[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Piątek, weekendu początek. Ostatni piątek, jak na razie bez maseczek. Po północy wchodzi nowe rozporządzenie, zgodnie z którym wyjście z domu oznacza konieczność założenia maseczki. Mamy nadzieję, że nie biegacie gdzieś po podwórkach, tylko siedzicie w domach, ewentualnie w innych zacisznych miejscach i słuchacie oczywiście Radia Paranormalium. Przy mikrofonie Marek Sęk „Ivellios”. Zaczynamy kolejne „Bibliotekarium na żywo”. Po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami już Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Punktem wyjścia do dzisiejszej dyskusji będzie powieść Franka Herberta „Diuna”, a konkretnie jej pierwsza część. Tradycyjnie przypomnę kontakty do Radia Paranormalium.
Nasze numery telefonów to stacjonarny 32 746 00 08, komórkowy i do SMS-ów 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG czy też Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to można także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Po tym małym wprowadzeniu i po kontaktach czas na magiczne „halo, halo Bydgoszcz”.
[02:24] - Halo, halo! Dobry wieczór wszystkim. Witamy z Bydgoszczy. Jak to Ivellios powiedział, jeszcze w czasie bezmaseczkowym czy prawie bezmaseczkowym.
[02:34] - Chciałem wam zwrócić uwagę, że internet to jest właściwie taka maseczka, dzięki której nie trzeba wychodzić z domu.
[02:42] - Wiesz, ja się tak martwię, bo zastanawiam się, czy następne „Bibliotekarium” będziemy prowadzić tak, jak to na wiosnę bywało, z domów i przez telefon, co nie sprzyjało jakości przekazu. Bo technikę mamy co prawda wspaniałą, ale jeszcze momentami dającą czadu i to nieźle.
[03:08] - Technika może tak, ale za to kanapa u mnie w domu jest bardzo wygodna.
[03:12] - Tak, ale połączenie bywa takie sobie. W każdym razie zastanawiam się, bo tak się jakoś porobiło, że nagle wszyscy są bardzo zdziwieni, że rośnie liczba zakażeń. Nikt nic nie wie. Wszyscy udają, że jednak coś wiedzą i tak dalej. Nie chce mi się o tym gadać, mówiąc szczerze, bo w jakiś sposób mnie to przybija i nie samo to, że jest pandemia, czy też jej nie ma, w zależności od tego, jak uważamy, tylko raczej to, co się dzieje wokół całej tej pandemii, czy też braku tej pandemii, jak chcą niektórzy. To mnie troszeczkę przybija i tak naprawdę nie wiem, jak się mam znaleźć, bo część ludzi mówi, że w ogóle nie wie skąd, nie wie jak i nie wie gdzie. Rząd też udaje. Nie wiem, czy już wkrótce to, że się będę zwierzał czy mówił jakieś tam rzeczy na rząd nie spowoduje, że audycja zostanie zdjęta, więc może się ograniczę i dam sobie spokój. W każdym razie odczuwam jakieś takie napięcie, taki niepokój związany z tym, że gdzieś się ta pandemia skrada i to takimi dużymi krokami przybiega do nas. Co tu będę więcej mówił?
Wiktorze, ty coś powiedz.
[04:47] - Zawsze tak było, kiedy się dżuma przez Europę i przez Azję skradała, od miasta do miasta. Też tak było. I też ludzie żyli i też nic nie wiedzieli. Też nic nie rozumieli, nie wiedzieli, tylko widzieli, jak ludzie umierają, jak się w kopce usypuje groby.
[05:18] - Do dzisiaj te kopce są w krajobrazie do odróżnienia, czasami się pojawiają.
[05:25] - Kto nie jest wprawny, to sobie nie zdaje sprawy, że jak jedzie autostradą tą elegancką, jak widzi jakieś wzgórza, że bardzo często to są właśnie miejsca pochówku zadżumionych z jakiegoś okresu, bo tych fal przechodzących przez Europę było więcej.
[05:50] - Wiesz co? Powiało grozą, mówiąc szczerze. To może my odlećmy jednak w stronę fantastyki naukowej i dzisiejszego tematu, czyli książki Franka Herberta "Diuna" to pierwsza część cyklu napisanego przez wspomnianego Franka Herberta. Właściwie tak naprawdę, powiedzmy sobie szczerze, to jest najgłośniejsza rzecz, którą napisał. Oczywiście później były kontynuacje: "Mesjasz Diuny", "Dzieci Diuny", "Bóg Imperator Diuny", "Heretycy Diuny" i "Diuna. Kapitularz". Były jeszcze opowiadania, nawet wiersze. Później pośmiertnie wydano wiersze nawiązujące do "Diuny". Co więcej, bodajże syn Franka Herberta opublikował też nową wersję "Diuny: Droga na Diunę". To jest alternatywna wersja powieści "Diuna", którą sporządzono na podstawie notatek Franka Herberta.
Nie znam, nie czytałem nic na ten temat, nie wiem. Odnotowuję to jako fakt. To takie rzeczy faktograficzne. W dobrym czasie omawiamy tę książkę, ponieważ w grudniu tego roku pojawi się na ekranach film. To jest kolejna ekranizacja oczywiście powieści "Diuna". Tak przynajmniej jest to zapowiedziane, że gdzieś tam w grudniu ten film będzie miał premierę. Wcześniej był sławny film Davida Lyncha. Średnio mi się podobał, ale znawcy kina mówią, że jest świetny, więc się nie wypowiadam. Jakoś tak mnie nie porwał. Ale były też miniseriale związane z tym uniwersum.
O grach powie dzisiaj w felietonie Tomek, więc nie będę mu wchodził w paradę. Były te miniseriale, a teraz ktoś doszedł do wniosku, że czas wrócić do tematu i pojawi się film.
[08:25] - Jeśli mogę prorokować, to tych filmów będzie w przyszłości w wersji kolejnych „Diuny” dużo więcej, z bardzo prostego powodu. Jest kawałek świata, który chętnie będzie finansował obraz.
[08:41] - To za chwilę. Masz rację. Tak, to prawda, coś w tym jest. Ale nie tylko. Jest też pewna związana z tą powieścią ideologia, ale nie mam tu na myśli religijnych jakichś odłamów, tylko mowa jest o ekologii i to w takim wydaniu planetarnym wręcz. Gdzieś tam się to przewija. Pewnie o tym wspomnimy. Trochę o tym filmie. To jest film, który nie będzie przedstawiał całej historii zawartej w powieści „Diuna”, tylko jej część, mniej więcej połowę, a druga połowa oczywiście w drugim filmie, bo trzeba zarobić, więc lepiej poszatkować i zrobić z tego dwie części. Zawsze przynajmniej dwa razy ludzie do kina pójdą.
Trochę jestem bezradny, bo mało się orientuję w tych kinowych tajemnicach. Ale może ktoś wie, główną rolę Paula Atrydy będzie odtwarzał aktor pod imieniem i nazwiskiem, które mi sprawia pewne kłopoty: Timothée Chalamet. Tak mi to przynajmniej translator przeczytał. Jeśli w tej chwili właśnie znieważyłem go albo zszargałem mu nazwisko, to bardzo przepraszam, ale ja nawet nie wiem, kim jest ten aktor. Mam tylko nadzieję, że nieźle zagra, bo książka warta tego. Cóż, Wiktorze, kiedy ty się pierwszy raz z powieścią Franka Herberta zetknąłeś?
[10:26] - Ja się zetknąłem, proszę ciebie, nie z książką, ale z mitami na temat „Diuny”.
[10:32] - To tak jak ja. Ale mów.
[10:34] - Najpierw zewsząd padały do mnie jakieś donosy. Ścigał mnie Diuna. Diuna, takie słowo, które było dla mnie znane po prostu z rosyjskiego, bo po rosyjsku diuna to jest wydma. Żyłem w jakimś takim... To były lata 80. Chyba początek gdzieś, tak?
[11:04] - O nie, pierwsze polskie wydanie było w 1981 roku w serii Fantastyka. Przygoda. Więc te mity musiały... Albo ci przywozili mity twoi koledzy anglojęzyczni.
[11:17] - Nie. Ja wtedy wędrowałem po górach i książek nie czytałem, ani gazet wyjątkowo. Natomiast docierały do mnie echa, że się pojawił jakiś taki szlagier, ale ja za bardzo nigdy nie lubiłem czytać tego, co wszyscy chwalą. Więc na początku zdecydowanie tę książkę odrzucałem dlatego, bo skoro wszyscy chwalą, to nie może być nic dobrego. I dopiero jak już wrzawa ucichła, książka leżała u mnie, bo dostałem ją chyba od tłumacza.
[11:55] - Dwa tomy, przypomnę, to było pierwsze wydanie.
[11:57] - Tak sobie leżały i tak kiedyś w nocy zacząłem to czytać i połknąłem, pochłonąłem. Uważam, że To jest najlepsza część w ogóle całej serii. Ten początek. W większości powieści najlepsze są początki, a nie końce. Jeśli są historie jakieś, gdzie się zawiązuje, a potem to jest dorabianie, że tak powiem, stron. Natomiast ta książka mnie zafascynowała, tylko że ona jest atmosferyczna. Trzeba ją czytać najlepiej w nocy, przy jakimś małym, słabym świetle.
[12:41] - Żeby sobie oczy zepsuć.
[12:42] - Żeby sobie oczy nadwyrężyć. Ale wtedy zaczyna robić wrażenie, kiedy masz czas na czytanie, kiedy nic się nie goni i możesz po prostu powoli dać się w te lotne piaski zatopić na śmierć.
[13:03] - Tak, ale nie skończyłeś wątku. Mówisz, że te legendy do ciebie docierały, ale jakie to były legendy? Że to świetne?
[13:13] - Tak. Wszyscy byli mniej więcej tak samo. Ci, którzy propagowali tę książkę, byli mniej więcej tak samo zauroczeni jak innym pisarzem, którego nigdy prawie do końca nie przeczytałem, jak Tolkienem. Było takie: „o!”
[13:33] - Coś za chwilę na ten temat powiem, ale ja tylko jeszcze wspomnę o tym, że miałem podobne doświadczenia z tym chwaleniem „Diuny”, ale o tym chwaleniu za chwilę. Najpierw jeszcze garść faktów. „Diuna” to nie jest książka młoda, bo jej pierwsza wersja pokazała się w odcinkach na początku lat 60. Bodajże w 1963, 1964 roku publikowana była w czasopiśmie „Analog Science Fact and Fiction”, a tam w kilku odcinkach publikowano to jako „Dune World”. Ale oczywiście jak coś jest w odcinkach, to później musi okrzepnąć jako książka. I ta książka ukazała się w 1965 roku. O tyle warto pamiętać, że „Diuna” Franka Herberta to była laureatka przyznanej po raz pierwszy wówczas, w 1965 roku, nagrody Nebula, którą wszyscy się jakoś tam chełpią. Hugo też dostała, ale w 1966.
[14:46] - Ta Nebula ma taką historię, że po prostu pisarze science fiction byli, że tak powiem, tak totalnie wzgardzani przez Komitet Noblowski, że wreszcie postanowili sami siebie nagradzać i wymyślili.
[15:04] - Bliska historia, bo ostatnio się pokazały w różnego rodzaju przekaziorach informacje o tym, że na początku lat 60. przez C.S. Lewisa został zgłoszony Tolkien do Nagrody Nobla właśnie. I jak wynika z notatek ujawnionych, wcześniej tajnych notatek Komitetu Noblowskiego, proza Tolkiena została odrzucona za nikłą wartość literacką tejże prozy. Ja oczywiście uśmiecham się tutaj, bo nie zamierzam nikogo, kto nie jest przekonany do prozy Tolkiena, przekonywać. Ani też nie zamierzam walczyć z twierdzeniem, że Tolkien wielkim pisarzem był. On się może podobać, może się nie podobać. Ja walczę z czymś innym, co dotknęło zresztą także Franka Herberta. Otóż jakaś jest taka tendencja. Nie wiem, czy to jest ogólnofandomowo-światowa tendencja, czy to jest tendencja tylko w Polsce.
Ta tendencja wygląda tak: jak jest jakiś pisarz z fajnym dorobkiem — specjalnie mówię fajnym, a nie znaczącym czy też wielkim i tak dalej — z fajnym dorobkiem, jak Tolkien czy jak Herbert, to modne jest, żeby mówić: „Nie, ja tak nie lubię tego Tolkiena, bo to, bo tamto”. Okej, można go nie lubić. Ja nie z tym walczę. Ja bardziej walczę z tym, żeby jednak doceniać ludzi. Nie trzeba się nim zachwycać. Doceńmy może natomiast, że ten Tolkien chyba wiedział, co pisze. Herbert chyba też wiedział, co pisze. Poświęcił tej „Diunie” sporo swojego życia. I naprawdę ostatni będę, który będę namawiał do tego, żeby się zachwycać „Diuną” albo zachwycać wspomnianym już Tolkienem. Mnie po prostu martwi, w jakiś sposób smuci to, że my tak łatwo nauczyliśmy się szargać pewnych pisarzy z pewnym dorobkiem.
[17:23] - Marek, nie wiem, dlaczego cię to smuci. Jeżeli masz zdrowy rozsądek, jeżeli potrafisz właściwie oglądać rzeczywistość, to powinieneś sobie wyobrazić coś takiego, że nasze społeczeństwo jest takie jak gładka tafla, płaska, biała, śniegiem pokryte Morze Północne. Wiesz, taka krea lodowa.
[17:51] - Prowadź dalej.
[17:51] - Tam się nic nie barwi, żadnej zorzy nie ma i tak dalej. Wiesz co takie pole lodowe największą radochę ma, jak może zatopić jakiegoś Titanica. Ono się wtedy cieszy. Ono się wtedy chlupoce, bełkocze, buzuje.
[18:14] - Ale Wiktor, okej, tylko- Ja jednak pozostanę przy swoim smutku, bo to nie chodzi o to. Ja cały czas podkreślam: każdy z nas ma prawo obrazić się na jakiegoś pisarza, nie lubić jakiegoś pisarza. Ta proza może z nim nie korespondować. Może ze mną nie korespondować proza Franka Herberta, może nie korespondować proza Tolkiena, ale to, co napisał Komitet Noblowski i to, co czytam czasami w różnego rodzaju tajemnych miejscach Internetu, że na przykład ten pisarz to słaby był, ten Tolkien taki słaby i w ogóle i to nudne, to okej. Tylko ja się wtedy zawsze zastanawiam, jak łatwo... Tolkien tak naprawdę pisał tego „Władcę Pierścieni” bodajże 12 lat. I ktoś mi powie: „No ale co z tego, że go pisał długo? Miał go dobrze napisać, a naszym zdaniem jest źle napisany”. Nie, mnie bardziej chodzi o to, że my tak łatwo dezawuujemy pracę drugiego człowieka, bo się nam nie podoba. Bo za mało akcji, bo nudne.
Jakoś ciężko mi się to przyjmuje. Ale uznajcie państwo, że to taka moja skaza, że ja mam to samo, co mam w ABW, że mnie zachwyca w ogóle to, że człowiek bierze pióro czy teraz klawiaturę i pisze. I już za to ma u mnie 50 punktów plus.
[19:49] - Jak jechaliśmy tutaj, Marku, to mieliśmy taką rozmowę samochodową jak zwykle, w której padły między innymi takie słowa, że kiedyś książki pisali indywidualiści, a rzesza czytelników musiała przełknąć to, co napisał pisarz i albo go pochwalić jako kucharza wyśmienitego, albo zganić, wypluć to, co napisał. Dzisiaj świat zrobił się taki, że to właściwie czytelnicy żądają, żeby pisarze pisali tak, jak my chcemy. I pisarze to robią.
[20:46] - Co więcej, czytelnicy nie widzą w tym nic zdrożnego.
[20:49] - Nie. Oczywiście.
[20:50] - Pisarz jest po to, żeby spełniał oczekiwania czytelników. Ja po części się z tym nawet zgadzam. Po części. Ale to nie może moim zdaniem być tak, że chcemy czytać zawsze to samo.
[21:03] - Zwróć uwagę, że — to tak nawiązuję do „Diuny” Herberta i do tego typu książek bardzo skomplikowanych — jak się pisze historię Grecji czy Rzymu, nie można w ogóle tej historii opowiedzieć. Sens tej historii umyka, jeżeli nie wytłumaczymy przedtem, jaką rolę pełniła na przykład wyrocznia delficka. Ile wojen się nie odbyło, ile wojen się odbyło tylko dlatego, że wyrocznia zadecydowała o tym, jaką rolę i dlaczego pełniła wyrocznia delficka. Bez tego nie ma historii ani Grecji, ani Rzymu. I teraz co z tego wynika? Otóż co miało wynikać, miałem w głowie, ale teraz...
[22:13] - To ja ci wejdę w słowo. Ja jeszcze dochodzę do takiego wniosku, że w tej chwili to mnie martwi z jednej strony, a z drugiej strony uważam, że to jakiś znak czasu. Ale pozwólcie państwo, że jednak trochę gdzieś tam w kąciku pomartwię. Jakoś tak przebojem weszła w nasze czasy literatura, której głównym celem jest akcja. Jak jakaś książka zaczyna żeglować w kierunku bardziej poetyckim czy takim, że akcja toczy się wolniej, to już jest nudna, już jest bez sensu. Ja się trochę zastanawiałem nad tym i doszedłem do wniosku, że ten pęd do tej fabuły, do tego, żeby się dużo działo, jest troszeczkę związany z tym, że my w gruncie rzeczy w XXI wieku na początku... Strasznie nudne jest nasze życie. Z pracy do domu, do domu z pracy. W tym domu to też właściwie rutyna. I my rzeczywiście czekamy na to, żeby...
Książka to ma być inny świat. Ma być ciekawie, a nie poetycko. Ja wiem, proszę państwa, że to są takie bredzenia człowieka, który sobie jakąś teorię ukuł i się do niej przywiązał i teraz państwu ją wygłasza. Stąd się ten smutek mój bierze, kiedy czytam takie różne komentarze, że Tolkien to w ogóle słaby pisarz był i Frank Herbert również. Tak mi się wtedy właśnie smutno robi po prostu. Bo Frank Herbert i jego „Diuna” to jest też taka proza, która toczy się powoli. To nie jest akcja, w której bez przerwy gdzieś się strzelają. Nie, trochę się strzelają rzeczywiście, ale te dwa tomy w pierwszym wydaniu... Wiecie państwo, w pewnym momencie Bardzo prosta historia. Zróbcie sobie kiedyś takie ćwiczenie: opowiedzenie książek w dziesięciu zdaniach.
O czym jest dana książka? Powiedzieć o niej jak najwięcej, ale w dziesięciu zdaniach. Jakby opowiedzieć tę książkę w dziesięciu zdaniach, to naprawdę jest bardzo prosta historia. Ale jednocześnie to jest historia, która sięga bardzo głęboko w naszą psychikę, w naszą socjalność, w nasze zachowania społeczne. Daje pewien obraz tych zachowań, sięga gdzieś w nasze religijne uwarunkowania. Nawet te, z których sobie nie zdajemy sprawy, bo ktoś powie: „Ale ja nie jestem religijny. I co w związku z tym?” Tak, ale człowiek ma coś takiego w sobie i to czasami socjologowie opisują, że może być niewierzący, a i tak pewne zachowania, nazwijmy je parareligijne, wykazuje. I „Diuna” to jest właśnie taka książka bardzo nastrojowa. Ona bardzo wiele osób może znudzić, bo się mało dzieje. Ale dostajemy pewien fresk.
Frank Herbert maluje pewien fresk planety, tej planety Diuny i ludzi tam żyjących. Tam się pojawia wątek religijny, pojawia się wątek mistyczny wręcz, ale też, nazwijmy go, teorii spiskowej, bo przecież los bardzo wielu postaci w „Diunie” jest zdeterminowany. Ktoś kiedyś gdzieś założył... Znaczy ja wiem kto, kiedy i gdzie, ale nie chcę państwu psuć zabawy, więc nie wypowiadam. Ktoś kiedyś gdzieś założył, jak pokierować pewnymi ludzkimi jednostkami albo całymi rodami, żeby osiągnąć swój cel. I to jest z pokolenia na pokolenie realizowane. Z czymś takim się stykamy. Pisarz nas przenosi na planetę Diuna. Ona się nazywa Arrakis. To jest niezwykła planeta, bo jedyna w całym wszechświecie, przynajmniej tym skreślonym piórem Franka Herberta.
Jej unikalność polega na tym, że tam wydobywa się przyprawę, melanż. Melanż się może kojarzyć współcześnie zupełnie z czymś innym. Tu chodzi o przyprawę, która właściwie pewne takie odlotowe właściwości ma, bo ona w specjalny sposób kształtuje umysł. Pozwala na przykład pilotom prowadzącym statki międzygwiezdne przewidywać przyszłość i dzięki temu, przy tych wielkich prędkościach, które statki osiągają, łącząc ze sobą gwiazdy, różne części wszechświata, pozwala im to w ogóle prowadzić, pozwala na komunikację międzygwiezdną. Więc Diuna ważną planetą jest.
[27:41] - Chcę zwrócić uwagę, że jest to bardzo podobne. To, co powiedziałeś, można w dzisiejszym świecie zaobserwować. Otóż ta planeta bardzo przypomina mi Arabię Saudyjską, a melanż to jest po prostu zwyczajnie ropa naftowa, która umożliwia kursowanie statkom i samochodom.
[28:07] - To jest często spotykana interpretacja. Bo jak się tak dobrze przyjrzeć książce Franka Herberta... Może jeszcze od innej strony. Zanim się będziemy przyglądać tej książce, to powiem tak, już to wspominałem, teraz nieco konkretów. Frank Herbert to był pisarz, który znany jest przede wszystkim z „Diuny”. To już mówiłem. Jeśli państwo jesteście bardzo ciekawi, jak wyglądały przykłady jego innej twórczości, to w latach 90. wydawnictwo Phantom Press przede wszystkim zadbało, żebyśmy kilka innych dzieł Franka Herberta poznali. Ukazały się takie powieści jak „Zielony mózg”, „Oczy Heisenberga”, „Władcy niebios”, „Gwiazda Chłosty”. Więcej już nie pamiętam niestety.
W każdym razie te przynajmniej książki. One są do dostania. Wystarczy gdzieś je wyguglać czy też odszukać. Przypuszczam, że w sieci pewno są w jakichś antykwariatach czy w jakichś innych miejscach, w których się aukcje odbywają, dostępne te tytuły, które wymieniłem. Ale jeśli by tak dobrze prześledzić twórczość Franka Herberta, to jednak „Diuna”, „Diuna” i przede wszystkim „Diuna”. Z tego jest najbardziej znany. Co więcej, napisał o tym na swoim blogu Wojtek Sadeńko, szef wydawnictwa SF. Notabene polecam. Kupa świetnej, starej fantastyki do dostania w tymże sklepie internetowym, w tymże wydawnictwie. Co napisał Wojtek Sadeńko?
Otóż stwierdził, że ta „Diuna” po latach czytana jest fascynująca w dalszym ciągu, bo po prostu jest to zgrabnie napisane przez pisarza, który nie należy jednak do takich Mistrzów pióra. Znowu nie odbierajmy pisarzowi tego, co pisarskie, ale nie był Frank Herbert w czołówce, nie był rozchwytywanym pisarzem. Diagnoza jest taka, że „Diuna” to świetne wymieszanie różnych składników, że Frank Herbert być może miał szczęście, być może miał przebłysk geniuszu, ale tak skomponował to wszystko, że wyszła mu świetna książka. I ta Nebula i inne nagrody, które zgarnął, to nie jest przypadek, bo to jest naprawdę książka, która może nie ma w sobie zbyt wiele akcji. Strzelają, ale w sposób ograniczony. Dużo jest introspekcji, dużo jest przemyśleń. Ta książka może być znakomitym źródłem różnego rodzaju cytatów. I są takie interpretacje, jak tutaj w pewnym momencie Wiktor powiedział o ropie naftowej, o Arabii Saudyjskiej, że Frank Herbert dobierając dekoracje dla swojej powieści, jednak mocno patrzył na Bliski Wschód, na islam, na pewne zachowania plemion berberyjskich i tak dalej.
[31:51] - Można nawet, Marku, taką tezę postawić, że właściwie żywcem przeniósł obyczaje plemion pustynnych, gdyż od nich się musiał uczyć. Od tych plemion musiał się uczyć obyczajów na tej planecie pustynnej, bez wiedzy o tym, jak żyją, jak się ubierają, co robią z wodą albo z brakiem wody i tak dalej. Nasi ziomkowie, czyli ci, którzy żyją na pustyniach. Frank Herbert by tej książki nigdy nie napisał, bo tego sobie sam wyobrazić nie mógł. Trzeba normalnie sięgnąć do źródła i zobaczyć, jakie są obyczaje.
[32:45] - Ale zrobił to bardzo zgrabnie.
[32:47] - Zrobił to bardzo dobrze, bardzo precyzyjnie i to chyba dlatego ta książka jest właśnie dobra.
[32:52] - Ale wszystkim tym, którzy w tej chwili stwierdzili, że skopiował Bliski Wschód, to czym się tu zachwycać? Ja powiem, że to nie jest tylko książka o tym.
[33:03] - No tak.
[33:04] - Między innymi ona ma wiele w sobie ważnych elementów. Takim ważnym elementem jest na przykład sposób uprawiania polityki, że tak powiem, bardzo ogólnie. Chodzi o to, że te wszystkie spiski na dworach, które się tam pojawiają, rola imperatora w stosunku do swoich lenników, nawet używam tego słownictwa, przynajmniej z wydania, które czytałem, bo tutaj warto podkreślić, że książka miała kilka przekładów. Pierwszy przekład to był przekład Marszała, ten właśnie z 80. lat, później poprawiony dla wydawnictwa Rebis, ale były też inne tłumaczenia, między innymi Łozińskiego. Więc czasami komuś może nie zgadzać nazewnictwo, którego używam, bo na przykład o ile u Marszała ten lud pustyni nosił nazwę Fremenów, to z kolei u Łozińskiego byli to Wolanie. I tak dalej. O ile na przykład u Marszała był imperator, to u Łozińskiego był cesarz. O ile u Marszała był Filtvrag, to u Łozińskiego Orany Hermetyk był. Więc tłumaczenie też ma znaczenie, że tak sobie zrymuję.
Ale wracając, te wszystkie spiski, bezwzględność tych spisków, która się pojawia na Diunie, że pewne osoby muszą zginąć, żeby inne mogły zrobić interes. To tak najkrócej.
[34:52] - Ależ Marku, jak się opisuje Bliski Wschód, rolę wezyra i historię wszystkich kalifatów, to jest dokładnie kalka.
[35:03] - Tak, ale dzięki temu, że wzorowane to jest na pewnej kulturze, która nie jest kulturą hipokrytów, tak jak europejska kultura, gdzie my jak my, ale nasi politycy też robią sobie rozmaite świństwa i różnego rodzaju brudne sprawki mają za pazurami. Jednak u nas przyjęło się, żeby o tym za dużo nie mówić. Cicho o tym, jak najciszej. O tyle tutaj to jest proste planowanie. Musimy zrobić to, na przykład zlikwidować tego albo wyeliminować tego, albo tego podpłacić. I jak się to uda, to zrobimy interes. Ja nie znam na tyle kultury Bliskiego Wschodu, żeby autorytatywnie się wypowiadać, ale powiem tak, ja też nie wiem, czy Frank Herbert ją tak szczególnie studiował. Być może bazował na tym, co Amerykanie, czy też Europejczycy o tej kulturze wiedzą. Bo zwróćmy uwagę, że to, co my wiemy o tej kulturze, a to, jaka ona jest, to czasami mogą być dwie zupełnie różne rzeczy. Ale wracając do przerwanego wątku.
Tak jak powiedziałem, „Diuna” jest powieścią o Uprawianiu polityki, o teoriach spiskowych, o pewnym podejściu do tego, jak pewne rzeczy rozumieć. Ale jest też książką o, tu się zawahałem, o tworzeniu proroka albo o kreowaniu proroka. Bo też wiedźmy, pada tam to słowo „wiedźmy”. Zawsze zapominam, jak się nazywała ta organizacja, która je wysyłała. Nie pamiętam, tego sobie nie przypomnę. Już dużo sobie dzisiaj rzeczy poprzypominałem, ale tej bez serii. W każdym razie wiedźmy i cała ta ich wzorowana na zakonach organizacja kreuje losy świata. Albo może światów. Pewne rzeczy stara się wykreować i robi to za pomocą, jedni by powiedzieli magii, drudzy by powiedzieli dobrej znajomości psychologii, ale też może czegoś więcej niż psychologii. W każdym razie ta książka chwilami jest mistyczna.
[37:39] - Mistyczna? Może. Wtedy były wiedźmy, dzisiaj są feministki.
[37:45] - To twój ulubiony temat się pojawia. Tak jest!
[37:49] - Jedne manipulowały światem i te też manipulują światem na swój strój. I w ten sposób historia świata leci dalej.
[38:02] - To ja wrócę jednak do tej historii świata, bo mówiłem o tej mistyce, główny bohater Paul Atryda, który przybiera w pewnym momencie, staje się rodzajem właśnie proroka, którego miejscowi, lud pustyni przyjmuje do siebie, ale też nadaje mu nowe imię, Muad'Dib. Co więcej, on w pewnym momencie, chyba za dużo nie zdradzam, pogrąża się w rodzaju śmierci. Przez ileś dni w tej śmierci trwa. Czy na granicy życia i śmierci, może to będzie bardziej poprawne. Trwa. Budzi się. Ta historia kreowania proroka na planecie pustynnej. Proroka, który rozumie, jest człowiekiem z zewnątrz, jest potomkiem zabitego Atrydy, którego zgładzili Harkonnenowie. To ja wiem, to państwu, tym, którzy nie czytali, nic nie mówi. Chodzi o to, że imperator dał w lenno rodowi Atrydów planetę Arrakis, czyli Diunę.
Przekazał ją w lenno, zabierając wcześniej to lenno komuś innemu, czyli Harkonnenom. Harkonnenowie nie pogodzili się z tą stratą. To też Paulowi, głównemu bohaterowi, zarzynają tatusia. Pomijając szczegóły, do tego się to sprowadza. On ze swoją matką ucieka na pustynię. Co więcej, ta matka nosi pod sercem dziecko tego zabitego księcia Atrydy, ojca Paula. I oni na tej pustyni, nie będę chyba opowiadał książki, bo takiego zwyczaju nie mamy. W każdym razie na tej pustyni się w jakiś sposób odnajdują, a właściwie lud pustyni przyjmuje ich do siebie. Z początku nieufnie, ale okazuje się, że gdzieś tam jest wykreowany mit o zbawicielu, który przyjdzie. I nagle się okazuje, że Paul pasuje do tego mitu.
I nie wiemy, czy mamy do czynienia z mistyką, czy ze świetnie wyreżyserowaną historią przez te wiedźmy. Dlatego ta książka jest taka dla mnie interesująca, bo po pierwsze jest niejednoznaczna. Powiem tak: w toku lektury my w pewnym momencie zajmujemy stanowisko. Już chyba wiemy, podkreślam, chyba wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. W pewnym momencie się nawet dowiadujemy, ale czy aby na pewno i do końca jest tak, jak nam się wydaje, to już takie pewne nie jest. Dostajemy też opowieść w „Diunie”, zaraz pewno Wiktor tu na mnie wsiądzie, ale w jakiś sposób ekologiczną. I to nie w takim prostym znaczeniu, że tutaj jest pustynna planeta i trzeba ją nawodnić. Nie. Chodzi o coś innego. Lud pustyni marzy o tym, żeby ta planeta stała się inna, żeby już nie była jedną wielką pustynią, po której hasają czerwie pustynne.
To też różnie było nazywane w poszczególnych tłumaczeniach, ale te czerwie to są takie ogromne istoty, które tym, którzy wydobywają na pustyni tenże melanż wspomniany, sprawiają pewne problemy. Bo potrafią niszczyć wielkie maszyny, bo same są ogromne, liczone w setkach metrów. Ale się okazuje, że one też pełnią pewną mistyczną rolę. Co więcej, lud pustyni umie je ujeżdżać. I chyba mamy telefon. Ktoś się do nas dodzwonił. Halo? Radio Paranormalium. Czy się słyszymy?
[42:42] - Halo, halo! Cześć Marku. Wojciech Szterlewski z tej strony. Chciałem się dołączyć, jeżeli jest taka możliwość do audycji, do rozmowy na temat „Diuny”.
[42:53] - Zapraszamy, zapraszamy.
[42:57] - Witajcie chłopaki. Przede wszystkim w pierwszych słowach powiem, że koronawirus, którego chcieliście uniknąć, dotknął jednak i tego tematu, „Diunę”, ponieważ premiera, która miała być w grudniu, została przesunięta niestety na październik przyszłego roku. Także każdy, kto jest wielkim fanem „Diuny” będzie niestety cierpiał z tego powodu jeszcze, bo trailer był przepiękny, jeszcze z muzyką Pink Floyd.
[43:32] - No to rzeczywiście. A jak u ciebie jest z ulubieniem albo nieulubieniem „Diuny”? Jak to wygląda?
[43:41] - Jestem wielkim fanem „Diuny”, dlatego do was się dodzwoniłem, żeby troszeczkę opowiedzieć o tej powieści. Może na początku z takiego— tutaj psy mnie jakieś gonią. Dobra, naprawdę. Na początku może, ponieważ jesteśmy w audycji „Bibliotekarium”, to opowiem wam o tych moich zastrzeżeniach, jeżeli chodzi o jakość pisania Herberta i to można sobie zauważyć. Halo?
[44:15] - Tak, tak, jesteśmy, jesteśmy.
[44:16] - Dobra, okej, bo ja słyszę czasami sam siebie. Takie jest połączenie. Nie mam u was Bydgoszczy. No to trudno. Dam radę. Będę mówił i robił przerwę na to, żeby ewentualnie żebyście mogli skomentować to, co mówię. Może na początku opowiem wam o konstrukcji samej powieści, która jest taka, że widać, że Herbert, jak ją pisał, nie miał doświadczenia pisarskiego. Mamy oczywiście bardzo ładne wejście w powieść z sytuacją, w której Paul jest poddawany testowi. Natomiast potem mamy bardzo szybko taką operację pod tytułem, że znajdujemy się u barona Harkonnena, który natychmiast w rozmowie ze swoim mentatantem i ze swoim bratankiem zdradza nam cały spisek od A do Z. Czyli już wiemy, co się tam wydarzy.
Potem, kiedy już spotykamy na Diunie księcia Leto, to on opowiada o tym, że on wie o tym, w jaką pułapkę został tutaj wpuszczony. Czyli zawiązanie dramatyczne, które powinno być powoli zdradzane dla czytelnika, już jest łopatologicznie wyjaśnione. I tak z punktu widzenia czytelniczego ta sytuacja wygląda.
[45:56] - Okej, tylko ja powiem tak. Ja częściowo, starając się nie zdradzać za dużo, starałem się o tym powiedzieć, że to jest książka, w której dużą rolę odgrywa coś, co nazwałem determinizmem. My od początku wiemy, no może nie. Dużo wiemy z tego, co się wydarzy, aczkolwiek później, kiedy Herbert przekuwa to na konkrety, to jednak to troszeczkę inaczej wygląda. To jest taka zabawa, moim zdaniem. Ja nie wiem. Rzeczywiście Herbert był wtedy pisarzem, który jeszcze nie napisał zbyt dużo, bo te wszystkie powieści, które wymieniałem, czy „Zielony mózg”, czy „Oczy Heisenberga”, czy „Władcy niebios” to są powieści późniejsze. Ale ja się zastanawiam, czy to jest brak doświadczenia, czy też pewna zabawa z czytelnikiem. Bo owszem, on opowiada, co się zdarzy, ale jednak interpretację tego, a właściwie konkret tego, co się wydarza, to jest zabawa z naszą wyobraźnią. Bo kiedy dowiadujemy się, o czym będzie ta historia, to jakoś sobie ją wyobrażamy.
A potem dostajemy obraz, który przynajmniej w moim wypadku mocno przekroczył to, co sobie wyobrażałem. To ja tyle. Słucham ciebie.
[47:23] - To od razu zacytuję taki fajny fragmencik, który sobie tam kiedyś wynotowałem, co mówi baron Harkonnen w pierwszych słowach drugiego rozdziału. On mówi coś takiego: „Oto i ona, Piter. — zwraca się do swojego bratanka. — Największa pułapka w historii ludzkości. I książę w nią wpadnie. Czyż nie jest to wspaniałe? To, co robię ja, baron Wladimir Harkonnen”. To jest takie, wiecie, jakby z greckiej tragedii wzięte i takie elementy greckiej tragedii bardzo często się tam pojawiają w tej powieści. Bo na przykład jest taka postać lekarza księcia Leto, który jak się tylko pojawi, to on już mówi, że zdradzi. On już opowiada o tym, jak on się źle czuje z tego powodu, że zdradzi.
I ja zakończę ten wątek literacki, ponieważ czytałem „Diunę” bardzo wiele razy i strasznie mi się podoba. Uwielbiam tą książkę. Natomiast z takim uśmiechem można traktować pewne niedoskonałości, takie rzeczy, których chyba nowoczesny pisarz by nie zrobił.
[48:39] - Ale wiesz co? Przepraszam Przerwę ci. Moim zdaniem to jest kapitalne, co powiedziałeś o tej greckiej tragedii. To mi nie przyszło wcześniej do głowy, ale jak to powiedziałeś i tak analizuję sobie w tej chwili, to kto wie? Kto wie, czy Herbert nie podążał tym śladem? Bo zauważmy, że w greckich tragediach wątek losu, wątek pewnego przeznaczenia to jest wątek, który buduje te tragedie. I przypomnijcie sobie państwo, chociażby te przerabiane w szkole. Tam los odgrywa pierwszorzędną rolę. I tu rzeczywiście jest też tak, że stykamy się później z tym. Najpierw wielka polityka, największy spisek, tak jak powiedziałeś i tak dalej.
A potem poznajemy chłopca niedojrzałego, który gdzieś tam trafia. Dostajemy determinizm, ten los, ale w wydaniu ludzkim. Dlatego to, co powiedziałeś, w jakiś sposób mnie poruszyło, zafascynowało, bo pod tym kątem na książkę Herberta nie patrzyłem jako takiego nawiązania do greckiej tragedii. A to ciekawy trop jest moim zdaniem.
[49:58] - Bardzo wiele takich wypowiedzi jest troszeczkę słabych, jeżeli chodzi o linię dialogową, ale one właśnie wyglądają tak, jakby autor chciał wprowadzić chór, który się tam pojawia, który tłumaczy. Na przykład w pierwszym rozdziale, kiedy Paul jest poddawany testowi, wiedźma, czyli matka przełożona Bene Gesserit, mówi coś takiego.
[50:29] - Bene Gesserit. Tego mi brakowało.
[50:31] - Bene Gesserit to tak naprawdę łacińska formuła „bądź dobry”. Wróćmy do tego, że on jest poddawany testowi i to jest test na zwierzęcość Paula, czyli na sprawdzenie, czy on aby nie jest zwierzęciem. I pyta się Paul matki: „Dlaczego sprawdzasz, czy nie jestem zwierzęciem?”. A ona mu odpowiada. W każdym razie przechodzi później do ogólnej formuły, takiej właśnie jak w greckiej tragedii. I poznajemy wtedy, że są Mentaci, że komputerów nie wolno używać i tak dalej. Czyli jest to taka formuła. Ale wróćmy właśnie do Bene Gesserit i wątku związanego z tym, co się w Stanach Zjednoczonych pojawiło. Czyli w 1920 roku pojawiła się taka książka „Życie McCluckinów”. To był taki wstęp do eugeniki i cały wątek eugeniczny sióstr Bene Gesserit bardzo się przejawia w całej tej powieści.
Natomiast należy zauważyć bardzo mocno, że to wynika z całej edukacji Herberta, który urodził się w 1920 roku, kiedy właśnie eugenika pojawiła się za sprawą tej książki.
[52:11] - I stała się modna bardzo na świecie.
[52:18] - Która mówiła, że słabość umysłowa być dziedziczona w sposób mendlowski. I dalej mamy bardzo dużo w tej książce takiej właśnie prymitywnej eugeniki. Ale to jest usprawiedliwione, dlatego że Herbert, z tego, co wiem, nie skończył szkoły wyższej, tylko w jakimś miasteczku Salem skończył szkołę średnią. I akurat ta książka i cała eugenika wtedy była podstawową nauką, która funkcjonowała wtedy, więc te ślady tej eugeniki są bardzo jasne i wyraźne. Takiej prostackiej eugeniki. Eugenika później okazała się błędem. Nasz układ, nasz genom jest bardzo skomplikowany i nie można go stosować. Natomiast Amerykanie zorientowali się chyba w 1963 roku, że jednak Murzyn może się żenić z białą kobietą i odwrotnie. Więc oni mieli takie naleciałości przez całe lata 60. W czasie, kiedy się pojawiła ta książka.
To chyba tyle. Chyba że tam coś jeszcze mogę dodać.
[53:30] - Dzięki. Powiem ci tak, ale czasami to też ciekawy trop, o którym powiedziałeś o wykształceniu Herberta. Uśmiecham się, ale czasami okazuje się, że żeby powstał kawałek fajnej literatury, to nie zawsze trzeba świetnie wykształconego pisarza. Czasami nawet lepiej robi danej powieści, jak on jest trochę niedouczony, bo wówczas to, czego się nie douczył, jawi mu się w jakiś taki sposób, który on jeszcze rozbudowuje i nagle to urasta do pewnego rodzaju, waham się nad słowem, ale pewnego rodzaju filozofii przez pewną grupę wyznawanej. To ciekawy trop po prostu.
[54:18] - Dobrze, dziękuję. W takim razie ja przechodzę na nasłuch audycji i do usłyszenia. Do zobaczenia. Hej.
[54:24] - Do usłyszenia. Dzięki za telefon.
[54:27] - To ja chętnie tutaj się odezwę na temat tego głosu, który zabrał Wojciech Trelewski. Otóż powiedział coś kapitalnego. kapitalną rzecz, uwagę. Właściwie wymienił kilka wad Kilka wad tej książki, kilka niedociągnięć, brak rozegrania tego, nowoczesne i tak dalej. Ale to nie ma najmniejszego znaczenia.
[54:59] - Ale przerwę ci.
[55:00] - Fascynująca!
[55:02] - Ale przerwę ci. Wojciech Terlecki wymieniał te wady, sam będąc wielkim fanem tej książki.
[55:09] - Właśnie to podkreślam.
[55:11] - To jest podejście, które lubię.
[55:13] - Ja w ten sam sposób odbierałem tę książkę. Byłem nią, czytając, zafascynowany, zauroczony na śmierć i życie, znajdując tam kupę niedociągnięć. Ale one są nieważne.
[55:28] - Tak.
[55:28] - To jest coś takiego, jak się ogląda film, w którym coś nie jest tak, ale główny nurt jest fascynujący, więc olewasz tamte błędy, bugi i tak dalej, a po prostu podążasz tą ścieżką. Tylko do tego trzeba mieć dobrą wolę, po prostu zaufać pisarzowi i pójść tym tropem, którym on chciał, żebyśmy poszli. Jeśli się tą drogą pójdzie, to ma się wspaniałe przeżycie i wspaniałą lekturę. A jak się wybrzydza, to się będzie wybrzydzało każdą książką, jakakolwiek do siebie trafi. Z wyjątkiem „Piątka z Arslanu.”
[56:18] - Powiem ci coś jeszcze, bo przerwałem w pewnym momencie i oczywiście nie wróciłem do przerwanego wątku. Otóż kiedy ja zetknąłem się z książką, nabyłem ją drogą kupna, zaraz jak się ukazała. Dwa tomy ściskałem, bo o tej książce też słyszałem. Najpierw pisano o niej jako o książce mitycznej, że ona gdzieś tam jest, a my jej tu w Polsce nie mamy. W końcu ją dostaliśmy. Zafascynowany wróciłem do domu i zacząłem. Jak tylko coś upolowałem, to zaczynałem czytać. I tak czytam. I stwierdzam, że mi się to w ogóle nie klei. Po prostu nie chce mi się tego czytać.
Ale czytam dalej, bo uparty byłem. Jak już doszedłem do tej sceny, właściwie na początku, gdzie jest zamach na młodego Pola Trydę, wykonywany za pomocą grota-gończaka i specjalnego urządzenia sterowanego, który miał go wykończyć.
[57:27] - Drona.
[57:27] - Takiego drona, ale sterowanego z bliska, bo tam był ukryty gdzieś w piwnicach facet, który tym sterował. Ale Pol Tryda jest nieźle wyszkolony i potrafi zapobiec temu zamachowi. Jak już doszedłem do tego momentu, to porzuciłem tę książkę. Dużo fantastyki wtedy czytałem. Byłem tym, co czyta fantastykę. Moi koledzy nie byli tymi, co czytali fantastykę, ale poczytywali fantastykę od czasu do czasu. I słyszę, że oni: „Ale świetna książka, jaki tam czad jest” i w ogóle. A ja jakoś tak mówię: „Nie wiem, jakoś tak mi nie podchodzi ta książka.” I porzuciłem ją na dłuższy czas. Ale w końcu pewnego dnia troszeczkę się zachowałem tak jak Wiktor, że miałem nie ten nastrój, nie to samopoczucie. I sięgnąłem po tę książkę po raz drugi i ona mi się czytała zupełnie inaczej niż za pierwszym razem.
Tak jak Wiktor użył, zdaje się, słowa „pochłonąć”. Tak, ja też tę książkę pochłonąłem dosłownie. Nagle zaczęła mi po prostu pasować. Zaczęła ze mną korespondować. Nie wiem, czego to kwestia. Może pogody albo czegoś tam, nie wiem. Nagle ten język, te dialogi, które rzeczywiście, jak nasz słuchacz Wojciech Terlecki powiedział, czasami są takie lekko chropawe i człowiek się zastanawia, czy aby na pewno chce to czytać dalej. Ale myślę, że warto, bo te tropy są dla mnie świeże, o których powiedział Wojciech Terlecki. Będę sobie pod tym kątem musiał jeszcze książkę przejrzeć. Tego nawiązania do greckiej tragedii, do chóru, ale jednocześnie do pewnych wątków, które w greckiej tragedii, jak już mówiłem, są jednak dosyć powszechne.
Motyw losu, przeznaczenia. Ta książka po raz kolejny stanie się dla mnie fascynująca. Po prostu. Nie przypuszczałem.
[59:48] - Marku, bez przerwy się przewija ten wątek w tych wszystkich rozmowach. Otóż kwestia odbioru i podejścia do tworzywa, czyli do książki. Jeżeli wchodzisz do rzeki, która ma bardzo wartki prąd i tak dalej, a nie umiesz specjalnie pływać, to nie walcz z tym prądem, tylko daj się ponieść. Może się okazać, że jakoś do drugiego brzegu dopłyniesz. To jest pochwała w pewnym sensie bezmyślności, Marek. Nie myśl, ale-
[01:00:31] - Przeżywaj.
[01:00:33] - Tak. Zacznij funkcjonować instynktownie, instynktem się kierować wyłącznie. Słuchaj tego, co mówi pisarz, a nie myśl sam. Nie myśl, tylko zobacz obraz, jaki on rysuje i tam się znajdź w tym świecie, a nie wybrzydzaj. Wtedy Naprawdę nawet kiepska książka może być fascynująca, a „Diuna” kiepską książką nie jest. Jest dobrze skonstruowana, chociaż faktycznie, tak jak mówisz-
[01:01:07] - Nietypowo.
[01:01:08] - Nietypowo, tak.
[01:01:09] - Pełna racja. Dlatego ten trop mnie tak zafascynował, który Wojciech Terlecki podał, bo to jest inne spojrzenie. Ja się zastanawiałem, dlaczego on tak to zrobił. A być może nawiązanie do tego, o czym mówiliśmy, to właśnie będzie to. Co jest ciekawe w tej książce? My cały czas w tej książce przebywamy jak nie w mieście na planecie Arrakis, to jesteśmy na pustyni. Właściwie na pustyni jesteśmy prawie przez cały czas.
[01:01:39] - Dlatego nie czytałeś, bo ty byś chciał fruwać w kosmosie.
[01:01:42] - Poczekaj. Tak, to prawda. Rzeczywiście to był czas, kiedy pierwszy raz porzuciłem „Diunę”. Rzeczywiście ja głównie marzyłem o tym, żeby latać w tych powieściach, a tutaj słabo latali. Ale jak w pewnym momencie dowiedziałem się, że jest gildia kosmiczna, która ma monopol gdzieś tam w dekoracjach, to się nie dzieje, tak naprawdę nie jest osią akcji. Ale gdzieś tam była gildia kosmiczna, która miała monopol na co? Na podróże kosmiczne. Była grupa, która miała ten monopol. Dlaczego ona miała ten monopol? To byli na początku ludzie, ale później przestali być ludźmi.
Dlaczego? Bo zażywali przyprawę, jakiś tam narkotyk. Tej przyprawy z planety Arrakis zażywali, żeby prowadzić statki kosmiczne. O tym już mówiłem. Dlaczego? W związku z czym jak tak ćpali, to przestawali być w końcu ludźmi. Ich wygląd fizyczny mocno się zmieniał, ale pod wpływem tego melanżu, tej przyprawy, która była wydobywana na pustynnej planecie, mieli zdolność odgadywania przyszłości, a dzięki temu potrafili wyznaczać kurs statków międzygwiezdnych. Maszyny były im do tego niepotrzebne. Oni właściwie w pewnym stopniu potrafili przewidzieć przyszłość, a w związku z tym byli niezbędni w tamtym świecie, żeby łączyć ze sobą planety. O tym już mówiłem.
Ale jak do tego dobrnąłem, o tym się dowiedziałem, to ta książka, a przecież tego tak naprawdę nie ma w samej „Diunie”, gdzieś tam jest wspomniane, ale ta książka zaraz awansowała u mnie. Mówię państwu to dlatego, żeby łatwiej było zgłębić meandry kombinowania nastolatka, którym wtedy byłem. A właściwie nie, już nie byłem nastolatkiem, ale prawie jeszcze nastolatkiem. Tuż po byciu nastolatkiem, który kombinował trochę, nie mam prostszego określenia, jak koń pod górkę. To znaczy bardzo prosto. To myślenie było takie: chcę tego i tego i jak to dostanę, to zaraz to jest lepsze. Mniej więcej w taki sposób. Przyznasz, że to niespecjalnie głębokie myślenie na temat literatury. Zresztą dlatego teraz przed tym przestrzegam, żeby nie patrzeć na literaturę w sposób powierzchniowy, jednowarstwowy. W większości literatury jest tak, że ona jest trochę tak, jak to było u Shreka, że ogry są jak cebula.
Literatura też jest jak cebula. Ma warstwy. Tak jak ogry mają warstwy, tak literatura też ma warstwy. To jest truizm. To wszyscy, którzy literaturę czytają, wiedzą, ale musiałem to powiedzieć, żeby ten przykład z „Diuną” stał się jaśniejszy. Tu tych warstw jest bardzo dużo i można się zahaczyć, zaczepić o dowolną z nich i od tej strony, od tej warstwy próbować tę książkę rozkodować. To chyba najlepsze określenie. Rozkodować tę książkę.
[01:05:18] - W pewnym momencie zacząłem coś mówić, Marku, na temat Rosji nilfijskiej, ale uproszczę moje wnioskowanie. Otóż świat jest bardzo skomplikowany i to, co mówisz, ta wielowarstwowość, wieloznaczność wielu rzeczy w patrzeniu na świat może być bardzo dziwna. Otóż co mi się skojarzyło z „Diuną”? Melanż pozwalający kierować statki kosmiczne. Już tą ropę darujmy arabijsko-saudyjską, ale można to pociągnąć na nasze podwórko, Marku. Otóż w czasie II wojny światowej byli wielcy stratedzy po jednej i po drugiej stronie. A między nimi, między tymi strategami, akurat w samym środku Europy szarżowała dywizja pancerna generała Maczka i ci wszyscy piloci tych pancernych wozów absolutnie stosowali melanż. Wszyscy byli zwykle schlani w rynsztok, ale dzięki temu ta dywizja potrafiła wykonywać takie rzeczy, które się nie śniły innym.
[01:06:33] - Ja nie wiem, czy ty w tej chwili nie obraziłeś pamięci i tak dalej.
[01:06:36] - Oczywiście, że nie.
[01:06:38] - Ja wiem, ale weź pod uwagę, że są ludzie bardzo wrażliwi.
[01:06:43] - Przypomnij sobie wspomnienia najwspanialszego polskiego pilota Skalskiego, dowódcy Dywizjonu 303 nad Anglią. Polacy wsiadając do samolotu pierwsze, najważniejsze co zabierali ze sobą, to pół litra.
[01:07:02] - Przypomnij sobie paragraf 22. Co prawda to nie polskie doświadczenia, ale to mniej więcej jakie były motywacje w paragrafie 22. I też będziesz wiedział. Ja to bardziej powiedziałem, bo są ludzie szczególnie wrażliwi na szarganie pamięci polskich bohaterów i tak dalej. Ja wcale nie uważam, że to, co powiedziałeś, jest jakimkolwiek szarganiem pamięci. Byli ludźmi po prostu i zachowywali się jak ludzie. A rzeczywiście ten melanż w wydaniu drugowojennym również mógł być źródłem sukcesu.
[01:07:37] - Coś, co dodaje prymitywom fantazji .
[01:07:43] - Ja nie wiem, czy prymitywom, co w ogóle nam dodaje fantazji. Wiktor, wiesz co, ja jakimś specjalnym, wielkim prymitywem się nie czuję. Czasami mam jakieś odpały prymitywne, jak każdy, ale wiesz-
[01:07:55] - Ale melanż...
[01:07:55] - Jak się człowiek pomelanżuje czasami, to mu nagle jakieś dziwne teorie do głowy przychodzą.
[01:08:02] - Dobrze, ale wracając do tego, co Wojciech Nowicki powiedział, to powinno w każdej audycji brzmieć: to, co jest, a to, co my czujemy do tego, jaką miłością darzymy daną książkę, to są dwie różne rzeczy. Trzeba umieć dostrzegać. Trzeba, że tak powiem, wyjść z kaloszy i popluwać jak Dedal po prostu.
[01:08:38] - Wiesz co? Zacząłem mówić o tej ekologii i też oczywiście nie dokończyłem wątku, to go teraz skończę. Bo Arrakis, planeta zwana także Diuną, to jest planeta, tak jak już powiedziałem, jedyne źródło melanżu we wszechświecie. Planeta dziwna, bo pokryta poza niewielkim rejonem bieguna północnego piaskiem, pustynią rozżarzoną. Nie będziemy opisywać pustyni, bo to każdy mniej więcej, jeśli nawet nie był, to "W pustyni i w puszczy" czytał, to mniej więcej jak wygląda pustynia wie. W każdym razie wśród tych piasków żyją czerwie pustyni, Fremeni, którzy czasami na tych czerwiach ujeżdżają. Mówiłem o tym, że potrafili się dzięki nim przemieszczać, bo posiedli umiejętność okiełznania tych wielkich-
[01:09:46] - Myśmy kiedyś musieli okiełznać konie.
[01:09:51] - Konie, ale kurczę, to jest tak wielkie.
[01:09:55] - Ale Hindusi okiełznali słonie.
[01:09:58] - Jestem prawie jak Kopacz. Ale chociażby na jakichś mastodontach ci pierwotni nie jeździli.
[01:10:10] - Ale stary, zobacz dzisiaj kierowcy TIR-ów. Co ty, ujeżdża takiego potwora, że to się w głowie nie mieści.
[01:10:20] - A swoją drogą szkoda, że Kopacz nie miała racji i że myśmy z tymi dinozaurami jakoś tam też sztamy nie zawarli. Chociaż są też takie przekazy, między innymi kamienie z Ica, na których ludzie i dinozaury występują w tym samym czasie. I jeszcze się może tak okazać, że później będzie musiała delegacja do pani premier Kopacz iść i przepraszać za to, że może jednak z tymi kamieniami dinozaury jednak nawalali, co? No dobra, ale wrócę do tego wątku ekologicznego. Otóż tam przez cały czas w toku powieści wspomina się o tym, że gdzieś tam są pokłady wody na tej planecie, tylko głęboko pod piaskiem. I że ci Fremeni marzą o tym, żeby ta planeta może nie była taką kompletną pustynią, tylko stała się planetą, na której płyną rzeki, są jeziora, może deszcz czasami pada, a tu ni huhu, żadnych takich rzeczy nie ma. Więc ciekawy, znamienny wątek mówiący o tym, że Herbert jednak patrzył dosyć rozsądnie na to wszystko, bo gdzieś pod koniec powieści jeden z bohaterów mówi, że tak, że fajnie by było, gdyby planeta Arrakis przeszła takie przepoczwarzenie, że trzeba dążyć ku temu, żeby ona się troszeczkę zmieniła. Ale jednak pustynia, która, nie zdradzając szczegółów, jest źródłem owej przyprawy, melanżu, ona też musi na planecie Arrakis istnieć. Że to nie jest tak, że przekształcimy teraz planetę w jeden zielony ogród i wszystko zniszczymy dzięki temu. Tylko trzeba to robić w sposób rozsądny.
Ja wiem, że to jest taka trochę filozofia dla ubogich, ale czasami dobrze nawet o tym pomyśleć. Bo z kolei kiedy ja dzisiaj czasami słucham współczesnych ekologów, tu cudzysłów chyba należałoby postawić, bo jednak ekologia to jest nauka. Jacyś poważni profesorowie się tym zajmują. A tak zwani ekolodzy... a to różnie.
[01:12:50] - Ty mylisz ekologów z zielonymi.
[01:12:54] - No tak!
[01:12:55] - Zieloni to są zieloni.
[01:12:56] - Zgadza się, ale tak się przyjęło mówić w języku przekaziorów. Tak to niestety funkcjonuje. I czasami mają niezłe odpały ci tak zwani zieloni czy ci ekolodzy. Bo oni udają, że zapominają o pewnych rzeczach, że coś jest po coś, a nie coś jest tylko po to, żeby było. To tak najogólniej, żeby się nie narazić wszystkim, więc w ten sposób to ujmę. Wiesz, Wiktorze co? Może teraz oddamy głos Tomkowi Fąsowi. On też coś na temat „Diuny” ma do powiedzenia. Marku, prosimy.
[01:13:41] - Wojna, pustynia i melanż. Znów będę się musiał państwu przyznać do pewnego prostactwa, pewnego przyjmowania treści raczej tych mniej skomplikowanych niż tych bardziej. Ponieważ mnie „Diuna”, dzisiaj omawiane dzieło Franka Herberta, kojarzy się jednak w dużej mierze z grami komputerowymi. Książkę, gdzieś tam się do niej zabierałem. Przyznam się szczerze, że nie skończyłem. Utknąłem gdzieś tam na tej pustyni. Kojarzyło mi się to troszeczkę z książką „W pustyni i w puszczy”, znaną skądinąd i jakoś mnie nie urzekło. To, co mnie natomiast urzekło, pocieszam się tym, że jednak na etapie raczej wczesnym, gdzieś powiedzmy szkolno-podstawowym, to były gry komputerowe. Wówczas już pojawiał się swego rodzaju sequel, gra „Dune 2000”. Niemniej ta gra wzięła się stąd, że dużo wcześniej pojawiła się inna gra, mianowicie gra „Dune II”.
A gra „Dune II” jest powszechnie uważana, inna sprawa, czy słusznie, niemniej tak się przyjęło sądzić, iż ta gra jest pierwszą pełnoprawną grą z gatunku real-time strategy, czyli takich strategii dzisiaj reprezentowanych głównie przez słynne „Warcrafty”, „Starcrafty”, zresztą rozpoczynające swoją żywotność kilka lat po „Diunie II”. Tak, „Diuna II” była pierwszą, ponieważ „Diuna I” to była gra troszeczkę o innym jeszcze charakterze i trochę na innych zasadach się dziejąca. „Diuna II” już była taką grą, gdzie przeciwnicy, czy też gracz rozgrywał swoich żołnierzy na żywo. Nie było tak jak w szachach czy w starszych grach strategicznych, komputerowych, że się wykonuje ruch i kończy turę, tylko im szybciej ktoś klikał, tym sprawniej te jego wojska się poruszały. Ta prędkość reakcji była tutaj istotna. Wydaje mi się, że na fali tej gry pojawiało się, ja bardzo upraszczam, ale rozwijała się ta koncepcja gier komputerowych jako rywalizacji między ludźmi, wymagającej też pewnego połączenia. Bo jeżeli na przykład grasz grą turową, oczywiście też można grać, czy nawet przeważnie gra się z ludźmi w szachy, ale to można być przy jednej szachownicy, przy jednym komputerze. Kiedy natomiast pojawia się ten rodzaj rozgrywki właśnie, gdzie to się wszystko musi dziać równocześnie, to już potrzebujemy przynajmniej drugiej myszki, a najlepiej drugiego komputera. Naturalnym staje się konieczność gry po sieci, co mnie się akurat nie podoba. Ja uważam, że gry komputerowe są z założenia zajęciem dla jednostek aspołecznych i czynienie z nich sportu grupowego psuje ideę.
Bo granie z komputerem ma to do siebie, że każdy może wygrać. Komputer nie ma z tym problemu, że przegrał i wszyscy są zadowoleni. Jak gra człowiek z człowiekiem, to niestety ktoś zawsze musi przegrać i rozgrywka robi się frustrująca. Co więcej, jednostki z założenia aspołeczne są uspołeczniane i z tego przeważnie wychodzi coś nieprzyjemnego. I to też przenosi się obecnie już coraz szerzej. Oczywiście idea gier sieciowych zdominowała, myślę, przestrzeń gamingową i jest dużą częścią obecnego przemysłu. Oczywiście nie tylko w grach strategicznych, pewnie w dużo większym zakresie w obszarze jakichś tam strzelanek i innych tego typu. Już nie śledzę, mam ogólne pojęcie. I ta idea przenosi się, proszę państwa, szerzej na społeczność internetową, na serwisy społecznościowe, na tę sieć 2.0, 3.0 czy jak to jest teraz nazywane, gdzie treści przez użytkowników są nie tylko odbierane, lecz także przenoszone, dyskutowane, komentowane, oceniane. I znów ta społeczność ludzi jednak w dużej mierze aspołecznych tworzy dosyć ciekawe, czasem wręcz surrealistyczne...
Dosłownie przed chwilą, w momencie, kiedy nagrywam państwu te słowa, otóż Monika Jaruzelska, córka znanego skądinąd generała z Rafałem Ziemkiewiczem, a więc nieraz już przeze mnie wspominanym i na pewno państwu znanym autorem raczej prawicowym, choć ostatnio z Telewizji Polskiej za niepochlebne słowa względem popularnej opcji politycznej wyrzuconym, czy też niezapraszanym, jak on mówi. I tych dwoje ludzi dyskutuje na temat cenzury, ale cenzury serwisu YouTube, a więc takiej właśnie sieci społecznościowej przez społeczność ścierających się ze sobą jednostek, osobowości i bytów wirtualnych tworzonej. Spotkali się ponownie, ponieważ jak się okazało, pierwsza rozmowa Jaruzelskiej z Ziemkiewiczem z tego internetu zniknęła. Jaruzelska od tej haniebnej decyzji YouTube'a się odwoływała. Potem uznano jej odwołanie, bo właściwie nie ma jasnej przyczyny usuwania Ziemkiewicza z YouTube'a ani nie było jasne, kto tę decyzję podjął i na jakiej podstawie. Więc przywrócono, a później znowu skasowano. I teraz zrobili drugą rozmowę. Zobaczymy, co z tą drugą rozmową się stanie. To, co natomiast jest szczególnie dla mnie istotne w tym usuwaniu Ziemkiewicza z Jaruzelską z YouTube'a, pomijając fakt, że Monika Jaruzelska jest moim zdaniem jedną z bardziej kulturalnych osób tworzących na YouTubie, a i rozmowa z Rafałem Ziemkiewiczem też była chyba jedną z bardziej stonowanych rozmów, zarówno Jaruzelskiej, jak i Ziemkiewicza. I z pewnością w karierze YouTube'owej Moniki Jaruzelskiej są postacie dużo bardziej agresywne, kontrowersyjne i godne tego, żeby je z przestrzeni medialnej usuwać.
Nie powiem, o kogo mi chodzi, bo się pewnie połowa słuchaczy obrazi. Ale to, co może z perspektywy fantastyczno-naukowej, powiedzmy futurologicznej, jest najciekawsze to to że w przeciwieństwie do tej PRL-owskiej, kojarzonej jak najbardziej z jaruzelską rodziną, cenzury, tamta cenzura była jednak jasna. Był cenzor, miał biuro. O tym zresztą też Ziemkiewicz mówi. Był konkretny człowiek w konkretnym miejscu, z którym można było podjąć dialog. Teraz natomiast decyzję o usuwaniu czy też demonetyzacji, bo to już się dzieje z tym nowym materiałem, podejmuje bliżej niesprecyzowany kolektyw firmy Google, właściciela YouTube'a. Powiem państwu szczerze, że z jakichś tam powierzchownych orientacji, informacji nie wiem i chyba autorka też nie wie, kto ostatecznie tę decyzję podjął. Są co najmniej trzy możliwości. Jedna jest taka, najbardziej spiskowa, że jakiś jeden człowiek, ewentualnie wąska grupa osób zadecydowała i tylko się tym całym algorytmem zasłania, a tak naprawdę zdecydowano, że Ziemkiewicza nie będzie. Czemu go nie będzie?
Czemu akurat jego nie będzie, skoro inne wywiady są dookoła? Chyba dlatego, że Ziemkiewicz nie jest aż tak skrajny, że można go łatwo przekreślić. Wydaje mi się, że w przeciwieństwie nawet do Wojciecha Cejrowskiego, u którego akurat Jaruzelskiego nie było, ale to jaskrawy przykład, to Cejrowski dużo głupot ostatnio nagadał moim zdaniem i wypowiada się często niemądrze. Natomiast Ziemkiewicz takich ewidentnych głupot, moim zdaniem, zbyt wielu na koncie nie ma. Więc to jest pierwsza opcja, że jakaś osoba lub grupa osób tak zadecydowała. Druga opcja, która też jest popularna, że to algorytm, że tam nikt rozsądny tej decyzji nie podjął. Algorytm pod wpływem jakichś bodźców, ocen, kodu, analizy wypowiedzi taką decyzję podjął. To jest opcja druga. Później człowiek przywrócił materiał, ale niestety algorytm wygrał. Tu już mamy oznaki tej sztucznej inteligencji, która przejmuje władzę nad światem.
Kolejna opcja jest taka, że to jednak wpływy społeczności, że ileś tam tych skarg, zażaleń na Ziemkiewicza wpłynęło i na skutek algorytmu wygrywa demokracja. To jest opcja trzecia i szczerze mówiąc nie wiem, która z tych opcji jest gorsza. Państwo pewnie czekacie na jakąś puentę, a ja szczerze mówiąc w tym momencie straciłem wątek i zupełnie nie mam pojęcia, jak właściwie cały ten wywód powinienem zakończyć, czy też jaką przewietną myślą tutaj państwa uraczyć. Zacytuję może mój stary wierszyk, który pierwotnie był na temat wybrania dopiero co prezydenta Obamy w Stanach Zjednoczonych, a kończył się on takim oto czterowierszem: „Tu zakończę, nim pomylę wątki niepojęte. Poczekajmy dłuższą chwilę. Świat dopisze puentę.”
[01:22:09] - I tak oto od „Diuny” przeszliśmy do cenzury w internecie i do smutnej konstatacji, że w dzisiejszych czasach wystarczy nazywać się Rafał Ziemkiewicz, żeby tak po prostu dostać bana na YouTube. Mam nadzieję, że żadnego z naszych nazwisk to samo nie czeka w dającej się przewidzieć przyszłości. Przeszłości nie da się przewidzieć, przyszłość już nadeszła. Miejmy nadzieję, ja przynajmniej mam taką nadzieję, że za nazywanie się Tomasz Fąs, Marek Sęk "Ivellios", Wiktor Żwikiewicz albo Marek Żelkowski nie będą automatycznie wymierzane bany i demonetyzowane materiały na YouTube. To był Tomasz Fąs przed chwilą dla nas w Radiu Paranormalium. Ja jeszcze tylko przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Można cały czas do nas dzwonić na nasze numery telefonów stacjonarne 32 746 00 08, komórkowy 530 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata.
A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji, a dzisiaj także, a może przede wszystkim do „Diuny” Franka Herberta na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Jeszcze w kwestii banów. Tutaj Katorg42 napisał: „Giereś często mówi, że go niedługo zbanują. Nie mogę się doczekać.” Nie żeby coś, ale ja też raczej bym za nim nie tęsknił.
[01:24:28] - To teraz ja. Krótki przegląd tego, co się pojawiało na czacie, bo troszeczkę go dzisiaj zaniedbaliśmy. Tu Wojciech Terlecki przypomina to, o czym mówił, że rzeczywiście premiera nowego filmu „Diuna” przesunięta na październik 2021 roku. Ja tylko wspomnę, że jeszcze były dwa miniseriale dotyczące „Diuny”. O nich chyba nie mówiłem. Katorg42 pisze o tym, że była jeszcze „Diuna” w reżyserii Jodorowskiego, która nigdy nie weszła do kin. Nie znam, ale wierzę na słowo. Piotr XXX pisze, że „Diuna” to dobry film. Ktoś tu niżej, niech to znajdę, pisze, że ten film to porażka. Tylko właśnie nie mogę tego znaleźć.
W każdym razie, jeśli mówimy o filmie Lyncha, to Lynch ma to do siebie, że jedni kochają jego poetykę, drudzy nienawidzą. W związku z tym rzeczywiście oceny filmu Davida Lyncha pewno takie będą, że jedni będą zachwyceni pewną plastycznością tego filmu, pewnymi takimi odjazdami.
[01:25:43] - Inni niekoniecznie. Jest jeszcze coś takiego, pisze Kator42, że problem z „Diuną” jest taki, że to nie jest sci-fi. Bliżej do fantasy niż do typowego sci-fi. Trochę tak, rzeczywiście ta poetyka jest taka, ale z drugiej strony dekoracje, które tam są. Proszę sobie przypomnieć, dlaczego w tym świecie wolą używać melanżu, czyli tej przyprawy, niż korzystać z maszyn. A bo to można znaleźć w całym tym cyklu diunowskim, że kiedyś ludzkość toczyła z myślącymi maszynami, tam nie pada słowo „sztuczna inteligencja”, ale z jakimiś robotycznymi organizmami długą wojnę i się trochę do myślących maszyn zniechęciła. Stąd to parcie i unikanie maszyn. To zresztą jest wątek, który się pojawia w wielu powieściach z tamtego czasu, że jest ten czas, kiedy pojawiają się myślące maszyny, a później ludzkość w toku wojny eliminuje. Były też oczywiście wersje, że to maszyny eliminują ludzi. To oczywista sprawa.
Jak jest z tą fantastycznością? Jednak elementy sci-fi tam się zdecydowanie pojawiają, ale nie chcę rozstrzygać. Rzeczywiście można „Diunę” spokojnie czytać jako powieść parafantasy i też będzie dobrze. Ciekawą uwagę, z którą się zgadzam, pisze Kator42, że szkalowanie Tolkiena i innych przez mainstream ma w sobie sporo ze snobizmu. Ja się zgadzam w każdym razie. Cóż jeszcze? Jack: „Moje ulubione to "Zew Cthulhu", jeśli chodzi o książki Lovecrafta, 'Stalowy szczur', 'Bill, bohater galaktyki' Harry Harrisona, Stephena Kinga 'Lśnienie'”. Też lubię, przyznaję, jak najbardziej. Melvin Frohike: „Phantom Press to klasyk”. Tak, oni wydawali książki w sposób brawurowy jak na tamte czasy, a one dzisiaj pewno troszeczkę by śmieszyły, bo tam pełno jakiegoś złotka albo jakichś sreberek, jakieś wcięcia, wycięcia, zabawy z okładką.
Ale w gruncie rzeczy na tamte czasy to były książki wydane przez Phantom Press, które robiły wrażenie. Znam nawet człowieka, który specjalnie dla piękna tych książek kupił je. Nigdy w życiu nie przeczytał, ale książki na półce są. Już za samo to go podziwiam w pewnym sensie, bo jednak trzeba mieć jakieś umiłowanie piękna albo tendencję do tego, żeby lubić obcować z czymś pięknym, żeby coś takiego-
[01:28:53] - To jest normalne.
[01:28:55] - W tamtym wydaniu to pół metra książek było.
[01:28:58] - Ale ja się w ten sam sposób żeniłem przecież.
[01:29:01] - Rozumiem. „Diuna” film wszedł w 1984 roku — pisze Jack — a reżyser to znany z dziwnych filmów David Lynch, którego uwielbiam. Właśnie. Jedni uwielbiają, inni niekoniecznie, bo Melvin Frohike pisze, że film to porażka jakaś. Proszę, jak różne zdania. A ja sam nie wiem, jak ta żaba w rozkroku, bo może jako film bym jakoś go zaakceptował, ale jak sobie pomyślałem, że to „Diuna”, to może już niekoniecznie, bo jakoś tak mi słabo do tej poetyki diunowskiej pasował. Katarzyna Stefańczyk: „Niestety, ale jest nudna jak flaki z olejem. Sztuki, żywność i monotonia. Może na tamte czasy mogła podniecać. Mnie nie ruszyła”.
Teraz co jeszcze? „To już gruszki na wierzbie. Hehe lepsza akcja, bardziej wartka”. Właśnie, mamy cały czas motyw tego, czy akcja jest, a w każdej książce akcja jest najważniejsza. Ja się z tym nie do końca zgadzam, aczkolwiek przyjmuję, że to może być wyróżnik książki, którą czytamy albo którą odrzucamy. Ale weźmy pod uwagę, że nie musi być to jedyny wyznacznik, że książka jest porywająca i wciągająca, bo ona może wciągać po prostu czymś innym.
[01:30:32] - Marek, to jest bardzo podobne do wędkowania. Są ludzie tacy, którzy po prostu jeśli ryba nie bierze, to nie będą łowić. Bardzo sensownie zresztą. Natomiast większość wędkarzy może spokojnie siedzieć cały dzień i moszczyć haczyk, a ryba może nie brać i są dalej bardzo szczęśliwi.
[01:30:57] - To ja rozumiem, że taki podział jest, ale wiesz, moja zaczynająca się paranoja polega na tym, że ja Katarzynie Stefańczyk właściwie przyznałbym rację. Przy całej swojej fascynacji „Diuną”, to jak czytam ten wpis, że jest nudna jak flaki z olejem i monotonna i że wtedy mogła podniecać, ale nie ruszyła naszej słuchaczki, to właściwie nie mogę powiedzieć, że nie.
[01:31:35] - Ale Marek Stanisław Lem taką powieść „Głos Pana” napisał nie po to, żeby podniecać jakąkolwiek panią, tylko po to, żeby trafiać do mózgu.
[01:31:52] - Ale przyznasz, że to jest nudne jak flaki z olejem.
[01:31:56] - Jest fascynujące.
[01:32:00] - Nie przy tej książce, z kolei przy „Golemie” miałem kolegę, który traktował to jak środek nasenny. Dwie strony przeczytał, spał jak dziecko.
[01:32:08] - Ja też tak samo.
[01:32:10] - Powiem ci tak: „Głos Pana” jak się przeczyta, jak się człowiek zmusi, dobre słowo zmusi, to ma poczucie, jak już przeczyta, przemyśli, że obcował z czymś, co w nim zostanie na dłuższy czas.
[01:32:29] - Marek, to jest kwestia pewnych tego. Ja się nigdy nie musiałem do tego typu powieści zmuszać. One mnie porywają. Jestem zachwycony akcją, która tam się dzieje, bo tam akcja jest nieprawdopodobna.
[01:32:47] - Okej. Wierzę ci. Ja tam akcji nie dostrzegam za wielkiej, ale w porządku. Jeszcze powiem tak: przyznając rację, że ta książka bywa nudna jak flaki z olejem, mogę się częściowo z tym zgodzić. Zauważcie państwo, że obraz, który jest nakreślony w książce, obraz pewnej społeczności, pewnego sposobu życia, pewnego świata wreszcie, to jest obraz, który zostaje w głowie i jest fascynujący. Fakt, ja chyba od tego zacząłem audycję, że to nie jest powieść, w której się dużo dzieje. Przypominam o tym, co proponowałem, czyli o opisie w 10 zdaniach, bo myślę, że żeby opisać to, co się dzieje tak ogólnie bardzo w „Diunie”, to nawet 10 zdań nie trzeba. Jakby je dobrze przemyśleć, to myślę, że spokojnie można się zmieścić w mniejszej ilości. Rzeczywiście nasza słuchaczka ma rację. Jeżeli ktoś szuka takiej ekscytacji polegającej na wartko buszującej akcji, to nie jest „Diuna”.
Zdecydowanie nie jest „Diuna.”
[01:34:05] - Jeżeli, Marku, ktoś chce przeżyć miłość i żeby tą miłość przeżyć włącza sobie film porno, to po prostu bardzo proszę.
[01:34:15] - Nie, Wiktorze. Z szacunkiem do różnych punktów widzenia, bo uważam, że jedni i drudzy ludzie mają rację. Ja tylko zawsze proszę o to: szanujmy się nawzajem. Są ludzie, którzy chcą akcji i akcja ich interesuje. Okej. Nie mówię tego z poczuciem wyższości. Ja wcale nie uważam, że ci, co szukają głębokich wartości i tak dalej w książce, to są ci lepsi. Nie, nie tak. Ja tylko alergicznie reaguję, jak jedni na drugich naparzają. Ci jedni mówią: „To są głupki, które szukają tylko akcji.” A ci drudzy mówią: „Tak, oczywiście, wy tylko tamtej akcji szukacie, a tu trzeba głębi szukać w literaturze.” Jedno i drugie stanowisko ma tak naprawdę na celu zdyskredytowanie tych drugich, a ja się z tym nie zgadzam.
[01:35:11] - Tak, ale Marku, tak się w kulturze porobiło, że my mamy pretensje. Zwróć uwagę, jeżeli idziemy do restauracji, każdy zamawia to, co lubi i nikt się nie dziwi temu, że ktoś lubi coś innego niż ja. Bo on to lubi. A w literaturze, w filmie i tak dalej my musimy koniecznie komentować gusta innego.
[01:35:41] - Ja apeluję, żebyśmy tego nie robili. Nie obrażajmy się nawzajem, nie obrażajmy naszych adwersarzy, że oni mają gorszy gust, bo coś lubią, a my mamy lepszy, bo lubimy coś lepszego. Tak to nie funkcjonuje, a moim zdaniem tak to nie powinno funkcjonować. Ciekawe wpisy. KrakHak: „Kiedyś na YouTube była wersja trzygodzinna »Diuny« Lyncha. Całkiem inny film.” Ciekawe. Robert Romański: „Cykl »Diuny« z 15 razy przeczytałem. Za każdym razem odbiór miałem inny. To jest właśnie geniusz Franka Herberta. David Lynch był na żywo kiedyś u Grażyny Torbickiej w „Kocham kino”, puścili wtedy »Zagubione autostrady«, film cudo.
Na kasetę VHS nagrywałem.” Znowu są rzeczy, które potrafią jednych fascynują, drugich z kolei odrzucają. Tak bym to sobie gdzieś podsumował. Wiktorze, a powiedz mi jeszcze, jeśli mówimy o książce Herberta. Mówiliśmy o kilku wątkach, o tym takim wątku przejmowania władzy, odejścia na pustynię, wątku mistycznym, wątku ekologicznym czy też takim planetarnym budowaniu świata. Ale jakbyś tak miał wskazać jedną rzecz, która ci imponuje, fascynuje i tak dalej w twórczości Herberta, znaczy w „Diunie” Herberta, to co by to było? Który z tych elementów, które tak pracowicie gdzieś tutaj wymieniamy, to który to by był?
[01:37:31] - Odpowiem jak panienka.
[01:37:33] - O mój Boże!
[01:37:34] - Najbardziej fascynowały mnie czerwie.
[01:37:38] - No to rozwiń ten temat, proszę.
[01:37:41] - Duże, długie, bardzo sprężyste. Można je ujeżdżać.
[01:37:50] - Ja nie wiem. O czym byśmy nie zaczęli rozmawiać, to Wiktor zawsze sprowadzi to do jednego tematu. Ja już czasami podziwiam jego kreatywność. Ale o czymś to świadczy. Zastanawiam się o czym. Dobrze, skoro już powiedziałeś o tych czerwiach, to też jest taki element, jeśli się zerknie do filmu Lyncha, ja sobie to też inaczej troszeczkę wyobrażałem, niż to sobie wyobraził Lynch. I też nie mówię tego po to, żeby zdyskredytować Lyncha, tylko jak różna jest nasza wyobraźnia. Ja na podstawie opisów Franka Herberta widziałem to zupełnie inaczej. Te fragmenty, w których lud w pustyni, Fremeni uczą jeździć ich proroka na czerwiach. Fajny jest.
Ja to sobie próbowałem wyobrazić. Z drugiej strony pewna tajemniczość otacza przecież te stwory. One są wykorzystywane do tworzenia wody życia i tak dalej. Co więcej, Fremeni mają takie małe sztuki, na których uczą się obsługi, złe słowo, obsługi czerwi. Uczą się jeździć na tych czerwiach udomowionych, malutkich, po to, żeby później dosiadać tych wielkich. Powiem ci tak, jeszcze z takich rzeczy, które z kolei mnie tam fascynowały, to są te oddziały specjalne Imperium, właściwie Imperatora. Ci saurdarkarzy, którzy są takimi wojownikami, gwardią specjalną, którą jednak miejscowi Fremeni po prostu rozwalają jak chcą, czasami przy dużych stratach, ale jednak radzą sobie z nimi. Ja po prostu staram się pokazać, dużo w tej chwili jak karabin maszynowy nadaję, ale chodzi mi o to, że Frank Herbert może nie stworzył porywającego dzieła, jeśli chodzi o akcję, ale jeśli chodzi o budowę świata, to, co bardzo często autorom z dziedziny SF-u, a czasami fantasy sprawia trudności i powstają światy dosyć sztampowe, to u Herberta sztampowe nie jest. Jest tak, jak Wiktor powiedział, zapożyczone. To z całą pewnością.
Gdzieś tam mocno autor zapatrzony był w ziemską kulturę określonego miejsca. Ale jednak całość tej książki, złożenie tych spisków pałacowych, pewnego sposobu postępowania oraz życia na pustyni, cała otoczka książki tworzy jednak obraz, chciałoby się powiedzieć, ja chcę powiedzieć pełny, soczysty. To dlatego ja co jakiś czas tutaj wyskakuję do mikrofonu i mówię: „Pamiętacie państwo o tych czerwiach, o tym melanżu, o tych statkach kosmicznych?” Bo tego tam jest cała masa. Jak sobie człowiek zacznie przypominać, ile Herbert w tę książkę wstawił pomysłów, to ja naprawdę nie dziwię się, że zgarnął i Nebulę i Hugo.
[01:41:15] - Mam do ciebie pytanie: czy wyobrażasz sobie, że gdyby nie „Diuna”, czy mógłby powstać film „G wojny Gwiezdne”?
[01:41:26] - Wiesz co, nie podejmuję się odpowiedzi. Ja się za słabo znam na filmach. Moim zdaniem jest to tak odległe od siebie.
[01:41:35] - To są strasznie podobne wątki. W „Wojnach Gwiezdnych” też się wychodzi, praktycznie biorąc z pustyni. Ktoś, kto, Lucas, kiedy-
[01:41:52] - Kiedy zaczynał, tak.
[01:41:54] - Zaczynał, musiał czytać „Diunę” i przeżywać po prostu, bo to jest właśnie taki bumerang.
[01:42:04] - W epizodzie tym, który zaczynał, który się nazywał wcześniej „Gwiezdne Wojny”, a później został „Nową Nadzieją”. Rzeczywiście sporo się na pustyni dzieje, między innymi roboty na pustyni lądują. Ale to wątek zabawowy oczywiście, bo nie o to chodzi, ale coś w tym jest, co powiedziałeś. Teraz mi to uświadomiłeś. Ja się zastanawiam, bo taka poetyka przemiany to właściwie w każdej dobrej powieści się pojawia. Tu mamy bohatera, który się przemienia z panicza, który był wychowywany na dworze, na skutek swoich działań, właściwie nie swoich działań, w każdym razie nie tylko swoich działań, staje się prorokiem pewnego ludu, ma zdolności wieszcze. On zyskuje pewne moce, następuje przemiana. Co więcej, pewne sprawy toczą się tak, jak się powinny toczyć. Znowu motyw tej greckiej tragedii, czyli sprawiedliwość zostaje wymierzona do pewnego stopnia oczywiście. Podobnie w „Gwiezdnych Wojnach”, ale zastanawiam się, czy to nie jest jednak ścieżka, która nas prowadzi na manowce.
Ja nie widzę tego połączenia, powiem ci szczerze z „Gwiezdnymi Wojnami”, aczkolwiek rację możesz mieć, że twórca mógł się zaczytywać w tej książce. Bo to, co jest siłą, powtórzę to po raz enty dzisiaj, to jest spójność tego świata. I myślę, że kiedy „Gwiezdne Wojny” powstawały i też chodziło o to, żeby stworzyć w miarę spójny obraz Imperium walczącego z resztkami Republiki, to też chodziło o stworzenie obrazu, który będzie spójny, który się nie będzie rozłaził w szwach. Zdarzają się niestety takie filmy, w których- Właściwie nie wiadomo, o co chodzi, a tak zwane tło narracji chwilami się rozpada. Tu nie. Tu tak nie ma. Ani w „Gwiezdnych wojnach”... Chociaż niestety powstała trzecia trylogia i mi się zaczęło wszystko rozłazić. Mój Boże!
[01:44:29] - Dobrze, ale tak na marginesie może, to ja bym zwrócił uwagę naszych braci słuchaczy, że w Polsce jest pisarz, który bardzo podobnie klimatyczne rzeczy pisze jak Frank Herbert właśnie. Marek Huberath. Jego wyobrażenia, jego obrazy światów, które tworzy, są tak samo wielowarstwowe, zwarte, fascynująco nieprawdopodobnie niezwykłe. Tylko że o wiele bardziej nowoczesne, o wiele bardziej, jak by to jeden czytelników powiedział, o wiele bardziej współczesne niż to, co Frank Herbert zrobił w ubiegłym wieku. Marek Huberath ma wyobraźnię też fascynującą.
[01:45:36] - Ja do dzisiaj pamiętam takie dwie książki Marka Huberatha: „Gniazdo światów” oraz książka, która wiem, że na nas obu zrobiła, czytaliśmy ją w podobnym czasie. Zawsze się na tym tytule wieszam. „Watran Aurajo”. To jest powieść absolutnie fascynująca. Wkraczamy w świat, który jest zarysowany w sposób pełny. To dokładnie, dobrze, że tę analogię znalazłeś. Dostajemy taki obraz świata. Ja się nawet próbowałem z nim nie zgadzać, z tym, co zostało napisane w tej powieści. To jest właściwie jakaś bliżej nieokreślona, niegościnna planeta. Mała społeczność, która musi się rozmnażać.
Więcej nie będę opowiadał, bo opowiadanie powieści to nie jest szczytne zajęcie. Raczej namawiam do przeczytania. Marek Huberath, „Watran Aurajo”. Świetna powieść. Tak, ale rzeczywiście ta zbieżność w rysowaniu światów to jest coś, na co rzeczywiście należy zwrócić uwagę. A tu mam jeszcze uwagę. Dzięki za nią, bo nie wiedziałem. Miałem rzeczywiście problem. Melvin Frohike. Czyta się Frohike.
To postać z serialu „Z Archiwum X”. „Panowie, czekałem na tę audycję. Napisałbym więcej, ale potwornie mnie boli głowa, więc kładę się, posłucham. Dzięki, że nadajecie.” Frohike. Zapamiętam. Melvin Frohike. „Niedługo prześlę opowiadanie. Pozdrawiam całe Paranormalium.” To czekamy. ABW czeka. W każdym razie jeszcze jest dla ciebie od pani Katarzyny Stefańczyk: „O, nieładnie, panie Wiktorze.” Czuj się, Wiktorze, tak, jak się powinieneś czuć.
[01:47:59] - Żebym wiedział, co nieładnie.
[01:48:01] - A ty już dokładnie wiesz co. Marek Tomasik: „A zauważył ktoś, że pomimo kolonizacji galaktyki nie ma tam kosmitów, a przynajmniej czegoś nawiązującego do nich?” Tak, to prawda. Świetna uwaga. Rzeczywiście o tym nie powiedzieliśmy. Rzeczywiście nie. „Diuna” jest całkowicie... Są ludzie, którzy troszkę się różnią między sobą, bo tam warunki planetarne. Jesteśmy bardzo mocno do przodu, bo tych wieków, nie wiem, dwudzieste któreś stulecie jest. Nie stulecie, bo tysiąclecie. Dwudzieste któreś tysiąclecie, więc rzeczywiście sporo upłynęło czasu.
Ale rzeczywiście w „Diunie” nie ma obcych.
[01:48:49] - Ale chciałbym ci powiedzieć, że dlatego ta książka jest bardzo współczesna. Od czasu napisania „Diuny” jakoś obcych nie ma we wszechświecie. Latamy, słuchamy, nasłuchujemy.
[01:49:07] - Jesteś pewien, że to od czasów „Diuny”? Że ona to spowodowała?
[01:49:11] - Nie, po prostu w ogóle ich nie ma. I tutaj Frank Herbert-
[01:49:15] - Ja pozostanę przy swoim zdaniu
[01:49:17] - ... jest wyśmienitym prorokiem.
[01:49:21] - Tą metodą można proroka zrobić z każdego. Wystarczy, że coś tam... Ja cały czas podziwiam, ten wpis już cytowałem, ale Roberta Romańskiego, który przeczytał cykl „Diuny” 15 razy. To ci powiem, jest co czytać. Jak ja nie bez przesady mówiłem, że to wydanie w Fantom Press to naprawdę pół metra na półce zajmowało spokojnie. A tomiszcza takie, że ho, ho! Przynajmniej niektóre. Niektóre były cieńsze, ale niektóre to naprawdę przeczytać bez złamania grzbietu to był duży wyczyn. Duży wyczyn. W każdym razie...
O, coś jeszcze się pojawiło. Marek Tomasik: „Być może dlatego poszedł tą drogą.” Nie wiem. Zastanawiam się, czy tego pytania nie należy odwrócić, a właściwie problemu nie należy nieco odwrócić. Może po prostu Franka Herberta to niespecjalnie interesowało. Może ci, co mówili, że ta powieść to nie do końca sci-fi, mieli rację. Może to jest jednak powieść zupełnie o czymś innym. I na ten wątek chciałbym zwrócić uwagę, bo my jesteśmy troszeczkę rozpuszczeni. Takie mam wrażenie. Ja sam jestem rozpuszczony, żeby nie było tak, że tylko pokazuję na innych. Literaturą gatunkową.
To znaczy my mówimy: „Fantastyka to dobre, ale to, co nie fantastyka, to złe”. Albo ktoś lubi kryminały, to czyta tylko kryminały. Może nie tylko, ale zakłada, że to jest jądro literatury. Inni lubią fantasy i nie czytają nic innego i tak dalej. Nie mówię, że to jest zjawisko powszechne, ale obserwowalne. To znaczy takie, z którym się stykam. Młodzi ludzie, może nawet podkreślę: bardzo młodzi ludzie, dzisiaj przypominają mi, chociaż ku mojej radości czytają. Od tego zacznijmy, że to jest wielki szacun, ale czytają bardzo często w sposób dla mnie dziwny. Czyli czytam to, a tego nie czytam, w ogóle nic poza tym. Wymieńmy.
Czytam fantasy, bo tylko to się nadaje do czytania. Wszystko, co nie jest fantasy, czytał, czytała nie będę. Zastanawiam się, czy jestem za, czy może przeciw, bo z jednej strony fajnie, że czyta, a tylko powiem tak: dobra fantasy nie jest zła. To jest dopiero truizm, ale dobra fantasy ma to do siebie, że trzeba znowu, jak z tą cebulą, zdejmować warstwy i właściwie dobre fantasy nadaje się do rozkodowywania. Dlatego lubię książki Ursuli Le Guin. Różnie to wymawiają. Dajcie państwo spokój. Ja mam w ogóle tendencję do przekręcania nazwisk, a z Ursulą to już w ogóle bywa różnie.
[01:52:43] - Wyobraź sobie, jakby Ursula Le Guin wymawiała twoje nazwisko. Żelkowski .
[01:52:52] - W ogóle nie ma takiej opcji. Ale chodzi też o to, że w internecie trafiłem na to, że w samym internecie nie mieli pewności, jak to właściwie do końca należy wymawiać. Były dosyć uczone wywody, że to tak, a później były równie uczone, że to może jednak inaczej. Ja się po prostu nie podejmuję. Jak ktoś chce uświadomić mi czy wyrwać mnie z moich bajań na temat tego, jak to należy wymawiać, to ja bardzo chętnie zasięgnę nauki. Ale wracając do wątku. Dlatego tak chętnie czytam Ursulę, bo tam jest co rozkodowywać. Dlatego tak chętnie sięgam jednak po wspomnianego dzisiaj Tolkiena. Bo poza tym, że tam się dla jednych dzieje zbyt mało albo zbyt powoli, albo jakieś grafomańskie wierszyki się pojawiają. To cytat był, proszę państwa.
To jednak książkę Tolkiena można rozkodowywać przez długi czas. Im się więcej wie, tym się więcej wykodowuje stamtąd. I to nie jest tak, że się tworzy jakieś interpretacje dzikie, o których Tolkien nigdy nie myślał. Tolkien był jednak człowiekiem z literaturą, tu cudzysłów, bardzo mocno obeznanym, człowiekiem, który siedział w literaturze. Literatura to był jego żywioł i nie tylko literatura. W związku z tym on chyba jednak wiedział, co pisze, a nawet bardzo wiedział, co pisze. I dlatego ta książka, jedna, druga, trzecia jest fascynująca, bo da się zejść w głąb. Poza akcją, jak to sobie oni z tą drużyną pomykają w kierunku Mordoru, to tam się da wyciągnąć jeszcze naprawdę dużo fajnych rzeczy. Podobnie jest u Ursuli. Ale jest też taka fantasy, która co prawda czasami produkuje po 15 tomów w jakiejś sadze, ale tam czasami nic nie ma, poza tym, że się dużo dzieje.
To ja nie wiem, czy nie szkoda czasu. Ale znowu będę pierwszy, który będzie bronił tych wszystkich, którzy mówią: „A ja to lubię”. I uważam, że bardzo dobrze. Chodzi o to, że realizujmy się w swoich upodobaniach. Jeden lubi to, drugi lubi tamto. Nie negujmy tego nawzajem, bo to mnie w jakiś sposób jednak zniesmacza.
[01:55:25] - Wiesz, teraz mi się skojarzyło, że jak mówimy o pisarzach, że był kiedyś taki pisarz. Ogólnie przyjęte, że science fiction. Tylko że jak się czytało jego opowiadania, to właściwie z wielkim bólem można było znaleźć tam opowiadanie czysto science fiction. A jednak wszyscy to czytali. Ballard.
[01:55:53] - Tak, Ballard.
[01:55:54] - Tak, ale to nie jest science fiction. Większość jego opowiadań to są dziwne, poetyckie jakieś albo dziwne jakieś . Przepraszam.
[01:56:05] - Mamy telefon.
[01:56:08] - I mamy kolejnego słuchacza telefonicznego. Halo, halo, Radio Paranormalium. Czy się słyszymy?
[01:56:14] - Tak. Dzień dobry. Właściwie dobry wieczór. Ja mam takie pytanie, ponieważ Film, nie wiem, czy pamiętacie, zawsze był taki śmiechowy. Sting brał udział w tym filmie i te niebieskie oczy i w ogóle opinie na temat „Diuny” były dość niepochlebne. Pytanie, jakie jest wasze zdanie na ten temat?
[01:56:45] - Przepraszam, kto do nas się dodzwonił?
[01:56:49] - Bardzo miło, Piotr Kalwasiński. Piszę na czacie jako MisioK.
[01:56:56] - Witamy. Już mówię o filmie. Ja już częściowo o tym powiedziałem. To znaczy mnie się film podobał jako film, ale nie jako „Diuna”. Wiem, że to jest wykrętna odpowiedź. Ja nie kupuję wersji Lyncha jako tej „Diuny”, którą chciałbym zobaczyć. Ale film jak film. Czemu nie? Wiktorze.
[01:57:21] - Ja tak samo. Po prostu to nie była „Diuna” dla mnie. Natomiast Lynch robił swoje rzeczy, a bawił się na własny koszt. Zresztą toby się nie podobały, to, co oni tam ujeżdżali jako Lyncha. On miał taką technologię, takie techniki, takie skojarzenia. Jeszcze nie było takich animacji, które można dzisiaj robić, więc zrobił to, co zrobił.
[01:57:49] - Tak jest.
[01:57:51] - Słuchajcie, to następne pytanie: czy nie uważacie, że „Diuna” była protoplastą takich super seriali, które ciągle się ciągnęły? I to jest coś, co dzisiaj oglądamy na Netflixie czy w innych miejscach. To był taki przepis na to, jak to robić, jak tworzyć takie sagi, jak budować tę narrację, jak budować tę historię i tak dalej. Czy to, o czym chyba Tomasz wspomniał na temat RTS-ów. Ja pamiętam jako dzieciak grałem w RTS-a, tego „Dune'a II” i to było jakby oni wytworzyli tę pierwszą czy wykreowali to podejście do gier. Tak samo wykreowali pewne podejście do seriali, takich tasiemców i tak dalej. I tyle. Może z tej strony patrzmy na to, nie?
[01:58:51] - Ja nie do końca jestem pewien, czy to Frank Herbert wykreował modę na tasiemce, bo w literaturze wątek takiej historii bez końca już świetnie propagował kilkadziesiąt lat wcześniej Burroughs. Ten jego cykl marsjański, który rozpoczyna się „Księżniczką Marsa”, ciągnie się na naście tomów. Później jest cykl wenusjański, on jest krótszy. Później jest „Pellucidar”, czyli to wnętrze Ziemi, to kolejny wątek, który też się ciągnie. W dodatku on próbował te cykle powieściowe splatać ze sobą, bo nie zapomnijmy, u Burroughsa mamy jeszcze Tarzana. On się też pojawia w „Pellucidarze”, gdzieś tam w którejś części to jest zmieszane. W związku z czym dopiero mamy tasiemca, który się właściwie nie kończy. Ale „Diuna” kto wie, być może przyczyniła się też do tego. A być może to jest zupełnie inne zjawisko. W każdym razie literatura, przynajmniej ta rozrywkowa, ma w ogóle taką tendencję, że jak coś dobrze idzie, a tu Herbertowi całkiem nieźle ta powieść poszła, skoro dwie nagrody zgarnął i to tak na początek.
W ogóle z tego, co pamiętam, to ta książka na całym świecie ukazała się w nakładzie kilkudziesięciu milionów egzemplarzy. 20, 30, nie pamiętam. W każdym razie, jak się takie wejście ma, to później nic dziwnego, że się dopisuje kolejne tomy. Myślę, że Burroughs z kolei może nie kierował się aż tylko i wyłącznie popularnością swoich książek. Chociaż ta oczywiście była, ale też pewną potrzebą opowiadania. Burroughs był takim zwierzchnikiem typowo literackim, on po prostu miał potrzebę opowiadania kolejnych, kolejnych i kolejnych historii. Być może też stąd to się bierze. Nie wiem. Trudno mi to rozstrzygnąć. Niemniej zjawisko, o którym nasz słuchacz wspomniał, czyli takiej nieustannej kontynuacji, to jest właściwie w tej chwili pewien znak naszej kultury popularnej.
Rzeczywiście wspomniany Netflix czy wcześniej już to HBO robiło, ale Netflix to doprowadził do poziomu takiego hard zupełnie, gdzie rozpoczyna się 10 seriali, z których później kontynuowane są dwa, a człowiek, który oglądał te pozostałe osiem, niestety zostaje z ręką w nocniku, bo bardzo często wątki w tych serialach nie są w ogóle porozwiązywane. Może to jest właściwie pewna zachęta do własnego układania historii. Można sobie dany serial zakończyć po swojemu, ale to chyba nie wszystkim daje wielką satysfakcję.
[02:01:45] - Słuchajcie, mam ostatnie pytanie do pana Wiktora, ponieważ pan jest bardzo surowy w swoich ocenach, bo słucham bardzo długo. Co pan myśli w ogóle o tej narracji, która się tam pojawiła, panie Wiktorze?
[02:02:06] - Narracji w czym?
[02:02:07] - W „Diunie”.
[02:02:09] - W „Diunie” nie. To jest coś takiego, że mi się to straszliwie podoba. Podoba mi się ta nuda. Na czym to polega? Naprawdę nie zawsze. Ja się wychowałem na Karolu Mayu, Winnetou i pach, pach, pach i strzały leciały.
[02:02:41] - I dla odreagowania później Prustam czytałem.
[02:02:44] - I tego tak. Potem oczywiście czytałem naprawdę najspokojniejsze książki. Natomiast to wszystko zależy od sytuacji. Dobrze napisana książka sensacyjna, dobry kryminał, gdzie jest brawurowe tempo tej akcji, potrafi być świetną książką. Ale świetną książką może być również coś, co nam daje coś do myślenia. Że my właściwie myślimy sami, a to, co w książce jest, to niewiele nam, że tak powiem, tylko jak ten prąd rzeki, o którym wspomniałem, nas niesie, pomaga nam pływać. Także to wszystko jest bardzo różnie. Ja nie jestem surowy. Jedna rzecz: nieważne co, ważne zrób to dobrze. Dobry romans potrafi być świetną powieścią.
Dobry kryminał również. Nie wiem, czy książka psychologiczna, że tak powiem, to już wolę psychiatrę.
[02:04:01] - Ja mówię, że clou twojej wypowiedzi to było to, że uwielbiasz nudę, która jest u Herberta.
[02:04:10] - Ale też pan Wiktor powiedział, że najważniejsze jest: róbmy to dobrze i tyle. Nudźmy się dobrze.
[02:04:19] - Tak jest. Nudźmy się dobrze.
[02:04:22] - Super panowie, ja będę kończył. Bardzo dziękuję, macie świetną audycję. Jestem niezwykle wdzięczny, że to robicie. I tyle. Słuchajmy i cieszmy się tym, co robimy. Dobrej nocy.
[02:04:34] - Bardzo dziękujemy. Dobrej nocy. A ja na chwilę do czata. Do usłyszenia. Bo też go zaniedbałem znowu. Jack pisze do ciebie, Wiktorze: „UFO istnieje, a wiedza prawdziwa o nich jest ukrywana przez rządzących.” To tak à propos tego, co mówię.
[02:04:55] - Przez tego, przez jakich rządzących? Kto teraz w Indiach rządzi?
[02:05:01] - A dlaczego w Indiach?
[02:05:03] - Ten rządzący.
[02:05:05] - Ja nie wiem kto, gdzie, co. Nie sprowadzajmy tego, bo ja się częściowo przychylam jednak do tego, co Jack napisał. Ale czytam dalej. Kator42: „To jest bardzo mądra myśl. Czytanie wyłącznie rzeczy, które się lubi, jest intelektualną kastracją.” Może nie ująłbym tego tak brutalnie, ale właściwie z wymową się zgadzam. KrakHak: „W "Diunie" jest wątek dżihadu. Ciekawe, jak go pokażą w nowej "Diunie" w dobie politycznej poprawności.” Też się nad tym zastanawiam. Tam nawet słowo „dżihad” pada w niektórych wydaniach. Dalej Kator. KrakHak: „Przetłumaczyli to ponoć jako krucjatę w tej nowej wersji.” Robert Romanowski: „A teraz dodajcie do tego, co napisał Brian Herbert z Kevinem Andersonem.
Domknęli cykl książką "Czerwiec Diuny". Dodali do uniwersum Diuny jeszcze z 12 ksiąg. Życie nie starczy na inne książki.” Trochę się boję. Ja niestety nie znam tej kontynuacji. Tu się bije w pierś i przyznaję, nie znam tej kontynuacji, ale ja się zawsze boję kontynuacji, szczególnie robionych przez innych. Tolkiena też próbowano kontynuować. Robił to jego krewny, ale ja nie jestem przekonany, czy to zawsze dobrze robi, ale nie wiem. Zobaczymy. To pewno wcześniej czy później będę miał okazję się z tym zetknąć. KrakHak: „Krucjata przeciwko maszynom.
Dżihad muaderiański, tu chyba używane wymiennie. Nie wiem, jak było w oryginale.” Wojciech Terlecki: „Po audycji wracam do słuchania audiobooka "Achai". Kolejna fajna, ale kontrowersyjna powieść, nawet bardzo kontrowersyjna. Sieumiarski przez jednych jest uwielbiany, a przez drugich nienawidzony za tę powieść. Zupełnie też nie rozumiem dlaczego. Kłamię. Rozumiem, dlaczego niektórzy go nienawidzą. Ja akurat lubię.” KrakHak: „Pamiętam "Diunę 2" na Amigę i zamiast uczyć się na maturę, się grało z kolegami.” Też mam coś podobnego. Co prawda nie w przypadku „Diuny”, ale też mam podobne grzechy na sumieniu. Robert Romanowski: „Na żywo jesteście...
” Coś dla nas, Wiktor. Lubimy komplementy, to ci przeczytam. „Na żywo jesteście, to się podliżę. Zawsze was słucham. Jesteście świetni, choć nie zawsze wiem, o czym mówicie.”
[02:07:47] - A myślisz, że my wiemy?
[02:07:49] - Ja się staram przynajmniej jakieś tam te kropeczki łączyć ze sobą i żeby się zgadzało. Dziękujemy, gładko łykniemy komplement. My zawsze gładko łykamy komplementy. Bardzo dziękujemy. Wiktorze, co by nie powiedzieć, to gdzieś my się już zbliżamy do końca dzisiejszej audycji. Nie odważyłbym się powiedzieć po tej audycji, że Frank Herbert wielkim pisarzem był. Raczej przychylam się do tego, o czym na blogu swoim napisał Wojtek Sedeńko, że to był pisarz, który Różne miał okresy w swoim życiu. Pisał lepiej, pisał gorzej, a "Diuna" jest po prostu perfekcyjnie zmieszanymi składnikami, z których powstało wspaniałe danie. Z tego rodzaju podejściem do "Diuny" zgadzam się. Myślę, że Wojciech Seda-Miko trafił w sedno.
[02:08:56] - Wiesz, był kiedyś taki polski mistrz olimpijski Jacek Wszoła, który raz w życiu skoczył.
[02:09:03] - Oj, nie tylko raz. Nie bądź taki-
[02:09:06] - Był drugi mistrz świata, Fortuna. Raz mu się udało. No i Frankowi Herbertowi naprawdę "Diuna" wyszła. To mu się udało napisać naprawdę dobrze.
[02:09:21] - À propos Wojciecha Fortuny. Ja tego nie słyszałem na żywo. Znam to z relacji, więc nie mogę wziąć odpowiedzialności, że to prawda. Ale podobno kiedy Wojciech Fortuna po tym swoim skoku w Sapporo 102-metrowym chyba udzielał wywiadu, ale udzielał go wspólnie z trenerem. I tam była taka rozmowa i tam w pewnym momencie trener mówi do Wojciecha Fortuny: "I pamiętaj Wojtuś, żebyś zawsze był skromny." "I nawzajem, panie trenerze." Czy to prawda? Nie wiem, ale brzmi pięknie jako anegdota jak najbardziej. W każdym bądź razie mam dużą słabość, muszę to powiedzieć. Mam dużą słabość do "Diuny". Ja jeszcze biorę zawsze pod uwagę taki element, że czasami lubimy te książki, które czytaliśmy w młodości. To jest ten sam mechanizm przeniesienia.
Jak już mówiliśmy dzisiaj o Prouście i o Magdalence. Kiedy jemy to ciasteczko, smak, zapach przenoszą nas do czasu dzieciństwa.
[02:10:28] - Nie, Magdalenka to jest ten michik dogadujący się z Jaruzelskim.
[02:10:32] - Nie, to jest ciasteczko Magdalenka u Marcela Prousta. I mamy tam te ciasteczka, które nas smakiem, zapachem, nastrojem, chwilą przenoszą do czasów dzieciństwa. I trochę tak jest z książkami. Książki, które czytało się w młodości, mają taką cudowną właściwość, że jak się do nich sięga, to człowiek na chwilę chociaż wraca do tamtych czasów.
[02:10:58] - Czyli to jest obserwacja tego, że jednak literatura jest pokoleniowa. Po prostu każde pokolenie ma swoją książkę, swoje odniesienie. Zobacz: Harry Potter, przedtem inni, zupełnie inne rzeczy. Dla moich dzieci Harry Potter to jest cały świat. Dla mnie to jest Bóg wie co. Ja w ogóle tego nie łapię. Po prostu w innym momencie czasy żeśmy się urodzili, w innym tego.
[02:11:30] - To ja jeszcze wrócę do czatu. Kator42: "Z elementów Diuny uwielbiam pomysł z mentatami będącymi żywymi komputerami i kobiecą masonerią Bene Gesserit." Tak, to rzeczywiście fajne elementy. Katarzyna Stefańczyk: "Daje nam do myślenia." Mi chyba nie. Okej, to nie musi być tak, że wszyscy musimy zachwycać się jednym i tym samym. Skoro nie, to nie. Kator42: "Jednym słowem Herbert miał tylko jeden przebłysk geniuszu w życiu i to była Diuna. Reszta była tylko przypisami do opus magnum. Casus Umberto Eco." Nie wiem, czy bym tak mocno sformułował tę tezę. Może aż tak źle nie było z Frankiem Herbertem, ale jednak ta "Diuna" to opus magnum wybija się. I tak jak powiedziałem, po dzisiejszej audycji też widać, że jedni to lubią bardzo, drudzy tego bardzo nie lubią.
Mam tu na myśli książkę.
[02:12:37] - Ale zobacz, niektórym się uda przynajmniej jedna. A myśmy mieli na przykład Kraszewskiego, któremu się właściwie nic nie udało do końca.
[02:12:51] - Ja cię proszę, kiedy pisał Kraszewski, to dwieście lat temu było, że tak sobie zażartuję. No prawie.
[02:12:59] - Ale ileż napisał!
[02:13:01] - Napisał, ale widzisz, w tej kronice rekordów Guinnessa jest.
[02:13:06] - No jest. To mu się udało.
[02:13:08] - Co prawda współcześni pisarze, przynajmniej niektórzy, zaczynają mu zagrażać. Ja nie wiem. Są tacy, którzy co miesiąc oddają książkę. To nie żart jest wcale. Więc w tym tempie to oni go przeskoczą i to kilka razy. No cóż, czy oni to piszą sami? Czy mają osiołków, którzy to piszą, a oni tylko redagują? Nie wiem tego. Nie wiem.
[02:13:32] - Lima też tak pisał, że miał swoich.
[02:13:35] - Kto?
[02:13:36] - Aleksander Lima.
[02:13:37] - No tak, ale to wiesz, to widać to rozpowszechnione było. Czy tak robił Kraszewski? Tego nie wiem. Ale rzeczywiście jest tak. Poza tym weźmy pod uwagę, że książki starzeją się. Niektóre się starzeją szybciej, niektóre się starzeją wolniej. Ja myślę, to jest moje prywatne zdanie, że Kraszewski się bardzo mocno zestarzał. Dla mnie się mocno zestarzał. Ja już słabo przełykam.
[02:14:05] - Widzisz, tak. Ale jako dziecko jeszcze go czytałem. Bardzo ciekawe to było. Tak samo jak, wiesz, kto dzisiaj czyta Marię Konopnicką? Kiedyś to się czytało.
[02:14:19] - A ja jeszcze o tych krasnoludkach czytałem.
[02:14:22] - Tak, my to czytaliśmy.
[02:14:23] - Nie, no proszę państwa, ja wiem, że poloniści bardzo często wmawiają nam, że jakaś literatura jest wiecznotrwała i na wieki już trwa. Jakoś takie mam sceptyczne zdanie na ten temat. Być może niektóre książki z naszych czasów, podobnie jak tragedie greckie, gdzieś tam w przyszłości będą analizowane i będą określały nasze czasy. Ale dalibóg, nie wiem, które to będą książki. Bo być może będzie tak, że te książki, które dzisiaj uważamy za arcydzieła i zachwycamy się nimi, przynajmniej w takim powszechnym odbiorze, przyznajemy im nagrody, a to Noble, a to jakieś inne wyróżnienia. One w ogóle nie będą przez te przyszłe pokolenia zauważane, a wyciągnięte zostaną jakieś takie książki, nie wiem, wydawane gdzieś własnym sumptem albo w mikronakładach, które gdzieś tam dotrwają do przyszłych czasów i będą w przyszłości mówili jacyś bardzo ważni, habilitowani profesorowie: „O, to jest dzieło! To jest dzieło i nikt go w tamtych czasach nie docenił. Nie widzieli rzeczy oczywistej, a ona tam była, tylko nie potrafili tego rozkodować.
[02:15:40] - Ale zobacz, ta doraźność. Temat chwili. Książka chwili, kiedy nagle jakiś tytuł strzela i tak trwa we wszystkich mass mediach, wszędzie lata, a potem cisza. Już amen na zawsze. Dam ci przykład.
[02:16:01] - A to zanim dasz mi przykład, to ja zadam pewne pytanie, bo jestem ciekawy. Pani Katarzyno — mówię do pani Katarzyny Stefanczyk — mówi pani, że pani nie daje „Diuna” do myślenia. Chętnie, bez żadnych podtekstów, poznałbym jakąś książkę, która panią zachwyciła albo dała sporo do myślenia. To byłaby dla mnie ważna informacja. Teraz kończ, Wiktorze.
[02:16:28] - Zobacz, mówiłem o takiej modzie doraźnej, chwilowej. „Pachnidło”. Kiedy padł ostatni raz tytuł takiej książki? Wszyscy zapomnieli.
[02:16:41] - No tak. Notabene kiedyś powiedziałeś, że to Francuz. Mnie się wydaje, że to Niemiec napisał, tylko się we Francji dzieje. Wiesz, tak mi się coś wydaje. Ale to nieistotne. Tak po prostu przypomniało się. Bo może dlatego, że to Niemiec pisał. Wiesz co? Mnie tam się to „Pachnidło” całkiem czytało. Miałem takie odruchy wymiotne chwilami, ale to nie świadczy o tym, jaka to literatura, tylko o tym, że ja mam-
[02:17:13] - To znaczy, że dobra, skoro działa.
[02:17:15] - No działała.
[02:17:16] - Działała. Miałeś odruchy. Znaczy się, że dobra.
[02:17:19] - Ale ten odruch nie był spowodowany poziomem literatury, tylko rzeczami opisywanymi. Bardziej o to mi chodzi. Czy kiedyś porozmawiamy o „Solaris”? Wiktorze, czy kiedyś porozmawiamy w „Bibliotekarium” o „Solaris”?
[02:17:43] - No chyba wypadałoby.
[02:17:45] - Myślisz, że wypadałoby? Dobra, kiedyś mówiliśmy już troszeczkę o Lemie. Może czas rzeczywiście na planetę Lem wybrać się po raz kolejny.
[02:17:56] - Jak żeśmy dotknęli „Diuny”, to uważam, że to są takie sztandarowe książki. Rzeczywiście „Diuna” była taką książką, właśnie „Solaris”. Nie tylko w Polsce, ale chyba na całym świecie ta książka ogromne wrażenie zrobiła. Nie przypadkiem Amerykańcy zrobili film taki sobie.
[02:18:24] - Niestety zrobili film.
[02:18:27] - Niestety zrobili.
[02:18:32] - No dobra, zrobili. Niestety zrobili. Powiem ci tak: to „Solaris” chyba dzisiaj nieprzypadkowo padło, bo jakieś winowactwo czuję. Coś jest w tym, że się to pojawiło. Jeszcze kilka cytatów z czatu. Krekhek: „Pozdrowienia dla prowadzących z Chełmna”. Czyli całkiem blisko. Dalej, że wypadałoby to „Solaris”. No wypadałoby. Ja przyznaję, bije się w pierś, że gdzieś tam, pewno nie od razu, ale zaplanujemy.
Albo Strugackich. O Strugackich porozmawiać. Tak, byli kiedyś popularni. Tylko się zastanawiam, przy Strugackich to jest pewien problem, bo oni tych książek, całkiem niezłych, stworzyli całkiem sporo. I to w bardzo różnych nastrojach te książki tworzyli. Bo mamy „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”.
[02:19:39] - Jakiż sobie!
[02:19:40] - Tak, ale mamy. Jest ono w specyficznej poetyce. Wiem, że wtedy, kiedy czytałem bardzo poważną, fantastyczną fantastykę, to jak przeczytałem ten „Poniedziałek, który się zaczyna w sobotę”, to nie wiedziałem, co z tym zrobić. Po prostu nie wiedziałem, jak do tego podejść. Ale mamy Strugackich książki zupełnie inne w nastroju, bardzo na poważnie napisane.
[02:20:05] - Ja byłem zafascynowany akurat w moim okresie „Trudno być bogiem” po prostu.
[02:20:10] - „Trudno być bogiem”.
[02:20:11] - Jaka to była wspaniała książka.
[02:20:12] - Bardzo fajny pomysł. Ale dobrze. Pomyślimy. Tę propozycję warto zapamiętać. Czyli mamy Lema „Solaris”, mamy Strugackich. No cóż. Ponieważ tutaj Wojciech Terlecki pisze, że „Koncert życzeń”, no to „Obóz świętych”. Ano właśnie. Pamiętasz? W fascynujący sposób o książce „Obóz świętych” opowiadał Lech Jęczmyk w Mierkach.
Tak, to było w Mierkach na Sedeńkonie. Tam ta książka zyskała dla mnie nowy wymiar, więc też pewno trzeba będzie po tę książkę sięgnąć. Chociaż ten odcinek może miłościwie nam panujący YouTube zdjąć w trybie przyspieszonym. Na szczęście będzie go można ściągnąć ze strony Radia Paranormalium, więc będzie wszystko w porządku. Ciekawe te propozycje są. No to cóż, chyba czas już kończyć, Wiktorze, prawda?
[02:21:24] - Trzeba kończyć, żeby zbierać siły na to, żeby zacząć znowu.
[02:21:31] - Tak, zacząć znowu. A proszę państwa, za dwa tygodnie mamy setną audycję. Chciałoby się powiedzieć, jak ten czas leci, ale nie mogę tego powiedzieć z czystym sumieniem, bo ja już tak naprawdę, ja pierdzielę, to cztery lata tak się co dwa tygodnie spotykamy i gadamy, mniej lub bardziej mądrze, niestety.
[02:21:55] - To chyba jeszcze nie będą cztery lata. W jakim miesiącu „Bibliotekarium” wystartowało?
[02:22:04] - W styczniu będą cztery lata. W styczniu ruszyliśmy, około 10., więc to będą cztery lata w styczniu. Marek oraz Ivellios może jakoś to przewidzieli.
[02:22:17] - 13 stycznia 2017 roku.
[02:22:21] - Czyli cały '17, cały '18, cały '19. No i mocny kawałek '20. Ale będziemy dwie uroczystości, Wiktor, obchodzić. Wiem, że się nie dopuszczasz.
[02:22:31] - Ja myślę tylko o jednym. Jeśli ktoś mi z tej okazji zaśpiewa „100 lat”, to będzie chamstwo, bo tak krótko to ja nie mam zamiaru żyć.
[02:22:40] - Rozumiem. Czujcie się państwo ostrzeżeni. A ja chciałem tylko powiedzieć, że będą dwie okazje do obchodzenia święta, bo teraz będziemy mieli za dwa tygodnie setną audycję, a w styczniu cztery lata.
[02:22:54] - O!
[02:22:54] - Tak! Jak świętować, to jak najbardziej i jak najwięcej. Zapraszamy państwa na tę setną.
[02:23:00] - Będą dwie okazje do sowitego, że tak powiem, eliminowania wirusa z organizmu.
[02:23:10] - Tak jest, jak najbardziej. Mamy dla państwa pewną propozycję. Ona oczywiście będzie powieszona na stronie Radia Paranormalium, ale powiem o niej już teraz. Jeżeli państwo zechcecie, to zapraszamy do telefonowania do przyszłej audycji w szczególny sposób. Prosimy o telefony o książkach ważnych w czyimś życiu.
[02:23:37] - Ale nie wszystkich, tylko jednej.
[02:23:39] - Jednej najważniejszej.
[02:23:42] - Która trafiła nas w szczękę po prostu.
[02:23:45] - Tak. Zapraszamy, bo to będzie ciekawy eksperyment na setną audycję. Chcielibyśmy poznać państwa gusty. Może to też nam w jakiś sposób ułatwi dobór lektur w „Bibliotekarium”, więc zapraszamy. Dzwońcie państwo na całego. Jak będziecie państwo dużo dzwonić, to skończymy audycję tak, jak kiedyś odgrażaliśmy, o 4.00 rano. Ale to dużo telefonów będzie musiało być. Wiktora stąd wywiozą albo trzeba będzie jakiś transport medyczny zamówić, jak skończymy o 4.00 rano.
[02:24:15] - Tak, bo się rozsypię.
[02:24:16] - Tak. W każdym razie zapraszamy jeszcze raz. Za dwa tygodnie zrobimy sobie taką audycję przeglądową. Będzie też niespodzianka. Będziemy też mówić o pewnych książkach, ale to o jakich, to tajemnica na razie. Za dwa tygodnie ujawnimy. Jeszcze raz prosimy o telefony. Oczywiście zapraszamy za tydzień. Za tydzień „ABW”. Opowiadania.
Mniej nowych opowiadań, sporo natomiast opowiadań, takie dokończenie sprzed wakacji. Laureaci konkursu Rubieży rzeczywistości. Tomy właściwie coraz bliżej. Skończyliśmy z Wiktorem sesję poprawkową, a teraz będziemy przystępować do redakcji oraz do zawierania umów. To jeśli chodzi o kuchnię antologii. No cóż, proszę państwa, zapraszamy za tydzień na „ABW” i za dwa tygodnie na setne wydanie „Bibliotekarium”.
[02:25:20] - Ja jeszcze tylko powiem, że niektóre z tych książek, bo ja też taką małą listę przygotowałem, mogą się panowie zapoznać. Niektóre z tych książek słuchacze Radia Paranormalium prawdopodobnie będą znać, bowiem wśród tej listy, właściwie ta lista w większości składa się, moja lista składa się z tych książek, które prezentowane były bądź to w całości, bądź we fragmencie na antenie.
[02:25:50] - Ano tak, bo się właśnie Ivellios wygadał. To już teraz powiedzmy do końca, że część z tych książek, o których będziemy mówić w przyszłym tygodniu, to będą książki wybrane przez naszego cichego bohatera. Cichego dlatego, że mówi najmniej z nas wszystkich, czyli książki, które w jakiś sposób poruszyły Marka Ivelliosa, więc o tych książkach też porozmawiamy. Ja jeszcze tylko zerknę w tej chwili na czat, bo się sporo tutaj pojawiło. Dalej. „Koncert życzeń”. „Obóz” to było. Że to byłoby wybornie. Dalej widzę „Łaskę świata” Bransona można też omówić, bo to jedna z pierwszych dystopii. Redox, Kot z Cheshire.
To sobie darujemy. Błędy młodości, powiedzmy. Co tu jest jeszcze na czacie? PW: ostrożnie, żeby z audycją nie stało się to, co z trójkową listą przebojów. Wow! Wszystko jest możliwe.
[02:27:02] - Moja książka jest lepsza niż twoja.
[02:27:05] - Tak jest. Mojsza jest lepsza niż twojsza. Michnio Cake: a ja myślałem, że pan Wiktor dopiero o czwartej je kolację. Tak, ale zanim się zje kolację, to trzeba zrobić drzemkę poobiedną, a ta drzemka wypada gdzieś koło dwunastej w nocy, więc to tak mniej więcej wygląda.
[02:27:26] - Jeszcze w życiu nie spałem o dwunastej w nocy, Marku.
[02:27:32] - Ale drzemka poobiednia. Dostałem to, o co prosiłem. Katarzyna Stefańczyk: „Siłaczka”. A tak poważnie, to z tym „daje do myślenia” odnosiło się do wypowiedzi Wiktora. Aha. Co? Przepraszam. „Siłaczka”. Powiem tak: nie mam jakichś złych wspomnień związanych z „Siłaczką”, ale czy bym chciał to czytać jeszcze raz, to nie wiem. Warto, wypada znać.
Jezu, wchodzę w wątki wypada albo nie wypada. Ja znam. Nie żałuję, ale drugi raz po to chyba nie sięgnę.
[02:28:12] - Po co „Siłaczka”, jak mamy panią Kradzieję?
[02:28:15] - Gdzie?
[02:28:16] - Nie mamy?
[02:28:17] - Nie mamy. To mieliśmy kiedyś. To ty nic nie wiesz. Już kilka lat nie mamy. Nie przejmuj się. Drzemka coraz bliżej, bo dwunasta się zbliża, tak że spokojnie. Proszę państwa, w tym nieco radosnym nastroju, bo się już cieszymy na tą setną audycję z państwem, zapraszamy jeszcze raz do telefonowania. Chętnie poznamy te państwa typy. A teraz już dziękujemy serdecznie. Dziękujemy za towarzystwo, dziękujemy za fajne wpisy, za telefony.
Wszystkiego dobrego dla wszystkich. Fajnych lektur. Tym, co piszą, wyłącznie weny i dobrych pomysłów. Zapraszamy za tydzień na ABW i za dwa tygodnie na setną audycję. Dobranoc państwu.
[02:29:03] - A mówili te słowa do państwa, jak zawsze, gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję, jak zawsze, technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium Paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie w ABW już za tydzień. I w tym specjalnym, normalnym jeszcze „Bibliotekarium” na żywo już za dwa tygodnie, a będzie specjalne, bowiem tak jak mówił Marek, będzie to setny odcinek, setne wydanie najlepszej audycji literackiej w polskim internecie nadawanej na najbardziej paranormalnym radiu. Więc do usłyszenia ponownie już za tydzień z taśmy i na żywo już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.