[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Drodzy państwo, przed nagraniem dzisiejszej audycji, przed jej zmontowaniem trafiłem na taki oto tytuł: Tomasz Lis, w wydawnictwie Tomasz Lis, wywiad rzekę z Tomaszem Lisem. Tytuł to „Tomasz Lis na żywo”. To teraz w Radiu Paranormalium, Bibliotekarium opublikuje audycję „Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji”. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”. Po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami, a jakże, też Marek, tylko że Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:57] - Halo, halo! Melduję się. Jestem. Nie zginąłem na Targach Książki w Poznaniu. Wrażenia mam wspaniałe. Dużo ciekawych nagrań, nad którymi Ivellios będzie musiał mocno popracować, bo organizatorzy wpadli na wspaniały pomysł, że spotkania z autorami odbywały się na tej samej hali, na której odbywały się targi, zamiast w salkach konferencyjnych. W związku z tym szum jest taki, że... Ale na szczęście to jest tego rodzaju szum, z którym Marek Sęk „Ivellios” radzi sobie znakomicie. Dzisiaj będziecie mieli państwo okazję efektu pierwszego z tych zabiegów posłuchać. To oczywiście nie jest nagranie studyjne, niemniej słychać w porównaniu z pierwowzorem całkiem fajnie.
Ale to później. Na początek zapraszam państwa na tradycyjną polecankę. A tą tradycyjną polecanką będzie zapowiadana przez Wojtka Sedańkę antologia, która nosi tytuł „Złoty wiek amerykańskiej science fiction”. Jeśli państwo pamiętacie, to kiedy Wojtek Sedeńko był gościem „Bibliotekarium 2.0”, mówił już o tej antologii, że się pokaże, że okraszona będzie dosyć obszernym wstępem jego autorstwa. Bo człowiek zna się na amerykańskiej fantastyce naukowej złotego wieku w sposób wspaniały. Lubi tę fantastykę. Ja też ją bardzo lubię, wiecie to państwo. I dostaliśmy dwa potężne tomiszcza. Naprawdę, proszę państwa, to są tomiszcza liczące sobie każdy ponad 700 stron w sztywnych oprawach. A w tych oprawach mamy, proszę państwa, nie tylko wstęp pokazujący historię amerykańskiej science fiction, ale też opowiadania tuzów amerykańskiej fantastyki naukowej.
Mamy Weinbauma, Raya Bradbury'ego, mamy Leinster. Nigdy nie potrafię wymówić tego nazwiska poprawnie. Wybaczcie. Mamy Hanleya, mamy Cutlera. Kogo państwo chcecie. Tak naprawdę Kornbluta chociażby. Rzucam okiem na spis treści. Mamy Asimova, mamy Paula Andersona, mamy Harry'ego Harrisona oczywiście, mamy Jacka Vance'a, mamy Williama Tenna, jednego z moich ulubionych pisarzy. Nawet nie wymieniłem chyba połowy autorów z pierwszego tomu. To teraz szybciutko sięgam po spis treści tomu drugiego.
I kogo tu mamy? Mamy Waltera Millera Juniora. Mamy Weinbauma znowu, mamy Jacka Vance'a. To drugi zestaw. Mamy Fredericka Browna. To też taki autor, który niezwykle błyskotliwe opowiadania tworzył. Kogo tu mamy? Mamy Simaka. O, znowu Kornbluth jest. Znowu Asimov, Lafferty, Sheckley, Zach, Schmitz.
Tak że naprawdę, wierzcie mi państwo, to nie są tanie tomy. To nie są tanie rzeczy. Ale wierzcie mi państwo, jakość wykonania, sztywna oprawa, książka jest szyta, zawiera naprawdę opowiadania świetnie przetłumaczone, co też wbrew pozorom na polskim rynku wcale nie jest takie częste jak częste. Ale nabycie tomu nie gwarantuje wcale, że on będzie dobrze przetłumaczony. Te są przetłumaczone naprawdę bardzo dobrze. Powtórzę: „Złoty wiek amerykańskiej science fiction”, tom pierwszy i drugi. Wyboru dokonał Wojtek Sedeńko. Wstęp napisał Wojtek Sedeńko. I wierzcie mi państwo, warto się zrujnować. Nie tam zrujnować, wiecie państwo.
Dwa potężne tomy. Myślę, że spokojnie w granicach 150, może 160. Nie wiem tak naprawdę. Zajrzyjcie państwo na stronę sprzedażową Stalker Booksa. To, jeżeli dobrze pamiętam, SF pisane S-F. Kropka com kropka pl. Taki adres. Tam państwo zajrzyjcie i tam te książki już na państwa czekają. Naprawdę warto. Wiecie państwo, w każdych polecankach mówię, że warto, ale jak mówię, to mam to naprawdę przemyślane.
Nikt mi zresztą za to nie płaci. Dzielę się z państwem swoimi fascynacjami tak naprawdę. Taki status mają owe polecanki w Bibliotekarium 2.0. Jak coś mnie fascynuje, coś jest dla mnie drogowskazem literackim, to ja się z państwem tym dzielę i będę dzielił. A teraz, proszę państwa, dzisiejszy tytuł audycji „Transhumanizm podejście drugie” do czegoś zobowiązuje. Będziemy znowu z Ludwikiem Papajem rozmawiać, próbować rozmawiać. Dlaczego próbować? Zaraz wyjaśnię. Rozmawiać o transhumanizmie. Ale temat nie jest łatwy, bo wydawać by się mogło, że tak jak sobie zresztą planowaliśmy, dzisiaj porozmawiamy o tej części biologicznej, następnym razem o części technologicznej, czyli wzbogacaniu człowieka o dodatkowe maszynki, które mu się zaszczepia do organizmu i w ten sposób tworzy hybrydy maszyny i człowieka, takie cyborgi.
Wcześniej oczywiście porozmawiamy o grzebaniu w kodzie DNA i tak dalej. Plan wydawał się prosty, ale kiedy zaczęliśmy rozmawiać, bo ta rozmowa już jest przygotowana wcześniej, ja już znam jej treść. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, to się nagle okazało, że wszystkie te zagadnienia dotyczące transhumanizmu, przemiany człowieka, wywołują szereg wątpliwości dodatkowych, niezwiązanych już z samymi stricte przemianami, ale z życiem społecznym, z całym otoczeniem politycznym, z tym wszystkim, co się wokół nas dzieje, z teoriami spiskowymi, z tym, że to, co teoretycznie ma przynieść ludzkości szczęście i życie, jeśli nie wieczne, to długie, może się okazać pewnym przekleństwem tej ludzkości. O tym wszystkim wspólnie z Ludwikiem Papayem będziemy rozmawiać, ale zanim przyjdzie co do czego, czyli do tej rozmowy, to najpierw postanowiłem państwu polecić pewien artykuł i pewne czasopismo. Jest taki dwumiesięcznik, nosi tytuł „Filozofuj!” z wykrzyknikiem i tam pokazują się niezwykle ciekawe artykuły. Pojawił się numer, który był poświęcony transhumanizmowi, ale ja dzisiaj państwa nie będę katował transhumanizmem po raz drugi, a właściwie po raz pierwszy, a druga byłaby wtedy rozmowa z Ludwikiem Papayem. Nie. Ja wybrałem dla państwa z numeru poświęconego transhumanizmowi artykuł Ryszarda Mordarskiego. Od razu się pochwalę, że to jest mój profesor. Kiedy studiowałem filozofię, to był jednym z moich profesorów, bo też jest profesorem filozofii na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.
Zajmuje się kilkoma zagadnieniami, które też jakoś tak dziwnie bardzo mnie interesują, a mianowicie zajmuje się filozofią religii, filozofią polityki oraz szeroko pojętą filozofią polską. Poza tym człowiek lubi literaturę piękną i muzykę, a w szczególności koncerty na skrzypce i wiolonczelę. Wybrałem dla państwa artykuł tegoż autora, czyli profesora Ryszarda Mordarskiego. Artykuł, który porządkuje pewne podejście, mówi o pewnych modelach nieśmiertelności. On ich nie ocenia. On raczej przedstawia, jak to w dziejach było, w co ludzie wierzyli, jak wierzyli w nieśmiertelność, z czym ta nieśmiertelność była związana. Ten tekst jest neutralny, prawie neutralny, jeśli chodzi o przekonania. Raczej ma pokazać, jak na przestrzeni dziejów ludzie podchodzili do pojęcia duszy, która z natury miała być nieśmiertelna. Jak łączyli to zjawisko, czyli duszę z ciałem, jak przewidywali przyszłość i jak miało według nich wyglądać życie po życiu. Artykuł jest syntetyczny, a ponieważ udostępniany jest w takim modelu licencyjnym Creative Commons, to chyba tak się wymawia.
W każdym razie wolno go odczytywać z podaniem autora, więc jeszcze raz podaję imię i nazwisko autora Ryszard Mordarski, profesor filozofii. A ja państwu, mam nadzieję, że w miarę sprawnie ten tekst przeczytam, bo chyba warto się z nim zapoznać. Myślę, że pewne rzeczy porządkuje. Będziecie mieli państwo wrażenie, że już to słyszeliście, ale to nie o to chodzi, że dowiecie się państwo jakichś niesamowitych rzeczy. Chociaż mam nadzieję, że kilka informacji okaże się dla państwa cennych. Natomiast to jest tekst, który porządkuje wiedzę i z tego względu postanowiłem, zanim zabierzemy się za transhumanizm, a więc potencjalną nieśmiertelność, postanowiłem państwu dzięki artykułowi Ryszarda Mordarskiego przybliżyć modele nieśmiertelności. A zatem tadam! I zaczynam czytać. Nieśmiertelność definiuje się na kilka różnych sposobów. Jest to możliwość nieustającego lub wiecznego życia albo kontynuacja nieskończonej egzystencji po śmierci, albo życia niekończącego się i niepoddanego śmierci lub wolnego od śmierci.
W każdym z tych sformułowań akcentuje się jakieś nieustające trwanie życia, które nie ma ani kresu, ani granicy w przyszłości, a więc jest rozciągnięte w nieskończoność. Tradycyjnie nieśmiertelność wiązano z przekonaniami o jakiejś formie życia pozagrobowego, czyli kontynuacją życia w miejscu oddzielonym od naszego świata. Natomiast współcześnie coraz częściej pojawiają się idee wiążące nieśmiertelność z doczesną egzystencją cielesną, która dzięki przyszłym technologiom będzie przedłużała ludzkie życie niemal w nieskończoność. Warto zauważyć, że modele klasyczne wiązały nieśmiertelność z istnieniem sfery transcendentnej wobec doczesnego świata. Ja tu mały wtręt do tekstu. Transcendentnej, czyli niepowiązanej z naszym światem, leżącej na takiej sferze leżącej na zewnątrz. Nie ma punktów stycznych. Według tych wierzeń przenosimy się po śmierci, a właściwie nasza dusza przenosi się gdzieś w zaświaty. I to jest ten model transcendentny. Tak przynajmniej twierdzi większość religii.
A więc jeszcze raz do sfery transcendentnej wobec doczesnego świata, w której istniałaby możliwość dalszej egzystencji po śmierci biologicznej oraz przyjmowały istnienie jakiejś formy bóstwa, które byłoby w stanie zapewnić ową egzystencję człowiekowi. W odróżnieniu od tego współcześnie ukazuje się nieśmiertelność w perspektywie immanentnej, realizującej się w tym świecie i wiążącej się z przezwyciężeniem śmierci poprzez udoskonalenie biologicznego ciała człowieka lub zastąpienie go jakąś trwalszą formą materialną, w której zaimplementuje się procesy świadomościowe. W tej drugiej wizji nieśmiertelności nie ma potrzeby przyjmowania istnienia Boga, gdyż do stanu nieśmiertelności ludzkość dochodzi sama poprzez rozwój nauki i technologii. Ciało widmowe. Przyjrzyjmy się trzem głównym postaciom nieśmiertelności: przetrwaniu ciała widmowego, przetrwaniu bezcielesnej duszy i zmartwychwstaniu w odnowionym ciele. Badania antropologiczne potwierdzają, iż w społeczeństwach pierwotnych wyznawano przekonanie, że jakaś niewyraźna, niekonkretna forma ciała, będąca odpowiednikiem ciała fizycznego, przebywa w zaświatach, gdzie nadal żyje jakimś widmowym istnieniem. Wierzono, że w chwili śmierci oddziela się od człowieka pewna forma ciała astralnego, która wiedzie nędzne i mroczne istnienie w ciemnym, podziemnym świecie. Umarli mieli przebywać w mrocznej krainie duchów nazywanej Szeolem lub Hadesem, gdzie snują się pozbawione życia, bezkrwiste i ledwie świadome cienie pogrążone w beznadziei i nieszczęściu. Nieśmiertelność łączono tu z jakąś formą niewyraźnego materializmu ukazującego życie po śmierci jako nie do końca świadomą, niepełną egzystencję tułającą się bezładnie w krainie marności, mroku i pustki. Nieśmiertelność duszy.
Wraz z rozwojem pojęć moralnych pojawiła się znacznie bogatsza forma nieśmiertelności, którą spotykamy w modelu dualistycznym utrzymującym, że w chwili śmierci od ciała oddziela się niematerialna dusza, która wiedzie dalszy bezcielesny żywot w rajskich zaświatach. W hinduizmie powszechnie wierzy się w istnienie nieśmiertelnej duszy, która jest inkarnowana w nowe ciało po śmierci, aby powtórzyć proces życia. Choć po wielokrotnym dobrym życiu dusza przełamuje łańcuch inkarnacji i uzyskuje wieczną szczęśliwość. W starożytnej Grecji najpierw pojawiła się idea Elizjum, rajskiego miejsca wiecznej szczęśliwości, gdzie mogli przebywać tylko ludzie wybrani, bohaterowie i herosi. Następnie rozciągnięto tę ideę na wszystkich ludzi i zaczęto wierzyć, że każdy człowiek wyposażony jest w duszę nieśmiertelną, która po trudach ziemskiego życia może zasłużyć na wieczne zbawienie lub potępienie. U Platona pojawiły się pierwsze filozoficzne argumenty za nieśmiertelnością duszy. Skoro bowiem istnieje wieczny i niezmienny świat idei, który jest przyczyną istnienia zmiennego świata materialnego, to również poddane przemijaniu i śmierci ciało ludzkie obdarzone jest wieczną i niezniszczalną duszą, której ostatecznym celem jest oddzielenie się od ciała i powrót do świata idei, gdzie będzie mogła wieść szczęśliwą egzystencję, kontemplując ideę dobra, prawdy i piękna. Kilka wieków później Plotyn rozwinął ten argument, wskazując, że nieśmiertelność i niemożność rozpadu duszy wynika z prostoty jej formy, co różni ją od złożonego i poddanego zniszczeniu ciała. U progu nowożytności Kartezjusz przedstawił podobne argumenty za niemożliwością dekompozycji elementu duchowego lub świadomościowego po rozpadzie ciała po śmierci. Zmartwychwstanie.
Najbogatszy model nieśmiertelności spotykamy w wielkich religiach monoteistycznych. Judaizm, chrześcijaństwo, islam, w których przyjmuje się, że skoro pełny człowiek jest złożony z ciała i duszy, to nieśmiertelność nie może polegać tylko na przetrwaniu pierwiastka duchowego, lecz musi być związana z dalszą egzystencją duszy po śmierci w odnowionym lub przebóstwionym ciele materialnym. Model ten zachowuje dualistyczną różnicę pomiędzy duszą i ciałem, ale utrzymuje ponadto, że nieśmiertelność polega nie tylko na niezniszczalności duszy po śmierci, lecz na połączeniu się duszy z ciałem w wyniku zmartwychwstania. W późnym judaizmie wierzono, że po śmierci dusza udaje się wprawdzie do Szeolu, gdzie właściwie przestaje istnieć, zachowując jedynie egzystencję cienia, ale zostaje ponownie powołana do życia w dniu zmartwychwstania i uzyskuje na nowo pełne istnienie. To Księga Daniela 12, 1-4. W czasach Jezusa arystokracja żydowska, saduceusze, w ogóle nie wierzyła w życie po śmierci, ale wywodzący się z klasy średniej faryzeusze przyjmowali nieśmiertelność duszy, choć ograniczali ją tylko do grona ludzi o wysokich kwalifikacjach moralnych, którzy będą wcieleni w nowe ciała. Chrześcijaństwo natomiast, podobnie zresztą jak i islam, przyjmuje powszechne zmartwychwstanie cielesne wszystkich ludzi, choć szczęśliwość bądź nieszczęśliwość wiecznego życia uzależnia głównie od moralnego postępowania w życiu doczesnym określonego przez wymogi dekalogu. Co więcej, nieśmiertelność zbawionych będzie polegać nie tylko na przebóstwieniu ciała, które nie będzie już poddane żadnym słabościom doczesnego istnienia, ale również na uzyskaniu pełni życia duchowego i osobowego, umożliwiającego każdemu człowiekowi ujrzenie się takim, jakim w istocie jest. Pełna prawda o najgłębszych tajnikach duszy każdego człowieka będzie możliwa dzięki światłu Bożemu, które prześwietli każdego na wylot i umożliwi poznanie siebie poprzez pryzmat prawdy absolutnej. W tym kontekście istnieje pewien problem z ludźmi potępionymi, którzy zostają obdarzeni nieśmiertelnym istnieniem w ciele, choć muszą przeżywać to jako wieczną karę za swoje złe postępowanie w czasie życia doczesnego.
Futurystyczna eschatologia. W odróżnieniu od tego immanentne naturalistyczno-materialistyczne modele nieśmiertelności odrzucają możliwość dalszego istnienia po śmierci i wiążą obietnicę nieśmiertelności z futurystyczną eschatologią, którą ludzkość osiągnie własnym wysiłkiem dzięki rozwojowi nauki i techniki. Pewni prorocy nauki, na przykład Ray Kurzweil uważają, że nieśmiertelność naukowa będzie już wkrótce możliwa do osiągnięcia, choć poprzedzi ją proces nieustannego przedłużania życia w czasie. Pojawiają się wprawdzie sceptycy, którzy twierdzą, że nie jest pewne, czy organizm biologiczny będzie w stanie przetrwać niekończące się życie. Dlatego pojawiają się pomysły, aby tylko mózg ludzki przeszczepić do jakiegoś alternatywnego nośnika, który pozwalałby na przetrwanie w nieskończoność jedynie ludzkiej świadomości. Optymiści wskazują jednak, że nowe osiągnięcia nanotechnologii medycznej umożliwią wkrótce odpowiednie sposoby leczenia wszystkich chorób organizmu oraz pozwolą niwelować, a nawet odwrócić skutki starzenia się. Natomiast syntetyczne zamienniki części organicznych oraz pełny monitoring zdrowia i lepsze odżywianie wraz z nowymi osiągnięciami genetyki, inżynierii biologicznej, mikrobiologii i medycyny regeneracyjnej zrealizują obietnicę nieśmiertelności. Jim Jarmusch w filmie „Tylko kochankowie przyżyją” wskazał pustkę obdarzonych nieśmiertelnością ludzkich wampirów kierujących się w życiu jedynie jakimiś resztkami wyrafinowanego estetyzmu. Podobnie futurystyczna wizja nieśmiertelności, którą kreśli postmodernistyczna perspektywa ateistyczno-naturalistyczna, nawet jeśli jest ubogacona elementem humanistycznej troski o naturalne środowisko, wzbudza jedynie żałość i litość. Gdy połączymy to z przesłaniem transhumanizmu, to otrzymamy karykaturę postczłowieka, ludzkiego zwierzęcia, dla którego nieśmiertelność może okazać się raczej jakąś formą piekła niż zbawienia.
Tyle artykułu profesora Ryszarda Mordarskiego. Myślę, że to jest dobry wstęp do dyskusji, która właśnie przed nami. Zapraszam państwa bardzo serdecznie na rozmowę z Ludwikiem Papayem o transhumanizmie po raz drugi. Dzień dobry, Ludwiku.
[24:02] - Dzień dobry, Marku.
[24:05] - Obiecaliśmy, że wrócimy do tematu, a jak już obiecaliśmy, to trzeba się ze zobowiązania wywiązać. A zatem transhumanizm, podejście drugie to dzisiaj O, jakieś zakłócenia na linii.
[24:23] - Ja cię słyszę.
[24:25] - Okej. Podejście drugie do transhumanizmu. Dzisiaj zajmiemy się tym transhumanizmem, nie wiem jak to nazwać, powiedzmy biologicznym. Biologicznym, czyli takim, który daleko jest od wszelkich nanotechnologii, daleki jest od organów sztucznych, w ogóle od przekształcania człowieka, zamieniania go w połączenie biologii i maszyny czy jakkolwiek takiego cyborga. To najpopularniejsza nazwa dla tego typu organizmów. Dzisiaj zajmiemy się czystą biologią. Od czego zaczniemy, Ludwiku?
[25:14] - Tak jest. Ja widzę taki podział na trzy. Jak mam transhumanizm, to widzę ten podział na trzy. Tutaj proponujesz biologię skonfrontowaną z elementami technologii twardej — AI czy jakieś elementy nieżywe w organizmie. A ja bym powiedział, że taki podział, jeśli tak chcemy, to na trzy elementy, bo ja jeszcze widzę ten element takiego, to nie jest transhumanizm, ale to gdzieś jest i ciężko to ucinać gilotyną, czyli ten transhumanizm kulturowy czy socjologiczny, czyli wszystko to, co się wiąże z tymi przemianami, w zasadzie niezależnie dokładnie w jakiej formie. I to są takie trzy tematy. Pewnie ten trzeci jest mi najbliższy, stąd go tak tutaj podnoszę. Czyli wszystko to, co idzie razem z tymi przemianami, wszystkie przemiany kultury, idei. W zasadzie co nie wymyślimy, też będzie podlegało zmianie trochę w wyniku tego, jak się ludzie zmieniają. Trochę na zasadzie na przykład odpowiedzi na to, co nam proponują na przykład właśnie jakieś laboratoria, jakieś oferty medyczne, jakieś oferty technologiczne najróżniejsze.
To będzie ten kulturowy element. Więc ja od razu rzucam kontrę, że to może podział jest na trzy, a nie na dwa. I druga rzecz taka, którą ja przypominam to, o czym mówiłem wcześniej, i to znowu się wiąże z tym tematem wcześniejszym, czyli możemy sobie wyobrażać ten transhumanizm jako taką drogę do utopii i pewien idealizm, pewną ideę taką już skończoną czy jakoś wyobrażoną. I możemy sobie podzielić na takie dwa typy, tak jak gatunki zwierząt, ale tak jak z każdą utopią, przykład weźmy tutaj socjalizm. Możemy sobie wyobrażać czy anarchizm, czy jakiś syndykalizm, czy jakieś jeszcze inne różne etapy. Natomiast kluczowa tutaj jest nawet nie ta nazwa, te drobne różnice, które w obrębie tych rzeczy są, tylko bardziej jak do tego doszło, jakie były warunki startowe, brzegowe, w jakich miejscach, jak to się dystrybuowało. Bo tu może być różnica. Na przykład może się okazać, że modyfikacje człowieka w jakimś stopniu fizycznie częściej pojawiają się i integracja i w ogóle obecność robotów i tych takich przykładowo protetycznych ramion, jakichś takich elementów filmowych, powiedziałbym, pojawi się w Japonii dużo bardziej. Tam te technologie są rozwinięte, a technologie genetyczne pojawią się gdzieś indziej, na przykład jak chodzi o ochronę zdrowia, mogłyby się pojawić na przykład we Francji, bardziej gdzieś w Europie przynajmniej, bo tu mamy ochronę zdrowia rozwiniętą i też do pewnego stopnia dzielimy się nią. Jest to oferta publiczna.
Natomiast znowu jakaś implementacja rozwiązań AI i próba takiego dość prostego wpływu na poziom kognitywny ludzi będzie bardziej na przykład w Chinach, bo tam pracują nad kontrolą ludzi, więc to też pozwoli pójść w tym kierunku. Może w ten sposób. Mi się pojawia zawsze taka jeszcze myśl, że może to jest takie lepsze ujęcie. Spójrzmy na to historycznie, jak się to rozwija i spróbujmy zobaczyć, gdzie to może dojść bardziej niż „rysujmy rzeczy takie niewiadome”.
[29:03] - Z tym że ja mam tu podstawową wątpliwość, bo ten transhumanizm, który ty nazwałeś transhumanizmem kulturowym, ja się wcale nie odżegnuję od śledzenia tego zjawiska, niemniej mam takie nieodparte wrażenie, że to zjawisko musi wzrosnąć jednak na bazie tego, co się wydarzy albo w biologii, albo w technologii takiej już twardej, albo w połączeniu tych dwóch. Bo to jest troszeczkę tak jak przez daleką bardzo analogię. Pisano od dziesiątków lat różnego rodzaju powieści i opowiadania science fiction i wymyślano tam najrozmaitsze wynalazki. Niektóre bardziej były pasujące, takie, które się ziściły i takie, które w ogóle nawet w ich stronę nie kierowano technologii. Niemniej jednak nawet ktoś, kto się odwołuje do tego, że Lem wynalazł czytnik e-booków, to można oczywiście nawet o tym dyskutować, czy on go tak naprawdę wynalazł. Ale nawet przyjąwszy to, to jednak nikt z pisarzy science fiction Nie przewidział, jak na przykład zostaną te stosunki zmienione przez zaistnienie internetu, a przede wszystkim mediów społecznościowych. Zachowania społeczne ludzi w związku z zaistnieniem mediów społecznościowych bardzo się zmieniły. I sądzę, że kiedy mówimy o transhumanizmie kulturowym, który ma szansę wyrosnąć na bazie tych dwóch, o których mówiliśmy: biologicznego i technologicznego, to oczywiście możemy próbować, to może być nawet niezwykle fascynujące, jak się zmienią te stosunki. Pewno spróbujemy, pewno na wycieczkę w tym kierunku się wybierzemy, ale sądzę, że lepiej najpierw byłoby porozmawiać o tym, od czego to wszystko zacznie wychodzić, czyli na przykład właśnie o biologii.
[31:23] - Tak. Bo tutaj myślę, wszystko się rozbija o koszty. Jak chodzi o medycynę, jest ona ogólnie bardzo droga i to zupełnie niezależnie nawet, w jakiej formie ona jest rozwijana. Zawsze i te usługi, i te wszystkie badania są bardzo drogie, więc dużo się rozbija, wydaje mi się o koszty. W obecnych czasach już sekwencjonowanie kodu DNA jest dużo tańsze. Mówię, że chyba tysiąc razy tańsze niż parę lat temu. Czyli zaczyna być rzeczą, którą się da stosować. Więc myślę, że tu się dużo rozbija o koszty. Ale zobacz Marku, bo mówiłeś tutaj o różnych przemianach, internecie i tak dalej. Ja pamiętam jeszcze książeczkę z lat 80.
chyba, czy przełomu 80./90.: jak będą ludzie wyglądali w 2000 roku i tam były gumowe kostiumy jak z filmów. Tak samo, jak wyobrażamy sobie jakieś miasto przyszłości, kiedyś może wyobrażaliśmy, że to były wielkie wieżowce, które tonęły gdzieś w chmurach, a gdzieś ewentualnie w miejscu, gdzie już słońce nie dochodziło, żyła biedota. Na przykład taka wizja mroczna, cyberpunkowa. Natomiast realnie wyglądają tak, że faktycznie te elementy się pojawiają w wielu miejscach, w Krakowie na przykład, tutaj, gdzie ja się znajduję, miasto 800 000 ludzi, a nie ma wieżowców. Większość budynków ma tutaj od czterech pięter kamienic po osiem bloki i w zasadzie tak to wygląda. Myślę, że w Bydgoszczy się to bardzo nie różni. Jedyne wieżowce mamy w zasadzie w Warszawie, pojedyncze. A spójrzmy na Afrykę, gdzie owszem, internet dotarł w jakiejś prostej formie, ale tam większość miast to też będą nawet budynki jedno-, dwukondygnacyjne. Więc jak ta technologia gdzieś dochodzi, to ona się bardzo ogniskuje w jednym miejscu. To, co ja widzę i co różni świat współczesny od tego, tak zawsze było, że to się bardzo dystrybuowało nierówno wewnątrz społeczeństw, tylko jeszcze szerzej, wewnątrz światów, krajów, regionów, wpływów i wielkich regionów, kontynentów ubóstwa i bogactwa.
Tylko że my teraz to widzimy, mamy ten internet, więc prawie nikt nie może żyć w niewiedzy. Więc to jest ta różnica, że te zmiany wszystkie, które obserwujemy, żyją w niewiedzy. Co innego, jak twoje dziecko umrze, bo było ciężko chore, co innego, jak oglądasz program, że takie dzieci gdzie indziej da się uratować, jak zrobisz zbiórkę, ale w twoim miejscu się nie da z jakichś względów. Więc to jest takie pytanie właśnie o to, czy uda się tak obniżyć koszty, że pewne rzeczy będą dostępne powszechnie? Mi się wydaje, że to taki wyścig z czasem, bo tylko najbogatszych zawsze będzie stać na prototypowe badania i dostęp do profesorów. I pytanie teraz, transhumanizm kulturowy czy socjologiczny: co musi nastąpić w ciele świata, w warunkach społecznych, w oczekiwaniach może ludzi, żeby pewne rzeczy, powiem tak, to jest znowu lewicowo, żeby ci bogaci się podzielili? To oczywiście jest teraz takie fałszywe myślenie, bo to nie tak działa.
[35:05] - No właśnie, bo ja mam nieodparte wrażenie, że to troszeczkę od drugiej strony działa, bo ty mówisz o pewnej przemianie świadomościowej, o pewnym przełomie tego właśnie, żeby ci bogatsi w skali świata podzielili się z tymi biedniejszymi. I to jest, mówiąc szczerze, dla mnie rodzaj utopii. Ja tego nie obserwuję na świecie. Oczywiście zdarzają się jednostki, zdarzają się społeczeństwa, które gotowe są rzeczywiście w imię człowieczeństwa, w imię szczytnych wartości chcą się tym dzielić, a przynajmniej częściowo dzielić. Natomiast ja mam nieodparte wrażenie, że jednak to wszystko się może dziać i czasami się nawet dzieje, ale na razie, nie mówię, że tak będzie w przyszłości, ale na razie dzieje się troszeczkę niezależnie od tego, co dzieje się czy to w przypadku medycyny, ale bardzo szeroko pojętej technologii medycznej w ogóle i w przypadku tej technologii związanej z udoskonalaniem człowieka. To są dwa niezależne tory. Rzeczywiście ludzie myślą o przyszłości, myślą o sobie, o społeczeństwie, o tym dzieleniu się. To funkcjonuje, ale troszeczkę funkcjonuje w próżni, bo z drugiej strony są naukowcy, którzy w tajnych, a czasami nietajnych laboratoriach podejmują pewne działania, są finansowani przez określone grupy. Ale znowu to jest taki mit Jamesa Bonda albo z wczesnych powieści science fiction, że jest jakiś szalony naukowiec, który wszystko finansuje i chce świat zbawić. Ja myślę, że dzisiaj badania finansowane są przez korporacje, których głównym celem jest chęć zarobienia, a nie podzielenia się.
A jeśli podzielenia się, to za ciężką forsę. Myślę, że to jest taki niesympatyczny obraz naszego świata. Wcale nie jestem z niego zadowolony czy nie jestem nim zachwycony. Natomiast boję się, że taka jest prawda o tym, co się wokół nas dzieje.
[37:35] - Dobrze. Ja na początek chciałem się trochę zgodzić, bo na początku mówisz, że nie widzisz tutaj impulsów dobroczynnych. Ja akurat nie wierzę w dobroczynność tak ogólnie. Moim zdaniem wolontariat, dobroczynność to nie jest metoda, na której się buduje świat mimo wszystko. Ja wierzę raczej w wolny rynek albo inaczej mówiąc, w pewne naturalne procesy, które się pojawiają. Tym procesem, jak chodzi, bo tu była wspomniana Afryka albo może ja o niej pomyślałem po prostu. Na przykład jakieś zmiany rynkowe albo takie ewolucyjne procesy wielkie, polityczne są takie, że ci, co mają, szukają nowych rozwiązań i możliwości. Na przykład widzę to w Afryce. Chińczycy instalują się w wielu miejscach, poniekąd dobroczynnie tworzą infrastrukturę i wiele rzeczy. Przy okazji zagarniają sporo władzy politycznej, zasoby i różne rzeczy, których potrzebują.
Ogólnie jest to, przynajmniej w krótkim okresie i prawdopodobnie w średnim też, na pewno korzystne dla Afryki. Równocześnie też jeszcze miałem jeden przykład z Afryką. Na przykład wielkie korporacje. Chodzi o firmę Google. Tak, chodzi o firmę Google. Przypomniałem sobie przykład, w jakiej firmie to osoba pracuje. Chodzi dokładnie o firmę podwykonawcę Google, która na przykład ma biuro w Akrze w Ghanie. Zdecydowali się tworzyć korporacja biuro tam, ponieważ to daje dużo oszczędności i jakkolwiek prawdopodobnie organizacja pracy w takich miejscach jest bardzo zła, to nie zmienia to faktu, że w tak dużej liczbie ludzi znajdzie się spora liczba ludzi genialnych. Więc te procesy następują. I teraz pytanie jest, czy jeśli weźmiemy Afrykę, mówię o Afryce nie bez powodu, bo tam będzie coraz więcej ludzi i pewne powiedzmy coraz bardziej widoczne, jakie możliwości będą mieć ludzie na Zachodzie, a ludzie w Afryce, która ma być bliżej niż kiedykolwiek reszty świata, ze względu na internet, na komunikację.
Jest to dużo łatwiejsze niż kiedykolwiek, więc też przez to bardziej odczuwalne i dla nich ich braki i dla nas ich cierpienie. To może oznaczać, że jeśli rynki będą chciały inwestować tam, a niektóre będą pluwały na pewno z sukcesem lub nie, to będą musiały też dostarczać pewnych, powoli przetaczać podobny poziom, przynajmniej dla pewnych grup ludzi, standardów. Może w ten sposób. Tam też dotrze to, co ludzie Zachodu już dla siebie będą starali się organizować. Może to pójść w tym kierunku. Jak mówiliśmy o tym kulturowym, dobroczynnym, od razu można by tutaj wrzucić taką ideę mocniej transhumanistyczną. Jest ta idea longevity, czyli nieśmiertelności. Umówmy się. I tak naprawdę niewykluczone, że tacy ludzie już teraz istnieją. Przyszło mi teraz do głowy, żeby tutaj jakąś ideę wrzucić od razu, aby trochę mniej zbaczać.
Jest niewykluczone, że już teraz tacy ludzie istnieją wśród nas. Na przykład Kurzweil wierzy w to. To już jest wiekowy człowiek. Jeden z naczelnych transhumanistów wierzy w to, że doczeka się tego momentu, ale musi bardzo dbać o zdrowie. Właśnie to, co chciałem powiedzieć. Wydaje mi się, że taki transhumanizm, taki, który polega na wydłużaniu życia mocno i tutaj jest ten element kulturowy, oznacza to, że będziemy musieli starać się o zdrowie. To nie jest tak, że dostaniemy przycisk, który spowoduje, że będziemy wiecznie żywi. Będzie to raczej ten system, w którym niektóre osoby z krajów zachodnich i prawdopodobnie właśnie też z kulturowych względów mało kto w Afryce, oprócz finansowych oczywiście, po prostu bardzo dbają o swoje zdrowie. Teraz pytanie jest, im starsi ludzie, tym więcej pigułek zjadają. Co roku dochodzi jedna.
Pytanie, czy ludzie chcą tak żyć, żeby bardzo doskonale opiekować się sobą i patrzeć na siebie w bardzo długim okresie. Tu mam przykład Afryki, kulturowy zupełnie inny. Tam ludzie mają większe rodziny, wszystko dzieje się szybko. Po prostu nie ma czasu na taką pieczołowitość. Taka myśl mi przyszła. Zadam pytanie, zakończę pytaniem. Jest jeden znany system, który jednoznacznie przedłuża życie zauważalnie i mimo tego ludzie się do niego często nie stosują. On jest znany od dawna. Może wiesz, o co chodzi? Jest taki jeden dość mocny wskaźnik, który wskazuje, że tacy ludzie żyją znacząco dłużej.
[43:22] - Nie wiem, co masz konkretnie na myśli. Na pewno dbałość o swoją fizyczność na przykład.
[43:30] - Właśnie coś innego.
[43:33] - Okej. To co takiego?
[43:36] - Tym magicznym sposobem jest dbanie o relacje międzyludzkie. Przykład był taki, że mamy dwie osoby. Mamy dwie kobiety, jedna ma rodzinę i dużo znajomych i żyje w tym też. Chodzi o takie poczucie oparcia, rozmowy, relacje. Potrzeba kogoś na starość do pomocy, rozmowy i do wszystkiego. Ale taka osoba ma nadwagę, pali papierosy, je to, na co ma ochotę. Taki standard towarzyskie, nie jakieś skrajnie odpowiedzialne, ale mocno niehigieniczne. I mamy drugą osobę, która tych relacji nie ma. Nie ma rodziny albo ma bardzo słabe te relacje, wybitnie. Za to bardzo dba o dietę i ma na ogół dietę, aktywnie robi jogging czy jakieś inne sporty.
Te osoby są na w miarę zbliżonym poziomie. Tylko jedna o to bardzo dba, a druga nie dba o to w ogóle, ale zadbała o tę stronę relacyjno-emocjonalną. To się nie wydaje wielkim odkryciem, ale jest. Były takie badania i to też sprawdzuje, czy ludzie tak bardzo kierują się tym i tak bardzo chcą długo żyć. Mnie się wydaje, że ludzie po prostu nie chcą długo żyć. To jest pytanie. Ludzie chcą żyć jak James Dean, mieć wielkie przygody. Patrz, jak stanowisz się, przyszło, poszło. To jest taka myśl, ale ludzie nawet w swoich głowach, to nam przekazuje literatura, szkoła, sztuka, wszystko. Mamy pewne etapy życia.
Mamy pewne zadania na etapy życia, chcemy coś przeżyć. Żyjąc w perspektywie, że będziemy żyć wiecznie bardzo długo, bardzo nie warto ryzykować. A mimo to młodzi ludzie zawsze prawie ryzykują.
[45:32] - Wiesz co, powiem tak, że ta wizja, którą roztoczyłeś, potrafi porwać. Natomiast ja nie do końca wierzę na przykład w to, że ludzie nie chcą długo żyć. Ludzie chcieliby długo żyć, a nawet żyć bardzo długo, jeśli nie wiecznie. Natomiast kiedy pojawiają się ograniczenia, że na przykład czegoś trzeba się zrzec, panuje takie przekonanie, że co to za życie, jak muszę sobie wszystkiego odmawiać. Ludzie by chcieli żyć po swojemu i to maksymalnie długo. I trudno jest mieć do nich o to pretensje. Natomiast ja jeszcze chciałbym nawiązać do tego, co powiedziałeś wcześniej, bo mnie się wydaje, że z racji tego, że ludzkość owszem, istnieje na naszej planecie, ale istnieje od bardzo dawna i pewno jeszcze bardzo długo będzie mocno podzielona, chociażby ze względów finansowych. Będzie jakaś część bogata i jakaś część biedna. To, co mówiłeś o krajach Afryki, bardzo mi przypomina taką sytuację z wagonikiem. To znaczy wagonik raczej nigdy nie wyprzedzi lokomotywy i w tym wypadku bogate kraje z rozwiniętą technologią zawsze będą jechały z przodu i ewentualnie, jeśli coś będzie trafiało do wagoników, w tym wypadku Afryki, to zawsze będzie później.
Zawsze będzie za jakiś czas, wtedy, kiedy w lokomotywie będzie się już zupełnie innymi sprawami świat zajmował. W związku z tym my cały czas podnosimy poziom, cały czas będziemy go podnosić i różne osiągnięcia będziemy stosować. Z tym że w biedniejszych krajach one zawsze będą później. I to może być robione w ten sposób, że będzie świadomie ograniczane, żeby bogaci mieli co eksploatować. Bo nawet kwestia inwestowania w Afryce. Ja się zastanawiam, czy korporacje, które tam inwestują, są bardziej zainteresowane tym, żeby tam rzeczywiście zainwestować i tym mieszkańcom Afryki zrobić dobrze, czy bardziej są zainteresowane korporacje tym, żeby wydrenować tamtejszy rynek. Powiedziałeś o ludziach inteligentnych, którzy tam mieszkają, których należałoby pozyskać dla bogatej części świata. A ta biedota, mówię jakby w imieniu korporacji, a ta biedota to diabli z nią, oni nie są ważni. Ważni są ci, których możemy pozyskać. W związku z tym ja nie wierzę po prostu, patrząc na współczesny świat, że bogaci podzielą się z biednymi.
W to absolutnie nie wierzę. A im bardziej będziemy wchodzić na wyższe poziomy czy to technologii, czy technologii biologicznej związanej z przedłużaniem życia, w ogóle z transhumanizmem, to obawiam się, że ten rozziew nie będzie się zmniejszał, tylko on się będzie wręcz powiększał. Bo cóż, każdy człowiek dostaje życie i sobie jakoś je przeżywa. Tylko może dojść do tego, że ludzie w biedniejszych rejonach świata będą przeżywali tak jak my w tej chwili, kilkadziesiąt lat do setki, i to będzie finito. A w bogatych krajach ludzie będą, i to kto wie, czy wszyscy, może tylko ci bogatsi, będą żyli docelowo tyle, ile będą chcieli. I obawiam się, że chyba nie ma sposobu, nawet w związku z podejściem czy to korporacji, które właściwie zaczynają światem rządzić, czy też nawet rządów, nie ma takiej zgody powszechnej na to, żeby się ludzkość zbratała i dzieliła między sobą osiągnięciami. W związku z tym ja na to, co powiedziałeś, patrzę właśnie z dużą rezerwą.
[49:51] - Wiesz co, widzę, że masz poglądy inne pewnie niż ja. Jak chodzi o to, co mówię, to mam tu na myśli pojęcie niewidzialnej ręki rynku Adama Smitha, który mówi, że mimo, załóżmy, najgorszych, a może nie najgorszych, ale egoistycznych interesów jednych, nieświadomie robi się dobrze innym. I tutaj przykład jest taki, że w Afryce jednak żeby tworzyć kolejny biznes, najpierw musi być bezpiecznie, czyli albo instalujesz się tam, gdzie jest bezpiecznie, albo to bezpieczeństwo możesz poniekąd zwiększać. Rządy afrykańskie są, korporacje łatwo mogą na nie wpływać, więc mają możliwości. Też żeby tworzyć biznes, trzeba mieć infrastrukturę. Dajmy na to drogi, ale też jakieś instalacje, budynki. Bardzo dużo trzeba wmieniać. Więc też korporacje mogą pomagać instalacje nawet przy okazji budować. Zwłaszcza możliwość oszczędzania w kosztach jest duża na pewno. I w końcu masz ten jeszcze wyższy poziom.
Masz parę poziomów, gdzie jest coraz lepiej. Najpierw w ogóle, żeby dało się tam żyć — bezpieczeństwo. Potem żeby to życie ulepszyć, czyli żeby dało się handel prowadzić — infrastruktura. A na końcu dobrze takich ludzi zamienić w konsumentów, że to już też na ich rynek coś produkujesz. Nie musisz tego robić, ale w pewnym momencie do tego dojdziesz, że będziesz musiał szukać konsumentów wręcz czy ich zbytku po prostu dla swoich usług. Też tutaj jest problem taki, że nie wiemy dokładnie, co będzie się w przyszłości produkowało.
[51:33] - No tak, ale-
[51:34] - Nie wiadomo, ile będą do tego ludzie potrzebni. To jest pytanie.
[51:38] - Ale pytanie brzmi też tak, bo powiedziałeś o niewidzialnej ręce rynku, odwołałeś się do klasyka, czyli do Smitha. Ale ja mam coraz większe przekonanie, że niewidzialna ręka rynku działa coraz słabiej, bo korporacje są zaprzeczeniem niewidzialnej ręki rynku. Korporacje tworzą monopole, którym tak naprawdę nie zależy właśnie na tym, żeby niewidzialna ręka działała. I tu dochodzi do patologii, że tak naprawdę wcale nie zależy im na zwiększaniu ilości konsumentów, tylko na drenowaniu konsumentów. Ja podam prosty przykład. Gdyby działała niewidzialna ręka rynku, to samochody elektryczne nie miałyby prawa na obecnym etapie, ja mówię tylko o tym, co jest tu i teraz, nie miałyby prawa wypierać samochodów benzynowych, ponieważ są na przykład w osiągach, nie mówię o przyspieszeniu, ale w osiągach chociażby możliwości dojechania na miejsce, czasu i tak dalej, są zdecydowanie na obecnym etapie gorsze. W związku z tym niewidzialna ręka rynku by nie zadziałała. Gdyby ludzie mieli kupować drogie samochody elektryczne i tańsze, a na razie póki co w osiągach lepsze samochody benzynowe, to by kupowali jednak te benzynowe. To byłaby niewidzialna ręka rynku. Tymczasem zaczyna się ten rynek regulować.
Czyli nie będziemy was pytać, czy chcecie samochody takie czy inne. Macie kupować te, które my chcemy. To już jest zaprzeczenie. I takich przykładów dałoby się pokazać jeszcze całkiem sporo. W związku z tym to nie jest rzecz w poglądach, tylko to jest rzecz pewnego pesymizmu i patrzenia na współczesny świat. Ja w sumie nie miałbym pretensji, gdyby działała niewidzialna ręka rynku, ale ona właśnie moim zdaniem przestaje działać.
[53:54] - Tak, ale zakładasz taki konstruktywizm się wydaje, że przestaje działać. Przenieśmy sobie zupełnie metaforę. Przenieśmy teraz to, co powiedziałeś, że ta niewidzialna ręka rynku, czyli powiedzmy jakieś naturalne procesy samoistne, coś takiego, nie działają. Czyli tutaj potrzeba jednak jakiegoś sterowania tym. Przenieśmy się teraz na transhumanizm, na przemianę człowieka i kontrolowanie jego życia, zdrowia organizmu i tak dalej, genetyki. I teraz propozycja, że aby nie korporacje powoli wpływały na zmiany w ludziach, tylko żeby miałbym to wpływ państwa.
[54:36] - Nie, nie rozumiesz. Nie.
[54:40] - Wiem, przeniosłem teraz. I to by było groźne, wydaje mi się jednak.
[54:45] - A korporacje nie są groźne? Kto kontroluje korporacje?
[54:52] - Kwestia jest taka, że korporacje kontrolują się różnie, natomiast one muszą istnieć w gąszczu tych praw, więc mogą być kontrolowane mniej lub bardziej przez wiele podmiotów. Tymczasem władza polityczna, zależy jaka, powiedzmy Polska jest mniej kontrolowana niż władza mołdawska, ale bardziej jest kontrolowana przez inne podmioty troszkę jeszcze niż Stany, które są w zasadzie zupełnie niezależne. I władza polityczna, mamy przykład Chin, ma duże możliwości, aby narzucić bardzo dziwną wizję, która będzie, wydaje mi się, nienaturalna. Nie ma tam odpowiedzi konsumenta, więc nie mówię, że to jest idealne, natomiast z tych dwóch to może być wybór polityczny, co byśmy zdecydowali się w tych dwóch skrajnościach. I wydaje mi się jeszcze jeden element przychodzi mi do głowy. Mówię, że dzisiaj wyjątkowo te korporacje mogą być żarłoczne, ale jest też jedna rzecz, o której warto pamiętać, że kiedyś te technologie, które wpływały na ludzi, które wpływały na rzeczywistość bardzo wolno się pojawiały. Weźmy takie najstarsze wynalazki jak żelazo, ten wynalazek się bardzo wolno rozprzestrzeniał, był wynaleziony w paru miejscach naraz i to trwało przecież tysiące lat. Potem lampa, to już dużo szybciej, współcześnie to już ileś tam lat. A jeszcze późniejsze wynalazki to już w zasadzie ludzie dbali, żeby tego nie kopiować po roku. Więc te wszystkie rzeczy teraz rozprzestrzeniają się dużo szybciej wydaje mi się i przez to też wszystko, co bogaci ludzie, bogate korporacje stworzą, o ile nie jest bardzo kapitałochłonne, może być bardzo szybko kopiowane.
Więc zwłaszcza tą podróbkę często łatwiej zrobić, jest jakaś prostsza. Ma się sprawdzony model.
[56:52] - Ale to się też nie do końca z tobą zgadzam, bo w świecie, w którym zaczyna się, próbuje się patentować niektóre sekwencje DNA, w świecie, w którym właściwie badania są prowadzone przez korporacje i są robione w tajemnicy, to świat Forda, w którym Ford produkował swój model T, dlatego, że jakby go nie produkował, to ktoś inny by zaczął produkować inny model samochodu, to dzisiaj przestaje działać powoli, ponieważ korporacje robią swoje badania w tajemnicy. Wystrzeliwuje nagle jakiś wynalazek, pojawia się, on jest opatentowany. W związku z tym, jeśli jest opatentowany, to konkurencja może wytwarzać to samo, ale drożej. W związku z tym to się średnio opłaca i jeśli to dotyczy na przykład telewizorów i matryc różnego rodzaju, które służą, to jeszcze da się jakoś ogarnąć. Natomiast jeśli to by dotyczyło technologii na przykład przedłużania ludzkiego życia albo wydłużania go w nieskończoność, to jest złoty Graal. Taka korporacja nie wypuści tego z rąk, będzie to objęte tajemnicą i to korporacja będzie decydowała. W dodatku jeszcze wejdzie ten motyw poniekąd jednak z rynku, ale tak nie do końca. Motyw dotyczący tego, ile kto jest gotowy zapłacić za swoją nieśmiertelność. I jak myślisz, kto będzie w kolejce piersi? Mieszkańcy Europy Środkowej, mieszkańcy Afryki, czy jednak bardzo, wręcz obrzydliwie bogaci Amerykanie?
Ja myślę, że sumy, jakie będą żądane, zaspokoją żarłoczność korporacji. Bo też jest takie bardzo dziwne zjawisko w przypadku korporacji. Korporacje, przynajmniej niektóre, a szczególnie te korporacje, które stanowią czapki nad innymi korporacjami, takie BlackRock na przykład, one tak do końca nie są zainteresowane. One sterują, one udają popyt. To znaczy one sterują swoimi podkorporacjami, one udają, że konkurują ze sobą, a tak naprawdę na końcu ta korporacja czapka zawsze zgarnia pieniądze. Obojętnie czy jedna jej część wygrywa walkę pseudorynkową, czy druga. Ostatecznie czapeczka zawsze zgarnia kasę. I dlatego ja jestem pełen obaw. Tak naprawdę jeszcze nie zaczęliśmy mówić o tych technologiach medycznych, ale jestem pełen obaw, że ta dystrybucja technologii, dystrybucja tej nieśmiertelności czy też długowieczności będzie u samych podstaw niesprawiedliwa i jakkolwiek będziemy definiować sprawiedliwość, bo tu ja wiem, że się zaczynam pogrążać w jakichś takich rozważaniach wartościujących, ale ona będzie o tyle niesprawiedliwa, że będzie na przykład nierówno podzielona geograficznie, bo bogaci Amerykanie, ich będzie na to stać. Biedni sobie będą dalej umierać i cała reszta świata też będzie umierać, bo patent na to będzie miała jakaś korporacja.
[01:00:21] - Widzę, że tu masz poglądy wyraziste. Zapisałem sobie taką uwagę: a co powiesz na chińskie podróbki na nieśmiertelność?
[01:00:32] - Tak, będą powstawały. To jest pewne. Jeśli świat zachodni się tutaj podzieli tak, że to będzie patentowane, to
[01:00:44] - Pytanie, ile by dzisiaj trwało stworzenie podróbek. Wydaje mi się jednak, że parę jest miejsc w świecie, gdzie takie rzeczy można zrobić. To nie jest w jednym miejscu. Zauważ, że nieśmiertelność to mam wrażenie, mówimy o jakiejś magicznej pigułce albo dodatkowej ręce. Nie, to działa na innej zasadzie. Czy ty dostaniesz nieśmiertelność teraz, czy za 10 lat? Po pierwsze nie wiesz, czy będziesz nieśmiertelny nigdy, czy to działa do czasu, kiedy nie umrzesz. Po drugie z nieśmiertelnością możesz poczekać. Zwłaszcza że już teraz są jakieś rzeczy, które mogą ponoć cofać ten wiek biologiczny. To może już teraz jest, tylko funkcjonuje tylko na niektórych rejestrach, że komórki się stają młodsze, ale zwiększa to, a nie zmniejsza albo utrzymuje na tym samym poziomie ryzyko raka, który w jakimś dłuższym okresie czasu może nas pokonać.
Myślę, że kwestia z nieśmiertelnością to jest rzecz, która może czekać paradoksalnie. Pytanie, jaka jest dystrybucja nieśmiertelności. To brzmi super, tylko że znowu popatrz. Technologia, to, co mówiłem wcześniej, rozwija się bardzo szybko. Kiedyś się rozwijała tysiącami lat, teraz się rozwija w miesiące. Teraz wyszło ChatGPT 4. Wczoraj. Pięć miesięcy minęło. Jeszcze w tym roku będzie pewnie następne, które doda kolejne możliwości. To są duże zmiany, które firmy ukrywają, bo będą za szybko kopiowane.
Wydaje mi się, że nieśmiertelność nie jest zagrożona akurat tym, co mówisz. A dystrybucja nieśmiertelności to nie jest rzecz, jeśli nie mówimy o posthumanizmie, o której w ogóle możemy mówić. Dlaczego? Kiedy będziesz mógł pewien być, że ktoś jest nieśmiertelny? Po pierwsze raczej nigdy, a po drugie możesz powiedzieć o tym od teraz za powiedzmy 50 lat albo za 100 lat. To, co powstanie za 100 lat, możemy mówić, ale szansa, że będziemy mówić sensownie, jest nieduża. Po prostu nie da się przewidywać przyszłości w tak długim okresie czasu raczej.
[01:02:50] - Okej.
[01:02:51] - Bo tyle rzeczy się dzieje i tyle wielopoziomowych, że ciężko. Ja sobie jeszcze wynotowałem coś podczas... Mówisz o patentach. Ksiądz Zachodu może się tutaj zebrać, opatentuje sobie pewne geny, które wolno, których nie wolno. Tutaj nawet powiedziałbym nie patenty, tylko prawa polityczne wejdą, że to wolno, a tego nie wolno i będzie to surowo traktowane, że jeden gen wolno zmieniać, drugiego nie wolno. Pamiętaj, że patenty to są prawa polityczne stricte. Ty mówisz, że korporacje się patentują. Tak, ale to są prawa polityczne. Według takiej ortodoksji liberalnej libertarianskiej prawa antymonopolowe, czyli możliwość patentowania i sposób patentowania jest prawem monopolisty regionalnego, czyli państwa. A w zasadzie nawet nie państwa, tylko już konsorcjum państw, bo to nie jest w ramach jednego państwa wyłącznie.
[01:03:47] - A czy ciebie nie niepokoi, że dzisiaj spora część korporacji, jest ich przynajmniej kilka, mają znacznie większe budżety niż Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Mają większe budżety. Świat niestety jest tak podle skonstruowany, że ten, kto ma kasę, ten rządzi. I jeszcze na razie żyjemy w świecie, w którym państwa mają władzę polityczną, ale to się bardzo szybko może zmienić właśnie w związku z tym, że kto ma kasę, ten rządzi. Tak, proszę.
[01:04:31] - Zastanawiam się nad tym, bo monopol władzy polega na tym, że ma jakieś instrumenty wpływu na administrację, takie mniejsze, powiedzmy media też, ale nawet przede wszystkim na tę żywą siłę wojskową. Trudno mi założyć, że albo firmy, korporacje będą mogły jakoś stosować siłę fizyczną w pewnym momencie, bo tak jak to pokazujesz, to musi dojść do konfrontacji. Wtedy w pewnym momencie zaczynają te karty pokazywać. Nie mają siły militarnej, więc zostaną po prostu nacjonalizowani zwyczajnie w świecie częściowo. Kawałek, który należy do danego państwa, zostanie po prostu: wejdą tam żołnierze, zajmą wszystkie budynki i po tygodniu nie będzie firmy. Chyba, że zakładasz, że będą stosowali bardzo sprytne, dyplomatyczne zabiegi. Tutaj możemy powiedzieć o algorytmie sztucznej inteligencji wpływu na media i jakoś w ten sposób się utrzymywać. Będą mogły mieć wpływ, ale nigdy nie będą w pełni rozdawały kart, wydaje mi się.
[01:05:38] - Okej, ale mam jedną uwagę polegającą na tym: jest w dalszym ciągu człowiek, który porównuje współczesne czasy, nazywa je nowym średniowieczem. I ja zwrócę uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze już powstają na zachodzie Europy, a właściwie głównie w Stanach, prywatne armie. Masz przykład chociażby Blackwater chyba nazywało, bo to się później zmieniło.
[01:06:08] - Nazywało.
[01:06:09] - Nazywało. Więc powstają prywatne armie, ale nie to mnie niepokoi, bo rzeczywiście nie ma się co tym przejmować. Ale zwrócę uwagę na jedną rzecz. W Stanach Zjednoczonych istniało, istnieje w dalszym ciągu prawo pozwalające państwu na rozbijanie monopoli. Jeśli jakaś firma wzrosła zbyt mocno, stanowiła zagrożenie dla rynku, mogła ten rynek zniszczyć właśnie poprzez monopolizację, to państwo amerykańskie miało prawo rozbić taką firmę na wiele mniejszych firm. Ja mówiąc szczerze, takie naprawdę duże przedsięwzięcie tego rodzaju ze strony państwa amerykańskiego, to pamiętam, jak rozbili koncern telefoniczny IT&T i od tamtego czasu jakieś takie spektakularne rozbicie monopolisty w Stanach Zjednoczonych, a to już jest kilkadziesiąt lat, nie nastąpiło. A tymczasem wyrosły tam takie giganty, żeby nie sięgać daleko, jeśli chodzi o kontrolę nad rynkiem, na przykład Google i tym podobne, one znacznie przekraczają i majątkowo, i zasięgowo, i pod względem wpływów tamtą firmę IT&T. Czyli tak naprawdę nawet prawo, chociaż ono w dalszym ciągu istnieje, nawet ono nie jest tak do końca realizowane. I mówiąc szczerze, z tego ja czerpię swoje dosyć pesymistyczne prognozy, bo mam takie wrażenie, że to wrogie przejęcie państw przez korporacje już nastąpiło.
[01:07:59] - To, co powiedziałeś, taki pokaz siły, że władza może. W historii, jak czytałem o XIX wieku w Ameryce, był prezydent, który właśnie tam walczył z bankami i dzięki temu budował swoją pozycję jako bardzo potężnego prezydenta, bo tam prezydenci wcześniej nie mieli takiej siły jak mają obecnie. I między innymi dokonywał tego przez pokazy siły, walkę z bankami i wpływ na gazety i tak dalej. Pytanie, czy to jest konieczne. Pamiętaj, że Google też na pewnym poziomie pracuje po prostu z władzą amerykańską, więc po cichu, jego promowanie w jakimś stopniu daje pewne możliwości infiltracji narzędziom państwowym. Korzystają z tego po prostu. Tak mi się wydaje. Duże pytanie, powiedziałbym. Mi się bardzo podoba to, bo ogólnie to nie był mój plan, ale ja zupełnie rozumiem, że transhumanizm idzie w politykę, bo tak jak mówiłem, transhumanizm jest moim zdaniem rzeczą bardziej kulturową. Zupełnie rozumiem, że pojawiają się takie konflikty.
Tutaj jeszcze mówiłem o długowieczności. Przepraszam, jednak uświadomiłem sobie, tutaj już oczywiście mówimy o takiej rzeczy, że był dość daleko, ale jeśli ktoś żył 100 lat w dobrym zdrowiu i kolejne 100 czy tam 50, mamy koniec wieku i tak może być niedużo. Wyobraźmy sobie taką sytuację. Patrzmy, jak to bardzo może zbudować. Mamy te mity ludzi, którzy żyli wiecznie. Elvis, Jezus, najulubieńsze postacie, mało kto to wie. Jakieś takie mity o ludziach, którzy nieżyją, jacyś artyści. I tu będziemy mieć realne postacie, które będą mogli żyć tak długo. Mówimy o korporacjach. Korporacje są bez ludzi.
Nie interesuje cię, kto jest menadżerem. Ktoś menadżerem przez trzy lata odchodzi na emeryturę, o ile tylko nie zostanie oskarżony o jakieś molestowanie albo wielkie machlojki finansowe i po prostu odpada do końca życia. Znika już. On może nie istnieć. A tu możemy mieć taką sytuację, że ludzie będą żyli życie na przykład. Teraz trochę imaginuję daleko, ale możemy żyć życie jakiejś gwiazdy, artysty, kogokolwiek wiecznie. Jak już kolejne pokolenia, tak jak mam teraz piosenkarza, to pamięta o nim jedno pokolenie, dwa. Tam może pamiętać o nim cztery pokolenia i nie wiadomo, ile więcej, bo dalej żyje. To są takie rzeczy. Może okazać się, że będą jednostki, które będą dużo bardziej rozpoznawalne niż kiedykolwiek.
Właśnie dzięki temu, że będą międzygeneracyjne. Tak mi przyszła taka myśl, bo wracam do transhumanistycznych tematów długowieczności. Będą jednostki, które będą żyły wiecznie albo potencjalnie wiecznie i to będą postacie, które będą żyły między pokoleniami. Będą postaciami magicznymi i będzie można z nimi nawet porozmawiać. Więc taka rzecz mi tutaj do głowy przyszła, uciekając od korporacji na chwilę.
[01:11:32] - A mnie przyszło do głowy, ja tylko na trochę odejdę od korporacji, że wcale-
[01:11:38] - Wrócimy do nich.
[01:11:41] - Myślę, że wcale nie w interesie ludzi bogatych, tak to ujmijmy, nie będzie upowszechnienie owej nieśmiertelności czy długowieczności. Bo wyobraźmy sobie świat, w którym wszyscy żyją bardzo długo, jeśli nie wiecznie. To byłby świat... Ja się zastanawiam, jak on by mógł w ogóle funkcjonować. Myślę, że przyrost naturalny byłby fikcją. Albo by po prostu rozsadził tę planetę. Ale dobrze, zostawmy nawet to. Myślę, że pewne procesy społeczne w ogóle by się bardzo zmieniły, bo mielibyśmy troszeczkę, ja to nazywam taką kolekcją porcelanowych figurek, bo ta nieśmiertelność oczywiście to nie byłaby nieśmiertelność jak w filmach o superbohaterach, tylko to byłaby raczej nieśmiertelność polegająca na tym, że nasz własny organizm nas nie zabije, to znaczy nie wykończą go żadne choroby, czy to zewnętrzne, czy też wewnętrzne i w związku z tym on będzie trwał w jakimś tam etapie, powiedzmy ... młodości czy też średniego wieku mógłby trwać w nieskończoność, ale w końcu istnieją wypadki różnego rodzaju, czy to lotnicze, komunikacyjne w ogóle, czy jakiekolwiek zdarzenia losowe, morderstwa. I tu nieśmiertelność, przynajmniej ta biologiczna, mówimy na razie o biologicznej, ona po prostu nie będzie działała.
A dlatego powiedziałem o porcelanowych figurkach, ponieważ z czasem ta żyjąca niemal wiecznie ludzkość wytłukłaby się troszeczkę, bo by się nie rozmnażała, a w każdym razie niespecjalnie chętnie by się rozmnażała, a jednocześnie ubywałoby co jakiś czas, bo tu wypadeczek, tam coś innego i w rezultacie to byłaby dziwna społeczność. Ja nawet nie potrafię do końca wyobrazić sobie, na jakich zasadach ona by tak naprawdę funkcjonowała. W związku z tym uważam, że jeśli nawet taki wynalazek jak wieczne życie albo długotrwałe życie nastąpi, to będzie zarezerwowany — troszeczkę się to łączy z tym, co powiedziałeś — dla nielicznych, dla wybitnych jednostek. To tak może w planach, ale prawda niestety o naszym świecie jest taka, że nagle zaczęłoby się okazywać, że wybitne jednostki to są szczególnie te, które mają masę kasy, a niekoniecznie jacyś zdolni pisarze, zdolni poeci, filmowcy i tak dalej. Może też, ale przede wszystkim ci, którzy mają kasę. A jacyś ludzie, którzy pracują normalnie, wykonują swoje obowiązki, są przeciętniakami. Nie, my takich nieśmiertelnych nie potrzebujemy. Obawiam się takiego podejścia do tej biologicznej nieśmiertelności czy też długowieczności. Właściwie nie tyle się nawet obawiam, co nie mam złudzeń, bo przynajmniej na razie nasz świat troszeczkę tak funkcjonuje. Parszywie, wrednie, ale myślę, że to jest bliskie temu, co możemy obserwować wokół siebie.
[01:15:01] - Też tutaj pomyślmy, jak działają geny. Geny wcale nie działają tak naprawdę po to. Mówi się, że człowiek się musi reprodukować, ale geny działają na poziomie ponadjednostkowym, czyli w zasadzie nie jest do końca naturalne to, że jedna jednostka bardzo długo żyje. To nie do końca w interesie genów jako takich. Geny raczej by wolały, żeby osoba pokrewna tej osobie miała więcej potomków. To jest bardzo ciekawa sytuacja. W jakim kierunku to pójdzie? Można tak mówić, że właśnie tylko jednostki będą nieśmiertelne. Może będzie tak, że jednostki nieśmiertelne będą się ukrywali na wszelki wypadek. Może oni będą straszeni przez jakichś takich antynieglobalistów, antytranshumanistów, nie wiem, jak by się nazywali.
Zrobimy ci wypadek komunikacyjny, bo to tylko tak możesz zginąć. Może o tym będą kiedyś bajki dla dzieci, dzieciom będzie opowiadało się bajki. Tu wchodzi też taki temat. Dlatego transhumanizm nie dziwi, bo to jest opisane jak takie dziwne zwierzę Pokemon, bo tutaj nie ma takich podstawowych tematów, mówiąc o samych zjawiskach, modyfikacjach, dość podstawowych dla życia człowieka, czyli procesy, jakie człowiek ma w życiu. I też do stosunku do dzieci, czyli do rozmnażania jako jednostkowego. Obecnie założenie rodziny kiedyś było treść życia ludzi w zasadzie, bo w takim się zaczynało od razu z jednej rodziny dziecko wchodziło dość często, dość płynnie w drugą. I w zasadzie do końca tak trwało, bo życie było krótsze i zawsze ci byli bliscy ludzie obok nas. Teraz się to zmieniło. To jest tylko pewien etap życia. U niektórych się jakoś kończy.
Pytanie jest, jak będą ludzie reagować na przykład, jak będą żyli? To mnie zastanawia. Dla mnie tu nie ma tematu dzieci, bardzo mało. Dzieci z probówki — o, jest taki temat. Dzieci z probówki. Faktycznie to jest może temat do podniesienia. Mało ciotek, a to jest element instynkt ludzki. I inne pytanie teraz: jeśli się go zmieni, ile zostanie z człowieka? Czy to nie będzie coś, co będzie powodowało pewne duże zmiany kulturowe? Może nawet spowoduje dziwne działanie genów?
Tutaj nie wiem, bo nie jestem genetykiem. Sam fakt na przykład powszechnego nieposiadania dzieci. Wpadła mi jeszcze jedna myśl do głowy, jak się zastanawiałem, jak może kiedyś wyglądać świat. Przez kiedyś myślę już o moim pokoleniu. Jak teraz są przedszkola, dziećmi zajmują się głównie kobiety, w większości młode, nie tylko, ale raczej młode kobiety. Może w przyszłości dziećmi będą zajmowali się starzy ludzie, zwłaszcza że istnieje bardzo dużo starych kobiet, zwłaszcza w Japonii, która jest najbardziej długowiecznym krajem. Tam jest bardzo dużo już stulatków i przeważają kobiety — 9%. Może w przyszłości wychowaniem małych dzieci zajmą się częściowo ludzie właśnie stuleci, staruszkowie. Taki może trend się pojawi kulturowy.
[01:18:35] - Albo pojawi się trend, który można wyczytać w „Nowym wspaniałym świecie” Huxleya, czyli dzieci będą wychowywane czy to przez korporacje, czy przez państwo, czy cokolwiek sobie tam podstawimy. Czyli inny będzie sposób socjalizowania tych dzieci. Nie w rodzinie, a niejako w takiej zbiorowości od początku i to też I może dać bardzo dziwne rezultaty. Ja wcale tego nie wartościuję, czy one będą gorsze, czy lepsze. Z naszego punktu widzenia, jak sobie wyobrazimy świat stworzony przez Aldousa Huxleya, to wygląda strasznie, ale może dla tamtych ludzi on będzie normalny. Natomiast ja powiem tak, że te biologiczne przemiany mnie martwią nie dlatego, że jestem przeciwnikiem, tylko martwi mnie coś takiego, że jeśli powstaną dwie grupy ludzi, jedna, która będzie miała przywileje bycia nieśmiertelnym i nawet jeśli ona się będzie ukrywać, to zawsze się może znaleźć jakiś Lucyfer, jakiś człowiek, który przyniesie światło, wykradnie światło, w tym wypadku nieśmiertelność i rozda ją ludziom. Ale dobrze, to zostawmy, to jest temat na inną rozmowę, ale generalnie będą powstawać dwie grupy. Jedna uprzywilejowana, a druga taka zwykła, codzienna. I tak to już bywało w dziejach ludzkości, że jeśli mamy dwie nierówne, mające różne prawa, jedna jakoś specjalnie wywyższona, ciesząca się przywilejami grupa i druga bez przywilejów, to wcześniej czy później dochodzi albo do totalnego zniewolenia, bo mogą sobie na to pozwolić, albo do rewolucji pod hasłem: dlaczego wy macie coś, czego nie mamy my? I obie te sytuacje, zarówno ta niewolnicza, czy też taka związana z eksploatacją, jak i ta rewolucyjna, to nie napawa optymizmem.
[01:20:54] - Zastanawiam się, bo wspomniałeś, jak chodzi o inne formy wychowania dzieci. Mnie bardzo zastanawia automatyzacja wychowania nowych pokoleń. Każdy by tego chciał, ale nikt tego nie wymyśli, więc jestem mocno sceptyczny, bo nie wiem, jak to mogłoby wyglądać.
[01:21:14] - Ja bym tego nie chciał na przykład. Uważam, że rodzina to jest naturalne środowisko.
[01:21:22] - Nawet zakładając, że by się to jakoś dało. Nie wiem, co by to mogło być. To, co zaproponujemy dziecku do wychowania, to jest rodzaj sierocińca. Wiemy, co robią dzieci w sierocińcu. Trapią się od braku przytulania. To pewnie by się dało jakoś tam trochę zastąpić, ale wydaje mi się, że deficyty byłyby olbrzymie. Dzieci mają wrodzony wykrywacz ściemy. Dlatego w książkach dla dzieci, jak jest wilk czy wampir, to dzieci go wykrywają. To są takie przecież historie. Nie bez powodu, bo mają wykrywacz ściemy i nie możesz dać robota, który wykrywa takie rzeczy, że ludzie się nie zastanawiają nad tym.
Może powinniśmy tak, człowiek to jest twór głosu. Wystarczy popatrzeć, jak się człowiek uczy języka pierwszego. Właśnie uczy się go od bardzo dobrych użytkowników. On nie wie, czego ma się uczyć. On po prostu bierze wszystko i bierze rzeczy, które mało który językoznawca jest w stanie utwierdzić. Nie mówiąc o zwykłym użytkowniku języka. Dlatego też żadna sztuczna inteligencja, jakieś zabawki edukacyjne nigdy nie będą tego człowieka mogły zastąpić, po prostu będą nieskończenie gorsze. Tak mi się wydaje. Może jestem tutaj konserwatystą. Chyba jestem konserwatystą pod tym względem.
Sam się zastanawiam, co przemyśleć na spotkanie o posthumanizmie, jak byśmy mieli wyobrażać, jak będziemy automatyzować dzieci, bo to jest doskonały temat, ale w sumie nie mam w tym zakresie propozycji, jak mogliby to wykonać. Mówiłeś też tutaj o tej zniewoleniu rewolucji w kontekście podziału na rich poorów i gen rich, czyli gene poorów. Wiesz co, niekoniecznie musi być tak źle. Moim zdaniem masz strach w głowie, masz taką wizję, to jest taka oczywista wizja, która każdemu się narzuci na pewno, że to może iść w tym kierunku, ale nie jestem pewien. Pamiętajmy, że tutaj wydaje mi się, że to będzie element polityczny. Pamiętajmy, że mieliśmy takie sytuacje, więc ta kontrola genetyczna nie jest niczym nowym. Mieliśmy Zeliancy na przykład w kulturze arystokratycznej, jakieś próby rozwiązania, tam już były takie pewne ciśnienia. Mieliśmy to samo w Rzymie. Też ta elita rzymian miała pulę genetyczną bardzo słabą, więc te problemy już istniały kiedyś w ludzkości, gdzie jakoś się rodzi lepiej lub gorzej. Więc wydaje mi się, że tutaj jakiś system powstanie.
I ty mówisz albo zniewolenie świata, albo rewolucja. Jeśli tak podamy, to też nie będzie to prawdziwe. Wydaje mi się, że rewolucja jest jak najbardziej możliwa. Jak ludzie sobie na to pozwalają, to będzie rewolucja na pewno. Pytanie, w jakim etapie ona przyjdzie, bo oczywiście jeśli by przyszła w jakimś momencie, gdy ci ludzie genetycznie bardzo wysoko rozwinięci mogliby się zupełnie jakoś oddzielić, ale tu już wchodzimy w posthumanizm. Musieliby jakieś bardzo dziwne technologie stosować, żeby mogli sobie uciec w reszcie na zawsze. To chyba nie jest możliwe.
[01:24:51] - A dlaczego nie jest możliwe?
[01:24:53] - Nie da się tego łatwo opisać, wydaje mi się. Wiesz dlaczego? Bo rewolucja by się zastopowała wcześniej. Ludzie nie są tak zupełnie głupi. Tutaj drugie pytanie, czy w ogóle rewolucja jest możliwa? Bo to, co ty przedstawiłeś, jest takie bardzo niedemokratyczne wobec tej demokracji. Takie właśnie Więc w rezultacie wydaje mi się, że rewolucja jest trudna. Nie jest niemożliwa, ale musiały bardzo zaskakujące rzeczy przyjść i zaskakujące, powiem, trendy polityczne, żeby ją się dało przeprowadzić. Tu chodzi o takie rzeczy jak dystrybucja informacji, bo jeśli ludzie komunikują się obecnie głównie za pomocą mediów społecznościowych i nie są nauczeni, jak mają robić to inaczej, to wystarczy kontrolować to medium komunikacji i rewolucja jest bardzo trudna. Mogą powstać nowe media i tak dalej.
Tutaj różne możliwości są, ale to będzie po prostu trudne dosyć, bo to w kontrolę kognitywną wchodzi, więc po prostu rewolucja jest trudna, wydaje mi się. I to niekoniecznie jest złe. Zależy, z czym mamy walczyć.
[01:26:02] - Powiem tak: ja dlatego jestem tak pesymistycznie nastawiony, ponieważ ja jeszcze w historii świata chyba nie spotkałem takiej grupy, kiedyś mówiono klasy, ale dobrze, grupy społecznej, która mając przewagę nad innymi, wykorzystywałaby tę przewagę dla dobra ludzkości, a nie dla swojego dobra. Ja nie pamiętam takiej sytuacji w historii świata. Jednak pewne interesy grupowe najczęściej przeważają nad interesami ogólnoludzkimi. Dlatego się tym troszeczkę martwię. A to, co powiedziałeś o ucieczce, o takim odseparowaniu się troszeczkę na wzór „Wehikułu czasu” i Elojów i Morloków, że mogłyby powstać w pewnym momencie dwa gatunki człowieka, to nie jest aż takie dziwne. Gdyby mogli realizować swoje najdziksze fantazje, mówię tutaj w tym wypadku o tych GenRichach, to w pewnym momencie mogłoby nastąpić rozdzielenie tych dwóch grup. I ja proponuję, tego nie rozstrzygniemy, czy do tej rewolucji dojdzie, czy nie. Ale mam jeszcze jeden problem, ponieważ czas byłby już powoli kończyć, przynajmniej go zasygnalizujmy. Problem, który mnie niepokoi, ale to nie dlatego mnie niepokoi, że uważam, że tego nie wolno robić. Wręcz przeciwnie, uważam, że nawet należałoby to robić.
Natomiast zastanawiam się, ile my tak naprawdę wiemy o genomie człowieka. To znaczy to, że już jest sekwencjonowany, że bardzo dużo wiemy o poszczególnych genach, to wszystko wiemy. Natomiast czy my wiemy na tyle dużo o kodzie genetycznym człowieka, żeby w nim tak naprawdę na poważnie grzebać? Bo gdybyśmy wiedzieli bardzo dużo i właściwie mieli rzecz opanowaną, czyli mogli tam się spokojnie poruszać, to wówczas to grzebanie w kodzie DNA nie budziłoby mojego lęku. Natomiast ja mam takie wrażenie, że dzisiaj grzebie się w kodzie DNA troszeczkę tak na zasadzie metody prób i błędów, czyli zobaczymy co się stanie, jak coś tam zrobimy. I to uważam już za niebezpieczne, bo skazywanie się człowieka na to, że coś zrobimy i jakoś to będzie. Obawiam się, że na tym etapie, na tej głębokości szukania tego złotego Graala w postaci nieśmiertelności możemy się zakopać w coś bardzo niebezpiecznego, bo nie jestem przekonany-
[01:28:53] - A powiedz mi, że może być inaczej.
[01:28:55] - Może na pewno tak, jasne.
[01:28:57] - Popatrz, trend jest taki, że ludzie obecnie teoretycznie degradują jako gatunek. W sensie są bardziej zależni od pomocy medycznej i wszystkich instytucji, niż to robili pierwotni. A w rzeczywistości te zmiany następują bardzo szybko. To właściwie będziemy bardziej zależni, niż dotąd jesteśmy. Ale jeśli włączasz i wyłączasz geny, to one długotrwałe nie są tego zbadane. Więc co to może znaczyć? To może znaczyć, że ludzie będą-- po pierwsze będzie to duży hamulec, czyli będą robić dużo wolniej niż by robili, jakby to było na hura. To będzie markowanie spokojnie. Dzięki temu też mniej czołgów będzie i może okazać się, że paradoksalnie eksperymentowanie z DNA na poziomie jednostki albo na poziomie dzieci z probówki to będzie nowy sposób doboru naturalnego. Stanowią jednostki, które będą mieć pewne geny wyłączone i nagle okaże się, że zaczną mieć inny kolor włosów jakiś jeszcze niż mieli ludzie zmodyfikują albo zaczną mieć kolor włosów w jakimś okresie życia na inny.
To się nigdy nie zdarzało, ale dzięki temu są bardziej odporni na część bodźców rakowych. Tego typu i to może być nowy poziom ewolucji. Jest jeszcze jedna rzecz tutaj. To, co mówiłeś o negatywnym podziale ludzi na różnice genetyczne, albo ten podział ludzkości jest też taki, że jest dość duża zgoda, żeby ludzie chcieli, gdy pyta się o ich dziecko, mieć dziecko, i to jest zdaje się niezależne od kultur, które mają wyższą inteligencję i ludzie z wyższą inteligencją mają możliwości stworzenia dużych przełomów, które przysłużą ludzkości. Więc tak patrząc, to może mieć też pozytywne użyteczność.
[01:31:02] - Jasne, jak najbardziej. Tylko widzisz, to jest tak, bo ty podałeś przykład pozytywny, z którym nie sposób się nie zgodzić. To znaczy jeśli to grzebanie w genach Miałoby zaowocować tymi rzeczami, o których powiedziałeś, to jak najbardziej tak. Ja natomiast boję się i niech mnie ktoś przekona, że tak nie jest. Tego bym chciał. Że my grzebiemy po omacku i boję się, że równie prawdopodobnym scenariuszem jest to, że nie będziemy udoskonalać, tylko degradować człowieka na zasadzie tak troszeczkę zobaczymy co będzie, a okaże się, że nie będzie fajnie. Tego się boję, bo gdyby to była w pełni świadoma działalność, czyli wiemy o kodzie genetycznym człowieka wszystko i wiemy, że jak zrobimy coś, to wyjdzie nam coś innego, to wtedy zgoda. Ja nie mam żadnych oporów. Natomiast w sytuacji, w której my troszeczkę eksperymentujemy i albo nam wyjdzie ktoś szczególnie inteligentny, albo szczególnie piękny, ale w drugim przypadku może wyjść ktoś na przykład bardzo piękny, kto to na przykład po kilkunastu latach ta struktura jego komórkowa zaczyna się rozpadać. Nie mamy takiej gwarancji i ja bym wolał, żeby te badania genetyczne, inaczej, badania nie, żeby przemiany będące wynikiem tych badań pojawiły się wtedy, kiedy naukowcy będą wiedzieli już, że tak, mamy tę dziedzinę wiedzy w pełni opanowaną, a z wywiadów różnego rodzaju-
[01:32:45] - Tak nigdy nie jest.
[01:32:47] - Ja wiem. Gubią mnie w tej rozmowie wielkie kwantyfikatory. Zawsze. Oczywiście jak coś mówię w pełni, to wiadomo, że nie. Czyli mają to opanowane w znacznym stopniu, a ja mam wrażenie, boję się, że na razie my dopiero dotykamy tego. Tak naprawdę całe ludzkie DNA zostało zsekwencjonowane stosunkowo niedawno. W związku z tym my dzisiaj dużo, bardzo dużo wiemy na temat genów, ale obawiam się, że ta podwójna helisa jest zbyt długa, żebyśmy mogli wiedzieć na razie już o niej bardzo dużo.
[01:33:29] - Wiesz co, tu mi się wydaje, że akurat badania na temat takich długotrwałych przemian jest z dziedziny genetycznej wokół tego. To są rzeczy... Po pierwsze nikomu nie chce się czekać, bo jak ktoś czeka na nieśmiertelność, to nie chce czekać z oczywistych względów. Ale też te zmiany muszą nastąpić bardzo długo. My też nie wiemy. Załóżmy, że wyłączamy gen śmierci, tak jak tam są opisy. No i teraz ludzie bardzo długo żyją, ale nie wiadomo, czy jakieś zwyrodnienia, jakieś dziwne rzeczy po 200 latach się nie zdarzą. To są rzeczy, których się nigdy-
[01:34:10] - Dokładnie.
[01:34:12] - Ale to są rzeczy, których nie są w stanie naukowcy zbadać za bardzo, wydaje mi się. I mogą mieć tylko pewne bardzo ogólne intuicje, ale wydaje mi się, że zwłaszcza ta dziedzina jest właśnie nieeksperymentalna i to może być dobrze, bo to jest taki naturalny mechanizm i może okazać się właśnie, że to jest naturalny mechanizm w selekcji byłoby źle powiedziane, ale mutacji bardziej, bo selekcja to nie jest, bo nikt tutaj nie umiera tak ze względu na mutacje, chociaż można mieć gorsze życie. Jest to rodzaj selekcji. Bardziej pytanie jest, co się stanie, jeśli każdy człowiek może się, bo to jest moment selekcji końcowy, na przykład rozmnożyć. Bo od zawsze, od czasów co najmniej pigułki antykoncepcyjnej mamy rozdzielenie prokreacji od przekazywania genów bardzo mocne. I to się jeszcze zwiększy. Nawet jeśli ludzie się ulepszą, to nie jest gwarancja z perspektywy genów, że oni będą mieć co dekadę jedno dziecko, żeby ten swój, to, co zmienili w sobie dalej przekazywać. Ale to może być nawet niepotrzebne, bo powstaną nowe technologie.
[01:35:31] - Coś chciałbym powiedzieć, bo znowu to wyjdzie i zarysowuje się między nami pewien podział. Ty jesteś ewidentnie optymistą. Ja natomiast będę robił w tym duecie za pesymistę. Bo ja mam taką intuicję, że jak przyjdzie co do czego, to właśnie bogaci z tym wzbogaconym kodem genetycznym oni się będą rozmnażać. A ta, tu cudzysłów, proszę nie traktować tego dosłownie, a ta biedota i hołota będzie miała ograniczenia à la chińskie albo jedno dziecko, albo dziecko na zezwolenie. Takie niestety mam podejrze-
[01:36:10] - Wydaje mi się, że to jest wbrew, że tak powiem, taktykom reprodukcji homo sapiens, co inaczej nie może się zdarzyć w jakimś głębokim, ale to już bardziej posthumanizmie niż-
[01:36:22] - Ale Chiny. Daleko nie trzeba szukać.
[01:36:28] - Ale dobra, daleko nie trzeba szukać, ale teraz pytanie, czy to, że wprowadzili takie prawa, czy one były skuteczne? Umiarkowanie. W sensie zmniejszyło to nieco na pewno płodność, ale-
[01:36:40] - Zabijanie dziewczynek.
[01:36:42] - Zabijanie dziewczynek tak, ale po prostu dużo ludzi chowało się nielegalnie, to raczej tego typu tam też pojawiały się elementy. No tak, to jest taka dziwna sytuacja, ale wydaje mi się to ogólnie niezgodne z taktyką reprodukcyjną ludzi. Czyli nie sądzę, żeby ci ludzie, którzy mają wszystko spoko, nagle chcieli z nudów, bo zakładamy już takie dalekie wizje, żeby z nudów chcieli posiadać potomstwo. To mi się wydaje bardzo raczej dokładnie jest inaczej. Raczej ci ludzie, którzy walczą z losem, zmagają się Czują taką misję, żeby przekazać życie, myśl dalej. A ci, którzy żyją w dobrobycie raczej mają bardzo, bardzo pogościsko i oni żyją w innym świecie umysłowo niż coś takiego jak wychowanie kogoś. Wydaje mi się też tutaj taka rzecz, że Filip pytałeś o coś, że rewolucje właśnie są w podziale. Zauważ, że w demokracji raczej nie ma czegoś takiego jak stany, bo tu mówiło się o takich stanach jak średnia wiek, czy stan duchowny, stan jakiś szlachta, arystokracja i tak dalej. Nie ma też kast jak w Indiach za bardzo, zwłaszcza w świecie Zachodu. Wydaje mi się, że musiałaby się stworzyć różnica na poziomie, ci ludzie musieliby się identyfikować jakoś inaczej mówiąc, tak?
Przez edukację na przykład, po to, żeby mogli razem gospodarować tą przestrzeń i zrobić, że tak powiem, nazwijmy to rezerwat dla ludzi starego typu. Ci ludzie musieliby się, wydaje mi się, identyfikować w jakiś sposób, bo tak po prostu ludzie działają. Jak długo jest demokracja albo coś demokratycznopodobnego, zlaicyzowanego, powiedzmy w jakimś stopniu. Nie sądzę, to nie znaczy, że nie jest to możliwe. Tutaj znowu świetną inspiracją jest ruch Black Lives Matter albo jakieś takie kulty tworzone wokół tak zwane wokeism, czyli teorie takiej lewicy związanej z tożsamością płciową. Zobacz, że Black Lives Matter to jest dziwny ruch. Spróbuj sobie wyobrazić sytuację, kiedy może być rewolucja. I myślę, że to są takie wzory, jakie mamy współcześnie. Jak dziwnie tworzą się wspólnoty. Tworzy się wspólnota, która ma walczyć z rasizmem białych, która robi się separatystyczno-czarna i dostaje poklask mediów, do tego powołując się na różne empatyczne idee, takie jak zniewolenie i stawianie się w roli ofiary też.
Pytanie teraz, czy udałoby się skonstruować w jakiś sposób na takich zasadach ruch genrichów, bo to by tak było tworzone. Moim zdaniem nie jest to możliwe, niestety. Ja mieszkam na Kazimierzu w Krakowie, więc tam jeżdżą wycieczki Żydów, więc to musiałoby być robione gdzieś w ten sposób. To musi być mit. Mit twórczy musi być tych genrichów, wydaje mi się, który ich jakoś połączy.
[01:40:13] - Ja się boję niestety, Ludwiku, że jest tak, iż demokracja, na którą się powołujesz w świecie Zachodu, nad czym boleję, też przeżywa kryzys. Ja nie mówię, w którą to stronę pójdzie, ale przeżywa kryzys. Dzisiaj są tak zwane światłe elity i ludzie, którym trzeba coś wytłumaczyć. I to też nie napawa mnie optymizmem. Ale już powiem tak: czas naszej rozmowy na dzisiaj gdzieś zbliżył się do granicy. Myśmy znowu tak naprawdę jeszcze do końca o tej biologii nie porozmawiali. To dla mnie stanowi optymistyczną perspektywę.
[01:40:58] - Co my z tym zrobimy?
[01:41:00] - Że spotkamy się za niedługo i będziemy rozmawiać dalej.
[01:41:07] - No chyba nie mamy wyboru. Zróbmy tak.
[01:41:14] - Pięknie ci zatem dziękuję i do usłyszenia za jakiś czas.
[01:41:21] - Do usłyszenia za jakiś czas.
[01:41:25] - Tak, proszę państwa, dużo, dużo problemów i mam takie wrażenie, że im dłużej rozmawiamy, tym więcej problemów się pojawia. Więc tak naprawdę ta rozmowa przerywana i jakoś tak odnawiająca się co kilka tygodni, ona jeszcze jakiś czas potrwa. O tym jestem przekonany, bo jak sobie pomyślę o ilości zagadnień, które przed nami, to jeszcze kilka spotkań. A teraz ten fragment audycji, który wzbudza państwa emocje. Na ogół pozytywne, chociaż czasami Piotrowi Cielebiasiowi oraz mnie trochę się obrywa za to, że jesteśmy krytyczni, że tak łatwo jest nam mówić o tym i krytykować i się wyzłośliwiać. Ale ja to często podkreślam, ja nie czuję się ekspertem od kina. Ja się czuję konsumentem kina. W związku z tym, ponieważ klient nasz pan i trzymając się zasady, że mogę sobie trochę pomarudzić, to sobie marudzę. A dzisiaj pomarudzę sobie na temat Oscarów, a właściwie to w ogóle będzie Oscarowe, proszę państwa, „Filmotekarium”, bo filmy, o których wspólnie z Piotrem będziemy rozmawiać, proszę państwa, startowały o wysoką stawkę, a nawet nie tylko startowały, ale niektóre z nich sięgnęły po nagrodę główną. Zapraszam w takim razie.
„Oscarowe Filmotekarium” przed nami. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:43:14] - Tradycyjnie dzień dobry wieczór Marku i wszyscy.
[01:43:19] - Teraz powinny się fanfary rozlecć albo tym podobne, bo dzisiaj będzie Oscarowo. W radiu szampańskiego dywanu nie będzie, więc tu jakieś fanfary byłyby niezbędne.
[01:43:38] - To może Ivellios zrobi w międzyczasie, a my powiemy, o czym będziemy dzisiaj mówić. Będziemy mówić o filmach, o których było głośno w poniedziałek. Niektóre z nich poddamy miażdżącej krytyce, inne nie. A chodzi o te obrazy, które były nominowane do tegorocznych nagród Amerykańskiej Akademii Wiedzy i Sztuki Filmowej, bo to się chyba tak oficjalnie nazywa. Jak pewnie wiecie z mediów, takim nieoczekiwanym zwycięzcą okazał się film „Wszystko wszędzie naraz”, który z racji tego, że jest klasyfikowany jako science fiction, to Marku musiał zagościć w „Bibliotekarium”, jakby nie było.
[01:44:23] - Jasna sprawa.
[01:44:24] - I w „Filmotekarium”. Ale o naszą tematykę, czyli szeroko pojętą grozę, horror i science fiction ocierają się też inne filmy, które były tam nominowane. Także kilku innym też się przyjrzymy. Ale Marku, na początek takie pytanie: czy film oscarowy zawsze znaczy dobry? Czy udziela ci się taka napędzana przez media oscarowa gorączka? Ponieważ wiem, że ci się nie udziela, to zapytam inaczej: czy w ogóle to cię w jakiś sposób rusza?
[01:44:58] - Tak. To znaczy jakoś tak z przyzwyczajenia jednak te gale oscarowe śledzę. Niestety, nie będę tego ukrywał, czasami po to, żeby się mniej lub bardziej szyderczo uśmiechnąć. W tym roku miałem okazję, ale wiecie państwo, to jest tak, że te Oscary, co ja tu będę wiele opowiadał. Właściwie stało się już taką tajemnicą poliszynela, że te wybory oscarowe rządzą się dziwnymi prawami. Historia pokazuje, że to naprawdę nie zawsze są najlepsze filmy z danego roku. Czasami decydują o tych wyborach bliżej niesprecyzowane jakieś takie okoliczności albo jakieś preferencje niesprecyzowane. W końcu ta Akademia Oscarowa jest całkiem spora, liczna i tam czasami gra sił nie powoduje, że wygrywa film najlepszy, tylko tu sobie państwo dopiszcie, co tylko chcecie, bo tu można snuć rozmaite fantazje, dlaczego właściwie niektóre filmy wygrywają, a niektóre gdzieś zostają w szczerym polu. Nikt ich nie nagradza, chociaż właściwie całkiem są fajne i przydałoby się, żeby jakaś nagroda do nich powędrowała. Tak jak mówię, siłą rozpędu.
Taka inercja mnie popycha i ja rzeczywiście te Oscary... Ale wiecie państwo, to jest troszeczkę tak jak z wakacjami. Człowiek jak się wybiera na wakacje, to mówi sobie: „Jak będzie wspaniale, jak będzie cudownie”. Potem jedzie na te wakacje i jest całkiem nieźle, ale do tej wspaniałości czasami brakuje. Wraca człowiek do domu i mówi sobie: „A mogło być tak wspaniale”. Troszeczkę bywa podobnie z Oscarami. Czasami, że sobie tak zrymuję.
[01:47:17] - Tak, dla wielu osób Oscary rzeczywiście nie są jakimkolwiek wyznacznikiem. Trochę podobnie jest z Nagrodą Nobla. To znaczy nagrody i wyróżnienia, które w czasach, kiedy byliśmy młodsi, kiedy byliśmy w szkole, wydawały nam się najwyższym z możliwych osiągnięć, w dorosłym życiu już raczej takie prestiżowe nie są. Dostrzegamy pewne niuanse, dostrzegamy stojącą za tym politykę. Jest też druga kwestia. Nie jest tajemnicą, że Oscary nie są przeznaczone dla horrorów czy filmów grozy, bo wystarczy spojrzeć na statystyki odnośnie nominacji, jak i samych nagród, żeby to zobaczyć. Z science fiction jest trochę inaczej. I jeszcze dodam tak: w naszym programie przez te wiele tygodni omówiliśmy wiele filmów, które zrobiły na mnie duże wrażenie i były dużo lepsze od tych, o których dzisiaj opowiemy. „Wszystko wszędzie naraz”, które zdobyło tak wiele nagród, zostało okrzyknięte najlepszym filmem, jest dla mnie filmem problematycznym tak naprawdę. Ale wszystko w swoim czasie, bo o tym za chwilę.
Nim przejdziemy do wspomnianego filmu, który tyle nagród zyskał, to kilka słów o produkcji, o którą niejednokrotnie nas pytaliście, bo chodzi o „Avatar: Istota wody”. Też był nominowany w kilku kategoriach. Zdobył Oscara za najlepsze efekty specjalne. Marku, co możemy o tym filmie, a właściwie co możesz o tym filmie powiedzieć? Bo ja się przyznam, że wybitnym avatarologiem i miłośnikiem tej produkcji, czy nawet tej serii nie jestem.
[01:49:01] - Cóż, przede wszystkim chciałbym powiedzieć, że mam duży komfort, kiedy do państwa mówię, bo nie muszę się obawiać, że zaspoileruję, że coś państwu zdradzę, bo to jest film, od razu powiem, który mnie powalił wizyjnie. Ale zachwyty za chwilę. To jest film, który praktycznie — tu teraz małe przegięcie — nie ma fabuły. Oczywiście ma fabułę, ale tak naprawdę ta fabuła jest zaledwie takim załącznikiem do całej wizyjności tego filmu. To po prostu zapierających dech Dech w piersi obrazów. Tylko znowu te obrazy zobaczycie państwo wyłącznie wówczas, jeśli pójdziecie na ten film do kina i to takiego kina, które ma ogromny ekran, największy, jaki tylko państwo możecie, to wtedy państwo na ten film pójdźcie właśnie do tego kina, bo na telewizorze, na komputerze to będzie zwykły film. I to jeszcze wiecie państwo, ponieważ on z tą fabułą trochę kuleje, to może państwa nie zachwycić. Natomiast to widowisko zobaczone na wielkim ekranie w 3D i jeszcze spore fragmenty tego filmu są kręcone, ja się słabo na technice znam filmowej, ale powiedzmy jest dwa razy więcej klatek na sekundę niż w normalnym filmie. Jak mi tłumaczono, to prawdopodobnie połączenie tych dwóch specyfik filmu, czyli tej trójwymiarowości oraz tej ilości klatek na sekundę daje obraz absolutnie wspaniały. Ja jestem pod ogromnym wrażeniem obrazów, które tam zobaczyłem.
W jednej z recenzji przeczytałem, że to jest właściwie rodzaj filmu przyrodniczego. Brakuje tylko głosy Czubówny i właściwie mielibyśmy wspaniały film, taki przyrodniczy. Bo też sporą część filmu zajmuje nam podróż wspólnie z bohaterami przez te piękne, naprawdę cudowne krajobrazy planety, na której te takie niebieskoskóre stwory wielkie żyją. Pandora jest po prostu niesamowita. Księżyc Pandora jest niesamowity. Te zjawiska, które tam występują, te obrazy. Sami państwo słyszycie, że jak się zaczynam plątać w zeznaniach, to oznacza, że po prostu mam nadmiar słów i w związku z tym zaczynam się blokować, bo też nie wiem, jak wyrazić, jak tu w radiu opowiedzieć państwu, jak cudowny jest to film w warstwie wizyjnej. Absolutnie aż trudno opisać. 14 lat, bo to chyba tyle upłynęło, jeśli dobrze liczę, 14 lat po pierwszym „Avatarze”, który umówmy się fabuła pierwszego „Avatara” nie była jakoś tak specjalnie porywająca, ale była i tam też wtedy technika wchodziła, też pamiętam 3D i w ogóle szaleństwo. Tutaj naprawdę pod względem wizyjnym jest chyba znacznie lepiej.
No cóż, ale wcześniej czy później będę musiał to powiedzieć, więc powiem od razu. Fabuła jest mikra. Mówiłem, że jej nie ma. Owszem, jest, ale ona dałaby się opowiedzieć gdybym postanowił zaspoilerować, dałaby się opowiedzieć może w 10 zdaniach, nie musiałbym się jakoś ograniczać. W gruncie rzeczy bardzo prosta, ale uświadommy sobie, że film trwa ponad trzy godziny. Nie wiem, chyba około połowy tego filmu to jest podróżowanie po Pandorze, oglądanie tych krajobrazów, którymi się tak zachwycam. I to jest chyba najważniejsze w tym filmie. Ja lubię w filmie jednak akcję. Lubię, że coś się dzieje. Trochę się dzieje.
To jest właściwie film o zemście, bo ni stąd, ni zowąd to tyle mogę państwu powiedzieć, że ten wojskowy, który w pierwszym „Avatarze” ginie, jak przecież on się nazywał? Miles? Chyba jakoś tak. On nagle się objawia, wraca, żeby się zemścić. Chyba więcej już mówić nie będę. Ale powtarzam, ten film rozpada mi się w mojej świadomości na dwie części tę wizyjną i tę fabularną. One do siebie słabo przystają.
[01:54:22] - Jeżeli chodzi o inny nominowany do tegorocznych Oscarów film, który jakoś ociera się o tematykę Filmotekarium, to jest to „Batman” i on był nominowany w kategorii najlepsza charakteryzacja i najlepszy dźwięk. W żadnej z nich nie zwyciężył. „Batman” to oczywiście film firma i taka opowieść, legenda reinterpretowana i ukazywana na nowo przez dziesięciolecia. Oczywiście zgodnie z estetyką i poetyką danego okresu w kinie. Zdaję sobie z tego sprawę, że filmy o superbohaterach, które przeżywają renesans w ostatnich latach głównie za sprawą Marvela, do którego „Batman”, to uniwersum nie należy, są przez jednych kochane, przez innych znienawidzone. Natomiast one zarabiają ogromne pieniądze. I chociaż często hitom Marvela zarzuca się płytkość połączoną z nadmiernym efekciarstwem, to w przypadku „Batmana”, chociaż jest to pokrewny gatunek, to film wychodzi poza te schematy. Twórcy wychodzą poza schematy filmów o superbohaterach. Dlatego że po pierwsze jest to przede wszystkim kryminał niezwykle mroczny, budujący w cudowny sposób napięcie. Atmosfera jest dość przygnębiająca, możemy wręcz poczuć Poczuć to, co czują mieszkańcy tego mrocznego, brudnego Gotham City, po którym snuje się gdzieś tam Bruce Wayne, który musi walczyć nie tylko z rodzinnymi tajemnicami, ale przede wszystkim ze superzłoczyńcą Ridlerem, który demaskuje panujące w mieście patologie, kolesiostwo i korupcję.
Ostatecznie wraz z grupą zwolenników Ridler postanawia zawalczyć o sprawiedliwość i dokonać coś w rodzaju zamachu albo przewrotu. Trudno powiedzieć. W każdym razie chce oczyścić miasto i to w sposób dosłowny. Tu jest ciekawa analogia do rzeczywistych wydarzeń w Stanach Zjednoczonych, do pewnej teorii spiskowej, która o mało co nie zakończyła się szturmem na Kapitol. Chodzi oczywiście o QAnon czy „Canon”, jak niektórzy mówią. Także pomimo takiej fantastycznej, superbohaterskiej otoczki „Batman” jest kinem wysokiej klasy. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się podoba i on nie tylko jest polecany dla osób, które się interesują komiksami czy Człowiekiem Nietoperzem, ale też tym, którzy nigdy do takiego kina nie sięgali. Dlatego polecam, bo to chociaż jest długaśne widowisko, to mimo wszystko na pewno się nie będziemy nudzić. Czy się będziemy bawić, to oczywiście zależy od osobistych preferencji. Także „Batman”, chociaż dobry, Marku, nagród niestety nie zdobył.
Ale przechodzimy do kulminacji, do złotego dziecka tegorocznych Oscarów, czarnego konia zdaniem niektórych, czyli „Wszystko wszędzie naraz”.
[01:57:32] - Ja mam problem z tym filmem, bo cóż państwu powiedzieć, ten film mnie nie zachwycił. I nie dlatego, że postanowiłem być oryginalny i za wszelką cenę przeciwstawić się akademii i powiedzieć, że ponieważ ich zachwyca, to mnie nie zachwyca. On mnie nie zachwyca z kilku powodów. Otóż ja uważam, że mainstream, który zachwyca się tym obrazem, odkrywa rzeczy dawno już odkryte. Często powtarzam, że na przykład filozofów uczy się historii filozofii nie po to, żeby im zryć berety, co tam jaki filozof, w którym wieku mówił, tylko po to, żeby później studenci filozofii, zamieniając się w filozofów, nie odkrywali jakichś rzeczy ponownie, powtórnie. Nie krzyczeli „eureka”, kiedy trudno uznać, że to eureka. Bo proszę państwa, z tym filmem jest taki problem, że fantastyka naukowa, te problemy multiświata, piany kwantowej i tak dalej, już to wiele razy dawno i moim zdaniem bardziej atrakcyjnie opisała. Nie wiem, czy w postaci filmów chyba też, ale na pewno literatura zrobiła to wiele razy. Tymczasem ten film przede wszystkim uderza w nas czymś, co ja nazwałem sobie na prywatny użytek takim totalnym bałaganem, nad którym ciężko jest widzowi zapanować. Tam się coś dzieje.
Dostajemy wyjaśnienie oczywiście. Rodzina chińska czy pochodząca z Chin ma pralnię w Stanach Zjednoczonych, a ta pralnia popada może w długi, ale w kłopoty. Widzicie państwo, jak się plączę w zeznaniach, bo z jednej strony narzekam, ale scena w urzędzie skarbowym jest genialna. Ale to wiecie państwo, za sprawą tak naprawdę jednej aktorki jest genialna.
[02:00:04] - Tak, to jest bolączka tego filmu ogólnie, dlatego że ja nie mogę wielu rzeczy zrozumieć, bo ten film był nominowany w 11 kategoriach, w tym jako najlepszy film. Także najlepsza aktorka, najlepsi aktorzy drugoplanowi. Ale okazuje się, że dla większości widzów, przynajmniej opierając się tutaj o różnego rodzaju recenzje, które czytałem, to Jamie Lee Curtis była gwiazdą, a nie osadzona w głównej roli aktorka pochodzenia chińsko-malezyjskiego, Michelle Yeoh chyba się nazywa. Tak jak powiedziałeś, na początku poznajemy historię pralni prowadzonej przez imigrantów z Chin, którym interes idzie tak se. Zbliża się chiński Nowy Rok, odwiedza ich w dodatku dziadek z Chin. Jest akurat za dużo problemów na głowie. Koniec końców idą, jak wspomniałeś, do tego urzędu skarbowego i tam dochodzi do pierwszego dziwnego zdarzenia. Otóż tą główną bohaterkę Evelyn odwiedza jej mąż z innej linii czasowej. Jeżeli wam się wydaje, że powiedzieliśmy za dużo albo powiemy za dużo o „Wszystko wszędzie naraz”, to sami zobaczycie, że na początku tego filmu bardzo łatwo się pogubić, ale też się nim znudzić, dlatego że, Marku, ja miałem takie wrażenie, że przede wszystkim o mało co go nie wyłączyłem po kilkudziesięciu minutach. Dlaczego?
Dlatego, że to przez bardzo długi czas jest takie tandetne, poplątane science fiction przygodowe dla nastolatków. Nie masz takiego wrażenia?
[02:01:45] - Tak. Jeszcze ze scenami walki kung-fu, kung-fu podobnym. Wręcz tam dochodzi do takich scen. Ja słyszałem plotkę, że początkowo wymyślono ten scenariusz dla zupełnie innego aktora, tylko później scenarzyści doszli do wniosku, że zamiast tego aktora, Charlie Chana, chyba tak się to jakoś-
[02:02:08] - Jackie Chana.
[02:02:10] - Jackie Chana. Pomyli mi się z bohaterem kryminałów. Tak, Jackie Chan.
[02:02:14] - Ten facet, który gra męża tej Evelyn. I tutaj nie powiemy, jak on się w pełni nazywa, bo powiedzmy, że on się nazywa Ke Quan. Natomiast ma jeszcze drugi człon nazwiska, który w języku polskim brzmi bardzo źle. I muszę powiedzieć, że on wizualnie jest bardzo podobny do Jackie Chana. Można odnieść takie wrażenie przez pewien czas, że to jest nawet on, dlatego że są tak ucharakteryzowani. Ale jak powiedziałem, przepraszam, że ci przerwałem, ale chodzi mi o to, że przez kilkadziesiąt minut, chyba 40, ja mam wrażenie, że to jest jakieś durne science fiction dla nastolatków. Naprawdę. I to naprawdę złe.
[02:02:52] - Tak, jeszcze ich tam wygina w tej windzie, bo się przemieszczają pomiędzy światami. Gdzieś tam się dowiadujemy, że to wcielenie głównej bohaterki, bo właśnie nie skończyłem. Podobno scenarzyści doszli do wniosku, że jednak facet choćby nawet nieźle kopał i się bił, to jednak trzeba kobietę dać, bo to będzie lepiej grało. Więc ściągnęli kobietę, o której już powiedziałeś. Okazuje się w każdym razie, że ta kobieta w naszym świecie prowadząca tę pralnię, to jest właściwie najgorsze chyba z możliwych wydań tejże bohaterki, bo w innych światach ona radzi sobie zupełnie inaczej. A jeszcze nie wspomnieliśmy o córce. Córka niemal obowiązkowo, jak to w każdym nowoczesnym filmie, ma niestandardowe życie seksualne. Cóż tu jeszcze powiedzieć? Widzicie państwo, to już ilość rzeczy, które wrzucam państwu jako informację, świadczy o tym, że rzeczywiście te wrażenia Piotra, że to jest jakieś pomieszanie z poplątaniem, bliskie są prawdzie. My oczywiście dostajemy wyjaśnienie, z czego to się wszystko bierze, te podróże między światami.
Ktoś powie oczywiście, że to jest zamierzone, ale jest też masa jakiegoś kiczu w tym filmie. Jakieś światy z ludźmi. I znowu tu nic wielkiego nie zdradzam. Światy, w którym ludzie mają palce przypominające serdelki. Dlaczego mają? Proszę państwa, to jest jeszcze zabawne nawet, bo przenosimy się na chwilę do filmu „Odyseja kosmiczna” Kubricka. I po prostu w wyniku pewnego zdarzenia w takich dekoracjach, jak to na początku „Odysei kosmicznej”, gdzie małpoludy sobie tam skaczą i tak dalej. Jest pewne zdarzenie, które powoduje, że w tym świecie ludzie z palcami parówkowymi przeżywają. Ale mamy też potworny kicz, gdzie w pewnym momencie jedna z bohaterek trzyma dwa krwawe fallusy, że tak się delikatnie wyrażę. To już w ogóle w tym momencie ja się zastanawiałem, czy nie wyłączyć tego filmu.
I nie dlatego, żeby mnie jakoś obraz tych fallusów przerażał czy zniesmaczał. Raczej dlatego, że to kompletnie ryło banie i właściwie nie sklejało się w spójny obraz. Ten film naprawdę, ta narracja, to się wszystko moim zdaniem rozpada. Pewno ktoś powie znowu, powtórzę to, że to świadomie, bo to tak sobie twórcy filmu wymyślili. Ja tymczasem odnoszę wrażenie i to jest, proszę państwa, uwaga, teoria spiskowa na temat filmów, że jakoś jednak jest tak, to, co w polskim mainstreamie jest oczywistą oczywistością. Już kiedyś o tym mówiłem, że mainstream zarówno filmowy, jak i literacki nie chce znać fantastyki naukowej, brzydzi się nią, uważa, że to bzdura. Coś z tego klimatu przenika również do środowisk filmowych, bo w literackich jest znacznie lepiej, to wiem na pewno. Do środowisk filmowych chyba też to przeniknęło w Stanach Zjednoczonych i tam okazuje się, że przecież nikt poważny, żaden poważny filmowiec nie będzie pytał jakiegoś specjalisty od science fiction, który nakręcił nawet kilka kasowych filmów, jak zrobić film science fiction, ale taki mainstreamowy. I w związku z tym widzowie mainstreamowi, którzy też brzydzą się fantastyką, bo wiadomo, że to sztuka pośrednia, głupia i kulturalnemu człowiekowi nie przystoi. Mam nadzieję, że państwo wyłapujecie, że to sarkazm jednak.
Ci ludzie jednak wspólnie z reżyserami, wspólnie ze scenarzystami odkrywają rzeczy dawno już odkryte. Stąd ten wstęp na początku. Otóż te rozwiązania naprawdę, wierzcie mi państwo, ani nie są specjalnie oryginalne. Samo przedstawienie jest moim zdaniem afilmowe, bo te łączenia, które następują, dzieją się za pośrednictwem mózgu. W związku z tym, kiedy dana osoba przenosi się pomiędzy światami, pomiędzy rzeczywistościami, to głównie ogranicza się to, przynajmniej na początku, do jakiegoś efektownego prężenia się, czy to w windzie, czy w innym miejscu. Pręży się, pręży, nagle mu tam oczka wybiegają, odbiegają, się zbiegają i on już jest nowym wcieleniem. I widzimy, że to mąż z innej rzeczywistości mówi coś do żony Później poznajemy, że na przykład córka tego małżeństwa w jednym świecie jest, tak jak powiedziałem, dziewczyną, która ma niestandardowe życie erotyczne, natomiast w innym świecie jest kimś bardzo groźnym na przykład. I tak dalej. Mamy tam jakieś kamienie gadające ze sobą, bo to jest inna jeszcze rzeczywistość. Proszę państwa, to wszystko już było, a mainstream dostaje spazmów zachwytu.
Nie mogą się nadziwić.
[02:08:23] - Ja bym nawet nie chciał wgłębiać się w takie już bardzo specjalistyczne recenzje, które będą się dopatrywać jakichś zaawansowanych społecznie i kulturowo symboli, które były w tym filmie przedstawione. Na przykład był tam taki bajgiel.
[02:08:41] - Tak.
[02:08:42] - Czyli pączek z dziurką w środku. Naprawdę, jeżeli chcecie sobie zafundować odrobinę masochizmu polanego lukrem poprawności politycznej, ale to przede wszystkim są obcojęzyczne recenzje, to zobaczcie. Oni są każdy symbol w stanie sprowadzić do współczesnych problemów. Słonia, a sprawa polska to jest przy tym nic. Ale dodajmy może jeszcze coś o tej zawiłej fabule, bo to nie jest tak, że ona sobie tam biega i podróżuje po tych innych rzeczywistościach. Nie. To chodzi o to, że ją odwiedza chłop, czyli ten jej mąż Waymond z innej rzeczywistości, który tutaj jest jakimś tam safandułą, natomiast w swoim macierzystym świecie jest bohaterem, który wyrusza na samobójczą misję, która ma na celu ocalenie całego multiwświata. Dlatego że tak: w którymś z tych kwantowych, alternatywnych światów ta Evelyn tak bardzo pragnęła stworzyć ze swojej córki istotę idealną, że ją po prostu zepsuła. Zrobiła z niej potwora supermocnego, który teraz ma możliwość wręcz unicestwienia całego uniwersum. Oni tak przenikają przez te multiwszechświaty, walczą, gonią się, walczą.
I w sumie tyle. Ja mam ogólnie też problem z zakwalifikowaniem gatunkowym tego filmu, bo jedni twierdzą, że to jest na przykład komediodramat czy tam przygodowe science fiction z elementami kung-fu, którego jest tam zdecydowanie za dużo. I co jeszcze? Film jest wizualnie oczywiście ciekawy, ale powiedziałeś o czymś takim, że to wszystko było i ja mam znacznie dalej idące wnioski. To było względnie niedawno, dlatego, że twórcy tego filmu bardzo się inspirują uniwersum Marvela. Jeżeli sobie zajrzycie do „Doktora Strange'a” czy do „Spider-Manów”, tam to wszystko było. Tam niektóre sceny są nawet takie same, kiedy przelatują te klatki pokazujące, kim ona jest w innych rzeczywistościach, kiedy jest na przykład dwuwymiarową istotą przypominającą rysunek. Ja to już wszystko gdzieś widziałem. Także „Wszystko wszędzie naraz” wszędzie już było i ten film czerpie pełnymi garściami z innych produkcji i co najdziwniejsze produkcji kasowych i dobrze znanych. I nagle ktoś w tej Akademii Filmowej mówi: „O, jakie to wszystko jest zarąbiste, ale to było fajnie powiedziane”.
Nie. Jeżeli sobie zajrzycie do „Spider-Mana”, to zobaczycie bardzo dużo wspólnych wątków ze „Wszystko wszędzie naraz”. I mamy tutaj taki straszny zamęt, bo nie tylko nie wiemy, co się ostatecznie dzieje. Nie to, że nie wiemy, co się dzieje. Nie wiemy, jaka jest geneza tego całego problemu, skąd oni mają te wszystkie cudowne urządzonka i tak dalej. Ale Marku, jeszcze jedna rzecz mnie bardzo zadziwiła. Otóż tam przyznane zostały dwa Oscary dla głównej bohaterki, czyli Michelle Yeoh i dla jej filmowego partnera. I ja bym dyskutował, bo nie dość, że to były postaci płaskie, nieskomplikowane i przewidywalne, to te ich kreacje też były po prostu przeciętne. Taka jakaś nadekspresja typowa dla azjatyckiego kina. Ja tego nie kupuję.
Jedyny barwny ptak to była właśnie ta-
[02:12:11] - Jamie Lee Curtis.
[02:12:12] - Tak.
[02:12:13] - To absolutnie genialna rola. Ja myślę, że aktorka się nieźle bawiła. Zresztą zrobiono z niej monstrum, po prostu takie fizyczne czysto, żadne specjalne. Dobra, w każdym razie w tym urzędzie skarbowym to jest po prostu, jakbyśmy tak powiedzieli bardzo niepolitycznie, gruba baba, która w dodatku ma władzę taką jak przeciętny urzędnik skarbowy ma nad nami władzę i ona z tej władzy korzysta, nie waha się jej użyć. Chociaż ma też chwilami jakieś takie odruchy dobrego serca, bo na coś im tam zezwala. Ale to oczywiście wszystko się w pewnym momencie sypie. I ktoś z państwa mógłby teraz powiedzieć, że my tu z Piotrem narzekamy, bo nie zrozumieliśmy tego filmu po prostu. Okej, przyjmuję taką oto interpretację. Może i ja nie zrozumiałem, ale ja do tego filmu mam duże pretensje. Bo ja rozumiem, że na przykład „Avatar” wspomniany na początku, on w miejsce akcji, w miejsce fabuły dawał nam cudowne obrazy.
Tu te obrazy nie są aż tak zatykające oddech. One są takie jak to w kinie, bywają ciekawe, ale bez przesady. Fabuła jest, wiecie państwo, taka mocno, jak to już Piotr powiedział, porąbana. I rzeczywiście moglibyśmy powiedzieć, że nie zrozumieliśmy, bo my- Ja często podkreślam, że jestem profanem, jeśli chodzi o sztukę filmową. Film mi się podoba albo nie podoba, ale patrzę też na niego jako na rodzaj rozrywki. Ona nie musi być lekka, łatwa i przyjemna. Lubię też filmy, które czasami są pogłębione, zabierają mnie w podróż w inne wewnętrzne światy, takie innerspace. Ale mimo wszystko oczekuję po filmie, że będzie realizował to, co nazywamy sztuką filmową, opowie mi historię, zabierze mnie w inny, ciekawy świat. Tymczasem tutaj obietnice są. Natomiast czy państwu będzie odpowiadało tego rodzaju zabranie do innych światów?
Nie jestem pewien. Mnie na przykład nie odpowiadało. I jeszcze taka barwna historia. Ten film obejrzałem, kiedy wróciłem w ostatnią niedzielę z targów w Poznaniu, czyli tak trochę rzutem na taśmę włączyłem i obejrzałem cały film. Proszę sobie wyobrazić moje ogromne zdziwienie, kiedy następnego dnia dowiedziałem się, że ten film został zasypany Oscarami. Nie mogłem uwierzyć. To taka retoryczna figura w tej chwili z mojej strony, ale naprawdę byłem tak zdziwiony, że on aż tyle tych Oscarów dostał. Trudno jest mi to wyrazić, ale powiem jedną rzecz, którą często powtarzam w naszym Filmotekarium. Otóż uważam, że powinniście państwo ten film obejrzeć, przetrwać ten początek, chyba pół godziny, nawet więcej, kiedy to się tak toczy i toczy, żeby zobaczyć, żeby nie wierzyć nam na słowo, ale przekonać się samemu, że albo będziecie państwo zachwyceni, albo ten film jednak odłożycie na półkę, albo obejrzycie i powiecie sobie: „Może i dostał tyle Oscarów, ale widocznie nie jest mi po drodze”.
[02:15:58] - Tak, taka stylistyka z filmów o Willy Wonce, nie pamiętam, jak to się nazywało, chyba „Charlie i fabryka czekolady”, połączona z „Matrixem”, połączona jeszcze z wątkami z uniwersum Marvela, to jest właśnie „Wszystko wszędzie naraz”. A jak jest „Wszystko wszędzie naraz”, to wiadomo, że jest nic nigdzie. Może, Marku, jeszcze słowo o pozostałych filmach, które były do Oscarów nominowane i które udało nam się w jakiś sposób obejrzeć jednym okiem albo dwoma. To „Wieloryb” oraz „IO” Jerzego Skolimowskiego. Nie mają one elementów horrorystyczno-fantastycznych, chociaż jakby się bardzo uparł, to by coś tam odnalazł. Stąd tak do Filmotekarium pasują trochę, ale jeżeli jesteśmy już przy Oscarach, to warto wspomnieć, bo żeśmy na przykład widzieli. Może to kogoś zainteresuje. Na pierwszy rzut oka „Wieloryb”. Wiem, że ty nie lubisz filmów o zwierzętach, ale w tym przypadku jest to historia wielkiej wagi. Nie jest to najgorszy film, chociaż to raczej taki trochę płaczliwy teatr telewizji osadzony w jednym miejscu, pokazujący rozliczanie się głównego bohatera cierpiącego na otyłość, w zasadzie umierającego bohatera, który się rozlicza z błędami przeszłości.
Ja też mam troszeczkę problem z oceną tego filmu, bo on był ciekawy. To się dobrze oglądało, szczególnie ze względu na głównego bohatera. Natomiast czy jest to arcydzieło? Trudno mi powiedzieć, dlatego że on też cechuje się pewnym magicznym realizmem. Tam są postaci, które pojawiają się wokół umierającego człowieka w nie najszczęśliwszych okolicznościach. Natomiast czy to jest historia realistyczna? Czy ona pokazuje rzeczywiste życie ludzi, którzy zmagają się z tą potworną otyłością? Nie wiem. Moje pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne. Natomiast im więcej czasu mijało od obejrzenia „Wieloryba”, tym bardziej się zastanawiam nad tym, na ile on był naprawdę godny nominacji do Oscara.
Chociaż rola Brendana Frasera oczywiście na plus.
[02:18:26] - Jeśli chodzi o ten film, to powiedziałeś, że nie lubię filmów o zwierzętach. Tak, ale ten film nie jest o zwierzętach. Wieloryb tytułowy to tak naprawdę bohater, który cierpi na otyłość, który jest wykładowcą. Wiecie państwo, to jest film zrobiony na podstawie sztuki teatralnej, stąd ta jego kameralność, ale też rozwiązania formalne są proste i mnie ten film, mówiąc szczerze, bardziej wciągnął, a w każdym razie bardziej zatrzymał przy sobie niż ten oscarowy film, o którym mówiliśmy, „Wszystko wszędzie naraz”. I to już jest ta różnica, że ten film opowiada o czymś bardzo konkretnym, a jednocześnie w sposób nieudziwniony. Jedynym udziwnieniem jest to, że gdzieś tam w początkowych partiach filmu oglądacie państwo wykładowcę, który online prowadzi wykłady bodajże z literatury i widzicie państwo na ekranie komputera takie kwadraciki, w których są studenci i jeden kwadracik jest czarny, ciemny. To jest kwadracik głównego bohatera, ponieważ on nigdy Nie włącza kamery. Prowadzi te wykłady, można by powiedzieć w ciemno, a w każdym razie z ciemności, a właściwie z wyłączonej kamery. To już jest fajne wejście. Wiecie państwo, ja lubię filmy, które nas wciągają w historię i tu dowiadujemy się, że główny bohater, jeszcze niewiele tak naprawdę zdradzam, ale że główny bohater jest i tu znowu mamy historię, że kiedyś miał żonę, miał córkę, odszedł od nich, bo się zakochał.
Zakochał się, to znowu znak naszych czasów. Zakochał się w człowieku swojej płci. Później ten człowiek umarł, on tak naprawdę został sam. I mamy charakterystyczny dla naszych czasów film. Rzeczywiście główny bohater zmaga się z otyłością, podejmował jakieś kroki, ale to wszystko tak naprawdę skończyło się niepowodzeniem. Chyba już więcej nie będę opowiadał, bo gdzieś się niebezpiecznie ocieram o jakieś spoilerowanie. Ale powiem tak, pomimo swojej kameralności, dramaturgii i pewnych rzeczy, których nie lubię, to jednak ten film mnie wciągnął, to już powiedziałem. Co więcej, przyznam się, chwilami byłem nawet wzruszony pewnymi elementami zawartymi w tym filmie. On jest taki chwytający za emocje po prostu. Człowiek, jeśli nawet nie ma podobnych problemów, to jakoś tak łączy się z głównym bohaterem.
Ja wcale nie będę na ten film, proszę państwa narzekał. Polecam „Wieloryba”, ale to znowu nie jest historia taka, gdzie biegają, strzelają i w ogóle akcja toczy się szybko. Nie. To jest film, tak jak Piotr powiedział, bardzo kameralny. Rzecz się toczy powoli, ale ta historia tak niepostrzeżenie, już to też mówiłem, wciąga nas. I ja lubię takie filmy.
[02:22:11] - Tam takim elementem, który jest pozostałością scenariusza oryginalnego, jest pojawienie się takiej postaci, która trochę tak pasuje jak kwiatek do kożucha, natomiast ma bardzo silny akcent, jeżeli chodzi o amerykańską kulturę. To jest ten wędrowny, młody kaznodzieja, sekciarz ewangelista, który tam przypadkowo wpada do jego domu. Jeżeli się dobrze przyjrzycie temu filmowi pod względem doboru postaci, to widzimy właśnie, z czego on został stworzony. Nie jest to film zły, natomiast też jest to film bardzo amerykański po mojemu, odwołujący się do problemów, które w tamtejszym społeczeństwie akurat są tematem tabu, że tak powiedzmy, czyli te małżeństwa jednopłciowe. Z drugiej strony bardzo ortodoksyjne chrześcijaństwo. Nie mówimy tu o katolicyzmie, ale o tych wszystkich kościołach protestanckich, które dokonują przecież nawet terapii konwersyjnych i tak dalej. Także „Wieloryb” nie był najgorszym filmem. Pewnie nie jest, ale był też „Io”. „Io” produkcja polska, film Jerzego Skolimowskiego. Powiem tak, utarło się w polskim internecie, żeby o „Io” mówić tylko w samych superlatywach, bo ten, kto się nie zachwyca i twierdzi, że nie uronił łzy, to wychodzi na troglodytę i jakiegoś ignoranta totalnego.
Jak pewnie dobrze wiecie, bo to był film wałkowany w mediach, jest to opowieść o ośle, który zmienia właścicieli ciągle i na tle tej smutnej historii mamy ukazany równie smutny los zwierząt hodowlanych, a z drugiej strony poplątane losy ludzi, którzy z tym osiołkiem się zetknęli. W filmie nie dzieje się za wiele i nie mówi się za wiele i niestety jest on po prostu kiepski, nudny, przesymbolizowany i wcale nie jest poruszający. Te tragikomiczne losy osiołka połączone są z jakimiś dziwacznymi popisami realizatorskimi, jakimiś ekwilibrystycznymi ruchami kamery, które są stanowczo przeciągnięte w czasie. W połowie filmu nie chce wam się już tego dalej oglądać, bo jeżeli widzicie, że kamera płynie nad rzeką przez kilkadziesiąt sekund i się zastanawiacie, kiedy to się skończy, to wydaje wam się, że to już się nie powtórzy. Niestety się powtarza. Wszystko to jest zrobione po to, żeby film trwał nie 60 minut, ale pełne 90. Co mnie najbardziej drażni, jeżeli idzie o fenomen „Io”, to takie sztuczne bicie piany. Otóż znalazłem dziesiątki rozezaltowanych recenzji mówiących o wizjonerstwie, jakiejś tam przełomowości, o uronionych łzach wspominanych i współczuciu zwierzętom. Okej, dobrze, ale tych wszystkich klakierów zapytam, to co wcześniej przed pokazaniem „Io”, żeście nie wiedzieli, jaki jest los zwierząt hodowlanych i że niektóre konie na przykład prosto ze stajni, z wybiegów czy z obór trafiają po prostu na rzeź? Po raz kolejny, Marku, spotykamy się z taką sytuacją, że publicznie nie można powiedzieć, że film jest zły, bo przyjęto, by o nim mówić tylko w dobrym tonie.
I tutaj mamy taki problem z „Io”, bo to z jednej strony jest film pretendujący do miana sztuki wysokiej. Natomiast on nie ma treści wciągającej. Historie ludzi, które się tam pojawiają są Stereotypowe, przejaskrawione, wręcz nienaturalne momentami. Po prostu nie chce się tego oglądać. Kulminacją absurdu jest ostatnia sekwencja z włoskim księdzem, hazardzistą, bogatym dziedzicem jednocześnie, który sobie tego osiołka przygarnia. I tutaj Jerzy Skolimowski, jeżeli słuchaliście wywiadów z nim przed poniedziałkiem, to mówił, że on miał jakieś takie pretensje w ogóle mówiąc, że nie ma szans na Oscara z powodu układów, które w Hollywood panują. Na pewno panują. Natomiast trzeba postawić sprawę jasno, jeżeli się chce brać udział w jakimś wyścigu, to trzeba wystawić naprawdę mocnego kandydata. A i o takim nie jest. To jest po prostu zły film.
Zły, nudny film, pretensjonalny film. I powtarzam to po raz kolejny, bo to jest coś, co widzieliśmy, Marku, w bardzo wielu sytuacjach. Są przypadki, kiedy jeżeli ktoś powie, że coś jest dobre, to musi być dobre.
[02:27:05] - Ja od razu powiem, że ja z wiadomych względów, które zostały już zasygnalizowane filmu „EEo” nie oglądałem i nie zamierzam oglądać, ale nie z tego powodu, że film jest dobry czy nie, tylko mam swoje zasady, tak jak już powiedziałem. Natomiast to jest moim zdaniem bardziej taka ogólna kwestia. Otóż wspomniałeś dzisiaj, właściwie mówiliśmy przynajmniej o dwóch filmach, którymi internet, którymi ludzie kręcący podcasty, kręcący vlogi, piszący w internecie po prostu się zachwycili. Te dwa filmy to właśnie „Wszystko wszędzie naraz” i „EEo”. Achów, ochów po prostu w sieci jest tyle, że dokładnie pojawia się ten mechanizm, o którym Piotr wspominał. Strach jest powiedzieć, że się nie podoba. Troszeczkę macie państwo gombrowiczowską sytuację jak nie zachwyca, musi zachwycać, skoro zachwyca. Niekoniecznie. Wiecie państwo, ja odnoszę wrażenie w swoim takim bardzo prostym, małym rozumku filmowym, że kino jest sztuką ludyczną, wywodzącą się jednak z opowieści z historii. I owszem, można w to kino pakować bardzo głębokie treści.
I takie filmy lubię. To nie jest tak, że u mnie się muszą ciągle gonić ludzie i strzelać do siebie. Lubię filmy, które pogłębiają treści, które wciągają nas w opowieść. I to nie musi być opowieść specjalnie dynamiczna, ale proszę państwa, niech te filmy coś mówią do mnie językiem filmowym. Niech te filmy nie udowadniają mi na każdym kroku, że jestem głupcem, który nie rozumie wielkiej sztuki, bo może jestem. Okej, może nie rozumiem wielkiej sztuki. To tak się może w końcu wydarzyć. Nie mam obowiązku. Ale ja jednak odnoszę wrażenie, że troszeczkę to wygląda tak, że dyktatorska zasada zaczęła panować w kinie. Nieważne jakie coś jest ważne, co my o tym powiemy i w co macie wierzyć.
To troszeczkę jest moim zdaniem chora sytuacja, bo jest. Co ja mam tutaj więcej rozdzierać szaty? Ale powtórzę jeszcze to, że ja gdzieś źródła, „EEo” się w tym wypadku nie podłącza, ale źródła tego zachwytu upatruję w tym, że po prostu część mainstreamowej publiczności nie zna kina gatunkowego. I wiecie państwo, to jest jakiś obłęd, kiedy mainstream odkrywa rzeczy, powtórzę to po raz kolejny, niech będzie, że się powtarzam, ale to jest coś, co mnie gniecie, boli i w jakiś sposób nie mogę tego zrozumieć. Stąd te powtórzenia. Otóż ja nie mogę zrozumieć, czym się zachwyca mainstream, że to jest takie odkrywcze, skoro nie jest odkrywcze. Można powiedzieć tak: może jest odkrywcze dla nich, ale co z tego, proszę państwa? Co z tego? Powtarzam, historia przytoczona przeze mnie, znaczy uczenia filozofów historii filozofii powinna być na pierwszym miejscu. Tak samo historia kina różnych obrazów, czasami właśnie gatunkowych, również powinna do filmowców docierać, żeby później nie pojawiały się takie filmy jak „Wszystko wszędzie naraz".
Ja nie mówię tego, żeby zakazać, wręcz przeciwnie, tylko zastanawiam się, czy na przykład w Europie ten film poza takim zadęciem, takim mówieniem sobie: „Trzeba to obejrzeć, bo to jest wielki film, oscarowy w dodatku". Czy poza tym ludzie naprawdę wychodziliby z seansów, czy też po prostu z oglądania tego filmu wychodziliby zachwyceni, poruszeni i tacy roztrzęsieni tym, że widzieli coś absolutnie rewelacyjnego. Przypomnijcie sobie państwo pierwszy „Matrix". On był może chwilami nie do końca zrozumiały, szczególnie na początku, ale później się przegryzł i człowiek wychodził z kina i miał z jednej strony mętlik w głowie, ale czuł, że dotknął czegoś, obejrzał coś, co jest nowe, coś co pokazuje jakiś- Nowy świat. Wtedy jeszcze o jakichś takich wirtualnych rzeczywistościach nie było tak często mowy. Dzisiaj to jest w kinie i w literaturze rzecz powszechna, ale wtedy to była jednak nowość. Niektóre sceny z „Matrixa" pamięta się do dzisiaj. Czy sceny z filmu „Wszystko wszędzie naraz" będą tak pamiętane? Przypuszczam, że wątpię. Coś się dzieje niedobrego, moim zdaniem, w kinie.
Ta dyktatura polegająca na tym, że macie się państwo zachwycać i już. I nikt nie chce dyskutować. Bo wiecie państwo, ja broń Boże nie mówię, że ja jedyny mam rację i w związku z tym to jest zły film i nie należy i tak dalej. Nie. Tylko najgorsze dla mnie jest to, co często podkreślam, że nie ma dyskusji, nie można wymienić poglądów, bo jeżeli człowiek próbuje poddawać w wątpliwość, że to jest może nie do końca jednak genialny film, że ma słabe elementy, to już jest głupi, się nie zna i w ogóle nie rozumie wysokiej sztuki. To przepraszam, nie mam ochoty tak rozmawiać.
[02:33:13] - Tak. Albo jest ignorantem, który na przykład nie rozumie losu zwierząt. Ale tak naprawdę w filmie „IO" ten osiołek jest uczłowieczony w znacznym stopniu. My tam poznajemy jego buńczuczną naturę. Głównym problemem tego filmu jest jednak to, że tam nie ma głównego bohatera. On nie jest głównym bohaterem. Głównym bohaterem tego filmu są pejzaże i operatorskie farmazony, które tam są. I na tym tle rozpływa się cała historia. Nie wiem w ogóle, skąd czerpany był pomysł na przedstawienie polskiej rzeczywistości, bo tam nagle mamy przedstawioną polską wieś, stadninę, która jest otwierana przez księdza i lokalnych polityków. Tak więc mamy taką Polskę w pigułce, z drugiej strony Polskę przerysowaną, znaną z tych komedii, które są gdzieś tam lokalizowane na prowincji.
To się ze sobą wszystko gryzie. Jeżeli ktoś mówi, że uronił łzę, bo zobaczył smutny los zwierząt, o tym losie się wszędzie mówi. To nie jest tak, że Skolimowski tam odkrywa jakieś prawdy, rzeczy, o których nikt nie wiedział. Nie. Tylko to się po prostu nie skleja. I nie mam też pretensji do Hollywood, że nie zobaczyli w tym filmie jakiegoś arcydzieła, bo to arcydzieło nie jest. I są środki, są sposoby. Nie wiem, nie jestem ekspertem od realizacji filmowej, ale na pewno można by ten film zrealizować w inny sposób, bo tak to on wyszedł taki i tragiczny, i śmieszny jednocześnie. A nawet powiem więcej, że ta część ludzka w „IO" jest żenująca. Po prostu jest żenująca.
Opowieści, które tam poznajemy, ja tego nie chcę widzieć drugi raz. I na tym chyba można skończyć, Marku, naszą dyskusję.
[02:35:01] - Jedną rzecz jeszcze chcę powiedzieć. Wiecie państwo, bo to się może państwu wydać zagadkowe, dlaczego ja filmów o zwierzętach nie oglądam. Otóż w latach 70. Telewizja Polska miała taki dla mnie niefajny zwyczaj, że w czasie teleferii, w czasie przerwy zimowej, ferii zimowych były teleferie i tam puszczano filmy o zwierzętach kręcone przez Disneya na przełomie lat 50. i 60. To były filmy o pieskach zgubionych, o gołąbkach. Ja tamtych filmów trochę widziałem, ja je oglądałem w wersji czarno-białej w telewizorze czarno-białym. I to były takie filmy kręcone według pewnego schematu. Dla mnie jako dla dziecka to było traumatyczne, wszystko się oczywiście dobrze kończyło, ale zanim się dobrze skończyło, to tam musiało być dramatycznie. Wiem, że ja się łzami zalewałem na prawie każdym takim filmie.
Przeżywałem niesamowicie te losy piesków, gołąbków, kotków i tam różni bohaterowie byli. I jakaś mi została taka trauma, że ja filmów o zwierzętach nie oglądam. Ale po co to mówię na koniec? Otóż ja odnoszę wrażenie, z całym szacunkiem i z odpowiednimi proporcjami, że jeżeli film „IO" miał wzruszać, to wierzcie mi państwo, filmy disneyowskie to były filmy nie rysunkowe, żebyśmy się dobrze rozumieli. To były filmy z aktorami. I te pieski, kotki i te wszystkie inne zwierzątka były żywe. I tam jeszcze był element dramatyczny, bo na przykład gołąbek, który był bardzo ważny, brał udział w lotach takich jak to gołąbki pocztowe biorą. Zwycięstwo w takim turnieju, takim konkursie zapewniało właścicielowi, którym był chłopiec, miał kłopoty z chodzeniem, coś z nogami miał. To miały być pieniądze na operację. No więc widzicie państwo, Disney potrafi takie wyciskacze łez skręcić i odnoszę wrażenie, że więcej wzruszenia zafundowałyby państwu tamte proste w gruncie rzeczy disneyowskie opowieści aktorskie niż film „IO", który nie dość, że ma wzruszać, to ma jednocześnie być głęboki.
No cóż, proszę państwa, jak ktoś sobie będzie wmawiał, że film głęboki jest i koniec, to jak sobie to kilka razy powtórzy, to w pewnym momencie w to niemal na pewno uwierzy.
[02:37:44] - Tak. Wiesz, co mnie uderzyło w recenzjach „IO"? Jeżeli sobie przejrzycie ten najpopularniejszy polski portal filmowy, to tam w momencie, kiedy kończą się recenzje zawodowych recenzentów tak zwanych, a zaczynają się wnioski szarych ludzi, szarych widzów, którzy po prostu oglądają sobie to arcydzieło, widzicie tą ogromną przepaść. I to tyle. Ale jeszcze dodam może, że taka sama przepaść była w przypadku filmu „Boże Ciało”. To była taka opowieść o księdzu, który niby nie jest księdzem, ale jedzie na parafię. I ten film też był pełen luk scenariuszowych, był momentami nielogiczny, ale się utarło, że to jest dobry film. To film, który pokazuje prawdziwą polską wieś, a guzik prawda. To był przewidywalny, nudny i nadęty strasznie film, który nic z polskiej rzeczywistości nie pokazywał. Bardzo podobnie jest w przypadku „EO”, chociaż tam rzeczywistość jest troszeczkę międzynarodowa i pewnie też zostanę zjechany, że jestem nieczuły na wyższe uczucia i na wyższą sztukę.
[02:38:56] - Tak jak ja.
[02:38:58] - Już na „Kinamarinku” żeśmy się nie poznali. Ale Marku, jeżeli chodzi o Oscary, to jest taki koleś, który tam za każdym razem siedzi na tej gali, czasami nawet jakąś statuetkę dostanie i się to zdarza nawet nierzadko. Chodzi o Stevena Spielberga, bo on nie tylko kandydował albo brał udział w wyścigu do Oscarów razem ze swoim filmem „Fabelmanowie”. Również na kilka tygodni przed galą powiedział coś bardzo ciekawego w pewnym talk-show amerykańskim. Otóż został zapytany o kwestie życia pozaziemskiego. I wtedy się nagle otworzył i pojawiło się kilka ciekawych komentarzy. Po pierwsze uznał całą sprawę, całe zamieszanie ze zjawiskiem UFO czy UAP, które obecnie się dzieje, za rzecz arcyciekawą, która być może zostanie rozwiązana przy pomocy nauki. Ale też Spielberg, który był reżyserem „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” i oczywiście „E.T.” dodał, że z jednej strony nie wierzy, abyśmy byli sami we wszechświecie, a z drugiej nie wierzy, aby przybywali do nas goście z systemów gwiezdnych oddalonych o setki lat świetlnych. „A co?” — zapytał Spielberg — „jeżeli przybywają oni na przykład z 500 000 lat, ale w przyszłości i cofają się do nas, do XXI wieku, bo są na przykład antropologami”. Ciekawe słowa Marku.
Ciekawe i nieciekawe, bo z jednej strony teoria o temponautach, czyli podróżnikach w czasie w ufologii obecna jest od dawna, ale jeżeli słowa te wypowiada reżyser jednego z najbardziej znaczących filmów traktujących o UFO w historii, to warto o tym wspomnieć.
[02:40:55] - Oczywiście, że warto. Tym bardziej, że Spielberg pokazał, że ma otwarty umysł. Tam w tej wypowiedzi była mowa oczywiście o tych podróżnikach w czasie i pada ta odległość czasowa rzędu 500 000 lat. Chyba dobrze pamiętam, tak? Wiecie państwo, przy takim morzu czasu to już chyba nie do końca będą ludzie. To już będą istoty, które po prostu z ludzi powstały, ale z ludźmi to nie wiadomo, czy to jeszcze będą ludzie. Niemniej zainteresowane mogą być, właśnie tak jak Piotr powiedział, badaniami antropologicznymi może XX, może XXI wieku, a może w ogóle skanują sobie całą historię. Niezwykle ciekawa koncepcja, znana państwu oczywiście, tym wszystkim, którzy tematyką ufologii, UFO, UAP-ów się interesują. To jak najbardziej znana koncepcja. Ale powiedział jeszcze coś ciekawego, co mnie na przykład zdziwiło.
To chyba jest bardziej kwestia przekonań samego reżysera niż jakiejkolwiek wiedzy jak wiedzy. Tu nikt z nas wiedzy nie ma. Jakiegokolwiek logicznego wywodzenia. Otóż powiedział, że jeśli te istoty w ogóle istnieją gdzieś tam na odległych planetach, to one bardziej przypominają E.T. niż jakieś takie istoty, które są nam wrogie, które mogą nas zaatakować i stać się naprawdę groźne, podbijać Ziemię. To jest chyba bardziej pobożne życzenie, bo tak logicznie troszeczkę mi to przypomina, kiedyś komuniści mówili, że istoty, bracia w rozumie muszą być łagodni jak baranki i w ogóle przyjaźnie nastawieni, ponieważ jak oni już ten odpowiedni szczebel komunizmu osiągną, to wiadomo, że są łagodni i nie mają agresywnych zamiarów. To mniej więcej takie rozumowanie, bo nic moim zdaniem nie stoi na przeszkodzie, żeby istoty gdzieś tam, ci właśnie jak powiedziałem, bracia w rozumie, żeby te istoty były agresywne i całkiem nieprzyjazne i niekoniecznie muszą być takie milusie jak E.T. Mogą być jak te różnego rodzaju potwory, chociażby ja wiem, jak obcy, ósmy pasażer Nostromo i tak dalej. Ale sama wypowiedź ciekawa dla mnie chociażby z tego względu, że ktoś tak ważny w świecie filmowym po tylu latach od nakręcenia „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” dalej mówi o tym, uważa to za temat, którego nie należy unikać, o którym można rozmawiać i to rozmawiać publicznie. Nie ucieka, nie mówi, że takie głupie pytania mu zadają.
To świadczy jednak, z pewną sympatią pogłębiła mi się ta sympatia dla Spielberga, bo po prostu znaczy się, że facet ma otwartą głowę. I jeszcze ciekawsze byłoby, gdyby Nie nakręcił drugiej części „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”, bo tego się tak do końca chyba zrobić nie da. Zresztą nie wiem. Różne są pomysły filmowe. Natomiast spróbował nakręcić film o tym, co dzisiaj wiadomo na te tematy. Próbował to zamknąć w opowieść filmową. Myślę, że to mogłoby być ciekawe, ale czy to zrobi? Nie wiem.
[02:44:41] - Tak, jeżeli chodzi o tych ufonautów z przyszłości, to przecież pojawiło się wiele hipotez wskazujących na przykład na to, że szaraki, czyli te wielkogłowe istoty z migdałowatymi oczami, to mogą być ludzie z przyszłości. Jedno, co mi się nie klei w tej hipotezie, Marku, to skoro oni przybywają z przyszłości, ingerują w czas, to dlaczego też często tak bardzo ingerują w nasze codzienne życie? Idealny obserwator, który chce podglądać środowisko i badać to środowisko w sposób obiektywny, nie powinien w nie ingerować. Natomiast ufonauci ingerują, straszą świadków, wywołują zamęt. Przecież od 70 lat mówimy o zjawisku UFO i nikt nie wie, co to tak naprawdę jest. Także tutaj taki mały szkopuł. Co do samego Spielberga, warto dodać, że on kręcąc „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” brał pod uwagę także inne koncepcje dotyczące UFO niż ta klasyczna hipoteza pozaziemska. Dlatego, że konsultował się z doktorem Jacques'em Vallée, który jak wiedzą słuchacze „Debat Ufologicznych” jest zwolennikiem niekosmicznej teorii pochodzenia UFO. Doktor Jacques Vallée został nawet sportretowany we wspomnianym filmie. Natomiast z ich rozmów wynikało, że zwyczajnie ludzie nie są gotowi na przyjęcie jakichś alternatywnych hipotez pochodzenia zjawiska UFO.
Dlatego, że wizyty pozaziemskich astronautów, istot z innych planet są po prostu czymś, co przychodzi do głowy od razu, czymś, co jest najłatwiej zaakceptować. Natomiast prawda, owszem, może być zupełnie inna, może być trudna do zaakceptowania tak naprawdę. Zwyciężyło zatem to podejście najbliższe społeczeństwu i najbardziej chwytliwe. Może w tym tkwił jednak sukces tego filmu. Ja tylko dodam, pochwalę się trochę, że swego czasu Phil Mantle, który wydał moją książkę o UFO nad Polską, napisał do mnie, żebym prędko wziął jeden egzemplarz, który mi został z tych kilku, które gdzieś miałem odłożone, napisał ładną dedykację dla Spielberga, bo któryś jego znajomy będzie się ze Spielbergiem widział i żebym mu wręczyć to „UFOs Over Poland”, żeby sobie Steven poczytał. Ja do tej pory nie wiem, czy palce wielkiego reżysera dotykały tej mojej skromnej książki, czy ona utknęła gdzieś w szafie w Ameryce. Ale legenda jest.
[02:47:13] - Jest wspaniała. Jeszcze tylko jedna rzecz à propos tych podróży w czasie. Wiesz, Piotrze, tak naprawdę nie wiemy, jaka jest istota czasu, z jakiego rodzaju zjawiskiem mamy do czynienia. Wspomniana dzisiaj przy okazji filmu nagrodzonego licznymi Oscarami koncepcja multiwersum takiego świata. Może gdzieś istnieje świat wzorcowy, a my jesteśmy kolejną wersją, którą oni odwiedzają, żeby robić eksperymenty. Ingerują w nasze życie, żeby zobaczyć, do czego pewne ingerencje mogą doprowadzić. Ale gdzieś tam daleko hen istnieje świat podstawowy, do którego nikt nie zagląda, bo on ma zostać właśnie wzorcowym światem. To może nie być pocieszające, ale my jesteśmy właśnie takim światem, w którym dokonuje się eksperymentów, który bada się, ale właśnie bada na zasadzie dokonywania ingerencji, dokonywania zmian, żeby zobaczyć, do czego to może doprowadzić.
[02:48:29] - Tak. Z drugiej strony wielu badaczy UFO zwracało uwagę na taki fakt, że te wszystkie manifestacje zwracają nam na coś uwagę. One nie są po nic. To nie dlatego, że się UFO pojawia, że chce nas zbadać, tylko na przykład pojawia się w pobliżu stanowisk z bronią jądrową. Albo te obserwacje intensyfikowały się po II wojnie światowej. Albo są związane z programem hybrydyzacji, czyli tak naprawdę na tym podstawowym poziomie pokazują nam, że ludzkość dąży do jakiegoś etapu w swoich dziejach, kiedy zaingeruje w tok swojej ewolucji tak, że będzie to nieodwracalne. Czyli otrzymujemy jakieś sygnały z niejawnej sfery istnienia, do której przynależy zjawisko UFO, natomiast nie możemy odebrać od nich przekazów w bezpośredniej formie. I może coś w tym jest, że ktoś nas próbuje ostrzec, ale to nie są nasi bezpośredni potomkowie. Tam zaszło coś, czego oni nie mogą odwrócić, bo jeżeli oni do nas przybędą i jeżeli paradoks dziadka istnieje, to gdyby na przykład zaingerowali tutaj u nas na pewnym etapie i na przykład zamordowali Hitlera, to już tak naprawdę ich historia mogła się potoczyć zupełnie inaczej. Także moglibyśmy dyskutować naprawdę bardzo długo o temponautach.
Jak mówię, była to swego czasu bardzo popularna hipoteza w kręgach badaczy UFO, która ostatnio utraciła nieco swojej siły i popularności, i takiego rozpędu na rzecz właśnie tej hipotezy wielowymiarowej, i wciąż popularnej hipotezy o pozaziemskim pochodzeniu UFO.
[02:50:23] - Tak. Dla mnie wniosek taki, że perspektywy przed audycją, która opisuje, która tymi zjawiskami UFO się zajmuje, są szerokie, a w końcu ta audycja jest ci, Piotrze, dobrze znana, bo dowodzisz tym okrętem, który żegluje po tych tematach. Kiedyś oczywiście audycja wróci. Tylko kiedy?
[02:50:54] - Tak, temat UFO i czasu na pewno kiedyś znowu zagości, ale musimy poczekać na jakieś nowe inspiracje. A Marku, co za tydzień? Bo my też się chyba wybierzemy w małą podróż w kolejnym odcinku „Filmotekarium". Może nie tak daleko, że na przykład na Zeta Reticuli, ale odwiedzimy sobie Niemcy, bo o tych Niemcach mówiliśmy w ciągu kilku audycji. O tamtejszych horrorach, o tamtejszej estetyce filmowej. Może wreszcie czas się zmierzyć z rzeczywistością, z prawdą czasu i prawdą niemieckiego ekranu i zobaczyć, czy naprawdę jest tam tak źle.
[02:51:35] - To zobaczymy. Zapraszamy w takim razie za tydzień. I jeszcze słowo o tym, co w poniedziałek, bo w poniedziałek też się szykuje całkiem ciekawa audycja. Nowa audycja.
[02:51:49] - Tak, w poniedziałek nowy format, to znaczy „Facta incognita". To będzie taka skrócona wersja tego, co znacie do tej pory pod nazwą „Oblicza Nieznanego". O tym już mówiłem, ale chyba poza „Filmotekarium", poza „Bibliotekarium". To może przypomnę, że przez jakiś czas „Oblicza Nieznanego. Debaty Ufologiczne" będą się ukazywać rzadziej, raz na miesiąc, raz na kilka tygodni. Natomiast zastąpi je cykliczny program pod tytułem „Facta incognita" właśnie, gdzie będziemy brać pod lupę bardziej szczegółowe zagadnienia, szczegółowe przypadki. Ten nasz zakres tematyczny nie będzie taki duży, jak to bywał do tej pory i w najbliższym odcinku, uwaga, w pierwszym odcinku „Facta incognita" zajmiemy się kilkoma polskimi przypadkami podobnymi do tego, co w Ameryce zaliczane jest do tak zwanego Missing 411, czyli dziwne zaginięcia, tajemnicze zaginięcia. Według niektórych zaginięcia bez wyjaśnienia. Także do usłyszenia w poniedziałek o 20:00 na antenie Radia Paranormalium.
[02:52:59] - Dobranoc. Pozdrawiamy.
[02:53:01] - Pozdrawiamy.
[02:53:04] - Proszę państwa, a teraz po filmach troszeczkę literatury by nam było trzeba zafundować i państwu i mnie. To ja proponuję, żebyśmy się spotkali z pisarzem Markiem Zychlą. Tę audycję przygotowaną przez Krystynę Śmigielską emitowaliśmy w „Book Radiu" już jakiś czas temu, ale może na początek kilka słów o autorze, o Marku Zychli. Pracuje jako księgowy, także jako kadrowy opiekun osób niepełnosprawnych w hrabstwie poza granicami, w hrabstwie Kilkenny. To chyba tak się wymawia. W wolnych chwilach pisuje opowiadania, które można znaleźć w szeregu antologii. I to są opowiadania z różnych dziedzin. To jest fantasy, science fiction, horror, kryminał, sensacja, dreszczowiec, czasami satyra. Rzucę kilkoma tytułami, chociaż właściwie one się pojawiają w audycji, ale dobrego nigdy za wiele. „Hodowca światów".
Jego opowiadanie było na przykład w antologii „Żertwa. Antologia Słowiańskiego Horroru", w „City 5. Antologia Polskich Opowiadań Grozy". Była też taka książka „Bezmiłość". Więcej tytułów wymieni państwu Krystyna Śmigielska, ale głównie skupią się rozmówcy na książce, którą Marek Zychla napisał dla dzieci, bo w końcu tropiciele dziecięcych marzeń. Ta książka nosi tytuł „Ior". Cóż o niej pisze nasz ulubiony portal Lubimy Czytać? Dwójka młodych bohaterów wraz z rodzicami przenosi się do Irlandii, a panujące tam magiczne celtyckie siły sprawiają, że dwójka bohaterów, Wiktoria i Arci, przenoszą się dzięki wyobraźni do Krainy Młodych. To kraina uwięzionych dzieci, od których złe moce wysysają wyobraźnię stanowiącą dla nich energię do działania. Czy nasi bohaterowie będą w stanie ich uratować?
Kim jest tytułowy Ior? Co symbolizuje tajemnicza kraina? Zapraszam państwa pięknie na spotkanie z Markiem Zychlą. Trochę o literaturze dziecięco-młodzieżowej, a trochę o warsztacie pisarza. O tym, jak się pisze, dlaczego się pisze, co napędza autora. Trochę też o samym autorze. Moim zdaniem warto. Bardzo ciekawa audycja. Zapraszam.
[02:56:16] - Tropiciele dziecięcych marzeń. Dzień dobry. Nasza dzisiejsza audycja nosi tytuł „W krainie młodych z Markiem Zychlą”. Każdy dorosły był kiedyś dzieckiem, jednak wydaje mi się, że nie wszyscy o tym pamiętamy. Naszym dzisiejszym gościem jest pisarz znany i doceniany jako autor horrorów, opowieści fantasy, science fiction, kryminałów i trzymających w napięciu thrillerów oraz książek dla młodszych czytelników. Marek Zychla zdobył drugie miejsce w konkursie na opowiadania uniwersum „Metro” i udział w antologii wydanej w Polsce i w Rosji. Jego powieść „Wiarus” była nominowana w plebiscycie portalu Lubimy Czytać za rok 2018. W ubiegłym roku został nagrodzony Złotym Kumakiem 2020 za powieść „Przesmyk”, która okazała się być najlepszą powieścią grozy. Jest autorem sześciu powieści i niezliczonej ilości opowiadań zamieszczonych w blisko 50 antologiach oraz w jednym autorskim zbiorze. Pan Marek udzielił mi odpowiedzi na kilka pytań.
Dzięki nim dowiemy się, w jaki sposób pisarz przygotowuje się do pracy nad tekstem, dokonuje wyborów w tworzonych fabułach, czego jako autor obawia się i jak radzi sobie ze strachem oraz tego, czy pisanie może być swoistą terapią.
[02:58:18] - Przygoda z pisaniem zaczyna się od czytania. Czytałem wpierw książki dla dzieci, fantastykę. Później pojawił się Terry Pratchett. Już byłem na studiach, gdzie fantastykę łączył z groteską, z humorem. Neil Gaiman także. Stąd to się wzięło. Piszę to, co sam czytam, więc w zasadzie nie spodziewałbym się od siebie wyjścia poza te gatunki. Być może jeszcze kiedyś napiszę coś science fiction, ale to nie dlatego, że ojejku, jaki ja jestem świetny i wspaniały pisarz i żaden gatunek literacki nie jest dla mnie straszny, tylko raczej dlatego, że spełniam, pisząc, swoje marzenia. Zawsze chciałem zobaczyć swoje nazwisko na komiksie. Kochałem komiksy od dziecka.
Mam nadzieję, że to się też kiedyś spełni. Kochałem książki od dziecka. Ja książki pożerałem. Przeczytałem wszystkie, jakie były w szkolnej bibliotece, jakie były u mnie w domu na półkach, a półek tam było sporo. I w końcu tak to już chyba jest, że jeżeli tyle się pożyje literatury, to przychodzi taki czas, taki moment, kiedy człowiek postanawia, że może spróbowałby sam wziąć w tej zabawie udział i coś napisać. A że nie planowałem nigdy i dalej nie planuję żyć z pisania, ponieważ jest to piekielnie trudne, to mam z tym dużo frajdy i sięgam po te gatunki literackie, jakie w danym momencie mnie fascynują i także takie, które najlepiej mogłyby wyrazić to, co chciałbym przekazać w danym momencie. Może to być jakiś lęk, jakaś obawa, może to być jakaś szczęśliwa chwila. Podzielenie się tym z czytelnikami. Pierwszy strach. Nie pamiętam tego.
Na pewno były one przed jakimś drugim rokiem mojego życia, a najwcześniejsze wspomnienia pochodzą raczej z tego okresu. Jakaś żółta kurtka, którą miałem, włącznik światła na klatce schodowej, takie rzeczy. Ale prawdopodobnie czegoś musiałem się przecież wystraszyć i wcześniej. Sam posiadam dzieci, więc to nie było tak, że one do tego drugiego roku życia obyły się bez strachu. Ale pierwsze takie przeżycie podszyte lękiem, podszyte strachem, które zmienia nasze spojrzenie na wszystko, to jest wtedy, kiedy jako dzieci uświadamiamy sobie, że i my kiedyś umrzemy, i nasi bliscy też umrą. I to jest ten lęk pierwotny, lęk przed śmiercią. Ten taki atawistyczny, napędzający całą ewolucję, który jak nas dopada, to nie ma od niego, jak i od śmierci, ucieczki. Fakt ten, pogodzenie się z tym strachem niektórym zajmuje wiele lat. Niektórzy wspomagają się wiarą czy odpychają, odsuwają od siebie te niewygodne myśli. Borykają się z tym lękiem przez całe życie.
Pamiętam, że na początku bardzo się tego bałem. Jak pytałem się dorosłych, to mi mówili, że jeszcze jestem za młody, za mały, żeby o takich rzeczach myśleć. Więc nikąd nie nadchodziła pomoc , bo zwykle człowiek przecież szedł do dorosłych, o coś ich pytał i dostawał odpowiedź i mógł bawić się dalej. A tutaj nagle także unikali tego tematu. A że religijny nie byłem, nie jestem i raczej nie będę, to nie dlatego piszę fantastykę. Bo i takie zdarzają mi się wiadomości do mnie wysłane, że stoję po stronie diabła. Ale myślę, że każdy pisarz czy pisarka fantastyki czasem na takie wiadomości musi natrafić, ale nieważne. Jako że nie bywam, nie jestem, nie będę religijny, musiałem ten fakt zaakceptować. Z wykształcenia jestem biologiem, to Rozumiem jakże istotne znaczenie ta śmierć w tym ewolucyjnym cyklu ma. Straszne jest stracić ludzi.
Straciłem matkę i ciężko to przeżyłem kilka lat temu, ale myślę, że już udało mi się osiągnąć ten poziom akceptacji i cieszyć się życiem, tymi pięknymi chwilami. Chwilami z ludźmi, których kocham, spędzanymi z ludźmi, których kocham, z rodziną, z przyjaciółmi. Mam szczęście mieć wielu przyjaciół, którzy o mnie dbają, o których ja staram się dbać. Wspaniałą rodzinę. I tyle. Myślę, że pozostałe wszystkie inne lęki, kiedy ta miłość istnieje, kiedy ta miłość nas dotyka, już są mniej dokuczliwe niż ten jeden, w którym mieści się tak wiele. Bo mieści się to poczucie straty. Mieści się też to poczucie samotności, że ludzie od nas odejdą, zostaniemy sami, my odejdziemy, nie będzie nas, a oni zostaną bez nas, bez tego wsparcia. Myślę, że te wszystkie inne lęki przy tym to są takie malutkie pikusie i nawet z tym największym, kiedy jest ta miłość, może to być miłość do Boga, to nawet z tym największym możemy sobie poradzić i jakoś dalej żyć. Pisanie może być skuteczną terapią.
Od tego zacznę może. Bo pozwala nam uporządkować myśli w głowie. Ale pisanie jest czymś więcej oczywiście, bo jeżeli ono będzie miało tylko ten terapeutyczny charakter, to nie wiem, czy ktoś będzie chciał później daną powieść przeczytać. Ona musi być dalej interesująca, musi być przyswajalna. Więc jeżeli ja posiadam jakieś lęki, które mnie toczą i tylko o nich zacznę pisać, to prawdopodobnie ciężko mi będzie znaleźć jakieś grono odbiorców, które akurat będzie tym zainteresowane i tylko i wyłącznie tym. Bez tej oprawy, bez fabuły, bez jakichś ciekawych twistów, bohaterów o interesujących osobowościach. Dlatego oczywiście może mieć ten terapeutyczny charakter pisanie, ale niekoniecznie musi mieć. Pomaga w zasadzie. Pomaga, bo to jest jako zajęcie samo w sobie. Siada się przy komputerze, niektórzy przy laptopie, niektórzy przy kartce papieru.
Człowiek się uspokaja, odpływa w ten swój mniej lub bardziej wyimaginowany świat i tworzy historię. I nawet jeżeli od tej kartki laptopu, komputera odchodzi, to dalej gdzieś tam w głowie, w podświadomości, czasami świadomości nad dalszą częścią fabuły duma. Więc to jest jakaś odskocznia od codzienności. Jeżeli codzienność jest stresująca, ta odskocznia pozwala się odstresować. Oczywiście już na poziomie takim pisarskim, kiedy książki wychodzą, są wydawane, trafiają do sprzedaży, pojawiają się pierwsze, drugie, trzecie, n-te reakcje. Stres znowu się pojawia, bo jednak jako pisarze otwieramy się przed czytelnikiem. To jest trochę taki, nawet nie trochę, ekshibicjonizm. Ludzie, którzy nas znają, widzą więcej oczywiście podczas lektury naszych książek. Ludzie, którzy nas nie znają, nas poznają, więc to jest takie potem dziwne uczucie, kiedy rozmawia się na przykład z tym czytelnikiem i on o nas sporo wie. My niestety niekoniecznie o danej osobie jeszcze coś wiemy.
Więc on wie, jakie lęki nas toczą na przykład. Mój lęk, o którym często piszę, to jest obiektywność. W zasadzie obiektywność jest subiektywne podejście do rzeczywistości. To, jak my ją odbieramy. Limitacja tego odbioru poprzez nasze zmysły. Wiadomo, że mózg nie może przyjmować miliardów miliardów bodźców, więc jest to w jakiś sposób okrojone. A później rzeczywistości ludzi dotkniętych chorobami. Ja pracuję w Ośrodku Kultury i Sztuki KKAT. To jest Kilkenny Collective for Arts Talent. To znowu jest ośrodek w zasadzie dla każdego, ale muszę przyznać, że wielu z naszych studentów lub artystów, bo nasza działalność nie opiera się tylko na edukacji, ale również posiadamy wspaniałe studio, gdzie już uznani artyści na międzynarodową skalę pracują, tworzą.
Więc nasi artyści, nasi studenci dość często borykają się z niepełnosprawnością czy to fizyczną, czy to umysłową, chociaż nie znoszę takiego terminu. Ja mam zdiagnozowanego Aspergera, dosyć mocno reaguję na pewne dźwięki, na głośne dźwięki, na pewne wzory, twarze również. Zapamiętuję wszystkie niektóre liczby, ciągi liczb. Zdarza mi się zapamiętywać w zasadzie raz zobaczę jakąś tablicę rejestracyjną i będę ją pamiętał na przykład do końca życia, numery telefonów. A że jestem księgowym, to i numery faktur, kwoty, które tam się pojawiają. Za to nie zapamiętam czasem daty urodzenia kogoś bardzo bliskiego. Ale to moje zaburzenie odbioru rzeczywistości jest w zasadzie niczym w porównaniu z cięższym autyzmem, bo w zasadzie o Aspergerze już nie ma mowy. Ale to nie będę tutaj nikomu już myślę głowy zawracał. To już jest wrzucone do tego worasa ogromnego z autyzmem. Już o schizofrenii nie wspomnę, chociaż wspomnę.
Kiedy to zaburzenie odbioru świata potrafi być przejmujące, dojmujące, przerażające, obezwładniające, euforyczne czasami, ale po prostu z rzeczywistością ma coraz mniej wspólnego. Więc często też się zastanawiałem w tej swojej, szczególnie ostatnich powieściach. O jednej to mowa to „Przesmyk”, a o drugiej to „Bezmiłość”, która się pojawi dopiero gdzieś tam niedługo. Nad tym właśnie odbiorem rzeczywistości, co może tak naprawdę mieć wpływ na nas, że zachorujemy. Czy tylko genetyka, czy środowisko. I tyle. To jest taki lęk, myślę, dosyć istotny dla mnie, ponieważ mam trochę przedsmak tego, co czują osoby dotknięte cięższym autyzmem i strasznie im współczuję. Chociaż oni niekoniecznie tak wyrównanego podchodzą, wiadomo. Ja im współczuję na tej zasadzie, że ja wiem, jak mi bywa czasami z czymś ciężko, to jakże im musi być. Ale jak każdy z nas możemy być niscy, wysocy, bardzo szczupli, grubi.
Ja nie wymawiam litery „r” również. Z różnymi rzeczami każdy z nas musi żyć i je akceptować. I dzień za dniem mija i jeżeli ta akceptacja tam jest, to można osiągnąć wspaniałe rzeczy, niezależnie nawet od tego autyzmu czy schizofrenii, czy niepełnosprawności fizycznej. Można żyć i tym życiem się cieszyć. Także wiadomo, oni tego mojego współczucia nie potrzebują ani ja go jakoś jawnie im nie okazuję. Ale ten strach przed tym zaburzonym odbiorem rzeczywistości zawsze się u mnie jakoś pojawiał, kiedy zrozumiałem, że nie każdy spogląda na wszystko tak jak ja. Nie każdy zapamięta każdego aktora w filmie i w jakim jeszcze filmie on był, czy większość piosenek, jakie usłyszę, takie rzeczy. To jest jednak unikatowe dla mnie. Może nie unikatowe, bo jednak takie osoby, jest nas przecież trochę na tym świecie, ale że są różne odbiory rzeczywistości. To jest w zasadzie wspaniałe, ale też troszkę straszne.
[03:10:15] - Pomimo udziału w licznych projektach twórczych Marek Zychla nie stracił wrażliwości dziecka i zapewne dlatego z taką łatwością odnajduje się i znakomicie porusza w rejonach literatury skierowanej do młodego czytelnika, potrafiącego z braku wiedzy i życiowych doświadczeń wymyślić rzeczywistość na swoją modłę i chętnie wkraczającego w nierealne, ale intrygujące światy. W marcu tego roku nakładem wydawnictwa Stara Szkoła ukazała się powieść dla dzieci zatytułowana „Ior”. Pozwolę sobie przeczytać fragment „Iora”, bardzo ważny, bo wprowadzający nas w klimat powieści, a następnie pan Marek Zychla opowie nam, jaką rolę w jego życiu odegrały smoki. Jak daleko jest od mrocznego kryminału do fantastycznej opowieści dla dzieci i o tym, że przygody nie czekają na tchórzy. „W chwilach wolnych od szkoły i obowiązków Wiktoria rysowała smoki. Gadzie łuski kreśliła równiuteńko, zabawnie przygryzając język, a za pomocą wyobraźni wprawiała jaszczury w ruch, by stawiały czoła zagrożeniom wyjętym wprost z dzikich zakątków jej papierowo-ołówkowego świata. Większość smoków szybko odchodziła w zapomnienie, przykryta kolejnymi zarysowanymi kartkami, lecz nie ospały Tłustobok. To on wyszeptał połyskujące czerwienią wersy, które zajmowały większą część strony. Wiktoria nie chciała niepokoić rodziców zajętych planowaniem przeprowadzki do Irlandii. Bratu wolała oszczędzić koszmarów, skoro po opowieściach dziadka zdarzało mu się budzić w nocy.
I chociaż słowa nie przywodziły na myśl żadnych konkretnych wydarzeń, wyczuwała ich powagę. Dlatego nachylała się nad czerwienią liter i szeptała za Tłustobokiem: „W starej norze wiedźma stara oddychała gęstym kurzem, ciemnoszarym i spleśniałym, sklejającym skrzydła wróżek. Zasypiała wczesnym rankiem, nocą mrucząc mdłe zaklęcia, ciemnoszare i spleśniałe, lepkie niczym nić pajęcza. Z ust wyblakłych z tego kurzu, ze zniszczonych skrzydeł wróżek uszła magia, co wraz z wiatrem w kruczych chmurach siała burze. I wracała z kwaśnym deszczem, i wsiąkała w serca tchórzy, aby wydać plon szkarłatny, aby sczernieć w płatkach róży, by marzenia milusińskich rozbić niczym jajka kurze, a ich rączki, ich paluszki skleić cukrem, pokryć śluzem. Zaś na końcu, tam na wzgórzu, gdzie kłujące gniły róże spaść na tatę, co w Irlandii postanowił zostać stróżem”. O dziwo, dziewczynka nie czuła strachu, tylko ekscytację. Jeszcze mocniej pragnęła przygód. Tyle niesamowitości – myślała. Wiedźmy, pajęczyny, wróżki.”
[03:14:05] - Smoki. Smoki od zawsze mnie fascynowały. Gady także. Miałem przyjemność mieć zaprzyjaźnionego ze mną kameleona, który sobie żył u mnie w salonie w terrarium. Jak pisałem, to często siedział mi na ramieniu. Nikt mi nie powie, że nawet takie zwierzęta jak gady nie mają osobowości, bo mają. I to było parę wspaniałych lat przyjaźni. Niestety, jak to ze zwierzakami bywa, szczególnie tymi mniejszymi, one za długo nie żyją. Więc teraz jego miejsce zajął wąż zbożowy o fantastycznym imieniu Nagini. A że węże zbożowe dłużej żyją, to i tego smutku Szybko myślę nie odczują.
Z mężem jednak bardziej zaprzyjaźnił się mój syn. Razem się bawią, mimo że ta bestia ma blisko dwa metry. Więc i smoki. Smoki wzięły się stąd, że pierwszą książką, jaką przeczytałem w życiu kilkukrotnie, były „Przygody Baltezara Gąbki”. Cała trylogia Pagaczewskiego. I tam pojawia się oczywiście Smok Wawelski. Bajkę też wszyscy znamy z telewizji, wszyscy, którzy pamiętają lata 80., 90. Coś w tych smokach jest. Smoki są silne, potężne, zieją ogniem. Bywają inteligentne.
Zwykle może troszkę chciwe, ale też w taki inny niż ludzie sposób. Więc myślę, że stąd wzięła się ta fascynacja smokami. Samo słowo brzmi dosyć zabawnie. Smok. Bardziej już wolę angielską wersję dragon. Tak samo jak ten popularny Eragon. W zasadzie od słowa dragon zmieniono tylko jedną literę. Ta fantastyczna powieść napisana przez młodego człowieka, Paoliniego, również mi się bardzo podobała i ta angielska wersja chyba jest bardziej mocna, silna. To słowo jednak bardziej na mnie działało, jak się natrafiało na nie w filmach. Nasze „smok” jest jakieś niedopasowane chyba do tego pięknego, nieistniejącego prawdopodobnie poza wyobraźnią nigdy zwierzęcia, reprezentującego w zasadzie wiele gatunków gadów, a przy tym jakże ludzkiego.
Baśń dla dzieci czy nawet literatura dla dzieci zwykle posiada więcej grozy, niż nam się wydaje. Jeżeli przypomnimy sobie w zasadzie wszystkie baśnie, z jakimi mieliśmy do czynienia jako dzieci czy jako czytelnicy dorośli, to tej grozy tam sporo było. Czy Andersen, czy bracia Grimm. Rzeczy przerażające czasami. Dlatego chyba tak strasznie daleko nie jest. Do dzisiaj uważam, że groza dla dorosłych to są takie bajki dla dorosłych. Takie baśnie, bajki z dreszczykiem i tyle. Jakoś nawet od strony twórczej nie widziałem nigdy tutaj większego problemu. Problem raczej pojawia się już w samej konstrukcji tekstu. Trzeba być świadomym, że pisze się dla innego odbiorcy i tyle.
Ale tak tematycznie, stylistycznie również. Oczywiście wiadomo, można używać trudniejszych słów czy słów wulgarnych w literaturze dla dzieci, ale sama ta nutka grozy oczywiście może się pojawiać w obu przypadkach. Ale też ja nigdy nie pisałem na przykład jakiegoś horroru ekstremalnego jak Tomek Siwiec i dla niego byłoby pewnie i dalej, ale i Tomek Siwiec pisze lub pisuje dla dzieci. Więc coś w tym chyba jest, że wydaje się, że one leżą bliżej siebie, niż się to wydaje. Ja jakoś nie potrafię się przełamać do współczesnej literatury dziecięcej. Tej, gdzie pojawiają się jakieś zwierzątka, żółwiki, hipcie i edukują dzieci. Do tego wyścigu szczurów, jaki tym dzieciom już narzucamy, że tutaj musisz się nauczyć po angielsku kilku słówek, liczyć do 10, zanim jeszcze powiesz „mama”. Dlatego tęsknię za tą przygodowością książek i za tym dreszczykiem, za tym nietraktowaniem dzieci jako o wiele gorszych, uboższych percepcyjnie czytelników. Za tym tęskniłem. Przecież czytałem jako dziecko „Władcę Pierścieni”.
„Muminki” się czytało przecież, gdzie też trochę groźnie było. „Akademię pana Kleksa” tak jak „Momo” czy inne książki Endera, jak „Niekończąca się historia”. Dahl przecież też nie stronił od grozy tak naprawdę. Była tam przygoda. Jeżeli jakakolwiek lekcja z tego wychodziła, to była to lekcja charakteru. Pewne życiowe lekcje, a nie edukacja. Już pomijam trzy różne formy edukacji jako nauczyciel. Ta formalna, mniej formalna i tak dalej. Ale od edukacji niekoniecznie musi być książka. Od takiej edukacji ścisłej w stylu właśnie nauczmy się liczyć, poznajmy kolory po angielsku i tak dalej.
To mi nigdy jakoś nie leżało. Więc tak, to jest hołd ku tym książkom z przeszłości, ku przygodom, jakie czytałem w książce Ożegowskiej, Niziowskiego. Jeżeli mówimy o polskiej literaturze czy te pozycje, które już wspomniałem. Przecież to nas kształtowało jako czytelników, jako ludzi później. To nam pomagało wyrobić w sobie ten smak, ten gust, że od książki wymagamy czegoś. Czy to był Verne, że wpadało się w przygody. Można było się całkowicie wyłączyć od własnych problemów, od tego świata, od mieszkania w bloku, gdzieś w jakimś mieście, miasteczku, mogąc nigdzie tak naprawdę podróżować z różnych powodów. Wtedy ten świat stawał otworem. A liczyć do 10 po angielsku każdy się i tak prędzej czy później nauczy. Chciałbym, żeby dzieci wierzyły w siebie.
Chciałbym, żeby marzyły, żeby próbowały spełnić te marzenia, żeby nie dawały sobą manipulować tak konkretnie. Właśnie żeby może nie goniły za czymś, co nie ma sensu do końca, nie starały się być od razu lepsze od innych i tyle. Ale też żeby wszystko działo się z jakimś umiarem, żeby nie tracić tego umiaru, nie wpalać całym sobą w daną pasję. Przecież wiadomo, że w każdej dziedzinie konkurencja jest silna.
[03:20:49] - Ale nie wiem, czy życie polega tylko na tym, żeby zawsze wygrywać, żeby być tym najlepszym kosztem wszystkiego. Myślę, że to jest główne przesłanie „Ijora”. Kochasz sport, kochaj sport. Nie zapomnij o pozostałych pasjach, o rodzinie, o bliskich, o życiu codziennym, o takich sprawach. Kochasz się uczyć? Ucz się, ale też z umiarem. I tyle. Bo inaczej robi się niebezpiecznie. Odwaga jest ważna, istotna. Odwaga pojawia się wtedy, kiedy pojawia się strach.
Może bardziej próbowałem pokazać to, że każdy z nas się boi, a odważni to są właśnie ci, którzy mimo tego strachu pójdą zawsze dalej, nie cofną się. I tyle. Nie chciałbym, żeby każdy odbiorca moich książek sobie pomyślał: „Ojejku, teraz to ja muszę być odważny”. Nie, ja nie byłem odważny. Jakoś sobie poradziłem w życiu, ale wiele razy musiałem ten strach zwalczyć. Czyli może jednak byłem odważny. Ale bardzo się bałem często. To na pewno. I książki mi z tym pomagały. Pokazywały mi, że są inne dzieci takie jak ja.
Wrażliwe, które też spotykają różne nieprzyjemności, a jednak stawiają im czoła. Myślę, że rola literatury dziecięcej jest nie do przecenienia. Dlatego może nie skupiałbym się tylko i wyłącznie na odwadze albo tylko i wyłącznie na konkurencji, na dążeniu do wygrywania, do bycia lepszym. Chodziłoby mi bardziej o to, żeby każdy pamiętał, że wszystko jest cudne, piękne i wspaniale być w czymś niedoścignionym, ale żeby pamiętać, jakim kosztem się takie stanowisko osiąga. I tyle. Co tak naprawdę sprawia nam szczęście, radość? Co jest tak naprawdę ważne? Faktycznie obserwowałem dzieci, wszyscy, którzy „Ijora” będą wiedzieli, o co chodzi i o czym my tutaj mówimy. Tam na końcu napisałem kilka zdań od siebie. Tak, to dzieci mnie zainspirowały i dla dzieci napisałem tę książkę, ale oczywiście nie tylko dla moich.
Dla dzieci ogólnie. I tyle, bo jednak, żeby ją napisać, musiałem powrócić do tego Mareczka. Marek dużo pomógł. Ten powrót jednak, musiałem się cofnąć tych lat jakieś 30 plus minus. Było to ciekawą przygodą. Nawet pamiętam, że sięgnąłem do zdjęć z tamtych lat, co myślę, że młodym czytelnikom to się może wydawać dziwne, a tych zdjęć tak naprawdę wiele wtedy nie robiono, a przynajmniej nie w moim domu, bo mam ich garsteczkę. Pięć, sześć z tych czasów, kiedy miałem 8, 10, 11 lat. Ale przez to może mogłem się bardziej na tym skupić. Na jednym ze zdjęć czytałem komiks „Tytusa” i zobaczyłem siebie kompletnie pochłoniętego przez te opowieści Papcia Chmiela. I wtedy mi przyszedł do głowy taki czytelnik.
Dzieciaki, które tylko tym żyją. Od razu też pojawiły się kolejne pomysły. Sportowcy, którzy będą tylko i wyłącznie się tym zajmować, lenie i tak dalej. Żracze to czas chyba bardziej współczesny, co się niestety dzieje z dostępem do fast foodów. Ale też bez jakiegoś moralizatorstwa, raczej bardziej pokazywałem, rzeczywiście przekoloryzowane pokazywałem te zagrożenia, które płyną z braku umiału. Mareczka tam jest bardzo dużo. Mareczka, który uwielbia smoki, który bał się wilków i psów. To się bierze od psów oczywiście i też z wiadomych powodów. Dlaczego dzieci się boją psów? Pewnie jak mają jakieś nieciekawe z nimi doświadczenia.
I tak bywało. Ja teraz oczywiście mam psiaka, bo myślę, że i dzieciom z psiakiem w życiu łatwiej i inaczej trochę na to spoglądam niż wtedy, kiedy byłem maluchem wystraszonym dużych psów. Mareczka jest tam dużo i ja się z tego też cieszę, bo mi było miło się z nim spotkać po tak długiej przerwie. I myślę, że każdy z nas dorosłych powinien czasem może do tego dawnego siebie powrócić. Nie na zasadzie jakiejś rozmowy czy autoterapii, ale myślę, że tęsknimy za tym dzieckiem, które niektórzy mniej lub bardziej w sobie tłamszą. Ale to dziecko tam ciągle jest przecież. To jest ważne. Pamiętam, że jako dziecko, nawet dosyć małe dziecko, miałem problemy, z którymi nie wiedziałem, do kogo się zgłosić. Nie wiedziałem, jak rozmawiać o nich z rodzicami. Te problemy tak naprawdę nie były aż tak ogromne, jak mi się wtedy to wydawało.
Ale wiadomo, że w mojej głowie nabierały coraz większych rozmiarów i brak możliwości skontaktowania się z kimś nie był zbyt zdrowy. Dlatego też w książce jest dosyć dużo o tym Żeby rozmawiać z dorosłymi. Jeżeli ten dziecięcy czytelnik waha się, boi się podjąć takiego kroku, to jest taki telefon zaufania, że tam może się zwrócić o pomoc i tę pomoc otrzyma. Dlatego wręcz upierałem się na to, żeby się ten numer telefonu tam pojawił. Oczywiście za zgodą fundacji oraz wydawnictwa, za co bardzo dziękuję. Ponieważ jeżeli nawet jednemu dziecku w ten sposób będziemy mogli pomóc, to przecież to już czyni kolosalną różnicę i dla mnie ma to większą wartość niż nawet jakbyśmy sprzedali „Iora” w tysiącach egzemplarzy. Jeżeli będzie gdzieś tam taki właśnie Mareczek, który może zdecyduje zadzwonić i poprosić o pomoc, zwrócić o pomoc i tę pomoc otrzymać, to będzie ważne. Tutaj też parę razy w książce się pojawia temat, że jeżeli Wiktoria porozmawiałaby z rodzicami, to może by to wszystko troszkę inaczej wyglądało. Jeżeli czasami warto może zapomnieć o jakiejś dumie, o pragnieniach, marzeniach nawet, o jakimś takim egoizmie naszym, że my coś chcemy i z nikim nie będziemy rozmawiać, bo tego chcemy, to może warto czasami jednak porozmawiać. I oczywiście, że dorośli, którzy są danego dziecka otoczeniu, może nie zawsze są zdolni pomóc, ale myślę, że zawsze spróbują.
Tam, gdzie jest miłość. Jeżeli ci dorośli nie są akurat powodem tych problemów. A jeżeli są, to tym bardziej ten telefon jest tam potrzebny. Ale jeżeli nawet dziecku się czasami wydaje, że ten dorosły go nie zrozumie, na pewno nie podejdzie poważnie do tych problemów, to myślę, że parokrotnie może się dane dziecko dać zaskoczyć. I warto rozmawiać. Warto kochać siebie wzajemnie, pomagać sobie wzajemnie. Zdecydowanie warto przyznawać się do słabości. I tyle. Poza tym to, co ten telefon zaufania i fundacja ze sobą niesie, jest coś niesamowitego. Okazało się, że pracuje tam również moja znajoma ze studiów, ale dopiero dowiedziałem się o tym po tym, jak zwróciłem się do tej fundacji nie tyle o pomoc, co pozwolenie na zamieszczenie tego telefonu w książce, kompletnie niekomercyjnie i tak dalej.
Więc świat jest mały oczywiście. I poważnie, jeżeli chociaż jednemu dziecku będzie można w ten sposób pomóc, to niesamowita sprawa, bo może i dzieci są dziećmi i te problemy mogą wydawać się dziecięce, ale problem jest wielki, jeżeli dla kogoś wielkim jest i tyle. On nie musi wygrywać w rankingach wielkości problemów z problemami świata dorosłych, ale dla dziecka może być bardzo istotny i jeżeli zostanie nierozwiązany, może doprowadzić do tragedii. Dziękuję ślicznie za rozmowę, za te wspaniałe pytania. Mam nadzieję, że nie zanudziliśmy słuchaczy, szczególnie ja. Że wszyscy tutaj dobrze się bawili i sięgną po „Iora”. Sprawią może przyjemność swoim dzieciom lub dzieciom znajomych lub rodziny. Sami też oczywiście polecam nawet dorosłym, żeby sobie przeczytali tę powieść. I chciałem tylko powiedzieć, że ta powieść nie jest jakaś strasznie moralizatorska, bo tak z tego wywiadu może się wydawać. Jest pełną przygód opowieścią o miłości, o rodzinie, o tym, jak żyć z umiarem, ale jednocześnie szczęśliwie i jak nie zabijać w sobie wyobraźni.
I tyle. Mam nadzieję, że sięgniecie po „Iora” i że podzielicie się ze mną wrażeniami. Łatwo mnie znaleźć na tych całych mediach mniej lub bardziej socjalnych, społecznych. Ja będę czekał po tej stronie Internetu. Życzę wam przyjemnej lektury. Dziękuję za wywiad.
[03:31:26] - Panie Marku, pięknie dziękuję, że mogliśmy poznać Krainę Młodych i mam nadzieję, że udało się nam wspólnie zachęcić starszych i młodszych słuchaczy do sięgnięcia po pana powieści i opowiadania. Młodszym czytelnikom gorąco polecam „Iora”. Myślę, że każdy z nas marzył lub marzy o przygodach w nieznanych krainach. Sprawdźcie więc, co spotkało Wiktorię i Artiego w Krainie Młodych. Panie Marku, serdecznie dziękuję za tak szczere odpowiedzi na moje pytania. Bardzo mi było miło dzisiaj pana gościć. Życzę panu wielu sukcesów twórczych, a przede wszystkim wspaniałych czytelników. Sama już wiem, że „Ior” na pewno spodoba się rówieśnikom bohaterów tej opowieści, a dzieci poszukujące pomocy dowiedzą się, jak i gdzie mogą ją znaleźć. A to wiadomość bardzo ważna, mogąca nawet uratować czyjeś życie. Nie bójmy się zwracać ze swoimi problemami do ludzi mających wiedzę, jak należy nam pomóc.
Dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Żegnam się już z państwem. Krystyna Śmigielska. Do usłyszenia.
[03:33:44] - Cóż, proszę państwa, tak sobie teraz myślę, że skoro tyle o literaturze rozmawiamy, to czas byłby najwyższy, żebyśmy troszeczkę literatury dotknęli. Zapraszam zatem na opowiadanie napisane przez Jarosława Borysia. Opowiadanie, które trafiło do antologii, która pojawia się tutaj często, czyli „Rubież rzeczywistości”. Dzisiaj opowiadanie nosi tytuł „Kurier” i tradycyjnie czytane jest przez Redę Haddada. A zatem Jarosław Boryś „Kurier”.
[03:34:28] - Antologia „Rubieże rzeczywistości” czyta Reda Haddad.
[03:34:41] - Rok 2241. Frachtowiec NSC 2400. Oficjalnie placówka badawcza Zrzeszenia Planet Układu Irydion 2. Nieoficjalnie Rządowa Placówka Ochrony Przeszłości. Poziom dowodzenia. Pomieszczenie oficera służb wewnętrznych. „Czyli Robert Berwin coś knuje.” Admirał był zniesmaczony. „Znowu. Dawno tego nie robił.” „W dodatku teraz knuje z wnukiem” – wtrącił Jonas, oficer służb wewnętrznych na frachtowcu. „To pewne novum.
Z wnukiem” – rzekł admirał z ironią. Zrobił kwaśną minę, jakby żuł plaster cytryny. „Że też mu się chce. Tyle razy. Za te wszystkie kombinacje z chęcią bym go zdegradował, ale nie mogę. Taki szef obrony jak on jest tu niezbędny. Jest zbyt dobry. Centrala ma go niemalże za bohatera.” Kiedy oficer służb wewnętrznych poprosił do siebie admirała na poufną rozmowę, ten wiedział, że to zapowiedź kłopotów. Nie przypuszczał jednak, że chodzi o Roberta Barwina, szefa ochrony placówki. Tym bardziej że ten już od pewnego czasu zaniechał kopania pod nim dołków.
„Gdybym rozpoczął jakieś manewry wokół jego osoby, szyszki w centrali podnieśliby momentalnie krzyk.” Admirał głośno myślał. „I do cholery mieliby rację. Co za ironia losu” – westchnął. Ta placówka kilka razy została uratowana głównie dzięki jego doświadczeniu. „Doświadczeniu albo szaleństwu” – rzekł Jonas. „Nie znam nikogo, komu rozsądek pozwoliłby działać w taki sposób w tak skrajnych sytuacjach.” „Może tak. Musi być szalony, żeby tyle razy kombinować, by zająć moje miejsce, choć nie ma predyspozycji, by dowodzić placówką. Nigdy nie miał. Nie przeszedł ani testów, ani symulacji. Wie o tym centrala.
Wiedzą inni. Zdaje się, że nie wie o tym jedynie on, a właściwie nie chce wiedzieć. Wielki szef obrony Robert Barwin, uparty stary sztywniak.” Zamilkł z dość osobliwym wyrazem twarzy, na której grała bezradność z nerwami. „Wobec tego co dalej?” – spytał Jonas. „Jak to co? Co zwykle. Trzeba wyprzedzić jego posunięcia po cichu. Pana w tym rola jako fachowca w tej materii.” „Powiedział pan, że jego wnuk w porozumieniu z nim pracuje w tajemnicy nad aparaturą do skoków w czasie.” „Dokładnie. Nie interweniowałem. Postanowiłem najpierw poinformować o tym pana.” „To dobrze.
Budowa takiej aparatury bez pozwolenia jest zakazana klauzulą rządową.” Admirał namyślał się chwilę. „Ale zostawmy to w spokoju na razie, bo od tego pan zacznie. Od wehikułu. Dyskretnie. Oficjalnie drążyć nie ma po co. Nie wiadomo, co on kombinuje. W razie czego na pewno wszystkiego się wyprze. Jeszcze mnie wrobi. Nie jest głupi. Jak się nazywa jego wnuk?” „Barwin.
Bartolomeo Barwin.” „Bartolomeo? A cóż to za imię? Dziadek mu je wymyślił? Sprawdziłem z ciekawości. To imię, które nadawano w pierwszym tysiącleciu na Ziemi. W pewnych kwestiach rodzina Barwinów jest nazbyt tradycyjna.” Mniej więcej w tym samym czasie, kilka pokładów niżej. Poziom techniczny. Ukryta pracownia. „Vincent, do zdechłego chipa. Mówiłem ci, żebyś rzucił napięcie w drugi sektor” – padło z pomieszczenia obok.
„Przecież puściłem.” „Co puściłeś? Martwota. Zero życia sektora. Zero.” Technik Bartolomeo Barwin był zirytowany. „No co ty. Nie świruj.” „Ja? Ja świruję? Do mnie mówisz?” Coś trzasnęło. Po chwili słychać było oddalające się kroki i odgłos otwieranego wejścia. „Znowu poszły łącza?” – zapytał Vincent i uprzejmie odpowiedział sam sobie: „Znowu pieprznęły, do jasnej cholery.” Kilka razy wpisywał ręcznie kody uruchomienia aplikacji, ale hologram wciąż pokazywał czerwony symbol błędu.
Wyglądało na to, że zaistniałe blokady mają swoją przyczynę nie w wykryciu podzespołów, a braku napięcia. Wstał znad konsoli generatora przesyłu informaterii z chęcią potraktowania jej pięścią i zamarł. Ktoś za nim stał. „Kto i jak długo?” – pomyślał z narastającym strachem. „Nie zabezpieczyliście wejścia.” Głos Roberta Barwina, szefa obrony, uspokoił go. „Czy każdy może tu wejść tak niepostrzeżenie?” „Witam, panie Barwin” – powiedział Vincent, odwracając się do koordynatora tajnego projektu.
[03:39:13] - Bartolomeo przed chwilą wyszedł, chyba lekko wkurzony. Najwyraźniej nie zabezpieczył wejścia. Coś idzie nie tak, jak powinno? A jak może iść? Vincent nie ukrywał zdenerwowania. Skoro cała aparatura tutaj to popieprzona prowizorka, w większości na ręcznie skleconych podzespołach. Oryginalne są nieosiągalne. W sekcji magazynowej pilnują części jak oka w głowie. Nawet panu nie udało się ich zdobyć. Kombinujemy, jak się da, ale to może nie wystarczyć.
Myślę jednak, że poradzicie sobie powiedział Barwin. Oby tak było dodał w myślach, a na głos rzekł: Jestem o tym przekonany. Nie powiedziałbym inaczej do najlepszego programisty na pokładzie. Połechtał ego Vincenta i pozostawił go, ruszając na poszukiwanie wnuka. Mrucząc pod nosem przekleństwa Bartolomeo grzebał w podręcznym magazynie. Szukał mikroprzewodów z odpowiednią końcówką albo z taką, którą dałoby się przerobić. Do pomieszczenia ktoś wszedł. O, tu jesteś. A niby gdzie mam być? Rzucił zdenerwowany Bartolomeo, rozpoznając głos dziadka.
Spokojnie chłopcze, mamy czas. Najważniejsze, by nikt nie dowiedział się o projekcie. Priorytet to całkowita jego tajność. Ale nie wiem, ile to będzie trwało. Coś ciągle nawala. Kombinujemy z częściami, dorabiamy je. Korelacja błędu. Sprawy techniczne pozostawiam wam przerwał mu dziadek. Oprócz Vincenta i ciebie nikt nie wie o tajnym projekcie? O tym, co robicie?
Nikt. Bartolomeo pokręcił głową z zasępioną miną. Nie chciał okazać się nieudacznikiem. Jakiś czas temu zaskoczyło go i ucieszyło, że sam szef obrony zaproponował mu udział w tajnym projekcie. Nieważne, że to jego krewny. Teraz nie wiedział, jak temu podołać. Dobrze podjął Robert Barwin po chwili ciszy. Gdyby ktoś się dowiedział, byłaby afera. Pamiętaj o tym. Bartolomeo przytaknął.
Teraz przejdźmy do twojej właściwej roli w tym projekcie. Wybrałem ciebie do tego zadania, bo jesteśmy rodziną i mogę ci zaufać jak nikomu innemu. Rozmawialiśmy o tym. Tak — mrugnął zrezygnowany Bartolomeo. Będziesz kurierem. Tak? Co? Kurierem z przyszłości. Ale tylko ty będziesz o tym wiedział. Tam, w przeszłości.
Tutaj oprócz ciebie będę wiedział o tym tylko ja. Ale... Pozwól mi dokończyć. Potem będziesz pytał. Pojawisz się w pewnym mieście na Ziemi na początku XXI wieku. Będziesz wyglądał i zachowywał się jak ktoś z tamtych czasów. Nie musisz nawet zmieniać imienia. Będziesz człowiekiem, który szuka pracy. Pójdziesz do urzędu, w którym pracuje burmistrz. Przekażesz mu pewną informację.
Tylko jemu. Nikomu innemu. To będzie kluczowe w tym zadaniu. Ale tylko w urzędzie. Normalnie, przeciętnie, jak najzwyklejszy petent. Nie później w jego domu czy gdzieś na ulicy. Potem opuścisz miasto. Od tej chwili będziemy spotykać się częściej. U ciebie albo u mnie. Będziesz się przygotowywał do tego zadania.
Wszystko oczywiście w ścisłej tajemnicy. A kim był ten burmistrz? Teraz to nieważne. Wspomnę jedynie, bo i tak się dowiesz, że nosimy jego nazwisko. To ktoś z naszych przodków? Drążył wnuk. Może tak, może nie. Teraz to naprawdę nieistotne. Musisz skupić się na zadaniu. To jest najważniejsze.
Rozumiesz? Tak. Posłuchaj więc. Kochany mój przodku. Nie pozwolę ci tak szybko umrzeć myślał kilka godzin później w swoim gabinecie szef obrony z rozanieloną miną. Dostarczę ci na tacy klucz do sukcesu. Tak się wtedy mawiało. Dostaniesz informację, kto wszedł w nielegalny proceder na szkodę twojego miasta i Skarbu Państwa. Dzięki temu zabłyśniesz jako nieugięty i praworządny urzędnik. Zyskasz duże poparcie.
Dostaniesz propozycję startowania w wyborach na gubernatora. Może nawet zostaniesz senatorem. Tak wykazują symulacje, które przeprowadzałem skrupulatnie długi czas, żeby mieć pewność ostatecznego wyniku. Będziesz wtedy kimś, a to pomoże mi teraz. Dzięki niewielkiej ingerencji w przeszłość za sprawą mojego wnuka nie będę już szefem obrony. Będę admirałem. Co najmniej. Musisz tylko podczas pracy w dniu drugiego lipca dwutysięcznego dziesiątego roku pojechać w pewne miejsce z szefem policji. Zyskasz dowody, które otworzą ci drzwi do prawdziwej kariery. Do domu wrócisz późno.
Wtedy będziesz bezpieczny. Pewien dzieciak nie będzie już jeździł. Wszelkie instrukcje przekaże ci Bartolomeo. Gdzieś na Ziemi, drugi lipca dwa tysiące dziesięć. Nastał zwyczajny poranek w zwyczajnym miasteczku. W jakimś zaułku między budynkami bezdomny Brynol Stefan wygrzebał się ze sterty pomiętolonych papierów. Służyły mu one za łoże, poduszkę i kołdrę. Pierwsza myśl, jaka mu zaświtała, to zdobyć fundusz na wino, strawę duchową i jednocześnie przekleństwo wszystkich Brynoli, choć nie tylko. Powszednie winko jak co dzień. Prawie.
Podniósł się, starając się rozruszać wiekowe kości. Podreptał niepewnym krokiem w kierunku ulicy. Przystanął na chodniku. Cicha, zakurzona uliczka zalana porannym słońcem jawiła się niczym symbol spokoju małej mieściny położonej gdzieś na uboczu. Stefan westchnął niemal z rozkoszą, czując na skórze przyjemnie ciepły dotyk słońca. Licząc na łut szczęścia, starał się wypatrzyć jakiegoś sponsora w pobliżu. I wypatrzył. Nieznajomego. Były to ostatnie chwile zwyczajnego poranka dla Stefana i zwyczajnego dnia miasteczka. Rankiem w mieście pojawił się gość.
Wyglądał przeciętnie. W wytartych spodniach marki Levi's, flanelowej koszuli i z torbą przewieszoną przez ramię jawił się niczym tubylec nieśpiesznym krokiem idący do pracy. Był tu jednak obcy. Na chodniku zaczepił go starzec w wyświechtanym, nieco zanieczyszczonym odzieniu. Stefan jestem przedstawił się Brynol, wyciągając rękę do przybysza. Nieznajomy po chwili zawahania odwzajemnił gest. Bartolomeo. Miło mi poznać. Stefanowi coś zaświtało w głowie, gdy usłyszał to imię. O w mordę mruknął i aż zmroziło go, gdy sobie coś uzmysłowił.
Bartolomeo to nietuzinkowe imię. Wiedział o tym, tylko nie wiedział skąd. Coś natrętnie mówiło mu, że takiego osobnika lepiej nie prosić nawet o centunia na wino, na cokolwiek. Strwożony puścił rękę gościa. Bez słowa wyminął go i czym prędzej ruszył przed siebie, nie oglądając się. Miał nadzieję, że gość też nie będzie się za nim oglądał i pójdzie swoją drogą. Gdy Stefan schował się za winklem, wychylił lekko głowę na szerokość oka. Odważył się popatrzeć w kierunku, z którego przyszedł. Nieznajomego nie było widać. No i dobrze, pomyślał z ulgą.
Nagle poczuł, że ktoś łapie go za ramię. O mało nie przegryzł sobie serca, gdy podskoczyło mu wyżej niż do gardła. Usłyszał jednak znajomy głos Zyty. Co jest Stefan? Chowasz się przed kimś? Zyta była poczciwą kobieciną. Nie zaliczała się do Brynoli, ale trzymała z nimi sztamę, jak z wszystkimi zresztą. Jedyną jej wadą był zbyt długi język. Trzeba było przy niej zważać na to, co się mówi. Gdy Stefan trochę się uspokoił, powiedział z zasępioną miną: Spotkałem, no.
Doprawdy nie wiedział, jak to ubrać w słowa. Kogo spotkałeś? Nie wytrzymała Zyta. Samego diabła czy co? Takiś wystraszony. W mieście podjął w końcu Stefan lekko trwożnym i złowieszczym szeptem pojawił się Bartolomeo. Nastała chwila ciszy, nadobnie okraszona porannym śpiewem ptaków gdzieś w tle. A kto to taki? Spytała po chwili zniecierpliwiona. To gość dużego formatu rzekł Stefan.
Lepiej mu się nie narażać i omijać z daleka, gdy nie masz do niego jakiegoś konkretnego interesu. A skąd ty to wiesz? Drążyła dalej Zyta. Znasz go? Kobieto! Mówił zaaferowanym, aczkolwiek ściszonym głosem Brynol. Toż to Bartolomeo. Bartolomeo. Nie słyszałaś o nim nigdy? Ja słyszałem i prawdę ci powiem, nie chciałbym mieć do czynienia z kimś takim jak on.
Znowu nastała krótka chwila ciszy. No to ładne grzybki odezwała się w końcu Zyta. Ciekawe czego szuka w naszym mieście. Czego albo kogo? Zaakcentował ostatnie słowo Stefan. Pokręcił głową, machnął ręką. Idę szukać funduszy na wino. Kiedy stanąłem oko w oko z tym człowiekiem i usłyszałem jego imię, zaczęło suszyć mnie jeszcze bardziej. Zytcie żal się zrobiło wiekowego Brynola. Wygrzebała parę drobniaków.
Dając je rzekła: Napij się też za moje zdrowie. Patrzyła przez chwilę, jak weteran wśród miejskich Brynoli odchodzi ze smutną miną. Poczciwi na z tego Stefana myślała. Mimo tego, że uważany za człowieka gorszej kategorii, to jednak nigdy nikogo nie oszukał. Jak mógł, to pomógł. Nie wpieprzał się nieproszony w sprawy innych. Jemu podobni czuli przed nim respekt. Na swój sposób cenili go. Był dla nich niejako mentorem. Niejednokrotnie pytali go o radę w takiej czy innej sprawie.
Zyta rozmyślając o tym, co powiedział Stefan, stała jeszcze chwilę, patrząc, jak się oddala. W końcu i ona ruszyła w swoją stronę. Dzięki Zycie wieść o Bartolomeo, ponoć potworze w ludzkiej skórze, który pojawił się w mieście, rozeszła się błyskawicznie. W ciągu godziny szemrało o nim całe towarzystwo Brynolskie miasteczka. Chwilę później w ruch poszły języki plotkar i dewotek, a od nich wieść rozeszła się wśród większości mieszkańców miasteczka. Niebawem prawie wszędzie szemrano o niepokojącym gościu i nietrudno było go zauważyć. Wszak w mieście tej wielkości wszyscy się znali albo osobiście, albo z widzenia. Ludzie omijali nieznajomego szerokim łukiem. Gdy ktoś na niego wpadł, zagapiwszy się na ten przykład, uprzejmie przepraszał i starał się być bardzo grzeczny. Kiedy Bartolomeo usiadł na ławce przy parku, by zjeść słodką bułkę, którą kilka minut wcześniej przymilnie poczęstowała go właścicielka piekarni, obok której przechodził, przybiegł do niego sam właściciel znanej restauracji w mieście.
Do niego także doszły słuchy o tajemniczym nieznajomym i gdy tylko tego kogoś zobaczył za szybą lokalu, jak siada na ławce vis a vis jego restauracji, to jako człowiek pragmatyczny, żeby się przypodobać, usłużnie przyniósł mu filiżankę najlepszej kawy. Tymczasem wieści po miasteczku krążyły i ewoluowały. W Urzędzie Miasta mówiono, że podobno płatny zbir wyższej rangi pojawił się, by wykończyć kogoś ważnego. Kogoś, kto naraził się komuś wielce nieprzychylnemu na narażenie się w jakikolwiek sposób. I wszyscy zaczęli z pewną dozą podniecającej trwogi spekulować, kto może być ofiarą. Gdy wieść dotarła na komisariat, komendant kazał sprawę niezwłocznie przebadać. Funkcjonariusze wzięli się za to w ospałym, małomiasteczkowym tempie, przerzucając większość roboty na sieć teleinformatyczną, by komputer przeanalizował bazy danych zbirów różnego formatu pod kątem kogoś o imieniu, nazwiska Bartolomeo. A Bartolomeo po skończonym posiłku odniósł filiżankę do restauracji. Właściciel przybytku zaklinał się, że nie trzeba było, że wystarczyło zostawić ją na ławce. Bartolomeo podziękował za dobrą kawę i spytał, jak dojść do Urzędu Miejskiego.
Szef restauracji grzecznie wytłumaczył mu, jak tam trafić. Nie omieszkał oczywiście wspomnieć o tym, by zacny gość przychylnym okiem patrzył na jego lokal teraz i w przyszłości. Gdy Bartolomeo nieśpiesznie odchodził, szef był cały w skowronkach. Z jednej strony dlatego, że człowiek takiego formatu i pokroju pochwalił jego kawę, a z drugiej strony, że gość już sobie poszedł. Kilkanaście minut później Bartolomeo dotarł do Urzędu Miejskiego. Nie zwrócił uwagi na to, że wszyscy pracownicy chodzili prawie na baczność. Wszak nie mógł wiedzieć, że do urzędu dotarły jakieś tam słuchy o jakimś tam niebezpiecznym gościu, który tam właśnie zmierza. Burmistrz był cały blady. Świadomy tego, że jako burmistrz w ciągu ostatnich lat zrobił kilka przekrętów wobec miejscowych biznesmenów tudzież innych oficjeli. Ale przekonany był wtedy, że żaden z nich nie ma powiązań z mafią.
Teraz pewność ta ulotniła się niczym dusza z martwego ciała. Jego zastępca zwolnił się z pracy. Tłumaczył się tym, że żona dzwoniła, mówiąc, że ma okropne boleści. Opuścił budynek urzędu prawie biegiem. Te boleści żony musiały być bardzo poważne, skoro grubas, który na co dzień ledwo poruszał się o własnych siłach, teraz dostał tak niesamowitej dawki energii. Dość niepokojąco wyglądało i zachowywało się także kilku szefów różnych wydziałów w urzędzie. Obserwując ich zachowanie burmistrz mógłby dojść do arcyciekawych wniosków. Ten jednak nie zwrócił na to uwagi. Gdy przez okno zobaczył, że nieznajomy, ten nieznajomy właśnie zbliża się do budynku, szybko pobiegł, by osobiście go przywitać i starać się obłaskawić gościa, gdyby to właśnie o niego chodziło gościowi. Kiedy Bartolomeo przekroczył próg urzędu, podszedł do niego starszy mężczyzna, elegancko ubrany i niepokojąco blady.
Usiłując zapanować nad swoim głosem, jegomość rzekł: „Witam szanownego pana. Nazywam się Alfred Barwin. Jestem burmistrzem miasta. Czym możemy panu służyć? Obiecuję, że szybko i pozytywnie rozpatrzymy pana sprawę. A jeśli to jakaś szczególna sprawa, to zapraszam do mojego gabinetu”. Głos wyraźnie zaczynał mu się łamać. Trzęsącą się dłonią pokazał kierunek, w którym znajdował się jego gabinet. Nastała chwila pełnej napięcia ciszy. Jakby cały budynek nagle zamarł.
Pani w recepcji wstrzymała oddech, nerwowo siląc się, by zachować przynajmniej pozory anielskiego uśmiechu. Bartolomeo spojrzał na burmistrza. Wiedział, że jest prawie u celu swej wędrówki. Zerknął na panią w recepcji. Uśmiechnął się raz jeszcze. Popatrzył na burmistrza, który zbladł na ten czas jeszcze bardziej, o ile w ogóle to było możliwe, i powiedział: „Czuję się zaszczycony, panie burmistrzu. Miasteczko jest wspaniałe, ludzie przemili. Przyjechałem za pracą. Wie pan, takie czasy. Kiedyś miałem zakład szewski.
Gdy interes przestał iść, zrobiłem kurs murarza, kurs cieśli. Potrafię też naprawić proste urządzenia elektroelektryczne. I tak krążę od miasta do miasta z nadzieją, że znajdę pracę na stałe, wynajmę jakieś mieszkanie. I też tutaj w urzędzie chciałem spytać w wydziale pracy, czy...”. Nie dane mu było dokończyć. Burmistrz jakby oklapł. Potem zaczął się śmiać. Śmiał się teraz głośniej i głośniej. Nagle na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. Po chwili osunął się na podłogę niemal z harmonijną elegancją.
Tam burmistrz zamarł w bezruchu. Panującą w budynku ciszę przerwał trwożny krzyk pani w recepcji. Zdezorientowany Bartolomeo chwilę stał, po czym opuścił budynek urzędu. Wstępna diagnoza lekarzy, którzy pojawili się po jakimś czasie, była taka, że prawdopodobnie serce burmistrza nie wytrzymało. Potwierdziła to później sekcja zwłok. Pomimo tego faktu jeszcze przez jakiś czas większość mieszkańców była przekonana, że płatny zbir w wyszukany sposób na zlecenie mafii wykonał wyrok na urzędniku. Bartolomeo tego feralnego dnia dla burmistrza niepostrzeżenie opuścił miasto. Dokąd się udał? Tego nie wiedział nikt, nawet policja, która zanim zorientowała się w sytuacji w swoim małomiasteczkowym tempie, gościa nie było już ani widu, ani słychu. Nikt też nie mógł wiedzieć, że burmistrz i tak opuściłby ten świat kilka godzin później, potrącony przez samochód prowadzony przez rozpuszczonego, pijanego dzieciaka, jakiegoś miejscowego biznesmena.
Od tamtej pory całe Brynoldzkie towarzystwo miejskie odnosiło się do Stefana z jeszcze większym szacunkiem, a ci, którzy brali go za człowieka gorszego gatunku, zaczęli czuć do niego respekt. Sam Stefan niejednokrotnie zachodził w głowę, gdzie i kiedy usłyszał o tym Bartolomeo, skoro wiedział, że to niebezpieczny gość. Także, już nie wiadomo po raz który, myślał o tym pewnego lipcowego wieczoru. Popijając wino tradycyjnie wprost z butelki, siedział nieopodal śmietnika w jakimś zaułku. Wokół walały się puszki po piwie, plastikowe butelki, jakieś fragmenty starych gazet i pism, którymi Brynold czasami zaczytywał się po pijaku. Wśród tych śmieci leżał zakurzony, pomięty i poplamiony środek jakiegoś pisma poświęconego grom komputerowym. Na górze widniał tytuł artykułu: „Assassin's Creed II”. Poniżej opis postaci w grze. Jedną z pierwszych zaprezentowanych przez autora tekstu była postać należącego do klanu skrytobójców Bartolomeo. Gdzieś w kosmosie, rok 2241.
Frachtowiec NSC 2400. Oficjalnie placówka badawcza Zrzeszenia Planet Układu Irydion II. Nieoficjalnie Rządowa Placówka Ochrony Przeszłości. Poziom techniczny. Pomieszczenie głównego technika. „Gdzie popełniłem błąd? — zastanawiał się Bartolomeo. — Kiedy zacząłem mówić do burmistrza, ten po chwili zaczął się śmiać i nagle padł jak nieżywy, tak jakby ze śmiechu. W ogóle to nie rozumiem, co mogłem zrobić źle. Przecież byłem przygotowany.
Cały czas zachowywałem się, mówiłem tak, jak ustaliliśmy”. Twarz szefa obrony jawiła się niczym wyciosana z kamienia. Żadnych oznak emocji. Jednak wewnątrz gotowało się w nim. „Dobrze” — myślał cierpko. „Znowu los w jakiś sposób okazał swoją wyższość nade mną. Ale nie odpuszczę. Każdy z moich przodków w linii męskiej zajmował jakieś znaczące stanowisko, a ja nie miałbym być nawet admirałem? Nie odpuszczę”. „Nie przejmuj się, Bartolomeo” — rzekł spokojnie.
„Być może to ja popełniłem błąd”. „I co teraz?” „Nic. Nic. Misja się nie powiodła. Dlatego wszystko, co zrobiłeś, co zrobiliśmy, zachowaj dla siebie. Wszystko pozostaje ściśle tajne” — powiedział szef obrony i wyprzedzając ewentualne pytania wnuka, dodał: „Vincent też zachowa milczenie. Rozmawiałem z nim. Nie było żadnego projektu. Nie ma więc tematu. Nie ma afery.
I nie przejmuj się. I nie przejmuj się. Kolejny projekt na pewno się powiedzie”. „A będzie jakiś kolejny projekt?” „Musi być” — powiedział spokojnie Robert Barwin. Mniej więcej w tym samym czasie, kilka pokładów wyżej. Poziom dowodzenia. Pomieszczenie oficera służb wewnętrznych. „Dzień jak co dzień” — mówił sam do siebie zapatrzony w sufit Janos. Pociągnął ze szklanki łyk syntetycznej whisky. „Pieprzyć to” — kontynuował monolog.
„Odwal najgorszą, żmudną robotę. Opracuj plan, całą intrygę. Rozpracuj ludzi, powiązania. Podrzucaj pisma dla pijaka Stefana w odpowiednich miejscach. Zaaranżuj spotkania niby przypadkowe z Bartolomeo, z Zytą. Kontroluj wszystko w tajemnicy i ostrożnie, by nie zachwiać równowagi między przeszłością a teraźniejszością. I co? I ani dziękuję, ani pocałuj mnie w czarną dupę. Pieprzony urok tajnych zadań. Zaszczyty są dla innych.
Ja tu tylko sprzątam”. „Jest pan bardzo dobrym sprzątaczem” — usłyszał. Poderwał się z miejsca zaskoczony. W wejściu stał admirał, trzymając w ręku butelkę bourbonu. „Odwalił pan kawał dobrej roboty” – odezwał się nowo przybyły. „To nie tylko moja zasługa” – powiedział Janos, zastanawiając się, co z jego monologu usłyszał admirał. – „Szczęście, że Bartolomeo z Vincentem nie mieli odpowiednich części do wehikułu. Próbowali sklecić coś własnoręcznie, ale nie do końca im wychodziło. Dzięki temu miałem czas wszystko przygotować. Bardzo skory do współpracy okazał się Vincent.
Dałem mu ultimatum: po cichu informuje mnie o wszystkim albo aresztuję go za nielegalne konstruowanie wehikułu czasu. Podrzuciłem mu też kilka części, by przez ich prowizorkę nie doszło do jakiejś katastrofy. To wtedy prosiłem pana o poufne załatwienie kilku drobiazgów z magazynu”. „No cóż, jest pan odpowiednim człowiekiem na odpowiednim stanowisku.” – admirał lekko się uśmiechnął. „Prawdę mówiąc, niewiele wiedziałem” – przyznał Janos. – „Udało się umieścić podsłuch w pomieszczeniu zajmowanym przez Bartolomea, ale zbyt późno i nie zawsze spotykał się tam z Dziadkiem. W pomieszczeniu szefa obrony na poziomie dowodzenia nie umieściłem podsłuchu. Istniało zbyt duże ryzyko, że to wykryje. Miałem więc szczątkowe informacje. Wiedziałem, gdzie i kiedy nastąpi transfer na Ziemi, że Bartolomeo ma coś powiedzieć burmistrzowi.
Chyba coś, co miało zmienić przyszłość. Zacząłem więc improwizować z obawami, czy nie doprowadzę do jakichś zgrzytów na linii czasu wtedy-teraz. Ale chyba się udało.” „Tak. Należy się odznaczenie za zasługi, które z uwagi na pełnioną funkcję być może dostanie pan pośmiertnie” – rzekł admirał ze swoistą dozą ironii. „Mnie też należy się medal. Praca w placówce z takim Roberto Barwinem to gorsze niż rój meteorytów. Pociąga za sobą destrukcję psychiczną, a ta, jak wiadomo, prowadzi do destrukcji fizycznej.” „Ale daje pan jakoś radę, admirale.” „A mam inne wyjście?” Admirał zamyślił się. „Jeśli szef obrony wkurzy mnie ostatecznie, to po prostu go zastrzelę. Moje racje ku temu potwierdzi analiza psychiatryczna, której z pewnością zostanę poddany jako sprawca.” „Pan żartuje.” „No tak.” – admirał zaśmiał się. – „Ale żarty na bok.
To dla pana w ramach podziękowania.” – wręczył oficerowi butelkę bourbonu. – „Oryginalna, nie syntetyczna. Dzisiaj rzadkość. Z wiadomych powodów oficjalnie nie mogę pana nagrodzić. Niech więc to będzie skromny prezent ode mnie za cichy sukces.” „Dziękuję admirale” – powiedział zmieszany oficer. Poczuł się głupio, nie wiedząc, ile admirał usłyszał z jego monologu. „To może napijemy się razem?” – nie miał pojęcia, co innego powiedzieć w takiej sytuacji. „Może później. Mam na głowie nie tylko mankamenty z szefem obrony. Służba nie drużba.” „Cóż, dzień jak co dzień” – rzekł Janos, oficer służb wewnętrznych.
W rzeczywistości oficer wywiadu. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Red Hat Hat. Proszę państwa, to teraz było opowiadanie. To teraz zapraszam na warsztaty. Po antologii Alchemia tworzenia, też na A, sezon drugi. Odcinek nosi dzisiaj tytuł Płoń stodoło, płoń. Ja tylko przypomnę: Alchemia tworzenia to jest taki cykl tworzony przez Katarzynę Prychacz, w którym ona pokazuje, jak bawić się literaturą, jak tworzyć historie, w jaki sposób buduje się te historie. I powtarzam, to jest ta część audycji, która, jak mi to nawet napisano dosyć dobitnie, niektórych nudzi. To już tak jest w takiej składankowej audycji, że niektóre jej fragmenty bardziej zachwycają, a drugie niektórych mniej zachwycają.
Niemniej ci wszyscy, którzy myślą o pisaniu albo już coś piszą, a chcieliby troszeczkę ten model usprawnić, troszeczkę zacząć bawić się literaturą. Tak, to jest to słowo, które powtarzam najczęściej. Ale rzeczywiście Katarzyna Prychacz, autorka Alchemii tworzenia, zaprasza nas do zabawy, żeby to pisanie nie było męką, jakimś takim ocieraniem potu z czoła, tylko zabawą, bo wtedy mają szansę powstać rzeczy interesujące, zabawne, wciągające. Pisanie nie może być tylko męką. Zapewniam państwa, że i tak od czasu do czasu się nią staje, bo trzeba to opowiadanie później dopieścić, doprecyzować, wyszlifować. To jest ten etap męki. Ale kiedy tworzymy historię, kiedy ją dopiero planujemy, dobrze się jest tą historią bawić, bo jeśli się państwo będą nią bawili, to również czytelnik, wasz czytelnik chyba coś z tej energii przechwyci i również się będzie dobrze bawił. Ale żeby nie zagadywać, jeszcze raz zapraszam na Alchemię tworzenia. Głos oddaję Katarzynie Prychacz.
[04:02:53] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy słuchacie Alchemii tworzenia. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w czwartym odcinku drugiego sezonu Alchemii tworzenia. Informuję, że formuła się zmieniła. Pierwszy sezon wyglądał nieco inaczej. Można było tam posłuchać sporo moich mądrości. Natomiast drugi sezon to nic innego jak sporo moich głupot, a przede wszystkim wymyślania i kreatywności. Dlatego czerpcie sobie z tego podcastu, jeżeli chodzi właśnie o pomysły na fabuły, może na postaci, może na artefakty. Nie wiem, na wykładnię do uniwersum.
Cokolwiek. Każdy odcinek to oddzielna improwizowana historia. Do czego ja w ogóle improwizuję? To jest dobre pytanie. Jeżeli ktoś był w pierwszym sezonie, to z pewnością zauważył, że zwykle zaczynaliśmy od cytatu pewnego wielkiego artysty, którym jest Salvador Dali. Powiem szczerze, że w tym sezonie też chciałam mieć tutaj mojego mistrza kreatywności, ale trochę w innej odsłonie. Sięgam sobie do tytułów jego dzieł lub niedoszłych dzieł. Mam taką magiczną listę i losujemy tytuł, a miał te tytuły niestandardowe i do każdej historii właśnie ten tytuł jest kluczem i wokół tego ja sobie improwizuję. Dzisiaj będzie trochę nietypowo jak na Salvadora, ponieważ jest to bardzo krótki tytuł, ale tak mi wpadł w oko i pomyślałam, że może to będzie coś ciekawego. To uwaga, dzisiejszy tytuł, dzisiejszy punkt odniesienia to: „Kurtka Afrodyzjak”.
Jest na bogato. Teraz pytanie, czy to kurtka będzie bohaterem, czy może jednak kurtka będzie tutaj artefaktem, jakby to ten pierwszy trop wskazywał. Jeżeli jeszcze ktoś tutaj nie był wcześniej, będę całą improwizację opierała o schemat, który stworzyłam i który używam, jeżeli chodzi o budowanie pierwszych podstaw wykładni pod daną fabułę, najważniejszych informacji, czy później pod mapki konceptowe. Żeby się nie zagubić, bo ja to gaduła i lubię improwizować, tak że faktycznie moglibyśmy mieć ten podcast do rana, a nie o to chodzi. Ostatnio zamieniałam kolejność pytań w tym schemaciku, który składa się z sześciu pytań i myślę, że dzisiaj też zamienię tę kolejność, zwłaszcza, że mamy taki tytuł, a nie inny. Czyli jako pierwsze weźmiemy sobie pytanie numer pięć, czyli kim jest bohater? I to jest bardzo dobre pytanie. Sama nie wiem. Ja powinnam słuchać samej siebie. Czy kurtka, czy...
ktoś tę kurtkę będzie miał. Później jeszcze pomyślimy, na jakiej zasadzie ta kurtka będzie afrodyzjakiem. Ale wiecie co? Żeby sobie złapać jakieś inspiracje, jeżeli chodzi o samego bohatera, to klasycznie sięgniemy po archetypy osobowości, wylosujemy jakiś archetyp i myślę, że wtedy pojawi się jakaś sylwetka bohatera. Przypominam oczywiście, że archetypy, po które będę sięgać za chwileczkę, to jest narzędzie stworzone przez Gabrielę Borowczyk i to jest 12 czy 13 nawet kart z różną charakterystyką naszych archetypów. Ogólnie narzędzia do ćwiczenia samych siebie, ale idealne do pisania też są. Dobra, losujemy. Dobra i mamy to. Opiekun. Archetyp opiekun.
Zanim przejdziemy dalej do wymyślanka, to przeczytam wam informacje, które Gabriela zebrała na temat tej charakterystyki. Opiekun. Uważny na innych, empatyczny i troskliwy. Chętnie wyjaśnia, radzi i udziela pomocy. Służy zarówno słowem, jak i działaniem. Strażnik. Daje poczucie bezpieczeństwa, ochronę i wsparcie. Poczuwa się do odpowiedzialności. Często działa bezinteresownie. Potrafi być stanowczy, zawsze gotowy do obrony uciśnionych.
Oddany, ofiarny altruista. Mamy to. Jest ciekawie. Jak przeczytałam „Kurtka Afrodyzjak”, nie wiem skąd, ale w mojej głowie pojawiła się czarna skórzana kurtka. Taka rockowa, z ćwiekami. Nie powiem, żeby była bardzo współczesna, ale też nie będzie turbostara. Chociaż może taka epokowa, taka retro kurtałka. Czemu nie? Natomiast mamy tu opiekuna. Kurtka, o której pomyślałam, bardziej by pasowała do jakiegoś buntownika.
Ale mamy opiekuna. Tak pomyślałam o lekarzu, ale w sumie już mieliśmy aptekarza wcześniej. No ale lekarz. Dobra, idźmy pierwszymi tropami, a może gdzieś w trakcie fabuła mnie wypchnie w inne rejony. Czyli naszym bohaterem jest lekarz. Kurczę, to za proste, ten opiekun. Ale może niech normalnie za dnia, klasycznie lekarz będzie chirurgiem. Będzie zszywał ludzi. Może jakiś kardiolog, lekarz od serc. Nie wiem.
Chyba nie jest to istotne w tym momencie. Niemniej taki lekarz, który raczej przeprowadza jakieś operacje, gdzieś ręce we krwi są ubrudzone. Zostawmy lekarza ogólnie, ale myślę sobie, że ta historia z tą kurtką będzie się działa po pracy. I teraz mamy tu tego opiekuna. Pomyślałam, że mógłby po pracy się udzielać w grupach wsparcia dla osób, które miały trudne życie czy jakieś przypadki w życiu. Ale patrzę sobie teraz jeszcze na ten opis, bo tu jest też coś takiego jak strażnik. Daje poczucie bezpieczeństwa, ochronę i wsparcie. A może niech ten opiekun, w sensie ten nasz lekarz będzie takim samozwańczym bohaterem? I w tej kurtce może będzie wychodził jego charakter. Wiecie co?
Wylosujmy drugi archetyp. Jestem ciekawa, bo potrzebuję tu więcej inspiracji dzisiaj do tego naszego bohatera. Dobra i drugi archetyp. I cóż tu mamy? O kurde, patriarcha. Okej, przybliżam wam, cóż tu jest. Patriarcha, przywódca, lider, ojciec, autorytet. Stoi na straży istniejącego porządku i broni uznanych wartości. Wykorzystuje swoją wiedzę i doświadczenie w zarządzaniu innymi. Pokazuje właściwy kierunek.
Bywa, że nie znosi sprzeciwu. Wyznacza cele, nadaje role, koordynuje działania i zachęca do współdziałania przy ich realizacji. Kontroluje też postęp prac. Jeśli trzeba, wydaje sprawiedliwe sądy lub ogłasza rozejm. Cholerka. Dobra, to przecież mamy tutaj takiego patriarchę podziemia. Może on nie będzie takim samozwańczym bohaterem pojedynczym, tylko może będzie przewodził grupie takich bohaterów. Będzie takie bohaterskie podziemie. To już się robi coś ciekawego. Czyli będą broni istniejącego porządku i uznanych wartości.
Dobra, mamy to. Czyli za dnia będzie w białym kitlu ratował życie, a nocą będzie w czarnej skórzanej kurtce również ratował życie, a właściwie bronił porządku miasta. Dobra, wstępnie mamy coś z tego naszego bohatera. I wracamy teraz do normalnej kolejności, czyli: jak jest? Jak jest. Czyli to pytanie dotyczy momentu, w którym w naszej fabule stykamy się z naszym bohaterem. Dobra, czyli dzisiaj jest lekarzem i jednocześnie jest przywódcą tej grupy podziemnej. Brakuje mi tu problemu. Myślę, czy ja mam coś, z czego mogę sobie problem wylosować. Nie mam problemów.
A może zróbmy dzisiaj coś nowego, wprowadźmy. W końcu czwarty odcinek to czemu nie? Poszalejmy. To ja idę sięgnąć po mój zbiór problemów. Takich czasami bardzo od czapy. I może się pobawmy, że dzisiaj w tej fabule to będzie tym problemem. Zaraz wracam. Tym razem sięgam po takie swoje narzędzie: pisarskie piguły. I tutaj mam właśnie zestawy początków, morałów i problemów. I dzisiaj sobie sięgniemy do problemów.
Tylko tu pozwólcie mi wylosować nam pigułę z problemem. Dobra, okej, mamy pigułę. Zaraz się dowiemy. Tun-dun-dun-dun. Rozwijamy i naszym problemem jest: szalony kot podpala stodoły. Dobra, okej, dosyć problem od czapy, tak jak mówiłam. Ale dobrze, przecież nikt nie mówił, że to wszystko ma być na poważnie. Szalony kot podpala stodoły. Okej, czyli jak jest? Jest tak, że może to jest dzień wolny.
Nasz bohater ma dzień wolny od pracy i schodzi do podziemia, do ich tajnej kryjówki, ponieważ w mieście pojawił się, może jeszcze nie wiadomo kto, ale pojawił się ktoś, kto podpala okoliczne stodoły. I oczywiście nasz bohater o tym się dowiedział z pracy, ponieważ jest cała plaga poparzeń i niefajnych innych zniszczeń i rzeczy, i rannych pacjentów. Dobra, czyli to tak jest. I drugie pytanie: jak było? Do tej pory było tak, że może nie było jeszcze aż takich seryjnych wydarzeń, przynajmniej takich, na które nasz bohater trafił. I było dosyć nawet ostatnio spokojnie. Nic się nie działo, dopóki to się nie zaczęło dziać. A wcześniej, jeszcze zanim nasz bohater został tym samozwańczym obrońcą, może on wtedy wierzył w system. W sensie takim wierzył, że rząd działa dla naszego dobra, że wszystko da się wyjaśnić i że nawet tych złych ludzi czy ludzi, którzy czynią zło, że da się ich naprawić. Nasz bohater był takim idealistą, miał taką utopijną wizję świata.
Inaczej: od kiedy zaczął pracować, mieć swoich pacjentów -- tak sobie myślę, to musi być chyba chirurg, żeby miał takie różne przypadki -- wtedy zorientował się, że świat wcale nie jest taki idealny, jak myślał, że jest i że może być. I postanowił uczynić go idealnym, przyczynić się do tego, żeby jednak w jakiś sposób powstrzymać to zło, czy to będzie w postaci naprawy dziur w systemie, czy może rozmowy i naprawy tych ludzi, którzy zbłądzili czy czynią zło i tak dalej. I tak właśnie powstało podziemie. Okazało się, że nie tylko on ma takie ambicje i przez internet zaczęli się spotykać, zbierać. Myślę jeszcze, jaka to epoka ma być. Ale dobra, okej, mamy sobie podziemie. Na razie jeszcze to nie jest nam potrzebne. I teraz wydarzyła się ta seria podpaleń. I pytanie numer trzy: co się zmieniło? Właśnie zmieniło się to, że Zrobiła się ta seria podpaleń, ale myślę, czy może coś jeszcze by się nie zmieniło.
Takiego bardziej donośnego. Może trafili w tym podziemiu, w tej kryjówce odkryli jakąś szajkę polityków. Może trafili na jakieś źródła czy dowody. Takie coś by się przydało nam. Teraz tylko myślę, bo nie chcę też na siłę czegoś. Lubię jak to płynie. Co prawda dzisiaj to strasznie nam tutaj to wszystko szarpie. Leci. Kurczę, paradoksalnie krótki tytuł, cholerka. Kurtka afrodyzjak jeszcze, żebym nie zapomniała z tego wszystkiego, bo jeszcze tam jest ten afrodyzjak.
Okej, to zmieniło się to, że pojawiły się te podpalenia i może właśnie w podziemiu trafili na tropy, czyli prześledzili, skąd były te wszystkie ofiary. Zaznaczyli to na takiej wielkiej mapie na ścianie. Jak w filmach detektywistycznych czerwonymi sznureczkami wszystko pozaczepiane, cała mapa stworzona. I okazało się, że wszystkie podpalone stodoły znajdowały się niedaleko urzędów miast. Okazało się, że to nie tylko w ich mieście. Ale są duże miasta, gdzie jest parę urzędów. To może nie tyle. Nie, dobra, urząd miasta. Myślę tam, gdzie jest na przykład burmistrz miasta czy zarządca dzielnicy. Dobra.
I te stodoły sobie były w tym pobliżu i tak wpadli na trop, że okazało się, że w innych miastach działo się coś takiego i potem to zanikało i się przerzucało na następne miasto. I nie potrafili zrozumieć. Nikt nie wyjaśnił tej sprawy. Oczywiście, że tutaj grupa naszych niezależnych bohaterów uznała, że przecież oni to muszą rozwiązać. I właśnie to pytanie numer cztery: jakie jest rozwiązanie? Okej, to może rozwiązaniem niech będzie właśnie ta kurtka. Może będą próbowali wyprzedzić tego podpalacza i nasz bohater zakradnie się do stodoły, która jeszcze nie została spalona, a spełnia wszystkie warunki, żeby pasować do tego modus operandi czy jak to tam się zwało, do systemu naszego sprawcy, podpalacza. I się zaczaił w tej stodole. W sumie to takie mało odpowiedzialne, nie? Dobra, zaczaił się w krzakach tuż przed tą stodołą i nagle poczuł, że coś się o niego ociera.
Obrócił się i okazało się, że to był taki bardzo duży dziki kot. Nie że jakiś tygrys, tylko kocur taki dziki, łysawy miejscami, potargany. Taki wielki wór nieszczęść. I on się zaczął ocierać o tego naszego bohatera, a konkretnie właśnie o tę jego kurtkę. Ale bohater to zignorował. To był jakiś kot. Odgonił tego kota. Jednak ten kot nie dawał za wygraną i go rozpraszał. Ale w końcu odbiegł. Zniknął.
Pójdźmy jeszcze w mitologię słowiańską, zdaje się. Gumiennik on się nazywał. Był taki demon, który niby przybierał postać kota. I chyba było tak, że on przynosił szczęście gospodarzom. Natomiast był też taki zabobon, że się odcinało kotom czubek ogona. Tylko nie pamiętam właśnie, po co to miało być. Chodziło tylko o to, że jeżeli ktoś skrzywdził tego kota, bo demon przybierał tą postać, to ten demon się mścił i podpalał stodołę czy spiżarnię, w których było składowane zboże. A może to niech on będzie. Może jednak pójdźmy w taką fantastykę. Więc ten kot w końcu się odczepił.
Natomiast nasz bohater się zdenerwował, bo zauważył, że chwilę później zaczęła się tlić ta stodoła, a on nie zauważył. On przegapił sprawcę. Oczywiście zdążyli tę stodołę ugasić. Zadzwonił po straż pożarną w porę. I co? I musielibyśmy zrobić obserwację z drugiego dnia. Jak z tego wybrnąć? To się robi nudne. Znaczy nudne i nie nudne, bo w sumie to może będzie później zaskakujące. Myślę teraz, czy pójdą do innej stodoły, czy może jednak będą obserwowali tę stodołę, że następna noc też obserwacja będzie.
Może tak zróbmy, że skoro już raz ktoś podpalił tę stodołę. Albo inaczej. Nasi bohaterowie z tej podziemnej ekipy się rozdzielili. To nie było tak, że obserwowali jedną stodołę naraz. Tylko byli rozdzieleni w różnych miejscach i następny dyżur, że tak powiem, czy następna noc obserwacji przypadła naszemu bohaterowi. A może inaczej. A może wszyscy uważali, że sprawca nie wróci do stodoły, której nie udało mu się podpalić. Natomiast nasz bohater, coś mu mówiło, jakieś jego przeczucie, instynkt, intuicja, że musi wrócić koniecznie do tej stodoły. Tylko jeszcze ta kurtka afrodyzjak. Jakby to miało przybrać formę czy dłuższego opowiadania, czy noweli Warto byłoby może więcej tych podpaleń jakoś opisać.
Natomiast o co mi chodziło z tym ocierającym się kotem? Tak się zastanawiam, że może ta kurtka naszego bohatera będzie takim afrodyzjakiem. Z czego ona by mogła być? Kurtka ze skóry jesiotra. Nie pytajcie, nie wiem, czy da się to zrobić. Nasz bohater miał kurtkę ze skóry jesiotra, a skoro idziemy w fantastykę, to może gdzieś to był jakiś magiczny jesiotr. Może on będzie rozpraszał tego naszego demona czy ducha. Nie wiem, czy on był demonem, duchem opiekuńczym czy nieopiekuńczym. Wiecie co? Już mam.
Może to jest demon. Zostańmy przy tym, co mówiłam, co przybierał tą postać kota i podpalał te stodoły. I może z jakiegoś powodu on był przez te wszystkie lata, nie wiem, czy uwięziony, czy zamrożony i wrócił dopiero teraz. I okaże się, że te wszystkie stodoły, które on podpala, należą do rodziny, która kiedyś go skrzywdziła. A to bardzo duża, wpływowa, majętna rodzina i oni oczywiście wszędzie są, jeżeli chodzi o burmistrzów czy ogólnie o wysoko postawionych polityków. Oni wszędzie mają swoich pociotków. Nasz demon nie rozumie, że stodoła już nie jest wyznacznikiem w dzisiejszych czasach. Współcześnie nie jest to taki dobrobyt jak kiedyś były te zboża, czyli wszystko, co najważniejsze, właściwie całe bogactwo, wszystkie zapasy danej rodziny. Więc pali te stodoły, które myśli, że należą do potomków tej rodziny. Zaraz jeszcze wrócę tutaj, bo kolejne pytanie było kim jest bohater, ale to już wiemy.
Natomiast ostatnie pytanie: kto pomaga bohaterowi? Myślę, że przydałoby się rozpisać chociaż paru innych samozwańczych bohaterów z tej grupy. I może któryś z bohaterów by zwrócił uwagę naszego lekarza na taki trop, może jednak metafizyczny trochę, czy tam mitologiczny. Właśnie myślę, czy on by wierzył w takie rzeczy. Patrzę na te archetypy, tu w sumie nie ma wzmianki, czy on twardo stoi na ziemi, czy nie. To jest człowiek nauki, to jest lekarz, to jest człowiek oddany nauce, badaniom, faktom, więc myślę, że on nie będzie nawet brał pod uwagę czegoś takiego. Będzie uważał, że to są jakieś brednie. Dobra, losujemy archetyp kogoś, kto pomaga bohaterowi z tej ekipy. Co mamy? Twórca.
Twórca już był, zdaje się w poprzednim odcinku, więc już nie będę czytać całości. Ogólnie jego drugie imię Kreatywność, czyli człowiek kreatywność. I to jest tak: nie myśli standardowo, swobodnie łączy różne dziedziny i techniki. Myślę, że ten wariant opisu był super. To może to będzie taki jego przyjaciel, z którym założyli tą grupę. Może dlatego dobrze się dogadują, ponieważ się uzupełniają i właściwie się zupełnie różnią. Tak jak tutaj mamy twardo stąpającego człowieka nauki, tak tutaj będziemy mieli takiego odpałowca twórcę. Kim on by mógł być? Myślę czy rzeźbiarzem, czy pójdziemy w takiego klasycznego twórcę. Pójdźmy w marketingowca, to będzie fajne.
Będzie zajmował się tworzeniem kampanii reklamowych ten bohater, więc będzie też może odpowiadał za rekrutację czy takie nie wprost promowanie ogłoszeń o naborze tych bohaterów, o ich spotkaniach. Dlatego, że musi myśleć niestandardowo. Z racji tego właściwie po prostu to z niego wypływa, ale i też na potrzeby pracy i tak dalej. Będzie też pasjonował się różnymi mitologiami czy zapomnianymi historiami, legendami i tak dalej, które też będzie używał w swoich kampaniach. I stąd skojarzy fakty z tymi spalonymi stodołami. Wpadnie na taką szaloną teorię. I tu wtedy można by zrobić różne obserwacje. Takie sceny z różnych dni, jak ten nasz bohater będzie przy różnych stodołach i za każdym razem będzie ten kot. On będzie gdzieś się chował, a będzie przychodził do niego ten kot, będzie się o niego ocierał, o tą kurtkę i tak dalej. I właściwie chwilę później, jak już zniknie, to będzie płonęła stodoła.
Może tu by się nam przydała jakaś scena emocjonalna czy scena sfrustrowania, frustracji naszego bohatera, który może będzie zaczynał wątpić w tą sprawę, uzna, że ten sprawca jest po prostu nieuchwytny i nigdzie go nie ma, mimo że mają monitoringi, ale nigdzie go nie ma. Ta stodoła po prostu sama się zaczyna palić. I może w tej złości jeszcze tego przyjaciela wykrzyczy coś o tym kocie, że jeszcze jakiś pchlarz, jakiś kot się do niego przyczepił i zawsze się o niego ociera. I wtedy u tego naszego twórcy, tego marketingowca coś kliknie w głowie, coś mu się przypomni, jakaś stara legenda. I pójdzie do swojej biblioteczki i zacznie wertować swoje księgi i wpadnie na pomysł, że może to jest właśnie sprawca. Ten taki wyliniały, dziwny, brzydki kot. Oczywiście z początku nasz bohater go wyśmieje czy w ogóle wyzwie od wariatów. Klasyka rodzaju w ich relacji. Ale może właśnie później zaczną się zastanawiać w ogóle, co jest w tym naszym bohaterze, że ten kot się w ogóle o niego ociera. Załóżmy, jeżeli to byłby ten demon, to dlaczego ten demon w ten sposób się zachowuje?
Może właśnie wtedy zaczną analizować historię tej kurtki, że właściwie to nasz bohater nie do końca będzie wiedział, skąd się ta kurtka wzięła i zacznie śledzić może historię swojej rodziny. Może to będzie taka właśnie kurtka trochę z dziada pradziada, co? A jeszcze mnie ciekawi, czy w jakiejś mitologii, czy gdzieś może coś jest z jesiotrami. Teraz nie będę się zatrzymywać, robić researchu, ale myślę, że znaleźlibyśmy na pewno coś ciekawego i można by właśnie, jakiś legendarny jesiotr. Myślę, że w naszej mitologii słowiańskiej pewnie też byśmy mieli jakieś bóstwa związane właśnie z wodą, czy może w postaci jakiejś ryby, czy stwora spod wody. Ale jesiotry mają takie słodkie noski. Oczywiście jak wam się tutaj temat podoba, to sobie bierzcie ryby jakie chcecie. Ja zwykle idę za pierwszym tropem z głowy, więc jak mi się w głowie pojawił jesiotr, to pewnie bym szukała, aż bym znalazła jak to połączyć z jesiotrem. I teraz jakie jest rozwiązanie. Czyli tak, mamy tutaj sojusznika.
Czyli znaleźli już te tropy, że wszystko wskazuje na to, że ten szalony kot, ten okropny, brzydki kot, że on jest faktycznie tym demonem i że może się mści na tej rodzinie. Zaczęli też zgłębiać historię tej rodziny, tych nobili, jak to tak się mówi, tych takich wpływowych ludzi. I może właśnie tam był wielki pożar, wielkie podpalenie, że omal cała rodzina nie zginęła w tej stodole. A może właśnie, że zginęli, bo próbowali ocalić, bo okazuje się, że tam nie tyle zboże, co były właśnie teczki na kogoś może jakieś. Więc może ich przodek omal nie zginął. A może być, że nienawidził kotów. Może coś takiego. Taki był znany z tego. No dobra, i słuchajcie, i teraz tak myślę jeszcze taką konkluzję, żeby może jakoś zamknąć tą historię, bo myślę, że to byłoby w sumie nawet całkiem ciekawe rozpisanie tego śledztwa, czy w jaki sposób oni robili research, czy gdzie musieli znaleźć te wszystkie informacje na temat tej rodziny i tak dalej. I co z tym kotem?
Tak sobie myślę. Z tym demonem. Nie pamiętam do końca tej legendy, czy dało się jakoś go tam trochę udobruchać, żeby jednak się nie gniewał. A może właśnie przez tą kurtkę. Myślę, na ile zrobić tego demona, żeby on był taki gadający i kumaty, a na ile po prostu on będzie takim kotem. Ale okej, jeżeli ma być to fantastyka, to niech będzie fantastyką i może po prostu na kolejnej obserwacji nasz bohater stwierdzi, że nie ma nic do stracenia. I kiedy ten kot znowu przyjdzie i się o niego zacznie ocierać, to po prostu nasz bohater wtedy powie do niego, że wie, że on jest tym i tym demonem i że podpalanie stodoły nie ma sensu, ponieważ to już nie są te czasy. I że to nie jest bogactwem, zwłaszcza że te stodoły właściwie to krzywdzi postronnych ludzi, a wcale nie tą rodzinę. I ten demon taki zaszokowany i może się, myślę właśnie, czy się do niego odezwie, czy raczej zrobimy go takiego dzikiego, że będzie rozumiał, ale nie będzie gadał. Może to będzie fajniejsze.
Okej, i z drugiej strony, skoro ten demon przestanie mieć ten cel albo może ten bohater zaproponuje, że może pomogą mu zemścić się w inny sposób, że dzisiaj podpalanie stodoły to już jest przeżytek, że to wcale nie jest coś, co kogoś tam może skrzywdzić i że może postarają się wymyślić nowe rozwiązanie, bo on też nie chce, żeby tutaj ginęli niewinni czy cierpieli i tak dalej. I może tu by była wtedy taka kropka, czy może pole do kontynuacji. Chyba że tu byłby pomysł na zrobienie w ogóle całej faktycznie noweli z tego. Wtedy myślę, czy dalej pójdziemy w podpalanie, czy może oni nauczą tego demona, może właśnie go trochę ucywilizują czy uwspółcześnią. Może w końcu ten demon też nauczy się mówić albo się okaże, że on w ogóle umiał mówić, tylko się tam nie obnosił z tym. Ale ta kurtka będzie go wabiła. On będzie zawsze gdzieś chodził w okolicy naszego bohatera, jak tylko ten ubierze oczywiście kurtkę albo w domu bohatera będzie pilnował tej kurtki, a później będzie pilnował bohatera. Może właśnie stanie się takim duchem opiekuńczym, ponieważ nasz bohater może dał mu nowy cel. Tak zakumplują się z tym demonem. No kurczę, ciekawie.
Szalony kot podpala stodoły. Dobra, czyli ten problem mamy. No i dobra, i tu by faktycznie trzeba było zrobić jakąś konkluzję. Może oni jednak jakoś tą rodzinę... No chyba że zrobić takie trochę uniwersum czy takie właśnie miasteczko jak był Batman i było Gotham, to może tutaj też właśnie takie trochę, że właściwie wszystko się będzie działo w obrębie tego miasta, które właśnie będzie zdominowane przez jakąś taką złą rodzinę. No i pójdziemy tutaj po prostu po happy end, że tutaj dobro zwycięży. Przydałby nam się jeszcze tutaj jakiś złol główny naczelny. Wiecie co? Już trochę mówię dzisiaj. Mam wrażenie, że chyba będzie dłużej niż ostatnio, bo nie mogłam pozbierać myśli, a jak już pozbierałam, to idzie, idzie i nie chce przestać.
Ja tutaj skończę, ale myślę, że ta historia będzie we mnie kiełkować. Oczywiście jakby wam kiełkowało, to też będzie super, jak dacie znaka. A może podzielicie się pomysłami? Myślę nad tym, czy nie zrobić dla naszej alchemii - nie wiem, na ile kojarzycie - portal Discord. To takie trochę połączenie czatów ze starych czasów, gdzie możemy sobie rozmawiać, pisać, ale można też tam robić oddzielne pokoje czy kategorie. I tak mnie korci - może to nie jest głupi pomysł - żebyśmy tam zrobili miejsce, gdzie moglibyśmy się tymi pomysłami wymieniać. Ja wiem, że tam trzeba założyć konto, ale wydaje mi się, że jest to wygodniejsze niż grupa na Facebooku, bo mam wrażenie, że jednak na Facebooku robi się często bardzo szybko w tych grupach chaos. Posty znikają, a tu byśmy mogli sobie kontynuować jakieś scenariusze, pomysły. Czy może wtedy zrobić coś więcej? Może zrobić zbiór opowiadań, że wszyscy do jednego konceptu każdy napisze swoje opowiadanie.
Czemu nie? Może to jest pomysł. Niemniej będę ciekawa, jak wy poprowadzicie to. Ja już nie wymyślam dalej zakończenia tej historii. Myślę, że każdy z nas gdzieś coś w głowie może sobie pokiełkuje dalej. W sumie to też będzie dużo zależało od tego, jak dokładnie na przykład tego czarnego charaktera opiszemy. A może będzie w tej grupie ktoś jeszcze? Może jeszcze jakiś trzeci bohater, drugi sojusznik naszego bohatera? A może jednak ten kot wcale nie będzie dobry? Może będzie stwarzał pozory, że jest fajnie, a na końcu ukradnie kurtkę naszego bohatera, naszą kurtkę - afrodyzjak.
Myślę, że ten zapach jesiotra będzie działał w odpowiedni sposób na tego naszego demona i będzie go zwabiał. I może też rozkojarzał. Może dlatego też stodoły już później nie mógł zdążyć odpowiednio podpalić. Zwłaszcza że nasz bohater - lekarz dzwonił szybko po straż, ale z drugiej strony nasz demon tracił czas na to wszystko. A może to demon będzie głównym bohaterem tej opowieści? Może to z perspektywy demona fajnie byłoby napisać i nawet nie zdradzać od razu, że jest tym złoczyńcą i że w ogóle jest demonem w postaci kota. Opcji jest jak zawsze dużo i od każdej strony można to sobie ugryźć. Ciekawe. Fajna historia. Podejście do takiej współczesnej epoki.
Trochę może właśnie sięgnięć czy retrospekcji do retro czy do bardzo retro. Nawet w sumie do średniowiecza czy wcześniej nawet. Dobra, słuchajcie, ja kończę na dziś i idę mojej głowie pozwolić sobie kiełkować, bo widzę, że z jednej strony chcę do was mówić, ale z drugiej strony myśli mi już uciekają. Dobra, nie będę wam ściemniać. Po prostu chcę iść i zrobić research na temat jesiotrów, bo jestem przekonana, aż mnie ciekawi, co znajdę na temat jesiotrów i mitologii. I może ta kurtka stanie się bardzo potężnym artefaktem. Tak że nie mogę się tego doczekać. I oczywiście też pędzę do mojego regału doczytać o tym kocie demonie. Zachęcam was też. Czasami nawet jedną rzecz, zrobić research jednego takiego, że tak powiem, przychodzi wam do głowy jakiś z pozoru bzdet, jakaś brednia.
Dajcie się jej porwać. Zróbcie research i sami zobaczycie, że może nawet jej nie użyjecie, ale ona doprowadzi was do naprawdę ciekawych, nowych odkryć, wniosków, miejsc czy pól informacji. Takich tych naszych pisarskich baz. Dobra, trzymajcie się. Inspiracji jak zawsze wam życzę i słyszymy się za tydzień. Pa.
[04:38:48] - Tak, to teraz byłby chyba czas na recenzarium Ewiwy. Dzisiaj porozmawiamy... Nie, to złe słowo. Luiza państwu opowie o „Wiedźminie”. No tak, ale to nie będzie taki zupełnie normalny „Wiedźmin”. I to nie jest ten „Wiedźmin”, o którym państwo myślicie. Ale więcej powie państwu Ewiva, czyli Luiza Dobrzyńska.
[04:39:33] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. „Wiedźmin”. Naturalnie Andrzej Sapkowski. Nie, proszę państwa, nie tym razem. To prawda. Andrzej Sapkowski był pierwszym, który opisał przygody wiedźmina, białowłosego Geralta z Rivii. Tak naprawdę nie pochodził z Rivii, ale uznał, że każdy musi skądś pochodzić, a to tak samo dobre miejsce jak każde inne.
[04:40:16] - Mniejsza jednak o to. Opowieść Sapkowskiego zainspirowała innego pisarza, Władimira Wasiliewa. Tak dalece zakochał się w świecie przedstawionym przez polskiego pisarza, że nawiązał z nim kontakt i uzyskał pozwolenie na stworzenie czegoś w rodzaju odbicia jego tworu. I mamy przed sobą oto niewielką książkę „Wiedźmin z Wielkiego Kijowa”. Dlaczego z Wielkiego? Ano właśnie. Świat uległ katastrofie nazwanej Wielką Kolizją. Jej skutkiem było to, że magia i rzeczywistość wymieszały się ze sobą. Nagle wśród ludzi zaczęły się pojawiać różne bajkowe stwory i nie tylko pojawiać się, ale normalnie żyć, zagospodarowywać odpowiednie miejsca. Po początkowym zdenerwowaniu ich obecnością ludzie przywykli.
No i świat toczył się dalej. Jednak Kolizja miała również inne aspekty. Przede wszystkim magia okazała się bardzo uporczywa i figlowała sobie w najlepsze po całym świecie. Cóż więc się dzieje? Oto ożywają przedmioty użytku codziennego. Ciężarówki, koparki i inne maszyny stają się żywe. I mało tego, przeważnie piekielnie złośliwe. Dlatego też w mieście nazwanym Arzamas-6 powstaje szkoła wiedźminów, mutantów szkolonych do walki z dzikimi maszynami. Jeden z nich przybiera imię Geralta, legendarnego wiedźmina z przeszłości i jako on wędruje po świecie. W pewnym momencie trafia do Śnieżyńska-4, miasteczka, które przeżywa bardzo trudną sytuację.
Zostaje mianowicie odcięte przez magiczną śluzę. Wydostać się na zewnątrz i powrócić cało mogą tylko niedorosłe dzieci, a jak wiadomo niewiele mogą one przenieść ze sobą. Jednak trzeba jakoś żyć, więc miasteczko żyje aż do czasu, kiedy zaczyna atakować je potwór określony jako RIP — potworny mechaniczny pająk porywający dzieci. Wtedy też pojawia się Geralt i bezczelnie żąda z góry bardzo wygórowanej zapłaty za zabicie RIPa. Nie zostaje potraktowany poważnie, a wręcz bardzo nieprzyjemnie wyproszony. To oczywiście nie załatwia sprawy, ponieważ pająk poluje dalej i dalej giną dzieci. No i w pewnym momencie Geralt powraca. Taki jest początek książki. Książki, jako się powiedziało, niewielkiej, bo zawiera tylko cztery opowiadania. To bardzo smutne, ponieważ Władimir Wasiliew nie ustępuje w niczym Sapkowskiemu.
Świat, który wykreował, jest wyjątkowo ciekawy i w dodatku raczej nieszablonowy, bo jednak ożywające maszyny nie są czymś normalnym. Nie myślę tu o transformerach, bo te maszyny w nic się nie zmieniają. One nadal są tym, czym są — jedne koparką, inne walcem drogowym, a inne ciężarówką. Tyle tylko, że dziczeją i zaczynają napadać na ludzi. Z nimi właśnie wiedźmini muszą sobie radzić. Proces ich nauki jest mniej więcej taki, jak opisywał Sapkowski. Tutaj akurat nie ma większych różnic, także ich kodeks honorowy jest dość podobny. Z wyjątkiem jednego, bo u Sapkowskiego, jak wiadomo, wiedźmini nie brali zapłaty z góry, a tutaj biorą i to bardzo wysoką. Kiedy się jednak wczytać w książkę, tych różnic tak dużo nie jest. Geralt Wasiliewa naprawdę jest niemalże lustrzanym odbiciem Geralta Sapkowskiego, ale nie jest nim oczywiście.
Mało tego, czytając tę książkę orientujemy się dopiero po jakimś czasie, że opowiadania mówią o różnych Geraltach. Ponieważ wiedźmini przyjmują imiona po swoich kolegach, którzy polegli w służbie ludzkości. Warto tutaj dodać, że świat przedstawiony przez Wasiliewa został nakreślony w jego wcześniejszej książce, która niestety nie ukazała się na polskim rynku. Nazywała się „Technik z Wielkiego Kijowa”. Szkoda, że nikt jej nie przetłumaczył, bo bardzo chętnie bym ją przeczytała, a jeszcze chętniej przeczytałabym dalsze opowiadania z cyklu o wiedźminie czasów po Kolizji. Władimir Wasiliew ma znakomite pióro i świetne pomysły. Jeśli jeszcze nie znacie jego książki, radzę po nią sięgnąć. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:45:12] - No, proszę państwa, mówiłem na początku audycji, że Targi Książki w Poznaniu były udaną imprezą. To proponuję troszeczkę dotknąć atmosfery tej imprezy. Zapraszam państwa teraz na jedno ze spotkań, które odbyło się w trakcie targów. W takiej atmosferze nieustającego gwaru, w który organizatorzy wrzucili autorów, żeby spotykali się z czytelnikami. Co dla każdego, kto nagrywa tego rodzaju spotkania jest po prostu torturą. Bo treści ciekawe, a tu nagle coś szemrze. Żeby to szemrało. To po prostu jeden wielki huk. I chwała, proszę państwa, Ivelliosowi, że był w stanie z tego huku wyciągnąć dźwięk, który daje się słuchać. Tak jak powiedziałem, nie jest to jakość studyjna, ale naprawdę myślę, że Treści przekazywane będą to państwu rekompensowały.
I naprawdę Ivellios zrobił cud i to naprawdę daje się słuchać. A teraz troszeczkę o autorce, z którą się państwo spotkają. To jest Hanna Bilińska-Stecyszyn. To spotkanie prowadzi Iwona Krynicka z oficyny wydawniczej Silver. Hanna Bilińska-Stecyszyn napisała takie książki jak „Druga szansa, czasem trzecia” i „Wbrew pozorom”. Jej tekst ukazał się również w antologii „Nikomu się nie śniło”. To są takie powieści dosyć specyficzne, ale to zostawię państwu do wysłuchania w czasie spotkania. Kilka słów o prowadzącej. Iwona Krynicka związana jest z rynkiem wydawniczym od ponad 20 lat. Jest twórczynią serii nagradzanych, takich jak Muzeum Książki Dziecięcej, Poleca oraz tak zwanej Złotej Serii.
Współpracowała z wieloma znakomitymi autorami oraz ilustratorami. Jest też członkinią polskiej sekcji IBBY. Mówi tak o swoim posłannictwie wydawniczym. Jest redaktorką w wydawnictwie Silver. „Szukam życiowych opowieści, często inspirowanych prawdziwymi historiami, których główni bohaterowie należą do pokolenia silverów, a zatem takich już nie najmłodszych.” Ale naprawdę, proszę państwa, to już jakiś ageizm byłby, gdyby dzielić ludzi na tych młodszych i starszych. Więc dobrze, pokolenie silverów brzmi nieźle. „Ważne jest, by poruszały owe powieści sprawy istotne dla ludzi dojrzałych, by wspierały one moich czytelników, pokazywały, że zawsze jest czas na zmianę, że warto cieszyć się każdym dniem i że tych powodów do radości życie dostarcza nam każdego dnia. Poprzez moje książki oddaję głos wszystkim tym, którzy do tej pory nie znajdowali dla siebie oferty. Zwłaszcza dojrzałym czytelnikom.” I takie są właśnie książki Hanny Bilińskiej-Stecyszyn. Zapraszam.
Moim zdaniem bardzo ciekawa rozmowa.
[04:49:06] - Dzień dobry państwu. Witamy uprzejmie. Mamy nadzieję, że w tym gwarze uda nam się przeprowadzić miłą rozmowę, ponieważ mam ogromną przyjemność prezentować państwu autorkę, która podbiła moje serce dwa lata temu. Pani Hanna Bilińska-Stecyszyn jest naszym gościem.
[04:49:29] - Dzień dobry państwu, serdecznie witam i bardzo będzie mi miło, jeśli państwo zechcą chociaż trochę nas posłuchać.
[04:49:38] - Ja też myślę, że to dobra okazja. Mamy pierwszy dzień targów i dla nas pierwsze spotkanie. Pierwsze i bardzo ważne, ponieważ Hania jest autorką, która idealnie wpisuje się w program mojej oficyny wydawniczej, która wydaje powieści kierowane przede wszystkim do dojrzałych czytelniczek. Gdy poznałam Hanię dwa lata temu, trafiły do mnie maszynopisy dwóch jej powieści. Pierwsza to „Wbrew pozorom”, druga to „Druga szansa, czasem trzecia”. I to są właśnie historie, które idealnie pokazują to, co chcemy robić, co chcemy wydawać, czyli opowiadać takie historie, których główne bohaterki to kobiety dojrzałe. Ale zanim o książkach, to może najpierw trochę o Hani. Przygotowałam tutaj taki mały quiz dla naszej autorki. Jeśli państwo pozwolicie, to zaczynamy. Pierwsze pytanie: miejsce, z którym jesteś związana, Haniu?
[04:50:48] - Obecnie jestem związana z miejscowością Lubniewice, gdzie mieszkam właściwie najdłużej w swoim życiu. To jest województwo lubuskie z moim domem nad rzeczką. Mogę powiedzieć, że to jest w ogóle moje miejsce już chyba do końca życia. Bardzo je kocham. To jest miejscowość, przy okazji zareklamuję, turystyczna, w otoczeniu lasów, trzech jezior, a kręcono tam plenery filmu Powisłockiej „Sztuka kochania”. Stąd może sława Lubniewic w całej Polsce. Jeśli chodzi o ukochane miejsca mojego dzieciństwa, to też dom nad rzeczką w innej miejscowości województwa lubuskiego, a potem Zielona Góra i czasy studiów. I też to było fajne miejsce do życia.
[04:51:43] - Skoro już o tym miejscu rozmawiamy, to powiedz Haniu, na ile właśnie Zielona Góra, Głubin, Lubniewice, na ile one są w twoich książkach obecne?
[04:51:55] - Są trochę obecne, chociaż ja wymyślam i miejsca, i postaci fikcyjne, niewiele mające wspólnego z autentycznymi osobami. Natomiast jeśli chodzi o miejsca, to geograficznie występuje w tej powieści Zielona Góra, bo bohaterki mojej powieści studiują w Zielonej Górze. To znaczy studiowały, bo to jest historia ich życia od czasów młodości do czasów seniorskich, jeśli można tak powiedzieć.
[04:52:30] - Natomiast lokalizuję akcję moich utworów w miejscowości, w której koniecznie musi być jezioro, bo sama mieszkam nad jeziorami. Ale to nie jest moje jezioro i to nie są moje Lubniewice jeden do jednego, chociaż bardzo podobne. Dobrze, to było o miejscu zamieszkania. To teraz może popytamy cię na temat rodziny.
[04:52:59] - Moja rodzina ukochana siedzi tutaj. To jest mój mąż, dwoje przyjaciół, a reszta mojej rodziny to dwaj wspaniali synowie, których tutaj nie ma, bo są w świecie. I mam też dwie prześliczne małe wnuczki. Jeszcze chcę powiedzieć, że moja rodzina jest trochę artystyczna. Może to jest za duże słowo, ale wszyscy mamy jakieś uzdolnienia muzyczne, plastyczne. Ja na stare lata odnalazłam w sobie zdolności pisarskie, więc w tym sensie mówię o naszej rodzinie, że jest trochę artystyczna. Myślę, że to jest fajna rodzina.
[04:53:49] - Jeżeli mogę, to ten wątek rodzinny jeszcze chciałabym troszeczkę pociągnąć i zapytać cię o twoją pierwszą książkę, którą napisałaś. Wydaną książkę. Mogłabyś o niej powiedzieć kilka słów?
[04:54:06] - To jest chyba, proszę państwa, książka mojego życia. Opowieść biograficzna pod tytułem „Pelunia”. Moja mama Pelunia była poznanianką. Ja zresztą też jestem z urodzenia poznanianką. Mieszkała aż do wojny w Poznaniu na ulicy Kanałowej. I ja zaraz tak się wzruszę, że tutaj jestem znowu w Poznaniu, mieście mojej mamy i też moim, że już mi się w oczach trochę mokro robi. To jest opowieść biograficzna, ale to nie jest typowa biografia. Chcę się jeszcze pochwalić, że jest taka nagroda w województwie lubuskim Lubuskie Wawrzyny Literackie i ta historia, ta Pelunia była nominowana do tych Wawrzynów. To jest jej największy – i oczywiście mój jako autorki – sukces.
[04:55:03] - Wspaniale. W tej książce opowiedziałaś o swojej mamie. I właściwie postać matek pojawia się też w innych twoich książkach. Oczywiście te kolejne matki to są już matki fikcyjne, ale relacje pomiędzy córką a matką właściwie w każdej z twoich książek możemy odnaleźć. Zechcesz nam coś więcej na ten temat powiedzieć?
[04:55:31] - Może ciekawsza byłaby relacja między synową a teściową, bo to też w pewnym sensie matka z córką.
[04:55:42] - To jest kolejne pytanie. O teściową jeszcze cię pomęczę.
[04:55:47] - Bardzo przepraszam, że już tak wybiegłam przed orkiestrę. Są matki i córki w mojej powieści, szczególnie w tej historii przedstawionej w powieści „Druga szansa, czasem trzecia”. Ona opowiada o dwóch dziewczynach, właściwie o trzech, zaprzyjaźnionych w czasie młodości, które potem zostają żonami, matkami. Jedna z nich jest matką córki. Ma z tą córką bardzo dobry kontakt. Też oczywiście ja tej córce każę studiować w Zielonej Górze, żeby była jakaś ciągłość pokoleniowa. I myślę, może dlatego o tym piszę, że ja mam synów i mnie taka relacja matki z córką, taka bliska, nie jest znana. Ja zawsze moim koleżankom zazdrościłam, że mają takie fajne układy z córkami. Bo ja mam wspaniałych synów, ale to jest jednak coś innego niż relacja matki i córki.
[04:57:01] - W „Drugiej szansie” matki są dwie. Jedna to jest właściwie główna bohaterka, jednocześnie jest matką – Basia. Ale druga relacja między matką a córką jest właściwie pokazana w trochę innej odsłonie, bo tu mamy pokolenie Alicji i jej mamy. Jej mama jest taką matką mocno wycofaną, która właściwie pozwala ojcu decydować o wszystkim, co w życiu Alicji się dzieje i podejmować decyzje. Czy Ala na pewno ma wsparcie w tej swojej mamie?
[04:57:40] - Niestety nie bardzo. Ala sama musi wierzgnąć, opuścić dom rodzinny, żeby móc siebie jakoś realizować i szukać w życiu szczęścia. A mama, która jest przecież osobą... Nie wypadła sroce z pod ogona, ale tak dalece podporządkowuje się mężowi, że nie stać jej właściwie na jakieś prawdziwe wsparcie dla tej córki. To, jeśli chodzi o dzisiejsze czasy, to jest zupełnie źle nawet widziane, bo dziś są trendy kobiet, które o sobie stanowią, są niezależne w małżeństwie, wcale nie grają drugich skrzypiec, tylko mają wiele do powiedzenia. A tutaj ta relacja taka właśnie jest. Taką bohaterkę stworzyłam. Powtarzam, to nie jest żadna autentyczna osoba. To nie jest nawet na wzór jakiejś konkretnej osoby. To jest po prostu mój wymysł, ale chyba oparty o realia w czasach mojej młodości, bo nasze mamy pokorniejsze były niż obecne matki.
[04:58:51] - Dobrze. Skoro mówimy o tym pokoleniu, to w takim razie jaką osobą jest Eleonora, bohaterka „Wbrew pozorom”? I ta teściowa, o której wspomniałaś. Pociągnijmy ten wątek.
[04:59:07] - Eleonorę stworzyłam jako tak zwaną złą postać, ale jej bardzo bronię i nawet wiem, że ma swoje fanki, dlatego że ona jest osobą naprawdę z mocnym charakterem. Może dlatego. Natomiast literacko to jest taki symbol teściowej, która nie pozwala swojej synowej normalnym życiem żyć i wręcz omal nie doprowadza do rozpadu małżeństwa swojego syna, z którego zrobiła oczywiście oczko w głowie i tej synowej, która stara się, jak może, żeby te stosunki rodzinne poukładać. Ale te wszystkie jej starania właściwie spełzają na niczym, bo teściowa ciągle coś wynajduje nowego przeciwko niej. Ale dlaczego? Nie chcę tego zdradzać, bo może ktoś z państwa jeszcze tę książkę przeczyta. Ale każdy z nas ma takie w życiu swoim doświadczenia, które potem na całe późniejsze życie rzutują. I Eleonora też jest taką osobą. I to jest chyba jej usprawiedliwieniem. Ona kiedyś też pobłądziła i potem całe życie usiłuje nie ponosić tego konsekwencji, obarczając tymi konsekwencjami innych.
Właśnie tę swoją bogu ducha winną synową. Ale zbłądziła i nie wiem, jak to spuentować. Może ty, Iwonko?
[05:00:57] - Chyba nie będziemy puentować, bo jak spuentujemy, to właśnie odkryjemy, o co w książce chodziło. To jednak jest zamysł literacki. Lepiej, żeby czytelnicy dowiedzieli się o tym sami. Natomiast ja cię podpytam o oczko w głowie, tylko bardziej prywatnie, ponieważ ty sama masz dwóch synów. Tak jak wspomniałaś, nie masz córki. Czy któryś z nich był oczkiem w twojej głowie? Czy może dzisiaj wnuczki są twoim oczkiem w głowie?
[05:01:25] - Zdecydowanie wnuczki. Jest ponoć taką właśnie regułą, że własnych dzieci się tak bardzo nie rozpieszcza, a do wnuków ma się zupełnie inny stosunek. Ja nie mam tutaj na myśli, broń Boże rozpieszczania, bo mój syn by na to nie pozwolił, żebym ja rozpieszczała jego córeczki, ale one są przesłodkie i w ogóle wszystkie najlepsze przymiotniki świata, jakie istnieją, to ja bym chciała pod ich adresem kierować. A co do synów, właściwie staraliśmy się oboje z mężem, po pierwsze stosować w domu demokrację, że dziecko jest też człowiekiem i ma swoje prawa. I to jest model, który chyba nam się dobrze udał i staraliśmy się też żadnego z nich nie wyróżniać. Chociaż starszy siłą rzeczy, gdy pojawił się młodszy, to był zazdrosny i uważał, że się mu mniej uwagi poświęca i tak dalej. Tak jest w życiu, niestety. Ale co do oczka w głowie. Ja mojej synowej absolutnie nic nie mam do zarzucenia i myślę, że jestem fajną teściową.
[05:02:48] - No to super. Haniu, wspomniałaś o demokracji w rodzinie. Trochę chciałabym cię podpytać również o twoje życie zawodowe. Dzisiaj już jesteś na emeryturze, prawda?
[05:03:00] - Tak, jestem już dość długo na emeryturze, bo jestem tak zwaną wczesną emerytką. Byłam nauczycielką, więc przysługiwało mi takie prawo i z niego skorzystałam. A jeśli chodzi o moją pracę zawodową, to byłam polonistką. Najpierw na 5%, bo nie chciałam za bardzo być nauczycielką, a potem na 200%. Tak tym belferstwem nasiąknęłam.
[05:03:27] - I czy podczas pracy z uczniami byłaś nauczycielem demokratycznym, czy właśnie trzymałaś klasę mocną ręką? Przyznaj się teraz nam tu ładnie.
[05:03:40] - I tak, i nie. Byłam demokratyczna pod pewnymi względami, pod innymi byłam autokratyczna. Trudno teraz, nie chcę zresztą, bo to może nie będzie ciekawe, rozwijać tego wątku. Myślę, że zawód nauczyciela to jest taki zawód, którego człowiek się uczy przez całe życie. I ja dopiero pod koniec mojej tak zwanej drogi zawodowej już na 100% wiedziałam, jakim powinno się być nauczycielem. Właśnie takim demokratycznym, a jednocześnie będącym autorytetem dla młodzieży, lubianym i tak dalej. Więc jako młoda nauczycielka się szarpałam, bo mi się wydawało, że to tak fajnie z młodzieżą, to ja będę ich starszą koleżanką. Tak się nie dało. Długo tę swoją drogę wypracowywałam, ale myślę, że z dobrym skutkiem.
[05:04:37] - Dobrze, czyli miałaś lata pracy zawodowej jako nauczyciel. Potem zaczęłaś zbliżać się do tego czasu, kiedy po prostu mamy trochę więcej czasu. To powiedz nam, jak to wykorzystałaś.
[05:04:54] - Wykorzystałam to natychmiast, gdy tylko przeszłam na emeryturę. Od zapoznania się z mediami pod tytułem internet, bo wcześniej nie miałam na to czasu i od startu ku realizacji mojego wielkiego marzenia, żeby pisać książki. I natychmiast prawie po przejściu na emeryturę, nauczywszy się wcześniej na zajęciach specjalnych w szkole obsługi komputera, zaczęłam pisać. I coś mi tam się udało z czasem. A to marzenie w dalszym ciągu realizuję, bo dopiero teraz jako emerytka mam na to czas. Wcześniej miałam wyłącznie czas na sprawdzanie i recenzowanie wypracowań moich uczniów.
[05:05:50] - Dobrze, to teraz takie mocne pytanie. Czy kiedykolwiek wyobrażałaś sobie swoje nazwisko w Wikipedii?
[05:06:00] - W Wikipedii? Może sobie wyobrażałam w encyklopedii, gdy byłam młoda, bo pamiętam moją pierwszą encyklopedię, gdy byłam w szkole, taką niebieską, jednotomową i szukałam, ponieważ mam panieńskie nazwisko Bilińska, szukałam Bilińskich w tej encyklopedii. Znalazłam Bilińskiego Leona, ekonomistę bodaj. I oczywiście Bilińską Annę, znaną malarkę. A ja jestem Hanna, więc się tak fajnie poczułam, jakbym już prawie w tej encyklopedii była. Ale to oczywiście takie były dziewczęce mrzonki. A jeśli chodzi o Wikipedię, ciągle w niej nie jestem, ale w internecie mnie pełno.
[05:06:44] - To prawda. Haniu, właśnie, żeby znaleźć się w Wikipedii, na przykład trzeba zostać pisarką i wydać książki. Ale żeby doprowadzić do tego, trzeba dużo odwagi. Skąd bierzesz odwagę, żeby stworzyć historię, a potem wysłać ją do wydawnictwa i próbować swoich sił jako pisarka?
[05:07:15] - Nie bardzo umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo mnie się wydaje, że to nie jest chyba kwestia odwagi, tylko raczej jakichś fortunnych zdarzeń, szczęśliwych przypadków, a ja tych trochę w życiu miałam. I na przykład szczęśliwy przypadek zaprowadził mnie do wydawnictwa Silver, bo ja tak sobie pisałam do szuflady, czyli nie do szuflady, a w plikach w laptopie. Coś tam z tym próbowałam robić. Wydawnictw jest mnóstwo. Tu i ówdzie wysyłałam, czekałam na odpowiedź, bo właściwie nigdzie mi nie odmówiono, tylko wszędzie kazano czekać. I w tym czasie usłyszałam przypadkiem, szczęśliwym o wydawnictwie Silver. I tutaj zdeterminowana i chyba właśnie w tym momencie się we mnie ta odwaga narodziła. Wysyłam, co mi zależy. A potem szczęśliwie tak się stało, że te książki w wydawnictwie Silver się ukazały.
[05:08:20] - To prawda, ale to nie był twój pierwszy kontakt z wydawcą sfinalizowany publikacją. Mówię tutaj o konkursie „Twojego Stylu”. Możesz nam o tym coś opowiedzieć?
[05:08:34] - Tak, właściwie mój debiut, choć nie książkowy, odbył się na łamach miesięcznika „Twój Styl”. Ja tego czasopisma nie kupowałam, pożyczałam od koleżanki i w którymś numerze, to było już 20 lat temu, przeczytałam przypomnienie, że oto zbliża się termin nadsyłania prac na konkurs na dzienniki Polek. A ja całe swoje życie dorosłe, a właściwie to nawet nie dorosłe, bo jeszcze jak byłam dziewczyną, piszę dziennik. W tej chwili od czasu, gdy jestem mężatką, to jest nasz dziennik domowy. I tak sobie pomyślałam, że ja mam właściwie gotowy materiał, tylko muszę go szybciutko napisać i wysłać, a termin mnie gonił. Oczywiście nikomu niczego nie zdradziłam, nawet własnemu mężowi nie. Chodziłam do pracowni, bo to jeszcze wtedy pracowałam. Chodziłam do pracowni komputerowej w szkole i jednym palcem wstukiwałam w klawiaturę te moje zapiski, niczego nie upiększając, niczego nie zmieniając, tylko wybrałam, bo to było hasło „Miesiąc z życia kobiety”. Ja wybrałam sobie jakiś tam miesiąc, pokazałam mnie, rodzinę moją, pracę i tak dalej. I dostałam wyróżnienie.
To był mój debiut. To znaczy opublikowano ten tekst i nie wspomnę już o honorarium, bo to chyba było najwyższe honorarium, jakie miałam w życiu.
[05:10:11] - No właśnie, to zawsze motywuje bardzo dobrze, prawda? Cyfra na koncie. Haniu, ale zaczęłaś mówić o tym, że tekst, który wysłałaś do „Twojego Stylu” nie był to tekst stworzony na zamówienie gazety, tylko był to fragment, konkretny miesiąc, zanotowane przez ciebie wydarzenia w... I teraz nam tutaj opowiedz historię.
[05:10:42] - Chodzi o to, że ja piszę dziennik domowy, tak? No właśnie, wspominałam już o tym. W latach 80., a jesteśmy małżeństwem, chociaż tutaj niektórzy młodzi z państwa pewno nie dadzą wiary, od 46 lat. Więc na początku zaczął takie dzienniki pisać mój mąż. Krótko i węzłowato, jak to się w Poznaniu mówi, czyli zwięźle, ale potem nie miał czasu, więc ja to przejęłam. I do tej pory Ten dziennik domowy prowadzę. A ponieważ jestem polonistką, to oczywiście zbyt rozwlekle, może i za długo. Nie są to notatki robione codziennie. Często to robię z poślizgiem, ale do tej pory ten dziennik domowy prowadzę. I miałam gotowy materiał po prostu.
Czyli znowu szczęśliwy traf w moim życiu.
[05:11:36] - Ile tomów?
[05:11:38] - Bodaj czterdziesty trzeci zeszyt zapisuję w tej chwili.
[05:11:45] - Wspaniałe.
[05:11:45] - Zeszyt taki szkolny, w kratkę.
[05:11:48] - Wspaniała historia. Ja muszę przyznać, że bardzo ci tego zazdroszczę, bo wielokrotnie miałam takie poczucie, że powinnam notować różne rzeczy związane z życiem mojej rodziny, ale nigdy nie miałam wystarczającej wytrwałości, żeby doprowadzić ten projekt do końca. Więc podziwiam cię za to ogromnie. Haniu-
[05:12:12] - Jeżeli można jeszcze coś na ten temat. Mnie się wydaje, że ja tak bardzo nie zasługuję na podziw, bo ja nie jestem taka systematyczna i wytrwała, jak może to się wydawać. Natomiast wydaje mi się, że to moje pisanie to jest właśnie wyraz tej mojej chęci pisania. Przez całe życie ją miałam. Może to nawet się gdzieś o grafomaństwo jakieś ociera, ta chęć takiego pisania, ale ja właśnie w ten sposób również się realizuję.
[05:12:45] - Haniu, à propos jeszcze twoich powieści i twojego pisania. Czy to jest tak, że jakieś rzeczy, które wydarzyły się faktycznie w twoim życiu, później znajdują się we fragmentach w książkach? Skoro już masz ten materiał, zanotowanych naście lat życia, to właściwie aż się prosi.
[05:13:07] - Jeżeli chodzi o zdarzenia jakieś konkretne, dotyczące postaci w moich książkach, to właściwie nie, bo tak jak powiedziałam, to są postaci fikcyjne. Natomiast oczywiście obdarzam je jakimiś szczegółami, które mnie się w życiu przydarzyły. Ja na spotkaniach pisarskich z czytelnikami często właśnie taką opowiadam historię jako przykład tego, co ja z mojego życia w tych powieściach zamieszczam. Otóż jest w powieści „Druga szansa, czasem trzecia” taka scena, kiedy bohaterowie Ala i towarzystwo są na obozie językowym w NRD i zwiedzają fabrykę samochodów. I ja byłam na obozie językowym w NRD, ale to jest absolutnie nie moja historia. I zwiedzałam fabrykę samochodów i pomyślałam, że to jest ciekawe. Zwłaszcza że nie ma już NRD, nie ma już tej fabryki. Warto by było ją w powieści zamieścić. To taki jeden z przykładów.
[05:14:18] - Czyli raczej takie ciekawe fakty niż przeżycia, emocje.
[05:14:28] - Jeśli chodzi o przeżycia i emocje, to właśnie nie. Dlatego, że emocje typu zakochanie się czy jakiś smutek doświadcza każdy. I ja, i moje bohaterki. A jeżeli chodzi o konkrety, o ścieżki życiowe moich postaci, to one są absolutnie nie moje, bo ja jestem od 46 lat przykładną mężatką, niewbłądzącą. Nie zdarzyły mi się w życiu żadne z tych historii, które powymyślałam moim bohaterkom.
[05:15:06] - No właśnie, a w prywatnym życiu bardziej wierzysz w drugie szanse, czy raczej w pierwsze wrażenie, którego się już nie da odzobaczyć?
[05:15:15] - Oczywiście, że w pierwsze wrażenie. Ale teraz, gdy już jestem w wieku senioralnym, to też i w drugie szanse, bo myślę, że — i to jest na pewno też przesłaniem wydawnictwa Silver — panie w moim wieku mają szansę zadbać o siebie, dowartościować się, znaleźć miłość, jeśli na przykład są osobami samotnymi. Jeszcze wszystko przed nimi, bo to jest fajny wiek. Na emeryturze już się nic nie musi, a bardzo dużo jeszcze może się przydarzyć. Natomiast jeśli chodzi o to pierwsze zauroczenie, to ja naprawdę od pierwszego zauroczenia jestem z moim mężem.
[05:16:04] - Zauroczyłaś się i tak zostało.
[05:16:07] - I mam nadzieję, że on też.
[05:16:10] - Cudowna historia. Haniu, jeżeli rozmawiamy o takich właśnie jeszcze prywatnych rzeczach, to powiedz, jaki jest typowy dzień pisarki?
[05:16:21] - Nie wiem, jaki jest typowy dzień pisarki.
[05:16:24] - Pisarki Hani.
[05:16:25] - Pisarki Hani jest dniem rozmemłanym. Dniem odkładania, że ja teraz nie muszę, zrobię to jutro. Pisaniem z doskoku, bo właściwie jak nie teraz, to przecież nic mi nie pili. Tak jakbym, nie wiem, czasami sama się o to obwiniam, że to jest złe myślenie i w ogóle zła postawa, bo przecież ja nie jestem zaprogramowana na 200 lat życia. Tak jakbym miała jeszcze nie wiadomo ile żyć, tak się jakoś bardzo nie śpieszę. Ale gdy trzeba, to ja oczywiście potrafię się sprężyć, zorganizować, wszystko zrobić tak, jak trzeba. Masz najlepszy tego przykład. Gdy pracowałyśmy nad redakcją książki, to zawsze byłam dyspozycyjna i pilna, i tak dalej. Więc ja, proszę państwa, mam dwie natury. Gdy pracowałam- To byłam bardzo zdyscyplinowana.
Wręcz sama siebie nie podejrzewałam, zaczynając pracę, że we mnie coś takiego jest. A teraz wróciła ta natura z młodości. Luzik i rozmemłanie to jest takie brzydkie określenie. Może luzik zostawmy.
[05:17:51] - Tak, luzik jest bardzo ładny. À propos luziku, czy do luzików należą też kajaki? Opowiedz o swojej wielkiej pasji.
[05:18:03] - Moją wielką pasją są spływy kajakowe. Mówię są, chociaż one już istnieją w naszym, moim i męża życiu w postaci szczątkowej. Ale ciągle jeszcze co roku na te spływy jeździmy i one są już teraz kilkudniowe, ale do niedawna jeszcze były dwutygodniowe i takie w pełni hardkorowe nawet bym powiedziała. Namiot, wszystko zebrane, śpiwory i tak dalej do kajaka na dwa tygodnie. Mamy takie towarzystwo jeszcze z czasów studiów, niektórzy w nim są, z którymi na te kajaki wybieraliśmy się i to było coś wspaniałego. Pływaliśmy na Litwie, tam jest jeszcze dziko, nie tak komercyjnie jak na spływach kajakowych w Polsce, ale w tej chwili już krótkie dystanse, bo niestety człowiek się starzeje i wszystko w nim pomału parszywieje. Także niestety żegnajcie cudowne dwutygodniowe spływy, a witajcie, mam nadzieję, że również w tym roku jakieś trzydniowe wypady też na jakieś polskie fajne rzeczki.
[05:19:22] - Super! Muszę przyznać, że pasja, która jest przepiękna i która rzeczywiście chyba daje bardzo wiele różnego typu doświadczeń. Bo z jednej strony to jest udowadnianie sobie, że się coś robi, z drugiej strony niesamowite relacje z ludźmi na spływie kajakowym, prawda?
[05:19:45] - Tak, to są wspaniałe relacje. Ale tutaj ciekawostka, bo my właściwie pływaliśmy jako młodzi ludzie, a potem była bardzo długa przerwa i zaczęliśmy reaktywować te spływy już w bardzo mocno dojrzałym wieku. I namawiał nas kolega, który był komandorem tych spływów przez kilka lat. „Popłyńcie, tak jest fajnie, takie fajne towarzystwo”. A my ciągle myśleliśmy: „Boże, gdzie nam na stare lata po jakichś komarach i namiotach?”. Ale w końcu się zdecydowaliśmy i byliśmy zachwyceni właśnie tymi relacjami wśród tych ludzi. Wielu z nich znaliśmy, niektórych poznaliśmy dopiero na tym pierwszym naszym spływie. I po prostu ja mogę powiedzieć, że ja się zakochałam w tym towarzystwie, w tych spływach, a przede wszystkim w takiej bliskości z naturą. Bo tylko w kajaku ma się ją na wyciągnięcie ręki. Jest tak blisko, że to jest doświadczenie niemal metafizyczne.
[05:20:59] - Ja tutaj państwu opowiem taką anegdotę. Korektorka, która pracowała nad pierwszą książką Hani, czyli „Wbrew pozorom”, po tym, jak przeczytała tę opowieść, zadzwoniła do mnie i powiedziała, że właśnie natura jest niezwykle silnym elementem tej książki, bardzo ważnym. I że ona jako czytelniczka miała poczucie, że w tej książce przez cały czas świeci słońce. Nawet wtedy, kiedy jest zima i dzieją się bardzo dramatyczne wydarzenia, to właśnie ten element natury pozwala czytelnikowi się odprężyć i poczuć dobre emocje nawet właśnie w takich najtrudniejszych chwilach. Także to taka laurka dla Hani i dla twoich opowieści.
[05:21:45] - Bardzo dziękuję.
[05:21:47] - No dobrze, to ja mam jeszcze chyba jedno pytanie. Haniu, czy masz jakieś rady dla osób, które chciałyby zadebiutować jako pisarze?
[05:22:02] - Chyba nie mam. No bo cóż ja mogę poradzić, jak ja doradzić, skoro ja sama istnieję na tym świecie jako pisarka dopiero od niedawna? Chociaż właściwie nie, mam jedną. Bo ja próby pisarskie czyniłam już w szkole podstawowej, potem w liceum. Na studiach to już było zbyt bujne życie, żeby się tym zajmować, a potem to praca, więc tym bardziej nie miałam możliwości. A ta rada to jest taka, żeby nie odkładać. Ja mam poczucie, że gdybym nie odkładała, a tak się moje życie ułożyło, a nie inaczej, ale gdyby mi się udało wystartować wcześniej, to może ta moja droga pisarska jeszcze fajniej by się potoczyła. Chociaż ja oczywiście nie narzekam i jestem bardzo zadowolona. A mówię też tak dlatego, ponieważ byłam na jednym spotkaniu w Gubinie, nadgranicznym mieście, gdzie jest organizowany taki festiwal Wyspa Literacka i byłam gościem tej Wyspy Literackiej wraz z dwojgiem młodych ludzi. Dziewczyną, która już pisze i która dostała nawet jakieś wyróżnienie w konkursie, bodaj szesnasto- czy siedemnastoletnią i chłopakiem, który jest poetą, który w tej chwili chodzi do czwartej klasy liceum, jest muzykiem i bardzo właśnie Sprężynie dba o swoją karierę, bo tak mogę już powiedzieć, bo on już jest na początku swojej muzycznej kariery.
Podziwiałam ich, że taką mieli odwagę już jako młodzi ludzie próbować zaistnieć. Teraz to jest oczywiście o wiele łatwiejsze, bo są media. Wystarczy coś dobrego nagrać, sprzedać, pokazać gdzieś w internecie. Jeśli znajdzie to widzów, to wspaniale, potem już jest łatwiej. Ale takie odkładanie i może usprawiedliwianie się: „Ja teraz nie mogę, bo mam dzieci. Ja teraz nie mam czasu, bo muszę wypracowania sprawdzać” właściwie niczym dobrym nie skutkuje, prócz tego, że się wreszcie ma emeryturę i można zacząć wtedy występować. Ale myślę, że ta moja rada to jest taka: nie odkładać.
[05:24:33] - Wspaniała rada, Haniu. Bardzo ci dziękuję za tę rozmowę. Może ktoś z państwa ma jakieś pytania do naszej autorki? Zapraszamy.
[05:24:49] - To jest pytanie skierowane do obu pań i związane z profilem wydawnictwa Silver, którego rozumiem grupą targetową są panie i panowie w pewnym wieku. Czy istnieje jakaś recepta na dobrą, ciekawą książkę dla tego rodzaju czytelniczek i czytelników?
[05:25:11] - Hania, to może ty odpowiedz. Recepta. Ja myślę, że to wydawczyni powinna powiedzieć, bo przecież decyduje o tym, jakie książki chce wydawać. Także proszę, tobie oddaję głos, Iwonko.
[05:25:27] - Nie wiem, czy mam receptę, bo wydaje mi się, że historie noszą w sobie autorzy. Natomiast faktycznie w momencie, kiedy zapraszamy autorów do tego, żeby napisali książkę dla Silvera, to jedyną rzecz, o którą proszę, jeżeli autor ma taką przestrzeń w sobie, to żeby pomyślał o historii, której główni bohaterowie będą dojrzałymi osobami. Bo w Polsce wydaje się bardzo dużo naprawdę świetnej literatury obyczajowej. Natomiast taka górna granica wieku głównych bohaterów to jest moim zdaniem lat 40. Później coraz trudniej nam znaleźć historię, której główny bohater byłby naprawdę dojrzałą osobą. A przecież są to osoby, które po pierwsze mają mnóstwo ciekawych rzeczy do powiedzenia, które mają zupełnie inne przeżycia, szersze, patrzą na wiele spraw z dużej perspektywy i ich historie są też przez to o wiele dojrzalsze. Ja muszę też państwu powiedzieć, że przy pracy nad ostatnią książką Hani miałyśmy taką sytuację. Był fragment, który ja przeczytałam redaktorsko. Zadzwoniłam do Hani i spytałam, czy nie uważa, że byłoby bardziej prawdopodobne, gdyby bohaterki zachowały się w nieco inny sposób. A wtedy Hania mi powiedziała: „Wiesz co?
10 lat temu absolutnie z tobą bym się zgodziła. Dzisiaj mam inną perspektywę i mimo to, że pozornie wydawałoby się, że to rozwiązanie, które proponujesz, jest bardziej oczywiste, to wiem, że kobieta w moim wieku, czyli Basia, bohaterka „Drugiej szansy”, postąpiłaby nieco inaczej”. I ja przyjęłam to wytłumaczenie i absolutnie uznałam, że nie mam prawa forsować swojego punktu widzenia, bo jednak jest między nami różnica tych 10 lat i mój autor ma prawo do swojego głosu. Także chyba nie mam recepty, tylko po prostu zaufanie do autorów i wiara w to, że osoba, która opowiada historię, przemyślała ją na tyle i kieruje się takimi rzeczami, które po prostu będą dla książki właściwe, dobre i które sprawią, że czytelnicy nie będą się mogli od niej oderwać. Dobrze powiedziałam? Może ktoś jeszcze z państwa? Oczywiście zapraszamy. Nie widzę. Słuchajcie państwo, ja myślę, że jest jeszcze chwilka, żeby porozmawiać z autorką indywidualnie. Oczywiście bardzo zapraszamy do rozmowy.
Bardzo dziękujemy państwu za spotkanie. Naprawdę doceniamy, że w tej masie wydawnictw i jednak poszukiwania książek znaleźliście też państwo czas, żeby usiąść i posłuchać rozmowy z osobą, która dla mnie jest bardzo ważna nie tylko jako autorka, ale też po prostu jako człowiek. Bo w naszej pracy cudowne jest móc nie tylko wydawać książki, ale wydawać je z ludźmi, którzy po prostu są nam bliscy. Także bardzo państwu serdecznie dziękuję.
[05:29:00] - A ja, jeżeli można, to ja jeszcze chciałabym dwa słowa podziękowania, bo ja jestem bardzo wdzięczna młodym osobom, które chciały nas posłuchać. Dlatego, że być może fakt, że ja już jestem seniorką, nie jest dla młodych ludzi jakąś przeszkodą. I jeżeli książka jest ciekawa, to myślę, że dla czytelniczek, czytelników w każdym wieku. Dlatego bardzo wam dziewczyny dziękuję, że chciałyście posiedzieć tutaj, spędzić chwilę z nami, posłuchać. Brawa dla was. Chłopakom też dziękuję. Przepraszam bardzo. Oczywiście chłopakom też dziękuję.
[05:29:45] - Bardzo państwu dziękujemy wszystkim.
[05:29:58] - Była Eviva Luiza Dobrzyńska. I państwo na pewno zauważyli, że nie było Mirosława Gołuńskiego. To już naprawiam ten błąd. Przed państwem „Labirynt książek”. O czym dzisiaj nasz nieodżałowany profesor będzie mówił? Mianowicie o książce, a właściwie całej serii książek, cyklu „Droga szamana” Wasilija Mahanienki. Wasilij Michałowicz Mahanienko to jest człowiek, który urodził się całkiem niedawno, w 1981 roku w Siewierodwińsku. Nie znam takiej miejscowości. To jeszcze raz: w Siewierodwińsku w Rosji. W 2004 roku ukończył studia na wydziale fizyki i matematyki Biełgorodzkiego Narodowego Uniwersytetu Badawczego.
Następnie przeniósł się do Moskwy, gdzie pracował w branży IT. Obecnie koncentruje się na twórczości literackiej, a w szczególności na nowym, rozwijającym się podgatunku fantasy i science fiction. Jest też autor zapalonym graczem, wielkim fanem „World of Warcraft”. Gra oczywiście szamanem. W końcu cykl zobowiązuje do czegoś, podobnie jak główny bohater jego powieści. Swoją pierwszą książkę o perypetiach szamana i jego towarzyszy, którzy utknęli w surowym, nieznającym litości wirtualnym świecie, opublikował w roku 2012 na stronie Samizdat. „Droga szamana”, ten tytuł, dała początek całej serii. Liczy obecnie, proszę państwa, siedem tytułów. To znaczy chyba siedem, bo autor cały czas pisze. W każdym razie to jest seria, która znalazła szeroki oddźwięk.
Tak to się chyba mówi, ale tym razem to nie jest figura retoryczna, tylko rzeczywiście jest tłumaczona na język angielski, niemiecki, czeski, koreański i polski. Mahanienko opublikował także jeszcze inny cykl. Dwie części tego cyklu to jest „Tiemnyj Paladin”, czyli tak naprawdę „Mroczny Paladyn”. A także zapoczątkował serię literatury RPG, czyli związaną z grami o tematyce science fiction. Ta seria jest zatytułowana „Galaktiona”. Wybaczcie państwo, ale te nazwy są jednak troszeczkę egzotyczne. „Galaktiona”. No to cóż, zagadałem prawie na śmierć. Ale teraz już Mirosław Gołuński i jego „Labirynt”.
[05:33:39] - Dobry wieczór albo dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy odsłuchujecie państwo mojego „Labiryntu”. Dziś zapraszam państwa w ten letni wieczór albo poranek w nową podróż, w nowy korytarz mojego „Labiryntu”. Jest troszeczkę inny od wcześniejszych. Na razie każdy jest trochę inny od poprzednich. Przygotowując się do niego, pomyślałem, że następny będzie bardzo serio i bardzo poważnie, więc ten chciałem zrobić łagodniej, ale nie do końca mi się chyba udało. Zobaczą zresztą państwo za chwilę. Chciałem państwu opowiedzieć tym razem nie o jednej książce, a o całej serii. To obecnie pięciotomowa seria Wasilija Mahanienki „Droga szamana”. Wydaje się, że to literatura prosta, banalna, ale będę państwu o niej opowiadał z dwóch powodów.
Po pierwsze dlatego, że jest przejawem czegoś zupełnie nowego w literaturze światowej. Przychodzi to ze Wschodu. Zaraz o tym powiem więcej. A po drugie nie jest aż tak rozrywkowa. Przynajmniej można w niej znaleźć elementy znacznie mniej rozrywkowe, niż by się na pozór wydawało. Ale od początku. Dmitrij Mahan. Trudno się nie domyśleć, dlaczego nazywa się Mahan, skoro autor nazywa się Mahanienko. Trafia do więzienia. Zostaje skazany na osiem lat za głupotę, a dokładniej za coś w rodzaju hakerską.
Założył się z dziewczyną, że poprzestawia wszystko w kolektorach ściekowych. Nie zauważył tylko, że nie pracuje na programie fałszywym, tylko na autentycznej obsłudze tego kolektora. Ups, zdarza się. Ale nie trafia do zwykłego więzienia. Swoje osiem lat ma odpokutować w grze, ponieważ cała seria od tego momentu przenosi nas do świata specyficznej gry, w której biorą udział bardzo różni ludzie. Z jednej strony mogą to być więźniowie tacy jak Mahanienko, a z drugiej zwykli gracze, tacy, jakich my często spotykamy w światach RPG. Tyle że my jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że widzimy świat na ekranie monitora. I pracujemy myszką. W świecie, w którym rozgrywa się akcja „Drogi szamana”, w tej grze bierze się udział dosłownie. Staje się awatarem.
Zakładamy specjalny kostium czy tak jak więźniowie w więzieniu, do którego trafił Mahan, zostają zamknięci w specjalnych kapsułach i zostają przeniesieni do świata Barliony. Powiecie państwo: przeniesiona gra. W ogóle co to za fikcja? Może i fikcja, a może nie. W wyśmienitej książce „Gry imperium” jednym z ważnych rozdziałów jest opowieść o tym, jak Chińczycy — młodzi, zdolni, ale również więźniowie — grają w World of Warcraft. Znacie tą grę, prawda? Przynajmniej młodsi nasi słuchacze. Otóż w World of Warcraft można zarabiać prawdziwe pieniądze, które oczywiście nie trafiają do chińskich graczy z farm World of Warcraft, ale trafiają na konta właścicieli firm, a tak naprawdę rządu chińskiego. A więc czy to jest aż tak daleko? Nasz bohater bowiem trafia dosłownie do kopalni, w której może swoją postać rozwijać na terenie kopalni i jeżeli odpowiednio ją rozwinie, wówczas resztę kary będzie mógł odbyć w całym świecie Barliony, który jest światem pełnym przygód, pełnym potworów, zadań, pięknych kobiet, konkursów i wyjątkowo wrednych NPC-tów.
Chwila jednak, zanim przejdziemy dalej i powiem, dlaczego o tej grze-książce, o tej grze-powieści w ogóle mówię. Tak naprawdę oczywiście powieść „Mahanienki” nie jest niczym nowym. W tym sensie, że od dobrych 10 lat najpierw mangi, anime i powieści powstają — no właśnie, już państwo wiecie gdzie — w Japonii, w Korei. Chyba klasycznym przykładem takiego dzieła jest Sword Art Online, SAO. Najpierw manga, a potem anime oparte na podobnym pomyśle, bo te pomysły są zawsze podobne. Tylko że w SAO gracze zaczynają grać sami, a potem złośliwy twórca gry, złośliwy demon w maszynie uniemożliwia im opuszczenie tej gry, dopóki jej nie ukończą. Każda próba ukończenia kończy się śmiercią. Zwracam uwagę właśnie na tą spójność, że do tego świata się wchodzi, ale nie można z niego wyjść. Przenosimy się więc do wirtualnej rzeczywistości, tak jak coraz częściej to robimy w realu i jesteśmy na nią skazani. Ale mówię o tej powieści czy o tej serii powieści również dlatego, że w przedziwny sposób stały się one swego rodzaju wzorem dla normalnej literatury popularnej.
Proszę zwrócić uwagę, że mamy już w tej chwili powieści, które są osadzone w świecie gier. Młodsi moi słuchacze na pewno rozpoznają, beznadziejne zresztą: Assassin's Creed, World of Warcraft — to jest chyba oczywiste — ale również o wiele lepsze gry z serii Bioshock czy Infinite. Również na przykład wokół słynnego League of Legend powstają opowiadania i powieści. Jednym z autorów opowiadań, niedawno zachwycał się, może z dwa lata temu mój syn, był Sam Sanderson, którego powieści dzisiaj są rozchwytywane. I to nie jest przypadek, że są rozchwytywane, ponieważ Sanderson, zanim został pisarzem, ukończył szkołę, w której uczono go właśnie pisania scenariuszy gier. A więc mówię państwu i opowiadam o tych książkach nie tylko ze względu na nie same. Może faktycznie wielu czytelnikom wydawałoby się, że traciliby czas w świecie Mahana, ale dlatego, że to coraz bardziej puka do naszych drzwi. Gatunek, który ma już swoją własną nazwę liter PG, staje się coraz bardziej częścią naszej codzienności. Coraz bardziej staje się częścią świata, w którym żyjemy. Świata, w którym się bawimy.
Bo oczywiście — od tego zacząłem — to jest w dużej mierze literatura rozrywkowa. Jeżeli zapomnimy o tym, że na chińskich farmach trolli ludzie też cierpią, bo muszą grać, bardzo szybko to się nudzi. Jeżeli nie możemy robić nic innego, chyba że się w to wciągniemy. Mahan, bohater „Drogi szamana” nie ma wyjścia. Musi przecierpieć osiem lat w grze. Notabene on przedtem już tą grę grał, więc sobie całkiem nieźle radzi od początku. I to jest ciekawe, bo zwykle gdy wchodzimy w grę, możemy sobie wybrać podstawowe umiejętności i przynależność. Tymczasem Mahanowi zostaje przydzielona postać z jednej strony szamana, a wśród umiejętności będzie jubilerem. Czy może być coś nudniejszego? Jeszcze szaman to szaman, ale ten jubiler.
Okazuje się, że dla Mahana granie tą postacią, a właściwie bycie tą postacią — bo od pewnego momentu po prostu nią jest — okazuje się o wiele bardziej twórcze i o wiele bardziej uczące go samego siebie, niżby mogło się na pozór wydawać. Okazuje się bowiem, że Mahan znowu jest klasycznym bohaterem świata fantasy. Takim czymś pomiędzy średnio bystrym Harrym Potterem a kimś, kto umie się bić, ale ponieważ późno wchodził do gry, więc nie jest postacią zbyt rozwiniętą. Tym jednak, na co tak naprawdę chciałem zwrócić państwa uwagę — oczywiście nie będę państwu opowiadał o przygodach naszego bohatera, chociaż przyznaję, że są to klasyczne przygody w świecie fantasy, aczkolwiek coś się tam jednak też dzieje dodatkowego, ponieważ gra naprawdę zastępuje życie w każdym jego wymiarze. Chciałem zwrócić uwagę na kilka innych kwestii. Przede wszystkim to świat uproszczonego języka, ponieważ Mahan najczęściej zadania, jak to w grach, otrzymuje od NPC-tów, czyli postaci, które są tylko i wyłącznie programami. Ale akurat w tym świecie te NPC-ty są całkiem złośliwe, bywają i wredne, ale niemniej to są dalej kiepskie sztuczne inteligencje, które po prostu prowadzą napisany gdzie indziej scenariusz. I co by nie mówić, Machanienko kapitalnie to pokazuje. Pokazuje to coś, o czym fantasy często zapomina. Nie w każdej fantasy mamy tak jasno zarysowaną relację między tym, co dzieje się realnie, a swoistą mechaniczną, ale jednak metafizyką, która za tym się kryje.
Po drugie, bohater rozwija się dosłownie. To znaczy od czasu do czasu, oprócz tego, że wyskakują innym czcionką zapisane zadania, które ma wykonać. Oczywiście, jak to w RPG-ach zwykle bywa, otrzymuje punkty, które może sobie dodawać do umiejętności, a jak trzeba się wyszkolić, to idzie na przykład do jubilera, żeby podnieść umiejętności jubilerskie, by otrzymać kolejne zadanie i tak dalej. Znamy te motywy, ale jeżeli państwo uważnie się temu przyjrzą, to dzisiaj coraz częściej powieści piszą młodzi ludzie, którzy przedtem w takie gry grali. I dla nich fabuła jest właśnie tak zorganizowana. I tak tutaj widzimy tą metafizykę, ale tak naprawdę nad powieściami Machanienki, tak jak nad dużą liczbą dzisiaj pisanych i wydawanych utworów fantasy, szczególnie fantasy, ale nie tylko, unosi się przede wszystkim ciężar fabuły. To poprzez fabułę wszystko się odbywa. Tu nie ma specjalnie miejsca na głęboką refleksję, bo też w nowej literaturze tego nie ma. Ja czytając, jak już państwo się pewnie zorientowali, sporo literatury popularnej, coraz częściej widzę nie samą schematyczność, bo to jest oczywiste. Literatura popularna jest zorganizowana wokół pewnych schematów, struktur i wzorów, ale przenoszenie pewnych cech świata gier do literatury.
Bo oczywiście, jak państwu pokazałem przed chwilą, coraz więcej mamy gier, w których wokół świata, uniwersum growego pojawia się literatura. To jest w tej chwili normalne. Niekoniecznie jest to oczywiście solucja, czyli sposób przejścia konkretnej części gry. Tak jak na przykład w Diablo absolutnie to nie ma nic z tym wspólnego, ale jednak pewna kanciastość świata, uproszczony język, pewne sytuacje, których w życiu byśmy nie przewidzieli w tradycyjnej literaturze. Pewne sytuacje po prostu byłyby dla nas nie do pomyślenia. Nigdy nie zapomnę, gdy w jednej z powieści historycznych główni bohaterowie żyjący w XI wieku w Konstantynopolu zachowują się dokładnie tak, jakby byli w świecie gry. To znaczy w Konstantynopolu XI wieku mamy nagle gildię złodziei. Bohater musi przechodzić, przekradać się między poszczególnymi częściami miasta. Złodziejem akurat, bo taki dostaje quest. Póki nie było gier, nikt by nie wpadł na taki układ fabuły.
A więc zaprosiłem dziś państwa w taką część labiryntu, może nieco zaskakującą, na pewno nieoczywistą, która jak każda ma wpływ na naszą rzeczywistość, ma wpływ na nasz sposób postrzegania świata literatury. I nie możemy mieć najmniejszych wątpliwości, że tego typu teksty, wbrew różnym wpisom na Lubimy Czytać, będą się coraz bardziej rozwijać. Ja nie mam co do tego wątpliwości, dlatego że coraz bardziej jesteśmy wychowywani, zwłaszcza najmłodsze pokolenie, na świecie gier. One są coraz doskonalsze, coraz więcej mogą nam dać, więc siłą rzeczy coraz bardziej wpływają również na kształt literatury. To już nie jest wymiana jednostronna. Nie przenosimy już tylko fabuł literackich do świata gier. Nie. Gry, ich specyficzna konstrukcja, ich relacje międzyludzkie, które w grach się pojawiają, albo międzyawatarowe, zostają przeniesione do świata naszej literatury. Zawsze staram się państwa zostawić bez odpowiedzi na bardzo podstawowe pytania. Nie ma więc wątpliwości, że i tym razem tak właśnie jest.
Tym razem pokazałem państwu korytarz wiodący w przyszłość. Nie wiem, jaki on będzie, bo jak państwu pokazałem na samym początku, tę grę przyjemnie się czyta, ale nie jest wcale taka prosta i jej relacje z rzeczywistością pozagrową, naszą, są głębsze, niż mogłoby się wydawać. Dziękuję bardzo.
[05:47:18] - Tak, proszę państwa, późno się zrobiło, ale nie mogę sobie odmówić, żeby nie przywołać do audycji Bruno Kadyny. Wywody Bruno Kadyny bez zbędnej spiny. Dzisiaj kajaczek i refleksje różne. Idąc tą poetyką, którą stosuje Bruno, to aż mi się tak ciśnie, żeby powiedzieć: refleksje różne, kwadratowe i podłużne. Rym jest słaby, sens też słaby, ale brzmi w tym stylu. A zatem jeszcze raz. Wywody Bruno Kadyny bez zbędnej spiny.
[05:47:59] - Drodzy Państwo, znów zapraszam was do kajaka na jezioro. Cofniemy się do 30 lipca 2021 roku. Wywody Bruno Kadyny. Bez zbędnej spiny. Lato trwa, a ja znów w kajaku. Tu was odłożę, napiję się whisky. Ktoś mnie będzie pewnie krytykował, że pływa i pije. Nie, to jest dopiero początek. Delikatnie popłynę. Wszystko z głową.
Bezpieczeństwo, rozsądek to są ważne rzeczy. Ale do rzeczy. Czytam sobie „Blaze” Richarda D. Bachmana, czyli Stephena Kinga i staram się doszukać podobieństw do siebie w myśl słów Tomasza Fąsa, że jestem podobny do Kinga. Powiem wam szczerze, że ja się nie odżegnuję. Fajnie. To bardzo miłe, co mówi. Te porównania są bardzo miłe, ale nie mogą padać na przykład z moich ust, bo to już wtedy brzmi jak chwalipięctwo co najmniej jakieś albo jakaś pompatyczność, albo megalomania. No przecież Stephen King to figura literacka, jedna z najwyższych. A gdzie ja tam?
I czytam sobie tego „Blaze”. Kurczę, ja tych podobieństw nie widzę. Może jakiś tam cień, ale podejrzewam, że taki cień to każdy autor by znalazł, jakby mu ktoś powiedział, że jest podobny do Kinga. Może nawet znalazłby więcej ode mnie. Ale czytając sobie Kinga, a już dawno nie czytałem żadnej powieści Kinga, to powiem wam szczerze, aż tupię nóżkami. Aż szukam chwil, żeby — coś się tam drze, jakaś impreza. Nieważne — to aż szukam okazji wręcz, żeby poczytać, żeby chociaż stronę, dwie, rozdział przeczytać. Rozdział to jest rarytas, żeby przeczytać cały rozdział, bo aż tyle czasu to niestety, ale nie ma. Zawsze coś. Szczególnie kiedy jest praca.
Przed chwilą strasznie wiało mocno, a teraz zapanowała cisza. Super. Miałem dzisiaj nieprzyjemną przygodę. Pojechałem nad jezioro Strupiną we Wdzydzach Kiszewskich z polecenia, że fajne jezioro objęte programem „Nocuj w lesie” i tak dalej, gdzieś tam okolice. A może źle coś zrozumiałem. I pojechałem z żoną, z synkiem. Namiot rozbity, plandeka rozwieszona, bo prognozy takie, że może tam popadać. Więc plandeka rozłożona taka cztery na sześć, żeby mieć zadaszenie w razie czego. Jakby sobie padało, może sobie wtedy padać i tak jest fajna przestrzeń życiowa. Wszystko rozłożone, nawet ognisko już i obiadek upieczony.
I przychodzi jakiś pan starszy z plakietką jakąś zawieszoną na szyi. Bardzo niemiły. Że co to? Że to teren prywatny, że o jeny, czy mamy pozwolenie na biwakowanie. Ja bardzo grzecznie, że nie wiedzieliśmy, że fajnie byłoby uzyskać takie pozwolenie. Jeśli pan jest zarządcą tego. „Takiego pozwolenia nie ma. Macie państwo godzinę, żeby się stąd zabrać”. Oj. Co zrobić?
Powiem wam szczerze, że jeszcze 15 lat temu, czy około, czy może trochę więcej, kiedy stałem na bramce i byłem człowiekiem o dużo mniejszym poziomie spokoju niż teraz, dużo bardziej porywczy niż teraz, to po prostu bym go poddusił trochę, żeby zdanie zmienił i omijałby szerokim łukiem i tak by się to skończyło, a ja bym tam został. No ale tak nie wolno. Taki chcę już nie być. Ale powiem wam szczerze, że straszne to jest. Wszystko prywatne. Co za kapitalizm. To jest chyba ciemna strona kapitalizmu, że wszystko jest sprywatyzowane. Nie ma dzikich miejsc, nigdzie nie można pojechać. Albo pojechać tam, gdzie są te ogólnodostępne miejsca czy jakieś kempingi i tak dalej. To są tłumy ludzi.
Ja dziękuję bardzo. Ja jestem człowiekiem dzikim. Ja chcę w dzicz, a dziczy nie ma. Wszystko do kogoś należy. Jak nie należy, to jest to rezerwat i absolutnie rozbić się nie można, bo zaraz mandat 500 zł czy milion zł. Nie mam pojęcia ile. Albo ktoś zaraz się taki przypałęta właśnie niemiły, tak jakbym nie wiem co tam miał robić. A ja nawet wysprzątam po tych śmierdzielach, do których on nie podejdzie, bo jak jest grupka małolatów czy jakichś buraków, cebulaków, którzy chleją i zachowują się głośno, to taki dziadek nie podejdzie, bo się boi. Zobaczył rodzinę z małym dzieckiem, to się odważył. Ach, krew się troszkę burzy.
Wam powiem szczerze. Prawie się tam poderwałem z tego kajaczka, żeby do niego podejść i huknąć. No ale co? Synek by patrzył, a ja bym potem żałował, bo przecież już taki nie chcę być. Już takim nie jestem. Się komary. Podpłynąłem do wyspy na jeziorze, na której się nie da rozbić, bo Bo jest pełno mrówek. Oczywiście pewnie do kogoś należy, nie wiem, ale jest pełno mrówek na niej i jest taka niegościnna z tego powodu. I już komary do mnie. Jakiś czas temu rozbiłem się na takiej wyspie.
Wyspa Miłości, chociaż tych wysp miłości jest pełno. Na takiej wyspie, gdzie pełno było różnych owadów, ale chyba tylko takich dziwnych, takich niegroźnych, aczkolwiek bardzo ciekawych, kolorowych, jakich nigdzie indziej nie widziałem. Może ta wyspa ma jakiś swój własny ekosystem, coś takiego. Nie było za to na niej ani komarów, ani kleszczy. To ciekawostka. Ciekawe. Mili państwo, jest połowa wakacji. Który dzisiaj jest? 30 lipca. Życzyłbym wam udanej drugiej połowy wakacji, ale usłyszycie to dopiero po wakacjach, więc mam nadzieję, że się dobrze bawiliście w to lato.
Bo lato jest fajne, nie? Nie można powiedzieć, że jest to, oprócz oczywiście tych miejsc, gdzie dosięgły ludzi tragedie, jakieś powodzie czy jakieś tam wichury, trąby powietrzne, bo takich rzeczy coraz więcej jest. Niestety klimat świruje i pogoda jest nieprzewidywalna. Oprócz takich miejsc nie można powiedzieć, że to lato jest nieudane. Jak na razie przynajmniej. Jak na lipiec. Czerwiec był chłodny. Ja dobrze pamiętam? Czerwiec był chłodny? Jakby nie było, na razie jest super.
Nie można narzekać na pogodę. Przynajmniej tam, gdzie żadnych tragedii nie było. Współczuję tym ludziom w Niemczech, w Austrii. Straszne to. No dobra, to co? Ja sobie płynę dalej. Czytam sobie dalej, popijam sobie dalej i do następnego. Arrivederci!
[05:56:45] - I powtórzę jak zawsze gdzieś pod koniec audycji, że wszystko dobre, co się dobrze kończy. Jeśli dzisiejsza audycja się komuś nie podobała, to cóż, może chociaż ten kawałeczek się spodoba, bo to tradycyjnie spotkanie z Piotrem Plebaniakiem z odległego Tajwanu. I znowu knujemy, jak tu zbudować nasze imperium, a rozwalić wszystkie inne. Zapraszam. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:57:19] - Dzień dobry. 07 zgłasza się.
[05:57:21] - Tak, znowu będziemy to imperium rozmontowywać. Ja cały czas mam nadzieję, że od czasu do czasu coś zbudujemy, ale mnie się też to rozmontowywanie podoba. Panie Piotrze, dzisiaj postanowiliśmy zmienić zwyczaje, żeby nie było tak przewidywalnie i dzisiaj pan czyta prawidło.
[05:57:41] - Dobrze. Niech tak będzie. To prawidło jest tym razem 24. Nadal obracamy się w rejonie zachowań dominacyjnych i obrony przed nimi przede wszystkim. Prawidło brzmi w sposób następujący: gdy zidentyfikować fetysz rozmówcy, możemy zaspokoić jego głód narkotyczny. Połóżmy na stole transakcję przynętę. Dajmy mu prestiż, okazję do dominacji. Niech się wygada facet i tak dalej. Ale w zamian za smakołyk niech zrobi sztuczkę. To, co od niego potrzebujemy.
[05:58:17] - Niby wszystko jasne, ale powiem, że podstępne. I pewno nie raz każdy z naszych słuchaczy, nie wiem, czy każdy, ale spora ich część dała się w życiu na podobny numer nabrać.
[05:58:32] - Generalnie jest tak, że w życiu społecznym codziennie, znaczy codziennie, na co dzień kilkanaście razy dziennie podejrzewam, dajemy się nabrać. To znaczy ktoś nas łechcze nasze ego, daje nam cukierka albo daje nam komplement. To powtarza się, bo to łechtanie ego pod to podpada.
[05:58:54] - Jak pan to mądrze powiedział, panie Piotrze, jak pan to pięknie i mądrze powiedział.
[05:58:59] - Dziękuję. Panie Marku, jeszcze raz dziękuję za tę niezwykłą wspaniałomyślność, że pan mi pozwolił odczytać dzisiaj to prawidło. Po raz kolejny się spotykam z taką kurtuazją z pana strony, że brak mi słów.
[05:59:15] - Cała przyjemność po mojej stronie. Bo któż by lepiej odczytał tego rodzaju mądrość, która płynie do nas przez wieki? I pewno tak moglibyśmy jeszcze bardzo długo. Ale kto by wygrał, gdybyśmy to robili na poważnie?
[05:59:32] - To jest tak jak z kłanianiem się Japończykom. Kto ostatni się ukłoni, ten wygrywa. Podsumowując cały sens tego prawidła. Co to jest ten fetysz? Jak pamiętamy z poprzednich prawideł, fetysz to jest jakiś rodzaj uzależnienia hormonalnego od jakiegoś typu zachowania albo jakiejś substancji, czy jedzenia na przykład, bo też można złapać, czy to fetysz, czy to po prostu jakiś rodzaj uzależnienia od tego, że się za dużo zje albo zje jakiegoś konkretnego produktu. Natomiast fetyszem są też jakieś rodzaje dominacyjnych zachowań, które polegają na tym, że gadamy bardzo długo albo ktoś, dlatego, że ten, kto mówi, to naucza, albo poucza, albo jest źródłem jakichś wzorców albo nauk, albo jakichś wskazówek, którym inni muszą albo powinni być posłuszni. W związku z tym zawsze jak rozmawiamy Z panem Markiem automatycznie, ponieważ rozmawiamy o mojej książce, występuję z pozycji nauczyciela. W starożytnych Chinach był taki zwyczaj, że nauczyciel albo ten, który ma autorytet i który ma mądrość, którą chce podzielić się z resztą świata, zasiada skierowany twarzą na wschód. Natomiast powiem, że mam perfidne poczucie humoru, które czasami ludzi bardzo obraża. Natomiast jedno takie perfidno-śmieszne wymyśliłem i czasami to stosuję tutaj na Tajwanie.
Mówię coś w stylu oczywiście normalnym językiem chińskim, bo gdybym zaczął mówić w języku klasycznym, ułożył to zdanie, nauczył się na pamięć w języku klasycznym, to by po prostu nie zrozumieli. Ale czasami jak na przykład idę gdzieś i potrzebuję porozmawiać z szefem albo z menadżerem, albo z kimkolwiek, to jak wyczuję, że dowcip zostanie zrozumiany, to mówię: „Gdzież jest ten, który zasiada w tej instytucji z twarzą skierowaną na południe?” A z twarzą skierowaną na południe zasiada cesarz, czyli w domyśle najważniejsza osoba na danym drzewie, czyli na najwyższej gałęzi, która siedzi. Większość osób tutaj na Tajwanie, w Chinach tak samo, nie zrozumie tego, dlatego że oni nie rozumieją poczucia humoru, które mają ludzie Zachodu, polegającego na tym, że trochę sobie poddrbuliwamy albo podśmiechujemy się ze statusu i narażamy w ten sposób godność kogoś albo pozycję w hierarchii tego kogoś. Dla nich tego typu żarty są totalnym tabu. Dla większości z nich. Niektórzy potrafią. Ci, którzy pojechali do Stanów na przykład, gdzieś na Zachód i złapali to nasze poczucie humoru. Ale to są ewenementy i to naprawdę ludzie, którzy to rozumieją, Ci Chińczycy czy Tajwańczycy, bo Tajwańczycy są Chińczykami kulturowymi, to jest rzadkie po prostu. Natomiast wracając do fetyszy. Jak przychodzę do kogoś i widzę, że ktoś jest generalnie wyluzowany i da się z nim trochę pożartować, mimo tego, że ja jestem petentem na przykład, a ten człowiek jest jakimś tam szefem czy coś, to trzeba to wyczuć po prostu.
My, ludzie wyczuwamy, uczymy się doświadczeniem negatywnym niestety też i niestety własnym negatywnym też tym bardziej. Ale ja widzę, że można z kimś podowcipkować, jakoś się głębiej ukłonić z taką przesadą. Niektórych właśnie to by obraziło, a niektórych widzę, że ktoś się rozśmiesza. Na przykład byłem na targach książki teraz niedawno, opowiadałem wam wszystkim i specjalnie wydrukowałem piękne zdjęcia aborygenów, które fotografuję tu na Tajwanie. Podszedłem do japońskiego stanowiska, przetłumaczyłem na japoński w Google oczywiście, gdzie jakby żeby inaczej, prezentację tego mojego albumu z fotografiami aborygenów. Kłaniałem im się, dałem im malutkie prezenciki i stare monety tajwańskie mające chyba 60 czy 70 lat, w kopercie oczywiście dwoma rączkami, bo to inaczej nie wolno podawać niż dwoma. Akurat rozmawiali z klientką z Zachodu. Jak tak się z nimi kłaniam, kłaniam, po 10 razy się ukłoniliśmy. Ona tak się patrzy. Wariat przyszedł.
Wariat jak wariat. Podejrzewam, że wiedziała, że należy się Japończykom kłaniać. Ale taka przesadna uprzejmość, czyli zniżanie się, jak przesadną uprzejmość komuś okazujemy, to w tym momencie automatycznie naszą własną pozycję obniżamy w hierarchii, a podnosimy tamtego. Czyli to jest bardzo pozytywnie odbierane. Gdybym się wywyższał na przykład, Japończycy są niżsi. Ja jestem wysoki, bo oni mają różnicę mniej więcej pół głowy do głowy na przykład, albo nawet więcej. Ja się staram skurczyć się bardziej albo przygarbić. I oni to dostrzegają, że obniżam tą swoją pozycję. Im się bardzo podoba. Da się to odczuć nawet w wielu przypadkach.
Tak wyglądają te transakcje przynęty, że trzeba zrobić to, co on by chciał, a nawet czasem boi się przyznać. Czyli trzeba zgadywać, co mu sprawi przyjemność. Jakiś komplement merytoryczny czy jakiś inny, to też trzeba wyczuć. I jak się dobrze damy, to wtedy po takim komplimencie możemy prosić.
[06:04:48] - Panie Piotrze, tak sobie myślę o tym, co pan mówi, to w tej wersji takiej, jak pan to przedstawił, to-
[06:04:55] - Dam i poproszę o nic. Przepraszam, że przerwę panu. Niech pan wybaczy. To jest tekst z filmu „Diuna” sprzed dwóch lat. Jak było spotkanie z Stilgarem, czyli z wodzem plemion Fremenów na planecie Arrakis, to właśnie książę powiedział: „Cokolwiek chcesz ode mnie, powiedz, dam ci to i nie poproszę o nic w zamian”. Przepraszam, że przerwę panu.
[06:05:24] - Panie Piotrze, jak pan to przedstawia, to to jest tak czytelne, że aż się dziwię, że ktokolwiek się daje na to nabrać, bo pan właściwie opisał rodzaj pewnego teatru, gdzie Japończycy wiedzieli, że pan wie, że oni wiedzą, że należy się tak, a tak zachować. Tymczasem ja odebrałem to prawidło, o którym pan mówił od początku jako jednak taką próbę zawoalowaną, przynajmniej w naszej zachodniej kulturze, że to trzeba zrobić tak, żeby rzeczywiście wykonać bardzo podobne działania, ale w dodatku tak, żeby się ten nasz po drugiej stronie człowiek, który przyszedł albo do którego przychodzimy, nie zorientował, że my go właśnie tu z jednej strony łechczemy, a z drugiej strony mamy interes do załatwienia. Ten drugi przypadek mi odpowiada. Natomiast ten rodzaj teatru, który pan przedstawił, to mi przypomina trochę takie zwyczaje dworskie, gdzie wszyscy wszystko wiedzą, ale etykieta musi być zachowana.
[06:06:28] - Bizantyjskie, że tak powiem. Z jednej strony to, co mówię, jest bardzo makiaweliczne, ale czasami inaczej niż właśnie takimi manipulacjami nie da się doprowadzić do tego, że ktoś zrobi to, co my chcemy, dlatego że zaproponujemy na przykład zapłatę albo jakąś Odwzajemnienie przysługi albo jakiś prezent, upominek, który rekompensuje czas. Ale ktoś nie chce upominku, tylko chce właśnie szacunek albo żebyśmy się dali w jakiś sposób zdominować. I co takiemu? Dać w mordę? Czasami oczywiście tylko mi ręka aż świerzbi, bo to są ludzie złośliwi, którzy wymuszają tego typu dominacyjne uległości. Natomiast bardzo wielu ludzi, którzy są świadomi tego typu mechanizmów i którym nie zależy na ładowaniu ich dopaminą, to wystarczy, że okaże się im szacunek i biblijną metodą „proście, a będzie wam dane”, niech się poprosi i po prostu ktoś to zrobi. Ja też tak robię. Jak ktoś mnie poprosi: „Panie Piotrze, bardzo uprzejmie proszę. Chciałbym pan pomóc, kiedyś się odwdzięczę”.
Nie ma problemu.
[06:07:34] - Czyli ta reguła też zależy, na kogo trafi. I to z jednej i z drugiej strony w dodatku. Czyli jak się chce być takim podstępnym budowniczym tudzież niszczycielem imperium, to trzeba też mieć odrobinę empatii, wyczucia, przenikliwości, która dopiero jest furtką do tego, co pan przedstawił.
[06:08:02] - Dokładnie tak jest. Mam nadzieję, że nie rozłączy się pan, zanim nie znajdę, bo w tej chwili właśnie szukam fenomenalnego wręcz fragmentu ze starożytnych ksiąg chińskich. Na czym polega, żeby podsumować powoli to, o czym opowiadamy. Każda sytuacja, każda interakcja jest, jak wcześniej mówiliśmy o tych prawidłach, albo pokazuje, w jakiej relacji hierarchicznej są osoby, które są w tej interakcji, w rozmowie na przykład albo w negocjacjach, czy w czymkolwiek. Albo jest to okazanie, albo któraś z tych stron w jakiś sposób kontestuje ten stan aktualny i stara się wymusić jakiś inny. Na przykład w książce „Siła psychohistorii”, skąd są te wszystkie prawidła, cytowaliśmy Andrzeja Sapkowskiego, czyli rozmowę inkwizytora papieskiego z biskupem Wrocławia. Przepraszam, już sobie to znajdę. To było w „Bożych bojownikach”. Odczytam ten fragment. Mamy jeszcze sekundkę, prawda?
[06:09:11] - Oczywiście.
[06:09:13] - Biskup Wrocławia zwracał się per Grzesiu do Grzegorza Hejncze, papieskiego inkwizytora. I tutaj cytuję dzieło mistrza: „Milczący coś jesteś, Grzesiu” — zauważył Konrad z Oleśnicy, biskup Wrocławia, bacznie przypatrując się inkwizytorowi. „Jakbyś niezdrów był. Sumienie czy żołądek?” A tamten inkwizytor odpowiada: „Z podziwu godną konsekwencją i uporem pozwala sobie wasza biskupia dostojność zwracać się do mnie w sposób szczególnie familiarny. Pozwolę sobie i ja na konsekwencję. Po raz kolejny przypomnę, że jestem papieskim inkwizytorem, delegatem Stolicy Apostolskiej na diecezję wrocławską. Z racji urzędu należy mi się szacunek i odpowiedni tytuł. Grzesiem, Jasiem, Pasiem czy Piesiem może sobie wasza dostojność zwać swych sługusów, kanoników, spowiedników i przydupników”. Na co biskup Wrocławia: „Wasza inkwizytorska wielebność”. Biskup włożył w tytuł tyle pogardliwej przesady, ile zdołał.
„Nie musi mi przypominać, co mogę. Sam najlepiej to wiem. To łatwe. Ja zwyczajnie mogę wszystko”. Koniec cytatu. Tak wyglądają te negocjacje.
[06:10:21] - Przyznam się, że mocny cytat.
[06:10:23] - Mi się strasznie podoba, ale to jest właśnie esencja tego, jak negocjujemy z niektórymi osobami. Jest taki film „Ferrari kontra Ford” bodajże. Nie wiem, czy dobrze przytoczyłem. To było chyba dwa czy trzy lata temu. Tam jednym z bohaterów był mechanik samochodowy, który był geniuszem mechaników samochodowych. Po prostu był natchnionym mechanikiem. W filmie to było niezwykle śmieszne, ale miał tą przywarę, że wszystkich obrażał niezwykle dominacyjnym, naprawdę agresywnym zachowaniem. Obrażał inteligencję, obrażał godność osób. Na przykład jak mąż przyjeżdża z żoną oddać samochód, to ich po prostu śmiertelnie obraża. „Sobie poszli”.
My się śmiejemy jako widzowie, natomiast człowiek, patrząc z punktu widzenia świata wykreowanego w filmie, był nie do wytrzymania, ale trzeba było z nim jakoś się dogadywać i dać się trochę obrazić, albo nawet bardziej niż trochę, po to, żeby on naprawił. Czasem nawet, to nie było w filmie pokazane, dało się wyczuć, że on naprawiał za mniejszą cenę, niż była wartość rynkowa tej usługi. Natomiast koszt pozafinansowy był niestety trudny do przełknięcia.
[06:11:31] - Przyznam się, panie Piotrze, że przynajmniej dwa razy w życiu spotkałem takie osoby, które od razu na wejściu rzeczywiście zaczynały potencjalnego rozmówcę czy też potencjalnego interesanta obrażać. I właściwie człowiek zastanawiał się, czy powinien jeszcze tu być, czy powinien wyjść i trzasnąć drzwiami. Okazywało się przynajmniej w jednym przypadku, że jak człowiek tę pierwszą nawałę wytrzymał, co więcej, to było dla mnie zadziwiające, co nie do końca potwierdza naszą dzisiejszą rozmowę, jak się człowiek inteligentnie w miarę przeciwstawił, to nagle okazywało się, że z tym człowiekiem da się pogadać. Ale na początku była taka kanonada, ostrzał i właściwie ogień zaporowy. Człowiek się zastanawiał: „Kurde, trzeba iść stąd po prostu”. Ciekawe.
[06:12:28] - Niestety to są niełatwe sprawy i trzeba mieć dużo do ludzi cierpliwości. Dlatego, że często jest tak, że ludzie mają traumę, to znaczy zachowują się w nie do końca pozytywny sposób czy po prostu mówiąc krótko w toksyczny sposób, dlatego że ktoś ich skrzywił w jakiś sposób albo ich zdramatyzował czy generalnie ustawił, nauczył, że z ludźmi trzeba postępować chamsko po to, żeby od nich uzyskać to, co chcemy. Jest wiele sytuacji, które są dwuznaczne. Na przykład mówiliśmy chyba za ostatnim razem, że niektórzy są samotni i potrzebują się wygadać. Ale jak taki samotny zacznie gadać do kogoś, kto jest introwertykiem, ja jestem introwertykiem, to w tym momencie jestem poszkodowany, dlatego że muszę słuchać. Ale są też inne sytuacje. Tutaj otworzyłem właśnie książkę „36 forteli”. Tam jest taka świetna opowieść, strasznie mi się podoba: kampania wizerunkowa księcia Huana. Jak ktoś ma egzemplarz, to jest to opowieść 26.1 na 574 stronie. I to jest opowieść o takim księciu, który dobrocią i przestrzeganiem honoru wobec osób z niższym statusem, wobec których nie było wymagane, żeby ten książę przestrzegał, zdołał zbudować wielką potęgę hegemoniczną w czasie okresu Wiosny i Jesieni.
Ja czytam fragmencik szybko, już na koniec. „Jednym z najpotężniejszych władców epoki Wiosny i Jesieni był książę Huan, władca położonego na wschodzie państwa Qin. W zażartej walce o sukcesję posiadł on tytuł księcia, do czego przyczynił się jego doradca Bao Shu Ya. Ten z kolei zarekomendował swego przyjaciela Guan Yi Wu na stanowisko pierwszego ministra. Władca zaoponował: «Czyż nie pamiętasz, jak jeszcze niedawno Guan próbował mnie zgładzić?» «To nic nie znaczy, gdyż wtedy służył wiernie swojemu panu. Jeśli będzie równie wiernie służyć i tobie, twoja władza rozciągnie się na wszystko pod niebem». Huan zgodził się z tymi słowami i kazał posłać po kandydata. Jednak Bao Shu rzekł: «Zaszkodzisz swojej reputacji, jeśli w ten sposób sprowadzisz na dwór swego pierwszego ministra. Zaczekaj na pomyślny dzień i przygotuj ceremonię nominacyjną, traktując Guan Yi Wu z honorami należnymi dla pierwszego ministra. Okazując szacunek temu, który w przeszłości był wrogiem, zdobędziesz świat swoją dobrocią, a utalentowani wędrowni doradcy sami przyjdą do twojego kraju, aby ci służyć radą».” Ta historia ma trzy strony, więc nie będę tego czytał, ale myślę, że wszyscy już załapali, o co chodzi.
To będzie kolejne zresztą za tydzień chyba prawidło. Co robił ten książę? Ludzi z niższym statusem podnosił w godności albo do swojego własnego poziomu, albo gadał jak równy z równym właśnie z tym swoim doradcą, albo po prostu nie gnoił ich, mówiąc tak bardzo skrótowo i ogólnie. I to jest cała tajemnica. Żeby znaleźć ten fetysz, po prostu wystarczy szanować tych ludzi, bo ludzie mają ten fetysz do tego, żeby być szanowanymi. Pozytywny chyba.
[06:15:40] - I wtedy ma się wiernych, dobrych ministrów po prostu.
[06:15:45] - Tak jest.
[06:15:46] - I można budować imperium, a komuś dzięki temu imperium zniszczyć. Panie Piotrze, pięknie dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[06:15:55] - Do usłyszenia.
[06:15:58] - Czas kończyć zdecydowanie. Cóż, powiem tylko tyle, że gdybyśmy wspólnie z Ivelliosem usiłowali wypuścić wszystko to, co było na dzisiaj przygotowane, to skończylibyśmy, nie wiem, Ivelliosie. Zdaje się. Tak, zdaje się. Tak źle nie, ale rzeczywiście byłoby grubo. Nie tym razem. Tym razem tego państwu nie zrobię. Kończymy o w miarę rozsądnej porze. Chociaż uśmiecham się, bo jak sobie pomyślę, o której kończymy, to nie jest rozsądna pora. Wybaczcie państwo, ja mam troszkę czystsze sumienie, bo na targach odwiedziło mnie kilku słuchaczy i chyba wszyscy zapewniali, że słuchają, ale nie dają rady w całości i słuchają w kawałkach.
I to jest chyba jedyna słuszna forma słuchania „Bibliotekarium 2.0”. A jeśli ktoś mi napisze, że słucha w całości, to podziw mój niekończący się. Naprawdę. Cóż, kończymy audycję. Ja tylko króciutko o audycji następnej. Powiem tak, że zapraszam państwa w przyszłej, przyszłotygodniowej audycji. Zaproszę państwa do posłuchania też relacji z Targów Poznańskich, a w tej relacji będzie książka o grach komputerowych. Człowiek, który się zna na tym naprawdę świetnie, napisał historię gier komputerowych. Nie tylko historię, ale też tam jest smaczków masa, bo to jest człowiek, który jeździ po całym świecie, spotyka się z twórcami gier. I to nie tylko tych najnowszych, bo to też nie jest łatwe, ale daje się jakoś zrobić.
Ale bywa w tych miejscach, gdzie gry powstają i gdzie gry powstawały, i to te, które nawet bawiły państwa, którzy grali w gry w latach 80., czyli tych bardzo wczesnych. Prześledził nie tylko historię gier komputerowych. Bardzo interesująco o tym napisał. Pisze także o współczesności owych gier. I proszę państwa, godzinne spotkanie na targach. Powiem szczerze, że trudno mi się było oderwać. Co akurat dobrze się stało, że się nie mogłem oderwać, bo spotkanie zostało nagrane w całości i moim zdaniem dla wszystkich miłośników gier to jest pozycja obowiązkowa. To za tydzień. Za tydzień również ciekawe kawałki literackie, to z całą pewnością. I tak jak to zapowiadaliśmy w „Filmotekarium”, wspólnie z Piotrem Cielebiasiem wybierzemy się za granicę.
Zobaczymy, zerkniemy, jakież to filmy powstają gdzieś całkiem blisko nas, ale to jednak zupełnie inna kraina robienia filmów. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Było mi naprawdę miło. I cóż, do usłyszenia za tydzień.
[06:19:35] - A mówił do zabawa państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.