[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Robi się coraz ciemniej, coraz zimniej, ale w Radiu Paranormalium piątki zawsze o tej porze są bardzo gorące. Szczególnie gorące, gdy są oblegane przez moli książkowych i innych fascynatów ciekawych dyskusji. Teraz właśnie w Radiu Paranormalium i z lekkim poślizgiem czasowym również w Book Radio zapraszamy na kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz Bibliotekarium 2.0 – Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:01] - Halo, halo! Witam państwa bardzo serdecznie. Rozpoczynamy kolejny dzień wykładowy. Tak sobie pomyślałem: sesja za pasem. Już gdzieś w lutym zrobimy sesję, proszę państwa. Mam nawet pomysł na tę sesję egzaminacyjną. Spokojnie, trup nie będzie ścielił się gęsto, a myślę, że będziecie państwo zadowoleni z mojego pomysłu na sesję egzaminacyjną. Cóż, to zaczynamy kolejny dzień wykładowy. Tak sobie w kontekście tych ostatnich dni myślę o tym, jak to się wszystko zmienia. W tym tygodniu mieliśmy pokaz tego, do czego zdolne są rakiety, że tak sobie to powiem.
Chociaż wiadomo, że nie rakiety, tylko ktoś tymi rakietami steruje. Ale chodzi bardziej o skojarzenia. Rakieta, rakieta. Powiem tak: wszystko się zmienia. Mnie, wychowanemu w czasach zimnej wojny, zagrożenia atomowego, rakieta kojarzyła mi się głównie z nieznanym. Z czymś, dzięki czemu podbija się kosmos, lata się, może nie do gwiazd, ale w każdym razie w kosmos, na orbitę czy na Księżyc. Rakieta. To było pierwsze skojarzenie. Rakieta. Utwierdzały mnie w tym liczne książki, które połykałem z prędkością może nie światła, ale z zadziwiającą prędkością jak na całkiem młodego człowieka, bo ja już w podstawówce miałem taki przerób, że właściwie zaczynało brakować książek.
Tych science fiction oczywiście. W każdym razie pamiętałem, do dzisiaj pamiętam, był taki tom, który ukazał się w serii Fantastyka Przygoda. Tom opowiadań Raya Bradbury'ego „K jak Kosmos”. Nie wiem, czy państwo wiecie, ale na Zachodzie ten sam tom się ukazał. „S for Space” to się chyba nazywało. Ale był też tom bliźniaczy opowiadań Raya Bradbury'ego: „R jak Rakieta”. To się już w Polsce niestety nie ukazało. Szkoda, bo opowiadania Raya Bradbury'ego mają to do siebie, że człowiek się od nich nie może odkleić. Specyfika polega na czymś innym. Ja się za ten tom zabierałem jako nastolatek dosyć długo.
One na początku jakieś takie były. Nie mogłem do tego podejść, ale jak się już raz zabrałem, to właściwie nie mogłem się od tej książki oderwać. Przeczytałem ten tom, niecienki. Jak na tamte czasy to była całkiem pokaźna książka. Dzisiaj któż zaimponuje tym cegłą, które się ukazują na rynku, które liczą blisko 1000 stron? No nie, to oczywiście książka Raya Bradbury'ego, zbiór opowiadań „K jak Kosmos” nie zaimponuje, ale wtedy to była całkiem pokaźna książka, więc ja ją wygoliłem właściwie przy jednym podejściu. Niezwykle te opowiadania przeżywając. Ale nie o opowiadaniach Raya Bradbury'ego chciałem, tylko o rakiecie. Ale właśnie ten tom „R jak Rakieta” też mi się kojarzył z czymś w sumie fajnym. Rakieta to zawsze był magiczny pojazd, dzięki któremu można się było dostać do gwiazd, przynajmniej w tej części mózgu, która odpowiada za wyobraźnię.
Dzisiaj rakieta to jest coś, co się kojarzy bardzo jednoznacznie, szczególnie w obliczu tego, co się dzieje na Wschodzie. Rakieta to jest po prostu narzędzie mordu. I ja wiem, że te moje rozważania tutaj nie są specjalnie lotne ani nie są specjalnie odkrywcze. Wręcz ktoś powie, i będzie miał trochę racji, a nawet sporo, że to takie ględzenie, bo przecież rakieta to rakieta i co tu dzielić włos na czworo? Zgoda, ale wiecie państwo, ta sytuacja za wschodnią granicą doprowadza mnie do tego, że ja nie potrafię do końca racjonalnie ujmować tego wszystkiego, o czym myślę. Bo to jest tak, że jak człowiekowi zaczyna brakować słów, to idzie właśnie w kierunku jakichś takich porównań, szuka czegoś, żeby tę sytuację opisać. I to nie chodzi o tę sytuację, to, co się dzieje w materialnej rzeczywistości. Bardziej to, co mówię, jest opisem takich psychicznych, a w każdym razie takich psychologicznych stanów, w jakie przynajmniej ja popadam. I stąd te moje mniej lub bardziej lotne rozważania nad rakietami. Nie wiem jak państwo, ale mnie rakieta ostatnimi czasy bardzo źle się kojarzy.
No i dobrze. Może tak musi być. Te niewesołe refleksje na wstępie postaram się państwu jakoś zrekompensować i to moje nieudatne ględzenie zrekompensować serią dzisiejszych wykładów. Na początek chciałbym powiedzieć, że jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że temat UFO, który jest przecież tak popularny, chociażby w Radiu Paranormalium, niespecjalnie kręci twórców science fiction. UFO pojawia się w stosunkowo niewielkiej ilości utworów. To nie jest temat, który pisarzy kręci. Eksploracja wszechświata, sztuczna inteligencja i tak dalej. Nie będę państwu opisywał, czym się fantastyka naukowa zajmuje. To ich kręci. Natomiast UFO pojawia się w utworach literackich, ale naprawdę sporadycznie.
Toteż z pewną radością, a taką nieukrywaną radością powitałem książkę, która się właściwie na dniach objawiła. To jest książka Pawła Matei, którą zapowiadałem już w poprzedniej audycji. Książka „Plama światła”. „Plama światła” to jest książka, która temat UFO dotyka i to dotyka bardzo mocno. Tak jak powiedziałem, w beletrystyce to jednak jest rzadkość. Proponuję na początek, żebyśmy posłuchali fragmentu tej powieści. Od tego zaczniemy.
[08:10] - Paweł Mateja „Plama światła”. Fragment. Zajrzały przez uchylone drzwi do niewielkiej sali. Było w niej dosyć ciasno. Może z kilkanaście osób siedziało w półlotosie albo klęczało. Siedzieli w zupełnej ciszy. Nie można było mieć wątpliwości, że chichoty dziewcząt szukających miejsca spotkania były dla nich doskonale słyszalne. Sara miała ochotę zapaść się pod ziemię. Pochyliła głowę. Basia rozglądała się ze zmieszanym uśmiechem.
„Zapraszam” — niemal wyszeptała za ich plecami kobieta, która przed chwilą z nimi rozmawiała. Miała tak jak wcześniej zupełnie nieporuszoną twarz, uśmiech odległy, ale jednocześnie przeżywający. Podała im poduszki ze stosu leżącego obok drzwi i pomogła znaleźć miejsca między siedzącymi. Sara z rozpaczą skonstatowała, że zostały rozdzielone. Miała usiąść pod oknem między szpakowatym mężczyzną w stylu miejskiego drwala a kasłającą blondynką w bluzie Hufflepuffu. Basia bliżej wejścia, z jednej strony mając ziewającą nastolatkę, z drugiej... Drzwi otworzyły się jeszcze raz i do środka niemal wbiegł Petr. Szybko ocenił sytuację i skinął prowadzącej. Przyszedł z własną poduszką, którą umieścił na ostatnim wolnym miejscu. Basia najchętniej odsunęłaby się odrobinę, bo ze swoją potężną posturą zdawał się ją nieco przytłaczać, ale wtedy sama naruszyłaby przestrzeń osoby po drugiej stronie.
Mężczyzna zresztą wydawał się czuć zupełnie swobodnie. Nie czekając na dalsze polecenia, ukląkł podparty o poduszkę, oparł ręce na kolanach i zamknął oczy. Znieruchomiał, jakby momentalnie przemienił się w posąg. „Zaraz wszyscy zamkniemy oczy. Wpierw jednak nabierzcie powietrza głęboko w płuca. Tak, powtórzmy to. Czujecie, jak wypełnia was tlen? Jeszcze jeden oddech. Przytrzymajcie go chwilę. Teraz spokojny wydech.
W tym pomieszczeniu nie istnieje czas. Zapominamy o nim. Jeśli czujecie się wypoczęci, wykorzystacie tu swoją energię. Jeśli jesteście zmęczeni, znajdziecie tu wytchnienie. Zrzucicie z siebie ciężar, zrzucicie złe myśli. To wszystko rzeczy przemijające, a przez to mało istotne. Zaraz to zrozumiecie, kiedy otworzy się przed wami kosmiczna cisza nieskończoności, w której wasze problemy staną się ziarnkiem piasku tak małym, że stracicie je z oczu. Nie bójcie się tej pustki. Ona jest wszystkim. Ona jest bezpieczna.
Jest wasza, choć jeszcze o tym nie wiecie. Czujecie się swobodnie? Jeśli coś was uwiera, możecie poprawić pozycję. Zachowujcie przy tym ciszę i skupienie, ale nie bójcie się, że przerwiecie medytację sąsiadowi. Jeśli zaś usłyszycie, że ktoś obok was się porusza, może kaszle albo wzdycha, nie traktujcie tego jako przeszkody. Przemieńcie przeszkody w przypomnienia, które będą wyrywać was z rozproszenia. Ile razy wasz umysł będzie dryfował w bezład rozmyślań, starajcie się wrócić do punktu wyjścia. Umysł będzie uciekał od ciszy. Umysł przyzwyczajony jest do zgiełku. Nie jest łatwo nad nim zapanować.
Będziemy tu dzisiaj upadać i podnosić się z upadków. Cykl będzie się powtarzał. Nie zawsze będziecie w stanie wejść w tę ciszę głębiej niż poprzednio. Ścieżka prowadząca do zespolenia się z kosmosem jest kręta. Czasem ma się wrażenie, że jest on już za rogiem, innym razem oddala się niespodziewanie. Ale cel istnieje, nawet jeśli może wydawać się niedosięgły. Trwajcie w tym, co tu zaczęliśmy. Cel istnieje i jest osiągalny, mimo że wędrówka jest wieczna. Wędrówka jest wieczna. Sara oddychała miarowo.
Zza powiek docierał do niej tylko lekki czerwony powidok, na który zwracała coraz mniejszą i mniejszą uwagę. Przestała odczuwać drętwienie nóg. Nie była już świadoma każdego oddechu. Ślina przestała gromadzić się w ustach. Nie musiała już jej cicho przełykać. Zapomniała, że jest w pokoju. Obecność innych istot pozostawała wyczuwalna, ale przestali siedzieć w półokręgu. Zaczęli po prostu być. W tym byciu bardzo szybko zaznała spokoju. Poczuła w nim swoje miejsce.
Ciche tętno krwi pompowanej żyłami, lekkie ruchy klatki piersiowej i powietrze delikatnie wślizgujące się do nozdrzy. Nic więcej. Cel nie istnieje, ale istnieje trwanie w celu. Kosmos jest nieskończony. Materia go nie ogranicza. Oddychajcie. Powoli zanurzajcie się w tej głębi. Ktoś mówił albo może ktoś myślał, a myśli rezonowały między uczestnikami. Sara, jeśli to jeszcze była Sara, czuła, że tonie, że jest coraz głębiej albo wyżej, że się unosi. Albo to raczej cały świat zewnętrzny odkleił się od niej.
Basia nie mogła się skupić. Wierciła się na poduszce, która była zbyt płaska, by ułożyć się na niej wygodnie. Wolałaby leżeć najchętniej na świeżym powietrzu, a nie w tym duszny pomieszczeniu, gdzie oddechy sąsiadów stawały się po chwili częścią własnego oddechu, gdzie czuła, że nie może się skupić, bo rozpraszały ją myśli, które albo teraz zauważała intensywniej, albo w ciszy zaczynały się gwałtowniej wiercić. Niektóre myśli przechodziły w obrazy, niektóre obrazy w całe sceny, z których uciekała znów w ciszę. Ale tylko na chwilę, bo znów porywała ją nagle budząca się iskierka. Niektóre myśli wydawały jej się obce. Nie rozpoznawała tych scen. Być może roiły się jej rzeczy zapomniane. Być może gdzieś głęboko ukryte sekrety. Basia czuła jednak, że wraz z cudzymi oddechami wypełniają ją również cudze myśli.
Nabrała głębokiego oddechu. Jeszcze głębiej. Wyciszcie myśli. Skupcie się na oddechu. Zostawcie przeszłość i przyszłość na boku. Jest tylko tu i teraz. Plama światła. Nie. To dziewiczo biały śnieg. Ktoś modli się na nim.
Nie. To dwie osoby na środku mandali, a z góry spływa światło. To dwóch mężczyzn o oszronionych twarzach. Mężczyźni patrzą w górę. Światło patrzy na nich. Światło się przybliża. Nie. To mężczyzna się unosi. Otworzyła oczy, wybudzając się z transu. Dosyć.
Prowadząca klęczała na podłodze obok drzwi. Wydawała się pogrążona w głębokim transie. Inni oddychali powoli. Poprawiali pozycję na poduszkach. Ktoś rozkaszlał się, ktoś inny odetchnął głęboko. Petr miał otwarte oczy i patrzył prosto na Basię. Poczuła lęk, bo jego oczy wydały się jej nagle zbyt dobrze znajome. Nie podobało jej się to doświadczenie. Miała dosyć. Zerwała się z siedziska i dopadła drzwi.
Nikt się nie poruszył, nikt nie wybudził się od jej ruchów, tylko Petr patrzył w ciszy, jak szarpie za klamkę i szybko ucieka z pokoju. Unosi się, a cały świat się odkleja, usuwa i oddala. W tej ciszy, kosmicznej ciszy czuje kosmiczny ład, który zawiera się w pustce i pustkę tę wypełnia wszystkim. Być może unosi się nad ziemią, nad podłogą. Być może na grubość włosa podnosi się nad poduszkę. Nie słyszy trzasku drzwi. Nie otwiera oczu. Sara jest zawieszona w pustce i nie czuje, jak ktoś klęka przed nią i kładzie jej ręce na barkach, jak głowa niemal styka się z głową. Nie słyszy szeptu, który sączy się do jej uszu, ale słyszy słowa, które nie są słowami, ale myślą, ciągłą myślą kosmosu. Myśl się sprzęga i skleja się na nowo.
„Nie odchodź za daleko” – mówi myśl. Unoś się, ale nie odchodź za daleko. Sara otwiera oczy i widzi samą siebie. Swoje oczy wpatrzone we własne oczy. Unosi się lekko, tak lekko, że nikt nie jest w stanie tego dostrzec. Ale ona widzi wpatrzona sama w siebie, już nie w Sarę. Jest w niej nieporuszone piękno pozbawione wieku twarzy. Przez chwilę rozumie, że to twarz prowadzącej sesję medytacji. Ale nie pamięta już o medytacji ani o pokoju. Dryfuje.
Zamyka z powrotem oczy i nie wie, czy słyszy dalej szept. Nie ma to znaczenia.
[18:10] - Tak. To był, proszę państwa, dopiero początek, bo teraz przed nami rozmowa z autorem Rozmowa z autorem. Cóż, mam zawsze kłopot, czy robić jakieś wstępy. Nie, nie będę robił wstępu, bo wszystkiego dowiecie się państwo z tej rozmowy. Zapraszam zatem. Dzień dobry. Naszym gościem jest Paweł Mateja, autor wydanej całkiem niedawno książki „Plama światła”. Dzień dobry wieczór.
[18:46] - Dzień dobry, dobry wieczór. Bardzo mi miło.
[18:50] - To zacznijmy od razu od pytań, bo pytania to jest to, co najważniejsze. Książka „Plama światła”. Czy to jest książka o UFO?
[19:06] - Moim zdaniem tak. Aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli ktoś usłyszy „książka UFO”, będzie wyobrażał sobie coś innego. UFO to jest taki ciekawy temat, że on jest bardzo szeroki. Trudno tak naprawdę zdefiniować, o czym mówimy, jeśli mówimy o UFO, bo oczywiście jeśli w takim dosłownym rozumieniu tego słowa, to jak najbardziej. Ale oczywiście zawsze jako UFO rozumiemy rzecz jakąś bardziej specyficzną, bardziej konkretną, czyli zazwyczaj jakieś istoty z kosmosu. I znowu, w ten sposób również jest to moim zdaniem książka o UFO. Natomiast są jakieś takie popkulturowe, a może po prostu kulturowe wyobrażenia UFO. O tym, jak ono wygląda najczęściej, jak je kojarzymy. I tutaj już być może ona może nie do końca spełniać czyjeś oczekiwania, czy może kogoś zaskoczyć.
[20:11] - To zacznijmy od początku. To znaczy, ja oczywiście dokonałem swojego ulubionego zabiegu, czyli jakiegoś rodzaju prowokacji na początku. Bo taka prośba o zdeklarowanie się, czy to jest książka o UFO, jest z mojej strony grubym nadużyciem, świadomie popełnionym, bo ta książka o UFO bywa również, ale jest to książka, która zaczyna się właściwie bardzo sielsko. Dwie dziewczyny przybywają w Bieszczady. Właściwie sielanka, wakacyjna książka i tak ją można odczytywać, przynajmniej na początku.
[20:53] - Tak, to również jest z mojej strony zupełnie celowe. Dlaczego tak się wydarzyło? Zdaję sobie sprawę, że tutaj pewnie będę tego facetem i spodziewam się, że część czytelników, którzy po tę książkę sięgną, może być dosyć zaskoczona tym, co się w niej znajduje. I to również z tego powodu. Bo to jest książka, do której miałem jakiś pomysł w którymś momencie mojego życia i kiedy zaczęła się pandemia covidu i wszyscy od paru miesięcy siedzieliśmy pozamykani w domach. Jeszcze wracając troszkę wcześniej, moja poprzednia książka „Nocne” jest książką taką, moim zdaniem i zdaniem wielu osób dosyć mroczną, dosyć ponurą, ciężką i wprawiającą być może nie w najlepszy nastrój. A tutaj „Plama światła” była czymś, co chciałem troszkę, kontra to może będzie za duże słowo, ale napisać w jakiś inny sposób, taki, jak ja wtedy potrzebowałem. Po prostu byłem już potwornie zmęczony siedzeniem w domu i miałem ochotę pojechać w góry. Więc ten motyw gór był czymś, co mi wtedy zagrał i chciałem spróbować pójść w innym kierunku.
[22:10] - Notabene te tytuły też stanowią takie dwie szalki wagi, bo z jednej strony mamy ciemność, mrok, z drugiej strony mamy plamę światła.
[22:22] - Tak.
[22:23] - Dobrze, ten wakacyjny nastrój, który na początku panuje, on mi się wydał atrakcyjny. Też sobie zamarzyłem o wakacjach. Ale tam jest pewna trudność, o którą muszę zapytać. Bohaterki tej powieści to są dwie dziewczyny. Jak się pisze chłopakowi w imieniu dwóch dziewczyn? Czy to jest trudne?
[22:52] - To wyszło jakoś zupełnie naturalnie. Nie pamiętam, dlaczego tak naprawdę zdecydowałem się na taką płeć bohaterek. Zresztą jeśli zerknąć czasem na tę książkę, to tam tak naprawdę w większości są kobiety. Nie wiem, jest mi to w jakiś sposób chyba naturalne. Ja się wychowałem w dużej mierze wśród kobiet, mam po prostu dwie siostry i tak dalej. Jakoś tak się dobrze w tym czuję.
[23:25] - W tej książce jest moim zdaniem nieźle uchwycony ten motyw festiwalu. To jest festiwal poświęcony UFO. Właściwie zawężam, takim sprawom niesamowitym gdzieś z pogranicza, tak to określmy. Festiwal, pewna grupa ludzi, nieznających się nawet, przybywa, żeby posłuchać ludzi, którzy na te tematy będą mówić. I moim zdaniem świetnie została uchwycona atmosfera, która panuje na tego rodzaju zjazdach. Ktokolwiek był na jakimś takim mniejszym konwencie, a już ktokolwiek był na przykład na takim konwencie bardzo specyficznym, organizowanym przez Wojtka Sedeńko, to wie, o czym mówię. To znaczy z jednej strony pewna taka wakacyjna sielskość, z drugiej strony pewien cykl wykładowy, pewien cykl wycieczkowy. A te wykłady też mają swoją wagę. Różni ludzie tam występują, różne rzeczy mówią, ale jak się wczytać w to, to widać, że autor albo zrobił dokładny research, albo interesuje się tymi sprawami. Ja wiem, to co powiedziałem przed chwilą, to jest kilka pytań, kilka zagadnień w jednym, ale tak rzucam naszego gościa na głęboką wodę.
[25:07] - Autor się rzeczywiście interesuje takimi rzeczami i rzeczywiście jakiś research zrobił do książki, który wynikał z tego, że się tym interesował. A wracając do tych festiwali, akurat na tym festiwalu Wojtka Sadecki nigdy nie byłem. Miałem taki plan kiedyś, ale do tej pory nic z niego nie wyszło, bo mam po prostu dosyć daleko z mojego Śląska. Aczkolwiek pewnie kiedyś mi się w końcu uda, bo ostatecznie nie jest to aż tak daleko. Natomiast różne festiwale, na co zdarza mi się czasem trafić, od najczęściej czysto muzycznych, większych i mniejszych, poprzez różne imprezy literackie. A jeśli chodzi o takie ezoteryczne, bo wiem, że też jest ich sporo, tutaj mam o wiele mniejsze doświadczenie, więc musiałem się bardziej posiłkować wyobraźnią. Choć też zdarzało mi się być na jakichś spotkaniach różnych grup zajmujących się sprawami nadnaturalnymi. A jeśli chodzi o to zainteresowanie, wracając do niego, to tutaj też się kilka rzeczy złożyło. Nie wiem, czy tutaj nie wyprzedzam jakichś pytań. Z jednej strony jest tutaj dużo takich kwestii ezoterycznych, związanych ze sprawami paranormalnymi i to jest coś, w czym ja w jakimś stopniu siedzę od wielu lat.
Po prostu się tym jakoś organicznie zacząłem interesować, pewnie jeszcze jako nastolatek. Gdzieś to cały czas we mnie siedzi. A z drugiej strony kiedyś trafiłem na taką książkę, nie pamiętam, jaki to jest wydawca. Książka nazywa się „Kulty UFO”. Jest wydana przez jakieś wydawnictwo naukowe. Jest to zbiór artykułów na temat różnych kultów UFO. Bardzo inspirująca moim zdaniem książka polska. Zawarte są w niej eseje różnych badaczy, nie wiem jakich stopni, opisujących różne rzeczywiście istniejące, niektóre już nieistniejące, niektóre istniejące dalej, kulty UFO na świecie. Wszystkie mi się wydawały interesujące, bo to jest fascynująca tematyka, do której można podejść mniej lub bardziej poważnie, ale uważam, że jest po prostu fascynująca. Może nawet nie, że szczególną uwagę, bo to zjawisko jest czymś naprawdę ciekawym, ale zwrócił moją uwagę kult czy jakieś stowarzyszenie Antrowis, o którym ja, od razu przyznaję, mam tak naprawdę bardzo niewielką wiedzę, bo te informacje mimo wszystko dosyć trudno znaleźć.
Chociaż chciałbym kiedyś jeszcze bardziej pogrzebać w tym temacie. Natomiast odkryłem, że jakieś ich publikacje da się gdzieniegdzie najpierw znaleźć online w jakichś takich skanach. To chyba nie jest rzecz nawet do końca nielegalna, żeby pobierać, bo to są rzeczy nawet nieposiadające ISBN-u i gdzieś tam udostępniane online. Z czasem zacząłem po prostu szukać ich po portalach aukcyjnych, dlatego, że wydali oni, to stowarzyszenie, sporo tekstów związanych ze swoim wyznaniem, poglądami, swoją nauką. Kilka z nich udało mi się kupić, przeczytać i jakoś też co nieco z nich zawarłem w książce.
[28:52] - Tak, bo w książce na pierwszy plan wysunięte jest UFO jako przybysze z odległych światów, ale światów materialnych, gdzieś z głębi kosmosu. Chociaż pojawiają się tam nawiązania do zupełnie innego rozumienia UFO, nadwymiarowego, innowymiarowego. W każdym razie zostaje to zaznaczone, że UFO to nie jest coś takiego prostego, że leci po niebie, widzimy, przylecieli albo nie przylecieli. To też wymagało, ale rozumiem, że skoro autor się tym interesuje, to też nie było problemem, żeby o tej niejednoznaczności zjawiska napisać.
[29:45] - Tak, ta niejednoznaczność była z mojej strony czymś dosyć kluczowym dla całości, dla tego, jak to planowałem, żeby wybrzmiało. Jest to oczywiście dosyć trudne. Szczególnie, że znowu tutaj wracając do literatury z tym związanej, to jest jej, szczerze mówiąc, bardzo dużo. Więcej znalazłem rzeczy, które chciałbym przeczytać niż takich, które udało mi się rzeczywiście gdzieś tam zawrzeć. Przy czym oczywiście ja tutaj od razu czuję potrzebę wytłumaczyć, że to nie jest absolutnie książka, która jakoś na faktach ma się opierać czy na literaturze w stopniu wyjątkowo dużym, bo to jest mimo wszystko powieść. Ale potrzebowałem jakiejś takiej dobrej Podkładki.
[30:39] - Tak, to jest dobry materiał. Dobry materiał został wykorzystany w sposób jak najbardziej literacki. Ale zanim o walorach literackich, to jeszcze o jedną rzecz muszę zapytać albo poprosić o rozszerzenie. Otóż jesteśmy w Bieszczadach za sprawą książki „Plama światła”. Ja odniosłem wrażenie, że nasz autor świetnie się tam czuje i ma ten dar, który sprawia, że tam zapragnąłem znowu być. Te opisy, które się pojawiają, nie mają pół kilometra, jak w powieściach XIX-wiecznych. One mają taki walor, że nie są rozbudowane, ale w taki sposób pokazują to miejsce, że człowiek, który tam był, widzi to. Po prostu jestem tam, przenoszę się. A człowiek, który nie był – bo to też wypróbowałem, znaczy nie ja, na kimś wypróbowałem – chce tam się pojawić. Stwierdza, że to jednak jest fajne miejsce, trochę dzikie, ale jednocześnie cywilizacja już trochę tam dotarła, czyli nie zginiemy.
O to chciałem tak naprawdę zapytać. O znajomość tego regionu Polski, bo ona się wydaje mocno rozbudowana.
[32:10] - Bardzo się cieszę, że tak to zostało odebrane. Opisy to jest coś, z czym mam pewien problem, bo właśnie dlatego – też z tego powodu, który tu był przywołany – z jednej strony się staram, żeby one nie były za długie, bo czuję, że mógłbym zacząć nudzić czytelnika, ale muszą spełnić swoją funkcję. Tutaj bardzo się natrudziłem nad tym, żeby one na tyle, na ile byłem w stanie, były odpowiednio zniuansowane. Natomiast jeśli chodzi o same Bieszczady, daleko mi pewnie do jakiegoś znawcy, ale kilka razy ten region odwiedziłem i za każdym razem z wielką przyjemnością spacerowałem po górach i zagłębiałem się w te miejsca. Jak już wspominałem, to jest powieść, którą napisałem z trochę własnej potrzeby wakacyjnej. Bardzo chciałem wtedy wrócić w te Bieszczady, a po prostu nie miałem takiej możliwości.
[33:07] - To jeszcze muszę powiedzieć to, o czym rozmawialiśmy w rozmowie poza anteną w swoim czasie. Jako osoba zainteresowana – już nie ukrywam – w tym sensie, że coś tam maczająca palce przy panu Samochodziku, miałem wrażenie, że momentami, przynajmniej na początku książki, to jest taki samochodzikowy nastrój. Naprawdę, kiedy używam słów, że to taka lekko wakacyjna książka – podkreślam cały czas, na początku to na pewno – miałem to nieodparte skojarzenie samochodzikowe. Co więcej, okazało się, znowu zdradzam kuchnię, że nie do końca się myliłem.
[33:54] - Zgadza się. Może nawet nie wszystkie książki, ale kilka książek z cyklu o panu Samochodziku to jest tak zwane moje guilty pleasure. To jest coś, do czego zbyt często może nawet wracam, ale jakoś nie potrafię tego nie robić. Zresztą mam też takiego drugiego autora i zawsze mylę ich nazwiska. Niziurski i Nienacki generalnie. Nie jestem już dawno dzieckiem, ale do tych autorów wracam nieodmiennie, nieustannie, od lat. Obaj byli świetnymi literatami i przyjemnie mi się ich wszystkie różne takie przygodowe, trochę awanturnicze, turystyczne książki czyta. Rzeczywiście tutaj moim celem było, żeby trochę tego nastroju zawrzeć. Podchodziłem do tego troszkę jak do takiego dodatkowego wyzwania, bo książka już od początku, jak dzisiaj nie mówiłem, to mówiłem jako o jakimś tam horrorze, przynajmniej weird fiction czy jakiejś literaturze niesamowitej. Ale chciałem, żeby miała ten element trochę humorystyczny, taki jasny, przyjemny, wakacyjny.
Byłem ciekaw po prostu, czy uda mi się zderzyć ze sobą te rzeczywistości horroru, jakiejś niesamowitości i tego samochodzikowego klimatu.
[35:23] - Z kolei te klimaty weirdowe wybrzmiewają świetnie, bo być może właśnie książka zaczyna się tak niewinnie, łagodnie, wakacyjnie, po raz kolejny to powtórzę, a później dochodzimy do takich momentów – żeby nie zdradzać za dużo i nie spoilerować, oczywiście nie powiem – które rzeczywiście z literaturą grozy mają dużo wspólnego. Właściwie na wielu planach i na takim planie psychicznym, ale też czysto fizycznym. Już chyba bardziej na okrągło nie potrafię o tym powiedzieć, ale chciałem właśnie o to zapytać. Czy to świadomy zabieg, to przejście od światła do mroku? Że tak sobie poetycko powiem.
[36:19] - Zastanawiam się, jak teraz to sobie odczytać i przełożyć na moje. Bo to światło tutaj mimo wszystko, im dalej, tym jest go więcej w książce, wręcz dosłownie.
[36:31] - Fizycznie tak.
[36:33] - Tak. Robi się rzeczywiście coraz bardziej nieprzyjemnie. Jest to celowe jak najbardziej, przy czym tym celem, do którego dążyłem, nie było to, żeby to się stało mroczne. Raczej chodziło mi o eksplorację czegoś, co jest związane z jakąś taką ezoteryką. Może inaczej: z odnalezieniem jakiejś prawdy, która po prostu może być niekomfortowa . Tak to może ujmę.
[37:14] - W pewnym momencie w tej książce zaczyna się pojawiać to, o czym już rozmawialiśmy, czyli UFO jako element swoiście pojętego kultu. Też nie swoiście, bo ja się oczywiście asekuruję tymi słowami, ale tam wręcz się pojawia element kultowy. Pojawia się rodzaj sekty, która jest do nas sprowadzona zza wschodniej granicy, tak na okrągło mówiąc. To wręcz się tam pojawia. Pojawiają się ludzie z tym związani. Co więcej, wśród tych ludzi, na przykład występujących na festiwalu, pojawiają się takie osobniki, które głoszą tam rzeczy przynajmniej obrazoburcze. Tak znowu z tego wybrnijmy. A więc pokazane jest takie środowisko, w którym to UFO dla niektórych jest czymś najważniejszym na świecie. Bo jak jest to przedmiot kultu, w każdym razie gdzieś z kultem mocno związany, to sprawa oczywista. Są też ludzie, którzy potrafią wyciągnąć z tego UFO wręcz jakieś rasistowskie czy tym podobne wnioski.
Więc to się też zagęszcza na planie ludzi, których przedstawiamy w tej książce, o których czytamy w tej książce, bo nagle pojawia się cała, użyję tego słowa, menażeria ludzi dziwnych. Pierwowzory jakieś były rzeczywiste czy to też absolutny owoc fikcji literackiej?
[39:03] - Jeśli chodzi o tę drugą sektę, bo mamy tutaj dwie, które ze sobą współpracują, to ta importowana bardziej, ona też w drobnym stopniu jest inspirowana jakimś ruchem, ale takim w bardzo niedookreślony sposób opisanym, który też był zawarty w książce, o której wspominałem, w tych kultach UFO. Tutaj trudno mi było znaleźć materiały. Nawet teraz nie przytoczę do końca nazwy, o którą tu chodziło, ale to był rzeczywiście jakiś kult czy jakieś stowarzyszenie, które działało gdzieś w Rosji. Uznałem, że skoro jest mi tak trudno coś znaleźć, a niestety czy stety nie znam rosyjskiego ani cyrylicy, to materiałów też sobie nie znajdę. Więc tutaj troszkę już później poniosła mnie wyobraźnia. W większości te osoby nie są inspirowane z jednej i z drugiej strony czy z trzeciej jakimiś konkretnymi osobistościami, które gdzieś tam sobie żyją. Często te pierwowzory gdzieś tam, nawet jeśli na kimś bazują, to niekoniecznie w sposób bardzo wprost. Co chcę przez to powiedzieć? Że na przykład właścicielka posesji, na której odbywa się cały festiwal, nie jest inspirowana żadną postacią z jakichś kręgów ezoterycznych, tylko osobą, od której kiedyś wynajmowałem w Bieszczadach pokój. Jakoś tak mi utkwiła w głowie, że dałem jej dodatkową funkcję.
Podejrzewam, że tutaj będą pewne rzeczy, które ktoś może skojarzyć, postać jedną z drugą, bo to jest taki owoc z tego, co gdzieś tam przez lata czy to w internecie wyczytywałem, czy w jakichś książkach i pewnie jakieś skojarzenia będą nawet prawdziwe, nawet jeśli ja nie do końca je sobie uświadamiam.
[41:00] - Dla mnie dodatkowa zabawa polegała jeszcze na tym, że ponieważ coś tam w życiu ze słowem mówionym miewam do czynienia, to bawiłem się nieźle, czytając relacje z poszczególnych wystąpień, wykładów czy też prelekcji. Bo świetnie to też zostało opisane, jak ludzie czasami bardzo przeżywają swoje prelekcje, ledwo mogą mówić, bo ich gardło jest ściśnięte. Czują, że tam co prawda siedzi na widowni kilka osób zaledwie, ale to już jest wystąpienie publiczne i w związku z tym czują się lekko sparaliżowani. Są też ludzie, których określiłbym mianem głosicieli, którzy głoszą to, co mają do powiedzenia, na nic nie zważając. Ja znowu powiem, może to nie jest najważniejsze w tej książce, a nawet na pewno nie jest, ale ja się nawet przy tych opisach świetnie bawiłem, bo myślę, że zupełnie świadomie autor pokazał jakieś typy ludzkie po prostu. To było dla mnie bardzo prawdziwe. Ja, ponieważ lubię śledzić, lubię patrzeć, jak ludzie się produkują gdzieś tam na scenie, mówią coś i mówią to mniej lub bardziej składnie, to ja się nawet przy tych fragmentach, bo jest ich kilka, też świetnie bawiłem. Ci ludzie byli bardzo prawdziwi.
[42:31] - Ja się też właśnie dobrze bawiłem, pisząc te fragmenty i rzeczywiście starałem się zawrzeć tutaj pewną różnorodność, żeby czytelnik nie miał tutaj wrażenia, że ja po prostu jakieś Odtwarzam jednym głosem różne poglądy albo nawet ten sam pogląd. Chciałem, żeby tutaj było pewne zróżnicowanie, to tak samo, jeśli chodzi o te postaci czy różne ruchy religijne, które gdzieś tam się objawiają. Clou nadnaturalności w tej powieści miało być to, że mamy na przykład ruch ze Wschodu, który nie wydaje nam się zbyt przyjemny, a jednocześnie, co być może będzie budzić pewien dyskomfort u czytelników, słuszny, pewne rzeczy, które oni robią, wydają się działać. Mogłoby wyglądać to tak, że ja w jakiś sposób chcę pokazać, że oni mają jakąś rację, skoro są w stanie sprawić, że coś się wydarzy. Ale nie było to moją intencją. Moją intencją raczej było to, żeby pokazać, że jakieś rzeczy są być może ponad ludźmi, że z różnych perspektyw atakowany temat spraw, które przekraczają ludzkość, rzeczywiście ją przekraczają. Pewne próby obcowania z takimi rzeczami, nawet jeśli są udane, niekoniecznie dlatego, że ktoś dokonał czegoś w tym kierunku. Zwrot może być z drugiej strony. Czyli my sobie wymadlamy coś, a tak naprawdę to coś przychodzi z góry do nas. Nam się tylko wydaje, że myśmy byli w stanie tutaj coś zdziałać.
Podobnie tutaj chciałem nasiać troszkę takiego fermentu z różnych stron, pokazać te podejścia i tak naprawdę trudno powiedzieć, czy któreś z nich tutaj niesie ze sobą jakąś prawdę, czy rzeczywiście coś po prostu istnieje, a ludzie próbują różnymi językami, różnymi poglądami o tym opowiedzieć.
[44:46] - Ja mam jeszcze jedno pytanie: czy ta książka, poszczególne jej części, fragmenty były jakimś rodzajem testu, przygotowania do kolejnych książek? Ja już tę mętną swoją wypowiedź będę teraz tłumaczył. Bo jest w tej książce szereg takich zabiegów literackich. Ja wiem, że to brzmi mętnie, ale już będę tłumaczył. Na przykład kwestia pokazania się, a właściwie przemknięcia gdzieś tam być może UFO, to jest w gruncie rzeczy bardzo precyzyjnie napisana scena. Jest tam taka scena, gdzie ludzie z tego festiwalu idą w góry i w czasie tego spaceru czy też w czasie tej wycieczki gdzieś tam na chwilę, na moment UFO się pojawia albo nie, tego też do końca nie wiadomo. Ale to jest właśnie tak napisane bardzo niejednoznacznie. Jedna z bohaterek widzi, druga nie widzi, jakieś zdjęcia, coś. Ja odniosłem takie wrażenie, jakby autor testował różnego rodzaju zabiegi fabularne. Może to tak by zabrzmiało.
To, o czym powiedziałem, ta scena, to nie jest jedyna scena. Tam jest szereg takich prób rozwiązań fabularnych. Czy ja błądzę, czy to rzeczywiście jest przygotowanie do jakichś takich dynamicznych kolejnych książek?
[46:27] - Z dynamiką mam wrażenie, mam spory problem. Tak jak tutaj są te sceny, częściej to UFO się prawie pojawia niż pojawia. Być może trochę jak w życiu, bo rzeczywiście w większości to są takie momenty, jak się gdzieś o tym czyta, że człowiekowi się wydaje, że coś widział. Może mu się udało to ująć, może nie. Więc tutaj też troszkę chciałem to oddać. Ale ja mam taką wewnętrzną potrzebę, żeby zawsze pokazać trochę za mało i czasem mam wrażenie, że być może książka na tym troszkę cierpi. Nie wiem. Czasem może na tym zyskuje, bo gdzieś tam uda mi się prześlizgnąć na tej odpowiedniej wysokości, żeby za dużo nie zdradzić ani za mało. I to też było pewnie moim celem tutaj. Ta książka cała, nie brzmi to z mojej strony może najlepiej, ale ta książka była jakimś testem, powiedzmy, przeze mnie pisania dłuższej formy, bo po prostu pierwszy raz napisałem coś tej długości.
A nie jest to długość szczególnie imponująca, bo 200, jeśli tutaj dobrze patrzę, 224 strony książka ma. To nie jest długa książka. Dla mnie była dosyć trudna w pisaniu ze względu na objętość. Wcześniej wyłącznie opowiadania były czymś, w czym siedziałem. Także jeśli chodzi o sceny, takie niesamowitości tego kontaktu, to mimo wszystko wydaje mi się, że je pisałem w sposób dosyć świadomy i celowy. Natomiast sama konstrukcja książki to było coś, na czym mocno się ćwiczyłem, żeby napisać coś bardziej wielowątkowego, z większą ilością postaci, dłuższą fabułą i właśnie elementami, które, tak jak to w opowiadaniach, szczególnie w opowiadaniach grozy zazwyczaj idzie się dosyć szybko do celu i nie ma za bardzo miejsca na to, żeby budować rzeczy niepotrzebne. To jest właśnie coś, co ja mam zawsze w głowie, a mieć nie powinienem. To nie są rzeczy niepotrzebne, ale właśnie takie, które w powieści są potrzebne, żeby trochę powietrza nadać tej całości. W tym się musiałem tutaj wyćwiczyć. Nie mogłem tutaj iść cały czas z jakąś pełną intensywnością.
Stąd te na przykład też właśnie opisy gór i jakichś tam przygód górskich i wycieczek. Natomiast te sceny takie, gdzie coś się pojawia, coś dziwnego się dzieje, to takie chyba miejsca, które najprzyjemniej mi się pisało. Niekoniecznie najłatwiej, ale to jest coś, co generalnie lubię i one w jakimś stopniu pewnie są podobne do czegoś, czego wcześniej też już używałem.
[49:07] - Ja powiem tak: jeśli to był eksperyment, to moim zdaniem niezwykle udany, bo książka z formalnego punktu widzenia jest napisana modelowo. To znaczy napięcie przyrasta, ale niespieszenie. Przyrasta, przyrasta, przyrasta. Jest moment kulminacji, ale on jest dramatyczny. Później jest szybkie rozwiązanie. Taki filmowy, hollywoodzki trochę model, ale zrealizowany bardzo konsekwentnie. To znowu był test? Nie powinienem takiego pytania pisarzowi z dwiema książkami zadawać, bo skoro napisał drugą książkę, to znaczy wie, o co w tym chodzi. Ale jednak zapytam. Cóż, taka moja rola po prostu.
[50:04] - Ale nie do końca rozumiem, o co miałby chodzić ten test.
[50:07] - Chodzi o tę modelowość. Rozumiem, świadomy zabieg po prostu.
[50:15] - Tak, starałem się, żeby takim był. Przy czym to też jest tak, że ta książka powstawała w kilku wersjach i pierwsza wersja była sporo krótsza. Pewnie gdzieś tak z jedną trzecią. I miałem wrażenie, że tam pewne rzeczy nie do końca działają tak, jak trzeba. Prosiłem też parę osób, które w podziękowaniach na końcu są wymienione, o pomoc właśnie w przeczytaniu i ocenie, czy to się klei. Bo tak jak mówiłem, mam taką tendencję do cięcia, do tego, żeby jeśli wydaje mi się, że coś może jest potrzebne, może nie, to żeby jednak tego nie umieszczać. I czasem, jak się okazało, był to błąd. Musiałem podopisywać jakieś sceny, rozbudować postaci, bo jednak książka tego wymagała. Ale właśnie w toku takich różnych poprawek, których pod koniec miałem serdecznie już dość patrzenia na ten tekst. Już naprawdę nie wiem, czy byłbym w stanie teraz przeczytać, bo spędziłem naprawdę dużo czasu na tej książce.
Pod koniec już właśnie czułem, że ta konstrukcja w jakiś sposób staje się modelowa, taka, jaką chciałem.
[51:23] - Widzicie państwo, autor dzielnie przeszedł test zadawanych przeze mnie pytań, bo nikt nie potrafi tak komplikować i zagmatwać pytania jak ja. Czyli o czymś zaczynam, mówię, przekręcam i później na końcu autor nie wie, o co tak naprawdę pytałem. To właśnie było w moim wykonaniu przed chwilą. Postaram się już nie wchodzić na te rejestry, ale zapytam jeszcze o coś, co i tak każdego autora wprowadza w jakiś rodzaj konsternacji. Gdyby trzeba napisać blurb na temat tej książki i miałby to zrobić autor, to co w tym blurbie by się znalazło?
[52:03] - To jest blurb. Tylko zależy, jak to rozumiemy, bo to, co się znajduje na tyle książki-
[52:09] - Tak, właśnie o to na razie. Bo on ma to do siebie, że ten blurb jest dosyć krótki i trzeba bardzo syntetycznie tę książkę scharakteryzować. I dlatego powiedziałem, że to wredne pytanie jest z mojej strony.
[52:27] - To znaczy ja tutaj na tył książki napisałem takiego blurba, ale on jest taki właśnie, jakbym napisał też każdym innym przypadkiem. Znaczy tutaj wydawca mi troszkę pomógł. Właśnie nie wiem, czy wy go po prostu widzieliście, bo jeszcze w PDF podsyłałem książkę, więc tam może tego nie było, ale miałem z tym straszny problem generalnie, bo bardzo trudno byłoby mi coś rzeczywiście o tej książce napisać chyba w dwóch, trzech zdaniach. I mam wrażenie, że jeśli bym to próbował robić, to bym bardziej czytelnika zniechęcił niż zachęcił.
[53:02] - Okej, to teraz muszę jeszcze zapytać. Wręcz obowiązek mam zapytać, bo tego słuchacze na ogół łakną. O dalsze plany pisarskie. Bo jest książka, zaczyna się rozchodzić. No tak, ale ta książka to już jest przeszłość. A co w przyszłości?
[53:22] - Ja pomysłów zawsze mam dużo, ale bardzo wolno mi idzie ich realizacja. W tej chwili tak naprawdę takie dwa chyba kluczowe, które wiem, że się w jakiś sposób wydarzą prędzej czy później, to z jednej strony jest kolejny tom opowiadań. Pewnie potrwa to kilka lat. Moja pierwsza z dwu na razie książek istniejących, „Nocne”, to jest właśnie zbiór opowiadań, które troszkę zbierałem przez dobrych kilka lat. Mam wrażenie, że nawet 10. To jest taka selekcja tych, które uznałem, że nadają się do czytania. I tam właśnie zbierałem je bardzo długo, ale książka wyszła też z tego dłuższa niż planowałem, bo ona ma ponad 400 stron i troszkę czuję, że jest przesada. Szczególnie jak na debiutanta. Więc myślę, że jeśli kolejny zbiór powstanie, to będzie jednak troszkę krótszy i troszkę szybciej gdzieś się trafi w sprzedaży. Z drugiej strony mam taki pomysł i ten pomysł już też długo we mnie gdzieś tkwi, żeby napisać coś z gatunku, jakim jest slasher.
Czyli tak jak czytelnicy czy słuchacze pewnie kojarzą takie filmy jak „Halloween”, „Piątek 13”. Ja jestem wielkim fanem tego gatunku i przy czym ten gatunek podlega bardzo takim kilku prostym zasadom, które gdzieś tam definiują to, że to jest slasher i to są rzeczy często bardzo powtarzalne. A ja chciałbym to napisać w jakiś taki sposób zupełnie, który by z tymi regułami zrywał, jednocześnie się jakoś z nimi bawił. Przyznam, że myślę o tym od dłuższego czasu. Cały czas gdzieś to jeszcze jest nie do końca sprecyzowane, ale to na pewno gdzieś będzie musiało powstać, bo inaczej się od tego nie uwolnię. I też w jakiś sposób chciałbym, żeby ten slasher dotyczył kwestii okultystycznych, ezoterycznych, czegoś z tego obszaru. Natomiast jeśli chodzi o temat UFO, to mam wrażenie, że o ile oczywiście w science fiction ten temat pojawia się w jakimś stopniu, po prostu się pojawia, oczywiście nie w takim ujęciu. Też czasem, ale niezbyt często, że na Ziemię trafiają jakieś istoty z innych planet czy coś takiego. W horrorze jest to motyw w ostatnich szczególnie latach szalenie mało wykorzystywany i chciałbym gdzieś dalej z nim iść. Na razie poza tym, co jest w „Plamie światła”, napisałem jedno opowiadanie, które również sięga po UFO.
Powiedzmy tak w dużym skrócie to UFO, przy czym z zupełnie innej strony niż tutaj. Znów nieco nieoczywiste i troszkę oparte na faktach. Takie opowiadanie napisałem. Ono się znajdzie zapewne, to już jest potwierdzone, ale jeszcze antologia nie wyszła. „Tarnowskie Góry Fantastyczne”, jeśli dobrze pamiętam. To jest taka seria antologii tworzonych przez ludzi z fandomu, którzy pochodzą czy żyją w Tarnowskich Górach. To się może wydawać, że jakaś tam lokalna antologia, ale one są bardzo ciekawe. Świetny wybór autorów często i myślę, że ten tom będzie też bardzo dobry. On jakoś chyba w 2023 wyjść powinien. Tam z kolei sięgnąłem po taki temat, który kiedyś w jakimś podcaście, również akurat zagranicznym podcaście poświęconym sprawom paranormalnym, trafiłem.
Zrobił na mnie gigantyczne wrażenie. Mianowicie na temat, nie ma chyba na to polskiego określenia, ale w takim prostym tłumaczeniu to matek hybryd, czyli kobiet, które twierdzą, że są uprowadzane przez kosmitów po to, żeby ich komórki jajowe zostały zapłodnione jakimś kosmicznym nasieniem. I powstają z tego dzieci hybrydy. To jest coś. Są osoby, które mają takie doświadczenia. Ja już tutaj znowu nie czuję potrzeby nawet, żeby rozstrzygać, czy ich doświadczenia są prawdziwe, czy są urojone, ale są niesamowite. W takim sensie, że to jest jakieś doświadczenie przerażające. Jak o tym posłuchałem, przeczytałem, nawet obejrzałem film. Jest taki film stworzony przez takie osoby. Jeśli dobrze pamiętam nazywa się „The Seed”.
Dokumentalny film. Miałem w głowie bardzo dużo rzeczy, które później wykorzystałem w opowiadaniu. To już jest plan gotowy. Ta powieść, o której wspominam, którą chciałbym też, ten slasher to pewnie jest też jakiś odleglejszy troszkę horyzont czasowy. Nie wiem, pewnie ze dwa lata mi to zejdzie lekko. A jakichś innych pomysłów też mam sporo , ale to trudno jeszcze powiedzieć, co z nich wyjdzie.
[58:26] - Ja mam jeszcze jedno pytanie, a właściwie zagadnienie, bo tak bardzo często jest, że jak przesłuchujący, czyli ja, zadaję pytania, to zdarza się, że nie trafia w to, o czym autor chciałby powiedzieć. Rzecz naturalna, bo ja w tej chwili najbardziej kombinuję, żeby nie robić spoilerów, bo za to autorzy nie bywają wdzięczni, a i wydawcy również. W związku z tym staram się tych spoilerów nie robić, ale to w jakiś sposób mnie ogranicza i nie wszystkie pytania, które bym chciał zadać, mogę zadać. Niemniej jednak to chyba jest ten moment, kiedy autor może powiedzieć wszystko to, o co go ewentualnie przesłuchujący nie zapytał. A na temat tej książki warto by było jeszcze powiedzieć.
[59:25] - Okej, to muszę się zastanowić, co bym chciał tutaj powiedzieć. Na przykład takich rzeczy poza literackich, to ja chciałbym generalnie polecić autorkę okładki, Julię Sobolewę. Jej pracę można znaleźć, tak myślę, najłatwiej na Instagramie. Praca, którą wybrałem razem z wydawcą na „Plamę światła” jest dosyć delikatna, bym powiedział, jeśli chodzi o to, co się na niej znajduje. Ale jeśli ktoś jest zainteresowany, lubi sobie oglądać prace jakieś takie niepokojące, trochę mistyczne, trochę ezoteryczne, trochę upiorne, a może bardzo upiorne, to bardzo polecam profil Julii Sobolewy na Instagramie. Myślę, że jeśli ktoś szukałby jakiejś dobrej okładki do jakiejś takiej niepokojącej książki, można się śmiało do tej autorki anglojęzycznej, autorki ilustratorki odezwać, bo jest naprawdę fantastyczna. Co jeszcze mogę dodać o książce? Są w niej ilustracje. Również Julii, ale innej Julii, konkretnie Julii Matei, czyli mojej żony. Myślę, że te ilustracje to jest też coś, nad czym pracowaliśmy trochę razem, żeby w jakiś taki fajny sposób oddać to, co się dzieje na kartach powieści.
Ale też ja z jednej strony jakoś tam wymyślałem koncepcje ogólne do tych ilustracji, ale bardzo mi się podobało i byłem czasem zaskoczony tym, jak zostało to później narysowane. I mam nadzieję, że się czytelnikom też spodoba, bo mam wrażenie, że ilustracje to jest coś, co nie tak często się pojawia w prozie, a fajnie by było, gdyby pojawiało się częściej. Staraliśmy się, żeby ładnie całość ozdobiło. Co tu jeszcze mogłem dodać? Generalnie dużo jest w tej powieści motywów, które, ona nie jest całkiem upiorna, ale mam wrażenie, że może być niepokojąca, szczególnie w takich momentach, gdzie właśnie, tutaj też nie chcę za głęboko wchodzić w spoilery, ale są sceny, które ja bardzo lubię sam z tego, co napisałem, gdzie bohaterki na przykład medytują w sali, gdzie jest zbiorowa medytacja. I tu znowu, jak tutaj o tym powiedzieć, żeby odpowiednio to wybrzmiało i zabrzmiało. Ja jakoś te sceny trochę oparłem, zresztą część rzeczy, które tutaj się znajdują, jest oparte o jakieś moje przeżycia, oczywiście odpowiednio zmienione w literaturę, ale na przykład gdzie bohaterkom objawia się coś tam, to bazuje na czymś, co mnie się w jakimś stopniu wydarzyło. Ja generalnie uważam się za osobę raczej mocno, to takie wyświechtane, ale mocno stąpającą po ziemi. Wykształcenie mam techniczne, pracę techniczną, ale różne dziwne rzeczy się czasem mimo wszystko potrafią wydarzyć i lubię sobie takie rzeczy bez szczególnej oceny co do ich realności oceniać. A jak się da, to też zawrzeć w prozie.
Myślę, że jeśli ktoś z potencjalnych czytelników ma jakieś doświadczenia tego typu związane z rzeczami ezoterycznymi, to ja zachęcam właśnie do skonfrontowania, czy może ktoś coś bliskiego znajdzie w tym, co tutaj wprowadziłem.
[01:03:21] - Ja jeszcze też na koniec coś powiem, bo to pewno nie wybrzmiało w książce, bo się pod żaden wątek nie podwiązywało. Książka jest dosyć krótka, ale jest tam kilka fajnie narysowanych, aczkolwiek delikatną kreską, typów ludzkich. Powtarzam, jest osiągnięte dosyć delikatnymi pociągnięciami, ale te typy ludzkie, na przykład gospodyni tego miejsca, w którym ten festiwal się odbywa, to jeden z przykładów. Okazuje się, że można stworzyć postacie, które są bardziej skomplikowane niż się na początku wydaje i można by zrobić z tych osób, z tych postaci takie laleczki, które sobie po tej scenie powieściowej krążą i żadnej głębi nie mają. Tymczasem autor robi tutaj taki zabieg, że bardzo wiele z tych postaci to nie są kartonowe, papierowe ludziki, tylko wręcz przeciwnie, coś tam jest, jakaś tajemnica za nimi stoi. Czasami bardziej wyjaśniona, czasami mniej, ale to sprawia, że nawet ta oszczędna kreska, ta literacka, oszczędna kreska sprawia, że te postacie nie są papierowe. To dla mnie też jest zawsze w książce duża wartość. Poznaję nowych ludzi na kartach książki. To fajne doświadczenie po prostu.
[01:05:04] - Bardzo się cieszę, że to słyszę, bo też jest to coś, co starałem się zrobić i cieszę się, że w jakiś sposób udało mi się. Bo tak jak mówiłem, ja mam cały czas straszne poczucie, że muszę oszczędzać czas czytelników i starałem się w tej książce nie tworzyć rzeczy niepotrzebnych i jeśli coś właśnie rysowałem te postaci, starałem się robić to bardzo oszczędnie, ale żeby jednak jakaś wartość z nich płynęła, żeby to rzeczywiście były postacie, o których można by napisać coś więcej, gdyby było na to miejsce. I nie wykluczam, że być może w jakiś sposób będę do tych postaci niektórych jeszcze sięgał, bo to jest coś, co jeśli ktoś przeczytał „Nocne”, poprzedni tom mój, poprzedni zbiór, to zauważył, że ja lubię robić taki recycling postaci. Co prawda często on jest dosyć dziwny, dlatego, że często te postacie umierają, a później w kolejnych tekstach znowu żyją w trochę innym. Po prostu nadaję to samo imię postaciom, które i tak umrą. Myślę, że dodaje to ciekawego charakteru tej poprzedniej książce. Tutaj pewnie w ten sposób by nie dało się tego zrealizować, bo to jednak postacie trochę innego typu, ale pewnie chciałbym gdzieś przynajmniej jakoś do nich jeszcze nawiązać, bo też się troszkę z nimi zżyłem.
[01:06:40] - Cóż, ja pięknie dziękuję za odwiedziny w „Bibliotekarium 2.0”. Polecamy się na przyszłość przy kolejnych książkach. Bardzo będzie nam miło gościć w naszej audycji. I cóż, czytajcie państwo „Plamę światła” Pawła Mateji.
[01:07:02] - Bardzo dziękuję za przestrzeń tutaj na antenie. A jeśli jeszcze tylko mogę Na koniec jeszcze się wepchnąć z taką reklamą, już nie mnie, ale generalnie też chciałem polecić wydawnictwo Dziewięć, które wydało mi tę książkę i myślę, że to jest jedno z najciekawszych obecnie, moim zdaniem, wydawnictw związanych z fantastyką, horrorem. Choćby dlatego, że redaktorem książki, który zrobił mi niezłą sieczkę z tekstu, jest Krzysztof Grudnik. Mam nadzieję, że ktoś o nim usłyszał, bo napisał taką książkę jak „Okultyzm i nowoczesność”. Również w wydawnictwie Dziewięć. To jest naukowa czy popularnonaukowa książka i trochę literatury, trochę okultyzmu.
[01:07:51] - Odwracam głowę w prawo i widzę tę książkę na swojej półce. A jeśli chodzi o wydawnictwo Dziewięć, to my mamy sumienie czyste. Z dużą frajdą polecamy książki tego wydawnictwa, bo tam się naprawdę ciekawe rzeczy pokazują. Jeszcze raz pięknie dziękuję.
[01:08:12] - Również dziękuję.
[01:08:17] - To chyba najlepszy moment, żebyśmy troszeczkę zmienili temat, bo UFO to temat ważny i tak jak powiedziałem na początku audycji, przed publikacją informacji i wywiadu o „Plamie światła”, temat jak najbardziej atrakcyjny, co widać chociażby po słuchalności „Debat Ufologicznych”. Ale teraz skręcamy, idziemy w inny zaułek naszej uczelnianej rzeczywistości i proponuję państwu wykład Marka Oramusa. Prelekcję wygłoszoną kilka lat temu na festiwalu w Mierkach. To był festiwal w Nidzicy, który miał edycję w Mierkach, bo zamek był wtedy remontowany i Sadeńkon, tak nazywany od pewnego czasu, przeniósł się do Mierek. Piękna miejscowość nad jeziorem, piękny ośrodek. I tam Marek Oramus, który był świeżo po wydaniu książki. Był czerwiec 2019. Marek był tuż po wydaniu książki „Wszechświat jako nadmiar” i na festiwalu w Mierkach o tej książce opowiadał. Zanim pójdziemy w stronę wykładu, w stronę prelekcji, też państwu chciałem kilka rzeczy i o książce, i o samym autorze opowiedzieć. Otóż Marek Oramus to postać niezwykle ciekawa.
Urodzony w 1952 roku w miejscowości podkrakowskiej, pewno się znowu pomylę, jak będę czytał, Siepraw. Urodził się w Sieprawiu. To koło Krakowa, tak jak już powiedziałem. Nie wiem, czy państwo znacie. Dla mnie to pisarz naprawdę ważny. Kiedy ukazała się jego pierwsza powieść na początku lat 80. „Senni zwycięzcy”, to było duże wydarzenie. Nie wiem, jak ta powieść odbierana jest dzisiaj, ale wtedy to była niezwykle ważna powieść. Ale kilka słów o Marku Oramusie. On ukończył w 1975 roku studia zupełnie nie pisarskie.
Tak by się mogło wydawać. To, proszę państwa, złudzenie. A te studia to był Wydział Mechaniczno-Energetyczny Politechniki Śląskiej. Widać to nie do końca spełniało różnego rodzaju wymagania intelektualne Marka Oramusa, bo ukończył również studium pomagisterskie w zakresie dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. To było w 1977 roku, ale pisał już wcześniej. Od 1972 współpracował z gliwickim oddziałem tygodnika studenckiego „Politechnik”. Tam się zresztą poznał z Maciejem Parowskim i z innymi ludźmi, z którymi później przez lata współpracował, tworzył różnego rodzaju projekty związane z fantastyką. Marek Oramus był też zastępcą redaktora naczelnego w tygodniku „Itd.” To w latach 1983-1986. Nie, to było wcześniej. A w latach 1983-1986 prowadził w „Przeglądzie Technicznym”, w którym pracował również Maciej Parowski, dział recenzji poświęcony fantastyce.
W tym samym piśmie, w „Przeglądzie Technicznym” pracował Marek Oramus. On tam puszczał różnego rodzaju opowiadania science fiction. Pod koniec numeru w tylnej części zawsze jakieś opowiadanie SF się pojawiało. Marek Oramus jest też autorem cyklu, moim zdaniem świetnego cyklu publicystycznego, felietonów pod zbiorczym tytułem „Piąte piwo”. Chyba dobrze kojarzę. Tak, „Piąte piwo”. Musiałem w notatki spojrzeć. „Piąte piwo”. Ten cykl felietonów się przenosił, bo był publikowany najpierw na łamach „Feniksa”, później w „Nowej Fantastyce”, a później, kiedy na krótko odrodził się „Feniks” jako „Feniks. Antologia”.
A to również w tamtych numerach „Feniksa. Antologii”. 55 spośród tych felietonów ukazało się w książce „Rozmyślania nad tlenem”. Radzę odszukać w antykwariatach. To jest rzecz dostępna na Allegro również. Jeśli chodzi o twórczość pisarską, to Marek Oramus debiutował w 1972 roku, ale jeszcze nie fantastyką. To było na łamach „itd.”, taka humoreska pod tytułem „Paczka”. Ale już kilka lat później, trzy lata później, w 1975 roku zadebiutował na niwie science fiction. To było opowiadanie „Eutanazja” zamieszczone w „Politechniku”. Później oczywiście ukazywały się różne opowiadania, ale później pojawił się rok 1983 i powieść, o której wspominałem, czyli „Senni zwycięzcy”.
Dlaczego to była taka ważna powieść? Między innymi dlatego, że 1983 rok, tuż po stanie wojennym czy być może — tu wybaczcie państwo, już pamięć nie ta — nie pamiętam, czy stan wojenny był zniesiony. Na pewno był zawieszony. I przedstawia w książce „Senni zwycięzcy” wizję zamkniętego społeczeństwa. Społeczeństwa manipulowanego, teoretycznie żyjącego na łamach... Nie wiem, skąd te łamy mi się wzięły. Żyjącego na pokładzie dziesięciornicy, takiego statku Arki, który podąża gdzieś w głęboki kosmos. Ciekawa rzecz, tam jest gadające piwo. Jeden z charakterystycznych gadżetów Marka Oramusa. W każdym razie ta powieść zostawiła we mnie duży ślad.
Myślę, że nie tylko we mnie. Ją się wspomina do dzisiaj obok twórczości Zajdla z jego sławnymi powieściami „Limes inferior”, „Wyjście z cienia”, „Cała prawda o planecie Xi” czy wcześniejszy „Cylinder Van Troffa”. Powieść „Senni zwycięzcy” to jest to. W tym samym nurcie przypomnę Maciej Parowski „Twarzą ku ziemi” czy nasz drogi nieobecny Wiktor Żwikiewicz i jego powieść „Druga jesień”. To wszystko socjologia, pokazywanie manipulowania społeczeństwem, pokazywania pewnych procesów społecznych. Oczywiście na tle losów jednostek, ale pokazywanie tego, co z nami jest w stanie robić władza. Nie oprę się temu, żeby nie napomknąć, że te książki wydawały się po 1989 roku, że to są książki, które wraz z komuną odeszły w przeszłość. Że społeczeństwo zamknięte, manipulowane, oszukiwane, tak naprawdę ciemiężone i wpędzane w jarzmo, to jest rzecz miniona. I wybaczcie państwo tę łatwą, publicystyczną tezę, którą postawię, ale książki Zajdla, Oramusa, Żwikiewicza, Parowskiego wydają mi się dzisiaj chyba jeszcze bardziej aktualne. Jeśli się państwo rozejrzycie, co zaczyna z nami wyprawiać władza pod pozorem demokracji.
Wmawia się nam cały czas, że żyjemy w demokracji. Mówię tu o Polsce, mówię w ogóle o świecie, nazwijmy to, zachodnim. Wmawia się nam, że żyjemy w demokracji, a tymczasem jak to jest, proszę państwa, że są elity, które wiedzą lepiej i szary plebs to my właśnie, któremu się tłumaczy, jak powinien ten plebs żyć. Z jednej strony się mówi, że pewne decyzje podejmuje się demokratycznie, większością głosów, a z drugiej strony mówi się, ale są ludzie, którzy wiedzą lepiej i o pewnych sprawach dyskutować nie będziemy. Pierwsza z brzegu, taka bardzo charakterystyczna. Czy ktoś państwa pytał, jak to wygląda z karą śmierci? Bo nie wiem, czy państwo wiecie, ale w latach 90. w Polsce, w której podobno zaczęła panować demokracja, większość ludzi opowiadała się za karą śmierci. I w tym demokratycznym społeczeństwie jednak pojawiły się siły, które powiedziały: „Tak, demokracja demokracją, ale my tu wiemy lepiej, że kara śmierci nie powinna być wykonywana. Nie powinno jej w ogóle być”.
Jeśli państwa nie przekonuje ten przykład, bo to przykład drastyczny, odbieranie komuś życia. Dobrze, rozejrzyjcie się państwo wokół i znajdziecie państwo bardzo wiele przykładów, w których dostajecie komunikat: „Nie, o tym nie będziemy dyskutować. To jest przecież oczywista oczywistość. Gdzie, przecież nie będziemy robić referendum na ten temat. Tak jest i koniec”. Ja mam wrażenie w ogóle, że to dotyka nas coraz częściej. Być może jest to wrażenie mylne. Chętnie podejmę polemikę i chętnie wysłucham argumentów, które przeczą temu, co mówię. Ja przynajmniej odnoszę takie duszne wrażenie, że coś takiego wokół nas występuje. I mówiąc wokół nas, jeszcze raz to podkreślę, nie mam na myśli Polski.
Mam na myśli świat Zachodu, w którym cały czas trąbi się głośno o demokracji, a jednocześnie mówi się o elitach, które są mądrzejsze i które wiedzą, jak powinno być i w związku z tym tego motłochu, hołoty nie będą pytać o zdanie. Jak się da te klocki poskładać w całość Demokrację z takim nieegalitarnym, tylko właśnie z wyróżnieniem pewnych grup, pewnym oddzieleniem tych grup i daniem tym grupom patentu na nieomylność. Jak to można w ogóle pogodzić? Okazuje się, że są tacy, którzy to godzą, którzy przyjmują z pokorą to, że są wśród nas mądrzejsi, którzy niejako z urodzenia albo z racji niebanalnych cech swojego umysłu mają prawo, a co więcej, nawet powinni nam mówić, jak powinniśmy żyć. Ja się z tym nie zgadzam, ale zupełnie nikt nie będzie pytał mnie o zdanie, więc mogę się nie zgadzać. Tylko jeszcze państwu chciałbym o Marku Oramusie powiedzieć, że tak jak powiedziałem, „Senni zwycięzcy” i właśnie cały czas nie jestem pewien, czy to był 1983 czy 1982 rok. Stawiałbym jednak na 1983, ale pewności nie mam, więc jak państwo sprawdzicie i się okaże, że nie miałem racji, to nie miałem racji. Ale dosyć szybko, w 1985 roku ukazała się książka zatytułowana „Arsenał”. To też jest science fiction. Tym razem wyprawa kosmiczna leci ku gigantom w Układzie Słonecznym, gigantom planetarnym, a wszystko inne to byłoby już spoilerowanie.
W związku z tym oszczędzę tego państwu. Później się pojawiła książka, która moim zdaniem powinna być absolutnie książką obowiązkową do czytania. Jako obowiązek to wiadomo, że się zawsze znajdą kontestatorzy, ale w każdym razie warto ją przeczytać. To jest „Dzień drogi do Meori” w 1990 roku, tak jak powiedziałem. Później było już różnie. Te książki się ukazywały raz częściej, raz rzadziej, ale było „Święto śmiechu” wydane w Supernowej w 1995 roku. Fajna książka, którą lubię, „Kanka na wulkanie”. Zresztą w swoim czasie z Wiktorem pisaliśmy tak zwaną inspirę dotyczącą tej książki, czyli opowiadanie, takie opowiadanko właściwie, shortcik inspirowany książką. Wymyśliliśmy z Wiktorem wstrząsającą rzecz, ale zainspirował nas właśnie Marek Oramus. To w Prószyńskim i S-półce w 2009 roku.
I wreszcie „Trzeci najazd Marsjan” w 2010 roku w Media Rodzinie. Ale były też zbiory opowiadań. To „Hieny cmentarne” w koszmarnej okładce, takiej jakby z pazłotka wykonanej w 1989 roku. To Śląsk miał taką serię złotą. Tam się ukazywały książki różne, ale ta książka „Hieny cmentarne” tytułowe opowiadanie, to nie wiem, czy państwo wiecie, czy kojarzycie, w latach 80. w Fantastyce ukazało się opowiadanie zatytułowane „Platozetl”, chyba jakoś tak. To było właśnie to opowiadanie, „Hieny cmentarne.” Ponieważ naczelny Fantastyki, Adam Holanek nie zgodził się, żeby „Hieny cmentarne” się pokazywały. To było nie po linii i nie trendy. W związku z tym się pojawił „Platozetl”, ale na szczęście później w tym tomie, który był zbiorem opowiadań, tytuł został przywrócony. „Hieny cmentarne” stały się „Hienami cmentarnymi”.
W Solarisie w 2002 roku ukazał się zbiór opowiadań „Rewolucja z dostawą na miejsce”. Warto też powiedzieć, że wszystkie książki Marka Oramusa wydał Wojtek Sadeńko w takiej serii zbiorczej. Ja ją nazywam kolorową serią, bo każdy tom ma inny kolor. One są w jednolitej szacie graficznej, bardzo pięknej zresztą. I Wojtek Sadeńko to wydał. Nie pamiętam, ile to jest już tomów, bo to jeszcze zaczęło się ukazywać w Solarisie. Chyba skończyło w kontynuacji Solarisu, czyli w wydawnictwie Stalker Books. Ale jeśli państwo nie macie jakiegoś utworu, jakiegoś zbioru opowiadań albo powieści Marka Oramusa, to warto sięgnąć po to zbiorcze wydanie, chyba dzieł wszystkich albo w każdym razie dzieł najlepszych Marka Oramusa. Powtarzam, na początku wydawnictwo Solaris, a teraz już tych tytułów należy szukać w Stalker Booksie. Powiedziałem, że Marek Oramus wygłosił prelekcję, którą państwo za chwilę usłyszycie przy okazji promocji książki „Wszechświat jako nadmiar”.
Był czerwiec 2019 roku. No i Marek o tej książce będzie za chwilę państwu mówił. Ja tylko zacytuję, właściwie tu już nie będę mówił sam, tylko posiłkować się będę tekstem, który zamieściło wydawnictwo. Książka składa się „z małych opowieści o wielkim kosmosie, a także z tekstów o końcu świata, o naszych wyobrażeniach na temat kosmitów oraz o udanych i chybionych próbach przewidywania przyszłości. Przy okazji 50-lecia lądowania na Księżycu autor zastanawia się, jak wyglądałaby ziemska astronautyka bez tego ciała niebieskiego, jak przedstawiano Księżyc w literaturze SF i czy dojdzie wkrótce do nowego wyścigu na Srebrny Glob.” Nie obawia się dywagować o sensie wszechświata oraz o pomyśle, że jest to gigantyczny komputer, który coś oblicza. Tytułowy tekst stawia tezę, że potrzeba było tak ogromnego nadmiaru masy energii i przestrzeni, by w jednym miejscu kosmosu powstała cywilizacja istot rozumnych. Nawet gdy autor bierze się za tematy podejmowane wcześniej w literaturze popularnonaukowej, czyni to w sposób odmienny od tradycyjnych ujęć. Wielokrotnie jego sądy idą pod prąd ustalonych poglądów, a dodatkową atrakcją jest odwoływanie się do literatury SF, która w ten sposób staje się tłem i kontrapunktem tych wywodów. Erudycja, kompetencja i szerokie spojrzenie na spektrum tematów związanych z miejscem ludzkości w kosmosie. Oto zalety wyróżniające książkę „Wszechświat jako nadmiar”, wyróżniające ją z grona podobnych opracowań.
Proszę państwa, po takim wstępie mogę już tylko państwa zaprosić na prelekcję Marka Oramusa.
[01:26:46] - Zaczynajmy może, skoro jest taki termin. Proszę państwa, ja tu przyszedłem ordynarnie opowiadać o książce, którą wydałem dwa dni temu, i przy okazji o Księżycu, bo to się jedno z drugim wiąże. Nie wiem, co zapisali w tym naszym info, jak wygląda Księżyc 50 lat po Armstrongu. On wygląda dokładnie tak samo. Nie ma co spodziewać się jakichś nowości. Natomiast wokół Księżyca się bardzo dużo dzieje w tej chwili. Już samo to, że wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence jakieś dwa, trzy miesiące temu odezwał się, że w ciągu pięciu najbliższych lat Amerykanie wracają na Księżyc i będą prawdopodobnie tam lądować i coś będą kombinować. Nie wiem, czy im nie zapaliło się pod tyłkiem z tego prostego powodu, że Chińczycy wylądowali na odwrotnej stronie Księżyca łazikiem samobieżnym. Przysłali swoje zdjęcia i to jest dla nich groźny sygnał, ponieważ jeżeli będą zasypiali gruszki w popiele księżycowym, to za chwilę Chińczycy im tam postawią bramki i sprawdzą paszporty jak Amerykanie wylądują następnym razem. Oni by chyba nie chcieli do takiej sytuacji dopuścić.
[01:28:25] - Wracając: Chiny a Ameryka to chyba hel 3 jako alternatywne źródło energii. Na Księżycu jest tego tak dużo, że teraz i Chińczycy, i Amerykanie próbują coś zrobić z tym celem, go pozyskać i sprowadzić na Ziemię.
[01:28:41] - Przede wszystkim hel 3 jest przereklamowany w tym sensie, że być może jest go tam dużo. Być może jest go tam bardzo dużo. Natomiast my nie potrafimy w tej chwili z helu 3 skorzystać. Nie mamy technologii, która pozwoli załadować aparaturę helem i ten hel przemienia się natychmiast w czystą energię, bo takie ma właściwości. Więc jeżeli dojdą do tego, jak hel 3 wykorzystywać na Ziemi czy na Księżycu, bo to potem jest kwestia transportu tej energii, to nie jest proste, to już lepiej ten hel 3 przewozić, to wtedy się zgodzę, że to się do czegoś nada. Na razie hel 3 leży w pyle księżycowym i w regolicie, czyli w tych odłamkach skalnych, które pokrywają powierzchnię Księżyca. I chwilę jeszcze tak będzie, bo na nic się innego nie zanosi. Natomiast dzieją się rzeczy takie, że Amerykanie uruchomili satelitę, który krąży wokół Księżyca po orbicie biegunowej. Orbita biegunowa pozwala na właściwie pokrycie obserwacją całości powierzchni Księżyca. I to jest już sygnał.
On od jakiegoś czasu krąży. To nie jest wczoraj wystrzelony, tylko to jest kilka lat tych obserwacji. Niemniej obserwację najważniejszą wykonała japońska sonda, która lata od wczesnych lat 2000 i chyba w 2005 roku sfotografowała ona wejście do tak zwanej jaskini lawowej. Jak macie Księżyc w pełni, to mniej więcej na godzinie 10:00 jakiś centymetr od brzegu jest miejsce położenia tej jaskini lawowej. To jest jaskinia, która ma 50-metrowe wejście, ma 50 kilometrów długości. Szerokość tam jest oczywiście zmienna, ale to jest kilkaset metrów i strop wisi od kilku metrów do 200 pod powierzchnią Księżyca. Więc to jest idealne miejsce na bazę, żeby się tam schować, żeby coś tam umieścić i tak dalej. Notabene jeden ze skasowanych programów Apollo miał lecieć w to miejsce i pechowo nie poleciał, bo Amerykanie wydali się sobie oszczędni i tam akurat nie pojechali, gdzie było coś ciekawego. Gdyby się udało wtedy tam polecieć, prawdopodobnie program Apollo by został przedłużony, bo to są ciekawostki. Trzeba by zbadać Czy te ściany są w stanie utrzymać obciążenie, którego wymaga baza księżycowa?
Czy da się to jakoś wzmocnić? Jakiego rodzaju to jest skała? Czy można tam coś cementować? Nie wiem, jak się cementuje w próżni albo zbroi, ale tam by trzeba wykonywać ostre roboty budowlane. Zalety jaskini lawowej są takie, że chroni ona przed zmianami termicznymi, które są na powierzchni Księżyca ogromne i chroni przed promieniowaniem, które też nie jest małe, bo jak wiadomo, tam nie ma atmosfery. Pole magnetyczne jest bardzo małe, właściwie go nie ma wcale. To promieniowanie dochodzi do samej powierzchni i do ludzi, którzy tam chodzą, czy chodziliby po tym Księżycu, czy mieszkaliby na powierzchni Księżyca. Jest drugi problem związany z jaskiniami lawowymi. Mianowicie zdaje się, że na Księżycu jest woda. Nie wiadomo, czy to jest woda, ponieważ rodzaj detekcji jest taki, że wykrywa wodór, więc ten wodór, chcesz powiedzieć, że znasz się na tym?
[01:33:04] - 90 PK na tonę materii księżycowej. Tak się ocenia.
[01:33:09] - Ale to są już jakieś oficjalne-
[01:33:12] - Grupy hydroksylowe teraz oznaczają nie tylko wodór, jest troszeczkę krok w lepszą stronę.
[01:33:18] - Ja wiedziałem, że wykrywają wodór i że starają się w tej chwili to wykryć lepszymi metodami, które co innego wykrywają, żeby zmierzyć, czy ta woda jest, czy nie ma. Bieguny Księżyca nie wyglądają tak jak bieguny Ziemi. To jest truizm, ale oś obrotu Księżyca nie jest pochylona tak jak oś obrotu Ziemi. W związku z tym, jak tam na coś słońce nie pada na biegunie, to nie pada cały czas i ten lód ma na przykład -200 stopni, jest przykryty prawdopodobnie jakimś pyłem i tak dalej. Trzeba by usiąść na tym biegunie i wkopać się w to, zobaczyć, jakiego rodzaju to jest woda, czy ona nie jest na przykład zanieczyszczona jakoś brzydko, czy to nie jest coś promieniotwórczego, czy ile tej wody przede wszystkim. Bo gdyby ta woda była na miejscu, to dramatycznie spadają koszty transportu wody z Ziemi, bo wtedy tej wody nie potrzeba. Gdyby tej wody było bardzo dużo, a sądzą, że na kraterze Aitken, to jest krater na biegunie południowym, może jej być sporo, to wtedy można tam nawet wystawić hotel i zrobić baseny na Księżycu, w których by się milionerzy kąpali albo jacyś nowożeńcy, którzy tam mają ochotę spędzić noc poślubną. I takie miejsce nabiera walorów turystycznych. Jak wiadomo, w tej chwili turystyka to jest coś, na czym można zrobić pieniądze. Przy okazji może tam powstaje jakaś baza naukowa i tak dalej.
I to byłby może taki pierwszy zalążek wesołego miasteczka na Księżycu, które potem się zamieni w smutne miasteczko, tak jak Zajdel opisywał w swojej powieści „Cylinder Van Troffa”. I jeszcze coś tam się działo na tym Księżycu, ale uciekło mi w tej chwili z głowy. Słucham?
[01:35:27] - „Księżycowa nostalgia” się działa.
[01:35:29] - „Księżycowa nostalgia”. Ja pisałem do tej książki, jak Księżyc występuje w literaturze science fiction, także zachęcam do kupienia. Ten tekst liczy około 20 stron, przekopałem się przez masę literatury i są tam rzeczy znane i nieznane, i zupełnie nieznane, które mnie zaskoczyły. Między innymi dowiedziałem się, że jest książka „Okrutny księżyc” Agisa Budrysa, którą tłumaczył Lech Jęczmyk. Ona wyszła w „Fantastyce” w trzech odcinkach. Ja jej wtedy nieszczęśliwie nie przeczytałem, ale teraz ma być wznowiona bodajże w Zysku i Spółce i sobie ją przeczytamy spokojnie w wydaniu książkowym. Tej literatury jest naprawdę sporo. Nie o wszystkim napisałem. Są bardzo ciekawe rzeczy. Podzieliłem to na oczywiście część historyczną, jak sobie wyobrażano podróże na Księżyc, potem jak sobie wyobrażano mieszkańców Księżyca, jak sobie wyobrażano kolonie ludzkie na Księżycu.
To już jest późniejszy Zajdel. Byłem pod wielkim wrażeniem po przeczytaniu „Trylogii księżycowej” powtórnie. Jak ją czytałem po raz pierwszy, to chyba nic nie zrozumiałem albo nic nie zapamiętałem z tego. W tej chwili widzę, jaka to jest przejmująca książka, jak tam wspaniale zostało oddane paskudne położenie tych podróżników, bo oni się wystrzelili metodą z działa, tą, którą rozpropagował Verne. Siedli tam, ale bez możliwości powrotu. Na szczęście na odwrotnej stronie księżycowej występowało i powietrze, i woda, i grunty orne, i jakiś zwierz, na którego można było zapolować. Występowali niestety tak zwani szernowie, czyli rdzenni mieszkańcy, ciężcy bardzo do wygubienia. I ta postać szerna, myślę, udała się Żuławskiemu najlepiej, bo to były takie ptasio-nietoperzo-orlo jakieś sępie stworzenia, bardzo inteligentne, porozumiewające się ni to skrzeknięciami, ni to wyświetlaniem jakichś kombinacji światełek na czole. Były trzy oczy, tak że ewolucja im dała bardzo dobre organy do wszystkiego. I jeszcze mieli niesamowite moce seksualne.
Tak to chyba trzeba nazwać, bo mieli taką parę rączek pod skrzydłami i jak tymi rączkami ucapił kobietę gdzieś tu pod żebrami, to natychmiast zachodziła w ciążę, rodząc tak zwanego morca, czyli mieszańca. Tych morców straszliwie mieszkańcy lud sadowali. Zabijali, zakopywali żywcem w materiale księżycowym. Szernowie przyjmowali ich na służbę, ale też nimi pomiatali. Tak że nie było dobrze być morcem na Księżycu. Teraz powiedzmy sobie tak, że zbliżamy się do wielkiej rocznicy lądowania na Księżycu, wielkiej w sensie równej. Jest 50-lecie lądowania na Księżycu. I z tego powodu sądziłem, że się zacznie jakiś rejwach. Ponieważ przewidziałem coś takiego, co przydarzyło się Maciejowi Parowskiemu, że się może przydarzyć mnie i to wkrótce, bo się coraz gorzej czułem, to pomyślałem sobie, że czas spakować dobytek i robić porządek w tak zwanej twórczości. I wydałem dwie książki składankowe, popularnonaukowe.
Pierwsza to były te wywiady, o których nie wiem, czy tu mówiłem, ale one się już ukazały rok temu. Tytuł jest „Na niebie i ziemi”. Natomiast to jest druga składanka z tekstów, które drukowałem i w „Fantastyce”, i potem w „Plus Minusie”. To jest taki dodatek sobotni do „Rzeczpospolitej”, gdzie ja pisuję. I tych tekstów się zrobiło coś kilkadziesiąt, ponad 50, 60. Zobaczyłem, że można z tego wybrać i coś ułożyć. I teraz był problem, jak to sprzedać. Pomyślałem sobie, że może pomoże mi w tym rocznica 50. lądowania na Księżycu i napisałem taki konspekt do Zyska i Spółki. Tam się tym, o zgrozo, zainteresowali.
Tylko mi powiedzieli, że jeżeli ma książkę nieść 50. rocznica, to dział księżycowy w tej książce jest anemiczny. On liczył wtedy chyba cztery teksty. Musiałem wziąć dopisać następne. W tej chwili liczy osiem tekstów i zajmuje gdzieś, nie wiem, z trzecią część tej, może 130 stron. To trochę mniej niż jedną trzecią tekstu. I musiałem się przebić przez te wszystkie historie astronautyczne. Zresztą ja bardzo lubię astronautykę. Mnie się wydaje, że to jest taki dział techniki, w którym się sprzęga, że tak powiem, rozum konstruktorów z dzielnością ludzi. Jeżeli ktoś widział film „Pierwszy człowiek” o Armstrongu, który jako pierwszy zszedł na powierzchnię Księżyca, to zobaczył taką rowerową technikę lat 60., która właściwie na każdym kroku człowiekowi czymś groziła.
Pokazane tam było na przykład, jak Armstrong opanowywał awarię rakiety Agena. Z tą rakietą Apollo, to jeszcze była poprzednia generacja pojazdów Gemini. Któreś Gemini miało się z tym połączyć. Połączyło się i nagle całość wpadła w tak straszliwe obroty, że tracili prawie przytomność. I Armstrong dzięki swojej kompetencji, dzięki temu, że myślał, a nie tylko tracił przytomność, wyszedł z tego, wyprowadził to i prawdopodobnie w nagrodę za to został mianowany kierownikiem lotu na Księżyc i tym, który zejdzie. De facto to było mianowanie na bohatera epoki. Drugi na przykład, Buzz Aldrin, który zszedł jako drugi właśnie na powierzchnię Księżyca, z kolei zasłużył się tym, że Amerykanie mieli bardzo duże problemy z wyjściem w otwarty kosmos. Wiadomo, że po stronie rosyjskiej wyszedł pierwszy Leonow i on sobie tam jakoś radził, ale z powrotem nie mógł wejść, bo mu się skafander rozdął i tego nie przewidzieli. Jakoś go wciągnęli z powrotem. Amerykanie nie mogli tego opanować.
Tam były problemy z wilgocią. Jeden z tych astronautów po prostu nic nie widział, bo mu tak to wszystko zaparowało. Już nie było mowy o robocie jakiejkolwiek w tym kosmosie. Aldrin przeanalizował to, zrobił sobie takie pasy z narzędziami, obwiesił się tym, wszystko miał na swoim miejscu i u niego to bardzo gładko przebiegło. I myślę, że nagrodą za to było mianowanie go do załogi księżycowej. Natomiast trzeci z tej paczki, Aldrin, Collins Collins, czyli pilot modułu orbitalnego wokół Księżyca, nie zasłużył się niczym wielkim, oprócz tego, że sprawnie wziął i przepilotował to wszystko na Księżyc, na Ziemię i wokół Księżyca. To byli ci ludzie, którzy odwalili to lądowanie. To lądowanie miało wymiar absolutnie polityczny. Trzeba było tam po prostu wylądować i przeżyć. Takie mieli zadanie, a co przy okazji zrobią, jakie kamienie tam nakopią i co przywiozą, to się właściwie nie liczyło.
Era tych lądowań, gdzie decydowały względy naukowe, to jest od Apolla 12. Trzynastka, jak wiadomo, miała awarię i cudem sprowadzono ludzi na Ziemię. 14, 15, 16, 17. To były ostatnie lądowania, a potem były trzy skreślone lądowania, które się nie odbyły ku mojemu wielkiemu żalowi, bo jeden miał być do Wzgórz Mariusza, w których jaskinię lawową wykryto. Tych jaskini lawowych jest w tej chwili podobno około 200, bo tyle naliczono wejść do takich jaskiń. Wtedy oczywiście fotografowanie Księżyca było na takim poziomie, że mało co było widać. W tej chwili fotografuje się z dokładnością do jednego metra. Leszek, jakbym coś grubo tu przekłamywał albo oszukiwał, to masz prawo i obowiązek natychmiast wstać i mnie poskromić, żebym tu ciemnoty nie wciskał.
[01:45:27] - Nawet z lepszą dokładnością, dlatego że na zdjęciach, już nie najnowszych, widać wręcz ślady stóp. Te ścieżki, którymi astronauci przebywali na Księżycu. Także na zdjęciach są nawet ślady stóp astronautów.
[01:45:46] - Te jaskinie lawowe występują również na Ziemi, ponieważ Ziemia i Księżyc są krewnymi bliskimi. Są zrobione z tej samej materii właściwie. Teoria powstania Księżyca, która obowiązuje w tej chwili, polega na tym, że we wczesnym etapie tworzenia się Układu Słonecznego, jakieś 4,5 miliarda lat temu, kiedy planety były właściwie w formie rozżarzonych lawowych kul, stygły i dochodziło do masy zderzeń, bo przy takim tworzeniu się układu planetarnego zawsze jest tych planet więcej niż potrzeba. Niektóre zostają wyeksmitowane na zewnątrz i tworzą tak zwane planety swobodne, inne spadają na Słońce w wyniku wypadków grawitacyjnych, jeszcze inne zlepiają się ze sobą. Masa kolizji jest i prawdopodobnie z tych modeli, które w tej chwili mamy i w które wierzymy, doszło do kolizji Ziemi z ciałem wielkości Marsa. To ciało ma nazwę w tej chwili swoją, nazywa się Theja. Theja prawdopodobnie podróżowała po orbicie takiej samej jak Ziemia i doleciała do niej od tyłu i częściowo od góry. Tak jakby zsunęła się po niej z góry. Nie wiem, jakie tam były prędkości, bo tego nikt nie wie. W każdym razie oderwała spory kawał płaszczu Ziemi i to wszystko uleciało w kosmos.
Oczywiście część została z Ziemią, część przybysza i część Ziemi, duża. Natomiast to, co odleciało w kosmos, wyobrażam sobie jako takie warkocze z ciasta do strucli. One się ze sobą jakoś pozlepiały. Oczywiście potem pod ciśnieniem to się jakoś we wnętrzu wyrównało. Natomiast na powierzchni to jest ciągle taka jakby strucla, te warkocze są pozlepiane i tam jest, zdaje się, masa dziur. Tak by na to wskazywały, jeżeli to jest prawda, że jest 200 wlotów do takich jaskiń lawowych. Gdyby to była prawda, to mamy pełno miejsca na Księżycu do robienia baz księżycowych i kto sobie tylko chce, to może tam swoją działkę znaleźć i swoją bazę budować, jeśli ma na to pieniądze i ochotę. Jednakże fachowiec, z którym rozmawiałem, też jest ta rozmowa w tej książce, profesor Paweł Moskalik. Bardzo jestem dobrego zdania. On ma astronautykę w jednym palcu i sypie datami, nazwiskami.
Świetna pamięć. Facet zajmuje się drganiem gwiazd i falami sejsmicznymi na gwiazdach. Pytam się go, jakim cudem można zobaczyć falę sejsmiczną na gwieździe. Mówi: „Nie można zobaczyć, tylko na podstawie ruchu warstw gwiezdnych czy słonecznych wnioskuje się o tym, jaki jest przy okazji poziom falowania i jakie zjawiska wychodzą”. Mówię: „A jak pan zbiera dane do takiej pracy, którą pan prowadzi?”. Mówi: „Wszystko to robi teleskop Hubble. Wszystko to jest w internecie. Jak pan chce, to pan jutro może się zabrać za to i napisać wspaniałą pracę na ten temat”. Ja na pewno nie napiszę, ale państwo, jeżeli mają ochotę, to zachęcam. Ten człowiek się oprócz tego interesuje bardzo astronautyką, w tym księżycową, bo okazało się, że w Polsce nie ma fachowca, który by się interesował samym Księżycem.
Wydaje mi się to niepojęte, ale tak jest. Nie mamy dobrej biografii Księżyca, że tak się wyrażę. Nie mamy dobrych książek o Księżycu, a przecież takie książki muszą gdzieś być, bo nie na całym świecie tak jest, jak u nas. On mówi, że nie opłaca się zakładać bazy księżycowej na powierzchni Księżyca, ponieważ to jest przygwożdżenie do jednego miejsca i z tego miejsca się można poruszać jedynie łazikami albo jakimiś sposobami innymi. Gdyby w pobliżu była woda, to bardzo ułatwi. Natomiast baza księżycowa powinna być na orbicie księżycowej i wtedy się zlatuje z tej bazy na dowolne miejsce na Księżycu i tam się coś robi, jeżeli uważa się, że tam jest coś ciekawego do zrobienia. Jaka historia nas doprowadziła do 1969 roku, do słynnego 19 lipca? Otóż trzeba chyba zacząć od tego, że po drugiej wojnie czy jak się wojna kończyła, ruszyły do Niemiec dwa zespoły: sowiecki i amerykański, czy powiedzmy aliancki, bo i Anglicy mieli swój zespół, żeby wyłapać tych ludzi od techniki rakietowej niemieckiej. Ale oni już byli przygotowani, ponieważ Wernher von Braun, który był szefem tego wszystkiego i który puszczał z Peenemünde rakiety V-2 na Londyn, zwołał tajne zebranie swoich współpracowników. Tych współpracowników była tam około setki, więc bardzo dużo ryzykował, że wśród nich jest wtyczka i doniosą do niego i go zastrzelą, bo to wszystko się wyda.
Niemniej w źródłach, które czytałem, jest powiedziane, że Wernher von Braun powiedział do nich tak: „Wojna jest przegrana. Komu wolelibyśmy się poddać? Ameryce czy Sowietom?”. Wszyscy woleli się poddać Ameryce i do takiego poddania doszło na obszarze Bawarii. Już nie pamiętam tego miasta. Cała ta setka ludzi się poddała i przejęli ją Amerykanie. Wcześniej von Braun otrzymał polecenie ukrycia planów rakiety V-2 i wszystkich dokumentów. Zrobił to gdzieś w górach Harzu, ale przypuszczam, że potem wyciągnął to jako swoje listy rekomendacyjne i przekazał Amerykanom. Nie znalazłem w źródłach wzmianki, co się z tymi papierami stało, ale to by wskazywało, że rozsądnie byłoby tak postąpić. Amerykanie wzięli swoich fachowców z von Braunem na czele i przewieźli do Teksasu i tam ich trzymali, nie wiedząc za bardzo, co z nimi zrobić.
Dali im do montowania części rakiet V-2, które przejęli i coś próbowali i tak dalej. Natomiast Ruscy przejęli jakiś trzeci garnitur tych fachowców, ale w przeciwieństwie do Amerykanów natychmiast zabrali się ostro do roboty. Także już w '51, '52, '53 roku Ruscy mieli nad Amerykanami przewagę. I tu nie chodziło nawet o zdobywanie kosmosu, ponieważ to była technologia wojskowa. Chodziło o to, żeby mieć rakiety, które doniosą nad terytorium przeciwnika odpowiednie ładunki, które można tam zdetonować. Według oceny von Brauna gdzieś do '54 roku czas był całkowicie stracony. Po stronie amerykańskiej jedynym zyskiem była rakieta Redstone, która powstała na bazie V-2 i ta rakieta miała zasięg 300 kilometrów. Więc jeżeli taką rakietę o zasięgu 300 kilometrów postawić na wyrzutni na sztorc, domontować jej jakieś układy i tak dalej, to ona jest w stanie wyrwać i potem sztuczne satelity zanieść albo coś takiego. To była pierwsza amerykańska błędna decyzja, że tak powiem. Amerykanie zresztą szlachetnie uważali, że owszem, tu mamy von Brauna, mamy tych hitlerowców umoczonych właśnie.
Niektórzy byli w SS. Podobno sam von Braun był oficerem SS. Więc lepiej, żeby to zrobili rodzimi naukowcy, którzy się przy tych hitlerowcach przyuczą. Ale jakoś wolno się przyuczali ci Amerykanie i ciągle nie byli gotowi, a wśród polityków panowało przekonanie, że wojskowej rakiety Redstone nie można używać do pokojowych badań kosmosu, bo to przecież jest obciach i to nie pasuje. Rosjanie nie mieli takich skrupułów. I co się działo dalej? Spójrzmy. Mimo tego opóźnienia Amerykanie mieli ciągle możliwość wystrzelenia małego satelity wcześniej od Rosjan. Mianowicie w '54 roku była w Ameryce narada na temat, jak obejść rok współpracy geofizycznej. To był rok ogłoszony na cały świat, polegający na skoncentrowaniu badań na Ziemi.
Badania na Ziemi można oczywiście w bardzo dobry sposób robić z kosmosu. I Rosjanie przy tej okazji zapowiedzieli wystrzelenie swojego sztucznego satelity, ale nikt im nie wierzył, ponieważ wiadomo: ruska technika rowerowa i tak dalej. Przecież nie dadzą sobie rady. Takie panowało przekonanie w Ameryce. Podczas tej narady von Braun zgłosił, że jest w stanie wysłać za pomocą rakiety Redstone czterokilogramowego satelitę, ale prezydent Eisenhower, który był dość krótkowzroczny i nie lubił kosmosu, utrącił mu to, nie zaakceptował i to nie poszło. Oczywiście jak się skończyło, to wiemy. W 1957 roku, w rocznicę rewolucji, bo to zawsze listopad, październik, wystrzelili Rosjanie chyba 70- czy 80-kilogramowego A to nie była rocznica rewolucji?
[01:57:20] - Nie, to były moje urodziny.
[01:57:25] - Mniejsza o to.
[01:57:29] - Rewolucja październikowa była w listopadzie.
[01:57:33] - Być może Rosjanie czcili po prostu urodziny Tadeusza i wystrzelili z tej okazji Sputnik. On miał chyba 80 kilo mniej więcej. Ten Sputnik był przerażająco ciężki z punktu widzenia Amerykanów i zawierał właściwie tylko taką kulę z antenkami odwiedzionymi do tyłu i na pokładzie miał urządzenie, które nadawało taki sygnał dźwiękowy: bip, bip, żeby było wiadomo, że krąży koło Ziemi. Więc w Ameryce zapanowała konsternacja, bo się okazało, że można było ich wyprzedzić i że nie zrobiono tego. I chyba z opóźnieniem półrocznym Amerykanie wystrzelili swojego satelitę, który miał bodajże 14 kilo, ale miał na pokładzie urządzenia do badania rozkładu promieniowania w przestrzeni. Dowodził tym niejaki Van Allen, fizyk od promieniowania, i natychmiast wykryli pasy Van Allena, które tak się nazywają dla uczczenia tego naukowca. Zaraz ci dam głos. Od razu widać, jakie było inne podejście amerykańskie i sowieckie. Sowieckie: propaganda. Latamy tu, pokazujemy, bip, bip, robimy.
Natomiast Amerykanie starali się przy okazji czegoś dowiedzieć w sposób naukowy. Proszę.
[01:59:18] - Ja tylko tak nawiasem. Mówiłeś o Sputniku 1. Mało kto sobie zdaje sprawę z tego, że zostały zbudowane trzy aparaty. Jeden poleciał w kosmos tą rakietą R-7, a dwa z nich się znajdują w dalszym ciągu na Ziemi. Jeden do Leningradu trafił, a drugi – trzy takie same – jest w Olsztynie w planetarium. Nie robi bip, bip, ale to tak dla państwa uwagi i żeby już później nie mącić. Grunt księżycowy, ten, który Armstrong zebrał z Księżyca i później Nixon kazał polecieć. Polecił zrobienie eksponatów z flagami, które były na Księżycu. Też jest w Olsztynie.
[02:00:07] - Tak że można to zwiedzić.
[02:00:11] - Jedyne miejsce, gdzie jest.
[02:00:13] - Dominika, a potem Tomek.
[02:00:16] - Dlatego, że jest planetarium lotów kosmicznych i została przekazana nim też polityczna w ramach współpracy.
[02:00:30] - Dominika coś chciała.
[02:00:31] - Ja też chciałam, że tak powiem, na marginesie tego Sputnika. Przeczytałam kiedyś we wspomnieniach Tysji Walada, który w tym momencie miał 27 lat, a musiało być w Anglii trudniej. Wiadomo, że Rosjanie też radiują i wiadomo było kiedy. I on wziął radio. Nie wiem, jakie wtedy były radia, ale myślę, że to było jakoś możliwe. I siedział całą noc i łapał te bip, bip. Trzy, cztery minuty mógł to wysłuchać i wspominał to potem jako jedno ze swoich największych przeżyć w życiu. I potem tak usiadł i zastanowił: „Teraz jak łapię na tym radio to, to znaczy, że zaczyna się epoka kosmiczna”. I wyliczył, co będzie dalej, kiedy będzie kolejny krok, co zrobimy i tak dalej. I dlatego może w końcu w latach 70.
uznał, że epoka kosmiczna się skończyła. Że ten moment, kiedy prawie chcieliśmy wyjść, wszystkim się wydawało, że tak mocno wisiała balanga, że te bip, bip coś zaczyna, a to jest raczej za nami. Są wszędzie te wizje.
[02:01:36] - Tomek.
[02:01:37] - Ja mam pytanie. Tutaj jesteśmy wśród fantastów, więc mam nadzieję, że nikogo nie zgorszę. Marek, jak się zapatrujesz na wszystkie teorie, które mówią, że to była jedna wielka ściema, że nigdy nie wypłynęli, nie polecieli tam w kosmos i to i Kurki z tego były?
[02:01:54] - Jak ja się zapatruję? Zapatruję się tak, że to są brednie oczywiście. W tej książce jest rozdział pod tytułem „Baśnie i legendy”, który omawia te kwestie Dokładnie. Muszę powiedzieć, że są fanatycy tych teorii w Ameryce. Opowiem o jednym przypadku, że ktoś ściągnął Buzza Aldrina, jak on miał już po 70, do hotelu w Arizonie pod pretekstem, że japońska telewizja chce z nim nagrać wywiad. Aldrin pojechał tam i na miejscu okazało się, że czyha na niego fanatyk z mikrofonem i kamerami i wszystkim, co miał, i próbował go zmusić do złożenia deklaracji, że żadnego lotu nie było. Aldrin się wkurzył i próbował przed nim uciekać. Natomiast jak się nie dało, bo tamten go osaczał sobą i ludźmi, to po prostu wypiąstkował w szczenę i powalił go. Odbył się sąd na ten temat, który Aldrin wygrał, bo wszystko było rejestrowane kamerami. Macie dowód, do jakiego stopnia dochodzi zapalczywość tych ludzi.
Bardzo są rozbudowane teorie, że żadnego lądowania nie było i wszystko zostało nakręcone w studiu telewizyjnym przez Kubricka, a scenariusz do tego pisał Clarke, jak to ma wyglądać. Wzięli największych twórców ze świata science fiction czy ze świata filmu i oni to mieli robić. Dodatkowo jest taka sytuacja, że ukazał się film „Koziorożec 1” Petera Hyamsa bodajże. Ja widziałem ten film, on był chyba pod koniec lat 70. albo coś takiego. Hyams to był reżyser telewizyjny, który pracował przy transmisji tych wszystkich rzeczy księżycowych i miał dobry pomysł. Napisali scenariusz o tym, że jest wyprawa na Marsa i ona ma kłopoty, więc postanawiają, żeby opinia publiczna się nie denerwowała, a przy okazji politycy odebrali swój splendor. Postanowili ją pozorować i kręcili właśnie filmy o tym, jak ta wyprawa się odbywa. Nie wiem, czy już z nią nie było kontaktu. Bardzo dobry film, muszę powiedzieć.
Świetny film, który obejrzałem z przyjemnością, ale nie sądziłem, że on miał taki wpływ na historię tych badań księżycowych. Wracam teraz do tego, jak się historia rozwijała dalej. Jesteśmy już po „bib bib bib”. Notabene temu znajomemu Dominiki, to przecież równie dobrze mogła to żona robić nad uchem. Nie potrzebował do tego radia, bo właściwie poza tym, co szło z radia, to była domena wiary, że to się wszystko odbywa. Gdyby Ruskie miały łeb na karku, to by nadawały to „bib bib bib” z Moskwy. Oczywiście żartuję, bo tego przecież się nie da tak zapozorować, żeby to „bib bib bib” się przesuwało po orbicie wokół ziemskiej. Oczywiście wiadomo, że Gagarin był pierwszy na orbicie, ale paradoksalnie mogli być na orbicie pierwsi Amerykanie. Przed rokiem 1961 Amerykanie trenowali te wszystkie swoje skoki podorbitalne i używali do tego małp, między innymi małpy o imieniu Ham. To po angielsku jest szynka.
Jak wiecie, jak ktoś kupuje szynki Krakusa, to tam jest napisane „ham”. Przez samo H. Tak się nazywał ten szympans. I ten szympans miał pełnić rolę astronauty. Było to urządzone tak, że zamknęli go w takim pudełku i jak kopnął nogą w jakiś przełącznik, to mu do pyska wskakiwał banan, a jak coś zrobił źle, to dostawał kopniaki prądowe. Coś tam zawiodło na tyle, że ten biedny szympans bez przerwy dostawał podczas tej swojej podróży kopniaki prądowe zamiast bananów. Przeciążenie, które miało wynosić w jego przypadku chyba 8G, było dwukrotnie wyższe. I na końcu jeszcze wpadła ta cała kapsuła do oceanu, nabrała wody i ten biedny szympans się topił. Więc nie można się dziwić, że jak go wyjęli z tego pudełka, to gryzł wszystkich dookoła, dając wyraz swojemu zdegustowaniu i tłumacząc jego zachowanie na ludzki język: „Nie tak się umawialiśmy”. Niemniej w Ameryce powstał wtedy lekki popłoch, bo nic nie działało i w związku z tym trzeba było to przeprojektować.
W związku z tym skok tego pierwszego, którym był Shepard, się opóźnił. Shepard był z tego powodu zniesmaczony. Oczywiście jak zaczęli to wszystko przeprojektowywać, próbować i tak dalej, to Ruskie w międzyczasie wystrzeliły Gagarina. Ale nawet gdyby zdążyli z Shepardem, to Shepard wykonał tylko skok balistyczny mniej więcej na 500 kilometrów. Doszedł do orbity w najwyższym punkcie, 9G miał chyba na pokładzie i to wszystko. Tyle że Gagarin też nie dociągnął swojego okrążenia, ponieważ wystartował z Bajkonuru w kierunku wschodnim, a spadł 1500 kilometrów przed Bajkonurem od strony zachodniej, więc takiego dystansu mu zabrakło do tego. W sumie żaden z nich nie okrążył Ziemi tak jak to się zapewnia w przypadku Gagarina. Dopiero pierwszy, który okrążył porządnie Ziemię chyba 16 razy, to był Titow, numer dwa po Gagarinie. I to było w sierpniu 1961 roku. Więc znowu tu Amerykanie przegrali na własne życzenie, ale wszystko to wzbudziło na tyle istotny niepokój w Ameryce, że oni tu tracą dystans i tak dalej, że Amerykanie się wreszcie obudzili.
Było to słynne przemówienie prezydenta Kennedy'ego, że Amerykanin musi postawić stopę na Księżycu przed końcem dekady. Nie wiem, czy ktoś w to wierzył wtedy, ale jak prezydent tak mówi, to natychmiast się znajdują decyzje, znajdują się źródła finansowania przede wszystkim i w pewnym momencie NASA dostawała więcej niż pięć miliardów dolarów rocznie. Ówczesnych miliardów. Cały program księżycowy kosztował 25 miliardów ówczesnych dolarów. Ruszyła armia ludzi, ruszyła armia zdolnych ludzi, którzy potrafili niejedno zrobić i mniej więcej w połowie lat 60. Rosjanie, którzy ciągle wyprzedzali Amerykanów w osiągnięciach kosmicznych, bo to pierwszy człowiek na orbicie, pierwsza kobieta na orbicie, pierwszych dwóch ludzi na orbicie. Pierwszy pies na orbicie, pierwsze manewry na orbicie, pierwsze wyjście w kosmos. To wszystko była taka passa rosyjskich sukcesów. I mniej więcej właśnie z końcem programu Gemini i z końcem programu Wostok te szanse się wyrównały i Amerykanie zaczęli przodować. Jeśli chodzi o najnowszą generację pojazdów, którą po stronie amerykańskiej tworzyły Apollo, a po stronie rosyjskiej pojazdy Sojuz, które latają zresztą do dziś jakby ktoś się pytał, to było tak, że rywalizacja była na takim ostrym poziomie już wtedy, że niedopracowanie tych konstrukcji spowodowało katastrofy.
Apollo 1 był koszmarnie niedopracowany. Bez przerwy zdarzały się awarie. Jakieś tysiące rzeczy zgłaszano, które są do poprawy i skutkowało to w końcu katastrofą podczas próby. Mianowicie zawiesili trzech astronautów na rakiecie Saturn V i robili tak zwany pozorowany start bez paliwa, ale z odcięciem komunikacji ze statkiem kablami, żeby to było tak, że oni już są gotowi do startu. To był White, Grissom i Chaffee. Trzech astronautów, którzy mieli odegrać prominentne role w programie księżycowym. I w którejś tam godzinie, bo te próby się ciągnęły niesamowicie, ósmej czy dziewiątej zostało jeszcze wypełnienie kabiny czystym tlenem. Nie wiem po jaką cholerę, prawdę mówiąc. I tam jeszcze jakieś badania. Ciągle były próby, ciągle były kłopoty z łącznością, ciągle był jakiś smród w tej kabinie, więc ją wentylowano cały czas.
Ciągle były jakieś trzaski w słuchawkach i tak dalej. Okazało się, że pod fotelem dowódcy przebiegał kabel, który wskutek jakiegoś, nie wiem, kopali go czy coś, jakoś się przesuwał, odarł się z izolacji i zaczął iskrzyć. I w tej atmosferze tlenowej, w której pali się właściwie wszystko, jak się gwóźdź żelazny wrzuci do tlenu i dostarczy się mu temperatury, to on się pali tak jak drewno. Zapaliło się to wszystko i oni spalili się żywcem albo udusili. Mieli tam takie klapy, takie włazy, które się otwierały trzy minuty, więc tych trzech minut nie byli w stanie uzyskać, żeby to otworzyć. Jak te klapy działały, to właśnie trzeba iść na film „Pierwszy człowiek” i zobaczyć to żelastwo w działaniu. To jest przerażające. Ja bym się w życiu nie dał zamknąć w czymś takim. Może dlatego, że jestem człowiekiem mało dzielnym. A to byli ludzie dzielniejsi.
[02:13:50] - Musieli to wypełnić czystym tlenem w ramach testu, bo potem oddychali w czasie lotu na Księżyc. Cały czas się oddychało czystym tlenem.
[02:13:59] - No dobrze, ale potem
[02:14:05] - Oddychali czystym tlenem z ciśnieniem jednej trzeciej atmosfery i w związku z tym Bez problemu. Wsadził na Księżyc
[02:14:15] - W każdym razie po stronie amerykańskiej efekt tej katastrofy był taki, że Apollo 1 zostało przeprojektowane kompletnie. Klapa się otwierała chyba w siedem sekund. Można było jak się chce. Okazało się-
[02:14:31] - Po strzeleniu klapy przedwczesnym Liberty siedem, chyba nawet
[02:14:42] - Z atmosfery tlenowej zupełnie zrezygnowano, bo ona się nijak nie uzasadniała. Swoje kłopoty oczywiście mieli również Rosjanie. Oni mieli pierwszego Sojuza, którym leciał kosmonauta Komarow i wiedział oczywiście, w jakim stanie jest ten statek. Rosjanie, w przeciwieństwie do Amerykanów, puścili go w kosmos i już podobno jak pakowali go do tego żelastwa, to Komarow wiedział, co się z nim stanie i miał powiedzieć do obsługi: „Zabiliście mnie, skurwysyny” i wsiadł do tego. Był człowiekiem bardzo odważnym i człowiekiem o wielkiej kompetencji, ponieważ już chyba w połowie pierwszego okrążenia połowa systemów siadła i leciał martwym statkiem. Potem jeszcze to wszystko wpadło w obroty i drugim statkiem, bo tam miały być manewry, miał lecieć Leonow, to już nie poleciał. Czy nawet Gagarin. Jakoś tak to miało wyglądać. Więc kazali natychmiast schodzić na ziemię tym statkiem. On jest tak: nic mu nie działa, statek się obraca z dość dużą prędkością obrotową i musi trafić w bardzo wąski korytarz w atmosferę, bo albo się spali, albo się rozbije.
Dzięki kunsztowi pilotażowemu, którym Komarow dysponował i dzięki jego innym walorom, on tym wirującym statkiem wszedł właściwie w atmosferę i wydawało się, że się uratował cudem. Niestety te obroty spowodowały, że się linki spadochronów zaplątały i Komarow wyrżnął w ziemię z prędkością 650 kilometrów na godzinę i został po nim dżem. Przerwy po stronie amerykańskiej i po stronie rosyjskiej trwały mniej więcej kilkanaście miesięcy. Zanim to doprowadzili jedni i drudzy do takiego stanu, że się dało latać. Natomiast jeśli chodzi o samo lądowanie na Księżycu, to ja myślę, że newralgicznym lotem tam był lot Apollo 8. Mianowicie Amerykanie dostali wiadomość, że Ruskie próbują za wszelką cenę przed nimi siąść na tym Księżycu albo przynajmniej go jakoś oblecieć albo coś tam zrobić. Nie mieli tych informacji dokładnych. W związku z tym postanowili przyspieszyć swój program i bezpośrednio bez prób na orbicie lecieć Apollem 8 po ósemce, takiej jak wykreślają te trajektorie. Okrążyć Księżyc kilka razy, chyba 10 to było i wrócić na Ziemię. Więc to był spektakularny pokaz, ponieważ wszystko tam się udawało.
Akurat były święta Bożego Narodzenia. Jak już krążyli Amerykanie wokół Księżyca, to ktoś z nich odczytał dla całej Ziemi z Biblii słowa Genesis, zadając oczywiście cios ruskiemu ateizmowi urzędowemu. Wszystko wzorowo przebiegło. Rakieta się zachowywała jak trzeba. Jeden z tych astronautów potem to skomentował jeszcze na orbicie księżycowej. Mówi: „Uwierzyliśmy, że Święty Mikołaj istnieje”. To był kluczowy moment dla programu księżycowego amerykańskiego. Potem były ćwiczenia, najpierw na orbicie ziemskiej, potem na orbicie księżycowej, z tym lądownikiem księżycowym, ponieważ najpierw była koncepcja, że to wszystko ma razem polecieć, odłączyć się i usiąść na Księżycu. Jak się okazało, że można ten lądownik księżycowy wyodrębnić w osobny pojazd, który tam wyląduje i z platformy wystartuje na innym silniku, to okazało się, że wystarczy do tego jeden Saturn V i ta koncepcja zwyciężyła. Samo lądowanie przebiegło w ten sposób, że Armstrong, który był bardzo dobrym pilotem, to nie ulega wątpliwości, jak się czyta te rzeczy, miał kłopoty najpierw z komputerem.
Jakie były komputery wtedy to wiecie, ale ten komputer się dwu- albo trzykrotnie przeładował danymi i nie działał w czasie rzeczywistym. Zbudzili w Houston faceta od komputerów, który siadł nad tym wszystkim i mówi: „Ignorować te wszystkie tego”. W końcu Armstrong przeszedł na sterowanie ręczne i z tym sterowaniem ręcznym wylądował, przy czym przegapił lądowisko wyznaczone i potem mu się taki jakiś rumosz skalny trafił pod podporami lądującymi. Musiał to przeskoczyć i jak znalazł nowe miejsce do lądowania Wylądował, zostało paliwa chyba na 60 sekund czy coś takiego, czyli dosłownie lądował na oparach paliwa. Oczywiście każde złe lądowanie skutkowało tym, że musieliby zostać na Księżycu, ponieważ nawet jakby krzywo wylądowali, to potem start z tej platformy przekrzywionej o jakiś kąt byłby niemożliwy i doszłoby do tragedii. Natomiast i Armstrong, i Collins, i Buzz Aldrin spisali się wyśmienicie i wylądowali. Rocznicę tego będziemy za chyba dwa tygodnie obchodzili. Rosjanie do ostatniej chwili próbowali to jakoś storpedować, ponieważ mieli takie statki sond, które były zmodyfikowanymi Sojuzami i puszczali je wokół Księżyca. Jeden z nich obleciał Księżyc z jakimiś robakami i innymi formami życia na pokładzie, a drugi – chyba ich było w sumie pięć – który miał wylądować, jak już Amerykanie siedli na Księżycu, miał wylądować i pobrać próbki, wystartować i przywieźć je na Ziemię. I wtedy miało się mówić o tym, że nie jest potrzebne lądowanie człowieka na Księżycu, bo my swoje kamienie i tak pozbieramy i przywieziemy.
I proszę, mamy je wcześniej od Amerykanów. Niestety ten ostatni sond się rozbił o Księżyc w momencie, jak Armstrong i Aldrin spali w lądowniku Eagle na powierzchni Księżyca. I tak się skończyła rosyjska walka o Księżyc. Rosjanie nie wylądowali na Księżycu, bo nie mieli takiej rakiety jak Saturn V. Jej odpowiednikiem po stronie rosyjskiej była rakieta N1, która na sześć prób nie wystartowała ani razu dobrze. Zawsze coś źle działało i zawsze coś szwankowało. Jeden z tych startów skończył się w ten sposób, że cała rakieta się rozbiła 30 kilometrów dalej i wyrwała w ziemi lej o średnicy 30 metrów, więc to był ich najbardziej udany start. Potem Rosjanie wycofali się dopiero w '74 roku z programu księżycowego. Na to miała wpływ śmierć Siergieja Korolowa, który był mózgiem astronautyki rosyjskiej w tym czasie. Korolow był człowiekiem za Stalina aresztowanym i zesłanym do łagru.
Tam mu wybili zęby, poszkodowali go podczas śledztwa na różne sposoby i w pewnym momencie pojawiła się konieczność operowania Korolowa, bo wykryli mu w jelitach duży guz, który trzeba było usunąć. Ale operacja przebiegała z komplikacjami. Trzeba było coś tu intubować i te pobicia, okazało się w łagrze czy w śledztwie, uniemożliwiły taki zabieg i Korolow zmarł. Była to wielka strata, ponieważ ci, co po nim przyszli, nie nadawali się do niczego. Niejaki Miszyn, który objął stanowisko szefa programu księżycowego, zamknął go w '74 roku. Ostatnie dwa egzemplarze rakiety N1 rozebrali i przeznaczyli na jakieś przystanki autobusowe. Ogrodzili zdaje się przedszkole czy coś.
[02:24:23] - Podobno sufit dyskoteki.
[02:24:26] - Sufit dyskoteki z tytanu zrobili, bo to musi być jednak dobry metal, żeby były dobre wytrzymałości cieplne i mechaniczne i tak dalej. I tak Rosjanie skończyli z Księżycem. Proszę bardzo.
[02:24:41] - Nie wiem, na ile jest to prawda, ale wśród chirurgów w Polsce przynajmniej chodzi taka opowieść, że zabił go operujący, ponieważ to był Korolow i to był główny facet, to nie mógł operować byle chirurg. A więc zajął się nim minister zdrowia. Nie był najlepszym chirurgiem, ale musiał być przy operacji. To był zły zespół do operacji Korolowa. Naprawdę.
[02:25:00] - To jest bardzo prawdopodobne oczywiście. Proszę, Leszek.
[02:25:07] - Nie wiem, czy znacie wszyscy tę historię, że Sowieci chcieli jeszcze wyprzedzić Amerykanów i pierwsi lądować na Księżycu. I przygotowali misję samobójczą dla kosmonauty, który się ochotniczo na to zgłosił z polskim nazwiskiem. W tej chwili zapomniałem.
[02:25:26] - Hermaszewski.
[02:25:29] - Na „B”. W każdym razie odwołano w końcu i z tego pomysłu nie skorzystano. Ale był pomysł taki, że oni by pierwsi lądowali, tylko nie wrócili.
[02:25:41] - No.
[02:25:42] - Można jeszcze?
[02:25:43] - Proszę.
[02:25:44] - Taka nuta, mianowicie 25 kwietnia 1970 roku został wysłany pierwszy chiński sztuczny satelita Ziemi. Jedyne wyposażenie 173-kilogramowego satelity stanowiło urządzenie do nadawania pieśni rewolucyjnych.
[02:26:02] - No tak, „Wschód jest czerwony” to była ta pieśń.
[02:26:07] - Podobno to samo było z Gagarinem, któremu po tym locie nadali wszystkie możliwe zaszczyty. Bohater Związku Radzieckiego, awansowali go, zrobili go generałem, a do tego dostał licencję pilota upoważniającą do lotu na absolutnie wszystkich samolotach, w każdych warunkach atmosferycznych. A on był podobno pilotem jednak kiepskim i jak dostał najlepszą możliwą licencję pilota, to z tego korzystał i podobno z tego powodu się zabił. Nie wiadomo, ile jest prawdy.
[02:26:39] - Nie bardzo, ale nie mam już czasu, żeby w to wchodzić, bo jak jesteśmy z czasem?
[02:26:49] - Ruch. 16.
[02:26:50] - Dziękuję, żeście państwo wytrwali. Zachęcam do kupienia tej książki. Dziękuję za uwagę.
[02:27:05] - Tak, to o Księżycu Marek Oramus troszeczkę opowiedział. Ja proponuję państwu pozostać w klimacie księżycowym. Klimat księżycowy jest okej. Do takiego wniosku doszliśmy z Piotrem Cielebiasiem i dzisiaj porozmawiamy sobie o filmach z Księżycem w tle. Bardzo zapraszam. Dzień dobry Piotrze. Dzień dobry w drugiej części naszego cyklu filmowego.
[02:27:42] - Dzień dobry. Witam wszystkich.
[02:27:45] - Przed chwilą Marek Oramus w archiwalnym nagraniu, ale nie bardzo archiwalnym, bo w końcu trzy lata to aż tak bardzo archiwalne nie jest, mówił z okazji wydania nowej książki o Księżycu. Mówił dużo o Księżycu, więc doszliśmy z Piotrem do wniosku, że my też pogadamy sobie o Księżycu. Piotrze, to co tam słychać na Księżycu i w świecie filmu?
[02:28:16] - Jeżeli pytasz, co słychać na Księżycu, to wszyscy teraz mówią o misji Artemis 1. Okazuje się, że Amerykanie chcą wrócić na Księżyc, bo zaczynają im deptać po piętach Chińczycy. Chińczycy, jak wiemy, wysłali między innymi łazik na tak zwaną ciemną stronę Księżyca, choć jest to niepoprawny termin. Co trochę pobudziło Amerykanów do działania i zamierzają wkrótce, może nie tak bardzo wkrótce, ale za niedługi w miarę czas wrócić na Srebrny Glob. I tutaj pojawia się pytanie: dlaczego go opuścili? Dlaczego go opuścili? Co się stało? I to pytanie tak naprawdę przez długie lata zaprzątało wyobraźnię twórców science fiction, zaprzątało wyobraźnię twórców horrorów, no i oczywiście scenarzystów. Ale jeżeli mówimy o Księżycu, to nie można nie wspomnieć o jego doniosłej, symbolicznej roli w kulturze, w wierzeniach, w umysłach ludzi. I tak naprawdę chyba jedna z pierwszych powieści science fiction autorstwa Johannesa Keplera, czyli „Somnium”, wydane po jego śmierci, rozgrywała się właśnie na Księżycu, dotyczyła Księżyca.
Ten Księżyc zawsze jakoś w ludzkiej świadomości był obecny. Bo coś, co jest tak blisko, a jednocześnie jest tak tajemnicze.
[02:29:45] - Ja powiem tak: na razie misją Artemis poleciały kukły. Dobre i to, że poleciały kukły. Podobno za dwa lata mają lecieć ludzie. Jeśli chodzi o „Somnium”, to znowu tak dobrze mi się podwiązuje, bo kiedyś pamiętam Marka Oramusa, jak grzmiał, żeby nie przesuwać granicy science fiction. I że to „Somnium” i takie inne wynalazki to nie były pierwociny science fiction. To temat na dłuższy wywód i pewno nie mój, aczkolwiek zgadzam się z Markiem Oramusem, że science fiction tak naprawdę zaczęła się w drugiej połowie XIX wieku, a wszystko, co było wcześniej, co się wydaje nawet podobne. I rzeczywiście tam się jakieś istoty pojawiają i to nie tylko u Keplera, ale jeszcze u kilku innych. Jakiś nawet rodzaj ewolucji, takie powiedzmy przewidywanie pozaświadome tej ewolucji, bo na przykład jest mowa o tym, że istoty żyjące gdzieś tam właśnie na Księżycu muszą być inne, inaczej wyglądać niż na przykład ludzie, bo są tam inne warunki. Taka pewna antycypacja jednak tego, co w XIX wieku później przybrało już takie bardzo skondensowane formy teorii ewolucji. Cóż mam do powiedzenia?
Tak, ten Księżyc tak czy inaczej, tak jak Piotr to powiedział, niezwykle pobudza wyobraźnię. Po pierwsze on ciągle wisi nad naszymi głowami. Chyba że akurat jest nów, to nie wisi. Znaczy wisi, ale go nie widać. W każdym razie pobudza wyobraźnię. Jakoś zauważano związek pojawiania się Księżyca z pewnymi cyklami biologicznymi. Nie zapomnę nigdy takiej wypowiedzi mojego kolegi. Ja wtedy byłem w bardzo mocnej podstawówce, a mój kolega miał taką rodzinę, co się interesowała rzeczami, którymi ja zainteresowałem się wiele lat później. I kiedy tam rozmawialiśmy o Księżycu, o jednym z filmów, o którym pewno dzisiaj wspomnimy, to on mi powiedział, czy ja sobie zdaję sprawę z tego, że skoro Księżyc może wywoływać na Ziemi pływy, a człowiek złożony jest z wody w takim poważnym procencie, to również Księżyc wpływa na człowieka. Dzisiaj jak się to słyszy, to się wydaje banalne.
Wszyscy to wiedzą. Wtedy, w latach 70. to było dla mnie odkrycie. Byłem wtedy szczeniakiem kompletnym, ale to było odkrycie, nie wiem, jakieś takie einsteinowskie wręcz. Ale wracając do tematu, księżyc zawsze intrygował, zawsze pobudzał. Zawsze sprawiał, że nie tylko kochankowie do niego wzdychali, ale też pobudzały się w człowieku pasje odkrywcy, pasje człowieka, który chciałby wiedzieć więcej.
[02:33:01] - Z drugiej strony ten księżyc zawsze aktywował też istoty nadprzyrodzone. Najbardziej nam znane to oczywiście wilkołaki, ale ja bym chciał jeszcze wrócić do tego, co powiedziałeś. W jaki sposób księżyc, szczególnie pełnia, oddziałuje na ludzi. Jakoś to się dzieje. Nie ma chyba naukowych, dokładnych wyjaśnień tego fenomenu. Od dawna się powtarza przecież, że jeżeli jest pełnia, to wiadomo, że SOR w danym szpitalu będzie pełny. Opowiem taką ciekawą historię sprzed kilku dni. Pojechałem sobie z ostatniej pełni, to było może trochę wcześniej. Pojechałem sobie na stację paliw. Przypadkowo wszedłem, kiedy pracownicy sobie rozmawiali.
Akurat była pełnia, ogromny księżyc był. Oni sobie opowiadają, a ja słucham. Opowiadają, że jednego dnia mieli kilka incydentów związanych z tym, że ktoś na tą stację przyjechał i złe paliwo nalał. A kulminacją wpływu pełni na tych tankujących miało być to, że jeden pan podjechał i zamiast sobie benzyny wlać, to sobie wlał tego dodatku AdBlue. Czyli jednak ten księżyc jakoś działa, nawet jeżeli tankujemy paliwo. Według mnie jest to warte zbadania, ale to chyba nie jest temat na dzisiejszą audycję. Tylko chciałem dodać, że Chiny, o których mówiliśmy, stały się naprawdę wielkim graczem na polu odkryć kosmicznych. Artemis to jedno, ale przecież ostatnio była mowa o tym, że rakieta Długi Marsz 2F, jeżeli dobrze pamiętam, wyniosła na orbitę jakiś tajemniczy obiekt, który może być odpowiednikiem wahadłowca X-37B, który spędza na orbicie po kilka lat nawet. Chiny też opublikowały taką białą księgę, w której wytyczają swoje dalsze plany na temat podboju kosmosu. I tak szczerze mówiąc, mówiąc o podboju, nie mają na myśli wysyłania psów czy małp, chociaż małpy ostatnio wysłali albo wyślą te małpy, żeby sprawdzić, w jaki sposób mnożą się one w kosmosie.
Chiny to jest taka nacja, która bardzo chyba na poważnie bierze kwestię zasiedlania kosmosu. I tu bym się nie zdziwił, jeżeli pierwsza stacja na innej planecie będzie zbudowana właśnie przez nich. I ten wątek azjatycki dzisiaj się nam też mocno zaznaczy w omawianych filmach. Nie tylko w postaci Chin, ale też Korei Południowej. Ale zacznijmy może od czegoś zupełnie innego.
[02:35:52] - Właśnie, kiedy mówimy o tym, że księżyc pojawia się w różnych takich życiowych naszych momentach, mniej lub bardziej ważnych, bo powiedzmy nalewanie paliwa, ale to są też sprawy związane z chorobami, związane z dzietnością. Do dzisiaj pamiętam cytat z popularnego w latach 70. serialu „Kojak". Brzmiało to mniej więcej tak: „Dzisiaj jest pełnia, wszystkim wariatom w Nowym Jorku szajba odbija." To bardzo niepoprawny w naszych czasach cytat, ale wtedy był cool. I też zwraca uwagę na to, że coś się dzieje. Księżyc, jeśli chodzi o filmy, to on właściwie, jakbyśmy tak dobrze na to wszystko spojrzeli, obecny był niemal od początku kina. Bo przypomnę, że taki film „Podróż na Księżyc" to jeden z pierwszych filmów, jaki w ogóle powstał, czyli science fiction górą. Te obrazy dzisiaj można zobaczyć. To dzisiaj się może wydawać śmieszne i takie bardzo prymitywne, niemniej jednak z działa wystrzelono kosmosowi w oko, o ile dobrze pamiętam, w takiej wizualizacji. Później jednak śledzimy losy wyprawy, wysiadają z tego pocisku, hasają sobie po tym księżycu.
Tak było na początku kina, ale znowu przypominam sobie, tych filmów oczywiście było więcej, ale takie powiedzmy kamienie milowe jakoś nawiązujące do literatury, to gdzieś się pojawił na początku w ogóle science fiction rozumianej tak, jako przełom wieku XIX i XX. Mówię o początku. Zaraz na początku pojawiła się powieść Herberta George'a Wellsa „Pierwsi ludzie na Księżycu" i bodajże w latach 60. nakręcono film. Amerykanie nakręcili film „Pierwsi ludzie na Księżycu". I znowu pamiętam, bo telewizja w latach 70. była czymś niezwykle ważnym. Kanały były dwa i tam się mieściło wszystko, cały świat. I w związku z tym, kiedy ten film był emitowany, pamiętam, jak działał na wyobraźnię. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do powieści albo do tego filmu.
Ale to taki ślad, że te tematy księżycowe się pojawiały. Piotrze, a twoje jakieś skojarzenia z tymi początkami kina?
[02:38:32] - Dla mnie chyba takim najbardziej symbolicznym ukazaniem księżyca w popkulturze, czymś, co zapisało się w pamięci i co jest w zasadzie wspominane do dzisiaj, bo większość z tych filmów Wczesnego science fiction amerykańskiego głównie. To są produkcje dzisiaj już konsumowane przez amatorów. Ale „Odyseja kosmiczna 2001” albo inaczej „2001: Odyseja kosmiczna” ukazała nam Księżyc już w zupełnie innej formie. To, co się tam wydarzyło, to, co tam zostało przedstawione, połechtało miliony umysłów. I ten film pozostaje na wielu polach aktualny do dziś. Także jego reżyser zapisał się potem w pamięci zwolenników tak zwanych teorii spiskowych. Otóż sugerowano, że Kubrick albo nakręcił całość, albo przynajmniej znaczną część materiału z pierwszego lądowania człowieka na Księżycu. Mieliśmy potem kontynuację w zasadzie „Odysei kosmicznej 2001” i tam również wątek księżycowy był mocno zarysowany. Natomiast to już nie był nasz Księżyc. To już był księżyc jednego z gazowych gigantów.
Także dla mnie „Odyseja kosmiczna” przede wszystkim była tym, co mogło wprowadzić współczesnego odbiorcę filmów science fiction. Tutaj musimy oddzielić też znacznie literaturę od filmu, dlatego że ta literatura jest znacznie bogatsza, znacznie głębsza i to jest fandom, który mógłby się obrazić, jeżeli porównalibyśmy literaturę do filmu. Ale tak jak powiedziałem, Kubrick i jeszcze raz Kubrick.
[02:40:33] - Trzeba powiedzieć, że ten film Kubricka, waham się przed użyciem słowa ekranizacja, w każdym razie nawiązuje do powieści Arthura C. Clarka, aczkolwiek są tam znaczące różnice. I właściwie dobrze, bo kto ciekawy przeczyta sobie książkę, tych tomów „Odysei kosmicznej", jeżeli dobrze pamiętam, to są cztery tomy. Ciekawa historia. Film troszeczkę się różni, tam są zmiany. Niemniej główny problem, główna idea tego filmu pozostała. Ale jak powiedziałeś o „Odysei kosmicznej", bo to jest film, który kojarzy się z różnymi rzeczami, a może się niektórym z Księżycem nie kojarzyć, to ja przypomnę, że jeden z monolitów na Księżycu się pojawia i tam mamy krajobrazy księżycowe. Bo to też jest ważne, żeby Księżyc pokazać mniej, właściwie żeby pokazać w bardziej udany sposób. I ta „Odyseja kosmiczna” sporo ma rzeczy udanych i to chyba też jej należy zaliczyć na plus. Ja wiem, że dzisiaj „Odyseję kosmiczną" ogląda się, przynajmniej w niektórych fragmentach, pod kątem poznawczym, jak to tam jest w tym kosmosie.
To się może już dzisiaj wydawać nieco anachroniczne. Niemniej jednak, tak mi się wydaje, ten film się nie zestarzał aż tak bardzo, jak wskazywałaby na to data jego stworzenia. I to jest chyba wielki plus, wielka zasługa reżysera. Nie wiem, tak mi się przynajmniej wydaje.
[02:42:22] - Dla mnie znaczenie „Odysei" jest o tyle duże, że jeżeli dzisiaj spojrzymy na te wszystkie alternatywne teorie związane z Księżycem, które są bardzo popularne, nie chcę ich nazywać hipotezami, teoriami i koncepcjami. Albo najlepiej nazwać je koncepcjami, dlatego że to jest taki zbiór różnego rodzaju, czasami nieuporządkowanych twierdzeń czy przypuszczeń, czasami faktów na temat Księżyca. Takie najbardziej podstawowe z nich brzmi, że ktoś tam był lub ktoś tam jest i tym kimś jest inna inteligencja. I ta inna inteligencja albo tam nam coś pozostawiła. I tutaj możemy się odnosić do kolejnych koncepcji mówiących nam już, że Księżyc jest czymś w rodzaju jakiejś takiej arki kosmicznej, że kiedyś go tak naprawdę nie było, bo niektóre ludy w swoich legendach wspominają, że kiedyś niebo nocą było zupełnie ciemne. Dopiero ten księżyc się pojawił po jakimś czasie. Także jeżeli patrzymy z dzisiejszej perspektywy, to ten folklor okołoksiężycowy, chociaż pewnie nie ma takiego terminu i właśnie go wymyśliłem, jest bardzo bogaty, bardzo złożony. Natomiast, co dziwne, bardzo rzadko te tematy goszczą w kinematografii. To znaczy to, co znamy na przykład z ufologii, te wszystkie przypuszczenia, o których mówił na przykład Richard Hoagland, że tam są jakieś tajemnicze bazy, kopuły, szklane wieże, że tam są jakieś dziwne obiekty, bo przecież astronomowie mówili o obserwacji tych przejściowych zjawisk księżycowych. To są takie punkty świetlne, które się pojawiają i znikają.
Mieliśmy te rewelacje astronautów, którzy rzekomo coś tam widzieli podczas swoich lądowań. Także, jak powiedziałem, ten folklor związany z Księżycem i tajemnicami jest bardzo rozległy. I to jest temat ogromnie popularny, bo chyba takie hasło jak sfałszowane lądowanie na Księżycu to jest taki absolutny top teorii tak zwanych spiskowych.
[02:44:41] - W dodatku jak się popatrzy, jakie emocje budzą dyskusje na temat tego, czy oni tam wylądowali, czy nie wylądowali. Ja nie podejrzewałem nawet, że temat sprzed ponad 50 lat może takie emocje budzić.
[02:44:58] - Tak. Do tego dochodzą jeszcze inne rzeczy, mniej lub bardziej znane. Mieliśmy chyba załogę Apollo 10, która przelatując nad ciemną stroną Księżyca, która przecież też stanowi trzon wielu różnego rodzaju hipotez, usłyszała jakieś dziwne dźwięki porównywalne do muzyki. Tych dziwnych zdarzeń związanych właśnie z Księżycem, który przecież jest najbliżej nas jako ciało niebieskie, a okazuje się zbadany słabo, jest dużo. Jest tego naprawdę sporo i musicie się przebić przez naprawdę duży materiał. Tylko podkreślam, to wszystko w większości jest tematyka, która zahacza o teorie spiskowe. Bo my, prowadząc taką audycję w ramach debat ufologicznych poświęconą Księżycowi, natknęliśmy się na pewien problem. Okazuje się, że duża część tych rzekomych relacji astronautów czy różnego rodzaju, nie wiem, jak te osoby nazwać, powiedzmy sygnalistów, którzy mieli jakieś przecieki z NASA, była oparta na bardzo grząskich podstawach i nie wiedzieliśmy, gdzie się kończą domniemania, gdzie zaczynają się twarde dowody. Także to wszystko jest bardzo płynne, niemniej jednak jest bardzo ciekawe i to jeszcze jest w dodatku podsycane cały czas jakimiś nowymi doniesieniami, ale o tym może za jakiś czas.
[02:46:27] - Wspomniałeś o Apollo 10. Tu nie powstrzymam się i powiem: jest taki serial, którego czwarty sezon akurat się podobno kręci. Nosi on tytuł, i to jest po angielsku, więc oczywiście okaleczę ten język, „For All Mankind”. Chyba to tak się wymawia. Przynajmniej pierwsze dwa sezony dzieją się na Księżycu. Zaczyna się ten serial od zdobycia Księżyca przez Rosjan. Rosjanie wylądowali pierwsi na Księżycu w tej nitce czasoprzestrzennej, w każdym razie w tej odmianie rzeczywistości ziemskiej. A Amerykanie ich ścigają. Żałują później, że Apollo 10 było tak blisko powierzchni, naprawdę kilka kilometrów, i jednak nie wylądowało. Jeden z głównych bohaterów ciągle to przeżywa.
To jest pierwszy sezon, gdzie rzeczywiście ścigają się Amerykanie z Rosjanami. Później, w drugim sezonie obserwujemy eksplorację Księżyca przez Amerykanów, trochę przez Rosjan, nawet rodzaj konfliktu tam powstaje. Proszę się nie martwić, ja nie opowiadam, nie spoileruję. To są akurat rzeczy, które nie są może aż tak istotne. Dopiero w trzecim sezonie akcja przenosi się na Marsa. Takim polskim akcentem tego serialu jest to, że gra tam Adamczyk. Raz jest papieżem, a raz jest radzieckim specjalistą od lotów kosmicznych. To właśnie w tym serialu. Dlaczego wspominam o tym? Po pierwsze, żeby państwa zachęcić.
To jest niezły serial, aczkolwiek może chwilami długawy, czasami przyciągany. Natomiast jeżeli jesteśmy na Księżycu, to ten Księżyc, moim zdaniem, nigdy tam nie byłem, w związku z tym mogę tylko domniemywać, pokazany jest w miarę wiarygodnie. Nie mam wrażenia, że aktorzy przebywają wśród dekoracji. To rzeczywiście wygląda tak, jak sobie przynajmniej ja Księżyc wyobrażam. W związku z tym, ponieważ już mówiłem, że cenię sobie pewien realizm w tego rodzaju produkcjach, to ten serial u mnie zajmuje całkiem niezłe miejsce. Właśnie ze względu na ten realizm. Ze względu na akcję, to co kto lubi. Mnie się tam są takie momenty, które mi się podobają bardzo, są takie, które trochę mniej. W każdym razie, jeśli mówimy o filmach jakoś z Księżycem związanych i takich, które warto by zobaczyć, chociażby po to, żeby je skrytykować, to właśnie ten serial bardzo polecam.
[02:49:22] - Przejdźmy może do drugiego serialu, który dzieje się na Księżycu i też opowiada historię w dużej mierze alternatywną. To jest serial, który możecie znaleźć na Netflixie pod tytułem „Silent Sea”. Południowokoreańska produkcja. Tutaj powstrzymałbym się przed zdradzeniem meandrów scenariusza w jakimś znaczącym stopniu, gdyż w przypadku seriali jest to dość bolesne, a w przypadku tego serialu, który też się momentami strasznie ciągnie, może być rzeczywiście dla niektórych słuchaczy czymś niepożądanym. Chodzi o to, że grupa azjatyckich kosmonautów wybiera się na Księżyc do opuszczonej bazy, która w wyniku nie do końca jasnych okoliczności została zamknięta. Sytuacja na Ziemi jest krytyczna do tego stopnia, że racjonowana jest woda. Oni zaś z tej swojej lunarnej wyprawy mają przywieźć tajemnicze próbki. I tu się zaczyna cały problem. Marku, co ci się spodobało w tym serialu, a co ci się nie spodobało? Bo muszę powiedzieć, że miałem z nim troszeczkę ciężką przeprawę na początku.
Natomiast kiedy oni już wylądowali i kiedy doszli do tej bazy, zrobiło się to wizualnie ciekawe. To znaczy wszyscy fani „Obcego”, „Star Treka”, kiedy zobaczą te śluzy, te- Te przejścia, te labirynty nabiorą pewnie pozytywnych skojarzeń, ale potem już robi się trochę inaczej.
[02:51:12] - Tak, robi się inaczej. Ja bym podsumował to w ten sposób: ten serial, który liczy sobie osiem odcinków około 40-minutowych, plus minus. Jak sobie to państwo przemnożycie razy osiem 40 minut, to wychodzi całkiem sporo. Myślę, że tam jest świetny materiał na film kinowy, który liczy sobie półtorej godziny, może dwie, to już max. W związku z tą ideą serialową, tak mi się wydaje. Ja cały czas podkreślam, nie jestem specjalistą od kina. Jestem bardziej zjadaczem czy też konsumentem poszczególnych produkcji. Z tego punktu widzenia wydaje mi się, że zadanie postawione przed scenarzystami, przed reżyserem było trudne, bo trzeba z tego było zrobić serial i rozciągnąć to do ośmiu odcinków po 40 minut. Tam nie ma tyle treści. To by się dało, jednak jakby to było skomasowane do półtorej godziny, to zaręczam państwu, że trudno było się od tego oderwać.
Znowu, żeby nie spoilerować, bywa różnie. Tam jest masa, moim zdaniem, świetnych pomysłów, takich idei, o których oczywiście nie powiem, ale są ciekawe. Kilka pomysłów, nawet takich odpryskowych, przyszło mi do głowy, kiedy oglądałem ten serial, że można by pójść w taką czy w inną stronę albo w ogóle coś zupełnie osobnego napisać. W związku z tym ten serial może inspirować. To już dobrze jest, jak serial może inspirować, jak ma takie różne wątki. Bywa też sztampowy. I mam też problem z wizualną stroną tego serialu. Rzeczywiście baza jest super. Ta księżycowa baza, te przejścia. Tam są wprost, moim zdaniem, nawiązania do „Obcego", tu właśnie wizualne.
Proszę się nie ekscytować, obcy nie wyskakuje, od razu mówię, żebyście się państwo nie denerwowali. Wizualnie to rzeczywiście wygląda świetnie. Z tym że tak nie do końca. Odniosłeś, Piotrze, wrażenia, że niektóre krajobrazy za szybami tej stacji księżycowej jednak wyglądały papierowo? Nie do końca mnie przekonywały.
[02:53:53] - Tak, efekty specjalne były bardzo nierównomierne. Mieliśmy z jednej strony wszystko w miarę wiarygodnie przedstawione, z drugiej strony mieliśmy troszeczkę dziwne skafandry wyglądające bardzo na dresy na przykład. Widzowie narzekali. Narzekali nie tylko na przedłużanie tego serialu, na rozciąganie go w nieskończoność, ale też na pewne niuanse, powiedzmy naukowe, związane nie tylko z tym, jak oni się na przykład zachowywali na Księżycu, ale też z tym, co się z Ziemią działo. Nie będziemy tego zupełnie zdradzać. Szczerze mówiąc, dowiedziałem się właśnie przed chwilą, że ten serial nie został przedłużony. Nie będzie drugiej serii „Cichego morza" lub „Silent Sea". Nie wiem, czy szkoda. Jakbym miał zachęcić kogoś do obejrzenia, to powiem, że można, ale spodziewałem się czegoś innego. To było w ogóle tak, że ten serial wystartował chyba gdzieś na święta w ubiegłym roku, na Boże Narodzenie.
I patrzę, jest jakiś prezent koreański, jakiś serial science fiction, coś fajnego. Muszę powiedzieć, że ciężko. Ciężko. Się rozczarowałem. Co mnie tak na przykład troszeczkę nie za bardzo tutaj przyciąga do tego serialu, to brak takich charyzmatycznych aktorów. Mamy taką sytuację, kiedy oni wszyscy w zasadzie wydają się odgrywać jedną rolę. I to też jest wielki minus tego serialu, który według niektórych został po prostu nakręcony z rozpędu dzięki popularności innych koreańskich seriali na Netflixie.
[02:55:59] - Być może. Poza tym, jak już tak się pastwimy nad tym serialem. Aczkolwiek tak jak Piotr powiedział, ten serial nie odrzuca. To nie jest absolutne badziewie. Można spokojnie obejrzeć, jak ktoś ma sporo wolnego czasu, bo tam są dłużyzny, niestety są, ale obejrzeć warto. Tak jak powiedziałem, kilka fajnych pomysłów jest, nawet może więcej niż kilka. Trudno mi powiedzieć. Nie wiem, jak inni na to patrzą. Dla mnie rozczarowująca była końcówka. Chyba że ona była pomyślana w kontekście kontynuacji.
Być może w tej kontynuacji. Natomiast tak to ona wypada z jednej strony niby poetycko, może jakoś tak inaczej. Ja odniosłem wrażenie, że po prostu tam był brak takiej pełnej koncepcji zakończenia tego sezonu. Bo on się oczywiście kończy, żebyście państwo się nie przestraszyli, to nie jest tak, że tam w ogóle nie wiadomo, o co chodzi. Wszystko wiadomo, on się zamyka. Aczkolwiek zamyka się w taki sposób, że nie wiem, czy jestem zadowolony, czy po prostu nie jestem.
[02:57:20] - Jeżeli już jesteśmy przy tych produkcjach azjatyckich, które z jakichś przyczyn nie zostaną zapamiętane, a dotyczą Księżyca i były produkcjami przede wszystkim nowymi i głośnymi, nie sposób przejść obojętnie koło „Moonfall”. Tutaj nawet nie wiem, co powiedzieć. Historia wygląda tak. Tutaj trochę można zaspoilerować, bo film jest tak zły, że według niektórych-
[02:57:55] - Aż dobry.
[02:57:56] - Aż zły. W każdym razie, co jest warte tutaj odnotowania, ten film powstał za ogromne pieniądze. Roland Emmerich jest reżyserem i on zgromadził kilkadziesiąt milionów dolarów, między innymi od chińskiego biznesmena, za to, żeby wyprodukować wiekopomne dzieło science fiction na temat Księżyca.
[02:58:22] - Emmerich, przepraszam, że ci przerwę, to specjalista od rozwalania naszego świata, więc po raz kolejny ten świat w jakimś stopniu przynajmniej rozwala.
[02:58:32] - Tak. I to mu właśnie zarzucano, że film jest w dużej mierze w jakiś sposób odtwórczy. Ale ja powiem tak: „Moonfall” opiera się na bardzo dobrym pomyśle. Opiera się na tym pomyśle, o którym już mówiłem, czyli że Księżyc to jest jakaś arka, że Księżyc to jest sztuczny twór.
[02:58:53] - Megakonstrukcja.
[02:58:54] - Tak. Że istnieją jakieś wyniki badań NASA sugerujące, że on nawet pusty w środku może być, że on tutaj przyleciał, że tak naprawdę jest bazą wypadową obiektów UFO na Ziemię i dlatego nigdy w zasadzie nie widać ich, jak przelatują do nas z głębokiego kosmosu. Ta koncepcja jest ciekawa, natomiast cała reszta to już jest taki groch z kapustą, jeszcze z chińską przyprawą. Dlatego, że z jednej strony mamy tam bardzo wiele ukłonów w stosunku do sponsorów tego filmu, ale też takie totalne pomieszanie z poplątaniem. To nie jest film hollywoodzki, to nie jest jakiś wielki blockbuster. To jest film, który ma ogromne aspiracje. Niestety nie w stronę rozwijania fabuły czy też zapisania się w historii science fiction, ale właśnie w kierunku efektów specjalnych. I to efekciarstwo go zabija. Po prostu go zabija. Nie wiem, czy wytrzymacie.
Ten film jest okropnie długi. Może nie powiem, od czego się zaczyna, bo to wam zdradzi, co się będzie działo na końcu, ale mamy tam w ogóle całkiem dobrych aktorów, między innymi Patrick Wilson, którego żona jest Polką, który, jak czytamy, brał ślub w Kielcach. Przede wszystkim jest fajnym aktorem. Ja go bardzo lubię za serię „Obecność”, w której wcielił się w pana Warrena i tą postać nam bardzo ocieplił. I ten Patrick Wilson gra byłego astronautę, który razem z takim zwolennikiem teorii spiskowych, który mówi właśnie, że Księżyc to jest jakaś grupa, ratuje świat. Co ja tu będę dużo mówił. Najgorsze jest to, że ten Księżyc na Ziemię spada, prawda?
[03:00:55] - Tak. I już prawie wlatuje w atmosferę. Jednak coś trzeba zrobić, proszę państwa. On już prawie przypierdzielił w tę Ziemię, ale jednak kosmonauci, nie, to astronauci amerykańscy są niezwykle dzielni. Tak sobie wzdycham przy tym filmie, bo rzeczywiście to, co Piotr powiedział, efekty specjalne. Właśnie mam problem. Z jednej strony lubię, jak jest trochę tych efektów specjalnych i one są wiarygodne, ale tu się skłonię ku temu, co powiedział Piotr, że po prostu ich nadmiar chwilami już zaczyna, moim zdaniem przynajmniej, być groteskowy. Po prostu wszystko się rozpierdziela. Ale w końcu Księżyc ma swoje prawa i jak atakuje Ziemię, tu cudzysłów przy tym „atakuje” oczywiście, to się muszą dziać rzeczy potworne. Tylko one się dzieją tak potwornie wybiórczo.
To znaczy Ziemia jest niszczona, ale niby nie. Mam przede wszystkim pretensje, że efekty specjalne zabiły pewną wiarygodność. To znaczy ja odnoszę wrażenie, że gdyby coś takiego działo się naprawdę, to ta Ziemia by zginęła po prostu. Nic takiego by się nie działo. Uważam, że reżyser, pewno bardziej scenarzysta, nie zadbali o to, żeby to chociaż deczko uwiarygodnić. Wiem, że były filmy o tym, że jak zobaczyli, że asteroida ma uderzyć w Ziemię, to natychmiast wysłali w kosmos wiertacza z platformy wydobywczej naftowej i on tam wiercił tę asteroidę, żeby tam jej ładunki podłożyć. Już wiecie państwo, o jakim filmie mówię. To wszystko jest, jak patrzy się, co w tej chwili robi NASA, jak sobie tam uderza w jakieś asteroidy, żeby zmienić tor i tak dalej. Jak widzimy, na jakim etapie oni są, a co się nam proponuje jako receptę na załatwienie sprawy To cóż, mam wrażenie, że film jest mało wiarygodny i pytanie tylko brzmi tak: czy film rozrywkowy, taki SF ma być wiarygodny? Czy musi być wiarygodny, czy też jest czystym widowiskiem?
I tu chyba jest odpowiedź. Sam ją dałem przed chwilą. To jest być może świetne widowisko, jak sobie wyłączymy pewną część mózgu dotyczącą nauki, dotyczącą spojrzenia jak to wszystko działa. To wtedy, jak to państwo odłączycie, to dla niektórych zabawa może być świetna. Dużo się dzieje. Jeżdżą, uciekają, latają, w ostatniej chwili startują i tak dalej. Wszystko to, co w tego rodzaju filmach się zdarzyć może, to się tam zdarza. I tyle. Dużo się dzieje. Super jest.
[03:04:12] - Tak. Plus ta wzruszająca końcówka. Natomiast tak jak powiedziałeś, science fiction to fantastyka naukowa i ja mam przede wszystkim takie skrzywienie, kiedy oglądam horrory i fantastykę. Chociaż moim ulubionym gatunkiem jest horror science fiction. I kiedy oglądam tego typu filmy, nawet jeżeli podpadają pod katastroficzne, to zawsze się zastanawiam nad pewną dozą realizmu. Bo przecież nic nie jest tak przerażające jak prawda. I wydaje mi się, że tu jest cały pies pogrzebany, że jednak trochę przesadzono z tym wszystkim, że próbowano skrzyżować różne gatunki, różne style, a na koniec wyszło nam coś zupełnie innego. Science fiction nam się objawiło na końcu w swojej czystej postaci. I gdyby oni bardziej się zastanowili nad tą koncepcją sfery Dysona, nad koncepcją Księżyca jako arki, mógłby wyjść z tego naprawdę niezły film. Jak oglądaliśmy „Nowy początek", pojawiły się wielkie obiekty nad Ziemią, pojawiły się jakieś istoty.
Niewiele było pokazane, dużo było niewiadomo, ale jednak przeżywało się ten film. Tutaj też w „Moonfall" mamy do czynienia na końcu z wielką tajemnicą, z wytworem obcej inteligencji. Natomiast mamy wrażenie, że to jest wszystko niepoważne zupełnie, że to nie ma prawa się wydarzyć, nawet jeżeli niektórzy wierzą, że ten księżyc naprawdę jest pusty i naprawdę jest czymś w rodzaju tej sfery Dysona.
[03:06:08] - Poza tym wyjaśnienie, skąd się wziął Księżyc tej ingerencji obcej cywilizacji. Ta historia, do której nawiązują, historia pewnej rasy, której być może jesteśmy potomkami. Powiem tak, to trochę papierowe było. To już naprawdę było takie, że kopiuj, wklej, kopiuj, wklej. Bo ta cywilizacja bardzo odległa i bardzo daleka właściwie niczym się nie różniła. Ale dobra, to już takie narzekanie. Natomiast ja mam, Piotrze, takie wrażenie, że ten film i jego końcówka zdaje się wskazywać, że ktoś może kiedyś pokusić się o nakręcenie kolejnej części, bo to jest takie otwarte zakończenie. Tam nawet padają takie konkretne słowa, po których można sądzić, że rzeczywiście jakby się ktoś bardzo wysilił, to dałoby się nakręcić coś dalej. Tylko to już nie byłby film katastroficzny i może dlatego byłby ciekawy. Bo tam wręcz jest takie namawianie, taka myśl mi się przynajmniej pojawiła, o wielkim skoku ludzkości.
[03:07:27] - Niestety cię rozczaruję, dlatego że czytałem sobie niedawno, że Emmerich miał taki pomysł i twierdził, że jeżeli film się okaże wielkim hitem, to on nakręci jeszcze chyba dwie części. Niestety film się okazał potworną klapą. Utopiono w nim środki. Nawet czytałem opinię, tylko nie pamiętam kogo. I ten ktoś powiedział, że dobrze, że te dwie części nie powstaną, bo to byłoby jeszcze gorsze. I tutaj użył bardzo brzydkiego słowa. Nie powiem jakiego. Porównał to do nietoperzowego łajna. Także tyle w temacie.
[03:08:16] - Okej, strasznie rozwałkowaliśmy wielkie dzieło Emmericha. Tak się starał. Myślę, że warto by jeszcze wspomnieć o kilku filmach, w których Księżyc jest gdzieś w tle. Mnie przyszły do głowy takie filmy z przymrużeniem oka troszeczkę, bo przecież jeśli państwo oglądaliście, a jeśli nie, to koniecznie obejrzyjcie. Jest taka komedia — czy to jest komedia? Powiedzmy, że komedia — „Iron Sky". I jest „Men in Black” trójka. I to też tam się właściwie o Księżyc oba te filmy zahaczają. Tu znowu nie zdradzę specjalnie tajemnicy, kiedy powiem, że w „Iron Sky" okazuje się, że faszyści, Niemcy, hitlerowcy uciekli na Księżyc i tam przetrwali, a teraz postanowili coś z tą sytuacją zrobić. Mamy czasy współczesne.
Ten film powstał jakiś czas temu, więc one są trochę mniej współczesne niż nasza współczesność. Niemniej jednak postanowili wrócić. W „Men in Black” wielka konstrukcja, która jest więzieniem. Gdzie to więzienie, w którym ludzie w czerni więżą źle zachowujących się obcych? Oczywiście na Księżycu. Jeśli miałbym wymienić filmy kojarzące się z Księżycem, to chociażby te.
[03:09:51] - Tak. Był jeszcze jeden film, który był już co prawda wymieniany przez nas w debatach ufologicznych, ale który też o Księżyc mocno zahaczył i który narobił wielu amatorom horrorów science fiction smaku. To był „Apollo 18”. Film z gatunku tych biologicznych, to znaczy tych, gdzie tym, co ma przerażać, jest istota. Tylko że w tym przypadku to jest raczej dość mizerniej postury istota. Troszeczkę się to wiąże z serialem, o którym na początku wspomniałeś. Może nie na początku, ale z serialem z Adamczykiem. Zapomniałem, jak się nazywał.
[03:10:41] - „Dla całej ludzkości”. „For All Mankind”.
[03:10:47] - Tam również mamy taką sytuację, że Amerykanie przybywają na Księżyc i odnajdują ciało radzieckiego kosmonauty, który jest tam w dość opłakanym stanie. I się okazuje, że coś się z nimi złego zaczyna dziać. Tutaj też ugryzę się w język, nie powiem co dalej. Dodam tylko, dlaczego tak się napaliłem na ten film. Dlatego, że miałem nadzieję, a to było lata temu, bo to jest film z 2011 roku, że ktoś podejmie wreszcie ten temat. Ktoś odpowie nam na pytanie, dlaczego oni z tego Księżyca się ewakuowali. Dlaczego ten Księżyc nikogo nie interesuje? Bo to takie gadanie, że skończył się wyścig kosmiczny, rozpadła się żelazna kurtyna, zimna wojna się skończyła, Ruscy tam w ogóle. Amerykanie nie mają po co na Księżyc lecieć, bo nie mają się komu pokazywać. Czasy się zmieniły dzisiaj, ale o tym jeszcze za chwilę.
I ten „Apollo 18” jako ten anulowany program kosmiczny też był podłożem dla wielu teorii spisku. Miałem nadzieję, że powstanie film, który wykorzysta to, co niewykorzystane, czyli te wszystkie elementy z księżycowego folkloru mówiące wprost, że tam są kosmici. Nie jakieś tam megastruktury, nie sfery Dysona, że oni tam gdzieś mają bazę i robią jakieś dziwne rzeczy. Niestety do tej pory nie doczekaliśmy się czegoś, co by moje oczekiwania spełniło w takim stopniu, żebym dostrzegł tam pewne elementy, które znamy chociażby z ufologii czy z tych oklepanych teorii spiskowych. Chociaż to też jest bardzo wieloznaczny termin. Co jeszcze chciałem powiedzieć odnośnie „Apollo 18”? To jest film z gatunku tych, których formuła moim zdaniem się troszeczkę wyczerpała. Oczywiście znajdą się amatorzy, znajdą się ludzie, którzy powiedzą, że cała sytuacja ich przeraża. Czyli jakaś tajemnicza przypadłość, odcięcie od domu i w zasadzie pewna śmierć. Fakt, rzeczywiście.
Natomiast sama realizacja była dość kiepska, nawet jeżeli to zostało nakręcone w oparciu o jakieś tam rzekomo znalezione materiały. Także tutaj też się zawiodłem. I to jest taki kolejny symptomatyczny element tej naszej dzisiejszej audycji, że w zasadzie co film z Księżycem w roli głównej, to zawsze coś jest nie tak. Nie czerpie się wzorców z tego, o czym mówiłem. Może gdyby ktoś po to sięgnął, dałoby się coś ciekawego wyprodukować. Już to widzę oczyma wyobraźni. A z drugiej strony mógł to też być taki totalny crap. Bo z drugiej strony co by się tam miało dziać? Astronauci by gonili się po tym pustkowiu, uciekając przed kosmitami w swoich ich cudownych latających maszynach? Nie wiem.
[03:14:13] - Może niekoniecznie kosmici, chociaż taki film, który zarysowałeś, który sobie wymarzyłeś, byłby pewno ciekawy. Natomiast jeśli chodzi o to, co się na Księżycu może dziać, to wspomnę o takim filmie, w którym Księżyc nie jest najważniejszy, ale w pewnym momencie się pojawia. To jest film całkiem niedawny, sprzed kilku lat. „Ad Astra” z Bradem Pittem. Chyba dobrze. Tak. Tam w pewnym momencie on lecąc w głębokie części Układu Słonecznego musi przejechać z jednej bazy księżycowej do drugiej, z której ma się odbyć start. I tam się pojawiają, nie wiem, jak to określić, bo oni jeżdżą też takimi łazikami. Nie piraci, to zbóje. Księżycowi zbóje, którzy na taki konwój jadący z jednej bazy do drugiej napadają.
Tam się dzieje znowu. Sam film, proszę mi wybaczyć, to nie są moje klimaty. Ja lubię filmy, w których rzeczy dzieją się szybciej, akcja toczy się bardziej dynamicznie. Ten film „Ad Astra” z Bradem Pittem dzieje się tak długo i dlatego może nie przypadł mi do gustu, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że znajdzie się cała masa ludzi poruszonych jego głębią psychologiczną. I tu nie żartuję wcale, to może tak brzmi, jakbym żartował, ale nie żartuję. Natomiast to nie ja. Ja jestem prostym człowiekiem, który aż takich głębi psychologii nie sięga. Natomiast te sceny na Księżycu wydały się wiarygodne. Nie miałem wrażenia kartonowości tej dekoracji, tego, co tam się dzieje. Uważam, że efekty specjalne, które tam zostały wykorzystane to były fajne efekty.
Jeśli miałbym jeszcze coś o Księżycu znaleźć. Mnie się, Piotrze, właściwie filmy z Księżycem w dekoracjach, czy też w tle wyczerpały. A tobie?
[03:16:37] - Chyba też. Ale jeżeli ktoś ma jakieś pomysły albo zna coś, co żeśmy ominęli, to zostawcie wiadomość w komentarzach albo na YouTubie, albo na Facebooku. Mnie się też te filmy wyczerpały, choć zapewne było ich dużo więcej. Odnośnie „Ad Astra", to ja tylko dodam, że rzeczywiście dziwny film. Dziwne jest to, że taka produkcja, która mogłaby konkurować z „Interstelarem" przeszła bez echa, jest filmem zupełnie zapomnianym tak naprawdę. Co jeszcze chciałbym dodać? Rzeczywistość jest czasami dziwniejsza od fikcji i to z rzeczywistości scenarzyści powinni czerpać wzorce. Moim zdaniem. Dlaczego? Dlatego, że film oparty na faktach, szczególnie jeżeli jest to horror, przeraża podwójnie.
A przecież cały czas ten Księżyc nam dostarcza jakichś powodów do zastanowienia, zadumy. Chociażby to, że w wielu kwestiach się milczy, chociażby to, że co rusz się tam znajduje jakieś dziwne rzeczy. I przykładem tutaj jest znalezisko z grudnia ubiegłego roku, kiedy chiński łazik, bodajże Yutu 2 dostrzegł w oddali taki bardzo nietypowy głaz. Dosyć kanciasty. No i zaczął się zastanawiać, co to. Już samo to, że agencja kosmiczna chińska się tym zainteresowała i postanowiła do tego podjechać, żeby zobaczyć, czym jest to, co oni nazwali chatką na Księżycu, daje do myślenia. Podjechali, ale oczywiście był to tylko zwykły albo i może niezwykły kamień. Tak to widzę. Marku, rzeczywiście chyba nam się te filmy lunarne, księżycowe wyczerpały.
[03:18:38] - Ja tylko powiem w takim razie, że po tym przeglądzie, który zrobiliśmy, to ten serial, o którym wspomniałem „For All Mankind" on się broni, ponieważ co prawda nie ma wątków horrorowych, jakichś takich niezwykłych, ale on pokazuje na przykład w drugim sezonie, jak się pracuje na Księżycu, jak to mogłoby wyglądać. Tam powstaje kopalnia, tam się wydobywa wodę, znajdują wodę na Księżycu, później to wykorzystują. Dochodzi do różnych ciekawych sytuacji, właśnie do tego konfliktu z Rosją, właściwie ze Związkiem Radzieckim, bo w tamtej nitce czasowej istnieje cały czas Związek Radziecki. I to jest ciekawe, bo oni to robią bardzo realistycznie i ja sobie to cenię. I jeśli z tego dzisiejszego przeglądu takich wątków mocno księżycowych, to ja bym doradzał ten serial. Natkniecie się co prawda państwo tam na trochę takich dziwności, powiedzmy psychologiczno-fabularnych, ale można sobie przejść nad tym do porządku dziennego. Natomiast obserwowanie tego, co się dzieje na Księżycu to naprawdę jest ciekawa sprawa.
[03:20:05] - Czyli można odnieść takie wrażenie, że Piotr Adamczyk jest trzecim Polakiem na Księżycu po panu Twardowskim i po majorze Suchadole.
[03:20:13] - Nie, on właśnie nie leci, a tym bardziej Piotr Adamczyk tam gra pewno ze względu na akcent nie Polaka, tylko radzieckiego doradcę, który jest do kontaktów z NASA.
[03:20:30] - A ja tylko dodam od siebie, że ten serial może akurat wychowywać widza, dlatego, że wydaje się, że Księżyc w dalszej czy bliższej przyszłości stanie się polem konfliktów, stanie się polem, które trzeba między sobą podzielić i o które te mocarstwa kosmiczne będą rywalizować. I Chiny chyba czują pismo nosem i robią wszystko, aby tych Amerykanów nieco wyprzedzić. Start Artemis też nie jest przypadkiem. Czy oni tam polecą w celach gospodarczych wydobywać chociażby metale, czy ten słynny hel, czy polecą tam w celach obronnych czy strategicznych, aby tam umieścić swoją bazę? To wszystko się powoli dzieje i wydaje mi się, że czeka nas może wysyp nawet takich produkcji, niekoniecznie science fiction, tylko już fikcji filmowej, ale osadzonej poza Ziemią, która odnosi się do rzeczywistości jak najbardziej namacalnej. I to chyba tyle, jeżeli chodzi o srebrny glob.
[03:21:43] - Tak jest. Pięknie ci dziękuję Piotrze. Trochę o tym Księżycu sobie mogliśmy porozmawiać, a za tydzień znowu porozmawiamy o filmach. Niech to na razie zostanie niespodzianką, chociaż mamy swoje typy. Pracowicie je przed audycją omówiliśmy, a ja się już cieszę, bo przynajmniej część tytułów mam do obejrzenia. Piotr jest niewyczerpaną kopalnią różnych tytułów, których ja na przykład nie znam i nie ukrywam, że ta audycja to jest dla mnie okazja, żeby się z niektórymi z nich zapoznać. Tutaj zdaję się na Piotra, bo zdecydowanie kilka ciekawych obrazów dzięki niemu obejrzałem. Pięknie dziękuję Piotrze.
[03:22:34] - Ja również dziękuję i dobranoc.
[03:22:42] - Tym wszystkim, którzy obawiali się, że wraz z tym nadpłynięciem Bibliotekarium 2.0 skończy się czas publikowania opowiadań, bo zniknęło ABW. Zaraz będę udowadniał, że tak nie będzie. Po pierwsze opowiadania się już pokazywały. Mieliście państwo okazję słuchać. A dzisiaj kolejna odsłona. Tym razem posłuchamy opowiadania Marka Myszograja, którego państwo znacie z ABW, który całkiem sporo tych opowiadań do ABW przesyłał i one się cieszyły na ogół, przy różnych uwagach, większych, mniejszych, cieszyły się jednak powodzeniem zarówno wśród słuchających, jak i wśród oceniających, a w każdym razie ludzi, którzy tym opowiadaniom się przypatrywali. Dzisiaj posłuchacie państwo opowiadania „Czas na lody”. Tak jak powiedziałem Marka Myszograja, ale jeszcze pewna niespodzianka. Za chwilę ją państwo usłyszycie. Zapraszam.
[03:23:54] - Marek Myszograj „Czas na lody” czyta Bruno Kadyna. Cześć, nazywam się Marek i mam siedem lat. Przestałem oglądać bajki. Już ich nie lubię. W domu zawsze leciał Cartoon Network albo Nickelodeon. Gdy kończyły się atomówki, to zaczynał świat Gumballa. A za SpongeBobem przepadałem. Dziś odwiedzili mnie dziadkowie. Babcia wciąż powtarzała: życie nie jest bajką. Zasuwając po domu w rajtezach z pieluchą na dupie nie rozumiałem tego.
A babcia miała rację. W bajkach śmieszne są wypadki, łamanie nóg, upadki z wysokości. W bajkach nikt nie choruje. Powiedziałem babci, z kim się widuję. Nic nie odpowiedziała, tylko głaskała mnie po głowie. Nie lubię tego. W ogóle nie znoszę, gdy wszyscy wokoło się rozczulają. Tak przy okazji to nauczono mnie nowego słowa, irytujące. I to częste rozczulanie mnie irytuje. Koledzy na początku wpadali codziennie.
Teraz w ogóle. Moimi przyjaciółmi są lekarz prowadzący, pielęgniarki i jeszcze takich dwóch. Ja mam ot tak po prostu leżeć i oglądać sobie Gumballa. Babcia przyniosła dziś bardzo dobry rosół. Tutaj takiego nie dają. Gdyby nie rodzice i dziadkowie, to nie jadałbym takich smakowitości jak serniki, deserki, a nawet od czasu do czasu załapię się na hamburgera albo ulubioną pizzę. Fast foodów niestety nie mogę jeść zbyt często. Wyjaśniono, że nie pomagają w procesie leczenia. Szkoda, że nie jest na odwrót. Zdrowiałbym zajadając pizzę.
Niestety to tylko marzenie. Zaciskam zęby i słyszę: życie nie jest bajką. Co do marzeń to mam ich wiele. Te mniejsze to aby nie bolało podczas badania. Oczywiście są też mega życzenia. Na przykład raz na zawsze stąd wyjść. Dwoje nowych przyjaciół obiecało, że wkrótce opuszczę szpital i będzie dobrze. Wierzę im. Nim tu trafiłem, to chciałem być piłkarzem. Dobrze mi szło kopanie gały.
W szkole ulubioną lekcją był WF. Gdy graliśmy w piłę, to ja najczęściej strzelałem gola. Kariera bycia piłkarzem skończyła się nagłą utratą przytomności. Stało się to w pierwszej klasie, zimą. Graliśmy na sali gimnastycznej i tak po prostu upadłem. Wywieźli mnie karetką do jednego szpitala, potem drugiego, a ten, w którym teraz leżę, jest trzecim. Po tym wszystkim wstydziłbym się wrócić do szkoły. Raz zsikałem się Mikołajowi na kolana. Ze wstydu chciałem zapaść się pod ziemię, ale mama mnie uratowała. W szkole mamy nie ma i trzeba radzić sobie samemu.
Życie nie jest bajką. W tej chwili, leżąc w szpitalnym łóżku, zastanawiam się nad tym, co mi obiecali nowi przyjaciele. O tym, o czym z nimi rozmawiałem, wie tylko babcia. Babcia potrafi słuchać i wszystko rozumie. Dużo przeżyła i wie co, z czym i do czego. Najważniejsze, że nie zadaje niepotrzebnych pytań, bo tak jak wspomniałem, nie lubię rozczulania. Podczas dzisiejszej wizyty babcia siedziała na łóżku, trzymając mnie za rękę. Nie możecie się martwić — wyjaśniłem, gdy dziadek wyszedł zapalić papierosa. — Pozwolili mi się tobie zwierzyć. Tłumaczyli, że zrozumiesz, bo już kiedyś spotkałaś się z nimi.
Chodzi o wypadek, który przeżyłaś. Babcia ścisnęła mocniej mi rękę. — Co ty mówisz? — zapytała, wpatrując się we mnie szeroko otwartymi oczami. Dawniej zimy były inne. Mroźne powietrze szczypało w nos, a śnieg zalegał tygodniami. W taki zimny poranek mama obudziła Olę. Mała spała dłużej niż zwykle, gdyż do szkoły pierwszy raz miała pojechać autobusem. Chwilę po śniadaniu Ola wraz z przyjaciółmi biegała wokół przystanku autobusowego. Magistrat — tak się kiedyś mówiło na urząd miasta — zaplanował i zrealizował połączenie autobusowe dla pobliskich wiosek.
Komunikacja uczniów do i ze szkoły miała być wygodniejsza. Śmiech dzieci i skrzypiące pod śniegiem buty rozproszyły uwagę Oli. Kierowca autobusu nie znał jeszcze tej trasy. Klekot zwany ogórkiem i napięty rozkład jazdy sprawiały trudności w prowadzeniu upartego pojazdu. Klekot w normalnych warunkach pogodowych z trudem pozwalał się prowadzić. Natomiast na oblodzonej drodze komunikacja między nim a szoferem wydawała się niemożliwa. Kierowca, jadąc długą, prostą drogą, rozpędził autobus do zawrotnej wówczas prędkości 70 kilometrów na godzinę. Powinien jechać wolniej, ale miał już 15-minutowe opóźnienie. Dziś w tym miejscu nie ma tego pechowego przystanku. Władze przesunęły go w bezpieczne miejsce.
Ale w tamtym czasie kto by się spodziewał, że przystanek na łuku drogi to zły pomysł? Kierowca nagle ujrzał gromadkę biegających dzieci. Wcisnął z całej siły pedał hamulca. To był błąd. Koła wielkiego autobusu zablokowały się, powodując całkowitą utratę kontroli nad klekotem. Dzieci rozpierzchły się w jednej chwili. Ola jako jedyna pozostała na drodze. Zerwany ze smyczy kolos sunął w jej kierunku. Sparaliżowana dziewczynka stała i patrzyła, jak wielka masa stali obraca się i sunie bokiem wprost na nią. Wpierw okryła ją fala śniegu, po czym poczuła uderzenie.
To, co stało się później, dręczyło Olę latami. Gdy chciała o swych koszmarach z kimś porozmawiać, zbywano ją. Uważano, że zmyśla. Dorastając, przekonywała sama siebie, że tamto wydarzenie było majakiem ciężko okaleczonej dziewczynki. Z czasem mała Ola wyrosła na piękną Aleksandrę i poznała mego dziadka. Oboje mieli własne dzieci. Będąc babcią, całkowicie zapomniała o tym, jak leżąc potrącona przez autobus, zobaczyła właśnie ich. W pierwszym momencie, tuż po uderzeniu, otworzyła oczy. Wokół panowała głucha cisza. Tak jak gdyby nic się nie stało.
Ola bez żadnego problemu wstała na równe nogi. Zrobiła kilka kroków w kierunku koleżanek i kolegów. Śnieg nie skrzypiał pod jej nogami jak wcześniej. Powietrze również było inne. Nie szczypało w nos. Dzieci stały rzędem, wpatrując się z przerażeniem w coś dziwnego. Ola odwróciła się, aby spojrzeć na to, co tak zaabsorbowało koleżanki i kolegów. „To niemożliwe” — pomyślała z przerażeniem. Ujrzała bowiem samą siebie. Leżała w plamie krwi tuż pod kołami autobusu.
„Olu, nie bój się.” Ktoś położył jej dłoń na ramieniu. „To jeszcze nie jest twój czas.” Mężczyzna był przecudowny. Wzbudzał zaufanie. „Musisz wrócić” — kontynuował, przykucając tak, aby mógł patrzeć Oli prosto w oczy. „Wiem, że nieprzyjemnie to wygląda. Musisz tam podejść i spróbować wtulić się w samą siebie. Będzie dobrze, zobaczysz.” Nie mogła się ruszyć. Sytuacja sparaliżowała ją kompletnie. Wówczas pojawił się kolejny mężczyzna. Wokół panowała głucha cisza.
Otoczenie pozostawało w bezruchu. Obaj nieznajomi chwycili Olę za ręce i pomogli podejść do leżącego ciała. Nim spełniła prośbę, nim wtuliła się sama w siebie, spojrzała jeszcze raz na nich obu. Byli piękni i tak ich zapamiętała. Tłumaczyli, że zrozumiesz, bo już kiedyś spotkałaś się z nimi. Powiedzieli, że chodzi o wypadek, jaki przeżyłaś. Babcia ścisnęła mocniej moją rękę. — Co ty mówisz? — zapytała, wpatrując się we mnie szeroko otwartymi oczami. To było takie same spojrzenie jak kiedyś pani przedszkolanki.
Wylałem wówczas, oczywiście niechcący i nie z mojej winy, kawę na nowy telefon naszej pani. Wtedy tak samo patrzyła. Z niedowierzaniem. Powoli kończę. Wszyscy już poszli i zostałem sam. Ból się nasila. Mówili, by po prostu zamknąć oczy i czekać. Przekonywali, bym się nie bał, a ja tu umieram ze strachu. Słyszę również to, co mama mi powtarzała, że ludzie odchodzą, ale miłość między nimi pozostaje. Oni wyjaśnili, że najczęściej dziadkowie albo rodzice pomagają w takim momencie.
W moim przypadku ma być inaczej.
[03:33:51] - Czasami po prostu tak jest. Dlaczego? Mam się dowiedzieć o tym później. No nie, znowu zaczęło boleć. Na to nie ma lekarstwa. Zamykam oczy. Tym razem jest inaczej. Mam ogromnego smaka na lody waniliowe. Tak, lody waniliowe w polewie truskawkowej. Są pyszne.
Przecież każdy je lubi. Do lodów bita śmietana. Zajadam pyszne słodkości. Rewelacja! Otwieram oczy. Oni już tu są. Siedzą na łóżku i trzymają pucharki pełne lodów. Karmią mnie nimi. Czyżby to był już koniec i mogę stąd w końcu wyjść? Czytał Bruno Kadyna.
[03:34:47] - Nie wiem, Marku, czy przypadkowo Bruno Kadyna nie zaczyna ci robić konkurencji lektorskiej. Bo nie dość, że czyta swoje opowiadania, to zaczyna czytać opowiadania nadsyłane do „Bibliotekarium 2.0”. Co ty na to?
[03:35:04] - Nie mam nic przeciwko. W końcu i tak to wszystko tak czy siak przechodzi przez mój komputer i moją myszkę, moje uszy, moje wszystko.
[03:35:12] - A kto ma komputer i zarządza tym wszystkim, ten tak naprawdę nie tylko zarządza, ale rządzi. I ja z pełną świadomością tego faktu nie będę się wychylał. À propos opowiadania, które państwo przed chwilą słyszeliście, to cóż. Tu powiem bezpośrednio do autora: panie Marku, ja nie mam uwag do tego opowiadania. Jeśli bym miał, to tak zwane drobne redakcyjne. Nie ma sensu. Tu naprawdę one są drobne. I cóż, jakoś tak ostatnio się zrobiło, proszę państwa, że ja nic innego nie robię. Nie wiem, czy to „Bibliotekarium 2.0”, czy co, ale ja właściwie tylko autorom gratuluję. Cieszę się z tego niezwykle, bo to świadczy o tym, że to w dobrą stronę idzie po prostu.
Myślę, że i temat jest wybrany dobrze i sposób jego obrazowania, przedstawienia. Pewne sekwencje, które są podane, to też jest zrobione sprawnie. Temat jest poruszający, on siłą rzeczy to taki samograj, który musi żreć. Więc zażarło. Panie Marku, więcej takich opowiadań i będzie naprawdę super. Jest super po prostu. Mam nadzieję, że państwu też się podobało, bo mnie się podobało bardzo. To cóż, żeglujmy dalej, bo „Bibliotekarium 2.0” trwa. Czas na kolejną prelekcję. A teraz będzie to znany państwu cykl „Labirynt książek”, odcinek szósty.
Dzisiaj nieodżałowany Mirosław Gołuński zajmie się książką Georgija Gospodinowa. Nie uciekajcie państwo. To jest pisarz nie z Rosji, jak można by podejrzewać po brzmieniu nazwiska, ale z Bułgarii. Ja wiem, że wielu z państwa to nie przekonuje. Przekona państwa Mirosław Gołuński. Tytuł książki przepiękny: „Fizyka smutku”. Ja tylko dodam, że tego samego autora, jeśli państwo przegapiliście, to pokazały się jeszcze takie książki całkiem niedawno, bodajże rok temu. Książka „Schron przeciwczasowy”. Jak to brzmi! Ten tytuł jest moim zdaniem wspaniały.
Kolejny wspaniały tytuł. Pokazała się też książka „Koniec Minotaurów”. I cóż jeszcze? Jeszcze książka „Wiersze wybrane i inne historie”. No cóż, proszę państwa. Zapraszam na wykład Mirosława Gołuńskiego o książce „Fizyka smutku”.
[03:38:23] - Mirosław Gołuński, „Labirynt książek”.
[03:38:52] - Dobry wieczór albo dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy będziecie państwo tego słuchać. Dzisiaj bohaterem będzie prawdziwy labirynt i jego mieszkaniec. Powieścią, książką. Czy w ogóle można nazwać to powieścią, to za chwilę się okaże. Jest książka Georgija Gospodinowa „Fizyka smutku”. Trudno, by zabrakło jej w mojej audycji, skoro jednym z najważniejszych bohaterów swojej powieści uczynił Minotaura. Ale nie jest to ten Minotaur, którego znamy z mitu, aczkolwiek autor mit ten przewentylował we wszystkie możliwe sposoby i zarówno labirynt, Minotaur, jak i Tezeusz i Ariadna pojawiają się w tej powieści wielokrotnie na zasadzie pewnego refrenu, który tę opowieść bardzo specyficzną, bardzo niezwykłą organizuje. Ale zacznijmy od początku. Gospodinow to bułgarski pisarz urodzony według powieściowego apokryfu 1 stycznia 1968 roku.
To nas lokuje w czasie. To nam opowiada o Już trochę zapowiada, o czym będzie ta powieść. Gospodinow wychował się w socjalistycznej Bułgarii i reminiscencje jego dzieciństwa spędzonego w 15-metrowym pomieszczeniu wraz z rodzicami, ponieważ gdyby mieli większe mieszkanie, nie mieliby szans na mieszkanie kwaterunkowe, choć jego ojciec był weterynarzem, spowodowały, że większość swojego dzieciństwa nasz bohater spędza w oknie sutereny albo na schodach. Znamy te dzieciństwa z lat 70. Przynajmniej część z nas. Ale już wówczas, jak opowiada dorosły pisarz czy dorosły narrator tej opowieści, miał niezwykłą zdolność. Zdolność wchodzenia w różnych ludzi i przyglądania się ich przeszłości. Czy będzie to mrówka, czy dziadek, to dla niego wtedy miało niewielkie znaczenie. I takie właśnie opowieści składają się na „Fizykę smutku”. Chyba najbardziej niezwykła jest opowieść o niemal porzuconym dziadku.
Dziadek jego wychował się bowiem w licznej rodzinie. Był najmłodszym dzieckiem. Gdy ojciec jego poszedł na pierwszą wojnę światową, matka znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Pojechała pewnego razu z nimi, ze starszymi jego siostrami, czterema bodajże, do młyna. On się zagubił. Tylko że matka chciała, żeby się zagubił. Liczyła na to, że małe dziecko, miłe i uśmiechnięte, wzbudzi w kimś poczucie współczucia i ktoś się nim zaopiekuje, a jej odejdzie jedna, przepraszam, gęba do nakarmienia. Ale wkrótce okazało się, że tak nie jest, że jedna z jego sióstr zauważyła jego nieobecność i chciała wrócić. Matka po wahaniu zgodziła się. Paradoks tej historii polega na tym, że to nie siostry, ale właśnie ten w pewnym sensie odrzucony syn będzie tym, który będzie się tą matką opiekował aż do śmierci.
Bo każde życie to labirynt. Z tym samym dziadkiem wiąże się druga historia. Dziadek umiał siedem słów po węgiersku. Generalnie węgierskiego nie znał. Był prostym człowiekiem, jak już pewnie państwo zauważyliście. Gdy umierał, poprosił wnuka, czyli naszego autora, o to, by odnalazł, by udał się do pewnej wioski na Węgrzech i odnalazł pewien dom. Okazało się, że to był dom, w którym skończyła się druga wojna światowa dla jego dziadka. Jego dziadek został zmobilizowany. Państwo wiecie, Bułgarzy pozostawali w dość niezwykłych relacjach z faszystami i Niemcami. I gdy wojna się kończyła, w tej wiosce właśnie został.
Dalej to już oczywiście wyobraźnia pisarza. Takich historii w tej książce jest znacznie więcej, bo właśnie to nie jest klasyczna, linearna opowieść, do której jesteśmy przyzwyczajeni i którymi dotąd właściwie państwa karmiłem. Może z wyjątkiem tego, gdy mówiłem o Parnickim. Tutaj jesteśmy w labiryncie życia. Bohater przeskakuje w czasie, opowiada nam o przełomie lat 80. i 90., gdy studiował, a były to niezwykłe lata. Opowiada również o swoim podróżowaniu po świecie, po Europie. Jest w tej czułości, zmysłowości coś z „Biegunów” Tokarczuk. Oczywiście nie w tym sensie bezpośrednim, ale ten bohater również jest w dwuruchu, również jest niezakorzeniony. Przy okazji możemy poznać świat nie tak przecież odległy.
Świat, w którym na przykład moje pokolenie jako dzieci spędzało wakacje. Potem przychodzą lata 90. i potworna bieda. Niezwykły jest pomysł w tej powieści, w którym bohater wraca do swojego miasteczka, w którym dorastał i go nie poznaje. Wynajmuje ten dawny dom, w którym mieszkał. Oczywiście zamieszkuje w piwnicy, w której dawniej mieszkał. I nagle on ubrany w dżinsy, około roku 2010, ubrany w dżinsy, w kolorową kurtkę trafia do innego świata. Dostaje w łeb od ludzi, którzy znowu nazywają się milicjantami, a nie policjantami i zostaje przywieziony do burmistrza. Burmistrz jest jego kolega z dzieciństwa. Okazuje się, że postanowił zrobić eksperyment ekonomiczny i całe miasteczko przerobił na komunistyczny skansen, bo ludzie tęsknią za komunizmem, prawda?
Okazuje się, że całkiem niezły biznes można na tym kręcić. To oczywiście fikcja, bo cała ta opowieść, wszystkie te opowieści są fikcyjne. No dobrze, ale w takim razie skąd ten Minotaur? Skąd ten labirynt? No właśnie stąd. Minotaur to opuszczone dziecko. W książce mamy kilkanaście ilustracji. Jedna z nich, odkopana gdzieś przez autora, to wyobrażenie Pazyfe, matki Minotaura, która trzyma go na kolanach. Nie ma co do tego wątpliwości. Śliczny mały chłopiec z głową byka tuż przed oddaniem, tuż przed tym, kiedy zostanie oderwany od niej i zamknięty w ciemnym, ciemność to bardzo ważny element tej opowieści, dość ponurym labiryncie, dopóki nie zjawi się w nim Tezeusz.
Pojawienie się Tezeusza to zdrada Ariadny i tej zdrady pisarz jej nie wybacza. To opowieść o klęsce poznania, bo labirynt w książce Gospodinowa to coś więcej niż klasyczny labirynt, w którym Tezeusz poluje na swojego odwiecznego wroga. To labirynt, w którym kręcimy się my sami. To labirynt, do którego jest równie wiele wejść jak wyjść. Tylko my pozostajemy wobec niego bezradni. Labirynt to przestrzeń, ale „Fizyka smutku” przypomina nam również, że labirynt to również czas. Dlatego właśnie mały Gospodinow wnika w przeszłość zarówno ludzi, jak i mrówek, których staje się bogiem, gdy je obserwuje jako sześciolatek. Gdy dorasta, zatraca tę zdolność. Dlatego między innymi chciał wrócić, by być może ją odzyskać. Aż dochodzi do miejsca, w którym zdaje sobie sprawę, że czas zawsze wiedzie ku śmierci.
Dlatego wymyśla sobie, że co by było, gdyby nagle czas zaczął się cofać? Gdybyśmy mogli przeżyć drugie dokładnie tyle lat, ile mamy w tym momencie? Gdybyśmy mieli 70, przeżyjemy 140. Gdybyśmy mieli 40, przeżyją 80. Bo życie nie jest sprawiedliwe. Tak jak niesprawiedliwe jest to, że zostajemy porzuceni w labiryncie, że zostajemy wrzuceni w życie, z którym nie bardzo wiemy, co zrobić. I chyba zaczynacie państwo jeszcze lepiej rozumieć, dlaczego moja audycja to projekt, to labirynt książek. Właśnie dlatego, że zostajemy wrzuceni do tego labiryntu. Ja nigdzie państwu nie obiecuję, że znajdziecie z niego wyjście, nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że coś wiemy. Tak jak bohaterowi wydaje się, że zna życiorys swojego dziadka, który miał kilkoro dzieci, opiekował się matką, która go zdradziła w dzieciństwie.
Nagle okazuje się, że miał jakąś inną przeszłość, inną alternatywną przeszłość nieznaną. I właśnie na tym polega piękno literatury, która może zrobić z motywem wszystko tak, jak robi to Gospodinov. A może w pewnym momencie Minotaur spotka Tezeusza, spojrzy na niego ze współczuciem i powie: „Nie chcę cię martwić, ale nić ci się skończyła”. Może więc nie ma ucieczki przed zagubieniem. O tym na pewno opowiada bułgarski pisarz. Właśnie opowiada o tym, że nie ma ucieczki przed zagubieniem, że w 2010 można trafić do komunistycznego miasteczka w Bułgarii. Tylko że to już będzie muzeum, skansen poddany rynkowemu prawu, poddany światu, który wtargnął do tego miasteczka po '90 roku i wywrócił je na nica. A może cudowna opowieść o pewnej wariatce, przynajmniej kobiecie, którą w miasteczku za wariatkę uważano, która całe życie czeka na pewnego aktora, w którym się zakochała. Całe życie stoi przed kinem i czeka podtrzymywana nadzieją, którą wlał w nią narrator, pisząc w imieniu tego aktora list, by czekała na niego o 17:00 przed kinem. I ona tam czeka codziennie przez kilkadziesiąt lat.
Pochyla się nad nią z czułością. Bo czym fikcja różni się od rzeczywistości? Czym to, co jest, różni się od tego, co sobie wyobrażamy? W labiryncie. I to jest, myślę, główny sens tej gry z motywem, którą proponuje nam pisarz. W labiryncie mierzymy się sami ze sobą. W labiryncie zagubieni, bezradni, smutni. Dlatego fizyka smutku. Wszystko nam się plącze. Poddani swego rodzaju deprywacji zmysłów odlatujemy.
Ale ta deprywacja zmysłów to przede wszystkim efekt samotności tego chłopca, który całe dzieciństwo siedzi w oknie i widzi buty albo widzi mrówki, dla których może być królem. Nie potrafi wytrzymać w związku. Przemierza całą Europę. Bywa w Polsce. Pojawia się Warszawa. Jesień zaczyna się w Warszawie. Pojawia się we Wrocławiu i w wielu innych miastach. I za każdym razem jest po prostu sam. Opisuje przeciętność i standardowość hotelowych pokoi. Szum miasta, który za każdym razem jest inny, a jednocześnie taki sam, bo za każdym razem to nie jest jego miasto.
Cóż więc różni mnie, Minotaura od mnie, Tezeusza, od mnie, Ariadny? Kim jestem? Gdzie jestem? Gdzie znajduje się moja twierdza, moje prawdziwe ja? Rozdzieliłem się? Czy jestem tym wszystkim, czy tylko jedną z tych rzeczy? Bo skoro rozbijamy przestrzeń, rozbijamy czas, to znaczy, że rozbijamy siebie. I ta powieść również jest o tym błądzeniu, błądzeniu w samym sobie. Czy moja przeszłość - mówi autor - to moja przeszłość? To moje wyobrażenie o przeszłości?
A może to ta przeszłość innych, w którą wchodzę, którą poznaję, którą oni mi opowiadają albo ją sobie wymyślam? Co to znaczy przestać być dzieckiem? - pyta w pewnym momencie autor. I odpowiada: to uświadomić sobie, że z labiryntu nie ma wyjścia. Nie mówi tego tymi słowami, dlatego mogę to powiedzieć, bo to jedna z wielu myśli, które w tej książce się pojawiają. Jak widzicie więc państwo, struktura tej książki też jest labiryntem i czytelnik sam musi wybrać, czy będzie stał na zewnątrz jak Ariadna, szukając nici, którą pewnie państwu tutaj trochę podpowiadam. Czy będzie Tezeuszem, który będzie polował na samego siebie, czy po prostu będzie Minotaurem, który będzie czekał, aż ktoś go stamtąd zabierze. Mnie samemu trudno było, czytając tę książkę, podjąć decyzję. Tym bardziej więc państwa zostawiam z podjęciem decyzji o tym, jak chcecie czytać, bo to zawsze jest wasza decyzja. Tak więc w trochę nostalgicznym nastroju, ściśle związanym z tym, że wczoraj skończyły się święta, zostawiam państwa i życzę dobrego dnia.
[03:51:30] - To jak już, proszę państwa, jesteśmy przy recenzjach, przy omówieniach książek, to idźmy za ciosem i zapraszam państwa na recenzarium Vivy. Recenzarium Vivy część szósta. Dzisiaj poznacie państwo interpretację Luizy Dobrzyńskiej, omówienie książki, którą bardzo lubię. „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”. To jest powieść Strugackich, która rozgrywa się w Sołowcu. To jest fikcyjne miasteczko gdzieś na północy Rosji. Ci, co czytali to wiedzą. Tam funkcjonuje instytut, który bada magię. Już sam pomysł, żeby w kraju, kiedy to było pisane, kraju socjalistycznym, ba, właściwie sięgającym prawie komunizmu, mówić o magii, to już był pomysł szalony. W dodatku jeszcze sposób, w jaki Strugaccy mówią o tej magii, o tym instytucie, to jest jedna wielka satyra.
To jest satyra na instytuty naukowe Związku Radzieckiego, w których nic nie funkcjonuje tak, jak trzeba. Administracja nie jest w stanie ogarnąć tego wszystkiego. Ciągle się coś psuje. Naukowcy to nie są naukowcy, którzy dążą do odkrycia prawdy, tylko kombinują często, jakieś machlojki wykonują. Ale wiecie państwo, z drugiej strony warto powiedzieć o tym, że są też naukowcy idealiści. Sam tytuł sugeruje, że tam właściwie nie ma weekendów. W Związku Radzieckim w ogóle nie było weekendów. Były niedziele, ale to też jakimś poślizgiem się stało. Zauważcie państwo, poniedziałek zaczyna się w sobotę, czyli właściwie wydechu, oddechu nie zażywają ci naukowcy w instytucie. Ale co ja tu będę państwu dużo gadał.
Eviva, czyli Luiza Dobrzyńska opowie państwu o tej powieści znacznie lepiej niż ja to zrobiłem. Zapraszam. Recenzarium Evivy. Fantazyji pełne.
[03:54:59] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Fantastyka radziecka. Teraz już po prostu rosyjska. To coś, o czym będę mówić dość często. Po trochu jest to pokłosie tego, że fantastyka radziecka, tak dokładnie radziecka, to coś, co ukształtowało mój gust fantastyczny. Nie ma co się wypierać. Częściowo wychowałam się w Związku Radzieckim. Częściowo znaczy mieszkałam tam po prostu kilka lat jako dziecko. Przy wszystkich zarzutach, jakie możemy postawić zarówno Związkowi Radzieckiemu, jak i Rosji, jedno trzeba przyznać: filmy oraz książki fantastyczne mają naprawdę dobre. Szczególnie te adresowane do młodzieży.
Być może teraz takie filmy jak „W drodze na Kasjopeję” wywołałyby jedynie uśmiech pobłażania, podobnie jak oryginalna seria „Star Treka”. Ale wtedy to było coś. Mogło rozbudzić zainteresowanie nie tylko wszechświatem jako takim, ale i nauką. Chyba właśnie takie było ich przeznaczenie. Nie tylko czcza zabawa. Ale nie o filmach chcę teraz mówić, a o książkach. Bracia Strugaccy. Słyszeli o nich chyba wszyscy. Wiele z ich książek zawiera bardzo celną krytykę ustroju komunistycznego oraz wszystkiego, co się z nim wiąże. Jednak ta książka, o której chcę dzisiaj mówić, jest zupełnie inna niż pozostałe.
Lekka, zabawna, taka, która powstała po to, aby raczej bawić niż uczyć. Mam tu na myśli „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”. Dość osobliwy tytuł. Nawiązuje jednak do zwyczaju panującego w opisywanym przez Strugackich Instytucie Badań Czarów i Magii. Mianowicie tam właściwie pracowało się na okrągło. Nie uznawali niedziel ani świąt. Nie dlatego, że musieli, tylko dlatego, bo chcieli. Bo kochali swoją pracę. Trochę naiwne chciałoby się powiedzieć, a jednak kto z nas nie chciałby mieć takiej właśnie pracy? Książka zaczyna się dość zwyczajnie.
Aleksander Iwanowicz Priwałow zmierza na spotkanie z przyjaciółmi. Wypożyczonym samochodem jedzie przez małe miasteczko. W pewnej odległości od niego zostaje zatrzymany przez dwójkę autostopowiczów. Zgadza się podwieźć ich do miasteczka, a oni w zamian załatwiają mu nocleg w bardzo dziwnym miejscu. Sasza Priwałow, będący programistą, czyli kimś na kształt obecnego informatyka, traktuje życie bardzo serio i początkowo nie przychodzi mu do głowy, że wyglądający na bardzo stary dom i jego równie wiekowa właścicielka nie są całkowicie zwyczajni. Jak również, że ci, których podwoził, to nie są zwykli ludzie. To, że z miejsca proponują mu posadę w instytucie, w którym jakoby pracują, zbywa uśmiechem. Jednak późniejsze wydarzenia odsłaniają przed nim świat, którego wcale się nie spodziewał. I wkrótce rozpoczyna pracę w miejscu Którego istnienia nie podejrzewałby nawet w najdzikszych snach — w Instytucie Badań Czarów i Magii. Cóż, mamy tutaj do czynienia z magią potraktowaną w sposób bardzo naukowy.
Instytut to jest po prostu instytut. Pracują w nim doktorzy, docenci i różni inni, których czasami trudno określić. Tenże instytut kieruje się właściwie własnymi prawami. Oddziaływuje na swoich pracowników w ten sposób, że jeżeli tylko nie pracują oni dla dobra ludzkości, a starają się pracować na własny rachunek, zaczynają się zmieniać fizycznie. Można powiedzieć, że to dość perfidne. W każdym razie Strugaccy przedstawiają całą galerię barwnych postaci, nietypowych dla fantasy. Nie są to tacy czarodzieje i takie wiedźmy, do których przywykliśmy. To po prostu uczeni, badacze, którzy za pomocą wzorów naukowych oraz różnych niewymienionych często rzeczy w sobie wykształcają niejako zmysł magiczny. Bo według zasad panujących w Instytucie magiem tak naprawdę może zostać każdy, co jednak ma swoje plusy i minusy. Ponieważ żeby zostać magiem według Strugackich, trzeba przede wszystkim poświęcić się całkowicie swojej pracy.
Pracy dla dobra ludzkości, nie dla samego siebie. W tej książce nie ma królów, nie ma smoków, ale są inne stworzenia, takie jak wampiry czy dżiny. To wszystko jest przedstawione w sposób socrealistyczny, bowiem zarówno zarządzający Instytutem, jak i niektórzy z badaczy są jakby żywcem przeniesieni z komedii o takich typowych partyjnych aparatczykach w Związku Radzieckim. Powoduje to, że książka zawiera niesłychany ładunek komizmu, co nie jest charakterystyczne dla Strugackich. Jeśli czegoś żałowałam przeczytawszy tę książkę, to tego, że jest bardzo krótka i że nie powstały dalsze części. Szczęśliwi jednak są inni rosyjskojęzyczni pisarze, o których na pewno jeszcze niejeden raz będę mówić. Na razie wszystkich zachęcam do przeczytania książki pod tytułem „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” autorstwa Arkadija i Borysa Strugackich. Nie będziecie żałować. Dziękuję za uwagę. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:01:01] - Ponieważ się zrobiło już jednak mocno późno, to zmieniamy temat. Czas, by jednak gdzieś do końca audycji dzisiejszej dotrzeć. Jesteśmy na dobrym szlaku. Zapraszam państwa na wywiad z Izabelą Janiszewską. Ten wywiad przeprowadziłem ponad rok temu, przy okazji ukazania się książki „Amok”. To jest kryminał — tak popularnie się określa ten gatunek. Może książka bardziej sensacyjno-kryminalna, może zahaczająca o psychologię, będąca zakończeniem trylogii składającej się z takich tomów jak „Wrzask”, „Histeria” i właśnie „Amok”. O „Amoku” z autorką niezwykle popularną — ona się staje coraz bardziej popularna, przypomnę Izabela Janiszewska — rozmawiam, pociągam trochę za język. Staram się dociec, jak to jest wśród zawodowych pisarzy, bo właśnie Izabela Janiszewska stała się jedną z tych autorek, które żyją z pisania. Samo to jest ciekawe, a akcje, które tworzy, przyznam się, niezwykle dynamiczne.
Ja bardzo lubię tego rodzaju sposób zapisywania, pisania. Żeby wiele nie opowiadać o wywiadzie, którego mogą państwo spokojnie wysłuchać, to po prostu zapraszam na wywiad. Słuchajcie.
[04:03:04] - W trakcie poszukiwań zaginionej policjantki komisarz Bruno Wilczyński daje się wciągnąć w grę, w której nawet najmniejszy błąd może okazać się fatalny w skutkach. Nieuchwytny morderca umiejętnie manipuluje policjantem, sprawiając, że ten stopniowo przestaje nad sobą panować. Tymczasem reporterka Larysa Luboń usiłuje rozwikłać zagadkową śmierć Lady Di, bezdomnej z Dworca Centralnego. Wszystkie tropy prowadzą ją do szanowanej i zamożnej rodziny Hallerów. Aby dotrzeć do prawdy, dziennikarka będzie musiała wejść w kłębowisko żmij. Larysa i Bruno zostaną postawieni przed wyborami, które obnażą prawdę o nich samych i na zawsze przypieczętują ich los. „Amok” to opowieść o tym, że przeszłość nigdy nie umiera, a najbardziej ściga nas to, przed czym chcemy uciec. To historia, która pokazuje, że ciemność drzemie w każdym człowieku, gotowa się przebudzić oraz że wszystkie nasze decyzje mają swoje nieubłagane konsekwencje.
[04:04:57] - Wywiady. Bóg radia. Dzień dobry państwu. Przed mikrofonem Marek Żelkowski, a naszym gościem w Bóg Radiu będzie dzisiaj Izabela Janiszewska, dziennikarka prasowa i telewizyjna, pisarka, autorka powieści „Amok”, która ukazała się niedawno na księgarskim rynku. Powieści, która stanowi zakończenie trylogii o dziennikarce Larysie Luboń i komisarzu Brunonie Wilczyńskim. Dzień dobry pani Izabelo.
[04:05:35] - Dzień dobry, witam serdecznie.
[04:05:37] - „Wrzask”, „Histeria”, „Amok” to trylogia oceniana czasami jako zbyt dobra jak na debiutantkę. W jednym z wywiadów przeczytałem, że wysłała pani pierwszą z tych książek tylko do dwóch wydawnictw i oba te wydawnictwa chciały ją drukować. Mniej więcej w tej chwili wielu potencjalnych autorów bardzo pani zazdrości. Jak długo i w jaki sposób przygotowywała się pani do tak sensacyjnego debiutu?
[04:06:05] - Tak naprawdę ta pasja pisania, pasja tworzenia opowieści, opowiadania historii, mówienia o ludziach, dotykania tych losów ludzkich, jakoś zagłębiania się w nie i próba zrozumienia tego, kim jesteśmy, dlaczego zachowujemy się w określony sposób, dlaczego jedni z nas są zdolni do popełnienia okropnych czynów, a inni być może nigdy ich nie popełnią. Ta ciekawość była we mnie właściwie od zawsze. Ja opowiadałam historie już jako mała dziewczynka. Później jako dziennikarka zapisywałam je w magazynach albo w scenariuszach programów telewizyjnych, które przygotowywałam. I właściwie to było, myślę, kwestią czasu i mojej gotowości i odwagi do tego, żeby po prostu pokazać komuś to, co od lat tworzyłam do tak zwanej przysłowiowej szuflady. I po prostu przyszedł taki moment, że na świecie byli już moi dwaj synowie i pewnego dnia powiedzieli: „Mamo, ty tak nam mówisz, że możemy w życiu wszystko, a sama nie możesz się z tą książką jakoś odważyć. Zrób coś z tym, mamo, w końcu”. Pomyślałam, że dzieci mnie przyszpiliły i czas po prostu wyjść z tej szuflady na świat. I rzeczywiście wysłałam książkę najpierw do jednego wydawcy, który od razu chciał ją wydać, ale coś nie do końca pasowało mi w naszych relacjach, więc pomyślałam: a spróbuję jeszcze wysłać do drugiego. Ten drugi wydawca również był zachwycony.
Bardzo dobrze się układały relacje między nami i wtedy zdecydowałam się podpisać umowę.
[04:07:25] - Ja obiecuję, że o tę szufladę to jeszcze zapytam w późniejszej części naszego wywiadu. A teraz chciałbym zapytać o pani pracę dziennikarską, bo w innym wywiadzie wspomniała pani, że w pisaniu książek pomogła pani wcześniejsza praca dziennikarska. Chciałbym doprecyzować. To chodziło bardziej o warsztat i tak zwane myki pisarskie, czy może chodziło o tematy?
[04:07:49] - Myślę, że przede wszystkim chodziło o sposób patrzenia na świat, o umiejętność stawiania w centrum opowieści, w centrum historii człowieka. Bo tak naprawdę wszystko zaczyna się od człowieka. To człowiek nawiązuje jakieś dramaty, wchodzi w jakieś trudne sytuacje, dotyka jakichś życiowych rozterek i z tego właściwie rozwija się bardzo ciekawa fabuła. I tak było, kiedy pisałam reportaże do prasy. Tak było, kiedy przygotowywałam programy dokumentalne dla telewizji. Więc właściwie ta umiejętność stawiania człowieka w centrum widzenia jego problemów, jego rozterek życiowych, jego dramatów jest niezwykle istotna także przy pisaniu książki. Druga rzecz to odwaga do tego, żeby pytać i szukać informacji. Umiejętność tak zwanego researchu, czyli do tego, żeby docierać do ludzi, którzy wydają się być niedostępni, do informacji, które wydają się być zakopane gdzieś głęboko pod ziemią. To jest coś, co dla dziennikarza jest codziennością, więc jest to niezwykle przydatna umiejętność dla autora. I nie ukrywam, że część moich dziennikarskich przygód stała się również przygodami bohaterki moich książek, Larysy Luboń, co tylko bardziej myślę, że ubarwiło i uwiarygodniło tę postać.
[04:09:00] - A czy pisanie reportaży prasowych i pisanie książki to jest to samo, czy nie jest to samo? Niby i to pisanie, i to pisanie, ale jak jest? Jak z tym jest?
[04:09:11] - To są według mnie zupełnie inne rzeczy. Dlatego, że reportaże takie prasowe są krótkie, po prostu. To jest krótka forma. Tam nie trzeba się rozpisywać na 400 stron, tak jak to jest w przypadku książki. Zupełnie inaczej rozkłada się akcenty, zupełnie inaczej rozkłada się dramaturgię napięcia, momenty jakiegoś zawieszenia akcji, momenty oddechu dla czytelnika. W książce jest to niezbędne. Książka przypomina mi taką partyturę muzyczną, a ja mam wrażenie, że pisząc swego rodzaju komponuję melodię. Muszę wiedzieć kiedy, w którym momencie, jakie klawisze nacisnąć, żeby wywołać określone emocje u czytelnika. W reportażu, w artykule prasowym to wszystko jest niewiarygodnie skondensowane. Według mnie, nie uwłaczając absolutnie dziennikarzom, natomiast napisanie, bo zebranie informacji to zupełnie inna kwestia, ale samo napisanie reportażu jest troszeczkę prostsze od książki, bo jest to tak zwany bieg krótkodystansowy, kiedy książka jest tym długim dystansem i trzeba wiedzieć, jak rozłożyć siły.
[04:10:14] - „Amok” to jest historia podwójnego śledztwa oraz historia bardzo mocno zakotwiczona w przeszłości. Jest w tej książce dużo mroku, dziwnych, przynajmniej dziwnych relacji osadzonych zarówno w przeszłości, jak i w teraźniejszości. Kiedyś wspominała pani, iż głęboko wierzy w to, że dostajemy taki świat, jaki nosimy w sobie. Po lekturze „Amoku” zapytam, czy pani prywatny świat jest również pełen mroku?
[04:10:48] - Na pewno jest pełen refleksji nad tym mrokiem. Zastanawiania się nad tym, czy człowiek rodzi się zły, czy staje się zły na skutek okoliczności. Współczesna psychologia mówi, że rodzimy się jako dobrzy ludzie, z jedynym warunkiem. Są takie sytuacje, kiedy rodzimy się z dysfunkcjami, zaburzeniami mózgu, z uszkodzonym ośrodkiem empatii i wtedy rzeczywiście możemy się urodzić jako źli ludzie, bo nie czujemy współczucia. Krzywda innych ludzi nas nie dotyka wtedy, więc jest to jakiegoś rodzaju zaburzenie, z którym możemy się urodzić. Ale z reguły rodzimy się jako dobrzy ludzie, jako niewinne dzieci i to okoliczności, zdarzenia, które nas dotykają, sprawiają, że zaczynamy wchodzić w ten mrok, że sobie nie radzimy z cierpieniem i krzywdą. I może dlatego wielu dziennikarzy, czytając moją trylogię twierdziło, że tak naprawdę te książki są opowieścią o ludziach, którzy nie poradzili sobie z życiowym bagażem, z życiowym ciężarem, z tym, czego doświadczyli. Nie mieli bliskich, którzy mogliby im w tym pomóc, a sami byli zbyt słabi albo zbyt młodzi, bo często byli wtedy dziećmi, żeby poradzić sobie z trudem życia i cierpieniem, jakiego doświadczyli. I może ten mrok w moim życiu jest z ciekawości, dlaczego jedni z nas po traumach żyją nadal szczęśliwie i ich to nie niszczy, nie druzgoce, natomiast inni stają się potworami i sami zaczynają krzywdzić. To jest nieustająca kwestia, która myślę, że będzie jeszcze przez wiele lat nurtować badaczy ludzkiej psychiki i tej mrocznej strony.
[04:12:27] - W stosunku do bohaterów wykreowanych we „Wrzasku”, „Histerii” oraz „Amoku” postąpiła pani w sposób nieszablonowy, bo wielu autorów wręcz hoduje stworzone przez siebie postacie i pozostaje z nimi na bardzo długo. Po ukazaniu się „Amoku” wiadomo już, że akurat ta historia pozostanie raczej trylogią. Nie miała pani pokusy, aby tworzyć kolejne tomy z oswojonymi już przecież bohaterami?
[04:12:54] - Absolutnie nie, ponieważ od początku myślałam o tej historii jako o trylogii. Dosyć szybko, pisząc pierwszą część, poczułam, kim są moi bohaterowie i dokąd zaprowadzą mnie ich osobowości. Ja wiedziałam już właściwie przy pisaniu pierwszej części, jak ta trylogia się zakończy. Może nawet bardziej niż wiedziałam racjonalnie, to czułam to w kościach, że zakończenie będzie nieszablonowe i myślę, że dałam sobie prawo, żeby pójść za tym odważnym impulsem i zakończyć popularną serię, bo dosyć szybko zdobyła swoich zwolenników już na trzecim tomie i nie odcinać kuponów od tej pary bohaterów, która zyskała tak wielką sympatię wśród czytelników. I rzeczywiście zdarza się, że dzisiaj z tego powodu na spotkaniach autorskich na przykład słyszę, że ktoś podchodzi do mnie i mówi: „Pani Izo, chciałabym pani w pierwszej kolejności urwać głowę”, albo na przykład: „Pani Izo, proszę tutaj w tej dedykacji napisać, że pani mnie bardzo przeprasza za to zakończenie”. Czytelnicy różnie przeżywają to dość oryginalne zakończenie, do którego ja się posunęłam, ale według mnie jest to jedyna słuszna droga dla tych bohaterów, wynikająca bardzo konsekwentnie z tego, kim oni byli, jakie podejmowali decyzje i jakimi drogami wędrowali.
[04:14:14] - Pani bohaterowie to są osoby skomplikowane psychologicznie, niejednoznaczne, chwilami chciałoby się powiedzieć dziwne. Czy to jest sposób na zainteresowanie czytelnika, chęć pokazania mu pewnej prawdy o człowieku? A może to jest jeszcze coś innego?
[04:14:33] - Z pewnością jest to sposób, w jaki ja widzę człowieka. Według mnie ludzie nie są czarno-biali, chociaż często tak ich postrzegamy, bo to nam ułatwia poruszanie się w rzeczywistości. Łatwiej jest wiedzieć, że ktoś jest zły, ktoś jest dobry, ktoś jest mądry, ktoś jest głupi, bo wtedy automatycznie wiemy, jak się w stosunku do danej osoby zachowywać. Natomiast prawda o człowieku jest dużo bardziej złożona, ponieważ to, że ktoś jest teoretycznie zły, czyli popełnia złe rzeczy, nie musi wynikać z tego, że on jest po prostu zły i zepsuty, a z wielu innych czynników. Moim celem było to, żeby ludzką złożoność, bogactwo naszych osobowości i ich skomplikowanie pokazać. I według mnie dzięki temu czytelnik ma możliwość odnaleźć też siebie, bo czytelnicy przychodzą do mnie i mówią, że oni też bywają jednocześnie silni i wrażliwi, jednocześnie odważni, ale tak samo odczuwają różne lęki. Chciałam, żeby w tych bohaterach czytelnicy mogli też zobaczyć siebie, swoje ułomności, swoje gorsze momenty i żeby to nie byli kryształowi bohaterowie, bo myślę, że takich ludzi na świecie po prostu nie ma.
[04:15:41] - W pani książkach pojawia się długa lista konsultantów z bardzo różnych dziedzin. Gdzie pani poznaje tylu interesujących ludzi?Kompetentnych ludzi. Część znajomości to zapewne owoc pani dziennikarskiej profesji, ale reszta? Zastawia pani jakieś pułapki, wnyki na tych ludzi?
[04:16:00] - Tak, rozwieszam lep na muchy i oni się w to po prostu łapią. A prawda jest taka, że pierwszą osobą, z którą zaczęłam konsultować pierwszą część trylogii, była pani kryminalistyk, która do dzisiaj prosi mnie, żeby jej nazwiska nie ujawniać. Jest też doktorem nauk prawnych i kryminalistykiem. I ona konsultowała ze mną pierwszą książkę. Najczęściej szukam tych konsultantów w internecie, czyli do pierwszej książki poszukiwałam też policjantów. Akurat udało mi się przez znajomych znaleźć funkcjonariusza CBŚP, który także mnie wspierał. Przez internet znalazłam technika kryminalistyki, który towarzyszy mi do dziś. Ma niesamowite poczucie humoru i wspiera mnie bardzo w różnych kwestiach. I często jest tak, że jeśli potrzebuję konsultantów, to w pierwszej kolejności zgłaszam się do tych osób, które mam i pytam, czy na przykład one nie znają jakiegoś patologa sądowego albo na przykład ratownika medycznego, albo chirurga. Czasami te osoby pomagają mi porozmawiać z kimś nowym, czasami znajduję te osoby w internecie.
Ostatnio szukałam prawnika, więc internet jest po prostu bardzo wdzięcznym miejscem, żeby tam te osoby znaleźć. Jakoś tak szczęśliwie się składa, że z moją osobowością najczęściej te osoby już po pierwszym kontakcie są bardzo zaciekawione książką, chcą współpracować i właściwie się cieszą z tego, że się do nich odezwałam. I stąd się biorą ci konsultanci.
[04:17:23] - Ale technicznie jak to pani robi? Pisze pani do danej osoby: „Jestem pisarką, chciałabym skonsultować to i to”, czy jakoś inaczej?
[04:17:32] - Piszę maila krótkiego, w którym wyjaśniam, że „Dzień dobry, nazywam się Izabela Janiszewska, jestem autorką kryminałów. Pracuję teraz nad książką o takim zagadnieniu i potrzebuję skonsultować wątek na przykład kwestii dotyczących symulowania samobójstwa, pozorowania samobójstwa. Czy możemy o tym porozmawiać? Możemy porozmawiać telefonicznie, mailowo, jak pani panu jest wygodnie”. I ta osoba wtedy odpowiada: „Proszę o telefon w czwartek o 18.00”. I wtedy dzwonię i właściwie po pierwszym telefonie wiem, że to już będzie znajomość na dłużej niż tylko na ten jeden telefon. Ta osoba też to wie. A później zaczyna się taka przygoda, która trwa już właściwie od prawie trzech lat z niektórymi moimi konsultantami, że komunikujemy się SMS-ami, telefonami z Bieszczad, z Galecji, z różnych miejsc, o różnych godzinach dnia i nocy. I właściwie jest to już taka stała relacja, gdzie po prostu wymieniam się już krótkimi pytaniami. Na przykład pytam o jakieś konkretne zagadnienie, powiedzmy jak konkretnie wygląda aresztowanie na policji, czy podczas przesłuchania są w sali przesłuchań kamery.
I ta osoba mi odpowiada. Tych pytań jest mnóstwo, to takie pierwsze z brzegu podaję przykłady.
[04:18:39] - W wielu miejscach sieci jest pani bardzo chwalona za znakomite, lekkie dialogi. Skąd je pani bierze? Z głowy? Z podsłuchu? A może jest na to jakaś inna metoda?
[04:18:52] - To jest chyba taki element pisania, który trudno jest powiedzieć, skąd on się bierze, bo ja właściwie nie zastanawiam się nigdy nad tym jakoś mocno. Natomiast rzeczywiście mam wspaniałego redaktora, pana Adriana Tomczyka, który niekiedy pisze mi takie podczas redakcji komentarze: „Izabelo, przeczytaj sobie jeszcze raz ten fragment i zobacz, czy to dobrze brzmi”. Więc ja czasem sobie po prostu czytam na głos te dialogi i sprawdzam, czy to fajnie brzmi, wchodząc w rolę tych osób rozmawiających ze sobą, więc staję się bohaterami swoich książek i czasem sobie coś tam poprawię. Ale myślę, że właśnie tym, co najbardziej pomaga, jest ten fakt, że ja tak sobie w myślach przegaduję te dialogi z tymi bohaterami, że właściwie ja mam taki sposób pisania, trochę jak ta metoda aktorska, w której wchodzi się niejako w rolę i własnymi emocjami przeżywa się emocje bohaterów. I może to powoduje, że ja właściwie pisząc, staję się niejako tymi bohaterami, czuję ich emocje i może dzięki temu lepiej potrafię odkryć to, co oni chcieliby w danym momencie powiedzieć.
[04:19:53] - Skoro dotykamy spraw okołowarsztatowych, to zapytam o postacie. W pani książkach są one mocne. Czy ich skomplikowane wnętrza, psychologia to owoc wnikliwej obserwacji świata, lektur, analizy zachowań innych ludzi? Czego?
[04:20:10] - Zdecydowanie tak. Przyglądania się innym ludziom, ale też przyglądania się sobie, bo myślę, że właściwie w życiu wszystko zaczyna się od nas, więc to, jakie są moje postaci, wynika z mojej wiedzy o człowieku, ze znajomości psychologii i z takiej obserwacji właśnie gdzieś wokół różnych ludzkich zmagań, trudności. Kiedy pisałam „Wrzask”, to pamiętam, że bardzo chciałam, żeby ta metafora, którą zawarłam w tytule, która oznacza taki długo tłumiony wewnętrzny ból, cierpienie, krzyk, który w końcu zamienia się w wykrzyczany, wywrzeszczany właśnie taki gniew. Bardzo chciałam, żeby te postaci gdzieś miały ten rys, żeby w każdej z nich było widać, że one to w sobie noszą i żeby ich działania, ich motywacje wszystkie prowadziły do tego, żeby one właśnie mogły sobie porządnie wrzasnąć w którymś momencie. I myślę, że właśnie te postaci buduję, głównie opierając się na obserwacji ludzi, otoczenia, znajomości psychologii. Tak.
[04:21:13] - Kto jest pierwszym czytelnikiem pani książek, tak zwanym beta czytaczem? A może tych beta czytaczy jest wielu? Więcej.
[04:21:21] - To się bardzo zmienia. Przy pierwszych książkach tymi bliskimi czytelnikami byli przyjaciele, był mąż i dopiero później był to wydawca. Natomiast teraz troszeczkę sytuacja się zmienia, bo moje tempo pracy jest dosyć intensywne i nie zawsze ci najbliżsi znajdują czas na czytanie, a wydawca jednak zawsze musi przeczytać moją książkę, zanim ona się ukaże. Przy tej najnowszej książce czytał ją jako pierwszy mój redaktor z wydawnictwa, a później przyjaciółka pisarka, którą niezwykle cenię i która naprawdę ma niesamowitą wiedzę, mądrość i empatię, więc zawsze mogę liczyć na konstruktywne uwagi. I oczywiście moja pani kryminalistyk. Ona czyta zawsze całą książkę i jeszcze na końcu sprawdza, czy przypadkiem błędnie nie zinterpretowałam którejś z jej podpowiedzi i konsultacji. Żelazny zestaw to jest redaktor, inna pisarka, kryminalistyk i w tym pakiecie niekiedy, jeśli tylko ma czas, znajduje się jeszcze mąż.
[04:22:22] - To ja się podłączę do części odpowiedzi. Jak długo trwa napisanie książki takiej jak „Amok”? Od pierwszego słowa do wysłania komputeropisu do wydawcy.
[04:22:33] - Samo pisanie w moim przypadku zazwyczaj zajmuje trzy miesiące. Natomiast ja jestem taką autorką, która zanim książkę napisze, musi ją przeżyć. To się wiąże nawet z takimi, można by powiedzieć, dziwactwami, że wybieram się w różne miejsca, które pojawiają się w książce. Na przykład wejście do Metra, tak zwaną słynną patelnię w Warszawie, gdzie po prostu sobie idę i tam przez chwilę stoję, zamykam oczy i nasłuchuję dźwięków, sprawdzam, jakie tam dominują zapachy, jak ja się tam czuję, jakie są tam powierzchnie, co obserwuję. I sobie tak przeżywam różne sytuacje, a później stawiam w tym miejscu, w tej określonej scenie swoich bohaterów i widzę ich tam. I wtedy się zastanawiam, jak oni by się tu czuli, co by się z nimi działo, jak wyglądałaby ta scena, dokąd oni chcieliby mnie zaprowadzić. I właściwie dopiero kiedy ja tę książkę przeżyję w sobie, właściwie w swojej wyobraźni, bo ja raczej nie planuję książki na papierze, nie zapisuję punkt po punkcie, co ma się wydarzyć. Wiem, skąd wyruszam, wiem, dokąd zmierzam. Natomiast nigdy nie planuję skrupulatnie, bo uważam, że to mnie ogranicza i nie służy powieści jako takiej. Stąd przeżywam w wyobraźni, a potem zapisuję.
Przez trzy miesiące.
[04:23:49] - Z przepastnych takich zapisów w sieci można dowiedzieć się, że ma pani doświadczenie w pisaniu scenariuszy do filmów telewizyjnych. Na to pytanie myślę, że odpowiadała pani bardzo często, ale ja je zadam, żeby odpowiedziała pani również Book Radio. Czy jest szansa, że Bruno Wilczyński i Larysa Luboń pojawią się kiedyś w serialu? Może w filmie?
[04:24:12] - Tak, to jest myślę, że nowa wiadomość. Otóż mogę się pochwalić, że zarówno ja, jak i wydawca sprzedaliśmy prawa do ekranizacji całej trylogii. Sprzedaliśmy je bardzo takiemu myślę, że wyjątkowemu producentowi, który nazywa się Opus Film. Opus Film odpowiada za oscarowe produkcje, między innymi „Idę” i „Zimną wojnę”, za fenomenalny film „Edi”, który ja jeszcze pamiętam. Nie wiem, czy państwo słuchacze będą pamiętać i takie seriale z ostatnich lat, również odnoszące wielkie sukcesy, jak „Langur” i „Kruk”. Także jestem niezwykle szczęśliwa, że udało się nam taką współpracę nawiązać. Z tego, co wiem, trwają już prace scenariuszowe i moje książki mają zostać zekranizowane w postaci serialu, a właściwie nawet kilku sezonów serialowych.
[04:25:03] - Obiecałem, że wrócimy do tej szuflady, o której pani wspominała. Przeczytałem, że przed wydaniem pierwszej książki przez kilka czy kilkanaście lat pisała pani do szuflady, co zresztą pani potwierdziła. Chciałbym zapytać, co takiego pani pisała i czy do części tamtych projektów zamierza pani kiedyś wrócić?
[04:25:22] - Myślę, że nie. Uważam, że to wszystko, co do tej pory napisałam, było świetnym treningiem i rozwojem dla mnie. Być może wykorzystam kiedyś jakiś pomysł na fabułę. Natomiast uważam, że pisarzem jest ten, kto pisze i że rozwija się warsztat tylko i wyłącznie przez pisanie. I ten mój warsztat dzisiaj jest inny. Myślę, że mogę użyć słowa lepszy niż był w czasach szufladowych i z tych szuflad mogę rzeczywiście czerpać inspiracje. Mogę też budować siebie jako człowiek, widząc, jak dużą drogę pokonałam od tamtego czasu. Natomiast nie chciałabym absolutnie chyba niczego z tej szuflady wyciągać i jeden do jednego komukolwiek proponować. Raczej traktuję to jako inspirację do tego, żeby być może na kanwie dawnych pomysłów, które niekiedy bywają naprawdę ciekawe, zbudować coś nowego.
[04:26:11] - To jeszcze dopytam, czy wtedy do tej szuflady również powstawały książki o charakterze kryminalnym, sensacyjnym?
[04:26:19] - Tak, myślę, że mam do szuflady elektronicznej, czyli w komputerze, bazę co najmniej 30 plików takich zaczętych fabuł i pewnie z pięć skończonych, napisanych książek, które gdzieś tam są właśnie z dawnych lat, zanim świat o mnie w ogóle usłyszał. I rzeczywiście tam są takie pomysły kryminalne, są niekiedy reportaże, są thrillery, ale wszystko gdzieś obraca się wokół tej potrzeby zrozumienia istoty zła.
[04:26:50] - I na koniec takie obowiązkowe pytanie, które chyba w każdym wywiadzie z pisarzem musi paść. Pytanie o plany pisarskie. Chodzi mi zarówno o przyszłość tą bliską, powiedzmy z perspektywą półroczną, ale też o przyszłość tę daleką. Wzorem takich headhunterów z korporacji zapytam w takim razie, w jakim miejscu swojej pisarskiej kariery widzi się pani za 10 lat?
[04:27:13] - To jest zawsze trudne pytanie. Natomiast 10 lat to jest niesamowicie długi okres. Ja widzę teraz, że rynek pisarski zmienia się tak bardzo. Właściwie mam poczucie, że jest taki boom na autorów kryminałów i thrillerów i nie ma miesiąca, gdyby nie ukazywało się na rynku jakieś nowe nazwisko. Więc pierwszą moją ambicją jest to, żeby przez te 10 lat nadal, jeśli tylko starczy mi pasji i sił życiowych i zdrowia, żeby nadal na tym rynku istnieć. Bo wiem, że ten rynek jest trochę jak ocean niespokojny, buzujący, zmieniający się, więc chciałabym mieć w sobie tę determinację i pasję, żeby nadal mierzyć się z wyzwaniami bycia na tym rynku, bo to też nie jest takie często proste i idylliczne, jak się niektórym wydaje. To jest jedna moja ambicja. Myślę, że za 10 lat mogę już mieć dosyć duże grono swoich wiernych czytelników i bardzo wypracowany, wyraźny styl. Taki, który będzie się na pewno łączył z tym, że moje książki będą rozpoznawane jako te, w których są ciekawi bohaterowie, ciekawa, dynamiczna akcja, ale jednocześnie jako książki, które mają w sobie coś więcej i zostawiają w czytelniku jakieś refleksje, myśli, głębokie przeżycia. Chciałabym, żeby czytelnicy za te 10 lat, słysząc nazwisko Janiszewska, myśleli: „Aha, to są te książki, które się bardziej przeżywa niż czyta i zawsze potem długo się o nich myśli”.
To jest moja ambicja.
[04:28:42] - A te najbliższe plany?
[04:28:43] - Najbliższe plany są takie, że właśnie skończyłam redakcję książki, która ukaże się jesienią, w październiku. Jest to książka tak zwana, tak się po amerykańsku mówi, standalone, czyli taka pojedyncza książka, która nie będzie zaczątkiem żadnej nowej serii. Był to z mojej strony, myślę, taki skok na naprawdę głęboką wodę bez świadomości tego, co pod tą wodą się kryje, ponieważ jakoś tak ma natura pcha mnie do tego, żeby cały czas poprzeczkę sobie podnosić. Napisałam, myślę, że trochę taką poważniejszą książkę. Jest to kryminał, który dzieje się w dwóch liniach czasowych w roku 1990 i współcześnie. W przeszłości wydarza się pewna zbrodnia, która ma wpływ na teraźniejszość i żeby poradzić sobie z wymaganiami teraźniejszości, główna bohaterka musi wrócić do tego, co stało się 25 lat wcześniej. Jest to historia o tym, czy wszystko w życiu można wybaczyć, czym właściwie jest to wybaczenie i czy są rzeczy, które są niewybaczalne. To też opowieść o nienawiści, o zemście i o tym, czy zemsta pozwala nam wreszcie poczuć spokój, a może tak naprawdę jeszcze bardziej wszystko gmatwa. Bardzo dramatyczna, targająca emocjami na pewno autorki, a czy czytelników, to się okaże.
[04:29:58] - Obiecałem, że pytanie będzie ostatnie. To teraz pytania nie będzie, ale poproszę panią o to, żeby na chwilę zamieniła się pani w marketingowca i poleciła książkę „Amok” czytelnikom.
[04:30:10] - Szanowni państwo, serdecznie polecam państwu „Amok”. To historia o tym, że przeszłość właściwie nigdy nie umiera i że im bardziej chcemy o czymś zapomnieć, to tym bardziej będzie to nas ścigać. O konsekwencjach naszych czynów i o tym, że one w końcu i tak nas dopadną. Wartka akcja, niesamowici, nietuzinkowi bohaterowie i dużo emocji, których właściwie nie sposób nie przeżywać.
[04:30:35] - Dziękuję pani bardzo za rozmowę.
[04:30:37] - Bardzo dziękuję.
[04:30:38] - Państwa gościem była Izabela Janiszewska, dziennikarka prasowa i telewizyjna, pisarka, autorka powieści „Amok”.
[04:30:46] - Serdecznie dziękuję. Było mi bardzo miło.
[04:36:10] - A new day is dawning. I wipe the tears, the tears that fall like the rain. Tears the whole world is crying. I feel the piercing of the sorrow and the pain. But I see hope, a new day is dawning. I wipe the tears, the tears that fall like the rain. Tears the whole world is crying. I feel the piercing of the sorrow and the pain. But I see hope, a new day is dawning. A new day is dawning.
A new day is dawning. A new day is dawning. I wipe the tears, the tears that fall like the rain. Tears the whole world is crying. I feel the piercing of the sorrow and the pain. But I see hope, a new day is dawning. I wipe the tears, the tears that fall like the rain. Tears the whole world is crying. I feel the piercing of the sorrow and the pain. But I see hope, a new day is dawning.
A new day is dawning. Oh baby when you're near my heart is trembling. How we gonna get it on? I am anticipating. There's something 'bout you so attracting. One thing's for sure you got me reacting. Oh baby when you're near my heart is trembling. How we gonna get it on? I am anticipating. There's something 'bout you so attracting.
One thing's for sure you got me reacting. Oh I can never get enough of you.
[04:41:41] - A ja do tego wszystkiego jeszcze dodam, że Izabela Janiszewska to jest, jak czytamy na stronie wydawnictwa, wytrawna słuchaczka, amatorka dobrego kina i niezłomna idealistka, która niczym magnes przyciąga przygody. W swojej twórczości inspiruje się psychologią oraz historiami z życia. Historiami, które zostawiły w niej emocjonalny ślad. Prywatnie nieidealna mama dwóch urwisów. Chciałbym, żeby jakieś wydawnictwo kiedyś o mnie napisało podobnie sympatyczną notkę. Już jest teraz, proszę państwa, jeszcze później niż było jakiś czas temu. Czas płynie w końcu w jedną stronę. Przynajmniej na razie tyle o nim wiemy, że to jednak jest jeden kierunek. Ta strzałka czasu zapyla w jedną stronę. Ja wiem, że jest milion teorii na temat tego, co z czasem można zrobić, co się z nim może dziać.
To nie ten dzień wykładowy. Być może kiedyś do tego również dojdziemy. A na razie na koniec „Bibliotekarium 2.0”, jego siódmego wydania, zapraszam państwa na siódmy odcinek, w którym z Piotrem Plebaniakiem rozmawiamy o tym, jak budować i niszczyć imperia. Prawidła wojny. Jak tworzyć i niszczyć imperia. Dobry wieczór. Po raz siódmy będziemy niszczyć albo budować imperium. To będzie jeszcze zależało. Dzisiaj reguła siódma, która brzmi następująco. Strasznie długą, panie Piotrze, pan tę regułę wyprodukował.
Dzień dobry.
[04:43:54] - Dzień dobry.
[04:43:56] - Niniejszym odczytuję. Pojęcia oraz koncepcje to narzędzia, dzięki którym dostrzegamy, a następnie zaprzęgamy na swój użytek wzorce i prawidłowości świata oraz natury ludzkiej. Pojęcia te służą nam do budowania w naszym umyśle modeli mentalnych. Jakość tych modeli rozstrzyga o jakości naszych decyzji. Panie Piotrze, proszę nam teraz to wytłumaczyć.
[04:44:22] - Sprawa jest raczej elementarna, aczkolwiek w wielu sytuacjach trudno nam zastosować tą wieczną mądrość w praktyce. Otóż kiedy obserwujemy rzeczywistość, obserwujemy ją przez pryzmat tego, co już w tej rzeczywistości dostrzegliśmy wcześniej, czyli jakieś prawidłowości, wzorce, regularności. Jeśli chodzi o naturę ludzką, dostrzegamy na przykład jakieś sposoby uwarunkowane fizjologicznie albo kulturowo, w jakie reagujemy na zachowania innych ludzi, w jaki staramy się wpłynąć na tych innych ludzi, żeby zrobili to, co nam akurat w danej chwili odpowiada. Więc teraz kto ma przewagę i kto zwycięży w jakiejś grze o władzę, w grze o kontrolę nad przyszłością, czyli nad decydowaniem kto, co i kiedy ma robić? To się nazywa sprawczość fachowo. Czyli kto ma sprawczość? W jaki sposób możemy odkryć, kto ma sprawczość? W oczywisty sposób przewagę w takiej grze, przepychance ma ta osoba, która lepiej rozumie przestrzeń decyzyjną przeciwnika. A rozumienie przestrzeni decyzyjnej przeciwnika polega właśnie na tym, że Rozumiemy jego uzależnienia, rozumiemy, co on musi zrobić, do czego jest zmuszony przez sytuację, chociażby przez potrzebę zachowania życia czy przetrwania, mówiąc innymi słowami. I kiedy stosujemy koncepcje, które są dla przeciwnika niedostrzegalne, to jesteśmy w stanie po prostu dostrzec więcej albo dostrzec rzeczywistość, która wygląda zupełnie inaczej.
Czyli dzięki temu mamy większą ilość opcji zachowania, mamy większą swobodę wybrania narzędzia oddziaływania na przeciwnika. To tak teoretycznie.
[04:46:13] - Panie Piotrze, a czy ja dobrze rozumiem, że pan niniejszym przynajmniej w części sugeruje, że te osoby, które potrafią, tu cudzysłów: „przesiąść się, przejść w skórę swojego przeciwnika”, te mają szansę na sukces?
[04:46:31] - Tak. Zdecydowanie tak.
[04:46:34] - Czyli błędem jest na przykład mówienie: „Oj, to nasz wróg jest głupi. Wiadomo, że jak wróg, to głupi, a w dodatku jeszcze wredny i on nie ma żadnych dobrych cech, w ogóle nie myśli” i tak dalej. Proszę zauważyć, że to jest bardzo częste, przynajmniej w propagandzie. I ludzie zaczynają tak postrzegać przeciwnika. Tymczasem z tego, co pan mówi, powinno być wręcz przeciwnie.
[04:47:02] - Zgadza się. Jeśli któryś z naszych słuchaczy nie czytał jeszcze genialnej książki „Gra Endera” Orsona Scotta Carda, to niniejszym jako nauczyciel — przepraszam, że tak żartobliwie — jako nauczyciel zadający pracę domową, to zadaję niniejszym lekturę do przeczytania na następne nasze posiedzenie krótkie. Bardzo proszę wszystkich o zainwestowanie czasu w przeczytanie tej książki. Otóż w „Grze Endera” jest masa fenomenalnych spostrzeżeń dotyczących natury konfliktu i tego, jak konfliktami należy dyrygować po to, żeby je wygrać. Jednym z najsłynniejszych cytatów, które najgłębiej mi przynajmniej, ale także wielu innym czytelnikom utkwiło w głowie, jest to, że nie należy doprowadzić siebie do jakiejś emocjonalnej gorączki. Nie należy pozwolić, żeby naszymi decyzjami kontrolowały emocje. I była taka scena bójki w łaźni, bodajże pod prysznicami w takiej stacji kosmicznej, gdzie ten Ender, bohater tytułowy walczył i narrator skomentował to mniej więcej tak: „Endera opanowała zimna pasja, którą on kontro...” Nie przetoczę tego dokładnie, niestety dawno tej książki nie czytałem, chyba z 10 lat. To ja chyba sam muszę przeczytać w takim razie, skoro innym kazałem, to muszę sam też. Natomiast Enderem kontrolowała zimna pasja. Mógł nią sterować, mógł ją wykorzystać.
Natomiast Bonzem kierowała pasja gorąca. Wykorzystywała Bonza, czyli tego przeciwnika, z którym Ender musiał stoczyć bójkę. Więc proszę zobaczyć, co można zrobić. Jak się przekłada to, co właśnie powiedzieliśmy, na praktykę. Można sprawić, można wkurzyć po prostu przeciwnika i jeżeli ten przeciwnik jest zdenerwowany albo jeżeli chce się zemścić dlatego, że uraziliśmy jego godność albo prestiż i musi on ten prestiż odzyskać w oczach obserwatorów, to w tym momencie ograniczamy pulę jego zachowań do takich, które wliczają to, że on musi ten prestiż odzyskać. Musi w jakiś sposób się zrewanżować, odgryźć, odszczekać albo oddać cios w jakiś określony sposób, prawda? Jest taka generalna prawidłowość, o której piszę między innymi w książce „Siły psychohistorii” i w tej książce, która zaraz się ukaże, czyli „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. W chwili, w której jesteśmy w stanie skanalizować przeciwnika do tego, żeby zachowywał się w ten czy inny sposób, to innymi słowami ograniczamy jego opcje działania. I to jest tak jak w szachach. Mistrzowie jak grają, czy też nawet zwykli gracze grający w szachy, w ten sposób projektują swoją strategię, żeby przeciwnik miał mniej opcji działania, a czym mniej opcji działania ma, tym bardziej jest przewidywalny.
I tak naprawdę zyskujemy dzięki tego typu sprytnym posunięciom właśnie przewidywalność, czyli łatwiej zgadniemy albo jakoś opracujemy mentalnie, co przeciwnik zrobi. A jeżeli przeciwnik nie ma tej wiedzy o nas, jeżeli nie potrafi nas zdenerwować, nie potrafi nas skierować w miejsce, w którym mamy bardziej ograniczoną pulę dalszych działań, to wtedy ma mniejsze szanse, ma mniej instrumentów oddziaływania. I z reguły w takiej sytuacji po prostu przegrywa. Jeżeli ma mniej instrumentów, a my mamy więcej, to sprzyja po prostu nam.
[04:50:27] - Z tego, co pan mówi, to tak mi się przypomina taka ludowa mądrość, ale taka ludowa współczesna mądrość, że zemsta na przykład najlepsza, najbardziej konkretna jest na zimno właśnie. To gdzieś jakoś jest z tym-
[04:50:45] - To jest polityckie sformułowanie.
[04:50:46] - Tak, gdzieś jest z tym powiązane to właśnie, że wtedy jesteśmy skuteczni.
[04:50:52] - Ale zwróćmy uwagę czytelnicy, którzy znają już moje książki — przepraszam, muszę zrobić takiej minimalnej autoreklamy — można powiedzieć, że zemsta najlepiej smakuje się na zimno, prawda? Ale to jest jakaś prosta koncepcja, którą możemy przeczytać w powieściach, możemy przeczytać w starszych podręcznikach strategii i tak dalej, ale ona nie pokazuje nam tej logiki, w jaki sposób ta logika nas zaprowadzi do zwycięstwa. A jeżeli dokonamy rekonceptualizacji, czyli wytłumaczymy sobie, że jak ktoś jest zdenerwowany, to jest bardziej przewidywalny, prawda? Bo chce on się zemścić koniecznie, prawda? Czyli łatwiej uprzedzimy jego ruchy, łatwiej zastawimy na niego pułapkę. To jest taka rekonceptualizacja, która pozwala nam właśnie osiągnąć przewagę nad przeciwnikiem. Czyli dokładnie o to chodzi w prawidłach, które dzisiaj omawiamy. Czyli to, że plebaniak, niniejszy autor, przepraszam, że tak żartobliwie, zagląda pod każdy kamień, starając się z różnych stron naświetlić logikę decyzyjną przeciwnika. Czy też używając tego mojego ulubionego, którego nadużywam, sformułowania: przestrzeń decyzyjną przeciwnika. Jeżeli jesteśmy w stanie tą przestrzeń kształtować, to po prostu wygramy, a on przegra.
I o to właśnie chodzi.
[04:52:03] - Proszę, jakie to czasami jest jednak proste. Tylko musi być człowiek, który nam to wytłumaczy. Dziękuję, panie Piotrze. Myślę, że ten dzisiejszy fragment to był jeden z moich ulubionych fragmentów jak dotąd, ale przed nami jeszcze całkiem sporo, kilkadziesiąt, więc pewno mi się jeszcze jakieś jeszcze bardziej ulubione pojawią. Pięknie dziękuję, panie Piotrze.
[04:52:31] - Ja też dziękuję. Bardzo gorąco pozdrawiam.
[04:52:33] - I do usłyszenia za tydzień.
[04:52:35] - Do usłyszenia.
[04:52:55] - Tak, proszę państwa, dobrnęliśmy właśnie do końca. Zapraszam państwa w takim razie na kolejne „Bibliotekarium” za tydzień. Będzie ósme „Bibliotekarium” i w tym pojawi się osoba, którą państwo dobrze znacie, którą nawet dzisiaj słyszeliście, a mianowicie Luiza Eviva Dobrzyńska. Porozmawiam z nią o książce Jacka Iworskiego, „Gwiezdne szczenie”. Trochę o tej książce już mówiłem, trochę mówiła sama Luiza, gorąca zwolenniczka tej prozy. Dlaczego nie będzie samego autora? Dlatego, że autor ma problemy zdrowotne i nie jest w stanie rozmawiać z państwem na antenie. Myślę, że Luiza będzie głosem pana Jacka, który o książce powie niezwykle ciekawe rzeczy. Książce, która sama w sobie jest po prostu ciekawa. Przyznam się państwu, w latach 80.
jej nie doceniłem. Ona się ukazała w latach 80., napisana była w latach 70. A nie doceniłem jej dlaczego? Bo ja wtedy byłem, jak to często powtarzam, późnym nastolatkiem, a właściwie już dwudziestolatkiem, kiedy ta książka się pojawiła i oczekiwałem po fantastyce wielkiej przygody. Tam się mieli strzelać, tam się miało dużo dziać. A książka Jacka Iworskiego jest inna. Ona przypomina „Star Treki” te pierwsze. Owszem, tam się pojawiają jakieś elementy militarne, ale tak naprawdę chodzi o odkrywanie wszechświata, przekraczanie kolejnych rubieży, odkrywanie nowych planet, odkrywanie nowych światów. To jest fantastyka, w której rzeczywiście podążamy gdzieś w odległy kosmos, ale nie ma sznytu militarnego. Wiecie państwo, po książce „Misja międzyplanetarna” chociażby van Vogta, gdzie tam się jednak dzieje, i to brutalnie, oczekiwałem po książkach, w których eksplorowany jest wszechświat, że tam też będzie podobnie brutalnie, że obcy będą tacy źli i będą wrodzy.
Nic takiego nie następuje. Źli i wrodzy byli nawet u Śniegowa w jego wielkiej trylogii, takiej space operze, proszę państwa. W Związku Radzieckim również pokazywały się space opery. I Śniegow, to się ukazało w latach 70. w takim grubym tomiszczu, które się po kilku czytaniach rozpadało, „Dalekie szlaki”. Tam też właściwie mamy do czynienia z kosmiczną wojną. A u Jacka Iworskiego tej wojny nie ma, ale jest badanie kosmosu. I tak jak powiedziałem, ja tej książki nie doceniłem. Uważałem, że dzieje się za mało. A dzisiaj biję się w pierś.
Dzisiaj po przeczytaniu reedycji, bo właśnie się ta książka, jak wspominałem, ukazała ponownie, jestem jej gorącym zwolennikiem i chylę czoła przed autorem, przed Jackiem Iworskim. To był dobry kierunek i szkoda, że nie był kontynuowany, że podobnych książek tego autora nie ukazało się więcej. No ale cóż, o tym wszystkim za tydzień w rozmowie z Luizą Evivą Dobrzyńską. Zapraszam państwa. Będzie oczywiście cała masa innych, myślę, że ciekawych wykładów. Między innymi pojawi się Marta Kładź-Kocot z wykładem o raju, ale właściwie to nie o raju, tylko o herezjach na temat raju. Cóż, tą zapowiedzią kończę dzisiejszą audycję i zapraszam państwa bardzo serdecznie na następną już za tydzień. Dobrej nocy życzę, bo już noc głęboka.
[04:57:46] - Mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios", Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.