[00:01] - Telegram z krańca świata.
[00:05] - Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[00:08] - Dzień dobry.
[00:09] - Dzisiaj odcinek, ja wiem, czy nietypowy? W okresie przedświątecznym to wręcz powiedziałbym, że taki odcinek powinien się pojawić. Porozmawiamy dzisiaj z panem Piotrem o fascynacjach książkowych, o książkach w ogóle. Panie Piotrze, pan w audycji „Telegram z krańca świata” bardzo często powołuje się na różnego rodzaju źródła. To są najczęściej książki, chociaż nie tylko, ale w ogóle i w książkach, które pan pisze, odwołuje się pan do wielu dzieł, również do dzieł beletrystycznych. Porozmawiajmy, panie Piotrze, dzisiaj o książkach.
[00:47] - Tak jest. Właśnie beletrystycznych, ale ja tutaj jeszcze uściślę, można mnie oskarżyć i to całkowicie zasadnie, nawet średnich umiejętności adwokat wybroni to w sądzie, że mam monomanię w kwestii fantastyki naukowej. Także, żeby przełamać tą monomanię, żeby utrudnić pracę takim wyimaginowanym prawnikom, dzisiejszy konkurs będzie niezwiązany z fantastyką naukową. Zaraz do niego przejdziemy. Natomiast chciałem ogłosić, że konkurs poprzedni został od razu rozwiązany. Ta opowiastka o tym, że odwiedzam dawnego przyjaciela i zastaję tylko żonę i dalej, co tam się działo, czyli nastąpiło nieporozumienie z panem Markiem Żelkowskim, bo pan Marek Żelkowski to nie był Marek Żelkowski, tylko szeryf miasteczka, przez który przechodził John J. Rambo. Wszyscy powinni obejrzeć ten film oczywiście. Jak ktoś nie oglądał, to proszę zatrzymać podcast, obejrzeć i potem wrócić do podcastu, bo inaczej odmawiam w ogóle współpracy. W którymś momencie całej batalii, jaka się rozegrała między tym szeryfem a Rambo, doszło do tego, że ten szeryf mówi: „Co Boga podkusiło, żeby stworzyć Rambo?” I wtedy właśnie stanął za jego plecami i odpowiedział: „Bóg nie stworzył Rambo, tylko ja stworzyłem Rambo” pułkownik Trautman, który szkolił Rambo do zadań specjalnych w Wietnamie.
Także to zostało odgadnięte. Gratuluję zwycięzcy. Książka już została wysłana, także możemy przystąpić do innych spraw konkursowych. Na wszelki wypadek jeszcze mówię wszystkim: pełny regulamin konkursu jest na stronie chiny.pl/konkursy. Dwie książki na osobę w ciągu roku, czyli jak komuś się od ostatniej zrobi rok, to już może startować. Wiele czytelników tylko dla hecy, dla satysfakcji odgaduje i od razu sami piszą, że już wyczerpali limit póki co. Także tutaj wielki szacun i odwołanie oczywiście, zawsze trzeba reklamować książki własne, jako pisarz muszę to robić. Odwołanie do rozdziału „Prawdziwy smard osi tego świata. Zaufanie”, który znajduje się w „Siłach psychohistorii”. Gdyby nie istniało zaufanie między nami, czyli mną i panem Markiem, a po przeciwnej stronie nasi słuchacze, to te konkursy nie byłyby możliwe.
Ja przypominam jeszcze: ich formułę opracowałem dlatego, że istnieje gdzieś w internecie, nie wiem dokładnie gdzie, bo odkryłem to przez przypadek w 2017 roku. Istnieje miejsce, w którym ludzie zgłaszają odpowiedzi do konkursów i dają innym za darmo okazję do wygrania, co jest nieuczciwe de facto, ale niemożliwe jednocześnie do wykrycia, jak ktoś to z głową w miarę zrobi. Ja to wykryłem dlatego, że kilka odpowiedzi było błędnych, ale napisanych tą samą literówką, więc tak się okazało. Konkurs ogłoszę w trakcie rozmowy. Natomiast teraz pan Marek zadał świetny temat, czyli książki, które w jakiś sposób mnie ukształtowały. Jest ich oczywiście bardzo dużo, tak jak w przypadku każdej innej osoby. Tutaj się okazało na przykład, jak osoba, która odgadywała Rambo, okazało się, że też była bardzo pod silnym wpływem tego filmu, tak jak ja. Ja jako jeszcze mały gnojek ten film obejrzałem na takim pokazie wideo, kiedy jak ktoś miał magnetowid, to w ogóle raz, że miała jedna osoba na całe miasto, żeby odtworzyć jakiś film VHS, a dwa, że wtedy po prostu ledwo rozumiałem, co tam się na ekranie działo, więc tym bardziej to jakoś utkwiło i rozrosło się i pozwoliło lepiej rozumieć świat ludzi. Świat przede wszystkim ten zachodni, który był jeszcze w tamtych czasach zupełnie niedostępny. Ale dobrze, książki.
Więc absolutnie najważniejszą książką mojego życia jest James P. Hogan „Najazd z przeszłości”. Nie wiem, czy ktoś czytał. Pan Marek czytał?
[04:43] - Pan Marek czytał, jeszcze w „Fantastyce” się to ukazało.
[04:47] - Dokładnie. Więc byłem na tyle zwariowany dookoła tej książki, że przeczytałem ją na dzień dzisiejszy i to liczę, tylko właśnie pomyliłem się w jednym momencie chyba, nie jestem pewien, 34 albo 35 razy przeczytałem tą książkę. A poza tym ze mną wszystko w porządku, chociaż wiele osób mogłoby polemizować. I teraz tak, ta książka sprawiła, że stwierdziłem, że chcę zostać socjologiem i rzeczywiście dostałem się na socjologię na Uniwersytet Warszawski, więc jedyny tytuł naukowy, jaki mam, to jest właśnie magister socjologii. Także zawdzięczam to właśnie tej książce, ale też takim wcześniejszym przygotowaniom ze strony Janusza Zajdla, czyli książki przede wszystkim „Paradezja”. To jest coś, co mnie po prostu kompletnie ustawiło i teraz już wszyscy myślę, jeżeli znają tylko te książki albo po prostu mogą się domyślić, bo wiedzą, o co chodziło w nich.To widzą, w jaki sposób zostałem ukształtowany przez okrutny los. Natomiast omawiamy książkę po kolei, bo zrobimy tyle, ile damy radę. Chyba ze cztery albo pięć może nam się uda. „Najeźdźcy z przeszłości” Jamesa Hogana to jest space opera albo fantastyka socjologiczna. Gość jest wybitnym pisarzem, jeśli chodzi o naukowość w fantastyce naukowej.
Jest moim zdaniem na poziomie Arthura C. Clarka może, ale oni mają zupełnie inny styl pisania. Clarke jest osobą sławną, personą, prawda? Dostał chyba przecież tytuł szlachecki za swoją twórczość ogólną. Dobrze pamiętam, sir Arthur?
[06:24] - Tak, dostał.
[06:27] - Właśnie. A Hogan jest po prostu pisarzem, który pisał książki, które dla mnie są wybitne. Na rynku polskim jest jeszcze trylogia „Gigantów”. Pierwsza część to jest „Gwiezdne dziedzictwo”. Pan Marek na pewno czytał, nawet nie pytam. Niech pan kiwnie głową. O, widzę, kiwnął. Żartuję oczywiście. Teraz porada dla rodziców: jeżeli chcecie, żeby wasze dziecko zostało naukowcem, to proszę mu dać do ręki tę książkę, właśnie „Gwiezdne dziedzictwo”. Po pierwsze jest to druga książka, która ma na drugim miejscu, jeśli chodzi o zajebistość wstępu, takiego prologu do całej książki.
Aż gęsiej skórki dostałem. Przepraszam. Jeżeli ktoś chce zarazić dziecko ideami związanymi z nauką, z logicznym myśleniem, z racjonalnym myśleniem, z dochodzeniem do prawdy za pomocą logicznego rozumowania, to jest książka, która ustawi dzieciaka. Ja mam zresztą wersję chińską w języku chińskim, wydano tutaj na Tajwanie tej książki, całej trylogii mam zresztą wydania. Jak ja na przykład mam kontakt z jakimś dzieciakiem i widzę, że ma jakieś ciągoty do naukowca czy coś, to już rozdałem jeden egzemplarz w sumie tylko. To mało, ale pożyczałem bardzo często. Wątpię, żeby przeczytali, bo często też patrzę na bok książki, czy była czytana, czy nie była. Ale generalnie to mnie nie zraża. „Gwiezdne dziedzictwo” to jest tego typu książka, w której nie można powiedzieć, co się dzieje w książce, dlatego, że wtedy się zepsuje całą satysfakcję. Ci, co wiedzą, którzy czytali książkę, pokiwają teraz żarliwie głowami, że dokładnie tak.
To jest tak, jak z tym filmem „Gra” z Michaelem Douglasem. Jak ktoś próbuje wam powiedzieć, o czym jest, to od razu mu bułę na mordę. Przepraszam za wyrażenie, za wzywanie do przemocy, nienawiści pod kątem zdradzania treści książek. Natomiast rzeczywiście tak. Nie wiem, czy pan Marek potwierdzi, bo teraz, w takich czasach mowa nienawiści to nie do końca.
[08:39] - Tak. Ja mam inne pytanie. Wspomniał pan o „Najeździe z przeszłości”. Jak się panu podobał model społeczeństwa zaproponowanego na Chironie? Tak, dobrze chyba pamiętam, na Chironie.
[08:52] - Tak jest. Dokładnie. Ci, którzy na Allegro kupili moją książkę, a nie ode mnie bezpośrednio, to wiedzą, że moja firma nazywa się Chiron. Więc tak, łatwo zapamiętać. Teraz pan Marek już wie dlaczego. Natomiast wracając jeszcze, przepraszam, do „Najeźdźców z przeszłości”. W książce jest tak, że jest mniej więcej III dekada, IV czy V dekada XXI wieku. Zbliża się III wojna światowa, co wszyscy wyczuwają, i nagle powstaje projekt wysłania statku kosmicznego na Alfa Centauri, gdzie została odkryta planeta nadająca się do życia. I ten statek z samymi zarodkami zostaje wysłany tuż przed wybuchem wojny, jak się okazuje chwilę dalej w książce. I co się dzieje?
Na tej planecie powstaje społeczeństwo, które jest odcięte od przekazu kulturowego, które według pierwszego najlepszego prologu, jaki kiedykolwiek w życiu przeczytałem do książki, ci ludzie wychowani przez maszynę zostali odcięci od tego przekazu kulturowego, który sprawiał, że te nasze wszystkie zwierzęce złe cechy, dążenie do wojny, wszystkie te cechy, które uznajemy za negatywne w naturze ludzkiej, nie zostały przekazane kolejnemu pokoleniu. Jest zresztą taki świetny aforyzm. Bardzo mi się podoba. Ojejku, zapomniałem teraz, kto to powiedział. Brzmi chyba tak: „Przesądy to są poglądy przekazywane przez naszych ojców naszym dzieciom za naszym pośrednictwem”. Nie wiem, czy nie spaliłem, ale to chodzi, że przekazujemy te przesądy czy też poglądy, które są toksyczne, szkodliwe, aspołeczne. Robimy to mimo wolni i z pokolenia na pokolenie. Więc ten przekaz międzypokoleniowy oprogramowania kulturowego, a to pojęcie oprogramowania kulturowego już mamy świetnie oswojone, zwłaszcza ci, którzy czytali „Siłę psychohistorii”. Więc to oprogramowanie kulturowe zostało stworzone praktycznie od zera, zaprogramowane przez naukowców w domyśle, chociaż tego szczegółu akurat autor nie ujawnia. I powstaje na tym Chironie społeczeństwo ludzi, którzy mają kompletnie inaczej zbudowany układ motywacyjny.
Więc cały socjologiczny eksperyment, dokładnie taki jak robi Janusz Zajdel w swoich książkach, jest zrobiony w stylu takim bardziej anglosaskim. Hogan oczywiście nie był członkiem społeczeństwa, które było dotknięte socjalizmem. Czyli był po drugiej stronie tej żelaznej kurtyny w czasie zimnej wojny. Natomiast to, co robi, robi po prostu fenomenalną robotę, jeśli chodzi o pokazywanie rozmaitych mechanizmów motywacyjnych, jakie rządzą naszymi zachowaniami społecznymi i jednostkowymi. Także jak ktoś chce zostać socjologiem na przykład, jak teraz jeszcze się zastanawia słuchacz z liceum, to chłopie, szanowna pani, jak chcecie zostać socjologami, to zapraszam do przeczytania „Najeźdźców z przeszłości”, a wcześniej Janusza Zajdla jakąś książkę, minimum „Paradyzję”.Natomiast drugim społeczeństwem, żeby kontynuować tak urwać, bo nie tylko książki, ale też filmy wpływają na ludzkie życie, zwłaszcza na życie pisarzy, którzy potem w jakiś sposób tę ideę sami dostają i przekazują kolejnemu pokoleniu, czyli swoim czytelnikom. To podobny przekaz międzypokoleniowy powiązany przez urodzenie, przez dziedziczenie z ojca na syna czy z rodziców na dzieci. Tutaj następuje też dziedziczenie pewnych idei między ojcem pisarzem, przepraszam, żartuję tylko, a dziećmi, dziateczkami, którymi trzeba się zaopiekować, wytłumaczyć, wszystkimi czytelnikami i słuchaczami. Mam nadzieję, że się nie poobrażają. Jak kupili książki to już wszystko jedno, a jak nie kupili, o cholera, co to będzie? Dobrze, więc filmem, który obejrzałem, nie licząc puszczania sobie audio w czasie jazdy na motorze, obejrzałem 36 razy, jest film „Żołnierze kosmosu” .
Kto by się spodziewał? Natomiast film jest zrobiony, drugi najlepiej wykonany film, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem. Pierwszy to jest film „Kontakt”, o którym zaraz sobie powiemy. Natomiast film „Żołnierze kosmosu” jest luźno, jeśli chodzi o pokazywanie ideologii napędzających społeczeństwo przedstawione w tym filmie, jest luźno tylko nawiązujący do tego, co jest w książce „Żołnierze kosmosu” albo jak ona się nazywa ta książka. Tak samo chyba.
[13:27] - Heinleina, w każdym bądź razie.
[13:29] - Tak, Roberta Heinleina. Generalnie zasada jest taka: to jest coś, czego brakuje nam w naszym współczesnym zachodnim świecie. Otóż pozycje władzy mogą w tym świecie filmowym osiągać ludzie tylko tacy, którzy udowodnili służeniem społeczeństwu, czyli zaciągnięciem się na służbę federacyjną, że są w stanie poświęcić osobiste dobro jednostkowe na rzecz dobra całej społeczności, czyli całej federacji. I to jest myśl przewodnia, która towarzyszyła mi całe życie, odkąd pierwszy raz obejrzałem ten film. Obejrzałem go pierwszego dnia, kiedy była premiera w '97 roku. Obejrzałem go trzy razy pod rząd jednego dnia. Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy jestem przy zdrowych zmysłach, czy jednak niestety nie. Całe te społeczeństwo opierało się właśnie na tym, że działała tam ta asabiya, którą wyjaśniamy w „Siłach psychohistorii”, czyli zdolność jednostki do wyrzeknięcia się dobra osobistego na rzecz dobra całej społeczności i zdolność do postrzegania kolektywnych celów. I tacy ludzie są właśnie w filmie „Żołnierze kosmosu” wyselekcjonowani do tego, aby byli elitą rządzącą. Inni nie mają prawa głosu nawet, inni są nieobywatelami.
Mogą prowadzić firmy, są całkowicie wolni. Generalnie jak ktoś się nudzi, to bardzo polecam podcast Sardona.dk. To jest taki youtuber, który nakręcił filmik pod tytułem „The Politics of Starship Troopers”. Jak ktoś dysponuje językiem Szekspira, to absolutnie będzie to lepszy podcast od niniejszego. Przepraszam, że tak żartuję, natomiast facet naprawdę trafia w dziesiątkę, jeśli chodzi o opis tego świata przedstawionego w filmie. Bardzo polecam właśnie ten podcast. Jeszcze raz: „The Politics of Starship Troopers” jest na YouTubie cały czas. Na szczęście mam ten... A właśnie, ten youtuber został zaatakowany przez tą swałocz internetową w chwili, w której doszło do jakiegoś spięcia ideologicznego z jakąś sikską ze Stanów Zjednoczonych. Doszło do tego, że Bank of America i PayPal skasowali, i jeszcze Patreon, czyli taki Patronite międzynarodowy, skasowali mu konto, zabrali mu środki do życia i generalnie cała sprawa jest fascynująca, bo wygrał z nimi w końcu.
Nie wiem, jak się skończyła sprawa sądowa przeciwko Patronite, ale Patronite był bardzo bliski bankructwa ze względu właśnie na tą aferę z tym youtuberem. Dobrze. Wracając już do „Starship Troopers”. Mamy to społeczeństwo ludzi odpowiedzialnych. Mamy właśnie ten pierwszy kontakt z asabiyą i wiele lat po obejrzeniu filmu, wielokrotnym oczywiście, tak jak już się przyznałem, trafiłem na książkę „Wojna i pokój i wojna”. Ona w tym roku została wydana, w styczniu przez Warsaw Enterprise Institute. Także jest w języku polskim pod tytułem „Wojna, pokój i wojna” Petera Turchina. To jest autor koncepcji ultrakooperacji. Zaraz za sekundkę sobie o niej powiemy. Ale o co chodzi?
„Wojna i pokój i wojna” to jest bardzo wiele przykładów, bardzo wiele takich rozumowań pokazujących, jak ważne jest zdobycie, osiągnięcie zdolności postrzegania i realizowania wspólnego celu przez jakąkolwiek społeczność. Więc te idee to jest esencja socjologii. W jaki sposób ludzie działają, reagują, prowadzą interakcje wewnątrz grupy albo między grupami. Czyli ultrakooperacja dla przypomnienia, jakby ktoś jeszcze nie wiedział albo jeszcze nie kupił, będę płakał chyba, „Sił psychohistorii”, to ultrakooperacja jest to zhakowana zdolność małych grup ludzkich do wprzęgnięcia się, stworzenia, zsynchronizowania jednego umysłu i jednej woli w jakimś małym plemieniu albo grupie myśliwsko-zbierackiej, co umożliwiało im przetrwanie. Jeżeli zdołali wypracować wzorce kulturowe pozwalające im na przetrwanie, to wśród tych wzorców kulturowych, czyli w tym oprogramowaniu kulturowym, wykształciło się na zasadzie ewolucji kulturowej, ale też koewolucji tej biologicznej, dlatego że nasz organizm, przede wszystkim struktury mózgu, przystosowywały się do tego, że człowiek za pomocą kultury doprowadzał do tego, że potrafił przetrwać, rozmnożyć się i zwiększyć swoją wielkość. Natomiast ultrakooperacja polega naWyskalowaniu, na skalowalności jakby powiedział programista współczesny zdolności do kooperacji małych grup do skali całych państw i całych imperiów, w których kooperacja następuje nie między ludźmi, którzy się świetnie znają, bo mieszkają chatę obok i słyszą nawzajem jak pierdzą w nocy. Przepraszam, niech tego nie wykasuje pan Marek, ja bardzo proszę, bo to śmieszne. Natomiast kooperacja ludzi, którzy między sobą się nie znają, możliwa jest dzięki rozmaitym instytucjom społecznym, między innymi temu, co wspomniałem nie bez kozery na początku zaufanie wobec ludzi obcych, czyli zaufanie prawdziwy smard do osi tego świata. Są różne kwestie związane z poczuciem tego, co to jest sprawiedliwość, taka instytucja sprawiedliwości. To znaczy wszyscy podlegamy tym samym regułom i ci, którzy występują przeciwko tym regułom, są w jakiś sposób ostracyzowani.
Tu antropolodzy świetne książki piszą na te tematy. W jaki sposób na przykład, jeżeli jest osoba zbyt agresywna wobec innych członków społeczności, to zostaje na przykład zabita zza węgła albo w jakikolwiek sposób usunięta, albo dana jest takiej osobie nauczka bardzo poważna i ta osoba nagle znajduje miejsce w szeregu i zaczyna realizować cele wspólnoty, a nie swoje cele własne. Przyczyny mogą być różne. Jakieś uszkodzenia fizjologiczne mózgu mogą doprowadzić do zachowań antyspołecznych, zarażenie jakimś oprogramowaniem kulturowym podsuniętym przez przeciwnika. Zaraz będziemy mówili przecież o wojnach kulturowych, tych, które mamy współcześnie. Natomiast o co chodzi? Książka „Najazd przeszłości", film „Żołnierze kosmosu" to były pierwsze moje zetknięcia z tymi ideami ultrakooperacji, które nie nazywały się w ten sposób. Nie nazywałem tego w ten sposób dlatego, że książka pod tytułem „Ultrakooperacja" jeszcze wtedy nie powstała. Dlatego proszę, zobaczcie, jaka jest ważna rzecz. Czytając książki poznajemy nowe idee i rekonceptualizujemy wszystko to, co wcześniej poznaliśmy i jesteśmy w stanie stworzyć na przykład jakiś obraz mentalny albo jakiś instrument oddziaływania na otaczający nas świat, który pozwala nam lepiej zrozumieć ten świat i lepiej na niego wpłynąć.
To dlatego właśnie tłumaczenie „Sun Zi. Jego sztuka wojny", moje tłumaczenie traktatu ma podtytuł „Filozofia i praktyka". I też dlaczego najważniejszym jest filozofia i praktyka oddziaływania na bieg zdarzeń? Przepraszam, dopowiem, jakby ktoś jeszcze nie kupił. Natomiast drugą, najważniejszą metaideą jest rekonceptualizacja, czyli zdolność spojrzenia na jakieś zjawisko. I nagle dzięki inspiracji za pomocą książek innego człowieka albo podcastu, albo jakichkolwiek innych inspiracji jesteśmy w stanie spojrzeć na tą sytuację z zupełnie innej perspektywy. I nagle się robi taki wielki klik w naszym umyśle i nagle rozumiemy tę sprawę. O kurczę, dlaczego ja nie pomyślałem o tym w ten sposób? Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem? I na przykład takimi ideami, i teraz przejdę z książek beletrystycznych do książek bardziej naukowych, takimi ideami-
[21:07] - Ale moment! Jeszcze ja. Widzę, że dzisiejszy temat rozpalił pana Piotra niesamowicie. To ja skorzystam. Zapytam o kilka rzeczy odnośnie „Żołnierzy kosmosu", bo pan tak pięknie przedstawił zdolność do asabiji, a ja też miałem tam nieodparte wrażenie, że chodziło też o to, ci ludzie zaciągali się do armii, żeby w przyszłości być kimś.
[21:32] - Tak. Status.
[21:33] - Transakcja wiązana oczywiście, ale jednak.
[21:37] - No tak, ale zwróćmy uwagę, bo tego chyba nie zdążymy. Właśnie teraz chyba mamy jednak okazję, żeby to omówić. Dlaczego? Dlatego, że kopiowanie cudzych zachowań jest też zhakowane do tego, żebyśmy my, ludzie między sobą regulowali nawzajem własny status. Więc ten, kto ma wyższy status, na przykład jest jakąś sławną gwiazdą albo jakimś politykiem, jest naśladowany, a inni automatycznie, i są mechanizmy fizjologiczne i kulturowe, które to regulują, inni go naśladują, prawda? Jest jakiś sławny aktor albo jakaś aktorka założy jakąś kieckę i nagle za miesiąc wszyscy chodzą w takiej samej, prawda? Ta osoba jest ośrodkiem zainteresowania. Ona zyskuje to, że właśnie ładuje się dopaminą, dlatego, że wszyscy robią to, co ona, ta osoba. Natomiast wszyscy inni uznają jakoś jej zwierzchnictwo i wyższość i pozycję bycia źródłem tych wzorców kulturowych, którymi wszyscy się zarażają. Podkreślam słowo zarażają.
To jest absolutnie kluczowe. Więc w „Żołnierzach kosmosu" zróbmy teraz rekonceptualizację, czyli dokładnie to, co mówiłem, że jest absolutnie kluczem, jeśli chodzi o przekazywanie oprogramowania kulturowego między sobą nawzajem. Rekonceptualizacja jest taka, że w „Żołnierzach kosmosu" dopiero osoba, która wykaże się, że jest w stanie, jest selfless, czyli poświęca swoje własne dobro dla dobra społeczności, dopiero wtedy przez tą społeczność jest nagradzana wysokim statusem, czyli dostaje status obywatela i dostaje prawo głosu, dostaje możliwość obejmowania stanowisk władzy. A w naszym świecie jest, jak jest. Co tu dużo mówić. Inaczej, gorzej moim zdaniem, znacznie gorzej. Uważam, że system społeczny w „Żołnierzach kosmosu" w filmie podkreślam, nie w książce, bo w książce to było dobrze, ale zupełnie inaczej było to pokazane. System społeczny jest uważam za doskonały.
[23:35] - To ja jeszcze pójdę śladem książek, które pan wymienił na chwilę do tego „Najazdu" Hogana. Otóż nie miał pan wrażenia, że to społeczeństwo, ja nie wiem, ja go wtedy, kiedy pierwszy raz to czytałem, byłem skłonny nazywać rodzajem społeczeństwa anarchistycznego czy jakoś czerpiącego z anarchii. Ono tam w książce funkcjonuje całkiem nieźle. Czy panu ten model, pomimo że on jest atrakcyjny przynajmniej w lekturze, wydał się realny, możliwy do funkcjonowania, czy też to była jednak licentia poetica?
[24:12] - Uważam na dzień dzisiejszy i wcześniej też tak uważałem, że jest realny. Problem polega na tym, że nasze oprogramowanie kulturowe, wracam do tej koncepcji, jest to przypominam absolutnie kluczoweNasze oprogramowanie kulturowe sprawia, że jesteśmy wrażliwi, czy też nasz układ dopaminowy, chociaż o dopaminie nie ma słowa w „Najeździe z przeszłości" w książce. Nasz układ dopaminowy uzależnia się od pewnego typu nagród. I teraz w naszym społeczeństwie, w zachodnim czy we wszystkich innych, generalnie w mniejszym lub większym stopniu jest tak, że kiedy dominujemy nad innymi, ten układ dopaminowy się nam uruchamia i nagradzamy sami siebie. „Ale mu pokazaliśmy, gdzie jego miejsce" na tej zasadzie. To są oczywiście tysiące wariantów. Każdy z nas zna je na co dzień, więc bez sensu podawać kolejne przykłady. Natomiast w „Najeździe z przeszłości" powstało społeczeństwo, które przez roboty zostało wykształcone w taki sposób, żeby te nagrody dopaminowe, czy też po prostu sprzężenie zwrotne, czyli wzmocnienie pewnych zachowań, a zniwelowanie innych zachowań zostało zrobione w sposób, który eliminuje zachowania dominacyjne, które są szkodliwe dla innych osób. W każdy możliwy do pomyślenia sposób, że zadręczamy kogoś na przykład tym, że my jesteśmy w jakimś tam zagadnieniu lepsi albo gorsi i w „Najeździe z przeszłości" jest pokazane, że dla wszystkich jest oczywiste, że niektórzy są lepsi w tym, inni w tamtym i każdy musi znaleźć swoje miejsce, gdzie może swoje talenty maksymalnie wykorzystać i za to otrzymuje szacunek. Za to, że stara się ze wszystkich sił zrobić tak dobrze, jak to tylko możliwe, to, co jest jego specjalnością.
I to jest właśnie tą monetą, tym wzajemnie nadawanym statusem, podnoszeniem sobie nawzajem statusu. Sposobem osiągania tego statusu jest robienie tego, co się umie w sposób, który zdobywa innych szacunek, czyli nie przeszkadzam innym, nie podkładam innym nóg i tak dalej. To wszystko jest w tym społeczeństwie skonstruowane właśnie dlatego i tylko dlatego, że można było odciąć się od tych wzorców międzypokoleniowych, które były w książce zdefiniowane jako te, które sprawiały, że człowiek ledwo się wydobył spomiędzy zwierząt. Tu cytuję początek, parafrazując, początek, czyli prolog całej książki. Natomiast teraz, kiedy mamy możliwości techniczne pozyskiwania niemalże nieskończonych ilości energii niezbędnych do tego, żeby społeczeństwo funkcjonowało, nie mamy niedoboru surowców, bo takie społeczeństwo na młodym świecie, które było paręset tysięcy zaledwie, oni mieli nadmiar tych surowców. To też istotny czynnik. Kiedy tych surowców by zabrakło, to nagle by się pojawiły zjawiska patologiczne, które by uniemożliwiły istnienie takiej społeczności, jak było na planecie Chiron. Natomiast to jest skomplikowana, dłuższa rozmowa musiałaby być potrzebna do czegoś takiego. Natomiast w samej książce pokazane jest prosto: skoro wszystkie — i na wielu przykładach, które były fascynujące dla mnie jakonojka, który miał wtedy raptem 15 czy 16 lat, jak to pierwszy raz przeczytałem. Co było fascynujące, skoro jest świetny fragment książki, skoro przez 300 lat, bo to początek XXI wieku, czyli te 300 lat obejmuje też rewolucję przemysłową w Anglii.
Przez 300 lat wytworzyliśmy technologię, która zaspokaja wszystkie nasze potrzeby materialne. W związku z tym status materialny przestał być równoważny statusowi międzyludzkiemu. Jak to powiedzieć? Statusowi kto jest lepszy, a kto jest gorszy. Albo jeśli chodzi o kwestie jakiejś stratyfikacji społecznej typu tu jest szlachta, a tu jest pospólstwo. Ja jestem bogaty, mam wszystko, co chcę mieć, co potrzebuję mieć. Mam pałace, mieszkania, samochody i tak dalej, dlatego mój status jest wysoki. Nie. Właśnie w społeczeństwie planety Chiron status społeczny uzyskiwało się przez robienie tego, co się robi najlepiej, jak tylko można. Czyli źródło statusu jest nie bogactwo materialne, bo wszyscy mają bogactwo materialne.
Każdy może sobie wziąć z magazynów automatycznych fabryk dokładnie wszystko, co chce, wybudować jakiś wspaniały dom, który wygląda jak jakiś pałac z bajek i tak dalej. Więc bogactwo nie jest źródłem statusu. Źródłem statusu jest kompetencja i nie wpieprzanie się ludziom w życie.
[28:42] - No tak, czyli pewne kwestie już mamy wyjaśnione, bo to pamiętam, przynajmniej „Chiron" i jego społeczeństwo w czasach, kiedy czytałem to po raz pierwszy, budziło moje żywe emocje. Jakoś tak podświadomie się buntowałem. Dopiero później zrozumiałem, że tak naprawdę biłem się ze swoją tradycją, tą, o której pan mówi, tym wychowaniem i tym, co przejąłem, że przecież tak nie można, bo trzeba po staremu. Dzisiaj to oczywiście zweryfikowałem. Panie Piotrze, to teraz zapowiadał pan książki niebeletrystyczne. Zapraszam.
[29:18] - Tak. Książką niebeletrystyczną, która kompletnie odwróciła mój sposób myślenia, była „Summa technologiae" Stanisława Lema. Nie pytam pana Marka, bo na pewno to czytał. Natomiast książka jest pełna idei, które sprawiały, że nagle patrzyłem, doznawałem jakiegoś rodzaju transu, nie transu. Byłem jakimś malutkim człowieczkiem w jakimś bezmiarze, całych oceanach wszechświata. Ale nagle zacząłem tym moim miniaturowym móżdżkiem rozumieć, jak ten świat funkcjonuje, jak ten wszechświat funkcjonuje. Czyli na przykład dlaczego Ziemia jest nie na jakichś peryferiach galaktyki, gdzieś w niewiadomym miejscu, tylko właśnie jest w tym obszarze, który najbardziej sprzyja powstawaniu życia na planetach, czyli dostatecznie gęste jest zagęszczenie gwiazd do tego, żeby supernowe wybuchając, tworzyły pierwiastki ciężkie, bez których życie jest niemożliwe, ale jednocześnie dostatecznie rzadkie, żeby te supernowe nie wybuchały za często i pozwoliły temu życiu przez miliardy lat się rozwinąć i nie zniszczyć go. Więc tego typu spostrzeżeń dotyczących ludzkiej percepcjiLudzkiego miejsca w kosmosie, miejsca ludzkości w kosmosie, granic naszego zrozumienia. Ja czytałem tę książkę kompletnie jej praktycznie nie rozumiejąc w wieku 10 czy 11 lat, ale po raz drugi lub po raz trzeci, czy czwarty czytając tę książkę nagle się okazało, że człowiek rozumie coraz więcej. Stąd jest taka zasada ogólna, jeżeli nawet jakaś książka jest trudno zrozumiała, ale nie dlatego, że autor bełkocze, tylko po prostu te koncepcje są niemożliwe, to trzeba przeczytać na siłę, po prostu zmusić się.
I to mi się poszczęściło. Także „Summa technologiae” to jest książka, która bardzo ustawia. Jeżeli ktoś chce nauczyć dzieciaka z liceum, już nie dzieciaka prawie, nauczyć racjonalnego myślenia albo nauczyć dystansu do wszystkich naszych doraźnych teorii, z którymi mamy do czynienia na co dzień, oderwać się od tego wszystkiego i spojrzeć jakimś naprawdę szerokim okiem, to „Summa technologiae” to jest absolutnie pozycja numer jeden.
[31:36] - Panie Piotrze, z tym Lemem to jest jakaś wielka tajemnica. Ja pamiętam z kolei książkę „Golem XIV”. Pamiętam, że mój kolega traktował tę książkę jako środek nasenny. Po przeczytaniu dwóch stron zasypiał, ale to było w czasach liceum. Ja natomiast nie zasypiałem przy niej, ale jej kompletnie nie rozumiałem. Po prostu czułem się kompletnie odmóżdżony. I wie pan co? W miarę kolejnych powrotów do tej książki, tak jak pan to powiedział przed chwilą, rozumiałem coraz więcej. A w tej chwili jest to taka książka, którą uważam za niezwykle ważną. Może tam już pewne drobiny się zestarzały z tego opisu rzeczywistości, z tego materialnego opisu.
Natomiast idee, które tam są postawione, pewne przemyślenia w dalszym ciągu aktualne. I dla mnie to jest ta książka, którą polecam, chociaż trudno mówić, że przy tej książce ktoś się rozerwie. Chyba że będzie miał granat. Znowu jakiś taki żart mi słaby wyszedł. Panie Piotrze, ale oddaję głos, przepraszam.
[32:45] - Nie, rozmawiamy o książkach. To co, ile jeszcze mamy czasu? Zdążymy na dwie książki? Mamy czas na dwie książki?
[32:53] - Zdążymy, ale ja jeszcze cały czas przypominam o konkursie.
[32:56] - Tak, ja też pamiętam o konkursie. Zaraz to zrobimy. No dobrze, zrobimy teraz. Tutaj padły poważne oskarżenia z moich własnych ust w kwestii tego, że jestem sfiksowany na kwestii fantastyce naukowej. W związku z tym będzie to teraz dzieło bardzo wielkiej wagi. Dzieło historyczne, arcydzieło filmu historyczno-kostiumowego. Proszę sobie wyobrazić następującą scenę: pan Marek Żelkowski i pan Piotr Plebania stoją na czele armii, która zaraz ma odebrać hołd i mówi jeden do drugiego. Nie chcę tutaj narażać godności pana Marka, więc nie powiem, kto do kogo powiedział. Przepraszam, ozwał się w następujące oto słowa, żeby to już uhistorycznić nawet dialog: „Mam nadzieję, że umyłeś dzisiaj dupę, bo będzie ją zaraz całował król”. I pytanie zagadkowe jest takie, mam nadzieję, że nie wykasuje pan Marek tego konkursu.
Na pewno nie, ma wybitne poczucie humoru, na pewno doceni. Proszę o nazwę miejsca, gdzie te słowa padły i może rok na przykład. Rok i miejsce. Tak, to wystarczy. A dodam jeszcze na marginesie, że co prawda obeszliśmy się... Słyszy pan mnie? Tak? Halo?
[34:16] - Ależ oczywiście.
[34:17] - Myślałem, że się rozłączyłem po czymś takim. Dobrze.
[34:20] - Nie, no nie.
[34:21] - Tak, dodam, że co prawda pozbyliśmy się science fiction, ale nie pozbyliśmy się drugiego elementu, który ubóstwiam w filmach i książkach, czyli porządna strzelanina, najlepiej jakaś kosmiczna. Natomiast właśnie tu nie ma kosmicznej. Za to natomiast jest taka rąbanka, że dwie osoby by to skomentowały. Rzeźnik by stwierdził, że ten film tak odzwierciedla wnętrze jego duszy, że taka rąbanka właśnie jest w czasie bitew filmowych, że po prostu to jest film jego życia. No dobrze, to zostawmy tak, jak jest. To jest ta zagadka. Także kto odgadnie, to proszę się zgłosić i będziemy negocjować, który tytuł. Zaraz będzie książka dostępna. „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Także w połowie stycznia będzie fizycznie papierowe egzemplarze dostępne, także jak ktoś już będzie chciał ją, to dostanie trochę później, w styczniu właśnie, ale właśnie w ramach konkursu.
[35:13] - Okej, panie Piotrze, to jakie następne książki?
[35:16] - Następne książki. Może być fantastyka?
[35:19] - Może być.
[35:21] - Dobrze. Jest jeszcze cykl tak naprawdę, ale pierwsza książka, która mnie ustawiła zupełnie to jest „Taktyka błędu” Gordona R. Dickсона. To jest człowiek, który w tej książce... takie military science fiction. Nigdy później i nigdy wcześniej też nie znalazłem lepszej książki, takiej military science fiction. Więc jak ktoś jeszcze nie czytał, to zalecam zapauzować niniejszy podcast, przeczytać i akurat o trzeciej, czwartej rano się skończy czytać, to wrócić do podcastu, żeby się pożegnać, bo zaraz się nam kończy czas. „Taktyka błędu” zaczyna się od... aha, właśnie. Ta książka powstała pod koniec lat 60.
z tego, co kojarzę. Generalnie w chwili, w której na Zachodzie były kompletnie nieznane „36 porteli”, czyli ta słynna kompilacja chińskich przysłów i maksym wojennych, która jest sprzężona z tak zwaną tą starożytną „Księgą przemian”, po prostu „Księgą przemian”, czyli takim systemem wróżb wytworzonym przez cywilizację chińską w starożytności. Natomiast same przysłowia polegają na pokazaniu pewnych schematów, w jaki sposób wprowadzać przeciwnika w błąd i w jaki sposób wygrywać bitwy albo wojny, albo jakieś generalnie konflikty między przeciwnikiem a nami samymi. Więc„Taktyka błędu” to jest książka, w której nie wiem, w jaki sposób Dixon dostał, ale musiał. Albo jest jakimś naturalnym geniuszem, albo dostał do ręki jakieś tłumaczenie, prawdopodobnie z Hongkongu. Jedno z pierwszych w ogóle, jakie tłumaczenie się pojawiło w tamtym okresie, właśnie tych „Trzydziestu sześciu forteli”. „Trzydzieści sześć forteli” to została książka odkryta tuż po II wojnie światowej. Gdzieś wewnątrz Chin został zrobiony reprint i dopiero ten reprint trafił do Pekinu i jakaś gazeta o tym opisała. Ta książka, te „Trzydzieści sześć forteli” jest tak dostrojona do chińskiego umysłu, że cała idea tej książki, tego bardzo krótkiego traktatu, bardzo enigmatycznie napisanego w kategoriach starożytnych wróżb, pokazuje, jak za pomocą regulowania faz świata, czyli tych wszystkich cykli zdarzeń, doprowadzić do tego, że nasze działanie jest skuteczne, a działanie przeciwnika jest nieskuteczne. W takim najbardziej ogólnym, filozoficznym sensie.
Oczywiście trochę dłużej trzeba tłumaczyć. Natomiast jak ktoś jeszcze nie przeczytał, to zapraszam do mojej własnej książki na ten temat, czyli „Trzydzieści sześć forteli” z wstępem Andrzeja Sapkowskiego. Książka ukazała się w 2017 roku w porządnym wydaniu, pierwszy raz w 2012. Wracając do Dixona i „Taktyki błędu”. Ja tę książkę czytałem, powieść fantastycznonaukową, na zajęciach profesora Krzysztofa Gawlikowskiego, sinologa i też polecam jego wykłady, które są na YouTubie. Tylko trzeba puszczać z prędkością 1.5, bo strasznie wolno mówi, ale gra z sensem za to. Na jego wykładzie czytałem tę książkę i on zaczął na jednym wykładzie opowiadać o tych „Trzydziestu sześciu fortelach” i o „Sztuce wojny”. Dlatego to skojarzyłem. I tak bym skojarzył w którymś momencie, ale nagle się kompletnie unaoczniło, że ten człowiek, czyli pisarz Dixon, pisał kodem kulturowym chińskim o sztuce wojennej, o sztuce przechytrzania przeciwnika. Poczynając od pierwszej sceny na pokładzie liniowca międzygwiezdnego, który miał skoczyć w hiperprzestrzeń.
Była taka otwierająca scena z prologu całej książki. Do samego końca było pokazywane, jak należy kierować umysłem przeciwnika, jak należy kształtować przestrzeń decyzyjną przeciwnika do tego, aby ten przeciwnik robił to, co my chcemy. Czyli jak wpłynąć na jego system motywacyjny, na jego obrazy mentalne, które powstają w jego mózgu, jak go sprowokować do jakiegoś działania. To było coś absolutnie fenomenalnego i dowiedziałem się o tym równolegle z dwóch źródeł: od Gawlikowskiego, czyli najlepszego sinologa, jakiego Polska miała, na którego wykłady chodziłem. Generalnie przypadkowe. Przypadkowe jak przypadkowe. Natomiast drugie, powieść fantastycznonaukowa, którą przeczytałem wcześniej w liceum i znałem niemalże na pamięć i która nagle się połączyła. Ta wiedza może nie zwykłego pisarza, bo wybitnego moim zdaniem pisarza, nagle zlała się w jedno z tym, co przyszło ze strony cywilizacji konfucjańskiej, która kształtowała się tak jak gdyby na innej planecie niemalże, jeśli chodzi o niektóre idee i sposoby patrzenia na świat. Podsumowując, „Taktyka błędu” to jest absolutnie fenomenalna książka o wojnie. Jakby na świecie nie było książki „Sztuka wojny”, to można by było zamiast tej „Sztuki wojny” przeczytać Dixona i by na to samo wyszło, jeśli chodzi o rozumienie konfliktu i wojny.
Tak bym to powiedział. Natomiast jest jeszcze ciekawsza rzecz. Drugą i trzecią częścią wydaną po Polsce przez wydawnictwo Amber jeszcze w latach 90. było „Dorsai”. To jest pojedynczy tytuł z wykrzyknikiem na końcu, pojedyncze słowo. I druga jeszcze książka: „Żołnierzu, nie pytaj”. To jest trylogia, która jest arcyważna. Uważam, że każdy człowiek powinien tę trylogię przeczytać, najlepiej w liceum, ale generalnie powinna to być pozycja jedna z pięciu najważniejszych.
[40:40] - Tak. Jedno, co pamiętam, że pierwsze tłumaczenie, które się ukazało w Polsce, było nieszczęśliwie zrobione i nawet się ukazała taka recenzja w wtedy nowej „Fantastyce”: „Żołnierzu, nie czytaj”.
[41:01] - Dobra.
[41:01] - Bo coś tam było z tłumaczeniem. Niemniej to oczywiście nie jest wina Dixona, tylko tłumacza. Potem się podobno rzecz naprawiła i w dalszym ciągu mogę tylko powiedzieć tyle, że podtrzymuję. W pełni się zgadzam z panem Piotrem, że to jest taki cykl powieściowy, po który naprawdę warto sięgnąć, szczególnie jak ktoś lubi militarną fantastykę, ale taką nie czystą rąbankę, tylko coś jeszcze za tym się kryje, to jak najbardziej. Panie Piotrze, zbliżamy się do końca, ale jakby pan jeszcze rzucił jakiś fajny tytuł, to nie byłoby źle.
[41:41] - Tak?
[41:42] - Tak.
[41:43] - Dobrze. A zagraniczny czy polski? Generalnie to jest dobre miejsce, żebym tak się pokusił na podsumowanie. Dobra książka czy książka, która ustawia, albo książka, która nagle otwiera nowe wrota do nowych obrazów mentalnych, które sprawiają, że zupełnie inaczej widzimy wszystko, co do tej pory widzieliśmy w zupełnie inny sposób. Dobra taka książka powinna sprawiać, że powiemy coś takiego. To jest zakończenie jednego z esejów w książce, w moim tłumaczeniu „Sztuki wojny”, z Biblii, z Listu do Koryntian 13.1: „Gdy byłem dziecięciem, mówiłem jak dziecię, myślałem jak dziecię i rozumowałem jak dziecię. Lecz gdy na męża wyrosłem, zaniechałem tego, co dziecięce”. To jest mówiąc prostymi słowami: książka dobra, książka warta kupienia, przeczytania wielokrotnie. To jest taka, która sprawia, że nagle nawet my sami sprzedDosłownie kilkunastu godzin. Czujemy, że przed kilkunastoma godzinami byliśmy dziecięciem.
Nie rozumieliśmy świata tak, jak rozumiemy go teraz. Książka powinna dawać oświecenie właśnie w taki sposób. I o takich książkach dzisiaj mówiliśmy. To co, jeszcze jedną?
[42:55] - Jeszcze jedną. Będę się upierał.
[42:58] - Ja bym powiedział...
[43:01] - Za dużo książek pan Piotr przeczytał i teraz jest ciężko wybrać.
[43:05] - To jest książka, którą jako komiks widziałem w Świecie Młodych. Pierwsze dwa odcinki się ukazały, potem z niewiadomych dla mnie przyczyn zaprzestano. „Zapomnij o Ziemi” to jest książka, która tak wpłynęła na mnie, jak tylko mogła. Jejku, najlepsza space opera, jaką w życiu przeczytałem.
[43:23] - Piszący pod pseudonimem, ale ten pseudonim Colin App. To była jedna z dwóch space oper, które w ogóle w życiu napisał. I okazuje się, że czasami to rzecz zbawienna. Po raz pierwszy w Polsce space opera „Zapomnij o Ziemi” ukazała się w pełni w Fantastyce. Po pierwsze wtedy to było coś nowego na polskim rynku, ale trzeba przyznać, że redaktorzy Fantastyki mieli wtedy naprawdę dobrą rękę i wybrali na start dla polskich miłośników fantastyki coś naprawdę rewelacyjnego. Ale teraz już pan Piotr mówi.
[44:07] - Jest jedna idea, która niesamowicie silnie we mnie utkwiła po przeczytaniu tej książki. Na samym początku, w pierwszym rozdziale. Nadzieja. Nadzieja to jest siła, która jest w stanie poruszać światy niemalże dosłownie i która jest w stanie zmienić historię całej rasy ludzkiej w tym momencie. Książka zaczyna się od wyjawienia, co się stało. Otóż pierwszy pojazd kosmiczny hiperprzestrzenny, jaki wysłaliśmy my jako ludzkość w kosmos, napatoczył się — to było lepsze słowo, napatoczył — na flotę wojenną Imperium Vulmotu, czyli lokalnego imperium galaktycznego. I my, naiwni, jako pierwszą rzecz chcieliśmy nawiązać kontakt z inną rozumną rasą i podaliśmy koordynaty Ziemi. A ta flota Vulmotu co zrobiła? Poleciała na Ziemię i zniszczyła całą planetę. Książka jest o tym, jak niedobitki ludzkości starają się raz wywierać zemstę, a raz podążać za jednym promykiem nadziei.
I właśnie całe jest pokazane w tej książce. Oczywiście to jest space opera i to jest jej główna treść. Natomiast ten konstrukt mentalny, oprogramowanie kulturowe inaczej mówiąc, które przy okazji czytania tej space opery czytelnik otrzymuje do swojego umysłu, jest absolutnie kluczowe. Nie tyle pokazuje, ile sprawia, że nagle zaczynamy się zachowywać według zupełnie odmiennych wzorców, że przestaje być dla nas naturalne poddawanie się czy dawanie za wygraną, czy też... Mogę nawiązać inaczej. Świetnie, mam świetny pomysł. Ci, którzy czytali przynajmniej jedną z moich książek, bo w każdej o nich wspominam, mówię o kwestii wyuczonej bezradności. Natomiast w „Siłach psychohistorii” jest krótki esej Tomasza Witkowskiego, psychologa, który chyba jest w tej chwili w Polsce numer jeden albo przynajmniej numer dwa. On pisał o wyuczonej bezradności, między innymi o eksperymencie, w którym szczury były wrzucane do wiaderka. Chyba mówiliśmy o tym w czasie jednego z odcinków wcześniejszych.
Przypomnę. Szczury były wrzucane do wiaderka i pływały sobie, aż się nie zmęczyły i się nie utopiły. Biorę z sufitu w tym momencie te liczby. Zresztą te liczby są nieistotne, dlatego, że są rozmaite warianty tego eksperymentu. Powiedzmy, że szczur pływa godzinę, potem się poddawał. Natomiast jak w którymś momencie szczur dostawał drabinkę i mógł się wydostać, to wtedy nie poddawał się po godzinie, tylko mógł pływać kilkanaście godzin i czekać na tą drabinkę, dlatego, że wiedział, że pomoc nadejdzie. To jest niesłychanie silny mechanizm. Proszę sobie poczytać o tym eksperymencie. Łatwo znaleźć. Przypis jest.
Dobra, już nie będę żartował na temat kupowania moich książek, co właśnie zrobiłem. Natomiast co jest tym clou? W naszym umyśle fizjologicznie jest zakodowany bardzo istotny mechanizm. Otóż właśnie ten mechanizm pozwala nam chwytać się tej nadziei, przewidywać to, że przyjdzie jakiś ratunek. Jeżeli zostaniemy sformatowani przez jakąś toksyczną ideologię albo zostaniemy wychowani w takim albo innym okresie historycznym, w którym nie jesteśmy w stanie chwytać się tej nadziei, to łatwiej poddamy się albo łatwiej zawierzymy komuś, kto chce nami manipulować, albo wtrącić nas w beznadzieję, bezsens, niskie morale. Natomiast jeżeli zostaniemy we właściwym momencie zaprogramowani do tego, żeby nie poddawać się, never give up and never surrender. Dobra, drugą książkę można wydać, co w przyszłym tygodniu nie będzie można. Nigdy się nie poddawaj. Never give up, never surrender. W jakim filmie był to motyw przewodni, hasło przewodnie dla całej wspaniałej, wybitnie inteligentnej rasy, który pozwolił jej przetrwać najgorsze?
Tak to powiem. Przepraszam, odgadł pan, czy jeszcze nie?
[48:47] - Nie.Ja ostatnio słabo z tym odgadywaniem.
[48:52] - Arcydzieła. Przepraszam, że tak się dopytuję. Kategoria „Arcydzieła kinematografii amerykańskiej”. Czyli skąd pochodzą te słowa „Never give up, never surrender”. Wracając już ściśle do książki „Zapomnij o Ziemi”. To jest książka, która ma tą moc, jeżeli młody człowiek dostanie ją we właściwym momencie. Ja akurat dostałem, ale znam osoby, które tak samo jak ja trafiły. Po prostu ten moment jest dłuższy albo książka jest absolutnie uniwersalna pod tym względem. Między innymi, tutaj chyba zdradzę, mam nadzieję, że się nie obrazi, Wojciech Szewko, specjalista od terroryzmu i od geopolityki Bliskiego Wschodu. Można posłuchać jego wypowiedzi na YouTubie.
Dla niego ta książka jest książką życia. W moim przekładzie „Sun Zi. Sztuka wojny” jest 26 esejów rozmaitych osób, które poprosiłem o wypowiedź co do tego, jak rozumieją wojnę. Każdego z tych autorów poprosiłem o wymienienie trzech książek, które w jakiś sposób wpłynęły na ich życie i zmieniły sposób, w jaki patrzą na świat. Rzeczony pan wymienił, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, właśnie książkę „Zapomnij o Ziemi” Colina Sima.
[50:03] - Tak, panie Piotrze, dzisiaj było dużo fantastyki, ale takiej fantastyki z podtekstem, takim, jak pan najbardziej lubi. Pięknie dziękuję. To będzie dla tych, co nie czytali, na pewno wspaniały drogowskaz. A zatem jeszcze raz pięknie dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[50:22] - Do usłyszenia.
[50:24] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.