[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy bardzo szczególny odcinek bardzo szczególnej audycji literackiej, najbardziej paranormalnej audycji literackiej w polskim internecie, a co za tym idzie najlepszej, czyli „Bibliotekarium”. Setny odcinek, w którym będzie o najważniejszych książkach waszych, naszych, tych, które wywarły na nas wszystkich bardzo znaczący wpływ. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego dziś, 23 października 2020 roku, są z nami przy komputerze Marek Żelkowski i przy telefonie Wiktor Żwikiewicz. Zanim padnie magiczne „halo, halo Bydgoszcz”, przypomnę tradycyjnie kontakty do Radia Paranormalium. Będzie można dzisiaj do nas dzwonić. Myślę, że linię telefoniczną otworzymy już od początku audycji. Panowie chyba nie będą mieli nic przeciwko, bowiem dzisiaj będziemy czekać również na wasze ważne książki. Oczywiście najlepiej z jakimś uzasadnieniem.
Nasze numery telefonów to jak zawsze stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl na Facebooku, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata, a jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, różne komentarze, a najlepiej tytuły waszych ważnych książek na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc czas na tradycyjne „halo, halo Bydgoszcz”.
[02:39] - Halo, halo. Tradycyjnie witam państwa bardzo serdecznie ja. Wiktorze, odezwij się.
[02:48] - Ja witam ze smutkiem, ale witam.
[02:51] - Tak, to prawda. Niby powinniśmy się cieszyć. Setna audycja to się nie zawsze udaje.
[02:59] - Mieliśmy taką nadzieję na zrealizowanie tej audycji w normalny sposób, ale niestety trochę pszyki nam psuje i pandemia, i to, co się ostatnio dzieje z polskim prawem. Prawda, Marku?
[03:13] - Tak, to prawda. Mam wrażenie, że kiedy zaczynaliśmy audycję w styczniu 2017 roku-
[03:24] - To było jakoś tak normalniej.
[03:27] - Tak. Prawie cztery lata temu. Gdyby mnie albo Wiktorowi ktoś wtedy powiedział, jak będzie wyglądał świat przy naszej setnej bibliotekaryjnej audycji, to byśmy się chyba przy całym naszym zaangażowaniu w fantastykę naukową jednak popukali w głowę. To, co nas w tej chwili otacza, z tej perspektywy widać najlepiej. Kiedy człowiek odwoła się – w sumie to tak niedawno, niecałe cztery lata – do tamtych doświadczeń i popatrzy sobie, co otacza go teraz, to chyba boleśniej czuje zmianę, która nastąpiła. Oczywiście wszyscy państwo skojarzyliście to z wirusem, z jego brakiem. To już w zależności jak się to państwu objawia, ale z wirusem, który zaatakował wiosną albo też go w ogóle nie ma i tak dalej. To oczywiście echa tej niekończącej się dyskusji, ale chyba już coraz mniej ludzi twierdzi, że wirusa nie ma. Raczej twierdzi, że nie ma pandemii. I tu znowu kolejne pole dyskusji.
Nie chcę w tę dyskusję wchodzić. Natomiast to nie pozostaje bez wpływu na rzeczywistość, która nas otacza. I to chyba trudno o bardziej banalne stwierdzenie w tej sytuacji, w jakiej jesteśmy. Właściwie zmieniło się wszystko. Nasze relacje z ludźmi, nasze reakcje, nasza nerwowość się pojawiła i tak dalej. Właściwie ten świat się stał bardzo smutny. Czasami trudno wykrzesać z siebie optymizm, kiedy ktoś wychodzi i mówi: „Jeszcze się będziemy bujać z tym przynajmniej rok i w ogóle musicie być dzielni” i tak dalej. Nawet mi się nie chce w tej chwili cytować co dziwniejszych wypowiedzi politycznych, bo właściwie po co sobie nimi głowę zawracać? Ale to nie chodzi tylko o to. W ogóle świat, który nas otacza.
Rozejrzyjcie się państwo. Nie będę wchodził w szczegóły, dlatego, że „Bibliotekarium” nie jest i chyba nigdy nie będzie audycją polityczną, ale rozejrzyjcie się państwo wokół tak dosyć uważnie po Polsce, po całym świecie. Panuje wokół nas jakiś rodzaj szaleństwa i ja nie bardzo chcę, potrafię w tej chwili dać jakąkolwiek diagnozę, więc pewno sobie odpuszczę. Zajmijmy się po prostu książkami, ale zanim to jeszcze wypadałoby, żeby Wiktor coś powiedział.
[06:24] - Jeśli mogę skomentować to, co powiedziałeś, to mam na ten temat, jak i na wiele innych trochę odrębne zdanie. Użyłeś takiego słowa pięknego. Ono kiedyś było piękne jak optymizm. Ja już dawno nie wiem, co to znaczy. Ale wracając do rzeczy, ta audycja, mogę od siebie powiedzieć, powstała przez pewien konsensus. Radio Paranormalium potrzebowało zagospodarowania swojego czasu w jakiś sposób. Marek Żelkowski jakimś dziwnym, niezrozumiałym dla mnie sentymentem darzył takie obiekty minionego, przeszłości, że tak powiem, artefakty jak książki. A ja kiedyś je również kochałem i pisałem, więc postanowiliśmy mówić o tych książkach. I tak mówiliśmy przez te cztery lata, przynajmniej staraliśmy się mówić, ale ja osobiście na przykład w tej chwili czuję się trochę tak, jakby gdyby Radio Paranormalium istniało 1 września roku 1939 w ubiegłym wieku, to tak, jakbym tego 1 września proponował słuchaczom: porozmawiajmy o książkach. To, Marek, co jest, to jest normalna wojna.
Do tego również 1 września ludzie musieli sobie to uświadomić. Zanim te czołgi dojechały pod ich domy, zanim z nieba poleciały bomby, najpierw musiała ludzi dopaść świadomość, że jest wojna. Ja mam wrażenie, że naszego społeczeństwa ta świadomość jeszcze nie dopadła. Nie zdajemy sobie sprawy, że wojna jest tuż tuż. Jest już obok nas. Co pewien czas już od siebie osobiście mogę powiedzieć na te wszystkie, Marka, dywagacje, komentarze oczywiście, że czy wirus istnieje, czy nie istnieje. Mnie, że tak powiem, nie dotyka, bo mam kazikełko, którym się okazjam. Nikotyna jakoś dobrze mnie broni przed tym całym wirusem. Natomiast już moje dzieci zaczynają padać. Pierwsza padła moja najstarsza córka.
No nie padła, bo jako lekarz była w grupie najwyższego zagrożenia. No i musiała z nim się zetknąć. Wyszła z tego, a przynajmniej już wychodzi. Teraz z kolei wirus zaatakował mojego syna. Została mi w zapasie jeszcze najmłodsza córeczka. Czyli to już ta wojna, która jeszcze była podczas ostatnich audycji ode mnie daleko, już skróciła do mojego domu. I ona już jest. I niech mi ludzie nie mówią, niech mi ludzie nie dyskutują, że tej wojny nie ma, bo ona mnie już dotknęła.
[09:52] - Tak. To znaczy, wiesz, wojna nie wojna to różnie można określić. Ja tylko powiem, ja dzisiaj jestem widocznie skazany na opowiadanie banałów, więc powiem kolejny. Wiesz, kiedy był ten '39 rok, o którym mówiłeś, to nawet w tej największej tragedii, w tym, co się zaczęło dziać po wrześniu '39 roku, ludzie jednak czytali książki. Dla niektórych była to ucieczka od rzeczywistości, dla innych jakieś wzmocnienie, taki zastrzyk pozytywnej energii. Dlatego ja w dalszym ciągu widzę sens tej naszej audycji. Ale cóż, coś takiego jak obniżenie nastroju ewidentnie przeżywam.
[10:49] - Marku, jeśli mogę to skomentować. Otóż dla mnie książka pozostaje symbolem pewnych wartości. Ja szanuję książki dlatego, gdyż jako symbol pewnej wartości. To, że jedni mają większy do nich sentyment, inni uważają je, tak jak ja, za przeżytek. Ale szanuję również na pewno twoją miłość do nich. Czy Juliana, bo ja wiem, czy Mysograja, czy wielu innych, którzy też próbują coś naskrobać na papierze czy wstukać w komputerze. Szanuję to, bo to jest zawsze tworzenie wartości, a tworzenie wartości w jakikolwiek sposób zawsze zasługuje na szacunek. Ale trzeba w ogóle mieć pojęcie, czym jest szacunek, a tego się czasami trzeba dopiero nauczyć.
[11:45] - Przeczytam ci-
[11:46] - A dzisiaj tak.
[11:48] - Przeczytam ci kilka komentarzy o 35 z czata, bo to dobre komentarze, przynajmniej moim zdaniem. Była rozmowa na temat tego, że faktem jest, pisał Ivellios, że faktem jest, że koronawirus jest, jednak szkodliwa jest również sztucznie generowana panika wokół tego. Też się muszę z tym zgodzić. O 35 pisze Ivellios: „Jak już pisałem, mnóstwo osób jest chorych. Nawet w rodzinie mam”. O 35 dalej: „Nie mówiąc o sąsiadce, która była pod respiratorem”. Jest w tej chwili tragedia, nikt nad tym nie panuje. I tu jest uwaga do ciebie, że świetnie to skomentowałeś wszystko, ale nie względem nikotyny. Tutaj się przyłączę do 35, bo ostatnio słyszałem całkiem kompetentnego lekarza, który mówił na temat nikotyny. Rzeczywiście podkreślił sprawę związaną z tym, że nikotyna daje pewne fory dla tych, którzy jej używają, ale jak już ktoś zapadnie na choróbsko, to paskudztwo, to niestety ciała smoliste, które się wdycha według pana profesora, nie pomagają w przejściu tej choroby.
Więc nie skupiałbym się na twoim miejscu na nikotynie. PW pisze: „Panowie, Ż jeszcze będzie przepiękny”. Ja też na to liczę, bo inaczej byłoby makabrycznie. Jack: „Niestety ludzie odchodzą od książek. Szkoda. Dobrze, że są coraz popularniejsze audiobooki”. Też się z tym zgadzam. W ogóle dla mnie ważne jest to, że ludzie chcą, potrzebują, przynajmniej niektórzy, zetknąć się z wrażliwością innego człowieka, w tym wypadku pisarza. Zetknąć się ze światem przefiltrowanym przez jego wrażliwość. To jest taka fraza, którą często powtarzam, ale która jest dla mnie ważna, bo dla mnie każdy pisarz to jest rodzaj filtra, przez który świat się przesącza.
Te filtry są różne i różny obraz świata oczywiście dostajemy, ale to jest wielki sens, bo możemy patrzeć na ten świat różnymi oczyma. To znowu jest banał tak naprawdę, ale mnie ten banał mimo wszystko trzyma przy literaturze. Może w ten sposób.
[14:35] - Masz Marku rację, bo jak mówisz o tych banałach, bo taki banał jak czytanie „Stu lat samotności” na przykład pozwala w pewnym sensie tobie, kiedy jesteś jeszcze bardzo młodym człowiekiem, a sięgniesz po tą trudną lekturę, zrozumieć świat, że tak powiem, ponad sobą. Tak jakby się próbowało zrozumieć gwiazdy. To jest coś, czego samemu jeszcze nie potrafisz wygenerować w swoim układzie nerwowym, w mózgu. A tutaj pisarz podaje ci coś na talerzu, według czego możesz zacząć oceniać świat.
[15:30] - Ja już w tej audycji to mówiłem, ale powtórzę oczywiście. Jest dokładnie tak, jak mówisz. Coś niedobrze, bo się zgadzamy w tej audycji bez przerwy ze sobą, to się musi skończyć. Ale na razie, póki się zgadzamy-
[15:45] - Panowie, to chyba znak, że mamy jednak wreszcie to nienormalne „Bibliotekarium”. To upragnione.
[15:51] - Tak. Coś w tym jest. Natomiast zanim nastąpi rozbieżność, to powiem o tym, że kiedyś, dawno temu, byłem naprawdę młodym człowiekiem i będąc na studiach w sprawie „Stu lat samotności” poszedłem do biblioteki. Wtedy jeszcze nie była uniwersytecka, to była uczelniana biblioteka. I tam się dowiedziałem, że „Stu lat samotności” mogę sobie oczywiście przeczytać, ale w czytelni, bo się egzemplarza nie wypożycza. Zdecydowałem się. W sobotni ranek pojawiłem się w czytelni, zamówiłem oczywiście wcześniej książkę i spędziłem cały dzień w tej czytelni, czytając „Stu lat samotności”. Byłem absolutnie wstrząśnięty tą książką. Dlaczego? Bo ta książka tak dokładnie, jak to Wiktor powiedział młodemu człowiekowi, dwudziestokilkuletniemu, pozwoliła zobaczyć świat oczyma starca.
Doświadczonego człowieka, który niejedno przeżył i pewno dlatego to był obraz absolutnie wstrząsający. Ja byłem pod wielkim urokiem tej książki. Dałbym się za nią pokroić. Czytałem ją wiele lat później. Już byłem, może nie starszym człowiekiem, ale już miałem swój bagaż doświadczeń. I ta książka oczywiście poza wielkim walorem literackim, który w dalszym ciągu pozostał, oczarowała mnie mniej. Pewno dlatego, że już część z tych rzeczy była moja. Ja już to wiedziałem, ale to w dalszym ciągu świetna literatura jest. To jest troszeczkę tak. Mów Wiktorze.
[17:47] - Ja mam trochę taką anegdotę, że dzięki książkom my nie tylko możemy wkraczać w wyobraźnię pisarza, ale anegdotka zdarzyła mi się w Nidzicy, czy tam na jakimś spędzie u Wojtka Sedenki. Kiedy rozmawiałem z Markiem Huberatem On szedł trzymając się nad jeziorem. Wędrował sobie trzymając swoją żonę za rączkę. Tacy starsi. Starszy pan i starsza pani. Wędrujący, trzymając się za rączkę wokół jeziora. Bardzo miły widok był. Podszedłem do nich i szliśmy sobie obok. Rozmawialiśmy i szybko zeszła dyskusja na— akurat wtedy to była jego ostatnia książka, czyli na ten— jak to się Marek, ten tytuł? Też mam z nim zawsze kłopoty.
[18:51] - Nie katuj mnie. Zaraz znajdę ten tytuł, bo ja go muszę przeczytać, bo nie zapamiętam. Ty mów, a ja znajdę tytuł.
[19:04] - W każdym razie podszedłem do Marka Huberatha i mówię o tej książce, że trafiła mnie zupełnie, zbiła z nóg, że byłem zafascynowany i tak dalej.
[19:17] - Chwilka. To teraz mówię tytuł. „Watran AURAIO”.
[19:26] - Tak, „Watran AURAIO”. Ja strasznie doceniam Marka Huberatha za to, że potrafił coś takiego skomponować, wymyślić i tak dalej i opisać pięknie. „Skąd mu się to wzięło?” On tak patrzy na mnie, dziwnie na mnie patrzył. W końcu powiedział: „Wiktor, ale to nie ja wymyśliłem tą książkę”. Ja mówię: „Jak to nie? A kto?”. Na co się uśmiechnął, kiwnął okiem na swoją żonę. Mówi: „To moja żona. Ja tylko byłem tłumaczem i przelałem to na papier”. Więc czasem są takie wielostopniowe te rzeczy.
Wielu ludzi napisało książki zgodnie z opowieścią swoich dziadków czy pradziadków, albo zupełnie jakiegoś lumpa spotkanego przy drodze, gdzie dzięki temu, że dostał na piwo, to opowiedział historię swojego życia. I ona była tak zwijająca, że warta była zapisania. Także to jest bardzo wielowątkowe i za to też te książki bardzo szanuję.
[20:45] - Ja jeszcze na chwilę odwołam się do czata. Jack pisze, cytuję właściwie Josepha Murphy'ego, że „niewiedza jest największym złem tego świata”. A ja dorzucę do tego inną jeszcze myśl, że wiedza częściowa jest najgorszym rodzajem niewiedzy. Tak, żeby współgrało. Ale mieliśmy dzisiaj rozmawiać o książkach, które zafascynowały nas, naszych czytelników, ale też na przykład Marka Ivelliosa. O fascynacjach Marka za chwilę. Ja postanowiłem na początek zacytować rzecz, która pojawiła się w zapowiedzi audycji. Piotr Socko albo Sokko, z nicku trudno wywnioskować, proponuje dwie książki, zadziwiająco zbliżone tematyką. Nie nastrojem, ale pewną tematyką. To są dwie książki, tak jak powiedziałem, Grzegorza Brukarczyka „Zabicie odkupiciela” oraz Adama Wiśniewskiego-Snerga „Według Łotra”.
Te książki są, jakby to powiedzieć mądrze i nie zbanalizować, o powtórnym przyjściu Chrystusa. Ale o ile książka Grzegorza Brukarczyka to była książka, która była nominowana na początku lat 90., w 1992 roku do Nagrody Zajdla. To jest książka, z którą ja wiążę pewną osobistą historię. Jeździłem jako dziennikarz dużo na Śląsk i wiem, że to właściwie za Śląskiem nawet dla mnie było. Jechałem do Pszczyny i na dworcu w Katowicach, w takim pasażu był taki sklepik z tanimi książkami. Ja tam tę książkę dorwałem. Był chyba 1994 rok, a przeczytałem ją w tej Pszczynie, do której jechałem, w hotelu jednym tchem. Książka, w której właściwie tak wiele się nie dzieje. Mamy do czynienia z pewnym reaktorem. Nie chciałbym jej opowiadać, ale rzeczywiście z takim przyjściem Chrystusa do świata, do naszego świata, do współczesnego świata.
Jak byłby ten Chrystus przyjęty? To fajna książka jest. Ona była w sumie poza tą nominacją do Zajdla, ona była jednak w pewien sposób niedoceniona. Niedoceniona, bo jednak wyszła w takim niszowym wydawnictwie. To niby miała być seria, ale się coś później nie udało i w związku z tym ona oczywiście później wyszła w kolejnych wydaniach, ale to nie był ten czas, kiedy wszyscy, którzy się fascynowali fantastyką, wiedzieli o wszystkich książkach. Ona gdzieś zniknęła. Szkoda. Szkoda, bo ta książka Brukarczyka rzeczywiście, nie wiem, czy jest wielką książką, ale jest książką, która porusza wielki problem. Bardziej o to chodzi. Który dzisiaj jest zbanalizowany.
Jakby współczesny świat przyjął Chrystusa i czy w ogóle by go przyjął? Nie wiem. Ta historia, którą opowiada Drukarczyk jest po prostu ciekawa. Adam Wiśniewski "Snerk", no cóż, według Łotra. Wiktorze, może ty się trochę poprodukuj.
[24:35] - Co mogę powiedzieć, że według Łotra, Marku, też właściwie przeszła trochę bokiem wobec literatury, bo co prawda wydana w tym samym wydawnictwie, gdzie "Robot", czyli w Wydawnictwie Literackim w Krakowie, więc miała bardzo dobrze. Natomiast ona, że tak powiem, pojechała na fali, na rozgłosie "Robota" i hasło Snerk to jest po prostu Robot. W dużym stopniu niesprawiedliwie. Tak samo, jak w wypadku książki Drukarczyka, gdyż według Łotra była książką piekielnie przemyślaną, piekielnie mądrą, w której Snerk w niesamowicie sprytny sposób swoje przemyślenia tam przemycał. Książka, którą zawsze warto czytać, warto po nią sięgnąć. Tak samo do książki Drukarczyka i do Snerga Wiśniewskiego. Dobre zestawienie tych dwóch pozycji, bo to są dość wyjątkowe książki. Już teraz się uśmiecham do słuchawki, do której mówię, ale nie wiem, Marku, czy przypominasz sobie, że kiedyś dla portalu Shortal napisałem również krótkie opowiadanko, co prawda tylko na dwie, trzy strony, pod tytułem „Betlejem. Wesoła nowina", gdzie dosyć humorystycznie zadałem sobie pytanie i spróbowałem odpowiedzieć: jak by wyglądał Mesjasz, który musiałby przyjść na miarę tego aktualnego, współczesnego świata? Zadałem pytanie trochę z przymrużeniem oka i odpowiedziałem również z przymrużeniem oka, ale głos też zabrałem w tej materii.
[26:47] - Ja powiem jeszcze o książce według Łotra. Pamiętam siebie jako zbuntowanego nastolatka już po lekturze "Robota", o którym wspomniałeś, Wiśniewskiego "Snerga", trudnej dla mnie wtedy lekturze, ale byłem strasznie usatysfakcjonowany, że przebrnąłem. I nagle pojawiło się według Łotra. To było coś nieprawdopodobnego. Przeczytałem tę książkę w jeden wieczór. Oczywiście zawalając następnego dnia klasówkę. Już nie pamiętam z czego. Wiem tylko, że zawaliłem klasówkę następnego dnia, ale nie żałowałem. Oczywiście pałę trzeba było później poprawić, ale naprawdę nie żałowałem. Nastolatki mają to do siebie, że bardzo często przeginają pałkę w ocenach, więc ja wtedy też przeginałem pałkę.
Objawienie, książka rewolucyjna, świat jako plan filmowy i tak dalej. Opowiedziana na nowo ewangelia, rodzaj filmowej ewangelii i tak dalej. Rzucam pewne hasła. Byłem nią zachwycony po prostu. Wtedy jako nastolatek bardziej niż "Robotem". Dzisiaj wiem, tak myślę, że "Robot" jednak przebija według Łotra, chociaż w dalszym ciągu mam według Łotra wielki sentyment. Muszę jeszcze, ponieważ podałem dwa typy naszych słuchaczy, w związku z czym jeszcze kolejne. Jacka, którego już cytowałem. Zawsze nie wiem, jak to przeczytać. Bhagavadgita.
[28:47] - Chyba tak, jak przeczytałeś, tak będzie najlepiej. Bhagavadgita. Tak to zresztą czytają polscy różni dziennikarze zajmujący się literaturą.
[28:58] - Ale też książka Josepha Murphya "Potęga podświadomości. Magia wiary". "Potęga podświadomości" to też książka, o której po pierwsze nie potrafię zbyt wiele powiedzieć. Raczej rozpatruję ją w kategoriach religioznawczych. Natomiast druga książka to była książka, która też w swoim czasie wgniotła mnie w fotel. Mnie książki w fotel wgniatają na krótko, ale jednak skutecznie. Czytam dalej typy naszych słuchaczy. Cześć, jestem przekonany, iż dziś padać będą tak sławne nazwiska, jak bracia Strugaccy, Ballard, Stanisław Lem, Zajdel, Isaac Asimov czy Arthur Clarke, którzy wpłynęli na sposób postrzegania świata zarówno mój, jak i zapewne większości miłośników fantastyki naukowej. Dlatego też ze swojej strony pozwolę sobie wymienić pozycje może mniej znane, a w subiektywnym ujęciu równie mocno zapadające w pamięć. Piotra Szulkina "Gaga", "Wojna światów", "Następne stulecie", "Obi-Oba".
Pamiętam tę książeczkę, jak wyszła po raz pierwszy. Taka brązowa, bodajże w Alfie to wyszło w latach 80. To czytelnik fantastyki musiał mieć. Chociaż to nie jest łatwa fantastyka. Dalej Paweł Kępczyński "Requiem dla Europy", "Hekate". Dalej Rafał Cichowski "2049". Cezary Bukowski „Obłąkańcy”. Cezary Zbieszowski „Requiem dla króla lalek”. Dobrze pamiętam wywiad, który przeprowadziłem z Edmundem Bukiem Lipińskim w Pałacu Kultury. Niezapomniana sprawa.
Tych wszystkich, którzy byliby zaciekawieni, odsyłam do swojej książki, w której te wywiady z pisarzami się znajdują. „Lista nieobecnych”, która wyszła w Solaris. To była piękna rozmowa. Dużo po tej rozmowie zrozumiałem. Rafał Nowakowski to kolejne typy wymieniane przez Krzycha. Rafał Nowakowski „Rdza”. Mateusz Stypułkowski „Karmazynowe niebo”. Tomasz Grzegorz Żółka „Torusy”. Piotr Cender „Rozmowa z botem”. Włodzimierz Kowalewski „Bóg zapłacz”.
Patryk Omen „Katharsis futurum”. Ta lista, powiem tak, części z tych książek w ogóle nie znam i to zawsze wprawia mnie w taki stan, który najlepiej dałoby się opisać pewnym memem, który krąży między innymi na Facebooku. Mem używa słów wulgarnych, ale ja go zacytuję, że: „Jest tak wiele książek do przeczytania, a te chuje ciągle piszą nowe”. I takie mam czasami wrażenie, że rzeczywiście tak to wygląda, że ciągle powstają nowe książki. Ja się z tego bardzo cieszę. Wracając jeszcze do tego, co napisał Krzy. „Można by tak wymieniać w nieskończoność. Szczególnie, iż na mojej półce do przeczytania znajduje się ponad 300 pozycji, głównie rodzimych autorów, co daje duże szanse mojej osobie na literackie niespodzianki i odkrycia”. Powiem tak: na mojej półce książek nieprzeczytanych jest przynajmniej tyle samo pozycji i również daje mi to taką nadzieję. Bardzo się cieszę, że Krzy to napisał.
To jest fajne podejście. Lubię je i stosuję. Wiktorze.
[33:00] - Kiedyś, kiedy byłem w miarę młody, około 40, to w moim domu nie było ani jednej książki, której nie przeczytałem. Najwyżej były takie, których nie przeczytałem po raz trzeci albo czwarty. Ale to się zmieniło. I tak jak dzisiaj mówisz, jak tą listę cytował, to też włosy mi stanęły dęba. Ileż ja w życiu mórz nie przepłynąłem. Pamiętasz taką książkę, którą żeśmy omawiali? „Ewangelia według Węgorza”. To jest taki obraz, jak ten węgorz płynie przez morze, przez ocean. A tu się okazuje, że jest jeszcze jeden ocean i jeszcze jakieś ujście rzeki, jeszcze jakiś strumyk i można płynąć. I tak jest z literaturą.
[33:50] - To ja znowu sięgnę do czata. Klara Spalińska. China-
[33:59] - China Miéville. Jeżeli dobrze czytam metodą na czuja, pi razy oko, to chyba China Miéville.
[34:08] - „Miasto i miasto. Czytałam z grzejącym się mózgiem, bo nie mogłam zdecydować, czy to jest fantasy, czy jednak społeczna groteska, bo jednak myślę wykonalna”. Ja powiem tak: ta dzisiejsza audycja ekscytuje mnie niezwykle, bo poznaję tytuły, o których nigdy nie słyszałem, a być może to są moje tropy do przeczytania. To fascynująca audycja w gruncie rzeczy, z której tak naprawdę nie wiem, czy coś wyniosą nasi słuchacze, ale ja z tej audycji na pewno sporo wyniosę. Chociażby listę lektur nieprzeczytanych, co mnie w gruncie rzeczy bardzo cieszy. Wiktorze.
[34:55] - Wiesz, jak dzisiaj ludzie mówią, że młodzi nie czytają książek, a tutaj się okazuje, że starzy nie wiedzą, jakie są książki w ogóle na świecie i się muszą od młodych dowiadywać o tych książkach. Bardzo miło.
[35:10] - Dlatego ja często mam mieszane uczucia, kiedy stare ramole narzekają na młodych. Bo kiedy narzekają, że młodzi nie czytają, to ja się podpisuję, że to niedobrze. Ale jak ramole narzekają na to, że młodzi nie czytają tego, co trzeba czytać, to się śmieję z tego. Bo to tak nie wygląda. To zawsze było tak, że młodzi czytali coś innego niż czytają starzy. I ja myślę, że to bardzo dobrze, że tak się właśnie dzieje. To dla mnie jest oznaka tego, że jest normalnie, że młodzi czytają swoje. Jeśli tak naprawdę chcemy sięgnąć i dotknąć nieznanego, to to jest prosty sposób. Patrzmy, co czytają młodzi. To nie zawsze musi nas zachwycać.
Nie, ja się nie zamierzam nikomu podlizywać. To nie zawsze musi nas zachwycać, ale daje nam pewien obraz, pewne czucie sytuacji. To moim zdaniem jest bardzo ważne.
[36:20] - Wiesz, Marku, ja zawsze tak samo traktowałem muzykę. Faktycznie, jak ty do książek, tak ja mam sentyment na przykład do King Crimson czy do Led Zeppelin. Mam sentyment, ale zawsze słuchałem tego, co grają młodzi. Bo to jest głos nie przeszłości, ale głos przyszłości. Tam przynajmniej się zaczyna pojawiać. I się okazuje, że grają dalej, chociaż wydawałoby się, że tych układów dźwięków już dawno powinno się wyczerpać. A tu się okazuje, że można grać i grać w nieskończoność.
[37:02] - Zarówno w graniu, jak i w czytaniu czasami te rzeczy nowe zupełnie to są ślepe uliczki. Ale to jest nieważne. Ważne, że one zaistniały chociażby po to, żeby stwierdzić, że nie tędy droga. To myślę, jest dosyć ważny trop, jeśli chodzi o czytanie. Czytajmy rzeczy czasami, które nas nie kręcą, które się nam nie do końca podobają, bo to jest sposób na odkrycie nowych lądów. A ja wrócę znowu do czata. PW: „Dzień dobry, do teorii Oramusa coś pięknego”. Zgadza się. Oramus jest klasą sam dla siebie. Kanał: „To odważne stwierdzenie.
Czytałam już wszystko prawie. Biblia to kocham”. Z drugą częścią jak najbardziej się zgadzam, ale z tym czytaniem wszystkiego skomentuję to tak: zazdroszczę, bo ja jeszcze wszystkiego nie czytałem prawie. Jack: „Wspólnota Whitley Strieber”.
[38:10] - Whitley Strieber.
[38:13] - Strieber. Okej, ja już tego akcentu nie mam. „Książka o UFO. Prawdziwa historia”. Czy prawdziwa? Nie wiem, ale książkę czytałem bardzo dawno. Jakieś echo tylko zostało po tej książce. Wiem, że nie mam najgorszych wspomnień. Znaczy nie mam złych wspomnień, to lepsze określenie. Nie mam złych wspomnień, więc tak, jak najbardziej.
To też książka, którą dorwałem w latach 90. i na początku myślałem, że to taka prosta będzie książeczka. Chyba nie była prosta jednak. Ja teraz zafunduję państwu dłuższą wypowiedź. O35 napisał pod zapowiedzią audycji pewną, moim zdaniem znakomitą historię, która do pewnego stopnia jest rodzajem opowiadania. I zastanawiałem się, czy nie zrobić numeru i nie opublikować tej historii O35 w ABW, ale w końcu doszedłem do wniosku, że takich rzeczy nie będę robił. Ja ją przeczytam teraz państwu, ale ta historia to jest gotowa opowieść, gotowe opowiadanie, a jednocześnie niezwykle pouczające, literackie. To czytam, co będę wiele mówił. O35 napisał: „Krótka historia jak trafiłem na książkę, która mnie najbardziej poruszyła. Były wczesne lata 80.
Świat za oknami wydawał się ciemny, mroczny i ponury jak w dzisiejszych czasach. Mój starszy brat już wtedy pracował, ja natomiast jeszcze uczęszczałem do szkoły podstawowej. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ to właśnie mój brat przyniósł od kolegi stary numer wydawanego w podziemiu, czyli tak zwanym w tamtych czasach drugim obiegu periodyku o nazwie Res Publica. Był to egzemplarz wyświechtany. Widać, że przeszedł przez wiele rąk, miejscami wręcz tekst był ciężki do odczytania. Nie wiem, czy to była zużyta odbitka oryginalnego egzemplarza, czy też to właśnie był ten egzemplarz. Pamiętam, że go przeczytałem i w sumie zapomniałem, o czym był ten numer. I tyle o latach 80. Tej historii przeniosę się teraz powiedzmy około dekadę dalej.
Jest jesień mniej więcej roku 1993. Wracając autobusem z zajęć z uczelni na jednym z przystanków autobusowych przeczytałem zawieszony nowy szyld na murze: Stare Gazety. Tak, były kiedyś takie sklepy w naszym kraju w latach 90. i na początku 2000. Była to wtedy absolutna nowość. Oczywiście według mnie. Więc wysiadłem na tym przystanku i poszedłem sprawdzić, co tam dają. Miałem nadzieję, że może znajdę tam brakujące numery miesięcznika Rock'n'Roll, który już wtedy przestał być wydawany. Zresztą straciłem później wszystkie numery, które miałem, gdyż osoba, której pożyczyłem nigdy mi ich nie oddała. Ale to inna, nieciekawa historia.
Po wejściu do sklepu okazało się, że gucio prawda z tymi starymi gazetami. Na półkach leżały numery tygodników z tego tygodnia, przecenione chyba coś około 10 razy w dół. Miesięczniki z tego miesiąca również przecenione. Zakupiłem wtedy również aktualny numer Nieznanego Świata. Wydaje mi się nawet, że miał wtedy szatę graficzną czarno-białą. Wszystkie te czasopisma można było również nabyć w Empiku w cenie, jaką miały wydrukowane na okładce, ale wzrok przykleił mi się do leżącego na środku aktualnego numeru kwartalnika Res Publica Nova. W tej samej chwili przypomniały mi się lata 80. i wyświechtany numer Res Publici. Najbardziej zdziwiło mnie to, że jakieś 20 minut wcześniej w Empiku przeglądałem półki z kwartalnikami i miesięcznikami, a tego periodyku tam nie było. A w Starych Gazetach był i to w wielu egzemplarzach za cenę, jak już wspomniałem, o wiele niższą.
Zakupiłem więc go i czekając na autobus zacząłem go czytać mimo mroku panującego na przystanku. Czytałem go również w autobusie, idąc wolnym krokiem do domu oraz oczywiście w domu. Siedząc już w zaciszu domowym, przeczytałem recenzję nowo wydanej książki Zbigniewa Herberta „Martwa natura z wędzidłem”. Autor recenzji tej książki był nią zachwycony, a u mnie pierwsza myśl: „Co? Herbert, ten stary ramol. Co on może ciekawego napisać? Zresztą tak jak hołubiony przez krytykę Miłosz”. A jednak okazało się, że mógł. O tym jednak dalej. Przeczytałem tego wieczora numer kwartalnika od deski do deski.
Treść okazała się dosyć interesująca i poszedłem spać. Następnego dnia po zajęciach na uczelni wybrałem się do księgarni kupić kodeks postępowania cywilnego z komentarzem. Dla zainteresowanych wyjaśniam: w tamtych czasach było to dwutomowe dzieło wydrukowane w dwóch kolumnach na jednej stronie maczkiem. Każdy tom po ponad 1000 stron. Bardzo interesujące dzieło. Polecam dla tych, co mają problemy z zaśnięciem. Naprawdę pomaga. Koniec reklamy środków farmakologicznych. O dziwo zobaczyłem na półce „Martwą naturę z wędzidłem”. Bez zastanowienia kupiłem ją.
Tak naprawdę sam nie wiem dlaczego. Kupiłem również pierwszy tom wspomnianego wcześniej dzieła, gdyż na drugi nie starczyło mi już pieniędzy, a było to spowodowane zakupem Herberta. Obiecałem sobie, że kupię go jutro. Oczywiście jutro, pojutrze, za tydzień i za miesiąc nie nastąpiła ta czynność, gdyż wychodząc z księgarni spotkałem kolegów ze studiów mieszkających w akademikach i pieniądze na tak zwany przeleł. Natomiast ten drugi tom komentarza doczytałem w bibliotece uniwersyteckiej. Po powrocie do domu rzuciłem książkę na ziemię koło łóżka i tak przeleżała parę dni nieotwierana. W piątek wieczorem, mogła to być również sobota, bo nie pamiętam, kiedy przeniesiono ten program z soboty na piątek, słuchając listy przebojów Trójki zacząłem czytać „Martwą naturę”. Wciągnęła mnie ona momentalnie. Nigdy przedtem nie pamiętam, aby książka mnie tak szybko wciągnęła. W tym miejscu wybacz mi, proszę, winę tu, ale to prawda.
Gdzieś po godzinie usłyszałem gwizdy kumpli z osiedla chcących wyciągnąć mnie na piwo. Otworzyłem okno i powiedziałem krótko: „Spier...” To znaczy: spierdalaj. Jestem zajęty, czytam książkę. Zamykając okno usłyszałem komentarz, że chyba jestem chory. Książkę połknąłem przed północą i po jej przeczytaniu miałem wielki żal, że to już koniec. Nigdy przedtem nie wiedziałem, że można w ten sposób pisać. To znaczy świeżo, lekko o obrazach wielkich mistrzów malarstwa niderlandzkiego. A tak naprawdę o jakichkolwiek obrazach. Opowieści Herberta w tej książce czyta się jak opowiadania sensacyjne, ale w jak świetny sposób napisane. Jest to literatura pisana przez bardzo olbrzymie L.
Po przeczytaniu „Martwej natury” sięgnąłem również po inne dzieła Herberta. Przestałem go uważać za starego ramola, ponieważ stwierdziłem, iż ma pióro lżejsze niż większość pisarzy współczesnych. Jeżeli to prawda, że literackiego Nobla nie dostał tylko dlatego, iż Miłosz był bardziej polityczny od niego, to brak mi słów. Patrząc na naszą literaturę współczesną, śmiem twierdzić, iż długo będziemy czekać na pisarza takiego formatu. Oczywiście jest to moje tylko osobiste zdanie. Książka ta również spowodowała, iż przestałem mieć uprzedzenie do wielu autorów współczesnych i powiem szczerze, że pewnie bez niej nie sięgnąłbym po wiersze na przykład Poświatowskiej czy Szymborskiej. Dzięki niej w jakiś sposób odkryłem na nowo Wojaczka. Kiedyś pożyczył ją z ciekawości kolega, który zakończył swoją edukację na poziomie szkoły zawodowej i również był nią bardzo zafascynowany. Chcę w tym momencie powiedzieć, iż jeżeli coś jest naprawdę wielką literaturą, wielką sztuką, to dotrze do każdego. Niepotrzebne są do jej rozumienia tytuły naukowe oraz lata studiów, jak uważają co poniektórzy.
Malarze obrazów opisywanych przez Herberta nie namalowali ich dla ludzi wykształconych i posiadających tytuły naukowe. Po prostu malowali pewne historie po swojemu, a nabywcami ich byli ludzie tacy jak dzisiaj, czyli kupowali je ci, których było na nie stać. Myślę, że czas już skończyć te moje pokrętne, chaotyczne wywody. Podejrzewam, iż nigdy bym nie przeczytał tej książki, gdyby nie pewien zniszczony numer opozycyjnego czasopisma, który zwinąłem po tajemnie bratu w latach 80. Pozdrawiam O35. I to jest ta historia. Ja tylko tak na koniec powiem dwie rzeczy. Po pierwsze zgadzam się z tym, że wielka literatura, dobra literatura czasami przemawia poza słowami, dociera do każdego, bez względu na wykształcenie. Wykształcenie pozwala natomiast w jakiś sposób dointerpretowywać pewne rzeczy, ale liczy się ten pierwszy kontakt. To o tym między innymi pisze Parandowski w takiej książce „Alchemia słowa”.
Pisze tam o tym, że słowo samo w sobie, fraza pewna może fascynować, może zadziwiać, może po prostu czynić cuda, czary. A druga rzecz, którą chciałem powiedzieć odnośnie tekstu O35 o tym Herbercie. Ja wiem, czy Miłosz był bardziej polityczny. Może to Herbert był dla niektórych niewygodny politycznie i dlatego tego Nobla nie dostał. Może nie był aż tak postępowy, jak należało. Ja myślę, że to zupełnie nie przeszkadza. Rzeczywiście Herbert to jest nazwisko, które Który zostanie z nami na długo jako z czytelnikami. Wiktorze?
[48:58] - Ja tylko mogę skomentować ten komentarz o 35, że to nie jest osobiste zdanie o 35, ale właściwie wszyscy, którzy czytali Herberta, mają takie samo zdanie na temat literatury, którą pisał. Mogę tylko powiedzieć, że to bardzo piękne, że w setną rocznicę naszych audycji wreszcie ta audycja dotknęła chyba największego współczesnego polskiego pisarza, czyli Herberta. Szczególnie tych opisów, ale właściwie wszystkiego, co on napisał. Dziękuję o 35. Bardzo jestem zobowiązany.
[49:52] - A ja wracam do czata. Jack: „Rok nie wyrok” Piotr Milewski. Bardzo fajna książka o perypetiach Polaka w Nowym Jorku, niesłusznie skazanego na przymusową terapię z prawdziwymi przestępcami. Klara Spalińska: „Mickey Curry. Mój własny diabeł” i kolejne części. Pewnego dnia Londyn nachodzą duchy i tak już zostaje. Rzeczywistość zmienia się na zawsze. I ponownie Klara Spalińska: „Głównym bohaterem jest egzorcysta, któremu w życiu nie całkiem wychodzi. Świetnie napisane i pomysłowe dzieło”. Tego też nie znam, ale skrzętnie notuję.
Naprawdę mam coraz głębsze przekonanie, że nasi słuchacze wyjdą z tej audycji bogatsi. Pewnie tak, bo w końcu podajemy te tytuły, które pojawiają się na czacie. Ale my, Wiktorze, na pewno wyjdziemy obładowani tytułami, które warto byłoby przeczytać. Jestem co do tego przekonany. Halo, halo?
[51:02] - Tak. Mogę tylko tak powiedzieć.
[51:08] - Okej. Doszedłem do tego momentu, kiedy pociągniemy Ivelliosa za język, bo wśród książek, które pamięta-
[51:19] - Ta lista trochę długa jest. To są głównie takie książki typowo paranormalne.
[51:26] - Powiem tak, spora część tej listy jest mi bardzo bliska. Tym bardziej że na pierwszym miejscu pojawia się Lucjan Znicz. A cóż tam się pojawia? „Katastrofa tunguska”, „Trójkąt bermudzki”, „Obce ślady”. To od razu powiem, jest do odsłuchania w archiwum Radia Paranormalium. Ivellios to interpretował, czytał. W związku z tym radzę po to sięgnąć. Jeśli chodzi o Lucjana Znicza, to jeszcze tomy o UFO 1.3. To też były książki, które po raz pierwszy wyszły w latach 80. Były plonem kącika o UFO, który pojawiał się w tygodniku „Fakty”.
Klub Kontaktów Kosmicznych prowadził Lucjan Znicz. To było objawienie w 70. latach, gdzie władza komunistyczna najchętniej o takich pierdołach jak UFO by w ogóle nie opowiadała, nie rozmawiała. Lucjan Znicz konsekwentnie co tydzień kolejny odcinek pojawiał się w tygodniku „Fakty”. Ja pamiętam, jak pracowicie wycinałem z „Faktów” kolejne odcinki, fascynując się, a później te odcinki zostały przerobione na kolejne książki. Dlaczego o tym mówię? Lucjan Znicz to Bydgoszczanin. To człowiek, który pracował między innymi z moim ojcem w jednym tygodniku, właśnie w „Faktach”. Dzięki temu mam relację z pierwszej ręki, dlaczego te książki były takie fascynujące. Między innymi oczywiście dlatego, że Lucjan Znicz w tamtych czasach docierał do czasopism zachodnich.
Pracowicie wycinał z nich różnego rodzaju notki o UFO, o tajemniczych zjawiskach.
[53:25] - Popełnił przy tym troszeczkę wpadek, jeżeli chodzi o wycinanie notek z czasopism, z gazet głównie anglojęzycznych. Mam na myśli chociażby cytowanie tabloidów pewnych.
[53:39] - Tak, to prawda, ale musimy sobie uświadomić jedną rzecz, że lata 70., a więc to naprawdę już dawno temu, to był czas zupełnie inny. My sobie chyba dzisiaj nie potrafimy wyobrazić tego, jak bardzo Polska była odcięta od jakichkolwiek informacji.
[54:00] - Do tego stopnia byliśmy odcięci od ogółem wszystkiego, co było zachodnie, że nie wiedzieliśmy w ogóle, że istnieje coś takiego jak tabloid.
[54:09] - Dokładnie. Więc te pomyłki czy też te niedociągnięcia czy wpadki Lucjana Znicza wrzućmy na karb tego, że byliśmy krajem nie do końca normalnym wtedy. Niemniej warto też podkreślić, że Lucjan Znicz to był człowiek niezwykle skrupulatny. On naprawdę każdego dnia siadał przy biurku, rozkładał te kolejne czasopisma z Zachodu i pracowicie strona po stronie przeglądał, czytał, wycinał. To właściwie, jak wspomina mój ojciec, przypominało bardziej pracę jakiegoś urzędnika, biuralisty, który przegląda kolejne akta, niż pracę dziennikarza, ale owocowało tym Że on, mówię tu o Lucjanie Zniczu, dysponował niesamowitym, jak na tamte czasy archiwum. Archiwum tekstów związanych z UFO.
[55:19] - Zresztą jeden z tomów poświęconych UFO zaczyna się od opisu ociosywania kamienia, z którego zaraz powstanie pomnik pod postacią przegrzebywania dużego wora, tym razem z wycinkami prasowymi z Polski na temat UFO.
[55:41] - To prawda. Ja sobie cenię to, że dostałem tę relację od swojego ojca, bo będąc wtedy wczesnym nastolatkiem, wyobrażałem sobie Lucjana Znicza jako supermana, człowieka, który ma w głowie komputer. Nie mogłem sobie wyobrazić, że komputer, bo ja nawet wtedy nie wiedziałem, komputer poznałem z opowiadań science fiction. To jest dobrze, który ma w głowie komputer, i który jest jakimś cyborgiem. A tu się okazuje, że to był człowiek, który niezwykle systematycznie prowadził swoje badania, przeglądy prasy i potrafił pewne rzeczy ze sobą łączyć, kojarzyć. Dzięki temu jego cykl o UFO do dzisiaj pozostaje, pomimo tego wszystkiego, o czym mówił Marek, tym pierwszym naprawdę poważnym dziełem dotyczącym UFO, dotyczącym zjawisk, które wokół UFO narastają. Co więcej, nawet na podstawie często fikcyjnego albo budzącego wątpliwości materiału, Lucjan Znicz wyciągał niezwykłe wnioski, fascynujące wnioski, których do dzisiaj nie musiałby się wstydzić. Więc to książka, która chyba jeszcze jakiś czas z nami zostanie. A tak jak powiedziałem, jeśli ktoś chciałby dotknąć prób twórczości Lucjana Znicza, to zapraszam na stronę Radia Paranormalium. Tam w archiwum myślę, że warto po tę książkę sięgnąć.
Lucjana Znicza?
[57:48] - Jak najbardziej. Trudno było nie znać Lucjana Znicza w Bydgoszczy, jeśli człowiek interesował się czymkolwiek, że tak użyję tego słowa, paranormalnym. Natomiast ja w tej chwili, słuchając Ivelliosa oraz Krągowskiego, że Lucjan Znicz w pewnym sensie wyprzedzał albo zapowiadał nadejście epoki, której sztandarowymi rzecznikami są kobiety, które przystępując do pracy, do pisania na pierwszym miejscu najpierw research, czyli opracowanie materiałów, które kiedyś posłużą do pisania. Lucjan Znicz dokładnie to robił. To, co dzisiaj stało się walorem kobiecej literatury, która nie pisze o fiu-bździu bez rozumnego podejścia do sprawy. Urzędniczego być może, ale urzędnik to jest inne słowo, rzemieślnik, a to jest dobre słowo.
[59:10] - Ja wiem, Wiktorze, że każda audycja, w której nie padnie jakaś uwaga, nazwijmy ją seksistowska, to jest audycja zmarnowana. Niemniej to, co ty określiłeś jako cechę literatury kobiecej, raczej bym określił jako w tej chwili pewien standard. Właściwie dzisiaj ludzie, którzy piszą książki i to nie tylko takie, które mają charakter reportażowy czy też charakter popularnonaukowy, ale też ludzie zajmujący się literaturą piękną albo mniej piękną, właściwie wszyscy w tej chwili researchują, czyli gdzieś tam suną po falach internetu czy przeglądają czasopisma. I dzisiaj już się chyba bez tego nie da. Wiktorze, także z tymi kobietami to chyba-
[01:00:18] - Wiesz, mogę to zjadliwie skomentować?
[01:00:23] - Słucham.
[01:00:26] - Jeśli się nie ma historii własnego życia, to trzeba korzystać z innych.
[01:00:33] - Ja nie wiem, czy to jest celny komentarz. Dobrze, ale został zanotowany, utrwalony przez Ivelliosa na pliku, także już z nami zostanie, a ty się będziesz musiał-
[01:00:43] - Nawiązując do obecnej sytuacji, jak się nie ma własnego życia, to trzeba się przywalić do cudzego.
[01:00:49] - Tak, jak najbardziej. To jest w tej chwili pewna moda, skrzętnie pielęgnowana przez bardzo wielu przedstawicieli naszej rasy ludzkiej, że rzeczywiście trzeba żyć życiem innych, bo swoje życie wydaje się mało atrakcyjne. Tak przynajmniej uważają niektórzy. Gratuluję im serdecznie, ale niespecjalnie polecam ten sposób. Wiktorze, czy ty coś?
[01:01:23] - Ja najwyżej miałbym pytanie do Ivelliosa. Ja doceniam oczywiście Lucjana Znicza, ale do czego ten Lucjan Znicz Ivelliosowi posłużył? Na ile go zainspirował? Do czego go pchnął?
[01:01:45] - Panie Wiktorze, od książek Znicza zaczęła się w ogóle cała ta moja przygoda z zjawiskami paranormalnymi, zainteresowanie ufologią. Zacząłem właśnie tak, jak zaczyna prawdopodobnie niejedno dziecko, sięgając po raz pierwszy w życiu po taką literaturę. Miałem wtedy siedem, osiem lat i zaczęła się ta moja fascynacja od oczywiście szukania w książkach zdjęć UFO. I te zdjęcia tak rozpaliły moją wyobraźnię na tyle, że po jakimś czasie, jak już troszkę bardziej podrosłem do czytania tekstu w książkach, w tego typu pozycjach, to przeszedłem do zagłębiania się w różne ufologiczne i około ufologiczne lektury. Całego Znicza, tych książek o UFO nie przegryzłem jeszcze, że tak to kolokwialnie ujmę. Nie przeczytałem ich całych. Natomiast przeczytałem i nagrałem zresztą też w wersji dźwiękowej „Katastrofę tunguską. Trójkąt bermudzki. Obce ślady”. Tak jakby trzy książki w jednej.
I tam też bardzo dużo takich wątków jest ufologicznych. I myślę, że gdyby nie Lucjan Znicz i mniej więcej w tym samym czasie Arnold Mostowicz, gdyby nie zaczęli w ogóle pisać i wydawać swoich pozycji, swoich książek, jak choćby „My z kosmosu”, „O tych, co z kosmosu”, „Goście z kosmosu” i tak dalej, to myślę, że na pojawienie się w ogóle tematyki paranormalnej, nie tylko ufologicznej, ale paranormalnej w takim mainstreamie PRL-owskim, trzeba by było czekać co najmniej do upadku PRL-u.
[01:03:35] - Do książek Ivelliosa, wskazanych przez Ivelliosa jeszcze wrócimy, a ja w tej chwili zerkam na czat. PW: „Próba inwazji” Czesław Białczyński, kryminał. Nie wiem, kryminał też, ale też science fiction. Pamiętam, z jakimi wypiekami czytałem tę książkę w latach 80., ale też pamiętam wywiad w tej samej książce, o której już wspominałem, mojego skromnego autorstwa, czyli „Lista nieobecnych”. Wywiad z Białczyńskim się znalazł i to był wywiad, który otworzył mi oczy, jak wyglądała fantastyka w latach 70. i na początku lat 80. Niezwykle ciekawe historie, które Czesław Białczyński przytacza, ale też książka, o której wspomina PW, czyli „Próba inwazji”. To była wtedy klasa. Tak się wtedy nie pisało zbyt często. Jack: „Lubię książki o socjologii, psychologii.
Na przykład «Teoria zła» Simona Cohena”. Jak najbardziej. Jest też komentarz dotyczący Ivelliosa. Jack pisze: „Ivellios ma super głos radiowy. Lubię jego czytane książki autorów z kręgu paranormalnego, duchy, UFO i tym podobne”. „Ivellios człowiek legenda”. Artys mówi: „Ivellios człowiek legenda, chodzący syntezator mowy. Bardzo lubię jego bez namiętny dźwięk, który tworzy moją wyobraźnię. Hi hi hi. Pozdro”.
I mi coś przeskoczyło. Już sięgnąłem. Klara Spalińska: „Marina i Siergiej Dajczenko «Vita Nostra» i kilka innych. Mroczne i niepokojące alternatywy rzeczywistości”. Craig Heck: „«Lalka» Bolesława Prusa za świat końca XIX wieku”. A to jest niezwykłe, bo ja też, powiem tak: nie darzę sentymentem wszystkich książek, które były przerabiane w liceum, chociaż wiem, że trzeba je było przeczytać, bo dzięki temu kształtował się pewien obraz świata. Ale „Lalkę”, podobnie jak Craig Heck, wspominam z sentymentem. To jest naprawdę dobra książka. Ja wiem, że wszystkim umęczonym przez lata szkolne „Lalka” kojarzy się jak najgorzej, przynajmniej niektórym. Ale to jest naprawdę dobra książka.
Uwierzcie, może sięgnijcie po nią po raz kolejny. I już. I po prostu. Już nie będę dalej zachwalał, bo tych, którzy nienawidzą lektur szkolnych, to i tak nie przekonam, ale tych, którzy mają wątpliwości, zachęcam. Warto po latach sięgnąć po „Lalkę” Prusa. Oczywiście-
[01:06:25] - „Lalka” to jest w ogóle jedna chyba z nielicznych takich naprawdę grubych lektur szkolnych, które przeczytałem prawie że w całości. Obok „Quo vadis” Sienkiewicza.
[01:06:38] - I to kolejny miłośnik „Lalki”. Bardzo się cieszę. Ty, Wiktorze, też „Lalkę” czytywałeś? Kolejny lalkarz.
[01:06:48] - Wiadomo. Zwróć uwagę, że Ivellios jednym tchem dołożył do „Lalki” jeszcze drugą książkę, którą przeczytał w tamtym czasie, czyli „Quo vadis”. To jest tak samo genialna, absurdalnie genialna książka, dzisiaj zapomniana w ogóle. Tylko dzięki filmom Amerykanie też się śmieją przecież.
[01:07:10] - Ja już nawet przeczytałem w internecie, jak można było dać za taką ponurą cegłę jak „Quo vadis” Nobla. Bez komentarza. Czytam dalej to, co nasi słuchacze piszą. O 35: Erich von Däniken „Wspomnienia z przyszłości”. Dla polskich miłośników literatury paranormalnej „Znicz” oczywiście oraz „Myst Kosmosu” Arnolda Mostowicza. To akurat fajna zbieżność, bo za chwilę będziemy o książce Mostowicza mówić, bo to kolejny typ Ivelliosa. O 35: to są na pewno bardzo ważne dla krajowych miłośników literatury paranormalnej pozycje. Jak już o UFO, to chyba najważniejsza książka Piechoty i Rzepeckiego „UFO nad Polską”. Dalej Melvin Frohlich: „Byłaby szansa wydać na nowo »Znicza«? Moje woluminy już się rozpadają jak papirusy”.
Moje też. Coś w tym jest.
[01:08:22] - Moje to już w ogóle są w kompletnej rozsypce.
[01:08:27] - W odpowiedzi chyba do O 35: „Książki w miarę świeże, objęte prawami autorskimi raczej, a one należą do spadkobierców”. To jeśli chodzi o „Znicza”. Teraz Spalińska: „Może jeszcze kilka klasyków. »Diuna«”. Całkiem niedawno o „Diunie” mówiliśmy, ale kolejny tytuł, legenda: „Proces” Kafki. Umarłem, jak pierwszy raz przeczytałem. Naprawdę. Dlaczego używam tego słowa? Bo byłem nastolatkiem, kiedy to przeczytałem. I tak się wtedy czułem.
Jak przeczytałem, to było absolutne objawienie. „Proces” Kafki. „Obcy w obcym kraju” Dicka. Cóż tu powiedzieć? Dick jest klasą samą dla siebie. Ale tak, jak najbardziej polecam. „Obcy w obcym kraju”. „Syreny z Tytana”. „Syreny z Tytana”. Tak.
Pierwszy raz, kiedy przeczytałem tę książkę Vonneguta, mówię: „Takie gówno, to nie jest fantastyka w ogóle”. Jakiegoż później miałem kaca moralnego chyba, kiedy uświadomiłem sobie, jak ważna jest ta książka i jak ważnej rzeczy mówi, że może nasza rzeczywistość nie ma żadnego celu. Może jest absurdalna po prostu. Dzisiaj uważam, że to jest jedna z ważniejszych książek, które przeczytałem. Właśnie „Syreny z Tytana”. Tych ważnych książek jest oczywiście cała masa, całe tony, więc ja tu pewno będę się zachwycał przy wielu książkach. Tak, ale to tworzy pewną taką siatkę, na której budujemy później kolejne i kolejne nasze fascynacje książkowe. Jack: „Ivellios, wow, to wcześnie zacząłeś przygodę”. Tak przekazuje Ivelliosowi. „Dawno temu byłem na »Procesie« Kafki w trójmiejskim teatrze.
Główną rolę grał młody Baka. Ja też byłem młody i spektakl przeraził mnie”. Tak, to jest chyba dobre określenie. Ja też chyba byłem przerażony po przeczytaniu „Procesu” Kafki. Gdzieś to chyba we mnie tkwiło. Były czasy komuny. To tak bardzo konweniowało z tym, co było za oknem. Ale nie, chyba tak o tym nie myślałem. To gdzieś w podświadomości, ale to po prostu dobra literatura była. I to jest właśnie to, o czym mówiłem, kiedy wspominałem po lekturze tego wpisu o 35.
Dobra literatura rzeczywiście nie wymaga jakiegoś przygotowania, takiego obstukania się akademickiego. Ona rzeczywiście mówi poza słowami. Ona jest w stanie wciągnąć, jest w stanie oczarować każdego, bez względu na wykształcenie. Oczywiście wykształcenie nie zaszkodzi. Czasami wzbogaca, ale powiedziałem, dobrze to chyba wyraziłem. Wzbogaca. Ale i tak, kiedy przeczytamy coś takiego jak chociażby „Proces” Kafki, to i tak czujemy się bogaci. Chris pisze: „O jakich książkach jest mowa?”. Już tytułów padło tyle w dzisiejszej audycji, że nie podejmuję się.
[01:12:11] - Oczywiście mowa o książkach najważniejszych dla państwa. Ja tu zachęcam gorąco, żeby też zadzwonić i głosowo podać kilka ciekawych tytułów.
[01:12:22] - Jak to mawiano w rejsie: paszczowo, paszczowym odgłosem. Natomiast o jakich książkach mowa? Tych książek może być jeszcze więcej. Liczymy, że będzie ich więcej, a zawsze można prześledzić czat, to rzeczywistość stanie się bardziej jasna. Kolejną książką, którą wymienił Ivellios w swojej liście lektur ważnych, była książka Arnolda Mostowicza. To się wytłumacz, Marku, dlaczego ta akurat?
[01:12:57] - Bo po prostu tak uważam, że jeżeli ktoś interesuje się tematyką ufologiczną, to powinien też zahaczyć o tematy związane z paleoastronautyką i choćby z tego powodu zainteresowała mnie niewątpliwie treść książki. Mam akurat to wydanie, w którym Mostowicz nie mógł zamieścić z jakichś przyczyn ilustracji, ale Tekst na tyle mnie wciągnął, że postanowiłem to również nagrać, zaprezentować i sięgnąć po kontynuację pod tytułem „O tych, co z kosmosu”. Takie wydawnictwo małe, dwutomowe. Co mogę powiedzieć? Jest to na pewno bardzo interesująca lektura dla osoby, która interesuje się tematyką ufologiczną. Zapomniałem wspomnieć o jeszcze jednej książce, której co prawda nie przeczytałem, a którą posiadam w swojej domowej bibliotece. To jest oczywiście bodajże pierwsza część cyklu „Goście z kosmosu” Lucjana Znicza, „Palaoastronautyka”. Książka chyba od początku pisana jako książka, a nie jako zbiór artykułów na potrzeby pracy. Jeszcze nie miałem sposobności wgryźć się bardziej w treść, natomiast wyróżnia się bardziej naukowym, sztywnym sposobem pisania, sztywnym językiem. Ale tak jak mówiłem, Mostowicza obydwie książki czytałem, mam za sobą.
Zresztą słuchacze słyszeli, bo też nagrałem te dwie książki w postaci audiobooków. Bardzo te książki, muszę powiedzieć, otwierają oczy na pewne sprawy. Mam świadomość, że to, co Mostowicz przedstawił w tych książkach, jest w jakimś stopniu zapewne przefiltrowane przez judaistyczną wizję świata, judaistyczny sposób patrzenia na historię ludzkości, bo jak wiadomo Arnold Mostowicz był z pochodzenia Żydem. Pewnie doszukiwał się w czytanych przez siebie lekturach czegoś, co by potwierdziło wyznawaną przez niego wizję powstania świata, wizję tego, jak ludzkość doszła do tego momentu, w którym znalazła się teraz i tak dalej. Niemniej uważam, że warto naprawdę po te książki sięgnąć.
[01:15:42] - Popraw mnie, Marku, jeśli się mylę, ale zdaje się, że spora część tomu „My z kosmosu” poświęcona jest mitologii Dogonów.
[01:15:55] - Tak, mitologii Dogonów. Chyba nawet połowa książki jest o tym, jeżeli dobrze pamiętam.
[01:16:05] - Właśnie.
[01:16:07] - Pięknie się Mostowicz w połowie książki rozprawia z różnymi oskarżeniami kierowanymi pod adresem badaczy, którzy spopularyzowali temat mitologii dogońskiej.
[01:16:24] - Tak, ale nie wiem, czy to jeszcze dzisiaj ktoś pamięta, bo właśnie Arnold Mostowicz był chyba tym autorem, który rozpropagował, upowszechnił mitologię dogońską w Polsce. Opowiedział o niej, pokazał, jaka głębia się w niej kryje. Przynajmniej interpretacyjna głębia.
[01:16:50] - Chyba nie tylko mitologię dogońską. Wiele innych tematów spopularyzował jako pierwszy, ale rzeczywiście ta mitologia Dogonów jak najbardziej się tutaj, choćby ze względu na objętość, wybija na pierwszy plan.
[01:17:11] - Tak, to prawda. Oczywiście mówię ze swojego punktu widzenia. Czytając „My z kosmosu” Mostowicza znowu przeżyłem pewien rodzaj objawienia. Bo to facet, którego zresztą kojarzyłem też z innej aktywności, bo przecież Arnold Mostowicz zajmował się w życiu różnymi rzeczami, a nagle pisze takie rzeczy. Jeśli się czyta o tym po raz pierwszy i stanowi to pewne objawienie, to było niesamowite przeżycie. Naprawdę książka, do której warto wracać pomimo upływu lat. Ta książka naprawdę już jest książką niemłodą, ale warto. Z całą pewnością.
[01:18:03] - Ja wiem po sobie nawet, że dla takiego współczesnego czytelnika jak ja chociażby, taka niby stara książka potrafi jednak stanowić niemałe objawienie, niemałe zaskoczenie.
[01:18:18] - Tak, to prawda. Rzut oka na czat. Chris pisze: „Ręce precz od tej książki Jana van Helsinga. Odkrywa tajemnice świata, które są bardzo kontrowersyjne. Książka zakazana w kilku krajach”. A tego nie wiedziałem, że jest w kilku krajach zakazana, ale to prawda, rzeczywiście. Poza tym 100 punktów za świetny tytuł. Moim zdaniem świetny chwyt marketingowy, ale tej książce naprawdę nie trzeba chwytów marketingowych, żeby ją po prostu przeczytać z fascynacją. PW: „Seria «Zaginiona flota» Campbella. Moja ulubiona space opera”.
Tak, to prawda. To rzeczywiście pewną fascynację wzbudza. O 35 w dzisiejszej audycji trudno nie wspomnieć o takiej książce jak... Tak. Aż mam poczucie, jak o 35 to napisał, że już dawno powinniśmy o tej książce zrobić audycję. Ale cytuję dalej: „O takiej książce jak «Sztukmistrz z Lublina» Izaaca Singera. Naprawdę kawał dobrej literatury”. No cóż mam powiedzieć? Wyprzedziłeś mnie o 35. Tak, to jest kawał świetnej literatury.
Chyba powinniśmy, Wiktorze, ten błąd przy jakiejś możliwej okazji naprawić. Z tym że tych książek, które powinniśmy omówić, mamy całą górę i zdaje się, że gdzieś tam za horyzontem dwusetne wydanie „Bibliotekarium” chyba nas czeka. W każdym razie wróćmy do książek wybranych przez Ivelliosa. Ta książka, której nie znam i dlatego chciałbym, żebyś coś o niej powiedział więcej. Thomas De Zengotita „Księga tajemnic i rzeczy niezwykłych”. Tom pierwszy, drugi. Nagrałeś to?
[01:20:21] - Wiesz, Marku, to są takie zbiory różnych historii paranormalnych. Prawdopodobnie ta książka jest mocno oparta na artykułach publikowanych w magazynie „FATE”. Może ktoś kojarzy ze słuchaczy Radia Paranormalium. Taki, powiedzmy, amerykański „Nieznany Świat”. To książka typu pozbierane opowieści mniej lub bardziej wiarygodne o zdarzeniach o charakterze paranormalnym. Nie uniknął oczywiście, podobnie jak Lucjan Znicz z tabloidami, Thomas De Zengotita pewnych wpadek, jak choćby historia, która okazała się całkowicie zmyślona o człowieku, który wyszedł z domu i tuż przy swojej bramie zniknął nagle. Okazało się później, że to jest oparte mocno na opowiadaniu science fiction. Co ciekawe, musiałbym zobaczyć, bo już zapomniałem oczywiście, o jakie opowiadanie chodziło, jaka to była historia, ale coś takiego było. Na pewno słuchacze Radia Paranormalium słuchający tego audiobooka będą kojarzyć, o co chodzi. Były oczywiście pewne problemy z weryfikacją tych historii.
Niemniej jednak myślę, że dla wielbicieli literatury bardziej sensacyjnej, bo tutaj Thomas De Zengotita bardziej, odnoszę wrażenie, poszedł w dobieranie takich mocno sensacyjnych zdarzeń. Szczególnie wielbiciele literatury na pograniczu sensacji i science fiction powinni też po tę książkę sięgnąć. Właściwie po dwie książki, bo są tom pierwszy i chyba z dwuletnim poślizgiem w Polsce ukazał się tom drugi.
[01:22:21] - Wiktorze, ja mam takie wrażenie, że myśmy się całkowicie zagadali. Więc teraz ty.
[01:22:28] - Nie, ja sobie spokojnie myślę o tym, o czym mówicie. Ja na przykład jestem Iwelliosowi wdzięczny za przypomnienie tej książki o meteorze tunguskim z bardzo prostego powodu. Bo my czasami zadajemy sobie pytanie, jaką rolę książki w życiu naszym pełnią, do czego służą, co nam dają, po co są potrzebne. Otóż ta książka Lucjana Znicza o meteorze tunguskim chyba jest wspaniałym przykładem tego, że czytasz ją po to, żeby znaleźć odpowiedź jakąś. A ta książka niczego nie odpowiada, nie udziela żadnej odpowiedzi. Zostajesz z tą książką w takim trochę rozterce. W tej książce są same pytania. Cała historia meteoru tunguskiego. Ten meteoryt pozostawił po sobie taką ilość pytań bez odpowiedzi, że to jest ładunek na to, żeby tych odpowiedzi po prostu szukać. Książki nie powinny udzielać odpowiedzi tak naprawdę.
Powinny nam zadawać albo przynajmniej zmuszać nas samych do zadawania sobie albo zjawiskom, które nas otaczają, zadawania właściwych pytań.
[01:24:10] - Krótko mówiąc, książki powinny zostawiać w naszej głowie taki sam ślad, co najmniej, oczywiście w przenośni, jak zostawił ten meteoryt na Syberii.
[01:24:25] - Tak. Dzięki.
[01:24:27] - Z całą pewnością. Ja na chwilę wracam do czata. Chris pisze o „Golemie” Gustawa Meyrinka. To klasyka. Nie wiem, czy dzisiaj dla wszystkich strawna, ale warto. Jeżeli ktoś chce się czuć fachowo, chce się czuć dobrze pobudowany literacko, fachowo mówię o fantastyce w szerokim wymiarze, to jak najbardziej warto po tę książkę sięgnąć. Craig Hack, „Limes Inferior”. Dzisiaj czytam czata i co pada tytuł, to właściwie w sporej części pojawia się jakieś wspomnienie. Tak, „Limes Inferior” Zeigla. Książka, jak pisze Craig Hack, która otworzyła mi świat science fiction w wieku parunastu lat.
Mnie nie otworzyła tego świata, ale Ugruntowała przekonanie, że warto po SF sięgać, że SF otwiera pewien inny punkt widzenia. Dodam jeszcze do tego, że w czasie, kiedy „Limes inferior” ukazał się po raz pierwszy, to poza walorami literackimi, poza walorami przygodowymi, ta książka miała jeszcze charakter polityczny, o którym dzisiaj już pewno nikt nie pamięta. Ale wtedy napisać coś takiego jak „Limes inferior”, trzeba było mieć jaja. Trzeba było być człowiekiem, który może sobie pozwolić na więcej. I Zajdel wypracował sobie. To nie było tak, że był synem jakiegoś bossa partyjnego i mógł więcej. Nie. On sobie wyrąbał tę swoją pozycję, tę swoją wolność. Wyrąbał sobie w sposób literacki w cenzurze ówczesnej. Ta cenzura oczywiście mu pewne rzeczy wycinała, ale nie odważyła się wyciąć całej książki i dlatego „Limes inferior” w pierwszej połowie lat 80.
się ukazało. Krech ek, cykl o Jakubie Wędrowyczu Pilipiuka za humor. Tak, lubię Pilipiuka, ale chyba za coś innego niż tylko Wędrowycz. Oczywiście Wędrowycz to jest klasa sama w sobie, ale ja Pilipiuka lubię za to, że on nie jest pisarzem na niby. To jest człowiek, który traktuje swoją pisarską misję niezwykle poważnie. Człowiek, który w życiu prywatnym jest człowiekiem niezwykle dowcipnym, chociaż jest to humor specyficzny. Trzeba ten humor polubić. To nie jest humor oczywisty. To nie jest humor niektórych polskich kabaretów, że ktoś kogoś w tyłek kopnie. Nie.
Humor Pilipiuka jest wysublimowany. Może czasami tego nie widać w jego utworach, ale jak się z nim porozmawia, to jest humor nieoczywisty, za to śmieszny. Cenię go właśnie za to, że traktuje swoją robotę pisarską bardzo poważnie. To jest człowiek, który nie oszukuje swoich czytelników, który traktuje czytelnika jako swojego „pracodawcę”. W związku z tym nie robi go w konia. To jest rzecz, którą wielu piszących powinno sobie wziąć do serca. Tak mi się wydaje. I tu mam pytanie, bo ja nie potrafię na nie odpowiedzieć, bo 35 pyta: „Kiedyś w latach 80. była książka o Emilcinie. Pamiętacie jej tytuł i autora?” Tu może tylko poratować Ivellios.
[01:28:53] - Ja niestety nie jestem w stanie poratować, bo kompletnie takiej książki nie kojarzę.
[01:28:59] - Ogłaszamy minikonkurs. Może ktoś z naszych słuchaczy będzie w stanie ten tytuł przywołać. Będzie go w stanie przytoczyć.
[01:29:12] - Ale w konkursie musi być nagroda, a nagrodą zapewne będzie uśmiech i wdzięczność O35.
[01:29:19] - Na pewno. To z całą pewnością. A ja mam teraz dobry pomysł, żebyśmy sięgnęli do kolejnego sprawdzonego autora, a mianowicie do Tomka Fąsa i do jego felietonu. Zatem zapraszamy.
[01:29:38] - Pisarz jako inżynier. Podczas naszej ostatniej rozmowy w ABW Wiktor po raz kolejny miał potrzebę przywołać moje wcześniejsze, dawne uwagi na temat roli redakcji w tworzeniu książki literatury. Te moje pewne sugestie, żeby pisarz za bardzo nie wdawał się w szczegóły, a jakieś niedoróbki tekstu pozostawił raczej redaktorowi. Wiktor zasugerował, że być może redaktor również powinien takiego pisarza, nieudolnego, jak rozumiem, aby samodzielnie swoje dzieło dokończyć i wykończyć, być może redaktor również powinien tak niekompetentnego twórcę zastępować na przykład w wykonywaniu czynności erotycznych. W życiu rodzinnym, powiedzmy, czy jakimś tam intymnym. Tak sobie pomyślałem, że przy tej niezmiernej głębi i wzniosłości dowcipu tutaj jednak ujawniła nam się pewna różnica w podejściu tego starszego, klasycznego pokolenia ludzi piszących i też pewnych moich refleksji na ten temat. Otóż faktycznie jest coś takiego, co obserwuję u różnych autorów epoki wiktoriańskiej, że tak powiem, iż dla tego pokolenia twórczość jest rodzajem rzeczy wzniosłej. Problem polega na tym, że faktycznie pisarze kiedyś najpierw mieli faktycznie pewien warsztat, pewien poziom, rozumieli pewien artyzm literatury, wkładali w to faktycznie dużo wysiłku. Mogli też z tego czerpać pewne korzyści obecnie nieosiągalne, związane z jakimś życiem mniej lub bardziej niezależnym. To kiedyś było realne.
Mniej może też mieli różnych mediów współczesnych. To była inna literatura, inne czasy, inne zupełnie podejście. I też nie da się ukryć, że świat, zwłaszcza świat techniczny, z którym ja jestem zawodowo związany, to jest świat pewnej wąskiej specjalizacji. To jeszcze na początku lat 90. na przykład grę komputerową mógł stworzyć jeden człowiek lub mała grupa ludzi. I to były dobre gry jak na tamten stan techniki. Potem bardzo szybko jakoś tak się stało, iż To, co kiedyś było pracą jednostek, potem stało się pracą zespołów, a obecnie już w przypadku topowych produkcji gier komputerowych czy filmowych jest to produkcja całych korporacji, ogromnych zespołów ludzi. Powie ktoś, że pewien artyzm został zaprzepaszczony, ale jednak nie da się ukryć, że walory artystyczne „The Last of Us” na przykład, takich wielkich produkcji czy słynnego „Grand Theft Auto V”, a nawet z mniejszych rzeczy, jakże uroku mojego ukochanego „The Talos Principle”, to jednak walor artystyczny tych produkcji jest zdecydowanie większy. To jest lepsza jakość niż to, co działo się w latach 90., co trzeba było jednak w dużej mierze nadrabiać możliwościami swojej wyobraźni. Powie ktoś, że o to chodzi, ale z drugiej strony jednak ewolucja w sztuce, w kulturze jest czymś naturalnym i pewne rzeczy się zmieniają.
I to jest, proszę państwa, tak w myśli technicznej, że też teoretycznie pewne rzeczy można robić samemu, na przykład jak się tworzy naukę, gdzie wiadomo, zawsze ludzi i funduszy brakuje, trzeba strasznie kombinować. To tak jest, że ja czasem jestem zmuszony samemu składać urządzenie z jego obudową, z jego warstwą elektroniczną, z jakimś oprogramowaniem i ono jakoś działa. I tak to, proszę państwa, jest. Natomiast w profesjonalnej jednak twórczości inżynierskiej zasadną jest specjalizacja. To jest tak, że jeżeli ja jestem bardziej mechanikiem, to ja się skupię na obudowie, na jakichś tam mocowaniach, na jakimś rysunku, może technicznym. Swoją drogą przypominają mi się właśnie zajęcia z rysunku technicznego na studiach, gdzie to prowadzący powiedział, żebyśmy się do tych przedmiotów kreślarskich za bardzo nie przykładali i pozostawili to ludziom mniej inteligentnym. I przyznam się państwu, że w tym moim podejściu do podziału na artystę i na redaktora gdzieś ta myśl mi powraca. Oczywiście jest tak w przypadku twórczości literackiej, że nie da się jednoznacznie oddzielić formy od treści, bo nie tylko pomysł jest literaturą, również to, w jaki sposób ten pomysł zostanie podany, jak się te zdania ostatecznie złoży, to też jest część twórczości artystycznej. Więc się nie upieram, nie mam tutaj jednoznacznej recepty. Natomiast marzy mi się trochę taka sytuacja, taki podział, aby część jakąś taką związaną z pomysłem, z tą działalnością kreatywną można było uprawiać, a część redaktorską pozostawić dla kogoś, kto bardziej się na tym zna, a może niekoniecznie tę wizję artystyczną ma.
Że czasem jednak taka współpraca właśnie autora kreatywnego z technicznym redaktorem może być metodą optymalizacji, że tak powiem. To jest coś, co dzisiaj dominuje bardzo mocno. Co się mówi dzisiaj, że to jest sztuczna inteligencja, to bardzo często jest właśnie optymalizacja, dobór sił i środków tak, aby to było optymalne. Dzisiejsza produkcja stoi optymalizacją, tym skracaniem ułamków sekund. Więc gdzieś tam mi się marzy, że być może jednak w tej literaturze też dałoby się coś takiego zrobić, że artysta artystą, technik technikiem i wszyscy jakoś razem to dzieło ostateczne tworzą. Czy to jest możliwe? Oczywiście nie wiem, nie mam gotowej receptury. Na pewno jeszcze brakuje obecnie procedur, które mogłyby odpowiednio zadziałać i zapewne jest to inne podejście do literatury, tworzące być może inny rodzaj literatury. Natomiast fakt faktem, że pewnie na chwilę obecną jest to jeszcze, czy może jest to już zbyt mały rynek, aby poważna optymalizacja mogła dojść do skutku. Nie wiem.
Czas pokaże. A jeżeli panowie autorzy „Bibliotekarium” tacy są przekonani, że twórca, artysta, mistrz swojej sztuki powinien wszystko robić samemu, to dlaczego współpracują w takim razie? Przecież też mogliby wszystko robić samemu. Czy fakt, iż audycja „Bibliotekarium” jest obsługiwana technicznie, prowadzona, posiada gospodarza w postaci Ivelliosa, skoro Wiktor nie robi tych rzeczy samemu, nie zajmuje się obróbką dźwięku, a pozostawia to komuś bardziej doświadczonemu, czy to oznacza, że nasz opiekun techniczny powinien zastępować Wiktora również w czynnościach intymnych?
[01:35:40] - I tak oto nagle, niespodziewanie skończył swój felieton Tomasz Fąs. Ja tak po internetowemu, po młodzieżowemu powiem: szanuję za te GTA. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że jeżeli mowa o walorach artystycznych gier z tej serii „Grand Theft Auto”, to tutaj bardziej jednak wskazywałbym na „GTA IV”. Co prawda strasznie skopane, jeżeli chodzi o optymalizację, ale dla świetnie napisanej historii naprawdę warto tę grę przejść. Mamy do czynienia ze świetnie napisaną historią, fantastycznie ukazaną inkarnacją brudnego i brutalnego Nowego Jorku pod postacią Liberty City. Niko Bellic, emigrant z byłej Jugosławii, próbuje uciec od szarej codzienności mordowania, przemycania, sprzedawania ludzi, bo sporą część życia przeżył na wojnie. Nie zdradzając fabuły, niezbyt się ta ucieczka Niko Bellicowi udaje. Na pewno pod względem fabularnym jest to gra, przynajmniej moim zdaniem dużo lepsza od wspomnianej przez Tomka Fąsa piątki. A zanim przekażę z powrotem głos do Bydgoszczy, przypomnę tradycyjnie kontakty do Radia Paranormalium. Czekamy na wasze ulubione, na wasze najważniejsze książki.
Można do nas dzwonić na nasze numery stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na GG pod numerem 36 08 80 02. Czekamy także na wasze komentarze, na propozycje książek wartych przeczytania na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. Jeżeli państwo wolą komunikację mailową, to można także do nas wysyłać maile na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Przypomnę tylko, że trwa dzisiaj, 23 października roku pańskiego 2020, jubileuszowe, setne wydanie „Bibliotekarium” o książkach, które z mocą równą uderzeniu meteorytu tunguskiego pozostawiły w głowach prowadzących oraz umysłach słuchaczy co najmniej równie mocny, dogłębny i niezacieralny ślad. Książki, które nie dają odpowiedzi, tylko zmuszają do myślenia. Książki, które wstrząsnęły podstawami naszych małych, osobistych światów. Książki, które otwierają oczy, poruszają duszę i otwierają umysły.
Książki najważniejsze. Najważniejsze dla nas i dla was. Marku, mikrofon! Marku, nie słyszymy cię .
[01:39:06] - Tak, trzeba włączyć mikrofon, jak się chce coś powiedzieć. Teraz już jestem słyszalny. Powiem tak, że ja na chwileczkę do felietonu Tomka. Nie żeby go komentować, bo felietonów właściwie nie ma co komentować. One mają w jakiś sposób podekscytować, wzbudzić jakieś emocje. Ale zadam kilka pytań. Dwa, trzy może. Czy według Tomka, autora felietonu, powinien tak naprawdę chyba sobie również wyczerpać papier pod swoją książkę oraz zatrudnić się jako introligator przy jej uprawie? Gdyby potraktować pewne zalecenia Tomka w sposób dosłowny. A z drugiej strony, po co taki autor ma się właściwie męczyć i coś pisać, cyzelować to, co pisze?
Niech opowie po prostu tę historię, a ci mniej zdolni ją napiszą. On ma rzucić tylko pomysł. Jakoś tak mi się to nie klei, Tomku. Poza tym dzisiaj padł pewien tytuł, który jest dla mnie ważny w życiu. Nie wyobrażam sobie, żeby 100 lat samotności napisał zespół. Nie chcę takiej książki, bo to jest książka o niczym. Literatura wypływa z głębi duszy. Tak, wiem, bardzo patetycznie zabrzmiało, ale wypływa z głębi duszy piszącego. To jest tak naprawdę ważne w całej literaturze, a nie te wszystkie technokratyczne, taki sztafaż, który wokół tego budujemy, że coś powinno być profesjonalne, że coś powinno być dobrze zrobione, wykonane i tak dalej. To się pewno sprawdza w wypadku fabuły, czyli gonią się, strzelają.
Tak, to jak najbardziej. Ale jeśli coś ma trafić do głębi, trafić gdzieś głęboko w duszę, to nie będzie praca zbiorowa. Dobra, rozgadałem się. Wiktorze, teraz ty.
[01:41:40] - Marku, znowuż pewnie masz rację, bo ty jesteś dla mnie dosyć skrajnym indywidualistą. Ja może na takiego wyglądam, ale mimo wszystko jednak przynajmniej połowę życia przesadziłem co najmniej w tandemach, jeśli nie w większych zbiorowościach. Robiłem teatr, kopałem piłkę zajadle w drużynie, że tak powiem, i cenię sobie pracę zespołową piekielnie. Natomiast coś w tym może być bardzo ciekawego dla przyszłości. Może, że tak powiem, prace grupowe będą genialniejsze od indywidualnych. Natomiast jednak literatura zwykle opisuje po prostu życie jakiejś jednostki, ale tylko dzięki temu jednostka, jaką jest pisarz, ma jakieś walory lepsze. Tomek ma w dużym stopniu rację co do wielu takich rzeczy, a ja jako przedstawiciel tej epoki wiktoriańskiej dawno zdaję sobie sprawę, że w świecie współczesnym dawno powinienem pakować manatki.
[01:43:08] - A ja?
[01:43:09] - Marku, jak Ivellios wspomniał i Tomek tak samo gry komputerowe, jak się odnieśli, otóż ja byłem zawsze, nie dość, że próbowałem błysnąć na tej niwie, ale nie wyszło. Natomiast byłem uważnym obserwatorem ewolucji tych programów. Otóż jedną rzecz, którą zauważam w produkcjach gier komputerowych, że dobre gry komputerowe, według mnie oczywiście, miały jednak swojego autora w zespołach, nawet w zespołach dużych. Natomiast jeden z wielu pracowników, którzy wykonywali dzieło, był wybitnym autorem. Natomiast tam, gdzie się nie pojawił autor, który można by inaczej przetłumaczyć jako dyrektor na przykład. Jeśli się nie pojawił taki dyrektor, reżyser, dyrygent, to niestety wychodziła zawsze miazga. Czasami prześlicznie, przepięknie opakowana, ale zupełna miazga. Otóż o ile wyobrażam sobie pracę grupową, zespołową, o tyle nie wyobrażam sobie stada baranów bez dyrygenta, redaktora, trenera i tak dalej.
[01:44:54] - Zawsze musi być ktoś, kto trzyma to wszystko w ryzach. W przypadku gier takich jak „Grand Theft Auto” zawsze mamy do czynienia z wymienionym przynajmniej w napisach końcowych autorem scenariusza czy też autorami. Martwi mnie, jak będzie wyglądało „GTA VI” po odejściu Dana Housera z Rockstara. To tak swoją drogą. Wspomnę jeszcze o grze gangsterskiej w klimatach „Grand Theft Auto”, która bardzo się wyróżnia ciekawym elementem pod tytułem mechanika. Gra, w której nie da się normalnie wyjść z auta. Żeby zmienić pojazd, należy przeskoczyć do ciała innego kierowcy. „Driver: San Francisco” gra w klimatach mocno przypominających „Grand Theft Auto”. Tam też mamy pościgi i fabułę osnutą wokół, w tym wypadku uciekającego z więzienia groźnego przestępcy. Ale jest to gra bardzo mocno upakowana.
Oprócz oczywiście świetnie napisanej historii mamy tam bardzo dużo odniesień do rzadko spotykanych w tego typu grach tematów, takich jak życie po życiu, doświadczenie z pogranicza śmierci, doświadczenia poza ciałem znane jako OBE, świadome sny, czyli LD. Gra jest praktycznie upakowana po brzegi tego typu odniesieniami. Także jeżeli ktoś szuka bardziej paranormalnego „GTA”, to „Saints Row” odradzam. Polecam gorąco „Driver: San Francisco”.
[01:46:39] - Powiem tak. Jeśli chodzi o sensację, jeśli chodzi o fabułę, akcję, wierzę w zespoły. Natomiast nie chciałbym czytać „Fausta” stworzonego przez zespół. Wierzę, że tylko „Faust” stworzony przez genialnego pisarza może mi powiedzieć to, co mi mówi, ale pewno pozostaniemy przy swoich zdaniach.
[01:47:13] - Marku, posłuchaj sobie na przykład chorały gregoriańskie. To jednak śpiewa zespół.
[01:47:25] - Ale ktoś kiedyś najpierw to napisał, a zespół to tylko wykonuje. Tak, o to właśnie chodzi.
[01:47:32] - Wrona7771 wymienił właśnie, bądź wymieniła kolejną grę ze świetną fabułą, czyli „Mafia”. Ale nie wiem, czy chodzi o całą serię, czy o którąś konkretną odsłonę.
[01:47:49] - Wróćmy do literatury. Nie wiem, czy to wymieniałem, ale Chris wymienił jeszcze „Imię róży” Umberta Eco. Jakżeż mogłem tego nie wymienić wcześniej? Jak najbardziej trzeba o takim dziele pamiętać. Niektórzy uważają, że to niezwykle nudna książka. Ja znowu byłem w takim etapie swojego życia, kiedy uwielbiałem grube książki. Aż żałuję, że wtedy jeszcze Ken Follett nie napisał swojego opus magnum o budowie katedry. Ale nie było. Umberto Eco jak najbardziej spełniał moją pasję, czyli gruba książka, w której jest dużo kombinowania filozoficznego, religijnego i tak dalej. Absolutnie świetna książka, którą napisał Umberto Eco, a później zespół zrobił z niej film.
Nie da się filmu odzobaczyć. Szczerze tego żałuję, że go nie mogę odzobaczyć, bo chętnie bym nie miał świadomości, że taki film w ogóle powstał. Wracam do czata. O35. Ja powiem tak: wszystkie książki Znicza i Mostowicza były pierwszy raz wydane w latach 80. A tu sprostowanie. „Myst Kosmosu” po raz pierwszy wyszło w 78. roku. Mostowicz wtedy wydał pierwszy raz „Myst Kosmosu”. Jeśli chodzi o Znicza, to również pierwsze jego książki ufologiczne wychodziły w latach 70.
Ale to drobiazg. Nie było internetu, programy w TV, radio owszem, też było, ale o tych tematach było w nim rzadziej niż w prasie. „Nieznanego Świata” również nie było. Jak książki tych autorów rozpalały wyobraźnię, pierwszy raz się czytało o takich rzeczach. Tak, to jest niezwykle celna uwaga. Aż się wstydzę. To 70. czy 80. to nie ma żadnego znaczenia. O35 trafił w punkt.
Rzeczywiście te książki pełniły bardzo podobną rolę jak fantastyka naukowa. Rozpalały wyobraźnię. To niezwykle ważna rzecz. Klara Spalińska, „Higiena mordercy”, Amélie Nothomb. Dalej „Katol 32”. Ja uwielbiam Millera. „Kantyczka dla Lajbowica” oczywiście przyczyniła się do nawrócenia. Pewno różnie, ale to jest niezwykła książka. Tak się już dzisiaj chyba nie pisze. Może właśnie dlatego, że zaczynają pisać zespoły, bo to jest książka głęboko przemyślana.
„Kantyczka dla Lajbowica”. Chris: „»Dracula« Brama Stokera, wiedza medyczna i folklor.” Ja wiem. Pewno też, ale przede wszystkim zupełnie inny sposób pisania. Dlaczego inny? Dlatego, że tak stary, tak odległy od nas. A jednak, jak się dobrze wgryźć w tę literaturę, to do dzisiaj przeraża. Przeraża może za duże, ale budzi pewien dreszcz. Może tak łagodniej. Jak łagodniej, to pewno będzie bardziej do przyjęcia dla wszystkich. Tak, „Dracula” Brama Stokera.
Tylko trzeba trafić na oryginalny tekst, dobrze przetłumaczony i całościowy, bo w tak zwanym międzyczasie na rynku polskim pokazało się kilka skrótów, takich w założeniu crème de la crème, ale tak naprawdę kastracja totalna.
[01:51:45] - Takich trochę drakulowych harlekinów.
[01:51:50] - Takie drakulowe harlekiny rzeczywiście wychodziły. Czyli bierzemy wszystko, co tam się coś dzieje, a wszystkie takie pierdu-pierdu przemyślenia to wyrzucamy, wycinamy. To był w swoim czasie pewien standard, więc jeśli już Brama Stokera i „Draculę”, to pełen tekst w dobrym tłumaczeniu. Chris dalej. Tak, rzeczywiście. To znowu są książki, które pierwszy raz się ukazały w pierwszej połowie lat 90. „Wywiad z wampirem” Anne Rice. Tak, jak najbardziej. Znowu to wyszło tak bardzo prosto wydane, ale tak ważna książka. Redox, kolejna uwaga: „Wsiąkłem w »Panadodowego ogrodu«, a moja żona nie mogła się oderwać od »Robokalipsy«.” Tej książki nie znam, więc trudno mi powiedzieć.
o35: „Miałem tę książkę kiedyś, pożyczyłem i nie wróciła. Ale to były lata 80., więc nie pamiętam ani tytułu, ani autora.” O tym Emilcinie cały czas wspomina o35. Jack: „Brian Tracy, książki o samorozwoju, biznesie. Uwielbiam.” Nie znam tych książek, ale zauważcie państwo, że z dzisiejszej audycji wynika, jakie bogactwo różnych tematów, wrażliwości, spojrzeń na świat wynika. I to nie za naszą zasługą, tylko dzięki temu, co piszą nasi słuchacze. Redox: „Halo, halo, a Minecraft? Nadal dobre gry można tworzyć w pojedynkę. Potrzebny jest pomysł.” I ja tu Redoxa jak najbardziej popieram. Jack: „Retro gierki na PlayStation 1, PlayStation 2.” Oj, szkoda, że Wrona7771 daje łapkę w górę i ucieka. Bibliotekarium.
Żałuję, że Wrona ucieka. Tutaj następna uwaga: „Może jeszcze chwilę zostanę.” Bardzo się cieszymy. Jack: „MDK, Resident Evil — jedne z moich ulubionych gierek. »Nowy wspaniały świat« Huxleya świetna.” To napisał PW. Tak, ale książka Aldousa Huxleya, „Nowy wspaniały świat” to jest jedna z tych książek, które chyba lepiej przemawiają, jeśli się czyta je w kontekście pewnej wiedzy. I tu powiem, trochę się bezradny zrobiłem, bo zastanawiam się, jak można tę książkę odebrać, jeśli się nie odczytuje jej naokoło. Czyli nie czyta o totalitaryzmie, nie czyta o jakichś eksperymentach, o tym, że człowieka można przebudować i tak dalej. Dystopie, antyutopie. Nie wiem. Wydaje mi się, że ta książka lepiej wciąga, kiedy człowiek troszeczkę więcej się odczyta naokoło.
A może się mylę? Nie wiem. Tak mi się po prostu wydaje. Katarzyna Stefańczyk: „Kiedy macie na to czas?” Zastanawiam się na co. Na czytanie tych książek? Tak jakoś tak na boku się udaje. Redox: „Pan Wiktor ma rację.” Brian Fargo, Kojoma i inni. Nie wiem, Wiktorze, o czym masz rację.
[01:55:51] - Wiadomo, proszę ciebie, jeżeli grę „Fallout” rozpoczął niejaki Brian Fargo, a Później przejęła to firma, jego pomysły i zaczęła robić kolejną odsłonę. To już wyszło gówno.
[01:56:12] - Czyli ja wiem, dlaczego nie wiem, o czym było napisane. Dzięki, już teraz wiem. Melvin Frohike: „Niekończąca się historia” Ende. Przeczytałem, jak miałem sześć lat. Działało na wyobraźnię. Tak, ale z tą „Niekończącą się historią” to jest taka historia, że powstał całkiem niezły film. Mówię o pierwszej części. Tylko ten film opowiadał połowę książki tak naprawdę. Warto sięgnąć po Ende i „Niekończącą się historię”, ale wbrew pozorom to nie jest prosta historyjka o tym, że chłopiec przenosi się do krainy fantazji. To jest chyba, takie odnoszę wrażenie, książka, która ma drugie dno.
Nie wiem, tych den jest tam troszkę więcej. Takie mam wrażenie przynajmniej. Tak mi się wydaje. Dalej, Greg Heck: „Wesele” Wyspiańskiego. Tak odległe, a jakże prawdziwe o nas, Polakach. Tak. Teraz wiem, dlaczego prowadzimy, Wiktorze, tę audycję. Nawiązuje się jednak pewna nić porozumienia. Jak pada taki tytuł jak „Wesele” Wyspiańskiego, gdzie pewno jakbym to powiedział w jakiejś szkole, to zostałbym wygwizdany, to wiem, że Greg Heck i pewno jeszcze kilku innych ludzi słuchających tej audycji też na dźwięk tego tytułu czuje coś więcej niż tylko zniezmaczenie, że to lektura szkolna, bo to tak naprawdę wielka literatura. PW.
Uciekło znowu. Oczywiście, panie Marku. Tylko ja nie wiem, do czego to oczywiście się odnosi, czy do mnie, czy do Ivelliosa. Dalej. „Cała prawda o planecie Xi”, pisze MrArk01. „Cała prawda o planecie Xi” Zeidla. Tak formuje się kastowość społeczeństwa. Zresztą literatura SF odzwierciedla problemy społeczeństw danego okresu. A właśnie przy tej książce, „Cała prawda o planecie Xi”. Tak, to prawda, to była literatura pisana w czasach komunizmu.
Ale spójrzcie państwo na tę książkę z punktu widzenia człowieka żyjącego tu i teraz, dzisiaj. Czy ta książka, „Cała prawda o planecie Xi”, nie wydaje wam się niepokojąco aktualna? Bo mnie tak. Ja wręcz boję się tej książki i boję się, że prognoza Zeidla może być jeszcze bardziej prawdziwa dla naszego społeczeństwa niż dla tego socjalistycznego z lat 80. Kator42 pisze: „Miłosierdzie” Odras-Pilla jest wyborne. Szkoda, że nieukończone. Mam pewną niespodziankę. Rasppae tak trzeba czytać, Jean Rasppae ma pewną niespodziankę na koniec audycji. Dalej. Na czytanie książek — pisze Chris — zawsze znajdzie się czas.
Ja się w pełni podpisuję pod tym stwierdzeniem. „1984” Orwella. Tak. Jest tam kilka takich cytatów, które pamiętam do dzisiaj. Słuchałem tego w BBC w '84 roku, a BBC było słabo zagłuszane, dlatego się dało tego słuchać. I byłem absolutnie wstrząśnięty. Dzisiaj pewno nie. Dzisiaj już pewno bym się uśmiechał przy tej książce, ale wtedy dla młodego człowieka, takiego wzmożonego moralnie, to była książka wielka. Książka, która tłumaczyła świat. W nawiązaniu do Orwella dopisuję do listy „Inny świat” Grudzińskiego.
Znakomicie. „Dżumę” Alberta Camus. W obecnych czasach lektura obowiązkowa. Tak, to proste skojarzenie, ale „Dżuma” jest też obowiązkowa chyba z kilku innych względów. Nie tylko ze względu na pandemię, która nas osacza, ale ze względu na to, że to jest książka o czymś zupełnie innym. O czym, to nasi słuchacze na pewno wiedzą.
[02:00:54] - Książki ważne dla mnie: Orwell, Grudziński i Camus. Nie tylko dlatego, że bez tych książek nie byłoby mojej matury z polskiego, bo sobie taki akurat temat wybrałem, totalitaryzm, ale też ważne dlatego, że otworzyły mi oczy na to, co może się stać. Już wtedy wiedziałem, jakieś 12 lat temu, zdając tą maturę właśnie z wybranego przeze mnie materiału, obserwowałem takie tendencje, dążenie tych możnych tego świata do objęcia największą kontrolą każdego aspektu życia wszystkich, kogo się tylko da. Szczególnie ta wizja przedstawiona przez Alberta Camus myślę, że się tutaj spełnia. Niestety.
[02:01:50] - Tak, ale też „Inny świat” Grudzińskiego to jest książka, która chyba nie może pozostawić człowieka obojętnym. To po prostu dobra literatura. To kolejny w tej audycji banał w moich ustach. Dobra literatura, ale też literatura, która zostawia takie piętno, ślad, bliznę, która nie pozwala o pewnych rzeczach zapomnieć. To chyba ważne, Wiktorze, prawda?
[02:02:26] - Kiedyś, w czasach biblijnych był czas proroków, później stał się czas pisarzy, a ja się zastanawiam, jak mówiliście o Zajdelu i o Kamie, czy przypadkiem również nie byli prorocy? Chociaż to proroctwo jako dopis do pisarzy science fiction bardzo pasuje. Oczywiście z przebrzydzeniem w oku. Ja może tylko dla anegdoty powiem jedną rzecz: jak kiedykolwiek słyszę jakieś tytuły podawane czy komentarze do literatury tworzonej przez Janusza Zajdla, to się bardzo w duchu uśmiecham, bo Zajdel był człowiekiem piekielnie dowcipnym, miał pokrętny umysł. To znaczy potrafił naprawdę wyśrubować, dopiec, że tak powiem, skonstruować, przemycić takie rzeczy, które nie szły tym macherem. A z drugiej strony, czego śladu może w tej literaturze nie znajdziecie, to był naprawdę, wierzcie mi na słowo, najmilszy i najsympatyczniejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałem. Człowiek uśmiechnięty zawsze absolutnie promiennie, zawsze sympatyczny, grzeczny. Ideał homo sapiens według mnie.
[02:04:07] - I pewno dlatego tworzył taką właściwie profetyczną, przynajmniej moim zdaniem, literaturę. Tak mi się wydaje, że to się w jakiś sposób łączy. Pewien dystans do świata, pewna umiejętność żartowania z tego świata, z tym, że ten świat umie się po prostu opisać. A ja wracam do czata. Kato32: „Władca świata” Bensona. Bardzo profetyczna historia. Profetyczna, powtarza się. I jedna z pierwszych dobrych dystopii. Dalej Jack. Pewna odpowiedź: „Chris, ja dzielę ludzi na tych, co czytają książki i tych, co nie.
Ci, co nie czytają, to prości ludzie. Za prości dla mnie.” Marcin Kowal: „Ważne książki. Świat Dysku”. Tu by się bardzo ucieszył nasz współpracownik, współprowadzący ABW, czyli Tomek Fąs. On jest miłośnikiem twórczości tego autora, który stworzył Świat Dysku. O35: „Jeszcze jedna ważna książka to «Pamiętnik znaleziony w Saragossie», a dlatego, że powstał dzięki niej genialny film. Sama książka pełnego tłumaczenia doczekała się niedawno, ale film na jej podstawie to perła nie tylko kina polskiego, ale również światowego. Naprawdę nasza kinematografia stworzyła niewiele takich filmów.” Pełna zgoda. Ja nie znam tego nowego tłumaczenia „Pamiętnika znalezionego w Saragossie”. Przez dawne tłumaczenia ledwo się przebiłem.
Ale film jest absolutnie wspaniały. Wspominam go z rozrzewnieniem i co jakiś czas go sobie powtarzam. PW: „Oczywiście, panie Marku, odnosiło się do Huxleya.” Dzięki. Kla Spańska, Linda Nagata: „Strugor Bora, cyberpunk, pasjonujące technologie.” To sobie skrzętnie wynotuję. Nie znam tego i skrzętnie odnotowuję. Naprawdę, Wiktorze, my dzisiaj wyjdziemy bogatsi z tej audycji, a nawet bardzo bogaci. Chris: „Jack, masz rację, czytając książki wskakujesz na wyższy poziom. Ci, którzy nie czytają, zazdroszczą ci wiedzy i sami się ujawniają.” Być może. Jack: „Łowcy z czerwonego księżyca to moja pierwsza książka SF. Na amfetaminie przeczytana.
Ha ha. Młody i głupi.” Nie znam też tej książki, przyznaję się, uderzając się w pierś, bo rzeczywiście ta książka to jest jedna z tych 300, co u mnie stoi cały czas nieprzeczytana. Ale skoro dostałem polecenie, została mi polecona, to pewno gdzieś się za nią zabiorę. PW: „A to w ogóle zdrowie prowadzących z okazji setnego wydania Bibliotekarium. Gratulacje!” Dziękujemy. Toast wzniesiemy po audycji, żebyście państwo nie napotkali na jakiś nasz bełkot, w związku z czym pracowicie skończymy, a później będziemy świętować. Krychek: „Jak patrzę, co się dzieje za oknem i co wyprawiają nasi politycy, to myślę o «Folwarku zwierzęcym».” Od tego mniej więcej zaczęliśmy dzisiejszą audycję. Jakżeż piękny to komentarz i jakżeż się uśmiecham, kiedy go czytam. Marcin Kowal Tak. Marcin Kowal przytacza kolejnego autora kultowego, moim zdaniem, wartego przeczytania.
Neil Gaiman, "Księga cmentarna. Nigdziebądź". O 35: "Mówcie, co chcecie, ale seria o Conanie miała gigantyczny wpływ na miłośników fantasy." Absolutna zgoda! Dlaczego mówcie, co chcecie? To jest literatura chwilami tak marnie przetłumaczona. Tu mrugam okiem, bo w swoim czasie, w latach 80. ukazało się tak tragiczne tłumaczenie Conana, że do dzisiaj mnie coś boli, jak o tym sobie przypominam. Ale później wyszła seria czarna kontynuowana przez Amber, wcześniej zaczęta przez inne wydawnictwo dzieł wszystkich o Conanie, bo to trudno powiedzieć, bo poza twórcą Conana występowało tam szereg autorów, czasami o bardzo znanych nazwiskach, którzy byli kontynuatorami serii o Conanie. Tak, Conan to taka kultowa postać. Nie można się od niej oderwać.
Ja przynajmniej nie potrafię. Marcin Kowal: "I cały świat dysku Pratchetta." To już pisaliśmy. Rzeczywiście, Pratchett. Mnie nie zawsze odpowiada jego humor, ale zawsze mi odpowiada jego inteligencja. Dalej, Marcin Kowal: "Neil Gaiman, Księga cmentarna. Nigdziebądź." To coś chyba już czytałem. W każdym razie ja myślę, że takie mam głębokie przekonanie, już to mówię po raz kolejny, że ta dzisiejsza audycja jest w jakiś sposób przełomowa albo godna swojego setnego numeru. I dla was, państwo, którzy słuchacie tej audycji, i dla nas jako prowadzących. Ja się czuję zdecydowanie bogatszy po tych dzisiejszych czatach, po tym czytaniu. Tyle tytułów.
Aż żałuję, że nie mogę tego wszystkiego naraz przeczytać, Wiktorze.
[02:10:35] - Ja mogę was tylko rozbawić. Mówiliście o wielu tytułach. Większość z tych książek czytałem, ale wyobraźcie sobie takiego diplodoka. Świat się już zmienia, ptaki fruwają pod niebem, a ten diplodok sobie leży w swojej lagunie i nie zdaje sobie sprawy, że czas dinozaurów już się skończył. Ja kiedyś takim, dzisiaj, pardon, taki jestem. Ja w mojej lagunie pamiętam kołderkę, którą przykrywałem głowę, chowałem się w nocy, zapalałem latarkę i czytałem zupełnie przy tych tytułach, które mówiliście, śmieszną. Ale ona zostawiła piętno na całe moje życie. To była historyjka. Historia o lądowaniu na innej planecie. Załoga statku, który poszedł prawie wszędy, bo to jest balon, ląduje na innej planecie.
To jest "Tajemnicza wyspa" Juliusza Verne'a. Przeczytałem ją chyba z 20 razy, mając lat osiem, dziewięć. I nie wiem, żadna książka mnie tak nie wstrząsnęła jak ta prosta historyjka "Tajemnicza wyspa". Ale to było dawno temu.
[02:12:10] - Ta książka mną też wstrząsnęła, ale z zupełnie innego powodu. Otóż postanowiłem, że zafascynuję tą książką pamiętaną z dzieciństwa, "Tajemniczą wyspą", swojego chrześniaka. I kupiłem "Tajemniczą wyspę". Trochę mi było dziwne, że ta książka, którą ja znałem z trzech tomów, ona jest w jednym tomie i to niespecjalnie jakimś opasłym. I zacząłem mu czytać. I to, kurczę, jakaś dziwna książka była. On w dodatku się nie fascynował w ogóle tą książką. Ja się po długim czasie zorientowałem, że to jest książka przetłumaczona po pierwsze na nowo, ale to jeszcze pół biedy. To jest książka, z której wycięto wszelkie rzeczy zbędne zdaniem wydawcy, czyli jakieś opisy głupie przyrody, opisy bohaterów. Książka się właściwie składała z takiej prostej relacji plus dialogi.
Do tego stopnia byłem wstrząśnięty, że ja sobie sprawdziłem, czy to jest oryginalny tekst. Przekonałem się, że nie, że po prostu wydawca zakpił. Nie wiem z kogo. Z czytelników, ze mnie, z mojego chrześniaka. Z kogo zakpił? Nie wiem, ale to było coś dziwnego. To był odmienny stan świadomości. Ja wrócę na chwilę.
[02:13:40] - Wiesz, Marek.
[02:13:41] - Tak?
[02:13:42] - Kiedyś recepta ludzi, którzy znali grekę i łacinę, przynajmniej zasada czytania książek. Zawsze dążyli do tego, żeby czytać książki w oryginale, również w języku, w którym one zostały napisane. Te książki zwykle w oryginałach są zupełnie inne niż w tłumaczeniach. Jeżeli się trafi genialny tłumacz, to rzeczywiście potrafi. Ale to jest inna książka zupełnie. To nie jest książka w oryginalnym języku. Ja pamiętam, że miałem tylko jedno takie spotkanie Bo tylko właściwie jeden język przypadkiem zupełnie opanowałem perfekt. Mnie poraził obraz pokazany w „Lesie” braci Strugackich, ale w języku rosyjskim. W języku rosyjskim to jest, praktycznie biorąc, Dostojewski. Po polsku to jest taka zwykła sensacyjna literatura.
Natomiast po rosyjsku to jest zupełnie inna historia. To by było na tyle.
[02:15:01] - Prawda. Natomiast trudno znać wszystkie języki. Ale prawda, że czasami warto w tym języku, który się zna, czytać oryginały.
[02:15:13] - Marku, jak to trudno znać wszystkie języki? Ja opanowałem co prawda tylko jeden, ale mój ojciec znał dziewięć, a matka siedem.
[02:15:27] - To senevrati.
[02:15:28] - To senevrati .
[02:15:33] - Natomiast wracam do czatu, co ja będę dużo mówił. Jack pisze: „Chris, po prostu nie rozumiem, jak można nie czytać książek czy też nie słuchać audiobooków.” Melvin Logici: „A gdzie można kupić książki pana Wiktora?” Od razu wyjaśniam. W tej chwili albo w antykwariacie, albo też należy się udać na stronę SF, ale pisane fonetycznie: esef.pl. To jest księgarnia, wydawnictwo i tam książki Wiktora Żwikiewicza są dostępne. Patronuje temu Wojtek Sadejko. Powtórzę: esef.
[02:16:25] - Czy mogę też od siebie dodać?
[02:16:26] - Przepraszam bardzo, ale panowie, chyba teraz podana przez Marka Żelkowskiego strona ma jakiś problem techniczny. Także no: „No page found. We couldn't find a page for the link you visited”. Czyli strona jakby zniknęła. Miejmy nadzieję tylko chwilowo.
[02:16:49] - Ależ przykro. Miejmy nadzieję, że-
[02:16:53] - Ależ Marku, nie przykro. Chwała Bogu, dobrze, że zniknęła, bo ja swoich książek absolutnie nie polecam. W tej audycji przynajmniej .
[02:17:05] - Przepraszam bardzo, panie Marku i panie Wiktorze, adres chyba jest troszkę inny: esef.com.pl.
[02:17:16] - Com.pl. Tak, faktycznie. Czyli esef.com.pl.
[02:17:24] - No rzeczywiście.
[02:17:25] - Tam książki Wiktora są dostępne. A to, że Wiktor ich nie poleca, kto będzie słuchał autora? Co w ogóle autor ma do powiedzenia na temat swoich książek? Ty już je napisałeś i zostałeś wyautowany, Wiktorze mniejszym. Teraz oddałeś ludziom do czytania i już nie masz nic do gadania. Zabrzmiało brutalnie odpowiednio?
[02:17:50] - Cóż, zawsze w życiu się trafia, że — wiesz, przynajmniej w dawnych czasach — się trafiało, że się miało dzięki oraz bękarty. Moje książki to takie bękarty trochę.
[02:18:04] - Ale się krygujesz. Co by nie powiedzieć, kilka wielkich opowiadań, tudzież dłuższych tekstów powstało. Cokolwiek byś teraz powiedział i się krygował i opowiadał. Zresztą czytelnicy sami ocenią. Czytam dalej czata. „Opowieści okrutne” Heleny Bławackiej — to napisał Chris. Chris też dodał: „Zektulu Lovecrafta. Ogromny przekaz wiedzy.” A dla mnie ogromny przekaz tego, jak można pisać rzeczy straszne, ale nie w sensie, że złe, tylko w sensie takie, które przy odpowiednim nastroju rzeczywiście potrafią zasiać pewien nastrój grozy. Ja za to lubię Lovecrafta. Craig Hack: „Big Bang.
Wiem, że nie książka, teatr telewizji, wybitni aktorzy i niezła sztuka.” Jack. Chris: „Jedna książka, którą zamykałem i przestawałem dalej czytać. Jedyna. Ale jaka? Nie wiem. Nie wczytałem się.” Mister Arc01: „Dwunasta planeta Sitchina.” Właśnie, cała seria Sitchina. Ja tak naprawdę nie wiem, co o nim sądzić, bo jedni przedstawiają Sitchina jako wybitnego znawcę, inni z kolei podrywają mu autorytet. Ale na pewno seria jego kilkunastu książek to jest seria, która pobudza wyobraźnię. Jeśli pod tym kątem będziemy patrzyli na twórczość Sitchina, to zdecydowanie warto po to sięgnąć. To jest jakby otwarcie pewnej innej rzeczywistości, pewnego innego świata.
Dlatego w swoim czasie zaczytywałem się tymi książkami. Jack.
[02:20:27] - Mieszane uczucia co do Sitchina miał też — wspomniałem już wcześniej dzisiaj w audycji — Arnold Mostowicz. To chyba jeszcze jeden argument za tym, żeby się jednak z jego książkami zapoznać.
[02:20:40] - Tak, coś w tym jest. A w każdym razie, jeśli nawet Sitchin błądzi, nie potrafię w ogóle tego ocenić. Nie czuję się kompetentny. Natomiast na pewno, tak jak powiedziałem, pobudza wyobraźnię, a poza tym jest taką zwrotnicą, która przerzuca tę naszą wyobraźnię na inne tory. Zupełnie inaczej, może nieco inaczej każe nam myśleć o rzeczywistości, o naszej przeszłości. Ciekawe. Po prostu ciekawe. Chris: „Zef to bardzo dobra i wciągająca opowieść.” Zektulu rozumiem. Jack: „Conan, filmy "Barbarzyńca" i "Niszczyciel" mega.” Tu się nie do końca zgodzę. Moim zdaniem dwa filmy ze Schwarzeneggerem to są dwa różne filmy dwóch różnych reżyserów.
Ja uważam, że pierwszy, czyli „Conan Barbarzyńca” to jest film wybitny. To jest film, który wgniata w fotel. A „Conan Niszczyciel” fajny film, ale zupełnie w innym nastroju. Przygodówka bardzo fajna. Nie mam nic przeciwko niej, ale to są dwa różne filmy. Inaczej na nie patrzę. Dla mnie „Conan Barbarzyńca” to jest filozoficzna opowieść. Ja wiem, że to niektórych odstrasza, ale taka opowieść z drugim, trzecim, dziesiątym dnem. „Conan Niszczyciel” fajna opowieść, którą pierwszy raz widziałem na zacinającym się wideo w Klubie Fantastyki Beanus 70 w Bydgoszczy. Ledwo coś było widać na ekranie, a i tak człowiek właściwie siedział i patrzył z otwartą japą, jakżeż tamten Schwarzenegger po tym ekranie biega i ewentualnych przeciwników wykańcza.
Generalnie Conan rządzi. Klara Spalińska: „Robert Laitkin »Nostradamus zjadł mi chomika«.” Znowu książka, której nie znam, a tytuł jest fenomenalny. „Przekomiczna i na pozór bez sensu do czasu. Na końcu wszystko staje się doskonale spójne.” Znowu kolejny tytuł, po który wcześniej czy później sięgnę. Wiktorze, co ty tam powiesz ciekawego?
[02:23:31] - Cóż, to nie jest już mój czas. Tutaj słuchacze mnie porażają bez przerwy tytułami, a ja mogę tylko wspomnieć tytuł książki, przy której właściwie skończyłem już z książkami, która mnie poraziła, kiedy przestałem czytać. Przestało mnie to bawić. Właśnie i pisać, i czytać przestałem. Z wyjątkiem oczywiście ciężkiej pracy, którą kontynuuję dzisiaj. Ale to już jest zawód, a nie hobby. Natomiast hobby to było wtedy, kiedy trafił mi do rąk „Neuromancer” Gibsona. Ta książka mnie rzeczywiście zaskoczyła, bo myślałem, że już wszystko w życiu przeczytałem, a się nagle okazało, że w jakiejś Ameryce pojawiają się jednak ludzie, którzy potrafią pisać.
[02:24:33] - Tak. Tak mi przyszło do głowy zupełnie od czapy. Jest taki pisarz, uwielbiam jego sposób pisania, Boris Vian. Takie tytuły, które mogę rzucić z rękawa, to na przykład „Piana z łudzeń”, „Jesień w Pekinie”. Absolutnie taka literatura, szukam słowa, odjechana. To chyba dobre określenie. Rzeczywiście czasami wydaje się, że to bez sensu. Tak jak przy tej powieści, o której wspomniała pani Klara, „Nostradamus zjadł mi chomika”. Tu jest podobna sytuacja. Na początku wydaje się, że to od czapy, że to bez sensu.
Ale Boris Vian wie, o czym pisze. Czytam dalej naszego czata. Mister Ark01, Arek Kocik. Teraz się rozszyfrował nasz słuchacz. „Od kilku lat zabieram się do przeczytania »Delirium« Tardi'ego i teraz tak na nią patrzę. Cóż, wyzwanie.” Wiktorze, będziesz się musiał za chwilę wytłumaczyć, ale to za chwilę. Jeszcze doczytam kawałki czata. Redox: „Książki pana Wiktora są też dostępne w formie e-booków w wielu miejscach.” To prawda, rzeczywiście. Kator42: „Od Wiktora czytałem tylko opowiadanie zatytułowane »Suweren. Motyw falliczny«.
O czym jest? Nie wiem do dzisiaj.”
[02:26:23] - Przepraszam, że się wetnę. Mam nadzieję, że z tymi e-bookami to było oczywiście o e-bookach kupowalnych legalną drogą. Bo wiecie państwo, piractwo jest fajne, dopóki nie uderzy w ciebie, o czym boleśnie się przekonaliśmy ja i Damian Trela z książką „Gniazda UFO”.
[02:26:45] - Tak, to prawda. Jack: „Conan Barbarzyńca lepszy." Jasne. Jack: „Takich filmów już nie robią." Chris: „Za godzinę Conan będzie w telewizji." Chyba na Polsacie. Spice Knight: „Kokon barbarzyńca" z uśmiechem. Hagen SX: „Gra Endera moja ulubiona." Tak, jak mogliśmy nie wymienić tej książki? Jest tysiące książek, sam się dziwię, że ich jeszcze nie wymieniłem. Ale właściwie audycja powinna się rozpocząć recytowaniem kolejnych tytułów i autorów i to byłaby cała audycja. Taka, jak jest w tej chwili chyba jest fajniejsza. Klara Spalińska: „Ślepowidzenie." Tak, wiem, była audycja. I „Accelerando", tak, druga część „Ślepowidzenia", jak najbardziej.
Znowu przejaw mojej słabości do futurystycznych technologii. To są znakomite książki, ale trudne. Nie każdy przez nie przebrnie, ale zaręczam, że jeśli ktoś się zmusi, to jak przeczyta, to będzie tak zadowolony jak ja po przeczytaniu „Robota" jakieś 40 lat temu. „Ślepowidzenia", „Accelerando" to są książki wyzwania, ale książki, które człowieka pozostawiają bogatszym. Jack: „Na Conana Barbarzyńcy płakałem, he he." Ja chyba też. To dawno było, mogę to wyznać. O35: „Trzeba wspomnieć również o Rogerze Zelaznym i jego Alei Potępienia. Wiem, że jego książki są lepsze, ale do tej wyjętej z miesięcznika Fantastyka czuję sentyment." Ja też. Natomiast nie oglądajcie państwo telewizyjnego filmu pod tym samym tytułem na motywach książki Rogera Zelaznego „Aleja Potępienia". To można było obejrzeć w latach 80.
Dzisiaj może pozostawić nieodwracalne zmiany w mózgu. Absolutnie nie. Czytajcie państwo książkę. Od filmu uciekajcie. Wiktorze, a ty się teraz tłumacz.
[02:29:09] - Z czego?
[02:29:10] - Z tego motywu fallicznego.
[02:29:14] - Ojejku, to jest wspaniałe opowiadanie o stanie wojennym w Polsce. Ale oczywiście, jak większość moich książek, one wszystkie są genialne, tylko że źle napisane po prostu. Gdybym dzisiaj je przerobił, to by były czytelne, a w formie wyjściowej przypominają nie wiem co.
[02:29:43] - Wiktorze, bo muszę pewną rzecz sprostować, która wynika z mojego pośpiechu i czytania czata w sposób nieco automatyczny. Klara Spalińska poprawia. Moja wina, że druga część „Ślepowidzenia" to „Eupraksja", a „Accelerando" to zupełnie inny autor, ale w tej samej serii wyszło. Stąd moja szybkość. Ale to świetna książka. „Accelerando" to książka, która też nie pozostawia obojętnym. Ta seria, w której wymienione książki wyszły, to jest seria, z której się bardzo cieszę, że ona się pojawiła na polskim rynku, bo ona udowadnia, że science fiction to nie są głupie opowiastki o tym, jak ludzie latają w kosmosie albo jakieś inne pierdoły. Tylko, że science fiction to jest pełnoprawna literatura. Chwała wydawnictwu za to, że takie tytuły jak „Ślepowidzenia" czy druga część „Eupraksja", czy też książka „Accelerando" wyszły. To dobre książki są po prostu.
Redox, oczywiście, że legalną. Część można kupić, część, zdaje się, przeszła do domeny publicznej. Też mi się tak wydaje, że część opowiadań jest dostępna za free.
[02:31:13] - A to ciekawe, bo z tego, co ja się orientuję i słyszę, to Wiktor Żwikiewicz jeszcze żyje. Chyba że nam tam ktoś zrobił syntezator mowy z głosem Wiktora Żwikiewicza.
[02:31:25] - Nie, ale do domeny publicznej autor może przekazać swoje dzieło za życia albo w tak zwanym międzyczasie i zdarzają się książki obecne w domenie publicznej, które są książkami albo też opowiadaniami żyjących autorów. To jest kwestia decyzji podjętej przez autora. To tak w kwestii wyjaśnienia.
[02:31:52] - Pewnie w niektórych przypadkach będzie potrzebne dogadanie się z wydawnictwem, które tę książkę pierwotnie wydało.
[02:32:02] - Jak znam Wiktora, to wydawnictwa, w których wydawał Wiktor Żwikiewicz, dawno już utraciły prawo do wydawania jego książek. Nie mówię tu w tym wypadku o „Solarisie", czy właściwie w tej chwili SF, który prawa do książek Wiktora Żwikiewicza ma. To tyle. Ależ Wiktorze, obtańczyliśmy wszystkie twoje utwory w tę i nazad. Tylko ty nic nie piszesz niestety nowego.
[02:32:39] - Jak to nie piszę? Wczoraj w nocy napisałem oczywiście w wyobraźni tak genialną rzecz, że sam jestem sobą zachwycony. Uważam, że w tej samej chwili gdzieś w Australii ktoś też wpadł na ten pomysł i on to zrobi. Po co ja mam sobie ręce urabiać?
[02:33:00] - W Australii żyje między innymi twój dobry znajomy, niejaki kolega Maszczyszyn, który całkiem niedawno dostał Nagrodę Żuławskiego, który specjalizuje się w specyficznym rodzaju literatury, w którym, jak ja to nazywam, dzięki rakiecie kosmicznej napędzanej siłą pary można dotrzeć na Księżyc. Ci wszyscy, którzy kojarzą tego rodzaju gatunki, już wiedzą, o co chodzi. Maszczyszyn jest też autorem „Trylogii solarnej”. Jak najbardziej polecam. To ciekawa literatura. Może on wpadł w Australii na taki pomysł, o którym powiedziałeś.
[02:33:58] - Ja tylko przypominam, że poznałem Maszczyszyna wtedy, kiedy miał 14 lat i mając 14 lat napisał historię o Morzu Sargassowym, ale nie na morzu, nie w przestrzeni kosmicznej, ale w czasie, gdzie grupują się wokół siebie, jak rozbitki, maszyny poruszające się w czasie, z różnych czasów, z różnych epok i tak dalej. Ci ludzie jak rozbitkowie, te statki, rozbite maszyny czasu sklejają się w taką kulę, jakąś gulę i tak dalej. Tam powstaje cywilizacja istniejąca jak w czarnej dziurze, poza czasem, poza przestrzenią, bo to są rozbitkowie w czasie. Napisał prześliczną rzecz i miał 14 lat wtedy.
[02:35:05] - A teraz ma lat znacznie więcej i dalej pisze śliczne rzeczy, czego Nagroda Żuławskiego może dowodem. Ale ja nie jestem przywiązany do nagród. Po prostu niezły pisarz jest, co tu będę wiele gadał. Redox napisał, że „Imago” znalazł na licencji Creative Commons, czyli jednak, Wiktorze, jesteś w domenie publicznej. Craig Heck: „Metro 2033”. W swoim czasie było w „Bibliotekarium” na temat cyklu „Metro”. W związku z tym jak najbardziej polecamy. Dalej. Czech: „Viktor Frankl. Człowiek w poszukiwaniu sensu”.
Polecam. O Holokauście rzecz. Tak. O 35: „To zróbmy eksperyment. Skoro pan Wiktor jest tak krytyczny względem swojej twórczości, to niech którąś napisze od nowa. Porównamy wtedy i zobaczymy, czy nowa będzie lepsza od starej”. Uśmiecham się głośno, a właściwie pokasłuję ze śmiechu, bo Wiktor tego rodzaju eksperymenty już przeprowadzał, tylko, jak to u Wiktora, nie do końca te eksperymenty były udane, ale to nie dlatego, że pisał gorzej, tylko dlatego, że ich nie kończył. W swoim czasie poprawiał jedno z opowiadań, które weszło do jednego z tomów wydanego przez Wojtka Sedeńkę. Poprawiał, poprawiał i stanął na trzech czwartych i już nie skończył. To była znacznie lepsza wersja tego starego opowiadania, ale się Wiktorowi nie chciało skończyć.
Podobnie jak w tej chwili poprawia od jakichś 10 lat swoje opus magnum, czyli „Kosmogram Machu Picchu”. I co tam słychać, Wiktorze?
[02:37:03] - Słychać. Bez przerwy wpadam na nowe pomysły i one mnie blokują.
[02:37:09] - Tak, książka ma już 10 000 stron i cały czas puchnie. Tak.
[02:37:16] - Nasuwa mi się takie skojarzenie z muzyką rockową. Wiktor Żwikiewicz jest dla polskiej literatury science fiction tym samym, czym jest Axl Rose dla zespołu Guns N' Roses. Cieszy się sławą, cieszy się uznaniem. Może jeszcze bardzo wiele ciekawych rzeczy opublikować, napisać, wydać w formie kupowalnej. Tylko po co?
[02:37:44] - Właśnie. Tu się zgadzam.
[02:37:49] - Teraz rozumiem, dlaczego taka jest jednak, pomimo pewnych różnic znaczących, pewna nić porozumienia pomiędzy Tomkiem Fąsem a Wiktorem Żwikiewiczem. Teraz to dopiero zrozumiałem. Na dobre i do końca. Dlaczego im jest tak blisko do siebie?
[02:38:12] - Oczywiście.
[02:38:13] - Komentuj, komentuj, jak najbardziej.
[02:38:17] - Blisko, że tak powiem, jak by to powiedzieć, niby piszemy rzeczy artystyczne, ale tak naprawdę mamy umysły ścisłe i dlatego umysł ścisły dąży, może się porozumieć z umysłem ścisłym. Artysta z artystą się rzadko porozumie.
[02:38:41] - Tak, artyści na ogół mają taki element totalny w sobie, czyli jest moja wizja, moja wizja, jeszcze moja wizja i w związku z tym, jak ona nie jest moja, to jest twoja, a twoja mnie nie interesuje, bo mnie interesuje tylko moja. Wiem, popadam w bełkot, ale ten bełkot dosyć dobrze oddaje stan umysłu twórców, przynajmniej niektórych. Ale to chyba dobrze, że ci twórcy są tak skupieni na swoim dziele. To chyba dobrze robi.
[02:39:19] - W psychoanalizie przecież jednym z największych osiągnięć, walorów człowieka jest wiara w siebie. Wiara w siebie potrafi przenosić góry. Truizm, ale jednak coś w tym jest. I wszyscy ludzie, którzy pisali dobre książki, wierzyli w to, że piszą dobre książki. Gdyby w to nie wierzyli, to te książki byłyby w ogóle marne.
[02:39:51] - Czytam sobie w tej chwili wpisy pani Katarzyny Stefańczyk. Ja się w gruncie rzeczy z panią zgadzam. Dalej, Marcin Kowal: „Może powiecie coś więcej na temat »Wojny cieni« niejakiego Munkea?” Jest kilka książek w podobnym klimacie, które także warto przeczytać. Jeśli ktoś lubi strzelanki kosmiczne, lubi space opery, to jak najbardziej można sięgnąć do Munkea. Munke poza strzelanką daje też pewien obraz świata. Taki był przynajmniej jego cel. Daje pewien obraz rzeczywistości. Ja nie do końca wiem, czy to jest obraz rzeczywistości tego świata przyszłości, w którym cała galaktyka jest opanowana przez człowieka i w ogóle, i w ogóle, i w ogóle. Czy to nie jest przypadkowo obraz naszej rzeczywistości, naszego podejścia do świata, naszych refleksji na temat tego świata, a czasami naszego podejścia do tego, czym jest świat, jaki jest świat i jak należy ten świat – tu mi się nasuwa jedno słowo – eksploatować. Jeśli to państwa zachęciło, to polecam książkę Munkea.
A jeśli nie, to w literaturze space operowej jest naprawdę sporo fajnych czytadeł. Tak naprawdę „Wojna cieni” to czytadło, które gdzieś tam z tyłu głowy ma jakieś ambitniejsze cele, ale tymi ambitniejszymi celami specjalnie się przejmować chyba nie należy. Wiktorze, co tam u ciebie?
[02:42:00] - Ja bym, powoli zmierzając ku-
[02:42:05] - Brzegowi?
[02:42:08] - Ku brzegowi. Co w tej chwili mi przyszło do głowy, jak mówiłeś o tym, że jakaś książka, jakiś obraz świata odzwierciedla, że większość książek, szczególnie science fiction, to są wizje jakiegoś stanu rzeczy. Nawiązując do Tomka, ja z wykształcenia byłem geodetą. Czym się zajmowali kiedyś geodeci? Otóż geodeci robili, ogólnie rzecz biorąc, pomiary, które służyły po to, żeby dostarczyć klientom w miarę wiarygodne mapy rzeczywistości, czyli mapy świata. Mapy świata były tworzone. Co to jest mapa świata? Mapa świata to jest obraz rzeczywistości, w której żyjemy, prawda? Mapa świata. I tutaj mam takie fajne skojarzenie z grami komputerowymi.
Pojawiła się ostatnimi laty taka seria gier pod tytułem „Crusader Kings”, gdzie jest europejska firma, która odzwierciedla w genialny sposób średniowieczną Europę, średniowieczny świat. W tych grach, „Crusader Kings”, można sobie błyskawicznie, masz to pod ręką, przerzucić mapy tego samego świata. Marek, pozwolisz, że trochę pokontynuuję, ale to ma związek nie tylko z literaturą Kinga, ale również z rzeczywistością, w której żyjemy w tej chwili albo w której będziemy żyć za chwilę. To, o czym mówię. Otóż warto wejrzeć do „Crusader Kings”, żeby może nie tyle pograć, bo gra jest piekielnie trudna, natomiast żeby przerzucić sobie mapy średniowiecznej Europy. Tych map jest tam bardzo dużo. To nie są mapy zmieniające się w czasie, ale to są mapy dotyczące tego samego czasu. Otóż w tym samym czasie, na przykład w roku 1016 czy 1026, można zobaczyć mapę Europy, która wtedy zresztą nie była Europą, tylko była Christianią. Tak się ten kontynent nazywał. Otóż można zobaczyć mapę administracyjną, czyli mapę dynastyczną.
Jakie dynastie panują na danych terenach. Ale można było również przełączyć mapę Językową. Jakie języki na danym terenie są używane? Dalej. Przerzucić mapę na mapę, jakie plemiona żyją, na jakich terenach, jakie państwa, jacy władcy, jaka wiara, jaka religia panuje na danych terenach. Można zgłupieć, jak się to przerzuca, bo w tym momencie zaczynasz się zastanawiać, jak właściwie ta Europa wyglądała. Która z tych map jest ważna? Otóż wszystkie te mapy są ważne, chociaż na tych mapach występują narody, których już dawno nie ma z naszej perspektywy widzenia. Plemiona, których już dawno nie ma. Miasta, po których dawno nie ma.
Religie, po których ślad nie został żaden. Może wśród badaczy jakichś tam i tak dalej. Otóż minęło tysiąc lat, a ten świat się absolutnie zmienił pod każdym zupełnie względem. Ja mam teraz pytanie. My sobie często zadajemy pytanie, jak wygląda nasza współczesność, nasza rzeczywistość? Na przykład polska czy europejska. Otóż poszukajmy właściwej mapy. A gdzie ją znaleźć? To zależy, jaką mapę będziemy szukali. Ja na przykład zdaję sobie sprawę, że ten kawałek ziemi jak Polska, jako pewien teren zarządzany pewną administracją, istnieje na mapie Europy, tak jak wiele innych administracyjnie podzielonych takich kawałków Europy.
Ale ja mam pytanie, czy ktoś mi jest w stanie odpowiedzieć, czy na tym terenie, czyli w tej Polsce, żyją jeszcze Polacy? W „Grze o tron” doskonale widać, że na terenach na przykład dzisiejszej Hiszpanii żyją sobie jak najbardziej spokojnie. Tam w ogóle Hiszpanii dawno żadnej jeszcze nie ma. Jest jakaś Kastylia tylko. Natomiast tak, to są kalifaty, bo kalifatów cały Półwysep Iberyjski jest właściwie czysto arabski. I to jest rzeczywistość średniowiecznej Europy. A dzisiejsza rzeczywistość? Czy w Polsce żyją jeszcze Polacy? Ja twierdzę, że nie. Nie mogę znaleźć nigdzie mapy narodowości.
Jakie narody żyją na tym terenie Europy? Bo co to jest naród? Ja nie wiem. Dzisiaj jest to pewna wspólnota. Tylko że co łączy tych ludzi, którzy żyją tutaj, w Polsce, poza tymi granicami, które ich otaczają? Nic nie łączy, jeśli nic ich nie łączy. Jeszcze język łączy. Ale mamy Śląsk, mamy Mazury, tam się gada. Albo Górali, którzy też mówią po swojemu i tak dalej. Czyli właściwie jeszcze może język.
Religia już nie. Nic nie łączy, czyli to właściwie przestaje być naród. Natomiast zwróćcie uwagę, że jeżeli weźmiemy mapę na przykład jakiejś korporacji, która buduje Carrefoury albo inne markety, to również na tym terenie nie ma żadnych Polaków przecież, tylko są klienci, konsumenci. Trzydzieści parę milionów czy ileś tam klientów jest. A klient się niczym nie różni od klienta nad Wisłą, od klienta na przykład nad Sekwaną. Dla korporacji to jest klient, konsument po prostu. Czyli w jakiej my rzeczywistości żyjemy? Nam się wydaje bez przerwy, że tak powiem, co tutaj w tej chwili w Polsce się dziwnego dzieje? Ja z rozpaczą się przysłuchuję tym komentarzom. Zresztą zwykle się dowiaduję o nich od Marka Żelkowskiego.
Jak pytam, co się w Polsce albo na świecie dzieje, że tu są jakieś problemy między władzą a tym, co się akurat dzieje, czyli między władzą, obywatelami a wirusem. Taki trójkąt bermudzki. Władza, obywatele, społeczeństwo oraz wirus. I co? Władza swoje, obywatele swoje, a wirus swoje. To nie ma żadnego sensu. Ten organizm nie funkcjonuje. Właściwie gdyby to było jeszcze państwo, gdyby tu był naród jakiś, to wiadomo by było, że tak jak w każdym organizmie, przynajmniej wyższym, który posiada układ nerwowy i centralny punkt sterowania jak mózg, mózg wydaje dyspozycje, organizm się tego słucha i walczy z tym wirusem. A tutaj się nagle okazuje, że organizm wie lepiej od mózgu. Noga lewa wie lepiej od prawej, prawa ręka od lewej, co należy robić.
Należy, że tak powiem, wychodzić na ulicę i iść do knajpy, bo interes plajtuje. Chodźcie wszyscy do knajpy. Ludzie, pracownicy drogowi powinni w tej chwili rozpocząć akcję, że tak powiem: ludzie, wychodźcie na ulice! Tam jest wspaniały, piękny asfalt, a nad wami gwiazdy nad głową. Wirusa nie ma, a zresztą nawet jeżeli jest, to umrą na niego wyłącznie starzy ludzie, a starzy ludzie to i tak już się dawno do niczego nie nadają. Więc wychodźcie na ulicę. To będą robili to samo, co robią właściciele wszystkich spelunek współczesnych. A ci właściciele spelunek czy te korpora..., czy te firmy, które zarządzają knajpami, że tak powiem. Czy to są jeszcze Polacy? Według mnie nie, skoro mają w dupie Polaków, że ci Polacy mogą zdychać na ulicy.
Tak, zdychać na ulicy. Bo wyobraźcie sobie, że ten wirus to nie jest wirus, którego nie widać, ale to jest autentycznie oślizgła, dwumetrowa bestia. Czarna, biegająca po ulicach miasta i zarzynająca, że tak powiem, wychylających się z domu obywateli. Tak, można wyjść na ulicę, jak się skonstruuje dobry karabin maszynowy, który tą bestię zabije. Dopóki ten karabin nie został skonstruowany, to cholera jasna, trzeba siedzieć. Przynajmniej rozum, o ile się człowiek rozumem posługuje, wskazuje, że należy siedzieć w domu i nie wychodzić. No, chyba że oczywiście się wygoni babcię i dziadka. Niech odlecą szybciej. Po co się z nimi męczyć, nie? A wszystko wracając do, że tak powiem, do sensu stricte.
Wracając do tego, wszystko to są mapy. A ja map współczesności, mapy współczesnej Europy nie znam. Nie znam, co tutaj jeszcze jest. Nie tylko, co w Polsce żyją Polacy, ale na przykład czy w Germanii jeszcze żyją Germanie? Nie. Przecież tam żyją Turcy. Religią panującą tam jest islam, prawda? No bo innego nie ma, nie? No i jaka jest ta mapa Europy i co tutaj jeszcze jest? No dobrze, to jest taki problem, że tak powiem, tomkofonsowy, że tak powiem, do rozważenia.
Chyba odpowiedzi dzisiaj nie znajdę, ale szukam.
[02:53:55] - A jeszcze na to wszystko nakłada się bardzo modne zjawisko, słowo. Nie, to ani zjawisko, ani słowo, a pewien trend określany pojęciem trybalizacja. Takie rozdzielenie się nie tylko w Polsce, ale w wielu krajach na świecie na plemiona. Popieramy swojego, choćby był niespecjalnie mądry, ale jest nasz. W związku z tym go popieramy. Troszeczkę tego warto, o tym by sobie warto poczytać, bo to jest też zjawisko, które mam takie wrażenie, ale nie pewność, że to też mocno działa na nasze życie społeczne. Wrócę do czata.
[02:54:50] - Marku, jak mówisz o tych zjawiskach społecznych, to wiesz, nieposłuszeństwo na przykład czy słowo, które furorę zrobiło przez ostatnie pół wieku, czyli słowo wolność, które już jest tak wyplutym gównem, że już aż mi brzydko, jak to słowo wymawiam, brzydko cuchnie w ustach. Chyba jest to najbrzydsze słowo, jakie, umierając, bym użył. Wolność właśnie. Wolność, która kiedyś była bardzo piękna. Dzisiaj wolność jest postrzegana jako coś, co jest po prostu antytezą jakichkolwiek zobowiązań, jakichkolwiek uwarunkowań organicznych, czyli organizmu albo społeczności. Społeczność to jest organizm, prawda? Jeżeli ja przypomnę wszystkim, jeżeli stado baranów ktoś będzie sobie chciał w Bieszczadach powodować, to stado baranów musi mieć ogrodzenie, nie? Tylko że dla niektórych baranów wystarczą druty, a dla niektórych baranów potrzeba jeszcze prądu, który w tych drutach płynie. I na tym to polega. I na tym polega również istota jakiegokolwiek społeczeństwa.
Niektórzy zrozumieją, że druty są i należy ich przestrzegać do pewnych granic, a niektórych trzeba jeszcze pogonić prądem, że tak powiem. Ja we współczesnym świecie uważam, że dawno już w tej Europie, w każdym państwie powinien ogłoszony być stan wojenny i wszyscy powinni maszerować tak jak w wojsku i słuchać się bezwzględnie centralnego układu sterowania, jakim jest mózg. Mózg demokratycznie wybrany. Skoro demokracja go wybrała, to należy się go słuchać. Jeżeli nie, to niech sobie zmieni ten mózg i wtedy będzie się słuchała. Ale demokracja nigdy się nie będzie słuchała żadnego mózgu, nawet wybranego przez samego siebie. No dobra, to skończyłem.
[02:57:14] - Tak, to jest pewien problem, o którym powiedziałeś, bo przepuściłeś przez zęby słowo wolność. Dla mnie wolność to jest piękna idea. Tylko nie wszystko, co we współczesnym świecie określane jest pojęciem wolność, tą wolnością naprawdę jest. I na tym chyba polega problem, że u nas, w naszym świecie często się krzyczy wolność, wolność, wolność! A to nie zawsze o wolność chodzi. Ale dobra.
[02:57:42] - Tylko chodzi o rozwolnienie, tak.
[02:57:45] - Nie wiem o co tak do końca. Nie chcę stawiać kropki nad i, ale czasami wielkie słowa zbyt łatwo przechodzą niektórym przez usta i zbyt łatwo sobie wycierać gębę wielkimi słowami. Takie czasy po prostu. Ale wrócę do czata. Jack: „Artyści różnej maści to po prostu starsze, bardziej zaawansowane dusze, jeśli wierzycie w reinkarnację." Sebastian Kaleta. Ja się zgadzam z tym, co było napisane. Sebastian Kaleta: „Stalowe serce, super SF." Dalej Greg Heck: „Fajne tytuły. Diabeł Łańcucki Komudy i cykl Ja Inkwizytor Piekary." A tutaj do ciebie Greg Heck pisze: „Ja swego czasu zagrywałem się w serii Europa Universalis." Klara Spalińska: „Siergiej Łukjanienko." Też świetny autor. „Zimne brzegi" i tom drugi. Wszystko Łukjanienki czytałam z przyjemnością.
To jednak jest wyjątkowa, alternatywna historia świata, a jakże podobna. W ogóle z Łukjanienką to jest tak, że w zależności od tego, jakie wydawnictwo go wydaje, to inna jest pisownia jego nazwiska, ale zapewniam, że to cały czas ten sam autor. Wiktorze, chyba się zbliżamy do końca naszej audycji dzisiaj, tak już sądzę. Tych tytułów padło tyle, a właśnie się coś nowego pojawiło. To czytam dalej z czata. Czytam, Jack PL: „Nie ma demokracji, zbytnio politycy to kukiełki ukrytego rządu korpo i tak dalej." O 35.00. A ja tak sobie pomyślałem. Znamy literaturę SF naszych sąsiadów ze Wschodu, a literatura czeska lub słowacka SF to jest zupełna terra incognita u nas. Tylko Žambocha się słyszy. Nie istnieje?
Istnieje.
[03:00:11] - Przywołany dzisiaj został Franz Kafka.
[03:00:16] - Nie, ale współczesna literatura istnieje. Tylko rzeczywiście jest jakoś tak, że my albo Amerykanów, albo Rosjan czytamy, a gotowi jesteśmy się z Czechów śmiać, bo mają śmieszny język z naszego punktu widzenia oczywiście, ale czytać to my ich tak do końca nie chcemy. A przypomnę tylko, Wiktorze, że na podstawie Žambocha powstała jedna z naszych inspiracji. Pamiętasz? Taka opisująca pewne zjawisko zwane feminizmem.
[03:00:50] - Piękna historia.
[03:00:53] - Piękna historia w fantastyce w swoim czasie była. Ja jeszcze tylko się na koniec odwołam jeszcze do kilku lektur podanych przez Ivelliosa. Znalazłem tutaj między innymi takie tytuły jak Roberta Monroe „Trilogia OOBE". Dalej Bruce'a Moena „Świadome podróże w nie fizyczne światy." Dalej „Służby specjalne RP czy mafia?" Taka książka, która chwilami trąci paranoją albo mi się tylko tak wydaje.
[03:01:30] - To jest taka teoria chaosu w wersji książkowej i to na naprawdę potężnie mocnych sterydach.
[03:01:38] - Ale ja mam pytanie do ciebie, Ivelliosie, bo napisałeś też o „Podróżach Guliwera". Jakbyś zechciał rozwinąć temat.
[03:01:47] - Do zapoznania się z tą lekturą mniej więcej w tym samym czasie, co zapoznanie się z książkami, pierwszy kontakt z książkami Nietzsche, czyli miałem jakieś osiem, dziewięć lat, może coś koło tego. Do zapoznania się z powieścią sławetną Jonathana Swifta zachęciła mnie jedna z ekranizacji. Taki miniserial telewizyjny, przerobiony w późniejszym okresie na film. Zachęciła mnie do tego właśnie ta ekranizacja z połowy lat 90. I o ile warstwa, że tak to ujmę, przygodowa mnie wciągnęła na bardzo długi czas, tak wątki socjologiczne i różne podśmiechujki z brytyjskiego społeczeństwa, które szczególnie w ostatniej podróży do krainy Hynemów ciągną się całymi stronami, nieprzeciętnie mnie zmęczyły. Ale chyba tak jest zawsze, gdy za tego typu pozycje książkowe bierze się około dziesięcioletnie dziecko. Bardzo podziałał na moją wyobraźnię film, ta ekranizacja z połowy lat 90. I to mnie zachęciło do sięgnięcia po tę książkę. Być może jeszcze kiedyś do niej wrócę. Jak już jestem troszkę starszy, być może troszkę więcej z tej książki zrozumiem, ale to pokazuje, że czasami po obejrzeniu filmu inspirowanego jakąś książką warto sięgnąć po wersję oryginalną, drukowaną.
[03:03:20] - Ja tylko wspomnę, że jeśli chodzi o „Podróże Guliwera", to mamy je dostępne na polskim rynku w kilku tłumaczeniach. Dosyć trudnym, chociaż podobno dosyć wiernym tłumaczeniem jest tłumaczenie Słomczyńskiego, sławnego z Joe Alexa od kryminałów, a zresztą w ogóle świetnego tłumacza literatury angielskiej. Ale rzeczywiście to jest tłumaczenie, które jest bardzo wymagające. Są też takie tłumaczenia bardziej pro młodzieżowe czy pro dziecinne.
[03:03:54] - Chyba najbardziej wymagające jest pierwsze tłumaczenie na język polski. To jest tłumaczenie, na które ja trafiłem, które mam w swojej bibliotece.
[03:04:04] - Pewnie tak.
[03:04:06] - Staropolszczyzna zdecydowanie nie ułatwia zrozumienia treści książki.
[03:04:11] - To prawda. Ale Słomczyński też tej lektury nie ułatwia. Rzucam okiem na czat. O35 pisze: „Co w następnej audycji będzie tematem?” Już dosłownie w ciągu pięciu minut odpowiem. Natomiast jeszcze o jedno nazwisko chciałem Ivelliosa zapytać. Pan Dunimirski. Ja kojarzę tego autora z książek o UFO, pierwszych w Polsce wydawanych książek o UFO, a właściwie o UFO i paleoastronautyce. W latach 70. ten pan wydał książkę. Ty natomiast, Marku, wymieniłeś książkę pod tytułem „Czy żyjemy tylko raz?”.
Coś o tej książce.
[03:05:01] - Powiem krótko: to jest jedna z pozycji obowiązkowych dla każdego, kto interesuje się choćby trochę tematyką życia po śmierci. I tyle powiem.
[03:05:12] - Tak jest. W każdym razie to jest ciekawy autor, który o bardzo wielu rzeczach niezwykłych w ciągu swojego życia pisał. Od UFO po reinkarnację.
[03:05:27] - Z polskich autorów to chyba właśnie, oprócz oczywiście świętej pamięci Marka Rymuszkiego, obowiązkowymi autorami, z których książkami warto się zapoznać, są właśnie Leszek Szuman, „Życie po śmierci” i Andrzej Dunimirski, „Czy żyjemy tylko raz?”.
[03:05:50] - Tak, to prawda. Proszę państwa, jeszcze cytat z czata. Arek Kocik napisał, to myślę dobre zakończenie dzisiejszej audycji: „Kiedy politycy mówią patetycznie, to znaczy, że znowu coś nakradli”. Chyba parafraza Tołstoja. Z tą myślą państwa zostawiam, bo to chyba dosyć aktualne. Hehek, „Fabryka oficerów” Christa. Tak! A jeszcze jest książka, to jest chyba „Zero osiem piętnaście” tego samego autora. Chyba nie pomyliłem tytułu, mam nadzieję przynajmniej. Też świetna książka.
Tutaj też proponuję zajrzeć na czat. O35 poleca „Wędrowycza” Filipiwka zrobionego amatorsko. Podaje link, więc wszystkich zainteresowanych zapraszam, żeby sobie ten link czym prędzej skopiowali. Rzecz chyba warta tego, żeby kopiować. „Zero osiem piętnaście”. Tak, to chyba była książka Christa, od „Fabryki oficerów”. Też książka, którą w latach 80. na początku czytałem z fascynacją. Dlaczego? Ponieważ dorosła osoba, która mi to pożyczyła, ta książka wyszła pierwszy raz w Polsce w latach 50.
na bazie odwilży popaździernikowej. I ten człowiek, który mi to pożyczał, powiedział: „Czytaj, czytaj, młody człowieku, bo ta książka już nigdy w Polsce nie wyjdzie”. Kilka lat potem wyszła po raz drugi, po raz trzeci i enty, ale wtedy skorzystałem z okazji. To była zupełnie inna rzeczywistość. Książka opisuje czasy wojen, tuż przedwojenne, wojenne. W każdym razie jest o Niemcach, tylko pisze o tych Niemcach troszeczkę inaczej. To tyle, jeśli mógłbym zareklamować. Cóż, proszę państwa, kończymy audycję. Teraz jestem winien powiedzieć, co w następnej audycji. Mówiłem o niespodziance.
Jeśli chodzi o niespodziankę nawiązującą do tytułów, które się pojawiały w dzisiejszej audycji, w następnej audycji opowiemy o książce zaproponowanej całkiem niedawno przez jednego ze słuchaczy, książce „Obóz świętych” Jeana Raspail. Książka myślę, że w naszych czasach aktualna. Nie wiem, czy pewne inne zjawiska nie przyćmiły problemu, o którym autor pisze, ale to w dalszym ciągu jest książka, o której warto porozmawiać, z której warto wyciągnąć wnioski, o której warto pomyśleć, podyskutować, a może po prostu się nią zachwycić. Bo tak jak pisze autor gdzieś na początku tej książki, każdy pisarz, który bierze się za opisywanie bliskiej przyszłości, tak za 20, 30 lat, naraża się czytelnikowi, bo albo okaże się człowiekiem wieszczym, który przewidział przyszłość, albo też kompletnie mu nie wyjdzie. Ale w obu tych przypadkach zawsze się narazi. Tak czy inaczej. To tak znowu parafrazując pewne słowa. Cóż, to w następnej audycji. Dziękujemy wszystkim, którzy nas dzisiaj słuchali. Jeszcze muszę sięgnąć do czata, żeby
[03:09:58] - Nie pamiętam, czy ta lista książek już dzisiaj się pojawiła, bo właśnie słuchacz podesłał taką listę na maila. Pan Krzysztof. Pozdrawiamy pana Krzysztofa. Pamiętam, że na początku audycji jakoś tak ci podesłałem przez Messengera taki komentarz o podobnej objętości.
[03:10:22] - Natomiast karmazynowe nie, bo to Rusy, rozmowa z botem to wszystko było. Katharsis, Futurum, można by tak mówić, nieskończoność, szczególnie, iż na mojej półce do przeczytania. To jest właśnie ten mail, o którym mówiliśmy. Jack ocenia, że nasza audycja jest bardzo udana. Ja też tak sądzę, ale to, że ona jest udana, to nie zawdzięczamy Wiktorowi czy mnie, czy Markowi, ale naszym słuchaczom. Tyle świetnych propozycji literackich, książkowych, ile dzisiaj padło, my do 200. audycji nie przerobimy tego po prostu, proszę państwa. I tak jak powiedziałem, następna audycja to genre spy „Obóz świętych”. Mam nadzieję, że będziemy sobie mogli świetnie podyskutować. My też ślicznie dziękujemy za dzisiejszą audycję.
Mamy nadzieję, że wielu z państwa zachęciła ona do wielu różnych tytułów. Sam nie jestem w stanie powiedzieć, ile tych tytułów się dzisiaj pojawiło. Naprawdę dużo i naprawdę ja sobie skrzętnie skopiuję dzisiejszego czata, który mi Ivellios skrzętnie podsyłał. Bardzo państwu dziękuję w imieniu Wiktora, w imieniu swoim za te smakowite propozycje, szczególnie te, których nie miałem okazji przeczytać. A więc za dwa tygodnie zapraszamy na „Obóz świętych”, genre spy. A za tydzień oczywiście „ABW”. Znowu opowiadania, niektóre zabawne, niektóre mroczne, ale cały czas nasi słuchacze te opowiadania podsyłają. I to rzecz, która także mnie w jakiś sposób buduje, w jakiś sposób podnosi na duchu, że ta literatura jednak w dalszym ciągu potrafi wywołać emocje, potrafi wywołać stan napięcia i coś takiego, że ludzie po prostu jej chcą. I wielki szacun dla państwa wszystkich. Dziękujemy.
To była 100. audycja „Bibliotekarium”. Wszystkiego dobrego, dobrych lektur, dobrej weny. Dobranoc.
[03:12:48] - Dobranoc. Jeszcze tylko przeproszę, że podczas moich wyjść troszkę się zacinałem. Drodzy państwo, ja już dzisiaj w ciągu dnia ogarniałem sprawy okołocmentarne i taki apel ode mnie, gorąca prośba: jeżeli chcecie zdążyć odwiedzić swoich bliskich, zapalić im na grobie jakieś światełko, położyć świeże kwiaty, to zróbcie to jak najszybciej, póki jeszcze wolno. Póki władza skrajnie nieudolnie próbująca rządzić Polską nie pozamykała nam jeszcze wszystkim cmentarzy. Przed chwilą mówili do państwa Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dwaj panowie z „ABW ŻnŻ”. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście w kolejnym „Bibliotekarium”, już tym najbardziej normalnym, 101., już za dwa tygodnie. I oczywiście w „ABW” już za tydzień.
Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[03:14:26] - Two alarm me now to talk about. Take those pictures down and shake it out. Truth or consequence, say it aloud. Use that evidence, race it around. There goes my hero, watch him as he goes. There goes my hero, he's ordinary. Don't the best of them read it out? While the rest of them beat around. Truth or consequence, say it aloud. Use that evidence, race it There goes my hero, watch him as he goes.
There goes my hero, he's ordinary. Kudos, my hero, leaving all the mess. You know my hero, won the soul. There goes my hero, watch him as he goes. There goes my hero, he's ordinary. There goes my hero, watch him as he goes. There goes my hero, he's ordinary.