[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Mamy nadzieję, drodzy państwo, że ostatnie wiatry nikogo z was nie wywiały i nie wywiały nikomu z was połączenia z internetem. Bądźcie dzisiaj z nami, bowiem zaczynamy właśnie teraz kolejny zjazd na AWF Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Właśnie tutaj, właśnie teraz startuje. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz, właściwie rektor AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:51] - Halo, halo! Dzień dobry, wieczór państwu. Dzisiaj zaliczamy oczko, bo to 21. spotkanie, jeśli liczyć Bibliotekarium 2.0, a już 171., jeśli odwołać się do tradycji i do tak zwanego starego Bibliotekarium. Cóż, proszę państwa, zaczynamy. Zaczynamy od polecanek jak zwykle. Tu odwołam się do serii, która budzi bardzo wiele emocji. Budzi te emocje dlatego, że w jej ramach wychodzą książki nieoczywiste, trudne, ale jednocześnie wspaniałe, literacko dopracowane. Mam tu na myśli oczywiście serię Uczta wyobraźni wydawaną przez wydawnictwo MAG. W tej serii, wiecie państwo, nie biorę odpowiedzialności, czy to jest nowa nowość.
Jestem pewny, że ta książka wyszła wcześniej, ale zdaje się, że ostatnimi czasy — ta książka, o której za chwilę powiem — zmieniła okładkę. W ramach tej samej serii zmieniła się okładka. Takie przynajmniej mam niejasne wrażenie. Jeśli się mylę, to proszę, poprawcie mnie państwo, ale mam wrażenie, że ta nowa okładka troszeczkę inaczej wygląda. W każdym razie, bez względu na to, czy ta książka jest tylko teraz z nową okładką, czy może wzbogacona o jakąś treść, to jest to książka, po którą naprawdę warto sięgnąć. Teraz wypadałoby, żebym wreszcie wymienił jej tytuł. Ta książka ma podwójny tytuł. Pierwsza część tytułu, pierwszy utwór to „Nakręcana dziewczyna”, a zaraz potem „Pompa numer 6”. O tej pompie za chwilę. Zacznijmy w takim razie od „Nakręcanej dziewczyny”.
Może najpierw wymieńmy autora. Trochę się przed tym wzbraniam, jak państwo słyszycie, bo to nazwisko ciężko się wymawia. Zdaje się nie tylko mnie, bo nawet w jednym z blurbów przeczytałem, że autor jest tak wybitny i tak wspaniały, że tylko mu zazdrościć trzeba. Na szczęście dla wielu autorów jego nazwisko bardzo trudno się wymawia. Jest szansa, że go tak dużo osób nie zapamięta. Myślę, że to nieprawda, że go zapamiętają. W każdym razie autor nazywa się Paolo i tu właśnie Basigalupi albo Basigalupi. W każdym razie jak zwykle lubię przekręcać nazwiska. Nie o to w gruncie rzeczy chodzi. Porozmawiajmy sobie o tych utworach, które zawarte są w tomie, który tak nieumiejętnie reklamuję.
Ta „Nakręcana dziewczyna” to jest zdobywczyni chyba największych nagród, bo Nebuli, Hugo oraz Locusa w roku 2010. Wiecie państwo, pójdę po linii najmniejszego oporu i zacytuję państwu coś, co jest taką zajawką tej książki, ale ona mnie na przykład bardzo ujęła. Pobudziła do wspomnień po prostu. Kiedy zacząłem sobie tę książkę wspominać, pomyślałem sobie: „Wow”. Ktoś, kto tę zajawkę układał, dobrze poznał tę książkę, bo długo bym się musiał starać, żeby coś tak dobrego napisać jak to, co za chwilę zacytuję. Dobrego w sensie oddającego treść, a jednocześnie nie sypiącego jakimiś spoilerami. Dlatego, żeby nie zaspoilerować, a jednocześnie coś intrygującego na temat tej książki powiedzieć, sięgam po tę redakcyjną czy też wydawniczą zajawkę. „Anderson Lake jest przedstawicielem koncernu kalorycznego na Tajlandię. Udając dyrektora fabryki sprężyn, przeczesuje uliczne targi Bangkoku w poszukiwaniu dawno uznanych za wymarłe gatunków owoców oraz warzyw. Poznaje tam nakręcaną dziewczynę, prześliczną i tajemniczą Emiko, pozostawioną na pastwę losu i slumsów.
Emiko zalicza się do nowych ludzi wyhodowanych dla zaspokajania kaprysów bogaczy. Produkuje się ich jako żołnierzy, niewolników i maskotki do towarzystwa. Powstała w ten sposób cała nowa klasa ludzi zepchnięta na margines tej złowrogiej przyszłości, w której ropa się skończyła. Nad państwami dominują firmy kaloryczne, a po świecie szaleją wyprodukowane w laboratoriach choroby i szkodniki”. Miara nasilania się obsesji Andersona na punkcie Niko. Pośród upału zawiązują się intrygi, a polityczne napięcia grożą niekontrolowanym chaosem. Chaosem. Tu kropka. Biznesmeni, urzędnicy ministerialni, bogaci cudzoziemcy i uchodźcy bez grosza. Każdy z nich ma własny plan, lecz nikt nie jest w stanie przewidzieć niszczycielskiego wpływu nakręcanej dziewczyny.
Myślę, że nabraliście państwo apetytu. A to jeszcze nie koniec, bo to niecała książka, to jeden utwór, zaledwie rozbudowany. Ale jednak jest jeszcze „Pompa numer sześć”. „Pompa numer sześć” to jest debiut Paolo Bacigalupiego. To jest zbiór opowiadań. To był zbiór opowiadań. Tu się mieści w ramach większego tomu. On, jak pisze wydawca, pokazuje siłę i zasięg opowiadania fantastycznego, bo sednem twórczości Paolo jest krytyka społeczna, polityczna, polityczna przypowieść i dyskurs ekologiczny. Każde z zawartych w tomie opowiadań ostrzega i jednocześnie zachwyca się tragikomedią ludzkich przeżyć. Utwory Paolo ukazywały się już w różnych dorocznych antologiach, były nominowane do Nebuli i Go oraz zdobywały nagrodę Theodora Sturgeona za najlepsze opowiadanie fantastyczne.
Mam do zacytowania jeszcze blurby. One są dosyć specyficzne, ale cytuję: „Nie cierpię go. Pojawia się znikąd, pisze jak szalony anioł, zgarnia nagrody i wytrąca nas, starych wyjadaczy, z równowagi opowieściami o czymś, co jeszcze nie przyszło nam do głowy. Na przykład ten głupi biopies. A do tego jest młody i przystojny. Dobrze, że chociaż nazwisko nie do wymówienia.” Terry Bisson, jeden z autorów SF. Dalej. „Paolo Bacigalupi to najlepszy autor opowiadań, jaki pojawił się w ciągu ostatniego dziesięciolecia. To Ted Chiang nowego milenium. W niezapomniany sposób potrafi połączyć piękny styl, wstrząsające obrazowanie i szokujące pomysły.” Robert G.
Sawyer to jeden z laureatów nagrody Igo za powieść „Hominidzi”. No i ostatni blurb: „Te opowiadania, drapieżne, inteligentne i precyzyjnie odmalowane, zaliczają się do moich ulubionych okrutnych historii i dydaktycznych przypowieści XXI wieku. Paolo ewidentnie jest piątym jeźdźcem Apokalipsy. No wiecie, tym, co w wolnym czasie pisuje fantastykę.” Kelly Link. To jest autorka „Magii dla początkujących”. To tyle polecanek. Mógłbym tu oczywiście też wygłosić jakąś pochwałę tej książki, bo przynajmniej tą nakręcaną dziewczyną jestem zafascynowany, ale doszedłem do wniosku, że starzy wyjadacze, których zacytowałem, zrobią to znacznie lepiej. Mieliście państwo próbkę. Dzisiejszy odcinek naszej audycji nosi tytuł „Propozycje. Porozmawiajmy o transhumanizmie”.
Będziemy o nim rozmawiać z gościem audycji, którym jest Ludwik Papay, autor książek, które były omawiane w „Bibliotekarium”, chociażby „Dzieciaki końca świata” czy „Kierunek Kitaj”. Ale zanim do tej rozmowy o transhumanizmie, a właściwie do wstępu, bo my tak sobie z panem Ludwikiem siedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać i doszliśmy do wniosku gdzieś po ponad godzinie, że my dopiero dotknęliśmy tematu zaledwie, co sprawiło, że umówiliśmy się oczywiście na następną rozmowę, gdzie będziemy dalej ten transhumanizm rozwałkowywać. Ale kiedy myślałem sobie już po tej rozmowie, czym w ogóle dla mnie jest transhumanizm, jak te wszystkie niteczki ze sobą powiązać, zacząłem myśleć o czymś, co jest z transhumanizmem ściśle związane, ale nie jest samym transhumanizmem jako takim, a mianowicie o takim micie nieśmiertelności. Człowiek w jakimś stopniu, przynajmniej część ludzkości, za nieśmiertelnością tęskni. I można oczywiście mówić tak, jak to Wiktor często mówi, że nie, nieśmiertelność w ogóle go nie interesuje. Myślę, że część ludzi może tak rzeczywiście myśleć, ale kiedy dochodzi do momentu, że człowiek staje przed tym nieuniknionym, to wtedy mówi sobie: „Trochę szkoda stąd odchodzić”. W związku z tym ta myśl o tym nieuchronnym powraca. I takie niezniszczalne moim zdaniem marzenie, a może się mylę, może właśnie zniszczalne, ale to marzenie o nieśmiertelności gdzieś się pojawia. Wiecie państwo, nie jesteśmy zresztą specjalnie odosobnieni jako kultura, bo ta nieśmiertelność albo długowieczność mogąca być namiastką nieśmiertelności, właściwie pojawia się w naszej kulturze od niepamiętnych czasów. To jest takie niespełnione jak na razie marzenie ludzkości.
Właściwie można powiedzieć, że legendy i mity z wielu miejsc, zarówno geograficznie odległych, czyli w przestrzeni, jak i tych miejsc odległych w czasie, opowiadają o poszukiwaniu wiecznej młodości, wiecznego życia. Pierwsze przykłady z brzegu. Już w starożytności pojawiały się takie przykłady. Pojawiały się symbole nieśmiertelności. Był egipski symbol życia ankh. Feniks, odradzający się ptak czy uroboros, czyli wąż, który przez wieczność pożera sam siebie. Te znaki, które wymieniłem, mają tysiącletnią, wielotysiącletnią, kilkutysiącletnią tradycję. W Grecji władali bogowie Olimpu. Tam pojawiła się ambrozja. To napój bogów, który również ofiarował nieśmiertelność.
Zwróćcie państwo uwagę, że bardzo podobne właściwości miały średniowieczne preparaty, jak eliksir życia oraz kamień filozoficzny. A po odkryciu Ameryki pojawiły się kolejne opowieści o fontannie młodości chociażby. Wielu kolonizatorów Nowego Świata poszukiwało tej fontanny z dużym zaangażowaniem. Tej fontanny, ale też legendarnego El Dorado. W wieku XIX z kolei także idea nieśmiertelności była czymś, o czym bardzo intensywnie myślano. Przypomnijcie sobie państwo Mary Shelley. To ona stworzyła powieść o Frankensteinie. Nosiła dokładnie tytuł „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”. Wielu ludzi twierdzi, że to była pierwsza powieść SF. Ja nie do końca się z tym zgadzam.
Raczej traktowałbym ten utwór Mary Shelley jako taką zapowiedź gatunku SF. Ale to są słowa. Czy jest tak, czy tak, nie będę się kłócił. W każdym razie to był kolejny przejaw owej tęsknoty człowieka za nieśmiertelnością. Tak mi się przynajmniej wydaje. Zważcie państwo, skoro można ożywić martwe ciało, to również można żyć wiecznie. To logicznie z tego wynika. Jeśli popatrzymy na współczesną kulturę masową, to mit nieśmiertelności jest niezwykle starannie pielęgnowany. Ja nawet odnoszę czasami wrażenie, że kultura popularna za wszelką cenę stara się przekonać ludzi. Ja wiem, że już całkiem niedługo poszukiwania pewnej magicznej formuły, magiczne oczywiście weźmy w cudzysłów, się zakończą, a ludzkość wkroczy w nową, wspaniałą erę wiecznego życia.
A co za tym idzie, miejmy nadzieję, przynajmniej wieczystego szczęścia. Przykłady? Proszę bardzo. Na przykład przekonany o tym jest człowiek, który nazywa się Kurzweil Raymond czy też Ray Kurzweil. On w książce „Nadchodzi osobliwość” ze szczegółami analizuje, jak to z biegiem tych przyszłych lat, które dopiero nastąpią, zwykłego człowieka, powiedzmy żartobliwie oczywiście, analogowego człowieka, my jako ludzkość przekształcimy w człowieka 2.0. Jak to się stanie? To już nie jest mój wymysł. To właśnie Kurzweil. W naszym krwiobiegu będą krążyć miliardy nanobotów. To one będą niszczyć różnego rodzaju patogeny, poprawiać błędy DNA, eliminować toksyny, zarazki, bakterie czy wirusy.
One też będą wykonywać szereg innych zadań, jak poprawa błędów DNA. To już mówiłem chyba. Ale także nawet poprawiać nasze fizyczne samopoczucie. W rezultacie będziemy żyć bez końca, nie starzejąc się. To pierwsze, to człowiek 2.0, ale też myśli się całkiem poważnie o człowieku 3.0. Co to jest człowiek 3.0? To jest taki człowiek, który stanie się cyborgiem, czyli połączeniem żywego organizmu z robotycznymi, mechanicznymi, bardziej elektronicznymi wstawkami. Tak naprawdę Kurzweil składa wielki hołd dla technologii. Cóż powiedzieć? W jego książce, o której mówiłem, moim zdaniem bardzo mało jest refleksji na temat tego, czy nieśmiertelność nie jest rodzajem wielkiej pułapki.
I zaraz państwo chwycicie mnie za słowo. Przecież sam mówiłem, że ona jest kusząca. Tak, jest kusząca. Sam bym trochę się unieśmiertelnił, przynajmniej na jakiś czas. Ale o co chodzi z tą pułapką? Na razie powiedzmy tyle, że to jest taka pułapka, którą kusi nas nasza rzeczywistość. Kusi, bo rzeczywiście przedstawia nam możliwość w perspektywie dojścia do „nieśmiertelności”. Może nie zawsze chodzi o taką nieśmiertelność, że już naprawdę będziemy żyć wiecznie. Prędzej o nieśmiertelność, to już wtedy nie będzie nieśmiertelność, ale traktujmy to w przenośni, rozumianą jako bardzo długie albo bardzo długie życie. Za chwilę powiemy o tej pułapce, o kuszącej wizji nieśmiertelności.
Tak jak powiedziałem, czy to będzie prawdziwa biologiczna nieśmiertelność, czyli dzięki medycynie, może genetyce również, dochodzimy do takiej sytuacji, w której nasze organizmy żywe można zabezpieczyć przed wszelkim ryzykiem śmierci. Wszelkim nie, ale przed ryzykiem śmierci, którą uznajemy za naturalną. Na przykład hamujemy starzenie się, taki stan organizmu wiecznej młodości, kiedy człowiek jest najbardziej sprawny, kiedy prawdopodobieństwo śmierci jest najmniejsze. Zamrażamy człowieka w tym stanie i w związku z tym prawdopodobieństwo śmierci nie rośnie, bo człowiek jak jest młody, to ma mniejsze szanse umrzeć w sposób naturalny niż człowiek starszy albo stary. A taki człowiek „zamrożony", trwał w czasie. Nie malałyby jego zdolności fizjologiczne, a nawet te związane z rozrodczością. Tylko tu by się problem pojawił, bo mocno byśmy wtedy przyrastali, jeśli chodzi o liczbę ludności, ale bylibyśmy odporni na różnego rodzaju choroby. Od razu powiem, dlaczego się tak zastrzegłem w pewnym momencie. Przy takiej sytuacji, którą przedstawiłem przed chwilą, człowiek w dalszym ciągu mógłby umrzeć na przykład z powodu urazu, braku pożywienia, jakiejś choroby galopującej, ale nigdy nie umierałby ze starości. To by było wykluczone.
Jest jeszcze inna możliwość nieśmiertelności dzięki technologiom, czyli transhumanizm, o którym będziemy mówić. Dzięki technologiom wszczepiamy sobie takie organy, takie wzmacniacze naszego naturalnego organizmu, że rzeczywiście śmierć nam nie grozi, a w każdym razie jej niebezpieczeństwo jest bardzo zredukowane. To, co mówię, może się wydawać niektórym z państwa dosyć odjechane, ale ja przyjąłem pewne założenie na początku, stąd te odjechane pomysły z mojej strony. Oczywiście ileś tam warunków musiałoby być spełnionych. Cóż powiedzieć dalej? O ile sposoby, które przedstawiłem, czyli ten biologiczny i ten mechaniczny, czy też bardziej technologiczny, to są sposoby osiągnięcia wiecznego czy też niemal wiecznego życia. One nie budzą jakiejś specjalnej emocji. Myślę, że to się zresztą państwo przekonacie, kiedy będziemy z Ludwikiem Papayem rozmawiać. Emocje się budzą, niemniej jednak to jest kwestia dyskusji o tym, czy to zrobić w jeden, w drugi, w trzeci sposób. Niemniej jednak, co do zasady można w tym kierunku podążać.
Przynajmniej sporo osób dopuszcza taką możliwość. Ale pojawia się jeszcze jeden element w tym wszystkim. Powiem tylko tak, że przy tych pierwszych dwóch sposobach, które wymieniłem, pojawia się raczej w nas, a przynajmniej we mnie, taki element zniecierpliwienia. Bo człowiek mówi: „Kurczę, nie zdążę. Zanim ta nauka coś tam odkryje, wreszcie się opowie i powie, jak to zrobić, żeby być prawie nieśmiertelnym albo tę namiastkę nieśmiertelności osiągnąć, to ja zdążę wyciągnąć kopyta i się nie załapię”. Żal. Trudno. W każdym razie jest jeszcze trzeci sposób osiągnięcia nieśmiertelności i on z tego, co sobie poczytałem, nie będę państwa oszukiwał, ja o tym czytam od wielu lat, ale poczytałem sobie. Ten sposób trzeci budzi poważne obawy wśród wielu badaczy. Nie wszystkich, od razu powiem.
Jaka to recepta? Receptą na nieśmiertelność, jaką proponują transhumaniści, kolejną, trzecią już receptą, jest przeniesienie świadomości człowieka do struktury sztucznej, która nie ma charakteru biologicznego. Czyli przenosimy jaźń do jakiegoś superkomputera, to oczywiście w przenośni, do jakiejś struktury elektronicznej, w której odradzamy się jak nijako, a na zewnątrz możemy na przykład do badania kosmosu wysyłać coś w rodzaju awatarów, które ten kosmos będą eksploatować, później wracać, przelewać to, co zbadały do naszej jaźni i tak sobie będziemy wiecznotrwale żyć. W jednym z opowiadań Asimova taka koncepcja się pojawia. Ono jest dostępne w Internecie, na YouTubie. To się chyba ostatnie pytanie nazywa, ale proszę się na mnie nie powoływać, że użyję tej ulubionej swojej formuły. Tak mi coś podpowiada, ale głowy nie dam, nic sobie nie dam obciąć. Można powiedzieć, że teoretycznie ta idea wydaje się dosyć prosta. Przenosimy cały zapis ludzkiego mózgu do tej sztucznej konstrukcji i dzięki temu czynimy świadomość człowieka odporną na biologiczne starzenie się. Można zadać pytanie podstawowe: czy to jest możliwe?
Nawet tutaj część myślicieli odpowie bez wahania, że oczywiście tak, że jak najbardziej, że mózg to przecież twór czysto materialny, a mieszkająca w nim świadomość to wyłącznie pochodna delikatnych oddziaływań elektrycznych, czy też skomplikowanych reakcji chemicznych, które zachodzą w mózgu. Takimi dowodami na ten sposób myślenia mają być eksperymenty ukazujące to, że mózg to tak naprawdę kawał materii i jak się go poddaje różnym oddziaływaniom, to całkowicie można uzależnić mózg od tych oddziaływań, na przykład działając odpowiednio silnym polem magnetycznym na odpowiednie partie mózgu można wywołać na przykład to, że człowiek nie potrafi mówić przez jakiś czas albo przejściowo traci inne zdolności, które wydają nam się właściwie oczywiste. To by był taki dowód, że naprawdę nasze ja to tak naprawdę coś, co mieszka w tej materii i tak jak powiedziałem, silne pole elektromagnetyczne, w sposób punktowy działające, może wyłączyć nasze zdolności i sprawić, że przejściowo zapomnimy, jak pisać, czytać i tym podobne. Chciałbym tylko zauważyć, że takie eksperymenty, wbrew pozorom, nie powiem, że niczego nie dowodzą, ale nie są takim sztywnym dowodem. Nie są twardym dowodem, bo trudno wykluczyć w takim eksperymencie tego, że na przykład mózg jest tylko przekaźnikiem informacji pomiędzy ludzkim umysłem umiejscowionym gdzieś poza ciałem, w jakiejś przestrzeni innej i tylko nasz mózg byłby odbiornikiem, bo ten mózg jest na przykład w innym wymiarze, w innej rzeczywistości. Mózg jest takim łącznikiem pomiędzy naszym umysłem. Nie wstawiajmy znaku równości pomiędzy mózgiem a umysłem. Umysłem jako naszą jaźnią, a naszą rzeczywistością. To zwariowana teoria, ktoś powie. Owszem, ale nie można jej wykluczyć, jak wielu innych.
Dla zwolenników przeniesienia umysłu do struktur elektronicznych to jest taki argument, który dowodzi, że byłyby problemy z przeniesieniem mózgu do struktury elektronicznej, jak oni to proponują. Toteż oni tego argumentu nie przyjmują, odrzucają. Oni wolą wierzyć, że świadomość to tylko funkcja materii. O tym już mówiłem. Materii, z której składa się mózg. A wszelkie próby sugerowania, iż ta rzecz może być znacznie bardziej skomplikowana, rozmawiałem kilka razy, to nie znajduje zrozumienia u wyznawców tak zwanego światopoglądu naukowego, czymkolwiek on jest. Wiecie państwo, że ja walczę z czymś, co nazywa się światopoglądem naukowym. Jestem za uprawianiem nauki, a nie wiarą w jakiś światopogląd lub wyznawaniem światopoglądu. Ja jestem wdzięczny każdemu, kto naukę uprawia i potrafi pewne rzeczy udowodnić, a nie powołuje się na naukę jako ostateczny argument. Uprawiajmy naukę, bo ona jest wielka.
Może potrafi być wielka, ale nie wierzmy w naukę. Nauka ma być działalnością praktyczną. Wróćmy do tego transferu ludzkiego umysłu, do tak zwanej emulacji mózgu. To, wiecie państwo, na razie jest proces czysto hipotetyczny. On by musiał polegać na skopiowaniu lub przeniesieniu świadomości do, znowu cudzysłów, komputera, ale czegoś takiego elektronicznego. To musiałby być proces niezwykle precyzyjny, polegający na zmapowaniu. Niewyobrażalna rzecz. Jeśli człowiek uświadomi sobie, jaka jest ilość neuronów w mózgu i wszelkich połączeń, to już w ogóle. Zmapowaniu wszystkich połączeń neuronalnych, w dodatku wierne odtworzenie ich działania. Powiem szczerze, że entuzjaści tego rodzaju rozwiązań wskazują, że człowiek dzięki takiej technologii zyskałby naprawdę nieśmiertelność.
W dodatku w sposób niejako naturalny. Trudno mówić o naturalności, ale dla tego procesu naturalny, poszerzyłby swoje umysłowe zdolności, możliwości, bo przecież Impulsy elektryczne w żywej strukturze, jaką jest nasz mózg, przesyłane są znacznie wolniej niż w strukturze, która ma naturę elektroniczną. Niejaki Eliezer Yudkowsky z Singularity Institute for Artificial Intelligence doszedł do wniosku, że jeśli możliwa byłaby taka symulacja ludzkiego mózgu w maszynie o podobnej wielkości, działającej w podobnej temperaturze jak ciało człowieka, to symulacja ta mogłaby działać milion razy szybciej niż mózg biologiczny oraz doświadczać roku subiektywnego, wewnętrznego w ciągu około 31 sekund. „Wow” ktoś powie. Super. Nie wiem. Jedźmy dalej. Zwolennicy emulacji mózgu czerpią swój optymizm z wielu udanych eksperymentów, w których odtwarzane są sieci neuronowe prymitywnych na razie organizmów. Tu muszę sięgnąć po notatki. Cytuję: „W roku 1985 odtworzono mapę połączeń w układzie nerwowym nicienia”.
Tu jest łacińska nazwa, której państwu oszczędzę. Pewnego nicienia. Osiem lat później przeprowadzono częściową symulację jej działania. W kolejnych latach powstało kilka modeli łączących tę sieć z symulacją działania mięśni nicienia w prostym otoczeniu. W 2010 roku stworzono i zasymulowano model mózgu muszki owocowej. W roku 2011 dzięki wykorzystaniu superkomputera Blue Gene/P stworzono symulację zawierającą około miliona neuronów i około miliarda połączeń neuronalnych. Odpowiadała ta symulacja skali mózgu pszczoły. Do odtworzenia mózgu człowieka to jest jeszcze dosyć daleko, ale zwolennicy zdigitalizowania ludzkiego umysłu cały czas podkreślają, że problem właściwie ma naturę ilościową, a nie jakościową. Więc skoro ilościową, to można zatem w miarę szybko go rozwiązać, bo to jest kwestia intensywności pewnych działań. Ci zwolennicy twierdzą, że trzeba by stworzyć, a właściwie nie trzeba by, a trzeba stworzyć odpowiednio wydajne komputery.
Wówczas skopiowanie mózgu homo sapiens będzie tylko logiczną konsekwencją takich właśnie działań. Tu można zadać pytanie, proszę państwa, czy tego rodzaju optymizm jest uzasadniony? Czy w ogóle należy go nazwać optymizmem? Jaki jest najważniejszy problem? Jaki problem się w ogóle pojawia? Zamiast mówić o tym problemie, zadam pytanie: czy skopiowany umysł to byłby ten sam umysł, który był wyjściowy, czy może nowy, który tylko dysponuje tą samą pamięcią co oryginał? Tym wszystkim, którzy już udzielili w tej chwili odpowiedzi, śpieszę donieść, że nawet sami ludzie, którzy są zwolennikami tej teorii, tak łatwo na to pytanie nie odpowiadają. Każdy z nas oczywiście intuicyjnie próbuje na to pytanie odpowiedzieć. Ja również, ale to są tylko nasze pobożne życzenia, a nie coś, co da się dzisiaj udowodnić. Odpowiedzi mogą być różne i bardzo często zależą, co jest znamienne, od naszego światopoglądu.
Czyli my tak naprawdę za punkt wyjścia obieramy to, w co wierzymy, a później dostosowujemy to, co usłyszymy do naszego światopoglądu. Bo tak jest, że jeśli uznamy, że można skopiować mózg, to wcale nie jest oczywiste dla pewnego światopoglądu, jak się kopiuje mózg, to ktoś powie: „Ale czy kopiuje się również duszę?”. Wiem, że być może dla niektórych odpływam w rejony mistyczne prawie. Ale dlaczego nie, w gruncie rzeczy. Nie bardzo mówię państwu w tej chwili o religii, ale o pewnej rzeczywistości, w którą jedni wierzą, drudzy nie wierzą. W każdym razie tych pytań, które się mogą pojawiać, państwo by też, myślę, bez trudu najmniejszego sformułowali cały szereg. Tych pytań jest naprawdę bez liku. Na przykład, czy mózg sztuczny i prawdziwy, kopia i oryginał będą dzieliły się tą samą osobowością, świadomością? Czyli to, co mieszka w komputerze, będzie miało świadomość i to, co będzie jeszcze żywe, też będzie miało. To właściwie co, powstaną dwie świadomości?
Czy będziemy współdzielić? Czy będzie ta sama świadomość, trochę będzie w człowieku, trochę będzie w tej maszynie? Czy to będzie jedna świadomość w dwóch miejscach? Czy byłaby pomiędzy tymi świadomościami jakaś łączność? A jeśli byłaby taka łączność, to właściwie dlaczego by była? Jaki powód byłby tej łączności pomiędzy na przykład człowiekiem a tą drugą osobowością? Świadomością zamkniętą w maszynie. Dalej, czy to będzie jedna osobowość w dwóch mózgach, czy dwie oddzielne osobowości? Czy w tym drugim przypadku można mówić o kopii? Czy gdyby ktoś chciał skasować, tak naprawdę uśmiercić oryginał ludzki, to oryginał przyjąłby to spokojnie?
Powiedział: „Tak, nie ma sprawy, możecie mnie zaciukać, bo moja osobowość jest w tym mózgu”. Chciałbym to zobaczyć, ale nie do końca w to wierzę. Myślę, że przekonywanie takiego osobnika, którego miano by poddać eutanazji, że tak naprawdę żyje w tej sztucznej strukturze, więc o co mu chodzi, jest bardzo problematyczne. A może ten człowiek uważałby jednak, że odbieramy mu życie, że ta sztuczna świadomość będąca jego kopią nie ma z tą jego świadomością, którą czuje, nic wspólnego. Przeniesienie ludzkiej świadomości do sztucznej struktury to tak jak na razie problem czysto teoretyczny i dosyć powszechnie uznawany jest za wariant tak zwanego problemu statku Tezeusza. Odchodzimy troszeczkę od tych mózgów, od przeniesienia się z jednej świadomości biologicznej do struktury elektronicznej. Statek Tezeusza. Ten problem filozoficzny ma jeszcze różne warianty. Nazywa się go powozem Platona, skarpetkami Locke'a, toporem George'a Washingtona. Zawsze chodzi mniej więcej o to samo w tym paradoksie.
Ten paradoks dotyczy czegoś, co moglibyśmy nazwać tożsamością obiektu i sprowadza się do takiego pytania: czy jeśli wymienimy stopniowo wszystkie elementy jakiegoś obiektu, statek Tezeusza, to chodziło o to, że jak on się niszczył, to wymieniano i czy po jakimś czasie, jak już wymieniono prawie wszystko, to będzie ten sam statek cały czas. Tu odpowiedzi wcale nie są oczywiste, chociaż bardzo często są udzielane. Bo jeśli wymienimy stopniowo wszystkie elementy jakiegoś złożonego obiektu na nowe, a więc cały obiekt, w tym wypadku ten statek Tezeusza zostanie zastąpiony nowymi elementami, to czy to jest w dalszym ciągu ten sam obiekt pierwotny? Czy po wielu latach i licznych naprawach statek, w którym wymieniono gro części, to jest ten sam statek, który był na początku? Na ten temat zrobiono badania. Co więcej, ja sobie też zrobiłem takie prywatne, na nie się nie będę powoływał, ale to tak działa. Na małej próbce zrobiłem sobie taką próbę. Jeśli udzielimy odpowiedzi twierdzącej, że to ten pierwotny statek i ten już później po przeróbkach, ciągle mu coś nowego dokładaliśmy i starych elementów nie było w tym statku, to jeśli przyjmiemy, że to jest ten sam statek, to uznamy, że dokładna kopia jakiegoś obiektu, tak logicznie, jest w istocie tym samym obiektem, którym był na początku. Natomiast jeśli odpowiedź jest negatywna, czyli wówczas żaden obiekt, którego elementy uległy wymianie, nie zachowuje tożsamości. To już wiemy, że to się nie zgadza, bo przecież szereg ludzi ma protezy, różnego rodzaju rozruszniki, jednak nikt nie kwestionuje, że to są te same osoby.
Tego dotyczyły właśnie pytania, które zadawano ludziom. I to jest zadziwiające, że jeśli zadać współczesnemu człowiekowi takie pytanie, czy jego bliźnik, tak to określmy, ze sztuczną czy też przeszczepioną dłonią jest tym samym osobnikiem co wcześniej, to każdy z nas odpowie, że tak. Jak najbardziej. Trudno powątpiewać. A gdybyśmy nawet w następnych pytaniach proponowali kolejne przeszczepy, wręcz cyborgizację i doszlibyśmy do niemal 100%, to w dalszym ciągu słyszelibyśmy: „Nie no, to jest w końcu ten sam człowiek, jakżeż można” i tak dalej. Ale jest jeden wyjątek, który w tych pytaniach zadawanych ludziom się pojawiał, bo gdy zaczęto dotykać problemu mózgu, wymiany części mózgu, może całego, może zastąpienia go czymś, to wówczas odpowiedzi na te pytania wcale nie były twierdzące. Przynajmniej u sporej części osób pytanych. Zatem wszystko się zmienia, gdy zaczynamy pytać o wymianę mózgu, chociażby na sztuczny, obojętnie czy to będzie proces jednorazowy, pyk i kopiujemy, czy też po troszeczku, odbywa się etapami. Jednak jak dotykamy mózgu, to czujemy podświadomie, że to jednak dotyczy w jakimś stopniu osobowości. Różnie to jest nazywane.
Ja cały czas podkreślam, że my mamy problemy z nazewnictwem, bo osobowość, inteligencję, to wszystko mamy w jednym, a te rzeczy można rozdzielić. Tu pewna nieostrość pojęciowa się pojawia nawet u ludzi, którzy się problemem zajmują. W odpowiedziach pojawiają się na przykład rozbieżności, kiedy już dotyczy to sprawy mózgu. Najczęściej te odpowiedzi miały charakter intuicyjny. Mają charakter intuicyjny. Tak jak i u państwa, tak samo i u mnie. Ponieważ tak naprawdę nie wiemy, co sprawia, że człowiek jest jednostką samoświadomą. Czy na przykład wymiana połowy mózgu na sztuczny cokolwiek by zmieniła? Tak naprawdę intuicja oraz przekonania religijne czy jakiekolwiek inne podpowiadają nam, że całkowita wymiana ma coś wspólnego z zakwestionowaniem osobowości i jest taką redukcją człowieka do zapisu ukrytego w komórkach nerwowych. Czy tak jest w istocie?
Dalej tego nie wiemy. Część ludzi odpowie twierdząco, ale też tego nie wie. Wierzcie mi państwo, ma tylko daleko idącą intuicję popartą badaniami. Zresztą, żebyśmy byli uczciwi, pewne bardzo poważne badania na mózgu są dokonywane i pewne twierdzenia dotyczące tego, że jednak mieszkamy w naszych głowach, mają podstawy, aczkolwiek nie są to ostre podstawy. Podstawy mogą być ostre, takie twarde mogą być. Czasami język mi wysiada, proszę państwa, jednak jest mało obrazowy. Jak jest w istocie? Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie, ja w każdym razie nie jestem w stanie odpowiedzieć. Pewno przyniosą tę odpowiedź najbliższe dziesięciolecia. A może wcale nie.
Może to będą stulecia. Ale taka odpowiedź to jest tak naprawdę odpowiedź rozstrzygająca dla ludzkiej duchowości, wbrew pozorom. Jeśli umysł człowieka da się skopiować, to będzie to dosyć jednoznaczne ze zredukowaniem go do struktury materialnej. Proste. Tej materialnej struktury, jaką jest mózg. Jeśli to będzie wykonalne, jeśli tak się stanie, to ta ludzka duchowość, z której my jesteśmy tacy dumni, zostanie sprowadzona de facto do oddziaływań elektrycznych i chemicznych, o których wspominałem, które zachodzą w mózgoczaszce. A pojęcie duszy, które dzisiaj jest bardzo popularne, może w ogóle zniknąć. Są takie książki SF, w których nikt już o duszy nie mówi, bo dla bohaterów tych książek jest oczywiste, że coś takiego po prostu nie istnieje. Dla nas jeszcze to oczywiste wcale nie jest. Jeśli umysłu skopiować się nie da, to będzie to silny argument dla zwolenników twierdzenia, że umysł człowieka to coś więcej niż ta wspomniana przeze mnie wysoko uporządkowana materia.
Cóż jeszcze? W przypadku udanego kopiowania umysłu pojawi się również cały szereg problemów natury prawnej. Prawo zawsze ma problemy z takimi wygibasami myślowymi, które ja dzisiaj państwu proponuję. Dzisiejsze sądy myślę, że nie byłyby w stanie rozstrzygnąć tych problemów, które ja tylko zasygnalizuję, żeby nie nudzić, bo już gadam i gadam. Czy taki skopiowany umysł ma wszystkie prawa i obowiązki, które miał oryginał? Czy też stanowi nową osobowość prawną? A co dzieje się ze zobowiązaniami i umowami osoby, która dokonała transferu? Kto jest zobowiązany? Ta osobowość w ludzkim ciele czy też ta transferowana? Skoro ta w ludzkim ciele, a transferowana nie.
Czyli to są jednak dwa różne osobniki. Może nie osobniki, dwie różne osobowości. Dalej, czy osoba, której transferu dokonano, ale jej kopia nie została uruchomiona przez długi czas, powinna zostać uznana za martwą? Jeszcze raz, bo trochę się zaplątałem. Jakiś człowiek dokonuje transferu do mózgu elektronicznego, ale ten elektroniczny mózg nie zostaje odpalony. Ten osobnik, który został skopiowany, żyje sobie, żyje, gdzieś tam umiera albo się mocno starzeje. I co? Do kiedy my jeszcze tę nową osobowość możemy włączyć? Bo im więcej czasu upłynie pomiędzy skopiowaniem a przeżyciem tego biologicznego osobnika, to będą tym bardziej dwie różne osobowości, bo ta biologiczna będzie nabierać coraz to nowych doświadczeń, a ta elektroniczna nie. Czyli bardzo szybko stanie się kimś innym, de facto.
Cóż, żeby zakończyć ten mini wykład, to powiem tak, że ten statek Tezeusza, takie mam wrażenie, całkiem niedługo, patrząc na rozwój technologii i tego, co się dzieje w nauce, wpłynie na bardzo, ale to bardzo wzburzone wody i dyskusje. Temperatura tych dyskusji, właśnie takich, czy dusza jest, czy duszy nie ma, czy wierzyć, czy nie wierzyć, czy można, czy nie można, czy należy kasować osobnika, czy nie należy kasować, bo jak go przeszczepimy, żeby nie było dwóch, to może go skasujmy, tego biologicznego, żeby sobie żył w elektronice albo odwrotnie. Nie wiem. Myślę, że to są problemy, które gdzieś tam kiedyś na nas czekają. Na razie się po prostu temu wszystkiemu przyglądajmy. Gadałem i gadałem, a tu czeka nas dyskusja z Ludwikiem Papayem. Ona nie będzie dokładnie na ten temat, ona będzie o transhumanizmie troszkę szerzej. Ja się skupiłem dzisiaj na nieśmiertelności i emulacji osobowości. Troszkę innych tematów dotykamy i tak jak powiedziałem gdzieś na początku tego przydługiego przemówienia, tak naprawdę z Ludwikiem Papayem dopiero dyskusję o transhumanizmie zaczynamy. A i tak myślę, że będzie ciekawie.
Zapraszam. Dzień dobry. Dzień dobry, Ludwiku.
[49:35] - Dzień dobry. Dzień dobry, Marku.
[49:39] - Kiedy miesiąc temu kończyliśmy audycję o sztucznej inteligencji, to sobie obiecaliśmy, że za mniej więcej miesiąc spotkamy się, aby porozmawiać o innym problemie, a w każdym razie temacie naszych czasów, czyli o transhumanizmie. Transhumanizm to jest temat rzeka, więc pewno godzinka dzisiaj przeznaczona na tę rozmowę pewno pęknie bardzo szybko i tak wszystkiego nie powiemy, więc zdaje się szykuje się audycja w odcinkach. Dobrym początkiem dla każdej audycji jest pójście z wysokiego C. To ja od razu postanowiłem, przygotowałem sobie coś takiego. W swoim czasie dla kwartalnika „Sfinks” napisałem taki artykuł. Właściwie to był rodzaj eseju, który traktował właśnie o transhumanizmie w ujęciu trochę filozoficznym i dałem mu tytuł „Nazizm 2.0”. I ja myślę, że to jest dobry początek do burzliwej dyskusji.
[50:53] - „Nazizm 2.0”. Ja widziałem tutaj coś sobie słuchając przed audycją, że transhumanizm jest przedstawiany czasami skrajnie jakoś celowo i niejaki Dugin mówił też o transhumanizmie właśnie jako to, co nam szykują. I to wykorzystał Dugin, przypominam tutaj, jedna z kluczowych postaci propagandy wielkorosyjskiej czy powojennej. I on wykorzystał to. I to jest ciekawe tutaj o tyle, że z jednej strony Rosja pokazuje, że niby walczy z faszyzmem, a z drugiej strony jako to, co nam serwują, jest pokazane coś, co jest przeciwstawne tradycyjnemu, dobremu życiu w tradycjonalizmie, w wypadku rosyjskim, ale takim: wsi spokojna, wsi wesoła, cerkiew, dobre zwyczaje i klasyczne życie. I przeciwko temu przedstawione to, co nam serwują jacyś, oczywiście Amerykanie i ich sojusznicy, jakieś dziwne technologie, dziwne zmiany, już nie tylko płci, ale umysłów i ludzkości. Oni chcą tego bronić, więc też się spotkałem z takim radykalnym stwierdzeniem, ale jeszcze bardziej radykalnym stwierdzeniem jest chyba, może nie bardziej radykalnym, ale chyba bardziej popularne jest pokazanie transhumanizmu jako, jeśli straszymy oczywiście, jako takiego skrajnego ruchu, może takiej skrajnej lewicy. Też można tak przedstawić ten ruch, bo skoro zamierzamy zmienić istotę człowieka, to jest przecież progres do kwadratu. Lewica to progres, to zmiana, to doskonalenie się wbrew rozsądkowi nawet. To wpasowuje się pięknie w taką wizję człowieka bez korzenia, człowieka rozwijającego się niezależnie od reguł, które były nam wbijane przez królów, kler i wszystkie inne reguły przez tysiące lat.
Można tak, można odwrotnie. Zawsze można przedstawić to, co jest nieznane jako rzecz wrogą. Jakie argumenty użyłeś? To mnie też interesuje, bo to też nie jest takie bardzo jasne dla mnie.
[53:31] - Zacznijmy najpierw od argumentów, które nie padły w tym artykule, że my żyjemy w czasach, które wmówiły przynajmniej niektórym ludziom rzecz, która moim zdaniem jest trudna do udowodnienia, a mianowicie, że wszystko, co nowe, postępowe jest z definicji lepsze niż stare. To jest moim zdaniem bardzo dyskusyjna teza i moim zdaniem trudno ją obronić.
[54:02] - Że nowe lepsze niż stare?
[54:06] - Że nowe zawsze jest lepsze niż stare z racji tego, że jest nowe i tylko to decyduje o tym, że jest lepsze. To jest moim zdaniem trudne do udowodnienia, ale rzeczywiście, na czym się skupiłem w tym artykule? Przede wszystkim na tym, co transhumanizm podsuwa nam niejako na tacy. Bo jak każde zjawisko złożone transhumanizm, i o tym pewno powinniśmy dzisiaj powiedzieć, nie jest ruchem jednorodnym, to znaczy nie jest takim ruchem, w którym panuje tylko jedna określona ideologia.
[54:40] - Dajmy jakąś definicję, żeby osoby, które są tutaj niepewne, czy dobrze rozumieją zjawisko, żeby im wytłumaczyć, czym jest transhumanizm, bo to dobrze by tak wprowadzić.
[54:51] - To za sekundkę.
[54:52] - Dobra, jasne.
[54:52] - Nawet odwołamy się do tego, kiedy ta nazwa padła po raz pierwszy. Natomiast zjawisko złożone, a więc można na transhumanizm patrzeć jako na zjawisko, które da człowiekowi nowe możliwości, da człowiekowi nowe perspektywy i wtedy jest wszystko okej, ale transhumanizm Powierzony ludziom albo oddany w ręce takich jednostek, które kombinują coś w wymiarze społecznym, to jest, moim zdaniem, narzędzie niebezpieczne. A poza tym transhumanizm, w zależności od nurtu tego transhumanizmu, uderza w różne elementy rzeczywistości. Do takich, i ja tego użyłem między innymi w artykule, które mają prowadzić, to oczywiście jest fikcja, teoria, ale mogłyby prowadzić do takiej sytuacji, którą przedstawił chociażby Herbert George Wells w „Wehikule czasu", elojów i morloków, czyli pewną elitę niemal nieśmiertelną i plebs, który ma pracować. Tak naprawdę to oczywiście był skrót myślowy z tym nazizmem 2.0, który pokazuje, że jak w każdej niemalże idei gdzieś tam jest zaszyte pewne niebezpieczeństwo, które zależy od tego, w czyje łapska to się dostanie. To jest taka oczywista oczywistość, powiedziałbym nawet truizm, ale przyświeca mi cel, żeby przestrzec, że praktycznie żadnemu zjawisku nie powinno się, moim zdaniem oczywiście, oddawać tak w ciemno pola, tylko zawsze się trzeba mu dobrze przyjrzeć. To ja teraz powiem tak: pierwszy raz słowo transhumanizm pojawiło się w eseju Huxleya, ale nie tego Huxleya Aldousa, pisarza, tylko Juliana Huxleya. W latach 50. opublikował stosunkowo krótki artykuł, w którym transhumanizm jako nazwa pojawia się. Niemniej samo zjawisko próby przekształcania człowieka, sama idea była już wcześniej.
To to, co ja bym miał o początkach do powiedzenia. Natomiast zostałem złapany, tu się od razu przyznaję, nie mam przed nosem w tej chwili żadnej definicji. Mógłbym próbować ją w tej chwili na poczekaniu sklecić, ale podejrzewam, że Ludwik ma taką definicję przygotowaną.
[57:52] - Wiesz co, nie chcę tutaj cytować Wikipedii czy innego źródła, ale transhumanizm to przede wszystkim możemy mówić o zjawisku albo możemy mówić o opisie tego, co już widzimy, bo pojawiają się pewne elementy transhumanizmu albo o pewnym słowie czy idei.
[58:15] - Idei, tak.
[58:16] - Też mi się tak wydaje, że my w tym kierunku idziemy. Natomiast transhumanizm to jest jakaś filozofia, jakiś zbiór idei, które przedstawiają to, jak może wyglądać wszystko, co jest związane z powolnym wykraczaniem człowieka poza obręb znanego człowieka przy wykorzystaniu technologii. I właśnie tu jest ciekawa rzecz, że jak mamy filozofię zazwyczaj, bardzo się zastanawiałem jakiś czas temu, jak mamy jakąś filozofię, to ona zajmuje się jakimś konkretnym zagadnieniem. A tutaj w zasadzie w transhumanizmie nie mamy jednego zagadnienia. Zagadnieniem jest człowiek. To jest po prostu wszystko, co łączy człowieka i technologię, jakieś pewne przemiany człowieka w związku z technologią. Więc to jest o tyle ciekawe, że to nie jest filozofia, która zajmuje się jednym zagadnieniem, tylko bardziej pokazuje, że jest technologia i teraz zastanówmy się, jak na to spojrzeć. Nie wiem, czy dobrze to opisuję troszkę. Może zrobię nawiązanie, jak mówimy o wielkich ideach, to jest idea materializmu, potem marksizmu. Czyli tam było założenie, że jest tylko materia i ta materia będzie stwarzała jakąś wyższą jakość.
Ja mam taką pewną podobną podstawę, że jest jakieś takie bardzo ogólne założenie, tło. Zrobię taką bardzo prostą analogię, bo ona jest łatwa do zrozumienia, wydaje mi się. O ile w marksizmie mieliśmy po prostu ilość, czyli ludzi, która wykracza w jakość, czyli duży ruch ludzi prostych na przykład może stworzyć większą jakość polityczną, ale też ontologiczną i całościową. Tak tu mamy pewien ogół wszystkiego, co związane z człowiekiem i z technologią, i my staramy się dojść do tego, co to może stworzyć wyższego. Dlatego to jest bardzo dziwny ruch i on jest bardzo niejednoznaczny, bo nie zajmuje się jednym konkretnym wycinkiem rzeczywistości, tylko całością, bo tu mamy i psychologię, i fizjologię, i ontologię. W zasadzie wszystkie dziedziny filozofii mamy, tylko włożone w tematykę i bardzo dla mnie to jest dziwne podejście. I o tyle to jest dziwne, że dlatego może transhumanizm nie jest traktowany na poważnie w filozofii, bo filozofia jest dziedziną, która zajmuje się ideami ludzkimi i transhumanizm nie jest ideą, która się pojawia na kursach filozoficznych. To nie jest dziedzina, która pojawia się na uniwersytetach i która jest wykładana. Pewnie na niektórych uniwersytetach pojawi się jakiś charyzmatyczny wykładowca, który gdzieś to wprowadzi, ale jest to temat raczej poza zainteresowaniem ludzi zajmujących się ideami w sensie akademii. To jest ruch, który wyrasta poza akademią i uwaga, to jest dość istotne, bo Świat akademii, świat uniwersytetów tak realnie to jest XIX wiek dopiero, koniec XVIII, XIX wiek i mniej więcej od tego okresu, licząc Hegla, wielkiego myśliciela Hegla, wszystkie niemalże istotne ruchy filozoficzne, które miały wpływ na rzeczywistość, jednak były albo na obrzeżach akademii, uniwersytetów, albo w ogóle poza nimi.
To mogą być jakieś ruchy religijne, to może być Freud, to może być jakaś szkoła frankfurcka. Ona działała na uniwersytetach. Dużo takich ruchów i one są raczej na obrzeżach. Czasami są to literaci jacyś, Ayn Rand na przykład.
[01:02:06] - Kierkegaard.
[01:02:11] - Kierkegaard tak, często poza uniwersytetami. Może to jest dobry ruch, że to jest taki ruch, który zajmuje się ogólną refleksją na temat człowieka, technologii, przyszłości, tego, kim będzie człowiek, jak technologia będzie wpływała na człowieka, jak będzie człowiek wpływał na technologię, jak się to będzie ogólnie kręciło wokół siebie i tworzyło nową jakość.
[01:02:33] - Ludwiku, ja nie do końca się z tobą zgadzam. Nie do końca.
[01:02:35] - No dobra, dawaj.
[01:02:38] - Bo chodzi o to, że da się transhumanizm opisać od innej strony, od strony takiej dziedziny filozofii, która zwie się antropologią, bo jednak postrzegamy tę technologię, to wszystko, o czym powiedziałeś przez pryzmat człowieka i zmian jego funkcjonowania. Antropologia filozoficzna tutaj może się przydać. Poza tym ja uważam, że transhumanizm może nie do końca wkracza na polskie uczelnie, ale on już na świecie jest dosyć popularny, co nawet dostrzegło takie pismo. To jest bardzo popularne pismo, ale jednak w Polsce wychodzące. Nazywa się „Filozofuj” i był cały numer transhumanizmowi poświęcony. I takie poważne nazwiska się na temat transhumanizmu wypowiadały. Czyli to już zaczyna docierać do elit akademickich, że tego się nie da zabić milczeniem, tylko raczej trzeba się sprawą zainteresować. To jest druga sprawa, o której chciałem powiedzieć. I jest jeszcze trzecia. Bardzo poważnym ruchem, wycofuję słowo ruch, bardzo poważną dziedziną dla filozofii jest cały ten zestaw zagadnień tak zwanych bioetycznych.
To gdzieś na pograniczu tego funkcjonuje i ta bioetyka, kilka podręczników się w dodatku całkiem niedawno pojawiło w Polsce z bioetyki. One z różnych pozycji naświetlają to zagadnienie, więc już widzimy, że temat jest rozległy i niejednoznaczny, ale w każdym razie gdzieś dotykamy również tego. Poza antropologią również dotykamy tych problemów bioetycznych. Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, o której chyba warto powiedzieć, mówiąc o transhumanizmie. Chcę to dobrze ująć. Chodzi o to, że sam transhumanizm rozpada się na dwie kategorie, dwa nurty. Pierwszy z nich to jest rzeczywiście wzbogacanie. Ci, którzy chcą, niech sobie wezmą słowo wzbogacanie w cudzysłów, ci, którzy nie chcą, niech tego cudzysłowu nie stosują. Natomiast wzbogacanie człowieka za pomocą technologii rozumianej na twardo, czyli powiedzmy jakichś wszczepów, elementów technologii sztywnej związanej z chociażby chipami i tym podobnymi. Ale jest też drugi nurt.
Kto wie, czy on nie jest bardziej napędzający pewien strach wśród ludzi. To jest nurt związany z manipulacją genetyczną. O tym też transhumanizm sporo razy się wypowiadał. Oba te nurty funkcjonują. Co więcej, w ramach samego transhumanizmu są ludzie bardzo radykalni. Tacy, którzy uważają, że jak już zaczniemy przebudowywać, to do końca i zróbmy z tego człowieka coś zupełnie innego. A są tacy, którzy podchodzą do tego w sposób bardzo pragmatyczny, czyli rzeczywiście wzbogacimy człowieka na przykład o zmysły, które w danej pracy czy w danej czynności będą temu człowiekowi potrzebne. Na przykład człowiek, którego wysyłamy w kosmos, w inne warunki, na inną planetę, może będzie potrzebował widzieć w innym zakresie, może będzie potrzebował odbierać pewne dodatkowe bodźce, a więc dodajemy mu jakieś zmysły. Powtarzam, fajny jest ten transhumanizm, ponieważ on jest niejednoznaczny i daje nam pole do dyskusji.
[01:06:44] - Zdecydowanie jak chodzi o te radykalizmy, dlatego miałem to skojarzenie już na początku, że to mi się kojarzy z jakąś formą utopii. Tak jak była wielka utopia, jakieś wizje komunistyczne, teraz niezbyt modne, przynajmniej w tej starszej wersji. Była utopia libertariańska, jakiś kraj zupełnej wolności, gdzie każdy ma swoje prawa i ma swoje małe państewko w obrębie swojej gminy czy mieszkania. Oczywiście zawsze były jakieś utopie religijne w najróżniejszych formach sekt i tak dalej. I tu mamy teraz taką utopię technologiczną związaną albo z modyfikacją ciała, albo z rozwojem umysłu, bo to są wszystko pokrewne. ... pokrewne tematy. Na pewno jedną rzecz, którą ciekawą poruszyłeś, to teraz tak filozoficznie się też zastanawiałem. Dodajmy zmysły. Nie wiem, czy da się dodawać zmysły tak, jak kolejny dodajesz przycisk w aplikacji albo coś.
Mi się wydaje, że jak chodzi o dodawanie zmysłów i nowych jakości, to działa na innej zasadzie. Taka będzie metafora, że wykonujesz coś jako człowiek. Teraz wyobraź sobie, że się inaczej ubierzesz. Troszkę będziesz się inaczej zachowywał i to może wpływać na twoje postrzeganie rzeczywistości i na reakcje otoczenia na ciebie i w związku z tym znowu zmienia twoje zachowanie. Jeszcze lepsza metafora jest jak jedziesz autem. Jak umiesz autem jeździć, masz duże doświadczenie, to nie zastanawiasz się nad tym. Traktujesz kształt auta mniej więcej jakby był częścią ciebie i po prostu czujesz, że tu się zmieścisz, tu się wyrobisz, tu musisz zahamować i nawet o tym nie myślisz. To działa na poziomie impulsów. Trochę tak jak masz sport, to wiesz, w którym miejscu musisz skręcić, jak boksujesz, kiedy musisz się zasłonić, w którym ułamku sekundy zdążysz zazwyczaj, w którym nie. I to idzie w tym kierunku.
Czyli zmienia się postrzeganie. To nie są włączane zmysły wydaje mi się, to jest moim zdaniem takie myślenie uproszczone. Wydaje mi się, że działa na zasadzie, że wraz z dodatkowymi elementami, które dostajemy do korzystania nasze zmysły, nasz umysł i nasze ciało się adaptuje. Czasami to zajmuje trochę czasu. Raczej nie da się tak błyskawicznie. I w związku z tym tworzy się taka nowa subiektywność, nawet postrzeganie siebie. I nie bez powodu wydaje mi się, że ty popatrz, znowu wracamy do tej idei utopii. Liberałowie czy libertarianie mówili, że moja własność jest jak moje ciało, przedłużeniem mojego ciała. To samo jest tutaj. Moja technologia, mój sposób działania, mój wygląd, moje wszczepy, mówiąc grami komputerowymi, są mną.
Jak mi to zabierzesz, to już będę inny. Więc myślę, że to idzie trochę w tym kierunku raczej, że nie będzie dodawanie zmysłów. Jeśli mówimy o dodawaniu zmysłów, wydaje mi się, to jest temat na inną dyskusję o posthumanizmie, gdzie będziemy już mogli fantazjować wydaje mi się już tak bardzo głęboko. Bo na razie możemy raczej wyobrazić sobie, jak się trochę zmieni rzeczywistość, gdy dojdzie jakaś niewielka technologia albo kilka technologii. Nowy zmysł to wydaje mi się jeszcze wyższy poziom jakiś. Nie mówię, że to nie jest możliwe, ale to jest bardzo ciężkie do wyobrażenia.
[01:10:04] - To cię zaskoczę.
[01:10:05] - To dobrze.
[01:10:06] - Bo już funkcjonuje pewien, trudno, przepraszam państwa, ale muszę użyć tego sformułowania, pewien koleś, który dał sobie wszczepić odpowiednie czujniki. Wiecie państwo, niestety tu nie będzie konkretów, ale chodziło o jakiś zakres fal elektromagnetycznych, których człowiek nie postrzega swoim wzrokiem i on je postrzega. Ma dodatkową antenkę gdzieś tam. To nie jest oczywiście mały zielony ludzik z antenką chodzący. Ona jest odpowiednio obudowana, ta antenka, ale rzeczywiście jest tam jakiś przetwornik i dzięki temu jego mózg może obrabiać tę dodatkową informację, której normalnie by nie pozyskiwał. Pewna różnica pomiędzy tym a-
[01:10:58] - To są jakieś fale?
[01:11:01] - Promieniowanie elektromagnetyczne, ale nie w zakresie, które dostrzega ludzkie oko.
[01:11:06] - Czyli można powiedzieć, że to jest rozszerzenie-
[01:11:11] - Tak.
[01:11:11] - ... wzroku, zmiewania, może słuchem w jakimś tam stopniu niewielkim bardzo.
[01:11:15] - Tak. Ale to jest początek drogi. Ja chciałem tylko jeszcze powiedzieć, że warto zwrócić uwagę, że mówimy o tym cały czas w tej chwili, że transhumanizm jest taki niejednoznaczny, bo on zakłada użycie różnych technologii. To już częściowo padło. Ja nawet sobie teraz przypomniałem, że jest coś takiego, co się nazywa GRIN, czyli genetyka, robotyka, informatyka i nanotechnologia. Zakładają transhumaniści, że te technologie się wykorzysta w celu udoskonalenia człowieka. Zauważcie państwo, słowo udoskonalenie człowieka można traktować bardzo pozytywnie przy zachowaniu dobrej woli albo też negatywnie można zrozumieć tego rodzaju pojęcie. A gdzieś tam zaraz pojawiają się dosyć radykalne głosy, które mówią, że tak naprawdę w całym transhumanizmie docelowo przynajmniej chodzi o to, żeby, użyję słowa wyhodować. Dobrze wyhodować, stworzyć może lepsze słowo, stworzyć nowy gatunek człowieka de facto. Takie istoty ludzkie, które nie będą już człowiekiem, ale jednocześnie gdzieś tam jakąś więź z człowiekiem będą czuły.
Powtarzam, to jest jedna z możliwych interpretacji i pewno za chwilę Ludwik powie coś, co będzie mniej radykalne.
[01:13:00] - Czyli tutaj ty jesteś radykałem, a ja jestem umiarkowany.
[01:13:04] - Nie, ja raczej jestem człowiekiem, który boi się tych radykalizmów. Bo nie dam się przestraszyć tym, że człowieka należy w jakimś tam stopniu być może udoskonalać, zmieniać. Boję się natomiast rzeczywiście radykalizmów, więc radykałem to chyba nie jestem.
[01:13:27] - Pierwsza rzecz, ja bym bardzo ostrożnie szefował takim mówieniem, co jest celem. Podałeś to jako jedną z możliwości. Jedna z możliwości na pewno, ale też nie można zakładać, co jest celem. To jest tak, jakby powiedzieć, co jest celem rozwoju ludzi. Nie wiemy. Celem rozwoju nowych technologii jest po prostu Wypełnianie pewnych potrzeb może. Już wcześniej mi to przyszło do głowy, też mody. Ty mówiłeś w swoim artykule, tam były trzy argumenty. Jeden był z nich taki, że nowe jest lepsze niż stare, bo jest nowe. I mówisz, że tego się nie da udowodnić.
[01:14:03] - Ja się z tym nie zgadzam.
[01:14:05] - Ale to się da udowodnić, bo istnieje moda.
[01:14:07] - Moim zdaniem nie.
[01:14:11] - Ja nie jestem zwolennikiem mody zasadniczo i zmian mody, ale modę obserwujemy absolutnie we wszystkim. Wiadomo, moda, ubiór to jest wielki klasyk, bo się zmienia co sezon, ale moda w muzyce, też są mody retro. Dokładnie pojawiają się te same elementy. Co jest lepsze, bo jest nowe albo jest lepsze, bo jest nowym odkryciem starego. Ludzie potrzebują zmiany. Niewątpliwie coś takiego jest. To jest naturalne. To związane jest też może z popkulturą, może z tym, że nowe pokolenia szukają swojej tożsamości, a w związku z tym coś można im sprzedać na przykład albo też sami coś wytworzą autotelicznie. Ja nie wiem, czy jest celem transhumanizmu. Ja też byłem zwolennikiem, przyznam tutaj, zdradzę tajemnicę, w jakimś stopniu jestem takich utopii bardzo ultraliberalnych, libertariańskich, ale tam też były różne piękne wizje, możliwości, typy, tak jak tutaj podawałeś RIGT i BIO, czyli bardziej takie mechaniczne wszczepy czy też genetyczno-biologiczne hodowane elementy.
Inne podziały mogą być na ludzi, którzy dążą do wiecznego czy bardzo długiego życia i na ludzi, którzy chcą zmniejszać depresję. Różnie można tą technologię dzielić na różnych zwolenników, różne gatunki zwierząt. Tak samo było też w libertarianizmie, w innej utopii. Wiele gatunków zwierząt, wiele teorii, pięknych obrazków. Natomiast kluczowym elementem przy każdej utopii, to widzieliśmy w wypadku tej, którą doświadczaliśmy, czyli bliskiej komunizmowi w jakiejś formie, czyli sposób dojścia do tego. Sposób dojścia na przykład w wypadku utopii komunistycznej był taki, że zakładamy rewolucję i dajemy prawo partii, zawieszamy pewne inne prawa, żeby poprawić los ludzi, a potem ten komunizm nie będzie już wojenny. Ale potem przyszła teoria przecież Mao Tse-tunga wiecznej rewolucji. I tam były te wszystkie przetapianie żelaza, rewolucje kulturalne i tak dalej. Więc mi się wydaje, że sposób dojścia do idei, jakakolwiek by nie była wielka, jest decydujący. Mi się wydaje, że chyba że chcemy wielki skok polityczny jakiś, bo też możemy sobie wyobrażać takie rewolucje technologiczne, ale to, co na pewno będzie, to będą powolne zmiany.
Właśnie przykład tego, jak kierujemy autem i się przyzwyczajamy, że jesteśmy kierowcami. Na przykład w chwili, gdy jeździmy autem, jesteśmy kierowcami, nie ma dużego znaczenia na przykład jaką mamy fryzurę. Podczas gdy idziemy ulicą, ma ogromne znaczenie. Nie ma znaczenia, chciałem powiedzieć, że jak ktoś na wózku jeździ, to akurat ma znaczenie, bo nie może korzystać z pedałów, chyba że ma przystosowane auto. Pewne rzeczy nie grają roli, pewne rzeczy nagle większe. Więc ja raczej obserwuję, jak się powoli zmienia i warto podejść do technologii bardzo szeroko. Czyli jaka była pierwsza technologia? I znowu pojawia się pismo, pojawiają się telefony. To jest ten element, który już się zmienił. Dla przykładu, Marku, ty pewnie pamiętasz, bo może masz inne podejście.
Ja na przykład nie pamiętam absolutnie żadnego numeru telefonicznego. Może dwa numery, trzy numery telefonu pamiętam. Kiedyś znałem ich dużo. Niektórzy ludzie znali po paręnaście numerów najróżniejszych. Obecnie nie znam żadnego. Nie muszę. Mam to zapisane. Więc to są te zmiany mentalne, poznawcze. I to są te powolne zmiany, moim zdaniem, które narastają i zmiana typu inteligencji z inteligencji matematycznej i językowej powoli w kierunku inteligencji obiektowej i koordynacji oko-ręka. To związane z poruszaniem palcem po aplikacjach i multitasking oraz operowanie na dużych zbiorach danych.
To są umiejętności, które nowe pokolenia mają, bo się uczą tego wcześniej, a czego my nie mamy prawdopodobnie. To są zmiany, które będą zmieniać radicalnie, bez technologii nawet albo z niezauważalnym wpływem technologii, takim nieinwazyjnym.
[01:18:33] - Wiesz co, to co mówisz jest świetne, bo uświadamia mi, że te analogie, które przywoływałeś z komunizmem, te analogie transhumanizmu, one są w sumie bardzo celne. Bo mówisz, słusznie zresztą, ja się uśmiechnąłem, kiedy to mówiłeś, że tak naprawdę nie ma jakiegoś celu transhumanizmu, bo to jest pewien proces. Ale jednocześnie padają takie nazwiska jak na przykład Nick Bostrom, jak Kurzweil, jak nawet Fukuyama. To są właśnie ideolodzy transhumanizmu. I znowu mamy analogiczną sytuację jak z komunizmem, bo były pewne przemiany, które się pojawiały i byli ideolodzy i to oni sformułowali, do czego dążymy. „Manifest komunistyczny” o tym, że widmo krąży po Europie i tak dalej. Byli ideolodzy i ja odnoszę wrażenie, że ty opisujesz zjawisko naturalne, które się dzieje, związane jest z pewnym rozwojem, nazwijmy go tak ostrożnie cywilizacyjnym. Natomiast ja, i to mi nie przeszkadza, bo uważam, że coś się zmienia, zmienia się niejako prawie naturalnie, najbardziej się boję tych zideologizowanych naukowców, takich, którzy mają jakiś cel i chcą nas do tego celu prowadzić. Te nazwiska Bostroma, Kurzweila nieprzypadkowo się pojawiają tutaj, bo to są ludzie, którzy mienią się już całkiem otwarcie. Oni się mienią i są uważani właśnie ideologami ruchu transhumanistycznego.
Nie wszyscy oczywiście albo na szczęście uznają to przywództwo i może z tego należy czerpać pewną nadzieję. I moim zdaniem ci ideolodzy są niebezpieczni. Tu pewna wrzutka, bo za chwilę powiem o tak zwanym argumencie śliskiego zbocza, ale zanim o nim powiem, to warto sobie uświadomić, że my pewnych procesów nie dostrzegamy, a one są niebezpieczne. To będzie mi potrzebne przy argumencie śliskiego zbocza, ale jednocześnie chciałbym powiedzieć o czymś takim. Proszę państwa, Ludwik powiedział o tym, że nie pamięta się już numerów telefonów. Ja też pamiętam już coraz mniej. Rzeczywiście mam to zapisane, ale numery telefonów to jest taka umiejętność zapamiętywania ich. Ktoś powie: „Ale sobie pamięć ktoś ćwiczy”. Tak, ale obciąża sobie tę pamięć rzeczami, które może mieć zapisane gdzie indziej i to mi nie przeszkadza, nie bulwersuje. Uważam, że to jest po prostu ułatwienie sobie życia.
Natomiast zastanawiam się i to bardzo przemawia do mojej wyobraźni, bo dzisiaj mówimy tak: „Ale po co ja się mam uczyć na przykład tego wszystkiego, co jakiś filozof powiedział?”. Zostanę przy filozofii, bo to nam obu jest dosyć bliskie. Po co mam się tego uczyć? Co tam Platon pierdzielił dawno, dawno temu albo jakiś inny w średniowieczu, albo później w odrodzeniu? Po co to wiedzieć? Znowu warto się odwołać do XX-wiecznej filozofii i do tego, czy my potrafimy myśleć o czymś, czego nie wiemy. Skoro nie znamy pewnych rzeczy, bo mamy to zapisane gdzieś na chipie i w związku z tym czy my jesteśmy w stanie to przemyśleć? Nie, nie jesteśmy w stanie. Nie jesteśmy w stanie snuć refleksji na pewne tematy, skoro nie mamy ich w swojej głowie. To będzie znany tobie cytat: „O czym nie można pomyśleć, o tym nie można mówić”.
Znany cytat.
[01:22:25] - Mój imiennik.
[01:22:27] - Tak, dokładnie.
[01:22:29] - Wittgenstein.
[01:22:29] - Wittgenstein to powiedział w „Traktacie logiczno-filozoficznym”. I to moim zdaniem jest pewien klucz, takie ostrzeżenie dla nas, bo to nie jest jeszcze problem, ale dzisiaj bardzo wielu młodych ludzi mówi: „Ale po co ja to mam wiedzieć? Cała wiedza świata jest zapisana w internecie”. Tak, ale my dzisiaj dochodzimy do sytuacji, w której nie wiemy, czego nie wiemy. Młode pokolenie ma to niemal na wyciągnięcie ręki, nie wie tylu rzeczy, a w związku z tym trudno jest wtedy snuć jakąkolwiek refleksję na temat, o którym się nic nie wie. I teraz przejdę do tego argumentu śliskiego zbocza.
[01:23:10] - Dużo argumentów wyrzuciłeś. Ja już sobie coś wynotowałem. Mam zapisane, więc spokojnie, po kolei to rozpakujemy.
[01:23:16] - Jeszcze ten argument śliskiego zbocza, bo on moim zdaniem też jest ważny, bo my dzisiaj bierzemy pod uwagę to, że zmiany czy to w sferze technologicznej, czy to w sferze biotechnologicznej, one przynoszą człowiekowi ulgę, jakąś tam ulgę, jakąś wygodę, jakieś rozwiązania, które de facto człowiekowi służą. Natomiast argument śliskiego zbocza, mówiąc najkrócej, ja to staram się zbić w pewną taką pigułkę, mówi o tym, że jeśli nawet różne etapy dochodzenia do pewnego celu czy też podążania pewną drogą, może nawet ten cel wycofuję, podążania pewną drogą, są dobre. Jakkolwiek będziemy oczywiście definiować słowo „dobre”, ale są dobre, służą człowiekowi, to jeśli przewidujemy, że mogą doprowadzić w konsekwencji, jak się już nazbiera ich określona ilość, żeby przejść w jakość, doprowadzą do czegoś z naszego punktu widzenia niedobrego, to wówczas może nie warto brnąć w cały proces, skoro on przyniesie po drodze sporo dobra, a skończy się katastrofą. Myślę, że ten argument śliskiego zbocza w kontekście transhumanizmu jest często przywoływany i warto go przynajmniej uwzględniać.
[01:24:54] - Ja nie rozumiem. Może byłem nieskupiony.
[01:24:56] - To jeszcze raz.
[01:24:57] - Elementy dobre składają się na coś złego na końcu, tak? Na koniec katastrofa.
[01:25:01] - Tak. Mówimy tak: wbudujemy sobie na przykład nawet tym argumentem, którego użyłem wcześniej. Po co mamy pamiętać, skoro wszystko mamy w internecie? I tak ludzie sobie to wpajają i w rezultacie przestają się uczyć. Przestają ćwiczyć pamięć, przestają przygarniać wiedzę do siebie, bo po co to robić? Czyli de facto dochodzimy do sytuacji, w której na przykład w tej dziedzinie filozoficznej nie pojawia się żadna refleksja, bo z czego się ma pojawić?
[01:25:34] - Powiem ci tutaj, że w filozofii nie pojawi się żadna refleksja. Jeśli filozofię postrzegasz tutaj jako treści filozoficzne, to będzie ci je generowało AI.
[01:25:46] - Dobrze.
[01:25:47] - Prawdopodobnie.
[01:25:48] - Dobrze.
[01:25:48] - Ludzie nie będą tego rozumieli albo w jakimś tam stopniu, albo ludzie będą tylko analizowali jakąś treść wygenerowaną, bo on ci stworzy treści. Nie będą one ludzkie, bo to, co można wyobrazić na podstawie tego, co powiedziałeś.
[01:26:02] - Czyli nie ludzie będą miłośnikami mądrości, tylko sztuczna inteligencja. To już brzmi niedobrze.
[01:26:08] - Tak, ale tu parę rzeczy, bo powiedziałeś tak: „Proszę powiedzieć takie drobne rzeczy jak zapisywanie, zapamiętywanie numerów. Nie jest mi to potrzebne, można to zbyć”. Ale właśnie te detale. Akurat numer może nie jest aż tak istotny, ale Dla pewnych ludzi takie drobne detale to jest życie, bo nie da się go ocenić. Są ludzie, którzy, przykład mocny taki, kabałę studiują i sobie analizują cyferki. Dla ciebie to może być tylko cyferki na podstawie torry, a dla nich to jest wielki sens. Ciężko jest zdecydować, co dla kogoś jest wyłącznie ułatwieniem, a co nie jest. To jest tak, jakby powiedzieć: jak boli cię głowa, zawsze lepiej wziąć pigułkę Apap. A może czasami trzeba przeżyć lekki ból głowy? Ja też nie wiem, jaka jest tego korzyść, ale sam tak robię.
Z jakiegoś względu nie chcę brać tego leku, bo taką podejmuję decyzję, więc nie wiem, czy tak łatwo da się pewne rzeczy zbywać. Druga rzecz jest taka, że wynotowałem, że jeśli ludzie mają internet w zasięgu ręki, właśnie ręki, chodzi o to, żeby był w zasięgu myśli. To będzie metafora przyszłości. Jak są treści w zasięgu myśli, to nie tyle ludzie nie będą w stanie myśleć, po prostu zmieni się myślenie. Popatrz, jak działa umysł. Umysł wyszukuje ci jakieś słowa, zdania, frazy, teorie, różne elementy, które ci się kojarzą, pasują ci do danej sytuacji, rozmowy i z tego tworzysz jakąś treść. Twoim zdaniem świadomie, ale do pewnego stopnia element statystyki tam jest. Jeśli interesujesz się jakimś tematem albo miałeś dużą ekspozycję na jakieś słowo, na jakąś treść, to szansa, że się tego odwołasz w swojej wypowiedzi jest większa. Ty czy ja, czy każdy z nas, o ile świadomie nie będziesz z tym walczył, co będzie trudne bardzo, to po prostu będziesz automatycznie generował treści czy ja będę generował treści, wypowiedzi, zachowania, częściowo przynajmniej z tym korespondujące albo na przykład w bardzo nienaturalny sposób to zwalczające. Będzie jakaś relacja.
Więc możemy sobie wyobrazić myślenie przyszłości. Tylko znowu, to już nie jest moim zdaniem humanizm, może jeszcze na granicy transhumanizmu, ale już wykracza właśnie poza inne istoty. Chociaż może też nie mam wyobraźni. Może to jest po prostu rozwinięcie człowieka za parę dekad, że jeśli będziemy chcieli, będziemy mogli sobie przywołać do naszych myśli odpowiednio filtrowany zestaw kontekstów i on będzie myślał, pojawiał się i będziemy z nich potem móc dopasowywać odpowiedź. Tylko że to już na granicy tworzenia osobowości.
[01:29:05] - No właśnie. Ale wiesz, a gdzieś blisko koło tego stoi taka oto sytuacja: czy naprawdę ci przyszli myśliciele będą po raz kolejny odkrywali to, dyskutowali po raz kolejny o uniwersaliach? To dyskusja, która się już przetoczyła przez filozofię bardzo dawno temu. Kombinowanie na ten temat nie ma sensu. To już jest historia filozofii. Warto ją znać, ale żeby pewne rzeczy posuwać do przodu. Ja się po prostu zastanawiam.
[01:29:45] - To jest bardzo ciekawy punkt spojrzenia. Patrz, obecnie treści naukowych przybywa bardzo dużo, więcej niż kiedykolwiek, ale treści naukowych mających znaczenie przybywa mało.
[01:29:56] - O właśnie! Brawo.
[01:29:59] - I może to jest ten element, że w jakiś sposób, to dość skomplikowane socjologicznie, ale będziemy mogli budować tę wiedzę wyżej od razu, bo od razu będziemy mieli odhaczone to, co już jest przetestowane, zweryfikowane. Chociaż widzisz, tu chodzi o klasyczny problem polityczny: kto będzie kontrolował kontrolera, czyli kto będzie filtr?
[01:30:26] - Tak! Ale kto też będzie rozumiał. Tobie tego tłumaczyć nie muszę. Żeby pogadać sobie o uniwersaliach, to trzeba jednak nawarstwić pewną wiedzę, pewne rzeczy przedyskutować. Na przykład taki pierwszy z brzegu: czy istnieje zło? Czy zło jest tylko brakiem dobra? Ktoś pomyśli w tej chwili: zwariował gość. Ale to jest bardzo abstrakcyjny problem. Tylko zastanawiam się, czy przyszłe pokolenia będą go odkrywać na nowo i czy w ogóle wpadną na to, że coś takiego można rozpatrywać.
[01:31:06] - Ale popatrz, a może inaczej. Może nie jest możliwe, żeby ludzie nie musieli na nowo zastanawiać się nad starymi problemami. Po prostu. Pewien poziom, wiadomo, może będzie tego trochę mniej, bo wiedzy jest więcej, ludzie są trochę mniej językowi i filozoficzni, ale po prostu pewne problemy muszą być przetrząśnięte sto razy, cały czas, zazwyczaj w zły sposób albo jakoś nieporadnie. Ale to jest konieczne, żeby gdzieś tam wyrósł ten talent, który dzięki temu coś znajdzie wyżej. Czyli musimy po prostu mieć ten talent.
[01:31:42] - Ale transhumanizm tego nie daje.
[01:31:44] - Czego nie daje?
[01:31:46] - Tego nie daje właśnie, bo transhumanizm dostarcza ci pewną wiedzę encyklopedyczną. Ty o niej nie myślisz.
[01:31:52] - Ale niekoniecznie, nie. Dlaczego ona miałaby być encyklopedyczna?
[01:31:55] - No dobrze, ale-
[01:31:56] - Zależy, jak sobie dane skategoryzujemy. Może nam dawać konteksty. Może być filtr, który nam daje konteksty. Dawaj mi konteksty, losowe konteksty. Albo dawaj mi wyłącznie sprawdzoną wiedzę naukową według trzech źródeł. Oczywiście zakładamy, że mamy dowolną liczbę parametrów, ale to nie musi tak wyglądać.
[01:32:13] - W filozofii to nie działa, bo dostajesz pewne konteksty. I teraz tak naprawdę istotą działania filozofa jest-
[01:32:23] - Poznaj mi kontekst
[01:32:24] - ... przemyślenie. Dobrze, dostanę wiedzę z tego, co było Ale muszę ją przemyśleć i żeby stworzyć coś nowego. Nie na zasadzie, że muszę stworzyć, ale jeśli ma się pojawić coś nowego, to muszę mieć wiedzę taką, jaka była. I teraz pytanie brzmi w ten sposób: czy ja w ogóle wpadnę na to, żeby przywołać te konteksty? Skąd będę wiedział, że jakieś konteksty należy w ogóle przywołać?
[01:32:55] - To jest rola inteligencji zasadniczo, bo tak to powstaje. Ale możemy sobie wyobrazić, że będzie jakieś narzędzie, które nam to pomaga. Konteksty można już teraz wykrywać, przynajmniej w teorii, po słowach albo konteksty mogą być naklejane na obiekt, który widzimy jakąś kamerą. Też nie jest to stuprocentowe, ale jakieś możliwości są nawet w czasie rzeczywistym.
[01:33:25] - Znowu ci przerwę.
[01:33:27] - Może być tego więcej.
[01:33:28] - Nie jest tak łatwo, bo jak sobie prześledzisz migotliwość słowa „byt” przez całą historię filozofii-
[01:33:37] - Najgorsze słowo w filozofii.
[01:33:39] - Dokładnie, ale ono za każdym razem, może nie za każdym razem, to już byłaby przesada, ale znaczy coś innego. Ale dobrze, zostawmy byt. Na przykład słowo „eter”. Czym innym był eter w starożytności, czym innym w XIX wieku, a coś ostatnio fizycy zaczynają mówić również o eterze, tylko zupełnie innym eterze. I teraz jeśli sztuczna inteligencja będzie nam podsuwać ten eter jako eter, to nagle dostaniemy bełkot. Ja rozumiem, że ta sztuczna inteligencja będzie bardziej inteligentna i będzie kontekstowo filtrować to wszystko, że będzie jeden eter XIX-wieczny i XX-wieczny.
[01:34:20] - Tak jak w Wikipedii, to co znamy. Mamy eter i masz te disambiguities. I czy chodzi ci o eter z XIX wieku, czy chodzi ci o eter, zespół metalowy, czy chodzi ci o eter jeszcze jakiś inny?
[01:34:33] - Pytanie w tym kontekście-
[01:34:36] - Zabija kreatywność. Chyba wiem, do czego dążysz. To musi zabić kreatywność, bo te konteksty będą robione jednak dosyć automatycznie.
[01:34:44] - Tak, a w dodatku jeszcze pytanie zasadnicze: a skąd będziesz wiedział, że należy zapytać o eter?
[01:34:55] - Zapytać o eter. Ale dlaczego mam pytać? Konteksty powinny nam się pojawiać raczej tutaj, bo „przyciskasz”, prosisz o to w jakiś sposób. Request wychodzi: znajdź mi konteksty, które mogą się przydać. I pojawiają ci się zgodnie z tym, jaką masz aplikację albo jakie masz filtry, parametry. Ustaw filtry filozoficzne, to ci sortuje całą filozofię człowieka i ci podpowiada, co by tam mogło być. Ja się zgadzam, że tutaj trzeba bardzo dobrze znać już, a nie da się tego eksperymentalnie zrobić, jak będzie mózg ludzki działał na takie nowe bodźce. My jesteśmy cały czas w eksperymentach, cały czas teraz żyjemy w sieciach społecznościowych od iluś lat. I żyjemy. Są z tego plusy, minusy.
Mamy kontakt z większą liczbą ludzi, a z drugiej strony mamy zauważalnie większe problemy psychiczne, zwłaszcza u kobiet, które korzystają z tego więcej. Ale żyjemy i mamy taką technologię jak media społecznościowe, to możemy sobie wyobrazić, że będzie jakaś technologia, która będzie nam konteksty podrzucała.
[01:35:58] - Ja mam wrażenie, Ludwiku, że ty czytasz w moich myślach, bo powiedziałeś o mediach społecznościowych.
[01:36:04] - Jeszcze mam jedno skojarzenie od razu. Nie wiem, czy o tym myślałeś, ale jeszcze prostsze, które jest jeszcze dłużej z nami. A to jest dokładnie to samo i nawet nie wiemy, że to istnieje obecnie, a jednak czasami z tego korzystamy. Miałeś słowniki T9 w telefonach, autouzupełnianie tekstu podsumowując. Albo podpisywanie kontekstów do słów, które piszesz w SMS-ach, które chyba teraz są mniej popularne niż kiedyś, bo już teraz ludzie nagrywają, dzwonią do siebie przez kamerę albo komunikują się, nagrywają nawet dźwięk. Ale SMS-y dalej są popularne były i będą jeszcze. I tam masz autouzupełnianie tekstu, które ci upraszcza bardzo przekaz, bo ci wyszukuje słowa na najpopularniejsze. Tracisz swój unikalny styl. Ja jak tylko mogłem, to wyłączałem to.
[01:36:49] - Dokładnie. Ja nienawidzę słownika T9, bo doprowadza mnie do szału, bo zawsze wrzuca mi coś, czego nie chcę napisać.
[01:36:56] - Widzisz, bo upraszcza ci twój sposób myślenia. Ale ludzie z tego korzystają i to jest praktyczne bardzo, co by nie powiedzieć, to jest praktyczne.
[01:37:05] - Może i praktyczne, ale też zabójcze do tego, co powiedziałeś. A wracając do mediów społecznościowych. Kiedyś mówiono ludziom, że media społecznościowe, tak je zresztą nazwano, one tak naprawdę uwspólnotowią nas. Będziemy jednym wielkim, dyskutującym społeczeństwem. A co się stało? To jest właśnie ten argument śliskiego zbocza. Miało być fajnie, mieliśmy się kontaktować z całym światem. Możesz sobie pisać w tej chwili na Facebooku z człowiekiem z Japonii, skądkolwiek sobie wymyślisz. I miało być fajnie. A co się stało tak naprawdę, jak już patrzymy na badania socjologiczne?
Tak naprawdę chociażby Facebook pozamykał nas w bańkach. Tych lubimy i ci mówią, co chcemy słyszeć, a ci mówią coś, czego słyszeć nie chcemy, to tych wyrzucamy. I w związku z czym tworzą się bańki. I tak naprawdę zamiast mediów społecznościowych, ta nazwa nie zostanie wyeliminowana, ale zamiast mediów naprawdę społecznościowych otrzymujemy media bańkowe. Tylko nieliczni chcą utrzymywać kontakty z różnymi osobami, bo wiedzą, że właśnie z wymiany poglądów, ze ścierania się poglądów płynie siła ludzkości tak naprawdę, a nie jej słabość. Jak wszyscy sobie spijają z dzióbków i zgadzają się ze sobą, to mamy do czynienia z czymś, co jest nieznośne na dłuższą metę. To z dyskusji, ale nie dyskusji pojętej tak, że ja muszę komuś coś udowodnić, bo ja muszę mieć rację. Dyskusji pojętej w ten sposób, że Wymieniamy poglądy. Nie lubimy się za te poglądy, które ten drugi wygłasza, ale zostaje w nas ten pogląd i później sobie myślimy: a może on miał jednak rację? To coraz mniej funkcjonuje w tej chwili.
I moim zdaniem ten argument śliskiego zbocza, że coś dobrego może nas doprowadzić do czegoś złego, funkcjonuje i da się go przenieść na to, o czym zaczynamy właściwie dzisiaj mówić.
[01:39:12] - Oj nie wiem, bo nie wiesz, jak będą wyglądały media społecznościowe w przyszłości. Zgadujemy tylko. Skąd masz wiedzieć, do czego doprowadzą dane technologie za ileś lat?
[01:39:23] - Tak, tylko w ten sposób-
[01:39:25] - Tego nie wiadomo raczej.
[01:39:26] - Zgoda, pełna zgoda.
[01:39:27] - Nie jest to takie jednoznaczne.
[01:39:29] - Zgoda, tylko widzę, do czego doprowadziły dzisiaj. I oczywiście tu argument trudno odbić. Właściwie muszę skapitulować, bo rzeczywiście może to złe, co jest teraz, doprowadzić do jakiegoś przełomu i później będzie lepiej.
[01:39:47] - Ja będę obrońcą tutaj takiej strony.
[01:39:50] - Okej, ale to świetnie. Tak to powinno wyglądać.
[01:39:53] - Mówisz, że tak źle to wygląda. Łatwiej treść przekazać, jeśli jest negatywna, nie? Dostajesz te informacje o tym i ja też. One są prawdziwe. Ludzie, którzy siedzą, żyją w sieciach społecznościowych, mają pewne problemy. Pojawia się coś takiego. Natomiast równocześnie raptem miesiąc temu miałem spotkanie ludzi ze studiów. Było tylko dlatego możliwe, bo minęło bardzo dużo czasu. Raczej nikt nie utrzymywał kontaktów, a została rzucona idea właśnie w sieci społecznościowej i momentalnie paru osób podchwyciło, bo wiedzą, że jest to bardzo wygodne. Nie wymaga wiele pracy, nie trzeba dzwonić, po ludziach szukać.
I jakaś grupa się dość szybko spotkała. Super sprawa. Ja tak kiedyś zrobiłem w Sylwestra: zostać z obcymi ludźmi. Gigantycznego. Zupełnie niewyobrażalne bez takich mediów. Więc czy jest tak źle? Ja myślę, że jest też dobrze. Tutaj kwestia jest tego, że niektórzy ludzie korzystają z tego jak z narzędzi, a niektórzy ludzie korzystają z tego jako z życia. Jeśli korzystasz z tego tylko jako narzędzia, to jest to bardzo dobre narzędzie. Natomiast nie wszystko da się przenieść w tamtą sferę i ogólnie dla ludzi męczące jest życie takie, gdzie zbyt dużo o sobie mówimy.
Konieczność ujawniania tego, bo to kobiety częściej jednak robią: gdzie byłam w zeszły wtorek. Zdjęcia z restauracji z dzieckiem, z mężem, z chłopakiem, z imprez rodzinnych. Ludzie to robią, niektórzy regularnie. Dla niektórych to bywa męczące, ale z drugiej strony może to wypełnia pewną potrzebę, której nie mają na co dzień. Da się to zbadać? Pytanie, czy da się to zbadać. Może to jest jakaś taka rzadka jakość, której nie da się inaczej spełnić. Bo inaczej nie można powiedzieć całemu światu, poczuć się przez chwilę wyjątkową, ważną, dostać jakąś reakcję. Inaczej tego się nie da zrobić przed tak dużą rzeszą ludzi. A tu można jedno zdjęcie wysłać i czekać na komentarz.
[01:42:26] - Tak, ale ty mówisz bardziej o aspekcie związanym z życiem w społeczności i takim prywatnym PR-em, powiedzmy. Pokaże się, że coś w życiu osiągnąłem, że poszedłem do tej restauracji, że mnie stać. Mam wrażenie, że na przykład-
[01:42:50] - A nawet nie o to, że cię stać. Właśnie paradoks taki, że nie korzystasz z tego za bardzo. Ja też za bardzo, więc my też nie do końca rozumiemy, jaka za tym motywacja stoi.
[01:43:00] - Okej, zgoda.
[01:43:01] - Tak jest. To jest raczej element życia stadnego. Jak życie kiedyś miałeś w plemieniu, to tam musiałeś z konieczności utrzymywać relacje z wszystkim, powiedzieć każdemu dzień dobry. Wszyscy wiedzieli, co druga osoba robi. To ich tak sklejało. A żyjesz w wielkim mieście i te relacje są słabe w większości, bo tak działa duże miasto. I to jest może coś, co zastępuje tę plemienną jedność.
[01:43:34] - Tak. Dobrze.
[01:43:36] - Tylko że uwaga, bez terytorialności. I to jest główna różnica.
[01:43:41] - Ale?
[01:43:43] - Plemiona cię posiadały. Ty nie mogłeś sobie wyjść z plemienia, bo umierałeś albo nie dało się z tego wyjść. A tu możesz należeć do kilku grup. Możesz należeć do jakiejś grupy studentów swojej uczelni na Facebooku i tam z nimi dużo działać. Równocześnie w grupie wegan.
[01:44:00] - Ale jest pewna zasadnicza różnica, bo będąc w plemieniu dla członka plemienia to był cały świat i on bardzo często musiał się kontaktować z członkami plemienia, których na przykład nie lubił, ale musiał, bo był w jakiejś tam społeczności i trudno, żeby ich nie zauważał, żeby stawali się dla niego przezroczyści. Natomiast bańkowatość, o której wspomniałem, polega na tym, że dzisiaj sami wybieramy sobie plemię. Ta trybalizacja to w socjologii jest dosyć popularne w tej chwili sformułowanie, czyli ta plemienność. Stworzymy plemiona. Te bańki to są jakby plemiona, ale te plemiona są tworzone w sposób specyficzny. Dobieramy sobie swoich ... mentalnie swoich, czyli tacy, którzy się z nami zgadzają, którzy będą do nas się uśmiechać.
[01:44:59] - Wiesz, ale jeśli świadomie wybierasz swoje plemię, to jest tak lepiej niż bańka zaprojektowana dla ciebie przez Facebooka, o której większość ludzi wie, że nie jest to średnia społeczna, przekrój przez opinie i ludzi, ale jednak zatapia się w tym. A jeśli wybierasz te plemiona świadomie, to myślę, że to jest dużo lepiej.
[01:45:24] - Może dla ciebie lepiej. Dla ciebie jako jednostki, bo się lepiej czujesz. Ale w gruncie rzeczy ja wolałbym taką sytuację, bo w ogóle trudne sytuacje kształtują człowieka. Dla człowieka potrzeba czy też konieczność skonfrontowania się z kimś, kogo nie lubisz, którego poglądów nie podzielasz, jest pewnym wyzwaniem, bardzo czasami traumatycznym czy też wytrącającym go z pewnego komfortu. Ale jednak jakbym cię miał zapytać, co jest z punktu widzenia intelektualnego lepsze dla człowieka: przytakiwanie sobie w pewnym kółku „Tak, masz rację”. Czy też konfrontowanie się z drugą osobą nie w sposób agresywny, tylko w sposób taki, że dyskutujemy. Ja mam taki pogląd, ty masz taki pogląd. Z tego się rodzi nowa jakość, nie z tego spijania sobie z dzióbków. I dlatego uważam, że media społecznościowe w takiej formie, w jakiej istnieją w tej chwili, bo tak jak powiedziałeś, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, dokąd nas to zaprowadzi, ale w takiej formie, w jakiej są w tej chwili, one tak naprawdę nie sprzyjają rozwojowi, niech będzie tak górnolotnie, intelektualnemu.
[01:46:51] - Tak zastanawiam się, bo powtarzasz to, co mówiłeś wcześniej, że zasadniczo aby się rozwijać, to jest taka dyskusja jak u Hegla. Czyli jest jeden pogląd, musi być drugi. One się ścierają i powstaje trzecia jakość wyższa, bo ma w sobie swoją pozycję, w jakimś stopniu jest przemielona. Jak sztuczna inteligencja zobaczy 10 przykładów, to lepiej niż tylko dwa. Niby to jest prawda, ale możesz inaczej wyobrazić tę sytuację. Wyobraź sobie, że masz media społecznościowe i życie jest nieskończonym polem do współpracy. Jeśli możesz znaleźć ludzi podobnych do siebie i z nimi współpracować, to zasadniczo możesz coś budować. I teraz ta harmonia może być do czegoś pomocna. Ruchy lewicowe bardzo lubią narzekać na konkurencję, nawet na konkurencję w idei, bo to utrudnia współpracę. Nie do końca się z tym zgadzam, natomiast taki element może być.
Ale ci mogę powiedzieć coś jeszcze radykalniejszego. Co więcej, uważam, że to pójdzie w tym kierunku. Mianowicie tworzenie tożsamości. Ty mówisz tworzenie tożsamości jako zmaganie się z rzeczywistością. Mam pogląd A, ktoś mówi pogląd B. Ja się z tym muszę zmierzyć i to mi tworzy jakiś element tożsamości. Są takie historie tworzenia tożsamości. Nie wiem, czy z tym się spotkałeś. To jest dobre. Kiedyś tworzyły się społeczności wyłącznie w wyniku dopasowywania się do rzeczywistości.
Taka tradycyjna wizja: rodzisz się jako córka, matka, praczka i tak dalej. Rodzisz się jako syn kupca, pracujesz tu i tam. Twoje urodzenie określa byt. Ty musisz tylko dopasować się, tę rolę wypełnić i odnaleźć się wśród swoich ziomków i lokalności, która cię utwierdza w twojej tożsamości. I to jest taka bardziej XIX-wieczna. I ta XX-wieczna, współczesna bardziej nam, czyli staramy się tożsamość stworzyć, żeby być autentyczni. Czyli rodzimy się jako X, chcemy dążyć do czegoś innego, więc idziemy na studia, kształcimy się, potem walczymy, pokazujemy, że jesteśmy coś warci i na końcu ktoś nas akceptuje. No dobra, jesteś już tym muzykiem rockowym. Odpowiednio wyglądasz, masz gitarę, nauczyłeś się, masz swój styl i osiągnąłeś tą zamierzoną jakość. Jesteś autentyczny w tym, co robisz.
Ale o co chodzi teraz? Mi się wydaje, że to idzie teraz w jeszcze innym kierunku ze względu na media społecznościowe, ze względu na ilość danych i współpracę między ludźmi w jakimś stopniu. I też taką empatyczność. Ja tego nie lubię, bo to jest takie bardzo, powiedziałbym, królestwo empatii, kobiece trochę elementy wkraczają w mainstream. One, moim zdaniem, będą decydować. Czyli to będzie tworzenie tożsamości ludzkiej na zasadzie profilu. Wiemy, z czym się kojarzą. Profil w mediach społecznościowych właśnie. Czyli ty siebie planujesz, ale ty już potem nie zmagasz się z rzeczywistością, żeby tak się przekształcić, żeby ona cię zaakceptowała, ta rzeczywistość. Albo w jakimś minimalnym stopniu, czy musisz to zrobić?
Nie, stworzysz swoje CV, swój profil. Już nie robisz studiów na całe życie, żeby zostać lekarzem i tak dalej. Oczywiście musisz trochę pracy włożyć. To nie jest zero-jedynkowe, ale niewiele więcej. I nagle chcesz, żeby cię jeszcze nazywali. Te przykłady idą nam z takich elementów świata znanych jak poszukiwanie pracy. Bo tworzymy CV, tworzymy profil na LinkedIn i tworzymy ten swój profil zawodowy w tym wypadku. Ale też samo ze świata młodych nastolatków, które chcą być demi girl i Jakieś niestworzone rzeczy. Chcą się określać i być tak rozumiane dokładnie tak, jak są. Chcą sobie dokładnie wyciąć postrzeganie, jak chcą być postrzegane.
Dbają bardzo o image. To jest dość przydatne. I chcą takie być. Potem przez stworzenie tego profilu one już nie zmagają z rzeczywistością. To rzeczywistość się musi do nich dostosować. Im bardziej żyjemy w świecie danych, dostępów, tym bardziej to jest możliwe. Popatrz, na przykład masz coś takiego: jest aplikacja, jaką możesz sobie ściągnąć, może płatna jest, która powoduje, że jak jesteś na Webexie, jak rozmawiamy z kamerą, to automatycznie ci dokleja uśmiech. To jest jak makeup, tylko bez makeupu. Fizjologicznie zmienia się trochę twój image. Oczywiście to mamy zapośredniczone nie na twojej twarzy, ale może będzie technologia, która będzie ci dostosowywała w jakimś stopniu ten image.
To już jest daleka przyszłość, to nie jest już za rogiem. Do twojej wizji albo do twojego humoru. To jest teoretycznie do zrobienia. I ty będziesz wymagał od rzeczywistości, bo jesteś wolnym człowiekiem, to idzie wszystko w tym kierunku. Stworzysz siebie i będziesz wymagał dość niedużym nakładem pracy, żeby rzeczywistość się dostosowała do ciebie. Co o tym myślisz?
[01:52:17] - Mam ambiwalentne uczucia, bo mnie to tak bardzo kojarzy się ze starożytnością i z pewną grupą filozofów, która twierdziła, że nieważne, co mówisz, ale ważne jak mówisz. Mnie dzisiejsze czasy, to samobudowanie siebie, to samookreślanie bardzo to przypominają. Dzisiaj kto nabiera popularności? Człowiek, który pierdzieli głupoty, ale robi to w sposób sprawny. Ma bardzo dobry tembr głosu, potrafi ładnie mówić, bez jęków namysłowych i w związku z tym jest bardzo popularny. Ale to, co on mówi, jest po prostu głupie. A jednak to on zwycięża w wyścigu szczurów. Jest trendy, na topie i w ogóle. To jeszcze bardziej bym powiedział, nie sprawdza się na przykład w dziedzinach twórczych, bo ja bardzo często spotykam utwory osób, które same sobie oraz tak zwana bańka ich, w której oni funkcjonują, te osoby funkcjonują, wmówiła im na przykład, że są pisarzami, ale nie przeszły tej drogi. Bycie pisarzem jest jednak pewną drogą przez mękę i albo ją osiągamy przez to, że mamy samodyscyplinę i potrafimy krytycznie spojrzeć na to, co tworzymy, albo też nam ten świat zewnętrzny troszeczkę mówi: „Słuchaj, ale to jeszcze powinieneś trochę popracować, bo to jeszcze nie jest genialne.
Jeszcze troszkę”. Tymczasem ja dzisiaj spotykam całą masę ludzi, którzy na przykład przysyłają swoje teksty przekonani o tym, że to są genialne teksty. I ja nie mam im wiele dobrego do powiedzenia, bo to nie są genialne teksty. I teraz ja zastanawiam się, co czemu służy. Owszem, oni są spełnieni w jakimś stopniu, takie samozadowolenie w sobie mają. Dobrze się wylansowali, w swojej bańce są po prostu geniuszami pióra. Tymczasem w ogóle dotykamy dziedziny mało obiektywnej, ale przy pewnej znajomości tego, co funkcjonuje, to nie są dobre utwory. I teraz temu młodemu człowiekowi, bo to najczęściej są bardzo młodzi ludzie, trzeba powiedzieć: „Stary, ty być może w przyszłości będziesz świetnym pisarzem, masz zadatki, ale przed tobą jeszcze długa praca, bo tam jest jeszcze tyle do zrobienia, że powinieneś nad tym pracować”. Tymczasem on jest przekonany, że już jest pisarzem. Oczywiście to jest takie sprowadzenie wszystkiego do przykładu wziętego prosto z życia.
[01:55:12] - Trudny i specyficzny przykład sobie wybrałeś, bo to jest jednak język. Język jest wymagający, jest dość niszowy. Tutaj jest tak trochę, jak mówisz.
[01:55:27] - Już przeskakuję na inny przykład. Przychodzi człowiek, a to jest znowu autentyk. Przychodzi człowiek, który zgłasza się na grafika komputerowego i mówi: „Ja to wszystko mam opanowane”. I przychodzi człowiek, który pracuje w tym ileś lat i mówi o prostej rzeczy: „Obrysuj jakiś obiekt”. I okazuje się, że to tak nie do końca jest wykonalne albo że ten człowiek nie bardzo wie, co ma zrobić tak naprawdę. I nawet jak się mu wytłumaczy, o co chodzi, co ma zrobić, to on też ma z tym kłopoty. Chociaż jest genialnym według siebie grafikiem komputerowym. Dlaczego jest tym genialnym grafikiem komputerowym? Bo kilka prac plastycznych w życiu wykonał. Ale to jeszcze nie jest grafik komputerowy.
Ja mam wrażenie, że my dzisiaj idziemy po linii najmniejszego oporu. Bardzo wielu ludzi takimi liniami-
[01:56:29] - Czy to jest źle? To jest jeszcze inne pytanie.
[01:56:34] - Dobrze, to ja przedstawię swoje stanowisko. Mnie się wydaje, że to jest źle w przypadku działalności skierowanej na osiągnięcie pewnego celu. Bo nie ukrywajmy, napisanie książki, wykonanie grafiki komputerowej to jest osiągnięcie pewnego celu, który jest sprecyzowany, zadany i ma być osiągnięty. I nie ma być osiągnięty metodą prób i błędów, może się uda. On ma być wykonany po prostu. Takie jest moje zdanie.
[01:57:03] - Tak. Oczywiście to profilowanie jest trochę takie, narysowałem bardzo wyraźnie. Oczywiście w profesjonalnych umiejętnościach to niewątpliwie. Natomiast tutaj jeszcze jest inny element z technologią. Technologie bardzo szybko się zmieniają. Mówisz: „Ale on jeszcze nie jest grafikiem”. Nie, on prawdopodobnie już jest trochę grafikiem, tylko może nie jest najlepszym grafikiem. Może on robił retusz, albo może on robił 3D, albo miał inny element. Prawdopodobnie nie jest jakimś świetnym grafikiem, natomiast technologie się zmieniają, więc wydaje mi się, że idziemy w tym kierunku, że dopasowywanie się będzie istotne. Dlatego też te formacje to nie jest tak, że odlewamy się jak pomnik z brązu.
Będę tym lekarzem, jakieś takie klasyczne zawody, całe życie będę listonoszem.
[01:58:02] - Oczywiście nie, ja nie do tego prowadzę.
[01:58:05] - Bo to jest takie klasyczne podejście, że musimy umiejętność się nauczyć. Tylko teraz uczymy się jednej umiejętności, dopasowujemy się i reszty uczymy się w pracy raczej. Często taka tendencja jest, bo po prostu nie wszystkiego da się nauczyć poza. Taka rzecz wychodzi. Jak chodzi o profilowanie, wydaje mi się, że bardzo agresywnie to zacząłeś. Natomiast wydaje mi się, że ludzie przyszłości, przynajmniej w jakimś obrębie, jeśli to będzie już mocno stechnologizowane, czyli mówię o sytuacji, w której już nasze zmysły będą częściowo filtrowane. Może być tak, że my będziemy po prostu wierzyć. Ktoś będzie nam podawał swój profil, kim jest, jaki jest, jak się do niego zwracać, jak wygląda, aby być oficjalnym awatarem tego człowieka. Może on fizycznie inaczej wygląda. Albo po prostu będziemy mieli kamuflaż czy makijaż na sobie nawet fizycznie.
Myślę, że ciężko nam będzie wyjść do pewnego stopnia, żeby przynajmniej w dużej mierze nie patrzeć na osobę tak, jak chce być postrzegana. To będzie już tak mocno profilowana tożsamość, że będziemy kupować osobę, nigdy nie w pełni, bo do czasów, kiedy będziemy w zupełnie już jakimś posthumanidalnym świecie, to nie, ale że będziemy szybciej te rzeczy brać tak, jak są dane. Najwyżej będziemy może intuicyjnie, i to będzie ważne, bo jest biologiczne, wykrywać pewne nieścisłości. Czyli jeśli ten wizerunek będzie zbyt naciągany, to wtedy nie będziemy ufali takiej osobie. I uwaga, to jest dość ciekawe, bo taka tolerancja, jaką ma lewica obecnie, mówi o inkluzywności, jeśli jesteś w ramach reguł, a jesteś poza regułami, to jesteś outsiderem zupełnie. Na poziomie koleżeńskim będziesz wykluczany. Nie na poziomie oficjalnym, tylko będziesz po prostu wymazywany do czasu, kiedy twój profil nie będzie pasował albo nie będzie zupełnie spójny jako całość. Mówię troszkę ogólnikami, ale tak mi się wydaje, że coś takiego może być. Jak chodzi o profilowanie.
[02:00:38] - Ale czy ja cię dobrze rozumiem? Czy ty właśnie mówisz o tym, że to każdy człowiek będzie określał, kim jest, a my będziemy w to wierzyć?
[02:00:51] - Tak, mi się wydaje, że to będzie szło w tym kierunku. Oczywiście tu mówię, tak jak wychodzimy na ulicę i bawimy się na podwórku, to wydaje nam się niemożliwe. Dzieci bardzo łatwo wykrywają, te reakcje są. My jesteśmy tak jak dzieci, tylko że dużo starsi. One wykrywają różne takie rzeczy, które ciężko sobie wyobrazić. Ale wydaje mi się, że tyle technologii nałożymy, będziemy coraz starsi, tam pojawi się ten element, że będziemy kupowali ludzi w dużej mierze tak, jak się sprzedają. Będzie tyle technologii nałożone na nas i presji nawet społecznych, że niemalże będzie trzeba kupować. Słuchałem takiej osoby, nazywa się Philosophical Tube. To jest kobieta, która opowiada o sztuce i o filozofii. Artystycznie pokazuje jakieś idee filozoficzne, narzucając swoje wizje artystyczne i swoje poglądy.
Ale to jest osoba trans, czyli to jest biologicznie mężczyzna. Ale ponieważ ta osoba dobrze odgrywa tą swoją rolę, którą sobie wymyśliła, ona mówi o tym, nie ukrywa tego faktu. Myślę, że mogłaby ukrywać, bo ciężko byłoby rozróżnić. Ale kupujesz to takie, jakie jest, ponieważ działa.
[02:02:19] - Właśnie zastanawiam się.
[02:02:21] - I to są te kierunki, wydaje mi się.
[02:02:24] - W tym przypadku działa, ale czy to nie jest tak naprawdę przepis na katastrofę? Bo mimo wszystko ja mam takie wrażenie, że to, co mówisz, zakłada prawdomówność ludzi, ich szczerość i to, powiedzmy, można zaniedbać, ale zakłada również umiejętność obiektywnego oceniania swoich własnych możliwości. Moim zdaniem to nie funkcjonuje wśród ludzi. Zawsze sami do siebie mrugamy okiem. Nie jesteśmy może idealni, ale coś tam umiemy. Moim zdaniem takie profilowanie samego siebie i przedstawianie się na zewnątrz oczywiście funkcjonuje. Nie zamierzam tego kwestionować. To jest coraz powszechniejsze już dzisiaj. Tylko ja już kilka razy potężnie się na to nabrałem i przestałem się na to nabierać, ponieważ dzisiaj nie jest dla mnie ważne, co kto deklaruje, że umie, tylko ja zawsze lubię sprawdzić, co on naprawdę umie, co on naprawdę wie, co sobą tak naprawdę reprezentuje.
[02:03:40] - Pewnie tak. Natomiast mówimy o takiej-- jak mówię, to musi być duża warstwa mediów społecznościowych i technologii, politycznych zmian, żeby to zaczęło funkcjonować tak naprawdę potężnie. Tak jak tutaj to próbuję pokazać. To nie będzie już jutro. Natomiast ja co chciałem powiedzieć? Aha, bo ty mówisz o umiejętnościach. Umiejętności, czyli mówimy o takich rzeczach, gdzie nie można się mylić. Czyli jakaś praca zawodowa, zadanie musi być wykonane. I tutaj możemy założyć, że jest taka daleka przyszłość, że będzie, jest to założenie u właśnie futurystów, nazwijmy może tak szeroko. Nie wiem, czy transhumanistów, pewnie też to występuje, z czym ja się nie do końca zgadzam, ale element tego zacznie gdzieś tam kiedyś występować, czyli taka ekonomia post scarcity, czyli ekonomia braku deficytu.
Przykładem tego takim, który pewnie będzie wchodził gdzieś, niestety, jest dochód podstawowy. Czyli praca zawodowa będzie już bardziej hobby niż koniecznością. Więc też z tego względu ludzie, jak będą się profilować zupełnie absurdalnie, to będziemy ich odsuwać na bok jako chorych psychicznie albo towarzysko. To będzie bardzo brutalne. To się wydaje takie super. To raczej nie będzie miłe. Natomiast w to zaczniemy po prostu wierzyć wydaje mi się.
[02:05:18] - Moim zdaniem zarysowałeś dosyć ponurą wizję, bo wspomniałeś o dochodzie podstawowym, a dla mnie człowiek w różnych oczywiście kontekstach i na różnym poziomie jest istotą twórczą i kiedy zostanie pozbawiony pewnej aktywności, tylko będzie miał dochód podstawowy, to moim zdaniem znowu patrząc tym argumentem śliskiego zbocza, tak naprawdę może to, znowu nie musi, a może doprowadzić właśnie do tego podziału, który już dzisiaj wspominałem, czyli na Elojów i Morloków made in Herbert George Wells. Czyli taka znudzona społeczność, która nie musi niczego, bo i tak sobie żyje. W związku z tym gnuśnieje, pogrąża się w pewnej takiej radości życia, ale moim zdaniem źle pojętej, bo to nie chodzi o to, że oni będą sobie na luzaku wszystko, tylko w pewnym momencie zaczną się pojawiać deficyty, bo po co? Po co ja to mam wiedzieć? Po co mam to robić?
[02:06:27] - Brak celowości życia powoduje brak życia w dłuższym okresie czasu.
[02:06:32] - Dokładnie. I dlatego tak się obawiam tej wizji, bo to moim zdaniem gdzieś docelowo to jest właśnie wizja taka Elojów i Morloków.
[02:06:42] - Z pewnością tak. Im więcej jest narzędzi, które umożliwiają różnienie się ludziom, to ci lepsi będą to wykorzystywać. Inteligentniejsi, sprytniejsi, bardziej brutalni czasami, a potem będą starali się część z nich przynajmniej gdzieś to przekazywać dalej swoim potomkom. Więc jest teoria jakiejś genetycznej arystokracji wręcz, która właśnie będzie wiecznie żyła, będzie bardziej inteligentna, a reszta to będą właśnie takie omegi. To według Huxleya były omegi czy jacyś inni outsiderzy. Albo uwaga, osoby, które same wybrały bycie takimi właśnie. Niekorzystanie z pewnych możliwości technologicznych i życie na uboczu jako samotnicy.
[02:07:40] - Pojawiła się, żeby tak nawiązać, ponieważ będziemy powoli kończyć. Jak widzicie państwo, dyskusja, która zaczęła się od transhumanizmu, zupełnie zboczyła. A to znaczy, że będzie następny odcinek proszę państwa. Od razu uspokajam, że my w końcu do tego transhumanizmu dojdziemy. Ale teraz jeszcze nawiążę do tego, co powiedziałeś. Cała idea się pojawiła tak zwanych GenRichy i GenPoorów. Od razu przy niej pojawiło się coś takiego. To jest pytanie retoryczne, ale zgadnij, kto będzie posiadał życie wieczne albo życie długotrwałe? Oczywiście GenRichy, a nie GenPoorzy. GenPoorzy to będą ludzie, którzy sobie będą żyli, umierali i będą się odnawiali.
Natomiast GenRichy to będzie szlachta, nowa arystokracja, być może docelowo nowy gatunek człowieka, który za jakiś czas będzie oddalał się genetycznie nawet przy pewnych modyfikacjach od tych GenPoorów. Co więcej, mówi się nawet o tym. I zresztą znowu przywołam tych Elojów i Morloków. To byli potomkowie człowieka, ale jakżeż różni. Jedni byli piękni, oglądali kwiatki, recytowali wiersze i byli tacy uduchowieni. Drudzy żyli pod ziemią, żarli mięcho i w ogóle tam jakąś technologię stosowali.
[02:09:07] - No jak mięso mieli pod ziemią, to przyznam nie tak najgorzej.
[02:09:15] - Przypominam, że według Wellsa to było w tak odległej przyszłości, że ja już we wszystko w tamtej przyszłości uwierzę. Natomiast chodzi o to, że tak naprawdę dzisiaj zanalizowaliśmy kilka punktów wyjściowych. Jak państwo widzicie, tak naprawdę my jeszcze nie podążyliśmy w stronę transhumanizmu. Na razie obstrzelaliśmy wspólnie z Ludwikiem raczej takie punkty wyjścia do tego, żeby o transhumanizmie zacząć rozmawiać. I tak chyba tę naszą dzisiejszą rozmowę potraktujemy jako punkt wyjścia do kolejnej fascynującej rozmowy o transhumanizmie.
[02:10:01] - Myślę, że to jest zacny pomysł.
[02:10:04] - Pięknie ci w takim razie Ludwiku dziękuję. Polecam się za jakieś dwa, trzy, może cztery tygodnie. Wrócimy w takim razie do transhumanizmu. Pozdrawiam.
[02:10:17] - Pozdrawiam.
[02:10:25] - Tak, proszę państwa, no to cóż, to teraz warto by porozmawiać. Od wtorku tego tygodnia na rynku obecny jest „Nieznany Świat”, nowy numer marcowy. Warto by zerknąć, co w tym numerze marcowym się znajduje. I tu naszym niezawodnym przewodnikiem po kolejnym numerze „Nieznanego Świata” jest jak zwykle Piotr Cielebiaś. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:11:02] - Dzień dobry wieczór, Marku. Jak miło.
[02:11:06] - Miło. A w dodatku upłynął miesiąc i czas najwyższy zareklamować, opowiedzieć o kolejnym numerze „Nieznanego Świata”, już marcowy. Co tam ciekawego w marcowym „Nieznanym Świecie”?
[02:11:23] - Jak zwykle dużo ciekawego muszę powiedzieć. Numer jest wypchany po brzegi różnego rodzaju treściami. Trafił do kiosków 21 lutego, czyli we wtorek. Jak powiedziałem, w nim jak zwykle mnóstwo ciekawości, w tym nietypowy wstępniak redaktor naczelnej. Wiemy, że wiele osób ceniło sobie wstępniaki Marka Rymuszko i Anna Sycka próbuje iść w jego ślady, co jej się udaje. Nie oszukujmy się, ale ten wstępniak ma taki szczególny charakter, bo dotyczy nietypowego jubileuszu trzechlecia pandemii, a raczej plandemii, bo w świetle obecnej pomijanej na tle wojny w Ukrainie dyskusji o takich sprawach, jak na przykład sens dawek przypominających, należy mówić otwarcie, podobnie jak o innych przemilczanych sprawach związanych z działalnością tak zwanej Big Pharmy.
[02:12:22] - Tak. W dodatku temat jak najbardziej nośny w tym sensie, że bardzo wielu ludzi, którzy dało się jakiś czas temu przestraszyć, spanikowało. Sam się do nich zaliczam. W tej chwili ze zdumieniem odkrywają krok po kroku skalę manipulacji, której wszyscy zostaliśmy poddani. I to są rzeczy, których nie przypuszczałem, że aż tak bardzo można społeczeństwem, moimi przyjaciółmi, znajomymi, mną samym manipulować tak po prostu na zimno, na chłodno. Bo ktoś ma interes do zrobienia, bo jest może coś innego jeszcze w planach. Przyznam się, że temat taki wycelowany w punkt. Te trzy lata myślę, że wszystkim nam dały dobrze w kość i dzisiaj naprawdę mało jest takich ludzi, którzy uważają, że czas pandemii to był taki czas, w którym wszystko było correct i wszystko odbywało się tak, jak powinno. Ja znam bardzo niewielu takich ludzi.
[02:13:42] - Tak. I te afery cały czas wychodzą na światło dzienne. Całkiem niedawno media pisały, że przecież u szczytu zamówień publicznych na szczepionki producenci nagle podnieśli ich cenę. Nagle też okazało się, że nie interesują ich te hasła, te wszystkie slogany, o których mówili, pomocy, zatrzymania pandemii, tylko chodzą ich po prostu pieniądze. Ale tych afer wokół COVID-19 mamy cały wachlarz, bo to przecież chodzi też o uciszanie lekarzy, którzy próbowali leczyć chorobę koronawirusową przy pomocy jakichś metod alternatywnych, czasami nawet naturalnych albo też istniejących leków. Ale chyba wszystkim, nawet tym, którzy jak powiedziałeś, przestraszyli się i przestrzegali reżimu sanitarnego zgodnie z zaleceniami, w pamięci pozostaną te codzienne występy gadających głów profesorów, którzy też nagle teraz zniknęli. Oni wszyscy nam przypominali codziennie, dobitnie, że trzeba myć ręce, bo inaczej umrzemy i się szczepić i czekać na kolejny odcinek programu. Ale narodziny tego koronawirusa wuchańskiego oryginalnego, dlatego że on też już jest tak jakby dla niektórych odrębnym tematem w świetle mutacji, których dokonuje omikron, to wciąż jest bardzo kontrowersyjna sprawa. Ja tych, którzy są zainteresowani, odsyłam do numeru wrześniowego „9” z 2021 roku, gdzie opublikowaliśmy artykuł „Kto stworzył SARS-CoV-2?”. O tych informacjach dzisiaj się nie mówi.
Dlatego, że już są przykryte innymi aferami, ale warto się z tym zapoznać. Chyba najbardziej bulwersującą dla mnie osobiście kwestią w przypadku polskiej sceny medycznej, to jest tak zwany dług zdrowotny COVID-u, bo nagle się okazuje, że pacjenci z chorobami przewlekłymi, z nowotworami byli nieleczeni z racji tego, że był przestój wywołany koronawirusem.
[02:15:44] - Tak, to prawda. Jeśli chodzi w ogóle o lekarzy, to mamy przynajmniej dwa problemy w tej chwili. Jeden z nich, niestety trudno to powiedzieć w czasie przeszłym, do dzisiaj lekarze, którzy nie ze wszystkim się zgadzali i proponowali pewną alternatywę, do dzisiaj są karani i pozbawiani możliwości wykonywania zawodu albo stosuje się wobec nich inne represje. Do dzisiaj filmiki na YouTubie, które troszeczkę inaczej patrzą na problem, mają problemy, tak to bardzo ogólnie powiedzmy, a wcześniej miały jeszcze większe, po prostu znikały po kilku godzinach. To jest pierwszy dział zagadnień, czyli lekarze, którzy do dzisiaj są ścigani. To chyba najlepsze podsumowanie. Ale żeby nie było tak różowo, niestety pojawiła się, myślę, że czas pandemii to obnażył, inna twarz lekarzy albo środowiska lekarskiego. Owszem, bardzo wielu lekarzy zachowywało się znakomicie, tak jak powinni, tak jak to się kojarzy z powołaniem lekarskim. Ale niestety zdarzali się lekarze, sam miałem okazję kogoś takiego obserwować, którzy się zachowywali absolutnie skandalicznie. Nie miało to nic wspólnego z powołaniem lekarskim, z tym, że lekarz, owszem, zarabia niezłe pieniądze w naszym społeczeństwie i w każdym innym, ale też jest zobowiązany, jakaś tradycja o tym mówi, żeby jednak świadczyć pomoc, poświęcać się, robić dla społeczeństwa bardzo dużo.
Okazuje się, że część lekarzy to byli pierwsi ludzie, którzy odcięli się od reszty społeczeństwa. W związku z tym, po pierwsze nie mogli wykonywać swojego zawodu, nie mogli udzielać pomocy. To są rzeczy moim zdaniem karygodne, niezwykłe, bulwersujące. To oczywiście nie wymazuje tego, że cała masa innych lekarzy po prostu orała w czasie tej epidemii w sposób, o nadgodzinach to już nawet trudno mówić, o naddobach może prędzej. Takie trudne momenty, trudne sytuacje zawsze pokazują, jak wygląda, jak to się wszystko dzieli i jak to w gruncie rzeczy skomplikowane wszystko jest.
[02:18:32] - Tak, ale z drugiej strony popatrzmy na to pod tym kątem, że jeżeli kiedyś wybuchnie kolejna pandemia naprawdę zaraźliwej choroby, to ludzie będą pamiętać to, co się działo teraz, co dzieje się teraz i naprawdę odpuszczą sobie wszelkie środki ostrożności na większą skalę. Bo jakbyśmy przeanalizowali narrację ze strony nie tylko WHO, ale i polskich władz, jest ona tak pełna sprzeczności, że z dzisiejszej perspektywy sam z siebie się śmieję, muszę powiedzieć.
[02:19:05] - Tak, ale to, co powiedziałeś, też rysuje niewesołą perspektywę, bo a nuż następna epidemia będzie naprawdę mordercza, to wtedy będą się działy rzeczy straszliwe.
[02:19:18] - Tak. Nie mówimy nawet o pandemii, tylko po prostu jakiejś mniejszej epidemii, może nawet niekoniecznie nowej choroby. Tak mi się wydaje, że zmarnowano ogromną szansę i wyszła z tego naprawdę niezła kpina, bo okazuje się, że jeszcze rok temu nas straszono wszystkich, półtora roku nas straszono śmiercią, że musimy nosić maseczki i sklepy będą otwierane tylko dla seniorów w danych godzinach i tak dalej. Nagle okazuje się, że po tych kilkunastu miesiącach, pomimo napływu ogromnej rzeszy imigrantów do Polski, choroby w zasadzie nie ma. Co tu więcej dodać?
[02:20:02] - Pewnie już nic nie dodawajmy na temat pandemii. Tutaj sobie przewijam, patrzę i widzę niezwykle ciekawy artykuł Wojciecha Chudzińskiego „Czy nasze narodziny to początek snu?”. Świetny tytuł. A co w środku?
[02:20:21] - Nazwisko Wojciecha Chudzińskiego zawsze gwarantuje jakość. Jest to kolejna odsłona mikrocyklu, o którym już mówiliśmy w poprzednich „Przeglądach Nieznanego Świata” i dotyczy on między innymi wspomnień przedurodzeniowych. Nie chodzi tutaj stricte o wcześniejsze inkarnacje i przypadki, kiedy ktoś w hipnozie przenosił się do poprzedniego życia. To jest bardziej rozległy temat. Chodzi o zdarzenia nie tylko bardziej tajemnicze, ale i rzadko wspominane w literaturze, podczas których w regresji ludzie cofali się do momentu krótko przed narodzinami. I opisywali, co się wtedy działo z ich świadomością. Po pierwsze wszystko wskazywało na to, że rozwinięta świadomość, rozwinięte postrzeganie nawet istniało już w okresie prenatalnym. Tyle że nie dotyczyło ono zawsze w 100% tylko płodu, ale też innego strumienia świadomości. Innymi słowy Niektórzy ludzie postrzegali się wtedy z dwóch perspektyw: jako wspomnianego strumienia świadomości i tego strumienia, który wcielał się w ciało rozwijające się w ciele matki i był już człowiekiem. Wniosek z tego taki, mówiąc bardzo krótko, że świadomość egzystuje poza ciałem, a łączy się z nim przez odbiornik zwany mózgiem, który ma jednak bardzo ograniczony zakres odbierania bodźców.
Okazjonalnie wyłapuje bodźce tak zwane ponadzmysłowe, paranormalne. Ta świadomość bezcielesna inkarnuje się w rozwijające się ciało, następnie przychodzi na świat, ale zakres odbierania rzeczywistości ma bardzo ograniczony. To wskazuje na przykład, dlaczego nie pamiętamy chociażby poprzednich wcieleń. Badania tego zjawiska podjęło się wielu naprawdę znanych parapsychologów i nie tylko, dlatego, że mówiąc o parapsychologach, często odnosimy się tak naprawdę do naukowców rzeczywistych z tytułami naukowymi, prowadzącymi swoją pracę badawczą, czasami pełniących funkcje akademickie, tylko że zajmujących się tematami, które były poza naukowym obiegiem. Więcej szczegółów na ten temat w niezwykle ciekawym kolejnym artykule Wojtka Chudińskiego.
[02:22:45] - Jest też kolejny materiał, który mocno przykuł moją uwagę. Nosi on tytuł: „Mikrochimeryzm. Zdumiewający fenomen macierzyństwa” i dowiadujemy się z niego między innymi, że ciąża, poród to jest taki czas, w którym dzieją się rzeczy niezwykłe. Kiedy się zaczyna badać ten czas, ten stan kobiety, w sumie dziecka, to można odkryć, że na przykład płód jest bardzo związany z matką nie tylko psychicznie, ale i fizjologicznie, na poziomie genetycznym. Ale to nie tak prosto, że dziedziczy jakąś część kodu DNA. Myślę, że to sięga głębiej. To jest artykuł doktor Małgorzaty Stępień. A co więcej możemy zdradzić?
[02:23:46] - Mikrochimeryzm to bardzo tajemnicze zjawisko z punktu widzenia biologii i dotyczy występowania w ciałach matek komórek pochodzących od dzieci. To nie jest niczym dziwnym, gdyby nie fakt, że te komórki są w stanie przetrwać dekady. I z czym się to wiąże? Na przykład czy może to zjawisko narażać kobietę na jakieś choroby? A może wręcz przeciwnie, jak postulują niektórzy badacze, mikrochimeryzm może pomagać w tworzeniu nowatorskich terapii przeciwko niektórym przewlekłym chorobom. Tutaj już mamy do czynienia z rozważaniami bardziej naukowej natury i więcej możecie dowiedzieć się w artykule doktor Małgorzaty Stępień, której to nazwisko też zawsze jest gwarantem najwyższej jakości doznań czytelniczych.
[02:24:39] - Często taki problem pojawia się w różnego rodzaju dyskusjach toczonych w rozmaitych miejscach. W jaki sposób tak naprawdę można dobrze opisać świat? Czy lepszym narzędziem, sposobem opisu jest sposób poprzez pryzmat nauki, czy też lepiej sprawi się duchowość? Na ten problem natykamy się w kolejnym artykule, który nawiązuje do wieży Babel.
[02:25:16] - Tak, jest to artykuł doktor Danuty Adamskiej-Rutkowskiej. Jego tytuł to: „Brak językowej wieży Babel”. I ona tam zadaje bardzo ważne pytanie, o którym zresztą powiedziałeś. Co lepiej opisuje rzeczywistość? Nauka czy może duchowość? Chodzi o funkcjonowanie rzeczywistości wszechświata. Tak bym powiedział. Patrząc na takie zbieżności pomiędzy odkryciami współczesnej nauki a na przykład kosmologią hinduską, o czym kiedyś mówiliśmy w naszym programie z cyklu „Oblicze nieznanego”, to patrząc na tę kosmologię hinduską, odkryjemy, że ona jest niezwykle aktualna w świetle obecnych odkryć. Oni po prostu tysiąc lat temu mówili o tych samych rzeczach, tylko innym językiem. Jaki wypływa z tego wniosek?
Otóż mamy do czynienia z dwoma sprzecznymi wizjami świata — pisze doktor Danuta Adamska-Rutkowska — które jednak się wzajemnie uzupełniają i każda z nich dostrzega odrębną część rzeczywistości. Aczkolwiek ja muszę powiedzieć, że mam pewne problemy ze zdefiniowaniem terminu duchowość, który bywa moim zdaniem błędnie utożsamiany z naukami z pogranicza. Duchowość to duchowość. Ale czasami niektórzy ludzie przekładają termin duchowość na takie zjawiska jak życie po śmierci, reinkarnacja, wspomnienia z poprzedniego życia i tak dalej. I te zjawiska są przecież badane przez parapsychologów. Niekoniecznie musimy aplikować aparat naszych wierzeń do tego, żeby czegoś się o tych zjawiskach dowiedzieć lub wysnuć na podstawie relacji czy zebranych poszlak jakiś wniosek. Także tutaj taka mała moja uwaga dodająca może jakiegoś smaczku tym rozważaniom. Natomiast w drugiej części swojego tekstu, i tu już jest bardzo ciekawa sprawa, Danuta bierze pod uwagę kilka obiegowych, ezoterycznych prawd. To znaczy na przykład takie hasło, że karma zawsze wraca albo że energia podąża za uwagą i rozkładając je na czynniki pierwsze, obala niektóre z nich. To jest bardzo ciekawe.
A wynika z tego taki wniosek, że zasady czy prawa, które są powtarzane, kopiowane i ludzie nie zawsze rozumieją ich sens, zaprowadzają nas w taki ślepy zaułek. I to dotyczy zarówno nauki, jak i duchowości, a czasami nawet i religii, że my powtarzamy coś, czego nas nauczono, ale już nie nauczono nas tego rozkładać na czynniki pierwsze.
[02:27:53] - To jest niestety nieszczęście, nawet nie wiem, czy współczesnego świata. Myślę, że ten problem dręczy ludzkość od dawna, że my bardziej skłonni jesteśmy wierzyć niż wiedzieć albo podchodzić do świata w sposób naukowy, ale w taki dobry naukowy sposób. Bo jest nauka, którą można zdefiniować jako kanon pewnych praw, w które należy paradoksalnie wierzyć. Ale jest też na szczęście nauka, która uprawiana jest w sposób taki, jak to sobie zaplanowali ojcowie założyciele. Czyli zawsze mamy pewną teorię, którą trzeba próbować obalić i dopiero jak się jej nie da obalić w sposób prosty, to mamy jakiś początek nowej drogi. Myślę, że to dzisiaj w ogóle nie jest przyjmowane. Chętniej wierzymy, niż wiemy. To nie jest chyba dobre wyjście. Ja wszystkim polecam, żeby jednak nie odrzucali nauki jako takiej, bo nauka mówi nam tylko o pewnym wycinku rzeczywistości. Nawet ludzie głęboko uformowani i patrzący na świat jednak nie tylko przez szkiełko i oko, czy za pomocą szkiełka i za pomocą oka, to oni jednak równie dobrze mogą z nauką się zaprzyjaźnić.
Nauka wbrew pozorom bardzo wiele z tego wycinka świata tłumaczy. Tylko to musi być nauka, a nie wiara w naukę. To dwie zupełnie różne sprawy. Piotrze, a jest jeszcze artykuł króciutki w Kronice Akaszy pod redakcją Wojciecha Chudzińskiego i obecnego tu Piotra Cielebiasia, który mówi o mrożeniu Rosji.
[02:29:47] - Tak, myśmy się do tego odnieśli już jakiś czas temu w naszej innej debacie z cyklu „Oblicza Nieznanego” pod tytułem „Putinator”. I tam padły te słowa o wojnie pogodowej możliwej, która rozegrała się gdzieś na przełomie ubiegłego i bieżącego roku. Mrożenie Syberii to brzmi trochę jak wożenie drewna do lasu. Ale pamiętacie tą zimę stulecia, która w okolicach Bożego Narodzenia sparaliżowała Stany Zjednoczone i jakieś potężne mrozy, które nadciągnęły nad Syberię niedługo później. Mówiono nawet, że padł rekord zimna minus 73 i trochę stopnia. Okazało się to nie do końca prawdą, ale do rzeczy. W sieci zaroiło się od różnego rodzaju teorii, że te anomalie pogodowe występujące jedna po drugiej to nie jest skutek zmian klimatu, tylko wywołane sztucznie efekty, czyli zaaplikowanie broni pogodowej, a konkretnie mówiąc systemu HAARP, którego najsłynniejsza część znajduje się w miejscowości Gakona na Alasce. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że już od około 20 lat te teorie się utrzymują i zostały zainicjowane przez samych Rosjan, a także przez Chińczyków, którzy nagle na początku bieżącego stulecia zaczęli alarmować społeczność międzynarodową, że Amerykanie robią sobie jakiś dziwny program badania jonosfery, który może manipulować pogodą. Ba, może wywoływać ponoć inne niszczycielskie zjawiska. I jeszcze co byłoby w tym dobre?
Powiem tak: może te apele by się na coś zdały, gdyby nie fakt, że jak się okazało, Rosjanie mieli coś podobnego już 10 lat przed wybudowaniem HAARP-u. No cóż, interesująca hipoteza. Troszeczkę nam przygasła. Może dlatego, że robi się coraz cieplej. Ale meteorolodzy, co ciekawe, zapowiadają gdzieś tam na najbliższe tygodnie możliwe uderzenie takiej zimy w Europę. Także zobaczymy, czy i tu pojawią się teorie spiskowe.
[02:32:00] - No tak, Piotrze, czy coś jeszcze polecamy? Trudno polecić cały numer, bo tych stron jest blisko 70. Tak jak powiedziałeś, numer nabity ciekawymi informacjami. Siłą rzeczy musimy wybierać. Jak zwykle pojawia się na przykład, ja zwróciłem uwagę na artykuł doktora Piotra Pietrowskiego o mandalach Plutona. To chociażby z takich rzeczy. Oczywiście stały przegląd nowości wydawniczych. Jest też artykuł znowu obecnego tutaj Piotra Cielebiasia z cyklu „Filmoteka Nieznanego Świata”. Tu sobie państwo możecie, tak jak słuchacie nas, mam nadzieję co tydzień, kiedy rozmawiamy z Piotrem o filmach, tu możecie sobie w wykonaniu Piotra poczytać o kolejnym filmie.
[02:32:55] - Tak, a przy okazji o „Filmotece” też, dlatego, że zwracam tam uwagę, że taki program jest, istnieje i warto słuchać, dlatego że nie wszystkie recenzje się w „Nieznanym Świecie” mieszczą. Co jeszcze chciałem dodać? Bardzo ciekawy artykuł w marcowym numerze na temat Elimelecha, cudotwórcy z Leżajska. No i równie interesujący wywiad Doroty Czerwińskiej z Romanem Nachtem, osobą, która Jest wielu słuchaczom Radia Paranormalium pewnie znana. Mówi tam o swoim niezwykłym życiu, pełnym zwrotów akcji, ale też pasji do nieznanego, zainteresowaniu UFO, i o blokadach na drodze do rozwoju ludzkości. Pamiętajcie, że numer bieżący możecie nabyć w kioskach, w salonikach prasowych, także za pośrednictwem strony nieznany.pl. Numery archiwalne również są tam dostępne. Zapraszam też na naszą platformę elektroniczną e.nieznanyświat.pl i na nasze strony w mediach społecznościowych. Pewnie gdzieś tam pod spodem Evelios je dopisze. Dziękuję Marku za kolejne spotkanie i pochylenie się nad nieznanym światem.
[02:34:09] - Ja też pięknie dziękuję. Pozdrawiam i do usłyszenia za miesiąc. To jeszcze nie koniec spotkania z Piotrem, bo jeszcze zostało Filmotekarium. Dzisiaj film cztery. Przyznam, że po tym ostatnim tygodniu, kiedy część filmów mnie najzwyczajniej w świecie kurzyła to może za duże słowo, ale jakoś tak pozostawiła obojętnym, a w każdym razie nawet chwilami zbulwersowanym, to dzisiejszy zestaw proszę państwa, to jest fajny zestaw, ale szczegóły za chwilę. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:35:00] - Dzień dobry wieczór. Witam, i o samopoczucie się Marku pytam.
[02:35:05] - Moje samopoczucie jest bardzo dobre.
[02:35:07] - Czy ten dzisiejszy zestaw filmowy nie złomotał cię tak jak ten sprzed tygodnia?
[02:35:14] - Ja już to nawet w zapowiedzi naszej audycji powiedziałem, że to był w ogóle luksusowy zestaw tegotygodniowy. Oczywiście gdzieś tam się będę czepiał. Jako człowiek nieobeznany z materią i oglądający te filmy jednak po części amatorsko, a nie recenzencko, mam swoje różne oczekiwania. Ale to był zestaw czterech filmów, który był dla mnie komfortowy. Ja w każdym z nich znalazłem coś, co mnie w jakiś sposób ujęło. Mówię, będę się czepiał oczywiście, bo jak sobie mogę ponarzekać, to czemu nie? To jest ulubiony mój sport, żeby sobie ponarzekać. Niemniej jednak ten zestaw filmów był super.
[02:36:06] - Tak. Kłaniając się tutaj naszej poniedziałkowej debacie ufologicznej na temat zestrzelonych UFO, inwazji pod fałszywą flagą i Blue Beam'a, opowiemy dzisiaj nieco o filmach, o inwazji z kosmosu. Tylko że to nie będzie taka inwazja, jak się wszystkim wydaje, ale inwazja na bardzo różnych płaszczyznach, ocierająca się czasem o kurtuazyjne wizyty. Z drugiej strony już chyba to samo wynika części z tego, co powiedziałem. Nie będą to takie typowe kinowe blockbustery, może nie klasy B i może nie jakieś tam bardzo ambitne, ale takie gdzieś z drugiego planu. Temat inwazji z kosmosu jest dość chętnie eksploatowany przez fantastykę naukową i na przełomie XX i XXI wieku pojawiło się kilka bardzo głośnych, mniej lub bardziej udanych produkcji. Potem mieliśmy też bardzo interesujące filmy, tak jak „Dystrykt dziewiąty”, „Battleship”, „Zagłada”, czy wreszcie „Nowy początek”. Choć ten ostatni nie opowiadał o inwazji, ale raczej o wizycie, którą ludzkość uznała za najazd. Oczywiście wizycie obcych. By czymś zaskoczyć widzów, twórcy tych filmów o odwiedzinach z kosmosu próbują różnorakich zabiegów.
Wszystko po to, żeby się wyróżnić na tle innych, trochę odseparować od tego, co już było, pokazać to wszystko w nowym świetle. Dlatego, że w tego typu produkcjach, Marku, wydaje mi się, że scenariusz jest zawsze dość przewidywalny. Zwykle Ziemia pada ofiarą inwazji w różnej postaci. Grupka bohaterów z kolei stara się jakoś wpłynąć na bieg dziejów i zachować człowieczeństwo, i przede wszystkim przeżyć na tle tego, co się dzieje. Przykładowo w filmie „Rebelia”, który omawialiśmy jakiś czas temu, to chyba było w debatach ufologicznych, pokazano nam nawet walkę partyzancką i podziemny ruch oporu przeciwko kosmitom. Ale tutaj zrobiłem taki szybki bardzo wstęp, Marku. Inwazja z kosmosu to jest kawał historii kina i kawał w ogóle science fiction. Które obrazy ty uznałbyś za przełomowe dla kinematografii, ale też osobiście dla siebie?
[02:38:41] - Odpowiadam na pytanie pierwsze. Dla kinematografii to nie wiem, bo to jest pewno zawsze skomplikowane. A dla mnie to będzie bardzo subiektywne spojrzenie na tematykę inwazji. Więc ja nie będę specjalnie oryginalny. Dla starszych słuchaczy, jeśli sobie to przypominają, to kiedy w latach 70. działało Studio 2 i skończył się „Kosmos 1999”, to zaserwowano taki film, to się chyba nazywało wtedy w tłumaczeniu „Najeźdźcy”. Ja dzisiaj tego filmu nie mogę nigdzie spotkać w internecie, wyłowić, przynajmniej w oficjalnych źródłach. W związku z tym działam tylko i wyłącznie na podstawie wspomnień. Ten film był chyba w latach 60. kręcony i miał patetyczny wstęp.
Grobowym głosem ktoś mówił, że oni przybywają, żeby nas zniewolić i tak dalej. Widać było latające spodki, które zmierzają w kierunku Ziemi. I było dramatycznie i strasznie. Pewnie jakbym dzisiaj to obejrzał, to bym chwilami wybuchał śmiechem. Ale myślę, że w tamtych czasach to była pewna wizja, która mogła mocno pobudzać, podkręcać wyobraźnię. Bo cóż mieliśmy wcześniej? Na przykład omawiany film z lat 50. „Coś z innego świata”. Był taki film, który później przerobiono na te nowsze, o których mówiliśmy. Natomiast tamten był w sumie prosty.
I różnych filmów było sporo. Zaraz powiem o pewnym starszym filmie niż „Ci najeźdźcy”, ale „Ci najeźdźcy”, ten serial to był film z poetyką charakterystyczną dla seriali. W związku z tym ma swoje zarówno plusy, jak i minusy. Ale obraz był poruszający, szczególnie dla kogoś, kto był wychowany w fantastyce przyjaznej, bo spora część radzieckiej fantastyki, a ta dominowała w latach 70., to była taka przyjazna. Kosmici nas lubią, w ogóle są fajni i można się z nimi zaprzyjaźnić. Za pośrednictwem fantastyki amerykańskiej docierało do nas, że obcy wcale nie muszą być fajni. I tu na przykład taka powieść, a właściwie zbiór czterech opowieści połączonych w całość, czyli proza Van Vogtatytułowana „Misja międzyplanetarna”. To się ukazywało w różnych tłumaczeniach, ale wtedy, w latach 70. była ta książka dostępna. I tam obcy w sposób świadomy, a czasami nieświadomy szkodzili ludzkości.
Nie tyle na nią najeżdżali, bo to były spotkania w kosmosie, ale jednak byli wrodzy. Ta idea była socjalistycznej kinematografii dosyć obca, raczej lansowano tezę, że obcy są fajni. To przytaczana przeze mnie często książka „Czto takoje naucznaja fantastika”. Tam też pisano o tym, że obcy muszą być tak rozwinięci, że już na pewno wprowadzili socjalizm, kto wie, nawet komunizm. W związku z tym nie mogą być wrogo nastawieni do nas. Pozwólcie państwo, że wyśmieję się poza anteną. Dlatego ci najeźdźcy przyciągali uwagę. A powiedziałem o starszym filmie. Wbrew pozorom pierwsza ekranizacja „Wojny światów” to był taki film, ja go pierwszy raz widziałem w drugiej połowie lat 70. Był emitowany przez polską telewizję, jeszcze go na czarno-biało oglądałem.
Proszę państwa, to też pobudzało wyobraźnię. On był robiony prostymi środkami. Te efekty specjalne dzisiaj wyglądają zabawnie. Niemniej jednak w tym filmie, bazującym zresztą bardzo mocno, aczkolwiek niewiernie na prozie Herberta George'a Wellsa, to był jednak film, który porywał, w przeciwieństwie do późniejszej ekranizacji, która w ogóle mnie nie porwała. Była bardzo widowiskowa oczywiście. Tam masa rzeczy działa, ale nieporywająca. Natomiast ta wersja stara jak najbardziej. Wymieniłem już dwie. I teraz się państwo uśmiejecie, ale ja jeszcze w kinie zwracam uwagę na taki aspekt jak widowiskowość. I proszę państwa, jeśli chodzi o ten element, to zdecydowanie pierwszy, podkreślam, pierwszy „Dzień Niepodległości” w jakimś stopniu mnie oczarował.
Ja wiem, proszę państwa, tam nielogiczności jest tyle i jakichś takich głupot, że właściwie człowiek powinien podnieść ręce do góry i powiedzieć: „Nie, poddaję się”. Niemniej jednak, przechodząc do porządku dziennego, że głupoty w takim filmie zdarzyć się muszą albo prawie na pewno się zdarzą, to jednak jego widowiskowość, taka pełna petarda, z jaką tę inwazję pokazano, ona jednak budziła mój szacunek i do dzisiaj budzi. Na nieszczęście pojawiła się kontynuacja i ona już nie budzi mojego szacunku żadnego. To tyle. Te trzy kamienie milowe, trudno powiedzieć, ale te trzy momenty w kinie science fiction jakoś zwracały moją uwagę. Oczywiście pojawiało się po drodze jeszcze trochę innych filmów, ale tak, te trzy zdecydowanie.
[02:45:19] - Ogólnie dzisiejsze rozważania są też dobrą okazją do krótkiego podsumowania problemu. Chodzi o to, w jaki sposób ludzkość spogląda na kontakt z kosmitami. Nie chcę was zanudzać Ale nie da się ukryć, że kinematografia wpływała i wpływa na wyobrażenia z tym związane. Ba, niektórzy nawet twierdzą, że filmy wcale nie przyczyniły się do spopularyzowania niektórych wizerunków obcych, a nawet do sprokurowania relacji o spotkaniach z UFO. Chcę tylko zwrócić uwagę na jedną rzecz, która mocno daje do myślenia. Otóż nie jest zbyt odkrywczym stwierdzenie, drodzy państwo, że nasze postrzeganie przedstawicieli obcej inteligencji zmienia się i to zmienia się bardzo szybko. Jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego wieku popularne było przekonanie o istnieniu życia na sąsiednich planetach. Wierzono w Wenusjan, wierzono w Marsjan. Może nie to, że wierzono w nich powszechnie, ale było to takie w miarę popularne przypuszczenie. Wraz z postępem astronomii i wyścigiem w kosmos w czasie zimnej wojny pojawiły się już nowe informacje i to nasze spojrzenie ewoluowało.
Zmieniały się też filmy. To znaczy pokazywano obcych jako stworzenia trochę bardziej odległe. O ile oni w latach 50. byli bardzo blisko i nas tutaj atakowali i tak dalej, to potem w latach 80., 90. ci obcy byli już nieco dalej. Może z wyjątkiem paru filmów. Natomiast im bliżej naszych czasów, tym ten kosmos, ci obcy stają się bardziej tajemniczy. Dzisiejsi astronomowie czy specjaliści od projektu SETI nie mówią w kwestii kontaktu jednym językiem. To znaczy oni twierdzą, że ten kontakt jest możliwy i pewnie się kiedyś zadzieje. Natomiast dominuje, to jest oczywiście moje takie podsumowanie tematu, dominuje przekonanie, że jeżeli obcy są, to są daleko.
Ci zaawansowani mogą się nie chcieć z nami kontaktować. Natomiast tych na naszym poziomie musimy znaleźć sami. Mówi się także o poszukiwaniu technosygnatur, czyli tych technicznych śladów obecności obcych w kosmosie, na przykład w postaci wielkich projektów inżynieryjnych typu sfera Dysona. Oczywiście nie brak też zwolenników opcji, że obcy już tu są i cały czas się z nami kontaktują. Może nie tak. Cały czas kontaktują się z ludźmi, ale nie chcą się skontaktować z ludzkością jako taką, bo nie mają na przykład wobec nas jakiegoś sformalizowanego planu. Te różne koncepcje i próby podejścia do tematu widoczne są także w kinematografii, czego dowodem są omawiane przez nas dziś filmy. Są one może mniej znane, ale też pokazują bardziej ludzkie, mniej pompatyczne podejście do tego problemu. Nie wiem, czy się Marku ze mną zgodzisz, bo dzisiaj mówimy o takich filmach, które pokazują nie jak ludzkość reaguje na przybycie obcych, tylko jak reaguje zwykły człowiek i to czasem człowiek z całkiem realnymi problemami.
[02:48:40] - Tak. W ogóle dużą zaletą dzisiejszego zestawu jest to, że to są filmy z różnych półek. Półek nie, to zawsze wartościujące. To są filmy z różnych nawet takich poetyk, bo mamy w tym zestawie komedię, ewidentną komedię, nawet można by zaryzykować, że jest to komedia romantyczna. Mamy coś, co jest filmem bardziej grozy, thrillerem, a nie SF. Mamy też nawiązanie do starego kina. Więc to są tak różne poetyki, a jednocześnie pokazuje to, że mamy wreszcie też film, który pokazuje na przykład współczesną Amerykę. Oglądamy filmy z Hollywood, to bardzo często pokazuje się nam Stany Zjednoczone, te bogate przedmieścia, miasta. Ale jest w tym zestawie, o którym dzisiaj będziemy mówić, na przykład film pokazujący amerykańską biedę, proszę państwa. Biedę taką, z jaką my się na przykład w Polsce stykamy od czasu do czasu.
Okazuje się, że w Stanach Zjednoczonych ludzie też żyją na granicy ubóstwa. Nie żyją zawsze w wielkich, pięknych domach, tylko żyją czasami w tym przysłowiowym syfie. Więc mamy tak różne poetyki dzisiaj. Dlatego ja jestem tak podekscytowany tym zestawem, bo to jest z jednej strony różne obrazy, różne poetyki, z drugiej strony różne podejścia do tego zjawiska, które dzisiaj nas najbardziej interesuje. To tak różne filmy, tak rozbieżny zestaw, ale to jest właśnie jego siła, że on właśnie taki jest. Powtórzę po raz kolejny, niech będę monotematyczny. Super zestaw.
[02:50:49] - Tak. Tym, co wyróżnia takie filmy jak na przykład „Nowy początek”, „Arrival” czy „Dzień niepodległości”, czy „Wojna światów” jest to, że to są filmy po części katastroficzne. Może nie całkowicie, ale jednak. Tam bohater jest ogólnie zbiorowy tak naprawdę, jest nim ludzkość. Natomiast kiedy przechodzimy na poziom osobisty, to te tragedie gdzieś tam się rozmywają, ale tutaj, w tych filmach, o których zaraz powiemy, UFO wkrada się, obcy wkradają się w ludzkie życie. Takie codzienne, nie jakieś wydumane rozważania, tylko po prostu w codzienne życie, w codzienne biedy, w emocje, w namiętności i tak dalej. Ale pierwszym z tych filmów, o których dzisiaj będziemy mówić, jest „My, oni i obcy”. Jest to hiszpański film z 2011 roku. Jak powiedziałeś, jest to według niektórych komedia romantyczna, ale z elementami dramatu i filmu science fiction. Otóż zaczyna się to od tego, że pewien pan budzi się u pewnej pani i gdy szykuje się do wyjścia rano, by jej już pewnie nigdy nie zobaczyć, to okazuje się, że doszło do inwazji z kosmosu.
I tu się pojawia nie lada problem. Bo po pierwsze to miasto zostało praktycznie ewakuowane. Oprócz kilku osób. Po drugie ta pani ma partnera. Dochodzącego, ale ma, który się tam wkrótce pojawia, by pomóc im w przetrwaniu tego kryzysu. Oczywiście niczego o zdradzie się nie dowiaduje, nawet się zaprzyjaźnia z nowym gachem, ale pojawia się problem. Najpierwszy, jak to się mówi, czyli przetrwania tego wszystkiego. Bowiem obecność kosmitów jest tłem dla problemów życia codziennego i też perypetii głównych bohaterów. I chociaż to się wydaje taką jakąś wesołą komedią pomyłek, to ta na pozór absurdalna sytuacja, która ich zamyka w domu w Madrycie, zmienia się w taką trochę walkę o życie. I co ciekawe, głównym zagrożeniem wcale nie okazują się kosmici.
[02:53:08] - No tak, bo kosmici sobie wiszą w tych swoich ogromnych pojazdach nad miastem. Dowiadujemy się gdzieś tam z tła, że tych pojazdów nad samą Hiszpanią bodajże jest ze 30, ale tu proszę się na mnie nie powoływać. Tak może zapamiętałem, a może nie. W każdym razie dużo tych pojazdów jest, być może nad całą Ziemią należy domniemywać. Ale właśnie oni sobie wiszą w tych swoich pojazdach. Natomiast w ludzkiej psychice bohaterów, których śledzimy, to jest ona, jej powiedziałeś dochodzący. On był tymczasowo dochodzący, bo oni ze sobą się pokłócili tak naprawdę i on przedtem z nią mieszkał, a teraz był dochodzący. Okej. Potem ten gach, który był się z nią zaprzyjaźnił dogłębnie, że tak powiem, oraz sąsiad podglądacz, nieszczęśliwie zakochany w tejże dziewczynie. To wam tworzy taką mieszankę wybuchową.
Ewidentnie. Ale w tej mieszance wybuchowej, która już sama z siebie, z racji relacji — piękne sformułowanie — ci faceci przynajmniej rywalizują, jakiś popis jest, to jednocześnie w pewnym momencie ci ludzie zaczynają się nawzajem podejrzewać, że może któryś z nich jest obcym, jakimś agentem. Co więcej, jakieś przesłanki są, żeby podejrzewać, że on może infiltrować, szpiegować i tak dalej. Powtarzam, a może nie powtarzam, może powiem to po raz pierwszy: ten film równie dobrze mógłby się bez tego pojazdu na niebie obyć. Trzeba by znaleźć inny czynnik, który tego rodzaju relacje, tego rodzaju antyrelacje powołuje do życia. Co byłoby w gruncie rzeczy trudne, dlatego, że mamy opustoszałe miasto, czwórkę tych bohaterów, która tam się szamoce na rozmaite sposoby. Nie będę tego opisywał, ale to momentami jest zabawne, ale nie takim śmiechem, powiedzmy z komedii „Czy leci z nami pilot?”. Ewentualnie „Spokojnie, to tylko awaria” albo komedii z Frankiem Drebinem, tak to się chyba nazywało. Nie, to nie jest ten rodzaj humoru. On jest bardziej subtelny, bardziej zdystansowany.
Niemniej jednak jest zabawnie. Ten podglądający sąsiad, nieszczęśliwie zakochany w dziewczynie. Ten jej pierwszy chłopak, który jest dziwny. W dodatku jeszcze jego dziwność pogłębia się w trakcie trwania filmu. Staje się takim gościem, który jest opętany pewną teorią spiskową, teoriami spiskowymi właściwie rozmaitymi, wręcz specjalistą od tych teorii spiskowych jest. A jest też specjalistą od przetrwania w tym, powiedzmy sobie, dosyć nieprzyjaznym. Okazuje się, że miasto opustoszałe może być miejscem dosyć nieprzyjaznym i dosyć niesprzyjającym przy życiu, ale jednocześnie pojawia się takie zjawisko jak na przykład telewizja czy też coś w rodzaju takiej stacji, która nadaje i mówi, co tam jest grane, co się dzieje. To jest taka mieszanka, która ma się w pewnym momencie poczucie takiej absurdalności całej sytuacji. A z drugiej strony, i to jest pewno największa zaleta tego filmu, relacje, które są pokazane pomiędzy bohaterami, one mi się wydały jakoś bardzo prawdziwe. I w gruncie rzeczy łapiemy się w pewnym momencie na tym, że nas ci obcy w tym filmie jakoś tak niespecjalnie obchodzą.
Wisi sobie ten wielki, ogromny pojazd nad miastem. A co tam, niech se wisi. Tak naprawdę interesuje nas to, co się dzieje pomiędzy czwórką ludzi. I to jest moim zdaniem spore osiągnięcie, jeśli chodzi o twórców filmu.
[02:57:48] - Tak, mamy tam w zasadzie garść aktorów, minimalne efekty specjalne, ale przede wszystkim ciekawą opowieść, która, jak powiedziałeś, śmieszy i zmusza do zastanowienia się. Chociaż to nie jest takie "ho, ho, ho, chłop się za babę przebrał" jak w polskim kabarecie. Ale dlaczego zmusza do zastanowienia się? Bo, drodzy państwo, zwróćmy uwagę na to, jak my byśmy zareagowali, gdyby się coś takiego rzeczywiście stało. Gdyby ten scenariusz, który jest uznawany za fantastyczny, nawet według niektórych za absurdalny, się po prostu ziścił. W Polsce ludzie są przyzwyczajeni do absurdów w przestrzeni publicznej. Co więc by się stało, gdyby na to wszystko nałożyła się taka ekstremalna sytuacja jak atak obcych? Ciekawe, jak by ludzie zareagowali. Pandemia pokazała nam, jak bardzo są różne te ludzkie relacje w obliczu sytuacji kryzysowych. Jak skrajne są to zachowania: od paniki po negację.
Czyli pewnie jeżeli doszłoby w Polsce do inwazji takiej jak tam w Madrycie, to jedni by panikowali, inni kopali bunkry, trzeci szykowali wiatrówki, a kolejni się po prostu modlili. Film ten, chociaż niezwykle lekki, powiedziałbym, że wręcz nieaspirujący do tego, żeby go traktować poważnie, pomimo wszystko podobał mi się i polecę go. Nie jestem zwolennikiem bardzo wielkich rozkmin, rozkładania filmu na czynniki pierwsze, ale tutaj możemy sobie puścić taką wolną myśl, jak by to wszystko wyglądało, gdyby się coś takiego pewnego razu stało i to pośrodku naszych codziennych problemów, nawet tych najbardziej błahych i banalnych.
[02:59:42] - Ja powiem tak: ja bym był nawet zwolennikiem rozkminiania tego filmu, ale zrobić tego nie możemy, bo byśmy państwu zniszczyli zabawę. Powiem tylko jedno: dosyć inspirującą dla mnie była ostatnia scena, kiedy dwaj panowie siedzą sobie na czymś w rodzaju tarasu i patrzą na ten ogromny pojazd. Znowu nie mogę powiedzieć kto, co, gdzie, jak i po co, ale ta ostatnia scena została mi w pamięci, bo ona też coś może nam mówić o całej sytuacji. O tym, jak to się wszystko rozegrało i o tym, o co tak naprawdę chodzi. Nie podejmuję się zresztą, nawet jakbym chciał, to bym miał problemy, żeby państwu opowiedzieć tak do końca, jak należy ten film interpretować. Bo tu już dochodzimy do momentu, kiedy w grę wchodzi to magiczne słówko "interpretacja". Film nie jest oczywisty. Jego druga część, końcówka szczególnie, nie jest oczywista. To nie jest tak, że można powiedzieć: "To po prostu reżyser zwariował". Nie, nie.
Tam chodzi o coś bardzo konkretnego i tu można puścić wodze fantazji oraz uruchomić swoje zdolności interpretacyjne. Nie żeby się specjalnie męczyć nad tym. To nie o to chodzi. To naprawdę jest komedia, proszę państwa. Ale myślę, że to jest jednak film z przesłaniem. I chyba to przesłanie nie dotyczy tak naprawdę obcych, a dotyczy ludzi. Ale to chyba nawet lepiej. Ja też ten film bardzo państwu polecam, ale z jednym zastrzeżeniem. Jeśli lubicie państwo kino akcji, kino, w którym wszystko jest jasne, proste, podane w sposób niebudzący wątpliwości, gdzie się dzieje i się strzelają, to nie jest film, który państwo obejrzycie z przyjemnością. Natomiast jeśli lubicie kino, które jest ciekawe w najprostszym rozumieniu tego słowa, ciekawe po prostu, które toczy się może nie tak jak filmy Bergmana, a troszkę szybciej, niemniej idzie swoim tempem.
To nie jest zwariowany film sensacyjny. To polubicie państwo ten film. Po prostu. To jest film z sensem, z jakimś przesłaniem. Ja polecam w każdym razie.
[03:02:43] - Tak. Nie jest tak fajny jak polskie komedie romantyczne z Karoliakiem, ale rzucić można okiem.
[03:02:50] - Jesteś okrutny, Piotrze. Jesteś okrutnym człowiekiem.
[03:02:53] - Tak, wiem. Drodzy państwo, przejdźmy do kolejnego filmu ukazującego zróżnicowane ludzkie relacje na inwazję z kosmosu. Te filmy łączy coś jeszcze. Ci, którzy są sprawcami tej inwazji, nie są do końca pokazani, oni są tylko tłem. I tak samo jak w przypadku filmu "My, oni i obcy" jest z "Cloverfield Lane 10". To jest starszy film, starsza produkcja. Wielu z was pewnie go widziało, dlatego że swego czasu była to seria, bo to jest część serii. Była to seria bardzo popularna. Jak powiedziałem, niektórzy pewnie w obliczu inwazji poszliby walczyć, inni by pobiegli do sklepu po papier toaletowy, którego pewnie by prędzej czy później brakło, a inni zeszliby po prostu do piwnicy i tam postanowili przeczekać największą zawieruchę. Szczególnie jeżeli ma się taką piwnicę jak główny bohater tego filmu, którego gra John Goodman.
[03:03:59] - Tak, po raz kolejny pojawia się John Goodman w naszych opowieściach, bo już wcześniej w filmie SF uczestniczył, przywoływanym zresztą przez ciebie. Cóż powiedzieć? To jest piwnica jak piwnica, to jest cały schron. Podobny schron w swoim czasie w jednym ze swoich programów pokazywał Cejrowski. Amerykanie są przyzwyczajeni do tego, że jeśli się żyje na prowincji albo gdzieś bardziej poza miastem, to się swój mały schronik na wypadek katastrofy, na wypadek wojny atomowej, inwazji zombie i tym podobnych nieszczęść przygotowuje. I John Goodman, bohater filmu, nie John Goodman, taki schronik ma. Ale proszę państwa, ten film to jest, znowu powiedziałem o tym dreszczowcu. Tak, to jest dreszczowiec, bo narracja w tym filmie zmienia się jak w kalejdoskopie. Tak naprawdę przez długi czas nie wiemy, kto jest dobry, a kto jest zły. To jest moim zdaniem, proszę państwa, duże osiągnięcie.
Nie żeby wybitne, trzeba po prostu dobrze scenariusz poprowadzić, ale przez długi czas nie wiemy, kto jest tym złym. A film się zaczyna banalnie. Pewna dziewczyna wyjeżdża, opuszcza swojego chłopaka. On dzwoni do niej, mówi, żeby wróciła, bo przecież nie można tak, trzeba się dogadać. I zupełnie niespodziewanie na drodze, którą jedzie, ona jest uderzona przez samochód. Wypadek samochodowy i cięcie. Budzi się zamknięta w dziwnym pomieszczeniu, jest przykuta kajdankami. Jest dziwnie. Z jednej strony pewna swoboda w tym więzieniu jest, ale bardzo ograniczona. I to jest świetny punkt wyjścia.
Dalej już nie będę opowiadał. Świetny punkt wyjścia do tego filmu, a później, tak jak powiedziałem, długo państwo poczekacie, żeby się zorientować, kto jest dobry, kto jest zły i co tak naprawdę się stało. Macie gonitwę myśli. To zasługa scenarzysty. Macie gonitwę myśli, co jest grane. Czy to oszustwo, czy nie oszustwo, czy inwazja, czy nie inwazja? Co? O co? Ruskie? Obcy?
Może kto? Nie wiadomo tak naprawdę. Moim zdaniem to jest film, który rozgrywa swoją konwencję w bardzo dobry sposób.
[03:07:04] - Tak, ale że go umieściliśmy w filmie o inwazjach, to chyba coś żeśmy tu zdradzili jednak o tym końcu.
[03:07:11] - Chyba nie. Chyba nie jednak.
[03:07:15] - Ja tutaj tylko dodam, że to jest drugi z trzech filmów z serii "Cloverfield", które się dzieją w różnych okresach tak naprawdę i lokalizacjach, ale łączy je wszystkie inwazja jakichś sił pozaziemskich. Pierwszy "Cloverfield", który gdzieś był chyba kiedyś poruszany w naszej serii, to był taki typowy monster movie z potworem à la Godzilla, który buszował po Nowym Jorku i w widowiskowy sposób urwał głowę Statue Wolności. Trzeci film z kolei, czyli "Paradoks Cloverfield", to był horror sci-fi dotykający kwestii rzeczywistości równoległych. Czwarty film jest ponoć w przygotowaniu, natomiast w tym omawianym, jak Marek powiedział, poznajemy historię faceta, który się nazywa Howard i jest preppersem. Przygotował sobie zawczasu bardzo rozległy bunkier, w którym może przetrwać bardzo długo i jest na tyle dobroduszny, że zaprosił do tego bunkra inne osoby. Nie chce wyjść na zewnątrz, bo na zewnątrz, jego zdaniem, doszło do ataku chemicznego. A tak nie do końca chyba. I poznajemy niestety brutalną prawdę o Howardzie i jego motywacjach. Inwazja staje się tłem do opowiedzenia historii, która sama w sobie jest interesująca oraz do zaprezentowania pewnych skrajnych postaw. Oczywiście też się rodzi pytanie, czy preppersi, czyli ludzie przygotowujący się na apokalipsę, którzy zbierają konserwy, ale i ci, którzy sobie budują podziemne schrony, nie okażą się w pewnym momencie dziejów mądrzejsi od tych, którzy się z nich śmiali.
To oczywiście tylko luźna interpretacja. Natomiast jeżeli chodzi o całą serię "Cloverfield", to jest to bardzo niejednorodny zbiór, aczkolwiek ja bym powiedział, że wyróżnia go takie ukazanie reakcji człowieka na kontakt z nieznanym w postaci różnego rodzaju stworów, ale i dziwnych zjawisk. Ciekaw jestem, czym widzów zaskoczy część czwarta, bo ta trzecia zdaniem moim, ale też nie tylko, była po prostu nudna. Jak powiedziałeś, dość fajne jest takie nawiązanie do "Rebelii", tego filmu znacznie nowszego, w którym John Goodman też się pojawia i który nam ukazuje zupełnie inny scenariusz przebiegu inwazji na Ziemię. W którym ludzie po pewnym czasie mają dość i biorą sprawy w swoje ręce, aby tych kosmitów, okupantów przegonić. Myślę, Marku, że w przypadku "Cloverfield" nie możemy za dużo już dodać, dlatego że historia, która rozgrywa się w tym bunkrze razem z tymi wszystkimi sielankowymi momentami, zdarzeniami, jak i z tymi mrocznymi, w zasadzie wypełnia nam większość filmu. Dopiero pod koniec dowiadujemy się, kiedy bohaterka opuszcza ten schron, co dzieje się na zewnątrz.
[03:10:32] - Tak. Sam koniec, ostatnie sceny są bardzo charakterystyczne. To jest film, który rzeczywiście ma wpisaną wielką kameralność. Na zewnątrz dzieją się rzeczy niesłychane, wielkie, takie historyczne byśmy nawet powiedzieli. Ale nie, my to obserwujemy, a właściwie nie obserwujemy, bo my się skupiamy na tym, co dzieje się w tym bunkrze pod ziemią. Przygotowany bunkier na farmie, takie miejsce do przeżycia. Filtry powietrza, magazyny, racje żywnościowe, przygotowanie na to, żeby nie umrzeć z nudów. Piotr użył słowa sielanka. Rzeczywiście w pewnym momencie, kiedy wydaje się, że wątpliwości zostały rozwiane, pojawia się sielanka. Jest super.
Chyba na tym skończę, bo dalej będę już dokonywał zbrodni. Obejrzyjcie państwo ten film, nie będziecie się na nim nudzić. Tu nie ma potrzeby głębokiej interpretacji. To jest film, ja podtrzymuję to słowo dreszczowiec. On ma elementy dreszczowca, ma elementy kina akcji. Oczywiście z racji tego, że dzieje się rzecz głównie jednak w tym bunkrze, to jest akcja ograniczona. Niemniej jednak okazuje się, że nawet w zamkniętym pomieszczeniu o stosunkowo nierozległych gabarytach, chociaż ten bunkier rozległy całkiem jest, ale jak to bunkier, to mimo wszystko mamy taką sytuację, że sielanka sielanką, ale dużo się dzieje. Wbrew pozorom w takiej przestrzeni całkiem sporo może się dziać.
[03:12:42] - Tak. Pokazuje nam to również, że w przypadku jeżeli ktoś będzie szukał ucieczki w samotność lub długotrwałe odosobnienie na wypadek inwazji obcych, to też nie przebiegnie bez komplikacji. Miejcie to na uwadze. Kontynuując, Marku, wątek filmów o inwazji obcych, w której tych kosmitów widać skąpo, trafiamy na film "Last of Night" w reżyserii Andrew Pattersona. Jest to ukłon w stronę klasyki fantastyki z lat 50., 60., acz nie trąci on myszką. Możecie go sobie znaleźć na Amazon Prime. Poznajemy tam historię miasteczka Cayuga w Nowym Meksyku, gdzie rozgrywa się ważne dla miejscowej społeczności wydarzenie, jakim jest mecz bejsbolowy. Na początku poznajemy parę głównych bohaterów, lokalnego disc jokeya Everetta oraz jego młodą, niedoświadczoną koleżankę bądź asystentkę, którzy się szykują do transmitowania tego meczu. A potem to się robi tylko dziwniej. Pojawia się tajemniczy sygnał służący do kontrolowania ludzi, jakieś światła na niebie i dziwny telefon do radiowego show od człowieka, który mówi, że zna tajemnice nie z tego świata i mówi coś o maszynie, która pochodzi z kosmosu albo nawet innego wymiaru.
Marku, czy ten film przypadł ci do gustu? Czy tam się wszystko spina? Bo to jest chyba obraz, który ma najwyższe oceny, jeżeli chodzi o te internetowe rankingi, jeżeli dobrze pamiętam, bo dzisiaj sobie to sprawdzałem.
[03:14:28] - Ja w tym momencie jestem jak ta żaba. Muszę się rozdwoić, bo poetyka tego filmu bardzo mi odpowiada. To jest film nawiązujący do "Strefy Mroku". Sam początek ewidentnie jest taką podróbką czołówki "Strefy Mroku", jeśli pamiętacie państwo tę serię, czy to w wydaniu jeszcze czarno-białym z przełomu lat 50. i 60., czy później kolorową. Tam była taka charakterystyczna muzyczka i taki grobowy głos. Jakoś Amerykanie lubią te grobowe głosy. Mówi tam, że to jest ta strefa mroku, przestrzeń taka i taka i tak dalej. Tu jest bardzo podobny tekst. Oczywiście licentia poetica, to jest teatr paradoksu, ale mamy takie tak.
Super, wchodzimy w pewną konwencję i tak jak Piotr powiedział, to jest konwencja, która rzeczywiście nawiązuje do kina, do filmu telewizyjnego, takiego, jaki robiło się dawno temu, kilkadziesiąt lat temu. Ale to wcale nie przeszkadza. Tam jest kilka rozwiązań czysto technicznych, formalnych, typu nie ma ostrych cięć. Pojawiają się, ale Mało. Jest więcej takich miękkich przejść, długich scen, na przykład z miejsca na miejsce w tym miasteczku kamera nie przenosi się za pomocą cięcia, tylko za pomocą długich najazdów. To chociażby rzecz. Ale ten film ma w sobie właśnie tę poetykę „Strefy mroku", pewnego sposobu opowiadania, pewnych problemów, które porusza. To jest film nie z tej epoki, chociaż wcale stary nie jest przecież. Ale to zupełnie nie przeszkadza, bo on bardzo dobrze naśladuje stary film, ale jednocześnie tam się pojawiają rzeczy bardzo współczesne. Inaczej: jest taka scena, kiedy ten wspomniany pracownik radia czy w każdym razie disc jockey, nie wiem, jak by to nazwać.
Wtedy to się tak nie nazywało, w ogóle film dzieje się pewno w latach 50. W każdym razie ten gość, który obsługuje lokalną stację radiową, idzie sobie z dziewczyną i rozmawiają na temat tego, jak będzie wyglądał świat pod koniec XX wieku. To piękna scena, dla mnie sentymentalna. Jak sobie ludzie wtedy wyobrażali świat, w którym my żyjemy dzisiaj. Piękna scena, dobrze rozegrana, nieoczywista. Ale na przykład możecie się państwo dowiedzieć z tego filmu, jak działały kiedyś telefony w Stanach Zjednoczonych. Zaręczam państwu, że w Polsce również. Lokalna centralka telefoniczna, w której łączenia dokonuje się za pomocą wtyczek. I musi być człowiek, który te wtyczki wtyka w odpowiednie miejsca. Czy to się państwu wydaje jakoś specjalnie porywające?
Nie. Znowu ostrzeżenie: dla zwolenników kina szybkiej akcji, nie, proszę państwa, to nie jest film dla państwa. To jest film, jak przeczytałem w jednym z komentarzy na jednym z forów internetowych, czy może for? Nieważne. W każdym razie przeczytałem, że gość zaprosił znajomych i wynudził nie tylko swoją rodzinę, ale też znajomych na tym filmie. Można i tak, bo to nie jest film szybkiej akcji, film, w którym państwo będziecie galopować wspólnie z bohaterami. To jest film, który moim zdaniem w świetny sposób podprowadza nas pod tajemnicę. Nie żeby ją specjalnie rozwiązywał jednoznacznie, bo bardziej do tego nawiązuję, że współczesne filmy lubią pewne rzeczy rozwiązywać jednoznacznie. Chociażby wspomniany „Dzień Niepodległości". Tam wszystko jest jasne.
Ciach, ciach, ciach. Oczywiste. Tu takie oczywiste to wszystko nie jest, a jednocześnie jest intrygujące. Jednocześnie przenosi nas w przeszłość. Pokazuje te Stany Zjednoczone sprzed pół wieku. Ponad pół wieku, proszę państwa. Inne zupełnie Stany, w których wszystko działa inaczej, w których bycie Murzynem nie jest oczywiste. Traktowanie nawet tego mężczyzny bywa nieoczywiste. Różne inne rzeczy, które dzisiaj wydają się oczywiste, tam oczywiste nie są. To jest taka swoista podróż w czasie.
Uświadommy sobie: około 70 lat dzieli nas od tamtego momentu. Może 60 kilka. To wbrew pozorom ludzkie życie. W związku z tym ten film przenosi nas w taką rzeczywistość, której nie ogarniamy, nie znamy jej tak naprawdę, a jednocześnie pokazuje sytuacje, które są charakterystyczne dla każdych czasów. A gdzieś tam w pewnym momencie mamy ten element, o którym dzisiaj rozmawiamy, czyli tych obcych. Ale to znowu nie jest tak, że my sobie tych obcych bierzemy z półki tak jak w „Dniu Niepodległości".
[03:20:36] - Nie, tam jest tak, jak w „Strefie mroku", czyli musimy sobie dopisać czasem rozwiązanie zagadki. Widzimy strach i ten strach się tam potęguje. Potęguje się napięcie na pewno. To taka pełzająca inwazja, można powiedzieć, chociaż też nie mamy jej w 100% przedstawionej. Zagrożenie, jak powiedziałem, czai się gdzieś w tle. Nie wiadomo, jak na nie reagować. Jak powiedział reżyser, chociaż to wszystko się rozgrywa w latach 50. w Nowym Meksyku, a więc w stanie, gdzie doszło do katastrofy w Roswell, on czerpał inspirację z innego wydarzenia, jakim była katastrofa w Kecksburgu. Kecksburg to są już lata 60. To jest ta historia, gdzie na zalesiony obszar spadł obiekt przypominający dzwon.
Potem go wojsko szukało. Niby wszyscy wszystko widzieli. Koniec końców nic nie wiadomo. Tam było wiele inspiracji, także takich związanych z miejskimi legendami, z tajemniczymi zaginięciami, bo to był w ogóle debiut reżyserski Paula Patersona. Co chciałbym tutaj oddać temu filmowi? Otóż jest tam takie pełzające napięcie, taka niepewność, którą w przypadku „Skina Marinka" omawianego tydzień temu tak wielu recenzentów wychwalało. I której tam oczywiście nie było. Tutaj to jest i tutaj to ma jakiś sens i tutaj jest to nawet jakoś ładnie wizualnie przedstawione. I ten film moim zdaniem, Marku, wyróżnia się dość mocno na tle innych produkcji, które są przeznaczone na platformy streamingowe i często po prostu im czegoś brakuje. Jeżeli prześledzimy sobie Netflixa, Prime'a i wszystkie inne, to znajdziemy tam wiele produkcji, powiedzmy science fiction albo kręcących się wokół tego, które są bardzo bezpłciowe.
Szczególnie na Netflixie mamy strasznie dużo złego science fiction, tak bym powiedział. Albo takiego przeładowanego jakąś ideologią i sztucznie zarysowującego pewne problemy. Czegoś w przypadku tej "Erotiki 2022", tylko oczywiście w innym wydaniu. Albo po prostu filmów złych, które zrealizowano tylko po to, żeby były. W tym przypadku warto się przy tym filmie zatrzymać, chociaż nie zdobędziemy tutaj odpowiedzi wprost — tak bym powiedział.
[03:23:14] - Tak, ale powtarzam, jeśli ktoś nie jest człowiekiem, który preferuje kino akcji, to ten film go wciągnie, wessie. Bo ja też na początku tak śledziłem to, śledziłem. No dobra, kiedy się wreszcie coś zacznie dziać? To nie jest film, w którym sceny ciągną się nie wiadomo jak długo i w ogóle bez sensu. Nie. Tu się wszystko dzieje, ale człowiek mówi: no dobra, ale do czego to prowadzi? Ale jak człowiek wejdzie w pewną poetykę tego kina, wierzcie mi państwo, warto się dać wessać, bo człowiek rzeczywiście przenosi się do strefy mroku. To nawiązanie nie jest przypadkowe. Naprawdę przenosimy się do innego świata. Pomijam, że z jednej strony oczywiście takiego bardzo historycznego, czyli tak naprawdę inny świat.
My dzisiaj w ogóle nie potrafimy sobie tak do końca wyobrazić, jak wyglądały lata 50., jak wyglądał sposób myślenia tamtych ludzi. Tylko nam się wydaje, że to rozumiemy, bo oglądamy filmy, bo słuchamy różnego rodzaju relacji. Ale tak naprawdę z tamtymi ludźmi sprzed ponad pół wieku niewiele nas łączy. Pewna świadomość historyczna to może tyle, ale w gruncie rzeczy nie czujemy już tak, nie myślimy już tak. To jest inny świat. To jest pierwszy inny świat. Druga sprawa, że tam rzeczywiście pojawia się motyw kontaktu, inwazji czegoś takiego, co z obcymi ma coś wspólnego. I to też jest zdecydowanie inny świat. W dodatku patrzymy bardzo realistycznie. W pewnym momencie mamy obrazy takie bardzo, chciałoby się powiedzieć, współczesne.
I to jest świetne zestawienie. Znowu ten świat Ameryki lat 50. i coś, co pojawia się na niebie, co bardziej pasuje chyba do współczesnych filmów. I moim zdaniem to też ma spore znaczenie dla rozumienia tego wszystkiego, na co patrzymy. Podsumowując, żeby nie gadać za długo, to jest film, który państwa oczaruje, ale nie pokazujcie go państwo ludziom, którzy po kinie oczekują wyłącznie szybkiej akcji. To zdecydowanie zrobicie państwo taki fuckup.
[03:26:18] - Tak. Tam warto powiedzieć, że pojawia się też, nie wiem dokładnie, jak to określić, ale dawne kino, szczególnie tego okresu lat 50., 60., charakteryzowało się taką nadmierną ekspresją, że kiedy dzisiaj to oglądamy, to mamy wrażenie, że ci aktorzy, chociaż grają w filmie, to zachowują się tak czasami, jakby grali w teatrze. I tutaj też tak jest momentami. To oczywiście jest film współczesny, da się go oglądać. Bo ja wiem, że niektóre osoby razi poetyka filmów sprzed kilkudziesięciu lat. Ja na przykład też nie lubię filmów przedwojennych. Nie wiem dlaczego, też mnie to razi. Nie jest to coś dla mnie. Nie jest to coś, co mnie bawi w żaden sposób ani nie wzrusza. A na przykład kiedy oglądam sobie "Nosferatu", to już mnie rusza.
Chociaż jest to film jeszcze starszy. Ale wracając do tego, co chcę powiedzieć, tutaj też mamy takie nawiązanie do stylistyki tamtych lat, jeżeli chodzi o kreacje aktorskie i rysowanie postaci. Ten Everett to też jest taki fifarafa, który na początku zdecydowanie za dużo mówi. Zdecydowanie. Jeżeli was to nie przerazi, to przeżyjecie, ten film wam się może nawet spodoba, ale trochę to drażni na początku, dlatego że oni za dużo mówią i nic z tego nie wynika. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, musicie czekać dość długo, zanim się cokolwiek w tym filmie stanie. A jeżeli, jak Marek mówił, oczekujecie fajerwerków i tego, że Godzilla zeżre ich wszystkich na końcu, to nie, zupełnie to nie jest ten rodzaj filmu. Ale przejdźmy do ostatniego obrazu z dzisiejszego odcinka. I to jest film, który się nazywa "At First Light". Lub "First Light", bo są dwa dopuszczone tytuły.
Pochodzi z roku 2018. Reżyserem jest Jason Stone. To kolejna produkcja pokazująca temat UFO i obcych w sposób dość niebanalny. Z drugiej strony też lekki i przyjemny. Dlatego, że w całej historii kinematografii mieliśmy bardzo wiele nieudanych filmów o obcych czy pierwszym kontakcie z kosmitami. Czasami po prostu były to produkcje złe, bo były tanie, innym razem były przefilozofowane. Natomiast w "Pierwszym świetle", jak tłumaczy się na polski tytuł tego filmu, opowieść prezentowana jest z perspektywy niebanalnych bohaterów, bo to jest ten film, który mówi o amerykańskiej biedzie, o której mówiłeś jakiś czas temu. Są to zmagający się z codziennością bracia wychowywani przez chorującą na demencję babcię. I ich życie w slumsach przerywa dziwny incydent. Otóż starszy z braci podczas imprezy plenerowej, bardzo licznej, staje się świadkiem dziwnego zdarzenia.
Może inaczej: on się nie staje świadkiem dziwnego zdarzenia. Jest sobie chłopak na imprezie, jest jego dziewczyna — była. Trochę sobie gadają, potem ta dziewczyna się idzie wykąpać do glinianki, do jakiegoś stawu i tam przepada. Dzwoni potem do niego w środku nocy, bo ma zapisany na ręce flamastrem jego nowy numer, żeby ją odebrał. Dziewucha jest uznana za zaginioną. Policja jej szuka. On ją tymczasem zabiera do domu, żeby się wysuszyła i przespała. I tam się okazuje, że ona wskutek dziwnego zdarzenia, jakie na tej gliniance przeżyła, a był to po prostu kontakt z UFO, nabiera nadzwyczajnych właściwości.
[03:29:59] - No tak, potrafi na przykład babcię z demencją z tej demencji po prostu wyleczyć. To takie bardzo widowiskowe, ale też stanowi rodzaj zagrożenia. Znowu pewno nie będę zdradzał, ale stanowi rodzaj zagrożenia. W pewnym momencie, żeby za dużo nie powiedzieć... Ale to jeszcze chyba mogę powiedzieć. W pewnym momencie dochodzimy do wniosku, widzimy to na ekranie, że staje się osobą ściganą przez tak zwane określone siły. Znowu, żeby nie opowiadać, to się wyjaśnia w filmie. W każdym razie mamy takie wrażenie, że z jednej strony coś widzimy, coś się stało, ale to znowu nie jest oczywiste. Jest ścigana, czyli coś jest na rzeczy. Ma pewne zdolności.
I tu znowu, jak je określić? Niezwykłe. To będzie chyba najlepsze. Niezwykłe zdolności. Ale o co chodzi, proszę państwa? Znowu, żeby nie opowiadać i nie zdradzać, to powiem państwu tyle, że mnie ten film chyba najbardziej z tego dzisiejszego zestawu oczarował. Jego zakończenie, jego pewna wymowa ujęła mnie po prostu. Czasami tak jest, że — często to podkreślam — ja oglądam kino bardzo subiektywnie. I ta historia po prostu mnie wciągnęła. To jest historia, w której się dzieje.
To znowu nie jest kino akcji, ale nie ma też jakichś dłużyzn specjalnych. Tu się dzieje akurat w takim dobrym tempie wszystko. Takim tempie dobrym, ulubionym, które lubią ludzie kina akcji. Więc to się dzieje. Rzeczywiście dosyć szybkie jest to. Te rzeczy na ekranie przemykają dosyć szybko. Pewne rzeczy się wyjaśniają, pewne rzeczy się gmatwają oczywiście, ale to jest kino, które w dodatku w dużym stopniu nie pozostawia nas bezradnych. My wiemy, co się dzieje, znamy pewne rozwiązania. Finał jest moim zdaniem bardzo fajny, bo mamy taką opcję trzy miesiące później bodajże. I wierzcie mi państwo, te trzy miesiące później to jest końcówka filmu, dwie, trzy minuty ostatnie.
Dla tych dwóch, trzech minut też warto zobaczyć, bo teoretycznie takie tam nudy. Ale w pewnym momencie kamera wjeżdża na nieboskłon i już wiemy, że coś się dzieje.
[03:33:05] - Tak, ten film dla osób, które się może nie interesują ufologią, będzie nudny, pretensjonalny i przewidywalny. Moim zdaniem pojawia się w nim nawiązanie do rzeczywistego zjawiska, jakim jest zmiana świadomości albo wręcz nabycie nowych umiejętności u ludzi, którzy mieli bliski kontakt z UFO. Natomiast nie wiąże się to z nabyciem superumiejętności, to podkreślę. Ale miało to miejsce w dziesiątkach przypadków. To tak jakby wskutek kontaktu z energią, która stoi za tym zjawiskiem, w mózgu świadków się coś odblokowywało, otwierała się jakaś klapka, ujawniając skrywane talenty czy też idee. Ten transformujący efekt jest, jak mówię, bardzo częsty i on jest znany też kosmonautom. Oni też mówią, że patrząc w otchłań kosmosu, doznali czegoś w rodzaju poszerzenia świadomości. Czy te dwa zjawiska jakoś się ze sobą wiążą? Nie wiem. Natomiast "First Light" to jest film bardzo różnie oceniany.
Także pod względem wykreowanych postaci i gry aktorskiej, bo to, co dla jednych będzie drętwotą, dla innych wyda się realistyczne. Tam mamy głównego bohatera, który się, jak pamiętam, nazywa Theodore Pellerin. Wydaje się bardzo charyzmatyczną postacią na ekranie, ale jeżeli ktoś jest przyzwyczajony, jak już Marku dzisiaj podkreślałeś, do tego, że będą go gonić, strzelać, on potem skoczy ze spadochronem, spadochron mu się nie otworzy, on przeżyje. Jeżeli ktoś lubi takie scenariusze, to będzie zawiedziony tym filmem, bo tam nie dzieje się aż tyle. Natomiast nie to, że nie dzieje się nic. Jest to fajna zagadka. Fajnie przedstawiona jest płaszczyzna personalnego kontaktu, osobistej inwazji. Dlatego, że wiele osób, które miało bliskie spotkania z UFO właśnie o tym mówi, że jakaś siła się wdarła w ich życie. Natomiast tej siły nie da się zdefiniować jednoznacznie. To nie jest tak, że to są przybysze z kosmosu.
To mogą być przybysze z innej linii czasu, z innej linii rzeczywistości. Natomiast ich dotknięcie jest zauważalne i jak powiedziałem transformujące. No cóż, Marku, dzisiaj przyjrzeliśmy się kilku mniej znanym, może mało nagłośnionym filmom o przybyszach z kosmosu i jak powiedziałem przed chwilą inwazji na różnych płaszczyznach. Nie tylko takiej, do której przyzwyczaiły nas filmy typu „Wojna światów” czy „Dzień niepodległości”, ale także inwazji na ludzkie myśli, świadomość, emocje, żądze i tak dalej. Pytanie, czy te reakcje i postawy, które w tych filmach widzieliśmy, zobaczymy w momencie realnego kontaktu? Myślę, że z tego powodu warto te filmy zobaczyć, bo my cały czas mówiąc o kontakcie z obcymi czy nawet inwazji, żyjemy sobie w świecie wykreowanych ideałów. Mamy pewien pomysł, jak to wszystko się wydarzy, jak to wszystko się potoczy, że ludzie się zachowają tak, a tak. Natomiast moim zdaniem będzie to tak jak z pandemią. Czyli nawet jeżeli coś zajdzie, to reakcje będą bardzo różne.
[03:36:30] - Tak. I myślę, że to jest chyba dobry finał dzisiejszego odcinka „Filmotekarium”. Ja szczerze państwu dzisiejszy zestaw polecam. To są filmy naprawdę może niespecjalnie wypromowane, niespecjalnie masowo oglądane, ale zestaw dzisiaj przedstawiony to jest zestaw nie powiem, że obowiązkowy, bo mam bardzo luźny stosunek do jakichkolwiek obowiązków, ale to jest zestaw, który przynajmniej warto zobaczyć. Ja w każdym razie nie żałuję.
[03:37:12] - Tak. A co Marku za tydzień? Bo za tydzień przyjrzymy się chyba czemuś, czego jeszcze nie było. Będą to filmy o teoriach spiskowych. A żeby było jeszcze ciekawiej, to będą to trzy w miarę nowe filmy. Będą dwie świeżynki i to nawet bardzo świeżynki oraz jedna świeżynka trochę czerstwiejsza. Ale mimo wszystko warto czekać.
[03:37:36] - Teorie spiskowe to jest to, jak mawiał mój kolega, co tygrysy lubieją najbardziej. Więc lubiejąc to czekam na następny odcinek.
[03:37:52] - Pozdrowienia.
[03:37:54] - Pozdrawiam. Proszę państwa, czas na odrobinę literatury. Zapraszam na opowiadanie czytane przez niezawodnego Reda Haddada. Opowiadanie Justyna Juliana Talagi. Opowiadanie nosi tytuł „W pętli umysłu”. Tak à propos.
[03:38:18] - Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Justyn Julian Talaga „W pętli umysłu”. Michał odkąd pamiętał, miał pokręcone sny. Jako berbeć bał się iść spać, gdyż w krainie snów czekały na niego szablozębne tygrysy, dwugłowe smoki i inne wymarłe bądź mityczne stworzenia. Z biegiem lat jego dziecięcy umysł zmienił się. Przestał pragnąć złotych zbroi, magicznych pierścieni czy ognistego miecza. Co za tym idzie, zmieniły się również jego sny. Jako chłopiec śnił o spacerach z dziewczynkami i często zabierał je na łąkę, by wśród kwiatów w promieniach słońca skraść pierwszy pocałunek.
Z czasem, gdy przeżył już swój pierwszy, który wcale nie był podobny do tych ze snów, zaczął marzyć o bogactwach, sławie, władzy nad światem i jego sny znów się zmieniły. Śnił, że jeździ Ferrari, przemawia przed milionową publiką i że ma pałac z wielkim ogrodem. Oczywiście, jak to w snach bywa, raz był tego wszystkiego właścicielem i korzystał z tych dobrodziejstw, a innym razem dobytek palił się na jego oczach lub ktoś go okradał i wtedy budził się z krzykiem cały spocony. Michał nie był ani utalentowany, ani pracowity. W szkole ślizgał się z klasy do klasy, a gdy zaczął uczyć się zawodu hydraulika, też jakoś świetnie mu nie szło. Nie był artystą, a rzemieślnikiem i do tego słabym. Jednak wiedział, że jest na swój sposób wyjątkowy. Ludzie słuchali go z zainteresowaniem, gdy opowiadał o swoich snach, a te, o których mówił, stanowiły zaledwie procent tego, o czym w życiu śnił. Tak więc tematy nigdy mu się nie kończyły. Rzadko kto pamięta swoje sny.
Może jeden z ostatniego tygodnia. Po prostu szybko o nich zapominamy. Michał był inny. Potrafił opowiedzieć ze szczegółami sen sprzed miesiąca. To był jego jedyny talent. Nawet jego pierwsza dziewczyna zakochała się nie w nim, a w jego snach. Opowiedz mi coś jeszcze, kotku — mówiła. A co chcesz usłyszeć? Wszystko. Wszystkiego nie pamiętam — tłumaczył się.
To zacznij je na bieżąco spisywać — powiedziała i wręczyła mu zeszyt. Była uparta. Pilnowała, aby notował sny, a po kilku tygodniach przyniosła mu drugi zeszyt i powiedziała: W tym zapisuj te z przeszłości. Spotykali się od trzech lat. Dużo czasu trzeba było, żeby zrozumiała, iż nie kochała Michała, a jego sny. Trudno jej było się z nim rozstać. Sama miewała sporadycznie jakieś sny, ale to on śnił za nich dwoje. Lata spędzone wraz z nią aż nadto wystarczyły, aby Michał wyrobił sobie nawyk zapisywania snów. Czasem opisanie snu zajmowało mu jedną, półtora strony, a czasem nawet dziesięć i więcej. Jego życie ograniczało się do jedzenia, pracy, śnienia i kobiet.
A te były zawsze takie same — zakochane w jego snach. Aż w końcu poznał czarnowłosą Sabinę. Jej nie interesowała treść jego snów, ale ich znaczenie. Michał nigdy się nad tym nie zastanawiał. Sny to tylko sny. Co mogą znaczyć? To tylko wyobraźnia — odpowiedział jej, gdy pierwszy raz zapytała o ich sens. Niekoniecznie — odparła. Pokazała mu sennik i zaczęła interpretować jego sny. Złapała się za głowę, gdy pokazał jej całą stertę zapisanych zeszytów.
Wróżyła z nich jak z kart tarota, a miała ku temu predyspozycje. Trzeba przyznać, że sprawdzały się jej przepowiednie. Szef Michała zmarł, sąsiadowi ukradziono auto, a kolega z pracy złamał nogę. Jednak pewnego dnia niespodziewanie oznajmiła: Z nami koniec. Więc Michał znów został sam. Mimo to związek z Sabiną był w jego życiu przełomem. Dzięki niej odkrył znaczenie snów, a następnym krokiem było doświadczenie poza ciałem, co przynosiło mu wiele zabawy. W mgnieniu oka nauczył się, jak wychodzić z ciała podczas zasypiania i przeżywać astralne wędrówki. Ten okres w jego życiu trwał kilka miesięcy. Zwiedził spory kawałek świata, jednak nikogo nie poznał.
Widział tylko głęboko śpiących ludzi, ale gdy próbował ich budzić, natychmiast wracał do swojej powłoki. Zupełnie tak, jakby było jakieś niepisane prawo na senne wyjście z ciała, że nikt inny nie może cię zobaczyć. Pewnego dnia, gdy był w pracy, opowiedział nowo przyjętemu pracownikowi o swoich podróżach astralnych, co ten skwitował w ten sposób: Stary, a co to jest kwas? — dopytał Michał. LSD. Michała zaciekawił opis działania substancji, która mogła powodować na jawie stany, które on przeżywał w snach. Tak więc, gdy kolega zaproponował wspólne zażycie kwasu, nie odmówił. Skończyło się katastrofalnie, gdyż Michała dopadł ogromny lęk przed śmiercią. Wszystko stało się mroczne i musiał ratować się ucieczką do domu, gdzie resztę wieczoru spędził pod kołdrą, aż zasnął. Lecz po tym nic nie było już takie samo.
Wpadł w depresję, przestał chodzić do pracy, spędzał całe dnie w łóżku. Jego życie stało się szare, gdyż na domiar złego najzwyczajniej przestał śnić. Zaczął nawet nadużywać alkoholu, mimo że przez całe życie był mu przeciwny. Nie chciał być taki jak jego ojciec, który gdy wracał pijany do domu, nie był podobny do tatusia, jak zwykł go nazywać, a do jakiegoś krwiożerczego zwierza rodem z horroru. Próbował pić, lecz nie zawsze mu to pomagało. Podczas upojenia alkoholowego opuszczała go depresja, jednak stan ten nie trwał długo i by go utrzymać, musiał pić coraz więcej. Przesadzał z ilością wlewanego w siebie alkoholu i przez cały kolejny dzień odchorowywał z głową zawieszoną nad muszlą klozetową. Któregoś wieczora, gdy wreszcie doszedł do siebie po ciężkim kacu, ruszył na zakupy. W markecie spotkał Sabinę. Michał?
— zapytała, widząc, że jest w opłakanym stanie. Cześć Sabina, co u ciebie? Wszystko w porządku, a u ciebie? Nie wyglądasz najlepiej. Mam problemy z żołądkiem — skłamał. Dziewczyna zmarszczyła nos i powiedziała: Na kaca najlepsza jest cola. Dziwne. Świętej pamięci majster zawsze mówił, że czym się strułeś, tym się lecz. Sabina zaprosiła go do pobliskiego lokalu na colę. Obudziła się w niej dawna ciekawość.
Była natarczywa i dopytywała Michała o jego życie i sny, a ten nie miał siły kłamać. Wyśpiewał jej wszystko. Mam coś dla ciebie — powiedziała. Ale musimy iść do mnie. Sabina zaprosiła go do mieszkania. Ręką wskazała fotel i Michał usiadł. Przyniosła mu szklankę wody i zniknęła w drugim pokoju. Po chwili wróciła, trzymając w objęciach księgę. Myślę, że to może cię zainteresować. Wpadła mi w ręce jakiś czas temu.
Kupiłam ją z myślą o tobie — powiedziała i podała mu wolumin. Wybacz, zapomniałam ci ją wysłać. Przypomniałam sobie o niej dopiero dzisiaj, gdy cię zobaczyłam. Michał wziął od niej książkę i przeczytał tytuł: „Tybetańska księga snu i śnienia”. Otworzył wolumin na pierwszej stronie. Jego oczom ukazał się tajemniczy runiczny symbol, który wręcz hipnotyzował. Po jakimś czasie pożegnał Sabinę i ruszył do domu. Po powrocie natychmiast oddał się lekturze. Przeczytał kilkanaście stron, po czym wrócił na pierwszą stronę i zapatrzył się na sekretny symbol. Michał nie mógł oderwać od niego wzroku.
Trwało to kilkanaście minut, aż wreszcie znużony zasnął na fotelu. Tej nocy zadziały się cuda. Michał znów śnił. Wiele nie zapamiętał, tylko jedną scenę, ale ta scena wystarczyła, żeby rozbudzić w nim nowe nadzieje. Śniła mu się nieskończenie piękna lisia bogini, która siedziała na drzewie i przyzywała go do siebie. Zinterpretował ten sen w ten sposób, że wyszło na to, iż niedługo pozna miłość swojego życia. Z miejsca zadzwonił do firmy, by zapytać, czy go znów zatrudnią. Następnego dnia już pracował. Teraz jego życie wyglądało tak, że od 7:00 do 19:00 ostro szarpał, przytykając kible, zlewy, wymieniając rury i montując urządzenia sanitarne. Sił do pracy dodawała mu lisia piękność ze snu.
Cały czas siedziała mu z tyłu głowy. Musiał przecież uzbierać jak najwięcej pieniędzy dla niej, dla siebie i dla nich. Wieczorami czytywał „Tybetańską księgę snu i śnienia”. Błądził po bezdrożach Internetu, by dowiedzieć się jak najwięcej. Zaczął praktykować tak zwaną jogę snu. W ciągu dnia wielokrotnie spoglądał na swoją otwartą dłoń po to, aby później zrobić tak w trakcie śnienia i przejąć kontrolę nad senną iluzją. Nocne podróże zaczęły powracać. Jego sny wzniosły się na wyższy poziom. To, czego wcześniej doświadczał, było niczym w porównaniu ze stanami, do których doprowadziły go ćwiczenia i lektura. Za każdym razem, gdy szedł spać, cieszył się jak głupi, gdyż wiedział, że czeka go przejażdżka kosmicznym rollercoasterem.
Z drugiej strony nie traktował swoich snów zbyt poważnie. Poza tym jednym, w którym objawiła mu się piękność na drzewie. Ciągła praktyka przejmowania kontroli nad śnieniem dała mu możliwość schodzenia na coraz głębsze poziomy. Gdy czuł, że zbliża się kulminacja, spoglądał na swoją otwartą dłoń. Uświadamiał sobie, że śni i niezależnie od okoliczności robił się senny. Zasypiał i schodził na głębszy poziom. Na początku udawało mu się zejść do drugiego lub trzeciego poziomu. Zauważył, że potrafi już w pierwszym śnie czy nawet podczas zasypiania kreować kolejne. Po jakimś czasie zszedł do czwartego poziomu, potem do piątego, lecz dalej napotykał opór. Próbował śnić o lisiej bogini, jednak nie mógł jej spotkać w snach do piątego stopnia.
W zamian za to marzył o różnych innych kobietach. Zakładał rodziny, płodził dzieci i był świadkiem, jak umierają. Przeżywał chwile niesamowitej radości, jak i rozpaczy, której może doświadczyć rodzic czy małżonek, patrząc, jak umiera jego ukochana lub jak dziecko ginie pod kołami samochodu. Bogini nie dawała mu spokoju. Instynktownie czuł, że ta piękność jest gdzieś tam, na kolejnych poziomach. Przeczytał tybetańską księgę snu i śnienia kilka razy i myśląc, że więcej już z niej nie wyniesie, postanowił oddać ją Sabinie. Wybrał się do niej następnego dnia wieczorem. Odebrała domofon. „Halo?” „Sabina, to ja. Przyszedłem oddać ci książkę”.
„Michał!” — wykrzyknęła przez łzy. „Wszystko dobrze?” — dopytał. „Tak, ale ja już się ogarniam. Wejdź” — odpowiedziała i usłyszał dźwięk elektrozamka. Wszedł na górę. Już chciał nacisnąć na dzwonek, gdy Sabina otworzyła drzwi. Była nieuczesana i wyglądała, jakby przed chwilą płakała. Stan, w jakim się znajdowała, nie ujmował, a wręcz dodawał jej uroku. Była niczym rozbuchane emocjonalnie żeńskie bóstwo. Michał podał jej książkę.
Ta, zamiast ją odebrać, wpadła w jego ramiona, a po chwili bez słowa go pocałowała. Wyrwał się jej. „Hej, jak to?” „Zostawił mnie”. „To jeszcze nie powód, żeby rzucać się na pierwszego lepszego mężczyznę”. „Nie jesteś pierwszym lepszym. Jesteś moim księciem ze snów. Zostaniesz na kawę?” Nie zdążyli dopić kawy, a już wylądowali w łóżku. Michał wyobrażał sobie, że kocha się z lisicą ze swych sennych marzeń. Robił to namiętnie, aż w końcu zasnęli przytuleni. Michał, wtulony w czarnowłosą piękność, zszedł do pierwszego poziomu śnienia bez jakiejkolwiek wstępnej kreacji.
Śniło mu się, że jest skaterem. Jeździł po rampie na desce, a widownia nagradzała każdy jego trik gromkimi brawami. Był niczym Tony Hawk. Zrobił kilka kickflipów, następnie heelflipa, a tłum zawył z radości. Rozpędził się, zjechał z poręczy, a zeskakując z niej zrobił jeszcze jeden obrót. Po chwili wjechał na rampę i w czasie skoku dorzucił wiral kickflipa. Tłum oszalał. Michał, zatrzymawszy się na krawędzi rampy, ukłonił się, po czym spojrzał na swoją dłoń. Biegł. Nie był jednak człowiekiem, a małym słoniem, którego goniło stado lwic.
Michał dziwnie się czuł w ciele słonia. Próbował jakoś odganiać lwy, jednak te zastępowały mu drogę oraz atakowały od tyłu. Wściekle się na nie rzucał i kilka mocno poturbował. Jedna nie podniosła się już z ziemi. Michał czuł swoje poharatane słoniowe ciało i z chwili na chwilę tracił siły. Wpadł w panikę, gdyż próbował spojrzeć na swą dłoń, lecz niestety takowej nie posiadał. Wtedy lwice przeprowadziły zmasowany atak. Zaczęły płatami odgryzać jego skórę wraz z mięśniami, a do tego przygniotły go tak, że nie mógł się ruszyć. Michał czuł, że kona. Oczy same zaczęły mu się zamykać, a wtedy ostatkiem sił otworzył je i ujrzał spadającą mu na pysk lwią łapę.
To wystarczyło. Zszedł do kolejnego poziomu snu. Kroczył ulicami swojego rodzinnego miasta. Przechodnie jakoś dziwnie na niego spoglądali, chichocząc. Wszedł na deptak, a oczy wszystkich spacerujących ludzi zwracały się w jego stronę. Spojrzał na witrynę pierwszego lepszego sklepu i zobaczył w niej swoje odbicie. Był zgarbionym i brzydkim chłopakiem ze zdeformowaną twarzą. Wyglądał niczym dzwonnik z Notre Dame, a nawet był od niego brzydszy. Spojrzał na swój T-shirt i wtedy zrozumiał, dlaczego wszyscy ludzie się z niego śmieją. Na torsie nosił napis: „Niezłe ze mnie ciacho”.
Przeszedł się wzdłuż deptaka, wyłapał jeszcze kilka śmieszków i ze dwie salwy śmiechu, a następnie spojrzał na swoją dłoń. Zszedł do czwartego poziomu. Znalazł się na ringu. Powitał go mocny lewy sierpowy. Cyng! Znalazł się na ringu. Powitał go mocny lewy sierpowy lądujący na szczęce. Następnie przeciwnik wystosował prawy podbródkowy, który Michał jakimś cudem zablokował, po czym odskoczył, wypuszczając zaczepny lewy prosty. Trafił w sam środek twarzy rywala. Przeciwnika to rozwścieczyło.
Zaczął napierać. Zaatakował podwójnym lewym prostym. Zrobił unik i uderzył go w wątrobę. Michał trzymał zwartą gardę. Ciosy odbiły się od jego rękawic i łokci. Zaczęła się walka w półdystansie. Michał zaatakował lewym sierpem na górę, prawym sierpem na dół. Zrobił unik w prawo i uderzył z kontry prawym sierpem na szczękę rywala. Ten odskoczył, jednak wydawał się zamroczony, czego Michał nie przepuścił. Wyprowadził dwa proste, lewego sierpa w dół, prawego na dół, lekkiego lewego górnego sierpa, który miał go przygotować do ostatecznego ciosu.
Przeciwnik odsłonił się i wtedy Michał, będący teraz w doskonałej pozycji po ciosie z lewej, wyprowadził prawego haka, który okazał się nokautujący. Rywal poleciał do tyłu. Michał wyprowadził jeszcze sierpa, jednak ten ledwo musnął padającego. Sędzia ringowy zaczął liczyć leżącego. Michał spojrzał na swoje rękawice. Dylidyli! To wystarczyło. Na kolejnym poziomie obudził się z kobiecą dłonią na policzku. Nieznajoma zdecydowanym ruchem poprowadziła jego lico ku swojemu. Ich wargi złączyły się, a języki zawirowały dokoła siebie.
Otworzył oczy i ujrzał Sabinę. Czuł się niesamowicie zakochany. Serce biło mu mocno, a z każdą chwilą robiło mu się coraz bardziej gorąco. Pocałunek trwał kilka chwil. Ręce Michała powędrowały ku jej plecom, a następnie pośladkom. Gdy chciał rzucić ją na łóżko, ta odepchnęła go i pogroziła palcem. Podeszła do drzwi, otworzyła je i wpuściła do pokoju długonogą blondynkę wystrojoną w krótką czarno-srebrną mini, wysokie czerwone szpilki i bluzeczkę w wężowe łuski. Blondyna podeszła do Michała, założyła mu dłoń na szyję i przejechała swoimi długimi czerwonymi paznokciami od karku aż po tors, gdzie zaczęła tarmosić jego klatkę piersiową. Nie była delikatna. Wbijała w niego szpony, aż wreszcie powędrowała nimi do pośladków, a wargami przykleiła się do jego ust.
Ręką zaczęła ściskać jego genitalia. Nie trwało to długo. Mniej więcej tyle, aż członek Michała odpowiednio stwardniał. Wtedy rzuciła go na łóżko, zadarła swoją mini, po czym usiadła na nim okrakiem i zaczęła go ujeżdżać. Michał czuł, jak jej paznokcie wbijają mu się w barki. Próbował dotrzymać jej tempa, jednak blondyna przeszła do szybkiego galopu, by po chwili, mdlejąc w jego rękach, zacisnąć mięśnie macicy w ten sposób, że członek, chcąc nie chcąc, musiał się wysunąć. Ta w spazmach oddała swoje płyny. Po trzech sekundach ocknęła się i wsiadła na niego po raz drugi. Michał myślał o słodkiej Sabinie, która wyszła z pokoju, wpuszczając do niego inną kobietę. Czuł palące pragnienie jej ciała i duszy.
Próbował sobie wyobrazić, że to właśnie ona po raz kolejny na niego wsiada. Doznawał wielkiego zawodu, gdy otwierał oczy, a na nim z kusu przechodziła w galop nieznajoma. Zrobili to po raz drugi. Kobieta znów szczytowała w jękach, po czym zmoczyła łóżko. Jeszcze raz. Tym razem obróciła Michała tak, że teraz to on był na górze. Zaczęła nadawać tempa ruchom jego miednicy swoimi dłońmi. Zamknął oczy. Wyobraził sobie, że oto przed nim leży jego ukochana Sabina. Nabierał tempa, lecz co chwila musiał przestawać, gdyż nogi blondynki wpadały w drgawki i tak zaciskała mięśnie, że nawet szpilka by się w nią nie wcisnęła.
Kolejne serie zaciśnięć kończyła tryśnięciem z pochwy. Michał już trochę się zmęczył, więc zwolnił tempa, a wtedy blondynka zrzuciła go z siebie i doskoczyła do jego krocza. Zaczęła energicznie mu obciągać. Ten rozluźnił się, poszybowawszy w fantazje o Sabinie. Wyobrażał sobie, że to właśnie ona próbuje wyssać z niego męskie soki. Trwało to kilka chwil, po czym Michał napełnił usta blondynki nasieniem. Otworzył oczy. Mógł ujrzeć, jak ta wszystko połyka i oblizuje się. Po wszystkim ubrała ściągniętą na szybko bluzkę w wężową łuskę, poprawiła mini, wsunęła stopy w szpilki i puszczając mu uwodzicielskie oczko, wyszła z pokoju. Po chwili wróciła Sabina.
Miała ze sobą worek z lodem. Usiadła obok Michała, przycisnęła mu go do krocza i pocałowała w usta. Zaczęli się delikatnie pieścić, a po jakichś kilku minutach, gdy uznała, że jest gotowy, ponownie odepchnęła go od siebie. Wyszła i wpuściła do pokoju kolejną kobietę, tym razem czerwonowłosą Azjatkę ubraną w złoto-czarną sukienkę i czarne szpilki. Sytuacja powtórzyła się. Michał znów cierpiał, tęskniąc do swojej ukochanej, jednocześnie zaspokajając seksualne żądze Azjatki. Następna była ufarbowana na blond Afroamerykanka. Michał nie mógł skupić swoich myśli. Cały czas myślał o Sabinie. Jego serce wyrywało się do ukochanej, która w iście diabelski sposób podniecała go, by potem móc go wystawić innej kobiecie.
Instynktownie chciał spojrzeć na swoją dłoń, by przejąć kontrolę nad snem, by zejść niżej. Jednak umysł natarczywie wracał do myśli o Sabinie. Pławił się w tej namiętności. Jego instynkt nie współgrał z umysłem. Michał zdenerwował się i maksymalnie przyśpieszył tempo, tak że jęki Murzynki przerodziły się w krzyk. Próbowała go odepchnąć, jednak ten mocno przytrzymywał ją rękami i pracował, ile fabryka dała. W końcu szczytował. Na ten mały moment jego umysł wyłączył się. Wtedy ostatkiem sił postawił sobie rękę przed oczyma. Zszedł jeszcze niżej.
Ocucił go delikatny deszczyk. Opierał się o drzewo, z którego ktoś zdarł kawałek kory i zrobił sześć poziomów nacięć. Przejechał po nich dłonią i u swoich stóp zobaczył wbity w ziemię nóż. Spojrzał na swoje ramiona i zdał sobie sprawę, że jest chłopcem sam w środku lasu. Wtedy też usłyszał warczenie. Obejrzał się i zobaczył białego wilka, który szczerzył na niego kły. Niespodzianie wilk przestał warczeć i w umyśle Michała rozległ się wilczy głos: „Już wystarczy. Nie możesz zejść niżej”. Michał chwycił za nóż i rzucił się na wilka. Ugodził go kilkakrotnie w gardło i pierś, po czym spojrzał na swoją zakrwawioną dłoń, zrobił się senny i zszedł do niższego poziomu.
Znalazł się w jakimś kosmicznym tunelu. Spadał z zawrotną szybkością. Zdawał sobie sprawę, że to nie jeden z tych snów, w którym obudzi się, gdy wreszcie wyrżnie w podłoże. Spojrzał w dół i ujrzał jakiś niewyraźny symbol. Czuł, jak ten znak go przyciąga. Z sekundy na sekundę symbol robił się coraz większy i przybierał na ostrości. Po chwili rozpoznał go. Był to dziwny znak z pierwszej strony książki, którą dostał od Sabiny. Właśnie wtedy symbol zapłonął na czarno i jeszcze mocniej przyciągnął Michała, a ten w mgnieniu oka zderzył się z nim. Wpadł w pieczęć i dokonała się przemiana.
Przed nim wyrosło wielkie metalowe drzewo, a na jego szczycie siedziała opromieniona świetlistą poświatą lisia istota. Michała przygniótł jej magnetyzm. Jedyne, czego instynktownie pragnął, to posiąść ją. Zaczął wspinać się na drzewo, raniąc swój odwłok o jego metalowe kolce. Jednak żądza, którą odczuwał, była tak silna, że przewyższała ból fizyczny. Michał wspinał się coraz wyżej i wyżej. Kolce raniły go jeszcze bardziej. W końcu zsunął się na ostrą metalową gałąź. Ta przecięła go w pół. Jego wnętrzności spłynęły po drzewie.
On sam konał. Męczarniał, by umrzeć i następnie odrodzić się, by po raz kolejny podjąć wędrówkę. Michał nie był już człowiekiem, a przepełnioną żądzą czarną, błotnistą istotą. Zmierzał na górę pośród smrodu swoich trzewi. Jednak metalowe drzewo znów porozcinało go na kawałki i spłynął po jego konarze. Znów odrodził się przed drzewem i znów zaczął się na nie wdrapywać. Przyciągany magnetyzmem lisicy, która była na jego szczycie. Jego umysł nie działał już tak jak ludzki. W jego głowie powstała mentalna pętla. Potrafił tylko podążyć za swoim instynktem, piąć się dalej ku koronie drzewa.
Dziesiątki razy rozcinał flaki o metalowe gałęzie, potem umierał i na nowo odradzał się pode drzewem. Ciągnięty swym instynktem, pozbawiony umiejętności mentalnych, zamknięty w pętli umysłu wspinał się na metalowe drzewo po to, by na nim skonać i odrodzić się na nowo. Nie miał już rąk, na które mógłby spojrzeć. Nawet nie potrafił pomyśleć o przejęciu jakiejkolwiek kontroli. Sabina przebudziła się i upewniwszy się, że Michał śpi, siadła przy łóżku w lotosie i rozpoczęła medytować. Po kilku minutach osiągnęła dostateczny poziom koncentracji. Skupiła całą swoją uwagę na wewnętrznym trzecim oku. Następnie sprawdziła jaźń śpiącego Michała, a to, co w niej zobaczyła, wywołało na jej twarzy szeroki uśmiech. Sięgnęła do nocnej szafki i wyciągnęła pudełko zapałek. Odpaliła jedno.
Spojrzała w płomień. Wypowiedziała krótkie zaklęcie. Podłożyła płonącą zapałkę pod usta i wciągnęła cały jej ogień do płuc w ten sposób, że zapałka doszczętnie się wypaliła. Spojrzała na popiół, który został na jej ręce. Dmuchnęła nim w Michała i rzekła: „Fiat viet ei”. Ten zaczął się zmniejszać. Trwało to niecałą minutę, aż skurczył się do rozmiarów zapałki. Sabina, z której ust nie schodził szelmowski uśmieszek Chwyciła go w dłoń, po czym wrzuciła do swojej szkatułki. Nie był pierwszym śpiącym królewiczem, który znalazł się w magicznym pudełku. Tak jak poprzednicy, swoją siłą życiową miał zapewnić wiedźmie wigor i młodość na kolejne lata.
Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadar.
[03:59:03] - Proszę państwa, a teraz nowość Bibliotekarium 2.0. Na naszej katedrze pojawi się Katarzyna Prychacz. Katarzyna Prychacz w Book Radio od trzech sezonów prowadzi audycję, która się nazywa „Alchemia tworzenia”. Pamiętacie państwo audycję, która była poprzedniczką tej? Było ABW: Antologia Bibliotekarium Warsztaty. My tam mieliśmy część warsztatową, w której z Wiktorem staraliśmy się udzielać rad pisarskich. Co robić, jak nie robić, dlaczego robić i tak dalej. Doszedłem w pewnym momencie do wniosku, że to bardzo sztywne było. Takie wykłady, ale suche, takich profesorów, którzy już stracili radość z wykładania. Znaleźliśmy się gdzieś w sieci z Katarzyną Prychacz.
Proszę państwa, ona również prowadzi warsztaty. Za chwilę pierwszy odcinek tych warsztatów. Prowadzi warsztaty, ale jednocześnie nie są to warsztaty takie, że mówi ex cathedra: „To musicie robić, tamto musicie robić”. Ona wspólnie z państwem będzie bawić się literaturą. Może na początku nie literaturą, ale układaniem historii, ale to w sposób niejako niezauważalny. Ci, którzy zechcą posłuchać tego, o czym mówi Katarzyna, wejdą na taką ścieżkę tworzenia opowieści, bo na waszych oczach Katarzyna tworzy kolejne opowieści. Niesamowite historie. Zwraca też oczywiście uwagę na pewne konstrukcje, na pewne rzeczy, które w opowiadaniu historii, tym pisemnym również, na które należy zwrócić uwagę. Ale ja powiem państwu tak: mam się za jakiegoś wyjadacza, czy to czytelniczego, czy po części chociażby piszącego jakieś skromne utworki, ale ja za każdym razem z fascynacją słucham kolejnych odcinków „Alchemii tworzenia”, bo to jest dla mnie super zabawa i ja na tę zabawę państwa zapraszam. Dzisiaj pierwszy odcinek to pierwsze koty za płoty, ale wierzcie mi państwo, jak już Katarzyna wystartuje, to będziecie państwo zachwyceni.
Mam nadzieję przynajmniej, że będziecie państwo zachwyceni. Ja tej audycji słucham od kilkudziesięciu odcinków i jestem nieustannie zachwycony. Historie, które tam powstają, to są historie, którymi się możecie państwo bawić. Możecie je zmieniać, możecie je również przekształcać. Jeśli byście chcieli z Katarzyną nawiązać kontakt, to jest taki kanał na YouTubie „Alchemia tworzenia”. Sięgnijcie tam. Tam są retransmitowane odcinki. Tam można zapytać o coś bezpośrednio Katarzynę. Polecam. Myślę, że ci wszyscy, którzy piszą, którzy pisaniem się bawią, chcą się bawić, z tej audycji sporo wyciągną.
Bardzo polecam i zapraszam.
[04:02:20] - Halo, halo ludności! Serdecznie witam was po wakacyjnej przerwie. Ja jestem Katarzyna Prychacz, a wy słuchacie „Alchemii tworzenia”. Alchemia tworzenia. Marta, nie wiem, czy odpowiednio dużo razy dziękowałam ci za ten zacny dżingiel. Podziękuję i tutaj. Naprawdę good job. Dobra, słuchajcie, dosyć prywaty. Możecie w domowym zaciszu zrobić jakieś małe clap clap dla Marty, bo naprawdę ja lubię tą muzyczkę. Czasami sobie włączę ten dżingiel tak po prostu.
Wróciliśmy po wakacjach. Miałam trochę różnych przemyśleń i różnych innych mniejszych bądź większych zawirowań. I tak sobie wymyśliłam, że zmienimy sobie troszeczkę formułę tego podcastu, jako że na razie nie dostaję od was feedbacku czy jakichś propozycji, podpowiedzi czy waszych problemów. Prawda jest taka, że ja lubię pracować na żywych organizmach i naprawdę dużo lepiej by mi było się odnieść do czegoś, co wiem, że faktycznie ktoś teraz tego potrzebuje i zastosuje, niż szukać tych ogólnych tematów, które oczywiście, że też są ważne i naprawdę cudownie, jakby każdy z was sobie podziałał z tymi 19 tematami, które przerobiliśmy. Natomiast 19 to bardzo dużo tematów, bardzo ciężkiego kalibru niekiedy do przerobienia. Więc pomyślałam sobie, że ten sezon zrobimy zupełnie bardziej na luzie. A z racji, że oprócz tego, że jestem trenerem i pomagam układać ludziom sobie samym w głowach, ale też jestem trenerem wymyślania. Nie byłabym sobą, gdyby nam tutaj jednak zabrakło kreatywności. Czuję takie wołanie ze środka. Także pomyślałam, że ten sezon poświęcimy inspiracji, kreatywności, wyobraźni, wymyślaniu i tak dalej.
O co chodzi? Chodzi o to, że każdy odcinek teraz, w tym sezonie, będzie swojego rodzaju inspiracją, może pomysłem na fabułę. Żebyście nie doznali zbyt wielkiego szoku termicznego, to oczywiście, że i Salvador Dali tym razem będzie nam towarzyszył. Poniekąd po raz kolejny stał się inspiracją moją do wielkich rzeczy, bo tak sobie myślałam, co tutaj zrobić, jak tutaj udziwnić, jak sobie dorzucić takiego funu jeszcze więcej w tym podcaście. I zaczęłam przeglądać moją magiczną książeczkę, jak zawsze, w poszukiwaniu cytatu. Tak jak było wcześniej. Cytat, który gdzieś tam mnie inspirował i sprawiał, że bardzo fajnie można było to połączyć z ważnymi tematami. I otworzyłam tę moją książeczkę na stronach, gdzie mam listę tytułów dzieł Dalego. Pewnie nie każdy z was wie, ale słynął z tego, że te tytuły były nadzwyczajne, że tak powiem, albo niezwyczajne. Zdecydowanie nietuzinkowe.
I pomyślałam, że w każdym odcinku w tym sezonie wezmę sobie jeden z tytułów jego dzieła i spróbuję wymyślić do niego fabułę. Zaraz przejdę do rzeczy, to będziecie wiedzieli, o co chodzi, bo to może na razie brzmieć trochę niestandardowo, nielogicznie, ale jak usłyszycie tytuł, to myślę, że też będą wam się już jawiły jakieś fajne rzeczy w głowie. I oczywiście też, żeby nie było w tym chaosu czy zbyt mojej surowej improwizacji. Ja lubię popłynąć, a jednak nie tędy droga, żebyśmy tutaj bardzo długo sobie pływali. Więc oczywiście, że stworzyłam sobie schemat do tworzenia takich podwalin fabuły. Zachęcam też, jeżeli macie ochotę, korzystajcie sobie przy swoich fabułach z tego schematu. To nie jest do końca coś takiego jak plan wydarzeń, tylko bardziej jak takie stworzenie. Ja sobie na przykład z tego schematu tworzę mapy myślowe do moich opowiadań. To są takie najważniejsze rzeczy, taka baza wiedzy podstawowej na temat właśnie czy to troszeczkę uniwersum, czy to tego, co tam ma się dziać, ale przede wszystkim tej problematyki i fabuły. Dobra, nie ględzę.
Słuchajcie, lecimy z tematem. Oto tytuł: „Aptekarz unoszący nadzwyczaj ostrożnie skórę fortepianu”. Ba dum tss. Za to Dali ma moje pełne uznanie, moje serduszko. Przecież jest moim autorytetem, jakby nie patrzył. To jest po prostu człowiek, który nigdy się nie imał żadnych ograniczeń. Jedyne, co go ograniczało, to jego własna wyobraźnia. Więc w sumie czemu nie? Mamy tytuł. Już sam tytuł opowiada niezłą historię z pogranicza może jakiejś groteski, horroru czy właśnie absurdu.
No i słuchajcie, zadanie sobie takie tu wymyśliłam, że teraz sobie będziemy rozkminiać, co to mogła być za historia, jaka historia może kryć się pod tym zdaniem, co mogło się wydarzyć, do czego to mogło doprowadzić, czy w ogóle kim był ów aptekarz czy bohater. Wspominałam o schemacie, więc pierwszy punkt, który mam w tym schemacie, to jest punkt, który dotyczy kwestii tego, jak jest. Chodzi tutaj właśnie o to, jak jest tu i teraz, kiedy poznajemy naszego bohatera. I tak sobie patrzę, co tu może być. Skoro aptekarz podnosi nadzwyczaj ostrożnie tę skórę fortepianu, to pewnie ten fortepian musi być cenny. Nie wiem, jeszcze pomyślimy z tą skórą. Miałabym ochotę pójść dosłownie, ale zobaczymy. To jak jest? To może w odpowiedzi na to pytanie: może jest jakaś bieda? Może spotkało aptekarza coś, co sprawiło, że musi zacząć po coś grzebać w swojej jakiejś cennej rzeczy?
A może fortepian jest tutaj tak naprawdę taką metaforą dla jego bogactwa czy dla jego spadku albo jakichś kosztowności czy skarbu, który posiada? Więc myślę sobie, jak tak widzę sobie tego aptekarza, w sumie to widzę taki mały domek, małe mieszkanko, taką chałupkę. Drewniane ściany, trochę tak obskurnie, ale pośrodku stoi taki wielki, bardzo ekskluzywny fortepian. Ja go sobie widzę jako taki czarny, błyszczący. Taka klasyka rodzaju, jak to z jakichś filmów z willi jakichś bogaczy. Z tą skórą właśnie jeszcze pomyślę. Ale właśnie to jest najcenniejsza rzecz, którą posiada ten aptekarz. I teraz mam kolejne pytanie. Oczywiście możemy sobie zaraz wracać do nich z powrotem. Kolejnym pytaniem w schemaciku jest: jak było?
Czyli jak było, zanim poznaliśmy naszego aptekarza, zanim my jako odbiorcy weszliśmy sobie tutaj do jego chatki i zobaczyliśmy to pianino. Przepraszam, fortepian. Nie umniejszajmy skarbom. To jest fortepian. Jak było? Myślę, że było stabilnie. Jakoś mu się wiodło. Było go stać na utrzymanie chałupki, na utrzymanie rodziny. Myślę, że ten nasz aptekarz powinien mieć rodzinę, nie? Fajnie by było, jakby miał rodzinę albo żonę.
O, niech ma żonę. Skoro tak nie było tam zbyt bogato, to chociaż... Dobra, dajmy mu żonę i dziecko. Córkę. Małą córkę. Taką jeszcze małą, jeszcze nie ma roku. I sobie wiedli swoje życie. Miło, ciepło w tej chałupce. Wystarczyło im to, co aptekarz zarabiał. Mogli żyć godnie i aptekarz za dnia był aptekarzem.
Natomiast kiedy wracał do domu, to zamieniał się w wirtuoza i grał na tym swoim pięknym fortepianie. Zróbmy magiczny ten fortepian. Może to być jakiś artefakt. Artefakt by nam się jakiś fajny przydał. Co ja z tym pianinem? Zaczarowany fortepian. Fajnie! Będzie trzeba przekminić, czy to jakaś wróżka go zaczarowała, czy może on jest magiczną istotą. Tak! I wtedy mamy skórę.
Dobra, fortepian. Jak to się w Harrym Potterze nazywało? Transmutacja czy coś? Zwierzątko zamienione w przedmiot. Kurczę, robi się grubo. Dobra, podoba mi się to. Czyli tak jak już mówiłam, było miło, stabilnie. I teraz pytanie trzecie: co się zmieniło? Tutaj właśnie mamy idealny moment na wprowadzenie tego zachwiania, tej sielanki i tego wezwania do wyprawy, jeżeli popatrzylibyśmy na schemat podróży bohatera. Czyli tak, coś musiało się zepsuć.
Z jakiegoś powodu on grzebie w swoim skarbie, jakkolwiek by to nie brzmiało. Stracenie pracy to nie, to jest za proste. Może jakiś klient? Może coś poszło nie tak? Czekajcie. A może zrobimy takiego bardziej alchemika, aptekarza. W sumie mamy alchemię tworzenia, to może zrobimy takiego trochę średniowiecznego aptekarza. Co prawda myślałam, żeby tu jakieś mafioso u niego coś zlecił. To może średniowieczne mafioso. Właśnie, w średniowieczu jaki jest odpowiednik tych mafiosów?
Jakiś niecny szlachcic? Albo zróbmy może magów. Dobra, mamy już alchemika. Już wiem. To może być jakiś nekromanta, który przyszedł do alchemika. Kamień filozoficzny to za proste. Przyszedł po coś, po jakąś substancję. Musiałabym zrobić research, żeby znaleźć coś fajnego. Potrzebuje jakąś miksturę, która co może robić? Nekromanta robi rytuały.
Podnosi zmarłych z bycia zmarłymi. Dobra, to jest do przemyślenia, bo to nie chodzi o to, żeby teraz tutaj przy tym stać. Na razie mam w głowie jakąś fiolkę, jakiś eliksir i może aptekarz nie podołał. I teraz tak: albo faktycznie nie dał rady zrobić tego eliksiru, albo może właśnie zrobił eliksir. Może to jest aptekarz z dziada na pradziada. Aptekarz alchemik. On jest zawsze skuteczny i zawsze jego mikstury się sprawdzają. Natomiast może ten nekromanta chciał go oszukać i twierdzi, że to nie zadziałało albo źle użył tej mikstury. No dobra, to mamy coś takiego. Czyli co się zmieniło?
Może zmieniło się teraz to, że nekromanta żąda zwrotu pieniędzy. Natomiast to była bardzo rzadka mikstura. Nie tyle konsystencja, co po prostu miała rzadkie składniki, rzadko spotykane, więc aptekarz większość tych pieniędzy musiał tak naprawdę wydać na te składniki. A za resztę co, opłacił czynsz? Nie. To była jego chata. Dobra, ale jakaś tam danina czy coś było, jakieś podatki. Ale to jest za proste. Co może być? Co mogło być?
A może on w coś inwestuje? Bo wiecie, choroba dziecka czy takie rzeczy to za proste. Poza tym on jest aptekarzem. Żona, coś może z żoną. Na co pieniądze mogły iść? A może żona w coś inwestuje? To jest kobieta rozwoju, kobieta postępu. Więc po opłaceniu danin resztę pieniędzy aptekarz wraz z żoną ulokowali w jej czymś. Teraz tylko co ona mogła robić? Może ona się uczyła?
Może ona chciała na studia? I jest, i mamy to. Czyli zapłacili pierwszą ratę za studia jego żony. Ciekawe, co by mogła studiować. Nie wiem. Jeżeli były uczelnie w średniowieczu. Tylko teraz jakie? Dobra, to też jest do przemyślenia. Może ktoś z was by miał jakieś pomysły. Oczywiście mamy grupę Alchemia Tworzenia na Facebooku, więc myślę, że do tego też sezonu będziemy robić dedykowane posty.
I tam stworzę miejsce, więc albo stworzymy wspólnie jakąś historię, albo jeżeli będziecie mieli ochotę stworzyć coś swojego, to zachęcam. Albo wysyłajcie tam taką krótką zajawkę tego. A jeżeli macie ochotę podzielić się na przykład gotowym opowiadaniem, czy chcecie, żebym może zerknęła, czy udzieliła wam jakichś porad, czy uwag, komentarzy, to też łapcie mnie gdzieś tam prywatnie i możemy działać dalej. Wracając do historii. Czyli aptekarz jest zdesperowany i potrzebuje skądś pieniędzy, ponieważ nekromanta grozi. I czym może grozić nekromanta? Bo on w sumie nie zabija. Albo składa w ofierze. Może pójdźmy oklepanym torem, ale w sumie dziecko aptekarza by mogło robić za dobrą ofiarę gdzieś tam dla takiego nekromanty. A może nekromanta po prostu żąda zwrotu hajsu, monet, guldenów, talarów i tak dalej.
I on wcale nie groził rodzinie. Natomiast aptekarz jest paranoikiem i dopowiedział sobie resztę historii w głowie, że teraz na pewno będzie polował na jego rodzinę, na jego dziecko i tak dalej. A suma summarum może się okazać, że nekromanta wcale nie był złym człowiekiem. Pytanie czwarte, bo tutaj trochę pogadałam sobie o tym, co się zmieniło. Natomiast pytanie czwarte to jest: jakie jest rozwiązanie? Chodzi tutaj o to, na co wpadł nasz bohater. Czyli jak zmierzy się z tą zmianą, z tym problemem, z tym, co się zadziało. Przechodzimy do tych dalszych etapów podróży. I co my tu mamy? Skoro tutaj mamy, że ten aptekarz unoszący nadzwyczaj ostrożnie skórę fortepianu.
Myślę, że to tutaj może jest to rozwiązanie, na które wpadł aptekarz. Czyli jest przekonany, że musi jak najszybciej oddać te pieniądze. Nie ma tych pieniędzy, nie jest w stanie ich zarobić tak szybko, żeby oddać całą kwotę. Nie mogą też wycofać już tej opłaty za studia i tak dalej. Poszedł do jedynej najbardziej kosztownej rzeczy, którą miał w domu, czyli do tego magicznego fortepianu. I teraz jakaś historia tego artefaktu by się przydała. A może niech ten fortepian się wykluje z jajka? W sensie, że znalazł gdzieś kiedyś jajko. Albo pomieszamy tu trochę steampunku. Ale mam wizję!
Na łożu śmierci babka naszego aptekarza. Ona go wszystkiego nauczyła. Ona była taką alchemiczką prima sort w tej wiosce i ona w spadku pozostawiła naszemu aptekarzowi alchemikowi złote jajo. Złote? Niech będzie złote. A co? Bo to mogło być jajo. Chcieli stworzyć kamień filozoficzny, alchemicy zawsze dążyli do tego, żeby ołów przemienić w złoto i znaleźć lek na nieśmiertelność i tak dalej. Może babka nie zdążyła zdradzić historii tego jaja, ale to jajo było czymś cennym i krążyła legenda, że to właśnie po raz pierwszy i jedyny w historii udało się komuś przemienić zwykłe ołowiane, bryłę. W czym jest ołów?
Ołów jest płynny. Mieliśmy sobie coś ołowianego, jakiś przedmiot. Bo jajo to będzie takie... Niech będzie, dobra. Mieli sobie ołowiane jajo i niby udało im się zmienić to w złoto. I taka jest legenda tego jaja, które zostało. I aptekarz hołubił to jajo. Największy skarb. Jedyna rodowa pamiątka. Coś najcenniejszego, co zawsze miał i postanowił umieścić tą pamiątkę w najważniejszym punkcie ich chaty.
Ale też oczywiście, żeby to nie było takie oczywiste, że jak ktoś by przyszedł czy napadł na tą chatę, to żeby od razu się nie zorientował. Aptekarz był zmyślny i włożył to jajo do wielkiego wiadra z ziemią. I tam zasadził paproć. Dobra, nie pytajcie. Paproć zawsze na propsie. Ale to nie była taka zwykła paproć, ponieważ wykopał ją nocą w lesie podczas pełni księżyca. I to był czas, kiedy kwitły kwiaty paproci, a on akurat wykopał ją tuż przed tym, jak kwiat rozkwitnął. Zatrzymał ten proces kwitnienia. Przeniósł ją do tego wiadra na środku mieszkania. Takie drewniane wiadro, porządne, zbite z deseczek wiadro.
Nie musiało być ładne. Włożył to jajo w ziemię, posadził na tym paproć. I zadziała się magia. Ponieważ może i ta paproć nie wydała swojego magicznego kwiatu, który spełniał życzenia i w ogóle życzył wszystkim pomyślności. Każdy, kto go znalazł, miał pomyślne życie i same sukcesy. Tylko ta cała magia przeszła korzeniami na to złote jajo. Paproć weszła w synergię ze złotym jajem i z tego jaja po paru tygodniach aptekarz zobaczył, że coś dziwnego się zadziało, że ta paproć może trochę zaczęła usychać, ale miał wrażenie, jakby zaczęła wypadać z donicy, gdzie przecież nie mogła aż tak szybko rosnąć. To nie mogły być te korzenie. W sensie korzenie nie mogły jej wypchnąć z tej ziemi. Aż któregoś razu, kiedy wrócił, zobaczył, że ta paproć leżała wyrzucona z korzeniami z wiadra.
Ziemia była rozsypana naokoło, natomiast to jajo otworzyło się, bo okazało się, że to było takie mechaniczne jajo. I tu mamy steampunk. Ach, jaka ładna miksturka! Dobra, widzicie, już się sama wkręcam w tą historię. I w tym jaju, jak aptekarz rozkopał tą ziemię, wyjął to jajo przy świetle świecy, zajrzał do środka i okazało się, że w tym jaju, w jego wnętrzu znajdował się taki miniaturowy czarny fortepian. I ten fortepian, jak to przystało na fortepian, z miesiąca na miesiąc rósł. Dobra. Wykluł się z jaja, to miał prawo rosnąć. Więc właściwie to to wiadro już nie było potrzebne. Skorupki jaja aptekarz schował pod podłogą na środku swojej chaty, bo w sumie one dalej były złote.
Przynajmniej tak myślał. Może to wcale nie było złote, tylko w kolorze złota. Natomiast w tym miejscu, tuż nad tymi złotymi skorupkami pod podłogą, ustawił ten fortepian. Zwłaszcza kiedy zorientował się, że z miesiąca na miesiąc ten fortepian naprawdę się powiększał, że przestawał być miniaturą i właściwie po roku stał się już dorosłym fortepianem. Stał się po prostu instrumentem najzwyczajniej w świecie normalnej wielkości. A teraz wiecie co przyszło mi do głowy? Kiedy były pierwsze fortepiany? Bo coś czuję, że nie w średniowieczu. To może mamy historię powstania fortepianu. To też trzeba zresearchować.
Zaczął się oswajać, oglądać ten instrument. Zobaczył te klawisze. Najpierw myślał, że to zęby, kiedy odkrył, że się klapa otwiera. Oczywiście ten fortepian się nie poruszał. To był normalny mebel. On po prostu się powiększał. Magicznie powiększał, ale był meblem. On nie piszczał, nie miał oczu, nie biegał po mieszkaniu i tak dalej. Słuchajcie, dobra, bo teraz rozwiązanie. Tutaj jest jeszcze ta skóra fortepianu.
Zaraz jeszcze o tym pomyślę. Natomiast w sumie to aptekarz mógłby po prostu chcieć przesunąć ten fortepian, żeby wydobyć to złoto spod fortepianu, spod tej podłogi. Ale fortepian był pieruńsko ciężki i nie miał kółeczek. Nie miał kółeczek. Kółeczka to już w ogóle byłoby zbyt współczesne. Aczkolwiek steampunk. Nieważne. Ten nie miał kółeczek, więc bardzo ciężko było przesunąć ten fortepian. I też bardzo ciężko było pod nim działać z tą podłogą, żeby nie uszkodzić fortepianu, a żeby się dostać jednak do tej skrytki z tym złotem. I co?
I może niechcący trącił fortepian i zobaczył, że nie tylko ta przednia klapa z zębami się otwiera, tylko że można też otworzyć plecy fortepianu. To może tutaj mamy tę skórę, że aptekarz, kiedy trącił to zobaczył, że się otwiera, to spróbował delikatnie unieść to wieko. Jak ktoś wie, jak to się mądrze nazywa, będę wdzięczna. Otworzył plecy fortepianu. I co tam znalazł? Po co je otworzył? Z ciekawości otworzył. Skoro już odkrył, że się otwierają, to przecież musiał otworzyć. Nie byłby dobrym badaczem, aptekarzem, alchemikiem, gdyby nie zadawał pytań i nie kierowała nim ciekawość. I otworzył te plecy fortepianu.
I co? I tu pomyślimy co. Albo wszystkie wnętrzności fortepianu były złote. O, już wiem. Były ze złota. Wszystkie tam elementy i struny i wszystko. To może w ogóle to były jakieś klawesy, a nie fortepian? Nieistotne. Fortepian. Mamy tutaj w tytule fortepian.
I kiedy już postanowił, że wyrwie jedną ze strun, że może to będzie coś, co zaoferuje temu nekromancie, może do jakiegoś rytuału, może coś. Serce mu krwawiło i już miał wyrwać tę strunę, kiedy pochylił się bardziej i światło świecy pokazało mu więcej w tym fortepianie i zobaczył, że w samym centrum tego fortepianu, tuż pod strunami, bije wielkie czerwone serce. Takie anatomiczne, normalne serce, nie mechaniczne, takie jak żywej istoty. I tu będzie też kolejny problem. Dlaczego nie mógł tej struny zabrać? Dobra, słuchajcie, kolejne pytanie mam takie: kim jest bohater? Tutaj w sumie trochę już wybiegłam przed szereg i o tym powiedziałam. Natomiast ja wam też wspominałam w którymś odcinku zdaje się o archetypach osobowości. To może coś wylosujemy. Idę po archetypy.
Ha! Wróciłam. Słuchajcie, żeby nie było. Nie widzicie, ale mam nadzieję, że było słychać. Potasowałam karty. I co my wybierzemy naszemu bohaterowi? W sensie myślę, ile archetypów. Dobra, to miała być prosta historia. Wybieram jeden archetyp, taki główny, dominujący naszego bohatera. Mój ulubiony.
Matka Ziemia. Dobra, ale pasuje do alchemika. Matka Ziemia. To przybliżę wam. Ekolog zatroskany o losy planety, ekosystemy, najbliższe środowisko. Edukuje i uświadamia. Daje dobry przykład swoją postawą. Angażuje się w działania służące ochronie środowiska. Zapewnia równowagę i dostatek. Potrafi też postraszyć tragiczną wizją przyszłości, jeśli dziś nie staniemy w obronie Ziemi.
Obfitość. Płodność. Życie. Cudownie. Oczywiście nie wspomniałam, sobie tasowałam karty archetypów od Gabrieli Borowczyk. Polecam, świetne narzędzie. I co? Mamy takiego Matka Ziemia, Ojca Ziemia, czyli człowiek lasu. On musi pozyskiwać te wszystkie magiczne składniki, więc on wie, jak zadbać o las, o wszystko. W sumie słuchajcie, koleś wykluł z jajka fortepian, który właściwie wyrósł pod paprocią.
Człowiek wie, co robi. I teraz kolejna rzecz, ostatnie pytanie w moim schemacie i myślę, że ono może nam dać tutaj trochę coś więcej, bo już trochę gadam i muszę zaraz kończyć. Kto pomaga bohaterowi? Tutaj mamy właśnie pytanie o sojuszników. No i co? Na pewno żona, tak? Żona zawsze, tak jak on był dla niej wsparciem, tak ona jest dla niego wsparciem. Żona pomaga, ale przydałby się ktoś jeszcze. A może sam fortepian? Może ten aptekarz, który nadzwyczaj ostrożnie unosił plecy, tą twardą drewnianą skórę pleców fortepianu i znalazł tamto serce, to skoro uświadomił sobie, że ten fortepian jest żywą istotą, z którą właściwie spędzał wieczory, tworzyli razem muzykę i byli w jakiejś relacji, to może aptekarz zacznie rozmawiać do tego fortepianu.
Będzie wreszcie gadał do rzeczy. To zacznie traktować ten fortepian tak, jak powinien od samego początku, czyli nie tak jak mebel, instrument, tylko jak żywą istotę. Jak przyjaciela, domu, rodziny. Zawsze ten fortepian dawał im szczęście i może nie mieli luksusów, nie mieszkali w wielkich hacjendach, ale ten czas, kiedy aptekarz tworzył wraz z fortepianem muzykę, a żona z córką słuchały i relaksowały się i rodzina była szczęśliwa. To może ten fortepian nie tyle będzie odpowiadał słowami, ale może niech on ożyje, co? Nie miał kółeczek, ale będzie teraz biegał na tych nóżkach. Niech ma oczka. Ja lubię, jak jakieś rzeczy mają oczka. Wiem, że niektórych to przeraża, ale mi to tak ciepło na serduszku. Ja lubię po prostu gadać do rzeczy.
Pewnie sama byłabym takim aptekarzem, który mówi do fortepianu. Czyli sojusznikami naszego bohatera są żona i fortepian. Mamy to rozwiązanie wstępne, które tutaj mówiłam, czyli chciał wydobyć to złoto spod podłogi. A może teraz jednak ten fortepian coś mu podpowie? A może pójdźmy w taką ładną historię, tak jak wspominałam, że ten nekromanta może wcale nie był aż taki zły. Natomiast nasz aptekarz zawsze czuł się w takim alercie, czuł się w zagrożeniu, czy był trochę takim paranoikiem. To może ten fortepian go uspokoi. Może w jakiś sposób da mu do zrozumienia, że tu nie chodzi o walkę, o przeżycie, o to, żeby się kłócić czy szarpać z tym nekromantą, tylko na przykład, żeby się dogadać, żeby tu doszło do dialogu. Więc może aptekarz zaprosi tego nekromantę do siebie. Powie szczerze, że jak wygląda sytuacja, że nie ma tego złota teraz, ale że mogą go ugościć, zaproszą go na jakąś kolację i wtedy aptekarz też do tej kolacji zagra na tym fortepianie i może wtedy ten nekromanta przejrzy na oczy.
Dobra, jedziemy po happy end. Więc kiedy natchnie go to piękno tej muzyki, ten spokój, ta radość, to szczęście, to wtedy nekromanta uświadomi sobie. I teraz pytanie, bo w sumie nie założyliśmy na początku, czy on go okłamał, a może po prostu ten nekromanta był takim upartym człowiekiem, który uważa, że zawsze ma rację i nie da się do niego dotrzeć. Natomiast dzięki tej pysznej kolacji, ten nastrój spokoju, to może wreszcie jednak do niego dotrze, że może jednak nie wypełnił wszystkich instrukcji od alchemika. Czyli użył tą miksturę, ale nie do końca tak, jak trzeba było. Gdzie wcześniej zarzekał się, że zrobił wszystko zgodnie z przepisem. A może pójdźmy, że miał jej użyć tylko wtedy, kiedy będzie nów, czyli kiedy nie będzie księżyca, a on to olał i zrobił to dzień wcześniej. I dojdą do porozumienia, więc może wtedy zrobią drugą miksturę. Może ta mikstura została. Tak czy siak, finalnie dogadają się.
W końcu mówili, że taniec łagodzi obyczaje, ale w sumie muzyka chyba też. Także dobra, mamy to. Mamy jakiś zarys historii. Można już coś fajnego tutaj uszyć. Oczywiście dorzucić jeszcze jakichś bajerów. Ja nie ględzę dalej, bo już trochę czasu mamy, a to też nie tędy droga. Miała być improwizacja. Więc mamy historię, jakiś tytuł do niej? Nie wiem, czy coś mi teraz przychodzi do głowy. To od daleka wzięliśmy sobie rdzeń naszej historii, inspirację.
A tytuł? Nie wiem. Pomyślmy. Dajcie znak. Znaka dajcie, jak coś wam przyjdzie do głowy. Powiem wam szczerze, że zwykle ten tytuł najlepiej mi się go daje, może nie tyle na koniec, po prostu czasami w trakcie. Czasami padnie mi jakaś jedna fajna fraza, która jest po prostu czymś takim wow. Zarówno z przekazu, jak i z tych walorów marketingowych. Dobra, ja kończę. Jak się przebiję przez mój ogień codzienności, to może i się pokuszę o spisanie tej historii.
Nawet to taka fajna, przyjemna bajeczka. Właściwie, jeżeli uznamy to za rodzaj bajki magicznej, to taki typ bajek, to nie, że ja wymyślam, tylko tak się nazywały bajki, które miały te elementy różne klątwy, czarownice i te rzeczy. Jeżeli spojrzymy na tą historię jak na baśń, to wszystko się zgadza. Nawet nie mamy tu samego w sobie absurdu, bo mamy coś zaklętego. Ja kończę na dziś. I wiecie co? Tym razem nie będę wam dawać tych zadanek kreatywnych. Ja myślę, że jeżeli poczuliście inspirację Zarówno tym tytułem Dalego, a może po prostu którymś fragmentem tej historii, czymś, o czym mówiłam, czy jakimś kierunkiem. Może którymś z tych pytań. To bierzcie.
Bierzcie, korzystajcie z tego, piszcie, róbcie. Wkręćcie się w tę historię i myślę, że to będzie najlepszym ćwiczeniem kreatywności z tego sezonu. I co? Raz jeszcze zapraszam was na grupę facebookową Alchemia Tworzenia. Jeżeli chcecie mnie namierzać w internetach, to pamiętajcie: Katarzyna Prychacz. Wpiszcie na Google'a i znajdziecie na pewno gdzieś tam jakieś namiary na mnie i inne cudowności. Ja się z wami żegnam. Mam nadzieję, że spodobała wam się ta nowa formuła. Jak nie, to tym bardziej dawajcie znaka, a będę myśleć nad inną. Aczkolwiek strasznie nie mogę się doczekać kolejnego odcinka i tego, jaki nam się wylosuje ten tytuł, jaka będzie historia.
Zobaczymy. Trzymajcie się cieplutko, bo to już idzie sezon jesienny, także dbajcie o zdrówko. I co? Ja kończę i życzę wam mocy inspiracji. Pa.
[04:36:13] - Proszę państwa, teraz mamy wykład. Żartuję. To jest prelekcja Pawła Majki z Festiwalu Fantastyki. Autora państwo znacie. Dzisiaj opowiada o kolejnych ciekawostkach. Dodam tylko, że Paweł Majka ma dużo wspólnego z etnografią, która się państwu wydaje bardzo nudna. Tam o kulturze ludowej. To nie tak. W jednej ze swoich prelekcji na przykład Paweł Majka tłumaczył, że warto czytać utwory, takie dzieła zebrane Oskara Kolberga. Jak ja to usłyszałem, mówię sobie: „Nie no, do tego to mnie nie namówisz, szanowny autorze”.
Wierzcie mi państwo, po pół godzinie mnie namówił, bo okazuje się, że oczywiście nikt nie każe państwu czytać przyśpiewek ludowych, ale Paweł Majka wyciągnął na przykład coś takiego, że całe tomy zebrane przez Kolberga, tam są pierwotne baśnie, pierwotne legendy, pierwotne opowieści ludowe, które są gotowym materiałem, w dodatku w Polsce zupełnie niewykorzystanym, gotowym materiałem na opowieści fantasy. On z racji swojego wykształcenia, on, czyli Paweł Majka, doskonale to wie. Niekoniecznie fascynuje się fantasy, chociaż poczytać sobie lubi. O tym państwo przekonacie, ale wskazuje na to, że tam warto się przemęczyć, przebić, przekuć, przeczołgać przez te tomy Kolberga, bo tam się znajdzie źródło pierwotne, z którego można korzystać. I tu jeszcze jedna uwaga. Jedna z szanownych słuchaczek po ostatniej audycji napisała, że ciekawe było to, co mówił Witold Jabłoński, ale strasznie nagrane uszy bolą. Proszę państwa, ja powiem tak. Stajemy oto przed takim dylematem. Jeśli to jest ciekawe, to może warto pomęczyć uszy i posłuchać, bo lepszymi nagraniami nie dysponuję. Takie były wtedy warunki do nagrywania.
I tak się to nagrało. Wiem, że czasami uszy bolą, mnie również, ale może czasami to ucho warto wyciągnąć i posłuchać tego niedoskonałego nagrania przecież. Sale są na ogół ogromne i dźwięk po prostu ginie w takiej ogromnej sali. Trudno mi namówić każdego autora, żeby zawieszał sobie mój dyktafon na piersiach i mówił do niego. To się raczej nie udaje, a w każdym razie nie ze wszystkimi. Dlatego troszeczkę jesteśmy skazani na tę gorszą jakość, ale ja myślę, że to jest tak: jakość nagrania jest gorsza, ale to, co mówią nasi prelegenci, chyba wynagradza tę kiepską jakość. Pozwólcie państwo, że ja jednak będę troszeczkę tych nagrań jeszcze puszczał. Chyba że państwo grymialnie zaprotestujecie, że to już tak was uszy bolą, że nie, absolutnie i nigdy w życiu. Wtedy się poddam i pewno nie będę państwa katował. Ale na razie posłuchajmy.
Udało się! Wreszcie w tym odcinku też zaliczyłem taką zbieżność. W każdym razie posłuchajmy prelekcji Pawła Majki. Zapraszam.
[04:39:42] - Ja kiedy nie bardzo wiem, co powiedzieć, mam takie zwykle dwa motywy, które zwalają winę na prowadzących. Na organizatorów. Jeden z tych zwykle motywów brzmi tak: „Słuchajcie, zrobiłem fantastyczną prezentację w PowerPoincie, ale nie mam na czym puścić”. Tym razem to jest prawda. Zrobiłem fantastyczną prezentację w PowerPoincie wczoraj. Ma trzy slajdy, ale to nie jest tam pięćdziesiąt fotek. Będę musiał niestety ich użyć z tej przyczyny, że dwa te slajdy to są cytaty, którymi chciałem dzisiaj rozpocząć. Wy nie będziecie tego nic widzieć. Trudno.
[04:40:15] - Przeczytamy na słowo.
[04:40:16] - Przeczytasz nam.
[04:40:18] - A przeczytam wam. Nie tyle z wnętrza kościoła. Prawosławny kościół, bardzo piękny w związku z tym i tak dalej. Po co chodzi w tym fantasy? Obiecałem tu jednemu ze słuchaczy, że nie powiem, że fantasy jest dobrą części ciała. To nie do końca tak. Trochę jest, trochę nie. Ja bardzo lubię fantasy i uważam, że w fantasy drzemie duży potencjał. Gdyby odpowiednio to fantasy wykorzystać, to mogłoby się okazać, że to jeden z tych najważniejszych typów. Nie, może nie.
Dałbym sobie radę. Jest to bardzo fajne narzędzie do opowiadania o człowieku i kondycji ludzkiej tu i teraz. Być może, uwaga, teraz polecą moje słynne grzeszne, być może dające potencjał równy, a nawet być może przewyższający science fiction.
[04:41:04] - Ostra teza.
[04:41:06] - To jest mój trzeci sposób, kiedy nie chcę się z osobą nagadać, rzucam kontrowersyjną tezę i wtedy wy przez pół godziny nawijacie, nawijacie, a ja wam na końcu mówię: "Bo to był taki myk. Ja wam teraz wyznaję rację". Punkt czwarty. To, co będę mówił w tej chwili, to oczywiście uwaga: dla niektórych z was będzie to zdziwienie. Ja nie poznałem jeszcze wszystkich rozumów.
[04:41:30] - Nie?
[04:41:31] - Dla niektórych będzie to jeszcze większe zdziwienie. Nie przeczytałem wszystkich powieści fantasy, jakie istnieją. Co też niemożliwe, a poza tym moja otwartość psychiczna ma swoje granice. Dlatego będę mówił o tym. Będę się opierał głównie na tym, co po pierwsze mnie się wydaje, bo niekoniecznie jest w bardzo małym rozumku, a po drugie na tym, na czym się znam, czyli na wymyślonych opowieściach, opowiadaniach, filmach, grach. Bo powiedzmy sobie wprost: tej chwili fantasy to nie są wszystko powieści, które czytałem, oglądałem czy przechodziłem. W programie znajdziecie na temat tej prelekcji dwie informacje. Ta opisowa brzmi, że ta prelekcja nosi tytuł: "Paweł Majka o writer's block". Nie, to nie będzie o writer's block, chociaż rzeczywiście od kilku lat próbuję napisać powieść fantasy i mam absolutnie jakiś blok i być może też coś powiem. Drugi, właściwy, tytuł brzmi: "Fałszywe zakorzenienie w fantasy".
Jeżeli czytaliście opis na stronie internetowej, to tam niestety zdradziłem wszystko, co było do zdradzenia. Czyli napisałem, co to jest fałszywe zakorzenienie, na czym ono polega i prawie napisałem, o co mi chodzi z tym fantasy. Jeżeli ktoś nie wchodzi na stronę internetową, a w programie zakończył zajrzeć do programu na tym opisie i wie, że chodzić będzie o blokadzie pisarskiej, to powiem trzy zdania dosłownie. Albo nie, kilka zdań. Jeszcze mi policzycie, pewnie jesteście fani fantastyki, lubicie liczyć i sprawdzać, czy coś na pewno zgadza. Kilka zdań na temat tego, co to znaczy fałszywe zakorzenienie. W naukach społecznych, wiem, w tym momencie się ścisłowcy krew was zabrzała. Nie ma czegoś takiego jak nauki społeczne, zwłaszcza zdaniem amerykańskich i brytyjskich naukowców oraz zdaniem Wawrzyńca Borzuckiego, który dostaje ciężkiego ataku cholery, kiedy przypomina nauki społeczne. Ale w języku polskim to jeszcze trochę funkcjonuje. W naukach społecznych istnieje takie pojęcie jak fałszywe zakorzenienie.
Co to jest fałszywe zakorzenienie? Fałszywe zakorzenienie to jest takie zjawisko, które najlepiej opisać w sposób czysto opisowy. Podejrzewam, że nawet jeżeli nie przybył tutaj ktoś jedną trzecią śmiertelnie, zwłaszcza katolikami, to prawdopodobnie każdy z was spotkał się kiedyś z moim ulubionym rytuałem i obrzędem, czyli z Wigilią. Wigilia opiera się na paru różnych istotnych działaniach, spośród których obecnie najważniejsze są oczywiście wręczanie sobie prezentów oraz dzielenie się opłatkiem. Ewentualnie wielkie awantury rodzinne po tym, jak trzeba robić wielkie porządki, po których następuje pojednanie przy stole wigilijnym i wszyscy wybaczamy sobie tą całą nienawiść do takich dwóch sobie niby czy ogierów, czy panienek i tak dalej. Aczkolwiek jest tam też kilka momentów w tym obrzędzie wigilijnym, które swoimi korzeniami sięgają czasów pogaństwa, czyli zanim Jezus przyszedł na nasze terytoria. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że po pierwsze w paru momentach wieczerzy wigilijnej wszyscy stajemy się poganami, a po drugie mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że stajemy się magami. To jest zupełnie coś magicznego. Jednym z takich momentów jest to, kiedy zostawiamy albo zostawialiście — będę trochę ogólnie zakładając, że każdy z was obchodzi tą Wigilię — kiedy zostawiamy dodatkowe nakrycie. Obecnie istnieją dwa powszechnie przekazywane wytłumaczenia zostawienia jeszcze jednego nakrycia.
Jedno z takich to jest wytłumaczenie chrześcijańskie, że to jest dla Jezusa, ponieważ Jezus jest tym gościem, który siedział sobie w stajence i nikt go nie chciał wpuścić. I my na pamiątkę tego zostawiamy stoły otwarte, że my byśmy go wpuścili. Drugie i ono jest trochę bardziej świeckie, mówi o tym, że to jest dla jakiegoś nieznajomego, który może przyjść, zastuka w nasze drzwi. A Wigilia to jest taki czas pojednania, świętości i dobrych serc i my go na pewno wpuścimy. On jest zakorzeniony trochę w tym chrześcijańskim, czyli nie było miejsca dla ciebie w betlejemskim gospodzie, że pojadę pieśnią. Natomiast mimo tego chodzi o to, że my jesteśmy ludzie dobrzy, nasze serca są otwarte, nikogo nie zostawimy bez jedzenia, bez wpuszczenia i tak dalej. Tak czy owak, w obu przypadkach jest to dość oderwane od tradycji pogańskiej. Tymczasem nasze pra-do-którejś-tam-potęgi babci, pra-do-którejś-tam-potęgi dziadkowie, zanim jeszcze usłyszeli o tym, że istniał Jezus Chrystus, również mniej więcej w tym samym czasie, podczas tego prawdopodobnego obrzędu zostawiali dodatkowe nakrycie. Chociaż nie wiedzieli o Jezusie i do głowy by im nie przyszło to, że ktoś podczas obrzędu tak bardzo niebezpiecznego okresu, związanego z pewnego rodzaju przejściem kalendarza świętego, może w ogóle być na tyle nienormalny, żeby wyjść z domu, bo to są nasze bardzo niebezpieczne momenty i stukać do czyichś drzwi. W kulturze ludowej, tej pierwotnej, tej przedchrześcijańskiej, nie do pomyślenia byłoby, żeby w takim okresie przejściowym, czyli na przykład przełomu wiosenno-letniego, zimowo-letniego, wiosenno-letniego, czyli tych wszystkich takich momentów przełomowych, ktoś wyszedł z domu, bo to jest zbyt niebezpieczne, a po drugie, żeby był na tyle durny, żeby zastukać do czyichś drzwi.
Pamiętajmy, ważna jest świadomość tego, że w kulturze ludowej, tej pierwotnej, tej obyczajowej, człowiek, który stuka do naszych drzwi, do drzwi naszej chałupy, zawsze jest potencjalnie niebezpieczny. Zawsze. O dowolnej porze dnia i nocy. A w tych momentach granicznych, a takim jest nasza obecna Wigilia i takie są wszystkie przełomy kalendarzowe, niebezpieczeństwo rośnie czterdzieści razy. Nasze prado pewnego kwadratu babki, prado pewnego kwadratu dziadkowie mieli całą masę systemów, obrzędów, wierzeń i rytuałów zabezpieczających przed tym, kto stukał do naszych drzwi o dowolnej porze dnia i nocy. Ponieważ oni żyli w świecie, w którym różnego rodzaju demony, duchy, upiory i tak dalej, były jak najbardziej czymś naturalnym i oczywistym. I ten, kto stukał do naszych drzwi, zawsze mógł być takim upiorem. I teraz opowiem wam o tym mały przykład. Część z was go już słyszała, bo on zna mnie się od paru lat i czasem przy piwie o tym opowiadam, a teraz opowiem to trochę bardziej publicznie. To się nagrywa, uważajmy, żeby chyba piwo.
To było piwo bez alkoholu oczywiście. W okolicach 2001, 2002 roku wybrałem się z moimi kolegami ze studiów na badania do Rumunii, na południową Bukowinę rumuńską, gdzie żyje mniejszość polska. Są tam trzy polskie wioski. Żeby badać obrzędy związane z tradycyjnym wypasem owiec. Badaliśmy to, zwyczaje, wszystko. Bo tam się zachowały pewne zwyczaje, które u nas trochę zanikły, o których możemy u nas poczytać tylko w podręcznikach historycznych czy etnograficznych. Badając, rozmawiając z tubylcami, z bacami, z juchasami i tak dalej, słyszymy, że w sąsiedniej wsi żyje czarownik, który ma faktycznie magiczne moce, których do dziś używa. Oczywiście zatrzepnęliśmy uszami, stwierdziliśmy: „Kurczę, musimy tam iść”. Moi koledzy przeszli przez góry. To nie były wysokie góry, takie bieszczady powiedzmy.
Przeszli do tej wioski, ukradli się z facetem. Znalazł go. Ugadali się z facetem, że przyjdziemy do niego za dwa dni o drugiej w południe. Facet powiedział, ten czarownik, już wtedy miał około pół siedemdziesiątce. Powiedział: „Super, świetnie. Zróbcie to. Chętnie wam opowiem”. Przyszliśmy do niego i on się zabarykadował na nas. A konkretnie na mnie. Rozumiem, część z was pojmuje, dlaczego dziś mogą barykadować na nich.
Ale jego powody były dużo poważniejsze niż te, które mogą wam przyjść do głowy. Otóż on był przekonany, że jestem upiorem. Przypominam, rok 2002, wcale nie tak daleko od Polski, kraju, który w tej chwili jest w Unii Europejskiej. I to nie jest jakaś dzika Afryka czy jakieś inne szamańskie Azje. Tylko w zasadzie centrum Europy. Dlaczego był przekonany, że jestem upiorem? Dlatego, że trzy dni wcześniej jego wnuk marynarz zginął na morzu. W domu. Oni dostali informację o tym, że znaleziono ciało i szybko im przesłali. Ja się okazałem być szalenie do tego marynarza wnuka podobny.
Na tyle podobny, że oni uznali, że duch ich wnuka przyszedł ich dręczyć. Są ważne trzy rzeczy, ale wcześniej powiedziałem trzecią prawdę. Po pierwsze wierzyli w te upiory. Szczerze w nie wierzyli. Wierzyli do tego stopnia, że się zabarykadować w domu na mnie będą. Po drugie wiedzieli, że ich wnuk najukochańszy, który ich kochał z całego serca, po śmierci nie będzie miłym duszkiem, kasztanem albo tak jak w całej masie amerykańskich czy nie amerykańskich filmów i amerykańskich filmów, które oglądaliście o tym, że duch przychodzi i ratuje swojego męża, żona i tak dalej, i dalej mówi: „Muszę ci przekazać informację, gdzie jest kartek z numerem Totka. Albo idź do lekarza, bo masz nowotwór.” Nie. W kulturze ludowej i oni tak to wiedzieli, tak to rozumieli. Duch, upiór waszego najukochańszego męża, chomika, siostry, córki, taty i tak dalej, po śmierci jest wredny. Po śmierci jest szalenie niebezpieczny.
To jest coś, czego współczesna popkultura nie opowiada. Nawet horrorowie tego nie opowiadają. Nawet jeżeli oglądacie filmy grozy, te filmy grozy mówią o tym gdzieś tam szaleją strasznie wredne upiory, ale jeżeli właśnie ktoś wam bliski umarł, nie, on nam będzie chronił. A guzik. W kulturach pierwotnych, a do kultur pierwotnych zaliczamy też kulturę ludową w tym rozumieniu tego, co się działo u nas jeszcze jakieś siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat temu, albo w tej rumuńskiej wiosce piętnaście lat temu. Duchy naszych najbliższych zmarłych są niebezpieczne, ponieważ w ogóle kultura ludowa opisuje wszechświat jako miejsce szalenie niebezpieczne i wszystko, co w niej stanowi złamanie pewnej normy, to jest groza, to jest śmierć, to jest poważne niebezpieczeństwo. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że w tych kulturach pierwotnych nasze prado kwadratu babcie to nakrycie, które my zostawiamy dla nieniebego na Wigilię, zostawiały dla duszy zmarłych. Swoich bliskich zmarłych. Wigilia jest tym momentem, w którym zostają naruszone pewne zasady.
Jedną z tych zasad jest zasada tego, że zmarli się nas nie czepiają. I ci zmarli, nasi najbliżsi, którzy jakoś kręcą w okolicach naszych domów w Wigilię, mogą znaleźć się zbyt blisko nas. Jeżeli im nie zostawimy trochę jedzenia i tego nakrycia, oni będą strasznie wkurzeni i nie będą patrzeć na to, że byli naszymi kochanymi dziadusiami, siostrami, córkami i tak dalej. Będą wkurzonymi upiorami, które dokonają wszelkich starań, żeby zrobić nam krzywdę za to, że ich zaniedbaliśmy. A teraz dlaczego o tym wszystkim mówię? Bo jak pamiętacie, być może dziesięć minut temu czy jakoś tak wspomniałem o tym waszym zakorzenieniu. Powiedziałem wam, faktycznie piętnaście i obiecałem wam, że powiem, na czym ono polega, trochę opisowo. Otóż większość z nas albo zostawia jeszcze dodatkowe nakrycie, tłumaczy to sobie, mówiąc: to dla Jezusa. Nieważne, czy to prawda, czy nieprawda. To dla Jezusa albo dla nieznajomego.
Albo używa słowa wytruchu, bardzo poważnego, mówi: robimy tak, bo taka jest nasza tradycja. Otóż w myśl pojęcia fałszywego zakorzenienia, jeżeli wykonujemy jakiś rytuał, dochowujemy wierności jakiemuś obrzędowi, dlatego że mówimy: bo taka jest tradycja, to znaczy, że my to robimy w sposób fałszywy, że my nie mamy pojęcia, o czym my mówimy. Zostawienie dodatkowego nakrycia na stole i nalanie tam trochę barszczu czy tam innego kawału pożarcia nie było żadną piękną tradycją odziedziczoną po przodkach. Było zabezpieczeniem przed upiorem. I my w naszym życiu wykonujemy całą masę różnych magicznych obrzędów albo ich fragmentów, mówiąc: robię tak, bo taka jest tradycja. To znaczy, że jeżeli mamy szczęście, trochę pecha. Jeżeli każde nasze pra do kwadratu babci miały trochę racji i ten świat duchów, upiorów, demonów naprawdę istnieje, to być może przy odrobinie szczęścia te rytuały, których znaczenia sobie nie dajemy sprawy, nas ratują. Ale tak naprawdę to jest właśnie fałszywe zakorzenienie, wykonywanie jakiegoś rytuału, jakiegoś obrzędu, jakiegoś działania magicznego bez najmniejszej świadomości, czemu on służy. Robienie go na przykład, nie wiem, czy ktoś z was robi przed pokrojeniem chleba znaczenie go krzyżem.
[04:54:56] - Moja babcia robiła.
[04:54:58] - Moja babcia też robiła i ja też to robię i przez jakiś czas robiłem, bo babcia tak robiła. Czyli byłem debilem, znaczy nie debilem, okej. Byłem gościem zanurzonym w fałszywym zakorzenieniu. Babcia to robiła, bo to jest znak błogosławieństwa posiłku, który błogosławi ten chleb i trochę go tak zabezpienia. Ona to robiła w pewnym przekonaniu. Ja to robię dlatego, że tak miała babcia. Czyli jeżeli dokonujecie jakichś rytuałów magicznych albo sięgacie po jakąś wiedzę magiczną, po jakąś wiedzę kosmonautyczną z zakresu naszych przodków i mówicie: no, robi tak droga babcia, to znaczy jest w tym coś fałszywego, coś nieprawdziwego. Wasz odbiór jest nieprawdziwy. Niby życie w niego, być może nie zdajecie sobie z jego istnienia sprawy. I to jest mniej więcej taka bardzo pokrótce informacja o tym, co to znaczy fałszywe zakorzenienie w naukach społecznych.
Jeżeli macie pytania jeszcze, bo nie zrozumieliście, a mówiłem to zbyt bełkotliwie i zbyt naokoło, to teraz moment, gdy możesz powiedzieć: ale o co ci, Paweł, chodzi? Powiedz to wprost.
[04:55:58] - Ja tylko chcę wiedzieć, że to trzeci powód, dla którego właśnie-
[04:56:01] - Zaraz będziemy do tego dochodzić, tak. Tylko nie pamiętam, ale dam radę sobie coś wymyślić.
[04:56:05] - Znaczy te bułki i rogale, że nie zdajemy, to były symbole płodności. Przepraszam, ludzie nie wiedzą, że to symbole płodności. To jest fałszywe zakorzenienie czy nie?
[04:56:17] - Wiesz co? Trochę tak i trochę nie. Znaczy to jest brak wiedzy, bo zakorzenienie jest jak czegoś dokonujesz, bo to, że czegoś nie wiesz, prawda? Czyli na przykład właśnie bułki, rogale albo na przykład to, że sobie też na Wigilię kładziesz pod łóżko sianko i mówisz: no bo to jest taka tradycja. Bez świadomości, że właśnie stworzyłeś najmocniejszy i potężniejszy lek na wszystko na świecie. Bo tak powstawał ten super lek. Wprawdzie głównie dla hodowli, ale jednak ludzie też mogli czasem z niego korzystać. No to wiesz, kładziesz sianko, myślisz: no wszystko to sianko, to jest na pamięć Pana Jezusa w tej nieczystej stajence, podczas gdy tak naprawdę stół wigilijny staje się ołtarzem i najbardziej potężnym magicznie miejscem w twojej chałupie. I to, że ty podczas tej wielkiej uczty kładziesz to sianko pod ten obrus, to to sianko nabiera mocy magicznej. Potem ludzie na wsi naprawdę używali tego sianka przez cały rok, dodając go do różnego jedzenia.
Nie sądzę, żeby ktokolwiek z was, jeżeli kładzie sianko, kiedyś nawet do gazety było się dodawane, kładzie sianko pod obrus, to potem zachowuje i dodaje do herbaty jako cały gwóźdź.
[04:57:28] - To też jest niewiedza, bo powiedzmy tak: w Wielkiej Brytanii są dwa krany, więc nikt nie jest w stanie rozpoznać, dlaczego są dwa krany, a nie jeden bieżący. Czy to jest, one wynikają z tradycji? Przypuszczam, tak jak rozmawiamy, wynikają z głębokich tradycji. Prawdopodobnie nie wiedzą, dlaczego są te dwa krany. Czy to jest fałszywe zakorzenienie, czy-
[04:57:50] - To jest niewiedza.
[04:57:51] - Niewiedza.
[04:57:52] - To jest niewiedza. Natomiast gdyby oni wiedzieli, że mogą używać tylko lewego kranu i lali tylko z lewego kranu, ponieważ gdzieś tam trzysta lat wcześniej wzięło przekonanie, że prawy kran to jest trucizna, a lewy to jest woda życia, ale oni tego nie wiedzą i mówili: lejmy z lewego kranu, bo taka jest tradycja, to wtedy byłoby fałszywe zakorzenienie. Jeżeli nie wiedzą, skąd się wzięło i mają w nosie, czy leją z tego, czy z tego, no to jest tylko brak wiedzy na temat pewnej tradycji, pewnych przyczyn tego, co się dzieje.
[04:58:18] - Dobra, a czym jest pełnienie tego winni jakiegoś tam rytuału, który tak naprawdę jest przejęciem innego rytuału?
[04:58:26] - No właśnie.
[04:58:26] - Bo tak naprawdę większość obecnie tych rytuałów to jest coś, co zostało albo zawłaszczone przez chrześcijaństwo, albo też nałożone bardziej współczesne na wcześniejsze.
[04:58:41] - To jest trochę moment graniczny, bo kiedy mówimy o kwestii tego, że chrześcijaństwo zawłaszczyło całą masę strasznie fajnych pogańskich rytuałów, wierzeń, to była tak naprawdę fantastyczna akcja PR-owa.
[04:58:54] - Właśnie chodzi o to, że to masz jakieś pogańskie zwyczaje i tak dalej, ale pewne rzeczy też Jezus przejął świadomie i nadał im nowe znaczenie, bo ludzie byli już przyzwyczajeni, nie chcieli tego od razu odrywać. To nie jest fałszywe zakorzenienie, tylko nadaje im nowego znaczenia.
[04:59:12] - Tak i nie. To znaczy, no tak, z jednej strony masz rację. Oczywiście to był świetny ruch marketingowy ze strony chrześcijaństwa. Ja bardzo podziwiam tych gości czy tego gościa. Wybaczcie seksizm, ale wtedy jednak to oni rządzili, którzy to wymyślili. Weszli na ziemie jakieś tam zdobyczne, bo to nie tylko na polskie. To samo działo się w Alence Południowej na przykład. Powiedzieli: „Słuchajcie, tu jest tak mocno zakorzeniona pewna wiara i pewne obyczaje, że jeżeli my wyjdziemy i zmażemy je, spróbujemy wymazać, mówiąc, że nasze obyczaje są lepsze, to dostaniemy straszny wycisk. Zróbmy tak: weźmy ich święta, ich trochę świętych i obyczaje i wpiszmy je w naszą liturgię”. Genialny patent.
Uwielbiam ludzi, którzy go wymyślili w różnienych miejscach. Nie jestem pewien.
[05:00:05] - Na tych soborach wszystkich?
[05:00:06] - To nie, to nie sięgało soborów tak naprawdę. To często się działo na biegu. Więc teraz teoretycznie macie rację. W momencie, w którym w drugim pokoleniu, bo już nie w pierwszym, w drugim pokoleniu czy trzecim idą ci świeżo narodzeni chrześcijanie. Na ziemiach polskich to był dziesiąty wiek, jedenasty. Początek dwunastego wieku mówią: „No to teraz zrobimy widzicie w momencie, w którym jest święto równonocy”, tak?
[05:00:35] - Do trzynastego wieku nie ma chrześcijan na każdym wieku.
[05:00:38] - Okej.
[05:00:40] - Więc się trzymano tych
[05:00:42] - Ale właśnie trochę do tego zmierzałem. Gdyby to było tak, że naprawdę przyjmują ci, te nieszczęsne dzieci w trzecim pokoleniu mówią: „Naprawdę odrzucamy wiarę naszych przodków, nie pamiętamy jej, a chrześcijaństwo jest super i wierzymy dokładnie w to” To wtedy tak, wtedy było to mocne zakorzenienie. Ale jest dokładnie tak, że to chrześcijaństwo nie stało się nagle. Co więcej, ono nie stało się nigdy do końca. Nigdy. Może teraz nawet. Jak wskazują badania etnograficzne, jeszcze powiedzmy za dwudziestych, trzydziestych ubiegłego wieku na ziemiach polskich ci nasi pradziadkowie, a w przypadku młodszych może prapradziadkowie żyjący na wsiach, oni dochowując wierności pewnym obrzędom sięgającym setki lat wstecz, oni doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że są trochę nie do końca w tym spektrum chrześcijaństwa. Owszem, oni mieli te obrzędy przetłumaczone na język chrześcijański i wpisywali je w chrześcijaństwo, ale jednak wiedzieli, że to nie jest do końca to, co przypomina msze niedzielne. To było takie chrześcijaństwo plus. A, już jest pięć set.
Zróbmy to słowo, zapomnijmy. To była taka otoczka chrześcijaństwa. Oni doskonale wiedzieli, że to są takie zwyczaje lokalne. Ksiądz nie dyktował im, mówił: „Słuchajcie, chrześcijańsko jest to, żeby na przykład ucinać łeb kolesiowi, który urodził się ze znamieniem na ciele”.
[05:02:22] - Doskonale wiedzieli. To jest trzynasty, czternasty wiek, a nie dwudziesty. W dwudziestym już po prostu nawet nie wierzyli.
[05:02:27] - Tak, ale to jeszcze inaczej. W dwudziestym wieku jeszcze zdarzało się ucinać głowy zmarłym, którzy mieli pecha i mieli taką małą kropkę na ręce jak ja w tej chwili. Nie ma takiego przykazania kościelnego, które by to nakazywało. Być może znalazłby się ksiądz na wsi, który mówiłby o obcięciu łebków. Księża też w pewnym momencie trochę przesiąkli tym poganizmem. To była tradycja, zwyczaj, wiara dość mocno wczesnopogańska, niemająca nic wspólnego z chrześcijaństwem. A jednak ucinają łeb. Mnie by ucieli ten łeb po śmierci, ewentualnie by mi zawiązali ręce różańcem bez ostatniego paciorka albo dali mi tą książeczkę modlitewną bez ostatniej strony. To była cała taka masa sposobów wiejskich, zasad zabezpieczania się przed wampirami, zmorami i przed takimi rzeczami. Tak.
[05:03:18] - Bo wiesz, nie tak jak dzisiaj, to są pogaństwo. To są Kościelnicy, którzy się postanowili przyłączyć do albo Rosji. Żyli tam sobie na granicy stepu i mieli bardzo zdrowe strachy niekiedy. To byli zazwyczaj bardzo pobożni ludzie, bo po prostu kontrolowali ich żyją. Oprócz połowy ziemi, które się dali profesjonalnie z tego aspektu ciemiężono połowę szlachty rosyjskiej. Więc oni mieli takie zdrowe strachy. Jak się umiera? Otóż oczywiście było chowanie w cerkwi na cmentarz, w nocy wykopywano te zwłoki albo było to opalenie pod kurhanem z ofiarami. Oni nie robili tego w pełnej hipokryzji. Oni wierzyli w tego Boga, w tego Kościół, ale jednocześnie jakby-
[05:04:03] - Ale jednocześnie mieli pewną przekazaną wiedzę od swoich babć, matek i ojców, jak ten świat wygląda.
[05:04:09] - To taki proces jak asymilacja bogów greckich przez Rzymian. Oni utożsamili tych bogów. Jest taka jak to-
[05:04:21] - Ale proszę pana, proszę pana, proszę pana, fałszywego zakorzenienia idei nie ma. Rzymianie mieli w ogóle jakiś fantastyczny zwyczaj, którego możemy im czasem zazdrościć. To znaczy oni bardzo chętnie przyjmowali emigrantów boskich i bardzo szybko nadawali ich boskim emigrantom prawa obywatelskie. Dużo trudniej im przychodziło przez cały czas, przez wiele wieków nadawanie praw obywatelskich jakimś tam gościom, których podbili i przyłączyli. Nie byli tak szybko hojni dla Żydów, natomiast ci bogowie bardzo szybko stawali się obywatelami wszystkiego tam domu. Także to inny mechanizm. Bardzo interesujący i bardzo inteligentny sposób imperium. I rzeczywiście jest tu pewne podobieństwo do tego, co robił Rzym chrześcijański, mówiąc: „To weźmiemy sobie ich święta”. To, co zrobił Rzym przed chrześcijaństwem to: „Weźmiemy sobie ich bogów, pewnie też są w chłopuś”, bo i tak mówili. Jeżeli sobie jechałeś do Rzymu w okolicach drugiego, trzeciego wieku, to tam po prostu świątyń bogów było zatrzęsienie.
Byli i Greccy, i Hindusi. Tam był cały świat. Gdyby podbili Słowian, pewnie Słowianie też by się tam-
[05:05:25] - Ale to też zamiany później historii.
[05:05:27] - Trochę tak, trochę tak, ale nie zawsze.
[05:05:30] - Czy uważasz, że to było po prostu z rozsądku? Czyli wybrali sobie bogów czy ewentualnie święta po to, żeby mieć jakiś spokój?
[05:05:40] - Wcielonymi obywatelami, którzy obchodzili święta w innym momencie. Myślę, że to było oba sposoby. Fajnie, że poruszyłeś ten temat, bo po pół godziny nawijania o poczytnym zakolebieniu i słowianach, czyli czasie na świąteczną wakację, którą zwykle seria ląduje, możemy powoli wrócić do tematu, czyli właściwego rozumienia fantasy. Dokładnie tak jest, jak myślisz. Z jednej strony Rzymianie w pewnym momencie zaczęli być cynikami. To jest ważny moment. To jest ważne słowo, dlatego, że będziemy mówić o fantasy, jeżeli zdążymy. Natomiast z drugiej strony mówimy o ludziach, którzy wychowali się w pewnym określonym środowisku, które wcale nie było aż tak super cyniczne, jak nam się może zdawać. Żyżeli w świecie, w którym oni faktycznie wierzyli w tych bogów. Pamiętajcie, że w Grecji bogowie byli bardzo niedaleko, jeżeli chodzi o rozwój kultury czy rozwój religii.
Od momentu, w którym każda tyle wioska miała swojego własnego boga. Teraz współczuję taki eksperyment myślowy albo wyobraźni, że jesteście tym prostym rzymskim centurionem, który właśnie pobił jakichś nieszczęśników gdzieś tam w północnej Afryce i odkrył, że oni szczerze wierzą w jakiegoś kolesia. To może być wąż, to może być kot, człowiek z głową kojota, szakala, nieważne. Czy ty chcesz podpaść bogowi w tej wioski, jeżeli wiesz, że każde miasto ma swojego boskiego patrona? Czy ty chcesz roztrząsać, czy ten facet z głową szakala jest jakimś wcieleniem któregoś kolesia z naszego panteonu, czy jest faktycznie lokalnym bogiem? Drogą mniejszego ryzyka będzie nie podpadać lokalnemu bogu. To myślenie chrześcijańskie prowadziło: „Wycnijmy tych bogów w pień, bo nasz jest najsilniejszy”. Myślenie pogańskie było troszkę inne. Mówiło: „Dogadajmy się z nimi”. Poganie chętnie wycinali w pień ludzi, chociaż też niekoniecznie, bo na przykład Juliusz Cezar wolł ich przesiedlać.
Jak już wyciął wszystkich zdolnych do czynienia broni, to resztę przesiedlał. Fantastycznie się czyta pamiętniki Cezara, bo widać, że po prostu to, co robił potem, robili potem, co na przykład robił potem Stalin po podboju połowy Europy. Co planował zrobić Hitler, to jest właściwie wcielenie strategii Cezara w życie. Dlatego z bogami woleli się dogadywać. Okej. Dlaczego to jest ważne w kontekście fantasy i tego, co mi się wydaje, poczytnym zakorzenieniem fantasy. Tu dochodzimy do mojej fantastycznej, 300 nowej prezentacji. Ona jest tutaj istotna. Przypomnę tutaj widać pewnie tego piękny prawosławny kościół. Jak wszyscy wiemy, prawosławne kościoły były najpiękniejsze.
I jest cytat. Cytat brzmi tak: „Jeśli człowiek albo koń postawi tam nogę i trochę postoi, to jego noga zacznie się parzyć. W tych miejscach przewodnicy karawan rozgrzebują ziemię, stawiają nią kociołki i strawa natychmiast się gotuje. Przedziwna jest mądrość Boga”. To jest zdanie, które ja znam według Kapuścińskiego. On napisał, że znalazł taki turecki wędrowny, nazwijmy to naszym językiem reporter. Nazywał się Evliya Çelebi i zapisał to w roku 1666. Tamten opis dotyczył ich banku. Jednej nogi było faktycznie strasznie dużo. O to chodziło.
Drugi cytat, który sobie przygotowałem na tym obrazku jest podklepki. Pochodzi z Herodota i dotyczy Persów, a brzmi tak: „Co ma się stać z woli Boga — oświadcza jeden z Persów przed bitwą pod Platejami — tego nie może odwrócić człowiek”. Dlaczego wybrałem te dwa cytaty? Dlatego, że istnieje pewne zjawisko, którego w fantasy obecnie prawie nie widać. Ono było bardzo widoczne w cyklu o Narnii. Ono było mocno obecne, może nie aż tak widoczne u Tolkiena i ono było, jest mocno i fajnie obecne w „Jedi Mom”. Czyli w tych trzech cyklach fantasy, kanonicznych, założycielskich, podstawowych i tak dalej, z których dwa są dziełem profesorów. Bardzo mocno zanurzonych w kwestii kulturoznawstwa, jakkolwiek by nie brzmiały ich tytuły, czyli tych facetach, którzy głęboko zgłębiali filozofię, teozofię, etnografię, antropoznawstwo i tak dalej. Jeden skupiał się na Germanach — Tolkien, a drugi skupiał się po prostu na myśli średniowiecznej — to Lewis. Trzecia książka prawie nie jest, czyli nie może.
Trzeci cykl prawie nie jest autorstwa profesora. Jeżeli kłamię i przyznaję się do profesora, to bardzo przepraszam, ale ona jest córką jednego z najważniejszych etnografów amerykańskich. Tego, który w kategorii opisu zwyczajów, obyczajów Indian północnoamerykańskich jest w tej chwili jednym z najważniejszych autorów. Mało kto zrobił dla opisania tego tyle co on i w badaniach tego, co on. To jest niesamowicie istotne. Oprócz tego oczywiście, że Lewis był bardzo głęboko chrześcijaninem, a Tolkien w sumie też, bo jak się uczynił katolicyzm, to też miał takie ukryte wątpliwości. W przypadku Tolkiena i Lewisa to są faceci, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, czym jest mit, jak bardzo ważny dla nich jest rytuał. Jak bardzo mit i rytuał są ważne dla kosmologii, czyli opisania świata i rzeczywistości oraz jak bardzo ten mit, ta kosmologia może wpływać na jej bohaterów i na każdą pojedynczą osobę. To samo jest w „Królu Legwin”, chociaż ona wychodzi z troszkę innych założeń. Byłem zachwycony czytając o Legwin, kiedy młody, przyszły wielki arcymag, jeszcze nieświadomy tego, jak wielką posiada potęgę, spotyka czarownicę i trochę bez jej wiedzy, ale trochę z jej wiedzą, podkrada jej pierwsze zaklęcie.
Nie jestem pewien, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale kradzież pierwszego zaklęcia jest na całym świecie podstawową zasadą. I teraz nie mówimy o fantastyce i fantasy, tylko o etnografii. Podstawową zasadą wejścia w grono magów, szamanów, czarowników i tak dalej. Rzeczywiście tak było. Czy to u Słowian, czy u Indian północnoamerykańskich, czy w Azji, czy w Afryce, gdziekolwiek chcecie. Pierwszego zaklęcia nikt was nie nauczy. Pierwsze zaklęcie musicie ukraść jakiemuś czarownikowi, czarownicy. Żeby było śmieszniej, właśnie ten czarownik, z którym rozmawiałem, ten rumuński, jak już wrócił do domu, bo już nie jest tam upiorem i zaczął opowiadać swoją historię, to on ukradł to zaklęcie swojej nauczycielce przyszłej cygance. On zresztą był bardzo stary i robił, co mógł, żeby nam ułatwić to, żebyśmy też mu to ukradli. Bo wiedział, że już musi przekazać swoją wiedzę komuś, ale nie mógł tego zrobić.
Nie mógł przyjść do nas i powiedzieć: „Słuchajcie, jest takie fajne zaklęcie. Ja wam teraz wszystko zdradzę”. On nam zdradził rytuał. My to nagraliśmy na wideo, ale zaklęcie wyszeptał niby je przed nami chroniąc, bo liczył na to, że my je ukradniemy, bo taka jest zasada. I Leguin to opisała. Dlaczego to opisała? Dlatego, że jej ojciec to znał doskonale. Może jej o tym powiedział, może jej to gdzieś opisał. Ona jest bardzo głęboko zagrzebiona w kwestii etnografii i to, co czytacie w „Czarnoksiężniku”, bo „Czarnoksiężnik z Khedivii” później to jest prawie że podręcznik etnograficzny. To jest niesamowite, się to czyta z głęboką wiedzą.
Ale podobnie było właśnie z tymi dwoma profesorami. Oni z kolei nie siedzieli w etnografii, ale oni siedzieli w kulturoznawstwie, siedzieli w mitach. Znali znaczenie słowa mit. To jest niesamowicie ważne. Słowo mit obecnie oznacza w języku potocznym coś nieprawdziwego, coś fałszywego. Na przykład ja, gdybym na to patrzył z punktu widzenia jakiegoś dziennikarza, mógłbym napisać: „Podczas swojej prelekcji Paweł Majko obalił mit, że autorzy fantastyki są niż inteligentni”. To znaczy, że mit jest czymś do obalenia, jakąś fałszem, który trzeba odkryć. Tymczasem w takim swoim pierwotnym, pozapotocznym, naukowym pojęciu mit jest czymś, co do sedna, do swojej istoty prawdziwym. Mit jest pewnym opisem świata i językiem, którym ten świat opisujemy w systemie wierzeń, w którym my żyjemy i wierzymy. Mit można dzielić na dwa: na martwy i żywy.
W takim bardzo uproszczeniu. Mit martwy to jest na przykład to, co my w tej chwili mówimy o mitologii greckiej. Podejrzewam, że żaden z nas, jak tu siedzimy, nie wierzy naprawdę w Zeusa i w ten opis stworzenia świata przez starożytnych Greków. Żaden z nas, jak tu siedzimy bądź stoimy, nie odprawia rytuałów związanych z Zeusem i innymi bóstwami olimpijskimi. I to jest wtedy mit martwy.
[05:15:42] - A z Dionizosa można.
[05:15:44] - Dionizos. Ale to jest akurat niestety w tym przypadku mamy do czynienia z fałszywym zakorzenieniem. Owszem, bardzo chętnie raczymy się winem, piwem i innymi napojami skokowymi, ale bez prawdziwego rytuału religijnego. Natomiast mit żywy jest mitem na przykład chrześcijańskim. Tutaj zazwyczaj, jak o tym mówię, czynię sobie takie zastrzeżenie. Sam jestem chrześcijaninem. Kiedy mówię mit chrześcijański, nie chcę nikogo obrazić, prawda? Mit chrześcijański jest żywy. Dlaczego? Dlatego, że my go przeżywamy.
Odbudowujemy raz za razem. Znaczy my, którzy jesteśmy chrześcijanami, katolikami praktykującymi. Czyli chodzimy do kościoła co najmniej raz w niedzielę, raz na tydzień, przynajmniej uczestniczymy tam podczas Wielkanocy i tak dalej. Uczestniczymy w rytuałach.
[05:16:36] - A może to omówmy mit chrześcijański.
[05:16:39] - Mit religijny. Tak, mit religijny. W momencie, w którym my ciągle, ktoś jeszcze, jakieś rzesze ludzi uczestniczą w tych rytuałach chrześcijańskich, obrzędowości, to w takim razie ten mit, czyli to postrzeganie i opisywanie świata równocześnie jest żywe. W momencie, gdy odcinamy mit od rytuału, on staje się tylko zbiorem opowieści o fajnych herosach, którzy nawalają z bogami i demonami. Nikt w to już nie wierzy i nikt tego już nie rozbudowuje poprzez rytuał. Franku, może zerkniemy na zegarek?
[05:17:08] - A nie, bez zegarka.
[05:17:13] - Tam trochę, wiem, trochę fałszowa rzecz. I teraz dlaczego? Jak to wszystko ma się do fantasy? Wspomnieliśmy o Tolkienie, o Lewisie, o Leguin i tych, którzy byli świadomi tego, co się dzieje. Zobaczcie, jak wygląda w tej chwili fantasy. To jest trzeci slajd, trzeci i ostatni slajd tej prezentacji. Jeżeli ktoś nie widzi, to to jest to wpisanie człowieka przez Leonardo w kwadrat i w kółko. Zaraz, zaraz. Tak, żeby widzieć. Lewis, Tolkien, Le Guin.
Oni wszyscy byli mocno zapożyczeni, zatłużeni w mitycznym postrzeganiu świata. Czy to będzie postrzeganie Germanów, czy to będzie chrześcijaństwo średniowieczne, w którym się specjalizował Lewis, czy to będą Indianie północnoamerykańscy ojca Owena, z którego naprawdę skorzystała. Co się stało później? Później pojawili się ludzie, którzy mówili, zaczęli też pisać fantasy, bo uznali, że to jest fajne. Teraz rozwinęli wszystkich autorów, bo trochę inaczej będą o Howardach. Powiedzieli: „Kurczę, to ja to napiszę trochę tak jak Tolkien, czyli u mnie teraz będą elfy i krasnoludy”, które pokutują do dziś. Część fanów fantasy nienawidzi elfy lub krasnoludów. Mają ich już serdecznie dość. W grach komputerowych, jeśli pojawia się elfy i krasnoludy, to wszyscy wymiotują tęczą.
[05:18:46] - A trole?
[05:18:47] - Też. Wszystko, co było Tolkiena, jeśli pojawiało się, to wszyscy tego nienawidzą. Ale z drugiej strony to jest najpopularniejszy motyw. Cała masa autorów piszących fantastykę posttolkienowską, bo nie wiem, czy ktokolwiek pisał fantasy ponarnijską. Mam wrażenie, że chyba nie. A jeżeli pisał, to ja go nie znam. Stąd to moje zastrzeżenie 40 minut temu, że nie znam całej fantasy, jaka się ukazała. Nie korzystała ze źródeł, z których korzystał Tolkien. Nie sięgała do mitu, tylko sięga do Tolkiena.
[05:19:22] - Jeszcze popkultury pobierało się.
[05:19:25] - Tak, masz rację. W związku z czym kiedyś ktoś zapytał: „Cześć, to czemu u was są elfy i krasnoludy?”. Odpowiadali: „Wschodnia tradycja anglosaska, germańska i Tolkien”. To jest najprostszy przykład fałszywego zakorzenienia fantasy. Kiedy ja mówię: „Nie sięgam tam do jakichś mitów, do jakiejś wiary, tylko biorę z niego pewną zoologię”. Ale tu jest jeszcze inny problem. Nie wiem, czy zauważyliście, że w większości fantasy, tej postolkienowskiej, postleguinowskiej i postlewisowskiej są dwa aspekty. Pierwszy: kosmologia jest pooświeceniowa. A drugi: bohaterowie są całkowicie nas współcześni, jeśli chodzi o ich stosunek do świata. Przypomnijcie sobie wszystkie fantasy postolkienię, lewisie, jakie czytaliście.
Są dwa aspekty, które się powtarzają. Nie mówię, że wszędzie. Czasem może coś się pojawia, czego jeszcze nie przeczytałem, ale które powracają wszędzie. Po pierwsze, nie istnieje coś takiego, co jest bardzo kluczowe dla chrześcijaństwa i dla większości religii, nawet tych pogańskich, czyli wiara. O tym kiedyś, 20 lat temu, rozpieniał się tutaj w Nowej Fantastyce. Nie istnieje wiara. Wiara, którą chrześcijanie nazywają łaską. Dlaczego? Dlatego, że my, siedząc tu i teraz, jesteśmy chrześcijanami. Nie doświadczamy tego, że Bóg przychodzi i wali nas w mordę, bo ukradliśmy mu jakiś artefakt.
Nie doświadczamy w żaden sposób bezpośredni i fizyczny Boga. W związku z czym nasze zaufanie, że jest jakiś Bóg, jeżeli jesteśmy wierzący, opiera się wyłącznie na wierze. Nie ma na to żadnego dowodu. Teolodzy chrześcijańscy spędzili 800 do 900 lat, jeśli nie więcej, pisząc o tym, że nie można tego udowodnić. Bohaterowie fantasy nie wierzą. Nie ma w pojęciach wszystkiego wiary. Dlaczego? Dlatego, że bohaterowie fantasy w 90 przypadków na 10 tych bogów spotykają. Oni nie potrzebują wiary. Ich Bóg mieszka za rogiem albo przyjdzie im spuścić bęcki, jeżeli nie dochowają rytuałowi.
Albo mogą powiedzieć: „Crom nie przybywaj”. Conan nie mówi: „Crom nie przybywaj”. Conan tylko krzyczy na Croma, bo Conan jest jednym z tych gości, który kompletnie nie potrzebuje Boga. Jest, o ile wiem, jedno opowiadanie Howarda, w którym Conan jest tak zmordowany, że przeprowadza pewne rozumowanie teologiczne, z którego mu wynika, że ten Bóg do niego nie przyjdzie, bo ma go gdzieś. I wtedy tam przybywa jakiś bóg zresztą, który nawiasem mówiąc chce Conanowi zrobić krzywdę, więc Conan go zabija. To jest kontakt z Bogiem, jaki dla chrześcijan jest po pierwsze nie do pomyślenia, przynajmniej od 33 roku po narodzinach Chrystusa. Po drugie, który jest jakąś absolutnie krętą herezją teologiczną, a który w fantasy jest naturalnym bytem. Bohaterowie fantasy nie muszą wierzyć w ogóle. I co za tym idzie, religia w opowieściach fantasy traci na metafizyce. Staje się niemalże fizyką.
Podlega pewnym zasadom i wezwanie, już niekoniecznie Boga, ale jakiegoś patrona, opiekuna, demona, szatana albo kogoś takiego innego jest odpowiednikiem zadzwonienia do nas po u nas po elektryka. Przyjdzie albo nie. Właściwie nawet w fantasy jest dużo łatwiej wezwać demona niż u nas elektryka.
[05:23:16] - Dla mnie łatwiej jest elektryka. Niekoniecznie hydraulik.
[05:23:21] - Hydraulik, tak. Najmniej. I to jest ten jeden aspekt, który sprawia, że rozumienie mitu pewnego wszechświata, rozumienie pewnej wiary jako rzeczywistości objawionej, ale niedotykalnej, w powieściach fantasy prawie nie istnieje po tej pierwszej trójce. Jeszcze drugi powód. Powieści fantasy obecnie zazwyczaj nie są dziełami profesorów literatury, etnografii, dzieci profesorów etnografii i tak dalej, w tym kulturoznawstwa. To są dzieła dziennikarzy, weterana wojennego, wojny- Tak, weterana wojny w Wietnamie. Teraz mówimy o jednym z ulubionych cyklów fantasy, czyli o "Czarnej kompanii". Prawda, Ryś?
[05:24:11] - Na serio.
[05:24:12] - O Boże, nie, no daj.
[05:24:15] - Teraz. Ten Martin cały ten tory jest jednym z najlepszych dziennikarzy.
[05:24:20] - Ja nie wiem, kim jest Martin w rzeczywistości, szczerze mówiąc, ale on się opiera na konkretnej historii, prawda? Aczkolwiek Martin jest naprawdę ciekawym, bo u niego się pojawia aspekt bogów, którzy minęli, prawda? Bogów, którzy właśnie nie istnieją, nie objawiają swojego działania. Jak ktoś w niego wierzy, niestety w tam którymś tomie ci bogowie zaczynają działać. To wszystko rozpada się.
[05:24:38] - Nie spoileruj.
[05:24:39] - Przepraszam. Chciałem tylko wspomnieć, że mogłaś mówić spoilery. W związku z czym tak naprawdę bohater — jest tak, iż bohaterowie fantasy, jeżeli patrzycie na rzeczy współczesne, często ci autorzy tak naprawdę właśnie nie mają tego przygotowania naukowego. Przepraszam, tu bez tych ścisłowców, zauroczyły się nauka w kontekście nauk humanistycznych i społecznych. Nie, w kontekście humanistyki i tych nauk społecznych. Oni nie mają tego podejścia na starcie, który mieli Tolkien, Lewis, Le Guin. Nie wiedzą, że mówią o pewnym świecie, który należy wspomnieć w kontekście historycznym. Dlatego przywołałem te dwa pierwsze cytaty. 1666 rok, jeszcze wcześniej ma Herodot. Oni opisywali świat, w którym wiara w byty nadprzyrodzone, w bogów i zasady, które z tego wynikają, i rytuały, które należy przestrzegać, jest czymś oczywistym.
Nawet jeżeli Herodot mógł sobie westchnąć: "No nie jestem pewien, czy istniał ten Zeus", to na pewno w pewnym momencie trafił na coś, co by to udowadniało, że może Zeus nie, ale jakiś inny bóg tam istnieje. I Tolkien, Lewis, Le Guin zdawali sobie z tego sprawę. Mam wrażenie, że cała masa obecnie piszących autorów fantasy, od pewnie trzydziestu, czterdziestu lat, to są ludzie bez tego przygotowania naukowego, a po drugie ludzie wychowani w systemie mitu oświecenia. Mit znów nie jako zmysł czegoś wymyślonego, tylko pewien system, w którym funkcjonujemy i który buduje nasze przekonanie o tym, jak świat wygląda. Niekoniecznie wiarę. Przekonanie. W związku z tym, jeżeli poczytacie fantasy ostatnich trzydziestu, czterdziestu lat, to, co ja czytałem, ale wiem, że większość innego, bohaterowie fantasy są bohaterami świeckimi. Ich pogląd na świat, na rzeczywistość jest dokładnie taki jak nasz. U Cooka, czyli mojego ulubionego autora fantasy, autora jednego z najwybitniejszych cykli fantasy — będę o tym wspominał, bo jestem apostołem, czyli "Czarnej kompanii" — bohater mówi to wprost. Konoval, narrator większości tomów kronik Czarnej kompanii, nie wszystkich, ale większości, mówi wprost: "Jestem ateistą.
Nie wierzę w tych wszystkich bogów. To jest ściema i zabawa". A powiem wam coś jeszcze o Konovalie. Taką małą dygresja. Jest taki moment chyba w okolicach siódmego tomu Czarnej kompanii, gdzie Konoval przywdziewa zbroję, która wygląda tak, jak zdaniem wierzących w bogów na terenie, na którym on właśnie dokonuje jakichś różnych dziwnych rzeczy, wyglądała zbroja boga. Co więcej, magowie pomagają ją rozświetlać jakimiś piorunami. Ale to wszystko tylko po to, w ramach wojny psychologicznej, żeby przestraszyć wojska przeciwnika, bo wojska przeciwnika są wierzące. I on zasuwa na polu, prując tymi piorunami na prawo i lewo. I myśli sobie: kurczę, być może za trzysta lat ludzie naprawdę uwierzą, że byłem bogiem. To była jakaś wojna religijna, wojna bogów, bo on jest ateistą.
On patrzy trzeźwo, on patrzy świecko przede wszystkim. Tak jak patrzy większość naszych współczesnych autorów fantasy. Do czego to prowadzi? Do kilku spraw. Po pierwsze, niemal kompletnie zanikł rytuał w opowieściach fantasy. Jeśli popatrzycie — znów wrócę do tego, co mówiłem o rytuałach w kontekście mitu. Rytuał jest budowaniem naszej przestrzeni mitycznej, czyli przestrzeni świętej czy tego, jak w naszym zdaniu świat wygląda. Najczęściej powtarzanym rytuałem jest rytuał stwarzania świata albo ratowania świata. We wszystkich religiach, a w większości religii świata wygląda to tak, że gdzieś tam kiedyś nastąpiła jakaś katastrofa kosmiczna i powstał nasz świat. Trzeba było zabić jakiegoś potwora albo złagodzić tą katastrofę kosmiczną, w związku z czym to zrobił jakiś bóg.
I teraz my po iluś tam latach powtarzamy jego dzieło w kółko i bez końca, rytualnie. Jeżeli tego nie zrobimy, szlag trafi świat. Przepraszam za słowo szlag. Jeżeli popatrzymy na nasze chrześcijaństwo, to istnieje tak zwany kalendarz liturgiczny i wszystkie msze święte co niedzielę są ułożone od narodzin Chrystusa do jego śmierci i zmartwychwstania. I my co roku, jeżeli jesteśmy chrześcijanami, odtwarzamy całą tą historię bez końca, odbudowując to dzieło Chrystusa, które nas uratował. Jeżeli patrzymy na ulubieńców popkultury, czyli Azteków, oni przecież nie wyrywali tych serc dlatego, że to lubili. Przejęli wszystkich. Oni musieli karmić słońce krwią tak, jak to zrobił Bóg na początku, który stworzył ten świat, bo inaczej świat by się skończył. Jeżeli patrzycie na Azteków palających na przykład w filmie Mela Gibsona niewinnych Indian wyrwanych gdzieś tam w głębi dżungli, dzikających i myślicie sobie: ale sadyści. Pomyślcie sobie: nie, oni ratowali świat przez cały czas.
Każdą ofiarą robili to po to, żeby ratować świat, bo karmili słońce, które by zgasło, gdyby tego nie zrobili. Co więcej, odtwarzali czyn Boga u zarania dziejów. Temu służą rytuały. Czemu służą rytuały w fantasy? Rytuały w fantasy służą temu, żeby porwać jakąś dziewicę, złożyć ją na ołtarzu, bo wtedy przyjdzie demon, którego chcemy przyzwać. Swoją drogą zabawne jest to, że w popkulturze tak naprawdę rytuały mają znaczenie tylko w dwóch przypadkach: u czarnych magów fantasy i u seryjnych psychopatycznych morderców w serialach kryminalnych. Tylko seryjni mordercy dochowują wierności rytuałom. Jeżeli sobie przypomnicie na przykład Dextera, zobaczycie, że on każde morderstwo dokonuje dokładnie w ten sam sposób i robi to z tego samego powodu, z którego Aztekowie wyrywali serca. Jeżeli nie dochowa wierności rytuałowi, zburzy swój spokój i prawdopodobnie wpadnie w ręce policji. Drugą kastą, która dochowuje wierności rytuałom, są czarni magowie, którzy zabijają dziewice na ołtarzach, by zaznać demonów.
Popkultura, w tym fantasy albo thriller o psychopatycznych mordercach, zapamiętała tylko to, że są krwawe, a skoro są krwawe, to dochowują ich świrudzie. Kompletnie zostało przez fantasy i popkulturę odrzucone to światotwórcze działanie rytuału. I to jest kolejny element, w którym to fantasy jest fałszywie zakorzenione. Ponieważ przechodząc gdzieś, gdzie chciałbym w następnym wykładzie Wojtka Sedejki, a nam zostało dziewięć minut, z których bardzo was przepraszam, że pierwsze trzydzieści zmarnowałem na opowieść o kulturze ludowej. To wracając, chcę tylko podsumować. Po pierwsze, współcześni autorzy fantasy najczęściej kompletnie nie mają pojęcia o kulturach pierwotnych i o świecie, o którym piszą. W średniowieczu, w tym 1666 roku i w starożytności, w czasach Herodota, z którego przygotowałem cytat, ludzie naprawdę żyli w świecie świetlic, żyli w świecie duchowym, świętym, w świecie bogów, w świecie, w którym tak naprawdę istniały demony i jeżeli nie dochowali wierności, nawet drobnych rytuałów, naprawdę drobnych rytuałów, te demony mogły im zrobić kuku. Natomiast w większości powieści fantasy współczesnych bohaterowie żyją w świecie świetskim. W świecie świetskim tym owszem, istnieją demony, ale istnieją mechanicznie. Obecne fantasy to pewna wariacja na temat science fiction.
Wiem, kontrowersyjne i pomyślałem, że tym bardzo wchodzę. Obecnie fantasy mówi prostą rzecz: jeżeli utniesz łeb kozie i odlejesz z niego dokładnie trzy krople krwi, to demon cię nie zeżre. I tak żyli, powiedzmy, nasi przodkowie. Tylko nasi przodkowie nigdy nie spotkali tych demonów. Bohaterowie fantasy nie spotykają. Bohaterowie fantasy wiedzą, że jeżeli tego nie zrobią, to demon przyjdzie i ich zeżre. Tak to na przykład dokładnie wygląda w „Cztyrach demonicznych” Branta. Nie wiem, czy czytaliście. Zakładam... O, czytaliście, okej.
Więc tam jest coś takiego, że to jest świat, w którym demony naprawdę istnieją i naprawdę przychodzą po zmroku i próbują nas wszystkich zeżreć. Jeżeli bohaterowie nie wypiszą run, które ich chronią. Zresztą bohaterowie zazwyczaj nie wiedzą, co oznaczają te runy. Nie wiedzą, jaka jest ich historia, nie wiedzą, co oznacza, jakie ma znaczenie konkretny run, tylko wiedzą, że one działają. To jest już fałszywe zakorzenienie na maksa. Tylko w świecie, w którym demon faktycznie może obciąć ci głowę. I tak sobie żyją. Demony naprawdę są. One są namacalne. Każdego dnia ktoś, komu demon urwał głowę.
[05:33:36] - Tylko to są książki, które trudno zakwalifikować, czy są fantasy, czy science fiction. Ja nie mówię o „Sadze Red Rising”, ale może czytałeś książkę „Niebiańskie pastwiska”?
[05:33:48] - O biórkę, że tak.
[05:33:49] - Tak. Ona jest fantasy czy science fiction? Jak myślisz?
[05:33:53] - W moim odczuciu jest science fiction, ponieważ, uwaga, spoiler, śmigłowiec na koźlich koziołkach ratowniczych.
[05:33:58] - O Jezu! Nie wiadomo.
[05:34:07] - Tak, tak.
[05:34:07] - Kiedyś ktoś czytał. Nie pamiętam, kto to był.
[05:34:11] - Tak naprawdę podsumowując te dwa punkty. Po pierwsze, pisarze fantasy tak naprawdę obecnie opierają się na starych pisarzach fantasy, którzy opierali się na faktycznie mitach, a nie swoim wyobrażeniu o nich. Po drugie, świat naszych przodków, a większość powieści fantasy osadzona w świecie naszej pierwotnej przeszłości, był światem innym niż większość pisarzy fantasy sobie dziś sądzi. Był światem przesiąkniętym wiarą, legiem, światem metafizycznym i światem rytuałów. Rytuałów, których wierności dokonywał każdy pojedynczy śmiertelnik. Nie mag. Pojedynczy śmiertelnik. W obecnej fantasy zazwyczaj są te trzy punkty niezakłamałe. I teraz na koniec, ponieważ wspomniałem, że powiem wam jeszcze dwa słowa o zabobonach, a czas już zmierza i nagle tu Wojtek Sedejko się pojawił. Słuchajcie, zabobony.
Kiedy w 2002 roku-
[05:35:11] - Możesz usiąść. Jak usiądę, to przepraszam, to zasnę.
[05:35:17] - Dziękuję. Tak, tak na ciebie działa. Rozmawialiśmy z tym czarodziejem w Rumunii. Zadawaliśmy mu masę pytań. Pytań o pewne zwyczaje, które czytaliśmy w książkach z lat 30. ubiegłego wieku. Tam były różne rzeczy, typu na przykład czy łasice plączą grzywy koniom, co było na Podhalu powszechne. On mówi: „Jakie łasice? Nie, łasice nie”. Przypomniałem sobie, jak mówili na łasice na Podhalu, ale łaski.
On mówi: „Tak, łaski tak. Łaski to są wredne. One przychodzą i plączą grzywy koni”. Moc tego faceta polega na tym, że jeżeli wąż ukąsił kogoś, owcę, krowę, konia, człowieka, to on umiał magicznie sprawić, że ten jad opuszczał ciało ofiary i wracał do węża. I żeby było śmieszniej, w tym 2002 roku jeszcze do niego przychodzili ludzie z okolicznych wsi, bo był tańszy niż lekarze. Według mieszkańców, z którymi rozmawialiśmy tak. Chociaż się trochę wstydzili, bo ich trzeba przekonać do siebie, żeby ci powiedzieli: „No tak, według mnie to i owak”. Zadajemy kolejne pytanie o te wierzenia i pewnego pytamy: „Ale słuchaj, czy na przykład macie tu we wsi chmurnika? Chmurnik, czyli ten koleś, który potrafi przyzwać, ale również i odebrać deszcz przykładowo”. To ten mówi: „Chmurnik?
Panie, no to przecież jest zabobon. Nie ma u nas takich rzeczy. To jest zabobon. Tam w sąsiedniej wsi u ortodoksów czy Ukraińców tak, oni mają”. Zauważcie, jak bardzo różnie może brzmieć słowo zabobon, jak bardzo dużo rzeczy może oznaczać. On głęboko wierzył w tego chmurnika. Tylko nie u siebie. Jeżeli są jakieś pytania, to mam na to parę minut.
[05:37:07] - Są przypomnienia, że fantasy jest do dupy.
[05:37:12] - Nie, to powiedziałem wcinam przy piwie, żeby cię tu ściągnąć.
[05:37:17] - Fantasy ma dużo papieru.
[05:37:20] - Fantasy ma moim zdaniem olbrzymi, niewykorzystywany potencjał. Kompletnie. Ponieważ ono zazwyczaj skupia się na dwóch rzeczach w tej chwili. Na ciężkim łomocie, czyli nasi bohaterowie idą komuś łomotać, to ktoś łomocze naszych bohaterów, ale na końcu pojawia się główny bohater, który jednym cięciem miecza ścina 40 głów i zrzuca pierścień do otchłani, prawda? Chociaż naprawdę byłoby fajnie, żeby Tolkien napisał „C2C5: Obóz jednego wielkiego chujowego”, to Tolkien. Natomiast wyobraźcie sobie, że fantasy to jest ta literatura, która sięga naprawdę do naszych korzeni, która mogłaby opisać świat w sposób, który był niesamowicie interesujący tu i teraz. Żeby opisać świat wierzeń, świat, w którym ludzie wszyscy są głęboko zanurzeni w te wierzenia. To właściwie jest tak science fiction, że kontakt między nami a naszym przodkiem sprzed tysiąca lat jest równie prawdopodobny jak kontakt między nami a Kosmitami u Lemа. Fantasy mogłoby opisać naprawdę szaleńczo fascynujące obce światy.
[05:38:25] - Ale jest dużo fantasy historyczne. Chociażby Cherezińska.
[05:38:31] - Cherezińska tego nie robi.
[05:38:32] - Trochę robi.
[05:38:33] - Cherezińska robi to trochę. Ale ponieważ Cherezińska niestety skupia się przede wszystkim na jakichś tam władcach i tego innych rzeczach. Ponieważ jest historykiem, to ona to traktuje jak historyk, czyli po łebkach. Wiesz kto to zrobił ostatnio? Oprócz mnie oczywiście w „Pokoju światów. Wojnach przestrzeni”. Krajewska. Marta Krajewska napisała fantasy, które jest słowiańskie, ale w którym nie ma ani słowa o słowiańszczyźnie, które opisuje po prostu wioskę, która żyje w pewnych bardzo konkretnych wierzeniach. I te wierzenia są bardzo prywatne, rytualne, lokalne rytuały, obrzędy. Marta Krajewska pewnie nie jest etnografem, ale bardzo mocno siedzi w folklorze.
W związku z tym to jest taki przykład braku fałszywego zakorzenienia. To jest taki przykład kogoś, kto najpierw w naprawdę olbrzymi sposób się wczytał w folklor, ale nie na zasadzie zespołu Mazowsze, czyli folklor z hop siup. Tylko właśnie z tym, jak wyglądają obrzędy, skąd się wzięły te obrzędy, jaką pełniły rolę w życiu codziennym wsi. I to napisała. Krajewska tak, ale bardzo mało kto idzie śladem Krajewskiej. Na przykład w tej chwili szalenie popularny jest „Drugie słowiańszczyzna”. Ale większość powieści i opowiadań fantasy polskich o słowiańskiej mitologii fantasy.
[05:39:52] - XVI-XVII wiek.
[05:39:54] - Po pierwsze XVI-XVII wiek. Po drugie budowanie tej naszej słowiańszczyzny i bogów słowiańskich. Nie ma, żeby panteon starogrecki, jacyś kapłani, którzy tworzą jakieś uniwersalne obrazy. Nie! Tak to nie wyglądało. Ale to jest widoczne. To jest kuszące niesamowicie. Białczyński. Ten facet, który pisał kiedyś świetne science fiction, nagle z chwilą na czas będzie opisywał słowiańską rzeczywistość, słowiańską mitologię. Napisał te spory i zadusze, które były absolutnie literacką wersją.
Potem napisał taką trzytomową dziele mitologii słowiańskiej, które też są czysto literackim odczytaniem paru mitów. Ale zresztą też się przyznał, że on chce zrobić dla słowiańszczyzny to, co Tolkien zrobił dla Germanów, czyli napisać jakąś taką opowieść wspaniałą. Problem polega na tym, że w tej chwili są różni ludzie, którzy sięgają po Białczyńskiego i mówią: „Kurczę, on pisze prawdę, to jest prawda o Słowianach”. Nie, to nie jest prawda. To jest fantasy. Aczkolwiek od razu zastrzegam. Może to warto powiedzieć z zastrzeżeniem na sam koniec projekcji. Ja jestem z wykształcenia etnografem, więc moje spojrzenie jest trochę skrzywione. Czyli ja patrzę pod kątem właśnie opowieści pod względem rytuałów, pod względem pewnych obyczajów, pewnego folkloru i jego korzeni. Ale z drugiej strony, kiedy rozmawiamy o Słowianach, zwłaszcza tu i teraz, to nie mamy wielu innych źródeł.
Archeologia i to. Serbowie są w trochę lepszej sytuacji. Albańczycy są w dużo lepszej sytuacji. Serbowie lubili zachowywać pieśni bohaterskie. Albańczycy to jest jedyny naród na świecie, który spisał swoje prawa ludowe.
[05:41:39] - Ale nie Słowianie, więc tak.
[05:41:41] - Nie Słowianie, ale bardzo blisko Słowian i tam się wnętrza przenikały. I na przykład Wojtek Serdenko nie chciał, żebym o tym opowiadał. Czyli autor „Krwawej zemsty”. On jest bardzo, bardzo fukowy. Ale cieszę się, że nie chciałeś, bo ja to opowiadałem w tym roku już cztery razy i tak samo mnie to bawić.
[05:41:55] - Ja o tym wiedziałem. A ja już byłam.
[05:41:58] - W związku z czym my musimy trochę korzystać z folkloru, z obyczajów, z wierzeń, z rytuałów, które sięgają po śnieg bardzo, bardzo wstecz. Wiązać to z archeologią, wiązać z tymi odkryciami naokoło, bo tylko z tego tak naprawdę czerpiemy wiedzę o tym, jak to w tych czasach rzeczywiście bywało. Ale to jest temat na inną prelekcję i myślę, że wpadnę tu za rok i sobie porozmawiamy. Bardzo wam dziękuję za cierpliwość. Przepraszam za dywagacje.
[05:42:29] - Tak. Myślę, że było ciekawie, chociaż niekoniecznie w jakości studia nagrań radiowego. Nawet zdecydowanie nie. A teraz zapraszam na „Labirynt książek" Mirka Gołuńskiego. Dzisiaj, proszę państwa, poważnie, bardzo poważnie, bo Mirosław Gołuński omawiać w tym odcinku będzie prozę Olgi Tokarczuk, a konkretnie starszą jej książkę. Wtedy ja jeszcze namiętnie czytałem twórczość Olgi Tokarczuk, a ta starsza książka to „Podróż ludzi Księgi". Ja tę prelekcję Mirosława Gołuńskiego państwu polecam, ale polecam też samą książkę „Podróż ludzi Księgi". Zapraszam. Dobry wieczór, dzień dobry, w końcu nie wiadomo, kiedy państwo odsłuchujecie mój „Labirynt". Właściwie zanim zacznę mówić o dzisiejszej książce, bo nie jest gruba, więc nie zajmie wam pewnie aż tak dużo czasu, chociaż ważna moim skromnym zdaniem, chciałem państwu powiedzieć znów kilka słów o moich „Labiryntach", kilkunastu spotkaniach.
Już się państwo zorientowaliście, że rzeczywiście labirynt to moja metafora, do świata zapraszam państwa co tydzień, pokazując kolejne jego korytarze. Ale to nie jest tak, że nie będę wracał po swoich śladach. Wręcz przeciwnie. Gdyby uważnie przyjrzeć się tekstom, o których do tej pory mówiłem, układają się one w pewne ciągi logiczne i one właśnie będą powoli się wypełniały. To nie jest tak oczywiście, że jesteśmy w stanie wyczerpać wszystkie możliwości literatury. To byłoby szaleństwo. Biblioteki dawno nas przerosły i możemy korzystać tylko z dobrą wolą z tego, co zdołamy przeczytać, jak w którymś momencie swoich dzienników pisał Witold Gombrowicz. I tak oczywiście jest. Dodatkowym haczykiem dla mnie jest to, że raczej wybieram dla państwa teksty, które albo uważam za ważne, dobre, a jeżeli wybieram, a to się zdarza czasami, nieco słabsze, to dlatego, że widzę w nich pewien argument na rzecz takiego, a nie innego spojrzenia. Dzisiaj akurat chyba nie będzie problemu.
W następnym spotkaniu obiecuję państwu trochę dziwniejszą lekturę, ale dzisiejsza moja wyprawa to odwiedziny u noblistki sprzed dwóch lat, czyli Olgi Tokarczuk. Ale nie będę mówił o tekstach najnowszych. Nie będę mówił o opowiadaniach bizarnych, które właśnie pisze. Nie będę mówił o „Snach Jakubowych", bo to z kolei bardzo gruba i jednak dość kontrowersyjna powieść. Nie będę też mówił o „Czułym czytelniku", najnowszym tomie esejów. Nie będę też mówił o „Biegunach" – książce, którą uważam również za ciekawą, ale będę mówił o debiucie, o „Podróży ludzi Księgi". I nie jest to przypadkiem. Jeszcze kilkanaście lat temu, co dziś jest niestety przywoływane, Lem mówił o tym, że Tokarczuk obraża jego inteligencję. W akademii mówiło się, że ją czytają tylko nauczycielki. Ja już, szczerze mówiąc, wtedy czytałem.
Wkrótce już nie byłem nauczycielem, gdyż już wtedy czułem, że to pisarka bardzo ważna. Pamiętam swoje doświadczenie z „E.E." niezwykłym rozstaniem Olgi Tokarczuk, czy rozliczeniem właściwie Olgi Tokarczuk z własnym wykształceniem, dlatego, że to opowieść o psychoanalizie. A jak wiadomo z wykształcenia Olga Tokarczuk jest psycholożką. Ale sięgam po „Podróż ludzi Księgi", ponieważ to książka właściwie zapomniana, a moim zdaniem już w debiucie widać pewne stałe tendencje, które oczywiście z dzisiejszej perspektywy czasu łatwo nam sobie wyobrazić, bo wiadomo, Olga jest znana, rozpoznawana, napisała kilkanaście innych książek, a jednak do niej wracam. Jest rok 1685. Francja przeżywa moment przesilenia. Oto po blisko stu latach spokoju, nawet ponad stu, ultrakatolicki król Francji postanawia wygonić hugenotów, czyli kalwinów. Cofa edykt nantejski i mogą zacząć się prześladowania. To jest tło niezwykłej wyprawy, takiego pastiszu, wyprawy w poszukiwaniu czy to złotego runa, czy Świętego Graala. Oto jest sobie w Paryżu grupa ludzi, oczywiście generalnie szlachciców, którzy wierzą, że istnieje Księga Henocha.
Księga, której posiadanie zmieni świat. To księga pełna mądrości, księga schowana gdzieś w pirenejskich wąwozach. Na wyprawę postanawiają wyruszyć w trzech: markiz, kawaler d'Aubigny i jeszcze jeden Francuz. Markiz organizuje wyprawę. Markiz jest nie do końca hugenotem. Hugenotką jest bez wątpienia jego matka, ale dla niego najważniejsze jest odnalezienie księgi. Jest też świetnym organizatorem. Kawaler jest szalony i zabiera na wyprawę swoją ukochaną kurtyzanę Weronikę, której obiecał ślub. Tylko że on nie wyjedzie. Zostanie w Paryżu.
Trzeci z uczestników jest właściwie kupcem, a na pewno myśli jak kupiec i od początku nic mu się nie podoba, a najbardziej nie podoba mu się Weronika. Jest jeszcze Gausz, chłopiec stajenny, który jest niemową i będzie prowadził, będzie powoził. Wozem, w którym wyruszą. Razem dotrą do czwartego uczestnika wyprawy. Razem w sensie będzie tam markiz, jego przyjaciel Gausch, Weronika i dołączy do nich po drodze Brytol. Nie będę rozwijał tego, co się wydarzy dalej, bo nie o to chodzi. To nie jest zwykła wyprawa. To nie jest Drużyna Pierścienia. Już państwo widzicie. Mamy tam miłość, którą uosabia Weronika.
Mamy tam rodzaj szaleństwa markizowego. Mamy twarde stąpanie po ziemi. Mamy Brytyjczyka, który wnosi do tego towarzystwa brytyjską użyteczność. On tam wnosi zupełnie inną filozofię. To jest zderzenie postkartezjańskiego myślenia Francuzów, ale jeszcze głęboko religijnego. W tym sensie, że oczywiście minąć będzie jeszcze musiało około 30 do 50 lat, nim z kartezjaniazmu rozwinie się oświecenie francuskie. Z drugiej strony już ten Brytyjczyk od Locke'a, który myśli tak bardzo uzualnie o rzeczywistości, na pewno nie wierzy w przypadek. A właściwie inaczej. Przestaje już wierzyć w Boga, podczas gdy Francuzi jeszcze są absolutnie głęboko wierzący. Tak naprawdę to nie jest opowieść o poszukiwaniu przedmiotu.
To nie jest klasyczny quest. To jest coś znacznie więcej. Wykorzystując tradycyjną questową, mityczną narrację, w której bohaterowie na drodze spotykają kolejne osoby, które będą ich oświecać. Tak naprawdę to one się rozwijają. To one dojrzewają w czasie trwania tej powieści. Każde z nich jakoś się zaczyna zmieniać. Markiz zbliża się do Weroniki, która czuje się osamotniona, bezradna, ale jest piękna. W pewnym momencie pada takie cudowne stwierdzenie, że co prawda Weronika jest kurtyzaną i tego nigdy nie ukrywa, ale ona naprawdę kocha każdego ze swoich kolejnych kochanków, bo wraz z ciałem oddaje własne emocje. Ale jednocześnie musiała się nauczyć tego, że kochankowie odchodzą. Markiz tęskni za matką hugenotką, którą chciałby wywieźć do Niderlandów.
Za domem, żoną, dziećmi. Mówiąc delikatnie, tęskni nie za bardzo. A Gausch? Gausch nie może się porozumieć ze światem. Niemową. Nie umie pisać, a jednak jest w nim coś niezwykłego. Słuchają go psy i konie. Ma do tego niezwykły talent. Każde z nich bowiem daje coś tej niezwykłej drużynie. Jedni do niej dołączają, inni odchodzą.
Już w tej powieści widzimy, jak ważny jest dla naszej noblistki motyw podróży. To w nim człowiek się zmienia. To w nim tracąc na przykład bagaże, zyskuje doświadczenie. Zyskuje samowiedzę. A jednocześnie jak ważne dla niej jest to osadzenie w czasie. Niezwykłe dyskusje filozoficzne. Zwracam państwa uwagę, że w pewnym momencie w zamku Chevalle tego czwartego uczestnika tej wyprawy, u którego się na chwilę zatrzymali. On jest bardzo bogaty, jest kolekcjonerem sztuki i ma tam niezwykłe obrazy. I wykład o malarstwie włoskiego mistrza officji, który całe życie próbował matematycznie wyliczyć, jak oddać rzeczywistość. I nigdy mu się to nie udawało, bo zawsze wrażenie było takie, jakby coś było nie do końca prawdziwe.
Jakby nie mógł zrozumieć iluzji. Jest tak naprawdę z jednej strony kluczową opowieścią dla tej podróży ludzi z księgi. Oczywiście oni tego nie muszą rozumieć. To rozumiemy my, czytelnicy. Ale gdy po latach przypomniałem sobie tę powieść, tę scenę, dotarło do mnie, że to może jedna z kluczowych, fundamentalnych cech powieściopisarstwa Tokarczuk. Uświadamianie, że sztuka, również literacka, jest iluzją, ale jeżeli spróbuje przekroczyć próg iluzji, stanie się nieczytelna, a więc musi być zawsze na pograniczu tego, co prawdziwe. Oczywiście autor, malarz, autorka, malarka, rzeźbiarka muszą być w stanie mieć wiedzę o tym, o czym piszą. Mieć też oczywiście niezwykłe umiejętności techniczne. O czym piszą czy co malują, co rzeźbią, a jednocześnie muszą korzystać z iluzji czy z retoryki. I ta opowieść o włoskim malarzu pełni taką podwójną funkcję.
Jednocześnie pokazuje, na czym polega iluzja sztuki i samo jest iluzją, bo jest wpisane w opowieść. Bohaterowie tego nie rozumieją do końca. Owszem, co ciekawe, najbardziej obrazami tego malarza zachwyca się Weronika, ale przecież jej imię Vera Icona znaczy przecież prawdziwy obraz. Nie jest więc przypadkiem, że autorka nadała jej takie imię. Jak więc widzicie państwo, wspinamy się na kolejne poziomy znaczeń albo wykopujemy kolejne poziomy znaczeń z tekstu, ze słów, które ułożyła przed nami autorka i mierzymy dalej. Na tym polega jej siła, uważność i moc. A więc jednocześnie mamy do czynienia z iluzją, która ma być piękna i dotykać rzeczywistości tak, byśmy mogli ją rozpoznać. Być może o to właśnie w ogóle w literaturze chodzi. Do widzenia.
[05:54:35] - To jak już tak rozpędziliśmy się w tym recenzenckim trybie, to zapraszam na recenzarium Ewiwy. Dzisiaj książka zatytułowana „Półkróla”. Ponieważ szykuje się pewien cykl, zostańmy tylko przy tym „Półkróla”.
[05:55:26] - Wita się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska. Trudno powiedzieć, żeby Joe Abercrombie był mi nieznany. Jednak jak dotąd nie zdołałam się zainteresować żadną z jego książek. Próbowałam czytać, nie powiem, ale jednak dosadność wypowiedzi i sposób poprowadzenia fabuły wcale mnie nie pociągały. Pierwszą z jego książek, którą wzięłam do ręki, odłożyłam po kilku stronach i już do niej nie wróciłam. Dlatego gdy dostałam do ręki „Półkróla” tego pisarza, zabrałam się do czytania z dużą niechęcią, która jednak bardzo szybko ustąpiła. Tutaj Joe Abercrombie ujawnił mi się jako pisarz wielkiej klasy, umiejący skonstruować świat, który jest magiczny nie tylko dla jego mieszkańców, ale również dla nas, obserwatorów z zewnątrz, czyli czytelników. Historia jest w sumie dość trywialna, jednak ponieważ w dzisiejszych czasach trudno pisarzowi wymyślić coś bardzo nowego, chyba że będzie to coś tak pokręconego jak powieści N. K. Jemisin, które mówiąc szczerze, nie bardzo rozumiem, dla kogo są pisane, a zupełnie nie pojmuję, dlaczego są nagradzane.
To jednak wszystkim jest nie temat, a ujęcie tematu. Tutaj widać kunszt pisarza. O czym więc jest książka „Półkróla”? Pierwsza część serii „Morze Drzazg”. Król Uthric umiera. Ściśle mówiąc, zostaje otruty. On i jego najstarszy syn, następca tronu. Tym samym w kolejce do sukcesji staje chłopiec lekceważony przez całe otoczenie. Urodził się bowiem z niedorozwojem lewej ręki, w związku z czym nie mógłby być wojownikiem. A to w jego królestwie to grunt.
Król musi być nie tylko bystrym władcą, ale też rycerzem, a Yarvi nie może nim być. Dlatego nikt go nie poważa. Nawet własna matka właściwie go nie kocha. Mimo to, po śmierci Uthrica oraz najstarszego królewicza to właśnie Yarvi musi zostać królem. Zgodnie ze zwyczajem przypada mu też narzeczona po zmarłym bracie. Właściwie można by powiedzieć, że powinien być zadowolony, ale nie jest. Z powodu swojego kalectwa i tego, że nie mógł zostać rycerzem, przygotowywał się do roli ministra pod okiem swojej mentorki. Posiadł całą wiedzę dostępną w jego czasach ludziom, a tutaj musiał to wszystko odrzucić i zająć się czymś, czego robić po prostu nie potrafi. Widzi to też jego matka, która jest bardzo niezadowolona z takiego obrotu spraw, ale niestety nie ma wyjścia. Musi stać za synem i próbować go wspierać.
Jednak nie wszyscy podzielają jej zdanie. W trakcie wielkiej bitwy z nieprzyjacielem, który zaatakował kraj, a Gettland ma naprawdę poważne kłopoty. Zostaje najechany przez armię największego króla wojownika tego fragawałka ziemi. W trakcie pierwszej walki Yarvi zostaje zdradzony. Wszyscy myślą, że zginął, ale nie miał tyle szczęścia. Został wyłowiony z morza przez handlarzy niewolników i sprzedany kapitan statku handlowego, właściwie piratce, gdzie jako galernik zostaje przykuty do wioseł i musi niestety przywyknąć do losu, który stał się jego udziałem. Nie zapomina, kim jest. Na razie jednak musi po prostu być galernikiem. Dzięki swojemu sprytowi i wiedzy udaje mu się w końcu wydostać z łańcuchów i wkraść się w łaski pani kapitan. Wykorzystuje to, by uciec, a razem z nim jego przygodni towarzysze.
Ma plan bardzo jasny. Chce wrócić do Gettlandu, zabić zdrajcę, poślubić jego córkę i usiąść na tronie. Jednak nie wszystko idzie tak, jak sobie zaplanował. Pierwsza część serii „Morze Drzazg” wciąga człowieka od razu. Można powiedzieć, że wiele spraw tam da się przewidzieć. Wiadomo, że Yarvi musi uciec z niewoli. Wiadomo, że musi mu się udać. Jest główną postacią książki. My to wszystko wiemy. Jednak obserwowanie jego drogi jest czymś pasjonującym.
W pierwszej części mamy do czynienia z zagubionym chłopcem, jeszcze nie całkiem dorosłym, na którego zwaliły się, można powiedzieć, wszystkie nieszczęścia świata. Po drodze ten chłopiec musi dorosnąć. Jednak dorastanie ma swoją cenę i przekona się o tym. Oprócz samego Yarviego mamy tutaj wielu innych bohaterów, przede wszystkim jego narzeczoną Isriane. Jest to bardzo nieszczęśliwa w sumie istota, ponieważ traktowana przez wszystkich jako karta przetargowa. Najpierw ma być żoną najstarszego z dzieci króla, potem drugiego, który może w niej budzić tylko politowanie, ponieważ jest kaleką, a kaleki w tym świecie są bardzo źle widziane. Mamy też królową matkę zwaną Złotą Królową, kobietę o niepospolitym umyśle, wytrawną bizneswoman, jakby się dzisiaj powiedziało. Mimo to nie budzi ona sympatii. Zdecydowanie nie. Cały świat Jarviego, świat trylogii Modrzewiask jest dość skomplikowany, ponieważ jak mówią legendy powstał po rozbiciu bóstwa przez elfy.
Początkowo nie wiemy, o jakim bóstwie jest mowa oraz kim właściwie są elfy. Ludzie mówią o nich tylko, że kiedyś żyły, osiągnęły bardzo wysoki stopień rozwoju i zniknęły wskutek wojny, którą same rozpętały. W pierwszej części niewiele jest na ich temat, ale poczekajmy do części drugiej, już pewne rzeczy staną się jaśniejsze. W każdym razie nie wiem, czy udało mi się państwa zachęcić, ale dobrze radzę. Spróbujcie czytać tę książkę. Na pewno się nie oprzecie, sięgniecie po drugi tom, a potem po trzeci. O nich zaś będę mówić następnym razem. Żegna się z wami Luiza Viva Dobrzyńska.
[06:01:49] - Proszę państwa, teraz zbliżamy się do końca. Zostawiłem specjalnie tę część audycji właśnie na koniec albo pod koniec, ponieważ pod ostatnią audycją się nasłuchałem, że ta audycja o Józefie Mackiewiczu to taka antykomunistyczna i taka w starym stylu. A cóż ja poradzę, że jeden z największych polskich pisarzy był antykomunistą, ale jednocześnie był genialnym pisarzem. Naprawdę nie warto zwracać uwagi na to, że był antykomunistą. Ja zresztą nie mam o to do niego specjalnie pretensji, ale rozumiem, że są ludzie, którzy nie lubią takiego wykluczania. Okej, ale Józef Mackiewicz taki właśnie był. Warto go poznać. Po prostu warto poznać tego człowieka. Dzisiaj kolejny profesor będzie mówił o twórczości Mackiewicza. Znowu kilka ciekawych rzeczy na ten temat się pojawi.
A to, że, proszę państwa, Mackiewicz był świadkiem historii, był na grobach katyńskich w czasach, kiedy bywanie na tych grobach... Niemcy go po prostu tam zaprosili. On dla rządu w Londynie napisał raport o tej zbrodni. To jakoś naznaczyło jego życie. I stąd ja się zgadzam, że ta atmosfera może nie wszystkim odpowiadać, ale też bierzcie państwo pod uwagę, że audycja ma charakter modułowy. Można sobie z niej wybierać. Jednym Mackiewicz odpowiada, bo i takie sygnały mam, innym nie odpowiada. Jest ten magiczny suwak na YouTubie, którym można regulować sobie to, czego się słucha, a pewne rzeczy eliminować po prostu. Zgadzam się, że temat ciężki, ale naprawdę cóż powiem. Plączę się w zeznaniach, bo podchodzę do tego emocjonalnie.
Ja do pewnego czasu o Józefie Mackiewiczu nie wiedziałem zbyt wiele. Wiedziałem o jego bracie, o Cacie Mackiewiczu, ale Józef Mackiewicz to była terra incognita dla mnie. Nie znałem jego twórczości. I przeczytałem. I wierzcie mi państwo, ja wiem, że to są sprawy ocenne i one się nie poddają łatwemu rozważeniu. Ktoś jest lepszy, ktoś jest gorszy, ktoś jest najlepszy, a ktoś jest wcale nie taki dobry. Ale moim zdaniem to jest jeden naprawdę z największych polskich pisarzy XX wieku. Powtarzam, będzie cała masa ludzi, którzy się ze mną nie zgodzą. Biorę to na klatę, ale i tak swoje wiem. Zapraszam na trzeci odcinek o twórczości Józefa Mackiewicza i o jego życiu.
[06:05:15] - Rok Józefa Mackiewicza. Piewcy wolności, myśli i słowa. Odcinek trzeci. Sam jeden. O Józefie Mackiewiczu i jego twórczości mówi profesor Kazimierz Maciąg.
[06:05:45] - Zacznę właściwie od tego, że ja właściwie tak trochę można powiedzieć, że dorastałem do literatury razem z Józefem Mackiewiczem i po raz pierwszy o tym pisarzu usłyszałem w okolicach roku 1980. Właśnie wtedy, gdy wybuchła Solidarność. Pamiętam, wtedy w audycjach radiowych nadawanych z Zachodu, już nie pamiętam, czy to był Głos Ameryki, czy Rozgłośnia Wolna Europa, były czytane książki Mackiewicza, między nimi taka jego książka, która budziła różne żywe emocje, można powiedzieć. Książka „Kontra”, która opowiada o formacjach kolaboracyjnych, które składały się w większości z jeńców radzieckich, którzy trafili do niewoli niemieckiej. Potem Niemcy z nich tworzyli oddziały, które współpracowały z Wehrmachtem i z naszej polskiej strony patrzyliśmy na te formacje od strony bardzo krytycznej. Natomiast Mackiewicz w książce „Kontra” próbował popatrzeć na nich z punktu widzenia Kresowiaka albo człowieka doświadczonego komunizmem i próbował zrozumieć ich motywacje. Dla mnie ciekawe było to, że właśnie taka książka, o której w Polsce wtedy nie wolno było mówić, na pewno docierała do nas wtedy z Zachodu i skłaniała do różnych przemyśleń i różnych zastanowień. I właściwie moje pierwsze zetknięcie z Mackiewiczem to było przez tą książkę „Kontra”, w okolicach roku 1980. Potem przyszedł rok 1989. Ja wtedy akurat kończyłem studia polonistyczne w Rzeszowie i wtedy otwarła się, można powiedzieć, taka cała wielka bania z literaturą emigracyjną, do której wcześniej nie było dostępu.
I wtedy pamiętam, że przeczytałem kilka najważniejszych powieści Józefa Mackiewicza, między innymi „Drogę donikąd”. Chyba jego najbardziej znaną powieść, taką, która pokazuje typowe sposoby operowania literaturą, które uprawiał Józef Mackiewicz. Przez następne 25 lat rejestrowałem to, co o Mackiewiczu mówiono. Całą tak zwaną sprawę Mackiewicza. Pamiętałem o jego życiorysie, dość skomplikowanym, trudnym, można powiedzieć, w którym była też kara śmierci wydana przez polskie podziemie w czasie II wojny światowej. Natomiast kilka lat temu dowiedziałem się o takiej serii wydawniczej publikowanej przez Wydawnictwo Instytutu Pamięci Narodowej. Serii, która nazywa się „Literatura i pamięć”. I w ramach tej serii planowany był też tom o Józefie Mackiewiczu. Uznałem, że to będzie ciekawy pomysł na przypomnienie sobie tego pisarza, który nie można powiedzieć, że jest pisarzem kompletnie nieznanym, ponieważ o Mackiewiczu ukazywały się książki właściwie przez cały czas. Mackiewicz był czytany zwłaszcza w latach 80.
I potem tuż po 89. roku, gdy jeszcze pełno było wydawnictw, które publikowały takie nielegalne wydania. Wtedy były Józefa Mackiewicza, które dzisiaj dostępne są też w antykwariatach. Można je kupić bardzo często też. Uznałem, że temu pisarzowi należy się nowe spojrzenie. Też muszę powiedzieć, że gdy patrzę na tę moją książkę teraz, już po roku właściwie od jej wydania, prawie po roku, to muszę powiedzieć, że odczuwam też wdzięczność dla tych, którzy pisali o Mackiewiczu przede mną. Tutaj szczególny hołd wdzięczności powinienem złożyć profesorowi Włodzimierzowi Boleckiemu, który napisał taką monografię „Ptasznik z Wilna”, która w kolejnych wydaniach rozrastała się do rozmiarów takich bardzo monumentalnych. I z tej książki można się dowiedzieć bardzo dużo. Można przeczytać zarówno o twórczości Mackiewicza, jak i o jego biografii. Natomiast ja próbowałem popatrzeć na niego trochę inaczej, można powiedzieć, w sposób taki bardziej popularny.
I na ile mi się to udało, to czytelnik może ocenić. Także to moje dorastanie do Mackiewicza było takie kilkudziesięcioletnie i dzięki temu może też potrafię na niego popatrzeć dość obiektywnie, na cały jego dorobek, na to, co napisał i zachwycić się nim, można powiedzieć i widzieć różne mechanizmy literackie, które się pojawiają w jego twórczości. Jeżeli chodzi o moje ulubione książki Józefa Mackiewicza, to na pewno byłoby to kilka książek. Zawsze bardzo pozytywny stosunek mam do jego powieści „Droga donikąd”, napisanej w okresie powojennym. Natomiast książki, która składa się z takich fragmentów, które były publikowane wcześniej albo przerabianych przez Mackiewicza, która pokazuje, jak Mackiewicz tworzył literaturę, z czego tworzył literaturę. I można powiedzieć, że taki bardzo często zarzut wobec Józefa Mackiewicza to jest taki, że to jest literatura reporterska, dokumentalna, że za mało jest tam fikcji. Natomiast ja również w mojej książce próbowałem popatrzeć na tę powieść, taką najbardziej znaną jego właśnie w ten sposób, że owszem, jest to powieść realistyczna, na pewno w całym takim głębokim znaczeniu tego słowa jest to powieść realistyczna, natomiast też nie można jej traktować jako pamiętnik, jako taki zapis biografii Józefa Mackiewicza, bo tam wiele rzeczy też się nie zgadza, wiele jest fikcji. I Mackiewicz budując obraz tej rzeczywistości podwileńskiej w czasie okupacji sowieckiej właśnie w 41. roku tworzy to w sposób taki właśnie literacki. Czyli nie jest to dokument jednak tylko taki sposób operowania literaturą, tworzenia literatury z dokumentu, ale wypełnionego również fikcją.
Natomiast takich rzeczy mniej znanych, można powiedzieć jego, to też bardzo z wielkim zainteresowaniem właściwie patrzę na jego dzieło jeszcze przedwojenne, mianowicie taki zbiór reportaży, który nazywa się „Bunt rojstów”. On został wydany mniej więcej w połowie lat 30. Pierwsze wydanie właśnie tego „Buntu rojstów” było i Mackiewicz pokazuje trochę inny obraz Kresów, można powiedzieć, ponieważ my mamy takie ukształtowane wyobrażenie o tej krainie, można powiedzieć takie bardzo optymistyczne, radosne, pokazujące to, co łączyło wtedy ludzi w tej rzeczywistości kresowej. To są utwory bardzo często pisane przez ludzi, którzy z wielkim sentymentem patrzą na swoje dzieciństwo, na swoją młodość. Natomiast w przypadku „Buntu rojstów” Józefa Mackiewicza rzeczywiście mamy tutaj taki żywy dokument, który powstał w tamtym czasie i pokazujący nie tylko, można powiedzieć, pozytywy tej rzeczywistości kresowej, tych Kresów Północnych, bo to chyba najbardziej interesowało Mackiewicza właśnie Wileńszczyzny, można powiedzieć Polesia. Tam wędrował Mackiewicz właśnie jako reporter wileńskiego „Słowa”. I dostrzegał nie tylko to, co było radosne. Tego, co jest radosne w tej rzeczywistości, takiego optymistycznego w rzeczywistości kresowej, to w tych reportażach Józefa Mackiewicza nie ma. Natomiast jest to, co było krzywdą, niezrozumieniem ludzi mieszkających w tamtej rzeczywistości. Białorusinów, Litwinów.
Mackiewicz pokazuje krzywdy, które wyrządzano ludziom mieszkającym na tamtym terenie. Tam są różne rzeczy, które trochę kwestionują taki pozytywny mit II Rzeczpospolitej, bo Mackiewicz pokazuje niezrozumienie wobec rzeczywistości tych ludzi, którzy rządzili II Rzeczpospolitą. Jest kilka tekstów na temat wydarzenia, które Mackiewicz nazywał buntem Narocza w swojej książce reporterskiej. Wtedy największym jeziorem w Polsce było Jezioro Narocz na północno-wschodnich Kresach Rzeczpospolitej. Tam między innymi rybacy czy mieszkańcy, którzy żyli wokół tego jeziora, żyli z tego jeziora. Krótko mówiąc, mieli prawo połowu ryb na przykład. To Jezioro Narocz było miejscem ich pracy. I w pewnym momencie przyszło komuś do głowy, żeby Jezioro Narocz upaństwowić. Pozbawiono rybaków miejsca pracy. I Mackiewicz pokazuje wielką krzywdę wyrządzoną tym ludziom.
Dziś mamy takie modne pojęcie: dziennikarstwo interwencyjne. Mackiewicz może nie był twórcą tego reportażu, natomiast na pewno jest wybitnym przedstawicielem dziennikarstwa interwencyjnego i właściwie w dużej części na skutek jego działalności, pokazania całego problemu, zmieniło się to prawo, które najpierw bezwzględnie eliminowało rybaków nad Jeziorem Narocz z prawa do korzystania z ryb żyjących w tym jeziorze. I potem, na skutek między innymi działalności Mackiewicza, dopuszczono pewne ulgi dla rybaków na tamtym terenie. Są też takie teksty inne, których nie chciałbym streszczać w tym momencie. Taką wielką inwestycją na Kresach było doprowadzenie linii kolejowej do Drui. To było niewielkie miasteczko na samym kresie północnym Wileńszczyzny, wtedy tuż przy granicy łotewskiej. I ta linia kolejowa miała spowodować możliwość eksportu towarów z Kresów poprzez Łotwę do Europy i do świata, ponieważ z wiadomych względów przez Prusy było to niemożliwe. Ta droga była najkrótsza z Wileńszczyzny. I znowu tutaj Mackiewicz pokazuje różne mankamenty, problemy, które wynikały z wielkiej inwestycji realizowanej przez państwo wtedy. Ze szczególną sympatią patrzę na przedostatni reportaż Mackiewicza w zbiorze „Bunt rojstów”.
Reportaż, który nazywa się „Przez błotną pustynię wiedzie droga do raju”. Tytuł jest trochę zagadkowy i kojarzy się z baśnią, legendą, wielkim mitem. I tutaj Mackiewicz w swoim reportażu, który w dużej części jest opowiadaniem, bo tam jest dość trudno zweryfikować, co jest prawdą, a co jest zmyśleniem w tym tekście, pokazuje krzywdę ludzi mieszkających w kompletnym zapomnieniu, w opuszczeniu. Miejscowości, która właściwie jest zapomniana przez Boga i ludzi. To jest chyba najlepsze określenie. Pokazuje nędzę tych ludzi i ich upokorzenie. Całość tego tomu składa się na inny obraz Kresów. Mackiewicz tym tekstem, tym zbiorem reportaży debiutował jako reporter i jako literat. I chyba zaznaczył wyraźną swoją odrębność już wtedy, w okresie dwudziestolecia międzywojennego, w latach 30. właśnie.
[06:15:39] - W ostatnim numerze „Wiadomości Literackich” przeczytałem reportaż z Polesia Ksawerego Pruszyńskiego. Autor, który nie tyle zna Żydów, co zna się na Żydach, pisze w nim: „Jeśli chodzi o lud, to mimo lichwy istnieje jakby pewien filosemityzm. Trzeba to sobie wytłumaczyć. Otóż w dawnym układzie kraju, gdy nie było jeszcze jako warstwy społecznej robotnika, Żyd był tym czymś pośrednim między panem a człowiekiem prostym. Od czasu, gdy pojęcie pana stało się w swej większości pojęciem napływowego urzędnika obcego i zwierzchniego, rozdział między nimi urósł. Życie przyniosło moc wydarzeń, których człowiek prosty nie mógł sobie wytłumaczyć. I oto w tym stanie rzeczy najbliżej jeszcze człowieka prostego stał także człowiek tutejszy, Żyd. Nieliczni ziemianie uważali niesłusznie za swój obowiązek nigdy wobec ludzi nie krytykować polskiej władzy. Żyd postępował swobodnie. Żyd wyjaśniał, tłumaczył bardzo po prostu wiele.
Chłop nie tylko kupi u Żyda. Chłop z Żydem pogada i od niego się dowie i nowinek ze świata. Spółdzielnie zakładane pośrednio czy bezpośrednio przez władzę nic tu nie zmienią”. Jak widzimy, Pruszyński na Polesiu dochodzi do tego samego wniosku co ja nad Naroczem. Otóż, o ile mi wiadomo, w swych podróżach po Polsce nie objeżdżał on terenów od Prypeci na północ. Dlatego może nie wiedzieć, że tak samo jest nad Niemnem jak Wiją, tak samo nad Wibiną. To znaczy nie w miastach, tylko wszędzie tam, gdzie chłop, jak go określił na początku robotnik wileński, jest ciemny. Nie chcę przez to, broń Boże, zestawiać ciemnoty z filosemityzmem i oświecenia z antysemityzmem. Rozumiem jednak, iż Żyd siłą rzeczy stanowi dla chłopa obiekt naturalnej niechęci wypływającej nie tylko z różnicy ras i religii, ale również jako drogi pośrednik, lichwiarz czy wyzyskiwacz. Natomiast z drugiej strony stanowi dlań również szczebel wyższy, wykształceńszy, w którym chłop szuka oparcia w braku innego.
Józef Mackiewicz, „Filosemityzm na Rojstach”. Artykuł opublikowany w „Słowie”, Wilno, 18 sierpnia 1936 roku.
[06:17:54] - Jeżeli mogę jeszcze powiedzieć o innych tekstach, które na mnie robią szczególne wrażenie, to może coś lżejszego z jego twórczości. Mackiewicz jest mistrzem opowiadań krótkich, niedługich, takich, które wyczerpują znamiona definicji opowiadania jako niedługiego tekstu prozatorskiego pokazującego jakiś problem. Te opowiadania Mackiewicza są dostępne współcześnie w dwóch zbiorach. Jeden z nich nazywa się „Ściągaczki z szuflady Pana Boga”, drugi nazywa się „Tajemnica żółtej willi”. I w tych obydwu zbiorach jest kilka tekstów, które moim zdaniem naprawdę pokazują Józefa Mackiewicza jako mistrza operowania niewielkimi formami prozatorskimi. W zbiorze „Ściągaczki z szuflady Pana Boga” jest na przykład opowiadanie, które nosi tytuł „Fopa ciotki Pawci”. Tytuł żartobliwy, można powiedzieć trochę śmieszny, zagadkowy również. Opowiadanie jest niedługie, ma dwadzieścia parę stron. Oparte jest w dużej części na wspomnieniach rodzinnych Mackiewicza, ponieważ tytułowa ciotka Pawcia to jest kompilacja dwóch ciotek Józefa Mackiewicza, które obydwie wyszły za Litwinów niespokrewnionych ze sobą, którzy nosili nazwisko Matulaitis. Badacze, którzy pisali już na temat tego opowiadania, doszli do wniosku, co jest z jednej ciotki, co jest z drugiej ciotki w tym opowiadaniu.
Opowiadanie jest urocze od strony formy przekazu literackiego. Pokazuje z wielką sympatią rzeczywistość kresową sprzed I wojny światowej. Pokazuje harmonię tej rzeczywistości, zadowolenie ludzi mieszkających wtedy w Wilnie z tego, co ich spotyka. Jest powrotem do mitu dzieciństwa również, ponieważ bohater tego opowiadania to jest chłopiec, który nosi imię Henryk. I on opowiada o swojej ciotce, która odwiedza jego rodzinę wielokrotnie i za każdym razem ta ciotka staje się przekaźnikiem wartości, które odchodzą w przeszłość. Na przykład zgody między ludźmi. Ciotce jest trudno zrozumieć, że rzeczywistość przed I wojną światową i po I wojnie światowej zmienia się, że już nie będzie powrotu do rzeczywistości, która łączyła ludzi przynależących do różnych kręgów narodowościowych, że w obrębie rzeczywistości kresowej pojawiły się ideologie takie jak komunizm, które dzielą ludzi i pokazują to, co ich dzieli, a nie to, co ich łączy. Nie chciałbym, jak to mówi młodzież współcześnie, spoilerować tego opowiadania, natomiast ono jest niezwykle urocze, delikatne, subtelne, pokazujące tęsknotę do przeszłości również i żal za upływającym czasem. Jeżeli chodzi o opowiadania Józefa Mackiewicza, to w zbiorze „Tajemnica żółtej willi” jest bardzo ciekawe opowiadanie tytułowe – „Tajemnica żółtej willi”. Otóż Mackiewicz jako dziecko kilkunastoletnie był uczestnikiem rodzinnej wyprawy nad Morze Śródziemne.
Matka Mackiewicza zawiozła trójkę swoich dzieci, to znaczy Józefa oraz późniejszego również wybitnego dziennikarza i polityka Stanisława Cata-Mackiewicza oraz ich siostrę Sewerynę, kilka lat przed I wojną światową na wybrzeże Morza Śródziemnego do Francji. I tam spędzili kilka miesięcy w celach leczniczych w zasadzie. I w pamięci Józefa Mackiewicza szczególnie odcisnęła się żółta willa, która była w miejscowości, w której oni przebywali przez te kilka miesięcy. I całe opowiadanie jest próbą powrotu do przeszłości, próbą powrotu do straconego czasu. Mnie się ono kojarzy z Proustem, z „Szukaniem straconego czasu” albo z podobnymi klimatami, jakie mamy na przykład w opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza „Panny z Wilka”. I oczywiście ten powrót nie jest możliwy. Narrator tego opowiadania próbuje wielokrotnie wracać do tej żółtej willi i okazuje się, że tego powrotu nie ma. Natomiast opowiadanie jest moim zdaniem wybitnym przykładem sztuki prozatorskiej. Jeszcze o dwóch opowiadaniach, które szczególnie przyjemnie wspominam i wydają mi się one bardzo interesujące. Żeby było coś innego, troszeczkę inne klimaty niż w tych dwóch opowiadaniach, to wspomnę o tekście, który nazywa się „Arkadiusz Fantasta”.
To opowiadanie jest w zbiorze „Tajemnica żółtej willi”. Tutaj tytułem wprowadzenia przypomnę, że Józef Mackiewicz należał do pokolenia, które można by nazwać świadkami XX wieku. Wprawdzie Aleksander Wat zarezerwował dla swojego tekstu wspomnieniowego tytuł „Mój wiek”, ale wydaje mi się, że Mackiewicz, który był od Aleksandra Wata, o ile pamiętam, młodszy o dwa lata, też by miał prawo do nazwania wieku XX właśnie „moim wiekiem”, własnym wiekiem. Mackiewicz miał też okres wojskowy w swojej działalności, bo w latach 1919–1920 brał udział w oddziałach najpierw partyzanckich na Wileńszczyźnie, a potem w regularnych oddziałach Wojska Polskiego. W 1920 roku walczył w czasie wojny z bolszewikami. I to opowiadanie jest refleksem doświadczeń wojskowych, jak mi się wydaje, Józefa Mackiewicza. Bohaterem jest nietypowy żołnierz, który przypomina trochę może sienkiewiczowskiego Zagłobę, może inne postaci nietypowych żołnierzy, który potrafi rzeczywistość przerabiać w fikcję. Opowiada niesamowite historie, przekształca tragedię, rozpacz wojenną i niewątpliwie trudny los żołnierza wtedy potrafi osłodzić historiami fantastycznymi. Ten tytuł też jest bardzo dobrze dobrany. Zresztą Mackiewicz, jak mi się wydaje, przywiązywał szczególną wagę do tytułów, które rzeczywiście były przemyślane, głębokie.
I „Arkadiusz Fantasta” jest na pewno jednym z najlepszych opowiadań Józefa Mackiewicza. Może jeszcze o jednym tekście bym wspomniał, takim, który też jest tekstem pokazującym rzeczywistość kresową. Rzecz nazywa się „Morderstwo nad rzeką Waką”. Waka to jest rzeka, która przepływała w pobliżu miejscowości Czarny Bór, gdzie Mackiewicz mieszkał w późnych latach 30. i w czasie II wojny światowej. Czarny Bór jest położony kilkanaście kilometrów na południe od Wilna, w stronę Lidy, dzisiaj białoruskiej. I tam Mackiewicz dojeżdżał do Wilna koleją ze swojego Czarnego Boru. Pokazuje też Mackiewicza ten tekst jako takiego pilnego obserwatora rzeczywistości, tej, w której się znajdował w późnych latach 30. i w czasie II wojny światowej. Tutaj znowu historia jest taka trochę, bym powiedział, szekspirowska, bo mamy dziwną, tajemniczą miłość, mamy morderstwo, mamy dwie kobiety, które właściwie są sobowtórami siebie.
Mamy człowieka do szaleństwa zakochanego w jednej z tych kobiet albo w obydwu tych kobietach. Różnie na to można patrzeć. To jest też takie opowiadanie, które pokazuje Mackiewicza jako literata, jako takiego poetę prozy chyba. Takiego twórcę, który potrafi przekształcić rzeczywistość tą, którą doświadczał, którą znał, w taki zupełnie nowatorski sposób. I jeszcze o kontynuacji tego nurtu reporterskiego w twórczości Józefa Mackiewicza. Wydaje mi się, że większość z nas wie, nawet te osoby, które się niespecjalnie interesują biografią i twórczością Józefa Mackiewicza, wie o tym, że Mackiewicz w czasie II wojny światowej w roku 1943, gdy Niemcy odkryli groby w Katyniu pod Smoleńskiem, Mackiewicz pojechał tam w jednej z takich delegacji, które Niemcy wysyłali do Katynia po to, aby zaświadczyć, jak było tam. I Mackiewicz po tym swoim pobycie w Katyniu napisał taki reportaż, który nazywa się „Widziałem na własne oczy”. Od strony takiej formalnej też ten reportaż jest reportażem na pewno, natomiast jest też taką próbą wywiadu, właściwie wywiadem tak od strony formalnej. Prawdę mówiąc, mnie do końca nie udało się ustalić, czy była jakaś osoba, która zadawała Mackiewiczowi pytania, czy on sam sobie wymyślił również pytania po to, żeby może ta forma podawcza była taka bardziej atrakcyjna dla czytelnika. W każdym razie jest to świadectwo, można powiedzieć, zagłady polskich żołnierzy w Katyniu albo początek też pewnych bardzo głębokich i obszernych zainteresowań Józefa Mackiewicza, ponieważ ten temat katyński w jego twórczości publicystycznej, takiej dokumentalnej, będzie się przewijał w okresie emigracyjnym również.
I taką kwintesencją tych jego doświadczeń katyńskich jest książka, która nazywa się „Katyń. Zbrodnia bez sądu i kary”. Ona pod różnymi tytułami była wydawana również w przekładach na języki obce, na angielski, niemiecki, francuski, hiszpański, pewnie jeszcze kilka innych języków. I Mackiewicz, można powiedzieć, że przypominał społeczności nie tylko europejskiej, ale światowej nawet w tych latach 50., 60. właśnie wtedy, gdy Katyń był skazany na zapomnienie, przypominał to, co widział. Zresztą tuż po zakończeniu II wojny światowej, właściwie jeszcze w ostatnich miesiącach II wojny światowej, gdy Józef Mackiewicz znalazł się we Włoszech, był tam skierowany przy takiej biurze II Korpusu generała Andersa do takiej placówki, która miała opracować, można powiedzieć, problem katyński. Miała rozmawiać ze świadkami, którzy byli tam, miała badać dokumenty również. I ta, można powiedzieć, monografia na ten temat Mackiewicza „Katyń. Zbrodnia bez sądu i kary” jest efektem tych jego kilkumiesięcznych badań nad tym problemem w okresie końca II wojny światowej i tuż po II wojnie światowej. Natomiast jeżeli chodzi o sam ten reportaż, w sumie też niedługi taki, bo to jest znowu kilkanaście stron.
Reportaż był publikowany w prasie gadzinowej, można by powiedzieć, niemieckiej jeszcze w czasie II wojny światowej w 1943 roku po powrocie Mackiewicza z Katynia. Reportaż jest taki bardzo oszczędny, bym powiedział, ale przejmujący. Mackiewicz pokazuje między innymi takie rekwizyty, można by powiedzieć, wyjęte z grobów katyńskich: zdjęcia, dokumenty. Z takich ciekawych rzeczy to na przykład zwróciłem uwagę na to, że jest tam wzmianka również o pociskach, które są wyjęte z grobów katyńskich wtedy. I ten reportaż zresztą Mackiewicza ma kilka takich wydań. To pierwsze wydanie w tej prasie gadzinowej niemieckiej oczywiście jest ocenzurowane przez Niemców wtedy. I tam mamy taki epizodzik, gdy Mackiewicz ogląda sobie kulę wyjętą z grobu katyńskiego i widzi tam jakieś napisy. Natomiast oczywiście nie mógł napisać wtedy, w jakim języku były te napisy. Potem dopiero w wydaniach powojennych mamy informację o tym, że te kule, z których byli rozstrzelani polscy oficerowie w Katyniu, miały napisy niemieckie. I to jest dowód na współpracę Niemiec i Związku Sowieckiego właśnie przed II wojną światową, po roku 1939 jeszcze.
Sowieci po prostu wykorzystali niemiecką amunicję do rozstrzelania polskich żołnierzy w Katyniu. Być może zrobili to perfidnie również po to, żeby kiedyś odpowiedzialność spadła na Niemców. Być może taki cel mieli, a może to był przypadek. W każdym razie jest takie przekształcenie tego tekstu Mackiewicza.
[06:29:30] - „Jak dokonano tych zbrodni? To znaczy chodzi mi o ich techniczny po prostu przebieg. Przecież tyle tysięcy oficerów. Widzi pan, poruszamy tu temat może kulminacyjny tej tragedii, która dziś nie jest już tragedią poszczególnych osób czy ich rodzin, ale całego narodu. Wiem, że pytanie postawione jest po to, aby odpowiedź czy opowieść następnie opublikować. Jestem zupełnie głęboko przekonany i nie wstydzę się tego, i nie ukrywam, i nie ukrywałem nigdy, że najszersze warstwy naszego narodu, jak zresztą wszystkich narodów, powinny zrozumieć głębszy sens i niebezpieczeństwo bolszewizmu. Sięgamy tu jednak w dziedzinę okropności. Dla obcych być ona może źródłem sensacyjnych dreszczów tylko. Dla Polaków winna być sprawą ich wewnętrznej, przeżywanej dziś męki. Nie chciałbym, aby cokolwiek powiem, miało posmak sensacji.
Otóż pytanie, które pan postawił, przyznam, mrożące krew w żyłach, zadawałem sobie i innym w Katyniu nie raz. W tej chwili nie znamy świadka, który by na nie mógł dać wyczerpującą odpowiedź. Skąpych informacji mogą udzielić miejscowi mieszkańcy. Z tych słów jednak mogłem wysnuć następujący bieg zdarzeń. W marcu, kwietniu 1940 roku na stację Gniezdowo koło Smoleńska, o cztery kilometry od Katynia, codziennie przybywał pociąg złożony z trzech wagonów i parowozu. Z wagonów tych wyładowywano oficerów polskich, wyładowywano do samochodów więziennych znanych zarówno w Smoleńsku, jak całej Rosji pod nazwą Czernyj Woron, Czarny Kruk. Samochody pochodziły ze Smoleńska, których tamtejsze NKWD posiadało cztery sztuki. Samochody pochodziły ze Smoleńska, których tamtejsze NKWD posiadało cztery sztuki. Do Katynia chodziło ich trzy. Przodem jechała ciężarówka z rzeczami, za nią czernyje worony, zaś karawanę zamykał samochód osobowy z urzędnikami NKWD.
Ponieważ oficerowie przewożeni byli z rzeczami, wynika z tego, że do ostatniej chwili nie wiedzieli, co ich czeka. Po pewnym czasie auta zawracały na stację i w ten sposób kursowały cały dzień tam i z powrotem. Nazajutrz przychodziły nowe wagony, nowy transport. Ilu w ten sposób tracono dziennie? Ustalić trudno. Obszar lasku katyńskiego od lat już znany był okolicznym mieszkańcom jako miejsce kaźni. Otoczony drutem kolczastym, obstawiony wartami, które krążyły z psami. Nikt się doń nie mógł zbliżyć. Oczywiście każdy, kto zna stosunki sowieckie, rozumie, że nikt zbliżać się nie miał ochoty ani mówić, co tam się dzieje, ani szeptać, ani patrzeć, ani domyślać się, ani w ogóle myśleć nawet. To jest zupełnie zrozumiałe.
Czego się spodziewali nasi oficerowie, jadąc w ten sposób te cztery krótkie kilometry? Co czuli i przeczuwali? O czym między sobą mówili? Możemy snuć tylko domysły. My wszyscy, zarówno ja i ci, którzy byli w Katyniu, jak panowie, którzyście tam nie byli. Być może to najstraszniejsze, które rozegrało się później, które następowało natychmiast po przybyciu do lasku, zostanie ujawnione w przyszłości. Być może zezna ktoś z agentów NKWD, ktoś z wartowników, żołnierzy sowieckich wówczas obecnych, jak zginęli nasi oficerowie, ofiary bezbronne, jeńcy wojenni bez wojny. Z jakimi słowami na ustach, z jakim gestem, protestem, przerażeniem czy bohaterstwem? Zapewne byli tam różni ludzie i różnie się zachowywali. Życie i śmierć to sprawa arcyludzka.
Tylko sposób, w jaki śmierć ta została zadana, pretekst i towarzyszące okoliczności są tak bardzo nieludzkie, że jakkolwiek zdarzać się mogą w historii wojen, historia pokoju dotychczas ich nie znała. „Widziałem na własne oczy”. Wywiad z Józefem Mackiewiczem o Katyniu przeprowadzony w 1943 roku.
[06:33:18] - I drugi taki tekst paralelny, jak mi się wydaje, albo taki równoległy do tego reportażu właśnie z Katynia „Widziałem na własne oczy”, to jest także reportaż, który nazywa się „Ponary-Baza”. Ponary to było takie przedmieście Wilna, gdzie była baza wojskowa sowiecka wtedy, gdy właśnie Sowieci najpierw założyli swoje bazy na Wileńszczyźnie, na Litwie jeszcze niepodległej, a potem już właśnie gdy weszli tam na Wileńszczyznę, na Litwę, to te bazy zostały rozbudowane. Potem te bazy przejęli tam Niemcy i Mackiewicz pewnego razu, to było właśnie w drugiej połowie 1943 roku, akurat jechał sobie rowerem tego właśnie swojego czarnego boru do jakiegoś kolegi tam w pobliskiej miejscowości. W pewnym momencie przejeżdża przez te Ponary, przejeżdża przez stację kolejową. Niemcy go tam zatrzymują, bo okazuje się, że właśnie przybył transport z Żydami, którzy są skierowani na zagładę do miejsca zagłady właśnie w tych Ponarach. Myślę, że wszyscy znamy opowiadania oświęcimskie Tadeusza Borowskiego. Znamy „Medaliony” Zofii Nałkowskiej. Natomiast ja powiem, że dla mnie ten reportaż, ten dokument „Ponary-Baza” Józefa Mackiewicza jest chyba jeszcze bardziej przejmujący. Przede wszystkim dlatego, że jest to opowiadanie świadka oczywiście, natomiast Mackiewicz pokazuje bestialstwo Niemców, można powiedzieć, i zagładę Żydów w sposób tak dosłowny, tak radykalny jakiś, że trudno być bezwzględnym wobec tego tekstu. Jeżeli chodzi o twórczość powieściową Józefa Mackiewicza, to tak jak wspomniałem, wydaje mi się, że taką powieścią jego najważniejszą, najciekawszą i chyba literacko też najlepszą to jest „Droga donikąd”.
Natomiast dla mnie obecnego, jakby współczesnego, tego czytelnika Józefa Mackiewicza i badacza Józefa Mackiewicza okolic roku 2020 jest taka książka, która nazywa się „Sprawa pułkownika Miasojedowa”. To jest też książka taka, do której się wielokrotnie przybliżałem, jakby właśnie po roku 1989, gdy próbowałem przeczytać i przeczytałem właśnie kilka książek Józefa Mackiewicza. Miałem w swoich rękach również „Sprawę pułkownika Miasojedowa”. Ona mi się wtedy wydawała jakaś taka trudna. Nie dałem rady, że tak powiem, przeczytać jej. Natomiast właśnie kilka lat temu miałem kolejne już, to było drugie albo nawet trzecie podejście do „Sprawy pułkownika Miasojedowa”. To jest książka, którą w obecnym moim stanie wiedzy o Józefie Mackiewiczu stawiałbym na równi z „Drogą donikąd”, a może nawet wyżej niż „Droga donikąd”. Badacze twórczości Józefa Mackiewicza mówią o tym, że ta książka otwiera cykl powieściowy Józefa Mackiewicza. Rzeczywiście ona ukazuje, można powiedzieć, w pewnej mierze genezę wojny światowej i potem to, co będzie się rozwijało w jego powieściach, na przykład o roku 1920, „Lewa wolna”, potem w powieści „Kawierowicz”, właśnie w „Drodze donikąd”, w „Nie trzeba głośno mówić”. To jest zapoczątkowane chyba właśnie w tej „Sprawie pułkownika Miasojedowa”.
Książka jest oparta znowu na takim niby drobnym epizodzie Niewielu z nas zapewne wie o tym, że na początku I wojny światowej, gdy Rosja po początkowych sukcesach zaczęła przegrywać swoje starcie z Niemcami, potrzebne było znalezienie ofiary. Kogoś, na kogo będzie można zrzucić winę za przegraną armii rosyjskiej. Wtedy, na początku I wojny światowej, jesienią i zimą roku 1914. Wtedy właśnie wybuchła tak zwana sprawa Sergiusza Miasojedowa. Miasojedow był oficerem rosyjskim, który prowadził swoją karierę w armii rosyjskiej na początku XX wieku. I ta kariera mu się pięknie rozwijała. Natomiast potem w pewnym momencie został, dzisiaj byśmy powiedzieli biznesmenem. Odszedł właśnie z tej armii rosyjskiej. Zaczął prowadzić swoje interesy między innymi na współpracy z Niemcami. To był jeden powód, dla którego nadawał się na ofiarę, ponieważ odszedł dobrowolnie z armii rosyjskiej, co mogło budzić pewną nieufność i zdziwienie wtedy.
Pewnie przyczyną wybrania Sergiusza Miasojedowa na ofiarę było to, że jego żona była pochodzenia żydowskiego i z tego powodu to też sprawiało, że nadawał się na ofiarę. Miasojedowa aresztowano wtedy. Odbyło się to zresztą w Warszawie. Urządzono mu krótki, niesprawiedliwy proces, w którym właściwie nie było obrońcy Miasojedowa i rozstrzelano go w Cytadeli Warszawskiej. Potem była jeszcze cała kampania, która udowadniała, że dobrze zrobiono, że rzeczywiście był winien współpracy z Niemcami. Można powiedzieć, że ta sprawa Miasojedowa jest wałkowana do dzisiaj również i są różne opinie na ten temat. Niemniej jednak wydaje mi się, że większość badaczy skłania się do tego, że Sergiusz Miasojedow był ofiarą zapotrzebowania na winnego klęsk armii rosyjskiej i z tego powodu zrobiono z niego ofiarę. I z tego powodu skończył na stoku Cytadeli Warszawskiej. Książka jest wielowątkowa. Kwestia Miasojedowa kończy się w pewnym momencie i potem zaczyna się wątek jego żony, która znajduje się na Syberii w czasie I wojny światowej, potem w okresie dwudziestolecia międzywojennego wychodzi za mąż za Polaka, przyjeżdża do Polski.
Mamy okres opisu rzeczywistości przedwojennej Polski. Potem mamy II wojnę światową i właściwie powieść ta kończy się opisem bombardowania Drezna przez aliantów podczas nalotów dywanowych w ostatnich latach II wojny światowej. Dla mnie ta powieść jest interesująca, ważna, odkrywcza, innowatorska z tego względu, że pokazuje problem jednostki w trybach historii. Temat jest taki wielokrotnie pojawiający się w literaturze. Dzisiaj patrzymy na „Sprawę pułkownika Miasojedowa” właściwie jako na powieść historyczną. I wtedy, gdy Mackiewicz pisał tę powieść, minęło pół wieku co najmniej od tej sprawy, więc właściwie patrzył na tą rzeczywistość, na ten problem cały Miasojedowa jako na rzeczywistość historyczną, minioną. Natomiast ona jest dziwnie współczesna, aktualna i uniwersalna. Właśnie ze względu na pokazanie jednostki w trybach historii. Okazuje się, że nawet ktoś, kto jest ważną postacią, bo Miasojedow nie był byle kim, w starciu z okrutnymi, bezwzględnymi mechanizmami historycznymi, militarnymi, wojskowymi, politycznymi jest nikim i bardzo łatwo może stać się ofiarą. O Józefie Mackiewiczu bardzo często mówi się właśnie o tym, że on pokazuje bezsens wojny, bezsens zagłady.
Bardzo często w swojej twórczości nie pokazuje bohaterów heroicznych. Pokazuje bohaterów takich jak pewnie większość ludzi jest w czasie każdych wielkich wydarzeń historycznych, że bohaterów jest niewielu, że większość jest taką masą, która próbuje jakoś przeżyć największe tragedie, największe nieszczęścia. I Mackiewicz jest chyba pisarzem, który pokazuje bardzo dobrze, bardzo trafnie historię bezwzględną, okrutną, miażdżącą tych słabych, tych, którzy niechcący w zasadzie znajdują się w trybach historii. Książka też jest panoramą życia, panoramą I wojny światowej, panoramą dwudziestolecia. Tam mamy też spory polityczne z komunistami na przykład w czasie pobytu na Syberii żony Miasojedowa. Potem mamy pokazaną II wojnę światową. Powiem tak, że dla mnie współcześnie ta powieść jest takim trochę odpowiednikiem „Lalki” Bolesława Prusa. Dzisiaj patrzymy często na prozę współczesną, to jest takie wołanie o powstanie wielkiego utworu, który by przypominał w jakiejś mierze chyba naszą najlepszą powieść XIX-wieczną, właśnie „Lalkę” Bolesława Prusa, która jest powieścią wielowątkową, o której co kilka lat powstaje nowa monografia, która pokazuje nowe problemy, nowe możliwości odczytania tej powieści. Wydaje mi się, że „Sprawa pułkownika Miasojedowa” jest powieścią podobnego rzędu, podobnej klasy. Gdybym miał jeszcze znaleźć inną taką powieść Mackiewicza, o której warto by było powiedzieć, to jest taka powieść „Karierowicz”, która w pewnej mierze jest kontynuacją pewnych nurtów, które się pojawiły w „Sprawie pułkownika Miasojedowa”.
Pokazany jest tutaj człowiek, który wprawdzie bierze udział w wielkiej historii, w wojnie. Potem prowadzi jakąś karierę urzędniczą w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Tytuł tej książki właśnie „Karierowicz” pokazuje psychologiczne mechanizmy kariery. Jak to się dzieje, że ktoś zajmuje na przykład wysokie stanowiska, że dochodzi do tych wysokich stanowisk. I ten człowiek, który jest bohaterem tej powieści nie ma żadnych naturalnych przymiotów, które by go predestynowały do tego, żeby być kimś ważnym, zajmować ważne stanowisko. Natomiast na skutek sprzyjających okoliczności również, na skutek w zasadzie biernego akceptowania różnych darów losu, które na niego spływają, zajmuje dość duże stanowisko jak na dwudziestolecie międzywojenne. Dochodzi do pewnego rodzaju kariery. Wydaje mi się, że taką powieścią, która pokazuje początki naszej niepodległości, bo w tych latach rozgrywa się akcja „Karierowicza”, jest powieść „Lewa wolna”, wynikająca z osobistych doświadczeń Józefa Mackiewicza z jego udziału w wojnie 1920 roku. I to jest też powieść wielkich pytań o to, na ile popełniliśmy jakieś błędy, na przykład w 1920 roku. Czy tę wojnę można było kontynuować?
Czy można było więcej zyskać? Bohaterowie tej powieści toczą dyskusje na ten temat. Powieść też pokazuje Mackiewicza jako politologa. To byłoby chyba najlepsze określenie człowieka, który daje zabrać głos różnym stronom sporu politycznego, który nie jest zawzięty, przywiązany do jednej opcji politycznej, tylko daje się wypowiedzieć innym bohaterom. Bardzo często w literaturze ceni się coś takiego jak dialogiczność, tendencję do tego, żeby pokazywać różne poglądy, różne opcje polityczne, również ideowe. I powieść „Lewa wolna” jest przykładem takiej powieści dialogicznej. W roku 1957, a więc wtedy, gdy ukazywały się największe powieści Mackiewicza, takie jak „Droga donikąd”, ukazała się taka nietypowa książka w PRL-u, w Warszawie, która nazywała się „Dno nieba”. Na stronie tytułowej tej książki jako autor figurował rzeczywisty bohater naszych Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Właśnie wtedy człowiek, który nazywał się Roman Lutosławski. I jeżeli byśmy mieli pokazać temat tej powieści, to ona może przypomina nieco „Dywizjon 303” Fiedlera.
Natomiast książka ta jest ciekawa z tego względu, że w PRL-u Mackiewicz był pisarzem wyklętym. Nie było możliwe opublikowanie jego czegokolwiek tutaj. Natomiast okazało się, że na skutek współpracy tużpowojennej Józefa Mackiewicza z polskim lotnikiem Romanem Lutosławskim ukazała się powieść, właściwie bardziej reportaż, tekst paraliteracki, podpisany przez Romana Lutosławskiego, który w rzeczywistości napisany jest przez Mackiewicza i znowu pokazuje on rzeczywistość wojenną II wojny światowej w sposób taki typowo Mackiewiczowski. Bohater jest człowiekiem z życia wziętym, tak można by powiedzieć. Takim, który nie jest wielkim bohaterem. Ofiara to jest chyba złe słowo, żeby tak o nim powiedzieć. Natomiast jest takim człowiekiem, który sam nie wybiera swojego losu, tylko los wybiera jego. I kieruje jego życiem w sposób przypadkowy dość. Są tam pewne rzeczy, które demitologizują codzienne życie żołnierskie. Pokazują żołnierza nie od strony heroicznej, ale zwykłej.
Na przykład mamy tam epizod niewielki. Bohater jest proszony o to, żeby wypełnić ankietę i w rubryce w tej ankiecie przeznaczonej na wpisanie życzeń osobistych notuje coś takiego: „Latać chcę, ale proszę o przydział do sztabu, w którym mógłbym awansować”. Ludzkie arcyludzkie, tak można by powiedzieć. Moja książka nosi tytuł „Sam jeden. Józef Mackiewicz, pisarz i publicysta”. Przyznam się, że w czasie różnych spotkań, które miałem w związku z promocją tej książki, między innymi bardzo często pytano mnie o ten tytuł. W jakiej mierze Mackiewicz był sam jeden rzeczywiście w naszej literaturze? I ja zwykle to wyjaśniam w ten sposób, że rzeczywiście jest sam jeden jako pisarz niesamowicie oryginalny, osobny. Natomiast jako człowiek Mackiewicz nie był sam jeden, nie był samotnikiem. Po pierwsze miał osobę, która troszczyła się o niego.
Bardzo często pomagała mu w jego problemach osobistych. Jego żona Barbara Toporska, która była jego podporą od późnych lat 30. do śmierci w roku 1985. I bez niej, wydaje mi się, nie mielibyśmy tak wspaniałego Mackiewicza, tak wspaniałego twórcy literatury, jak mamy. Miał też krąg towarzyski osób bliskich mu, zaprzyjaźnionych z nim. Między innymi były to osoby z kręgu „Wiadomości Londyńskich” Rydzewskiego. Do jego przyjaciół należał między innymi Marian Hemar. Można by wymienić sporo nazwisk takich, które w tym kręgu towarzyskim Mackiewicza się pojawiają. I przyznam się, że gdy pisałem tę książkę od roku 2019, mniej więcej przez dwa lata, przez półtora roku, to też byłem zaskoczony tym, jak szeroka, jak obszerna była recepcja twórczości Mackiewicza. Że to nie jest taki pisarz, dla którego recenzje pisali jacyś znajomi, przyjaciele tylko.
Wśród jego recenzentów, tych osób, które uznały, że warto promować Mackiewicza, pojawiają się na przykład takie osoby jak Ferdynand Ossendowski, który napisał wstęp do „Buntu rojstów” z lat 30. jeszcze. W późniejszych latach też o Mackiewiczu, o jego twórczości pisali na przykład Ksawery Pruszyński, Adam Grzemała-Siedlecki, Czesław Miłosz pisał recenzje z kręgów emigracyjnych, także na przykład Maria Danilewiczowa, Stanisław Baliński, Michał Chmielowiec. Kilka takich ważnych postaci życia emigracyjnego. Z literaturoznawców polskich, tutaj mieszkających w kraju przypomnę jeszcze raz profesora Włodzimierza Boleckiego, autora monografii o Mackiewiczu. Natomiast mniejsze teksty pisali o nim między innymi Jerzy Jarzębki, Andrzej Kowalczyk, Jan Zieliński, Maria Zadencka, Jacek Trznadel również też trzeba by dołożyć tutaj jeszcze jego nazwisko. To są nazwiska, które są znane, jak mi się wydaje, nie tylko literaturoznawcom, ale ludziom zainteresowanym kulturą polską w ogóle. To też świadczy o tym, że to nie jest przypadek pisarza samotnika, który pisze dla siebie, tylko twórcy, którego recepcja jest bardzo szeroka. Jeżeli chodzi o samą moją książkę, to powiem tak, że można ją czytać na dwa albo na trzy sposoby. Książka składa się z kilkunastu rozdziałów, które na przemian omawiają biografię Józefa Mackiewicza oraz jego twórczość.
Jeżeli ktoś jest bardziej zainteresowany życiem Józefa Mackiewicza, to może sobie czytać rozdziały biograficzne, które pokazują arcyciekawe, jak mi się wydaje, życie Józefa Mackiewicza. Natomiast potem albo równolegle można sobie pogłębić znajomość problemu, znajomość mojej książki czytając analizy jego tekstów literackich. Albo można też, jeżeli ktoś wie już o Mackiewiczu wszystko mniej więcej, się skupić na tekstach interpretacyjnych tylko. To były takie dwa sposoby czytania mojej książki. Natomiast jest trzeci sposób, analizujący recepcję. Gdy w rozdziałach interpretacyjnych zamierzam omówić jakiś tekst Mackiewicza, powieści albo publicystykę, jego dość obszerną, o której dotąd nie było miejsca jeszcze na wspomnienie. Piszę też o publicystyce powojennej Mackiewicza. Są jego dwie bardzo ciekawe książki o dziejach Kościoła katolickiego w czasie Soboru Watykańskiego Drugiego i potem o transformacji Kościoła posoborowej. I o tych tekstach warto by było pamiętać.
[06:50:01] - „Tylko ktoś, kto na słowo ufa bolszewickim prowokatorom, sądzić może, iż na przykład ostatnie wypadki lubelskie wywołane były czy też szły na rękę Kościołowi. Jak wiadomo, tłum w katedrze odtrącił od ołtarza księży, prąc wzburzoną masą wprost przed oblicze Matki Boskiej, która rzekomo miała zapłakać. Tego rodzaju ekscesy w normalnych wypadkach surowo Kościół karci. Wypadki lubelskie były objawem typowym, jeszcze bardziej typowym dla reżimu sowieckiego. Podobne historie działy się podczas pierwszej okupacji na Wileńszczyźnie, na Białej Rusi. Objawiali się prorocy. Po wsiach opowiadano dziwne legendy. Widziałem w lasach dziesięciotysięczny tłum, w którym łamiąc dotychczasowe szranki obok katolików, prawosławni, Żydzi, baptyści, zielonoświątkowcy, sztundziści, wszyscy razem oczekiwali na zapowiedziany cud. Księża gromili z ambon, a NKWD przybywało na miejsce w ciężarówkach. Wypadki podobne są reakcją na naukę Lenina, Stalina.
Nie świadczą też o jego autorytecie, a chyba o zmaleniu tego autorytetu. Jak każde odszczepieństwo, sekciarstwo i inne tego rodzaju zjawiska wywołane są zawsze kryzysem ufności w dotychczasowego autorytatywnego pośrednika pomiędzy ludźmi i Bogiem i mają z natury swej zawsze na celu odszukanie jakiejś drogi bezpośredniej. W każdym człowieku, niechby nawet w najgłębszej podświadomości ukryta pod balastem polityki, egoizmu narodowego czy osobistego, interesów, demagogii i tak dalej, tkwi pratęsknota do autorytetu wyższego rzędu. Człowiek lubi wymachiwać rękami, kląć, odgrażać, sobaczyć, ale na dnie duszy tęskni do sprawiedliwości i uczciwości absolutnej. Dobra polityka — pisze słusznie Jędrzej Giertych w artykule «Stolica Apostolska a Polska» w numerze 173. „Wiadomości” — ma za główny cel skuteczność. Jakąż skuteczniejszą politykę może uprawiać papież poza tą, która by ześrodkowała cały wysiłek na utwierdzanie wiernych w przekonaniu, że jest on namiestnikiem Chrystusa na ziemi? Z chwilą bowiem, gdy przestaną w to wierzyć, nie ma już polityki złej czy dobrej, bo nie ma żadnej, bo nie ma Watykanu. Dlatego każde odstępstwo, powiedzmy po sowiecku, od tej generalnej linii musi się zemścić wcześniej czy później. A Watykan nie powinien być zainteresowany w rozwoju wypadków najbliższych dziesięcioleci, jak inne państwa świeckie, ale tysiącleci.
Wydaje mi się, iż jest to bardzo istotna różnica i wpływać też musi bardzo istotnie na to, co o polityce watykańskiej mówimy, gdy ją poddajemy krytyce. Jakie w poruszonej tu materii ma znaczenie tak częste powoływanie się na przykłady zaczerpnięte z polityki i dyplomacji watykańskiej ubiegłych stuleci czy nawet ubiegłych lat? Mnie w tej chwili interesuje pytanie, gdzież są tłumy wiernych stojące w obronie prześladowanych pasterzy, Stepiniaka, Mindszenty'ego? I znajduję odpowiedź. Nie ma ich. Czego więc mają dowodzić argumenty z dziejów polityki watykańskiej, przekonywające nas, że i dawniej nie zawsze chciała czy mogła ona stawać po stronie absolutnie sprawiedliwej, że i dawniej wierni nie zawsze brali stronę Kościoła i jego dostojników? To, że Watykan niejeden raz przeżywał kryzys. Zgoda, ale jako argumenty niczego nie usprawiedliwiają, a jeżeli mają być pociechą, to przyznajmy, raczej wątłą. Józef Mackiewicz. „Bolszewizm i Watykan”.
Artykuł opublikowany w „Wiadomościach”, Londyn, 4 września 1949 roku.
[06:54:11] - Jest bardzo obszerna twórczość recenzyjna między innymi Mackiewicza. Mackiewicz w swoich tekstach bardzo często wypowiadał się na temat utworów literackich, które powstawały na emigracji i o tym też jest Sporo. Jest osobny rozdział na temat publicystyki powojennej, literaturoznawczej. Tak trzeba by to chyba nazwać. I tutaj szczególnie dużo miejsca poświęcam na przykład polemikom z Gombrowiczem. Nawet ktoś, kto ma dość powierzchowne wyobrażenie o charakterze twórczości Mackiewicza, chyba zdaje sobie sprawę z tego, że to była twórczość zupełnie inna niż to, co proponował w literaturze Witold Gombrowicz. Mackiewicz polemizował z Gombrowiczem kilkanaście razy, mniej więcej w latach 50. i 60. Sporo jest takich tekstów. Zresztą Gombrowicz odpowiadał mu na jego wypowiedzi również swoimi tekstami.
Można powiedzieć, że to był spór o charakter literatury. Czy literatura ma być tylko kreacją, czy ma być tylko świadectwem wyobraźni pisarza, czy też ma być bardzo silnie oparta na rzeczywistości, ma czerpać z rzeczywistości i ma pokazywać obraz świata, w którym czytelnik rozpozna siebie bez podejmowania głębokich analiz literaturoznawczych. Mackiewicz był zwolennikiem drugiej opcji literackiej, tego przebudowania realizmu. I cała jego twórczość jest poszukiwaniem nowej formuły realistycznej wypowiedzi, która będzie trafiała do współczesnego czytelnika, która będzie mu pokazywała rzeczywistość. Jeżeli chodzi o teksty na temat przemian, które miały miejsce w Kościele w czasie Soboru i po Soborze Watykańskim II, to trzeba by wspomnieć przede wszystkim o dwóch książkach: „W cieniu krzyża” i „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”. Dzisiaj mamy sytuację polityczną dość skomplikowaną i trudną i w związku z wojną na Ukrainie oburzenie budzi postawa między innymi prawosławia rosyjskiego. Czasami wydaje mi się, że Mackiewicz pokazuje korzenie tego całego problemu. Pokazuje zgodę, jaka miała miejsce w czasie Soboru, jeszcze w czasie pontyfikatu Jana XXIII na to, żeby w zasadzie agenci Kremla, bo Mackiewicz pokazuje dowody na to, że przedstawiciele prawosławia, którzy biorą udział wtedy w Soborze, to nie są chrześcijanie, można by powiedzieć. To nie są ludzie zatroskani o Kościół, o ekumenizm jakiś, tylko tacy namiestnicy wyznaczeni przez Moskwę, którzy mają dopilnować między innymi tego, żeby się Sobór nie wypowiedział, broń Boże, na temat komunizmu. Wszystkie tego typu wielkie wydarzenia kościelne jakoś odpowiadały na rzeczywiste problemy świata wtedy.
Natomiast w przypadku Soboru Watykańskiego II zagwarantowano milczenie na temat najważniejszego problemu, przed którym stał Kościół wtedy, stała ludzkość wtedy. I o tym są między innymi książki Mackiewicza. Natomiast w tych książkach i w książce „Zwycięstwo prowokacji” Mackiewicz pokazuje sposoby manipulowania Kościołem doprowadzone do perfekcji przez komunistów. Czasami Mackiewicz jest też radykalny i być może niepotrzebnie. Miałem takie wrażenie, że na przykład polemiki z prymasem Wyszyńskim mógłby sobie podarować, że on to pisał z perspektywy oczywiście emigracyjnej i być może mógłby z większym zrozumieniem podejść do umów podpisywanych wtedy przez Kościół w Polsce z władzami komunistycznymi. Natomiast Mackiewicz sądzi to w sposób bardzo bezwzględny, radykalny, być może bez uwzględnienia pewnych kontekstów i korzyści, które ewentualnie Kościół z tej transakcji osiągał wtedy. Chociaż na to też różnie można popatrzeć. Mnie osobiście bardzo się w tych książkach podoba i z wielkim sentymentem zawsze patrzę na przypomnienie przez Mackiewicza dwóch wielkich postaci Kościoła drugiej połowy XX wieku, mianowicie węgierskiego prymasa Józsefa Mindszentyego, który był więziony przez kilkanaście lat w ambasadzie amerykańskiej po 1956 roku. Oczywiście Amerykanie go tam nie więzili, tylko to było miejsce ukrycia dla niego po najeździe na Węgry Armii Czerwonej w 1956 roku. Do początku lat 70.
kardynał Mindszenty przebywał w ambasadzie amerykańskiej. Dopiero potem pozwolono mu wyjechać na Zachód. To jest jedna postać. Wielki męczennik Kościoła. Druga postać to jest greckokatolicki wtedy arcybiskup, a później także kardynał Josyf Slipyj, który został uwięziony na Ukrainie, czyli w Związku Radzieckim po II wojnie światowej i przebywał na zesłaniu przez kilkanaście lat, wtedy, gdy władze sowieckie, bolszewickie rozgromiły greckokatolików na Ukrainie i zmusiły dużą część ich do włączenia się do prawosławia rosyjskiego. Mackiewicz pokazuje męczeństwo kardynała Slipija i też pewną potem operację, jak mi się wydaje, której dokonano na nim w Watykanie, która go miała skłonić do tego, żeby się pogodził z rzeczywistością. Obydwie książki pokazują Mackiewicza też jako chrześcijanina zatroskanego o los Kościoła. Właściwie te książki wtedy, gdy się ukazywały w latach 70., były powodem wielu bezwzględnych ataków na Mackiewicza. Uważano, że on niepotrzebnie pokazuje pewne problemy. Natomiast dzisiaj patrzy się na Mackiewicza bardziej jak na wizjonera.
Jak na człowieka, który potrafił przewidzieć pewne problemy, które Kościół miał, ma, być może na własne życzenie również w dużej mierze. Teksty, które się dzisiaj ukazują o tych książkach, pokazują Józefa Mackiewicza jako człowieka zatroskanego o przyszłość Kościoła również i zaniepokojonego kierunkiem transformacji, którą Kościół wtedy wybrał. Ja na tytuł swojego rozdziału na temat tych problemów wybieram sobie takie określenie, którym jedna ze współczesnych badaczek tego problemu nazywa tę kwestię, mianowicie współodczuwanie z Kościołem. Właściwie tak dzisiaj się patrzy na książki Mackiewicza. Raczej nie jako na krytyka, tylko jako na wizjonera, który przewidział przyszłość.
[07:01:35] - Zapraszamy do wysłuchania cyklu audycji o Józefie Mackiewiczu. W prezentowanych podcastach wypowiadają się między innymi profesor Jacek Bartyzel, profesor Grzegorz Łukomski, profesor Kazimierz Maciąg, profesor Maciej Urbanowski i redaktor Rafał Ziemkiewicz. Część pierwsza: Litewski szlachcic, polski pisarz. Część druga: Antykomunizm jako imperatyw kategoryczny. Część trzecia: Sam jeden. Część czwarta: Artysta słowa. Znakomity, wielki pisarz. Część piąta: Tylko prawda jest ciekawa. Cykl podcastów „Józef Mackiewicz. Piewca wolności, myśli i słowa” znajdziecie państwo na bookradio.pl i kanale YouTube Book Radio.
Poszczególne odcinki można bezpłatnie pobierać oraz niekomercyjnie wykorzystywać z podaniem źródła, a także retransmitować w całości. Zapraszamy również do wzięcia udziału w konkursie wiedzy o postaci i twórczości Józefa Mackiewicza. Do wygrania książki.
[07:03:16] - Audycja dofinansowana ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszy Promocji Kultury. Projekt: Rok Józefa Mackiewicza. Piewcy wolności, myśli i słowa. Scenariusz i realizacja: Book Radio 2022. Zebranie i przygotowanie materiałów dźwiękowych oraz nadzór redaktorski: Marek Żelkowski. Realizacja techniczna: Krzysztof Błażewicz. Dobór muzyki: Waldemar Muhlstein. Fragmenty artykułów i wywiadów czytał Reda Haddad. W audycji wykorzystano muzykę na licencji Multimedia. Book Radio 2022.
[07:04:35] - Proszę państwa, nieuchronnie nadszedł koniec audycji. Ten koniec to już tradycyjnie spotkanie z Piotrem Plebaniakiem. Po raz kolejny będziemy burzyć i budować imperia. Dzisiaj ciekawie, proszę państwa, jak zawsze ciekawie. W dodatku pan Piotr dzisiaj bardzo monologuje. Niby nie lubi, woli sobie ze mną pogadać, ale dzisiaj właściwie oddałem pole i bardzo dobrze. Bo to, co mówi Piotr Plebaniak, to są takie historie, z którymi część z państwa się nie zgodzi, a część uzna nawet, że to głupoty są. A ja wychodzę z założenia, że jeśli nawet ktoś tak uważa, to żeby postawić kropkę nad i, trzeba tego wysłuchać. Uważam, że podczas tych dialogów z Piotrem Plebaniakiem o kilku sprawach się dowiedziałem, kilka spraw sobie uporządkowałem i uświadomiłem. Jeśli nawet nie do końca i zawsze zgadzam się z panem Piotrem, to są dla mnie rozmowy, które inspirują.
Zapraszam państwa na odrobinę inspiracji.
[07:06:40] - Dzień dobry, panie Piotrze.
[07:06:42] - Dzień dobry, pozdrawiam Tajwan.
[07:06:44] - Tak, dzisiaj znowu będziemy budować i niszczyć imperia, a drogowskazem będzie taka oto myśl
[07:06:53] - Interakcje między homeostatami, choćby relacje między ludźmi czy państwami, polegają na nieustannej renegocjacji statusu i sprawczości, na stroszeniu, blefie etc.
[07:07:08] - To prawidło jest przypomnieniem myśli, która przewija się przez całą książkę i „Siły psychohistorii”, z której pochodzi i książkę o prawidłach geopolityki, która zaraz będzie dla wszystkich dostępna. Za opóźnienie przepraszam. Natomiast krótko do rzeczy. Homeostaty to są organizmy, czy też systemy, mówiąc bardziej ogólnie, których podstawowym instynktem i priorytetem dla działania, podejmowania decyzji jest przetrwanie, czy też optymalizacja zarządzania zasobami, czyli utrzymanie zdolności pozyskania tych zasobów, przetworzenia ich na ciepło czy na energię napędzającą komórki naszego ciała w przypadku człowieka, a w przypadku homeostatów geopolitycznych, bo o tym mówimy teraz, jest to kwestia pozyskania surowców mineralnych, surowców energetycznych, czyli ropy, gazu, węgla i tak dalej. Do tego, żeby obronić swoje terytorium, na którym pozyskuje się te surowce albo obronić kolonie, czyli ujarzmione homeostaty, czy też niedoszłe homeostaty, proto narody, które nie miały dość siły, która ma rozmaite parametry, ta siła oczywiście, które nie miały dość siły na to, żeby obronić się, czyli zostać homeostatem geopolitycznym. Dlaczego status? Dlatego, że i w świecie zwierząt, i w świecie geopolityki dyplomacji, czyli w świecie relacji międzynarodowych, status odstrasza. Jeżeli ktoś ma status wysoki, to skąd się bierze ten status? Z tego, że jest silny, potrafi się obronić, potrafi pozyskać zasoby, potrafi pozyskać zasoby dla swoich sojuszników i potrafi wygenerować prosperity dla swojego ludu. Czyli dla tych, jak dla nas są komórki elementami składowymi, tak dla społeczności, czy też dla mieszkańców jakiegoś państwa takimi komórkami są ludzie.
Jeżeli te komórki mają dobrze, czyli mają chleb i igrzyska, mówiąc żartobliwie, to wtedy decydenci, którzy są elitą tej społeczności i ogólnie cały homeostat, czyli jakieś państwo, na przykład Rzeczpospolita Polska, wtedy inni kopiują nasze zachowania, inni starają się, wysyłają swoją młodzież do nas, żeby zaabsorbowały te wzorce kulturowe, które doprowadziły do tego sukcesu. To trwało. Tego typu mechanizmy działały przez całą historię. W tej chwili hegemonem światowym, czyli policjantem świata, założycielem Pax Americana są Stany Zjednoczone. I dokąd jedzie młodzież, żeby nawrać dobrych wzorców? Teraz niestety Ameryka kulturowo kompletnie się rozpada. Jak zawsze przypominam w tej kwestii taki profil na TikToku „Libs of TikTok”. „Libs” tak jak liberałowie, „Libs of TikTok”. Proszę zobaczyć, co się dzieje w tej chwili w Amerykach i w amerykańskich szkołach. Generalnie jak nowe pokolenia są wychowywane do kompletnej degeneracji.
Jakby komuś się nie chciało, to nie polecam. Trzeba mieć mocne nerwy. Natomiast nadal działają te mechanizmy statusowe, jeśli chodzi o to, gdzie chcemy zainwestować pieniądze, gdzie jest bezpieczna przystań dla naszego kapitału? W Stanach Zjednoczonych. Gdzie wysyłamy młodzież? Przed chwilą powiedziałem: do najlepszych szkół, do Stanów Zjednoczonych, czy też na Zachód z punktu widzenia innych cywilizacji, innych rejonów świata. Tak wygląda to we współczesnym świecie. Natomiast wśród zwierząt czy też wśród społeczności prymitywnych, tak zwanych prymitywnych, po prostu gorzej rozwiniętych czy na początku tej drogi, która wiedzie do współczesnych, nowoczesnych społeczeństw. Podaję konkretny przykład: potlatch. To jest rytuał niszczenia swoich dóbr, niszczenia jedzenia praktykowany przez Amerykanów, przepraszam, amerykańskich autochtonów, czy też Aborygenów, czy też Indian amerykańskich, już warta na bok językowa.
Oni niszczyli swoje dobra tak, żeby pokazać, że mogą sobie zaraz stworzyć nowe dobra, nowe wartości, nowe zapasy pożywienia. Pokazują swój wysoki status, który jest ściśle powiązany ze zdolnością produkowania dóbr, które sobie ot tak, niechcenia niszczą na pokaz. Inną taką ciekawostką antropologiczną, przypominam, że studiowanie geopolityki zaczyna się od przeczytania podręcznika do antropologii i prymatologii. To taki mój żarcik, ale jednocześnie zawierający głęboką prawdę w moim przekonaniu o tym, jak myślą ludzie i jak jednocześnie myślą agregaty ludzi, czyli społeczności złożone z ludzi. Drugą taką anegdotą jest opowieść czy relacja z tego, co działo się w społecznościach mieszkańców Hawajów. Dziękuję. Tamte społeczności, którym tak współczujemy, że Amerykanie zawłaszczyli Hawaje jako swój kolejny stan, spychali tych autochtonów hawajskich do rangi drugiej kategorii i tak dalej. Natomiast tamte społeczności bardzo przepraszam. Za to, co teraz powiem nie przepraszam. Tamte społeczności to była jedna wielka dzicz.
Chciałem powiedzieć: za przeproszeniem. Widzicie, jak jestem przyzwyczajony do tej politycznej poprawności i ludzi, którzy wykorzystują polityczną poprawność do krępowania wolności wypowiedzi. Proszę sobie poczytać na temat tego, jak wyglądała struktura społeczna. Było to Trzymanie za mordę całej reszty przez ludzi, którzy byli przy władzy, łącznie z tym, że tam był do niedawna, nawet do XIX wieku praktykowany zwyczaj, że wyprodukowaną żywność czy upolowaną zdobycz pierwszy zjadał naczelnik plemienia, a potem co z pańskiego stołu spadło, to reszta w kolejności się żywiła. Proszę zobaczyć, jak wygląda kolejność dziobania czy też kolejność spożywania upolowanej ofiary przez zwierzęta kotowate w Afryce. Czy to stado lwów jak upoluje, czy hien. Tam jest kolejność. Pierwszy przystępuje do posiłku samiec alfa. Nie u wszystkich gatunków, więc proszę mnie nie łapać za słówka. A potem zgodnie z hierarchią.
W stadach wilków jest podobna hierarchia, więc wszystkie społeczności, a tym bardziej społeczność najbardziej skomplikowana, czyli społeczność homo sapiens, opierają swoje funkcjonowanie i swoje efektywne walczenie z konkurencyjnymi społecznościami na podstawie rozmaitych zwyczajów, obyczajów czy instynktów, które są zakodowane już genetycznie, a nie poprzez kulturę. I wszystko to opiera się na statusie, na straszeniu, na zmuszeniu innych do posłuszeństwa lub do uległości. Czyli wracamy do tego terminu, o którym mówiliśmy wcześniej assert domination, assert to jest termin nieprzetłumaczalny, czyli coś, co jednocześnie jest zadeklarowanie, czy też aktem wymuszenia tej poddańczości i podporządkowania się na innych członkach interakcji czy całej społeczności, bo to oczywiście ma efekt najczęściej długofalowy, tego typu wymuszanie hierarchii i stawanie na szczycie tej hierarchii. Wszystko to przekłada się na geopolitykę, niestety, dlatego, że świat geopolityki jest światem, w którym błyskają tylko, nie pamiętam dokładnie tego sformułowania, w którym błyska od krwi i pazurów. Jak to było to sformułowanie? Pamięta pan?
[07:15:03] - No niestety, tu panu nie pomogę.
[07:15:05] - To było nawiązanie albo bezpośrednio słowa Darwina, albo nawiązanie do niego, że świat polityki to jest świat krwi i pazurów. Czyli po prostu nie ma przebacz, to jest jedna wielka dżungla. Zresztą ten cytat, że dżungla prawa w Europie jest dalece bardziej niebezpieczna i zawiła niż ta dżungla, w której tu ojciec żyje. To są słowa jednego z jezuitów, który przyjechał do dżungli Ameryki Południowej, do ludu Iguani. W filmie „Misja”. Ennio Morricone napisał muzykę do „Misji”, więc walka geopolityczna to jest to, co widzimy w tej chwili na Ukrainie. Mocarstwa się nie dogadały. Wojna po prostu. Wyczerpały wszystkie inne możliwości interakcji, podzielenia wpływów na świecie i niebezpieczną wojną jest ta wojna, w której stawką jest właśnie status, bo Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić, żeby tą rozgrywkę przegrać z Rosją, bo Stany od wielu lat i wszyscy eksperci mówią, mogę cytować wszystkich Bartosiaka, Wojczala, tego Sekulskiego, o którym mówiliśmy wczoraj w Telegramie z „Końca świata”. Wszyscy mówili, że to jest wojna o wpływy, wojna o to, żeby pozbawić Rosję statusu.
I właśnie słowo status występuje, mocarstwa mającego wpływ na sprawy światowe, czyli mocarstwa światowego. Rosja nie może i nie chce, ani decydenci oczywiście nie chce utracić tego statusu. Oczywiście w grę wchodzą dostępy do zasobów, rozgrywki takie jak na szachownicy geopolitycznej o zasoby surowców energetycznych w Azji Centralnej. Wielowymiarowa sprawa. Natomiast status jest jedną z najbardziej podstawowych kwestii, która jest na tym stosiku żetonów na stole, w którym w tej chwili te mocarstwa grają w pokera. Uff, nagadałem się. Over.
[07:16:59] - A ja też nie będę pana specjalnie męczył pytaniami. Niemniej jednak chciałbym jedno zadać, bo tu, kiedy mówi pan o stroszeniu, blefie, to są takie narzędzia w życiu politycznym, przy których bardzo łatwo jest popaść w śmieszność, szczególnie przy tym stroszeniu się. A jak człowiek w polityce popada w śmieszność, to jest jego śmierć polityczna. Jak to zbalansować? Jak nie popaść w śmieszność i może przykłady jakiejś takiej śmieszności?
[07:17:38] - Może śmiesznością zajmiemy się w kolejnym, za dwa czy za trzy tygodnie będzie specjalne chyba prawidło na ten temat. Natomiast blisko śmieszności jest kwestia zachowania godności. Nigdy nie wolno, walcząc z kimś, nigdy nie wolno kogoś pozbawić tej godności, dlatego, że uruchamia to w człowieku. Mamy to zakodowane w moim przekonaniu genetycznie. Oprócz tego są odpowiednie instytucje obrony własnego honoru, własnej czci i czci osób najbliższych. Nigdy nie wolno. To jest najgorszy błąd. Chyba że chce się to robić specjalnie, żeby przeciwnika sprowokować do emocjonalnej reakcji i ośmieszyć go w ten sposób. Tu wracam, to jest pana pytanie, ale ja tu pociągnę w swoim kierunku, za co nieszczerze przepraszam. Właśnie zachowanie godności.
Chińczycy mają świetną opowieść, którą chyba zaraz zakończymy naszą krótką ramkę czasową. Kurczę, zapomniałem, jak się nazywał ten barbarzyński władca. Chyba o nim mówiliśmy też. Zhuge Liang chwytał tego Zheng Qu chyba, nie pamiętam nazwisk, bardzo przepraszam, siedem razy. Ten Zheng Qu, zmyśliłem to z sufitu, przyznaję w tej chwili, to był dowódca, czy też wódz i król barbarzyńskiej armii, która nękała cały czas państwo Shu. 2000 lat temu to było, 1800 lat temu dokładnie. I Zhuge Liang pochwycił w bitwie tego króla, po czym ku bezbrzeżnemu zdziwieniu tego właśnie pochwyconego wypuścił go po prostu I co zrobił ten w cudzysłowie dzikus? Zaatakował. Zebrał znowu armię swoich ziomków i ponownie zaatakował Zhuge Lianga broniącego państwa Shu. Zhuge Liang znowu go złapał, bo Zhuge Liang przypominam, to największy, najmądrzejszy strateg i największy mistrz forteli w całej historii Chin.
On jest rysowany, jak sprawdzicie sobie w Google, z takim atrybutem, wachlarzem, którym się wachluje i takim specyficznym kapeluszem, który trudno opisać głosowo. Proszę sobie zobaczyć. Natomiast Zhuge Liang, maksymalnie skracając tą anegdotę, za siódmym razem, kiedy pochwycił ten Zhuge Liang i już chciał wypuścić tego króla, to ten król nagle dostrzegł, że nie atakuje swojego przeciwnika, że tamten przeciwnik, który na początku zachowywał się z jego punktu widzenia całkowicie irracjonalnie, że go wypuszczał cały czas, to nagle ten pochwycony za siódmym razem, zgodnie z opowieścią król, poddał się, ukorzył się i podporządkował się. Uległ woli i dobroci tego Zhuge Lianga. Proszę zobaczyć, gdyby Zhuge Liang poniżał go, tego pochwyconego, to tym bardziej by się zapiekał w swojej nienawiści, w swojej woli odratowania honoru swojego rodu czy jakkolwiek byśmy to nazywali, w zależności od kontekstu. Podsumowując, robiąc z tego naukę na przyszłość dla nas wszystkich, bo ta mądrość, która z tej starożytnej opowieści jest nieśmiertelna, była ważna i będzie ważna zawsze dla nas, dla ludzi i nie tylko dla ludzi, tylko dla wszystkich homo statów. Jeżeli chcemy zdeeskalować konflikt, w żadnym razie nie możemy urażać godności przeciwnika. Inaczej nawet, należy tak preparować sytuację, żeby on widział, że jak najbardziej unikamy urażenia tej godności, żeby zawsze dać mu szansę na to, żeby z nami się zaprzyjaźnić i żeby zażegnać te spory. Nawiązaliśmy kiedyś do zakończenia książki „Planeta śmierci” Harry'ego Harrisona. W pierwszej części.
Jak ktoś to czytał, to już wie, o co chodzi, o końcową scenę. A ci, którzy nie czytali, to polecam jako pracę domową.
[07:21:16] - Panie Piotrze, pięknie dziękuję i w takim razie do usłyszenia za tydzień. Dalej będziemy budować, ewentualnie niszczyć, niszczyć, niszczyć, niszczyć imperia.
[07:21:26] - Tak. Niszczyć. Zniszczymy wszystkich. Kamień na kamieniu nie zostanie. Do usłyszenia.
[07:21:34] - Proszę państwa, kończymy 21. odcinek „Bibliotekarium 2.0”. Za tydzień 22. odcinek „Bibliotekarium 2.0”. Będą znowu ciekawe i ciekawe. Powtarzam trzy razy, bo są różne grupy i dla jednych coś jest ciekawe, a dla drugich nie. Zakładam, że słowo „ciekawe” mógłbym jeszcze powtórzyć kilka razy. Bardzo skomplikowana. Tak sobie to wymyśliłem bez sensu. Ale wieczór jest.
Wiecie państwo, ja już czasami o pewnych porach słabiej kojarzę. Może stąd te głupoty, które plotę w tej chwili. Niemniej ciekawie będzie. Zapraszam państwa. Zapraszam państwa również tych, którzy mogą, chcieliby dojechać na targi w Poznaniu między 10 a 12 marca. „Bibliotekarium” oraz Book Radio będzie na targach w Poznaniu. To są targi książki. Spotkajmy się. Ci z państwa, którzy chcą, którzy mogą, którzy chcieliby porozmawiać, zapraszam do miłego spotkania. Za tydzień jeszcze to i tak powtórzę, ale Poznań piękne miasto, a targi książki to jest zawsze miejsce, w którym warto być.
Pięknie państwu dziękuję za dzisiaj. Życzę dobrej nocy. Pozdrawiam. Do usłyszenia.
[07:23:07] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz ABW Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. „Radio Paranormalium” i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów „Radia Paranormalium” i Book Radia.