[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium i wciąż jeszcze z poślizgiem, ale jednak również Book Radia. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego są z nami panowie z Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość, pan Mariusz Wojteczek. Będzie dzisiaj dużo o literaturze grozy i podobnych klimatach. Ja jeszcze tylko pozwolę sobie przypomnieć kontakty do Radia Paranormalium, bowiem w Paranormalium audycję nadajemy na żywo. Będzie można do nas dzwonić oraz pisać. Nasze numery telefonów, w tym jak zawsze stacjonarne: 32 746 00 08. Komórkowy i do SMS-ów również, bo te także czytamy, to 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl.
Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy też na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas również spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Bibliotekarium.pl oraz Book Radia, na grupach Radio Paranormalium oraz Rubieże rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A więc teraz czas na magiczne „halo, halo Bydgoszcz”.
[02:11] - To równie magicznie odpowiadam: halo, halo! Witamy państwa i witamy naszego gościa, a naszym gościem jest dzisiaj Mariusz Orzeł Wojteczek. Dzień dobry.
[02:22] - Dzień dobry, witam panów, witam państwa.
[02:26] - Zawsze się na tym łapię, że powinienem mówić „dzień dobry wieczór” albo jakoś tak, bo w końcu pora już taka wieczorna, ale jakoś tak mi zostało to „dzień dobry”. Ja tylko z pewnym drżeniem serca słucham i nasłuchuję. Chyba to samo. Ale Wiktorze, czy ty tam jesteś też?
[02:46] - Skoro ma być o horrorze, to ja zawsze. Ja do tego lgnę przecież.
[02:52] - Aha, to już wyjaśniłem, bo trochę się zaniepokoiłem. To proszę państwa, zaczynamy audycję. Zacznę od tego, że coś państwu przeczytam. Co? Przeczytam państwu taką notkę biograficzną o naszym dzisiejszym gościu. To jest notka biograficzna wzięta ze skrzydełka jednej z książek. No to czytam. Mariusz Orzeł Wojteczek, rocznik '82, obecnie Krakus. Trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor wielu portali o popkulturze, recenzent, publicysta, współtwórca i redaktor portalu Bad Lupus w pętli popkultury.
Pisze opowiadania, które dotychczas publikował między innymi w „Grabarzu Polskim”, „Okolicy Strachu”, „Bramie”, magazynie „Histeria” oraz w antologiach „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny umarłych”. Polski rocznik „World Fiction 2019”. Jest też laureatem czwartego miejsca w konkursie, nie wiem, X czy 10. W każdym razie X niech będzie. Na 10-lecie, tu już się wszystko wyjaśniło. Na 10-lecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”, wydawnictwo Phantom Books. Jest miłośnikiem popkultury, dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze. W takiej kolejności.
Dodam jeszcze, że ukazała się na rynku wydawniczym jeszcze jedna książka naszego dzisiejszego gościa zatytułowana „Dreszcze”, a wydana przez znaną państwu dobrze Dziewiątkę. Jedna w sumie dosyć krótka notka biograficzna, a pytań cała masa. To może zacznę od takiego najprostszego, żeby naszego gościa-
[04:46] - Marku?
[04:46] - Tak?
[04:48] - Ja jestem okrutny, ale trochę czasu minęło od tej notki. Ja mam jedno tylko krótkie, szybkie pytanie. Panie Mariuszu-
[04:59] - Tak?
[04:59] - ... bo czas trochę minął. Jak z tą żoną dalej?
[05:02] - Jak najbardziej. Przysłuchuje się naszej rozmowie zresztą cały czas, także w tej kwestii nic się nie zmieni.
[05:10] - No to ja państwu zdradzę-
[05:11] - No to pięknie, bo-
[05:12] - Tak, mów Wiktorze, mów.
[05:15] - Pięknie, bo ja bardzo nie lubię ludzi, którym przechodzi, że tak powiem, ten amor z latami. Powinien trwać do końca.
[05:32] - Jak najbardziej. Też jestem tego zdania.
[05:36] - Ja naszym słuchaczom zdradzę, że przed audycją, zanim weszliśmy na antenę, zapytałem naszego dzisiejszego gościa, czy są jakieś pytania tabu. To takie kontrolne pytanie, które prawie zawsze zadaję. I ja nie wiem, czy właśnie w tej chwili, kiedy Wiktor zapytał o takie sprawy rodzinne, czy autor nie zaczął żałować, że powiedział: „Nie, żadnych pytań tabu nie ma”. Ale jeszcze się będziemy rozkręcać. Ja zacznę natomiast od pytania prostego. Wydawać by się mogło banalnego, ale ja uważam, że ono jest w punkt. Dlaczego Orzeł? Skąd ten przydomek?
[06:11] - To jest zabawna historia, która sięga jeszcze czasów szkoły średniej. Moi koledzy po prostu za słabo znali angielski, a ja miałem kurtkę z napisem „hawks”, czyli jastrzębie. Oni to przetłumaczyli jako orły, bo coś im się pomyliło i tak zostało. To były początki szkoły średniej, nowe znajomości, mnóstwo nowych kontaktów, więc ludzie tak naprawdę nie zapamiętywali wszystkich imion. Pseudonimy zapamiętywali łatwiej, więc ja podchwyciłem. Skoro i tak na mnie tak wołają, bo nikt nie pamięta imienia, to tak zostanie. I zostało na tyle, że w pewnym momencie nauczyciele przez połowę szkoły średniej już tak do mnie mówili, bo jakoś wszyscy mnie tak kojarzyli. To był jakiś mój znak rozpoznawczy, symbol. Czyli trochę z przypadku, ale później poniekąd w moim rodzinnym mieście do dzisiaj więcej ludzi zna mnie po pseudonimie niż nawet po nazwisku.
[07:08] - A to rodzinne miasto to?
[07:10] - To Gorlice, a dokładnie wioska pod Gorlicami. Ale uznaje się, że Gorlice to jest najbliższe miasto. Okres szkoły średniej cały spędzony w Gorlicach, więc pierwsze początki jakichś prób artystycznych też związane z Gorlicami. Więc uznajmy, że Gorlice.
[07:32] - Ale swoją drogą, jak sobie tak pomyślę, że gdyby nie fatalna znajomość angielskiego u pana kolegów, to mógłby być pan Jastrzębiem. To pobudza wyobraźnię. Nie wiem, co by to zmieniło co prawda, ale zawsze mogłoby jakoś funkcjonować inaczej. Okej, to jeszcze odwołując się do tej notki biograficznej, jeszcze kilka pytań się nasuwa. Po pierwsze, pada słowo popkultura. A skąd ta miłość do popkultury właśnie?
[08:13] - Ciężko określić punkty graniczne. Ja się wychowałem wśród książek, więc czytałem, odkąd pamiętam. A zanim sam nauczyłem się czytać, to mnie czytano dużo, bo cały czas łaknąłem nowych historii. Wychowywałem się na komiksach polskich typu „Kajko i Kokosz”, „Tytus, Romek i A'Tomek”. Później przyszły czasy na serię o Panu Samochodziku Nienackiego, później Karol May obowiązkowo. W podobnym czasie jak Karol May zaczęła się miłość do Juliusza Verne'a i początki z fantastyką. Jakoś tak poszło. Miłość do komiksu mi została do dziś. Uwielbiam czytać. Zbieram komiksy i stare, i nowe.
Książki także. Nie tylko groza, ale tu bardzo szeroki zakres. Wszelkie chyba formy fantastyki, kryminały, publicystyczne pozycje, jakieś non-fiction jak najbardziej. Popkultura to jest określenie dla mnie całego spektrum tak naprawdę zjawisk, które dają rozrywkę w jakiś sposób.
[09:29] - Podejrzewam, że pana biblioteka jest pokaźnych rozmiarów.
[09:38] - Owszem, nie wiem ile sztuk, ile pozycji jest w tym momencie. Ona jest też trochę podzielona, bo część mam w domu rodzinnym, część mam teraz w moim obecnym mieszkaniu w Krakowie. Niestety brak miejsca powoduje, że jest coraz większy ścisk. Zwłaszcza, że moja żona też lubi książki i jej część biblioteki też jest dość pokaźna. Jest historykiem sztuki, więc bardzo dużo branżowej literatury mamy.
[10:09] - A ponieważ tam trzeba dobrych ilustracji na dobrym papierze, to te książki są z natury cięższe, prawda?
[10:17] - Tak.
[10:18] - Na kredowym papierze bardzo często.
[10:20] - Przeprowadzki są koszmarem. Zresztą z takich śmiesznych anegdot: twórca Wydawnictwa Dziewięć, Krzysztof Biliński wie o tym aż za dobrze, ponieważ dźwigał ze mną kartony z książkami, kiedy wprowadzałem się na to mieszkanie, to on dzielnie pomagał faktycznie przewozić i wnosić kartony z książkami i z komiksami razem ze mną. Mam wrażenie wtedy, że miłość do czytników e-booków nie jest wcale takim złym pomysłem.
[10:57] - Tak, też dochodzę powoli do tego wniosku. Zwłaszcza że w tej chwili rozmawiamy i jestem otoczony książkami. Moja żona z kolei zaczyna się obawiać powoli o nośność stropów. Ale w związku z tym mam pytanie: co najczęściej mówią ludzie, którzy wchodzą do pana biblioteki, do państwa biblioteki i są tam po raz pierwszy? Jakie jest pierwsze zdanie najczęściej wypowiadane?
[11:28] - Najczęściej: „O rany, ile wy macie książek”. To jest chyba najczęstsze pierwsze wrażenie. Większość ludzi, która już nas odwiedza w domu, poniekąd takiego widoku się spodziewa, bo ci, którzy już są zapraszani do tej naszej prywatnej, osobistej strefy, już znają nas na tyle dobrze, że wiedzą, że jesteśmy w książkach zakochani, więc te książki są obecne w naszym życiu, wiedzą, czym się zajmujemy. Ale mniej więcej właśnie jest pewne zaskoczenie ilością tytułów, które już się udało zgromadzić.
[12:04] - Zgadza się. Z moich doświadczeń wynika, że rzeczywiście takie pytanie pada bardzo często, ale jest jeszcze jedno, które ja uwielbiam: „Naprawdę wszystko to przeczytałeś?”
[12:14] - To też się często zdarza, chociaż większość ludzi, którzy zobaczą moją bibliotekę, wie, że rzeczywiście dużo czytam i recenzuję. To pytanie zdarza się rzadziej, ale zaskoczenie ilością jest chyba częstsze.
[12:32] - Teraz ustępuję miejsca Wiktorowi, bo trochę go przygasiłem ogniem artyleryjskim. Teraz Wiktor, ty.
[12:41] - Może tylko à propos tych książek, bo to jest strasznie fajne doświadczenie. Ludzie mówią, że mieszkają w domach, różnych szałasach i tak dalej, ale rzadko kto mówi, że mieszka wśród książek. Ja też mieszkałem przez wiele lat, właściwie ścian nie było, tylko książki. Zresztą byłem wtedy wybitnie mądry z bardzo prostego powodu: jeżeli siedziałem w fotelu przy biurku, miałem setki albo i tysiące książek w zasięgu oka. Jeżeli czegoś nie wiedziałem, wystarczył rzut oka na grzbiet książki, którą oczywiście kiedyś przeczytałem i sobie wszystko przypominałem i kojarzyłem. To bardzo dobre miejsce. Nie wszystko mamy w głowie przecież. Natomiast dobrze, jak mamy w zasięgu wzroku to, co nam przypomina. Bardzo miłe, że jeszcze żyją ludzie, którzy żyją wśród książek.
[13:49] - Jeszcze może ostatni raz odwołam się do tej notki biograficznej. Z takich ciekawostek czytamy, że miłośnik dobrej muzyki. Ale jakiej dobrej muzyki?
[14:04] - To też temat rzeka, bo tutaj ciężko dowęzić się do jednego gatunku. Od wszelkich odmian rocka, od starych klimatów po bardziej współczesne, niektóre popowe, zwłaszcza wokalne tematy. Trochę jazzu, ale jazzu starszego, z początków. Trochę reggae, dużo metalu, ale nie z takich form najcięższych typu black czy death metal, raczej heavy, power, coś z czystszym wokalem niż growling.
[14:43] - Jeśli chodzi o stary rock, to na przykład?
[14:48] - Deep Purple, Led Zeppelin, Hendrix. Z trochę młodszych rzeczy Pink Floyd. Oni byli jedną z pierwszych fascynacji muzycznych. Nick Cave obowiązkowo. Zresztą „Ballady morderców” przecież są oparte na bazie płyty Nicka Cave'a, którego uwielbiam. Dużo tego by było. Patrzę właśnie na moją kolekcję płyt i nie wiem, którymi zespołami wrócić. Nawet dostrzegam folk irlandzki, jakieś klimaty polskiego folku. Mnóstwo tego jest.
[15:28] - Teraz zróbmy szybki przeskok od upodobań muzycznych do sposobu pisania. Czy u pana pisanie i muzyka w jakiś sposób się łączą, czy to są odrębne światy?
[15:46] - Łączą się przynajmniej na kilka sposobów. Od techniki pisania, od formułowania, konstruowania zdań, konstruowania całej historii po poszukanie inspiracji. Szukanie inspiracji jest oczywiste, choćby patrząc na moją pierwszą książkę „Ballady morderców”. Tak naprawdę pierwszy tekst, który opublikowałem na papierze, był to tekst „Dom wschodzącego słońca” w pierwszym, zerowym numerze „Bramy”, magazynu „Brama”, który już chyba nawet nie istnieje. Wiem, że zawiesił działalność swego czasu, później chyba był reaktywowany. Szczerze przyznam, że nie wiem, czy dalej jeszcze „Brama” się ukazuje. Zerowy numer „Bramy” był numerem, w którym pojawiło się dzięki Sebastianowi Sokołowskiemu, czyli twórcy wydawnictwa Phantom Books, moje bardzo krótkie, dwustronicowe opowiadanie „Dom wschodzącego słońca”, które było inspirowane właśnie „House of the Rising Sun” Animalsów. Bardzo często szukam w muzyce jakichś motywów, tematów, pomysłów, które można przerobić i opowiedzieć po swojemu, wysnuć z nich swoją historię. Z drugiej strony muzyka i pisanie łączy się poszukiwaniem rytmu w pisaniu. Kiedy piszę, szukam zawsze rytmu zdania.
Czasem stosuję przestawne szyk wyrazów tylko po to, żeby zdanie brzmiało odpowiednio. Cały tekst, całe opowiadanie, fragment powieści musi mieć odpowiednie brzmienie, odpowiedni rytm, odpowiednie tempo. Zdarza mi się czytać własne teksty na głos, kiedy je piszę, żeby usłyszeć, czy one brzmią tak, jak brzmieć powinny. Mocno w muzyce. W muzyce szukam jakiegoś określonego rytmu, określonego brzmienia. Przy pisaniu także.
[17:48] - I tu powinien się uaktywnić Wiktor Żwikiewicz, który ma podobne doświadczenia.
[17:57] - Przez pół życia pisałem przy muzyce i to rzeczywiście dobierałem w ten sposób. Właściwie nie dobierałem. Jeżeli puszczałem sobie jakąś muzykę To po prostu potem to, co napisałem, klimat, atmosfera tego była na bazie tej muzyki, dopasowana. To jest klimatyczne. Muzyka jest genialną rzeczą i rzeczywiście skoro przy muzyce dobremu tancerzowi nogi podrygują i chce się tańczyć, to tak samo pisarzowi podryguje umysł i ręce się składają do pisania. To jest rzecz wspaniała.
[18:50] - Ale jest jeszcze jedna sprawa, która w jakiś sposób wydaje mi się łączyć obu panów. Otóż nasz gość wspomniał o szyku przestawnym, o dostosowaniu rytmu, czy też brzmienia zdań. Ty, Wiktorze, jesteś znany z tego, że również w ten sposób postępujesz z tekstem.
[19:16] - Słowo jest jak muzyka, to musi się składać. Jak człowiek czuwa charakter jakiejś postaci, jak ona mówi, to ona musi mówić tak, jakby śpiewała, w swoim stylu. Dobre ucho, łapiące dźwięk, potrafiące się posługiwać, słyszeć, dla pisarza jest skarbem. Bez muzyki nie można dobrze opisać zachodu słońca. To naprawdę nie wystarczy tylko namazać troszeczkę różu i już mieć zachód słońca. To musi jeszcze grać.
[20:23] - Wiesz, Wiktorze, jak tak ciebie słucham, to ja się czuję jakiś taki od macochy zupełnie. Bo ja muzykę z kolei przy pisaniu traktuję jako element tła. Ona powinna być, ale ona mi ma nie przeszkadzać. Ma gdzieś tam sobie plumkać i ona ma mi zagłuszać dźwięki, które mogłyby mi ewentualnie przeszkadzać. Ale niespecjalnie jestem z tą muzyką, która w tle leci, związany. A tymczasem od ciebie słyszę całą filozofię związaną z tym. I gorszy się zaraz poczułem.
[21:05] - Spoko Marku, bo właściwie skąd ty wiesz, czy te książki, które napisałeś, to ty napisałeś, czy ta muzyka, którą puszczałeś?
[21:16] - Nie, to na pewno muzyka była. Teraz wiem. Zawsze jak się okażą knoty, to będzie można na kogoś zwalić. Okej, to ja teraz brnę dalej, bo z takich pytań podstawowych — w końcu mamy w dalszym ciągu jeszcze początek audycji — to z pytań podstawowych. Ale właściwie dlaczego groza, a nie jakieś inne? Bo słyszeliśmy o tym, że jeśli chodzi o książki na półkach, to są z różnych gatunków. Jest fantastyka, jest groza, są kryminały. Ale w pisaniu głównie groza. Te dwa zbiory to jednak groza. To dlaczego?
[22:01] - Właśnie do końca nie wiem. Ja próbowałem różne rzeczy pisać. Mam w dorobku nigdy niewydane dwie powieści, jakby to określić, obyczajowe, w bardzo mocno Hłaskowskim stylu, którego uwielbiam i którym się fascynowałem, i swego czasu próbowałem pisać w sposób bardzo zbliżony do Hłaski. Na grozę trafiłem przypadkiem. Okazało się, że to jest świetny sposób na oswajanie własnych lęków, przetwarzanie ich, osadzenie ich w wymyślonej historii, bo jeśli przeniesiemy na papier to, czego się najbardziej boimy, to przestaje być takie straszne, bo zawsze możemy powiedzieć, że to przecież tylko książka. I jakieś takie podstawowe lęki, które człowiek ma w sobie — wydaje mi się, że udało mi się zidentyfikować swoje największe — staram się przemycać w swoich książkach. Wiadomo, że one są obudowane jakimiś motywami gatunkowymi, pomysłami, kliszami fabularnymi, ale zawsze gdzieś tam trzon pozostanie.
[23:11] - A pytanie jeszcze mam tego rodzaju: o te powieści, które gdzieś tam są w trzewiach komputera zapewne, to one się nie spotkały z czytelnikiem dlaczego? Dlatego, że nie było wydawcy? Dlatego, że nie było woli autora? Czy też one kiedyś się z wydawcą spotkają?
[23:32] - Może się spotkają. Nie mówię, że nie. Pierwsza zresztą w pewnym momencie funkcjonowała w przestrzeni czytelniczej za pomocą egzemplarzy kserowanych i bindowanych. Około 50 egzemplarzy gdzieś krążyło po świecie. To była wczesna powieść pisana w okresie szkoły średniej, więc nie uważam jej za rzecz jakąś wybitną, ale podobała się ludziom. Zaskakująco trafiała do osób, które jak same przyznają, przez ostatnie 10 lat nie przeczytały książki, a moją pochłonęły w dwa wieczory, więc chyba jakoś tak wciągnęła ich historia. Nad jedną pracuję, niby była ukończona, ale stwierdziłem, że muszę ją gruntownie przerobić, przepisać, uzupełnić o szerszy rys społeczny, historyczny. Pracuję nad nią w wolnych chwilach, więc bardzo możliwe, że kiedyś się ukaże. Najbliższe ukazania jest bardzo skromne objętościowo. Zbiór opowiadań „Kronika relacji intymnych”.
To są krótkie historie łączące się w jakiś sposób w jedną dłuższą całość postaciami, które się w nich przewijają. Szczerze? To ma około 150 000 znaków w całości, ale już są pewne przymiarki do opcji publikacji tego tworu, więc może kiedyś to się ukaże.
[25:15] - A to jest jaki gatunek?
[25:17] - To też jest proza obyczajowa. Nie ma tam wątków fantastycznych, nie ma wątków grozowych. Są relacje międzyludzkie między kobietami i mężczyznami. Bardzo pokręcone, skomplikowane, nieporadne, ale chyba prawdziwe, mam wrażenie. Ludzie, którzy czytali, twierdzą, że są prawdziwe, więc mam nadzieję, że kiedyś to się ukaże i poddamy to surowszej ocenie czytelniczej.
[25:52] - Ja teraz-
[25:53] - Wiesz, Marku?
[25:54] - O, właśnie tego chciałem, żebyś się odezwał.
[25:56] - Ja bym wdepnął w ten temat, od którego zacząłeś. Otóż ja przed audycją zacząłem się zastanawiać, bo przez pół życia moim środowiskiem byli ludzie od SF. Tego typu książki, horrory czytałem jako dziecko, jakieś „Klechdy domowe” i inne bajki Konopnickiej i innych polskich wieszczów.
[26:24] - Bo nic innego wtedy nie było.
[26:28] - Nie było, ale tam jakieś strzygi hasały, tylko że one mnie zupełnie nie straszyły. Tak się złożyło, że pod koniec życia, dzięki towarzystwu, najbardziej chyba przez naszą przyjaciółkę Martę Sobeńską, wdepnąłem w środowisko ludzi piszących w Polsce literaturę strachu i horrory.
[26:55] - Nawet zdążyłeś się załapać na jurora w pewnym konkursie.
[27:01] - Tak, oczywiście. Ale w tej chwili, przed tą audycją zacząłem się zastanawiać nad tym problemem, Marek, który poruszyłeś. Dlaczego akurat tego typu literatura? Doszedłem do pewnych wniosków. Otóż człowiek pierwotny, niektórym to zostało do dzisiaj, od czasów, kiedy byliśmy zwierzętami praktycznie stuprocentowymi, przeżywanie strachu było częścią naszego życia. Bez strachu byśmy po pierwsze nie przetrwali. Ten strach jest sygnałem, tak samo zresztą jak ból. Ból sygnalizuje nam, że coś jest z czymś nie w porządku. Podobnie strach sygnalizuje, że gdzieś coś wokół nas jest nie w porządku. We współczesnej cywilizacji, w naszej XX-wiecznej, oczywiście zdarzają się sytuacje, chociażby wojny czy katastrofy i tak dalej, kiedy ten strach się pojawia.
Natomiast przeciętny obywatel żyjący, siedzący w swoich ciepłych pampersach właściwie nie doświadcza tego uczucia, a to uczucie jest nam potrzebne. W tym momencie wszyscy, którzy piszą tego typu literaturę, podają nam, jak właściwie lekarze. Tak jak nasz organizm — brakuje nam witaminy C i również brakuje nam strachu. To jest widocznie potrzebne. Nie wiem. Mówię to teoretycznie, bo sam nie wiem. Myślałem, że strach nie jest potrzebny do niczego, ale przypomniałem sobie na przykład pierwszych narkomanów bydgoskich, moich przyjaciół. Była taka moda wąchania cli, takiego rozpuszczalnika. To się cli nazywało. To była paskudna chemia, ale oni robili to w ten sposób, że zagrzewali to w garnku, przykrywali głowę chustką i wdychali.
Wąchali, wąchali, a jak się nawąchali, to nic nie dawało. Nic. Natomiast potem biegli szybciutko pod wiadukt i czekali na pociąg. Jak jechał pociąg, to zamykali oczy i ryli, bo wtedy przeżywali naprawdę wielki strach. Ja myślałem, że widocznie oni tego potrzebowali. Być może my, ludzie, również potrzebujemy ... tego strachu, a jako te ciepłe kluchy XX-wieczne po prostu zapomnieliśmy o tym. Cóż, dlatego pojawili się pisarze, którzy nam te witaminy podają. Nie wiem, czy mam rację, ale mi się wydaje, że tak.
[30:48] - Wiesz, Wiktorze, ja tak wspomnę albo zauważę może bardziej, że właśnie sprzedałeś na antenie, bardzo ci się to chwali, szkic albo właściwie szkielet. Może bardziej szkielet to dobre słowo na kolejne opowiadanie grozy. To wąchanie tri i bieganie pod wiadukt. Powiem ci, że może w jakieś stany lękowe wpędzić. Ja się już tak przynajmniej poczułem. Wszyscy, którzy słuchają, a mają jakieś zacięcie literackie, to zapraszamy do ABW. Opowiadanie o wyciu pod mostem z określonych powodów jest jak najbardziej mile widziane.
[31:34] - To jest bardzo ciekawy motyw, który można fajnie przetworzyć, fajnie wykorzystać, bo jak opisujemy samo wycie pod mostem po wąchaniu kleju, ale jak dopiszemy do tego szerszy kontekst, szerszą historię-
[31:50] - O to chodzi
[31:51] - ... można pięknie z tego wyprowadzić opowieść. Pierwsza scena opowiadania byłaby genialna, kiedy jeszcze nic nie wiadomo, o co tak naprawdę chodzi w samej historii i dobrze opisać scenę tej nocy, jadącego pociągu i na przykład dzieciaka, który patrzy przez okno jadącego pociągu i widzi, że właśnie mijają jakiś wiadukt, a tam pod wiaduktem jakieś pokraczne, skulone sylwetki ludzi wyją do księżyca. To by było niesamowite. W oczach tego dziecka przecież to by mogło urosnąć do niesamowitej historii. Podoba mi się ten pomysł .
[32:34] - I tak jesteście państwo być może świadkami rodzenia się kolejnego opowiadania autorstwa Mariusza Wojteczka. Właśnie, to jest dobry moment, żeby zapytać. To pytanie się właściwie w każdej audycji, w której mamy gościa piszącego książki, pojawia. Nie ukrywam, że wcześniej z autorem rozmawiałem poza anteną i troszkę już wiem. Dlatego jestem teraz taki zadowolony z siebie i za chwilę państwu to zaprezentuję. Jak, szanowny autorze, przystępujesz do pracy? Jak się rodzi opowiadanie?
[33:15] - To jest bardzo ciekawy proces, bo ja nigdy nie znam historii, zanim siadam do pisania. Bardzo wielu autorów, których znam, ma rozpisane konspekty, każdą scenę w detalach przygotowaną, w podpunktach rozpisano. Ja, siadając do pisania, mam pierwsze zdanie, a nawet nie tyle może zdanie, co jakiś przebłysk, pierwszą scenę, od której się zaczyna. Ja widzę obraz i ten obraz zaczynam opisywać, jakiś kontekst sytuacyjny, ruchomy obrazek, trochę jakbym film oglądał w głowie. I prawda jest taka, że wtedy nie wiem, co się stanie dalej, bo zapisuję scenę i nie znam dalszego ciągu. Mam scenę, którą muszę zapisać, jak ona powstaje, to potem czekam, aż pojawi mi się następna scena w głowie, aż następny kawałek filmu gdzieś mi się w umyśle odtworzy i go zapisuję. Dopiero jak skończę pisać całość, dowiaduję się, jakie jest zakończenie. To może nie jest zbyt poprawne według wielu autorów pisanie, bo powinno się znać całą historię przed rozpoczęciem pisania. Ja tak nie umiem. Kiedyś próbowałem pisać konspekty swoich historii, ale nic mi z tego nie wychodziło, bo kiedy siadam do pisania, to próbuję sobie wyobrażać całość i zawsze, dosłownie zawsze wychodzi coś innego, niż planowałem.
Historia zupełnie się zmienia, jakby żyła własnym życiem w trakcie pisania. Kiedy piszę, sam zauważam w trakcie, że po prostu ja sobie to inaczej wyobrażałem na początku. Chciałem iść w innym kierunku, ale bohaterowie stwierdzili, że mają gdzieś to, co ja sobie myślę. Oni muszą zrobić swoje. Czasem ich rzeczywistość zmusza ich do robienia pewnych rzeczy, a ja akurat nie mam nic do powiedzenia, tylko mam to spisać, to już inna historia.
[35:21] - Jeśli mogę skoczyć w to, bo to są dwie metody bardzo wdzięczne obydwie, chociaż ta, o której pan mówi, chyba jest ciekawsza. Otóż jeżeli się ma w pamięci lub świadomości jakiś obraz labiryntu, przez który trzeba przejść, to się przechodzi. Natomiast jeżeli się trzyma w ręku koniec nici, która gdzieś tam prowadzi, to się idzie przez „nie masz tego obrazu labiryntu, przez który mam ten Tezeusz przejść”, że tak powiem. I wtedy się idzie i ten cały labirynt, historia to jest labirynt po prostu, przez który się przechodzi i odczytuje krok po kroku na nowo. To jest o wiele ciekawsze. Jest to żywe, chociaż planowanie też jest sensowne, bo ta czynność odkrywania jest Wcześniej sformułowana, bo jakoś tam się planuje.
[36:35] - Tak, ten wątek trzeba pomóc.
[36:39] - Tak.
[36:42] - Narodziło mi się kolejne pytanie. Ono się wydaje dosyć naturalne. Czy były takie historie, które gdzieś utknęły? Nie pojawiły się kolejne sceny albo w pewnym momencie przestały się pojawiać. Czy gdzieś tam na twardym dysku autora takie historie są? To wcale niepowiedziane, że one kiedyś nie znajdą szczęśliwego finału, ale na razie są i nie posuwają się naprzód.
[37:12] - Tak jest bardzo często. Pracując nad przygotowaniem opowiadań do zbioru „Dreszcze”, wziąłem teksty, które były tworzone w bardzo różnych okresach czasu, które bardzo często rzeczywiście utknęły w pewnym momencie swojej fabuły i potrafił minąć rok, dwa lata, zanim pewnego dnia po prostu nagle nie zobaczyłem zakończenia tej historii. Tak naprawdę ballada „Gremiha Westa”, która jest ostatnim opowiadaniem w „Dreszczach”, powstała chyba cztery lata przed wydaniem „Dreszczy” i miała zupełnie inne zakończenie. Była krótszym opowiadaniem z zupełnie innym przekazem, zupełnie inną historią i puentą. Przygotowując ten zbiór, zacząłem przeglądać stare teksty. Co dałoby się wybrać, co by się dało ewentualnie dopracować, poprawić, co dokończyć. I w pewnym momencie po prostu zobaczyłem zakończenie tej historii, które wymagało przepisania połowy opowiadania, napisania od nowa i rozbudowania całej historii. Efekt końcowy dużo bardziej mi się podoba, przyznam, niż tamto, bo tamtego raczej bym nie opublikował. Podobnie było z „Piątką z Sandy Eaves”, która niby była skończona, miała inne zakończenie, ale coś mi w tym tekście nie grało. Nie byłem do końca zadowolony.
Dopiero jak pojawiła się ta historia i to zakończenie, to uznałem, że jest gotowe. Ale u mnie bywa bardzo często tak, że piszę do pewnego momentu i w pewnym momencie pustka. Nie znam dalszego ciągu, więc nie zmuszam się do napisania. Zostawiam to i czekam, bo wiem, że to zakończenie, te kolejne sceny kiedyś przyjdą. Co jakiś czas przeglądam folder w komputerze z takimi niedokończonymi tekstami. Czytam te fragmenty i czekam, czy przyjdzie mi jakiś pomysł, czy znajdę ten punkt zaczepienia, żeby ruszyć z tym dalej, czy nie. „Drogę” dokończyłem stricte na potrzeby zbioru, bo nie miałem do niego zakończenia. Miałem napisane chyba dwie trzecie tekstu i jakieś dwa lata trwało, zanim pewnego dnia otworzyłem po prostu plik. Nie pamiętam, nad czym wtedy pracowałem, ale jakoś tak szukałem jakiejś odskoczni, coś chciałem napisać, ale nie do końca to, nad czym akurat wtedy siedziałem. Otworzyłem to opowiadanie i pojawiła mi się kolejna scena w głowie.
Zacząłem pisać i chyba w ciągu dwóch dni dokończyłem pisanie całości. Więc często się tak zdarza, że utknę w pewnym momencie i jeszcze trochę takich opowiadań zostawiłem do pisania.
[40:07] - Jak pan Mariusz to mówi, to mi się odsierają takie klapki, które miałem na oczach. Bo przecież jak się odwoływałem do tych zwierzęcych instynktów w wypadku strachu, to tutaj w tej procedurze, którą pan opisuje, to jest bardzo prosta, ta sama historia. My byliśmy kiedyś przede wszystkim zbieraczami albo myśliwymi i to jest po prostu historia. Trzeba znaleźć trop historii właściwy i iść po śladzie. Czasami się ten trop urywa i wtedy my jako myśliwi, jako detektywi jakiejś historii stajemy w rozterce i musimy zostawić, aż się pojawi nowy trop. To jest odzwierciedlenie zachowań myśliwych. Tak myślę.
[41:07] - A ja z takiego kronikarskiego obowiązku dodam, że wspomniane tu opowiadanie „Droga” znajduje się w zbiorze „Dreszcze” wydanym przez Dziewiątkę. I taki rzut oka na czat, który towarzyszy naszej audycji. Mysterious Stranger pisze: „Kupiłem booka 'Ballady morderców' dzięki reklamie, że pan Mariusz będzie gościem audycji. Na razie przeczytałem trzy opowiadania” i dalej: „Doszedłem do konkluzji, że najstraszniejsze w grozie nie są duchy, zjawy czy potwory z bagien. Największe przerażenie budzi to, co może czaić się w ludzkich umysłach. Możesz jeść sobie kaszankę w barze mlecznym i nawet nie wiesz, że w tym momencie jest na ciebie wyrok śmierci, bo obok siedzi morderca”. To nawiązanie do tego, co pan pisuje.
[41:58] - To jest bardzo słuszne spostrzeżenie. Ja wychodzę z tego samego założenia, że tak naprawdę to wszystko, czego używamy, te rekwizyty, które używamy do straszenia, próbują wręcz obłaskawić czy zamaskować tą gorzką prawdę, że najbardziej zagrażają nam inni ludzie i to, co się w ich głowach kryje. Bo kto z nas, drodzy panowie, słyszał, żeby kogoś ostatnio duch zaatakował? Wilkołak, zombie? A niestety ze strony różnych ludzi jesteśmy zawsze narażeni na mniejsze czy większe krzywdy. Bardzo mnie cieszy z jednej strony, że tak odczytywane są te moje historie, bo widać, że przekaz jest czytelny. Ale ja się najbardziej obawiam tego, co kryją inni ludzie. I mimo że z założenia staram się obdarzać spotykane osoby kredytem zaufania, to zawsze będę ostrożny, bo nie da się na pierwszy rzut oka poznać człowieka. Najwięksi zbrodniarze bardzo często wydawali się bardzo sympatycznymi ludźmi, więc tak naprawdę nie wiemy, kogo spotykamy. A z drugiej strony ta nieuchronność losu, że możemy trafić w niewłaściwe miejsce w niewłaściwym czasie.
I tak naprawdę my wcale nie byliśmy celem bezpośrednim dla nikogo. Po prostu trafiliśmy nie w tym momencie, nie tam, gdzie trzeba. Mieliśmy pecha. Tak jak właśnie w „Balladach morderców” wspomniane na trzecie opowiadanie to bar mleczny, zresztą osadzony przy Placu Centralnym w Nowej Hucie. Bardzo dokładnie opisałem to miejsce. Często zresztą tam bywałem, mieszkając jeszcze w rejonie Nowej Huty kilka lat temu. I właśnie o to mi chodzi. Nigdy nie wiemy, będąc w przestrzeni publicznej, kogo spotkamy, czy czasem coś się nie wydarzy. I tu już nie mówię nawet o samych ludziach, ale może być jakaś katastrofa, wybuch gazu, cokolwiek. To jest przerażające, ta nieuchronność pewnych zdarzeń, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć, a które mogą nas dosięgnąć w każdej chwili.
[44:29] - Ja myślałem, że potrafię wszystko przewidzieć, ale teraz to ja mam dreszcze. Jak sobie pomyślę, co ten Marek Żelkowski mi wywinie po 10 latach znajomości z nim. O horror!
[44:47] - Będziesz na pewno zaskoczony. Ale ja jeszcze mam takie pytanie tabloidowe: czy nasz gość przeżył w swoim życiu taki moment, w którym serce mu stanęło? Nie wiem, jak to jeszcze inaczej opisać. Kiedy poczuł naprawdę grozę taką nie w literaturze, a w życiu? Wiadomo, że zdarzało się przy różnych okazjach to poczucie strachu. Dwie sytuacje, które mi utkwiły w głowie bardzo mocno, takie gwałtowne, bezpośrednie i na które nie miałem żadnego wpływu, to pierwsza to jeszcze w latach szkolnych wypadek samochodowy, gdzie prowadził mój kolega i z niewiadomych przyczyn nagle skręcił kierownicą tak, że wbiliśmy się w betonowy mostek po jednej stronie drogi i całe szczęście, że skręcił w lewo, nie w prawo, bo po prawej była skarpa, z której byśmy już raczej nie wyszli cało. A jechaliśmy Fiatem 125p, więc niewiele by pewnie z nas pozostało. I do dzisiaj nie jesteśmy w stanie określić, dlaczego on to zrobił. Może był zmęczony, może zaczął gdzieś przysypiać. Było w nocy.
Gwałtowny skręt, uderzenie. On rozbił głowę o kierownicę. Ja rozwaliłem kolano, ale musiałem go po nocy prowadzić jeszcze do znajomej, którą odwoziliśmy, żeby pojechać z nim do szpitala. Nic się nikomu nie stało, ale moment samego tego uderzenia i sekundy po tym, jak samochód się zatrzymał, to był pierwszy moment faktycznie takiego zatrzymania na moment serca, jak to się mówi. A na drugi dzień, jak zobaczyliśmy, jaka skarpa była po drugiej stronie drogi, to też było takie uczucie, że przecież mogliśmy tam właśnie być na dole tej przepaści. A druga sytuacja, może której nie byłem uczestnikiem bezpośrednim, ale atak maczetami na Nowej Hucie, kiedy wychodziłem rano do pracy. Autentyczne zdarzenie, którego byliśmy świadkami. Ja plus tam kilka osób, które akurat były, bo to było 8:00 rano, okolice Alei Róż. I kilku zamaskowanych mężczyzn napadło jednego z maczetami. Przerażające uczucie, bo tak naprawdę nie można zrobić nic.
To trwa kilkanaście sekund. Oni zaraz uciekają do bramy i zostaje człowiek, któremu trzeba wezwać karetkę, bo ma otwarte rany na całym ciele. I krzyczy. I to było straszne, bo człowiek się tak trząsł, że nie mógł wybrać telefonu, żeby po pogotowie zadzwonić. Więc znowu autentyczna historia, autentyczne zdarzenie, bez jakichkolwiek naturalnych konotacji, a jedno z najbardziej przerażających doświadczeń, jakie w życiu miałem. To rzut oka na czat, który nam towarzyszy. Pan Warpisz pyta: „Wieczór dobry. Skąd pan Mariusz bierze motywację i natchnienie do działania?” Motywację. Motywacja chyba bierze się stąd, że zawsze lubiłem opowiadać historie. Zawsze zazdrościłem pisarzom opowiadania historii i jak okazało się, że w jakimś stopniu wychodzi mi to pisanie i ludzie chcą te moje historie czytać, to stwierdziłem, że lubię.
Na początku pisałem dla siebie, dla samej frajdy. Później okazało się, że mam może niewielkie, ale jednak grono czytelników. To jest główną motywacją, że ludzie chcą to czytać, że kogoś interesują napisane przeze mnie historie. To jest chyba największa motywacja dla twórcy, że ma czytelnika. A pomysły? Ciężko określić jednoznacznie, bo to jest bardzo często szukanie pojedynczych scen, pojedynczych zdań. I zależy, czy to ma być opowiadanie, które jest pisane pod jakiś określony temat, typu zaproszenie do antologii tematycznej, gdzie myśl przewodnia typu słowiańszczyzna, diabeł, cokolwiek, jest już narzucona odgórnie i szukamy jakiegoś motywu, tak jak w „City 4” miało być miasto jak najbardziej obecne i pisanie pod temat, czy pisanie swobodne. Bo przy pisaniu swobodnym to bardzo często jest jakiś zasłyszany utwór muzyczny. To jest jakaś scena, jakiś obraz, jakiś motyw czy zdanie przeczytane w książce, którą akurat aktualnie czytam. Jakaś scena zaobserwowana nawet na ulicy, bo to często wywodzi się z jakichś takich realnych, realistycznych pomysłów.
Widzę specyficznie ubranego człowieka, który od razu mi się rodzi w głowie jako bohater. On na pewno ma coś ciekawego do powiedzenia, jakby go spytać. Więc można by się zastanowić, co on by powiedział. Tak mniej więcej to. Ja się akurat bardzo dziwię czasami pytaniom, które zadaje mój przyjaciel Marek Żelkowski. To nie ja, to czat zadał pytanie. Aha, dobrze. Jakie ma motywacje cieśla, kiedy wbija gwoździe? Jakie motywacje ma malarz, który maluje obraz? Dlatego maluje, bo jest malarzem, a pisarz dlatego pisze, bo jest pisarzem.
Cholera jasna, to są proste rzeczy przecież. Ale w tym pytaniu Patvara jest jeszcze jedno zagadnienie. Z jednej strony kontrowersyjne i wcale nieoczywiste. Pada słowo „natchnienie”. To jak nasz gość skomentuje natchnienie? Zagwozdka. Odpowiedzi wszelkie dopuszczalne. Na przykład, że jeżeli autor stwierdzi, że ma w nosie natchnienie, to- Wiesz, ja się zastanawiam, czy w ogóle wierzę w natchnienie jako takie. To ja się zdeklaruję, bo tak teraz— ja w ogóle nie wierzę. Bo w jakimś stopniu muszę mieć odpowiedni moment czy nastrój na to, żeby coś napisać.
Bo czasem siadam do pisania, próbuję coś napisać i nic, co klepie w klawiaturę, mi się nie podoba, i potem to przerabiam gruntownie. A czasem są momenty, kiedy po prostu siadam i zdania pojawiają się w głowie. Piszę bardzo szybko. Historia płynie sama. Nie do końca wiem, od czego to zależy. Najgorsze są momenty, kiedy jestem w pracy i nie mogę pisać, a pojawiają mi się bardzo dokładne sceny w głowie. To jest problematyczne, bo ciężko wtedy wszystko dokładnie zapamiętać i po przyjściu do domu zapisać. Ale nie wiem, czy jest coś takiego jak natchnienie. Powiedziałbym, że żona jest dla mnie natchnieniem, ale w przypadku, że piszę horrory, zabrzmiałoby to dwuznacznie. Ona na pewno jest motywatorem do tego, żeby człowiekowi chciało, żeby próbował pokazać światu, że potrafi coś ciekawego napisać, co się ludziom spodoba, bo chciałbym, żeby była ze mnie dumna i myślę, że jest.
Więc w takim kontekście to ona jest moim natchnieniem. Może nie tyle samego tematu, co ogólnie chęci pracy nad tekstem, nad warsztatem. Motywacją. Motywacją poniekąd. Tak można to ująć. Jeśli wyciągnę puentę, to bardzo piękne zdanie się tam gdzieś zaplątało. Otóż kobiety są po to, żeby człowiekowi się chciało. Dokładnie. Notabene dedykacja do „Dreszczy” brzmi jednoznacznie — dla mojej żony oczywiście: „Bez ciebie nie byłoby niczego, o co warto by się starać”. Więc dalej podtrzymuję konsekwentnie tezę, którą już przyjęliśmy na początku naszej rozmowy.
Także to jest może jakieś potwierdzenie tego, że to nie tylko tak pod publikę mówię, ale na papierze jest to już zapisane i wydrukowane. Proszę państwa, mija niemal pierwsza godzina audycji. To chyba jest dobry czas, żebyśmy posłuchali prozy naszego autora. To czas na pierwszy fragment. Marku, prosimy. Mariusz Wojteczek. Fragment pierwszy. „Dreszcze”. „Znowu mam dreszcze. Jest mi zimno.
Czoło perli lodowaty pot. Zęby szczękają. Ich nadpróchniałe pieńki wystukują równomierne staccato. Nóż wyślizguje się z dłoni. Skostniałe palce nie mogą go utrzymać. Ale tnę mimo to.”
[54:47] - Wzdłuż żyły, zawsze wzdłuż. Tak powtarzał tatko: „Jeśli chcesz śmierci, tnij wzdłuż, nie w poprzek”. W końcu to zrobił, a teraz robię to ja. Krew jest ciepła, gorąca. Chlapie mi na kurtkę, wsiąka w materiał. Ten paruje słabo widoczną mgiełką. Jęknęła tylko raz, przy pierwszym cięciu. Dotykam zdrętwiałymi palcami zwisających przepoconych włosów. Nie czuję ich w rękawiczce. Dziewczyna wisi przywiązana za nogi do wspornika pod niskim sufitem bunkra.
Jej twarz zastyga w grymasie, ni to zaskoczenia, ni niesmaku. Eleganckie ubranie wskazuje, że za życia, całkiem niedawno, wczoraj zaledwie, była kimś. Może pracowała w banku, może była prawnikiem, a może chociaż sekretarką. Teraz jest cicha, spokojna. Straciła wiele ze swojej prezencji. Odebrałem jej cały urok. Makijaż rozmazał się, znacząc zaczerwienione policzki brudnymi smugami. Białą koszulę ma zmiętą. Mankiety niedbale podwiniętych rękawów utytłane w mokrej czerwieni. Krew tryska z równo rozciętych żył.
Dół koszuli wysunął się zza gumki granatowej spódniczki. Zwisa smętnie i rozchylając się mocniej w miejscu oderwanego guzika, pokazuje kawałek niezbyt umięśnionego, ale mimo to szczupłego brzucha. Sama spódniczka zsuwa się delikatnie, odsłaniając jeszcze przed chwilą blade uda. Teraz czerwienią się od zimna, podszczypywane mrozem. Nie podnieca mnie to, że widzę czarny trójkąt jej majtek. Nie jest tu ze mną dla seksu. Jest dla ciepła. Wciąż czuję dreszcze, choć już nieco mniej intensywne, kiedy pomiędzy rozpiętą aż do pasa kurtką i koszulą ścieka jej gęsta krew. Mróz szybko pozwala tężeć gorącym kroplom na moim ciele, ale to nieważne. Jest mi zdecydowanie mniej zimno.
Dreszcze mijają. Na razie. Anton, kurwa, pijesz? Tola łypie na mnie wzrokiem tętym od wódki. Patrzę niechętnie na kieliszek, który stoi przede mną na odrapanym stoliku w szaro-białą kratkę. Robi mi się niedobrze. Alkohol na pewno już się zagrzał. Nieznośny ukrop wypełnia lokal, dając mi się we znaki. Rozluźniam nadal zawiązany pod szyją zielony szalik. Rozpinam do końca kurtkę.
Nie miałem zamiaru się tu rozsiadać. Miałem zgarnąć Tolę i zabrać go do domu. Obiecałem Nataszy. A siedzę tu, wdycham zapach odsmażonych ziemniaków, kapusty, mielonego i piję wódkę z moim przyjacielem Anatolijem Woroszenko. Już od pół godziny. Natasza będzie wściekła. Nie, nie chcę. Możesz wypić. Wzruszam ramionami, zerkając tęsknie w stronę oszronionej szyby w drzwiach wejściowych. Na ulicy trwa zwykły wieczorny ruch.
Światła samochodów ślizgają się po oblodzonej jezdni. Słychać nerwowy, urywany skowyt klaksonów i nieustający warkot. Jednolity szum. Ludzie przechodzą chodnikiem w tę i we w tę, jeden po drugim, razem, obok siebie. Chronią się przed mrozem, okutani w kurtki, w płaszcze, powycierane waciaki, futra z nutrii. Spieszą za swoimi sprawami, wracając do mężów, żon, kochanek, przyjaciół, rodziców, dzieci. Byle szybciej znaleźć się w mniej czy bardziej przytulnych miejscach, które nazywają domem. Niepomni na nic, co dzieje się wokół nich. Zajęci własnymi sprawami, w otoczeniu osobistych trosk, niemyślący o nikim prócz swoich bliskich. A tam gdzieś w trzewiach ciągle tętniącego życiem, niezależnie od pory dnia i nocy miasta, czai się on.
Wampir. Prasie jak zwykle zabrakło kreatywności. Cóż, prasa. Wampir to niezwykle wyszukany przydomek. Mnie tam wszystko jedno. Ja mam go tylko złapać. Jestem policjantem. Tak jak siedzący naprzeciw mnie Anatolij, skutecznie wpędzający się właśnie w alkoholizm. Za chwilę przymknie oczy, język skrępuje bełkotem, zwisi głowę na piersi. Wtedy odniosę szkło na bar.
Zawsze tak robię, nie wiem czemu. Chwycę go za fraki i zaciągnę do stojącej za rogiem budynku starej, nieogrzewanej łaty. Potem zawiozę kilka ulic do domu. Do Nataszy. Zbyt ładnej, zbyt młodej i zbyt dobrej, by być żoną kogoś takiego jak mój najlepszy kompan Tola. A ja? Ja jestem samotny. Nie mam nikogo. Nie czeka na mnie nikt w ciasnej kawalerce po rodzicach na drugim końcu miasta. Tylko Natasza ucieszy się na mój widok, choć najpierw będzie musiała mnie skląć, że przywożę Tolę tak późno.
Takiego pijanego. Zawsze to samo. Kiedy wchodzimy do mieszkania, atakuje nas ciepło, nieobecne przez całą drogę w samochodzie i podczas trudnej wspinaczki po wytartych schodach na czwarte piętro. Okulary zachodzą mi parą, dlatego nie widzę wykrzywionej miny Nataszy witającej mnie zamachem ścierki, w którą właśnie wycierała ręce. „Anton! Nosz kurwa, miałeś go przywieźć, zanim się schleje jak świnia, a nie po fakcie” – krzyczy na mnie. I choć słyszę złość w jej głosie, to wiem, że tak naprawdę cieszy się na mój widok, którym mnie obdarza, gdy wtaczam się w głąb przedpokoju z brzemieniem zamroczonego Toli w ramionach. Jej usta są gorące. Oddech pachnie czosnkiem, ale lubię ten zapach. Wiem, że poczuję go dziś jeszcze mocniej, kiedy tylko zawlokę Anatolija do łóżka.
Natasza przewiesza wilgotną ścierkę przez ramię, odgarnia kosmyk włosów opadających na czoło, wzdycha z rezygnacją i przykuca, by zdjąć swojemu nieudanemu małżonkowi oblepione śniegiem buty. „Hej Anton, Anton, no i jak cię można o coś prosić, no?” – narzeka z coraz większym rozbawieniem w głosie. Mruczy się ze mną, bo wie, że Tola i tak by się schlą beze mnie, a ja przynajmniej zadbałem, by spał w domu, jak na wzorowego męża przystało. „A on znów się uwalił jak zwykle, co? Wypłata była i od razu musisz go szukać po barach.” Kręci głową, idąc na powrót w kierunku kuchni. Obserwuję jej zgrabne pośladki opięte prostą dzianiną sukienki z golfem. Wprawia je w ruch naturalnie, nieświadoma własnego seksapilu. Ot, zrezygnowana rosyjska kobieta ze ścierką na ramieniu. Żona pijaka, który nie zdołał jeszcze odebrać jej całej kobiecości. Przełykam głośno ślinę.
W drzwiach do kuchni odwraca się jeszcze do mnie i uśmiecha tak, jak tylko ona potrafi. „Połóż go w sypialni, dobrze? I chodź, zrobię ci herbaty. Zmarzłeś pewnie. Łada dalej nie grzeje?” Potakuję głową. „A ten ochlejtus niech śpi. Podstawię mu później miskę, bo znów dywan zarzyga.” Wchodzi do kuchni, znikając mi z oczu. Czuję dreszcz i robi mi się zimno. Tak wokół serca. Znów zapija smutki z pracy.
Siedzę w kuchni na skrzypiącym przy każdym ruchu taborecie z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach. Kiedy się nad nim pochylam, znów zaparowują mi okulary. Natasza patrzy na mnie ze smutnym uśmiechem zawiedzionego dziecka. Fakt, małżeństwo miało wyglądać inaczej. Miało być fajnie, miło, bezpiecznie. Ona ma dopiero 30 lat i jeszcze nie wyżarło z niej wszystkich ideałów młodości. Życie znaczy. Ze mnie chyba już zdążyło, choć jestem ledwie cztery lata starszy. To ta robota? Może.
Wampir znów zabił. Wczoraj młoda studentka prawa wracała z egzaminu. Znaleźli ją w starych bunkrach na obrzeżach. Obraz jak z rzeźni staje mi przed oczami. Młode, ładne dziewczę z rozprutymi żyłami, rozmazanym tuszem i smarkami na twarzy. Z zaciekami łez, pozbawiona wszelkiej godności. Zawieszona za nogi i rozpruta jak zniszczona poszewka poduszki. Wzdrygam się. Nie chcę pamiętać. Patrzę na twarz Nataszy.
Na wąskie usta, blond grzywkę zaczesywaną na podgolone wysoko boki. Na smutne, ciemne oczy, które zawsze przypominają mi zalęknioną sarnę uchwyconą skrzyżowanym światłem reflektorów na drodze. Wolę ten widok. „Jezu, przestań.” Odgarnia włosy z czoła. „Nie chcę słyszeć. Nie mówmy o pracy, dobrze? Teraz wiesz, czemu piję.” Przytakuję. „Ty nie pijesz” – odcina się, patrząc na mnie, lekko odchylając głowę na bok. Wygląda jak jakiś nasłuchujący, ciekawski ptak. Bo mam ciebie – chcę powiedzieć.
Ale przecież jej nie mam. To Anatolij ją ma. Kładzie się co noc obok jej szczupłego, bladego ciała. Może ją dotykać, pieścić, całować, trzymać za ręce, odgarniać włosy z czoła rankiem, kiedy się obudzi. On ją ma i nie korzysta z tego. Nie cieszy się. Nie dziękuje Bogu czy światu za to. Spowszedniało mu. Przyzwyczaił się. Oswoił.
Otępiał przez robotę, a jej widok już nie odwraca jego uwagi. Nie sprawia, że zamiera oddech. I pije. Ucieka w wódkę, w alkoholowy amok, w ciemność, w której nie przedrą się nawet demony śmierci oglądanej na co dzień. Nie mówię nic. Myślę, czy i mnie by mogła spowszednieć. Czy stałaby się czymś zwykłym, prozaicznym, jakimś tłem mojego małego świata, jak kredens w pokoju czy tapeta na ścianie. „Masz papierosa?” – pyta. Nie odpowiadam, patrząc w bok poprzez drzwi kuchenne w czarny prostokąt przedpokoju, gdzie za kolejnymi drzwiami po prawej w zmiętej, przepoconej pościeli leży zwiotczałe, otoczone mrokiem ciało Anatolija. Mojego kompana, partnera, przyjaciela, którego bezczeszczę co kilka wieczorów w rzeczywistości i codziennie, w każdej minucie w myślach.
„No daj, masz na pewno. Mnie się skończyły” – mówi wesołym głosem. Podchodzi bliżej. Staje za mną i sięga szczupłymi rękami do kieszeni na piersi mojej koszuli, gdzie zwykle trzymam paczkę papierosów i tanią zapalniczkę. Kiedy już wyłuskuje szluga, nagle odruchem, jakimś impulsem chwytam za te drobne dłonie, unoszę i przyciskam do ust. Czuję zapach jej skóry, mleczny, czysty, przebijający spoza lekkiej woni mydła i zapachu nikotyny. Całuję palce raz, drugi i słyszę westchnięcie przeciągłe, głębokie, a jest w nim tyle samo podniecenia, co smutku i rezygnacji. „Anton” — szepcze, ale ja nie słucham, muskając spierzchniętymi wargami jej dłonie, badając oddechem linie papilarne, wdychając intensywną woń kiepskiej krajanki tytoniowej z papierosa, którego trzyma i czuję, jak krew coraz mocniej pulsuje mi w skroniach, jakby zaraz miały pęknąć żyły i zalać gęstą rubinową krwią jej blade ręce. Kiedy ją kocham, stoi pochylona, opierając się łokciami o blat stołu. Sukienkę zadarła do pasa, majtki zsunęła w dół, naciągnięte do granic rozerwania i wiem, że wpijają się jej w kostki.
Stół skrzypi, jest nieco rozchwiany, a ja wbijam się w nią raz po raz, opierając ręce tuż obok jej łokci. A ona jęczy cicho, zagryza wargę i próbuje nie krzyczeć, bo przecież jej mąż śpi za ścianą. I cóż z tego, że jest pijany? Nasze urywane oddechy mieszają się ze sobą, kiedy wypina blade pośladki, by poczuć mnie mocniej i głębiej, a ja wydycham wszelkie troski i stresy w jej pachnące szamponem pokrzywowym włosy. Gdy dochodzi, wydaje z siebie cichy, urywany pisk jak pisklak albo szczenię. Ja też dochodzę, ale na niej, nie w niej, a z mojego gardła wydobywa się głuchy charkot — znak gorzkiego spełnienia naznaczonego nieustannym brzemieniem winy. Pochylam się nad nią, dotykając policzkiem ciepłych pleców i czuję, że obok moich dłoni na blat stołu kapią łzy. Sam nie wiem, moje czy jej.
[01:09:31] - Tak. I pierwszy fragment jest za nami. Czy wszyscy są obecni? Przepraszam, takie małe sprawdzenie obecności.
[01:09:40] - Tak, tak. Jestem.
[01:09:42] - Wiktorze, Wiktorze?
[01:09:44] - Oczywiście.
[01:09:47] - To ja teraz korzystając z chwili przypomnę tylko naszym słuchaczom, że felieton Tomka Fąsa już tradycyjnie na koniec audycji. Także wszyscy, którzy czekają, muszą jeszcze się uzbroić w cierpliwość. W każdym razie felieton Tomka Fąsa jest i na koniec Tomek państwu zaprezentuje. Natomiast ja rzucam okiem — nie wiem, jak to robię, ale rzucam — na czat i Mr. Stranger pisze coś takiego: „Kiedyś przeżyłem chwilę grozy, gdy spotkałem w Niemczech koło dyskoteki kilku Białorusinów. Wszystko było okej. Alkohol, interakcja. W końcu jesteśmy blisko z tym narodem, niemal jak bracia. Potem nagle im odbiło i dostałem nożem pod szyję. Okazało się, że to byli bandyci.
Ledwo przeżyłem. To była największa groza w moim życiu. Natchnieniem jest jakaś dziwna... Oj, przepraszam, coś tu jest. Natchnieniem jest jakaś dziwna, nie wiadomo skąd wzięta potrzeba do tego, by tworzyć historie i przelewać je na papier. To jest natchnienie i przekleństwo zarazem. To moja opinia. Hehe”. To poproszę o komentarz gościa.
[01:11:08] - Znaczy nie wiem, czy to jest przekleństwo. Nie traktowałbym tego w ten sposób. Zgodzę się ze stwierdzeniem, że jest w tym jakaś nieodparta potrzeba, bo tak naprawdę ciężko uznać, że pisanie jest zajęciem wdzięcznym, łatwym, przyjemnym. Przyjemne jest wymyślanie historii. Dużo mniej przyjemne jest jej spisywanie. Niestety trzeba to robić. Później po spisaniu trzeba to przeczytać raz, drugi, trzeci, piąty, poprawić, wysłać do redakcji. Po odebraniu z redakcji znowu przeczytać, poprawić i tak w kółko. Więc to może ma jakieś cechy przekleństwa. Zwłaszcza że ja nienawidzę czytać swoich własnych tekstów, a niestety zanim będą gotowe, muszę je kilka do kilkunastu razy, w zależności od tekstu, przeczytać, co jest przerażającą męką dla mnie.
Bo ja już znam tą historię i ona mnie nuży przez to, że ją znam. Ja cały czas chcę odkrywać nowe historie, a swoje, które wymyśliłem, znam już niestety za dobrze. Może po roku, dwóch jeszcze jakąś satysfakcję odczuwam, jak czytam i nadal mi się w jakimś stopniu podoba. Stwierdzam, że dobra wyszło, nic bym tam drastycznie nie zmienił, ale w krótkim czasie czytanie i poprawianie własnego tekstu to jest faktycznie forma jakiejś klątwy, że ktoś tego nie chce robić za nas. A czy potrzeba nieodparta? Chyba tak, bo jakoś nie wyobrażam sobie, żebym nagle porzucił pisanie. Mogę sobie wyobrazić sytuację, że nie będę publikował, bo nie będzie gdzie publikować, bo nikt nie będzie chciał mnie publikować. Tak się może oczywiście zdarzyć, ale pisać i tak bym chyba pisał wciąż, bo pisałem wiele lat, zanim udało mi się opublikować pierwszy tekst. Pisałem w czasach przed internetem, przed możliwościami kontaktu z ludźmi w całym kraju. Żeby w ogóle znaleźć jakieś kontakty wydawnicze, to było nierealne.
I tak pisałem, więc chyba nieodparta potrzeba jak najbardziej.
[01:13:25] - Tak, to prawda, że bardzo wielu ludzi to podkreśla. Ja zresztą przypomnę, kiedyś na antenie Book Radia padło takie stwierdzenie, kiedy zadałem pytanie, czy autor lubi pisać, to dostałem odpowiedź, że tak naprawdę to lubi mieć to napisane. Sam proces pisania średnio go ekscytuje. Są tacy autorzy, którzy mówią, że uwielbiają pisać. Tu autor szczerze powiedział, że lubi sam proces pisania średnio. On lubi mieć to napisane. I to jest też jakaś prawda o pisaniu. Jedna z wielu oczywiście, ale jednak jakaś tam prawda.
[01:14:10] - Ja bardzo chętnie korzystałbym z aplikacji, która pozwalałaby mi tylko mówić tekst, żeby on się już sam zapisywał. Nie trzeba by było ślęczeć nad klawiaturą. Zwłaszcza że bardzo często wchodzą mi do głowy jakieś, nawet nie tyle same pomysły czy historie, co, jak wspominałem, fragmenty scen, jakieś obrazy, które chciałbym opisać co do słowa. I przeraża mnie nagrywanie takich fragmentów. Nie wiem, kiedy jestem na mieście, kiedy gdzieś idę. Pomijając już sam kontekst odbioru społecznego człowieka, który idzie i sam gada do siebie, to już pomijam, ale potem konieczność przepisywania tego z nagrania na klawiaturze komputera do pliku tekstowego to jest niewyobrażalna męka, więc zawsze trzymam pomysł w głowie do chwili, kiedy siądę przed klawiaturą, będę mógł to wpisać. A zwykle myśli mi się szybciej niż piszę. I to też jest uciążliwe, że nie nadążam zapisywać tego, co mi się gdzieś tam w głowie wyświetla. To jest trochę problematyczne, ale jeszcze niestety musimy się trochę pomęczyć z pisaniem odręcznym. Nie znalazłem dobrej aplikacji niestety jak na razie, co by przetwarzała słowo mówione na tekst bez zbyt dużej ilości błędów.
[01:15:30] - Widzę, że myśli autorów podążają bardzo podobnymi drogami. Bo ja też zachęcony tym, że istnieją programy, które całkiem nieźle odczytują tekst, który został napisany, stwierdziłem, że może będzie program odwrotny, który będzie zapisywał to, co mówię. I o ile w wersji, powiedzmy, smartfonowej takich notatek to się sprawdza. Sam mam na smartfonie coś takiego, że gadam do tego smartfona, a to mi zapisuje. Okej, trudno co prawda w ten sposób pisać opowiadania, ale jakiś półśrodek to jest. Natomiast rzeczywiście dobrej takiej aplikacji, której można by na zasadzie pana dyrektora dyktującego pismo sekretarce dyktować swoje opowiadanie, też jeszcze nie trafiłem. Pojawiło się kilka, które reklamowało się jako takie właśnie, ale niestety w praktyce okazywało się, że to niestety nie działa. Ale widzę, że marzenia autorów bywają podobne po prostu. Jak tam, Wiktorze, u ciebie z marzeniami?
[01:16:50] - Moje marzenia przygasły, bo ja siedzę cicho. Trochę słucham, jak wy gadacie, bo ja jestem niestety ciągle pod wrażeniem tego fragmentu, który czytał Ivellios. Wysłuchałem go z zamkniętymi oczami. Myślę, że powinienem jednak skomentować ten fragment, a nie przechodzić, że tak powiem, ponad nim dalej, bo myślę tak ze swojego punktu widzenia, że to jest kawałek niezłej literatury. Dlaczego? Dlatego, bo jest wieloznaczny. Tak rzeczywiście, tak jak pan mówił na początku, że lubi pisać rzeczy skomplikowane. To niby są rzeczy proste, ale również opisane w sposób bardzo skomplikowany, ze wszystkie zależności tego. I w dodatku ten tekst jest równocześnie straszny i piękny przecież. Jestem pod wrażeniem tego tekstu.
To jest dobry tekst.
[01:17:52] - Jakżeż mogłeś, Wiktorze, tak długo czekać z tak pięknym komentarzem? Zupełnie nie rozumiem. Zamiast zagłuszyć to moje gadanie, to ty sobie cichutko siedziałeś gdzieś tam. Zupełnie niezrozumiałe.
[01:18:08] - Ja się będę teraz wzruszał na pewno dość długo, bo bardzo dziękuję za te słowa, bo ja nigdy nie jestem pewny swojego pisania. Mam coś takiego, że jak nawet już tekst zostanie opublikowany, to zawsze— i to nie jest takie flirtowanie z czytelnikiem, że łaknienie jakichś oklasków. Po prostu ja nigdy nie jestem przekonany, że to jest dobre, dopóki ludzie, którzy znają się na literaturze, nie mówią, że to jest dobre, bo zawsze mi się wydaje, że może mogłoby być lepsze. Takie słowa od tak doświadczonego twórcy jak pan Wiktor. Bardzo miło mi to słyszeć.
[01:18:48] - Że może być lepsze. To wszystko może być lepsze. Poza oczywiście naszą żoną, bo ona jest najlepsza. Natomiast tekstowi trzeba oddać to, że robi wrażenie, przynajmniej na mnie piorunujące. Bardzo dziękuję.
[01:19:11] - Jednego ci, Wiktorze, nie można odmówić — pewnej konsekwencji w działaniu oraz mówieniu. Ale okej, w porządku. Natomiast ja znowu rzucam okiem na czat i takie oto pytanie się pojawia od Padwara: „Kogo czyta autor w wolnych chwilach?”
[01:19:31] - Tu by można było bardzo długo wymieniać autorów, bo czytam bardzo dużo.
[01:19:36] - Proszę się nie ograniczać.
[01:19:39] - Bardzo dużo o tym, co czytam piszę czy dla portalu Bedloop, który współtworzę, czy gościnnie dla portalu Booklips, w którym się udzielam. Spektrum jest bardzo szerokie. Na pewno dużo polskich autorów. Fakt jest faktem, że lubię czytać polskich. Nie stronię od debiutantów, od nowicjuszy, od ludzi, których wcześniej nie znałem w kontekście literackim, nie znałem ich twórczości. Lubię sprawdzać, co ciekawego się pojawia na rynku i jest z tym różnie, przyznam, ale mam coś takiego, że zawsze tym początkującym daję większy kredyt zaufania niż tym bardziej doświadczonym i jestem może łagodniejszy w ocenie dla debiutantów, bo wychodzę z założenia, że jednak jeszcze się uczą, niż od twórcy doświadczonego. Rzucam okiem na najbliższą półkę z książkami i jest tu wszystkiego po trochę. Z polskich autorów, których mógłbym na świeżo wymienić, rzeczy, które są znakomite. Wojtek Gunia na pewno jest państwu znany. Zresztą był bodajże gościem audycji wcześniej, ale w podobnych klimatach chociażby Paweł Mateja, autor opowiadania, żebym nie pomylił tytułu, bo ja go pamiętam jeszcze z którejś antologii, a później dopiero pojawił się w zbiorze „Nocne” wydanym przez Dziewiątkę w zeszłym roku.
„Ktoś powinien coś z tym zrobić”. Jedno z najstraszniejszych chyba opowiadań, jakie czytałem, które rozgrywa się nocą w hotelu i recepcjonista słyszy ciągłe ujadanie psa, aż w końcu idzie do tego pokoju, nie mogąc wytrzymać tego szczekania. I to, co zobaczy w tym pokoju, co odkryje, pozostawię niedopowiedziane, żeby nie psuć odbioru z lektury, ale niesamowity klimat, atmosfera tekstu. Więc Pawła Mateję w ciemno polecam. Z takich nowszych rzeczy bardzo świeża zbiór opowiadań „Wilgoć” — piękne słowo — Anny Marii Wybraniec. Zacząłem czytać dzisiaj rano. Dopiero 60 stron za mną, ale znakomity weird fiction. Przepiękne opowiadania, językowo przepiękne. Naprawdę tu już nawet nie chodzi o sam temat, który Wybraniec podejmuje, co sposób jej pisania. Bardzo to mi się podoba.
Takie skrupulatne budowanie z bardzo małych elementów całego obrazu. Ona to świetnie opanowała. Ona się nie skupia tylko na fabule, żeby ją pchnąć do przodu. Ona opisuje wszystko to, co się składa na obraz, który ona chce opowiedzieć. Uwielbiam. Także polecam z takich najświeższych rzeczy tego, co czytam, co mnie fascynuje, to jak bardzo słusznie zauważył Wojtek Gunia, który pisał wstęp do „Wilgości”, mogę za nim powtórzyć: chciałbym tak pisać jak Anna. Czytałem wcześniej kilka jej opowiadań. Niesamowity klimat, niesamowita atmosfera. A z takich rzeczy może już troszkę starszych, opowiadanie jedno z moich ulubionych w obrębie polskiej grozy. I znowu mam problem z tytułem, żeby sobie go przypomnieć.
Agnieszka Biskup w antologii „Maszyna” napisała opowiadanie. Nie przypomnę sobie teraz dokładnie tytułu. Wybaczcie państwo, książka gdzieś leży bardzo wysoko na regale i po nią nie sięgnę. Łatwo sprawdzić. W tej antologii było jedno jej opowiadanie. Niesamowita historia, bardzo mocno spowinowana z muzyką. Tam muzyka naprawdę tętni. Może nie muzyka, którą ja lubię słuchać, bo tam są mocno industrialne brzmienia zawarte w tekście, bo główny bohater w sumie komponuje taką muzykę, ale jest bodajże Manchester, bardzo przemysłowa dzielnica i to wszystko tam czuć niesamowicie. Więc z takich rzeczy, które mi teraz przychodzą na szybko do głowy, na które bym chciał zwrócić uwagę, bo uważam, że znakomite przykłady prozy w temacie tego, co czytam w wolnych chwilach, to bardzo polecam.
[01:24:24] - Okej, ale to była groza, ale wcześniej pojawiały się też inne gatunki. To może sięgnijmy też po te inne gatunki. Jeśli chodzi na przykład o fantastykę albo kryminał, to jacy autorzy? Jakie tytuły?
[01:24:39] - Z kryminału to lubuję się w polskim kryminale, a tutaj czołówka to Robert Małecki i Wojtek Chmielarz, bo czytam z wielką chęcią praktycznie każdą rzecz, która się od nich pojawi. Naprawdę lubię. Wojtek ostatnio zresztą zaczął pisać też powieści sensacyjne, bo dwie już wyszły w tym temacie. Nie stricte kryminały, ale też bardzo dobre. Kuba Ćwiek napisał świetny kryminał „Adrenalina. Prosto w splot”, znakomity. Wiem, że szykuje drugi tom, już niedługo się ma pojawić. Więc też bardzo fajna, typowo sensacyjna historia, trochę w amerykańskim stylu, ale naprawdę dobrze napisana. To nie jest powieść, która udaje amerykańską sensację, tylko to jest powieść, która jest pełnoprawną historią sensacyjną, naprawdę znakomicie opisaną. Z fantastyki Z rzeczy, które mnie zachwyciły w ostatnim czasie „Bóg maszyna” Joanny Geisler.
Już zaraz potwierdzę nazwisko autorki, żebym nie pomylił. Tak. Joanna Geisler. Joanna Geisler, „Bóg maszyna”. Niesamowita historia, trochę z naleciałościami steampunkowymi. To nie jest czysty steampunk, jakiego się spodziewałem, kiedy po to sięgałem, ale historia przepiękna. Debiut literacki. Naprawdę byłem bardzo zaskoczony złożonością świata, który został tam przedstawiony. Z podobnych klimatów, też fantastycznych, Jana Tregerisa bardzo lubię. Bardzo podoba mi się cała seria z Rebisu, tej klasyki, którą teraz wydają.
Część tych powieści znałem wcześniej. Część tak naprawdę to są moje pierwsze odczytania tych klasycznych historii science fiction. Z fantastyki Philip Dick to chyba mój ulubiony autor, którym zaczytywałem się jeszcze w szkole średniej. Uwielbiałem jego opowiadania. Powieści wtedy uważam, że były jeszcze dla mnie trochę za ciężkie. Lubiłem, ale podejrzewam, że gdybym czytał je w tym momencie od nowa, więcej bym z nich wyciągnął. Można by wymieniać dużo więcej różnych autorów. Z polskich, może nawet nie tyle już fantastycznych, to Jakub Małecki, który od grozy zaczynał, a teraz już zupełnie od niej odszedł. Łukasz Orbitowski, który też od grozy zaczynał, a czasem jeszcze z nią romansuje, ale bardziej już w kierunku-
[01:27:23] - Głównie nurtowym, ewidentnie.
[01:27:25] - Tak. Czasem mu się zdarza jeszcze napisać jakiś tekst fantastyczno-grozy, ale to są już takie sporadyczne przypadki, raczej rzadkie.
[01:27:35] - Na przykład do takiego zbioru tekstów Guy'a Smitha „Sabat”. Tam się, zdaje się, pojawia opowiadanie.
[01:27:43] - Tak. Dokładnie.
[01:27:45] - Pojawia.
[01:27:47] - Zresztą przepiękne wydanie najgorszych chyba powieści horrorowych, jakie istniały. Z całym szacunkiem dla autora, Guy Smith nie był pisarzem wybitnym, a jednocześnie nie przeszkadza mu to być pisarzem kultowym. On pisał tak źle, że aż dobrze.
[01:28:07] - Całą audycję kiedyś poświęciliśmy Guy'owi Smithowi, właśnie zauważając, że przy całej swojej pszennoburaczaności, jeśli tak to można określić, to on jednak tworzył pewną odrębną jakość. Może tak.
[01:28:27] - Wychował pokolenia. Nie wiem, jak na świecie, ale w Polsce wychował całe pokolenia miłośników grozy.
[01:28:36] - Tak, początek lat 90. rządził Guy Smith właśnie. Plus Masterton.
[01:28:42] - Podejrzewam, że nie mielibyśmy naprawdę bardzo dobrych autorów grozy, którzy teraz piszą. Orbitowski zaczytywał się w Smithie. Chmielarze są tak samo, bo w antologii „Sabat” pojawiło się opowiadanie także Wojtka Chmielarza. Ten tytuł jest przede mną, bo mam i szczególnie interesują mnie opowiadania naszych polskich autorów. Bo Smitha, jakby nie patrzeć, czytałem za młodych lat, jak chyba każdy, kto zaczynał w Polsce z horrorem w tamtych latach, stykał się z tymi książkami. Teraz trzyma mnie bardziej na zasadzie ciekawostki, jakiegoś takiego ewenementu kulturowego, który miał w Polsce miejsce w pewnym okresie. Ale czasem rzeczywiście z sentymentu wracam.
[01:29:37] - Wiktorze, czy tam jesteś?
[01:29:41] - Jestem, jestem, ale bardzo miło mi słyszeć to, co pan Mariusz mówi, że otóż jest coś takiego, że może jest taka globalna atmosfera naszego świata. Natomiast ja lubię mikroklimaty. To, że pan się odwołuje do właściwie swoich pokoleń, swoich ludzi, którzy podobnymi ścieżkami podążają, to mi przypomina czasy, kiedy ja byłem młody i kiedy spotykałem się ze Snergim Wiśniewskim, z Januszem Zajdlem, z Romanem Sparowskim, to myśmy też tak samo. Wszyscy oddychali tym samym powietrzem po prostu. Może to było towarzystwo wzajemnej adoracji? Tak, ale myśmy czytali te teksty. Tak się tworzy pokolenie pewne. Bardzo dobrze, że ma pan to wyczucie swoich partnerów po prostu tutaj, a nie gdzieś tam pod księżycem na przykład. Oni tam też są i niech sobie będą. Natomiast my jesteśmy tutaj.
To bardzo miło.
[01:31:03] - Nie wiem, czy państwo pamiętacie, był taki serial w latach 60. kręcony „Wojna domowa”. W jednym z odcinków był taki konkurs młodych talentów, które śpiewały. Te talenty, owszem, śpiewały i tam zawsze się pojawiał taki zapowiadacz i komentarzem młodych ludzi do tego będzie truć. Więc ja teraz będę właśnie truć. Bo à propos grozy myślę, że dzisiejsi czytelnicy nie wyobrażają sobie takiej sytuacji, że grozy w PRL-u po prostu nie było. Znaczy była, ale taka- ... zabytkowa. Pojawiały się antologie grozy, opowiadań klasyków grozy rosyjskiej, niemieckiej, francuskiej czy angielskiej. Ale to były opowiadania klasyków literatury.
Każdy z nich coś takiego grozowego popełnił i to była cała groza. Gdzieś tam pod koniec lat 70. pojawił się Grabiński. Tak, słucham cię.
[01:32:16] - Bardzo proste. Grozy nie było z bardzo prostego powodu, gdyż Polska Partia Robotnicza zawłaszczyła sobie grozę na własny użytek i już nie było miejsca na grozę poza tą partią.
[01:32:35] - Można i tak. Rzeczywiście w serii Phantom Press na początku lat 90. ukazała się powieść o upiorze z Kremla czy coś takiego. Więc mogło być i mogło być i PZPR. Natomiast ja nie o tym. Pojawiała się ta stara groza, ale takiej grozy współczesnej, takich opowiadań grozy właściwie nie było. O ile jeszcze pojawiały się opowiadania SF, pojawiały się opowiadania fantasy, od pewnego momentu, to grozy tak ni hu hu. I proszę sobie wyobrazić, że gdzieś tak na przełomie chyba '89 roku i '90 roku pojawiła się bodajże pierwsza, a w każdym razie pierwsza dla mnie, powieść grozy, a mianowicie „Manitu” Grahama Mastertona. I ja to czytałem autentycznie z wypiekami na twarzy, bo to było tak nowe. Dzisiaj pewno, gdy ktoś sięgnie po tę powieść — nie robiłem tego, może nie śmiałem — ale dzisiaj pewno nie poczułbym tego dreszczy.
Ten dreszczyk by się nie pojawił, ale wtedy jak najbardziej się pojawił. To było coś tak nowego i tak niezwykłego, że się groza pojawiła. Wtedy się jeszcze nie mówiło groza w ogóle, wtedy to był horror. I to był właśnie horror. To zupełnie inne czasy. Ja zdaję sobie sprawę, że w tej chwili opowiadam naszym słuchaczom baśń o żelaznym wilku albo coś podobnego. Bo jak nie było grozy? Niemożliwe. Dzisiaj, kiedy mamy dostęp do różnych przejawów tej grozy, od takiej bardzo dosłownej, gdzie mięso, flaki i tym podobne rzeczy, po taką nieco bardziej literacką. Pełne spektrum i właściwie pełna zabawa.
Tego kiedyś nie było. Czasy się zmieniają po prostu. Ale od razu pytanie: jakie miał nasz gość pierwsze zetknięcie z grozą? Ta pierwsza książka, tak jak ja powiedziałem o „Manitu”, to ta pierwsza książka to było co?
[01:34:55] - Właśnie próbuję sobie przypomnieć, co było pierwszym tytułem w gatunku grozy, który czytałem.
[01:35:02] - Czy ten Guy N. Smith?
[01:35:05] - Nie, on był później. Właśnie to jest najciekawsze, że ja dość wcześnie zacząłem czytać klasyków, bo oni byli w miarę dostępni, więc jakoś po to sięgałem. Były jakieś opowieści z dreszczykiem wydobywane w antykwariatach już wtedy, bo gdzieś tam można to było początkiem kształtowania się moich gustów literackich kupić. Zaczynałem faktycznie od fantastyki, bo to przez Juliusza Verne'a się przeniosło trochę na literaturę fantastyczną. Groza przyszła później. Jakoś trochę stroniłem z początku od grozy, co ciekawe. Czytałem klasyków. Wiem, że czytałem Poego na pewno dość wcześnie. Na pewno gdzieś szybko pojawił się „Drakula” w tej koszmarnie okropnej wersji z najbrzydszą okładką w historii. To było z początku lat 90.
Jakieś dziwne wydawnictwo z taką bardzo brzydką okładką z wampirem trzymającym jakąś panią półnagą na ramieniu. Koszmarna jest ta okładka. Więc to było na pewno jedną z pierwszych rzeczy, które czytałem, typowo grozowych. Ale te wspomniane antologie, zbiory literatury rosyjskiej, angielskiej. Mam je do dzisiaj i one były na samym początku moimi pierwszymi zetknięciami się z grozą. Ta groza była pulpa z początku lat 90. Przyszła trochę później jako uzupełnienie, jako coś, co po prostu czytali wszyscy. Tego było wszędzie mnóstwo. Masterton na pewno też się pojawił gdzieś w tym okresie, bo to był w ogóle pierwszy zachodni pisarz, który był publikowany w Polsce. I on jeszcze jako tako był publikowany w miarę dobrze przygotowany, czyli przynajmniej jakoś przyzwoicie przetłumaczony etc.
Bo na przykład już z Mortem Castle było troszkę inaczej, bo z tego, co wiem, chyba pierwszą książkę „Stracone dusze” Morta Castle, to on dopiero niedawno dowiedział się o tym, że ona została wydana w Polsce. Bo nie miał pojęcia. Bo to było na zasadzie tłumaczenia chałupniczego, bez poszanowania jakichkolwiek praw autorskich. Po prostu publikowało się wszystko, co ktoś przywiózł z Zachodu, przetłumaczył na kolanie. I tak szło. I nie było czegoś takiego jak płacenie tantiem autorowi etc. To były dziwne bardzo czasy. Ale ciężko mi określić pierwszy tytuł. Ale coś z klasyki, na pewno coś z klasyki, z klasycznej grozy. Właśnie z tych opowiadań z Wydawnictwa Literackiego.
Chyba Literackie wydawało. Ta antologia...
[01:37:59] - Tego nie pamiętam. Natomiast w ogóle Wydawnictwo Literackie w grozie się specjalizowało. Ono miało też taką białą serię.
[01:38:06] - Tak, biała seria jest znakomita. Tam była fantastyka i groza. I dzielnie zbieram. Nie mam jeszcze wszystkiego. Mam około 80% wydanych w tej serii tytułów. Już mi się udało zgromadzić.
[01:38:18] - Tam się oczywiście pojawiała też fantastyka naukowa, ale głównie ta seria biała była, bo tam się pojawił na przykład Ballard. Tam się pojawił taki zbiór, w którym autorzy byli zaszyfrowani wręcz. To jeśli chodzi o fantastykę naukową. Ale i tak największą wartość miały te: ta groza z różnych stron świata. Bo tam się pojawiła groza na przykład z Rumunii, tam się pojawiła groza z Czech. No, „Palacz zwłok” chociażby Fuchsa. Tam się pojawiła nawet literatura japońska, więc ta groza z różnych stron świata to też było niesamowite.
[01:38:58] - To było piękne, to było sięgnięcie po rzeczy, które normalnie nie były w ogóle dostępne. Wszyscy wiedzieli, że gdzieś tam się na świecie ten horror musi publikować, ta groza, ale nie było dostępu. I nagle po prostu się okazuje, że można trafić na zbiór opowiadań z Japonii. Zupełnie inny świat. Mówię, to były czasy, kiedy nie było internetu, nie można było wszystkiego pobrać w ciągu trzech, czterech minut.
[01:39:24] - To prawda. A pamiętam, w swoim czasie ukazał się zbiór takich opowiadań grozy, taka antologia dotycząca prozy niemieckiej. Ja byłem bardzo młodym człowiekiem i takim dosyć roztrzepanym. Ale jak przeczytałem opowiadanie „Przemiana” Kafki, to po prostu mnie zatkało. Wtedy poczułem, że jest coś takiego jak literatura, a nie tylko czytadła. To chyba był taki jeden z pierwszych momentów. Nie wiem, czy dokładnie pierwszy, ale taki moment, w którym przyszła jakaś refleksja, że literatura to nie jest tylko czytanie fajnych historii, ale to czasami ma jeszcze jakieś drugie, trzecie albo nawet dziesiąte dno. Byłem tym niezwykle poruszony, więc może dobrze, że ta klasyka grozy wychodziła. Szkoda, że nie wychodziła wówczas groza współczesna. Później zostało to nadrobione przez wydawnictwo Phantom Press i Amber w takim tempie, że nie nadążałem czytać tej grozy.
No i też tłumaczenia były takie sobie. To dzisiaj, kiedy się do tego zagląda, to czasami człowiek się za głowę łapie. Wtedy mi to zupełnie nie przeszkadzało, ale takie czasy, po prostu.
[01:40:51] - No i też trzeba zaznaczyć, że Phantom Press skupiał się na takich dość niskobudżetowych wydaniach, ale też prozie. Tam nie było ówczesnej klasyki grozy. Tam były takie właśnie popularne czytadła.
[01:41:07] - Znaczy tam był głównie Guy N. Smith. Był drugi autor, który wyleciał mi oczywiście z głowy, który też kilka fajnych... Herbert? Ale tak przez analogię.
[01:41:18] - James Herbert. Tak, James Herbert. On na pewno o kilka klas literacko wyższy niż Smith. Dokładnie. Jeśli chodzi o sam warsztat pisarski był trochę lepszy. Było tam dużo autorów lepszej lub gorszej jakości, ale tak naprawdę tacy żelazni klasycy tam się nie pojawiali. Dopiero teraz tak naprawdę wydawnictwa takie jak choćby Vesper trochę nadrabiają te zaległości i wydają powieści z lat 70., 80., które wtedy były hitami. Znakomite „Całopalenie” Roberta Marasco na przykład. Świetne. Nie wiem, czy dobrze powiedziałem autora, ale „Całopalenie” uwielbiam.
Znakomity motyw nawiedzonego domu, przepięknie napisany. Zresztą sam tytuł jest tak cudownie odnoszący się do finału powieści i do tak naprawdę żydowskiego motywu ofiary całopalnej. Cudowny. Cudowna rzecz, a pojawiła się dopiero rok temu. Więc tak naprawdę Phantom Press nie uzupełniał tej luki. Trochę chciał nadrobić, ale był zdominowany przez właśnie Smitha, Herberta. Tam Mastertona się dużo ukazywało, bo tam wtedy jeszcze wszedł Amber Horror.
[01:42:46] - Tak. I oni też wydawali dużo Mastertona przede wszystkim.
[01:42:52] - Ale gdzieś tam zaczęli przecierać szlaki tak naprawdę. Nie znam chyba czytelnika, fascynata obecnie grozy w Polsce, który by nie zetknął się z tą literaturą i gdzieś tam przez chwilę, chociaż z nią nie romansował jako czytelnik.
[01:43:12] - To ja teraz zmieniam temat, bo znowu rzucam okiem na czat i pojawia się pytanie od Mr. Stranger: trzy ulubione komiksy naszego gościa.
[01:43:25] - Tylko trzy? Ciężki temat.
[01:43:30] - To ja niniejszym rozszerzam to pytanie.
[01:43:35] - Znaczy nie wiem, czy tu się da wybrać tak naprawdę trzy, bo przychodzi mi taka mnogość tytułów do głowy, ale na przykład seria „Lucyfer” Mike'a Careya, która teraz zresztą niedawno była wydana w pięknym wydaniu zbiorczym przez Egmont. Postać Lucyfera w sumie wyciągnięta tak naprawdę z uniwersum „Sandmana” Neila Gaimana. Jak uwielbiam „Sandmana”, przecudowna seria. Tak. Chyba mam jeszcze większy sentyment właśnie do Lucyfera Careya. Ale na przykład z takich świeższych rzeczy Shankar od Mandioki. Kilka dni temu skończyłem czytać drugi tom tej serii, drugi tom zbiorczy. Tam są wszystkie historie świata chyba zebrane, wmontowane w jedno. Absolutnie cudowny przekrój klasyki popkultury, w ogóle klasyka grozy. Tam się pojawiają od „Driana Graya” poprzez „Dr.
Jekylla i pana Hyde'a”, „Frankensteina”, „Niewidzialnego człowieka” Wellskiego. Pojawiają się mity praktycznie z każdego rejonu świata, bo jeśli weźmiemy pod uwagę obydwa tomy, to były mity i słowiańskie, rosyjskie, japońskie, indyjskie. Dosłownie wszystko. Tam się zmieścili nawet Joker z „Batmana”, Beatlesi. I to wszystko jest splecione w jedną gigantyczną historię opowiadającą losy tajemniczego Shankara, czyli dziecka, które nagle się pojawia znikąd. Zostaje znaleziony w dżungli i nie wiadomo, kim jest, skąd pochodzi, czyim jest dzieckiem. Ale ma tajemniczy tatuaż, który wskazuje, że ma kiedyś zawładnąć światem. I nagle wszyscy chcą odkryć tajemnicę Shankara łącznie z nim, bo on też nie wie tak naprawdę, kim jest, skąd pochodzi i jakie jest jego przeznaczenie. Ze starszych rzeczy wiadomo, że dużo się czyta Marvela czy DC. Jednak jestem chyba team Batman, a nie team Superman.
Uwielbiam komiksy Carla Barksa, Dona Rosy, czyli „Kaczogród”, „Sknerus McKwacz”. To jest moje dzieciństwo i teraz zresztą nałogowo zbieram serię wydawaną przez Egmont. I co najciekawsze, odkrywam tam w tych zbiorczych wydaniach komiksy, które czytałem pojedynczo, jakieś historie za dzieciaka i do dzisiaj je pamiętam, bo wtedy jeden komiks czytało się tak po 40, 50 razy, zanim się trafił nowy, to trzeba było wałkować ten sam na okrągło. Także duże spektrum, dużo grozy faktycznie w komiksie się przejawia. Superbohaterowie, no to wiadomo. Polską klasykę lubię, bo uwielbiam Jansa, chociaż on się trochę już zestarzał. Rosińskiego, wiadomo, że „Thargal”, ale też „Szlinkla” uwielbiam na przykład. Uwielbiam komiksy Wróblewskiego. Bardzo lubię „Tajfuna”. Specyficzna historia, ale ja ją czytałem, jeszcze wycinając ostatnią stronę ze „Świata Młodych”, którego kupował mój brat i zbierałem, składałem sobie z tego komiksy.
Tam się pojawiały Tytusy, Romki i A'tomki, tam się pojawiał „Tajfun”, tam była „Tajemnica kamiennego lasu”, tam były komiksy z serii „Ekspedycja” Polcha, Mustowicza. Mnóstwo by tego było. Tak naprawdę zależy od nastroju. Nie mam jakiejś historii, którą bym chciał wysunąć na czołówkę, na podium, bo cały czas pojawia się coś nowego, ciekawego i ta lista, jakby tak ułożyć 100 najlepszych, to może by się jakoś to dało zrobić. A tak trzy czy 10 to ciężko wskazać.
[01:47:41] - A ta klasyka amerykańska, jakaś „Zielona Latarnia”, jakiś, powiedzmy, „Punisher”, te postacie.
[01:47:51] - „Punishera” lubiłem bardzo. „Zieloną Latarnię” jakoś tak nie do końca. Jak jeszcze istniało TMS-ik, to był jeden chyba komiks „Zielonej Latarni”, który czytałem. Jakoś nie zachwyciła mnie „Zielona Latarnia” i jakiejś dłuższej sytości nie miałem. Ale „Punishera” faktycznie lubiłem i czytałem go dość dużo. On był taki mocno niefantastyczny, bardziej sensacyjna historia, ale taki mit trochę romantycznego bohatera mszczącego się na złych ludziach za śmierć rodziny. To był taki bardzo uniwersalny motyw, który się często w popkulturze przewija. No ale tak, to owszem.
[01:48:41] - Wiktorze, ja tak czuję, że już kilka razy zbierałeś się do skoku. No to skacz.
[01:48:47] - Nie, nie skoku, bo orbitowaliście po zupełnie orbitach, po których nigdy nie podążałem. Ja nie mam zielonego pojęcia, co to jest za „Zielona Latarnia”. Nie mam pojęcia o tym. To przeszło bokiem. Właściwie nie zauważyłem, że tak powiem, tego zjawiska. Chociaż mam przyjemność razem z Markiem na pewno i z panem Mariuszem, że byliśmy świadkami, że tak powiem, powstawania i takiego zakotwiczenia się w kulturze gatunków, których przedtem nie było, bo na pewno do nich należy i fantastyka naukowa, która się za naszego życia właściwie jakoś spopularyzowała, sformułowała i zaistniała. Tak samo gatunek tej takiej grozy współczesnej. Komiks, który jeszcze w Stanach to była taka zupełnie początkowa tylko tam beta, a stało się to potężnym narzędziem
[01:50:07] - Na narzędziem wyrazu jakimś i sztuką rzeczywiście dzięki rysownikom. Wiesz Marku, jak mówisz kiedy coś było, to za czasów Rubensa nie było jeszcze impresjonizmu. A się pojawił wtedy, kiedy się pojawił. Do naszego życia pojawił się komiks, science fiction, groza, horror. To bardzo dużo. Zobaczymy co będzie.
[01:50:42] - Wiesz Wiktorze, to co mówisz, to skłania mnie do niezbyt oryginalnej, prostej refleksji. Bo różni nas pokolenie, bo dla ciebie to się może pojawiło. Ja już w latach 70. Dla mnie to była oczywistość. Fantastyka naukowa była. Komiksy były, co prawda w wydaniu takim... To był chyba „Kapitan Żbik”. W każdym razie takie milicyjne komiksy były. Były też o Armii Ludowej komiksy i taki był czas po prostu dziwny. Ale komiksy były.
Władza ludowa doceniała siłę komiksu i dawała to, co chciała dawać. Żeby już tak kompletnie nie narzekać, to kultowy magazyn komiksowy „Relaks” właśnie w drugiej połowie lat 70. się pojawił i tam były rzeczy, jak na tamte czasy, a myślę, że nawet na dzisiejsze czasy niezwykłe. Naprawdę tam się pojawiały w tym magazynie rzeczy fascynujące. To był taki czas zmiany. Sam fakt, że w 82. roku pojawił się magazyn miesięcznik „Fantastyka”. To też była wielka zmiana. Jakżeż w latach 70. było pomyśleć, że wśród poważnych czasopism pojawi się fantastyka.
A tu się pojawiła. Więc rzeczywiście na ciekawą rzecz zwracasz uwagę, na którą my bardzo często uwagi nie zwracamy, bo to nam się wydaje, że zmiany, zmiany, zmiany. Cytując Bareję. Te zmiany, chociaż wydają nam się, że są częścią naszego życia, to one jednak z perspektywy wydają się takimi kamieniami milowymi. I kilka rzeczywiście takich kamieni milowych po drodze udało mi się minąć. Ciekawe doświadczenie.
[01:52:55] - Udało ci się Marku minąć parę kamieni milowych, ale trudno się mówi.
[01:53:07] - Oddajmy głos gościowi.
[01:53:10] - Ja jeszcze nadmienię w kontekście tego Żbika i władzy ludowej, która doceniała moc propagandową komiksowego przekazu. Tak naprawdę to nie było bardzo odmienne od tego, co się działo w amerykańskim komiksie. Bo jak spojrzy się na przykład na „Kapitana Amerykę”, wczesne komiksy, to była bardzo klasyczna propagandówka o tym, jak dobry amerykański żołnierz bije złych nazistów. I pierwsze choćby animacje, które się pojawiały na podstawie komiksów właśnie „Kapitana Ameryki”. To jest tak toporny materiał propagandowy. Ja gdzieś mam na DVD wczesne kreskówki, pierwsze tak naprawdę jakie były kręcone, takie poklatkowe. Ciężko to nazwać w pełni animacją, ale to dokładnie na tej samej zasadzie funkcjonowało, więc nasza władza niekoniecznie sama na to wpadła. Ona na niewiele dobrych rzeczy sama wpadła, tylko podpatrywała na Zachodzie tak naprawdę na tym złym, wstrętnym Zachodzie. Podpatrywała pewne zjawiska, które tam się przyjmowały świetnie. I to było przeszczepione na nasz grunt mam wrażenie.
[01:54:21] - Mr. Stranger pyta, czy w Krakowie też były takie stragany jak na wrocławskim dworcu, gdzie można było kupić. To pytanie o początek lat 90. Można było kupić dobrą powieść grozy, na przykład Wilsona i czytać ją całą drogę do Szczecina, czując ten mrok niemal namacalnie. Ja tu zanim oddam głos naszemu gościowi, to powiem, że ja wtedy akurat dużo podróżowałem po Polsce i powiem tak: i w Krakowie, i w Katowicach, i w Warszawie, i we Wrocławiu, i w Bydgoszczy, i w Gdańsku. Właściwie wszędzie te stragany były i one po prostu oferowały tę literaturę. Można się było na tony zaopatrzyć i już. A tu jest jeszcze następne pytanie. Pytanie o Thorgala to już było. A na przykład „Funky Koval”, Jans to też był.
[01:55:18] - Jans był. „Funky Koval” jak najbardziej. To zresztą w „Fantastyce” publikowane początkowo.
[01:55:25] - Ja tylko jeszcze szybko włączę swój mikrofon, żeby zakomunikować, że takie stragany z literaturą różną, również fantastyką, w Katowicach cały czas się pojawiają.
[01:55:37] - Ja byłem częstym gościem katowickiego dworca, tego starego jeszcze, już wyburzonego. Tam było takie absolutnie rewelacyjne stoisko, na którym, że tak sobie zrymuję, było wszystko. Wtedy szukałem dużo fantastyki i dużo grozy i tam, jeśli czegoś w Polsce nie było, to w Katowicach było. Tu wyższość Katowic zdecydowana. To trzeba przyznać.
[01:56:04] - Można odnieść wrażenie, że te stragany po postawieniu największej szklanej dupy w mieście, czyli Galerii Katowickiej, przeniosły się na Stawową, na Mickiewicza.
[01:56:17] - Muszę powiedzieć, że oczywiście nie znam geografii Katowic tak dokładnie, ale bardzo blisko takiej ulicy, która niejako wychodzi z dworca, przy niej był McDonald's i Burger King. Bardzo blisko, jak się później skręci koło dworca autobusowego w prawo, idąc od dworca, w podwórku była znakomita księgarnia z fantastyką naukową. Absolutnie rewelacyjna. Tam też było wszystko. Jeśli czegoś w Polsce nie znajdowałem, to tam to było. Nie wiem, czy ona do dzisiaj istnieje. Pewno nie, ale na zasadzie takich wspomnień z przeszłości to zdecydowanie było piękne miejsce. Katowice rządzą, a inne miasta też były nieźle zaopatrzone. To były inne czasy zupełnie. Nie było internetu, nic się nie kupowało.
A jak to było w przypadku naszego gościa? Gdzie wtedy był i co wtedy kupował? Czy na straganach, czy bardziej w księgarniach?
[01:57:20] - Ja wtedy jeszcze mieszkałem pod Gorlicami, więc jedynym miejscem, gdzie można się było zaopatrzyć w książki, były Gorlice. W Gorlicach były trzy księgarnie, z czego dwie sprzedawały praktycznie same podręczniki. W jednej można było trafić coś więcej, ale tu pamiętam do dzisiaj rok 1996, kiedy kupowałem za uzbierane z kieszonkowego pieniądze pierwszy tom „Władcy Pierścieni”. To było wydanie Zysku i Spółki, to trzytomowe w tłumaczeniu Łozińskiego, które nie wiedzieć czemu jest tak strasznie znienawidzone za spolszczenie nazw własnych. A ja je lubię. Może dlatego, że to było moje pierwsze wydanie „Władcy Pierścieni”, jakie miałem i mam do dziś. I było ryzyko, że jak kupi się w księgarni pierwszy tom, to niekoniecznie potem dostanie się kolejny, bo może go po prostu nie być. Pamiętam, wtedy mama mi kupiła „ Triplett” Timothy Zana, bo wahałem się między „Władcą Pierścieni” i bałem się tego, czy będzie następny tom. A tu przyznam, że wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, kim jest Tolkien. To był ten moment, kiedy człowiek jeszcze nie mając internetu, niewiele wiedział o literaturze i ciężej się było dowiedzieć niż teraz.
Czy wygooglować autora stojąc przed półką księgarni. Więc ona stwierdziła, że skoro tak się waham, którą książkę wybrać, to ona mi kupi tego Timothy Zana, a ja sobie wziął tego „Władcę Pierścieni”. Może będzie. Jak nie, to mi siostra w Krakowie poszuka, bo moja siostra wtedy już w Krakowie mieszkała. Więc była jakaś nadzieja, że dostanę. A później przyszły czasy tanich książek. Czyli pojawienie się odpowiednika straganów z krakowskiego dworca, gdzie jak oczywiście przyjeżdżało się do Krakowa na wycieczkę, to obowiązkowe godziny się spędzało grzebiąc w książkach na straganach, bo mieliśmy tanią książkę w dzielnicy Gorlice o nazwie Zawodzie. Moja ulubiona tania książka, bo oni bardzo często nie mieli pojęcia, co tak naprawdę tam mają. Tam właściciel przywoził po prostu sterty pudeł z książkami, które skupował od ludzi za jakieś marne grosze. Pracowała tam moja znajoma, która też nie miała pojęcia, bo ona tam niewiele czytała, więc zupełnie nie interesowały jej te tematy.
Ja wyszukiwałem tam po prostu cuda, jeśli chodzi właśnie o białą serię z Literackiego, jeśli chodzi o jakąś klasykę. Science fiction wtedy już gdzieś tam się powoli pojawiała. Z wydania z Amberu, te wydania Dicka. Z serii Amberu „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha” przecież pierwsza książka Dicka, jaką czytałem, to była stamtąd. Więc tam się zaopatrywałem tak naprawdę. Księgarnie zawsze miały ten problem, że człowiek nie miał zbyt wiele funduszy na kupowanie nowych książek, więc kupował używane gdzieś tam z drugiej ręki, bo po prostu wychodziły taniej, więc stać go było na więcej i miał więcej czytania.
[02:00:30] - Mr Stranger i PW pytają o „Aliną”. To chyba Torgal, o ile dobrze pamiętam.
[02:00:36] - Tak.
[02:00:38] - Tutaj jest taki komentarz: „Alina to była groza. Wymyślono to mistrzowsko. Jako ośmiolatek bałem się strasznie. Alino zrywał papę z dachu”.
[02:00:52] - Znaczy ja pierwszym komiksem Torgala, jaki przeczytałem, to była „Wyspa wśród lodów”. I co najlepsze, to był komiks jeden z nielicznych, które znajdowały się w bibliotece publicznej w mojej rodzinnej miejscowości. I ten komiks był okaleczony, ponieważ nie miał chyba sześciu czy siedmiu ostatnich stron. Więc ja przez długi czas nie znałem zakończenia tej historii, bo nie mogłem jej doczytać, bo jak go wypożyczyłem po raz pierwszy, to się okazało, że tej końcówki brakuje i dopiero po latach, jak kupiłem sobie własny egzemplarz, gdzieś chyba w Rzeszowie już mieszkając, na straganie z książkami, poznałem zakończenie tej historii. „Alinę” w chyba podobnym czasie, chwilę później czytałem. Ale fakt faktem to też była w jakimś stopniu groza. W Torgalu było dużo takich wątków mocno straszących. Może nie kwalifikowałbym ich jako klasyczny horror, ale przerazić w niektórych miejscach potrafiły.
[02:02:02] - Tak. No cóż, ja mam teraz taką propozycję, żebyśmy posłuchali drugiego fragmentu prozy naszego gościa. Marku, prosimy.
[02:02:17] - Mariusz Wojteczek. Fragment drugi: Droga. Stephenowi Kingowi za „Małych ludzi w żółtych płaszczach”. Teraz. Kiedy mówię, że droga ich zabrała, ludzie pukają sobie palcem w czoło, wywracają oczami i kręcą z politowaniem głową. Tak jest zawsze, odkąd to się stało. Teraz coraz rzadziej ktoś pyta, coraz rzadziej kogoś to interesuje. Coraz mniej ludzi pamięta, a ci, co pamiętają, pewnie chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Ja nie chcę. Muszę pamiętać?
Chyba muszę. „Słyszałeś?” – pyta Noga, siadając na rozgrzanym od słońca betonie. Prawą dłonią ściska szyjkę butelki, lewą drapie się po tłustej, owłosionej łydce. Paznokcie szorują w górę i w dół w nieznośnym rytmie, a mnie zdaje się, że słyszę ich szuranie o wyschniętą skórę, haczenie o czarne, pokręcone włoski. Odwracam się. Patrzę w kierunku boiska, gdzie kilkoro dzieciaków w czarno-białych koszulkach Juventusu Turyn i granatowo-fioletowych FC Barcelony goni za piłką. Piłka jest jaskrawa, pomarańczowa. Zdaje się być zmutowaną jakąś GMO mandarynką. A może grejpfrutem na sterydach. Dobiegają nas ich dziecięce, zaciekłe piski, kiedy walczą o prymat na boisku, o kontrolę nad tym obłym, napompowanym powietrzem trofeum.
Ja nie lubiłem grać jak byłem mały, choć ponoć nieźle kiwałem. Noga chciał, ale cóż, przezwisko nie wzięło się znikąd. „Co?” – pytam w końcu, by tylko przerwać krępującą ciszę i ten nieznośny dźwięk szurania paznokci o łydkę, który zdaje się cały czas słyszeć. Noga przecież i tak powie, więc zachowam pozory kontroli nad sytuacją. „Kurwa, od siedmiu lat jej nie mam. Od tamtej nocy. Anka wróciła do miasta”. Przełykam ślinę, a gula rosnąca mi w gardle zdaje się rozsadzać krtań. Anka. Ania.
Anoczka. Moja pierwsza miłość. Miłość szczenięca. Miłość naiwna i czysta, jak tylko może być uczucie nastolatka, który jeszcze nie całkiem zaczął dojrzewać. Mimo że później z Anką łączyło mnie coś, co można by nazwać poważniejszym związkiem, nie wyszło. Ot tak, po prostu. Po tamtej nocy, po tamtym wszystkim jej rodzice, może ona też, nie wytrzymali. Uciekli. Porzucili wszystko, pogrzebali za sobą. Spakowali się i wyjechali gdzieś w nieznane, paląc za sobą mosty.
Anka miała mój numer, mojego maila. Nigdy nie zadzwoniła ani nie napisała. Ani razu. Ja do dziś nie zmieniłem numeru telefonu, mając nadzieję… na co? Czasem wieczorami, kiedy nie mogę zasnąć, myślę, co by było, gdyby tamta noc się nie zdarzyła. Bylibyśmy razem? Nie mam pojęcia. Czasem lubię po prostu tak myśleć. „Anka?” – pytam, niby nie wiedząc, o kim mówi Noga, a on pociąga długi łyk i ociera dłonią usta.
Szuranie paznokci ustało, zastąpione przez mokre mlaśnięcie. Nie odpowiada. Wie równie dobrze jak ja, że to głupia, naiwna gra z mojej strony. Udawana obojętność. Kurde, nie wiem, jakbym dobrze udawał. Noga wie, co mi w głowie siedzi. Zawsze wiedział. Jeden, który się stąd nie wyrwał, który został, który wrósł w małomiasteczkową rzeczywistość, nie pozostawiając nadziei na to, że przeszłość da się zamazać, skreślić, uczynić niebyłą. On jeden, milczący strażnik zdarzeń z tamtej nocy pozostał, by uparcie milczeć i nawet nie powtarzać tej jednej jedynej frazy, która była moim udziałem i moją osobistą mantrą. Droga ich zabrała.
„Spotkasz się z nią?” – pyta Noga, a mnie pozostaje wzruszyć ramionami. Bo i skąd mam wiedzieć? Jakby to ode mnie zależało. Chciałbym, nie chciał. Sam już nie wiem. Po tylu latach to będzie zbyt sztywny uścisk ręki i uciekanie spojrzeniem w bok, byle nie widzieć tego, jak to drugie się zmieniło. Jak inni jesteśmy. Unikanie patrzenia drugiemu w twarz, by nie dostrzec gdzieś tam w naszych rysach, w cieniu na dnie oka tego, jacy byliśmy. Ale to jest nie do odzyskania. Dziury z tylu lat już się zasypać nijak nie da.
Trzeba się pogodzić, że nie wróci nic, co było dawniej i tylko można udawać, że bardziej nas cieszy, niż przeraża takie spotkanie po latach. „Nie wiem” – odpowiadam. „Pewnie tak”. Dawno. „Anka Skakanka, Anka Skakanka” – drę się, aż mnie gardło zaczyna boleć. Aż do zachrypnięcia. Ona stoi tam w tej przykrótkiej spódniczce, która odsłania podrapane kolana. Żółtej, przez co wygląda jak żonkil. Drobne dłonie zaciska w piąstki, a usta wyginają się w podkówkę, jakby chciała się rozpłakać. Ale wiedziała, że nie może, że jej nie wolno, bo mnie właśnie o to przecież chodzi.
Mamy po 10 lat, a ona dopiero co się wprowadziła przed tygodniem. Teraz stoi z tymi swoimi pokracznymi kucykami sterczącymi jej po obu stronach głowy. W tej sukience w kolorze i kształcie żonkila i klapkach, japonkach z różowymi paskami na zakurzonych, drobnych stopach. A ja biegam wokół niej, ciągnąc na sznurku pomięty latawiec, który kiedyś zrobił dla mnie ojciec, a ja jeszcze zdołałem go nie zepsuć. I drai się bez opamiętania to nieszczęsne Anka Skakanka. Zlepek słów, który nijak nie ma żadnego sensu, ale i mieć nie musi. Rym jedyny, jaki mógł, jaki zdołał się zalęgnąć w dziesięcioletniej głupingłówce. Kiedy tracę równowagę, nagle gwałtownie, zdążam tylko ręce wyciągnąć przed siebie w obronnym geście na przywitanie. Ach, jakże gwałtowne przywitanie ziemi. To boleśnie odbija się na moich dłoniach.
Prądem razi nadgarstki i ręce aż do łokci, a z dziesięcioletnich płuc wypycha z cichym jękiem całe powietrze. Na szczęście nie ryję szczęką w piachu. Zęby pozostają całe na swoim miejscu. Anka stoi obok, a jej usta wyginają się w podkówkę. Tym razem jednak w górę, odwróconą, nie w dół, będącą zwiastunem nie płaczu, a śmiechu. Podłożyła mi nogę, kurczę, no! Ból upadku zmieszany z większym jeszcze bólem upokorzenia powoli rozpływa się po ciele. Jednak spod niego, spod tej warstwy wyłania się powoli, kiełkuje niemrawo ziarnko podziwu, którego jeszcze mój dziecięcy umysł nie do końca umie pojąć i przyswoić. Jeden zero dla niej, pomyślałem później. I już nigdy więcej nie zawołałem za nią Anka Skakanka.
Nie, że nie miałem ochoty. Po prostu okazała się mniej dziewczyńska od innych dziewczynek. A to głównie dlatego, że nie tylko umiała się obronić, ale i nie zawahała się tego zrobić. A to musiało w oczach chłopca, jakim byłem, wzbudzić szacunek. Teraz siedzi przede mną, a ja znów widzę tego dzieciaka z niesfornymi kucykami sterczącymi w boki, z podrapanymi kolanami wyłażącymi z przykrótkiej żonkilowej sukienki. I choć dziewczyna już nie jest tym małym, pokracznym pacholęciem, to jednak chcę ją widzieć taką małą, pocieszną, jaką była wtedy. Mniej boli. Co tak patrzysz? Wzrusza ramionami i sięga po kufel. Odwraca wzrok.
Spogląda gdzieś ponad szosę, poprzez falujące łany zboża za nią. W zachód słońca rozlewający się purpurą po wieczornym, szarzejącym niebie. Upija łyk, a ja śledzę ruch jej grdyki. Skokowy. W górę, w dół, w górę, w dół. Bąbelki gazu szybują w złocistym piwie w górę, ku powierzchni, ku zatraceniu. Też odwracam wzrok i sięgam po papierosa. Nie częstuję jej. Nawet nie pytam, czy pali. Kiedyś paliła, a teraz nie wiem.
Przypominam sobie. Wzdycham niechętnie. Powinieneś mówić. A po co innego się z nią spotkałeś? Pytam sam siebie. Naiwnie liczę na odpowiedź. Spogląda znów na mnie, przechylając głowę. Na usta wpełza uśmiech. Kufel wędruje pomiędzy uda, obejmowany wciąż smukłą dłonią. Włosy opadają jej na twarz z jednej strony, z drugiej odsłaniając smukłą linię szyi i blady, poszarpany ślad blizny ciągnący się pionowo wzdłuż niej.
Jezu, jak ja kochałem ten uśmiech, myślę. I z całych sił się bronię, by nie pomyśleć, że przecież nadal tak jest. Co przypominasz? Nas? Mrugnęła do mnie okiem. A może to tylko wyobraźnia? Może pamięć płata figle, wydzierając z podświadomości obrazy naszych młodzieńczych flirtów, zauroczeń, marzeń. Wszystko to dawno poszło w piach. Nie wróci, myślę. Co to, to nie.
Jak byliśmy dziećmi. Wzruszam ramionami i tym razem to ja zasłaniam się kuflem. Pociągam łyk. Pozwalam mu spłynąć gardłem, ostudzić krtań, schłodzić serce. Na darmo. Nic z tego nie będzie. Sam wiem. Tia, to były dobre czasy. Śmieje się, znów wpatrzona w zachodzące słońce. A może i w przyszłość, która w takich zachodach słońca jeszcze potrafi się kryć i nie wydzielać z nas mroku, lęków, wspomnień.
Też próbuję się uśmiechnąć, bez skutku. Jakiś dzieciak w przykrótkich portkach, z kolanami odrapanymi, jak przystało na pięcio-, sześciolatka, w koszulce poplamionej albo czekoladą, albo równie dobrze psią kupą, podbiega do nas niespodziewanie i łapie ją za szczupłe, opalone kolano. Mamo, mamo, a jutro pójdziemy na lody? Krztuszę się piwem. Ocieram usta rękawem. Papierosowy niedopałek drży mi w dłoni. Ona rzuca w moją stronę niepewne, jakby zagubione spojrzenie. To Stasiek – mówi cicho, a w jej głosie brzmi coś dziwnego. Jak wyzwanie? Mój syn.
Fajny. Kiwam głową, czując, jak płoną mi policzki, jak w gardle rośnie gula, a żołądek zaciska się w węzeł. Ile ma lat? O ojca nie pytam. Nie chcę wiedzieć, czy boję się, że się dowiem. Teraz. Wstawaj, stary, wstawaj! Szarpnięcie za włosy nie różni się niczym od tego sprzed lat.
[02:14:34] - Owłosiona, szczupła ręka Nogi zanurza się ponad okienną futryną do wnętrza mojego pokoju i chwyta mnie za zmierzwione kosmyki. I pociąga wcale nielekko. „Kurwa, Noga, weź” jęczę. Wczorajsze piwo, a ściślej o kilka ich za dużo i dziś gardło pali, a w głowie nieznośnie łupie zapowiedź ciężkiego poranka. Przedwczoraj spotkałem się z Anką. Wczorajszy wieczór był dla kumpli. Cóż, tylko Noga się ostał z tych starych, ale towarzystwo do piwka zawsze się znajdzie. „Wstawaj, mieliśmy na ruiny iść” śmieje się Noga zza okna, a jego patykowata ręka walczy z moimi usilnie odganiającymi go dłońmi. Fakt. Ruiny.
Ruiny raczej. Miejsce święte dla dziecięcych zabaw. Miejsce kultu dla młodzieńczych imprez, pierwszych papierosów i obłapywanek z dziewczynami. Miejsce przeklęte również, bo to tam po raz pierwszy zobaczyliśmy to. I nic już nie było takie samo. Po cholerę zgodziłem się tam iść? To tak trochę, jakby pokonywać swoje lęki, mierząc się z nimi. Powtarzałem sobie. W telewizji mówili coś. Poza tym przecież szliśmy tam w dzień, nie w nocy, a Noga nie raz, nie dwa już tam chodził za dnia.
Bezpiecznie, zwyczajnie. Tylko tamtej nocy jednej jedynej spotkaliśmy to. Więc idziemy, bo jak inaczej?
[02:16:16] - To był kolejny tekst naszego dzisiejszego gościa. Znowu sprawdzam obecność. Jesteście panowie?
[02:16:23] - Tak, tak.
[02:16:25] - Wiktorze, Wiktorze?
[02:16:28] - Za co jestem?
[02:16:30] - Nauczony doświadczeniem od razu ciebie zapytam. Skomentuj usłyszany fragment.
[02:16:42] - Muszę ci powiedzieć, że muszę to skomentować odnośnie mojej ulubionej science fiction. W mojej ulubionej, ukochanej science fiction brakuje wątku egzystencjalnego, który jest w tych niesamowitych, horrorowatych fragmentach pana Mariusza. Po prostu brakuje mi literackości. Zobacz, jak to robi Bruno Kadyna. Wiarygodny jest ten świat gówniarski, młodzieńczy, damski albo męski. W tej prozie również jest wiarygodne. A w science fiction to wszystko jest takie drętwe albo tego elementu w ogóle nie ma.
[02:17:41] - To już wiesz, jako taki stary zgred powiem ci w ten sposób: ty dawno przestałeś czytać fantastykę naukową. Teraz ta fantastyka również idzie tym tropem, którym podąża pan Mariusz. Proza jest wtedy przyswajalna, fajna, kiedy rzeczywiście czerpie— zostanę przy twojej nomenklaturze — z egzystencjalności, z tego, jacy jesteśmy. Proza SF, która była w latach 50., 60., nawet 70., która była taka kostyczna, drętwa, zimna i mało wchodziła w psychikę, w zachowania ludzkie. Tej science fiction już nie ma. Ona funkcjonuje na zasadzie zabytku literackiego.
[02:18:43] - Chwała Bogu.
[02:18:43] - Ale to, co możemy na przykład przeczytać w seriach Magu, Uczta wyobraźni, to są rzeczy, które zdecydowanie by cię zachwyciły. Ale odszedłeś od czytania fantastyki naukowej. Ale to prawda. Słyszeliście państwo fragment, który— powiem tak: nawet nie wiem, czy on jest groźny, ale on jest prawdziwy. Jakbyście poczytali wielką literaturę, to właśnie w niej coś takiego jest. Taka prawda o człowieku. I to jest chyba siła tej prozy, z którą się państwo stykacie, którą pisze pan Mariusz. To teraz, panie Mariuszu, pan ma głos.
[02:19:35] - Bardzo miło mi słyszeć, że taki jest odbiór tych fragmentów. Tu akurat w przypadku fragmentu z „Drogi” jeszcze nie wydarzyło się nic, co by rzeczywiście zwiastowało sam ciężar gatunkowy tego tekstu. Ale o co mi zawsze chodzi? Chcę przede wszystkim pokazać świat jak najbardziej realny, żeby czytelnik mógł się z nim utożsamić, żeby on w niego uwierzył, zanim ja go zacznę odrealniać. Nie mogę zaatakować zbyt szybko odrealnieniem, jakimś wątkiem nadprzyrodzonym, bo to właśnie nie wypadnie autentycznie. Jeśli najpierw wprowadzę czytelnika w świat na tyle głęboko, że on zobaczy, tak jak w tym przypadku, mam nadzieję, swoje dzieciństwo, jakieś wspomnienia z wczesnych etapów swojej młodości, a później zacznę, tak jak zrobiłem to w tym tekście, odrealniać całą sytuację, wprowadzać ten wątek typowo grozowy.
[02:20:36] - Myślę, że on wtedy bardziej do odbiorcy trafi. A z tego, co słyszę, to chyba mi się udało, więc bardzo mnie cieszę.
[02:20:45] - Nadszedł taki moment w naszej audycji, kiedy powinno zrobić się poważniej, bo 24 lutego stało się coś, co właściwie wstrząsnęło naszym światem. Ja pamiętam ten dzień. Nie mogłem dojść do siebie. Dlaczego o tym mówię? Nie po to, żeby epatować tym, czym epatują wszystkie środki masowego przekazu, ale żeby powiedzieć o ważnej inicjatywie, która między innymi dzięki naszemu gościowi zmaterializowała się albo materializuje się, jest w trakcie, a mianowicie antologia dla Ukrainy. Antologia tekstów. To jest fenomen. Ja to śledziłem od początku na Facebooku. Skrzyknęła się grupa ludzi i ta inicjatywa, takie zadzierzgnięcie się, jej powstanie i później jej rozkwit to były godziny, kiedy ludzie się dogadali, doszli do wniosku, że coś chcą zrobić, doszli do wniosku, jak chcą to zrobić, jakim sposobem. Śledzenie tego było czymś fascynującym.
I żebym to nie ja mówił o tym, tylko człowiek, który jest znacznie bliżej tej inicjatywy, oddaję głos naszemu gościowi.
[02:22:26] - To znaczy ja w całym tym projekcie jestem naprawdę małym żuczkiem, bo są ludzie, którzy o gros więcej zrobili w tej inicjatywie. Staram się ją propagować, ją nagłaśniać, bo cel jest szczytny, o czym zaraz powiem. Im więcej ludzi o tym usłyszy, tym jest większa szansa na wymierny, materialny sukces tego projektu. A dlaczego ważny jest wymierny i materialny? To zaraz wszystko wyłożę. To nie jest typowy skok na kasę. To jest chęć zrobienia czegoś dobrego. Zaczęło się wszystko od pomysłu Jarka Klonowskiego, polskiego pisarza, twórcy właśnie grozy zresztą między innymi, który rzucił w którejś z grup okołogrozowych na Facebooku pomysł, że skoro jesteśmy twórcami, pisarzami, może byśmy wykorzystali to w jakiś twórczy sposób, to, co i tak robimy, na pomoc Ukrainie, która stała się ofiarą brutalnego ataku, brutalnej napaści. Dla mnie także jest to niesamowite, jak to się wszystko rozwinęło, jak błyskawicznie się to rozwinęło. Jarek skrzyknął ludzi tak naprawdę na zasadzie: kto chce i ma jakiś pomysł, chęci na zrobienie czegoś konstruktywnego, niech się zgłasza.
Jeszcze tego samego dnia zebrała się, nie pamiętam dokładnej liczby, ale pewnie ponad 20 osób, grupa na spotkaniu online'owym, gdzie wykluły się podstawowe założenia. Tu muszę oddać honor przede wszystkim osobom, które tak naprawdę koordynowały i koordynują nadal całość projektu. Jarek jako pomysłodawca, Agnieszka Michałowska, Ofi Koćma, Grzesiek Czapski z Białego Kruka to są ludzie, którzy nadali pomysłowi kształt. Ja przyłączyłem się jako twórca, jako autor. Był nabór tekstów do antologii wsparcia Ukrainy. Nie wiem, kiedy pisałem tak szybko, jak wtedy. Chyba w ciągu dwóch dni powstał mój tekst. Teraz już oficjalnie mogę powiedzieć, że zakwalifikował się do antologii i się w niej ukaże. Moją rolą tak naprawdę, w sumie nie tylko moją, bo bardzo wiele osób to robi, wykorzystujemy swoje możliwości, kontakty medialne, prasowe, żeby jak najwięcej powiedzieć o tej antologii, że ona w ogóle istnieje oraz propagować ten pomysł. Do samej antologii wstęp napisał Wojtek Gunia, który bardzo trafnie ujął sedno całego zdarzenia, więc żeby go nie powtarzać, polecam przeczytanie.
Zresztą Bibliotekarium opublikowało dzisiaj.
[02:25:44] - Tak, na stronie Book Radia dostępny jest tekst.
[02:25:48] - Przed audycją zobaczyłem właśnie, że już jest. On chyba powie najlepiej słowami Wojtka Gunii, o co tak naprawdę chodzi w antologii. Zebrało się bardzo wielu polskich autorów, pisarzy, grafików, poetów, komiksiarzy. Tu już też mogę coś zdradzić. Kilku autorów naprawdę z polskiej czołówki zostało zaproszonych. W notce prasowej, która też znalazła się na stronie, zostało to wszystko dokładnie opublikowane. A cel jest bardzo prosty. Antologia będzie wydana w formie e-booka na pewno, z którego cały dochód, dokładnie cały dochód, bo ani autorzy, ani twórcy, ani graficy, redaktorzy, ani wydawca, którym będzie Wydawnictwo IX, nie biorą ani złotówki. Całość kwoty uzbieranej ze sprzedaży Trafi na konto organizacji ProLiska, a to jest organizacja, którą kolektywnie wybraliśmy na pierwszym spotkaniu założycielskim. Organizacja ukraińska, która od 2014 roku, czyli od aneksji i rozpoczęcia wojny w Donbasie, stara się nieść pomoc cywilom znajdującym się na terenie działań wojennych.
Na pewno szczytna inicjatywa. Bardzo niebezpieczna, bo jednak ci ludzie są tam na miejscu, działają tam, gdzie spadają bomby i próbują nieść pomoc tym, którzy są najbardziej w każdej wojnie pokrzywdzeni, czyli Bogu ducha winnym ludziom, którzy znaleźli się tam dlatego, że po prostu chcieli żyć normalnie i spokojnie i zostali zaatakowani przez bandytów. Także polecam państwu bardzo tę antologię. Znam wielu autorów, którzy się tam pojawią. Czytałem ich teksty i mogę powiedzieć, że naprawdę to będzie kawał dobrej literatury. Będą świetne grafiki, będą naprawdę przejmujące wiersze i każda złotówka, którą państwo dorzucą do tej wspólnej puli, może uratować w bardzo bezpośredni sposób komuś życie, bo może pomóc dostarczyć leki, żywność, cokolwiek. Ciężko się o tym mówi, bo cały czas przychodzą mi do głowy obrazy, które cały czas widzę codziennie, bo jednak śledzę cały ten konflikt dość szczegółowo. Staram się być na bieżąco z wydarzeniami. Z jednej strony pocieszające jest to, jak Ukraina się broni, z drugiej strony straszne jest to, jak bezwzględne są działania rosyjskie i ilu niewinnych, w tym dzieci, tam ginie. I takie też uczucia towarzyszyły wszystkim, którzy tworzyli i tworzą tę antologię, którzy przy niej pracowali i pracują bardzo ciężko.
Ja tam naprawdę zrobiłem niedużo. Napisałem tekst, czyli zrobiłem to, co myślę, że umiem. Pomogłem trochę w dotarciu do różnych środków przekazu, żeby informacja o tej antologii wybrzmiała. Ale bohaterami tak naprawdę tego projektu są ci, którzy ogarnęli to wszystko w całość, którzy podołali potężnej pracy, bo przyszła naprawdę gigantyczna ilość tekstów i tylko kilka osób tak naprawdę wzięło na siebie ciężar przeczytania tego wszystkiego, rozdzielenia tego redaktorom, wyboru już konkretnie tekstów, które znajdą się w antologii, które trafią, i tu warto wspomnieć, do specjalnego numeru magazynu Biały Kruk, który przejmuje też część tekstów. Było po prostu za dużo, żeby wszystkie weszły do antologii, więc część tekstów trafi do specjalnie na tę okoliczność przygotowanego magazynu Biały Kruk. Co jeszcze można o tym opowiedzieć? Na pewno będzie świetny materiał, który warto poczytać. Będzie pewnie dużo wzruszeń. Ja od siebie dodam: mój tekst jak zwykle jest w jakimś stopniu smutny, ale myślę, że też jakiś przekaz pozytywny niesie. Jest z grozowym motywem, dość niesablonowo wplecionym, mam wrażenie.
Ale więcej nie będę zdradzał. Na pewno warto śledzić fanpage antologii, która ma tytuł „24.02.2022” na Facebooku. Tam wszystkie informacje się pojawiają. Wszystkie bieżące szczegóły na temat postępów prac, na temat tego, gdzie można posłuchać twórców antologii, bo już w kilku rozgłośniach radiowych gościli między innymi Wojtek Gunia, Ofelia Choćma, Krzysiek Biliński z wydawnictwa Dziewięć. Ostatnio zresztą Offi z Krzyśkiem byli gośćmi „Światów z Literatury”, też o antologii opowiadali. Zapraszamy na fanpage. Warto śledzić projekt. Warto go wesprzeć, ponieważ to jest cel słuszny. Po prostu. Staramy się pokazać jako artyści, że nie jesteśmy obojętni.
A oprócz tego, że każdy pomaga jak może, na miarę możliwości, gdzieś tam w różnych prywatnych inicjatywach. Znam tych ludzi, obserwuję ich, wiem, że oprócz tej antologii robią jeszcze mnóstwo rzeczy dodatkowo, może na tym etapie bardziej wymiernych nawet. Ta antologia też będzie naszym wyrazem twórczym, wyrazem solidarności z Ukrainą i szansą na wsparcie bardzo dobrej organizacji, która naprawdę ratuje ludziom życie.
[02:31:55] - Ja mam pytanie, ponieważ do tej antologii nadesłanych zostało, o ile dobrze pamiętam, grubo ponad setka tekstów. Oczywiste jest, że w samej tej podstawowej antologii nie mogą się znaleźć. Tam będą teksty wyselekcjonowane, powiedzmy czołówka. Ale to zaangażowanie, to pospolite ruszenie. Czy myśleliście państwo o tym? Padła tu nazwa Biały Kruk, ale ponieważ tych tekstów było tak dużo, czy jest jakiś pomysł na ich wykorzystanie? Niestety literatura jest niesprawiedliwa. To jest tak, że wygrywają najlepsi, absolutnie najlepsi. I czasami jest tak, że ta odległość pomiędzy tym absolutnie najlepszym a tym dobrym jest naprawdę niewielka. Więc zakładam, że tych tekstów, które zobaczą światło dzienne w antologii Czy też w czasopiśmie, to ich będzie ograniczona ilość.
Czy jest jakiś pomysł na wykorzystanie tych nadających się dobrych tekstów, które nie załapały się na pudło do podstawowego składu?
[02:33:26] - Na pewno z tego, co już wiem na tym etapie, pomysł ewoluuje. To jest inicjatywa, która cały czas się rozwija, rozrasta i z każdą chwilą pojawiają się kolejne nowe możliwości, więc ciężko mi powiedzieć w tym momencie. Ja jestem po części jednym z twórców, a po części zajmowałem się głównie moimi możliwościami informacyjnymi jako patronat rozpropagowania informacji o antologii. Zespół redakcyjny bardzo prężnie działa, skupia się przede wszystkim teraz na głównym koncepcie, czyli antologii. Ale cały czas powstają nowe pomysły, nowe inicjatywy. Tylko trzeba to robić po kolei. Trzeba zrobić główny cel, który był od początku zamierzeniem antologii. Jeśli on zostanie osiągnięty, wtedy będzie można już pracować nad pozostałymi, bo nie da się wszystkiego zrobić na raz. Wiem, że ci ludzie pracują bardzo ciężko nad tym, żeby wszystko wyszło jak najlepiej. Pomijając już nawet sam fakt, że znam dobrze wydawcę, bo wydał moją książkę, więc wiem, że on też się bardzo solidnie przyłoży, to znam ludzi, którzy nad tym pracują.
Znam redaktorów, którzy nad tym pracują, znam koordynatorów, którzy wzięli na siebie ciężar opanowania całości, bo zgłosił się tłum ludzi, a tym tłumem trzeba było pokierować w sposób konstruktywny i sensowny. I oni to zrobili. Oni to zrobili w czasie absolutnie dla mnie nie do ogarnięcia. Bo w pierwszej chwili, jak to zobaczyłem, zobaczyłem post Jarka, to się zacząłem zastanawiać, jak to w ogóle zgrać w czasie. Przecież to potrwa miesiąc, dwa. A oni opanowali sytuację w kilka dni dosłownie, bo w kilka dni były już na tyle określone struktury i rozdział ról, że każdy wiedział, co ma robić. Każdy swoje robił i jakoś to poszło. Więc nie jestem najbardziej kompetentną osobą, żeby mówić o dalszych planach, ponieważ rozmowy cały czas się toczą, zespół redakcyjny działa i cały czas szuka nowych możliwości realizacji dodatkowych celów w tym projekcie. Ale będzie na pewno informacja na fanpage'u, jeśli jakiekolwiek nowe inicjatywy nabiorą realniejszych kształtów, to będzie się to pojawiało na fanpage'u. Tak że jeszcze raz zapraszam do obserwowania, bo tam na pewno będą wszystkie informacje na bieżąco podawane.
[02:36:18] - Oczywiście zachęcam do tego, żeby zerknąć na Facebooka pod datą 24.02.2022 znajdziecie państwo tę grupę inicjatywną antologii. Tam można śledzić jej losy. Ale wróćmy do literatury. Chciałbym zapytać: mówił pan, że napisał pan szybko opowiadanie do antologii, ale kiedy sobie przypomnę emocje związane z pierwszym dniem wojny i z kolejnymi dniami, różne wątpliwości, które mną targały, dotyczące i bezpieczeństwa Polski i tego, co się dzieje na Ukrainie i tego, co to się dzieje wokół mnie. To jest niesamowicie delikatny, bardzo pobudzający ludzi temat. Nie bał się pan tego tematu tak literacko?
[02:37:18] - Bałem się na pewno, bo to jest trudny temat i ja chciałem go ująć z jednej strony w dobrą historię, którą będzie się dobrze czytać, która zainteresuje czytelnika, zainteresuje odbiorcę, a z drugiej strony nie spłyci tematu, nie wypocwarzy go, bo to nie miał być tekst stricte rozrywkowy, bo to byłoby krzywdzące dla ofiar. A z drugiej strony musiał być to tekst jednocześnie na tyle rozrywkowy, żeby zainteresować czytelnika, żeby ludzie chcieli po niego sięgnąć, żeby chcieli kupić antologię. Skuszeni moją propozycją, choć są tam o wiele znamienitsze nazwiska, bardziej doświadczone nawet spośród zaproszonych do antologii gości. Ale to było też dla mnie trochę takie odreagowanie tych wszystkich emocji, które się z tym wiązały. Ja zwykle piszę smutne historie. Zwykle one są ponure. Tutaj starałem się, żeby jednak przekaz finalny był pozytywny, jednocześnie z pokazaniem koszmaru wojny w takich pojedynczych scenach, pojedynczych obrazkach, takich slajdach, które pokazują, co tam rzeczywiście się dzieje. Na tyle, na ile możemy to zaobserwować. Ja jako widz z zewnątrz nigdy nie poczuję tego na własnej skórze, co musi czuć człowiek, który widzi, jak w jego dom trafia bomba i zostaje kupa gruzów. A on może tylko bezsilnie patrzeć na to wszystko.
Albo dzieją się gorsze rzeczy, bo ginie ktoś z jego bliskich. Ale starałem się pokazać jako widz to spektrum emocji i jednocześnie przejść od tych obrazów, od tego koszmaru, od tego szoku, od tego cierpienia, które się staje udziałem tych ludzi teraz na co dzień, bo to nadal trwa. Wtedy, jak pisałem ten tekst, to był sam początek. Jeszcze nie wiedzieliśmy, jak to się wszystko rozwinie. Teraz już trochę, co jest przerażające samo w sobie, oswajamy się z tą sytuacją. W tym momencie to się staje codziennym rytuałem, sprawdzanie, co się wydarzyło na Ukrainie. Kiedy wstaję rano i piję kawę przed wyjściem do pracy, to sprawdzam, jak tam sytuacja na froncie. To jest przerażające, bo chyba nikt z nas się nie spodziewał, że dożyjemy takiej chwili. I mimo że jesteśmy we w miarę wygodnej pozycji w swoich domach bezpiecznych z dachem nad głową, to jednak to jest tak blisko nas, że nie możemy przejść zupełnie obojętnie nad tym, jak nieraz, powiedzmy sobie szczerze, przechodzimy do porządku dziennego nad konfliktami, które się przecież na świecie bezustannie dzieją. Ten konflikt tyczy naszych sąsiadów, jest bezpośrednio w naszym zasięgu, zasięgu naszych emocji, bo widzimy te obrazy na co dzień.
Widzimy ludzi, którzy stamtąd uciekają. Pomagamy tym ludziom w jakimś stopniu, na ile kto może. Więc to było chyba trochę też terapeutyczne dla mnie przepracowanie tego etapu i wymyślenie pozytywnego wydźwięku na finał opowiadania, że jednak Ukraińcy zrobią coś, co pozwoli im, mały spoiler, pokonać agresora. To było chyba takie trochę z jednej strony terapeutyczne, z drugiej strony wydźwięk mojej nadziei, że mam nadzieję jak najszybciej zobaczę, że to się rzeczywiście stało. Może nie tak jak w moim opowiadaniu, chociaż nie powiem, że tego też bym nie chciał, bo to by było dla wszystkich chyba żyjących korzystniejsze, bo byłoby mniej ofiar. Ale chciałbym właśnie doczekać tej chwili, zobaczyć moment, kiedy Ukraina wygrywa i to wszystko się po prostu kończy. Nie przywróci życia ofiarom dotychczasowym, ale może uratować przed zostaniem ofiarami setki, jak nie tysiące kolejnych.
[02:41:49] - Muszę powiedzieć, że ja mam poczucie autentycznej grozy, jeśli chodzi o tę sytuację, gdzieś właściwie od początku. Być może panikuję albo być może przesadzam, ale ja mam z kolei takie dojmujące odczucie, jakbym stał w kolejce do rozstrzelania. Widzę tych przede mną i groza właściwie narasta. To tak mniej więcej patrzę na tę sytuację. Patrzę na Ukrainę, patrzę na to, co się dzieje, jak reaguje społeczeństwo, jak się tutaj w Polsce kłóci albo jak się ekscytuje, albo jak w ogóle czasami nie patrzy na to, jaki jest sens tego, co ludzie mówią, tylko jest takie proste kwalifikowanie. Albo jesteś ruskim trollem, albo jesteś za. Takie mechanizmy się włączyły. To z jednej strony. A z drugiej strony mam to poczucie, o którym powiedziałem, czyli właśnie w kolejce do rozstrzelania. Widzę, co się dzieje i za chwilę dotknie to mnie.
I to jest, mówiąc szczerze, groza, której nie spodziewałem się przeżyć tak normalnie w życiu. Nie w literaturze.
[02:43:18] - To jest taka groza dnia codziennego tak naprawdę przez większość życia. Liczymy na to, że coś takiego nas nie spotka, że tego nie doświadczymy. To, że pojawia się polaryzacja, ona się zawsze, ta polaryzacja społeczna będzie pojawiać. I tutaj szczerze mówiąc, da się zauważyć te podziały, że jest się albo za, albo przeciw, ale z drugiej strony w takiej sytuacji być przeciw pomocy ludziom, rozpamiętywanie przeszłości jaki ma w tym momencie sens? Co, wnuki mają pokutować nadal za grzechy dziadków? To byłoby bez sensu.
[02:43:58] - Nie, to oczywiście bez sensu. Ja bardziej powiem o czymś takim, co miałem okazję obserwować na Facebooku. Widziałem ludzi, którzy, jak to powiedzieć tak delikatnie, wyzywali się od ruskich trolli. I to ludzie, o których wiedziałem. Albo na przykład, chcę uniknąć jakichś politycznych konotacji, więc od jednej bądź drugiej strony politycznego sporu w Polsce, podczas gdy wiedziałem o tych ludziach, że są z zupełnie innej bajki. Pojawił się taki poziom emocji w Polsce, że ja się go czasami boję i cieszę się. Z jednej strony się boję, ale cieszę się, że powstają właśnie takie inicjatywy, o której przed chwilą mówiliśmy, czyli właśnie takie jak najbardziej pozytywne. Ta antologia jest dla mnie czymś niezwykłym, wspaniałym po prostu, bo ona nie patrzy na te wszystkie didaskalia, na to wszystko, co jest obok, co nas dzieli. Tylko robi coś pozytywnego i to jest dla mnie niesamowicie budujące. Ja chylę czoła zarówno przed tymi, którzy wyszli z tą inicjatywą, jak i wszystkimi, którzy wzięli w niej udział.
To tyle.
[02:45:31] - Niestety straciliśmy połączenie z Wiktorem Żwikiewiczem. Będę próbował podłączyć Wiktora ponownie. Panowie, możecie kontynuować.
[02:45:42] - Okej. Panie Mariuszu, to pański głos teraz.
[02:45:46] - Ja myślę, że akurat my, mimo pewnych wątków, które się oczywiście w każdej społeczności pojawią , co najmniej dwuznacznych społecznych, jakie da się coraz częściej niestety zaobserwować, to jako naród zdaliśmy egzamin. Ale to jest chyba nasza narodowa, nie wiem, czy można nazwać to przypadłością. W sytuacji kryzysu, takiego naprawdę kryzysu, którego zaczynamy mocno odczuwać, potrafimy rzeczywiście, oprócz pewnych wyjątków, działać wspólnie pod jednym szyldem i robić coś dobrego. Gorzej, jak nie czujemy zagrożenia, wtedy wszystkie nasze animozje wewnętrzne, małe, duże wychodzą z nas. Ale kiedy rzeczywiście pojawia się zagrożenie z zewnątrz, mniej lub bardziej realne, ale jednak odczuwalne na tyle mocno, żeby nami wstrząsnąć, to stajemy na wysokości zadania. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale to jest coś, co wynieśliśmy z tego konfliktu. To jest nasza osobista zdobycz moralna, że przekonaliśmy się jako społeczeństwo, że potrafimy zadziałać razem w sytuacji podbramkowej.
[02:47:18] - Tak, to prawda.
[02:47:19] - Tylko że w takiej sytuacji się to stało, że ktoś musi cierpieć, żebyśmy my się ogarnęli. Ale jednak tak jak to obserwuję od początku, mówię globalnie, bo wiem, że są grupy czy jednostki, które są bardzo empatyczne i one zawsze by tak reagowały, ale taki oddolny ruch społeczny się tak rozwinął, że tutaj przestały mieć praktycznie znaczenie wiek, pochodzenie, sytuacja materialna, pozycja społeczna. Nagle wszyscy zaczęli grać do jednej bramki i wręcz prześcigać się w tym, kto się mocniej zaangażuje. Nie jestem zwolennikiem chwalenia się działaniami pomocowymi. W tym przypadku trzeba jednak zauważyć, że im więcej mówi się o tym, że pomagamy, że to nakręca innych do działania, bo skoro wszyscy wokół, to czemu ja nie będę stał z boku? Też coś chcę zrobić. Myślę, że to jest pozytywne zjawisko, że ludzie się jednak chwalą w jakimś tam stopniu. Nie oceniam bynajmniej tych, którzy na przykład nie pomagają, bo nie wiem, z jakiego powodu. Może nie mogą, może nie mają możliwości. To jest ich kwestia moralna, ale zawsze cieszy to, jak ludzie mówią, że jednak coś tam działają, coś pomagają, bo to może innych zmotywować też do działania.
[02:48:36] - Nie słyszałem komunikatu o skrzynce głosowej, więc mniemam, że się z Wiktorem Żwikiewiczem słyszymy, prawda, panie Wiktorze?
[02:48:45] - Tak.
[02:48:47] - Super. Ja tylko powiem jeszcze, nawiązując do tego, co powiedział nasz gość, że odkryłem w sobie takie pokłady czułostkowości i mnie to wzrusza. Każdy oczywiście przeżywa to, co się dzieje, to co obserwuje na ekranie telewizora. Ale mnie wzrusza to, że są takie pokłady w nas, ludziach żyjących w Polsce, takiej solidarności i takiego, że potrafimy być empatyczni, potrafimy rzeczywiście odwołać się do tego, co się dzieje i odwołać się nie w prosty sposób taki, że bardzo nam przykro, tylko rzeczywiście potrafimy działać. I to jest dla mnie w jakiś sposób budujące i wzruszające. Nie wiem, jak swoje emocje inaczej miałbym zamknąć w słowa, ale to mniej więcej o coś takiego chodzi. Wiktorze, ponieważ cię wycięło, to może coś chcesz powiedzieć?
[02:50:07] - Mogę powiedzieć, że się zupełnie nie zgadzam z tym, co żeście obydwaj napletli na ten temat.
[02:50:16] - Mów, mów.
[02:50:18] - Nie, nie będę komentował tego, bo to za dużo trzeba gadać.
[02:50:22] - Okej. Dobrze, idźmy dalej. Ja proponuję, żebyśmy w tej chwili posłuchali trzeciego fragmentu prozy naszego gościa.
[02:50:39] - Mariusz Wojteczek. Fragment trzeci. „Stróż” Aleksandrze Sielińskiej. „Pójdziemy? — spytał. Pójdziemy. — Skinąłem głową. Opór zdałby się na nic. W drzwiach jego łysa czaszka odbiła słoneczne promienie. Poprawił kołnierz kurtki.
Mimo słonecznej pogody czuć już było w powietrzu jesień mieszającą się z krakowskim smogiem. Drugi szedł za mną krok w krok. Wyobrażałem sobie jego oddech na karku, choć szalik nie pozwalał poczuć. Wiedziałem, że ręce ma wciśnięte w kieszenie, jednak szedłem karnie, jakby mnie mimo wszystko za ten kark trzymał. Może i trzymał mentalnie. Ten z przodu zakaszlał, splunął, rozejrzał się. Wewnętrzne podwórko gapiło się na nas oczodołami okien. W ze dwóch zadrżała firanka. Łysy nie bał się. Był tu władcą.
Nikt nie drgnie, nikt się nie wychyli. Bezpiecznie patrzeć, bezpiecznie obserwować zza zacierganych zasłon skutecznie kryjących przed odpowiedzialnością. „No co powiesz, towariszcz?” – zaśmiał się gardłowo. – „Pożegnaj się z sąsiadami. Już tu nie wrócisz”. „Nie wrócę” – skinąłem głową. – „Ale nie mam się z kim żegnać. Chodźmy”. Samochód stał na chodniku, nieopodal. Czarna wołga, jak w dawnej legendzie.
Uśmiechnąłem się. Miło, że dbali tak o dekoracje dla mnie. Wsiądliśmy. „Zrobisz skrobankę”. Litery błyszczą na wyświetlaczu. Ten jarzy się niebieskawą poświatą. Ekran smartfona wypluwa mi w twarz zdanie, które obnaża całą pogardę, jaką mogłam sobie wyobrazić. Kup chleb, wyrzuć śmieci, zrób skrobankę. Kiedy pisałam mu o ciąży, nie tego się spodziewałam. Nie tego oczekiwałam.
Nie tego pragnęłam. Czego? Nie wiem. Za chuja teraz nie odpowiem, ale nie tego się spodziewałam. A on napisał: „Pierdol się” – myślę ze złością, choć do gardła podchodzi mi żołądek, a łzy już zbierają się w kącikach oczu i tylko przygryzaniem wargi mogę je maskować. Sama przed sobą, bo nikogo przy mnie nie ma. Zimne łóżko, pościel zmięta po niespokojnej nocy. Nie mogłam spać, nie mogłam jeść. Papierosy odstawiłam dwa dni temu i już mam ochotę zagryzać drewniane deski, by się opanować przed rzucaniem ludziom do gardeł. Pierdol się.
Nie skrobnę. Urodzę. Tobie, złamany chuju, na złość. A może i sobie. Niebieska sukienka. Zawsze ma niebieską sukienkę. Kiedy o tym myślę, wydaje się wyróżniać na tle szarości podziemnej tramwajowej stacji, na tle nijakości wyblakłych, krzykliwych kolorów reklam zawieszonych za zakurzonymi taflami podświetlanego szkła. Stoi blisko krawędzi peronu, tuż przy żółtej linii. Czubki jej popielatych butów prawie jej dotykają. Tego pasa olejnej farby, który stanowi cienką barierę między bezpieczeństwem a ryzykiem.
Kiedy tramwajowy wagon, zwalniając, ociężale wtacza się na stację, pęd powietrza unosi jej sukienkę. Otula szczupłe nogi woalem wirującego materiału, by zaraz opaść na powrót, ściągnąć ją w dół, na ziemię, do rzeczywistości. Ja stoję w cieniu i ta rzeczywistość mnie uwiera. Mierzi mnie. Otula szczelnym kokonem, naciska z każdej strony, a ja bym chciał się wyrwać, rozerwać tę cienką powłokę, tę osnowę, która mnie więzi i wyrwać się, wzlecieć. Tam. Nóż pewnie leży w dłoni. Zimny metal rękojeści zdaje się wchłaniać pot, wysuszać go, zmrażać. Metal jest równie gorący co zimny, jakby rzeczywistość wokół mnie, w mojej kieszeni nie mogła się zdecydować. Jakby gubiła się w domysłach, bo i ja jestem takim domysłem, błędem, anomalią.
Nie powinno mnie tu być i rzeczywistość to wie, ale nie pozwala mi. Nie może pozwolić się wyrwać. Przeciągły gong i znudzony, wyprany z emocji głos zapowiada pociąg. Bije z tego głosu smutna, szara egzystencja spracowanej kobiety, która najlepsze lata już ma za sobą i której nic już dobrego nie czeka i nie spotkało jej nic dobrego dotychczas. Głos jest suchy, metaliczny, zdeformowany przez głośnikowy przekaz, jak zdeformowane mogą być dzieci z wadą, jak pokrzywione mogą być uczucia, jak pokiereszowana jest rzeczywistość wokół mnie, w mojej kieszeni, gdzie nóż jest jednocześnie zimny i gorący. Ochłodzę go, zagrzeję. Już wkrótce. Zastanawiam się, jak niebieska sukienka będzie wyglądać z plamami czerwonej krwi. Niby pamiętam, a nie wiem. „Nie chcesz tego dziecka, Ala” – mówi do mnie, zaciągając się głęboko trzymanym w dłoni papierosem.
Patrzę na ten gest łapczywie. Patrzę na jej dłoń, szczupłą, drżącą z zimna, bo przecież robi się coraz chłodniej, a ona stoi na balkonie w samym swetrze. Papieros jest cienki, mentolowy, z klikiem. Taki jak lubię. Nozdrza rozszerzają mi się jak gaszącej sarnie, kiedy dolatuje do mnie zapach dymu. Kurwa, jak ja bym chciała zapalić. Nie mogę. Ty mi nie mów, co ja chcę. Wystarczy, że usłyszę od matki. Odwracam się tyłem, choć wtedy spoglądam w szybę, a jej odbicie macha do mnie papierosem w wybieżnym uśmiechu szyderstwa i zapach dymu nadal czuję.
Odbicie w szybie wzrusza ramionami całkiem jak oryginał stojący za plecami. „A ojciec?” – pyta. Tym razem po mojej stronie jest ten gest. To drżenie ramion wyrażające niepewność, zagubienie, niewiedzę. Anemiczny ruch mięśni wyrażający cały wachlarz emocji. Bo co mam powiedzieć? Ojciec pewnie się nie odezwie. Odkroi kawałek kotleta, skrzypiąc tępym nożem o talerz. Wsadzi go do ust i będzie żuł i żuł, i żuł, a nitka kiszonej kapusty z zasmażką zwisać mu będzie ohydnie w kąciku ust. Matka mu o tym nie powie, bo zajęta będzie wbijaniem we mnie spojrzenia pełnego wyrzutu na przemian ze wznoszeniem w górę oczu pełnych niemego lamentu do Boga.
Ojciec będzie patrzył w talerz, a może w płachtę gazety leżącą przed nim na stole. Nie wiem jeszcze. Jakoś tak będzie. Tylko wieczorem, wlekąc ociężałe brzuszysko na kanapę w salonie z żelastą ręką ściskającą czule szyjkę butelki piwa, czulej niż mnie kiedykolwiek trzymał za rękę, mruknie ni to do matki, ni to do nasłuchujących naszych szeptów ścian mieszkania: „Skurwiła się. To ma”. Tyle będzie z rozmowy. „Ala, a co ze studiami?” Odbicie w szybie wydaje się okazywać troskę, ale jej złe alter ego, kryjące się w cienkiej tafli szkła, zdaje się szyderczo uśmiechać. Zapomnij. Nie zaliczysz, nie zdasz. No, już zaliczyłaś, choć nie to miałaś na myśli, kiedy składałaś papiery.
Miało być inaczej. Jest zlepek genów, rosnący, pęczniejący w twoim brzuchu. Zlepek komórek. Część po tobie, a trochę po tatusiu. Masz nadzieję, że mało. Nie chcesz dziecka, co jest jak złamany kutas. Nie wiem, Gośka. Kurwa, nie wiem. Ale urodzę. I chuj.
Przekleństwa płyną gładko. Łagodzą napięcie kryjące się pod skórą, uciskające u nasady nosa, u podstawy czaszki. Po każdej kurwie widzę świat jakby jaśniej, przejrzyściej. I nadal jest tak samo chujowy jak wcześniej. Łysy się nie bał. Znali go na osiedlu, na Zielonym, na Sportowym, na Hutniczym i przy Arce i na Kolorowym. Cała Huta Łysego znała. Przez niego znikali ludzie. Nikt ważny. Nikt, kogo ktoś by z nazwiska wymienił.
Ot, gość z ulicy. Widziałeś go rano pod piekarnią albo w kolejce w Planecie, albo na przystanku. Twarz. Postać z klatki, z chodnika, z osiedla. Nikt znany z nazwiska. Ale pojawiał się Łysy i ktoś znikał. Jak ja. Nieznajomy, a znany. Kojarzony, nakreślony, wtopiony w tło blokowiska. Bali się Łysego.
Bały się go babcie i panowie z brzuszkem i napuchnięte od sterydów dresy i podlotki z podgolonymi karkami, które na napuchniętych dresów wyrosną. Bo Łysy był, a go nie było. Pojawiał się nagle i ktoś znikał. Bo Łysy mówił: „Pojdziemy, tawariszcz”. I ludzie szli, by nie wrócić. Bali się Łysego. Szeptali o Łysym. Był cieniem, legendą, opowieścią do wódki i zagrychy. Wszyscy mijali się z prawdą. Ja wiedziałem, kim jest.
Kiedy na nią patrzę, czuję ciepło. Jest miła i ładna. Kokon, który mnie mierzi, jakby na chwilę znikał, jakbym przestawał drapać. Ona zawsze stoi na peronie, a ja nie wiem, czy to mi się śni, czy się dzieje naprawdę. I nie wiem, co bym wolał. Ręce mi się pocą, kark pokrywa rosa wsiąkająca w kołnierz koszuli. Marynarka pije pod pachami, chyba przytyłem, bo urosnąć to już nie urosnę. Ma niebieski lakier na paznokciach, a te paznokcie stukają energicznie w ekran telefonu. Czuć w tych podrygach palców złość, zdenerwowanie. Brzuch ma jeszcze płaski.
Jeszcze gładka skóra nie napina się od pęczniejącego w jej wnętrzu zarodka. Ale ja wiem. Świetlista poświata, którą widzę, jasno wskazuje mi jej stan. Inny odcień niż nici jej życia omotane wokół jej łona bladosinym kępkiem, jak włóczka nanizana na drut od szydełkowania. Czy zrobi to, co chce zrobić takim drutem właśnie? Słyszałem też o wieszakach. Ona jeszcze nie wie, że to zrobi. Że chce. Że będzie pragnąć modlić się o powodzenie tego gestu, tego przedsięwzięcia. Ja wiem.
Jeszcze nerwowość jej palców zaprzecza, stukując wyrazy, które idą w świat, które uderzają jak siarczyste policzki gdzieś kogoś z nią niedawno związanego. Teraz ta nić ich łącząca obcych blednie, gaśnie jak obumierające prącie. Ale mkną po nim jeszcze jak w przedśmiertnych dawkach impulsy złości, agresji, wyrzutu, niezrozumienia. Ja ściskam w dłoni nóż. Tani składak kupiony na Tomexie. Nóż drży mi w dłoni, chcąc wyrwać się, zadać cios. Do tego go stworzono. Łaknie krwi. Chce się skąpać w niej, dopełnić swoje przeznaczenie. Chce błysnąć w alejkce norwową nocą.
Chce rozbrzmieć krzykiem po imprezie. Chce strachu, bólu, śmierci. Jak to nóż tani z Tomexu, który niczym innym być nie może i nie zechce. Ale ja wiem, że to się tak nie stanie. Życie zbyt jest wczesne, by je z niej wykroić, wyrwać, odebrać. Ale jej nie można zrobić tego, co ona sama zamierza. Życie to życie. Jest ważne, ale ważniejsza jest idea. Istotą bycia jest trwać. Kiedy przerywasz trwanie, skazujesz się na potępienie, na ostracyzm zarówno z góry, jak i z dołu.
Tu nie ma miejsca na wiecie misie. Brak przestrzeni na dywagacje. Śmierć nadchodzi, kiedy ma nadejść. Ni później, ni wcześniej. Nie ludziom o tym decydować. Tacy jak ja mają tego przestrzegać. Tacy jak Łysy mają pilnować nas, byśmy pokutowali za to, co ja zamierzam zrobić. Prędzej czy później każdy pęka, każdy się łamie, poddaje, rezygnuje i robi to, co ja zamierzam. A potem pewnego dnia puka do drzwi Łysy i zapyta: „To co, towariusz, pójdziemy?” I idziemy. Każdy z nas.
Bo nic innego nie możemy zrobić.
[03:05:33] - Halo, halo?
[03:05:35] - Tak.
[03:05:37] - Wiktorze, też jesteś?
[03:05:39] - Tak.
[03:05:41] - No to cóż, to ja, nauczony doświadczeniem, tobie oddaję głos odnośnie usłyszanego fragmentu.
[03:05:52] - Zawsze twierdziłem, że pisarze i artyści powinni się zajmować sztuką, a nie polityką.
[03:06:00] - To rozwiń jeszcze to.
[03:06:04] - To nie jest audycja do rozwijania tego typu problemów. Sztuka jest bardzo dobra.
[03:06:12] - Okej. Ja powiem w ten sposób: gdzieś zbliżamy się do końca audycji. To naturalne jest i wynikające z pewnej logiki tej audycji pytanie o plany naszego gościa. Plany literackie oczywiście.
[03:06:41] - Po pierwsze trzeba wygrać z Ukrainą. To są plany przecież pisarskie, prawda? Zwyciężyć, nie?
[03:06:56] - Panie Tomku, może niekoniecznie pisarskie plany, ale to, żeby antologia rzeczywiście się ukazała i wyszła. To jest w tym momencie najbliższe, co będzie ukończone. A poza tym na ukończeniu jest powieść, którą w tym momencie poprawiam. Poprawiam pewne fragmenty, dopisuję pewne wątki, elementy, uzupełniam treść.
[03:07:29] - A pozwolę sobie przerwać, bo to jest jakaś nowość. Bo pierwsze dwie książki to były zbiory opowiadań. Teraz się pojawia właściwie nowa jakość. Powieść. To takie pytanie pomocnicze albo dodatkowe. Inaczej się pisze powieść i opowiadanie. Czy też nie?
[03:07:52] - To znaczy w moim przypadku proces twórczy jest dokładnie taki sam jak przy opowiadaniu. Czyli pojawiają się sceny, jakieś bardzo ogólne zarysy najbliższych wydarzeń w historii. No i kontynuuję, rozpisuję. Jest na pewno więcej wątków i niekoniecznie więcej postaci, bo moja książka będzie dość kameralna tak naprawdę. Z jednej strony jest to wizja przyszłości po bliżej nieokreślonym konflikcie, który nie będzie jakoś bardzo rozwinięty, ale kraj będzie dość sponiewierany wewnętrznym konfliktem. Ale to będzie wątek tak naprawdę tylko uzupełniający tło. Nie będzie miał bezpośredniego przełożenia na fabułę. Fabuła jest bliska powieści obyczajowej z dużą ilością wątków autobiograficznych. Mimo że główna postać będzie kobietą i narracja będzie pierwszoosobowa, to jednak przemycam tam dużo wątków osobistych. Będzie w tym trochę kryminału, bo będzie zbrodnia i będzie szukanie zabójcy, którego uda się znaleźć, ale to nie będzie tak oczywiste.
[03:09:31] - Rozwiązanie i takie zupełnie naturalne rozwiązanie. Nie chcę zdradzać za dużo, bo tak naprawdę cały czas jeszcze pracuję nad tekstem i chcę zobaczyć samemu, jak to się ukształtuje. Prawdopodobnie zmienię zakończenie, które już w pierwszej wersji zostało napisane. Chyba je trochę przerobię. Ale będzie dużo motywu z ćmami jako fascynującymi stworzeniami. Nawet w kontekście wierzeń ludowych ćmy miały symbolizować dusze zmarłych, które jeszcze nie odleciały w zaświaty, więc jeśli obserwowane były w polskich domach, to miało oznaczać, że dusza zmarłego jeszcze się nie wydostała, więc trzeba pootwierać okna, żeby ona mogła ulecieć w zaświaty i żeby zmarły zaznał spokoju. W tym kierunku myślę, to wszystko się potoczy.
[03:10:34] - A powieść nosi tytuł albo roboczy tytuł?
[03:10:38] - Tytuł oczywiście się nie zmieni. To będzie „Ćmy i ludzie”.
[03:10:41] - Okej. Przewidywany koniec?
[03:10:48] - Ciężko mi teraz powiedzieć na 100%. Plan był na drugą połowę tego roku. Zobaczymy, jak to wszystko wyjdzie, ale liczę, że w tym roku jeszcze się uda. Jeśli zdążę z poprawkami i jakieś inne projekty mnie zbyt mocno nie zaprzątną. Ostatnio wróciłem do poprawiania jej, do rozpisywania pewnych elementów w tej książce i myślę, że jest szansa, że skończę ją do czerwca poprawiać, więc nadal jest nadzieja na ten rok.
[03:11:30] - Czyli rozumiem, że wydawca również jest już umówiony.
[03:11:35] - Tak. Wydawca to Wydawnictwo IX oczywiście. To już jest ustalone, więc mogę to wprost powiedzieć. Wiem, że Krzysiek jest chętny, zna mniej więcej zarys tej powieści i jest nią zainteresowany. Ale chcę skończyć tekst, by mieć go w pełni gotowy i już nie chcieć go poprawiać.
[03:12:04] - Wiktorze, ponieważ zbliżamy się do końca audycji, to tobie jeszcze oddaję głos. Ewentualne pytania, ewentualne komentarze.
[03:12:17] - Wiesz, mi się bardzo te fragmenty podobały. To jest wszystko, co właściwie mogę tu powiedzieć. Mi się z tym bardzo podobało. Tego warsztatu. Nie spodziewałem się nawet, że są ludzie, którzy w ten sposób fajnie piszą.
[03:12:38] - Dziękuję. Miło mi to słyszeć. Bardzo miło.
[03:12:42] - Ja specjalnie taką ciszę zachowałem, bo to w końcu mistrz mówi rzeczy ważne.
[03:12:50] - Dlatego aż się troszkę zawahałem, bo nie powiem, żebym się nie wzruszył. Miałem bardzo dużą tremę przed tą audycją i przed rozmową z panem Wiktorem. Także tym bardziej mnie cieszy, że opinia jest pozytywna.
[03:13:08] - Jest takie, Marku, przecież stare powiedzenie: „Bogu co boskie, a cesarzowi, co cesarskie”. Trzeba zawsze oddać, nie?
[03:13:20] - Tak. To idźmy tym śladem. Ja państwu jeszcze zdradzę, że jesteśmy w przeddzień urodzin Wiktora. Jutro Wiktor obchodzi urodziny.
[03:13:33] - Co?
[03:13:35] - Wiem, że jesteś zaskoczony. Ale niniejszym cię informuję, że właśnie jutro obchodzisz urodziny.
[03:13:42] - Nie wiedziałem.
[03:13:43] - I znowu jesteś młodszy. Ale to jest tylko początek mojej opowieści, bo dwa dni od jutra, czyli w poniedziałek — strasznie to komplikuję — czyli po prostu 21 marca Wiktor odbiera, zostanie udekorowany — nie wiem, jak to inaczej powiedzieć — udekorowany medalem Gloria Artis. Szacun wielki. To się już w najbliższy poniedziałek odbędzie, warto o tym powiedzieć.
[03:14:22] - Parę medali, ale kiepskich, to sam wyprodukowałem po prostu. Dzisiaj bym lepiej napisał te medale.
[03:14:33] - Ten medal został wyprodukowany w mennicy, także zostanie ci przypięty. A dlaczego się mówi „przypięty do piersi”? Gdzieś tam ci zostanie przypięty, w każdym razie. Szykuj się, Wiktorze, jutro. Hucznego obchodzenia kolejnej rocznicy. Kto jest ciekawy, niech sobie sprawdzi w życiorysie. I cóż, dziękuję panom bardzo za tę audycję. Miło mi było porozmawiać o literaturze, bo jest jakaś taka, moim zdaniem, drażniąca tendencja, że ludzie sobie podzielili literaturę na różnego rodzaju gatunki i niektóre gatunki są lepsze, a niektóre gatunki są gorsze. Kpię oczywiście w tej chwili, ale jakieś takie powszechne przekonanie panuje, że są te lepsze i gorsze gatunki. Tymczasem myślę, że dzisiejsza audycja udowadnia, a w każdym razie daje taki impuls do tego, żeby się zastanowić Czy aby na pewno są lepsze i gorsze gatunki?
Czy może jednak po prostu literatura jest literaturą i już?
[03:15:46] - Marku, to jest przecież tak samo, jak z alkoholem. Piwo jest dobre, wino jest dobre, koniak jest dobry i whisky jest dobra, tylko we właściwym miejscu.
[03:16:01] - Ja nie wiem, czy nasz gość będzie zadowolony z tego alkoholowego porównania, ale coś w nim jest.
[03:16:10] - Nie jestem abstynentem, różne alkohole zdarza mi się wypić. Kwestia miejsca i towarzystwa adekwatnego.
[03:16:21] - No właśnie.
[03:16:23] - Tak jest. Panie Mariuszu, bardzo dziękujemy w imieniu swoim i naszych słuchaczy za to, że zechciał pan nam poświęcić tyle czasu. To była fajna przygoda z literaturą grozy. Nie. Znowu wycofuję się z tego przymiotnika, z literaturą po prostu. Bardzo dziękujemy. Życzymy wszystkiego dobrego w tej literackiej drodze. Będziemy kibicować i trzymać kciuki. Jeszcze raz dziękujemy i wszystkiego dobrego, a naszych słuchaczy zapraszam... A może nie.
Zanim zaproszę na kolejne części, to może jeszcze oddam głos panu Mariuszowi.
[03:17:13] - Ja ze swojej strony dziękuję bardzo za zaproszenie, bo naprawdę dla mnie to też była fantastyczna przygoda. Na początku miałem tremę, ale mam nadzieję, że wyszło to całkiem nieźle, że powiedziałem coś sensownego, przynajmniej chociaż w niektórych fragmentach i że słuchacze też będą zadowoleni. Dziękuję wam, drodzy panowie, za naprawdę fajną rozmowę i za ciepłe przyjęcie, i panu Wiktorowi za komplementy, bo naprawdę to jest bardzo miłe coś takiego usłyszeć od doświadczonego twórcy. Także dziękuję bardzo.
[03:17:52] - Cóż, Wiktorze, jeszcze coś chcesz powiedzieć?
[03:17:56] - Autorowi to czytelnicy dziękują zwykle. Ja życzę czytelnikom, żeby mieli okazję podziękować panu Mariuszowi parę razy jeszcze.
[03:18:12] - Okej, to ja teraz dziękując państwu za uwagę, powiem tylko, że już za chwileczkę, jak się przestanę odzywać, to przemówi do państwa Tomek Fąs ze swoim felietonem. Myślę, że jest wielu oczekujących na to, co Tomek powie. A ja cóż powiem? Za tydzień zapraszam na kolejne wydanie antologii „Bibliotekarium. Warsztaty”, ta audycja. Tym razem posłuchamy reportażu literackiego Juriana, bardzo aktualnego. To będzie tekst pełen emocji, pełen wzruszeń, przeżyć i tak dalej, ale to za tydzień. Za dwa tygodnie porozmawiamy z Wiktorem o klasyce, a konkretnie opowieści Fiodora Dostojewskiego „Idiota”. Tak naprawdę to chcieliśmy rozmawiać o „Biesach”, ale ponieważ jeden z tuzów YouTube’a, internetu ostatnio o „Biesach” mówił, to my się przerzuciliśmy na „Idiotę”. To będzie też chyba ciekawa rozmowa.
Zapraszamy za dwa tygodnie, a za tydzień, tak jak powiedziałem, antologia „Bibliotekarium. Warsztaty”. Kolejna audycja warsztatowa, w której posłuchamy tekstu Juriana, a porozmawiamy również o sprawach związanych z pisaniem. Jak, co, gdzie, kiedy i po co. I to już tyle. Bardzo pięknie dziękuję naszemu gościowi. Bardzo pięknie dziękuję wszystkim słuchaczom. Zapraszam na felieton Tomka Fąsa. Dobranoc państwu.
[03:20:09] - Heja.
[03:20:11] - Dobranoc. Dziękuję.
[03:20:26] - Okoli i ludobójstwie. Gdybyście państwo przez chwilę nie uważali, czy też nie przeglądali mediów społecznościowych, co akurat gorąco polecam, znaczy pomijanie tego rodzaju rozrywek, to moglibyście państwo nie zauważyć, że przez chwilę głównym winowajcą zbrodni rosyjskich na Ukrainie była Coca-Cola. Oczywiście tylko przez chwilę, ponieważ już za moment okazało się, że jednak wspaniałomyślnie amerykańska firma niezdrowych napojów nie będzie do okupanta przysyłać, więc świat został ocalony w ten sposób. Co prawda w tle całego zdarzenia nadal relacje pomiędzy rosyjską gospodarką a na przykład niemiecką energetyką, czy zdaje się, że również w dużym stopniu francuskim handlem przynajmniej, żyją i nie jest to winne ludobójstwa. Natomiast jakoś tak się przydarzyło, przynajmniej z tego, co mi się udało zauważyć, że memy o zbrodniczej działalności powstały głównie na temat Coca-Coli. A teraz temat jakby przycichł. Ostatecznie nie można wszystkich wyzywać od ludobójców. Winnym ludobójstwa też okazał się chyba Czajkowski, ponieważ przez pewien czas przynajmniej, zdaje się, że cały czas nie Nie gra się go w polskich filharmoniach, ponieważ się źle kojarzy. Oczywiście ruskie pierogi również okazały się winne ludobójstwa. I gdzieś tam w międzyczasie oberwało się rykoszetem Jaromirowi Nohawicy, którego występy odwołano.
Tyle w kwestii działalności kulturalnej. Ja oczywiście ze swojej przewrotnej natury zastanawiam się nad pewną logiką postępowania tego rodzaju. Czy jest tu jakaś logika? Bo co, jeżeli odwołujemy wszystko, co rosyjskie, to zdaje się, że również nie należałoby słuchać ludzi, którzy są Rosjanami, a są na przykład przeciwni temu, co się obecnie dzieje. Ale takiego precedensu nie znamy. Nie wiem, jak na przykład z Kasparowem. Zasugerowałem w ogóle, że analizowanie partii rosyjskich arcymistrzów w kontekście tych zdarzeń również powinno być zapewne zakazane. Na jakichś kółkach szachowych czy gdzie się takie partie analizuje, to uważam należałoby zaprzestać natychmiast. Nie wiem, jak w tej sytuacji mają zachować się na przykład studenci rusycystyki, którzy jakby z automatu muszą tę literaturę przerabiać. Być może powinni zastępczo posługiwać się na przykład tłumaczeniami literatury zachodniej na rosyjski, żeby przynajmniej pisarzy jakoś bojkotować, nie czytać.
Pytanie, co na przykład właśnie z Kasparowem, który przejawia postawę raczej antyputinowską wręcz. Ostrzegał przed tego rodzaju ryzykiem zdarzeń, z którymi mamy obecnie do czynienia. Ale jest Rosjaninem, więc co w związku z tym? Co z artystą bądź artystką na przykład pochodzenia mieszanego? Jeżeli ktoś jest w pół Rosjaninem, a w pół Ukraińcem na przykład, co jest jak najbardziej prawdopodobne, to czy taka osoba może występować, czy musi mieć jakieś dodatkowe punkty na przykład za wspieranie sprawy LGBT też z ostatnio modnych tematów? Tego nie wiem, ale w jakiś sposób, zdaje się, odpowiedział na to założyciel i chyba lider Orkiestry Johanna Straussa, André Rieu, który stwierdził sam, że należy jak najbardziej muzykę wspólnie tworzyć, a nie walczyć ze sobą, jak rozumiem. I jak najbardziej artystkę raczej ukraińskiego pochodzenia, ale jednak z ojcem Rosjaninem zaprosił i to nagranie jest w internecie dostępne. Co ciekawe, akompaniowało jej przy wykonywaniu pieśni trio już typowo rosyjskie i jakoś to zostało przez publiczność docenione jako rodzaj właśnie protestu przeciwko wojnie. A więc rzecz nie jest taka jasna. A co należałoby na przykład robić z postawą proputinowskich przedstawicieli kultury zachodnioeuropejskiej, jak na przykład Gérard Depardieu?
Czy wolno jeszcze oglądać „Asterixa” w wersji aktorskiej? Czy jednak byłoby to jakieś naruszenie dobrych obyczajów w zaistniałej sytuacji? Nie wiem, proszę państwa, i pewnie mógłbym tak jeszcze długo wyliczać jakieś absurdy i próby rozumienia logiki w tych masowych, bardzo emocjonalnych reakcjach tłumu na niewątpliwie ciężką, trudną sytuację, z którą każdy musi sobie jakoś poradzić. Być może pewną iluzję swej sprawczości tutaj odczuwać, jak rozumiem, bo o to chodzi przecież, że jeśli czegoś nie kupię, to ja przecież walczę. Nie pójdę tam strzelać, bo pewnie by mnie zamordowali szybciej, niżbym przyniósł jakiś pożytek Ukrainie. A mogę na przykład nie kupić danego produktu, bojkotować artystę i w ten sposób durny, bo durny, ale jednak jakoś się swojemu poczuciu bycia przeciw przyczyniać. Czekam na jakieś być może petycje internetowe, bardzo popularne ostatnio, które można podpisać. To na pewno przekona Najeźdźcę, żeby zaprzestał swej zbrodniczej działalności. Trudny temat. Trudny, ponieważ konfrontuje nas z bezsilnością, z czymś, czego współczesny multimedialny obywatel nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że nie wie, nie umie, jest bezradny i bezsilny wobec wielu złych rzeczy, które dookoła się dzieją, o których jest na bieżąco informowany.
Bo przecież przekaz to podstawa dzisiejszej cywilizacji, a z którymi nic realnie nie może zrobić i których tak naprawdę do końca czy nawet w dużym stopniu nie pojmuje. Jednocześnie trochę ta wszechwładność internetu wydaje mi się, że nie wiem, czy upada, bo faktycznie rola mediów w tym kontekście jest ciekawa. Długo jeszcze pewnie mógłbym wyliczać, poszukując jakiegoś sensu w różnych mało logicznych zdarzeniach, ale nie chcę już nadużywać państwa cierpliwości. Myślę, że na ten moment warto już zakończyć ten być może niezbyt dzisiaj spójny wywód, ale też darujcie państwo, że być może mnie również trudno zebrać myśli w tym wszystkim i pozostanie mieć nadzieję, że już następnym razem i ja, i przestrzeń medialna, i świat będzie nieco bardziej stabilny, a i wywód będzie można snuć o czymś innym.
[03:26:40] - Felietonem Tomasza Fąsa kończymy kolejne wydanie „Bibliotekarium na żywo”. Byli z nami dzisiaj panowie z Bibliotekarium Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość, pan Mariusz Wojtaczek. Audycję, jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" z Radia Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie, tym razem w ABW już za tydzień. I w tym normalnym „Bibliotekarium na żywo” już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[03:28:18] - In the heat of the night. In the heat of the day. When I close my eyes, when I look away. When I'm in the fear that lies inside. When I hear you say, in the heat of the moment. Say, say, say. Someday, someday, someday. Dominion come what time. Someday, someday, someday. Dominion.
Some say pray, some say pray. Yes, I say mine. In the light of the fire. On the low main level. Sense switch far away. In the heat of the action. In the settled dust. All hollow and sway. In the meeting of mind. Down in the streets of shame.
In the bending of names or calls of trust. In the light of the blind. Being, king, king, king, kings. Someday, someday, someday. Dominion come what time. Someday, someday, someday. Dominion. Some say pray, some say pray. Yes, I say mine. We sow no bed in a dry season.
A lighthouse keeper in the desert sun. Dreamers or sleepers and white treason. We treat your every pray and the history of God. There's a lighthouse in the middle of Russia. A white house in the Red Square. Living in fits for the sake of Russia. A kinora for the dead empire. The 52 daughters of the revolution. Turned the cult to crime. Give nothing to lose.
Stuck inside of Memphis with the mobile home. Sing, Mother Russia, Mother Russia, Mother Russia lay down, down, down. Mother Russia, Mother Russia, Mother Russia lay down. Mother Russia, Mother Russia, Mother Russia lay down, down, down. Mother Russia, Mother Russia, Mother Russia lay down.