[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Drodzy państwo, dzisiaj będziemy tworzyć światy i myślę, że jeśli nam pomożecie, to uda nam się wspólnie ten cel osiągnąć. To jak, pomożecie? Pomożecie na pewno, słuchając kolejnego odcinka Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:48] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór. Tak, będziemy budować światy. Tworzyć światy właściwie. Właściwie nie tyle my, co autor pewnej książki, a o tej książce w toku audycji. Natomiast to, co warto podkreślić na początku, to że dzisiaj będzie sporo, myślę, że godzina to sporo, o grach komputerowych. O tych starszych i o tych może nieco młodszych. W każdym razie dla pocieszenia dla państwa nie będzie się o tych grach wypowiadał taki profan jak ja, czyli Marek Żelkowski, ale ktoś niezwykle kompetentny. Ale jak powiedziałem, o tym w toku audycji. A teraz będzie cykl polecanek różnego rodzaju.
Dzisiaj ten cykl rozbudowany. Doszedłem do wniosku, że gdybym co tydzień chciał polecić jakąś nowość, to zbyt często musiałbym sięgać po propozycje wydawnicze, które sygnuje Wojtek Sadejko w swoim wydawnictwie Stalker Books. Nie żebym miał coś przeciwko, jak to się mówi, wręcz przeciwnie. Natomiast wiem, że państwo nie lubicie pewnej stagnacji czy też monotonii. W związku z tym trudno, żebym ciągle polecał jedno wydawnictwo. W innych wydawnictwach, tak jak się rozejrzałem, przynajmniej przed dzisiejszą audycją, książek pokazuje się sporo. Nie ma co do tego wątpliwości, ale czegoś takiego, co grasnęłoby moje serce bardzo mocno, jakoś nie zauważyłem. Może się źle rozglądałem. To jest inna sprawa. Ale skoro obiecałem państwu polecanki, to zdecydowałem się na taką polecankę archiwalną.
To nie będzie zresztą dla państwa nowość, bo dosyć często o tej książce wspominałem jeszcze w audycjach z Wiktorem Żółkiewiczem. Często padał tytuł „Misja międzyplanetarna”. To jest książka kanadyjskiego pisarza piszącego po angielsku, Van Vogta. Van Vogt to naprawdę tytan pracy. Tych opowiadań namnożył dużo, powieści niespecjalnie. I ta powieść, o której chcę powiedzieć dzisiaj, też taką stricte powieścią nie jest, bo to jest książka zatytułowana „Misja międzyplanetarna”. Oryginalny tytuł. I tu znowu skaleczę język angielski. Tradycyjnie już, bo w każdej audycji muszę to zrobić. „Mission Interplanetary”.
Ta powieść była właściwie pierwszym tytułem. Kiedy wyszła w 1950 roku, taki nosiła tytuł, ale dwa lata później została opublikowana i już miała troszeczkę inny tytuł. „Mission...”. Przepraszam. Ona najpierw miała inny tytuł. Jak się coś w notatkach pomyli. „Mission Interplanetary” nazywała się w 1952, a w 1950 roku nazywała się „The Voyage of the Space Beagle”. Tytuł zmieniono. A w ogóle, tak jak zacząłem mówić o tej powieści, to wiecie państwo, dlaczego powiedziałem, że to nie jest typowa powieść? Gdyż ona składa się z czterech wcześniej napisanych opowiadań połączonych tak troszeczkę, nie powiem, że naprędce, ale tak niespecjalnie w taki misterny sposób.
Po prostu cztery opowiadania połączone i wyszła całkiem pokaźna książeczka. W Polsce wyszła po raz pierwszy w roku 1972 w serii Fantastyka, przygoda. I tak jak powiedziałem, to jest połączenie czterech wydanych wcześniej opowiadań. Jedno się fajnie nazywa. Od razu pierwsze. Zresztą moja ulubiona część „Black Destroyer”. W 1939 roku ten tekst się ukazał. Później się jeszcze pokazały takie części jak „War of Nerves”. Nerves. Nieważne.
W każdym razie wiecie państwo, ja sobie może dam spokój z językiem angielskim. To nie jest moja ulubiona bajka. W każdym razie jeszcze dwie części się pojawiły. „Discord in Scarlet” i „M33 in Andromeda”. Także tak uporczywie kalecząc język, jakoś te cztery tytuły wymieniłem, za co państwa i siebie przepraszam. W każdym razie mamy do czynienia z historią i bardzo państwu tę książkę polecam, ponieważ ona Owszem, zestarzała się. Skoro wyszła w ’50 roku, a jej składowe jeszcze wcześniej, to się musiała zestarzeć. Ale wiecie państwo, zestarzała się szlachetnie. Są książki znacznie młodsze, na których widać ząb czasu. Tu oczywiście też go widać, ale nie wiem, czy to talent autora sprawił, czy też po prostu jakaś taka umiejętność tworzenia światów w miarę tak skrojonych, żeby się starzały wolniej.
W każdym razie van Vogt stworzył powieść, którą do dzisiaj czyta się z zainteresowaniem, ale też z takim napięciem charakterystycznym dla dobrych tekstów. I tak jak powiedziałem, tam się da znaleźć taką, powiedzmy, ramotowatość pewną, ale to tak naprawdę nie szkodzi. Jaką mamy sytuację? Więc wielki statek kosmiczny. Ja mówiłem, że to była Interplanetary Mission, ale tak naprawdę się powinna nazywać ta książka „międzygalaktyczna misja”, bo ten statek w różnych tłumaczeniach się nazywał albo Kosmiczny Pies Gończy, albo Ogar Kosmosu. Ten wielki statek niesie na swoim pokładzie bodajże tysiącosobową załogę samych facetów. To, wiecie państwo, już w tym momencie chociażby przypomnieli sobie państwo, że wspominałem o tej książce nie raz, bo takie zjawiska jak chociażby popęd płciowy oraz zapobieganie jakimś ekscesom seksualnym, to jest stłumione za pomocą farmakologii. W każdym razie tych tysiąc facetów podróżuje do sąsiedniej galaktyki, ale jak napotka jakiś układ planetarny, to natychmiast gdzieś tam ląduje. I to bardzo często wiąże się z niebezpieczeństwem. To znaczy, żeby być takim ścisłym, to nie zawsze ląduje, czasami tylko przelatuje, a już sam przelot może powodować, jak to się mówi, nieprzewidziane konsekwencje.
W każdym razie, co jest jeszcze charakterystyczne dla tej powieści, to poza tymi czterema przygodami. I wierzcie mi państwo, to nie jest taka ładzona fajna fantastyka, gdzie przyszłość kojarzy się z nudą, tylko tu jest naprawdę groźnie. Ten Black Destroyer naprawdę robi tam, może nie teksańską masakrę piłą łańcuchową, bo piły łańcuchowej nie ma, ale masakrę robi. Jakoś w końcu go do porządku przywołują, ale ta kotopodobna istota sporo krwi załodze Kosmicznego Psa Gończego napsuła. Co ważne, bohaterem, wokół którego kręci się narracja całej tej powieści czy też tych czterech opowiadań, czy też tej powieści w czterech częściach, jest niejaki Grosvenor. To jest przedstawiciel nauki, której państwo nie znacie. Ja też jej nie znam, ale podobno kiedyś w przyszłości powstanie. Ta nauka nazywa się nexianizmem i ona sprytnie łączy różne dziedziny wiedzy, różne dyscypliny naukowe. Gdzieś tam nawet w toku powieści jest nazywana ta dyscyplina naukowa. Niech ja znajdę ten cytat.
O, mam. Wszystkologia stosowana. Bo rzeczywiście przedmiotem tej dziedziny wiedzy jest umiejętne łączenie różnych, czasami bardzo odległych informacji, takie zestrzelenie ich w całość i dzięki temu powstają rozwiązania różnych sytuacji. Cóż, cóż jeszcze warto o tej książce powiedzieć, polecając ją? O tym, że zestarzała się w sposób taki bardzo łagodny, to już mówiłem. Macie tu państwo kilka ciekawych pomysłów. Ten Black Destroyer to jest taka niemal nieśmiertelna istota. O nieśmiertelności całkiem niedawno mówiliśmy. Z tym że wiecie państwo, to jest nieśmiertelność w sensie: moje ciało nie zestarzeje się i nie umrze, ale zastrzelić mnie można, chociaż też jest trudno. To jest tego rodzaju istota.
Dalej mamy ptasiopodobne istoty Rim. Mamy też Ixtla. To jest taki stwór, trochę hominid, ale nie do końca, który jak natrafiają na tego gościa w przestrzeni międzygwiezdnej, ściągają go na pokład i znowu się zaczynają problemy. Też jest bardzo wrogi, bardzo źle nastawiony i taki dyszący właściwie mordem. Ale cóż, nexianizm górą. I wreszcie mamy istotę Anabisa. W każdym razie ciekawa sprawa, bo pojawia się w jednej z części myśląca mgła. Rodzaj myślącej mgły to rzadkość. Wtedy to już na pewno była rzadkość w 50. latach.
Ale mimo wszystko, wierzcie mi państwo, ja, ponieważ mam taką zadrę, że bardzo często wspominam z rozrzewnieniem książki Książki z młodości. Zanim zdecydowałem się państwu tę książkę polecić, wróciłem do lektury. Zacząłem ją czytać i wierzcie mi państwo, być może jestem skażony tą pierwszą lekturą, ale według mnie to się w dalszym ciągu czyta bardzo dobrze. Kwestia, na jakie tłumaczenie państwo traficie, bo to są tłumaczenia różne. Tak jak powiedziałem, została wydana w serii Fantastyka, przygoda przez Iskry i wtedy była w tłumaczeniu Zofii Kierszys, natomiast Amber wydawał w innym tłumaczeniu, stąd te nazwy zmienione. „Ogar kosmosu” to było to pierwsze tłumaczenie. „Kosmiczny pies gończy” to było tłumaczenie drugie, to amberowskie. W Amberze ta książka wyszła dwukrotnie. Niestety nie pamiętam autora przekładu. W każdym razie czyta się to dobrze.
Tego drugiego przekładu nie czytałem, ale myślę, że czyta się nieźle. Powiem tak z przekąsem to, co często mówię: jeśli nie czytaliście tej książki, to ja państwu zazdroszczę. Tyle wzruszeń przed wami. To taki dowcip. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że kiedy państwo zdecydujecie się sięgnąć za moją namową po tę książkę, to odczujecie satysfakcję, że nawet te 70, a właściwie jeśli brać pierwszą część tej opowieści, to z 1939 roku, więc uświadommy sobie, że to już naprawdę hoho, a może i dłużej, bo ponad 80 lat. Jak na takiego krzepkiego staruszka 80-letniego, ta powieść trzyma się naprawdę całkiem nieźle. To taka moja refleksja. Więcej na ten temat już mówić nie będę, bo zdaję sobie sprawę, że jak teraz zacznę się rozpływać w ochach i achach, jakżeż to wspaniała, wielka i cudowna powieść, to tylko państwa zniechęcę. Ale wierzcie mi, jeśli nie jesteście takimi ludźmi, którzy bardzo przykładają wagę do tego, żeby się wszystko zgadzało, żeby ta naukowość stricte odpowiadała temu, co jest tu i teraz, to jeśli dacie się wciągnąć w wir zabawy, a wtedy tak naprawdę fantastyka naukowa w tamtych 50. latach i troszeczkę wcześniej była literaturą, która zapraszała do zabawy.
Zabawy mądrej, opartej o naukę, ale jednak zabawy. W związku z tym nacisk położony na akcję, położony na zagadkę, położony nacisk na atrakcyjność czytelniczą. Wtedy stosowane może nie padało takie sformułowanie jak „atrakcyjność czytelnicza”, ale to było nieważne. Oni po prostu wiedzieli, jak to robić. Tym bardziej państwu tę książkę polecam. Powtórzę: „Misja międzyplanetarna”, van Vogt. Szczerze polecam. Ale to nie koniec polecanych w dzisiejszej audycji. Bo wiecie państwo, chwaliłem się tydzień temu, a wcześniej się też chwaliłem, że „Bibliotekarium” było na Targach Książki w Poznaniu. A targi mają to do siebie, że się tam ludzie spotykają.
I jednym z takich bardzo miłych spotkań było spotkanie z panią Barbarą Piegdoń-Adamczyk. To jest wydawca dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do czytania”. To nie jest jedyne pismo, o czym się zresztą państwo dowiecie w toku rozmowy. To nie jest jedyne pismo o książkach, ale jest to pismo specyficzne. Po pierwsze pismo, które naprawdę ma sporą objętość, dosyć duży format, bo przekraczający A4. Dużą objętość, bo to jest ponad 100 stron, a czasami, szczególnie w takich numerach przed targami, chociażby Warszawskimi Targami Książki, ta objętość przyrasta nawet do 150 stron. I tam są artykuły naprawdę do poczytania. Tytuł zobowiązuje, a zatem „Książki. Magazyn do czytania” naprawdę jest tam co czytać.
Umówiliśmy się z panią Barbarą, że tak jak robimy to w przypadku miesięcznika „Nieznany Świat”, będziemy się spotykać co dwa miesiące, bo to dwumiesięcznik i będziemy mówić, co w bieżącym numerze. Na razie na rynku obecny jest jeszcze numer pierwszy. On pojawił się pod koniec lutego. Funkcjonował będzie w kioskach do końca kwietnia. Pod koniec kwietnia ukaże się numer drugi. No cóż, proszę państwa, czas zacząć. Czas premierę odpalić. Zatem zapraszam państwa na rozmowę z panią Barbarą Piegdoń-Adamczyk, która jest wydawcą dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do czytania”. Dzień dobry.
Naszym gościem jest Barbara Piegdoń-Adamczyk, wydawca dwumiesięcznika „Książki. Magazynu do czytania”. Dzień dobry.
[17:53] - Dzień dobry, witam państwa serdecznie. I kotka Bogusia, którą państwo będziecie słyszeć cały czas, bo ona nie jest w stanie odmówić przyjemności rozmawiania z publicznością.
[18:03] - To witamy również drugiego gościa.
[18:06] - Zaczniemy od tego, że mniej więcej co dwa miesiące otrzymujemy poważną dawkę do czytania o czytaniu. To jest chyba jeden z niewielu, jeśli nie jedyny magazyn, w którym rzeczywiście można poczytać o tym, co ciekawego na rynku księgarskim się pojawia.
[18:26] - Uczciwie mówiąc, na rynku czytelniczym jest kilka magazynów poświęconych książkom i rozmawiających o książkach. Są to miesięczniki. Natomiast my jesteśmy troszeczkę innym tytułem. Po pierwsze dlatego, że jesteśmy częścią dużego zespołu Gazety Wyborczej. Nasz tytuł powstaje równolegle z gazetą i jest sprzedawany, rzecz jasna, osobno, ale część dziennikarzy jest tożsama z działem kultury Gazety Wyborczej, co powoduje, że my jesteśmy bardziej nastawieni na nowości. To jedna rzecz, którą można powiedzieć, a po drugie mamy perspektywę opowiadania o świecie poprzez książki. Czyli to jest troszeczkę coś innego niż przegląd nowości. Raczej jest to przegląd zjawisk społecznych i kulturalnych na świecie, w Polsce, które zostały ujęte przez rozmaitych autorów w ramy książek. I my o tych zjawiskach i o tych książkach staramy się opowiadać na tyle ciekawie, żeby czytelnicy mieli powód, żeby pójść do kiosku raz na dwa miesiące i kupić nasz magazyn. Bardzo jestem dumna z tego i cały zespół jest dumny z tego, że jesteśmy największym pismem literackim w Polsce, które się utrzymuje samodzielnie i nie korzysta na przykład z ministerialnych dotacji.
[20:01] - Radio to jest takie miejsce, które uwielbia różnego rodzaju ploteczki. Ja nie będę namawiał na jakieś specjalne plotki, ale o jedną rzecz muszę zapytać: czy trudno jest być wydawcą tego rodzaju magazynu?
[20:15] - Myśmy się z panem spotkali na targach i widział pan mnie, powiedziałabym, w środowisku naturalnym. Moja rola jest taka, żeby tworzyć możliwie szeroki i przyjazny klimat wokół tytułu. I to się łączy z bardzo dobrymi relacjami z wydawnictwami, z ludźmi tak zwanego środowiska, cokolwiek by to znaczyło, ale z ludźmi, którzy piszą i mówią o książkach, z autorami, z bohaterami, rzecz jasna, naszych książek, bo ci również często bywają gośćmi na targach, i z biznesem związanym z książką. Bo wydawca to jest taki zwierz, który na koniec dnia mówi swojemu właścicielowi: „Tak, prowadzimy biznes, który jest rentowny”. Na tym polega rola wydawcy. Na całym świecie właściciel zatrudnia wydawcę, ten zatrudnia redaktora naczelnego, a ten zatrudnia dziennikarzy. Tak to wygląda. U nas te zjawiska istnienia w ogóle takiego podmiotu jak wydawca w gazetach, w periodykach, w magazynach, są bardzo zaburzone, ponieważ u nas struktura własności prasy jest szalenie skomplikowana. To jest jeszcze pochodna stosunków komunistycznych i tak dalej. Za długo i za nudno, by opowiadać, ale rzeczywiście wydawca to nie może być pięknoduch.
Chociaż ja bym sobie bardzo mniszowała zajmować się wyłącznie treścią. Natomiast rzeczywiście moja rola jest rolą biznesową.
[22:05] - Czyli twarde stąpanie po ziemi.
[22:07] - Tak. Ja po prostu muszę każdy numer spiąć finansowo. Muszę zadbać o to, żeby znaleźć taki papier, który odpowiada jakością czytelnikom, żeby oni mieli poczucie, że obcują z tytułem, który jest jakościowy. Moją rolą jest znaleźć pieniądze na wybitnych rysowników. Ta specyficzna okładka magazynu książki zawsze z rysowanym portretem, żeby ona była charakterystyczna, żeby było jasne, że to jesteśmy my, a nie ktoś inny. Ja decyduję na przykład o rozmiarze magazynu, czy on będzie ciut większy. Decydowaliśmy jakiś czas temu, że będzie ciut większy niż inne magazyny po to, żeby w miejscu ekspozycji, czyli w kioskach po prostu, wystawał ponad inne tytuły właśnie winietą książki, żeby czytelnik mógł bez trudu odnaleźć w miejscu sprzedaży nasz magazyn. Druk, papier to są wszystko takie twarde dane. Oczywiście współpracuję z wybitnymi specjalistami, których mamy w obrębie wydawnictwa Agora, ale decyzja o tym, że papier może być ciut gorszy na rzecz rentowności, to jest decyzja wydawcy. Albo na przykład, że dodajemy skrzydełko do okładki, ponieważ to podniesie wizualność takiego magazynu i będzie tchnieniem luksusu.
Oczywiście w cudzysłowie, bo my nie mamy na polskim rynku takich stricte luksusowych magazynów. Ale powiedzmy, takie skrzydełko jest takim mrugnięciem okiem do czytelnika: „Hej, macie w ręku coś, co możecie położyć na stoliku kawowym. To może stać się częścią waszego stylu życia”, o co bardzo dbamy.
[24:01] - Ja rozumiem, że te sprawy biznesowe, sprawy stricte wydawnicze, nie przysłaniają jednak pani zawartości magazynu i jest pani na bieżąco.
[24:14] - Tak, ja jestem na bieżąco, bo wie pan, ja wzięłam się w tym biznesie z- Dziennikarstwa. Wydawcy jakby przychodzą z różnych stron. Jedni zaczynają od biznesu, a kończą w relacjach z tytułem. Często nawet przechodzą na drugą stronę, czyli stają się dziennikarzami. Rzadko, ale znam takie przypadki. Natomiast ja przez lata byłam naczelną lokalnych gazet „Gazety Wyborczej”, najpierw we Wrocławiu przez kilkanaście lat, później w Łodzi. A ten biznesowo-dziennikarski kawałek mojego życia zawodowego to jest połączenie doświadczeń naczelnej, czyli osoby, która musiała zapewnić bieżącą produkcję gazety lokalnej, czyli codziennej gazety, z doświadczeniem odpowiedzialności za rentowność takiego oddziału na przykład jak we Wrocławiu czy w Łodzi. Z czasem warunki rozwoju polskiej prasy się cywilizowały i bardzo poważnie rozdzieliły się części finansowe od części redakcyjnych. Ale myśmy wszyscy zaczynali w jednym miejscu. To znaczy musieliśmy odpowiadać wszyscy za wszystko.
Ja wiem, czy te czasy były złe? One były na pewno pionierskie, więc wiele rzeczy było usprawiedliwionych. Dziś pewne historie są niemożliwe. Natomiast na pewno mój instynkt dziennikarski pozostał. Na pewno pozostała umiejętność tak zwanego czytania tekstu, czyli redagowania go, stracania, nadawania tytułów, wymyślania kompozycji, ale na szczęście już są lepsi ode mnie w tym, więc mogę to spokojnie oddać młodszym kolegom i ludziom, bardziej jednak dziennikarzom i redaktorom.
[26:16] - Na wspomnianych przez panią targach w Poznaniu umówiliśmy się, że będziemy do magazynu książki, magazynu do czytania zaglądać mniej więcej co dwa miesiące w cyklu wydawniczym. Troszeczkę się spóźniamy, ale pod koniec lutego wyszedł pierwszy numer tegoroczny i może byśmy do niego zajrzeli.
[26:36] - Mam go przed sobą, żeby nie popełnić błędu. I patrzę, to co dla nas jest bardzo ważne, chociaż być może czytelnicy nie zwracają na to uwagę aż tak, dla nas bardzo ważne i zwykle zajmujące naprawdę sporo czasu jest skomponowanie spisu treści, czyli takiego rozkładu jazdy, w którym my mówimy czytelnikom nie tylko co, ale też stawiamy akcenty na to, co tam mogą znaleźć. W naszym wydaniu tych stron jest ponad 130, a bywają też wydania prawie 150-stronicowe, więc naprawdę dobry rozkład jazdy, co tam w środku jest, czytelnikom niezwykle przychodzi z pomocą. Także jeżeli moglibyśmy zacząć naszą opowieść o tym, to chciałabym zwrócić uwagę na to. I tutaj chciałam też powiedzieć, że każdy magazyn składa się z pewnych stałych części. To wybitny redaktor Juliusz Rawicz, nieżyjący już, mówił, że magazyn ma to do siebie, że czytelnik powinien znaleźć w nim zawsze to, do czego jest przyzwyczajony oraz być zaskoczonym tym, czego się tam absolutnie nie spodziewa. To są takie dwie zmienne, które się zderzają, ale właśnie ta stałość pewnych elementów jest czymś, co gwarantuje przywiązanie naszego stałego czytelnika. A zatem co jest stałego? Zawsze mamy sponsora numeru. Brzmi to trochę biznesowo, ale w rzeczywistości jest to żarcik, ponieważ zawsze wybieramy postać z literatury, humanistyki.
Zawsze znajdujemy jakiegoś wielkiego człowieka książki, którego opisujemy bardziej, głębiej, bardziej detalicznie i który wiąże się jakoś z tu i teraz. Na przykład w tym wydaniu naszym sponsorem jest Wisława Szymborska, ponieważ ten rok jest rokiem Wisławy Szymborskiej. 2 lutego Fundacja Wisławy Szymborskiej ogłosiła właśnie, że w tym roku rozpoczęła obchody tegoż roku i dzięki współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej dostaliśmy dla naszych czytelników jedyny całkowicie nieznany wiersz Szymborskiej. On u nas po raz pierwszy zaistniał w publicznej przestrzeni. Ten wiersz jest wierszem „Pszczoła i okno”. Wczoraj był dzień poezji i myśmy nawet na naszych mediach społecznościowych ten wiersz pokazywali. Szukam go, szukam, żebyśmy przeczytali, co tam o nim napisał. „Pszczoła i szyba”, przepraszam, nie okno. „Pszczoła i szyba” to jedyny nieznany wiersz Wisławy Szymborskiej, przepisany z rękopisu. Zamyka ukazujące się właśnie w wydawnictwie Znak „Wiersze wszystkie” poetki, bo jako jedyny wydaje się skończony.
Oprócz niego ukaże się 10 wierszy niepublikowanych, przepisanych z maszynopisów. I pisze dalej Michał Rusinek, że niewiele o nim wiadomo. Został napisany ołówkiem na kartkowanym papierze, prawdopodobnie w latach 60. Taki mamy na przykład prezent. Rarytas. Absolutnie coś, czego nigdzie indziej nie można spotkać. Magda Wolny zawsze rysuje nam portret takiego sponsora, sponsorki. Jest to Portret wykonany techniką szablonu, także spokojnie można by takie koszulki z Wisławą Szymborską robić czy flagi, czy dowolne elementy. Na mediach społecznościowych Magdy Wolny ona pokazuje możliwe wykorzystania takich naszych sponsorów, a mamy ich już niezłą kolekcję. To jest taki dodatkowy element.
Natomiast tym dziewczynom i chłopakom z okładki przeznaczamy naprawdę bardzo dużo dyskusji i czasu, bo mówiąc wprost, taka okładka musi sprzedać. Czyli musi to być połączenie kogoś, kto jest lubiany albo znany, albo takiego, którego chcielibyśmy wprowadzić na polski rynek i pokazać: „Słuchajcie, to jest wybitna postać, musicie ją koniecznie poznać”. Okładka jest zawsze rysowana. Jest to zawsze portret. Często, zanim się pojawi taki portret u nas, robimy sesję zdjęciową takiemu bohaterowi i dopiero ze zdjęć wybranych z danej sesji przerysowuje to Piotr Hatkowski taką techniką sobie znaną na portret rysowany, taki, który może stać się portretem okładkowym. Po to jest nam to skrzydełko potrzebne, żeby nie zabierać przestrzeni tego portretu, tak, że nasi czytelnicy po odwinięciu skrzydełka widzą całą twarz naszego bohatera. W lutym jest to Marcin Wicha, laureat Nagrody Nike za „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Wicha pisze w tym wydaniu dla nas o fenomenie Pinokia, o tym, dlaczego Pinokio go przeraża. I uzupełniliśmy to propozycjami innego laureata Nike, Radka Raka. Siedem książek, siedem baśni, bajek, książek dla dzieci, które koniecznie powinni dorośli zasugerować młodszym, ale sami też koniecznie powinni je przeczytać.
Czyli na tytule okładki jest: „Dlaczego Pinokio mnie przeraża? Plus siedem baśni dla dorosłych wybiera Radek Rak”. Tak się zdarzyło, że rzeczywiście w tym wydaniu na pierwszej stronie mamy same bardzo utytułowane postaci, bo mamy też inną laureatkę Nagrody Literackiej Nobla, Elfriede Jelinek. I Weronika Murek pisze o wyjątkowej Austriaczce, o wściekłej Jelinek, która dziennikarzy nie lubi, nie wpuszcza ich do domu, rozmawia z nimi przez domofon. Elfriede Jelinek wróciła teraz w nowych wydaniach na polski rynek czytelniczy. Jest wyrazistym głosem, ale tak naprawdę to jest taka ostra kobieta i czytanie jej czasami aż zatyka, zatrzymuje dech w piersi. Co jeszcze możemy powiedzieć państwu o naszym wydaniu?
[34:03] - To ja może się na chwileczkę włączę, bo uzupełnię, że oprócz nieznanego wiersza Wisławy Szymborskiej znajdziecie Państwo również w magazynie kilka historii jej życia i rzekłbym, że to są historie codzienne, ale poznajemy dzięki nim na przykład historię małżeństwa Wisławy Szymborskiej, które miało niezwykły początek. Dowiadujemy się czegoś również o paleniu, ale tego Państwu oczywiście nie zdradzę. Jeśli chodzi natomiast o propozycje Radka Raka, to tam się znalazły rzeczy, które myślę, że część naszych słuchaczy dobrze zna, bo pojawiło się nazwisko Gaimana na przykład, ku mojemu zaskoczeniu pojawił się Pagaczewski ze swoim cyklem o wawelskim smoku, który znacie Państwo, jeśli nie z książek, to na pewno z bajki dla dzieci, takiej animowanej. Ale mamy też nazwisko Pratchetta, Astrid Lindgren, Palmana, także warto zgłębić szczegółowo, bo to są naprawdę po pierwsze ciekawe propozycje, po drugie okazuje się, że są argumenty za i to jest chyba najważniejsze. Sięgnijmy zatem dalej w głąb magazynu. Co jeszcze może czytelnik odnaleźć?
[35:19] - Na rynku na początku roku pojawiła się książka Emilii Padu o Rodziewiczównie. Jest to ukochana autorka książek czytelniczek, które czytają historie obyczajowe polskiego ziemiaństwa. Natomiast sama Rodziewiczówna miała bardzo nieoczywisty życiorys. Życiorys, który można byłoby wpisać dzisiaj w przestrzeń artystów mianowanych artystami queer, osób, które mają niejednoznaczną seksualność. I to jest zaskakujące, bo jak widzimy funkcjonowanie samej Rodziewiczówny, niezwykle długi czas twórczości, taką rolę ikoniczną dla polskiego ziemiaństwa, to jest fantastycznie ciekawe zderzenie. „Rodziewiczówna: gorąca dusza” wydało Wydawnictwo Literackie w tym roku, a my piszemy o tym: „Zła lesbijka. Dlaczego do dziś po kryjomu czytamy książki Marii Rodziewiczówny, grafomanki i antysemitki?” — pisze Małgorzata Niemczyńska, nasza autorka. Bardzo ciekawy temat, bardzo i naprawdę nieoczywisty, ale z drugiej strony na przykład takie nazwisko niezwykle związane z polskim rynkiem czytelniczym Ale nie tylko dla młodych, czyli postać Jana Marcina Szancera. Tytuł „Witajcie w naszej bajce", ale wiemy, bez Szancera nie byłoby bardzo wielu wspomnień z dzieciństwa, mówiąc najprościej. Bo nie tylko jego ilustracje współtworzyły przestrzeń opowieści dla młodych czytelników.
Jego ilustracje do bajek, baśni, legend, klech, opowieści. Nasze wyobrażenie księżniczki jest wyobrażeniem szancerowym. On, który jest ojcem bardzo wielu talentów rysowniczych i ma wielkie grono uczniów, ale nie naśladowników. Na tym polega wielkość mistrza, prawda? Ale Szancer, bez niego nie byłoby polskiej książki dla dzieci na pewno. Dalej, co możemy powiedzieć? Że w każdym wydaniu jest solidna sekcja, ale nie taka tam trzy stronniczki, tylko sekcja książek dla dzieci i młodszych dorosłych. To jest bardzo istotne. Książki dla młodszych dorosłych, książki spółki Young Adult to jest w tej chwili wielka nadzieja rynku wydawniczego, bo młode czytelniczki głównie, ale czytelnicy też, są tymi, które książki kupują. To jest ten fenomen, kiedy już podejmują świadome decyzje, już wiedzą, co chcą kupić, już wiedzą, co chcą czytać, a jeszcze posługują się pieniędzmi rodziców, więc ich skłonność do kupowania jest dużo większa niż w każdej innej grupie.
My bardzo ich wszystkich kochamy i też zaglądamy ciekawie, co tam się dzieje na Wattpadzie, takiej platformie publikacji self-publishingu, takiego miejsca, skąd współczesne przebojowe autorki pochodzą i skąd są zapraszane do tak zwanego poważnego czy dorosłego rynku wydawniczego. Wielkie przeboje sprzedażowe ostatnich miesięcy zrodziły się tam na platformie Wattpad. O tym też mówimy. Co tam jeszcze?
[38:56] - Ciekawym artykułem, który zwrócił moją uwagę, jest artykuł zatytułowany „Uwierz w ducha" o zjawisku ghostwriterów.
[39:04] - Tak. To się wzięło z długiej rozmowy na temat „Tego drugiego", czyli książki księcia Harry'ego. Jasne jest, że książę Harry korzystał z usług ghostwritera. Bardzo dobrego. Tę książkę, „Ten drugi" czyta się z dużą przyjemnością w obcowaniu z literaturą. Może nie tyle z literaturą, co z literaturą faktu. Natomiast jest jasne, że to nie książę Harry jest autorem tych słów. Zapewne książę Harry jest autorem wspomnień i pewnych faktów. Natomiast to trzeba ubrać, skomponować, zredagować. Do tego służą ghostwriterzy.
Nasza koleżanka Natalia Szostak przygląda się, czy na tym można w Polsce zarobić, na czym polega ta robota ghostwriterska. To ciekawe. Nie chcę zdradzać detali i szczegółów, ale to zjawisko jest stare jak świat, wykorzystywane przez wszystkich, których stać na kupienie usługi takiego autora-ducha. I co dalej z takimi autorami-duchami? Czy oni w końcu wychodzą na światło dzienne, czy też pozostają zazwyczaj w cieniu? Umowy są dość precyzyjnie skonstruowane. Czasami ten ghostwriter występuje jako redaktor, czasami życzy sobie nie istnieć w zderzeniu ze swoim bohaterem, by móc spokojnie zostać autorem swoich książek bez obciążenia ghostwriterstwa. Państwo spokojnie w materiale Natalii znajdziecie wszystko, co w tej sprawie warto wiedzieć dziś. Ale pretekstem był, rzecz jasna, książę Harry.
[41:15] - Jak w każdym magazynie mamy też dział, który mówi o nowościach. Mamy wreszcie dział z recenzjami. Jest kilka recenzji kryminałów i thrillerów, także państwo znajdziecie tego rodzaju porady czytelnicze.
[41:33] - To jest stała rubryka. To jest znów stały dział. Nazywamy to „Ciemnymi stronami", bądź też „Mrocznymi stronami". Mamy dwie Marty, Górną i Bratkowską, które zajmują się oglądaniem tego, co w przestrzeni thrillera, kryminału i horroru dzieje się na polskim rynku wydawniczym. Proponujemy tę rozrywkę, lekturę. Nie jest tajemnicą, że to jest najbardziej pojemna część rynku wydawniczego w Polsce, czyli tam jest najwięcej pieniędzy, gdzie najchętniej kupują, autorzy mają swoich wiernych fanów. Wprowadzenie dla wydawnictwa na rynek cieszącego się sympatią nowego autora kryminału to jest solidny i stały zastrzyk gotówki. Bo jeżeli już czytamy Mroza, już czytamy Bondę, już czytamy Chmielarza, to wiemy, że sięgniemy również po następną książkę. To jest literatura gatunkowa, ale nie ma w tym nic złego, że ona jest gatunkowa. Jeśli lubimy kryminały, to na „Mrocznych stronach" magazynu „Książki" znajdziecie wskazówki.
Informacje, często rozmowy z autorami. Także serdecznie zachęcam miłośników ciemniejszych stron literatury, by tam sięgali. Zawsze w wydaniu są krzyżówki literackie, bo ja wiem, że dla czytelników krzyżówki, po pierwsze one powolutku zaczynają znikać nam z codziennej prasy, co jest wielką szkodą. Po drugie to jest krzyżówka literacka, czyli można sobie sprawdzić swoją wiedzę z rozmaitych dziedzin wydawniczych i literackich i tam pośledzić swoich ukochanych bohaterów. Także serdecznie zachęcam do spędzania czasu z naszą krzyżówką. Bardzo panu dziękuję za propozycję rozmowy i serdecznie Państwa zachęcam do lektury książek magazynu „Do czytania”. I w ogóle zachęcam do czytania.
[43:33] - A ja mam nadzieję, że spotkamy się za mniej więcej miesiąc, bo taki jest cykl wydawniczy. Ja przypomnę, ten numer lutowy, pierwszy w tym roku, omawialiśmy z pewnym opóźnieniem, ale trzeba było najpierw rzecz zorganizować. Myślę, że za około miesiąc spotkamy się ponownie i omówimy drugi numer. Pod koniec kwietnia wychodzi drugi numer „Magazynu książki” i wtedy będzie okazja do kolejnej rozmowy. A ja państwu przypomnę, że naszym gościem była pani Barbara Piegdon-Adamczyk, wydawca odpowiedzialny za ukazywanie się „Magazynu książki”. Jeszcze raz pięknie pani dziękuję.
[44:11] - Bardzo państwu dziękuję. Do usłyszenia za miesiąc, kiedy już będziemy wiedzieli, co znajdziemy w wydaniu numer dwa, najważniejszym wydaniu w roku, bo to jest wydanie przed Targami Książki Majowymi. Dziękuję pięknie.
[44:24] - Dziękuję. Proszę państwa, to skoro mamy odhaczony pierwszy punkt programu, to idźmy za ciosem, nie zmieniajmy nastroju. I w związku z tym zapraszam na pierwsze dzisiaj spotkanie z Piotrem Cielebiajasiem, a to widomy znak, że za chwilę porozmawiamy o najnowszym numerze „Nieznanego Świata”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[44:54] - Tradycyjnie dzień dobry wieczór w ten wspaniały piątek.
[45:01] - Miesiąc minął, nowy numer „Nieznanego Świata” w kioskach. To czas o nim coś powiedzieć.
[45:09] - Tak, miesiąc minął jak z bicza strzelił i do sprzedaży trafił nowy, pachnący wiosną i nowością numer „Nieznanego Świata”. Szukajcie go oczywiście w kioskach i w naszym sklepie www.nieznane.pl. Można tam też zakupić numery archiwalne. A w numerze jak zwykle mnóstwo ciekawych rzeczy. I jednym z takich rodzynków, bym powiedział, który może wiele osób zainteresować, jest taka krótka notka o Przełęczy Diatłowa, bo okazało się, że 25 stycznia bieżącego roku w Rosji miała miejsce konferencja, która starała się rzucić nieco nowego światła na tą słynną sprawę.
[45:58] - Tak, to jest sprawa Przełęczy Diatłowa. O niej zresztą w swoim czasie w jednej z debat ufologicznych mówiliśmy całkiem sporo. Ale co nowego w tej notce? Co tam uradzili za wschodnią granicą? Trochę teraz mamy odcięty dostęp, w związku z tym każda informacja cenna.
[46:24] - Tak, rzeczywiście mało do nas dociera informacji za wschodniej granicy. Konferencja, jak mówiłem, miała miejsce pod koniec stycznia bieżącego roku i pojawił się na niej Władysław Karelin. To był członek oryginalnej wyprawy poszukiwawczej mającej na celu zlokalizowanie tych studentów w lutym 1959 roku. Obecny tam był też badacz sprawy Diatłowa, Vadim Skibinski. Karelin przyznał na tym spotkaniu, że przebywając na przełęczy w pobliżu Góry Umarłych widział jakieś świetlne kule na niebie. Skibinski z kolei stwierdził, że w styczniu i lutym 1959 roku, czyli w tych ramach czasowych, kiedy grupa Diatłowa zaginęła, z terenu Jamalsko-Nienieckiego Okręgu Autonomicznego wystrzelono kilka rakiet. On tam to nawet sprecyzował, w jaki sposób. I jedną z tych rakiet mógł widzieć Karelin i inni ludzie, którzy się tam wtedy znaleźli. Z kolei inna rakieta mogła doprowadzić do śmierci tej dziewiątki kierowanej przez Igora Diatłowa. Chociaż, jak mówi Skibinski, nie w wyniku eksplozji.
Także jest to interesujące. A jaką hipotezę wysunął rosyjski badacz przeczytacie sobie w Kronice Akaszy. Czy ona was przekona? Szczerze mówiąc, nie wiem, bo trzeba też powiedzieć, że w ostatnich, nie wiem, 10, 5 latach zaroiło się wręcz od nowych, tutaj duży cudzysłów, odkryć i hipotez na temat Przełęczy Diatłowa. Co mnie najbardziej dziwi, to fakt, że często one się wzajemnie wykluczają i rzadko też się zwraca uwagę na oryginalne ustalenia radzieckich śledczych. W ogóle ta sprawa, Marku, rozpala wyobraźnię. Na jej podstawie powstał film fabularny, mieliśmy też milion podcastów i innych audycji, a tak naprawdę nikt nie jest w stanie w 100% powiedzieć, co się tam wydarzyło. Taki wątek, który mnie zawsze dziwił, związany był z tym, że zrobiono z tego straszną aferę, a przecież w Związku Radzieckim nie tyle ludzi zniknęło.
[48:48] - Tak, to prawda, ale mówiąc szczerze, to mnie najbardziej w tym numerze zainteresował artykuł „Słowiańscy bogowie z kosmosu”. Tak już jest. Przyzwyczailiśmy się, że jak mówimy o paleoastronautyce, o tych rzeczach, to najczęściej gdzieś tam się odwołujemy do świadczeń, które pochodzą gdzieś z Egiptu, a to z Ameryk. Ale Słowianie i bogowie z kosmosu, to tak nieczęsto, a tymczasem w tym numerze mamy właśnie artykuł poświęcony temu zagadnieniu.
[49:30] - Wielu czytelników dzieł von Dänikena czy Arnolda Mostowicza zastanawiało się nad następującą kwestią: skoro ślady spotkań z przybyszami z gwiazd zachowały się w mitologii wielu ludów, w mitologii mezopotamskiej, egipskiej i tak dalej, to czy podobnie mogło być ze Słowianami? Napotykamy tu pewien problem, bo o ile wiemy co nieco o imionach słowiańskich bóstw, także tych czczonych przez plemiona polskie, to Kościół w toku wieków tak skutecznie walczył z tak zwanym poganizmem, czyli religią dawnych Słowian, że nie zachowało się o niej zbyt wiele. Możemy się domyślać, czy był to politeizm, czy jakaś inna forma religii. Natomiast nieco inaczej jest z demonologią ludową. W niej zachowało się wiele elementów z tych pierwotnych słowiańskich wierzeń. Zatem pytanie: skoro nasi przodkowie słowiańscy widywali UFO i spotykali ufonautów, to czy w tejże demonologii mogły się zachować jakieś ślady upamiętniające te bliskie spotkania? Niewykluczone, że tak było. I śladem tego są między innymi opowieści o płanetnikach. Były to takie demony powietrzne związane ze zjawiskami atmosferycznymi, chociaż w różnych miejscach kraju, ale też w niektórych innych krajach słowiańskich nazywano tak wiejskich meteorologów, czyli ludzi, którzy posiadali jakąś wiedzę na temat chmur i pogody, przewidywania pogody. W każdym razie taki typowy opis płanetnika pasuje wypisz, wymaluj do wizerunku współczesnego szaraka.
Opisywane były te demony jako stworzenia chuderlawe, z wielkimi głowami. One czasami odwiedzały ziemię, mieszkały sobie na chmurach. Czy odpowiadają za to przypadki spotkań naszych przodków z UFO? Niech dobrym przykładem będzie pewne zdarzenie z przełomu XIX i XX wieku, do którego doszło w okolicach Nowego Sącza, które sugeruje, że jeszcze nasi pradziadowie mogli, kiedy spotkali ufonautę, określać go mianem płanetnika.
[51:49] - Piotr wie, co mówi, bo wspomniany artykuł wyszedł spod jego pióra. Także wiecie państwo, na razie zostaliście, tak nieelegancko powiem, zanęceni, ale w tekście jest całkiem sporo rzeczy, które myślę, że będą dla wielu czytelników po prostu nowością. Musiałeś trochę podłubać w tej słowiańskiej demonologii czy mitologii, czy jakkolwiek to określimy.
[52:21] - Tak naprawdę musnąłem tylko wierzch. Ja myślę, że przykładów jest znacznie więcej i gdybyśmy poszukali w literaturze bardziej szczegółowej, odkrylibyśmy wiele innych nawiązań. To robił między innymi Arek Miazga w swoich publikacjach, kiedy analizował bajki tak naprawdę. Jeden z artykułów na ten temat ukazał się w „Nieznanym Świecie”. I okazuje się, że tam jest bardzo wiele nawiązań do współczesnych bliskich spotkań z UFO. Chociaż te obiekty nie są oczywiście nazywane latającymi talerzami, ale inaczej. Myślę, że jest to kusząca hipoteza. To znaczy, jeżeli przyjmiemy, że zjawisko UFO towarzyszyło ludzkości od zawsze albo od bardzo dawna, to są duże szanse na to, że nasi przodkowie, nasi pradziadowie i jeszcze wcześniejsze pokolenia, spotykając tego typu obiekty lub ich pasażerów, w jakiś sposób sobie inkorporowały je do swoich wierzeń. Stąd na przykład opowieści o świetlikach, płanetnikach. Ale mamy też inne przykłady.
Liczę też na jakieś sygnały od czytelników, którzy mogą znać podobne opowieści przekazywane gdzieś w rodzinie.
[53:34] - Tak, nawet z tym apelem zwracasz się na łamach pisma. Więc proszę państwa, jeśli macie państwo informacje na ten temat, jakieś przekazy, to jak najbardziej do Piotra. Ale sąsiaduje z twoim artykułem czwarta część cyklu Wojciecha Chudzińskiego „Świadomość przed narodzinami i po śmierci”. Nosi ta część tytuł: „Wbrew fizyce i anatomii ludzkiego ciała”. Wchodzi autor bardzo głęboko w zagadnienie. Co o tym tekście możemy powiedzieć, żeby za bardzo go nie zdemaskować przed czytelnikami? Liczę na to, że po prostu sięgną i przeczytają.
[54:24] - Tak, temat jest fascynujący i sam cykl jest fascynujący. Wojtek wchodzi głęboko w analizę doświadczeń z pogranicza śmierci oraz tych przypadków, kiedy pacjenci hipnoterapeutów byli cofani do okresu przed narodzinami i tam też mówili o jakiejś formie funkcjonowania świadomości. O tym fenomenie już mówiliśmy w poprzednich odcinkach. Natomiast w tym konkretnym przypadku Wojtek pisze o wątpliwościach, jakie wyrażają neurolodzy czy psychiatrzy w stosunku do tych konwencjonalnych teorii na temat mózgu czy świadomości. I tak na przykład holenderski neurobiolog, który się nazywał Herms Romijn, twierdzi, że nie jest anatomicznie możliwe, by mózg przechowywał tak ogromną ilość wspomnień, jakie posiadamy. Wtóruje mu wielu innych badaczy, między innymi Simon Berkowitz. To wszystko na udowodnienie, że nawet eksperci nie są w stanie określić, czym świadomość jest. Coś takiego dla nas błahego jak świadomość, jak codzienne funkcjonowanie, jak obserwacja świata, okazuje się, że może być elementem, który łączy nas z szerszymi strukturami wszechświata i to wszystko nosimy w głowie. Natomiast konwencjonalna nauka bez pomocy tak zwanej nauki z pogranicza nie jest w stanie sobie z wieloma problemami poradzić. Z tego też powodu wielu tych autorów sięga w swoich pracach do parapsychologii.
[55:59] - Widzę jeszcze na łamach „Nieznanego Świata” autorkę, która gościła między innymi w „Bibliotekarium 2.0”, czyli artykuł Joanny Bohaczek-Trąbskiej „Piątka z dwójki, czyli nieoczywisty portret polskiego asa wywiadu”. To jest artykuł o Janie Henryku Żychoniu. Człowieku, tak jak już w tytule, człowieku wywiadu przedwojennego. Taki historyczny artykuł.
[56:31] - To jest artykuł historyczny, dlatego, że autorka jest doktorem historii i specjalizuje się w tej postaci, ale analizuje ją pod nietypowym kątem. To znaczy przygląda się jego życiu analizując jego charakterystykę numerologiczną. O co chodzi? To możecie sobie przeczytać we wspomnianym numerze „Nieznanego Świata” i zastanowić się, czy w ten sposób można analizować inne postaci historyczne. Co jeszcze w tym numerze? Ważnym tematem jest coś, co nazwaliśmy, opatrzyliśmy nagłówkiem „Niezależni lekarze pod ostrzałem”. Pytamy, dlaczego profesor Frydrychowski nazywa polskich medyków zaleczaczami. Piszemy także o astrologii i klimacie. I oczywiście wielu innych interesujących tematach.
[57:27] - Taką podróżą w czasie będzie przywołany artykuł świętej pamięci Marka Rymuszko z 2010 roku, który traktuje o bardzo zbliżonych tematach związanych wtedy ze świńską grypą.
[57:48] - Tak, to wszystko stało się albo powtórzyło się. Chciałem powiedzieć, stało się jeszcze raz w okresie pandemii. Ta sama narracja, te same sugestie, ten sam kołowrotek. Także COVID nie jest czymś oryginalnym, jest pod wieloma względami powtórką z historii. Zresztą ten felieton był emitowany w Radiu Paranormalium. Spotkał się też z pewnego rodzaju cenzurą ze strony YouTube'a. Mnóstwo było z tym przygód.
[58:19] - Proszę państwa, czwarty numer, tegoroczny, już w kioskach. Biegnijcie państwo, zanim wykupią. I tym optymistycznym akcentem kończymy przegląd numeru kwietniowego. Tradycyjnie zapraszamy za miesiąc. Proszę państwa, tydzień temu pojawiła się, nie wiem, czy to będzie tradycja, ale pojawiło się, tak mnie natchnęło, żeby troszeczkę się z państwem podzielić różnymi ciekawostkami filozoficznymi. To nie będzie żaden nudny wykład ani gadanie takie nie wiadomo jakie, bo filozofia ma to do siebie, że jak weźmiecie państwo jakiegoś profesora albo doktora, albo kogoś takiego już bywałego, pływającego po obszarach, czy też po oceanie filozofii, to on może państwa zagadać na śmierć. Ja postanowiłem, że ta wiedza filozoficzna będzie dawkowana w małych porcjach, w pigułkach, które nie będą państwa dręczyć, tylko może będą państwa intrygować. I postanowiłem sobie, że ponieważ czasopismo „Filozofuj!” pisane z wykrzyknikiem, udostępnia teksty na licencji uznania autorstwa, czyli 3.0 Polska w wolnym dostępie z podaniem autora, postanowiłem wyszukiwać tam ciekawsze artykuły. Dzisiaj porozmawiamy sobie o pewnym problemie, a nie tyle porozmawiamy, co posłuchamy tekstu Artura Szuty: „Czy obowiązek mówienia prawdy jest bezwzględny?”. Już tłumaczę, bo tytuł może odstraszać, ale zaręczam państwu, że tekst artykułu wręcz przeciwnie.
O co chodzi? Często mamy taki dylemat, a może to nie jest wielki dylemat, bo gdzieś tam się nam wmawia, że powinniśmy mówić prawdę, że mówienie prawdy jest tak naprawdę rzeczą szlachetną, zobowiązującą i taką, która może nie zawsze ułatwia nam życie, czasami wręcz go utrudnia, ale powinniśmy się mimo wszystko tej zasady mówienia prawdy trzymać, bo tak. Tu zresztą sam autor będzie się powoływał na pewne autorytety filozoficzne, między innymi na Kanta, który twierdził właśnie, że nie powinniśmy kłamać, ponieważ to wprowadza pewien dysonans w nasze życie. Państwo się już dzisiaj w tej chwili uśmiechacie. Któż z nas przynajmniej raz dziennie nie skłamie albo nie powie prawdy? To jest jednak pewne rozróżnienie, o którym warto wspomnieć. A w każdym razie zmilczy, nie powie do końca i to też jedni potraktują jako kłamstwo, drudzy jako takie niedopowiedzenie i tylko tyle. Właśnie. Czy też powinniśmy olać całą sprawę i w zależności od sytuacji albo mówić prawdę, albo nieprawdę? Czy też powinniśmy się trzymać zasady, że mówimy prawdę?
Odpowiedź pozornie wydaje się prosta. Jeden powie tak, drugi powie nie. No właśnie. A nasz dzisiejszy autor, powtórzę Artur Szutta, to jest filozof i pracownik Uniwersytetu Gdańskiego, który specjalizuje się w filozofii społecznej, a także w etyce i metaetyce, który ma takie pasje, może nie filozoficzne, ale bardzo ciekawe, jak przyrządzanie potraw, nauka języków obcych. Podobno obecnie uczy się węgierskiego. A właściwie błąd, bo ten artykuł pochodzi z roku 2016, więc pewno nasz autor, powtórzę Artur Szutta, pewno już się tego węgierskiego nauczył i zapewne dzisiaj zgłębia jakiś inny język. Ale lubi też autor chodzenie po górach. To bardzo mi bliskie. I lubi grać w piłkę nożną. Zostawmy te pasje.
Jeszcze na chwilę wróćmy do problemu. Powtarzam, artykuł jest lajtowy, ale myślę, że dosyć zasadnie autor pokaże, że czasami mówienie prawdy jest trudne. Nie dlatego, że komuś zagrozimy. Ten przykład też jest przywoływany zaraz na początku artykułu. Nie dlatego, że możemy ściągnąć na kogoś kłopoty, ale czasami mówienie prawdy jest trudne, bo nie chcemy innego człowieka, pierwsze słowo, które mi przychodzi „zniszczyć”, ale to nie chodzi o takie fizyczne zniszczenie. Zniszczyć mu psychiki, zniszczyć jego wspomnienia, zniszczyć jego dobrego mniemania o kimś. I to czasami jest bardzo ważne, bo możemy powiedzieć prawdę, ale wtedy to wszystko, o czym powiedziałem, odsłonimy komuś i to nie będzie dla niego zbawienne, wręcz przeciwne. Ale żeby nie zagadać tematu na śmierć, to ja państwa zapraszam na lekturę tego artykułu w moim wykonaniu. Niestety. Artur Szutta: „Czy obowiązek mówienia prawdy jest bezwzględny?” „Była wtedy kilkunastoletnią dziewczynką, której rodzice ukrywali żydowską rodzinę.
Pewnego dnia do ich domu wpadli funkcjonariusze Gestapo. Ich dowódca krzyknął do dziewczynki: „Gdzie są Żydzi?” Nie mogłam skłamać. Uczono mnie, że zawsze należy mówić prawdę” – wspomina dziś starsza już pani. „Wskazałam więc na dywan leżący pod stolikiem, mówiąc: są tam pod podłogą. Na szczęście gestapowiec pomyślał, że żartuję. Zastanowiło mnie, jak można rozumować w ten sposób. Jak można twierdzić, że nie powinniśmy okłamywać mordercy, aby uratować niewinne życie. Tymczasem owa dziewczynka nie jest jedyną wyznawczynią bezwzględności zasady nakazującej mówienie prawdy. Oprócz niej i zapewne wielu ludzi dobrej woli, zwolennikiem tej zasady był jeden z największych filozofów wszech czasów, Immanuel Kant. Jego zdaniem prawdomówność jest świętym i bezwarunkowym nakazem rozumu.
Czynienie wyjątków od zasady prawdomówności, nawet wówczas, gdy chcemy ratować czyjeś życie, wyrządza krzywdę ludzkości, bowiem podważa autorytet rozumu, który jest źródłem prawa moralnego. Nie czas jednak na subtelne analizy stanowiska Kanta i dywagacje, co właściwie twierdził na temat kłamstwa. Chętnych odsyłam do jego pism. Proponuję tutaj zastanowić się, jakie są nasze najgłębsze intuicje dotyczące możliwości moralnie usprawiedliwionego, moralnie dopuszczalnego powiedzenia nieprawdy. W tym celu rozważmy poniższy eksperyment myślowy. Wiele lat temu miałem szczęście obejrzeć w Teatrze Telewizji sztukę, której tytułu, a tym bardziej autora, nie jestem dziś w stanie zidentyfikować. Pewnego dnia do redakcji gazety gdzieś w XIX-wiecznej Rosji przyszła starsza kobieta, dzierżąc w rękach mały kajecik. Wytłumaczyła redaktorowi, że w tym zeszycie znajdują się wiersze jej niedawno zmarłego syna. Jest to jedyna po nim pamiątka. Jako matka byłaby szczęśliwa i dumna, gdyby gazeta zechciała opublikować wiersze.
Redaktor zgodził się przejrzeć kajet i ocenić, w jakiej mierze poezja nadaje się do publikacji. Poprosił kobietę, aby przyszła tydzień później. Kiedy ta pojawiła się ponownie, patrząc jej głęboko w oczy, powiedział, że jest mu bardzo przykro, ale w roztargnieniu zgubił gdzieś zeszyt i pomimo wielu wysiłków nie był w stanie go odnaleźć. Biedna kobieta ze łzami w oczach i spuszczoną głową wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. Wówczas siedzący obok za biurkiem kolega redaktora wybuchnął gniewem: jak można było tak zgubić czyjąś jedyną pamiątkę po zmarłym synu? Co za lekkomyślność! Cóż za brak serca! Redaktor jednak spokojnym głosem wyjaśnił koledze, że wiersze, które znalazł w kajecie, były autorstwa Puszkina. Zapewne syn nieszczęsnej kobiety przepisał je, mówiąc matce, że to jego własne wiersze. Redaktor skłamał kobiecie, że zgubił zeszyt.
Wolał, żeby utraciła zeszyt i miała złe zdanie o nim, aniżeli utraciła wiarę w to...” Że w jej synu było coś dobrego, pięknego, o czym warto pamiętać. Co zrobilibyście na miejscu redaktora gazety? Czy oceniacie jego kłamstwo jako moralnie niedopuszczalne? Czy mimo wszystko nie było w jego działaniu i postawie czegoś szlachetnego? A może jednak kłamstwo zawsze jest skażone czymś niegodziwym? Tak, proszę państwa, czy ten przykład, który podany był przez naszego autora, przez Artura Schuttę, przekonał państwa? Mnie przekonał. Przekonał mnie na pewno do tego, że łatwo jest być w życiu takim człowiekiem, który nieustannie wali pięścią w stół i mówi: „Trzeba mówić prawdę, zawsze prawdę, bo prawda nas wyzwoli”. Ileż to razy w życiu spotykacie państwo takich ludzi, którzy nie mają żadnych wątpliwości, że jeśli powiedziano im, że coś jest dobre, to jest dobre, choćby nawet niszczyło innych. Tutaj mamy pewne zniuansowanie i ja nie potrafię tak do końca rozstrzygnąć problemu zadanego w tytule artykułu.
Przypomnę: czy obowiązek mówienia prawdy jest bezwzględny? Nie potrafię tego rozstrzygnąć, ale przykład podany przez autora zostaje w pamięci i mam nadzieję, że również państwa zainspiruje do pewnych przemyśleń. Cóż, to teraz wypadałoby, żebyśmy nawiązali do tytułu dzisiejszej audycji. „Twórcy światów” to tak naprawdę jest tytuł książki, dużej, obszernej monografii autorstwa Piotra Mańkowskiego. „Twórcy światów” pod tytułem „Kroniki gier wideo” to jest najnowsza, rozszerzona i poprawiona, a nawet uzupełniona wersja materiału, który pojawił się po raz pierwszy pod tytułem „Cyfrowe marzenia”. Potem pojawiła się książka wydana jako „Wielka księga gier”. I teraz pojawiają się „Twórcy światów”. Przypomnę: Piotr Mańkowski. „Twórcy światów” to jest jednak, pomimo że czerpie z dwóch poprzednich publikacji, dzieło zupełnie nowe. To jest pozycja wydana przez grupę MTP w pięknej oprawie, w sztywnej oprawie.
Ilustrowana, albumowa edycja. To jest ponad 1 200 000 znaków tekstu. To ponad 1200 unikatowych zdjęć, których nie znajdziecie państwo w internecie. Bardzo autor o to dbał. To zdjęcia kolorowe. Tak jak powiedziałem, nie znajdzie się ich w internecie. Książka zawiera wypowiedzi twórców gier, przywołuje najsłynniejsze cytaty i hasła reklamowe, które pojawiały się w przestrzeni publicznej, w przestrzeni reklamowej w toku trwania zjawiska gier komputerowych. Ale przede wszystkim jest to taka podróż z autorem, podróż po historii gier. W ogóle medium, jakim są komputery i wszelka działalność na nich. Tak naprawdę te gry są z nami, gdybyśmy mocno sięgnęli, to od półwiecza.
Wtedy się te pierwsze, bardzo prymitywne gry pojawiły, w latach 70. I tak naprawdę stało się coś, co wydawało się niemożliwe. Gry komputerowe, bardzo słusznie, a jedni powiedzą, że niesłusznie, ale ja uważam, że całkiem nieźle się stało, bo gry komputerowe dzisiaj, przynajmniej u niektórych, przebiły już filmy, telewizję, inne formy rozrywki. Gry rządzą. To jest, przyznam państwu, książka dla fanów, ale też dla ludzi, którzy chcieliby poznać historię gier komputerowych i dla ludzi lubiących czytać. Tak naprawdę tam jest masa treści. To spotkanie, z którego relację państwo usłyszą, miało miejsce właśnie na Międzynarodowych Targach Poznańskich, Targach Książki. Dzięki Eveliusowi jest ono doprowadzone do używalności. To znaczy można dobrze usłyszeć, co autor książki mówi. Ja zapraszam państwa na niezwykłą podróż po świecie gier komputerowych.
I tak jak to powiedziałem na początku audycji: twórcy światów rządzą.
[01:12:52] - Teraz czas porozmawiać trochę o grach komputerowych. Także jeżeli są tutaj wśród nas, na pewno są, fani gamingu, fani gier komputerowych, cyfrowej rozrywki, to teraz będzie spotkanie dedykowane właśnie dla takich osób. Będziemy rozmawiać o grach komputerowych, konkretnie o wyjątkowej i nowej na rynku książce, która jest poświęcona właśnie grom komputerowym i to tak bardzo kompleksowo, że nie boimy się powiedzieć, że jest to największa tego typu publikacja na świecie. Jest ze mną autor książki „Twórcy światów”, czyli Piotr Mańkowski. To jest książka „Twórcy światów”, która właśnie debiutuje dzisiaj na targach. To jest rozszerzona wersja książki, która już kilka lat temu się ukazała, czyli „Wielka księga gier”, ale wersja mocno rozszerzona. I dzisiaj sobie o tym porozmawiamy. Porozmawiamy też o świecie gier komputerowych, o autorze Także zapraszamy na wywiad z Piotrem Mańkowskim. Cześć Piotr, witam ciebie.
[01:13:56] - Dzień dobry. Mam nadzieję, że jeszcze przyjdzie kilka osób.
[01:13:59] - Myślę, że w miarę jak się rozkręcimy, to pewnie będą dołączać kolejne osoby. Powiedz nam na początek trochę o sobie, żebyśmy też słuchaczom powiedzieli, kim jest autor. Tak naprawdę, dlaczego to ty wziąłeś się za tą mrówczą pracę, żeby wydać tak dużą książkę? Możemy sobie usiąść, żeby ci było wygodnie.
[01:14:22] - Jestem z zawodu dziennikarzem. Zaczynałem, nie chcę powiedzieć karierę, ale działalność w magazynach związanych z grami, takich jak Secret Service, Reset czy Klik!. Tam generalnie, tak jak w prasie, jest tak, że z miesiąca na miesiąc się żyje, robi się bieżące rzeczy. W tamtym czasie jeszcze nie było czegoś takiego jak sięganie do przeszłości, czyli jakaś fascynacja retro, odszukiwaniem jakichś tajemnic przeszłości. Po prostu robiło się bieżące rzeczy. Na tym polegała prasa komputerowa i tak naprawdę gdzieś w okolicach 2000 roku, mniej więcej, branża zaczęła zyskiwać swoją samoświadomość, to znaczy taką chęć odszukania swoich korzeni i dokopania się do rzeczy, które wcześniej były uznawane za całkowicie nieważne, za całkowicie niepotrzebne i błahe. A tak naprawdę nagle zaczęło się okazywać, że to są rzeczy, które były korzeniami tej branży, były rzeczami, z których wynikało to, co działo się w teraźniejszości. To był chyba 2006 rok. Zapragnąłem po prostu spróbować powiązać to wszystko i zacząć pisać historię gier komputerowych od A do Z. My wcześniej, w latach 90.
z kolegą z Top Secretu i z Gamblera, czyli z Aleksem Uchańskim, z Piotrem Gawysiakiem, Banką Gawronem napisaliśmy taką książkę „Biblia komputerowego gracza”. Ale to była książka napisana w czasach, internet już istniał, ale de facto w czasach przedinternetowych, bo w zasadzie nie można było z internetu zbyt wielu ciekawych informacji w tamtym czasie wyłuskać. I gdy w 2006 do tego siadłem, to nagle się okazało, że są maile do tych ludzi, którzy byli legendami branży. Oni są chętni, żeby opowiadać o tym. Jest cały zasób wiedzy, który wcześniej nie był dostępny, jakieś bazy danych, podsumowania. I tak naprawdę z punktu widzenia dziennikarskiego siadanie do pracy wtedy, w 2006, oznaczało już taką wcale nie ortę na ugorze, tylko po prostu przyjemne, takie encyklopedyczne przeszukiwanie zasobu wiedzy i budowanie z tego historii. Pamiętam, że napisałem do wielu twórców wtedy, do legendarnego Ralfa Baera napisałem, do człowieka, który wymyślił pierwszą konsolę na świecie Magnavox Odyssey. I on mi odpisał. Ten człowiek już nie żyje, bo on się urodził w 1928 albo 1925. Zmarł gdzieś tak w 2016, ale wtedy, w 2006 on bardzo grzecznie mnie potraktował.
Legenda, mistrz, człowiek, który stworzył tą branżę po części. Grzecznie mi przysłał zdjęcia, powiedział, że mogę opublikować je, że udziela mi praw do publikacji. Opisał mi wiele rzeczy. Takich sytuacji było kilka i byłem bardzo mile zaskoczony i zdziwiony, że twórcy mają takie podejście. I z tego zrodziła się książka „Cyfrowe marzenia”, w 2010 wydana. Ona miała kilka wad. Jeszcze nie była tak gruba. Ona była czarno-biała, ona miała 200 zdjęć maksymalnie. Nie pamiętam, ile tam było dokładnie. I to wydało wydawnictwo Trio, czyli wydawnictwo, które się zajmowało literaturą, powiedziałbym historyczno-naukową.
Zrobili taki eksperyment, że o grach też chcieli napisać. I później to wszystko rozbudowywałem przez kolejne lata. Powstała z tego „Wielka księga gier”, 2018. To już było ponad milion znaczków tekstu. To już było 800 zdjęć, w większości moich, zrobionych w terenie, legendą, dawną siedzibą ich, zdjęcia z targów i tak dalej, z muzeów. I ta wersja, którą tutaj publikujemy, czyli „Twórcy światów”, jeszcze rozbudowywana, to już jest, słuchajcie, 1 300 000 znaczków, 1300 zdjęć. Czyli w porównaniu z „Cyfrowymi marzeniami”, gdzie było 700 000 znaczków, to jest prawie dwa razy więcej tekstu. I prawie siedem razy więcej zdjęć. I to nie są zdjęcia wzięte skądś, czyli zapożyczone sobie z Google'a, bo tak znalazłem, tylko to są w całości zdjęcia moje, plus screenshoty, plus materiały prasowe. W „Wielkiej księdze gier” pisaliśmy WKG Exclusive, żeby pokazać, że to jest wyłącznie publikowana w tej książce fotografia czy ilustracja, ale tu już z tego zrezygnowałem, bo praktycznie 100% materiału to są moje zdjęcia, a więc już tego uniknęliśmy.
[01:19:33] - Czyli mamy tutaj dużo kontentu unikalnego. Ale też wracając do tego, co powiedziałeś, to już jest trzecia książka, one cały czas rosną. Ja tak sobie pomyślałem, słuchając ciebie, czy może tutaj w tym kontekście nie czujesz się bardziej może nie jak dziennikarz, a jak historyk? Bo sam zacząłeś od tego, że nie było takich publikacji, przynajmniej w Polsce nie było. Na świecie pewnie też było niewiele, faktycznie przebiłeś głową ten sufit, że ktoś myślał, że się nie można odezwać do twórców gier, a tu się okazuje, że to są normalni kolesie, z którymi można porozmawiać, pomailować i tak dalej. To też jest fajnie, że na to wpadłeś. Bo jak to mówią, coś jest niemożliwe, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto nie wie, że to jest niemożliwe i tego nie zrobi. W tym wypadku nie czujesz się jak historyk gier?
[01:20:28] - Historyk mi się bardziej kojarzy z osobą, która siedzi w bibliotece, przewraca księgi, wertuje jakieś tomiszcza zakurzone i wydobywa z tego wiedzę. A tak naprawdę ja się czuję bardziej dziennikarzem w takim sensie, że ruszam w teren, jestem na targach, spotykam tam kogoś, pozyskuję informacje, robię mu zdjęcie.
[01:20:47] - Może bardziej archeolog.
[01:20:49] - Może tak.
[01:20:50] - Z tym ruszaniem w teren.
[01:20:52] - Archeologia growa — jest takie pojęcie. Na przykład przybywam do Doliny Krzewowej i mam wzięty ze starych kart rejestracyjnych z gier. Tam były adresy, bo kiedy się kupowało grę, to było coś takiego jak karta rejestracyjna. Wypełniało się tam swoje dane i wysyłało na ten adres, który jest na karcie i wtedy na przykład było się zarejestrowanym użytkownikiem tej firmy. Dowcip polega na tym, że te adresy pomagają dotrzeć do legendarnych siedzib i będąc cztery razy w Dolinie Krzewowej, tam zawsze próbowałem dotrzeć do tych firm. I takie zdziwienia były. Raz na przykład przyjechałem i ta firma była już rozbierana. Ta siedziba była rozbierana. Przez kogo? Przez Netflixa, bo Netflix przejmował teren.
Siedziba Atari została przejęta przez Google'a, ale jeszcze zdążyłem ją zobaczyć. Obecnie jest już zniszczona i stoi nowy budynek. Gdzieś tam przyjeżdżam do legendarnej siedziby firmy SSI strategicznej, a tam jest McDonald's na przykład w tym miejscu. Takie różne rzeczy mnie czekały, ale odkrycie tych pozostałości, poza spotkaniem ludzi, poza spotkaniem twórców, to odkrycie miejsc, w których to wszystko powstawało, w której było słynne jacuzzi Atari, kluby, w których oni się spotykali i powstawały gry. To są fascynujące rzeczy. Wydaje mi się, że taki klasyczny historyk takich rzeczy nie robi, tak zwany badacz gier. Badacz gier to myśli, koncypuje i łączy pewne fakty, a ja lubię pozyskiwać też informacje bezpośrednio z terenu, także wizytując różne muzea dedykowane grom.
[01:22:36] - Ja też myślę, że tworząc takie kompendium, bo to jest książka, która bardzo szeroko omawia ten temat i chronologicznie, to też trochę zapewniłeś sobie jednak bardzo dużą ilość cytowań, bo wydaje mi się, że coraz częściej słyszę, że też ja na przykład zajmując się targami Poznań Game Arena, często dostajemy takie maile od studentów, którzy robią prace naukowe na temat różnych aspektów gier komputerowych, czasem socjologicznie, czasem historycznie i tak dalej. Mają tutaj gotowe źródło, które mogą cytować. Także tutaj na pewno w świecie naukowym zapewniłeś sobie dużo cytowań, przynajmniej u nas w kraju. Także ja będę się dalej upierał, że jednak jesteś historykiem, bo faktycznie te metody badań jednak też mi do tego trochę pasują. Powiedz, ile czasu i energii w ogóle poświęciłeś na to, żeby dojść do tej wersji książki, do tej objętości, tych liczb, o których przed chwilą mówiłeś. Dużo takich podróży odbyłeś. To trwało latami, miesiącami.
[01:23:44] - Podróże mniej więcej zacząłem wykonywać, takie konkretne, obfitujące setkami zdjęć, mniej więcej osiem lat temu. Wtedy, jak ruszył magazyn Pixel, to wtedy zacząłem krążyć pomiędzy Ameryką a Europą i różne eventy zwiedzać. I często to było tak, że jadąc na takie targi czy też konferencje, po prostu wcześniej się umawiałem z ludźmi, tam ich spotykałem. Czasowo nie jestem w stanie tego opisać. I też podpatruję konkurencję, patrzę, co ludzie na Zachodzie robią, co inni koledzy próbują pisać. I generalnie naprawdę nie znam takiej historii, która byłaby historią od A do Z. Człowiek mi ostatnio napisał na internecie, że jest jakiś Włoch, który wydał historię gier po włosku w kilku tomach. Nie widziałem tego. Wierzę mu na słowo. To jeśli rzeczywiście jest tak, to Włoch też eksploruje tą historię od A do Z.
Natomiast jeśli książki przeglądasz, a mam całą biblioteczkę książek growych, to generalnie one się skupiają na jakimś zagadnieniu. Historia Atari, historia Arcade, historia Segi na przykład. W Polsce kilka książek na ten temat wyszło. Może nie reklamujmy, ale są takie wydawnictwa, autobiografie różnych twórców powstają. Ale generalnie historii od Ponga do dnia dzisiejszego, jeszcze okraszonej zdjęciami, na przykład Ala Alcorna, twórca Ponga z oryginalnym Pongiem obok, z tym pierwotnym, pierwotną maszyną, tym prototypem, który trafił do baru w Sunnyvale, to są naprawdę ciekawostki.
[01:25:31] - A powiedz mi, czy w tym nowym wydaniu książki to jest tak, że skupiłeś się raczej tylko na aktualizacji, czyli zamieszczeniu tego, co wydarzyło się od momentu wydania, czy też właśnie okazuje się, że czasem pewne historie, które opisałeś wcześniej, się zmieniają, wychodzą na jaw jakieś nowe fakty i właśnie tego typu smaczki możemy tam znaleźć. Czy ktoś, kto czytał tą poprzednią wersję, tutaj właśnie się zaskoczy w niektórych miejscach?
[01:25:59] - Tak jak mówiłem, ta nowa wersja, to, co jest zaklęte w tej książce, urosła o około 300 tysięcy znaczków. 300 tysięcy znaczków mniej więcej to jest półtora numeru miesięcznika, takiego dość grubego. My jak robiliśmy Pixela, to Pixel miał chyba 200 tysięcy znaczków miesięcznie, a więc urósł o całe takie pismo plus jeszcze połowę. Ale przede wszystkim zrobiliśmy rewolucję w składzie i rewolucję w zdjęciach. Zdjęć przybyło 500, a ileś jeszcze wymieniłem. To jest zupełnie taki materiał, że na pewno przez pięć lat nie będę chciał tego updatować, bo nie będzie po co. Plus jeszcze zostały dopisane nowe rozdziały, uzupełniające tę treść do AD 2022, do samego końca zeszłego roku w zasadzie.
[01:26:54] - Okej, a czy pamiętasz jakąś taką historię, gdy dotarłeś do jakiegoś faktu, który nie był ci znany i to cię jakoś tak mega zaskoczyło? Co od razu pomyślałeś, że to musi się znaleźć w książce, bo w ogóle bym na to nie wpadł nigdy i super, że do tego dotarłem. Takie jakieś totalne zaskoczenia twoje.
[01:27:11] - Dla mnie najwspanialszą historią, jaką przeżyłem podczas zbierania materiałów do tej książki, to było spotkanie z Alem Alcornem, czyli twórcą Ponga. Twórcą gry, która w zasadzie wszystko zrodziła. Ja się z nim umówiłem na spotkanie, jak poleciałem do San Francisco. On mieszka w Dolinie Krzemowej i on mi napisał w pewnym momencie: „Dobra, przyjedź do mnie do domu”. I spróbowałem tam przyjechać Caltrainem, czyli takim pociągiem, a na miejscu próbowałem autobusem się dostać do niego. Przyjechałem sobie odpowiednio wcześniej, zarezerwowałem sobie dwie godzinki na wypadek, gdyby autobus się spóźnił, żeby dotrzeć do niego. On mi dał swój adres, więc wszystko miałem. I czekam na ten autobus. Czekam, czekam. Mija godzina, a w Dolinie Krzemowej wszyscy mają swoje samochody.
Tam nie ma czegoś takiego jak transport miejski. On jest, ale jest tak słabo, tak dziadowsko zrobiony, że nie ma nawet rozkładów jazdy wiszących. Przychodzi się na przystanek i się czeka. Ja czekałem już godzinę na tym przystanku, nic nie przyjechało i nie wiedziałem. A tam jeszcze nie mogłem się z Google Maps połączyć, żeby sobie sprawdzić, czy jest w internecie jakiś rozkład. Czekałem. I już w pewnym momencie zobaczyłem, że nie zdążę do tego Ala Alcorna. Zadzwoniłem do niego i mówię: „Al, nie wiem, czy dotrę do ciebie, bo tu nie przyjeżdża autobus”. On mówi: „Te autobusy prawie w ogóle nie kursują, więc mów, gdzie jesteś, to przyjadę po ciebie”. I pamiętam, powiedziałem mu, gdzie jestem i czekałem na niego i myślałem sobie, że przyjedzie jakiś Cadillac, taki stary.
Al Alcorn, człowiek, który z długopisem zawsze chodzi z zapiętym w kieszonce, że przyjedzie jakiś taki staromodny pan. A tu nagle trąbi na mnie taka błękitna Tesla i wychodzi z niej Al Alcorn i mówi: „Wskakuj tam do środka, jedziemy”. I pojechaliśmy do jego domu, a on mieszka jak taki czarnoksiężnik na takiej górze, do której się wjeżdża takimi spiralami, takimi zakosami. I tak przyjeżdżaliśmy, a on mówi: „Poczty tu muszę sobie odebrać”. I do takiej skrzyneczki zajrzał, takiej jak w filmach amerykańskich, z taką rączką do otwierania. Wyjął coś sobie z tej skrzynki. Tam obok inne skrzynki były. Mówi: „A ta skrzynka należy do twórcy Sun Microsystems. Tu wiceprezes Oracle ma swoją skrzynkę, ale ta jest moja”. Zabrał wszystko i pojechaliśmy na sam szczyt tej góry.
I on ma taką, chciałoby się powiedzieć, rezydencję. Taki domek jednopiętrowy w sumie, ale na samym szczycie góry i ma cały widok na Dolinę Krzemową. Zresztą w książce jest zdjęcie wykonane, starałem się obiektów tam nie uwzględnić, ale cały widok na Dolinę Krzemową, całe te połacie Doliny Krzemowej, te góry, jest zrobione właśnie z rezydencji Ala Alcorna. I odbyłem z nim wtedy taką rozmowę, gdzie ujawnił mi wiele rzeczy związanych z Atari. To odpowiadając na twoje pytanie, o których w książkach nie było pisane. Bo generalnie jest tak, że są ludzie, którzy są w trybach tej maszyny growej na bieżąco. To są ludzie, którzy raczej nic ciekawego nie powiedzą, bo oni mają jakieś układy, oni z kimś tam współpracują. Jakby zaczęli negatywnie myśleć, to mogliby stracić jakieś pieniądze, jakieś układy, jakieś konkretne profity. Więc oni to tak bardzo gładko rozmawiają. Kiedyś z prezesem Sony robiłem wywiad, europejskiego oddziału Sony.
Ten człowiek nic nie powiedział. Jak wspomniałem tylko hasło Nintendo w porównaniu do Sony, to on powiedział: „Cofamy to pytanie. Ja o nich się w ogóle nie wypowiadam. Takiego słowa nie ma w moim języku”. I to był taki wręcz nieprzyjemny wywiad. A Al Alcorn jako człowiek, który wszystko widział, z jednego pieca jadł, nikogo się nie boi. W sumie jest już na emeryturze. Po prostu powiedział mi wszystko o tych zakulisowych różnych rozgrywkach w Atari, które były nieopisywane w książkach. Ja część z tych informacji też umieściłem. Żeby było jasne, nie ma nic sensacyjnego, ale są pewne takie opisane sprawy, z których wynika na przykład to, że coś powstało albo coś nie powstało.
I to była, pamiętam, jedna sytuacja. Bardzo szczerze też ze mną rozmawiał na przykład Steve Merecki z Infocomu czy John Cater z Cinemaware. To byli ludzie, którzy bardzo swobodnie się wypowiadali, aczkolwiek pamiętam wywiad z Johnem Caterem, gdzie z nim rozmawiam i on nagle zaczyna po prostu bardzo źle się wypowiadać o twórcy takiej powieści, na podstawie której powstał „Battleat Krondor”, czyli Raymondzie Feistcie. Mówi: „Ten Feist to w ogóle bez sensu. To, co on pisał, to był taki bełkot. Trzeba było to wszystko poprawiać”. Ja już taki zadowolony, że będę miał newsa. A John Cater, a jedliśmy wtedy lunch w Berlinie, pamiętam, on je ten lunch i mówi: „Wiesz co? Zapaliła mi się czerwona diodka. Ona zawsze mi się zapala, jak zaczynam być negatywny”.
Cofnijmy się o minutę, czy tam o pięć minut. Wszystko kasujesz, co było w ciągu pięciu minut. Ja o fajście nic nie powiedziałem, nic nie piszesz o fajście, bo facet się zorientował, że oni gdzieś tam jeszcze mają powiązania i nie chciał. Wiadomo, w Polsce to by się ukazało. Pewnie nikt by nie zauważył tego poza naszym graydołkiem, ale on z jakiegoś powodu się przestraszył i nie chciał, żeby to było publiczne.
[01:32:42] - Czyli z tego, co mówisz, wynika, że ten świat twórców gier, bo rozumiem, że ty zwiedzałeś różne studia, gdzie te gry są tworzone. Na ile oni dopuszczali ciebie do siebie, do swojej pracy? Na ile mogłeś to obserwować? Bo dużo ludzi, zwłaszcza młodych, myśli stereotypowo o tym, jak się robi gry. Wszyscy oglądają te różne pokoje w siedzibie Google'a, gdzie można się bawić i łapać kreatywność. Skonfrontujmy to z rzeczywistością, bo byłeś w wielu studiach. Jak to wygląda w rzeczywistości? Na ile oni ci pokazywali to, jak pracują? Bo rozumiem, że tam są pewne tajemnice. Jak to wyglądało w praktyce?
[01:33:25] - Jako dziennikarz przybywałem do różnych studiów. Różnica jest oczywiście taka, jeśli jesteś zaproszonym do studia i oni wiedzą, że większa grupa dziennikarzy tam przybywa, wtedy nie ma problemu z zaglądaniem za tajne drzwi czasem nawet. Inaczej jest, jak się z buta próbuje wejść szturmem do studia na dzień dobry, że tutaj się jest dziennikarzem. To raczej trudno. Pamiętam, że zostałem wyrzucony w zasadzie przez recepcjonistkę ze studia Naughty Dog. To są twórcy „Uncharted” i „The Last of Us” na przykład. Oni w Santa Monica mają studio, tam fontanny są wspaniałe, jakieś ogrody. Przybyłem do tego studia i pamiętam, hinduska pani recepcjonista powiedziała mi, że tutaj kierunek drzwi i zaraz wezwie policję, jeśli będę oporny. To był bardzo nieprzyjemny wypadek i od tego czasu jakoś Naughty Doga nie bardzo lubię. Ale na przykład byłem zaproszony do studia Obsidian w Irvine, takiej Mekce komputerowej, czyli pod Los Angeles.
Takie sterylne miasto, Irvine. Tam Blizzard ma swoją siedzibę. Kiedyś Interplay miał, obecnie ma na przykład Obsidian tam swoje miejsce. Byliśmy w tym Obsidianie i pamiętam, że mogliśmy podejrzeć warsztat pracy tych ludzi. To znaczy chodziłem sobie po studiu zupełnie swobodnie i oglądałem, jak pracują. Zdziwiło mnie parę rzeczy. Na przykład oni w Ameryce czy w tym Obsidianie, to było kilka lat temu, czyli myślę, że to jest nadal aktualne, mają bardzo ciekawe metody pracy. Na przykład żeby sobie kręgosłupów nie zniszczyć, żeby sobie kolan od siedzenia nie zwyrodniały stawy kolanowe, oni na przykład mają takie maty, stoją na tych matach, a komputer mają specjalnie podwyższony, czyli na stojąco gość pracuje. Albo drugi ma krzesło, ale na jakimś podwyższeniu. I tak jak taki dzieciak w kojcu siedzi sobie wysoko.
Jakieś dziwne konstrukcje w trosce o swoje zdrowie stosują. Nikt tak nie siedzi jak my w normalnym fotelu i to programują. Mieli tam naprawdę bardzo kilka różnych wariantów takich, powiedziałbym, ortopedycznych, zastosowanych. Jakiś gość na przykład w piasku stał, miał gołe stopy i miał taką piaskownicę normalnie wstawioną, taką kuwetę z piaskiem i na tym piasku sobie stał. Prawdopodobnie lekarz mu powiedział, że to jakoś zdrowiej na stopy wpływa niż na twardym. Nikogo to absolutnie nie dziwiło. To było jego stanowisko. On sobie tam pracował. Pamiętam, że w tym Obsidianie pozwolili nam zajrzeć za rzeczywiście tajne drzwi do różnych pokojów. Na przykład zajrzeliśmy do facetowi, który robił taką grę.
To się nazywało konkurencja do „World of Tanks”. Nie przypomnę sobie tej nazwy. W każdym razie facet, pamiętam, całe lata 80. miał wyklejone plakaty, „Powrót do przyszłości”, „Koszmar z ulicy Wiązów” i sobie w takiej atmosferze pracował. Ale było jedno miejsce, gdzie powiedziano: „Tu powstaje najnowsza gra, jeszcze niezapowiedziana. Tutaj nie zaglądacie”. Generalnie pełna swoboda tam panowała i pamiętam, że rzeczywiście było tak, że Obsidian otworzył nam swoje wrota. Takich firm jeszcze by się kilka znalazło, w których byliśmy w Anglii czy w Stanach.
[01:37:08] - Okej, tutaj zahaczyłeś o ten temat à propos tego, że niektórzy właściciele firm czy przedstawiciele firm nie wypowiadają się na temat konkurencji. Chciałem cię zapytać, bo w książce jest w paru miejscach poruszony taki temat rywalizacji między studiami, czy między twórcami konkretnych rozwiązań technologicznych. My sobie tutaj też możemy trochę, myślę, zdradzić. Jak rozmawialiśmy wcześniej przed wydaniem książki, to robocza nazwa projektu Pixel Wars. Może opowiesz trochę o tym, bo mi się wydaje, przynajmniej teraz często, znowu mówię z perspektywy organizacji targów największych w Polsce, gamingowych, zawsze są ludzie team Xbox, team PlayStation, team Nintendo. I z jednej strony fakt, rywalizacja, animozje i tak dalej, ale z drugiej strony może taka rywalizacja właśnie dobrze robi rynkowi. W książce jest dużo tego typu motywów, więc może rozszerzmy ten temat. Twoim zdaniem, możesz opowiedzieć o słynnych rywalizacjach paroma zdaniami i też jak według ciebie to wpływa na ogólny rozwój całego tego graydołka?
[01:38:21] - Faktycznie pierwotnym tytułem książki było Pixel Wars, ale po pierwsze Pixel, czyli nasz magazyn, zniknął w grudniu 2020 roku z rynku. Ostatni numer się ukazał w styczniu, więc dotykanie tematu hasła pixel było niemiłe i budziło różne wspomnienia, niekoniecznie przyjemne. A Wars też okazało się — zdawaliśmy sobie z tego sprawę, ale po dłuższej dyskusji wyszło, że nie chcemy słowa wars używać, jeśli za naszą wschodnią granicą trwa wojna, ludzie giną, a my sobie będziemy książkę nazywać Wars, bo tak jest zabawnie. Nie chcieliśmy tego używać. Wymyśliliśmy tytuł „Twórcy światów”, który, jak może niektórzy kojarzycie, odnosił się do słynnego hasła reklamowego jednej z firm, czyli Originu: We create worlds. Naprawdę na poważnie to było brane wtedy, że inni robią gry, inni robią zabaweczki, inni robią jakieś dowcipy, a my tworzymy światy. My nie tworzymy gier, tylko tworzymy światy. To było bardzo nośne i bardzo robiło wrażenie. À propos rywalizacji, które od początku rzeczywiście trawiły branżę, to jak nasi wspaniali Amerykanie z Netflixa — zresztą tak jak mówiłem, to są ludzie, którzy są poniekąd pogrobowcami Atari. Oni przejęli w miejscowości Los Gatos w Dolinie Krzemowej siedzibę Atari.
Skolonizowali ją swoim korporacyjnym budynkiem. Jeśli oni robią dokument na Netflixie o grach, to w tym dokumencie jest tylko i wyłącznie historia walki Ameryki z Japonią. Ta historia rywalizacji, która toczyła się w zasadzie od początku lat 80. do połowy lat 80. tak bardzo na serio. Znaczy Atari, czyli hegemon amerykański, starł się z Nintendo i Nintendo z tego starcia wyszło zwycięsko i tak naprawdę przejęło rynek na wiele lat po Ameryce. Ameryka musiała się z gruzów odbudowywać, z wielkiego krachu gier wideo. I później zaczęły się dziać takie rzeczy dość niesamowite, a mianowicie wejście Sony do elektronicznej rozrywki. To był przypadek. Wejście Microsoftu do elektronicznej rozrywki to był jeszcze większy przypadek.
Niektórzy mówią nawet, że nieporozumienie, ponieważ ta firma weszła i zaczęła produkować pierwszy w swojej historii hardware. Zobaczmy Sony. Sony to jest producent elektroniki od lat, od półwiecza, ponad półwiecza. Microsoft nigdy w życiu nie wyprodukował żadnego sprzętu. Xbox pierwszy w 2001 roku, jeśli dobrze pamiętam, to był pierwszy hardware z Redmond i oni wypuścili go dlatego, że były to wyniki ambicjonalnych ambicji Billa Gatesa, który-
[01:41:27] - Przepraszam, że przerywam, że może nie tyle przypadek, co koniunkturalizm. Po prostu okazja, tak?
[01:41:36] - Jak byś to nazwał?
[01:41:37] - Okazja biznesowa, rozszerzenie.
[01:41:40] - Tak. Ale wynikły z tego, że oni chcieli podbić internet i się spóźnili, bo Gates rzeczywiście nie podjął takiej decyzji, żeby wchodzić do internetu. Zlekceważył fenomen internetu, a gdy się obudzili, to już było trochę za późno. Swoje tam robili. Musieli się ostro z Netscape'em w przeglądarkach zmagać i tak dalej. Dlatego gdy był taki ambitny człowiek w Microsoftzie, który się nazywał Jay Allard i on wysłał memorandum do członków zarządu, że gry już stają się filmami, gry się stają ważną częścią popkultury i trzeba wejść w gry, to Bill Gates dał zielone światło. I wtedy poszły rzeczywiście miliardy, bo Microsoft było nie było, jest bogatszy od Sony, jeśli chcieć wszystkie aktywa zsumować. I w zasadzie z tej dawnej wojny Ameryka-Japonia dalej, zobaczcie państwo, trwa wojna Ameryka-Japonia, tylko już nie Nintendo i nie Atari, tylko ich rolę przejął Microsoft i Sony. Nintendo dalej jest oczywiście trzecim tym wielkim. Natomiast jeśli chodzi o wykładane fundusze, jeśli chodzi o fundusze włożone w hardware, w powstanie hardware'u, czyli tych nowych konsol, to Nintendo jest jednak z tyłu w porównaniu z tymi dwoma wielkimi.
Aczkolwiek paradoksalnie wydaje się, że w ostatniej generacji konsol Nintendo oszukało wszystkich, przechytrzyło ich i Switchem, który jest technicznie sporo poniżej tamtych konsol, sprzedaje się o wiele więcej niż PlayStation 5 i Xbox Series X. I to jest pewien paradoks, jak wiecie państwo, nie wypuścili nowej konsoli, tak naprawdę konkurują konsolą z 2016 roku z najnowszymi produktami. To jest bardzo ciekawa rzecz. Ale rzeczywiście, jak się generalnie na to patrzy, to jest walka Stanów z Japonią. W dokumencie Netflixa Europa nie jest w ogóle wymieniona. Europa w zasadzie dzisiaj nie znaczy wiele w gamedevie. Polska paradoksalnie jest jednym z liderów europejskiego gamedevu. Nawet nie wiem, czy obok Francji nie jest numerem dwa, bo Wielka Brytania rzeczywiście bardzo podupadła w stosunku do lat 80. Ale generalnie Europa nie produkuje hardware'u i Europa jednak ma sporo mniejszy zasięg. Aczkolwiek jeśli patrzymy na to pod względem koncepcji, pod względem pomysłów, jakie powstawały w Europie, zwłaszcza w latach 80., to Europa ma bardzo znaczące miejsce i to jest opisane w tej książce.
Amerykanie tego na przykład w ogóle nie dostrzegają w tym dokumencie Netflixa. Pamiętam, specjalnie go po raz drugi pod tym kątem obejrzałem. I tam hasło Europa pada tylko raz w odniesieniu do Wielkiej Brytanii, tylko w takim kontekście, że Wielka Brytania tam była podwykonawcą dla chyba Nintendo w jakimś projekcie czy w jakiejś generacji, coś tam robiła, ale nie, że Wielka Brytania jakieś pomysły dostarczała. Wielka Brytania miała świetnych twórców, sypialnianych programistów, tylko że była podwykonawcą, więc oni tego nie dostrzegali.
[01:45:03] - Myślę, że jeśli chodzi o niedostrzeganie czegoś przez Amerykanów, to nie jest jedyny temat. Po prostu tak chyba mają. Nieraz nawet nie ogarniają, że Europa to nie jest jeden kraj. Tak to wygląda. Chciałem cię też zapytać, bo wspomniałeś trochę o polskim gamedevie. W książce też o tym przeczytamy. O polskich grach, polskich twórcach. Napij się spokojnie, będę chwilę mówił sam. Zgodzę się z tym, co mówiłeś, bo to widać dobrze na PGA. Mamy całą wielką strefę Indie Games, gdzie co roku mamy 100, 150, 200 tytułów i naprawdę niektóre projekty zaczynają się mocno wybijać.
Wiadomo, że twórcy „Cyberpunka” chociażby czy 11 bit studios to są twórcy, którzy są już znani na całym świecie. Także powiedz, co w książce można się dowiedzieć o polskiej branży i też możesz trochę rozwinąć tą wypowiedź o tym, jak widzisz przyszłość polskiej branży gier.
[01:46:11] - W książce jest cały rozdział poświęcony początkowi polskiej branży gier i postaci Lucjana Wencla, czyli człowieka, który importował Atari, który w zasadzie jako pierwszy dostarczył komputer oficjalnie legalnie do Polski, bo wcześniej w zasadzie był tylko transport walizkowy. Plus powstanie pierwszych studiów LK Avalon, Xland czy jakieś ASF. Te wszystkie studia powstały na przełomie lat 80. i 90. i to jest w książce opisane, czyli ten cud narodzin polskiego gamedevu, czyli to, jak Lucjan Wencel najpierw przywiózł komputery, potem głównie na tych komputerach, bo na komputerach Atari XL na przykład tworzył LK Avalon, czyli ludzie z Rzeszowa. Oni na ten komputer produkowali głównie gry, bo to był komputer, który był legalnie dostępny w Polsce, w Pewexach co prawda, ale ludzie mogli go sobie kupić i korzystali z niego i twórcy tworzyli na ten komputer, który był dostępny. Później generalnie w książce jest opisywane już to, co było wielkie w skali światowej, bo zauważmy, że w tychże latach 80. i 90. wczesnych polska branża była zapóźniona w stosunku do Zachodu o ładnych parę lat. To znaczy jakieś rekordy świata bito, ale nie zauważano tego.
Bito w stosunku do tej platformy, na którą tworzono, czyli na Atari 800 XL. Paradoksalnie Polacy robili najlepsze gry, jakie powstały na tą platformę. Tyle że o parę ładnych lat za późno. Świat uciekł naprzód i świat robił już cudowne gry tylko na pecety głównie i na konsole. A u nas twórcy cały czas robili gry na Atari XL. Czyli byliśmy takimi honorowymi zwycięzcami, tak jak często w piłce nożnej przegrywamy, ale honorowo jesteśmy zwycięzcami i w zasadzie coś takiego tam miało miejsce. I sytuacja się zmieniła. Dzisiaj już nie musimy z kompleksami do tego podchodzić, tak sobie pocieszać się, że robimy świetne gry, tylko świat tego nie dostrzega. Świat jest gdzie indziej. Nie.
Właśnie okazało się, że „Cyberpunk 2077” był najbardziej oczekiwaną grą w ogóle wśród wszystkich gier na Steamie. „Wiedźmin 3” był superpopularną grą. „Dying Light” pierwszy, „Dying Light 2” były superhitami światowymi. I to wszystko powstało tutaj, w Polsce. I o ile wcześniej, tak jak mówię, było takie poczucie, że musieliśmy sobie przepracowywać w umyśle to wszystko, że nie jesteśmy najlepsi, ale gdyby coś tam, to byśmy byli mistrzami świata. Tylko rzeczywiście kilka studiów deweloperskich, polskich i to nie tylko ci najwięksi. Słuchajcie, bo także mamy na koncie dwie statuetki BAFTA, czyli brytyjskiego przemysłu filmowego, który od iluś tam lat także dołączył gry do tych swoich kategorii i tam „Zniknięcie Ethana Cartera” i „Carrion” dostały oba te tytuły, statuetki. To było dość niesamowite. Co do „Carriona” na 100% nie jestem pewien, czy miał nominację, czy też dostał, ale wydaje mi się też, że dostał. Natomiast samo to już, że polscy twórcy, tacy bardziej niezależni, nie z tej górnej półki, tylko tacy bardziej indie, można powiedzieć, dostawali Bafty, to już jest coś, co nas stawia powyżej Czech, powyżej Słowacji, powyżej Węgier, tych gamedevów, powiedzmy okolicznych, nie mówiąc o Wielkiej Brytanii, która tak jak mówię, podupadła.
Rzeczywiście polski gamedev w tej chwili z siłą stoi. Idą na to duże fundusze i w zasadzie wydaje mi się, że po francuskim gamedevie jesteśmy numerem dwa w Europie w tym momencie. Tak realnie, gdyby chcieć na to spojrzeć.
[01:50:16] - Brzmi super. Chciałem cię zapytać, bo jednak badasz gry komputerowe. Na pewno też jesteś graczem, doświadczonym dziennikarzem w tej kwestii. Jak myślisz, co musi mieć w sobie gra komputerowa, aby osiągnąć sukces?
[01:50:32] - Wczoraj miałem zajęcia ze studentami w Warszawskiej Szkole Filmowej i przyniosłem im taką- ... konsolę, w zasadzie można powiedzieć, na której graliśmy w gry arcade. Takie kopaniny, strzelaniny z lat 80. i 90. Było czymś zupełnie zadziwiającym, bo przelecieliśmy przez główną historię, obejrzeliśmy filmy interaktywne, obejrzeliśmy Mysta, obejrzeliśmy kupę innych tytułów, które były znaczące w historii gier. A chciałem im zrobić takie interludium, czyli pokazać to, co się w saloonach gier działo, w tych arcade'ach, cały czas, mimo tej rewolucji jakościowej, która miała miejsce. Okazało się, że oni po prostu tak chętnie grali w gry typu Golden Axe czy Cadillacs and Dinosaurs. Takie gry, które nie powinny już istnieć, w momencie, gdy powstały, w momencie, gdy był już Myst, był już 7th Guest, był Wing Commander drugi, były rzeczy filmowe, były rzeczy wspaniałe, bogate treściowo, fabularnie i aktorsko też często. A tu jakieś śmieszne sceny, gdzie facet przyjeżdża cadillakiem do dżungli, wysypuje się z niego, wyskakuje jakaś opięta lateksem pani. Nagle w tle jest dinozaur, który się budzi.
Ten dinozaur wszystkich atakuje, zieje ogniem, robi się posoka, robi się miszmasz i wszyscy skaczą, strzelają do siebie, walczą i tak dalej. I ich to bawiło. Na pytanie, dlaczego tak było, dlaczego takie gry bawią i co musi być w grze, to jest najbardziej pierwotne i najtrudniejsze pytanie, jakie można sobie zadać. Twórcy nie znają jednoznacznej odpowiedzi. Gdyby znali, to by same hity powstawały. Wydaje się, że chodzi o to, żeby uchwycić więź pomiędzy tymi wydarzeniami, które się dzieją na ekranie a odbiorcą, czyli graczem. I żeby spowodować, że gracz czuje i ma wrażenie, że tam jest i że jest częścią tego całego cyrku, tego całego świata. Natomiast opisanie tego matematycznie, takie aptekarskie, nie jest całkowicie możliwe. W książce opisuję taką grę Tomb Raider, którą wszyscy znają, choćby poprzez słynnego Ukfiała, który raz w audycji na pytanie dziennikarki, co będzie robił w Sylwestra, powiedział: „Będę grał w grę”. W jaką grę?
Tomb Raider. Można się śmiać z Tomb Raidera, ale Tomb Raider jest jedną z najważniejszych gier w historii, dlatego że Tomb Raider był, przynajmniej tak się go postrzega, pierwszą grą, która spowodowała, że nastąpił taki rozdźwięk. A mianowicie zwykle było tak, że bohatera mieliśmy na ekranie i byliśmy obserwatorem tego bohatera, czyli patrzyliśmy na niego jak na postać obcą, która się tam porusza, coś robi. My co prawda nim kierujemy, ale to nie jesteśmy my. To jest bohater. Gry 3D spowodowały, że staliśmy się my bohaterem, czyli my byliśmy tym supermarine, który walczył z mutantami w Doomie. My widzieliśmy to wszystko własnymi oczami. My mieliśmy karabin czy laser i niszczyliśmy wszystko. I zmieniła się ta perspektywa. A Tomb Raider był grą, która spowodowała, że kobiety grające w Tomb Raider były właśnie takimi wcielającymi się postaciami w Larę.
Były tą Larą. A uważa się, że ta męska część publiczności, która grała w Tomb Raider, była obserwatorem. Czyli oni obserwowali biegającą panią w szortach z dwoma laserami z boku i tak naprawdę byli obserwatorami tego. Czyli ta gra wypełniała oba te założenia, które można wskazać właśnie w historii gier jako kluczowe dla relacji dzieło-odbiorca. Realizowała je w taki sposób, że stała się wielkim hitem. I wydaje się, że to jest sekret gry, żeby zrobić w taki sposób grę, żeby docierała do jak największego grona osób i żeby jak największe grono osób mogło czerpać coś z tej gry.
[01:55:06] - Jak już mówimy o Tomb Raider, to też była ta ścieżka w drugą stronę, bo najpierw była gra, potem film.
[01:55:13] - To był pierwszy popularny film.
[01:55:15] - To było chyba pierwsze takie znane szerokiej publiczności.
[01:55:17] - Wcześniej był jakiś Mario Bros. z Bobem Hoskinson, z bardzo dobrym aktorem, ale był zupełnie nieudanym filmem. A rzeczywiście Angelina Jolie jako Lara Croft przyniosła-
[01:55:27] - Tutaj też właśnie widzę synergię, że Angelina Jolie zagrała, więc później twórcy gier zaczęli coraz bardziej Larę upodobniać do Angeliny, tak?
[01:55:36] - Tak. Byłem jeszcze w latach 90., jeżdżąc do Londynu na targi ECTS, to była taka mekka wtedy. Ameryka wtedy jeszcze się budziła, jeśli chodzi o targi, E3 dopiero powstawało. I w Londynie narodził się fenomen Lary Croft, bo Lara Croft mało kto kojarzy. Znaczy fani kojarzą, ale szeroka publiczność, to generalnie się myśli Lara, Angelina, Ameryka. Tymczasem Lara Croft narodziła się w Derby, niedaleko Nottingham, mniej więcej w środkowej Anglii. I gdy właśnie w Londynie były te targi ECTS, to ta firma z Derby bardzo mocno się reklamowała. To był, jeśli dobrze pamiętam, '96 rok i pamiętam, że wtedy się przyjeżdżało na targi, żeby zobaczyć jakieś gwiazdy, żeby Chrisa Robertsa poznać, Petera Moline. A tu przybywamy na targi, a stoi jakaś taka dziewczyna ubrana w szorty i pozuje na motorze. To był jeden z pierwszych pomysłów, takich marketingowych trików Żeby postać z gry wyprowadzić z tej gry i za pomocą modelki, osoby udającej postać, wprowadzić ją między ludzi.
To budziło straszliwą ekscytację tych wszystkich dziennikarzy, że postać z gry. Dzisiaj cosplayowcy nie są żadną nowością. Na każdych targach, podejrzewam nawet tutaj, na Targach Książki są cosplayowcy. Natomiast wtedy, w '96 roku, pojawienie się dziewczyny, dzisiaj już nieznanej, ona się nazywa Natalie Cook. Pojawienie się jej w tłumie na motorze z gry Tomb Raider było rzeczywiście czymś niesamowitym i to była taka cegiełka, która dołożyła się do narodzin tego fenomenu. Później takie imitacje postaci z gier, jacyś przebierańcy udający Maria czy Pac-Mana, czy kogokolwiek na Gamescomie w Kolonii są już chlebem powszednim, ale wtedy, 27 lat temu, to było coś zupełnie nowego.
[01:57:51] - Tak, cosplay jest też obecny na TGA. Mamy tutaj największy w ciągu roku konkurs. Ale też chciałem nawiązać do tego, co mówiłeś do mojego poprzedniego pytania, które było dosyć naiwne, jak się okazało. Ale czy nie uważasz, że może w grach komputerowych możemy dostrzec taką cykliczność jak w modzie? Że pewne rozwiązania, pewna mechanika, pewien sposób prowadzenia fabuły i tak dalej, przez ileś lat się sprawdza, ale gracze zaczynają się tym nudzić. Więc wchodzi albo coś nowego, albo ktoś wpada, że coś było już 20 lat temu, więc odświeżmy to, bo oni i tak już nie wiedzą, bo to jest już nowa generacja. Więc jest taka cykliczność, że co jakiś czas te same pomysły są po prostu na nowo odgrzewane, tylko może w trochę ładniejszej otoczce.
[01:58:40] - Z tym się wiąże pojęcie retro, bo często mówi się retro gry, retro granie, retro gaming. Kiedyś z tym walczyłem, jakiś artykuł nawet o tym napisałem, że to jest absolutnie błędne określenie tego zjawiska, czyli opisywanie starych gier jako retro gaming. Właśnie retro to jest dokładnie to, o czym mówisz, czyli wykorzystanie jakichś niemodnych trendów, już sprzed lat, które gdzieś tam zamarły i już w ogóle nie są dostrzegane czy poważane, do tego, żeby je odświeżyć, żeby w nowych szatach ponownie uczynić popularnymi. To jest retro. To jest moda retro zwłaszcza. To pojęcie się odnosi do mody i w grach jest rzeczywiście dość podobnie, bo na przykład mamy grę Dragon's Lair. Studentom bardzo często ją pokazuję. Gra z '83 roku, ostatni krzyk przed wielkim krachem gier wideo. I ta gra posiadała taką mechanikę, że to był film animowany, w zasadzie z laserdysku odtwarzany. I on sobie leciał, leciał.
Nagle w pewnym momencie pojawiało się światełko na przykład z prawej. Wtedy trzeba było szybko wcisnąć przycisk prawej i ten film leciał dalej. Nasz bohater biegł dalej. Jeśli za późno go wcisnęliśmy, wcisnęliśmy zły przycisk, nasz bohater ginął, był ćwiartowany, podpalany, szatkowany, wpadał w przepaść i ginął na sto sposobów. Ta gra była popularna, ale utonęła w powodzi czasu. Natomiast dzisiaj, co jest najśmieszniejsze, w takich grach jak Shadow of the Colossus, God of War czy w grach studia Quantic Dream odnajdujemy tą samą mechanikę. Obecnie to się nazywa quick time events, bo już ma swoją piękną nazwę, ale tak naprawdę chodzi w tych grach o to samo. Czyli masz przycisk i w odpowiednim momencie masz go wcisnąć. Jeśli wciśniesz zły — koniec. Albo spowalnia ci się akcja, albo giniesz, albo biegnie w jakimś niechcianym kierunku.
Natomiast jak wciskasz w dobrym momencie, to pędzi naprzód w pożądanym kierunku. A więc taka mechanika wykorzystywana od 40 równych lat ma miejsce. Jeśli patrzymy na nowe gry, ciężko znaleźć takie gry, które by były absolutnie nowe. To są moim zdaniem modyfikacje, pewne zmiany, pewne dodatki, które się tam wprowadza po to, żeby troszeczkę to się odróżniało. W pewnym momencie nawet cała ta moda 3D, czyli te wszystkie Doomy, te wszystkie Quake'i. One zwyciężyły z przygodówkami, z takimi grami fabularnymi, z RPG-ami. Nie dlatego tylko, że były dynamiczne, że dostarczały dużo emocji, że generowały sytuacje często jak z życia wzięte, ale one wygrały dlatego, że były proste w produkcji stosunkowo. Bo żeby stworzyć od podstaw grę fabularną, grę przygodową, trzeba specjalny engine wziąć, trzeba napisać fabułę. To często zajmuje mnóstwo czasu. Trzeba tą fabułę dopasować do tych wydarzeń w grze, co jest strasznie trudne.
Czyli często wydarzenia z gry trzeba tworzyć pod tą fabułę. Czyli trzeba jakieś rzeczy wymyślać dodatkowe. A jak się robi grę 3D, to po prostu mamy engine, wklejamy sobie w niego bitmapy jakie chcemy, potwory, środowisko trochę zmieniamy i robimy następną grę. Kolejny Doom powstawał w kilka miesięcy, chyba siedem, osiem miesięcy. Zarabiał więcej niż inne konkurencyjne gry z LucasArts na przykład. I to było przyczynkiem do tego, dlaczego te gry 3D tak zawładnęły światem. Dzięki PlayStation One także. Odpowiadając już do końca na twoje pytanie, wydaje mi się, że tych mechanik standardowych dałoby się taki dekalog zrobić, czyli takie 10 legendarnych mechanik, które są wykorzystywane w grach od lat i to by miało miejsce. Jak patrzę na gry z ostatnich dwóch, ostatnich dekad, z drugiej dekady XXI wieku, to jedyna gra, która tak naprawdę mnie urzekła i spowodowała, że wiedziałem, że to jest coś innego, to był „De talo z Princeton”, który rzeczywiście wymagał niekonwencjonalnego myślenia, bo tam się ustawia takie słupki i emituje promienie lasera, które otwierają przejścia. Wchodzi się w antyczne środowiska wygenerowane przez komputer, starożytna Grecja, starożytny Rzym, starożytny Egipt i się przechodzi dalej, odkrywa różne przejścia.
Ale to też było wzbogacone czymś, czego nigdy nie spotkałem w grach, a mianowicie monologami boga. Takiego boga technicznego, boga cybernetycznego, który stworzył ten świat. Do końca nie wiemy, kim jest ten Bóg, ale sam poziom filozofii, który tam był umieszczony, takiej poezji, która się tam znalazła, był zupełnie niespotykany w grach. I to rzeczywiście było bezpretensjonalnie zrobione. To było tak naturalnie wplecione w fabułę i robiło to straszne wrażenie. A jeszcze dodatkowo polski dubbing po raz pierwszy, może drugi albo trzeci, ale raczej nie więcej, był rzeczywiście powalający. Pamiętam, śledziłem później, kto podkładał głos Bogu i tej dziewczynie, która z nim rozmawia. To rzeczywiście było coś wyrastającego daleko ponad standardowy horyzont gier.
[02:04:28] - Okej, wracamy do książki na koniec. Powiedz mi, dlaczego warto tę książkę kupić? Jesteśmy na targach, można ją kupić z twoim podpisem. Na koniec jeszcze o tym powiemy. Osoby, które się tym jarają — wiadomo, ale co byś powiedział osobom, które niekoniecznie są wytrawnymi graczami, dlaczego warto, żeby jednak tę książkę miały w swojej kolekcji? Jak myślisz?
[02:04:58] - Wydaje mi się, że każdy, kto czuje, że gry są w jakiś sposób ważne dla niego, to nie są tylko coś, co się używa w sposób manualny, bezemocjonalny, tylko uważa, że to są rzeczy związane z życiem człowieka. Bo często, jak dyskutujemy o grach, to jest takie powiązanie, że jakieś wydarzenia z życia działy się w takim momencie, a wtedy graliśmy w to. Wtedy to było związane bezpośrednio z naszym życiem. I dla takich ludzi ta książka jest skierowana. Ona odnajduje wiele rzeczy z przeszłości, wiele rzeczy, które ci ludzie mogą uznać za swoje własne doświadczenia, własne przeżycia. Jednocześnie to jest książka, która jest skierowana do tych, którzy lubią czytać, ale paradoksalnie zawsze powtarzam, że to jest książka też skierowana do tych, którzy nie lubią czytać. Bo to jest książka, którą można sobie przejrzeć, przetrawić w postaci obrazkowej. Tam jest 1300 zdjęć, wszystkie najważniejsze postaci, wszystkie najważniejsze firmy, gry. I to nie są rzeczy z pierwszej strony Google'a, tak jak już tu mówiliśmy, tylko rzeczy, w 80% których nie wygooglacie, tego nie ma w internecie. Dbałem o to przez lata, żeby te zdjęcia nigdy nie trafiły do internetu.
Tej książki nie ma w wersji elektronicznej, czyli na Gryzoniu ani na strumieniach jej nie dostanie nikt. To nie krąży po internecie. To jest tylko i wyłącznie w tym papierze zaklęte. I wydaje mi się, że to jest w pewien sposób cena, wartość tej książki, że ona pozwoli prześledzić historię elektronicznej rozrywki, ale w sposób nie wikipedyczny, nie googlowy, tylko w sposób bardziej intymny, autorski i unikatowy, bo nie ma tego opisanego w internecie.
[02:07:03] - Okej, mam nadzieję, że zachęciliśmy. Kończąc jeszcze przypomnę, że książka jest dostępna tutaj na targach w ekstra krótkiej serii. Udało nam się namówić drukarnię, żeby pewną ilość egzemplarzy zrobiła szybciej. Oczywiście też tutaj się kieruję do osób, które nas teraz oglądają na profilu chociażby Poznań Game Arena, bo transmitujemy to spotkanie z tobą, że cały czas są dostępne preordery w internecie. Wysyłkę rozpoczniemy już niebawem, za dwa tygodnie. Tak więc tam można nabywać preordery. A jeżeli ktoś jest tutaj w Poznaniu, to zapraszamy na targi. Te książki, które jeszcze dwa dni potrwają. Piotr będzie na stoisku numer 65 w pawilonie ósmym, czyli po tamtej stronie. Będziemy tam promować książkę przez jeszcze najbliższe dwa dni.
Piotr jest codziennie od początku, przez pierwsze cztery godziny, w każdy dzień trwania targów. Podpisuje książki, składa dedykacje, odpowiada na pytania. Do każdej książki jest też kod rabatowy na bilety na Poznań Game Arena tutaj od nas jeszcze w prezencie. Także zachęcamy. Dziękuję ci bardzo za spotkanie.
[02:08:10] - Dziękuję również państwu.
[02:08:15] - Proszę państwa, a teraz to, na co spora część słuchaczy „Bibliotekarium 2.0” czeka z niecierpliwością. Niektórzy ograniczają się tylko do słuchania „Filmotekarium” i bardzo dobrze. Ja wcale nie uważam, że wszyscy powinni słuchać wszystkiego. Jeśli komuś odpowiada tylko „Filmotekarium” Tym bardziej zapraszam, bo to jest ten moment, kiedy „Filmotekarium” rozpoczynamy. Dzisiaj będziemy mówić do państwa po niemiecku. Może po niemiecku nie będziemy mówić z Piotrem, ale będziemy mówić za to o niemieckich filmach. Niemiecka kinematografia to może nie jest potęga światowa, ale okazuje się, że od czasu do czasu coś ciekawego wypuścić musi. Ale to wiecie państwo, tak to już jest, jak się pokazuje coś ciekawego, to urodzić się niejako na boku musi też kilka knotów. O tych knotach też będziemy państwu dzisiaj opowiadać. W każdym razie tych z państwa, którzy słuchają tylko i wyłącznie „Filmotekarium”, bo tak się porobiło w „Bibliotekarium”, że nie ma czego słuchać, no to trudno, to zapraszam na „Filmotekarium”, a wszystkich innych proszę o przedłużenie subskrypcji i słuchanie, bo po „Filmotekarium” dalej wrócimy do książek.
Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze, w tym niemieckim odcinku.
[02:09:41] - Dzień dobry wieczór. Myślałem, że powiesz niemiłym odcinku.
[02:09:46] - Nie, niemiły tam zaraz niemiły. Będziemy mówić po niemiecku. Już się odgrażałem wcześniej, że przeprowadzimy audycję po niemiecku, ale stwierdziłem, że to już dowcip zbyt gruby, więc może powtórzę, że nie będzie audycja po niemiecku, natomiast będzie o niemieckiej kinematografii, zahaczającej trochę o klimaty horrorowe.
[02:10:12] - Tak, tydzień temu zapowiadaliśmy, że zrobimy sobie tournée po sąsiednich krajach w celu przyjrzenia się, co się w nich kręci w gatunkach, które nas interesują, czyli sci-fi i horrorach. Okazuje się, że Polska na tym tle oczywiście względem sąsiadów pozostaje w tyle, gdyż na Słowacji, w Szwecji i we wspomnianych Niemczech powstają interesujące filmy albo prawie interesujące. Dzisiaj, zgodnie z zapowiedzią udajemy się za Odrę albo szerzej na obszar niemieckojęzyczny, bo niektóre z tych filmów to są koprodukcje na przykład niemiecko-szwajcarskie, ale mamy też film austriacki. Postaramy się, Marku, chyba można tak powiedzieć, odpowiedzieć na pytanie, czy niemieckie filmy grozy i sci-fi są bardziej jak niemieckie samochody, czy bardziej jak te niemieckie szlagiery Folko Polo, w których jodłują.
[02:11:10] - Powiem ci, nie wiem, co powiedzieć. To mi się rzadko zdarza po tym porównaniu, bo wszystkie te porównania, które przywołałeś, wydają mi się w przypadku niektórych przynajmniej filmów mocno adekwatne. Bo wiem, co prawda reprezentuję kraj, którego kinematografia jest oczywiście potęgą światową, z tym że wredny świat tego nie dostrzega oczywiście. W dodatku jeszcze będziemy mówić dzisiaj o filmie, który jest niemiecki, ale Polski Instytut Sztuki Filmowej wpakował w ten film swoje pieniądze, a właściwie nasze pieniądze, bo to budżetówka w końcu. O takim filmie też dzisiaj wspomnimy. Więc też niemiecki niby, zresztą dziwna rzecz, bo w niemieckim filmie polskie plenery udają Niemcy. To już w ogóle, wiecie państwo, jest szaleństwo. Może od tego filmu nie zaczynajmy. To od czego zaczniemy, Piotrze? Od którego tytułu?
[02:12:26] - Zacznijmy od „Nosferatu. Symfonii grozy”, dlatego że to jest jednak najwybitniejszy film produkcji niemieckiej. Oczywiście nie będziemy go omawiać. Chciałem tylko zrobić taki mały rys historyczny, bo to film 101-letni, ale nadal pod wieloma względami atrakcyjny, muszę powiedzieć. Po tych latach 20. z horrorem niemieckim bywało bardzo różnie. Oczywiście były filmy, które się na przykład rozgrywały w Niemczech, jak „Odgłosy”, czy też ich remake „Suspiria” z roku 2018. Jednak nie oszukujmy się, kiedy mówimy o niemieckiej kinematografii, to mało nam przychodzi do głowy, może kilka nazwisk. Natomiast jeżeli chodzi o horrory i sci-fi, to już chyba w ogóle. Chyba że ktoś jest jakimś tam piwnikakiem albo znawcą wielkim, to okej.
Piwnikakiem takim, który siedzi w piwnicy i ogląda niemieckie horrory. Chociaż muszę powiedzieć, że swego czasu popularniejsze były inne filmy, ale dobra.
[02:13:30] - To zadziwiające, że też mi to przyszło do głowy, że Niemcy znane są z zupełnie innej kinematografii, absolutnie z innego bieguna.
[02:13:41] - Tak. My tu nie mówimy o niczym innym, tylko o „Doktorze z alpejskiej wioski”, znanej telenoweli produkcji nie niemieckiej, austriackiej, ale dobra. Jeżeli miałbym coś tak już zupełnie na serio powiedzieć o współczesnym niemieckim kinie grozy i horrorze, to że czerpią inspiracje z wielu źródeł tak naprawdę. Natomiast jest takie coś, co w tych filmach uderza i co się będzie przejawiało w tych obrazach, o których będziemy dzisiaj mówić. Taka sztywność i chłód. Te cechy odnajdujemy zarówno w postaciach, w krajobrazach i w atmosferze, jaką dany film tworzy. One czasami nie przypominają opowieści. Trudno mi nawet znaleźć jakieś dobre określenie. To są takie twory do oglądania. Pojawia się schematyzm, a po nawet wyglądzie zewnętrznym postaci, Marku, czy po jej grymasie twarzy Możemy tam określić, czy to jest bohater pozytywny, czy negatywny.
Pojawiają się jakieś sugestywne sceny. Nie obejmuje to wszystkich produkcji oczywiście, ale uderzyło mnie to w tych filmach, które będziemy dzisiaj omawiać. Nie wiem, od którego zaczniemy. Może od tego rodzynka, jakim był „Hell”.
[02:15:02] - Okej, tylko jeszcze jedną rzecz chciałem powiedzieć, że ta sztywność, o której wspomniałeś, dosyć charakterystyczna, ona w niektórych obrazach pasuje, a w niektórych kompletnie nie pasuje. Już wyjaśniam. W takich obrazach, które udają amerykańskie kino akcji, może nie akcji, ale takie, które mają być dynamicznymi obrazami na przykład świata po katastrofie, to takie drewniane aktorstwo zupełnie nie pasuje. Tam jednak trzeba czegoś więcej. Poza wymyślaniem dosyć karkołomnych albo mniej karkołomnych sekwencji wydarzeń, jednak trzeba jakiegoś subtelniejszego aktorstwa. Natomiast pojawiają się też obrazy, w których takie wycofanie, taki specyficzny chłód, taki niemiecki dryl, Ordnung, niektórym filmom to pasuje i dobrze im robi tak naprawdę. To taka uwaga na początek.
[02:16:20] - Tak. Ja się zastanawiam, na ile to aktorstwo jest drewniane, bo ten trend, ta sztywność, o której mówimy, ta sterylność filmowa, która tam jest, ona jest obecna nie tylko w filmach, na których my się skupiamy, ale też innych. Oglądałem niedawno taki thriller, powiedzmy troszeczkę historyczny i dokładnie był taki sam. To był film przesycony emocjami, jakimś tam rozrachunkiem z przeszłością. Nie pamiętam, jak się teraz nazywał, bo tytuł miał niemiecki, natomiast było to samo. Ale zacznijmy od tego „Hell”. Ten film się chyba w ogóle nazywał „Piekło” w wersji polskiej, nie pamiętam już, bo to jest film sprzed ponad 10 lat. Dlaczego go nazwałem rodzynkiem? Bo to jest niemieckie science fiction. Coś, co jest dość rzadkie w tamtejszej kinematografii jednak, chociaż kilka tych filmów fantastyczno-naukowych się oczywiście pojawiło.
Pierwszym, takim najsłynniejszym, który odcisnął piętno na późniejszej kinematografii był oczywiście „Metropolis”. Minęło jednak 100 lat i jakoś niewiele się na tym polu dzieje. Można powiedzieć, że jest posucha. Do tego stopnia, że o tej posusze Marku nakręcono nawet wspomniane „Hell”. Jest to koprodukcja niemiecko-szwajcarska, takie typowe postapo opowiadające o życiu na Ziemi, którą wysusza na wiór słońce, gdzie woda staje się najwyższym dobrem i gdzie garstka ocaleńców szuka deszczu i ucieczki przed niechybną śmiercią.
[02:18:15] - Upał panuje niemożebny. Bodajże miało tak się wydarzyć, że w połowie lat drugiego dziesięciolecia XXI wieku temperatura gwałtownie wzrosła i Ziemia, w tym wypadku na pewno Europa, stała się miejscem niemal nie do życia. Upał, potworność. I na początku podejrzewamy, że to piekło tytułowe dotyczy właśnie tego gorąca. Później się okazuje, że może jednak nie, że chodzi chyba jednak o coś innego. To się tak toczy. Możemy powiedzieć, co jest na początku. Grupa ludzi jedzie sobie samochodem. Samochód jest dziwny, bo nie dość, że stary, to taki jakiś pozasłaniany. Jest tam taki mały kwadracik wycięty na przedniej szybie.
Cała szyba jest właściwie poza tym kwadracikiem zasłonięta. Boczne szyby również, tylna. Bardzo szybko się orientujemy, że upał panuje. Zresztą na początku nam to w piśmie pokazują, że jest upał, przekonujemy się, że jest upał i to się tak zaczyna powoli. Gdzieś na jakąś stację trafiają, próbują benzynę wydobyć. Takie postapo, ale nietoczące się specjalnie dynamicznie. Raczej niekoniecznie. Tak się toczy, gdzieś tą benzynę znajdują, komuś za tę benzynę dają jakieś jedzenie, konkretnie to brzoskwinie z puszki i on handluje tym. Wiecie państwo, specjalnie mówię w taki sposób, w jaki mówię, bo żebym się tak dał porwać, to nie powiem. Ale oni jadą dalej.
Oni w ogóle zmierzają w kierunku gór, tam jest nadzieja, że jest chłodniej, że może jakieś deszcze, może jakieś skroplenia, jakieś tym podobne rzeczy. Nadzieję w każdym bądź razie mają. Jadą sobie i na górskiej drodze trafiają na blokadę. Słup energetyczny się wywalił, oni to próbują usunąć. Ja nie wiem, czy dalej mam jeszcze opowiadać, czy nie, bo coś jeszcze trzeba powiedzieć. Teraz dopiero, proszę państwa, a minęła spora część filmu, zaczyna się robić ciężej, zaczyna się robić niebezpieczniej. Zaczyna się robić piekielnie trochę.
[02:21:04] - Tak. Film jest na tyle stary, że pewnie ktoś go widział i oglądał. Trafiają sobie główni bohaterowie na rodzinkę kanibali. Jakby mało było tego, że ziemia się gotuje, to jeszcze mają taki problem. Główną bohaterką jest kobieta o imieniu Marie. Nie wiem, jak to się wymawia. W tej roli znana niemiecka aktorka, uwaga: Hanna Hertzsprung, która, jak mówiłeś, jako Marie przemierza ten spalony słońcem świat w poszukiwaniu ratunku. Co więcej możemy powiedzieć? Film nie jest jakoś strasznie zły. Pewne wrażenie, muszę powiedzieć, robią oczywiście do pewnego momentu te przejaskrawione obrazy.
Tam rzeczywiście oglądając to, mamy wrażenie, że jesteśmy na jakiejś Saharze, która jest jeszcze rozgrzana do czerwoności przez oddziaływania ze strony słońca. Z czasem to zaczyna przeszkadzać w oglądaniu, natomiast rzeczywiście budzi to pewien niepokój. Zadajemy sobie pytanie, co by się stało, gdyby ta temperatura, której nie możemy znieść w najbardziej upalne lato, nagle stała się dwa razy taka. Problemem jest właśnie to drewniane aktorstwo. My się tam nie przywiązujemy za bardzo do żadnej z postaci. Szczególnie nie jest nam ich szkoda podczas tego seansu. Może dlatego, że mamy pewność, że oni wszyscy i tak umrą. Dla ludzkości nie ma już chyba ratunku. Tym bardziej, że dowiadujemy się ostatecznie, że ostatni ludzie na Ziemi żyją tylko po to, żeby się zeżreć.
[02:23:02] - Tak, ta rodzinka kanibali. Mamy mamę kanibala i mamy synów kanibali. Oni nie tylko łapią głównych bohaterów, bo główni bohaterowie to są dwie dziewczyny i chłopak z nimi podróżujący. Dla dziewczyn przewidziana jest rola nie dania, tylko raczej matrymonialna, bo matka kanibal widzi w tych dziewczynach potencjalne rodzicielki nowych małych kanibali i partnerki dla swoich synów. Natomiast towarzyszący tymże kobietom chłopak trafia do obory, że tak się wyrażę, bo ci kanibale to cwani ludzie są w gruncie rzeczy. Oni wyłapują takie niedobitki ludzkie i trochę ich hodują jak bydło i ubijają jak bydło. Tak się to wszystko toczy. Momentami jest to obrzydliwe, ale nie przekracza jakiejś granicy obrzydliwości. Raczej pracuje nasza wyobraźnia, co tam się może dziać. Później nie wiem, już chyba nie będę dalej opowiadał państwu, żeby chociaż tak do końca nie zepsuć tej zabawy.
Później się trochę dzieje. Rzecz się tak nie kończy ani dobrze, ani źle. Bo tak jak Piotr powiedział, sytuacja jest trudna. Klimat nie sprzyja, tylko w polskich filmach to był mróz i trzeba było palić, bo klimat zawsze był przeciwko nam. Tam też jest przeciwko, tylko w drugą stronę. Gorąco, upał i właściwie odetchnąć można nocą, ale to też niespecjalnie. To tyle z tego filmu. Nie zachwyciło mnie to postapo. Mnie w ogóle postapo słabo kręci, nawet w wydaniu zachodnim. „Mad Maxa” jeszcze pierwszego obejrzałem z obowiązku, a pozostałe „Mad Maxy” też obejrzałem, ale już bez przyjemności.
Tylko dlatego, że trzeba było. Inne postapo, niespecjalnie jestem fanem. Jeszcze czasami jak filmy o zombie są dobrze zrobione, to jeszcze czasami z mlaśnięciem sobie obejrzę, ale też nie wszystkie, bo niektóre są strasznie skiepszczone. A ten postapo w wykonaniu niemieckim tak jak często-
[02:25:40] - No kiepski.
[02:25:42] - Ja powiem tak, cały czas to będę podkreślał: ja nie jestem ekspertem od kina. Ja naprawdę kładę duży nacisk na to, żeby mnie film bawił, żeby mnie film rozrywał. Ja myślę zresztą, że spora część naszych słuchaczy ma bardzo podobny kompas i kieruje się właśnie na filmy, które przynoszą filmową rozrywkę, a nie szuka ogromnej głębi, która wytłumaczy im jak żyć, jak postrzegać świat. Nie, to w ogóle nie te klimaty. Powiem państwu, że to postapo niemieckie, to piekło mnie nie przekonało. A poza tym miałem takie nieodparte wrażenie, że to zasłonięcie szyb w samochodzie bardziej służy temu, żeby nie trzeba było plenerów za dużo kręcić. Bo później się akcja przenosi w góry i do lasu i tam też plenery są takie bezpieczne, bo kamera nie pokazuje szerokiego planu, tylko w tych drzewkach się tam gubi. One są oczywiście wyschnięte, te drzewka, ale myślę, że Niemcy jakiś sobie teren ze zniszczoną przyrodą bez problemu znaleźli i tam sobie to kręcili. Bez zachwytu w każdym bądź razie.
[02:27:08] - Tak. Jeżeli więc chcecie się przekonać, czy bohaterka grana przez Hannę Hertzsprung przetrwała, to musicie sięgnąć do filmu „Hell”, który jest do obejrzenia bodajże na platformie CDA. Może dodam tylko tyle, że rzeczywiście nie jest to jakieś szczególne arcydzieło. Taka nijakość przebija przez ten film. Zresztą o tym jeszcze dzisiaj powiemy. Niby jest pomysł dobry, niebanalny, a pomimo to całość, właśnie to jest dziwne, że całość zostaje sprowadzona do takiej suchej, płaskiej, monotonnej historyjki. Ale to jest wyłącznie moja ocena, dlatego, że ja sobie w ogóle czasami lubię przejrzeć opinie na Filmwebie i tam są one skrajne. Skrajne do tego stopnia, że niektórzy nazywają ten film bardzo, bardzo dobrym, ale chyba jest tak w większości filmów, które omawiamy. I niestety ta tendencja, to zdrewniane aktorstwo i inne mankamenty przejawia się w kolejnym filmie. I ten film się nazywa „Przywilej”.
To jest już produkcja znacznie nowsza, z roku 2022, którą możecie znaleźć na Netflixie. Ona tam chyba siedzi od roku. Wielu słuchaczy mogło ją widzieć. Jest to film dość długi. Opowiada nam historię chłopaka, który po tragicznej śmierci siostry miewa jakieś wizje, a potem wszystko przybiera bardzo dziwny obrót. Bo ogólnie jest tak, że jak sobie zobaczycie, kto ten film stworzył, to on ma czterech scenarzystów i to widać. I to nam mówi, z jakimi problemami przyjdzie się tam zmierzyć. Mamy tam bowiem mieszaninę wszystkiego ze wszystkim, jak w tym filmie, o którym mówiliśmy tydzień temu, czyli „Marku, wszystko wszędzie naraz”.
[02:29:15] - Tak, tylko że tu jest nieco bardziej to uporządkowane. Natomiast wiecie państwo, ja powiem tak: tu w tym filmie musi być oczywiście wszystko. Muszą być jakieś takie sugestie, że coś paranormalnego tam czyha. To z jednej strony. Z drugiej strony są sceny przekomiczne, na przykład jak jedna z bohaterek, oczywiście ta bohaterka musi być dziwna, inna i w tym wypadku jej inność polega na tym, że jest lesbijką. Ani mnie to ziębi, ani grzeje, ale scenarzyści musieli to zaakcentować, bo czemu nie? Właściwie okej. Najpierw się udaje na konferencję, w której coś tam kombinuje, żeby być na jakimś wykładzie niby, ale ona tak naprawdę schodzi gdzieś w głąb, w jakieś katakumby bardzo nowoczesnego instytutu, w którym odkrywa rzeczy, proszę państwa, straszliwe. W ogóle modny teraz temat grzyba. Pewien grzyb okazuje się bardzo istotny, niezwykle istotny i ona tak sobie przenika do miejsc, w których tego grzyba się hoduje.
Bo się okazuje, że jakaś kolejna Big Pharma stwierdziła, że ten grzyb to by się jej przydał, żeby ludziom życie, i tu się właśnie zastanawiam, upiększyć albo może jakoś rozpierdzielić. Trudno powiedzieć. Specjalnie tak mówię, żeby wszystkiego nie opowiedzieć, ale ona tak przenika do tych podziemi i w dodatku później z nich umyka i nic się nie dzieje. Wszystko jest w porządku. Wiecie państwo co? Nawet James Bond to jest pewna koncepcja, pewna konwencja, której się wszystko wszystkim, może nie wszystkim, ale Jamesowi się prawie zawsze udaje. Tutaj przyjęcie takiej konwencji w filmie, który ma troszkę straszyć, że to się wszystko udaje, bo to jest jedna z głównych bohaterek, to się jej musi udać, jest mało przekonujące. A jeśli ona głębiej wchodzi, zbliża się do jakiegoś spisku i tak to wszystko przechodzi bez specjalnych komplikacji. Ona sobie tak wchodzi, wychodzi, nie ma żadnego problemu. To jest pierwszy aspekt, który niekoniecznie mnie przekonał.
[02:31:48] - Tak, można by tu zapytać. Ona wlazła do jakiegoś supertajnego laboratorium, a niechby spróbowała zostać w lidlu po zamknięciu.
[02:31:58] - No chociażby.
[02:32:00] - Ale tam w ogóle historia się zaczyna od tego, że mamy głównego bohatera, takiego nastolatka z problemami. I tu jest w ogóle pierwszy problem, bo ten nastolatek, licealista chyba, wygląda jak 18-letni 40-latek. To chyba jest w ogóle najstarszy nastolatek w Bawarii. Ma bogaty dom, ojca, który się zajmuje różnymi dziwnymi rzeczami. Ma też lęki. W tle pojawiają się jakieś demony, szatan, piekło, grzyby. O Boże.
[02:32:31] - Trauma z dzieciństwa.
[02:32:33] - Tak. I powiem tak: co mnie w tym filmie w ogóle bardzo urzekło i on ma jeden ogromny plus naprawdę, że można go obejrzeć i on się za chwilę zatrze wam w pamięci dosłownie po chwili. Nie będziecie nic pamiętać. Jest on po prostu zwyczajnie nudny, a przy okazji jest tak pokręcony, że nie wiem, jak to określić. Jest po prostu głupi? Nie, to wynika chyba z tego, że mamy aż czterech scenarzystów i każdy chciał coś od siebie dodać. Natomiast wychodzi coś zupełnie nierealnego z tego wszystkiego.
[02:33:06] - Tak, ale jeszcze wiesz co? Ponieważ oni sobie zdawali sprawę, że chwilami nudzą, to wrzucili nagle początek sceny trójkąta seksualnego. Bo chłopak poza różnymi innymi problemami ma problem nastoletni, bo nie wie jak zagadać do pewnej dziewczyny. Ale to się wszystko ładnie udaje, bo ma koleżankę lesbijkę, która pomaga trochę, trochę im nie pomaga. I oni pewnego razu uciekają z domu i trafiają do pewnego basenu, w którym nocują. Nie pytajcie Państwo, basen jest wyschnięty. To tylko tyle powiem. I nagle dochodzą do wniosku, wiecie państwo, genialny tekst mówi ta dziewczyna, którą on chciał wcześniej poznać, ale się bał, się wstydził i nie mógł i nie potrafił, ale w końcu jednak potrafił. I ta dziewczyna mówi: „A może my wszyscy zginiemy albo już nie będziemy żyli?” I oni dochodzą do wniosku, że rzeczywiście jak już nie będą żyli, to sobie zafundują trochę seksu. I najpierw wydaje nam się, że koleżanka lesbijka śpi plecami, to oni sobie tak po cichu, ale nie, koleżanka jest koleżeńska.
Budzi swoją koleżankę lesbijkę i robią sobie elegancki trójkącik. Niestety scenarzyści nie dociągnęli sceny do końca, ale jesteśmy tylko na początku tej sceny. Jakoś się film wtedy ożywia. Kpie, ewidentnie kpie, ale proszę państwa, wyobraźcie sobie, jak potworny miszmasz ten film stanowi. Tak jak Piotr powiedział: demony, grzyby, seksy, cholera wie co jeszcze. I jeszcze oczywiście tak sztampowy koniec, o którym oczywiście nie powiemy, ale po prostu ostatnia scena, wybuchnąłem śmiechem. Miała być groźna, miała mówić nam bardzo wiele, a powiedziała mi tyle, że już naprawdę nie było pomysłu, jak ten film skończyć.
[02:35:08] - Tak. I tutaj po raz kolejny widać to, co powiedzieliśmy już na początku, że mamy do czynienia ze scenariuszem i świat przedstawiony jest sterylny, szczególnie sterylny, jest nierealistyczny. Poruszają się tam schematyczne postaci i to nam w ogóle nie pozwala przez ani jedną chwilę zapomnieć, że my oglądamy film, bo wszystko jest oddalone od życia. My się nie możemy z nikim utożsamić, bo tam widzimy podstarzałego nastolatka albo coś w tym stylu. I tutaj może jeszcze słowo o ocenach. To jest ciekawe, że ten film jest bardzo różnie oceniany, w Polsce nisko, natomiast na tych serwisach międzynarodowych trochę wyżej. I się zastanawiam, Marku, czy to nie jest taka delikatna złośliwość ze strony Polaków? Bo u nas kino niemieckie, poza może pewnymi wyjątkami i kilkoma produkcjami telewizyjnymi typu jakiś „Komisarz Alex" chyba czy „Komisarz Pies", było coś takiego, a potem powstała polska wersja, to kino nie robi furory.
[02:36:21] - Nie robi, bo jeszcze w tym filmie mamy tajemniczą przeszłość, bo się wyjaśnia, jak to w tej rodzinie było, w której ten nastolatek się wychowywał, co zginęła jego siostra i tak dalej. Totalny bałagan. I wiecie państwo, pewno już spora część naszych słuchaczy doszła do wniosku, że my tu właściwie z Piotrem robimy sobie od czasu do czasu lożę szyderców i znęcamy się nad dziełami bardzo poważnych reżyserów. I po prostu nam jest tak łatwo. Nie znamy się na robieniu filmów, nie znamy się na tym, jak to się wszystko robi, jak się powinno robić i szydzimy tutaj, a tam dzieła powstają. Troszkę, proszę państwa, to inaczej moim zdaniem wygląda. Jesteśmy odbiorcami, myślę, że w jakimś tam stopniu, mam nadzieję przynajmniej, oczytanymi, którzy historie różnego rodzaju, czy to w książkach, czy filmach starają się poznawać i chyba potrafimy odróżnić fajną, dobrze zrobioną historię od historii, która nie może się zdecydować, co tak naprawdę chce nam opowiedzieć. I to jest przypadek tego filmu. Mamy tyle różnych wątków, tyle różnych śladów, które prowadzą donikąd, które mają nam stworzyć obraz pełny. Obraz, który pozwoli nam powiedzieć sobie: „Wow, to rzeczywiście piękna analiza pewnej rzeczywistości takiej wrogiej”, bo tam oczywiście teoria spiskowa też się pojawia, taka potężna teoria spiskowa.
Nie. Ten film, tak jak Piotr powiedział, my cały czas mamy świadomość, nie wgłębiamy się, nie dajemy się porwać. Oglądamy jakieś przedstawienie, czasami bardziej interesujące, czasami mniej, czasami niezwykle naiwne. Ono jest spójne. Ta opowieść, gdybyśmy zawiesili na chwilę swój krytycyzm, swoje wątpienie, to ta historia się toczy od punktu A do punktu Z przez punkty pośrednie, co się nawet przy odrobinie, jakbyśmy tak dobrze oko zmrużyli, da obronić. Ale to, że coś jest w miarę logiczne, czyli wynikowe, bardziej chodzi o wynikanie niż o logikę, wynika jedno z drugiego, to jeszcze wcale nie świadczy, że to jest porywające widowisko. I tu mamy, wiecie państwo, właściwie sporo przemawiałoby za tym filmem, bo w przeciwieństwie do tego filmu, który omawialiśmy przed chwilą, tego „Piekła", to my tutaj mamy niezłe plenery Bogata willa i to wszystko trochę chwilami przypomina amerykańskie filmy, nastolatki, tak jak Piotr powiedział, chwilami podstarzałe, ale jednak nastolatki. Jakaś historia się ma toczyć spiskowa, tylko ja to słabo kupuję. Amerykanie mają chyba tę zdolność, oczywiście to zależy od klasy kina, ale oni nawet głupie teorie spiskowe potrafią przedstawić w sposób, jak im się uda, dzięki któremu na chwilę zawieszamy swoje wątpienie, swój krytycyzm. My dajemy się porwać temu kinu i przychodzi do nas refleksja w momencie, kiedy wychodzimy z kina, wyłączamy telewizor, mówimy sobie: „Wow, ale to bzdura była przecież”.
Ale porwała. Tu nawet to zjawisko nie występuje, bo my od początku wiemy, że to jest taki glut, który ogląda się, ogląda, on nas doprowadzi do końca. Rzeczywiście mamy finał, dużo wiemy, się wyjaśnia, wątki są rozwiązane. Czyli tak troszkę programowo, troszkę modelowo zostało to rozegrane, ale to nie porywa, to widowisko nie porywa.
[02:40:30] - Tak. Jeżeli chcecie wiedzieć, jakie były losy Finna Bergmana, w którego wciela się Max Simon Puphenich, to zachęcamy do zajrzenia na Netflixa. Tam ten film jest cały czas dostępny. Ja tutaj strzeliłem babola, że to 40-letni 18-latek. Tutaj patrzę, że chłopak ma 27 lat, ale to może takie geny, jak to się mówi. Dobra, nie pastwmy się już nad tym przywilejem. Przejdźmy do czegoś gorszego. Przychodzi mi, Marku, na myśl taki cytat z klasyka. Cytat był taki: „No i panie, kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy.
To są nasze pieniądze, proszę pana. Społeczeństwo”. Moglibyśmy jakiś konkurs zorganizować, kto to powiedział, ale nie mamy nagród. Chodzi o film „Starzy ludzie”, który o dziwo powstał poniekąd za polskie pieniądze. Polski Instytut Sztuki Filmowej z jakiegoś powodu postanowił wspomóc reżysera w kręceniu dzieła o morderczych staruszkach osadzonych przez wyrodne rodziny w ośrodkach opieki. To się oczywiście wszystko dzieje w Niemczech Wschodnich.
[02:41:48] - Ale tak naprawdę w Polsce, bo kręcony film był w Polsce, bo plenery były polskie, ale taniej się w Polsce kręci.
[02:41:56] - Taniej się kręci i chyba nawet lepiej to wygląda, bo te Niemcy już są tak opuszczone, jeżeli wierzyć temu filmowi, że tam niedługo to w ogóle będzie jak w Prypeci. Nic nie będzie. Także takie, Marku, pytanie: co ten PISF chciał? Nie PiS, tylko PISF, czyli Polski Instytut Sztuki Filmowej chciał przy tej pomocy osiągnąć? Czy to był taki przetyczek dla Niemców, których kraj się wyludnił przez tą nowoczesną politykę, kiedy oddaje się starych ludzi do domów opieki? Czy to może taki jeszcze inny przetyczek, kiedy mówi się im wprost, że bez tych polskich opiekunek to Niemcy w ogóle nie daliby sobie rady. My tutaj takie podśmiechujki robimy, ale tak naprawdę kolejny raz stykamy się z tym schematyzmem. Ten film nosi bardzo duże podobieństwo do takich sztampowych niemieckich produkcji telewizyjnych. To takie połączenie „Doktora z alpejskiej wioski” z jakimś filmem o zombie. Muszę powiedzieć tak, że na początku wspomnieliśmy o „Noosferze” nie bez przyczyny, bo jeżeli oglądacie „Starych ludzi”, to można by tam wyłączyć głos i byście wiedzieli, co się dzieje.
Dlaczego? Dlatego, że reżyser mówi do nas obrazami, minami, postaciami, grymasami i to wszystko jest tak sugestywne, że w pewnym momencie się orientujemy, że oni nie muszą nic mówić. My możemy to intuicyjnie zrozumieć. Możemy wyłączyć lektora, zrozumiemy, o co tam chodzi. Marku, co kierowało tym Polskim Instytutem, żeby taki gniot, chociaż według niektórych trzymające w napięciu arcydzieło, nakręcić?
[02:43:48] - Za chwilę o tym instytucie. Ja tylko powiem tak, że w pewnej scenie miałem skojarzenie z kultowym polskim serialem „13 posterunek”, a konkretnie z odcinkiem, w którym występował zespół Ogórki Zdzisława. Tam tekst piosenki brzmiał: „Ona ma siłę, sam nie wiesz jak wielką. Konika na biegunach zabiła mi butelką”. Tu nie ma zabijania butelką, jest zabijanie butlą, a właściwie gaśnicą. To w jednej z pierwszych scen. To właśnie taka scena bardzo dramatyczna. Jak przyłożył gaśnicą staruszek, to tam nie było „zmiłuj się”. Dobrze, przestanę się na chwilę pastwić. A w ogóle mamy w tym filmie też wesele, mamy podzombiałych staruszków, którzy się plenią nie wiadomo skąd i są bardzo morderczy.
I to jest, wiecie państwo, jakaś sprawiedliwość, bo jakiś czas temu, całkiem niedawno mówiliśmy o morderczych dzieciakach i te dzieci też tam mordowały dorosłych. Były jeszcze inne wątki dziecięce w tych naszych opowieściach, w których dzieci też były mało sympatyczne, całkiem niefajne, bo były jeszcze te dzieciaki, tytułu już nie pamiętam, które z tej dziury czerpały moc i też tych starszych wykańczały. To jakaś sprawiedliwość jest, bo tam były dzieciaki, tu są z kolei te mordercze staruszki i jakaś równowaga jest. Tylko my, zwykli ludzie, jesteśmy normalni, a wszystkie te dzieciaki i te staruszki to wiadomo, zdziecinniałe i o niczym innym nie myślą, tylko żeby nas wymordować. Tak mniej więcej. A co kierowało PISF-em? Pojęcia nie mam. Może to w ramach współpracy. Może z kolei jakiś Niemiecki Instytut Sztuki Filmowej wspomógł jakieś nasze arcydzieło. Nie wiem, proszę państwa, może tam jakieś inne sprawy zagrały.
Może trzeba było, może ja wiem? Nie wiem.
[02:45:56] - Ja myślę, że trzeba było Niemcom dopiec, bo dopatrzono się w tym filmie tak dużych możliwości wykorzystania ideologicznego pewnych kwestii, że postanowiono zainwestować, a koniec końców on się okazał, jakby to powiedzieć, nie do pokazania w telewizji, że chyba nigdy się nie pojawi. I w tym cały problem. Dlatego, że oczywiście są tam krwawe sceny, ale jak powiedziałeś, są też sceny bezsensowne. Mnie zapadła taka jedna. Bezsensowne, takie na pograniczu ckliwości i żenady. Na przykład taka ważna scena: grupa niemieckich staruszków siedzi sobie przy oknie, słuchając muzyki, która dobiega z tego wesela i tam złośliwy kapo im zamyka to okno i rozpoczyna rzeź tak naprawdę, bo oni się wtedy buntują. Tak jak powiedziałeś, były mordujące dzieci, są teraz staruszkowie. Pewnie w odmętach filmów klasy B z lat 80., 90. tych staruszków znaleźlibyśmy więcej. Natomiast dla mnie to jest absolutna pomyłka.
Ja widziałem filmy głupie, ale ten nie dość, że jest głupi, to jest jeszcze źle zagrany. Tam po prostu jest wszystko. To jest kumulacja tych najgorszych cech, o których dzisiaj mówimy. Wszystko jest sztuczne, płaskie, cukierkowe. Tak jakbyśmy oglądali, nawet filmy animowane mają w sobie więcej życia niż tego typu produkcje. Z czego to wynika? Osobiście nie wiem, bo czy to oglądamy z lektorem, czy bez, to mamy takie wrażenie, że nie wiem, Marku, może ja to źle oceniam. Może my tutaj język niemiecki odbieramy troszeczkę przez różne pryzmaty nie do końca pozytywne. Bo nie oszukujmy się, że niemiecka kultura jakoś tak, pomimo tej bliskości, ale tak jest chyba z większością sąsiadów Polski, że pomimo tej bliskości z wieloma bardzo różnymi kulturami, to my jesteśmy bardziej otwarci na coś, co jest dalsze. Może gdybyśmy się bardziej po prostu zaznajomili z tą kulturą na takim poziomie oczywiście narodowym, bo osoby, które na przykład odwiedzają Niemcy, mają tam rodzinę, nie wiem, czy mieszkają blisko.
Na pewno o tych Niemcach więcej wiedzą niż Polak, który mieszka w centralnej Polsce. Także z jednej strony my tutaj tak potępiamy te filmy, no z drugiej może gdzieś tam w tej kinematografii niemieckiej jest coś, co jest dobre, a co nigdy nie zostało pokazane. Tutaj tak trochę ich biorę pod obronę, chociaż szczerze mówiąc, ta nasza diagnoza, że jest takie coś jak ta sztywność i ten taki, nie nazwałbym tego drylem, ale ta taka bezdarność tych filmów po prostu poraża.
[02:48:52] - Ja się przyłączę, Piotrze, do tego, co ty mówisz. Też ich wezmę pod obronę, ale żeby nie było tak cukierkowo, to najpierw się trochę pośmieję. Otóż mam takie nieodparte wrażenie, że ten konkretny obraz poraża między innymi tym, że sceny nie są dynamiczne. Po prostu to się tam wszystko wlecze i to jest nudne jak flaki z olejem. A w dodatku się okaże taki trochę nietolerancyjny, bo tu się bardziej będę pastwił. Ale powtórzę stary dowcip. To jest dowcip z brodą, więc wybaczcie mi państwo, nie ja go wymyśliłem, ale coś też jest na rzeczy. Nie mówię, że wszystko. Otóż być może my jesteśmy zrażeni i jesteśmy nieobiektywni albo nawet nie staramy się być obiektywni z Piotrem dlatego, że język niemiecki, język Goethego to jest jednocześnie język, który dla Polaka to wyznanie miłości po niemiecku brzmi jak rozkaz rozstrzelania. A sprawdźcie sobie państwo, jak Niemcy nazywają motylka, to się ubawicie po pachy.
To po prostu jest język obcy nam i naprawdę trzeba go znać, jakoś wgłębić się albo słuchać na przykład recytacji po niemiecku takiej naprawdę aktorskiej recytacji.
[02:50:32] - Tak, ale powiem ci, że z drugiej strony on jest niesamowicie prosty. Jeżeli ktoś zna jakieś podstawy i trochę się go uczył. Naprawdę nie jest trudny język, wbrew temu, co się powszechnie sądzi.
[02:50:45] - Ale chciałem coś powiedzieć jeszcze, ponieważ ja jestem człowiekiem odwiedzającym Niemcy. I zaraz wyjdzie ze mnie coś groźnego, bo ja tam nawet mam rodzinę. I rzeczywiście, jak się jest na ulicy w Niemczech, tylko że ja jestem w miejscu specyficznym, do specyficznego miejsca jeżdżę, takiego multikulturowego, takiego kosmopolitycznego, a mianowicie do Hamburga. Tam ten język nawet brzmi mniej sztywno i mniej tak po niemiecku. On jest bardziej melodyjny. Niemcy mają akcentowanie w różnych rejonach kraju różne. Ale co ja zauważyłem w związku z tym, że jeżdżę, że rzeczywiście nie dziwiłem się, że Niemcy taki temat wzięli na tapet, czyli staruszków, bo to jest w Niemczech problem. Naprawdę, wierzcie mi państwo, my tu z perspektywy Polski pewno takie chwile będziemy przeżywać za jakiś czas, za 20 lat może, może troszkę więcej. W Niemczech to jest problem. Na dwóch poziomach jest ten problem.
Po pierwsze rzeczywiście jest dużo tych staruszków. Część żyje sobie w swoich domach i żyje tak sobie. Część żyje w domach spokojnej starości czy też domach starców. To zależy, jak kto woli. To dokładnie to samo, tylko zmienia się nazwa. Bardziej wrażliwi wolą ten dom spokojnej starości, a tacy bardziej stąpający twardo po ziemi to wiadomo, dom starców. Ale o co chodzi? Że w tych domach starców ktoś musi tych staruszków obsługiwać, ktoś musi im usługiwać. I ja przypuszczam, że spora część Niemców o staruszkach ma bardzo złe mniemanie tak na co dzień, bo zawracają głowę, bo są upierdliwi, bo w tych domach starców to trzeba im te pampersy zakładać i w ogóle to takie niesympatyczne jest. I ja myślę, że skala tego jest tak duża, że tego rodzaju film o tym, że staruszkowie to są tacy wredni, może trafiać, nie wiem, tu w tej chwili szyję, proszę państwa, raczej wymyślam teorię, może do niektórych odbiorców w Niemczech trafiać, którzy po prostu na co dzień nie lubią tych staruszków, bo wiadomo, stanowią problem.
Nikt wtedy nie myśli o tym, że sam będzie staruszkiem i że też będzie dla kogoś problemem. Myśli się tu i teraz. Tak zresztą niemiecka, przynajmniej część niemieckiego społeczeństwa żyje tu, teraz. W tej chwili bawimy się, żyjemy, bo życie jest tylko jedno, a staruszkiem kiedyś będę, ale na razie to potępiam staruszków, bo mi zawracają głowę, bo stanowią problem na różnych poziomach i być może to trafia do niemieckiego odbiorcy bardziej niż do odbiorcy polskiego i stąd może pomysł na ten film. Poza tym wiecie państwo, a to już będzie teoria spiskowa, szalona. Może na jej podstawie jakiś film dałoby się nakręcić, bo może to jest, proszę państwa, przygotowanie do takiego... Nie, taki film nie może być przygotowaniem. Ale powiem, co chciałem powiedzieć, że może to jest przygotowanie do rzucenia idei, że może tych staruszków jakoś nakłonić do eutanazji, może by się sami wycofali i przestali stanowić problem. Tych państwa, którzy się poczuli dotknięci tym, że ja żartuję z problemu, nie, ja właśnie z niego nie żartuję. Ja zastanawiam się po prostu, na jakim mentalnym poziomie, etapie jest refleksja chociażby w Niemczech.
Czy rzeczywiście staruszkowie to jest tylko i wyłącznie problem, który trzeba rozwiązać? A ja się boję ostatecznych rozwiązań w wykonaniu niemieckim. W związku z tym zastanawiam się, jak to jest daleko posunięte. I niestety znowu z moich podróży ja to tak odbieram, że część Niemców naprawdę traktuje ludzi starszych jako problem. To jest problem, z którym sobie trzeba jakoś poradzić, bo w Polsce jest troszeczkę inna chyba mentalność, a w każdym razie może odziedziczona kultura, że człowiek starszy, jemu się należy pewien szacunek, nawet jeśli jest męczący, nawet jeśli stwarza problemy, to w końcu dzięki niemu coś tam w życiu osiągnęliśmy, coś tam się stało. To jest nasz krewny, to jest nasz ojciec, nasza matka, ktoś bliski nam, wujek i nie mówimy mu: „Ale wiesz, teraz zacząłeś przeszkadzać. To idź sobie już wreszcie do tego domu starców, nie zawracaj głowy”. Troszkę inaczej to wygląda, ale ja wcale nie twierdzę, że to nie może zacząć wyglądać bardzo podobnie. Natomiast w Niemczech ja już słyszałem wypowiedź człowieka w sile wieku, który już składał oświadczenie przy swojej córce nastolatce, że tak, że on jak osiągnie swój wiek emerytalny, to może sobie jeszcze trochę pożyje, a później to niech go córka do tego domu starców da, bo nie będzie jej, uwaga, robił problemów, bo on się usunie po prostu. Więc zobaczcie państwo, to już jest pewna zmiana w takim odbieraniu rzeczywistości.
Ktoś powie bardzo racjonalnie, bo tak powinno być. Ktoś drugi powie: „Niekoniecznie mi się to podoba”. Ja tego nie oceniam. Mnie się akurat nie podoba, więc oceniam. Ale ja nie mówię, jak ma być, broń Boże. Tylko pokazuję raczej źródło, z którego mógł ten film czerpać pewne emocje.
[02:56:35] - Tak, to jest w ogóle bardzo zróżnicowany i rozbudowany temat. Zarówno filmy o starości, jak i sama starość, jak i ten przemysł z tym wszystkim związany. Poniekąd to jest temat mi jakoś bliski. Ja mam takie dość pesymistyczne wnioski z tego płynące, że Niemcy mają opiekunów, bo ich na to stać. Natomiast my się zbliżamy do punktu, kiedy Kiedy ludzie w naprawdę słusznym wieku, wymagający opieki w Polsce nie będą mogli w żaden sposób sobie pozwolić ani na dom opieki, który jest naprawdę horrendalnie drogi, ani na opiekunów. Także Niemcy jednak znowu są górą, bo mają pieniądze, mają euro. Ale żeby znowu im tak nie dogadzać, to powiem, że zwróćcie państwo uwagę na to, jak różne mogą być ujęcia problemu starości w filmie. Z jednej strony mamy obrazy typu na przykład „Pora umierać" z Danutą Szaflarską, a z drugiej mamy taki paździerz jak ten film o morderczych staruszkach. To by było chyba dobre podsumowanie. Nie, ale-
[02:57:52] - Nic dodać, nic ująć, Piotrze. To było świetne podsumowanie.
[02:57:56] - Tak. A na serio to myślę, że to po prostu szkoda czasami pieniędzy. Nie wiem, dlaczego niektóre filmy są kręcone. Po prostu są zasady złe. Lepiej przeznaczyć te pieniądze na dobroczynne cele. Zamiast kręcić film o morderczych staruszkach, nie wiem, opłacić kilku staruszkom roczny pobyt w domu opieki. Zamiast robić takie gnioty, które nie chcę powiedzieć, że szkodzą, ale po prostu są niepotrzebne z takiej ogólnej perspektywy. Ale Marku, żeśmy dzisiaj po tych Niemcach pojechali, aż ich tam chyba piecze, ale powiedzmy o nich coś dobrego. A że Austriacy to też Niemcy. Był taki film z roku 2014.
Nazywał się po polsku „Widzę, widzę", „Ich seh, ich seh". Był to austriacki-
[02:58:49] - Po angielsku to było „Dobranoc mamusiu" albo coś takiego.
[02:58:54] - Tak. Zaraz wrócimy jeszcze do tytułów. To był austriacki kandydat do Oscara, laureat innych nagród i naprawdę dobry film.
[02:59:05] - Bardzo dobry.
[02:59:06] - Często teraz jest właśnie tak, że lepsze jest eksploatowanie w nowy sposób starych pomysłów niż tworzenie jakichś nowych. Jeżeli jest tworzony nowy pomysł, jakaś nowa jakość, nowy scenariusz, to wychodzi nam właśnie „Przywilej". Natomiast kiedy się eksploatuje pewne utarte schematy i pokazuje je w nowy sposób, powstają nawet, można powiedzieć, małe dzieła. Tutaj, w tym filmie poznajemy historię dwóch braci żyjących w nowoczesnym, acz znowu bardzo surowym domu ze swą matką. Ta pewnego dnia pojawia się z obandażowaną głową, tak jakby przeszła operację plastyczną. Jednak nie jest ona tą osobą co dawniej. Zmiana w jej zachowaniu jest na tyle duża, że chłopcy zaczynają podejrzewać, że podszywa się pod ich matkę inna kobieta. Tam się dzieje naprawdę dużo, pomimo tego, że film jest osadzony po prostu w bardzo niewielu plenerach. W zasadzie mamy tylko trzech aktorów głównych. Mimo wszystko on wciąga.
I dziwi mnie, dlaczego też stało się tak, że nie został zauważony na scenie międzynarodowej, natomiast on w Polsce też nie odniósł jakiegoś wielkiego sukcesu. Nie wiem w ogóle, czy możemy mówić coś więcej na temat tego, co się w tym filmie działo, dlatego, że ten scenariusz jest dosyć prosty. Jak powiedziałem, on bazuje na pewnym znanym już schemacie. Dlatego kiedy wykonamy krok w przód, możemy popsuć bardzo wielu osobom seans. Tym bardziej, że pojawił się remake i remake nosi tytuł, tak jak powiedziałeś, „Goodnight Mommy", „Dobranoc mamusiu", jest do obejrzenia na Amazonie, na Prime. Tylko że tam historia jest już opowiedziana troszkę inaczej. Jest przeniesiona w amerykańskie warunki.
[03:01:15] - Tak, ale powiem ci, tego drugiego filmu nie znam. Natomiast ten film jest dla mnie dowodem, że to aktorstwo, z którego tak pozwoliliśmy sobie w pewnym momencie zaszydzić, nazwaliśmy je drewnianym. Ono w niektórych obrazach, w niektórych momentach świetnie współgra ze scenariuszem, bo tutaj mamy dwóch chłopaków, którzy grają z taką dziecinną prostotą i naturalnością. Mamy też matkę, o której wspomniałeś, ona zresztą z obandażowaną twarzą, operacją plastyczną, nie wiemy dlaczego i tak dalej. Rzeczywiście, zdaniem chłopców przeszła zmiany charakterologiczne. Zresztą na początku filmu dowiadujemy się na przykład szokującej rzeczy, że z jednym z chłopców, to bliźniaki są, ona w ogóle nie chce rozmawiać, nie robi mu kolacji. To ma znaczenie. Tylko tyle powiem. To ma znaczenie. Cóż, zresztą ten film jest dlatego też taki mocny i muszę się gryźć w język, żeby nie opowiadać, ale powiem jedno: ma fajny koniec, bo się dowiadujemy kilku rzeczy, których byśmy nie podejrzewali, chociaż sygnały dostawaliśmy.
Coś się dzieje takiego, że przejdą państwo przemianę, zmieni się spojrzenie na ten obraz. W każdym razie to jest film, Piotr powiedział, że wciąga. Tak, ten film wciąga jakoś w taki magiczny sposób, bo z jednej strony mamy świat dzieciaków Świat chłopców, to są chyba wakacje, bo nie chodzą do szkoły, korzystają z letniej aury. Nawet jak jest deszcz, to skaczą sobie na trampolinie i ogólnie jest świetnie. Pojawiają się jakieś postacie poboczne, pojawia się jakaś grupa, to są jacyś tacy, co datki zbierają. W każdym razie więcej już naprawdę nie opowiem, bo to byłoby zepsucie zabawy, ale to tak jak powiedziałem obraz po pierwsze, który wciąga, ale to nie jest jałowa rozrywka. On wciąga, ale opowiada historię, a w dodatku potrafi zaskoczyć. Kiedy wydaje nam się, że wiemy już prawie wszystko i kiedy jesteśmy wstrząśnięci obrazami, które reżyser nam pokazuje, to nagle następuje takie pyk, odwrócenie. My nie zmieniamy swojego poglądu, ale nagle patrzymy na ten obraz jeszcze inaczej. Więcej powiedzieć naprawdę nie mogę, ale ten film zachwyca.
[03:04:20] - Tak, są pewne różnice między wersją austriacką a amerykańską i to są różnice dostrzegalne, natomiast też nie będę za dużo mówił. Powiem tak, ta wersja austriacka jest lepsza, jeżeli chodzi o aktorów przede wszystkim. W wersji amerykańskiej to już jest takie bardziej hollywoodzkie i właśnie spełnia się to, o czym mówiłeś. Pokazuje się to, o czym mówiłeś. Uwypukla się w jakiś sposób to, że ta surowość, ta mechanika niekiedy, do której nas przyzwyczaja niemieckie kino sprawdza się po prostu i tyle. Także „Widzę, widzę” albo „Dobranoc mamusiu”, dwa filmy, jeden nowy z 2022, produkcji amerykańskiej i ten starszy produkcji austriackiej z roku 2014 bodajże. Coś godne polecenia naprawdę.
[03:05:23] - Ja tylko jeszcze uzupełnię, że stary film, ten austriacki, też na niektórych platformach znajdziecie go państwo pod angielskim tytułem, który jest przypisany do nowego filmu. On też występuje, „Ich seh, ich seh” jest też pod tytułem „Dobranoc mamusiu”, ale to są dwa różne filmy. Ja też stawiałbym, o dziwo, proszę państwa, po tych wszystkich kubłach, które wylaliśmy dzisiaj, chyba obaj stawiamy na austriacką wersję.
[03:05:59] - Tak, z pewnością. To jest kolejny raz w ogóle, kiedy Amerykanie w krótkim odstępie czasu robią remake czegoś, co się pojawiło w Europie. Co możemy powiedzieć ogólnie w podsumowaniu, bo ja jeszcze chciałem powiedzieć kilka słów o filmie „Gdzie nie pada cień”, ale on też jest tak przewidywalny i w zasadzie spełnia te wszystkie złe kryteria, o których żeśmy mówili, że chyba sobie daruję. Natomiast jeżeli ktoś lubi takie kino, jeżeli się chce trochę pomęczyć, to też polecam. Jest bardzo podobny do „Przywileju” ogólnie, chociaż mocniej czerpie z folkloru niemieckiego, natomiast cała otoczka jest dziwna, lekko przerażająca, to znaczy odpychająca, jeżeli mogę być szczery. I te wszystkie filmy prócz ostatniego, czyli „Widzę, widzę” oraz tych wymienionych klasyków łączy fakt dobrego pomysłu i słabego wykonania. Te płaskie postaci, do których się nie przywiązujemy, sprawiają, że my się równocześnie nie przywiązujemy do historii i my tej historii potem nie rozpamiętujemy, bo nie mamy żadnego sentymentu. Jest nam wszystko jedno, czy on zginął, czy nie, czy finał będzie pozytywny, czy odwrotnie. Tak niestety jest. Takie odnoszę wrażenie.
Marku, kluczowe pytanie, co za tydzień?
[03:07:34] - Za tydzień zajmiemy się tym, co ja lubię najbardziej, czyli nowościami w kinie sci-fi, bo czas sobie tam zerknąć. Tych nowości jest zaskakująco dużo. I znowu troszeczkę weźmiemy chyba z różnych półek. Weźmiemy filmy, które wyglądały obiecująco, a w rezultacie można mieć mieszane uczucia, choć to nie są kompletne gnioty. Chociaż zobaczymy, jaki zestaw sobie zorganizujemy. Ale powtarzam, ja byłem sam zaskoczony, że tego tak dużo powstaje. Dziwne, że tak niewiele przebija się, czy to w dalszym ciągu takie uprzedzenie do kina SF, czy też jakieś inne względy odgrywają rolę. W każdym razie dużo tych filmów powstaje, tylko część przebija się do mainstreamu, a w każdym razie do zbiorowej świadomości. To my o kilku takich nowościach sci-fi powiemy.
[03:08:49] - Tak, może się nawet wydarzyć, że rozbijemy ten temat na dwa odcinki, dlatego, że tych filmów jest naprawdę sporo. One wszystkie są wyprodukowane w roku ubiegłym, w roku 2022. I są bardzo różne przede wszystkim. Dlaczego się nie przebijają do mainstreamu? Jednym z powodów mogą być platformy streamingowe. Po prostu te filmy oczekują na wykupienie przez którąś z tych platform, a ich jest naprawdę dużo. Netflix ma ogromną konkurencję. Także zapraszamy za tydzień na taki powrót do klasyki, czyli do filmów science fiction, tych najnowszych. Będzie sporo polecajek. No i też padnie trochę gorzkich słów na pewno, ale to norma, drodzy państwo.
[03:09:42] - Ale jakby co, to my po amatorsku, my tylko jako widzowie, więc radzę nas sprawdzać po prostu.
[03:09:51] - Tak.
[03:09:52] - A teraz to już wszystkiego dobrego. Pozdrawiamy.
[03:09:57] - Pozdrawiamy. Do usłyszenia.
[03:10:04] - Przydałby się, proszę państwa, teraz jakiś fragment prozy. Mam taki fragment prozy, nie będę ukrywał. Świetnie przygotowany. To jest opowiadanie z trzeciego tomu serii antologii, którą przygotowało Bibliotekarium. Antologia nosi tytuł „Rubieże rzeczywistości”, a autorką dzisiejszego opowiadania zatytułowanego „Ostatnia szansa” jest Maria Peplińska. Antologia „Rubieże rzeczywistości” czyta Reda Hadad. Maria Peplińska, „Ostatnia szansa”. 10.02.1936 rok. Rezydencja w Alpach Salzburskich, pięć minut po północy. Wybuch nastąpił pięć minut przed północą.
Strop wielkiej sali zapadł się, a ogień rozprzestrzeniał się w zawrotnym tempie, przechodząc kolejno na dywan, meble i żakardowe zasłony. Run wytarł twarz w rękaw marynarki i przymknął powieki. Czuł dziwną niemoc. Kręciło mu się w głowie. Widział mroczki przed oczami. A może to skrzyły się płatki śniegu wpadające przez dziurę w dachu. Spojrzał w dół. Przez materiał ciemnych wizytowych spodni sączyła się krew. Spróbował się podnieść, ale zraniona noga odmówiła mu posłuszeństwa i osunął się na podłogę tuż obok kobiety, której głowa spoczywała pod nienaturalnym kątem. Ktoś krzyczał, że zaczęła się wojna.
Ranni pojękiwali cicho. Run z trudem wciągnął powietrze do płuc, gdy nagle poczuł, jak ktoś łapie go pod pachami i pomaga mu wstać. „Oprzyj się o mnie.” Do jego uszu dotarł piskliwy kobiecy głos. Ewa. Czyż nie kazał jej zostać w pokoju? „Muszę sprawdzić, czy przeżył” – jęknął, obejmując ją w pasie. „Za chwilę będą tu żołnierze. Uciekaj!” „To on! To on podłożył ładunek.” Mężczyzna stojący po drugiej stronie wielkiej sali wskazał na Runa oskarżycielskim gestem. „Żołnierze, tutaj!
Ten człowiek...” Nie dokończył, gdyż drobna dłoń odziana w aksamitną rękawiczkę wyciągnęła przed siebie walthera i nacisnęła spust. Grubas jęknął upadając, a cygaro, które trzymał w dłoni, potoczyło się po dywanie. „No szybciej” – ponagliła Ewa, chowając broń za pasek jedwabnej sukienki. „Ewo, jeśli on przeżył, zginiesz.” „W takim razie zabierz mnie ze sobą” – powiedziała cicho, spoglądając na niego roziskrzonym wzrokiem. Run przełknął ślinę i zamknął oczy. Wiedział, że jeśli ulegnie jej prośbie, czeka go komisja i w najlepszym razie zsyłka na Uran. Przenoszenie ludzi z przeszłości było surowo zabronione. „Nie ma czasu” – szepnęła. Miała rację. Mundurowi byli już w głównym holu.
Run wyciągnął z kieszeni marynarki transmiter i otworzył portal. Powietrze przed nim zafalowało. Jeszcze raz spojrzał w kierunku stolika, przy którym siedział mężczyzna, ale poprzez kłęby dymu i pyłu nie udało mu się dostrzec, czy ten przeżył. Nie mogąc już dłużej zwlekać, pociągnął Ewę za sobą. Może i nie uda mu się uratować milionów istnień, ale ocali przynajmniej to jedno. 2.05.3021. Kapsuła mieszkalna w Zonie Piątej, 72 godziny przed wybuchem. Kapsuła wyglądała tak, jakby od dawna nikt w niej nie sprzątał. Po podłodze walały się puste puszki po energetykach, a nielicznie zgromadzone meble pokrywała gruba warstwa pajęczyny. Runowi to jednak nie przeszkadzało.
Większość czasu i tak przebywał w iluzji. Tej, w której Milo wciąż żyła. Zmęczeni uprawianiem miłości oddawali się właśnie błogiemu lenistwu. „Ktoś jest w naszej przestrzeni” – powiedziała nagle Milo, ściągając ręką po prześcieradło. Run odwrócił się w stronę drzwi i zamarł. „Ciężko się do ciebie dostać, kapitanie.” Wysoki mężczyzna w wojskowych butach oparł się o futrynę i wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu. Jego twarz szpeciła brzydka blizna ciągnąca się przez cały policzek. Pamiątka z misji, na którą udał się, by nie dopuścić do przejęcia władzy przez Kim Ir Sena. „Run, wbicie się w twoją iluzję jest prawie niemożliwe” – dodał, kładąc nacisk na słowo „prawie”. „Może dlatego, że nie życzę sobie gości, generale” – zasugerował Run, patrząc na niego znacząco.
„Czekam na ciebie w realu. Masz pięć minut, nim ci ją zabiorę.” Powiedział mężczyzna, wskazując palcem na zastygłą w bezruchu Milo, po czym opuścił iluzję. Niech to szlag! Run wstał z łóżka, złożył pocałunek na chłodnej, woskowej twarzy Milo, po czym zamknął oczy i nacisnął przycisk. Gdy je otworzył, znajdował się w swojej kapsule. Siedział w fotelu, a kroplówka sączyła w jego żyłę życiodajny płyn. Miło cię widzieć w rzeczywistości – odezwał się gość, stawiając przed nim kubek z gorącą kawą. Gówniana ta rzeczywistość. Run rozmasował zastygłe mięśnie i odpiął kroplówkę. Czego chcesz?
Chcę, żebyś dostarczył dla mnie jedną przesyłkę. Dzięki, ale nie jestem zainteresowany. A nie wiesz nawet, o co chodzi. I nie chcę wiedzieć. Run pociągnął łyk czarnego napoju. Kawa była mocna i gorzka. Dokładnie taka, jak lubił. Jeśli to wszystko Ward, to możesz już iść. Wierz mi, w świecie iluzji mam ciekawsze zajęcia. Żyjesz mrzonkami, Run.
W głosie generała dało się słyszeć z trudem powstrzymywaną złość. Nie ja pierwszy i nie ostatni. Tylko że jakoś innych zostawiasz w spokoju. Nie poradzimy sobie bez ciebie. Doprawdy? Uniózł brew. Kiedy odchodziłem ze służby, mówiłeś zupełnie co innego. Po tym, jak zginęła Milo, potrzebowałeś przerwy. Poza tym myliłem się. Jasne.
Posłuchaj mnie, Run. Już trzech moich ludzi zginęło, próbując dostarczyć tę przesyłkę. A nie pomyślałeś, że może nie da się tego zrobić? Zapytał, choć w głębi duszy wiedział, że technologia, którą posiadali, potrafiła wszystko. Może prawie wszystko. Czynnik ludzki wciąż był ważny. Nie wiedzieć czemu, ale przesyłki wysyłane bez nadzoru agentów nie tylko potrafiły wpaść w niepowołane ręce, ale również zgubić się w czasoprzestrzeni. Run zamyślił się. Czyżby agenci wybrali zły moment? Nie.
Nie powinien nawet o tym myśleć, ale cholerny Ward nie powinien proponować mu udziału w tej misji. I tak już dość zrobił dla tego parszywego świata. Razem z Milo wykradli jaja dinozaurów, zapobiegli katastrofie Titanica i epidemii cholery w Jemenie. Czy to mało? Naszym celem jest Berghof – powiedział generał, mrużąc lekko skośne oczy. Chcecie wrócić do przeszłości i zabić Hitlera? Run miał wrażenie, że zaczyna brakować mu powietrza. Nie pamiętał, ile razy rozmawiał o tym z Milo. To było ich marzenie, ich cel. Potarł dłonią skronie, próbując zebrać rozbiegane myśli.
Wszystko, co musiałbyś zrobić, to dostarczyć do Berghof niewielki pakunek – kontynuował generał. Skonstruowaną przez naszych inżynierów bombę multiplastyczną. Byłbyś kurierem, nikim więcej. Jedna przesyłka, Run. Jedna przesyłka i uratujesz miliony istnień. Wiesz, że gdyby Milo żyła... Ale nie żyje. Przecież chcieliście. Generale. W jego głosie zabrzmiało ostrzeżenie, ale Ward wzruszył tylko ramionami.
To może być ostatni moment, żeby zmienić historię świata – powiedział po chwili milczenia. Po trzech nieudanych akcjach jesteśmy na cenzurowanym. Ministerstwo Etyki chce likwidacji naszego wydziału. Jeśli politycy poprą projekt... A może ministerstwo ma rację? Nie pomyślałeś o tym? Powiedz to tym, którzy zginęli w Dachau, Stutthof i Auschwitz-Birkenau – warknął Ward, krzyżując ramiona na piersi. Run przymknął oczy. Wiedział, że generał ma rację, a jego upór jest bezcelowy. Jeśli się zgodzę, będę pracował sam – powiedział po chwili milczenia.
Procedury mówią jasno: albo sam, albo wcale. Już nigdy więcej nie narażę nikogo na śmierć. Czy to jasne? Dobrze, Run. Niech ci będzie. Generał nawet nie mrugnął i Run zrozumiał, że Ward zgodziłby się na wszystko, byle tylko podjął się tej misji. Czekam na ciebie w wydziale. Tylko błagam, zanim przyjdziesz, ogarnij się trochę. Taka psuła jest gorsza niż chlew, w którym swojego czasu dorwałem Rasputina. Wydział Operacyjny Ministerstwa do Spraw Historii Świata, 48 godzin przed wybuchem.
Powinieneś bardziej o siebie dbać, Run – powiedział doktor Hobbs, spoglądając na trzymane w ręku wyniki badań. Muszę wymienić ci soczewki. Zbyt dużo czasu spędzasz w świecie iluzji. Nie ty jeden zresztą. Uzależnienie od wirtualnej rzeczywistości to bolączka naszych czasów. Ponieważ nikt z zebranych nie zareagował, doktor zmienił temat. Słyszałem, że wybierasz się do 1936 roku. Uważaj, żeby się nie zaziębić. Temperatura na Ziemi w tamtym okresie była niższa o jakieś 20 stopni. Kwestia zmiany klimatu, jak sądzę.
Teraz trochę poszczypię. Sirina, niezidentyfikowana płciowo asystentka doktora, nałożyła mu na twarz silikonową skórę pułkownika Rolfa Brichofa, mężczyzny, w którego miał się wcielić. Run zaklął szpetnie. Cholera, zapomniałem już, jakie to bolesne. Spokojnie, kapitanie, zaraz będzie po wszystkim – powiedziała, przygładzając ręką jego nowe, lekko kręcone włosy. Spójrz Run, to Ewa. Ward wyświetlił mu przed oczyma zdjęcie ciemnowłosej dziewczyny. Śpiewaczka operowa i kochanka Rolfa. Jeśli ci się nie uda, zginie w Dachau w 1942 roku. A tutaj odbiorca przesyłki – dodał, wskazując portret Hitlera.
Generale, proszę na chwilę przerwać. Muszę wgrać mu język. Doktor Hobbs włożył Runowi do ucha niewielkie urządzenie, a następnie zaczął ustawiać coś w swoim komputerze. No, kapitanie, niemiecki masz już w małym palcu. Sirin, podaj mi wiertło numer pięć. Albo nie, daj lepiej szóstkę. Run, chcę, żebyś się teraz rozluźnił. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, pomyślał kapitan na chwilę przed tym, zanim odpłynął w niebyt, a doktor Hobbs zajął się umieszczeniem w jego korze mózgowej informacji, które miały mu pomóc w osiągnięciu celu. Bezczas. Portal teleportacji.
Jedenaście godzin przed wybuchem. Wirował, unosił się, opadał. Zawrotna prędkość i siła odśrodkowa sprawiały, że Rune czuł się tak, jakby pędził w dół roller w głowie, a żołądek podchodził do gardła. Spróbował wyrównać oddech. Nie mógł pozwolić sobie, żeby ta podróż go otumaniła. Otumaniony agent to martwy agent, mawiał Ward, a on całkowicie się z nim zgadzał. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.
Rune ponownie spojrzał na tarczę zegarka. Jeszcze sześć sekund i wysiadka. Odliczył na głos ostatnie trzy, a kiedy lampka kontrolna zaświeciła się na zielono, zrobił krok w przód. 10.02.1936. Rezydencja w Alpach Salzburskich, dziesięć godzin i trzydzieści pięć minut przed wybuchem. Nie spodziewał się, że wyląduje w sypialni Rolfa akurat wtedy, kiedy ten będzie uprawiał seks. Rune zaklął w duchu, gdy w lustrze wiszącym na przeciwległej ścianie dostrzegł zszokowaną twarz młodej kobiety. Czekał, aż Ewa coś powie, aż zdekonspiruje go przed swoim kochankiem, ale nic takiego się nie stało. Czując, jak mocno bije mu serce, Rune wślizgnął się za ciężką aksamitną kotarę. Jesteś wspaniała, jedyna.
Usłyszał rozmarzony głos Birkhoffa chwilę po tym, jak miłosny akt kochanków dobiegł końca. Gdybyś naprawdę tak myślał, to zabrałbyś mnie na olimpiadę. W głosie śpiewaczki zabrzmiała uraza. Ewo, kotku, przecież wiesz, że to nie takie proste. Moja żona chce, żebyś się z nią rozwiódł. Ewo, proszę, czy możemy dziś o niej nie rozmawiać? Daj mi swe usta. Chcę. Jesteś nieczułym draniem. Zabierz ręce!
Prychnęła, zsuwając się z łóżka. Wysłużone sprężyny zajęczały głucho. Ewo. W głosie Rolfa dało się słyszeć błagalny ton, ale ona była nieugięta. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, Rune wysunął się zza zasłony. Klepki dębowego parkietu zaskrzypiały cicho i pułkownik się odwrócił. Filiżanka wysunęła mu się z dłoni. Na Boga! Na Boga! Krzyknął, uświadamiając sobie, kogo ma przed oczyma.
Wykorzystując moment zaskoczenia, Rune zaatakował. Zdezorientowany i zszokowany Rolf nie zdążył nawet krzyknąć, gdy kapitan pozbawił go tchu, wstrzykując w ramię substancję zwiotczającą mięśnie. Trzymając dłoń na jego ustach, odczekał, aż przeciwnik straci przytomność i osunie się na ziemię. Dopiero gdy tak się stało, Rune rozejrzał się za miejscem, w którym mógłby go ukryć do czasu, aż środek przestanie działać. Nie chcąc ryzykować z łóżkiem, które znajdowało się w centralnym punkcie pokoju, Rune zdecydował się umieścić pułkownika w wannie. Zadowolony, że udało mu się pokonać pierwszą przeszkodę, wrócił do pokoju i sięgnął po stojącą na sekretarzyku filiżankę z kawą. Mimo że była już zimna, smakowała wybornie. Upił łyk, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Klnąc na czym świat stoi, Rune zzuł buty i sięgnął po szlafrok. Zapomniałam rękawiczek -- powiedziała Ewa, wspinając się na palce i całując go w policzek.
Do jego nozdrzy dotarł słodki kwiatowy zapach perfum. Weź inne -- powiedział, stojąc w drzwiach. No wiesz. Zmarszczyła nos. Nie wygłupiaj się, Rolf. Wpuść mnie. Kłopoty w raju? Dopiero po chwili Rune zorientował się, że oprócz ich dwójki w korytarzu znajduje się ktoś jeszcze. Uniósł wzrok. Dzięki wgranym przez doktora Hobbsa informacjom wiedział, że ma do czynienia z hrabią Hontzelerem.
Jak się pani miewa, Ewo? -- zapytał mężczyzna. Spłoszona artystka odskoczyła jak oparzona od framugi drzwi. Miałam nadzieję, że Rolf, to znaczy pan Birkhoff, będzie towarzyszył mi w bibliotece -- skłamała, nie chcąc ujawniać ich romansu. Niestety ma już inne plany na popołudnie. Może pan, panie hrabio, miałby ochotę do mnie dołączyć? Grubas skłonił się, a następnie wsunął cygaro do ust i wziął Ewę pod rękę. Mimo uśmiechu, który rozjaśniał jej twarz, Rune wiedział, że Ewa jest wściekła. Udając, że nie widzi jej pełnego nagany spojrzenia, życzył jej udanej lektury, a następnie zamknął drzwi. Cholera, muszę być bardziej ostrożny -- pomyślał, zrzucając szlafrok na podłogę.
Dopił kawę, a następnie wsunął przesyłkę do kieszeni spodni. Sięgnął jeszcze po jeden z pistoletów leżących na kominku. Musiał sprawdzić, czy bomba zadziała, a pokój gościnny nie bardzo się do tego nadawał. Wolał wypróbować ją na zewnątrz. Jeśli ktoś przypadkiem usłyszy eksplozję, to zawsze będzie mógł pokazać Waltera i powiedzieć, że musiał odstraszyć wilki. Rune nie ufał do końca inżynierom pracującym w ministerstwie, bo już nie raz zdarzyło mu się, że broń, która świetnie działała w laboratorium, zawodziła w trakcie misji. Wybiera się pan na spacer, Rolf? W holu znowu zabrzmiał znajomy głos. Cholera, czego on chce? -- zastanawiał się Rune, spoglądając na nalaną twarz Hontzelera.
A może szuka pan swojej uroczej petite amie? -- kontynuował hrabia. Jeśli tak, to zostawiłem ją w bibliotece. Po prostu idę się przejść — warknął, nie siląc się na uprzejmość. Słusznie. Mróz pomoże ostudzić panu gorącą krew — mruknął Hontzeler, uśmiechając się pod nosem, ale Ruhn wzruszył tylko ramionami. Nie miał czasu na pogaduszki. Minął hrabię i ruszył w kierunku drzwi. Gdy tylko znalazł się poza murami rezydencji, poczuł przejmujący ziąb. Hobbs nie kłamał mówiąc, że temperatura na Ziemi w 1930 roku była dużo niższa — pomyślał, z zafascynowaniem obserwując, jak wydychane powietrze zmienia się w niewielkie obłoczki pary.
Szedł szybkim krokiem, dopiero poniewczasie zdając sobie sprawę, że jego buty zupełnie nie nadają się do brodzenia w śniegu. Zaklął cicho. Nie miał czasu, by wrócić do rezydencji i się przebrać. Musiał sprawdzić, czy bomba działa, a najlepszym sposobem było wypróbować ją wtedy, gdy wszyscy przygotowują się do kolacji. Odszedł w stronę drzew, ściągnął skórzane rękawiczki i nastawił sekundnik na jednym z dwóch mikroplastycznych ładunków. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden. I? I nic. Cholera, nic. Czyżby coś źle ustawił?
Niemożliwe. Spróbował z drugim ładunkiem, ale również nie doszło do eksplozji. Jasny gwint, a miałem być tylko kurierem — pomyślał, podnosząc z ziemi niewielki pakunek. Ustawił sekundnik ponownie, ale skutek był taki sam. Cholera! Gdyby tylko nie było tutaj tak zimno. Złapał się za głowę. No właśnie. W tak niskiej temperaturze bomby mikroplastyczne nie mogły przecież wybuchnąć. Banda niekompetentnych idiotów.
Zagryzł wargę. Musiał zastanowić się co dalej. Z reguły w takich wypadkach agenci kończyli misję. Tylko że, no właśnie. W myślach Ruhna raz po raz przewijały się słowa wypowiedziane przez Warda. Generał jasno zakomunikował, że ta misja może być ostatnią szansą, by zmienić historię Ziemi. Pieprzeni politycy. A gdyby tak zlikwidować Hitlera inaczej? Przecież niejednokrotnie w swojej karierze wykorzystywał alternatywne sposoby, by osiągnąć sukces. Tak jak wtedy, gdy pomógł amerykańskim żołnierzom w pojmaniu Osamy Ben Ladena.
Ruhn przymknął oczy i skupił się, by przywołać informacje potrzebne do skonstruowania ładunku wybuchowego. Wiedział, że Hobbs wgrał mu w korę mózgową wszystko, co powinien wiedzieć na temat broni dostępnej w tym okresie. Serce zabiło mu mocniej, gdy zdał sobie sprawę, że jeśli znajdzie potrzebny materiał, przygotowanie ładunku wybuchowego powinno zająć mu nie więcej niż 40 minut. Czas wdrożyć plan B — pomyślał, ruszając w stronę kwater, gdzie stacjonowali żołnierze. Co pana do nas sprowadza, pułkowniku? Widząc, jak Ruhn nadchodzi, młody żołnierz stuknął obcasami i zasalutował. Zapomniałem naboi, kapralu — odparł Ruhn, wyciągając walthera z kieszeni. Hrabia Hontzeler wspomniał mi, że macie takie na stanie. Dziewięć milimetrów. Greener — dodał, odszukawszy wzrokiem naszywki z nazwiskiem.
Mamy, ale... Ale? Większość żołnierzy jest teraz na stołówce. Właśnie wydano kolację. Żeby zaprowadzić pana do magazynu, muszę wezwać swego zmiennika. Ktoś musi mnie tutaj zastąpić, pułkowniku. Pozwól mu zjeść w spokoju, Greener, bądź kolegą. Ale... Daj mi klucz — rozkazał Ruhn, wyciągając otwartą dłoń w jego kierunku. Żołnierz przełknął głośno ślinę, ale nie zaprotestował.
Rozkaz to w końcu rozkaz — pomyślał Ruhn, upychając w kieszeniach wszystko, czego potrzebował do skonstruowania ładunku. Podziękowawszy młodemu człowiekowi, podpisał się na karcie wejść i wyjść, a następnie ruszył do rezydencji. Jeśli wszystko, napiję się jeszcze świeżej kawy — pomyślał, wchodząc do pokoju. A teraz, zanim cię zastrzelę, powiesz mi, kim jesteś i co zrobiłeś z Rolfem. Choć głos Ewy ociekał wściekłością, dłoń trzymająca pistolet drżała. Jak tu weszłaś? — zająknął się. Chciałam odzyskać moją rękawiczkę, więc poprosiłam ochmistrzynię o zapasowy klucz. A teraz — uniosła wyżej broń — masz pięć minut na wyjaśnienie mi, o co w tym wszystkim chodzi. Czy on nie żyje?
— zapytała, mając na myśli Rolfa leżącego w wannie. Żyje — mruknął, wpatrując się w Ewę i zastanawiając się, w jaki sposób odebrać jej pistolet. Wiedział, że sytuacja jest beznadziejna. Wymiana ognia w rezydencji nie wchodziła w grę, a on stał zbyt daleko, by siłą spróbować odebrać jej broń. Jesteś jego bratem bliźniakiem? Duchem? No już! — ponagliła. Zdając sobie sprawę, że jeśli zaraz nie zacznie mówić, Ewa naciśnie spust, Ruhn zdecydował się powiedzieć prawdę. Czasem, gdy wszystko inne zawiedzie, prawda może okazać się twoją jedyną szansą — powiedział mu kiedyś Ward.
Obyś miał rację, generale — pomyślał Ruhn, stawiając wszystko na jedną kartę. Jestem kurierem. Doprawdy? — jej ciemne brwi uniosły się w górę w niedowierzaniu. Jestem kurierem z przyszłości. Dokładnie z 3021 roku. Tak — dodał, gdy spojrzała na niego z niedowierzaniem. W 2095 naukowcom udało się stworzyć portal, który pozwala przenosić ludzi w czasie. Ja i inni agenci naprawiamy historię, zapobiegamy kataklizmom, bierzemy udział w misjach. Słyszałaś może o Titanicu?
Tym brytyjskim transatlantyku? Skinęła głową. Gdyby nie my, zatonąłby w trakcie swojego pierwszego rejsu. Nie uniknąłby zderzenia z górą lodową. Niemożliwe. Oczy Ewy rozszerzyły się w niedowierzaniu. „A jednak” – odparł. „Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, to po co cię tu wysłali?” – spytała. „Jestem tu, by zabić Hitlera. Jeśli tego nie zrobię, za trzy lata rozpęta wojnę, która ogarnie cały świat.
Zginą miliony ludzi. Wiem, że to trudne, ale proszę, uwierz mi”. „Wierzę w to, co widzę.” Opuściła broń. „A tak się składa, że twoje przybycie tutaj widziałam na własne oczy. To nie było normalne. Co do wojny, to...” „Mówię prawdę. Nie widzisz, co się tutaj dzieje? Nie słyszysz, o czym rozmawiają podczas tych wszystkich uroczystych kolacji i podwieczorków?” „Słyszę” – powiedziała cicho, a kiedy spojrzał na nią zdumiony, uniosła głowę i powiedziała: „Jestem agentką Secret Service, Rolf, czy jak ty się tam nazywasz. Wiem więcej, niż myślisz.” Tego się nie spodziewał. Śpiewaczka operowa, agentka, głupiutka kochanka.
Kobieta o tysiącu twarzy. „Wydasz mnie?” – spytał. „Chociaż bardzo mnie korci, żeby to zrobić, to jednak wolę ci pomóc. Jaki jest plan?” „Chcę skonstruować ładunek wybuchowy. Mam dynamit” – powiedział, wyciągając z kieszeni rzeczy, które udało mu się zabrać z magazynu. Przez następną godzinę pracowali ramię w ramię. Teoria, którą wgrał mu w korę mózgową Hobbs, była niczym w porównaniu z doświadczeniem i wiedzą, którą posiadała Ewa. „Gotowe” – mruknął, kiedy zegar stojący w rogu pokoju wybił dwudziestą. „Ten ładunek ma wielką siłę rażenia. Wiesz o tym?” – zapytała.
Ruhn przełknął ślinę i skinął głową. „W takim razie...” Wyciągnęła rękę w jego kierunku i uśmiechnęła się smutno. „Zróbmy to dla przyszłych pokoleń.” „Nie musisz tam ze mną iść. Zostań. Tu będziesz bezpieczna. Ale zostań!” – powtórzył, kładąc rękę na jej nagim ramieniu. „Dzisiejszego wieczoru zginie wielu ludzi.” „A ty?” Nie odpowiedział. Zdecydował w momencie, w którym podjął decyzję o kontynuacji misji. Jego życie bez Milo i tak nie miało większego sensu. Ward miał rację.
Iluzja, mimo że piękna, była niczym więcej jak fałszem. Nie chciał tak dłużej żyć. Wzruszył ramionami, a Ewa nie drążyła tematu. „Jak się nazywasz?” – zapytała, gdy był już przy drzwiach. „Ruhn. Nazywam się Ruhn.” „W takim razie powodzenia, Ruhn” – powiedziała, podchodząc do niego i całując go w policzek. „Zamknij drzwi” – poprosił, wychodząc z pokoju. 10.02.1936. Rezydencja w Alpach Salzburskich, pięć minut przed wybuchem. Kelnerzy uwijali się jak w ukropie, zręcznie lawirując między stolikami.
Muzyka puszczona z gramofonu grała cichutko. Na pytanie hrabiego o to, gdzie jest Ewa, Ruhn odpowiedział wzruszeniem ramion. Nie miał czasu na dyskusje. Musiał dostarczyć przesyłkę. Kiedy przy stoliku, przy którym siedział Hitler, zwolniło się miejsce, ruszył w tamtym kierunku. Wymienili pozdrowienia. „Przysiądzie się pan do nas?” – zapytał Führer, wskazując puste krzesło. „Tak, dziękuję” – odpowiedział, siadając. Wziął serwetkę ze stołu i udał, że kładzie ją na kolanach. W rzeczywistości zrzucając kawałek materiału na podłogę.
„O, przepraszam, niezdara ze mnie” – mruknął, schylając się, by zamontować ładunek wybuchowy. Ustawił sekundnik, nacisnął przycisk i zaczął odliczać. Dziesięć, dziewięć. „Rolf, mam dla ciebie pilną wiadomość.” Mężczyzna, którego nie potrafił zidentyfikować, podszedł do ich stolika. Osiem, siedem. „Tak?” Ruhn zacisnął ręce na trzymanej serwetce. „Ewa na ciebie czeka. Prosiła, żebyś natychmiast do niej poszedł.” Sześć, pięć. „Ale...” Kapitan poczuł, jak robi mu się gorąco. „No już, nie każ damie na siebie czekać, Rolf” – wtrącił hrabia Hontzeller, a Ruhn zdał sobie sprawę, że jeśli nie wstanie teraz od stołu, będzie to wyglądało podejrzanie.
Spojrzał w kierunku Hitlera, ale ten pogrążony w rozmowie na temat olimpiady nie zwrócił na nich zbytniej uwagi. „Przepraszam” – powiedział, podnosząc się z krzesła, a następnie ruszył do wyjścia. „Patrzcie, jaki niecierpliwy” – zakpił jeden z gości. „Ewa trzyma go na krótkiej smyczy” – wtrącił jeszcze ktoś. „Co za kobieta.” Cztery, trzy, dwa, jeden. Potężny wybuch sprawił, że mury rezydencji zadrżały w posadach. 4.05.3021. Wydział Operacyjny Ministerstwa do spraw Historii Świata. Godzina 12:00. „Ruhn, Ruhn, słyszysz mnie?” Kapitan czuł, jak ktoś delikatnie klepie go po policzku.
Jęknął z bólu i uniósł powieki. Świat wirował mu przed oczami. „No teraz już będzie dobrze.” Usłyszał znajomy głos. „Udało się?” – wychrypiał. „Tylko w połowie” – odpowiedział doktor Hobbs, podpinając go pod kroplówkę. „Ward ci powie.” „Generale?” Uniósł głowę, ale zawroty głowy przybrały na sile i z powrotem opadł na poduszki. „Zlikwidowałeś cel, ale nie zapobiegłeś wojnie.” „Ale?” „Po śmierci Hitlera jego dzieło kontynuował hrabia Hontzeller.” „A przecież Ewa go zabiła.” „Jedynie raniła. Twoja koleżanka Secret Service nie jest tak dobrym strzelcem, jak zakładałeś.” „Ewa.” Ruhn przymknął oczy. „Co z nią?” „Sirin wzięła ją na badania” – wtrącił się doktor Hobbs. „Biedactwo, chyba straciła rozum.
Mówi, że bomba z mikroplastiku nie zadziałała i musieliście użyć dynamitu.” „To prawda.” Mimo odniesionych ran Ruhn nie mógł się nie uśmiechnąć. „Inżynierowie zapomnieli o różnicy temperatur, a ja Urwał nagle, widząc, że drzwi do pomieszczenia otwierają się, a do środka wchodzi mężczyzna ubrany w ciemny kombinezon. Spojrzał na generała, ale mina przełożonego również wyrażała zaskoczenie. „Kim pan jest?” W głosie Warda zabrzmiała czujność. „Agent Ming.” Nieznajomy wyciągnął odznakę i machnął im nią przed oczami. „Przybywam z 3056 roku na polecenie Ministerstwa do Spraw Historii. Nieźle nabałaganiliście, kapitanie Run” powiedział. „A pan, generale.” Agent pokręcił głową z dezaprobatą. „Wysyłając Runa na misję samego, dopuścił się pan złamania wszystkich procedur. Ale o tym porozmawiamy później.
Teraz idę się zameldować, a potem po panów poślę i przedstawię plan działań naprawczych” dodał, a następnie oddalił się tak szybko, jak się pojawił. Kiedy wyszedł, w pomieszczeniu zapadło głuche milczenie, przerywane jedynie odgłosami płynącymi z aparatury medycznej. „Gratuluję, Run” mruknął generał, odzywając się jako pierwszy. „Gratuluję, Run. Spieprzyłeś sprawę koncertowo.” Antologia Rubieże Rzeczywistości. Czyta Red Hat Hat.
[03:41:11] - Proszę państwa, teraz z pewną nieśmiałością mówię w mikrofon, bo zastanawiam się, jak powstrzymać naszych słuchaczy przed gwałtowną ucieczką od mikrofonu. Za chwileczkę pojawi się pierwszy odcinek cyklu. On się będzie ukazywał średnio co dwa tygodnie. Ten cykl nosi tytuł: „Magia opowieści ludowych i jak je rozumieć”. Błagam, nie uciekajcie państwo. Ja nie będę państwu tutaj twórczości ludowej, jakichś skrzypeczek albo czegoś takiego serwował. Nie, ani też przyśpiewek ludowych recytował. To też nie. Natomiast zdajmy sobie sprawę, że nasze baśnie, nasze klechdy, które w dzieciństwie tak ochoczo połykaliśmy, one właśnie stamtąd pochodzą. I tak jak kiedyś mówiłem, że Paweł Majka namawia, żeby czytać Kolberga nie po to, żeby się fascynować tym wszystkim, ale tam warto szukać pomysłów dla na przykład powieści fantasy albo opowiadań fantasy, tak Witold Vargas, bo to on będzie naszym gościem co dwa tygodnie, będzie państwa namawiał do analizy tychże opowieści.
Bo co innego wysłuchać baśni, a co innego ją zrozumieć. Witold Vargas na początku każdego odcinka będzie państwu taką opowieść przytaczał. Autor jest świetnym gawędziarzem, w związku z tym nie będziecie państwo cierpieć, kiedy daną baśń, daną przypowieść będzie mówił, będzie o niej opowiadał. A potem, w drugiej części każdej audycji będzie omówienie pewnych tropów, pewnych symboli, wyjaśnienia pewnych sytuacji. I wierzcie mi państwo, kiedy wysłuchałem pierwszego odcinka, a ja już jestem po wysłuchaniu dwóch, a trzeci w drodze, to mi się szczęka troszeczkę opuściła, żuchwa, bo czasami autor wchodzi bardzo głęboko i znajduje zupełnie nowe sensy w opowieściach, które wydają się proste, banalne, ludowe. Coś tam sobie ględzili ci biedni ludzie żyjący gdzieś tam w czworakach na klepisku i tak dalej. Okazuje się, że tam bardzo często ukryte są niesamowite rzeczy, niesamowite rozumienie świata. Ale powiedzmy troszeczkę o Witoldzie Vargasie. Mieliście państwo okazję słuchać wywiadu z Witoldem Vargasem, który prowadziła Marta Sobiecka o mitologii japońskiej, a właściwie demonologii japońskiej, o różnych stworkach, które się tam w tej mitologii japońskiej pojawiają. Zresztą autor jest znanym popularyzatorem mitów i tych książek o mitach i słowiańskich, i japońskich, i wszelkich innych pojawiło się na rynku całkiem sporo.
Ja ich nie będę wszystkich państwu wymieniał, bo zatopię się, zagubię się w tytułach. Wystarczy wpisać w przeglądarkę, wyszukiwarkę, czy co tam państwo chcecie sobie wpisać imię i nazwisko Witold Vargas i państwu wyskoczy cała lista tychże publikacji. Ja dodam tylko, że autor jest człowiekiem renesansu, bo wykonywał zawody ilustratora książek dla dzieci, nauczyciela rysunku. Był też muzykiem. Ma też niesamowite hobby, bo lubi śpiewać, grać, komponować, pisać opowiadania. Zajmuje się storytellingiem, czyli tak jak sam napisał, po polsku to będzie taki zawód bajarza, ale także zajmuje się animacją filmową. Tak jak powiedziałem, autor wielu książek o mitach. Zapraszam państwa na pierwszy odcinek cyklu: „Magia opowieści ludowych i jak je rozumieć”. Przed państwem Witold Vargas.
[03:45:44] - Żywcem wzięte. Magia opowieści ludowych i jak je rozumieć. Służba żołnierza przez siedem lat u diabła. Z Kolberga. Kieleckie. Pewien żołnierz puszczony został do domu po 25 latach służby. Nie miał się gdzie podziać, bo nie miał żadnej rodziny i mówi do siebie: "Żeby mi się trafiło, to bym poszedł służyć choćby diabłu". A wtem pan jakiś idzie i mówi do niego: "Chcesz mi służyć?" A on: "Oczywiście, czemu nie?" Bierze go ów pan, wiezie aż do piekła, ażeby mu się podpisał na tę służbę swoją krwią i umowę taką ze sobą robią, żeby przez siedem lat ani nie umywał się, ani nie przebierał, ani pazurów nie obcinał, ani nosa nie ucierał, ani brody nie golił. Dał mu potem ściereczkę i mówi mu: "Z tej ściereczki, co będziesz chciał, to będziesz miał pieniądze i złoto". Wyszedłszy ów żołnierz z piekła trafił do jednej karczmy, która stała na trakcie i powiada karczmarzowi: "Nakupmy różnych trunków, owsa, siana.
Sprzedawajmy przejeżdżającym. Za to, co sprzedawać będziemy nie żądajmy pieniędzy, tylko jeno słowa Bóg zapłać". Ów arendarz oddał mu osobny pokój, a on przyjął kucharza i lokaja, żeby mu usługiwali i nic nie robił, jeno w łóżku leżał. A co im brakowało, to tylko zatrząsł ową ściereczką i zaraz wszystko mieli. I pieniądze, i złoto i co trzeba im było. Przejeżdżały rozmaitego stanu osoby. Kupowały owies, siano, pili trunki. Co kto chciał zapłacić to arendarz nie chciał nic przyjąć, tylko dobre słowo. A żołnierz leżał przez te siedem lat. Ani się nie umywał, ani czesał, pazurów nie obcinał i wytrwał w onej diabelskiej służbie.
Tak po tych latach jechali od jednego króla rycerze, którzy szukali, czyżby się taki nie znalazł, kto by im dał trzysta złotych dukatów. Przyjechali do tej karczmy, wypili wódki, owsa dla koni nabrali i pytają się: "Co się za to należy?" A karczmarz odpowiada: "Jest tu taki już siedem lat, co na to wszystko nakłada". Wtedy najstarszy rycerz podszedł do niego. Wchodzi. Zobaczył go i wnet się cofnął od smrodu. Ale przypomniawszy sobie, co mu król powiedział, że choćby to był dziad, Żyd czy drab, jeśli da trzysta dukatów, to za tego córkę swoją da i pół królestwa, bo owemu królowi pilnie było potrzeba tych pieniędzy, bo drugi król wypowiedział mu wojnę. Wtedy żołnierz zamówił sobie portret i oddał owemu rycerzowi, aby pokazał królowi i królewnie, czy się zgodzą na takiego zięcia. Król miał trzy córki. Skoro mu portret owego żołnierza przywieźli, to go król pokazał każdej córce z osobna i zapytał, czy któraś pójdzie za niego. Pierwsza mówi, że: "A, woli śmierć niż tego noska".
Druga tak samo odpowiedziała. Trzecia mówi: "Ja pójdę za niego. Łatwiej mnie jednej zginąć, jak ojcu z całym wojskiem i królestwem". Przyjechali ci rycerze po to złoto do żołnierza. On zatrząsł ściereczką i już jest złoto dla nich. Pożegnał się z karczmarzem i podszedł do tego diabła, który mu tak wiernie służył. A diabeł rozkazał swoim służącym: "Trzeba mu się odwdzięczyć, bo nam wiernie służył". Wtem się diabli zlecieli i z niego brzydotę oczyścili i stał się taki młody, jakby miał osiemnaście lat. Poszedł do miasta, kupił konie, powóz i jedzie do swojej panny i napisał list do niej, aby wyjechała, bo on jedzie. I wyjechała ku niemu z całą paradą, a siostry jej wylazły na trzecie piętro przyglądać się, jak to ten nosek będzie wyglądać.
A jak zoczyły, że to taki galant młodzieniec, to z żalu zeskoczyły i pozabijały się. Wtedy diabeł co żołnierz mu przez siedem lat służył wiernie przeleciał i rzekł do niego: "Jak się masz, bracie? Ty masz jedną, a ja dwie panny". I na tym koniec. Ciekawe, prawda? I zdawałoby się strasznie pogmatwane. Warto wiedzieć, że niemal identyczna opowieść znajduje się w zbiorze braci Grimm pod tytułem "Żołnierz i diabeł". Tam morał jest jednoznaczny. Wiadomo, co dobre, a co złe. W naszej wersji ludowej bohater to raczej typ sowizdrzała.
Jeśli porównać obie wersje do drzew, to ta Grimmów będzie niczym prosty świerk o równiutkich gałęziach, a ludowa przypominać będzie starą jabłoń, krzywą, pochyloną, pełną dziupli i kikutów. Ale pal licho pień. Ważne są owoce. Może malutkie, ale jakie słodkie. Istnieje też bardzo stara wersja włoska tej opowieści. Ani tak kaleka jak nasza, ani tak akuratna jak ta niemiecka, ale świadcząca o tym, że wątek w niej przytoczony jest stary jak świat. O co w tym wszystkim chodzi? Czemu główny bohater to żołnierz? Być może we wcześniejszych wersjach był kowalem, a w jeszcze starszych szamanem albo herosem demiurgiem. Ważne jest to, że to postać, dla której wrota do zaświatów stoją otworem.
Demiurg był bogiem i człowiekiem jak Herkules, miał więc przepustkę do Olimpu. Szaman miał moce nadprzyrodzone, a kowal był wędrowcem, czarodziejem i umiał wydobyć żelazny miecz z kamienia, tak jak król Artur. Żołnierz zaś w czasach jeszcze nie tak dawnych służył nawet ćwierć wieku. Jeśli przetrwał tę próbę, to było jak wyrwać się z objęć śmierci. Takie podróże transcendentalne są charakterystyczne dla dawnych superbohaterów. To jakby próba ognia, która sprawia, że bohater odradza się jako nadczłowiek poprzez własną śmierć, anihilację czy chociażby ukrzyżowanie. Mówi wam to coś? Wątek stary jak świat. Doskonale to tłumaczy Joseph Campbell w książce „Potęga mitu", dostępna również na YouTubie. W tej konkretnej opowieści chodzi o to, kto okaże się sprytniejszy: wysłaniec z zaświatów czy człowiek o szczególnych zdolnościach?
Zobowiązanie żołnierza zdaje się niewykonalne. Kto wytrzyma siedem lat bez możliwości wysmarkiwania nawet nosa? W słynnym „Faustie" pakt z diabłem kończy się potępieniem. U naszego Twardowskiego wieczną zsyłką na Księżyc. Natomiast nasz żołnierz ma lepszy pomysł. Staje się dla ludzi odrażający, ale mając nieograniczony majątek postanawia rozdawać go ludziom za „Bóg zapłać", co nie jest tyle podziękowaniem, co zaklęciem chroniącym przed diabłem, bo ma słowo Bóg. Tym sposobem dotrzymuje paktu i nie dość, że nie idzie do piekła, to zdobywa piękną i dobrą żonę dla siebie. Ale diabeł też wychodzi zwycięsko. Miał zdobyć jedną duszę żołnierza, a wziął dwie od złych sióstr. Ten motyw został ukuty, gdy chrześcijaństwo wprowadziło zasadę, że za samobójstwo idzie się do piekła.
Bardzo sprytna asymilacja. Morał w wersji ludowej brzmiałby więc w ten sposób: możesz zadawać się z diabłem, możesz nawet podpisać cyrograf, ale musisz być od diabła cwańszy, a wtedy nie dość, że wyjdziesz zwycięsko, to i dasz upust swojemu lenistwu, o czym chłopi pańszczyźniani mogli tylko marzyć. Żyć nie umierać! W tej samej opowieści wpleciony jest jeszcze jeden wątek obecny w wielu bajkach, w tym „Piękna i Bestia". Otóż brud i zarost żołnierza przemieniają go w potwora, istotę niezdatną do życia w społeczeństwie. Tak samo właśnie jak Bestia, ta od Pięknej albo książę zaklęty w żabę, albo nawet Śpiąca Królewna. Oni wszyscy za sprawą ingerencji sił nadprzyrodzonych zostają na czas jakiś wykluczeni ze świata ludzi. Ale miłość, a w polskich bajkach spryt sprawiają, że z tej próby przypominającej dawne rytuały inicjacyjne wychodzą silniejsi i szczęśliwsi. Opowiadał Witold Vargas.
[03:54:59] - To teraz zaproszę państwa na kolejne spotkanie. To jest takie wspomnienie zeszłorocznego Coperniconu. Na tym Coperniconie miałem zaszczyt uczestniczyć w panelu dyskusyjnym. Nazywał się ten panel „Mapa kosmosu". W panelu uczestniczyli ludzie niezwykli, mianowicie Piotr Władysław Cholewa, tak naprawdę występujący najczęściej pod pseudonimem PwC, a właściwie należałoby to czytać Pewuc. Autor urodzony w 1955 roku w Sosnowcu, polski tłumacz literatury. Nie wiem, czy państwo kojarzycie, ale to jest ten tłumacz, który przywołał do języka polskiego „Świat Dysku". Pratchett rządzi i Pratchett rządzi właśnie dzięki Piotrowi Cholewie. Drugim uczestnikiem tego panelu był Radosław Kot. Radosław Kot to z kolei rocznik 1961.
Już kiedyś o nim bardzo dogłębnie opowiadałem. To jest tłumacz związany z poznańskimi wydawnictwami nieistniejącym już CIA czy też CiaBox, Amber, Rebis. Jest też dziennikarzem, redaktorem. No cóż, miałem też ten zaszczyt być trzecim w tej trójcy. I o czym opowiadaliśmy? O czym dyskutowaliśmy? O tym, czy istnieją jakieś kulturowe echa, jakaś specyfika fantastyki, fantastyki naukowej w szczególności, związane z kulturą, w której powstaje. Czy fantastyka polska różni się czymś od holenderskiej, fińskiej, japońskiej? Odpowiedź brzmi, taka intuicyjna, że tak, że ona musi się różnić. To nie jest takie oczywiste.
Dlatego w tym teamie mamy dwóch tłumaczy i moją nieskromną osobę. Ja tam robiłem raczej za człowieka, który sporo z fantastyką ma do czynienia na co dzień i połyka również teksty, nazwijmy to, inno-kulturowe. Coś tam miałem do powiedzenia. Najpierw spróbujcie sobie państwo odpowiedzieć, jak uważacie przed audycją, na ile specyfika kulturowa decyduje o zawartości danej opowieści science fiction czy danej opowieści fantastycznej. A później posłuchajcie tej dyskusji toczonej zresztą z udziałem publiczności, która się z nami chwilami zgadzała, chwilami nie zgadzała. Taka specyfika paneli. Tak to właśnie powinno wyglądać. Jakby było nudno, gdybyśmy się wszyscy ze sobą zgadzali. A tak się przynajmniej fajnie dyskutowało.
[03:58:04] - Miłe wspomnienie z Coperniconu. Rok 2022, wrzesień. Zapraszam.
[03:58:14] - Osoby tutaj widoczne obok mnie to...
[03:58:19] - To ja, Piotr Cholewa. Tak?
[03:58:21] - Ja się nazywam Marek Żelkowski. Coś tam piszę. Między innymi samochodziki. Trzynaście mam na koncie.
[03:58:29] - Poważnie?
[03:58:29] - Poważnie.
[03:58:31] - Ty jesteś tą konkurencją Pilipiuka.
[03:58:34] - Nie, Pilipiuk przestał pisać.
[03:58:37] - Nie jesteś jego uczniem.
[03:58:39] - Nie jestem inkarnacją Pilipiuka.
[03:58:41] - Nie no, konkurencją. On mówi, że niestety są tacy, co piszą lepiej od niego i nienawidzi ich szczerze. Znaczy te samochodziki oczywiście. Dobra, nie chcę zdradzać za dużo.
[03:58:54] - Ja czasem coś mówię, czasem coś tłumaczę.
[03:58:56] - Jak to dobrze usłyszeć komplement na początek.
[03:58:59] - Tutaj skoro wypadło, że ja się wpisałem jako pierwszy i wyszło, że jestem prowadzącym w związku z tym.
[03:59:05] - Wiesz co, jakoś sobie poradzimy.
[03:59:08] - Tak, mamy zastanawiać się ogólnie, przynajmniej tak zrozumiałem przesłanie panelu, czy istnieją jakieś kulturowe echa fantastycy tych kultur, do których twórcy należą. Czy możemy, jak sobie to wyobraziłem przynajmniej widząc zajawkę, propozycję tematu, czytając twórcę X zorientować się, do jakiej kultury należy, z jakiego kraju pochodzi? Czy mamy tam coś charakterystycznego? Czy znajdziemy coś charakterystycznego? Tutaj zdaje się nacisk na Polskę głównie, jeśli dobrze pamiętam, ale rozszerzyłbym to ogólnie na całość sprawy. Tym bardziej, że mamy o czym w zasadzie tutaj miejscami mówić, zwłaszcza w ostatnich latach.
[03:59:53] - O wschodniej przede wszystkim.
[03:59:54] - Właśnie ta wschodnia. Punkt wyjścia. Skoro mamy tutaj jakieś uwarunkowania kulturowe znajdować, to właśnie jakie kraje znacie, w których kulturach fantastyka naukowa nigdy nie powstała ani się nie przyjęła?
[04:00:14] - Nie jestem jakimś specjalnym ekspertem, żebym znał całą literaturę światową, nie wymienię żadnego kraju, ale w ogóle ja mam poważne wątpliwości, czy coś poza dekoracjami literaturę fantastyczną z różnych stron świata różni. Dekoracje to mam na myśli wszystko to, w czym bohaterowie się poruszają. Natomiast myślę, że ta kultura w tej chwili uległa takiej globalizacji, że właściwie co do motywacji, Europejczycy czytają namiętnie mangi, oglądają anime, więc motywacje bohaterów i sposoby działania są właściwie zbliżone. Rzadko się zdarza tak, żebyśmy nie rozumieli motywacji bohatera, bo ona jest tak uwarunkowana kulturowo, że my po prostu nie przenikamy tego. To taką tezę prowokacyjną na początek.
[04:01:11] - Okej, ale wracając jeszcze do kwestii, gdzieś się nie pojawiła.
[04:01:14] - Ja uważam, że nie ma takiego miejsca. Anegdotka jest taka, że mieliśmy, dalej mamy, kolegę Jarka Olszę, który jest Czechem. On kiedyś był młodym Czechem i bywał u nas w klubie. Potem został działaczem politycznym, różne rzeczy robił, ale jak go ostatnio widziałem, był ambasadorem Republiki Czeskiej chyba w Zimbabwe, gdzieś tam w Afryce. Ale to nie było jego jedyne stanowisko. Jakieś takie dziwne kraje obstawiał w dyplomacji. I on miał taką manię, że gdziekolwiek pojechał, to zbierał fantastyczne filmy i potem jak były konwenty, to je nam pokazywał. Miał jakieś nigeryjskie fantastyczne filmy, zimbabwańskie, nie wiem, jak się tam czasownik, południowoafrykańskie, indyjskie, pakistańskie. Nieprawdopodobne. Oczywiście one były w sensie podobne do naszych filmów.
To znaczy jakieś alieny przylatywały bardziej czy mniej gumowe, roboty, potwory. Ale akurat uważam, że złe filmy i zła fantastyka to wszędzie jest taka sama. I tam też taka była. Chociaż te pakistańskie z facetem, co miał lasery w oczach, ale nie był Supermanem, to był naprawdę niezły film. Myśmy tylko fragmenty widzieli oczywiście.
[04:02:49] - Odnosisz się do szeroko rozumianej fantastyki.
[04:02:51] - Tak.
[04:02:51] - Teoretycznie przynajmniej miałoby skupiać się to na SF. I o tym tutaj pomyślał, bo co tutaj podejrzewam.
[04:02:59] - Ja też te roboty były oczywiście SF-owe.
[04:03:02] - Hard SF.
[04:03:03] - No bardzo.
[04:03:05] - Bardzo hard. Tak, jasne, rozumiem.
[04:03:08] - Mam wrażenie, Radku, że specjalnie zawężasz ten krąg, żeby wypalić moje dobre przykłady.
[04:03:14] - Tu jest coś do znalezienia. O co mi chodzi. Jest kilka kultur, w których SF nigdy nie powstało. Czy do pewnego stopnia przyjęły z kryłów kulturowych. Do pewnego stopnia przyjęły, ale same nie zrodziły. I tutaj myślę, że można jeden z tych elementów. Dość szeroko rozumiana kultura arabska. Tam jest marginalne przyjęcie nawet SF do dzisiaj, z tego, co wiem. Owszem, przenikają pewne elementy kultury, ale w niewielkim stopniu. Druga.
Kultura chińska. Tak. Kultura chińska nie stworzyła fantastyki naukowej własnej.
[04:03:55] - Ale skrzętnie ją teraz wykorzystuje.
[04:03:58] - Ale właśnie to teraz przejdźmy, jak do tego doszło.
[04:04:00] - Ale fantastykę stworzyła aż miło, nie?
[04:04:03] - Ale to szeroko. Baśnie są wszędzie.
[04:04:06] - Tak, ale wiesz-
[04:04:06] - Tutaj chodzi mi o pewien szczególny rys związany właśnie z fantastyką naukową, która myślę w przypadku kultury chińskiej dostarczyła nam wyjaśnienia, o co tutaj może chodzić.
[04:04:20] - Tylko że fantastyka naukowa w ogóle powstała jako fantastyka naukowa dosyć późno, a już Deng Xiaoping w 1980 roku potępił fantastykę naukową jako literaturę złą po okresie lat 70., kiedy była dobra, bo uczyła młodych ludzi jakiegoś kontaktu z nauką. W 1980 roku już była zła.
[04:04:43] - Tak, bo to się zmieniało, ale potem znowu stała się dobra.
[04:04:46] - Tak, ale jeszcze wcześniej warto też pamiętać-
[04:04:49] - Tego nie wiedziałem.
[04:04:50] - Warto też pamiętać, że Chińczycy mieli dosyć specyficzne podejście do fantastyki naukowej, bo bodajże „Wyprawy do wnętrza Ziemi” z pięćdziesięciu iluś rozdziałów zostało dwanaście. Te, które im pasowały. Podobnie było z książką o Księżycu. Tylko tam już nie pamiętam liczby rozdziałów, które zostały, ale też było to cięte tak trochę siekierą, mówiąc szczerze.
[04:05:17] - Czemu im nie pasowało?
[04:05:18] - Może kultura zachodnia, bo oni się zawsze bali tego kontaktu, ponieważ dużo jest w tym zanurzone w kulturze. W związku z tym to im nie pasowało. To pociachali. Zostały tylko te elementy, które miały znamiona fantastyki.
[04:05:34] - Było jeszcze jedno z tym związane, że dopowiem bardziej z naszej działki. Coś, co wtedy bardzo robili. Tam było paru Chińczyków i był jeden tłumacz, również z angielskiego na chiński tłumacząc. I on opowiedział, że wprowadził termin „heroic translation”.
[04:05:58] - To znaczy, że kto tłumaczy, jest prawdziwym herosem?
[04:06:02] - „Heroic translation” tak, ponieważ dał przykład. Toż to Verne dał przykład i tam to była chyba ta książka, gdzie złoty meteoryt ląduje na Ziemi. Była przykładem. Przywiózł i pokazał. Pokazał oczywiście nie po chińsku, to by publiczności nic nie powiedziało, ale jak wyglądała robota. Tłumaczenie z okresu jeszcze przed Chinami Ludowymi, dwukrotnie większe od oryginału objętościowo. Tłumaczenie nowe z lat 90. tylko półtora raza większe niż oryginał. Dlaczego? Ponieważ jak to przekłada.
Gdy była tam mowa o klubie dżentelmenów w Bostonie, to tłumacz musiał zawrzeć w tekście, bo trudno dawać, oni też rozumieli. Trudno dawać cztery przypisy w jednym zdaniu. Zawrzeć w tekście co to jest klub, co to jest dżentelmen, co to jest Boston. Wydanie z lat 90. mogło puścić już Boston, bo już było wiadomo, co to jest Boston. I heroic.
[04:07:12] - Proszę kogoś o kubeczki.
[04:07:14] - Tam są jakieś kubeczki.
[04:07:15] - A, są. Jest kocioł.
[04:07:18] - W każdym razie tłumacz, jak stwierdził, musi w tym przypadku pokonywać barierę kulturową, czyli dodawać całą masę objaśnień, tak żeby tekst był zrozumiały, jako że w latach 90. przed Mao Zedongiem nie opuszczali, bo nie mieli po co. W latach 90. też już przestali całkowicie opuszczać. Chyba w zasadzie już zaczęli puszczać normalnie, aż to weszło. Niemniej musi włożyć w to masę roboty. To istnieje też w drugą stronę. Może tutaj dopowiem jeszcze. To wydanie Cixous Nonnis jest zrobione z angielskiego u nas. Nie dlatego, że wydawnictwu się nie chciało.
Ono gotowe było znaleźć tłumacza, który to zrobi, ale to było bardzo wyraźne życzenie agenta Cixous Nonnis, żeby tłumaczyć z angielskiego, ponieważ wcześniej jego tłumacz z nim wykonał kawał roboty, żeby dostosować to tłumaczenie do świata zachodniego. Ten tekst do świata zachodniego. Oni też zrobili heroic translation, tylko w drugą stronę.
[04:08:24] - To wiesz co? Ale to jest dość specyficzna sytuacja, bo oczywiście tłumaczem był Ken Liu, który sam jest Chińczykiem, chociaż Amerykaninem. Proszę?
[04:08:34] - Mi chodzi o to, że wykonali tę robotę.
[04:08:35] - Tak. I on akurat bardzo sprawnie to dopasował do, powiedziałabym, normalnej zachodniej kultury, w przeciwieństwie do „Drugiego domu”, gdzie chyba już przyoszczędzili trochę.
[04:08:48] - Niemniej życzenie było właśnie tego typu, że autor stwierdził, skoro ta robota raz została wykonana, trzymać się tego zamiast-
[04:08:57] - Ale Liu nie.
[04:08:58] - A tu pytanie, bo doszły do mnie takie słuchy, że wydanie angielskie czy później polskie, ono się różni od tego wydania chińskiego układem, chociażby sposobem podawania treści.
[04:09:13] - Na pewno różni się o tyle, że to było dostosowane do zachodniego odbiorcy. Klucza dostosowania nie ocenię, bo nie jestem w stanie siłą rzeczy i wiem, że ta robota miała miejsce i była robotą rodzinną i uznano za wersję autoryzowaną potem.
[04:09:31] - Opowiem anegdotkę, którą kiedyś opowiadał Neil Gaiman, jak był w Polsce i on wtedy był, bo ktoś go spytał na jakimś spotkaniu. On tłumaczył. Bogowie.
[04:09:46] - Amerykańscy.
[04:09:47] - Nie. To on napisał. Ten anime taki, co dostał. Proszę?
[04:09:55] - „Polowane”?
[04:09:56] - Nie, to drugie. „Porwani przez bogów”.
[04:10:01] - „Spirited Away”.
[04:10:01] - O, „Spirited Away”. Bardzo dziękuję. Przepraszam bardzo. Widziałem ten film, słowo honoru. Dobra. On w polskiej wersji, w normalnej wersji, która do nas dotarła, w napisach jest jako scenarzysta. Ktoś go spytał, jaki był jego udział w pisaniu scenariusza, a on powiedział: „Żaden. Po prostu przetłumaczyłem napisy”, co uznano za robotę tak ciężką, że właściwie jest pisaniem scenariusza. I mówi: „Podam wam przykład. Ja to tłumaczę.
I potem dostaję wiadomość od studia naszego, od naszego dystrybutora, że oczywiście mówią: «Rozumiemy, że to jest całkiem inna kultura, ale panie Gaiman, wydaje nam się, że słowo kimono jest za trudne dla naszego odbiorcy»”. A równocześnie studio Ghibli pisze: „Rozumiemy oczywiście, że to jest całkiem inna kultura, ale wie pan, panie Gaiman, uważamy, że jednak każdy widz powinien rozumieć, że to się dzieje w czasach dwunastej dynastii”. I mówi: „I ja tak zostałem jak ta sierota okropnie. I w końcu wysłałem im wzajemnie, żeby między sobą już to dogadywali”. Ale to pokazuje, jak bardzo się oczekiwania różnią. I to nie na poziomie widza, tylko dystrybucji w ogóle.
[04:11:21] - Ja mam jeszcze jeden przykład związany z Chinami. Już nie dokładnie z fantastyki, ale tak około troszeczkę. Znany jest mi tłumacz, który żyje na Tajwanie. To Polak, który przetłumaczył na nowo „Sztukę wojny”. Ona była tłumaczona bardzo wiele razy z języka angielskiego i okazuje się, że ten człowiek, który to przetłumaczył, który zna język chiński, żyje w tej kulturze, jak przetłumaczył to na język polski, to była zupełnie inna „Sztuka wojny”. Bo po pierwsze na błędy przekładu związanego z kulturą. Bo jeżeli Anglik znał świetnie nawet chiński, a nie do końca wgryzł się w kulturę, to pewne rzeczy z tego traktatu „Sztuka wojny” tłumaczył tak sobie. Nie bardzo to miało sens. Jeszcze na te błędy nałożyły się czasami błędy translacji na polski, tłumaczenia na polski i to dało taką sieczkę, że wszyscy później kiwali, jaka to mądra księga ta „Sztuka wojny”, ale połowy rzeczy nie rozumieli. Natomiast jak to było przełożone bezpośrednio przez człowieka, który od prawie 20 lat tam siedzi, to jest bardziej strawne i człowiek zaczyna to rozumieć.
Znowu było to heroic, tłumaczenie heroiczne. W związku z tym to też jest pewna specyfika, że rzeczywiście język, z którego jest tłumaczenie, to nie jest tylko sam język, cała ta otoczka. W przypadku Chin to szczególnie cała ta kultura sięgająca ileś tysięcy lat. Ona czasami tłumaczy się sama przez siebie i jak tych kontekstów się nie rozumie, to wtedy ta „Sztuka wojny” się wydaje jakaś głupawa.
[04:13:03] - Może nie. Może właśnie jak on to przetłumaczył poprawnie i po chińsku, zgodnie z chińską teorią, to dopiero Europejczycy nic nie kumają.
[04:13:14] - Ale on był cwany, bo on zrobił wydanie jednocześnie, gdzie połowa to jest traktat „Sztuka wojny”, a druga połowa to pełno mędrców się wypowiada, od profesora Bralczyka po Navala, który-
[04:13:29] - Przez co interpretacja różnie.
[04:13:31] - Pewne tłumaczenia tak, pewne interpretacje.
[04:13:34] - Chodzi mi o coś takiego. Pomijając oczywiście klasę literacką i w ogóle dzieła, ale pamiętasz „Ostatniego samuraja”? Tam jest taka scena po walce, po pierwszej bitwie, gdzie on widzi, jak ten zwycięski generał od samurajów ścina głowę kataną temu pokonanemu i mówi: „Przecież to rozbój, to jest normalnie zbrodnia wojenna”. „Nie. To jest honor dla pokonanego, że zwycięzca zgodził się go w ten sposób...”. Oczywiście teraz możemy się zastanawiać, czy w ogóle jest sens takiego honoru, kiedy nikt się nie uczy na błędach, bo po pierwszym błędzie ginie. Honorowo, ale jednak. Więc za każdym razem każdy dowódca jest nowy.
[04:14:32] - Z drugiej strony motywacja się zwiększa w trakcie prowadzenia bitwy, żeby jednak-
[04:14:39] - To trudno powiedzieć, bo być może-
[04:14:41] - Zbyt wysoka motywacja utrudnia wykonanie.
[04:14:43] - To prawda. Oczywiście poziom stresu rośnie.
[04:14:46] - Ja się zastanawiam, czy może marzeniem właśnie takiego japońskiego generała było z honorem zginąć w ten sposób, jak już się nie da inaczej.
[04:14:54] - To jest dla mnie najlepszy dowód, że jesteśmy jednak z innych kultur. Moim marzeniem nie jest, żeby zginąć.
[04:15:00] - Motywacje zwycięskie mieli chyba Tatarzy. Już nie pamiętam, w którymś ataku, z którejś Ordy, już nie pamiętam której, chan powiedział dowódcy, że jak nie zdobędzie jakiegoś miasta, to mu łeb każe ściąć. A ten dowódca radośnie przekazał tę wiadomość niżej swoim oficerom i oni w związku z tym zdobyli to miasto, bo jednak każdy był moralnie zainteresowany. Najwyraźniej nie byli Japończykami. Ale wiesz co? Bo ty zacząłeś od Verne'a. I w tym sensie można powiedzieć, że we Francji narodziła się prawdziwa science fiction. Chociaż znawcy od Verne'a nie uważają, ci vernolodzy, tak to nazwijmy, za pisarza fantastycznego. On pisał podróżnicze, czasem wyszła jakaś kosmiczna.
[04:15:58] - Jak już czasami chcą dzielić ten włos na czworo, to tak naprawdę stawiają na Wellsa i na jego-
[04:16:05] - Dla Wellsa tak, metodologicznie był lepszy. Verne swoje wprowadził w tradycji literackiej, trudno byłoby go pominąć. Pewne pomysły miał, nawet jeśli niekoniecznie ocenimy je jako realistyczne, a niektóre wydają nawet osobliwe. Ale prowadź. Natomiast wrócę do tego, o czym wspomniałem. Gdzie fantastyka naukowa nie przyjęła się? Właśnie do niej chcę wrócić. Nie rozwinęła albo nie przyjęła. Drugi opór był w kulturze Indii. W końcu zaczęła się pojawiać, ale zupełnie nie idzie to z taką intensywnością jak fala kultury masowej w ogóle.
Japonia chwyciła ją wcześniej, w latach 60. co najmniej.
[04:16:52] - Nic nie wiem o Indiach. Może tam jest mnóstwo książek SF, a my nie wiemy.
[04:16:57] - Akurat wiem.
[04:16:58] - Ukrywali przed tobą.
[04:17:01] - Jeden z tych europejskich pasjonatów niszowych zaczął tropić Indie kilka lat temu i dostarczył sprawozdania, jak tam wygląda. O Japonii zaczęliśmy dowiadywać się w 70. latach, ale na wielką skalę nigdy tam się to nie rozwinęło. Nie stała się takim szalonym rynkowym, jak się wydaje. Znowu hard SF. Manga jednak do hard SF się nie zalicza, co by nie powiedzieć. Jak stało się to w kulturze zachodniej.
[04:17:29] - Ale to też musisz powiedzieć, że tak naprawdę w amerykańskiej, bo przecież w brytyjskiej to nie był taki hit. Oni wynaleźli ten Wells oczywiście, ale chwycił dopiero tak naprawdę powojennie z Amerykanami, mam wrażenie.
[04:17:46] - Tylko że nikogo nie trzeba przymuszać. Chwycił bardzo ładnie. A poza tym Wellsowi jako wyrosłemu z tej tradycji brytyjskiej kultury trudno odmówić pewnego ojcostwa.
[04:17:57] - Stapledon to też Anglia chyba.
[04:18:01] - Tak, zdecydowanie.
[04:18:02] - Tutaj, jakie jest pokrewieństwo? Wspomniałeś o wahaniach SF w Chinach. Jak SF, wychodzi mi z tego, co udało mi się ustalić, jest oceniane w Chinach, co jest podstawą głębszą niż ideologiczna wyłącznie. Ideologiczna wiadomo, płytka, moda. Polityka jest modą, powiedzmy, obrażając polityka, ale świadomie i celowo. Co tam jest podejrzanego? Co jest trudnego do przyjęcia? Zresztą podobny element jest chyba trudny do przyjęcia w szeregu innych kultur, o których wspomniałem. Fantastyka naukowa jest innowacyjnością. Uczy innowacyjności, otwartości wobec pewnych nowych elementów, zmian i tak dalej.
Nawet jeśli przeciwstawia się im, opisuje krytycznie, jak u Wellsa też to przecież było, to jednak uczy pewnej wrażliwości na to, że świat może wyglądać inaczej, już nawet nie wartościując lepiej, gorzej. Może wyglądać inaczej. To może mieć różne konsekwencje, także bardzo pozytywne dla nas, co w fantastyce dość mocno zaczęło przebijać się już. SF zwłaszcza przebija się w pewnej chwili, a to oznacza akceptację zmian.
[04:19:11] - To ja dorzucę do pieca, żeby było kontrowersyjnie, bo mnie się jednak wydaje, że w Chinach akceptacja w tej chwili dla SF jest spora. Dlaczego? Oczywiście pewna część fantastyki, która dotyczy na przykład podboju kosmosu, bo oni mają ambicje określone. To się też wiąże z tym, że na przykład SF na Zachodzie, szeroko pojętym Zachodzie, czyli Stany Zjednoczone, taka klasyczna SF częściowo jest w odwrocie. Nie wieszczyłbym jakiegoś wielkiego odwrotu. Powiedzmy, woli się na przykład fantasy.
[04:19:50] - Fluktuacje, powiedzmy.
[04:19:52] - Okej. Ja oczywiście do tego dorobię szaloną teorię, żeby było ciekawiej. Ta szalona teoria wygląda tak: kim chce być przeciętne dziecko chińskie, które chce zrobić karierę? Chce być inżynierem, astrofizykiem, kosmonautą. Kim chce być młody człowiek w Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych? Youtuberem, influencerem, w ogóle kimś tam. To oczywiście jest uproszczenie.
[04:20:24] - Mówisz, że ci się tak wydaje. TikTok jest aplikacją chińską.
[04:20:29] - Tak, ale szybko sprzedaną i na przykład w Chinach jest nieużywany.
[04:20:36] - Zgadza się, bo tam jest wielki mur.
[04:20:39] - Tak, więc jeszcze się tylko wzmacnia pewne tendencje na Zachodzie.
[04:20:43] - Może inaczej. Moje pytanie jest inne. Mówiąc, że Chińczyk chce zostać kosmonautą, a człowiek na Zachodzie chce zostać youtuberem. Mówisz, że tak ci się wydaje? Czy masz na to jakieś dane?
[04:20:53] - Dane w tej chwili nie przytoczę, bo wiesz. Nie, to nie jest tak.
[04:20:57] - Są statystyki, że dzieciaki, jak się ich pyta, jaką chcą zrobić karierę, to ponad 50% mówi youtuber.
[04:21:04] - Dobrze, ale chodzi o to, jak to wygląda w Chinach, bo jak to wygląda u nas, to wszyscy wiemy. U nas są prowadzone badania.
[04:21:08] - Nie, pan zapytał o dwie statystyki, więc ja podałam przykład.
[04:21:12] - Nie, to jest dosyć proste. Oni są trochę do tyłu w stosunku do nas, bo oni są na tym etapie z 1969 roku naszego, czyli pierwsze loty kosmiczne księżycowe. Możemy jakoś analogicznie do naszego podejścia, że wtedy było takie zachłyśnięcie się kosmosem.
[04:21:36] - To też, ale właśnie to, co tutaj zauważyłeś.
[04:21:40] - Oczywiście nie wiemy, co się tam dzieje tak naprawdę.
[04:21:43] - Coś przecieka. To twoje spostrzeżenie co do youtuberów europejskich. Nie będę się wypowiadać faktycznie, chociaż składam się, że rzeczywiście tutaj presja idzie w innym kierunku trochę niż zostanie naukowcem, dajmy na to, czy inżynierem. W Chinach wydaje się, że ta droga postrzegana jest jako atrakcyjna. Skłonny jestem się zgodzić.
[04:22:03] - Jedną jeszcze rzecz à propos, odpowiadając panu. Owszem, danych statystycznych w tej chwili nie przytoczę, bo musiałbym zacząć grzebać w internecie. Natomiast powiem o czymś takim, że zdecydowanie da się zauważyć, jak oblegane są kierunki. Pewno też musiałbym poszukać danych, ale to już akurat może każdy z nas sobie sprawdzić, jak oblegane są kierunki nauk ścisłych na poszczególnych chińskich uniwersytetach, a jak są oblegane na przykład w Europie. „Oblegane” jest tutaj takim semantycznym nadużyciem, bo właśnie nie są.
[04:22:38] - Okej.
[04:22:40] - Coś w tym jest. Nie wiem, czy pamiętasz taką anegdotkę. Jeżeli pamiętacie tę akcję afirmatywną, kiedy Amerykanie wprowadzili taką normę, że na każdej uczelni powinno być iluś z tych upośledzonych grup społecznych. Zwykle rozumiemy pod tym hasłem czarnych, ale niekoniecznie. I wszyscy protestowali. Ktoś wtedy wyliczył, że gdyby nie akcja afirmatywna, to na ścisłych kierunkach nie byłoby białych. Byliby tylko Azjaci i Żydzi.
[04:23:20] - To jest jeszcze trochę inne, bo to jest kwestia innego rozkładu kulturowego. To byłoby dość ciekawe, gdyby pójść tym tropem i zacząć weryfikować. Ale co do Chin. Wspomniałeś, że w tej chwili w Chinach fantastyka naukowa zdaje się być całkiem na topie. Całkiem dobrze się ją ma, ale to jest coś, czego dowodów nie znam. W rozmowach z kilkoma osobami z chińskiego fandomu przekazały to wprost. Powiedzmy częściowo wprost, częściowo między wierszami. Ich zdaniem i po statystykach wydań można to stwierdzić. Powrót i wdrożenie wielkie fantastyki naukowej, przede wszystkim jej w Chinach było akcją sterowaną.
[04:24:07] - Tak, oczywiście, że tak.
[04:24:10] - Ale dowodów nie mamy. Z tym zastrzeżeniem. Akcją sterowaną, powodowaną czym? Wtedy, gdy zaczęto ten program wielkiej zmiany. Nazywano to różnie. Ja nazywam to wielką zmianą. To nie jest chińska nazwa. Uświadomiono sobie jedno. Chińska kultura wbrew pozorom nie jest konserwatywna. To nie jest kultura tradycyjna w naszym rozumieniu, opierająca się na tradycji.
Co można zrozumieć w pewien sposób patrząc na ich normy etyczne, sposób kształtowania norm etycznych. Tam nigdy nie wykształciło się abstrakcyjne pojęcie dobra i zła w tej kulturze, takie, jakie znamy z Europy. U nas jest. Anioły, diabły. Są abstrakcyjne pojęcia dobra, zła, do których należy dążyć. Etyka chińska. Tam nigdy nie było religii tak naprawdę wykształconej od podstaw, w klasycznej postaci jak w Europie. Etyka chińska dobro i zło utożsamia z dobrem społeczności i złem, tym, co dla społeczności złe. Dobro to jest to, co służy mojej rodzinie i mojej społeczności. Nie ma abstrakcji tutaj.
To jest konkret. Dlatego ona nie jest tradycyjna tak naprawdę. I można powiedzieć te zmiany, które zachodzą w Chinach, to nie jest wielki bunt przeciwko tradycji. To jest coś, co idzie zgodnie, jak sądzę, z głęboką tradycją, czyli coś, co można by streścić: dobrze, gdy stare zwyczaje umierają. Kiedy dobrze? Gdy służy to mojej społeczności. Oczywiście upraszczam, ale tak by to można przedstawić. I tutaj pojawił się pono problem, który sobie uświadomiono. Dobrze, my tak myślimy. My wiemy, że to zgodne z filozofią życia, etyką.
To nie jest tak naprawdę gigantyczna rewolucja w głębi chińskiego myślenia, ale od pokoleń ludzie u nas nie byli uczeni zmian, akceptacji zmian, innowacyjności i wszystkiego. Nie byli. Te fale, które przychodziły, znikały i nie zostawiały dość śladu. Jeśli to miało miejsce, jak rewolucja kulturowa, to nakierowane było na co innego i tego nie załatwiało. Ale teraz chcemy mówić ludziom, że mają wykazywać inicjatywę, kształcić się, ciągnąć z tego zyski osobiste. Mają mieć odwagę pewnego wyjścia i myślenia o przyszłości w innych kategoriach, innej perspektywy objęcia przyszłości. I pono wtedy ktoś tam wpadł, być może na poziomie nawet czegoś w stylu Komitetu Centralnego lub w okolicy, że wiecie, oni tam mają fantastykę naukową, która jest właśnie o tym. Powiedzmy, upraszczając. I tam to chyba działa.
[04:26:59] - W ogóle w chińską-
[04:27:00] - Wprowadźmy ją.
[04:27:01] - W chińską kulturę troszeczkę wpisane jest sterowanie społeczeństwem. Między innymi o tym mówi „Sztuka wojny”. Bo „Sztuka wojny”, ten traktat tak naprawdę mało mówi o tej wojnie, którą dzisiaj nazywamy kinetyczną. Tam jest więcej zabiegów polegających na tym, jak wojny uniknąć albo jak wprowadzić przeciwnika w błąd, żeby do starcia nie doszło. Ale też jest bardzo dużo fragmentów, które mówią o tym, jak manipulować zarówno społecznością przeciwnika, jak i swoją własną. W związku z tym oni mają te wszystkie elementy, które na przykład polegają na tym, żeby jakieś rzeczy w ich nomenklaturze wdrożyć. Trzeba wdrożyć fantastykę naukową, bo ta fantastyka, czy ona jest dobra, czy zła, czy jest literacka, czy nie literacka, nieważne. Ważne, że ma prowadzić, kierować młodych ludzi ku zainteresowaniom
[04:28:04] - Tak szeroko pojętych nauk ścisłych. Dlaczego? Bo potrzebni są nam ludzie z zakresu nauk ścisłych. Społeczeństwo potrzebuje. W ogóle to w Chinach jest o tyle ważne, że taki człowiek, który potrafi przewidywać przyszłość na tym poziomie oraz manipulować rzeczywistością, nazywany jest świętym mężem. Ja troszkę będę jutro o tym mówił, kiedy będę mówił o fundacji. Zapraszam jutro.
[04:28:35] - Chcielibyśmy oczywiście, żeby autorzy fantastyki byli świętymi mężami.
[04:28:39] - Właśnie niekoniecznie. Święci mężowie raczej siedzą w ichniejszym komitecie centralnym. Oficjalnie.
[04:28:47] - Ja chciałem tylko powiedzieć, że macie bardzo ładną, spiskową teorię, która tłumaczy wszystko w obie strony. To jest clou imprezy. Gdyby zablokowali fantastykę, to byście powiedzieli: „Bo oni by chcieli, żeby ludzie się przekonali do techniki. Ale prawdziwej, a nie tych głupich rzeczy, które piszą fantasty. Więc trzeba ściąć fantastykę, a skierować ich w kosmos. I dlatego wypuszczamy rakiety”.
[04:29:15] - Ja nie wiem, czy to jest prawda, czy nie, ale jest dobrze wymyślone.
[04:29:19] - A zamiast Fan Su mamy Monteskiusza, który też jest całkiem przyzwoitym manipulatorem.
[04:29:25] - Czekaj, to jeszcze nie koniec. Chińskiego fandomu spotykałeś też na świecie już trochę.
[04:29:29] - Spotykałem.
[04:29:31] - I tutaj-
[04:29:32] - Ale nigdy nie wiem uczciwie-
[04:29:34] - Już wiadomo.
[04:29:36] - Nigdy nie wiem, czym oni są naprawdę.
[04:29:40] - Dobrze ująłeś. To wyszło bardzo ładnie. Pierwszy raz zobaczyłem, jak to wygląda tak ostro na Worldconie w Helsinkach. Tam były dwie ekipy.
[04:29:52] - Wiem.
[04:29:54] - Były dwie ekipy. Jedna ministerialna, druga przyjechała za własne pieniądze. Twierdziła, że za własne, ale rzeczywiście przyjechali bez nadzoru ministerialnego. W związku z czym być może mają dobrego prowadzącego, który ich darzy zaufaniem. To też możliwe. Ale tutaj rzecz smutniejsza trochę, ponieważ ona jest widoczna i potwierdza w zasadzie to, co ma cechy teorii spiskowej. Tu się zgodzę, ponieważ nie mamy dowodów w ręku. Niemniej chiński fandom, gdy zaczął powstawać, wydaje się, że była duża stymulacja jego powstania. Zaczął otrzymywać olbrzymie motywacyjne elementy finansowe wyłącznie, żeby tylko tworzyć, żeby rósł. Ta delegacja ministerialna to był PRL.
Czyli przyjechali z paroma garniturowcami, dla których zorganizowali wieczorek z przemówieniem po chińsku. Nie było tłumaczy dla gości. Po co? To ma stać nagrane i puszczone w ministerstwie, żeby widzieli, że byli na delegacji i wydali pieniądze.
[04:31:03] - Mieli gigantyczne stoisko. Już nie ścina ich tak zupełnie. Jednak coś tam promocyjnie robili.
[04:31:10] - Nie. Ja teraz mówię tylko o tym, jak to wyglądało od tej strony. Do ludzi, żeby było jasno. Ja się ich nie czepiam. To są świetne dzieciaki i traktuję dzieciaki z całą sympatią.
[04:31:20] - Radek, to miało swój efekt. My w Helsinkach patrzyliśmy na tych Chińczyków na zasadzie: „No dobra, fajnie, ale oni tu wyglądają tak trochę jak nie stąd.” A gdzie jest Worldcon w przyszłym roku?
[04:31:30] - Wiem.
[04:31:30] - Osiągnęli swoje.
[04:31:33] - Osiągnęli, tak.
[04:31:34] - Też nie wiadomo, co będzie.
[04:31:35] - To też jest to, w co mierzyli. O to chodzi. Sądzę, że własnymi siłami młody fandom. My wiemy, akurat pamiętamy. Myślę, że spora część obecna na tej sali kojarzy przynajmniej lub zna z doświadczenia, jak wyglądał rozwój polskiego fandomu na różnych etapach. To nie było tak nawet już po ’90, że byliśmy w stanie wszystko zorganizować, wszystko wiedzieliśmy i mieliśmy środki. Nie. Chińczycy mają.
[04:32:01] - Ja to patrzę inaczej, bo ja pamiętam jeszcze, jak oni pierwszy raz weszli. Jeszcze w czasach, kiedy Eurocon był związany z taką organizacją profesjonalistów fantastyki World SF. I oni kiedyś na Chazze, na Jersey, gdzieś na którymś z tych dawnych dosyć, zaproponowali, żeby World SF odbył się w Chinach. Eurocon oczywiście nie. To zresztą doprowadziło do rozłamu. To było rok czy dwa lata po Tiananmen. I oni ewidentnie próbowali pokazać, i takie mieliśmy wrażenie, że są otwarci na świat i pokazać, że mimo rozjechania studentów czołgami są w stanie ściągnąć pisarzy zachodnich. I byli w stanie, proponując im rzeczywiście rewelacyjne warunki. Oldys powiedział, że pierwszy raz w życiu czuł się jak król. Od lotniska poczynając.
Ale trochę ich przekupili. I to było wtedy. I mam wrażenie, że oni trochę idą w to samo, żeby pokazać, że mimo tego, że ludzie mówią o prawach człowieka, to proszę, patrzcie, przyjeżdżają do nas ludzie. I Łukjanienko, proszę bardzo, gościem honorowym będzie.
[04:33:24] - Przez ostatnie lata, przepraszam, przerwę to wejście. W tym sensie, że te dzieciaki, a trochę ich było widać. Oni czuli się jakby Boga za nogi złapali. Także tam było mocno takie wrażenie i w rozmowach to też zostaje. Zafascynowani tym, jakie mają możliwości, co robią, jak jeżdżą, jak żyją, jak inaczej żyją niż rodzice. Zafascynowani tym, co robią i sądzę, że oni świetnie wiedzą. Nie są ludzie o ograniczonej inteligencji, jakie są tu polityczne sprawy. A to jest ich życie, które toczy się według zupełnie innych reguł i im się to w tej chwili podoba. Jeśli im tego nie zmiotą, to oni to będą mieli. Ale to była cała akcja.
"Włochatka" ma być w Chengdu przyszłoroczny. Zobaczymy jak to będzie rzeczywiście. Ta sytuacja się skomplikowała ponownie, że tak powiem.
[04:34:19] - Znacząco.
[04:34:20] - Tak, ale oni to wywalczyli. Wywalczyli to sobą, urokiem osobistym, pieniędzmi i czymkolwiek jeszcze. Ale zaznaczam, tu był też urok osobisty tych dzieciaków.
[04:34:32] - Pytanie tylko brzmi, czy nie wykorzystano uroku osobistego tych dzieciaków?
[04:34:37] - Tak, wykorzystano, ale nie chcę, żeby odium na nich spadło.
[04:34:42] - Nie, broń Boże.
[04:34:42] - Bo to jest porządny fandom. To znaczy, że po prostu porządny fandom ma pecha działać w takiej sytuacji.
[04:34:48] - Chociaż jak sobie przypomnę wspomnienia-
[04:34:50] - Wydaje się, że to jest porządny fandom.
[04:34:53] - Tak, ale jak sobie przypomnę wspomnienia z lat 70. Między innymi snute przez późniejszego redaktora serii z glizdą. Prowadziłem z nim kiedyś wywiad. On zaczął opowiadać o różnych rzeczach.
[04:35:08] - Z Wójcikiem?
[04:35:09] - Tak, z Wójcikiem. Zresztą dobra, zostawmy go.
[04:35:15] - Czekaj, nie.
[04:35:16] - On zaczął opowiadać, jakie były próby infiltrowania.
[04:35:20] - Ależ polski fandom próbowano przerobić.
[04:35:22] - Dokładnie, jakie były próby podejmowane.
[04:35:25] - On to wyłosował.
[04:35:28] - Już nie chciałem tego ruszać, ale mówił też o innych rzeczach. Jak to próbowano wykorzystywać, jak panowie w garniturach właśnie się znajdowali.
[04:35:36] - Różnica jest chyba jedna. U nas powstał oddolnie, po czym zauważono w pewnym momencie, że to jest coś, co można. Natomiast w Chinach najprawdopodobniej on powstał odgórnie.
[04:35:46] - Tego nie wiem.
[04:35:47] - Tego ja też nie wiem.
[04:35:48] - Skłonny jestem sądzić, że większą rolę grał odgórny, również oddolny.
[04:35:52] - Trochę się nam zamienił panel w analizę fandomu chińskiego.
[04:35:57] - To są związki kulturowe i to mocno.
[04:36:00] - Ale wiesz co, inne kraje też mają jakąś kulturę.
[04:36:04] - Czasem mają, tak. Ale tutaj ta rola fantastyki, innowacyjności i kulturowa. To, co wy znacie, myślę, że wy też znacie, przynajmniej w większości. To chodziło jako anegdota, ale z tego, co wiem, to było prawdziwe w obu przypadkach. Jak zastosowano fantastykę naukową testowo, jako test w trakcie rekrutacji do programu kosmicznego w latach 50. I to, z tego, co wiem, niezależnie zupełnie w Związku Radzieckim i w Stanach. Doszli do podobnych wniosków rzecz jasna bez konsultacji. Ale wiadomo, kogo szukano wówczas. W latach 50., kiedy szykowały się pierwsze skoki na orbitę, na początku tylko. Szukano przede wszystkim wśród pilotów wojskowych, ponieważ to byli ludzie już zdrowi, o zdrowym pionie, że tak powiem.
W różnych krajach różnie to nazywano, ale o postawie jednoznacznej, bez konieczności kontroli, kim są naprawdę. Ale to stwierdzono, nie wystarczy, bo to jest coś szalenie nowego. Więc z tego, jak chyba się w Związku Radzieckim potwierdzano to oficjalnie, w Stanach były nieoficjalne potwierdzenia, że ja jestem z takimi i wychodzi na to, że ktoś miał pomysł. Dobra, to spytajmy ich, czy czytają i lubią, oglądają fantastykę naukową. Dlaczego? Bo tam jest już o lotach kosmicznych. Jeśli to lubią, jeśli to ich fascynuje, to nie trzeba będzie im tłumaczyć tyle z tego, o co chodzi. To po pierwsze. A po drugie, jeśli lubią, to będą mieli motywację większą, żeby ryzykować, bo to będzie dla nich jakieś marzenie. Być może coś ciekawego, fascynującego, co da im przeżycie, a nie nieznana rzecz, której mogą się nawet obawiać i będą mieć słabą motywację.
Przykład został wykorzystany trochę inaczej, bo chiński przykład czym mnie fascynuje?
[04:38:04] - Chciałam wtrącić, sprostować. Zdarzyło mi się kiedyś, lata temu, tłumaczyć biografię Lovella, właściwie „Utracony księżyc”. I on tam nic nie pisał o tym, czy czytał fantastykę. W ogóle nie wspomniał, nie było tematu. On był pilotem wojskowym, który tam w pierwszej siódemce zaproponowano. Oni najpierw nie chcieli, ale to jest takie, wiesz, trochę sława młodego dziecka i miejsce w podręcznikach historii. Moje dziecko też próbowało albo siebie, albo własne dziecko jeszcze nieletnie zapisać do programu Mars 1. Może to bilet w jedną stronę, ale do podręczników historii jednak. Nic z tego nie wyszło. Nie neguję, ale zauważ, że w Stanach, w Rosji nie wiem, jak wtedy było z fantastyką w tych latach 50., ale w Stanach była już bardzo zaawansowana, bardzo popularna i właściwie mam wrażenie, że połowa populacji, trzy czwarte chłopców czytała fantastykę.
Więc nie jest to-
[04:39:13] - W latach 54.
[04:39:16] - Strasznie marudne.
[04:39:18] - Ajajuj. Chodź, idź dalej.
[04:39:20] - Chodzi mi o to, że w Stanach trzy czwarte chłopców czytało fantastykę, więc to, że oni czytali, po prostu wydaje mi się, że niewiele z tego wynika, bo trudniej było znaleźć nieczytającego.
[04:39:33] - I pogłosić, że chodziło nie tylko, czy w ogóle się zetknął, ale czy jest to coś fascynującego, ciekawego, wartościowego dla danej osoby. W związku z tym wiadomo, że na pewno tak było, bo to o oficjalnych relacjach. Przynajmniej jeśli traktować cokolwiek, co płynęło ze Związku Radzieckiego oficjalnie jako prawdę. Ale tutaj nie mamy już wyboru. To mnie fascynuje jako pewna metoda sondażu pewnych cech powiązanych, słusznie czy nie, ale powiązanych przez pytających z pewnymi typami postawy. Właśnie zainteresowania nowością, innowacyjnością. A chiński przykład fascynuje mnie tu czym właśnie? Fantastyka naukowa była wykorzystywana iluś krotnie jako narzędzie inżynierii społecznej. W Związku Radzieckim również zresztą, ale na tę skalę nie spotkałem się jeszcze z przykładem. A wygląda na to, że jest w tym momencie.
Samo w sobie ciekawe jako zjawisko.
[04:40:26] - Z drugiej strony oczywiście, że fantastyka pewne rzeczy... Nasz kolega, znany ci pewnie z dawnych lat, był dyrektorem bardzo dużej firmy i kiedyś powiedział, że jak robi dobór pracowników i ma dwóch, z których jeden jest od fantastyki, a drugi nie, a wszystko inne mają takie same, oczywiście, że bierze tego od fantastyki, bo wie, że ma otwarty umysł, jest bardziej ogarnięty. Nie wyszedł na tym źle. Dopóki nie przeszedł na emeryturę, całkiem nieźle jego przedsiębiorstwo sobie radziło. Nie było to handlowe przedsiębiorstwo. Generalnie oczywiście popieram system, że rozsądnych ludzi dobieramy z tych, co czytają fantastykę.
[04:41:14] - Ale z naszej rozmowy wynika, że ta fantastyka naukowa strasznie demonicjie się objawiła tutaj jako narzędzie pewnego oddziaływania społecznego.
[04:41:27] - Wiesz, co to technika dla socjologa nie jest demoniczna, jest narzędziem. Także ja sobie odbieram inaczej trochę.
[04:41:35] - Kiedyś równie demonicznym narzędziem wpływu na społeczeństwo była nauka czytania.
[04:41:41] - Elektryfikacja. Jeszcze potem pisać nauczyć.
[04:41:45] - Pisać to wystarczy jeden, żeby umieć pisać i już możesz zdemoralizować całe masy czytających. Darwin.
[04:41:55] - Dobra, przejechaliśmy kawałek świata, a teraz spróbujcie zastanowić się, czy jesteście w stanie wyłowić, jeśli o kulturowych cechach mowa, jakoś specyficzne cechy polskiej fantastyki, które mogłyby ewentualnie mieć związek z kulturą Polan, Słowian, jakkolwiek to nazwiemy, kulturą polską dzisiejszą, mniej więcej XX-wieczną, dzisiejszą, dwudziestego pierwszego wieku.
[04:42:26] - Ja nie potrafię.
[04:42:28] - Też mam problem. Jakbyś zapytał 40 lat temu, to inaczej bym powiedział.
[04:42:36] - A co byś wtedy znalazł?
[04:42:37] - Wtedy bym kombinował. Nie mówię, żeby to było takie oczywiste, ale kombinowałbym coś w okolicach fantastyki socjologicznej. Że próbowaliśmy, że Zajdel, nasza mała walka z komuną i tak dalej. Sam mam poczucie tego, że bym ostro, jak ten koń pod górę trochę.
[04:43:02] - Nie było specjalnie ani po radzieckiej stronie wtedy, ani w ogóle wschodnioeuropejskiej. Inna rzecz, że to, co do nas docierało, było dosyć mocno przebrane.
[04:43:17] - Może jest jedna rzecz, którą kojarzę, która według mnie trochę jest zamężnikiem polskiej fantastyki. Może nie naukowej, ale fantastyki jako ogólnorozumianej. To jest przyziemność rzeczy z nadprzyrodzonych, czyli takie rzeczy jak „Wiedźmin” czy cykl „Piłka”, czy inne rzeczy mają tendencję do pokazywania, że wszystkie demony nie są z innych wymiarów. Są po prostu tym frajerem, którego nie lubię.
[04:43:47] - Coś w tym jest. Nie wiem, czy to w ogóle nie dotyczy wschodniej Europy, że to wszystko jest takie trochę byle jakie. Tu bimber se pędzimy, a tu się wywołuje demona. Czasem mam wrażenie, że te wszystkie loty kosmiczne jak pokazują, to one są takie sterylne trochę. Tego oczekujemy po statkach kosmicznych. Jeżeli sobie weźmiecie nawet „Solaris” Tarkowskiego, jest taka scena, gdzie przylatuje ten Kelwin na stację i wchodzi do pokoju. On jest właśnie taki, jak sobie wyobrażamy. Po jakimś czasie, w miarę rozwoju tego filmu, zaczyna być brudny, bo jemu się nie chce sprzątać. Leżą jakieś brudne ciuchy, brudne naczynia, które rzucił. Powiedziałbym prawdziwy pokój męski.
W każdym razie staje się taki. Zaczyna z tego poziomu. Nie to, żebym zwracał na to specjalnie uwagę, ale jak to powiedziałeś, to mi się przypomniało, bo to dokładnie tak jest, że to staje się takie przyziemne i nijakie. Lem tego nie lubił. Nie wiem, czy pamiętacie, on kiedyś miał taki tekst, że kobiety nie będą latać w tych długich lotach, bo potem jakieś dzieci się urodzą, te pieluchy trzeba suszyć na tym okręcie. Gdyby to był Tichy, to jeszcze by rzucał te pieluchy gdzieś na osłonę reaktora, żeby szybciej. Natomiast myślę, że postapo jest charakterystyczne, bo wiążące się z tym, że wszystko jest takie rozwalone, takie z tych gorszych dzielnic.
[04:45:55] - Dobra, ostatnie pytanie, bo czas nas goni.
[04:45:58] - Natomiast zauważ, że niemieckie, bo też mieliśmy parę tylko niemieckich NRD-owskich i one są właściwie całkiem podobne do amerykańskich. Nie wiem, czy pamiętacie, wszystkim polecam „Ostatni dzień stworzenia”.
[04:46:15] - Już trochę klasycznie powiedziałem.
[04:46:16] - Właśnie. Jakbyśmy nie wiedzieli, to bardzo amerykańskie to jest podejście. Henryk i Simon.
[04:46:25] - Znacie jakiś trop, którym współczesna polska fantastyka rozprawiała się lub dyskutowała chociaż z mesjanizmem? Tradycyjnym polskim mesjanizmem XIX-wiecznym i późniejszym.
[04:46:35] - Rozprawiała to może nie, i może nie z mesjanizmem, ale jak weźmiemy „Lód” Tukaja, tam są takie elementy, przy których możemy sobie pomyśleć o Polsce, o tym jak on to widzi. On przez pewien pryzmat nam to pokazuje.
[04:47:03] - Nie to, żebym się chciał sprzeciwić.
[04:47:05] - Sprzeciwiajcie się, będzie ciekawiej.
[04:47:07] - Tukaj tak wyrasta ponad, że właściwie powinno się go inaczej rozpatrywać.
[04:47:13] - To dobrze. To dorzucę jeszcze na przykład „Burzę” Parowskiego.
[04:47:21] - Ja dorzuciłbym Twardocha jeszcze. „Wielki Gruchak”. Ale o co mi chodzi? Tych światów jest niewiele. Tradycyjny nurt, moje wrażenie oczywiście, teraz mogę się mylić, ale trochę tej fantastyki czytałem polskiej. Tradycyjny nurt kulturowy z mesjanizmem, męczeństwem, wszystkim tym. Jakby polska fantastyka w zasadzie gdzieś...
[04:47:41] - Omijała. Ale z drugiej strony jest ciekawe zjawisko, że na przykład polska fantastyka.
[04:47:47] - Trzeba umieć napisać, to będzie ciekawe.
[04:47:49] - Tu mam jeden przykład. Wyszła w zeszłym roku książka, zbiór opowiadań „Algorytm życia” Marty Sobieckiej, dziewczyny, która Japonią fascynuje się od nastu lat. I cały ten zbiór osadzony jest w Japonii. Muszę powiedzieć, że to było fascynujące. I to Polska fantastyka, ewidentnie polska. Fascynujące doświadczenie. Taka trochę cyberpunkowa atmosfera tego wszystkiego. Nie wiem, czy mogę tak generalizować, ale próbujemy jakoś przynajmniej penetrować jakieś inne obszary kulturowe.
[04:48:34] - Ja mam wrażenie, że teraz jest taka fala urban fantasy właściwie. I jedyny polski element jest taki, że to są polskie fantasy. Takie tam te skrzaty coś tam łażą.
[04:48:47] - Okej.
[04:48:48] - Ale nie mam innego-
[04:48:49] - Już ci przerwę. Czas nasz upłynął. Dziękuję.
[04:48:56] - Może jeszcze ktoś ma jakieś pytanie albo sugestie.
[04:48:59] - Ale mogą nas wyrzucić.
[04:49:01] - Albo podsumowanie tych naszych tutaj.
[04:49:03] - Jestem bardzo ciekawy, jeśli chodzi o fantastykę Ameryki Południowej.
[04:49:08] - Jest trochę.
[04:49:09] - To jest niezwykłe.
[04:49:10] - Jest trochę, ale to jest właśnie jeden z tych obszarów, gdzie trzeba szukać, żeby znaleźć. Niemniej jest. Kubańska też jest. Nawet na Kubie jest fandom, jak stwierdzono kilka lat temu.
[04:49:19] - Kiedyś była naukowa, trudno powiedzieć, ale kiedyś była przy tej fali zachwytu prozą południowoamerykańską. Tam było parę rzeczywiście niezłych, bardzo silnie SF-owych tekstów i to takich absolutnych klasyków. Cortázar pisał takie rzeczy, Borges. Nie wiem, czy ja poprawnie wymawiam te nazwiska. Borges, Czazares. Takich dwóch. Oni wydali taki zbiór opowiadań, który był dziwny, ale niewątpliwie był SF-owy. To nie było fantasy. Oczywiście, ponieważ to byli wybitni pisarze, to ogólna krytyka nazywa to realizmem magicznym.
[04:50:09] - Dobrze, że nie klechą.
[04:50:11] - Tak. Ale to są ewidentnie ostro fantastycznonaukowe teksty. Niektóre są świetne, niektóre są takie sobie, a niektóre są przekombinowane, ale zdecydowanie była. Ale to są wszystko lata zeszłowieczne, to był koniec XX wieku. Nie wiem, co teraz tam żyje.
[04:50:33] - Poza kilkoma kręgami kulturowymi, jak wspomniałem, jakieś znajdziemy, przecież nie znajdziemy w Afryce, w wielu krajach. Mają swoich pisarzy, mają swój dorobek. Nie jest wielki, ale coś tam przeniknęło do niektórych krajów. Tam też można znaleźć.
[04:50:48] - Tak, proszę państwa. Część warsztatowa, której jedni nie trawią, nie znoszą, wyłączają i w ogóle nie chcą tego słyszeć. Inni natomiast piszą do mnie, żebym puszczał więcej. Nie będę puszczał więcej. Będę puszczał po jednym odcinku. Katarzyna Prychacz dzisiaj zabierze państwa w piątą podróż po krainie, którą można by nazwać tworzenie i bawienie się narracją, fabułą. Wszystkim po trochu tak naprawdę. A dzisiaj ta opowieść, a próba budowania opowieści nosi tytuł „Opowieść w sztylecie zaklęta”. Zapraszam państwa. Myślę, że się będziecie nieźle bawić.
[04:51:43] - Halo, halo! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy słuchacie „Alchemii tworzenia”. „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w piątym odcinku drugiego sezonu „Alchemii tworzenia”. Podcastu pełnego moich głupot. Okej, taki żarcik kosmonaucik. Wiadomka albo niewiadomka. Jak niewiadomka to już mówię, że pierwszy sezon to moje mądrości. Drugi sezon to moc kreatywności i I może jakieś fajne pomysły na bohaterów czy fabułę. Słuchajcie, inspirujcie się, bierzcie z tego, spisujcie, rozwijajcie, wybierajcie tylko fragmenty, co wam się spodoba.
Przechodzimy do farszu. Nie ma co zwlekać. Sięgamy po moją dalijską książeczkę „Salvador Dali. Myśli i anegdoty”. To stąd te wszystkie mądre cytaty i w tym sezonie wszystkie magiczne tytuły jego dzieł. Co nam się dzisiaj wylosowało? Dzisiejszym punktem odniesienia do fabuły będzie tytuł: „Dwa kawałki chleba wyrażające uczucie miłości”. Pomyślałam, że dzisiaj porozmawiamy o cieplejszych uczuciach. W końcu jesień nadchodzi, robi się już zimno. To sobie dzisiaj porozmawiamy o miłości.
„Dwa kawałki chleba wyrażające uczucie miłości” to jest taki temat, że w pierwszej chwili widziałam to jako romans dwóch kromek chleba. Może i to ciekawy pomysł. Jeżeli ktoś z was to poczuł, bierzcie. Natomiast później spojrzałam na to trochę od innej strony i zobaczyłam talerz z kanapkami. Może to będzie nasz trop. Od czegoś trzeba zacząć. Oczywiście tradycyjnie sięgamy po schemacik i teraz nie wiem sama, czy dalej wykolejamy kolejność. Może tak będzie dalej nam łatwiej. Czyli zaczynamy od pytania: kim jest bohater? Sama nie wiem.
W pierwszej wersji to chleb miał być bohaterem. Kromki chleba. Natomiast teraz myślę sobie, że może ktoś, kto te kanapki czy kromki chleba położył na talerz, to będzie ten, który położył bohaterem czy ten, który odebrał talerz? Może ten, który odebrał. Żeby tradycji stało się zadość, tej naszej nowej tradycji z drugiego sezonu, wylosujemy sobie archetyp głównego bohatera. Wtedy też pomyślę, czy robimy bohatera, czy bohaterkę. Także tasujemy. Dobra, i mamy to. Bohater. Oczywiście przypominam te archetypy, które tutaj losuję, są opracowaniem Gabrieli Borowczyk.
To jest jej narzędzie coachingowe, treningowe. Tak że zobaczmy, jeżeli chodzi o archetyp bohatera, bo to nie bohater jako postać, tylko archetyp bohatera dla danej postaci. I już wam przybliżam opracowanie, co Gabriela napisała o tym archetypie. Bohater pomaga i staje w obronie potrzebujących. Posiada supermoce, możliwości niedostępne dla innych i używa ich dla dobra ludzkości, wybranej grupy czy pojedynczego człowieka. Bohater pozwala wierzyć, że wszystko jest możliwe. Charakteryzuje go odwaga, działanie, siła i moc sprawcza. Pociąga za sobą ludzi, dając przykład. Czyny mówią za niego. Okej, mamy to.
Jak bohater, to mój mózg mi tu podsyła jakichś rycerzy. Ja tylko myślę teraz, czy to ten rycerz będzie naszym bohaterem tutaj, czy może jednak jego ukochana lub ktoś, kto mu te kanapki robił. Myślę sobie, jak by to ograć fabularnie. Czy to byłoby w formie opowieści o kimś? Na przykład narratorem w tej narracji byłby ten rycerz, który będzie opowiadał o swojej wybrance serca. Myślę, że to nawet by jeszcze podkręciło taką miłość. Może nie tyle patrzenie przez różowe okulary, ale patrzenie na kogoś poprzez pryzmat uczuć czy emocji. Nie tyle idealizowanie, co po prostu ujrzenie w drugim człowieku czegoś, czego całe życie szukaliśmy. Tak sobie myślę, że może właśnie ten rycerz. Weźmy go na bohatera.
Kim jest bohater? Myślę, że ten bohater byłby rycerzem, ale zastanawiam się, czy może nawet nie zrobić go... wiadomo, że jakbym się zabierała za pisanie, to oczywiście full wypas research, jeżeli chodzi o rycerzy, kodeks rycerski czy cały klimat rycerzy średniowiecznych, czy te wszystkie obyczaje, czy jakieś mechanizmy i to, co tam zachodziło. Myślę sobie o czymś takim, że tam często było tak, że rycerze konkurowali ze sobą. Były turnieje rycerskie. Oni zawsze mieli wybrankę serca. Oczywiście wiadomo, że większość konkurowała, żeby zdobyć serce na przykład księżniczki albo wysoko postawionej damy. A może ten nasz rycerz nie będzie chciał iść za tłumem, że tak powiem, tak jak wszyscy i szukać dam dworu czy wysoko postawionych, tylko będzie szukał tej jedynej wyjątkowej, która faktycznie w jakiś sposób sprawi, że jego świat się zatrzyma, kiedy on ją ujrzy. A w tym wszystkim możemy zrobić taki paradoks, że był on faworytem. Może nawet najlepszym rycerzem ...
w ogóle z zasługami i tak dalej. I wszyscy będą oczekiwali od niego, wręcz nawet sama księżniczka będzie oczekiwała. Można zrobić jakąś taką, nie wiem, czy intrygę, może nie tyle intrygę, co jakąś zależność. Do tego się przydaje research, żeby czasami jakiś jeden punkt z kodeksu wybrać. A może właśnie jakieś urodzenie, może ten rycerz też był szlachcicem i to było dla wszystkich oczywiste, że on pojmie za żonę księżniczkę i tak dalej. Teraz tylko myślę jeszcze sobie, czy pójdziemy dzisiaj w turniej, czy może w jakąś wyprawę, w jakiś quest. Może tak! Może w quest. Dobra, teraz jeszcze kim będzie ta niewiasta od kanapek? Słuchajcie, ja wiem, że tutaj jest pytanie o głównego bohatera.
Kim jest bohater tej opowieści. Ale wiecie co? Ja sobie wylosuję jeszcze jeden archetyp. Wylosuję jeszcze archetyp dla tej naszej pięknej niewiasty, wybranki serca naszego bohatera. Muszę w ogóle zacząć jakieś patenty na imiona szukać. To by się przydało nam, nie? Zaraz coś pomyślę. Losujemy na razie archetyp drugi. Okej, mamy to. Ale mamy grubo!
Okej, słuchajcie, mamy archetyp odkrywcy dla tej naszej niewiasty. Ale super. Słuchajcie, teraz to się zacznie dziać. Już mam jakieś fajerwerki w głowie. Okej, ale najpierw podzielę się z wami tym, co tutaj ujrzałam. Oczywiście tak, opracowanie Gabrieli. Odkrywca. Cechuje go otwartość, niezależność, ciekawość i odwaga. Poszukuje nowych wyzwań i doznań, nie tylko tych daleko poza horyzontem. Gotów jest też do podróży wewnętrznej, by zrozumieć motywy swojego działania i odkryć nowe możliwości.
Ważne dla niego jest poznanie nowego, nawet kosztem ryzyka. Nie boi się zmian i tego, co nowe. Każda zmiana daje nowe możliwości i nową jakość. Nie ma porażek, tylko lekcje na przyszłość. Okej, mamy taką odkrywczynię, kobietę czynu. Najoczywistszym rozwiązaniem byłoby, żeby była kucharką, gdzieś tam na zamku na przykład. Ale może właśnie nie. Może by przyjeżdżała raz na ileś do zamku. Może na co dzień byłaby gdzieś na statkach, może by jeździła na jakieś wyprawy i raz na ileś pojawiała się w kuchni i przywoziła jakieś nowości, nowe przyprawy, nowe smakołyki. I może te smakołyki ten rycerz by dostawał.
Teraz tylko czy ona by się w nim podkochiwała? Robi nam się taka komedia. Może nie tyle komedia, co po prostu romansowa, typowa historia. Może właśnie zróbmy, że ona nie będzie zainteresowana tym rycerzem, bo to taki, wiadomo, szlachcic, nadęty bubek i w ogóle. I ona jest uprzedzona, a on będzie po prostu szukał tylko pretekstów, żeby raz w tygodniu, kiedy ona przyjeżdża, żeby pojawić się w kuchni i spróbować jakichś specjałów. I teraz możemy zrobić temu naszemu rycerzowi jakiś quest. Może coś trzeba będzie ochronić. Ten research by nam tu zrobił robotę. Bo nie wiem, z jaką wyprawą musiałby opuścić królestwo i może właśnie gdzieś tam na tej wyprawie swojej by spotkał tą kobietę. Tylko czy on by wiedział, że ona to ona?
Właśnie teraz jeszcze myślę, czy on w ogóle będzie ją widział. A może nie. Ona musi się do niego uprzedzić. Pomyślałam, że mógłby zostawiać jakieś prezenty albo listy w zamian za te smakołyki. Ale to chyba nie aż tak. Chyba że to będzie później. Dobra, to można byłoby gdzieś zrobić później, że będzie wiedział przecież, że ona jest uprzedzona, a może będzie chciał udawać kogoś, kim nie jest na przykład. No ale dobra, to jest pomysł na jakąś scenę, anegdotkę czy epizodzik w całej konstrukcji większej. Potrzebujemy wyzwania jakiegoś. Myślę jeszcze nad tym imieniem.
Miałam jakieś imiona wymyślić. Chyba muszę przygotować na następny raz jakieś boxy z imionami. Czy ja mam coś z imionami teraz? Nie mam chyba. Nie posiadam takich rzeczy na regale. Dobra, słuchajcie, to bazujmy może na tym, co mam w otoczeniu. Akurat tutaj moje oczy padły na takie magiczne logo jak ASUS, więc może to będzie sir ASUS, nasz rycerz. I jeszcze coś dla naszej pani by się przydało. Czy my tu coś mamy? O, proszę.
I Lady Oriwa. Dobra, mamy. Są imiona, więc już ci bohaterowie może nabiorą jeszcze więcej w naszych oczach. Dobra, wracamy do schematu. Więc tutaj pytanko: jak jest? Jak jest? Nudno jest. Okej, jeżeli to jest pytanie, w którym poznajemy naszego bohatera i teraz myślę sobie: dobra, poznajemy naszego rycerza, czyli sir Asus będzie naszym głównym bohaterem. Myślę o takiej narracji, że on będzie opowiadał jedną z najpiękniejszych historii jego życia. Może już jest emerytowanym rycerzem, siedzi w bujanym fotelu i opowiada dzieciaczkom swoim lub cudzym, jakie to miał piękne życie.
Widzę taką melancholijną opowieść. Może nie tyle pamiętnik, ale takie coś. Myślę, że wiecie, o co mi chodzi. Będzie opowiadał o jednym magicznym dniu z jego życia, gdzie wszystko się zaczęło. Właściwie kiedy wszystko się zaczęło. Czyli poznajemy bohatera, jak jest. Dobra, tu musimy wejść w fabułę. Historia zaczyna się wtedy, kiedy on dostał misję. Król wezwał go do siebie i zlecił mu tajną wyprawę, bo był najlepszy i zaufany. Tajną wyprawę...
Myślę, porwanie maga z sąsiedniego królestwa? A może znalezienie maga? Pójdźmy w klasyczne fantasy. Jak już mamy rycerza, jest zamek. Wiadomo, damy dworu, księżniczki i królowie. To jeszcze co? Potrzebujemy magów i smoków. Nie wiem, na ile włożymy tu smoka. Zobaczymy. Ale mag.
Teraz tylko po co król by potrzebował... A może król dostał informację, że jakiś wrogi dwór chce ich najechać i wiedzą, że tamten przeciwnik włada magią, a oni nie władają, nie mają nikogo od magii. Nasz rycerz wyrusza na wyprawę, żeby odnaleźć maga. Czyli jest tak, że rycerz się pakuje i wyrusza na quest. Weźmiemy może jakąś drużynę pierścienia. Chociaż to ma być tajna wyprawa. To okej. To on wyrusza sam. Kolejne pytanie jest takie: jak było? Było miło, było bezpiecznie, było spokojnie, a właśnie było nudno.
Myślę, że tutaj ta odpowiedź powinna paść. Nasz rycerz był już do znudzenia. Co chwilę były jakieś turnieje. Co chwilę księżniczka próbowała coś z nim, gdzieś go zabierać, a on w ogóle nie był zainteresowany i nie miał wymówek, więc nową misję przywitał z radością. Pytanko trzecie: co się zmieniło? Nowa misja. To się zmieniło. Można rozpisać te rozterki, że tuż przed wyruszeniem na misję wypadałoby, że ta kobieta, jego wybranka serca, powinna się pojawić w zamku i przynieść dobre specjały. Natomiast nie pojawiła się. Po raz pierwszy nie pojawiła się, bo zawsze to było regularnie.
On z jednej strony się cieszył na tę misję, ale z drugiej był załamany, bo liczył, że może ją chociaż zobaczy, bo wiadomo, różnie z misjami bywa. Więc to się zmieniło. To była zmiana, która też go zaniepokoiła. I ruszamy. Nie wiem, czy tego maga umieścimy w jakiejś jaskini. Może jakiś plot twist by się tu przydał. Może z niej zrobimy maga. A może on znajdzie maga. Wiem. Myślę, że mam ciekawy trop.
To jakiś pustelnik. Dobra, już wiem. Mamy maga. W sensie on rusza, żeby tego maga prosić o pomoc. Jest legendarny mag, który dawno odszedł na emeryturę. Znudziło mu się to. Natomiast wszyscy wiedzą, że on jest super niepokonany, nieśmiertelny i tak dalej. A że nasz rycerz był świetny we wszystkim, możemy też zrobić, że świetnie przemawiał, że umiejętności retoryki były dla niego... Po prostu gościu załatwił wszystko. Nie zawsze mieczem.
Często samym dialogiem potrafił wygrać bitwy. To było, że posiada supermoce, możliwości niedostępne dla innych. Może takim darem, supermocą naszego bohatera będzie gadanie. Będzie ta umiejętność dialogu czy nawet słuchania. Wyłapywał te wszystkie haczyki albo smaczki, albo wiedział później, w które struny w danym człowieku uderzyć, żeby tego człowieka zmiękczyć albo przekonać do czegoś. Więc był idealny do tej misji. Wyruszył do pustelni pośrodku lasu, która nie była łatwa do znalezienia, ale nasz bohater był sprytny. Natomiast kiedy dotarł do tej pustelni, ogarnęła go trwoga, ponieważ znalazł tam ciało maga. Okazało się, że już nie żył. Pytanie teraz tylko, czy ktoś go kropnął, czy zeszło mu się ze starości.
Zróbmy, że ktoś go zamordował i to całkiem niedawno. Ewidentnie wychodziłoby na to, że Przeciwnik króla, czy ten wróg całego ich dworu, dowiedział się o tym, że oni szukają maga i zaczął mordować wszystkich okolicznych magów. Tu mamy też taką zagadkę. Może zrobić śledztwo. Może ten nasz bohater pójdzie sobie do miasta i zacznie wypytywać, rozpytywać i tam się dowie, że tutaj jest jakiś pogrom, że wszyscy, którzy parają się magią, są przerażeni, bo jest jakiś zabójca. I teraz zrobimy z niej zabójcę? Chyba nie, co? Nie. To byłoby takie... To też byłoby ciekawe.
Jak macie koncept, możecie zrobić, że to ta jego wybranka serca okaże się zabójczynią. Aczkolwiek ona nie wróciła, więc ja tutaj mam na nią troszeczkę inny plan. I teraz mamy kolejne pytanko: jakie jest rozwiązanie w tym, co się zmieniło? Misja bohatera właściwie nie może zakończyć się poniekąd powodzeniem, bo nie może znaleźć tego maga, więc zaczął szukać innego. Okazuje się, że innych nie ma i może on trafi do portu. Tam jest dużo różnych rzeczy i ludzi i tak dalej. Dużo też informacji. I on trafi do portu. Pomyślałam, że ta nasza odkrywczyni, jak ją miałam Lady Oriwa. Oriwa.
Na mojej lampie jest taka metka, więc to chyba jest firma jakaś. Coś ze światłem. To też fajny motyw by był. Może dla niej też coś. Dobra, już widzicie. Wkręcam się w historię, odpływam, a ja tu przecież mam do was mówić. I co? Klasyczny dialog z rybakami czy prawie z piratami w porcie. A może trafi do piratów? A może z niej zróbmy piratkę?
Ale to byłoby super. Ja wiem. Rozwiązaniem będzie to, że ona poszukuje nowych wyzwań, doznań, nowej jakości rozwiązań. Ona umie w magię i może właśnie piraci, ta załoga. Ona była częścią załogi piratów i piraci nie że ją chcieli spieniężyć. Bardziej bym poszła w kierunku takim, że jednak chcieli ją ochronić, bo to była ich najlepsza szamanka. Zawsze zapewniała im pomyślne rejsy, pomyślne wyprawy. Dlatego oni ją postanowili ukryć i dlatego też ona nie wróciła wtedy do zamku. Może w porcie nasz bohater dowie się o jakiejś legendarnej szamance piratów i będzie szukał tych piratów. Ostatnia deska ratunku.
Może wejdzie w jakiś układ z tymi piratami i wtedy po raz pierwszy spotka. W końcu, jak już dojdzie ten układ do skutku, oni go zaprowadzą do tej ich szamanki i się okaże, że to jest ta jego wybranka serca. Oczywiście tam też trzeba by zrobić taki trochę niezręczny dialog. Może ona będzie na niego wściekła tak po prostu, bo bubek, ale on jej przedstawi wszystko, opowie całą historię. Czymś mógłby ją przekonać. Może wtedy dopiero po raz pierwszy ona z nim zacznie rozmawiać i doceni ten jego dar, że może do tej pory uważała, że jest takim prostym siepaczem. Biegnie i idzie tym mieczem, siepie co trzeba i ołoło. A tutaj się okaże, że on wcale tego miecza tak dużo nie używał i ona będzie pod wrażeniem. Można wymyślić jakieś mądre zdanie, którym ją kupił, bo w końcu przecież wyszukiwał tych czułych nut w swoich rozmówcach. Patrzę jeszcze na jej charakterystykę, znaczy na charakterystykę odkrywcy.
Tutaj jest też, że ważne dla niego jest poznanie nowego, nawet kosztem ryzyka. Nie ma porażek, tylko lekcje na przyszłość. Jakoś ją muszą przekonać. Dobrze byłoby tu teraz się zastanowić jeszcze też nad tym przeciwnikiem, nad tym złolem głównym, bo w sumie możemy tu mieć dwóch. Zarówno sam ten przeciwnik, który planuje najechać zamek, jak i ten morderca czarowników. Dużo tu się fajnych wątków robi. No dobra, ale ja już tych złoli nie będę losować, bo i tak już dzisiaj do was troszeczkę mówię, a też nie tędy droga, żeby to przedłużać. Zaszczepiam wam w głowie pomysły. Jakby ktoś chciał z was to pociągnąć dalej, to zachęcam. Brzmi to naprawdę fajnie, ciekawie.
Dobra i teraz jeszcze mamy jedno pytanie, bo tutaj kim jest bohater? Rozmawialiśmy już o tym. I to ostatnie pytanko, które mam tutaj na tym moim schemaciku to: kto pomaga bohaterowi? Tutaj oczywiście wiemy. Docelowo ta ukochana mu pomoże. Potem zobaczymy, czy w tej fabule będzie jednak z tego miłość, czy nie. Natomiast jakiś sojusznik by się przydał. Wiecie co, ja wylosuję jeszcze jeden archetyp i zobaczymy, czy tego sojusznika zrobimy. Gdzie go zrobimy? Czy będzie to osoba, która od początku z nim była, czy może ktoś, kogo pozna w lesie, w mieście, a może w porcie?
Zobaczymy. We will see. Dobra, mam archetyp jeszcze jeden. Archetyp opiekun. Mi się wydaje, że już gdzieś był w którymś odcinku nowego sezonu. No ale dobra. W dużym skrócie to jest empata. Uważny na innych, chętnie wyjaśnia, radzi, udziela pomocy. Służy zarówno słowem, jak i działaniem. Strażnik daje poczucie bezpieczeństwa między innymi.
Potrafi być stanowczy, zawsze gotowy do obrony uciśnionych. Czyli mamy takiego opiekuna. Kto by mógł czuwać nad tym bohaterem? Do pirata mi to żadnego nie pasuje. Ktoś z miasta. Chyba że ten opiekun może to będzie ktoś jednak w lesie. Słuchajcie, mam. A może z domu tego maga nasz bohater weźmie coś, jakiś może amulet, może jakąś księgę i może w tej księdze będzie zaklęty ten mag. Ten zabity mag. Czyli on nie będzie mógł jako tako używać magii i tak dalej, ale może będzie w jakiś sposób wpływał na naszego bohatera czy go prowadził.
Może jakiś kompas. Kompas to chyba trochę bardziej współczesne narzędzie. Chyba że zrobimy jakiś magiczny artefakt. Ale w sumie ten mag mógłby jako duch, a może w wodzie będzie się pojawiał. Może zróbmy, że to jest jakiś amulet czy jakaś broń. Skoro był rycerzem, może sztylet? Jakiś taki ozdobny. A, miały być smoki. To sztylet z rękojeścią smoczą, w którym okaże się, że to było zabezpieczenie tego maga, że jeżeli ktoś go zabije, a nie że czas po prostu po niego przyjdzie, to wtedy jego dusza, jego duch wniknie w ten sztylet. I może w momencie, kiedy ten nasz bohater będzie miał ten sztylet przy sobie, to w jego głowie zacznie się pojawiać głos tego maga.
Oni będą takie dialogi wewnętrzne prowadzili i ten mag będzie mu podpowiadał może gdzie iść i tak dalej. I ten mag by mógł powiedzieć mu o tym mordercy, dzięki czemu będzie mógł chronić tą swoją kobietę. Wiecie co? Bo ten tytuł mieliśmy, teraz tak myślę. „Dwa kawałki chleba wyrażające uczucie miłości”. I to w sumie po tej całej misji, jak oni już tam obronią zamek i ją i wszystkich i tak dalej. I misja zarówno poszukiwania maga zakończy się powodzeniem, jak i misja obrony zamku. To może po tym wszystkim to nasz bohater ofiaruje naszej bohaterce dwa kawałki chleba, które wyrażą miłość, będą wyrazem miłości. Może właśnie wytnie tym sztyletem serduszka. Może on coś by mógł w trakcie tej wyprawy zawinąć.
Jakiś taki magiczny, zwykły, wyjątkowy składnik, który tym razem on będzie chciał ofiarować, jakieś specjały, smakołyki tej dziewczynie, a nie że zawsze podkradał z jej zbiorów z zamku. Jak już wszystko wróci do normy, to i wróci do normy to, że ona raz w tygodniu będzie przywoziła. Taki układ z królem. Będzie przywoziła jakieś dobroci do zamku i może ona się tym razem złapie na tym, że już się przyzwyczaiła w sumie, że ten rycerz bubek i w ogóle, że on się ciągle pojawiał, jak ona była. A tym razem, kiedy ona coś do niego poczuła, to on się nie pojawił. Natomiast poprosił, żeby przekazano jej paczuszkę, w której właśnie był ten chleb. A może go zabijmy? Mogłoby być happy end, że ona dostanie ten chleb i w ogóle znajdzie go i żyli długo i szczęśliwie. A może właśnie ten chleb dojdzie po czasie. Może on jednak zginie w tej bitwie, w tej obronie zamku.
Może ona nie będzie wiedziała o tym. I po prostu dostanie ten chleb, będzie chciała go znaleźć i jedyne wtedy co znajdzie, dowie się, że już go nie ma. A ta cała narracja, jego opowieść, może on też wniknie w ten sztylet i razem z magiem będą sobie siedzieli w tym sztylecie jak takie duchy przy kawie i rozmawiali. To zależy, w jakim kierunku chcemy iść, bo możemy pójść w taki klasyczny happy endowy romans, ale możemy pójść po prostu w piękną opowieść o miłości, o tym, jak ta relacja między ludźmi się zmienia. I że nie zawsze jest ten happy end. Że może czasami warto dać komuś szansę wcześniej. Kurczę, poszło grubo dzisiaj. Znając mnie, to pewnie bym nie robiła happy endu. Myślę, że taka opowieść by chyba została bardziej w kimś głębiej. Dajcie znać w sumie gdzieś.
Fajnie jakbyście kiedyś mi dali jakkolwiek cokolwiek znać, ale jestem ciekawa jak by się wam podobało albo jak wy chcecie to zrobić. Ja myślę, że mamy to. Ja jakoś tak weszłam chyba w jakiś melancholijny nastrój teraz. Weszłam w tą historię. Czyli te dwa kawałki chleba mamy. Czyli misja naszego dzisiejszego spotkania, naszej audycji została spełniona. Mamy bardzo ładne postaci, powiem szczerze, że ja już je widzę. Ale jestem fanem klasycznego fantasy, także gdzie zamki, rycerze i smoki tam moje serce. I ten sztylet. Może on będzie taką nadzieją na koniec, że może jednak ktoś jej przekaże ten sztylet, że to jest takie jedyne coś, co ktoś, na przykład może któryś przyjaciel tego bohatera naszego z oddziału zachował ten sztylet i wiedział może o ich relacji.
Może ten rycerz opowiadał mu o tej kobiecie, więc on przekaże jej ten sztylet. A że ona władała magią, to może będzie mogła do tego sztyletu wejść, zajrzeć. A może w jakiś sposób przywróci go do życia razem z tamtym magiem? A może tamten mag poświęci swoją esencję i w jakiś sposób sprawią, żeby ten nasz bohater wrócił do życia? Jego ciało jeszcze nie tak dawno zostało pochowane. Może dałoby się jakiś rytuał zrobić. Może to jest plan na zostawienie takiej iskierki nadziei dla czytelnika, żeby nie było za smutno na koniec. Dobra, słuchajcie, ja kończę na dziś. Myślę, że mamy bardzo ładną historię. Powiem szczerze, nie spodziewałam się, zwłaszcza po tej mojej pierwszej wizji miłości między jedną kromką chleba a drugą.
Nie przewidziałabym, że pójdziemy w taką piękną, epicką historię. Ja kończę. Życzę wam dużo ciepełka, dużo miłości, żeby wam się też taka ładna miłość działa w życiu. Może niekoniecznie nieszczęśliwa. Fajnie jakby miała jednak happy end, a przede wszystkim, żeby było magicznie. Trzymajcie się. Dużo inspiracji i ciepełka. Do usłyszenia za tydzień. Pa!
[05:24:14] - Tak sobie czasami myślę, kiedy spotykamy się co tydzień w audycji „Bibliotekarium 2.0”, czy państwo jeszcze pamiętają te zamierzchłe czasy, gdzie „Bibliotekarium” tworzone wspólnie z Wiktorem Żmijkiewiczem ukazywało się raz na dwa tygodnie, a pozostałe tygodnie wypełniała audycja nosząca tytuł „ABW”. Tytuł groźny, ale rozwinięcie bardzo proste: Antologia „Bibliotekarium” Warsztaty. Tam piłowaliśmy różne sprawy związane z warsztatem pisarskim, które po części dzisiaj, w obecnej audycji „AWF”, częściowo załatwia „Aleja Tworzenia” i Katarzyna Prychacz. Jeśli państwu będzie mało tej części warsztatowej, to ja mam jeszcze na uwadze inną kobietę, która również zajmuje się częścią warsztatową. Która zajmuje się warsztatem, bo sama jest osobą piszącą i sporo o tym warsztacie wie. Piszcie państwo, czy taka część warsztatowa w takiej wzmożonej części, czyli druga kobieta mówiąca o warsztacie, jeszcze państwa będzie kręciła. Jeśli tak, to piszcie, że tak. Jeśli nie, to też napiszcie, że nie, bo w końcu nic na siłę. Mnie się wydaje, że o ile Katarzyna Prychacz bawi państwa układaniem historii, to druga kobieta, już nie będę udawał, że nie wiem kto to i będzie to wielka tajemnica. Mam na myśli Kamilę Ciołko-Borkowską.
Kamila Ciołko-Borkowska prowadzi w Book Radio taki cykl „Pisząca z fiordami” i tam w półgodzinnych odcinkach mówi właściwie same konkrety o tym, jak się za pewne rzeczy zabrać, jak pewne rzeczy czyścić, jak na przykład autopromować się, jak wysyłać teksty, jak je redagować, jak sobie załatwiać betaczytaczy. Różne. Kopalnia wiadomości. Jeśli to państwa interesuje — mailiczek, jeśli nie interesuje — również mailiczek albo wpis pod audycją. Tylko nie taki, bo to jest mało interesujące, jak ktoś mi napisze: „Nie, bo nie, bo nie”. Żadna informacja z tego do mnie nie płynie, poza tym, że ktoś nie lubi. Dobrze, ja to szanuję. Nie wszyscy muszą wszystko lubić. Tylko mnie bardzo często interesuje motywacja. Bardzo często interesują mnie argumenty, bo może rzeczywiście nie ma co nudzić, tylko trzeba się zająć rozrywką albo poznawaniem czegoś.
Ale nie poznawaniem pisania, bo na przykład piszący ludzie w tej audycji są mniejszością odbiorców. Być może. Dlatego ważna jest informacja, a nie stan ducha. Dobrze. Naględziłem się, proszę państwa. A po co to wszystko ględzenie? Otóż postanowiłem, ponieważ wtedy audycja „ABW” miała słuchalność powiedzmy taką sobie. W tej chwili dzięki państwu ta słuchalność mocno wzrosła. Postanowiłem przybliżyć opowiadania. Mieliśmy taki cykl w ramach „ABW” o mistrzach, czyli ludziach, którzy już mają status pisarski.
Przesyłali opowiadania i byli prezentowani w takiej oddzielnej części audycji. Dzisiaj pierwszy z mistrzów. Tym mistrzem jest Wojciech Chudziński. To nazwisko powinno być państwu znane, bo to przecież zastępca redaktora naczelnego „Nieznanego Świata”. Zaprezentujemy państwu w wykonaniu Ivelliosa opowiadanie zatytułowane „Roszada”. To jest czystej wody wspomnienie z audycji „ABW”. Zwróćcie państwo uwagę, że to opowiadanie ma bardzo klasyczną konstrukcję. Ale zwróćcie też państwo uwagę, jak świetnym piórem dysponuje autor. Wojciech Chudziński naprawdę, jak się dobrze wsłuchać w ten tekst, to czaruje tym, co pisze. I wtedy może ta treść, ona jest oczywiście ważna i oczywiście pomysł jest ważny, ale okazuje się, że zgrabne połączenie pomysłu i dobrego pióra, ja nie mam lepszego określenia, dobrego pióra sprawia, że pojawia się pisarska magia.
A zatem zapraszam państwa na Opowiadanie Wojciecha Chudzińskiego „Roszada”. Czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[05:29:17] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW: Antologia Bibliotekario Warsztaty. Czyta Marek Sęk „Ivellios”. Wojciech Chudziński „Roszada”. Tego dnia miałem w firmie urwanie głowy. W domu byłem dopiero przed wieczorem, ale Anna z Elżbietą poczekały na mnie z obiadem. Pamiętam, że była ciepła wiosna i że obie spędziły to przedpołudnie na długim spacerze. Zanim Anna postawiła na stole talerze, Ela niepewnie zerknęła w moją stronę. Przez chwilę ważyła coś w myślach. Jej niebieskie oczy zrobiły się przy tym dziwnie smutne. „Tato, czy Uszatek może zjeść z nami?” – zapytała w pewnym momencie, a w jej głosie zabrzmiała nuta napięcia.
„Oczywiście” – zgodziłem się. „Ale uważaj” – dodałem, mrużąc oko – „by ci za bardzo nie urósł, bo nie będziesz mogła zabierać go do łóżeczka”. Elżbietka poważnie skinęła głową i poszła do swojego pokoju. Uszatka, tak nazwała go na wzór postaci z „Dobranocki”, dostała od nas na urodziny przed miesiącem. Był to 40-centymetrowy miś o gęstej, kudłatej sierści. Ela nie rozstawała się z nim. Anna żartobliwie narzekała, że musi go dźwigać, ilekroć gdzieś wychodzą. „Gdzie byłyście dzisiaj?” – zapytałem, kiedy dziewczynka wróciła, sadzając sobie misia na kolanach. „Elżunia koniecznie chciała zobaczyć zoo, więc pojechałyśmy do centrum”. Popatrzyłem na dziecko, ale Elżbieta miała ważniejsze sprawy na głowie niż mało ciekawy dialog z tatą.
Usiłowała właśnie bezskutecznie nakłonić misia, żeby zjadł choć troszeczkę. „Najbardziej podobały nam się żyrafy” – powiedziała poważnym tonem Anna. „Elżunia zaprzyjaźniła się też z grizzly”. „Uszatek nie był zazdrosny?” – zwróciłem się do córki. Ela opuściła łyżkę z powrotem do talerza i spojrzała na mnie ze zdziwieniem. „Tyle razy mówiłam ci, tatusiu, że Uszatek jest bardzo rozsądny”. Zabrzmiało to tak, jakby ta sprawa nie wymagała żadnych wyjaśnień, a moja ignorancja wyraźnie ją zmartwiła. „Zapewne” – zgodziłem się bez przekonania. Anna stawiała nowe nakrycia. „No, a teraz odłóż misia, bo jest już na pewno śpiący”.
Pocałowała Elę w czoło. Nie ulegało wątpliwości, że lepiej ode mnie zna zwyczaje pluszowych niećwiatków. „A dobranocka?” – przypomniała nam córka. „Prawda. Ale potem myjemy uszy i do łóżeczka”. Elżbieta, wyraźnie uspokojona wynegocjowanym moratorium, wsadziła nos w brunatne futerko misia. „Tato, czy to możliwe, żeby on naprawdę rósł?” – zapytała. „Tak bym chciała, żeby był duży. Duży i mądry jak ty”. „Nie powinienem angażować się w ten nowy projekt” – stwierdziłem dwie godziny później w rozmowie z Anną.
„Masz męża pracoholika. Trzeba było zastanowić się wcześniej. A zresztą nie mówmy już o tym. Za cztery miesiące urlop. Może w tym roku uda nam się pojechać nad morze. Chcesz?” Chciałem, ale teraz myślałem o czymś innym. Włosy Anny pachniały jak żywica. Pocałowałem ją w usta. „Poczekaj” – odsunęła się i na palcach podeszła do drzwi pokoju, w którym spało dziecko. Stojąc w korytarzu widziałem, jak poprawia Elżbiecie kołdrę.
Na poduszce pod ścianą leżał pluszowy miś. Złotorude futerko kontrastowało z jasną cerą małej. Nazajutrz od rana bolała mnie głowa. Wypiłem kawę, a Anna rozmasowała mi kark, ale bez pozytywnego skutku. Gdy wychodziłem, wspomniała, że zamierza wybrać się z Elżunią do swojej matki. Byłem zadowolony, że ominie mnie ta wizyta. Anna oczywiście to wyczuła i nie omieszkała ironicznie skomentować. Straciłem resztki humoru. W pracy ból głowy nie mijał. Pomyślałem, że faktycznie powinienem zwolnić tempo, bo zamiast cieszyć się urlopem nad morzem, spędzę go w jakimś aseptycznym sanatorium.
A tego moim dziewczynom, szczególnie Eli, zrobić nie mogłem. Zostawiłem więc wszystko na głowie sekretarki, przełożyłem umówione spotkanie i już koło południa byłem wolny. Wracając do domu z pudełkiem lodów maraskhinowych pod pachą, dopiero pod drzwiami przypomniałem sobie, że Anna zabrała małą do babci. Przekręciłem klucz, pchnąłem drzwi. W mieszkaniu unosił się zapach żywicy. Ten zapach zawsze kojarzył mi się z Anną, z jej ciałem. Story były zasunięte tak, iż pokój okrywał głęboki cień. Podszedłem do okna. Najpierw oślepiło mnie światło. Poczułem ukłucia drobnych igiełek.
Na plecach, na karku, na policzkach. Jasność biła z łóżeczka Eli. Zobaczyłem to poprzez uchylone drzwi. „Ogień” – pomyślałem. I w tym momencie skoczyłem tam na oślep. W progu pokoju potknąłem się o samotną łyżworolkę. Upadłem i wtedy świadomość odpłynęła jak miraż. „Mamo, ile lat może mieć Uszatek?” – zapytała Elżbieta, kiedy wychodziliśmy z kina. Szedłem, trzymając ją za rączkę. Z drugiej strony szła Anna.
Miała buty na bardzo wysokim obcasie i dzięki temu była najwyższa z nas trojga. „Kupiliśmy go z tatą parę dni przed twoimi urodzinami”. „Ale jak długo był w sklepie?” „Pół roku, może dłużej”. „To on jest bardzo stary”. Ta poważna konkluzja rozśmieszyła nas. „Misie żyją bardzo długo” – uspokoiła Elżbietę Anna. „Dłużej niż niejedni ludzie.” Później poszliśmy do baru. Ania powiedziała, że się buntuje i dziś nie ugotuje obiadu. Nie byliśmy tym pomysłem zachwyceni, a Ela ubolewała, że będzie musiała zapakować resztki dla swego misia. „Przecież raz może nie zjeść” – zaproponowałem, gdy siedzieliśmy już przy stoliku.
Anna stała w kolejce, bo był to bar samoobsługowy. „Nie, to niemożliwe” – wyjaśniła Elżunia. – „Wtedy by wolniej rósł, a ja chcę, żeby był duży jak ty” – dodała, mierząc mnie komicznie wzrokiem. Jedzenie w barze przez dłuższy okres byłoby, jak się okazało, męką dla naszych żołądków. I nawet Anna zgodziła się skromnie, że jej kuchnia stawia pod znakiem zapytania sens istnienia podobnych barów. Kiedy zaczął padać deszcz, a krople wody uderzyły w nas jak grad, pobiegliśmy ulicą do domu. Raz, dwa, trzy. Dzisiaj tata robi kolację. „Tata jest chory” – przypomniała z wyrzutem Ela. „Już wyzdrowiał.” Anna pocałowała mnie i roześmiała się.
„Rzeczywiście” – potwierdziłem, rozbrojony tą nieoczekiwaną ofensywą. – „Przy was trudno chorować.” Było to na drugi dzień po tym, jak zemdlony osunąłem się na podłogę w pokoju Elżbiety. Gdy otworzyłem oczy, mieszkanie tonęło w łagodnym zmierzchu. Nic mnie nie bolało i nic też nie wskazywało na to, bym uległ jakimś oparzeniom. Wstałem. Zbliżyłem się do łóżeczka. Z poduszki spojrzały na mnie puste porcelanowe oczy pluszowego misia. Wniosek nasuwał się sam. Przemęczenie. Na początku lipca, w niedzielę, poszliśmy do lasu.
Wreszcie mogłem wywiązać się z obietnicy wspólnego spaceru. Ela od samego rana nie mówiła o niczym innym, dając mi do zrozumienia, że tym razem tak łatwo nie zrezygnuje. W końcu wieczorem poddałem się. Postanowiliśmy, że pójdziemy chociaż na godzinę. Powoli zmierzchało. Otulone zielenią drzewa z daleka skojarzyły mi się z oddziałem ustawionych w tyralierę żołnierzy. Powiedziałem o tym Elżbiecie. Spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Przeniosła wzrok na smukłe sosny. „Skąd wiesz, tatusiu?” „Przecież jestem bardzo mądry i bardzo wysoki” – uzasadniłem.
Przynajmniej to drugie było zgodne z prawdą, gdyż Anna ubrała na ten spacer płaskie pantofle. „Skromny to ty nie jesteś.” – uśmiechnęła się teraz. – „Co ty na to, Ela?” Lecz Elżbieta nagle zniknęła. Jeszcze przed chwilą czułem w palcach jej małą dłoń. „Gdzie ona jest?” Anna była raczej zdziwiona niż przestraszona. „Ela!” – krzyknąłem. Głos przeszył zielone sklepienie. Wrócił beznamiętny, gasnący. „Ela!” Teraz wołaliśmy na zmianę. Wiedziałem, że Anna stara się zachować spokój, ale oboje odczuwaliśmy ten sam lęk.
Zmierzch osiadał na wszystkim niby lepka sadza. O ton ciemniejsze sylwetki konarów zdawały się nabrzmiewać niewidocznym ruchem. Wszedłem pomiędzy drzewa. Dobrze, że wziąłem ze sobą latarkę. Błądziłem tak może z pół godziny. Byłem zdenerwowany i rozgoryczony, lecz reakcja podyktowana tym stanem uderzyła nawet mnie samego. Kiedy zobaczyłem Elę, podbiegłem do niej i potrząsnąłem za ramiona. „Gdzieś ty była?” – wrzasnąłem. – „Przecież mówiliśmy, żebyś się nie oddalała.” I naraz cała złość opadła ze mnie jak źle skrojony płaszcz. Podniosłem ją, przytuliłem.
Chciałem otrzeć jej łzy, uspokoić słowami, ale Elżbieta nie płakała. Przez moment zaniemówiłem. To spojrzenie, niemy wyrzut. Nie można było tego przypisać zachowaniu pięcioletniego dziecka, które zgubiło się w ciemnym i obcym świecie, a ja byłem jej wybawicielem, uosobieniem wszystkiego, co dobrze znane i bezpieczne. Dlaczego więc witała mnie w tak dziwny sposób? „Ja musiałam” – szepnęła. – „Musiałam.” – zacięła się. – „Tatusiu, zabierz mnie stąd.” Pogładziłem ją po włosach. „Chodź” – powiedziałem. – „Mama na nas czeka.” „Tak” – zgodziła się Ela.
Posadziłem ją sobie na barana. Gdy dotarliśmy do drogi, Anna stała ze spuszczoną głową i milczała. Do domu szliśmy, nie rozmawiając. Tylko Elżbietka nuciła cicho jakąś piosenkę. Wodziła przy tym wzrokiem po kolorowych neonach i oświetlonych witrynach sklepów. Miałem nieprzyjemne uczucie, że coś się zmieniło, że już nigdy nie będzie tak, jak przedtem. Zgasiłem światło, kiedy Anna się położyła. Dotknąłem wargami jej ucha. Obróciła się na plecy. Przez chwilę patrzyła na mnie jakoś dziwnie.
Uśmiechnąłem się. W tym momencie była bardzo podobna do Elżuni. Dziecko odziedziczyło jej subtelną urodę. Poszukała mojej ręki. Potem jej oczy nagle przygasły. Odblask neonu z ulicy zamigotał w nich jak w zmąconej wodzie. Przyjrzałem się żonie odrobinę za długo. Odwróciłem wzrok. „Słuchaj, czy nie wydaje ci się, że Ela zachowuje się ostatnio trochę inaczej?” – powiedziała niepewnie. Mówiła, nie podnosząc głowy.
Być może dlatego zabrzmiało to tak poważnie. „Czy Uszatek może jechać z nami?” – zapytała Elżbieta, dźwigając misia z pokoju. Był to ostatni dzień naszych przygotowań do wyjazdu nad morze. Anna bez entuzjazmu rzuciła okiem na pluszowego niedźwiadka. A masz go gdzie zapakować? Włożę go do torby. Nie rezygnowała Ela. Do której? Do taty. Anna spojrzała na mnie z nadzieją, że kategorycznie odmówię tej nieprzepisowej jeździe na gapę.
Ale nie zrobiłem tego. Było mi żal dziecka. To daj go, bo zaraz zaciągam samek. Elżunia z nabożną czcią podała mi rozkraczony kształt. Tylko uważaj tatusiu, bo on śpi. To go obudź — zażartowałem. Pokiwała przecząco główką. Dwa dni później pierwszy raz wyszliśmy na plażę. Czerwcowa opalenizna Anny i małej sprawiła, że z całej naszej trójki jedynie ja okazałem się zasiedziałym mieszczuchem. Wystarczy kilka godzin na słońcu i przestaniesz budzić sensację — uspokajała mnie Anna.
Potem leżeliśmy przy stole z twarzami zwróconymi do morza. Elżbieta bawiła się w piasku, budowała zamki, fosy, wsadzała tam swoje zabawki. W pewnej chwili poczułem, że Anna wstaje. Elżbieta! — zawołała. Dziewczynka, niepomna naszych zakazów, oddaliła się na całą długość mola. Była za daleko, by cokolwiek usłyszeć, lecz mimo to przystanęła. Ktoś zabrał jej misia — powiedziała Anna, wskazując ręką chłopczyka, który trzymając swą zdobycz pod pachą, biegł brzegiem morza. Czyje to dziecko? Nie mam pojęcia.
Przeszedłem kilkanaście metrów plażą i zagrodziłem chłopcu drogę. To twój miś? — zapytałem, dotykając spłowiałego futerka. Nie. Przycisnął zabawkę do piersi. Idę pokazać go babci. Przysiadłem na piętach. A gdzie jest twoja babcia? Siedzi na ławce. Elżbietka była już blisko.
Nie chciałem żadnych ekscesów pomiędzy dziećmi, więc powiedziałem: ale ten miś należy do tej dziewczynki. Wiem — odparł lakonicznie malec. No to co? Ona się do niego przywiązała. To Uszatek. Ten z dobranocki? — zdziwił się mój rozmówca. Ma inne uszy. Ma to samo imię — wyjaśniłem cierpliwie. No to jak?
Oddasz misia dziewczynce? Muszę go pokazać babci — przypomniał sobie. Nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby nie owa babcia. Była to pięćdziesięcioparoletnia kobieta o surowej, ściągniętej zmarszczkami twarzy. Gdzie ty się włóczysz, Rafałku? — powiedziała oschle. Komu zabrałeś misia? Zwróć go panu natychmiast. Ależ nic się nie stało. Spróbowałem rozładować sytuację.
Rafałek marzy o takim samym niedźwiadku, więc... Babciu, ten miś mówi! — krzyknął podekscytowany malec. — Jakby był żywy. Pan jest zbyt uprzejmy — ucięła kobieta, nie zwracając uwagi na wnuka. To naprawdę niegrzeczny chłopak. Ma to po ojcu. Ela przystanęła za moimi plecami. Nie odzywała się. Nic się nie stało — powtórzyłem, gładząc malca po czuprynie.
Rafałek podszedł do Elżbiety i z ociąganiem podał jej Uszatka. Zachowała się, jakby go w ogóle nie widziała. Pochyliła się, nabierając w dłoń garść piasku. Wziąłem misia, z naganą patrząc na córkę. Odwróciła się w stronę morza. Stała bez ruchu. Chyba płakała. Ale dziś, kiedy to sobie przypominam, nie jestem pewny. Po powrocie do domu Ela zrobiła się zamknięta w sobie, milcząca. Na nasze ostrożne indagacje odpowiadała wymijająco i niechętnie.
Pewnej nocy, gdy leżeliśmy z Anną obok siebie, czując, jak nasze ciała odpoczywają zaspokojone, ona powiedziała: czasami mam wrażenie, że Elżbieta to nie nasze dziecko, wiesz? Westchnęła, zamknęła oczy i przez moment milczała, zbierając myśli. Jest jakaś taka... — szepnęła bezradnie. Obca — podpowiedziałem. Tak, właśnie obca. Odgarnęła włosy z czoła. Nie myślisz chyba, że zwariowałam? Nie. Nie uważałem, by to, co mówiła, było bezpodstawne.
Ja także odczuwałem ten narastający mur. Nieprzebyty mur oddzielający nas od dziecka, które było przecież naszym długo oczekiwanym dzieckiem. W niedzielę znów byliśmy w lesie. Cierpki zapach grzybów, zrudziała trawa, liście pozrywane z drzew, przeobrażone w zaschłe, kolorowe płatki. Szliśmy z Elą blisko siebie, lecz nie trzymałem jej za rękę. Całkiem niedawno przestałem to robić, jak gdyby ten gest stracił naraz swój sens. Stał się czymś nie na miejscu. Anna źle się czuła, więc poszliśmy tylko we dwoje. Od wyjścia z domu właściwie nie odzywaliśmy się. Dlatego, gdy Ela przerwała wreszcie ciszę, byłem zdziwiony.
Niedługo coś się zmieni, tatusiu — powiedziała. Będę inna. Uszatek też będzie inny. Zasmuciła się na moment, po czym już normalnym głosem dodała: wiem, że ty to zrozumiesz, ale matka. Ona chce rozłączyć mnie z Uszatkiem. Jak ona może? To przecież nie jest... Tak nie można. I naraz, nieoczekiwanie wybuchnęła płaczem. Po raz pierwszy mówiła w ten sposób o Annie.
W tym zaskoczeniu nie zwróciłem uwagi na wcześniejsze słowa córki i kierując się uczuciem, dotknąłem jej twarzyczki. Podniosła mokrą od łez buzię. Prawda, że ty nie pozwolisz, by mama wyrzuciła Uszatka? Powiedz, tatusiu, proszę! — krzyknęła. Skinąłem odruchowo głową, lecz następne słowa Eli rozdarły mój umysł na tysiące kawałków. Bo będę musiała ją zabić. Powiedziała to tak chłodno i beznamiętnie, jakby ważyła tę myśl od dawna. Straciłem panowanie. Nie zdając sobie sprawy z tego, co robię, uderzyłem ją raz, drugi, aż z krzykiem wyrwała się i pobiegła w las.
Odnalazłem ją po kilkunastu minutach. Była w tym samym miejscu, w którym owego pamiętnego wieczoru stała taka smutna i milcząca. Pod koniec listopada, gdy wróciłem wieczorem z pracy, zastałem Annę roztrzęsioną. „Dobrze, że jesteś. Elżbieta uciekła z domu.” Stała na środku pokoju. Miała potargane włosy, opuchnięte od płaczu oczy. „Dzwoniłam do szpitali, na policję, wszędzie. Tylko do ciebie nie mogłam się dodzwonić. Ale dzięki Bogu już jesteś.” Przytuliłem ją. Drżała.
„Nic jej nie będzie” – powiedziałem. Zabrzmiało to twardo. Sam się zdziwiłem, jak twardo. Ela przyszła krótko przed północą. Była brudna. We włosach miała zwiędłe liście. Nie odzywała się. Poruszała się jakoś niepewnie, sztywno. Później zdarzenia takie były nagminne. Poszedłem z nią do psychologa, ale badania niczego nie wyjaśniły.
Byliśmy zrozpaczeni. Anna czuła się coraz gorzej. Osłabienie, wymioty, pogorszenie widzenia w lewym oku. Któregoś dnia wezwany lekarz, nie potrafiąc postawić diagnozy, zadecydował o przewiezieniu do szpitala. Na krótko przed przybyciem karetki żona prosiła mnie, bym wyrzucił pluszowego misia Eli. Wziąłem to za objaw gorączki. „Wszystko przez tego misia” – mówiła. Dzisiaj znów próbowałem go wyrzucić, ale Elżbieta schowała klucz od drzwi. „Haniu, uspokój się. Co ty mówisz?” „Przyrzeknij mi, że się go pozbędziesz” – błagała.
„Przyrzeknij. Słyszysz?” Nie przyrzekłem. Annę zawieziono do kliniki chorób zakaźnych, bo podejrzewano wirusowe zapalenie mózgu. Umarła tej samej nocy. Po sekcji w rubryce „rozpoznanie” napisano: „uciskający podwzgórze guz kieszonki Rathkego”. Taki guz rośnie podobno bardzo wolno. Jak wyjaśnił mi lekarz, guzy tego rodzaju często powodują rozmaitość zaburzeń psychicznych. Jest grudzień, późny wieczór. Nagrobek, przed którym stoję, przykrywa skrząca się śniegowa wata. Wkładam dłoń w białą masę.
Dotykam igieł zmarzniętego jałowca, jakbym zagrzebał rękę w ciele zamrożonej ryby, martwej w ten dziwny sposób, który nie mówi niczego o śmierci. Nie bywam tu zbyt często. Jestem zapracowanym człowiekiem. Nawet teraz wstydliwie chowam w kieszeni telefon, łudząc się, że zadzwoni i będę mógł odejść stąd bez wyrzutów sumienia. Choć może po prostu próbuję żyć i mam o to do siebie pretensje. Tak jak wcześniej miałem pretensje do Anny za to, że umarła, a jeszcze wcześniej przestałem się golić i wróciłem do palenia papierosów. Koło północy zatrzymuję samochód przed domem. Otwieram kluczem drzwi. Rano Ela miała gorączkę, powinna więc bez problemu zasnąć. Zresztą zostawiłem ją samą tylko na godzinę, a to niezbyt dużo dla kogoś, kto całe dnie potrafi obejść się bez towarzystwa, a na postawione pytania odpowiada, gdy zada się je minimum dwa razy.
Otrzepuję buty ze śniegu. Wchodzę do przedpokoju. Sięgam ręką kontaktu. Zanim jednak palce dotykają przełącznika, dzieje się coś dziwnego. Mrok eksploduje światłem, jakby ktoś przyłożył zapałkę do nasączonej naftą wykładziny. W ułamku sekundy przypominam sobie, co przeżyłem w tym miejscu pół roku temu. Ów dziwny pożar, realistyczną wizję, która okazała się urojeniem. „Ela” – krzyczę. „Ela!” Ale to nie ją znajduję w dziecięcym łóżeczku. Leży tam pluszowy miś mojej córki.
To, co robię potem, podyktowane jest czystą nienawiścią. Jakbym rzeczywiście wierzył, że ta zabawka, jakich przecież tysiące sprzedawano we wszystkich sklepach, mogła być bezpośrednim sprawcą moich nieszczęść. Łapię misia, nie analizując tej onirycznej sytuacji, nie zważając, że pali mi dłonie. Otwieram okno i ciskam daleko, aż upada na biały trotuar, nabijając śnieg ćwiekami iskier. Potem z bijącym sercem wlokę się do stołu. Myślę, że to zły sen i że muszę się jak najszybciej obudzić. Moja dłoń od razu natrafia na złożoną kartkę papieru, w której, niczym w kopercie, spoczywa 60-minutowy basf. Na kartce niezgrabne litery układają się w dwa słowa: „Do tatusia”. Trzęsącymi się rękoma wciskam kasetę w kieszeń magnetofonu. Z głośników zaczyna płynąć lekko stłumiony głos dziecka.
„Tatusiu, to ja. Muszę ci coś zdradzić. Zamieniliśmy się. Teraz ja jestem Uszatkiem, a Uszatek mną. W chowanego też raz się szuka, a raz chowa. Inaczej byłoby nudno. Tatusiu, nie martw się, wszystko będzie dobrze. Jesteś przecież bardzo mądry i bardzo wysoki, pamiętasz? Uszatek też taki będzie. Przekonasz się.
Szkoda, że mama tego nie zobaczy, ale ona nie lubiła Uszatka.” Wypadam stamtąd jak oszalały. Krzyczę coś ochryple. Wreszcie jestem na ulicy. Upadam na bruk i zaczynam szukać. Wstaję z ziemi, przyciskając misia do piersi. „Bądź przeklęty!” – krzyczę w pustą ulicę. „Przeklęty!” Okna w pobliskich kamienicach ożywają. Wszyscy są wściekli, że ktoś zakłóca im nocny spoczynek, ale mnie to nie obchodzi. Przyciskam do piersi misia i wrzeszczę, aż w końcu z sąsiedniej bramy wychodzi jakiś mężczyzna i ująwszy za łokieć prowadzi mnie do mieszkania. W drzwiach mówię do niego: „Wie pan, nasza Elżunia to kochające dziecko.
Zdradziła mi, że teraz jest pluszowym misiem”. Mężczyzna kiwa głową, uśmiecha się wyrozumiale.
[05:54:19] - Czy zwróciliście państwo uwagę, że jeszcze dzisiaj nie było żadnych recenzji? Czas to nadrobić, bo właściwie pora późna. Na początek „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj na tapet weźmiemy książkę Aleksandry Lipczak „Laila znaczy noc”. Co o tej książce? To jest książka non-fiction, czyli żadna powieść. Najpierw troszkę o tym, jak nagrody nie są niby wyznacznikiem tego, czy książka jest dobra czy nie, ale ilość nominacji i samych nagród ma jednak pewne znaczenie. Wymienię kilka. Książka Aleksandry Lipczak była finalistką Nagrody Literackiej Nike w 2021 roku. Była laureatką Nagrody Literackiej imienia Witolda Gombrowicza, też w 2021 roku.
Była laureatką Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Była nominowana do Nagrody imienia Beaty Pawlak. Była nominowana do Nagrody Ambasador Nowej Europy. Była wreszcie nominowana do Nagrody Odkrycia Empiku. Jak widzicie państwo, całkiem sporo nominacji, bo jest bardzo wiele nagród, w których już nominacja do nagrody jest ukoronowaniem. Trochę jak w Oscarach. Jak zauważyliście, wysłuchaliście państwo, również nagrody tej książki nie ominęły. Kilka komentarzy. Piotr Kowtas z „Dziennika Gazety Prawnej” napisał: „Jedna z najlepszych tegorocznych książek non-fiction”. Pisał to oczywiście w 2021 roku.
Drugi autor, Michał Nogaś z „Gazety Wyborczej” napisał: „Książka Aleksandry Lipczak to nad wyraz udana reporterska opowieść o poszukiwaniu tożsamości na różnych jej poziomach. Do tego napisana świetnym językiem, z ogromną wiedzą i szacunkiem wobec faktów oraz tekstów źródłowych”. Tu taki przykład: „Olé!” podobno pochodzi od „Allah”. To był okrzyk podziwu. Zapraszam państwa. Aleksandra Lipczak, „Laila znaczy noc” i Mirosław Gołuński.
[05:57:12] - Dobry wieczór albo dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo macie czas, by odsłuchać moje opowieści. Dzisiaj trochę wracam do początków moich labiryntowych poszukiwaniach, bo jak pewnie niektórzy z państwa pamiętają, nasze spotkania zaczęły się od bardzo ważnej naukowej książki Ryszarda Koziołka o Sienkiewiczu. Dzisiaj będzie troszeczkę lżejszy kaliber opracowania. W sensie oczywiście poziomu wiedzy, przypisów i tak dalej. Ale też mamy lato, więc postanowiłem państwa zabrać do Hiszpanii. Tam ciepło jest gwarantowane, prawda? „Laila znaczy noc” Aleksandry Lipczak to książka właśnie o niej. Ale nie jest to książka zwykła. Nie jest to książka, jakich spotkamy wiele.
Nie jest to też romans, choć mógłby to sugerować tytuł, bo wszyscy wiemy, że Laila to imię. Nie. Książka Aleksandry Lipczak to szerokie, głębokie, pogłębione studium związków Hiszpanii ze światem arabskim. I to nawet dla mnie, człowieka, który Hiszpanię zna trochę, trochę się uczył tego języka, zaskoczeniem były informacje, które autorka nam przekazuje. Zacznijmy od języka. Może dlatego, że jest mi to najbliższe, choć nie jest to absolutnie pierwszy rozdział książki. Oto aż niemal 5% słów w słowniku języka hiszpańskiego jest pochodzenia arabskiego. I to nie są słowa, których prawie się dziś nie używa. Nie. Począwszy od „Olé”, czyli takiego okrzyku, który my byśmy zastąpili słowem „Hura!” albo coś takiego, które też pochodzi z arabskiego.
Po jedno z najważniejszych słów społecznych w dawnej zwłaszcza Hiszpanii, czyli od słowa „hidalgo”, pisanego przez H, oznaczającego właściciela ziemskiego. My byśmy to pewnie przetłumaczyli jako szlachcica. Oba te słowa są przerobionymi słowami. Czy mają swój źródłosłów w języku arabskim. Zaskakujące. Pierwszy rozdział, chyba najobszerniejszy w całej książce, poświęcony jest El Andalus, Andaluzji. Krainie historycznej, którą Arabowie zarządzali i władali przez blisko 600 lat, mniej więcej od VIII do niemal końca XV wieku. To niezwykła kraina w południowej części Półwyspu Iberyjskiego, w której mieszały się wpływy europejskie, arabskie, żydowskie. To kraina, w której oczywiście nie było słodko i autorka tego nie ukrywa. Nie jest tak, że ta współpraca przebiegała bezstresowo, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, czy bez napięć.
Nie. Te napięcia były zawsze, ale przeplatane były okresami, niestety niezbyt długimi, współpracy. Tymczasem dzisiaj, 600 lat po zakończeniu odzyskiwania przez chrześcijaństwo półwyspu, tych śladów arabskości oczywiście jest wiele, ale najważniejszy pozostał tylko jeden. Dzisiaj katedra w Kordobie, niegdyś jeden z najpiękniejszych meczetów w Hiszpanii, czy na terenach podbitych przez muzułmanów w Hiszpanii. Bo to nie byli Arabowie. To też warto pamiętać. Zaraz do tego problemu wrócę. Który był tak piękny, że nawet chrześcijanie go nie potrafili zniszczyć. Oczywiście czytając losy tej świątyni, która raz była muzułmańska, raz była katolicka, co wywoływało pewne zmiany w wystroju i strukturze, poznajemy całą historię relacji. Autorka opis pisze bardzo ciekawie.
Wychodzi od szczegółu, od takiego jak ta katedra. Całkiem spory ten szczegół, by na następnych stronach, w następnych akapitach rozszerzyć swoje spojrzenie i zobaczyć je w relacji z rzeczywistością. Dzięki temu ta książka robi się bardzo ciekawa, dlatego, że mamy z jednej strony opowieść o zabytkach, zwykle będących pokłosiem relacji międzykulturowych w Hiszpanii, a z drugiej strony otrzymujemy bardzo ciekawe historie, bardzo niejednoznaczne i nieoczywiste. Razem składają się na siłę tego świata. Składają się na siłę tej książki i są siłą świata iberyjskiego. To pierwszy rzut, pierwszy wstęp. Gdzie jeszcze pojawia się arabskość? Nie uwierzycie państwo. Tytułowa Laila to faktycznie znaczy naprawdę noc z arabskiego, ale Laila to ukochana. Oczywiście wyobrażona, mistyczna ukochana Jana od Krzyża.
Okazuje się bowiem, że i w jego poezji, i w poezji Teresy z Ávila wątki arabskie czy muzułmańskie, dokładnie rzecz ujmując, są bardzo popularne. My ich oczywiście nie chcemy zobaczyć. Ale one tam się pojawiają, ponieważ mistycy hiszpańscy czerpali pełnymi garściami z arabskiej tradycji sufi. Bo wiara w jednego Boga nie jest na tym poziomie kwestią ideologii, ale jest kwestią przeżycia, któremu trzeba nadać znaczenie przy pomocy języka. A skoro jeden język został już wypracowany, dlaczego z niego nie korzystać? I to nie jest zawłaszczenie ani wrogie przejęcie. To głęboki symbol współpracy międzykulturowej na najwyższym poziomie. Warto też pamiętać o tym, że generalnie Hiszpanii nie podbili Arabowie, a Berberowie. Berberowie obrażą się, gdy nazwiemy ich Arabami, ponieważ nimi nie są. To później nawrócone na islam plemiona północno-zachodnioafrykańskie.
Dzisiaj zamieszkują Maroko i okolice Wybrzeży Morza Śródziemnego na tym obszarze. Dlaczego to jest ważne? Dlatego, że oni wnieśli nieco inną kulturę. Dzisiaj mało kto wie, że nawet słynne flamenco wywodzi się z tańców arabskich, przejęte później trochę przez Gitano, czyli przez Romów, ale w tej samej mierze przez chrześcijan. Właśnie z takich warstw, takiego kulturowego palimpsestu składa się ta opowieść. Pewnie państwo pamiętacie, ale przypomnę, że palimpsest to pierwotnie pergamin, na którym gdy dany tekst jest już nieistotny, go się wymazuje gąbką i nadpisuje na nim nowy tekst, ale spod tego nowego tekstu wychodzą czasem cienie liter tekstu poprzedniego. W kulturoznawstwie mówi się więc o palimpsescie jako o kolejnych nakładających się warstwach kulturowych, spod których wystają cienie poprzednich kultur. I taka jest właśnie Hiszpania. Hiszpania to kraj paradoksów. W ogóle cały Półwysep Iberyjski.
Ale tutaj mówimy przede wszystkim o Hiszpanii. To kraj paradoksów i te paradoksy kulturowe, te silne związki przede wszystkim z islamem, ale również z judaizmem śledzi autorka. Z nowszej historii dość wstrząsający jest fakt, że generał Franco, twórca, niesławny zresztą, Hiszpanii katolickiej w swojej wojnie z lewicowymi rządami, legalnymi rządami Madrytu, posłużył się, tak, proszę państwa, muzułmanami. 80 tysięcy Maurów wzięło udział w wojnie przeciwko Republice Hiszpańskiej po stronie generała Franco. 20 tysięcy z nich prawie zginęło. Pozostali umierali w biedzie w swoim kraju, bo gdy byli niepotrzebni, zostali wygnani. Chociaż sam Franco i jego generałowie, którzy właśnie w Afryce uczyli się fachu wojennego, uwielbiał kulturę muzułmańską. Berberowie tworzyli jego straż osobistą, jego i największych ministrów i jego generałów. To on ofiarował swoim żołnierzom pierwszy w Hiszpanii meczet, zbudowany po ponad 500 latach. No, 450.
A więc nawet w tym historia bywa o wiele bardziej interesująca, ale też przewrotna, niż chcielibyśmy wiedzieć. Bo przecież za Franco katolicyzm był wpisany w hiszpańską konstytucję. Katolicyzm, który na bagnetach i koniach przynieśli muzułmanie. Taki jeszcze jeden z wielu paradoksów. Autorka nie jest złośliwa pod adresem Kościoła, zresztą w ogóle pod czymkolwiek. Raczej zdaje relację, jest dobrą antropolożką. Jeżeli nawet opowiada o konfliktach między katolikami a muzułmanami czy katolikami i Żydami, to nawet stara się bronić choćby decyzji Izabeli Katolickiej o wygnaniu Żydów w 1492 i półtora wieku później, o czym już mniej osób wie, o wygnaniu osób pochodzenia berberyjskiego czy arabskiego. Bo oczywiście niewielkie grupy również były tak zwanych Morysków, czyli nawróconych na chrześcijaństwo byłych muzułmanów. Nawet jeżeli to było kilka pokoleń wcześniej. Ona broni ich decyzji, bo jak stwierdza, z ich perspektywy ta decyzja była wówczas racjonalna.
Ale odkrywa też tajemnice literatury. Domyślacie się państwo, że to było dla mnie najciekawsze, gdy okazuje się, że Dulcynea, ukochana Don Kichota z La Manchy, w zawoalowany sposób została pokazana jako Żydówka. Ponieważ gdy Żydzi postanowili zostać, musieli się przechrzcić. Jak w ogóle wygnano 50 000 Żydów sefardyjskich, w 2005 roku państwo hiszpańskie przywróciło im obywatelstwo. Kilkaset lat później jest ich 150 000, zaledwie trzy razy więcej. To naprawdę bardzo niewielka liczba. Ale wracam do Dulcynei. Gdy zostali wygnani Żydzi sefardyjscy, ci, którzy pozostali, musieli wtopić się w katolicki tłum. I krążył taki dowcip: kto najbardziej soli wieprzowinę w hiszpańskich miasteczkach? No właśnie.
Żydzi. I takim dowcipem na temat Dulcynei posługuje się również sam wprowadzony do drugiego tomu powieści na chwilę Don Kichot. Fu! Cervantes w rozmowie z tłumaczem. Notabene to tłumaczenie też było nielegalne wówczas, bo tłumacz był Arabem. Znaczy był Moryskiem. Przyznaję, że ja sam o tym nie wiedziałem, a akurat „Don Kichota” Cervantesa znam całkiem nieźle. Bo to również opowieść o tym, że to, co wydaje się ponadczasowe i uniwersalne, jest tak naprawdę bardzo lokalne. O tym również jest ta książka. Książka jest również o tym, że Hiszpanie, co na pewno dość niezwykłe, są jednym z najbardziej otwartych społeczeństw w Europie.
To nie znaczy, że nie ma tam tarć. Jest partia Vox, która zdobywa coraz większą popularność w Hiszpanii, ale większość ludzi, Hiszpanów i Hiszpanek przyjmuje uchodźców jako przyjaciół. Nigdzie nie jest bliżej do Afryki z Europy niż na południowym krańcu Półwyspu Iberyjskiego. 14 kilometrów. Hiszpanie przyjmowali uchodźców z Maroka na długo przed tym, zanim stało się to europejskim problemem. Autorka dociera do maleńkiego miasteczka, najbardziej na południe wysuniętego w Europie, przez które przewinęło się kilka tysięcy osób, które przepłynęły wpław przestrzeń między Afryką a Europą. Ci ludzie nie mieli nic. Hiszpanie dawali im jeść, pić. Poświęcili im domy, by mogli się ugrzać, nim ruszą w głąb Hiszpanii. Hiszpanie przyjęli najwięcej, to ładnie się mówi per capita, uchodźców na świecie i nie mają z tym problemu.
W znakomitej większości ci ludzie stali się po prostu częścią ich społeczeństwa. Wzbogacili je. I tak myślą o tym Hiszpanie: jako o bogactwie. Powiedzą państwo: „No tak, to pewnie wynika z tej mieszanki, która przez setki lat ukształtowała Hiszpanię”. A co nas ukształtowało? Jesteśmy społeczeństwem monokulturowym zaledwie 70 lat. To naprawdę bardzo niewiele. I z tą ciepłą, choć dającą do myślenia refleksją żegnam państwa i zapraszam za tydzień.
[06:09:57] - Jak już był „Labirynt książek”, to niechybnie musi się pojawić recenzarium Ewiwy. Dzisiaj Luiza Dobrzyńska zmierzy się z książką Stanisława Lema. Z książką, która w swoim czasie narobiła sporo bałaganu w mojej głowie. To książka „Eden”. Przyznam się państwu, że jak to zwykle bywało z książkami w mojej młodości, przeczytałem tę książkę za wcześnie. Niewiele z niej zrozumiałem. Musiało upłynąć kilka lat, żebym mógł ją przeczytać ze zrozumieniem. Ale już przy tym pierwszym czytaniu, kiedy bardziej mnie interesowała akcja, to, czy się uda, czy się nie uda i co tam dziwnego się zdarzy, to ta książka mnie zaczarowała. Swoim klimatem, swoją niezwykłością, tym, co się tam działo. W tej warstwie fabularnej.
To było wtedy dla mnie najważniejsze. Okazuje się, to żadne odkrycie, że Lem to był pisarz głęboki. Niektórzy powiedzą: „Nudny był i tam się tego nie da czytać, bo to stare, głupie i w ogóle”. No to nie czytajcie państwo, ale ci z państwa, którzy się zainteresują, to kto wie, czy swojej przygody ze Stanisławem Lemem nie warto zacząć chociażby od książki „Eden”. Zapraszam. Głos ma Luiza Dobrzyńska.
[06:11:59] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Kim jest Stanisław Lem nie muszę chyba mówić. Nie sądzę, żeby istniał choć jeden czytelnik science fiction w Polsce, który nie znałby tego nazwiska. Wybitny prozaik, niekwestionowany mistrz polskiej science fiction. Obecnie wielu krytykuje go za tak zwane ciężkie pióro. Jest to nieporozumienie wynikłe z tego, że młode pokolenie, zabrzmiało to jak zrzędzenie staruszki, ale trudno, przywykło do powieści lekkich, łatwych i przyjemnych, jak to czasem się określa, schlebiających gustom czytelników. W tej chwili literatura ma być dopasowana do oczekiwań jak największej grupy. Kiedyś miała te oczekiwania kształtować. Może właśnie dlatego Lem jest, jaki jest. Jego powieści rzeczywiście nie są dla wszystkich.
Trzeba dysponować nie tylko pewnym poziomem inteligencji, ale również i wykształceniem, żeby je zrozumieć. Drugim zarzutem była nadmierna apologia komunizmu w jego książkach. W niektórych rzeczywiście trochę pojechał, jeśli można tak powiedzieć. Ale dzięki temu w tamtych czasach mógł w ogóle wydawać. Osobiście nie winię go za to. A czy rzeczywiście był takim komunistą? Można by z tym polemizować. Rozpatrzmy jedną z jego powieści: „Eden”. O czymże ona mówi? Na powierzchni obcej planety rozbija się ziemski statek z kilkuosobową zaledwie załogą.
Ludzie mają do wyboru albo osiedlić się na tej planecie, albo naprawić statek i ruszyć dalej. Oczywiście wybierają tę drugą opcję. Część z nich zajmuje się tylko naprawami, ale są też tacy, którzy postanawiają zbadać, na jakąż planetę rzucił ich los. Odkrywają, że jest ona zamieszkała przez cywilizację niehumanoidalną, z jednej strony bardzo wysoko rozwiniętą, a z drugiej strony pozbawioną ziemskich norm etycznych. To właśnie stanowi błąd ludzi. Próbują oceniać poczynania mieszkańców planety Eden tak, jakby mieli do czynienia z ludźmi. W pewnym momencie staje się to dla nich jasne, jak również to, że w niczym, ale to w niczym nie mogą im pomóc. Akcja książki jest tutaj tak naprawdę rzeczą drugorzędną. Jest to bowiem rozprawa filozoficzna. To, że akurat przy okazji „Edenu” Lem nie dbał o szczegóły, wyraża się chociażby w liczbie osób, które znajdują się na pokładzie statku.
Jest to liczba wyjątkowo mała, zaledwie kilku mężczyzn. Jest rzeczą jasną, że nie poradziliby sobie z obsługą statku międzygwiezdnego. Ale nie to jest tu najistotniejsze. Ważniejsze jest ich zachowanie na planecie, sposób patrzenia na istoty, które ją zamieszkują. Dopiero pod koniec książki orientują się, że nie są w stanie ich zrozumieć, nawet w sytuacji, kiedy udaje się zaprogramować coś w rodzaju translatora. Jak mówi doktor wyprawy: „Rozumiemy Dubelta o tyle, o ile zrozumie go komputer”. No właśnie. O to właśnie szło Lemowi. Tak jak ludzie nie są w stanie ocenić właściwie cywilizacji Dubeltów, jak ich nazwali ze względu na budowę fizyczną, nie są w stanie ich ocenić, ponieważ przykładają do wszystkiego ludzką miarę, tak samo jedna kultura na Ziemi nie ma żadnego sposobu, żeby we właściwy sposób ocenić drugą kulturę. Dlatego, bo patrzy na nią z własnego punktu widzenia.
Znajduje się w tej książce również bardzo poważne ostrzeżenie. Szkoda, że niektóre państwa nie wzięły go sobie do serca. Ludność planety to nie dziecko, które weszło w ślepy zaułek, z którego można je wyprowadzić za rączkę. O to właśnie chodzi. Cywilizacja czy też całej planety, czy jednego kraju powstała w określonych warunkach. Trwa od setek, jeśli nie tysięcy lat. I to, co widzimy teraz, jest konsekwencją tego, co było kiedyś. Wchodząc w to z naszą wspaniałomyślną pomocą, zazwyczaj przynosimy więcej szkody niż pożytku, co zresztą widać i słychać. To jedna sprawa. Jest jeszcze druga.
Nawet dzisiaj mało kto zdaje sobie sprawę, że „Eden” tak naprawdę jest bardzo celnym, choć nadzwyczaj zręcznie zakamuflowanym obrazem stalinowskiej Rosji. To, co się tam dzieje, jest odbiciem tego, co się działo w Kraju Rad pod rządami Stalina właśnie. Cenzorzy tego nie zauważyli. Nic dziwnego, bo to jest coś, co naprawdę, żeby zgłębić, trzeba najpierw poczytać trochę tego, co piszą ludzie żyjący pod rządami Stalina, dysydenci, pisarze. Wtedy zrozumiemy, o czym naprawdę jest „Eden”. I włosy nam się zjeżą. Na głowie też. Dziękuję państwu za uwagę. Mówiła Luiza Eviva Dobrzyńska.
[06:18:07] - Proszę państwa, tak dobrnęliśmy do końca audycji. Właściwie nie do końca końca, tylko do końcowej, ostatniej audycji. Tradycyjnie zapraszam państwa na spotkanie z Piotrem Plebaniakiem. Znowu będziemy budować swoje imperium i kombinować, jak zniszczyć cudze imperia. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:18:36] - Dzień dobry. Bardzo pozdrawiam, jak zwykle, Stevena.
[06:18:39] - Jak zwykle będziemy obalać imperium i budować własne, a w każdym razie snuć plany na temat tej budowy. Dzisiaj mamy prawidło krótkie, ale treściwe, rzekłbym. Cytuję: „Uczciwego traktowania i przestrzegania warunków umów spodziewaj się wyłącznie, jeśli jesteś stroną o w miarę równym statusie”. Takie to prawdziwe. A z drugiej strony myślę, że w przeciętnym Europejczyku coś się buntuje, jak słyszy takie dictum.
[06:19:16] - Buntuje się tylko wtedy, jeżeli mentalnie nie jest Europejczykiem albo nie przeczytał książki „Siła psychohistorii”, czyli nie przeczytał spostrzeżeń antropologicznych na temat natury ludzkiej, które sprawiają, że jeżeli się z nimi zapoznamy, to to prawidło jest oczywiste. Istnieje coś takiego jak pojęcie uczciwości wobec osób obcych. Polega ono na tym, że w społeczeństwie takim, w jakim my żyjemy, póki co jeszcze demokratycznym, opartym na tym, że jednostki są równe w świetle prawa, to te jednostki mają szereg instrumentów. Jednym z tych instrumentów muszą być pieniądze do zapłacenia adwokatowi, który pomoże tych interesów bronić. Ale generalnie istnieje otwarta droga systemowa do bronienia siebie przeciwko osobom, które mają przewagę majątkową albo przewagę statusu społecznego, albo jakąkolwiek inną przewagę, którą dzięki sądowi da radę zniwelować. Dzięki temu nawet zwykły obywatel może przed sądem w Stanach Zjednoczonych, to jest szczególnie ideałem rozprzestrzenianym tego wolnego społeczeństwa, pozwać państwo i wygrać z tym państwem. Na czym polega idea polegająca na tym, że sprawiedliwości można się spodziewać tylko od równych sobie? Na tym zwierzęcym zachowaniu, że we wszystkich interakcjach społecznych między ludźmi, a my jesteśmy istotami społecznymi, które są obsesyjnie zajęte walką o status, wszyscy patrzą na to, jaki jest status tego drugiego. A ten status drugiego, czyli finansowy, koneksje, znajomości, uczestnictwo w strukturach społecznych, siatkach znajomościowych, to wszystko buduje siłę człowieka. Siłę, czyli zdolność wymuszenia tego, co będę robił, czyli prawa pięści, czy też prawa dżungli, czyli prawa kaduka.
Czyli ja jestem silniejszy, mogę wymusić takie warunki, więc co mi zrobisz, na tej zasadzie. W idealnym społeczeństwie demokratycznym, czy też, to jest złe słowo „demokratyczne”, bo clou systemów społecznych, europejskich, tych nowoczesnych, które nazywane są demokratycznymi i to jest ich niby główna zaleta, to jest właśnie to, że system obyczajowy i system prawny jest zrobiony tak, żeby zrównywać zdolność do walczenia o swoje i zniechęcać ludzi, którzy wymuszają na innych różne rzeczy, do tego, żeby to wymuszali na innych. Co mówi to prawidło? Spodziewaj się sprawiedliwości i uczciwości tylko w transakcjach, kiedy jest w miarę równy status. Świadczy to o smutnej prawdzie, że niestety ideały ideałami, prawo prawem, ludzie mogą się deklarować jako obrońcy demokracji i drzeć o to japę na ulicach, natomiast tak naprawdę wykorzystują jakieś plemienne czy też rodowe mechanizmy narzucania swojej woli i gnębienia innych w sposób ewidentnie nieuczciwy. Japończycy mają zasady społeczne, które są wręcz w radykalnej sprzeczności z takimi ideałami, łącznie z tym, że umowy nie są napisane w granicie, tak jak u nas. Podpiszemy umowę, dwie osoby składają podpis i nie można zmienić tej umowy pod rygorem nieważności, tylko w formie pisemnej, w której obydwie strony się jakoś w miarę dobrowolnie zgodzą. Oczywiście można wymusić jakiś aneks albo wymusić zmianę umowy, ale generalnie zasada jest taka, że musi być jakaś potwierdzona pisemnie zgoda. Czyli nie można po prostu powiedzieć: „Teraz już nie ma tej umowy, tylko jest nowa i masz robić to, co ja”. Ale w Japonii właśnie tak jest.
W Japonii jest oczywiste, że jak zmieniają się warunki, to jest niegodziwością zmuszać kogoś do przestrzegania starej umowy przedsięwziętej w starym układzie sił. Kiedy zmieniły się warunki, zmieniła się sytuacja i teraz po prostu trzeba zrobić nowe warunki tej umowy. Te umowy są płynne w Japonii, a u nas są wykute w granicie. To jest kolosalna różnica.
[06:23:39] - A jakbym miał pana zapytać, co jest panu mentalnie bliższe?
[06:23:45] - Mentalnie bliższe? Odpowiem taką maksymą o dyplomacji. Dyplomacja to jest mówienie „dobry piesek”, zanim się nie znajdzie kamienia. Kiedyś mówiliśmy też, że zawsze trzeba sprawdzać blefy, bo blefy są elementem, próbą wymuszenia, próbą próbowania, czy ktoś będzie gotów bronić swoich interesów. Blefy są sprawdzeniem, czy ktoś ma siłę woli, czy to charyzmę, jakkolwiek to nazwiemy, siłę woli do obrony własnych interesów. To jest esencja tego. Tak to mówiliśmy wtedy. I teraz dokładnie Jest to samo. Jeżeli chcemy, żeby nas jakaś druga strona transakcji nie chciała oszukać, to musimy w jakiś sposób zademonstrować, że jesteśmy gotowi do obrony własnego interesu. Ludzie mają bardzo specyficzne i dyskretne taktyki próbkowania, na ile można sobie pozwolić.
Stąd moja taktyka. Przypomnę, że jestem negocjatorem, czy też byłem, bo teraz już się tym nie zajmuję. Negocjowaniem zajmowałem się umów międzynarodowych, biznesowych, nie jakichś wielkich, ale generalnie biznesowych na całkiem konkretne kwoty. Więc wiem, jak to jest. Strona przeciwna, w moim przypadku to strona chińska, sprawdzała, na ile sobie może pozwolić, jakieś drobne opóźnienia i tak dalej. W takiej sytuacji, kiedy jesteśmy sprawdzani, na ile można sobie z nami pozwolić, to trzeba natychmiast reagować ostro, ja bym nawet powiedział, trzeba użyć nadmiernej siły, żeby to skontrować. Wtedy może być dobrze. To wtedy się pojawi ten, to już nie jest szacunek, bo szacunek można nabyć w sposób naturalny, prawda? To jest wymuszenie respektowania zasad.
[06:25:33] - Panie Piotrze, ale ja pewno wyjdę na takiego monotematycznego głupka, ale pamiętam cały czas, że w naszej kulturze jest takie hasło pacta sunt servanda i my jakoś jednak jesteśmy przyzwyczajeni do innego podejścia do zawierania umów, do ich negocjowania. My to oczywiście wiemy, albo myślę, że wiemy, że gdzieś tam podskórnie te tendencje, żeby umowę zerwać albo ją tak zinterpretować, żeby tamtemu w pięty poszło, to mamy. Ale z drugiej strony, jak ktoś nam tak staje okoniem i mówi: „Teraz zmieniamy warunki umowy”, to coś się w nas buntuje. Jak to świat ma pogodzić? Czyli to podejście, które pan przedstawił, z tym podejściem, które gdzieś tam głęboko w nas jest zakorzenione. Tak sobie powiedziałem.
[06:26:34] - To, co my nazywamy na przykład korupcją w krajach trzeciego świata albo generalnie korupcją w krajach niedemokratycznych, to jest właśnie przejaw istnienia prawa kaduka, czyli nadużywania swojej pozycji siły po to, żeby niszczyć środowisko współpracy między ludźmi obcymi. Przypominam, że to jest absolutnie fundamentalna cecha, rozwinięta nie tylko oczywiście w krajach cywilizacji zachodniej, ale generalnie ona współistnieje z innymi cechami, które sprawiły, że mogąc ufać ludziom obcym, ponieważ spojrzał na nas jakiś obcy, ale przecież nie można obcych oszukiwać, bo jesteśmy na przykład wszyscy Polakami albo na przykład jesteśmy wszyscy chrześcijanami. Jeżeli takie idee, takie elementy wykształcone w ewolucji kulturowej, takie elementy oprogramowania kulturowego zostaną trwale wdrukowane w obywateli czy też członków danej społeczności, to ta społeczność odblokuje sobie możliwość rośnięcia większą dzięki temu, że jest w stanie zbudować większą siłę i większą zdolność do kooperacji właśnie między tymi ludźmi obcymi. Bo nie może być tak, że jakiś naród czy obywatele jakiegoś państwa mają liczebność pięciu milionów czy dziesięciu milionów, to muszą istnieć jakieś zasady współdziałania, prawda? I jeżeli są te zasady współdziałania jasno podane, przestrzegamy ich wszyscy. Nie dlatego, że ktoś jest rodziną albo że ktoś nam zrobi przysługę, tylko dlatego, że tak trzeba. Bez sprawdzania, bo właśnie na tym to polega. Jeżeli taki system zacznie działać, to doprowadzi do tego, że to państwo będzie silniejsze niż państwo pełne chamów, którzy stosują prawo kaduka, którzy wymuszają, kiedy mogą, którzy są po prostu bandytami, mówiąc krótko, i socjopatami. I to jest świetne określenie, bo kto to jest socjopata? Ktoś, kto nie przestrzega pewnych norm społecznych pozwalających na tak zwane prowadzenie współżycia społecznego.
Wszyscy znamy te terminy, ale układamy sobie z tego obraz, który nie do końca to dobrze naświetla. I tyle. Podsumowując, bo już chyba nam się czas kończy. Największym osiągnięciem cywilizacji zachodniej, z którego ja jestem dumny, jest to, nie do końca to wyszło oczywiście w sposób planowy i że ktoś zaplanował to 2000 lat temu czy 1000 lat temu, żeby tak było, ale po prostu wyszło w wielu momentach przypadkiem i dzięki zrządzeniom losu, dzięki szczęściu. Ale udało nam się osiągnąć konstrukt cywilizacyjny czy też konstrukt kulturowy, czyli ten pakiet oprogramowania kulturowego, który sprawił, że wszystkie kraje w XVIII, XIX i XX wieku naśladowały rozwiązania zachodnie. Właśnie dlatego, że te rozwiązania, takie jak małżeństwo monogamiczne, takie jak równe traktowanie obcych, niezważanie na pokrewieństwo, czyli coś, co jest czynnikiem hamującym wszystkie te społeczności, które mają cały czas strukturę klanową, tak jak w Afganistanie. Czy Afgańczycy z całym szacunkiem dogadają się, żeby wystrzelić na przykład sondę kosmiczną? Nie, bo po prostu nie mają mechanizmów kooperacyjnych pozwalających wykształcić młode pokolenie, potem naukowców, posiąść wszystkie zasoby, żeby to wysłać. Mogą najwyżej zarobić jakieś pieniądze na przykład na produkcji opium i za te pieniądze kupić satelitę, ale to muszą kupić w miejscu, w którym właśnie ta zdolność kooperacji została osiągnięta. Tak złośliwie trochę skończę.
[06:30:07] - Tak, ja to, panie Piotrze, wszystko rozumiem. Czas rzeczywiście gdzieś nam się tutaj zbliża do granicy, ale o jedno jeszcze muszę zapytać. Okej, ja też jestem bardzo zadowolony, że nasza kultura wykształciła pewne mechanizmy, o których pan mówił. Nie będę powtarzał. Natomiast czy rzeczywistość trochę naszym fascynacjom nie zaprzecza? Bo mamy Japonię, ale mamy Chiny. Tam, tak jak sam pan to powiedział, z tymi umowami bywa różnie. Ale jak się spojrzy na współczesny świat, to tamte państwa są w natarciu, a nie nasze. Czyli ta nasza uczciwość, to nasze przestrzeganie reguł okazuje się, że na rynku bardzo szeroko pojętym nie do końca się sprawdza.
[06:31:01] - Sprawdza się, sprawdza. Współpraca międzynarodowa bazuje na wartościach kulturowych wypracowanych w cywilizacji europejskiej i my te wzorce narzuciliśmy świetnie na Tajwanie. Tajwański biznes jest na bardzo wysokim poziomie. Można na przykład zamówić, będąc w Polsce, kontener i ten kontener przyjdzie z taką jakością, jaką zamówiliśmy. Ale jak pan spróbuje zamówić w Chinach, gdzie jest inna kultura biznesowa, o której mówiliśmy w czasie naszej rozmowy, to nie dostanie pan do końca tego, co pan zamawiał. Na tej zasadzie: oni tylko wyczują, że można wcisnąć jakąś gorszą jakość na zasadzie: co mi zrobisz, bo i tak mamy 10 następnych klientów w kolejce, to się pan po prostu natnie. Japończycy to jest szczególna sprawa, dlatego że oni nadal mają swoje struktury mentalne odziedziczone po japońskich feudalnych strukturach psychicznych, nawet psychiatrycznych bym dodał, bo one są po prostu jedną wielką neurozą kolektywną z naszego punktu widzenia, jeśli chodzi o bezstronne, bezosobowe prowadzenie biznesów. Natomiast to, co Japończycy osiągają na arenie międzynarodowej, to osiągają dzięki temu, że właśnie przestrzegają pewnych zasad wobec klientów. Bo przenoszą Japończycy swoje fabryki do różnych krajów, na przykład do Indii. Jakby przyjechali do Indii i z rządem zrobili deal i potem ten rząd wyprowadzili w pole, nawiązując do filmu „Pieniądze to nie wszystko”, to jak zrobią tak raz, to już Hindusi ich drugi raz nie zaproszą.
Na tej zasadzie. To jest kwestia reputacji tak samo. Ale są też ludzie, którzy są nastawieni na jednorazowe strzały. Natomiast żeby odpowiedzieć panu konkretnie na to pytanie, to niewykluczone, że te kraje, które się rozstaną z globalnym systemem narzucanym przez Amerykanów, zaczną się zachowywać w jakiś sposób nieprzewidywalny dla kontrahentów i będą gorszym partnerem. Będzie też wiele innych czynników, które sprawią, że inni będą chcieli z nimi współpracować albo nie będą chcieli. Dla mnie jak ktoś łamie pewne zasady, to raz może przypadkiem przymknąć oko, ale za drugim razem już więcej biznesu z nim nie zrobię. Ale żeby zakończyć takim antropologicznym wtrętem, który wyczytałem w książce, która zawsze jest biblią antropologii dla mnie, czyli „The Weirdest People in the World”, czyli „Najdziwniejsi ludzie na ziemi” właśnie o konstrukcji psychicznej Europejczyków. Autor porównywał Europejczyków w takim eksperymencie, bardzo ciekawym, z plemieniem indiańskim w peruwiańskiej dżungli. Dawał jednej osobie 100 dolarów amerykańskich tutaj w Europie i kazał się z drugą osobą podzielić na dowolnych zasadach. I my mamy głęboko wpojone zasady, że jak eksperymentator przychodzi, my jesteśmy we dwóch badanymi z naboru, z ogłoszenia, powiedzmy.
Ja dostaję stówę, to co robimy? Fifty-fifty, prawda? To jest dla nas kompletnie naturalne, ale okazuje się, że w innych kulturach i właśnie w tamtym plemieniu amazońskim, peruwiańskim, gdzieś tam głęboko w dżungli po zachodniej stronie kontynentu, średnia nie była w granicach 50% podziału, tylko była między 15 a 20%. Czyli ten, kto dostawał do ręki pieniądze, dawał temu drugiemu średnio, albo nic mógł nie dać w dużej ilości przypadków. Dawał jemu na przykład pięć dolarów. To były dwie dniówki pracy w przeliczeniu. Albo dawał w przeliczeniu 5% albo 10%. Ale nie istniała tam ta bezosobowa uczciwość, poczucie wspólnego losu, w różnych kontekstach różnie to nazywamy, wobec tej drugiej osoby, że jeden z nas dostał, no to fifty-fifty. Coś takiego nie istnieje w naturalnym stanie większości kultur na ziemi.
[06:34:54] - Panie Piotrze, pięknie dziękuję. Jak się okazuje, jak ktoś buduje imperium, to ileż to pułapek na niego czeka. Ojeju.
[06:35:02] - No właśnie tak. I to, co pan zarobił pensji przy nagraniu tej rozmowy, to fifty-fifty się podzielimy, mam nadzieję, prawda?
[06:35:10] - Ach, ale pan jest daleko, to ja chyba pójdę po naukę do braci Chińczyków.
[06:35:17] - Wiedziałem.
[06:35:18] - Do braci Chińczyków i coś panu w ten kontener wcisnę tam takiego, że... Tak, tylko że to będzie jednorazowy strzał. No dobra.
[06:35:26] - Byle pan nie wciskał ryżu, bo to sprzeczne z konwencją genewską i się wtedy UN obraża.
[06:35:32] - Pięknie dziękuję, do usłyszenia.
[06:35:35] - Ja też dziękuję. Do usłyszenia.
[06:35:38] - No i to już, proszę państwa, naprawdę koniec. Koniec dzisiejszego spotkania. XXV „Bibliotekarium 2.0” niniejszym uznaję za zamknięte. Tradycyjnie mogę jeszcze powiedzieć, że zapraszam państwa na spotkanie w przyszłym tygodniu. Znowu będzie sporo literatury. Zaproszę państwa na spotkanie nagrane na Międzynarodowych Targach Poznańskich, na Targach Książki
[06:36:20] - Spotkanie z profesorem. Uśmiecham się, bo profesor młody ciałem, młody duchem, długie włosy poza ramiona. Taki zupełnie, wydawać by się mogło, nieprofesorski. Ale jak się tego człowieka posłucha, to mnie kapcie spadły. Starałem się jakoś to zamaskować, bo wierzcie mi państwo, absolutnie niezwykła prelekcja, a właściwie rozmowa z profesorem. Ale nie taka na koturnie, profesorska. Wręcz przeciwnie, bardzo przystępna, mówiąca o tym, jak mieszkamy, jak nasza przestrzeń związana z mieszkaniem, z naszym życiem jest dla nas ważna. To oczywiście spotkanie, które jest echem pewnej bardzo ważnej książki. Nosi ona tytuł „Domy świata. Z roślin, z dźwięków, z marzeń”.
Już sam tytuł mówi o tym, że dom to nie jest tylko sufit, dach, ściany, tylko coś więcej. Książki też niezwykłej miałem okazję nie tylko kartkować, ale czytać fragmenty. To tyle. Oczywiście w przyszłotygodniowej audycji będzie też sporo fantastyki. Będzie sporo literatury, opowiadań. Tak jak zwykle. Chociaż, jak twierdzą niektórzy, tu nie ma co słuchać. Dobranoc państwu.
[06:38:13] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk Ivellios. Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.