[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Witamy wszystkich jak co piątek po godzinie 20.00 w Akademii Wszelkiej Szynki. Ta szynka nie bez powodu się pojawiła, ponieważ pewnie państwo zauważyliście, że prawdopodobnie pod tą audycją będą się wyświetlały wygenerowane automatycznie napisy. To świadczy o tym, że YouTube przymierza się do udostępnienia takich napisów dla materiałów w języku polskim. Automatyczna transkrypcja. Coś tam już testuje, coś tam już sprawdza. Niektórym twórcom, w tym Radiu Paranormalium, udostępnili tą funkcjonalność w ramach testów. I co się okazało? Całkiem nieźle sobie radzi z transkrypcją naszych materiałów.
Natomiast z tytułami miewa czasem problem, bowiem Akademia Wszelkiej Fikcji przepisało jako Akademia Szynki. Myślę, że miłośnicy potraw mięsnych właśnie się ucieszyli, że będą słuchać Akademii Szynki. A więc zaczynamy Akademię Szynki. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze naczelny rzeźnik rynku bibliotekaryjnego Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:45] - Halo, halo.
[01:46] - Właściwie to powinienem powiedzieć chyba mistrz masarski czy coś takiego. Mistrz księgarski.
[01:54] - Czy coś takiego. Jeszcze raz dzień dobry, wieczór państwu. Tak się rozmarzyłem. Akademia Szynki. Ale to jeszcze nie teraz. Dzisiaj zostaniemy przy Akademii Wszelkiej Fikcji. Cóż, proszę państwa, kiedy słuchacie tych słów, to ja już jestem po pierwszym dniu Poznańskich Targów Książki. Tych wszystkich, którzy chcieliby odwiedzić Book Radio i wydawnictwo Bibliotekarium na tychże targach, zapraszam. Wstęp jest bezpłatny. My jesteśmy w pawilonie siódmym na stanowisku 58.
Blisko sceny. Tak jak powiedziałem, wstęp na targi bezpłatny, co w przypadku Międzynarodowych Targów Poznańskich nie jest rzeczą częstą. Tam się jednak za wejście słono płaci, a tym razem się nie płaci, co już jest optymistycznym objawem. Wydawców całkiem sporo na targach, więc może jakąś książkę będzie można przytulić. Tym bardziej, że na targach bardzo często wydawcy robią spore zniżki. Także wszyscy, którzy książkami się interesują, którzy książki lubią, to myślę, że dobrze by było, gdyby się pofatygowali. Oczywiście jeśli ta odległość nie jest kosmiczna. W każdym razie w imieniu Book Radia i w imieniu Bibliotekarium zapraszam. Dzisiaj, kiedy to mówię, jeszcze jestem przed targami. Jutro będę po pierwszym dniu, więc jeszcze trochę energii w sobie mam.
Muszę oszczędzać, bo to trzy dni w Poznaniu. To będą dni dosyć intensywne, ale póki co przechodzimy do działań charakterystycznych dla Bibliotekarium 2.0. Zaczynamy od polecanki. Polecanki to już się stała nowa świecka tradycja w Bibliotekarium 2.0. Dzisiaj chciałbym polecić państwu nie jedną, a trzy książki, a właściwie taki trójksiąg. Cykl napisany przez Tadeusza Oszubskiego. Wspominał o nim i o Tadeuszu Oszubskim, i o tym cyklu wspominał Wojtek Sedeńko, bo cykl „Cienie Hatha” autorstwa Tadeusza Oszubskiego w tym wydawnictwie się ukażą, w Stalker Books. A właściwie zaczęły się już ukazywać, bo pierwszy tom tego cyklu zatytułowany „Twierdza nienawiści” już się ukazał. Już jest dostępny, już można zamawiać, a wkrótce, do maja bodajże, ukażą się jeszcze dwa tomy: „Demony światła” oraz „Biała bestia”. Coś państwu zacytuję.
To jest wpis Wojtka Sedeńko i myślę, że on dobrze charakteryzuje niełatwe losy książek Tadeusza Oszubskiego. Otóż tak jak napisał Wojtek Sedeńko, polski czytelnik, szczególnie taki, co szperał i był dobrze poinformowany, znał, czytał i chwalił pierwszy tom. Ten pierwszy tom, który jak już powiedziałem, nazywa się moim zdaniem bardzo poetycko „Twierdza nienawiści”. Ten pierwszy tom ukazał się jeszcze chyba w latach 90. w wydawnictwie SR Witka Chwiłowskiego i w takiej serii, „Odmienne stany fantastyki” się to nazywało i tam prezentowano Lovecrafta, Strugackich. W sumie naprawdę bardzo wartościowe, fajne rzeczy. Oni się nie przebili jako duże wydawnictwo, nie przebili się do szerszej publiczności. Powieść ukazała się tam w ’96 roku. Po długim leżakowaniu, muszę powiedzieć, w takim leżakowaniu z dala od czytelnika, bo wyobraźcie sobie Państwo, „Twierdza nienawiści” miała podpisaną umowę, tak naprawdę to Tadeusz Szubski miał podpisaną umowę z Alma Pressem jeszcze w 1987 roku. Ja myślę, że gdyby ta książka wtedy wyszła, to byłby absolutny hit.
Ale nie wyszła. Potem Alma Press padł, potem ukazały się „Demony...” przepraszam, nie ukazały się. Zostały napisane przez Tadeusza „Demony światła” i znowu była umowa z Alma Pressem w 1988 roku. Historię państwo znacie. Umowa była, ale wydawnictwo padło, więc nic. Ten drugi tom był również zapowiadany przez SR, ale niestety to wydawnictwo SR Witka Chiłowskiego również padło. Więc jakaś klątwa czy co? Jeszcze ciekawsze losy przeszła „Biała Bestia”, czyli trzeci tom cyklu „Cienie Hatta”, bo „Biała Bestia” otrzymała nagrodę główną w konkursie Andre Norton w 1991 roku, ale niestety nigdy się nie ukazała. No i cóż, proszę państwa, właśnie ukazał się tom pierwszy, a w kwietniu i maju przedstawione zostaną polskiemu czytelnikowi tomy, które jeszcze nie są czytelnikowi polskiemu znane. Właściwie znane są w wąskim gronie ludzi, którzy jakoś do takich maszynopisów dotarli.
Ta cała trylogia, powtórzę „Cienie Hatta” w twardej oprawie w serii Ciekawa Fantastyka. To są książki, które napisane zostały ponad 30 lat temu. Cóż, jakby to powiedzieć? Ważne jest chyba to, że wreszcie do państwa trafią. To taki rodzaj pułkowników, mówiąc szczerze, z niewiadomych przyczyn zupełnie. Wiecie państwo, jednak los bywa niesprawiedliwy. Świetne książki. Dobry pisarz, naprawdę bardzo dobry pisarz. I jakoś tak takie czasy. Rzeczywiście przełom lat 80.
i 90. to nie był najlepszy czas dla pisarzy i tak się wszystko pozawalało, wiecie państwo, zupełnie. A kiedy sięgniecie po te książki, to naprawdę przekonacie się, że to jeszcze w dalszym ciągu jest świeże, jest nośne, jest pełne przygód. Tam akcja dosyć szybko się toczy. Jest fantasy, ale to właściwie taka mieszanina fantasy, grozy, fantastyki takiej głównonurtowej. Naprawdę świetny miks zrobiony przez Tadeusza. I aż naprawdę szkoda, że te książki stały się tymi pułkownikami od półki, nie od wojskowego. W każdym razie wydawnictwo Stalker Books. Już w najbliższym czasie ta seria będzie w całości. Pierwszy tom już gotowy, już do kupienia, kolejne dwa w kolejnych miesiącach.
To tyle tytułem polecanki. Cóż, a teraz mam dla państwa takie swoje przemyślenia, świeże czy nieświeże, nieważne, dotyczące Stephena Kinga. Ja wiem, że ile razy zaczynam mówić o Stephenie Kingu, to pojawiają się różnego rodzaju komentarze. Jedne i drugie nieodmiennie mnie bawią, ale nie w sensie, że się wyśmiewam, tylko w sensie cieszy mnie to, że ludzie podejmują polemikę. Trochę mniej cieszą mnie różnego rodzaju wyzwiska pod tytułem: Stephen King to jest baran i grafoman, a inni z kolei piszą jakby w kontrze, że to po prostu niemal poeta natchniony, a w każdym razie prozaik natchniony. Pewno jedno i drugie jest przesadą, ale tak sobie zacząłem ostatnimi czasy dumać. Jeszcze sięgnąłem do kilku swoich notatek, do kilku swoich tekstów i wyszło mi coś takiego, czym się z państwem podzielę. Wiecie państwo, ja często nie mogę się zdecydować, czy lubię pić piwo, czy nie lubię pić piwa. Tym z państwa, którzy nie widzą związku z tematem Kinga, to za chwilę postaram się to mniej więcej wyjaśnić. Otóż nie mogę się zdecydować, bo z jednej strony picie piwa mnie dołuje.
Po prostu. I nie żebym miał coś przeciwko temu smakowi czy w ogóle piciu piwa, ale dołuje mnie z innego względu. Otóż ten złocisty napój, który lubię, niestety piwo ma to do siebie, że najlepiej smakuje w towarzystwie. Wiedzą to wszyscy miłośnicy konwentów, bywalcy konwentów, że piwo w towarzystwie to jest to. Chyba że ktoś w ogóle nie lubi, nie toleruje, nie trawi, to się już nie przekona. A co się robi w towarzystwie, jak się pije piwo? Rozmawia się. Po prostu się rozmawia. A jak to jest jakiś konwent, to o czym rozmawiają pisarze? O różnych rzeczach, powiecie państwo.
Ale jest jeden ulubiony temat przy tego rodzaju okazjach, który od pewnego czasu śledzę. Ten temat i tego rodzaju pogwarki. Jakiż to temat? Otóż Rozmawia się przeważnie o mizerii innych pisarzy. To mniej więcej wygląda tak: czytałeś ostatnią powieść Pierdulkiewicza? Ale kał! A moją czytałeś? Wybitna, po prostu genialna. Mniej więcej w tym stylu wypowiedzi padają. Warto też powiedzieć, że to słowo „kał” wypowiadane jest w bardzo specyficzny sposób à la Robert Górski.
Jak znacie państwo skecz „Lachony”, to tam właśnie pada dosyć charakterystycznie wypowiadane słowo „kał”. Właściwie przez lata w pogwarkach na temat tego, że inni piszą słabo, a dany pisarz pisze świetnie, niewiele się zmienia tak naprawdę. Naprawdę nieźli pisarze, czasami znakomici, wybitni pisarze z jakąś podziwu godną fascynacją, aż nieustannie mnie to fascynuje, uwielbiają się pastwić nad wszelką konkurencją. Właściwie to nie ma znaczenia nad kim. Oczywiście są wyjątki od tego. Nie chciałbym generalizować, ale podchodzę do tematu felietonistycznie, czyli uogólniam z zasady. Proszę nie mieć mi tego za złe. Felieton lubi uogólnienia, ale proszę się na mnie nie powoływać. Ulubiona fraza. Uwielbiają się ci pisarze pastwić nad konkurencją.
Lubią dyskredytować właściwie wszystko, co napisała, co napisze. Odsądzają od czci i wiary to wszystko, co powstaje u innych. Tak jak powiedziałem, wyjątki są, ale nieliczne. Zdarzają się sprawiedliwi, którzy w tego rodzaju dywagacje nie popadają. Jakiś czas temu miałem okazję rozmawiać z kilkoma, jakiego tu słowa użyć, tuzami polskiej fantastyki. To myślę najmniej pretensjonalne będzie, chociaż gdzieś już wchodzimy na górne rejestry fantastyki naukowej oraz grozy. To było mieszane towarzystwo. Mniej więcej przy trzecim, może czwartym piwie rozmowa nieuchronnie zaczęła staczać się w kierunku takiego tematu. To mniej więcej brzmi tak: gdybym pisał po angielsku, to byłbym już dzisiaj królem lub nawet cesarzem literatury popularnej. To też temat, który bardzo często w takich rozmowach wraca i który z zainteresowaniem odnotowuję.
Czasami słucham z uśmiechem, z jakimś tam ubawieniem. To jest zawsze dla mnie trudny moment, kiedy słyszę tego rodzaju frazy, bo widzę przed sobą naprawdę zdolnych, ponadprzeciętnie zdolnych ludzi, ale niestety z gigantycznym przerostem ego. Bo troszkę chyba o tym świadczy to, że trzeba wdeptać, przynajmniej tak imaginując sobie, wdeptać konkurencję w ziemię, bo ma się akurat galopującą manię wielkości. Pewno przesadzam, ale niech już będzie. Zastanawiam się, czy tak naprawdę należy podjąć w takim przypadku polemikę, zacząć udowadniać. Na przykład wstanę i powiem: „Nie, panowie, ja rozumiem, że jesteście genialnymi twórcami, ale to tak naprawdę przecież mnie należy się tytuł władcy dusz”. A wtedy by się, proszę państwa, rozległ skowyt, a ujadanie, a później to by mnie chyba stamtąd musieli wynieść, bo natychmiast by mnie rozdarli. Ale dosyć żartów, bo sobie trochę pokpiwam. To oczywiście tak źle wszystko nie wygląda. Raczej przerysowuję w tej chwili.
Najczęściej nie wstaję i nie mówię, że to ja jestem geniuszem, a nie oni, tylko wybieram inny wariant. To nie dlatego, że jakoś specjalnie grzeszę skromnością, ale dlatego, że tak naprawdę obserwując takie rozmowy, człowiek może się dużo dowiedzieć o słabościach. I tu sobie znowu zażartuję: potencjalnych rywali. Żart oczywiście, gdzież tam ja do nich. Tu wielcy, a ja taki skromny wyrobnik. Pewnego dnia, nie, to właściwie wieczór był, dyskusja bardzo szybko pomknęła w kierunku tematu, który też się bardzo często pojawia. Zaczęto bowiem rozważać problem, który dałoby się sprowadzić do takiego stwierdzenia czy też pytania: dlaczego taki pisarz X żyjący w USA zarabia ciężki szmal, strugając swoje, tu koniecznie, głupawe powieścidła, a ja, geniusz literacki władający w sposób wybitny językiem polskim, klepię biedę, cierpię niedostatek, mam mniej, niżbym chciał mieć? Tego rodzaju pytania nie są zadawane wprost, ale często się pojawiają. Jeden z dyskutantów, człowiek cyniczny, pewny siebie, stwierdził ku pokrzepieniu serc pozostałych dyskutantów Taki Stephen King to przecież czystej wody grafoman. Połowa jego opowiadań zostałaby odrzucona przez polskie redakcje branżowe, gdyby nie wiedziały, kto jest ich autorem.
Inny gość z południowych rejonów naszego kraju oczywiście nie używał frazy „redakcje branżowe”, ale żeby nie popaść w konflikt, to po prostu pominąłem skrzętnie tytuły periodyków, o których się wypowiadał niechętnie. To zacytowane zdanie wywołało, gdybyśmy byli w internecie, to byśmy powiedzieli, że falę hejtu. W realu to raczej bym powiedział, że ta odwaga gwałtownie staniała i kolejni zasłużeni dyskutanci zaczęli deklarować, jakim to straszliwym grafomanem jest Stephen King. „Tego nie da się czytać” — mówi jeden. — „Nie da się tego czytać. Nigdy nie mogłem znieść jego wnerwiającego ględzenia o niczym”. To jeden z nich powiedział. Inny coś takiego: „Bo Amerykanie prymitywni są, a on jest prostą emanacją tej głupoty” — oświadczył inny z autorów. Właściwie bardzo młody człowiek, który za kilka lat sądzę, że będzie miał już na koncie sporo książek, ale jeszcze nie ma. Jeszcze inny, tu znowu cytat: „Głupie, nudne, kawoławiczne i prymitywne.
Nie czytam, bo już na początku wiem, jaki będzie koniec”. To jeszcze zawyrokował inny facet. Ja wiem, nazwijmy go starym wyjadaczem z interesującym dorobkiem, żeby tak było bardzo enigmatycznie. Jestem bardzo ciekawy, co państwo na to. To znaczy na te wszystkie, moim zdaniem dosyć krzywdzące stwierdzenia, ale wypowiadane jednak w pewnym emocjonalnym uniesieniu. Oczywiście zdania są podzielone. Stephen King to jak każdy pisarz z ugruntowaną pozycją, ktoś taki zawsze ma grono miłośników, ale też zdecydowanych wrogów. I oni używają różnych argumentów, bo Amerykanin, bo prymitywny, bo upraszcza, bo kombinuje, bo ględzi, bo nie dopowiada. I takich „bo”, dałoby się pewno całkiem sporo nakreślić czy też przytoczyć. Myślę, że każda grupa, która mogłaby się podpisać pod którąś z tych zacytowanych czy też przywołanych przeze mnie fraz, jakąś tam cząsteczkę racji ma.
Nikt nie jest doskonały i ten Stephen King, mieszkaniec Bangor, takich literackich grzechów na swoim koncie ma całkiem sporo, ale myślę też, że ma bardzo dużo zasług. Taki jest mój punkt widzenia. Oczywiście nie musicie go państwo podzielać, ale ponieważ dorwałem się do mikrofonu, to przedstawiam swój punkt widzenia. Tak się zastanawiam, bo ja uważam po prostu, wiecie to państwo z wielu audycji, że Stephen King bywa naprawdę wybitnym pisarzem. I żeby nie uznali państwo tego za takie pierdzielenie bez dowodów, to odwołam się do książki, którą też już przywoływałem w „Bibliotekarium 2.0”, a mianowicie taka książka z opowiadaniami „Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści”. Proszę państwa, ja odnoszę wrażenie, że w tym tomie jest naprawdę dużo literatury przez duże L. Być może jest tam również, ktoś potrafi podać przykłady autentycznego kiczu. Ale ten kicz również powinien być pisany z wielkiej litery. Powiem to tak bardzo prosto: daj Boże nam, czytelnikom, aby tandeta uprawiana przez innych pisarzy była na takim właśnie poziomie, jaki prezentuje Stephen King.
U niego ten kicz w tym zbiorze opowiadań to naprawdę jest kicz z dużej litery. Tym wszystkim, którzy zarzucają Kingowi, że jest wyrobnikiem pióra, a nie twórcą takiej prawdziwej literatury, polecam lekturę z tego tomu, który przytoczyłem, takich opowiadań jak „Człowiek w czarnym garniturze” albo drugie z nich „Jazda na kuli”. Ja wiem, jest taki film. Przeczytajcie państwo opowiadanie. Lektura tych tekstów nie zjeży państwu włosów na głowie. Chociaż pierwszy z nich, „Człowiek w czarnym garniturze” z zupełnie niewiadomych powodów, nie takich czysto grozowych, ale z zupełnie innych, jakichś takich wypływających z podświadomości chyba, mnie włos, właściwie resztki włosów na głowie zjeżyła. Powiem tak, że lektura takich opowiadań, tak jak powiedziałem, nie zjeży włosów na głowie, więc dla miłośników czystej grozy to one są Małowartościowe, weźmy to w cudzysłów. Cudzysłów dlatego, że to jest cytat tak naprawdę. Ta fraza została wygłoszona z pełną pogardą przez pewnego szesnastolatka. Człowieka, który jest w wieku cudownym, w którym człowiek zna odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania świata.
Jak się ma naście lat, szczególnie od szesnastu wzwyż, człowiek wtedy wie wszystko, a później jakoś mu mija. W każdym razie gdybym miał powiedzieć, na czym polega siła tych dwóch wymienionych historii, które przytoczyłem, to chyba właśnie na tym, że są prawdziwą literaturą, a nie lepieniem zdań ze słów. Tu widać Kinga w tych dwóch opowiadaniach jako pisarza, takiego rasowego pisarza, który opowiada owszem historie, ale który tworzy też literaturę. Pierwszy z tych tekstów, „Człowiek w czarnym garniturze” już powiedziałem, wzbudził moją grozę. I tak jak mówiłem, w kategoriach horrorowych, on jest mało straszny. Opowiada bowiem o pierwotnym złu. Ono było, jest i będzie. I groza tej opowieści nie tkwi w dekoracjach, w jakichś gadżetach, ale w odwołaniu się do czegoś, czego nie można do końca zrozumieć, czegoś pierwotnego, czegoś, co wyciąga swoje szpony w naszym kierunku, w kierunku naszego świata. Ale my tego nie widzimy. My to tylko najwyżej czujemy.
Drugie z tych opowiadań, „Jazda na kuli” do pewnego momentu, wydawało mi się, że to jest taki sztampowy kawałek o duchach. Ale wystarczy dobrnąć wraz z bohaterem do jego miasteczka. On podróżuje do swojego miasteczka, dobrnąć z bohaterem do rodzinnego miasteczka i człowiek wtedy zaczyna rozumieć, że to również, a może przede wszystkim jest opowieść o uczuciach, o miłości. Może też o tym, że zbyt rzadko mówimy swoim bliskim, że ich kochamy, że są dla nas ważni. Bardzo często konsekwentnie tego nie mówimy i później zostajemy z jakimś takim żalem najczęściej do siebie, że tego nie robiliśmy. Stephen King moim zdaniem pokazuje w tych opowieściach, że jest prawdziwym literatem. Takim, który pisuje przy okazji również opowieści grozy. On nie jest pisarzem grozy tak konkretnie, sensu stricto. On po prostu czasami grozę pisuje. Znam jego opowiadania, które zupełnie grozowe nie są.
I to stwierdzenie o tym, że pisuje powieści grozy, a nie jest zwykłym pisarzem grozy, ono się może państwu wydawać takim chwytem retorycznym. Zresztą aż się od razu nasuwa tanim chwytem retorycznym, ale tak naprawdę ja uznaję, że to jest istota rzeczy, którą warto zrozumieć, a w każdym razie warto pójść tym śladem, zanim się zacznie oceniać inne dokonania. I tu postawmy cudzysłów, autora. Na przykład „Miasteczko Salem”, które osobiście bardzo lubię, ale które w tej warstwie literackiej jest czytadłem tak naprawdę. Powiem jeszcze tak, że ja oczywiście rozumiem, że jest wśród nas bardzo wielu ludzi, którym ta literackość wisi przysłowiowym kalafiorem. Ci ludzie po prostu lubią się przy lekturze bać i nie ma w tym nic złego. Absolutnie. Lubią się bać na takim prostym, powiedzmy to zmysłowym poziomie. I autor tomu „Wszystko jest względne” przygotował dla takich odbiorców również kilka rarytasów. Oprócz opowiadania tytułowego „Wszystko jest względne”, to warto wymienić jeszcze „Prosektorium numer cztery”.
Kiedyś wspominałem o tym opowiadaniu. Moim zdaniem genialnie rozegrane. King przede wszystkim udowadnia w tym opowiadaniu, że ma absolutnie chore poczucie humoru. Ale to dobrze. On jako pisarz powinien sobie na takie rzeczy pozwalać i cenię go za to. Żeby nie zdradzać, nie spoilerować to, co kiedyś załatwiła łza w jednym z utworów z lat chyba 60. czy 50. Dzisiaj załatwia... Nie powiem, bo to będzie jednak spoiler. Sami musicie państwo to przeczytać, ale wierzcie mi państwo, że Stephen King ma naprawdę chore poczucie humoru i za to go również cenię.
Jest też opowiadanie „Siostrzyczki z Ellury”. To jest powieść osadzona w uniwersum takiego cyklu powieściowego „Mroczna Wieża”. Jeżeli pamiętacie Państwo spotkanie z Michałem Stonawskim, on mówił o cyklu „Mroczna Wieża”. Tu macie Państwo opowiadanie z tego świata. Jest też inne opowiadanie, już nie z tego świata, nie ze świata „Mrocznej Wieży”: „Drogowy Wirus Zmierza na Północ”. Powiem Państwu szczerze, ja sam do końca nie wiem, dlaczego się bałem w tym cholernym opowiadaniu, ale bałem się. Oczywiście w trakcie czytania poddałem się urokowi chwili. No i bałem się. W każdym razie w tomie „Wszystko jest względne” King pokazuje, że jest naprawdę wszechstronnym i bardzo utalentowanym pisarzem. Naprawdę biję się w pierś, ale uważam szczerze i to żadna propaganda.
Zresztą nikt mi za tę propagandę nie płaci, mówiąc szczerze. W związku z czym mówię to z przekonania. Bawi nas King stylem, nastrojem, ale on bawi się tym stylem, bawi nas. Ale zupełnie chyba nie zauważamy, a ja to zauważyłem dosyć późno, że King bawi się również naszymi uczuciami. Więc jeżeli King jest amerykańskim grafomanem i tworzy na takim poziomie, to proponuję wszystkim naszym tuzom literackim, tuzom pióra, właściwie to klawiatury, żeby się ostro wzięli do pracy, zamiast mękolii, jak już wspominałem na początku po kilku piwach, że właściwie im się palma pierwszeństwa należy. Bo cóż, w przeciwieństwie do tej jankeskiej prozy Stephena Kinga w polskiej grozie oraz fantastyce przez długi czas mało było literatury. Raczej sporo było takiego straszenia na zasadzie: „Uu! A teraz was przestraszę”. To się zmienia. Pojawiają się nazwiska naprawdę wspaniałe.
Szczególnie Wydawnictwo Dziewięć tutaj przoduje w promowaniu grozy naprawdę literackiej. Tu chociażby gość „Bibliotekarium 2.0” Wojciech Gunia, ale wielu jeszcze innych autorów. Zostanę przy Wojciechu Guni, żeby kogoś nie skrzywdzić. Wiadomo, że Gunia to jest autor number one, przynajmniej dla mnie. W związku z tym, żeby pozostałych nie krzywdzić, to nie będę wymieniał. Natomiast ważne jest to, że w polskiej grozie zaczyna się od jakiegoś czasu, to już wiele lat jest, naprawdę zaczynają się pojawiać nazwiska, które wierzę w to, naprawdę jestem o tym przekonany, zrobią jeszcze sporo szumu. I które będą naprawdę tworzyły literaturę i to literaturę, moim zdaniem taką przez duże L. No cóż, w każdym razie powiem tak, podsumowując te swoje przemyślenia, że Stephen King moim zdaniem nie jest grafomanem i to jest człowiek, który pisarzem wielkim jest. Trochę zajechało Gombrowiczem, ale w każdym razie o prozie faceta, który napisał „Lśnienie”, moim zdaniem trudno jest zapomnieć, chociaż niekoniecznie trzeba go lubić. No to sobie, proszę Państwa, pogadałem.
Mam nadzieję, że jakieś polemiki się pojawią. Tylko wiecie państwo, polemiki pod tytułem: „A ja Kinga nie lubię”. Ja powiedziałem Państwu, dlaczego Kinga lubię. Bardzo chętnie przeczytam rzeczowo jakoś tak przynajmniej obgadane, obtoczone w słowa polemiki mówiące, uzasadniające, dlaczego ktoś Kinga nie lubi. Chętnie o tym poczytam, bo warto jest konfrontować swoje przekonania z przekonaniami innych. Nie po to, żeby się nawrócić, ale po to, żeby usłyszeć, co tam w trawie piszczy. Że może to, czym się zachwycamy, innych wcale nie zachwyca. Mnie to zawsze nieodmiennie wprowadza jednak w dobry nastrój, że na szczęście nie jest tak, że musimy wszyscy się ze sobą zgadzać i wszyscy kłapać dziobami na jeden sposób i mówić: „Tak, tak, tak, tak, tak, tak. Wspaniale, wspaniale, doskonale”. Na szczęście jeszcze tak nie jest.
Chociaż jak patrzę na YouTube'a, jak patrzę na to, o czym na YouTubie rozmawiać nie wolno, za co można dostać shadowbana w różnych miejscach, to mnie tak czasami coraz smutniej się robi. Ale zostawmy. Porzućmy te smuteczki. Ja teraz Państwa zapraszam do audycji mocno à propos dzisiejszego tytułu. Bo jak Państwo zauważyli, tytuł dzisiejszej audycji to jest „Anatomia Apokalipsy”. Strasznie napuszony tytuł, ale on jest à propos dzisiejszego „Filmotekarium”. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem będziemy mówić właśnie o Apokalipsie. Tak nie do końca tej biblijnej. Czymś, co się z Apokalipsą między innymi kojarzy. Fajne filmy Piotr wyszukał, naprawdę.
Ale o tym za chwilę. Teraz już zapraszam. Piotr się musi podłączyć i rozmawiamy. No i kolejne „Filmotekarium” przed nami. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[36:13] - Tradycyjne dzień dobry wieczór Marku i wszyscy.
[36:19] - Dzisiaj mamy anatomię apokalipsy, ale ty wymyśliłeś lepszy podtytuł do tego.
[36:26] - Tak, mój tytuł roboczy to jest: To wszystko pierdyknie. Taki nadałem. To są słowa, które kiedyś usłyszałem, jak pewnie kiedyś mówiłem w którejś audycji od takiego wędrownego proroka apokalipsy. Bo właśnie dzisiaj na apokalipsie się skupimy.
[36:45] - Tak. Nie do końca każda z tych apokalips, trochę się zaciąłem przy liczbie mnogiej, jest taka dosłownie biblijna, chociaż i takie się będą w dzisiejszym zestawie pojawiały. Niemniej jednak wizje, które będziemy obserwowali, które będziemy omawiali, one takie w tym znaczeniu szerokim, apokaliptyczne są jak najbardziej.
[37:15] - Tak. Dzisiaj przemieszamy trochę filmy nowe ze starszymi i tymi mniej znanymi, ale jak powiedziałeś, one wszystkie wpisują się w temat nadciągającej apokalipsy. Motyw zagłady ludzkości znany jest oczywiście od dekad i jest z lubością wykorzystywany. Pogrywa trochę na naszych odwiecznych lękach, ale też takiej bardzo drażliwej strunie, którą ja osobiście nazywam: znowu straszycie. Okazuje się bowiem, że nasza planeta to, jakby nie patrzeć, istna bomba zegarowa. Kiedy się prześledzi jej historię geologiczną, zobaczymy masowe wymierania powodowane między innymi przez katastrofy z kosmosu. I chociaż w przeciągu ostatnich kilku tysięcy lat, kiedy sięga historia pisana, taka wielka katastrofa się nie wydarzyła, to nikt nie może zagwarantować, że ona się nie wydarzy w ciągu następnych, powiedzmy, kilku tysięcy lat, a nawet kilkuset lat. Dlatego też każdy, kto dzisiaj mówi albo pisze o jakichś katastrofalnych wydarzeniach lub prognozach zjawisk, które się mogą wydarzyć, na przykład wybuch superwulkanu, od razu się spotyka w komentarzach z taką reakcją, jak powiedziałem: znowu straszycie, pewnie was wysłało NWO. Ale nie będziemy mówić dzisiaj o filmach takich stricte apokaliptycznych, katastroficznych, czyli ukazujących kres wszystkiego, chociaż oczywiście takie sceny w tych produkcjach się pojawiają. Zamiast tego przyjrzymy się produkcjom o znakach i sytuacjach, które przed Armagedonem gdzieś tam bezpośrednio następują.
Taka jest, Marku, moja charakterystyka tych filmów, o których dzisiaj powiemy.
[39:06] - Tak, filmy są bardzo różne. Już to właściwie chyba mówiliśmy, ale ten dzisiejszy zestaw jest bardzo nierówny. Nie będzie zaskoczeniem, jeden z tych filmów jest absolutnie, moim zdaniem, wybitny. Aż tak się zdziwiłem, że jest taki dobry. Jeszcze na razie tytułu nie zdradzam, ale zdziwiłem się, że jest taki dobry, więc natychmiast, jak już obejrzałem film, to musiałem zerknąć do krynicy wszelkiej mądrości filmowej, czyli na YouTube Raczka. I tam Raczek mi wyłożył, że to jednak film jest całkiem spoko. Może nie jest arcydziełem w rozumieniu sztuki filmowej, niemniej jednak film to znaczący jest. I się tak poczułem lepiej. Wiecie państwo, jak człowiek zupełnie niezależnie od wszystkich tuzów filmowych wyczuje, że obcował z czymś takim naprawdę bardzo poważnym, to się zaraz lepiej czuje, podnosi mu się samoocena i ona mi się właśnie przy tym zestawie, przynajmniej przy jednym z filmów z tego zestawu dzisiejszego, mocno podniosła.
[40:31] - Ja ci powiem, że tutaj muszę cię niestety przerwać, bo mi się coś ważnego przypomniało. Otóż wczoraj albo przedwczoraj sobie przeglądałem YouTube'a i wyskoczył mi w proponowanych filmik jakiegoś polskiego twórcy na temat „Skina” Marinka, którego żeśmy tak bezlitośnie zjechali. Nazwali to gniotem, paździerzem i jak tylko można to określić. I okazało się, że youtuber zachwycony, tysiące komentarzy, że też zachwyceni widzowie, że się obudziły w nich jakieś pierwotne, dziecięce instynkty. Ja sobie tak pomyślałem, my musimy być naprawdę jacyś trochę chyba głupi albo coś.
[41:14] - Ja to zdecydowanie głupi jestem, mało czuły i taki jakoś słabo wrażliwy na sztukę wielką filmową. Nic się we mnie nie obudziło przy tamtym filmie. Podtrzymuję to, co powiedziałem wtedy. Ale cóż, niech zejdę do pozycji prymitywa, który tam w ogóle sztuki filmowej nie rozumie. Zostanę na tym takim bardzo popularnym rejestrze i tyle mi wystarczy.
[41:51] - Wróćmy do filmów o zapowiedziach Apokalipsy. Jak powiedziałem przed chwilą, ich motywem przewodnim jest zbliżający się koniec świata, o którym bohaterowie otrzymują jakieś tam informacje. I nie zawsze są to informacje pochodzące ze źródeł, jakby to powiedzieć, materialnych lub naukowych. Czasami ta wiadomość, która do nich dociera, zmusza ich do niekonwencjonalnych zachowań albo przemyśleń. Jeżeli miałbym wspomnieć jakąś produkcję, Marku, która tutaj pasuje, a której żeśmy nie ujęli, to na pewno byłby „Donnie Darko”. Film zdaniem niektórych kultowy, chociaż dla wielu osób też niezrozumiały. Miał premierę w 2001 roku. On z pewnością kiedyś do Filmotekarium trafi, bo nie ukrywam, że to jest jeden z moich ulubionych filmów, ale myślę, że dzisiaj nie ma go co wplątywać między tych kilka nowości, a na pewno filmów młodszych od niego. Zacznijmy może od tego najnowszego, czyli „Pukając do drzwi”. W oryginale „Knock at the Cabin”.
[43:11] - Tak, to był film, który trochę mnie zabił początkiem. Bardzo zaintrygował. Słowo „zabił” może niekoniecznie. Zaintrygował mnie, bo mamy do czynienia z sytuacją, przy której tak się powinno filmy zaczynać moim zdaniem. Jest dziewczynka, łapie sobie świerszcze czy koniki polne. Nigdy tego nie odróżniam. W ogóle nie wiem, czy jakaś różnica jest, ale mogę się w końcu na czymś jednak nie znać. Chociaż jakoś mi to jednak gdzieś tam nie kole. Nieważne, zupełnie nieistotne. W każdym razie jest dziewczynka, ona sobie te koniki polne zbiera i nagle pojawia się mężczyzna.
Duży, wielki, bardzo wielki i nawiązuje taki dziwny dialog z tą dziewczynką. „Dziwny” zapytacie państwo. A co to jest dziwny dialog? Nie potrafimy wyczuć gościa. Po co on się zjawił? Czy to jakiś zboczeniec? Co on tu robi? Po co tu jest? Dziewczynka na początku wydaje się, że rozmawia z tym człowiekiem. Jest dobrze wychowana, przyjazna, ale jakiś dystans czuć.
Ten dystans się pojawia coraz większy w momencie, kiedy ten mężczyzna oświadcza, że będzie dzisiaj musiał zrobić coś strasznego. A jeszcze bardziej się tam to wszystko zaczyna mieszać i dziewczynka mało ufności wykazuje, kiedy gdzieś tam w lesie, w głębi lasu pokazują się, wydaje się, towarzysze tego wielkiego mężczyzny z jakimiś dziwnymi przyrządami. Jest ich troje. Wiemy, że dzieje się coś bardzo dziwnego, ale jeszcze w ogóle nie łapiemy, co się dzieje. Już w początku filmu dowiadujemy się rzeczy, która jest bardzo nowoczesna, bo ta dziewczynka jest przysposobiona, adoptowana przez dwóch tatusiów. Tematu dalej nie rozwijam. Oni sobie wypoczywają, są wakacje, oni są gdzieś na jakimś letnisku, w domku nad jeziorem czy gdzieś w pięknych okolicznościach przyrody. Ale ta czwórka, która się pojawiła, wyszła z lasu, ona kompletnie burzy ten sielankowy obrazek. Dopiero wtedy film się zaczyna, ale my już wiemy, że obcujemy z czymś bardzo dziwnym. Ten obraz jest tak zrobiony, że on mnie przykuł do ekranu.
[46:10] - Tak, ta czwórka, która wyszła z lasu, to nie byli partyzanci. Wspomniany obraz to dzieło Shyamalana. W jednej z głównych ról widzimy tam byłego wrestlera Dave'a Bautista. Wciela się w rolę tego ogromnego faceta, o którym mówiłeś, pojawiającego się na początku przy dziewczynce, który stara się zagaić z nią rozmowę o tych konikach polnych. Cała fabuła jest dość nieskomplikowana. Powiemy tylko trochę. Dziewczynka jest wychowywana przez dwóch ojców. Nagle do ich chatki włamuje się grupa napastników, w tym ten rosły nauczyciel. Oni są przekonani, że jest to napad o charakterze nietolerancyjnym. Że oni chcą im zrobić krzywdę z racji ich orientacji.
Koniec końców okazuje się, że napastnikom, a de facto napastnikom samobójcom, chodzi o coś innego. Otóż kilku z nich w czasie tego filmu złoży się w dobrowolnej ofierze, by zatrzymać nadciągający armagedon. Nie wiem, czy za dużo już nie powiedziałem, ale jak już to powiedziałem, to powiem jeszcze jedno: okazują się oni członkami pewnego apokaliptycznego kultu. Goście tej chatki czy mieszkańcy tej chatki pełnią jakąś kluczową rolę w ich systemie wierzeń i więcej już nie powiemy. Koniec końców największym problemem pozostaje ustalenie, czy główni bohaterowie padli ofiarą jakichś ześwirowanych sekciarzy czy ludzi, którzy zrozumieli klucz dziejów i pojęli język Boga. Czy tutaj można jeszcze coś o scenariuszu dodać? Chyba nie, Marku. Natomiast film jest niezwykle atrakcyjny także od tej strony wizualnej. Wciągający oczywiście, mimo wykorzystania takiej trochę zużytej tkanki, jaką są kulty i sekty. A jak sekty, to w horrorach zazwyczaj konieczność składania krwawych ofiar.
Co roku mamy dosłownie kilka takich filmów albo seriali wykorzystujących Ten schemat i z ich poziomem bywa bardzo różnie. Natomiast teraz muszę powiedzieć, ponieważ mamy taki renesans filmów związanych z kultami, pojawiają się różne ciekawe modyfikacje scenariuszy i bywa naprawdę interesująco. I tak jest właśnie w przypadku tego filmu Shyamalana. Ja tutaj jestem, Marku, absolutnie na tak i polecam ten film, dlatego że chociaż nie ma on takich ukrytych głębi znaczeniowych jak "Skinamarink", to nakazuje zastanowić się nad tym: a co jeżeli ci uznawani za pomylonych mają rację?
[49:08] - Ja powiem tak, że on na szczęście nie ma tych głębi znaczeniowych, które miał ten "Skinamarink". Jeszcze jedną rzecz dodam, bo to tak wybrzmiało o tych samobójcach. Oni właściwie przyszli do tej chatki ze świadomością, że być może będą musieli popełnić samobójstwo, ale tak naprawdę liczą przecież na to, że nie będą go musieli popełnić. Klucz do ich losu tak naprawdę ma tych dwóch ojców. Od nich zależy, czy te samobójstwa nastąpią, czy nie nastąpią. Wiem, że to jeszcze bardziej państwu zamieszało, ale tak w istocie jest. Wszystkie te osoby mają jakieś takie dziwne narzędzia. Jak je zobaczyłem, to dodatkowo jeszcze podkręca w nas to przekonanie, że to jest jakiś napad. Tylko że dziwne w tym napadzie jest to, że oni poza niezbędną taką dozą, dawką przemocy, właściwie przemocy nie używają. Oni oczywiście w jakiś sposób obezwładniają owych dwóch ojców, żeby sami sobie nie zrobili krzywdy, żeby jakoś nad nimi zapanować.
Ale to jest koniec przemocy. Przemawiają natomiast ci przybysze, tłumaczą, starają się pewne rzeczy wyjaśniać, pokazywać i tak dalej. To jest tak dziwne, tak dziwna konstrukcja, że ja popadłem w pewnym momencie w taki rodzaj dezorientacji. Ale o co chodzi? Albo to jest rzeczywiście banda wariatów. Ja miałem takie momenty w tym filmie, że przechodziłem ze skrajności w skrajność. Zresztą pewno zgodnie z życzeniem albo z takim marzeniem reżysera, tudzież scenarzysty, bo raz myślałem, że rzeczywiście banda wariatów. Później znowu modyfikowałem, że może jednak coś w tym jest. Muszę powiedzieć, że podobnie jak Piotr, ja jestem pod wrażeniem tego filmu i jestem też jak najbardziej na tak. Jedna uwaga: to też nie jest film, w którym ganiają się, strzelają i akcja, nie można za głęboko odetchnąć, bo człowiek wtedy oczy przymyka i coś umknie z ekranu.
To nie jest tego rodzaju film. Niemniej jednak bardzo dobrze, że on taki nie jest. Niemniej jednak ten film potrafi przykuć do siebie oglądającego i to tak, że zostajemy tam do końca, patrzymy na grande finale. Teraz to już chyba wszystko, co mogłem powiedzieć.
[52:09] - W tym filmie mamy pokazaną także apokalipsę, a przynajmniej jej zaczątek. I muszę powiedzieć, że jest to zrobione bardzo specyficznie i oryginalnie. Także jeżeli ktoś liczy na fajerwerki, to jakiś tam fragmencik na pewno znajdzie. Polecamy bez wątpienia wspomniany film. Oczywiście nie jest tak dobry jak „Skinamarink", ale na pewno w praniu ujdzie. Jeżeli mówimy o apokalipsie, to są też takie filmy, które wykorzystują motyw apokalipsy naukowej. To jest takiej, którą można wyliczyć, przewidzieć, może nawet czasami jej można uniknąć. Jednak najbardziej widowiskowe jest właśnie to, kiedy wszystko się roztrzaskuje i płonie pod wpływem uderzenia ciała niebieskiego, jak to jest w filmie „Nie patrz w górę", czarnej komedii science fiction z roku 2021. W rolach głównych Jennifer Lawrence i Leonardo DiCaprio. Film ten wielu z was z pewnością widziało dlatego, że było o nim dość głośno.
Po drugie też był chyba na Netflixie, z tego, co pamiętam. Mówiąc krótko: para astronomów, naukowców odkrywa kometę, która niemal ze stuprocentową pewnością zderzy się z Ziemią i unicestwi naszą cywilizację. Właściwie to nie odkrywa tego para, tylko odkrywa to studentka, doktorantka granego przez DiCaprio astronoma, takiego trochę safanduły, który potem staje się gwiazdą mediów i tak dalej. Nie będziemy go chyba za bardzo opowiadać. Dodam tylko tyle, że kiedy oni próbują nagłośnić sprawę zbliżającej się katastrofy kosmicznej, to społeczeństwo i decydenci, politycy zaczynają zachowywać się co najmniej dziwnie. Film ten, co trzeba powiedzieć, naszpikowany jest różnego rodzaju symbolami, alegoriami i tak dalej. Bywa niekiedy nazywany wręcz satyrą na współczesne społeczeństwo. Chociaż jest dość lekki i taki przyjemny w odbiorze, to według mnie jego wydźwięk, pomimo faktu, że jest komedią, jest dosyć smutny. Wiąże się to z tym, co powiedziałem na początku. Ludzkość istnieje kilka tysięcy lat zaledwie.
I w większości problemy, jakich doświadczyła, sobie sprawiała sama poprzez wojny, podziały, dewastacje, problemy klimatyczne i tak dalej. Wiemy dzisiaj, że w zamierzchłej przeszłości ludzkości dochodziło do katastrof kosmicznych, czyli uderzenia na przykład jąder komet, które powodowały jakieś zniszczenia, których ludzie doświadczali. Były nawet ofiary. Coś takiego zostało najprawdopodobniej zapamiętane pod postacią mitu o Atlantydzie. Śladami tej zaginionej pra-cywilizacji, która została wówczas unicestwiona w wyniku jakichś wielkich katastrof sprzed kilkunastu tysięcy lat, jest na przykład Göbekli Tepe czy Karahan Tepe. Pradawne świątynie, które świadczą o tym, że nim ludzkość zaczęła się w Sumerze i Egipcie, to miała jeszcze wcześniejszy start, który został prawdopodobnie przez taką katastrofę przerwany. Ale chyba, Marku, trochę się zagadałem. W każdym razie ten film, chociaż śmieszny, to jest tak naprawdę bardzo smutny.
[55:51] - Tak, to jest film, o którym wspominałem, że musiałem się aż do mistrza Raczka odwołać, bo on zwrócił uwagę na coś takiego, co nie przyszło mi do głowy. Bo ja absolutnie zachwycony tym obrazem, nie przyszło mi do głowy to, że ten film dzieli odbiorców na dwie skrajne grupy. Jedni uważają, że jest to film wizjonerski, który świetnie opisuje naszą współczesność, naszą cywilizację, sposób, w jaki funkcjonujemy i w jaki kontaktujemy się ze sobą w ramach społeczeństwa. Inni natomiast absolutnie odrzucają ten obraz. Mówią, że jest zły, niedobry i w ogóle bez sensu. Ja, ponieważ należę do tej pierwszej grupy, przyglądałem mu się szczególnie uważnie i moim zdaniem ta satyra, ta skała, która ma uderzyć w Ziemię, jest większa niż ta skała, która uderzyła przed wyginięciem dinozaurów. W związku z tym los ludzkości, jeśli nie podejmie jakichś kroków, jest raczej przesądzony. I tak jak Piotr powiedział, przecież główni bohaterowie zgłaszają się z tą informacją do mediów, do prezydenta, właściwie prezydentki. I tu kolejna gwiazda, Meryl Streep gra prezydentkę. I to, co ich spotyka, to, co ten film opowiada o naszej cywilizacji, o tym, jak łatwo jest nas podzielić do tego stopnia, że w pewnym momencie politycy ukuli hasło.
To hasło, które stało się tytułem filmu „Nie patrz w górę”, bo tam przecież oni wmawiają wam, że tam coś nadlatuje, a tam nic nie ma, nic nie nadleci, wszystko będzie w porządku. Czy to czegoś państwu nie przypomina? Takie zachowania polityków. Skoro tamci mówią, że trzeba uważać, to my mówimy, że nic nam nie grozi. W ogóle super jest. I wiecie państwo, tego czasu nie ma za dużo. Bodajże pół roku jest, o ile dobrze pamiętam, na podjęcie jakichś działań. I okazuje się, że działania są podejmowane, tylko one są tak na pokaz. Państwo amerykańskie podejmuje kroki i okazuje się, że nie. Po co?
Bo tam się zgłasza prywatny biznesmen. On jest też jakby na kimś wzorowany. Znowu nie będę mówił na kim, ale takich postaci w życiu biznesowym, a właściwie może mniej biznesowym, co już społecznym, a w każdym razie mediów społecznościowych jest kilka i może nie tylko mediów społecznościowych. Zgłasza się z uniwersalnym projektem: ja wam to wszystko załatwię, ja tę skałę załatwię, nie ma problemu w ogóle. Okazuje się, że... Dobra, więcej już opowiadał nie będę, bo to już byłaby zbrodnia. W każdym razie ten film powiedziałem, że dobrze opisuje naszą cywilizację. A tak, bo on na przykład pokazuje, jak działają media społecznościowe, jak działa hejt, jak w ogóle ludzie myślą. Bo przecież tam sama siebie gra Ariana Grande. Ja akurat nie gustuję w tej muzyce, ale jest.
Jak ona się zwraca do tego astronoma. Oni siedzą w takim roomie tuż przed wejściem na wizję i po kolei w takiej śniadaniówce są zapraszani przed kamery. I siedzi ten astronom wspólnie ze swoją asystentką i jest Ariana Grande, o której ten astronom dowiedział się, że ona się właśnie rozstała ze swoim chłopakiem. I on jej tam udziela wyrazów współczucia. I jakie słyszy słowa? One się nie nadają, proszę państwa, do tego, żebym je zacytował tutaj, więc już sobie możecie państwo wyobrazić, bo młoda gwiazdka jest zdegustowana tym, że jakiś stary pierdziel, akurat taki stary wcale nie jest, a jednak dla niej jest, wtrąca się w nie swoje sprawy i w ogóle coś. Po czym się okazuje, że wszystko jest show medialnym, bo oni się prawie na wizji godzą, ona ze swoim narzeczonym. W ogóle wielkie show na scenie, jak to się para młodych, zdolnych ludzi godzi ze sobą. A te opowieści o jakiejś tam nadlatującej komecie, bzdury w ogóle, obśmiać to trzeba. Więc mamy kolejną gwiazdę.
W ogóle w tym filmie jest masa gwiazd. To wszystko daje nam obraz rozpadu właściwej cywilizacji. Zresztą tam są użyte takie chwyty, gdzie nagle poznajemy, jak działają media społecznościowe, jak działa hejt, jak z kolei działa to zachłyśnięcie się mediami, gdzie główny bohater, powiedziałeś Piotrze, safanduła, ale zachłysnął się też, stał się gwiazdą medialną, która występuje w różnych miejscach, nawet w programach dla dzieci, takich trochę na ulicy Sezamkowej wzorowanych, gdzie tłumaczy, że jest groźnie, ale będzie dobrze i tak dalej. Co jest jeszcze w tym filmie ważne? Nie będę oryginalny, bo to powtórzę za Raczkiem, ale warto to powiedzieć. Oglądajcie państwo ten film do końca, bo tam jest taka pułapka, że pojawiają się napisy i mówicie sobie państwo: „No dobrze, to stop, koniec. Nie oglądamy, przecież listy płac nie będziemy oglądać”. Wytrzymajcie państwo, bo tam spory kawałek filmu jest i nie powiem, że jest kluczowy, ale on jest ważny. Ważny też do tego, żeby do końca zrozumieć, o co w tym filmie chodzi. Odpowiem tekstem z kabaretu, że jedni mówią, że ktoś tam boi się gejów, a nie widzi tego, że rząd go przez cały czas dyma na okrągło.
Coś takiego ma tutaj miejsce. To jest naprawdę film, który w skrótowej formie, chociaż film trwa ponad dwie godziny, ale opisuje nam to miejsce, w którym żyjemy. I to nie jest, wierzcie mi państwo, fajne miejsce. A jak zobaczymy te mechanizmy, że nic nikogo nie obchodzi, tylko ważniejsza jest na przykład kariera polityczna, ważniejsze jest umieszczenie kogoś w Sądzie Najwyższym albo gdzieś tam. Polityka, polityka, polityka. A tam jakaś skała, co zleci z kosmosu. Kogo to obchodzi? W pewnym momencie miałem takie poczucie, że to chyba jest niemożliwe, ale później się troszkę głębiej zastanowiłem, jak to funkcjonuje. Oczywiście nie mamy tak drastycznego przykładu, ale na takich mniejszych przykładach wyszło mi jednak, że ten film owszem, jest satyrą, ale nie aż taką i nie tak opartą na jakichś wymysłach, tylko satyrą bardzo mocno osadzoną w naszej rzeczywistości.
[01:03:18] - Astronomowie od lat mówią o tym, że trzeba się przygotować kiedyś na to, aby odbić, mówiąc najprościej, zbliżającą się asteroidę od Ziemi. Ja myślę, że kiedy oni obejrzą „Nie patrz w górę”, to przy okazji, kiedyś, w dalekiej mam nadzieję przyszłości, kiedy taki scenariusz być może się zrealizuje, to oni nie powiedzą jednak publicznie, że coś takiego ma miejsce. Dlaczego? Bo po pierwsze, jeżeli nagle by się okazało, że ten film znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości, to wszyscy musieliby zadać sobie takie kardynalne pytanie: dlaczego zmarnowano przez lata niezliczoną ilość pieniędzy, tryliony dolarów na wojny czy na zupełnie niepotrzebne rzeczy, zamiast rozwijać naukę i zachować ten nasz spłachetek Ziemi przed niebezpieczeństwami z kosmosu? Nie chodzi tutaj tylko oczywiście o uderzenia komet, ale też na przykład tą niepogodę słoneczną. Druga sprawa, trzeba by było uspokoić jakoś spanikowane społeczeństwo, spanikowane masy, które są już tak mocno przyklejone do internetu, że nie odróżniają go od życia. Czyli trzeba byłoby zagrać koncert, tak jak w tym filmie, stworzyć jakiś ruch społeczny, skanalizować po prostu ludzkie emocje i nagle by się okazało, że koniec świata to przedmiot dla telewizji śniadaniowych i youtuberów. I to w zasadzie tyle, bo więcej nie dałoby się praktycznie zrobić. „Nie patrz w górę” podejmuje naprawdę bardzo ważny temat przez może nieco humorystyczne środki, ale jednak. Także jeżeli ktoś nie widział, to warto.
Ponadto ten film jest na tyle wieloznaczny i wieloaspektowy, że w miejsce słowa kometa czy asteroida możemy sobie wstawić jakieś inne zagrożenie i ten mechanizm zawsze będzie działał tak samo. Ten mechanizm, o którym żeśmy powiedzieli. Ale Marku, są też filmy, które to zbliżające się niebezpieczeństwo trochę skracają, bo w przypadku „Nie patrz w górę” było jednak trochę czasu. Natomiast w filmie „These Final Hours”, czyli jak on się po polsku nazywa, nie pamiętam, „Ostatnie godziny” chyba, bohaterowie mają zaledwie kilka godzin, żeby się pożegnać z tym światem, a zagrożenie jest analogiczne.
[01:05:59] - Tak, tylko że my po prostu wkraczamy w ten świat odpowiednio późno, na kilka godzin przed końcem. Australia. Takie miałem zupełnie luźne skojarzenie. Jeśli państwo pamiętacie film „Ostatni brzeg”. Tam też Australia, tylko zagrożenie zupełnie inne, więc jakoś tak mi się luźno skojarzyło. Zupełnie nie à propos i może trochę bez sensu, ale tu mamy właśnie Australię. Coś się dzieje. Wiecie państwo, Dzieje się właściwie, co się może dziać z ludzkością, która wie, że zginie i właściwie nie ma odwrotu. Tu nawet możemy to państwu powiedzieć, bo to od początku wiadomo. Od początku ci ludzie o tym mówią, że nie ma już ratunku.
Trzeba te ostatnie godziny jakoś przeżyć i w różne strony to idzie. Bardzo wiele osób popełnia samobójstwa. Bardzo wiele osób oddaje się jakiejś takiej dzikiej rozpuście, ale nie tylko tej seksualnej, ale wszelkiej możliwej zmysłowej. Chlaniu, narkotyzowaniu, co tam sobie państwo wymyślicie. Nawet porywaniu dzieci w celach jednoznacznie seksualnych. Dzieje się piekło na ziemi. Mamy głównego bohatera, też uwikłanego w jakieś takie problemy osobiste. I to niebezpieczeństwo nadchodzi, oni wszyscy o tym wiedzą. Ta skała już uderzyła, to nastąpiło i teraz po prostu przemieszcza się w kierunku tego miejsca, w którym żyją ci ludzie. I to jest dosyć obraz taki wstrząsający.
Ale wstrząsający nie przez to zagrożenie, to, co spadło z nieba i tak dalej. Nie. Przez obraz rozpadu ludzkiej cywilizacji, rozpadu więzi, rozpadu jakiejś takiej elementarnej nawet moralności. Przynajmniej u niektórych.
[01:08:17] - Tak. Szczerze mówiąc, bardzo niewiele trzeba, by to nastąpiło. Wystarczy nas wybić z takiego codziennego cyklu i pokazać, że jednak zdążamy donikąd. W tym filmie okazuje się, że do katastrofy dochodzi na północnym Atlantyku gdzieś, czyli w momencie chyba, kiedy ten główny bohater, nie pamiętam jak on się nazywa, bodajże James się orientuje, że coś się dzieje, to Polacy już nie żyją. Tak, James. Właśnie sprawdziłem. No i tak, nawet w tak doniosłej chwili, jak koniec świata, kiedy zostaje ci kilkanaście godzin życia, los chce z tobą grać w pokera, jak śpiewa Zenon Martyniuk i płata ci figle. Tak już bywa z ludzkim życiem. No i okazuje się, że zamiast na przykład pójść na tą imprezę wszech czasów, zażyć tonę narkotyków i zrobić coś, co zawsze chciał, James musi rozwiązywać różnego rodzaju problemy, które odkrywają na nowo jego człowieczeństwo. Koniec końców przywracają wiarę nas wszystkich w to, że nie każdy w obliczu końca świata zachla się, będzie się modlił albo popełni samobójstwo.
Ale co jest w tym ciekawe, film jest ogólnie bardzo mocny i mroczny jednocześnie. Ukazane reakcje i relacje ludzkie na nieuchronny koniec są wstrząsające tak naprawdę. W zasadzie to one się, jak powiedziałeś, ograniczają do takich dwóch skrajnych reakcji. Albo przyspieszamy to, co ma nastąpić z kieliszkiem w ręku, czy tam z jakimś innym narzędziem do używki, albo przyspieszamy to po prostu poprzez samobójstwo. Rzecz dzieje się w odległej Australii, ale rzeczywiście... Albo inaczej, chciałbym zobaczyć kiedyś polską adaptację tego filmu. Ciekawe, jak twórcy przedstawiliby reakcje naszego społeczeństwa na wieść na to, że zostało nam zaledwie pół doby. I co więcej można powiedzieć? Chyba niewiele. Może dodajmy tu Marku jeszcze kilka słów o takiej niemieckiej wariacji wspomnianego filmu, który się nazywał, która się nazywała-
[01:10:49] - „Osiem dni". Jak to bywa z serialami niemieckimi to nie jest moje ulubione kino. Tu owszem, w tym serialu pojawiły się też elementy takie orgiastyczne, elementy kombinowania, więzienia ludzi. Jedni więzili drugich, żeby coś tam uzyskać. Kombinowania, łapówki, bo oczywiście jest pewien, tak apokalipsa w przypadku „Ośmiu dni" nie miała być taka totalna, w każdym razie przypuszczano, że nie będzie totalna. Przyszukowano jakieś bunkry, podziemne miasta, w których mieli się ukryć wybrani, co ważne, wybrani ludzie, wyselekcjonowani. W związku z tym cała reszta popada w jakieś szaleństwo, w jakieś też totalne imprezy na basenie, chlanie, narkotyki. A co zapamiętałem z tego filmu? Coś, co musiało mnie... W pierwszym odcinku zaraz.
Bo na początku ta skała z kosmosu miała upaść bardziej w Europie Zachodniej. W związku z tym Niemcy popylali w kierunku wschodnim przez Polskę, gdzieś jeszcze może bardziej na wschód. No i później się to zmienia w serialu. Później się okazuje, że coś się przesunęło i ta skała pierdyknie gdzieś w okolicach Uralu, o ile dobrze pamiętam. To zresztą nie ma większego znaczenia, w związku z czym Niemcy w związku z tym wracają znowu do siebie. Ale ponieważ nie zostali wyselekcjonowani do podziemnych miast, to i tak tam pewno się źle skończy. Co zapamiętałem z tego filmu? Niewiele. Poza taką dekadencką atmosferą, że wszystkich tam i tak dalej. Co zapamiętałem?
Zapamiętałem to, że już w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że jak ci kulturalni, wspaniali Niemcy przekraczają granicę Polski, to tu ogólnie dzicz panuje. Psy to wiadomo, czym szczekają, bo przecież nie paszczą. W ogóle taki rozkład, prymitywizm, gnój, chamstwo i bezsensu. Kiedy biedna dziewczyna niemiecka trafia na wieś polską zabitą dechami i prosi tych wstrętnych Polaków, żeby mogła coś zjeść, to oni owszem, wpuszczają do domu, nawet wydają się przyjaźni. Ale dowiadujemy się, że w polskich domach kibelek to jest wiaderko i to za zasłonką, a przeciętny polski nastolatek o niczym innym nie marzy, tylko o zgwałceniu takiej Niemki, która właśnie się pojawiła. Przyjechała z cywilizowanego kraju. Tu nic nie robimy, tylko gwałcimy niemieckie kobiety, jak popadnie. To jest, proszę państwa, obraz kinematografii wielkiego europejskiego kraju, który posługuje się kalkami, jakimiś stereotypami idiotycznymi. Czy to było niemożliwe? Czy takich miejsc w Polsce nie ma?
Ależ oczywiście, że są. Nie ma wątpliwości, że takie miejsca również w Polsce są, ale skoro to jest obraz, który ma coś nam opisywać, coś pokazywać, to pokazanie tego gnoju i prymitywizmu, bo tu przecież nic innego za Odrą nie może się znajdować, tylko coś prymitywnego i głupiego. To od początku mnie do tego serialu zraziło. Obejrzałem go oczywiście od początku do końca, czyli wszystkie osiem odcinków, bo osiem dni. Obejrzałem, ale już nie miałem do tego filmu sympatii. On zresztą jest robiony w takiej konwencji telewizyjnej, w związku z czym bardzo oszczędnie. Pewno był robiony z nadzieją na być może kontynuację, ale na szczęście nie został kontynuowany i chyba już nie będzie kontynuowany, czego sobie i państwu życzę. I to tyle. Nic więcej dobrego o tym serialu powiedzieć nie mogę. Głupi był.
[01:15:06] - To jeżeli się znęcamy już nad Niemcami, to przejdźmy do filmu pod tytułem „Final Storm” z roku 2011. To jest film kanadyjski, tak jest zapisany we wszystkich źródłach. Natomiast reżyserem jest Uwe Boll. Uwe Boll to jest taki niemiecki, trudno powiedzieć, że reżyser, ale twórca kinematografii. A o jego zdolnościach, o jego dorobku najlepiej świadczy to, że w pewnym momencie widzowie wystosowali taką petycję próbującą zmusić go do tego, aby ustąpił. To znaczy, że jeżeli zbiorą milion podpisów, to on po prostu przestanie robić filmy. Ponieważ czasami jest tak, że złe filmy cieszą się takim samym zainteresowaniem odbiorców jak te dobre, bo zawsze też są wśród naszych słuchaczy jacyś kinomasochiści, to postanowiliśmy raz na jakiś czas wrzucać gniot jako przykład albo po prostu przestrogę. W tym przypadku, jak mówiłem, powód jest szczególny, bo mamy do czynienia z germańskim mistrzem paździerza. Film osadzony jest oczywiście poza Niemcami. Poznajemy tam historię ranczera Toma, który razem z rodziną mieszka w okolicy nękanej przez jakieś zmiany klimatyczne.
Ten film jest w ogóle bardzo schematyczny, jest po prostu cienki. W każdym razie w pewnym momencie na ich farmę przybywa facet, taki chudy, gnuśny. Silas się nazywa.
[01:16:52] - To coś powiem wszystkim z państwa, których młodość przypadła na lata 90. Ten Silas będzie się kojarzył z „Beverly Hills 90210”, bo odgrywa jego rolę niejaki Luke Perry. Już mocno zmieniony. Już to nie jest ten nastolatek z „Beverly Hills 90210” i taki jest w ogóle przygaszony, szary. Ale może się w kimś z państwa jakiś sentyment do młodości obudzi.
[01:17:28] - Tak, 90210 to w tym wypadku jest chyba wynik pomiaru u niego ciśnienia, bo rzeczywiście jest jakiś taki dziwny ten Luke Perry. Muszę powiedzieć, że gra jakiegoś takiego obrzydliwego człowieka. W każdym razie ten Silas jest ranny, przebąkuje coś tam o zbliżającej się apokalipsie. Oczywiście jego pojawienie się rodzi problemy rodzinne. I tak, powiem coś na obronę tego filmu. Mimo wszystko on jest kiepski, on jest ogólnie nudny, natomiast ma w sobie taki pewien nieoczekiwany zwrot. Tylko że on nie do końca będzie zrozumiały dla widzów katolickich, dlatego że ten Silas wspomina co jakiś czas o zjawisku zwanym pochwyceniem lub też porwaniem. I chodzi o to, że w momencie końca dziejów, końca świata, wierni, którzy zostali na ziemi, mają zostać przeniesieni na chmurze w kierunku szykującego się na drugie przyjście Jezusa. To jest taka koncepcja, która się pojawiła kilkaset lat temu wśród różnych odłamów protestantyzmu. Ona w katolicyzmie nie jest popularna, natomiast w kulturze masowej gdzieś tam co jakiś czas się pojawia taka koncepcja, że ludzie wybrani zostaną po prostu gdzieś zniknięci przed końcem świata, a na ziemi zostaje tylko grupka ludzi.
I koniec końców dochodzimy do wniosku, oglądając ten film, że tak Na samym końcu, w tym wielkim finale, Bóg rzeczywiście zwija kosmos jak dywan i widzimy to, chociaż nie jest to zbyt widowiskowe. Ale pojawia się, Marku, pytanie: skoro ten Silas coś przebąkuje, skoro ten koniec świata idzie i na Ziemi tak naprawdę został tylko ten wspomniany Luke Perry, czyli Silas Hendershot chyba, tak się ten bohater nazywa, i kilkoro innych ludzi, w tym główny bohater, to znaczy, że ci dobrzy zostali wzięci do nieba. Na Ziemi zostały same łachudry.
[01:19:47] - Tak. Powiem tak: ja się aż tak bardzo na tych wątkach, nazwijmy je, religijnych nie skupiałem, bo w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że gdyby temu filmowi odebrać ten wątek, weźmy to w duży cudzysłów, „nadprzyrodzony” końca świata, który zresztą od początku się pojawia, bo ten deszcz, który tam jest, te zwierzęta, które znikają i tak dalej. Mamy do czynienia z czymś właśnie takim nacechowanym religijnie. Ale gdyby zdjąć z tego filmu to nacechowanie religijne, ten koniec świata, to ten film by się jeszcze jakoś obronił, bo to byłby taki kameralny film o pewnej rywalizacji pomiędzy dwoma mężczyznami. Gdzieś tam się w tle właśnie żona jednego z nich pojawia i to by się jeszcze pewno broniło. Natomiast ten wątek, znowu cudzysłów, „paranormalny”, on tam troszeczkę pasuje, przynajmniej dla mnie, mógłby nie istnieć w ogóle, nie pasuje. On jest tak wciśnięty na siłę, żeby jeszcze, znowu cudzysłów, „pogłębić” ten film. A on go wcale nie pogłębia, tylko stawia dodatkowe pytania, stawia jakieś takie zaciemnienie i cholera wie, po co to jest potrzebne. Tam jest jeszcze wypad do miasta. Tam też źli ludzie w tym mieście, bo wiadomo, cywilizacja się rozpada.
Tak jak Piotr powiedział, część ludzi jest zniknięta i zostały te łachudry. I to w tym mieście widać, że łachudry pełną gębą. Ja wiem, to wydźwięk miał być taki, że ten Luke Perry to też łachudra, a to małżeństwo i ich syn, niby fajni, ale może nie do końca tacy fajni. Może też łachudry. I to tak się toczy, proszę państwa, i gdzieś tam się w końcu dotoczy. Koniec tego filmu, tak jak Piotr powiedział, nie wiem, czy miał być widowiskowy, ale przynajmniej jakieś tam zgłasza pretensje do tego. Ale ja nie wiem, czy tak naprawdę o to chodzi w filmach, żeby je udziwniać. A ewidentnie ten film jest udziwniony i naprawdę ta historia podstawowa, gdyby ją, i tu się powtórzę, odrzeć z tego wątku paranormalnego, to ona by się chyba lepiej broniła. Takie odnoszę wrażenie. A może się mylę.
[01:22:17] - Tak, o dziwo jest kilka takich filmów i kiedyś o nich powiemy. A jeżeli mówimy o tej kinematografii niemieckiej, chociaż może tutaj nie do końca to pasuje, bo tutaj mamy tylko reżysera niemieckiego. Przypominam sobie, że w ciągu ostatnich kilku lat powstało sporo horrorów niemieckich. Ja je oglądałem chyba wszystkie i muszę powiedzieć, że każdy z nich był traumatycznym doświadczeniem. Nie jestem w stanie w ogóle powiedzieć, dlaczego coś takiego powstaje. To jest nawet gorsze albo tylko nieco lepsze od horrorów polskich, które żeśmy omawiali w jakichś tam wcześniejszych odcinkach. I mam nadzieję, Marku, że kiedyś się weźmiemy za ten temat.
[01:23:07] - Koniecznie.
[01:23:08] - Natomiast za tydzień, z racji tego, że bodaj w poniedziałek mamy ceremonię wręczenia Oscarów, to z Markiem postanowiliśmy przyjrzeć się tym filmom, które w jakiś sposób wpadają tematycznie do naszej audycji. Czyli będzie na przykład „Wszystko wszędzie naraz”, będzie pewnie „Avatar”. A co jeszcze? O tym się przekonacie.
[01:23:38] - Tak, to prawda. W każdym bądź razie wiecie państwo, ta anatomia apokalipsy, którą przywoływałem w tytule, którą przywoływałem na początku „Filmotekarium”. Kiedy obejrzy się te filmy, o których dzisiaj opowiadaliśmy, to ja myślę, że nawet jeśli niektóre z nich przyniosą państwu cierpienie, to warto to obejrzeć, bo tam kilka pomysłów, nawet w tych gorszych wydaniach, kilka pomysłów jest fajnych i to, na co Piotr zwrócił uwagę nawet w tym ostatnim filmie, który tak nie zachwycał, przynajmniej mnie, Piotra zdaje się też, to nawet tam ten wątek, o którym wspomniał Piotr, jest niezwykle ciekawy. Taki, który nazwijmy go nawet rozwojowy, że może w jakimś innym filmie dopatrzycie się państwo lepszego rozwinięcia tego wszystkiego. Sama ta koncepcja, że łachudry zostają, a inni gdzieś tam wypoczywają na chmurkach, obłoczkach czy jakkolwiek sobie to człowiek wyobraża. Czy wcześniejsze filmy, o których mówiliśmy, te uderzenia skały w ziemię. Sporo jest tam powtórzeń, sporo jest jakichś takich kalek, ale jednocześnie poszczególne obrazy dorzucają nowe kamyczki i jeśli nawet one nie są zaskoczeniem, to w jakimś stopniu takie mamy wrażenie, że dostajemy dosyć szeroki obraz. W związku z tym, tak jak zwykle to robię w naszej audycji, ja zachęcam państwa do obejrzenia zarówno tych filmów którymi się zachwycaliśmy, jak i tych, nad którymi się troszeczkę popastwiliśmy, bo to jednak daje pewien przegląd, pewien obraz. Tak jak Piotr to ujął chyba najlepiej. Przy niektórych będziecie się musieli państwo troszkę pomęczyć, ale nawet wtedy warto, bo to troszeczkę pokazuje nam, gdzie żyjemy i jakie kino dostajemy, jakie jest nam serwowane.
[01:25:52] - Ja jeszcze dodam tylko, że rzeczywiście chciałbym zobaczyć „Te ostatnie godziny” w wersji polskiej. Mam nadzieję, że kiedyś coś takiego powstanie. Ciekawi mnie, jakie byłyby reakcje nadwiślańskie na nadchodzącą apokalipsę.
[01:26:07] - Ja już oczyma duszy widzę to, że film taki mógłby powstać i on pewno mógłby być równie okrutny, ale natychmiast spotkałyby się przynajmniej dwie siły polityczne, które natychmiast rozpoczęłyby dyskusję na ten temat, jakżeż to źle zostało przedstawione, bo przecież my jesteśmy wspaniali i na pewno umieralibyśmy godnie i wspaniale. I natychmiast powstałby o to bój polityczny okrutny, że Polaków nie można przedstawiać w tak złym świetle, że my przecież do żadnej orgii, do żadnego pijaństwa, narkotyzowania i tak dalej byśmy nie dopuścili. My najprawdopodobniej, jak chcieliby jedni, udalibyśmy się na zbiorową modlitwę tudzież coś innego. Wiem, ja w tej chwili szyję taki obraz bardzo sztampowy, ale zauważcie państwo, że właściwie żyjemy w kraju, w którym pokłócić się można o wszystko. W związku z tym, dlaczego nie o film, nie o obraz, który przedstawia koniec naszego kraju, koniec naszej cywilizacji? O to też naprawdę możemy się pokłócić.
[01:27:16] - Co prawda był już film, który miał w tytule „Koniec cywilizacji”, ale on tak daleko wybiegał w przyszłość, że chyba nie pasuje jakoś do tego dzisiejszego zestawienia.
[01:27:29] - Zdecydowanie nie. Proszę państwa, pięknie dziękujemy. Zapraszamy za tydzień na oscarowe „Filmotekarium”, nominacyjne, oscarowe. Wtedy już będziemy po wręczeniu, więc też będziemy bogatsi o pewną wiedzę. Ale nawet jak te filmy, o których będziemy mówić, nic nie dostaną, to też się wielka rzecz nie wydarzy. Ja tylko jeszcze wspomnę, że przynajmniej ten film „Nie patrz w górę”, nie patrz w niebo, nie patrz gdzieś tam na górne warstwy atmosfery, tak to sobie określmy. On był nominowany oscarowo chyba w czterech kategoriach. W żadnej nic nie dostał z tych oscarowych kategorii. Niemniej, co jest dziwne, to był film, który nie funkcjonował w kinach. On funkcjonował na platformie, bodajże na Netflixie to funkcjonowało.
A jednak do Oscarów był nominowany. Nominowany i już.
[01:28:36] - Tak samo jest jak „Wszystko wszędzie naraz”. On nie jest wyświetlany w kinach studyjnych, być może w niektórych sieciach kinowych w kraju również, ale jest obecny na platformie streamingowej Prime, gdzie można go sobie obejrzeć. A to jest tak dziwny obraz, ale o nim powiemy za tydzień. Także do usłyszenia i zapraszamy was jednocześnie na poniedziałkowe „Oblicze Nieznanego”. I to będzie ostatni odcinek w serii poświęcony najdziwniejszym przypadkom i historiom nadesłanym do „Nieznanego Świata”. Także będzie bardzo ciekawie. A za dwa tygodnie, czyli 20 marca, spotykamy się w nowym formacie tutaj z Markiem w Radiu Paranormalium. Co poniedziałek będziemy prowadzić nową audycję „Facta incognita”, przy czym ona będzie nowa, ale nie odczujecie tak naprawdę wielkiej zmiany w stosunku do tego, co się działo co poniedziałek. Może za wyjątkiem tego, że będzie troszkę węższy zakres tematyczny. Będziemy mówić bardziej szczegółowo o pewnych sprawach.
No i też będą to audycje może deczko krótsze. Nie dwie i pół godziny, ale znając nasze możliwości, to pewnie jakieś 90 minut max. Także do usłyszenia Marku w poniedziałek. No i też za tydzień. Pozdrawiam wszystkich.
[01:30:12] - Do usłyszenia. Tak, proszę państwa, „Filmotekarium” niniejszym się skończyło. Ja tylko przypomnę, że nieustannie zapraszam państwa, tych, którzy mogą, którym będzie po drodze, na Poznańskie Targi Książki. Piątek już minął dla państwa, więc sobota, niedziela. Tereny Międzynarodowych Targów Poznańskich, pawilon 7, stoisko 58. Tam znajdziecie państwo Book Radio, tam znajdziecie Bibliotekarium, tam znajdziecie Stalker Books. Tam znajdziecie jeszcze wielu innych wydawców. Wstęp na targi bezpłatny. Naprawdę warto. No cóż, a my jedziemy dalej z audycją.
Dzisiaj będzie literacko w audycji. Mam nadzieję, że często jest literacko, ale dzisiaj będą aż trzy opowiadania. Pierwsze z nich to opowiadanie Anny Sikorskiej „Rysa na szkle” z antologii „Rubieże rzeczywistości”. To jest, proszę państwa, opowiadanie Pamiętam ten moment, kiedy jako jury z Wiktorem Żwikiewiczem spotkałem się i zaczęliśmy rozmawiać, i on był tym opowiadaniem autentycznie poruszony. Co więcej, spotkał drugiego takiego gostka, czyli mnie, który tym opowiadaniem również poruszony był. I to nie chodzi o to, że ono ma głębię i tak dalej. Nie. Ono jest po prostu świetnie literacko skonstruowane. Opowiada pewną historię na poziomie werbalnym, czyli państwo ją słyszycie, czytacie i ta historia do was dociera, ale mam nieodparte wrażenie, że tam poza słowami jawi się jeszcze cała masa znaczeń, cała masa przekazów, które warto wychwycić z tej opowieści. No cóż, złą zasadą jest zagadywanie prozy.
W związku z tym ja po prostu zapraszam państwa na kawałek znakomitej prozy. Powtórzę Anna Sikorska „Rysa na szkle”.
[01:32:39] - Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad.
[01:32:53] - Anna Sikorska „Rysa na szkle”.
[01:32:56] - Rok 242. Patrzy na kopułę, we wnętrzu której tkwią uwięzione ludziki. Siedzą tam, nie wiedząc o jego istnieniu, a on tak bardzo chce się z nimi bawić. Nie rozumie, czemu jest tutaj sam. Sam pod fioletowym niebem, pośród wiecznie zmieniającego się otoczenia. A tam dzisiaj jest rzeczka, która cuchnie niemiłosiernie. Za chwilę może zapachnieć, wyparować lub zmienić się w wielką górę. Każda zmiana jest niespodziewana, każda ciekawa. Bywa, że się boi, jak wtedy, gdy przychodzą mechaniczni ludzie lub nawet całe maszyny wielkie jak miasta, albo te mikroskopijne insekty, których ugryzienie zawsze boli. Czasami boli przed ugryzieniem, czasami w trakcie, ale to dla niego nieistotne.
Czas nie jest istotny. Czas się zmienia i to w najbardziej zwariowany i ekscytujący sposób. Chłopiec mieszka poza kopułą. Nie wie jak długo, bo i nie sposób tego zmierzyć. Wcześniej, później. Co za różnica? Dla niego nic się nie zmienia. Nie rośnie, nie starzeje się. Ale pamięta. Pamięta we wszystkich kierunkach czasu, we wszystkich jego prędkościach.
Pamięta jak jest, jak było, jak będzie. I nie pamięta zarazem, bo nie sposób pamiętać wszystkiego. Tak więc zdarzenia nadal go zaskakują i wzbudzają typowy dla dziecka entuzjazm. Brak w tym wszystkim kolejności oprócz jednego wycinka z jego życia, tego z wewnątrz kopuły. W zamyśleniu podnosi przedmiot przypominający gwóźdź i rysuje wzorek na polu ochronnym otaczającym osadę. Te rysunki żyją własnym życiem. Nigdy nie udaje mu się naszkicować tego samego, czy też znaleźć poprzednich wersji ani przyszłych. Dlatego są tak interesujące. Nagły ból przeszywa jego kostkę. Przegapił insekta.
Odruchowo opiera się o kopułę, by nie upaść i nie przygnieść robala, co spowodowałoby następne ugryzienia. Gwóźdź wbija się głęboko w strukturę przesłony i już tam zostaje. Rok 243. Czas nadejdzie oznajmił wychudzony człowiek siedzący na chodniku obok koszy na odpady. Nie żebrał. Patrzył przed siebie błędnym wzrokiem. W trzęsących się dłoniach miał zniszczone ubranie. Powtarzał raz za razem: czas nadejdzie. Przyglądający mu się przez okno kawiarni wysoki mężczyzna o niesfornych brązowych włosach pokiwał ze smutkiem głową. Jego towarzyszka, niska, drobna blondynka zauważyła ten gest i zapytała o powód reakcji.
Znałem go kiedyś odpowiedział Kento. Zanim zacząłem pracować na farmie. Z instytutu? Oriane wpatrywała się w niego dużymi, intensywnie błękitnymi oczami. Wszystko robiła z pełnym zaangażowaniem. Teraz też całą swoją uwagę poświęcała rozmówcy. Ten poczuł się lekko skrępowany. Tak, to Regedo. Zajmował się naprawami urządzeń. Kiedyś umyślił sobie sprawdzanie, co można by odzyskać ze starego sprzętu górniczego z kopalni.
Poszli chyba w piątkę. Kento się zawahał. Nie lubił o tym mówić, ale skoro już zaczął, wypadało dokończyć. Obiecał sobie, że tym razem nie będzie miał tajemnic przed partnerką. Jeśli Oriane kiedykolwiek nią zostanie. Coś poszło źle. Tam na zewnątrz czas i przestrzeń igrają z ludzkim umysłem. Podobno zobaczył za wiele. Jakby nie było, wrócił zmieniony i nikt nie potrafił mu pomóc. Zaczął tracić kontakt z rzeczywistością.
Majaki rosły w siłę. W końcu sama widzisz. Oriane pokiwała głową. Nieśmiało dotknęła jego dłoni. Cieszę się, że zmieniłeś pracę. Uśmiechnął się do niej. To nie było dokładnie tak, ale na to wyznanie przyjdzie jeszcze czas. Hebe postanowiła wrócić ze spotkania drogą biegnącą przy samej kopule. Potrzebowała chwili samotności, której nie miała ani w pracy, ani w mikroskopijnym pokoju o cienkich ścianach. Ulica wiodła tuż przy przesłonie, polu siłowo-czasowym otaczającym kolonię.
Po jej drugiej stronie mieściły się zautomatyzowane magazyny. Rzadko kto tędy chodził. Ludzie wciąż pamiętali koszmary kłębiące się na zewnątrz. Główny powód, dla którego zmieniono barwę kopuły z przezroczystej, lekko opalizującej szarości na mleczną. Teraz sprawiało wrażenie mgły otaczającej osadę. Niespodziewana przezroczystość przesłony przyciągnęła wzrok Heby. Podeszła bliżej i wtedy zauważyła pęknięcie. Znajdowało się niecałe pół metra nad ziemią. Z początku spanikowała i odskoczyła od kopuły, rozglądając się z trwogą. Gdy nic się nie stało, koniec świata, jaki niewątpliwie musiał nadejść, skoro przesłona została uszkodzona, nie nadszedł, odważyła się popatrzeć jeszcze raz.
Rysa była niewielka, może pięciocentymetrowa. Wokół niej uformował się przejrzysty okrąg o średnicy trzykrotnie większej od uszkodzenia. Zjawisko fascynowało, a zarazem przerażało Hevę. Przez chwilę rozważała poinformowanie o nim władz, ale jakoś nie mogła się na to zdecydować. Zawsze pragnęła mieć jakąś tajemnicę, a przecież nic się nie stanie, jeśli poobserwuje rysę sama przez jakiś czas. Rok 246. Rolnicy pracowali na trzy zmiany, aby podołać zasiewom, nawożeniu i zbiorom przyspieszonych plonów. Farmy kolonii były dumą jej mieszkańców i powodem, dla którego uciszano wszelkie protesty przeciwko nauce opartej na manipulacji czwartym wymiarem. W końcu gdyby rozwój roślin nie odbywał się w strefie zmiennego czasu, nie mieliby szans się wyżywić. Kento rozejrzał się po wielkiej hali, w której nadzorował pole temporalne, w skrócie zwane na farmach plonotempami.
Wszystko zdawało się być w jak najlepszym porządku, tylko Kento nie mógł uchwycić powodu swego niepokoju. Coś usiłowało przedrzeć się do jego świadomości. Coś, na co powinien zwrócić uwagę. Przygryzł wargę, starając się sobie uprzytomnić, co to mogło być. Na darmo. Potrząsnął głową i odwrócił się w stronę drzwi, gdy zawył alarm. Spojrzeli po sobie z właśnie przybyłym zmiennikiem i rzucili się biegiem do sektora, z którego dobiegał ryk syreny. Saver zauważył migającą diodę na konsoli i odebrał połączenie. Skrzywił się, widząc twarz swojego byłego asystenta Kento. „Co się dzieje?” — zapytał, przypominając sobie, że tamten pełni teraz funkcję nadzorcy jednej z farm.
„Mamy awarię systemu wzrostu. Zboża oscylują”. „Jak szybko?” Kento popatrzył na niego z niechęcią. „Za szybko, by zebrać, zanim przemienią się na powrót w sadzonki albo uschną. Próbowałem dostroić generator, ale to na nic”. „Wyślę kogoś” — zdecydował Saver, a po chwili dodał: „Spróbujcie jednak zbioru”. Rozłączył się, zanim Kento zdążył wygłosić jakąś całkowicie zbędną uwagę. Było źle. Awarie zdarzały się jedna po drugiej i to takie, w której było ciężko dostrzec przyczynę usterki. Ludzie już zaczynali przebąkiwać coś o fluktuacji czasu, o niestabilności tego, co produkowały generatory.
Niby nic takiego. Niby wystarczyło zrobić tym urządzeniom przegląd, może coś wymienić, nastroić. Sęk w tym, że to już nie wystarczało, a na Eriti brakowało i potrzebnych surowców, i precyzyjnych narzędzi, by przeprowadzić gruntowne naprawy. Ponad połowa maszyn została nieodwracalnie uszkodzona. Wytwory tych nadal sprawnych coraz częściej pozostawiały wiele do życzenia. Wszystkie typy pól temporalnych szwankowały. Przechowywane w zatrzymywanym czasie maszyny i narzędzia nagle się zużywały lub wracały do formy sprzed obróbki nieposkładanych elementów czy nawet surowców. Pożywienie psuło się w magazynach lub przejrzewało na farmach. Albo na odwrót: zamiast gotowych wypieków odkrywano ziarna, zamiast sałatki warzywnej — kiełki. Przyspieszony czas plonotempów pędził jak szalony lub nagle zwalniał.
Najgorsze, że fluktuacje nie dotyczyły całych obszarów, na których rozpościerały się wytwory generatorów, a jedynie ich fragmentów. A Saver jako dyrektor instytutu był odpowiedzialny za całokształt badań temporalnych i ich zastosowań, czyli w praktyce za przetrwanie kolonii. Nie tak miało być. Kiedy ich przodkowie opuścili macierzystą planetę, której uprzedzone i przerażone rządy zakazały eksperymentu z czasem i wybrali małą pogórniczą osadę na swoje nowe miejsce zamieszkania, wszyscy zdawali się zadowoleni. Władze, że się ich pozbyły, naukowcy i ich rodziny, że wreszcie nadarza się okazja, by rozwinąć skrzydła. Wszelkiej maści technicy, rolnicy i rzemieślnicy, którym nie po drodze było z polityką Corte, że mają gdzie się podziać. Wyruszyli na wynajętym statku. Dotarli, tyle że po uruchomieniu kolonii, zaspokojeniu podstawowych potrzeb ludności i połączeniu pola siłowego z temporalnym w celu utworzenia przesłony naukowcy wrócili do eksperymentowania z czasem na skalę daleko wykraczającą poza to, co robili na Corte. Tutaj nikt ich nie ograniczał. Wróciło stare marzenie o osiągnięciu nieśmiertelności.
Rzucili się w wir pracy. Udane wynalazki wprowadzano w życie, nieudane wyrzucano poza kopułę. Zapomnieli, że nie mają jak naprawić podstawowego sprzętu. Kiedy całe to szaleństwo wymknęło się spod kontroli, wybuchły zamieszki. Rada kolonii przejęła dowodzenie i już nie odpuściła. Saver westchnął i postanowił sam udać się na farmę, by zbadać powód najnowszego kryzysu. Po chwili namysłu aktywował jeden z ostatnich podręcznych generatorów i otoczył się osobistym polem czasowym. Poczuł zawrót głowy. Usiadł na chwilę. Po kilku minutach wszystko wróciło do normy.
Prawie. Jego organizm spowolnił niemalże do zatrzymania funkcji życiowych. Dziwnie było nie oddychać, a raczej pozwalać, by każdy haust powietrza wędrował do płuc w nieskończoność. Ciało zdawało się być całkowicie pogodzone z nową sytuacją, tylko mózg się buntował. Podobno ci, którzy nosili osobiste pola do ochrony przed warunkami panującymi na zewnątrz, gdy jeszcze na zewnątrz wychodzono, wariowali z czasem, a ich pola nie były aż tak spowolnione. Przywyknie. W końcu to tylko na krótko, na wszelki wypadek, by móc bezpiecznie badać uszkodzone obszary. Oriane odeszła od ekranu komunikatora z miną wskazującą na poczucie winy. „Zjemy same” — oświadczyła. „Na farmie mieli awarię i Kento musi dopilnować sprawy”.
Widząc rozczarowanie na twarzy gościa, dodała: „Może uda mu się dołączyć do nas przed wieczorem. A na razie masz mnie”. „Przepraszam” — zreflektowała się Heve. „To ze zdenerwowania. Pierwszy raz cię odwiedzam i zależało ci na spotkaniu z moim mężem, bo był kiedyś naukowcem, a ciebie fascynuje nauka”. Oriane zaśmiała się z sympatią i poklepała przyjaciółkę po ręce. „Nie przejmuj się, nie jest mi przykro. No może trochę, ale to dlatego, że powinnam była cię zaprosić już dawno temu. Oswoiłabyś się z mieszkaniem, poczuła swobodniej i nie stresowałabyś się tak na spotkaniu z rolnikiem, który kiedyś, tam w poprzednim życiu, otarł się o naukę. Może właśnie mamy szansę nadrobienia tego niedopatrzenia z mojej strony.
Rozgość się, porozglądaj, a ja przygotuję coś do przekąszenia. I nie krępuj się. Zaglądaj gdzie chcesz. Nie mamy tajemnic”. Przerwała na chwilę, by zaczerpnąć tchu. „Ależ ja paplam” — dodała samokrytycznie. Heve została sama w małym saloniku. Zamyślona przyglądała się zdjęciom zawieszonym na surowych ścianach. Życie w kolonii było proste. Polegało na ciężkiej pracy i skromnych rozrywkach.
Rzadko kto dekorował mieszadła czymś więcej niż własnoręcznie zrobionymi drobiazgami, ale i mało kto czuł taką potrzebę. Byli dziewiątym pokoleniem wygnańców. Nie znali innego życia. To, co ich przodkowie zabrali z macierzystej planety, także stanowiło w przeważającej mierze po prostu środki do przeżycia. Na statku przypominającym więzienną krypę nie było miejsca na zbędny bagaż. Zajrzyj do sypialni — krzyknęła z maleńkiej kuchni Oriane. — I powiedz, co myślisz o pledzie. Sama go zrobiłam. Hewe z wahaniem otworzyła drzwi pokoju i omiotła wnętrze spojrzeniem. Na składanym łożu leżał koc.
Piękny, wielobarwny, taki, nad którym jej przyjaciółka spędziła zapewne miesiące, jeśli nie lata, biorąc pod uwagę skąpą dostępność surowców. Ale to nie on przykuł jej uwagę, a zdjęcie wiszące nad łóżkiem. Portret chłopca. Jak podoba ci się moje dzieło? Oriane pojawiła się za plecami Hewe. Ta tylko pokiwała głową. Niesamowite — wyszeptała. Twórczyni koca natychmiast się rozpromieniła, biorąc komentarz za komplement pod adresem swojego wyrobu. Wiedziałam, że ci się spodoba — wykrzyknęła. A teraz chodź.
Obiad gotowy. Idę. Hewe ociągała się przez chwilę. Czy to twój synek? — zapytała. Oriane spoważniała. Nie. To chłopczyk Kento. Umarł kilka lat temu. W drodze do domu Hewe zastanawiała się, jak wybrnąć z zaistniałej sytuacji.
Ze względu na chłopca nie zdecydowała się na powiedzenie przyjaciółce o rysie. Bała się, że Oriane źle przyjmie rewelację, szczególnie gdy wspomni o swoim najnowszym odkryciu. Myślami wróciła do wspomnień związanych z uszkodzeniem kopuły. Zdało jej się teraz wytworem własnego, może nie najzdrowszego umysłu, bo przecież nie mogły być prawdą. Zachodziła patrzeć na rysę co jakiś czas. Z początku nie było wiele do oglądania. Ot, zwykłe uszkodzenie jak na szybie. Hewe odważyła się dotknąć przesłony w miejscu pęknięcia i nie wyczuła niczego pod palcami. Bariera była tak samo gładka jak wszędzie. Hewe uznała rysę za rysunek, taki, który się powiększał bardzo powoli i z początku myślała, że to tylko jej wyobraźnia wyolbrzymia uszkodzenie, ale w końcu wpadła na pomysł przeprowadzenia regularnych pomiarów.
Okazało się, że rysa rzeczywiście rośnie, a wraz z nią powiększa się natransparentny obszar przesłony. Hewe zaczęła oglądać świat na zewnątrz. Był cudowny, taki zmienny i kolorowy. Patrzyła na niego jak przez dziurkę od klucza. Gdyby ktoś zapytał, co w nim ciekawego, nie umiałaby jednoznacznie odpowiedzieć. Czasem gapiła się na brunatny piasek, czasem na płynącą wodę, innym razem na burzę czy powoli wyłaniające się góry. Zawirowania powietrza tworzyły przepiękne wzory. Czasem nawet widziała maszyny i ludzi przy pracy albo same mechanizmy pordzewiałe i zniszczone, kiedy indziej grunt zdawał się gotować, a z gazowych bąbli wydobywała się para. Pola kukurydzy płynęły w poprzek krajobrazu, dojrzewając po drodze. Maszyny składały i rozkładały się przed jej oczami.
Hewe znała większość obserwowanych zjawisk wyłącznie z materiałów na temat macierzystej planety. Wiedziała też, że niegdyś na Erithii działała kopalnia, którą przy dobrej widoczności mogła ujrzeć na horyzoncie. W momentach, gdy kopalnia tam była, bo czasem znikała, Hewe nie dziwiła się niczemu. Wierzyła, że obrazy, które widzi, to jakaś funkcja przesłony aktywowana przez uszkodzenie i cieszyła się nimi, bo urozmaicały jej nudne życie. Nic dziwnego, że za taką też uznała postać może pięcioletniego dziecka, które pewnego dnia ujrzała po drugiej stronie. Chłopiec widocznie też ją zauważył. Bawił się przedziwnymi przedmiotami, a gdy podchodziła bliżej, on też przysuwał się do przesłony i zaczynał rysować na niej obrazki. Śliczne, całkowicie abstrakcyjne, a jednocześnie będące odwzorowaniem świata poza kopułą. Mogła na nie patrzeć godzinami. Gdy była smutna, a dzieciak skakał i robił miny, dopóki się nie rozchmurzyła.
Czasem zastanawiała się, czemu nikt inny nie dostrzegł jeszcze rysy. Przecież nie była aż tak dobrze ukryta. Co prawda transporty w tej części miasta odbywały się głównie automatycznie, a ludzie nauczyli się omijać przesłonę wzrokiem, a jednak teraz zrozumiała, że to wszystko musiało odgrywać się wyłącznie w jej umyśle. Przecież nie mogła zobaczyć na zewnątrz syna Kento. Przemieszcza się w bańce osobistego czasu. Jest stały. Czas wokół się zmienia. On jednak nie potrzebuje oddychać, jeść czy wydalać. Istnieje w kokonie swojego prywatnego, niezmiennego, zatrzymanego w miejscu czasu, w ściśle dopasowanym do skóry kokonie. Nie wie o tym.
Może bawić się wszystkim wokół, ale nic nie wpływa na niego, oprócz tych małych insektów, które od czasu do czasu go podgryzają. Znowu obserwuje kobietę wewnątrz kopuły. Zabawna jest smutna lub zachwycona. Jedyna osoba, która podchodzi blisko i go widzi. Inni zdają się ślepi na świat na zewnątrz, a i ona dostrzega go tylko poprzez przesłonę w miejscu uszkodzenia, jakby gwóźdź tkwiący w polu czasowym pozwalał jej na to. Lubi ją dlatego rozwesela ją, gdy jest smutna i rysuje dla niej, a ona się wtedy cieszy. Jak poszło spotkanie z radą? — zapytał Evarr, jeden z najbliższych współpracowników Saveara, gdy ten pojawił się w laboratorium. Krzywy uśmiech wypłynął na chwilę na twarz dyrektora. Zobaczymy — odparł, potrząsając głową.
Przyjęli nasz raport bez marudzenia i zgodzili się przesunąć kilka generatorów z sektora przemysłowego na farmy. O, to dobrze — ucieszyła się Letke, najmłodsza zespołu badającego anomalie w polach czasowych. Szef posłał jej zmęczone spojrzenie. Byłoby dobrze, gdyby jednocześnie nie postanowili przyspieszyć procesu transformacji planety bez względu na chaos czasowy panujący na zewnątrz. Nie rozumieją, że rezultaty mogą okazać się fatalne. Wszyscy pomilczeli przez chwilę. Macie coś dla mnie? — rzucił w końcu Savear. Mamy — odparła zasępiona Letke. Wiemy, czym są te zakłócenia.
Te wiry w polach temporalnych i raczej nie powoduje ich awaria generatorów. To nasi strażnicy — kontynuował za nią Evarr. Te same maleństwa, które od kilkuset lat siedzą na zewnątrz i starają się zeżreć cały ten bałagan wywalony za przesłonę. Skąd one się tu wzięły? — zdziwił się szef. Mieliśmy jakieś kopie? Rzecz w tym, że nie. Co gorsze, nie jesteśmy w stanie wyodrębnić momentu, w którym pola zostały zainfekowane. Te robale wgryzają się w czas we wszystkich kierunkach. Mogły się tu zjawić dawno albo jeszcze nie dotarły.
Ratuje nas jedynie to, że nie poruszają się w przestrzeni, ale zarazem to wyklucza ich przemieszczanie, czyli nie wiemy, skąd się wzięły. Może to nawet proces samoistny. Jesteśmy w kropce. Co się dzieje po wyłączeniu pól? Znikają i wracają po włączeniu. Savear pomyślał przez chwilę. Trzeba będzie przenieść generatory i zacząć wszystko od nowa na nieskażonych terenach. Letke pokręciła głową. Jeszcze nie — powiedziała zdecydowanie. Musimy najpierw znaleźć źródło i odkryć sposób, w jaki się przenoszą.
A najlepiej jedno i drugie. Inaczej możemy zainfekować całą dostępną nam przestrzeń. Na razie tworzymy mapę wszystkich pól, uwzględniając trasy tych przenośnych od roku przed wystąpieniem pierwszych anomalii. Wiemy, że to sporo czasu, ale lepiej dmuchać na zimne. Rok 247. Nie mogąc dłużej milczeć w sprawie coraz szybciej rozprzestrzeniającego się pęknięcia, Heve zwierzyła się przyjaciółce i jej mężowi. Nie wspominała jedynie o chłopcu. Nadal uważała go za wytwór swojego umysłu. Nie była nawet pewna, gdy chodziło o uszkodzenie, ale nie potrafiła już milczeć. Jeśli wariowała, to lepiej wyznać to przed Orianę niż przed terapeutą.
A jeśli zjawisko istniało, Heve miała przeczucie, że rysa mogła znacząco wpływać na awarie, które stały się codziennością kolonii i że powinna była wyznać swój sekret dawno temu. Informacja zaintrygowała Kento na tyle, że pobiegł we wskazaną przez Heve lokalizację, by na własne oczy zobaczyć pęknięcie na przesłonie. Jednak to dopiero wizyta w miejscu uszkodzenia przeraziła go. Dostrzegł tam bowiem dziecko, może pięcioletnie, stojące na zewnątrz kopuły i rysujące jakieś zawijasy w polu ochronnym. Dziecko na zewnątrz wyglądające jak jego syn. Martwy od kilkunastu lat syn, Mayaki. Kento wściekły wpadł do biura Saveera i zwyzywał go od bezdusznych dzieciobójców. Na szczęście powstrzymał się od rękoczynów i tylko wpatrywał się w naukowca, opierając całym ciężarem ciała na jego biurku, ciężko dysząc z wysiłku i wzburzenia. „Co z nim zrobiłeś?” — wysyczał. — „Co zrobiłeś z Aaronem?” „Nic szczególnego”.
„Jak to nic szczególnego? Spaliłeś go? Przeznaczyłeś na kompost jak wszystkich innych, którzy umarli?” Saveer milczał. Nie chciał wyjawić zdesperowanemu ojcu prawdy. Nie wtedy i nie teraz. Ale chyba nie miał wyjścia. „Odpowiadaj” — zażądał Kento. „Dobrze, ale musisz coś zrozumieć. Aaron był chory, umierający. Zrobiliśmy dla niego wszystko, co mogliśmy”.
„A ty zrobiłeś więcej. Otoczyłeś go polem temporalnym, by zatrzymać postęp choroby”. „Rozumiałem to wtedy. Rozumiem teraz, ale było już za późno. Twój syn nie żył, a ja nie byłem w stanie ani spalić, ani skompostować jego zwłok. Generator można wyłączyć tylko od wewnątrz pola. Nie zostawiłeś mi wyjścia. Musiałem pozbyć się ciała, jak wszystkich eksperymentów czasowych. Na zewnątrz”. Kento oddychał ciężko.
Tamta desperacka próba uratowania Aarona, zastosowania pola temporalnego na człowieku, na dodatek nieautoryzowana, kosztowała go karierę naukową i o mało nie wysłała na samo dno. A teraz dowiadywał się, że jego syn nawet po śmierci nie zaznał spokoju. „A więc to prawda” — wyszeptał. — „Nie zwariowałem. Chodź” — dodał trzęsącym się głosem. — „Chodź, pokażę ci, co zrobiłeś”. Kiedy dotarli na miejsce, na zewnątrz żadnego dziecka oczywiście nie było, za to była rysa, teraz rozrośnięta do kształtu pająka, doskonale widoczna jak pęknięcie na szkle. Saveer przyjrzał jej się bliżej. Wysłał Kento po instrumenty, po czym przystąpił do badań. Nie znalazł nic.
Pole ochronne zachowywało się jak zwykle. Pęknięcie nie istniało, a jednak je widział. Czyżby było tylko jedną z fluktuacji? Sprawdził dzienniki swoich poprzedników. Tak, wysłali za przesłonę dość strażników, maleńkich robaczków, by nic nie przedostało się do wewnątrz. Z drugiej strony dziwne rzeczy działy się przecież od kilku lat w kopule. Czy to pęknięcie tutaj mogło być za nie odpowiedzialne? I skąd to domniemane dziecko po drugiej stronie przesłony? Czyżby Kento miał omamy, wyrzuty sumienia po tym, co się stało z jego synkiem? Teraz, po tylu latach?
Kopuła przyciąga. Jest ciekawostką nie tylko dlatego, że nie może do niej wejść, ale i dlatego, że wewnątrz czas płynie liniowo i ze stałą prędkością. Obserwuje jej mieszkańców jak egzotyczne zwierzęta w terrarium. W jakiś instynktowny sposób wie, że nawet gdyby mógł, nie powinien tam wchodzić. Zresztą po co? Ma cały świat dla siebie. Cały świat i cały czas tego świata. Zwichrowany jaki jest, ale jego. Gdyby tylko nie te insekty. Mnożą się i coraz częściej go kąsają, intensywniej w pobliżu kopuły, jakby chciały go od niej odgonić.
Postanawia je zignorować. Czas i tak za chwilę się zmieni i przynajmniej na trochę znikną. Wraca do tworzenia rysunków na kopule. Udaje mu się nakreślić wyjątkowo zawiły wzór, gdy nagle zauważa wewnątrz człowieka, który mu się przypatruje. Widzi go jak tamta pani. Na dodatek Aaron go zna. Kiedyś, jeszcze w kopule, ten pan często odwiedzał tatę. Chłopiec macha do znajomego, wystawia język, fika koziołka. Mężczyzna wygląda na wystraszonego, ale i zafascynowanego. Aaron przykłada dłonie do przesłony, potem rozpłaszcza na niej twarz.
Człowiek po drugiej stronie wygląda teraz tak zabawnie z wielkimi, wybałuszonymi oczami i na wpół otwartymi ustami. Chłopiec decyduje, że to niezły obrazek do odwzorowania na kopule. Zaczyna przesuwać palcem po powierzchni, a mężczyzna podchodzi bliżej i stara się odwzorować jego ruchy. Nie widzi rysunku? Akurat ten moment wybierają sobie insekty, by powrócić i ukąsić Aarona w kostkę, potem w łydkę. Odwraca się gwałtownie, by odgonić je wolną ręką. Chwieje się i przewraca wprost na przesłonę. Jego dłoń z sykiem zagłębia się w osłabioną przez gwóźdź strefę ochronną, napotykając po drugiej stronie rękę nieznajomego otoczoną własnym polem czasowym. Dwa obszary stykają się pośrodku powstałej wcześniej rysy i niwelują w tym miejscu na chwilę przesłonę. Na wystarczająco długą chwilę, by Aaron prześlizgnął się do środka, a wraz z nim kilkanaście insektów.
Upada w ramiona mężczyzny. Ten delikatnie stawia go na ziemi. „Co do...?” — zaczął Saveer, ale wtedy jego wzrok padł na miejsce, gdzie pola jego i Aarona się zetknęły. Zbladł. Bez słów wskazał na zawirowanie na swoim i jego ubraniu. I nie tylko ubraniu. Aaron pokiwał główką i się uśmiechnął. „Robaki” — wyjaśnił dumny, że wie więcej niż dorosły. — „Czasem gryzą”. Saveer podniósł jednego.
Insekt nie ruszał się. Położył w innym miejscu. Zamruga zdziwiony. Nie, niemożliwe. A może? Chwycił następnego, który siedział samotnie na jego nadgarstku. Upuścił go w połowie przedramienia. A jednak. Teraz były dwa. Identyczne jak w zakłóceniach w polach temporalnych.
Mali strażnicy stworzeni z czasu i za pomocą czasu przetransportowani spoza przesłony przez chłopca, który od dawna powinien nie żyć. Saveera ogarnęło przerażenie. Nie mógł już cofnąć tego, co się stało, ale mógł zapobiec dalszej infekcji. „Tylko ja i chłopiec” — wyszeptał. — „Zdejmę pole i wszystko będzie po staremu. Nie, nie, nie będzie. Od kiedy noszę to cholerstwo, zabrałem robale wszędzie, dokąd poszedłem.
[01:56:13] - Sięgnął do komunikatora i przekazał Ewarowi polecenie, by dodać do mapy pól czasowych trasy, którymi sam się poruszał od ponad roku, czyli od chwili, gdy widział pole. Miał nadzieję, że uda im się znaleźć miejsce, gdzie nigdy nie był, do którego nie dotarły żarłoczne insekty i przenieść tam farmy. Rozłączył się. Spojrzał z żalem na Aarona. „Chcesz, żeby przestały gryźć?” Mały pokiwał głową z entuzjazmem. Saver wskazał na niewielkie pudełko zawieszone na pasku spodni chłopca. „Naciśnij ten przycisk”. Wracający z przyrządami Kento usłyszał to i krzyknął, ale było już za późno. Aaron dezaktywował pole czasowe. Natychmiast osłabł i osunął się wprost w objęcia ojca.
„Tata” wyszeptał i zamknął oczy. Jego czas dobiegł końca. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. A teraz w naszej audycji pojawi się, oczywiście z taśmy i oczywiście nagrany jakiś czas temu, Marek Baraniecki. Będzie mówił w swojej prelekcji o tym, że słowo może być bronią, a konkretnie temat tej prelekcji brzmi: Słowo jako broń trzeciej wojny światowej. Wtedy, kiedy ta prelekcja była wygłaszana, nikt jeszcze nie słyszał, nikt nawet nie podejrzewał, że ten gorący konflikt na Ukrainie, który wybuchł w 2022 roku, w ogóle będzie miał miejsce. Już było po tym konflikcie z 2014 roku, ale on sobie przycichł, przygasł i nikt o tym konflikcie, który przeżywamy od ponad roku, jeszcze nie słyszał. Nikt jeszcze nawet nie podejrzewał, że będzie. A już Marek Baraniecki mówił o słowie jako tej broni trzeciej wojny światowej.
W kontekście tego, co się dzieje wokół nas, tego, jak jesteśmy wałkowani przez różne propagandy, świadomie używam liczby mnogiej, ta wypowiedź Marka Baranieckiego jest szczególnie cenna. Nie wiem, czy wszyscy z państwa kojarzą imię i nazwisko tego pisarza, ale Marek Baraniecki to jest naprawdę człowiek dla polskiej literatury SF bardzo ważny. On debiutował literacko w 1983 roku na łamach miesięcznika Fantastyka. Wtedy jeszcze fantastyka nie była nową fantastyką, tylko fantastyką. I to było opowiadanie „Kalgor. Godzina 18:00”. Wiem, że Maciej Parowski, świętej pamięci, uważał to opowiadanie za absolutnie wybitne. I rzeczywiście to jest opowiadanie, które, dzisiaj jest takie modne powiedzenie, ryje banie w takim negatywnym wydźwięku. Ja natomiast stwierdzam, że ono mi zryło banie, ale po prostu nie mogłem uwierzyć, że można pisać tak dobre teksty. Szczególnie, że ja wtedy byłem nastolatkiem jeszcze, takim późnym, ale nastolatkiem.
I to opowiadanie się pokazało. Ono zresztą zostało uznane za najlepsze opowiadanie opublikowane w tamtym roku w miesięczniku Fantastyka. Wierzcie mi państwo, w 1984 roku, może nie głęboki socjalizm, schyłkowy bardziej, ale Marek Baraniecki zrezygnował z pracy zawodowej i został pisarzem zawodowym. Wydał zbiór opowiadań, który nosił tytuł „Głowa Kasandry” w 1985 roku. „Głowa Kasandry”, to opowiadanie, od którego zbiór wziął tytuł, to jest również opowiadanie absolutnie porażające. W 1985 roku otrzymał za to opowiadanie Nagrodę imienia Zajdla. To opowiadanie rozeszło się w tamtych czasach w nakładzie 150 000 egzemplarzy. Miało również adaptację radiową, która była czytana w odcinkach w Programie Trzecim Polskiego Radia i to czytanie, ta adaptacja radiowa wzbudziła takie zainteresowanie, że gdzieś pojawiła się propozycja ekranizacji. Ale ta ekranizacja niestety dostała w łeb za sprawą polityki oczywiście, bo cenzura doszła do wniosku... Opowiadanie tak ogólnie jest o człowieku, który po wojnie atomowej w silosach odnajduje silosy z niewystrzelonymi rakietami z głowicami jądrowymi i rozbraja te rakiety, aby już nie mogły być użyte.
Nieco bardziej skomplikowane. I teoretycznie wydawało się, że ekranizacja nastąpi, nie będzie z nią problemu. Ale niestety cenzura była czujna, bo zadali cenzorzy pytanie: jakie symbole będą na głowicach tych rakiet nuklearnych? Czy to będą radzieckie symbole, broń Boże? Przecież Związek Radziecki nie ma głowic, które mają mordować ludzi na świecie. Wiecie państwo, że to bzdura oczywiście. Takie rakiety były, ale w obiegu propagandowym nie mogły być. I wiecie państwo, to zajęło kilka lat dyskusje, czy zrobić ten film, czy nie zrobić, czy malować tam gwiazdy, czy nie malować, bo w Europie co miało być, szczególnie, że to dotyczyło tej Europy bardziej wschodniej. W pewnym momencie Marek Baraniecki zrezygnował z tej adaptacji filmowej. Machnął ręką i przestał być pisarzem.
Wrócił do pracy zarobkowej, etatowej, do pracy dziennikarskiej. Cóż jeszcze? Jeśli jesteście państwo ciekawi, to pierwsze wydanie „Głowy Kasandry” było w takim zeszytowym wydaniu, bo wtedy w związku z brakami papieru na rynku KAF wydawał serię małą z glizdą i serię dużą z glizdą. Duża z glizdą miała format A4, troszeczkę większy zresztą. I tam się właśnie „Głowa Kasandry” pokazała. Była wznowiona „Głowa Kasandry” pod koniec pierwszego dziesięciolecia XXI wieku. W 2008 albo 2009 roku ukazała się „Głowa Kasandry”, uzupełniona nowymi opowiadaniami Marka Baranieckiego. Ukazała się wtedy w wydawnictwie Solaris, którego następcą jest Stalker Books. No to cóż, proszę państwa. Autor przedstawiony, temat przedstawiony.
To zapraszam państwa na prelekcję o tym, że słowo może być potężną bronią. Jakość jest taka sobie, jak to nagrania z prelekcji, ale warto wytężyć słuch, bo może nie jest to krystaliczne nagranie prosto ze studia, ale to, o czym mówi Marek Baraniecki, wydaje mi się na tyle ważne, że konsekwentnie będę państwu uszy tymi nieidealnymi nagraniami katował. Zapraszam.
[02:04:16] - Tematem jest słowo jako broń III wojny światowej. Brzmi mało konkretnie, bardzo ogólnie, natomiast chciałbym w czasie tej mojej krótkiej prelekcji pokazać, że mamy do czynienia z tematem, który jest stricte inżynierskim w sensie wojennym, stricte inżynierskim w sensie konstrukcji pola walki, osiąganych efektów i nie jest czystym słowotwórstwem czy formą literacką, formą myślenia literackiego. Zacznę może od wstępnej tezy znanej powszechnie. To, co już Polinezyjczycy dawno mówili, mianowicie, że to, co nie jest nazwane, nie istnieje w naszej świadomości. Samo nazwanie jakiegokolwiek zjawiska, jakiegokolwiek przedmiotu, jakiegoś pojęcia oznacza powstanie, zaistnienie tego pojęcia. Czy jest to uzasadnione, uprawnione zaistnienie, to jest zupełnie inna sprawa, natomiast generuje na pewno zaistnienie. Przykładem takiej tezy, takiego stwierdzenia może być fakt, że nie można leczyć chorób, jeśli nie nadamy im nazwy. Nie możemy określać określonych sytuacji, stanów, jeśli nie nadamy im nazwy. Jeśli nadamy im nazwę, musimy określić już ich cechy. Musimy je skonkretyzować.
Jeśli je konkretyzujemy, to w naszej świadomości tworzy się pewien model pojęciowy, który już potem funkcjonuje i społecznie, i w ogóle w sensie intelektualnym jako konkretny przedmiot pojęciowy. Bardzo ogólnie to w tej chwili brzmi, ale zmierzam do tego, że takim pojęciem, które nie posiada jeszcze uprzedmiotowienia w sensie narzędzia wojennego, jest słowo. Ogólnie intuicyjnie wiemy z doświadczenia, że słowo jest elementem wojny propagandowej, że słowo jest narzędziem do rozgrywek, przygotowań wojennych, kończenia wojen, prowadzenia społeczeństw, prowadzenia ideologii, zwalczania przeciwników. To jest oczywiste. Natomiast widzę, że nie ma wyodrębnionego pojęcia podmiotowego słowa jako narzędzia militarnego. To co miałoby być takie uprzedmiotowienie potrzebne? Komu miałoby służyć i dlaczego miałoby się to robić?
[02:07:04] - Żeby wykładać na Akademii Wojskowej w Przezdziebie.
[02:07:07] - Twierdzę właśnie, bardzo fajnie, bo do tego zmierzam, że nazwanie zjawiska, które istnieje, a które jeszcze nie jest nazwane, a które jest stosowane w praktyce, pozwoli po pierwsze operatorowi danej broni wyjść z cienia. Bo nie ma nic bardziej przebiegłego niż stosowanie broni, co do której istnienia nikt się nie domyśli. Wtedy można swobodnie tej broni używać, można spokojnie uzyskiwać efekty militarne, wojenne czy bitewne. Oczywiście tu mam na myśli w kontekście słów bitewnych, bo inny jest zasięg, inny jest zakres oddziaływania pocisku z moździerza, inny jest zakres oddziaływania słowa, które potrafi przewrócić stan ładu społecznego nawet w potężnych krajach.
[02:07:59] - Słowo jest ważniejsze. Zacytuję: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bóg było Słowem”.
[02:08:06] - W jakimś sensie zapomnieliśmy o tym. Zapomnieliśmy w sensie inżynierskim, zapomnieliśmy w sensie militarnym. Zmierzam do tego, że nadanie słowu podmiotowości jako elementu uzbrojenia, nie języka potocznego, ale wyodrębnionego pojęcia narzędzia militarnego, może mieć kapitalne znaczenie w dalszej filozofii wojen. Mianowicie Inaczej reagujemy na słowo zwykłe, wiedząc, że jest tylko rozmową. Natomiast zupełnie inaczej byśmy odnosili się do usłyszanego słowa, gdybyśmy mieli świadomość, że w tym momencie ono pełni funkcję broni. Przez analogię nóż kuchenny funkcjonuje jako zwykłe narzędzie, natomiast nóż kuchenny użyty przy wbiciu w ciało staje się narzędziem zbrodni. Ten sam przedmiot, to samo słowo użyte potocznie i w codziennym życiu nieskutkujące niczym więcej poza zwykłym użyciem, jest czym innym niż to samo narzędzie, czy to samo słowo użyte w celu konkretnym, to znaczy zadania straty u kogoś. Wbicie noża powoduje zranienie lub śmierć przeciwnika. Wypowiedzenie słowa, które powoduje zranienie lub śmierć przeciwnika staje się narzędziem militarnym, bronią. Jeżeli jest celowo użyte, jeżeli jest zrealizowane przez osobę wyszkoloną do tego, aby zajmowała się tylko tym, by zadawać straty określonemu przeciwnikowi, a jest to powszechna dzisiaj sprawa na świecie, to zdefiniowanie słowa jako broni wydaje mi się ma bardzo duży sens.
Wyodrębnienie tego pojęcia jako podmiotu. Czym jest broń? Z czym mamy problem próbując definiować lub odrzucając definicję słowa jako broni? Wychodzimy z problemem definicji, co to jest broń. Tak na dobrą sprawę nigdzie nie doczytałem się jednoznacznego, bardzo inżynierskiego określenia, czym jest broń. Broń w najprostszym ujęciu jest to narzędzie, które służy do wywołania celowej destrukcji przeciwnika. To jest takie bardzo ad hoc zrobione, ale odwołując się do niego możemy powiedzieć, że narzędzie to jest pojęcie ogólne, bo dopóki się nie doceniało słowa jako narzędzia komunikacji, to ono w ogóle nie było postrzegane jako narzędzie. W tej chwili, kiedy zdajemy sobie sprawę, że słowo pełni funkcje globalne, to się okazuje, że nie ma różnicy w efektach pomiędzy pociskiem moździerzowym a słowem, bo w wyniku ostrzału moździerza na przykład może być śmierć pięciu czy dziesięciu osób. Natomiast z efektem wypowiedzenia jednego słowa we właściwym momencie może to skutkować śmiercią tysięcy, milionów ludzi. Nie jest to bardzo abstrakcyjne stwierdzenie, tylko bardzo konkretne, bo po wprowadzeniu sytuacji polityczno-propagandowej, w sytuacjach napięć społecznych czy międzynarodowych, takie słowo użyte z pełną świadomością, że jest używane jako pocisk adresowany, wycelowany w określonego przeciwnika.
Tu przeciwnikiem jest oczywiście nie ciało przeciwnika, tylko jego umysł, a umysł jest bezpośrednim przełożeniem jego reakcji. Patrząc w dalszym ciągu bardzo konkretnie, jeżeli to słowo powoduje u przeciwnika, czyli u stu tysięcy ludzi gwałtowny wzrost ciśnienia, gwałtowny wzrost tętna, gwałtowny wzrost emocji oznacza, że to słowo jest po prostu pociskiem. Jest to nie pocisk moździerzowy, ale jest to broń masowego rażenia już. Jeżeli spełnia ono kryteria definicji narzędzia militarnego, czyli wywołuje destrukcję przeciwnika. Jeśli przyjmiemy, że wybuch społeczny wywołany danym słowem jest efektem rażenia, jesteśmy bardzo blisko już stwierdzenia, że mamy do czynienia z inżynierią militarną wywołaną za pomocą słów. Bardzo często jeszcze jest to niezauważane i się to rozmywa w świadomości, ponieważ społeczeństwo nie ma wkodowanej jeszcze podmiotowości tego, że słowo może być narzędziem militarnym. Dopiero teraz, ostatnie lata dosłownie, czy ostatni rok, półtora roku nawet, uprzedmiotowienie takich pojęć jak postprawda czy hate na przykład, który jest używany jako narzędzie do wywołania nieokreślonego celu, pokazują, że słowo przestaje być traktowane jako nóż do krojenia chleba i w świadomości ludzkiej, społecznej zaczyna być używane jako narzędzie. Nie do końca jeszcze sobie ludzie uświadamiają powszechne sprawy, że mowa nienawiści jest używana jako narzędzie militarne, bo powszechnie się to jeszcze nie kojarzy. Natomiast powolutku w określonych grupach ludzi zaatakowanych już mamy świadomość, że to słowo zostało użyte, a patrząc na efekty przyniosło skutki znacznie bardziej spektakularne niż użycie nawet osoby, która obwieszona jest bombą i pociągnie za spust. Stara jak świat zasada.
To, co powiedziałeś Piotrze, że słowo było na początku świata, zostało troszkę zignorowane jako narzędzie. Zostało jego traktowanie przyjęte jako coś niegroźnego. Jeżeli przyjmiemy, że w dalszym ciągu byśmy traktowali tak, że słowo to jest rzecz niegroźna, że jest to rzecz, na którą właściwie nie zwraca się uwagi jako na narzędzie, ale jako tylko na środek komunikacji, to ktoś, kto się przygotuje i przyjmie Słowo jako narzędzie działania ma nad nami ogromną przewagę. O tym wiemy, bo cała historia jest właściwie przykładem oddziaływań czy wywoływanie powstań, czy szczucie narodów, czy rewolucja październikowa, czy jakiekolwiek inne wielkie prądy społeczne i ruchy wywodziły się poprzez przekazywanie słów. Oczywiście to się rozmywa dzisiaj, gdy na to patrzymy. Uprzedmiotowienie pojęcia słowa jako broni rozmywa się w tle rozumienia zjawisk jako takich połączonych, z których nie można wyodrębnić słowa jako osobnego elementu wojennego. Gdybyśmy próbowali jeszcze dzisiaj wziąć 100 osób i każdego zapytać, czy ci się słowo kojarzy jako narzędzie militarne, to wzruszą ramionami. Wiadomo, że można nim zaszkodzić, ale czy jako narzędzie? To jeszcze nie ma takiej trudności. Przewiduję niestety, że używanie słów jako narzędzia w obecnej sytuacji, kiedy na przykład w Europie użycie broni klasycznej jest niemożliwe, ponieważ istnieje tak duża równowaga broni mechanicznej czy jakiejkolwiek innej klasycznej, nie może być wykorzystane w związku z tym, że Europa i tak jest polem bitwy, bo jest coraz bardziej.
To może być używana tylko broń, która jest możliwa do zastosowania, którą jeszcze można operować. Można się spodziewać i tutaj może dzisiaj nie będę dalej w to wchodził, bo to jest odrębny wątek, ale gdyby się przyjrzeć i zrobić sobie analizę, a dzisiaj takie techniki analizy słów oczywiście istnieją, są robione przemysłowo prawie że, gdyby zamówić sprofilowane zamówienie, ale sprofilowane pod względem definicji użycia słowa, to by się nagle okazało, w zależności od tego profilu zamówienia, pojęcia, co byśmy chcieli w tym pojęciu zmieścić, że w tej chwili Europa jest cała zanurzona prawie że, a szczególnie niektóre kraje, w bardzo głębokim akcie militarnym. Można powiedzieć nawet niektóre kraje, by się okazało, że znajdują się w stanie wobec siebie agresji słownej, a już połączonej z agresją socjotechniczną. Tego pojęcia agresji socjotechnicznej też jeszcze nie ma. Natomiast ja takie pojęcie sobie stworzyłem i wydaje mi się, że takie pojęcie z czasem, obojętnie z czyjej strony, ale ono zacznie się pojawiać. Być może już się gdzieś pojawia, jeszcze się nie spotkałem. Agresja socjotechniczna, czyli wykorzystanie słowa jako broni połączona z pewnymi innymi działaniami, natomiast jako kluczowym narzędziem do regulacji działań represyjnych wobec danej grupy społecznej, narodowej, miejscowej i tak dalej, partyjnej, politycznej. Można tu wymieniać bardzo różnie. Nóż wbity w ciało ofiary w czasie procesu jest wkładany do woreczka foliowego, jest dowodem zbrodni. Bardzo często, jeśli nie było narzędzia zbrodni, był problem z udowodnieniem winy.
Słowo jako narzędzie wbite w umysł przeciwnika, który na przykład doprowadził do śmierci. Można sobie wyobrazić, że mamy osobę ze świata polityki, którą psychologowie rozpracowali, że jest wrażliwa na jakimś punkcie i w najbardziej krytycznym momencie przed wystąpieniem, przed decyzją, która ma mieć wpływ na zmianę historii, podchodzi agent, oficer słowa literacko, który podchodzi i wrzuca właściwe słowo dobrane wcześniej przez psychologów, które doprowadza na przykład do wylewu krwi do mózgu albo często ciśnienia, bo tak można dobrać. To jest oczywista sprawa. W tym momencie mamy zamach. Nóż wkładamy do woreczka, idzie do sądu jako dowód. Słowo wypowiedziane gdzieś na boku przez osobę, która w danym momencie historycznym, w danym momencie sytuacyjnym powoduje, że następuje zamach militarny, akcja militarna bez powodu. Na tym polega perfidia tej nowej broni słowa uprzedmiotowionego jako narzędzia zamachowego, że my w powszechnej świadomości jeszcze tego ciągle nie zauważamy. Jest to trudno uchwytne. Jest to praktycznie bardzo często niemożliwe do uchwycenia. Natomiast dzięki temu, że istnieją techniki rejestracji, już można sobie wyobrazić sytuację, że takie rzeczy można zarejestrować.
Oczywiście żaden sąd współczesny jeszcze takiego rozpoznania sprawy nie poprowadzi na podstawie użytego słowa, ponieważ nie ma w świadomości społecznej, w prawodawstwie pojęcia przedmiotowego słowa jako narzędzia, jako broni. Nie ma, nie istnieje. Natomiast cechy, jak wcześniej powiedziałem, takich słów użytych celowo na pewno spełniają kryteria pojęcia definicji broni. Pewne rzeczy są pojęciowo po prostu jeszcze nie podomykane. Ci, którzy używają tej techniki, a są to ogromne armie specjalistów militarnych z krajów różnych, którzy doskonale posługują się od bardzo dawna, zresztą klasyka jest nowego też, posługują się, ale ciągle mogą robić to w sposób praktycznie bezkarny, ponieważ zjawisko słowa jako broni nie jest postrzegane jako broń. Jest postrzegane jako pospolita wymiana słów. Pojęć. Natomiast umyka uprzedmiotowieniu. To, że nie jest to już uprzedmiotowione pojęcie, to pozwala ciągle działać agresorom w sposób bezkarny i sposób nieuchwytny. Także to jest główny dzisiaj mój wątek, który wiąże się z tematem tym zadanym.
[02:21:07] - Ale średniowieczni zdawali sobie z tego sprawę. Czaronicy, był ten urok rzucany.
[02:21:14] - Tak, ale dziś jest to odrzucone i nikt poważnie tego nie traktuje.
[02:21:17] - Dzisiaj na przykład Anglosasi mają przysłowie, które przeczytałem, że mówią, że kije i kamienie mogą złamać, mogą mi połamać kości, ale słowa zranić mnie nie mogą. Niestety wszystko wręcz jest. „Sticks and bones can break my bones”
[02:21:38] - Zgadza się. Natomiast można też pokusić się o twierdzenie, że właśnie słowa mogą skaleczyć. Słowa mogą zranić. Słowa mogą zabić. Nie jesteśmy świadomi. Inna jest wymowa tego, co mówisz. Wiadomo, w jakiej intencji to było pisane i tak dalej, i w jakim klimacie i o co chodziło. Natomiast tak naprawdę słowo, tak jak mówię, słowo może zostać użyte jako narzędzie, jako narzędzie, które wywoła konkretny efekt.
[02:22:11] - Na przykład jak jest grupa ludzi i ktoś powie „pożar” i ludzie się sami zadeptują, prawda? To słowo wywołuje wręcz samobójstwa, można powiedzieć, albo nie samobójstwa, ale oskarżany jest ktoś, kto w budynku nie zbudował jeszcze drzwi, prawda? Ewakuacji, powiedzmy, z tą salą. Więc ktoś, kto na przykład zdaje sobie sprawę, że w tym budynku jest dosyć kiepsko pod tym względem skonstruowany, może powiedzieć to i rzeczywiście zabić jednym słowem dużo ludzi.
[02:22:47] - Na większym na przykład, najbardziej emocjonalnym wiecu można zrobić tak, że tuż przed wiecem ktoś może ogłosić, że ten, co ma wygłosić jakieś ważne przemówienie, przed chwilą został zastrzelony. On sobie tam stoi, prawda? Ale słowo pójdzie i w tym momencie wystarczy piętnaście, dwadzieścia sekund w tłumie i już potem nikt nie będzie, już będzie sytuacja nie do odwrócenia. Także zwracam na to uwagę właśnie, że słowo naprawdę w tej chwili, w obecnej epoce wymiany informacji, w obecnej epoce oddziaływania poprzez słowo, już mamy sytuację zupełnie nową. Właśnie z tego powodu, że mamy taki obieg informacji na świecie dzięki technice.
[02:23:33] - Jesteśmy do tyłu. Przepraszam. Słowo było już od dawna, od dawna narzędziem. W tej chwili to już obraz może być manipulowany i jeżeli chodzi o przepływ informacji, jaki mamy teraz, to już nie tylko słowa, ale obraz, manipulacja obrazem, który mamy w telewizji.
[02:23:52] - Generalnie chodzi o wpływ na świadomość, prawda? Na odbiór nie poprzez materialne uszkodzenie, tylko poprzez wpływ na te obszary, które nie są ostatecznie chronione, bo nasza świadomość nie jest chroniona. My nie mamy żadnej innej ochrony przed takim atakiem jak cechy własnej osobowości. To znaczy jesteśmy jakby łąką, na której są i słabe kwiatuszki, które można zdeptać, ale to są badyle, których nie można złamać. Jeden, że tak powiem, obywatel jest jak pień, którego nie można. Jak usłyszy, że ktoś w tej chwili się zamachnął na przywódcę, a jeszcze nie jest to potwierdzone, to pomyśli sobie: „Powolutku, sprawdzimy”. Ale ktoś inny natychmiast wrzaśnie, wstanie i powie: „Zabiję tych, bo już wie komu”. Dlatego gdyby, wychodząc bardzo do przodu, gdyby społeczeństwo było na tyle wyedukowane i świadome, że słowo nie broni jako słowo, może być uprzedmiotowione, może być odrębnym pojęciem, wyodrębnionym o określonych cechach, bo musi mieć określone cechy, żeby było zauważalne, to wtedy manipulacja świadomością powszechną byłaby znacznie trudniejsza.
[02:25:08] - Bo ja wiem-
[02:25:10] - Proszę?
[02:25:12] - Kto ma władzę?
[02:25:14] - Ci, którzy operują słowem. Bo jak trafić do świadomości ludzi, nauczycieli? Nie słowem.
[02:25:22] - Ale aparat naukowy miał zawsze na korzyść w okresach takich, że-
[02:25:26] - To znaczy nie, nie, nie. To akurat może nie jest od początku, ale ja to w innym rozumieniu chcę to powiedzieć, że nie chodzi o podejście ideologiczne, tylko chodzi o to, żeby stricte nazwać jako pojęcie czyste, to znaczy nie nadawać mu żadnych znaków ideologicznych, żadnych znaków pojęciowych. Sam fakt, że słowo może być narzędziem militarnym, ale nie mówiąc czyje i jakie. Definicja, uprzedmiotowienie. Proszę.
[02:25:55] - Ale są na przykład przykłady do tej pory, że słowo kogoś zabiło, poza tym, że na przykład wyprowadziło do jego samobójstwa. Na przykład jakieś obraźliwe słowo, które po prostu w kontekście wywołuje, że człowiek popełnia samobójstwo, powiedzmy. No jest wtedy zabójcze to słowo.
[02:26:12] - Tak.
[02:26:13] - Ale są przykłady takie, że słowo kogoś zabija.
[02:26:20] - Bardzo wiele jest takich sytuacji, kiedy-
[02:26:22] - Tak jak to niepowiedziane, tak jak ten nóż. Bo nie chodzi mi o to, że na przykład od dawna jest tak, że jesteśmy my i oni, czyli my i nasi wrogowie. Nie mówimy, że na przykład wojna jest toczona z braćmi w Chrystusie też, prawda? Z naszymi też istotami człowieczymi. Tylko jest podział i ten podział spowoduje, że w nas wzrasta agresja wobec tej drugiej grupy. Ale Bezpośrednio to słowo nie zabija, w pewnym sensie wzmacnia żar bojowy. Czy są przykłady?
[02:26:57] - Można sobie wyobrazić, ja tych przykładów nie podam. Natomiast można sobie wyobrazić, że słowo rzucone we właściwym momencie może to, co powiedziałem, bo to jest najłatwiejsze w tej chwili do przyjęcia, że może u danej osoby, która na przykład wiadomo, że ma nadciśnienie i jest bardzo impulsywna, obserwując, że jest w bardzo napiętym stanie emocji i psychiki, rzucić mu słowo, które wcześniej wiadomo, doprowadzi go do takiego piku ciśnienia, że może dostać wylewu. Może być to skuteczne lub nieskuteczne, ale może być na pewno działanie, atak jako przewidziane, konkretne narzędziowe działanie.
[02:27:35] - To musi rezonować z czymś.
[02:27:39] - Tak, ja skupiam się ciągle, bo zauważcie jedną rzecz. To jest nasza rozmowa i próba uchwycenia. Ona się ślizga, ponieważ nam się rozmywa. Rozmywa nam się słowo z innymi otaczającymi, bo ono funkcjonuje z emocjami, ono funkcjonuje w kontekście, ono funkcjonuje warunkowo. Ono się rozmywa, ale tylko dlatego, że nie powstało, nie istnieje dzisiaj uprzedmiotowienie słowa jako narzędzia bojowego. Nie istnieje, bo gdybyśmy powiedzieli, że powszechnie już wiadomo, że słowo, które w danym momencie... Nie, odwrotnie. Gdybyśmy wiedzieli, że słowo jest narzędziem w określonych sytuacjach, to byśmy byli uświadomieni, że w ogóle istnieje coś takiego. Nie da się zejść głębiej do zrozumienia tej podmiotowości. Podmiotowość to jest rzecz podstawowa.
To jest tak jak słowo, które było pierwsze. Dopóki nie ma podmiotowości, nie da się tego już zdefiniować głębiej. Po prostu musimy mając oczywiste, jeżeli patrzę na kogoś, to to jest człowiek. Moja świadomość, mózg od dzieciństwa już ukształtował. Ja nie muszę rozważać, czy to jest drzewo, czy ono się łączy ze ścianą. Skonkretyzowane w moim mózgu. To jest utrwalone. Natomiast to, że słowo może być narzędziem, które w danym momencie zabija jak nóż do chleba. On sobie może leżeć. Leżą w sklepach, w szufladach, leżą na wystawach reklamowych, są reklamowane.
One sobie wszędzie leżą.
[02:29:18] - Skończmy z tą okrutną wolnością słowa.
[02:29:21] - Nie, zmierzam do czego innego. Ja tylko zdanie dopowiem właśnie, że doskonale wiemy, że jeżeli wśród tych hipermarketów, gdzie te noże leżą na setki, tysiące w różnych cenach, przy wyjściu będzie leżał człowiek zbity nożem w plecy, to natychmiast nasza świadomość skategoryzuje. Tamto jest zupełnie co innego, a ten człowiek martwy, zbity nożem to jest zupełnie coś innego.
[02:29:47] - Marek, tu nie chodzi o kradnąć władzę.
[02:29:52] - Nie, nie o tym mówię.
[02:29:54] - Wiesz, o co chodzi? Co człowiek może naruszyć? Naruszyć tę granicę słowności.
[02:30:00] - Nie o tym mówię.
[02:30:00] - Jest kropka władzy.
[02:30:02] - Nie o tym mówię.
[02:30:04] - Czekaj. Kropka rodzinnej. I tylko rodzina może być słodka.
[02:30:14] - Nie o tym mówimy. Właśnie z tych przykładów ślizgania się. To jest to.
[02:30:17] - Nie mówimy totalnie, ale czy to nie jest w ten sposób, że my w ogóle tracimy wrażliwość na słowa i w związku z tym, żeby słowo było narzędziem, to my musimy przedtem mieć tę wrażliwość wzskazaną. Dlatego że normalnie słowa występują w kontekstach, nie ma samosem i nawet takie słowa, które kiedyś nas przerażały i zatykały w programie, teraz są przelotnikami. Ale one nas przerażają teraz. Ale to musi być jakiś sygnał, żeby wywołać panikę w tłumie. To musi krzyknąć Boża anioł.
[02:30:52] - Na przykład w tłumie.
[02:30:54] - No tak, ludzie muszą zrozumieć, co to słowo znaczy.
[02:30:57] - Co było w Mediolanie, prawda? Wystarczy w takim tłumie krzyknąć „bomba”.
[02:31:02] - Jakiś wariat. Wiesz, nasza wrażliwość na komunikaty słowne troszkę się obniża. Ten człowiek, który dostaje za mało, też musi być takie słowo, które wywoła terror.
[02:31:13] - Tak.
[02:31:13] - Ale musi być na to wrażliwy.
[02:31:14] - Ktoś w tłumie na przykład 10 000 ludzi krzyknie „bomba”. Jest to zamach? Jest, bo natychmiast zaczyna się efekt tak, jakby ktoś bombę naprawdę rzucił.
[02:31:26] - Ale musimy być do tego przygotowani, bo to jest właśnie zamach.
[02:31:29] - Jeżeli słowo jest celowym narzędziem bojowym z założenia, to co mówię, oficjał czy żołnierz, który ma ten granat słowny rzucić, to to jest zamierzenie z definicji akcja militarna, to to słowo jest narzędziem bojowym.
[02:31:45] - Chodzi mi o to, że gdyby nie to, że przez dziewięć lat mam ciągle do czynienia z zamachami czy podrzutem bomby słownej czy narkotykiem rzuconym w tłum, to prawdopodobnie by mnie to słowo „bomba” wzruszyło.
[02:31:55] - Zgadza się. Tak, bo ja nie mówię, jakie to ma być słowo, tylko mówię, że samo słowo jako słowo, jako narzędzie porozumiewania się jest narzędziem. To jest jak nóż do ukłucia. Tylko że ponieważ ono ma cechy takie, że ono zmienia się, jego pojęcia są różne. Ale mówię, jeżeli wyodrębnimy słowo jako pojęcie, uprzedmiotowimy je i przyjmiemy, że ono istnieje, nic więcej, bo jeśli zaczniemy go nazywać, to nam się to rozmyje. Ale jeżeli stwierdzimy, że tylko ono istnieje, my mamy świadomość, że istnieje takie pojęcie, że w naszej świadomości jest, to będziemy w danej sytuacji już bardziej czujni. Będziemy wiedzieć, czy ono zostało użyte pospolicie, czy ono ma cechy narzędzia. Jeśli mamy cechy narzędzia, to nam otwiera mnóstwo klapek, które już analizują sytuację i zmienia się możliwość rażenia nas. Stajemy się bardziej odporni.
[02:32:53] - Jak powstanie pierwszy startup, który produkuje słowa jako narzędzia zbrodni i zostanie wykupiony przez firmy, które produkują broń. Nie, ale właśnie nie wiem. Propaganda celnego jest właśnie to, co mówisz.
[02:33:13] - Skąd wiemy, jaka część informacji, którą przyjmujemy, jest prawdą, a jaka nie?
[02:33:18] - Na tym polega właśnie wyższość słowa jako broni, ponieważ-
[02:33:23] - Takie rzeczy były w przeszłości. Na jakimś zebraniu, zgromadzeniu chciało się kogoś zdyskredytować. Przepraszam, to jest grzech. Przepraszam za to. I już to jest naprawdę nóż w plecy. Nawet nie bez powodu powiesz. Musisz się przesadzić, bo to duży połowa towarzystwa się będzie śmiać. Ja mówię pierwszy, następny. Kto zrobił jakiś-
[02:33:46] - Zdrajca.
[02:33:47] - No, zdrajca, w tym sensie.
[02:33:51] - Albo kacuś.
[02:33:52] - Kacuś pomógł.
[02:33:55] - To komuś.
[02:33:56] - A czy taką bronią też może być coś traktowane jako klątwa? Nie mówię czary-mary, hokus-pokus, tylko Jakub Wolejna Stosiek, który przegrał i rzeczywiście wszyscy jego- Król przekręcił wary, tak jak przewidział w ciągu roku. Może to była taka samosprawdzająca się przepowiednia. Nie mówię, że wierzę w klątwy, ale jeżeli kogoś nie lubię i mu nagadam: „A ty za rok zobaczysz, umrzesz na raka wątroby” i się okaże, że ten człowiek rzeczywiście ma problemy zdrowotne i tak się przejmie tym, że rzeczywiście może jego wątroba nie szustri na przykład. Czy coś innego mu się zdarzy. Chodzi o to, że moje złe słowa wywołają ten efekt. Mówiliście wcześniej, że ktoś popełni samobójstwo czy się rozchoruje. Wiadomo, że może jakiś stres powoduje chorobę.
[02:34:54] - Tylko właśnie czy w tym wypadku takie słowo zostało wstępnie przez ciebie zdefiniowane jako narzędzie zbrodni?
[02:35:03] - Źle użyte, ażeby cię-
[02:35:05] - Ale czy zostało zdefiniowane w umyśle jako narzędzie zbrodni? Nie. Bo nie ma w naszej świadomości jeszcze takiego pojęcia. Nie zostało to jeszcze uprzedmiotowione. To nastąpi, ponieważ taki jest kierunek cywilizacyjny, że pojęcia zaczynają nabierać swoich własnych cech podmiotowych. Hejt stał się pojęciem podmiotowym jako odrębnym. Zawsze istniało złe mówienie o kimś. Natomiast mówienie źle o kimś w określonych warunkach zostało zdefiniowane jako hejt i on już funkcjonuje samodzielnie.
[02:35:42] - Nie dobra jako broń psychiczna.
[02:35:45] - Jako broń, właśnie.
[02:35:46] - Mowa nienawiści to też jest. Skoro inni mnie nienawidzą, zarzucają innym mowę nienawiści.
[02:35:51] - To jest narzędzie, bo to jest metoda. Natomiast zauważcie, do czego zmierzam, że zaczyna się definiować podmiotowość. Tak?
[02:36:01] - Ale to tak dobrze można by powiedzieć, że słowo nabrało takiej wartości zbrodni, którą nadają dzięki internetowi.
[02:36:11] - Tak, bo to jest główny kanał, to jest nośnik informacji, to jest ta powierzchnia, na której ono może funkcjonować.
[02:36:19] - Ale przede wszystkim klimat.
[02:36:22] - Jeśli mamy świadomość, że jest to narzędzie, to oczywiście.
[02:36:28] - Oczywiście, że tak. Chociażby znęcanie się psychiczne.
[02:36:32] - To są słowa. Ale zauważcie, że ciągle tak jak hejt dostał nazwę własną. Wiecie, o co mi chodzi? Że jeżeli hejt dostał nazwę własną, jeśli postprawda dostała nazwę własną i ta nazwa już się od niej nie odklei. My już wiemy, co to jest postprawda. To zostało zdefiniowane. Natomiast do tej pory nie jest zdefiniowane słowo jako narzędzie wojenne, militarne. Nie ma czegoś takiego. Hejt nam się kojarzy. Postprawda się kojarzy.
Słowo broń jeszcze nie.
[02:37:01] - A porównam to z takim wątkiem chyba, że dowolne słowo, tak zwane krótko było wykorzystywane, żeby wpłynąć na jakąś jednostkę i ta jednostka odpowiednio uwarunkowana mogła czymś się-
[02:37:14] - Honor Herlinga.
[02:37:16] - Ale u Jefremowa było. Pyta się główny bohater: „Czy mogła mnie pani zabić?” Ona mówi: „Tak, mogłam panu nakazać umrzeć śmiercią”. To jest godzina wykładu. Godzina mówienia.
[02:37:31] - Będziemy bardziej odporni jako społeczeństwo, jeśli pojęcie słowa jako broni zostanie dookreślone tak samo jak hejt, jak i postprawda. Wtedy, jeżeli coś zaistnieje, to można już tylko wtedy być za, można być przeciw, ale trzeba się w stosunku do tego pojęcia odnieść. Natomiast dopóki nie jest nazwane, to ono może grasować bezkarnie i jesteśmy bezbronni.
[02:37:59] - Ale z drugiej strony niektórzy filozofowie twierdzą, że poznać świat to nie znaczy go nazwać.
[02:38:09] - Tak, ale ja to ujmuję dzisiaj z innej strony.
[02:38:13] - Trzeba by się umówić, że część działa, bo w ten sposób poznajemy.
[02:38:20] - Natomiast ja rozumiem, tylko że to jest inny kierunek. Nie to jest cel, jakby dzisiaj tego. Jesteśmy ciągle bezbronni, jesteśmy społeczeństwem, które jest atakowane, jesteśmy obiektem ataku masowego. To wszyscy czujemy, to wszyscy wiemy. Trwa wielka wojna na słowa. To wszyscy czujemy na co dzień.
[02:38:53] - Świadomość.
[02:38:54] - Ale ja to spłaszczam do inżynierskiego ujęcia na słowach, bo jakby tak wyjść dalej, to możemy sobie wielką dyskusję zrobić, ale ona zejdzie nie na tym temacie. Dzisiaj chcę wypreparować z wszystkiego tylko to pojęcie, że słowo jako wyodrębnione pojęcie broni. Że ono nie istnieje. I ponieważ ono nie istnieje, to się dzieje jak się dzieje. Dzisiaj jak ktoś mi coś powie, to ja mówię: „Ty hejtujesz”. Zajmuję stanowisko wobec zjawiska. Wyraźnie. Jestem za hejtem, jestem przeciwko. Ale hejt istnieje. Jeżeli mi coś powiesz, ja powiem: „To jest postprawda”.
Jestem za lub przeciw, ale odnoszę się do pojęcia postprawdy. Jeżeli ty powiesz mi, że użyłem słowa broni, to ja nic nie odpowiem, bo nie ma takiego pojęcia jeszcze w kulturze.
[02:39:51] - Jezu, kolejny system cały czas farmakiczny. To znaczy czy wejdziesz do Kościoła katolickiego, czy do świątyni hinduistycznej, zauważysz, że ludzie powtarzają różne formułki, uważają, że w ten sposób zbliżają się do Boga, wywołują pewne skutki i tak dalej.
[02:40:08] - Tak.
[02:40:08] - Właściwie jeżeli spojrzy się na to racjonalnie, no to z tego, że powiesz pięć razy coś.
[02:40:14] - No ale-
[02:40:14] - Ale dalej to jest też słowo o broni. On mówi o racji.
[02:40:18] - Ja mogę powiedzieć: traktuj to potocznie, co powiedziałem. Jeżeli chcesz, to mogę to zdefiniować bardziej neutralnie i łącznie, ale myślę, że rozumiesz, o co mi chodzi.
[02:40:32] - Obszar słów.
[02:40:33] - Słowo „racjonalnie” służy do eliminowania z dyskursu punktu oglądu religijnego.
[02:40:39] - Obszar słów.
[02:40:40] - To jest zabawa jak każdego typu. Związana z ludźmi racjonalnymi.
[02:40:43] - Nie no tak, dlatego że właśnie mówię o religiach, a chcę jednak spojrzeć z punktu widzenia świeckiego.
[02:40:51] - Zauważcie, że obszar słów nie jest do końca zdefiniowany w ten sposób. Początkiem nowych definicji są właśnie te hejty, pojęcia postprawdy i inne. To są nowe kreacje pojęciowe, nowe podmioty pojęciowe, które powstały. Jeszcze niedawno ich nie było, ale już są wyodrębnione i one w jakiś sposób zagospodarowują obszar językowy, obszar pojęciowy. W tym sensie zagospodarowują, że istnieją. Natomiast nie powstały te, o których dzisiaj mówię. Proszę cię.
[02:41:27] - Marek.
[02:41:28] - Dariusz.
[02:41:30] - O tym eufemizm.
[02:41:31] - Co jest?
[02:41:32] - Eufemizm. Słowa, które-
[02:41:35] - Ale ja mówię o broni. Ja nie mówię o łagodnych ciumkach, tylko mówię o broni.
[02:41:40] - Też można.
[02:41:40] - No można.
[02:41:44] - Zgadza się.
[02:41:47] - Można dopuścić kogoś. To nie jest śmierć natychmiastowa, ale czasami jeszcze gorsza.
[02:41:55] - Dokładnie. Bo na przykład zamachem na czyjeś życie może być na przykład skazanie go na głodówkę po święcie czy coś. To nie następuje natychmiast. Tak samo słowem można zabijać przez długi okres. Oczywiście jest to kwestia znowu zdefiniowania, dlatego że cała relacja międzyludzka jest oddziaływaniem wzajemnym na siebie, presji i nacisku słów. Natomiast jest różnica między przysłowiowym nożem, który leży na półce i kroi się chleb a nożem wbitym w ciało. To słowo, które służy na co dzień tylko do oddziaływania na drugą osobę, to jest zjawisko powszechne i biologiczno naturalne. Natomiast słowo, które jest celowo użyte w zamiarze wyrządzenia szkody, zmienia swój charakter, staje się czymś zupełnie nowym, wyodrębnionym i staje się bronią.
[02:42:49] - Takim czymś może być też mobbing na przykład współcześnie.
[02:42:52] - Dokładnie tak. Jeżeli doprowadza osobę na przykład do depresji i długotrwałego leczenia, to jest to tak samo jak oddziaływanie fali elektromagnetycznej na żołnierzy, doprowadzanie ich do depresji na polu walki. Bo takie środki też istnieją. Więc wszystko zależy od tego, jak my zdefiniujemy oddziaływanie. Są bronie, które zabijają, są bronie, które tylko neutralizują albo wyrządzają szkody niezabijające, ale trwałe na zdrowiu. Ale mówię, to już jest kwestia inżynierii, to znaczy dokładnego zdefiniowania, jaki jest zakres, jaki jest cel, przedmiot działania, jakie są cechy skutków, jakie agresor chce osiągnąć. Natomiast podstawową definicją chyba jest to, że jest to celowe działanie, traktowanie drugiej społeczności lub grupy ludzi, człowieka jako celu do ataku z celem wyrządzenia mu szkody na moją korzyść, czyli agresora.
[02:43:50] - Trwałe.
[02:43:51] - Może być natychmiastowe, na przykład krzyknięcie w tłumie „bomba” albo długotrwałe, które polega na tym, że musi sączyć. „Wiecie, wy wiecie. To nie mówmy głośno, ale wy wiecie”. I to powtarzane miesiącami to samo. Czy na przykład używanie słów w odniesieniu do sytuacji lub przedmiotów, które nie istnieją, że coś się wydarzyło, ale powtarzanie w kółko jest narzędziem.
[02:44:25] - Plotka może być.
[02:44:27] - Plotka może być też bronią, jeżeli jest przypadkowo użyta w normalnym życiu, to jest zjawisko powszechne, tak jak deszcz czy coś. Natomiast jeżeli jest celowym działaniem przeciwnika i ma określony efekt zaplanowany przynieść, to staje się bronią z definicji. Zostaje uprzedmiotowione jako narzędzie wojny. Dlatego myślę, że nie ma powszechnej świadomości, że trzecia wojna światowa już w jakimś sensie trwa, ponieważ w samej definicji filozofii wojennej jest to, że ataki militarne są przygotowywane przez zmiękczanie przeciwnika, przez słowo. Takie działania w zależności od określenia definicji można by wyłowić. Przeskanować internet, media i zobaczyć. Samemu trzeba określić, co jest definicją, bo nikt tego z zewnątrz nie narzuci. Każdy może sobie określić, co według niego jest definicją militarną. Na pewno jakieś słowa kluczowe, jakieś efekty. Dzisiaj przy obecnie funkcjonujących programach komputerowych takie rzeczy już są do pomyślenia, skoro powszechnie już obowiązują na przykład programy do eliminowania lewych prac doktorskich czy magisterskich.
To są systemy, które same wyłapują podróbki i plagiaty. To tak samo można ustawić w programie. Zdefiniowanie programu może powodować, że mogą być takie słowa wyodrębnione. I się nagle okaże, że w masie słów pokażą się na przykład tysiące czerwonych punktów, zaznaczone słowa, które zestawienie razem i zestawienie efektu okazuje się, że wcale nie było przypadkowe. I już nie będzie można mówić, że tak się mówiło, takie były czasy. Teraz przy obecnej technice coraz bardziej jest to możliwe do udowodnienia i wykazania. Jest to oczywiste.
[02:46:41] - Trzeba być w 80 znakach.
[02:46:43] - Proszę?
[02:46:45] - Trzeba być w 80 znakach, bo więcej ludzie nie trafią.
[02:46:49] - Ale myślę, że to się da. Także czeka nas na pewno rozwój wiedzy na ten temat, bo po hejcie, po spradzie i innych nowych pojęciach powstaną następne, bo to zjawisko coraz bardziej postępuje. Te zjawiska coraz bardziej są wykorzystywane. Już nie mówię, że w reklamie, bo reklama się opiera na pewnych zbitkach i na pewnych nowych pojęciach, które są tylko po to, żeby wytworzyć w nas pewne wzorce, a potem na tych wzorcach można się nieść dalej ze sprzedażą. To jest normalna inżynieria socjotechniczna. Natomiast z punktu widzenia agresora, w sytuacji, kiedy potężne państwa czy grupy państw chcą mieć wpływ na pewne obszary, to na 100,1% takie działania na pewno są podejmowane. Pierwszy raz w historii i nie ostatni. Z tym, że ciągle to się działo i dzieje na obszarze świadomości, w której słowo jako narzędzie militarne nie zostało uprzedmiotowione. Nie dostało takiego samego znaku pojęciowego jak hejt czy postprawda. Także ja na tym na razie, jeżeli są jakieś pytania, to chętnie odpowiem.
Natomiast myślę, że w tym momencie zamknąłem mój przekaz, który sobie na dzisiaj zaplanowałem podzielić i przekazać.
[02:48:24] - Stąd przychodzisz na taką prelekcję za rok.
[02:48:26] - Tak? Dobra, coś poważnego przygotuję.
[02:48:33] - Wpadnie to słowo.
[02:48:37] - Ale tak naprawdę jakby człowiek się zastanowił, a zastanawiam się nad tym śledząc. W ogóle atmosfera słów wokół nas jest bardzo gęsta, a nic bardziej nie inspiruje do różnych analiz, jak gęstość danych wydarzeń, bo wiadomo, gęstość wydarzeń generuje nowe pojęcia, nowe doznania, nowe poznawanie. Wojna powoduje nowe doświadczenia w medycynie i w rozwoju gospodarczym. Niestety, chociaż jest to stwierdzenie przykre, to tak samo obecne zawirowania i wojny słowne, pojęciowe też wywołają potem skutki polegające na tym, że się wyodrębnią nowe definicje. Będziemy bardziej odporni na pewne zachowania. My już jesteśmy odporni. Młodzież szczególnie wytwarza zbitki pojęciowe, którymi określa różną sytuację. My wyrastając, w naszym dzieciństwie byliśmy jeszcze nieodporni na pewne sytuacje, które oni określają jednym słowem. Oni już nie kupią pewnych kitów. Proszę?
[02:49:45] - Ale jakich?
[02:49:46] - No nie wiem, w tej chwili, mimo że mam córki w takim wieku, to ja w tej chwili nie przytoczę przykładu, ale wiem, że osoby w naszym wieku mówią „tata” albo „mama”, albo „ciocia”. Bo my już to wiemy. Jedno słowo zamyka dane pojęcie i mają tak przerobione. Masa pojęciowa, przepływ informacji, wymiana informacji we współczesnym świecie powoduje, że żeby nad tym zapanować, musimy pewne pojęcie, zbitki sklejać i odfajkowywać.
[02:50:19] - Ja coś ci powiem. Knichicz tak dobrze znał język niemiecki, że mógł w Gdańsku wańczosami handlować. Wańczosami mógł handlować Knichicz w Gdańsku, tak dobrze znał niemiecki. No więc jest pytanie takie, że wańczos istnieje w polszczyźnie. Natomiast jest zbitek, wańczos to jest kletka dębowa do produkcji beczek. Więc współcześnie by powiedział, że mógłby handlować kletkami dębowymi do produkcji beczek. Zobacz, a mówi wańczos. Jedno słowo.
[02:51:05] - Ale nie zawsze tak było.
[02:51:07] - Arek wiesz co?
[02:51:08] - No.
[02:51:08] - Ciekawe było to, że nigdy w szkole nie uczono mnie przez nauczycieli polityki. W krajach jest to przedmiot nauczycielski. To ich obowiązek był. W szkole nikt mi nie zrobił wykładu z historii.
[02:51:27] - W czym?
[02:51:28] - W krajach. Nikt nie musiał nikogo.
[02:51:30] - Tak, nie było tak.
[02:51:32] - Ja nie mówię, ja sobie przedstawiam taką prostą matematykę. Nigdy za PRL-u nikt mi nie mówił słowa analiza manipulacji. Słowo manipulacja według mnie, to jest operowanie współczynnikami rzeczy, by się nimi kierować. To było.
[02:51:52] - Tak, ale to jest doskonały przykład właśnie to, co mówisz na tworzenie nowych pojęć uprzedmiotowionych. W latach 60. nie było pojęcia manipulacji.
[02:52:01] - Było, też było jako operacja.
[02:52:03] - Tak, ale nie w sensie społecznym, nie w sensie słów.
[02:52:06] - Ale to raczej chodzi o to, żeby pewne pojęcia po prostu ukryć przez nie nazwanie.
[02:52:11] - Tak, oczywiście. Natomiast to, co dzisiaj mówię, to jest właśnie w drugą stronę wyciągnąć definicję, nazwać, bo jak nazwiemy, to straci szansę krycia się po kątach.
[02:52:23] - Ale też Marek, jeżeli mówimy o walce z cenzurą, walce z cenzurą, że jej nie ma. Jak stanęło w „Maluchu” numerze, to ja chodziłem i mówiłem: „ walka z cenzurą”. Nie wiem, jak się nazywa. Nie było. Też się mówi.
[02:52:37] - Wiem, że w szkole średniej informacja jest przekazywana w uproszczony specjalnie. Na przykład uczeń myśli, że suma kątów w trójkącie jest 180 stopni, bo jeżeli nauczyciel odpowieś na to może być dowolna, prawda? Więc po prostu czy z polskiego, czy z biologii, czy czegokolwiek. Ja mówię z matematyki, więc po prostu uczniowie nie można mówić, zarzucać go kontekstami słów i takimi głębokimi znaczeniami. Może przez historię, przecież historia jest uczona, ale nie jest uczona intencyjnie w każdym kraju.
[02:53:13] - Tak, tak, tak.
[02:53:14] - Historia też na policji.
[02:53:16] - Ale tylko intencyjnie w kraju politycznym, bo to tendencje bardzo rządowe. Ja nie mówię, ja tylko interpretuję.
[02:53:22] - Porozmawiaj z Amerykanami, zobaczysz jak oni manipulują, a nie są krajami.
[02:53:28] - Nie są tak.
[02:53:29] - To znaczy.
[02:53:30] - Bo to oni ją piszą.
[02:53:32] - Bardzo łatwo z punktu widzenia naszej historii polskiej łatwo definiować, gdzie jest manipulacja, gdzie jej nie ma. Nam się przypisuje, że manipulacja jest tylko u nas była, natomiast gdzie indziej w krajach innych nie było. Ona jest wszędzie.
[02:53:49] - Nie, nie, jest zupełnie taka sama.
[02:53:53] - Taka sama. Tylko my jesteśmy odbiorcami tej manipulacji naszej, a nie ich. Inaczej to wygląda. My to inaczej mamy, mamy stosunek do tego. Myślę, że i tak czas biegnie do przodu. Życie. Proszę?
[02:54:15] - To nie jest jeszcze udowodnione.
[02:54:19] - Jest udowodnione, że nie ma kierunku.
[02:54:21] - To znaczy, że pojechałem tak.
[02:54:23] - Istnieją dowody tego istnieją przyleca zamknięte w charakterze czasowym.
[02:54:30] - Znaczy nie ma dowodu, że istnieje do przodu.
[02:54:32] - We wszechświecie modelu.
[02:54:34] - Mam jeden egzemplarz. Pierwsze słowo.
[02:54:37] - Tak.
[02:54:37] - Zasłończę. Pięknie zasłończę.
[02:54:43] - Tylko ja nie wiem.
[02:54:46] - Ja powiedziałem będzie na takim zamku czy baszcie. Przykro mi panu było, że to jest na. Żeby nie powiedzieć, że pan dostaje to takie długo się żyje. Jedno słowo.
[02:55:01] - Które cię teraz rykoszetem zaliczy.
[02:55:03] - Nie, ja mówię do tego, że często kaszą tam jest.
[02:55:11] - No to teraz.
[02:55:12] - Maćku, teraz jesteś psychicznie podgryzany przez to słowo.
[02:55:17] - Przez to słowo, które ci pracownicy kamieniem rzucili.
[02:55:20] - A powiedzcie, mam jeszcze takie pytanie może na koniec, jeśli do was z kolei. Czy sądzicie po tym, co powiedziałem, że jest to wymyślone i sztuczne, czy to może mieć kontynuację w rzeczywistości?
[02:55:33] - Także tak, oczywiście. A jak miało by wyglądać uprzedmiotowienie słowa?
[02:55:40] - Nazwanie, wyodrębnienie świadomości, że słowo jest narzędziem militarnym. Bo my nie mamy tego połączenia w świadomości.
[02:55:49] - W jakimś sensie może nie, że militarne narzędzie, ale że poza tym słowem dużo.
[02:55:54] - Że jest bronią.
[02:55:55] - Nie mogę. To nie jest nowe.
[02:55:57] - Ale ono nie jest konkretyzowane. Ono się nie łączy. Nie postrzegamy tego jako wydzielonego pojęcia. Tak samo jak kiedyś złe mówienie o kimś to było pomówieniem, a dziś jest hejtem. I ta definicja się bardzo w tej chwili skonkretyzowała, prawda?
[02:56:13] - Ale jeżeli będę zamachowcem i po prostu użyję słowa, tak jak mówiliśmy tutaj, w takiej sytuacji, żeby wywołać panikę, żeby ludzie się zadeptali i tak dalej, że krzyknę pożar czy coś, zrobię to świadomie i dobrowolnie, tylko potem psycholog sądowy nie wiem, niekoniecznie mnie zdefiniuje jako zamachowca z Al-Kaidy, który urósł łba mózgu. Tylko powiedzą no nie wiem, że tam psycholodzy zbadali, że jakieś zaburzenia emocjonalne albo coś tam, coś tam.
[02:56:44] - Natomiast.
[02:56:44] - Bo to jeszcze nie jest tak jak.
[02:56:46] - Natomiast jeżeli.
[02:56:47] - Zdefiniowane jako narzędzie, świadome narzędzie zbrodni, tylko będą się doszukiwać u mnie jakiejś reakcji.
[02:56:54] - Dokładnie dlatego tak funkcjonuje. Natomiast jeżeli na przykład się okaże, że wywiad stwierdził, że jesteś na przykład zarejestrowana jako oficer, poucznik, na przykład danego kraju lub wydziału, na przykład propagandy czy czegoś. To zmienia charakter i przestaje to być tylko słowem. I przestaje być tylko pojęciem w sądzie, w psychologa zdaniu tylko staje się faktem. A takich oficerów słów jest mnóstwo, bo oni są po to, żeby rozmiękczać kraj, nad którym chcą mieć przewagę i chcą mieć wpływ. Także tym optymistycznym akcentem jeśli-- chyba że macie jeszcze jakieś uwagi, pytania.
[02:57:41] - Mówiłeś Marek jeszcze nasze dzieci swoje bronią jakoś. Zajaśwała w tej sytuacji manipulacji, kłamstw.
[02:57:51] - Tak.
[02:57:51] - Za moich lat było coś, co miało wszystkiego na raz. Nie wiem, czego być. Mowa trawi. Mówiono, że-
[02:57:59] - Mam słowo. Mam słowo. Słuchajcie, oczywistą. Właśnie na tym polega, jak powiedzieć, specyfika tego, tego zjawiska słownego i pojęciowego. Kiedyś nie było. Kiedyś to było, mówiło się, owijało bawełną dookoła, ale się nie nazywało. Dzisiaj jest jedno słowo: ściema.
[02:58:16] - Ściema.
[02:58:18] - Wszyscy wiemy, o czym mówimy. To jest zbitek, który konkretnie definiuje, o czym my mówimy. Prawda? Ustawia nas emocjonalnie do tego wartościuje moralnie, prawda? Bo zostało uprzedmiotowione. Pewna grupa słów, które otaczają nieprawdę, prawdę lub robią rzeczy, to kiedyś to trzeba było opisywać.
[02:58:36] - Poczekaj. Słowo ściema należy do dziedziny poezji, a nie wprost. To jest słowo-
[02:58:41] - Nie ja, nie, nie ja mówię o czym innym. To jest przykład nowego słowa, które zbitki, która zostało uprzedmiotowione. Pewna grupa zjawisk słownych została nazwana w określony sposób i ona się kojarzy.
[02:58:52] - Niewypłaszanie. Nie moja biolożka koleżanka wydawała. Musiała nie żyć. To znaczy już dawno, nie żyje. Ale niewypłaszanie jest. To nie jest manipulacja, to nie jest zakłamanie. Ona pokazuje, kiedy-
[02:59:09] - Ale jak powstało słowo ściema, jak powstało słowo hejt, to jeżeli, to być może powstanie słowo, które nazwie, bo może jest to po prostu znaczy stwierdzenie słowo broń jest bardzo w tej chwili robocze i w ogóle nie trafia. Dlaczego? Bo ono się rozmywa. Dotyczy samych naszych pojęć, które się nie kojarzą nam z bronią, dlatego my tego nie wychwytujemy. Natomiast jeśli powstanie nowe słowo typu ściema, typu hejt, typu posprawda, które się skrystalizuje jako słowo broń pod inną nazwą, bo to nam się rozmywa.
[02:59:42] - To musi być bardzo syntetyczne.
[02:59:44] - To, to-
[02:59:45] - Za trzydzieści lat nikt nie będzie pamiętał.
[02:59:48] - No ściema.
[02:59:51] - Nie wiadomo. Natomiast jeśli powstanie nowe słowo, które to nazwie ono szybko, bo nowe słowa szybko się kodują. Stare już są obniżałe, one już nie robią wrażenia.
[02:59:59] - Ale też jakby bardzo przejściowe. To znaczy trwają trzy lata i-
[03:00:04] - I znikają.
[03:00:05] - Ale następne pokolenie już zawsze będzie. Słowo nowomowa funkcjonuje już dosyć długo i wiemy, że oznacza znieczulanie literackie.
[03:00:13] - Bo to jest i to jest wstrętna kalka z języka tej-
[03:00:17] - Myślę, że hejt też zostanie na dłużej.
[03:00:22] - Hejt zostanie, chociażby dlatego, że już wystąpił.
[03:00:25] - Tak.
[03:00:26] - Nawet jak nie będzie używany, to już będzie w historii, że on już był. Dlatego-
[03:00:30] - Może ściema nie będzie się długo trzymała.
[03:00:32] - Tak.
[03:00:35] - No nie no-
[03:00:36] - To jest przykład.
[03:00:37] - Zanikają.
[03:00:38] - My nie wiemy, co się wydarzy ze słowem ściema.
[03:00:42] - To jest Wiksiniaz.
[03:00:44] - Tak, Wiksiniaz.
[03:00:49] - Wiesz, państwu ja wiem. Takie mądre nazwisko mi nie.
[03:00:54] - I mandaryna.
[03:00:55] - I mandaryna. Każdy kupiec, każdy kupiec. Kolorowe skarpety.
[03:01:00] - Ale kto jest? Powiedzcie kto tak? Kto naprawdę operuje w świecie słów potencjalnych broni? No pisarze, dziennikarze. Ludzie słowa. To są. To jest ta grupa społeczna, która posługuje się słowami.
[03:01:16] - Tekstami właśnie.
[03:01:18] - Ja bym się robił gwiazdą.
[03:01:19] - Na stoł.
[03:01:20] - Politycy. Politycy.
[03:01:24] - Politycy przede wszystkim to-
[03:01:25] - Co zrobili z polityką?
[03:01:26] - Co? Co to jest polityka? Polityka to jest walka o władzę. Ktoś, kto używa słów do polityki w polityce, jest żołnierzem, który używa narzędzia.
[03:01:38] - Szersze. Szersze.
[03:01:40] - Jako broni.
[03:01:43] - Tak jak Całuba mówił, że wychodzić niepolitycznie. Myśli kiszek i pisaki wchodzić trudno i wychodzić niepolitycznie. Nie miał na myśli tego.
[03:01:59] - Śledźmy. Samo się będzie śledzić.
[03:02:02] - Do czasu.
[03:02:08] - Ale na pocieszenie istnieją słowa, które budują, które dają życie, które podnoszą na duchu, które nadają sens istnieniu. Dlatego ta dzisiejsza, jakby ten temat jest tylko tak jakby ciemniejszą stroną słów. Natomiast są też mnóstwo słów znanych, które mogą przeciwdziałać tej broni. I oby, oby właśnie przeciwko żołnierzom słów występowali anioły słów i łagodziły te działania. No ale żeby łagodzić, trzeba być świadomym istnienia zagrożeń.
[03:02:44] - Słyszałem o tym plotkę niedawno. Jeden z pisarzy, nie powiem który mówił, że jest w ogóle tutaj materialistą i w ogóle, ale w pewnym momencie odczyniłeś na nim urok i wyleczyłeś go z bólu głowy. I mówi: „Nie rozumiem tego. Stanąłeś za nim, zrobiłeś jakiś ruch, on nie wie dobrze, jakie jest. Na przeciwko siedział Wojtek Sadel, nasz gospodarz, ale jak wstał, to straszny ból głowy, który miał od początku, od początku dnia, zupełnie minął.” On nie wie. W związku z tym zyskuje szach i mat czarownika.
[03:03:22] - To jest inny temat. To nie jest temat dzisiejszego spotkania.
[03:03:26] - Ale nie może jakieś słowo rzucił właśnie.
[03:03:28] - Nie, on nie słyszał, nic nie wiedział co się tam dzieje. Wiadomo, że z przodu siedział Wojtek, więc jego patrzał tylko. Z tyłu stałeś ty. Powiedziałeś z początku: „Nie, ten zatruł się czymś, to na pewno nic nie zrobię”. Ale stanąłeś, wykonałeś jakieś czynności, o których on nie wie i od tego jego cały ten ból głowy przeszedł jak ręką odjął. Więc dotychczas on nie wierzył, ale jednak się zastanawia.
[03:03:59] - To jest inny motyw. Nie na dzisiaj.
[03:04:01] - Ale słowo rzucił.
[03:04:03] - Teraz ja!
[03:04:06] - Dobra. Dziękuję bardzo.
[03:04:10] - Tak, proszę państwa, obiecałem, że dzisiaj będzie literacko, że będzie tych opowiadań całkiem sporo. Dzięki naszemu nieocenionemu aktorowi, reżyserowi, artyście Redzie Haddadowi dostajemy do ręki opowiadania interpretowane aktorsko. I kolejnym takim opowiadaniem jest opowiadanie Jacka Fleischfressera „Zbieżność”. To opowiadanie pochodzi również z tomu „Rubieże rzeczywistości”. No cóż, zapraszam. Reda Haddad ma głos.
[03:04:56] - Antologia „Rubieże rzeczywistości” czyta Reda Haddad.
[03:05:10] - Jacek Fleischfresser „Zbieżność”.
[03:05:13] - Za dwa dni wszystko musi być zarchiwizowane. Z taką przygnębiającą myślą Hieronim Kalinowski szedł rano do pracy. Dodatkowo w ten mokry grudniowy poranek dopadła go depresja. Za dwa tygodnie święta, a ja nie mam nic dla żony. W stawach mu strzykało, bolały go plecy, a prawy but już przesiąkł w kałuży. To ewidentnie nie był jego dzień. „Nienawidzę” — wyszeptał z wyrzutem w głosie, gdy jechał windą na siódme piętro w betonowym rządowym budynku. Stał przy lustrze i patrzył w swoje odbicie prosto w źrenice, bo bał się obejrzeć przekrwioną gałkę. „Nienawidzę!” — krzyknął, aż zapluł lustro. Gdy dotarł do swojego biurka, usiadł ciężko za biurkiem i spojrzał z przerażeniem na stos segregatorów piętrzący się pod szafką.
Była tam cała dokumentacja, którą zgromadził wraz z kolegą Alojzym przez ostatnie 10 lat, a także były tam sprawy innych osób, które w międzyczasie pouciekały na intratne posadki. Chciał złapać za gorącą szklankę, ale w ostatniej chwili cofnął rękę. Pokręcił niezadowolony głową, bo jeszcze chwila, a załatwiłby się tak samo jak w zeszłym tygodniu. Poparzyłby język i dolną wargę. Dodatkowo zalałby sobie nową koszulę. Wkurzony spojrzał na trzy pisemka leżące przed nim na biurku, które miał w tym tygodniu załatwić. Ale nie. Nowy główny archiwista dał im ultimatum. Wszystkie pisma z 2001 do 2015 muszą znaleźć się w repozytorium zakładowym. W normalnych warunkach Hieronim spuściłby takie głupie pomysły w toalecie już po sprawie.
Jednak dowiedział się, że nowy archiwista jest dobrym znajomkiem głównego dyrektora. Ponoć znali się jeszcze z liceum w Zambrowie. Przed świętami mieli płacić kwartalną premię i na spotkaniu z kierownictwem dano im jasno do zrozumienia, że kto nie zarchiwizuje zasobów, będzie musiał pożegnać się z kasą. Spojrzał na biurko Alojzego, który zawsze przychodził godzinę po nim. „We dwóch damy radę” — rzekł do swego odbicia w ekranie monitora. Od 20 lat miał ten sam rytuał. Umycie naczyń, siku, opłukanie twarzy, drożdżówka z poranną kawą bez mleka i bez cukru. Dzisiaj, jak co wtorek kupił sobie ciastko z makiem. W środę serwował sobie serniczek, w czwartek czekała go buła z budyniem, a w piątek bajaderka. Na komputerze sprawdził pocztę i system z dokumentacją elektroniczną.
Nie było nic pilnego, więc mógł zajrzeć na portale informacyjne. Doda pokazała majtki. Przeczytał najważniejszy nagłówek z Wirtualnej Polski, więc przerzucił na Onet. Małgorzata Kożuchowska: „Mam w sobie pierwiastek szaleństwa”. Wydukał kolejny news. „Ja pierdolę”. Wyłączył przeglądarkę i wstał. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że otwarto już sekretariat. Do godziny dziewiątej trzeba było podpisać się na liście. Potem panna Ania zabierała listę i donosiła dyrektorowi.
Zahaczył nogą o stertę segregatorów i uderzył się boleśnie w piszczel o twardą, okutą metalem okładkę. „Kurwa!” Kopnął stertę, aż rozsypała się po podłodze. Kuśtykając dotarł do przedsionka sekretariatu i usiadł na sofie przeznaczonej dla gości czekających na audiencję u dyrektora Gerwazego Chrobota. Otworzył listę obecności nie chcący na literce S. Szewc. Alojzy Szewc — przeczytał na górze kolumny. Otworzył oczy szerzej, bo nie wierzył w to, co widzi. Przy dzisiejszej dacie miał narysowane C. I tak przez kolejne dwa tygodnie. Złapał za kartki i pobiegł do sekretarki.
„Co to jest?” Spasione, podstarzałe krówsko. Panna Anna spojrzała na niego łaskawie, ale nie przerwała nalewania sobie kawy z ekspresu. Hieronim podetknął jej pod nos listę. „Co to jest?” Starał się nie irytować, ale mu to nie wychodziło. „Dzieńdoberek może na początek.” Złapała za listę. „Może kawę na początek? Niech siada.” Wskazała na krzesło obok biurka. Hirek czuł, że jest w głębokiej dupie i błagalnie wyciągnął ręce po filiżankę czarnego napoju. „Dzwonił pięć minut temu. Ma dzieciaka chorego.
Koklusz czy coś w tym stylu.” „Kur...” Powstrzymał się w ostatniej chwili. „Dzięki, bardzo dobra kawusia.” Poczuł, że sparzył sobie język i dolną wargę. „Co? Archiwizacja?” Stanęła za nim całkiem blisko. Hirek przysiągłby, że musnęła go po włosach biustem, ale zachował zimną krew. „Czyżby wiedziała o romansie z Tamarą, sekretarką prezesa?” — pomyślał i stwierdził, że czas na ewakuację. Wysiorbał pośpiesznie kawę i odstawił puste naczynie na biurko. „Umyć? Oj, przepraszam.” Sekretarka potknęła się i zahaczyła go mięciutkim biustem o ucho. „Pozmywam, Kalinosiu, pozmywam.” Zgarnęła naczynie i puściła mu oko z figlarnym uśmiechem.
„Wie ta cholera o tym wie. Pewnie przy fajce plotkują. Zaraz będzie o tym wiedziało pół budynku” — pomyślał ze zgrozą. „Nie szkodzi.” Poprawił fryzurę. Za dużo sobie pozwala to babsko pomyślał. Pyszna kawusia. Dziękuję. No nic nie poradzimy. Jak mój Józio miał trzy latka, to wtedy uciekać. Uciekać.
Włączył się u niego mechanizm obronny przed gadaniem o cudzych bękartach. No tak, dzieciaki łatwo chorują. Uśmiechnął się i wyszedł szybko, zanim ta wymyśliła, co odpowiedzieć. Gdy doszedł do pokoju, już miał ustabilizowane tętno i przestało mu z nerwów kołatać serce. Jestem świątynią spokoju. Wziął głęboki wdech i podniósł z podłogi najstarszy segregator. Rozsiadł się i zaczął wertować zawarte w nim kartki. Dobra nasza. Ucieszył się, bo połowę z nich stanowiły projekty pisemek i kopie. Niepotrzebne kartki zaczęły się piętrzyć na zielonej wykładzinie.
Może to nie jest takie straszne. Gdy o tym pomyślał, zadzwonił firmowy telefon. Czego do cholery? Na aparacie wyświetlił się komunikat Portiernia. Kalinowski. Słucham? Rzucił najoschlej, jak potrafił. Dzień dobry, tu portiernia. A dzień dobry. Dzień dobry panie Andrzeju.
Zmienił ton, bo poznał głos miłego ochroniarza, z którym wymieniał się zawsze grzecznościami. Rozmawiali o pogodzie, wydarzeniach sportowych i innych codziennych pierdółkach. Panie Hirku, kurier do pana. Co do cholery? pomyślał. Nic nie zamawiałem. Panie Andrzejku, ale ja nic. Panie Hirku! Przerwał mu portier. Pan przyjdzie, bo ten kurier zaczyna mnie już denerwować.
A zaraz zjawi się w firmie delegacja z Hongkongu. Muszę mieć tu czysto, bo Borowiki strasznie się ciskają. Ta, ci od tanich paneli słonecznych. Zaraz będę. Kurwa, czemu tak odpowiedziałem? Trzeba było kazać mu się gonić. Cholera jasna! Hieronim cisnął segregatorem o biurko i upewnił się, że ma dowód osobisty w portfelu. Do wyjścia było niedaleko. Najpierw dwieście metrów ponurym korytarzem.
Paliły się tam nieliczne świetlówki. Wszystkie mrugały w opętańczym rytmie i stroboskopowo oświetlały szare, pożółkłe drzwi. Na długości około stu metrów wszystkie pokoje po obydwu stronach korytarza nie miały tabliczek. Nigdy nie widział też, żeby ktoś stamtąd wychodził lub wchodził. Jednak kiedy przechodził obok, to zdawało mu się, że słychać tam stukot maszyn do pisania, radio i przytłumione rozmowy. Gdy tylko stawał, wszystko cichło jak nożem uciął. Pewnego razu, kiedy wracał z pracy do domu, specjalnie stanął pod budynkiem. Zadarł głowę i przyjrzał się oknom na lewo od własnych okien. Przysiągłby, że ktoś tam stał przy samej szybie w oświetlonym pokoju. Widział czyjąś sylwetkę do czasu, aż klakson samochodu go nie rozproszył.
Kiedy znów spojrzał, w całym ciągu okien było ciemno. Gdy tylko opuścił ponury korytarz, znalazł się przy windach starych, pamiętających jeszcze PRL. Te nowoczesne znajdowały się po drugiej stronie budynku. Chociaż były oszklone z przyjemną muzyczką, to i tak wolał te stare, które poruszały się dwa razy szybciej. Tym razem musiał zrezygnować z jednych i drugich, bo w tej zabytkowej w zeszłym miesiącu zepsuł się alarmowy dzwonek. Jego kolega, pan Aleksander, przesiedział w niej między piętrami całą noc. Najlepiej było polegać na własnych nogach. Spojrzał w dół klatki schodowej i zakręciło mu się w głowie. Chwycił się niskiej barierki i przyspieszając krok za krokiem znalazł się na dole. Potem jeszcze sto metrów w lewo i był już przy bramkach.
Przywitał się kiwnięciem głowy z panem Andrzejem, który wskazywał ręką delikwenta. Kurier stał przy samym wejściu, więc Hirkowi nie pozostało nic innego, jak wyjść do niego. Chłopak miał może dwadzieścia lat. Był niewysoki, w białych adidasach. Na dżinsową niebieską kurtkę z wywiniętymi rękawami założył czerwony ortalionowy bezrękawnik. W spodnie wsadził błękitną koszulę w kratę. Na klatce miał przyczepiony identyfikator z logo firmy kurierskiej. Imię i nazwisko Michał J. Lis. Hieronim zmrużył oczy i z trudem odczytał z plakietki.
Hello. Kurier podał mu rękę. Przed uściskiem przeskoczyła im iskra. Auć! Urzędas cofnął dłoń. Elektrykiem służbowym jeżdżę. Mam jakieś przebicia. Przepraszam. W dodatku ten ortalion. Aż mnie cholera bierze.
Tak się elektryzuje. Ale wyrzucą mnie z roboty, jak go nie będę nosił. Odwrócił się i pokazał logo firmy na plecach. Co pan dla mnie ma? I czy na pewno dla mnie? Hieronim, zirytowany, podparł się pod boki. Kurier podniósł ze stolika z ulotkami niewielką prostokątną paczkę i wskazał na wypełnienie pola zamawiającego. H. Kalinowski, Państwowy Urząd Regulacji Elektryfikacji i numer telefonu zaczynający się na 601. Reszta cholera nieczytelna.
Coś drukarka nawaliła. Pan pokaże. Wysilił oczy w półmroku przedsionka, ale rzeczywiście sześć cyfr zlewało się w dwa hieroglify. No rzeczywiście, mam numer zaczynający się na 601, ale ja nic nie zamawiałem. Dobrze, że pan portier znalazł do pana numer, bo bym musiał wrócić do bazy. Pewno bym oberwał za niezrealizowane zamówienie na czas. Strasznie nas cisną. Normy są zabójcze. Czas to pieniądz, a pieniądz to przyszłość, a przyszłość to ludzie. Wyjął sztywną okładkę z długopisem.
Proszę podpisać o tu. Powtarzam, niczego nie zamawiałem. A tak w ogóle to ile muszę za to zapłacić? Przypomniało mu się, że kiedyś wcisnęli mu garnki, a potem musiał je spłacać na raty. Kurier spojrzał na rozpiskę. Już zapłacone szybkim przelewem. Tylko pana podpis i już znikam. Klienci czekają. Świąteczny kocioł dopiero się rozkręca. Znów podetknął mu pod nos długopis z kartką.
Hieronim doszedł do wniosku, że może o czymś zapomniał. Albo żona wieczorem wykradła mu kartę i zrobiła przelew. Złapał za długopis i już, już chciał zrobić parafkę, ale coś go tknęło. A co to w ogóle jest? Ile to kosztowało? Kurier podniósł paczkę, okręcił na palcu i ścisnął. Chyba jakaś szmata. Nie podają nam wartości przesyłek. Wie pan, zdarzały się kradzieże. No tak, różnie bywa.
To pewno żona. Zrobił szybką, nieczytelną parafę. Złapał za paczkę. Dzięki. Pozdrawiam i dziękuję. Kurier chciał podać mu rękę, ale w porę się cofnął. Do widzenia. Żegnam. Hieronim stał i patrzył, jak kurier wychodzi. Wtedy go olśniło.
Dowód. On nawet nie sprawdził mojej tożsamości. Wyszedł od niewcenia przed budynek. Rozejrzał się, ale samochodu kuriera już nie było. Zostały po nim jedynie długie ślady po oponach i smród spalonej gumy. Cholera! Ale i tak co z tego? Gdy mijał portiernię, pogawędził jeszcze chwilę z panem Andrzejem o przedświątecznej paranoi. Potem przeprosił tłumacząc, że przez tego nowego archiwisty ma teraz urwanie głowy. Stanął w pokoju na widok zalegających tomiszczy, pyrknął paczkę do szafy i wziął się do roboty.
Zawsze spoglądaj na jasną stronę archiwizowania. Z tą myślą zagwizdał wesoło i zabrał się do pracy. Minęła godzina, może dwie. Stracił rachubę, bo w zegarku ściennym już dawno padła bateria. Nauczył się już techniki wyjmowania segregatora, odpinania zszywki zwrotki, dziurawienia jej i wspinania razem kompletu na plastikowe archiwizacyjne wąsy. Szło mu w miarę sprawnie. Obok krzesła usypał stertę serówek i innych niepotrzebnych kartek, które skończą w niszczarce. Przy kolejnej zszywce wbitej w kciuk postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza, żeby mu się zakrzepy pod kolanami nie zrobiły. Wytarł krople krwi z palca o jakieś pismo z 2002 roku, łyknął zimnej herbaty i z kubkiem w ręce przeszedł do sąsiedniego pokoju. Pan Aleksander siedział na małym krzesełku pokrytym skajem.
Wielokrotnie proponowano mu nowoczesne, ergonomiczne siedzisko. Ten jednak obstawał przy swoim. Dzięki temu dwa razy do roku jeździł do sanatorium na leczenie zapalenia korzonków. Z wyuczonym pietyzmem i flegmatycznością wyjmował kolejne pisma z segregatora i ładował do białych teczek. Na czas pogaduch nie przestał wykonywać identycznych robotycznych ruchów. Hieronim był gotów mu przygadać, ale sobie darował. W szczególności, że temu zostało jeszcze tylko pół roku do emerytury. Chciał już wychodzić, ale o czymś sobie przypomniał. Panie Olku, nie ma pan kilku plastikowych wąsów do archiwizowania? Widział wcześniej całe pudełko u niego na szafie.
Zostały mi tylko dwa. Pan Aleksander, ku zdziwieniu Hieronima, przestał przekładać kartki, wstał zza biurka i oparł się o blat. Nie mam, to nie dam — stwierdził beznamiętnie. Ale jednak ten rozłożył ręce i powtórzył z naciskiem: Kiedyś to się używało takiego plastiku z dziurkami i blaszką. Ale i tak nie dam, bo nie mam. Co za stara pierdoła, kurwa mać — pomyślał Hieronim. Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Z impetem wpadł do swojego pokoju i przewrócił stertę pięciu segregatorów. Niewiele myśląc, ogarnięty wściekłością kopnął w drugą kupkę. Szybujące akta przewróciły doniczkę z szafki.
Druga zaś usztywniona okładka wbiła mu się w goleń w to samo miejsce, w które uderzył się rano. Spojrzał przez łzy na paczkę. Ciekawe co to? Złapał i wbił paznokcie w opakowanie. Chwilę walczył z bąbelkową folią i w końcu wyskoczyła mu niebiesko-zielona, mięciutka szmata. Co my tu mamy? Spojrzał na metkę. Luisa Cerata. Ciekawe, ciekawe. Rozmiar 40.
Jaki mięciutki. Nie drapie. Przyłożył do siebie. Jakiś sweter, do cholery. Za mały jak dla mnie. Kuźwa, po co mi to? Zgniótł go i próbował wsadzić z powrotem do porwanej torebki. Zirytowany złapał za taśmę klejącą i rozwiązał problem paroma szybkimi ruchami. Darowanemu koniowi nie zagląda się pod sweter. Podrzucił paczkę i z całej siły kopnął ją do szafy.
Goool! Zrelaksowany usiadł do archiwizacji. Po jakimś kwadransie zadzwoniła komórka, co go przestraszyło i wbił sobie w palec metalowe szczęki do wyrywania zszywek. Wyświetlała się Agatka, czyli jego żona. Krew zaczęła mu się lać cienkim strumieniem, więc starym harcerskim sposobem wytarł palec o serwetkę i obwiązał taśmą klejącą. Tak, kochanie? Wreszcie mógł odebrać połączenie. Jak w pracy wszystko dobrze? Zaskoczyła go niesamowicie słodkim głosem i przymilnym tonem. A dziękuję, właśnie krwawię jak świnia od archiwizowania — stwierdził spokojnym głosem.
Ha, ha, bardzo śmieszne — skwitowała, wietrząc żart. Bardzo. Czego pragniesz? Czego chcesz i ile to będzie kosztowało? Dobrze wiedział, jak się kończyły takie rozmowy. Bo wiesz, właśnie piszę list do Mikołaja. Twojego kochanka. Ha, ha, ha. To już nie było śmieszne. Słuchaj, przydałby mi się jakiś ładny sweterek.
Wełniany sweterek. Przecież masz ich od cholery. Cała szafa jest zawalona szmatami. Całą Armię Zbawienia byś ubrała i jeszcze pół miasta. Pamiętasz tę turkusową spódnicę, co dostałam na imieniny od mamusi? W głowie Hieronima w tej chwili panowała niepodzielna pustka, więc musiał blefować. Taka jasnoniebieska z rozcięciem. Nie niebieska, tylko turkusowa. Kiedy ty się nauczysz odróżniać kolory? Wiem dobrze, jak wygląda turkus.
To taki grynszpan, tylko trochę jaśniejszy. Hirek w międzyczasie zdążył otworzyć stronkę z odcieniami niebieskiego. Gryn-co? Grynszpan. Nieważne. No i? No fajnie jakbym dostała pod choinkę jakiś fajny kaszmirowy sweterek. Zamówiłbyś przez Internet? Miałabym niespodziankę. Hieronimowi zaskoczyła klepka.
Poczekaj kotku chwilkę. Odłożył słuchawkę, pobiegł do szafy, wyciągnął z niej paczkę i szybko rozdarł. Wyjął z niej sweter i porównał barwę z wzorcem na ekranie. Zmużył oczy. Czy na pewno dobrze widzi? Wyszło mu, że jest to idealny turkus. No może prawie idealny turkus. Halo, halo! Żona niecierpliwiła się po drugiej stronie. Już jestem.
Podesłałam ci parę linków, byś zobaczył. Może jakiś znajdziesz za pięć, sześć stówek. Oszalałaś? Za szmatę aż tyle? Jak kupisz tańszy, to do Wielkanocy rzeczywiście będzie z tego szmata. W sam raz na posłanie dla Pucka. Hieronim z trudem przełykał fanaberie i rozrzutność żony, ale czasami, a w zasadzie cały czas miała rację. Dzielnie walczyła z jego skąpstwem. Dobrze kotku, a jaki rozmiar? Kiedyś miałam 38, a teraz 40.
Jesteś okrutny. Zrobiła pauzę, dając mu szansę na pokajanie się, ale on nie skorzystał. Pewnie rozmiar 40 będzie wyglądał na mnie jak worek, ale przez to, że urodziłam ci dzieci, to w trzydziestkę ósemkę się nie zmieszczę. Sraty taty. Nie ćwiczysz, źle się odżywiasz, więc rośnie ci dupa moja droga. Miał wczoraj ochotę tak jej dogadać, ale w porę ugryzł się w poparzony język. Dobrze kotku, zanotowałem. Podeślij mi linki. Zrobię, co w mojej mocy. Znaczy Mikołaj się postara.
Kocham cię — usłyszał zdziwiony Hieronim. Ja ciebie też. Przełknął ślinę. Kocham. Pa, mój ty Mikołaju. Pa. Rozłączył się. Wziął łyka zimnej herbaty i skończył zaczęty segregator. Okej, ile to zaoszczędziłem dzięki temu kurierowi od siedmiu boleści? Otworzył pierwszy link.
550 zeta za kaszmirowe coś. No może dałbym te pięć stówek za figle migle z tą fotomodelką, ale za sweterek? Rzekł sam do siebie i dalej zaczął przeglądać strony, mimo zakazu używania sprzętu służbowego do celów prywatnych. Trwało to około pięciu minut, nim doszedł do wniosku, że wszystkie ubrania były identyczne. Różniły się jedynie ceną, odcieniami i modelkami. Ciekawe ile ten model kosztował. Złapał za metkę Cerata Luiza Cerata, model Merinos Lux. Po chwili wklepał takowe dane w wyszukiwarkę i zdębiał, odczytując wyskakujące ceny. 1300. Przez chwilę nie mógł nic więcej powiedzieć.
I to w promocji. Ja pierdzielę. Wyjął sweterek z opakowania i zaczął go dokładnie oglądać, by odkryć, czym różni się od normalnego ubrania. Nic nie stwierdził oprócz tego, że jest mięciutki. Z jednej strony przysiągłbym, że zamówię ten sweter i kurier jakimś czarodziejskim sposobem cofnął się w czasie. Cofnął się czy dopiero się cofnie? Ale czym miałby się cofnąć? Samochodem? Wehikułem? Zaczął wkładać sweterek do opakowania.
Nie, to głupie. Nikt normalny nie zrobiłby w aucie maszyny do podróży w czasie. Ale skoro już go mam, to nie będę go zamawiał. Bo po co? To jak wiedział, żeby go przywieźć, skoro go nie zamówi i nie zapłaci? Kurde, ale paradoks! W sumie to nie wierzę w żadne podróże w czasie, ale nie widzę innego rozwiązania jak właśnie to. Zakłopotany skończył monolog i wyjrzał przez okno. Zaczęło mżyć. Z nierozwiązanym problemem zabrał się za kolejny segregator.
Raczej bym go nie zamówił. Jestem zbyt skąpy. Spojrzał w lustro. A może w tym roku właśnie na gwiazdkę zaszalałbym i wynagrodziłbym mojej małżonce? Napił się herbaty, bo sam nie wierzył w to, co właśnie wymyśla. Tak, na pewno bym go kupił. Jestem najlepszym mężem pod słońcem — powiedział, jakby chciał utwierdzić samego siebie w tym przekonaniu, bo przecież musiało tak być, skoro kurier dostarczył mu przesyłkę. Uśmiechnął się do swojego odbicia, uradowany z faktu, że rozmawiał z podróżnikiem w czasie i jeszcze na tym zarobił. Halo? — dobiegł jego uszu przez uchylone drzwi.
— Czy pani wie, kim ja jestem? Jakiś dryblas w szarym garniturku stanął przy jego pokoju. Powtarzam, wasz kurier miał być z samego rana, ale się nie zjawił. Poszedł dalej, wyszykując co chwila obelgi do telefonu. Hirek wyjrzał z pokoju i spotkał Aleksandra, który akurat wracał z łazienki. Kto to? — zaciekawił się Hieronim. Henryk Kalinowski, nowy archiwista — zaskrzeczał starzec. To twój krewniak? — spytał tonem osoby znającej odpowiedź.
To tylko zbieżność nazwisk. Hieronim Kalinowski. Poczuł w żołądku uścisk. Zbieżność. Antologia Rubieże rzeczywistości. Czyta Red Hat Hat.
[03:23:39] - Zostańmy w klimatach literackich, ale tym razem zajmiemy się problemem tworzenia opowiadań. Ja za chwilę zaproszę państwa na trzeci odcinek Alchemii tworzenia. Tym razem to będzie tytuł: Ale bez wykałaczek to ty nawet nie zaczynaj. Taki sobie tytuł Katarzyna Prychacz wymyśliła. Ale jedna rzecz takiego komentarza ode mnie. Pod ostatnią audycją ukazał się komentarz jednego ze słuchaczy, że to taka przynuda, ta pani coś gada i w ogóle bez sensu i nie chcę tego słuchać. Po pierwsze nasza audycja jest tak skonstruowana, że byłbym zdziwiony, gdyby wszystkim wszystko odpowiadało. Ja jednak wychodzę z założenia, że jesteśmy różni i programowo wiem, że jedne rzeczy zachwycają, drugie zupełnie nie zachwycają. To, co robi Katarzyna Prychacz, nie zachwyci kogoś, kto nie ma ambicji, nie chce pisać, w ogóle nie interesują go sprawy związane z pisaniem, a właściwie z chwyceniem pióra do ręki czy też klawiatury. Raczej jest odbiorcą.
Wtedy być może rzeczywiście słabo to do niektórych przemawia. Ja natomiast wierzę, że wśród nas, wśród słuchaczy audycji Bibliotekarium 2.0 są ludzie, którzy kiedyś słuchali ABW. Dzisiaj chętnie słuchają jakichś literackich porad. A ponieważ ostatnimi czasy było trochę mało tych porad literackich, więc postanowiłem, że uruchomimy — to źle zabrzmi — ale uruchomimy Katarzynę Prychacz z jej cyklem, ponieważ moim zdaniem ona w absolutnie świetny sposób pokazuje, uświadamia oraz może odblokowuje literacki potencjał. Ale uświadamia co? Uświadamia, w jaki sposób pracuje nasza wyobraźnia. Ona czasami pokazuje również, jak tę wyobraźnię odblokować bardzo prostymi chwytami. No i cóż, wiem, że nie wszyscy będą zachwyceni. Biorę to na klatę i mimo to wierzę, że tych, którzy zachwyceni będą, będzie całkiem sporo. Zapraszam na kolejny odcinek Alchemii tworzenia.
Odcinek zatytułowany: Ale bez wykałaczek to ty nawet nie zaczynaj.
[03:26:23] - Halo, halo ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy macie przyjemność słuchać Alchemii tworzenia. No to panie, panie tam dżingiel zapodaj. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w trzecim odcinku drugiego sezonu Alchemii tworzenia. Jeszcze dzisiaj przypomnę, że mamy nową formułę. Także jeżeli chcecie posłuchać jakichś moich tutaj porad i mądrości to zapraszam do pierwszego sezonu lub do kontaktu ze mną. W sensie ze mną kontaktu. Chociaż kontaktujcie się z kimkolwiek i z czymkolwiek tylko chcecie. Odpowiedzi wszędzie są.
Okej, ale słuchajcie tak na poważnie, to jak najbardziej namierzajcie mnie w internetach. Jeżeli faktycznie macie jakiś nie tyle problem, co po prostu jakaś przeszkoda w waszej pisarskiej karierze, to jak najbardziej jestem otwarta i myślę, że spokojnie mogę wam podrzucić jakiś nowy kierunek, a może właśnie stary kierunek, który pominęliście i pewnie razem coś wymyślimy. Słuchajcie, wracam do tematu, bo mówiłam, że nowa formuła, czyli właściwie wszystko kręci się wokół kreatywności, wokół wymyślania i właściwie każdy odcinek może być swego rodzaju pomysłem na fabułę czy nawet taką jakąś zajawką czy inspiracją. Także ja sobie tutaj zaraz wylosuję punkt odniesienia i ja sobie będę improwizować historię. Natomiast zachęcam was, żebyście może też sobie podczas tego odcinka ze mną troszeczkę powymyślali. Jestem przekonana, że ja sobie mogę gdzieś tam coś gadać, ale przypuszczam, że wasz tok myślenia będzie i tak szybował w inne strony, jeżeli chodzi właśnie o budowanie tej fabuły. Także zachęcam nawet później do podzielenia się pomysłem, czy może będziecie mieli ambicje, żeby to spisać, a może rozwinie wam to się w jakąś powieść. Tego wam życzę i będę się bardzo cieszyć, jeżeli któreś gdzieś moje słowa staną się dla was inspiracją do osiągania rzeczy wielkich. Nie przedłużam. Tytuł Dalowskiego dzieła na dziś to: „Miękka konstrukcja z gotowaną fasolą.
Przeczucie wojny domowej”. Okej, to był gość, trzeba przyznać, Dali. Nieszablonowy typ. Zawsze mnie zastanawia na przykład, czy on faktycznie lubił tą fasolę, czy jej nie lubił, a może jadł tą fasolę i wpadł na taki tytuł. Bo to dzieło samo w sobie, z tego, co pamiętam, to akurat chyba jest, można gdzieś sobie namierzyć w internetach. Dobra, oczywiście tradycyjnie mamy schemacik fabuły. Nie tyle fabuły, co właśnie takiej konstrukcji fabularnej. Jeszcze w tym odcinku zrobię takie małe wprowadzenie. Czyli to jest zestaw sześciu pytań, które ja sobie używam do rozpisywania takiej wstępnej mapy pod daną fabułę. Po prostu zebranie takich najważniejszych informacji, a wiadomo, że później to i tak jeszcze fajnie jest gdzieś rozwinąć czy rozpisać.
Albo jeżeli ktoś pisze, że tak powiem, na żywioł, to też wiadomo, że później dużo więcej rzeczy gdzieś tam w trakcie pisania wychodzi. Małym niuansem dzisiaj będzie to, że właśnie myślę nad tym, bo wcześniej postanowiłam, że zaburzę kolejność pytań, bo zawsze się wyrywam przed szereg z pytaniem: kim jest bohater, które jest właściwie piąte. No dobra, słuchajcie, miałam plan, to go realizujmy. Czyli dzisiaj pytanie piąte stanie się pytaniem pierwszym. No to lecimy. Kim jest bohater? Kim mógłby być bohater? Można by iść w taki totalny absurd. Może sama fasola mogła być bohaterem tej opowieści? Ale wiecie co?
Bo to jest taka miękka konstrukcja z gotowaną fasolą. I powiem szczerze, że ja od razu widzę taką budowlę z ziarna fasoli, nasiona fasoli chyba, w sumie się mówi fasola. Wiecie, te takie małe nereczki. Tak wielki taki talerz. I jeszcze właśnie widziałam taką czerwoną fasolę wielką i z niej właśnie taki pałacyk ubudowany. I tak sobie myślę, że może naszym bohaterem tutaj będzie taki szalony architekt. Szalony, bo taki wiecie, w sumie trochę jak Dali, że nie wychodzi z pracy nawet w trakcie obiadu i gdzieś tam sobie z fasoli buduje swoje projekty. I co? Coś więcej może o bohaterze. Aha, to wiecie co?
Jeżeli zamieniłam kolejność, to tutaj jeszcze przy bohaterze zwykle losowałam archetyp osobowości tego bohatera. I co? Żeby tradycji stało się zadość, to w sumie też coś wylosujemy. Może też mnie to zainspiruje, żeby coś więcej do tego naszego szalonego architekta dobrać. To idę po archetypy. No to losujemy. Dobra, nie patrzę. I... twórca. Może to powinnam traktować jak taki tarot.
Właściwie twórca pasuje do architekta. Oczywiście przypominam, że korzystam tutaj z kart archetypów Gabrieli Borowczyk. Także polecam. Docelowo narzędzie zostało stworzone akurat do pracy coachingowej czy warsztatowej. Tak wiecie, nad swoją głową. W ogóle złote warsztaty, także jakby ktoś chciał wpaść na konsultacje, to też zapraszam do siebie w tej kwestii. Albo po prostu zachęcam was, żebyście zapoznali się z tym narzędziem Gabrieli, czy gdzieś tam sobie zerknęli na jej warsztaty, czy właśnie na warsztaty prowadzone na jej narzędziu, bo naprawdę polecam. Dużo można o sobie się dowiedzieć ciekawych rzeczy. Aczkolwiek nie byłabym sobą, gdybym nie używała przedmiotów do tego, do czego chcę używać. A więc faktycznie zdarza mi się pracować z ludźmi na tych kartach, natomiast najczęściej uwielbiam pracować nad bohaterami, bo można naprawdę w bardzo fajne kierunki sobie pójść.
I słuchajcie: twórca. Jak Gabriela tutaj zebrała te wszystkie informacje na temat twórcy? Twórca to inicjator, projektodawca, wizjoner. Odczuwa potrzebę wyrażania siebie, tworzenia i stworzenia czegoś. Jego drugie imię: kreatywność. Poszukuje twórczych narzędzi, nowej jakości i estetyki. Nie myśli standardowo, swobodnie łączy różne dziedziny i techniki. Innowator i przedsiębiorca poszukujący usprawniających życie rozwiązań. Okej, no to co? To już wiemy, że ten nasz szalony architekt to jest człowiek kreatywność.
Myślę sobie: wizjoner. A może ta konstrukcja z fasoli to... Myślę, czy on potraktował fasolę jako makietę, czy może jednak on, bo tutaj też jest, że poszukujący usprawniających życie rozwiązań, to może jednak Zobaczymy, gdzie nas fabuła zaprowadzi. Te dalsze rzeczy, które tu będziemy wymyślać. Jest ciekawie. Mamy bardzo dużo opcji na starcie, bo twórca jest takim archetypem, że trochę jak Dali nie ma granic. Nic nas tu nie zatrzyma. Właściwie jedyne, co nas ogranicza, to nasza własna wyobraźnia. Swoją drogą całym serduszkiem jestem za tym mottem. Jak ktoś mnie dłużej zna, to pewnie nie raz słyszał je z moich ust, bo uważam, że taka jest prawda.
To nie jest wyświechtany frazes, tylko god damn it, przecież to jest nasze jedyne ograniczenie. A na inne, cudze z zewnątrz możemy się zgodzić lub nie. Dobra, słuchajcie, teraz wracamy do normalnej kolejności schemaciku. Pewnie do bohatera jeszcze wrócimy siłą rzeczy, ale lecimy. Pytanie: jak jest? Jak jest? Może jest spokojnie. Jak jest, czyli to jest ten moment, kiedy wchodzimy w fabułę i mamy ten pierwszy kontakt z naszym bohaterem, z tym, co się tutaj dzieje w ogóle. Weszliśmy w taki kontakt, widzimy na talerzu konstrukcję z fasoli. Myślę sobie, że może jest miło, sielankowo, stabilnie, siedzi sobie przy stole i sobie układa z tej fasoli konstrukcję.
I tu mamy drugą część tego tytułu: „Przeczucie wojny domowej”. I tak się zastanawiam, że może któremuś z domowników się to nie spodoba. Pomyślałam o takiej żonie, która tutaj nie będzie rozumiała tych dziwnych potrzeb twórcy naszego. Ale wiecie co? A może to nie będzie szalony architekt jeszcze, tylko to będzie przyszły szalony architekt. Pomyślałam sobie, że może jest to taki odstający zawsze od rówieśników nastolatek, który zawsze ma szalone pomysły. I może faktycznie za każdym razem, kiedy dostaje obiad czy coś ma na talerzu, to jedzenie go inspiruje i zawsze gdzieś coś z niego sobie buduje. Tak sobie myślę o przeczuciu tej wojny domowej, że może właśnie ojciec by się wściekał na niego, że on nie szanuje jedzenia, że na przykład matka się stara, robi ten obiad pyszny, a ten w nim dłubie i jakieś zamki z tego ustawia. Więc może właśnie na pytanie: jak jest? Z jednej strony w głowie bohatera i tak zawsze jest kolorowo, sielankowo, ale faktycznie może czuć się uciskany.
Czy może nie tyle uciskany, co niezrozumiany, że on zawsze jest w tych swoich światach i zawsze gdzieś te wszystkie jego budowle... O, mógłby mieć takie projekty. Skoro z jedzenia buduje, to nie wiem, czy kojarzycie architekta Gaudí. Gość robił właśnie takie bardzo... Wygooglujcie, zobaczcie sobie, naprawdę piękne budowle i wszystkie przełamujące sztywne ramy architektury. Więc może to będzie taki współczesny. No właśnie, czy współczesny? Może, czemu nie. Niech będzie współczesny, bo w sumie dzisiejsza architektura bywa też taka organiczna niekiedy, ale mam wrażenie, że mimo wszystko zamknięta w trochę chłodne ramy nowoczesności. A tam było na miękko, na ciepło.
Także może właśnie nasz bohater będzie takim przyszłym współczesnym Gaudím. Czyli teoretycznie jest sielankowo, ale jest rodzaj takiego zagubienia u naszego bohatera. Lecimy dalej. Drugie pytanie: jak było? I tutaj chodzi o ten moment, kiedy my nie znaliśmy bohatera. Natomiast myślę, czy przy tej fabule... Dobra, zaraz dojdziemy do momentu zmiany, więc właściwie myślę, bo to w sumie tutaj, kurczę. Czyli do tej pory zawsze było właśnie tak, że gdzieś tam z ojcem najczęściej przy obiedzie były te kłótnie jakieś. Dlatego on bardzo często też się chował gdzieś tam w pokoju, brał jakieś ziemniaki, z których coś tam wycinał czy podkradał jakieś produkty spożywcze i sobie robił jakieś makiety w pokoju. Dobra, już wyprzedzam.
Pytanie trzecie: co się zmieniło? I właśnie może tutaj powinna nastać jakaś zmiana. Tylko nie wiem, słuchajcie, klasyczna ucieczka z domu. Chyba nie tędy droga. To już było. Przeczucie wojny domowej. Czekajcie. Wojna domowa. A może, słuchajcie, po raz pierwszy ojcu tak puszczą nerwy, że po raz pierwszy zepsuje mu tą jego budowlę. Na przykład nasz bohater zawsze sobie budował z jedzenia różne rzeczy i później to szkicował.
I był taki dumny. Ten pałac to był jakiś jego przełom. Ten pałac z tej fasoli, ta miękka konstrukcja z gotowaną fasolą. Usztywniał, na wykałaczki nabijał. A nie, czekajcie, na wykałaczki to może niekoniecznie. Dobra, już wam spoileruję, o co mi chodziło. Właśnie pomyślałam, żeby ojciec w tej wściekłości po prostu zamachnął się i zrobił purée z jego fasoli, z jego pałacu. Więc może wykałaczki nie byłyby tutaj wskazane dla tej fabuły. Ale właśnie, może od tego momentu ten się nauczy, że zawsze będzie robił konstrukcje na wykałaczkach. Niemniej.
I mamy morał. Okej. Cokolwiek nie robisz, pamiętaj o wykałaczkach. Dobra, koniec. Możemy zakończyć ten odcinek. Ja idę. Trzymajcie się. Dobra, słuchajcie, i co się zmieniło? Zmieniło się to, że po raz pierwszy jego budowla została zniszczona, a faktycznie była to budowla niemalże przełomowa. Więc nastaje właściwie taka wojna domowa.
Bo jemu też puściły nerwy i aż się zerwał z krzesła gotowy ruszyć nawet z pięściami na ojca. A z kolei ojciec zaczyna wrzeszczeć, że on jest wariatem, że z powodu rozwalonego jedzenia się rzuca z pięściami i że trzeba go do psychiatryka wysłać. Może jakieś grube akcje. W emocjach zawsze dziwne rzeczy lecą. I teraz myślę co jeszcze dalej? Pytanie czwarte: jakie jest rozwiązanie? W sumie cała fabuła mogłaby się dziać w tej kuchni przy stole. Tak się zastanawiam. Miałam wizję na jakąś karierę i tak dalej, ale może to takie origin story, gdzie narodził się ten superbohater w nim. Może to zniszczenie tego pałacu uświadomiło temu chłopakowi, że on na poważnie chce się tym zajmować.
Że cała ta sytuacja, ta cała przepychanka czy prawie przepychanka z ojcem jeszcze go utwierdziła w tym, że chce być architektem i chce przełamywać wszystkie możliwe schematy. Jakie jest rozwiązanie? Może on wykrzyczy ojcu w tych emocjach, że ojciec nie ma wyobraźni, że ojciec zawsze gdzieś pracował. Kim mógłby być ojciec? Nie chcę iść strasznie w jakieś klisze, że był rolnikiem, rzeźnikiem czy coś. Dobra, słuchajcie, ale mówiłam o czasach współczesnych. Może ojciec jest przedsiębiorcą. Może właściciel jakiejś korporacji. Tylko myślę, czym ta korporacja mogłaby się zajmować. Może coś z metalurgią.
Nie wiem, czemu o tym pomyślałam. Niech jakieś robią rury czy gwoździe. Teraz pomyślałam jeszcze o płytach betonowych. To jest fajny trop, bo jeżeli ojciec zajmowałby się czymś takim... Załóżmy, że ojciec zajmuje się płytami, ale nie takimi zwykłymi betonowymi, tylko takimi dekoracyjnymi. To, co też często się używa współcześnie. Tak myślę, bo ja nie jestem na bieżąco. Może to było parę lat temu, może już teraz się coś innego używa, ale chodzi mi o takie ładne płyty, panele betonowe czy à la betonowe i tak dalej. I może właśnie to będzie tą kością niezgody, że ojciec będzie się uważał za znawcę. W sensie ma klientów architektów.
Ma klientów, deweloperów czy budowlańców, ale architekci często zlecają jakieś rzeczy. Więc on wie, że to, co jego syn sobie szkicuje, wymyśla, że to nie ma opcji, że nikt tego nie chce, że on na tym nie zarobi, że on będzie głodował i że to jest jakieś dziwne coś. I może właśnie tutaj syn powie, że on wierzy w swoje projekty i on jest przekonany, że te projekty osiągną sukces i że on nieustannie, nieważne ile razy ojciec mu rozwali jego obiado-makiety, on i tak będzie robił swoje projekty i on i tak będzie architektem, który nie będzie używał betonu i takich rzeczy zimnych, twardych, prostych. Aczkolwiek nie wiem jak wy, ale myślę, że większość z nas wie, że akurat z betonu można też ładne rzeczy robić. Ten dekoracyjny też ma wiele walorów, ale nasz bohater może być zbuntowanym nastolatkiem i uważać beton za coś zimnego. Kurczę, im dłużej o tym gadam, to też fajne konkluzje mi się takie robią, że w sumie mogliby się też w ten sposób pogodzić z ojcem. Jakby jeden i drugi odpuścił trochę. Myślę, co by mogło ich pogodzić. Może jakieś zdanie. Syn musi wypowiedzieć jakieś zdanie.
Chyba że zrobimy, że po prostu ta pewność, którą on zaczął mówić. Wiem! Po raz pierwszy w życiu ten nastolatek wyartykułuje swoją wewnętrzną wizję na siebie. To, co przez lata sobie wyobrażał, jakim on będzie architektem, co on będzie robił. I może po raz pierwszy on to wszystko w tych emocjach wykrzyczy ojcu w twarz i do takiego stopnia, że ojcu się przypomni, że on też kiedyś był pewien swojego sukcesu. Wiedział, że odniesie sukces, tylko on po prostu chciał odnieść sukces w postaci zarobienia dużych pieniędzy, żeby na przykład rodzina miała stabilne życie, żeby mógł je inwestować i tak dalej. Czyli nie obchodziło go, w jaki sposób czy na jakim produkcie, tylko żeby te pieniądze były, żeby był ten dochód pasywny. I przypomni sobie może patrząc na syna, na te jego emocje, na tą pewność w głosie i tą wizję, że on sam też kiedyś miał takie marzenie. Miał tą energię i wizję, mimo że nie dotyczyła ona budowli z fasoli. I on się wtedy zatrzyma i to zbije też syna z pantałyku, z tropu, że będzie zaskoczony reakcją ojca, bo będzie się spodziewał kolejnej kłótni czy jak zawsze trzaskania drzwiami i w ogóle, bo to się zdarzało.
A może właśnie tutaj, tym razem ojciec spróbuje wyciągnąć dłoń, zaproponuje, że on spróbuje to zrozumieć, jeżeli ten syn też spróbuje zrozumieć to, że to może mu się nie opłacać i tak dalej. I właściwie to może ta ich kłótnia przy obiedzie zamieni się w pierwszą od lat taką prawdziwą, szczerą rozmowę między ojcem i synem. Nawet nie zauważą, że matka i siostra weszły do pokoju i stały takie zamurowane i w ogóle co się dzieje. A oni po prostu z powrotem usiądą, usiądą jak nigdy obok siebie i na serwetce syn będzie próbował odtworzyć z pamięci ten pałac, ale będą rozmawiali o tym, czy może syn zada pytanie: to skoro ojciec twierdzi, że ten beton jest taki popularny i że to jest teraz na topie, to co można z tego betonu zrobić? Może syn zacznie pytać ojca i się okaże, że może razem znajdą rozwiązanie, jak połączyć te Jak tu jest miękka konstrukcja z gotowaną fasolą. Jak połączyć właśnie te miękkie konstrukcje z wizji syna z twardym, zimnym surowcem, jakim jest beton? No dobra, słuchajcie, i tu mam to pytanie: kim jest bohater? To właśnie przerobiliśmy na początku i też myślę, że sporo wyszło nam w trakcie. I ostatnie pytanie: kto pomaga bohaterowi? Tutaj myślę, że to chyba akurat nie trzeba się bardzo rozwodzić, bo jeżeli to faktycznie miało być takie origin story, to chyba tak naprawdę to jednocześnie bohater pomógł sam sobie, ale przede wszystkim paradoksalnie pomaga mu ojciec, z którym zawsze gdzieś te kłótnie były największe.
Także myślę, że tutaj o ojcu też powiedzieliśmy w sumie, że taki skuteczny przedsiębiorca. Kurczę, fajnie, fajna historia taka nam wyszła. Taka budująca, architektoniczna wręcz. Dobra, ja nie wiem. Myślę, że już chyba mamy to. Nie będę tutaj na siłę wymyślać, bo to jest całkiem ładne. Można by to fajnie zamknąć i naprawdę mogłoby być super wstępem, czy nawet takim, myślę sobie, prologiem do jakiejś historii. Może właśnie jak to wszystko się zaczęło i potem na przykład właśnie tutaj oni siadają przy stole i zaczynają szkicować i rozmawiać. Światło przygasa, scena się wycisza i rozdział pierwszy. I w tym momencie już na przykład idziemy od momentu, kiedy ten architekt faktycznie jest znanym architektem, odniósł sukces i na przykład coś się wydarza dalej.
Powiem szczerze, im dłużej tym myślę, też sama się wkręcam w tą historię. Jak sobie wyobrażę właśnie powieść przesyconą, czy nawet jakąś po prostu nowelę przesyconą tymi takimi właśnie miękkimi budowlami, ale może właśnie nie tak do końca, nie tymi gaudyjskimi, jeżeli tak mogę to powiedzieć. U Gaudiego mieliśmy bardzo dużo inspiracji z tego, co pamiętam, jednak algami czy gąbkami podwodnymi, ogólnie tego typu rzeczami w tym kierunku ta miękkość, czy czasami właśnie struktura materiałów, których używał. To właśnie w tym kierunku to szło. Natomiast tutaj faktycznie myślę, że można byłoby naprawdę pójść w jedzenie, skoro całe to swoje dzieciństwo ten nasz architekt, jego głównym surowcem do makiet było właśnie jedzenie. To czemu nie? Czemu nie? Zróbmy takie właśnie budowle jak piękne, wykwintne dania. Może właśnie też jakaś ścisła współpraca z kucharzami. A może właśnie od ojca nauczył się tej takiej przedsiębiorczości właśnie i tego, że jednak warto się wspierać czy zabezpieczać innymi biznesami.
I może oprócz tego, że jest architektem, to może właśnie założył sieć restauracji i może właśnie tych najbardziej wykwintnych kucharzy zatrudnia i te dzieła, które są podawane w jego restauracjach. Myślę właśnie sieciówka czy taka jedna wielka restauracja, do której zjeżdżają wszyscy z całego świata. To chyba byłoby lepsze. Taki jakiś właśnie kozacki budynek. I może właśnie w tej głównej fabule tu by się coś zadziało. A może jemu by się coś stało? Nie wiem. Może by porwali go albo właśnie stanąłby na drodze jakiś jego problem. Albo może właśnie konkurencja, może właśnie jakiś zaginiony potomek Gaudiego i będzie jakaś tutaj walka między nimi. Dobra, słuchajcie, trochę czasu jest.
Dzisiaj chyba strasznie nie przegadałam, więc mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, coś zdążyłam was zaciekawić albo jednocześnie was nie zanudziłam. Standardowo zapraszam za tydzień słyszymy się. Oczywiście też powybieram jakieś dalijskie tytuły, aczkolwiek niektóre są takie, że się zastanawiam na ile... Chociaż z drugiej strony nie oceniajmy. Dali to Dali i podejmował różne wątki. Pomyślę. Na razie wybieram te grzeczne tytuły, także jeszcze póki co trochę grzecznych nam zostało do przerobienia, także myślę, że możemy się tym bawić. A później się zastanowię, czy sięgamy po te niegrzeczne tytuły, czy może właśnie pomyślę nad jakimiś innymi tytułami. Trochę mnie korci, żeby samemu tak siąść i właśnie zrobić jakąś bazę takich dziwnych zdań, które mogłyby być potencjalnym tytułem. I właśnie może to jako punkty odniesienia zebrać.
Pomyślimy. Trzymajcie się cieplutko, bo to już taka ładna jesień nam wjeżdża. Piękny tutaj zapach jesienny w powietrzu się unosi, chociaż podobno ma być jakoś jeszcze parę dni ciepła, także korzystajcie jeżeli będzie ciepełko, a jeżeli nie to dbajcie o siebie, ubierajcie się cieplutko i przede wszystkim dbajcie o waszą inspirację. Serdeczności wam życzę. Pa.
[03:50:54] - Całkiem niedawno dostałem mailika od słuchaczki, która napisała w tym mailiku, że ona rozumie, że ja jestem lekko draśnięty przez SF i że fantastyka to jest moje życie. I tak wykazała słuchaczka zrozumienie, ale jednak bardzo poprosiła, żebym od czasu do czasu zajął się jednak literaturą głównonurtową, że tam również są wartościowe rzeczy i że może jednak z tego szaleństwa SF bym się na chwilę czasami wymiksował. Pomyślałem sobie, że rzeczywiście słuchaczka ma rację, bo gdzieś tam tę pałkę w kierunku fantastyki, fantastyki naukowej, grozy przeginam czasami bardzo mocno, ale doszedłem do wniosku, że zanim ja się przygotuję do tego rodzaju audycji To warto wykorzystać kogoś, kto robi to niejako na co dzień. Taką osobą jest Krystyna Śmigielska. Ona w Book Radio prowadzi cykl „Literackie tête-à-tête”. Zapraszam Państwa na jeden z odcinków tej audycji. Być może, jeśli się to Państwu spodoba, zaproponuję kolejne. Dzisiaj Krystyna Śmigielska zabierze Państwa oraz mnie na spotkanie z Anną Brengos.
[03:52:38] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór Państwu. Dzisiejszą audycją rozpoczynamy kolejny cykl spotkań pod nazwą „Literackie tête-à-tête”. Zaprezentujemy Państwu polskich literatów, tych znanych i tych mniej popularnych. Ukazując różne oblicza współczesnego pisarstwa, chcemy ułatwić Państwu dotarcie do najodpowiedniejszej dla Państwa lektury. Trzymajcie kciuki, żeby ten zamiar nam się powiódł. Pierwszym gościem, gościnią, bo tak dzisiaj często mówimy, z którą chcę porozmawiać o jej twórczej pracy, warsztacie, problemach wydawniczych i w końcu o tym, co w zawodzie pisarza jest najpiękniejsze, czyli kontakcie z czytelnikami, jest pani Anna Marta Brengos. Była nauczycielka, obecnie emerytka, menedżerka, trenerka męskiej drużyny koszykówki, żeglarka w stopniu sternika, pracująca w fundacjach charytatywnych osoba, przebojowa i odważna. Pani Anna Marta Brengos jest autorką dziewięciu powieści obyczajowych. Spod jej pióra wyszły następujące książki: „Piotruś w pakiecie”, „Scenariusz z życia”, „Dzień prawdy”, „Noc prawdy”, „Matką już byłam”, „Nigdy nie będziesz mną”, „Sami sobie nigdy”, „Prażeńka” oraz najnowsza pozycja „Jastowa na tropie”.
Dobry wieczór, pani Anno. Miło mi bardzo, że zgodziła się pani wziąć udział w naszej audycji.
[03:54:25] - Dobry wieczór, bardzo mi miło gościć na Państwa antenie. To wielka przyjemność, a dla mnie również ogromna szansa przedstawienia siebie i choćby za pośrednictwem fal radiowych, internetowych kontaktów z czytelnikami. Dobry wieczór.
[03:54:43] - „Scenariusz z życia” – taki tytuł nosi pani debiutancka powieść. Czy została ona napisana na konkurs, czy też może wcześniej gotowa czekała w szufladzie na odpowiedni moment, aby móc zaprezentować się światu?
[03:54:59] - „Scenariusz z życia” był początkowo scenariuszem filmowym. Nigdy oczywiście, nad czym ubolewam, nie został zekranizowany. Dopiero kiedy stwierdziłam, że czas nadać mu jakąś formę, która dałaby mu drugie życie, zrobiłam z tego powieść. Długo leżała, dawniej to się mówiło w szufladzie, w tej chwili to plik zakopany gdzieś na dnie innych plików komputerowych. Porozsyłałam tę powieść do wszystkich świętych, gdy nie wiedziałam, jak to się robi, więc wysłałam do wszystkich wydawnictw, które znalazłam w internecie. Nie dostałam żadnej sensownej odpowiedzi na tak. W związku z tym, jako się rzekło, trochę ze sportem miałam wspólnego, więc przegrywać potrafię. Przełknęłam porażkę do momentu, kiedy wydawnictwo Nasza Księgarnia nie ogłosiło właśnie konkursu. Wyciągnęłam plik gdzieś z niebytu i wysłałam do tego samego wydawnictwa, bo już wcześniej w Naszej Księgarni było, ale widocznie trafiło do kogoś innego i kapituła konkursu uznała tę powieść za tak wartościową i atrakcyjną, że wydano ją w wersji papierowej. Chociaż pierwsze miejsce miało być w papierze, dwa następne w e-bookach, ale okazało się, że wyrównany poziom.
350 prac trafiło na ten konkurs. Okazało się, że moja powieść zajęła trzecie miejsce. I tak oto zadebiutowałam.
[03:56:38] - Gratulujemy, bo to już jest duże wyróżnienie. A który to był rok, pani Aniu?
[03:56:43] - Powieść ukazała się w 2014. Pracowaliśmy nad nią summa summarum prawie dwa lata.
[03:56:50] - Ona może jest jeszcze dostępna nawet w księgarniach, proszę państwa.
[03:56:54] - Raczej nie. W tej chwili z wydawnictwem Lucky pokusiliśmy się o wznowienie i jest w nowej wersji nowa okładka, nowa redakcja, aczkolwiek opowieść ta sama. Mam duży sentyment do tej powieści. Wiadomo, pierwsze dziecko. Zachęcam, można się pośmiać. Sporo mądrości życiowych tam jakoś przemyciłam. Nawet nie myślałam, że stać mnie na takie spostrzeżenia. Po latach, jak się czyta swoje powieści, odbiera się je zupełnie inaczej, z dystansem. Tutaj muszę przyznać, że czasami sama siebie zaskakiwałam. „Wow, to ja to wymyśliłam?”.
Więc zachęcam, żeby Państwo sobie przeczytali, co też ja wymyśliłam w tym „Scenariuszu z życia” .
[03:57:44] - Państwo zapamiętajcie, nowa wersja na pewno będzie jeszcze dostępna.
[03:57:48] - W tym roku wydana, więc na pewno będzie.
[03:57:49] - A to na pewno. Pani Anno, dla kogo pani właściwie pisze? Kto jest pani wirtualnym czytelnikiem? A może powinnam zapytać, dlaczego pani pisze?
[03:57:59] - Tak naprawdę nie wizualizuję sobie jakiegoś konkretnego odbiorcy. Nie powiem, żeby to była starsza pani w kapeluszu albo młoda dziewczyna na deskorolce. Chciałabym, żeby moje książki były zrozumiałe dla wszystkich, aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził. Byłabym przeszczęśliwa, gdyby trafiły pod strzechy i czytał je każdy. Jeśli mam jakiś target wskazywać palcem, powiedziałabym, że jestem w nurcie literatury kobiecej. To nie znaczy, że li tylko kobiety sięgają po moje powieści. Tym bardziej, że ich bohaterami bywają mężczyźni. Tak jest w „Samych sobie”, „Nigdy”. Ta powieść, nad którą w tej chwili pracuję, również jest głównym bohaterem mężczyzna. Myślę, że mężczyźni odnajdą w moich powieściach swoje problemy, aczkolwiek nie tylko o problemach piszę.
[03:59:03] - Anna M. Brengos „Nigdy nie będziesz mną”. W szatni Karolina nie zdążyła dobiec do toalety. Zwymiotowała, brudząc swoją nową, piękną i drogą sukienkę. Część koleżanek z konkurencji również mało nie zwymiotowała z obrzydzenia. Trener wyprowadził dziewczynkę do łazienki i zostawił pod opieką bardziej wściekłej niż zaniepokojonej matki. Julka przy pomocy jednorazowych ręczników i chusteczek higienicznych doprowadziła córkę do jako takiego wyglądu. „Weź się w garść” — powtarzała co chwilę przezroczystemu dziecku. Strój, choć mokry, można było uznać za zdatny do pokazania. Łyżwy włożono przy pomocy zdenerwowanego trenera.
„Dasz radę?” — spytał, zanim wpuścił Karolinę na rozgrzewkę. „Oczywiście, że da radę” — odpowiedziała Julka w imieniu córki i dołączyła do matki i męża na trybunie. „Co się stało?” — spytał Łukasz, przeczuwając coś złego. „Nic takiego. Zdenerwowała się. To wszystko z nerwów. Ale już dobrze”. „Na pewno?” Łukasz spoglądał czujnym okiem to na żonę, to na sunącą po tafli córkę. Karolina właśnie robiła najazd do luca, nie zdając sobie sprawy z tego, że z boku, również tyłem, nadciąga inna łyżwiarka. Zbieg okoliczności postawił w jednym punkcie lodowiska dwie zaaferowane ćwiczeniami dziewczynki.
Osłabiona Karolina wbiła czubek łyżwy w lód, wybiła się w górę, ale nie mając siły, nie dokręciła obrotu i rymsnęła wprost pod nogi drugiej zawodniczki. Poczuła uderzenie w brodę, ale przestraszona, że będą się z niej śmiać, starała się szybko podnieść. Stanęła oszołomiona i w tej chwili wszyscy na trybunach zauważyli, że na piękną, strojną sukienkę i na białą taflę kapie krew. Pierwszy znalazł się przy niej trener. Ruchem ręki przywołał służbę medyczną. Łukasz zerwał się z miejsca, ale stanął oniemiały. Maria chwyciła się za serce. Julka, roztrącając kibiców, przepychała się do przejścia w bandzie. „Nic jej nie jest. Nic jej nie jest” — powtarzała zszokowana, chociaż nawet tego nie sprawdziła.
Dopadła Karoliny, odsuwając na bok otaczających ją ludzi. „Nic ci nie jest, córeczko, prawda?” Dziecko było blade i wyglądało upiornie, całe zaplamione krwią z rozciętej łyżwą brody. „Proszę nam nie przeszkadzać.” Ratownik odciągnął Julkę na bok i usadził Karolinę na krzesełku. Uważnie obejrzał ranę, sprawdził wszystkie odruchy i zawyrokował: „Potrzebne będzie szycie i przyda się zastrzyk przeciw tężcowi. Założymy opatrunek, ale proszę pojechać z dzieckiem na ostry dyżur.” „Ale ona miała startować.” Nieprzytomny wzrok Julki spoczął wyczekująco na twarzy ratownika. „Czy pani zwariowała? Niech się pani cieszy, że na tym się skończyło. Dobrze, że nie ma wstrząsu mózgu. Mają państwo czym pojechać czy wezwać karetkę? I uprzedzam, że na ambulans trzeba będzie pewnie poczekać, bo na mieście trwają ćwiczenia obrony cywilnej i do ran ciętych raczej nie przyjadą.” „Ja ją zawiozę” — rozległ się za plecami Julki głos Łukasza.
Był blady i miał zacięty wyraz twarzy. Opatulił Karolcię własną kurtką, wziął ją na ręce i nie bacząc, czy małżonka za nim podąża, ruszył do wyjścia. Zanim dotarli do samochodu, dołączyła do nich Maria, która odebrała z szatni rzeczy wnusi. Uważa pani, że pisarz powinien łączyć w sobie umiejętność obserwowania ludzkich dusz, wrażliwość dziecka, ciekawość, wręcz taką wścibskość złośliwej sąsiadki i cierpliwość kochającej matki? A może wystarczy, żeby potrafił płynnie opowiadać własną wizję, będąc obojętnym na losy i emocje swoich bohaterów?
[04:03:33] - To nie jest tak jeden do jednego, że my obserwując życie, uczestnicząc w nim, znajdujemy coś do swoich powieści. Ale również nie jest tak, że absolutnie wszystko jest zmyślone. Uważam, że Pisarzowi potrzebna jest na pewno wrażliwość, w tym ta wrażliwość społeczna, żeby dostrzegał jakieś problemy, zjawiska. Oczywiście jest mu potrzebny sprawny język, sprawne pióro, żeby później te zjawiska opisać. Nie ściągam z życia wydarzeń, które opisuję. Nie jestem reporterem, ale również moje książki nie są tak do końca science fiction wyssane z palca. Opierają się o jakiś problem. Nawet jeśli jest to komedia, to ona albo czemuś ma służyć, albo w jakiś sposób skomentować jakieś zjawisko.
[04:04:37] - Co dla Pani jest ważniejsze: czy opisana historia, czy warsztat literacki? Które z tych elementów pracy sprawiają, że siada Pani przed klawiaturą?
[04:04:47] - Ja nigdy nie kończyłam żadnych kursów pisarskich. Z wykształcenia jestem magistrem wychowania fizycznego. Mam z domu wyniesioną sprawność posługiwania się językiem. Dużą wagę przywiązywano w moim domu do kultury języka i do czytania. W związku z tym mam takie określenie na moje pisanie, że piszę intuicyjnie. Nie wiem, czy to jest określenie jakieś ogólne, czy ja sama sobie je wymyśliłam. Nie opieram się na żadnych opracowanych przez znawców literatury schematach. Nie wiem, jak się powinno pisać. Po prostu siadam i piszę. Dla mnie najważniejsza jest historia, ale oczywiście to nie jest tak, że piszę byle jak, byle napisać, byle opisać, a dalej niech się martwi redaktor z korektorem.
Staram się, żeby to, co tworzę, miało formę dojrzałą literacko, językowo. Czy mi się to udaje? Pozostawiam pod ocenę czytelnika. Najwięcej na ten temat myślę, że miałaby do powiedzenia moja pani redaktor, ale odsyłane przez nią jakieś poprawki nie są całe strony na czerwono, więc myślę, że mój język jest na tyle sprawny, na tyle poprawny, że moje książki są wydawane.
[04:06:16] - Na jakie etapy dzieli Pani pracę nad książką i który z nich jest Pani zdaniem najprzyjemniejszy, a który najtrudniejszy?
[04:06:24] - Najprzyjemniejsza to jest impreza z okazji premiery, kiedy się wszyscy spotykamy, kiedy jest wesoło, kiedy opowiadam, jak to z tym było, kiedy wymieniamy uściski z przyjaciółmi, z blogerami, z którymi jesteśmy już po imieniu, z czytelnikami, którzy się zgromadzili wokół tego, co piszę. I to jest najfajniejszy moment. Natomiast różnie to z tym bywa. Ja raczej po prostu siadam i piszę. Oczywiście jest ten etap, kiedy muszę wpaść na pomysł. Najczęściej jest tak, że wiem, o czym będzie. Często znam ostatnie zdanie i muszę tylko zapełnić treścią. W związku z tym następnym etapem jest siedzenie przy klawiaturze i wklepywanie treści. A potem to już wiadomo, cały cykl wydawniczy.
[04:07:15] - Anna M. Brengos „Dzień prawdy”. Wieczór mijał tak spokojnie, że wszyscy zapomnieli o jakimkolwiek zagrożeniu. Zuzanka czytała kryminał i nie potrafiła zamknąć książki przed skończeniem. Pomimo późnej pory brnęła przez kolejne stronice, ciekawa, kto był mordercą i jak go zdemaskują. Powieść trzymała ją w takim napięciu, że kiedy usłyszała odgłos psich pazurów na schodach, aż drgnęła. Uniosła głowę znad książki i w drzwiach swojego pokoju zobaczyła Ryśka. Nie zamykała się, chcąc wywołać chociaż trochę przeciągu w nadal upalne noce. Pies zaskomlał cicho i dał dziewczynie znać, żeby za nim zeszła. Zaintrygowana Zuzka odszukała pod łóżkiem kapcie i nie zapalając światła, cichutko podążyła za przewodnikiem.
Rysiek zatrzymał się przy drzwiach na taras, wystawił zwierzynę i warknął. Zuza wytężyła wzrok i w ciemnościach dostrzegła skradający się cień. Przeraziła się nie na żarty. W pierwszej chwili rozejrzała się za czymś, co mogłoby jej posłużyć jako broń. Złapała łopatkę z wyposażenia kominka. Z ciężkim argumentem w ręku poczuła się trochę pewniej, jednak nadal kombinowała, w jaki sposób unieszkodliwić włamywacza. Nic nie przychodziło jej do głowy. Zdawała sobie sprawę, że sama, a nawet z babcią nie poskromi złoczyńcy. Tym bardziej że może być uzbrojony. Jak na złość telefon zostawiła na górze i nie miała jak wezwać pomocy.
Była bliska załamania, gdy niespodziewanie uruchomiły się zraszacze. Intruz wstrząsnął się i zaklął. Zuzce przemknęło przez myśl, że uda jej się spłoszyć złoczyńcę, wykorzystując efekt zaskoczenia. Dopadła do tablicy rozdzielczej i włączyła oświetlenie ogrodu. Tym razem napastnik nawet nie zdążył krzyknąć. Zatańczył w konwulsjach i padł na ziemię jak marionetka odcięta od sznurków. Równocześnie huknęło i zgasły wszystkie światła oraz wyłączyło się nawadnianie. Zuzanna aż podskoczyła. W jednej chwili przy jej boku pojawiła się biała zjawa w powłóczystej szacie. Nie był to żaden duch, tylko zaalarmowana hałasem babcia w swojej za dużej koszuli nocnej.
W ręku dzierżyła szklaną pozytywkę, śnieżną kulę wielkości głowy niemowlaka. Jedyne narzędzie obrony, jakie miała pod ręką w swoim pokoju. Zdążyła w samą porę, żeby zobaczyć, jak wspólnik podnosi z ziemi gramolącego się i nie całkiem przytomnego napastnika I obaj niezdarnie oddalają się w głąb ogrodu, prawdopodobnie wycofując się w bezpieczne miejsce. Zuzka wyskoczyła na taras, jednocześnie uwalniając Ryśka. Pies skoczył za intruzami, ale zanim dopadł płotu, ich już nie było. „Stój, bo strzelam!” — na wszelki wypadek krzyknęła jeszcze Zuzka i chociaż wyszło jej to nieco piskliwie, miała nadzieję, że odstraszyła napastników skutecznie i więcej tu nie wrócą. W każdym razie nie dziś. „Co się tu stało?” — spytała babcia, odkładając na stół swoją broń. „Woda i prąd to nie najlepsze zestawienie” — zacytowała ojca Zuzka. „Instalując podlewanie musieli zrobić jakieś przebicie w oświetleniu, bo kiedy włączyłam światła, to go poraziło”.
„Super” — ucieszyła się Joanna. „Nie jestem pewna, czy tak super, bo teraz zostałyśmy bez prądu. Oby korki wywaliło tylko nam, bo jeśli poszła cała faza, to pół wsi jest bez światła. Nie wiesz, gdzie jest latarka?” „Nawet jeśli gdzieś jest, to pewnie bez baterii, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś jej używał. Czekaj, w kredensie coś powinno być”. Joanna zniknęła w kuchni, skąd po chwili wróciła z zapalniczką i kompletem urodzinowych świeczek. Zuza przyjęła z jej rąk akcesoria, krytycznym wzrokiem spojrzała na ten ekwipunek. W końcu wzruszyła ramionami i zabrała się do naprawiania prądu. „Świeczki jak świeczki” — uznała. „Przyświeć mi tu”.
Interesuje mnie również sposób pani przygotowywania się do pracy nad kolejną powieścią. Czy robiąc research zbiera pani w pliki wszystkie potrzebne dane, wskazówki, notatki, czyta podręczniki do psychologii, prowadzi rozmowy z pierwowzorami swoich bohaterów? Proszę mi powiedzieć, jak dojrzewają w pani postaci, zanim zamknie je pani w kształcie liter.
[04:12:12] - Bywa to różnie, w zależności od tego, nad czym pracuję. Przygotowania do „Prażenki” trwały trzy miesiące i były to trzy miesiące spędzone w bibliotekach nad analizą historii wojennej warszawskiej Pragi. To jest powieść pisana w dwóch czasach. Dzieje się współcześnie i właśnie w czasie II wojny światowej. To jest pamiętnik młodej dziewczyny z tamtych czasów, który napisałam w oparciu o opowiadania mojej mamy i babci. Głównie mamy. Ale wiadomo, że opowiadania są subiektywne i trzeba je zweryfikować o fakty historyczne. Więc trzy miesiące spędziłam na zbieraniu materiału. Natomiast w książkach, które mówią o współczesności, zwykle bywa tak, że po prostu siadam i piszę. W momencie, kiedy potykam się o coś, czego nie wiem, najpierw telefon do przyjaciela.
Jeśli nie, przepraszam, najpierw ciocia Wikipedia albo wujek Google. Jeśli tam nie znajduję właściwych odpowiedzi, bo czasami są sprzeczne jakieś wiadomości, czasami albo za mądre, niezrozumiałe, albo wręcz odwrotnie, zbyt temat powierzchownie potraktowany, dzwonię. „Dzwonię do pana w nietypowej sprawie” i dzwonię do różnych ludzi. Ostatnio był to Polski Związek Łowiecki, naprawiacz pralek, dostarczyciel gazu skroplonego, serwis pieców gazowych. Naprawdę do różnych ludzi wydzwaniam i jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś mi odmówił odpowiedzi. Oczywiście staram się najpierw znaleźć znawców tematu wśród moich przyjaciół i znajomych, no ale nie zawsze tacy się znajdują i wtedy znajduję jakąś tam firmę, która się zajmuje danym tematem. Dzwonię z pytaniem. Zawsze mam pełną odpowiedź. Więcej wiedzy niż oczekiwałam. Zawsze z życzliwością, zrozumieniem, z uśmiechem, z poleceniem się na przyszłość, że jakbym miała problemy, proszę dzwonić.
Jak nie ja, to uprzedzę kolegów. Zawsze pani ktoś pomoże. I rzeczywiście tak jest.
[04:14:36] - Czyli angażuje pani do swojej pracy również inne osoby, co jest bardzo cenne, bo świadczy to o tym, że literatura nadal żywa i wychodzi spoza kartek.
[04:14:50] - Nie wyobrażam sobie, żebym miała pisać głupoty. No nie może być tak, że pisząc o nie wiem, no właśnie, o naprawie pieca gazowego, którego w życiu na oczy nie widziałam, będę sobie wyobrażała, jak to się robi czy jak on wygląda. No po prostu trzeba zapytać kogoś mądrzejszego. Zdarza mi się wśród powieści, które czytam, znajdować jakieś błędy merytoryczne. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś u mnie palcem pokazał, że tak się nie dzieje. Tutaj to dałaś po bandzie. Tak się nie dzieje. To nieprawda.
[04:15:29] - Czy identyfikuje się pani ze swoimi bohaterami? Którego z nich uważa pani za ulubioną, ulubionego i dlaczego?
[04:15:37] - Niektórzy bohaterowie mają coś ze mnie. To znaczy tak. Moi przyjaciele, czytając moje powieści twierdzą, że bardzo im przeszkadza to, że mnie znają. Bo czytając jakby widzą, słyszą, przede wszystkim słyszą mnie. No bo wiadomo, no moi bohaterowie posługują się moim językiem często, aczkolwiek staram się, żeby każdy bohater mówił własnym językiem, miał swoje powiedzonka i jakąś taką specyfikę swoich wypowiedzi. No oczywiście wtedy nie u każdego słychać mnie, ale ci główni bohaterowie, szczególnie żeńscy, coś ze mnie jednak mają. Aczkolwiek to nie jest tak. I proszę to zapamiętać, że to nie jestem ja. Ja mogę użyczyć moich przygód, epizodów, ale nie jestem moimi bohaterami. Natomiast jeśli chodzi o to Którego z nich lubię najbardziej?
Mam skrzywienie w sobie, że najbardziej lubię bohaterów najbardziej negatywnych. Wielkim sentymentem darzę postacie drugo-, trzecio-, czwarto- i piątoplanowe. Na przykład w „Strażeńce” jest to Bryła, w „Scenariuszu z życia” jest to mąż głównej bohaterki i pan dyrektor, którego ciągle głowa boli. „Nigdy nie będziesz mną” uwielbiam. Co prawda jest to postać jak najbardziej pozytywna tym razem, ale uwielbiam babcię. Aczkolwiek ten ciapowaty mąż też ma w moim serduchu swoje miejsce, bo znam takich mężczyzn, którzy nie potrafią się postawić małżonce, więc przez ten sentyment jego również darzę atencją. Także moi ulubieni bohaterowie i tacy chyba najbardziej barwni bohaterowie to bohaterowie negatywni.
[04:17:32] - To są zawsze bardziej ciekawi. Może nawet można by ich nazwać bliżsi życiu. 25 października to dzień premiery pani najnowszej powieści „Miastowa na tropie”. Proszę o krótkie omówienie tej pozycji. Tytuł sugeruje, że odeszła pani troszeczkę od literatury obyczajowej, zbliżyła się do tak obecnie modnego nurtu powieści kryminalnych. Czy to prawda?
[04:18:01] - Tak i nie. Bowiem „Miastowa” jest jak najbardziej powieścią obyczajową z dość rozbudowanym wątkiem kryminalnym. Powiem o genezie powstania, bo to będzie miało wpływ na to, w jaki sposób to się rozwinęło. Otóż na Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pazur w Siedlcach swojego czasu wpłynęło mnóstwo powieści pisanych według jednego wzoru. Otóż młoda kobieta, pracownica korporacji rzuca pracę, jest wyrzucona przez mężczyznę swojego życia. Dziedziczy domek na wsi albo w jakiś inny sposób pozyskuje domek na wsi. Przenosi się na tą wieś, zakochuje się w przystojnym weterynarzu, leśniku, hodowcy białych koni i dalej żyją długo i szczęśliwie. I jak popatrzyłam, jak młoda korpołom miastowa przenosi się na wieś i wyobraziłam sobie, jak ona w tych korporacyjnych szpileczkach po tych miedzach się zapada. Trafia do domku, gdzie jest zapchana rynna, trzeba odśnieżyć dojście do furtki, to od razu zobaczyłam, na co w tej wsi trafia. I obiecałam sobie wtedy, a to było parę ładnych lat temu, że ja to opiszę, ale opiszę to tak, jak to wygląda.
Czyli przyjeżdża miastowa na wieś. Tej wsi nie rozumie. Na tej wsi nie potrafi się znaleźć. Tego domu nie potrafi obsłużyć, bo przecież w mieście miała kaloryfery, miała doprowadzony gaz, światło i światłowód, telewizję i internet. A na wsi wszystko to wygląda troszeczkę inaczej. Oczywiście jest, tylko trzeba to sobie zorganizować. Więc umieściłam tą moją miastową w takich okolicznościach przyrody. Trzeba temu było nadać jeszcze jakiś kierunek. Jeszcze czymś trzeba było tę powieść, brzydko określę, wypełnić. No i najbardziej mi tu pasował wątek nie romantyczny tym razem, tylko właśnie kryminalny.
I stąd zaginione kobiety i odnajdywane zwłoki.
[04:20:26] - „Miastowa na tropie” to jest już kolejna pani powieść, która ukazała się nakładem wydawnictwa Laki. Poproszę o kilka słów na temat współpracy z tym wydawnictwem.
[04:20:38] - Ja jestem zachwycona. Jest to niewielkie wydawnictwo, właściwie firma rodzinna, mogłabym tak nazwać, bo nawet jeśli są tam zatrudnieni pracownicy, a są, to atmosfera jest rodzinna. Znamy się z koleżankami, które tam wydają. Jesteśmy, mogę użyć słowa przyjaciółkami. Oczywiście wiadomo, że dzieli nas odległość i nie spotykamy się na imieninach, urodzinach i świętach, ale na przykład jeśli wyjeżdżamy na targi, to mamy wspólny pokój po to, żeby się pochichrać, po to, żeby mile spędzić czas, a nie gdzieś tam w samotności wieczorem. Właśnie targi, festiwale są dla nas też takim momentem integracji właśnie wydawniczej. Nasz wydawca jest na tyle dla nas życzliwy, że daje nam tutaj też pole do wspólnych spotkań, zaprasza nas na targi, organizuje to wszystko. Nie mam problemów z deadline'em, nikt mi nie stoi nad głową, a jednocześnie zachęca. Co innego jest wielkość nakładu. Na pewno tutaj wielkie korporacyjne wydawnictwa mają szersze pole do popisu, większe środki na promocję, ale za to tu atmosfera jest taka, że ja się czuję jakby współtwórcą całego przedsięwzięcia.
Ja tam nie jestem trybikiem, przynajmniej nie czuję się trybikiem w wielkiej korporacji wydawniczej, tylko jestem częścią zespołu. Znam moją panią redaktor osobiście, też miałyśmy przyjemność się spotkać. Myślę, że atmosfera pracy liczy się dla mnie, zawsze liczyła się podwójnie.
[04:22:34] - Anna M. Brengos „Sami sobie nigdy": Pani doktor miała zimną słuchawkę. To było niemiłe. W ogóle pani doktor była niemiła. Tatuś do niej zadzwonił, jak wrócił z pracy. Najpierw babcia mi zmierzyła temperaturę i się naradzali, co ze mną zrobić. No i wezwali tę doktorkę. Na początku się uśmiechała. Podwinęła mi bluzę od piżamki i tą zimną słuchawkę przykładała mi do pleców i do przodów. Kiwała głową, jakby wszystko było dobrze.
A później zobaczyła siniaka. Tego, co sobie nabiłam, jak wujkowi upadł pieniążek. Chciałam go podnieść i mu podać, ale wujek mnie odepchnął i powiedział, że jestem złodziejskie nasienie. Przewróciłam się na krzesło. Krzesło też się przewróciło, a pani doktor obejrzała moje ręce, a później nogi i pomacała moją głowę. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież jak się ma katar i kaszel, to nie bada się rąk ani nóg. A później pytała o tego siniaka i kto był w domu, jak go sobie nabiłam. I wcale się do mnie nie uśmiechała. A lekarze powinni się uśmiechać do chorych dzieci, żeby je podnieść na duchu. Potem dorośli zamknęli drzwi od mojego pokoju, bo ten pokój u tatusia w domu też jest mój.
Teraz mam dwa swoje pokoje. Jeden u mamusi, drugi u tatusia. Ale wolałabym mieć jeden i żeby rodzice też byli w jednym miejscu. Wszystko mi jedno, w którym, ale żeby razem. Jak pani doktor sobie poszła, to babcia też obejrzała moje ręce i nogi i tego siniaka na plecach. Powiedziała: „Boże drogi, jak ona mogła do tego dopuścić? Niemożliwe, żeby nie wiedziała". A tato powiedział: „Zabiję łajzę, jak go tylko dorwę". I widać było, że jest bardzo zły. Wiem, że tylko tak powiedział ze złości i że nie można zabijać ludzi, bo to grzech i idzie się do więzienia.
I nie wolno nikomu życzyć śmierci. Ale ja bym chciała, żeby wujka nie było. Niechby żył, ale żeby go nie było. Proszę cię, Boziu, może niech on idzie do więzienia. A potem tatuś wyszedł. Babcia zapytała: „Dokąd to?" Ale nie odpowiedział, tylko przepadł. Właśnie tak powiedziała babcia: „Przepadł. Żeby tylko czegoś głupiego nie zrobił". Tatuś na pewno nie zrobi niczego głupiego, bo mój tatuś jest bardzo mądry. Babcia usiadła przy mnie na łóżku, głaskała mnie i mówiła same miłe rzeczy.
Że mnie kocha, że jestem śliczną dziewczynką i że wszystko będzie dobrze. A kiedy myślała, że już zasnęłam, to najpierw płakała, a później poszła do kuchni i nie wiem, co tam robiło, bo zrobiło się całkiem cicho. Ale to było dobre cicho. Takie, kiedy człowiek wie, że ma gdzieś blisko drugiego człowieka. Bo ja i babcia to przecież też człowiek.
[04:26:08] - W takim razie proszę mi powiedzieć, czym dla pani jest rzeczywistość, a czym fikcja literacka i jak godzi pani te dwa światy?
[04:26:19] - To są dwa różne światy. Nie wyobrażam sobie, żeby rzeczywistość zamieniać fikcją literacką, aczkolwiek w momencie, kiedy ktoś ma duże kłopoty, może w fikcję uciekać. Jest to jakiś erzac. Ale ja w realnym życiu odcinam jedno od drugiego. Jestem normalną, przeciętną kobietą. Chodzę po zakupy, zmywam naczynia, myję podłogi, a w momencie, kiedy siadam do czytania albo pisania, przeskakuję ze świata w świat. Zdecydowanie oba te światy są od siebie oddzielone, aczkolwiek mają jakieś miejsca wspólne. To znaczy opisując jakieś przygody moich bohaterów, sięgam czasami do przygód moich przyjaciół czy swoich własnych, do jakichś epizodów z życia, do jakichś ich powiedzonek czy zwyczajów. Ale nigdy to nie jest tak, że opisuję konkretną osobę i konkretne wydarzenia z jej życia. Moi bohaterowie nie mają odzwierciedlenia w realnym życiu.
Nie jest to jeden do jednego. Jeśli sięgam po literaturę sama, jeśli czytam, to oczywiście wyobraźnia mnie w ten świat literacki gdzieś tam zasysa, ale w momencie, kiedy odezwie się telefon czy ktoś z domowników potrzebuje mojej reakcji, po prostu wracam do rzeczywistości i nie jestem Scarlett O'Hara, tylko jestem Anna Brengos w gotowości do działania w normalnym życiu.
[04:28:04] - Jest pani bardzo zdyscyplinowaną pisarką, jak widzę, bo niektórym jest bardzo trudno zapomnieć o tej budowanej przez siebie fikcji i w tej fikcji potrafią lepiej nawet czasem funkcjonować niż w realnym, normalnym świecie. Proszę dokończyć zdanie: o swoich książkach chciałabym powiedzieć...
[04:28:27] - Nie wiem, czy bym chciała powiedzieć coś o swoich książkach. Moje książki trzeba po prostu przeczytać. Myślę, że są życiowe.
[04:28:36] - Myślę, że są napisane zrozumiałym językiem. Każdy znajdzie tam kawałek siebie. Moi bohaterowie to są takie postacie, które możemy spotkać w windzie czy w autobusie. Myślę, że moje książki, nawet kryminały, które się nam w życiu oby nigdy nie zdarzały, zawsze coś z naszego życia mają. To chyba tyle. Natomiast generalnie zachęcam do przeczytania. Zachęcam, żeby państwo sobie sami wyrobili zdanie na temat mojej twórczości. Będzie mi oczywiście bardzo miło, jeśli im to przypadnie do gustu, ale też mam taką świadomość, już to dziś powiedziałam, że jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził, więc muszę zrozumieć słowa krytyki czy choćby takie stwierdzenie: „Nie podobało mi się”. Będę z tym musiała jakoś żyć.
[04:29:36] - Właśnie po to jest nasza audycja, żeby wskazać państwu, naszym słuchaczom, żeby mieli wybór, żeby wiedzieli, po które książki sięgnąć, które są najbliższe ich upodobaniom. Mam nadzieję, że pani książki od dzisiaj znajdą większą liczbę czytelników i słuchacze chętnie będą po nie sięgali. Proszę państwa, i tak dotarliśmy do końca naszej pierwszej audycji z cyklu „Literackie tête-à-tête”, której gościem była pani Anna Marta Bręgos, pisarka, nauczycielka, menadżerka, trenerka, żeglarka. Serdecznie dziękuję, pani Aniu, za bardzo miłą rozmowę i mam nadzieję, że udało się nam skierować pani powieści do odpowiedniej grupy czytelników. Zapraszamy również na prowadzoną przez panią Annę stronę facebookową anna.marta.bręgos i książki Anny M. Bręgos oraz na stronę internetową z małych liter pisane łącznie annambrengos.pl. Tam znajdziecie państwo wiadomości dotyczące zarówno twórczości, jak i artystycznej działalności naszego gościa. Życzymy państwu udanej lektury, a pani, pani Aniu, wielu wspaniałych nowych książek i dużo zdrowia, bo ono jest nam potrzebne do tworzenia i właściwie chyba jednak w naszym życiu najważniejsze. Pani Aniu, serdecznie dziękuję za poświęcony nam czas. Było nam naprawdę bardzo miło gościć panią w naszym programie.
A państwu dziękuję za uwagę.
[04:31:21] - Ja bardzo dziękuję za zaproszenie. Życzę państwu samych ciekawych lektur i do usłyszenia.
[04:31:29] - Dziękuję bardzo. Dobranoc, pani Aniu. Dobranoc państwu.
[04:31:33] - Dobranoc.
[04:31:36] - Tak, to była literatura głównonurtowa na życzenie jednej ze słuchaczek. Napiszcie państwo, jak się podobało. Ja w każdym razie gotowy jestem pisarzy głównonurtowych troszeczkę państwu prezentować, bo to są naprawdę ciekawe kawałki i troszkę mi jest wstyd, że tę głównonurtową literaturę współczesną w „Bibliotekarium 2.0” zaniedbałem. Biję się w pierś. Nie wiem, czy to będzie przez mikrofon słychać. Już się właśnie uderzyłem. W związku z tym mamy rzecz odnotowaną. W przyszłym odcinku „Bibliotekarium 2.0” również państwa na wycieczkę w kierunku literatury głównonurtowej zaproszę, a państwo piszcie, jak się to podoba. Będziemy ewentualnie myśleć o jakichś kontynuacjach czy rozszerzeniu w ogóle zerknięć, rzutów okiem w kierunku literatury głównonurtowej. A teraz kolejny kawałek literacki z „Rubieży rzeczywistości”, z antologii „Rubieże rzeczywistości”.
Reda Had Dad przeczyta opowiadanie zatytułowane „Wszechotel”. Autorem tego opowiadania jest Marek Kolender. Zapraszam.
[04:33:05] - Antologia „Rubieże rzeczywistości”. Czyta Reda Had Dad.
[04:33:29] - Marek Kolender „Wszechotel”. Myślałem, że sobie odpocznę. W końcu nie pojechałem do żadnego dużego kurortu. Nie byłem nad morzem, gdzie trzeba walczyć o każdy skrawek plaży przeciwko imperialistyczno-korporacyjnym plażowiczom z ich złowrogimi parawanami. Nie wybrałem także gór, bo i po co? Żeby mnie na Krupówkach zadeptali? Nie, ja chciałem po prostu wypocząć. Dlatego zdecydowałem się na zwykły hotel, tyle że z basenem i sauną. W takich miejscach można najlepiej odciąć się od zgiełku cywilizacji. Mały ruch, mało gości i mało problemów.
Głupi byłem. Nie pomyliłem się bowiem tylko co do ruchu i gości. Na początku wszystko wydawało się być jak w najlepszym porządku. Wszedłem do holu i powiedziałem: „Dzień dobry”. Hotelowy boy od razu doskoczył do mnie, witając i oferując wszelkie usługi. Wziął bagaże i zaprowadził mnie do mojego pokoju. Znajdował się na drugim piętrze, idealnym. Tam zawsze jest najmniejszy ruch, a i tak wszędzie blisko. Mały sklepik niedaleko oferował produkty w rozsądnych cenach. Nie ukrywam, że zależało mi też na alkoholach, więc zaopatrzyłem się i zapchałem miniaturową lodówkę, która znajdowała się w moim pokoju.
Okazało się to niepotrzebne, gdyż hotel oferował również wyżywienie i to wcale nie za jakąś horrendalną opłatą. To i dopłaciłem.
[04:34:42] - Wieczorem w sali jadalnej spotkałem innych gości. W hotelu nie było ich zbyt wielu, co mnie oczywiście nie zaskoczyło. Zostało to przecież wkalkulowane w plan i zajmowało ważną pozycję na liście największych zalet zatrzymania się w tym miejscu. Jednak gdy jakiś facet zaprosił mnie do stolika, zgodziłem się bez wahania. Tym bardziej że postawił kolejkę. „A grasz może w cygana? Nie jest to trudne”. Pokazał mi, jak w to grać. Może nawet celowo zrobił to tak, żeby móc mnie ogrywać. Ale raczej nie, bo i po co, skoro nie graliśmy na pieniądze.
„I jak się podoba?” zagadnął mój towarzysz. „Nie ma może luksusów, ale też chyba nie jest najgorzej, prawda? Dla mnie wystarczy, że mam spokój. Tutaj akurat spokój można znaleźć i ukojenie. Trochę jak w grobie, co?” Uniosłem tylko kieliszek, on zaś poszedł za moim przykładem. Skrzywiłem się i stwierdziłem: „Chociaż wódkę mogliby zmienić. Powiem szefowi. Może następnym razem będzie lepsza”. Mój rozmówca parsknął: „A co, chciałbyś tu wrócić?”. „Czemu nie?” odpowiedziałem.
„Ostatecznie jest tu wszystko, czego szukam w hotelach. Cisza i spokój”. Parsknął raz jeszcze i napełnił kieliszki. „W tej branży chyba nie ma wielkiej konkurencji. Ale zobaczę, co da się zrobić, jeśli chodzi o wódkę”. Wypił swoją kolejkę i odszedł od stolika, zostawiając mnie samego z talią kart, pustą butelką i napełnionym kieliszkiem. „Trochę to dziwne” pomyślałem. „Jeśli w przydrożnych hotelach nie ma konkurencji, to w jakiej branży miałaby niby być?”. Czekałem jeszcze chwilę, czy mój rozmówca przypadkiem nie wróci. Przez długi czas nic się nie działo.
Ziewnąłem, ułożyłem jego karty i zostawiłem na stoliku. Wstałem i ruszyłem do wyjścia. Wtedy dostrzegłem, że na podłogę spadła jedna karta. Podniosłem ją i pomyślałem, że nie pasuje do reszty. Bo co to za figura? Jakiś kościotrup. Rewers się jednak zgadzał, więc włożyłem ją do talii i wyszedłem. Grało się przyjemnie, chociaż wypiłem trochę za dużo. Doszedłem do wniosku, że miałbym trudności z wejściem na drugie piętro, gdyby nie było poręczy. Gdy się już tam wdrapałem, od razu padłem na łóżko.
Nie dotknąłem jeszcze pościeli, a już spałem. O to mogę się założyć. Obudziłem się, gdy podniosłem się z łóżka i powiedziałem tylko jedno: „Zabijcie mnie, proszę”. Tak, kac był niemały. Nawet tego się nie spodziewałem. Wiecie co? Nagle przestało mnie boleć. Nie czułem nawet tego kotłowania się w brzuchu. Jeśli faktycznie mnie zabili, to te zaświaty okazały się całkiem przyjemne. Utwierdziłem się w tym, gdy usiadłem w jacuzzi z książką w ręku.
Może była jedna malutka wada. Musiałem chwilę czekać, aż się nagrzeje. Mimo to te zaświaty i tak umiejscowiłbym w którymś z górnych kręgów nieba. I wtedy ziemia zatrzęsła się, a książka wpadła do wody. Wiązanka, która wyrwała mi się z ust, zdecydowanie nie pasowała nawet do najniższych ze wspomnianych kręgów. Nie wiem, czy po drugiej stronie nie zaoferowano by mi za nią etatu. Wyskoczyłem, owinąłem się ręcznikiem. Ziemia nadal lekko dygotała. Podbiegłem do recepcji. „Co się stało?”.
„Piętro minus jeden. Dzieci nieochrzczone oraz sprawiedliwych niewiernych prosimy o opuszczenie hotelu i udanie się do baraków tymczasowych. Życzymy przyjemnego pobytu”. Ciarki przebiegły mi przez plecy. „Ale co tu się dzieje, do cholery? Nie lubię takich żartów. Zadzwonię do waszego szefa”. „Lepiej nie” stwierdziła recepcjonistka. „W tych godzinach nie powinno mu się przeszkadzać”. „Tak?
A co jest niby pilniejszego od klientów?”. „Ależ on właśnie zajmuje się klientami. Od 14 do 17 przeżuwa Marka Brutusa, a od 17.30 do 19.30 Gajusza Kasjusz”. Nawet nie pomyślałem o tym, jakie to idiotyczne. Tylko spytałem: „W takim razie ma chyba czas między 17 a 17.30”. „Nie, nie, wtedy jest czas na nitkowanie i płukanie zębów. To całkiem spore zęby, więc zajmuje to niemało czasu”. „Ale, ale co się dzieje?” Usłyszałem głos mojego wczorajszego towarzysza gry. „Oni sobie ze mnie żarty stroją” zaskomlałem. „Że niby w piekle.
Ale to się nie da. Umrzeć najpierw trzeba, a ja żyję. Spójrz na mnie, ja żyję przecież”. „Spokojnie, spokojnie. Nie jesteś w piekle”. Odetchnąłem jakby z ulgą. „Umrzeć umarłeś, ale nie jesteś w piekle. To dopiero limbus. Już spokojnie, nie blednij już bardziej, nie przystoi trupowi. Nagrzeszyło ci się za życia.
Każdemu się może zdarzyć. Ale to nie znaczy jeszcze, że masz mi tu robić coś, co tylko żywi mogą. Wiesz co? Faktycznie trochę tu duszno”. Zdjął kapelutek, który miał na głowie i powachlował się nim. Zobaczyłem małe rogi i nogi ugięły się pode mną. „Ty jesteś...?”. „Mam wiele imion, cały legion można by powiedzieć, ale ty możesz mi mówić Mefisto”. Położył mi rękę na ramieniu, a ja bez czucia usunąłem się na ziemię. „Jak to się w ogóle stało?” Usłyszałem jakiś znajomy głos, który dotarł do mnie, jak gdyby zza mgły, jakby opadła na mój umysł.
„Taki blady był, aż martwo wyglądał, panie...”. „Mówiłem już wam tyle razy, że macie mnie nazywać Mefistofelesem. Zresztą cisza teraz”. Wygląda, jakby się budził. Jeśli tak w istocie było, to ja żadnej różnicy nie poczułem. W tamtym momencie mogłem nawet uwierzyć, że istotnie nie żyję. „Dobra, dosyć leżakowania” stwierdził Mefisto. „Obudź się”. Natychmiast się zerwałem. Oczy paliły mnie niemiłosiernie, a większym bólem okazał się jedynie ten, który odczuwałem w płucach.
Czułem się, jakbym oddychał żywym ogniem. Po dłuższej chwili ból ustąpił, a ja trochę się uspokoiłem. „Gdzie ja jestem?”. „Spójrz za okno” usłyszałem odpowiedź. Spojrzałem. Nieciekawa okolica, nawet jeśli weźmie się pod uwagę moje wcześniejsze założenie, że ujrzę leśne obszary gdzieś na Podlasiu. Tereny były raczej pustynne, tyle że w pośrodku pustego obszaru stała jedna wielka brama, nad którą widniał szyld z napisem. „Widzisz, i tutaj pojawia się problem” stwierdził Mefisto. „Martwi nie mdleją, więc jak się okazuje, jednak żyjesz”. No cóż, dla mnie zdecydowanie nie był to problem.
Lubiłem żyć i ani przez chwilę nie wątpiłem, że jeszcze nie nadszedł mój czas. „Nie możesz jednak wejść tutaj, jeśli nie zastosujesz się do znaku. Cofnąć się już też nie możesz. Za duże koszty, sam rozumiesz”. „Dlaczego?”. „Co dlaczego?” odpowiedział pytaniem na pytanie. „Dlaczego nie mogę wrócić?”. „Wrócisz, o ile po drodze nie zginiesz. Ale to mniejsza”. „Co znowu?
Jakie mniejsza? Ja chcę przeżyć”. „Nieważne. Ważne jest to, że póki nie obsłużymy wszystkich gości i nie oddamy ich na dalsze miejsca, tak długo nie będziemy mogli cię odstawić”. A nie możesz tam wejść, o ile nie zastosujesz się do znaku. Przeczytałem to, co było napisane na szyldzie: „Porzućcie wszelką nadzieję”. Dobra, dobra. Wyjaśnijcie mi, do cholery, o co w tym wszystkim chodzi. Mefistofeles zrobił jakąś dziwnie zafrasowaną minę. Słyszałeś może kiedyś o latającym Holendrze?
Kto nie słyszał? Jesteś na jego odpowiedniku hotelarskim. Odprowadzamy do zaświatów dusze osób zmarłych w hotelach. Złapałem się za głowę, potarłem czoło. Dobra, załóżmy, że nie jest to w stu procentach bezsensowne. Załóżmy, że to prawda. Ale Holendrem dowodził ktoś, kto kiedyś był człowiekiem, a ty jesteś diabłem. Dlaczego ty rządzisz tutaj? Nie, nie rządzę. Nawet dusze nieczyste potrzebują czasem kilku dni wolnego.
Praca w korporacji jest męcząca. Westchnąłem zrezygnowany. Wiedziałem, że i tak tego nie zrozumiem, więc powiedziałem tylko: Dobra, idę do jacuzzi. Tak po prostu? Ludzie też czasem potrzebują wolnego i choćbym nawet miał odpocząć w zaświatach, zrobię to. Do potem. Ruszyłem w stronę drzwi, poprawiając przy tym ręcznik, w który wciąż byłem obleczony. Za plecami usłyszałem chrząknięcie. Coś jeszcze? Znak.
Pamiętasz? A tak. Wszelka nadzieja i te sprawy. Nie martw się. Dawno już porzuciłem jakąkolwiek nadzieję, że moje życie będzie kiedyś normalne. Siedziałem w jacuzzi i piłem drinka. Krwawa Mary. Wygląda na to, że znali się na robocie. Był spokój. Tyle mi wystarczyło.
Mogłem być nawet w samym pysku tego ich szefa, gdyby tylko miał w nim wodę i robił przyjemne bąbelki. Wtedy jednak wszedł Mefisto i musiał wszystko schrzanić. Hej, jesteś pewien, że nie chcesz nic oglądać? To całkiem ciekawe rzeczy. Nie! Zrobimy wszystko, żebyś miał o nas dobre zdanie i chciał do nas wrócić. Możemy zaproponować cyrograf w promocyjnej cenie. Wiesz co? Chętnie sprzedałbym duszę za chwilę spokoju, ale do tego wystarczy tylko, żebyś się zamknął — powiedziałem. Po czym, gdy zdałem sobie sprawę, że jednak rozmawiam z diabłem i nie trzeba wiele, bym w przeszłości miał z nim do czynienia przez całą wieczność, dodałem: Proszę.
No dobra, ale wiesz, tutaj akurat w tym kręgu mamy kilku dobrych muzyków. A jakich barmanów! Gdybyś spróbował ich drinków, już nigdy nie tknąłbyś tych lur — stwierdził, łypiąc przy tym na mojego drinka. Dobra, zagrajmy o to. Rzuć monetą. Reszka idę, orzeł zostaje. Nie. Nie ma mowy. Kiedyś już ktoś u nas dał się na to nabrać. Ty pewnie nie masz monety.
Wyjąłem monetę ze spodni, które leżały obok i stwierdziłem: Nie wiedziałem, że nawet w piekle pokutują tak podłe opinie o Polakach. Jeśli jakiś Twardowski was raz wykiwał, to jeszcze nie znaczy, że u nas sami oszuści. Wy przecież też- Dobra, dobra. Rzucam. Reszka. Wstawaj i się ubieraj — zakomenderował. Idziemy. No nic. Wytarłem się i ubrałem. Chwyciłem swoją monetę.
Tak, z drugiej strony też była reszka. Nie wiedziałem, że u diabłu da się doszukać polskich korzeni. W sumie całkiem przyjemnie — stwierdziłem. To znaczy, jeśli nie zwracać uwagi na ten smród zgniłych jaj. Wiesz, tu się pracuje. Nie ruszaj tego. Wyprostowałem się, ale grzybek, po którego się schylałem, był już w mojej dłoni. Pod żadnym pozorem tego nie zeżryj! Wiem. Wiem, że wy ludzie macie tam jakieś potrzeby, ale jedzenie, chyba zresztą nie najgorsze, jest też w hotelu.
Pomyślałem o mdłych mielonych z wczoraj i uznałem, że mógłbym z tym polemizować. Ale mimo wszystko nie jestem idiotą. Chciałem tylko się przyjrzeć, nie od razu zjeść. Powiedziałem mu o tym. Nie każdy jest taki sprytny — odrzekł. Kiedyś ten krąg zwiedzał u nas pewien Włoch. No i ugryzł. Halucynacji miał bez liku, a potem jeszcze książkę o tym napisał. Rozumiesz to? Dlaczego zawsze, gdy ktoś nas odwiedzi, musi powstać o tym jakiś poemat czy inny epos?
Ruszył w stronę widniejącej przed nami drewnianej konstrukcji, a ja pobiegłem za nim. Hej, ale ty chyba tej wizyty też zaraz nie rozpiszesz, co? Ja? Nie. A zresztą dokąd idziemy? Do baru. Mówiłem ci przecież. No dobra. Usiedliśmy. Może trochę nie pasował do całej scenerii wokół: spalonej ziemi, kraterów i wspomnianych już grzybków.
Nie pasował zaś dlatego, że był to jedyny w miarę bogaty fragment tego miejsca. Wysoki blat, a obok niego wcale nie niższe krzesła wykończone czarną skórą. Z tyłu przed wielkim lustrem stał ogromny regał. Przypominał nieco wyposażenie biblioteki. Tyle że tutaj można chyba było znaleźć każdy rodzaj alkoholu. Może oprócz wina, bo jego akurat nie widziałem. Ta alkoholowa meblościanka miała tak wielkie rozmiary, że aby dostać się do najwyższych półek, trzeba by użyć drabiny. I faktycznie zobaczyłem taką, jak również przygarbioną postać na jej szczycie. Hej, Boruta, nalej nam czegoś dobrego! — zawołał Mefisto.
W piekle jesteśmy! — odkrzyknęła postać z góry. Czego ty tutaj chcesz dobrego? Drinki mamy zwykle całkiem smaczne. A smaczne to akurat co innego. Smaczne może i będzie. Splunął gdzieś na bok, a ja spytałem Mefista: Co mu jest? Trochę za długo przebywał u was w Polsce. Sam spójrz na niego. Wach i ponurak.
A to ubranie wyszło z mody w XVIII wieku. Maruda okropny. Zaaszył się w którymś z nadwiślańskich dworków i nic, tylko chlał wódę. W końcu Lucek się wkurzył. Kazał mu wracać. No i nasz przyjemniaczek w żupanie nie zgodził się. Była niezła heca. Wybuchła wojna domowa i to nie tylko tam u was. Jak to u nas? A no tak, zapomniałem, że nie wiecie, jak to naprawdę wyglądało.
Był rok 1830. Polacy szykowali się do walki. Powstańcy chcieli rozpocząć działania później. On wystrzelił. Zaczął wojnę. I co? Myślisz, że stałby tu przy barze, a wy bylibyście tam, gdzie teraz jesteście, gdyby wygrał? Szef i tak się zlitował, że Boruta nie skończył gorzej. Dlatego jest taki zły. Nawet się tym nie przejął.
Ale gdy dowiedział się, co po powstaniu zrobił car… Oj dużo się działo. To chyba już nie powinien być taki wkurzony, nie? Teraz gdy- Zamknij się! — syknął na mnie przez zęby. Naprawdę nie domyślasz się, co mogłoby się stać, gdyby się o tym dowiedział? Patrzyłem na niego smutno. Nie ma hamulców etycznych, prawda? Spojrzał na mnie, jakbym właśnie zapytał, dlaczego lizanie gniazdka elektrycznego jest złym pomysłem. To przecież diabeł.
Oczywiście, że nie ma hamulców moralnych. Trochę to trwało, nim Boruta skończył przygotowywać nam napitek. W tym czasie rozglądałem się po bokach i zastanawiałem, co za chory umysł postanowił umieścić tak luksusowy bar pośrodku niczego. A nawet jeśli nie niczego, to z pewnością apokaliptycznej scenerii. Moje rozmyślania przerwał nasz swojski bies. Ty żeś Polak, prawda? Masz więc tu ode mnie według starego przepisu. No najlepszy, jaki piłeś. Powąchałem zawartość kieliszka, wziąłem łyk i wykrzywiłem się. Co to, do cholery, jest?
Miód pitny, tak jak dawniej robiono. Przerwał na chwilę. Czekaj, nie mów, że nigdy tego nie piłeś. Nie męcz go Boruta. To przecież jakieś starszczyny. Daj mu coś porządnego. Ma w końcu wakacje. Może mu jeszcze Mickiewicza zaczniesz cytować. Czterdzieści cztery i te sprawy. W sumie bez ciebie prawdopodobnie nie byłoby tych wszystkich wspaniałych dzieł.
Nie mieliby swoich wieszczów. Dziady, Kordian. No, jesteś poniekąd ich współautorem — stwierdził i uśmiechnął się niewinnie, podczas gdy w oczach barmana zapłonął żywy ogień. Nie no, w sumie całkiem niezłe to jest — przerwałem, żeby rozładować napięcie. Mogę prosić o dolewkę? Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Jasne. Odpłynął w stronę butelek z alkoholami, a ja powiedziałem do Mefista: Zbierajmy się powoli, bo to może skończyć się tylko źle. I dobrze — oświadczył Mefistofeles. Ale gdy tylko dopiłem następny puchar, zaczęliśmy się zbierać.
Ty, Polak, chodź tutaj, mam jeszcze coś dla ciebie. Podszedłem, a on podał mi jakąś butelkę. Nie martw się, kiedyś się stąd wyrwę, a wtedy będziecie mieć swoje czterdzieści cztery. Nie posłuchałem go. Dopiero teraz zacząłem się naprawdę martwić. Jesteśmy — oświadczył Mefistofeles. Ale gdzie? W ósmym kręgu piekieł. Sporo ciekawych osobowości można tutaj spotkać. Tak?
Chyba kilka ominęliśmy. Tam nie jest aż tak interesująco. Zresztą na przykład w drugim strasznie wieje, a nie chcę, żebyś się przeziębił. A więc witamy w piekle. Krąg ósmy, otchłań ósma. Możesz się rozejrzeć. Ruszyłem przed siebie. Oglądałem płonących ludzi i wyrywane z ciała członki. Widziałem też takich, którzy robili sobie krótkie przerwy, aby zasklepić rany, by tym bardziej bolało ich otwieranie. A wiecie co było najstraszniejsze?
Fakt, że patrzyłem na to wszystko beznamiętnie, bez emocji. Zupełnie jakby… Hej, pst, ty. Hę? — wydukałem i odwróciłem się niepewnie. Moim oczom ukazał się człowiek słusznej postury. Przypalona broda ani rany i oparzenia na całym ciele nie były w stanie zmyć z tej szlachetnej twarzy dumy. Nie miało na to wpływu także to, iż wystawiał głowę zza płonącego drzewa niczym wyglądająca spod ziemi surykatka. Nie tak głośno — odszepnął facet. Chodź tutaj na chwilę.
Posłuchałem go. Czy chciałbyś być nieśmiertelny? Jestem — odpowiedziałem. Nie, nie. Ja pytam o duszę. Czy chcesz żyć wiecznie? Bo kiedyś umrzesz, wiesz? Tutaj czy tam, gdzie mi nie było nawet dane spojrzeć. To nie jest życie. Nie jest to uderzanie słonych kropel morskich o twarz.
Zrobiło mi się go żal. Tak jak w zoo dopada człowieka żal na widok wielkiego, majestatycznego lwa. Więc chcesz żyć? Hej, mogę się z nim napić? Ciekawie mówi. Mefistofeles spojrzał podejrzliwie. Z nim? Ty wiesz w ogóle, kim on jest? To przecież… Poczułem pociągnięcie za kołnierz i nagle znalazłem się w hotelu.
Mój porywacz zabarykadował drzwi i zaczął coś szeptać. Co ty, do cholery, robisz? — spytałem. Już raz udało mi się stąd wyjść. Zrobię to po raz drugi, chociaż teraz jestem o wiele głębiej. Kim jesteś? Odyseusz, król Itaki, czasem zwany boskim, chociaż jak się okazało mylnie. Siedzę w tej dziurze za zniszczenie Troi. Wieczne cierpienie za sprawiedliwą zemstę. Ale wiesz co?
Warto było. Mówiąc to, chodził w kółko jak głupi. Co teraz robisz? Myślę. Zwyczajnie się zastanawiam. Kirke, Kalipso. Przecież musiałem się czegoś dowiedzieć u tych wiedźm. Otwierać! Otwierać, kurwa! Obedrę was ze skóry!
A dla ciebie już szykujemy miejsce w paszczy szefa. Tak, do ciebie mówię. Odwróciłem się do okna i przełknąłem ślinę. Podszedłem do barku. Jak już mam płonąć po wsze czasy, to chociaż ze znieczuleniem. Wyjąłem jedną butelkę i Odysie. Nie teraz. Odysie, mam tu chyba coś ciekawego. Podszedł z wyraźną niechęcią. Co to jest?
Myślę, że to panel sterowania. Czyli taki ster, tak, ale… Jednym ruchem zrzucił wszystkie butelki, odsłaniając panel w pełni. Więc jednak wieczne męki czekają mnie na trzeźwo. To chyba będzie tak. To, jak zatrzęsło nami od środka i z zewnątrz, wydało mi się wykraczać poza jakąkolwiek myśl i odczucie. Musicie mi więc uwierzyć, że był to prawdziwy przedsmak piekła. Jeśli kiedyś wpadliście w poślizg i uderzyliście w drzewo, zrozumiecie uczucie wielkiej ulgi, jaka następuje po takiej dekrengoladzie. Z jednej strony najgorsze się skończyło, a z drugiej niekoniecznie zmienia to nasze położenie na lepsze. Spojrzałem przez szybę drzwi wejściowych i ogarnął mnie strach.
Całe stado wielkich gadzin przyglądało się naszemu wehikułowi. Technicznie rzecz biorąc, posiadały skrzydła nietoperza, co w niczym nie poprawiało naszej sytuacji. Czy też raczej mojej, ponieważ Odyseusz i tak był już martwy od kilku tysiącleci. Smoki. Nie wierzyłem, że kiedyś je ujrzę. Głównym tego powodem było to, że one nie powinny istnieć. A jednak ryk, jaki wydawały i ogień, którym zionęły prosto w niebo, sprawiały wrażenie absolutnie prawdziwych. Co teraz? Gdzie my jesteśmy? Teraz jesteśmy w dupie — odpowiedział rzeczowo.
Może gdyby jednak karmić albo coś? Odyseusz posłał mi tylko uśmiech, jakim odpowiada się dziecku, które pragnie przedłużenia wakacji o kilka dodatkowych dni września. Pomimo to ruszyłem do kuchni. Niestety, poszukując przegryzki dla smoków nie znalazłem nawet jednej lodówki. Były tam za to drzwi. Wielki szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony” nie przeszkodził mi w przejściu przez nie, a następnie zejściu po schodach, które wiły się spiralnie w dół. Usłyszałem coś, ale nie wierzyłem własnym uszom. Gdy znów znalazłem się na górze, zastałem Odysa grzebiącego przy aparaturze. Wygląda na to, że uda nam się jeszcze co najmniej raz przeskoczyć. Nie mam pojęcia, gdzie wylądujemy.
Może to być świat żywych albo sam środek pyska Hadesa. Musimy to dobrze przemyśleć. Nie uwierzysz, co znalazłem w piwnicy. Mają tam całą fermę kurczaków. Kura na kurze i puk, puk. Za drzwiami stał szczerzący zęby Mefistofeles, natomiast na jego ramieniu siedział mały smok, który łasił się doń jak kociak. Wiedziałem już, iż czart jest pewny, że nas dorwie. „Powiedz mi” — zaczął Odys — „czy wśród tych kur była jakaś czarna?” „Niejedna, ale dlaczego pytasz?” Nie odezwał się, tylko nacisnął coś bez słowa, a wtedy wszystko wokół tak się zatrzęsło, że omal nie wylądowałem na ziemi. „Leć po nie!” — ryknął Itakijczyk, gdy tylko wylądowaliśmy. — „Szybko!
Weź, ile uniesiesz i zostaw otwarte drzwi.” Nie spojrzałem nawet, gdzie jesteśmy. Byłem tak zdezorientowany, że od razu zrobiłem to, co mi kazał. Zresztą ten facet miał w sobie coś takiego, że aż chciało się go słuchać. Nie byłem może farmerem, lecz w miarę zgrabnie udało mi się złapać kilka czarnych kurczaków. Dziobały niemiłosiernie, ale nie zwracałem na to uwagi, zakładając, że jeśli uda nam się jakoś stąd wydostać, to tylko przy pomocy genialnego umysłu Odysa. Tak. Niestety szybko zmieniłem co do niego zdanie, bo jak nazwać geniuszem kogoś, kto rozbił butelkę i powstałym w ten sposób tak zwanym tulipanem zaczął kaleczyć ptaki. „Co ty wyprawiasz?” Nie odpowiedział nic, tylko otworzył drzwi, wziął w ręce kury i wyrzucił je na zewnątrz. „Odbiło ci czy ty...? ” „Krew czarnej kury.
Mówi ci to coś, nie? Dusze przez nie szaleją. Są ci posłuszne przez pewien czas. Mam z tym już pewne doświadczenie, więc.” „Ale po co?” „A co byś powiedział na mały burdel w środku piekła?” Już wiedziałem, o czym mówi. Wiedziałem, bo ujrzałem to na własne oczy. Wszelkie dusze potępione rozbiegły się, jakby rażono je piorunem. Jedne goniły nieszczęsne kurczaki, inne zaś przed nimi uciekały. Piekielni strażnicy wyglądali na mocno skonfundowanych. „Trzymaj.” Odyseusz podał mi rękojeść noża. Mieczy raczej próżno było szukać w tych odmętach.
Ze względu na ich kształt, ma się rozumieć. Chwyciłem i schowałem ostrze za pas. „Co chcesz teraz zrobić?” „Biec.” Zamierzałem się zaśmiać, lecz wtedy on nieoczekiwanie pognał do przodu. Pobiegłem za nim ile sił w nogach. Diabły nie próbowały nam nawet przeszkodzić. Pędziliśmy więc przez ten burdel co tchu, nie zatrzymując się ani na moment. „Spójrz!” — ryknął nagle Odys. Teraz to zobaczyłem. Bramy piekieł, a nad nimi napis: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.” Czy może raczej, bo najwyraźniej nikomu nie chciało się zrobić drugiej tablicy dla wychodzących, więc przeświecał tylko litery odwróconego hasła. Najprawdopodobniej nikt po prostu nie zakładał, że ktokolwiek stąd kiedykolwiek wyjdzie.
I chociaż nie porzuciliśmy wszelkiej nadziei, to jednak szybko musieliśmy ją zweryfikować. Miało to bezpośredni związek z trójgłowym dobermanem pilnującym bramy. „Mam was, sukinsyny.” Dobiegł mnie zza pleców znajomy głos. Aż dostałem drgawek. „Nawet nie wyobrażacie sobie bólu, który wam zadam, gdy was złapię.” Mimo wszystko nie zwolniłem kroku, a nawet zauważyłem coś, co dało mi nową nadzieję. Było to niedoszłe danie główne gości mojego hotelu. Czarna kura. Rzuciłem się na nią i poderżnąłem jej gardło. „Hej, szatanie! Łap!” „Tyle razy mówiłem, że jestem Mefis...” — tofeles chciał zapewne dokończyć.
Trudno powiedzieć, bo tę wypowiedź przerwała maskotka całego piekła, a dokładnie lewy pysk potwora, który chcąc pochwycić kurczaka uwięził Mefista. Przebiegłem przez wrota. „Odysie, jesteśmy wolni. Co teraz?” Odyseusz zrobił jeszcze jeden krok i odbił się od ściany. Mefistofeles już zaczął powoli wyłazić z pyska bestii. „Teraz.” — wydyszał ex król Itaki. — „Odejdź stąd jak najszybciej i będziesz nadal żył.” „A ja?” „Zobaczymy. I tak już jestem przeklęty. Może napiję się jeszcze trochę krwi koguciej czy psiej. Jeden czort.” Odwrócił się i wydobył nóż, mierząc nim w kierunku szarżującego demona.
Ale mnie już tam nie było i nie mam zamiaru tam wrócić. Od tego czasu wakacje spędzam zwykle w dużo większych hotelach. Gołębiewski jest może drogi i oblegany przez gości, ale jego właściciel to zwyczajny człowiek, nie żaden diabeł. No dobra, w najgorszym wypadku członek zakonu Illuminati.
[04:57:03] - Do tej opowieści nawiązuje opowiadanie dział „Diabły i biesy”, które zamieszczone zostanie w tomie trzecim antologii.
[04:57:12] - Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadar.
[04:57:36] - Cóż, proszę państwa, wiewiórki oraz inne niż piedzy donieśli mi, że lubicie słuchać Bruno Kadyny. I to nie tylko w wersji literackiej, czyli opowiadań, które pisze, ale również tego, co mówi na zupełnie takie okołoliterackie tematy. Może tak to określmy. No to mam dla Państwa dzisiaj odcinek wywodów Bruno Kadyny bez zbędnej spiny, jak sam zaznacza. To jest odcinek, w którym Bruno rozmawia ze swoim przyjacielem historykiem o różnych sprawach, właśnie takich okołoliterackich. Jak państwo zauważycie, taka sinusoida czy taki zygzak w tej rozmowie się pojawia. Ale to jest ciekawe. Ciekawe. I dlatego stwierdziłem, że może również państwa to zainteresuje. Zapraszam.
[04:58:36] - Drodzy Państwo, tym razem zapraszam Was na plażę na spontaniczną rozmowę z moim dobrym znajomym, emerytowanym historykiem Kamilem Makowskim. Jesteśmy już oczywiście lekko dziabnięci.
[04:58:52] - Wywody Bruno Kadyny bez zbędnej spiny.
[04:59:05] - Odejdźmy od tej hołoty, od tej tłuszczy naszej.
[04:59:09] - Tak, tego zgiełku.
[04:59:11] - Mamy kawusie.
[04:59:14] - Wiesz co? Ja kolejny raz obejrzałem film „Rodzinie Smithów”. I wyobraź sobie, że to jest genialny film. Co go oglądam, to potwierdzam swoją opinię, że to jest film genialny. Te dialogi do dziś są aktualne i trafiają w sedno.
[04:59:33] - Tak jest.
[04:59:34] - A ty oglądałeś ten film w ogóle?
[04:59:36] - Pewnie! I to nie raz. Ze trzy na pewno.
[04:59:40] - To jest Koterskiego, nie?
[04:59:41] - Tak.
[04:59:42] - I tam gra nie syn, tylko jakiś tam-
[04:59:46] - Koterskiego syn gra.
[04:59:49] - Ten Michał Koterski.
[04:59:50] - Tak. Gra syna.
[04:59:52] - On gra tego syna. „Tata nie pieprz”. Dobrą rolę ma.
[04:59:59] - Dobry, bardzo dobry film. Film z jajem. Nie wiem, czy to jest jeden z ostatnich filmów, w którym zagrał Marek Kondrat.
[05:00:07] - Później się kinem zajął.
[05:00:09] - Potem się wycofał. Nie wiem, czy dobrze gadam.
[05:00:12] - Lepiej zrobił, bo kino dobre podobno ma.
[05:00:14] - Pewnie. Nie wiem, czy dobrze gadam, ale powiedział, że wycofuje się, bo nie ma nic dobrego. To polskie kino jest słabe i on nie chce w tym grać. To jest jeden z ostatnich filmów, w których on-
[05:00:24] - Tam nawet Pijak gra i Bosiacki.
[05:00:28] - Może być. Co tam jeszcze ostatnio oglądałeś dobrego?
[05:00:33] - Ja oglądałem, właśnie ci mówiłem, że oglądałem „Twoje drugie ja”.
[05:00:41] - Nie znam tego filmu.
[05:00:44] - Co?
[05:00:45] - Nie znam tego filmu. Mówi, że niby jestem podobny do Jasona Stathama, ale ja tego nie widzę kompletnie.
[05:00:55] - Ale nawet obyczajowo jesteś podobny. On też ma podobne cele.
[05:00:59] - Jakie cele?
[05:01:00] - On nie lubi miałkości. Lubi być męski. Nie chce się bawić w jakieś ceremonie. Wali w ryj i koniec.
[05:01:13] - Ja już taki nie jestem.
[05:01:14] - Nie?
[05:01:16] - Ja już jestem grzeczny.
[05:01:17] - Oszalałeś?
[05:01:18] - Tak.
[05:01:21] - Ale czym?
[05:01:23] - Ja już jestem grzeczny chłopak.
[05:01:26] - Czyli już jaja cię długo nie.
[05:01:31] - Coś czytałeś? Coś czytasz?
[05:01:33] - Czytałem ostatnio. Ja nie mogę czytać w ogóle.
[05:01:37] - Czemu?
[05:01:37] - Się zlewam. Zaraz płacz będzie.
[05:01:39] - Wzrok.
[05:01:40] - Ale czytałem... Co czytałem? Wiesz co, byś się zdziwił, jakbyś usłyszał co czytałem.
[05:01:49] - Uff!
[05:01:49] - Znaczy czytałem w „Pustyni i w puszczy”.
[05:01:52] - A czemu? Co cię wzięło?
[05:01:55] - Pomyślałem sobie tak: że podobno „W pustyni i w puszczy” ma być zakazane jako lektura.
[05:02:01] - No coś ty!
[05:02:02] - I chciałem zobaczyć, gdzie tu, kurczę, jest powód, że to jest zakazane. Rozumiesz? I zacząłem to czytać, ale nie widziałem powodu. Dłuższy czas i się zniechęciłem. Przestałem czytać.
[05:02:14] - Patrz, końskie szrony.
[05:02:15] - Słyszałeś, że-
[05:02:17] - Czekaj.
[05:02:19] - „W pustyni i w puszczy” ma być wycofany z kanonu lektur, nie?
[05:02:23] - Ale dlaczego?
[05:02:24] - Dlatego, że promuje rasizm.
[05:02:26] - Rasizm?
[05:02:27] - Tak. A wiesz dlaczego rasizm? Tam Mahdi, przywódca powstania Mahdystów, jest przedstawiony jako grubas, bezwartościowa zupełnie jednostka. Człowiek, który myśli tylko o sobie, który sprzedał wszystko i wszystkich. Bezideowy tyran. Nie. Mahdi był naprawdę genialnym człowiekiem. Był myślicielem. Fałszem był gruby, ale to, że gruby, to nie oznacza, że nie ma głowy. W każdym razie ci powiem, że rzeczywiście tam się przedstawia wizję w „Pustyni i w puszczy” białego człowieka.
Na przykład Egipt jest dobrze zarządzany, bo jest zarządzany przez białych. Kanał Sueski został zbudowany świetnie i działa świetnie, bo jest zarządzany przez białych. Rozumiesz? Ojciec Stasiak i Nel, ojciec Nel czy tam opiekun, to są inżynierowie, którzy budują kanał. Biali. Rozumiesz?
[05:03:32] - Aha.
[05:03:35] - I tak myśli Sienkiewicz. Tak, ale wiesz, u ludzi to jest ubrane w tak niewinne szatki, że trzeba by się naprawdę zastanawiać, gdzie tam jest ten rasizm.
[05:03:50] - Trzeba się go doszukiwać.
[05:03:51] - Sienkiewicz był nacjonalistą. Rasistą może nie, ale nacjonalistą na pewno był.
[05:03:58] - Mało dzisiaj nacjonalistów? Chyba od groma.
[05:04:02] - Co drugi.
[05:04:02] - Dokładnie. Co jest niebywałe w tym wszystkim świecie.
[05:04:07] - Przez Sienkiewicza czytałem wojny, to właściwie była wojna domowa, czyli wojny z Kozakami czy z Ukrainą można powiedzieć. Chodzi o „Ogniem i mieczem”. Przecież w tej powieści Kmicic to jest zwykły łotr, polski szlachcic, który dla prywatnego interesu sprzedał Polskę i przeszedł na garnuszek ukraiński. Natomiast na przykład książę Wiśniowiecki jest przedstawiony tam jako bohater. Człowiek, który wygubił tam połowę Ukrainy, wbijął na pal ludzi i tak dalej. Bezwzględny tępiciel tych powstańców ukraińskich i tak dalej. On w książce jest przedstawiony jako bohater. Natomiast dzisiaj w historiografii pomija się go praktycznie, bo niby zasługi miał, ale wiesz- Krwią i potem, a mordował, a bez potrzeby, a za dużo, a mściwie, a złośliwie i tak dalej. Już się nie podoba. Nie!
Rozumiesz. Ukraińcy mogą wszystko, ale o nich nie możemy nic złego powiedzieć.
[05:05:31] - Tak.
[05:05:33] - I dlatego zauważ, że „Ogniem i mieczem” jest pierwszą częścią trylogii, bo to jest lata 1648-52. Natomiast został zekranizowany jako ostatni. Dlaczego? Dlatego, że już za komuny Związek Radziecki sobie nie życzył, żeby tak Ukraińców źle przedstawiać, jak Sienkiewicz ich przedstawił, bo Ukraina była częścią Związku Radzieckiego. Po upadku Związku Radzieckiego tym bardziej, bo przecież Ukraina to jest nasz największy sprzymierzeniec w tej chwili. Nie wolno im dupy obrabiać. Rozumiesz? W ogóle.
[05:06:11] - No tak.
[05:06:13] - I trzeba delikatnie. A więc zmieniono nawet Sienkiewicza, żeby nakręcić ten film. I film jest najgorszy ze wszystkich.
[05:06:21] - Wracamy. Ty kawy nic nie pił.
[05:06:27] - Ja nie piję gorącej.
[05:06:28] - Jak ta kawka?
[05:06:29] - Bardzo smaczna.
[05:06:31] - Smaczna, nie?
[05:06:32] - No.
[05:06:33] - Tak, mnie też smakuje. Mimo tego, że sypana, jestem z niej zadowolony. Że sypana? Że kupiona mielona znaczy się, przepraszam, bo sypaną to wiadomo. Ale ja preferuję całe ziarna i mielić samemu.
[05:06:46] - Uciążliwe trochę.
[05:06:51] - Zobacz, wypłynęły okrętem naszym.
[05:06:56] - Same?
[05:06:57] - Same.
[05:06:58] - Nie no cuda. Całą noc nie spałem. Grałem całą noc w szachy.
[05:07:03] - A z kim grałeś?
[05:07:04] - Z całym światem.
[05:07:06] - Na kompie, jakoś online?
[05:07:08] - Tak.
[05:07:08] - No i co? Co ciekawego?
[05:07:10] - Nic. Po prostu pograłem.
[05:07:12] - Ja ci powiem, że ja lata nie grałem w szachy. Kiedyś umiałem, a ci powiem szczerze, że teraz to nie wiem, czy ja pamiętam, jakie figury ruszają.
[05:07:21] - No, no, no. Ja też czasami zapomnę.
[05:07:24] - Tak?
[05:07:24] - Jak już pijany jestem, to zapominam.
[05:07:28] - Nie, ale ja już tak dawno nie grałem. Musimy kiedyś sobie zagrać. Zobaczyć jak to.
[05:07:32] - A ja mam wodę, szachownice.
[05:07:34] - Ja też gdzieś mam.
[05:07:35] - Są tak schowane, że ja ich nie używałem 20 lat. Ja ci powiem, że jak grałem tu w klubie, nie wiem, czy się chwaliłem, ale jak ja tu nastałem, zmontowaliśmy zespół i doszliśmy do trzeciej ligi.
[05:07:51] - Coś ty?
[05:07:51] - Co jest w warunkach gminnych prawie niemożliwe. Żeby drużyna szachowa z jakiejś podrzędnej wiejskiej-
[05:07:59] - Miejscowości.
[05:08:00] - Miejscowości weszła do trzeciej ligi.
[05:08:02] - Coś ty?
[05:08:03] - A my weszliśmy, tak. Później się drużyna rozsypała. Się rozpadło wszystko. Ale to był największy sukces w ogóle w historii sportu w tej gminie. Nikt nie zauważył tego sukcesu. Jak podsumowano ten sukces, to władze zamiast dać tym szachistom, którzy zasłużyli, jakieś gratyfikacje, coś tego, to wiesz co? Dali po takim małym obrazku. Ten obrazek wisi u mnie w kuchni cały czas. I zrobili bibę, balangę z wódą, ze wszystkim. A ja w tym czasie nie mogłem pić.
Nie wiem, jakie leki brałem. Czy aspirację brałem odpływającą na wątrobę, coś takiego. Kurczę, myślę sobie. Jedyne co właśnie zarobiłem realnie grając w te szachy, to jest pochlać sobie z dziećmi. Ja nie mogę. I poszedłem do domu z takim małym obrazkiem. Ty sobie wyobrażasz? Byłem zawiedziony. A ja wtedy wygrałem osiem partii na dziesięć, a dwie zremisowałem. Czyli zdobyłem dziewięć punktów.
Żadnej porażki. To był najlepszy wynik. Dostałem za to drugą kategorię szachową. To nie jest jakiś wielki wynik, ale jak ktoś nigdzie nie gra i tak błysnie jednorazowo i od razu dostanie drugą kategorię, to wiesz, to już jest coś.
[05:09:46] - To już jest coś. Tak.
[05:09:49] - Ale potem nie było drużyny, turnieje się nie organizowały, się rozpadło wszystko. A teraz jedynie czasami pogram sobie w internecie. Nie o pieniądze, tylko tak dla satysfakcji.
[05:10:07] - Tak.
[05:10:35] - No to doszliśmy do momentu, kiedy pojawiają się elementy recenzji, czy w każdym razie omówień książek. Zapraszam państwa na stały już element „Bibliotekarium 2.0”. Tym elementem jest oczywiście Recenzarium Ewiwy. Tym razem jeszcze raz przeniesiemy się do uniwersum, które znacie państwo z dwóch poprzednich odcinków „Bibliotekarium 2.0”. Dzisiaj „Pół wojny”.
[05:11:36] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Zgodnie z obietnicą dzisiaj trzecia część trylogii „Morze drzazg” pióra Joe Abercrombie. Tym razem w centrum opowieści stoi ktoś inny. Jak wiadomo, w pierwszej części wszystkie spojrzenia czytelników skupiały się na Jarvim, w drugiej na Zadrze. A jak będzie z trzecią? Księżniczka Skara jest bardzo młoda. Od małego dziecka szkolono ją jednak na przyszłą królową. Nie ma rodziców ani żadnych krewnych poza dziadkiem, królem Travelandu. Stary władca jest człowiekiem twardym i ponurym. I na taką właśnie osobę chce wychować wnuczkę.
Pomaga mu w tym matka Kira, jego minister, czyli najbliższa doradczyni. Oboje jednak giną z ręki Alinga Wspaniałego, wojownika, który charakteryzuje się tym, że czci śmierć jak Boga i nic mu nie sprawia większej przyjemności niż samo zabijanie. Z pomocą byłego pirata Silnego Jennera księżniczka Skara ucieka. Właściwie nie ma dokąd pójść. Jedyną żyjącą krewną jest Złota Królowa Getlandu. Do niej więc skieruje swe kroki i Skara, i Jenner. Ta przyjmuje ją bardzo życzliwie. Jednak Skara nie szuka cichego schronienia. Pragnie odzyskać to, co jej zabrano i zemścić się za śmierć dziadka, swojej wychowawczyni oraz zrujnowanie kraju, który jest jej krajem i którym ma władać jako królowa. Nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłoby być inaczej.
Choć jest drobna i wątła, duchem przewyższa niejednego mężczyznę i to właśnie musi udowodnić. „Pół wojny” to jest trzecia część trylogii. Przedstawia nam nową zupełnie postać, czyli księżniczkę Skarę. Jako projekt literacki, jeśli można to tak określić, jest to postać bardzo ciekawa. Dziewczyna niezmiernie delikatna, która musi walczyć nie tylko z tym, co ją spotkało, ale również z własnymi słabościami. Cały czas zachowuje jednak to, co jest dla niej najważniejsze: królewskie obycie oraz, mimo że przez nią wybucha kolejna wojna, ciągle zachowuje w sercu współczucie i coś, co można nazwać właściwym spojrzeniem na sprawy. Nigdy nie pozwala, by zaślepiło ją krwiożercze pragnienie zemsty. Owszem, chce jej, ale na własnych zasadach. Nie chce, żeby ją pochłonęła. Bardzo interesująca postać.
Oprócz niej w książce oczywiście spotykamy innych bohaterów, jak na przykład ojca Jarviego, jego matkę Złotą Królową, która po śmierci króla została regentką w imieniu swojego małoletniego syna. I oczywiście też Zadrę, której pozycja jako Tarczy Królowej zdaje się być niewzruszona. Jednak nie wszystko wygląda tak, jak się wydaje. Przede wszystkim trzeci tom pokazuje bardzo dobitnie, z kim mamy do czynienia. Właściwie od początku mieliśmy okazję obserwować drogę w górę Jarviego, która to droga w zasadzie była staczaniem się moralnym, a w trzeciej części osiągnęła swoje apogeum. Jarvie staje się tym, kim pragnął być. Osiąga najwyższe zaszczyty, które są dla niego dostępne. Jednocześnie jednak staje się kimś niewypowiedzianie wstrętnym. Kimś, kto dla swoich planów jest w stanie poświęcić wszystko i wszystkich. Jego matka zresztą wcale nie jest lepsza tak naprawdę.
Jest to wyjątkowo zimna, mściwa i nieprzyjemna osoba. Widać to dobrze po jej stosunku do Isriane, bratanicy swego pierwszego męża oraz byłej narzeczonej Jarviego. Królowa jej nienawidzi, chociaż tak naprawdę powinna zdobyć się na odrobinę zrozumienia. Ta biedna dziewczyna była od początku marionetką w rękach ojca. Kiedy go straciła, nie zostało jej nic. Nic oprócz zemsty, którą postanowiła dokonać. To był jej błąd. Ogromny błąd. Ale też królowa nie zrobiła nic, żeby temu zapobiec. Nic, żeby zapobiec losowi tej dziewczyny, bo pozwolę sobie na mały spoiler: Isriane źle kończy.
Chociaż jej wątek tak naprawdę jest otwarty i aż prosi się o kolejną książkę z tego cyklu poświęconą właśnie tej postaci, bo ze wszystkich, które się przewinęły przez trylogię, jej najbardziej człowiekowi szkoda. Straciła absolutnie wszystko. Nie z własnej winy, tylko z winy ojca, który wciągnął ją w rozgrywki polityczne, na które była za słaba. I o ile sama królowa budzi we mnie jedynie silną niechęć, o tyle Isriane mi żal. Znacznie bardziej żal niż Jarviego, który swoje przeżył, ale nie wyciągnął z tego żadnej nauki. Stał się osobą tak podłą, że człowiek nie chciałby go spotkać na swojej drodze. W pewnym sensie żal człowiekowi również Zadry, bo trzeba przyznać, że ta dziewczyna wojownik Wszystko poświęciwszy doskonaleniu swego kunsztu we władaniu mieczem oraz inną bronią, straciła jednocześnie samą siebie. Stała się maszyną do zabijania i w pewnym momencie sama odkrywa, że jednocześnie stała się też pustą skorupą. Jeżeli chcecie się przekonać, co naprawdę stało się z Yarvim, jego matką, z Izrian, z księżniczką Scarą, która pojawia się dopiero w trzecim tomie oraz z Bojową Zadrą, przeczytajcie również trzeci tom „Pół wojny”. Dowiecie się z niego wielu rzeczy, również tego, kim właściwie są elfy, o których mówi się cały czas, a które wedle legend nie istnieją już od tysiącleci, albowiem wyginęły w wojnie, którą same rozpętały.
Może to was zaskoczyć. Miłej lektury. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:18:16] - Tak jak powiedziałem, jesteśmy w bloku recenzyjno-omówieniowym. To czas na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Tym razem nasz nieodżałowany recenzent zabrał się za książkę Kima Newmana „Anno Dracula”. Ja tylko szybko spieszę z dopowiedzeniem, że to jest cykl książkowy, na który składają się tomy, które wyszły w Polsce, ale też takie, które w Polsce nie wyszły. Otóż „Anno Dracula” to jest pierwszy tom owego cyklu. Później był jeszcze – i on wyszedł w Polsce w serii, którą wydawał Prószyński ze Znakiem Fantastyki, tego miesięcznika Fantastyka. W tym cyklu jest jeszcze książka zatytułowana „Krwawy Baron”. I są dwie książki, które w Polsce nie wyszły. To jest „Dracula, Cha, Cha, Cha” i „Johnny Alucard”. Chyba tak to się czyta.
W każdym razie tak to się na pewno zapisuje. Tych dwóch książek nie ma na polskim rynku. O co chodzi w ogóle? To jest cykl, tyle mogę państwu zdradzić, zanim jeszcze Mirosław Gołuński się zajmie całą sprawą. Otóż to są czasy królowej Wiktorii i w Imperium Brytyjskim zaszły ogromne zmiany, bo królowa Wiktoria poślubiła księcia Vlada Draculę. Skądś to znamy, ale coraz więcej wysokich stanowisk w Imperium Brytyjskim zaczęły obejmować wampiry, a ewentualnie protegowani owych wampirów. W dodatku nasila się terror, bo wampiry wiadomo, coś jeść muszą, a pić to już na pewno. I w związku z tym się panoszą i wysysają ludzi. Ewentualnie jak ich nie wysysają, to składają im ten pocałunek śmierci, który zamienia-- właściwie śmierć jak śmierć. Pocałunek przeistaczający te osoby również w wampiry.
Więc populacja wampirza w Wielkiej Brytanii rośnie. Coraz to nowi ludzie dołączają do grona żywych umarłych. Ale to jest dopiero wstęp do tego, co się dzieje. I tak zagaduję wszystko. Głos oddajmy Mirosławowi Gołuńskiemu.
[05:21:28] - Dobry wieczór albo dzień dobry. Nie wiadomo, kiedy znajdziecie państwo czas, czy znajdujecie państwo czas, by tę opowieść, moją opowieść o „Labiryncie książek” odsłuchać. Ponieważ wciąż mamy lato, chciałem państwu zaproponować lekturę deszczową. To znaczy ja nie wiem, czy pada deszcz tam, gdzie państwo w tej chwili przebywacie. Natomiast lektura jest deszczowa, dlatego że akcja jej rozgrywa się w Londynie. Ale nie jest to nasz Londyn, Londyn, który znamy dzisiaj, tylko Londyn późnego XIX wieku. Londyn alternatywny oczywiście, bo bohaterką dzisiejszej mojej opowieści jest utwór Kima Newmana „Anno Dracula”. Pierwszy tom serii. Niestety w Polsce wyszły tylko dwa tomy, bo jeszcze wyszedł „Krwawy Baron” serii Paula Newmana, który opowiada alternatywną wersję życia. Najpierw i o nim będę dziś mówił.
Samego Draculi i jego londyńskich losów. Natomiast następne tomy opowiadają o jednej z głównych bohaterek tej powieści, o której będę dzisiaj opowiadał. Najpierw krótkie wprowadzenie w akcję albo jeszcze inaczej. Najpierw przedakcja. Powieść Brama Stokera „Drakula”. Zapewne państwu znana. Klasyk horroru, klasyk literatury wampirycznej oczywiście, w którym, jak państwo pewnie pamiętacie, Drakula przegrywa ostatecznie walkę z Van Helsingiem. Z Van Helsingiem uwozi Lucy, gdy już przybył do Londynu, w końcu zostaje jednak pokonany. Powieść Kima Newmana to alternatywna wersia opowieści Draculi. Jak więc państwo widzicie, od razu zdobywamy drugi poziom Fantastyczności czy metapoziom opowieści w tej historii.
Ponieważ Newman tworzy inną historię Drakuli w Londynie. Otóż ambicje Drakuli sięgają dalej. W końcu jest księciem. Udaje mu się podbić, a nawet przemienić królową Wiktorię i wampiryzm staje się czymś z jednej strony bardzo modern, czyli staje się pewnym rodzajem ekskluzywności, ale bardzo szybko rozchodzi się niczym choroba po całym społeczeństwie i przemienienia doznają przedstawiciele wszystkich klas społecznych, od najwyższej do najniższej. Mamy więc opowieść zupełnie inną i Newman ten metapoziom, alternatywną historię powieści Brama Stokera kontynuuje w ten sposób, że w jego świecie spotykają się zarówno postaci historyczne. Na przykład do obozu koncentracyjnego za sprzeciwianie się woli Drakuli trafia sam Bram Stoker, ale również trafia tam Sherlock Holmes. Oscar Wilde przemienia się, ale okazuje się, że jest to jeden z ubocznych wątków tej powieści. Drakula zachowuje swoje średniowieczne poglądy na pewne tematy. I nie dziwmy się temu. Mamy 1992 rok w Stanach Zjednoczonych i tam rewolucja, walka o wyzwolenie gejów mimo wszystko ciągle się jeszcze wówczas toczyła.
Przypominam, że wówczas Amerykę, ale też Europę Zachodnią otoczy AIDS. Myślę, że traktowanie wampiryzmu jako choroby również ma pewien związek z opowieścią Newmana. Przemienia się, ale ponieważ, jak wiemy, jest homoseksualistą, staje się bardzo podejrzany. I Drakula, który homoseksualizm nienawidzi, każe w pewnym momencie wręcz gejów palować. Spotyka to nawet jednego z tysiąca Karpatczyków, przemienionych Karpatczyków, których przyprowadził ze sobą do Londynu. Ale rodzi się opozycja i jej widomym znakiem działalności jest szalona misja Kuby Rozprowadza, który znów zabija prostytutki, ale tym razem tnie wyłącznie zimne, czyli wampirzyce. Mamy też klub Diogenesa, który jest czymś w rodzaju rządu cieni w Londynie. I mamy jego służącego, człowieka, który im służy. Za co oczywiście jest sowicie wynagradzany, który ma wyjaśnić zagadkę Drakuli. Mamy wreszcie niezwykłą wampirzycę.
Genevieve jest starsza. W języku wampirów to oznacza, że jest już wampirem od dłuższego czasu. Ona jest od bardzo długiego czasu, ponieważ jest o pół wieku starsza od Drakuli. Przemieniona w wieku 16 lat wciąż wygląda jak dziecko. W świecie Londynu oczywiście może wreszcie wyjść z ukrycia, ale jest odwrotnością i zaprzeczeniem Drakuli. W przeciwieństwie do niego i jego potomstwa, które jest skażone metamorficznością, ona radzi sobie zupełnie inaczej. Taki paradoks, bo ona jest dobrym wampirem. Wampirem, który staje w obronie ciepłych, czyli tych nieprzemienionych ludzi. Uczestniczy w najważniejszych wydarzeniach w powieści, a nawet potrafi się zakochać, choć wie, że skoro zakochała się w ciepłym, to prawdopodobnie jest to miłość niemożliwa do spełnienia. Prawie jak miłość pięknej królowej elfów do Aragorna.
Kim Newman operuje czymś, co dziś nazywamy poetyką kampu. Ma pełną świadomość, że pisze powieść dość kiczowatą, ale bawi się tym kiczem i jednocześnie, jak już państwu pokazałem, opowiada znacznie ciekawszą historię. Bo tak naprawdę, owszem, fabuła nie jest najsilniejszą, może najmocniejszą stroną tej opowieści, ale ja z jednej strony świetnie się bawiłem, gdy przede mną wędruje cała plejada postaci filozofów epoki. Pojawia się Darwin, pisarzy. Pojawia się słynny poeta Swinburne. Pojawiają się oczywiście królowa Wiktoria etc. A z drugiej strony właśnie postaci nieprawdziwe. I jednocześnie jest to jednak opowieść o czymś. To jest opowieść o tym, co jest emancypacją i jej konsekwencjami. Wampiryzm, stając się łatwo dostępnym środkiem na nieśmiertelność, pozorą nieśmiertelności, jak się okazuje, nie przynosi szczęścia ludzkości.
Nie przynosi szczęścia ani tym, którzy się przemienili tak naprawdę, ani tym, którzy pozostali ciepli. Tak naprawdę okazuje się olbrzymim problemem. Nie dlatego, że tak byśmy mieli ustawioną optykę opowieści. Nie, ona nie jest nastawiona przeciwko wampiryzmowi. To by było zbyt proste, zbyt banalne. Nie męczyłbym państwa jeszcze jedną opowieścią o wampirach. Niedawno opowiadałem państwu zresztą o innej. Ta jest tak naprawdę o wiele ciekawsza. Genevieve wprowadza do tej opowieści element filozoficzny. Jest starsza.
Jako ciepła żyła w czasach Joanny d'Arc. Uczyła się przez wieki, będąc pielęgniarką, prostytutką, czym się dało. Nieprzypadkowo też jest kobietą w tej opowieści, bo sama mówi o tym, że by się wyemancypować, kobieta potrzebuje setek lat. czy potrzebowała setek lat. Mamy w jej postaci streszczenie tej emancypacji, chociaż ze względu na to, że jesteśmy pod koniec XIX wieku, ono nie jest w pełni dokonane, ale przez to nie przestaje być mniej ciekawe. Tak jak mówię, jest to opowieść granicząca z kampem, grająca z kiczem, ale jest w niej coś, co my, literaturoznawcy zwykliśmy nazywać poetyką postmodernistyczną. A więc zabawa starym motywem, polegająca jednak nie na prostej ironii, ale na pewnym pastiszu dawnych tekstów. Dlatego głównym motywem tej opowieści jest wiktoriański kryminał. Stąd Kuba Rozpruwacz, ta najsłynniejsza, archetypowa postać zły Londynu. Ta zagadka jeszcze raz zostaje tu wyjaśniona, oczywiście powieściowo, ale towarzyszy jej bardzo, może niedostrzegalna na pierwszy rzut oka, ale jednak głęboka refleksja o tym, czym jest człowiek.
Bo w postaci wampira przecież zawsze odbijamy samych siebie. Zresztą w pewnym momencie takie wątki powracają w powieści. Dyskusje nad tym, czym jest wampiryzm, czym nie jest. Gdy jedna z postaci ze złości przemienia się, trochę na złość narzeczonemu, potwornie cierpi. Po pierwsze dlatego, że wprowadzający ją zrobił to bardzo nieumiejętnie, a po drugie dlatego, że picie krwi ludzkiej, cudowne odwołanie do motywu biblijnego, oznacza przejęcie duszy człowieka, którego się napiło. Oznacza przejęcie jego myśli, jego pragnień. To motyw, który powraca w tej powieści. I wtedy okazuje się, że wampir nie jest taki prosty. To jest najciekawsze chyba dla mnie w tej powieści, że kiczowatość motywu, a już w latach 80. mieliśmy całą masę filmów kategorii C, nawet nie B na ten temat.
Później zresztą też. Nie zmienia faktu, że można o nim znowu powiedzieć serio. Ja bardzo lubię tego typu powieści, które albo odnawiają stare motywy, albo z nimi grają, przepisują je, dokonują pewnego retellingu bardzo w postmodernistycznej formule, a jednocześnie pozwalają się nimi cieszyć i pomyśleć. Czyli to, o co uważam, że w literaturze popularnej powinno zawsze chodzić. Czytelnik może się tylko bawić. Czytelnik może ponarzekać, że taka banalna historia, jeszcze jedna, ale jej rozwiązania absolutnie nie są banalne nawet wtedy, gdy opierają się o kicz. Myślę, że to jest właśnie siła tej powieści. Oczywiście autor błyskotliwie wręcz wykorzystuje grę między londyńską mgłą i londyńskim deszczem. One pełnią bardzo wiele funkcji w tej opowieści. A jednocześnie jest to opowieść o spisku, o rewolucji.
Jest w niej więc znacznie więcej, niż obiecuje tytuł. I bądźmy szczerzy słaba, choć bardzo kampowa okładka. Jak więc państwo widzicie, zaprosiłem państwa dzisiaj do lektury dość lekkiej. Ja takie latem bardzo lubię, ale jednocześnie, która może, choć nie musi dać nam sporo do myślenia. Dziękuję państwu i do usłyszenia.
[05:34:16] - Czy czytaliście państwo w szkole taką książkę „Chłopcy z placu broni”? Ja czytałem i muszę powiedzieć, że to jest książka, która, nie wiem, to była chyba siódma klasa albo szósta, doprowadziła mnie wtedy do łez. Tak mi żal było tego Nemeczka i w ogóle uważam, że taka książka w dzieciakach to chyba traumę może wywołać. Ta trauma mnie nie zabiła, ale wiem, że długo byłem smutny po tej książce. Nie wiem, czy państwo wiecie, że ta książka nosi tytuł „Chłopcy z placu broni”, nie wiem czy tylko, ale między innymi w Polsce, ale na całym świecie, tam, gdzie dotarła, ona jest znana pod zupełnie innym tytułem. W dodatku te miejsca, które zostały opisane w książce naprawdę istnieją. Na ten temat opowie państwu dzisiaj już goszczona w „Bibliotekarium 2.0”, ale miłych gości nigdy za wiele. W związku z tym opowie państwu o „Chłopcach z placu broni”, o książce oraz o tych prawdziwych miejscach, które odwiedziła Krystyna Śmigielska. Tak Ta pisarka była w tych miejscach, w których toczy się akcja „Chłopców z placu broni”. One wyglądają dzisiaj, chciałem powiedzieć, że zupełnie inaczej, ale to nie byłaby prawda.
Więc już nie ględzę, tylko oddaję głos Krystynie Śmigielskiej. Zatopcie się państwo wspólnie z nią w tych obrazach. Udajcie się na wycieczkę z Krystyną Śmigielską, na spacer ulicą Pawła. A dlaczego Pawła? A to się państwo dowiecie.
[05:36:27] - Dzień dobry. Dzisiejsza audycja nosi tytuł „Spacer ulicą Pawła”. Tak się, proszę państwa, zdarza, że wielokrotnie pisarz umieszcza akcję swoich wydarzeń w rzeczywistych miejscach. Chce w ten sposób przyciągnąć czytelnika do danego punktu, pokazać mu, w jak realistyczny sposób potrafił oddać scenerię, opisać znajdujący się dookoła krajobraz, ale jednocześnie też oddać klimat danego miejsca, co jest dodatkową wartością powieści. Czytelnik potem może spacerować śladami bohaterów fikcyjnych, starać się w nich wcielać i poczuć ich emocje, które przeżywali właśnie w danych miejscach. Ja również spacerowałam śladem swoich ulubionych bohaterów. Robiłam to między innymi w Nachodzie, proszę państwa, śladem bohaterów powieści „Fajny sezon” Józefa Skvorcowskiego, czeskiego, bardzo wziętego pisarza, który opowiadał o perypetiach młodych ludzi w czasie II wojny światowej. Ci biedni chłopcy starali się przeżyć swoją młodość najlepiej, jak to było można w tych trudnych warunkach. A jak im to wychodziło? Można się tego dowiedzieć z „Fajnego sezonu”.
Bardzo podobał mi się spacer śladem bohaterów, dlatego też z chęcią wybrałam się na inny spacer. Spacer ulicą Pawła. Każdy z nas ma jakąś ulubioną książkę z młodości i podejrzewam, że gdybym tak zaczęła państwa wypytywać o te pierwsze naprawdę silne emocje przeżywane podczas czytania, większość z was skierowałaby swoje myśli ku książce, która wywoływała wzruszenie, powodowała, że łzy płynęły nam po twarzy, a jednocześnie byliśmy zafascynowani postawą młodego bohatera. Oczywiście myślę, że już większość z państwa wie, o której z książek mówię. Mówię o „Chłopcach z placu broni”. Ładnych kilka lat temu lekturę tą czytał mój wnuczek. Byłam bardzo ciekawa, jakie będą jego wspomnienia i jakie emocje u niego wywołała ta książka. Kiedy skończył, zapytałam pełna ciekawości: „No i jak? Podobała ci się?”. Wnuczek wzruszył ramionami, zrobił dziwną minę i powiedział: „Ale to wszystko jakieś takie nierealne”.
Zaraz, zaraz. „Chłopcy z placu broni” nierealną powieścią? Trochę byłam zdziwiona, bo wydawało mi się, że akurat tutaj realia rzeczywistości są bardzo dobrze przekazane, oddane przez autora. Jak to nierealne? I wtedy wnuczek powiedział mi, o co właściwie ma pretensje do autora książki. „Babciu, powiedz mi, jak to jest możliwe? Gdzie byli rodzice tych dzieci? Noc ciemna, a oni sami po ulicach, po jakichś parkach, ogrodach. To niemożliwe. Sami ze szkoły i do szkoły w dużym mieście.
I ty mówisz, że to jest realne?”. I wtedy, proszę państwa, zastanowiłam się. Dziecko miało rację, jak najbardziej, bo to dziecko przecież z XXI wieku. Ono dobrze wie, że do 13 roku życia samodzielnie nie powinno poruszać się po ulicach. Ono nie idzie do szkoły, jest do szkoły zaprowadzane albo zawożone i z tej szkoły jest odbierane przez dorosłych. To dziecko, idąc na zajęcia pozaszkolne, również jest odprowadzane i przyprowadzane. Nie rusza się nigdzie samodzielnie, a co dopiero w nocy, co dopiero po zapadnięciu zmroku. O tym nie ma nawet mowy. I dzisiaj ta książka byłaby nierealna całkowicie, bo Nemeczek nie mógłby przeziębić się, wpadając do stawu czy wchodząc samodzielnie do stawu, bo nikt by mu na to nie pozwolił. Rodzice byliby zdenerwowani, że jest ciemno na dworze, a Nemeczka nie ma w domu.
Czy to dobrze, czy źle? To nie o tym jest ta audycja. Każdy z nas musi się nad tym zastanowić, czy może troszeczkę za mocno szczerzymy swoje dzieci. Może trochę swobody by im się przydało. Ale z drugiej strony świat jest, jaki jest i to pięknie, że tak dbamy o swoje potomstwo. Dlatego jak widzimy, ta książka ma wartość poznawczą, bo dała mi szansę do tego, żebym porozmawiała ze swoim wnukiem, jak wyglądało życie jego rodziców, kiedy byli w tym samym wieku co on teraz. Jak wyglądało moje dzieciństwo, moich rodziców i moich dziadków. Książka została napisana w 1906 roku i ukazywała się początkowo jako kolejne odcinki powieści w prasie. Dopiero w 1907 ukazała się w całości jako powieść. Do Polski trafiła w 1913 roku i została przełożona przez Janinę Mortkiewiczową, która jako tłumacz dokonała pewnych skróceń, pewnych zmian w tekście, a przede wszystkim, proszę państwa, zmieniła coś, co właściwie można powiedzieć, jest sprawą kluczową.
Zmieniła tej książce tytuł. W naszej polskiej świadomości książka istnieje jako „Chłopcy z placu broni", natomiast w pierwowzorze Molnara tytuł był „Chłopcy z ulicy Pawła". I to wcale, proszę państwa, nie było bez znaczenia. Zaraz o tym powiem. Były tam jeszcze inne zmiany, choćby nazewnictwa, ponieważ grupa chłopców, tych, którzy należeli, nazwijmy to, do paczki Ferego Acsa, to nie byli czerwonoskórzy, tylko czerwone koszule. To było odniesienie do Garibaldiego. Były też tam odniesienia do walki narodowo-wyzwoleńczej, co Mortkiewiczowa troszeczkę pominęła, uważając pewnie, że książka jest skierowana do młodych ludzi, którzy tych politycznych odniesień nie odczytają, mogą odczytać nieprawidłowo i wolała po prostu tej politycznej całej sfery unikać. Dopiero w 1989 roku książka została przetłumaczona w Polsce ponownie przez Tadeusza Olszańskiego. Pan Olszański nie omieszkał w przedmowie do książki czytelnikom przybliżyć wprowadzone przez niego zmiany, bardziej zgodne z pierwowzorem Ferenca Molnara. O czym jest książka?
O tym, że dwie grupy chłopców walczą o miejsce do zabaw, do gry w palanta. Wydawałoby się, że sprawa banalna. Kiedyś banalna, bo dzisiaj znowu rzadko spotykana. Te dzieci nie mają możliwości, zwłaszcza mówimy o dzieciach w dużych miastach, żeby gromadzić się właśnie tak po lekcjach, tworzyć nieformalne grupy i żeby te nieformalne grupy w jakiś sposób próbowały się ścierać. Te społeczności próbowały kontaktów ze sobą, co potem w późniejszym dorosłym życiu na pewno by zaprocentowało łatwiejszym dostosowaniem się do różnych życiowych sytuacji. Natomiast w dzisiejszych czasach jest to rzeczywiście trudne. Dzieci spotykają się raczej na zajęciach pozalekcyjnych. Tam są już grupy odpowiednie. Tu już nie ma o co walczyć, bo wszyscy stoimy po jednej stronie. Miejsce do zabaw.
Banalna właściwie można by było powiedzieć sprawa. Dla tych młodych ludzi wtedy to była sprawa honoru, sprawa najwyższej wagi. To dla nich było być albo nie być. I tę walkę toczyli do tego stopnia prawdziwie, włączając wszystkie możliwe swoje siły, że aż czasem kończyły się takie zabawy bardzo nieszczęśliwie. Tak jak zresztą to ma miejsce w książce Molnara. Ja osobiście czytałam „Chłopców z placu broni" po raz pierwszy, kiedy byłam małą dziewczynką, uczennicą szkoły podstawowej. Jak wszyscy moi rówieśnicy wylewałam łzy podczas ostatnich scen z życia Nemeczka. Do dzisiaj myśląc o tej scenie czuję wzruszenie i zawsze będę widziała ten rysunek małego chłopca w nocnej koszuli z podniesioną ręką, który właśnie odbywa ostatnią swoją walkę. Wzruszam się, państwo słyszycie. Bo to naprawdę piękna scena, pięknie opisana, naprawdę wiele mówiąca.
Dzisiejsze dzieci jednak nie łapią już tych realiów. Dlatego też po kilku latach postanowiliśmy wybrać się do Budapesztu. Tym razem moja wnuczka omawiała w szkole książkę „Chłopcy z placu broni" i właśnie jej zafundowaliśmy ten piękny spacer. Molnar opisał swoich bohaterów w tej rzeczywistości, jaką sam znał. Ulica Pawła znajdująca się w Budapeszcie jest o kilka kroków od dawnego mieszkania Molnara. Idąc właśnie na ulicę Pawła, przechodziliśmy obok kamienicy, na której wisiała tablica informacyjna mówiąca o tym, że tu właśnie mieszkał Ferenc Molnar. Ulica Pawła, proszę państwa, wygląda dokładnie tak, jak wyglądają ulice w dużych miastach Europy. To mogłaby być ulica, która żywcem przeniesiona by została do Warszawy, Poznania, Wrocławia, Krakowa, Berlina, Pragi czy wielu innych europejskich dużych miast. Cicha, leżąca w centrum miasta i bardzo blisko leżąca koło jednej z głównych ulic, która przecina właściwie ulicę Pawła. Ale sama ulica Pawła jest cichą uliczką.
Mało kto po niej chodzi. Samochody ustawione wzdłuż chodników i właściwie rzadko które auto tędy przejeżdża. Stare XIX-, XVIII-wieczne kamienice trzypiętrowe, czteropiętrowe. Wydawałoby się, że właściwie nic szczególnego. Tylko ta jedna kamienica na końcu. Ta, która jak wiemy stoi na miejscu, w którym kiedyś był plac Broni, tak zwany przez chłopców. Bo książka kończy się właśnie tym, że na placu Broni ma stanąć kolejna kamienica. Ta kamienica jest jakby troszeczkę inna, jakby dla nas niepotrzebna. My chcielibyśmy zobaczyć to, co tam było kiedyś, bo właśnie weszliśmy w magiczny świat wspomnień. I tak jakby się czas zatrzymał, tak jakbyśmy zaraz chcieli zobaczyć, jak ulicą przebiegają chłopcy w krótkich spodenkach, w czerwonych koszulach, krzyczący, roześmiani, jak rzucają swoje tornistry pod drzwiami kamienic i biegną dalej prosto na plac Broni, żeby tam wspólnie móc się bawić.
Kiedy zobaczyliśmy już ten fragment ulicy, gdzie ten plac Broni się znajdował, poszliśmy w drugim kierunku, żeby odnaleźć szkołę, do której chłopcy chodzili. Ta szkoła rzeczywiście tam jest, proszę państwa. Normalna, zwykła szkoła i znowu taka, jaka mogłaby funkcjonować w każdym większym mieście. Szkoła z przeszłością, bo przecież wiadomo, ma ona ponad sto lat. Ale ta szkoła jest wyjątkowa z jednego względu. Przed nią ustawione są rzeźby mosiężne naturalnej wielkości. Mamy kilku chłopców, trzech bodajże, grających w kulki. Gdzieś tam leży tornister rzucony bardzo niedbale, aż wypadły z niego jakieś książki. Mały Nemeczek klęczy i to właśnie on teraz ma trafić w swoją kulkę i ma wygrać całą grę. A tuż za jego plecami stoją już dwaj bracia pastorowie.
Czekają na łatwy łup. Czekają tylko, kiedy gra się skończy, żeby odebrać Nemeczkowi jego zwycięskie kulki. Na szkole jest znowu umieszczona tablica, tym razem z fragmentem książki Molnára opisującej właśnie tę scenę, która rozgrywa się przed zwiedzającymi spacerowiczami. To było niezwykłe przeżycie zobaczyć tych chłopców w akcji. Przez chwilę można było w ogóle, proszę państwa, zapomnieć, że są to mosiężne postaci, bo właśnie teraz człowiek przeniósł się w ten klimat początku XX wieku. I muszę powiedzieć, że myślę, że ci młodzi ludzie, którzy z nami byli, nasze wnuczęta, poczuły również tę atmosferę. Dla nich ta książka stała się lepiej czytelna. Zrozumieli, że to mogło dziać się tutaj naprawdę. Może dawniej, ale rzeczywiście się działo. A to już jest ważne.
Ale to jeszcze nie koniec, proszę państwa, spaceru po Budapeszcie. Można znaleźć również miejsce, w którym kiedyś stał dom Nemeczka. Wtedy to była parterowa budowla, teraz znajduje się tam duży budynek i również znajdziemy na nim tablicę, że tu znajdował się w pierwowzorze właśnie opisanym dom Ernesta Nemeczka. Ale idąc śladami Nemeczka, musimy przecież odnaleźć jeszcze to miejsce, które miało tak wielkie znaczenie. Miejsce, w którym gromadzili się czerwonoskórzy, albo inaczej Czerwone Koszule. I tak, proszę państwa, trafiamy do Uniwersyteckiego Ogrodu Botanicznego. To bardzo nieduży ogród botaniczny, ale też posiadający swój swoisty klimat. Niestety nie znaleźliśmy tam żadnej sadzawki, w której Nemeczek mógł się zanurzyć. Ale sadzawka jest ukryta. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie jej szukać.
Znajduje się ona w oranżerii, proszę państwa, i jest to niezwykłe miejsce. Miejsce, w którym trudno oddychać, bo jest tam ciepło. Jest to oranżeria. Myśmy byli zimą, to i tak nie było tak źle. I proszę państwa, w tej oranżerii znajduje się mały stawik, a wśród roślin w tym stawiku stoi zanurzona do połowy postać Ernesta Nemeczka. Ta rzeźba jest już drugą rzeźbą. Pierwotna została zniszczona. Ogród miał swoją historię i muszę państwu powiedzieć, że staliśmy wszyscy cicho i spokojnie, przyglądając się postaci małego chłopca. Wtedy mogłam powiedzieć, że literatura ma rzeczywiście wielką siłę, wspaniałą siłę, która potrafi zjednoczyć ludzi, potrafi wywołać tak silne uczucia, która nasze życie tak bardzo wzbogaca i potrafi nas przenieść w czasie i w przestrzeni. To jest jej największa siła, siła literatury.
I to właśnie powinniśmy przekazywać naszym dzieciom. Literatura nie tylko ma nas bawić, nie tylko ma być naszą rozrywką. Ona ma nam przede wszystkim dostarczać emocji, czasem wzruszeń, czasem rzeczywiście rozbawienia i śmiechu, ale emocji. I im te emocje są silniejsze, tym książka jest bardziej wartościowa dla naszych dzieci. A nasza funkcja, funkcja ludzi dorosłych polega na tym, żeby te emocje dzieciom potrafić wytłumaczyć. Bo emocje nie są złe. One są po prostu z naszym życiem nierozerwalnie połączone. Musimy się uczyć odczuwać te emocje i musimy się uczyć czasem nad nimi panować. Piękna wycieczka ulicą Pawła to wspomnienie, które zostanie ze mną na zawsze i to, że mogłam poczuć powiew wiatru, który wiał tam ponad wiek temu. To, że mogłam poczuć na nowo emocje bohaterów i mojej młodości.
To są po prostu wartości niepowtarzalne i niczym nie można tego zagłuszyć. Jeżeli traficie państwo na książkę, która jest wam niezwykle bliska, jeżeli będziecie wiedzieć, gdzie rozgrywa się akcja tej książki, szukajcie śladów swoich bohaterów, swoich książkowych idoli, bo warto. Warto przez chwilę poczuć się jak postać książkowa. Ja w swoich książkach raczej unikam wskazania konkretnych miejsc. Raczej staram się, aby czytelnik mógł sam umiejscawiać wydarzenia w tym świecie realnym, jaki najlepiej zna. Natomiast muszę państwu powiedzieć, że napisałam kiedyś, powiedzmy sobie, zabawną książkę noszącą tytuł „Ty to głupia jesteś”, gdzie moje bohaterki chodziły do kawiarni na desery, które bardzo lubiły. I w jednym z komentarzy w internecie znalazłam taki wpis: „Wiem, gdzie są te pyszne desery”. To była chyba najpiękniejsza recenzja mojej książki. Za to mojej czytelniczce serdecznie dziękuję. A państwu dziękuję za wysłuchanie moich rzewnych wspomnień.
Zapraszam do tego, abyście swoje pociechy nastawiali dobrze do czytania starych książek. I pamiętajcie, że chociaż na całym świecie książka ta nosi tytuł „Chłopcy z ulicy Pawła”, wy zapraszajcie swoje dzieci do czytania „Chłopców z placu Broni”. Dziękuję bardzo. Do widzenia. Audycję przygotowała Krystyna Śmigielska.
[05:54:27] - Tak, ja państwa w zeszłym tygodniu straszyłem, że dzisiejsza audycja będzie krótsza, bo muszę jechać do Poznania. Do Poznania rzeczywiście muszę jutro rano. Dla państwa to jest to samo rano, co macie wieczór, ale ja musiałem rano jechać do Poznania. Audycja jakoś taka specjalnie krótsza nie jest. Dobrnęliśmy do jej końca i tradycyjnie na końcu zapraszam państwa na spotkanie z Piotrem Plebaniakiem. Dzisiaj kolejne prawidło, które ma budować, tudzież niszczyć imperia. Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:55:11] - Dzień dobry.
[05:55:12] - Dzisiaj takie prawidło. Nawet się zastanawiam, czy pan podstępnie tego prawidła nie umieścił, bo my tu sobie tak gadamy od wielu miesięcy. Najpierw przeczytam to prawidło. „Jeśli chcesz być wspaniałym rozmówcą, musisz pozwolić temu drugiemu, aby był koszmarnym”. I teraz ta wątpliwość, jak to jest w przypadku naszych rozmów?
[05:55:40] - Jest z tym zawsze wzorowo, bo ma pan tak wspaniały tembr głosu i ma pan tak wiele do powiedzenia, że może na drodze wyjątku dzisiaj zamienię się w słuch i posłucham, czego zechce pan nas nauczyć wszystkich.
[05:55:52] - Nie odnoszę takiego wrażenia. Wręcz przeciwnie. Wiem, że pan znowu osacza mnie, ale dobrze.
[05:56:02] - Sam pan wyczuł, że zaraz jakiś podstęp albo coś złośliwego powiem. Musiałem powiedzieć.
[05:56:08] - Tak jest. Dobrze. Wróćmy do meritum, czyli o co tak naprawdę chodzi? O wypuszczanie swojego potencjalnego współrozmówcy? Wpuszczanie go w maliny, czy też może jeszcze o coś innego?
[05:56:23] - Chodzi, mówiąc niezwykle oględnie i grzecznie, o przeczekanie. To znaczy, to już mówiliśmy w czasie dwóch ostatnich sesji, że wiele ludzi przejawia swoje zachowanie dominacyjne, swój fetysz dominacyjny w taki sposób, że lubi gadać. Szczególnie dotkliwe to jest dla introwertyków takich jak ja albo w sytuacjach, w których istnieje konieczność szybkiej, błyskawicznej wymiany informacji na drodze merytorycznej, a ktoś się rozgada. A jak ktoś się rozgada, to niedobrze jest wyrywać psu z pyska jedzenie, bo ugryzie. Kot tylko machnie łapą. Ja swojego kota tak dręczyłem, za co jest mi przykro. Nie do końca szczerze oczywiście, bo było śmiesznie. Śmiesznie warczał. Natomiast jak ludzie zaczną warczeć, bo im się nie da wygadać, jak nie da im się pozwolić nasycić tą dopaminą, którą się sami narkotyzują, to wtedy co robi narkoman, jak odbiera mu się ten narkotyk albo odbiera mu się prawo moralne do bycia uzależnionym? Robi coś bardzo nie do końca pozytywnego.
Na czym to polega, żeby być dobrym rozmówcą, żeby być traktowanym jako dobrego rozmówcę? Trzeba tak sprytnie rozegrać rozmowę, żeby tamten interlokutor się nasycił. W tym sensie, żeby był zadowolony z tej rozmowy, czyli uzyskał z niej to, co potrzebuje. Najczęściej jest tak, że ludzie ukrywają to, że mają ten fetysz dominacyjny w kwestii gadania. Stosują niesamowite zabiegi. Mówię „niesamowite” z całą świadomością znaczenia tego słowa w tym kontekście, że udają, że tylko muszą naświetlić w pełnym świetle. Zaczynają jakieś dygresje jedną, drugą, trzecią i domykają. Rozmowa, spotkanie miało dotyczyć jednej rzeczy, a nagle się okazuje, że mówimy o dupie maryni. Mogę tak powiedzieć w radio brudko? I okazuje się, że nic z tego nie wyniknie.
Miałem takie spotkanie na targach książki w Tajpej. Rozmawiałem z redaktorem pewnego wydawnictwa. Chciałem się spytać o rozwiązanie redakcyjne, które sam wymyśliłem. Mniej więcej pięć minut rozmowy nie doprowadziło do tego, że byłem zdolny do zadania właściwego pytania. Tak wyglądała rozmowa. Najśmieszniejszy prawie że przykład. I tyle. Ale teraz jest dylemat. Nie mogę powiedzieć człowiekowi: „Panie, chciałem coś spytać, czy mogę zadać pytanie?”, bo się śmiertelnie obrazi za coś takiego. Co trzeba zrobić?
Przetrwać. Jest taki świetny, rewelacyjny poradnik biznesowy na temat kultury biznesowej japońskiej i autor w którymś momencie, opisując manieryzm i kulturowe uwarunkowania, dlaczego Japończycy zachowują się w sposób postrzegany przez nas za neurotyczny i złośliwy, powiedział z takim westchnieniem, że po prostu wyłem ze śmiechu, jak czytałem to po raz pierwszy. I nie tylko pierwszy, ale drugi i trzeci. Autor, Amerykanin, który tam całe życie dorosłe spędził właśnie w Japonii, stwierdził, że dopóki Japończycy nie zdecydują się zmienić tej swojej cechy charakteru kulturowo uwarunkowanej, to wszyscy musimy przeczekać. Angielskie słowo endure. On to napisał, ale napisał z takim akcentem, że było to super śmieszne, zwłaszcza w kontekście tego, co rzeczywiście opisywał jako z naszego punktu widzenia rzeczy niedopuszczalne, kurtuazyjnie chociażby. Pozwól temu drugiemu, aby był koszmarnym. Trzeba zacisnąć zęby i trzeba być cierpliwym. Jak ktoś chce upolować zwierzynę w lesie, to musi się zaczaić. I ta cierpliwość jest najważniejszą cechą myśliwego.
W wielu powieściach to czytamy. I tyle. Tak to wygląda. Nie wiem, czy dobrze powiedziałem.
[06:00:17] - Też nie wiem, czy dobrze, natomiast rodzi się taka wątpliwość. Wiem, że są zdania podzielone na ten temat, ale kiedy rozmawiamy, pan w jednym z prawideł twierdzi, że to jest próba zdobycia dominacji jednego nad drugim. Zawsze, może nie zawsze, to kłamstwo by było ewidentne, ale od pewnego czasu uważam, że rozmawiamy, przynajmniej część rozmów toczymy po to, żeby czasami poddać w wątpliwość nawet swoje własne sądy. Ja przynajmniej dyskusje na pewne tematy po to toczę. Czyli na przykład oczekuję wręcz, że moje argumenty będą zbijane, a jak są zbijane, to się nie obrażam. Natomiast troszeczkę z tego, co pan mówi, można wywnioskować, że każda rozmowa jest jednak rodzajem przeciągania liny.
[06:01:11] - Nie każda. Jeżeli dwaj ludzie, którzy są świadomi tego, że w czasie rozmowy negocjujemy albo utwierdzamy wzajemne postrzeganie swojego statusu, to tacy ludzie się dogadają merytorycznie. Zresztą są całe procedury, jak należy pisać teksty, które są polemiczne na przykład, albo jak należy w ogóle pisać teksty naukowe albo eseistyczne, albo jakiekolwiek inne. I te reguły mają za cel wyeliminowanie tych zjawisk polegających na tym, że ludzie w sposób niemożliwy do kontrolowania przez innych, na drodze powiedzenia: „Zamknij się” albo „Mówiliśmy o czymś innym”. I te reguły właśnie to regulują. Na tej samej zasadzie już raz chyba powiedzieliśmy tutaj, w tych naszych rozmowach, czym jest system rang wojskowych. Ten system rang wojskowych jest sposobem odgórnego nałożenia pewnych relacji między podwładnym a dowódcą, żołnierzem, który wykonuje rozkazy, a dowódcą, który te rozkazy wydaje po to, żeby te relacje nie były kontestowane, zwłaszcza w sytuacji zetknięcia, kontaktu z wrogiem, z nieprzyjacielem, do którego trzeba strzelać. Są pewne zasady, ale właśnie problem jest taki, że nie zero-jedynkowo, ale to jest właśnie cały odcień szarości. Niektórzy ludzie po to, żeby zaspokoić swoje próżne ego, żeby skłonić ludzi, żeby pochwalili ich na przykład: „Ach, jak pan mądrze przemawiał” i tak dalej. Czasami przed niektórymi ludźmi trzeba ich popieścić, żeby naładować się tą dopaminą.
Przepraszam za tak cyniczne sformułowanie, ale do tego to się sprowadza. I dopiero wtedy, po tej ceremonii całej bizantyjskiej czasami można przejść do meritum. W drugą stronę to miejsce, skąd teraz bierzemy to prawidło, czyli z książki „Siła psychohistorii” obfituje w szereg przykładów i jeden z przykładów to jest też jeden z moich ulubionych z powieści „Achaja” Andrzeja Ziemińskiego. Przepraszam, Ziemiańskiego. Niewyraźnie powiedziałem. To brzmi: pani mama, nie wiem, czy mogę powiedzieć bałagan mama też na B, tylko inne słowo podstawiłem. Czy mogę się tak ocenzurować, czy mogę wprost powiedzieć, że burdel mama? O, powiedziałem. O rany. Już młodej piesiej się wywało.
Dobrze. Burdel mama wyjaśnia bohaterce, która musiała udawać tą panią lekkich obyczajów. Tutaj już się naprawdę ocenzuruję. I ta burdel mama powiedziała tak. Już trzeci raz powiedziałem to słowo, się rozpędziłem, widzicie, bo się ładuję dopaminą. Może mogę to powiedzieć na głos. Dobra. Ona mówi tak: „Wy macie dać to, co nie dają żony, co nie dają przygodne dziewczyny. Wystarczy, jak siądziesz z nim i wysłuchasz, co on ma ci do powiedzenia, nie wygadując przy tym własnych bredni. Po prostu słuchaj, nie usiłując postawić na swoim.
Otakuj tak, jakbyś rozumiała, co się do ciebie mówi”. Możliwość wygadania się, jak mąż wraca z roboty o 18:00 i tylko chce siąść przed telewizorem, przy którym zasypia po 10 minutach, czasami jest mniej zmęczony, no i możliwość tego wygadania jest często potrzebą psychiczną, która jest rzeczywistą potrzebą psychiczną. To nie jest kwestia dominowania. Problem jest taki, że jak rozróżnić te sytuacje, kiedy trzeba uciec od kogoś, bo wiadomo, że zacznie gadać i gadać bez końca, a kiedy rzeczywiście trzeba mu pomóc, dlatego, że potrzebuje tego wsparcia, jak jakiś bliski kolega czy właśnie w relacji żona-mąż? Jak to rozpoznać? Wielki dylemat zawsze.
[06:04:41] - Ale takie pytanie: to ja nie jestem jednak totalnie walnięty, kiedy w czasie rozmowy, oczywiście walcząc dominacyjnie i próbując kogoś zdominować bardzo miło i z rozkoszą, ale kiedy w trakcie rozmowy dojdę do wniosku, że siła moich argumentów jest słaba, co więcej, gość zaczyna mnie przekonywać, że jego wizja, sam ją uznaje, że jest lepsza. I ja tu przyznam, to ja jestem walnięty czy co?
[06:05:14] - Nie. Jest takie powiedzenie z powieści „Sto lat samotności” Márqueza, tak?
[06:05:22] - Tak.
[06:05:23] - To jest zresztą powiedzenie, które jest w książce „Trzydzieści sześć forteli”. Strasznie mi utkwiło w pamięci, kiedy czytałem w drugiej klasie liceum. Nawet wiem, w którym miejscu przeczytałem książkę, na którym dworcu i w którym kierunku stałem, mając ją w ręku, czekając na pociąg. Nigdy nie rozumiał sensu walki między osobami, które zgadzają się co do zasad. Problem jest taki, że rozmawiając, wracając już ze świata forteli do naszej rozmowy, rozmawiając każdy z nas, bardzo rzadko się zdarza, że mamy identyczne pojęcie, w jaki sposób, czym ma być rozmowa, czy właśnie kwestią wspólnego dotarcia do prawdy, o czym pisał Popper w swoich idealistycznych tekstach, od których jestem bardzo mocno ustawiony. Czy też chodzi o to, żeby pokazać, kto wyższy, kto skacze po wyższej gałęzi. Najlepiej takie rozmowy odbywa się w cztery oczy, takie merytoryczne, kiedy ktoś może stracić twarz W chwili, w której udowodni mu się błąd. Ale to jest też problem kulturowy nie tylko pojedynczej osoby, ale całych kultur. Bo proszę zobaczyć, jak ktoś ma kontakt z osobami pochodzenia arabskiego, co się stanie, jeżeli jakiemuś Arabowi wytkniemy błąd, a co gorsze, będziemy kobietą wytykającą ten błąd, to jest to niewybaczalne. Kocią fiku najczęściej dostaje taka osoba pochodzenia wspomnianego.
To jest wielowymiarowa sprawa, wieloparametrowa.
[06:06:54] - Okej, tylko jak sobie przypomnę kilku filozofów w historii, którzy zaczynali od pewnych poglądów, a później je dosyć radykalnie zmieniali, to okazuje się, że jednak pewien sposób podejścia do rozmowy, ale też do wymiany myśli chyba jest bardziej budujący. Bo jak sobie przypomnę, co głosił na początku Kant, a co głosił na końcu. Lepszy przykład: Wittgenstein, który najpierw głosił jedną filozofię, zresztą bardzo często cytowaną, bo „Traktat logiczno-filozoficzny” jest bardzo często cytowany, ale później zmienił poglądy. Nie powiem, że się wyparł, ale to, co głosił później, w drugiej części swojego życia, miało się troszeczkę nijak do tego, co głosił na początku. Czyli takie zmiany następują i to nie powoduje utraty twarzy. Wręcz przeciwnie, dalej jest się filozofem, dalej jest się myślicielem, dalej jest się człowiekiem, na którym inni się wzorują.
[06:07:55] - Tak, ale w przypadku konkretnie Kanta, to jest człowiek, który poszukiwał prawdy, więc był otwarty na to, że może się mylić i na to, żeby wspólnie z innymi dochodzić do tej prawdy. Stawiając hipotezy, próbując je obalić. I uczestniczył w takim wspólnym wysiłku odkrycia tego, jaka jest natura świata, jakie prawa nim rządzą.
[06:08:16] - To czy nie lepiej, żeby tak wyglądała rozmowa?
[06:08:20] - Lepiej, tylko do tego trzeba mieć w kieszeni pistolet albo najlepiej wyciągnięty i zaciągnięty kurek, bo inaczej druga osoba się nie zdysciplinuje. Przepraszam, że jestem cyniczny, ale poza tym musimy jakoś rozmawiać naszych słuchaczy. Niestety możecie mnie cytować, Plebaniak to powiedział.
[06:08:40] - Tak. Czyli właściwie sprawę dyskusji w jakimś stopniu przynajmniej mamy zamkniętą. Chyba że coś jeszcze dodajemy.
[06:08:49] - Nie. Oczywiście, jak zawsze ma pan całkowitą rację. Zgadzam się z przedmówcą.
[06:08:55] - Ja też się ze sobą zgadzam, a nawet z panem się zgadzam i w ogóle ze wszystkimi się zgadzam, ale moje jest najmojsze i najważniejsze.
[06:09:04] - Tak jest.
[06:09:05] - Pięknie dziękuję i za tydzień słyszymy się ponownie.
[06:09:08] - Tak jest. Do usłyszenia.
[06:09:11] - Tak, to już, proszę państwa, zdecydowanie koniec. Ja tylko jeszcze raz powtórzę, że wszyscy ci z państwa, którzy chcieliby odwiedzić Book Radio, spotkać się ze mną czy spotkać się z niektórymi autorami, którzy dla „Bibliotekarium” pisują, to ci wszyscy z państwa niech się czują zaproszeni na międzynarodowe targi poznańskie, na teren Międzynarodowych Targów Poznańskich, na Poznańskie Targi Książki. A znajdziecie państwo Book Radio w pawilonie siódmym na stanowisku 58. I cały czas to, co ważne, wstęp na targi jest bezpłatny, w związku z tym nie stanowi obciążenia dla kieszeni. Obciążeniem dla kieszeni natomiast może być wejście na same targi, bo tam książek moc. I jak znam życie, ci wszyscy, którzy książki czytają, to bez kilku kilogramów książek z targów nie wyjdą. I to może być to obciążenie finansowe, ale to jedyne, co się może państwu złego na Targach Książki w Poznaniu zdarzyć. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Pozdrawiam i zapraszam oczywiście na przyszłotygodniowe wydanie „Bibliotekarium 2.0”. Jakby to państwu powiedzieć?
Znowu będzie ciekawie, bo znowu wszystko na to wskazuje, aczkolwiek to jest jeszcze materiał nienagrany, ale wszystko na to wskazuje, że wspólnie z Ludwikiem Papayem wrócimy do tematu transhumanizmu. Zapraszam, polecam się pamięci i do usłyszenia w przyszłym tygodniu.
[06:10:53] - A mówił to co prawda państwu, jak zawsze mistrz masarski, bądź to księgarski Marek Żelkowski. To tak jeszcze nawiązuję do tej akademii szynki z początku. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.