Audycja w ramach cyklu "Debaty niekontrolowane". Wywiad niekontrolowany w Radiu Paranormalium. Miło mi powitać wszystkich państwa nasłuchujących Radia Paranormalium w ten chłodny, choć mam nadzieję niezbyt wietrzny wieczór. No i zaprosić wszystkich Was do wysłuchania audycji, która jeszcze zanim zdążyła się ukazać, wywołała wśród słuchaczy Radia Paranormalium spore poruszenie. Poruszymy dziś bowiem temat, który praktycznie zawsze spotyka się z bardzo żywą reakcją z Państwa strony.
Mianowicie pomówimy dziś o żywym folklorze. Mieliśmy już na antenie Radia Paranormalium kilka lat temu wywiad z badaczem Arkadiuszem Miazgą. W późniejszym okresie zaczął się ukazywać podcast "Mówią świadkowie", którego kilka odcinków poświęconych było w całości spotkaniom z istotami, jak gdyby żywcem wyrwanymi z podań i lege... i legend ludowych. Był też szereg krótszych podcastów poświęconych tego typu zdarzeniom. Mieliśmy zatem wiele okazji do przyjrzenia się żywemu folklorowi z punktu widzenia badacza zjawisk nadprzyrodzonych, pasjonata, jak i również oczywiście samych świadków tych bliskich spotkań z nieznanym. Dziś natomiast na rzecz całą spojrzymy okiem naukowca. Moim i Państwa gościem jest bowiem etnograf, pani magister Marta Kaleta. Dobry wieczór, panie Marto.
Dobry wieczór, witam zarówno pana, panie Marku, jak i wszystkich słuchaczy zgromadzonych przed odbiornikami. Pozwolę sobie jeszcze tylko nadmienić, że poniekąd dzięki podcastowi "Mówią świadkowie" dzisiaj się słyszymy, bowiem po premierze kilku właśnie tych odcinków poświęconych żywemu folklorowi nawiązaliśmy kontakt e-mailowy, co z kolei doprowadziło do tego, że dzisiaj mamy okazję spróbować przynajmniej zaspokoić głód więcej na te tematy słuchaczy Radia Paranormalium. Pani magister, na początek chciałbym, aby krótko się nam Pani przedstawiła, opowiedziała kilka słów o sobie, no i nakreśliła naszym słuchaczom, czym się Pani zajmuje oraz jak wygląda zakres prowadzonych przez Panią badań. Co skłoniło Panią do wybrania zawodu etnografa i do zainteresowania się tematyką żywego folkloru? Czy wynika to z takiej zwykłej ludzkiej ciekawości, czy też może impulsem do tego stały się jakieś osobiste doświadczenia bądź relacje przekazywane przez członków rodziny, znajomych i tak dalej? To ja może zacznę od samego początku. Jak to się właśnie zaczęło? Miałam to szczęście, że żyła... znaczy, jak urodziłam się, to żyły obydwie moje babcie, ale jedna odeszła bardzo szybko.
Miałam raptem sześć lat, więc tak naprawdę nie mogłam się o nic ciekawego tak naprawdę babki wypytać. Druga babka znała, żyła znacznie, znacznie dłużej, więc miałam tą szansę powypytywania się jej o różne ciekawe historie. No i babcia opowiadała właśnie takie różne historie. Może nie były to takie właśnie historie z zakresu takiego, jak tutaj mówimy, prawda, o tym żywym folklorze, ale na przykład opowiadała mi, że we wsi u nich mieszkał... Bo moja babcia pochodziła z okolic Łęczycy, dokładnie z okolic Piątku. No i tam we wsi u nich mieszkał pewien czarownik. No i też właśnie wszyscy we wsi tego czarownika bali. Babcia dużo o tym czarowniku opowiadała. No i to tak chyba zaczęło troszeczkę tą dziecięcą wyobraźnię i zresztą później tak zaczęło rzutować na te, te zainteresowania moje. No, bo tak już człowiek usłyszał tą historię o tym czarowniku, no to ciągle się wypytywał, a co on robił, z czego on był znany? No to też moja babcia, tu mogę też przytoczyć takie relacje o niej zasłyszane, że tam, gdzie mój pradziadek mieszkał w tym gospodarstwie, kiedyś przyszedł ten czarownik i było takie podwórko i w tym podwórku był, była zagroda i tam trzymano świnie. I jak ten starszy, ten człowiek po prostu wszedł tam, to te świnie takiego amoku dostały, jakiegoś szału i zaczęły jedna przez drugą przeskakiwać, tam podgryzać się. Pouciekały tam. Później kilka godzin jeszcze po wizycie tego człowieka musieli te świnie gdzieś tam po całej wsi latać, szukać, biegać, gdzieś je znaleźć. Też opowiadano o nim, że nie należy mu właśnie patrzeć w oczy, no bo może tam gdzieś kogoś zauroczyć czy komuś coś bardzo złego zrobić. Moja babcia też mówiła, że nieraz tam kiedyś, jak wiadomo, ten owoc zakazany ten najbardziej kusi, więc tam czasem spojrzała go tam gdzieś w oczy.
A powiedział, że ma bardzo takie nieprzyjemne spojrzenie. Faktycznie aż cierpła od niego skóra. Zwierzęta albo właśnie tak panicznie, albo z agresją jak te świnie na niego reagowały. To mogły być konie, to mogły być psy, koty. Coś w tym człowieku było, co te zwierzęta tak jakoś negatywnie pobudzało.
Na przykład była też taka jeszcze relacja z wsi, że jak się krowy cieliły i on tam wszedł, tam rzekomo te swoje czary odprawiać, no to tam prawda, coś... Musiał jakieś czary rzucić i te krowy zamiast mleka dawały krew. No to też tu by podejrzenia padały na tego pana, że znowu coś zauroczył. Czasem też takie różne opowieści opowiadał mi mój tata. Poniekąd człowiek tak naprawdę sceptyczny i racjonalny. Mianowicie, no, tutaj też, no, każdy może powiedzieć: "No, bo tata mi opowiadał. No to na pewno jest prawda". Jednak też przedstawiał mi taką historię. To było pod Łodzią, bo ja ogólnie wychowywałam się w Łodzi. To, to dużo późniejsze moje lata, kiedy przeniosłam się do Kalisza i zamieszkałam w Kaliszu.
No i tam też właśnie na tej starej działce, którą mieliśmy, doszło do takiego zdarzenia. No, mój tata się zarzekał, że to się przydarzyło i do tej pory nie potrafi tego w żaden sposób wyjaśnić. Mianowicie był budowany tam domek na tej działce, bo tam miała się jedna z moich babć przeprowadzić, bo jeszcze wtedy druga babcia jeszcze żyła. No i tam były takie drobne prace wykończeniowe. Była, był grudzień, był śnieg.... No i mój tata, zresztą był wieczór, poszedł się wysikać, załatwić gdzieś tam na skraju działki. No i tam w którymś momencie, jak tam gdzieś tam na tym skraju działki stał sobie, poczuł czyjąś obecność. No i ta obecność, no to oczywiście się wystraszył, uciekł, wsiadł była, takie świetliste postaci zobaczył.
No i tam te postacie, jedna z tych postaci wyciągnęła do niego rękę. Mój tata w samochód, tam wszystko pozamykał, co tylko mógł, odjechał. No i wrócił następnego dnia. No bo skoro była zima, śnieg nie padał tego dnia, bo to już teraz był ten napadany śnieg. No to mój tata oczywiście poszedł sprawdzić, czy może jakichś śladów kogoś innego nie będzie. No ale ślady były tylko jego, ale udało mu się znaleźć medalik.
Taki stary medalik, który właśnie bardzo go zainteresował. Wziął, pokazywał dużo osobom. Dużo osobom się ten medalik podobał. No i mój tata, były takie modne koszule, takie flanelowe, z takim, taką kieszenią na piersi. No i kiedyśmy szli do piwnicy tego domku, co był tam wykańczany.
Tam w tej piwnicy był piasek rozsypany i w pewnym momencie mój tata poczuł, jak ktoś wyciąga mu z tej kieszeni ten medalik. To nie było to uczucie wyciągania i rzuca w ten piasek. Mój tata potem widział ten medalik, gdzieś tam polecił, poleciał w ten piasek, wleciał.
Ten piasek, już był wielokrotnie przesypywany. Tego medalika nigdy nie udało się odnaleźć. No i takie historie, które właśnie krążyły gdzieś po mojej rodzinie, sprawiły, że to zainteresowania gdzieś tam we mnie zakiełkowały. Zaczęłam właśnie zbierać też płyty. Ja dorastałam też, ja się urodziłam w połowie, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, no to też później lata dziewięćdziesiąte, jak dorastałam.
Zresztą była też ta fascynacja tymi legendami, wieloma zjawiskami. Też miałam taką ciocię, która mi kupowała wiele książek właśnie poświęconych tematyce wierzeń, jakichś legend, podań. No, to tak się pomału, stopniowo rozwijało. No i kiedy nadszedł ten moment, że trzeba było zadecydować, kim chcę być z zawodu, no to stwierdziłam, że no, chyba zostanę etnologiem. Też wcześniej o tej etnologii, bo tak naprawdę można zamiennie stosować etnolog, etnograf. W definicji to tam są różnice pomiędzy tymi dwoma zawodami, ale tak naprawdę w praktyce każdy etnolog jest etnografem i odwrotnie. To się tam dosłownie jakimiś szczegółami różni. No to też koleżanka, jak rozmawiałyśmy, zapowiedziała właśnie, że myśli o wyborze dla siebie takiej ścieżki zawodowej. I wspomniałam właśnie o tej etnologii. No to też oczywiście zainteresowałam się, co to jest. No i stwierdziłam, że to jest jak najbardziej dla mnie, bo to, to nie tylko te historie o duchach, podaniach, różnych sporach, ale także zwyczaje, obrzędy, tradycje wielu kultur, które też także mnie interesowały. No to tak zdecydowałam, że jednak etnologiem zostanę. Kierunek jak najbardziej trafny. Tak jak mówię, na razie mam tytuł magistra, no ale w przyszłości też planuję zrobić doktorat. No, to taka też odpowiedź na pytanie: no to kto jest etnologiem? Kto się zajmuje, ten etnograf, tym wszystkim? W takim najprostszym ujęciu tego słowa, tego zawodu. No to tak naprawdę możemy stworzyć te postaci Baranowskiego, Kazimierza Moszczyńskiego. Czyli to są ludzie, którzy po prostu gdzieś tam niestrudzenie udawali się w teren, wypytywali ludzi o różne rzeczy, bo tak naprawdę etnografia to także nie tylko kultura duchowa, nie tylko obyczaje, wierzenia, zwyczaje, ale także kultura materialna, czyli architektura drewniana, stroje, sposób żywienia, zajęcia rolnicze. To też mnie zawsze interesowało i tak naprawdę, jeżeli chodzi o tą właśnie wszechstronność, tą etnologa, to pierwsze skojarzenie to jest ten badacz terenowy.
Można być dziennikarzem, publicystą po etnografii, tak jak ja pracować jako pracownik naukowy. Też etnografia troszeczkę opiera się na takie współcześniejsze dziedziny, czyli nie tylko praca w uczelni, praca w kancelarii, w muzeum czy gdzieś, prawda, w jakiejś redakcji jakiejś gazety, ale także na przykład bardzo popularne w etnografii stają się na przykład badania antropologii miasta, tej przestrzeni miejskiej. Antropologia współczesności, public relations, także teoria reklamy. Systemy, prawda, polityczne. Więc tutaj tak naprawdę o wiele można dziedzin tutaj zahaczyć, czy też na przykład antropologia przedsiębiorstw. No bo etnolog, no to ma ten warsztat badawczy. To są obserwacje, wywiady. Tak naprawdę na wiele dziedzin tą naszą wiedzę można zastosować.
Może to być właśnie badanie współczesności, systemów politycznych, no albo tak jak w moim przypadku. No, tutaj jest ten wybór na te kultury tradycyjne, którymi się zajmuję. Jak tak słuchałem historii o tym medaliku, to skojarzyło mi się to z jedną z relacji z Krakowa, która była prezentowana w jednym ze starszych odcinków "Mówią Świadkowie". Tam też praktycznie znikąd pojawił się medalik, który dosyć szybko też słuchaczowi się niestety ulotnił. A można powiedzieć, że pani tata przekonał się jakby na własnej skórze, że nawet osoby takie sceptycznie podchodzące do różnego rodzaju paranormaliów, powiedzmy, też mogą doświadczać spotkań z niestanym, prawda?
Tak, tak, ja też się z tym spotkałam. Jak tam czasem ze znajomymi rozmawialiśmy, to też nie jest mój znajomy. No, on nie wierzę, prawda w jakieś tam zjawiska, ale jak się porozmawia z osobami, to się okazuje, że każdy w swoim życiu miał coś.
Nawet jeżeli jest takim niewierzącym tutaj sceptykiem, prawda, że coś mu się przydarza. No i dla mnie ten sam fakt, znając mojego tatę, że on jest taki sceptyk, że on to taki typowy umysł ścisły, a ja jestem humanista. On jest umysł ścisły.... I to, że on jest niewierzący, a jednak przyznaje się, że coś takiego mu się przydarzyło i do tej pory nie wiadomo, co to tak właściwie było. No, to jest dla mnie argument, że to na pewno było, bo to nie jest człowiek, który by po prostu sobie takie rzeczy zmyślał dla, nie wiem, dla jakiejś tam.
Jeszcze jak byliśmy dzieciakami, no to może by chciałby nas nastraszyć, ale ja tam później, jak dorastałam, też nieraz do tej historii tak nawiązywałam, bo myślałam: a może go przyłapię na kłamstwie, może tam coś innego. Ale nie, ta opowieść za każdym razem była taka sama i on też tych postaci opisać nie potrafił. Powiedział, że to były takie świetliste postaci. Nie mógł tak naprawdę stwierdzić, jak te twarze mają czy nie mają twarzy. Jedna była po prostu wyższa, druga mniejsza. Też tak naprawdę nie da się odtworzyć, bo to kiedyś była Nowosolna, to jest obecnie część Łodzi. Kiedyś to była wieś, ale to też. No to moja babcia z tatą kiedyś kupili tą działkę i no, w sumie tam później to była taka parcelacja gruntów była i tam też ci nowi z miasta się przenosili na te działki i tak naprawdę tych takich rdzennych mieszkańców Nowostolnej to już tam za bardzo nie zostało. Tak naprawdę też nie było kogoś wypytać, czy w tamtym miejscu takie zjawiska się działy, czy coś. No to już jest rzecz nie do ustalenia tak naprawdę.
I to jest tylko ta jedna relacja mojego taty. Zanim przejdziemy do, do innych relacji, do prób jakiegoś wyjaśnienia, skąd mogą się brać wierzenia czy też obserwacje różnych istot, jakby znanych z podań i legend ludowych. Pozwolę sobie Panią zapytać, jak tak ogólnie wygląda praca etnografa?
Czego do tej pory udało się Pani dowiedzieć zarówno z literatury, jak i z badań terenowych? Jest tego całkiem sporo. Ja tutaj też pragnę, pragnę właśnie nadmienić to, że w trakcie swoich badań terenowych, z racji tego, że przeprowadziłam się do Kalisza i zakochałam się w tym mieście, zarówno jak całej Wielkopolsce Wschodniej, no to właśnie z swojej pracy przede wszystkim wybrałam sobie ten obszar. Właśnie za ten teren badawczy.
I to zarówno te zwyczaje, tradycje, no ale też te właśnie wierzenia różnego typu, właśnie te demoniczne, niedemoniczne, jak to się niekiedy nazywa u nas fachowo. I tutaj też pragnę właśnie nadmienić, czym właściwie jest teren Wielkopolski Wschodniej. Jeżeli chodzi tutaj o Wielkopolskę, no to mówi się pod względem historycznym, prawda, że to Wielkopolska właściwa, tak zwana, no, to są obszary dawnego województwa poznańskiego i kaliskiego, a także późniejszego gnieźnieńskiego. To trzeba też pamiętać, że gnieźnieńskie, no to zostało utworzone znacznie później, bo to dopiero jest tak naprawdę XVIII wiek, za czasów króla Poniatowskiego, tak, dopiero to gnieźnieńskie powstało.
Wcześniej ten obszar podlegał pod województwo kaliskie. Gdybyście Państwo wpisali sobie w Internet mapę Wielkopolski epoki piastowskiej, to tam wyskoczy taka mapka i to ona tak najlepiej odzwierciedla ten podział terytorialny. Ta Wielkopolska jest taką grubą linią tam oddzielona właśnie i można zobaczyć, który ten obszar jest ten wschodni i ten obszar zachodni. Na pewno poza tym okolicami właśnie Gniezna, Kalisza, tych wszystkich ziem, gmin, powiatów, które podlegają tutaj pod te części, no to na pewno są także obszary Krajny, Pałuk, ale także i Ziemi Wieluńskiej. No i tutaj też może być zaskoczenie dla niektórych, dlaczego Ziemia Wieluńska jest uznawana za Wielkopolskę Wschodnią. Mianowicie jeszcze przed, przed tym, zanim za czasów kształtowania się tego państwa polskiego, zanim Wieluń posiadał swoje znaczenie, to to znaczenie przypadało administracyjno-polityczne pobliskiej Rudzie. No, w tej chwili Ruda już nie ma takiego znaczenia.
To jest miejscowość bardzo blisko Wielunia, ale właśnie owa Ruda jest właśnie wspominana tutaj, prawda? Jako te ziemie przynależne tutaj do Wielkopolski Wschodniej. Później też te ziemie wieluńskie były ziemi wieluńskiej, były przyłączane także do Bolesława Pobożnego, już w późniejszym okresie, do właśnie do tych Wielkopolski Wschodniej. No i tutaj był taki później moment, że ta Ziemia Wieluńska nam się troszeczkę była...
Oddzieliła od Wielkopolski Wschodniej, bo ona była tam pod to województwo sieradzkie. Znowu wróciła nam na krótki czas, na czas zaborów, kiedy powstała ta gubernia kaliska. Ale tak jak mówię, są przesłanki, żeby jak najbardziej tą Ziemię Wieluńską jako część Wielkopolski Wschodniej traktować. Ja celowo tutaj nakreślam te zasięgi terytorialne obszaru, na którym pracuję, żeby każdy miał takie wyobrażenie, które nas tutaj te tereny jak najbardziej interesują. Jeżeli chodzi o te informacje, które udało mi się zasięgnąć, przede wszystkim pracując jako etnograf i zbierając różne informacje, no to są informacje zaczerpnięte z literatury. Staram się sprawdzać każdą publikację, na jaką udaje mi się natrafić, dotyczącą właśnie tych obszarów.
Prowadzę tutaj właśnie taką ożywioną korespondencję z niektórymi ośrodkami. I też to są domy kultury wszelakie, czy gminne, czy też powiatowe, czy, czy biblioteki. I tam od czasu do czasu zdarzy się, że ktoś ciekawego podeśle mi jakieś materiały. Na przykład ostatnio też dostałam tłumaczenie publikacji z dziewiętnastego wieku dotyczących obszaru właśnie powiatu mogileńskiego, gnieźnieńskiego. To była publikacja wydana przez Otto Knopa Sagen und Erzahlungen aus Posen.
I tak jak mówię, to jest publikacja z drugiej, druga połowa-... dziewiętnastego wieku. Z okolic Koła też bardzo ciekawą publikację z początku lat dwutysięcznych dostałam. W zasadzie jak piszemy o okolicy Koła, no to tam nam ta legenda o tych dwóch duchach z zamku, które tam dwóch kawalerów się o tą dziewczynę pojedynkowało i zginęło, to tam, prawda, na części internecie nam o tym historia wyskoczy.
A natomiast tutaj, jeżeli chodzi o te, no to tu też pani z biblioteki była na tyle uprzejma, że podesłała nam skany też informacji, informacji, które były przed wojną sobie przekazywane do Koła i też bardzo ciekawych historii, do których też tutaj jak najbardziej nawiążę, wynikają. Też mamy poza tymi kontaktami, które nawiązuję poprzez korespondencję, no to też przede wszystkim sama staram się wyruszać w teren, wypytywać ludzi, czy ktoś może tam gdzieś kiedyś nie słyszał jakiejś historii, prawda? Jakaś babcia nie opowiadała jakiejś historii o jakichś duchach, straszydłach. Wiele z tych informacji zbieram wraz, że po prostu się tym najzwyczajniej w świecie interesuję, ale też pracuję nad publikacją. To jest publikacja, którą zamierzam opublikować, no, mam nadzieję, w przyszłym roku się ukaże. No, to właśnie dotyczy tych wszystkich miejsc nawiedzonych na obszarze Wielkopolski Wschodniej i tych wszystkich różnych bytów, które moglibyśmy zaliczyć pod bestiariusz ludowy, czyli ten folklor żywy. Mam nadzieję, że to się właśnie ukaże. Zbieram te materiały, też zbieram i zebrałam kilkadziesiąt już tych dosyć ciekawych relacji. Część zasłyszałam sama, część ktoś był na tyle uprzejmy i zdecydował się ze mną tymi historiami podzielić. I tutaj też chciałabym taką, jeżeli mogę tutaj też nadmienić taką kwestię, bo każdemu się te opowieści kojarzą z legendami, podaniami. No i też chciałabym taką różnicę pomiędzy legendą a podaniem tutaj wyjaśnić, zanim przejdziemy do tych wszelakich przykładów, tych różnych miejscowych straszydła, bo to jest dosyć istotna, istotna kwestia, jeżeli też później będziemy mówić o tym, jak etnograf się na to wszystko zapatruje.
Mianowicie tak: legenda, no to przede wszystkim jest z samej swojej nazwy. Wynika to z tego, że opowiada o żywotach świętych. Później legenda mogła być rozpatrywana, pamiętam legendę o założeniu Krakowa albo na przykład mamy jakieś postaci historyczne i takie, no, nigdzie nieodnotowanych historii, jak na przykład o Bolesławie Krzywoustym. Jest taka opowieść, że go kiedyś tam niedźwiedź poturbował, no i dlatego był krzywousty.
Tego nigdzie w kronikach nie znajdziemy, wzmianki o takim wypadku, ale taka opowieść gdzieś się zachowała. No i to jest właśnie legenda, taka niepotwierdzona gdzieś historia. Podobnie jak baśń, legenda ma te motywy baśniowe, nadprzyrodzone. Natomiast podanie. Ono często fachowo jest nazywane podaniem wierzeniowym i to ma kilka przyczyn.
Niektórzy badacze właśnie celowo podkreślają tą różnicę pomiędzy legendą i podaniem, ponieważ podanie ma na celu uwierzytelnienie tego, co sobie opowiadamy. Że to jest, to jest taka, jak to jeden badacz określił, kronika ludu.
Czyli przekazujemy sobie informacje o jakichś minionych wydarzeniach. Wiadomo, kiedyś nie spisywano sobie opowieści, nie było tego słowa pisanego, było tylko i wyłącznie słowo mówione. I tak na przykład taki przykład, taki najprostszy, który też często studentom podaję. No to jest to prawda, że był sobie jakiś zły pan. Był zamek czy tam pałac, który zamieszkiwał.
Pierwsze pokolenia mówią: no, to co było, tak? No, że był sobie zły pan, po prostu bardzo się nad tymi poddanymi nam tutaj paskudził. Późniejsze pokolenia zaczynają troszeczkę to modyfikować, bo skoro on był zły, skoro on był niedobry, no to znaczy się, że chyba te takie kontakty z jakimiś nadprzyrodzonymi mocami trzymał. No i tu już nam się pojawiają te właśnie podania, wersje te nadprzyrodzone, że jakiś diabeł się pojawił. No, a jak był zły pan i diabeł, no to może o jakimś skarbie powiedzieć. A jak już powiemy o jakimś skarbie, no to, że ten skarb jest strzeżony przez jakieś złe moce. No i tak legenda nam się jakimiś różnymi wariantami przeplata. Ja ze studentami robię taki eksperyment. Ja, powiedzmy, jest grupa dziesięciu osób i każę na przykład dziewięciu osobom wyjść. Zostaje jedna osoba.
Ja przedstawiam jej jakąś historię i proszę, żeby ta osoba jak najwierniej opowiedziała to, co ja jej opowiedziałam. No i potem kolejna osoba wchodzi. Ta osoba, co została w sali, przekazuje informacje i siada. Potem kolejna osoba przychodzi i tak te osoby dochodzą i dowiadują się różnych rzeczy okazuje się, bo to, co usłyszeliśmy na początku, to z każdą osobą ta wersja zaczyna nam się zmieniać. Ja mówię: tak jest z plotką i tak jest z podaniem, że ta wersja oryginalna różni nam się od tej wersji, która powstała później. Czasami z podaniami może być też tak, że one po prostu nam zanikają. Wiadomo, że gdzieś coś straszy, ale nikt nie pamięta dlaczego. To też tak może czasem się przedstawić.
No właśnie tak, tak mi się nasunęło teraz, czy da się w ogóle jakoś dojść do tego oryginału, że to tak ujmę? Nie zawsze jest to możliwe, niestety. Czasami się okazuje, że po prostu ten przekaz jest tak niepełny-... Nie dysponujemy takimi materiałami, ee, źródłowymi, żeby coś potwierdzić. Na przykład w Widoradzu jest takie podanie o Diable Widoradzkim. To jest właśnie Ziemia Wieluńska, to powiat wieluński.
I tam jest takie nawet powiedzenie to, że ten człowiek bardzo srogi musiał być ten człowiek. No, to już tam takie powiedzenie mówi, taka forma podobna do modlitwy: „Od wojny i ognia i Widoradza, zachowaj nas, Panie”. Tak się kiedyś i to jeszcze wiele pokoleń później, ludzie zwykli modlić, powiadać to. Yy, też w pamięci ludzi nie zachowało się, kogo dokładnie to powiedzenie się odnosi.
Mówiono natomiast, że gdzieś po bagnach grasuje diabeł, który topi ludzi, zwodzi na mokradła i albo ci gdzieś tam z karczmy wracający po tych bagnach błądzą i wracają dopiero nad ranem do domu, albo już nie wracają wcale. Też są różne opisy mówiące, jak on miałby wyglądać.
Czasami pojawia się pod postacią takiego widmowego konia ze skrzydłami, takimi upiornymi skrzydłami, takie... jak nietoperza, można tak powiedzieć, a czasami taka, taka nieokreślona postać. Niektórzy historycy podjęli się próby wyjaśnienia, mm, kto to mógłby być ten Widorad. I prawdopodobnie to był któryś z kasztelanów sieradzkich, ale też są spory, kto to dokładnie był. Jedyne, co w tej historii nam się udało ustalić, no to, że był po prostu srogi. Czasami tę prawdę faktycznie daje nam się ustalić. I tutaj na przykład też kolejny diabeł, który nam się pojawia w tym folklorze wielkopolskim.
To ten słynny diabeł wenecki, czyli ten Mikołaj Nałęcz. No, to tutaj też są te legendy, jaki on był srogi, jaki był niedobry. Ale tu o Mikołaju Nałęczu możemy już informacje zweryfikować. On był bardzo zaangażowany w wojnę, która w średniowieczu, no, to była taka potężna wojna domowa w Wielkopolsce pomiędzy rodami Nałęczów i Grzymalitów. I on też miał swoich wrogów politycznych. I ci wrodzy, wrogowie polityczni, zwłaszcza ówczesny arcybiskup gnieźnieński Bodzenta, był jego wrogiem. I prawdopodobnie wiele tych takich informacji, jaki to Mikołaj Nałęcz nie był zły, demoniczny wręcz. No, to jest tak jak w przypadku tego Draculi. To są po prostu takie pomówienia przez tych jego przeciwników politycznych, żeby przedstawić go jako tego złego, niedobrego. Bowiem źródła późniejsze sugerują nam, jak już później Mikołaj Nałęcz został sędzią kaliskim i też tutaj, prawda, wyrokował w obecności Jagiełła, Jagiełły, króla Jagiełły i Jadwigi, że to był tak naprawdę bardzo taki... No, nie ma tam, nie zachowały się przekazy, żeby on kiedyś wydał karę śmierci.
Nie ma przekazu, żeby on wydał jakąś taką bardzo surową karę. Co więcej, on nam wprowadził bardzo dużo takich usprawnień do tego systemu prawodawstwa ówczesnego, które te usprawnienia do tej pory funkcjonują. Więc tak naprawdę ta czarna legenda wokół Mikołaja Nałęcza, która czyni z niego tego diabła, no, to jest ten czarny PR, tak zwany, nie? I tutaj jesteśmy w stanie to zrekonstruować. Czasami, no, no da się tą do tej warstwy, tej prawdziwej dotrzeć, a czasami to już tak się zatarło, tak zostało przeinaczone, że dokąd to nie wiemy, o co chodziło. To jest tak, jak mówię, właśnie też te historie, kiedy ktoś mówi: „No, bo tam takie ruiny, tam straszy”, ale już tak właściwie nikt nie powie kto, po co? No bo to się jakoś tak właśnie zatarło w tym momencie.
Pozwolę sobie teraz w tym kolejnym pytaniu nawiązać do relacji, które czasami pojawiają się w podcaście „Mówią świadkowie” między innymi. Dosyć powszechnie w relacjach o spotkaniach z żywym folklorem występują różnego rodzaju duchy, straszydła, stróże.
W przeszłości też były dziwożony tak zwane i inne istoty, jak na przykład zakapturzone postaci. W jednym z odcinków „Mówią świadkowie” zostały przedstawione relacje o obserwacjach nawet wilkołaków. Z takich ciekawych zdarzeń można też wymienić rzekome obserwacje na dawnych naszych Kresach Wschodnich istoty przypominającej z wyglądu słynnego Big Foota.
Z czasów nam współczesnych z kolei pochodzi, pochodzi właśnie duża liczba obserwacji takich bliskich spotkań z, z istotami zakapturzonymi, można powiedzieć. Czy tego typu obserwacje, dość przecież masywnych nieraz stworzeń, da się wyjaśnić jakoś w sposób racjonalny? I na ile istotną rolę może w tego typu zdarzeniach odgrywać pareidolia, czyli ta zakodowana w naszych mózgach zdolność do szybkiego rozpoznawania znajomych kształtów, szablonów, jak na przykład twarze, wizerunki zwierząt? Jaka jest lub może być, ogólnie rzecz ujmując, geneza tego typu spotkań? Yy, powiem tak, jeżeli chodzi... tutaj też zacznę od tych takich ludowych ostrzegań, przede wszystkim tych współcześniejszych.
Yy, to tak. No, przede wszystkim, jeżeli chodzi o to wyjaśnienie, jako etnograf to mogę powiedzieć, że tak jako etnograf ja nigdy nie mogę napisać w publikacji, że wierzę, prawda, tym informatorom, że tutaj, prawda, zebrałam sobie sto pięćdziesiąt relacji i na podstawie tego znaczy się, że jakieś tam zjawiska nadprzyrodzone są. No bo po prostu, no, tam lekką ręką to nie będzie uznane, jeżeli chodzi o te tradycje akademickie. Ja mogę prywatnie wierzyć przynajmniej w część tej historii.... Ale nie mogę tego zupełnie, że tak powiem, tutaj publikacji zawrzeć. Muszę tak zawsze z dystansu, jak zresztą to czynił Baranowski. On też nigdy nie mógł tam, to jest jego kwestia indywidualna, bo albo on w to wierzył, czy on w to nie wierzył.
No, ale on zawsze z takiego lekkiego dystansu zawarł. No i też próbował się to wyjaśnić właśnie jak na etnografa to przystało. I tak: przede wszystkim te wszystkie wierzenia w te nadprzyrodzone istoty da się wyjaśnić wielorako. Po pierwsze, to wynika z nieznajomości tamtejszych ludzi, z różnych prawideł, zjawisk występujących w świecie, prawda?
Czasami na przykład mówiono sobie, że jak piorun trzasnął, no to, że jakiś bóg rzucił piorunem, prawda? Jeżeli na chałupie sobie siedzieliśmy po ciemku i w nocy słyszeliśmy sobie, że coś tam skrzypi i stuka, no to też tłumaczono sobie, że to jakieś krasnoludki sobie chodzą i tam coś robią. Też mamy to zjawisko dotyczące tego, prawda, tej zmory. O tych zmorach to już w ogóle jest osobną publikację można by napisać, bo to relacji jest całkiem mnóstwo i to się różne sposoby, różne sposoby przejawiania się w ogóle zmory są. Nauka przede wszystkim stara się tą zmorę wyjaśnić tutaj na zasadzie tego paraliżu przysennego, że to ciało nasze jest po prostu paraliżowane. Jak się budzimy, no to coś tam te informacje z mózgu, że się budzimy, nie do końca docierają do ciała. To jest nie do końca dostrzeżone. No i doświadczamy tego uczucia ucisku na tej klatce piersiowej. Demoniczny dusiołek.
Tak, tak, też to się pojawia, więc to, to też różne te nazwy ma. Jeżeli jesteśmy już przy tej zmorze, to też podam kilka ciekawostek, które właśnie na podstawie moich badań terenowych wynikły. A mianowicie zmora to często się przedstawia jako posiadający, prawda, coś, jakaś czarna postać, która dusi.
Ja dotarłam do relacji z kaliskiego Tyńca, gdzie informatorka mi opowiadała, że mieszkała tam kiedyś jej ciocia albo babcia. I ta moja informatorka bała się tam w ogóle do tej babki chodzić, bo ona po prostu tak plastycznie o tej zmorze opowiadała, że ta dziewczyna po prostu jako dziecko, nastolatka, czy dorosła kobieta była młoda. Ona jakieś ataki lękowe dostała. Ona sama nigdy ataku zmory nie doświadczyła. Ta babka czy też tam ciotka owszem. I ją zawsze straszyła. I relacja miała być taka, że w tamtym Tyńcu, ale to jest tylko relacja z Tyńca, jak ona ta zmora ma, wygląda. Miała mieć postać chudej kobiety z długimi, obwisłymi piersiami. Miała siadać na człowieku i nie dusiła swoim ciężarem, ale te obwisłe piersi wkładała człowiekowi do gardła i w ten sposób miała się właśnie osoba dusić. No i tutaj istnieją różne sposoby, jak tą zmorę należało odegnać. Przede wszystkim na przykład, mam nadzieję, że to tak dobrze opiszę. Jak sobie leżymy w łóżku, mamy obok kapcie, to te kapcie powinny być ustawione tak, że jak wstajemy z łóżka, to my bez przestawienia tych kapci jesteśmy w stanie te stopy w te kapcie wsunąć. Jeżeli mamy kapcie czubkami do łóżka, to jest zaproszenie dla zmory. I tutaj też, prawda, była ta informacja od informatorki, że zawsze babka ją pouczała: nigdy czubkami do łóżka, tylko od łóżka, bo ci zmora przyjdzie. Takie było pouczanie. I też ze zmorą...
miał doświadczenia ze zmorą, no. Mój mąż miał takie gdzieś bardzo doświadczenie, które było uznane za spotkanie ze zmorą. To miało, to miało miejsce nie w nocy, ale w dzień. Ja poszłam wtedy do pracy. To była godzina siódma, ósma. Siódma chyba. On jeszcze spał, bo na popołudnie szedł. No i on mówi, że on nas słyszał, że wychodzi. Pożegnaliśmy się i on mówi: słyszę, jakby ktoś zawołał go po imieniu.
I w pewnym momencie poczuł, jak coś by się przeturlało po nim i go zaczęło dusić. To po jakimś tam czasie minęło, ale mówi, że to jest tak z jego relacji, to jest zupełnie inaczej, jak się czyta, a to inaczej, jak się to przeżyje. I to też mi informatorzy mówili nie raz, że oni to czuli. I to są właśnie te cecha podania wierzeniowego, tej relacji wierzeniowej, że tego człowieka to jest wiarygodne, bo albo ja tego doświadczyłem, albo doświadczył tego mój wujek, ciocia, sąsiad. I dla tych ludzi to już jest wiarygodne, bo to osoba, która dla nas autorytetem mówi. Zmory. Relacje o tych zmorach. To nie należy się dziwić, że w ogóle w dzień się zmora pojawia, bo to też mi informatorzy potwierdzali.
Zmora może przyjść do człowieka w dzień, do południa. I to też właśnie Kolberg odnotował. Ja też to słyszałam. Takie wierzenia o zmorze, że jeżeli ona przyjdzie do człowieka w nocy, to należy albo za dnia, to, że tak powiedzmy, do południa, to trzeba powiedzieć: zostaw mnie w spokoju, ja ci dam to, czego ty chcesz. I tu się na przykład obiecuje, że da się jakieś pieniądze. Da się chleb, może być nawet kawałek, no nie wiem, ciasta, cokolwiek. I zmora niby według tych wierzeń powinna od nas odstąpić. Ale tak, jeżeli nas zmęczyła w nocy, to ona przyjdzie w dzień.
I zmora według wierzeń to nie jest żaden duch. To jest osoba, która właśnie... no, czarownica często wierzenia. W każdym razie osoba, która ma jakieś nadprzyrodzone zdolności.... żeby, prawda, jako pod postacią zmory nas męczył.
I ona, jak męczyła nas w nocy, za dnia przychodzi rano i trzeba dać to, co byśmy jej obiecali, bo w przeciwnym razie będzie jeszcze gorzej. Jeżeli nas męczyła rano, to ona przyjdzie około południa, zanim zapadnie zmierzch. I też trzeba jej dać. No i to też jest cały ten motyw, że widzimy jej twarz. Wiemy, kto jest zmorą w tym momencie. I to jest ten pierwsze tłumaczenie, że ta nieznajomość tych zjawisk. Drugie to są, prawda, wierzenia, wyjaśnienia, takie wierzenia pochodzące z tych przedchrześcijańskich tradycji, wierzeń.
Słowianie wierzyli w różnych bogów, różnych duchy opiekunce, jakieś istoty nadprzyrodzone i na przykład krasnoludki. W Wielkopolsce nazywa się w ogóle cokolwiek, co pochodzi z podziemi, jest nazywane podziomkami.
I to już nam sugeruje tutaj, że te istoty to już ten świat podziemny, czyli pojawia nam się tutaj wierzenie, czy to pod postacią krasnoludka, jakiegoś domownika. Pojawia nam się duch przodków, który chce albo nam pomóc, albo zaszkodzić. To są różne sytuacje.
Czasami mogą to być też jakieś istoty, może kiedyś jacyś bogowie albo na przykład duchy opiekuńcze, które zostały pod wpływem kultury zdemonizowane. Dla pogan może one nie miały takiego negatywnego wydźwięku, ale później, no, żeby prawda, to nie stało to w opozycji do tego, co chrześcijańskie i prawda obok jakieś to, to musi być jakiś duch zły.
I tutaj też właśnie z tych pytań, które się pojawiły u mnie na mailu, które pan mi przesłał, też bardzo ciekawa relacja, która zwróciła moją uwagę, to jest to, że ktoś pisał właśnie o tych bańkach, że tam ze Śląska ta relacja była, że zostawiano jakieś jedzenie na polu, żeby jakiejś istocie, żeby nie zaszkodziła nam, bo jeżeli byśmy tego jedzenia nie zostawili w bańce, no to by ktoś te pole powyrywał buraki, powysypał ziemniaki. I faktycznie- No, dosyć sporo tego pokarmu tam było.
Tam była bańka z mlekiem i pół bochenka chleba. To nie byle co. Tak, tak. Więc to powiem szczerze, w Wielkopolsce też w różnych obszarach takie coś się nam pojawia, że pola żyją stworzenia, które trzeba, no właśnie, darzyć szacunkiem, zostawić jakiś, jakiś przedmiot. Może nie spotkałam się z tą relacją, żeby zostawiać tą bańkę czy ten pół chleba, ale były pewne elementy, które wskazują na pokrewieństwo tych wierzeń. Na przykład, jak były dożynki, to w okolicach Ostrzeszowa, jeżeli się nie mylę, był taki zwyczaj: ostatni snopek, który został na polu, bo to w ogóle w Wielkopolsce i nie tylko.
Jak kończyliśmy żniwa, to zawsze na polu powinien zostać jeden snopek i wierzono, że to właśnie jest schronienie dla tych duchów polnych. W okolicach Ostrzeszowa w ten snopek wkładano jakieś żywego królika, żywego jakiegoś zajączka, kogutka czy piórkę. I to niby taka ofiara była dla tych duchów. Niekiedy to się przeniosło na zwyczaj dekorowania tych wieńców dożynkowych, z którymi szło się kiedyś do dworu dziedzica, że po prostu te kurki takie czy te zajączki wkładano w te wieńce dożynkowe. Czasami też pojawiają nam się takie przekazy o istotach wodnych. Na przykład w Trzemesznie koło Gniezna była taka relacja, jedno źródło. Ona taka niekompletna była, a potem znalazło się wyjaśnienie, dlaczego jest, jak jest, że kiedyś tam należało pod poświęconym dębem w noc świętojańską złożyć ofiarę trzech kogutów. No i też to jedno źródło nie tłumaczyło dlaczego, ale już sugerowało, że prawdopodobnie jest jakiś zwyczaj przedchrześcijański. Mogło tak być, że właśnie w okolicach Trzemeszna, właśnie pod dębem, który był drzewem świętym, składano takie ofiary. W innym źródle pojawiło się trochę rozwinięcie tej opowieści. Mianowicie historia o tym, że w pobliżu mieszkał kiedyś hrabia, którego trzej synowie się utopili w tym jeziorze trzemeszyńskim i dlatego na pamiątkę właśnie tej śmierci, żeby po prostu jezioro nie żądało ofiar od ludzi, składano właśnie pod tym dębem trzy koguty. Prawdopodobnie ta opowieść o tych synach hrabiego jest opowieścią późniejszą i nakłada się na te wierzenia składania ofiar pod dębem, które mają genezę przedchrześcijańską. Z kolei na ziemi wieluńskiej jest taki młyn. On bardzo tam w okolicy słynie, że jest nawiedzony. To jest miejscowość Kochle i tam też raz do roku powinno się wrzucić gąsiora albo coś do rzeki, żeby nikt przez cały rok nie tonął.
Tam w ogóle o tym młynie się opowiada, bo to jakieś historie, że jakiś tam diabeł w tym młynie jest i dlatego właśnie tak się, jak zbliża się czas ofiary, to trzeba to się trochę hałasować, zaczyna stukać.
To jest znak, że zbliża się czas, żeby tą ofiarę złożyć. Prawdopodobnie ta opowieść o tym diable też jest takim echem tych wierzeń, że o tym duchu wodnym, żebyśmy nie tonęli, też trzeba złożyć. Czyli mam już tutaj dwa wyjaśnienia tych wierzeń....Yy, kolejne wyjaśnienie to też często jest przeświadczenie, że czasami te by-byty nadprzyrodzone pochodzą od osób zmarłych śmiercią nadprzyrodzoną. Yy, czyli na przykład, yy, mamy taką sytuację: rytuały, prawda?
Rytuały przejścia. Czyli opuszczamy stan społeczny A i chcemy przejść sobie do stanu społecznego B. Pomiędzy nimi jest stan, który jest stanem marginalnym. Możemy danej osobie zaszkodzić. Yy, czyli jeżeli mamy, dziecko się nam urodziło, ono jeszcze, yy, należy do świata duchów. Tak wie- z wierzenia. Chrzest czy jakikolwiek rytuał włączający do wspólnoty sprawia, że żadne duchy nie powinny mu zaszkodzić. Ale pomiędzy tym rytuałem a narodzinami jest ten moment, gdzie to dziecko jest narażone na oddziaływanie sił nadprzyrodzonych. Jeżeli to dziecko umrze w czasie porodu lub nieochrzczone, czy bez tego rytuału jakiegokolwiek tam, ze względu na religię i wiarę, to może przeistoczyć się w upiora. I to, to są właśnie takie stany graniczne, jeśli chodzi o dzieci. Jeżeli chodzi o ślub, to na przykład jest sytuacja, że jeżeli panna nie zdąży albo zaręczona już dziewczyna nie zdąży wyjść za mąż, jest takim...
Nie jest już panną, ale jeszcze nie jest mężatką i też umrze albo coś jej się stanie i w wyniku tego jej dusza jakoś tam przeistoczy się w jakiegoś upiora. Czyli mamy znowu tą sytuację graniczną. To samo jest z osobami, yy, niepochowanymi właściwie. To są samobójcy, to są różni zabójcy, którzy byli gdzieś tam na rozstajach dróg chowani. Yy, czasami są to osoby, które nie były w trakcie pogrzebu, yy, wyłączone ze społeczności lokalnej. Czyli tak jak w Wielkopolsce, w różnych częściach jest zwyczaj, że, yy, przenosząc trumnę, powinno się na przykład trzykrotnie tą trumną zastukać o próg albo tam też powinna się znaleźć przy progu siekiera. To jest masa takich rytuałów właśnie wyłączających, żeby ten człowiek nam jako upiór nie wrócił. Czasami, jeżeli na przykład zwłaszcza z tymi, ee, osobami, które nie zdążyły wyjść za mąż, to też często pogrzeb dla nich pod względem rytualnym jest elementem zastępczym wesela, bo tak: miał chrzest, ma pogrzeb, ale ten środkowy rytuał ślubu nam gdzieś wypadł. No i tu się gdzieś pojawiała obawa pod względem kulturowym, że ta osoba powróci nam jako upiór.
Dlatego w kulturze ludowej, yy, chowano w sukniach, chowano właśnie w jakichś takich akcesoriach ślubnych, wiankach rucianych. Rozmaryn wkładano, bo to właśnie, czy to było dziecko, jakaś dziewczynka, czy to już była dorosła panna, czy kawaler, to ten, ta, ta forma ślubu i pogrzebu, takiego symbolicznego ślubu, którym był pogrzeb, miała zabezpieczyć społeczność, że ta osoba już nie wróci do tej lok... wspólnoty lokalnej społeczności. Jeżeli chodzi o takie wytłumaczenia, yy, tutaj, prawda, zaczerpnięte właśnie o tym Big Footie, o tym wszystkim, to powiem tak: no, ja to się mogę wytłumaczyć, te wszystkie zjawiska pod kątem, jakim powiedziałam, że to się przeplatają te elementy, prawda, różnych wierzeń, nieznajomości różnych zjawisk w przyrodzie, prawda? Wiara w moc różnych rytuałów. Yy, nie jestem tutaj takim specjalistą od badania tych zjawisk różnych. Podejrzewam, że część zjawisk, których osoby doświadczają, yy, i nazywają te zjawiska spotkaniami z żywym folklorem, yy, no, może być takim właśnie nadinterpretowaniem danego. Bo wiadomo, każdy... Coś się komuś nadprzyrodzonego stało i to człowiek: „Wow! Ja tego nie potrafię wyjaśnić", prawda? Yy, i to już tam czasem sobie coś dopowiemy, czasem coś nadinterpretujemy. Więc też czasami jest ta kwestia interpretacji właśnie zjawiska.
Yy, czasami właśnie to są te dopatrywanie się, prawda, kształtów w czymś, czego, no, nie wiem, no, komuś się tam plama rozlała i jakieś tam mu się coś objawiło rzekomo w tej plamie, nie? Widzę buzię w tym tęczu słynne nagranie.
Tak. Tam Rana Jezusa, radości i tego typu sprawy. Yy, no, jest na pewno jakaś grupa zjawisk, o czym już powiedziałam na początku na przykładzie mojego taty, że tego, no, wyjaśnić się niekiedy nie da. Że faktycznie są, takie jest grupa zjawisk, które byśmy, choćby nie wiem, jak starali się, no właśnie, nie da się tego w sposób namacalny uchwycić. I to jest właśnie problem, dlaczego się nie da? Czy to jest tak, jakiś inny wymiar istnieje, czy to jest, yy, w inny sposób, no, nieuchwytne?
Nigdy nie próbowałam tego rejestrować właśnie pod tym kątem, tutaj, prawda, technicznym, że tak to ujmę. Zawsze zbieram te relacje i tak, no, interesowało mnie, próbowałam je jakoś wyjaśnić albo po prostu zapamiętać w ten sposób.
Ciężko mi też tutaj tak do końca się odnieść. Tu było też takie bardzo ciekawe pytanie: dlaczego w ogóle, yy, po drugiej wojnie światowej zaczęły nam znikać te relacje różne? Niektóre, niektóre nawet po pierwszej wojnie światowej. Tak.
Bo tutaj mamy na przykład, yy, mamy na przykład przykład. To trzeba być mną, żeby taką konstru-konstrukcję językową użyć. Mamy przykładowo, yy, doniesienia może nie-niekoniecznie z terenu Polski, ale z terenu innych krajów, tego naszego słowiańskiego obszaru językowego.
Mamy chociażby doniesienia o tak zwanych szumskich deklach, czyli dziwożonach, które jakoś tak, yy-...prawdopodobnie urwały się właśnie w okolicach pierwszej wojny światowej. Jaki wpływ na zmniejszenie się liczby relacji o tego typu zdarzeniach i spotkaniach z różnymi dziwnymi istotami, yy, miały właśnie wydarzenia typu pierwsza wojna światowa, druga wojna światowa, różne inne zawieruchy? Yy, przede wszystkim są to zjawiska społeczno-polityczne, prawda? Ludzie pomału zaczęto- stary model życia, prawda, osób z wsi, bo nie zawsze to w miastach też oczywiście opowiadałam o tego typu rzeczach, o czym też wspomnę między innymi na przykładzie Kalisza. Yy, oni tak, no, ludzie żyli sobie na wsi, prawda? Z dziada, pradziada w jednym miejscu.
Rzadko kto się tam przenosił, bo nie zawsze mógł, bo to niekiedy go tam te regulacje prawne w jednym miejscu trzymały. Życie było, prawda, jednostajne. Tak żyliśmy, jak żyli nasi przodkowie. Rzadko była sytuacja, że ktoś się wzbogacił, ze wsi, przeniósł się do miasta. Yy, pierwsze, pierwszą, drugą światową, przed pierwszą wojną światową już, prawda, nastąpiła ta rewolucja przemysłowa. Coraz więcej ludzi przenosiło się ze wsi do miasta i zaczął zmieniać się styl życia. To nie tylko skutkowało tym, że ci ludzie odrzucali wiarę w jakieś paranormalne rzeczy, w jakieś zjawiska nadprzyrodzone.
Zaczęto pomału zmieniać. Odchodzono od tradycyjnego budownictwa drewnianego. Coraz częściej na wsiach pojawiały się domy ceglane. Zaczęto też ubierać się bardziej już na modłę miejską. Czyli ten strój ludowy też już nam zaczął tutaj pomału zanikać. Zaczęto też właśnie odchodzić od wierzeń. To też tak, tak jakaś ta religijność ludowa, ta magia, bo też bardzo ciekawe zjawisko na wsi, już pomału zaczęto odchodzić. Najbardziej wyraziste, no to jest to po tej drugiej wojnie światowej, kiedy to zupełnie te wszystkie struktury społeczne nam się tutaj porozkładały, zmieniły się różne systemy polityczne i też czasami, no właśnie, no, było takie wyśmiewanie troszeczkę, no, no to ty w duchy wierzysz? No, no, tak, polne duszki chodzą i takie, no właśnie, wcześniej przetraktowanie tego typu zjawisk.
No też chyba, chyba duży wpływ na to miał zwiększony dostęp do edukacji, szczególnie wyższej. Tak, to też edukacja i to często właśnie moi informatorzy. Czasem zauważam, że no, babcia, pradziadek to by dużo opowiedzieli, bo oni dużo takich historii znali, ale ja to już tak za bardzo nie.
No, bo nie chciałem słuchać, no bo to za głupoty uważałem. No i czasami są ludzie, którzy na tym kończą, a czasami no bo szkoda, no bo można byłoby czasem tego posłuchać jednak. I też miałam kiedyś tutaj, prawda, kontakt z takim jednym panem. On pochodził z rodziny szlacheckiej. Po wojnie jeszcze była ta możliwość, że ci osoby pochodzące z tych rodzin szlacheckich mogli w tych majątkach zamieszkiwać. I tam też oni w jakimś dworze zamieszkiwali i jego matka bardzo interesowała się właśnie tą ludowością.
I tak się interesowała, że jak były na przykład darcie pierza, jakieś tam inne takie zwyczaje, to ona zapraszała do siebie. I właśnie wtedy można było posłuchać, co ludzie ze wsi opowiadają. To jakieś pieśni ludowe i często były takie opowieści, no właśnie z folkloru ludowego. No i ten pan powiedział: „Wie pani co? Ja żałuję, żeśmy tego nie spisali, bo tych historii było multum".
Ten pan to tam chyba jedną historię już zapamiętał. Jakoś mu się w pamięci wyryła, że jakaś chyba z tych dziewczyn z tego darcia pierza tam z tego dworu wychodziła. No i tam kiedyś ją właśnie usłyszała jakieś kroki za sobą. Obróciła się i zobaczyła, jak same drewniaki za nią idą. I to tak wystraszyła się, pobiegła do domu.
To jest jedyna historia, którą ten pan zapamiętał, ale tego było po prostu multum. To nie wiem, mogę sobie przytoczyć. Tu właśnie też przechodząc do tej kolejnej części. Nie wiem, ile mamy czasu, bo też się trochę rozgadałam.
No, czasu mamy, też czasu mamy jeszcze dosyć sporo. My nagrywamy dzisiaj w środę. Jest godzina szesnasta jedenaście. Mamy chyba czas jakoś do dziewiętnastej, jeżeli dobrze pamiętam. Dobrze. Ale chyba, chyba czterech godzin, czterogodzinnej audycji raczej nie zrobimy, bo to jednak też jest spory wysiłek, ale czasu jeszcze mamy dosyć sporo, także możemy przejść do tych takich najciekawszych pani zdaniem przykładów zaczerpniętych z literatury, a dotyczących kategorii istot nadprzyrodzonych. No i, no i też myślę, że możemy wspomnieć coś o bardziej takich współczesnych zdarzeniach, które zdarzyło się pani zasłyszeć w trakcie badań terenowych. Bo mimo wszystko, mimo tych za wielu historycznych i innych czynników, to jednak relacje o spotkaniach z żywym folklorem pojawiają się również i dziś, prawda?
Tak, tak, można to spotkać. Jak najbardziej. To jest tak samo jak z tymi różnymi czarami, prawda? Ja też w swojej pracy badawczej miałam w ogóle styczność, spotkać się z szeptuchą i przeprowadzić wywiad z szeptuchą w ogóle. I to też tak niektórzy mówią a zabobon, prawda? Nie powinno. Ciągle tego słowa strasznie nie lubię, bo... Yy, generalnie rzecz biorąc, trzeba mieć na uwadze też to, że my patrzymy z perspektywy naszych czasów. My jesteśmy bardziej, nikt nie chce się gogo urazić, ale jesteśmy bardziej wykształceni od naszych dziadków, pradziadków, prawda?
Oni często nie mieli dostępu do takiej edukacji, jaki my mamy teraz. Oni właśnie wiele zjawisk nie potrafili sobie wyjaśnić, wielu rzeczy nie rozumieli. My już to rozumiemy i nam jest łatwo oceniać, że ktoś w głupoty wierzy, w głupoty wierzył, prawda? Ale gdybyśmy żyli w tamtych czasach, w tamtym kontekście historycznym, no to byśmy też w to wierzyli. I dla nas to, w co oni wierzyli, też byłoby czymś codziennym, powiedzmy szczerze....Więc tutaj nie ma tak naprawdę tego jak podważać. Yy, i tak.
No, jeżeli chodzi o te takie relacje tutaj, yy, z tym czarami, no to też właśnie mówi się, że: a po co gusła, po co ten? I ona sama szeptucha mi przyznała, że mamy dwudziesty pierwszy wiek. Ona ma pełno klientów. Przychodzą ludzie z różnymi problemami. Też tutaj, prawda, warto też powiedzieć, że nie ma tych starszych relacji i przejdziemy se do tych współcześniejszych. Yy, bardzo ciekawy jest też, niedawno natrafiłam na to, yy, w folklorze krainy takie, to się ma odzwierciedlenie w nazwach lokalnych. Yy, bardzo właśnie, właśnie w okolicach powiatu sępoleńskiego bardzo charakterystycznie zapisały się przekazy o tamtejszych diabłach.
I na przykład oni tam mają takie, na przykład jest wieś Iłowo, której, yy, kolonia nazywa się Diablim Kątem. Tam później były takie próby po drugiej wojnie światowej, żeby ten Diabli Kąt przemianować na, yy, Anielskie Góry. Gdzieś indziej jest na przykład jezioro Mochel, które też jest związane z jakimś lokalnym diabłem. Jest też jezioro Jucha, jest też Czarcie Jezioro albo Diabelskie Jezioro.
To są okolice Więcborka. Gdzieś tam jeszcze, a! We wsi na przykład, tak dla przeciwwagi podam na przykład jest taka wieś, yy, nie pamiętam, jak ona się nazywa... Zagórzańska Osada albo Zagórecka Osada, a w każdym razie ta część się nazywa tam koło niej Dwanaście Apostołów. Dla przeciwwagi. To mieliśmy diabły, to nam się pojawiają też te anioły. I gdzieś jeszcze jest czarna albo Diabelska Góra, zwana czasem Cygańską Górą. I jakie tam ciekawe historie w ogóle tam z tymi diabłami wynikają?
A mianowicie właśnie w okolicy jeziora Mochel jest takie przekonanie, że tam w tym jeziorze mieszka diabeł, który kiedyś rzucił głaz. Zrobiła się taka dziura, wyrwa taka jakby i to się po prostu przez stulecia napełniało wodą. I tak powstało to jezioro zamieszkane przez jakieś różne moce.
Yy, to też wiadomo, też często właśnie te opowieści o diabłach to też tutaj, prawda, wyjaśniają, czemu na przykład przypadki utonięć ludzi. To ludzie toną. No bo często w tych wierzeniach te wyjaśnienia tłumaczą nam, że jakaś siła nadprzyrodzona tych ludzi tam ściąga i topi.
W okolicach jeziora Mochel jest taka miejscowość, Orzełek się nazywa i tam taki młyn stoi. I też jest opowieść o tym, że pewien parobek udał się tam. No i widział, prawda, cztery, nie jeden, nawet czterech diabłów pracujących w tamtejszym młynie. Każdy z tych diabłów miał odpowiadać za jakąś rzecz. Jeden roznosił kamienie po polach, no, czyli tutaj utrudniał życie rolnikom. Czasem też w tym worze miał jantar, czyli bursztyn, który czasami z tego wora wypadł. No i można było znaleźć. Też jest takie ciekawe, że w tamtych okolicach on sobie, ten diabeł, rozwoził te kamienie, jeżdżąc wozem i czasem można było w okolicach właśnie tego jeziora zobaczyć taki ognisty wóz, którym pędził diabeł i te kamienie rozrzucał. Inne diabły. Na przykład ten drugi diabeł odpowiadał za pijaństwo. Czyli, prawda, mężczyźni szli do karczmy, upijali się, a potem bili swoje żony i dzieci. Czyli te problemy społeczne były tutaj tłumaczone przez tą postać diabła, że no, diabeł namącił. Yy, trzeci z diabłów miał na przykład stawiać miskę z mąką na progu, gdzie jest dużo dzieci, a wiadomo, dużo dzieci, no to trącą, rozsypią. No i ta mąka nam pójdzie w niwecz. Czwarty diabeł mełł mąkę, ale to też tak się przekładało, że jak tak jakoś tą mąkę pokracznie mełł, że często właśnie jak ludzie mieli we wsi mąkę, to ta mąka się tam jakoś im psuła. Niedaleko też okolic jest to jezioro, które jest powiedzmy Diabelskie Jezioro. No, często miewa ten przydomek Czarne Diabelskie Jezioro. Ono znajduje się niedaleko Więcborka i tam też jest opowieść, że tam też w tym jeziorze zamieszkuje diabeł. Ono w ogóle też takie są legendy. Tam krążą podania, przepraszam, yy, że czuć w ogóle od tego jeziora siarkę często. Nie wiem, czy tam są jakieś po prostu źródła pod powierzchnią wody, bo niektóre wody, zapachy wód mają taki zapach siarkowaty i to stąd ten zapach siarki. Ale okoliczni mieszkańcy są przekonani, no że właśnie to tam właśnie dowód na bytności diabła w tamtym miejscu to ten zapach siarki i taka, taki ciemny kolor dna i wody tego jeziora. Stąd często się mówi, że właśnie to Czarne Jezioro. Też, jeśli chodzi o takie wodne relacje tych wodnych bytów, to są te... To na przykład jest też w okolicach Gniezna, tymczasem, jezioro. Ono się nazywa Myszonek, ale okoliczni ludzie nazywają je Utratą. No i też tam jest opowieść, że to była osada jest utrata, że tam kiedyś obszar jeziora i ona kiedyś została zatopiona. No bo ludzie z okolicy, zamiast iść do kościoła, chodzili do karczmy i sobie pili.
Któregoś razu w kościele nie pojawił się żaden człowiek poza małą dziewczynką. No i ksiądz się bardzo zdenerwował i przeklął wszystkich mieszkańców. No i wtedy woda zalała miejscowość, którą nazywano to jezioro właśnie Utrata, no bo utrata po tej miejscowości. Okoliczni ludzie z tego, co wiem o tym jeziorze, opowiadają sobie i jego okolicach bardzo różne, mm, opowieści.... Czasami można spotkać właśnie białą dziewczynkę, tak braną na biało. No i to według opowieści ma być ta dziewczynka według legendy. Niektórzy twierdzą, właśnie tam wędkarze, którzy tam się udają łowić ryby, czy też właśnie pływają łódkami, że to jezioro ma podwójne dno. Czy też na przykład czasem słychać jakieś takie, no, dziwne odgłosy dobiegające z tego jeziora. To też tak niekiedy po zmroku ludzie ponoć, zwłaszcza w jakichś tam określonych okresach roku, właśnie w te okolice tego jeziorka Myszkonek, nie chcą za bardzo chodzić.
No bo tam właśnie czasami na przykład się mówi też, że czasami jakieś tam widmowe tabory cygańskie się pojawiają, jakieś duchy, różne widziadła, które gdzieś tam ludzi mącą i gdzieś tam tą drogę. Jakieś takie istoty pojawiają się, straszą tych ludzi.
Na pewno też taką ciekawą opowieścią jest tutaj okolice Wieruszowa. To jest też okolica wsi o nazwie Bocian. Tam jest kilka wsi. Ja w tej chwili już nie pamiętam nazw, a się mówi na to takim trójkącie nawet w okolicy takiej miejscowości. Tam tak, zwłaszcza w Bocianie, do jakichś dziwnych zjawisk ma dochodzić. Kiedyś opowiadano sobie, że gdzieś tam przy drodze czyha diabeł, a właściwie diablica pod postacią starej baby, która gdzieś tam ludzi na jakieś manowce często właśnie topieliska wodzi. Też jakaś topielica ma się tam właśnie w okolicach pojawia, która też tych ludzi gdzieś tam wabi i topi. Czasem pojawia się w ogóle postać i to też właśnie chyba to jest bardzo charakterystyczne, zwłaszcza dla tej części Wielkopolski Wschodniej, która należała do tej, do tej guberni kaliskiej, chyba pod zaborem rosyjskim, bo tam też był ten podział w pewnym momencie na Wielkie Księstwo Poznańskie i Królestwo Polskie. No, Kalisz i gubernia kaliska, no, to była właśnie tutaj ta część rosyjska i też te okolice Wieruszowa także. I często pojawia się taka postać, ptaka wodniarza albo ptaka zwodniacza. Ja to gdzieś czasem w literaturze widziałam.
Dopiero później troszeczkę się dowiedziałam, szperając, że czasami ten wodniarz to zwodniacz. To był taki coś podobnego do bażanta było, że prawda gdzieś tam się pojawiało w krzakach. Słychać było jego odgłos. Człowiek chciał go złapać. Wiadomo, na wsi bieda. No to jak się bażant stracił, no to zawsze dla rodziny jakaś okazja do zjedzenia czegoś odświętnego było. No to człowiek chodził, chodził za tym zwodniaczem. W pewnym momencie nikt tego zwodniacza nie widział, słyszał tylko jego głos i gdzieś ten człowiek się topił. No to też właśnie w okolicach tej właśnie wsi Bocian, w okolicach właśnie Wieruszowa ma się też to pojawiać.
Tam też jest jakieś miejsce w ogóle w tym Bocianie czy też w którejś z tych sąsiednich wsi, że często dochodzi do jakichś wypadków. No i też jest takie przeświadczenie mówiące o tym, że musiało coś tam się kiedyś stać, bo na przykład były wypadki, że kiedyś jechały dwa konie, wozy zaprzężone w konie naprzeciwko siebie i jakoś tak się te konie spłoszyły i jakiś tam, któryś z tych woźniców się gdzieś tam nadział na ten dyszel i zmarł. Często są właśnie jakieś dziwne wypadki i tam ludzie też z tego miejsca wiem. W ogóle tam właśnie te okolice Bociana, to jakoś tam też tak tamtych okolicach owiane właśnie złą sławą, bo coś tam się dziwnego, nadprzyrodzonego często dzieje. Też taką relacją, ciekawą historią. No to też jest tutaj okolice Wilczyna, niedaleko Konina.
To są takie opowieści też właśnie z tymi wodnymi duchami związane. To też tam mi informator jeden opowiadał, że kiedyś to trzy niezależne osoby miały gdzieś tam relacjonować różnym osobom, które opowiadały później tą przygodę swoją. To z jeziora widzieli, jak wyłania się takie czarne, kosmate coś. I to też najpierw jedna osoba opowiadała, później w tym samym czasie zupełnie druga niezależna osoba też to komuś widziała, że takie czarne, kosmate coś z tego jeziora Wilczyńskiego wychodzi. Jeżeli chodzi na przykład o okolice Kalisza, no to też każdy kojarzy Kalisz gdzieś tam z relacjami o tej Dorotce, która ma się pojawiać koło Baszty Dorotki. I to jest taka legenda, najbardziej kojarzona z Kaliszem. Jednakże jak poszperałam troszeczkę w źródłach archiwalnych, to okazało się, że ten Kalisz ma tych legend znacznie więcej. Ja też właśnie niedawno weszłam w posiadanie skanów, dokumentów, materiałów z lat osiemdziesiątych. Tam były organizowane różne konkursy folklorystyczne z lat osiemdziesiątych. I to też jest taki dowód na to, że w latach osiemdziesiątych jeszcze ludzie nie bali się pisać właśnie takich różnych historii o duchach, nie o duchach, bo tam właśnie jest pełno tych relacji, że komuś coś się przydarzyło. Podejrzewam, że jakbyśmy teraz gdzieś w jakimś mieście to zorganizowali, to by się ludzie, tak przynajmniej większość ludzi bałaby się o tym zwykła do miasta, że gdzieś to w gazecie opublikują. A wtedy nie. Wtedy właśnie ludzie bardzo śmiało opisywali jakieś tam swoje różne przygody z duchami i na przykład bardzo taką czarną sławą właśnie w Kaliszu miał szczycić się tak zwany Diabelski Dołek. Diabelski Dołek to było takie miejsce na Prośnie. Tam była taka plaża, niedaleko mostu kolejowego, gdzie było bardzo dużo utonięć.
Tam się nawet mówiło, że nieraz całe łodzie potrafił, bo tam było chyba z dziesięć metrów głębokości. Jak tam któreś źródła wspominały, czytałam.... To było bardzo głębokie. Teraz tam byłam, przed wojną chyba było mniej na Prośnie niż współcześnie, bo teraz no to faktycznie aż tak głęboka nie jest. Kiedyś tak było i właśnie ponoć nurt czasem naciągało, przyciągało tych ludzi.
To się nawet mówiło, że rybacy, wędkarze, którzy w tamto miejsce przychodziło, właśnie ten Diabelski Dołek omijał, no bo tam było najwięcej na całym tym odcinku Prosny w okolicach Kalisza, najwięcej utonięć. I o tym, że tam dochodzi do takich nieszczęsnych wypadków, no to świadczyły krzyże. Tam jakieś krzyże były postawione, no które te ofiary śmiertelne upamiętniały. To bardziej tacy zabobonni. Przepraszam za to określenie. Tacy przesądni.
Może tak to zastąpmy. Ludzie często żegnali się albo nawet woleli gdzieś tak nadrobić troszeczkę drogi, ominąć to miejsce, żeby w okolicach tego miejsca nie przechodzić, bo... No właśnie. Słyszano podobno różne jęki, różne odgłosy. Teraz w Kaliszu podejrzewam, że jak ktoś się lokalną historią nie interesuje, jakby się zapytać współczesnych Kaliszan, co to był Diabelski Dołek, no to raczej z tym już nie będą kojarzyli. Ale przed wojną to miejsce było bardzo dobrze znane.
Też w okolicach Kalisza miał być gdzieś ukryty skarb. I to też była relacja właśnie z tego konkursu folklorystycznego jakiejś pani, właśnie z tych lat osiemdziesiątych. Albo ona, albo jakaś znana jej osoba miała pójść na łąki w pobliżach Kalisza zrobić komuś żart, nastraszyć go. No i tak się to skończyło dla niej przygoda taka, że to nie ona nastraszyła kogoś, ale to ona była tą osobą wystraszoną. No bo właśnie widziała jakiegoś czarnego psa o takich świecących oczach. No i tam ktoś miał jej powiedzieć: "No, nic dziwnego, że ty tam to widziałaś, bo tam podobno jest jakiś skarb ukryty". Te czarne psy w okolicach Kalisza to one tak, jak czytam te różne relacje czy nawet słyszę, to one dosyć często miały być widywane, bo kiedyś w Kaliszu był zamek. Jego fundamenty, część fundamentów zamku znajduje się przy liceum Asnyka. Wcześniej też właśnie ten zamek upamiętniał taki krzyż, który tam miał stać. I przy tym krzyżu często właśnie taki czarny pies miał być, taki widmowy, czarny pies widywany, to on tam często przesiaduje. No, dlaczego przesiadywał? Po co? Też tego tak naprawdę nie wiadomo.
Inne właśnie takie doniesienia o tych wilmowych, czarnych psach, no to pojawiają się na przykład z okolic Puchar. To też jest tam bardziej w okolice Pleszewa. Z tego, co pamiętam, to też jeden informator opowiadał mi, że tam jest taki krzyż, koło którego też ma być taki czarny, upiorny pies widywany i podobno jego ojciec, właśnie tego informatora, miał mieć taką przygodę, że z jakimś kolegą wracał z jakiegoś właśnie miejsca, z jakiejś miejscowości, też wsi. I jakaś taka mgła się tam właśnie w okolicach tego krzyża pojawiła. Oni się jakoś tam niby szli obok siebie, ale w którymś momencie się rozdzielili. Ten właśnie ojciec tego kolegi to chyba całą noc tam gdzieś błądził. Nie mógł trafić.
Dopiero nad ranem się jakoś pojawił, a okazało się, że ten kolega, z którym został rozdzielony, zginął. Miał wypadek, wpadł pod samochód czy coś tam się stało i zmarł. No i w każdym razie ta okoliczna ludność tłumaczyła to sobie: no, że ten pies, to tam prawda, nie bez przyczyny się pojawia. Jakieś nieszczęścia czasami na ludzi sprowadza. W Kaliszu też gdzieś, nie pamiętam, na której to ulicy miało być, ale też taka ta z lat osiemdziesiątych relacja była, że pojawia się czasem taka czarna, cienista postać bez głowy. I też czasem ponoć tam niektórych ludzi, którzy przechodzili, to czasem ta postać miała w zwyczaju, no, powiedźmy, ścigać na przykład. To tyle, jeśli chodzi o te kaliskie duchy. Jeżeli przejdziemy do innych miejscowości, to właśnie à propos tych skarbów poukrywanych w różnych miejscach, to na przykład niedaleko, na obszarze Puszczy Pyzdrskiej jest taka miejscowość, nazywa się Zagór.
I tu też mam informację, którą otrzymałam w nagraniu od pewnego pana, który pracuje w jednym z ośrodków właśnie w Zagórowie. On przeprowadzał na potrzeby zupełnie innego projektu wywiad z takim miejscowym gawędziarzem. No i zgodził się podzielić ze mną nagraniami, które zarejestrował. I tam też właśnie te nagrania dotyczyły tam legend i opowieści różnych. I w okolicach Zagórowa podobno jest takich kilka takich miejsc. Na przykład jest Koński Dół.
To też tak trochę odpowiednik tego Diabelskiego Dołka w Kaliszu. Tylko że Koński Dół, dlatego że wciągał ludzi. Konie, przepraszam. Koński Dół, bo tam często konie z jakiegoś powodu coś tam ciągnęło i te konie tam po prostu w tym końskim dole ten żywot kończyły. Czasami na przykład w okolicach Zagórowa była widywana pędząca kareta. I to też właśnie jest relacja, którą ten gawędziarz znał. I to tak: ta osoba, która opowiadała temu gawędziarzowi, szła drogą, szła stąd.
Tymczasem ta kareta z tymi końmi i woźnicą miała pędzić pomiędzy drzewami. No to rzeczywiście logicznie niemożliwe, żeby ktoś wozem czy karetą pomiędzy drzewami jechał, no bo by się po prostu, no, rozbił. A często ponoć ta osoba, no, widywała ten powóz pędzący w lesie.
Dokąd jechał? Kto to miał być? No, to już nie jest pewne. Jest też taka opowieść o skarbie gdzieś w okolicach właśnie Zagórowa. I to też jest relacja właśnie też od jakiegoś znajomego, tego pana, który się wypowiadał na nagraniu.... Jego znajomy właśnie jechał kiedyś za jakimś innym mieszkańcem właśnie okolic, który tam prowadził wóz konny wypełniony sianem. No, a ten znajomy tego pana jechał za nim na rowerze i w pewnym momencie patrzy, a ten wóz siana zaczyna tym ogniem się płonąć, palić. No to krzyczy do tamtego: Zatrzymaj się, siano ci się na wozie pali! Popędzi, popędził tam do niego. Pomógł tego konia odprzęść, no bo wiadomo, zwierzę niczemu nie winno. To w pierwszej kolejności tego konia tam oswobodzili. No i zaraz potem chcieli zerknąć na, na to siano. Patrzą, a siano się nie pali, w ogóle się nie tli. I też później tamci ludzie też się opowiadali, że to pewnie złoto się czyściło. I tutaj warto słuchaczom wyjaśnić, co to w ludowym folklorze czy czyszczące się złoto. Czasami wierzono, że jak było gdzieś ukryte złoto, to tak jak w tej historii tutaj było takie wyjaśnienie, że jak jest gdzieś zakopane złoto, to podkreślam, to jest oczywiście ludowe tłumaczenie. Ono w ogóle nie ma żadnego wyjaśnienia fizycznym. Wierzono, że złoto ono się przesuwa w ziemi coraz wyżej i wyżej i czasami, mimo że jest pod powierzchnią ziemi, to jak słońce na nie świeci, to czasem może wybuchnąć ogień. No i prawdopodobnie ten wóz przejeżdżał w tym momencie w miejscu, gdzie jest ukryty skarb. I właśnie gdzieś tam się miało. Wydawało się, że z tym ogniem, bo ten ogień też okazało się, że fizycznie nie istniał. No ale to miało być tłumaczone, że tu niby ten skarb był ukryty. Czasami też w legendach, opowieściach, różnych podaniach się pojawia ten wątek czyszczącego się złota w postaci, jak się pojawiają te takie błędne ognie, takie świecące różnokolorowo. No to też się mówi, że czasami są to dusze geodetów, czasami dusze dzieci, tak jak w okolicach Ostrzeszowa. Że jak się właśnie zobaczy takie błędne ognie gdzieś, to należy właśnie się przeżegnać i wypowiedzieć taką formułkę chrztu, bo wierzono, że to są te dusze tych dzieci nieochrzczonych. Na przykład powiedzieć: Jeśliś pan, niech ci będzie Jan. Jeśliś panna, niech ci będzie Anna. No i taka formułka chrztu miała sprawić, że ta dusza będzie po prostu zbawiona i teoretycznie już się nie powinna gdzieś pojawiać. To tak właśnie z okolic Ostrzeszowa. Czasami wierzono, że te błędne ognie to właśnie to czyszczące się złoto, takie właśnie tam gdzieś pod ziemią takie efekty daje i takie ogniki się pojawiają, żeby to złoto, te monety się przeczyściły gdzieś. Bardzo ciekawe relacje i opowieści też pojawiają się tutaj, jeżeli chodzi o ten Zagór. Wracając z powrotem w te obszary do odnośnie straszydła, które mają dosyć takie, no, nietypowe nazwy. Ja nawet nigdy o nich nie słyszałam praktycznie. To tak. Pierwsza to jest opowieść o Albinie o czerwonych zębach. No i tutaj też właśnie w jednej rodzinie przez jednego z moich informatorów to było zasłyszane, że jak nie chciało się, żeby dzieci gdzieś poszły sobie gdzieś tam, żeby im się nic nie stało, no to się mówiło: nie właź tam, bo cię ten Albin z czerwonymi zębami złapie. No, w taki sposób właśnie straszono. Inne straszydło z tamtych okolic. Nazwa jest bardzo enigmatyczna i ja też do Ośrodka Etnograficznego napisałam w celu wyjaśnienia, co to mogło być za określenie, bo też w literaturze się spotkałam z tym określeniem, ale to była tak lakoniczna wzmianka, że to nic z tego nie wynika. Ale wiadomo, że w folklorze się pojawiało, zwłaszcza w Wielkopolsce. Ten tajemniczy stwór miał nazywać się kurze płucka. I tu też taki mój apel jeżeli ktoś ze słuchaczy pochodzi z Wielkopolski Wschodniej i gdzieś kogoś straszono, bo to też miał być straszak jakiś na dzieci, te kurze płucka. Bardzo bym prosiła o kontakt, wyjaśnienia, co to właściwie miało być.
Wiadomo, że w folklorze wielkopolskim występowało. Wiem to od informatora. Wiem to z jednego źródła, ale no właśnie nie mamy opisu tego tak naprawdę. Czasami właśnie pojawiają nam się takie bardzo dziwne straszydła. Na przykład w okolicach Cieni odnotowałam też takie dziwne straszydło, ale o nim też czytałam w różnych źródłach.
Czasem pojawiają się wzmianki w różnych częściach Słowiańszczyzny, tylko różne warianty się pojawiają. No, generalnie straszydło się nazywa koński łeb i generalnie on tam nic właściwie ludziom nie robi, tylko gdzieś w nocy się pośród mroku pojawia. Widać końską czaszkę.
Czasem ona ma takie świecące oczy, czasami się porusza na pajęczych albo na kurzych nóżkach. I ona po prostu straszy. Człowiek ucieka przerażony i na tym się cała historia kończy. Tutaj, właśnie w okolicach Cieni, pojawił nam się ten wariant końskiego łba na kurzych nóżkach. I też o co chodzi z tym końskim łbem? Dlaczego właściwie takie coś miałby się pojawiać? Tutaj trochę tę zagadkę troszeczkę wyjaśni.
Koń generalnie w swojej symbolice jest zwierzęciem solarnym, poświęconym słońcu, ale jest też zwierzęciem związanym ze sferą zaświatów. Dlatego też często w opowieściach, też między innymi wielkopolskich, pojawiają się czasem takie konie, które tam są tak piękne wierzchowce, że człowiek wsiada, a ten koń nagle gna i go tam gdzieś w rzece, w jeziorze topi. Bo często też ten akt zanurzenia się w wodzie, w symbolice kulturowej oznacza po prostu przejście do zaświatów. Bardzo często te konie były składane też jak umierał jakiś władca, to często były konie z nim chowane. Jak szamani wprawiali się w jakieś różne transy, to też byli pomocników duchowych i często wśród tych pomocników duchowych-... szamanów, pojawiała się postać przypominająca konia. O związku też właśnie konia z zaświatami, no to doświadczamy też taki zwyczaj słowiański ofiar zakładzinowych. Czyli jak budowaliśmy sobie dom, chcieliśmy, żeby ten dom był chroniony przez jakąś moc, to kładliśmy końską czaszkę. No też, no co prawda, to jest była cała sfera rytualna związana, żeby ten duch tego konia nas chronił. To troszeczkę w folklorze wielkopolskim się zdewoluowało, bo takie końskie czaszki były na przykład czasem roztykane na polach, żeby chroniły pola przed jakimiś negatywnymi istotami, czarami czarów albo na przykład, żeby też takie te łuski kapusty były tak duże i twarde jak ta końska czaszka. Później troszeczkę ten koński łeb był wykorzystywany też przez czarownice.
Jak czarownica chciała rzucić urok na kogoś, to wykorzystywała właśnie końską czaszkę. I to też właśnie, jak ktoś tam gdzieś zauroczony, coś bardzo potężny urok rzucony, to gdzieś miano znajdować właśnie zakopane końskie czaszki, które podejrzewano, były w tych magicznych rytuałach przez czarownice wykorzystywane. Koński łeb pojawia nam się także w folklorze wschodnim. Mam tutaj na myśli Rosję, Białoruś, Ukrainę.
I właśnie ten koński łeb jako takie to straszydło, podobne do tych polskiego folkloru. No to często tam się pojawia w baśniach. Jest taką postacią, która troszeczkę tam naprowadza bohatera, tam pomaga, daje jakieś zadania, zagadki do rozwiązania. Więc prawdopodobnie ta postać tego końskiego łba, no, wywodzi się właśnie chyba z tych właśnie przedchrześcijańskich wierzeń, z tych właśnie tych baśni, prawda? Jeszcze takie dziwne straszydło, nietypowe, na które temat, którego trochę się musiałam naszukać, to też właśnie jest opowieść z Cieni pod Opatówki, niedaleko Kalisza.
To jest pamper. Jedna właśnie pani miała mówić, że ojciec ją kiedyś straszył, że jak będzie niegrzeczna, to przyjdzie po nią albo koński łeb, albo pamper. Nieraz mówił: "O, słuchaj, niegrzeczna jesteś. Ja już tam pampera na akacji widziałem".
No i ta pani też tak za bardzo nie była w stanie powiedzieć mi, co to ten pamper jest, bo to już tak nawet nazwa brzmi nam tak germańsko, że to nie jest takie nasze słowiańskie. Aczkolwiek pani mówiła, że tutaj mają korzenie słowiańskie, więc z okolic Kalisza rodzina się z okolic Cieni się wywodzi. No to się naszukałam.
Co to jest w ogóle ten pamper? W gwarze poznańskiej są takie określenia: tańczyć jak pamper na nitce, być ubranym jak pamper albo ktoś: a to taki pamperek jest. Więc mówię, no, już jakiś trop jest. Coś tam się w tej gwarze pojawia, te nawiązania tych dziwnych stworów. Na pewno tutaj też znalazłam. Doszukałam się w końcu po źródłach zagranicznych. Mianowicie była postać... To jest postać ogólnie pamper z folkloru niemieckiego. Mianowicie pamper to było coś takiego w folklorze niemieckim, taki nasz diabeł, chochlik, przebrany właśnie w taki strój takiego pajaca pokracznego, który właśnie gdzieś tam miał być straszakiem na dzieci.
Czasami jakieś tam zadania, jakieś takie dokuczania. Więc w końcu ta zagadka z tym pamperem się wyjaśniła, że to postać z tego folkloru niemieckiego. Taki diablik w postaci takiego pajaca gdzieś się pojawia, gdzieś czasem straszy. Tutaj jeszcze mogę tak na sam koniec też wspomnieć o relacjach z okolic Liskowa. To jest też tutaj prawda, powiat Kaliski. Czasami tam pojawiają się informacje o takich miejscach, jakby to nazwać, wyklętych, przeklętych. No więc różne opowieści, legendy nam wyjaśniają, dlaczego coś ma być przeklęte, wyklęte. W jednej wsi okolic Liskowa, podobno jak się jechało motorem albo wcześniej wozem, wskakiwała postać takiego bezgłowego widma i żeby się oczywiście od niego odżegnać, należało czynić znak krzyża. Niektórzy opisywali, że ta postać albo ma strój takiego bez... Strój księdza albo strój powstańca. To były różne warianty. Jak to się pojawiało gdzieś w okolicach Liskowa.
Takie widmo wskakujące gdzieś komuś na powóz miało się pojawiać. Inna relacja, no to tyczy też takiego miejsca, to jest też okolice Liskowa, że też tam coś miało się bardzo złego dziać. Było takie miejsce, do którego żadne zwierzęta nie chciały podchodzić za bardzo.
Konie przejeżdżając koło tego miejsca, się płoszyły. Były też informacje, że jakaś dziewczynka, jakiś informator nawet mojemu informatorowi opowiadał, że jakaś dziewczynka szła z kotem i ten kot, czując, że zbliżają się do tego miejsca, zaczął być strasznie niespokojny. W końcu zaczął drapać tą dziewczynkę i gdzieś uciekł, ale też omijając to miejsce. I ponoć do tej pory to miejsce jest jakoś tam omijane przez okolicznych. Podobne takie miejsce znajduje się bardziej już w okolicach Sieradza. Też to jest opowieść tego samego informatora. On należy, on należy do takiej grupy historyków lokalnych. Chociaż jeżdżą w takie miejsce bardziej pod kątem historycznym badają różne miejsca niż etnograficznym, paranormalnym. Ale też właśnie, właśnie czasami właśnie, jak rozmawiałem z tymi ludźmi, dowiadują się różnych ciekawych historii. I tam też miało być jakieś takie miejsce, do którego ponoć nikt nie chciał ich zaprowadzić. On tam miał być jakiś cmentarzyk chyba powstańców styczniowych. Oni nie chcieli tego cmentarza.... dotrzeć tam, jakoś tam odnowić, tam jakoś przebadać i nic, tylko nieś się tam do tego cmentarzyka poprowadzić. Jeden tylko, też jak wypadało w ogóle hasło tego miejsca, to tak: a ja panie, ja nie wiem, jak tam dojść. To już zapomniane miejsce. Nie wiem, gdzie. Ludzie, tak widać ten temat, no właśnie, omijali. No i jedna osoba zgodziła się tam z nimi poinformować.
Poinformować ich o tym, ale zaznaczyła, że ona tam z nimi nie pójdzie, tylko narysuje, jak do tego miejsca dojść. No i tam właśnie też tą historię przedstawiła, że tam prawdopodobnie straszy albo ze względu na te mogiły powstańców styczniowych, albo jest też taka druga wersja, że po prostu kiedyś jakaś dziewczyna urodziła nieślubne dziecko i je żywcem zakopała gdzieś w okolicach tamtego miejsca. I od tamtej pory mają się dziać tam jakieś rzeczy dziwne. Ponoć były stawiane już kapliczki. Ksiądz tam dwukrotnie te kapliczki kropił. To podobno na jakiś czas pomaga, ale potem już za bardzo. No tak, niekoniecznie. Tam znów coś się dzieje.
No i ten jedyny informator mojego informatora z tamtych okolic wspomniał, że też kiedyś jakoś się tam zapomniał. Chciał na skróty jechać. Przejeżdżał tamtędy i mu zgasł motor. No i tak mówi: no co się dzieje? Co się dzieje? Gdzie ja się dzień, żeby potem działać sprzęt, nowy motor. Co się dzieje? I też próbuje zapalić. Nie może. I dopiero potem, jak się rozejrzał po okolicy dokładnie, no to zdał sobie sprawę, że to jest to miejsce.
No to zsiadł z tego motoru. Przeprowadził ten motor i dalej motor normalnie, bez problemu odpalił. Ten mężczyzna był w stanie dalej pojechać. No, w każdym razie tam, nie pamiętam, jak się tamta miejscowość nazywa. Musiałabym sprawdzić jeszcze.
Jeżeli tam kogoś by ten temat interesował i byłby z tamtych okolic, chciałby sobie to miejsce zwiedzić. Wiem, że to właśnie w okolicach Sieradza i też to miejsce tam jakieś tabu w ogóle, że ludzie za bardzo o tym miejscu nie chcą mówić, za bardzo nie chcą w to miejsce chodzić. Jeżeli tu chodzi o takie stworzenia, bo żeśmy sobie powiedzieli o tych duchach wodnych, trochę o tych polach sobie opowiedzieliśmy. Na pewno zostaniemy sfera leśna, jeżeli chodzi o takie straszydła leśne, no to czasem nam się pojawiają tutaj takie te duchy leśne mogą komuś odniesienia do tych opiekunów lasu, że oni czasami, jeżeli człowiek nie ma pozytywnego nastawienia do natury, to też jakieś figle spłatać albo jeszcze bardziej dosadnie się zemścić. Tutaj w ogóle też warto przytoczyć sobie postaci najsłynniejszych chyba polskich diabłów: Rokity i Boruty. One tak gdzieś tam są czasami jeden związany z taką miejscowością, drugi z taką.
Prawda jest taka, że jeden i drugi to tak naprawdę są diabły o zasięgu lokalnym, krajowym. Przepraszam. Na terenie całego Polski, całej Polski te diabły miały gdzieś tam w folklorze się pojawiać. No, inaczej było właśnie w Wielkopolsce. No i na przykład w okolicach Pleszewa, czy też na przykład innych miejscowości, no, pojawiał się no właśnie ten Boruta, że to Boruta jest tym opiekunem lasu. No bo właśnie ta jego nazwa, prawda? Boruta od boru, lasu. I to też właśnie świadczyłoby o tym, co mówiłam wcześniej, że te niektóre wątki z folkloru ludowego pojawiają nam się, są zdemonizowane po przyjęciu przez Polskę chrześcijaństwa. No i prawda, później te postaci pozytywne zrobiły nam się negatywne. No, Rokita to z kolei Rokicie, prawda? No to te tereny podmokłe.
I też czasem właśnie się w okolicach Wielkopolski przedstawia, że te leśne istoty wodzące gdzieś tam ludzi na pokuszenie, no to czasami właśnie takie diabły albo czasami pod postacią jelenia, które gwarowo są nazywane leleniami. Albo na przykład pojawia się kobieca postać.
Podobno właśnie w okolicach Załęcza Wielkiego. To też jest ten obszar Ziemi Wieluńskiej. Pojawia się w zależności od relacji albo czerwona, albo zielona pani. Czyli to jest po prostu postać kobieca, która jest ubrana albo w czerwoną, albo w zieloną suknię. No i właśnie przede wszystkim ona wabi mężczyzn. No i ci mężczyźni za nią sobie podążają i w pewnym momencie okazuje się, że zielona albo czerwona pani gdzieś znika. No i nie potrafią wrócić. Okazuje się, że znajdują się w takiej części lasu, że nie potrafią wyjść. Czasami całymi dniami, godzinami gdzieś tam sobie błądzą. Jeżeli chodzi o okolice Kalisza, no to są Brzeziny i też właśnie w okolicach Brzezin, w powiecie kaliskim jest rezerwat Olbina. I tam też jest taka legenda, że opiekunem tego miejsca jest Olba. On jest tam też czasem jako diabeł przedstawiany w legendach. Kiedyś tam w niektórych wersjach legend on się jawi jako taki smok, który miał kiedyś nawet próbować zaatakować Kalisz. Ja też dotarłam do osoby, która z tamtych okolic pochodzi. No i ona miała opowiadać, że czasami, faktycznie, w niektórych porach dnia, zwłaszcza wieczorem, ludzie unikają właśnie wchodzenia do rezerwatu Olbina, no bo pojawia się Olba i to, to są różne, prawda, relacje. Niektórzy mówią, że to jest taka straszna postać, taka upiorna wręcz, że ludzie gdzieś tam się boją nawet kiedy o niej mówić. Czasami właśnie lubi on, jak są w rezerwacie oznaczenia szlaków, to on te same oznaczenia podobno lubi gdzieś tam-...
pozamieniać i prawda, ci ludzie gdzieś tam tutaj po okolicy błądzą, to nierzadko czasami gdzieś tam jakieś tam bagna czy jakieś tam podmokłości chodzą. Też to takie bardzo charakterystyczne dla folkloru wielkopolskiego to wodnik. I tutaj specjalnie w tej postaci nawiązuję, bo w większości regionów Polski, jak i są mężczyzny, wodnik kojarzy się z tym mieszkańcem wód, tym topiącym. Ale w folklorze wielkopolskim i podobno także na Kujawach, wodnik to jest istota, która bardziej odpowiada płanetnikowi, chmurnikowi. Dlaczego to się nazywa wodnikiem? Nie wiem. Tak po prostu jest, że jeżeli chodzi o folklor wielkopolski, to jeżeli państwo usłyszycie kiedyś hasło wodnik, zwłaszcza od starszych ludzi, to raczej będzie oznaczało płanetnika, chmurnika. Tak się po prostu w folklorze nazywa. No, to byli według wierzeń ludzie, którzy tam gdzieś byli wciągnięci na górę, do nieba. No i ich zadaniem było zawiadywanie pogodą, prawda, deszczem, burzą. I też były takie wierzenia, że jak są chmury jasne, no to zarządzają nimi wodne baby, czyli te kobiety wodniczki. A jak ciemne chmury, no to chmurni chłopi, czyli też właśnie te wodniki, bo czasami też tak ich nazywano. Bardzo ciekawym wierzeniem, też zasłyszanym tutaj od mieszkańca okolic Kalisza, jest przeświadczenie, że jak pojawia się tęcza, to pojawia się ona po to, żeby pić wodę z rzeki.
I to też odwołuje nas do sfery tej przedchrześcijańskiej, kiedy wierzono w żmije. Żmije, czyli te słowiańskie smoki, takie związane właśnie z tą sferą wodną, pogodną. Więc tutaj też się to jakoś zachowało, tylko już nikt o żmiju oczywiście nie mówi, tylko nazywa to po prostu mówi, że tęcza po prostu pojawiła się, żeby napić się tej wody z rzeki. Aha, jeszcze tu miałam nawiązać jeszcze à propos tych czarnych psów, to też pamiętam, właśnie się pojawiła też w tych pytaniach relacja pana, który pisał właśnie o tym psie, który miał się pojawiać tutaj.
No to tak. No, powiem szczerze, ciężko mi się do tej relacji odnieść. Na pewno tego typu relacji jest bardzo dużo. Ten pies pojawiający się w lesie, podążający za kimś. Jeżeli ta istota nie robiła krzywdy, no to przez wielu tutaj osób, które wierzą w ten folklor, folklor wielu mieszkańców, zwłaszcza tej dawnej wsi, gdzie te wierzenia, te różne istoty się pojawiały. Jeżeli ta istota nie wyrządzała krzywdy, no to byłby to faktycznie uznane przez wielu za takiego ducha opiekuńczego, tego, tej, tej, tego obszaru leśnego. Gorzej, jeżeli pojawia nam się ten zwłaszcza czarny pies, który jest no, no, wrogo do nas nastawiony. No, tutaj wtedy mamy te obawy, że trzeba się bać i lepiej z tej drogi się gdzieś tam usunąć. No, jeszcze zawsze ktoś, jakiś racjonalista się też zawsze zjawi po prostu racjonalistycznym, że no, zawsze to jest interpretacja, że przypadek, że jakiś pies się pojawił. Ja osobiście no po prostu zostawię tutaj, to nie będę może bezpośrednio na siłę tłumaczyć, ale tylko po prostu zostawię interpretacji i tym wierzeniom właśnie pana, który tutaj tą informację do nas skierował. Proszę zinterpretować po prostu po swojemu.
Tak jak mówię, jeżeli to nie robiło panu krzywdy, no to należy to interpretować pozytywnie. Może to faktycznie była istota leśna, przychylna panu. Gorzej, jakby to był ten czarny, ten demoniczny pies, tak? No, tutaj ten. Ja kiedyś pisałem taki artykuł o polskich kryptydach, czyli polskich chupakabrach, bigfootach i innych tego typu stworzeniach. I trafiłem też na dosyć straszny, strasznie brzmiący opis jednego takiego obcego, czarnego psa. Zwierzęta wielkości psa rasy collie posiadały długą, węgielnie czarną sierść i miały duże, czerwone lub zielone oczy. Nie udało mi się niestety trafić na opis jakiegoś spotkania z tym, z tego typu stworzeniem, no ale sam już opis wyglądu dosyć... Muszę powiedzieć no, ja bym się przestraszył.
No tak, jest się czego bać. Rzeczywiście, tak jak ten pies. Tutaj niektóre stwory po się mógł spotkać. Jak się tak czyta o tych opisach, no to nic ciekawego właśnie. Ale faktycznie, jak tak nawet już pomijając folklor wielkopolski, czasami też gdzieś czytałam o jakichś tych ognistych koniach albo gdzieś tam, gdzieś w innych częściach Polski były ogniste konie czy coś. Takie bardziej takie trupie, te ogniste, bo to było takie płonące konie, taki à la szkielet, taki już to mięso. No to faktycznie, jak człowiek by tak miał to w nocy zobaczyć, no to jest się czego bać w tym momencie. No faktycznie. Ja powiem tak: ja kiedyś miałam takie doświadczenie. Ja to tłumaczę tym, że to prawdopodobnie bardziej przyziemnie to staram się tłumaczyć.
Mianowicie to było w lipiec. Pojechałyśmy z koleżanką tam, jeszcze jak mieszkałam w Łodzi. To było tam z dziesięć lat temu i to moja rodzina miała już tą drugą działkę, bardziej pomiędzy Głownem a Brzezinami, w województwie łódzkim. I tam ta wieś to w ogóle jakąś taką ma zawsze jakąś zagadkową dla mnie aurę. Jakieś tam takie dziwne zawsze sny i jakieś historie z tym miejscem się w ogóle wiązały. Tam był taki pas nieużytku. Pamiętam, któregoś razu tak, to była godzina siedemnasta, osiemnasta. No to był lipiec, no to jeszcze było widno. Tam oczywiście okolice lasu, to troszeczkę te lasy są nieco dalej, no, ale no, tamte pola są otoczone, powiedzmy, tymi lasami. Więc może to takie doświadczenia, no, które mogłyby gdzieś tam kiedyś być podpięte właśnie pod ten-... folklor, żywy folklor. No to właśnie już tam później z tego pola, gdzie miałyśmy sobie pójść na te jałowiec, no to było takie już opuszczone pole, z którego nikt tak naprawdę tam nie zbierał. No to tam cała wieś praktycznie pewnie wiedziała o tym miejscu i chodziła sobie tam porzeczki, maliny zbierać. Yy, i tam w ogóle tam jest taka sytuacja, że tam, gdzie współcześnie znajduje się centrum wsi, jest szosa, no to kiedyś było właśnie ta odludna część wsi, a tam, gdzie jest teraz odludna część wsi, no to kiedyś było centrum. No to przemieszczenie, no sprawiło to powstanie tej drogi asfaltowej. Po prostu to centrum się zamieniło miejscami z tym odludziem.
I w związku z czym, no, tam właśnie na tym dawnym odludziu, yy, dawnym centrum, przepraszam, no to znajduje się dużo ruin. Tam są jakieś chaty, właśnie opuszczone pola. No i tam wiadomo, jak ktoś o tym wie, no to ktoś nieraz chodzi sobie tam jakiś tam. Jeżeli właściciel się tym nie interesuje, no to chodzi sobie zbierać. No to żeśmy sobie tam poszli tych malin, tych porzeczek troszeczkę nazrywać. No i stwierdziłyśmy, że już nam się nie chce iść okrężną drogą.
Skrócimy sobie przez ten pasek nieużytku w drogę. Matko, jak ja sobie przypomnę ten odgłos, bo to w pamięci zostaje człowiekowi na całe życie! To były takie gęste zarośla, trawy prawie tak wysokie, że praktycznie jak ja mam metr sześćdziesiąt pięć, to wyższe ode mnie, gęste.
W pewnym momencie jesteśmy w połowie drogi przez ten nieużytek. No i słyszymy taki odgłos... Hm, jakby to opisać? Takiego ciężkiego oddechu, sapania, takiego charczenia. Za chwilę to jakby coś wstało i ruszyło w naszą stronę. Było słychać taki głuchy, dudniący odgłos. To się tak powoli zaczęło rozpędzać i iść w naszą stronę.
Myśmy się wystraszyły, wybiegłyśmy. Przebiegłyśmy już tam przez ten nieużytek, przez to pole kartofli, które gdzieś tam obok było. I zatrzymałyśmy się na kolejnym polu. Obejrzałyśmy się, żeby zobaczyć, czy to gdzieś tam za nami nie leci. No, nie było nic. Nic za nami nie szło.
Jeszcze tam chwilę odczekałyśmy i oglądałyśmy się za siebie. Nadal gdzieś tam dalej szłyśmy. Nic nie było widać. No, tak jak mówię, ja się tu skłaniam ku teorii tego, że tam jest tam trochę dalsza odległość lasów. To była też tak osiemnasta godzina. No to często pojawiają się jakieś tam, prawda, te istoty, zwierzęta leśne. Mógł to być dzik i prawdopodobnie według nas, tak jak sobie mówiłyśmy, no, był to właśnie dzik.
Prawdopodobnie też taka godzina, kiedy te zwierzęta tak pomału na żer wychodzą. No ale mówię, jeżeli to byłyby te czasy, kiedy właśnie ten folklor żywy był bardzo intensywny wśród tych lokalności społecznych, unikało się właśnie tych takich naukowych wyjaśnień, no to podejrzewam, że to nasze spotkanie zapewne, gdyby przydarzyło się w dawnych czasach, no, ktoś mógłby już tam, prawda, gdzieś przyporządkować do jakichś zjawisk paranormalnych. No, mówię, no, wrażenia faktycznie były gwarantowane i jest się czego bać. Też tu podejrzewam, że takie kolejne wyjaśnienie tych różnych wierzeń. Czasami zwierzęta wydają bardzo charakterystyczne odgłosy, które z nimi nie kojarzymy. Nie wiem, czy większość z Państwa wie, jakie odgłosy wydaje jeleń albo kozioł, ale kozioł w sensie samiec sarny. Jest się czego wystraszyć.
Podejrzewam, że też jak ci ludzie czasami gdzieś po zmroku wśród pól albo w lesie usłyszeli, no to mogli też sobie różnie to nadinterpretowywać i sądzić, że coś nadprzyrodzonego gdzieś tam się kręci, bo to są takie odgłosy, że jest się czego wystraszyć, zwłaszcza po zmroku i nie wie się, co te odgłosy wydaje. Są niektóre ptaki, jak na przykład lelki. One też mają bardzo charakterystyczny odgłos.
Zresztą lelki w ogóle w kulturze też były postrzegane jako ptaki mające związek z zaświatami. Więc podejrzewam, że wiele tych właśnie, tych relacji, wierzeń, no to właśnie wynikało z tej właśnie nieumiejętności niekiedy, no, rozpoznawania właśnie, co to za zwierzę gdzieś tam w lesie się czai, prawda? I co to takie odgłosy wydaje.
Żywy folklor stanowi jeden z obszarów zainteresowań nie tylko etnografów, ale również polskich badaczy zjawisk paranormalnych. Czytając chociażby blogi czy inne publikacje Arkadiusza Miazgi czy Damiana Treli, znanych chociażby z anteny radia Paranormalium, mamy okazję przyjrzeć się temu, jak te tematy widzi taki badacz paranormalista. Mamy też blogi, takie jak na przykład „Zmiennokształtny” Krzysztofa Delczkowskiego, gdzie z kolei temat żywego folkloru podejmowany jest z punktu widzenia fascynata. A jak żywy folklor postrzega naukowiec akademicki, etnograf?
Jak można by podsumować różnice w podejściu między takim badaczem czy fascynatem a jakby zawodowcem? Na pewno to będą to takie różnice w postrzeganiu technicznym. Ja jako etnograf na pewno nie zajmuję się, prawda, rejestracją tego typu zjawisk za pomocą czy kamery, czy dźwięków. Nie chodzę, prawda, nie badam tak jak na przykład są te, prawda, badania na przykład tych kręgów zbożo-zbożowych. One też prawda, są badane przez różne sprzęty.
Nie mam takiej możliwości i też żaden etnograf tak naprawdę tym się nie zajmuje. Tak jak też powiedziałam wcześniej, wielu badaczy no, nie może, nawet jeżeli daje wiarę w te wydarzenia, no, nie może napisać gdzieś prosto w publikacji: „No, zebrałem tu tyle i tyle, prawda, relacji. Na pewno, prawda, strzygi czy też jakieś tam, prawda, topielice istnieją”. Zadaniem etnografa jest przede wszystkim wysłuchać tych relacji, zebrać je od swoich informatorów i wyjaśnić. Tak jak już tu my tutaj, prawda, tłumaczyliśmy sobie w trakcie, tłumaczę to w trakcie tutaj różnych interpretacji.... z czego one m-mogą wynikać? No, to jest na pewno ta właśnie ta nadinterpretacja rzeczywistości, nieznajomość niektórych zjawisk. Czasami pojawiają nam się elementy wierzeniowe jeszcze tego przedchrześcijańskiego pochodzenia. I też właśnie mówię, no, tak jak chodzi o te duchy różne, tam właśnie różne ubiory, no to czasem wierzono, że jak ktoś był źle pochowany, nieodpowiednio, zmarł w trakcie tego swojego rytuału inicjacyjnego, w tym stanie medytacji, w stanie przejścia, no to mógł się gdzieś pojawić. To wszystko jest ta sfera wierzeniowa. Etnograf to opisuje, wyjaśnia. No ale właśnie, no, nie możemy napisać, czy my w to wierzymy, czy nie. Zawsze musi być taki dystans, obiektywizm. Oczywiście etnograf może wierzyć w niektóre relacje, bo tak jak to zaznaczałam na początku, czasem słyszy się takie historie, no, że dają człowiekowi do myślenia w tym momencie. No, co to mogło być? No, bo człowiek na, na chłodny rozum kalkuluje to. Ja też tu nie raz ze swoimi znajomymi rozmawiałam, czy ktoś gdzieś mi tam kiedyś przypadkiem opowiadał. No właśnie i człowiek to wszystkie te możliwe logiczne wyjaśnienia gdzieś tam sobie w głowie przekalkuluje i odpadają. No i jak to w takim momencie wyjaśnić? No, tu jest znak zapytania, ale etnograf na pewno nie będzie dążył do tak, do tego wyjaśnienia, tylko pod względem kulturowym będzie to wyjaśniał, skąd te wierzenia się brały, jaki miały sens. A jeżeli, tak jak mówię, wierzy tak jak ja w niektóre z tych zjawisk, tych relacji, no to już jest kwestia indywidualna. Już prywatnej osoby jako osoba, osoby, jaką ja jestem, czy osoby, którą jakikolwiek człowiek jest, niż tutaj naukowca etnografa, prawda?
Czy etnograf nie będzie na przykład rozważał tego pod kątem istnienia na przykład jakiejś równoległej rzeczywistości czy tej słynnej fizyki kwantowej, prawda? Nie, nie, nie, nie. Tego rozważania nie ma, tylko odwołania do kultury, do tej sfery wierzeń. Tutaj z, z pytań, które przyszły przed nagraniem tego wywiadu, przed nagraniem tej audycji, pojawiło się też pytanie od jednego słuchacza: „Czy kiedykolwiek udało się wyjaśnić tak na sto procent jakieś zdarzenie z żywego folkloru, które się komuś przytrafiło?" Jak tak się słucha wypowiedzi świadków, to przecież są tysiące różnych zdarzeń na przestrzeni wieków i nigdy, przynajmniej zdaniem tego słuchacza, zdaniem autora tego pytania, nigdy nie udało się tak na sto procent udzielić takich stuprocentowo pewnych odpowiedzi, co to mogło być. Czy, czy może, czy może się udało? Ja powiem szczerze, jak dostałam to pytanie, czytałam, to starałam się właśnie poszukać. Kiedyś jakieś lokalne wierzenia były gdzieś wyjaśnione i powiem szczerze, że no właśnie, no, no za bardzo, no nie ma tego potwierdzenia niekiedy, prawda? To jest ta kwestia wiary. No, z jednej strony czasami mamy, jak poszukamy w internecie jakieś nagrania, ktoś zarejestrował jakąś tam istotę, gdzieś tam się poruszającą, czy jakieś tam dziwne zjawisko. Tylko czasami te materiały są nagrane w takiej jakości, że czasami ciężko jest tak stwierdzić, co my tak właściwie tam widzimy. To może być niekiedy wszystko i nic tak naprawdę. Czasami, no, znaczy w takich czasach taki jest rozwój tej cyfryzacji, tej techniki, że czasem jak ktoś naprawdę zna się na montażu filmu i wprowadzaniu jakichś różnych efektów, no to może być bardzo sprytny fotomontaż. I właśnie nie będąc takim badaczem, który dysponuje tym warsztatem weryfikacyjnym od strony technicznej, no właśnie, no, ciężko jest zweryfikować, czy to jest wiarygodne, czy nie. No, chyba że od razu, no widać, że to jest tak absurdalnie przedstawione, to od razu możemy powiedzieć, że to fejk, prawda? No, ale czasami są takie nagrania, które tam gdzieś z jednej strony wśród internautów krążą dziś jako autentyki, ale no, nigdy nie zostały tak naprawdę potwierdzone, bo nigdy nie znaleziono tam, prawda, dowodów, żeby coś takiego miało miejsce. To jest właśnie ta kwestia, no, dlaczego one się nie dadzą właśnie uchwycić, te różne zjawiska na jakimś taśmie, że znamy tak naprawdę tylko z przekazu ustnego. Dlaczego? No, powiem szczerze, no nie wiem, dlaczego tak jest. Ciężko mi na to pytanie tak bezpośrednio odpowiedzieć.
Tutaj jeszcze też przed, przed nagraniem tej audycji, dosłownie za pięć dwunasta, można powiedzieć, jeden ze słuchaczy podesłał ciekawą historię ze swojego życia. Pan Marcin napisał coś takiego. Mogę, jeżeli, jeżeli mamy czas- Jasne, jasne, spokojnie.
Właśnie pan Marcin, który też parę razy już pojawił się w rzeczonym wcześniej podcaście „Mówią świadkowie", podesłał taką oto relację: „Miałem kiedyś epizod, który z perspektywy czasu wydaje mi się być w związku z poruszonym tematem żywego folkloru. Nie zaobserwowałem co prawda wtedy, to jest ponad dwadzieścia lat temu, żadnych istot ani obiektów latających, ale nie daje mi się spokojnie przejść obok tego aż do dziś. Byłem mianowicie kiedyś z moim ciotecznym bratem na tak zwanym wypadzie poza miasto. Było ognisko, pieczenie kiełbasek, parę piwek, ale bynajmniej nie pijaństwo. Teren zdarzenia to pewne uroczysko na skraju lasu, wychodzące tuż nad rzekę Narew, za miejscowością Czarnocin, niedaleko Łomży.
Znaleźliśmy z bratem wtedy nieopodal lasu pieniek drzewa, który nieco nam przypominał z wyglądu wizerunek twarzy z posągu z Wysp Wielkanocnych, więc nazwaliśmy go Rapanui i po ustawieniu towarzyszył nam przez cały dzień.
Od czasu do czasu, jak to bywa, trzeba było odejść na stronę za potrzebą. Ja chodziłem nieco dalszy kawałek do leśnego zagajnika, który miał bardzo magiczny wygląd i był pełen uroku. Można było się tym zachłysnąć. Coś niesamowitego!... I niby nic się nie działo. Dzień mijał podczas relaksu i pogawędek we dwoje, a wieczorem powrót do domu na piechotę. Około półtorej godziny marszu. Po drodze spotkaliśmy się z dość dużym, zaniedbanym, jakby wpół zdziczałym psem bernardynem, który przejawiał do nas bardzo przyjacielskie usposobienie.
To tak swoją drogą wygląda trochę jak spotkanie z takim właśnie czarnym psem, prawda? I tak dotarliśmy do Łomży. Brat pożegnał mnie przed blokiem, w którym zamieszkuje i według jego słów pies, pies jeszcze przez kawałek drogi szedł za nim, po czym znikł nagle, w którejś z uliczek. Po czym znikł nagle w którejś z uliczek po drodze.
U mnie natomiast od następnego dnia, tuż po przebudzeniu, utrzymywał się stan poczucia czyjejś uporczywej obecności i nieodmiennie siłą rzeczy wracał wtedy w moich wspomnieniach ów uroczy zakątek leśny. Jednocześnie kojarzyło mi się to uczucie z czymś pierwotnym i straszliwie nieludzkim. Oprócz dyskomfortu psychicznego nie zaobserwowałem żadnych paranormalnych efektów czy cech w tym stanie rzeczy. Trwało to około dwóch, może trzech tygodni, podczas których nie mogłem pozbyć się owego nieprzyjemnego odczucia obecności czegoś przy mnie, a chwilami miałem wrażenie, że wręcz we mnie. W końcu któregoś dnia to minęło.
Niemniej, zanim do tego doszło, chociaż funkcjonowałem na zewnątrz zupełnie normalnie, w sensie praktycznym, to jest chodziłem do pracy i robiłem wszystko, co należy do codziennych obowiązków, to w chwilach, gdy już zostawałem sam na sam ze sobą, uczucie się wzmagało i trudno mi było się skupić na przykład na czytaniu książek czy też słuchaniu muzyki. To coś skutecznie mi w tym przeszkadzało, powodując coś w rodzaju pierwotnego lęku. Inaczej nie potrafię tego nazwać.
Zastanawiam się teraz nad tym obecnie, tyle lat od czasu zdarzenia i z innej perspektywy niż wtedy. Pomogła mi w tym wiedza, którą zdobyłem, słuchając audycji o żywym folklorze i pokrewnych tematach i zagadnieniach. Czy możliwe jest, aby jakiś żywiołak albo inne astralne byty przyrody, jeżeli takowe istnieją, mogły nas, ludzi, wykorzystać jako naczynia do swoich celów, jakiekolwiek by one nie były? Nie twierdzę, że tak musiało być w moim przypadku, ale to zdarzenie jest w mojej pamięci bardzo żywe i należy chyba do najbardziej niesamowitych, które mi się przytrafiły.
Do dzisiaj mam wrażenie, że nie było to coś błahego. Dla dopełnienia relacji dodam, że mój brat nic wówczas nie odczuł i dla niego żadne z opisanych odczuć, które tutaj opisałem... Wszystko to było dla niego najzupełniej obce. Pozdrawiam i mam nadzieję, że moja relacja wniesie coś do planowanej audycji.
No właśnie, pani Marto, jak można... Jak skomentowałby coś takiego etnograf? No, to jest chyba ta relacja, którą przeczytałam właśnie przed naszym połączeniem się tutaj dzisiaj. I też w zasadzie to właśnie do tej relacji się odnosiłam, jak opowiadałam o tych właśnie psach tutaj. To było zaraz jakoś po tym, jak mówiłam o tych leśnych różnych bytach. To sobie przypomniałam właśnie o tych psach i też się do tego nawiązałam, to też może przypomnę. Tak.
No, przede wszystkim, no grunt, że to nie był czarny pies, prawda? Bo to też często w tych relacjach te czarne psy faktycznie gdzieś tam się pojawiają negatywnie. Jeżeli chodzi do tego psa, no to tak: sceptyk powie no, to, że po prostu przypadek, po prostu było... mieliście państwo, ładnie siedzieliście sobie prawda w lesie. Była aura przyjemna. No i prawda, tylko gdzieś ten nastrój się udzielił. No i tam, prawda, gdzieś tam się stworzyło taką atmosferę, że ktoś tam nadinterpretowuje niektóre rzeczy. Gdzieś się pojawił pies.
No i sceptyk powie: no, to jest teraz taka nadinterpretacja. Jeżeli chodzi tak, no tutaj, no, tak jak z tymi wierzeniami, jeżeli to nie był ten czarny pies, no to ten ludzie z tych wierzeń, żyjący w sferze tej ludowej, tych wierzeń, no to powiedziałbym, że no to czarny pies by cię, człowieku, zaatakował, prawda? Jeżeli ten pies nie robił komuś w tym momencie krzywdy, no to, no to faktycznie można to rozpatrywać, to w kategorii tych duchów dobrotliwych, że może faktycznie był jakiś opiekun lasu, który prawda za tym panem, pod tą postacią, tego bernardyna, pod postacią tego psa wyszedł. No, tak mogę to przedstawić jako etnograf, prawda? W tym kontekście tych rozważań. No cóż, nie wypowiem się też jednoznacznie, czy to na pewno było to o jakichś żywiołach, czy coś innego. Sądzę, że to należy tutaj na pewno zostawić w sferze wierzeń tego pana, który tą relację opisał nam tutaj. Jeżeli pan prawda wierzy, że to była jakaś istota leśna, no i która prawda miała jakąś pozytywną energię w sobie, no, to nie ma tutaj żadnego, tutaj... No, to jest sfera, ta właśnie ta wierzeniowa, prawda? Każdy wierzy, w co chce i każdy ma prawo to zinterpretować, jak chce w tym momencie. Tu też nie narzucam jakiejś interpretacji od siebie, prawda? No i chyba, chyba to będzie najlepsze, najlepsze wyjście w, myślę, w większości tego typu relacji. Nasza audycja ma się już powoli ku końcowi. Przynajmniej jeżeli, jeżeli spojrzeć na naszą ściśle tajną listę pytań, którą tutaj ustaliliśmy przed audycją. Natomiast wierzę, że stanie się to dzisiejsze nagranie, ten dzisiejszy podcast przyczynkiem do bardzo ożywionej dyskusji nie tylko w komentarzach pod audycją, ale też i w gronie niejednej rodziny. Być może zachęci ona naszych słuchaczy do wypytania swoich bliskich i znajomych o zdarzenia związane właśnie z żywym folklorem.... Czy chciałaby pani jakoś krótko podsumować nasze dzisiejsze spotkanie i może dodać jeszcze kilka słów na koniec? No i oczywiście zachęcić słuchaczy do dzielenia się relacjami o żywym folklorze, szczególnie z obszaru Wielkopolski Wschodniej.
Tak, właśnie też chciałam właśnie bardzo zwrócić się tutaj serdecznie do słuchaczy. Jeżeli znacie państwo jakieś opowieści, które może sami coś zaobserwowaliście albo, no właśnie, znacie takie ludowe przekazy, które funkcjonują gdzieś tam od pokoleń w waszej okolicy, albo opowiadał wam dziadek, babcia, siostra, ktokolwiek wam bliski, to bardzo zachęcam do podzielenia się tego typu historiami. Ja też tu może podam do siebie kontakt maila, bo jeżeli ktoś by na przykład chciał właśnie tą relację nadesłać albo nadawać mi jakieś pytanie, to jest nagrywany dużo wcześniej. Czyli też tu nie ma możliwości, żeby ktoś zadał to pytanie na bieżąco, ewentualnie właśnie w komentarzach. To już podaję takiego maila do siebie. Ja podam tego oficjalnego maila, pod którym zbieram te materiały do publikacji, do której zawsze proszę wysyłać. Z kimś współpracuję, koresponduję z jakimiś ośrodkami, to chcę mieć to w jednym miejscu. Utworzyłam sobie specjalnego maila do tego. To jest trochę inny mail niż ten mój prywatny i brzmi on następująco. To będzie tak: region kropka wielkopolska kropka wschodnia małpa gmail kropka, kropka com. I to jest ten taki specjalnie mail utworzony na potrzeby portalu, który prowadzę. Ogólnie to nie tylko odnośnie tych legend, ale tego folkloru Wielkopolski Wschodniej. Na ten właśnie mail właśnie zbieram wszelką korespondencję związaną z właśnie z projektem, jakim jest właśnie ta publikacja, no, właśnie dotycząca tych podań Wielkopolski Wschodniej. Tak jak mówię, mogą to być podania związane z nawiedzonymi miejscami. Mogą to być właśnie relacje związane z tym żywym folklorem.
Ważną właśnie taką pracą badacza, że nie tylko funkcjonujemy jako badacz na źródłach zastanych, tak? Czyli te książki, artykuły, które także zbieram i właśnie często proszę też o nadsyłanie różnych materiałów archiwalnych różne instytucje. Bardzo żałuję, że nie otrzymałam informacji z jednego miejsca. Mam obiecane te materiały, ale one jeszcze do mnie nie dotarły. Sądzę, że też mogłabym też właśnie, gdyby te informacje dotarły do dzisiaj, to mogłabym [dzięki] państwu też jeszcze troszeczkę ciekawych relacji otrzymać. No cóż, pojawią się w publikacji, tak? Więc jeżeli ktoś też chce dorzucić tę małą cegiełkę do powstającej publikacji, no to może podzielić się tymi relacjami, które po prostu zbiorę razem i oprócz tych źródeł książkowych, no to właśnie też tą książkę o tych właśnie relacjach, które dostałem zarówno od innych informatorów, jak i zarówno od państwa. Jeżeli chodzi tutaj o mnie, no to cóż, tak naprawdę, no to to jest temat rzeka. Tu można bardzo dużo opowiadać o tej historii. Bardzo mi miło było, że państwo nawiązywaliście tutaj ze mną współpracę, że ten wywiad w ogóle mógł mieć miejsce. Cieszę się, że mogłam o tym wszystkim opowiedzieć. Mam nadzieję, że w żaden sposób nie zanudziłam.
Starałam się przekazać te informacje, które uważałam właśnie za stosowne, żeby wyjaśnić pewne kwestie kulturowe, które zarówno wiążą się bezpośrednio ze zjawiskiem żywego folkloru, jak i, prawda, tej postawą etnografa. Jak etnograf tego typu zjawiska bada? Mam nadzieję, że to wyszło mi w miarę sprawnie i ciekawie.
No ja tutaj w międzyczasie wyszukałem też blog Region Wielkopolska Wschodnia, bo to chyba, to chyba jest właśnie strona projektu, tak? Jeżeli dobrze kojarzę. To jest taka strona, którą prowadzimy z mężem. Tam są zarówno legendy, ale tam też są artykuły poświęcone historii regionu, zwyczajom. Jest nie tylko żywy folklor, ale tam ogólnie tam zbieramy i piszemy różne materiały związane z regionem Wielkopolski Wschodniej. Także jeśli ktoś chce poczytać też także o zwyczajach, obrzędach, postaciach historycznych i wydarzeniach historycznych związanych z Wielkopolską Wschodnią, to też zapraszam.
Oczywiście nasz portal także można odwiedzać i czytać. W zależności od tego, jakie ktoś ma zainteresowania, każdy chyba coś tam dla siebie znajdzie. Mam nadzieję. No i można też posłuchać, prawda? Bo z tego, co pamiętam, to ma pani też do zaproponowania słuchaczom potencjalnym słuchowiska na ten temat.
Tak, tak. Też właśnie od grudnia postanowiłam też, że będzie takie słuchowisko, żeby troszeczkę też urozmaicić formę naszego portalu, ale też właśnie też celem tego słuchowisku jest, słuchowiska jest właśnie trochę promowanie właśnie tej wiedzy na temat tych lokalnych wierzeń, bo często jest tak, że jak się gdzieś pojedzie, no to czasami są osoby, które właśnie mówią: "nie wiem, nie znam żadnych opowieści". I też tak chodzi o to, żeby... Projekt ma w założeniu tak: no, z jednego powiatu co najmniej jedna opowieść, żeby też tę okolicę troszeczkę słuchaczom przybliżyć. Ten projekt słuchowiska ma także na celu tutaj wypromowanie tej publikacji. Mam nadzieję też, że osoby, które natrafią na to słuchowisko, będą zaintrygowane tym, co opowiada, że same właśnie też podzielą się tymi opowieściami. No, najbliższy odcinek będzie już w poniedziałek. No, to będzie właśnie ten powiat sępoleński. Mogę tylko podpowiedzieć, że będzie o czarownicach.
Będzie właśnie o tych różnych postaciach diabelskich z powiatu sępoleńskiego. No i zresztą nie tylko, tam jeszcze się parę ciekawostek też pojawi. ... No i myślę, że tym oto akcentem możemy zakończyć dzisiejszą, no już ponad, yy, patrząc na licznik, ponad dwugodzinną audycję poświęconą żywemu folklorowi.
Yy, bardzo mi się podobało. Myślę, że słuchaczom również, yy, przynajmniej- Bardzo mi miło. Przynajmniej po części udało się, yy, jakby zaspokoić ten głód, yy, wiedzy na tematy związane z żywym folklorem. Pozwolę sobie jeszcze raz tutaj przypomnieć maila, pod którym słuchacze z obszaru Wielkopolski, a szczególnie Wielkopolski Wschodniej, yy, mogą podsyłać, yy, swoje relacje do naszego dzisiejszego gościa. Mail to: region.wielkopolska.wschodnia@gmail.com.
Mm, naszym dzisiejszym gościem była pani magister Marta Kaleta, etnograf zajmująca się między innymi tematami związanymi z żywym folklorem. Dziękuję za uwagę również i ja, Marek Sęk "Ivellios", Radio Paranormalium - paranormalny głos w Twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie, yy, w kolejnych audycjach emitowanych na naszej antenie.
Zachęcamy oczywiście, jeżeli macie Państwo jakieś, yy, interesujące pytania związane z żywym folklorem, zachęcamy do zostawiania pytań w komentarzach bądź nadsyłania ich na kontakty Radia Paranormalium, yy, między innymi na adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Jeżeli pytań, yy, troszeczkę się uzbiera, to jak najbardziej rozważymy z naszym dzisiejszym gościem, z panią magister Martą Kaletą, nagranie kolejnej audycji, w której pytania jak najbardziej, yy, znajdą swoją odpowiedź. A więc dziękujemy za uwagę.
Dobranoc i do usłyszenia ponownie w kolejnych audycjach emitowanych na naszej antenie. Byłeś świadkiem zagadkowego zjawiska? Jeśli tak, poinformuj nas o tym już dziś. Czekamy na relacje współczesne oraz z lat ubiegłych. Nasze kontakty to: numer Gadu-Gadu: trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Trzydzieści sześć, zero osiem, osiemdziesiąt, zero dwa. Numer telefonu: trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero, zero, zero osiem. Trzydzieści dwa, siedemset czterdzieści sześć, zero, zero, zero osiem. E-mail: radio@paranormalium.pl.
radio@paranormalium.pl oraz Skype: radio.paranormalium.pl. Czekamy na Twoją relację. Na życzenie świadka zapewniamy pełną anonimowość. Mówią, że włączyć radio jest bardzo łatwo. No, tylko że z wyłączeniem jest już, powiedzmy, troszeczkę gorzej.
Posłuchaj nieznanego! Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl. Pisz artykuły, rozmawiaj z czytelnikami, moderuj komentarze i poczuj się jak redaktor. Załóż bloga na Paranormalium. Więcej dowiesz się w dziale Blogi na www.paranormalium.pl.
Mówią, że wejść do archiwum jest bardzo łatwo. No, tylko że z powrotem jest już, powiedzmy, troszeczkę gorzej. Archiwum Radia Paranormalium. www.paranormalium.pl. Archiwum Radia Paranormalium. Pełne archiwum audycji najbardziej paranormalnego radia w polskim internecie.
Dziesiątki gigabajtów wciągających paranormalnych mp3ek czekają na Ciebie. Słuchaj zawsze i wszędzie, o każdej porze dnia i nocy. Dziel się nagraniami ze swoimi znajomymi i pokaż im prawdę, o której boją się nawet pomyśleć.
Archiwum audycji Radia Paranormalium. www.paranormalium.pl. Koniecznie również sprawdź naszą oficjalną aplikację na Androida i Windows Phone. Dwa miesiące temu był drop prowadzący do pewnego radia. Czy ktoś to tam słyszał?
Podobno. Jednak potem okazało się, że to radio istnieje tylko w internecie. Radio Paranormalium. Paranormalny głos w Twoim domu. www.paranormalium.pl. Rozmawiaj z prezenterami oraz z innymi słuchaczami na żywo. Wejdź na naszego czata na www.paranormalium.pl.