[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Kolejny piątek, weekendu początek, ale my, jak to w Radiu Paranormalium bywa, w piątki raczej nie odpoczywamy. Wręcz przeciwnie. Dzisiaj będzie bardzo aktywnie, bardzo ciekawie i będzie coś o UFO. Prawda, Marku Żelkowski?
[00:35] - Dzień dobry. Będzie o UFO, a nawet dzień dobry wieczór, będzie o UFO. Będziemy mieli gościa w audycji. Damian Trela porozmawia, a właściwie ja porozmawiam z nim, a on z państwem. Będziemy mówić o jego najnowszej książce. Jest początek audycji, więc może dobrze się składa, bo to czas, kiedy pojawiają się polecanki. To właśnie jest polecanka, ale rozwinięcie tej polecanki, czyli o najnowszej książce Damiana Treli w dalszej części audycji. A teraz, proszę państwa, polecanka tradycyjna. Nie będzie długa, bo dzisiaj mam sporo gadania, a postaram się, żeby jednak audycja aż takich rekordów jak w zeszłym tygodniu nie biła, żebyśmy skończyli o jakiejś rozsądnej porze, czyli powiedzmy o drugiej. Ale żarty na bok.
Polecanka na dzisiaj to kolejny numer czasopisma kwartalnika „Sfinks” wydawanego przez Stalker Books, czyli firmę Wojtka Sedeńki. „Sfinks” to uznana firma i w tym numerze przede wszystkim chyba najważniejszy materiał. Zresztą nie wiem, sami państwo osądzicie, ale taki materiał, który mnie bardzo zainteresował, to rozmowa Wojtka Sedeńki z Franzem Rottensteinem. I tym z państwa, którzy w tej chwili czują się zdezorientowani, któż to taki Franz Rottensteiner, to już tłumaczę. To był, jest agent między innymi Stanisława Lema na Zachodzie. On przyczynił się do tego, że Lem stał się popularny nie tylko na zachodzie Europy, ale również w Stanach Zjednoczonych. Z tym że na tę okoliczność akurat Franza Rottensteinera przepytała w swoim czasie żona Marka Oramusa, Dominika Oramus. Więc Wojtek Sedeńko porusza inne zagadnienie, równie ważne i w wywiadzie, który zamieszczony jest w „Sfinksie”, obaj panowie rozmawiają o percepcji braci Strugackich na Zachodzie, a zaręczam państwu, że to na Zachodzie również jest firma. Mówię o braciach Strugackich. Uznano tam w sumie niebanalność tej pary pisarskiej, tego tandemu pisarskiego.
Franz Rottensteiner o tym mówi, a poza tym mówi, jakie jest życie człowieka, który zajmuje się promocją pisarzy. Bardzo ciekawa rozmowa. My często skupiamy się na tym, jak się pisze, co się pisze, dlaczego się pisze i tak dalej. Tu jest inna półka, inny zestaw zagadnień. Naprawdę bardzo ciekawa rozmowa. Cóż jeszcze w tym numerze? Tutaj tradycyjnie, wiecie państwo, nazwiska, które są charakterystyczne dla „Sfinksa”, czyli Leszek Błaszkiewicz mówi o tym, że postęp nas zgubi, a konkretnie rzecz jest o hodowli ludzkiej masy. Jest też filozof Jacek Sobota. W takim swoim cyklu „Wyznania idioty” mówi o idiotycznym pisaniu. Dalej mamy też felieton Marka Oramusa, który taki zbiorczy tytuł nosi „Mutacja nadmiarowa”, a tym razem Marek Oramus zajmuje się pionierami kosmicznego kontaktu.
Jest też artykuł Wojciecha Kajtocha. W tym wypadku to jest akurat słownik retrofantastyki. Wiecie państwo, ten autor, czyli Wojciech Kaj Toch, specjalizuje się w ogóle w teoretycznym opisie tego, co było kiedyś w fantastyce ważne, modne i godne polecenia. Więc i ja akurat państwu polecam ten artykuł. Naprawdę można ciekawych rzeczy się dowiedzieć. Szczególnie te osoby, które uważają, że fantastyka to się tak naprawdę zaczęła gdzieś w roku 2000. Warto spojrzeć, bo okazuje się, że nie do końca. Jest też artykuł Pawła Laudańskiego, człowieka, który wschodnią fantastykę rosyjską i ukraińską. Rosyjską może ostatnio trochę mniej, bo Paweł Laudański ma trochę uraz do niektórych przynajmniej autorów zza naszej wschodniej granicy. Bardzo wschodniej.
Ale i tak to zawsze są ciekawe. My dzisiaj do tych tekstów bardzo często nie docieramy. Ja mam jeszcze tę umiejętność, tę możliwość czytania w języku rosyjskim, ale to jest, umówmy się, umiejętność zanikająca. Mam w domu trochę książek po rosyjsku i w dodatku większość z nich przeczytane. To jest stara, jeszcze radziecka fantastyka. Ale wierzcie mi państwo, że wśród ewidentnych gniotów, takich po prostu, nie wyobrażacie sobie państwo, że można aż tak złą fantastykę pisać. Zdarzają się też rzeczy wybitne, naprawdę wybitne. To były rzeczy, które kupowałem tak troszeczkę z półki. To znaczy było, to kupowałem, a dopiero w domu przekonywałem się, jak dobre albo jak złe jest to, co kupiłem. Takie były czasy.
Warto jeszcze wspomnieć o takim cyklu, który ukazuje się w „Sfinksie” pod zbiorczym tytułem „Fantastyczna muzyka”. Tutaj Leszek Błaszkiewicz, wspomniany już, mówi o kolejnym albumie, który z fantastyką bardzo nam się łączy. Ale mamy też Kamila Muzykę, który zamieszcza artykuł o astrogórnictwie. Znacie państwo akurat tego autora, bo zanim się zaczęło „Bibliotekarium 2.0”, był taki wywiad na temat prawa kosmicznego, bez którego, mówię tu o Kamilu Muzyce, ten wywiad, te informacje by do państwa nie dotarły. Jest też mój artykuł, nie ukrywam, gdzieś tak sobie na koniec zostawiłem artykuł Marka Żelkowskiego, a właściwie zakończenie cyklu o związkach fantastyki naukowej z filozofią. Długi cykl, prawie dwuletni, przez dwa lata, czyli jak by dobrze liczyć osiem numerów, trułem biednym czytelnikom o tym, jakie te związki są. Wybaczcie państwo, ale w kilku prostych, żołnierskich słowach tego państwu nie streszczę. Nie jestem po prostu w stanie. Jeszcze jest jeden artykuł, warto o nim powiedzieć. Artykuł Artura Nowakowskiego o pewnej postaci, która jest ważna dla fantastyki.
Tylko znowu tu pada nazwisko, a ja nigdy nie wiem, jak poprawnie przeczytać. W związku z tym o Jacku Buchananie. Wybaczcie państwo, sięgnijcie po prostu po numer i wybaczcie, ale to ja już nie wiem, czy to jest dysleksja, dysgrafia, czy po prostu brak umiejętności czytania nazwisk. W każdym razie numer naprawdę zacny. Dużo także omówień książek. Wojtek Sedeńko napisał artykuł o komiksie fantastycznonaukowym. Myślę, że również warto po to sięgnąć. Jeśli państwa nie udało mi się zachęcić, to trudno. Już więcej argumentów w rękawie nie mam po prostu. Ja myślę w każdym razie, że ten numer „Sfinksa” warto po niego sięgnąć, warto się skusić.
To proszę państwa, poza fantastyką, nową fantastyką, jest na rynku jeden z nielicznych periodyków, które ukazują się, akurat „Sfinks” ukazuje się od bardzo wielu lat. Od dwóch lat przyjął formę kwartalnika całkiem sporego, bo ten numer ma ponad 150 stron. 150 stron naprawdę fajnego czytania. To tyle, jeśli chodzi o polecanki. A teraz będę truł, że tak nawiążę do pewnego dżingla, który się jakiś czas temu ukazywał. O czym będę truł? Zrobię taką małą reminiscencję, bo ostatnie wydanie „Bibliotekarium 2.0” spotkało się z żywym odzewem. Najwyraźniej temat transhumanizmu bardzo państwa zainteresował. Co więcej, ku mojej radości bardzo też państwa spolaryzował, podzielił. Nie.
Pokazał, że na ten temat macie państwo bardzo różne zdanie i ja uważam, że to akurat jest wspaniałe. To nie jest tak, że coś jest albo bardzo dobre, albo złe. Ja oczywiście mogę wyrażać swoje poglądy i to robiłem, natomiast to nie oznacza, dawno się pozbyłem już tego głębokiego przekonania, które obserwuję u bardzo wielu ludzi, między innymi w tych niektórych komentarzach, takiej totalności, czyli ja tak myślę, więc tak jest. Nie, ja tak nie myślę. Uważam, że cenić należy sobie różność poglądów. Gdzieś tam ktoś, jeśli będziemy sięgać filozoficznie, ktoś tę prawdę odkrywa albo odkrył. Można się łudzić, że to akurat my. Natomiast myślę, że dużą wartością jest to, że się w ogóle dyskutuje. Dyskusja jest czymś takim, co tak naprawdę nas w jakiś sposób uskrzydla. Sam fakt tego, że rozmawiamy, że wymieniamy poglądy.
Bo właśnie z wymiany poglądów tak naprawdę bierze się to, że my czasami swoje poglądy weryfikujemy albo lekko je przekierowujemy, bo okazuje się, że czasami trudno jest nam odpowiedzieć na to, co mówi nasz adwersarz. Nawet nie, ktoś, kto ma po prostu inne poglądy. Ale na dwa zagadnienia zwróciłem uwagę w państwa komentarzach. One się powtarzały i to w kilku, zarówno w tych komentarzach, które pojawiały się pod transmisją YouTube'ową, jak i w pewnej korespondencji do mnie. Dwa argumenty, z którymi ja na przykład się nie zgadzam. To nie znaczy, że ja posiadłem jakąś boską moc albo wspaniałą wiedzę. Nie. Ale mam nadzieję, że wolno mi jeszcze wypowiadać swoje zdanie. Z jakimi argumentami się nie zgadzam? Ja będę skracał pewną argumentację.
Takie dwie tezy zwróciły moją uwagę, które wydają mi się wątpliwe. Gdzieś tam pada takie sformułowanie, że nie wolno się nam bać technologii, bo przecież taka technologia to jest postęp. Nie możemy powiedzieć do czego to prowadzi, ponieważ nie wiemy i powinniśmy przyznać, że tak właśnie jest. Tam pada argument noża, że nóż może służyć zarówno do smarowania chleba, jak i do zabijania. I bardzo wiele zależy od tego, jak tego noża użyjemy. Ale bardzo zwrócił moją uwagę ten argument, że jak coś jest nowe, jakąś nową ideą, to jest postęp, a jak jest postęp, to postęp jest zawsze dobry. To jest dosyć karkołomna teza, przynajmniej moim zdaniem, bo jeśli przyjąć, że wszystko nowe jest lepsze od tego, co było wcześniej, czyli starego, to tak sobie myślę, w swoim czasie wymyślono eugenikę. Również wprowadzano ją pod szczytnymi hasłami i gdyby ktoś wtedy powiedział: „Ale przecież nie możemy powiedzieć, do czego to prowadzi. Chcemy po prostu ulepszyć gatunek ludzki". I troszkę idąc za Darwinem, tak jak panuje dobór naturalny w naturalnym środowisku, my tutaj też człowieka będziemy ulepszać poprzez eliminowanie złych genów, niepotrzebnych genów.
Po prostu zrobimy lepszego człowieka. Jak sobie dzisiaj patrzymy na to, do czego eugenika doprowadziła oraz pochodne eugeniki, to włos się jeży na głowie. I powiem tak, ja myślę, że jednak ludzie, którzy ostrzegali przed eugeniką mieli rację. I pewno też się wtedy ktoś pojawiał: „Ale jak możecie protestować? Jeszcze nie wiecie. Może to do czegoś dobrego doprowadzi. Może nie powinniśmy hamować rozwoju eugeniki?”. A może powinniśmy najpierw pomyśleć. Po to dał dla jednych Stwórca, dla drugich natura nam rozum, żebyśmy na takiej zasadzie przyczynowo-skutkowej potrafili, nie mówię przewidywać przyszłość, ale przynajmniej wyobrazić sobie, do czego to może doprowadzić. I przyjęcie tezy, że to, co nowe, zawsze jest lepsze od starego, wydaje mi się w tym kontekście dosyć wątpliwe.
Wiem, sama ta moja teza też jest dyskusyjna, ale proszę bardzo, gotowy jestem taką dyskusję podjąć. Mam jeszcze drugą tezę, która przynajmniej budzi moje wątpliwości. Coś takiego przyszło mi do głowy, że w kilku miejscach w tych dyskusjach internetowych pada taki argument: odwołanie się do moralności, do etyki. Między innymi w kontekście tego noża, o którym wspomniałem, że przecież od tego, jaką mamy moralność albo etykę, która nam przyświeca, ona będzie decydować o tym, czy nóż stanie się narzędziem do smarowania chleba, czy narzędziem zbrodni. Otóż, proszę państwa, trudno polemizować z tak postawioną tezą, ale warto uwzględnić jeszcze jedną rzecz. My, zanurzeni w kulturze europejskiej, jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego typu moralności, ale w związku z tym i etyki, która bazuje na pewnych tradycjach kulturowych. Chciałbym tylko powiedzieć, że według tego wszystkiego, co wiem, a zajmowałem się tą sprawą, poprzez wykształcenie, w związku z tym chciałbym tu uroczyście i z pełną odpowiedzialnością oświadczyć, że nie ma czegoś takiego jak uniwersalna moralność, uniwersalna etyka. Nam się tylko tak wydaje. Nie ma czegoś takiego jak uniwersalność w etyce moralności. Etyka, przypomnę, to jest nauka, w każdym razie taka refleksja nad moralnością w ogóle.
Otóż etyka zawsze jest jakaś, ona ma zawsze jakiś przymiotnik. Etyka nie jest równa fizyce, gdzie mamy określony zbiór uniwersalnych praw. One też się zmieniają, ale mimo wszystko są jakieś prawa i możemy się do nich odwołać. Niestety jest tak, że w historii ludzkości funkcjonowały różne etyki, funkcjonowały różne normy moralne i to, co my dzisiaj uważamy za oczywistą oczywistość. Chociażby to, że nie kojarzy się małżeństw bliskich sobie genowo jednostek. Dla nas to jest oczywiste. To wiedziano już, tu cudzysłów „wiedziano", w naszej kulturze już jakiś czas temu. Obserwowano, że to chyba jednak niedobre. Ale przypomnijcie sobie państwo starożytny Egipt. I teraz można by ryzykować taką oto tezę, że oto nastąpił postęp, bo od Egiptu, gdzie małżeństwa pomiędzy braćmi i siostrami to była oczywista oczywistość i normalność, myśmy przeszli jakiś wielki przełom moralny czy etyczny.
Nie do końca. To chyba nie o to tak naprawdę chodziło. I w ogóle w historii świata nam się wydaje, że są pewne normy, których człowiek nie przekracza. I stąd ta idea, dosyć moim zdaniem karkołomna, ale nie wierzcie mi państwo na słowo, sprawdźcie sobie to państwo w tak zwanych mądrych książkach dotyczących moralności i etyki. Nie istnieje, proszę państwa, coś takiego jak moralność. Wiem, powtarzam, ale nie istnieje coś takiego jak moralność uniwersalna. Kilka razy próbowano już nawet w historii świata coś takiego zorganizować, ale wcześniej czy później okazywało się, że jakaś część ludzkości po prostu odrzuca tę uniwersalność i nie do końca się z tą uniwersalnością zgadza. W związku z tym ten argument, że przecież to moralność decyduje o tym, jak ten nóż zostanie wykorzystany. Tak. Dziwicie się państwo.
Powiedziałem tak, podczas gdy właściwie polemizuję z tą tezą. Tak, w przypadku Europy rzeczywiście mamy jakąś tradycję kulturową i można powiedzieć, że rzeczywiście w europejskim, czy też tak szerzej powiedzmy zachodnim świecie, ta moralność jest w jakiś sposób określona i od tej moralności będzie zależało, czy ten transhumanizm będzie dobry dla ludzkości, czy może zły. Ale to też chyba nie jest takie proste, bo przecież na przykład odległe Chiny posługują się zupełnie innymi wartościami etycznymi. Ta moralność tam jest zupełnie inna. Tu polecam państwu rozmowy z Piotrem Plebaniakiem, „Telegram z krańca świata”. Piotr Plebaniak dosyć dobrze i u źródła, ponieważ jest człowiekiem władającym językiem chińskim, zbadał tę sprawę. I wierzcie mi państwo, to jest inny rodzaj moralności. Ta etyka tam jest zupełnie inna. Ona często prowadzi do tego samego, ale inne rzeczy są dozwolone, inne rzeczy są moralne, inne rzeczy są normalne. W związku z tym trochę trudno byłoby mi podpisać się pod tym, że ta zachodnia etyka zwycięży, a tamta zostanie pokonana.
Nawet to źle brzmi. Walka etyk? Albo że jakaś etyka jest lepsza? Tak, z naszego punktu widzenia jest lepsza, a z punktu widzenia Chińczyków ich jest zdecydowanie lepsza. Może w związku z tym zasługujemy na przykład na miano białych małp, bo takim mianem między innymi, są jeszcze gorsze niestety, określa się cywilizację białego człowieka. Wiem, nie wyczerpałem tematu. To były takie luźne, bardzo luźne refleksje na temat państwa komentarzy. Natomiast z częścią z nich w ogóle nie polemizuję, bo to jest po prostu inny punkt widzenia, który szanuję, ale nie deklaratywnie, że tak, szanuję, bo ja jestem bardzo otwartym człowiekiem, który wszystko szanuje. Nie. Bardziej szanuję logikę argumentacji i pewien jasny wywód, logiczny wywód.
Nie muszę się z nim zgadzać jako z wywodem prowadzącym do pewnych wniosków. To niekoniecznie. Natomiast szanuję wywód jasny i logiczny. Natomiast w tych dwóch przypadkach, które wymieniłem, ten wywód wydaje mi się oparty jednak na pewnym potknięciu. Potknięciu właśnie logicznym, nieuwzględniającym tego, że moralność naprawdę jest różna i tego, że moim zdaniem to, co nowe, nie musi być lepsze i trudno nazywać to postępem. Czasami to, co nowe, wcale postępem nie jest. Czasami wręcz jest cofnięciem ludzkości o ileś tam dziesięcioleci, a czasami stuleci. Zwróćcie państwo uwagę, że gdyby była prawdziwa idea postępu, takiego wiecznotrwałego postępu, czyli gdzieś od starożytności człowiek cały czas się rozwija, to po upadku Cesarstwa Rzymskiego nie nastąpiłyby ciemne wieki. A ja nie mówię tu o średniowieczu. Od razu się zastrzegam.
Wcale nie jestem zwolennikiem tego, że średniowiecze to był brud, smród, ubóstwo i w ogóle głupota. Nie, nie. Średniowiecze ma swoje zasługi, szczególnie druga część średniowiecza. To wtedy powstała protonauka. Wiem, że to może państwa zaskakiwać, ale znowu odsyłam do tak zwanych mądrych książek. A takie hasło Szkoła w Chartres myślę, że to hasło państwu się bardzo przyda. Powstała właśnie wtedy ta protonauka. Powstało jeszcze kilka innych fajnych wynalazków, ale zanim nastąpiła ta druga część średniowiecza, były ciemne wieki, w których ludzkość w stosunku do tego, co prezentowała sobą starożytność, czy to grecka, czy później rzymska, stoczyła się naprawdę mocno. A zatem to nie jest nieustanny postęp. Czasami wręcz to znowu uproszczenie.
W literaturze bardzo często się stosuje to uproszczenie, że ten rozwój ludzkości to jest taka sinusoida. To się nie zawsze sprawdza, ale coś w tym jest. Rzeczywiście czasami jest lepiej, czasami jest gorzej i myślę, że po prostu warto to uwzględnić. Ale to wszystko, co powiedziałem, tak naprawdę się chowa przy tym. Cieszę się po prostu, że ta poprzednia audycja wzbudziła takie emocje i wzbudziła tak żywą dyskusję. Chyba bardziej się nawet z tej dyskusji cieszę. Cóż, bardzo państwu za tę dyskusję zresztą dziękuję. Ale jak się już tak rozgadałem, to jeszcze sobie pozwolę na jedną tyradę. Teraz na inny temat. Otóż w tym tygodniu jak zwykle, jak pewno każdy z państwa, przerzucałem sobie w sposób mało Świadomy, nie do końca świadomy, powiedzmy, przerzucałem sobie internet i w pewnym momencie wskoczyła mi na ekran strona i po prostu zamarłem.
Przetarłem oczy. Mówię: „Nie, to jest niemożliwe, że coś takiego zostało napisane”. A jednak zostało. Jaki to był artykuł? Jaka to była strona? Oczywiście nie podam jej adresu, ale powiem, o czym był artykuł. Otóż w tym artykule z takim niecierpiącym sprzeciwu entuzjazmem ktoś napisał mniej więcej takie słowa: „Czy istnieje życie po śmierci? Czy istnieje dusza? Naukowiec Sean Carroll podważa dogmaty wiary i odbiera nadzieję na życie wieczne. Twierdzi, że ma naukowe dowody na brak życia po śmierci i zapewnia, że człowiek nie posiada duszy.
Skąd w takim razie wizje podczas śmierci klinicznej? Czym jest światełko w tunelu?” Proszę państwa, już sam ten wstęp to jest pomieszanie z poplątaniem i w ogóle nie wiem, od czego zacząć. Czyli za chwilę państwu o tym opowiem. I to nie chodzi o to, czy ja państwa będę przekonywał, czy istnieje życie po śmierci, czy nie istnieje. Ja tego nie wiem. W związku z tym, ja nie z tym będę dyskutował i nie to jest przedmiotem mojego zainteresowania. Przedmiotem mojego zainteresowania jest ta namolna teza, że ten Sean Carroll podważa dogmaty wiary i odbiera nadzieję na życie wieczne. Twierdzi, że ma naukowe dowody na brak życia po śmierci. Proszę państwa, to jest tak kolosalna bzdura, że nie wiem, jak nawet ją skomentować. I to nie chodzi o to, że ja chcę kogoś obrazić, tylko proszę państwa, skoro poruszamy się, wkraczamy gdzieś na poletko wiary bądź niewiary, to warto sobie uświadomić, że wiara nie bez przyczyny bardzo często w określeniu tej aktywności naszej ludzkiej mówi się o transcendencji, transcendere.
Ja to powtarzam bardzo często, ale powtórzę po raz kolejny: transcendere, na zewnątrz. Nauka nie ma żadnych środków, żeby udowodnić, że Bóg istnieje albo że nie istnieje. Tak jak wiara nie ma żadnych środków, żeby udowodnić, że istnieje. Nie ma takiej możliwości. Te dwa światy, nasz świat materialny, w którym króluje nauka i nauka pewne rzeczy opisuje, nasz świat. Ale nauka nie ma narzędzi, żeby opisywać świat na zewnątrz, świat transcendentny. Nie, po prostu nie. I w związku z tym takie zbitki myślowe, że dysponuje dowodami, że nie istnieje życie po śmierci. To się nie da zrobić po prostu, proszę państwa, na gruncie logiki nie da się tego zrobić. Ja wiem, że Athor powtarza bardzo często ten bon mot.
To nie bon mot, to właściwie prawda, że nie wszystko, co jest logiczne, jest prawdziwe i nie wszystko, co jest nielogiczne, a w sensie fałszywe logicznie, jest nieprawdziwe. I tak dalej. Tu się można tymi sformułowaniami bawić. Natomiast tak jest rzeczywiście. Te dwa światy, świat wiary i świat nauki nie przystają do siebie. Mnie bardzo często śmieszą dyskusje pomiędzy naukowcami, którzy starają się udowodnić, że Boga nie ma, albo ludźmi głębokiej wiary starającymi się udowodnić, że Bóg na pewno jest, bo oni mają na to dowody. Ani jedni, ani drudzy dowodów nie mają. Mają swoje głębokie przekonania i to też należy uszanować, tylko warto odpowiednią nadać rzeczy miarę po prostu. I dalej czytamy w tym artykule, czy istnieje dusza i życie po śmierci. A, jeszcze jednej rzeczy nie powiedziałem.
A w ogóle ten argument na końcu z tym tunelem, który człowiek widzi w momencie, gdy umiera, to już w ogóle jest pomieszanie z poplątaniem, ale troszeczkę zrobione na skutek tego, że te argumenty o tunelu i że to jest dowód na to, że istnieje życie po śmierci, tego nie podnieśli naukowcy, tylko wręcz ludzie wiary. Ale to też dla mnie może być oczywiście jakaś poszlaka, ale za dowód trudno to uznawać i w związku z tym wrzucenie tego jeszcze do tego artykułu wydaje mi się takim intelektualnym nadużyciem. Cóż dalej? Cytujemy: „Czy istnieje dusza i życie po śmierci? Kosmolog i profesor fizyki na California Institute of Technology, Sean Carroll, twierdzi, że życie pośmiertne jest naukowo niemożliwe, co potwierdzają znane nam prawa fizyki”. Naprawdę? Naprawdę prawa fizyki potwierdzają to, że czegoś takiego nie ma? Okej. „Odniósł się do teorii, że dusza lub jakaś forma świadomości po śmierci opuszcza ciało i przenosi się w inne miejsce. Wyjaśnił, że prawa fizyki nie pozwalają na to, aby informacje z naszego mózgu trwały po śmierci” – ciekawe, jak on do tego doszedł – „i rozkładzie ciała.
Podkreśla, że to, co określamy jako świadomość, jest tylko dziełem elektronów i atomów, a nie duszą lub czymkolwiek metafizycznym”. A to już, proszę państwa, jest nic innego jak wyznanie wiary tego pana. Jakąś inną wiarę niż ta, którą część ludzi przyjmuje, wiarę w Boga. I wolno mu oczywiście, ale ja tylko zwracam na jedną rzecz uwagę. Nie da się, po prostu nie da się na gruncie nauki wypowiadać takich słów. Ja dziwię się, mówiąc szczerze, że człowiek, który mieni się naukowcem, jest w stanie wypowiadać coś takiego. Wydaje mi się to naprawdę Powtarzam, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Ja tu wcale nie jestem głosicielem teologii i tego, że Bóg na pewno istnieje. Nie wiem tego. Zresztą sami ludzie, którzy wierzą w Boga, powinni sobie to uświadomić.
To, co znowu powtarzam bardzo często: wiara polega na tym, że wierzymy w coś pomimo braku dowodów. Bo gdybyśmy mieli dowody na istnienie Boga, ci, którzy wierzą, to oni by wiedzieli, że Bóg jest. To nie byłaby wiara, tylko wiedza. Nic takiego nie funkcjonuje. W związku z tym te dyskusje są rozwijające intelektualnie, czyli jak ludzie dyskutują, czy Bóg jest, czy go nie ma, to rozwija intelektualnie. Przede wszystkim pozwala uczyć się dobierania argumentów i tak dalej, ale w sensie intelektualnym jest to dosyć śliskie. Dalej czytamy w artykule: „Czy istnieje niebo lub piekło? Czy zaświaty jako miejsce dusz zmarłych mogą istnieć?” Okazuje się, że według tego pana nie mogą istnieć. Ja bym chciał, żeby w tym artykule przytoczony został, poza głębokim przekonaniem owego naukowca, jakikolwiek argument. Niestety nie ma.
Zauważyłem, że tego rodzaju artykuły pojawiają się ostatnio, czytajmy 10 lat, co jakiś czas i one coś starają się udowodnić. Coś, czego udowodnić się tak naprawdę nie da. W każdym razie zwracam państwa uwagę na tego rodzaju fałszywe argumenty, na fałszywą alternatywę nauka kontra wiara. To jest bardzo często przytaczane, ale szczególnie to ma rację bytu wtedy, kiedy na przykład wiara stara się wkroczyć w nasze życie i mówić: „Nie możecie czegoś robić, bo my wierzymy w coś i w związku z tym nie wolno wam robić, bo my wierzymy”. To wtedy jest inne pole dyskusji, inne jest pole tematyczne tej dyskusji. Jeżeli ludzie wiary starają się czegoś mi zakazać, bo uzasadniają to tym, że oni w coś wierzą, to wtedy to jest zupełnie inna dyskusja. Naprawdę, wierzcie mi państwo, weszliśmy w tej chwili w taki czas, że zaczyna się mieszać pojęcia, zaczyna się mieszać rzeczy ważne. I czytamy później coś takiego: „Czy w takim razie fizyka wyklucza całkowicie Boga i duchowość? Legendarny fizyk Michio Kaku niedawno stwierdził, że wierzy w Boga. Bierze pod uwagę, że są rzeczy i zjawiska niewyjaśnialne, niepoliczalne i niewytłumaczalne, które wymykają się prawom fizyki oraz matematycznym równaniom.
Wyjaśnił, że istnienie Boga nie da się jednoznacznie potwierdzić lub naukowo zaprzeczyć. Jest zdania, że nasz świat jest częścią jakiegoś planu, dziełem jakiejś wyższej inteligencji”. I tu znowu zwracam uwagę. To jest podsumowanie, które temu mojemu wywodowi chyba nadało lepsze ramy. Tylko zwracam uwagę, że Michio Kaku wypowiada się bardziej to, w co wierzy, niż to, co jest obiektywną nauką. Proszę państwa, tym optymistycznym akcentem zakończę ten swój przydługi, przyznacie państwo, wywód, ale myślę, że czasami warto sobie pofilozofować. Mam nadzieję, że uznacie państwo, że warto. A teraz już zapraszam na spotkanie z Damianem Trelą. Damian Trela jest państwu znany, szczególnie tym z państwa, którzy słuchają Radia Paranormalium, słuchają debat ufologicznych. Słuchali kiedyś „Bibliotekarium”, tego starego „Bibliotekarium”, bo Damian był naszym gościem.
Wtedy z Martą Sobiecką rozmawialiśmy o jego książce. Dzisiaj będę robił to samodzielnie. Będziemy rozmawiać o nowej książce Damiana Treli „UFO i niewyjaśnione zjawiska Dolnego Śląska”. Co możemy przeczytać o tej książce? Książka wydana przez wydawnictwo Illuminatio. Co wydawca pisze? „Poznaj niezwykłe historie prosto z Dolnego Śląska i Karkonoszy, które uchodzą za regionalną stolicę UFO w Polsce. Autor zabierze cię w podróż po miejscach, gdzie doszło do wielu niezwykłych spotkań z UFO. Autentyczne relacje ludzi, którzy przeżyli bezpośredni kontakt ze zjawiskami anomalnymi, odsłaniają przed tobą Dolny Śląsk, jakiego do tej pory nie znałeś. Odwiedzisz wiele dobrze znanych turystycznych zakątków, takich jak Karpacz, Szklarska Poręba czy Stronie Śląskie.
Książka jest bardzo cennym źródłem informacji, a zarazem wciągającym przewodnikiem dla wszystkich zafascynowanych UFO i innymi tajemnicami Dolnego Śląska. Każda strona odkryje przed tobą nowe fakty i dobrze udokumentowane informacje o kręgach wirujących na niebie, spiralach świetlnych czy zjawisku missing time, które bardzo często towarzyszy bezpośrednim świadkom spotkań z przedstawicielami cywilizacji pozaziemskich. Znajdziesz tu nigdy wcześniej niepublikowane zdjęcia i grafiki, które autor gromadził przez ponad dwie dekady swojej pracy badawczej. Dzięki nim poznasz dowody na ingerencję sił pozaziemskich oraz wraz z autorem spróbujesz odpowiedzieć na pytanie, czego mogą od nas chcieć przybysze z innych planet”. No to cóż, proszę państwa, po tym wstępie zapraszam na rozmowę z Damianem Trelą. Naszym gościem w „Bibliotekarium 2.0” jest Damian Trela. Dzień dobry, Damianie.
[36:26] - Witam serdecznie. Dzień dobry.
[36:28] - To ja jako gospodarz. Takie formalne przedstawienie. Otóż Damian Trela, rocznik 84, urodzony w Legnicy, zawodowo związany z lotnictwem, a prywatnie zajmuje się badaniem i dokumentacją zjawisk UFO. Ważne, że to nie jest tak sobie amuzą, a jednak wiąże się to ze współpracą z takimi periodykami kiedyś jak: UFO, Czas UFO, Świat UFO, ale i Nieznany Świat, dobrze państwu znany, czy też Czwarty Wymiar, Gwiazdy Mówią. A co najważniejsze od 2013 roku pojawił się w sieci blog internetowy „Czas Tajemnic”. Damianie, czego nie wymieniłem, jeśli chodzi o formalne przedstawienie?
[37:22] - Myślę, że z grubsza wszystko zostało ujęte. Tak można to ścisnąć w jedną klamrę, jeśli chodzi o podsumowanie mojej osoby.
[37:34] - Spotykamy się dzisiaj z powodu kolejnej twojej książki „UFO i niewyjaśnione zjawiska Dolnego Śląska”, wydawnictwo Illuminatio. To najnowsza nowość, że tak sobie zażartuję.
[37:47] - Dokładnie tak. Książka się ukazała dosłownie niedawno, 22 lutego, więc bardzo świeży temat. Książka jest kontynuacją materiału mojej poprzedniej książki „Tajemnice Dolnego Śląska. UFO i niewyjaśnione zjawiska”, która ukazała się pod koniec 2021. Jest to materiał domykający wszystkie historie, które dokumentowałem na przestrzeni ponad 20 lat. Gdzieś w międzyczasie, kiedy ukazała się poprzednia książka, pojawiło się sporo innych ciekawych spraw, które nie weszły w kanon poprzedniej. Zresztą jak wydawałem poprzednią książkę, nosiłem się z zamiarem stworzenia drugiego wydania tej książki, żeby uzupełnić te materiały, bo były niektóre historie jeszcze nie do końca udokumentowane, wymagały jeszcze z mojej strony pracy badawczej, więc ten temat był na tapecie. W zasadzie poprzednia książka miała być wydana poprzez wydawnictwo Illuminatio, które jest wydawcą mojej obecnej książki. Tylko że materiał, który przedstawiłem wydawnictwu, zdecydowanie przekraczał ramy ich możliwości wydawniczych, więc zdecydowałem się na manewr taki, że byłem samowydawcą i myślę, że to dobrze mi wyszło akurat w tym przypadku. Pojawiła się później dyskusja.
W takim razie wydajemy drugie wydanie, bardziej uzupełniające poprzednią książkę i z tego drugiego wydania można powiedzieć zrobiła się druga część albo też publikacja, która jest gdzieś na krawędzi między drugim wydaniem a drugą częścią. Mówię to w ten sposób, gdyż pewne materiały, pewne historie się powtarzają, ale są uzupełnieniem już zasygnalizowanych historii w poprzedniej książce.
[40:00] - Audycji „Bibliotekarium 2.0” słuchają, z racji tego, że jest na antenie Paranormalium, ludzie zainteresowani tematyką UFO, ale też ludzie, którym ta tematyka nie jest bliska. I kiedy zerknąłem do wstępu napisanego przez Piotra Cielebiasia, on również to zauważa, że, zacytuję: „gdyby zapytać przeciętną osobę, czym jest zjawisko UFO, utożsamia ona z niepotwierdzonymi naukowo hipotezami o odwiedzinach obcych na naszej planecie. Oczywiście nie wszyscy naukowcy taki scenariusz wykluczają. Sęk w tym, że przybyszów nigdy nie udało się złapać in flagranti. Jednak ludzie zainteresowani tą dziedziną, którzy przeczesali światową literaturę, są mniej skłonni do zwięzłego definiowania fenomenu”. I tu już przestaję cytować. Rzeczywiście ten fenomen w popularnym obiegu bywa utożsamiany z małymi zielonymi ludzikami, którzy przybywają gdzieś do nas z głębi kosmosu. Z tego, co wiem, z tego, co czytałem, z tego, co wynika z naszych rozmów, to nie jest prosty temat i bardzo bym cię prosił, żebyś troszeczkę na ten temat powiedział, że UFO to może nie zawsze należy ten temat spłycać.
[41:29] - Zdecydowanie tak, aczkolwiek wiemy, jakie jest podejście do tego tematu w polskich mainstreamowych mediach, które niezmiennie od wielu lat groteskują ten temat. I nawet kiedy w chwili obecnej jesteśmy świadkami różnych wydarzeń, które można połączyć z tematyką ufologiczną, bo taka jest narracja medialna na Zachodzie, jeśli chodzi o pewne historie związane z przechwytywaniem, zestrzeliwaniem różnych obiektów, które plątają po przestrzeni powietrznej Stanów Zjednoczonych i nie tylko. Temat na gruncie polskich mediów jest przedstawiany jednoznacznie jako coś śmiesznego, zabawnego i raczej niewartego uwagi. W zasadzie tak to funkcjonuje od wielu lat, więc bardzo trudno polskiej ufologii jest przebić się przez tą grubą ścianę. Może to też wynika z tego, że Autorów takich publikacji na przestrzeni wielu lat było niewielu w Polsce. Przynajmniej w ostatnich latach niewiele było takiej literatury. Natomiast temat jest na tyle złożony i poważny, kiedy w niego wsiąkniemy głębiej, okaże się, że to nie do końca są te zielone ludziki, czy też taka czysto pozaziemska hipoteza, która króluje i dominuje, nie da się ukryć, nie tylko w Polsce, ale w ogóle na świecie. Wsiąkając głębiej w ten temat, okazuje się, że możemy wyciągnąć z tych różnych historii, relacji, które się pojawiają, między innymi w mojej ostatniej książce, coś innego. Jest drugie dno tych relacji, które wskazują na to, że to zjawisko ma co najmniej kilka źródeł, że tak się wyrażę.
[43:29] - A gdybyśmy o tych źródłach mogli coś powiedzieć, chociaż zasygnalizować, jakie warianty jeszcze wchodzą w grę?
[43:39] - Przez wiele lat, oprócz wariantu, który dominuje, czyli wariant pozaziemski, w literaturze ufologicznej światowej dominuje też jeszcze wariant międzywymiarowy, czy też wskazujący na pochodzenie tego zjawiska z innych domen rzeczywistości. Istnieje jeszcze pewna kategoria, która sprowadza to zjawisko do gruntu parafizyki. Ja od wielu lat w zasadzie podążam tą ścieżką, analizując i dokumentując różne tego typu historie. Opieram się głównie na bliskich spotkaniach, na tych historiach, które dotyczą relacji ludzi, którzy widzieli takie zjawiska z bliskiej odległości, mniejszej niż 250 metrów. W tych historiach jest mnóstwo zasadzonej takiej wysokiej dziwności, która jest dla mnie takim najcenniejszym poznawczo wskaźnikiem na to, że niekoniecznie to zjawisko ma pochodzenie pozaziemskie, bo mainstream medialny jest taki, a nie inny. Tak sprowadza ten temat. Ale gdy wsiąkamy w to głębiej, okazuje się, że niekoniecznie jest to pozaziemskie zjawisko, ale bardziej pochodzące z równoległej rzeczywistości, czy też domen jakichś równoległych i ma formę metalogiki, jak kiedyś sformułowania użył pewien znany badacz Jacques Vallée.
[45:15] - Troszeczkę będziemy skakać po tematach, ale we wstępie do książki napisanej przez ciebie przeczytałem rzecz, która mnie zafascynowała. Rzecz o Śnieżce, o tym schronisku, obserwatorium na Śnieżce. Nie wiedziałem, że coś takiego zaistniało. Ale oddaję ci głos, bo to jest rzeczywiście arcyciekawa historia.
[45:41] - To jest ciekawostka w zasadzie, która jest tytułem wstępu książki. Bo tak naprawdę, paradoksalnie Dolny Śląsk możemy kojarzyć z latającymi spodkami. Takie skojarzenia się nasuwają wielu turystom, którzy wchodzą na najwyższy szczyt Karkonoszy, czyli Śnieżki. Jeśli chodzi o obserwatorium meteorologiczne, które się znajduje na szczycie tej góry, historia jest taka, że oficjalna wersja jest taka, że projektanci tego budynku sugerowali się przede wszystkim tym, jakie są warunki meteorologiczne na szczycie Śnieżki. Mówi się, że dochodzi tam do silnych wiatrów. Te warunki są trudne, więc opływowy kształt dyskoidalny tych budynków jest podyktowany właśnie tym, że taka konstrukcja się najlepiej sprawdza. Natomiast jak głębiej można wsiąknąć w tą historię, to kiedy powstawał projekt tego budynku, to okazuje się, że jednak konotacje były jakieś ufologiczne, chociaż tak naprawdę architekci oficjalnie się do tego nie przyznali. Natomiast gdzieś w kuluarach pojawia się motyw właśnie związany z latającymi spodkami. To jest taka ciekawostka oczywiście. Mówimy o czasach PRL-u, czasach komunistycznych, kiedy powstawało obserwatorium na Śnieżce.
Takie tematy były tematami tabu, o tym się nie mówiło, więc autorzy konstrukcji nie mogli się uzewnętrzniać jednoznacznie, ale takie informacje gdzieś padły w mediach. To jest taka ciekawostka, o której wzmiankuję i która jest dla mnie punktem wyjścia do dyskusji o tym, że temat UFO jest bardzo mocno zasymilowany z regionem Dolnego Śląska, a szczególnie obszar górski, na którym ja od ponad 20 lat pracuję i zbieram różne relacje. I tych relacji jest bardzo sporo właśnie w tym obszarze Karkonoszy i Sudetów.
[48:04] - Teraz czas na pytanie natury historycznej. Dałoby się je sprowadzić do takiego sformułowania pytania: jak zostaje się ufologiem? Ale ja troszeczkę to rozwinę. Chciałbym poprosić ciebie o to, żebyś opowiedział o historii tego zainteresowania UFO. Jak to się dzieje, że pewnego dnia człowiek mówi sobie: „Ej, warto się tym zająć i to tak na poważnie”.
[48:35] - Nie lubię, powiem szczerze, tego określenia ufolog, ufolog. W tej stronie od tytułowania siebie osoba. Traktuję siebie jako takiego dokumentalistę, bo to wynika z prostego założenia, że termin „ufolog” wiąże się z czymś groteskowym. Przynajmniej taka indoktrynacja jest przyjęta w mediach. Dlatego staram się uciekać od tego określenia, bo tak naprawdę nie ma takiej dziedziny naukowej jak ufologia. Jest to bardziej forma paranaukowa, jeśli już w ogóle musielibyśmy to jakoś określić. Ale jak się to zrodziło w moim przypadku? Raczej była to kwestia ciekawości świata, a szczególnie takich tajemnic. Myślę, że literatura mnie ukierunkowała, żeby się zainteresować taką tematyką. I też osobiste doświadczenie.
W zasadzie to osobiste doświadczenie było tego prekursorem, żeby sięgnąć po literaturę, po wiedzę, która mnie już później na przestrzeni następnych lat ukierunkowała w stronę takich zainteresowań i później formy typowo badawczej, reporterskiej.
[49:53] - Tak, to jest moje kolejne pytanie. Otóż to, co jest moim zdaniem niezwykle cenne w twoich książkach, to praca z ludźmi. Ty jesteś reporterem, który ściąga, pozyskuje różnego rodzaju relacje. Dzięki tobie możemy czytać historie, a ty wcześniej musisz tych ludzi niejako przeczytać. Czy dasz się namówić na omówienie, na opowiedzenie o pracy badacza, który z tych ludzi wyciąga ich historie?
[50:43] - To są historie, które są dla mnie sprawdzone od A do Z. W tym sensie, że w większości przypadków bazuję na bezpośrednim kontakcie z ludmi, którzy byli świadkami takich zdarzeń. Nie zawsze to jest tak, że ktoś się ze mną kontaktuje i mówi mi o swojej historii, ja się z nim spotykam. Tak jest często, ale niejednokrotnie, jest wiele tych historii opisanych w ostatniej książce, było tak, że ja wiedziałem o jakiejś historii, o jakimś zdarzeniu, od drugiej, trzeciej osoby i później starałem się docierać bezpośrednio do tych świadków. Nie było to łatwe, bo często ci ludzie nie są tak otwarci, jak by się mogło wydawać. Oni nie szukają takiego kontaktu. Są bardzo zamknięci w sobie z tymi historiami, więc niekiedy potrzeba mi było wiele czasu, aby kogoś przekonać do takiej rozmowy, pokazać mu, że nie jestem jakimś dziennikarzem, który szuka sensacji i chce zrobić z tego rozdmuchany temat, który później będzie żył własnym życiem i stworzy się z tego jakiś mit, a osoba, która zwierzy mi się, będzie po prostu ośmieszona. Ja traktuję bardzo poważnie takich ludzi, cenię ich anonimowość, bo spotykam się z przeróżnymi ludźmi, którzy reprezentują różne stanowiska i nawet na swoim koncie mam osoby, które są osobami publicznymi, które piastują poważne stanowiska i nie mógłbym ujawnić ich nazwisk z prostej przyczyny, bo to mogłoby zniszczyć ich karierę zawodową. Tak więc czasami jest to bardzo trudne docieranie do tych ludzi, bo są też historie takie opisane, gdzie ja je znałem sprzed wielu lat, ale starałem się dotrzeć do świadków, żeby tą historię jeszcze wyciągnąć na światło dzienne po wielu latach. Bo jest taka historia w książce opisana, która rozegrała się niedaleko Legnicy, mojego miasta rodzinnego, w takiej wiosce Nowa Wieś Legnicka, gdzie grupka dzieci widziała obiekt lądujący na górce.
I ta historia była dokumentowana przez organizację, w której ja funkcjonowałem, w której, można powiedzieć, stawiałem swoje pierwsze kroki badawcze. Ale po latach chciałem tą historię jeszcze odświeżyć i starałem się dotrzeć do świadków, co mi się udało. Można powiedzieć, że była to trochę taka praca właśnie śledcza, żeby namierzyć tego człowieka, który potencjalnie był świadkiem i przekonać go jeszcze do tej rozmowy, do tego, żeby się ze mną spotkał i opowiedział mi tą historię od nowa. Później, po latach okazuje się, że wychodzą na światło nowe okoliczności takich historii. Więc nie jest to tylko zawsze na tej zasadzie, że ktoś się ze mną kontaktuje i jest chętny na rozmowę. Właśnie często jest tak, że jest na odwrót.
[53:50] - Czy to jest jakoś inaczej w Polsce? Bo wiem, że na świecie część świadków, część obserwatorów, a może czasami ludzi, którzy wymyślają różne historie, bardzo chętnie pokazuje się w mediach, w tych błyskach fleszy czy jakkolwiek to określimy. Tymczasem ty opisujesz inną rzeczywistość, że w Polsce nie ma takich wyrywnych ludzi, którzy chcieliby się z tymi swoimi historiami afiszować, a jeżeli są, to raczej w mniejszości.
[54:24] - Zdecydowanie tak. Zresztą po tylu latach nawet jestem w stanie się wyłapać intuicyjnie, czy ktoś konfabuluje, czy ktoś chce przedstawić mi jakąś wymyśloną historię. Bo często się dzieje tak, że taka osoba się ze mną kontaktuje, chce mi przedstawić jakąś sensacyjną historię, a później okazuje się, że jednak jest totalnie wymyślona. jakaś historia, bo ten człowiek się w pewnym momencie gdzieś wycofuje albo zaczyna opowiadać ją w różnych kilku wariantach i widzi, że to nie wyjdzie, że będzie w centrum uwagi, że z tego zrobi się jakiś sensacyjny materiał. Ja staram się podchodzić bardzo ostrożnie do każdej historii. Przerzucam to przez filtr mojej oceny wiarygodności takich ludzi, więc to nie jest tak, że kupuję każdą historię i zaraz ją publikuję, czy to na moim blogu, czy w książkach. To są historie, które bardzo wnikliwie analizuję i spotykam się z takimi ludźmi niejednokrotnie po kilka razy. Niekiedy nawet pewne osoby mają mnie już dość, bo jestem za bardzo wnikliwy. Ale gdy faktycznie popatrzymy na model zachodni, to tam jest zupełnie w drugą stronę. Ci ludzie są bardzo otwarci, bardzo chętni do opowiadania, dzielenia się tymi historiami.
W Polsce jest chyba jakaś blokada mentalna, istnieje obawa przed ośmieszeniem, więc ci ludzie się często nie ujawniają z tymi historiami. Oni z nimi żyją wiele lat w ukryciu, nawet nie dzielą się nimi ze swoim najbliższym gronem rodzinnym, przyjaciółmi i tak dalej. Niekiedy trzeba przejść długą drogę, żeby faktycznie sprawić, aby taki człowiek się otworzył przed obcym człowiekiem i opowiedział tą historię. Ale często jest to takie psychologiczne lekarstwo, bo ta rozmowa pozwala odblokować niepokój, który często tkwi w tych ludziach, bo oni po prostu zwyczajnie w świecie nie rozumieją tego, co przeżyli, co doświadczyli. Jest to dla nich trudne do udźwignięcia i niejednokrotnie część ludzi sobie nie radzi z tym. Tworzą się z tego różne skutki uboczne tego wszystkiego. Ale jest pewne grono ludzi, które faktycznie czasami coś doświadcza i jest to autentyczne przeżycie. I tak mocno wciąga się w tę tematykę, w ten temat, że mówiąc kolokwialnie, odpływa w pewnym momencie i popada w niewłaściwe towarzystwo. To sprawia, że te osoby później stają się obiektem drwin i wzgardy ze strony ludzi. Myślę, że to też w jakimś stopniu wpływa negatywnie na pracę takich ludzi jak ja, którzy traktują temat poważnie i tak chcą być odbierani przez społeczeństwo.
[57:31] - Rozmawiając z autorem książki tak pełnej faktów, przypomnę: „UFO i niewyjaśnione zjawiska Dolnego Śląska”. Rozmawiając z autorem książki tak pełnej faktów, muszę zadać to pytanie, chociaż wiem, że ono chyba pada najczęściej. Gdybyś miał wskazać taki przypadek w swojej historii, swojego badania, który najbardziej cię poruszył, był najbardziej dziwny, był niesamowity, to o czym byś opowiedział?
[58:06] - Często nie lubię takich pytań, powiem szczerze, ponieważ każda z tych historii, które mi się udało udokumentować, jest dla mnie szczególna i nie lubię ich kategoryzować jako: „ten jest ciekawszy od innego”. Oczywiście jest pewna lista takich historii, które zrobiły na mnie wielkie „wow”. Szczególnie kiedy je dokumentowałem, kiedy wsłuchiwałem się w relacje świadków. Do tej listy mogę na pewno dopisać historię opisaną w ostatniej książce. To jest zdarzenie, które rozegrało się w miejscowości Jeńków. To jest koło Środy Śląskiej, powiat Środy Śląskiej, czyli okolice między Legnicą a Wrocławiem. Tam jest kopalnia odkrywkowa i dwójka ludzi, która przeżyła tą historię, to młodzi ludzie, którzy akurat wybrali się samochodem w taki rejon poza miejscowość, w której mieszkali, niedaleko, żeby sobie poobserwować gwiazdy. To był taki wypad, można powiedzieć w cudzysłowie, ale romantyczny, który przerodził się, mówiąc krótko, w jakiś trochę horror dla nich. A historia jest o tyle niezwykła, że przewija się w niej tyle ciekawych motywów opowiedzianych przez ludzi, którzy kompletnie nie mają pojęcia na temat zjawiska UFO, nie mają jakiejkolwiek wiedzy, nie czytali książek. Natomiast przedstawili mi historię, która jest czystym szablonem tego, czego można się doszukać w wielu bliskich spotkaniach UFO na całym świecie, czyli takiej wysokiej dziwności.
Historia się zaczyna błaho. Dwójka ludzi sobie siedzi w samochodzie i nagle obserwuje jakiś punkt świetlny przelatujący gdzieś tam na niebie, który z początku jest brany za samolot, tylko on się w pewnym momencie zaczyna zachowywać trochę dziwnie, niekonwencjonalnie. I nagle zaczynają się dziać inne rzeczy, bo w pewnym momencie nad ich głowami niemalże przelatuje sporych rozmiarów obiekt w kształcie dysku. Scena po prostu jak z filmu z „Archiwum X”. Wszystko dzieje się w kompletnej ciszy. Obiekt przelatuje, niemalże dotykając prawie koron drzew znajdujących się w miejscu, gdzie stał zaparkowany samochód i przemieszcza się ten obiekt w stronę nasypu kopalniczego przy kopalni Jeńków. I tam się gdzieś chowa. Później zaczynają się dziać jeszcze dziwniejsze rzeczy, bo w pewnym momencie gdzieś zza wzgórza wyłania się wielka meduza. Coś, co przypomina jakby taką meduzę. Dziwny twór, który sobie zawisł właśnie w pobliżu tej kopalni.
Oczywiście rzecz dzieje się nocą, więc nie ma innych świadków. Zresztą często się tak dzieje, że w tych historiach ludzie, którzy przeżywają tego typu zdarzenia, później okazuje się, że są jedynymi świadkami, mimo tego, że istnieje duży potencjał na to, że mogli być potencjalnie inni świadkowie. W tym przypadku nie było innych, mimo tego, że w pobliżu jest kopalnia i tam jest też całodobowe monitorowanie, stróżowanie obiektu. W każdym razie nic nie udało mi się ustalić, aby byli jacyś inni świadkowie tego zdarzenia, a obiekt wisiał centralnie nad dużym ośrodkiem przemysłowym. Ten obiekt sobie wisi przez spory czas, ponad godzinę. W międzyczasie się gdzieś przekształca, chowa się za tą górę i w pewnym momencie pojawia się jeszcze inny obiekt, który na ich oczach przekształca się z takiej rakiety dosłownie w coś, co przypomina znowu kształt spodka i to coś później odlatuje. Puściły im nerwy i odjechali z tego miejsca, bo to już było za dużo dla nich. Ja do tych świadków docierałem bardzo długo, bo znałem tą historię właśnie z drugiej ręki. Ona mi została przedstawiona w zasadzie w takiej postaci, jak zrelacjonował mi to jeden ze świadków. Ale ta osoba nie była chętna do rozmowy, nie chciała się tym dzielić.
Naprawdę zajęło mi ponad pół roku, żeby ją przekonać do tej rozmowy i spotkać się w miejscu zdarzenia i to fajnie udokumentować. Jest w książce bardzo piękna ilustracja poglądowa do tego zdarzenia autorstwa mojego kolegi Michała Ramstyka, który jest autorem też kilku innych ilustracji, grafik do tej książki. Także można sobie to zwizualizować, jak to faktycznie mogło wyglądać. Ta historia jest o tyle ciekawa, bo ona przedstawia to, jakim de facto jest zjawisko UFO, że jest to zjawisko, które jest bardzo plastyczne, które się zmienia i dostosowuje się do percepcji odbiorcy, do tego, jak człowiek postrzega to zjawisko. Mam wręcz wrażenie, że ono przechodzi przez nasz filtr naszej świadomości i nasza świadomość niejako wpływa na formę wizualizacji tego zjawiska. To są takie moje wnioski, które się nasuwają na przestrzeni wielu lat, ale w zasadzie nie są w jakimś stopniu odbiegające od przemyśleń innych badaczy tego zjawiska na świecie.
[01:03:43] - Jedna z twoich poprzednich książek nosiła tytuł „Tajemnice Dolnego Śląska. UFO i niewyjaśnione zjawiska”. Ta wydana obecnie to „UFO i niewyjaśnione zjawiska Dolnego Śląska”. To się już pojawiło w twojej wypowiedzi. Ten Dolny Śląsk. Co w nim jest takiego, że to jest taka mekka dla ludzi, którzy UFO się interesują? Jakieś specjalne miejsce, czy też ludzie specjalni, którzy po prostu uważniej patrzą w niebo?
[01:04:14] - To jest trochę taka farsa, ponieważ ja nigdy nie chciałem regionalizować UFO w Polsce, ale niefortunnie wyszło tak, że te dwie moje ostatnie publikacje niejako regionalizują trochę temat UFO i ktoś mógłby wyciągnąć taki wniosek, że faktycznie Dolny Śląsk jest pod tym względem niezwykły, że jest takim biegunem UFO w Polsce. Ale tak naprawdę, gdybyśmy pojeździli po Polsce i podocierali do wielu ludzi, którzy przeżyli podobne historie, okazałoby się, że jest tego równie dużo w innych obszarach Polski. Mamy też Podkarpacie, gdzie kolega Arkadiusz Miazga od wielu lat dokumentuje różne tego typu historie i można powiedzieć, że Podkarpacie też jest na tyle ciekawym regionem, gdzie doszło do wielu, wielu niezwykłych historii. Generalnie można powiedzieć, że faktycznie jest coś w tym, że na Dolnym Śląsku dzieje się sporo w tym temacie, ale to wynika też głównie z tego, że jest ktoś, mam na myśli tutaj siebie, kto po prostu aktywnie działa, zbiera te relacje. A Dolny Śląsk dlatego, że jest to mój obszar mojej aktywności życiowej, zawodowej, więc jest mi tutaj po prostu najbliżej do docierania do ludzi. Były czasy, gdzie jeździłem po całej Polsce. Teraz już mam trochę więcej lat, więc trudno jest mi też znaleźć czas, żeby jeździć po innych rejonach Polski, ale po prostu poprzez moją aktywność udało się udokumentować wiele tego typu historii. Myślę, że gdybyśmy pojeździli po innych rejonach Polski, gdyby istniały różne organizacje, ludzie z jakąś pasją do dokumentowania takich historii, myślę, że byśmy nagle potworzyli więcej tych biegunów. Jednak warto też podkreślić to, że Dolny Śląsk ma tą swoją magię wynikającą z obszarów górskich Sudetów. I ja tutaj ewidentnie od wielu lat staram się udowodnić, co wynika zresztą z mojego materiału badawczego, że istnieje jakiś ścisły związek między obszarami górskimi a tego typu relacjami, że w jakiś sposób to zjawisko można częściej zaobserwować w obszarach górskich.
Góry już od dawna wiadomo, są takie magiczne i wielu ludzi kojarzą się z jakąś magią, ale tak naprawdę jakbyśmy pogrzebali po różnych świadectwach folklorystycznych, legendach, to tych historii jest bardzo dużo i one często koncentrują się właśnie w różnych obszarach górskich, a Sudety pod tym względem dominują. I tych relacji nazbierałem bardzo dużo właśnie z tych obszarów górskich.
[01:07:02] - We wstępie do najnowszej książki czytamy taki oto fragment: „Oddaję w ręce czytelnika książkę, która może być trudna w odbiorze. Niewykluczone, że dla niektórych to tylko zbiór anegdot i niewiarygodnych historii bądź przejaw jakichś psychologicznych aberracji. Jednak w rzeczywistości UFO to nie kwestia wiary, lecz faktów”. Czy mógłbyś tę myśl rozwinąć, bo ona wydaje mi się niezwykle istotna.
[01:07:32] - Myślę, że tutaj nie ma co rozwijać. Generalnie to nie jest kwestia wiary, ale tak naprawdę wiedzy. Natomiast dominuje i pokutuje pogląd, że UFO to jest jeden wielki mit, bo gdy sięgniemy po mainstreamowe źródła, poczytamy sobie na temat UFO, to bardzo szybko możemy sobie wyrobić zdanie, że temat nie jest warty w ogóle uwagi, bo jest on po prostu maksymalnie spłycony i zgroteskowany w mediach. Natomiast gdy sięgniemy głębiej w to, to uznamy, że jednak coś w tym jest, że te historie nie są wyssane z palca i ludzie faktycznie od dziesięcioleci, od tysięcy lat doświadczają czegoś, stykają się z czymś, co tak naprawdę nawet w obecnych czasach, przy naszym obecnym zasobie wiedzy wciąż nie jesteśmy w stanie wyjaśnić. Najprościej jest powiedzieć, że to wszystko to jest intruzja pozaziemska, że odwiedzają nas kosmici i tyle. I to jest całe sedno meritum. Ale nie do końca tak jest. Więc to jest kwestia wiedzy, a nie wiary, bo przeciętny Polak śmieje się z tego. Ciągle pokutuje takie coś w naszym społeczeństwie, ale to wynika z braku wiedzy tak naprawdę. Dlatego zawsze mówię ludziom, z którymi rozmawiam otwarcie, że to nie jest kwestia wiary, bo ja nie wierzę w UFO.
Ja bazuję na jakiejś wiedzy, którą sobie wyrobiłem poprzez swoją działalność badawczą. Opieram się na swoim materiale, a nie bazuję na innych historiach, które gdzieś tam się przewijają masowo w internecie i trudno sobie wyrobić zdanie na ich temat. Ta moja wiedza wynika po prostu z mojej działalności badawczej.
[01:09:28] - Zawsze interesuje mnie, jak do takich zagadnień podchodzą przedstawiciele nauki, bo oni bardzo często podnoszą argumenty tego, że wiedza przede wszystkim, naukowość. Ale ja mam czasami wrażenie, to znany motyw, który ja bardzo często powtarzam, że część ludzi, którzy mieni się naukowcami, bardziej znowu wierzy w naukę, niż ją uprawia. Czy ty masz jakieś doświadczenia w kontaktach z naukowcami i czy oni rzeczywiście są tak zamknięci na tego rodzaju tematykę, czy też coś się zmienia?
[01:10:08] - Niestety nie zmienia się. Dam tego taki dobry przykład. Jeszcze wiele lat temu jeździłem do takiej słynnej miejscowości, która wiele lat temu była słynna właśnie pod kątem UFO i kręgów zbożowych, miejscowości Wylatowa w kujawsko-pomorskim, gdzie dokumentowałem nie tylko relacje UFO, ale kręgi zbożowe, agrosymbole, które się pojawiały tam w tym obszarze i miałem przyjemność spotkać człowieka, który reprezentował środowisko naukowe, doktora Jana Szymańskiego. Zresztą osobę, która włączyła się później aktywnie w działalność badawczą kręgów zbożowych i jego prace, które są naprawdę bardzo cenne poznawczo. Ja pamiętam rozmowę z nim, bo przecież to był człowiek, który reprezentował środowisko naukowe od wielu lat, prowadził własne badania i się go spytałem, bo był świadkiem, jak się okazało, obserwacji UFO właśnie w Wylatowie. I się go spytałem, jak na to spogląda jako naukowiec. On mi powiedział, że on patrzy na to jako człowiek. Z punktu widzenia człowieka to jest coś, czego nie rozumiemy. Natomiast nauka zawsze będzie się kierowała swoimi dogmatami i nie ma na świecie takiego ośrodka naukowego, który zajmie się takim badaniem, bo po prostu to jest nieopłacalne. To wymyka poza harmonogram badawczy, żeby się zajmować takimi rzeczami.
Zawsze będzie tak, że to będą prywatni ludzie, którzy reprezentują środowisko naukowe, będą się takimi tematami zajmować po prostu zwyczajnie w świecie prywatnie, ale duże grono po prostu nie chce się tym tematem zajmować, bo to godzi w ich autorytet. I prywatnie ci ludzie będą mówić otwarcie, natomiast na forum publicznym będą sceptykami. I tak jest od wielu lat, nie tylko w Polsce, ale w ogóle na świecie, ale szczególnie właśnie w Polsce. Są pewne klapki na oczach nałożone i taki wizerunek prezentują ci ludzie. Natomiast prywatnie, gdzieś w rozmowie takiej w cztery oczy, gdzieś poza kamerami, oni będą mówić, że to jest ciekawe, że to jest interesujące, warte zgłębiania, ale to będzie tylko prywatny osąd. Natomiast na forum publicznym będzie zupełnie inne stanowisko przedstawiane.
[01:12:46] - To teraz chciałbym zapytać, czy twoim zdaniem, być może to pytanie naszym słuchaczom, może tobie wydać się zabawne, ale czy istnieje szansa na to, żeby podejście nauki, może inaczej, co musiałoby się stać, żeby nauka podeszła do zjawiska UFO nieco bardziej poważnie, ale przede wszystkim naukowo?
[01:13:11] - Wydaje mi się, że mogłoby być to możliwe tylko w sytuacji, gdyby były tworzone projekty badawcze od strony rządowej. Może wtedy byłoby to traktowane z większą powagą ze strony przede wszystkim społeczeństwa. Ale tak jak mówię, żaden ośrodek badawczy otwarcie nie powie, że się zacznie zajmować takim czymś, bo po pierwsze mu się to nie będzie opłacało, a po drugie autorytet zostanie zachwiany, bo zajmuje się rzeczami, które są indoktrynowane od wielu lat i traktowane jako prześmiewczy temat.
[01:13:56] - Musi w tej chwili paść pytanie, ponieważ książka „UFO i niewyjaśnione zjawiska Dolnego Śląska” to już jest książka, która trafiła na rynek, to musi paść to pytanie: co dalej? Jaka następna książka w planie? Bo tak to już jest z ludźmi piszącymi, że jak skończą jedną książkę, to już prawdopodobnie są w trakcie pisania drugiej, a przynajmniej bardzo poważnie ją planują.
[01:14:24] - Na pewno są plany na jakieś inne publikacje, ale na tą chwilę moje życie zawodowe tak bardzo mnie oddala od pasji badawczej i pasji pisarskiej, bo nie da się ukryć, że to się łączy ze sobą, że w najbliższym czasie nie przewiduję żadnej publikacji, ale plany są na to, aby pochylić się nad innymi kategoriami zjawisk, które też są gdzieś w obszarze moich zainteresowań. Od wielu lat zbieram materiały badawcze na temat tematyki abdukcji, wzięć, tego typu spraw, które myślę, że w jakimś, mam nadzieję, niedalekiej przyszłości zostaną opisane w książce. To są historie tutaj na gruncie polskim dokumentowane. To jest też temat, który mnie osobiście interesuje. On się niejako wiąże z tematyką ufologiczną, choć w zasadzie momentami gdzieś odbiega od tego. Tak więc być może to będzie jeden z tematów, które na pewno gdzieś tam mam z tyłu głowy. Są jeszcze inne rzeczy, które też być może zrodzą się w książkę. Od wielu lat też interesuję się tematem związanym z diabelskimi kamieniami, których jest tutaj sporo w Polsce i które też gdzieś dokumentuję osobiście, badam i zbieram na ten temat różne relacje, historie i być może to też będzie przedmiotem mojej książki gdzieś tam w jakiejś przyszłości. Trudno określić jakiej. Jeśli mielibyśmy jeszcze coś dodać do moich planów na przyszłość, to myślę, że też mogę zasygnalizować, że jako autor już trzech publikacji noszę się też z zamiarem, żeby kiedyś stworzyć też taką powieść, a więc wejść w inną zupełnie kategorię pisarską.
Ale tutaj dojrzewam do tej decyzji i po prostu chciałem kiedyś stworzyć powieść, która w zasadzie już jest ułożona w mojej głowie. Ta narracja historii, która byłaby trochę horrorem, a trochę thrillerem, powieścią o zaginięciach. To jest też temat bardzo ciekawy, który stricte się wiąże z górami, bo tych historii o zaginięciach jest też sporo. Ja o jednej takiej historii wspominam w swojej ostatniej książce i jest pewna historia, którą chciałem rozbudować w formie powieści, ale myślę, że jeszcze potrzebuję trochę czasu, żeby dojrzeć do niej i ją spisać. A do tego potrzeba na pewno takiego pewnego warsztatu pisarskiego. Tak więc to jest też gdzieś taki pomysł na przyszłość, żeby wejść na inną płaszczyznę pisarską, która zawsze mnie gdzieś wciągała. Jeśli chodzi o powieści horrorowe i powieści science fiction.
[01:17:55] - W pewnym momencie naszej rozmowy padła bardzo ważna rzecz, bardzo ważna uwaga, a mianowicie, że warto, zanim się zaczniemy pokładać ze śmiechu, że UFO to takie bardzo niepoważne, to może warto odrobinę wiedzy łyknąć wcześniej. Gdybyś miał polecić osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z UFO, a w każdym razie z zainteresowaniem tymi zjawiskami, to jakie książki, jakie filmy dla takich osób mógłbyś polecić na początek?
[01:18:34] - Jeśli chodzi o filmy, to tutaj miałbym poważny problem, żeby znaleźć jakiś obiekt, który godny jest polecenia. Natomiast na pewno w przypadku literatury nie miałbym problemu, ponieważ ja kiedy wsiąkałem w tematykę ufologiczną, to dla mnie numerem jeden zawsze był jeden autor. To był Lucjan Znicz-Salwicki. Książki jego autorstwa rozbudziły we mnie ciekawość i chęć zgłębiania tej tematyki i w ogóle potrzebę, imperatyw wejścia na ścieżkę badawczą. Więc te publikacje, które w zasadzie już chyba są tylko dostępne gdzieś w antykwariatach, mogę szczerze i godnie polecić, bo to jest kawał dobrej literatury. Autor ten potrafił w sposób bardzo zainteresowawczy przedstawić temat UFO, który jest tematem absolutnie złożonym i tego się nie da po prostu w prosty sposób przedstawić. Tak więc to jest godna polecenia literatura. Natomiast ja też miałem styczność z dużą ilością literatury zachodnioeuropejskiej, w ogóle światowej, więc na pewno jest kilku autorów, których też mogę polecić, ale książki tych autorów nie są dostępne w wersji polskojęzycznej. Mam tu na myśli takich autorów jak Jacques Vallée czy też John Keel. Te książki też były wyznacznikiem mojego ukierunkowania badawczego.
Jeśli ktoś biegle się posługuje się językiem angielskim, to absolutnie mogę polecić tego typu literaturę, właśnie tych autorów.
[01:20:27] - Ponieważ zbliżamy się do końca naszego spotkania radiowego, zawsze mam takie poczucie, prowadząc rozmowę, że jakiegoś pytania nie zadałem, że na mojej liście, którą mam przygotowaną, jakieś pytanie się nie znalazło. Czy jest takie pytanie, na które czekałeś, a ono w rezultacie nie padło i rozstaniemy się bez odpowiedzi na to pytanie?
[01:20:54] - Szczerze? Nic mi się teraz nie nasuwa, ale ten temat jest trudny do wyczerpania. I zawsze jest tak, że kiedy taka audycja się kończy, to wtedy właśnie się nasuwają jakieś myśli, jakieś pytania, jakieś refleksje. Natomiast teraz nic mi takiego konkretnego nie przychodzi do głowy. Moglibyśmy oczywiście długo dyskutować na temat mojej ostatniej książki i omawiać różne historie, które są tam opisane, ale myślę, że warto to zostawić jako taki materiał do zgłębienia samemu czytelnikowi. Jeśli ktoś faktycznie ma otwarty umysł, jest głodny takiej wiedzy, to jest to literatura, moim zdaniem, godna polecenia po to, żeby po prostu wzbudzić swoją ciekawość do tego. A może i z tego się zrodzi coś więcej.
[01:21:51] - A ja w tym miejscu zaproszę naszych słuchaczy do audycji „Oblicza Nieznanego”. W najbliższy poniedziałek zaprasza Piotr Cielebiaś, i oczywiście nasz dzisiejszy gość. Tam również panowie będą rozmawiać o najnowszej książce Damiana Treli „UFO i niewyjaśnione zjawiska Dolnego Śląska”. Pewno bardziej dogłębnie będzie omawiany temat UFO, bo tam sami swoi, ludzie, którzy tą tematyką żyją. Tutaj potraktowaliśmy temat nieco lajtowo, więc będziecie mieli państwo znakomite uzupełnienie dzisiejszego spotkania. A teraz Damianie pięknie dziękuję, że odwiedziłeś „Bibliotekarium 2.0”.
[01:22:36] - Dziękuję ślicznie. Dziękuję za rozmowę. Pozdrawiam serdecznie wszystkich słuchaczy.
[01:22:43] - Tak, proszę państwa, to było spotkanie z Damianem Trelą. Myślę, że zachęcające i tak jak powiedziałem w rozmowie, zapraszam państwa bardzo serdecznie w imieniu Damiana Treli i Piotra Cielebiasia na to poniedziałkowe spotkanie. Poniedziałek, godzina 20:00. Myślę, że będzie to dobre uzupełnienie dzisiejszej rozmowy. A teraz jedziemy dalej z programem. Kolejnym punktem jest „Filmotekarium”. Piotr Cielebiaś i filmy. Zobaczycie państwo, znowu będzie ciekawie. Nadszedł czas „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:23:28] - Tradycyjnie dzień dobry wieczór albo wieczór dzień dobry.
[01:23:33] - Tak. To kolejny odcinek „Filmotekarium”. Właśnie się zastanawiam, mówiąc szczerze, bo kiedy robiłem sobie podsumowanie filmów, które dzisiaj omówimy, to przyszły mi do głowy dwa klucze do nich: albo niezwykły eksperyment, to jest pierwszy klucz, albo spiski. Jakiś rodzaj spisków. Może tak. To który klucz jest dobry?
[01:24:06] - W sumie to oba, ale że teorie spiskowe bardzo często koncentrują się wokół jakichś eksperymentów, o których uczestnicy, ochotnicy tych eksperymentów często mają po prostu nie wiedzieć. Oczywiście w cudzysłowiu. Wydaje mi się, że ten drugi klucz jest poprawniejszy. Tym bardziej, że znajdziemy tutaj też liczne odwołania do bogatej spuścizny teorii konspiracyjnych, które krążą gdzieś w sieci i nie tylko, także w prasie. I jak się okazuje, ich ślady znajdziemy też w filmach, bo w tej rzeczywistości filmowej, jak w zwierciadle, czasami krzywym, odbija się nasza codzienność. A w tej codzienności teorie spiskowe, Marku, mam takie wrażenie, że zaczynają odgrywać stopniowo, z roku na rok coraz większą rolę. Może to jest po prostu skutek skoncentrowania się społeczności opinii publicznej na internecie, gdzie każdy może
[01:25:14] - Stać się uczestnikiem dyskusji. Stąd też teorie spiskowe stają się coraz popularniejsze. Ale powiedzmy sobie też, że przez lata ten termin przeszedł wielką ewolucję. O tym może konkretniej za chwilę. Natomiast jak ty, Marku, rozumiesz to sformułowanie? Bo wydaje mi się, że można na nie patrzeć z wielu perspektyw, ale dzisiaj rozumie się pod tą nazwą przede wszystkim zjawiska, o których poprawność polityczna albo reżim nie pozwalają mówić otwarcie. Innymi słowy, teoria spisku, teoria konspiracyjna stała się synonimem często niewygodnej prawdy. I muszę przyznać, że na wielu polach rzeczywiście tak jest.
[01:26:03] - Czyli ewidentnie pole znaczeniowe zmieniło się nieco. Ja mam takie odczucie bardzo popularne, chociaż nie wszyscy są entuzjastami. Ja zdecydowanie mam to schadenfreude, bo jak kilka lat temu, powiedzmy 10, przyznawałem się do tego, że jestem miłośnikiem teorii spiskowych. Nie żebym w nie wierzył, tylko po prostu samego zjawiska. One mnie fascynują. Ja to podkreślam. Pewien mechanizm mnie fascynuje, ale też treść tych teorii. Patrzono na mnie jak na, dobrze powiem to, głupka, kompletnego debila. Ostatnimi czasy widzę, że trochę się to spojrzenie zmienia, kiedy przyznaję się, że w dalszym ciągu jestem miłośnikiem teorii spiskowych, to dzisiaj się patrzy na mnie: „No faktycznie, to rzeczywiście myśliciel, ewentualnie intelektualista”. Żartuję, ale coś w tym jest, zmieniło się zdecydowanie podejście.
Podobno teorie spiskowe zostały wymyślone przez CIA. Już samo to brzmi tak, jak brzmi. Podobno po to, żeby skompromitować wszystkie niewygodne treści, bo oczywiście trzeba walczyć. Zwróćcie państwo uwagę, że te teorie spiskowe, które kiedyś funkcjonowały, na przykład to, że palenie jest szkodliwe dla zdrowia, to też była teoria spiskowa. To, że azbest jest toksyczny i w ogóle powoduje duże komplikacje, a konkretnie zejście śmiertelne na raka płuc, to też była teoria spiskowa. One były takie, przyznacie państwo, akurat w kontekście śmierci to może źle zabrzmi, ale jednak lajtowe. One dotyczyły takich spraw, powiedzmy, coś przed nami ukrywają te podłe dranie, które dorwały się do władzy. Ale z czasem teorie spiskowe zaczęły ewoluować, to chyba złe słowo, bardziej sięgać na nowe pola. I rzeczywiście te teorie spiskowe sięgnęły, przynajmniej z mojego punktu widzenia, w kierunku jeśli nie science fiction, to w każdym razie takiej sfery wysokiej dziwności. I tego się namnożyło naprawdę dzisiaj teorii spiskowych.
Są autorzy w internecie, którzy trzy razy w tygodniu robią podcasty o teoriach spiskowych, ponieważ ich jest, jak się dobrze człowiek przyłoży, to są tysiące teorii spiskowych. Jedne bardziej akuratne czy bardziej sensowne, drugie kompletnie idiotyczne, ale wszystkie spiskowe. Ten mechanizm powiedziałem, że mnie fascynuje. Fascynują mnie teorie spiskowe, bo to jednak dla mnie, wiem, że odbiorę magię temu wszystkiemu za chwilę, ale teoria spiskowa to jest jednak w sporej części próba racjonalizowania świata, w którym coś nas boli, coś nas gniecie, coś nam się po prostu nie podoba. I my takim skrótem, teorią wielkiego spisku na przykład i tak dalej, staramy się ogarnąć to, co się nam nie podoba. Ale ja sobie zdaję sprawę, że to, co w tej chwili wypowiedziałem, to jest grube uproszczenie, a nawet nadużycie intelektualne. Bo gdyby tylko tak rozpatrywać teorie spiskowe, to odebralibyśmy im sens. I być może niektórym o to po prostu chodzi, że to po prostu wiadomo, że głupie. Teoria spiskowa to musi być głupia. Tymczasem żyjemy w czasach, to Piotr podkreślił, w których coraz częściej teorie spiskowe w szybkim czasie pokazują się jako nie teorie spiskowe, tylko nasza rzeczywistość.
Znowu w internecie pewne osoby zrobiły z tego wręcz taki leitmotiv i słyszycie państwo: i cyk, kolejna teoria spiskowa stała się faktem. Ja już tego słuchać nie mogę, ale warto powiedzieć, że rzeczywiście coś się w podejściu do teorii spiskowych zmieniło. O ile kiedyś to były rzeczywiście jakieś knowania, takie tam tajne, przyspołówne i tak dalej, to dzisiaj oczywiście ten motyw został, cały czas funkcjonuje, ale dzisiaj teorie spiskowe to jest chyba coraz bardziej synonim nie tyle prawdy niewygodnej, co prawdy ukrywanej. Wbrew pozorom to nie jest to samo.
[01:31:18] - Tak. To też zależy, o jakiej teorii spiskowej mówimy. Dlatego, że jedni nazywają teorią spiskową chociażby tak zwaną płaską ziemię. Ale kiedy weźmiemy pod uwagę inne, na przykład pierwsza z brzegu Big Pharma albo NWO, to jeżeli rozbierzemy te dwie teorie na czynniki pierwsze, one już nie są takie niewiarygodne. Część z tych rzeczy się na naszych oczach realizuje. Może nie te najbardziej krzykliwe, mówiące o tym, że rządzą nami jaszczury, ale że są podejmowane przez pewne grupy interesu określone czynności, które zmierzają do odgórnego sterowania rozwojem państw, populacji, społeczeństw i tak dalej. Ale jak powiedziałem na początku, termin teoria spiskowa ewoluował. Dzisiaj nie ma już tak jednoznacznie negatywnego charakteru, choć zależy, kto to słowo wypowiada, bo jeżeli ono pada z ust dziennikarza mainstreamowego, to najczęściej ma pejoratywny wydźwięk. Według mnie spiskowe koncepcje dzielą się na te o mniejszym, średnim i dużym stopniu prawdopodobieństwa. Jak powiedziałeś, czasami to, co uchodzi długo za tego typu wymysł, po latach okazuje się mieć jakieś elementy prawdy lub nawet się ziszcza w rzeczywistości.
Takie hasła na przykład rząd światowy, Talibowie w klewkach, chemtrailsy, płaska ziemia, spisek satanistyczny, depopulacja, Big Pharma i tak dalej. To hasła często właśnie wrzucane do jednego worka o nazwie teorie spisku. Chociaż kiedy się w to wszystko zagłębicie, okaże się, że one mają bardzo różne poziomy prawdopodobieństwa. Z tego, że to się wrzuca wszystko do jednego pudełka o nazwie konspiracja, korzystają ci, którzy czasami chcą ukryć prawdę o swoich interesach przed opinią publiczną. Zatem jeżeli ktoś dzisiaj wygłasza pogląd, osąd, który nie jest na rękę rządzącym albo jakimś mediom, biznesowi czy różnego rodzaju układom, bywa nazywany publicznie foliarzem i w tak zwanym mainstreamie nigdy już nie zagości. Na szczęście lub nieszczęście w niektórych przypadkach jest jeszcze internet. Także mówiąc krótko, teorii spisku nierówna i w wielu tkwi naprawdę groszek prawdy. To wszystko zależy oczywiście od przypadku, jak duży ten groszek będzie. W dzisiejszym programie postanowiliśmy się przyjrzeć czemuś, co w przypadku filmów jest pomijane. Może nie jest tak często akcentowane, bo jeżeli chodzi o konspiracje w filmach, nie są one tak jaskrawe jak na przykład niektóre podejmowane przez science fiction tematy czy przez horror tematy, czy przez nawet dramaty społeczne podejmowane kwestie.
Ale dzisiaj mimo wszystko będzie to odcinek taki, jak to się mówi, po lekkiemu, bo nie da się ukryć, że omawiane produkcje należą raczej do kategorii może nie w pełni rozrywkowej, ale jednak ich przynależność gatunkowa jest różna od dramatu przez thriller po horror. Ja tylko dodam, że dzisiaj zajmiemy się trzema filmami nowymi, przy czym dwa z nich to będą nowości z ubiegłego roku, czyli takie jeszcze świeżynki. I jedna nowość troszeczkę starsza. Dodam też, że chętnie zapoznamy się z waszymi uwagami, komentarzami, także jeżeli interesujecie się zagadnieniami filmowymi, to zostawcie komentarzyk, jakąś tam łapkę w górę. Marku, jeszcze bym cię zagadnął o jedną rzecz, bo tutaj cały czas mówimy o tym, że teorie spiskowe się w jakiś sposób czasami sprawdzają po latach. I przyszła mi do głowy rzecz, którą widziałem dosłownie parę dni temu. Otóż na naszych oczach uprawomocnia się kolejna teoria pod tytułem uciekający koronawirus.
[01:35:48] - No tak. Zwróćcie państwo uwagę, logika naszego świata jest przedziwna. Gdzieś z boku coś mi szepcze w ucho: absurdalna. Ale dobrze, przedziwna. Zostańmy przy tym słowie. Bo właściwie gdzieś od początku słyszeli państwo, oczywiście jako teorię spiskową, że ten koronawirus się pojawił, bo z laboratorium w Wuhan uciekł, a nie z mokrego targu, gdzie sprzedawano różnego rodzaju paskudztwa. Mówię paskudztwa, bo ja w ogóle nie jadam ryb, nienawidzę ryb i w ogóle mnie to nie kręci. Wybaczcie państwo prywatę. Ale dobrze. Mokry targ Wuhan i tam podobno się narodził koronawirus.
Tymczasem od początku była mowa o tym, że tam jest laboratorium bardzo wysokiego stopnia i że tam coś kombinowali Amerykanie z Chińczykami. Już samo to brzmi przedziwnie. Ale dobrze, zostańmy przy tym. Amerykanie z Chińczykami. I jak się to próbowało w 2020 i 2021 i 2022 mówić, oczywiście zostawało się mianowanym natychmiast foliarzem, debilem To już dowolne słowo sobie państwo wybierzcie, byle było maksymalnie obraźliwe. To mniej więcej tak funkcjonowało. Jakżeż można? Przecież to naturalne, gdzież tam nasi przyjaciele Chińczycy albo to byłoby nieodpowiedzialne. I tych argumentów na kopy, na tony było po prostu, że to jest absolutnie naturalne, to się zdarzyło. I kiedy niektórzy ludzie próbowali mówić, że to jakoś tak nie teges, nie jest za bardzo mądre mówienie, że to się samo wzięło nie wiadomo skąd, to byli natychmiast mianowani właśnie foliarzami, głupcami, miłośnikami teorii spiskowych.
A tymczasem mamy rok 2023 i czego się dowiadujemy? Otóż amerykańskie służby, FBI chociażby mówi o tym, że to jest prawie oczywiste, że to wyciekło, wydostało się z laboratorium, w tym właśnie w Wuhan. Ja wiem, że sytuacja międzynarodowa jest taka, że tego rodzaju afera bardzo byłaby na rękę, bo by pewne rzeczy być może regulowała, ale to rzecz charakterystyczna. Zobaczcie państwo, najpierw przez trzy lata ci ludzie, którzy takie rzeczy mówią, zostają zakrzykiwani. To się odbywa na zasadzie, nie wiem, czy się to państwu zdarzyło kiedyś w szkole, mieliście inne zdanie w szkole i cała klasa zakrzyczała was po prostu. Może później się nawet okazało, że mieliście rację, ale i tak zostaliście zakrzyczani. To mniej więcej dokładnie tak wygląda. Ktoś mówi coś, co się nie podoba komuś tam i zostaje zakrzyczany. Nieważne, czy ma rację, czy nie, został zakrzyczany, czyli nie ma, nie istnieje. Po co?
W ogóle nieważne. To jest mechanizm, który mówiąc szczerze troszeczkę mnie osłabia. Ja myślę, że osłabia większość ludzi, tylko właściwie nie wiadomo, jak z tym walczyć. Jesteś mianowany foliarzem, jesteś mianowany płaskoziemcą, jesteś mianowany antyszczepionkowcem. Nieważne, kim ty jesteś naprawdę. Ważne, że dostałeś łatkę. To jest jednak coś, co jest takim piętnem naszych czasów.
[01:39:56] - Tak, jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć więcej o tych krążących już przed laty teoriach na temat wycieku SARS-CoV-2 z laboratorium w Wuhanie, to polecam artykuł z Nieznanego Świata z numeru wrześniowego 2021 pod tytułem „Kto stworzył SARS-CoV-2?”. Link tam gdzieś znajdziecie pod spodem w opisach. I to jest powtórzenie tego, co FBI przyznaje obecnie. Albo inaczej, FBI powtarza to, co było w tym artykule ujęte, tylko że pomija ważny fakt, iż tak naprawdę Chińczycy pracowali nad koronawirusem nowym w oparciu o amerykańskie stypendia. To oczywiście nie obarcza Amerykanów automatycznie winą. Natomiast prawda jest taka, jak możecie sobie w tym artykule przeczytać, że standardy sanitarne, które w Ameryce obowiązują byle jaki gabinet stomatologiczny na przykład, to właśnie w tej super placówce w Wuhanie były takie same. Czyli zamiast tam przestrzegać norm w sposób naprawdę restrykcyjny, robiono to tak troszeczkę po łebkach. To znaczy te normy sanitarne były, że tak powiem, troszkę zaniżone, ale poszliśmy za daleko. Moglibyśmy o tym dyskutować, jak to niektórzy mówią godzinami, ale przejdźmy do filmów, bo na to wszyscy czekają. Oczywiście filmy o pandemii też już są i jest ich sporo.
Może kiedyś do nich wrócimy, chociaż dziś jakoś tak nie za bardzo mam serce do nich. Nie za bardzo chcę mi się oglądać, bo są dość nudne. Ale Marku, przejdźmy do filmów spiskowych, bo jak powiedziałem, one nie stanowią takiej wyraźnej kategorii, jak chociażby omawiany tydzień temu film o inwazji, a mimo to są dość liczne. Od tych, które mają wydźwięk polityczny, na przykład „Kandydat” czy „JFK – Wszyscy ludzie prezydenta”. Po te, które bardziej się kojarzą z tym, co obecnie za teorię konspiracyjną uchodzi. Możemy tu wymienić na przykład taki klasyczny obraz jak „Teoria spisku” z Mel Gibsonem i Julią Roberts z roku bodajże 1997. Był też film „2012”, który odwoływał się przecież do krążącej przez długi czas teorii spiskowej, iż 21 grudnia 2012 roku ma się coś wydarzyć. Teorie spiskowe są też przecież kanwą „Men in Black", jakby nie było. Mamy tam takie założenie, które stanowi korzeń całego filmu, iż prawda o UFO jest ukrywana i to nawet w sposób czasem bardzo bezpośredni. Tak samo jest z serialem „Z Archiwum X", gdzie przecież kwestia teorii konspiracyjnej wokół Roswell, wokół obecności kosmitów na Ziemi stanowi trzon tego wszystkiego.
Pamiętamy, że przecież siostra głównego bohatera zostaje porwana przez kosmitów, którzy to z kolei kosmici zawarli przecież jakiś pakt z rządem Stanów Zjednoczonych, że mogą sobie ludzi porywać. Ale Marku, wśród tych filmów spiskowych, które oczywiście są liczne, ale które też ewoluują i pokazują to, o czym powiedzieliśmy na samym początku, czyli Zmieniające się spojrzenie ludzi na kwestie konspiracji. Są takie obrazy, które z jakichś powodów miło wspominasz?
[01:43:37] - Owszem, są, ale to dotyczy filmów z pewnym stażem. Otóż pierwszym tytułem, który wspominam bardzo dobrze, to jest obraz zatytułowany „Koziorożec 1”. Koziorożec 1 to jest takie nawiązanie do teorii spiskowej, czy Amerykanie aby na pewno wylądowali na Księżycu. Tu sytuację mamy troszeczkę inną. Chodzi o wyprawę na Marsa. Niemniej o coś podobnego chodzi. Ja oczywiście nie będę państwu tego filmu opowiadał, niemniej to jest jak najbardziej teoria spiskowa. Brutalna, jak najbardziej pokazująca, że rząd, w tym wypadku Stanów Zjednoczonych, ale obawiam się, że to dotyczy rządów in gremio, że rząd, żeby zamaskować różnego rodzaju niepowodzenia, różnego rodzaju machlojki, nie cofnie się przed tym, żeby nawet ludzi usuwać, po prostu eliminować fizycznie. „Koziorożec 1” to jest taka mieszanka filmu science fiction właśnie z takim dreszczowcem, chyba właściwie politycznym. Film stary, tak jak powiedziałem, chyba przełom lat 70.
i 80. Ja w każdym razie oglądałem go w kinie. Później oczywiście robiłem powtórki, ale pierwszy raz oglądałem go w kinie w latach 80. I mówiąc szczerze, wtedy ten film mnie zafascynował. On do dzisiaj się broni, to znaczy czas mu zaszkodził w nieznacznym stopniu. Oczywiście zmieniła się chociażby moda, zmieniły się chociażby samochody, zmieniły się dekoracje po prostu. Ale jeśli chodzi o problem, myślę, że się specjalnie nie zmienił. To jest pierwszy z takich filmów o spiskach, o teoriach spiskowych, który wspominam bardzo dobrze. Kolejny to jest film też niemłody, film Carpentera „Oni żyją”. To chyba tak się to nazywało.
I tu znowu jest historia o tym, że nasz świat wygląda zupełnie inaczej, niż go widzimy i w tym wypadku słowo widzimy jest kluczowe. Pewnego dnia bohater znajduje paczkę, kontener czy co. W każdym razie znajduje okulary i kiedy je zakłada, okazuje się, że świat wygląda kompletnie inaczej. W dodatku mechanizmy rządzące tym światem niewiele mają wspólnego z wyobrażeniami takimi powszechnymi w społeczeństwie. I tak się zaczyna ta historia tak naprawdę. To jest film zrobiony z pewnym luzem. Carpenter w ogóle ma taką tendencję, żeby owszem, mówić o rzeczach poważnych. Trudno mówić, że to komedia. Nie, to komedia nie jest, ale czuć w tym filmie pewną lekkość, ale to się dobrze ogląda, a w dodatku zostaje na sicie. To znaczy to, z czym zostajemy po obejrzeniu tego filmu, to jest coś, o czym warto później pomyśleć.
Jest trzeci film, który jest bardzo taki mainstreamowy. On jakby dotyka pewnego problemu i może nie sam film mnie zafascynował, co bardziej jego pierwowzór literacki. Chodzi mi konkretnie o „Kod Da Vinci” czy „Kod Leonarda Da Vinci”. Ten film też jak najbardziej jest o spisku, o to takim wszechogarniającym, ogromnym spisku. I powtarzam, film jest bardzo taki mainstreamowy, a w dodatku zrobiony tak rewolwerowo, czyli szybko, czyli musi się dziać i w ogóle nie ma miejsca, żeby się zastanowić. Zresztą sama twórczość Dana Browna i filmy na podstawie jego książek to one w ogóle dotyczą spisków. Z tym że ja wiem, że panuje też moda na to, żeby Dana Browna wydeptywać w ziemię, bo to przecież nie jest pisarz, to w ogóle wytwórca i tak dalej. Ja jednak cenię jego sprawność, jego sposób pokazywania pewnej rzeczywistości, tę pisarską sprawność. Ja nie twierdzę, że to, proszę państwa, są arcydzieła. Natomiast to jest dobrze odrobiona lekcja z pisania, rzeczy wciągające.
Jest jeszcze oczywiście mniej znana „Cyfrowa twierdza”. Tego filmu chyba nie ma. Ja nie widziałem w każdym razie filmu. Książka jest naprawdę niezła. Ale wracając do twojego pytania, podsumowując je to te trzy filmy, jeśli chodzi o teorie spiskowe, bym wymienił.
[01:48:50] - Tak, przejdźmy może do tego, co w naszym programie najważniejsze, czyli do przeglądu nowości. Pierwszym z filmów, które omówimy jest „M.K. Ultra”. Jest on dość kontrowersyjny, jeżeli chodzi o oceny. Został wyreżyserowany przez rzekomego byłego agenta służb specjalnych Josepha Sorrentino. Nie wiemy oczywiście, czy to są jego prawdziwe personalia. Jest on również autorem scenariusza. „M.K. Ultra” to jest coś à la thriller psychologiczny, ale i film historyczny jednocześnie. Opowiada losy psychiatry doktora Straussa Który stara się zatwierdzić albo zdobyć poparcie dla swoich kontrowersyjnych prac, eksperymentów z udziałem LSD.
Kiedy on sobie tak eksperymentuje, wieść ta dociera do CIA, która to zaczyna się nim interesować. Kusi go, aby przystąpił do ich tajnego programu, co oczywiście ma się dopiero potem okazać. Natomiast kuszą go, on w końcu ulega i ląduje gdzieś na peryferiach, na prowincji Stanów Zjednoczonych, gdzie przydziela mu się materiał ludzki do eksperymentów. Przydziela mu się też takiego, nie wiem, jak to powiedzieć, magistra obserwatora, który go cały czas filmuje i naprowadza. Kiedy on ma zboczyć ze ścieżki, to jest ideologicznie prostowany. Kto jest tym materiałem ludzkim? Powiedzmy, że są to ludzie z marginesu, ale ten margines jest inaczej definiowany niż w dzisiejszych czasach. To znaczy są tam zarówno przestępcy, jak i, powiedzmy sobie szczerze, psychopaci, ale też jest osoba transpłciowa. Ten Strauss czy to jest Stross, jak go tam chyba nazywają, sobie eksperymentuje. I się, Marku, zaczyna walc po pewnym czasie.
[01:51:02] - Tak, ale ja powiem, że ja jestem jednak miłośnikiem akcji i ten film ma tyle dynamiki. Może inaczej. Znam dokumenty filmowe, które mają więcej dynamiki niż ten film. Wiem, jestem złośliwy i paskudny i pewno nienawidzę ludzi i w ogóle też jakieś spiski knuję im. Nie, proszę państwa, ale owszem, obraz jest interesujący jako temat. Najlepszy jest tytuł. „MK-Ultra” to, proszę państwa, od razu przyciąga. Natomiast jak się człowiek zaczyna w ten film wgryzać, to owszem, to nie jest zły film, ale tej dynamiki, a zakładam, że spora część naszych słuchaczy lubi dynamiczne filmy, to w tym filmie państwo za dużo tej dynamiki nie uświadczą. To się toczy. Jest to troszeczkę kreowane na taki paradokument.
Tam zresztą bardzo charakterystyczna jest końcówka. Takie rozważania na temat tego, czym jest nasza demokracja i czy ona w ogóle jeszcze jest wobec tego, co się dzieje w tym filmie. Te rozważania zostawiają jakiś ślad w człowieku. Ale sam film, powiem tak, to jest obraz brudny przede wszystkim. To nie jest ocenny opis, tylko brudny w sensie tego, że pokazuje życie w jego takim paskudnym dosyć wymiarze. To, co się dzieje na ekranie, może człowiekowi radość życia przynajmniej na chwilę zabrać, bo to nie brzmi dumnie. Człowiek na tych obrazach zdecydowanie nie brzmi dumnie. Z drugiej strony ma się poczucie tego, ja przynajmniej miałem takie poczucie, że te eksperymenty, które są dokonywane na ludziach, tak naprawdę należałoby to rozszerzyć, że może nie tylko na ludziach, ale na ludzkim życiu. Dokonywane są eksperymenty, które wbrew pozorom prowadzą donikąd. Są robione, bo są, bo trzeba coś tam zbadać, może się przyda.
Okazuje się, że się chyba nie do końca przydaje. A jeśli nawet, to ja wiem, czy warto szafować ludzkim życiem, szafować ludzkim zdrowiem? I tak dalej, i tym podobne. Ten film zostawił we mnie taki mroczny osad. To tyle mógłbym powiedzieć. Nie wyszedłem z tego seansu jakoś podbudowany, jeśli chodzi o kondycję ludzką, ale też nie porwał mnie ten film. Może dlatego, że jednak lubię filmy z akcją, a może dlatego, że ten film pokazuje taką stronę życia, taką stronę rzeczywistości, w tym wypadku amerykańskiej. Ale ja bym się do tego nie przywiązywał. Nie wiem, czy to nie jest rzeczywistość taka dostępna w każdym kraju. Taką część tej rzeczywistości, o której trochę na zasadzie tych małpek trzech, która jedna nie widzi, druga nie słyszy, a trzecia nic nie mówi, to nie wiem, czy chciałbym wiedzieć, że taka rzeczywistość istnieje.
[01:54:52] - Ten film charakteryzuje taka bardzo duszna atmosfera i ona koniec końców staje się dla odbiorcy męcząca. Bardzo męczące moim zdaniem są te szarzyzny. Ten obraz tonie w takiej szarobrązowej, tekturowej kolorystyce i to po pewnym czasie sprawia, razem z tym, że ten pan doktor Stross też jest taką dość mdłą postacią, że przestajemy uważać na tym filmie. Tam są jakieś tajemnice postaci, jakieś niedomówienia i tak dalej. Natomiast jak powiedziałem, ta pudełkowa kolorystyka tego wszystkiego Połączona z dymem papierosowym sprawia, że tracimy troszeczkę zainteresowania, bo to nie jest ani dokument, ani film sensacyjny, chociaż do takiego miana powinien aspirować. On się odwołuje przecież do działalności spec służb, jakby nie było. Druga sprawa, gdybym nie wiedział, czym jest MK-Ultra, to bym pewnie za bardzo nie skojarzył, o czym ten film jest. On pokazuje oczywiście tylko pewien wąski wycinek z całego programu. Może pokrótce opowiem o tym, bo to jest bardzo ciekawe, chociaż osoby, które się interesują spiskami, wiedzą, czym ten program był. A był on rozłożonym na około dwie dekady zbiorczym przedsięwzięciem.
To były takie projekty badawcze, w których sprawdzano na przykład oddziaływanie substancji psychoaktywnych na osoby, oddziaływanie hipnozy, deprywacji sensorycznej, tortur i za ich pomocą dokonywano tak zwanego prania mózgów. Trzeba jednak zaznaczyć, że do dzisiaj krążą opowieści o tym, że ochotnicy do programu MK-Ultra, do tych różnych eksperymentów, nie zawsze wiedzieli, że w tych eksperymentach biorą udział. I nie chodzi tu wyłącznie o więźniów czy na przykład nieletnich osadzonych w poprawczakach. Jeżeli sobie sięgniecie do literatury, to przykładów jest mnóstwo. Natomiast mnie osobiście najbardziej uderzały takie dwuznaczne relacje opisane przez doktor Carlę Turner. To była dość znana amerykańska ufolożka, która się zajmowała zjawiskiem uprowadzeń przez obcych, a wśród tych opisów różnego rodzaju dziwnych zdarzeń były takie, które wyglądały albo na jakiś dziwny eksperyment, albo na projekcję astralną, bo pojawiali się w nich zarówno obcy, jak i żołnierze, jak i czasami nawet Jezus. Ja o tym pisałem dość dokładnie w jednym z odcinków cyklu „Życie pod kontrolą obcych”, który się ukazał w „Nieznanym Świecie” w roku 2016. Tam jest wymieniony taki przypadek z archiwum doktor Turner. Odnosi się do kobiety imieniem Pat, która po prostu pewnego dnia jako dziecko pamięta, że nagle na farmę, gdzie mieszkała z rodzicami i rodzeństwem, zstąpiło jakieś światło. I nagle pojawił się Jezus.
Jezus do niej powiedział, że jest wybranym dziecięciem. Potem Pat wsiadła na pokład UFO z tym Jezusem, gdzie została poddana jakiejś procedurze medycznej i kiedy wróciła, to zobaczyła swoich rodziców siedzących w stanie jakiegoś stuporu na kanapie. Co jest w tym najdziwniejsze? Otóż ona po latach, zmagając się z tymi wspomnieniami, wędrując po specjalistach, postanowiła porozmawiać o tym ze swoim rodzeństwem. I okazało się, że każdy to pamiętał inaczej. Jedni mówili, że to nie był Jezus w latającym spodku, tylko to było wojsko albo wojsko i kosmici, i tak dalej. Wniosek z tego jest taki, że prawdopodobnie ta rodzina padła ofiarą jakiegoś polowego eksperymentu z praniem mózgu, z badaniem tego, jak można wpływać na ludzkie wspomnienia, jak można te wspomnienia zacierać, stawiać pewne parawany. I to jest chyba najbardziej niepokojące w tym wszystkim. Warto też dodać, że w latach 70. na początku ówczesny dyrektor CIA, Richard Helms, zniszczył chyba większość dokumentacji projektu MK-Ultra.
Czyli nie dowiemy się, czym oni się tam naprawdę w tych licznych eksperymentach zajmowali. A porównując to do tego filmu Sorrentino, otrzymujemy raczej chyba taki lajtowy wizerunek tego, co się tam działo. W każdym razie, jeżeli lubicie takie filmy to okej, natomiast nie jest to też potężny dreszczowiec. Taki film, gdzie po prostu można się spodziewać emocji z racji tego, że pojawia się tam temat służb specjalnych i tajnych eksperymentów. Wszystko raczej skupione jest na przeżyciach tego doktora Straussa, który się męczy, spać nie może, drapie się po głowie, ma jakieś rozterki. I niestety na tym ten film się kończy. Ale czy on jest tak zły? Nie wiem. Osobiście nie uważam go za jakiegoś gniota.
[02:00:43] - Nie, gniotem zdecydowanie nie jest, natomiast jakoś rozmija się z moją wrażliwością. Ja jestem takim człowiekiem, którego wrażliwość, jeśli chodzi o filmy, nie jest specjalnie wysublimowana. Ja jednak lubię proste widowiska. To pewno moja słabość. Natomiast wracając jeszcze na chwilę do tego filmu, mnie z kolei z tego filmu na świecie zostało coś takiego, że jeśli by wziąć pod uwagę treść, to odniosłem wrażenie, że w projekcie MK-Ultra, przynajmniej oglądanym przez pryzmat tego filmu, chyba nie zawsze było wiadomo, o co tak naprawdę im chodzi. Czasami eksperymenty chociażby z narkotykami czy z jakimiś innymi środkami były robione trochę na zasadzie: zróbmy eksperyment i zobaczymy, dokąd nas to doprowadzi. Jak wziąć pod uwagę, że to mogłaby być metoda badawcza, to słabe. A wracając, to jest film dla ludzi, którzy lubią zadumać się czasami nad tym, co widzą. Ja na pewno do nich nie należę. Jednak wolę większą dynamikę w filmie.
Aczkolwiek tak jak Piotr powiedział, to nie jest zły film, ale na przykład jego kolorystyka, o której wspomniałeś, jego pewna dynamika, a właściwie jej brak, dla mnie było to męczące.
[02:02:35] - Tak, te prochowce, dym papierosowy, ciemne pomieszczenia jakoś tak po prostu odbierają. No i mdła historia. To wszystko się razem składa na taki film: obejrzyj, zapomnij i tyle. Ale nieco inaczej jest, Marku, z filmem również nowym. Nazywa się „Arktyczna otchłań”. To jest druga nowość. Film z 2020 roku w reżyserii Darrena Manna. On opowiada historię dwóch amerykańskich filmowców, którzy w otoczeniu międzynarodowej ekipy, chociaż z nimi niezwiązanej, trafiają na statek. Statek chyba wycieczkowy, który ma ich obwieść po Spitsbergenie. Kapitanem jest jakiś ekscentryczny chyba Szwed albo Norweg.
Początkowo nic nie zapowiada ciągu dziwnych wydarzeń. Jedyną osobą, która się zachowuje podejrzanie, jest kamerzysta tych dwóch Amerykanów. On jest przez nich wynajęty. On nie należy do ich ekipy. To znaczy należy do ekipy, tylko tymczasowo. Został po prostu zatrudniony na umowę zlecenie, bo nie mieli nikogo innego. Ma im tam skręcić kilka ujęć. I cóż, Marku, oni sobie tak płyną w tym oszczędnym pejzażu, nic nie zapowiada tragedii i nagle tych trzech panów orientuje się, że zostali na tej łodzi sami. I myśmy powiedzieli, że o ile „M.K. Ultra” była taką produkcją bez zwrotów akcji i napięć, to tutaj jest gdzieś tak pośrodku.
To nie jest film akcji pełną gębą, natomiast też niewiele brakuje do thrillera. Nawet nie wiem, jak go określić. W każdym razie koniec końców oni trafiają do ruin takiego postsowieckiego górniczego miasteczka, które w dziwny sposób okazują się być bardzo dobrze zaopatrzone. Nadal nie znajdują tych zaginionych osób. Więcej chyba nie powiemy, dlatego że odbierzemy wam radość z oglądania tego filmu, ale nim dodam, z jaką realną historią ten scenariusz mi się kojarzy, to Marku zapytam ciebie o emocje, o twoją opinię związaną z filmem „Arctic Void”, czyli „Arktyczna otchłań”.
[02:05:09] - Tak, to był film, który jakoś mnie poruszył, bo dobrze był poprowadzony moim zdaniem. Bo rzeczywiście początek to takie wprowadzenie do historii. Niby się nic nie dzieje, ale czujemy, że nas pociąga reżyser, scenarzysta w jakąś fajną historię. I na początku na tym statku gromadzi się towarzystwo różne. To znaczy są jakieś niemieckie badaczki, jacyś ludzie, są ci dziennikarze i ten kamerzysta dziwny, o którym wspomniał Piotr, to jest człowiek, który jest ich w sumie chyba rodakiem, o ile dobrze pamiętam, który przyjechał do Europy w ślad za dziewczyną. To takie wszystko właściwie oklepane. I tam cięcie następuje w pewnym momencie. To chyba jeszcze możemy powiedzieć albo nie, nie powiem. W pewnym momencie na tym statku dzieje się coś bardzo dramatycznego. I zostaje grupa bohaterów, która nie bardzo wie, co dalej robić, ale jednak podejmuje jakieś kroki.
Jak się jest w Arktyce, w pobliżu Spitsbergena, to nie da się powiedzieć: „A teraz obrażam się na rzeczywistość i nie będę robił nic, bo nie pasuje mi”. Więc oni też podejmują walkę o przeżycie. Trafiają do tego miasteczka, o którym Piotr powiedział. To miasteczko górnicze może się wydawać dziwne, bo tu mamy Norwegię, nagle rosyjskie napisy. Ale wierzcie mi państwo, na Spitsbergenie rzeczywiście taka kolonia wydobywcza czy też kopalnia po prostu funkcjonowała. Nie pamiętam, kiedy skończyła swoją działalność, ale funkcjonowała. To było takie minimiasteczko i oni tam trafiają. Ja po prostu znam rosyjski i mogłem czytać to, co tam jest na napisach w tym miasteczku, więc sobie czytałem. Wygląda, że to było kręcone w autentycznych plenerach, pozostałościach tego miasteczka, że to nie było jakoś tam dostosowywane. Zresztą ta estetyka tego miejsca wskazuje, że rzeczywiście trudno byłoby to odtworzyć.
I ta historia jest jak najbardziej spiskowa, bo ta arktyczna otchłań może coś sugerować, ale to nie jest film z gatunku science fiction. To jest dreszczowiec? Chyba dreszczowiec, to chyba najlepiej to opisuje. I wierzcie mi państwo, to jest dreszczowiec, który trzyma w napięciu. My bardzo długo nie wiemy, o co chodzi, dlaczego stało się to, co się stało. Co więcej, dostajemy dosyć racjonalne wytłumaczenie, dlaczego tak się zadziało, a nie inaczej. My oczywiście nie musimy go kupować. Ono nas może przekonać albo nie. To jest indywidualna sprawa. Niemniej taka próba argumentacji zostaje podjęta.
Rzeczy dramatyczne się dzieją, a na końcu w ogóle jest, proszę państwa, jakieś takie hitchcockowskie zacięcie, bo rzeczywiście po trzęsieniu ziemi, które mamy po kilkunastu pierwszych minutach, to napięcie rośnie. Nie spodziewajcie się państwo pogoni, biegania z pistoletami i strzałów. To wcale nie jest potrzebne temu filmowi. Napięcie jednak podnosi się. Częściowo odpowiadają za to, tak przypuszczam, pewności nie mam, te niezwykłe dekoracje, o których wspomniałem, czyli ta wyspa, kopalnia, a właściwie miasteczko, które obsługiwało kopalnię. Pustka, cisza, ale tak nie do końca, bo trafiamy tam na ślady, jakby ktoś się poruszał w tym miasteczku jednak, bo są tego przejawy. Moim zdaniem bardzo klimatyczny film.
[02:09:56] - Tak, można sobie nawet uznać, że to jest jakaś fikcja filmowa i tak dalej, że Ruskich nie było w Svalbardzie i na Spitsbergenie. Otóż okazuje się, że całkiem niedawno, ta miejscowość Barentsburg jeszcze jest. Mieszka tam około 500 osób. Także jeżeli sobie przejrzycie te fotografie, rzeczywiście, chociaż to nie jest science fiction, to tak jakbyśmy się cofnęli kilkadziesiąt lat do Związku Radzieckiego. Mnie w tym filmie kilka rzeczy zastanowiło. Nie uzyskałem odpowiedzi na niektóre zaobserwowane rzeczy. Skąd tak dobre wyposażenie w tych hotelach, skoro inne placówki były opuszczone i tak dalej? Ale to sobie możecie wszystko prześledzić. Ja natomiast dodam, że powiedziałem, że to jest oparte o jakąś historię prawdziwą. Może nie do końca tak jest, ale widzę tu pewne inspiracje zdarzeniem sprzed kilku lat, a dokładnie z roku 2016, kiedy kanadyjski rząd zajął się doniesieniami o dziwnych dźwiękach, jakie były słyszane w okolicach cieśniny Fury i Hecla, tak ona się nazywa, na terytorium Nunavut.
To są jakieś tam zbliżone szerokości geograficzne. W każdym razie też jest tam bardzo zimno. Miejscowi mówili, że przypominają one takie głośne ping i są na tyle uciążliwe, że przepłaszają zwierzęta. Przede wszystkim walenie, na które miejscowi mieli polować, bo jako Indianie mieli prawo. Szybko to się obiło o światowe media. Zaczęto sugerować, co może być źródłem tych tajnych dźwięków wydobywających się z wody gdzieś na końcu świata. Dlatego, że okazuje się, że to terytorium Nunavut ma tyle mieszkańców co Mława na przykład. Pojawiły się różne teorie spiskowe, między innymi, że to jest jakieś zatopione UFO, które nadaje sygnał SOS, że to jakaś grubsza sprawa szpiegowska jest na przykład. Ale nie znaleziono dowodów na nic. Rząd się pokręcił, poszukał źródła tych dźwięków, ale niczego nie ustalono.
Pojawiła się taka racjonalna hipoteza mówiąca, że winni są ekolodzy, którzy wrzucili w wody tej cieśniny jakieś urządzenie, które wydawało dziwne dźwięki tylko po to, żeby te walenie odstraszyć, żeby zmieniły trasę swojej wędrówki i nie zostały zabite. Dlaczego to mi się kojarzy z filmem „Arktyczna otchłań” to już wam nie powiem, ale się przekonacie po seansie. Marku, zostaje nam film numer trzy, czyli ta trochę starsza nowość. Jest to film „Superdeep. Otchłań”. Nie pamiętam, jak się nazywa po rosyjsku, dlatego że to jest produkcja zza naszej wschodniej granicy i ona się wiąże z taką teorią spiskową albo też legendą miejską. Może wielu z was słyszało niedawno, że w Polsce, gdzieś tam na Sądecczyźnie powstaje najgłębsza dziura na świecie. Czym to grozi? To się za chwilę przekonacie, bo otóż w przypadku Sowietów miało się to skończyć dokopaniem do domku diabła. W latach 70.
gdzieś tam na Półwyspie Kolskim zaczęto drążyć najgłębszą dziurę na świecie. To był superprojekt naukowy, który miał uczcić setną rocznicę urodzin Lenina. On nie miał żadnych celów komercyjnych. Była to po prostu próba sprawdzenia, jak głęboko można się dowiercić. Z czasem oczywiście tego długoletniego projektu pojawiały się problemy. To się ząbki ukrzyły u wiertełka, a to temperatura za szybko rosła i tak dalej. W końcu ten projekt szedł tak opornie Zaczęto się zastanawiać, co się stało, dlaczego nie mogą dalej wiercić. Wtedy w prasie brukowej, a także w mediach religijnych pojawiały się pierwsze przecieki mówiące, że Ruscy się dowiercili, Marku, do piekła.
[02:14:33] - Tak, ten oryginalny tytuł rosyjski to jest „Kolskaja sfersa głubokaja”. Do piekła. Tak, ta teoria funkcjonuje. Co jakiś czas takie portale głównego nurtu z dziwną satysfakcją publikują artykuły na ten temat, jak to się Ruskie dowierciły do piekła i słyszały jęk wielu dusz, które tam zawodziły i tak dalej. Poetyka tych tekstów jest idiotyczna, więc zostawmy je. Natomiast rzeczywiście to gdzieś w świadomości funkcjonuje i to się dobrze spaja z tym filmem. Powiem tak: ten film to jest trochę zawód, ale nie do końca. Ten film da się obejrzeć jak najbardziej i bez jakiegoś wstrętu, aczkolwiek on się lepiej zapowiadał niż się skończył. Tak moim zdaniem to wygląda.
[02:15:41] - Tak. Ja jeszcze powiem tylko tyle, że mój wstęp był skoncentrowany na legendzie miejskiej, czy też na teorii spiskowej wokół tego otworu SG-3 bodajże, czyli Сфера глубокая, Skwarzina bodajże. Nie pamiętam już, jak to się w pełni nazywało. Ale na co warto zwrócić uwagę w tym filmie, elementem wspólnym z tą teorią jest sama dziura. Bo o ile w rzeczywistości to był otwór względnie nieduży, tak w produkcji, o której mowa ludzie mogą tam zejść i okazuje się, że to jest cała baza. I to nie byle jaka baza, z kilkoma poziomami, która okazuje się śmiertelną pułapką.
[02:16:32] - Tak, bo pierwszy poziom, licząc od powierzchni gruntu, znajduje się bodajże na głębokości około sześciu kilometrów. A to nie jest koniec. Malowniczo windy się poruszają, takie specjalne. Nie takie zwykłe windy, tylko takie konkretne. Wiecie państwo, sześć kilometrów przebyć w miarę rozsądnym czasie windą, to trzeba jednak specjalne windy zastosować.
[02:17:00] - Jak ktoś był w jelice, to wie, o czym mowa, nie?
[02:17:03] - Tak, to prawda. Te sześć kilometrów to jest dopiero początek, bo jest jeszcze następne sześć kilometrów, gdzieś tak na głębokość około 12 000 metrów można tam zjechać. I okazuje się, że tam na tej głębokości podstawowej 12 000 metrów również jest jakiś oddział laboratorium. Oddział, weźcie państwo między bajki. Coś się w tym kompleksie wydarzyło, coś niebezpiecznego. Pani doktor, pani naukowiec zostaje wezwana i ma rzecz wyjaśnić. I już po wylądowaniu śmigłowca jest świadkiem rzeczy dziwnych. Takich poruszających. Dobre wprowadzenie do filmu, dosyć dramatyczne. To dzieje się, po prostu się dzieje.
Oglądamy to ruskie wojsko, niby tam jest wypozycjonowane. A! Nie powiedzieliśmy jednej rzeczy ważnej. Film się dzieje w czasach Związku Radzieckiego, bo tam w pewnym momencie oglądamy Moskwę, przemawia przywódca Gorbaczow, mówi: „Żyłajem wsiewo charoszewo z nowym godom” i tak dalej. W związku z tym troszkę inny czas i to wojsko, ale myślę, że wojsko się specjalnie nie zmieniło. Ono z jednej strony jest groźne, chłopaki są takie bojowe i chętne, ale z drugiej strony to wojsko, ja nie wiem, naprawdę takie trochę majowe to wojsko. Ale dobrze. Majowe jak majowe, w każdym razie znajduje się gdzieś, gdzie naprawdę zimno jest, gdzie się znajdują. Na szczęście schodzą pod ziemię i tam się robi trochę cieplej. Ale problem jest i myślę, czy jeszcze coś mówić.
Coś zostało znalezione, to oczywista oczywistość. Coś zostało pod ziemią znalezione, co stanowi w gruncie rzeczy poważne niebezpieczeństwo, a nawet możliwość zagłady dla świata. Ciekawe i w tym kontekście niezwykle, tak jak początek jest, powiedziałem państwu, całkiem fajny. Środek na razie nic nie powiem. To znowu bardzo dramatyczna i fajna jest końcówka. To jest otwarte w gruncie rzeczy zakończenie. W jakimś tam stopniu przynajmniej otwarte. To też przemawia na korzyść tego filmu, bo jednak musimy sobie na pewne pytania odpowiedzieć. Ale to, co jest w środku, nie do końca zachwyca. Ja nie mówię, że to jest złe, ale chwilami miałem wrażenie, że scenarzyści chyba przeceniają możliwości obserwacyjne widza albo za bardzo mu ufają, bo tam się pojawiają całe fragmenty, w których Musimy się domyślać, o co chodzi.
Gdzieś idą, gdzieś przychodzą, wracają, przychodzą, odchodzą, nadchodzą i tak dalej. Mnie to, mówiąc szczerze, troszeczkę przeszkadzało. Nie rujnowało poetyki filmu, ale jednak przeszkadzało.
[02:20:37] - Osobiście jest mi trudno cokolwiek o tym filmie powiedzieć. Nie wiem czemu. Z jednej strony miałem bardzo liczne skojarzenia, że ja to już gdzieś wszystko kiedyś widziałem. Na przykład w takim słynnym marku polsko-radzieckim filmie science fiction „Tajemnica Wyspy Węży”.
[02:20:58] - Oj, to nie jest dobra rekomendacja.
[02:21:00] - Nie tam, kiedy Krzysztof Kolberger poginał po tropikach, tylko tam była taka sekwencja właśnie w takim laboratorium tajnym, radzieckim i tak dalej. Z drugiej strony przypominał mi to ten film recenzowany może nie to, że niedawno, na pewno kilka dobrych tygodni temu, „Siedlisko zła” on się nazywał. Czyli to było to, kiedy jakaś komandoska angielska zeszła do opuszczonej radzieckiej bazy w Afganistanie i tak dalej. To jest takie „The Last of Us” w wersji sowieckiej. Sowieckiej? Rosyjskiej. Bo to jest przecież już film rosyjski, on tylko ze Związkiem Radzieckim ma nutkę sentymentu. To jest ten jedyny jego związek z tamtym okresem. Natomiast kino rosyjskie ma takie bardzo specyficzne zacięcie. Chodzi mi o to kino współczesne i to kino, powiedzmy rozrywkowe.
To dla mas. Ten film właśnie dla mas jest. I jakby to podsumować, powiem, że przypomina ono taką rosyjską zupę soliankę, solankę, czyli mocne smaki, dużo rzeczy, ale trzeba mieć nastrój, żeby to jeść. I tak samo jest z bardzo wieloma rosyjskimi horrorami czy produkcjami science fiction. Ja mam nadzieję, że my o nich niebawem powiemy, dlatego że ich naprawdę jest dużo i naprawdę wydano na nie dużo pieniędzy. Włożono w nie też mnóstwo pracy i ten film, o którym mówimy, był właśnie w tym gronie. Natomiast efekt jest zawsze jakiś taki... coś jest nie tak z tym wszystkim. I wniosek mój jest taki jak przy „M.K. Ultra”, czyli nie jest to końcowo aż tak złe, żeby to potępiać i ten film odrzucać.
Natomiast ja mam też tak, że nie jestem fanem tych horrorów biologiczno-mikrobicznych, ponieważ, i tu wam już dużo zdradziłem niestety, ale w tych filmach jest tak, że kiedy się zorientujecie, o czym to jest i co się tam dzieje, to już scenariusz się pisze sam. Nic was raczej nie zaskoczy.
[02:23:24] - No i cóż, na koniec mogę powiedzieć o tym, że jednak jak człowiek ogląda film, w którym efekty specjalne miałyby znaczenie, to jak te efekty nie są na miarę współczesności albo chwilami od niej odstają. Ja nie mówię, że to są, powiedzmy, wersje animowane albo jakieś bzdury. Nie, ale widać chwilami, że to jest takie paździerzowe. Takie przynajmniej było moje wrażenie. Nawet do komiczności włącznie. Jest i taki moment, który mnie wręcz rozbawił. Ja wiem, że takie marudzenie jak ja w tej chwili, to ktoś mi zaraz powie, że przecież w Polsce na przykład nakręcono złotego smoka w „Wiedźminie” i też było śmiesznie. No właśnie, było śmiesznie. Więc tu chwilami zdarza się coś takiego. Nie dyskwalifikuje tego filmu.
A wracając do tych węży, do tej „Klątwy w Dolinie Węży”, ja tylko przypomnę, że polska antynagroda, taka jak Złote Maliny, to są właśnie Złote Węże, więc warto to po prostu zapamiętać. Ten zestaw dzisiejszy, tak jak to Piotr mówił na początku, bardzo różny. Bardzo różne filmy. Ja zdecydowanie zostanę przy tym filmie o Spitzbergenie. On zdecydowanie drasnął mnie najbardziej, najbardziej pociągnął za sobą. I może jeszcze tyle, że te dwa pozostałe filmy, chociaż marudziłem chyba najbardziej, a w gruncie rzeczy chyba tu jestem od marudzenia tak naprawdę. Marudziłem, ale wierzcie mi państwo, my w tym naszym cyklu przedstawialiśmy z Piotrem znacznie gorsze już filmy. Znacznie gorsze. Więc to są takie średniaki. Można obejrzeć, niczego nam nie urwie i w sumie może część z państwa nawet będzie zadowolona.
[02:25:47] - Tak, ja ten film z Kolbergerem nazwałem chyba „Tajemnicą Wyspy Węży” przed chwilą, a to była przecież „Klątwa Doliny Węży”.
[02:25:55] - Tak.
[02:25:56] - Swoją drogą to jest też ciekawa opowieść. Nie to, że ciekawa opowieść filmowa, ale raczej taka do analizy tego, jak swego czasu to kino wyglądało i co próbowano z nim w Polsce przy pomocy Związku Radzieckiego robić. Jeżeli ktoś nie widział, to polecamy. Jest tam Roman Wilhelmi w roli czarnego charakteru, takiego Czarnego anioła można powiedzieć. Marku, ale co za tydzień? Bo za tydzień znowu nowości.
[02:26:30] - Tak. Ale myślisz, że będziemy opowiadać dzisiaj, o czym powiemy za tydzień? Nie wiem.
[02:26:37] - Nie, chyba nie. Ale nowości będą. Będzie świeżynka kinowa i muszę przyznać, że bardzo dobra. Zdradzimy tylko, że będzie trochę o Apokalipsie, trochę o takich sprawach, ale więcej za tydzień. Do usłyszenia.
[02:26:55] - Pozdrawiamy. Proszę państwa, audycja mocno się rozwinęła, więc chyba czas na kącik literacki. I tu niespodzianka. Myślę, że część osób czeka na ten utwór literacki, bo pamiętacie państwo, w zeszłym roku było takie wydanie Bibliotekarium 2.0, które nosiło tytuł „Skrzypce”. Tam Radosław Olek przedstawił pierwszą część historii właśnie zatytułowanej „Skrzypce”. Dzisiaj mamy część drugą. Okazuje się, że chyba nie ostatnią. Część druga historii o skrzypcach nosi tytuł „Cygan”. To jest naprawdę długi kawałek prozy. Ivellios naprawdę musiał się napracować, ale sądzę, że było warto.
Zapraszam.
[02:28:04] - Radosław Olek. Skrzypce. Część druga. Cygan. Gnał w noc, słysząc za plecami krzynki, strzały, zawodzenia. Łuna pożaru szybko wygasła na niebie. Nieszczęsne dusze zamordowanych uleciały z dymem po czoki. Dopiero na gościńcu zrobiło się cicho. Tylko tętent kopyt sprawiał, że Żof wciąż czuł, że żyje. Zostawił za sobą wszystko: pieniądze, ubrania, dokumenty.
Został w jednej koszuli, kapeluszu i naprędce pochwyconym płaszczu. Z dawnego życia zostały tylko skrzypce i przyrzeczenie złożone przewodnikowi, że będzie walczył o miłość na przekór światom, które oddzielają go od ukochanej. Galopował przez noc, dopóki nie był pewien, że nikt go nie ściga. Wydawało się to nieprawdopodobne, ale napastnicy musieli go przeoczyć albo wypuścić przez niedbalstwo. Pocieszony tą myślą zwolnił i kłusem zmierzał w dolinę w kierunku miasta. Na rogatkach zwolnił do stępa, otulił się płaszczem i przez nikogo nie niepokojony wjechał między rudery przedmieścia. Nie ścigamy go? Nie ucieknie nam, Bert — odpowiedział elegancki oficer SS. Wiem, dokąd zmierza. Świt nieśmiało wciskał się światłem między domy.
Zanim zajrzał w okna, oświetlił ostrymi promieniami październikowego słońca wieże kościoła, baszty starego zamku, dumne mury nowego pałacu. Pokolorował uwieńczony nowoczesnymi kamienicami rynek z przyległościami i odsłonił brzedotę tego, co rozpościerało się zaraz obok. Chaty przedmieść, proste i tymczasowe, straszyły smrodliwym obejściem. Chrapały zmęczeniem poprzedniego dnia ciężkiej pracy, która zaraz miała się rozpocząć na nowo. Miasto spało. Kominy zakładów wyciągały się ku niebu jak macki wielkiej ośmiornicy, barwiącej atramentowymi kłębami błękit widoczny z płaskiej doliny pomiędzy górami. Węglowy dym snuł się nad domami, warsztatami. Zalegał lepką sadzą na oknach ciepłych od wewnątrz dzięki temu nowemu złotu ziemi przywożonemu koleją z niedalekiego Śląska. Miasto rosło na nim, budowało się, pęczniało nową pracą, jarmarcznym handlem, tym spotkaniem żywiołów: nowego, węglowo-żelaznego ze starym, wiejsko-drewnianym. Żof, wjeżdżając do miasteczka, czuł zapach wczorajszych jatek.
Słyszał łoczenie rojów much czekających na otwarcie okolicznych rzeźni. Z oddali dobiegał go jeszcze słodkawy zapach pszenicy palonej w miejscowym browarze. Prowadził konia powoli, stępem, żeby nie wzbudzić sensacji, niepotrzebnego poruszenia. Tym bardziej że na pustych ulicach mógł być łatwo zauważony. Samotny, nieznany Cygan w drogim płaszczu na dobrym koniu. Kusiła go myśl, żeby skręcić, spojrzeć z bliska na pałac zwany Nowym Zamkiem, w którym zapewne przebywała jego ukochana. Odegnał tą pokusę, żeby najpierw dotrzeć do zamierzonego celu. Liczył na to, że o tej porze uda mu się bez przeszkód dostać na drugą stronę doliny i znaleźć schronienie w cygańskim osiedlu, o którym wspominał Sindi. Kiedy kopyta zastukały po bruku, Żof zorientował się, że jest blisko rynku. Nabrał nadziei, że uda mu się przejść przez miasteczko niezauważonym.
Patrz pan, panie! Zawodzący głos pijaka zabrzmiał jak dzwon. Cygan! O! Ocknął się drugi. Faktycznie. Tępe, pozbawione wyrazu twarze chwiejące się birbantów zabłysły zawiścią. W płaszczu. Wystaw pan sobie. Takie czasy.
Czasy! Oj tak. Przypatrz się pan dobrze, bo nowe idą termina na takich jak on. Żof minął łachmaniarzy. Kiedy miał już zniknąć za rogiem, odwrócił się i spojrzał na nich znad postawionego kołnierza. Skurwysynów! Wrzasnął menel i pogroził Cyganowi pięścią. Złodziei! Kurwiarze cygańskich! Zawtórował mu drugi pijak.
Do piekła! Zaśmiał się złowrogo. Zatoczył i byłby upadł, gdyby nie towarzysz, nieco mniej przepity, który podtrzymał go, poklepał czule po policzku i mruknął coś, czego Żof nie mógł usłyszeć. Nieniepokojony więcej Cygan dotarł do wsi sąsiadującej z miasteczkiem od północnej, najnędzniejszej strony, zwanej przez jednych Zarzeczem, a przez innych, zapewne nie bez przyczyny, Szczurową. Domostwa przedstawiały się nadzwyczaj skromnie. Nie było elektryczności, bruku na ulicach, podmurówek, gontów na dachach, toalet. Byle jak sklecone chaty, rozpadające się rudery pamiętające jeszcze czasy pańszczyzny. Wszystko tymczasowe, zaniedbane na chwilę, jakby zasiedlone ludzkim robactwem. Żof zsiadł z konia, podszedł do najlepiej prezentujących się drzwi i zastukał głośno. Nie widząc miejsca do uwiązania zwierzęcia, wciąż trzymał je za ustę.
Usłyszał w środku poruszenie. Po chwili na progu stanął zaspany gospodarz. Pan Białoń? To ja. Bo co? Gruby Cygan potarł sumiaste wąsy i wetknął dłonie w kieszenie kamizelki. Sinti mnie przysłał z taboru. Tak? Białoń spojrzał spode łba. Miał nazwisko, jakby mu kto chciał wyrządzić przykrość albo wyśmiać, bo był czarny jak smoła.
Oczy, czupryna, wąsy i gęsty wczorajszy zarost, jakby węglem rysowane albo zanurzone w dziegciu. Taki był z niego białoń. A tak. Kazał tu przyjechać do Szczurowy i rzec, że się zmawiał z wami zeszłego lata na wizytę. Powiedział Żof. Coś więcej kazał rzec? Że ta klaczka, o której gadaliście wtedy, oźrebiła się. Jak jej było? Zapytał gospodarz. Bielucha.
Jak wam prawie. Dlatego źrebak miał być dla was. Miał? Jak to? Stało się co? Panie Białoń, to nie jest rozmowa na to miejsce. Żof rozejrzał się. W drzwiach innych domów stało już paru wąsatych mężczyzn. Z okien ukradkiem spozierały baby, a dzieciaki tu i ówdzie wyglądały zza węgła. Dobra, chodź pan do środka, tam mi wszystko opowiesz.
Znasz Sintiego. To wystarczy. Gestem zaprosił młodzieńca, ustępując z drzwi. A mówiłeś się nazywasz? Żof. Dziwacznie. Coś więcej? Żof Żitao. Po rumuńsku jakoś tak. Białoń nie miał światowego bycia jak Sinti.
Najdalej słyszał o Rumunii i Węgrzech w czasach po upadku CK Monarchii. Pali! Krzyknął na chłopca kręcącego się pod nogami. A weźże się za coś i odprowadź konia na łąkę, a pan mi tu zaraz opowiesz co i jak. Poklepał Żofa po ramieniu. Tego dnia miał być jarmark. Cyganie ze Szczurowej spodziewali się tłumów na rynku, radosnego rozgardiaszu towarzyszącego handlowaniu. Sinti z taborem mieli przybyć właśnie dziś, żeby sprzedać kotły, patelnie, konie. Planowali zabawić gawiedź kuglarskimi sztuczkami i cygańską wróżbą. Zagrać wieczorem do tańca.
Białoń usłyszawszy relację Żofa, zasępił się. Ugościł młodego, dał jeść i zakazał wychodzić. Sam zaś udał się na rynek wybadać, co w trawie piszczy. Żof wywiedział się, że Białoń zna koniuszego w pałacu i wybłagał, żeby się z nim rozmówił w sprawie księżnej panny. Rozgorączkowany młodzieniec nie mógł wyjść, nie mógł też spać ani jeść. Czekając na powrót grubego Cygana miotał się po chacie, aż baby zaczęły spluwać za nim na urok, że przeklęty. Wreszcie późnym popołudniem Białoń wrócił. I co? Rozmawialiście z nim? Żof od razu przeszedł do rzeczy.
Tak, ale nie w tym sprawa. Białoń siadł za stołem i skinął na babę, żeby dawała jeść. Na stole pojawiły się michy kaszy z omastą, chleb i drewniane łyżki. Białoniowa wycofała się pod piec i obserwowała, czy mężczyznom czego nie trzeba. Jak to? Zapytał Żof. Tak to, że dziwnie się dzieje. Masa ludzi do miasteczka się zeszła. Zaczął Cygan, sięgając po łyżkę. Żof odsunął swoją michę.
Mówcie no. Cygan zatkał się gulaszem. Jadł dalej, a Żof czekał na wieści. Żandarmi z Niemcami spędzili ludzi z okolicznych wiosek – opowiadał Białoń. Każdy ma trochę dobytku. Nie za wiele. Tyle, co w worku można unieść. Całymi rodzinami idą. Przełknął i wytarł michę chlebem. Niemcy mówią, że w nowe strony ich wywiozą na zasiedlenie.
Skinął na żonę. Kładała bimber i kieliszek. Cygan nalał i podniósł. No na zdrowie. Czyje? Nie boicie się? Pewnie ci sami, co w nocy tabor naszli, teraz ludzi pędzą. Białoń upił pół i podał Żofowi miejscowym zwyczajem. Patrzył, jak tamten wznosi toast, pije i się krzywi. Mocna.
Moja najlepsza. Chrząknął zadowolony. A tym to się nie przejmuj. Tabor pewnie zbójcy zaatakowali. Bandyci leśni. Pełno ich tu, od kiedy się wojna skończyła i Niemcy nastali. Nie boicie się? Bać się boję, ale zobacz, mało rolnych wysiedlają, co i tak pożytku z nich nie ma. Ani do pracy, ani do plonów. Może to i sens jest, żeby nowe tu nastało.
A co mi po Polakach? Krzywdy od nich nie mam, ale też miłości nie zaznałem. Z Niemcem może większy porządek. My się na kowalstwie znamy, na ciesielce, na warsztatach, w browarze, w zakładach przy żelazie. Do pracy się nadamy. Nas nie ruszą. Nie ruszą? Przecież to Niemcy na tabor napadli. Słyszeliście, jak mówiłem? Halt!
wołali. Może ci się przesłyszało, a może to przebierańcy. Zakończył Białoń. A co do tej twojej panny. Tak, jest tu. Jest, jest. Stajenne piwo wypił i się rozgadał. Od paru tygodni już tu w pałacu panna siedzi, po ogrodzie spaceruje, do nieba wzdycha. Plotki po folwarku chodzą, że wielkiego pana poznała. Artystę, co jej w głowie zawrócił i cnotę skradł.
Że to jest ten. No czekaj. Zagraniczny taki mezalians. O, tak na niego mówią. Wiesz kto on? Bo ci chyba w paradę wszedł. Wiem, wiem. To pomyłka. Ona mnie kocha. Jestem pewien.
Dobra, to tak możesz zrobić. Podobno panna i cała rodzina książęca bardzo losem tych wysiedlanych przejęta i zamierzają im pomóc. Garkuchnię na stacji wystawią, zupę będą rozdawać. Chleb, wodę. Rozumiesz? Kiedy? Jutro od rana. Tam ją pewnie spotkasz. Swoją królewnę. Widzielimy go, Herr Ober.
Od menela śmierdziało starym bimbrem i tanim tytoniem. Pocił się solidnie, a ubranie, którego zapewne nigdy nie zdejmował, lepiło się od tłustych plam i śladów rzygowin. Oficer przyłożył chusteczkę do nosa. Gdzie? Zapytał krótko. Na rogatkach. Dziś rano. Dokąd jechał? A skąd mam to wiedzieć, co? Odpowiadać.
Oficer świsnął pejczem o cholewę wysokiego buta. Nie wiemy. Przez rynek na północ. Może do tych Cyganów ze Szczurowy. Bo gdzie by schronienia szukał taki obcy brudas? Może... Zadumał się Niemiec. Nagroda? Żul wyciągnął brudną rękę. A może nie.
Odparł oficer. Za mało. Będzie nagroda, jak się ścigany znajdzie. Na razie to niepewna informacja. Ale... Wynocha, zanim stracę cierpliwość! Wrzasnął esesman. Zostaniecie wezwani, jeśli będzie trzeba. Wyciągnął spod biurka dwie butle markowej wódki. Zawahał się i jedną odłożył.
Drugą podał informatorom. Macie. Szkoda tego na was. Ale niech tam na zachętę. A teraz wynocha. Menel chwycił flaszkę drżącą ręką. Dłonie zetknęły się na krótką chwilę. Klejący brud przylgnął do palców Niemca. O, żytniówka prawdziwa. Haberbusch i Schiele.
Konfident przeczytał etykietę. Warszawska luksusowa. Się pijało w lepszych czasach. Podziękować panie oficerze, dziękować, rączki całować. Jakby co, wie pan, gdzie nas znaleźć. Skłonił się i wyszli. Wiem. W rynsztoku. Peter Fritz cofnął dłoń i spojrzał na nią z obrzydzeniem. Wyciągnął drugą butelkę.
Odkorkował. Zdezynfekował dłoń alkoholem i wytarł chusteczką, którą wyrzucił do śmieci. Otworzył okno i spojrzał na rynek. Tłum biedoty z okolicznych wiosek kłębił się w jedynym brukowanym kwartale miasteczka. Korzystając z jarmarku, wysiedleńcy próbowali spieniężyć swoje dobra albo wręcz przeciwnie za resztę górali i Reichsmarek kupić prowiant na drogę. Jutro ich już tu nie będzie. Niemiec radośnie zatarł ręce. Zrobią miejsce dla naszych osadników, prawdziwych gospodarzy. Wszystko tu będzie inaczej, lepiej. Nastanie cywilizacja i wreszcie ta ziemia będzie kwitnąć jak cała Trzecia Rzesza.
A tego Cygana pozbędę się przy okazji pomyślał, chwytając za telefon. Zakręcił korbą i podniósł słuchawkę. Przysłać mi tu kaprala Zulika. Bocznica dworca kolejowego w Żywcu roiła się od ludzi. Policja i żandarmi od rana prowadzili na stację całe rodziny zwiezione tu nocą z okolicznych wsi. Kobiety, dzieci i starcy byli wyganiani z obozu przejściowego i upychani w wagonach. Z podręcznym dobytkiem zebranym w zgrzebne worki mieli jechać do Generalnej Guberni albo dalej na wschód do pracy w gospodarstwach. Tylko wybranych mężczyzn zmuszano do zostania, oferując pracę w zakładach nowo utworzonej rejencji katowickiej. Ścisk i wrzawa na peronie były nie do zniesienia, a mimo to przy garkuchni księżnej pani ustawiały się kolejki chętnych na poczęstunek. Ludzie wiedzieli, że przed nimi daleka droga, więc z ochotą przyjmowali ciepłą zupę i kawałek chleba.
Księżna w towarzystwie córki i służby od świtu krzątała się, wydawała polecenia, nalewała nawet i rozdzielała jedzenie, kiedy przybywało interesantów. Żołnierz dotarł na stację dwa kwadranse przed godziną odjazdu pociągu. Stanął w kolejce do garkuchni. Wcisnął kapelusz na czoło, starając się nie pokazywać twarzy. Policzki szczypały go od lekkiego mrozu, ale od wewnątrz czuł żar, który zalewał głowę podnieceniem. Patrzył spod ronda na swoją ukochaną, która z uśmiechem pomagała wysiedleńcom znaleźć odrobinę ciepła w tak trudnym dla nich dniu. Była tak blisko. Żołnierz ledwie mógł uwierzyć, że zaraz się spotkają. A ja pana znam powiedział nagle chłopiec stojący przed żołnierzem. Daj spokój, Wiesiu, nie przeszkadzaj.
Matka pociągnęła dziecko za rękę, żeby nie stracić kolejki. Widziałem go u nas we wsi upierał się chłopiec. Z Cyganami. Nie zmyślaj Wiesiu, przecież widzisz, że ubrany po pańsku. Ale mamo! Prawda, żeś nie Cygan? Wieśniaczka przyjrzała się mężczyźnie, niepewna, czy dziecko nie ma racji. Patrz przed siebie, bo ci kolejka ucieknie odparł żołnierz po polsku najlepiej, jak umiał. A ty się synek nie interesuj, bo kociej mordy dostaniesz. Dziecko się rozpłakało.
Baba szybko odebrała zupę, zatkała buzię małego chlebem i odeszła przestraszona. Kwaśnica czy żur? Zapytała Maria Krystyna Altenburg, księżna Habsburg Lotaryńska. Żołnierz zdezorientowany wyciągnął rękę po talerz. Żur powiedział głośno. Ich dłonie spotkały się. Krystyna podniosła oczy i zaniemówiła ze zdumienia. To ja. Żołnierz uchylił kapelusza. Za dwa kwadranse za budynkiem stacji będę czekał.
Proszę. Żur dla pana powiedziała. Jak tylko pociąg ruszy dodała szeptem. Puścił do niej oczko i oddalił się. Parę kroków dalej wieśniaczka z dzieckiem przyglądała się rozmowie obcego mężczyzny z księżną. Widziała, jak szepczą coś do siebie. Rozpoznała w nim wreszcie Cygana, który nie tak dawno jechał z taborem przez jej rodzinne Ujsoły. Chodź Wiesiu, opowiesz policjantowi, kogo widziałeś powiedziała do synka. Podeszła do żandarma i mówiła do niego przez chwilę, wskazując na syna, na garkuchnię, wreszcie na budynek rozdzielni, za którym ukrył się żołnierz. Zaraz potem przepchnęła się do pociągu.
Rozległ się gwizd i lokomotywa ruszyła. Krystyna odłożyła talerze, wytarła dłonie w ścierkę. Muszę na stronę, matko powiedziała do księżnej pani. Tylko wracaj szybko. Zaraz podstawią następny pociąg zawołała za Krystyną księżna pani. Boże mój, ileż to rodzin wysiedlają! Cóż to za podłość tak ludzi traktować? Księżna, choć ze starej austriackiej arystokracji, litowała się nad prostymi góralami wyrzucanymi nocą z domów. Niektórych z nich znała osobiście. Byli jej poddanymi przez całe lata, aż nastały te nowe, niedobre czasy.
To Polacy, droga pani. Bert Sulik zjawił się znienacka. Znajdzie się im nowe miejsce na wschodzie, a tu osiedlimy naszych niemieckich braci, wygnańców z Galicji i Bukowiny. Po południu na główną stację ma zajechać pierwszy transport mówił, śledząc wzrokiem Krystynę, która zniknęła właśnie za rozdzielnią. Godzi się to tak? Zapytała księżna. Nie mnie to rozsądzać, jaśnie pani. Rozkazy są z samej góry, z Berlina i od gauleitera Brachta z Katowic. Ja tylko wykonuję, co kazano. Takim sposobem albo innym, Zaimburz będzie wreszcie niemiecki.
Sieg Heil. Zasalutował i oddalił się szybko. Odnalazł już tego, kogo polecono mu śledzić. Widział, jak rozmawia z młodą księżną, jak patrzą na siebie. Nie chcąc stracić go z oczu, wysłał umyślnego do majora Fritza z krótką wiadomością. Znalazłem go. Co robić? „Aresztuj natychmiast pod byle pozorem.” Nadeszła odpowiedź. Major zrobiłby to sam, gdyby nie musiał być na głównej stacji. Razem z gauleiterem Brachtem mieli powitać na nowych ziemiach Rzeszy pierwszych niemieckich przesiedleńców.
Stał z uśmiechem na trybunie honorowej, słuchając wojskowej orkiestry defilującej pod sztandarem orła ze swastyką, w duchu klnąc na czym świat stoi. Był tak blisko schwytania swego największego wroga, a nie mógł nic zrobić prócz ściskania rąk i machania osadnikom na powitanie. „Ukochana, odnalazłem cię wreszcie.” Żof ucałował dłonie Krystyny. Niepewny co dalej, spojrzał jej w oczy. Odpowiedziała bez zastanowienia. Wpadła mu w ramiona. Wtuliła się. „Tęskniłam, kochany. Tak, tęskniłam.” Myślami wracała do tych chwil w Wiedniu, kiedy po koncercie pocałował ją pierwszy raz. Chłonęła jego zapach i dotyk.
Ich dłonie splotły się, palce łapczywie zacisnęły. Zadrżała, kiedy ustami odnalazł jej usta. Czas stanął w miejscu. Świat nie istniał. Oddychali miłością zakazaną i skrytą. Dotyk szorstkiej, zarośniętej twarzy Żofa przywrócił Krystynę do rzeczywistości. Nie mieli wiele czasu. Zamieszanie na stacji miało się zaraz skończyć. „Zmieniłeś się” powiedziała, odsuwając się od niego. „To przez podróż.
Długo jechałem pociągiem, potem konno w taborze. Muszę się ukrywać. Ale już niedługo.” „Uciekniemy?” zapytała, nie czekając, aż Żof dokończy. Marzyła o tym, od kiedy go spotkała. Wtedy w Wiedniu żartował, że ją porwie i nikt ich nie odnajdzie. Na stacji rozległ się świst. Lokomotywa buchnęła parą i transport ruszył. „Dziś w nocy.” Żof przycisnął dłoń ukochanej do policzka. Znów pocałował. „Czekaj na mnie przy bramie parku na tyłach pałacu.
Sprowadzę konie. Pojedziemy drogą na Bielsko, potem Cieszyn i Ostrawę. Teraz muszę już iść. Nie daj Bóg ktoś nas zobaczy.” „Czekaj. Nocą uciekać będzie trudno. Nie widzisz, co się dzieje? Zwożą wieśniaków z okolicy. Właśnie po ciemku jest najwięcej transportów. Wszędzie pełno policji, żandarmów i tych fanatyków z SS.” „Mam lepszy pomysł.” „Jaki?” „Pojutrze jadę do Zadziela z matką. Biedaczka od kilku dni żyje losem wysiedlonych.
Potrzebuje odpoczynku. Będziemy wizytować od rana dworskie stawy. Potem pójdziemy na spacer mostkiem na Sole w lasy koło Tresnej. Spotkajmy się tam przy przeprawie, dobrze?” „Dobrze. Tak bezpieczniej.” Objął ją i przytulił. „Ubierz się ciepło. Przed nami daleka droga.” „Dobrze, kochany. Czekaj na mnie.” „Będę czekał, ma chérie.” Pocałował ją ostatni raz i odprowadził wzrokiem na peron. Transport odjechał. Służba przygotowywała dworską garkuchnię do powrotu.
Żof odczekał, aż Krystyna wsiądzie z matką do kolaski. Upewnił się, że odjechała. Pijany szczęściem ruszył z powrotem na Zarzecze do cygańskiej szczurowy. Nie dostrzegł kaprala Berta Zulika, który podążał za nim w ślad, łapiąc powietrze niczym gończy pies. „Brat? Ale jak to?” Zulik odebrał od majora kieliszek i wypił. „O, dobra. Niemiecka jakość. Po nazwie znać. Porządny haberbusch.
Żaden tam baczewski.” „Wódka jak wódka.” Peter Fritz nie wyprowadzał podwładnego z błędu. „Pójdziesz jutro na bocznicę śledzić jednego człowieka.” „Tego Cygana, co uciekł z taboru?” Domyślił się Bert. „Dlaczego tak ci na nim zależy?” Major SS Peter Fritz skrzywił się na myśl o tym, co miał zaraz powiedzieć. Nalał sobie i wypił. Spoglądając w puste szkło zaczął mówić: „Widzisz, Bert, moja świętej pamięci matka, zanim poznała ojca, miała romans. Jeszcze we Francji puściła się z jakimś cygańskim grajkiem. Dużo później dowiedziałem się, że z tego mezaliansu miała syna. Dlatego tak ich nienawidzę. Jak psów.” „I słusznie.” Bert podrapał się po brodzie. „Czyli rzeczywiście masz brata Cygana.
A to ci historia.” „Bękarta Cygana, co śmierdzi jak zgniła plama na czystej karcie rodzinnej historii. Dziadkowie próbowali to ukryć. Zamknęli matkę do czasu połogu. Pozbyli się dziecka. Potem odesłali ją do Berlina. Tam poznała ojca. Niemieckiego dyplomatę. Pobrali się. Urodziłem się ja. Byliśmy szczęśliwą rodziną.
Żałosna przeszłość matki została zapomniana, ale ona musiała to zniszczyć. Powiedziała mi. Liczyła, głupia, że pokocham brata, kiedy go poznam.” Jak niby mieliście się spotkać? Przecież został we Francji z włóczęgami, tak? Tak, przez jakiś czas. Ale ten dureń nie mógł pozostać tym, kim był. Zawszonym Cyganem. Miał smykałkę do muzyki i ktoś życzliwy, kiedy usłyszał, jak gra, pomógł mu w edukacji. Podejrzewam moją babkę. Matka jest na to za głupia.
Nieważne. Rzecz w tym, że ta kanalia zrobiła karierę. Mój brat, bękart, został wirtuozem skrzypiec światowej sławy. Wyobraź sobie. Matka zabrała mnie nawet na koncert jakieś pięć lat temu w Wiedniu. Przedstawiła nas tak, że żaden się nie zorientował. Podaliśmy sobie ręce, wymieniliśmy karty wizytowe. Dopiero potem powiedziała mi, z kim mnie poznała. I co zrobiłeś, majorze? Najpierw umyłem ręce — odparł Fritz.
— Swędziały od brudu i upokorzenia. Übermensch moim bratem. Nie mogłem w to uwierzyć, a ona przekonywała, że tak będzie lepiej. Wtedy pokazałem jej to. Położył na stole kord SS z inskrypcją. Widzisz ten napis? — zapytałem. — Moim honorem jest wierność. Wiesz, co to znaczy? Ach, głupoty jakieś — powiedziała.
— Trzymaj się z dala od ich polityki, Jean. Nic nie rozumiała, Bert. Moja biedna, głupia matka. To znak Świętej Legii, symbol nowej ery, która zmiecie to plugastwo z powierzchni ziemi. Nie będzie tu miejsca dla takich jak on. Tak jej powiedziałem wtedy w Wiedniu. A ona? Płakała. Załamywała ręce, jakby postradała zmysły. To twój brat, Jean.
Przecież rodzina. Macie nawet imiona na tą samą literę. Idiotka. Wyobrażasz sobie? Masz na imię Jean? Jesteś Francuzem? A to ciekawe. Byłem. Jean Besson-Pierre. Tak miałem wtedy na imię.
Zmieniłem urzędowo zaraz po tamtym spotkaniu. Ojciec zmarł krótko potem. Matki nie chcę znać. Nie mam już rodziny. Honor jest moją wiarą. SS to moje plemię. Ten Cygan jest ostatnim śladem przeszłości. Dlatego muszę go odnaleźć. Rozumiesz? Tak.
Bert wstał. Wyprężył się. Wyprostowana ręka wystrzeliła do góry. Heil Hitler! Heil! Koło południa Żof dotarł do Szczurowy. Uzupełnił po drodze zapasy i skierował kroki do domu Białonia. Znalazłem ją, moją ukochaną — powiedział od progu, szczęśliwy i roześmiany. — Jutro was opuszczam. A ona?
— zapytał krótko stary Cygan. Pojedzie ze mną. Ale to tajemnica. Nie zdradźcie mnie. Nie mów mi zatem, dokąd planujecie uciekać — powiedział ostrożnie stary i dodał: — Jeśli w ogóle uda wam się spotkać. Wiesz, że byłeś śledzony? Co też mówicie? — zdziwił się Żof. Niemiec, z tych nowych, za tobą szedł. Skąd wiecie?
Jesteście pewni, że za mną? Tak — odparł krótko Białoń. — Jak się zaczęła akcja z Polakami na bocznicy, postawiłem na rogatkach naszego osiedla sprytnych chłopców. Takich, co wiesz, cudzego konia podejdą i obcemu zegarek łatwo przytulą. Oni umieją patrzeć. Wiedzą, co w kim siedzi. Widzieli, jak za tobą szedł ten esesman, co z oficerem ostatnio przyjechał. Widywali go już wcześniej na bocznicy i na rynku przy ratuszu. Biały kot z czarną plamką na czole skoczył Żofowi na kolana. Dasz mi swoją gwiazdkę z czoła?
— pomyślał chłopak. — Może przyniesie mi szczęście. Pogłaskał go, myśląc o swojej sytuacji. Wydawało mi się, że jestem tu bezpieczny — powiedział. Bo jesteś — odparł Białoń. — Tylko nie wiem, jak długo. Esesman wycofał się, jak tylko zobaczył naszych. Ale wróci. Jestem tego pewien. Co jest, do cholery?
Nie widzisz, że starsi gadają? — warknął na chłopca, którego szarpał za rękaw. — Czego chcesz, Pali? Powiedzieć ci, co musza — odparł malec. To mów, jak musisz. U Zenka żem był. Którego? Od Walusiów. No i? Jego ojciec z kamratem wódkę pili.
Też mi nowina. Wszyscy wiedzą, że Waluś jest pijak. Drogą warszawską. Mówili, że od oficera dostali w ratuszu. Dobrze, żeś słuchał. Białoń potargał czarne loki chłopca. I coś jeszcze usłyszał. Jak bardzo popili, to mówili, że dadzą niedługo Niemce Cyganom popalić. I że oficer, ten nowy, więcej wódki im da, jak znowu pomogą. Jesteś pewien?
Słyszałeś co więcej? Na pewno tak mówili. Więcej żem nie słyszał. Uciekłem ze strachu. Widzieli cię? — zapytał Białoń. Nie, bo my się z Zenkiem w chowanego bawili. W szafie byłem, jak weszli. A Zenek to nic nie powie, bo on wie, że jego ojciec nam zawidzi, a mnie on lubi i... Dobra, starczy już.
Biegnij po jego konia. — Wskazał na gościa. Z pastwiska go to zaraz przyprowadź. Słyszałeś? Białoń odwrócił się do Żofa. Musisz uciekać jak najszybciej. Nie mogę tak od razu. Spotkanie dopiero pojutrze — odparł młody Cygan. Nie bądź głupi. Oni tu przyjdą.
Z jakiegoś powodu chcą cię dopaść. A skoro tabor rozbili i do polskich wsi wchodzą jak do siebie, to nie zawahają się przyjść i tutaj. Nie ma już u nas dla ciebie miejsca. Rozumiem. Żof wstał i niechętnie zaczął się pakować. W międzyczasie Palij doprowadził konia za dom i pomógł go osiodłać. Żof przytroczył sakwy, dopiął pasy mocujące futerał z cennymi skrzypcami. Przeciągnął dłonią po chropowatej powierzchni, myśląc z czułością o ukochanym instrumencie. Nie grał na nim od tygodni. Już niedługo, obiecuję — pomyślał.
Dopiął popręg i sprawdził strzemiona. Właśnie miał wrócić do izby, by pożegnać się z Białoniami, gdy z oddali dobiegł go warkot silników. Niemcy podjechali do Szczurowej od dwóch stron. Zatarasowali ciężarówkami ulicę i rozbiegli się po wsi. Kolby uderzyły w drzwi. Zdziwieni ludzie powoli wychodzili z domów i ustawiali się na środku drogi. Gdzieniegdzie jakiś krewki Cygan próbował protestować, ale potraktowany kolbami szybko dołączał do szeregu. Major Peter Fritz w idealnie skrojonym mundurze SS wysiadł z nowego auta KdF-Käferwagen. Zapalił papierosa i przeszedł bez słowa przed szeregiem wypędzonych na zimno mieszkańców. Po chwili warknął krótko do kaprala, w którym młodzi Cyganie rozpoznali tego, który śledził Żofa.
Na jego rozkaz kilkunastu żandarmów znów ruszyło przeszukiwać domostwa. Dwóch mocno pijanych mężczyzn w cywilu wskazywało, gdzie jeszcze mogą się kryć ludzie. Rechocząc, wynieśli z domu Białoniów stary zegar. Rzucili go na wóz, aż jęknęły kuranty. W zamieszaniu nikt nie dostrzegł Żofa, który opłotkami przebijał się poza granice wsi. Gdy minął ogrodzenia, Fritz zauważył go kątem oka. Wy trzej za mną! — rozkazał, rzucając papierosa. Bert, zostajesz. Wiesz, co masz robić.
Rozkaz! Trzasnęły drzwi auta i terenowy Käferwagen ruszył w pościg. Musiał się zaraz zatrzymać na blokadzie ustawionej z ciężarówek. Wściekły Fritz rzucał przekleństwa. Kierowcy przestawiali wozy. Cygan dotarł właśnie do drogi. Zerwał konia do galopu i pognał na Tresną. Gdy zniknął za zakrętem, auto Fritza znów ruszyło. Pisk opon prawie zagłuszył Berta, który rzucił krótko: cel. Karabiny podskoczyły do ramion żandarmów.
Pal! — padł rozkaz, zanim ktokolwiek zdążył się poruszyć. Major Peter Fritz uzgodnił akcję z gauleiterem Brachtem, zanim ten wrócił z powitania osiedleńców w Zaimburz do Katowic. Ma to wyglądać na lokalną ruchawkę — rozkazał Bracht. Proszę się nie martwić. Miejscowi nienawidzą Cyganów. Zajmą się nimi z ochotą — zapewnił major. Nic na piśmie, Fritz. Nie było tej rozmowy. Oczywiście, Herr Bracht.
Oddolna inicjatywa, jak mówiłem. Fritz uścisnął dłoń gauleitera na pożegnanie. W południe wydał właściwe rozkazy. Pierwszy szereg padł. Zanim drugi zrozumiał, co się dzieje, żandarmi przeładowali i wystrzelili ponownie. I znowu. Tym razem bez rozkazu. Rozpoczęła się bezładna rzeź. Huk wystrzałów mieszał się z krzykami, płaczem i błaganiami o litość. Gdy tylko rozległy się strzały, pijani konfidenci rzucili zrabowane sprzęty i schowali się za wozem.
Nie mogąc uwierzyć własnym oczom, patrzyli przerażeni na to, co się działo. Po niecałym kwadransie ostatni Cyganie leżeli zabici lub ranni. Oprawcy dobijali bagnetami leżących. Waluś wyjrzał zza dyszla. W kłębowisku ciał poruszyła się czarna główka. Mały chłopiec, nieprzytomny ze strachu, dostrzegł znajomą twarz. Wujku, ratuj! Mały poderwał się. Biegł co sił. Myśli leciały szybciej niż nogi.
Ojciec Zenka. Zabawa w chowanego. W szafie nie znajdą. Pali! Waluś zdążył wyciągnąć ręce, gdy rozległ się suchy trzask. Czarna główka podskoczyła. Chłopiec rozrzucił ramiona. Poleciał na twarz odrzucony siłą wystrzału. Znieruchomiał. Waluś stał wpatrzony w ciało.
Nie wiedział już, czy główka dziecka jest czarna, czy jasna jak u Zenka. Krew zalała włosy, zmieszała się z ziemią. Posprzątacie ich, Waluś — rozkazał Bert Zulik, chowając parabellum do kabury. Pijak spojrzał na Niemca nieprzytomnym wzrokiem. Krew odpłynęła mu z twarzy i zemdlał. Jak miało być, tak stoi w raporcie — pomyślał Bert Zulik, podsuwając mu kilka godzin później papiery. Pijany do nieprzytomności Waluś przerwał zasypywanie grobu i podpisał się, ledwo trzymając pióro w palcach. Jego druh dawno już leżał nieprzytomny w krzakach. Waluś, popchnięty na skrań dołu, zrzucał ostatnie skiby ziemi na twarze sąsiadów. Culik powoli wyjął lugera z kabury.
Nie mogło być żadnych świadków. Zmierzch otula domostwa Porąbki szarą mgłą. Od potoku niósł się zapach liści spływających z ostatnim jesiennym deszczem. Ciężkie chmury zasnuły niebo. Zaczął padać drobny śnieg. Maryśka wyszła na dwór, żeby sprowadzić krowę z pastwiska. Słońce już zachodziło i chwytał mróz. Byłoby szkoda, gdyby się bydle zasiębiło. Z wysokości zbocza, na którym stał jej dom, góralka zauważyła jeźdźca. Galopował drogą wzdłuż zalewu prosto na niemieckie posterunki strzegące zapory.
Tamę na Sole zbudowali Francuzi jeszcze przed wojną. Rozsiadła się pomiędzy górami Małego Beskidu, przecinając strategiczną drogę z Żywca przez Tresną na północ. Po jej otwarciu wszystko się zmieniło. Powstało wielkie jezioro, a Międzybrodzie, kolonia Porąbka i okoliczne sioła przestały być zalewane przez roztopy i gwałtowne deszcze. Maryśka z Władkiem, których dom stał dotychczas wysoko nad ujściem potoku do Soły, z nastaniem tamy zbliżyli się do wody. Ich domostwo zyskało idealny widok na zaporę. Dlatego teraz, widząc z góry jeźdźca pędzącego szosą, Maryśka zatrzymała się, żeby zobaczyć, co się wydarzy. Konny gnał na łeb, na szyję. W łopoczącym czarnym płaszczu wyglądał jak kruk uciekający przed jastrzębiem. Był już blisko.
Maryśka wiedziała, że dyszy z wysiłku. Koń miał mokre boki i toczył pianę z pyska. Od strony Międzybrodzia wył silnik auta. Tego człowieka ktoś ścigał. Kiedy uciekinier zobaczył posterunki, ściągnął gwałtownie wodze. Koń stanął dęba, zatańczył w miejscu i zarżał. Jeźdźcem rzuciło. Zgubił kapelusz, ale utrzymał się w siodle. Gęsta czupryna zakryła mu oczy. Odgarnął ją, obrócił wierzchowca.
Rozejrzał się w panice, jakby chciał zawracać. Jego wzrok padł na samotną kobietę z krową. W oczach obcego Maryśka zobaczyła strach i prośbę o ratunek. Nie było czasu na słowa. Uniosła rękę, wskazując sekretną ścieżkę wzdłuż potoku w góry. Ciemnowłosy skinął głową i zaciął konia. Dziewczyna spojrzała jeszcze na posterunek. Wartownik niczego nie zauważył. Gdy uciekinier zniknął w gęstwinie, zza zakrętu wyłonił się samochód. Pędził na zaporę, jakby kierowca nie widział szlabanu i stróżówki.
W ostatniej chwili auto zahamowało gwałtownie, a ze środka wyskoczył umundurowany Niemiec. Pewnie ważny, pomyślała Maryśka, bo zaczął krzyczeć na żołnierzy i machać rękami. Strażnicy najpierw salutowali, potem rozłożyli ramiona. Wreszcie wezwali dowódcę. Kobieta postanowiła zejść z widoku. Jak to nie możecie? Peter Fritz wydzierał się na dowódcę zmiany. Ścigam zbiega! Z rozkazu gauleitera Brachta mam doprowadzić żywego czy martwego. Macie obowiązek.
Moje obowiązki i rozkazy przychodzą telegramem z dowództwa Wermachtu w Bielsku, majorze. Ta tama to obiekt strategiczny. Ma być strzeżony całą dobę, bez wyjątków. Przykro mi. Rozkazuję wam natychmiast. Z całym szacunkiem, w dupie mam wasze rozkazy, Fritz, czy jak się tam nazywacie. Wycedził przez zęby oficer i odpiął kaburę pistoletu. Zabierajcie się stąd natychmiast! Esesman zmierzył go wzrokiem. Był tylko z kierowcą i dwoma żandarmami.
Posterunku strzegło dwóch żołnierzy z karabinem maszynowym. Do tego oficer i jego ludzie w budynkach zapory, którzy na pewno przybiegną, jak tylko usłyszą strzały. Fritz zrozumiał, że nie ma szans. A ludzi wam nie dam — dodał oficer. Za bezpieczeństwo zapory odpowiadam głową. Wyraziłem się jasno, panie majorze? Zapłacicie za to. Jutro raport trafi do dowództwa. Proszę bardzo. Jeśli chcecie, majorze, mogę się nawet pod nim podpisać.
A teraz żegnam. Fritz wycofał się. Trzasnął drzwiami samochodu. Zdał sobie sprawę, że w ciemnościach z trzema ludźmi niewiele osiągnie. Musiał ściągnąć posiłki. Wściekły dał rozkaz powrotu do Żywca. Jadąc pocieszał się, że mróz i wzmagająca się śnieżyca wykończą znienawidzonego Cygana. Nad ranem, kiedy przestało padać, od zapory w górę strumienia ruszyła obława. Lasy w kierunku na Koszarzyska i Chrobaczą Łąkę rozbrzmiały szczekaniem psów i nawoływaniem ludzi. Los żofa wydawał się przesądzony.
Koń okulał dziesięć minut po tym, jak Cygan wjechał w las. Poślizgnął się na kamieniach koło mostku nad strumieniem i skręcił nogę. Żow zaskoczył z siodła i chwycił zwierzę za usta. Pociągnął je za sobą, licząc, że dotrze w miejsce, gdzie będzie mogły się schronić. Dziękował w duchu kobiecie, która wskazała mu ukrytą między drzewami drogę w góry. Dookoła gęstniał stary, mroczny las. Świerki zwieszały do ziemi wąsate gałęzie. Przy ścieżce w gąszczu paproci i łopianów szumiał potok. Padało coraz bardziej, a powietrze ściął mróz. Żow drżał z zimna.
Lekki płaszcz nie wystarczał na taką pogodę, ale przecież kiedy wyjeżdżał z Wiednia, nie planował samotnych wypraw w góry. Szedł może trzy kwadranse, może godzinę, aż dostrzegł światło. W ciemnej ścianie lasu, wtulony między drzewa, stał dom. Żow obserwował go chwilę. Rozważał, czy iść dalej, czy zaryzykować. Samotna chata, niezbyt duża, z małą obórką i kilkoma drzewami w sadzie. Wyglądała przytulnie i bezpiecznie. Żow przywiązał konia do płotu, podszedł do drzwi i zapukał. Otworzyła mu kobieta o pięknych niebieskich oczach. Zwróciły jego uwagę mimo sytuacji.
„Wpuścisz mnie?” — zapytał. „Nie.” Patrzyła na niego z obawą. „Mąż niedługo wróci.” Było w niej coś smutnego, ledwo dostrzegalny cień bólu pod powiekami, jakby nie spała od kilku nocy. „Pomóż mi, proszę.” Cygan złożył ręce. „Nie mam dokąd pójść, a chwyta mróz. Dam ci konia.” Pokazał za siebie. Otworzyła szerzej drzwi i wyjrzała. Śnieg padał coraz bardziej. Choć ledwo widziała karego wierzchowca przy płocie, zdołała ocenić, że nigdy nie widział pługa ani dyszla. „Dobrze.
Wprowadź go na podwórze.” Zamknęła drzwi, ale nie zasunęła rygla. Po chwili Żow siedział w izbie przy piecu, grzejąc ręce nad fajerkami. „Mogę ci dać kartofli i koziego mleka. Więcej nie mam” — powiedziała dziewczyna. Skinął głową. Ona zakrzątnęła się przy kuchni. „Jak masz na imię?” — zapytał. „A po co ci wiedzieć?” Odwróciła głowę. Długi, jasny warkocz przeciął powietrze. „Chciałbym znać imię swojej ratowniczki.” Skłonił się szarmancko i uśmiechnął.
Nie mogła się oprzeć jego czarownemu spojrzeniu, więc odwróciła się do kuchni. „Obcy jest. Znać po tym, jak mówi.” — stwierdziła, wycierając ręce w fartuch. — „Nie może tu zostać.” — dodała poważnie. Postawiła przed nim garniec z mlekiem i michę kartofli. Żow, jedząc, rozglądał się po izbie. Na kanku przy drzwiach wisiał jeden kożuch, czapka i chustka. W rogu stała maselnica, para butów, przy stole dwa krzesła. Łóżko zasłane z jedną poduszką. Na prostej szafce obok pieca suszyła się jedna miska z łyżką.
W szafce za szkłem nie było butelek. „Nie masz żadnych męskich sprzętów.” — stwierdził Żow. — „To gdzie ten twój chłop?” Kot leniwie przeciągnął się na oknie, jakby chciał potwierdzić przypuszczenia Cygana. „Nic mu do tego.” — żachnęła się dziewczyna. — „Jest gdzie jest i wróci. Niedługo.” Oparła się o piec i milczała pochylona. Wyglądała, jakby ciężar zmartwień przegiął jej barki. „Masz rację. Nie moja sprawa.” — powiedział Żow. — „Nie chciałem cię smucić.
Przepraszam.” Skinęła głową, wytarła twarz rąbkiem fartucha i odwróciła się. „Nie może tu zostać.” — powtórzyła. — „W słowach czuć, że nietutejszy. Wygląda jak Cygan, choć płaszcz zacny. Koń u niego styrany. Kuleje. Cud, że nie padł. Widać, żeś uciekinier, a ja nie potrzebuję kłopotów. Dość mam swoich.” „Masz rację.” — przyznał po raz kolejny. Dopił mleko i wstał.
— „Rano pewnie ruszy pościg. Powinienem wtedy być już daleko. Dziękuję ci stokrotnie za gościnę i… ” Spojrzał na nią tak, że poczuła, jak miękną jej nogi. „Nigdy ci tego nie zapomnę.” „Gadanie tam. Nic takiego nie zrobiła.” „Zostawiam ci konia i wszystko na nim. Okulał, ale może wyjdzie z tego. Żąd jest sporo wart. To, co w sakwach też. Zabiorę tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Resztę sprzedaj albo ukryj, w razie gdyby szukali.” „Dobrze.” „Teraz najważniejsze.” — powiedział, biorąc do ręki futerał. — „Te skrzypce…” „Co z nimi?” „Są najcenniejszą rzeczą, jaką mam.” Przejechał dłonią po futerale. Otworzył go. Położył instrument na stole z czułością, jakby kładł dziecko. „Strzeż ich jak oka w głowie, bo mają magiczną moc. Kiedyś wrócę po nie. Tak jak wrócę do tej, którą kocham.” Dziewczyna zarumieniła się. W jej oczach zalśniły łzy, jakby na wspomnienie kogoś bliskiego. Patrząc, jak Żow dotyka skrzypiec, zapragnęła, żeby ten, którego przy niej nie było, kiedyś jeszcze ją tak dotknął. „Może i mnie przyniosą szczęście.” — wyszeptała.
„Daj Bóg.” Słowa Cygana zabrzmiały jak zaklęcie. „Do zobaczenia.” — rzekła, odsuwając rygiel. Z Bogiem — odparł. Jak masz na imię? — zapytał, stojąc już na progu. Jadzia. Żegnaj zatem, Jadwigo o oczach błękitnych jak niezapominajki. Cygan zaśmiał się i zniknął w ciemnościach. Zamknęła za nim drzwi i zasunęła rygiel. Dopiero wtedy odetchnęła z ulgą.
Skrzypce wciąż leżały na stole. Bursztynowe pudełko z fikuśnym zawijasem ozdobione srebrnymi strunami. Jadzia odłożyła je delikatnie do futerału i przykryła seledynową narzutą haftowaną w kwiaty i nuty. Spojrzała na złoty napis w obcym języku. Zauważyła tabliczkę z adresem: Le Croix, Anno Domini 1884. Nie przeczytała więcej. Lepiej nie wiedzieć. Zamknęła futerał i schowała go za piecem. Jeszcze tej samej nocy odprowadziła konia do przyjaciół w Górze Strumienia. Położyła się spać nad ranem.
Nie słyszała obławy, która ruszyła o świcie. Ogary pomknęły po śladach wyraźnie odciśniętych na pierwszym w tym roku śniegu. Czeka pani na kogoś, księżno? Pomylił mnie pan z kimś, Herr… Fritz. Peter Fritz. Uszanowanie. Oficer zasalutował i wyciągnął rękę. Nie przyjęła jej. I raczej nie pomyliłem — kontynuował.
Poznaliśmy się kiedyś na koncercie w Wiedniu. Maria Krystyna Antenburg, księżna Habsburg Lotaryńska, prawda? Pamiętam jak dziś. Zrobiła na mnie pani piorunujące wrażenie. Doprawdy, nie mogłem się nadziwić, że tak piękna istota- Do czego pan zmierza? — przerwała mu ostro. Wiem, że pani tu na kogoś czeka. Esesman odkrył karty. Tak? — zapytała, szczelniej otulając się płaszczem.
Czuła, że coś jest nie tak. Chłód ścisnął ją złowrogim drżeniem w okolicy serca. Może na kogoś w takim kapeluszu. Fritz wyjął zza pleców klasyczny homburg. Dokładnie taki, w jakim przedwczoraj Krystyna widziała Żofa. Zbladła. Zacisnęła palce. Nieistotne. Fritz wyciągnął ze srebrnej papierośnicy berlińskiego Junona. Zapalił.
Zaciągnął się głęboko. Ważne jest to, że ten człowiek nie będzie więcej pani niepokoił. Gbur ze mnie. Przepraszam. Zapali pani? Wyciągnął do niej pudełko. Od środka wygrawerowane były na nim inicjały J.G. „Nigdy nie dowiedziałam się, jak miał na nazwisko” — pomyślała Krystyna z nadzieją. Żytany się skończyły. Muszą wystarczyć niemieckie Junony.
Dziękuję, nie palę. Odwróciła się, żeby ukryć drżenie ust. Fritz zaciągnął się, obserwując jej cierpienie. Czekał. Co się z nim? — zdobyła się na pytanie. Uśmiech triumfu zagościł na ustach esesmana. A jednak! Przyznała się. Teraz wystarczy tylko dać jej nadzieję.
To przecież nic osobistego. Zwykłe przesłuchanie. Mam do niego parę pytań. Fritz miał to zdanie na końcu języka. O! A cóż to za przystojny młodzieniec? Księżna pani, która właśnie przeszła na drugą stronę mostu, wtrąciła się do rozmowy. Peter Fritz. Uszanowanie księżnej pani. Co pan robi w tych stronach?
— zapytała matka Krystyny. Bo my, jak widać, zażywamy spaceru. Tutejsze lasy są do tego idealne. Istotnie. Miałem okazję się przekonać. Okoliczne góry sprzyjają długim wycieczkom. I polowaniom. Spojrzał ukradkiem na Krystynę, która ukryła twarz w dłoniach. Może warto pomyśleć o jakimś ośrodku, stałym miejscu, gdzie kadra oficerska mogłaby wypoczywać w spokoju. Prawda?
— matka przytaknęła oficerowi i pochyliła się do córki. Co ci jest, kochanie? Nic takiego. — Krystyna oderwała ręce od oczu. To ten mróz. Mam wrażenie, że zamiast serca mam bryłę lodu. Och, jak zwykle przesadzasz. Nie jest wcale tak. Księżna pani machnęła ręką, uśmiechając się do Fritza. Podobał jej się ten oficer.
Młody, elegancki, o nienagannych manierach, z nieco dziwnym, ale uroczym akcentem. Możemy już iść, mamo? Błagam cię. — Krystyna nie mogła stłumić drżenia w głosie. Wzięła matkę pod ramię i pociągnęła za sobą. Księżna pani spojrzała na nią spod zmarszczonych brwi i usadziła w miejscu. Przepraszam pana, majorze. Nie wiem, co w nią wstąpiło. Ja tym bardziej. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy.
Fritz wpatrywał się w Krystynę. Księżna pani wzięła to za dobrą monetę. Nie wykluczam — odparła, uwalniając ramię córki. Do widzenia zatem. Krystyna odwróciła się bez słowa. Prawie biegła do auta, połykając łzy. Co się stało z Żofem? Dlaczego nie dotarł i co ma z tym wspólnego ten esesman? Spodziewała się najgorszego, dlatego zaraz po powrocie, jeszcze wieczorem wybrała się do Szczurowy. Spodziewała się, że Żof tam się zatrzymywał i znajdzie we wsi odpowiedzi na dręczące ją pytania.
Powitała ją pustka i jacyś ludzie wywożący resztki mebli. „Wysiedlili Cyganów” powiedział ktoś. „Jak wcześniej małorolnych.” Kiedy spojrzała z odrazą na to, co robili, usłyszała: „My tylko sprzątamy. To już niczyje.” Nie zapytała o Żofa. Nie zdobyła się na odwagę. Od tego dnia nosiła tylko czarne suknie. Nie chciała się z nikim widywać. Siedziała całymi dniami milcząca i patrzyła w okno, jakby czekała, aż jej Cygan wróci i zabierze ją w świat. Tak jak sobie wymarzyli w tej krótkiej chwili, gdy widziała się z nim po raz ostatni. Za oknem mroźny wicher wył przeraźliwie.
Szarpał struny przeklętych skrzypiec, pytając los, czy Cygan jeszcze kiedyś na nich zagra.
[03:28:32] - No i co, proszę państwa? Chyba się nie bardzo pomyliłem, kiedy mówiłem, że warto tej historii wysłuchać. Ma klimat, to zdecydowanie. I chyba będę czekał na dalszą część. Z takich nieśmiałych deklaracji autora wynika, że to się może rozrosnąć w coś większego. Jak państwo sądzicie? Chyba byłoby dobrze. To naprawdę jest proza, która wciąga. Proza, która sprawia, że podążamy za autorem, podążamy za bohaterami. Przepraszam za to durne porównanie, ale trochę autor jest jak ten człowiek z fletem, który wyprowadzał szczury z miasta.
My co prawda pełnimy rolę tych szczurów, ale proszę się nie przywiązywać. Porównanie jest kalekie, natomiast chodzi o pewną magię, którą autor wykonuje i myślę, że wykonuje całkiem nieźle. To tyle. Pięknie dziękujemy autorowi. No a cóż teraz dalej? Teraz dalej to ja zapraszam państwa na spotkanie z Krzysztofem Piskorskim. Krzysztof Piskorski opowie o tym, na ile fantastyka naukowa była w stanie przewidywać przyszłość. W różnych etapach, różnych autorów bierze za przykład. Myślę, że ten wykład, ta prelekcja będzie dla państwa pouczająca. No i chyba ciekawa po prostu.
Ale jeszcze taki krótki rys biograficzny. Krzysztof Piskorski to rocznik ’82. Polski pisarz, autor fantastyki, ale też twórca gier fabularnych. No i publicysta. I co ważne, a może najważniejsze, dwukrotny laureat Nagrody imienia Janusza Zajdla. Studiował, dla mnie przynajmniej to tak wygląda, dosyć odległe od siebie kierunki, bo archeologię oraz informatykę. A debiutował artykułami związanymi z grami fabularnymi w takich magazynach jak „Magia i Miecz” oraz „Portal”. Cóż dalej? Debiutował literacko w 2004 roku na łamach Nowej Fantastyki. Swoje opowiadania publikował również w takich czasopismach jak „Science Fiction”, „Magazyn Fantastyczny” oraz w kilku antologiach.
Takim debiutem książkowym autora była opublikowana powieść, połowa pierwszego dziesięciolecia około XXI wieku. Ta powieść nosiła tytuł „Wygnaniec” i była pierwszym tomem trylogii, w której ten autor stworzył oryginalny świat fantasy inspirowany tradycją, kulturą Półwyspu Arabskiego. Był jeszcze zbiór z 2007 roku „Poczet Dziwów Miejskich”. To z kolei było takie sięgnięcie do lokalnego wrocławskiego kolorytu. Wiem jeszcze, że autor jest autorem, który lubi steampunk. Ten gatunek najwyraźniej go kręci. Takie utwory z tego gatunku znajdziecie państwo chociażby w dostępnej bezpłatnie antologii. Sieciowo jest chyba dostępna. Nosi to tytuł „Ostatni dzień Pary”. Tam możecie państwo tego gatunku w wykonaniu naszego dzisiejszego gościa zakosztować.
No a teraz zapraszam już państwa na prelekcję o tym, na ile fantastyka naukowa była w stanie przewidzieć przyszłość.
[03:32:49] - Dobrze, zanim zaczniemy dwa albo trzy małe zastrzeżenia. Pierwsze małe zastrzeżenie. W programie pojawiła się tylko część tytułu prelekcji „Fantastyka a przyszłość”. Podczas gdy ta druga część prelekcji, tytułu prelekcji jest absolutnie kluczowa. Trafienia i pudła. Dlaczego trafienia i pudła? Bo my jako fani fantastyki szczególnie lubimy podbudowywać swoje ego tym
[03:33:16] - ... historiami, kiedy fantastyka realnie przewidziała przyszłość. Wiadomo, futurologia Lem i tak dalej, to są rzeczy, które łechcą nasze ego. Natomiast jest bardzo wiele zabawnych przykładów, kiedy fikcja fantastyczna z przyszłością całkowicie się rozminęła, kompletnie nie trafiła. I jako wielbiciela literackich kuriozów zawsze mnie też ta część szczególnie fascynowała. Dlatego tutaj będziemy mieli troszeczkę przykładów, kiedy coś zostało szczególnie trafnie przewidziane i troszeczkę przykładów, kiedy coś katastrofalnie rozminęło się z prawdą. Mam nadzieję, że fani fantastycznej futurologii nie poczują się troszeczkę dotknięci, że w to nasze dobre, fantastyczne samopoczucie wbijam troszeczkę szpilki, ale szpilek parę będzie. Druga rzecz to już oczywista. Jest kilka ciekawych materiałów graficznych. Nie ma rzutnika, więc jeśli ktoś chce zobaczyć więcej, to proponuję podejść.
I wreszcie trzecia rzecz. Wszystkie te ciekawostki są oczywiście w subiektywnym wyborach. Słuchajcie, na sali są osoby, które bardzo dużo czytają. Prawie wszystkie. Niektórzy prawdopodobnie przeczytali dużo więcej klasyki fantastycznej niż ja i będą mieli wiele innych ciekawych przykładów. Nie obawiajcie się, mówcie. Jeśli sami spotkaliście się z jakąś zbliżoną lub podobną ciekawostką, bardzo chętnie to od was usłyszę i prawdopodobnie bezczelnie dorzucę to do następnej edycji prelekcji. Więc jak najbardziej warto przerywać prelegentowi coś od siebie dorzucać. Dobrze. Chodźcie, bo nie będziecie nic z lapka widzieć.
[03:35:05] - Są dwa miejsca.
[03:35:06] - Jest opcjonalne, ale niekonieczne. Jeśli ktoś chce widzieć dodatkowy materiał wizualny, można się zbliżyć. Ale spokojnie, można tak. Więc powiedziałem przebywajcie i przeszkadzajcie, ale bez przesady. Bez przesady proszę. Dobrze. Cały pomysł na prelekcję wziął się częściowo z dwóch obrazków, które od początku roku często ludzie sobie przerzucali w internecie, szczególnie w pandemowym internecie. Pierwszy wyglądał tak. Niedawno, na początku tego roku minęła pierwsza z kluczowych dat w kanonie świata „Łowcy androidów”, filmowego Blade Runnera. To znaczy w filmowym Blade Runnerze 10 kwietnia 2017 roku urodził się jeden z replikantów, replikant Leon.
W jego przypadku mamy akurat tą datę podaną i już możemy chyba z całą pewnością stwierdzić, że ta przyszłość się nie wydarzy. Może dla niektórych z rozczarowaniem, może dla niektórych z ulgą. Już za późno. Jeśli Google w jakimś magazynie w Kalifornii nie poskładało Leona, to już prawdopodobnie poskładać nie będzie. Więc przykład przyszłości, która raczej nie nastąpi. A kontrapunktem do tego był również pojawiający się w tym samym czasie obrazek głęboko ironiczny, w którym cytat z Lema opisujący czynniki optonów przypominające bardzo e-booki na ekranie czytnika e-booków. Opton Lema był urządzeniem, które pozwalało nam odtwarzać kryształki z treścią i tą treścią bardzo często były książki na takim urządzeniu z jednym ekranem z jedną stroną.
[03:36:56] - Ja wczoraj puszczałem na prelekcji ten flow właśnie, tylko mówiony.
[03:37:00] - Tak, dokładnie. To już w ogóle lemocercja. Dobrze. Swoją drogą to, że Lemowi wpadł do głowy pomysł elektronicznego czytnika książek, ale te kryształki z elektronicznymi książkami kupuje się u niego fizycznie w księgarni też jest bardzo ciekawym, pewnym anachronizmem, że Lem co prawda e-booki przewidział, ale nie przewidział Amazona. O tym też będziemy na dzisiejszej prelekcji. Obok rzeczy kompletnie nietrafionych, które wiadomo, że się nie wydarzą, tak jak właśnie świat „Łowcy androidów”, przynajmniej w tych ramach czasowych, w których miał się wydarzyć. Przez rzeczy, które naprawdę autentycznie się wydarzyły, czyli na przykład stworzenie czytnika elektronicznych książek. Pomiędzy nimi istnieje cała dziwna szara sfera, w której są predykcje często tego samego autora w tym samym dziele, które trafiały w bardzo różne rejony, od całkowicie sprawdzonych do absolutnie katastrofalnie dziwacznych. Jednym z takich najlepszych przykładów z kolei nieszpanego dzieła jest znowu literackie kuriozum. „Paryż XX wieku” Juliusza Verne'a.
Powieść zaginiona o bardzo ciekawej historii. To jest jedna z powieści Verne'a, która nie ukazała się za jego życia. Po prostu został kopnięty w tyłek przez swojego wydawcę. Weź, Juliusz, ty napisz jakąś kolejną przygodę z jakimś niezwykłym wynalazkiem, a nie ty mi tu takie tam. Powieść „Paryż XX wieku” ukazała się dopiero w latach 90. ubiegłego wieku. Jakieś 100 z hakiem ponad lat po tym, jak się miała planowo ukazać. Jest to właśnie ciekawy miks, moment, w którym Juliusz Verne próbuje się bawić w autentyczną futurologię i ciekawy miks trafień i nietrafień. Akcja powieści toczy się w połowie XX wieku, lata 60. Paryż.
Swoją drogą ciekawostka dla autora wieku XIX lata 60., 1960 rok w Paryżu to była taka odległa przyszłość, że nie wiadomo, co w tych czasie mogło się zdarzyć. Pozornie nic się nie zgadza, wszystkie pozornie przewidywania Verne'a padły, brzydko mówiąc, na twarz, bo w tym Paryżu w 1960 roku co się dzieje? Panuje na świecie taka osobliwa technokracja. Światem rządzą inżynierowie. Kult wiedzy. Wiadomo, dążenie do coraz większego udziału nauki w życiu publicznym, które Verne widział wokół siebie jako taką linię trendu sobie wyrysował rosnącą. I wyszło mu, że w połowie XX wieku ludzie będą zajmowali się tylko i wyłącznie nauką. Główny bohater szuka książki Balzaca w księgarni. Nieskutecznie, bo są tam jakieś podręczniki inżynieryjne. Wygrywa konkurs recytacji poezji łacińskiej, co rodzina przyjmuje z przerażeniem, bo to zgroza i anema, żeby się humanistycznymi naukami jakimikolwiek zajmować.
A poezja i łacina to już w ogóle hańba, jeśli ktoś, ktokolwiek się tym zajmuje. Nie ma wojen, bo wojny się toczą za pośrednictwem naukowców, którzy konstruują coraz lepsze maszyny, które same ze sobą walczą na polach bitew. Czy to jest akurat nietrafione przewidywanie, to się jeszcze okaże. Na koniec główny bohater rozczarowany tym światem- Na pewno nie okaże się już w 2020 roku. Na pewno nie okaże się już w 1960 roku. Więc w horyzoncie czasowym całkowicie chybiono. Na koniec główny bohater zawiedziony, ciężkim zawodem sercowym ucieka przez ten Paryż, którego nienawidzi. Jest ścigany przez alegorie postępu ducha elektryczności. Verne naprawdę sobie w tej powieści odleciał i jak widać dla wydawcy było to całkowicie niestrawne. Ale obok tych śmiesznych rzeczy, takich jak, że w przyszłości wszyscy będą inżynierami, a teraz żyjemy w przyszłości, okazuje się, że każdy chce być producentem kraftowych piw, backpackującym żonglerem.
A tych ludzi, którzy marzą o karierze inżynierskiej wcale tak za wiele nie ma. Więc ta linia, która miała prowadzić do przyszłości w pewnym momencie się załamała.
[03:41:22] - Wszyscy mają te licencjaty czy ewentualnie studia inżynierskie, więc można je prawie się odnieść.
[03:41:29] - Okej. Ale w tej książce Juliusz Verne opisuje miasto z przełomu, z połowy XX wieku, które wizualnie bardzo przypomina to, jak naprawdę te miasta wyglądały. Człowiek z epoki dorożek konnych przewiduje miasta pełne asfaltowych ulic wielopasmowych, pełne automobili, pełne szklanych wysokościowców. Pojawia się u niego muzyka elektroniczna w pewnym epizodzie. Pojawiają się systemy podziemnej i naziemnej kolei, które w tych szklanych megametropoliach mają zapewnić transport. Telegrafy obrazkowe, które pozwalają ludziom przesyłać sobie obrazki. Pojawia się na długo przed tym, jak naprawdę zaczęły działać ruchy sufrażystek. Verne przedstawia wizję społeczeństwa całkowicie wyemancypowanego. Jak na książkę pisaną w połowie XIX wieku jest to szokująco progresywne kulturowo. Pokazuje obraz miasta przyszłości, który dla nas oczywiście kojarzy się całkowicie z tą złotą erą SF, czyli te wielopasmowe ulice, drapacze chmur.
Ale znowu, w czasach, kiedy pisał to Verne, było to naprawdę niezwykle odważne przewidywanie i okazało się, że się spełniło. W ogóle będę mówił nie tylko o sprawach literackich, ale także o tych wizjach bardziej estetycznych, jak miała wyglądać przyszłość. A to dlatego, że jestem też wielkim wielbicielem po pierwsze magazynów z czasów złotej ery SF z lat 50. i 60., a po drugie szczególnie popularnonaukowych magazynów z lat 50., 60. i 70., kiedy ludzie mieli niesamowite pomysły, jak przyszłość będzie wyglądać. Większość z nich brała się z prostego myślenia. Bierzemy coś, co jest obecnie i to futuryzujemy, albo tak jak Verne sobie z tą swoją technokracją doszedł, bierzemy coś, co jest jakimś trendem w naszym społeczeństwie i bez żadnych szefów go projektujemy w przyszłość. Mamy gangi motocyklowe, to gangi motocyklowe, nie wiem, z Wenus w jakichś futurystycznych miastach. Naszym podstawowym źródłem rozrywki, a jednocześnie urządzeniem jest telewizor. Dlatego te wszystkie magazyny popular science z lat 50.
i 60. myślały, że rozrywka przyszłości to będzie jakaś wersja ulepszona telewizora. Po telewizorze kolorowym, telewizor z zapachami, telewizor o wielu ekranach, żebyśmy wiedzieli, co się na tych dodatkowych kanałach dzieje. Swoją drogą ciekawe, jak ludzie potrafili wymyślać bardzo skomplikowane technologiczne rozwiązania czegoś, co okazało się mieć bardzo proste rozwiązania software'owe w stylu picture in picture i tak dalej. W każdym razie rozrywka. Jak wyobrażano sobie rozrywkę przyszłości w czasach, kiedy gry komputerowe nie wyszły poza eksperymentalne bawienie się kreskami na ekranie oscyloskopu? Wyobrażano sobie też jako połączenie telewizora z prawdziwymi urządzeniami, troszeczkę w stylu parków rozrywki, salonów rozrywki. Wiele niesamowicie chybionych wizji, kiedy nie doceniono nagłego pojawienia się jakiejś technologii, która przetransformowała życie codzienne. Oczywiście takie wizje istniały nie tylko w Ameryce lat 50. i 60., także po naszej stronie żelaznej kurtyny.
Tu macie artykuł z „Młodego Technika” z 1960 roku, który pokazywał Warszawę z początku XX wieku. Warszawa z początku XX wieku miała mieć latające samochody. Tak, oczywiście. Miała mieć latające samochody, takie rzeczy kojarzące się z SF typowo wtedy ludziom. Ale zauważcie wizję Pałacu Kultury otoczonego przez wieżowce. Ta część rysunku kompletnie się nie sprawdziła i nie nadeszła, a ta część rysunku się zrealizowała w 100% i nawet nie wydaje nam się to dziwne. Ale dla ludzi w tamtych czasach ta część rysunku była takim samym science fiction jak ta część rysunku. Dobrze, ale wróćmy do tych wizji bardziej literackich. Te wszystkie rzeczy, które wam pokazałem, sprawiły, że zacząłem się zastanawiać, kiedy fantastyka i szerzej pojęta, nie tylko literacka, trafiała w wizję przyszłości, kiedy się myliła, jakie są powody, dla których trafiała, jakie są powody, dla których się myliła, jakie były te pierwsze największe trafienia. I doszukałem trafiłem na bardzo ciekawą rzecz.
Mark Twain, człowiek niekojarzony na co dzień z fantastyką. A troszeczkę szkoda, bo przecież autor „Jankesa na dworze króla Artura”, który jest pierwszym literackim zderzeniem człowieka przyszłości w świecie przeszłości.
[03:46:18] - To było niesamowite, ale były jakieś takie rzeczy.
[03:46:21] - Jankes na dworze króla Artura oczywiście jest opakowany jako historia, która nie wydarzyła się naprawdę. Jakaś wizja, której bohater doznał, zostając uderzony w głowę czy coś takiego. Ale to zderzenie estetyki człowieka ze świata współczesnego ze światem przeszłości tak naprawdę zapoczątkowało cały gatunek historii o podróżach w czasie. Mark Twain oprócz takich bardziej znanych rzeczy jak Jankes na dworze króla Artura napisał też takie małe opowiadanko „Złom w London Times 1904”. On to pisał w 1899 roku, więc 1904 wydawało się dość ekscytującą przyszłością. I w tym opowiadanku Twaina występuje urządzenie zwane teleelektroskopem i sieć tych teleelektroskopów połączyła cały świat i ludzie mogą z dowolnego końca świata w dowolny koniec świata przesyłać obrazy, przesyłać słowa, komunikować się. Niektórzy mówią, że w ten sposób Twain przewidział internet. My mówimy, że może Lem jednak wymyślił internet, ale kiedy Lem w latach 60. przedstawiał obraz swojej Biblioteki Trionów, która pozwalała do urządzenia będącego personalnym odtwarzaczem przesyłać dowolną część dorobku ludzkości, media wizualne, media dźwiękowe, książki, to było tylko troszeczkę bardziej zaawansowane od tego, co 50 lat wcześniej opisuje Mark Twain. Swoją drogą w tym opowiadaniu jest taka ciekawostka, że główna oś fabuły jest taka, że to urządzenie jest wykorzystywane do rozwiązania sprawy zagadki kryminalnej.
Człowiek siedzi uwięziony za niewinność i za pomocą tego teleelektroskopu próbuje udowodnić, że niewinny był. Czyli tak jak odpowiednik faceta, który w celi śmierci za pomocą internetu próbuje dowieść, że naprawdę nie zabił. Co ciekawe, Twain tego nie wymyślił. Twain to bezczelnie zerżnął, bo wcześniej na łamach gazety, do której pisał, ukazywały się artykuły o człowieku, który nazywał się Jan Szczepanik i jego wynalazku zwanym teleelektroskopem. Więc Twain sobie ten teleelektroskop odebrał do swojego opowiadania, a tak naprawdę teleelektroskop był wynalazkiem, nad którym pracował, dość nieskutecznie, ale jednak człowiek nazywany, zależnie od tego, kogo pytacie, albo polskim Edisonem, albo austriackim Edisonem. A jeśli ktoś chciał być neutralny politycznie, to Leonardem da Vinci z Galicji. Jan Szczepanik, jeden z naszych bardzo ciekawych inżynierów z początku XX wieku, twórca teleelektroskopu i telefonu.
[03:49:12] - Co to był teleelektroskop?
[03:49:13] - Teleelektroskop był na kilku wystawach światowych pokazywany jako urządzenie do przesyłania wizualnych informacji po kablu, czyli obrazów po kablu. Czyli w pewnym sensie zapowiedź telewizorów, telewizji kablowej. Tylko że to nigdy dobrze nie działało. To był taki hype popularnonaukowy, że Jan Szczepanik zaraz nam da teleelektroskop, ale to było trochę jak z promieniami śmierci Tesli. Było w tym trochę prawdziwej nauki, ale dużo więcej było po prostu ekscytacji podbudowanej dobrymi wystąpieniami na wystawach światowych i prezentacjami. Już powiedzieliśmy, internet pojawia się w pewnym sensie, w pewnej formie już na przełomie XIX i XX wieku, nie teraz. Niewiele innych kluczowych dla przyszłości technologii także zostało zasygnalizowanych niezwykle wcześnie. Inżynieria genetyczna w „Wyspie doktora Moreau”, w „Nowym wspaniałym świecie” Aldousa Huxleya rozmnażanie pozaustrojowe, całe pokolenia ludzi dorastających w sztucznych macicach. Nam to się wciąż wydaje troszeczkę przyszłością. Możliwe, że która się nigdy nie zrealizuje, miejmy nadzieję.
Ale właśnie w momencie, w którym pisałem tę prelekcję, pojawiły się te obrazy, które wielu z was mogło widzieć. W popularnonaukowych magazynach bardzo dużo o tym pisano. Pierwsze zwierzę, cielak hodowany od zakodowanej komórki w sztucznej macicy całkowicie skutecznie, bez żadnego problemu. Więc przepraszam, te sztuczne macice Huxleya też, jak widać, już mamy. Oczywiście fantastyka z początku XX wieku miała też swoje pudła. Dla mnie takim pudłem, ale pewno wszyscy wiecie, bardzo zabawnym, na zawsze pozostaje „Wojna światów” Wellsa. Czyli po pierwsze założenie, że na Marsie może egzystować jakaś zaawansowana cywilizacja, po drugie, że ta cywilizacja będzie nas chciała najechać, po trzecie, że ta cywilizacja, znając tempo podróży międzyplanetarnych, nie będzie wiedziała, co to bakterie.
[03:51:21] - Ale z drugiej strony Wells w „Wojnie światów” zdaje się po raz pierwszy w świecie opisał panikę uciekających z kościoła.
[03:51:29] - Coś, co zainspirowało nieskończoną ilość obrazów science fiction, aż po „Dzień niepodległości”.
[03:51:35] - Co więcej, leci przez Tokyo od Zamku Królewskiego przy ulicy Marszałkowskiej.
[03:51:46] - Wells wszystkiego nie mógł widzieć.
[03:51:49] - I to dowodzi, że pod tym względem miał wyczucie.
[03:51:53] - Miał pewne wyczucie. Tak, na pewno. Nie próbuję opierać się Wellsowi. Abstrahując od tej historii, którą na pewno wszyscy znacie, o tym, jak „Wojna światów” Wellsa w radiu wywołała autentyczną panikę. Mówi się, że to jest taki pierwszy przykład paniki masowej spowodowanej przez dzieło fikcyjne. To nie jest prawda. Wcześniej, w XIX wieku była taka historia, którą tutaj też wam bardzo szybko przedstawię, nazwana Wielkim Księżycowym Szwindlem. Kiedy pewna amerykańska gazeta zaczęła drukować reportaże z Księżyca napisane na podstawie tego, co niby miał jakiś astronom zaobserwować przez bardzo potężny teleskop nowego rodzaju. I właśnie te reportaże z Księżyca wywołały absolutną panikę, łącznie z demolowaniem głównej siedziby redakcji i Ale to jest inna historia.
[03:52:46] - Kilka lat temu zdebunkowali tę panikę o Wellesa.
[03:52:51] - Jasne. Że to było marketingowe.
[03:52:55] - Tak naprawdę nie było żadnej paniki. Została wymyślona później.
[03:53:00] - Po pierwsze bakterie u Wellesa. Po drugie jedna z najfajniejszych wizji, może dlatego, że lubię takie dziwne, pulpowe literackie kurioza, czyli Układ słoneczny z cyklu Edgara Rice'a Burroughsa, znanego z Tarzana, ale także Johna Cartera. Wizja Burroughsa, gdzie mamy wspaniałe cywilizacje na Marsie, gdzie na Wenus dżungle pełne zwierząt oraz nagliżowanych Amazonek. To był schyłkowy sen o życiu, które miało kipieć wokół nas w Układzie Słonecznym, które okazało się całkowicie fałszywe. W ogóle jak będę próbował pokazać na tej lekcji, fantastyka w różnych okresach miała kilka nadrzędnych snów, które często kończyły się na niczym. Był nadrzędny sen fantastyki z przełomu XIX i XX wieku. Wiadomo, kanały na Marsie i na Księżycu. Rzeczy, które próbowano zinterpretować jako dowód, że na Marsie może istnieć życie. Wielki księżycowy szwindel, czyli reportaże przedstawiające życie mieszkańców Księżyca, które ukazywały się w pewnej amerykańskiej gazecie przez kilka odcinków. Potem, kiedy prawdziwy astronom, którego nazwisko zostało wykorzystane w gazecie, zorientował się, że coś takiego jest drukowane, wyraził oburzenie i sprostował, że on nigdy żadnych ludzi na Księżycu nie odkrył.
Gazeta wydała ostatni odcinek reportaży, który był bardzo krótki i mówił, że niestety teleskop naszego astronoma zostawiony na słońcu zadziałał jak soczewka, spalił jego laboratorium i spalił się. W związku z czym redakcja bardzo żałuje, ale nie będzie w stanie dostarczać kolejnych reportaży z Księżyca. Okazało się, że to nieprawda. Media do dzisiaj nas wieściami z Księżyca raczą co chwila różnymi. Ale to pokazuje, jak wszyscy od połowy XIX wieku... Wyprawa na Księżyc George'a Méliès. Legendarny film, jeden z pierwszych filmów science fiction, jeśli nie pierwszy, gdzie nasi wystrzeleni z armaty selenauci lądują na Księżycu i spotykają oczywiście dzielnych księżycowych tubylców. To wielkie marzenie o życiu w Układzie Słonecznym, które rozpłynęło się, kiedy okazało się, że tak naprawdę kosmos, przynajmniej ten wokół nas, jest zimny, pusty, nieprzyjazny i nic tam nie ma. Nawet jednej przeklętej bakteryjki jak dotąd nie udało się znaleźć. Ale jeśli mówimy o Księżycu, to chciałem też przedstawić jedną ciekawą wizję przyszłości.
I nie będzie to ani Wyprawa na Księżyc Verne'a, ani związany z nią film George'a Méliès. Będzie to takie foto kuriozum. Edward Everett Hale, opowiadanie pod tytułem Ceglany księżyc z drugiej połowy XIX wieku, w którym to dość mało znany autor przedstawia wizję tego, jak ludzkość postanowiła skonstruować pierwszego sztucznego satelitę Ziemi i zrobić go z cegieł i umieścić go na orbicie jako, uwaga, pomoc nawigacyjną dla okrętów. Kilka ciekawostek. Już w dziełach Newtona zostało rozpracowane to, że może istnieć coś takiego jak orbitujący satelita Ziemi. Edward Everett Hale pierwszy wprowadza to w literaturę. I tę wizję, gdzie ten ceglany księżyc zostaje stworzony. Pierwsze opisanie sztucznego satelity Ziemi, pierwsze opisanie ludzkości wznoszącej jakąś strukturę w kosmosie i pierwszy tekst, który zajmuje się też problemami przeżycia w przestrzeni gwiezdnej odciętych grup ludzi, bo razem z tym księżycem zostaje wyniesiona na orbitę grupa robotników, którzy nad nimi pracowali. Potem na tym ceglanym księżycu muszą sobie życie ułożyć i jakoś sobie radzić. Więc kilka bardzo ciekawych tematów, w dość marnej literacko i niepamiętanym dzisiaj opowiadaniu, ale duża ciekawostka i kuriozum.
Swoją drogą, jeśli chodzi o satelity i komunikację, to już pomijając całkowicie tego nieszczęsnego Edwarda Everetta Hale'a, faktycznie dużo autentycznych przełomów zostało w fantastyce przewidzianych. Chyba najbardziej popisowy wyszedł spod ręki Arthura C. Clarke'a. Arthur C. Clarke, nam znany bardziej jako autor esejów, był też teoretykiem technologii, był publicystą. Pisał bardzo dużo tekstów popularnonaukowych i publicystycznych. I w jednym z jego niebeletrystycznych tekstów pojawiła się koncepcja, że wystarczą trzy sztuczne satelity na orbitach geostacjonarnych w odpowiednich punktach, żeby przesłać sygnał na dowolny zakątek Ziemi. Swoją drogą orbita geostacjonarna też była takim idealizmem Arthura Clarke'a. Do tego stopnia, że w wielu źródłach amerykańskich popularnonaukowych z lat 60. i 70.
o orbicie geostacjonarnej wprost mówiono orbita Clarke'a, bo on rozpropagował ten pomysł.
[03:58:12] - A nawet w powieści „Wyspy na niebie” oparta jest o dwie orbity takiego satelity telekomunikacyjnego.
[03:58:18] - Tak, dokładnie. Więc cały pomysł, na którym jest oparta współczesna telekomunikacja satelitarna, wychodzi spod ręki Arthura C. Clarke'a i jest bardzo udanym przewidzeniem przyszłości. Oczywiście u Arthura C. Clarke'a nie chodziło o sygnały cyfrowe, tylko chodziło o sygnały analogowe, radiowe. I tutaj dochodzimy do bardzo dużej ciekawostki, kiedy bardzo często futurologia fantastyczna przewiduje ogólny trend, ale nie potrafi przewidzieć szczegółowych rozwiązań technologicznych, które do niego doprowadzą. To jest ciekawostka, która ma nawet swoją nazwę. Ale może najpierw jeszcze jeden przykład tego typu rzeczy. Fundacja Izaaka Asimowa, gdzie cała wiedza ludzkości, którą ma tytułowa fundacja uratować, na czym jest przechowywana? Moi drodzy, kto pamięta?
Na taśmach magnetycznych. Czyli niewiarygodne nawet na dzisiejsze warunki ilości danych przechowywanych na całkowicie anachronicznym nośniku. To jest tak częste, że nawet dorobiło się swojej własnej nazwy. Na jednej z moich ulubionych stron, czyli TV Tropes jest taki trop, który nazywa się Ziras i opisuje, kiedy coś bardzo futurystycznego jest przeprowadzone za pomocą bardzo anachronicznych narzędzi, bardzo anachronicznych środków technicznych, takich właśnie jak międzynarodowy internet, który tak naprawdę jest siecią połączonych rurek pneumatycznych albo ten teleelektroskop Szczepanika, albo właśnie taśmy magnetyczne u Fundacji Asimowa. Takie rzeczy jak komputery. Robert Heinlein w pierwszych wydaniach swoich książek opisywał komputery głównie na kartkach perforowanych. Mamy potężne wojenne statki międzygwiezdne, których główne systemy są oparte na perforowanej karcie. Bywają też takie-
[04:00:20] - Ale z drugiej strony fantastyka dla odmiany bloku wschodniego pokazywała ostatnie klasyczne. Tak naprawdę to ludzie wszystko liczą.
[04:00:29] - To ludzie wszystko liczą. Będę o tym troszeczkę mówił potem przy Stanisławie Lemie, gdzie Stanisław Lem przedstawia wizję, w której niezwyciężony ląduje na jakiejś planecie, ląduje ciągiem pionowym. Jak fajnie wychodzi lądowanie ciągiem pionowym widzieliśmy przy tym, jak SpaceX musiało mieć kilkanaście prób i z użyciem superkomputerów i niesamowitych maszyn, niesamowitych warunków technicznych nie byli w stanie ciągiem pionowym takiej malutkiej rakietki postawić. A u Stanisława Lema dzielny nawigator kosmiczny wyciera ręce o spodnie, bierze łyka swojej herbatki ze szklanki z metalową siateczką. Chwyta ster i siada niezwyciężonym ciągiem pionowym bez żadnego problemu gigantycznym międzygwiezdnym okrętem. To właśnie taka. Takim ciekawym przypadkiem takiego ziras, takiego anachronizmu dla mnie zostaje też na zawsze spotkanie z Ramą Arthura C. Clarka. Do Układu Słonecznego przybywa potężny statek obcy, który ludzkość chce zbadać i na jego powitanie zostaje wysłana ekipa, w której skład wchodzą reporterzy stacji telewizyjnej z mikrofonami, kamerami. To jest tekst, którego akcja toczy się w XXIII wieku.
Już teraz praktycznie umierają tradycyjne media. Arthur C. Clarke wyobraża sobie taką daleką przyszłość, w której wciąż pani z mikrofonem idzie zrobić wywiad do wieczornych wiadomości. Możemy już z całą pewnością powiedzieć, że prawdopodobnie się po 50 latach te klasyczne, to, co klasycznie kojarzymy z mediami, się całkowicie przetransformuje i do tego niebawem dojdzie. Ale już wspomniałem kilka razy o Lemie i faktycznie nie mogłoby być tej prelekcji bez złotej science fiction, a szczególnie jej polskiego przedstawiciela, czyli Stanisława Lema. Tutaj na sali na pewno są ludzie, którzy są dużo większymi lemologami. Ja nawet lemologiem nie jestem, a jest kilku w polskim panteonie zadeklarowanych lemologów. Ja nawet nigdy Stanisława Lema nie widziałem na oczy, a pewno jest na sali parę osób, które widziało. Kto widział Stanisława Lema w ciele jeszcze żyjącego? Nie, naprawdę nie?
[04:02:39] - To było bardzo trudne.
[04:02:42] - Trudne było?
[04:02:42] - To było trudne. On się nie pokazywał.
[04:02:44] - Więcej się nie pokazywał na publicznie.
[04:02:47] - Zajmował się już fantastyką i pisał głównie do austriackich gazet.
[04:02:56] - W każdym razie wiadomo, my jesteśmy szczególnie dumni z tej futurologii lemowskiej. Dobrym przykładem może być na przykład 1955 rok, książka "Wokół Magellana", w której właśnie zostaje wprowadzone pojęcie biblioteki Trion, czyli ludzie mający swoje personalne czytniki, na które można wysyłać jakąkolwiek wiedzę, jakiekolwiek media z całego dorobku ludzkości. Coś w pewnym sensie bardzo przyszłościowego i o dekadę wcześniejszego przy okazji od „Oktonu”, od którego zaczynałem tą prelekcję. Nie mówiąc bardzo dużo o Lemie, bo to, jak powiedziałem, jest temat, o którym wielu z was na pewno mówi więcej ode mnie. Jeden z jego największych koników, czyli fantomatyka. To się okaże, czy to jest autentyczny problem, który jest zapowiedzią czegoś, co się wydarzy w przyszłości. Fantomatyka u Lema to są środki naukowe i technologiczne, które pozwalają wytworzyć w mózgu wrażenie sztucznej rzeczywistości. Lem bardzo głęboko sobie analizował, do czego może ta fantomatyka doprowadzić. Jak widzicie wizje w stylu Matrixa w pewien sposób z tymi 40 lat wcześniejszymi rozważaniami Lema wiele mają wspólnego. I oczywiście obecnie wzrost znaczenia wirtualnej rzeczywistości, która może tym razem wystartuje.
To jest taka technologia, która trzy razy już próbowała startować na różnych etapach rozwoju technologicznego. Nie wiemy, czy tym razem faktycznie będzie na tyle ważna, że okaże się, że do tych problemów, które Lem roztrząsał 30 lat temu, na poważnie dojdziemy. Ale dla mnie takim ciekawym przykładem, odkładając na bok całą ilość rzeczy, które Lem przewidział, na zawsze pozostanie krótki jego tekst. „137 sekund", opowiadanie, w którym Lem przedstawia wizję komputera zastępującego ludzi w pisaniu artykułów. On tam opisuje, cytat: „ALEM umiał samodzielnie formułować i przekomponowywać teksty stereotypowych komunikatów prasowych. Potrafił skombinować dwie uzupełniające się informacyjnie notatki w jedną albo dobrać frazeologiczne wstępy, na przykład do depeszy, dzięki gotowym wzorcom takich postępowań, których było setki tysięcy”. Dlaczego to dla mnie jest ciekawe? Bo to jest jedna z pierwszych wizji fantastycznych komputerów i maszyn zastępujących człowieka w czynnościach kreatywnych. Mieliśmy już w złotej erze SF masę wykorzystania maszyn do tej niewdzięcznej pracy, do służenia człowiekowi. Lem przedstawia wizję, że algorytm komputerowy odpowiednio sprytny mógłby pisać artykuły, szczególnie takie proste z depeszy, informacje prasowe, bo nie ma nic skomplikowanego.
Oczywiście to się dzieje. Są całe dziedziny dziennikarstwa, w których to algorytmiczne tworzenie treści staje się coraz ważniejsze. Jedne z pierwszych rzeczy, które temu uległy, to były sprawozdania ze spotkań sportowych w amerykańskiej prasie i na amerykańskich stronach internetowych. Z tej przyczyny, że to są krótkie teksty, które biorą jakiś input, czyli po prostu najczęściej zapis tego, co się w meczu działo, taki skrócony i tworzą z niego taki paraliteracki tekst. Wiadomo, w dwunastej minucie wybiega zawodnik ten, a ten robi to, a to. Komunikaty z rynków ekonomicznych i komunikaty sportowe to są jedne z pierwszych dziedzin, w których to dziennikarstwo zautomatyzowane, algorytmiczne teksty pisane przez roboty się zadomowiły na dobre, a prawdopodobnie będziemy obserwowali kolejne dziedziny, które zostaną połknięte właśnie przez tą algorytmiczną generację treści. I to-
[04:06:38] - Musimy wrócić na chwilę.
[04:06:40] - Słucham? No tak.
[04:06:41] - Bo tak naprawdę w SF o algorytmach nie było mowy. Wręcz przeciwnie, autorzy zakładali, że roboty będą się uczyć ludzkich zachowań na podstawie powtarzania wzorców. Że pokażesz robotowi jak się myje naczynia i on będzie mył naczynia. To jest na przykład u Heinleina w „Grach Doradca”.
[04:06:56] - Tak, dokładnie.
[04:06:58] - Że robot będzie na tej podstawie... To było bodajże w tych opowiadaniach o galaktierze tego Kornbluta?
[04:07:07] - Gardnera.
[04:07:07] - Gardnera, przepraszam. Coś podobnego, czyli też w latach 40. A tymczasem tak naprawdę te sieci neuronowe, na których rozpoznajemy wzorce, dotychczas-
[04:07:16] - Dokładnie. To jest też, będę o tym mówił przy innym temacie tutaj, na tej prelekcji, znaczy problemy z powstaniem silnej sztucznej inteligencji. Jak bardzo przeszacowali autorzy SF, jak to jest łatwe. To jest tak piekielnie trudne, że nie wiadomo, czy do tego dojdziemy nawet w XXI wieku.
[04:07:33] - No to też u Heinleina było, że mózg stosunkowo zaj tężą część roboty, tak że my z mechaniką, z mechanikami mamy problem statystyczny.
[04:07:42] - A tymczasem prawdziwym problemem technologicznym okazało się coś zupełnie innego.
[04:07:46] - Ja nie wiem, na ile Lem to przewidział, bo nie czytywałam, zwłaszcza jeśli chodzi o tę wirtualną rzeczywistość. Natomiast generalnie to, co mamy w tym momencie i co jest na takim etapie, że na przykład znam osobę, która nie ma widzenia dwuwymiarowego, a w tym sprzęcie pierwszy raz w życiu widziała przestrzeń. Czyli one są w stanie w jakiś sposób oszukać, znaczy dotrzeć bezpośrednio do mózgu, bez tego, co oczy dają.
[04:08:21] - Tak. Super, fajna, ciekawa lekcja. No dobrze, w wielkim skrócie jeszcze, żeby nie poświęcić dużej części prelekcji Stanisławowi Lemowi. Patrzę, co tutaj mogłoby pominąć. Wiadomo, te udane wizje miał całkiem sporo. Do tego, o czym wspominałem, mogę dopowiedzieć między innymi, niektórzy mówią, że lepszy działa internet właśnie dlatego, że w którymś z jego opowiadań pojawia się wizja łączących się systemów komputerowych, które kilka instytutów łączy moc obliczeniową swoich komputerów przez sieć, żeby wykonać jakieś szczególnie skomplikowane obliczenia. Ale tutaj dochodzimy do czegoś, co było raczej ślepym punktem Stanisława Lema. Do wpływu technologii na rynek konsumencki. U niego, jeśli są sieci komputerowe, to są wykorzystywane akademicko. Jeśli mamy książki na kryształkach do czytnika Doctoni, to one są sprzedawane w księgarniach.
Lem nie pasjonował się tak bardzo i nie zastanawiał się nad tym, jak może od strony konsumenckiej wygląda świat przyszłych technologii. Dlatego nie ma u niego sieci społeczności. Są sieci komputerowe, ale nie przekształciły się w sieci społecznościowe, w Amazona, w Facebooka. Nawet to dostarczanie treści cyfrowych, które w pewien sposób charakteryzuje współczesny świat technologii, u Lema się zbyt często nie pojawia. I to pomijając rzeczy takie całkowicie... Nawet w tych sprawach, w których Lem był specjalistą, zdarzały mu się pomyłki. Tutaj nie będę szczegółowo opowiadał, bo jest bardzo fajny artykuł Marka Oranusa, który tam mu wytyka właśnie między innymi i tego niezwyciężonego, który raczej nie mógłby tak na tej planecie lądować i kilka innych błędów w tym, w czym teoretycznie Lem był najmocniejszy, czyli w podróżach kosmicznych i eksploracji kosmosu. W tych mocnych tematach złotej ery SF także zdarzały się jakieś nie do końca trafione wizje i pomyłki. O tym, jak to... No dobrze, idziemy dalej.
Nie będę mówił, taką pomyłką na pewno fajną Lema jest Kalstrif. Nie będę o tym bardzo dużo też mówił, ale- W powrocie z gwiazd astronauta Hal Bregg, który wraca na Ziemię po bardzo długim czasie, dowiaduje się, że co prawda ludzkość prawie odstąpiła od pieniędzy, ale jemu zebrały się całkiem spore środki pieniężne na koncie i żeby je wydawać, otrzymuje urządzenie zwane kalsterem, które ma wyświetlacz w systemie binarnym. Co pokazuje, że user experience nie było bardzo dobrze znane Stanisławowi Lemowi tematem. I potem trzeba było to jeszcze jakoś przełożyć. I ten kalster bardzo specyficznie działa. Za każdym razem, kiedy Hal Bregg chce wydać jakieś pieniądze, wprowadza kwotę na kalsterze, a kalster drukuje mu monety, którymi on następnie płaci. I to jest właśnie to, o czym mówię. Przewidziana płatność bezgotówkowa w pewnym sensie i że płatność w przyszłości nie będzie polegała na odliczaniu drobniaków z portfela, ale zabrakło tego kluczowego elementu. Systemów informatycznych, systemów rozliczeniowych, które sprawiają, że ta moneta jest całkowicie zbędnym anachronizmem, że można ją kompletnie pominąć, że tutaj tak naprawdę chodzi o informację. Więc ten kalster z jednej strony jest przewidywaniem, które jest w pewnym sensie futurologią trafioną, a z drugiej strony w bardzo wiele sposób anachroniczne.
Ale żeby nie pastwić się nad Stanisławem Lemem, którego oczywiście bardzo szanuję i lubię, tutaj macie właśnie ten problem z nieswyciężonym, o którym wspomniał Ramus, który bardzo się ujawnił przy okazji tego, co SpaceX próbowało zrobić. Dobrze, tutaj zaspoilerowałem troszeczkę następnym rysunkiem, ale Stanisław Lem swoją ostatnią powieść wydaje w 1987 roku. To jest powieść „Fiasko”. Jest pełna tych pięknych, klasycznych obrazów ze złotej ery SF. Hibernacja, niebezpieczeństwa jakichś działań na ciałach kosmicznych, dalekie podróże międzygwiezdne, spotkania z obcymi cywilizacjami. Te tematy złotej ery po prostu wylewają się z „Fiaska” wszystkimi możliwymi otworami. A tymczasem trzy lata wcześniej, w 1984 roku za oceanem powstaje kompletnie inna powieść. Powieść, która nie szuka już drogi rozwoju człowieka między gwiazdami. Nie śni już o wielopokoleniowych okrętach, nie śni już o bazach międzygwiezdnych i o ludzkości eksplorującej najdalsze części Układu Słonecznego. Szuka ludzkości rozwoju do środka.
Świat coraz bardziej dziwnych, często niebezpiecznych technologii. Świat sztucznej inteligencji, dehumanizacji, zakusów wielkich korporacji, świat internetu i sieci komputerowych. Mówię oczywiście o „Neuromancerze” Williama Gibsona. Czyli pojawiają się autorzy, którzy w kompletnie inną stronę patrzą niż autorzy złotej ery. Oczywiście Gibson też nie był bez skazy. Żeby wspomnieć tylko w „Neuromancerze” główny bohater próbuje sprzedać zabójczą ilość trzech megabajtów gorącego RAM-u. To jest prawie takie anachronizm jak z tymi taśmami magnetycznymi u Heinleina albo Johnny Mnemonic, człowiek pendrive, który miał w sobie 150 megabajtów w swoim mózgu potrafił przechować i dlatego był tak niezwykle ceniony. O cyberpunku jeszcze powiem potem parę słów, ale tak naprawdę największy prawdopodobnie błąd popełniony przez wszystkich pokrewnych mu autorów cyberpunku. Znowu tutaj dochodzimy do tego, co wam określałem jako wielki sen niespełniony różnych epok science fiction. Wspominałem, że tym wielkim snem za czasów Burroughsa było osiedlające życie w Układzie Słonecznym.
Wspominałem, że tym snem za czasów złotej ery science fiction było to, że ludzkość będzie latać wielopokoleniowymi okrętami, że będą stacje kosmiczne, że będzie życie wśród gwiazd, co się nie zrealizowało ostatecznie i co prawdopodobnie bardzo długo jeszcze się nie zrealizuje. Autorzy cyberpunkowi uwierzyli w inny, wielki, trudny do zrealizowania sen. Sen o interfejsie mózg-maszyna, o połączeniu człowieka z maszyną, co w praktyce znowu, tak jak w praktyce okazało się, że niby mamy prawie technologię umożliwiającą budowę okrętów wielopokoleniowych, a nikt ich nie stworzył. Nawet do głębokiej gwiazdy Barnarda, do której krąży method taulu nikt się nie wybrał. Tak samo jest z tym interfejsem mózg-maszyna. Cyberpunk jest tego pełny. Mamy jakieś bardzo prymitywne próby stylu, przyczepiamy człowiekowi elektroczujniki EEG i one wyczuwają, która część mózgu się zapala, kiedy próbujemy podnieść rękę i próbuje nam podnieść protezę. Ale to jest zupełnie co innego niż bezpośredni wszczep domózgowy, który pozwala przekazać do naszego mózgu informację. Informację wizualną, informację dźwiękową, jakiekolwiek informacje sensoryczne. To jest bardzo na razie odległe i możliwe, że nigdy takiego działającego interfejsu, który pozwoli przekształcać dane cyfrowe i sprzedawać je mózgowi w sposób, w który on jest w stanie nam je zaprezentować, nie uda się stworzyć.
Ten wielki sen cyberpunku może się nawet nigdy nie zrealizować, a nawet jeśli zrealizuje się, to dużo później niż autorzy zakładali. Czyli dokładnie tak, jak z tymi wystawami kosmicznymi w science fiction złotej ery. Zresztą, żeby nie czepiać się tylko Gibsona, bardzo wielu autorów SF przedstawiających świat nowych technologii tutaj na Ziemi miała podobne pudła. Na przykład „Człowiek, nad którym stoję”, Stana Łocholub, którego najmniejsze notatki na skrawku chusteczki z restauracji zostały już dawno przetworzone na jakiś film. Każde opowiadanie niezrealizowane. Ale jak sobie poczytamy Dicka, to także kilka odważnych trafień, odważnych strzałów, które okazały się pudłami tam znajdziemy. „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha” — wspominałem o tym na prelekcji, tej bardzo fajnej o walutach fantastycznych, na której byłem ostatnio. W „Trzech stygmatach Palmera Eldritcha” Philip Dick zastanawia się nad następującym problemem. W miarę rozwoju ludzkości — to nie jest główny temat powieści, po prostu w powieści się pojawia — w miarę rozwoju ludzkości, ludzkość jest coraz lepsza w fałszowaniu rzeczy. Technologia jest coraz lepsza, technologia fałszerska też.
Fałszuje się już dolary. Jest wyścig pomiędzy fałszerzami a twórcami papierowych walut. Prawdopodobnie to się jeszcze przesunie w przyszłość. Te możliwości fałszowania będą coraz wyższe. W końcu ludzkość będzie w stanie fałszować wszystko i jakakolwiek waluta całkowicie traci sens. I co u Dicka w „Trzech stygmatach Palmera Eldritcha” jest tą ostatnią szansą, ostatnią rzeczą, która ma być niepodrabialna? Skórki trufli. Philip Dick przedstawia skórki trufli jako walutę przyszłości, bo sobie wykombinował, że trufle mają po pierwsze jeden z największych aminokwasów w naturze, więc najtrudniejszy do podrobienia, a po drugie ich skórka ma wzór troszeczkę podobny do linii papilarnych. Każda jest unikalna, czyli właśnie mogą służyć do tych rozliczeń jako rzecz, która jest bardzo rzadka, bardzo trudna do podrobienia i jedna z ostatnich rzeczy, której nie da się podrobić drukarkami 3D czy tym podobnymi rozwiązaniami. Oczywiście Philip Dick nie przewidział, że rozwiązanie tego problemu jest inne i że rozwiązaniem na przykład są kryptowaluty, waluty oparte na blockchainie, rozwiązania informatyczne, które kompletnie przyszły ze ślepego pola fantastyki.
Nikt nie przewidział kryptowalut. Naprawdę. Jest to niesamowicie ciekawa technologia, która prześliznęła się wszystkim futurologom pod radarem, a bardzo wiele tych problemów, o których tutaj mówiłem, rozwiązuje. Oczywiście nie rzucajcie się po tej prelekcji kupować Bitcoiny, bo to nie jest takie proste.
[04:19:04] - Albo kłopotliwe.
[04:19:07] - Tak, nie musi wcale się opłacać. Nie wiadomo, czy za pięć lat nie będą też zabawą anachronizmem technologicznym, ale pewna wizja przyszłości dotycząca finansów, która pojawiała się w całym science fiction, od jakichś właśnie eurodolarów, jenodolarów cyberpunkowych, przez kredyty z całej masy dzieł science fiction, także z „Gwiezdnych wojen”. Całkiem możliwe, że ta przyszłość rozliczeń finansowych jest zupełnie gdzie indziej, niż wszyscy ją przewidywali. Ale to na razie tylko całkowicie hipotetyczne. Inne rzeczy, w których Dick trafiał i nie trafiał. „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” — powieść, której akcja toczy się w roku 2021. Ludzkość jest po ostatniej wojnie światowej. Nie da się prawie żyć na Ziemi. Rząd próbuje przekonać ludzi do podróży do marsjańskich kolonii. Problem, który jest ważny w książce, całkowicie zignorowany w filmach — problem zwierząt.
Zwierzęta są tak rzadkie, są tak ulitowanym dobrem, że każdy marzy jako o tym szczyt luksusu, żeby jakieś zwierzę posiadać. Rzeczy, które są bardzo odważne, biorąc pod uwagę, że na zrealizowanie tego zostały nam tylko trzy lata, więc musielibyśmy się bardzo postarać, żeby tak sobie w trzy lata, za przeproszeniem, świat spieprzyć, żeby dogonić wizję z „Blade Runnera”. Zresztą tam są wspomniane wydarzenia z przyszłości, więc prawdopodobnie jest już na to za późno.
[04:20:41] - Wystarczy, że Sofii straszyszkę.
[04:20:43] - Straszyszkę. Jest Donald Trump. To pierwszy dobry krok. Słuchajcie, generalnie najgorsze, co może zrobić twórca, największy gol, który może sobie samemu strzelić, to umieścić w swoim dziele jakąkolwiek datę. Słuchajcie, nie róbcie tego. To jest przepis na katastrofę. Na tym „Blade Runner” i „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach” się nadwyłożyły. Jeszcze bardziej się wyłożył taki serial „Kosmos 1999”, „Odyseja kosmiczna 2001”, „Paryż XX wieku” Juliusza Verne'a. Ba, nawet niedługo dożyjemy czasów, kiedy „Metro 2033” Głuchowskiego będzie wyglądało potężnie głupio. Życzę wam wszystkim, żebyście tego momentu dożyli.
Dat mówi zdecydowanie lepiej jest unikać. Oczywiście można sobie z tym problemem radzić też kopiąc puszkę cały czas dalej, w miarę jak dochodzimy do kolejnych reedycji. Bardzo zabawnym tego przykładem — i tutaj wreszcie dojdę też do tematu cyberpunku trochę szerzej — jest „Cyberpunk” Mike'a Pondsmitha jako setting gier RPG papierowych i gier komputerowych, ale także powieści, którego pierwsze wydanie umieszczało akcję w mrocznym świecie przyszłości roku 2013. Rok 2013 niebezpiecznie się zbliżał. Świat cały czas jeszcze nie był cyberpunkiem, więc w drugim wydaniu mieliśmy już „Cyberpunk 2020”. Teraz dość przerażone tym faktem, że ten 2020 także podejrzanie szybko nadchodzi, CD Projekt Red, które kupiło prawa do nowej gry komputerowej w świecie cyberpunku, umieszcza ją już w roku 2077. „Cyberpunk 2077”. Ale ja wam coś powiem. Nawet jakby tam dać 2177, to nie ma kompletnie znaczenia, bo cyberpunk jest wizją, która prawdopodobnie nie ma szansy się zrealizować. To jest taka przeestetyzowana zabawa intelektualna, troszeczkę jak te wizje z lat 60., gdzie ludzie w jakichś samochodach latających i z personalnymi silnikami na plecach latali po miastach przyszłości.
Wizje w rodzaju Jansona. Tak mniej więcej prawdopodobnie będą w przyszłości patrzeć na cyberpunk jako na taki ślepy estetyczny zaułek, który się nie zrealizował. Słuchajcie, fani, jeśli są jacyś fani cyberpunku bardzo mocni na sali, pewno mnie chcą teraz tłuc, więc sprzedam jakieś uzasadnienie, dlaczego myślę, że tak jest. Nie chodzi mi wcale też o kwestie technologiczne, paradoksalnie. Cyberpunk jest światem- Można powiedzieć, że z jednej strony żyjemy w cyberpunku. Anonim, WikiLeaks, kryptowaluty, hakowanie ludziom lodówek, ransomware, który ci mówi: „Musisz zapłacić pięć bitcoinów, bo nie otworzysz swojej inteligentnej lodówki”. Z jednej strony świat cyberpunkowy ma bardzo wiele charakterystycznych punktów, które prawdopodobnie się już nie będą chciały zrealizować. Cyberpunk to jest świat przede wszystkim bardzo zbrukalizowany, mroczny świat przestępczości tej stylu noir, gdzie po prostu żyje się niebezpiecznie. Oczywiście niezależnie od tego, co niektórzy mogą powiedzieć o problemach w Europie czy na świecie, statystyki są w tym przypadku dla cyberpunku brutalne. Z pokolenia na pokolenie, z dekady na dekadę żyjemy coraz bezpieczniej.
Nawet wszystko, co się dzieje teraz na świecie, to jest zaledwie malutki punkt na trendzie, który jest nieubłagany. Z roku na rok ilość poważnych, brutalnych przestępstw na świecie spada. Cyberpunk to jest świat pełen broni, ten dziki zachód technologii. Ale nawet w kraju, który ma broni na obywatela najwięcej na świecie, w Stanach Zjednoczonych, ilość broni spada, ilość broni na obywatela na całym świecie spada, a nie wzrasta. Nie idzie w tą stronę, o której pisze cyberpunk. Cyberpunk to jest świat potężnych, rządzących wszystkim megakorporacji. I tu można się faktycznie kłócić, że mamy pewien problem z wpływem korporacji na ustawodawstwo, z przepychaniem produktów, które są szkodliwe dla ludzi. Ale statystyki pokazują też coś idącego w odwrotnym kierunku. Tutaj jest rysunek, który naprawdę nie jest żadnym twardym dowodem naukowym, bardziej zabawną statystyką, która przedstawia ilość bardzo kosztownych dla korporacji, bardzo ryzykownych finansowo i pod względem marketingu recall ich produktów ze świata farmacji i technologii. To są z świata technologii samobudowy.
Wiadomo, że kiedy megakorporacja wyda produkt, który jest wadliwy, broni się rękoma i nogami. Po pierwsze, żeby pokazać, że nie jest wadliwy, a jeśli jest już wadliwy, to stara się nic za to nie zapłacić. A jeśli ją przymuszą prawa konsumenckie, to wtedy płaci jakieś odszkodowania. Otóż z roku na rok ilość tych odszkodowań i recalli rośnie. Konsumenci wbrew pozorom są mocniej chronieni, a nie słabiej chronieni. Czyli znowu dojście do tego cyberpunku, gdzie ta niebezpieczna technologia, która może nam wypłaszczyć mózg, usmażyć jest na wyciągnięcie ręki. Prawdopodobnie nigdy w tą stronę nie pójdziemy, bo cyberpunk bierze kilka rzeczy ze świata współczesnego, takich jak przestępczość, korporacje, przerysowuje je na całkowite maksimum, ignorując trendy, które często zaczynają prowadzić w przeciwną stronę. Na przykład taki potężny, to może dla niektórych brzmi smutno, ale głównym trendem współczesnej cywilizacji zachodniej jest to, żeby ludzie byli bezpieczni, nawet bezpieczni przed własnymi błędami, przed samym sobą. 20-stronicowe instrukcje obsługi do łyżeczki, odbieranie ludziom wszystkich narzędzi, które byłyby potencjalnie niebezpieczne, regulowanie prawami wszystkiego, co niebezpieczne może się stać, w stylu palenie czy szybka jazda samochodem. Więc patrząc na to, ten dziki zachód technologii cyberpunkowych prawdopodobnie nigdy się nie zrealizuje.
Czyli w pewnym sensie w cyberpunku żyjemy, ale polega on na tym nie tak, jak przewidziała fantastyka literacka i nieliteracka, że nigeryjski haker smaży nam mózg za pomocą zhakowanego wszczepu, tylko na tym, że dziewczyna wrzuca na Instagrama zdjęcie posiłku, który zamówiła przez apkę w swoim iPhonie. Zamiast hakowania robotów bojowych możemy zhakować komuś na przykład automatyczną wyciskarkę soków, żeby przyjęła mu woreczek z owocami, który jest przeterminowany jako nieprzeterminowany i żeby dostał śmierdzący sok. A zamiast robotów cyborgów ze sztuczną inteligencją, o problemach sztucznej inteligencji też spróbuję powiedzieć kilka słów, bo to jest ciekawy problem, mamy nieszczególnie rozgarnięte automatyczne odkurzacze, które wiążą się z zupełnie innym zestawem zagrożeń, ale androidy na nasze życie nie czyhają. Oczywiście cyberpunk to też cały wykwit sztucznych inteligencji wspierających człowieka, asystentów sztucznej inteligencji. To jest faktycznie coś, co zauważamy ostatnio. Siri, Cortana, Bixby, każda duża firma technologiczna chce stworzyć takiego asystenta, który miałby człowiekowi w codziennych czynnościach pomagać. Na razie, jeśli one zawiodą, są całkiem niewinne efekty. Na przykład o tym Echo Amazon, tym systemie domowym ze sztuczną inteligencją słyszałem anegdotę, że zamówiła komuś sto worków żwirków dla kotów, bo źle zrozumiała jakąś rozmowę, która toczyła się w tle.
[04:28:30] - Albo kota zamówiła.
[04:28:33] - Albo kota zamówiła. Natomiast kto wie, może już za 20 lat dojdziemy do etapu, kiedy będziemy błagać: „Siri, otwórz mi drzwi do toalety”, a ona nam odpowie: „Nie mogę tego zrobić, Dave”. Więc to może jest akurat wizja człowieka ze sztuczną inteligencją, która kiedyś tam się zrealizuje. Ponieważ jeszcze mam kilka ciekawostek, ale muszę zobaczyć, która jest godzina. 20 po. Okej, czyli już przeholowałem. Dobra, bardzo was przepraszam. W takim razie jedna króciutka rzecz.
[04:29:10] - Wiesz co, nie musisz nas przepraszać. Nie musisz żyć z nami następny punkt programu.
[04:29:14] - Muszę Marcina Polonskiego przeprosić. Dobrze, słuchajcie, w wielkim skrócie, wyciągając całkowitą esencję z tego, co chciałem na koniec powiedzieć. Chciałem posłużyć się przykładem jeszcze futurologii nie do końca udanej operacji Husta Terlikowskiego. Czyli wiecie, eko-gejo-lewackie Służby Bezpieczeństwa ścigają księdza, który próbuje wywieźć do Afryki Całun Turyński pod papą, bo w Afryce ukrywa się papież. Europa zdominowana przez tych zepsutych lewaków, gdzie Biblia jest dostępna tylko w wydaniu zredagowanym homoseksualno-lesbijskim, gdzie nie ma Polski, tylko jest prowincja wschodnia i w ogóle. A dzielnego księdza w pewnym momencie ratuje tajny zakon Sarmatów, który ćwiczy walkę szablą, sztuką krzyżową. Już nawet nie pamiętam absurdów, które tam są. Słuchajcie, z całym szacunkiem, bo wiem, że na sali są ludzie o bardzo różnych poglądach. Naprawdę nie chcę nikogo urażać. Wielkim snem polskiej fantastyki, kiedy wyszła z PRL-u w stronę lat 90., w stronę XXI wieku, było to, że teraz tym głównym wrogiem będzie na przykład właśnie Unia Europejska i prostowanie banana i nie wiadomo co.
I znowu prawdziwe wydarzenia łapią nas całkowicie z zaskoczenia. Tego gigantycznego skrętu w stronę fundamentalnych, patriarchalnych, tradycyjnych wartości, które teraz obserwujemy na świecie, nikt nie przewidział. Jezu, ja znam tylko jedną osobę, która coś podobnego przewidziała. To chyba jest Margaretha w opowieściach Podreczni. Prawdziwe wydarzenia. Tak ładnie to wyglądało. Pozbyliśmy się PRL-u, ale teraz zła Unia będzie nam dyktować, jak wyglądają banany. Ale to nie okazało się problemem przyszłości. Prawdziwe wydarzenia całkowicie z nieoczekiwanej strony przyszły.
[04:31:05] - Mam wrażenie, że to było w drugim planie troszeczkę w „Czarnych oceanach”.
[04:31:09] - Możliwe. Więc abstrahując od tego, czy to jest dobre czy złe. Kiedy sprawdza się dobrze fantastyczna futurologia? Kiedy bierze potrzebę człowieka i próbuje ją realizować za pomocą sprytnych narzędzi technologicznych. Kiedy fantastyczna futurologia najczęściej się wykłada? Kiedy próbuje przewidywać ścieżkę rozwoju społecznego, duchowego, emocjonalnego ludzkości. Jako taki przykład, podkładkę użyłem operacji Husta, ale jeszcze takie inne rzeczy. Na przykład jedna z młodzieńczych powieści, młodzieżowych powieści Heinleina, gdzie główny bohater wykrywa skafander kosmiczny w konkursie dla radia na dżingiel reklamujący mydło do prania dla kur domowych. Z jednej strony wielki świat podróży kosmicznych, a z trzeciej strony takie trzy pudła, jeśli chodzi o codzienną technologię i o życie społeczne. Estetyki fantastyczne.
Kiedy przyszłość kojarzyła się ze skórami, chromem i goglami VR i nikt nie uwierzyłby, że prawdziwy człowiek przyszłości wygląda tak. Więc to, co powiedziałem. Ślepym punktem w futurologii fantastycznej z reguły okazuje się ta sfera estetyczno-społeczno-kulturowa. Ale to nie jest nic dziwnego, kiedy się nad tym zastanowimy, bo dużo łatwiej nam, a także autorom fantastycznym, bo to tacy sami ludzie jak my, jest wyobrazić sobie siebie samego w przyszłości, dysponującego jakimiś niezwykłymi możliwościami technologicznymi, niezwykłymi wynalazkami, niż próbować sobie wymyślić człowieka przyszłości, który myśli w zupełnie inny sposób niż ja. To tworzy w nas od razu taki wewnętrzny opór. I tworzy też wewnętrzny opór czytelnika. Gdybyśmy stworzyli postać żyjącą w XXII wieku, która tak się od nas różni, jak różnili się ludzie z XVII i XVIII wieku, ta postać byłaby troszeczkę niestrawna, nieczytelna dla czytelnika. Nie potrafiłby się z nią utożsamiać. No i właśnie dlatego te rzeczy technologiczne często się w fantastycznej futurologii trafiają jako dobre strzały. A te rzeczy społeczne, obyczajowe są już dużo trudniejsze.
I żeby nie przeciągać, 30 sekund reklamy. Jeśli kogoś zainteresowała prelekcja, to zachęcam do przeczytania kompletnie niepowiązanej z nią książki. To są jakieś spady z poprzednich konwentów. Koniec. Słuchajcie, pa.
[04:33:39] - To był Krzysztof Piskorski. Myślę, że ciekawie było. Ja przynajmniej nie ze wszystkiego zdawałem sobie sprawę. Z tego wszystkiego, o czym autor opowiadał. No a teraz, proszę państwa, radykalnie zmieniamy. Co my właściwie zmieniamy? Zmieniamy nastrój. To przede wszystkim. Bo przed państwem drugi odcinek Alchemii Tworzenia. Drugi odcinek nosi tytuł: Wiosna na zewnątrz, ale jesień wewnątrz.
Znowu pełna humoru zabawa pisaniem, a właściwie może nawet jeszcze nie pisaniem. Na razie tworzeniem historii. No właśnie. To, co najbardziej lubię w tym cyklu Katarzyny Prychacz, to jest to, że można się układaniem historii bawić. To ja państwa zapraszam na pół godziny świetnej zabawy.
[04:34:34] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a was przywiało na Alchemię Tworzenia. No to jedziemy z tym dżinglem. Alchemia Tworzenia. Witam was serdecznie w drugim odcinku drugiego sezonu Alchemii Tworzenia. Tak w ramach technikaliów przypomnę, że zmieniliśmy troszeczkę formułę i na razie, jeżeli chcecie słuchać moich mądrości na bardzo ważne tematy wysokiego kalibru, to zapraszam was do pierwszego sezonu. Tam jest sporo rzeczy, które można przepracować. Oczywiście jak najdą was jakieś pytania, wątpliwości, przemyślenia to zachęcam do kontaktu ze mną. Jestem otwarta. Furtka jest zawsze otwarta.
Natomiast teraz po prostu sobie w tym sezoniku poluzujemy i będzie on polegał, on już polega na tym, zapewne mieliście przyjemność słuchać już pierwszego odcinka, a jeżeli nie, to zapraszam. Każdy odcinek to jest właściwie pomysł na fabułę. I teraz pytanie, czy może was zainspiruje całość historii? Może was zainspirują jakieś pojedyncze rzeczy, może sam schemat, którego tutaj używam, a może sam, zaraz powiem co, to ta najważniejsza rzecz. Ale o to mi chodzi, żebyśmy troszeczkę pobawili się konwencją, wyczilowali. I co? Byli po prostu pisarzami i wymyślali fabuły. Jak to na nas przystało. Oczywiście już poprzednio wspominałam, żeby nie było tutaj takiego szoku termicznego, to oczywiście, że Salvador Dali będzie nam towarzyszył, natomiast tym razem nie w formie cytatów, a w formie zbioru tytułów dla jego dzieł powstałych mniej lub bardziej. Poprzednio wzięliśmy na tapet historię aptekarza i fortepianu.
Także zapraszam, zachęcam. Jeżeli ktoś nie słuchał, to zerknijcie, rzućcie uchem. Pozwoliłam sobie wylosować tytuł kolejny na dzisiejszy odcinek. Także Salvadorze, co ty nam dzisiaj tutaj zaserwujesz? A zatem inspiracją do dzisiejszej fabuły będzie taki oto tytuł: „Fryzjer zasmucony z powodu niezmiennie pięknej pogody”. Okej, jest wyzwanie. Myślę. Z pozoru proste, ale może niekoniecznie. Zależy, jak ambitnie podejdziemy do tematu. I co?
Sięgamy zatem po mój schemacik. Też jeszcze przypomnę, że schemat, którym się będę posługiwać, to nie jest do końca schemat z cyklu plan wydarzeń, czy jakiś przebieg opowiadania, tylko bardziej schemat pod zbudowanie pewnego rodzaju mapy myślowej czy takiej troszeczkę bazy pisarskiej. Może nie tyle pisarskiej, co fabularnej, właśnie pod daną fabułę. Jak najbardziej oczywiście możecie sobie zapożyczać ten schemacik i go używać. Proszę bardzo, niech wam się dobrze używa. Okej, przechodzimy do pierwszego pytania z tego schematu, czyli pytanie: jak jest? Okej, z tego, co mamy, to możemy wywnioskować, że jest niezmiennie piękna pogoda, ale fryzjer jest zasmucony, więc jak jest? Jest bardzo głęboki smutek wewnętrzny, mimo że na zewnątrz jest wszystko piękne, radosne, słoneczne i w ogóle och, ach. Wiosna. Niech będzie wiosna.
Wiosna jest taką, myślę, radosną porą roku. O! Wiosna na zewnątrz, ale jesień wewnątrz. Dobra, słuchajcie, mamy kolejne pytanko: jak było? Jak tu mogło być? Tak sobie myślę, może pójdźmy w taką kliszę, klasykę rodzaju. Tak myślę sobie po prostu, co smuci najbardziej ludzi lub najczęściej. Wszystko może być powodem do smutku, tak jak wszystko może być powodem do radości. Ale może złammy serduszko naszemu fryzjerowi? A może nie.
Zróbmy coś gorszego. Może nie tyle jego ukochana go zostawi, zerwie z nim i tak dalej, tylko po prostu zniknie. Tak nagle. Nie, że nie żyje. Ona żyje, tylko po prostu tak jakby zniknęła nagle. Tak pstryk! Śluch o niej zaginął. Nie odzywa się, nic się nie dzieje. Może coś takiego. Ale jestem bezwzględna, aż mi szkoda tego fryzjera.
Miłość, nienawiść to są fajne emocje, ale obojętność... Ale okej. Niech będzie zatem, bo to w sumie mamy pytanie: jak było? A ja już tutaj się wyrywam przed szereg. To było radośnie. Myślę właśnie, czy to była taka ukochana, a może to dopiero miała być ukochana, może to się dopiero coś tutaj rodziło. Bardzo tutaj się zapowiadało płomiennie i stale, a się kurczę zniknęło. Więc właśnie. Okej, czyli jak było? To było cudownie.
Była wiosna. Wiosna w środku, wiosna na zewnątrz. Miłość kwitła i ogólnie od razu mi się na uszy pcha kawałek Skaldów. Skaldowie chyba śpiewali: „Ktoś mnie pokochał, świat nagle zawirował”. To tak właśnie było. I pytanie trzecie: co się zmieniło? To właśnie już wykrakałam wcześniej. Zmieniło się to, że po prostu ukochana z dnia na dzień zniknęła, pozostawiając fryzjera z całym stadem myśli albo w ogóle jakichś scenariuszy, dywagacji i tak dalej. Bo właściwie to on nie wiedział, czy coś jej się stało, czy po prostu zrobił coś nie tak. A może jej się znudził?
A może spotkała kogoś innego? A może trącili ją do lochu za coś? Opcji zawsze jest wiele. Także zobaczmy, co tu mogło się wydarzyć dalej. Pytanie czwarte dotyczy tego, jakie jest rozwiązanie. Więc nasz zasmucony z powodu niezmiennie pięknej pogody fryzjer... Właśnie jeszcze ten wpływ pogody tu trzeba zrobić. To jeszcze wyjaśnijmy, czemu on był z powodu pogody zasmucony. Jak już wspominałam, była wiosna. Może niech ta piękna pogoda kojarzy mu się z tą jego ukochaną, której pojawienie się w jego życiu stanowiło właśnie taką piękną pogodę.
Może był dosyć markotnym człowiekiem? Tak sobie myślę. Może był melancholikiem. Był świetnym fryzjerem. Co prawda najczęściej w zakładzie jego klientami byli goci. Mam tu na myśli subkulturę, nie tyle plemiona. I ogólnie wszyscy klienci z tego światka trochę wampirzo-mrocznego. Nie wiem, czy idziemy w kierunku fantastyki. Nieistotne teraz, pomyślimy. Ale w sumie to byłoby fajne, taki fryzjer dla wampirów, nie?
Dobra, pójdźmy w tą fantastykę. Jestem fanem fantastyki, nie będę się tego wstydzić i wypierać. Okej, nasz fryzjer był fryzjerem wampirów, dlatego też pracował najczęściej w nocy, co w sumie było w jego stanie całkiem spoko sprawą, bo nie musiał tak bardzo się katować tą radością i słońcem. A może ta melancholia właśnie wzięła się z tego, że trochę nasiąkał tym nocnym nastrojem? Oczywiście nasz fryzjer był człowiekiem. Zróbmy go człowieka. Nasz fryzjer był człowiekiem, ale dobra, zaraz do fryzjera dojdziemy. Jeszcze pomyślę. Nie był jedzony. Był szanowany.
Był najlepszym wampirzym fryzjerem. Jakie to rozwiązanie mogło mu się nasunąć? Na pewno będzie chciał odnaleźć tą ukochaną albo chociaż dowiedzieć się, co się stało. Czy może będzie się z tym godził? Wiecie co, ja już się pcham przed szereg, kurczę. Dobra, słuchajcie, zaraz do tego wrócimy, bo kolejne pytanie jest takie: kim jest bohater? Wpadłam na pomysł, że poprzednio też losowaliśmy archetypy osobowości, więc tutaj też wylosujemy naszemu fryzjerowi i wtedy zobaczymy, co będzie nam bardziej pasowało. Czy żeby był człowiekiem takim, który wyruszy gdzieś na ten quest i odnajdzie ukochaną, czy może jego questem będzie bardziej podróż w głąb siebie i próba pogodzenia się z tymi emocjami czy poukładania tej całej sytuacji. Dobra, dajcie mi chwilę, wylosujemy archetyp. Tasu, tasu.
Dobra i uwaga, losujemy jakiś. Mam. Już sprawdzamy. Czarodziej. Oczywiście tutaj zaznaczam, że mam karty archetypów od Gabrieli Borowczyk i to na nich się opieram. Zaraz wam przeczytam, co to jest Czarodziej, co to za archetyp. Otóż magia istnieje. Intuicja też. Motywator, który zapala do działania. Myśli pozytywnie, wierzy w swoją tajemniczą moc, ma niesamowitą siłę sprawczą.
Jego drugie imię — Przemiana. Optymista i wizjoner. Marzenia są po to, by je realizować. Czasem dzięki prostym i małym modyfikacjom wprowadza wielkie zmiany. Potrafi oczarować opowieścią albo wizją, przenieść w magiczny, lepszy świat. Myślę, że ten archetyp nam tutaj sporo powiedział, sporo rozwiał. Na pewno nasz bohater nie pozostawi tego bez działania. Skoro robi małe rzeczy, które wprowadzają duże zmiany, to może tutaj coś takiego? Może tutaj wykorzystajmy jego potencjał? Optymista, wizjoner.
Wracam teraz do punktu czwartego z powrotem, czyli jakie jest to rozwiązanie. Na pewno będzie chciał się dowiedzieć, co się stało, dlaczego ukochana zniknęła. Chociażby miał się dowiedzieć, że po prostu faktycznie on się jej znudził, czy po prostu ma kogoś innego. Ale będzie musiał się dowiedzieć, woli, żeby go nienawidziła, niż była obojętna. Musi znać historię. Po prostu musi. Skoro ta jego intuicja i to wszystko w nim tak żyje i skoro ma kontakt z istotami metafizycznymi, z istotami nadprzyrodzonymi, to może niech on się poradzi swoich klientów. Takie trochę odwrócenie ról, gdzie zawsze to on jest takim terapeutą i najlepszym słuchaczem dla swoich klientów, wampirów, które też mają jakieś tam swoje rozterki i problemy. A w ogóle to wampirom rosną włosy? Dobra, coś tam w tych ciałach jest, coś nimi animuje, to może i te włosy.
Niech będzie. W ogóle fajnie. Podoba mi się ta wizja fryzjera wampirzego. Może postanowi zapytać swojego najwierniejszego klienta, może jakiegoś takiego lorda, nie? Albo jakiegoś takiego starego wampira w ogóle. Jaka to epoka jest? Mogą być czasy współczesne. Takie, że internet, że technologia i tak dalej. Ale to jakaś mała wioska by musiała być, gdzie się to dzieje wszystko. Takie miasteczko, że się wszyscy znają, że jest społeczność.
Musi być trochę na uboczu, skoro tamte wąpierze sobie są i żyją wśród ludzi. A może ludzie nie wiedzą? Tylko on wie. Tylko jego wtajemniczyli. Człowiek z sekretem. Podoba mi się, coraz bardziej się rozwija. Rozwiązanie. Nie wiem, czy to nie będzie za proste jak poprosi wampira i wampir to sprawdzi. Tu musi być jakaś tajemnica. Tu się coś musiało wydarzyć.
Chyba że któryś wampir po prostu mu zjadł tą ukochaną. Ale dobra, tego też się trzeba dowiedzieć. I to może go tutaj powstrzymać. Kurczę, to można byłoby taki trochę fantastyczny kryminał napisać. Dobra, ale to jest ten jego klient zaufany. Moglibyśmy go jakoś nazwać fajnie. Hrabia jakiś. Nie, że Drakula, to mi zbyt oklepane. A może go dać faktycznie z jakiejś takiej starożytności? Ale nie pamiętam, kurczę, aż już zaczynam się wkręcać.
Już miałam lecieć po książkę. Takie starożytne wampiry jakieś. A może to jakiś wampir romantyk z duszą romantyka i dlatego on tu się wkręci w tą historię miłosną. Dobra, nie będę się nad tym teraz zatrzymywać. Może jeszcze coś mi w międzyczasie przyjdzie do głowy. Więc ten wampir rozpyta, może rozejrzy się i trzeba by później rozpisać. Dobra, to jakie jest rozwiązanie? Poproszenie o pomoc swojego zaufanego, najstarszego klienta i zobaczymy co z tego wyniknie. A kim jest bohater? Coś więcej o nim, bo tu wylosowałam ten archetyp, czyli taki trochę odpałowy fryzjer.
Może i melancholik, ale z drugiej strony taki, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, że właściwie potrafi zrobić coś z niczego i gdzieś zawsze klienci są zadowoleni, bo te fryzury im zawsze wyczaruje. Będzie łączył różne epoki ze sobą albo dobierał, jeżeli miał na przykład klienta ze starożytności czy na przykład z epoki baroku, to będzie dobierał coś nowoczesnego. Także trochę przełamywać schematy albo łączyć. Także taki tutaj nasz kolorowy ptak, fryzjer szalony, ale faktycznie od jakiegoś czasu bardzo smutny. Dlatego też ten klient postanawia mu pomóc. No i właśnie pytanie szóste. Znowu się wyrwałam przed szereg. Ostatnie w tym schemacie: kto pomaga bohaterowi? Tutaj mówimy o sojusznikach. Natomiast mamy tego klienta.
Ktoś jeszcze by mógł tu się pojawić. Wiecie co? Wylosuję drugi archetyp i sobie wymyślimy do niego postać, co? Nie macie i tak nic do gadania. Dobra, losujemy jak już leżą pod ręką. Dobra, mam. Buntownik. Najpierw wam przybliżę, cóż to za archetyp. Podważa ustalony porządek rzeczy, nie zgadza się i jawnie to manifestuje. Bywa niepoprawny, nieugrzeczniony i zadziorny.
Kwestionuje zastane status quo. Zadaje niewygodne pytania, zmusza do myślenia i rewizji poglądów, prowokuje, krytykuje, a czasem wręcz ośmiesza zasady krępujące świat. Dąży do wyzwolenia i wolności. Jego drugie imię: rewolucjonista. Gotów jest iść na barykady za swoje przekonania i ideały. A może dajmy fryzjerowi współlokatora? Może to będzie taki jego najlepszy kumpel. W sumie to się poznali przez przypadek może. Tak mi się zaczyna generować w głowie. I w sumie, mimo że ten buntownik też niech będzie śmiertelnikiem i mimo że nie będzie czesał wampirów, ale będzie prowadził tryb nocny.
Może będzie rozkręcał jakieś rzeczy albo organizował różne rewolucyjne rzeczy. I może ten buntownik też mu będzie pomagał tutaj, tak myślę. Tylko jak on by mógł pomagać? A może to on zasieje to ziarno niepewności w naszym bohaterze? W sensie, że zrzuci podejrzenia na wampiry. Kurczę, to by mogło być to. Więc wtedy jednocześnie wampir będzie sprawdzał swoje kontakty, a ten buntownik będzie sprawdzał swoje kontakty. Więc nasz fryzjer będzie miał informacje z dwóch stron. No i co dalej? Tak sobie myślę, bo dzisiaj szybko przeleciałam przez ten nasz schemat, a jeszcze trochę czasu mamy.
Co tu by się mogło wydarzyć? Tak myślę, co z tą niewiastą? A może jakieś zaklęcie? A może jakiś wampir ją chciał zeżreć? I ją zahipnotyzował, że była w takim stanie odurzenia jakby. Ale w porę drugi wampir zainterweniował, bo się zorientowali, że to jest ta ukochana fryzjera. A że fryzjer był nietykalny, to wiadomo, że ta jego ukochana tym bardziej. I wtedy musiało być jakieś zamieszanie. Chodzi mi o to, żeby ona w tym stanie takiego zamroczenia może straciła pamięć. Może tego nie da się do końca usunąć?
To są fajne pytania, które uruchamiają już sporo rzeczy do tej mapki. Aż normalnie teraz mnie korci, żeby wziąć zeszycik i zacząć spisywać, ale już też nie chcę tutaj cięć robić w trakcie. Może faktycznie sobie później to zanotuję, ewentualnie na naszej facebookowej grupie się z wami tym podzielę. No dobra, to może w sumie taka też trochę klasyka rodzaju — ukochana, która straciła pamięć. To jest dobry pomysł, bo potem trzeba będzie trochę zakombinować, to nie będzie takie proste, żeby przywrócić tą pamięć. A może oni ją chcieli dziabnąć. Czy tam ten jeden wampir zahipnotyzowali, czy tam odurzyli ją, a potem wpadli w panikę i chcieli jej usunąć to wspomnienie, żeby się nie wydało. Żeby tutaj nie rozdrażnić na przykład tego hrabiego, któremu w sumie dalej imienia nie wymyśliłam. Dobra, już odpłynęłam w te imiona. Ten hrabia jest kimś ważnym w tym klanie wampirów i te dwa wampiry nie chciały rozdrażnić hrabiego, bo hrabia lubił fryzjera, wiadomo.
Postanowili wymazać to wspomnienie tej dziewczynie. Natomiast coś poszło nie tak i w ogóle jej wymazali ostatnie miesiące. I mamy to. I buntownik to odkryje, bo oni będą skrupulatnie wszystko ukrywali. Zmowa milczenia. Hrabia nie będzie nikogo o to podejrzewał, zwłaszcza tych dwóch. Może to zrobić jakichś jego przybocznych, takich ważnych. Tylko co z tą dziewczyną? Bo właśnie, czy oni się zorientowali, czy nie, że trochę przesadzili z tym? Bo ona zniknęła.
To znaczy, że musiała wyjść z miasta. To może po prostu oni ją przenieśli do innego miasta. Okej, ale mówiłam, że mamy czasy współczesne, czyli jest technologia. Mimo że czasy są współczesne, to nasz fryzjer jest tradycjonalistą i w ogóle technofobem. Tak to można powiedzieć? Tym, co nie akceptuje, nie lubi techniki. Więc on robił wszystko po staremu. Nawet nie używał żadnych maszynek elektrycznych, tylko leciały brzytwy, noże chińskie i takie tam szmery bajery. Nożyczki oczywiście. On nie miał smartfona, więc też nie mógł w ten sposób zadzwonić czy namierzyć swojej ukochanej.
O, i zróbmy ją taką fankę techniki. Może ona by mogła być programistką jakąś. Już wiem. I ona robiła gry komputerowe albo gry na smartfon. Nie, grę komputerową. I w tym miasteczku była przez chwilę, bo robiła research do jakiejś nowej gry RPG. Może jakaś gra taka, nie wiem. I to było takie ładne, klimatyczne miasteczko. Tak jak Nowy Orlean może. A może nie.
Nie wiem sama. Wenecja też jest ładna. Ach, tyle decyzji. Może zrobię combo. Czyli ona tu przyjechała na parę dni na research, poznała tego fryzjera. I tu coś zaiskrzyło. Nie miała pojęcia, że to jest miasteczko wampirów właściwie. No dobra, czyli po prostu tamte wampiry ją odwiozły do innego miasta albo do jej miasta. Więc ona tam jest i ona nawet nie ma pojęcia, że tu była i w ogóle się nie kontaktuje z tym fryzjerem. A że mimo wszystko w tym miasteczku było trochę technologii, to buntownikowi udało się dotrzeć.
Chodził od drzwi do drzwi i sprawdzał, gdzie się dało monitoring. A że był takim trochę szemranym typem, to nawet już się nie trudził o proszenie o ten monitoring, tylko po prostu nocą wkradał się do wszystkich miejsc i przeglądał taśmy z monitoringu, aż w końcu znalazł monitoring z zaułka, gdzie zobaczył właśnie tą dziewczynę i tych dwóch wampirów. I tu się powinna teraz dalej rozwijać cała ta historia. Kurczę, fajna sprawa. No dobra, okej, to też jest rzecz już do rozpisania, jak to tam dalej fabularnie. Myślę tylko z takich najważniejszych rzeczy, czy tą dziewczynę później, czy to się uda. Nasz fryzjer to tutaj, że optymista, wizjoner i marzenia są po to, by je realizować. Może ten hrabia mu powie, jak już się dowiedzą, o co chodzi. Hrabia też przyciśnie tych swoich podopiecznych, przybocznych czy jak ich tam zwał i w końcu się dowiedzą, co tej dziewczynie się stało. To wampiry powiedzą fryzjerowi, że się nie da tego cofnąć.
Buntownik będzie chciał go pocieszyć i mu powie, że jak raz się zakochali, to pewnie i drugi raz się zakochają i tak dalej. Natomiast fryzjer nie da za wygraną. On znajdzie rozwiązanie. On zrobi wszystko, żeby zrozumieć, na czym polega ten czar wymazywania pamięci. I tutaj jest ten fajny zapis, że dzięki prostym i małym modyfikacjom wprowadza wielkie zmiany. Więc może jak już pozna ten proces, jak to ze strony wampirów wygląda. Wiecie, że to nie jest takie tam zwykłe czary-mary, tylko to ma jakiś tam proces, jakiś sens. To może on tak z głupia franc powie jedno coś i ten hrabia podłapie i mówi: „Kurczę, a może faktycznie to się da?”. Albo jakiś składnik. Kurczę, ma być wyprawa bohatera.
Musimy mieć jakieś eliksiry, składniki. Jakaś jedna rzecz. Tu trzeba będzie to przekminić, wymyślić w ogóle ten czar, na czym to polega. Czy to hipnoza, czy co to jest. I fryzjer nie da za wygraną. I przywróci swojej ukochanej pamięć? I co teraz? Albo idziemy w klasyczny happy end i żyli długo i szczęśliwie. A może jej przywróci pamięć i się rozejdą? Nie, trochę lipa, co?
A może tak. Zróbmy coś takiego, że przez to, że ona się dowie o tych wampirach i że ktoś ją zaatakował, to mimo że będzie czuła miłość do tego naszego bohatera, to nie będzie potrafiła zostać w tym miasteczku. Postanowi, że ona musi sobie to wszystko poukładać i wtedy odejdzie. Nie, że umrze, tylko odejdzie. Wyjedzie z tego miasteczka, żeby skończyć swoją grę, tą, którą przyjechała tutaj wymyślić, zaprojektować, że i tak już tu zbyt długo była. I teraz myślę, czy to będzie koniec, czy może jakiś epilog, że jednak za jakiś czas, jak sobie to poukłada, to wróci. Oczywiście Fryzjer daje jej odejść wolno. Dużo opcji jest na zakończenie. A może mimo wszystko będą utrzymywali kontakt z tą dziewczyną? Może ona w pewnym sensie przekona tego Fryzjera, nie wiem, czy do smartfonu.
Może dajmy mu chociaż jakiś komputer stacjonarny, laptop albo pager. Nie znam się na pagerach. Czy tam można się wymieniać wiadomościami, takimi większymi jakimiś? Nie wiem, czy to nie są krótkie, tylko jakieś kody. Może Buntownik mu załatwi starą Nokię 3310 jako przedmiot do samoobrony. Będą mogli wymieniać się SMS-ami, bo może postanowią nie dzwonić. Może to będzie za trudne dla Fryzjera, żeby jednak słyszeć jej piękny, cudowny głos. Będzie dostarczał jej informacji czy inspiracji do tego jej miasteczka, a potem się zobaczy. Jest pole do kontynuacji. Prosta historia.
Patrzę, bo tu jeszcze mamy, że Fryzjer był zasmucony z powodu niezmiennie pięknej pogody. Pytanie też jest takie, czy on po tym wszystkim dalej będzie zasmucony, czy może jednak mimo tej rozłąki, ale będzie wiedział, na czym stoi. Czyli będzie wiedział, że ukochana jest bezpieczna i że ich drogi już się przestały krzyżować w tym momencie. Więc będzie szczęśliwy, że ona spełnia swoją pasję, że działa. Będzie szczęśliwy, że poznał taką niesamowitą kobietę. Może on już nie będzie zasmucony. Niech on się cieszy. Wiadomo, że będzie czuł trochę smutku rozłąki, ale z drugiej strony ta świadomość, że ona jest żywa, bezpieczna i szczęśliwa, bo się realizuje, gdzie wcześniej miał najgorsze myśli w głowie, to może jednak, mimo że jego oczy będą jeszcze trochę smutne, to będzie się uśmiechał na powrót. Dzisiejsza historia melancholijna bardziej, ale z potencjałem. Jeszcze dalej mnie tutaj ten moment intrygi, tego przeglądania monitoringów przez Buntownika.
Tak właśnie myślę. Taki rodzaj śledztwa. Jak już mam jeszcze chwilę czasu, to sobie pogadamy. Ja sobie pogadam. Może to zrobić może nie tyle noirowe, ale jednak zrobić faktycznie trochę kryminał. I może to wszystko byłoby z perspektywy tego Buntownika. To on byłby narratorem. To byłby rodzaj takich jego przemyśleń, jego śledztwa. W końcu chyba też będzie musiał odkryć te wampiry. Może on też w międzyczasie nie będzie o nich wiedział i w międzyczasie odkryje, że jego znajomy jest fryzjerem i ci klienci nocni to jednak są nie do końca ludzie.
Fajnie. Taka perspektywa rebela to nawet ciekawa postać będzie. Taka dosyć zmienna i ognista, czasami trudna. I on by mógł opowiadać taką niby historię Buntownika, który tutaj działał, ale jednak z taką nutą romantyzmu. Czy może on będzie podziwiał tego swojego kumpla za to, że był w stanie obdarzyć kogoś takimi uczuciami, że może kumpel dał mu też nadzieję na to, że taka prawdziwa miłość istnieje i to nie tylko w filmach. Na końcu też mogłaby być taka trochę kłótnia czy niezrozumienie ze strony Buntownika, że Fryzjer pozwolił jej odejść po tym wszystkim, że mimo iż ona sobie wszystko przypomniała, to puścił ją wolno. I tu też jest wtedy miejsce na taką mądrą jakąś dyskusję. Nie wiem jak wy. Na początku mnie to nie przekonało, ale im dłużej o tym myślę i jak pomyślę o perspektywie, że to będzie rozpisane jako takie prywatne śledztwo, to ma nawet całkiem fajny potencjał. Tu by mogło się dużo rzeczy odkryć w trakcie.
Myślę, że mamy to. Nie ględzę dalej. Chyba wiecie już, że ja to ględzić lubię i mogę. Na dzisiaj kończę. Oczywiście przypominam, że w tej formule nie będę wam rzucała ćwiczeń kreatywnych na koniec, bo myślę, że sam pomysł, sama fabuła, jeżeli zdecydujecie się coś sobie stąd podebrać, coś poukładać, a może po prostu weźmiecie któryś z archetypów do swojej postaci i spróbujecie ją sobie ograć, to myślę, że to już są najlepsze ćwiczenia kreatywności. Także ja na dzisiaj kończę. Niech wam się inspiracja fajnie lęgnie w głowie, rozwija i dobrze używa. Przyjemnego wieczoru życzę. Trzymajcie się i do usłyszenia za tydzień. Pa!
[05:06:33] - Była zabawa słowem. Teraz czas zagłębić się w literaturoznawstwo. Nie, spokojnie, to będzie literaturoznawstwo na poziomie Bibliotekarium 2.0. Nie wiem, czy złym, czy dobrym, czy niskim, czy wysokim. Moim zdaniem bardzo wysokim, bo „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego to, jak mi piszą niektórzy na maila, klasa sama w sobie. Zapraszam państwa na kolejny odcinek. Dzisiaj autor znany, który pisze kryminały, mianowicie Henning Mankell i powieść „O krok”. Dzień dobry, witam państwa bardzo serdecznie w moim labiryncie, takim letnim, sierpniowym. Oczywiście powiedziałem „witam”, ale powinienem powiedzieć jak zawsze „dzień dobry” albo „dobry wieczór”, bo nie wiadomo w końcu, kiedy państwo tego odsłuchujecie. Mamy lato.
W związku z tym pomyślałem, że nasze sierpniowe spotkania będą pod nieco lżejszej muzy. Chociaż, jak już się pewnie państwo przyzwyczailiście, zawsze mam coś w zanadrzu, co powoduje, że nawet pozornie łatwe lektury stają się wcale nie takie proste. Dzisiaj po raz kolejny zajrzę do korytarza z napisem „Skandynawski kryminał”. Jak państwo pamiętacie, jakiś czas temu mówiłem o Lackberg. Dzisiaj chciałbym właściwie opowiedzieć państwu o jednej z części mojej ulubionej serii kryminałów, czyli o przygodach dzielnego komisarza Kurta Wallandera. Nie wybrałem jednak pierwszego tomu, chociaż on jest również interesujący, a tom szósty zatytułowany „O krok”. Wybrałem go dlatego, że akcja toczy się latem, na przełomie lipca i sierpnia. Tyle tylko, i akurat jest to bardzo ważne, w 1996 roku, dokładnie 25 lat temu. Dlaczego to jest ważne? Za chwilę się okaże.
Sprawa, którą będzie musiał rozwiązać Kurt Wallander wraz z zespołem, bo ważne jest to, że już w latach 90. nie mamy, o ile oczywiście mamy jedną główną postać, czyli właśnie tego dzielnego, starzejącego się powoli, a i tak jeszcze ciągle młodszego niż ja dzisiaj policjanta, to oczywiście on pracuje w całym zespole wraz z prokuraturami i policjantami. Oczywiście to powoduje nieuniknione napięcia i pewne zatargi zarówno kompetencyjne, jak i w związku z pomysłami na prowadzenie śledztwa. Tym bardziej że śledztwo, które zostało przeprowadzone i zrekonstruowane w „O krok” jest wyjątkowo trudne dla policjantów, dlatego że... Za chwilę. W noc świętojańską 1996 roku trójka młodych ludzi udaje się do lasu. Uwielbiają się przebierać. Taki cosplay w czasach, kiedy jeszcze cosplayów nie było. Przebierają się w stroje osiemnastowiecznych arystokratów szwedzkich, rozkładają wino, bawią się. Jest dziewczyna i dwóch chłopaków.
Miała być druga dziewczyna, ale z powodu choroby nie dojechała. W pewnym momencie zza lasu wychodzi człowiek i strzela trzy strzały w czoło, ale następnie zwłoki znikają. Rodzice – jedni się niepokoją, drudzy mają to w najgłębszym poważaniu. Jedna mama nawet histeryzuje. Mija półtora miesiąca. Policjanci są zawaleni robotą. Jedni odchodzą na urlopy, wracają. Pewnego dnia jeden z najbardziej obowiązkowych policjantów nie przychodzi do pracy. Dopiero po 36 godzinach Wallander orientuje się, że coś jest nie tak i jedzie do jego mieszkania. Jego przyjaciel nie żyje.
Jeden z najlepszych policjantów mamy. Co się stało? Jaki związek zachodzi między śmiercią trójki młodych ludzi a śmiercią policjanta? Rozpoczyna się żmudne śledztwo. Śledztwo, które pochłonie czas, kolejne ofiary, medialną nagonkę, ale też to, co mnie tak naprawdę najbardziej zainteresowało. Z jednej strony, może ze względu na własne doświadczenia, mamy historię zapadania na cukrzycę. Wallander już na samym początku tomu dowiaduje się, że ma zdecydowanie podwyższony poziom cukru. Wiadomo, stres, złe odżywianie, niedawny rozwód sprzed dwóch lat, ale jednak. Potem nieudana próba zbudowania kolejnego związku. Zaczyna być pogodzony z tym, że będzie sam.
Chociaż oczywiście cudownie jest pokazane, jak mimo wszystko Wallander reaguje na obecność kobiet. Ale druga sfera, ta, która mnie tutaj najbardziej pociąga, to doświadczenie, jakie przechodzi Szwecja. To szwedzki proces godzenia się społeczeństwa z tym, że w powieści generalnie homoseksualiści są wśród nich, że trzeba zmienić język mówienia o nich. To kapitalnie pokazane, że to jest proces i to proces, który wcale nie jest prosty. Gdy w pewnej chwili pada podejrzenie, że właśnie ten zamordowany policjant był homoseksualistą, Wallander Czuję potrzebę tłumaczenia się z tego, że on nie ma nic przeciwko gejom i sam widzi, że to jest przymus. On bardzo lubił swojego kolegę, uważał go za genialnego policjanta. Okazuje się, że i policja ma swoje tajemnice, ale nie w tym rzecz. Jasne, Szwedzi raczej zawsze słynęli z tego, że nie próbują wnikać w cudze kwestie, że tak powiem, psychoseksualne. Zawsze byli raczej społeczeństwem zamkniętym w obrębie własnego domu. To bardzo widać.
Nie tylko zresztą w powieściach Mankella, ale również wielu innych pisarzy skandynawskich. Ale tutaj ta sprawa staje się częścią publicznej debaty ćwierć wieku temu. Mankell wydawał mniej więcej swoje powieści z półrocznym, rocznym opóźnieniem w stosunku do czasu jej trwania, więc możemy powiedzieć, że to jest zapis stanu społeczeństwa szwedzkiego w drugiej połowie lat 90. Jak więc państwo widzicie, w każdym społeczeństwie, które przez to przechodziło, tak mi się wydaje, ten problem po prostu jest. Nie da się od niego uciec. Mankell słynie z tego, czy raczej zasłynął z tego, niestety już nie żyje, że obok tych spraw kryminalnych bardzo ważną częścią jego opowieści jest opowieść o społeczeństwie. To zresztą jest stała cecha kryminału skandynawskiego, dlatego, że Skandynawowie właściwie nie znają tego, co my nazywamy powieścią obyczajową. Za to właśnie łączą te elementy kryminalne ze społecznymi. Tak naprawdę to jeden z nielicznych tomów, gdzie sprawa kryminalna naprawdę wysuwa się na pierwszy plan w tym sensie, że jej rozwiązanie ze względu na liczbę ofiar chociażby, a ta szybko będzie rosła, stanowi akcję samą w sobie i rozwiązanie jej nie jest przypadkowe. W każdym razie w niewielkim stopniu.
Nie tak jak na przykład w pierwszej części, czyli w „Mordercy bez twarzy”, w którym zabójcy zostaną schwytani właściwie poza akcją główną powieści zupełnie przypadkowo. Tu tak nie jest, ale toczące się śledztwo, a zwłaszcza przestępca i rozważania wokół tego, kim on jest, staje się swoistą metaforą, a może nawet alegorią. Przynajmniej myślę, że tak to rozumiał Mankell społeczeństwa szwedzkiego Anno Domini '96. Padają takie stwierdzenia na przykład, że zabójca nie lubi uśmiechniętych ludzi, ale z drugiej strony przemoc, którą stosuje, wydaje się absolutnie absurdalna. Zabija kompletnie, wydaje się, przypadkowo. A to oznacza i tak to traktują bohaterowie policjanci, że jest kwintesencją tego, co się dzieje ze szwedzkim społeczeństwem. Jest kwintesencją nieuzasadnionej przemocy, o której już w latach 90. mówili między sobą Szwedzi. Pada w pewnym momencie pytanie, jedna z policjantek ma własne problemy życiowe i pyta Wallandera: „Czy myślałeś o tym, żeby odejść z policji?” Na to on odpowiada: „Nie ma policjanta, który by o tym nie myślał. Każdy z nas przeżywał coś takiego.
Każdy z nas ma poczucie bezsensu, ale tak naprawdę jesteśmy po to, żeby chronić społeczeństwa”. Przy okazji, w tej oczywiście zrekonstruowanej przeze mnie z pamięci odpowiedzi, Wallander mówi o tym, czym w ogóle jest powieść kryminalna. Czym w ogóle jest policjant. Policjant to ten, który stoi między dobrem a złem, między dniem a nocą. Tak było zawsze. To prywatny detektyw, policjant są tymi, którzy narażając własne życie, chronią nas, zwykłych ludzi, chronią naszego życia, naszego majątku. Sami w pewnym sensie są skażeni złem. Zabity policjant był człowiekiem, więc miał swoje problemy. To, że koledzy podejrzewają go o bycie homoseksualistą, nie jest zupełnie bezpodstawne. Podejrzewają go dlatego, że właśnie nigdy nikt go o to nie zapytał.
Bo niby dlaczego? Szwedzi ewidentnie, to widać w ich powieściach, nie dają sobie prawa do wnikania w czyjeś życie, ale w momencie, gdy ono się ujawnia, robią to ze swego rodzaju obrzydzeniem. Ale muszą, bo są policjantami, bo oni są tymi, którzy muszą dotknąć zła, by je wyeliminować. Ale policjanci szwedzcy ćwierć wieku temu mają poczucie wyobcowania. Mają poczucie, że między światłem a ciemnością, między dobrem a złem gwałtownie zacierają się granice. Mówią zresztą o tym. Ich świat się rozpada, a oni próbują ratować sytuację. Oczywiście świat nie wie, że się rozpada. Mankell zawsze dużo uwagi poświęca mediom i zwykle odgrywają one negatywną rolę w jego powieściach w tym sensie, że dziennikarze są wścibscy, wredni, nie rozumieją tak naprawdę wagi sytuacji. Za to ciągle krzyczą o dostępie do informacji.
Ale co mają powiedzieć policjanci, którzy raz, że niewiele wiedzą, a dwa nawet jeżeli wiedzą, to nie wszystko mogą powiedzieć, bo nie chcą spłoszyć bandyty. Już państwo pewnie widzą, dlaczego z takim uporem mówię o tym, że ta powieść dotyczy roku 1996. Bo my przeżywamy dziś przecież podobne problemy. Sięgając po Mankella, serię o Wallanderze, powieści, które zaczynają się mniej więcej w '93, toczą się przez większość lat 90., zawsze w jakimś stopniu widzę nas. Ostatnie lata w naszym kraju. W „Mordercy bez twarzy” problemem jest imigracja. Szwedzi też mieli z tym problem i mają do dziś. To oczywiste. W „Piątej kobiecie” problemem jest przemoc wobec kobiet. Pewnie dziś trochę zmniejszona w Szwecji, ale u nas.
Dziękuję państwu i do zobaczenia.
[05:18:05] - Tydzień temu Luiza Eviva Dobrzyńska opowiadała państwu o książce „Półkróla”. To pierwsza książka z cyklu „Morze Drzazg”. Ponieważ obiecała, że będzie również omówienie tomu drugiego, niniejszym z tej obietnicy się wywiązuje. Zapraszam.
[05:18:54] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Zgodnie z wcześniejszą obietnicą dzisiaj drugi tom sagi Joe Abercrombie'go „Morze drzazg”. Hinta Bantu jest kobietą, co w jej świecie znaczy, że ma siedzieć w domu i zajmować się sprawami kobiecymi. Nie chce jednak tego robić. Kiedy jej ojciec ginie w pojedynku z Grom Gilgormem, najpotężniejszym z wodzów znanego jej świata, dziewczyna przysięga zemstę. Nie może jej jednak dokonać, jeśli nie będzie umiała walczyć. Dlatego staje do ćwiczeń razem z chłopcami szkolonymi przez mistrza Hunana na wojowników. Hunanowi bardzo się to nie podoba, ale dziewczyna zwana Zadrą, czyli Hinta Bantu, potrafi dopiąć swego. Jest dobra, nawet za dobra jak dla Hunana. Postanawia więc utrzeć jej nosa.
Zmuszona do pojedynku z trzema chłopcami dziewczyna niechcący zabija jednego z nich i trafia do lochu skazana na śmierć. Kto wie, być może tutaj skończyłyby się jej przygody, gdyby nie Brandt, jeden z jej kolegów z placu boju. W odróżnieniu od innych uczniów jest zbyt uczciwy, żeby powtarzać wersję mistrza Hunana i całą prawdę opowiada ojcu Jarviemu, ministrowi króla i synowi królowej. Jarvi uwalnia Zadrę z więzienia i zabiera ze sobą. Wyrusza bowiem w rejs. W rejs ku własnemu tajemniczemu celowi. Brandt zostaje przez mistrza Hunana upokorzony i zostawiony na lądzie. Ojciec Jarvi jednak ofiarowuje mu miejsce na swoim statku. W ten sposób Zadra i Brandt razem ruszają ku tajemniczej przygodzie. Początkowo myślą, że będą tylko wiosłować.
Jednak Jarvi sprowadza tajemniczą kobietę zwaną Skifra albo chodzącą po ruinach, ponieważ jako jedna z bardzo niewielu mieszkańców świata może wejść w ruiny miasta elfów i wyjść stamtąd żywa. Wszyscy inni zapadają na tajemniczą chorobę i umierają, a Jarvi chce coś uzyskać z ruin Strokomu, dawnego miasta elfów, tak ogromnego, że ludzie jego świata z trudem wierzą, że było możliwe zbudowanie czegoś takiego. Zadra trafia więc pod opiekę Skifry, która w brutalny sposób uczy ją wszystkich sztuczek i podstępów potrzebnych w walce, nie mówiąc już o technikach władania różnymi rodzajami broni. Powoli dziewczyna przeistacza się w prawdziwą maszynę do zabijania. Jej umiejętności zostaną już wkrótce wykorzystane, a przeżycie będzie czymś bardzo problematycznym. O ile w poprzedniej części głównym bohaterem był Jarvi, o tyle tutaj jest nim Zadra oraz kryjący się w jej cieniu Brandt. Dziewczyna pełna goryczy, pełna złości zostaje przekształcona w coś w rodzaju Rambo. Czy jest to możliwe? Na pewno jest. Jak wiadomo, istnieją na tym świecie kobiety, które wcale nie ustępują mężczyznom w walce.
Jednak muszę przyznać, że po przeczytaniu tej książki zrobiło mi się Zadry po prostu żal. W tej postaci, w jaką weszła niejako, mogła osiągnąć wyżyny sprawności, zostać nieustraszoną wojowniczką. Ale tylko tym, niczym więcej. Jej światem stała się walka. A czy można tak żyć? Zadra jest bardzo młoda. Trudno oprzeć się pytaniu, co będzie z nią za kilkanaście lat. Nadal może być bardzo sprawna. Nadal może być nawet najlepsza ze wszystkich. Ale czy to wypełni jej życie?
Czy to wypełni jej serce? Właściwie to wypełnienie pojawia się przy niej prawie od razu. To jest oczywiście Brandt. Odwrotność Zadry. Jest wojownikiem, ale z natury łagodnym. Właściwie trudno powiedzieć, dlaczego zgłosił się na ćwiczenia, dlaczego chciał iść na wojnę. Pewnie uważał to za swój obowiązek, ale mimo że jest bardzo sprawny, bardzo dobry w tym, co robi, nie znosi zabijać, nie znosi krzywdzić. Można powiedzieć, że w ich związku to on jest bardziej kobietą niż Zadra. W książce nie zabraknie oczywiście tych bohaterów, których znamy z poprzedniej części: królowej, króla, obecnej gdzieś w tle babki Vexen, która jest niejako przełożoną ministrów w całym ich świecie oraz sama jest najważniejszym ministrem, doradcą najwyższego króla, o którym nadal wiemy niewiele. Jednak najciekawsza będzie właśnie podróż do Strokomu oraz wizyta w mieście elfów.
Na pewno elfów? Coś w tym jest niepokojącego. Nawet bardzo. Ale co? Moi drodzy, odkryjcie to już sami. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:24:01] - Tak, proszę państwa, powiem mrocznym głosem, że teraz jest to, czego niektórzy nienawidzą A niektórzy bardzo lubią. A mianowicie czwarty odcinek Roku Józefa Mackiewicza – audycji z cyklu Rok Józefa Mackiewicza. Tym razem ten czwarty odcinek nosi tytuł: „Artysta słowa, znakomity, wielki pisarz” i o twórczości pisarza oraz jego losach, ale głównie twórczości, opowiada literaturoznawca, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – Maciej Urbanowski.
[05:24:54] - Rok Józefa Mackiewicza. Piewcy wolności, myśli i słowa. Odcinek czwarty. Artysta słowa, znakomity, wielki pisarz. O Józefie Mackiewiczu i jego twórczości mówi profesor Maciej Urbanowski.
[05:25:23] - Dorobek Józefa Mackiewicza jest na pewno bardzo ważny na tle polskiej literatury XX wieku, zwłaszcza literatury po II wojnie światowej, choć też jego książki z dwudziestolecia i teksty są ważne i ciekawe. Jest to dorobek bardzo obszerny i też taki dorobek, który ciągle nie jest zamknięty, bo wydawane są nowe teksty, nowe listy Mackiewicza. I jest to dorobek odrębny, bo to jest taka twórczość, która jest oryginalna, wyjątkowa. Z jednej strony tę wyjątkowość na pewno nadaje jej sama biografia Mackiewicza, która stanowi taki materiał wielu jego tekstów przetworzony. Biografia, która jest i dramatyczna, i też która jest biografią człowieka odważnego, nonkonformisty płacącego wysoką cenę za swoje wybory artystyczne, polityczne i ideowe. Wyjątkowa jest też osobna sama już twórczość literacka, bo jest to twórczość prozatorska. Mackiewicz nie pisał wierszy, napisał sztukę teatralną, ale ona jest marginesem wczesnym w jego twórczości. Natomiast był prozaikiem, przede wszystkim autorem znakomitych, ważnych powieści, noweli, ale także eseistą, także publicystą, także bardzo wybitnym reporterem. I też teraz, jak wspominałem, odkrywamy jego epistolografię, czyli listy. I w tej twórczości literackiej Mackiewicza znajdziemy też dwie co najmniej takie osobne i ważne cechy.
Jedna to jest waga podejmowanych przez niego tematów, bo to był pisarz, który fascynująco opowiadał o historii XX wieku, o zderzeniu jednostki z historią XX wieku, z takimi kluczowymi wydarzeniami dla tej historii jak I wojna światowa, jak rewolucja bolszewicka, jak hitleryzm, jak II wojna światowa i totalitaryzm. I też patrzył na te tematy inaczej niż większość pisarzy, którzy też jakoś interesowali się tymi zagadnieniami, bo miał właśnie takie wyraziste, osobne, oryginalne spojrzenie na historię, na komunizm. I też bardzo ciekawie pisał jako literat, bo z jednej strony odżegnywał się od eksperymentów formalnych, awangardowych, nawiązywał do wielkiej tradycji realizmu, ale z drugiej strony wzbogacał ten realizm, unowocześniał, łączył fikcję z dokumentem, łączył fabułę z reportażem. Był też znakomitym obserwatorem świata. Świetnie pisał i o wewnętrznych doznaniach jednostki, ale też o naturze. To wszystko tworzy taką niezwykłą mieszankę, która jest rzeczywiście wyjątkowa w polskiej literaturze. Józef Mackiewicz pochodził z utalentowanej bardzo rodziny. Rzeczywiście jego brat Stanisław Cat-Mackiewicz był również nie tylko politykiem, ale bardzo utalentowanym eseistą. Czy jest mniej znany od Cata Józef Mackiewicz? Z pewnością tak i z pewnością to jest efekt przemilczania w okresie i PRL-u, bo Józef Mackiewicz nie był wydawany w ogóle w okresie Polski Ludowej w kraju.
Cenzura zakazywała druku jego książek. Właściwie nie wspominano jego nazwiska. Był zakaz wymieniania nazwiska Józefa Mackiewicza, a jeżeli go wspominano, to tylko w trybie jakimś takim paszkwilanckim, oszczerczym, jako przykład zagubienia emigracji, braku talentu czy nawet takich skrajnych poglądów politycznych. Także w drugim obiegu Józef Mackiewicz pojawia się stosunkowo późno. Dopiero w połowie lat 80. zaczynają być wznawiane jego książki, więc też od tej strony on późno wchodzi do powszechniejszej świadomości. Po roku '89 jego książki są wydawane przez wydawnictwo Kontra, ale one też nie są obecne w szerszym obiegu świadomości. Mackiewicz jest komentowany przez naukowców, ale w obiegu popularnym wydaje się, że nie jest tak obecny, jak powinien. Ale dodać tu można, że także na emigracji Mackiewicz oczywiście był obecny, publikował w Wiadomościach Londyńskich przede wszystkim, drukował jego książki Jerzy Giedroyc, ale też część swoich książek Mackiewicz wydawał własnym sumptem, zbierał pieniądze, darowizny od czytelników, bo jego książki, zwłaszcza pozaliterackie, myślę o publicystyce, zawierały tego rodzaju poglądy, sądy, które także na emigracji budziły kontrowersje. Słynna jest sprawa nagrody, którą Kultura przyznała Józefowi Mackiewiczowi w latach 70., ale w uzasadnieniu, którego autorem był Gustaw Herling-Grudziński, podkreślono, że to jest za właśnie książki literackie, a nie za niepoczytalną publicystykę.
Mackiewicz wówczas poczuł się słusznie urażony i nagrody nie przyjął. Więc tutaj poglądy polityczne Mackiewicza, jego ostra krytyka także emigracji, jego własne zdanie na wiele tematów nie ułatwiało mu także zdobycia wyrazistego miejsca na emigracji. Można tutaj dodać słynną sprawę Mackiewicza. Bo Mackiewicz w czasie II wojny światowej publikuje dwa teksty na łamach wydawanego przez okupanta niemieckiego Gońca Codziennego. To było pismo w języku polskim. Te teksty o charakterze przede wszystkim antykomunistycznym spowodowały, że miano wydać na Mackiewicza, sąd specjalny Armii Krajowej, karę śmierci. Później ten wyrok miano unieważnić, uniewinnić Mackiewicza, ale te okoliczności wydania wyroku śmierci, za którym to wyrokiem prawdopodobnie stali agenci sowieccy, ciągnęła się za Mackiewiczem i ciągnie. Po wojnie także na emigracji oskarżano go o kolaborację z Niemcami. Mackiewicz próbował się przed tymi oskarżeniami, zarzutami bronić, ale jego skuteczność nie zawsze była duża. Włodzimierz Bolecki w książce „Ptaszniki z Wilna” tę sprawę szczegółowo relacjonował.
Można też dodać, że popularność Mackiewicza w drugim obiegu, zwłaszcza wśród ówczesnego młodego pokolenia i potem też na początku lat 90., powodowała, że nie był on kochany przez elity III RP. Takim słynnym przykładem jest zdanie Adama Michnika o zoologicznym antykomunizmie Mackiewicza, a więc takim antykomunizmie, jak można się domyślić, prymitywnym, brutalnym, animalnym, zwierzęcym. To pokazywało też, że Mackiewicz po '89 roku nie do końca jest pisarzem łatwym i wygodnym dla wielu środowisk. Więc to wszystko powoduje, że dzisiaj, kiedy jest rok Józefa Mackiewicza, cieszymy się, ale wracają te głosy. Rzeczywiście, czy jest to pisarz znany? Co można zrobić, żeby był bardziej znany i dlaczego dzisiaj do Mackiewicza warto powracać? Wybór nie jest łatwy, bo tych książek jest kilkanaście, jeżeli nie kilkadziesiąt. Ja bym wybrał może tak. Z jednej strony rzeczywiście jako książkę dla mnie osobiście ważną, bo czytaną jako właściwie pierwsza książka Mackiewicza. Nic nie wiedziałem o Mackiewiczu wtedy i był to autor dla mnie nieznany, a był to też taki test siły pewnego projektu literackiego.
To jest „Droga donikąd”. Powieść Mackiewicza, którą on zaczął tworzyć jeszcze w czasie II wojny światowej. Wydał ją w 1955 roku w Londynie. Była to jego pierwsza powieść publikowana w ogóle i powieść na emigracji. Fabuła tej powieści toczy się w czasie sowieckiej okupacji miasta. Domyślamy się, że jest to Wilno, ale ono wprost nie jest nazwane. Ta akcja toczy się w ciągu kilku miesięcy, od zimy roku '40 do lata roku '41, a więc do rozpoczęcia wojny niemiecko-sowieckiej. Bohaterem tej powieści zbiorowym jest zróżnicowane, wielonarodowościowe społeczeństwo Wilna i okolic, które zmuszone jest zająć postawę wobec zniewolenia, wobec okupacji, która wymyka się tradycyjnym opisom, schematom, bo okupanci bolszewicy stosują nie tylko przemoc. Stosują terror nowego typu, którego kluczowym elementem jest propaganda, kłamstwo, zakłamywanie rzeczywistości. Za pomocą tego terroru ludzie są zniewalani, zastraszani, społeczeństwo atomizowane.
Mackiewicz świetnie to pokazuje na przykładzie losów głównego bohatera Pawła, intelektualisty, pisarza, dziennikarza, który stara się uniknąć za wszelką cenę kolaboracji z nową władzą, więc pracuje fizycznie jako drwal, woźnica, przemytnik. Wikła się też w romans, próbuje konspiracji. W zakończeniu powieści ucieka wraz z żoną przed bolszewikami, przed zesłaniem na Syberię. Losy Pawła, jego narastające osamotnienie jest przykładem postępującej degradacji samego społeczeństwa, które odwraca się od nonkonformistów. Paweł staje się coraz bardziej samotny. Świetnie Mackiewicz pokazuje też taki mechanizm strachu na rozmaitych poziomach i w rozmaitym stopniu stężenia, który jest efektem, a można powiedzieć skutkiem tego nowego totalitaryzmu, który pojawia się w powieści. Dużo tu jest też fundamentalnych, charakterystycznych dla Mackiewicza dyskusji ideowych na temat Rosji, komunizmu, religii czy Boga. Też bardzo ciekawe są fragmenty pokazujące materialną, obyczajową stronę tego zniewalanego społeczeństwa, z którymi zderzane są opisy obojętnego, okrutnego w jakimś sensie piękna natury, która towarzyszy, ale obojętnie ludzkim dramatom. Więc mamy powieść bardzo piękną, ale też poruszającą w realistyczny sposób pokazującą doświadczenie sowieckie, totalitarne. Tytuł powieści też jest bardzo wieloznaczny, rozmaicie interpretowany jako definicja komunizmu, ale też jako pesymistyczna diagnoza sytuacji ludzi przeciwko totalitaryzmowi, zbuntowanych, którzy właściwie, tak jak bohater tej powieści, ruszają w drogę, nie wiedząc do końca, dokąd ich ona zaprowadzi.
I to jest powieść, która wzbudziła od razu zachwyt krytyki. Była potem zestawiana z Orwellem czy Sołżenicynem jako książka o diagnozie doświadczenia sowieckiego, totalitarnego czy okupacyjnego. Druga książka, która dzisiaj by zainteresowała czytelnika, to jest "Bunt rojstów". Dzisiaj jest taka kariera reportaży. Bardzo ciekawie polscy reportażyści piszą o Polsce, zwłaszcza o świecie. Modny jest ten nurt. Józef Mackiewicz w 1938 roku wydaje zbiór zatytułowany "Bunt rojstów". To jest zbiór reportaży, które on publikował w wileńskim konserwatywnym dzienniku "Słowo" w latach 1936-1937. Badacze, Włodzimierz Bolecki nazywają tę książkę matką, czyli książką, od której wywodzą się późniejsze inne książki Mackiewicza. Na pewno jest to wybitny reportaż, który można widzieć jako dzieło założycielskie dla polskiej szkoły reportażu, głośnej potem w świecie po 1945 roku.
Bo ten reportaż Mackiewicza właściwie wchłania inne gatunki: portret literacki, także przypowieść, nowelę. Wyróżnia się bardzo kunsztownym często językiem i kompozycją. Także charakterystyczna dla tych tekstów jest osoba reportera, który tutaj jest trochę i bohaterem, i narratorem, krytycznym komentatorem, ale też widzimy go w podróży, bo on ogląda świat będąc cały czas w ruchu. Na przykład podróżuje statkiem po rzece, podróżuje autobusem, wiejskim wozem i z tej perspektywy ogląda tytułowe rojsty. To jest określenie bagnistych terenów i zarazem symboliczna nazwa północno-wschodnich Kresów II Rzeczpospolitej, które w tej książce z jednej strony są dziką, egzotyczną krainą, różnorodną narodowościowo, obyczajowo. Ale też to są Kresy, które niepokoją Mackiewicza z racji rozmaitych negatywnych tendencji społecznych, ekonomicznych, które on obserwuje. Porównuje te Kresy trochę do Afryki, ale ta egzotyka Kresów jest efektem zaniedbań cywilizacyjnych, lekceważenia przez władze państwa. O tym wszystkim Mackiewicz pisze właśnie z perspektywy prostych ludzi, obserwując ich, analizując takie zwyczajne pozornie sytuacje. Znowu zderzając ład przyrody z nieładem ludzkich poczynań na Kresach. Krytykuje biurokrację, powierzchowną modernizację Kresów, która rozbija tradycyjne sposoby życia.
Tutaj też po raz pierwszy jest krytykiem nacjonalizmu, który oskarża o rozbijanie lokalnych więzi społecznych, o także sprzyjanie tendencjom paradoksalnie prosowieckim. Polemizuje z wizją Kresów jako Arkadii, sielanki, ale też występuje jako zwolennik czegoś, co nazywano ideą krajową, a więc jako obrońca małej ojczyzny, rodzimej ziemi, rozumianej przede wszystkim jako wspólnota i pejzażu, krajobrazu, ale też jako twór ponadnarodowościowy czy wielonarodowościowy, będący kontynuacją jeszcze przednowoczesnych form politycznych, jak Wielkie Księstwo Wileńskie. Więc jest to bardzo ciekawy i literacko wciąż mi się wydaje atrakcyjny reportaż.
[05:42:45] - Zgadzam się z Pruszyńskim, że tam u nas, gdzie wkracza w życie nowa warstwa robotnicza, odbiera od Żyda jego dotychczasowe wpływy na ludzkość. Nie tylko odbiera, ale przeradza je często w wybuch długo duszonego antysemityzmu. I dlatego zachodzi w tych filo- i antyżydowskich nastrojach taka wielka różnica pomiędzy naszą wsią i naszym miastem. Ci, którzy starli się z Żydami w krwawe dni Grodna, składali się właśnie z warstwy robotniczej. Ale z robotnikiem nie zawsze idzie i nie tylko antysemityzm. Idą z nim razem czerwone sztandary obrony ludu, demagogia socjalizmu i ideologia proletariatu, tak w gruncie i w założeniu obca przywiązaniu do własności. Obca dla naszego chłopa jako przede wszystkim posiadacza ziemskiego. Nie zgadzam się więc z Pruszyńskim w jego optymistycznych zapatrywaniach na rolę przodownictwa warstwy robotniczej wśród ciemnych mas chłopskich. Interesy robotnicze zbyt często wchodzą w kolizję z interesami włościaństwa, tak jak nie zawsze dadzą się pogodzić interesy miast z interesami wsi. Chłop jest rolnikiem przede wszystkim i oczywiście rolnikiem musi być również ten, w którym on szuka swego naturalnego oparcia, sojusznika czy przewodnika.
Do tego raczej może być predystynowana warstwa ziemiańska, a nie robotnicza. Natomiast oczywistym jest, że najmniej w tym charakterze powołana, najbardziej nieodpowiadająca swej roli jest warstwa obca rasą i religią kupiecko-pośrednicza, warstwa żydowska. Jeżeli mimo wszystko tak jest u nas na tak zwanych Kresach, to niewątpliwie jest skutkiem nieunormowania wzajemnych stosunków. Nie wnikając w moralną ocenę tego dobrze czy źle, należy wszakże bezstronnie stwierdzić, że w specyficzny i każdemu się rzucający w oczy filosemityzm wsi białoruskiej wyrasta na podłożu sztucznym, raczej niezdrowym i mimo iż może być przykre to stwierdzenie, raczej jest zjawiskiem bardziej nienaturalnym niż antysemityzm włościan radomskich. Józef Mackiewicz „Filosemityzm na rojstach”. Artykuł opublikowany w „Słowie”, Wilno, 18 sierpnia 1936 roku.
[05:45:11] - Poza tą dylogią wojenną tutaj bym dodał może taką, nie wiem, czy tak znaną powieść monumentalną Mackiewicza „Sprawa pułkownika Miasojedowa” z 1962 roku. Ona jest interesująca, bo nie podejmuje polskiej tematyki. Tematem tej powieści jest przede wszystkim Rosja w pierwszej połowie XX wieku. To jest taka monumentalna powieść historyczna, panorama społeczeństwa rosyjskiego przed I wojną światową, w czasie rewolucji i po niej. Można tę powieść czytać jako opowieść o upadku carskiej Rosji, ale też przede wszystkim jako charakterystyczną dla Mackiewicza opowieść o tym, jak historia, polityka miażdży jednostkę, jak nowoczesna polityka za pomocą plotki, spłatawszy, sięgając do władzy opinii publicznej, pozornie demokratycznej, niszczy ludzi. Tu przykładem jest właśnie pułkownik Miasojedow, rosyjski żandarm, który został powieszony w roku 1915 jako rzekomy szpieg niemiecki. Mackiewicz na początku nas informuje o tej sprawie, o tym wyroku. Cytuję taką suchą prasową informację na temat wykonania tego wyroku, a potem przedstawia w retrospektywie przyczyny wyroku na Miasojedowie. Pokazuje, jak opinia publiczna przyczyniła się do zniszczenia tego niewinnego, choć nie jakiegoś specjalnie zdolnego człowieka. I też pokazuje, jak bardzo liczne są i skomplikowane mechanizmy polityczne, historyczne, które oddziałują na jednostkę.
Jednostka właściwie jest bezradna wobec tych mechanizmów. I znowuż ta sprawa ma bardzo rozliczne skutki. Powieść kończy się wstrząsającym opisem bombardowania Drezna przez aliantów w 1945 roku. W tych wydarzeniach zamieszana jest żona tytułowego bohatera, która też jest ofiarą tej historii. Mamy tutaj też charakterystyczną dla Mackiewicza powieść, w której postaci fikcyjne występują obok historycznych. Mamy literackie opisy bitew, przyrody, które zderzają się z anonimowymi dokumentami, z cytatami z artykułów prasowych. I całość dzięki temu jest taką panoramą historyczną, unikalnym portretem szarego człowieka, który jest miażdżony przez nowoczesną politykę. I to jest powieść, która znowu zaskoczyła takim niepolskim tematem, problematyką, która nieczęsto podejmowana była w literaturze polskiej, ale u Mackiewicza nie było to zaskakujące, bo on był wielbicielem kultury rosyjskiej, literatury rosyjskiej, zwłaszcza XIX-wiecznej. Także utrzymywał kontakty z rosyjską emigracją. Był także zwolennikiem tezy, że komunizm nie jest tworem rosyjskim, ale że jest nieszczęściem, które dotknęło na równi Polaków, Rosjan i inne narody podporządkowane bolszewizmowi.
Więc tutaj też ta tragedia Rosjan jest takim charakterystycznym tematem Mackiewiczowskim i też czymś, co znowu jest jednym z elementów tej jego odrębności, unikalności. Więc te trzy książki bym jakoś tutaj wymienił czy zachęcił do ich lektury.
[05:49:07] - Nie chcę i nie mogę na tym miejscu zestawiać różnic dzielących Związek Sowiecki od Rosji. Wyczerpanie tematu wymagałoby grubej książki. Podjąłbym się jednak udowodnić, że nie było w Europie dwóch państw bardziej do siebie niepodobnych niż Rosja i Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich. Identyczność ich polityk zagranicznych i aspiracji terytorialnych nie ma z tym nic wspólnego. Każdy naród z Moskwą jako stolicą miałby te same aspiracje terytorialne. Nie znaczy to jednak, aby się przez to przeistaczał w rosyjski. Słowo Rosja zamiast słowa bolszewizm jest dziś główną dźwignią wspierającą politykę sowiecką na świecie. Ale od czasu, gdy wymazane zostało po rewolucji październikowej, wymyślił je na nowo nie Stalin. Wymyślił je Hitler w swoim słynnym przemówieniu rozpoczynającym drugą wojnę światową. Wykrzyknął: „Raz tylko Niemcy prowadziły wojnę z Rosją i nigdy już od tej chwili...”.
To znaczy od traktatu przyjaźni dwóch dyktatorów prasa hitlerowska pisała wyłącznie Russland, ciesząc się, że wojska rosyjskie biją Finów, gdy o to samo i w tym czasie zatrzymali się Churchill i Roosevelt. Mówili o tych samych wojskach bolszewicy. Sytuacja uległa zabawnemu odwróceniu w roku 1941. Niemcy zaczęli nazywać Sowiety bolszewikami, natomiast Anglia i sojusznicy przejmują dotychczasową nomenklaturę Hitlera — Rosja. Dlatego że zarówno pierwotnie Hitler, jak później Churchill i Roosevelt, każdy z kolei musieli Związek Sowiecki jako swego sojusznika przede wszystkim spopularyzować, ustrawnić ten sojusz dla własnej i światowej opinii publicznej. Albowiem, i to wyznać sobie musimy po męsku, jakkolwiek ta prawda może się wydać przykra. Rosja nie tylko w Prusach i późniejszym Cesarstwie Niemieckim, ale także na Zachodzie demokratycznym była raczej popularna. Natomiast bolszewizm budził w świecie raczej odrazę. Mimo wszystkich wpływów swej czerwonej kolumny podziemnej raczej odrazę. Gdy powiedzmy w roku 1915 Niemcy zostały rozbite, ówczesna przedrewolucyjna Rosja otrzymałaby w Europie niewiele mniej, a w Azji więcej niż dziś otrzymali bolszewicy.
Dlatego dziwić się wypada, że ludzie przyzywający Sowiety Rosją dochodzą do załamania rąk nad jej europejskimi nabytkami, skoro Rosji przyznane one były już przed trzydziestu laty przez tych samych sojuszników. Stalin, wychodząc na arenę międzynarodową, słusznie ocenił nastroje. Nie tylko więc nie sprzeciwił się, że Hitler mówił doń Rosja, ale uznał, że jest to termin do wygrania, a następnie już w sojuszu z zachodnimi demokracjami zbudował na tym terminie całą koncepcję. Istnieje mnóstwo świadectw, dokumentów, relacji stwierdzających z absolutną pewnością, że rosyjskość rozwinięta przez Sowiety w okresie wojny, nie będę tu przytaczał długiej listy jej zewnętrznych objawów, była wyłącznie i tylko manewrem obliczonym na propagandę zewnętrzną, a nie na żadne zjednanie opinii wewnętrznej, ponieważ żadnej opinii w Sowietach nie było i nie ma. Wewnętrzna struktura bolszewicka zarówno z ducha, jak ciała nie uległa żadnej zmianie. Gdyby nawet uległa tej zmianie, nie leżałoby nigdy w naszym interesie kolportowanie słowa Rosja, gdyż słowo to usposabia mocarstwa zachodnie do Sowietów raczej przychylnie, uspokaja je i usypia ich nieufność, o co właśnie chodzi Moskwie, podczas gdy termin bolszewizm wzbudza wyraźny niepokój. Ale wpływ naszej propagandy na opinię światową jest nikły. Natomiast na odcinku wewnętrzno-polskim błąd ten może nam grozić katastrofą. Oto przypisujemy najeźdźcy sowieckiemu te same właściwości, jakie posiada czy mógł posiadać każdy inny najeźdźca na świecie, w tej liczbie i rosyjski. Tymczasem różnica jest zasadnicza.
Różnica tkwi w bardzo prostej formule, stanowiącej jednocześnie odpowiedź na przytoczone powyżej pytanie pana Nowakowskiego i tych wszystkich, którzy nie mogą zrozumieć, że my, Polacy, wystawiliśmy 250 000 NKWD bezpieki na usługi wroga. Formuła ta brzmi: żaden Polak nie może być Niemcem, żaden nie może być Rosjaninem, albowiem te pojęcia wyłączają się wzajemnie. Polak, który staje się Niemcem czy Rosjaninem, przestaje być automatycznie Polakiem. Natomiast każdy Polak, Anglik, Francuz, Rosjanin może być bolszewikiem. Józef Mackiewicz. „Nie Rosja, ale Sowiety”. Artykuł opublikowany w Wiadomościach, Londyn, czwartego maja 1947 roku.
[05:53:48] - Sprawa wizyty Józefa Mackiewicza w Katyniu w maju 1943 roku, po tym, jak Niemcy miesiąc wcześniej ogłosili fakt odkrycia grobów pomordowanych oficerów polskich. Mackiewicz jako jeden z nielicznych polskich pisarzy, innymi byli Ferdynand Goetel, Jan Emilski, pozytywnie reaguje na zaproszenie Niemców i za zgodą polskich władz podziemnych udaje się do Katynia jako świadek ekshumacji zwłok pomordowanych Polaków. Po powrocie w Gońcu Codziennym ukazuje się jego wywiad, relacja „Widziałem na własne oczy”, w której opowiada o tym, co widział, jednoznacznie też wskazując na sprawstwo bolszewickie, sowieckie tej zbrodni. Niewątpliwie i ta relacja, i sam pobyt z jednej strony przyczynił się do ostracyzmu wobec Mackiewicza części opinii publicznej w kraju i potem na emigracji. Miano wydać też komuniści wyrok śmierci na Mackiewicza za tę wizytę. A na pewno też dla Mackiewicza Katyń był jednym z takich symboli. Symboli i komunizmu, ale też symboli obojętności Zachodu, jego konformizmu wobec tej zbrodni. Obojętność Zachodu wobec zbrodni katyńskiej, niechęć do rozliczenia sprawców tej zbrodni była dla niego też i wstrząsem, i czymś, przeciwko czemu nieustannie protestował. I wracał. To był taki też temat, można powiedzieć, królewski w jakimś sensie czy temat przeklęty Mackiewicza, bo dopominał się o prawdę o zbrodni katyńskiej, o ukaranie sprawców.
I też był autorem wielu tekstów, książek nawet, które o tym temacie mówiły i były tłumaczone też na wiele języków świata, wielu języków europejskich. Więc to, że o Katyniu wiedziano, pamiętano, to duża zasługa Mackiewicza. W 1948 roku ukazała się „Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów” z przedmową generała Władysława Andersa, z której to książki usunięto nazwisko Mackiewicza. Ale on był jej autorem. Potem ukazuje się po niemiecku książka o Katyniu tłumaczona na angielski, włoski. Ona ukaże się pod tytułem „Katyń. Zbrodnia bez sądu i kary” w języku polskim dopiero w 1997 roku. No i w tych książkach właśnie Mackiewicz jako publicysta, ale też jako świadek, jako reporter Ukazywał wyjątkowość tej zbrodni, która polegała nie tylko na samym sposobie wykonania, na masowości, na tym, kim były ofiary, ale także na tym, jak ta zbrodnia była potem tuszowana, zakłamywana, jak zrzucano jej sprawstwo na Niemców. To dla Mackiewicza niewątpliwie był taki esencjonalny, laboratoryjny przykład tego, czym był mord katyński i czym jest szerzej komunizm, który jest ustrojem zbrodniczym, mordującym jednostki, ale także opartym na kłamstwie.
[05:57:11] - A więc podłoże lasu w tym miejscu wygląda brzydko. Wygląda po prostu tak, jak podmiejski lasek opuszczony przez majówki i wycieczkowiczów niechlujnych. W Katyniu pomiędzy tymi śmieciami rosną nieśmiertelniki. Przy bliższym przyjrzeniu stajemy przykuci niezwykłym widokiem. Nie są to bowiem żadne śmieci. 80 ich procent stanowią pieniądze. Polskie papierowe banknoty złotowe, przeważnie wyższych emisji. Leżą niektóre w paczkach po 100, po 50 złotych, po 20. Leżą pojedynczo i drobniejsze wojennej emisji dwuzłotówki. W jednym wypadku widziałem czerwońce.
Tuż obok cygarniczki drewniane, papierosy, strzępy sowieckich gazet, guziki z orłami, rękawiczki, kawałki mundurów, chustka do nosa, skórzane portmonetki. Wszystko są to rzeczy wydobyte z grobów. Dzieje się tak na skutek lekceważenia lub braku sumienności ze strony pracującej tu komisji Polskiego Czerwonego Krzyża, która przeciwnie, jak to opowiem dalej, z pełnym samozaparciem, poświęceniem pracuje nad zidentyfikowaniem pomordowanych i zachowaniem pozostałych po nich pamiątek. Dzieje się tak dlatego, że pomordowane tysięczne ofiary rzucane były do straszliwych dołów, łącznie z całym ich osobistym życiowym balastem codzienności. Jest tego strasznie dużo, ale po śmierci ważne są tylko rzeczy niektóre. Dla komisji przede wszystkim wszystko, co służy do zidentyfikowania zwłok, jak legitymacje, listy, pamiątki i tak dalej. Poza tym wszystkie przedmioty metalowe nieulegające psuciu, podlegające czyszczeniu, mogące pozostać drogą relikwią dla rodziny. Wszystko inne bezwartościowe, na wpół przegniłe, przesiąknięte na wieki już jadem rozkładu usuwa się na razie na bok. I to leży. Leży teraz w postaci świadectwa.
Straszliwego, ponurego świadectwa bezwładnymi strzępami wśród drzewek lasu katyńskiego. A właściwe groby czy doły z trupami znajdują się obok? Tak, jest ich, a raczej było siedem. W dwóch największych warstwa trupów sięgała 12 rzędów w głąb. I pan to widział? Czy widziałem? Straszliwy odór przyprawił mnie w pierwszej chwili o mdłości, zanim całym wysiłkiem woli zdołałem się opanować. Poszliśmy ścieżką usłaną wydobytymi już rzędami trupów. I tam, za grubą sosną, za wałem świeżo wykopanego piasku spojrzałem w dół. Straszne, straszne.
Jeden, dwa, trzy trupy ludzkie robią już ciężkie i przygniatające wrażenie. Proszę sobie wyobrazić ich tysiące, tysiące i wszystkie w mundurach oficerów polskich. Kwiat inteligencji, rycerstwo narodu tworzą warstwę w głąb. Warstwy ciał ludzkich jedne na drugich, jedne na drugich. W tej okropnej chwili przychodzi straszliwe porównanie ich do wielkiej skrzyni sardynek. Ułożone są jak sardynki, przekładane nawzajem to nogami, to głową, sprasowane, spłaszczone w trupim soku, który na dnie niektórych dołów ustaje się nieraz w postaci zielonej, martwej cieczy, nieodbijającej ani wierzchołków drzew, ani obłoków na niebie. Obnażyliśmy głowy i stali nieruchomo. Jakieś ptaszki ćwierkały na sośnie. Deszcz akurat przestał padać. Błogosławiony wiatr odegnał na przeciwną stronę grobu odurzający swąd i nawet na chwilę wyjrzało słońce.
Był to moment, którego nie zapomnę nigdy, bo promienie tego słońca padły i zabłysły nagle na złotym zębie czyichś tam w głębi na wpół otwartych ust. Odchyliłem głowę, by zmienić kąt odbicia i nie patrzeć na te słoneczne igraszki. W takich chwilach samo życie wydaje się cynizmem. Wiosna nad dołem splątanych nawzajem rąk, nóg, wykrzywionych twarzy, zlepionych włosów, oficerskich butów, strupieszałych mundurów, pasów. Pomyśleć sobie, że każda z tych pozycji leżących, skrzywienie kolana, odrzut głowy był ostatnim odruchem największej męki, rozpaczy, strachu, bólu. Czy ja wiem zresztą, jakich najgorszych odczuwań ludzkich. „Widziałem na własne oczy”. Wywiad z Józefem Mackiewiczem o Katyniu przeprowadzony w 1943 roku przez-
[06:01:15] - Nagroda imienia Józefa Mackiewicza, która od 2002 roku istnieje i której patronuje Mackiewicz i patronuje zwłaszcza jako autor tej formuły, że jedynie prawda jest ciekawa, a więc celem literatury Nie jest wyłącznie piękno, ale właśnie prawda. Literatura ma pewien cel etyczny, ale też jej estetyczność związana jest z wiernością wobec rzeczywistości, wobec owej prawdy. Mackiewicz oczywiście zawsze jest kompasem czy wskazówką, kto naśladuje tę formułę, czy kto jest wierny tej formule w tych odmianach prozy, które bliskie były Mackiewiczowi. Czyli nie tylko w powieściach, nie tylko w nowelistyce, ale także na przykład w eseistyce czy publicystyce. Więc to jest dosyć szeroka formuła, ale myślę, że patronat Mackiewiczowski, takie nawiązania do Mackiewicza można śledzić chociażby w twórczości jednego z laureatów. Myślę tutaj o Wacławie Holewińskim, który jest współczesnym prozaikiem zafascynowanym historią Polski, ale też historią na styku dziejów polsko-rosyjskich, który też jest pisarzem realistą, mocno odwołującym się do dokumentów, do faktów, który także odkrywa nie zawsze pamiętane i wygodne fakty z historii. Myślę tutaj o cyklu jego powieści o polskich żołnierzach wyklętych, o antykomunistycznym podziemiu, ale także o cyklu „Pogrom”, o rewolucji 1905 roku i jej skutkach pokazujących tę historię jeszcze przedwojenną. Więc tutaj wymieniłbym Holewińskiego jako przykład trwania tej linii Mackiewiczowskiej, ale nominowaliśmy bardzo wielu pisarzy, u których taki rys kontynuacji nawiązania do Mackiewicza dostrzegliśmy. Wojciech Chudyba, Sebastian Reńca, jeżeli chodzi o prozaików. Wojciech Chmielewski.
To jest taka lista, choć oczywistych kontynuatorów pewnie nie znajdziemy z tej racji, że Mackiewicz, tak jak skądinąd inny pisarz Bolesław Leśmian, stworzył unikalny język opowiadania o świecie. Sama nominacja czy wyróżnienie zawsze jest wielką radością, przyjemnością, zaszczytem, honorem. Ja byłem wyróżniony za zbiór szkiców „Oczyszczenie”, potem nominowany za książkę o Janie Emilu Skibskim. Ta przyjemność, radość bierze się z tego, że jest to nagroda o dosyć już długim stażu. Przypomnę, w tym roku święcimy 20-lecie jej istnienia. To jest też nagroda, która ma za patrona wielkiego, wybitnego twórcę, co zawsze nadaje jej wyjątkowego blasku. Wtedy tych nagród było niewiele, a ona miała rys osobnej nagrody konkurującej z wyróżnieniami, których sponsorami były wielkie media, wielkie instytucje. To była nagroda prywatna, ufundowana ze środków prywatnych, między innymi przez pana Jana Małka, który w tym roku niestety zmarł czy przez pana Zaryckiego. I wreszcie miała też i do tej pory ma grono bardzo ciekawych, ważnych, uznanych jurorów. Pierwszym jurorem Nagrody Literackiej imienia Józefa Mackiewicza był wybitny prozaik Marek Nowakowski.
Po jego śmierci przez krótki niestety czas krytyk literacki Tomasz Burek. I od pewnego czasu ja jestem przewodniczącym tej nagrody. Tak jak już wspominałem, to jest taka nagroda, która miała wskazywać na jakieś książki, nurty, tendencje, środowiska pomijane, niedostrzegane przez tak zwany mainstream, tak jak to było w przypadku Józefa Mackiewicza. Zjawiska, które wyróżniały się odwagą mówienia prawdy, odwagą głoszenia poglądów niepopularnych, budzących kontrowersje, ale też odwagą nawiązywania do formuły literatury, która jest wierna prawdzie. Zwłaszcza po roku 1989 pojawiły się takie tendencje określane czasem mianem postmodernizmu, które prawdę relatywizowały, które właściwie zakładały, że literatura nigdy nie jest w stanie opisać prawdy, dotrzeć do prawdy. Z tego punktu widzenia nawiązywanie do realizmu, do tego rodzaju koncepcji literackiej też było gestem pewnej odwagi, skazania się niekiedy na sytuację outsidera. Zawsze w jury, w którym był między innymi Jacek Trznadel, Włodzimierz Odojewski, cały czas jest Stanisław Michalkiewicz, Rafał Ziemkiewicz, Dorota Heck. Nie jestem w stanie tutaj wymienić wszystkich jurorów. Na pewno dowartościowano taką literaturę, która chciała mówić o doświadczeniu zbiorowym, doświadczeniu XX wieku, zwłaszcza o doświadczeniu totalitarnym, bolszewickim, bo wydawało się chyba nam jurorom, że jest to ciągle ta część historii nie tylko Polski, która powinna być opowiedziana, przekazana, przypomniana. Więc w rozmaitych aspektach, można powiedzieć w trybie fikcjonalnym, ale także trybie eseistycznym czy historyczno-literackim, bo to, co jest w tej nagrodzie specyficznego, że ona przyznawana jest powieściopisarzom, ale dostał ją na przykład, główną nagrodę także Jarosław Marek Rymkiewicz za esej historyczny „Wieszanie”.
Także tę nagrodę dostał poeta Wojciech Wencel za zbiór wierszy „De profundis”, ale właśnie zbiór wierszy Który był reakcją na katastrofę smoleńską i pogłębionym poetyckim spojrzeniem na historię XX wieku. To jest oczywiście radość dla autora wyróżnionego, ale kiedy stałem się jurorem i dzisiaj jestem przewodniczącym tej nagrody, jest to poczucie odpowiedzialności i świadomości, że patron i tradycja tej nagrody są pewnym zobowiązaniem dla mnie i dla nas wszystkich, aby zachować wierność tym rozmaitym imperatywom, nie zawsze pisanym, ale podzielanym przez jurorów. Ta nagroda przyznawana jest zawsze w okolicy 11 listopada, Święta Niepodległości w Warszawie. I to jest szczególny moment, szczególny gest w związku tej nagrody z wydarzeniami zbiorowymi. Trudno mi powiedzieć o ostentacyjnych przykładach niechęci. Ja bym powiedział, że ta niechęć wyraża się bardziej w trybie przemilczania, ignorowania. Oczywiście były różne fazy tej 20-letniej historii. W pewnym momencie ta nagroda, zwłaszcza na początku, z racji swojej wyjątkowości i tego, że była często ustawiana jako kontra wobec Nagrody Literackiej Nike, budziła duże zainteresowanie, była nagrodą prestiżową nie tylko z tych powodów, o których mówiłem, ale była stosunkowo wysoko finansowo szacowana. Wtedy była bardziej komentowana, przez jakiś okres „Rzeczpospolita” była jej oficjalnym sponsorem. Były też okresy, kiedy nagroda była komentowana w mediach czy w radio.
Myślę, że objawem wrogości może być jej przemilczanie przez główne dzisiaj czasopisma czy media. Nie zawsze uczestnicy życia literackiego dzisiaj wiedzą, że ta nagroda istnieje albo kto jest jej laureatem. Ale oczywiście to zależy od środowiska czy od pisma. Zdarzają się takie sytuacje, że dwa lata temu czy trzy lata temu w rolę pewnych wrogów, można powiedzieć w cudzysłowie, wystąpili krewni Mackiewicza. Myślę tutaj o Macieju Orłosiu i części rodziny Józefa Mackiewicza, już oczywiście dalekiej, którzy protestowali przeciwko obecności jednego z jurorów w jury, ale także protestowali, wskazując na to, że Józef Mackiewicz by się z poglądami owych jurorów nie zgadzał. Są takie kontrowersje, ale one pewnie paradoksalnie służą nagrodom, bo jakieś dyskusje, spory świadczą o tym, że nagroda żyje, że jest komentowana. Gorsza jest jednak obojętność. Chciałoby się oczywiście, żeby ta nagroda była bardziej znana, ale dzisiaj żyjemy w świecie, w którym nagrody są już obecnym bardzo elementem życia literackiego i kulturalnego. Także po tej stronie, z którą najbardziej Nagroda Literacka imienia Józefa Mackiewicza jest kojarzona, więc stronie prawicowo-konserwatywnej, przybyło nagród, bo czołowe tygodniki, myślę tu o „Sieciach” czy o „Do Rzeczy”, przyznają swoje nagrody. Więc swoisty, przyjęty tej nagrodzie kiedyś monopol już nie funkcjonuje.
Ale myślę, że to jest nagroda ciągle ważna i prestiżowa, która ma za cel popularyzację dorobku imienia Józefa Mackiewicza, pokazywania, że jego myśl, jego dzieło jednak jest ciągle żywe. I jest taką tradycją, że laureat tej nagrody czy osoby wyróżnione zwykle wygłaszają podziękowanie i nie zdarza się, żeby ktoś nie wspomniał o swoim długu zaciągniętym u Józefa Mackiewicza. Tak było rok temu, kiedy Paweł Lisicki mówił o swoich fascynacjach Mackiewiczem i kształtowaniu go przez tego pisarza. Tak było kiedyś, kiedy Rymkiewicz otrzymywał nagrodę, więc otrzymanie tej nagrody jest dla laureata zwykle momentem przyznania się do długu zaciągniętego u autora „Kontry”. Nie jest obyczajem gremiów przyznających nagrody opowiadanie o kulisach. Jak to się konkretnie odbywa, to jest strefa rzeczywiście magii czy tajemnicy, bo samym obradom zwykle towarzyszą spory, czasem mniej, czasem bardziej gorące. Rzadziej oczywiście jest atmosfera jednoznacznej akceptacji. Często te spory prowadzą do krótkich na szczęście konfliktów, ale jest to naturalne. Zawsze każdy stara się jakoś kibicować swoim książkom, swoim autorom. Natomiast Nagroda Mackiewicza od strony formalnej jest o tyle wyjątkowa, że książki generalnie zgłaszają sami jurorzy.
Każdy juror może zgłosić dowolną ilość książek najpierw w pierwszym etapie, który decyduje o nominacjach. Zwykle w końcu wiosny danego roku czy na początku lata taką listę ogłaszamy. Nagroda Mackiewicza tym się różni od innych, że nie jesteśmy otwarci na wydawnictwa. Nie zgłaszamy z oferty nadsyłanej nam przez wydawnictwa. Choć oczywiście zdarza się, że sami autorzy czy wydawcy nadsyłają do nas książki, które my także czytamy, ale przede wszystkim zgłaszamy te książki, które w roku poprzedzającym przyznanie nagrody wydały nam się ważne, interesujące. I w pierwszej fazie w dyskusji jurorzy zgłaszają te książki, my o nich dyskutujemy i wyłaniamy. Jesteśmy elastyczni. Mniej lub bardziej długą listę książek nominowanych. Zwykle ona się zamyka w maksymalnie 10 pozycjach i potem mamy jeszcze czas na doczytanie, przemyślenie tych dzieł nominowanych i po wakacjach spotykamy się, aby wybrać książkę laureatkę i książki wyróżnione. Liczba wyróżnień się zmienia.
Jest czasem jedno, czasem trzy wyróżnienia, bo te wyróżnienia zależą też od sponsorów, którzy w danym roku zgłoszą chęć uhonorowania danego dzieła literackiego. Ogłoszenie oficjalne laureata i książek wyróżnionych jest 10-11 listopada. Ta uroczystość odbywała się w różnych miejscach przez dłuższy czas w Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu, potem to się chyba nazywa Dom Dziennikarza na ulicy Foksal w ostatnich latach i w czasie tej uroczystości wręczania nagrody wygłaszane są i laudacje, i podziękowania. W tych laudacjach uzasadniamy nasze decyzje. Ta największa magia polegałaby na, czy to, co jest być może ciekawe, to jest właśnie dla kogoś z zewnątrz, to są same dyskusje, które towarzyszą i nominacjom, i potem wyborowi książki nagrodzonej. Tygodnik emigracyjny „Wiadomości” Mieczysława Grydzewskiego publikował stenogramy z takich dyskusji. One rzeczywiście były bardzo interesujące. Dzisiaj nie ma takiego zwyczaju. Pewnie to jakoś paraliżowałoby jurorów, ograniczało swobodę czy skalę tych wypowiedzi, czasem bardzo ostrych. Stosunkowo rzadko mamy taką sytuację w jakimś sensie komfortową, że już od razu właściwie zgadzamy się, jaka książka byłaby nagrodzona.
Tak było chyba z „Doliną nicości” Wildsteina, tak było z tomem wierszy Wentzla, o którym mówiłem. Ale jury ma o tyle trudne zadanie, że nie jesteśmy nagrodą tylko na przykład poetycką czy tylko dotyczącą opowiadań, bo są i książki historyczne, literaturoznawcze, były także książki politologiczne, przyznana świętej pamięci Tomaszowi Mercie. Więc to wymaga dosyć szerokich kompetencji u jurorów. Ale mamy nie tylko krytyków literackich, mamy pisarzy. Teraz jest Wacław Holewiński, mamy politologów, znawców historii myśli politycznej. Myślę o Jacku Snadlu. Jest pisarz kolejny Rafał Ziemkiewicz, jest profesor Dorota Hek, literaturoznawca, jest także profesor Krzysztof Dybcak, również historyk literatury, eseista. Stanisław Michalkiewicz, który jest takim pomostem właściwie między tą tradycją i dzisiejszością, który sam jest aktywnym publicystą politycznym, konserwatywnym. Więc to wszystko razem pozwala też często takie nieoczekiwane i książki zgłosić, ale też ciekawe dyskusje. Być może nie nagrywamy tych dyskusji.
Być może szkoda, być może ktoś kiedyś opisze w jakichś wspomnieniach te obrazy, jeżeli ma dobrą pamięć. Ale to jest rzeczywiście, powtarzam po raz kolejny, naprawdę długa historia. Niewiele nagród ma tak długą w Polsce zwłaszcza tradycję.
[06:20:49] - Zapraszamy do wysłuchania cyklu audycji o Józefie Mackiewiczu. W prezentowanych podcastach wypowiadają się między innymi profesor Jacek Bartyzel, profesor Grzegorz Łukomski, profesor Kazimierz Maciąg, profesor Maciej Urbanowski i redaktor Rafał Ziemkiewicz. Część pierwsza: Litewski szlachcic, polski pisarz. Część druga: Antykomunizm jako imperatyw kategoryczny. Część trzecia: Sam jeden. Część czwarta: Artysta słowa. Znakomity, wielki pisarz. Część piąta: Tylko prawda jest ciekawa. Cykl podcastów „Józef Mackiewicz. Piewca wolności, myśli i słowa” znajdziecie Państwo na bookradio.pl i kanale YouTube Book Radio.
Poszczególne odcinki można bezpłatnie pobierać oraz niekomercyjnie wykorzystywać z podaniem źródła, a także retransmitować w całości. Zapraszamy również do wzięcia udziału w konkursie wiedzy o postaci i twórczości Józefa Mackiewicza. Do wygrania książki.
[06:23:07] - Audycja dofinansowana ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszy Promocji Kultury. Projekt: Rok Józefa Mackiewicza. Piewcy wolności, myśli i słowa. Scenariusz i realizacja: Book Radio 2022. Zebranie i przygotowanie materiałów dźwiękowych oraz nadzór redaktorski: Marek Żelkowski. Realizacja techniczna: Krzysztof Błażewicz. Dobór muzyki: Waldemar Mulstein. Fragmenty artykułów i wywiadów czytał Reda Haddad. W audycji wykorzystano muzykę na licencji Multimedia. Book Radio 2022.
[06:24:26] - A jeszcze tak tytułem pewnej solidarności powiem państwu, że na kanale Rafała Ziemkiewicza i ci, co go nie lubią, bo jest im politycznie nie po drodze, to odrzućcie państwo to na chwilę. Okej, poglądy możemy mieć różne, ale w ostatnią sobotę pojawił się podcast. Nie, to nie podcast. W każdym razie filmik właśnie o Józefie Mackiewiczu, który państwu polecam, bo cóż mogę powiedzieć? Ziemkiewicz to jest znawca, a właściwie pasjonat twórczości Mackiewicza
[06:25:57] - I myślę, że kilka ciekawych rzeczy w tej swojej audycji powiedział. To tak tytułem reklamy, bo naprawdę ciekawe to było. Naprawdę ciekawe. No cóż, proszę państwa, pora późna. To, jakby to państwu powiedzieć, czas na ostatni punkt programu, czyli tradycyjną rozmowę z Piotrem Plebaniakiem. Znowu będziemy budować, niszczyć imperia, tym razem odwołując się do troszkę zmienionych, ale jednak słów, które odwołują się do Nowego Testamentu. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:26:46] - Dzień dobry, pozdrawiam, Stefan Mroczek.
[06:26:49] - Dziś mamy regułę, która od razu powinna się wszystkim skojarzyć z Pismem Świętym, aczkolwiek zwracam uwagę na niuanse. „Niech twoja mowa będzie tak-tak albo nie-nie, a co nadto jest, od twych toksycznych zachowań dominacyjnych pochodzi”.
[06:27:10] - Przyznam, że jak wymyśliłem tę trawestację Pisma z Nowego Testamentu, to rżałem ze śmiechu sam przez kilka dni pod rząd, dlatego, że jest ona grą na oryginale, który brzmi: „Niech twoja mowa będzie tak-tak, nie-nie, a co inne jest, od złego pochodzi”, czyli od szatana. Czyli zalecenie mówi rzecz następującą: mówmy to, co myślimy, bez zwodzenia, bez kłamania, bez wyolbrzymiania, bez obrażania, bez poniżania godności innych osób, a cała reszta jest podszeptami szatana, czyli jest złem z punktu widzenia socjologii, czy oczywiście z punktu widzenia Boga, który nas rozlicza za dobre i złe uczynki. Ale mówiąc tonem pragmatycznym, którym jest pisana książka „Siły psychohistorii”, bo to z tej książki prawidło pochodzi, to tłumacząc już się na język zupełnie pragmatyczny, powinniśmy tak postępować wobec innych ludzi, żeby być maksymalnie transparentni. Tu zwolennicy demokracji szczególnie się spodoba właśnie to tłumaczenie, ten przekład kodu kulturowego. Co to może znaczyć i jaki ma praktyczny wpływ? Bardzo prosty. Wiele osób ma taki fetysz dominacyjny polegający na tym, że gada i gada, i gada. Wiąże się to z wieloma rzeczami, o których już dyskutowaliśmy tutaj w naszych rozmowach. Między innymi z tym, że ten, kto gada, przekazuje swoje wzorce kulturowe, swoją wizję świata temu, który słucha, czyli ustanawia dominację. Wracamy tutaj do tego pojęcia assert domination, które mi się tak strasznie podobało i już wielokrotnie o tym mówiłem.
Co dalej? Rozmawiałem z jednym z czytelników i słuchaczy tego podcastu. Mamy taki sposób, że żeby określić naszą pozycję w jakiejś firmie, albo jeżeli jesteśmy jakimś obserwatorem, to patrzymy, kto w jakiejś firmie w czasie jakiegoś zebrania ma pozycję dominującą albo kto jest szefem. Otóż ten, kto najwięcej mówi, dlatego że ma tę pozycję wyższą, status najwyższy w tej danej grupie zadaniowej, czy też w całej firmie. Wszyscy inni mają robić to, co on powie. Możemy się tylko modlić, żeby to, co powie, rzeczywiście ma wartość praktyczną, merytoryczną, pozytywną, a nie jest tylko jakąś przemową dominacyjną, która ma podkreślić jego pozycję w tym skromnym firmowym stadzie. Więc wracając do tego jeszcze raz prawidła: mów tak-tak albo nie-nie. Co to także może znaczyć albo jak jest interpretowane przez ludzi? Chodzi też o to, żeby mówić zwięźle, czyli mów to, co trzeba powiedzieć i nic ponadto, bo wszystko to, co ponadto, jest próbą ustanowienia swojej wyższej pozycji, pokazania się z jak najlepszej strony, co jest marnowaniem czasu innych osób. Więc tutaj możemy się odwołać też do tego, czym jest tak zwana mizofonia, czyli niechęć, czy też wstręt, czy też brak emocjonalnej samokontroli w chwili, w której słyszymy jakiś określony typ albo jakiś określony dźwięk.
Bardzo wiele osób jest uczulonych na na przykład szczekanie psa, na przykład głos piłowania paznokci przez kobietę. Nie wiem, czy pan, panie Marku, coś takiego, jakieś dźwięki, których pan strasznie nie lubi.
[06:31:08] - Ja to jestem banalny, wie pan, jak słyszę styropian na szkle, to mi się tak nieprzyjemnie robi. Ale ja to, mówię, banalny i przeciętny.
[06:31:16] - To rzeczywiście, to zazdroszczę. Natomiast dlaczego w tej trawestacji użyłem słowa, że wszystko inne pochodzi od toksycznych zachowań dominacyjnych? Dlatego, że my jesteśmy złośliwymi małpami. Zresztą tak się nazywa jeden esej w przekładzie „Sztuki wojny”, który przetłumaczył łacińskie słowo Homo sapiens sapiens, czyli człowiek rozumny, właśnie na złośliwe małpy. Dlaczego? Dlatego, że my łatwo lubimy odgadywać, czego ludzie nie lubią, o czym nam nie komunikują wprost i robimy to, żeby zrobić im na złość po prostu. Ja sam nie jestem tutaj bez grzechu. Do dzisiaj mam zachowania, które uważam za toksyczne. Jak tylko je rozpoznam, to przepraszam osobę, którą uraziłem. Nie wiem, czy są słuchacze Telegramu i nie wiem, czy pan Marek wyciął, czy nie wyciął, ale kiedyś rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy zawzięcie i pan Marek wszedł mi w słowo.
Ja tak zawarczałem głośno, wciągając przy wdechu, to jeszcze groźniej brzmiało. Przerywa pan. Więc ja mam takie zachowania dlatego, że ktoś inny, nie tyle małym dzieckiem, ale w okresie liceum, to ktoś obsesowo mi przerywał. I w związku z tym ja zawsze reaguję odszczeknięciem, kiedy ktoś mi przerywa. Więc proszę zobaczyć, że każdy z nas ma jakieś traumy życiowe, jakieś sytuacje, których bardzo nie lubi albo których właśnie nie lubi, dlatego, że mu przypominają jakieś stare dzieje, w których jego godność została poniżona albo jego podmiotowość została zlekceważona, albo w jakiś inny sposób doznał uszczerbku na dobrym samopoczuciu. No i potem to się w człowieku ciągnie. No i stąd właśnie te proste zalecenie, maksymalnie upraszczając: mów tak tak albo nie nie. Nie próbuj nad innymi dominować, nie próbuj gadać, gadać, gadać bez końca, aż umrą z nudów, tylko załatwiaj sprawę. Nie wiem, czy autor słów oryginalnych by się z tym zgodził, ale wydaje mi się, że właśnie taki sposób postępowania, jeżeli ktoś zdoła zbudować sobie samodyscyplinę do tego typu ograniczania czerpania przyjemności z dominowania nad innymi, to jeżeli społeczeństwo jest zbudowane z takich ludzi, którzy mają tą samokontrolę w tej kwestii właśnie, to te społeczeństwo moim zdaniem będzie przyjaźniejsze i będzie lepszym miejscem do życia niż jakieś inne.
[06:33:48] - Tak, panie Piotrze, ale zawsze musi być jakieś „ale”. To tym razem też. Bo to, co pan powiedział, rzeczywiście w jakiś sposób może porządkować życie społeczne czy takie kontakty międzyludzkie. Natomiast jeśli to dobrze odczytuję, to to stoi w kompletnej sprzeczności do na przykład zaleceń dla budowniczych imperiów. To oni właśnie powinni zagadać, porwać za sobą, zdominować.
[06:34:19] - Tak.
[06:34:19] - No więc właśnie. Z jednej strony to jest zalecenie dla ludzi takich, żeby im się lepiej żyło w społeczności, ale też odwrócenie tego to jest niejako przepis dla budowniczych imperiów.
[06:34:33] - Zgadza się, dlatego że w całej książce „Siły psychohistorii” podaję przykłady i kontrprzykłady, czyli w jaki sposób zdominować kogoś, czyli zagadać go, narzucić mu swoją wolę właśnie w jakiś sposób, który normalnie byśmy uznali za toksyczny, jeżeli miałoby to miejsce między dwoma osobami mniej więcej na równym poziomie statusu społecznego czy hierarchii zawodowej. Natomiast całe budowanie imperium polega właśnie na tym, że jest jeden wódz, który buduje tysiącletnią rzeszę i on przemawiając, a Hitler starannie uczył się sztuki przemawiania i wielokrotnie w jego biografiach można przeczytać w wielu miejscach, że przykładał niezwykłą wagę do tego, żeby ćwiczyć przemowy, żeby nauczyć się odpowiedniej dykcji, odpowiedniego wypowiadania słów, wstępowania w jakieś emocjonalne stany, którymi zaraża, bo przecież zarażamy się poprzez te społeczne zarażanie. Mówiliśmy o tym już wielokrotnie, więc wszystko to ma związek właśnie z tym, w jaki sposób mówimy, jak mówimy i w jakich sytuacjach to, co mówimy, sprawia, że przejawia się przez ten sposób mówienia różnica w statusie, czyli ten, kto mówi, a ten, kto słucha. Są to bardzo skomplikowane relacje, dlatego że to też mówiliśmy już wielokrotnie, że człowiek w sposób nawet dla siebie nieświadomy cały czas negocjuje swój status albo potwierdza swój status wśród innych swoich przyjaciół. Czyli wśród przyjaciół status jest równy, czyli można sobie żartować, można kpić sobie z kogoś, ale w niektórych sytuacjach, jak stoi osoba zupełnie obca, przed którą ofiara tych kpin chce wypaść jak najlepiej i nie stracić swojej powagi i swojej osoby, no to w tym momencie nagle żarty się kończą i kolegę można ośmieszać, kpić z niego, żartować z niego, a nagle w pewnej określonej sytuacji dokładnie te same kpiny powodują nagle katastrofalnie odmienny skutek, czyli śmiertelnie się obraża, dlatego że nie dostrzegliśmy, że jemu akurat zależało.
[06:36:37] - No tak. Czyli tak, mamy dzisiaj dwie rady dla tych, co chcą żyć normalnie i dla budowniczego imperium. No przyznam się, że to takie dosyć przewrotne. Chyba właśnie z Chin ta przewrotność promieniuje. Czy ja to dobrze odczytuję, czy nie? Te Chiny wydają mi się w świetle tego, co pan przedstawia od dłuższego czasu, niesamowicie właśnie taką kulturą, która jest przewrotna, która potrafi nas omamić i uczynić z tego siłę.
[06:37:14] - Tak.
[06:37:16] - No tak, trudno one przy komentarz. Nie, nie, nie. Właśnie to jest charakterystyczne. Rzecz charakterystyczna. No to cóż, nie będę tego w takim razie komentował. Każdy sobie wnioski wyciągnie sam. Aczkolwiek coraz bardziej boję się z panem rozmawiać.
[06:37:35] - I przyznam się-
[06:37:36] - Nie tylko ze względu na to lakoniczne tak.
[06:37:42] - Przyznam, że tutaj powiem taką anegdotkę. Dałem mojemu bardzo bliskiemu koledze z ławki licealnej właśnie esej i między innymi właśnie z tymi poradami o narzucaniu dominacji i właśnie z tą trawestacją „mów tak tak, nie nie” i Naprawdę bał się ze mną rozmawiać. Czułem, że po prostu nie wiedział, jak zacząć rozmowę, bo nagle się okazało, że skoro negocjujemy status, to nawet kompletnie nieświadomie możemy kogoś urazić, dlatego, że my nie jesteśmy wrażliwi w jakimś zakamarku naszej komunikacji międzyludzkiej, a tamten może być wrażliwy. I nagle się okazuje, właśnie po przeczytaniu tego eseju i po zrozumieniu tego prawidła, może się okazać, że nagle jesteśmy słoniem w składzie porcelany. I nagle ten strach, że kurczę, nie ma gdzie stopy postawić. Czasami ludzie są wrażliwi, a nawet nadpobudliwi w niektórych aspektach. I co robić?
[06:38:38] - Najbardziej mi się podoba z tej naszej rozmowy dzisiejszej wniosek płynący dla polityków. Bo on właściwie mówi, że o ile normalny człowiek powinien mówić tak tak, nie nie, to polityk nie ma innego wyjścia.
[06:38:55] - Nie ma niestety.
[06:38:56] - Musi bredzić, musi kłamać, musi opowiadać niestworzone historie, bo tylko wtedy tak naprawdę jest politykiem. I później się ludzie dziwią albo oburzają, jak pada ten dowcip: po czym poznać, że polityk kłamie? Otwiera usta. Tak, otwiera usta po prostu. I tym optymistycznym akcentem pięknie panu dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[06:39:22] - Tak.
[06:39:26] - Tak, proszę państwa, to już zdecydowanie koniec naszego dzisiejszego spotkania, ale za tydzień będzie kolejne. Ono być może będzie troszkę krótsze w przyszłym tygodniu i nie dlatego, że zabraknie mi materiałów, że już się skończyłem i że już nie mam pary. Tylko, proszę państwa, w przyszły piątek zaczynają się w Poznaniu Targi Książki. Ja wiem, że państwo wiecie, że my to wspólnie z Ivelliosem tę audycję nagrywamy w czwartek, ale ja mam być od piątku od godzin porannych na tych właśnie targach. Zapraszam zresztą na stoisko. Będzie Bibliotekarium, będzie również Stalker Books, czyli Wojtek Sedeńko ze swoimi nowościami. Będzie też grupa osób piszących, będzie między innymi Bruno Kadyna, jeszcze kilka innych osób. Będzie chociażby Jacek Fleishhätser. Zaznaczam, że to będzie postać, w którą wcieli się Jacek Fleishhätser, przynajmniej tak zapowiada, będzie bardzo malownicza. Tym bardziej zapraszam.
Ale wiecie państwo, jak ja mam być w piątek od rana na tychże targach, to nie wiem, jak będzie z długością przyszłego wydania „Bibliotekarium 2.0”. Aczkolwiek, proszę państwa, jak siebie znam, to pięć godzin i tak pęknie. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. I cóż, do usłyszenia za tydzień. Pozdrawiam.
[06:41:06] - A mówi te słowa do państwa jak zawsze i niezmiennie herszt Mafii Bibliotekaryjnej Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.