[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Piątek, 4 marca 2022 roku w Radiu Paranormalium i z lekkim poślizgiem jeszcze w Bok Radio. Zapraszamy państwa na kolejny odcinek audycji „Bibliotekarium na żywo”. Dzisiaj punktem wyjścia do dyskusji będzie powieść Isaaca Asimova pod tytułem „Koniec wieczności”, opowiadająca o specyficznych podróżach w czasie. Już teraz oczywiście zachęcamy państwa do dzielenia się na naszych czatach spostrzeżeniami dotyczącymi tej lektury. Audycję prowadzimy w całości na żywo. Będzie można dzwonić. Za chwilę podam kontakty do Radia Paranormalium. Przy mikrofonie i za pokrętłami Marek Sęk „Ivellios”. Dzisiaj wyjątkowo po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego są z nami jak zawsze panowie z Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żywkiewicz.
A nasze numery telefonów, które warto sobie zapisać i z których jak najbardziej warto dziś skorzystać, to jak zawsze stacjonarne 32 746 00 08. Komórkowe dzisiaj wyjątkowo tylko do SMS-ów, bo przez ten numer podłączyliśmy Wiktora. Można do nas pisać SMS-y na numer 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Bibliotekarium.pl oraz na profilu Bok Radia, na grupach Radio Paranormalium oraz na Rubieżach Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A więc teraz czas na magiczne halo, halo Bydgoszcz. Halo, halo! Dobry wieczór państwu.
Dobry wieczór, Wiktorze.
[02:39] - Miło mi było usłyszeć, że jestem podłączony. Chwała Bogu, że jeszcze nie do kroplówki, ale i tak dobrze.
[02:48] - To się wszystko wcześniej czy później większości z nas zdarza, także nie wyczekuj tego. To zawsze się może zdarzyć. Proszę państwa, dzisiaj rozmawiamy o powieści Isaaca Asimova, o czym mówił Ivellios. O powieści „Koniec wieczności”. Tuż przed audycją sobie siadłem i zacząłem się zastanawiać i doszedłem do wniosku, że to jest wspaniały tytuł: „Koniec wieczności”. Jest jakiś paradoks w tym tytule, a jednocześnie on jest taki pełen tajemnicy. Nie wiem, Wiktorze, co ty na to?
[03:36] - Jest to taki znamienny tytuł, doskonale pasujący do każdego punktu rzeczywistości, w której się nasza ludzkość kiedykolwiek znajdowała. Zawsze była jakaś iluzoryczna, nieskończona wieczność, która już teraz będzie przed nami, jakaś kraina wiecznej szczęśliwości, jakieś jutro, jakaś przyszłość. I zawsze się to kończyło pewnym końcem tych marzeń, pragnień albo jakichś dążeń. „Koniec wieczności” był, jest i będzie. Zwróć uwagę, że to doskonale pasuje do sytuacji naszej w tej chwili politycznej, przynajmniej w tym drobnym zakątku świata, jakim jest tutaj ten kącik Europy. To jest koniec pokoju, po prostu. A wydawałoby się, przynajmniej może nie mi i nie tobie, Marku, natomiast naszej młodzieży to się wydawało, że już chwyciła Boga za rogi i będzie jechała w nieskończoność w tym pokoju, w tym dobrobycie i bezmyślności totalnej, w nieskończoność, po prostu, w wiecznej wieczności. Chwała Bogu, że są zdarzenia, które wytrącają. To prawda. Ja nie mówię chwała Bogu.
Mówię, to są wydarzenia tragiczne, natomiast to niestety są to zwrotnice czasu, które przestawiają naszą rzeczywistość trochę na inne tory. I mamy aspekt.
[05:32] - Wiesz co? Tak jak powiedziałeś o młodych ludziach, ja bym nie miał do nich pretensji, że mają marzenia, że chcieliby żyć w pokoju i żyć w świecie, do którego się przyzwyczaili. To jest chyba normalne. To gorzkie przebudzenie, które nas spotkało ostatnio, myślę, że jest tak samo bolesne dla młodych ludzi, jak i dla starszych. Dla mnie jest bardzo bolesne. Po prostu bardzo bolesne.
[06:08] - Myślę, że to jest trywialne i banalne, co w tej chwili mówię, bo właściwie spora część naszych słuchaczy również to przeżywa. To jest czas, który po prostu może dziwnie zabrzmi, chyba jednak nas zaskoczył, pomimo że ja na przykład staram się dosyć uważnie obserwować świat, dosyć podejrzliwie do niego podchodzić, a jednak nie czułem się przygotowany na to, co się wydarzyło. Tu od razu rzut oka na czat. Marzena Lu pisze: „Mam tę książkę z Iskier Warszawa 1969 rok.” Tak, ja też mam to wydanie. Mówiłem chyba w ostatniej audycji o tym, że ta książka kusiła mnie. Stała na półce ojca i kusiła mnie przez długi czas zarówno tytułem, który mnie wtedy nastolatkowi i to takiemu raczej przed piętnastką, się wydawał tytuł wręcz magiczny. W dodatku to była, cudzysłów, ale jednak dorosła literatura. To nie była bajeczka albo to nie były jakieś proste opowiastki, które czytałem wcześniej. To była prawdziwa literatura. Jeszcze Isaaca Asimova.
Wtedy nawet nie wiedziałem, że to tak się wymawia, ale ciągnęła mnie ta książka długo i w końcu mnie skusiła. I nie żałuję, chociaż-
[07:49] - To się tak wymawia w wersji amerykańskiej, bo sprawdziłem sobie z ciekawości na Wikipedii i to się powinno wymawiać w oryginale Isaac Asimov czy jakoś tak.
[08:03] - Proszę, zawsze człowieka czeka zaskoczenie. Ale powiedzmy, zostańmy przy wersji amerykańskiej, bo to w końcu Amerykanin. W każdym razie to była książka, którą pochłonąłem, chociaż pewno będziemy o tym jeszcze wspominać. To jest książka napisana stylem Asimova. Asimov, jakby to powiedzieć, to jest jednak człowiek nauk ścisłych. On się nie bawił w wielką literaturę tak rozumianą jakimiś niuansami stylistycznymi czy konstrukcyjnymi. On pisał prostą fantastykę prostym językiem. Tu na przykład jest bardzo mało opisów w tej książce, właściwie do minimum są sprowadzone. To ma swoje zalety. Dużo jest dialogu, właściwie spora część odbywa się w dialogach.
Ja lubię tego rodzaju pisanie, ale są ludzie, którzy tego nie lubią, ponieważ ta książka przez to jest taka, wydaje się przynajmniej niektórym, dosyć kostyczna, taka, że się ją źle czyta. Ja tak nie uważam. Ja powtarzam po prostu to, co można przeczytać na przykład na Lubimy Czytać. Ja zupełnie się odcinam od tego rodzaju sądów. Niemniej zauważam, że Asimov, czy jakkolwiek się wymawia to nazwisko, miał jednak taki dosyć kostyczny styl i to w tej książce widać. Ale dlaczego mówiłem o pewnym paradoksie, o pewnej takiej pułapce? Bo ta książka wyszła w latach 50. O ile mnie pamięć nie myli i jakaś skleroza mnie nie dopadła, to chyba w 1955 roku, a zatem za niedługo, za trzy lata będzie sobie liczyła 70 lat. A jak się tę książkę bierze do ręki, to ona się, to też przeczytałem, chociaż w pełni się z tym zgadzam, nie postarzała tak bardzo, jak wskazywałaby na to jej metryczka. Otóż to się w dalszym ciągu nieźle czyta.
Niezłe są te wszystkie pułapki, w które nas wciąga Asimov. Może właśnie dlatego, że Asimov nie bawi się w jakieś takie zbyt szczegółowe opisy. Może właśnie dzięki temu ona się tak nie zestarzała. Co sądzisz, Wiktorze?
[10:39] - Jak to mówiłeś, à propos stylu Asimova, to mi się przypomniała pierwsza książka, która mi wpadła w ręce, czyli zupełna prostota, czyli „Pozytronowy detektyw”. To już była powalająca prostota. Przecież dużo wcześniej niż „Koniec wieczności” się pojawiła ta zupełna starość. Muszę powiedzieć, jak się analizuje tą całą populację pisarzy science fiction, którą Ameryka w latach 50., 40. spłodziła, to on był naprawdę oryginałem. On był zupełnie inny. On był właśnie stylny, kostyczny w porównaniu z totalnymi luzakami albo szajbusami kręcącymi się tam wtedy przy tych wszystkich amerykańskich fanzinach i tak dalej. Tam prawie wszyscy pisarze byli totalnie odjazdowi z wyobraźnią, z polotem literackim, bardzo mocno. Asimov był zupełnie inny i chyba dlatego był fajny, że po prostu był sobą. Przez tą inność, przez tą całą watahę, tą sforę tych artystów i pisarzy był akceptowany, bo był oryginalny.
Także to wszystko ma swoje plusy i minusy.
[12:31] - Tak. Jeszcze rzut oka na czat. Marek Chmielewski pisze: „Całe życie czułem rosyjskie napięcie. Mówili na mnie rusofob, nawet jak miałem pięć lat. W końcu się stało. Nie mam satysfakcji, ale się stało.” Marzena Lu: „Ta książka starsza niż ja, ale okładka jako małolatę nie przyciągnęła. Jedna z niewielu uratowanych po pożarze.” To prawda, rzeczywiście wtedy okładki były robione stylem oszczędnym, ale one miały swój urok. A w stosunku do tego, co mówił Wiktor, to przecież w tej samej serii „Fantastyka przygoda” w jej pierwszej odsłonie wyszła na przykład książka „Misja międzyplanetarna” van Vogta. Van Vogt to po prostu człowiek, który opisywał wszystko szczegółowo. „Misja międzyplanetarna” troszkę się postarzała, ale dalej sięgam po nią z sentymentem.
To są zupełnie dwie różne książki, dwie różne odmiany fantastyki. Obie lubię, ale dzisiaj jesteśmy przy Isaacu Asimowie. To jest książka o podróżach w czasie. Powiem tak: podróże w czasie to jest takie zagadnienie, na którym wielu pisarzy poległo. Wbrew pozorom łatwiej chyba pisać o kosmosie niż o podróżach w czasie, bo tu czyhają na człowieka różne pułapki. Logiczne, takie związane z układaniem fabuły. Niebezpiecznie jest pisać o czasie. W dodatku Isaac Asimov zrobił to inaczej niż jego koledzy. Czy takie masz, Wiktorze, wrażenie?
[14:43] - Może w ten sposób. Wiele książek wymyślających jakieś fabuły, zajmujące się podróżami w czasie jako istotą pomysłu, to rzeczywiście są pułapki. To są paradoksy. Zupełnie co innego, jeżeli ktoś bierze ten pomysł podróży w czasie jako tylko pretekst do przestawienia nas gdzieś w inne miejsce i pokazania innej rzeczywistości albo innej historii. Tam po prostu nie ma problemów żadnych. Czy to jest możliwe, czy to jest niemożliwe? Ważne, żeby to był pretekst. Przypomnę taką potężną biblię wydaną kiedyś w Polsce „Przez ocean czasu”. To było tylko po to, żeby nam pokazać ten świat dinozaurów i jakieś zamierzchłe pejzaże, żeby nam, dzieciakom przede wszystkim, uświadomić, że ten świat był kiedyś zupełnie inny. Tam to nic nie razi.
Natomiast to wszystko zagłębianie się w te paradoksy dziadka, pradziadka i powroty i wszystkie takie, niestety tam są pułapki. Tam jest potężna ilość pułapek.
[16:34] - Tak. Jeśli wspomniałeś „Przez ocean czasu” tę powieść, to od razu rzucę nazwisko Korewicki. Ta książka wyszła w latach 50., więc trudno było przez długi czas do niej dotrzeć. Już się przyznawałem, że chciałem ją ukraść z biblioteki szkolnej, licealnej, ale w rezultacie mi się nie udało. Po latach dotarłem do tej powieści dzięki wydawnictwu Solaris. To Wojtek Sadeńko wydał Korewickiego „Przez ocean czasu” w dwóch tomach. I ta książka jest w tej chwili łatwiej dostępna. Teraz już nie Solaris, tylko Stalker Books. Niemniej jednak dotrzeć do niej można. Ale tak jak powiedziałeś, to był tylko pretekst.
Korewicki skorzystał z tego, że istnieje takie oprzyrządowanie, które można zastosować w powieści, żeby pokazać czas przeszły. Natomiast w przypadku powieści Asimova „Koniec wieczności” też mamy pewien eksperyment. Zanim troszeczkę państwu, tym wszystkim, którzy tej powieści nie czytali, uchylę rąbka tajemnicy, o co tam właściwie chodzi. Ale tradycyjnie oczywiście nie będziemy spoilerować zbyt dużo. Powiem tylko tak, że Asimov mnie wtedy nastolatkowi pokazał, że do czasu można mieć podejście dwojakie. Bo ja wtedy byłem, sam nie wiem dlaczego, nie pamiętam już tego po prostu, ale w tych latach 70. byłem przyzwyczajony do tego, że jak coś się w czasie stanie To ma skutki na wiek wieków. Czyli dzieje się, wystarczy, że tysiące lat temu ktoś coś zrobił, ktoś krzywo stąpnął albo ktoś komuś głowę rozbił, a skutki tego, niczym fala niekończąca się, dosięgną nawet naszych czasów. I to jest jedna koncepcja, którą stosują z uwielbieniem różni autorzy. Asimov zaproponował konwencję inną.
Ona mu była potrzebna do tej powieści, o której dzisiaj mówimy. Otóż według jego koncepcji zmiany, które się powoduje w danym czasie, one są taką falą — być może fizycy mnie skrzyczą — ale gasnącą, która powoli, po kilkudziesięciu latach skutki działania czasowego, jakiejś ingerencji w czasie, one wygasają i nie mają wpływu na dalszą przyszłość. Koncepcja jak koncepcja, nie podejmuję się dyskusji, która jest lepsza, która gorsza. Ważne dla mnie było w tej powieści, mówię o „Końcu wieczności”, to, że Asimov dosyć konsekwentnie zastosował tę koncepcję i trzymał się jej. Zawsze chylę czoła przed tymi, którzy- O, i mamy telefon.
[20:06] - I to nie byle jaki telefon, bowiem dodzwonił się do nas Tadeusz Krajewski.
[20:13] - Dobry wieczór.
[20:13] - Dobry wieczór Tadeuszu.
[20:17] - Cześć Marku, cześć Wiktorze. Taką jedną uwagę mam do tego pana, którego nazywano rusofobem, który napisał do was w tym czasie. Isaac Asimov był Rosjaninem, urodził się w Rosji w 1920 roku i jego rodzice uciekli przed bolszewickimi eksperymentami do Stanów. Potem oczywiście już był pod każdym względem stuprocentowym Amerykaninem, ale z pochodzenia był rosyjskim Żydem. I trzeba o tym pamiętać, gdy mówimy o literaturze nie tylko amerykańskiej, ale i rosyjskiej, bo ostatnio niestety, ale ta rosyjska literatura jest ostrzeliwana, jakby sobie zasłużyła na ciężkie baty, a tymczasem jest dużo znakomitej, wybitnej literatury rosyjskiej, o której warto mówić. Więc nie zapominajmy o korzeniach Asimowa. To tak na marginesie. Jeśli natomiast chodzi o to, Marku, o czym mówiłeś na początku, całkowicie solidaryzuję się z tobą, jeśli chodzi o obawy. Natomiast „Koniec wieczności” to książka o czymś zupełnie innym. Właściwie na dobrą sprawę mówi ona o tym, że nie możemy sobie w żaden sposób tak naprawdę zabezpieczyć życia.
„Koniec wieczności” przypomina trochę eksperyment Lema w „Powrocie z gwiazd” — symetryzację. Ludzie przestają być agresywni, nie robią sobie nic złego i życie ich jest właściwie byle jakie. Życie, które trudno nazwać życiem, bo nie ma tam żadnych wyzwań, nie ma tam żadnego ryzyka. I tak samo jest w „Końcu wieczności”. Cała instytucja Wieczność to właśnie taka instytucja, która ma zapewnić ludziom całkowite bezpieczeństwo, a tymczasem nie o to chodzi. I chyba to jest główna wymowa książki i dzisiaj też warto o tym pamiętać. Ludzie muszą dokonywać wyborów.
[22:10] - Taki fajny wątek mi wyjąłeś z audycji. Ale dobrze, bardzo dobrze. Bardzo ci dziękuję za to, że już nie-
[22:24] - Chodzi o to też-
[22:25] - Pójdziemy tym tropem.
[22:27] - To jest w tej książce najważniejsze.
[22:29] - Tak, pójdziemy tym tropem.
[22:30] - Skoro już mówimy o pisarzach rosyjskich i ukraińskich, to chciałbym wspomnieć o pisarzu ukraińskim Wołodii Arseniewie. On był w Bydgoszczy w 2019 roku, jeszcze przed pandemią. On był na Fantazjonie zorganizowanym przez Martę Pać-Kocot w Miejskim Centrum Kultury. Napisał świetne opowiadanie, inspirowane wojną w Donbasie. Gdy wyjeżdżał z Bydgoszczy, było widać, że on tym bardzo mocno żyje i że obawia się tego, co może się wydarzyć. Jest to świetne opowiadanie science fiction, w którym widać przede wszystkim ducha — odważę się to powiedzieć — ducha Strugackich. Zresztą wtedy mu to powiedziałem. On się bardzo ucieszył, że go porównałem z takimi mistrzami. I w tej chwili, z tego, co wiem, bo staramy się monitorować tę sprawę, pytałem się, bo tak naprawdę zorientowana jest przede wszystkim Marta Pać-Kocot. Wołodzia przez jakiś czas siedział w metrze w Kijowie, potem udało mu się wydostać z Kijowa.
W tej chwili prawdopodobnie jest już w Kamaszach i walczy. Mam nadzieję, że będzie kiedyś możliwość spotkania tego człowieka i myślę o tym, że my, miłośnicy fantastyki, powinniśmy w tej chwili być z tymi ludźmi, chociażby duchowo. Wiem, że Wołodzia mnie nie słyszy, ale mogę tylko powiedzieć: „Człowieku, nie daj się zabić”. I to tyle, jeśli chodzi o wątek wojny i o fantastykę. Tych ukraińskich pisarzy dobrych jest więcej. Tak naprawdę to Marta ma tam całkiem niezłe rozeznanie, bo ona dzięki właśnie Wołodii miała okazję swój tekst opublikować w ukraińskiej antologii w tłumaczeniu, nie wiem, kto tego tłumaczenia dokonał. Chyba Wołodzia. Świetnie mówił po polsku, więc myślę, że jako translator tutaj też się sprawdza. Ponadto Wołodia, o czym też warto wspomnieć, już w ogóle na marginesie „Końca wieczności”, bo całkowicie zeskoczyłem z torów. Wołodia też ma od Andrzeja Sapkowskiego pozwolenie na kontynuację przygód Wiedźmina i w ogóle na swobodne poruszanie się w wiedźmińskim świecie.
Może po prostu jako jedyny właściwie pisarz ukraiński, jako jeden z nielicznych na świecie w ogóle, może swobodnie korzystać z pomysłów Andrzeja Sapkowskiego. To tyle uwag na marginesie dotyczących wojny i fantastyki. Ja nie jestem czarnowidzem. Myślę, że to, co się stało, to jest coś bardzo złego oczywiście, ale Marku, mam nadzieję, że się mylisz i że ja bym prosił ciebie o to, żebyś spojrzał na sprawę trochę inaczej, że to wszystko pójdzie w dobrym kierunku. Do ciebie, Wiktorze, też mam taką prośbę.
[25:35] - Wiesz, Tadeuszu, pewno gdzieś tam się to czarnowidztwo przewija. Po prostu trudno mi jest dźwignąć to, co się dzieje. Te wszystkie obrazy, które widzę. Jakoś trudno mi to przyjąć na klatę, że to się dzieje wokół mnie, że to naprawdę się dzieje. Ale zostawmy, bo z drugiej strony, jak sobie pomyślę, że są tacy ludzie, jak na przykład podziwiany przeze mnie w swoim czasie pisarz Łukjanienko, który ma na te sprawy zupełnie inny pogląd.
[26:16] - O nim się mówi „pisarz Ł”. Już zauważyłem. Niektórzy o nim mówią, nie chcą wymieniać nazwiska.
[26:25] - No właśnie, Ł. To dokładnie. Ale Tadeuszu, żeby jeszcze nawiązać do książki, powiedz mi, kiedy ty trafiłeś na „Koniec wieczności”? Pamiętasz?
[26:39] - Boże, Marku, oczywiście, ja nigdy tego nie zapomnę. To jest bardzo ważna książka. Jeśli można teraz wrócić na jakieś prywatne wyznania, to jestem gotów. Marku, ja chodziłem wtedy do ósmej klasy szkoły podstawowej. Byłem po przeczytaniu kilku książek dopiero fantastycznonaukowych. Tę książkę zdobyłem, pamiętam, w księgarni przy Dworcowej. Tam była Księgarnia Rolnicza i tam właśnie stał sobie Asimov. Nie wiedziałem kompletnie, co to jest. Książkę tę potajemnie przyniosłem do domu. Miałem od rodziców zakaz czytania z tego powodu, że dużo czytałem, to chodziłem na wagary i tak dalej.
Same problemy miałem tylko z tym czytaniem. Czytałem oczywiście ją też, tak jak to wielu z nas zapewne robiło, gdzieś pod kołdrą z latarką. Co jest ciekawe, po raz pierwszy zetknąłem się wtedy z terminem science fiction, bo na obwolucie z tyłu było napisane, że Isaac Asimov jest pisarzem science fiction. Ja nie potrafiłem tego wymówić i wspomógł mnie trochę w tym Jerzy Broszkiewicz, który w jakimś programie telewizyjnym, gdy mówił o swoich książkach, użył tego terminu science fiction. I wówczas zorientowałem się, że właśnie ten zapis, taki tajemniczy, należy tak odczytywać. Po raz pierwszy zacząłem wtedy używać tego zwrotu, bo mówiłem po prostu fantastyka naukowa. Bałem się tej książki z wielu powodów, głównie z powodu tytułu. Ty mówisz, że tytuł był dla ciebie bardzo taki majestatyczny, ważny. Ja się go bałem, ponieważ ja byłem wtedy człowiekiem głęboko wierzącym, więc stwierdziłem, że nie może być końca wieczności. Wieczność jest już jakby nam zagwarantowana i w ogóle, jeżeli ktoś pisze książkę pod takim tytułem, to prawdopodobnie jest to rzecz obrazoburcza.
Bałem się jej. Z drugiej strony też myślałem tak trochę, bo co tu dużo mówić, miałem wtedy 14 lat, byłem doktrynowany przez komunistyczną ideologię i w związku z tym miałem też takie pozytywne spojrzenie na świat, zbliżone do katolickiego, nawiasem mówiąc, że ludzkość ma wszystko przed sobą, my się rozwijamy, idziemy do przodu. W związku z tym ktoś tutaj zwiastuje koniec wieczności. Bałem się tej książki. Gdy zacząłem ją czytać, to w pierwszym rzędzie natknąłem się na takie zwroty, które mnie zaniepokoiły. Bałem się, czy w ogóle to jest fantastyka naukowa. Ktoś tam mówi „ojcze czasie” i w ogóle. Zanim się zorientowałem, że to są takie powiedzenia, bałem się, że trafiłem na jakąś historię baśniową. Wtedy jeszcze terminu fantasy nie używałem. Szybko się te obawy na szczęście rozwiały, ale co dla mnie ważne, to była to druga książka obok „Powrotu z gwiazd” Lema, gdzie zostałem postawiony na baczność i zostałem zmuszony do wnikliwego czytania.
Nie była to historia taka właśnie jak ta, o której mówiłeś przed chwilą. Nie był tylko Lewicki, nie była to rzecz przeładowana czasem. Żeby zrozumieć tak naprawdę treść, musiałem się zmobilizować. I czytałem książkę tak dość wnikliwie, żeby po jakichś tam 20 stronach zacząć już ją połykać. Wszystko rozumiałem, wiedziałem, do czego to zmierza i książkę połknąłem. Ta książka nie jest to jakaś jedna z najlepszych książek science fiction, jakie przeczytałem w życiu. Na pewno nie, ale jedna z najważniejszych, ponieważ uczyła mnie czytania. Czytania ze zrozumieniem. To było bardzo ważne. A sama instytucja wieczność, która została przedstawiona w tej książce, robi na mnie do dziś wielkie wrażenie.
Zwłaszcza, że pojawiły się tam pomysły, które dopiero później można było nazwać, ja mogłem nazwać później dickowskimi. Czyli właśnie, że gdzieś ktoś wprowadza jakiś drobny element, umieszcza informację w prasie, która jest nietypowa dla tego czasu, dla okoliczności, w których żyją ludzie. Coś, co my byśmy dzisiaj, gdybyśmy zauważyli w prasie, uznali za jakieś Dziwactwo, na które nie warto zwracać uwagi. Natomiast dla kogoś to jest informacja niszcząca praktycznie całą rzeczywistość, zmieniająca ją diametralnie, mogąca doprowadzić do upadku takiej instytucji jak wieczność. Takie drobiazgi związane z podróżami w czasie w tej książce zrobiły na mnie największe wrażenie, piorunujące wręcz. Ale Dick dopiero był przede mną. Dopiero za kilka lat miałem poznać twórczość Dicka i dowiedzieć się, że właśnie w ten sposób można wpływać na zmianę rzeczywistości. Przez jeden drobny napis gdzieś tam, jakiś drobny napis zrobiony sprayem czy napisany kredą na ścianie. Na Grabińskiego miałem później trafić, który też szedł tymi tropami. Gdzie jakieś drobne informacje gdzieś tam umieszczane nagle prowadzą nas do innego wymiaru, otwiera się jakiś portal.
I tutaj u Asimova zetknąłem się z czymś takim po raz pierwszy. Jest to książka dla mnie bardzo ważna. A jeśli chodzi o „Podziemnego detektywa”, o którym mówił Wiktor, to ja go przeczytałem później, niestety, bo jakoś wcześniej ta książka mi w ręce nie wpadła. To stare wydanie, jeszcze z serii z srebrnym kluczem, bo jako kryminał było to potraktowane. I nie wiem, czy jest to książka, która wytrzyma próbę czasu niesamowicie. A najlepszym dowodem na to jest film sprzed kilkunastu lat „Ja, robot”. Przecież on jest oparty właśnie na „Podziemnym detektywie”. Trochę zmieniając tam oczywiście fabułę i parę szczegółów, ale generalnie rzecz, która się cały czas trzyma bardzo mocno w światowej popkulturze. To tyle takich moich uwag i wrażeń prywatnych.
[32:17] - Dziękuję, Tadeuszu. Bardzo ważne jest to, co powiedziałeś, to porównanie z Lemem, a konkretnie z „Powrotem z gwiazd”. Ono się pojawia bardzo często, kiedy mówi się o „Końcu wieczności” Asimova. To są książki w jakiś sposób bliźniacze, bo też powiedziałeś o tej próbie zagłaskania ludzkości, uczynienia jej życia komfortowym, bezpiecznym za wszelką cenę. Tu właśnie mamy z takim zjawiskiem do czynienia. Za chwilę będziemy o nim mówić i dzięki ci wielkie za zwrócenie uwagi na te pewne pokrewieństwa lemowskiej wizji związanej z „Powrotem z gwiazd”, jak tytuł wskazuje, i z tym zamieszaniem czasowym, a właściwie z tą opieką czasową, którą sprawuje wieczność nad dziejami. To ciekawe zagadnienie. Będziemy pewno o nim dzisiaj mówić więcej.
[33:26] - Życzę udanej audycji.
[33:28] - Dziękujemy.
[33:30] - Ja też dziękuję za możliwość wzięcia przed chwilę udziału.
[33:35] - Pozdrawiamy.
[33:37] - Pozdrawiamy, ale ja się tutaj szybko będę wtrącał i mam nadzieję, że nasz rozmówca to już słyszy u siebie w chacie, bo z tych wątków, tej wiadomości prasowej, która burzy całą rzeczywistość, przecież wynika jedno, że to nie Asimov to wymyślił, ale zostało to wymyślone co najmniej tysiąc lat wcześniej przez tych, którzy konstruowali Biblię, Pismo Święte. Bo tamte biblijne na ścianie „mene tekel feres” było przepowiednią upadku dokładnie. Czyli burzenia rzeczywistości, która się wydawała już nieuchronnie kamienna, stabilna i tak dalej. Bardzo dobre zestawienie. Proszę bardzo, biblijni twórcy również na to wpadli. Świetne, Wiktorze, tylko że ja miałem wtedy 14 lat i po prostu dla mnie objawieniem było to, co pokazał Asimov. Później dopiero oczywiście dowiedziałem się, że w taki sposób można wpływać na rzeczywistość i że wpływano na nią już wielokrotnie. Wiktorze, jeszcze raz życzę udanej audycji. Będę was słuchał. Trzymajcie się.
[35:12] - Pozdrawiamy. Tak, proszę państwa, z czym my mamy do czynienia w „Końcu wieczności”? Otóż przenosimy się za sprawą Isaaca Asimova w odległe bardzo czasy. Uśmiechnąłem się, kiedy to mówiłem, bo na przykład trafiamy do wieku, podkreślam, wieku 2456. Czy państwo tak na szybko są w stanie podać, który to był rok? Pewno trudno by było, ale jednocześnie my skaczemy po tych wiekach, bo tam sama wieczność. Jakby to państwu tak w miarę krótko przybliżyć tym, którzy nie czytali. Otóż oprócz normalnej linii czasowej, gdzie kolejne wieki przyrastają, przypomnę, mamy XXI wiek, a tu nagle 2456. Co z tego wynika? Otóż ludzkość rozwija się troszeczkę, trwa troszeczkę na zasadzie takiej sinusoidy.
Rozwija się jakaś cywilizacja ziemska, później troszkę podupada, później się znowu rozwija. Ale w gruncie rzeczy tego — i tu słowo, którego nienawidzę, ale go użyję specjalnie — tego progresu nie ma, czyli postępu. Jakby ktoś pytał. Ona się słabo rozwija. Wznosi się, upada, wznosi, upada i stąd ten ocean czasu. Stąd ten wiek 2456, który tylko trochę różni się od tych wcześniejszych i późniejszych. Ale oprócz tej linii czasowej istnieje coś takiego, tunel wzdłuż tego oceanu czasu. Czy wzdłuż oceanu może być tunel? Troszeczkę się zakałapućkałem w tym słownictwie. W każdym razie wzdłuż tej linii czasowej jest jeszcze tunel nazywany wiecznością, z którego do dowolnego roku, wieku można przeniknąć i coś tam pracowicie poprawić, żeby się ludzkości krzywda nie działa.
Tak jak powiedziałem wcześniej, jest założenie takie, że owszem, te poprawki są fajne i one oczywiście uszczęśliwiają niezwykle ludzkość, tylko że one są krótkotrwałe. To znaczy, jeśli coś nawet naprawimy, to za jakieś 50, 60, może 100 lat skutki tej naprawy już wygasają się i trzeba coś tam znowu dłubać, poprawiać i tak dalej. Więc ludzie, część ludzkości, która zgromadzona jest w wieczności, czyli w tym takim ponadczasowym, pozaczasowym właściwie miejscu, mają pełne ręce roboty, bo coś tam wiecznie dłubią i uszczęśliwiają ludzkość. Wiecie państwo, można pójść w tych wszystkich porównaniach, odwołaniach nieco dalej. Zresztą wymowa książki też jest taka, czy aby na pewno ci wszyscy, którzy chcą ludzkość uszczęśliwić, oni ją naprawdę uszczęśliwiają? Czy to, że my sprawimy, że ludzie będą bezpieczni, będzie im fajnie i wszystko będzie tak, jak sobie tam wymarzyli, naprawdę sprzyja rozwojowi? Isaac Asimov zdaje się mówić, w każdym razie delikatnie sugerować, że może nie zawsze i może niekoniecznie. Tam jest taki fragment, kiedy on mówi o tym, że ta ludzkość jak sobie siedziała na tej Ziemi i ciągle w tym sinusoidalnym cyklu rozwojowym, to w tym czasie inne cywilizacje, inne istoty gdzieś tam w kosmosie, zupełnie inaczej to u nich wyglądało. A kiedy ludzkość by może chciała gdzieś tam się ruszyć, to spotka się z tabliczką „zajęte”, bo już inni tam trafili i nie bardzo będzie miała gdzie podróżować i nie bardzo będzie mogła ten kosmos eksplorować. To oczywiście taka kropka nad i.
Ale to pierwsze pytanie, czy aby na pewno potrzebujemy takich uszczęśliwiaczy, Wiktorze?
[39:52] - Działania uszczęśliwiaczy zwykle wygasają jak każda energia. Wszystko to, co mówiłeś, bardzo mi przypomina zwykłe oddziaływanie każdego człowieka na rzeczywistość. To wygasanie fali dotyczyło, już tak z grubej rury, na przykład każdego z wielkich ludzi. Aleksandra Wielkiego, Juliusza Cezara, Napoleona. Na początku to było jądro, ognisko raczej wszystkiego, od czego się cała rzeczywistość wyprowadzała. Z biegiem lat to wszystko wygasało, aż potem już ledwo kto pamiętał o tym, że taki człowiek istniał kiedykolwiek. To wygasanie funkcjonuje w każdym wymiarze, bo jest to zasada fizyczna, zachowanie energii. Ta energia się rozładowuje tak samo, jak energia fali kamyka rzuconego na powierzchnię wody, jak i każdej aktywności ludzkiej na powierzchni rzeczywistości. Coś chciałem powiedzieć, ale chyba mi wyleciało z głowy.
[41:39] - Okej, to ja wejdę ci w słowo. Ty sobie myśl o tym, co chciałeś powiedzieć, a ja powiem o czymś takim. Otóż ja sobie zdaję, proszę państwa, sprawę, że w kontekście tego, co dzieje się wokół nas w tej chwili, niejako na naszych oczach, za pośrednictwem środków masowego przekazu, trochę trudno o tym mówić, ale powiem to, że w końcu wieczności mamy do czynienia z taką oto sytuacją, że ten korytarz zwany wiecznością, ci ludzie tam zgromadzeni czuwają, żeby w żadnym z wieków, to są tysiące wieków trwania ludzkości. To są tak odległe czasy, że czasami już ludzie poza tym, że tak się mocno między sobą fizycznie nie różnią, ale na przykład bywają różnice w uzębieniu już. Czyli to są naprawdę olbrzymie przestrzenie czasowe. Jednak przez cały czas czuwa wieczność. I nad czym oni tak czuwają? Żeby właściwie nie zdarzyło się nic, co może doprowadzić do jakichkolwiek konfliktów, a w rezultacie nie mogą zaistnieć żadne wojny. Nic, co wiąże się z niszczeniem, jak to napisano gdzieś, tego najlepszego ze światów. A jeśli już coś się takiego pojawia, ktoś ma takie tendencje, żeby coś tam niszczyć, żeby do jakichś konfliktów prowadzić, to oczywiście interweniuje wieczność i eliminuje zawczasu te konfliktogenne wydarzenia i wszystko jest spokojnie.
Tak jak u Lema w „Powrocie z gwiazd” tutaj gdzieś pada takie nieme pytanie, czy taka zagłaskana ludzkość jest w stanie się tak naprawdę rozwijać, jest w stanie zdobywać i to parcie do przodu nie następuje. Oni sobie tak trwają, pogrążają się w czymś takim sympatycznym. Żyje im się fajnie, dostatnio. Ja wiem, że w kontekście tego wszystkiego, tak jak powiedziałem, co się dzieje, to taka odważna teza, ale mimo wszystko zwróćcie państwo uwagę, bo pomiędzy jakąś dziką wojną, a jednak tak naprawdę ludzkość rozwija się dzięki konfliktom. I ja nie mam na myśli konfliktów wojennych, ale konfliktów chociażby pomiędzy uczonymi, którzy spierają się, jak ten świat wygląda, pomiędzy filozofami, którzy dyskutują o tym, obrzucając się czasami nieprzystojnymi słowami, a czasami bardzo przystojnymi, typu: „mój szanowny kolega co prawda jest wielkim filozofem, ale zupełnie nie ma racji”. Z tego konfliktu tak naprawdę rodzi się nowa myśl. Źle, jeśli to jest konflikt, z mojego punktu widzenia, jeśli ten konflikt przybiera formę okładania się maczugami. Tu maczuga to powiedzmy pewna przenośnia, ale konflikt jest niejako wpisany w nasz rozwój i o tym warto pamiętać. I to, ja myślę, jest przesłanie. Zresztą każdy, kto zna koniec książki „Koniec wieczności” musi to wziąć pod uwagę.
Ja oczywiście tego końca nie zdradzę, co jest kluczem do wyrwania się z tej matni takiego rozwoju ugłaskanego dzięki wieczności. Tego nie zdradzę, ale to też jest pewna sugestia, że może jednak powinniśmy pomyśleć, że nie ze spijania sobie z dziubków, przytakiwania sobie bierze się rozwój, tylko z intelektualnego przynajmniej konfliktu, ze sporu, z dyskusji i tak dalej. Czy ty sobie, Wiktorze, już przypomniałeś, co miałeś powiedzieć?
[45:58] - Tak. Z intelektualnych konfliktów, Mareczku, zwykle guzik wynika.
[46:05] - O, nieprawda! Ja ci teraz przerwę z pełną premedytacją, bo przepraszam, czy Mikołaj Kopernik, już zostańmy przy tym najbardziej popularnym przykładzie, chciał ruszyć na Watykan, żeby go spalić za głoszenie systemu ptolemejskiego? Nie. On po prostu powiedział: mylicie się, nie macie racji. No to tyle.
[46:35] - No ale Kopernik nie miał zastrzeżeń co do istnienia Boga, natomiast miał tylko zastrzeżenia i jego atak na Watykan był wykluczony. Natomiast i tak dalej. Ja tylko przypomnę wam niedawną rzeczywistość, właściwie całą, do której się państwo jeszcze odnosili, czyli kwestię podboju kosmosu. Ten podbój kosmosu istniał tylko i wyłącznie w czasach zimnej wojny, a potem zdechł tak, jak mu pisane było, bo do tego są potrzebne pewne siły uderzeniowe. Wy macie pojęcie w tej chwili, jak w tej chwili muszą pracować mózgi, laboratoria, biura konstrukcyjne w takich Stanach Zjednoczonych, żeby móc panować nie tylko, że tak powiem, żeby te drony mogły sobie nie krążyć tylko w naszej atmosferze, ale żeby również mogły nadzorować, że tak powiem, Ziemię bezpośrednio z przestrzeni kosmicznej i to dynamicznie po prostu. I trzeba sobie powiedzieć, że to z dnia na dzień będzie gotowe po prostu, bo jest czas na dopał.
[48:22] - Wiktorze. Ja myślę, że nie wiem, czy wbrew intencjom, czy zgodnie z intencjami, ale trochę potwierdziłeś to, co mówiłem wcześniej. Dlaczego? Już tłumaczę. Otóż gdzieś tak po '89 roku, a właściwie po '91, kiedy upadł Związek Radziecki i zaczął się po prostu rozsypywać na naszych oczach, świat stał się jednobiegunowy.
[48:54] - Tak.
[48:55] - Były wielkie Stany Zjednoczone, które narzucały Pax Americana wszystkim i po co oni mieli latać w kosmos? Nie było żadnego napędu. Zobacz, kiedy Chiny się wzmocniły. Ja wiem, to jest bardzo uproszczona wersja, proszę państwa, więc zdaję sobie sprawę, że nieco pewne rzeczy przejaskrawiam i prymitywizuję, ale podążcie państwo za mną, może do czegoś jednak doprowadzę. Otóż ten jednobiegunowy świat nie miał szans na rozwój. I to jest dokładnie to, co się dzieje w „Końcu wieczności" i to, co się dzieje u Lema w tym zbetryzowanym świecie „Powrotu z gwiazd". Kiedy pojawiły się Chiny i Chiny miały ochotę wysłać łazika na odwrotną stronę Księżyca, miały ochotę w ogóle podbijać kosmos, to nagle Stany Zjednoczone zainteresowały się tym, że może by warto wrócić na Księżyc, a może by warto polecieć na Marsa. Może w ogóle by warto. Okazuje się, że znowu to, co powiedziałem wcześniej, świat, szukam słowa, czy skonfliktowany, świat, który nie podąża w tym samym kierunku, tylko ma różne wizje rozwoju, jest chyba światem, który z punktu widzenia rozwoju, znowu takie dosyć podejrzane słowo, ale z punktu dziejów ludzkości jest chyba bardziej pozytywny niż świat jednobiegunowy. I owszem, dzisiaj część ludzi żałuje tego Pax Americana i tego, że Stany Zjednoczone tupnęły, to wszyscy kładli uszy po sobie i wszystko było w porządku.
Dzisiaj świat się stał bardziej skomplikowany, jak dla mnie trochę za bardzo, ale zostawmy moje rozterki na boku. Natomiast mimo to zauważam, że świat, który rządzi się logiką sporu, jest światem, który z punktu widzenia ludzkości i rozwoju jest światem pożądanym. Tak bym to sfinalizował. Teraz mówisz, Wiktorze, ty.
[51:11] - Tylko że ja ci nadepnąłem na ten cały intelektualizm. Tu niestety intelektualne rozważania, intelektualne spory są bardzo dobre, ale nie mają tak zwanej mocy przerobowej na rzeczywistość. To są takie akademickie dyskusje intelektualne. Tu można wszystko. Tu można tworzyć genialną literaturę, tu sobie można wyobrażać, ale żeby to przekuć w jakąś materię, to marnie to widzę. A ja tutaj się odniosę bardzo chętnie do jednej rzeczy. Bardzo dobry był ten Tadeusza Krajewskiego wywiad z tym „Powrotem z gwiazd" Lema.
[52:05] - Mówię o tym przecież. Dokładnie.
[52:08] - Zwróćcie uwagę na jedną rzecz. Otóż może to dziwne, że to się wszystko bardzo pięknie rymuje, ale nasz świat zafundował sobie taką betryzację. Dokładnie, myśmy tą betryzację mieli. Ta betryzacja to jest po prostu wczesne nasze wyobrażenie demokracji. To się nawet pięknie rymuje. Betryzacja i demokracja, która ma zapewnić pokój, szczęście i dobrobyt na wieki wieków tym, którzy, oczywiście nie całemu światu, tylko tym-
[52:48] - Please, Wiktorze, coś chcę powiedzieć. Muszę ci wejść w słowo. Tradycyjnie już oczywiście, ponieważ ja tu mam chyba w tej audycji patent na przerywanie wszystkim i wszędzie i będę się smażył za to w piekle. Trudno, biorę to na klatę. Natomiast wbrew pozorom powiedziałeś to, co sam bym chciał powiedzieć, tylko moim zdaniem z pojęciami przegiąłeś pałkę, bo istotą prawdziwej demokracji, albo też tej demokracji, którą chcemy uznawać za prawdziwą, wbrew pozorom jest duża różnica, jest właśnie spór. A tymczasem Pax Americana i w ogóle te czasy tłustych kotów przyniosły nam taką oto wizję świata, że demokracja to jest, jak wszyscy się ze sobą zgadzają. To jest oczywiście bzdura. Natomiast zaczęło to nam sączyć powoli coś takiego, że istnieje tylko jedna dobra ścieżka rozwoju, w której wszyscy się ze sobą zgadzają, w której wszyscy mówią sobie tak, tak i mam to samo zdanie co ty. Podążmy dalej i ściągajmy do siebie wszystkich, którzy myślą tak samo. Z takiego wspólnego myślenia o tym samym nie pojawia się w takim myśleniu ferment, nie pojawia się w takim myśleniu zmiana.
Wszyscy się ze sobą zgadzają, wszyscy mówią tak, tak, oczywiście. A co więcej, jeszcze mówią: „A jak ktoś myśli inaczej niż my, to jest zły". Czy nie masz wrażenia, że w takim świecie żyliśmy, że istnieje tylko jedna definicja dobra, jedna prawda, a każdy, kto się z nią nie zgadza, z tym dobrem i z tą prawdą jest zły, jest podły. Jak on może w ogóle żyć? Powinien natychmiast zginąć, powinien być starty z tego świata, bo on zaburza nam święty spokój. Co to ma wspólnego z demokracją?
[55:02] - Tak, mam wrażenie, że chyba to zrozumiałem. Czyli wszyscy mają spijać ambrozję do końca rzeczywistości? Nie, końca przecież nie będzie. Natomiast zawsze mi smakował bimber.
[55:21] - Dokładnie!
[55:23] - Jeśli by ktoś uszczęśliwił ten świat bimbrem, to świat by w pewnym momencie zapomniał, że żeby był ten bimber, musi najpierw powstać zacier, który jest brudny.
[55:41] - Śmierdzi.
[55:44] - Śmierdzi i tak dalej. A potem dopiero się pojawia subtelność.
[55:49] - Ale problem polega na tym, Wiktorze, że tak samo walczyłbym z tobą, gdybyś ogłosił świat, w którym wszyscy piją bimber. To byłby tak samo nieznośny świat jak ten, w którym wszyscy piją ambrozję. Wolność i sens tego świata polega na tym, że byli tacy i jeszcze inni, którzy piją zupełnie coś innego. Nie wiem, hemolak chociażby czy jakąś inną benzynę. Nieważne. Chodzi o to, że w mnogości jest siła, a nie w tym, że wszyscy sobie z dzióbków spijają. Może się państwu wydać, że przydługo o tym dyskutujemy, ale w gruncie rzeczy o tym jest „Koniec wieczności”. A w każdym razie o tym też jest „Koniec wieczności”.
[56:42] - Tak, chciałem to nawet podkreślić, że przecież ci wszyscy z „Końca wieczności” uszczęśliwiace, bo w sumie to uszczęśliwiace, Archimow tak ich nie nazywa, natomiast to są uszczęśliwiace u Achimowa. Zresztą bardzo podobnie funkcjonują u Strugackich ci nielubiane przez ciebie, Marku, progresorzy, bo oni już tam byli, zanim się progresor pojawił w naszej rzeczywistości. Ci progresorzy też mają problemy i czytając Strugackich dociera do nas świadomość właśnie tego, że to uszczęśliwianie na siłę, w wypadku Strugackich to było przeciwko komunizmowi, przeciwko ideologiom komunistycznym skierowane. Natomiast ideolodzy takiej totalitarnej, dokładnie, pięknie to pasuje, totalitarnej demokracji tak samo powinni być na odstrzał.
[58:05] - Tak. Wiecie państwo, my przez długi czas przyzwyczailiśmy się do takich radosnych wariatów, którzy mówią, że oni wiedzą, jak powinno być. I tak właśnie powinno być, a nie inaczej. Ale to, myślę, jest wątek, który już sobie darujmy, bo wejdziemy w politykę bieżącą, a to chyba nie ma sensu. Już państwo przy głośnikach doskonale wiedzą, o czym mówimy. Świat jednobiegunowy, obojętnie czy jest w wieku XXI, czy w wieku dwa tysiące którymś, jest tak samo nieznośny i próby pudrowania, czesania, wygładzania tak naprawdę robią krzywdę ludziom. Nie ma rozwoju, to jest brak rozwoju po prostu.
[58:55] - Zobaczcie, Marku, zwróćcie uwagę wszyscy na coś takiego genialnego jak Chiny. Otóż te Chiny, które były z wieku na wiek najeżdżane przez Mongołów, przez plemiona nomadyjskie, azjatyckie i tak dalej, te Chiny się bardzo dynamicznie rozwijały. W momencie, kiedy sobie same zbudowały chiński mur, przetrwały do naszej rzeczywistości już prawie, czyli do tej naszej, kiedy żeśmy dzięki odkryciom geograficznym trafili krótszą drogą, te Chiny przetrwały w miejscu przez prawie 2000 lat.
[59:59] - Wspomniałeś o Chinach, to ja muszę zrobić małe lokowanie produktu. Otóż w tym tygodniu, który właśnie się kończy, ruszyła audycja w Radiu Paranormalium oraz Bóg Radiu. Równolegle ta audycja będzie chodziła we wtorki. Audycja, którą produkujemy wspólnie z panem Piotrem Plebaniakiem, nosi tytuł „Telegram z krańca świata”. Ostatnio mówiliśmy o Ukrainie, a w najbliższej audycji wtorkowej będziemy mówili o — Piotr Plebaniak wydał kiedyś książkę o 36 fortelach wojennych stosowanych przez Chiny — będziemy mówić o tym, kto tak naprawdę, oczywiście to są wszystko teorie, tego nie należy brać jako prawdę objawioną, ale z punktu widzenia geopolityki pan Piotr Plebaniak powie nam Jak to może być? Kto kogo podpuścił i wypuścił, wpuścił wreszcie w tę sytuację, która ma miejsce za naszą wschodnią granicą? Bo my dzisiaj, i słusznie, narzekamy na pewnego gościa z Moskwy. Życzymy mu jak najgorzej, a w każdym razie wielu tak robi. Ale może się okazać, że ten gość jest tylko pionkiem na szachownicy. Podłym, wrednym, ale pionkiem.
Bo może to zupełnie inaczej wyglądać. I jeśli państwo teraz myślicie, że ja, nawiązując do Chin, to właśnie Chiny są wszystkiemu winne, to niekoniecznie. Myślę, że po rozmowie z panem Piotrem Plebaniakiem to może być nieco bardziej skomplikowane. Dlatego państwa na tę audycję, na drugi jej odcinek zapraszam. Przypomnę, w najbliższy wtorek zarówno w Radiu Paranormalium, tu godzina jest nieco zmienna, bo związana z audycjami na żywo, jak i w Book Radio około 18:00. To zależy od długości odcinka. Około 18:00 pojawia się „Telegram z krańca świata”, a w nim Piotr Plebaniak próbuje nam wyjaśnić, jak to z tym światem jest. To było krótkie lokowanie produktu. Wróćmy zatem do „Końca wieczności” Isaaca Asimova. My tutaj o czasie, o tym, że to jest specyficzne pojęcie czasu.
Chciałbym powiedzieć, że nie wiem. To jest pytanie do ciebie: czy ty potrafisz wymienić tak... A nie, jeszcze miałem wcześniej. Jak wszystko spalam dzisiaj. Czy ty, Wiktorze, napisałeś jakieś opowiadanie o podróżach w czasie?
[01:02:57] - Zwrócę uwagę, że również Stanisław Lem nigdy nie napisał-
[01:03:01] - Właśnie po to. Nie pal mi puenty, ja cię błagam. Nie ustaliliśmy tego, ale dobra, w porządku. Odpowiedz teraz na pytanie.
[01:03:11] - Otóż również nie pisałem o podróżach w czasie, gdyż prawdopodobnie tak samo jak Stanisław Lem uważam ten pomysł za absurdalny. Choćby z jednego względu. Po pierwsze jest to tak zwane masło maślane, czyli wymyślane podróże w czymś, co zostało wymyślone. Bo myśmy ten czas, pojęcie czasu totalnie wymyślili. Być może tego pojęcia czasu w ogóle nie ma. Nie istnieje coś takiego we wszechświecie.
[01:03:52] - Pojęcie jest. Być może ze zjawiskiem są pewne niuanse.
[01:03:59] - Tak, czas w ogóle nie istnieje, więc pisanie o podróżach w czymś, co nie istnieje, byłoby zupełnie... Z punktu widzenia tego, co właśnie zastosował choćby pisarz polski w tym „Ocalenie czasu”, to może być coś takiego bardzo proste. Zresztą ja sam tego nie zrobiłem. Natomiast z Markiem Żelkowskim to pokroiliśmy przecież coś takiego przypominającego, że tak powiem, maszynę czasu. Lem również tego nie robił, ja tego nie robiłem. Poza tym, żeby tego nie robić, trzeba było najpierw przeczytać Asimova, przeczytać wszystkie problemy związane z tymi podróżami w czasie, żeby sobie uświadomić własne rozterki.
[01:05:08] - Wiesz co? I tak, i nie, bo chodzi o to, że ja mam podejrzenie, że Isaac Asimov chyba również entuzjastą podróży w czasie nie był. Natomiast ta dosyć misterna konstrukcja, która pojawia się w „Końcu wieczności”, to chwała podwójna mu, bo z jednej strony potrafił skonstruować w miarę logicznie zbudowany świat, ale nie po to, żeby fascynować się tym, że człowiek podróżuje w czasie, tylko żeby przedstawić pewien problem. Tu oczywiście mogą się pojawić spory, czy to jest problem filozoficzny, czy to jest problem, sprowadźmy do człowieka, do jednostki, egzystencjalny dla danej jednostki czy jakikolwiek inny. Nie wnikam w to. On w każdym razie te podróże w czasie, ta wieczność to jest pewien pretekst, którego używa niezwykle barwnie. To jest powieść, która przy całej oszczędności języka, o którym mówiłem, takiej dialogowości tej powieści, to jednak jest powieść, która wciąga, absolutnie czaruje. Mówił o tym Tadeusz, wiele osób o tym pisze w internecie. Są też tacy, którzy mówią: „Nie rozumiem, nic nie rozumiem. Przeczytałem 20 stron i nic nie rozumiem, i zostawiłem to, bo nic nie rozumiem”.
To mniej więcej jeden z cytatów. Taki bardzo luźny, bardzo swobodny cytat, ale sprowadzający się mniej więcej do tego rodzaju wyznań. Natomiast tak naprawdę to jest książka o czymś zupełnie innym, ale jednocześnie, i tu ten podziw przeze mnie jakoś tak słyszycie państwo, że się przebija to Pomimo że to jest książka o czymś zupełnie innym, to jednak jest skonstruowana, jak na naukowca przystało: logicznie, sensownie, z pewnym oczywiście założeniem. Chociażby tym założeniem jest to wygaszanie fali czasowej, o której wspomniałem wcześniej. Niemniej jednak ten świat, który kreśli nam Isaac Asimov, jest jak najbardziej spójny. Oczywiście jak ktoś będzie bardzo chciał, to coś tam znajdzie. Bo w ogóle powieści biorące na warsztat czas mają zaszyte w sobie dużą porcję popełniania błędów. W każdym razie możliwości. Albo wtedy trzeba stosować niedopowiedzenia, albo ciężko się wymknąć jakiemuś błędowi logicznemu. Isaacowi Asimovowi udaje się to.
Udaje mu się uciec przed tymi błędami. Co więcej, ta konstrukcja, którą tworzy, pełni rolę rusztowania. Te podróże w czasie pełnią rolę takiego rusztowania dla czegoś więcej. Akurat ja nie jestem wielkim entuzjastą prozy Asimowa. Lubię, cenię i doceniam, ale mam kilku bardziej ulubionych pisarzy. Jednak muszę przyznać, że „Koniec wieczności”, tak jak zresztą Tadeusz powiedział, a może jeszcze ktoś to powiedział, to może nie jest najlepsza książka Asimowa, ale to jest bardzo dobra książka.
[01:08:49] - Jeśli mogę poanegdotyć sekundę, to po raz któryś przywołam to, że miałem zaszczyt poznać i trochę sobie nawet pogadać z Asimowem przy dobrej whisky. Otóż-
[01:09:07] - Ale ci zazdroszczę.
[01:09:09] - Marek. Nie. Whisky była dobra, Asimov też. Natomiast widzisz, jak ty się zachwycasz logiką, logicznością Asimowa, to ja puchnę ze śmiechu. Bo myślę, że Asimov nie byłby w stanie napisać książki nielogicznej. On był bezwzględnie do końca kostny, logiczny, bo tak naprawdę w tym świecie pisarzy amerykańskich był jedyny chyba nie artysta, ale inżynier, który po prostu zajął się literaturą. A inżynieria musi być bezwzględnie logiczna, bo to jest zwykle prosta, jasna, klarowna matematyka, a nie sztuka, w której można sobie pobredzić tu i ówdzie, ale uczynić to tak pięknie, że wszyscy padną na kolana. Asimov rzeczywiście był inżynierem literatury i to właśnie stanowi o jego wyjątkowości, praktycznie biorąc, w tym świecie rozchełstanego późniejszego artyzmu.
[01:10:32] - À propos Isaaca Asimova to jest facet, który sam o sobie mówił, że ma nieokiełznaną potrzebę pisania. Mówił o tym, że właściwie jak widzi czystą kartkę papieru, to może nawet mieć podłoże seksualne, ale po prostu musi ją skalać, tę kartkę papieru, jakimś swoim tekstem. Nawet wspominał o tym. Musicie państwo przyjąć to, że to były zupełnie inne czasy. On mówił nawet o tym, że ma kilka maszyn do pisania. Na każdej z tych maszyn ma inną powieść czy inny utwór literacki, który akurat pisze i po prostu przerzuca się z jednej maszyny na drugą. Więc on pisał czasami po kilka rzeczy naraz. To był człowiek, który pisał książki popularnonaukowe, pisał fantastykę naukową, pisał kryminały, bo o ile dobrze pamiętam, w serii z kolei z jamnikiem ukazała się w latach 60. albo 70. „Powiew śmierci”.
Taki typowy kryminał dziejący się w środowisku chemików. O ile dobrze pamiętam. Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłem. Takie pisanie na morgi ma w sobie niebezpieczeństwo zaszyte takie, że człowiek wcześniej czy później zacznie odwalać chałturę. Być może się zdarzało. Nie znam wszystkich utworów, które napisał. Ale wiecie państwo co? Zerknijcie sobie do Wikipedii, ile ten facet w życiu napisał. To, co jest w Wikipedii, raczej angielskojęzyczną polecam. Tam chyba będzie tego więcej.
To naprawdę robi wrażenie. Cykle, które stworzył i ten fundacyjny, taki bardzo znany. Cykl „Imperium Galaktyczne”, cykl „Roboty”. Tam mamy „Ja, robot”, ale mamy „Pozytonowego detektywa”. On się chyba w 60. latach jako pozytronowy detektyw ukazał. Później zmieniono mu tytuł. Na początku był pozytronowym detektywem, później pozytonowym. A w ogóle po angielsku tytuł tego to jest chyba „Stalowe jaskinie”. Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłem.
Trzecią z kolei książką jest „Nagie słońce", a późniejszych to już nie pamiętam, niestety. Ale naprawdę to był facet, który produkował książki. Słowo produkował w języku polskim ma pejoratywne znaczenie. To był facet, który miał manufakturę i dopieszczał te książki. Jest taki cykl o małym demonie, który z człowiekiem ma pewne konszachty. To są zabawne miniaturki literackie, ale są absolutnie dopracowane. Ja pierwszy raz się zetknąłem z tymi miniaturkami o małym demonie w magazynie Isaaca Asimova Science Fiction Magazine. Tam to się ukazywało i to znowu były perełki. Zakręcona akcja, a jednocześnie pewna dosyć absurdalna sytuacja wyjściowa zawsze. To wszystko dopracowane.
Ten demon chyba Azazel się nazywał. Bierzcie państwo to wszystko w duży nawias. Sprawdzajcie, bo jak Żelkowski usiłuje wytrząsnąć coś ze swej pamięci, to jest duża szansa, że sporo powie rzeczy całkiem okej, ale coś tam wcześniej czy później pomyli. Warto sprawdzać. To tyle tytułem reklamy Isaaca Asimova. Macie państwo teraz na ekranach netflixowych, o ile dobrze pamiętam, „Fundację" na podstawie wielkiej sagi „Fundacja". Ile tych książek było? Ja zawsze zatrzymałem się na trylogii, bo to do pewnego momentu była trylogia napisana w latach 50. Była „Fundacja", „Fundacja i Imperium" i „Druga Fundacja" i to napisał kolejno w '51, '52 i '53. Później było długo nic.
Przez 30 lat zamilkł, a później jeszcze w latach 80. sprokurował kolejne trzy albo cztery tomy. Cztery tomy jeszcze powstały. No więc pecunia non olet, ale z drugiej strony to nie były złe książki. Więc proszę, czasami się wraca do starych pomysłów. Mówię o tym tak dużo, żeby po prostu przybliżyć państwu sylwetkę pisarza. To taki nietuzinkowy, nawet jak na amerykańskim rynku, nietuzinkowy pisarz. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ale to ty z nim siedziałeś i sączyłeś whisky, to powiedz coś jeszcze.
[01:16:25] - Nic. Jak mówiliśmy o wygasaniu fali po Aleksandrze Macedońskim czy po Juliuszu Cezarze, czy po Napoleonie, to fala po Asimovie jeszcze się rozchodzi i będzie się jeszcze długo rozchodziła.
[01:16:41] - Przez jakiś czas na pewno. Wiktorze, my tu gadu, gadu. Mówimy sobie sporo o tym, co się dzieje w książce „Koniec wieczności", a ani ty, ani ja, żaden z nas nie powiedział o tym, że to jest również książka. I tu uwaga, to jest książka o miłości. Przecież pewne działania, które podejmuje bohater, one są w takim szowinistycznym, seksistowskim stylu, ale podejmowane dlatego, że bohater się po prostu zakochał i on jest gotowy rozwalić cały świat. Tu cudzysłów oczywiście, rozpierdzielić to wszystko, byle ta miłość i tak dalej. Ja kpię oczywiście w tej chwili, państwo to doskonale czują, słyszą. Ale pomimo że kpię, może to jest forma jakiejś samoobrony albo obrony, to jednak warto zwrócić uwagę, że ta miłość, którą wplata tutaj Asimov, nie jest wpleciona tak bez sensu, zupełnie od czapy. Ona odgrywa w tej opowieści dosyć ważną rolę. Co więcej, to w gruncie rzeczy, może się część osób ze mną nie zgodzi, może jakieś zadeklarowane feministki, ale w gruncie rzeczy jest piękna opowieść o tym, jak to proste uczucie może wstrząsnąć losami świata, czy w tym wypadku wieczności.
W każdym razie odgrywa ono ważną rolę. To teraz mówisz, Wiktorze, ty.
[01:18:35] - To jest oczywiste, że najważniejszy i najmocniejszy konflikt, na który jesteśmy skazani na wieczność, to jest właśnie konflikt między kobietą a mężczyzną. Konflikt, który czasami wyrodzi burzę z piorunami, ale bardzo często kończy się czymś najpiękniejszym na świecie, chociażby nowym pokoleniem. Bez tego konfliktu nie byłoby tego. Jeżeli ktoś chce, a takie tendencje dzisiaj są, żeby nas uszczęśliwić przez to, żeby się pozbyć konfliktu, również pozbywając się płci jako takiej, a przynajmniej różnicy między płciami, to jest też Takim właśnie totalitaryzmem, który dąży do tego, żeby zamienić wszystko w ciepłą papkę. A tam, gdzie jest mężczyzna i kobieta, tam ciepłej papki być nie może. Tam jest zawsze gorąco.
[01:19:55] - Wiesz, to jest tak, że ty mówisz o tym nowym pokoleniu, tak to ujmijmy. Ale ja widzę w tej opowieści, którą snuje Asimov, również taki element, pewno przesadzę, przegnę pałkę, ktoś się na mnie obrazi, ale jakiejś takiej rycerskości. On dla tej kobiety jest w stanie zrobić wszystko. Niech się świat pogrąży w chaosie i ruinie, byle to zostało dopełnione. Ja się uśmiecham przy tym, bo to są takie schematy, ale przyznam, że Asimov robi to nieźle. Przy całym moim kpiarstwie i w tej chwili uśmiechaniu się, to ja jednak mu w jakiś sposób zazdroszczę, że on robi to bezpretensjonalnie. To nie jest tępa dzida wetknięta w czoło czytelnika, która mówi: „Zakochał się, zakochał i teraz wszystko...”. Nie, to jest w gruncie rzeczy bardzo dobrze podany przepis na akcję w tej książce. Właściwie nie akcję, tylko motor napędowy tej akcji. Nagle mężczyzna czuje się zobowiązany, jakkolwiek to państwo odczytacie, i działa.
Podejmuje to działanie, jest gotowy zafundować ten tytułowy koniec wieczności, byleby tylko stało się tak, jak się ma stać. Trochę żałuję, już tradycyjnie, że nie mogę spoilerować, ale sami się państwo przekonajcie, jak to jest z tą wiecznością. To nie jest niszczenie dla niszczenia. To się robi po coś.
[01:21:51] - Przypomnę ci, że Odys nie atakował Troi dlatego, bo mu się Troja podobała. Tylko kiecka.
[01:22:06] - Z drugiej strony zobacz. Nie, kiecka jak kiecka, bo to raczej kto inny. Natomiast Odys, patrz jaki zawzięty, 20 lat wracał i wrócił. I jeszcze później wystrzelał z łuku tych wszystkich zalotników, co mu się do Penelopy dostawiali. Znowu opowieść o miłości, ale czy aby na pewno tak nieprawdziwa? Moim zdaniem bardzo prawdziwa. Grecy mieli to wyczucie, że oni uderzali we właściwe struny. W Grecji się w końcu pojęcie pewnej harmonii zrodziło i tam bardzo dobry motyw był.
[01:22:52] - To się nie tylko w Grecji, ale równolegle na Wschodzie się przecież jantim pojawiło. To jest rzecz, która, jak my mówimy, Marek, dzisiaj o potrzebie konfliktów czy potrzebie pewnej tej, to przecież to jest holender jasny, najpiękniejszy konflikt, jaki może być. I gdyby tylko ten konflikt istniał na świecie, to myślę, że również postęp techniczny, naukowy i kulturalny by istniał, bo faceci dla bab potrafią wszystko, a baby-
[01:23:42] - Ale Wiktorze, halo, halo, hamulec wciskajmy. Nie do końca, bo znowu pójdę śladem tego, co się dzieje w pewnym przybliżeniu w „Końcu wieczności”. Otóż facet, który się nie może popisać, jakieś to znowu szowinistyczne. Same plusy ujemne łapiemy u środowisk feministycznych. Otóż facet, który nie może popisać się przed kobietą, na przykład jak gnoi innego faceta, będzie się czuł taki niespełniony do końca. On go nie musi fizycznie gnoić, może go gnoić intelektualnie, nawet już go nie musi gnoić, może wykazać swoją wyższość po prostu i tak dalej. Znowu trywializuję i specjalnie sprowadzam to do parteru, ale coś w tym jest, że kobiety czasami są siłą napędową do dobra, ale też wyzwalają w mężczyźnie czasami te nie najlepsze cechy, które pewno są potrzebne z racji tego, że on jest mężczyzną właśnie, a nie jakimś tworem w rurkach z torebeczką, tylko jest facetem. I wtedy on pokazuje, że tym facetem jest. I to, co ja mówię w tej chwili, jest bardzo szowinistyczne i takie bardzo nietrendy, przynajmniej w tej chwili. I być może się mylę, ale coś takiego jest, że faceci lubią się popisywać czy to swoją potencją intelektualną, czy też fizyczną.
W każdym razie lubią dawać popis. Coś w tej książce również jest. To nie jest na pierwszym planie, ale ten facet, tak jak powiedziałem, w pewnym momencie jest gotowy spalić ten świat, spalić tę rzeczywistość, byle tylko pewne rzeczy, pewne marzenia, pewne fascynacje się zrealizowały.
[01:26:04] - Jak ty pięknie, Marku. Jak ty pięknie mówisz: „Pewne marzenia.”
[01:26:09] - Ale Wiktorze! Nie. Właśnie widzisz, a specjalnie o tym mówię. Fajnie, że się z tego śmiejesz, bo zauważ, że zgodnie z pewną linią, którą wyznaje Asimov, jak się państwo spodziewacie jakichś scen erotycznych w tej książce, takich mocno zarysowanych, nie ma. Przepraszam, ale nie ma. Jakichś specjalnie miłosnych, rozbudowanych. Nie. Natomiast to jest bardziej opis stanu ducha faceta, który po prostu jest ostro nakręcony. I już. Dlatego mówię o tym w taki sposób, bo Asimov jest, tak jak powiedzieliśmy w pewnym momencie, oszczędny w słowach oraz oszczędny w opisie różnych sytuacji, między innymi tych damsko-męskich.
Jakoś nie eksponuje specjalnie. On o nich mówi, on je zauważa, ale ich nie eksponuje w tym, co pisze. To też jest w jakiś sposób rzecz, która w czytelniku budzi wyobraźnię i budzi napięcie. Dokładnie tak, jak ja to robiłem przed chwilą, opowiadając w taki sposób, w jaki opowiadałem o tym, co ty wiesz i państwo również. To tak mniej więcej wygląda. Natomiast Wiktorze, wcześniej czy później musiało nas to dopaść, więc niech to będzie teraz. Porozmawiajmy trochę o tej rzeczy, o której powiedzieliśmy, że nie jest w tej książce najważniejsza, ale niemniej jest. Czyli o czasie. Ty już powiedziałeś, co myślisz na temat czasu, to jasna sprawa. Natomiast porozmawiajmy bardziej o tych mechanizmach.
Bo ta książka, gdzieś to też zasygnalizowałem, pokazała mi inne podejście do czasu. Zanim do tej książki dotarłem, tak jak wspomniałem, byłem nastolatkiem. Kto wie, czy nie w podobnym wieku. To był inny czas oczywiście, ale w podobnym wieku jak Tadeusz Krajewski. Miałem 13, może 12, a może 14 lat. Nie wiem, nie pamiętam, kiedy ściągnąłem to z półki rodziców. Natomiast, co jest ważne, ja wtedy byłem już po lekturze książki Herberta George'a Wellsa „Wehikuł czasu” i na temat podróży w czasie miałem, jak mi się wówczas wydawało, świetne pojęcie i wspaniale się w tym orientowałem. I tu nagle, proszę państwa, taki ząb, że to zupełnie coś innego było. Co więcej, ja wówczas byłem po lekturze książki, która stała z kolei na półce mojego wujka. Pewnie teraz się wyrąbię, bo nie pamiętam tytułu.
Książka wydana w latach 50., która była zbitką opowiadań takich pisarzy jak Frederick Brown, klasycy fantastyki oraz takich opowiadań czy opowieści właściwie z pogranicza nauki i techniki. Tam było między innymi o pierwszym przekroczeniu dźwięku przez samolot. Tam była również historia o tym, jak ładunek plutonowy doprowadził do śmierci jednego z laborantów i tak dalej. Ale w trzeciej części były opowieści z gatunku science fiction i tam było opowiadanie o podróżach w czasie. To było opowiadanie, które wychodziło z kompletnie innego założenia niż to, z którego wychodzi Asimov. A mianowicie wspominałem już o tym: choćbyśmy milion lat temu zdeptali jakiegoś motylka, to i tak ta fala dotoczy się do naszych czasów i na przykład spowoduje, że Wiktor będzie nosił nie brodę i wąsy, ale będzie się golił na łyso. Jaki jest związek z tym rozdeptanym motylkiem milion lat temu? Nie pytajcie. Nie wiem, ale to przynajmniej jeden z autorów w tej opowieści... „W stronę piątego?” Nie, jakoś to się nazywało.
Nie pamiętam.
[01:30:51] - „W stronę piątego wymiaru.”
[01:30:54] - Chyba jeszcze inaczej. W każdym razie sprawdzę.
[01:30:58] - „Szósty wymiar.”
[01:31:00] - Nie, to z kolei chyba jest jakaś opowieść Fijałkowskiego. Dobra, postaram sobie przypomnieć. Natomiast ta opowieść w tym tomie, połączona zresztą z opowieścią Wellsa, wydawało mi się, że oni już mi wszystko o czasie powiedzieli. A tu się zjawia Asimov i mi wszystko rozpierdziela, a w dodatku robi to tak, że ciężko z nim dyskutować. Wtedy nie czułem się na siłach. Dzisiaj się również nie czuję. Muszę przyznać, że to był jakiś taki przełom. I tu jest moje pytanie do ciebie, Wiktorze. Bo ty W tamtych czasach, kiedy ja za tego Asimova chwytałem, to ty już byłeś pisarzem. Jeśli nawet nie piszącym o czasie, to jednak czytającym.
Jakie są twoje doświadczenia z opowieściami o podróżach w czasie?
[01:32:01] - Ja je bardzo lubiłem jako figurę egzotyczną, że tak powiem, retoryczną. Bardzo fajnie je przyjmowałem. To były fajne dla mnie dowcipy. Wellsa czytałem, ale tam podróż w czasie ma kapitalną w wehikule wellsońskim, w „Maszynie czasu", mnie fascynował świat Eloi i wszystkich innych, absolutnie nie sama maszyna czasu. Nie sam pomysł, bo on był marginalny w sumie. To tak wygląda, że dla mnie pojęcie czasu jest to zjawisko literackie, a nie naukowe.
[01:33:04] - Za chwilę cię jeszcze o ten czas zapytam. Wiesz, Wiktorze, szybciutko skorzystałem z okazji i spojrzałem. Przesadziliśmy z tymi wymiarami. To się nazywało „W stronę czwartego wymiaru".
[01:33:15] - „Czwartego wymiaru", tak.
[01:33:16] - Tak jest. I tam były opowieści. To było podzielone na trzy części. Było: wczoraj, dziś, jutro. Wczoraj to był oczywiście przelot Nowy Jork–Paryż, „Milczący świat", „Zwycięstwo pod Kitty Hawk". Dziś to były: „Dziwna śmierć Lewisa Slottina", „Skok z szybkością naddźwiękową", „Rakiety międzyplanetarne", „Impuls", „Siewcy niezgody". Tu się już zaczynały pewne fantazje, ale trzecia część, czyli jutro, rozpoczynało tę część opowiadanie Williama Tenna „Moje potrójne ja". Zapamiętajcie państwo to opowiadanie. „Moje potrójne ja" to jest opowiadanie zbudowane właśnie na tym schemacie, w którym rozdeptanie motylka milion albo nawet 100 milionów lat temu odbije się państwu czkawką. Moim zdaniem bardzo błyskotliwe opowiadanie.
William Tenn właściwie nie pisał innych. To był facet, który ze wszystkiego potrafił wystrugać coś błyskotliwego i dlatego to się świetnie czyta. Tam były zresztą opowiadania takich autorów jak wspomniany Frederick Brown. Williama Tenna to chyba jeszcze dwa opowiadania były. Zresztą Fredericka Browna również. Tam jest znakomita przedmowa, którą stworzył Julian Stawiński. Człowiek, który znakomicie tym wszystkim dowodził. A tłumaczami tych opowiadań wówczas byli właśnie Julian Stawiński, który zrobił wstęp, ale również na przykład Krzysztof Zarzecki. Zapamiętajcie państwo, jeśli jesteście w stanie zdobyć ten zbiór, powtórzę, „W stronę czwartego wymiaru", to naprawdę warto. Tam jest na przykład opowieść o inwazji istot, które są w skali mikro.
Są takimi drobnoustrojami, które atakują ludzkość, ale jednocześnie posiadają zbiorową inteligencję. I tak dalej. Warto ten zbiorek gdzieś wydłubać. Ale ja go przywołałem w kontekście rozwiązań czasowych. Zapytałem o to Wiktora, a Wiktor troszkę uciekł z odpowiedzią.
[01:35:44] - Uciekłem, ale jak mi przypomniałeś ten tytuł dokładnie. Ja już pamięć mam na szelkach, więc pamiętam, że ta książeczka „W stronę czwartego wymiaru" była na mojej biblioteczce. Stała, do której przez pewien czas gotów byłem się modlić.
[01:36:11] - Wiesz co? Dzieli nas pokolenie, ale mam wrażenie, że przywoływałem to już w audycji, ale powtórzę. Znacie państwo to, posłuchajcie. Otóż ja tę książkę ściągnąłem z półki mojego wujka. Mój wujek był, podobnie jak moja mama, wielbicielem fantastyki naukowej i oni oboje we mnie to zaszczepili, ale wujek nie chciał się rozstać z tą książką i ostro się stawiał, bo ja oczywiście chciałem, jako wyznawca prywatnej własności w czasach socjalizmu, chciałem ją koniecznie mieć. A wujek nie był taki wyrywny, żeby mi ją sprezentować. To ja doszedłem do wniosku, że te opowiadania są na tyle świetne, że ja je przepisałem z tej książki słowo w słowo. Przepisałem te opowiadania science fiction. Więc jak ty mi mówisz o modleniu się, to ja właśnie wykonywałem w sposób praktyczny to modlenie się. Ja w zeszycie przepisałem te opowiadania.
Ja przypuszczam, że jak dzisiaj ludzie to słyszą, to się pukają w czoło. Ale takie były czasy, że pewne książki były niedostępne. Nie było o co marzyć. A ja chciałem. Patrz jaki ze mnie podły kapitalista wychodzi. Chciałem to mieć i miałem w postaci zeszytowej. Po wielu latach zdobyłem w końcu ten zbiór. Mam go. Tych zapisków już nie mam, ale kto wie? Gdyby dalej istniał socjalizm i książki nie byłyby wznawiane, to być może dalej jechałbym na tych notatkach, na tej przypisanej książce.
Aż się sam uśmiecham, jak to mówię w tej chwili. To tak à propos łączności pomiędzy pokoleniami. Najpierw Wiktor składa oświadczenie, że to była książka, do której się modlił, po czym Żelkowski mówi, że ją przepisywał. To coś państwu może powiedzieć o tym, jak dziwne były czasy, a może o tym, jak czasami literatura może mocno człowiekowi się w głowę wkręcić. Jakiś komentarz?
[01:38:29] - No comment.
[01:38:32] - Tak. Ale wiesz, Wiktorze, ja cały czas drążę ten temat. Mamy tutaj Williama Tenna, mamy to moje potrójne ja. Mamy Herberta George'a Wellesa. O ile Tenn zrobił taką humoreskę. On zastosował czas po to, żeby zrobić sobie jaja. Zrobił to fenomenalnie. Oczywiście rzecz się opiera o męża, żonę, którzy się niespecjalnie lubią i osobę trzecią, która ma tę sprawę załatwić. I załatwia, tylko konsekwencje są dziwne, nieobliczalne i nie do końca satysfakcjonujące dla chociażby męża. To jeden aspekt.
To humoreska, więc znowu czas był traktowany jako pewien punkt wyjścia, pewien pretekst. Pytanie, jak odbierasz, Wiktorze, dzieło Herberta George'a Wellesa? Czy tam czas też jest pretekstem? Czy czas jest próbą epatowania, takiego wzbudzenia zadziwienia, czy też Wells mówi nam o czymś ważniejszym? To zasugerowałem, ale możesz spokojnie korzystać.
[01:40:00] - Mogę spokojnie, bo nie wiem, co tam Wells miał na myśli, ale wiem, co ja miałem, kiedy to czytałem, bo Wells po prostu wpadł na świetny pomysł. Może nie on pierwszy, ale prawie. Po prostu wykorzystał ten patent do tego, żeby napisać nam książkę o przyszłości i przeszłości i o zagrożeniach istniejących w tej ewentualnej przyszłości. Bo to nie jest książka o podróżach w czasie, tylko jednak antyutopia.
[01:40:51] - Tak, w dodatku mówiąca przecież o tym, że... No dobrze, o czym to może nie, ale w każdym razie ci Elojowie i Morlokowie, przecież jedni i drudzy to kiedyś byli ludzie, a jednak są skonfrontowani ze sobą. To znowu jest takie słowo wytrych, bo co robią Morlokowie Elojom? Ci państwo, którzy czytali „Wehikuł czasu” doskonale wiedzą. Ci, którzy nie czytali, odpowiem w ten sposób: tyle wzruszeń przed państwem jeszcze. Absolutnie. To taka klasyka, ale znowu ja postawię taką śmiałą tezę, Wiktorze, że owszem, są książki w historii science fiction, które czas traktują jako element do budowy fabuły, który po prostu ma załatwić fajną fabułkę. Takim dla mnie dobrym przykładem jest Andre Norton i ona napisała taki cykl cały o strażnikach czasu. Nie, to o strażnikach czasu to chyba Anderson napisał. Proszę państwa, mylę.
W każdym razie Andre Norton też takich strażników stworzyła. I tam się różne rzeczy dzieją. Wiecie państwo, ma się dziać i się dzieje. Natomiast w takich książkach jak Asimov, „Koniec wieczności”, jak Herbert George Wells, ten czas jest wykorzystywany po coś. Nie wiem, czy ta teza jest specjalnie odważna, ale moim zdaniem jest prawdziwa. Co ty, Wiktorze, na to?
[01:42:41] - Chociażby ten „Wehikuł czasu” u Wellesa nie jest taką przekładnią, po której już kosiak jedzie dalej spokojnie, tylko jest trochę istotą rzeczy, gdyż w puencie ta maszyna jest ważna u Wellesa. Jeśli ktokolwiek mógł sobie wyobrażać podróże w czasie, to właśnie tak, jak u Wellesa.
[01:43:18] - Tu od razu powiem, że to krótkie zawahanie. Ci strażnicy czasu to rzeczywiście Paul Anderson stworzył taki cykl, a Andre Norton po prostu miała też taki epizod i też miała strażników. Zresztą się nawet Rosjanie pojawiali, którzy z Amerykanami w tym czasie rywalizowali. Stąd ta moja drobna pomyłka i takie zawahanie, bo mi się nagle dwie fabuły nałożyły. Dwa cykle fabularne się nałożyły i przez chwilę czułem się lekko zaskoczony tym, co mówię. Ale już teraz rzecz wyprostowana. To chyba kiedy w jednej z opowieści z cyklu „Dzienniki gwiazdowe” Ian Tichy naprawia ziemię, znaczy dzieje ludzkości i tam podróżują takimi pojazdami, które przypominają miotły. Tej chronocykle, czy jak to się nazywa. Lem prawdopodobnie, ponieważ czytywał literaturę amerykańską science fiction, pożyczył sobie właśnie od Paula Andersona, bo u niego te machiny czasowe właśnie coś takiego przypominają. To jeśli chodzi o takie typowo akcyjne czy związane z akcją wykorzystanie podróży czasowych.
Zresztą w przypadku Paula Andersona, ja nie wiem, czy Paul Anderson pisał złe książki. To był stary fachowiec i on po prostu nieźle to wszystko konstruował. Nie ujmując zresztą Andre Norton, to też są sprawne fabułki, ale czegoś im w stosunku na przykład do Asimova brakuje. To zdecydowanie. Asimov tutaj jednak pojawia się jako mistrz. I jest jeszcze jedna rzecz, moim zdaniem, już przywołałem książki Paula Andersona i Andre Norton. Mówiłem częściowo o tym. Książka Asimova się niewiele zestarzała. Naprawdę. Ona ma prawie 70 lat i widać, że on dbał o te, chciałbym powiedzieć, pozory naukowe, ale to nawet nie wiem, czy naukowe.
O ten sztafaż naukowy, o to, żeby wszystko było logiczne. Bo ta wieczność, ten drugi równoległy tunel czasowy, za pomocą którego mieszkańcy wieczności naprawiają dzieje ludzkości, on się nie wziął znikąd. Napędza go źródłem energii. On nawet o to zadbał, że to nie jest świat czarów, w którym powstała wieczność i nie wiadomo, co ją napędza. Tu dokładnie wiadomo. Napędza ją nowa Sol, czyli słońce, które zamieni się w nową według Asimova i z tej energii czerpie wieczność, żeby przez te tysiące wieków istnieć i móc uszczęśliwiać ludzkość. Państwu się to wyda, przynajmniej części z państwa może się to wydać kompletnym bełkotem to, co ja w tej chwili mówię. Ja po pierwsze cytuję Asimova, ale w gruncie rzeczy to nie chodzi o ten bełkot czy nie bełkot, tylko o to, że pewne rzeczy wynikają jedne z drugich. O to Asimov zadbał i to moim zdaniem bardzo mocno na korzyść książki przemawia po prostu, że to nie jest taka fantastyka, której coś bierze się tak deus ex machina. Ma być, to jest, bo tak sobie autor chce.
Nie, nie. Ten świat może się komuś podobać, może się komuś nie podobać, ale on jednak jest spójny i fabularnie, i logicznie. Dzisiaj pada często słowo logika w tej audycji, ale przy Asimovie trudno się pozbyć tego słowa. On rzeczywiście te fabuły konstruuje niezwykle logicznie i dlatego one się chyba nie starzeją.
[01:47:41] - Może ja stwierdzę, że po prostu Asimov był chyba kluczem do istoty tego pojęcia, czyli fantastyka naukowa, czyli science fiction. Tym się właśnie różni literatura. To znaczy między innymi, ale to jest chyba najważniejszy ten kamień węgielny, że w science fiction nie może być niczego. Znaczy Nietzsche może sobie i żył kiedyś, natomiast nie może być niczego, bez czegoś, że tak powiem. I to jest istota fantastyki naukowej, którą reprezentował właśnie i Asimov, i Lem. Wielu pisarzy, ale nie wszyscy. Wielu zajmowało się zwykłą fantastyczną literaturą piękną, co wcale nie umniejsza wartości książek, czasami je podbija zdecydowanie. Natomiast tą tak zwaną ograniczonego zasięgu literacką literaturą, to się zajmowali właśnie pisarze, którzy się kurczowo czasami trzymali pewnych schematów, zasad działania, a jeśli nie trzymali, to dążyli, żeby one istniały po prostu. Nie wychylali się poza aktualny poziom naszej wiedzy technicznej czy naukowej, tylko szukali z aktualnego stanu wiedzy, jakoś przedłużali sobie tą sztafetę w pomysłach, żeby coś wymyślić jeszcze, co tam może być poza tym, co dzisiaj wiemy. Ale w sposób taki logiczny, inżynierski, techniczny, mechaniczny wręcz.
To jest w wypadku literatury czasami naganne, przynajmniej współczesnej literatury, ale w science fiction to wszystko musiało być dobrze poukładane, żeby to było science fiction.
[01:50:24] - Ja tutaj rzut oka na czat. Panu DB bardzo dziękuję za słowa krytyki. Ja tylko powiem panu DB, że my tu jesteśmy z Wiktorem w piątki już od dobrych ponad pięciu lat, więc dziwię się, że ten ktoś podpisujący się DB tak bardzo się dziwi. Ale wszystko wolno. Natomiast Marek Chmielewski doradza właściwie tak trochę wstecz, że zamiast przepisywać pracowicie te opowiadania, mogłem się ich nauczyć na pamięć, tak jak „451 stopni Fahrenheita”.
[01:51:09] - Ja to Marku, odnoszę wrażenie, że DB też pruje się do posta, który wstawiłem parę godzin temu na naszym YouTubie na karcie społeczności, bo tutaj jedna dziewczyna Persefona, związana z Radiem Paranormalium, autorka jednej z audycji kiedyś emitowanych, organizuje bardzo mocno się w ogóle zaangażowała w zbiórki na rzecz uchodźców z Ukrainy. I chyba to się panu DB bardzo nie spodobało.
[01:51:41] - No cóż, mimo wszystko pozdrawiamy pana DB. My tu okupujemy to miejsce w piątki o 20:00 plus od pięciu lat i obiecujemy państwu, że jeszcze przez jakiś czas będziemy to miejsce okupować. Z pozdrowieniami. Natomiast z tym nauczeniem się, wtedy na to nie wpadłem, chociaż rzeczywiście już byłem po lekturze „451 stopni Fahrenheita”. Trzeba się było nauczyć na pamięć. Dzisiaj mógłbym państwu odnośne fragmenty cytować. Rzeczywiście takie pociągające. Szkoda, że nie wpadłem. A wracając do powieści Asimova, do tego, jak ona jest skonstruowana. I teraz będę musiał uważać, żeby się za bardzo nie spoilerować, ale już wspominałem o tym, że końcówka polegająca na zrobieniu kęsim kęsim wieczności, powiem, że jest błyskotliwa.
To znaczy, kiedy czytałem to dawno temu i teraz, muszę powiedzieć, że ta intryga, która leży u podstaw zakończenia przedsięwzięcia Projektu Wieczność, sposób jej przeprowadzenia, użycie gazet, użycie ogłoszeń w gazetach. Już obiecuję, że dalej nie będę więcej spoilerował. Znowu, jak to u Asimova, to jest wszystko zrobione w taki sposób, że my nie mamy wątpliwości. Znaczy, nie mówimy w tym momencie: „Nie, tu przegiął pałę. Tak musiał spasować tę akcję, żeby mu wyszło.” Nie, u Asimova takich momentów właściwie nie trafiamy. To się właściwie nie zdarza u niego. Czytamy i wierzymy. Może ona nie jest wypowiedziana w sposób płynny i elokwentny, ale moim zdaniem trudno o lepszą rekomendację. Co ty tam, Wiktorze, na to?
[01:54:08] - Nic. Ja tylko myślę, że to były czasy, kiedy pisarze byli optymistami. Nawet ten Asimov przecież był takim optymistą, że myślał, że po tysiącach lat i po tysiącach cywilizacji będą jeszcze takie marne marności jak gazety.
[01:54:33] - Nie. Pamiętaj. Nie. Widzisz, musisz się cofnąć. Po pierwsze, tam cały czas była ta sinusoida, więc gazety wracały, ale tego akurat nie pamiętam z książki. Natomiast te gazety się pojawiały w kontekście rozszczepienia atomu. Już naprawdę więcej nie mogę powiedzieć. Nawet gazety się pojawiały w odpowiednim miejscu. I to nie chodzi o optymizm Asimova, tylko o odpowiednie umieszczenie pewnych rzeczy w czasie. Okej.
[01:55:10] - To się zgadza.
[01:55:11] - Zostawmy, bo ja już czuję, że gdzieś stąpam po takim terenie, że za chwilę zacznę państwu książkę opowiadać. To nie byłoby mądre. Natomiast gdzieś tak chciałbym jeszcze jeden wątek przynajmniej poruszyć. A wszystkim, którzy czekają na felieton Tomka Fąsa, wszystkich pragnę zapewnić, że będzie. Już tradycyjnie na koniec naszej audycji felieton Tomka Fąsa się pojawi. Jak zwykle ciekawy. Jak zwykle słuchałem z dużym zainteresowaniem. Myślę, że Tomek nam się stał tutaj takim nadwornym felietonistą i my niedługo zaczniemy być dumni, że mieliśmy okazję z taką osobą jak Tomek współpracować. Nie wiem, czy Tomek będzie dumny, że współpracował z nami, ale my na pewno. To tyle, jeśli chodzi o felieton Tomka.
Natomiast ja chciałbym jeszcze poruszyć jedną sprawę. Otóż Asimov bawi się z nami, kiedy przedstawia nam fabułę nawet takimi Paradoksami czasowymi, a właściwie potencjalnymi paradoksami, bo tam to tak właściwie nie następuje. Ale pamiętam takie napięcie, które przeżyłem, kiedy o mało co nie dochodzi do tego, że bohater spotkałby sam siebie. Więcej nie powiem. W każdym razie chodzi o to, że nawet Asimov bawi się takimi elementami. Ponieważ mówi o podróżach czasowych, bawi się również elementami nieodłącznie związanymi, czyli paradoksami, które mogłyby zaistnieć, gdyby niekorzystny splot okoliczności nastąpił. Pamiętam swoją ekscytację, kiedy o mało co nie dochodzi do czegoś takiego. Powiem ci, że sposób budowania napięcia fabularnego, który stosuje Isaac Asimov, to jest mistrz po prostu. Co by tu powiedzieć? Mogę się wykrzywiać na jego koustyczny styl, na jego specyficzne pisanie, ale jednak ten facet potrafił konstruować fabuły.
Ewidentnie potrafił.
[01:57:51] - Jakby nie mógł konstruować fabuły ktoś, tak jak Tadeusz Piórkowski podkreślił, że to wielka trójka przecież: Rusko-żydowski Amerykanin. Nie mógł być.
[01:58:13] - Nie wiem, czy akurat to miało największy wpływ na to, że on potrafił konstruować fabuły, ale trzeba to przyznać. À propos, jak już snujemy jakieś wspomnienia dotyczące odległych lat, na przykład 70. zeszłego stulecia, to powiem o czymś takim, że zastanawiałem się, jak ten pisarz amerykański, bo wiedziałem, że Isaac Asimov to jest Amerykanin. Dlaczego on się tak po rusku nazywa? Asimov. Miałem takie podejrzenia. W ogóle to imię Isaac, wtedy jeszcze mało uświadomiony byłem. Co to za imię jest w ogóle? Czyli nie Rosjanin jednak. Jak to powiedział państwu Tadeusz, Żyd rosyjski mieszkający w Stanach.
To mówi wszystko. Ale mnie się w pewnym momencie zaczęło wydawać, że to może jakiś pisarz zakazany w Związku Radzieckim albo coś. Po czym zacząłem kupować książki w języku rosyjskim i tu się nagle okazało, że Isaaca Asimova to oni na morgi drukują po prostu w różnych swoich zbiorkach naukowej fantastyki i w różnych czasopismach. Właściwie ta trójka pisarzy, takich jak Asimov, to takie wielkie ABC science fiction. Asimov, Bradbury i Clarke. Proszę państwa, właściwie tak jak powiedziałem, na morgi drukowane w Związku Radzieckim. Pamiętam, to się nazywało „Technika Mołodioży”. Uczniowie techników musieli w Polsce prenumerować takie czasopismo. Kiedyś pamiętam, mój kolega był złamany, bo chodził do technikum i musiał tę „Technikę Mołodioży” prenumerować. A ja tu patrzę, przeglądając kiedyś, a tu nagle powieść Arthura C.
Clarka „Fontanny raju”. Ja od niego, proszę państwa, jak on już się rozliczył, bo on się musiał oczywiście opowiadać na każdej lekcji. Nie na każdej, ale co jakiś czas na lekcji rosyjskiego musiał o tej „Technice Mołodioży” opowiadać. To ja, proszę państwa, później od niego tę „Technikę Mołodioży” kupowałem, żeby czytać „Fontanny raju”, bo nie wiedziałem, że to później wyjdzie w Polsce długo później. Więc ja już te „Fontanny raju” znałem wcześniej. Takie to były dziwne czasy. Ale mówię, ta wielka trójka science fiction Asimov, Bradbury i Clarke, to byli tacy chętnie drukowani w Związku Radzieckim. Nie za poglądy, tylko za naukowość właśnie.
[02:01:31] - Czy ty nie zauważasz kapitalnego paradoksu, jak to w wiąże ciemności, jaką był Związek Radziecki, wychodziły książki pod tytułem „Fontanny raju”?
[02:01:51] - Tak, ale to był specyficzny raj. Jak ktoś zna książkę, to będzie wiedział, o co chodzi. Było bardzo naukowo, bo Arthur C. Clarke głównie był naukowy. Wiesz, co było jeszcze paradoksem? Bo Arthur C. Clarke oczywiście w latach 70. wyszła w serii Fantastyka Przygoda taka powieść „Kowboje oceanów”. Ona się działa na Ziemi. Była o eksploracji oceanów rzeczywiście.
Z takim wątkiem trochę ekologicznym, żeby może jednak tych wielorybów nie zabijać, nie być kowbojami właśnie i nie pasać tych wielorybów, tylko może by jednak jakimś tam planktonem się zająć i tak dalej. Sama powieść ciekawa.
[02:02:38] - Jakby plankton był mniej Bożym stworzeniem od wieloryba.
[02:02:44] - Tak, ale tam jest taka scena na początku powieści, gdzie jest rzeźnia dla wielorybów. Paskudztwo w gruncie rzeczy.
[02:02:52] - Tak, ale można zaprotestować przeciwko rzeźni dla wielorybów, ale zaakceptować rzeźnię dla planktonu, tak?
[02:03:07] - Ale jest coś innego. Rzeźnia dla planktonu to jak cię mogę. Natomiast paradoksem było co innego. W tamtych latach 70. wyszła też w wydawnictwie Pax, które nie było jakimś gigantem wydawniczym wówczas, powieść, której w tamtych czasach nie udało mi się zdobyć, a mi się wtedy rzadko nie udawało czegoś zdobyć, pomimo że nie było Internetu, nie można było nic zamawiać. Wyszła powieść „Spotkanie z Ramą”. Nie do dostania, bo wydawnictwo Pax drukowało w nakładach może nie homeopatycznych, ale jednak niskich w porównaniu z głównymi wydawnictwami. I tej powieści wtedy nie dorwałem. Dorwałem ją później, kiedy zaczął wydawać ją Amber. To jest różnica.
O ile w Związku Radzieckim wydawany ten Clark był na morgi, to w Polsce jakoś tak nie do końca. To tyle. I podobnie było z innymi autorami, bo zwróćcie państwo uwagę, że Asimov, owszem, wyszedł „Pozytronowy detektyw”, wyszedł „Powiew ciemności” - czego to był? Powieść? Powieść? Już nie pamiętam. Wyleciało z głowy. Później wyszła ta książka, o której mówimy, czyli „Koniec wieczności”. I to jeśli chodzi o dzieła Asimova, o ile sobie dobrze przypominam, do lat 70. To chyba gdzieś tu kończymy.
Więcej chyba nie było. Później gdzieś jeszcze chyba się rzeczy... Nie, jak się zaczęły klubówki pokazywać, to się zaczęło tego robić więcej, ale w gruncie rzeczy to za dużo Asimova nie było, chociaż on taki naukowy był. Także naprawdę rynek socjalistyczny, radzę nie tęsknić za nim, bo to była jedna wielka patologia wydawnicza. I już. Co mam więcej powiedzieć? Marek Chwilewski pisze na forum: „A do... Powiem tylko tyle, że napisałem do ABW opowiadanie paranormalne nawet w temacie konkursu ostatniego, tylko spóźnione.” Panie Marku, to zapraszamy w takim razie do przesłania tego opowiadania. Zaprezentujemy. A może już przyszło?
Nie sprawdzałem ostatnio poczty wstecznie, więc jeśli nie było przesłane, to zapraszamy. Zawsze możemy je na łamach. Ja ciągle z tymi łamami, jakoś tak z tej prasy wyszedłem i cały czas te łamy. Możemy na antenie. Też nie antena. Możemy w ABW, w Paranormalium i w Book Radio zaprezentować to opowiadanie. Zapraszamy. Nie obiecujemy, że się nie będziemy czepiać. Ale w końcu taki jest sens istnienia ABW, żeby się czepiać. Ale my to robimy i tak w sposób taki, żeby raczej poprawić, niż żeby przykrość komuś zrobić.
Takie odnoszę wrażenie. Wiktorze, jeszcze pewno będziemy żeglować w kierunku końca audycji, zdradzę tu państwu, że Wiktor do państwa dzisiaj przemawia z podwyższoną gorączką. Cholera wie, czy to jakiś późny COVID, czy też nerwy związane z tym, co się dzieje, czy emocje po prostu. W każdym razie Wiktor nam lekko gorączkuje. Niemniej jednak to już jak zdradziłem, to zdradziłem. Ale powiedz mi Wiktorze jeszcze, ponieważ zbliżamy się do końca audycji, jak ty byś miał - znowu takie pytanie dyżurne - polecić książkę Asimova „Koniec wieczności”, to teraz jest właśnie ten czas, to ją polecaj.
[02:07:16] - Po pierwsze stwierdzę, że jesteś chamem jednym.
[02:07:21] - Ale ja to wiem, nie musisz mi tego mówić. Ja to mam wpisane w DNA.
[02:07:27] - Moja gorączka była moją osobistą, prywatną gorączką.
[02:07:36] - Ale ja skalę poświęcenia. Skalę poświęcenia.
[02:07:48] - Dobrze. A wracając do sprawy. Jeśli miałbym polecić, to może byłoby tysiąc innych książek, które bym chętniej polecał na świecie, które mi się bardziej podobały, które bardziej lubiłem, które bardziej przeżyłem. Na pewno ich było dużo, dużo, dużo więcej i tak dalej. Natomiast to jest coś takiego, że „Koniec wieczności” dla mnie to jest ten kamień węgielny. Bez tej książki według mnie nie można ruszać w podróż, bez tego biletu po prostu do literatury science fiction. To jest coś, co czy warto, czy się spodoba, czy się nie spodoba, to warto po prostu tego dotknąć. Żeby powiedzieć sobie: tu byłem, tam byłem, a dzisiaj to już jestem w innych obłokach. Tak sobie można mówić, ale najpierw trzeba tego dotknąć i warto.
[02:08:58] - Ja nie wiem, Wiktorze, jak ty to robisz, ale masz zadziwiającą zdolność, która właściwie już nie powinna mnie dziwić po tylu latach strzelania w środek tarczy. Obojętnie czy tam jest dziesiątka, czy dwunastka, zawsze w ten środek celujesz i trafiasz. Przygotowałem takie przemówienie na koniec o kanonie science fiction, a tu Wiktor właściwie w kilku żołnierskich słowach o tym kanonie powiedział. Oczywiście swoje powiem, przygotowałem, więc powiem, ale w gruncie rzeczy o to tak naprawdę chodzi. Nie mogę państwu obiecać, że powieść Isaaca Asimova „Koniec wieczności” się państwu spodoba. Czytając wpisy na Lubimy Czytać zgłupiałem i tak naprawdę nie wiem, czy ona jeszcze dzisiaj do ludzi trafia, czy nie. Bo obok autentycznie entuzjastycznych wpisów czytałem też rzeczy, z którymi się po pierwsze nie zgadzałem, ale one pokazywały, że nastąpiło totalne nieporozumienie, a właściwie niezrozumienie, o co w tej powieści chodzi. I tu wcale nie winię piszących, tylko być może, jak każda literatura przemija. Ja mam wrażenie, że ta książka zestarzała się nieznacznie, ale być może tak nie jest. W każdym razie, jak już przygotowałem to przemówienie na temat kanonu, to je wypowiem.
Wydaje mi się i coraz bliższy jestem namówienia Wiktora na taką audycję, chociaż ona będzie wymagała dłuższego przygotowania. Myśmy kilka takich prób podejmowali, ale one były nie do końca konsekwentne. Chcę namówić Wiktora, żebyśmy spróbowali zbudować kanon klasycznej science fiction. Oczywiście nie będziemy zapuszczać się w rejony fantastyki naukowej tej bieżącej, bo tam szczególnie ostatnimi czasy pojawiają się autentyczne arcydzieła. Na Zachodzie przestano dzielić literaturę na science fiction i głównonurtową, co u nas jest robione bardzo chętnie i z dużym namaszczeniem. Tam to przestało właściwie funkcjonować. Nie wiem, czy w Europie Zachodniej, tego nie wiem, ale w Stanach Zjednoczonych właściwie to już nie funkcjonuje. Pisarz to jest pisarz i obojętnie, czy sięga po SF, czy po fantasy, ma pisać dobrą literaturę. I ten podział staje się coraz mniej wyraźny. Moim zdaniem bardzo dobrze.
Więc takiego kanonu współczesnego państwu pewno nie zaprezentujemy, jeśli się zdecydujemy na taką audycję kiedyś, gdzieś tam i tak dalej. Natomiast wydaje mi się, że warto się, Wiktorze, pokusić o próbę budowy na podstawie własnych doświadczeń. Być może będziemy błądzić i sprowadzimy państwa częściowo przynajmniej na manowce, ale chyba warto się pokusić o taki kanon klasycznej science fiction. Pojawi się w tym kanonie, w tych polecajkach naszych pewno część książek, które już omówiliśmy. Na pewno się pojawi „Koniec wieczności”. Na pewno się pojawi wspomniana dzisiaj chociażby „Misja międzyplanetarna”, być może pojawi się „Człowiek w labiryncie” Silverberga. Pewno kilka innych książek zarówno z literatury polskiej, jak i literatury światowej, ale głównie anglosaskiej. Nie oszukujmy się. Natomiast chyba warto to zrobić, bo Wiktor, tak jak mówiłem o tym strzelaniu w dwunastkę, to jest właśnie coś takiego, że są takie książki, bez których później trudno. Tak, to jest to słowo.
Trudno. Nie, że to jest niemożliwe, ale trudniej się sięga po współczesną science fiction, bo oczywiście można czytać ją bez tych korzeni, ale jest to trudniejsze. Tak jest z filozofami. Przez analogię. Otóż tym, czym się katuje ludzi studiujących na różnych kierunkach, jest historia filozofii. I to ja już kiedyś powiedziałem, wykładając studentom historię filozofii. Filozofowie doprowadzają do tego, że część ludzi po prostu nienawidzi filozofii, bo studiując jeden albo dwa semestry historii filozofii, filozofię można skutecznie znienawidzić, bo się trzeba uczyć, że ten myślał to, ten myślał tamto i właściwie trudno zobaczyć związki pomiędzy tym wszystkim. Ale słaby jest filozof, który nie zna historii filozofii, bo zaczyna odkrywać rzeczy, które już dawno zostały odkryte. Zaczyna mówić o rzeczach, o których już mówiono tysiące razy. Dlatego człowiek, który chce, żeby uważano go albo przynajmniej porównywano, że on może nawet coś z filozofią ma wspólnego, dobrze jest, żeby historię filozofii znał.
Wówczas nie gada głupot, nie pierdzieli, nie odkrywa rzeczy dawno odkrytych. Trochę podobnie jest z fantastyką naukową. Gdzieś tam kiedyś, 40, 50, 60, a czasami nawet więcej lat temu, powstały dzieła, które są takimi kamieniami milowymi. Można ich nie znać? Można ich nie znać. Naprawdę można. Ale warto je znać? Warto. Moim zdaniem warto. Przy niektórych nawet warto się wynudzić.
Warto trzymać tę swoją żuchwę, żeby nie odpadła, bo te książki coś zostawiają. Jeśli nawet niektóre wprawiają państwa w ziew, to jednak coś zostawiają. Co zostawiają? Chociażby pewien dystans oraz pewien kontekst. Chyba to słowo nawet ważniejsze od tego dystansu. Kontekst, w jakim czyta się czasami współczesną literaturę. I tyle. Dlatego ja cię, Wiktorze, będę namawiał. To jest przedsięwzięcie wymagające czasu, wymagające wielu rozmów. Ale jednak kiedyś pokuśmy się, może z okazji jakiegoś jubileuszu kolejnego, pokuśmy się o to, żeby taki kanon klasycznej SF wyprodukować.
To będzie oczywiście kanon made in Wiktor Żwikiewicz i Marek Żelkowski, ale może się państwu do czegoś przyda. Co ty na to?
[02:16:21] - Ja na to, że w tej chwili określę, do czego ty mnie namawiasz. Otóż ty jesteś, to słowo przypomnę-
[02:16:36] - Będziesz mnie wyzywał zaraz?
[02:16:40] - Istniało kiedyś takie słowo jak podżegacz. Otóż ty mnie podżegasz do wojny, Mareczku, żeby stworzyć taki kanon. Czyli właściwie namawiasz mnie, żebyśmy skonstruowali science fiction dekalog. Takich 10 adresów do 10 książek, które stanowią o istocie tego pisma świętego, science fictionowego oczywiście.
[02:17:18] - No powiedz!
[02:17:22] - Muszę ci powiedzieć, że ja bym chętnie do tej naszej dwójki dołączył Tadeusza Krajewskiego.
[02:17:30] - Ależ bardzo chętnie! To będzie bardzo kompetentne.
[02:17:34] - Tak, tylko że ja wiem, co będzie. Żebyśmy mogli w 10 punktach, w 10 przykazaniach zmieścić całą mądrość science fiction, to potrzeba będzie takiej wojny krwawej, Mareczku, że ja nie wiem, czy ja przeżyję. Czy ty przeżyjesz? To na pewno nie przeżyjesz. Bo ja będę walczył i Tadeusz Krajewski też nie ma z jaką mieczą cholera.
[02:18:14] - Zdaje się, Wiktor nam się właśnie skutecznie wyłączył w tej chwili. O ile dobrze słyszę. Cóż, proszę państwa, być może będzie rzeczywiście taki konflikt i taki konflikt się pojawi.
[02:18:28] - Marku, chyba nam Wiktora wyłączyło, bo się mogły skończyć środki na koncie, ale zaraz go przywrócimy z naszego drugiego numeru.
[02:18:37] - Okej. To ja czekam, a w tym czasie-
[02:18:40] - Chyba że to Wiktor się wyłączył albo bateria mu padła, albo coś innego się stało. Nie wiem.
[02:18:47] - Spróbujmy. Cisza.
[02:18:56] - Poczta głosowa. Zostaw wiadomość po sygnale.
[02:18:59] - Dobrze. To może spróbujmy za chwilkę.
[02:19:01] - Bateria Wiktora chyba właśnie zeszła na zgon spowodowany przez śmierć spowodowaną przez wyczerpanie się.
[02:19:09] - Ale jest nadzieja, że Wiktor postąpi właściwie i jeszcze Wiktora dzisiaj usłyszymy. Przynajmniej tak mi obiecał, że podejmie kroki. To ja, zanim Wiktor podejmie te kroki, będę nawiązywał do tego, co powiedział Wiktor. Otóż ja to widzę inaczej. Wiktor widzi to jako krwawy konflikt pomiędzy przynajmniej trzema osobami, w którym będziemy się wyniszczać, mordować, palić, grabić i tym podobne. Ja to widzę inaczej. Ten dekalog z założenia myślę, że jak się spotka Tadeusz Krajewski, Wiktor Żwikiewicz i moja nieskromna osoba, to ten dekalog paradoksalnie będzie się składał przynajmniej z 20 książek, bo oczywiście siłą rzeczy część książek się nałoży. To znaczy będziemy przywoływali bardzo podobne tytuły albo te same nawet. Natomiast co do niektórych będziemy rozbieżni i tak z dziesiątki zrobi nam się dwudziestka. Ja myślę, że w tym wypadku od przybytku głowa nie boli i tutaj ten urodzaj akurat nie będzie sprawiał specjalnego kłopotu.
I tyle. Ja cały czas jestem podekscytowany tą myślą stworzenia takiego bibliotekaryjnego kanonu science fiction. Pewno trzeba będzie to wyzwanie podjąć. Cóż, gdzieś tak może spróbujmy teraz Wiktora wyłowić po raz kolejny. Mam nadzieję, że się podłączył do sieci i może podładował komórkę.
[02:20:54] - Nie widzę. Chyba rzeczywiście coś z baterią. Jakiś problem tutaj był, bo nie widzę żadnego powiadomienia o skończeniu się środków. Do Wiktora to zadzwonimy. Nie no, odwrót.
[02:21:07] - Spróbujmy. O!
[02:21:15] - Jest nadzieja.
[02:21:18] - Tak?
[02:21:19] - Cześć Wiktorze. Rozumiem, że się już podłączyłeś do zasilania. Halo, halo?
[02:21:26] - Podłączyłem się, ale wolałbym zasilanie, że tak powiem, ze szkła jakiegoś.
[02:21:33] - Dobrze. Ja ci tylko przypomnę, że od jakichś 10 lat na twojej półce stoi butelka whisky i ona tam płacze, że została zlekceważona. À propos zasilania. Ona już tam od 10 lat stoi, także jakbyś coś tam, to à propos tego.
[02:21:53] - To jest mój ołtarzyk, nie mogę go naruszyć.
[02:21:56] - Rozumiem. W każdym razie ja pod twoją nieobecność powiedziałem, że ty to widzisz jako totalne starcie trójki wojowników, gdzie będzie palenie, grabienie, mordowanie. Natomiast ja to widziałem w ten sposób, że zamiast 10 książek z tego wielkiego sporu będzie 20, bo pewno część książek się nam nałoży, a co do niektórych będziemy mieli votum separatum i z 10 zrobi nam się 20. Niemniej warto chyba. I teraz możesz komentować.
[02:22:35] - Może można spróbować, bo to jest wyzwanie pewne, żeby z czegoś tak wielkiego jak wszechświat spakować jednego kwanta, to jest wielkie osiągnięcie.
[02:22:56] - Wiesz, Wiktorze, powiem ci, że wcześniej nie miałem takich ciągot, takich pokus. A właśnie lektura, właściwie nie lektura, a przywołanie w dzisiejszej audycji powieści Asimova jakoś tak potrąciła we mnie. Nie, nie potrąciła. Strunę się potrąca. Strunę potrąciła i się nuta wyobiła, żeby coś takiego zrobić. I czuję się coraz bardziej zobowiązany. Okej. ... również to pieśń przyszłości. A teraz ja państwu powiem, częściowo już to oczywiście powiedziałem.
Cała audycja temu była poświęcona. Dlaczego ja bym państwu książkę Asimova polecił? Dlaczego uważam, że to jest książka ważna? Oczywiście mógłbym powiedzieć o tym, że ona pokazuje inną koncepcję czasu. Ona pokazuje pewien świat, którego w innych książkach państwo nie znajdziecie. Rodzaj kontroli wszechobecnej. I tak się dlatego uśmiechnąłem, kiedy Tadeusz o tym powiedział na początku audycji. Bardzo dobrze, że to powiedział. A ja teraz zgrabnie albo niezgrabnie zamknę, zastosuję rodzaj puenty. To jest książka, która, ja się nie waham tego powiedzieć, mówi dokładnie o tym samym.
Albo może nie dokładnie, a w każdym razie o bardzo podobnej sprawie, o jakiej mówi książka Lema „Powrót z gwiazd”. We mnie, co mieliście państwo okazję nawet usłyszeć w tej czy w poprzedniej audycji w ABW, jest z jednej strony poczucie, taka dążność do tego, żeby być bezpiecznym, żeby wszystko było dobrze, żebyśmy mieli święty spokój i żeby nasz świat był uporządkowany, czego państwu życzę i uważam, że to jest naturalna tęsknota. Ale to my jako ludzie, jako jednostki takie tęsknoty mamy. Ale można też na nasze życie, na nasz świat, na to, co nas spotyka, na dzieje ludzkości popatrzeć nie z perspektywy jednostki, ale z perspektywy, użyjmy słowa wytrychu, nieco szerszej. I wtedy się nagle okazuje, że człowiekowi wcale niepotrzebny jest spokój. Wręcz przeciwnie, spokój usypia. Spokój sprawia, że pogrążamy się we własnych sprawach mniej lub bardziej ważnych. A niepokój, spór powoduje, że stajemy się twórczy. Ja wiem, że w kontekście tego, co się teraz dzieje, te słowa źle brzmią i nie chciałbym, żeby były wiązane z tym, co się dzieje wokół nas na bieżąco. Bo ja nie mówię o sporze toczonym za pomocą maczug, za pomocą karabinów czy rakiet, tylko o sporze.
Spór to jest, kiedy spotyka się dwóch ludzi, ma odmienne zdanie i dyskutują ze sobą. To jest spór. A załatwianie sprawy maczugami, być może to był rodzaj dyskusji obecny w jaskiniach. Być może on w jakiejś części jest dopuszczalny, ale to nie jest to, co mnie kręci. Natomiast zdecydowanie świat uporządkowany, świat- Piękny, pełen pluszowych króliczków i takiego kiziu-miziu i cacy-cacy. To nie jest ten świat, który się rozwija. I to tyle. Pewno mało oryginalne. I o tym jest tak naprawdę książka Asimowa. Dla mnie przynajmniej.
Ja ją tak odczytuję. Pewno prymitywnie, bo ja prymitywnym człowiekiem jestem, ale dla mnie to w tej książce jest tak naprawdę ważne. I już. Teraz mnie możesz, Wiktorze, skrytykować.
[02:27:33] - Nic. Ja tylko zwrócę ci uwagę, że przy twoich rozterkach na temat maczug i konfliktów, to należy uwzględniać pewną zasadę obowiązującą w tym świecie i pewną względność. Pamiętaj zawsze, Marku, że dla świata całego, dla naszej cywilizacji całej, czyli całym naszym aktualnym pograniczem i grzmotami nad granicą, i wszystkim, jesteśmy malutkim, lokalnym zaburzeniem tego spokoju i ciszy. Dla Amerykanów, dla Kanadyjczyków, dla Australijczyków, dla wszelkich Buszmenów, dla Hindusów, my jesteśmy tylko marginalnym zupełnie epizodem historii. To nie jest takie ważne. To wszystko jest tylko i wyłącznie dla nas.
[02:28:47] - Tak, ale sam przyznasz, że z perspektywy dziejów oczywiście masz rację. Ale z perspektywy jednostki, wybaczcie państwo i wybacz ty, Wiktorze. Cokolwiek bym nie usiłował państwu wcisnąć, jakiejkolwiek ciemnoty, to jednak muszę przyznać, że w jakimś tam stopniu jestem dla siebie ważny. Uważam, że do pewnych rzeczy mam prawo, a pewnych rzeczy przynajmniej mogę oczekiwać. Każdy człowiek sam dla siebie jest ważny, nawet jeśli byłby nie wiadomo jakim filantropem, czy też człowiekiem poświęcającym się dla innych, to jednak jestem, i państwo też to czujecie, w jakiś sposób ważne jest to, co myślę, to, co robię, to, co przeżywam. Te dwie perspektywy muszą się w nas ścierać nieustannie i one się zawsze ścierają. Warto tylko, żeby je uwzględniać, żeby pamiętać, że owszem, my prywatnie chcemy świętego spokoju. Bardzo często chcemy świętego spokoju, ale czy świat chce tego świętego spokoju i czy temu służy, to już nie jestem tego pewien. Ale mimo wszystko o maczugach wspomnę, że niekoniecznie. Westchnąłeś, Wiktorze, to jeszcze komentuj.
[02:30:16] - Niestety nie będę już komentował.
[02:30:20] - Ale się ze mną nie zgadzasz. Rozumiem.
[02:30:23] - Niestety tysiące lat naszej cywilizacji twierdzą, że ta twoja pogardzana maczuga jest narzędziem doskonałym i niezbędnym po kres wieczności prawdopodobnie.
[02:30:39] - To, że ona jest istotna w dziejach ludzkości, wcale nie sprawia, że jest argumentem w dyskusji. I to bym chciał generalnie podkreślić i powiedzieć, że w związku z tym się z tobą nie zgadzam. Ale to dobrze, jesteśmy w konwencji dzisiejszej audycji. Ze sporu powstaje coś ważnego i właśnie kończymy tę audycję jakimś tam sporem jednak. Tu w międzyczasie jeszcze Tadeusz Krajewski via SMS napisał, że warto podkreślić, że zbiór opowiadań „Azazel” o tym małym demonie, przypomnę, wyszedł po raz pierwszy w bydgoskim wydawnictwie, jeśli chodzi o język polski oczywiście, w bydgoskim wydawnictwie Limbus. Wcześniej, tak jak powiedziałem, był w tym magazynie „Isaac Asimov's Science Fiction Magazine”, a później właśnie w wydawnictwie Limbus. Ja szczerze te opowiadanko państwu polecam, bo powiem tak: w fantastyce naukowej nieczęsto zdarzają się opowiadania humorystyczne. Był tam oczywiście Harry Harrison i jego „Stalowy szczur”. Jeszcze kilka innych humoresek się zdarzało. Lem czasami nieźle bawił.
Opowiadania Asimowa o tym Azazelu to też jest niezła zabawa. To jeśli chodzi o twórczość Asimova. Wiktorze, czy możemy kończyć?
[02:32:15] - O ile słowo „pożegnać” nie jest już na cenzurze, bo to tak brzmi wiadomo jak. To się pożegnajmy w takim razie, słychać tam.
[02:32:32] - Pożegnajmy się, ale jeszcze kilka informacji. Przede wszystkim taka, że jak my już zamilkniemy, a przede wszystkim ja zamilknę, to przemówi do państwa Tomasz Fąs. Myślę, że kilka ciekawych rzeczy państwu powie. A ja zapraszam państwa za tydzień na kolejny odcinek „ABW”. Trochę otrzemy się o klasykę i trochę może wreszcie porozmawiamy o tym, jak pisać, po co pisać i przede wszystkim o pewnych niuansach związanych z warsztatem. To za tydzień, a za dwa tygodnie zapraszamy państwa na kolejne spotkanie z pisarzem. Naszym gościem będzie Mariusz Wojteczek, autor książek takich jak „Dreszcze” wydanych w Dziewiątce oraz książki „Ballady morderców”. To jest z kolei wydawnictwo, które między innymi wydawało „Okolice strachu”, czasopismo poświęcone grozie, a wydawnictwo nazywa się Phantom Books. Zapraszamy państwa na spotkanie z pisarzem. Powtórzę: Mariusz Wojteczek.
Za dwa tygodnie meldujemy się u państwa o godzinie 20. Przypytamy człowieka, który zajmuje się grozą, czego tak naprawdę boją się czytelnicy. I tyle. Dobrej nocy życzymy państwu. Wiktorze?
[02:34:13] - Dobrej.
[02:34:16] - To byli Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz, a teraz czas na felieton Tomasza Fąsa.
[02:34:33] - O uproszczeniach poznawczych. Miałem już z grubsza to dzisiejsze przemówienie wymyślone, kiedy tak się zdarzyło, nie wiem, czy państwo może słyszeliście. Przykra sprawa. Wojna akurat wybuchła i siłą rzeczy jakoś ona myśli człowieka zaprząta. Staram się pomału jednak skupić, zabrać za jakąś konstruktywną działalność i może też nie przesadzać ze zbędnymi emocjami, które niczego tutaj nie wniosą. Miałem już wcześniej z grubsza wymyślone, co właściwie chcę do państwa powiedzieć. Niemniej teraz siłą rzeczy jakoś pewnie trzeba by się odnieść do tej przykrej sytuacji. I tak sobie pomyślałem, że właściwie nie jest to aż tak odległy temat. Miałem mianowicie mówić do państwa o tym, jak to odgrzebałem ostatnio trochę zainteresowanie sprzętem audio i zacząłem może trochę więcej słuchać, przeglądać różnych materiałów, bardziej profesjonalnych, związanych z tym, jak taki sprzęt warto sobie dobrać, czym się kierować, jak dobrać wzmacniacz do kolumn na przykład. I na fali dostępnych gdzieś tam, powiedzmy YouTube'owo materiałów natknąłem się na różne ciekawostki z tym związane.
Taka na przykład historia, którą śmiem twierdzić spotkamy w każdym obszarze wnikliwego zainteresowania sztuką, działalnością człowieka związaną z doświadczeniem zmysłowym. Myślę, że podobny przypadek się trafi w różnych obszarach tego typu. Mianowicie chodzi mi o historię tego rodzaju, że oto pojawił się na rynku jakiś nowy rodzaj sprzętu nagłaśniającego. Jakiś bodaj wzmacniacz czy coś takiego. Dokładnie nie jestem pewien. Urządzenie bardzo drogie, bardzo wysokiej jakości i zbierające też bardzo pochlebne opinie w recenzjach w pismach profesjonalnych. Ludzie bardzo doceniali to urządzenie. Było bardzo ładne i chwalone właśnie za wyjątkową zapewne jakość dźwięku generowanego. I tak się działo przez pewien czas, do momentu, kiedy ktoś właściwie wyłącznie przez obserwację, nie przez odsłuch, doszedł do wniosku, że urządzenie ma podejrzanie zbliżony układ gniazdek do innego urządzenia, też przyzwoitego poziomu znanej firmy, ale jednak wartego mniej więcej 10 razy mniej. I rzeczywiście po wnikliwej analizie okazało się, że producent po prostu kupuje dużo tańsze wzmacniacze, zmienia wyłącznie obudowę i nawet tamtych gniazd wejściowych nie przestawia i sprzedaje urządzenie z dużym zyskiem jako sprzęt dużo lepszej jakości.
Problem, proszę państwa, polega na tym, że nie wszystko, co się z jakością takiego sprzętu wiąże, można łatwo scyfryzować, bo mamy próg sygnału do szumu, mamy moc wzmacniacza i właściwie niewiele więcej takich parametrów na pierwszy rzut oka ludzie analizują. Można później jakieś charakterystyki bardziej wnikliwe, ale to już nie są rzeczy tak oczywiste, a i tak każdy audiofil, jak to się mówi, pewnie wyżej ceni jakieś subiektywne doświadczenia, nie zawsze łatwe do wyrażenia cyfrą czy charakterystyką. Na podobną zresztą historię natknąłem się kiedyś w temacie wina bardzo drogiego, licytowanego na aukcjach. Też była taka historia, że wino na aukcjach po prostu fałszowano. I podobnie jak w przypadku tego sprzętu audio nikt doświadczeniem zmysłowym tego nie odkrył, że oto kupił produkt też dobry, ale jednak dużo mniej wart. Dopiero kiedy ktoś tam błąd popełnił właśnie w tych aukcjach, zdaje się, że niewłaściwy rocznik sprzed powstania jakiejś winnicy zaoferował i znawcy historii winiarstwa tutaj zauważyli, że coś jest nie tak. I czego, proszę państwa, te historie dotyczą? Otóż dotyczą one snobizmu. Dotyczą sytuacji, kiedy nasze wyobrażenie o prestiżu, o wysokiej jakości czegoś, czy to muzyki, czy to napoju, nasze wyobrażenie o wyjątkowości przyśpiewa nam rzeczywiste doznanie zmysłowe. Tracimy kontakt z rzeczywistością poprzez własne wyobrażenia.
Jest to coś, bez czego nie można żyć. Uproszczenia są nam potrzebne, żebyśmy mogli jakoś się w tym świecie orientować. Niemniej warto jest mieć tego świadomość i czasem dokonywać trochę głębszej refleksji tego, co faktycznie jest wyjątkowe, stanowi jakość wyższą, wartą na przykład dopłacenia, a co wynika wyłącznie z naszych wyobrażeń, oczekiwań i właśnie utraty kontaktu z tym bezpośrednim doświadczeniem zmysłowym, a wpadania właśnie w takie Stany emocjonalno-hipnotyczne na swój sposób można by powiedzieć. Pierwotnie chciałem odnieść tę sytuację do tego, jak często podchodzimy do literatury, zwłaszcza lokalnej. Często w różnych poetyckich towarzystwach wzajemnej adoracji ludzie się nawzajem zachwycają twórczością, często wcale nie wysokich lotów. Ale głupio sobie nawzajem czy koledze powiedzieć, że coś tam nie jest wybitne, nie jest warte uwagi, kiedy wyłącznie na tym wzajemnym poczuciu własnej wartości się bazuje. O tym chciałem powiedzieć, ale fakt faktem, że teraz sytuacja międzynarodowa jest taka, jaka jest i trochę przychodzi mi do głowy, jak bardzo wizerunek jakiejś społeczności, jakiegoś kraju nagle się upraszcza w sytuacji wojennej. Jak nagle różne wzajemne wrogości i interesy przestają być istotne w przestrzeni publicznej. Różne wcześniejsze problemy w ogóle zanikają. Skupiamy uwagę i to jest rodzaj hipnozy.
Skupiamy uwagę na jednym realnym zagrożeniu i nagle męczeństwo staje się drogą do świętości zarówno indywidualnie, jak i w skali całego kraju, narodu. Problemy przestają być istotne. Nagle wszyscy są jednoznacznie za krajem, który ulega atakowi niesprawiedliwemu. W takich sytuacjach jakiś odrębny głos, może analityczny, może krytyczny, jest krytykowany. Aż strach zadać pytanie czasami. Widziałem, jak kolega na Facebooku zadał pytanie tylko i wyłącznie bez żadnej tezy własnej, czy czasem nasze zaangażowanie w działania wojenne nie jest za duże? Natychmiast spotkał się z krytyką, z atakiem, wręcz oburzeniem, jak on śmie w ogóle takie pytania zadawać. Takich historii jest wiele, proszę państwa. Jedną z popularniejszych jest Tybet, który przecież był jedną z ostatnich w XX wieku, chciałoby się powiedzieć teokracji, chociaż nie teo, bo w tym lamaiźmie, w buddyźmie tybetańskim nie chodzi o Boga, ale władzy absolutnej duchownych. Być może Tybet także byłby krajem raczej negatywnie dzisiaj postrzeganym, ale został bardzo krwawo i niesprawiedliwie potraktowany przez Chińczyków i jako taki jest dzisiaj uważany za ofiarę i właściwie wzór świętości.
Ci sami ludzie bardzo często krytykując episkopat księży, nagle czczą wręcz Dalajlamę jako zupełnie innego człowieka. A przecież to także był duchowny i przywódca na wygnaniu. Polityk. Tak to jest, że ponieważ Tybetańczycy na przykład cierpią, to ich traktujemy jako lepszych i ich religię jako obiektywnie lepszą, bardziej wartościową. A przecież w historii buddyzmu, również tybetańskiego, dużo zbrodni też można odnaleźć, jak się trochę wczytać. Niemniej są to tematy trudne. Są to tematy drażliwe, bardzo niejednoznaczne i na chwilę obecną strach je poruszać, by nikogo przesadnie nie zirytować, nie zdenerwować. Więc myślę, że na tym należy na ten moment zakończyć.
[02:42:39] - Felietonem Tomasza Fąsa kończymy dzisiejsze wydanie Bibliotekarium na żywo. Byli z nami również panowie Marek Żelkowski i Wiktor Żywiekiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium oraz Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień, tym razem w ABW no i ponownie w Bibliotekarium na żywo już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.