[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Piątek, weekendu początek, mija godzina 20.00 i radiowi pożeracze książek i podcastów o tematyce okołoliterackiej i nie tylko już zacierają rączki, bowiem właśnie tutaj, właśnie teraz rozpoczyna się kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz Bibliotekarium 2.0 Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:48] - Halo, halo. Tradycyjnie wszystkich witam bardzo pięknie. I cóż, proszę państwa, Ivellios powiedział, że zacieracie państwo rączki. Ja nie jestem taki przekonany, bo jak państwa w zeszłym tygodniu zapytałem o propozycje gości, to jeśli od czasu do czasu pojawiały się jakieś wpisy na youtubowym okienku, to pod tym YouTubem nic się nie pojawiło. Nikt nie ma żadnych propozycji, nikt nie ma żadnych opinii. To ja nie wiem. Albo ja to robię wszystko tak, proszę państwa, genialnie. To jakoś łechce moją próżność oczywiście, ale nie sądzę. Po prostu nie sądzę i chciałbym, żeby to robić lepiej, ale potrzebuję jakichś informacji.
[01:42] - Może polscy internauci często oczekują, że ktoś im podsunie propozycje propozycji.
[01:52] - Możliwe. To pewno i do takiej formy się posuniemy. W każdym razie ciężko się robi audycję w ciemno. W związku z tym jakiejś zwrotnej informacji, tak jak powiedziałem już, bym oczekiwał. I namawiał państwa, bo tak naprawdę ja nie robię tych audycji dla siebie, tylko chciałbym, żeby ta oferta była możliwie pasująca do tego, co byście państwo chcieli usłyszeć. Ja wiem, że od czasu do czasu dobrze jest zaskoczyć słuchaczy czymś ekstra. To na pewno będę robił, ale z drugiej strony warto, żebyśmy się wymieniali od czasu do czasu myślami. Dobra, to tyle narzekania, bo człowiek jak sobie nie ponarzeka, to później się jakoś źle czuje. Ja i tak, proszę państwa, jestem mocno podekscytowany, ponieważ tuż przed audycją, przed nagraniem audycji prowadziłem według mnie super wywiad z super autorem. To jest autor książki „Plama światła” i z Pawłem Mateją będziecie mieli państwo okazję porozmawiać za moim pośrednictwem w przyszłym tygodniu.
Już dzisiaj serdecznie państwa na to wydarzenie zapraszam. Ta książka jest, wierzcie mi państwo, warta przeczytania. Naprawdę warta. Nie mówię tego z obowiązku radiowego, recenzenckiego, tylko po prostu to się świetnie czyta. Nie jest to żadna wydumana cegła, tylko książka napisana z biglem, a jednocześnie to jest książka o czymś. Ale o tym to sobie porozmawiamy w przyszłym tygodniu z autorem. A dzisiaj plan wykładów jak zwykle napięty i wierzcie mi państwo, dzbanek kawy, jak to pisze Ivellios, jest niezbędny, bo to, że przekroczymy godzinę 12.00 w nocy, to zaczyna się powoli robić tradycją. Zacznijmy tak bardzo łagodnie. Zacznijmy od „Labiryntu książek” Mirosława Gołuńskiego. Cały czas będę to powtarzał, że to jest ogromna strata dla polskiego literaturoznawstwa i w ogóle tak po prostu dla ludzi, którzy lubią czytać książki i lubią posłuchać kogoś mądrego, kto im o tych książkach opowie.
Dzisiaj w „Labiryncie książek” będą dwie książki i dowiecie się państwo opowieści Camilli Läckberg, powieści „Złota klatka”. Camilla Läckberg tak naprawdę nazywa się nieco inaczej. Läckberg, bo to Szwedka. Chyba to się czyta. Edith Läckberg, urodzona w 74. roku w miejscowości, której nawet nie podejmuję się jej nazwy wymówić, bo to szwedzka miejscowość i za cholerę nie wiem, jak to by należało próbować nawet jakoś wypaszczyć. To jest autorka powieści kryminalnych, z którymi się zapewne zetknęliście nie raz, bo trudno, żebyście państwo nie natrafili na książki tej autorki. One właściwie wychodzą z każdej półki, jak się człowiek w jakimś miejscu z książkami znajdzie. W związku z tym Camilla Läckberg to jest osoba jak najbardziej znana. I dalej druga książka, o której będzie Mirosław Gołuński mówił.
To jest książka „Kobold” czeskiej autorki Radki, żebym znowu nie przekręcił nazwiska, Denemarkovej. To z kolei kobieta z 68. roku, urodzona i tu wymówię nazwę w Kutnej Horze.
[06:07] - Czeska pisarka, dziennikarka, ale także autorka dramatów, scenariuszy, tłumaczka. Studiowała germanistykę, bohemistykę. Tak, języki jak najbardziej. Ale była też na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Karola w Pradze. Tam obroniła doktorat w '97 roku. Jak widzicie państwo książki po pierwsze z różnych kręgów kulturowych, z różnych języków to oczywiste. No i co? I Mirosław Gołuński te książki porównuje. A poza tym z tej dzisiejszej recenzji dowiecie się państwo, jeśli nie wiecie, bo może wiecie, czym tak naprawdę zajmuje się komparatystyka. Serdecznie państwa zapraszam.
Mirosław Gołuński ma głos.
[07:21] - Mirosław Gołuński, „Labirynt książek".
[07:50] - Dobry wieczór albo dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy to dokładnie państwo odsłuchujecie. Takie czasy nam nastały internetowe. Proszę państwa, moje z państwa podróżowanie przez labirynty książek oznacza, że ich eksploatowanie czy eksplorowanie jest ciągłym eksperymentem. Dzisiaj chciałbym państwu zaproponować jeszcze inny eksperyment. Zwykle oczywiście mówię o konkretnych książkach i dzisiaj też tak będzie. Będą one punktem wyjścia do moich rozważań, ale nim do nich przejdę, chciałbym państwu powiedzieć tylko kilka słów na temat tego, czym się tak naprawdę zajmuję. Jestem komparatystą. Co to oznacza? Oznacza to, że interesuje mnie porównywanie.
Podstawowe znaczenie słowa komparatystyka. Zwykle porównuję różne elementy tekstu, mity, idee realizowane w różnych czasach, w różnych epokach, zwykle na terenie literatury polskiej, bo tym się przede wszystkim zajmuję, ale również zdarza mi się zajmować na przykład tekstami niepolskimi, zestawionymi z literaturą polską lub dwoma różnymi tekstami literatur niepolskich, które w jakiś sposób odpowiadają na podobne pytania. I tak jest właśnie dzisiaj. Dzisiaj, proszę państwa, będę mówił o dwóch książkach. Jedna z nich to pewnie bardziej znana autorka Camilla Läckberg i jej kryminał „Złota klatka". Jak wiadomo, kwestia skandynawskich kryminałów jest bardzo skomplikowana, ale umówmy się, że jest to kryminał. Z drugiej strony powieść czeska Radki Denemarkovej „Kobold". Na pierwszy rzut oka wiele te książki różni, te powieści różni. Forma powieści Radki Denemarkovej to klasyczna powieść realistyczna. Tam jest długa powieść plus znacznie krótsze dwa teksty, z których jedno jest tylko listem, drugie jest opowiadaniem, ale dotyczącym tych samych kwestii.
Z drugiej strony powieść sensacyjna czy kryminalna, jak już zwróciłem na to uwagę. Z jednej strony Skandynawia, z drugiej strony Czechy. Z jednej strony zamożna część społeczeństwa, nawet bardzo zamożna. Myślę oczywiście o szwedzkiej powieści. Z drugiej strony bieda komunistyczna. W większości akcja toczy się w czasach komunizmu, ale z jednej strony główna bohaterka powieści skandynawskiej pochodzi z małej prowincjonalnej wysepki, a z kolei bohaterowie powieści Denemarkovej pochodzą z Pragi bezpośrednio i tam przede wszystkim żyją. Mamy więc, jak państwo widzicie, wiele różnic. Ale są rzeczy, które sprawiają, że te powieści poruszają podobne problemy. W obu tych powieściach kluczową kwestią jest przemoc wobec kobiet. I tu już żarty się kończą.
W obu powieściach doświadczają go najpierw małe dziewczynki, a potem dorastające kobiety. W „Złotej klatce" doświadcza jej również dojrzała kobieta. Co ciekawe, i to zwróciło moją uwagę, w obu tych powieściach główne bohaterki, które mniej lub bardziej również są narratorkami swoich opowieści, zwłaszcza w czeskiej powieści, w „Koboldzie" świat poznajemy z perspektywy bohaterki, mają dwa imiona, przy czym za każdym razem jest to znaczące. Na poziomie, na który chciałem państwa zwrócić uwagę, który nie wynika może bezpośrednio z treści, chociaż jest w niej zanurzone, to oczywiście zwłaszcza widoczne jest to w powieści Läckberg. Konieczność odrzucenia niechcianej przeszłości. Bohaterka w dzieciństwie mająca na imię Matylda, gdy wreszcie uwalnia się od przeszłości zamkniętej na tej małej wysepce, przyjmuje sama dla siebie imię Faye i pod takim imieniem będzie już żyła jako osoba dorosła. Z kolei bohaterka i narratorka „Kobolda" ma dwa imiona podobne: Judyta i Julia. Są one związane z pochodzeniem bohaterki, dlatego, że jej matka
[12:12] - Pochodziła z mieszanego małżeństwa czesko-żydowskiego, natomiast jej ojciec pochodził z czeskich nizin społecznych. Jej ojciec jest tym tytułowym koboldem. Również bohaterka czeskiej powieści gra tymi imionami. Gra między nimi, zawiesza siebie, nie będąc ani jedną, ani drugą. Julia, przyjęta zapewne w myśleniu metatekstowym jako odwołanie do Romea i Julii, chociaż ona nigdy takiego romansu nie przeżyła, jest tą zewnętrzną, tą, która przyjmuje ciosy. Judyta, na wzór żydowskiej bohaterki, jest tą wewnętrzną, silną i twardą. Tą, która pozwoli jej przetrwać i uciec, wydostać się z piekła. Obie jednak bohaterki, i to też je łączy na poziomie fabuły, wpadają z jednego piekła w drugie. Proszę państwa, to wielki problem. W świecie postkomunistycznym czy komunistycznym nikt tego nie chciał zauważyć.
Kobold był uznawany za wybitnego specjalistę od ścieków. Zresztą Wełtawa i woda w tej powieści pełni wyjątkowo ważne funkcje, o których można by mówić długo, ale nie to mnie do niej tym razem przyciągnęło. Jest dobrym na zewnątrz. Jest superojcem, supermężem, który całuje żonę w dłoń po to, by po powrocie do domu nabić jej siniaka pod okiem. Bracia. Bohaterka ma dwóch braci bliźniaków, również związanych z wodą, bo tak ich ojciec wychował. Uciekają, gdy tylko mogą. Co się z tym wydarzy? To zupełnie inna kwestia. Jeden ucieka na Zachód, a więc do normalnego świata.
Obaj urodzili się krótko po wojnie. Drugi natomiast także próbuje się z tego piekła. Którego piekła? Rodzinnego domu czy piekła komunistycznego kraju? Te dwa poziomy splatają się od pewnego momentu w nierozerwalną całość. Próbuje się wyrwać. Pojawia się też druga siostra Julii, Judyty — Justyna, ale ona jest tylko jej przyrodnią siostrą, bo gdy matka Julii, Judyty nieco się zestarzała, minęło parę lat, znudziło się swojemu oprac. Nie znudziło mu się bicie żony, a powód zawsze się znalazł. A jak nie, to usłużna teściowa podpowiedziała. Matka Kobolda.
Pojawia się w jego życiu Cyganka, dziecko, nastolatka. I on tej Cygance robi dziecko. A więc dziecko rodzi dziecko, po czym matka Justyny próbuje tą dziewczynkę wychować. O niej jest druga część. To krótsze opowiadanie jej właśnie dotyczy, bo determinizm powoduje, że Justyna również trafia do trudnego małżeństwa. Tam sytuacja jest trochę inna. Urodziła dziewięcioro dzieci, a mąż nagle umarł. Musi się więc w latach dziewięćdziesiątych, tak to jest mniej więcej opisane, zmagać z biedą, z urzędnikami. Wszyscy to przecież znamy. To ponury świat.
W tej opowieści nie ona jest narratorką. O ile Julii, Judycie udało się zdobyć wykształcenie i wydostać. Uciekła do Ameryki. Wraca. I o tym jest opowieść. Ramą powieści jest jej powrót po latach, gdy już nie żyje ani ojciec, ani matka, ani bracia. Opowieść o Justynie toczy się z perspektywy zakochanego w niej Quasimodo. Tak o nim mówią. Quasimodo. Bo jest brzydki, bo się jąka, bo wykonuje paskudną, wydawałoby się na pierwszy rzut oka paskudną, ale jakże potrzebną pracę.
Ubiera zwłoki. Czy w krajach kapitalizmu jest lepiej? Nie. Ojciec Matyldy wstrząs całą wioską, całym miasteczkiem, gdzie były przede wszystkim domy letniskowe, a oni mieszkali tam całe życie. Gdy wszedł przed niego jakiś letnik, to wysłał go do szpitala. Syna doprowadził do samobójstwa. I gdy już teraz Faye zdoła wyrwać się z tego piekła i oderwać od ojca, który zostaje skazany na dożywotnie więzienie, spotyka przeprzystojnego faceta. Bystrego, pochodzącego ze świetnej rodziny, z koneksjami arystokratycznymi. Może niezbyt bystrego, ale mającego plan na życie. Razem w trójkę zakładają firmę, ale nie wiedzieć czemu, Faye wyjdzie za mąż za swojego ukochanego.
Podpisują intercyzę. W razie rozwodu nic jej się nie należy. A i on, i jego przyjaciel Henrik nie stronią od kobiet. Tyle tylko, że Faye naprawdę pomogła zbudować firmę. I co ma zrobić kobieta, która przypadkiem wróciwszy do domu wcześniej z córeczką, widzi męża między nogami — są rozebrani — innej. Nie ma nic. Judyta, Julia całe życie ucieka. Całe życie boi się, bo tak została zaprogramowana. Tu widzę tą największą różnicę. Bo w świecie, z którego my pochodzimy, kobieta nie może nic.
Może tylko albo cierpliwie wytrzymywać bicie, albo uciec. I co ciekawe, starsza już wiekowa Judyta, a może Julia, mają pretensje do matki, bo to ona znosiła cierpliwie bicie, bo tak bardzo kochała Kobolda. Oczywiście to nazwa nadana mu pseudonim, chociaż przemienia się potem w nazwisko, że nie potrafi od niego odejść, ale też nie potrafi uchronić swoich dzieci. Z kolei i tu jest ta różnica. Owszem, większość kobiet, jak na przykład żona Henrika, Alice, gdy Faye rozmawia z nią o zdradzie męża, Alice mówi: „Ale ja to wiem. Ja wiem, że Henrik mnie zdradza, ale daje mi poczucie bezpieczeństwa, daje mi rodzinę. Ja o nic więcej nie marzę”. Ale Faye nie należy do miękkich kobiet. W przeciwieństwie do Julii Judyty ją życie nauczyło walczyć. Nie ukrywa, że walczy inaczej niż mężczyzna.
A może inaczej. Walczy tak samo, tylko ze względów kulturowych ma do dyspozycji inny arsenał. Z czego innego będzie korzystać, by nie tylko stanąć znów na nogi, bo były już mąż wyrzuca ją z domu, zostawia ją z niczym. Owszem, nie odbiera jej opieki nad córką, ale głównie dlatego, że ta córka go tak naprawdę nie interesuje. On już teraz ma nową panienkę i ta nowa panienka zresztą dość szybko też zachodzi w ciążę. Przy czym ona wcale nie jest dużo młodsza od naszej bohaterki. Faye w momencie, gdy toczy się akcja powieści ma trzydzieści dwa, trzydzieści trzy lata. Z kolei jej następczyni Ylva z dwadzieścia osiem, może trzydzieści. Naprawdę nie ma różnicy. No ale właśnie.
Faye, doświadczona bardzo boleśnie przez swojego męża, zaczyna odkrywać, że tacy mężczyźni jak on chcą tego, czego nie mają i tylko to ich interesuje. Nudzą się kobietą, a Faye w pewnym momencie faktycznie staje się przez męża kurą domową. Ale Faye ma wyobraźnię, również seksualną. Coś, o czym w Koboldzie w ogóle się prawie nie mówi. Faye lubi gry, ale Faye ma wybitny umysł. Faye przerwała studia, żeby pomóc mężowi rozwinąć firmę i tak jej odpłacił. Dlatego Faye ma pomysł na biznes. Faye staje w polu, w którym jej mężowi wydaje się, że kobiety nie mają nic do powiedzenia i zakłada firmę Revenge. Zemsta. Bo okazuje się, że takich jak Faye w samej Szwecji są dziesiątki tysięcy.
To ona dzięki szeptanej propagandzie, korzystaniu z internetu potrafi zaprząc je, by wzbogaciły się. Również Alice, żona Henrika. I w ten sposób mogły się zemścić, a raczej ona w ich imieniu. Jasne, z jednej strony mamy lata komunizmu, ale też Amerykę lat sześćdziesiątych, przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, bo tam uciekła Judyta Julia. A z drugiej strony lata dwutysięczne dziesiąte. Akcja toczy się dosłownie kilka lat temu. Mamy już Instagram, więc to sugeruje, jak nowa jest ta powieść. A jednak to nie jest przypadek. Losy tych kobiet są tak różne również dlatego, że są inne warunki społeczne. O życiu i w pewnym sensie śmierci Julii Judyty, jej matki, Helly decyduje Kobold.
Gdy wreszcie udaje się wyrwać Matyldzie z rąk ojca, zostaje co prawda kompletnie sama, a przynajmniej tak się wydaje czytelnikowi, ale w zamian za to jest wolna. Julia Judyta nie ufa nikomu. Nie ma z kim porozmawiać. Zawiodła ją matka. Faye ma Kris, najbliższą przyjaciółkę i siostrzana. Miłość. Tak naprawdę miłość między nimi. Szesnaście lat, jak mówi w pewnym momencie Faye, ich znajomości, czyli ma gdzieś trzydzieści cztery lata, gdy kończy się powieść. To jak sama mówi najlepsze, co jej się w życiu przydarzyło. Bo mimo że „Złota klatka” bardzo Ibsenowski tytuł dla tych państwa, którzy interesują się nie tylko najnowszą, ale również starszą literaturą skandynawską, to ewidentnie tytuł nawiązuje do dramatów Ibsena.
To, co najlepsze w jej życiu, właśnie związane jest z Kris. I tak jak mówię, chociaż jest to powieść sensacyjna, kryminalna, to tak naprawdę kryminału jest tam bardzo niewiele. Za to mamy dużo życia napisanego z perspektywy kobiety. I właśnie ta kobieca perspektywa łączy obie te powieści. Dlatego zdecydowałem się zaprosić państwa do eksploracji tych korytarzy mojego labiryntu, które są nieoczywiste, zwłaszcza u nas ciągle, ale proponuję państwu właśnie taki inny sposób myślenia, inne spojrzenie na rzeczywistość, by zobaczyć różnice. Różnicę społeczną, różnicę kulturową między krajami, z którymi de facto graniczymy. Z Czechami to oczywistość. No ale do Szwecji mamy tylko podróż przez Bałtyk. I my w środku. To od nas zależy nie jakie narracje dziś powstają, bo jakie powstają, wszyscy widzimy, tylko jakie narracje będą mogły powstać.
[24:21] - I z tą wcale niełatwą, jak sądzę, myślą i z tymi zawieszonymi w powietrzu pytaniami, na które nie zamierzam dzisiaj odpowiadać, bo ja jestem tylko eksploratorem zawiłych labiryntów literatury, zostawiam państwa i życzę dobrej nocy albo dobrego dnia. Tak, czasami warto porównać książki pozornie z różnych kącików literackich, bo wnioski czasami są takie, że człowiek mówi sobie: „Jakżeż ja mogłem tego wcześniej nie wiedzieć, nie widzieć? Jak mogłem w ogóle?”. I przychodził taki człowiek i mówił: „To państwo tego nie widzicie? To ja wam to pokażę”. Moim zdaniem, ja już to chyba mówiłem, ale i tak powiem drugi raz. Mirosław Gołuński miał tę zadziwiającą cechę, że nawet mnie, ale myślę, że byli lepsi ode mnie. Jestem człowiekiem, który dużo czyta, który sięga na różne półki, do różnych gatunków. A Mirosław Gołuński czytał 10 razy więcej przynajmniej. Praktycznie co drugi dzień na jego stronie, na jego Facebooku pojawiała się jakaś recenzja książek beletrystycznych, książek popularnonaukowych, naukowych.
To wszystko było czytane, to wszystko było zrozumiane, to wszystko było przetrawione. I to tak głęboko przetrawione, że naprawdę było bardzo wiele książek, których bez Mirka Gołuńskiego po prostu bym nie przeczytał. Ja dlatego postanowiłem udostępnić państwu w „Bibliotekarium 2.0” ten cykl recenzji Mirka, ponieważ wierzcie mi albo nie, ale raczej wierzcie. To jest po pierwsze prawdziwa podróż przez labirynt literacki, ale po drugie to są takie momenty, które człowiek zapamiętuje. Ta książka po raz pierwszy weszła w pole mojego zainteresowania, bo polecił mi ją Mirosław Gołuński w swoim „Labiryncie”. Ja tak w wielu przypadkach mogę powiedzieć. Dobrze, rozgadałem się, a tu terminy napięte. Jakiś czas temu, to chyba dwa tygodnie temu, w okolicach 1.30 to było. W Halloween, jakżeż mogłem zapomnieć. Więc w Halloween rozmawialiśmy na antenie Radia Paranormalium o UFO, ale tak trochę inaczej.
Rozmawialiśmy o filmach poświęconych UFO, o różnych podejściach do tego UFO. I to spotkanie cieszyło się wielkim powodzeniem. Sporo komentarzy. W związku z tym postanowiliśmy z Piotrem Cielebiasiem uruchomić w ramach „Bibliotekarium” taki mały cykl, a może on wcale nie będzie mały, poświęcony filmom. Powiecie państwo: „Jakżeż filmom? To jest audycja o książkach. To jak o filmach?”. To po pierwsze nie takie proste, bo już państwu mówiłem, że dotarło wreszcie do mnie, do tej zakutej łepetyny mojej, że książki książkami, ale o współczesnej kulturze decydują również filmy, seriale, gry. I to nie jest moja myśl. To jest myśl Krzysztofa Maja, z którym mogę się zgadzać albo nie zgadzać.
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale tu akurat uważam, że ma 100% racji, w kilku innych sprawach zresztą też. Co nie znaczy, że stałem się kolejnym wydawcą. Nie. Natomiast warto brać to pod uwagę. Poza tym wierzcie mi państwo, to wiecie, że dobre filmy bardzo często materiałem do ich stworzenia jest jakaś powieść, jakiś utwór literacki po prostu. I chociażby z tego względu warto czasami na tą półeczkę filmową zajrzeć, co w miarę regularnie postaramy się z Piotrem Cielebiasiem robić. Te audycje będą również dostępne jako takie audycje wolnostojące, czyli na antenie Radia Paranormalium. Jak już państwo nie jesteście zwolennikami audycji, które trwają po pięć godzin, to możecie sobie państwo taki wyekstrahowany odcinek gdzieś tam posłuchać. Będzie krótszy, aczkolwiek nie krótki, bo my jak z Piotrem się dobierzemy, to rozwałkowujemy temat dosyć dogłębnie. Ja zapraszam państwa na ten nowy cykl, gdzie sobie z Piotrem porozmawiamy o tym, skąd się w ogóle wziął ten pomysł i o pewnym bardzo współczesnym, bardzo nowym polskim horrorze.
Zapraszam. Tak, proszę państwa, pogadaliśmy sobie z Piotrem Cielebiasiem i doszliśmy do wniosku, że Warto by porozmawiać o polskim kinie grozy, horrorach, czy jakkolwiek to państwo nazwiecie. Nie żebym ja się na przykład czuł jakimś specjalnym specjalistą od filmów. Wręcz przeciwnie. Ja traktuję sztukę filmową jako coś bardzo użytkowego. Korzystam nawet czasami chętnie. Natomiast nie jestem filmoznawcą. Nie potrafię stawiać gwiazdek na Filmwebie albo jakimś innym medium, które filmy ocenia. Nie, tak nie do końca, ponieważ ja filmy traktuję jako historię. Osoba pisząca zawsze chyba ma takie tendencje, żeby film postrzegać jako historię.
I ja pod tym kątem patrzę. A jak to jest u ciebie, Piotrze?
[31:22] - Tak. Postanowiliśmy rozpocząć, drodzy państwo, po tej audycji w debatach ufologicznych na temat filmów taki mały, nowy cykl poświęcony starszym, nowszym produkcjom, zarówno fantastycznym, jak i horrorom, czyli takim filmom, w których czujemy się chyba najlepiej i oceniamy je każdy pod swoim kątem. Nie bądź taki skromny, Marku, bo jesteś uznanym i płodnym pisarzem, także jak najbardziej oceniać ci różnego rodzaju produkcje, nie tylko filmy grozy. Ja natomiast od kilku lat popełniam takie recenzje w Nieznanym Świecie. Jakąś tam już ilość tych filmów przerobiłem. Zmuszony jestem tam stawiać gwiazdki. Również nie mam się za filmoznawcę, natomiast wydaje mi się, że każdy odbiorca jest krytykiem tak naprawdę. Poza tym ja w filmach szukam nie tylko rozrywki, ale przede wszystkim takiej konfrontacji z tym, czym zajmuję się na co dzień. Mówię tu o tych filmach grozy, horrorach, thrillerach czasami, no i science fiction. Szukam tam tego, z czym się stykam bardzo często, czyli takiego odzwierciedlenia rzeczywistości, tej tajemniczej, niejawnej, w której wydarzają się różnego rodzaju dziwne zdarzenia.
Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a ja analizując różnego rodzaju obrazy, staram się zobaczyć, jak ta nasza dziwna rzeczywistość wygląda w oczach twórców filmowych, ale też przede wszystkim skupiam się na historii, na fabule, tym, co wciąga. Bo czasami jest tak, że rzeczywiście film wypluwa widza. Nie ma się chęci tego oglądać. I my postanowiliśmy przyjrzeć się różnego rodzaju produkcjom, tym nowym, tym starszym, tym z serwisów streamingowych, jak i też produkcjom kinowym.
[33:29] - Tak. No i to będzie audycja jak najbardziej stronnicza. To znaczy nie spodziewajcie się państwo po nas, że my tutaj jakoś tak to rozważymy, oddzielimy światło od ciemności i powiemy państwu: to oglądajcie, to jest dobre, a tego nie oglądajcie, bo to jest złe. My tylko zasugerujemy, co i dlaczego nam się podoba, a co i dlaczego nam się nie podoba. Tyle. Tylko albo aż tyle. Moim zdaniem zupełnie wystarczy. Można się z nami nie zgadzać. Można z nami polemizować. To nawet lepiej, bo jak się wokół jakiegoś obrazu toczy dyskusja, to z jednej strony robi to dobrze temu obrazowi, a z drugiej strony pozwala jednak pewne swoje sądy weryfikować.
Bo być może człowiek w takim zapale recenzenckim albo pseudorecenzenckim pewnych rzeczy na przykład nie dostrzeże. I tutaj na przykład nasz dialog pewno i na tym będzie polegał, że będziemy sobie argumentowali zarówno za, jak i przeciw. Tak myślę przynajmniej.
[34:45] - Każdy szuka w filmie czegoś innego i myślę, że nigdy się nie znajdzie tak, żeby dogodzić każdemu odbiorcy, bo to on jest ostateczną instancją. Niektórzy, jak wiecie z autopsji, przerywają film w połowie, inni wracają do niego kilka razy. My postaramy się na to spojrzeć pod takimi specyficznymi kątami i mam nadzieję, że wam się to spodoba, tak jak wielu z was przypadła do gustu ta audycja o filmach o UFO. Audycja moim zdaniem niedokończona, która musi kiedyś znaleźć swoją kontynuację, bo tam jeszcze dużo rzeczy zostało do obgadania. Postanowiliśmy podzielić tą naszą audycję na takie odcinki poświęcone czasami zarówno konkretnym produkcjom, jak i cyklom, jak i też gatunkom. Pojawią się także takie listy top pięć na przykład niedługo, ale dzisiaj zajmujemy się taką bardzo wąską dziedziną i trochę stygmatyzowaną, jaką jest polski horror. I będziemy to omawiać na przykładzie najnowszej produkcji Netflixa, prawda?
[36:05] - Tak, ale ja jeszcze zdradzę kulisy przygotowywania audycji, bo w takiej wewnętrznej korespondencji, którą teraz państwu będę cytował, czyli zdradzę tajemnicę, napisał mi Piotr o tym, że warto by się zastanowić, dlaczego w polskim kinie w gruncie rzeczy jest bardzo mało horrorów. Myślę, że dyskusję można uznać za otwartą. Co ty sądzisz na ten temat, Piotrze? Dlaczego jest ich tak mało?
[36:36] - Jest ich mało, ale nie jest ich aż tak bardzo mało, dlatego że one gdzieś utknęły w historii polskiego kina i nie są stamtąd wygrzebywane. Istnieje kilka takich sztandarowych produkcji, które czasami wracały nawet w Telewizji Polskiej. To była oczywiście „Wilczyca”. Natomiast jest też wiele innych produkcji, które z jakichś powodów można znaleźć w Internecie, ale rzadko stanowią przedmiot dyskusji.
[37:08] - Ja powiem tak: tych horrorów trochę się pojawiało. Dlatego jest mi to bliskie, ponieważ do pewnego momentu spora część horrorów w Polsce, w PRL-u, powstawała na podstawie literatury, czasami nawet XIX-wiecznej. W każdym razie książek nienowych, bo tam były jakieś odwołania do Grabińskiego, to były odwołania do innych pisarzy, raczej starszego pokolenia. W związku z tym dobry materiał literacki bardzo często, aczkolwiek nie jest to reguła, powoduje, że i ten materiał filmowy później jest całkiem dobry. Dlaczego o tym mówię? Bo proszę państwa, zastanawia się, czy to był horror. W latach 60. powstawały w Polsce — szukam słowa — horrorki. W każdym razie takie filmy, które odwoływały się do pewnego sztafażu horrorowego, ale jednak przy okazji przemycały jakąś dozę humoru na przykład. Przypomnijcie sobie państwo taki obraz „Ja gorę”.
Oryginał książkowy wcale nie jest tak zabawny jak ten film w reżyserii Janusza Majewskiego. Krótki metraż, fajni aktorzy, zrobione to zabawnie. Jakiś element paranormalny się tam pojawia. To w ogóle cała seria była, w której łącznikiem był świetny aktor odgrywający rolę dziennikarza, Kazimierz Rudzki. To był film „Ja gorę”, to był film „Mistrz tańca”. I oczywiście, wiecie państwo, zapomniałem pozostałych dwóch tytułów. Ale to nie były jedyne filmy. W latach 60. powstawały jeszcze — też nie pamiętam, „Metampsychoza” to się chyba nazywało — takie krótkie filmy, które nawiązywały, po pierwsze do literatury, po drugie do literatury grozy. Chyba to najlepsze określenie, bo wtedy jeszcze horror nie funkcjonował.
Literatura grozy. Pojawiały się również ekranizacje dzieł na przykład rosyjskiej grozy, też w polskim kinie. I to był okres, który trudno nazwać złotą erą polskiego horroru, ale przynajmniej było horrorowato i zabawnie. Gdzieś w tym momencie zamilknę, bo później już bywało bardzo różnie. O ile lata 60. mnie na przykład zachęciły i mogły zachęcić, to później już bywało bardzo różnie. Co ty sądzisz o tym, Piotrze? O mojej przemowie?
[40:13] - To jest prawda. Przede wszystkim brakowało takiej pozycji startowej, wyjściowej. Brakowało tradycji w polskim kinie, która by filmy grozy realizowała. Przed wojną wiemy, jak kinematografia wyglądała i na co stawiała, jakie to były produkcje. Potem czasy realnego socjalizmu, odcięcie się od tamtej epoki. Lata 40., 50. to jest zupełnie nowe kino. Pewien powiew świeżości po odwilży. To były produkcje telewizyjne w sumie. Mamy w tej Telewizji Polskiej takie małe produkcje nawiązujące do pisarzy często XIX-wiecznych.
Dlatego to nie jest taki współczesny horror, jak my sobie wyobrażamy to dzisiaj. To są raczej właśnie filmy grozy, chociaż to jest synonim słowa horror. Natomiast ja film grozy uważam za taki podgatunek horroru bardziej zmierzający w stronę tych produkcji opartych o dzieła romantyków na przykład czy innych późniejszych pisarzy. I chyba takim punktem, w którym dobre horrory polskie się kończą, jest, jak powiedziałeś, rok 1970. Wtedy powstaje „Lokis” w reżyserii Janusza Majewskiego również, z Edmundem Fettingiem w roli głównej. Chyba jeden z moich ulubionych polskich horrorów. Natomiast lata 70. przynoszą już nową jakość, chęć sięgnięcia nie po jakieś nudne, stare historie, tylko albo ożywienia tego horroru historycznego opartego o jakieś wydarzenia z przeszłości, patrz „Wilczyca”, albo też ugryzienia tematu zupełnie na nowo. I trzeba powiedzieć, że duża część z tych produkcji z lat 70., 80. jest zapomniana.
Dzisiaj mało wspomina się o takich filmach jak na przykład „Lubię nietoperze” czy bodajże o „Wrzasku” Skolimowskiego. Do tych filmów możemy dotrzeć. Natomiast ten polski horror zawsze, kiedy o nim mowa, bywa traktowany jak taki brzydszy brat tych produkcji najczęściej amerykańskich.
[42:44] - Piotrze, ja nawet po części rozumiem tych wszystkich, którzy tak rzecz ujmują, czyli że te amerykańskie to są super, a te polskie takie sobie. Myślę, że to rozróżnienie, które zrobiłeś, jest bardzo istotne. Do pewnego momentu filmy w Polsce, może to sztuczne rozgraniczenie, ale właśnie były filmami grozy zawierającymi elementy grozy. Straszące nas, ale trochę. Bo o ile w Stanach Zjednoczonych, w Hollywood powstawały autentyczne, trzymały w napięciu, od pewnego momentu człowiek się nie mógł od tego oderwać. Świadoma robota scenarzystów, świadome zabiegi reżyserskie, które przykuwały widza. U nas postawiono na pewną artystyczność tego kina, na świetne aktorstwo, na dekoracje, na muzykę, na wszystkie te elementy, które z kinem, z filmem są związane. W związku z tym, nie wiem czy dlatego, ale w związku z tym nasze filmy grozy straszyły tylko trochę. Jeśli miałbym z tego punktu widzenia patrzeć, to właśnie tego mi brakowało. Brakowało mi na przykład „Piątku trzynastego”.
Tego rodzaju napięcia, które wytwarzało amerykańskie kino. Polskie filmy grozy aż takiego napięcia nie tworzyły. One fajnie pokazywały pewną rzeczywistość, tak w „Lokisie”, czy tak jak w „Wilczycy”. To jest kino na poły historyczne właściwie, gdzie pewne rzeczy wiążące się z historią są przedstawione świetnie. Groza jest tylko pewnym dodatkiem do tego, mniej lub bardziej udanym, w zależności od obrazu i w zależności od oceniającego. Ale to nie był taki horror, na jaki czekała przynajmniej część publiczności. Ja w tej części byłem, bo rzeczywiście, tak jak zadeklarowałem na początku, lubię jak w tym kinie, jak przed ekranem pojawia się to napięcie, takie autentyczne napięcie. Tego mi w polskim horrorze brakowało. Ale to ja.
[45:18] - Brakowało też trochę dynamiki. To były historie romantyczne, często rozwlekłe. Mówimy o tych krótkich produkcjach, plus „Lokis”, plus chyba „Wilczyca”. Potem mieliśmy jeszcze taki film „Medium”, ale on już był bardziej współczesny, bo był oczywiście starszy. Mnie się wydaje, że tu zagrało rolę coś jeszcze. Być może były to jakieś naciski ze strony władz, ze strony tych, którzy decydowali o finansach przeznaczanych na dane produkcje. Bardzo symptomatyczna była historia horroru „Diabeł” w reżyserii Andrzeja Żuławskiego, który jest bardzo trudnym filmem, ale z tego, co możemy sobie w literaturze poczytać, to okazuje się, że ten „Diabeł” początkowo miał być takim zwykłym, typowym horrorem. A stało się coś takiego, że on przerodził się w film bardzo specyficzny. Po drugie pełen zawoalowanych odniesień do rzeczywistości politycznej, przez co nie tylko przeleżał wiele lat na półce, ale również Żuławski musiał prawdopodobnie przez niego z Polski wyjechać. Może klątwa tego „Diabła” sprawiła, że później już rzadko sięgano do tematyki takiego uwspółcześnionego, bardziej nowoczesnego horroru.
Ale trzeba też powiedzieć, jeżeli sobie spojrzymy na reżyserów tych krótkich produkcji telewizyjnych z lat 60., o których mówiłeś, jeden z tych cykli nosił nazwę „Opowieści niesamowite", to zobaczymy, że tam są bardzo duże nazwiska, jeżeli chodzi o polską kinematografię. Także wielu próbowało. Nie możemy powiedzieć, że to zostało porzucone. Wielu próbowało, ale coś jednak tutaj nie wyszło i to rzutowało też niestety na późniejsze lata, na lata 80. Później mieliśmy taki stopniowy zanik tych produkcji, bo tak naprawdę lata 90., 2000. chyba możemy to policzyć na palcach.
[47:34] - Wiesz co, pojawił mi się pewien paradoks, bo w PRL-u, jakbyśmy to tak wzięli bardzo logicznie, to w PRL-u horrory, jakieś takie opowieści z dreszczykiem nie mogły powstawać. Przecież mieliśmy socjalistyczne państwo z materialistycznym podmuchem, z marksizmem, leninizmem i z filozofią marksistowską, która nie dopuszczała takich klimatów. Paradoks polegał na tym, że ludzie by może chcieli o duchach albo o jakichś takich sprawach bardzo niesamowitych pooglądać. Ale jak tu takie coś produkować, skoro światopogląd, przynajmniej ten oficjalnie wyznawany, zabrania? W związku z tym reżyserzy stawali na uszach, żeby coś tam może zrobić, ale przychodził facet, mówił: „Nie, ducha tutaj nie wstawimy albo czegoś”. Ja nie wiem zresztą, czy to tak wyglądało. Snuję pewne fantasmagorie na ten temat. Natomiast podejrzewam, że tak mogło być, że horrory to akurat PRL-owi nie pasowały. PRL-owi pasowały filmy wojenne. Może od biedy fantastyka naukowa, ale nie horrory, nie ezoteryka, nie duchy.
Takie klimaty absolutnie nie. Zresztą charakterystyczne jest to, że bardzo podobnie było w literaturze. Jeśli ukazywały się opowieści z dreszczykiem, to albo to były przedruki sprzed wojny, albo to były dzieła XIX-wieczne. W bardzo dobrym polskim wydawnictwie wychodziła cała seria o grozie podzielonej na kraje. Była tam rosyjska groza, francuska, niemiecka, jeszcze kilka krajów, w tej chwili nie pamiętam. Ona była nawet pieczołowicie wydawana, bardzo starannie robiona. To wszystko były opowieści starego sortu, to znaczy sprzed wielu lat. Nic nowego, horroropodobnego się nie pojawiało w Polsce w wydaniu książkowym. Takim pierwszym horrorem z prawdziwego zdarzenia, oczywiście nie polskim, tylko przytransportowanym do nas, była książka „Manitu”, która się ukazała bodajże w '90 roku. To powieść Mastertona i ona była zresztą rozkupywana na pniu.
Ludzie oszaleli. W związku z tym później sporym powodzeniem cieszyła się literatura horrorowa, czasami nie najlepszego sortu. Było też wydawnictwo Phantom Press, które wydawało chociażby G.N. Smitha. On był tak zły, że aż dobry, bo do dzisiaj się mówi o tych książkach jako o takim horrorze, który wychował bardzo wielu przyszłych czytelników, którzy później zrozumieli, że to był wyrób horroropodobny, aczkolwiek klimatyczny. Tak to wyglądało w literaturze. Nie sądzę, żeby w filmie mogło wyglądać to lepiej.
[51:24] - To jedna sprawa, ale warto zwrócić uwagę na to, co powiedziałeś, że w przestrzeni publicznej dla zjawisk paranormalnych miejsca nie było. One zajmowały tam jakieś pewne nisze. Można było czasami coś o nich przeczytać. Natomiast powstawały produkcje bardzo określonego typu. Jeżeli ktoś się interesuje kinem polskim, tym PRL-owskim, które trzeba zaznaczyć, było w dużej mierze dobre przede wszystkim dzięki aktorom wspaniałym, charyzmatycznym. Tutaj też nie będziemy obiektywni, jeżeli kiedyś będziemy oceniać polskie horrory, bo taki Kazimierz Rudzki potrafi zrobić cały film. Tak tam nie było, że pojawiał się jeden aktor, który naprawdę skupiał na sobie uwagę. Może ja nie jestem tutaj obiektywny. Wiele osób nie podziela tego mojego romantyzmu w stosunku do niektórych aktorów nieżyjących i starszego pokolenia, ale tak już mam. Natomiast ja jeszcze bym zwrócił uwagę na kilka rzeczy.
Przypomina mi się tutaj scena z „Misia” Barei, kiedy oni przebierają Stanisława Palucha za dziedzica pruskiego i przychodzi facet i mówi: „To dziedzic pruski, to polski dziedzic w Wawrzynie, to jest policzek dla całego zespołu”. I tak pewnie praca na planie wyglądała. Nie wiem, nie mogę o tym powiedzieć, ale wydaje mi się, że twórcy byli pod bardzo dużą presją. Natomiast symptomatyczne jest też ukazywanie zjawisk paranormalnych. Musimy o tym powiedzieć, że zjawiska paranormalne w Polsce kojarzyły się często z ludowym zabobonem. Pisał o tym na przykład Bohdan Baranowski i wszyscy, którzy zajmowali się polskim folklorem ludowym, że po II wojnie światowej on zaczął zanikać. Wszystko to, co było nadnaturalne, nieuchwytne, było kojarzone z tymi czasami, które socjalizm się starał wyplenić i to społeczeństwo w jakiś sposób unowocześnić. Może to trochę śmiesznie zabrzmi, ale przypomnijcie sobie odcinek „Czterech pancernych”, w którym nagle któryś z pancernych widzi ducha Olgierda, chyba Gustlik. I oni wszyscy: „Nie, to jakaś głupota”. Natomiast w filmie mamy wrażenie, że ten duch się tam rzeczywiście pojawia.
Tak samo krytyczny stosunek do tego typu zjawisk bywała czasami literatura młodzieżowa. „Wakacje z duchami” są chyba najlepszym przykładem. To może też jest główny powód, dlaczego tych horrorów po prostu nie było i nie zostali wychowani twórcy, którzy umieliby tym materiałem operować.
[54:28] - Tak, ale tak jak powiedziałeś, myślę, że posucha w latach 90. była konsekwencją. Skoro się wychowało całe pokolenie reżyserów, którzy gdzieś tam chyba podświadomie raczej unikali tego rodzaju kina gatunkowego, to po prostu horrory w Polsce nie powstawały. Jak ludzie chcieli się trochę pobawić albo jakoś tak Chociaż odrobinę napięcia poczuć, to ściągali sobie produkcje z Hollywood. Tak, ale my świadomie i pewno z rozmysłem zmierzamy ku czasom jak najbardziej nowszym, bo w pewnym momencie, w nowym wieku, w XXI te horrory nieśmiało zaczęły gdzieś się pokazywać. Jakie odnosisz wrażenia?
[55:32] - Przede wszystkim one zaczęły się pojawiać jako produkcje bardziej niszowe. Mówimy tak naprawdę o dosłownie kilku produkcjach. Może kiedyś je uszeregujemy w jakieś zestawienie. Natomiast ostatnie lata to jest próba zrekonstruowania polskiego horroru albo stworzenia tego gatunku. Niestety na podstawie dziwnych wzorców i dziwnych pomysłów z Hollywood.
[56:02] - Przepraszam, była taka kuriozalna próba, nie pamiętam tytułu. To był serial z Adamczykiem przez TVN chyba zrealizowany. Tam też było bardzo ezoterycznie i tak dalej. Już to było słabe, a scena finałowa, która się rozegrała była przekomiczna. Niestety, a może na szczęście nie pamiętam tytułu tej superprodukcji. Także zwrócę też na to uwagę, że były takie próby serialowe nawet podejmowane.
[56:33] - Tak, pamiętam. Grał tam taki aktor, jeden z tych seniorów. Niestety na chwilę obecną po prostu to mi wyleciało z głowy. Seriale to jest w ogóle osobna kategoria i też będziemy, myślę, w naszej audycji rozdzielać te dwa typy, jakimi są filmy i seriale. Bo na przykład seriali to jest ten cienki. Nigdy nie umiem się wciągnąć. Czasami ten serial mnie wypluwa po jednym odcinku i już nie mogę do niego wrócić. Ale powracając do tematu, mieliśmy tam jakieś produkcje niszowe typu „Arche” czy „Ste Zło”. Jedyne warte zapamiętania chyba było to, albo jedyne, czym ten film się wsławił, że jest zaliczany do jednego z najgorszych w historii, albo może najgorszych w XXI wieku. Chyba w XXI.
Nie wiem, ale chyba, bo to na pewno nie były lata 90. Wystąpił tam Robert Gonera. Natomiast tutaj już widzimy, kiedy pojawiły się serwisy streamingowe, że pojawiło się miejsce i zapotrzebowanie na filmy lżejsze, tańsze. I tutaj horror, który według niektórych jest filmem najtańszym w produkcji, tylko trzeba mieć dobry pomysł, pojawia się jako kandydat. Czyli może się tak okazać, że tych horrorów polskich będziemy mieli niemały wysyp. Ale jeszcze dodam, dlaczego może w latach 90. i potem już nie próbowano w Polsce konkurować z horrorami zachodnimi albo tworzyć czegoś na ich modłę. Problemem były przede wszystkim pieniądze. Pieniądze i koszta produkcji po prostu. Efekty specjalne na przykład, charakteryzacja.
Każdy, kto namyślał się nad stworzeniem takiego filmu, od razu sobie chyba automatycznie zadawał pytanie: „Czy ja mam szansę konkurować tą bitwą o serce widza na przykład z »Koszmarem z ulicy Wiązów«?” No nie. I to chyba przeważało. Natomiast istnieje bardzo wiele przykładów horrorów alternatywnych, niezależnych, niskobudżetowych albo takich średniobudżetowych, które wykorzystują jakiś fajny pomysł. Tego do tej pory chyba się w Polsce nie doczekaliśmy. Natomiast główną rolę chyba grają pieniądze, tak mi się wydaje.
[59:04] - Wiesz co? Przerwę ci. Z pewnością masz rację, jeśli mówisz o pieniądzach, ale ja myślę, że też jakąś rolę odgrywa w tym wszystkim specyfika środowiska tworzącego kino, tworzącego filmy. Otóż tam są sami artyści. Chcą tworzyć rzeczy wielkie, wiekopomne, wspaniałe, głębokie. A horror z natury taki nie jest. Rzadko taki bywa. On jest kinem, jest serialem, który służy jakiemuś rodzajowi rozrywki. Więc ludzie, którzy są wychowywani w szkołach filmowych do tego, żeby tworzyć arcydzieła kinematograficzne, brzydzą się sięganiem po tak pośredni gatunek. I myślę, że o tym też nie możemy zapominać po prostu, że uczelnie, które kształcą reżyserów, one kształcą prawdziwych artystów.
[01:00:12] - Tak. A druga sprawa to jest też to, że horror bardzo zmienił swoje oblicze. I tak naprawdę pomysł i oryginalność jest teraz tym, co ceni się najbardziej. Dlatego, że wiele schematów, które istnieje, prezentowania pewnych zjawisk paranormalnych czy niezwykłych jest tylko powtarzalne. To jest przewidywalne. To jest tak jak z serialami i filmami o nawiedzeniach, o którym zaraz powiemy. O pierwszej polskiej próbie stworzenia czegoś takiego. I to jest powtarzalne. Natomiast raz na jakiś czas pojawia się ktoś, kto ma nowy pomysł I wtedy już jest boom. I tak było na przykład z „Blair Witch Project”, kiedy się okazało, że można za pomocą kamery i fajnej historii stworzyć arcydzieło, które do dzisiaj budzi podziw i ma liczne grono fanów, w tym mnie na przykład.
A potem próbowano z „Blair Witch” zrobić już film w pełni fabularny, nie ten found footage. I to wychodziło już różnie, chociaż ta część z 2016 roku też taka zła nie jest. Wydaje mi się, że kiedyś może doczekamy się prostego filmu found footage w Polsce, że ktoś znajdzie jakąś kamerę, która kiedyś komuś zaginęła na przykład w górach Sowich czy w Bieszczadach. To by było dobre.
[01:01:49] - Miejmy nadzieję. Zresztą takim dalekim echem później było „Paranormal Activity”, na punkcie którego niektórzy moi znajomi oszaleli. I później kolejne części z różnym powodzeniem, ale jednak to też była ciekawa propozycja, przynajmniej formalnie. Ale my się tak skradamy, Piotrze. To już by czas wykonać ten morderczy skok i powiedzieć, o czym tak naprawdę, jeśli chodzi o pierwszy film, chcemy dzisiaj powiedzieć. Produkcja netflixowa, prawda?
[01:02:23] - Tak, produkcja wypuszczona przez Netflixa całkiem niedawno. Świeżynka, która wzbudziła falę zainteresowania w polskim kinie i w zasadzie reakcje były takie jak u nas: „O, wreszcie polski horror. A tamte inne to były słabe”. Jest to film pod tytułem „Ostatnia wieczerza”, który mieliśmy okazję oglądać i mieliśmy okazję też zapoznać się z opiniami na jego temat, jakich mnóstwo pojawiło się w sieci. Nie będziemy tutaj spoilerować, dlatego że to jest nowa produkcja i będziecie mieli do nas o to pretensje. Natomiast opowiemy wam trochę o tej produkcji. Ja tylko przeczytam taki krótki opis, który jest do tego filmu dołączony. Polska, rok 1987. Milicjant prowadzący śledztwo w sprawie tajemniczych przypadków zaginięcia infiltruje odległy klasztor i odkrywa mroczną prawdę o duchownych. Tak, infiltruje.
Hitchcock mawiał, że film musi zaczynać się od trzęsienia ziemi i napięcie powinno stopniowo wzrastać. I tutaj, Marku, tak się dzieje, prawda?
[01:03:33] - Tak, ja się zgadzam z pewną recenzją, którą przeczytałem w sieci, że to w ogóle był materiał na świetny horror. To punkt wyjścia. Absolutnie z tego by się dało zrobić historię, która by miała szansę porwać widzów. To naprawdę mogło być trzęsienie ziemi. Ale moim zdaniem przynajmniej trzęsieniem ziemi się nie okazało.
[01:04:01] - Tak. Dlaczego to był materiał na świetny horror? Nie zdradzimy wam wiele. Rzecz dzieje się w klasztorze, który sam siebie określa jako sanatorium dla opętanych. I do tego miejsca przybywa ksiądz, który, jak się przed chwilą dowiedzieliście z tego opisu, jest milicjantem. Co się dzieje potem?
[01:04:25] - Przebierańcem po prostu jest.
[01:04:28] - I to jeszcze takim nie za bardzo sprytnym, jak to milicjant w każdym filmie.
[01:04:32] - Teraz wiem, czemu komuna upadła. Jeżeli na straży komuny stały takie cymbały, to po prostu musiało się to zawalić. Facet wysłany z tajną misją do klasztoru, żeby sprawdzić, bo w okolicy giną kobiety, nie odnajdują się. I on ma coś tam sprawdzić. Coś jest podejrzewane, ale jest rok '87 po sprawie Popiełuszki, więc trzeba to robić delikatnie, żeby się nie narazić. I facet w tym kościele odwala takie numery, jakby uważał, że wewnątrz niego ci pozostali zakonnicy to banda idiotów, którzy w ogóle nie będą na nic zwracać uwagi. Już samo to założenie jest dosyć wątpliwe.
[01:05:16] - Tak. Takim czymś, co w tym filmie uderza, jest pewien chaos. To znaczy ja mam takie wrażenie, że tam nie mamy historii, nie mamy wątku, nie mamy się o co zaczepić. Ten film przelatuje nam przed oczami. To, co na niektórych robiło wrażenie, to scenografia i tak zwany klimat, atmosfera filmu. Ja muszę powiedzieć, że miałem odmienne wrażenie. To znaczy tutaj nie oceniam scenografii, na tym się jakoś bardzo nie znam, ale jeżeli film miał się odnosić do tego końcowego okresu tak zwanej komuny, to ja nie miałem takiego wrażenia. Nie wiem, jak ty. Nie wprowadził mnie zupełnie w ten okres, bo było to nieco nietypowe. Tak samo miejsce jest nietypowe, gdzie to się wszystko rozgrywa.
I dopiero po jakimś czasie doszło do mnie, że już od samego początku reżyser do nas puszczał oko, że nie bierzcie tego wszystkiego tak na poważnie.
[01:06:36] - Wiesz co, Piotrze? Powiem tak: to, co za chwilę wygłoszę, ktoś może potraktować jako starczę, taką zapalczywość starczą. Ale ja wychodzę z założenia, że jak ktoś chce robić Przynajmniej w części jakiś pastisz, jakąś próbę polemiki na przykład z pewnym formalizmem gatunkowym horroru, że trzeba coś złamać, jakiś formalizm, trzeba podyskutować z nim, trzeba zaprzeczyć pewnym rzeczom. Okej, ja rozumiem, że kino się żywi tego rodzaju eksperymentami i wszystko jest w porządku. Tylko ja bym oczekiwał, żeby reżyser, który robi taki numer, czyli po prostu polemizuje ze schematami, polemizuje z tym, co dotychczas zostało zrobione, oczekiwałbym, że pokaże, iż potrafi zrobić prawdziwy gatunkowy horror od początku do końca, który przybije mnie do fotela albo wgniecie w kanapę i ja po prostu powiem, że geniusz zrobił film. Jak zrobi taki film, to on sobie później może polemizować. On sobie może później parodiować, on może później zawieszać schematy i w ogóle robić cokolwiek mu się podoba. Ale tu nie mamy do czynienia z takim zjawiskiem. Co więcej, ja jestem, jeśli chodzi o kino, takim małym, wrednym czepiaczem się. I na czym to moje czepianie polega?
Na tym, że ja oczekuję, że jak ktoś mi przedstawia świat, to zrobi to w sposób spójny i nie będzie mnie traktował jak idiotę, nawet jak później on będzie tłumaczył, że on do mnie oko puszczał, to ja jednak oczekuję, że w warstwie tej podstawowej obrazu i otoczenia przedstawi mi rzeczy, które są prawdopodobne. A tutaj mamy do czynienia, w ogóle film zaczyna się sceną, bez szczegółów, ale zaczyna się sceną, która odbywa się w roku 57, 30 lat przed główną akcją. W 57 roku odbywa się pewna scena w kościele. Ona się odbywa w trakcie zaćmienia słońca. To ja informuję szanownego reżysera, że w 57 roku nie odbywało się w Polsce żadne zaćmienie słońca. Odbywało się obrączkowe zaćmienie słońca bodajże w kwietniu albo w marcu, już nie pamiętam, ale nie w tym rejonie świata. Owszem, całkowite zaćmienie słońca miało miejsce w roku 54, w czerwcu, pod koniec, 30 bodajże. Było całkowite i wtedy naprawdę było groźnie, bo zawsze zaćmienie słońca sprawia, że nastrój się człowiekowi obniża. Jaki był problem ze sprawdzeniem tego, co można sprawdzić, chwilę sobie pogrzebiąc w różnych miejscach Internetu? Jaki był problem z przeniesieniem tego początku do 54 roku?
Ktoś powie: „Ale się czepiasz, Żelkowski, po prostu tak obrzydliwie”. Tak, czepiam się, ale ja oczekuję, że reżyser potraktuje mnie poważnie, bo ja takie rzeczy lubię sprawdzać. Lubię też sprawdzać, czy na przykład kościół w 57 roku wygląda tak, już bez wchodzenia w szczegóły, wygląda tak, jak w tym roku 57 powinien wyglądać, czy też może wygląda tak jak po reformie soborowej. A to jest kolejna sprawa. Jak wiecie państwo, jak w 87 roku tenże gliniarz, o którym mówimy, znajduje w tymże klasztorze pod łóżkiem bodajże strzykawkę, taką szklaną strzykawkę z metalowymi końcówkami, taką strzykawkę, którą się gotowało, wygotowywało, to się autoklaw chyba nazywało i ona była wygotowywana. Świetnie służyła rozprzestrzenianiu żółtaczki na przykład, bo tam się nie wszystko wygotowało i później żółtaczka sobie hulała. To ja informuję, czy to jest scena możliwa? Owszem możliwa. Tak się mogło zdarzyć, ale ja informuję reżysera, że strzykawki jednorazowe, cokolwiek byśmy o PRL-u nie sądzili, że to było w ogóle brud, smród, ubóstwo i wszelkie inne patologie, to strzykawki jednorazowe w Polsce przynajmniej od połowy lat 70. funkcjonowały w przeważającej mierze.
Ja sam pamiętam, jak w podstawówce robiłem model hamulca samochodowego z dwóch strzykawek. Za płyn hamulcowy robiła woda, ale siły były niepotrzebne aż takie wielkie, sprężanie i tak dalej nie aż takie ważne było. W każdym razie ja używałem tych strzykawek jednorazowych. To nie stanowiło żadnego problemu, żeby je zdobyć. W związku z tym, jak ktoś mi opowiada, że w 87 roku taki staroć znajduje się tam i że on był używany, na pytanie, czy to możliwe — tak, możliwe, ale czy bardzo realne? Nie, nie bardzo. To tylko część przykładów. Ja lubię, jak mi ktoś przedstawia ten świat w taki sposób, że ja w niego wierzę. I tu przykład z zupełnie innej półki, ale jak Machulski w swoim filmie „Ile waży koń trojański?” przedstawił ten świat również z lat 80., to ja miałem duże problemy, żeby tam cokolwiek wynaleźć. Z dziką pasją podszedłem do tego zadania, ale naprawdę miałem spore problemy.
Tak kombinował, tak to filmował, realizował, że to naprawdę było bardzo trudne do podważenia. Tu takie trudne do podważenia nie jest. Ja wiem, że ja mówię o tym bardzo niskim poziomie, takim poziomie faktograficznym, takim poziomie dekoracyjnym, ale dla mnie, tak jak powiedziałem gdzieś tam na początku naszej rozmowy, to ma znaczenie, bo ja albo się przenoszę w ten magiczny świat kina, albo nie. Mnie takie uchybienia przeszkadzają w tych przenosinach.
[01:13:02] - Chyba największym grzechem tego filmu jest to, że ktoś starał się nam wmówić, że to jest prawdziwy, pełnokrwisty, pierwszy polski poważny horror. Okazało się, że to jest jak kawałek ziemniaka zawinięty w pazłotko od pralinki. To jest horror komediowy tak naprawdę. Nie zgadzam się z opiniami tych recenzentów, którzy mówią, że to jest film tak zwany kinofilski, że on się bawi symbolami i odniesieniami. Ale ja się pytam, czy reżyser robi ten film dla grona filmoznawców, ekspertów, czy robi go dla widzów? Czy dla swoich kolegów z branży, którzy będą oglądać i: „O, tutaj taki film. Tutaj odniesienie do tego”. To jest taka zabawa, na którą może sobie pozwolić ktoś z Hollywood, kto się może tym bawić, bo w tym siedzi. Natomiast z czego tutaj robić, tak jak powiedziałeś, z jakich tradycji polskiego kina czerpać, żeby potem te odniesienia robić? To może też jest czepialstwo, natomiast nie jest to film kinofilski.
To jest albo horror komediowy, albo film, w którym radykalnie zmieniła się koncepcja w czasie jego kręcenia i wyszedł taki totalny miszmasz. W wielu recenzjach możemy przeczytać na temat słabej fabuły „Ostatniej wieczerzy”. To mnie najbardziej zdenerwowało w tej całej sytuacji, która się pojawiła, że mieliśmy na Netflixie obwieszczone: „Wreszcie jest coś, co możecie obejrzeć, na co żeście czekali od czasów »Wilczycy«”. Tymczasem tak jak mówię, z każdą kolejną sceną było gorzej. Dopiero potem, kiedy troszeczkę przemyślałem ten film, zauważyłem, że może rzeczywiście już pewne znaki były dawane na samym początku. Ale pojawiają się też wśród komentujących takie opinie, że ogromna ilość pieniędzy poszła w scenografię, poszła w efekty zapewne komputerowe. Czy to było warte tak słabej historii, słabego scenariusza i według mnie słabego zakończenia? Bo o ile wiele osób mówi, że to jest niesamowite zakończenie, ale nie powiem wam co, bo będziecie po mnie jechać potem. Ja się nie zgadzam. Jest to naprawdę kiepskie.
Nie wiem, z jaką klamrą to w ogóle spiąć. Przypomina mi się też w tej dyskusji o tych filmach kinofilskich i tej zabawie tymi odniesieniami, symbolami i kliszami taka dyskusja, jaka przetoczyła się kiedyś. Była bardzo głośna w polskim kinie pomiędzy Barbarą Białowąs a pewnym krytykiem i ona jest do dzisiaj na YouTubie. Ona miała tam tysiące odsłon. Ta pani również próbowała przekonać tego krytyka, który wytykał jej błędy. Może nie błędy, ale słabe strony jej filmu. To było chyba „Big Love” czy coś. Natomiast ona właśnie tłumaczyła mu, że to są odniesienia kinofilskie i zwykły człowiek tego nie pojmie, bo się nie zna na kinie, bo to jest wizja reżyserska, artystyczna. Ja się właśnie pytam, czy Netflix jest platformą do czegoś takiego? Netflix ma przyciągać widza, to ma bawić, a mnie to ani nie śmieszy, ani nie straszy, ani nie przeraża.
Nie wiem, takie mam wrażenie.
[01:17:08] - Piotrze, ja zwróciłem uwagę na to, co powiedziałeś i to jest chyba taki dobry trop, że mogła się zmienić koncepcja. Zauważcie państwo, że współscenarzystą był jednocześnie reżyser tego filmu i mogła się zmienić koncepcja właśnie tego obrazu. Bo ty mówisz o sygnałach. Ja odnoszę jednak wrażenie, że tak zwane jaja, takie wręcz kabaretowe, zaczęły się od pewnego momentu. Znowu nie będę państwu zdradzał, ale ja w pewnym momencie mówię: „Gdzie ja jestem?” Bo tu niby groźnie, strasznie, mroczno i w pewnym momencie odbywa się scena, zresztą w dramatycznych okolicznościach, która równie dobrze mogłaby trafić na deski jakiegoś kabaretu. Wiecie państwo, w tym momencie się tak dziwnie poczułem. Oczywiście reżyser czy też obrońcy tego filmu mogą powiedzieć, że to tak specjalnie było, bo tak właśnie łamiemy konwencję, bo wszystko w horrorze już było, to teraz zróbmy coś, czego jeszcze nie było. Okej, tak można do tego podejść, ale ja tak do tego nie podchodzę. Ja jednak mam zepsutą zabawę.
[01:18:33] - Tak, ja też. Przede wszystkim jestem rozczarowany i zawiedziony, że Netflix mnie oszukał. Ale tutaj chyba nie dojdziemy do tego, co się z tym filmem stało, że on wyszedł tak, jak wyszedł. Bo rzeczywiście tam są sceny humorystyczne, natomiast to jest poziom humoru taki z polskiego kabaretu.
[01:18:54] - Z polskiego kabaretu, tak, dokładnie.
[01:18:56] - Rewia kabaretu z dwójką. Chłop się za babę przebrał. Hi, hi, hi. Tak niestety jest Co jeszcze? Zwracam uwagę na pewną scenę gdzieś tam na samym początku z płonącym krzyżem. Tutaj nie będę więcej mówił. Ona była słaba, słabo wykonana i już się zacząłem zastanawiać, czy to nie było takie po prostu zamierzenie od początku. Ale z drugiej strony możemy powiedzieć, że po prostu dysponowali określonym budżetem, coś się stało i postanowili skręcić w inną stronę. Powiedziałeś, że konwencja horroru się wyczerpała, szczególnie tego satanistycznego, bo tutaj trzeba powiedzieć, że ten film jest opisywany jako właśnie horror satanistyczny. A przecież w polskim kinie, przede wszystkim w kinie tworzonym przez polskich reżyserów, mieliśmy już takie produkcje.
Wspomniany „Diabeł”, ale przede wszystkim „Dziecko Rosemary”. Pewnie tam jeszcze by się znalazły inne filmy, szczerze mówiąc, które ten wątek zachodzą. „Matka Joanna od Aniołów”, co tu daleko szukać. Ale ja nie wiem, czy tutaj w ogóle możemy mówić o aspirowaniu tego filmu do takich znanych tytułów. Natomiast ja bym chciał powiedzieć, że formuła horroru opartego o egzorcyzmy — i pewnie będziemy mówić o tych filmach, o opętaniach, egzorcyzmach — rzeczywiście się wyczerpała w takim klasycznym ujęciu. Te horrory już nie straszą. Jest ich dużo, co roku jest ich kilka i pojawiają się w okolicach Halloween. W tym roku też coś było, chyba jakieś zakonnice czy coś. Nie pamiętam tytułu. Tego było dużo.
Natomiast twórcy amerykańscy przede wszystkim zrozumieli to i tak naprawdę od kilku lat mamy horrory mówiące o opętaniach, wykorzystujące oczywiście te wszystkie straszne sceny z wykręcaniem ciała, chodzeniem po suficie, ale opowiedziane w taki sposób, że w pewnym momencie mówimy: „O kurde, ciekawe”. Ja tu bym zwrócił uwagę na „Kronikę opętania”. To jest taki już kilkuletni horror z polskim wątkiem, bo tam dybuk, który opętuje dziecko, mówi po polsku. Pomimo że jest duchem żydowskim, to mówi po polsku. Kolejne to już są nowsze filmy, które w bardzo niekonwencjonalny sposób podchodzą do zjawiska opętania. To się nazywa „Opętanie Debory Logan”. Nie wiem, czy to jest dobre tłumaczenie tego filmu, ale to jest jeden film. Tam mamy taką opowieść o pewnej starszej pani, u której pada podejrzenie Alzheimera. Okazuje się, że to jest coś innego. Trzeci film to jest „Święta moc”.
Ten film jest najnowszy i tam mamy historię odwróconą, bo mamy egzorcyzm. Albo inaczej: tam mamy złe objawienie. Także ja bym tutaj polemizował z tą koncepcją wysuwaną przez niektórych komentujących, że pastwi się nad umierającym gatunkiem.
[01:22:27] - Nie, ja się też do tego wcale nie przychylam. To raczej traktuję jako próbę usprawiedliwiania się twórców czy też ludzi stojących za twórcami tego obrazu, usprawiedliwiania się przed publicznością. Bo ja odnoszę wrażenie, że to się chyba bierze — już o tym powiedziałem, ale dopowiem jeszcze — tak jak w książkach, chociażby za sprawą noblistki, ale nie tylko, mówi się o tym, że jest literatura oraz literatura gatunkowa. Te wszystkie horrory, te wszystkie kryminały, fantastyka — fe. I istnieje literatura głównonurtowa i tę czytajcie, to jest wartościowa i porządna. To wszystko inne to jest chłam, szlam i w ogóle tego nie należy dotykać. Przy takim podejściu z gruntu zakłada, że istnieje coś dobrego i coś złego i role są już rozdane. To znaczy wiadomo, kto jest zły, kto jest dobry. W związku z tym nie spodziewajmy się, że ludzie, którzy robią w kinie, będą mieli takie podejście jak twórcy amerykańskiego kina, że będą starali się jakiś zgrany schemat ożywić, reanimować. Nie, tu raczej spotkamy się z szyderą, czyli weźmiemy ten stary schemat i się z niego pośmiejemy po raz któryś i będzie taka zabawa.
Salony się będą bawić. Uważam, że to jest też element oszukiwania widza. Czyli: damy ci horror, a się zdziwisz, jaki będzie. Chyba nie o taką zabawę widzowi chodzi i ja bym jednak naprawdę wziął pod uwagę to, że kino robi się dla widza, a nie dla grona. To, co powiedziałeś, Piotrze, nie dla wąskiego grona znawców kina. To chyba nie tędy droga, a odnoszę wrażenie, że przynajmniej wśród części polskich reżyserów, ludzi filmu panują takie nastroje. Co tam gawiedź głupia. Ważne, żeby film był dostrzeżony, nagrodę dostał. Bo jak dostanie nagrodę, to w przyszłym roku się przyzna temu, co nam dał nagrodę i jakoś to będzie. To jest znowu odbicie tego, co się dzieje w polskiej kulturze po prostu.
Wiem, smędzę strasznie, ale mam takie wrażenie, że coś takiego się odbywa.
[01:25:10] - Tak. O kondycji kultury polskiej moglibyśmy naprawdę dużo mówić, chociaż może nie jestem jakimś wybitnym znawcą. Wydaje mi się natomiast, że mamy zupełnie inaczej kształtowane gusty niż choćby kilkanaście lat temu, kiedy jak pamiętam, odbywało się to zupełnie inaczej. Zanikły nam autorytety, zanikły nam pewne środowiska opiniotwórcze i my się dzisiaj musimy posiłkować gwiazdkami na przykład na jakimś serwisie filmowym, który ten film ocenia albo komentarzami. Czasami z tymi komentarzami jest tak, że one są naprawdę trafne i trafiają w nasze gusta i w nasze opinie. Co chciałbym jeszcze tutaj dodać? Wydaje mi się, że z horrorem, jeżeli chodzi o polskiego odbiorcę, też nie jest tak źle, dlatego że to są filmy popularne. Ja wielokrotnie goszcząc w kinie widziałem pełne sale ludzi naprawdę w różnym wieku. I to też nie jest tak, że coś tam kogoś dzisiaj razi, że my się musimy z tego wyśmiewać i tak dalej. Ja tutaj przeczytam fragment recenzji z portalu Spider's Web i cytuję: „Trzeba mieć jaja, żeby coś takiego w Polsce odwalić, nie zakrywając się artystycznymi pretensjami i społecznym zaangażowaniem jak Wojciech Smarzowski w Klerze”.
To jest oczywiście fragment opinii o „Ostatniej wieczerzy”. Nie wiem, czy to naprawdę jest taka szalona jazda na motorze ten film, że trzeba się wykazać aż tak wielką artystyczną odwagą. Artystyczną odwagą to się mógł wykazać tutaj Olaf Lubaszenko, którego naprawdę bardzo lubię, który może nawet troszeczkę ten film ratuje. Jest takim jedynym naprawdę charyzmatycznym aktorem w całym chyba tym obrazie. Cała reszta zakonników to tacy statyści w zasadzie. Nie wiem, jak to teraz ugryźć. Mocnym elementem tego filmu jest rzeczywiście scenografia, natomiast na jej tle poruszają się zupełnie bezbarwne postacie. Prócz Olafa Lubaszenko.
[01:27:41] - No cóż, Piotrze, myślę, że tym optymistycznym, cudzysłów, akcentem możemy skończyć. Powiem tak, że przynajmniej ja zachęcam, żeby ten film zobaczyć, żeby skonfrontować to, co mówimy z państwa odczuciami. Zobaczyć go z tego powodu warto, bo ja wiem, nie wierzcie nam państwo na słowo.
[01:28:07] - Bo to też jest tak, że każdy z was jest takim samym krytykiem jak każdy inny. Decyzja należy do was. My tylko na pewne rzeczy zwracamy uwagę, ale przecież to na końcu i tak widz wybiera i widz decyduje. A ja jeszcze chciałbym zachęcić państwa do nadsyłania swoich propozycji. My się zajmiemy też produkcjami trochę starszymi, jak już mówiłem na początku, ale na razie postaramy się też odnieść do tych, które budzą w ostatnim czasie z jakichś powodów największe emocje.
[01:28:49] - Tak jest. No cóż, zapraszamy w takim razie na kolejny odcinek naszego przeglądu filmowego. Do następnego razu.
[01:29:00] - Pozdrawiam.
[01:29:03] - Nie wiem, czy państwo podzielają nasze zdanie. Być może są państwo gorliwymi zwolennikami „Ostatniej wieczerzy”. To wówczas przepraszam, ale mam swoje zdanie. Państwo możecie mieć swoje. Na tym tak naprawdę polega demokracja jak demokracja, ale wolność myśli. Bo u nas bardzo często w pewnych środowiskach wolność myśli pojmuje się w ten sposób, że to jest wolność wyznawania tego poglądu, który ja wyznaję. To jest wolność myśli. A jak ktoś ma inne poglądy, to nie, wypad na drzewo. Nie uznaję czegoś takiego. Raczej skłonny jestem do pewnego liberalnego podejścia.
Gdzieś tam ta filozofia nauczyła mnie, pojadę po Spieszalskim, ale warto rozmawiać. Warto rozmawiać, bo wtedy i tylko wtedy rodzą się jakieś nowe idee. Wtedy dowiadujemy się, czego nie wiemy, a co wiemy, czego nie uwzględniamy, a co przeceniamy na przykład. I tak dalej. Z tego względu, że to audycja Piotra Cielebiasia i moja, to bardzo państwu ten cykl polecam. Pojawią się naprawdę ciekawe filmy. Takie mamy przynajmniej plany. Ale pędzimy dalej, proszę państwa, pędzimy. Nie wiem, czy państwo pamiętacie, w starym Bibliotekarium. Jakżeż, proszę państwa, to brzmi: stare Bibliotekarium.
Ale dobrze, zostańmy przy tej konwencji. Więc w starym Bibliotekarium mniej więcej rok temu gościem był autor powieści, która nosiła tytuł „DNA. Spirale zagłady”. Teraz pojawiła się zresztą zapowiadana przez autora druga część tej powieści, która się nazywa „DNA Nebula”. Maciej Górniak, bo on jest tym autorem. On stworzył pewną taką opowieść, która toczy się na szerokich planach. Ta nowa książka „DNA Nebula” to jest bardzo udana kontynuacja. Ja od razu zapowiem, że autor będzie gościł w naszej audycji i wtedy porozmawiamy sobie o książce szerzej. Pamiętacie państwo, to powieść science fiction została oparta na takiej bardzo rzetelnej wiedzy z zakresu astronomii, fizyki, biologii. I trzeba przyznać autorowi, że on to ma bardzo dobrze opanowane.
Przekonacie się państwo o tym dzisiaj, bo za chwilę posłuchacie relacji, zapisu spotkania autorskiego autora „DNA Nebula” i przekonacie się państwo. Ja myślałem, że ja o nauce to może nie wiem tam wszystkiego, ale jakoś się tam orientuję. Jest taki fragment tego spotkania, w którym autor zadaje pytanie: ile razy można złożyć kartkę? I mnie się wydawało, że ja wiem, że wcale nie tak dużo, jak nam się wszystkim wydaje. Siedem, osiem razy. Jak tam ktoś bardziej sprytny, to jeszcze mu się kilka razy uda, ale w gruncie rzeczy to wszystko. Później autor dodaje, że to takie grube coś powstaje z tej kartki. Później autor mówi: „Dobrze, ale zróbmy sobie, skoro już nie można fizycznie tej kartki złożyć, no to zróbmy sobie eksperyment myślowy i co by było, gdybyśmy tę kartkę złożyli na przykład 20 razy albo 50?” I on, co więcej, w trakcie spotkania autorskiego zadaje swoim słuchaczom pytanie: jaka grubość powstanie? Jaka to odległość się zrobi z tych 20, potem 30, 50 razy? I oni odpowiadają na to pytanie i państwo spróbujcie też odpowiedzieć.
Bardzo się państwo zdziwicie, jaka jest prawdziwa odpowiedź. Tak, możecie państwo puścić wodze fantazji. Spróbujcie, spróbujcie. Jeśli nie macie wiedzy, bo jeśli macie, to w ogóle kulą w płot. Ale jeśli takiej wiedzy nie macie i spróbujecie sobie wyobrazić, no to jestem prawie pewien, że podobnie zresztą jak uczestnicy tego spotkania, będziecie państwo dosyć daleko od rzeczywistych wartości, które można podać. To spotkanie uświadomiło mi, jak my w gruncie rzeczy, właściwie uświadomiło, jak uświadomiło, ale potwierdziło mi to, co już kiedyś państwu mówiłem, że bardzo wielu z nas bardziej w naukę wierzy, niż ją praktykuje, niż ją po prostu uprawia. I to chyba nie jest za dobrze. Ta nowa część „DNA Nebula” to tak naprawdę coś, co państwa porwie, jeśli w ogóle sięgniecie po tę książkę. W każdym razie dla Macieja Górniaka nauka jest rodzajem tworzywa, z którego on, cóż tu wiele mówić, proszę państwa, wyczarowuje ciekawe historie. No cóż, ale tak będę gadał, gadał, a tu ciekawe spotkanie przed państwem.
Zapraszam na spotkanie z Maciejem Górniakiem. Będzie mówił o nauce. Będzie mówił o swojej najnowszej książce. Naprawdę warto.
[01:35:23] - Witam bardzo serdecznie na naszym kolejnym spotkaniu dyskusyjnego klubu książki. Bardzo mi miło widzieć naszych stałych klubowiczów. Witam serdecznie, ale również ciepło witam osoby, które są z nami po raz pierwszy. Myślę, że spotkanie będzie na tyle interesujące, że zostaną Państwo z nami na dłużej, a spotykamy się w każdy pierwszy czwartek miesiąca, godzina 18:00, Czytelnia naukowa. Dziś nieco nietypowo jest z nami pan Maciej Górniak. Witamy bardzo serdecznie . Pan Maciej jest autorem futurystycznej powieści biologii „DNA”. Panie Macieju, czytelnicy są pańscy.
[01:36:07] - Dziękuję bardzo. Postaram się nie nadużywać cierpliwości państwa. Chciałem bardzo serdecznie państwa powitać na spotkaniu, podziękować dyrekcji za zaproszenie. No i cóż, przystępujemy. Mojego nazwiska nie należy kojarzyć z panią Edytą Górniak, znaną z kontrowersyjnych wypowiedzi. Przypominam hymn państwowy śpiewam o niebo lepiej, ale proszę się nie bać, nie będę śpiewał dzisiaj tutaj.
[01:36:44] - Może by pan lepiej wygrał.
[01:36:47] - Przy jakiejś innej okazji może ewentualnie.
[01:36:50] - Na następne spotkanie.
[01:36:52] - Tak jest. Przygotowałem sobie tutaj małą ściągę. Jak tylko jeszcze nawet nie chodziłem do szkoły. Nawet podczas egzaminów wstępnych, kiedy mnie kwalifikowano, czy się nadaję do szkoły takiej zwyczajnej, czy specjalistycznej, też ściągałem. Także dzisiaj ściągę będę również wykorzystywał. Pozwolę państwu, że sobie usiądę troszkę bliżej. Tutaj są kartki. Poprosiłbym Patrycję, żeby państwu rozdała takie folderki reklamowe. Jako że należę do Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii, proszę nie mylić z astrologią. Astronomia jest nauką.
Astrologia z kolei czymś, co naukę udaje. Także żadnych horoskopów dzisiaj nie będzie. Spotkanie podzieliłem. Na początku zrobimy taką króciutką prezentację o takim tytule, jak państwo tutaj widzą. Będziemy mówili o pewnych zagadnieniach z dziedziny fizyki. Zawsze staram się przy okazji powieści troszeczkę też powiedzieć o fizyce, astronomii, o takich sprawach. Zresztą na samym końcu, jeżeli będziecie państwo mieli jakieś pytania, bardzo proszę. Jest szansa, że będę przynajmniej na niektóre umiał odpowiedzieć. Zacznijmy może od atomu, od czegoś bardzo małego. Zazwyczaj myślimy, że atom to jest jakaś taka twarda kuleczka.
Tak nam się wydaje, słyszymy w różnych publikacjach. Nic podobnego. Atom składa się z jądra atomowego oraz tak zwanej chmury elektronowej. Może to być pojedynczy elektron, ale i tak tworzy chmurę, tak szybko porusza się wokół jądra atomowego. Odległość elektronu od jądra atomowego mniej więcej jest taka porównywalna, jakbyście państwo sobie stanęli na środku stadionu, jakiegoś bardzo dużego stadionu, wzięli do ręki dziesięciogroszówkę i to będzie reprezentowało jądro atomowe. Natomiast ostatni rząd trybun, tam mniej więcej będzie znajdował się elektron. I z tego powodu atomy w pewnych okolicznościach, w pewnych warunkach można ściskać do niebotycznie małych rozmiarów, niemalże do zera. Tak się dzieje w takich obiektach, które nazywamy czarnymi dziurami lub obiektach, które ich poprzedzają, w gwiazdach neutronowych. Tam po prostu wszystko jest bardzo mocno ściśnięte. Także niektórzy, mam nadzieję, nie poczują się, znaczy państwo nie poczujecie się urażeni, ale składamy się głównie z pustki tak naprawdę.
Tak to wygląda. Patrzymy nieraz w gwiazdy i widzimy, że one tak mrugają. Proszę państwa, gwiazdy same z siebie nie mrugają. Oczywiście Słońce też jest gwiazdą. Tam są pewne wybuchy. Czasami gwiazda puchnie, czasami się kurczy. Ale to, co obserwujemy jako mruganie gwiazd, to są po prostu ruchy atmosfery ziemskiej. Tam są gęstsze troszeczkę obszary, rzadsze, czasami są dziury wręcz w atmosferze i to powoduje właśnie taki efekt, jakby gwiazda mrugała. To samo obserwujemy, powiedzmy nad jakąś rozgrzaną drogą, nad asfaltem, kiedy ten obraz tam zaczyna nam pływać dość mocno. Coś nam tu wylazło.
Tam był napis. Nie wiem, czy wyjechało. Gwiazda czy planeta? Gwiazda czy planeta? Tutaj macie akurat państwo, tam słyszałem powiedział, że Wielki Wóz. Zgadza się. Nawet dzisiaj go obserwowałem, jak przyjechałem do Wyszkowa. Tutaj macie troszeczkę mniej światła jak w Warszawie, koło której mieszkam.
[01:41:59] - Lepiej widać.
[01:41:59] - Tak. I po prostu jeszcze można zobaczyć czasami nocne niebo. W jaki sposób możemy odróżnić, bo tak to by się zdawało, że to wszystko to są gwiazdy. W jaki sposób możemy odróżnić gwiazdę od planety? Jeżeli dysponujemy lornetką albo teleskopem, odróżnimy bardzo łatwo. Po prostu gwiazda zawsze pozostanie mniej lub bardziej intensywnym punktem, nawet w teleskopie. Chyba że byłby to teleskop niebotycznych rozmiarów, to tam powiedzmy, może troszeczkę bardziej to być widoczne. Natomiast planety są na tyle blisko, że zamiast punktu świecącego będziemy widzieli tarczkę. I najlepiej to jest widoczne przy Jowiszu, który w tej chwili świeci na niebie. Zresztą niedaleko Księżyca czy Saturna widać pewien taki owal, bo widać również jego pierścienie.
Jeśli chodzi o ten drugi sposób. To już Grecy wymyślili. Zresztą nazwa planeta, spolszczona nazwa oznacza po grecku błąkać się bądź wędrować czy wędrowca. Oni po prostu zauważyli, że pewne gwiazdy, to co wydawało się gwiazdą, że przemieszcza się po niebie w przeciwieństwie do tych punktów stałych, które się nie przemieszczają. Dlatego tak została nazwana. Także nie wszystko gwiazdka co się świeci. Nie wiem, czy są tutaj wśród nas płaskoziemcy. Natomiast jeśli są, postaram się zaraz państwu pokazać, że ziemia nie jest płaska mimo wszystko. Natomiast jest całkiem zrozumiałe, że wydaje się nam płaska, prawda? Bo jak idziemy, to cały czas jest w zasadzie płasko.
Jak sobie stoimy na powierzchni czy nawet tam wejdziemy na drzewo, widać, że ziemia jest płaska, ale to wynika z jej rozmiarów. Natomiast jeżeli państwo spotkacie kogoś, kto będzie się upierał, że ziemia jest płaska, żeby go przekonać do tego, jak jest faktycznie, potrzebna będzie lornetka, najlepiej silna lornetka i dużo wody. Przy czym nie mam tutaj na myśli żadnej przemocy oczywiście. Jeżeli państwo będziecie nad brzegiem morza jakiegoś, będzie tam widoczny statek. No właśnie, jak udowodnić, że jest inaczej? Będzie tam widoczny statek, który będzie się od nas oddalał. To zauważycie coś takiego po pewnym czasie. Aż zniknie zupełnie za horyzontem. Dlaczego tak się dzieje? Spójrzmy na tą sprawę okiem obserwatora, który będzie stał z boku pomiędzy statkiem a nami.
Tak to będzie mniej więcej wyglądało. Statek w miarę jak będzie się od obserwatora oddalał, ze względu na właśnie kulistość ziemi będzie po prostu znikał za horyzontem. I na tym to polega. Jest to najprostszy dowód jaki może być, że Ziemia jest okrągła. Żadnych wyliczeń, cudów, nie wiadomo czego. Po prostu tak jest. No, chyba że kogoś i to nie przekona. No to już drugi . Dobrze. Czy bieg czasu może zwalniać?
Jak państwo sądzicie? Może czy nie może? Dobrze, to ja odpowiem. Jak najbardziej. Z tym, że tutaj, w naszych ziemskich warunkach nie jesteśmy w stanie tego odczuć. Przy czym nie mam na myśli odczuwania czasu, tylko że on faktycznie zwalnia. Popsułem? Nie. W jakich warunkach tak się dzieje? Bo tak to wydawałoby się, że czas płynie cały czas tak samo, prawda?
W każdym punkcie i dla każdego. Są takie dwa zasadnicze, dwie zasadnicze rzeczy czy warunki. Dwa zasadnicze warunki, kiedy czas rzeczywiście zwalnia w stosunku powiedzmy do nas, do jakiegoś obserwatora. Pierwsze takie miejsce to jest, tutaj jest akurat taki wizerunek czarnej dziury, czyli bardzo ściśniętej gwiazdy. Chodzi o to, że czas zwalnia w obecności. Im większa masa, tym wolniej chodzi zegar. Czyli na górze powiedzmy czas na Księżycu na przykład, który ma mniejszą masę około sześć razy mniejszą masę od Ziemi. Czas tam troszeczkę szybciej płynie niż tutaj u nas na Ziemi, ale powiedzmy nie istnieją w tej chwili tak precyzyjne zegary, że potrafią wychwycić różnicę czasu pomiędzy, powiedzmy zegarem, który stałby tutaj na podeście a zegarem, który stałby bezpośrednio na podłodze. To już da się zmierzyć. Natomiast jeśli dobrze pamiętam, chyba w 74 roku, 1974 był robiony eksperyment z dwoma zegarami atomowymi.
Jeden pozostał. Były idealnie zsynchronizowane. Następnie jeden z tych zegarów zabrano na pokład samolotu, który sobie gdzieś tam latał przez jakiś czas, a drugi został w laboratorium i wyszło później na to, że po wylądowaniu i porównaniu wyszło na to, że po prostu te zegary już były rozsynchronizowane. Ale jest to efekt niezwykle subtelny i im większa Im większe oddalenie od masy, tym bardziej się objawia. Jest jeszcze drugi sposób. To jest taka wizualizacja prędkości światła. Czas zwalnia, im szybciej się poruszamy. To też nie ma tutaj znaczenia przy takich prędkościach, z jakimi stykamy się na co dzień. Natomiast gdybyśmy dysponowali rakietą, która jest w stanie osiągać tak zwane prędkości relatywistyczne, czyli 10, 20, 30% prędkości światła, to będzie to efekt jak najbardziej odczuwalny. Czas zatrzymuje się całkowicie, jeżeli osiągnęlibyśmy prędkość światła, czyli około 300 000 kilometrów na sekundę.
Ale nie jest to możliwe, ponieważ prędkości światła obiekt materialny osiągnąć nie może. Ze względu na to, że przy roście prędkości rośnie również masa tego obiektu i ona rośnie do nieskończoności przy prędkości światła i nie starczyłoby całej energii wszechświata, żeby-
[01:50:50] - Stawia duży opór.
[01:50:51] - Proszę?
[01:50:52] - Duży opór stawia.
[01:50:56] - Ja mówię o prędkości w próżni, gdzie nie mamy tego oporu. Natomiast mówię, że masa obiektu wzrasta. Energia prędkości przekształca się w masę i ta masa staje się nieskończenie wielka. Do tego by trzeba było nieskończenie wielkiej energii. Także obiekt posiadający masę nie może się rozpędzić do prędkości światła. Nawet te protony, które w CERN-ie na granicy szwajcarsko-francuskiej latają w tym akceleratorze, one też nie osiągają prędkości światła, ale bardzo się do tej prędkości zbliżają. O tym, co mówiłem, możemy się spotkać na co dzień, o ile używamy czegoś takiego, co chyba już prawie wszyscy mają w telefonach, a nazywa się to system GPS. System GPS to są 24 satelity umieszczone na tak zwanej orbicie geostacjonarnej. Polega to na tym, że taki satelita wisi cały czas. On się obraca wraz z Ziemią, ale w taki sposób, że cały czas wisi nad tym samym punktem Ziemi.
I gdyby jego prędkość obrotowa oraz odległość do jakiegoś telefonu GPS, gdyby nie było to uwzględniane, byłby ten system zupełnie bezużyteczny, ponieważ rozsynchronizowałby się w ciągu doby tak, że jeden chaos by z tego wyszedł. Dlatego te poprawki są uwzględniane i zawdzięczamy to panu Einsteinowi, że nam o tym powiedział. Jedną z największych zagadek fizyki jest coś takiego jak splątanie kwantowe. Splątanie jest pewnego rodzaju sprzężeniem. Możemy na przykład dwa fotony, czyli dwie cząsteczki światła splątać ze sobą tak, że tworzą pewną parę. Następnie te fotony rozsunąć na dowolną odległość. I tutaj jest pewien paradoks, bo wydawałoby się, że informacja nie jest w stanie podróżować z prędkością większą jak prędkość światła. Tutaj akurat kostki miałem takie. Jeżelibyśmy te fotony sobie rozsunęli na dowolną odległość, jeden byłby na jednym końcu galaktyki, drugi na drugim końcu galaktyki, one na siebie w pewnych warunkach zareagują natychmiast. Dlatego jest to jedna z największych zagadek fizyki, ponieważ nie znamy przyczyny, dlaczego tak się dzieje.
Po prostu jeszcze to zostało nieodkryte. Czyli tutaj ograniczenie prędkości światła, które jest największą we wszechświecie, po prostu nie działa i nie mamy pojęcia dlaczego. Dobrze, lecimy dalej. Proszę państwa, mam tu zwykłą kartkę papieru A4. To teraz będziemy licytować. Ile razy tą kartkę papieru uda mi się złożyć? Kto mówi, że cztery razy?
[01:55:09] - No jak?
[01:55:11] - No dobrze. To proszę rzucać jakieś liczby.
[01:55:16] - 16.
[01:55:17] - 16. Proszę jeszcze dalej.
[01:55:21] - Dużo więcej.
[01:55:24] - Ja mówię fizycznie, ile razy da się ją złożyć. Rzucamy jakąś tam liczbę. 32. Dobra. Tutaj już mam taką, którą starannie próbowałem składać. Może ja wstanę, żeby było to lepiej słyszalne, mam nadzieję. Mamy kartkę. Raz. Dwa. To jest drugi.
Trzeci raz składam. Czwarty. Piąty. Sześć. Jakbym dysponował, nie wiem, może jakimś młotkiem czy czymś, to siedem razy może bym złożył. Podobno rekord świata ustanowiony przez amerykańskich studentów wynosi trzynaście razy, ale nie wydaje mi się to prawdopodobne. Złożenie osiem razy to już... Chyba że, nie wiem. To jest normalna kartka papieru A4 o gramaturze 80 gram, czyli coś najbardziej typowego, co mamy na co dzień praktycznie. Siedem razy i koniec.
Teraz będzie zagadka. Właściwie taki mały konkurs przygotowałem dla państwa z drobnym upominkiem dla zwycięzcy. Poprosiłbym Patrycję. Tutaj. Patrycja rozda państwu karteczki. Oczywiście nie ma przymusu startowania w konkursie, ale chodzi o to, żeby na karteczce napisać. Nie wiem. Tak, żeby każdy mógł się zidentyfikować. Może być imię, powiedzmy. Mam nadzieję, że nie będzie się to powtarzało za często.
Tutaj są też ołóweczki zaostrzone, bo domyślam się, że państwo nie przynieśli ze sobą raczej rzeczy do pisania. Zaraz zadam pytanie. Natomiast nie chciałbym, żebyście państwo liczyli, ponieważ dzisiaj mówimy o rzeczach, które się nam wydają. Państwo dostaniecie, powiedzmy, 20 sekund, żeby coś napisać na tej kartce. W zasadzie liczbę, imię, liczbę. Ten, kto będzie najbliżej wyniku, bo nie sądzę, żeby się komukolwiek udało, chyba że zna ten temat. Żeby komukolwiek udało się zgadnąć, jak rzeczywiście brzmi odpowiedź, to mam tutaj taki malutki upominek, prezent dla zwycięzcy. Ten prezent to jest po prostu taki plakat, jak tutaj państwo widzicie.
[01:58:51] - Jest o co walczyć.
[01:58:53] - W czasie przekłucze sobie gardło. Proszę, żeby każdy napisał, kto otrzymał karteczkę, napisał swoje imię tam po prostu.
[01:59:17] - Nie pisać imienia.
[01:59:19] - Mam nadzieję, że nie naruszam w ten sposób RODO. Wszyscy, tak? Nikt się nie wywołał? Dobrze. Państwo będziecie mieli powiedzmy 10 sekund na zastanowienie plus pięć sekund na napisanie odpowiedzi. Będzie to po prostu liczba, jak chcecie. W układzie SI jednostka odległości, czyli milimetry, centymetry, metry, może kilometry, jak komuś odpowiada. I pytanie brzmi w ten sposób: jaką grubość uzyskamy, składając kartkę 20 razy tak, jak ja to robiłem? Czas start. No dobra, myślę, że już chyba każdy napisał.
Patrycjo, proszę cię o zebranie karteczek i pisadełek.
[02:00:52] - Zagiąć je jakoś?
[02:00:55] - Nie, po prostu poskładaj sobie. A ja szybciutko przejrzę i zobaczę, kto był najbliżej.
[02:01:06] - Zależy, jak je ścieli.
[02:01:08] - Zakładamy, że ściskamy w sposób idealny, to jest eksperyment myślowy. Tego się nie da zrobić fizycznie. To jest wyłącznie eksperyment myślowy.
[02:01:21] - Parę razy mogę?
[02:01:33] - Woda darmowa to sobie mogę pobrać troszkę. To się pewnie czujecie jak na sprawdzianie w szkole. Jeszcze tutaj.
[02:02:06] - Ta sama wielkość.
[02:02:14] - Jeszcze nie wiem. To chyba o milimetry chodzi, pan Jerzy.
[02:02:18] - Tak.
[02:02:24] - Pan Jarosław, który to? To pan, tak? Tutaj nie wiem, bo tutaj też milimetry? Też milimetry.
[02:02:35] - Centymetry.
[02:02:36] - Centymetry, przepraszam. Sam mam fatalne pismo, ale tylko siebie potrafię dobrze odczytać. Tutaj też. Ktoś tutaj sprytnie napisał 20 razy więcej niż kartka niezłożona. Prosiłem o jednostki. W systemie SI. 24, ale nie napisane z czego. Chyba, że mi ktoś podpowie. Proszę?
[02:03:19] - Niech dopowie teraz.
[02:03:21] - Kto napisał? Pan Jan. 24, ale czego? Milimetry, tak? Dobra. Weronika.
[02:03:34] - To ja zagrożona.
[02:03:37] - Zaraz zobaczymy.
[02:03:40] - Teraz się okazuje się, że to jest jakiś ciał. No nie sądzę.
[02:03:54] - Zaraz powiem, kto jest zwycięzcą. Następna ciekawa odpowiedź: jestem schumana. Dobra, ktoś tutaj gdzie było opisane w milimetrach to niestety, ale nie. Państwo zobaczcie jaka jest prawidłowa odpowiedź. I w pewnym sensie chyba pani Weronika była najbliżej. Odpowiedź jest na tym żółtym polu.
[02:05:00] - A tyle?
[02:05:03] - Dlatego pokazałem całe wyliczenie. Pamiętacie państwo każdy wynik podwajamy za każdym razem i wychodzi ponad 94 metry. Tak jak mówiłem na samym początku, rzeczywistość nie zawsze jest taka, jaka się wydaje. I teraz mam pewną zagwozdkę. Która polega na tym, że w sumie mamy jakby trzy osoby. Jeżeli dobrze czytam, to Kasia, tak?
[02:05:48] - No tak. A ile tam jest? Osiem, tak?
[02:05:50] - Osiem centymetrów. Pan Jarosław. Ściągaliście od siebie. Osiem centymetrów i 200 metrów. Najbliżej tego wyniku są te dwie osoby.
[02:06:12] - Kobiety mają pierwszeństwo.
[02:06:17] - Przewidziałem sytuację, że może być trudna do rozstrzygnięcia, w związku z czym wziąłem tego trochę więcej. Także zwycięzców mamy trzech, chociaż żadna z osób nie trafiła. Ale widzicie jak to wygląda. Zobaczycie co się będzie działo dalej. Tutaj może tego to nie, a tutaj wam pokażę. No, że tak powiem pani jest. Dobrze. Pani, tak? Weronika.
[02:07:09] - Nie, to ja jeszcze raz.
[02:07:24] - Dobra. Dobrze. Także konkurs mamy rozstrzygnięty i jak widać wynik troszeczkę niektórych zaskoczył.
[02:07:35] - Tak.
[02:07:37] - Dobrze. Lecimy dalej.
[02:07:44] - Pan złożył sześć razy, tak? Pokazywał te kartkę.
[02:07:47] - Sześć razy.
[02:07:48] - I ona ma grubość-
[02:07:50] - Ja mówię o grubości.
[02:07:52] - No właśnie.
[02:07:53] - Sześć razy.
[02:07:54] - To pięć i pół centymetra by miała.
[02:07:56] - 5,76 milimetra. No ja nie potrafię tego tak ścisnąć.
[02:08:01] - Właśnie.
[02:08:02] - Bo ja mówię o idealnym.
[02:08:03] - To było mylące, bo tylko patrzy się na część tekstu.
[02:08:08] - W każdym razie to jest tylko sześć razy i tylko niecałe sześć milimetrów, ponieważ przyjąłem, że grubość kartki jest dziewięć setnych milimetra. Tam się waha w zależności kto to produkuje, ale dziewięć setnych milimetra. Dobra, teraz już bez konkursu, ale lecimy dalej. Dalej składamy tą kartkę. Oczywiście tak jak zaznaczam eksperyment myślowy. Chodzi o ilość warstw. Jeżeli byśmy złożyli 22 razy, to mamy więcej jak wysokość najwyższego budynku w Polsce. Przy złożeniu 27 razy mamy więcej jak najwyższa góra. Powiem państwu, że to przewyższa nawet wzniesienia na Księżycu, które tam sięgają ponad 11 kilometrów od umownego poziomu gruntu. Tutaj mamy 12 kilometrów.
Złóżmy tę kartkę 30 razy, a sięgniemy granicy atmosfery, prawie. Umownej granicy atmosfery. I lecimy dalej. Przy 36 złożeniach osiągniemy mniej więcej promień Ziemi.
[02:09:52] - Ale my z czego składamy te A4?
[02:09:55] - To się nie da już przecież złożyć. Do wyliczenia tylko.
[02:09:58] - To jest eksperyment myślowy. Cały czas zaznaczam. Fizycznie nie da się tego zrobić. Jeżeli złożymy karteczkę 42 razy, osiągniemy tak jak widać z grubsza średnią odległość Ziemia-Księżyc. Przy 44 będzie prawie tak grubo, jaką średnicę ma Słońce. No i przy 50 złożeniach mamy odległość przewyższającą odległość Słońce do planety Wenus. Tak jak mówiłem, różne rzeczy nam się wydają, a różnie bywa. Dobrze, teraz będę potrzebował jakąś odważną osobę, która użyczy mi swojej dłoni. Wszyscy zadrżeli, tak? Czy może ktoś się zgłosi na ochotnika?
[02:11:02] - Kasia wygrała.
[02:11:03] - Czy wyciągnąć kogoś z szeregu? Obiecuję, że nie będzie krwi. Tak, zrobimy taką dziurę. No czekam na kogoś odważnego. Mogę to uczynić za pomocą kartki papieru albo czegoś takiego. To jest akurat ze sklepu Stokrotka tutaj u was. W międzyczasie skoczyłem do niej. To co? Zgłosi się ktoś?
[02:11:39] - Miało. Nic się nie stanie.
[02:11:41] - A to ten, co tak powiedział. Zobaczysz, to się udało. Zatem odważnie.
[02:11:52] - Okej, tylko trzeba by zapalić troszeczkę światła z tyłu.
[02:11:56] - O nie. Z tyłu.
[02:11:59] - O tak, tak, tak powinno być dobrze. Okej, poproszę pana tutaj. I już tłumaczę, co trzeba robić. Proszę pana, weźmie pan to w dłoń. Trzeba patrzeć jednym i drugim okiem. Obydwa oczy muszą się patrzeć. Obydwa oczy. I teraz chodzi o to, żeby pan, jeżeli pan przyłoży sobie tą dłoń tutaj z prawej strony, patrzy pan lewym okiem przez tę rurkę i drugie oko ma pan normalnie otwarte. A ja pokażę państwu, co ten pan za chwilę powinien zobaczyć. O, akurat zasłonił.
Bliżej oka. Zobaczy prawidłowo. Pan patrzy prawidłowo, tak? Jedno i drugie oko jest. Może pan zobaczyć dziurę bardziej gdzieś na brzegu, a jak pan dobrze spojrzy, proszę się skupiać głównie na obrazie, który pan widzi przez tą rurkę. Udało się czy jeszcze nie?
[02:13:24] - Jeszcze nie.
[02:13:25] - Poczekamy. Niech pan popatrzy tutaj. Powinien pan zobaczyć coś takiego. Przeważnie wszystkim się udaje. Może ja wyjaśnię w międzyczasie, na czym polega ten eksperyment. To jest eksperyment optyczny. Także tutaj żadna chirurgia w grę nie wchodzi. Chodzi o to, że rozdzielamy obrazy, które widzi oko lewe i oko prawe. Jeżeli nie ma żadnej przeszkody, to widzimy normalnie. Natomiast jeżeli mamy właśnie taką sytuację, to widzimy jedno na drugim.
W ten sposób. Dlaczego? Bo mózg łączy tutaj pośrodku, którym patrzymy te dwa obrazy i dlatego wychodzą takie cuda. Można to robić tak jak mówię, za pomocą najzwyklejszej kartki papieru, tylko że to jest troszeczkę bardziej wygodne. Poeksperymentujecie sobie państwo w domu. Wystarczy taką karteczkę zwinąć. Ważne jest, żebyśmy zawsze patrzyli z jednej strony, od strony tego oka, gdzie nie ma rurki, przy którym mamy dłoń, a od strony, gdzie mamy rurkę, to mamy właśnie to drugie oko.
[02:15:18] - Jak ktoś ma różne dioptrie na każdym oku, to też to samo wychodzi.
[02:15:22] - Może być obraz trochę bardziej zamazany, ale to akurat nie ma znaczenia. Także puszczam te dwie rurki. Proszę sobie tam w międzyczasie popatrzeć, przekazać dalej. Pobawić się.
[02:15:50] - No i trzeba jedno oko mieć zamknięte, drugie otwarte.
[02:15:54] - Dobrze. Kończymy pomalutku prezentację taką małą dygresją, którą przeczytam. Dobrze jest pamiętać, że pomiędzy nami, zwykłymi obywatelami, istnieją grupy osób, których nie nazwę.
[02:16:17] - Dlaczego?
[02:16:17] - Dla bezpieczeństwa. Które realizując własne cele zawodowo zajmują się kreacją iluzji rzeczywistości, nie oglądając się na koszty, jakie z tego powodu ponosimy. Państwo pewnie domyśliliście się, o czym ja mówię. Właściwie o kim. Dobrze. Nie wiem, czy może do tej części państwo macie jakieś pytania? A jeżeli nie, to przeszlibyśmy dalej. Zaczniemy teraz opowieść. Nie, nie zakrywamy oczu. Patrzymy jednym i drugim okiem.
Jak to się stało, że ta powieść w ogóle powstała? Nie wiem, czy państwo oglądaliście może taki filmik. Pewnie nie wszyscy. Dostarczyłem tutaj filmik do biblioteki, ale może pan pomoże mi włączyć, bo jedyne co ja mogę zrobić z tym sprzętem to go na pewno zepsuć. To takie trzy minutki małe. Zobaczycie państwo po prostu taki zwiastun. Tutaj nie ma. Jeszcze raz. Z gatunku fantastyki. Jest także na YouTubie.
Czy przyszłość da się zobaczyć? Na czym polega zjawisko rekognicji? Czy czas jest tym, czym się nam wydaje? Z ilu wymiarów składa się rzeczywistość? Trzech, czterech, a może więcej? A co jeżeli życie, jakie znamy, nie jest jedyną możliwą formą istnienia? Co może się wydarzyć, gdy prace istot działkowych całkowicie zastąpią maszyny? Czy żądza władzy, głupota i podłość politycznych elit ma jakieś granice? DNA. Spirala zagłady jest pierwszym z trzech tomów beletrystyki z gatunku fantastyki naukowej, której fabuła oparta jest na wydarzeniach historycznych i naukowych faktach.
Z jednej strony opowiada o zastanawiających zjawiskach z codziennego życia wielu z nas, jak intuicja czy sprawdzające się sny, które jak się wydaje, nie doczekały się jeszcze należytego potraktowania przez naukowców. Tak więc oś fabuły stanowią nasze niewytłumaczalne przeczucia, a także zagrożenia dla planety i jej mieszkańców ze strony kryjących się kosmicznych niespodzianek, jak również wojen. Ulubionej rozrywki naszych umiłowanych przywódców, które ku ich uciesze ludzie toczą między sobą od zarania dziejów. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze o czymś wymykającym się na co dzień naszej uwadze. O zagrożeniu, którego zachwyceni współczesnością zdajemy się nie dostrzegać. Mowa tu o postępie technicznym, nad którym nikt nie panuje w pojedynczy sposób. O szaleńczym wyścigu w stronę cyfryzacji i robotyzacji naszego życia. Przy czym wcale nie mam tu na myśli zbuntowanej techniki wojskowej czy samoświadomej sztucznej inteligencji, która uznała człowieka za największe zagrożenie dla planety. To byłoby zbyt oczywiste.
Jeżeli chcesz poznać odpowiedzi na postawione wcześniej pytania, zabiorę cię w niezwykłą podróż na dalekie rubieże nauki i fantazji. Do egzotycznych miejsc w czasie i przestrzeni, gdzie wyobraźnia miesza się z rzeczywistością. Więcej informacji w opisie filmu. Można sobie coś tam po prostu wyciąć. Dobrze. Parę słów. Jak to się stało, że powieść w ogóle powstała? To znaczy w zasadzie ona powstaje w dalszym ciągu, ponieważ napisałem do tej pory dwa tomy. Trzeci jest w drodze. Mój obecny sposób zarabiania na życie to po prostu wożenie ludzi dokąd chcą.
No ale powiedzmy nie cały czas się jeździ. Czasami trzeba też postać i to dość długo. Starałem się nudę wypełnić czytaniem, no ale w końcu czytania też już można mieć troszeczkę dość. Ale były jeszcze pewne inne czynniki. Sugestie ludzi, z którymi czasami prowadzę obserwacje nieba. Czasami kogoś zapraszam po prostu, żeby sobie tam popatrzeć przez teleskop. Muszę państwu powiedzieć, że niebo w teleskopie wygląda nieprawdopodobnie. To zupełnie co innego jak patrzenie okiem nieuzbrojonym. Widać po prostu znacznie więcej. I w trakcie jak tam sobie oglądaliśmy, no to siłą rzeczy trzeba coś tam powiedzieć, prawda?
Co widzimy, czego nie widzimy, dlaczego nie widzimy, co tam się dzieje w górze z tymi obiektami. No i parę osób mi po prostu zasugerowało, że fajnie by było, jakbym coś kiedyś napisał. Natomiast czasami właśnie przy wykonywaniu moich obowiązków służbowych bywają zabawne sytuacje i tutaj sobie jedną z takich zabawnych sytuacji krótko w SMS-ie opisałem i wysłałem do znajomych. I ci znajomi, no też tam zasugerowali, że fajnie by było, jakbym coś napisał. Może przeczytam, jak to tam brzmiało. Sądziłem, że w pracy już nic mnie nie zaskoczy. Wczoraj dostałem zlecenie na odebranie i przewiezienie klienta z dość bogatej okolicy poza Warszawą. Okej, pojechałem, nawiązałem kontakt. Czekam. Po pewnym czasie zjawia się facet w sile wieku, świetnie ubrany, z autentyczną inteligencją i kulturą wydzierającą z twarzy przy każdym spojrzeniu.
Klasa sama w sobie. Poinformował mnie, że musimy jeszcze chwilę poczekać na żonę. Uprzejmym tonem rozpoczął rozmowę. Konferowaliśmy sobie tak elegancko przez chwilę. Utrzymując klimat pogawędki spytałem go o adres, pod jaki mieliśmy się udać. Jaki jest cel podróży? Przez twarz mojego rozmówcy przeleciał lekki uśmieszek. Uśmieszek. Nachlać się.
[02:24:44] - A co?
[02:24:45] - Nachlać się.
[02:24:48] - To pan musiał wybrać adres?
[02:24:52] - Adres został podany później. Także sobie taką rozmowę prowadziliśmy. No i tak sobie pomyślałem jak już siedzę jako gość w tym samochodzie i czekam, to może warto wziąć laptopa i zacząć coś pisać. No i tak się zaczęło. Na początku miałem cel wyłącznie taki rozrywkowy, żeby po prostu napisać jakąś fajną historię, bo trochę mi ich tam powiedzmy skakało i skacze po głowie. W miarę pisania ten cel troszeczkę zaczął ulegać rozbudowie. Jako że jestem miłośnikiem astronomii, fizyki, no uwielbiam też biologię. To był mój przedmiot koronny w szkole. Lubię też zaglądać do historii. No to sobie jakoś tak mówię, zacząłem spisywać pewne rzeczy.
A muszę państwu powiedzieć, że męczą mnie takie na przykład filmy, gdzie prawa fizyki są pomijane tak, że aż po prostu zęby bolą. Także nawet takie umowne zawieszenie niewiary już w którymś momencie przestaje działać i film przestaje być naprawdę interesujący i zabawny. Więc chciałem napisać coś, gdzie powiedzmy przynajmniej w części te prawa fizyki będą zachowane i żeby ten utwór miał taki też troszeczkę charakter edukacyjny. W miarę jak pisałem, zobaczyłem w tym utworze jeszcze taki pewien dodatkowy potencjał. Chodzi o podzielenie się z czytelnikiem pewnymi wnioskami z obserwacji życia. Zaraz opowiem, o co chodzi z tymi obserwacjami. Kiedy napisałem wydawało mi się całą książkę, zacząłem szukać wydawcy. Okazuje się, że ten rynek jest niesłychanie hermetyczny. Rozmawiałem z dziesięcioma czy dwunastoma, może nawet więcej wydawcami. Próbowałem rozmawiać.
Niestety, może mam takie trochę bardziej słynne nazwisko, ale jakoś się nikomu nie kojarzyło, bo to tylko jest nazwisko podobne powiedzmy, czy właściwie tak samo brzmiące. Nie mam znajomości i nie mam dwudziestu czy trzydziestu tysięcy, bo tak w tej chwili debiutanci zaczynają. Trzeba po prostu dać wydawcy kupę pieniędzy i modlić się, żeby te pieniądze zostały przez niego dobrze wykorzystane na naszą korzyść. Natomiast bardzo często kończy się to niesłychanie smutno, że książka zostaje wydana i leży gdzieś w magazynach. Żadnej promocji, żadnego marketingu. Ani nie dysponuję taką kwotą, a nawet jakbym dysponował, to nie chciałbym jej dać wydawcy, bo uważam, że jeżeli ktoś napisał książkę, to nie po to, żeby jeszcze płacił za to wszystko. Nabrałem w pewnym momencie dość sporych wątpliwości co do swojej twórczości. Zwłaszcza gdy pewna osoba, której jestem bardzo wdzięczny za ocenę. Jest to osoba dość znana, ale nie chciałbym na razie ujawniać jej nazwiska. W każdym razie skończyła kulturoznawstwo.
Powiedziała mi w sposób bardzo kulturalny kilka uwag na temat mojego warsztatu literackiego. Część uwag też przemilczała, pozwalając mi się domyślić. Ale mimo wszystko nie traciłem dobrego humoru i nawet sobie napisałem taką króciutką recenzję w ramach odstresowywania się. Recenzję spotkania takiego właśnie autorskiego z czytelnikami. A brzmiała ona mniej więcej tak: w autora rzucano zgniłymi pomidorami, ale słychać było także gromkie brawa, gdy ktoś trafił. I zacząłem pisać tą powieść od nowa, mając już tutaj bardzo na uwadze warsztat literacki. Gdy powieść była niemalże gotowa, wstąpiłem do Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii. To był wrzesień 2019 roku. Spotkałem się tam z bardzo miłym przyjęciem. Wszyscy tam, niezależnie powiedzmy od statusu społecznego jesteśmy na ty.
Jest bardzo miło, przyjemnie. Oglądamy sobie gwiazdki i zwróciłem się do naszego prezesa mówiąc: „Słuchaj, napisałem tutaj takie coś. Czy chciałbyś to może przeczytać?”. Na początku reakcja Janusza była taka, że może przeczyta, a może nie. Ale zaczął czytać. Jak skończył, to było parę kartek, dosłownie jakiś tam wyjątek z książki. Jak przeczytał, spytał, czy mam tego więcej. Ja mówię: „No w zasadzie mam cały tekst, pierwszy tom”. „Czy możesz mi to przesłać na maila?”. Mówię: „Nie ma problemu, mogę ci to przesłać na maila”.
To mówi: „To fajnie. Tylko słuchaj, ja mam teraz w domu remont generalny. Wszystko jest w proszku. Ja bym sobie czytał po parę, po kilkadziesiąt stron dziennie. Daj mi mówię ze dwa, trzy tygodnie”. Nie ma sprawy. Wysłałem mu tego maila z całym tekstem. Dzwoni do mnie za dwa dni wieczorem. Wtedy usłyszałem pierwszą recenzję, która zdecydowała o tym, że fajnie by było to wydać. A brzmiała ona tak: „Wszystkie moje plany szlag trafił.
Gdzie masz drugi tom, do cholery?”. Później parę osób jeszcze z kręgu moich znajomych, znaczy właśnie z tego towarzystwa miłośników astronomii Również przeczytało czy całość, czy fragment i powiedzieli, że muszę to koniecznie wydać. Ja powiedziałem, że nie mam na to kasy. Parę dni później okazało się, że kasa się znalazła. Po prostu zrobili po cichu zrzutkę. Powiedzieli: „Nie musisz oddawać, tylko koniecznie wydaj tą książkę. Chcemy tylko od ciebie właśnie książki”. I tak się po prostu to wszystko zaczęło. Co ta powieść zawiera? Tak jak państwo tutaj widzieliście na tej zajawce, zajmuję się takimi sprawami.
To jest taka trochę nietypowa opowieść fantastycznonaukowa. Tam nie ma żadnych superbohaterów, nie ma zielonych ludzików z czułkami czy bez czułków. To jest tam zupełnie pomijalne. Zajmuję się takimi zjawiskami jak przeczucia, intuicja, jak sny, które czasami są zapowiedzią rzeczywistych wydarzeń. Może nie każdemu się to zdarza, ale część z nas doświadcza takich rzeczy. Ja również. To nie jest na zawołanie, ale od czasu do czasu coś spontanicznie się takiego dzieje i to mnie bardzo zainteresowało, więc podjąłem się takiego literackiego wytłumaczenia, czym to jest. Z tym że nie jest to żadna książka naukowa czy paranaukowa. Jest to najnormalniejsza powieść, gdzie mamy akcję, narrację, dialogi, gdzie coś tam się dzieje. W fabułę wpisane są także pewne rzeczywiste fakty i wydarzenia historyczne.
Jakie, to ewentualnie jak państwo tam zajrzycie do środka, to się dowiecie, ale obejmują bardzo różne okresy. Staram się właśnie też umieścić tam, umieściłem tam troszkę takich różnych w ramach dziejącej się akcji pewnych opisów zjawisk fizycznych, tak jak one rzeczywiście wyglądają. I próbuję odpowiedzieć na pytania, które tutaj są zawarte na plakacie. Od pewnego momentu stwierdziłem, że trzeba w tej fabule umieścić również pewne prawdy o człowieku, takie jak tutaj był na przykład na koniec prezentacji, na które przymykamy oczy bądź ta prawda jest tam celowo przysłaniana. Może tutaj przeczytam. Chodzi o to, w jaki sposób władza, której efektem ubocznym bywa bezkarność, potrafi niszczyć w człowieku dobro. Jak źródło zła działa na otoczenie i rozprzestrzenia się coraz bardziej. Jak w końcu doprowadza do paranoicznych lęków, często nieuświadomionych i niezauważalnie dla człowieka przeradza się w postępującą agresję. Powieść ta zawiera szereg różnych tajemnic, więc trochę jest ciężko o niej tak po prostu opowiadać. Nowocześnie się to nazywa, że spoilerować.
Ma, mam nadzieję takie dość zaskakujące zwroty akcji. Myślimy, że będzie tak, to się okazuje, że jednak zupełnie co innego. Natomiast już tak powiedzmy na koniec mojego wystąpienia chciałbym powiedzieć dwa słowa właśnie o bardzo ogólnym zarysie, o jednym z wątków. Ona składa się w ogóle z takich dwóch zasadniczych wątków. Wcześniej jest ich więcej, zaczynają się łączyć w całość. I opowiem o takim wątku, który określam jako starożytny, bo część dzieje się kilka tysięcy lat przed naszą erą, a część wydarzeń dzieje się około 150 lat od obecnych czasów w przyszłości. I te wątki chcę powiedzieć, są ze sobą ściśle powiązane, ale tego państwo będziecie dowiadywać się bardzo stopniowo. Jak zaczyna się ten wątek starożytny? Kilka tysięcy lat przed naszą erą na planecie, którą nazwałem Nerbulis, istnieje cywilizacja istot bardzo do nas podobnych, które osiągnęły techniczną doskonałość. Polega to na tym, że to, co tylko można nazwać pracą, za te istoty zaczęły wykonywać maszyny, przeróżniejsze roboty, androidy.
I wydawało się, że osiągnęli raj. Nie trzeba pracować. Można się tylko bawić. Społeczeństwo się spolaryzowało. Podzieliło się na takie grupy, na elity, które w dalszym ciągu gryzły się o władzę z pewnych bardzo poważnych powodów oraz dystrybuowały tymi dobrami wytwarzanymi przez maszyny. I druga grupa, znacznie większa Po prostu pospólstwa, które pracować nie musiało, dostawało datki od elit, czyli takie powiedzmy 500+, tylko w znacznie większej skali, jak to u nas. Nie tylko zresztą w Polsce, bo to się dzieje w tej chwili na całym świecie, albo przynajmniej w większości krajów, przynajmniej tych rozwiniętych. Zajmowali się wyłącznie rozrywką, w tym między innymi właśnie rozrywką w świecie wirtualnym. Jednak natura ma pewne swoje prawa. Osobiście uważam, że cywilizację, przynajmniej tutaj u nas na Ziemi, stworzyły dwa czynniki: praca i kultura.
Natomiast tam praca i tworzenie kultury zostało całkowicie zabronione i to zabronione prawem z tego względu, że tym elitom po prostu było tak wygodniej. Wy macie się bawić, konsumować i nie wtrącać się do niczego. Jednak natura daje znać o sobie w pewnym momencie i pewne jednostki pospólstwa, jak chciały wrócić do poprzednich czasów, to okazało się, że praca jest prawnie zabroniona, że jest przestępstwem. Jednak energia tych istot musiała znaleźć jakieś ujście i znalazła. Znalazła w postaci zaniku uczuć wyższych, wzrastającej agresji i tego typu podobnych niedobrych rzeczy. Czym się to wszystko skończyło? Mówiąc takim bardzo potocznym językiem, po prostu jedną wielką rozpierduchą na tej planecie, ogólnoplanetarną wojną, w wyniku czego przestała się ta planeta nadawać do zamieszkania. Te resztki, które przetrwały Armagedon, wsiadły w kilka wielkich galaktycznych liniowców w poszukiwaniu nowego miejsca do zamieszkania we wszechświecie. Śledzimy sobie losy jednego z tych statków. Znaleźli pewną planetę, z której w pewnym momencie musieli bardzo szybko się zwijać, aby przetrwać.
Nie będę tutaj wchodził w szczegóły. Pierwsza część, czyli „Spirale Zagłady”, już są widzę „Spirale Zagłady” tutaj. Pierwsza część kończy się w ten sposób, że jeden z tych statków około 3000 lat przed naszą erą pojawia się w naszym Układzie Słonecznym. Więcej nie chciałbym zdradzać, wystarczy. W zasadzie na tym bym chyba zakończył swoje wystąpienie, chyba że państwo chcieliby zadać jakieś pytania.
[02:41:37] - Ja tak rozumiem. Chodzi o to, że podobna sytuacja może zaistnieć, bo teraz nie wiadomo, co będzie na tej naszej Ziemi, tak?
[02:41:47] - Tak, jest to pewna analogia.
[02:41:49] - Może być, jak pan nazwał, rozpierducha, a już Musk szykuje nam miejsce na następnej planecie.
[02:42:01] - Zamieszkanie na Marsie nie jest takie proste.
[02:42:04] - Zakładając, że jeśli się uda oderwać i dotrzeć, bo będę wierny tak sytuacjom, jak pan tu opisuje, że ciężko tam.
[02:42:13] - Znaczy z pewnie względów takich warunków fizycznych zamieszkanie na Marsie będzie bardzo trudne, ale mnie właśnie chodziło tutaj o pewną taką analogię do czasów obecnych, to, co teraz się dzieje, to, co się zresztą działo wcześniej. Mamy nieprawdopodobną skłonność do samoniszczenia. Natomiast poszukanie nowego domu może się okazać naprawdę bardzo utrudnione. Ja w tych swoich rozważaniach poszedłem znacznie dalej niż to, co mamy obecnie.
[02:42:55] - Przepraszam, ale próbuje pan wyjaśnić, jak zatrzymać tę spiralę tego zła, które już od tylu lat, cały czas, jedna wielka wojna, druga wojna, teraz prawdopodobna trzecia wojna. I gdzie jest koniec? Ludzie przecież wykształceni są coraz bardziej. Mamy filozofów, znamy tych filozofów.
[02:43:17] - Mieliśmy filozofów i to nic nam nie dawało.
[02:43:21] - Tak, ale mamy ich nauki i powinniśmy z tego czerpać, jakieś wnioski wyciągać.
[02:43:25] - Raczej nie wyciągamy.
[02:43:26] - Przepraszam.
[02:43:27] - Tak jest, że człowiek nie może zrozumieć, co to znaczy. Żeby nie kończył to zło, żeby zatrzymać to.
[02:43:36] - Myślę, że nie ma na to dobrej odpowiedzi.
[02:43:40] - Gdyby była, to by było super.
[02:43:42] - Bo gdyby taka odpowiedź była, to pewnie już byśmy z niej skorzystali.
[02:43:46] - Jak trafić do ludzi?
[02:43:48] - Właśnie, proszę pana, tą książkę, tą powieść piszę po to, żeby trafić do ludzi, żeby pokazać, co może być. Oczywiście, że ja nie trafię do każdego. Nawet nie trafię do każdego, kto tą książkę przeczyta, ale przynajmniej trafię do jakichś osób, że troszeczkę im się Powiedzmy zwiększy pewna perspektywa. Ja w trzeciej części, która właśnie powstaje, piszę o niebezpieczeństwie i to bardzo poważnym niebezpieczeństwie dla nas, kiedy zabiorą nam gotówkę.
[02:44:27] - Będziemy pod kontrolą.
[02:44:29] - Będziemy pod nieprawdopodobną kontrolą. Po prostu to się nawet ludziom nie śni coś takiego. I na dodatek będziemy mieli związane ręce. Bo jeżeli pójdziemy na protest i tam, pomijając fakt, że powiedzmy krewki jakiś policjant czy inny przeciągnie nas pałą parę razy, żebyśmy nie zapomnieli, na jakim świecie żyjemy. Później będziemy potrzebowali pójść do apteki, kupić sobie alotacet, żeby nam szybciej te siniaki zeszły.
[02:45:04] - I nie ma.
[02:45:05] - Idziemy do apteki i nagle patrzymy, nie ma gotówki. Pamiętajcie państwo. A my nie możemy zrobić zakupów. Będziemy wtedy posłuszni?
[02:45:14] - Przepraszam państwa, nie wiem, czy wszyscy państwo znają taką sytuację, jak to przy ostatniej zimie, gdzie w Torono traktorzy strajkowali i potem za karę rząd zablokował im konta, bo nie mieli pieniędzy. To już jest. To się zdarzyło.
[02:45:34] - Z tym że o tym akurat tutaj chciałbym zaznaczyć, o tej sytuacji napisałem jeszcze przed, dwa lata wcześniej, niż były te wydarzenia w Kanadzie właśnie, o których pan tutaj wspomniał. Po prostu pewne rzeczy dadzą się zobaczyć trochę do przodu.
[02:45:53] - No ale się okazało, że źle zrobili. Rząd w końcu przyszedł po rozum do głowy i odblokował, bo jak nie żyć bez pieniędzy?
[02:46:04] - Tak, ale może być coś takiego. Nie zablokują wszystkim.
[02:46:10] - Czyli już jesteśmy pod kontrolą.
[02:46:12] - Już jesteśmy i coraz bardziej będziemy pod kontrolą, więc jedyny sposób, żeby zapobiec temu, to po prostu o tym mówić, co się będzie działo. To może wytworzyć pewien jakiś taki opór społeczny.
[02:46:25] - Ludzie właśnie jakoś łatwo, tak bardzo łatwo wchodzą w te nowe rzeczy. Nieświadomie nawet. Co może mówić.
[02:46:33] - Z tego względu, że każdy szczurołap wie, że trucizna, aby była skuteczna, musi bardzo dobrze smakować. A niewiele się różnimy od szczurów pod pewnymi względami, niestety. No właśnie. Natomiast tutaj odnośnie właśnie znalezienia nowego domu. Zamieszkanie na Marsie nie jest takie proste z kilku powodów. Przede wszystkim jest tam o jedną trzecią mniej więcej niższa grawitacja jak na Ziemi, a niestety potrzebujemy tego ciążenia, tej grawitacji, żeby dobrze funkcjonować. Bo inaczej układ kostny bardzo nam się odwapnia. Bardzo słabną mięśnie, mimo że powiedzmy kosmonauci przebywający na orbicie bardzo intensywnie ćwiczą, to mimo wszystko to jest za mało. Więc zamieszkanie na planecie o innej grawitacji nie jest takie proste. Sprawa druga — Mars niemalże jest pozbawiony-
[02:47:54] - Wody też, bo z czegoś trzeba użytkować. Trzeba mieć jedzenie.
[02:47:59] - Jest pozbawiony, nie o to chodzi, pola magnetycznego. W Ziemi mamy płynne jądro, które się nieustannie kręci i w ten sposób wytwarza się niewielkie pole magnetyczne, które powoduje pole ochronne przed-
[02:48:18] - Byłem słonecznym, tak?
[02:48:20] - Znaczy to się nie nazywa pas słoneczny, ale w ogóle przed promieniowaniem. Te cząstki są odpychane, zwłaszcza jeśli chodzi o promieniowanie słońca, bo inaczej po prostu za dużo byśmy tego promieniowania dostawali. Chroni nas też atmosfera. Gruba, tak jak tutaj mieliśmy na prezentacji. Umowna granica atmosfery to jest sto kilometrów nad powierzchnią ziemi, ale ona jest grubsza. No ale tak się przyjmuje, te sto kilometrów mniej więcej. Więc atmosfera zatrzymuje te wszystkie rzeczy. Pole magnetyczne również zatrzymują promieniowanie. A promieniowanie no niestety jest dość zabójcze, bo to są promienie X, promienie gamma, które są bardzo niebezpieczne i po prostu przenikają przez nas powodując mutacje, zazwyczaj niekorzystne.
[02:49:19] - Zabójcze dla układu słonecznego, dla szpiku.
[02:49:23] - Dla różnych rzeczy. Po prostu nawet jeżeli robimy zdjęcia rentgenowskie, no to też one-
[02:49:32] - Promienie gamma.
[02:49:32] - Tak, możemy jakąś tam dawkę przyjąć, a później to już-
[02:49:37] - Niewielką i co jakiś czas.
[02:49:38] - Tak, niewielka dawka jeszcze tam powiedzmy nie szkodzi, natomiast jakaś duża dawka no po prostu może nas zwyczajnie zabić. W kosmosie gdybyśmy sobie tak wyskoczyli, no to byłby problem.
[02:49:52] - To jest śmiała ta wizja wypuszczenia człowieka tam, nie? W takiej sytuacji. Według mnie to lepiej urządzenia tam niech badają najpierw, prześledzą dokładnie dopiero człowieka. Ale te wyprawy to nie mają sensu chyba, bo to znaczy ludzkie, no człowieka.
[02:50:12] - Ja bym tutaj powiedział, że w ogóle sama nasza próba Polecenia w kosmos ma sens jak najbardziej. Oczywiście ona musi być odpowiednio przygotowana, tak jak pan tutaj powiedział. Nie możemy sobie tak polecieć jak na piknik zwyczajnie. Natomiast proszę państwa, Ziemia nie będzie istniała wiecznie. Słońce, najbliższa nam gwiazda, nieustannie się powiększa. Robi się coraz gorętsze i jak uczeni obliczyli, za około pięć miliardów lat powiększy się do tego stopnia, tak spuchnie, że albo Ziemia znajdzie się na samym styku ze Słońcem, albo we wnętrzu. Na pewno we wnętrzu Słońca zniknie Mars i Wenus. To na pewno. Ale zanim to nastąpi, już po miliardzie lat od dzisiaj, grubsza oczywiście licząc, na Ziemi będzie tak gorąco, że oceany się wygotują, wyparują i cała ta woda odleci w kosmos.
[02:51:38] - Nie będzie wody, nie będzie życia.
[02:51:40] - Po prostu będzie trochę za ciepło.
[02:51:44] - Czy myśli pan, że znajdzie się jakieś źródło energii oprócz tego, co mamy? Oprócz gazów, napęd rakietowy, jakieś inne silniki albo nie silniki, tylko źródło energii, jakieś napędy oprócz tych dotychczasowych.
[02:52:03] - Na razie nasze rakiety są napędzane wyłącznie chemicznie poprzez spalanie, co jest mało wydajnym procesem. Dużo bardziej wydajny jest wybuch atomowy. I były takie już w zasadzie tylko projekty, żeby za rakietą w jakiejś tam odległości detonowały niewielkie ładunki nuklearne, ale to jest taki sobie napęd. Pracują tam nad różnymi. Państwo w książce znajdziecie opis pewnego napędu, akurat tych galaktycznych liniowców, tych istot, które szukają sobie nowej chałupki. Jest to napęd jak najbardziej realny, z tym że niemożliwy technicznie do zrealizowania przy naszym obecnym poziomie techniki, ale jest jak najbardziej realny. Natomiast nie jest to takie proste. W ogóle wymyślenie napędu. Obecne silniki mają bardzo dużą siłę ciągu, czyli są bardzo wydajne, ale działają niesłychanie krótko. Wprawdzie do poruszania się później przez kosmiczną przestrzeń nie trzeba już żadnego napędu.
Nieraz widzimy na filmach, że leci tam jakiś statek i cały czas dysze z tyłu mu pracują. To jest zupełnie niepotrzebne, bo w próżni nie ma żadnego oporu. Chyba że się zderzymy z jakąś tam bardzo gęstą mgławicą, to wtedy opór się wytworzy. Natomiast jak już pęd raz nadany, to leci i leci taki obiekt, na przykład rakieta czy kawałek skały i nic go nie hamuje. W zasadzie tylko ewentualnie jakieś oddziaływania grawitacyjne mogą istnieć. Więc ten napęd chemiczny ma taki duży cug, że wyrywamy się z objęć Ziemi, a trzeba naprawdę sporą prędkość osiągnąć. Pierwsza prędkość kosmiczna to jest około osiem kilometrów na sekundę. Wtedy możemy wejść na orbitę. Natomiast żeby oderwać się z oddziaływania grawitacyjnego ziemskiego, to już jest potrzebna prędkość około 11,2 kilometra na sekundę. To jest sporo.
Stąd do Warszawy mamy około 50 kilometrów. To cztery sekundy, może pięć byśmy się znaleźli w Warszawie dysponując takim napędem. Jeszcze jedna rzecz. Chciałem się spytać o czas, żebyśmy tutaj nie przedobrzyli. Jeszcze trochę można, tak? Dobrze.
[02:55:17] - Czy uda się kiedykolwiek zbadać czarne dziury? Co to jest? Bo z tego, co pan mówi, wielki ścisk tam jest. Jak wykorzystać je? Jeśli można.
[02:55:31] - To już jest, powiedzmy, taka futurologia.
[02:55:35] - Bo wiadomo, że są.
[02:55:37] - Wiadomo, że są. Natomiast czarne dziury, czyli gwiazda ściśnięta praktycznie do punktu.
[02:55:47] - Nic tam nie wejdzie.
[02:55:51] - Inaczej, nic stamtąd nie wyjdzie. Prędkość ucieczki, tak jak powiedziałem, dla Ziemi wynosząca 11,2 kilometra na sekundę, tam prędkość ucieczki przekracza prędkość światła i to wielokrotnie, więc po prostu nie ma takiej prędkości, żeby się stamtąd wydostać. Nie można też zobaczyć czarnej dziury. Natomiast są pewne okoliczności, że można zobaczyć jej otoczenie. Nazywa się to horyzont zdarzeń i można to zobaczyć wtedy, kiedy jakaś w cudzysłowie nierozważna gwiazda czy inny obiekt, ale gwiazda znajdzie się w pobliżu, jest przez grawitację rozrywana na drobne cząstki, na atomy, które krążąc zanim wpadną do tej czarnej dziury, krążą z taką prędkością i ocierają się o siebie, że wytwarzają ogromną temperaturę, zaczynają świecić. Dlatego czarne dziury wyglądają właśnie jak taka czarna studnia w środku z taką świecącą koroną. To się nazywa dysk akrecyjny. Takie coś. A później wszystko znika w czarnej dziurze i znowu jej nie widać. Po prostu, żebyśmy coś zobaczyli światło od danego obiektu musi się albo odbić i trafić do naszego oka.
[02:57:23] - A to się nie odbija, tylko wpada i nie ma.
[02:57:25] - Albo musi zostać przez jakiś obiekt wyemitowane. A w czarnej dziurze, w samym środku, w centrum nie ma już żadnej emisji, jest tylko właśnie na samym skraju horyzontu zdarzeń. Zmarł już obecnie Stephen Hawking, wysnuł taką teorię, że tam istnieje takie pewne promieniowanie Hawkinga, czyli że część cząstki jest wciągana do środka, do czarnej dziury, a część jest wypromieniowywana na zewnątrz, ale to jest na samym skraju horyzontu zdarzeń. Tam jak już to przekroczymy, to tak, jakbyśmy popłynęli kajakiem do wodospadu. No i w pewnym momencie już nas po prostu ten wodospad wciągnie i koniec. Nie ma takiej prędkości, żebyśmy stamtąd uciekli. Proszę jeszcze, ewentualnie jeżeli ktoś miałby jakieś pytania, proszę bardzo.
[02:58:32] - Nieraz państwo się zastanawialiście, czy kosmici są wśród nas. Maciek tu jest trawy przykład. Proszę bardzo, to człowiek serio z wami rozmawia.
[02:58:42] - Jak już ten temat został poruszony, to mogę opowiedzieć takie dość zabawne zdarzenie. Na jednym ze spotkań byłem ubrany cały na czarno. Garnitur, czarna koszula, czarne spodnie. A pewnie oglądaliście taki film „Faceci w czerni”. Uważam znakomita komedia science fiction, chociaż całkowicie odjechana, ale naprawdę bardzo zabawna i taka pomysłowa była. Więc ten mój strój jest dość istotny w tej opowieści, bo jeszcze jak przygotowywałem wszystko do wystąpienia, podeszła do mnie pewna pani, normalnie wyglądająca i zaczyna mi tłumaczyć, że tutaj na Ziemi mamy kosmitów. Jak wyglądają, jak ich można rozpoznać. No i takie tam różne historie wokół tego. Ja po pewnym czasie zorientowałem się, że po prostu kobieta ma swój świat, więc zaczynam ją troszeczkę delikatnie prostować. Wie pani, życia...
Aha, właśnie jeszcze zapomniałem powiedzieć, że wtedy temat brzmiał: czy jesteśmy sami we wszechświecie? O temacie na poważnie, czyli tak od naukowej strony przedstawiałem pewne argumenty za tym, że raczej jest bardzo mało prawdopodobne, żebyśmy byli sami na tym świecie. Więc słyszę, że kobieta ma swój świat, więc troszeczkę ją tam zacząłem prostować. Mówię: „Pani, no okej, ale te odległości we wszechświecie są tak ogromne. Nawet w samym naszym Układzie Słonecznym światło ze Słońca biegnie do nas ponad osiem minut, czyli z prędkością światła. Jeżeli by istnieli tutaj na Ziemi, to ich technologia byłaby dla nas jak magia”. Ona w pewnym momencie do mnie takim konspiracyjnym szeptem: „Proszę pana, ja wiem, że panu nie wolno o tym mówić”. Mniej więcej na tym skończyliśmy rozmowę. Także czasami bywa dość zabawnie, ale pani była bardzo sympatyczna, także będzie okej.
[03:01:19] - To chciałbym państwu powiedzieć, że tutaj mamy przygotowane i że wtedy chciał zakupić nabyć pierwsze dwa tomy właśnie, które wydał Maciej. I jeżeli ktoś by miał ochotę, to zapraszamy.
[03:01:35] - Ja miałbym chyba w takim razie na tyle, jeżeli nie ma pytań. Chyba że ktoś chciałby zapytać, a się boi.
[03:01:43] - Albo wstydzi.
[03:01:44] - Czy obawia, to jeszcze proszę bardzo.
[03:01:48] - Jak ta pani cicho mówi.
[03:01:52] - Jeżeli będę znał oczywiście odpowiedź, bo nie wiem wszystkiego. Tam jeszcze o tych silnikach nie skończyłem, że mamy coś takiego teoretycznie jak silniki jonowe. One mają bardzo mały ciąg, ale z kolei niesamowicie długą pracę. Także tak sprawa wygląda. Myślimy nad tymi napędami. Trzeba coś robić, bo za długo na tej ziemi nie pomieszkamy. Jeżeli oczywiście sami się wcześniej nie wykończymy. No dobrze, to jeżeli nie ma pytań, bardzo chciałbym państwu podziękować za przybycie. I być może do zobaczenia przy jakiejś okazji. Dziękuję bardzo.
[03:02:46] - No i jak, proszę państwa, po drobnej dawce nauki? Myślę, że ciekawie było. Specjalnie tak państwa straszyłem, że będzie bardzo naukowo, ale myślę, że ten eksperyment myślowy, który zaproponował Maciej Górniak zostanie w państwa pamięci. W każdym razie w mojej zostanie na pewno, bo się dałem zaskoczyć. Cóż, tradycją się stało, że w „Bibliotekarium 2.0”, ponieważ łączy dawne dwie audycje, czyli „Bibliotekarium” i „ABW”, pojawiają się opowiadania. I całkiem niedawno — ja wspominałem o tym państwu — przesłał opowiadania do „ABW”, ale już „ABW” nie ma, więc do „Bibliotekarium 2.0” przesłał Przemysław Podoliński. Znacie państwo to nazwisko, znacie autora. Słyszeliście nie raz opowiadania jego autorstwa. Tym razem dostaliśmy pakiet kilku opowiadań. Pierwsze z nich, które chciałbym dzisiaj państwu zaprezentować, to opowiadanie „Głos szaraka”.
I to na razie tyle, bo ja mam trochę do powiedzenia na temat tego opowiadania, ale to już po. Najpierw posłuchajmy ciekawej historii.
[03:04:17] - Przemysław Podoliński, „Głos szaraka”. Szybowały, obserwując przesuwające się wolno miasta i niewielkie zagajniki. Czarne skrzydła łopotały nad pokrytym bielą światem, zmagając się z porywistym wiatrem. „Odpoczniemy?” — zakrakał Hugin. „Dobry pomysł” — zgodził się Munin. Pałać ośnieżonego lasu, wciśnięta wśród szarej masy budowli, wyglądała zachęcająco. Po chwili kruki wylądowały na grubej gałęzi jesionu. Rozglądały się. Wszędzie wokół za bezlistnymi gałęziami widziały wysokie kominy, z których dobywały się sine smugi dymu. Nagle coś zaszeleściło, odciągając uwagę ptaków od tego widoku.
Obok przykrytej białym puchem sterty śmieci szamotał się zając. Dyszał ciężko. Lewy skok utknął mu w plastikowej siatce. Lśnił od lepkiej wilgoci. „Hej!” — skrzyknął Munin. — „Może pomóc?” Spłoszony szarak wodził wzrokiem dookoła. Chciał uciec, ale nie potrafił się uwolnić. Wtedy zza pnia rosnącego obok dębu wyjrzał rudy pysk. Lis zbliżał się, machając puszystą kitą. „Mam cię” — mruknął zadowolony.
— „Nie uciekniesz”. Zając szarpał się, jednak łapka wciąż tkwiła w pułapce. Hugin bez zastanowienia spikował na ściółkę. Stanął między drapieżnikiem i ofiarą. Wypiął pierś i zagroził: „Mam z nim do pogadania, więc won stąd, bo ci zaraz ten śliczny ogon urwę”. „Myślisz, że się boję?” — zadrwił lis. — „Będziesz przystawką”. „Lepiej to przemyśl, przyjacielu” — wtrącił Munin, lądując obok towarzysza. „Mam to gdzieś” — szczeknął rudy. — „Jestem głodny i muszę coś zjeść.
Wiecie, jak ciężko teraz o normalne żarcie. Rozszarpię takich jak wy choćby 20, jeśli będzie trzeba”. „Czekamy”. Drapieżnik ruszył. W kilku skokach dopadł miejsca, gdzie przed chwilą stały kruki. Jednak był za wolny. Ptaki wzleciały błyskawicznie i rozpoczęły atak z powietrza. Lis próbował chwytać przeciwników zębami, ale bez skutku. Nie potrafił też uniknąć ostrych pazurów. Krwawił.
Czerwone krople plamiły zimową biel. Wreszcie Munin trafił go w oko. Pełen bólu skowyt poniósł się echem. Rudzielec uciekł z podkulonym ogonem. Hugin wylądował obok osłupiałego zająca. „Jak tam mały?” — zapytał. „Boli. Bardzo boli. Cały czas”. Drżał.
Patrzył na ptaka wytrzeszczonymi oczami. Tymczasem drugi z kruków przydreptał, by obejrzeć ranę. „Nie ma tragedii” — ocenił. — „Czekaj, pomogę ci”. Chwycił plastik w dziób i szarpnął. Siatka pękła, a zając był wolny. Z wdzięcznością pochylił łebek. „Dziękuję. Bardzo dziękuję za pomoc”. „Nie ma sprawy” — zakrakał Munin.
— „Na przyszłość musisz być ostrożniejszy”. Szarak usiadł. Zaczął się uspokajać. „A przy okazji” — kontynuował kruk — „jak ci się tu żyje?”. Pytanie było dziwne, lecz zając nie zwrócił na to uwagi. Wciąż nie mógł uwierzyć w swoje szczęśliwe ocalenie. „Ja tu nowy jestem” — pisnął. — „Mieszkałem dalej, ale las wycięli. Tych dziwnych domów nastawili”. Położył uszy, kierując wzrok na widoczne spomiędzy drzew kominy.
„Coraz gorzej żyć. Zginiemy przez ludzi”. „Wszędzie w lasach podobnie” — podsumował Hugin. — „Ale dużo zwierząt zamieszkało w mieście. Na przykład niektóre dziki łażą sobie po ulicach, a ludzie je dokarmiają. Wrony z kolei wynajdują co chwila różne smakołyki. Twierdzą, że jedzenia mają w bród”. Skąd to wiecie? Latamy po mieście, zadajemy pytania i obserwujemy. Sprawdzamy, czy proporcje w naturze nie są zaburzone.
Wyruszamy o świcie, wracamy o zmierzchu, żeby zdać raport naszemu panu. A co będzie w tym raporcie? Że jest dobrze czy źle? Pół na pół z tego, co pamiętam – oszacował Munin. Jedni zadowoleni, drudzy nie. Może twoja opinia przeważy skalę. A jak przeważy? Co wtedy? Nasz pan rozpocznie wojnę. Po niej przyjdzie nowy świat.
To powiedzcie, żeby się pospieszył, bo teraz jest do dupy. Sveinn pociągnął łyk kawy i odstawił filiżankę na talerzyk. Wrócił wzrokiem do tekstu wyświetlającego się na ekranie laptopa. Ciągi liter, słów i zdań zupełnie pozbawione sensu. Jego wypociny z ostatniego miesiąca. Zaklął w myślach. To było słabe. Cholernie słabe. Założył rękę na oparcie krzesła. Spojrzał przez przeszkloną ścianę.
Złocista kula unosiła się wysoko nad miastem, odbijając światło od ośnieżonych dachów. Ten widok go inspirował, a raczej kiedyś inspirował. Odkąd nastała ta okropna, długa zima, Sveinn nie napisał niczego wartościowego. Ba, nie tylko on. Nowości na rynku wydawniczym były po prostu żałosne. Filmy nudne, a muzyka nijaka. I tak od trzech lat. Zastępił się. Zupełnie jakby całe piękno uleciało z tego świata – pomyślał. Usłyszał łopot skrzydeł.
Dwa wielkie kruki usiadły na dachu sąsiedniego apartamentowca. Sveinn zauważył, że ptaki wpatrują się w horyzont. Odruchowo także podążył wzrokiem w tym kierunku. Ku jego zdziwieniu coś materializowało się na błękicie nieba. Olbrzymi, półprzezroczysty wilczy pysk, którego jeszcze chwilę wcześniej nie było, wyrastał ponad budynkami. Łeb stopniowo nabierał barw. Dało się dostrzec coraz więcej szczegółów. Zwariowałem – pomyślał Sveinn. Rozejrzał się oszołomiony. Pozostali goście również widzieli niezwykłe zjawisko.
Obserwowali w ciszy. Wtedy wilk rozwarł paszczę i wychylił się w stronę słońca. Zupełnie jakby chciał je pożreć. Ciekawe jak wyglądają olbrzymy – zakrakał Munin, wpatrując się w sunący wolno wilczy pysk. Mnie najbardziej interesuje nowy świat. A tak swoją drogą szybko poszło, co? – zamyślił się Hugin. Bardzo. I pomyśleć, że to wszystko za sprawą zająca. Miałem czuja, żeby wtedy odpocząć.
Gdyby nie to, nadal byłoby po staremu. Prawda. Widać nawet głos zwykłego szaraka może wiele zmienić. Kruki zamilkły. Patrzyły, jak ogromna paszcza dogoniła słońce. Po chwili zamknęła się, pogrążając świat w ciemności.
[03:11:51] - Powiedzcie mi państwo tak bez zaglądania w tej chwili do wujka Google'a. Z czym się państwu kojarzy ten Hugin i Munin? Z czym to się państwu kojarzy? Otóż ja państwu powiem, żebyście już nie zaglądali do tego Google'a. Aczkolwiek od razu zarzeknę się, że ja też nie złapałem, o co chodzi. To znaczy nie wiedziałem kim ten Munin i ten Hugin byli tak naprawdę. Bo tak naprawdę, Hugin i Munin to była rzeczywiście para kruków. Z tym że ta para kruków służyła, towarzyszyła nordyckiemu bogu Odynowi. Te ptaki, ich zadaniem było podróżowanie po świecie i przynoszenie wszelkich wieści wspomnianemu już Odynowi. Hugin to tak naprawdę myśl, a Munin pamięć.
I one były wysyłane o brzasku, powracały o zmierzchu, siadały na ramionach Odyna i szeptały mu rozmaite wieści ze świata. A już samo to, jak sobie porównać z opowiadaniem Przemysława Podolińskiego, to we mnie przynajmniej wzbudza sympatię. A teraz mały cytat, bo w sprawie tego opowiadania autor napisał do mnie krótki liścik. Cytuję: „Jeszcze tylko słowo wyjaśnienia odnośnie opowiadania Głos szaraka. Było ono pisane na konkurs, gdzie tematem była szeroko pojęta degradacja środowiska, a dodatkowo punktowano nawiązanie do mitologii nordyckiej. Z reguły nie tłumaczę się ze swoich historii, ale uważam, że w tym przypadku kontekst jest istotny, a być może zbyt niewyraźnie zarysowany. Mam nadzieję, że tego dowiem się już z audycji”. Już lecę, pędzę, biegnę nawet, żeby na ten temat powiedzieć. Otóż ja wcale nie odnoszę wrażenia, że trzeba cokolwiek tłumaczyć. Bo pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, kiedy tam się pojawia ten obraz z połykanego słońca, to pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było sprawdzenie, co to za kruki.
To połykanie nasunęło mi pewien pomysł oczywiście, a o tych krukach nie wiedziałem, więc sobie sprawdziłem. I wtedy historia stała się jaśniejsza. Szanowny autorze, ja do tego opowiadania nie mam większych pretensji. To znaczy, jeżeli ktoś się spodziewał, że wygłoszę jakieś krytyczne sądy, to nie. Moim zdaniem to jest kompletne opowiadanie. Być może ja bym polemizował z autorem, jakbyśmy sobie podyskutowali jak autor z autorem, co by tam można. Ale jeśli mam oceniać opowiadanie jako opowiadanie przedstawione mi przez autora: „Czytaj człowieku”, to mnie się to opowiadanie po prostu podobało. Jest dopracowane, jest przemyślane. Ten numer z krukami, a później ta scena jest po prostu podpowiedzią, gdzie szukać. Bo jeśli ktoś orientuje się chociażby troszeczkę w mitologii nordyckiej, to obraz mamy gotowy.
I myślę, że to tłumaczenie skierowane tutaj w liście przez autora w tej sprawie, nie mówię, że jest niepotrzebne — jak najbardziej okej — ale myślę, że nie jest wcale niezbędne, żeby tym opowiadaniem się zachwycić, a przynajmniej uszanować je i powiedzieć sobie: „Cholera, fajne. Fajny kawałek. Krótki, fajny kawałek”. I tyle mam do powiedzenia. Mogę tylko autorowi pogratulować. Ktoś powie: „To takie krótkie i w ogóle taka enigmatyczna historia”. Szorcik taki, proszę państwa, takimi prawami się rządzi. Moim zdaniem fajna historia. Gratuluję po prostu autorowi. I to tyle.
Cóż, słuchacie państwo tej audycji 11 listopada. Określone okoliczności, Święto Niepodległości. Ja to nagrywam dziesiątego, ale uwzględniam, że jest jedenasty i jakoś by można przynajmniej nawiązać do tego święta. Obojętnie, czy ktoś obchodzi, czy nie obchodzi. W końcu to historyczna rocznica. Poszperałem w archiwum i znalazłem coś, co się powinno państwu spodobać. Nastrój patriotyczny. Ja postanowiłem w ten nastrój wejść. Tak jak już wspomniałem, żarcik taki. Marcina Podlewskiego już państwo znacie.
Przedstawiałem go. Autor zacny, napisał naprawdę świetną tetralogię, taką spaceoperową zatytułowaną „Głębia”. Ale też jest niezrównanym mówcą. Jeżeli przypomnicie sobie państwo jego opowieść o dziwactwach pisarzy, to już państwo kojarzycie, że autor naprawdę potrafi pociągnąć każdy temat. Nie wiem, czy każdy, ale kilka tych tematów, które w jego wykonaniu słyszałem, to naprawdę chapeau bas. Marcin Podlewski na ostatnim kapitolarzu w Łodzi opowiedział o alternatywnych historiach Polski. Po prostu prześledził sobie literaturę i znalazł książki, które o tej alternatywnej historii opowiadają. I wierzcie mi państwo, że część z tych książek znacie, ale założę się, że usłyszycie państwo nowości, naprawdę nowości, chociaż książki wymieniane przez Marcina Podlewskiego mają już swoje lata. Przepraszam, to jeszcze ślady kolejnego zaziębienia. Właściwie to muszę powiedzieć, że na początku mówi Marcin Podlewski, ale pod koniec włącza się do rozmowy znany już również państwu Jacek Inglot.
To zabawna scena już sama w sobie, a przy okazji niosąca ze sobą odrobinę świeżych, ciekawych wiadomości. Cóż, zapraszam państwa, to będzie chyba niezła zabawa. A dla miłośników historii alternatywnych to zdecydowanie znakomita zabawa będzie. Zapraszam.
[03:19:33] - Mamy więc tą alternatywną historię typu opowieści o Lechu, Czechu i Rusie. Znacie tą opowieść chyba jeszcze z podstawówki, gdzie Czech znalazł góry, z których patrzył na słońce, Lech orła w orlim gnieździe, dzięki czemu powstało Gniezno. Jest też legenda o Syrence Warszawskiej, gdzie przed wiekami na dnie Atlantyku istniało jakieś podwodne królestwo, w którym żyły dwie piękne syrenie siostry i gdy przypłynęły nad wody Bałtyku, gdzie jeszcze nie było Sinic, zachwyciły się pięknem tego całego naszego kraju. Tam jedna sarenka została, ale była uwięziona. Ale potem ją uratowali ci dobrzy Polacy i dlatego stąd powstała Warszawa. Oczywiście jest też legenda o Warsie i Sawie. Troszkę z tym koresponduje. Jest też legenda o Smoku Wawelskim, o Wandzie, która nie chciała Niemca, o panu Twardowskim. Te wszystkie opowieści, te wszystkie legendy teoretycznie tykają się pewnego rodzaju ujęcia historii alternatywnej. Tylko tak delikatnie, bo tutaj mówię o takim wstępie, z czego to się mogło wziąć, nie licząc tego przekonania o mesjanizmie Polski oraz wspomnianych przeze mnie Nie do końca udowodnionych dowodach o naszej wielkości jako wielkiego, gigantycznego narodu jeszcze przed czasami chrześcijaństwa.
Te legendy i duma prowadziły nas do patriotyzmu. W dawnych czasach szlachta posiadała tak zwaną mentalność sarmacką, która się miała opierać na obyczajach przodków, ale w literaturze plebejskiej także możemy znaleźć wtedy ślady dumy z dokonań przodków, poczucie jedności z bohaterami przeszłości. A państwo polskie uważano tak samo jak rzymskie, wspiera się na starożytnych obyczajach, cnotliwych mężach. I że oczywiście Rzymianie i Polacy żywili przekonanie, że w mores, w morium, w obyczajach przodków tkwi ta przyczyna zdrowia państwa, które potem zaczęło się psuć. Znacie te wszystkie historie. To też tak tytułem wstępu. Przyczyny literackie. Tutaj specjalnie zamieszczam redaktora Marcina Zwierzchowskiego. On teraz publikuje jako Kulturalny Człowiek chyba na Facebooku, bo już nie współpracuje z Nową Fantastyką. On uważa, że popularność tego odłamu fantastyki naukowej w Polsce wybuchła na dobre po 1989 roku i w pracy Historie alternatywne w literaturze polskiej Magdalena Wąsowicz z Uniwersytetu Jagiellońskiego na marginesie tłumaczy to tak, że rozkwit tego gatunku w ciągu ostatnich lat był związany ze zniknięciem instalacji instytucji cenzury.
I ta historia alternatywna według Wąsowicz kontynuowała też tradycje nurtu fantastyki socjologicznej z lat 70., 80., która oczywiście krytykowała sytuację w komunistycznej Polsce. To by tam się zgadzało. Jest wiele takich nazwisk, które za naszych czasów w tej historii alternatywnej się dzielić. Czy Marek Oramus, Hubert, Konrad Lewandowski, Rafał Ziemkiewicz, Marcin Wolski, czy nawet Maciej Parowski, o którym też będzie wspomniane. I dopiero teraz przechodzimy do prawidłowej części wykładu, czyli do takiej przebieżki po literackich alternatywach. Czyli jak to w rzeczywistości wyglądało w literaturze pod kątem Polski alternatywnej. Mamy tak jakby trojaką przeszłość, trojaką przyszłość alternatywną. Mamy albo książki opisujące upadek Polski w historii alternatywy. Polska w ogóle znika z mapy albo dzieje się coś stycznego. Mamy wiktorię Polski, czyli wielką Polskę zwycięską, Polskę imperator narodów.
W ogóle super. Albo w ogóle Polskę na obczyźnie. Lecimy gdzieś w kosmos albo zasiedlamy jakieś nieznane tereny i tak dalej. Od czego to się mniej więcej zaczęło? Nie licząc tych wszystkich wstępów dotyczących mesjanizmu, klept i całej tej reszty. Zacznijmy od upadku, żebyśmy nie skończyli w smutnym klimacie, tylko już mieli to za sobą. Rok 3333, czyli sen niesłychany. Z 1817 roku niejaki pan Julian Ursyn Niemcewicz snuje wizję upadku Warszawy po dojściu do władzy Żydów. Oczywiście według niego pozycję swą zdobyli przekupstwem i sprowadzili chrześcijan do roli taniej siły roboczej. Kraj, który jest obrazem nędzy i rozpaczy, nazywa się Palestyna, a włada nim z Zamku Królewskiego Moszko XII.
Inna książka. 1900 rok. Antoni Skrzynecki pisze o Warszawie zdominowanej przez Kościół semicki. Z kolei Zamach Jędrzeja Giertycha rok 1938 opowiada o wojnie domowej wywołanej przez Żydów opętanych żądzą stworzenia Judeopolski. Tutaj preludium okazuje się oczywiście spiskiem starozakonnych piekarzy, który doprowadza do stolicy, do śmierci kilkuset tysięcy osób. I tutaj mała taka wzmianka. Tam, gdzie udało mi się znaleźć okładkę książki, jest okładka książki przy konkretnej pozycji. Nie udało mi się znaleźć okładki książki. Starałem się wsadzić pisarza. Tutaj mamy tego pana Antoniego Skrzyneckiego, a tutaj pana Jędrzeja Giertycha.
[03:24:36] - Bo ja się zgubiłam. O jakich latach mówi pierwsza i druga książka?
[03:24:41] - To są lata współczesne. Tutaj jest o roku 3333 według Jana Ursyna Niemcewicza, który napisał tą książkę w 1817 roku.
[03:24:52] - Z definicji w Wikipedii było, że jest historia alternatywna i to pokazywałeś, nie?
[03:24:57] - Tak.
[03:24:57] - Jeśli opowiada o przyszłości-
[03:24:59] - Tak.
[03:25:00] - Zmienione wydarzenia przeszłe jeżeli się-
[03:25:02] - Tak, tak wpłynęły na nią zmienione wydarzenia przeszłe.
[03:25:06] - Na przykład?
[03:25:07] - No tutaj chciałbym, przyznam się szczerze, by dokładnie to zanalizować. Musiałbym to przeczytać, ale chyba nie dam rady przeczytać roku 3333. Wybaczcie, nie wytrzymałem chyba pierwszej strony. System doktora Caro, rok 1927. Adolf Nowaczyński pisze o szczęśliwej Polsce po emigracji Żydów. Na pewno jest to jednak upadek w dzisiejszym postrzeganiu rzeczywistości, więc wstawiłem. Polska bez Żydów. Tadeusz Kolendra, rok 1938. Tutaj po dojściu do władzy faszystów z wodzem Samborem Większym na czele w kraju następuje restytucja pogaństwa. Osoby wyznania mojżeszowego zmuszone są do wyjazdu na Madagaskar i doprowadza to do katastrofy gospodarczej.
Słuchajcie, więc wiecie, to nie żarty.
[03:25:53] - Chociaż przewrotnie.
[03:25:55] - Tak. Zostawmy na chwilę szlachetnych zresztą Izraelitów. Teraz mamy rok 1909. Pan Teodor Jakiech Okiński po czerwonym zwycięstwie. Ekspansja komunizmu tym razem. Albo Gdyby pod Radziminem, rok 1927 pana Edwarda Ligowskiego. Jest to wizja przegranej w 1920 roku i w latach 40., gdy Polska zostaje zaatakowana przez armie niemieckiego i rosyjskiego proletariatu, a rząd jest na uchodźstwie w Tatrach. Jest też książka Gniew Boży z 1938 roku. Tam wojska rosyjskie uzbrojone w śmiercionośne promienie czerwone są narzędziem w rękach Antychrysta. Słuchajcie.
I z zamętu wywołanego pojawieniem się sił ciemności korzystają Niemcy. Wywołują krwawe zamieszki, bo chcą przyłączyć wielkie miasto Gdańsk do Rzeszy. Po trzech godzinach następuje jednak jeszcze krwawszy odwet Polaków. No w ogóle cyrk. To jest pan Aleksander Jonasz Olszakowski zaszalał. I przeskoczymy troszeczkę do przodu. Alterland. Marcin Wolski i jego "Jedna przegrana bitwa" z 2010 roku. Sowieci nadal według tej książki podbijają Polskę. W pierwszej części nieudany lub udany zamach na Hitlera w 1944 staje się zwrotnicą historii.
Od niego zależy, czy na progu trzeciego tysiąclecia staniemy się obywatelami tej autonomicznej republiki w linii w socjalistycznej Europie republik sowieckich, a w drugiej Warszawa jest stolicą Polskiej Socjalistycznej Republiki wchodzącej w skład EuroSoku, czyli Europejskiego Związku Socjalistycznych Republik, bo cała Europa jest podbita przez komunistów. "Ksawery Wyżyn" Jacka Dukaja. Tutaj rzecz tyczy się roku 1920, gdzie Polska przegrała wojnę z bolszewikami i kilkadziesiąt lat później partyzanci z Armii Wyzwolenia Polski, właśnie pod wodzą nowego Wyżyna usiłują wyzwolić kraj z postsowieckiej dominacji. Jest jeszcze "Lód" Jacka Dukaja, gdzie Polska nigdy nie została wyzwolona od zaborów, a Warszawa pokryta jest wieczną zmarzliną oraz "Krwotok" Rowlińskiego z 1999 roku. Tam radziecka interwencja w 1982 pozbawiła PRL suwerenności. Wybuchła wojna. Warszawa i Kraków poważnie ucierpiały, a Gdańsk został w ogóle zmieciony z powierzchni ziemi.
[03:28:11] - Dobrze, że to się nie stało.
[03:28:14] - "Triumf żółtych". Mieliśmy Izraelitów, mieliśmy komunizm. Czas na wrogich Chińczyków. Bogusław Abramowicz, rok 1927. Fantastyczna opowieść humorystyczna, gdzie pojawia się motyw żółtego niebezpieczeństwa, rychła ekspansja państw Azji na Europę. Powieść ta była umieszczona na liście książek zakazanych w PRL-u, tak na marginesie. "Nienasycenie". Dałem tutaj co prawda zdjęcie z filmu, ale wiecie, o co chodzi. Jest to w sumie rewelacyjna książka Witkacego, Witkiewicza z 1930 roku. Co prawda ona tyczy się głównie tych przemian egzystencjalnych pomiędzy bohaterami, metafizyki i tak dalej.
Natomiast on tutaj snuje wizję państwa zdyscyplinowanego przez chińskich komunistów, które podbija wyimaginowaną kontrrewolucyjną Rosję i szykuje się do napaści na powierzchniowe, skomunizowane państwa Europy Zachodniej. Zresztą Witkacy, jak wiecie, bardzo obawiał się zarówno rosyjskiej, jak i chińskiej ekspansji. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło w jego przypadku. Andrzej Pilipiuk, książka "Gdzie diabeł mówi dobranoc". Nie sprawdziłem, w którym roku wyszła, ale nieważne. W każdym razie to jest opis świata przyszłości, w którym Polska występuje jako kalifat w rękach skrajnie ortodoksyjnych muzułmanów. I do tego zacofanego kraju przybywa dwóch przedsiębiorców z Ameryki, którzy chcą nawiązać pierwsze stosunki gospodarcze, uzyskać koncesję na wydobycie rud.
[03:29:44] - A gdzie on tej rudy by szukał? Bo jak ma leżeć pod Koninem, to prawie w ogóle nie ma.
[03:29:52] - "Kruks" Jacka Dukaja. Tutaj on wspomina o nanotechnologii, która uwolniła proletariat od konieczności pracy. Miliony ludzi żyją na socjalu, degenerują się w pozbawionym perspektyw nieróbstwie. Przepraszam. Wybaczcie. Pomyślałem przez chwilę o czymś, no nieważne. Dla nielicznych pracujących kultywujących etos dawnej szlachty polskiej to jest taka współczesna wersja chłopów pańszczyźnianych. Tak się troszeczkę zaciąłem, bo zacząłem myśleć o tym, jak to jesteśmy uwolnieni od tej pracy dzięki tym wszystkim socjalom, tym plusom. "Szlak cudów" Szyby. Tutaj z kolei na islam dobrowolnie się konwertują wykluczone rozmaite grupy społeczne, gdzie jest nawoływanie do przemocy wobec niewiernych, staje się jednym z filarów ulicznego kodeksu dresiarzy, a odwołania do wiary proroka są tam trampoliną wyborczego sukcesu populistycznej partii odrzuconych.
"Operacja chusta" Tomasza Terlikowskiego. Cytując redaktora Zarzyckiego, tutaj mamy prześladowanych katolików, którzy mieszkają w gettach na warszawskiej Pradze. Papież w ogóle został wygnany z Watykanu i próbuje reaktywować Kościół w Afryce, a w mainstreamie popularnością cieszy się konformistyczny neosufizm. I Terlikowski wpisuje się też w nurt fikcji eurosceptycznych, które zniewolenie Polski widzą pod brukselską jarzmem. I tutaj bym chciał poprosić na chwilkę Jacka, który nieopacznie przyszedł na mój wykład, żeby powiedział dwa słowa na temat swojej książki.
[03:31:25] - Ale tam jest wszystko napisane.
[03:31:26] - Aj, tam, tam wszystko. Nie chcesz mówić?
[03:31:28] - Aczkolwiek z tą podstawą budulca polskiej tożsamości to może niepełna prawda. Książka pisana była w latach 90. i jakby dywagowałem na temat roli związków Polski a Europy, sensu bycia Polski w Europie. Alternatywne Cesarstwo Rzymskie jest metaforą właśnie Europy i ona ma tam określone problemy i tak dalej. Więc ta książka jest o tyle dziwna, że ona prorokuje alternatywną Polskę, ale w ósmym wieku naszej ery, a nie jakąś taką współczesną alternatywną Polskę. I to właściwie nie jest Polska, bo się nazywa Wenedia, tak jak na tych starych mapach z początku pierwszego stulecia, gdzie nie ma Słowian, tylko na rzymskich mapach ten teren jest oznaczony, że mieszkają tam jakoby Wenedowie i prawdopodobnie o Celtów chodziło.
[03:32:27] - No i tutaj mamy jeszcze "Plankton" Sieniewicza. Tutaj w 2092 roku według pisarza Polska i Europa są nadal dręczone efektami wojen religijnych. Mamy też "Kroplówkę" Adama Skorba. Tutaj mamy alternatywną historię, w której to nie Zachód pod przywództwem Reagana pokonał imperium zła, ale stało się dokładnie na odwrót. Akcja rozgrywa się w wieku XXI. Aleksander Kwaśniewski jest już w podeszłym wieku. A Polska jest oddanym członkiem zarówno Układu Warszawskiego, jak i RWPG. Pierwszy sekretarz w tej książce z poczuciem humoru wprowadza wnuka w arkana sprawowania władzy i trzymania ludu za mordę. "Stulecie chaosu" Orłowskiego. Tutaj autor zastanawia się nad możliwym odmiennym przebiegiem groźnych trendów rozwoju świata w minionym stuleciu.
Poza tym scenariuszem książka zawiera trzy inne jeszcze wizje. Jest scenariusz Niemiec, które wyszłyby obronną ręką z II wojny, Chin, w których nie doszłoby do rewolucji, a nawet jest Europa, która jest opanowana przez Stalina. Taki szczegółowy obraz świata w roku 2000, który Orłowski stworzył dzięki skomplikowanym symulacjom ekonomicznym. Starał się wykorzystać specjalnie skonstruowany model rozwoju 31 głównych państw świata w XX wieku. Ciekawa pozycja. Jest "Fausteria" Wojciecha Szydy. I tutaj jest o tyle to ciekawe, że w powieści świat alternatywny, który się miejscami wyłania spod podwalin podstawy naszego świata i jest to świat straszny. To jest takie stalinowskie piekło obozów, tortur, głodu i terroru. I dlaczego tak się dzieje? Tam się pojawia zdanie takiego starego księdza na cmentarzu, że na wezwanie „módlcie się do świętej Faustyny” ksiądz odpowiada, że nigdy żadnej świętej Faustyny nie było.
Więc tak wyglądałby, przynajmniej według recenzującego tę książkę Lecha Jemczyka, świat nasz, gdyby nie modlitwa i ofiara Faustyny, bo święci zmieniają świat i przestawiają zwrotnice tego świata. Takie jest założenie tej książki.
[03:34:29] - Tak żeby było.
[03:34:30] - "Człowiek z wysokiego zamku", wspomniany zresztą przeze mnie przez ZWIK-a. Mamy II wojnę światową, która ma inny obrót. Jest podobno serial na Amazon Prime. Muszę go obejrzeć, bo już tak go odkładam, a potem o nim kompletnie zapomniałem. Tutaj nie ma Stanów Zjednoczonych, Polska to jeden z podbitych krajów i tak dalej. "Fatherland", podobne ujęcie Roberta Harrisa. Tutaj Hitler ciągle żyje, jest rok 1964. Nazistowskie Niemcy triumfują w Europie. Rzecz jasna nie ma tutaj Polski jako takiej. Tutaj nie chcę spoilerować.
Też jest serial chyba. Tak? Jest serial i film. Tak, bardzo dobry zresztą. Nie, mylę chyba serial „Fatherland” z serialem „Człowiek z wysokiego zamku”. Nie, serial też jest.
[03:35:17] - Film na pewno jest. Ja widziałem, niezły.
[03:35:21] - Niezły. Z tym aktorem to taki pech, bo on czasami jest naprawdę dobrym aktorem, a czasami trafiał do takich beznadziejnych filmów. Był, rzeczywiście, racja.
[03:35:34] - Ale miał pecha do wielu głupich filmów.
[03:35:38] - Za coś trzeba było wziąć.
[03:35:40] - A ten akurat jest dobry.
[03:35:42] - Tak. Tutaj nie wspominam o książce. Wspominam specjalnie o serialu, bo uznałem, że jest to ciekawe ujęcie. Jest rok 1983. To jest Agnieszki Holland. Nie widziałem tego serialu, nie wiem, czy jest dobry, ale zainteresowało mnie ujęcie tematu przez Holland, bo to jest świat, w którym nie doszło do transformacji w Europie Wschodniej. Ciągle żyjemy za żelazną kurtyną.
[03:36:04] - I jest to pozytywne.
[03:36:05] - Pozytywne. Muszę sobie zobaczyć to.
[03:36:07] - On jest na Netflixie.
[03:36:08] - "Gambit wielkopolskiego" Adama Przechrzty przenosi nas z kolei w alternatywną historię XXII wieku. Tutaj nigdy nie było powstania styczniowego, Polska nigdy nie odzyskała niepodległości. Jest tam główny bohater, który zostaje zamieszany w mającą zniszczyć państwo intrygę dwóch głównych wrogów caratu: Eurolandu i komunistycznych Chin. Oczywiście rok 1984 Orwella to już wspominam dla zasady, bo chyba wszyscy to znają. Polska w ogóle nie istnieje, stanowiąc tylko część Euroazji, z którą raz prowadzona jest wojna, a raz nie, w zależności od tego, jaka jest aktualna interpretacja. Jest też ciekawa książka Orlińskiego znowu. Polska nie istnieje, gdzie on wysnuł taką teorię, że w roku 1877 robotnicy w Stanach Zjednoczonych, którzy wszczęli strajk powszechny, przerodził się on w rewolucję i zgodnie z przepowiedniami Marksa najbardziej rozwinięty kraj kapitalistyczny stał się pierwszym państwem socjalistycznym. Na świecie więc panuje proletariacki internacjonalizm. Nigdy nie było I wojny światowej. Granice Europy zostają z grubsza takie jak w 1877, co oznacza, że na tej alternatywnej mapie świata Polski po prostu nie ma.
[03:37:23] - W 1877 Stany Zjednoczone nie były najbardziej rozwiniętym kapitalistycznym państwem świata, gdyż takową była Wielka Brytania. Na to wskazują wszystkie wskaźniki. Stany Zjednoczone dopiero przed I wojną światową, czyli 50 lat później, czymś takim się stały.
[03:37:40] - To były dwie, Wielka Brytania i Niemcy na drugim miejscu.
[03:37:45] - Tak. Niemcy aspirowały, na pewno nie Stany Zjednoczone. W Stanach Zjednoczonych to jest dopiero początek stulecia XX.
[03:37:55] - Trzeba byłoby się pokłócić z Orlińskim o to. Dobrze. Trzeba sprawdzić w Wiki, czy on jeszcze żyje. Jeżeli tak, to można go tam chwycić za gardzioł. Trzeba na niego będzie pokrzyczeć. "Czerwona ofensywa" seria Piotra Lagerfelda. Tutaj wielka wojna nie kończy się w 1945, dopiero się zaczyna. Po zdobyciu Berlina Armia Czerwona rusza dalej na zachód. Tutaj Stalin wykrwawia to nasze Ludowe Wojsko Polskie. Tutaj jest pytanie, to jest tekst z zakładki z tyłu, czyli jak zachowają się żołnierze LWP?
Co zrobią stacjonujący we Włoszech oddziały Andersa? Czy Patton poderwie podległą naszym... Po prostu książka typowo wojenna, ale tutaj te zwrotnice losów, czasy inaczej są przedstawione. „Wrzesień" Pacynskiego. Propaganda zwycięstwa i opieka najjaśniejszej panienki zawiodły w konfrontacji z czołgami. Po przegranej kampanii Polska zostaje podzielona znowu pomiędzy najeźdźców. Militarna klęska jest jedynie zapowiedzią ostatecznej katastrofy. Ciekawa pozycja, „Śmiertelny buch" Wełnickiego. Tutaj mamy Wielką Brytanię, która jako ostatni bastion wolnej Europy upada, podbita przez Niemcy. Od Lizbony na zachodzie po Carycę na wschodzie Trzecia Rzesza wprowadza swój imperialny ład.
Ma swoją cudowną broń, ale i za oceanem, w Stanach Zjednoczonych naukowcy pracują nad jej głównie straszliwym odpowiednikiem. Tutaj oczywiście także Polski jako takiej nie ma. Tyle tego upadku. Oczywiście tych materiałów jest po prostu cała masa, więc ja nie dałbym rady tego wszystkiego ogarnąć. Stąd też konieczność czytania tego wszystkiego przeze mnie, bo tego jest po prostu za dużo. Przejdźmy do wielkiej Polski, czyli do wiktorii. „Historia przyszłości" Adama Mickiewicza, nigdy nie wydana. W niej Polacy wygrywają powstanie listopadowe. To doprowadza pod koniec XIX wieku do powszechnego pokoju w Europie. Carska Rosja ginie.
Oczywiście demokratyczna Rzeczpospolita Syberyjska powstaje, Polska przechodzi wielki skok gospodarczy, o czym świadczy chociażby nowoczesna kolej. Podróż z Żmudzi na Słowację zajmuje zaledwie dziesięć godzin.
[03:40:08] - To przepowiedział!
[03:40:11] - Dlatego tak zareagował. Nie mogłem nie pomyśleć o tym: „Poczekaj, kiedyś dojedzie wczoraj PKP". Niestety. Walutą w kraju są kościuszki, słuchajcie. „Rok 1974/75" Romana Umiatowskiego. Rzecz ma rozgrywać się w okresie międzywojennym. Są to batalistyczne powieści, które opiewają chwałę polskiego oręża wyposażonego w super technologię podczas drugiej wojny światowej, która wybuchła tam kilkadziesiąt lat później niż w rzeczywistości. Jest też „Czart" Barczewskiego z 1927 roku, gdzie powszechny dobrobyt zagwarantował przejście z systemu kapitalistycznego na spółdzielczy. „Jak być mogło" Stefana Barczewskiego. Polska miała odzyskać niepodległość samodzielnie i w wymarzonych przez Polaków granicach przy pomocy cudownego wynalazku.
Z kolei jest jeszcze książka Wierzbińskiego „Zdobycie Gdańska". Zapomniałem wpisać, z którego roku jest ta Barczewskiego. Teraz już sobie nie przypomnę, ale to też jest tak mniej więcej początek XX wieku chyba. Czy później? Raczej później. W każdym razie Wierzbiński pisze historię oddzielnych powstańców wielkopolskich, którzy zdobywają Śląsk, Warmię, Mazury i Pomorze. Jest to typowa taka literatura ku pokrzepieniu serc, ewidentnie. „Schron na Placu Zamkowym" Andrzeja Ziemięckiego z 1947 roku. Bohaterowie książki w roku 1980 ruszają w podróż poślubną z Okęcia na Marsa. Super!
„Ludzie ery atomowej", 1957 rok, Romana Gajdy. Polacy zapanowali nad klimatem. Polskę podzielili na cztery strefy klimatyczne, dwie zbliżone do śródziemnomorskiej, północną w klimacie umiarkowanym, z korektą, wagą, sądzę zimy. W ostatniej strefie zostawiono te stokiem, żeby mogli sobie jeździć na nartach. Na emigracji w drugim obiegu powstawały wówczas z kolei mroczne dystopie. Ale Gajda tutaj opisał, jak to będzie.
[03:42:08] - Nie pomyliłeś się, to nie był jednak rok 1947. 1940.
[03:42:12] - A możliwe. No trudno, wybaczcie.
[03:42:15] - Pytanie jest późniejsze.
[03:42:17] - Tak. I „W następnym dniu", Maciej Lepianka, 1996. Do drugiej wojny światowej w ogóle ma nie dojść, co w oczywisty sposób wpłynął na krajowe prosperity. Hitler został w 1934 zastrzelony przez zamachowca podczas wizyty Piłsudskiego w Warszawie, a nasz kraj oczywiście się dzięki temu rozwija. Walerod Wolskiego sojusz z Hitlerem i później oszukanie Adolfa tworzy z historii potęgę. Jest też „Rzeczpospolita Zwycięska" Ziemowita Szczerka, gdzie Polska sprzymierzona z aliantami wojnę wygrywa jeszcze w 1939 i staje się zwycięskim graczem na arenie międzynarodowej. Ale słuchajcie, ta władza też jej uderza do głowy. Zaczyna ingerować w różne siły polityczne, na przykład tłumi krwawo powstanie na Madagaskarze, który jest pod polskim protektoratem. Czyli dążymy do takiego imperializmu krwawego. „Krzyżacki poker" Dariusza Spychalskiego.
Tutaj akcja dzieje się w latach 50. XX wieku. Polska jest mocarstwem światowym, ma nawet kolonie w północno-zachodniej Afryce, jednak wciąż musi zmagać się z wrogim państwem krzyżackim. Mistrz zakonu zawiązuje jeszcze sojusz przeciwko Rzeczpospolitej z Arabami. „Widma" Orbitowskiego. Tutaj Krzysztof Kamil Baczyński nie zginął w powstaniu warszawskim. To nie wybuchło, ponieważ wszelka broń palna w stolicy przestała działać. Więcej nie wiem, nie czytałem tego, ale zaciekawił mnie opis tej pozycji. „Pakt Ribbentrop-Beck" Piotra Zychowicza. Ta książka to jest taki w sumie, ale trudno powiedzieć, czy to jest taka fantastyka, czy to raczej niestrakta.
Według Zychowicza lepiej byłoby nam przed drugą wojną światową połączyć siły z Rzeszą. Z takiego założenia.
[03:44:06] - Tam jest sporo fantastyki, w tym sensie czytałem ją.
[03:44:09] - To jest kompletna fantazja, bo ja czytałem to.
[03:44:12] - Zychowicz po prostu nie tylko próbuje ułożyć klocki inaczej. On próbuje z tego wyciągać wnioski i budować. I to już zaczyna się tak mocno fantastycznie.
[03:44:21] - Aha. No to chyba, że...
[03:44:22] - On tam wymyślił teorię ciosu w plecy, że należało się sprzymierzyć właśnie z Hitlerem, załatwić sowiecką Rosję, a potem, gdy Hitler zaczął wojnę z Zachodu, uderzyć jakby od tyłu, w plecy. I tam była duża dyskusja o tej książce i historycy mu udowadniali, że żadnego ciosu w plecy by nie było, bo spotkałby nas los Węgier czy Rumunii.
[03:44:45] - To całkiem prawdopodobne. No cóż, tak sobie założył. „Orzeł bielszy niż gołębica" Lewandowskiego. Fabularna rozprawa o wadze powstania styczniowego. Tutaj on stwierdza, że w gruncie rzeczy było ono Polakom niezbędne, bo musieliśmy przegrać, aby odrodzić się w 1918 roku. I antologia „Jeszcze nie zginęła". Tutaj mamy Pilipiuka, Komudę, Sawickiego, jeszcze innych pisarzy. Tutaj są różnorakie wizje Polski alternatywnej, często zwycięskiej lub zwyciężającej Polski w klimatach fantasy, science fiction, alternatywnych i tym podobne. Dlatego pomyślałem, że dobrze będzie ją wstawić tutaj w dział Wiktoria. Taka seria.
"40 i 4". Zastanawiałem się, czy to tutaj pokazać. Tutaj jest rok 1844 według książki Piskorskiego i tutaj pod ciętej blokadą Anglii przebywa Eliza Żmijewska, która jest kapłanką słowiańskiego bóstwa. Ma odnaleźć przemysłowca Załuskiego, którego redakcję winą za upadek powstania na Litwie. W każdym razie tutaj mamy już ewidentną fantastykę, gdzie mamy energię próżni, która odmieniła historię, gdzie eterowe bramy łączą Europę z równoległymi światami i tak dalej. I tutaj ta Polska jest rzeczywiście potęgą. Ja powiedziałbym raczej, że to jest taka alternatywna historia, mocno związana z takim steampunkiem troszeczkę, ale pomyślałem, że dobrze będzie o niej wspomnieć. Znowu Lewandowski, którego swego czasu zablokowałem, ale to już szczegół. Okej, "Noteka 2015", bo jest to naprawdę dobra rzecz. Tutaj mamy alternatywną Polskę '95 roku.
Po ujawnieniu przez media faktu korupcji politycznej większości posłów przez mafię, prezydent Rzeczpospolitej rozwiązuje polski parlament, ogłasza się naczelnikiem państwa. Są masowe aresztowania, deportacje rosyjskich biznesmenów. Prezydent USA, wtedy na mocy tajnego układu zawartego z rosyjską mafią, w którym Stany Zjednoczone w ramach za ochronę posowieckich arsenałów nuklearnych zobowiązały się do obrony interesów, wypowiada Polsce wojnę. Tam pamiętam, jak na mnie mocne wrażenie wywarły takie łażące pająki, takie mechaniczne czy pół biologiczne. Z tym trzeba było walczyć. Bardzo fajna rzecz.
[03:46:57] - Wtedy był jeszcze przytomny umysłowo, w latach 90. Potem się zaczął-
[03:47:01] - Ja tutaj go wymieniam, ale rzeczywiście ostatni wpis, ostatnie rozmowy z Konradem, którego przeszłość literacką szanuję, wprawiły mnie w lekki przerażenie.
[03:47:11] - Jeszcze w 2015 na poznańskim Portalu bardzo zbornie występował. Pamiętam, że zobaczyłem kogoś, kto lubi swoją robotę.
[03:47:22] - "Kryptonim Poseł" Bojarskiego to jest powieść science fiction, która jest osadzona w zmienionych realiach historycznych pierwszej połowy XX wieku. Tutaj Polska w '39 godzi się zostać sojusznikiem III Rzeszy, więc nigdy nie mieliśmy tego tragicznego września. Armia niemiecka razem z Wojskiem Polskim maszeruje na wschód i po długich walkach pokonuje Związek Radziecki. Wracamy do kraju w '44, ale już na sojuszu polsko-niemieckim pojawiają się pierwsze rysy. Czyli dobrze nie będzie. Seria książek Ciszewskiego. Tutaj jest imię na początku i pod koniec i jest to 44.wav.pl. On tutaj zakłada, że w czasach poprzedzających wybuch Powstania Warszawskiego trafia kilkaset współczesnych żołnierzy z początku XXI wieku z nowoczesnym sprzętem, wyszkoleniem i wiedzą. Czyli jest taka zabawa z czasem, prawda? Nagle dostajemy ten nowoczesny sprzęt.
[03:48:21] - Wzmocnionym plutonie współczesnego wojska japońskiego, który trafił do czasów samurajów. To też ten wasz był. Teraz zwykle pod hasłem takadajsm.
[03:48:31] - No tak.
[03:48:31] - To Rosji spopularyzował ten gatunek, gdzie ktoś trafia do czasów takich, takich, siakich. Odbudowuje Wielką Rosję w wariantach chyba z pięciuset dwudziestu ośmiu już do dzisiaj. I u nas Ciszewski spróbował właśnie.
[03:48:45] - To są takie sympatyczne czytadła. Ja pamiętam, bardzo żałowałem, że nie wydali kolejnych tomów. To była taka seria o takich jaszczurach, które przyleciały w trakcie II wojny światowej.
[03:48:59] - Nie wydał, ponieważ dalej poleciał takimi rzeczami, które nie zdobędą czytelników.
[03:49:04] - Aha. No to tam nie wiem, ale żałowałem, bo pierwszy tom mi się bardzo podobał. "Kryptonim Burza" Vladimir Vulf. Tutaj w '39 miało nie dojść do wojny, w '41 jednak Związek Radziecki napada na Polskę, ale przeciwko czerwonym siłom wyruszają znakomicie przygotowane szwadrony czołgów 7TP, wspierane przez Hurricany z biało-czerwoną szachownicą. Typowa taka troszkę powiedziałbym fantastyka militarna. I znowu wspominamy Ciszewskiego. Tym razem jest rok '39. Tutaj też doborowy batalion NATO uzbrojony w najnowocześniejszy sprzęt XXI wieku włącza się w działania polskiej armii, która próbuje walczyć z Niemcami. Tak?
[03:49:48] - Jeśli mogę tu rzucić. Ciszewski wydał swoją krótko po tym, jak w Polsce wyszło u Johna Verdoniana. Wyszła "Oś czasu", gdzie pewnie nie brałeś tego, ale właśnie losy Polski. U Verdoniana wcześniej pewnie jest scena, w której Łódź zostaje zniszczona rakietą.
[03:50:07] - No proszę. No ale to nie dałbym rady tego wszystkiego ogarnąć. Tego jest po prostu gigantyczna multum. Starałem się wybrać takie, które uznałem za najbardziej reprezentatywne.
[03:50:16] - Dość bzdurne.
[03:50:18] - Niestety "Utopie" Lewandowskiego, zaznaczam. To są takie dwie mikropowieści, które przedstawiają skrajne alternatywy historii Polski. Raz mamy Polskę zdechrystianizowaną, pogańską konfederację, a raz chrześcijańskie imperium obejmujące Litwę, Czechy, Węgry i Niemcy. W obu tych przypadkach Polska jest zwycięska. Seria Felix, Nekt i Nika to są książki przeznaczone dla dzieciaków Rafała Kosika. Te tomy pod tytułem "Świat 0" i "Świat 02". Tutaj bohaterowie przenoszą się ze świata do świata alternatywnego, gdzie napotykają inną rzeczywistość Polski. No i tutaj Kosik zadaje pytanie, jak wyglądałby świat, w którym Polska pokonała Rosję, stała się supermocarstwem? Albo taki świat, gdzie była Polska, ale dinozaury by nie wyginęły. Po prostu to jest taka przebieżka po takich różnych historiach alternatywnych, gdzie mamy Polskę, alternatywnych, gdzie mamy Polskę, sympatyczna pozycja.
Sawicki "Nadzieja czerwona jak śnieg". Z tą książką mam taki lekki problem, bo ona jest taka mocno oniryczna. Tutaj mamy, że jest teoretycznie rok 1863. Tutaj walczą Polacy z sołdatami Imperium, ale już pojawiają się jakieś turbulencje rzeczywistości. Zaczyna wychodzić ten inny, nasz realny świat, który wpływy na ten świat zostały w książce. Taka ciekawa pozycja. „Cud nad Wisłą” Wolskiego. Mamy 1989 rok. Anioł zawiera pakt z diabłem i na rok anioł dostaje Polskę dla siebie, a diabeł usypia się w cień. I skutek jest taki: budzi się Wałęsa i odkrywa, że zna perfekt kilka języków, w tym łacinę.
Przeczytał i zrozumiał, zapamiętał wszystkie najważniejsze rozprawy filozoficzne. Jest erudytą, roztropnym strategiem, logicznym mówcą. I tutaj nagle mamy geniusza u steru państwa. I tutaj przejawiają się te wszystkie dinozaury polskiej polityki, czyli Mazowiecki, Kaczorki, Geremek, Kuroń, Adam Michnik. Taka historia alternatywna w formie powieści, w której Marcin Wolski bawi czytelnika suspensem i tak dalej. On chyba napisał „Agenta dołu”, prawda? To świetna pozycja. Do tego bardziej zachęcam niż do tej pozycji, bo nie każdy wytrzyma tę książkę. I tutaj specjalnie chciałem jeszcze wspomnieć o „Burzy” Macieja Parowskiego, gdzie w 1939 roku ulewne deszcze powstrzymały natarcie niemieckiej armii na Polskę. Hitler więc poniósł klęskę i zostaje w niesławie zesłany na Wyspy Świętej Heleny.
Do świętującej zwycięstwo Warszawy zjeżdżają najwybitniejsi intelektualiści z Europy. Powstaje też film z udziałem gwiazd polskiego kina. Ktoś jednak próbuje zakłócić ten festiwal wolności. Porwany zostaje mistrz czarnej magii Ossowiecki. Niemieccy i sowieccy szpiedzy snują sieć spisków i rzeczywistość zaczyna u Parowskiego ulegać takiemu rozszczepieniu. Z jednej strony mamy tą historię, o której wspomniałem, a z drugiej ta nasza prawdziwa, ta którą znamy realnie, zaczyna przesączać się do świata. Niestety nigdy nie ukazał się świetny komiks Gawronkiewicza pod tym samym tytułem. Narysowano zaledwie kilka plansz. Ja tutaj specjalnie daję Maćka z boku. Maciek odszedł niedawno, niestety.
No cóż, ale na szczęście zostały po nim jego książki. Ponieważ wspomniałem o tej książce Gawronkiewicza, to chciałbym wam też powiedzieć o bardzo fajnej komiksowej antologii „Wrzesień. Wojna narysowana”. Tutaj mamy ponad 20 komiksów, które podejmują tematykę II wojny światowej. I w sumie nigdy jeszcze w dziejach rodzimego komiksu nie powstał taki tom, w którym pokazano by tyle alternatywnych historii i sytuacji dotyczących II wojny światowej i Polski. Więc serdecznie zachęcam. Na przykład mamy takie opowiadanko „Wieża” Urbańskiego. To jest klasyk w stylu klasyka kina wojennego. Taki last man standing. Grupa niedobitków broni się przed przeważającymi siłami wroga na tytułowej wieży.
Mamy „Pamięć”, gdzie jest poruszany mit polskiego kawalerzysty Kowalskiego i Prescotta. „Jej oczy” Nowakowskiego, Franz Blau. To jest taki pakt z demonami, z akcją osadzoną w obozie koncentracyjnym. „Czwarta bitwa” Skutnika. Opowieść weterana o jednej z najkrwawszych bitew całej wojny, Monte Cassino. No i wspomniana przeze mnie „Burza”. Gdzie mamy tutaj tą jedną z ostatnich plansz, niestety niedokończoną, na podstawie książki Parowskiego. Jako suplement dorzucam antologię „Inne światy”. Ona już wyszła jakiś czas temu. Tutaj mamy Małeckiego, Kantoch, Mroza, Hutnik, Dukaja, Jakuba Żulczyka.
Oni snują różne opowieści, które są inspirowane obrazami Jakuba Różalskiego. Polska historia zmieniła się wpływem steampunkowych maszyn bojowych. Tak w skrócie ujmując. I jeszcze chciałbym wspomnieć o takim suplemencie Antologia PL+50. Jest to już starsza książka troszeczkę, ale tutaj Jacek Dukaj, który czuwał nad całością przedsięwzięcia, zaprosił do takich rozważań o naszej przyszłości kilku znanych pisarzy: Lena, Tokarczuk, Baumana, Sosnowskiego, Staniszewskiego, wnuka Lipińskiego, Ryszarda Kapuścińskiego, Oramusa, Żuławskiego, Daniela Odije, Piątka, Lidię Kosakowską, Jarosława Grzędowicza. Każdy z nich tutaj snuje oryginalną, zaskakującą opowieść o tym, jak będzie wyglądał kraj nad Wisłą za pół wieku. Czyli ten czas niedługo nam się dopełni i będziemy wiedzieli, kto miał rację, a kto się troszeczkę przestrzelił. Obczyzna, czyli ostatni temat o tym, jak to Polska... bo wspomnieliśmy o upadku, wspomnieliśmy o wiktorii Polski, teraz powiemy co nieco o obczyźnie. „Podróż do Kalopei, do kraju najszczęśliwszego na świecie, gdzie bez pieniędzy i bez własności bogactwa, przemysł, światło i dobre wszystkich mienie jak najwięcej wygorowało i gdzie tom drugi Historii życia Bolesława II, króla polskiego znajduje się” jest to rękopis Wojciecha Gutkowskiego z 1817 roku.
W rękopisie tym znajdujemy opowieść o ulokowanej na antypodach krainy zamieszkanej przez Kalopów. Czyli anagram od Polak oczywiście. Potomków Bolesława Wygnańca. Gdzie ten narrator trafia w świat, gdzie widzi nagle technokratyczne, egalitarne społeczeństwo, które miłuje scjentyzm, jest sceptyczne wobec religii. Po prostu protoplaści socjalizmu utopijnego. „Ludzie elektryczni”, rok 1912. Edmund Jezierski opisał obraz polskiej enklawy na Saharze, Elektropolis, gdzie panuje sprawiedliwość społeczna, a dobrobyt gwarantuje elektryfikacja. „Zwycięzcy bieguna”, 1912 rok. Jezierski. Nowa Polonia tworzy się na odkrytym przez rodaków biegunie północnym.
Jest on położony w kraterze wulkanicznym, więc jest tam przyjazny klimat. Są dinozaury. Generalnie super. Mamy tam Nową Polonię. Lata 30. Antoni Marczyński, „Nowa Atlantyda”. Pasażerom okrętu Bolesław Chrobry ukazuje się Nowa Atlantyda, która za zgodą Ligi Narodów stała się zamorskim terytorium Rzeczpospolitej. „Międzynarod” Czerwińskiego. Wzlot i upadek Nowej Polski na polinezyjskich wyspach. „Bursztynowe Królestwo” i znów Konrad Lewandowski.
Polscy poszukiwacze złota i uciekinierzy z syberyjskiej katorgi tworzą wraz z ocalałymi uczestnikami powstania Tajpingów Drugą Rzeczpospolitą Obojga Narodów Polaków i Chińczyków. I polskim zwyczajem władca wspierany jest w analizie wolnej elekcji. Zostaje nim chiński książę, który przyjmuje imię Władysław V.
[03:57:48] - „Mila i Ocho. Herpentyral. Rok 1929”, Arnold Cordeval, „Polska w kosmosie”. Jest to historia o kolonii ostatnich ziemskich katolików, Pollonów, którzy zakładają kolonię na Wenus, bo nie mogą znieść szerzącego się na Ziemi bezbożnictwa i triumfu materializmu. Stolicą kraju jest Nowe Gniezno, a władzę sprawuje król Lech Piąty. „Wieczny Grunwald” Szczepana Twardocha. Ja się zastanawiałem, czy tę książkę zamieścić. Ona jest dość specyficzna, ale pomyślałem, że to jest taka obczyzna, bo Polska jest tutaj przedstawiona jako żywy organizm. Matka Polka jest fizycznym ciałem, które wyznacza granice państwa, karmi piersią, współżyje ze swoimi dziećmi. Takie typowe Twardoch.
I na sam koniec pamiętajcie, że to kapitan Łatko obronił Westerplatte, bo nie uczą o nim w szkole, bo jest kokałem i wyklęty.
[03:58:36] - Niektórych rzeczy zabrakło.
[03:58:37] - Tak. Myślę, że sporo rzeczy zabrakło.
[03:58:40] - I tej, która siedzi z tyłu.
[03:58:41] - Kto?
[03:58:42] - „Polska 2.0”.
[03:58:43] - A! „Polska 2.0”.
[03:58:45] - Panie Podleski, cała ta pana dywersja jest bez sensu.
[03:58:49] - No tak.
[03:58:49] - Bo nie wspomniał pan o najważniejszej książce.
[03:58:52] - No tak.
[03:58:53] - Prawdę mówiąc, proszę państwa, myślenie o tym, co by się stało, gdybyśmy przegrali bitwę pod Grunwaldem i tak dalej, nie ma większego sensu, ponieważ różne warianty przebiegu przeszłości to jest tylko zabawa intelektualna, pewna gra. Większość z tych książek to jest po prostu potworne. Bzdurne są tam nawet założenia, że jakieś bataliony NATO lądują w środku kampanii wrześniowej i tak dalej. Kompletna bzdura. „Polska 2.0” jest jedyną sensowną książką, gdyż opowiada o alternatywnych wizjach przyszłości, ponieważ przedstawia dwie historie dziejące się tego samego dnia, to znaczy we wtorek 14 kwietnia 2037 roku. Czyli dotyczy naszej przyszłości. I właśnie jest to historia alternatywna, ponieważ w książce są dwie wersje, czyli one są alternatywne względem siebie, ponieważ każda z nich wyklucza drugą. W jednej jest właśnie typów te bajewniki, to znaczy tam wygrywamy, tworzymy imperium i tak dalej. Notabene jest tam przepowiedziana wojna z Ukrainą i jest tam stwierdzone wprost, że Ukraińcy wygrają tylko w momencie, kiedy włączą się do tego Polacy w sensie militarnym plus inne narody Europy Wschodniej. To taka ciekawostka, że jest tam coś napisane, co nie jest brednią, bo to się zdarzyło.
Właściwie się dzieje w tej chwili. Ale to nie jest tak fajnie, ponieważ żeby ktoś nie myślał, że to jest jedyna nasza wersja historii, jest też wersja numer dwa, w której Polska jest opanowana przez populistyczną bandę budującą system faszystowsko-teokratyczny. Zapada się w sobie, panuje system gospodarczy, połowa ludności ucieka, gdzie może. I żeby się ta Polska nie męczyła już sama ze sobą i cały świat, to dochodzi do ogólnego kataklizmu, ponieważ wybuchają podwodne złoża metanu, czyli wodzian metanu to się nazywa. Ten zamrożony hydrat, wybuchła go pod wpływem bomba atomowa i cały świat ginie, i ta nieszczęsna, udręczona Polska też. Czyli to są dwie wzajemnie wykluczające się wersje. Jedna jest super optymistyczna, a druga jest super pesymistyczna. O pierdołach jakichś szarskich tutaj nagadam, a o najważniejszej autorach zapomnę. Co to za kolega?
[04:01:36] - Ja w takim razie was zapraszam na facebookowy fanpage Marcin Podleski Wklepuje. Zapraszam was do przeczytania książki kolegi oraz do zapoznania się z panelem dyskusyjnym, gdzie będziecie mogli poszerzyć wiedzę, gdyż jak doskonale wiecie, utworzyłem wam pewną podstawę, która pozwoli wam teraz wejść w bardziej skomplikowany i bardziej wyrafinowany wszechświat kolegi.
[04:02:05] - Tak jest!
[04:02:05] - Czasami się tak potrafię zadumać, w jakim tempie my zmieniamy w tej audycji tematykę, nastroje, w ogóle to wszystko, co jest przedmiotem tej audycji. Bo cóż ja państwu za wykład teraz chcę zaproponować? Wykład jak wykład, ale to takie konwersatorium będzie. Wiecie państwo, jak my się z Piotrem Cielebiasiem spotykamy, to gadamy, gadamy, gadamy i czasami coś fajnego z tego wyjdzie. Zupełnie spontanicznie powstała idea, żeby opowiedzieć państwu o książkach, które za temat główny biorą UFO. Piotr tu jest niekłamanym specjalistą. To jest człowiek, który ma tę wiedzę w małym palcu, w przeciwieństwie do mnie. Ja coś tam wiem, ale żebym tak potrafił pyk, pyk z rękawa, to nie. To ja jednak się muszę przygotować. Tymczasem Piotr to tak właściwie z ręki potrafi rzucić kilkoma tytułami, ale dzisiaj będziemy mówić o tytułach bardzo konkretnych.
Bierzemy na tapet cztery książki, a właściwie pięć, a właściwie sześć. Stąd też w pewnym momencie zaczynam się gubić, ale myślę, że oddajmy głos Piotrowi. Trochę mnie też. Mnie tam niestety trochę też będzie, ale przede wszystkim to dla państwa będzie, myślę, ciekawa podróż w stronę takiej literatury popularnonaukowej mówiącej o sprawach, które sądząc po popularności audycji Debaty Ufologiczne. Ona się cieszy powodzeniem i Piotr państwu dzisiaj poleca, a czasami zniechęca książki, które o UFO mówią dużo. Niektóre chcą nawet, żeby prawie wszystko. Ale nie, to są tylko tytuły, marketing. Natomiast Piotr państwu powie, co mówią, ile mówią i po co tak naprawdę warto sięgnąć. Zapraszam. Dzień dobry Piotrze, tak naprawdę odczuwam pewną tremę, bo zaczynamy nowy cykl w Bibliotekarium.
On pewno nie będzie jakiś super regularny, bo w końcu książek z tej dziedziny powstaje niby sporo, ale jednak bez przesady. W każdym razie postaramy się co jakiś czas na temat na przykład UFO, żeby tutaj ekspert od tych spraw, czyli Piotr Cielebiaś państwu coś na ten temat powiedział. Ja oczywiście zgodnie ze swoim zwyczajem zagadałem gościa kompletnie. To może się przywitajmy po prostu. Czołem Piotrze.
[04:05:04] - Witam wszystkich. Tak jak powiedziałeś, co jakiś czas będziemy dokonywać przeglądu książek polskich, zagranicznych, związanych z ufologią, ale nie tylko, bo wychodzi tego naprawdę sporo. Chociaż u nas jest tego mniej. Nie oszukujmy się, u nas jest kładziony nacisk przede wszystkim na ezoterykę.
[04:05:24] - To ja coś muszę powiedzieć w tej chwili. Ja tę historię już pewno kilka razy opowiadałem. To nic nie szkodzi, żebym opowiedział po raz kolejny. To było dosyć dawno temu, mniej więcej około 10 lat, może troszeczkę więcej, może troszeczkę mniej. Był taki czas, że dla Nieznanego Świata na ostatnią okładkę pisałem takie opisy książek. To było w kilku zdaniach opisane, o czym jest książka. Dzięki temu to nie była sztampowa notka proponowana przez wydawnictwo, tylko takie autorskie spojrzenie na książkę. Zlecał mi to świętej pamięci Marek Rymuszko. Był zadowolony, w związku z tym ja też byłem zadowolony. Problem czasami polegał na tym, że trzeba było wybrać temat, bo to były na ogół takie przeglądy książek tematyczne.
I pewnego razu zaproponowałem, żeby to był przegląd książek o UFO. Marek zatarł ręce, powiedział: „Super, to jest znakomity pomysł”. Po czym w całkiem sporej księgarni Nieznanego Świata w Warszawie zaczęliśmy szukać książek o UFO. Tak jak powiedziałem, było to ponad 10 lat temu, powiedzmy w okolicach roku 2012, aczkolwiek pewności nie mam. I proszę sobie wyobrazić, że jak na lekarstwo wówczas książek o UFO, takich, które dałoby się jednoznacznie zakwalifikować, nie było. To był taki znak czasów. Zdaje się, że przez te 10 lat troszeczkę się zmieniło, Piotrze.
[04:07:02] - Zależy pod jakim kątem. Jeżeli idzie o jakość, to trudno mi powiedzieć dlatego, że mamy tutaj taką dychotomię. Z jednej strony mamy wspaniałe publikacje na polskim rynku bardzo znanych badaczy. I tutaj nie będę oryginalny. To są przede wszystkim książki Damiana Treli i Jarka Miazgi, o których może powiemy przy innej okazji. Z drugiej strony mamy to, co proponują zazwyczaj bardzo duże wydawnictwa, bo te mniejsze jakoś troszeczkę przycichły. I to już jest bardzo takie pomieszanie z poplątaniem i to, co wychodzi własnym sumptem albo w niewielkim nakładzie, jest nieporównywalnie lepsze z tym, co jest serwowane przez naprawdę duże domy wydawnicze. To też jest dobra okazja, żeby się odwołać do takiego prawdziwego boomu na książki o tematyce ufologicznej. I on przypadł na lata 90. I tutaj było takie słynne wydawnictwo Nolpress, bodajże z Białegostoku, już nie pamiętam.
[04:08:06] - Chyba tak.
[04:08:07] - Tak. W ogóle to jest ciekawe. Ciekawa rzecz jest z tym Białymstokiem, bo to jest z jednej strony kolebka disco polo, z drugiej strony to jest rodzima ziemia Krzysztofa Kondonowicza i w ogóle dodatkowo jest to miasto, w którym egzystują największe polskie wydawnictwa ezoteryczne. Nolpress. Mamy przecież jeszcze studia astropsychologii i mamy coś, co było kiedyś wydawnictwem Illuminatio. Ten Białystok jest po prostu ewenementem takim pod wieloma względami, ale to już zupełnie inna sprawa. I ten tenże Nolpress wydawał takie książki, cykl takich książek ufologicznych. One wychodziły chyba w dość dużych nakładach i wiele z nich przetrwało do tej pory. One mają tam po 30 lat, natomiast bardzo łatwo je kupić. I o jednej z takich książek dyskutowaliśmy, będziemy dyskutować właściwie w poniedziałkowej „Debacie Ufologicznej” z Filipem Mantlem.
Chodzi o „UFO nad Paskagoulą”, ale tych książek tam było naprawdę dużo. I potem była taka posucha, i od jakiegoś czasu, powiedzmy, ta ufologia trochę wraca. I teraz pytanie, w jakiej formie wraca na rynek?
[04:09:19] - Właśnie wraca w takiej kondycji, jak powiedziałeś, bardzo różnej. Ja proponuję, Piotrze, żebyśmy na początek pokazali przykład negatywny, bo nic tak nie cieszy jak czasami komuś, jak się coś skopie. W związku z tym jest taka książka, którą zaproponowałeś do dzisiejszej rozmowy pod znamiennym, podobno wiele mówiącym tytułem, aczkolwiek to tylko pozór. „Wszystko, co wiemy o UFO. Książka, która udowadnia, że UFO istnieje”. Wiem, wiewiórki mi podpowiedziały, że nie byłeś tą książką zachwycony i w dodatku masz na to argumenty.
[04:10:01] - Tak mówiąc wprost zmasakrowałem ją dlatego, że to jest książka cieniutka, mała, która kłamie. Kłamie z tego powodu, że mówi nam, że autorami są wybitni znawcy tematu, którzy zjedli na tym zęby. Nie znajdziecie ich nigdzie. Nie wiadomo, kto to jest. To są państwo Neila. Jeżeli przeczytacie to wspak, wychodzi Alien. To jest naprawdę brzydkie. Sama książka to taka literatura wagonowa. Stek powtarzanych wszędzie informacji, pomieszanie z poplątaniem, żadnej głębszej refleksji. Ale najgorsze było moim zdaniem to, że wydawca Prószyński postanowił się zabawić w dość niepoważny sposób nawet nie z odbiorcą, ale z kimś, kto kupuje.
Obiecuje się mu nie wiadomo jakiego autora, nie wiadomo jakiego znawcę. Tymczasem mamy parę nieistniejących zupełnie, bo ja ich szukałem i nie mogłem dociec, kto to jest z autorów. To nie jest jedyny przykład w ostatnim czasie, kiedy coś takiego się dzieje, bo przypomina mi się taka książka, ale ona chyba była wydana własnym sumptem. Teraz już nie powiem, jak ona się nazywa. Natomiast to miała być książka rzekomo napisana przez jakiegoś dziennikarza czy kardynała, nie pamiętam, oczywiście z Watykanu. Aha, nie, dziennikarza L'Osservatore Romano. Kiedy się poszukało, to tego człowieka nie ma po prostu. To jest kolejny raz, kiedy ktoś robi sobie jajca z logiki. Myślę, że moja opinia na temat książki „Wszystko, co wiemy o UFO” wydanej w Warszawie przez Prószyński i S-ka w 2020 roku była jak najbardziej uzasadniona.
[04:12:00] - Przejdźmy dalej. Zostawmy, spuśćmy mgłę milczenia albo zapomnienia nad tą książką. Przejdźmy do kolejnej książki. Chyba już tak źle nie będzie, chociaż pewno porozmawiamy. „UFO. Wojskowi, piloci i funkcjonariusze państwowi mówią o faktach”. To jest kolejna książka. Co o niej możesz powiedzieć?
[04:12:26] - Moja opinia jest trochę niejednoznaczna, dlatego że ta książka u nas się ukazała 10 lat po swoim debiucie w Stanach Zjednoczonych. I biorąc pod uwagę wszystko to, co się wydarzyło w zasadzie w ciągu ostatnich pięciu lat na arenie ufologicznej i czego szczegóły podajemy wam w debatach, to ta książka już ma troszeczkę charakter historyczny i by miała już taki charakter w momencie, kiedy na polskim rynku wyszła. Oczywiście to nie umniejsza jej wartości, dlatego że Leslie Kean, czyli bardzo znana dziennikarka, która traktuje temat na poważnie i wielokrotnie angażowała się w różnego rodzaju przedsięwzięcia. Dzięki niej w pewnym stopniu ujrzały światło dzienne te wszystkie informacje na temat programu AATIP, który jak wspominaliśmy w debatach, zajmował się badaniem UFO od roku 2008. To jest cała saga tak naprawdę, ale ona jeszcze wcześniej docierała do tych wszystkich nie tylko Amerykanów, ale do tych wszystkich wysoko postawionych osobistości, które albo miały osobisty kontakt z obiektami UFO, albo coś na ten temat wiedziały. I tam znajdziemy między innymi relację Fife'a Symingtona z Phoenix, byłego gubernatora Arizony, który przecież, kiedy doszło do tej słynnej obserwacji latającego dziwadła w 1997 roku bodajże, nie pamiętam teraz, to on sobie żartował, ale potem, jak kadencja dobiegła końca, to powiedział, że to absolutnie było naprawdę i że sam był świadkiem. Mamy tam też wiele innych osób, z którymi Kean rozmawia. Z tego, co pamiętam, jeden z ciekawszych wątków, który zawsze w jakiś sposób do mnie przemawiał, to był ten belgijski generał De Brouwer, który mówił o słynnej fali trójkątów z lat 90. Tak że książka jest absolutnie okej i na poważnie. Jedna z niewielu, która chyba tak do tego tematu podchodzi.
Leslie Kean ogólnie trzeba powiedzieć, że jest jedną z poważniejszych osób piszących o UFO na chwilę obecną. Trzeba też wiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii, bo to są takie rynki wydawnicze najbliższe komuś, kto tam włada językiem najbardziej chyba popularniejszym z uczonych w szkołach, czyli angielskim, tam się ukazuje tych książek o UFO bardzo dużo i to są bardzo różne publikacje. Niektóre nigdy do nas nie dotrą, a warto o nich mówić i za jakiś czas pewnie o kilku tam powiemy. Ale jakby ktoś miał możliwość zakupienia sobie książki Leslie Kean, to bardzo polecam. Ona mi troszeczkę przypomina taką pozycję, o której mówiliśmy w „Debacie Ufologicznej” w poniedziałek poświęconej NASA i badaniom nad UFO. I to była książka Timothy'ego Gooda wydana przez Amber lata temu. To jest podobna półka, to znaczy na poważnie i z pewnymi dowodami. Na pewno nie tak jak państwo Neila.
[04:15:59] - Ja mam pytanie takie pozamerytoryczne, dotyczące wstępu. Czy on z pewnych względów dla niektórych osób nie będzie odstraszający? Bo ten wstęp został napisany przez osobę, jak powiem bardzo kontrowersyjną, to i tak chyba nie dopowiem wszystkiego, co powinienem. Czy to nie przeszkadza twoim zdaniem?
[04:16:26] - Często tak jest, że wstęp odstaje od reszty książki i wydaje mi się, że w tym przypadku praca, jaką Keen włożyła w przygotowanie, w dokumentację przede wszystkim, sama się obroni.
[04:16:44] - Okej, czyli tu mamy zdecydowanie na plus, tak zrozumiałem przynajmniej. To jest jednak praca, którą byś polecał, tylko z tym zastrzeżeniem, że minęło 10 lat i troszkę się zmieniło w tym światku.
[04:17:02] - Tak. Trzeba albo sobie przejrzeć „Nieznany Świat” i „Kronikę Akaszy”, gdzie w sumie od 2017 roku analizowaliśmy to, co się dzieje w tym świecie ufologicznym, albo posłuchać debat ufologicznych na antenie Radia Paranormalium i tam to wszystko zostało wyjaśnione. Innymi słowy, to, co opisuje Keen, miało swój ciąg dalszy. I ma.
[04:17:30] - Piotrze, teraz przed nami dwie książki jednego autora. Którą na pierwszy ogień?
[04:17:39] - Tak, mowa o Nicku Redfernie, bardzo płodnym brytyjskim pisarzu, który mieszka w Stanach Zjednoczonych. On chyba jest znany wielu osobom z serialu „Starożytni Kosmici”. Cóż o nim mogę powiedzieć? Zacznijmy od tej książki, która jest trochę pokrewna do pozycji Leslie Kean. „FBI i UFO”. Dokładny tytuł to:
[04:18:03] - „UFO w tajnych archiwach FBI”.
[04:18:07] - Tak, to jest tytuł tego nowego wydania, bo to jest stara książka tak naprawdę. To jest bardzo stara książka. To jest kolejny problem. Nie wiem, czy przypadkiem nie jest to jedna z pozycji, które on napisał na początku swojej kariery. Ona się tak naprawdę ukazała w Amberze, czyli wydawnictwie, które dokonało reedycji. I ona się ukazała w roku bodajże 2021, jeżeli pamiętam.
[04:18:34] - Tak, dokładnie 2021.
[04:18:38] - Problem tutaj jest taki, że tak naprawdę nie dostajemy tam tego, co byśmy chcieli. Ja myślę, że tutaj wydawnictwo zrobiło pewien błąd zasadniczy, bo o ile na rynku mamy książkę Keen, o ile już wiemy, że Amerykanie badają to UFO i mają jakieś konkretne wnioski, to wypadałoby troszeczkę to zaktualizować. My dostajemy stare informacje. Poza tym FBI pełniło bardzo określoną rolę. Z racji swojego zakresu zainteresowania pełniło określoną rolę w badaniu UFO. Tak że nie dostajemy pełnego spektrum. Ja bym tutaj od razu przeskoczył do tych „Facetów w czerni”. To jest kolejna książka, w której Redfern miesza troszeczkę sferę faktów z legendami miejskimi, z czymś bardzo charakterystycznym dla Stanów Zjednoczonych, dla pewnej grupy odbiorców.
[04:19:43] - To pozwolisz, że ja tylko tytuł przytoczę. „Tajemna historia świata. Teorie spiskowe od starożytnych wizyt obcych po nowy ład światowy”.
[04:19:56] - I jest jeszcze trzecia, bo on jeszcze napisał książkę o facetach w czerni. Tutaj zaraz wam podam tytuł. Ja się tutaj pokuszę o taką zbiorczą ocenę Redferna. To nie jest mój ulubiony twórca, dlatego że on miesza fakty z czymś, co ma bawić, z czymś, co ma straszyć. On ośmieszy, tumani, przestrasza jednym słowem. I koniec końców czytelnik nie dostaje jednoznacznej odpowiedzi, z czym ma do czynienia zarówno w pierwszym, drugim, jak i trzecim przypadku. Ta pierwsza książka FBI ma może charakter bardziej historyczny, chociaż jest nudna. Jeżeli sobie popatrzycie w komentarze polskich czytelników odnośnie tych przynajmniej dwóch książek poświęconych ufologii Redferna, to zobaczycie, że one są oceniane, mówiąc tutaj krótko, średnio dość. I sam mam stosunek do niego troszeczkę negatywny. Z czego to wynika?
Z tego, że on raczej próbuje przedstawiać to zjawisko w zbyt lekki sposób. To znaczy mamy tam mieszaninę faktów, jak powiedziałem, z tym wszystkim, co ma zaciekawiać. Koniec końców zostajemy bez odpowiedzi i z mętlikiem w głowie. To jest coś, co mogę o nim powiedzieć jako o autorze. Co mnie jeszcze troszeczkę irytuje, bo tutaj Redfern, państwo Nayla, Leslie Kean oczywiście możemy wyłączyć z tego grona, natomiast te książki się ukazały w naprawdę dużym wydawnictwie, które swego czasu postanowiło postawić znowu na serie związane ze zjawiskami paranormalnymi. Chociaż może to zbyt dużo powiedziane, bo raczej na historie z pogranicza, paleoastronautykę i ufologię. I to prawdopodobnie było pod wpływem Popularności serialu „Starożytni Kosmici”. Oni rzeczywiście sporo tego wydali. Kilka z tych książek naprawdę było ciekawych. To były pozycje doktora Roberta Schocha.
To był „Strażnik tajemnic”, „Tajemnica Wielkiego Sfinksa”, ale to może nie temat na dzisiejsze rozważania. To wielkie wydawnictwo, tak samo jak i Prószyński, postanowiło wydać książki, które są może i atrakcyjne na pierwszy rzut oka. Natomiast ktoś, kto się tym interesuje, bo przecież osoba niezainteresowana ufologią raczej nie będzie zgłębiała tajemnicy facetów w czerni, bo to jest tak naprawdę bardzo skomplikowany temat i bez takiego przygotowania wstępnego, jakiejś kwerendy, jakiegoś rozeznania w temacie, to my niewiele z niego zrozumiemy. Faceci w czerni z filmów z Willem Smithem od tych facetów w czerni realnych bardzo dużo się różnią. Pokazał to chociażby ten film, który żeśmy omawiali w naszej debacie. „The Alien Code” on się chyba nazywał. Tak naprawdę możemy pokazywać facetów w czerni w różnym świetle, ale to jest raczej takie zjawisko na pograniczu ufologii, jakiejś, nie wiem, jak to powiedzieć, nie chciałbym tutaj demonizować tego zjawiska, ale raczej wkraczające w sferę już czegoś, co wiąże się z parapsychologią.
[04:23:55] - Ja powiem tak, że to nawet dwa wydawnictwa duże, bo o ile to FBI to był Amber, faceci w czerni to nie wiem, pewno też Amber, to tajemną historię świata to z kolei inne wydawnictwo, które nazywa się Rebis, zaryzykowało i tę tematykę poruszyło. W ogóle ta książka, „Tajemna historia świata” to jest taki miks, o którym pisałeś w recenzji, że mamy tutaj teorie konspiracyjne od Sasa do Lasa właściwie, bo mamy cywilizację na Marsie, mamy Kentrialsy, Hitlera, Kennedy'ego, Lincolna, UFO i właściwie wszystko, co tylko można. Nawet pisałeś o tym w recenzji, że tych książek Redferna nie da się porównać z polskimi książkami, które wychodziły w Polsce zarówno w 70., 80. latach, jak i teraz, które wychodzą, o których wspominałeś gdzieś na początku naszej rozmowy. Wydawane często własnym sumptem, są rzetelne, są zrobione, jak to się mówi, z pazurem, czyli rzeczywiście tam jest dbałość o szczegóły, dbałość o elementarną logikę i takie po prostu łatwe, ale z drugiej strony nie efekciarskie podawanie wiadomości. To jest duży rozdźwięk, że duże wydawnictwa stawiają na to, co przychodzi do nas ze świata, kompletnie ignorując to, co mają te wydawnictwa niejako pod ręką.
[04:25:54] - Tak, do tego właśnie zmierzałem. To jest taka magia, nie wiem, autocrająców, która była widoczna w latach 90., kiedy też na nasz rynek trafiało mnóstwo pozycji z zagranicy i były lansowane jako coś niesamowitego, nawet jeżeli to był zupełnie nieznany autor, ale tylko miał zagraniczne nazwisko. Przypomina mi się taka anegdota, którą opowiadał Marek Grirmuszko. Niestety nie podam tytułu tej książki i nazwiska autora, ale okazało się, że pewne duże wydawnictwo opublikowało niezwykle poczytną książkę niezwykle popularnego za granicą autora. Tak przynajmniej podawano na okładce. Potem się okazało, że to nie tylko napisał Polak, ale w ogóle oczywiście nie istniała za granicą wersja tej książki. Ale do czego zmierzamy? Wielkie wydawnictwa wolą sięgać po Redferna, włożyć pieniądze w koszty związane z tłumaczeniem, oczywiście z korektą. Pod ręką mają kilkoro przynajmniej autorów: Damian Trela, Arek Miazga, Robert Leśniakiewicz, którzy wszyscy wydają książki za swoje. I to też jest niemały problem, nie zawsze na tym zarabiając.
Pytanie, dlaczego tak się dzieje? Dla mnie to jest absurdalne. Książki Redferna są nieporównywalnie gorsze z tym, co oferują chociażby wcześniej wspomniani autorzy. Czy to wynika z tej magii zagranicznego nazwiska? Z przekonania, że to jest jakościowo lepsze? Nie mam pojęcia po prostu. Dziwi mnie to, potępiam to i czyni to źle według mnie dla samego rynku, dlatego że wciśnięcie tam takiej słabizny jak te Redferny i państwo Neila oraz kilka innych pozycji, bo tam się jeszcze parę przejawiło, pewnie chyba skutecznie zniechęciło same te wydawnictwa do kontynuowania tej linii tematycznej, bo te książki nie dość, że zostały źle ocenione, to pewnie też się nie sprzedały za dobrze. Bo każdy, kto się interesuje ufologią, nie będzie czytał po raz 50., że się kiedyś tam rozbiło UFO w Roswell i tam do dzisiaj nic nie wiadomo. Niestety książka to nie jest hipertekst. Tam nie możemy kliknąć i dowiedzieć się więcej.
I czasami autorzy O tym zapominają, podając nam bardzo skrótowe informacje, a my na przykład jesteśmy czymś bardzo zainteresowani i musimy sobie potem szukać. Jak powiedziałem, taka trochę literatura wagonowa jest to wszystko. Ale jeszcze jest jedna książka, którą chciałbym wspomnieć i ona też jest na bardzo duży plus. I to jest książka pod tytułem „Mała ilustrowana kronika polskich zjawisk paranormalnych 1927–2012”. Autorem jest pan Jacek Ambrożewski, wydawnictwo Pan Tu Nie Stał. Książka się ukazała w roku 2015 bodajże. Nie, przepraszam, 2021. Natomiast tutaj przeczytam: „Książka powstała jako projekt dyplomowy w pracowni ilustracji Grażki Lange i Moniki Hanulak na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w 2015 roku”. Jest to bardzo oryginalne zestawienie najciekawszych polskich spotkań, nie tylko z ufonautami, ale ze wszystkimi dziwnymi stworzeniami. One są nie tylko opatrzone bardzo oryginalnymi rysunkami, takimi, które mnie osobiście przypominają książki, które znam z dzieciństwa, które wychodziły gdzieś pod koniec PRL-u.
Wiele z nich było charakterystycznie ilustrowanych. To jest wielki plus dla pana Jacka. Poczytuję tą stronę graficzną, ale też tą stronę czysto merytoryczną, dlatego, że tutaj oprócz ilustracji niebanalnych znajdziemy też opis. I ten opis, choć krótki, ma rzeczywiście bardzo encyklopedyczny charakter. Co ja mogę tu dużo mówić? Polecam szczerze. Ta książka jest troszeczkę inna od tej, o której mówiliśmy w poprzednim naszym spotkaniu, czyli „Ilustrowanej historii UFO”. Ona może nie jest aż tak bardzo obszerna, ale tutaj nie możemy powiedzieć, że ona jest przeznaczona tylko i wyłącznie dla młodego czytelnika, bo to jest coś do pooglądania i do przeczytania również zupełnie na poważnie. Naprawdę te rysunki cieszą oko, chociaż w niektórych przypadkach mogą delikatnie odbiegać od pierwowzoru, który znajdziemy w relacjach badaczy.
[04:31:02] - Taka mnie refleksja, Piotrze, naszła po naszej rozmowie, że dzieje się coś w gruncie rzeczy absurdalnego i dzieje się od dawna, bo książka, o której przed chwilą mówiłeś, wydawnictwo Pan Tu Nie Stał, to nie jest jakiś gigant na polskim rynku wydawniczym i wydał ciekawą książkę. Tak się bardzo często dzieje, że mniejsze wydawnictwa wydają książki ciekawe, a te giganty, które opanowały polski rynek wydawniczy, posiłkują się, wydają takie książki, o których mówiłeś. To znaczy takie, które albo są już mało świeże, albo są zrobione według takiego przepisu na zatrutą polewkę. W związku z tym to się nie udaje. Ludzie tego nie chcą kupować, nie chcą tego czytać. Ale na czym polega absurd? Na tym, że w tych dużych wydawnictwach są specjaliści od marketingu, którzy wszystko mają opanowane, wiedzą, potrafią wyliczyć. Pyk, pyk na kalkulatorku i już wiedzą, w jakim to się nakładzie rozejdzie i w ogóle wszystko wiedzą. Okazuje się, że żeby wydawać książki, to poza takim czystym robieniem biznesu, trzeba by może jeszcze wiedzieć, o czym te książki są i czy one zainteresują potencjalnego czytelnika. I absurd polega na tym, on mi się bardzo skojarzył, jak to kiedyś duży koncern prasowy, nazwy pomińmy przez litość, starał się zacząć wydawać pismo poświęcone różnym rzeczom niesamowitym, od UFO po magię.
Wyszły dwa numery i wydawca doszedł do wniosku, że to mu kasiory nie przyniesie. W związku z tym po prostu wyrzucił do kosza cały projekt, a cały projekt był robiony w ogóle niejako przy okazji. Nie wiadomo, kto to robił, po co to robił i jakimi siłami, bardzo marnymi zresztą, od razu państwu mówię, było to robione. Spróbowali i wyszło im, że to się nie sprzedaje, podczas gdy pisma takie jak „Nieznany Świat” czy inne z tego sektora od lat współpracują z czytelnikiem. Czytelnikowi dostarczają ambitne artykuły. Artykuły, które coś ze sobą niosą, a nie są zrobione, ukręcone w myśl zasady: „A patrzcie, coś dziwnego tutaj jest, to może wam o tym napiszemy. Co prawda pewno nie zrozumiecie, ale my wam o tym napiszemy”. To jest pomysł na katastrofę. I to są te moje refleksje, że ci wszyscy bardzo uczeni wydawcy, bardzo tacy ą ę popełniają podstawowy błąd, moim zdaniem, którego już nie będę rozwijał, bo właściwie w toku dzisiejszej audycji o tym błędzie powiedzieliśmy.
[04:34:02] - Ja pamiętam kilka pism, które startowały w ten sposób. Przejrzałem sobie na przykład jedno. To było chyba ze dwa lata temu i ono nadal wychodzi. Nie powiem, jak się nazywa. To jest po prostu produkt koncernu wydawniczego. To był pierwszy numer i uwaga, w pierwszym numerze czasopisma o duchach mieliśmy już list od czytelników. Czyli pismo dopiero co wystartowało, a już listy przyszły. Oni są w takiej dobrej sytuacji, że oni po prostu mają pieniądze. Korzystają z materiałów, które prawdopodobnie są z innych krajów albo są oparte o materiały z innych krajów. Robią też infografiki.
Czasami im się udaje i są w stanie przetrwać. Natomiast o czym jeszcze trzeba powiedzieć. Warto wspierać polskich wydawców, w tym Nieznany Świat. Sytuacja jest bardzo trudna, jeżeli nie arcytrudna. Jeżeli nie otrzymamy wsparcia od czytelników, będzie nam trudno przetrwać. Ten czas jest naprawdę dość turbulentny. Także zwracam się tutaj z prośbą do wszystkich fanów zjawisk niezwykłych, którzy doceniają ten ponad 30-letni wkład w historię polskiej ezoteryki i psychotroniki, jaką ma Nieznany Świat, o delikatne czasami wsparcie nas w kiosku i tak dalej. Warto, myślę.
[04:35:29] - To była marchewka ze strony Piotra, a ja troszkę z kijem. Powiem tak: wspierajcie państwo, bo później, jak zabrakłoby Nieznanego Świata, to będziecie dostawać państwo faktograficzną papkę, o której dzisiaj Piotr wspominał. I to nie jest lekkostrawna papka. Także naprawdę warto.
[04:35:52] - Tak. Ja jeszcze dodam takie dwa słowa. Wiele osób mówi: „Ja nie będę kupował gazet, bo dzisiaj jest wszystko w internecie”. Tylko trzeba pamiętać o jednej rzeczy: w internecie prawdziwie wartościowy materiał jest zwykle płatny i to widać już na przykładzie Zachodu. Blogi, wideoblogi, różnego rodzaju materiały są czasem tworzone przez ludzi tak naprawdę nie za bardzo rozeznanych w temacie. Co innego jest zaserwować materiał przedstawiony przez grono osób, które się na czymś znają, a co innego jest zrobić sobie czytankę, filmik czy podcast w internecie na podstawie czegoś, co krąży w sieci cały czas. Ja już mam takie wrażenie troszeczkę, kiedy się przyglądam różnego rodzaju produkcjom w sieci, że one zaczynają zjadać własny ogon, bo już brakuje po prostu treści, z których mogą korzystać. Natomiast zaglądając do różnego rodzaju czasopism, nie tylko mówię o Nieznanym Świecie, ale też o innych publikatorach, zawsze znajdziemy coś, co naszą wiedzę poszerzy. To samo oczywiście tyczy się książek.
[04:37:07] - W internecie jest niezwykle ciekawe zjawisko, które polega na powielaniu błędów. I jak się taki błąd wychwyci i później zrobi dogłębny research właśnie w internecie, to się okazuje, że praktycznie jeden zrzyna od drugiego, bo ten błąd gładko, bezboleśnie przenosi się ze strony na stronę, z publikacji na publikację. I to oczywiście na pewnym etapie może być zabawne, ale też pokazuje pewien mechanizm, który z punktu widzenia pozyskiwania rzetelnej wiedzy jest fatalny. Skoro chodzi w internecie o to, że jeden tnie od drugiego i zupełnie bezrefleksyjnie, bo trzeba czymś zapełnić czy to zwykły blog, czy wideoblog, trzeba go czymś wypełnić, a czasami trzeba to zrobić dwa razy w tygodniu albo wcześniej może raz w tygodniu, to powiedzmy luzik, ale później dwa razy, a może nawet trzy razy, a może nawet cztery razy w tygodniu, bo i takie zjawiska są. Czy cztery razy w tygodniu, tydzień w tydzień można mówić na przykład o różnego rodzaju teoriach spiskowych? Nie jestem pewien. Znaczy można. Tylko czy można robić to rzetelnie i w sposób wyczerpujący? Właśnie tego nie jestem pewien.
[04:38:33] - Dam jeszcze na samo zakończenie pewien przykład, który ostatnio zaobserwowałem. Bardzo nośnym tematem w Polsce jest UFO i Biblia albo jakieś wariacje tego tematu. Myśmy zresztą mieli audycję ufologiczną, znaczy Debaty Ufologiczne też, która się odbiła głośnym echem. To jest bardzo ciekawy temat, interesujący. Można go na wiele sposobów rozgryzać. Problem jest jednak taki: kiedy mówimy o historii biblijnej, to wiele osób nie ma świadomości, że istnieją bardzo zaawansowane badania, na przykład nad jahwizmem, czyli formą religii, która poprzedzała judaizm, i które są bardzo krytyczne. To są zazwyczaj badania uczonych izraelskich. To jest po prostu krytyczne studium Biblii. W Polsce nikt o tym nie pisze, ale wystarczy zajrzeć na przykład na stronę Haaretsu i oni tam już wiele piszą. Tak naprawdę to, co Żydzi mówią o swojej religii, to u nas media się boją tego publikować.
Nie wiem. I tam już się dowiadujemy pewnych niekoniecznie wygodnych rzeczy na temat chociażby Jahwe, a przede wszystkim na temat jego pochodzenia, bo się nagle okazuje, że on taki wcale tajemniczy nie jest. On się wcale z kosmosu nie wziął. Tylko się gdzieś tam wziął z terenów na południe od dzisiejszego Izraela. Ale oczywiście, jeżeli ktoś nie ma tej podbudowy, to potem zaczyna snuć jakieś niestworzone historie i zaczyna historię biblijną od tego, że ten Jahwe się pojawia, nie mając w zasadzie świadomości takiej, że przed nim byli inni. Dlatego warto zgłębiać różne tematy. Warto poszerzać wiedzę, bo czasami, jak mówił Lucjan Znicz, nawet najbardziej błahe czy oklepane tematy, jeżeli do nich sięgniemy, to okażą się fascynujące i bogate w szczegóły, których nie znaliśmy.
[04:40:50] - Pięknie ci, Piotrze, dziękuję za tę rozmowę. Przypomnę tylko naszym słuchaczom, że dzisiaj mówiliśmy o czterech, a właściwie pięciu książkach. „Wszystko, co wiemy o UFO” – książka, która udowadnia, że UFO istnieje. To jest pierwsza pozycja. Druga: „UFO w tajnych archiwach FBI”. Mówiliśmy jeszcze o książce, właśnie mi to uciekło w tej chwili i będzie problem.
[04:41:21] - Ja cię wspomogę. „Faceci w czerni. Prawdziwe spotkania” Nicka Redferna.
[04:41:27] - „UFO. Wojskowi piloci i funkcjonariusze państwowi mówią o faktach”. Ci faceci się nagle mi tutaj pojawili. Mówią o faktach. To kolejna pozycja. I jeszcze jedna nam została.
[04:41:45] - Mamy jeszcze Jacka Ambrożewskiego „Mała ilustrowana kronika polskich zjawisk paranormalnych 1927–2012”, wydawnictwo Pantonielstał.
[04:41:56] - Tak. Pierwsze lody przełamane, proszę państwa. Może nie wszystko dzisiaj szło idealnie i sprawnie, ale obiecujemy się poprawić. Tak jak powiedziałem, lody przełamane, książki o UFO trafiły do państwa z omówieniem. Cóż, Piotrze, w takim razie do następnego spotkania przy książkach poświęconych sprawom dziwnym, ufologicznym i tak dalej.
[04:42:23] - Pozdrawiam i do usłyszenia.
[04:42:28] - Tak, to były książki o UFO. Znów, żeby w sposób karkołomny zmienić temat, zaproponuję państwu teraz recenzarium Ewiwy, a w niej książka, która jest, mogę sobie dzisiaj nadużyć słowa absolutny, absolutnie, absolutny i w ogóle, bo chyba jeszcze dzisiaj go nie wypowiadałem. Książka polecana przez Ewiwę to jest absolutny hicior i absolutna klasyka. Harry Harrison „Przestrzeni przestrzeni”. To kryminał dziejący się w futurystycznym Nowym Jorku. On jest specyficznie futurystyczny. Ale co ja tu będę państwu gadał? Niech o tym opowie państwu Ewiwa, czyli Luiza Dobrzyńska.
[04:43:47] - Recenzarium Ewiwy. Fantasy pełne.
[04:44:20] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Czy uważacie, że nasz świat jest przeludniony? Uważano już tak za czasów Charlesa Dickensa, co on sam wspomina w swojej nieśmiertelnej „Opowieści wigilijnej”, wkładając w usta Scrooga zdanie: „Niech więc umrą czym prędzej, w ten sposób zmniejszą przeludnienie na świecie”. A wtedy przecież mieliśmy może 1,5 miliarda ludzi. W obecnej chwili jest już ponad siedem miliardów. Jakoś sobie dajemy radę. Pytanie, jak długo? Harry Harrison, dobrze znany wszystkim miłośnikom science fiction, autor między innymi „Stalowego szczura”, napisał kiedyś powieść, która prawdopodobnie poszłaby w zapomnienie, gdyby nie film z Charltonem Hestonem „Zielona pożywka”. Film był, prawdę mówiąc, mało udany i równie mało ma wspólnego z książką. Mimo to przyczynił się do tego, że nie została zapomniana.
I bardzo dobrze. Harry Harrison napisał ją w 1966 roku i umieścił akcję na przełomie tysiącleci. Wydawało mu się to dość odległą datą, żeby zaplanować apokalipsę. Jak wszyscy wiemy, nie wydarzyła się, ale wszystko przed nami. Jak zatem oczyma Harrisona wyglądał Manhattan na przełomie tysiącleci? Policjant Andy Rush mieszka w małym mieszkanku razem ze swoim współlokatorem Sole'm. Może się uważać za szczęściarza. Nie tylko ma gdzie mieszkać, ale również ma pracę. To obecnie towar deficytowy. Nowy Jork dosłownie dławi się liczbą mieszkańców.
Wszelkie metody kontroli narodzin są zakazane prawnie, a posiadanie dzieci daje przynajmniej nadzieję na dodatkowe przydziały. Bo tak, żywność i woda są racjonowane. Dzieci dostają nieco więcej, a najwięcej ci, którzy są chorzy. Dlatego dobrze jest mieć w rodzinie kogoś, kto cierpi na przewlekłą chorobę. Przestępstwa są na porządku dziennym, łącznie z morderstwami, wyjaśnieniem których nikt się nie trudzi. Oczywiście istnieją wyjątki od tej reguły. Kiedy zostaje zamordowany Wielki Mike, co prawda bandzior, ale bardzo bogaty i zaznajomiony z wieloma grubymi rybami, Rush otrzymuje polecenie wyjaśnienia, kto do tego doprowadził. Śledztwo nie jest łatwe, ponieważ akurat w tym czasie dochodzi do kryzysu i zaczyna brakować wody. Ludzie są wzburzeni i rozruchy zdarzają się częściej niż kiedykolwiek. Mimo to Rush stara się wyjaśnić, kto zabił Wielkiego Mike'a.
W trakcie śledztwa poznaje dziewczynę do towarzystwa mieszkającą z obecnym nieboszczykiem. Shirley jest czymś w rodzaju zawodowej utrzymanki. Wykorzystuje swoją młodość i urodę po to, żeby wieść trochę lepsze życie niż inni. Jednak Andy robi na niej wielkie wrażenie. Jest uczciwy, prostolinijny, szczery. Dotąd nie znała ludzi z takimi cechami. Nic więc dziwnego, że jest nim oczarowana. Czy jednak ich związek w tym świecie ma jakąkolwiek przyszłość? Rok 2000 mamy dawno za sobą i wszyscy wiemy, że na całe szczęście wizja Harrisona nie urzeczywistniła się. Owszem, nie jest łatwo, ale nie jest jeszcze tak źle, jak opisywał.
Możemy jednak dojść do takiego punktu. To jednak temat na debatę klimatologów, socjologów, ekonomistów i wszystkich innych podobnych mądrych ludzi. Mnie osobiście zainteresowało co innego w tej książce: jej wymiar etyczny i emocjonalny. W zasadzie Harrison skonstruował swoich bohaterów w bardzo ciekawy sposób, bo żaden z nich nie jest ani do końca zły, ani tak naprawdę bardzo dobry. Wszyscy starają się po prostu przetrwać w tym świecie. Jeden ma większe możliwości, drugi mniejsze. I to jest cała różnica. To prawda, Andy Rush wyróżnia się nieco. Jest, a w każdym razie stara się być uczciwym gliną, a to nie jest takie łatwe. Sam przyznaje, że jego koledzy biorą łapówki, gdyż po prostu miasto płaci im rozpaczliwe grosze i sam nie widzi w tym w zasadzie nic złego.
Jednak nigdzie nie jest napisane, żeby on taką wziął. Raczej nie. Posiada jakiś kompas moralny, który nim kieruje. Również trudno mieć pretensje do Shirley, że stara się zapewnić sobie jako takie życie. Czytając opisy tego, jak mieszkają, jak się żywią ludzie z jej, można powiedzieć, warstwy społecznej, nie ma się co dziwić, że woli być utrzymanką byle kogo, aby tylko móc wziąć prysznic, zjeść coś i spać tam, gdzie przynajmniej jest prześcieradło na łóżku. To naprawdę nie jest zła dziewczyna. Chce to wszystko porzucić w imię miłości. Jednak miłość w tym świecie jest czymś, co liczy się najmniej. To bardzo smutne, ale prawdziwe. Wymowa książki jest dość pesymistyczna.
To trzeba przyznać. Jednak według mnie iskierką nadziei jest to, że jednak istnieją tacy ludzie jak Andy Rush i że nawet w najgorszej rzeczywistości tacy się znajdą. Owszem, wolałabym happy end, ale może w świecie wyprorokowanym przez Harrisona on po prostu nie był możliwy. Obyśmy nie dożyli takich czasów. A książkę polecam serdecznie. Nowe wydanie ofiarowała czytelnikom oficyna wydawnicza Rebis w cyklu Wehikuł Czasu. Naprawdę powinniście wszyscy ją przeczytać. Zresztą cały cykl jest znakomity i bardzo pięknie wydany. Dziękuję za uwagę. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:50:06] - Jeśli państwu powiem, że za kilka tygodni w jednym z kolejnych labiryntów książek, wiecie państwo, nawet nie sprawdziłem, za ile tygodni, bo to może już za tydzień. Nie wiem, nie sprawdzałem, więc nie trzymajcie się państwo kurczowo tej informacji, bo tak to jest. Jak nie sprawdzę, to później opowiadam głupoty, ale myślę, że to jednak nie za tydzień. Mirosław Gołuński również o tej książce będzie opowiadał w inny sposób, pod innym kątem. To nie są opowieści, które próbują sobie zaprzeczać. One po prostu pod różnym kątem tę samą książkę oceniają i moim zdaniem to jest w naszej audycji. Jeżeli coś w tej audycji jest fajne, to to, że różni ludzie mówią czasami o tych samych, a czasami o różnych rzeczach i tworzy się z tego pewna taka tkanka książkowa. Ależ to głupio brzmi. No w każdym razie kulturowa to już na pewno. I myślę, że to jest cenne.
Więc zapamiętajcie państwo tę dzisiejszą opowieść Evivy i czekajcie cierpliwie na opowieść Mirka Gołuńskiego o książce Harry'ego Harrisona „Przestrzeni przestrzeni”. Naprawdę warto poczekać. Ciekawe zestawienie. Tak jak państwu obiecałem, dużo, dużo, dużo czasu państwo muszą poświęcić. Muszą, jak muszą, ale jeśli zechcą, to wtedy mus, żeby całą audycję przesłuchać. No więc mam dla państwa dobrą informację. Zbliżamy się do końca, ale zanim ten koniec, no to nie może przecież zabraknąć Reguł wojny. Te Reguły wojny. Dzisiaj szósty odcinek i dowiecie się państwo z tego odcinka, jak ważne bywa zadawanie pytań, odpowiednie zadawanie pytań. I dowiecie się przede wszystkim, że dobrze zadane pytanie może wróżyć nam sukces.
No cóż, ale oddajmy głos naszemu specjaliście od burzenia i tworzenia imperiów, czyli Piotrowi Plebaniakowi.
[04:52:37] - Prawidła wojny. Jak tworzyć i niszczyć imperia. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[04:52:51] - Dzień dobry, jak zwykle w tej warmi.
[04:52:52] - Panie Piotrze, niezwykle szybko idzie nam przerabianie reguł wojennych czy też reguł związanych z montowaniem, tudzież rozmontowywaniem imperiów. Dzisiaj reguła szósta, reguła mówiąca o pytaniach i odpowiedziach. Ale niech pan ją zacytuje, tak będzie lepiej.
[04:53:13] - Dobrze zadane pytanie zawiera już połowę odpowiedzi.
[04:53:16] - Tak. I tutaj jest moje pytanie: jak to się wiąże z rozmontowywaniem albo z montowaniem imperium?
[04:53:26] - Zarządzanie imperium, czy to budowanie imperium, czy też niszczenie imperium, steruje pewien pakiet parametrów i ten pakiet parametrów to tak naprawdę jest pakiet problemów, które należy rozwiązywać albo równolegle, albo jeden po drugim. Te problemy są często ze sobą w jakiś sposób powiązane przyczynowo-skutkowo bądź korelacyjnie. I teraz jak należy rozwiązywać problemy? Mówiliśmy już tutaj o pętli OODA, czyli obserwacja, orientacja, decyzja, akcja. To jest model podejmowania decyzji wymyślony przez amerykańskiego pilota Johna Boyda. To jest as myśliwski z czasów wojny koreańskiej. Mówiliśmy wielokrotnie w „36 wortelach” jest o tym cały rozdział. W „Sun Zi i jego sztuka wojny” też jest cały rozdział. Natomiast teraz, przy okazji tego prawidła: dobrze zadane pytanie zawiera już połowę odpowiedzi, możemy pod jakimś innym kątem spojrzeć na cały problem. Bo na czym polega zarządzanie imperium czy też pilnowanie, żeby to imperium się nie rozpadło?
To też można tak inaczej przeformułować. Polega to na tym, żeby zadać właściwe pytanie. To znaczy pytanie takie, które pozwoli uzyskać możliwą do zastosowania odpowiedź. Podam przykład jeden dosłownie z dzisiaj, dlatego, że dzisiaj zrobiłem taki specjalny nawet dopisek w tej chwili piszę pod tytułem „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Ona ukaże się pod koniec listopada 2022 roku. Otóż starałem się przetłumaczyć angielskie słowo choke point, czyli punkt duszenia albo punkt ściśnięcia, czyli podduszenia. Punkt, za który można chwycić, żeby przerwać jakiś łańcuch dostaw albo przemarsz armii, czyli choke point. To może być jednocześnie cieśnina morska, czyli jakieś przewężenie szlaku handlowego, czy też szlaku, przez który przepływają okręty wojenne. W związku z tym ktoś, kto wybuduje fort przy takim przewężeniu, może kontrolować bieg ruchu i na przykład cieśniny tureckie, czyli Dardanele między innymi, które łączą Morze Czarne z Morzem Śródziemnym, są takim choke point, który, mało osób o tym wie, ma przepustowość 70% tego, co jest przepuszczane przez Kanał Sueski. Więc proszę sobie zobaczyć, jak wielki przepływ statków, przepływ towarów ma miejsce, a o tych cieśninach tak naprawdę nie słyszymy.
I do czasu, kiedy Rosja dokonała otwartej inwazji na Ukrainę, ten temat nie jest podejmowany. I tak naprawdę z tego, co słucham tutaj rozmaitych opisów tego, co się dzieje, ale właśnie opisów, to te cieśniny zaczynają być dostrzegane w takiej publicznej percepcji. Czyli zaczęliśmy zadawać już właściwe pytanie: która w czasie tej sytuacji, w czasie wojny na terenie Ukrainy, która z tych cieśnin światowych, bo jest ich siedem, która cieśnina ma znaczenie newralgiczne? Okazuje się, że właśnie te cieśniny tureckie, dlatego, że Turcja jest zaplątana w niezwykle niejednoznaczną grę geopolityczną o to, żeby ugrać to, co Turcja chce ugrać. Mówię o decydencie Turcji, Erdoganie. Natomiast cieśnina, jeżeli zostałaby zablokowana, a Turcja ma możliwość, żeby to zrobić, albo Rosjanie mogą ustanowić blokadę wokół Odessy, co ma miejsce w tej chwili. Mieliśmy ten pierwszy konwój statków ze zbożem, które opuściło ukraiński port Odessa, to nagle się okazuje, że jeżeli zadamy właściwe pytanie, to widzimy, że jesteśmy w stanie wskazać miejsce, gdzie należałoby wysłać okręty po to, żeby umożliwić przepływ tego zboża, czyli Morze Czarne. I nagle się okazuje, że w świetle naszych jupiterów, naszej świadomości znajduje się właśnie racja geopolityczna, racja stanu Turcji. Więc proszę zobaczyć, jak rekonceptualizacja, jak zdolność spojrzenia z zupełnie innego punktu widzenia zmienia naszą perspektywę. Taka zmiana perspektywy, czy też modelowanie sytuacji alternatywnych do bieżącej albo patrzenie z zupełnie innego punktu widzenia, to jest cała esencja tej fazy drugiej w tym cyklu OODA, czyli orientacji.
I do tej orientacji powiemy sobie za tydzień dosłownie, bo będziemy mówić o ilorazie inteligencji, do tej orientacji potrzebna jest zdolność posługiwania się abstrakcyjnymi symbolami. Ale wróćmy teraz jeszcze na sekundkę. Przepraszam, że tak skaczemy, natomiast zaraz się wyjaśni dlaczego. Wróćmy na chwilę do tego choke point, o którym na samym początku mówiliśmy. Więc ten choke point to może być jakaś forteca przy przełęczy górskiej, która nie ma alternatywnego obejścia. W takim momencie ktoś, kto wybuduje fortecę, ktoś kto ufortyfikuje nawet niekoniecznie fortecą, ale po prostu obsadzi wojskiem taki odcinek Ma, zyskuje niesamowicie większą, czy też wielokrotne przełożenie swojej siły zastosowanej do tego, co by musiał użyć na otwartym polu. Dlatego też innym tłumaczeniem tego choke point jest przejście wąskie, jest punkt newralgiczny, jest punkt obrony. Ja powyciągałem rozmaite tłumaczenia. Jest przewężenie jeszcze, punkt dławiący. Co jest punkt dławiący?
To jest coś, co jest najbliższe do choke point, angielskiego, anglojęzycznego. Natomiast proszę zobaczyć, że istnieje jeszcze jeden taki myk dotyczący tych rozmaitych pojęć, o których mówimy. W języku polskim nie ma żadnego odpowiednika tego terminu angielskiego, który by sugerował, co można tam robić. W języku polskim jest tylko jaka cechę szczególną ten punkt ma. Czyli powtórzę jeszcze raz: punkt strategiczny, czyli taki, o który można się bić. Wąskie przejście, czyli takie, w którym można na kogoś zastawić pułapkę albo możemy wiedzieć, że się w tym miejscu pojawi. Punkt newralgiczny, czyli taki, na którym uwaga walczących powinna się skupić. Punkt obrony, czyli taki, który należy ufortyfikować, usadzić swoje wojska po to, żeby pilnowały ruchu, żeby mogły go kontrolować. Czyli inaczej punkt kontroli. To też jest taki checkpoint.
Znalazłem takie przełożenie. Czyli też bramka na drodze, w której się sprawdza na przykład dokumenty albo dokonuje rewizji pojazdu. Ale nie ma w języku polskim odpowiednika właśnie tego, który podpowiada od razu, co robić. Czyli możemy zdławić ruch, handel przeciwnika, możemy zablokować przemarsz wojsk albo przepływ flot wojennych. I teraz proszę zobaczyć, taka moja ulubiona teoria dotycząca języka. Są języki, które bardziej sprzyjają działaniu i podejmowaniu decyzji, a są też języki, które mniej sprzyjają działaniu, ale lepiej potrafią opisać naturę sytuacji. Więc proszę zobaczyć, jeżeli dysponujemy zdolnością porozumiewania się i formułowania myśli w wielu językach, to mamy automatycznie zdolność patrzenia na tą samą sytuację z punktu widzenia kompletnie innego kodu kulturowego, który to kod kulturowy dopuszcza albo nie dopuszcza określone sposoby interakcji z rzeczywistością, czyli oddziaływania. Przypominam podtytuł książki Sun Zi „Jego sztuka wojny” to jest filozofia i praktyka oddziaływania na bieg zdarzeń. Oddziaływanie na bieg zdarzeń to jest coś, do czego nam potrzebna jest wiedza. Bo cóż to jest wiedza, jeżeli nie idzie za nią czyn jakiś?
To jest jedna z takich starożytnych dykterii, które mi się strasznie podobają, albo jeszcze bardziej takie bardzo filozoficzne i tak naprawdę taka, która mogła pójść na dobranoc do przemyślenia w czasie zasypiania. Słowa to kłamstwo, czyny to prawda. Ja bym to tak zakończył. Panie Marku, co pan na to?
[05:02:03] - Okej, jasne. To na koniec, taki zupełny koniec, poprosiłbym, jeśli pan by zechciał, bo mówił pan o takim bieżącym przykładzie, a zechciałby pan kilka takich historycznych przykładów tych przewężeń, choke pointów czy jakkolwiek?
[05:02:21] - Oczywiście, zapomnieliśmy. Tak. Więc dobrze. Ktoś, kto jest decydentem, takim jak Erdoğan, czyli prezydent Turcji, albo jakikolwiek decydent zarządzający Zachodem, czy też siłami zbrojnymi Zachodu, czy poczynaniami Zachodu jako takiego agregatu. Emulsja to jest najlepsze słowo. Też użyłem go w książce, która właśnie powstaje. Jest taką emulsją rozmaitych państw. Emulsja to jest taka substancja, której składniki nie zmieszałyby się samoistnie, tylko trzeba to wymieszać mikserem na przykład i one wtedy są zmiksowane. Natomiast jeżeli ją odstawić na kilka dni, to ta emulsja z powrotem ma często tendencję taką, że ona rozdziela się na poszczególne płyny, które ze sobą nie są w stanie po prostu w sposób naturalny zostać zmieszane. Tak jak jajko: mamy białko i żółtko, prawda?
Możemy zrobić kobiel-mogiel i wtedy jest to zmieszane. To nie jest emulsja, ale właśnie przykład takiej emulsji. Woda i olej taki do smażenia. Jeżeli to wymieszamy łyżką, to to się zmiesza, ale rano przyjdziemy, odstawimy to na noc, to nagle jest olej na górze. Tak? Nie pomyślałem tego, a teraz boję się, że zrobię się jak Piotr, że zacznę mieszać podstawowe terminy. A woda na dole. Tak samo jest z benzyną, która jest lżejsza od wody i unosi się na powierzchni. Można je zmieszać, wodę i benzynę, ale też te substancje rozdzielą się. Więc państwa europejskie są tego rodzaju emulsją właśnie.
Mają teoretycznie jakieś kolektywne cele obronne, na przykład jako NATO i NATO służy do katalizowania, czyli jakby mieszania tych celów, sprawienia, że wszyscy mają jeden cel. Natomiast wszyscy muszą patrzeć na rozmaite te choke pointy, czyli miejsca newralgiczne i muszą kalkulować, kto w jaki sposób może kontrolować. I to jest właściwie zadane pytanie. Które jest najważniejsze? To też jest kluczowe pytanie, bo na przykład nagle się okazuje, na wszelki wypadek powtórzę jeszcze, listopad 2022 roku, że generalnie jest nieuchronna wojna Iranu z Izraelem. Dlaczego? Dlatego, że Iran na dzień dzisiejszy, czyli w sytuacji, w której nie jest podpisywana umowa atomowa, wedle której Iran zrzeka się pracy nad technologiami nuklearnymi, ale w zamian za to zostaje zdjęte embargo i wszystkie sankcje, jakie są nałożone na Iran. Proszę zobaczyć, jaka jest sytuacja w obu przypadkach, w obu wariantach. Czyli zostaje tak, jak jest: Iran produkuje coraz więcej rakiet, które zagrażają Izraelowi, czyli Izrael dostrzega to jako realne zagrożenie i jest na granicy zaatakowania Iranu. Natomiast jeżeli Iran podpisze ten deal atomowy, czyli nawet nie będzie próbował produkować bomby atomowej albo głowic, które mogą być przenoszone przez rakiety, to w tym momencie Iran odzyskuje między innymi zdolność sprzedaży ropy, co jest automatycznie bardzo dużym zastrzykiem możliwości, bo za pieniądze można kupić wszystko inne.
Ale jednocześnie to jest tym bardziej zagrożeniem dla Izraela, więc Izrael tym bardziej będzie zainteresowany, żeby Iran w jakiś sposób cofnąć do epoki kamienia łupanego, mówiąc obrazowo i żartobliwie. Natomiast żartem już nie jest to, że jeden z tych choke pointów, czyli najważniejszy tak naprawdę, przez który przepływa codziennie połowa ropy wydobywanej i która trafia na rynek międzynarodowy, połowa tej ropy w skali światowej przepływa właśnie przez cieśninę Ormuz, która w chwili, kiedy rozpocznie się wojna między Iranem a Izraelem, ta cieśnina na 99,9% zostanie zamknięta. Więc jeżeli takie pytanie sobie postawimy jako ludzie interesujący się geopolityką, to nagle się okazuje, że większość tego, co mówią wszyscy opisujący bieżące wydarzenia geopolityczne, po prostu kompletnie o tym nie mówią, bo albo tego nie rozumieją, albo nie dostrzegają ważkości tej cieśniny Ormuz. Albo dostrzegają, mówią, ale nie widzą tego bezpośredniego, nieuchronnego zagrożenia, które nadciąga właśnie ze względu na niemożliwość uniknięcia tego konfliktu między Iranem a Izraelem. I to są właśnie te dobrze zadane pytania. Dobrze zadane pytania pozwolą nam przewidzieć, jaki będzie przebieg konfliktu. Pozwalają nam też dokonać działań, które są w jakiś sposób wyprzedzające bieg zdarzeń, które w jakiś sposób mogą zminimalizować negatywne konsekwencje albo podwoić, polepszyć pozytywne konsekwencje.
[05:07:11] - Panie Piotrze, ja jeszcze bym w ramach zadawania pytań prosiłem o jakiś historyczny przykład, żebyśmy sobie to zobaczyli na tle.
[05:07:23] - Termopile.
[05:07:24] - Ale jeszcze mam jedno pytanie, ostatnie. Obiecuję, że ostatnie. Na jakie choke pointy, takie współczesne, nie zwracamy zupełnie uwagi? Mówił pan o Dardanelach, mówił pan o cieśninie Ormuz. A co umyka naszej uwadze, w związku z tym nie zadajemy pytań?
[05:07:42] - W wypowiedziach komentatorów tutaj w Polsce, ale także zagranicznych, bo też obserwuję i jedne, i drugie, zupełnie pomija się to, że w chwili, w której rozpocznie się inwazja na Tajwan, to co prawda tam nie ma żadnej cieśniny, przez które przepływają supertankowce, ale supertankowce przepływają od strony Pacyfiku, czyli od strony wschodniego wybrzeża Tajwanu. I w chwili, w której te tankowce będą musiały nadrabiać albo w jakikolwiek inny sposób ich marszruta codzienna zostanie zaburzona, to w tym momencie nie tylko dominujący, hipotetyczny sprawca inwazji, czyli rozpoczęcia zamiany tego obszaru w strefę wojenną, czyli Chiny, nie tylko one doznają uszczerbku, bo ich potrzeby importowe ropy naftowej i gazu ziemnego, przede wszystkim skroplonego oczywiście, są potężne, ale także Japonia i Korea Południowa i oczywiście też Tajwan. Wszystkie te cztery kraje zostaną w bardzo poważny sposób pozbawione dostaw albo te dostawy zostaną opóźnione albo zmniejszone, a w każdym razie pewność tego, że one w ogóle dojdą, przestaje być pewnością, a staje się prawdopodobieństwem. A żadne państwo, szczególnie duże imperia, które rozciągają swój wpływ poza swoje terytorium, bo taka jest definicja imperium i mocarstwa. To jest homeostat geopolityczny, który rozciąga swoje zdolności oddziaływania poza swoje terytorium. To są ambicje takiego kontrolowania terytorium, to są potrzeby zabezpieczenia dróg żeglownych, którymi dostarczane są surowce, czyli energia, czyli krew każdego państwa i każdego imperium. Więc proszę zobaczyć, że jeżeli w ten sposób zadamy pytanie, czy w ten sposób sformułujemy problem, to nagle się okazuje, że nie musimy używać szpiegów do tego, żeby dowiedzieć się, jakie są intencje rozmaitych decydentów. Wystarczy nam ogląd na sytuację. I zresztą to jest główna myśl, żeby już zakończyć, to jest główna myśl powieści „Fundacja” Isaaca Asimova, z której pochodzą te siły psychohistorii, czyli cały tytuł książki, z której prawidła wyciągamy i tutaj omawiamy co tydzień.
[05:09:59] - Panie Piotrze, pięknie dziękuję za kolejny odcinek. A za tydzień obiecuję, że znowu przystąpimy do budowania, ale też podcinania gałęzi, na której wisi imperium. Do usłyszenia.
[05:10:15] - Do usłyszenia.
[05:10:35] - Noc głęboka, proszę państwa, nastała. Duchy, to już po dwunastej, się snują, ewidentnie się gdzieś tam snują. To, proszę państwa, czas już powoli udać się na spoczynek, bo pora naprawdę mordercza. Zdaję sobie sprawę, ale w dalszym ciągu, tak jak się żaliłem w trakcie audycji, nie mam informacji zwrotnej, czy chcecie być państwo dręczeni tak długimi audycjami, czy też może odpuścić i je nieco skrócić.
[05:11:06] - Ja nie pytam po to, żeby mieć więcej wpisów na YouTubie, bo wiecie państwo, to zawsze się da załatwić, jakbym bardzo tego pragnął. Natomiast złakniony jestem autentycznej informacji. Sięgnijcie państwo po klawiaturę i coś tam pyknijcie na ten temat. Czy tak długo, czy niedługo? I te propozycje ewentualnie. Pięknie państwu dziękuję. To był długi dzień wykładowy. To były całkiem fajne wykłady i wykłady z różnych półek. W związku z tym mam nadzieję, że się państwo nie nudzili, ale po wtóre to były wykłady, które myślę, że otwierają różne drzwi w tym świecie zwanym kulturą czy świecie zwanym literaturą. Warto w te drzwi wchodzić, bo jak się człowiek zasklepi, to później jest niespecjalnie fajnie.
I z tą myślą niespecjalnie lotną, bo pora późna, nawet teraz, kiedy nagrywamy, to ona już jest dosyć późna, więc jak to powtarza Wiktor Żwikiewicz: „O tej porze to ludzie bredzą”. Więc ja, bojąc się, że zacznę wpadać w te rejestry takiego gwałtownego bredzenia, pięknie się z państwem żegnam. Do usłyszenia za tydzień. Przypominam, za tydzień spotkanie z Pawłem Mateją, autorem powieści „Plama światła”. To naprawdę rzecz warta posłuchania. Pięknie dziękuję. Dobrej nocy.
[05:12:51] - Mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium — paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.