników, że pokazywał im idee jako pierwszy. I właśnie jedną z tych idei było to, że innowacje nie zawsze są optymalnym sposobem wygrywania z przeciwnikiem w wyścigu technologicznym. To było nawiązanie do drugiej wojny światowej zresztą, w której Niemcy produkowali bardzo wiele rozmaitych broni typu rakietowe myśliwce, które startowały po to, żeby ostrzeliwać formacje bombowców lecące na Niemcy. Natomiast tworzyli bardzo skomplikowane czołgi, na przykład Panterę, która bardzo się psuła na polu bitwy, maksymalnie to skracając. Natomiast Rosjanie skoncentrowali się na modelu prostym. Jak konstrukcja cepa typu nie gniotą, nie łamią, jak to jest znane powiedzenie. Mówię tutaj oczywiście o czołgu T-34, który był toporny, był słabej jakości produkowany, natomiast było go tak dużo, że to przeważyło. Czyli to wyrafinowanie technologiczne i postęp technologiczny przegrał z masową produkcją.
I to w moim przekonaniu już wtedy, jako licealista, chyba nawet w podstawówce to czytałem „Gwiazdę", ten zbiór opowiadań. To było takie oświecające, prawda? Że teoretycznie postęp technologiczny zawsze jest lepszy i zawsze da zwycięstwa, a tu okazuje się, że jednak nie. Książki Clarke'a kwestionują wszystko, co się da zakwestionować w tym, jak rozumiemy technologię i robił to w sposób absolutnie mistrzowski. Także jak ktoś chce zbudować galaktyczne imperium jakieś konkurencyjne do naszego z panem Markiem, co budujemy, to proszę przeczytać właśnie „Gwiazdę" Clarke'a.
[30:00] - A Rosjanie powtórzyli ten numer z T-34 w późniejszym okresie, bo proszę sobie przypomnieć wojnę w Wietnamie. Mówi się często, że M-14, które tam było podstawowym wyposażeniem armii amerykańskiej wówczas, to był karabin idealny, super. Tylko bardzo często widzicie państwo na filmach, nawet fabularnych, że żołnierze się wściekają i uderzają tym karabinem, bo się zacinał. Bo tam wszystko było tak idealnie spasowane, takie było wspaniałe, że się nie nadawało na pole bitwy, bo tam piachu pełno, różnych innych czynników niekorzystnych.I się zacinał. Natomiast w kałasznikowie, który był na wyposażeniu armii, która stała naprzeciw, wszystko klekotało, wszystko strzelało. Strzelało to podstawowa funkcja, ale klekotało i było jakby niespasowane. Ale to było świadome zagranie, ponieważ praktycznie karabin Kałasznikowa się nie zacinał i nie miał tego rodzaju problemów jak M14. Tam po prostu wszystko było tak zrobione, że miało działać i działało. Więc to, co pan Piotr powiedział, to nie zawsze wysoka technika jest w stanie rozwalać technikę potencjalnie gorszą. Ale panie Piotrze, ja mam jeszcze jedno opowiadanie przygotowane.
To było w zbiorze „Rakietowe szlaki”, ale tym pierwszym, który wyszedł jeszcze w latach 50. On został w latach 70. powtórzony. Było takie opowiadanie „Helping Hand - Pomocna dłoń”. To było opowiadanie, w którym były dwie planety, takie podupadłe, biedniejsze i tam też imperium. W sumie jakaś dominująca organizacja polityczna była gotowa udzielić pomocy jednej i drugiej planecie. I jedna planeta ochoczo tę pomoc przyjęła, a druga powiedziała: „Nie, będziemy żyli w głodzie, chłodzie, będziemy znosić cierpienia, a nie damy się w ten sposób podbić”. Wiem, że to opowiadanie mocno mną wstrząsnęło, bo pokazało, że nie zawsze ta pomocna dłoń ma na celu to, żeby komuś pomóc. Tylko czasami jest elementem służącym zdominowaniu kogoś. Bardzo to pouczające było.
[32:31] - Pamiętam tytuł, ale nie pamiętałem tego opowiadania. Rzeczywiście jest tak, jak pan mówi. Kiedy następuje jakaś gra między mocarstwami, to mocarstwa próbują uzależnić pozostałych graczy od siebie, czyli na przykład sprzedają tanio jakieś surowce. W związku z tym zarabiają na tym. Natomiast uzależniają swojego przyszłego przeciwnika właśnie od tego, że mogą to w każdej chwili odciąć. Taką sytuacją na przykład, jaką tu widzimy współcześnie, jest kwestia zachowania przepływu ropy naftowej w supertankowcach przepływających przez cieśninę Ormuz, czyli przez tę cieśninę, która jest wejściem do Zatoki Perskiej. Z tego, co pamiętam, było wiele zresztą rozbieżnych danych, które zaskoczyło mnie to, że ktoś musiał kłamać po prostu. Natomiast mniej więcej połowa ropy produkowanej każdego dnia na świecie przechodzi właśnie przez tą cieśninę. I teraz ze względu na to, że imperium amerykańskie ma swoją własną ropę i w dużym stopniu jest niezależne od tego, czy droga morska, cieśnina Ormuz będzie drożna, czy też niedrożna. A większość ropy, która przez nią przepływa, trafia do Azji Wschodniej, do Azji Południowo-Wschodniej, w dużej części do Chin.
W związku z tym proszę zobaczyć, że Amerykanie, destabilizując region Bliskiego Wschodu — to chyba mówiliśmy w ubiegłym tygodniu — przekładając to na język bardziej metaforyczny, po prostu mają pięść zaciśniętą na gardle Chińczyków, którzy egzystencjalnie zależą od tego, żeby te zasoby płynnie zostały przesyłane sprawnie i bezproblemowo. W związku z tym wszystkie imperia gwiezdne, jakie mogą sobie wyobrazić pisarze, muszą też opierać się właśnie na takim mechanizmie. Na tym, że jedno imperium stara się zdobyć jakiś punkt lewarowania, tak można powiedzieć, albo po prostu miejsce słabe, którego przejęcie w kontrolę może doprowadzić do tego, że tamci są od nas zależni egzystencjalnie, to znaczy mogą być rzuceni na kolana. To jest jakiś szlak handlowy, przez który przepływa jakiś krytyczny zasób. Takim innym imperium, w którym to było robione, było pokazane świetnie. To była jedna z gier opartych na „Diunie” Franka Herberta i z takiego filmiku między akcją pochodzi jedno z moich ulubionych powiedzonek geopolitycznych, a mianowicie: „Przyprawa musi płynąć”. Jak ktoś nie czytał „Diuny”, to szybciutko opowiemy. Chcę to zrobić? Czy mam zrobić?
[35:27] - Tak. Przyprawa była czymś niezwykle ważnym w tym uniwersum stworzonym przez Herberta. Pominąwszy wszystkie inne jej zastosowania, to się dzieje w świecie, w którym tak naprawdę nie funkcjonuje elektronika, a w każdym razie takie maszyny, różne komputery, różne sztuczne świadomości. To nie istnieje, ponieważ gdzieś daleko w tle odbyła się wojna z tymi inteligentnymi maszynami, której ludzie omalże nie przegrali. Ledwo ją wygrali. I od tego czasu do sterowania statkami, które zapewniają łączność w ramach tego imperium, używani są ludzie. Ale ci ludzie oczywiście nie daliby rady tymi statkami sterować, ponieważ to trzeba szybko i bardzo subtelnie działać. W związku z tym do zwiększenia możliwości ich percepcyjno-sterowniczych używana jest właśnie przyprawa. Ta przyprawa sprawia, że łączność w obrębie galaktyki w ogóle jest możliwa. Ona zwiększa potencjał ludzkiego umysłu, ludzkiego mózgu.I dzięki temu łączność, ta przyprawa może płynąć.
To tak parafrazując. Z taką sytuacją mamy do czynienia.
[36:49] - I to powiedzenie: „Przyprawa musi płynąć” zostało powiedziane przez jednego z pilotów gildii nawigatorów, która miała monopol na podróże międzygwiezdne. A samo powiedzenie: „Przyprawa musi płynąć” zostało wypowiedziane do wiadomości dwóch zwaśnionych przywódców, dwóch zwaśnionych rodów Harkonnenów i Atrydów. To oczywiście pamiętamy z książki ci, którzy ją przeczytali. Znaczyło bardzo prosto: możecie sobie tam łby pourywać, nas to nie obchodzi, ale jeżeli wasze działania zbrojne przeciwko sobie nawzajem zakłócą przepływ produkcji przyprawy i dostawy tej przyprawy do nas, to wtedy skończy się zabawa. I nawiązując do starego dowcipu: myśliwy przegoni z lasu i Niemców, i partyzantów. Inaczej mówiąc, już podsumowując zupełnie poważnie, każde imperium, bardzo wiele imperiów ma jeden podstawowy enabler – to się nazywa po angielsku, czyli parametr, który sprawia, że to imperium jest w stanie funkcjonować. Imperium Pax Americana, Ameryki amerykańskie za taki zasób ma ropę naftową. To jest oczywiście źródło energii podstawowe do funkcjonowania wszystkiego wokół nas. W powieści Herberta to była właśnie ta przyprawa, która umożliwiała podróże hiperprzestrzenne. Natomiast jako ćwiczenie umysłu proszę zobaczyć, że każdy kraj ma cały zestaw tych parametrów.
Jeden może być główny, master resource, czyli nadrzędny surowiec. To jest pojęcie, którego używam też w swojej książce. Oczywiście podpatrzyłem w jakimś innym miejscu. Przeczytałem tyle książek o geopolityce, że już nie pamiętam nawet, w którym. Natomiast ten master resource to jest ten zasób, który umożliwia zdobycie wszystkich pozostałych, czyli przyprawa w świecie Herberta, czyli ropa naftowa w naszym rzeczywistym świecie, w którym aktualnie żyjemy. Każde imperium ma właśnie to, co sprawia, że jeżeli w jakiś sposób zostanie naruszone, to wszystko się sypie. W przypadku Imperium Rzymskiego całe miasto Rzym, które było epicentrum całego imperium władzy politycznej, było uzależnione od dostaw żywności z zewnątrz, przede wszystkim z Egiptu, czyli z Delty Nilu, gdzie było zboże siane i uprawiane. Z tej prostej przyczyny, że ludność miasta Rzym, przede wszystkim w apogeum istnienia Imperium Rzymskiego, była zbyt liczna, żeby wszystkie pola uprawne czy wszystkie miejsca, gdzie produkuje się żywność w najbliższej okolicy, żeby po prostu to wystarczyło. W związku z tym, po to, żeby imperium mogło istnieć, żeby ten ośrodek administracyjny i ośrodek, w którym mieszkały elity i toczyło się życie społeczne i polityczne, i wszelkie inne, było sztucznym tworem i żyło w pożyczonym czasie. Ale to nie jest do końca dobre określenie, metaforą jest to określenie.
W pewnym napięciu w tym sensie, że w sztucznie stworzonym środowisku przepływu żywności drogą morską. I po to, żeby rzucić to imperium na kolana, można wymyślić jakiś rodzaj instrumentu oddziaływania, na przykład floty wojennej, która linię zaopatrzeniową w zboże przerywa. I teraz ludzie w naszym współczesnym, rzeczywistym świecie, ludzie zarządzający polityką mocarstwową szukają u swoich przeciwników albo aktualnych przyjaciół czy sojuszników tego typu haków, tego typu słabych miejsc, po to, żeby ich lewarować, żeby narzucić im wolę geopolityczną i zmuszać, żeby robili to, co potrzeba, żeby robili. Mówiliśmy przed chwilą o Cieśninie Ormuz, przez którą płynie ropa przede wszystkim do Azji Wschodniej. Proszę zobaczyć, skoro Ameryka jest uodporniona na zakłócenia przepływu przez Cieśninę Ormuz, a sojusznicy Ameryki, czyli na przykład Japonia, Korea Południowa, Tajwan są egzystencjalnie zależni, to Amerykanie jeżeli mają instrument oddziaływania, na przykład grupę uderzeniową lotniskowca. Dwie chyba są gdzieś w pobliżu Zatoki Perskiej, kręcą się w okolicy i pilnują. Mają ten instrument i ten instrument jest nie tylko instrumentem oddziaływania na proces decyzyjny Chińczyków, czyli jawnych przeciwników konfrontujących się ze Stanami, ale też jest instrumentem oddziaływania na sojuszników. Czyli mają trzymać się w szeregu tam, gdzie ich miejsce i mają realizować zamiary, plany geopolityczne Stanów, a nie swoje własne. Zawsze coś takiego będzie w tle.
[42:02] - Panie Piotrze, już kończymy powoli audycję, ale o jedną rzecz muszę jeszcze zapytać. Otóż mówiliśmy o książce Gibbona, która być może stała się inspiracją dla Asimova do napisania „Fundacji”, ale bardzo często Asimovowi zarzuca się, że ta jego książka, ta psychohistoria ma sporo wspólnego z marksizmem, bo w marksizmie też było tak, że pewne rzeczy musiały się po prostu wydarzyć. Oczywiście z kolei inni komentatorzy wyśmiewają to.Absolutna bzdura, prędzej łączą to, co napisał Asimov z Frommem i z jego postrzeganiem. Ale ja nie o tym. Ja bardziej o tym, że w marksizmie to też była taka słabość, ale być może w psychohistorii też, nie wiem. Pan być może mi na to odpowie. Był taki element, że pojawiało się wydarzenie, pojawiał się na przykład wynalazek, który wszystko odmieniał. I według marksizmu to nieważne, taki wynalazek w ogóle nie miał znaczenia, bo jak Napoleon miał przegrać, to przegrał i musiał przegrać. I choćby te skały, tu sobie państwo dopowiedzcie co, to i tak musiałby przegrać. Trochę to było takie zatwardziałe i mówiąc szczerze mało rozwijające, ale tak sobie marksizm tłumaczył.
Pytanie moje jest o to, jak pan postrzega takie powieści, takie dzieła literackie, w których to Imperium Galaktyczne gdzieś tam uzależnione jest od cudownego wynalazku? Bo i takie oto opowieści się pojawiają. Jak pan to postrzega?
[43:47] - Tylko jeszcze jedną uwagę dam o Napoleonie. Napoleon sam postrzegał to, nie pamiętam dokładnie, jak to sformułował słowo w słowo. Natomiast stwierdził któregoś razu, że tamci cesarze, czyli car rosyjski, władcy Prus, władcy Austrii, ich stać na przegrywanie jednej bitwy, drugiej, trzeciej, czwartej. Natomiast jeżeli Napoleon przegra jakąś jedną ważną bitwę, to wtedy jest koniec ery jego podbojów. Także on sam to stwierdzał, że jest niesymetryczny skutek zwycięstw i porażek przez niego samego odnoszonych. Natomiast jeśli chodzi o takie technologie, które są przełomowe, to mi się nasuwa taka świetna cała seria „Zaginiona flota”. Nie pamiętam nazwiska autora w tej chwili. Campbell, tak? Generalnie były dwa zwaśnione imperia ludzkości, które ze sobą walczyły i z różnym szczęściem. I nagle, chyba zdradzę, przepraszam, jak ktoś stwierdzi, że sobie przeczyta tą serię to zapraszam.
Mi się nie do końca podoba. Sam pomysł jest absolutnie monumentalny. Natomiast większość tych tomów „Zaginiona flota” polega na tym, że dowódca, który jest głównym bohaterem, użera się ze swoimi oficerami, podległymi dowódcami, którzy zachowują się jak małe dzieci. I to jest główny wątek wszystkich powieści, jak pod jedno kopyto. To jest nie do wytrzymania po prostu.
[45:21] - Tak, ci oficerowie tępi są po prostu. Ja tylko dorzucę, że autorem jest Jack Campbell, nie mylić z tamtym Campbellem od Asimova, a w ogóle to i tak jest pseudonim. Dobra, oddaję panu głos.
[45:34] - Dziękuję. Więc jak ktoś na minutę, to proszę wyłączyć dźwięk, jak ktoś stwierdzi, że sobie przeczyta. Pomysł jest, tak jak powiedziałem, monumentalny, ale po prostu pod jedno kopyto jest wszystkie wątki wszystkich tych powieści. Polega to na tym, cała ta sytuacja, że pojawia się nagle technologia bram hiperprzestrzennych łączących rozmaite układy gwiezdne i jeden odłam ludzkości myśli, że to jest technologia opracowana przez ten drugi odłam. Drugi odłam myśli, że to jest technologia opracowana przez pierwszy. A tymczasem, tu właśnie zdradzam, technologia została podsunięta przez obcą rasę, która chciała zmusić oba odłamy ludzkości do wzajemnego wyniszczenia. I te bramy hiperprzestrzenne zostały zbudowane przez ludzi wysiłkiem nadludzkim, w tym sensie, że niezwykle kosztowne było zbudowanie tych bram i utrzymanie. Natomiast one tak naprawdę były bombami, które miały być zdetonowane i miały doprowadzić do możliwie pełnej eksterminacji rodzaju ludzkiego homo sapiens i wymazania go z galaktyki. Także to są właśnie zagrożenia tych technologii polegające na tym, że nie jesteśmy w stanie, gdy technologia jest dość zaawansowana, tak trochę nawiązując do słynnego powiedzenia Arthura C. Clarka, to nie jesteśmy w stanie zrozumieć wszystkich konsekwencji jej funkcjonowania, jej działania i nie tylko geopolitycznych, ale właśnie tych technologicznych.
I w związku z tym, czym bardziej przełomowa jest jakaś dana technologia, tym większy margines nieprzewidywalności wprowadza do pola gry.
[47:12] - Tak, panie Piotrze, myślę, że już pana gardło, pana płuca wystarczająco dzisiaj zostały nadwyrężone. Ja cały czas przypomnę, pan Piotr walczy od jakiegoś miesiąca z infekcją i to, że w ogóle audycje się odbywają, to jest mimo wszystko duży heroizm pana Piotra. Ale udało się, panie Piotrze, udało się. Kolejna audycja się nam udała. W dodatku stanowi połączenie takiej pogadanki o geopolityce jednak z polecajkami książkowymi, bo kilka tytułów ważnych dla pewnego typu literatury SF padło dzisiaj. Także pięknie panu dziękuję.
[47:55] - Ja też dziękuję i jeżeli mogę jeszcze tak nawiązać, chciałem zadać publicznie panu zagadkę. Istniało takie imperium lokalne w najbliższej okolicy Ziemi rzędu tysiąca lat świetlnych. I to imperium niestety zrobiło bardzo brzydką rzecz. To znaczy, kiedy wyprawa badawcza w eksperymentalnym statku nadprzestrzennym spotkała flotę tego imperium, to my jako naiwni jak dzieci dosłownie podaliśmy współrzędne naszego jedynego świata, czyli Ziemi. I to imperium zrobiło bardzo brzydką rzecz i zniszczyło tą naszą planetę.W związku z tym niedobitki ludzkości musiały jakoś przetrwać i szukać zemsty. Nie wiem, czy rozpoznał pan tytuł bez konkursu.
[48:43] - Colin MacCab „Zapomnij o Ziemi”. To była ta książka. Też polecamy.
[48:50] - Uważam, że jest to najlepsza space opera, jaką kiedykolwiek w życiu przeczytałem. Bardzo cienka jest, jeżeli ktoś się spieszy do roboty, to bardzo polecam. Absolutnie fenomenalna książka. Pomysł jest wybitny.
[49:07] - Ja nie mam tutaj jasnego obrazu, ponieważ to była bodajże pierwsza space opera. Nie, może druga, bo jeszcze jest taka, państwo się zdziwicie, radziecka space opera. Mówiłem o niej w ostatnim „Bibliotekarium 2.0”, nazywała się „Dalekie szlaki”, a w ogóle cały trzytomowy cykl nazywał się „Ludzie jak bogowie”. To nawiązanie do powieści Wellsa i to była właściwie pierwsza space opera, którą czytałem. Radziecka, ale udana, w przeciwieństwie do wielu książek. Colin MacCab i „Zapomnij o Ziemi” to bodajże druga space opera, którą czytałem. Robiła wrażenie olbrzymie i ja dzisiaj nie potrafię oddzielić tego pierwszego wrażenia od faktycznej wartości, więc z sentymentem i łezką w oku wspominam. Niemniej polecam.
[50:01] - Dobrze. Panowie, zbudujemy przede wszystkim galaktyczne imperium, ale do tego musimy stworzyć z panem Markiem religię, która zenergetyzuje ludzi na całej planecie i stworzy maksymalnie optymalne warunki do zbudowania ogólnoplanetarnej ultrakooperacji. Jedna planeta, jeden naród, jedno imperium tutaj szykujemy. Za tydzień zdradzimy więcej szczegółów, nie zapomnijcie się podłączyć i posłuchać naszych rozmów. Będzie wesoło. Tyle powiem.
[50:37] - Pięknie. Jeszcze raz, panie Piotrze dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[50:41] - Do usłyszenia.
[50:43] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.