[00:37] - Piątek, piątek, weekendu początek, a najlepszy początek weekendu to oczywiście z Radiem Paranormalium i audycją Bibliotekarium. Dzisiejsze Bibliotekarium będzie troszkę pomieszane, bo częściowo na żywo, a częściowo z taśmy. Punktem wyjścia do dyskusji będzie nowa powieść Krystyny Śmigielskiej pod tytułem „Pokurcz”. O czym ta powieść tak właściwie jest i z czym się je? Cała fabuła. Tego za chwilę się już dowiemy oczywiście. Dzisiaj z racji tego, że część Bibliotekarium będzie wyemitowana z taśmy, będziemy przyjmować tylko komentarze tekstowe na czatach. Podam już kontakty. Oczywiście nasz numer do SMS-ów to 530 620 493. Gadu-Gadu 36 08 80 02.
Jesteśmy na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, który dzisiaj chyba zaliczył jakąś awarię, ale jakby coś, to tam też siedzimy. Na profilach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata. A także, jeżeli ktoś woli, to może także dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat dzisiejszej książki na naszym e-mailu radio@paranormalium.pl. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Halo, halo Bydgoszcz.
[02:25] - Halo, halo! Dobry wieczór. Właściwie dzień dobry wieczór. Pogoda nie wiem jak u państwa, ale w Bydgoszczy jest pogoda pod psem. Aż mi się tak z Leopoldem Staffem skojarzyło. „Deszcz jesienny. O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny. Dżdżu krople padają i tłuką w me okno. Jęk szklany, płacz szklany, a szyby w mgle mokną. I światła szarego blask sączy się senny.
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny”. Ja nie wiem, czy w moim wykonaniu pojawia się jakikolwiek nastrój, ale tak sobie musiałem powiedzieć. Bo mi się tak właśnie zrobiło. Ta pogoda za oknem jakaś taka jest paskudna.
[03:17] - Ale inspirująca, bo ja nagle odkryłem, że zrozumiałem, dlaczego się mówi pogoda pod psem. Bo to przecież tak jest jak pies podniesie nogę, nie?
[03:26] - Oj wiesz co, ja cię tu poezją atakuję i to w dodatku Leopolda Staffa, a ty mi takie rzeczy opowiadasz. No to ja nie wiem. Wiesz co, skup się dzisiaj. Dzisiaj mamy naprawdę super książkę. Do tego oczywiście dołączę swoją prywatną historię, bo ta historia musi być. Ona się gdzieś później jeszcze pojawi w naszej rozmowie, ale po prostu tak sobie westchnę teraz. Ciężkie jest życie redaktora. Niezwykle ciężkie, bo człowiek dostaje masę różnych maszynopisów. Jedne są lepsze, drugie są gorsze, jedne są w ogóle takie, że sobie trzeba dać spokój. Ale czasami się trafi coś takiego, że człowieka powala.
Taki maszynopis, właściwie teraz to się już nie mówi maszynopis, komputeropis, manuskrypt. Nie, to też nie manuskrypt, bo ręka w końcu nie brała w tym udziału. W każdym razie zapis powieści dostałem w pierwszej połowie tego roku i zacząłem czytać. Minęło trochę czasu, ale zacząłem czytać i normalnie dałem się zaczarować. Ta książka mnie po prostu porwała, bo to jest książka niezwykła i książka, która jakoś tak dotyka tylu emocji w człowieku, że człowiek czuje w jakiś sposób onieśmielony. Ale tym wszystkim, którzy w tej chwili pomyśleli sobie: „łe, tam książka, która dotyka emocji, pewno jakieś nudy”. No to śpieszę wyjaśnić, że książka, o której dzisiaj mówimy, czyli „Pokurcz” Krystyny Śmigielskiej to jest książka, którą ja nazywam książką totalną, bo ona z jednej strony dotyka takich nastrojów lirycznych, takich głęboko skrywanych na przykład marzeń, a z drugiej strony operuje tajemnicą, zagadką. Niezwykle. Urzekła mnie ta książka. Po prostu urzekła mnie ta książka.
[05:35] - Wiesz, my tutaj tak Marek, obnosząc tą naszą fantastykę, fantasy i inne horrory, zapominamy o tym, a przynajmniej chwilowo może nie myślimy o tym, że dobra literatura współczesna była i jest zawsze po prostu tak naprawdę literaturą sensacyjną. Zwykle to są zagadki. To jest intryga dynamiczna, to jest tajemnica. To jest tej tajemnicy rozwiązanie. Takie są wszystkie książki, łącznie z „Lalką” Prusa.
[06:17] - Coś ci przeczytam, bo ja to mogę tak gadać i tak mi nikt nie uwierzy, bo w końcu do pewnego stopnia jednak byłem redaktorem książki pani Krystyny Śmigielskiej. W związku z tym ja mogę być niewiarygodny. Zacytuję fragment bloga „Zabukowane” Agaty Fiedler. Może nie zrobię tego tak dobrze jak Ivellios, ale myślę, że będzie zrozumiałe. „Nadmorska miejscowość. Wrzesień. Dziewczyna i chłopak, a w tle zachodzące słońce. Czy to nie wymarzona sceneria dla historii miłosnej? Idealna! Aż chce się powiedzieć, że ocierająca się o kicz.
A jednak sięgając po najnowszą powieść Krystyny Śmigielskiej, nie spodziewajcie się taniego romansu. Nie spodziewajcie się książki, która dostarczy wprawdzie nieco rozrywki, za to szybko odejdzie w zapomnienie. „Pokurcz” to współczesna opowieść o miłości, ale nie bajka do poduszki. To historia sięgająca bardzo głęboko, prawdziwa do bólu i brutalna. To także historia o cierpieniu, o tym, jak naznacza i niszczy, jak człowieka, przed którym życie stoi otworem, przemienia w pokurcza. I o tym wreszcie, czy można uciec przed własnym przeznaczeniem. To bardzo frapująca opowieść, tajemnicza, mocna. Z pewnością warta lektury. Powróćmy jednak do nadmorskiej miejscowości wrześniową porą. Do dziewczyny i chłopaka.
Ona jest atrakcyjną młodą kelnerką i córką właściciela kawiarni. On szczupłym młodym mężczyzną, który zatrudnia się w tejże kawiarni. Szybko rodzi się między nimi uczucie początkowo oparte na fizycznej fascynacji, z czasem znacznie głębsze. Oboje mają jednak swoje sekrety, swoje ograniczenia. Olga żyje pod dyktando despotycznego ojca. Kacper skrywa tajemnice przeszłości. Chowa się pod gęstą brodą, pod maską, która wiele ukrywa, nawet tożsamość chłopaka. A jednak uczucie przebije się przez ten pancerz, doprowadzając do dramatycznych wydarzeń. Historię tej pary przeplata druga opowieść, rozgrywająca się w innym planie czasowym. Historia dwóch przyjaciół urodzonych i wychowanych w małej miejscowości, w środowisku, jak powiedzielibyśmy dzisiaj patologicznym, w którym alkohol i przemoc są na porządku dziennym, a dzieci, nawet bardzo małe, muszą walczyć o przetrwanie.
Chłopcy właściwie od urodzenia walczą o nie wspólnie. Idą razem przez życie i choć ich ścieżki z czasem zaczynają się coraz bardziej rozmijać, są ze sobą nierozerwalnie związani. Oczywiście w miarę postępu lektury czytelnik zaczyna łączyć obie historie. Widzi, jak się wzajemnie dopełniają, jak to, co było, determinuje teraźniejszość. Trzeba jednak podkreślić, że autorka dokonuje tego zabiegu bardzo umiejętnie, stopniowo odkrywając przeszłość, potęgując emocje, uczucie niepokoju i także zaskakując. Nic w tej opowieści nie jest takim, jakim się początkowo wydaje.” To tyle z bloga „Zabukowane” Agaty Fiedler. Cóż, czy to, co przeczytałem, nie jest intrygujące? Co powiesz?
[09:45] - Jest. Lepszej rekomendacji trudno szukać.
[09:52] - Będzie jeszcze jedna. Jeszcze mam jeden cytat przygotowany. Ale wiesz co? Ponieważ pojawiało się tu słowo maska, to poprosiłem Tomka Fąsa, który ma w naszej audycji stały felieton, żeby napisał coś o maskach. Teraz proponuję zupełnie na początku audycji, żebyśmy posłuchali, jak Tomek widzi problematykę nakładania masek. Marku, prosimy.
[10:27] - Maski, które nosimy. Proszę państwa, pojawiła się taka sugestia, aby w dzisiejszym felietonie nawiązać jakoś do tematu masek, do tematu rodzaju autokreacji, pewnego pozoranctwa. Pierwsze skojarzenie mam oczywiście z filmem „Maska” znakomitym. Film komiksowy bazujący na istniejących już zdaje się wcześniej seriach komiksowych. Oczywiście jest to jakaś tam amerykańska komedyjka, wiadomo, ale z pewnym polotem wydaje mi się. Dla mnie, wówczas młodego człowieka, było to jakoś inspirujące. „Zdjąć maski, zdjąć maski!” Tak wołał mroczny świat w powieści Stephena Kinga „Lśnienie”. Czy faktycznie możemy te maski zdjąć, proszę państwa? Jest to w ogóle temat, który gdzieś tam w literaturze, czasem w poezji, w jakiejś kabaretowej twórczości się pojawia. Na przykład gdzieś tam u Laskowika pamiętam, że z czasem nosimy tę maskę i coraz trudniej zrezygnować jest ci z maski.
Zakładanie masek, tutaj rozumianej być może jako konformizm, jako takie dopasowywanie się do standardów społecznych, do oczekiwanych postaw w danej grupie, że ono coś nam odbiera, że powinniśmy być sobą, a z masek rezygnować. Być sobą. Chryste Panie, ale cóż to oznacza? Co jeżeli puszczają wszystkie ograniczenia i nagle człowiek pozbawiony maski jest człowiekiem nieprzyjemnym, niekontaktowym, mało towarzyskim, agresywnym i przez to i dla innych niezbyt życzliwym, i z czasem również dla siebie w pewnym sensie nieprzyjemnym. Jak to powiedział bodaj Andrzej Sapkowski na jakimś spotkaniu, że proszę państwa, mnie samemu też ciężko ze sobą wytrzymać. Coś takiego mniej więcej powiedział. Tak mi się przynajmniej wydaje. Przytaczam z pamięci, przepraszam. W każdym razie Sapkowski, który gdzieś tam się kreuje trochę też na takiego Trudnego człowieka, ale też odrobinę autoironicznego. Przypomina mi się, proszę państwa, na przykład jeszcze zdanie, które pochodzi podobno z listów Kafki.
Przytaczam z pamięci za Herlingiem-Grudzińskim, a zdanie to brzmiało mniej więcej tak: „Gdybym stanął nawet przed tobą i płakał, to cóż więcej wiedziałbyś o mnie, niżli o piekle, które opisano ci jako gorące i straszne?”. Nieraz posługiwałem się taką metaforą, że każdy z nas jest bytem wielowymiarowym i tę wielowymiarowość, tę bryłę, tę czasoprzestrzeń wewnętrzną rzutujemy na płaszczyzny. Na płaszczyznę słów, na płaszczyznę niewerbalnej komunikacji, tego, jak wyglądamy, jak funkcjonujemy gdzieś życiowo. To są wszystko pewne płaszczyzny, pewne obrazy z różnych stron ukazujące nam coś przestrzennego, coś wirtualnego, co gdzieś tam tworzy nas samych. Bywa tak, proszę państwa, czasem, że te różne autokreacje, nasze własne wyobrażenia na nasz temat ograniczają percepcję, że one coś nam odbierają. Jest takie ciekawe doświadczenie, przez które jakiś czas temu przeszedłem. To jest kurs rysowania realistycznego Betty Edwards. Betty Edwards właśnie proponuje serię ćwiczeń, które wprowadzają do podstaw rysunku realistycznego. I to, co autorka udowadnia w swoim kursie, w swojej książce, w jakimś materiale wideo, który swego czasu był dostępny, pokazuje, że jeżeli człowiek zupełnie nieprzygotowany dostanie zadanie narysować twarz, to ten rysunek wychodzi źle nie dlatego, że nie ma umiejętności. Powód jest taki, że człowiek ma wyobrażenia na temat tego, co rysuje i na przykład rysując twarz wiemy, że tam musi być nos, tam muszą być usta, uszy, określony układ i przez to psujemy ten rysunek.
Natomiast sztuka rysowania realistycznego polega w pierwszej kolejności na odrzuceniu tych koncepcji, na tym, aby patrzeć na obiekt przed sobą, uwalniając się od koncepcji, od filtrów percepcyjnych. I w tym momencie kształt przed nami pojawia się jako układ kresek, układ linii, układ cieni. I to jest dokładnie to, co powinniśmy na rysunku odzwierciedlić. Inny rodzaj doświadczenia mi się przypomina, opowiadany przez kogoś, więc trudno mi tu podać źródło. Natomiast doświadczenia, które polegało na tym, że podano grupie osób potrawę, którą przedstawiono jako lody łososiowe. I te lody łososiowe oczywiście nikomu nie smakowały. Bo co to w ogóle za pomysł, żeby robić lody z ryby? Obrzydlistwo. Jakiś czas później tej samej albo innej grupie osób w końcu podano potrawę, którą przedstawiono jako mus łososiowy. I mus łososiowy to już jak najbardziej zdobył pewne uznanie wśród odbiorców, wśród smakoszy.
Niemniej była to dokładnie ta sama potrawa, tylko inaczej przedstawiona, na innych koncepcjach, do innych wyobrażeń się odwołano podając dokładnie tą samą potrawę i nagle okazuje się, że raz jest to obrzydlistwo, a innym razem rzecz całkiem smaczna. Dlatego to, do czego państwa zachęcam, to żeby doświadczając świata, w naszym konkretnym przypadku na przykład doświadczając właśnie literatury, dzieł sztuki, tekstu, żeby może trochę starać się te swoje filtry percepcyjne, te swoje koncepcje, może trochę dać im wolne. Bardziej możemy doświadczyć dzieła sztuki, kiedy przestaniemy zastanawiać się, czy nam się ono podoba, przestaniemy odwoływać się do jakichś naszych wyobrażeń na temat własnego gustu, na temat tego, jak powinien wyglądać tekst literacki, kiedy staniemy trochę fenomenologicznie przed obrazem. Na przykład Zdzisław Beksiński do tego bardzo często zachęca. Mówi, że o obrazach nie powinno się rozmawiać, nie powinno się pisać. Obrazy są do oglądania. Być może jest to, proszę państwa, ciekawy sposób. Ba, jak to zrobić? Oczywiście jest to zadanie na życie. Jest to rodzaj rozwoju poznawczego, sensorycznego, rozwoju duchowego być może i zadanie, które każdy jakoś sam musi po swojemu zrozumieć.
Przypomina mi się jeszcze à propos też tej autokreacji jeszcze jeden rodzaj doświadczenia. Tu gdzieś chyba w piśmie „Charaktery” na ten temat czytałem. Był to rodzaj eksperymentu psychologicznego, gdzie chciano pokazać z kolei, że nasze przejawy zewnętrzne mogą wpływać na nasze wyobrażenia o sobie. I tutaj grupie osób kazano przymierzać na przykład na zmianę stroje kąpielowe, które eksponowały ich fizyczność i stroje takie niespecjalne typu sweter. I osoby, które przymierzały te stroje kąpielowe miały podobno w testach dużo wyższe wyobrażenie, istotnie odnotowalnie wyższe wyobrażenie na temat swojej atrakcyjności. A jak ktoś przymierzał sweter, to czuł się siłą rzeczy nieatrakcyjny ogólnie. Tak to tym psychologom wyszło. Wiadomo, badania psychologiczne to nie jest wiedza ścisła, ale coś takiego badacze twierdzili i podobno udowodnili. Natomiast co ciekawe, udowodnili oni również, że każdorazowo osoba, która przymierzała sweter, lepiej radziła sobie z testem matematycznym.
[17:39] - Tak Wiktorze, to było spojrzenie na maski à la Thomas Szasz. A my wracamy do powieści „Pokórcz” Krystyny Śmigielskiej. Cóż, ja bym chciał, żeby tak troszeczkę wciągnąć naszych słuchaczy w tematykę. Chciałbym znowu odwołać się do fragmentu, tym razem fragmentu bloga „Trzba Czytać” Katarzyny Przysiężniak. „Krystyna Śmigielska obdarza nas całym wachlarzem uczuć i przeżyć. Pokazuje nie tylko trudy życia, z jakimi przychodzi się zmagać małym Zambrowi i Rawiczowi, ale także siłę ich przyjaźni czy sytuacje konfliktowe. To niezwykłe móc podglądać ich rozwój i to, kim się stali. Wszystkie te zmagania, przeciwności losu i trudy Są z czasem tak mocno opisane, że aż trzeba na chwilę się zatrzymać i przemyśleć to, jaki los potrafi być okrutny. Samobójstwo, poniżenie, walka, przetrwanie, wstyd, próba poradzenia sobie z żałobą, wybory naszych rodziców. Zarówno te, jak i jeszcze wiele często skomplikowanych czy trudnych elementów tworzą wspólnie tę historię poznaczoną bliznami i bólem.
O ludziach zwyczajnych i równocześnie fascynujących. Jest tu także miejsce na miłość i sporą dawkę erotyki. Erotyki opisanej jednak delikatnie, bez sztucznych zmiękczeń czy niepotrzebnych wulgaryzmów. Dobrze współgra zarówno z bohaterami, jak i pasuje do ich relacji. „Pokurcz” ma w sobie również intrygujący element zagadki i tajemnicy. Napięcie jest dawkowane w mistrzowski sposób i cały czas podczas czytania towarzyszy nam przedziwny niepokój. Martwimy się o tego przeraźliwego, chudego, tajemniczego młodego faceta, który pojawiając się znikąd, co chwilę ujawnia nam swoje kolejne oblicza w rozpoznających go ludziach, w umiejętnościach, w podejściu do pracy czy do kobiet. Zgłębiasz więc, drogi czytelniku, jego dzieje. Śledzisz każdy krok i zastanawiasz się, kim tak naprawdę jest dla świata. Astronatechniczna: „Książka napisana jest przystępnym językiem dostosowanym do mających w niej miejsce wydarzeń.
Fabuła skonstruowana jest bardzo fajnie, bo »Pokurcz« nie nudzi, za to wciąga i zastanawia, zmuszając nas do uważnego śledzenia poszczególnych linii czasowych. Szybko zdajemy sobie sprawę, że uroniwszy któreś ze zdarzeń możemy pominąć jakiś fakt, który później pokaże nam, dlaczego poszczególne postacie są teraz w tym konkretnym miejscu. Dialogi w punkt. Świat przedstawiony idealnie wpasowany w akcję.” Czy warto sięgnąć po „Pokurcza”? Tak, bo jest w nim melancholia, odrobina miłości i życie, ale to prawdziwe. Pozbawiony sztucznych ozdobników i fałszu. A czasem właśnie to prawdziwe życie jest tym, dzięki czemu możemy popatrzeć na siebie inaczej, docenić to, co mamy i zastanowić się, czy podjęte przez nas decyzje były tymi właściwymi. Los często stawia nam na drodze ludzi, którzy mogą zmienić naszą rzeczywistość, jeśli im na to pozwolimy. To tyle, Katarzyna Przysiężniak z bloga „Trza czytać”. I co?
[21:20] - Wiesz, nasi słuchacze muszą mi zawierzyć, bo ja mam dobrą pamięć do pewnych faktów. Otóż jeszcze miesiąc czy dwa miesiące temu nasz przyjaciel Marek Żelkowski nie znał tych tekstów, którymi się w tej chwili podpierał. Natomiast kiedy przedstawiał mi tę książkę, muszę wam powiedzieć, że dokładnie mówił słowo w słowo to samo, co te dwie recenzentki mówiły. Czyli coś w tym jest. To nie jest przypadkowo ani niewrażenie jednej osoby. To rzeczywiście w tej książce jest, że ona jest taka, jak w tych blogach panie piszą. I Marek zresztą też to samo mówił do mnie.
[22:27] - Wiktorze, mamy dzisiaj oczywiście nagrany na taśmie wywiad z panią Krystyną Śmigielską, ale zanim go odtworzymy, ja proponuję, żebyśmy naszych słuchaczy i siebie wprowadzili w odpowiedni nastrój. W taki nastrój myślę, że najlepiej wprowadzi nas fragment powieści pani Krystyny. Marku, prosimy.
[22:55] - „Pokurcz. Fragment pierwszy. Nauczyciel z dezaprobatą kręcił głową. Najwyraźniej nie był przyzwyczajony do takiego widoku. Krzywiąc się mimowolnie, podprowadził Kacpra do okna. Dłonią delikatnie uniósł jego brodę i zapytał: „To gdzie się uderzyłeś?”. Chłopak głośno przełykał ślinę. „No śmiało” — nauczyciel zachęcał go swoim cichym, łagodnym głosem. — „Gdzie niby miało się to stać?”. „A co się pan tak czepia?” — Kacper wyzywająco patrzył mu w oczy, demonstrując nonszalancję i lekceważenie, które bardziej niż zdziwiły, przeraziły niedoświadczonego pedagoga.
„Widzisz” — zaczął tłumaczyć mu najłagodniej, jak potrafił. — „Jesteś dzieckiem. Nie znaczy to jednak, że nie masz swoich praw”. „Znam swoje prawa, proszę pana” — przerwał mu uczeń. — „W kuchni w szafkę żem się walnął i tyle. Włodek widział, co nie? Powiedz panu” — krzyknął, odwracając twarz w stronę kolegi. „Dobrze, dobrze, nie trzeba” — nauczyciel nakazał Włodkowi pozostanie na miejscu. — „Podciągnij koszulkę” — poprosił Kacpra. Nieświadomie popełniony błąd zemścił się na nim błyskawicznie.
Chłopcu zabłysły oczy, jakby tylko czekał na chwilę, w której ten próbujący swoich sił w edukowaniu go młokos sam sobie podstawi nogę. „Jeszcze czego! A co, pan pedofil? Słyszeliście? Kazał mi się rozbierać, jakby na mojej gębie mało miał do oglądania” — zwrócił się do klasy. Trzeba będzie zawiadomić dyrektorkę, jakich to zboczeńców zatrudnia. Zaśmiał się krótko, nieprzyjemnie. Nauczyciel poczuł przechodzące po plecach ciarki. Stojący przed nim Kacper Rawicz z premedytacją kpił z niego, a widząc strach w jego oczach, wykrzywiał twarz, dając do zrozumienia pozostałym uczniom, że dobrze się bawi. Z zadowoleniem patrzył na swoich kolegów, którzy pokładli się na blaty stolików, waląc w nie otwartymi dłońmi, co dodatkowo miało podkreślić ich wesołość.
W całej klasie tylko mężczyźnie nie było do śmiechu. Pobita twarz świadczyła o trudnej sytuacji rodzinnej błotnego jedenastolatka. Wyraźne ślady uderzeń na policzku, zaczerwienione przekrwione oko, już zasklepiona rozcięta górna warga i duży, rozległy fioletowy siniec na bródzie wyglądały niczym charakteryzacja do mocnego horroru. „Kacper, tak wcale nie musi być.” Nauczyciel nadal próbował dotrzeć do jego świadomości. „Powiedz, kto to zrobił, a ja ci pomogę. Zawiadomię, kogo trzeba. Musisz tylko ze mną współpracować. To bardzo ważne. Są specjalne instytucje, ludzie. Oni wiedzą, jak należy w takich wypadkach postępować.” „Tylko spróbuj, skurwielu.
Tylko spróbuj!” Rawicz zacisnął dłonie w pięści z taką siłą, że palce mu momentalnie zbladły. „Samochód ci spalę, łeb kamieniem rozwalę. Spróbuj donieść, to zobaczysz” – krzyczał, patrząc w zdziwioną, przestraszoną twarz wychowawcy. – „Pomocnik cię znalazł.” Zwrócił się znów do klasy, która i tym razem nie zawiodła go, kwitując jego słowa głośnym śmiechem. „Może jeszcze do poprawczaka albo gorzej, do rodziny zastępczej mnie oddasz. Sobie pomagaj, nie mnie.” „Zaraz, zaraz.” Nauczyciel postanowił się nie poddawać. „Nikt nie ma prawa cię bić. Nikt. Rodzice również.” „Ty mnie na siłę nie uszczęśliwiaj, belfrażyno. Zainteresuj się innymi.
Włodka stara puszcza się na potęgę. Tym się zajmij. Ode mnie wara! Pozwolę się bić, komu chcę i guzik ci do tego.” Kacper splunął na podłogę i rozcierając ślinę podeszwą buta, spuścił wzrok. W klasie zapanowała cisza. Nauczyciel powoli zaczynał rozumieć swojego ucznia. „Z Włodkiem porozmawiam” – obiecał. – „Zastanów się. Nie musisz być skazany.” „Niech się pan o mnie nie martwi. Dam sobie radę.
Może kiedyś, jak będę już pełnoletni, sam wymierzę sprawiedliwość. Ale stary mój do tego nie doczeka. Zapije się do tej pory biedak na śmierć.” Znów gromki śmiech kolegów. „Nie chcę włóczyć się po obcych jak jakaś sierota. Tu jest mój dom i moja rodzina. Nie potrzebuję pomocy i na starego nie będę donosić, bo to mój ojciec. Pan by doniósł? Poleciałby pan na psiarnię i powiedział, że własny tatuś walnął pana w pysk? Niech mnie pan zostawi w spokoju. Tak będzie najlepiej.
Dla pana także. Nie dam się zabrać do żadnego bidula. Rozumie pan?” „Rozumiem.” „To dobrze. I to, że dzisiaj nie jestem przygotowany do lekcji, też pan rozumie?” „Rozumiem.” Nauczyciel potakująco kiwał głową, instynktownie wyczuwając, że odnoszący się do niego w bezczelny, wyzywający sposób Rawicz podważał jego autorytet. Niestety młody wychowawca nie potrafił zmienić nastawienia tego zbuntowanego chłopaka. Tym bardziej że nie znał on również prawdy. Nie wiedział, skąd wzięły się obrażenia na ciele Kacpra. Przyczyna pstrzących się na jego twarzy siniaków z całą pewnością nie spodobałaby się gorliwemu obrońcy praw małoletniego ucznia. Bracia Rawicze od kilku lat kradli i sprzedawali złom. Trzy dni temu doszło pomiędzy nimi do kłótni.
Dzieląc się swoim łupem, dwaj najstarsi z nich postanowili wykiwać Kacpra, dając mu jedynie połowę z przysługującej z podziału kwoty. Chłopak wpadł w szał. Nie patrząc na rozłożenie sił, na to, że bracia są mocniejsi i jest ich dwóch, rzucił się na nich z pięściami. „Nie podskakuj, gówniarzu, nie podskakuj.” – ostrzegali go. Kacper jednak nie zamierzał zrezygnować z wywalczenia całej należnej mu sumy. Pieniędzy nie dostał, a sińce na jego ciele przetrwały tydzień. Potem zaczęły mienić się wieloma kolorami. Powoli bladły, aż w końcu rozpłynęły się jak znikająca tęcza, nie zostawiając po sobie najmniejszego śladu. Obserwowała go. Związane sznurówkami buty przewiesił przez ramię.
Nogawki spodni podciągnął do samych kolan. Szedł wzdłuż brzegu morza, pozwalając falom rozbijać się o nieopalone gołe łydki. Kiedy tak wolno brodził w zimnej o tej porze roku wodzie, trudno było nawet zauważyć, że kuleje. Zatrzymał się. Stojąc w lekkim rozkroku, próbował ogarnąć wzrokiem rozciągający się przed nim widok. Zafascynowany, zahipnotyzowany powolnym ruchem niskich fal, tkwił w piasku zapadającym się pod ciężarem jego bosych stóp jak wyrzucony na brzeg rozbitek. Pomyślała: „Chciałabym tak dobrze znać tego człowieka, aby móc odgadnąć, w jaki sposób wykrzywia brodatą twarz w najbardziej intymnym momencie, w spazmie erotycznych uniesień. Wcześniej wiedzieć, kiedy oczy o bursztynowej, jasnej barwie ściemnieją Staną się nieprzeniknione, smutne. Każdego dnia widzieć wysuwające się spod władzy zużytej gumki kosmyki włosów unoszone wiatrem i tworzące wokół głowy krąg podobny do małej aureoli. Coś dziwnego, niespójnego było w tym mężczyźnie.
Oschły, kanciasty, a jednocześnie zagubiony, wrażliwy. Odwrócił się plecami do morza i powoli, powłócząc prawą nogą, pokonywał wąską w tym miejscu plażę. Bose stopy pozostawiły w mokrym piasku ciemne wgłębienia, jedne płytsze, drugie głębsze, jakby po lewej stronie było go znacznie więcej niż po prawej. Dotarł do deptaka, usiadł na niskim murku i starannie strzepywał z nóg przyczepiony do nich piasek. Ciemny, póki wilgotny, ale pod wpływem ciepła szybko zmieniający się w przeźroczyste kryształki. Pasożytnicze drobinki czerpiące energię z bladych łydek. Mężczyzna wyjął z kieszeni spodni skarpetki. Naciągał je na czyste już stopy. Potem wzuł zdjęte z ramienia buty. Sznurowanie wysokich cholewek zajęło mu zdecydowanie najwięcej czasu ze wszystkich czynności, jakie musiał wykonać, wracając na suchy ląd ze swojej morskiej wyprawy.
Gdy skończył, podniósł się, wyprostował i spojrzał na zegarek. Stała przed kawiarnią. Dłonie splotła na piersiach. Tych samych, które wczoraj tak skutecznie więziły jego wzrok. „Obiecałem być na czas, więc jestem” – powitanie takie uznał za najstosowniejsze. „Olga” – wyciągnęła rękę. Chciała sprawdzić, czy przy pierwszym dotyku poczuje ledwie zauważalny zalążek niepowtarzalnego uczucia. On jednak wyraźnie się zawahał. Wystawiony na tą swoistą próbę stał wystraszony, lekko zgarbiony. Czekała cierpliwie, aż wygra wewnętrzną walkę, pokona samego siebie.
W końcu ujął jej dłoń, mówiąc szybko, na jednym wydechu: „Kacper Rawicz”. „Ładnie” – pochwaliła. „Nie widzę w tym niczego ładnego” – powiedział. „Rawicz jak miasto?” – upewniał się Tomasz Zieleń. Starannie dobierał pracowników, wyznając zasadę, że tylko zgrany zespół zdolny jest do sprawnego, bezkonfliktowego wywiązywania się z obowiązków. „W rodzinie często trzeba dyskutować, forsować własne zdanie i głośno uświadamiać innym nasze potrzeby” – twierdził. – „Ale będąc razem musimy pamiętać, że nie tylko za siebie jesteśmy odpowiedzialni”. Polecony przez córkę młody człowiek zrobił na nim dobre wrażenie, chociaż z miejsca wyczuł jakiś dystans, ścianę, za którą tamten wyraźnie czuł się bezpieczniejszy, jakby pewniejszy swojej wartości. Zieleniowi spodobał się rozważny, spokojny wyraz zasłoniętej gęstą brodą twarzy. Wąskie usta sugerowały małomówność, a niskie czoło i starannie przyczesane, związane z tyłu gumką włosy świadczyły o zamiłowaniu do porządku.
Oczy osłaniały długie, gęste rzęsy. Duże, jasne tęczówki patrzyły na świat z niespotykaną u mężczyzn melancholią, smutkiem, co powodowało, że człowiek od razu był gotowy przytulić Rawicza do piersi i pocieszać, czy jest taka potrzeba, czy nie. Do reszty sylwetki kandydata na kelnera właściciel kawiarni nie miałby zastrzeżeń, gdyby nie ta noga. Potrzebował sprawnego, ruchliwego pracownika. Takiego, który szybko załatwi wszystkie zamówienia, bez trudu posprząta ze stołów, w razie potrzeby przestawi fotele i wykona podobne prace. Przyglądał się więc szczupłemu Kacprowi, zastanawiając się, jak najoględniej wypytać go o jego fizyczną wytrzymałość. „Szukam kelnera” – zaczął. „A ja pracy. Etat, ZUS, podatki. Wszystko legalnie, jak ustawa przewiduje.
Taki ze mnie uczciwy obywatel. Interesuje mnie równy rok stałego, udokumentowanego arbeitu, a potem grzecznie się ulotnię”. Zamilkł, czekając na ruch ze strony Zielenia. „Papiery” – powiedział rzeczowo, głośno przy tym wzdychając. Rawicz podał mu świadectwo ukończenia szkoły zawodowej i dowód osobisty. „Myślałem, że jesteś lepiej wykształcony” – stwierdził w końcu przyszły szef. „A co powinienem panu przedstawić, żebym mógł podawać gościom kawę lub piwo? Doktorat z filozofii do tego potrzebny? Wszystkiego nauczę się podczas pracy”. „No tak” – Zieleń przyznał mu rację.
– „Ale jak taki z ciebie cwaniak, to grajmy w otwarte karty. Podatek, ZUS zapłacę. Tylko tu cały dzień wszyscy jesteśmy w ruchu i czasem niestety uwijamy się jak w ukropie. Noga to jest prawdziwa przeszkoda. Kuśtykasz. Nie mogę dawać ci forów, kiedy inni zasuwają, rozumiesz? Kto nie może się wyrobić, psuje szyki całej załodze, bo tu wszyscy kelnerzy pracują jak najlepiej, wspólnie dbając o renomę kawiarni”. „Noga nie jest problemem. Różne rzeczy już z nią robiłem. Pracowałem nawet na wysokościach.
Proszę mnie sprawdzić. Sam szef zobaczy”. „Tu dużo Niemców. Umiesz trochę szwargotać?” „Umiem”. „Dwa tygodnie próby”. „A badania?” „Sanepid robi nam naloty co dwa miesiące. Byli niedawno, więc idź dziś do roboty, ale jutro rano zasuwasz do laboratorium. I dziewczyn mi tu nie podrywaj, panie Rawicz. Miłość i seks poza pracą”. Kacper patrzył na niego tymi smutnymi oczyma, które teraz jakby stały się jeszcze bardziej piwne.
Zieleniowi zrobiło się żal chłopaka, chociaż lekko niesprawna noga nie mogła być przeszkodą w stosunkach damsko-męskich. Papiery na razie zostaw, przejrzę je jeszcze. Olga! – zawołał w stronę uchylonych drzwi. Dziewczyna pojawiła się po chwili. Zajmij się naszym nowym kelnerem i miej go na oku – polecił. We wszystkie tajniki pracy wprowadzi cię Olga. O uczciwości chyba nie muszę ci mówić – zwrócił się do Kacpra, podając mu dłoń. – Witaj na pokładzie, panie Rawicz. Matką Włodka nauczyciel zajął się zaraz po pogrzebie jej męża i pocieszał nieutuloną w żalu wdowę przez wiele następnych miesięcy.
Któregoś dnia marca – Włodek do dzisiaj nie może sobie przypomnieć konkretnej daty związanej z tym wydarzeniem, bo ilekroć do niej dotrze i usilnie stara się zachować ją w pamięci, momentalnie ulatnia się ona z jego głowy. Ma to nawet naukową nazwę – objaśniał mu po nocach dzielący z nim pokój w akademiku niedoszły psycholog. Wyparcie. Włodkowi nazwa ta była obojętna, do niczego niepotrzebna. On nie chciał i chciał zapomnieć jednocześnie. Wystarczyło jednak, że przymknął oczy, a znów widział młodszą o dwa lata siostrę Matyldę, siedzącą na pierwszym stopniu schodów prowadzących do wejścia na ich klatkę schodową. Zgarbioną, wpatrzoną w rysowane ostropatem patykiem na brudnym piasku koślawe kółka. Przeszedł obok niej i już stawiał stopę na piątym stopniu, kiedy odezwała się cicho, spokojnie, tak jakby chodziło o coś nieważnego. Nie idź tam. Bo co?
Włodek zatrzymał się. Stojąc na piątym stopniu schodów, przyglądał się nachodzącym jedno na drugie kółkom, które Matylda rysowała coraz szybciej, przyciskając patyk tak mocno, aż w końcu nie wytrzymał napięcia i rozpadł się w jej małej, chudej dłoni. Nie idź tam – powtórzyła. Bo co? – znów zapytał, ale już wiedział. Słuchając jej rady, usiadł na piątym stopniu schodów i wraz z nią czekał. Po chwili jednak szturchnął Matyldę mocno w ramię. Pewna jesteś, że już nic nie da się zrobić? Chcesz, to wleź na górę i sam zobacz. Jest siny i zimny.
Długo na niego nie patrzyłam – przyznała się. Nie oddycha. Gdzie leży? Wisi w łazience. Otrzepała się jak pies tuż po wyjściu z wody. Siedzieli każde na swoim stopniu schodów. Kacper zjawił się po godzinie. Ojciec Włodka i Matyldy zrobił mu jedyny w swoim rodzaju prezent. Takiej frajdy nie mógłby sobie nawet wymarzyć. Uszczęśliwiony niecodzienną gratką Rawicz wbiegał na górę, przeskakując po dwa schodki.
Tak bardzo się bał, że ktoś wyprzędzi go w tym wyścigu. Udało się. Zwłoki wciąż wisiały nad wanną. Kacper mocno chwycił nieboszczyka za spodnie i huśtał nim dla zabawy. Powoli jednak zaczynał odczuwać powagę śmierci. Podekscytowany, z wypiekami na twarzy wrócił na klatkę schodową i najgłośniej, jak potrafił, krzyczał: ludzie, ludzie! Stary Zamber się powiesił! Policję trzeba wołać! Zanim jednak ktoś z dorosłych przybył mu z pomocą, wszedł do mieszkania i z kuchennego stołu zabrał dwie koperty. Jedna z nich zaadresowana była do matki Włodka.
Na drugiej nie było żadnego napisu. Po jej grubości za to łatwo można było się zorientować, że zawiera sporą gotówkę, którą potem Kacper dzielił się z osieroconym tego dnia Włodkiem. Fifty-fifty, bo to bądź co bądź był twój stary – tłumaczył mu Rawicz, rozkładając pieniądze na dwie równe kupki. To pewnie jego zaskorniaki na czarną godzinę. Zbierał biedak te marne stówki przez całe lata, a my puścimy je w try miga, co nie? Siedzieli prawie po ciemku, rozkrokiem na stercie desek pozostałych z małej komórki służącej dawniej sąsiadowi jako składzik na narzędzia. Spróchniałe, nigdy nieimpregnowane drewno nie było zdolne już samo ustać, a co dopiero dawać schronienie niepotrzebnym nikomu przedmiotom. Podobnie jak stary Maciej Zamber, komórka chyliła się ku upadkowi. Chyliła, aż któregoś dnia dała za wygraną i z niesłyszanym przez nikogo jękiem padła na ziemię. Kacper chciał również zajrzeć do drugiej koperty, ale w tej kwestii Włodek stanowczo zaprotestował.
Dawaj – namawiał go jeszcze. Może napisał tam, z kim twoja stara puszczała go kantem. To nasze rodzinne sprawy. Tobie nic do tego. Mówiąc to, Włodek złożył kopertę we czworo i włożył ją do małej kieszonki naszytej na wełniany sweter. A gdybym się ożenił z Matyldą? – zapytał Rawicz. Wtedy też byłbym rodziną? Jak się ożenisz, to pogadamy. Zamber był nieubłagany.
Ten ostatni list napisany ręką jego ojca Włodek nosi teraz w swoim skórzanym portfelu. Nie jako relikwię, lecz swoiste ostrzeżenie, bo teraz on już wie. Ojciec sam był sobie winien. Nie dopilnował najważniejszych spraw, dlatego musiał zapłacić najwyższą cenę, którą człowiek płaci za ślepotę. On, Włodek nigdy nie powtórzy jego błędu. Nie pozwoli zmarnować swojego mieszczącego się w dwóch lub trzech małych pokojach szczęścia. Gdy tylko je znajdzie, codziennie będzie strzegł jak oka w głowie ten swój najcenniejszy skarb.
[42:56] - I tyle. Pierwszy fragment „Pokurcza”. Jak, Wiktorze? Chyba już nastrój tej książki jest wyraźnie wyczuwalny. Zasłuchałeś się, widziałem.
[43:08] - Zasłuchałem się po prostu.
[43:09] - Pomimo że znasz książkę, to się zasłuchałeś.
[43:12] - Ta proza ma pewien rytm obyczajowy i to płynie. Ja jestem zresztą w ciężkiej rozterce, bo akurat nienawidzę tego typu tekstów analizować, mówić o nich i tak dalej. One są faktycznie do czytania.
[43:32] - I do przeżywania. Dobrze. To skoro tak, to ja jeszcze posłużę się cytatem, bo to są wyjątkowo dobrze napisane recenzje, czy też omówienia książek. Jeszcze raz wróćmy do bloga Zabuowane i do Agaty Fiedler. Cytuję: „Główny bohater ma dwoistą naturę, nosi maskę. Kim innym jest w środku, kim innym na zewnątrz, co pięknie ilustruje okładka książki wykorzystująca obraz Dariusza Mielińskiego. Wyobrażenie chłopaka na temat samego siebie jest też diametralnie inne od tego, jak postrzegają go inni. Dla siebie jest pokurczem, bezwartościowym, niemal kaleką, którego nic dobrego nie spotka. Dla Olgi zaś przystojniakiem, pociągającym chłopakiem z intrygującą osobowością. Pokurczem zatem chłopak uczynił siebie sam.
A może to cierpienie, przytłaczająca rzeczywistość uczyniły go takim? Czy dzięki miłości od pokurcza ucieknie? Chciałabym powiedzieć, że jest to możliwe, bo skoro dualizm jest istotą rzeczywistości człowieka, powinno spotkać i dobro, i zło. To już jednakże moja interpretacja powieści, na pewno nie jedyna możliwa. Książka bowiem, choć przynosi rozwiązanie fabularne, prowokuje czytelnika do własnych refleksji i to jest jej bodaj największa wartość”. Specjalnie wybrałem ten fragment, bo znowu ja się mogę pod tymi słowami podpisać. Rzeczywiście jest tak, że ta książka ma początek, środek i koniec, tak jak każda dobra książka. Mamy rozwiązania fabularne, o czym wspomina zacytowany tekst. A jednak taka masa pytań, jaka pojawia się po lekturze, to ja każdemu autorowi życzę, żeby jego dzieło taką masę pytań wzbudzało. Cóż tu wiele mówić.
Także ja się z tą diagnozą postawioną na blogu Zabuowane przez Agatę Fiedler całkowicie zgadzam. A ty, Wiktorze, co? Dumasz jakoś, taki dzisiaj refleksyjny jesteś bardzo.
[46:00] - Jak kobiety wygłaszają opinie, to cóż ja możemy mieć do powiedzenia, Marek?
[46:07] - Wiesz.
[46:09] - Zgadzam się z nimi.
[46:10] - Powiem tak: tydzień temu, kiedy rozmawialiśmy z panią Krystyną, przekonałem się, że to po prostu jest książka napisana duszą. To brzmi patetycznie, ja wiem. Niektórzy nasi słuchacze nie lubią, kiedy ja w takie patetyzmy popadam, ale jednak przecież tak właśnie jest. Kiedy rozmawialiśmy – to zresztą państwo usłyszycie za niedługo – z autorką, to mamy do czynienia z pełną świadomością pisarską. To znaczy z jednej strony autorka jako twórca projektu, jako człowiek, który dosyć drobiazgowo konstruuje fabułę książki, dba o szczegóły, o stany napięcia, o odpowiednie miejsce podawania informacji. To może niedobrze brzmi, ale o to właściwie chodzi. To jest jedna strona, a z drugiej właściwie czarodziejka, która nas wprowadza w nastroje. Ja się dałem temu uwieść, bo ta książka wprowadza człowieka w takie nastroje, jakie sobie autorka w danym momencie życzy. Czyli raz jesteśmy pełni zadowolenia, fascynacji, w drugim momencie popadamy w przygnębienie, bo takie akurat autorka miała życzenie i tak to wyprowadziła. Przyznam się, że to jest rodzaj mistrzostwa.
Cóż, wielkie słowa muszą padać, ale w gruncie rzeczy od początku dzisiejszej audycji podkreślam, że jestem tą książką zafascynowany. Więc czego innego się spodziewać?
[47:52] - Tutaj powiedziałeś, że ta książka jest napisana uczuciem, ale ja mam przeciwne wrażenie, bo ewidentnie uważam, że największą zasługę ponosi jednak czysty intelekt i zdrowe, twarde myślenie przy każdym tym.
[48:15] - Dobrze, wiesz co? Ja się z tobą też zgodzę. Paradoksalnie się zgodzę, bo powiem tak: trzeba tego, co powiedziałeś, żeby zrobić taką książkę, bo to jest z jednej strony umiejętność analizowania, czy to nazwiemy ludzkiej duszy, czy po prostu zachowań w określonych sytuacjach i trzeba umieć to przekazać takim językiem Dobrze. Jak się nawet planuje szczegółowo powieść, to trzeba to później zrealizować w taki sposób, żeby to zagrało. Bo cóż z tego, że ja sobie zaplanuję, że będzie wzruszająco? Trzeba umieć to tak napisać, żeby wzruszające było. Że będzie groźnie. To trzeba tak to napisać, żeby było groźnie. Wydaje się prosta sprawa, ale trzeba mieć naprawdę warsztat opanowany. I to moim zdaniem jest książka, która broni się na każdym szczeblu.
I na szczeblu warsztatowym, i na szczeblu historii, która jest opowiedziana, ale też na szczeblach nastrojów, które autorka tworzy. To moim zdaniem jest wielka sprawa. Cóż będziemy wiele gadać.
[49:30] - Zgadza się. Tylko pamiętajmy o jednej rzeczy, że w sumie najtrudniej opisać tak naprawdę zwykłe, normalne życie. W tle oczywiście może być intryga, historia może być niesamowita, natomiast te historie niesamowite składają się ze zwykłych ludzkich zachowań. Te zachowania, choćby tutaj szkolne, w pracy. Każdy normalny człowiek, każdy obserwator mógł w życiu dostrzec wielokrotnie samego siebie w swojej szkole, w swoim domu i tak dalej. To, żeby oddać to w sposób, który większość czytelników jakoś urzeknie. Dlaczego? Dlatego, bo to się wszystko odnosi do naszych wspomnień, do naszej pamięci i tak dalej. Jeśli autor potrafi się tą naszą pamięcią posługiwać w ten sposób, bo to nasza pamięć odczytuje jego książkę, to wtedy jest to duże wrażenie i wtedy ta książka ma sens.
[51:00] - Cieszę się, że słyszę takie słowa od ciebie. Ja tylko powtórzę tytułem kronikarskiej skrupulatności, że zacytowałem dzisiaj dla państwa dwa blogi. Zresztą całe recenzje warto przeczytać, bo ja niestety musiałem się ograniczyć do ich fragmentów. Czyli warto zerknąć na blog „Cza Czytać” — tak jak to mówię: „Cza Czytać” — Katarzyny Przysiężniak oraz na blog „Zabookowane” — z angielska „zabookowane” — Agaty Fiedler. Tam całe recenzje z książki „Pokurcz”. A cóż, my zbliżamy się do wywiadu, ale zanim usłyszycie państwo wywiad — całkiem obszerny, bo liczący półtorej godziny — to najpierw jeszcze drugi fragment „Pokurcza”. A zatem zapraszamy.
[51:56] - „Pokurcz”. Fragment drugi. Halina Rawicz, kobieta wysoka, o kanciastej, ciężkiej sylwetce, pozbawiona była jakiejkolwiek gracji. Nie posiadała jednak męskich rysów twarzy ani wyraźnego zarostu pod nosem, utrapienia pań o podwyższonym poziomie testosteronu. Ze swoim silnym charakterem i dobrze rozwiniętym zmysłem organizacyjnym z całą pewnością to ona sprawowała rządy w rodzinie Rawiczów. Twardą ręką trzymała pięciu mężczyzn chcących wiecznie wymknąć się spod sprawowanej przez nią ścisłej kontroli. Najtrudniej przychodziło jej upilnowanie męża, ale i na niego miała tylko sobie znane sposoby. „Ktoś w rodzinie musi nosić portki” — zapewniała swoich czterech synów, z których Kacper był w najgorszym położeniu. Urodził się jako trzeci z braci i tak właściwie swoim przyjściem na świat nie zmienił już niczego w życiu Rawiczów. Jadł niedużo, płakał mało.
Pieniędzy też na niego prawie nie trzeba było wydawać. Znoszał bowiem ubrania po starszym rodzeństwie, a kiedy dojrzał do tego, że i jemu należałoby sprawić coś nowego, potrafił zorganizować gotówkę potrzebną na zakupy takich luksusów. Dwa tygodnie po Rawiczowej rozsypała się też ta flądra, Zambrowa, wydając na świat swojego pierworodnego. Młoda, nieporadna matka nie umiała przewinąć, porządnie przystawić do piersi czy wykąpać syna. Noworodek, wrzeszcząc wniebogłosy, prężył małe, rachityczne ciałko, domagając się w jedyny znany mu sposób prawidłowej opieki i chociażby minimum zainteresowania ze strony rodziców. Rawiczowa ze zgrozą i naganą w oczach obserwowała zmagania Alicji z potomkiem. Doświadczona sąsiadka słuchała rozpaczliwych krzyków głodnego malca spokojnie przez kilka dni i nocy, aż któregoś dnia wzięła na ręce otulonego w kocyk Kacpra, zeszła piętro niżej i zdecydowanie, zwiniętą w pięść dłonią pchnęła drzwi, które pod naporem siły otworzyły się na oścież. Nie czekając na zaproszenie, wtargnęła do mieszkania Zambrów. Usiadła na łóżku, położyła swojego dzieciaka na skołtowanej pościeli, wyjęła ze stojącego pod oknem wózka zapłakanego oseska i bez najmniejszego skrępowania z zaspranego, poszarzałego stanika wysunęła nabrzmiałą, bladą pierś pokrytą siateczką cienkich, sinych naczynek krwionośnych z nieproporcjonalnie dużą, sterczącą brązową brodawką, którą sprawnym ruchem włożyła krzyczącemu Zambrowi w usta Płacz ucichł. Mały Włodek zabawnie wzdychając, ssał zachłannie pożywne Rawiczowe mleko, przebierając wolno rączkami i nóżkami do złudzenia przypominającymi giętkie wierzbowe witki.
Odkąd Rawiczowa zaczęła karmić obu chłopców, Alicja Zamber rzadko widywała syna. Włodek przeważnie przebywał w mieszkaniu na drugim piętrze lub na podwórku, gdzie leżał spokojnie obok starszego od siebie o dwa tygodnie mlecznego brata. Niemowlęta swobodnie mieściły się w starym, mocno już sfatygowanym bliźniaczym wózku przeprowadzonym na Błotną przez któregoś z uczynnych sąsiadów. Kacper, wyraźnie krótszy, z okrągłą, pucołowatą buzią, małymi, rozbieganymi brązowymi oczkami, nieowłosioną jeszcze głową i przypominającymi parówki rączkami, uderzał monotonnie, jakby od niechcenia leżącego obok niego Zambra, któremu cienkie, gęste włoski okalały wychudłe policzki, a tęczówki oczu już przypominały przezroczysty bursztyn. Obrywał bezbronny Włodek po twarzy, zapadłej klatce piersiowej i owiniętym w pieluchę brzuchu. Rawicz wyciągał mu z ust smoczek, zsuwał z uszu batystową czapeczkę, a kiedy trochę podrośli, grzmocił dzielącego z nim wózek sąsiada wszystkimi znajdującymi się w zasięgu jego rączek grzechotkami. Pomimo półrocznego karmienia Włodka Rawiczowa nigdy nie pałała do niego sympatią, dokarmianie traktując wyłącznie jako dobry interes. Alicja odwdzięczała się, piorąc i prasując rzeczy jej trzech synów, raz w tygodniu robiąc zakupy i gotując co drugi dzień zupę dla obu rodzin. Kiedy więc mały Zamber podrósł i już mogła samodzielnie zaspokoić jego głód, pojąc go sztucznym mlekiem, odetchnęła z ulgą. Kacper i Włodek nadal często siedzieli w jednym kojcu, a matki doglądały ich jedynie w chwilach, kiedy pomiędzy chłopcami rozpętywała się bratobójcza wojna o klocki, grzechotkę czy skórkę suchego chleba.
Po latach jednak obaj zgodnie stwierdzili, że łączy ich coś więcej niż to się zdarza pomiędzy przyjaciółmi czy rodzeństwem. Związek ten był silniejszy od więzów krwi, dlatego pomimo wielu różnic uzupełniali się i w razie potrzeby wspierali, twardo stojąc jeden obok drugiego. „Z Kacprem to kłopotów nie ma” — mówiła jego matka sąsiadkom. „On i innym chętnie pomoże. O, chociażby ten wymoczek Zambrów. Taka z niego ciapa, nie do rajda, a mój Kacperek wszystkiego go cierpliwie uczy. Zajmuje się nim bardziej niż naszym Tomaszkiem”. Tomaszek, najmłodszy z braci Rawiczów, był istnym oczkiem w głowie całej rodziny. „Nie będę go niańczył” — od czasu do czasu buntował się starszy brat. „Mnie nikt nie pilnował i jakoś na ludzi wyszedłem”.
Kacper wypowiadał te słowa bez cienia strachu, butnie patrząc w oczy matki. Ona jednak nie pojmowała jego filozofii. Postępując według zasady „rodzina jest najważniejsza”, pilnie strzegła własnego gniazda, odganiając od niego wszelkie problemy i niepotrzebne kłopoty, a do nich z całą pewnością zaliczała Włodka, którego nie wiadomo czemu zwała Pokurczem. „Co ciebie tak drażni ten mały?” — dopytywał się jej mąż. „Już ja wiem co” — stwierdzała tajemniczo, zawieszając głos, jakby w całym bloku była chociaż jedna osoba niewiedząca, dlaczego matka Kacpra nienawidzi dziecka Alicji Zamber. Prawdę mówiąc, stary Rawicz nie miał nic wspólnego z pojawieniem się na świecie Pokurcza z sąsiedztwa. Częściej oskarżano o to młodego wikarego, który również szybko został oczyszczony z przypisywanych mu zarzutów. W wieku trzech lat Włodek zaczął do złudzenia przypominać swojego ojca, Zambra. I właśnie to ich podobieństwo położyło kres wszelkim plotkom, niezdrowym spekulacjom, a Alicja zaczęła wysoko nosić głowę, bo teraz to już tylko ona wiedziała, kiedy i z kim zabawiała się podczas ciąży. Maciej Zamber bezsprzecznie spłodził Włodka.
Nie zmieniło to jednak faktu, że grono sąsiadów i znajomych brało czynny udział w opiekowaniu się ciężarną. Kiedy Alicja wychodziła z dzieckiem na spacer, zarówno kobiety, jak i mężczyźni ciekawie zaglądali do wózka wyłącznie po to, żeby uspokoić podejrzenia i tym samym oczyścić własne sumienia. „Tak to jest, gdy kobieta się nie szanuje” — mówiła matka Kacpra. „Jakby to wyglądało, gdybym, dajmy na to ja, zadawała się z obcymi chłopami?” „Ona przecież z obcymi się nie zadaje” — Rawicz bronił Zambrowej. „Puszcza się wyłącznie ze znajomymi”. „Z tobą też?” — żona przerwała obieranie ziemniaków i spojrzała na niego groźnym wzrokiem. „Oczy bym zdzirze wydrapała, nogi z tyłka wyrwała”. Kilkuletniego Kacpra zastanawiała wyznawaną przez matkę moralność, która zmusiłaby ją do ukarania kobiety, ale nie powiedziałaby już, że należałoby także wyciągnąć jakieś konsekwencje wobec własnego wiarołomnego męża. Urodzeni w tym samym miesiącu, mieszkający w jednym bloku, bawiący się na piaszczystym podwórku chłopcy wzrastali w atmosferze wzajemnych oszczerstw, pomówień, w oparach papierosowego dymu i wypijanego, wyprodukowanego domowymi sposobami alkoholu. Te wspólnie przeżyte lata miały pozostawić po sobie piętno odgrywające niebagatelną rolę w ich dorosłym życiu.
Kiedy ojciec Włodka dłużej nie mógł znieść niewierności żony, biedy, z którą musiał mierzyć się każdego dnia, a może po prostu nie potrafił już utrzymać kieliszka w trzęsących się dłoniach, wybrał jego zdaniem najprostsze wyjście z trudnej sytuacji. Kacper był drugą osobą oglądającą go w roli wisielca. Pierwszą była urocza blondynka do złudzenia przypominająca matkę, Matylda. O dziwo, dziewczynka również była biologiczną córką samobójcy. Można to było poznać po jej pięknych piwnych oczach otoczonych długimi, gęstymi rzęsami. Jak gdyby Bóg specjalnie naznaczał Zambrowie dzieci tym, co Maciej miał najlepszego. I właśnie w tych wielkich, szklistych oczach odbijała się sylwetka kołyszącego się nad wanną mężczyzny, który nie przypominał żywego ojca, lecz bezwładną, siną kukłę o nabrzmiałych wargach, granatowych paznokciach i strużce zastygłej krwi na policzku. Jako trzecia zobaczyła trupa Halina Rawicz. Ona dobrze wiedziała, co musi zrobić, kogo zawiadomić, jak się zachować. Od razu pomyślała o zabezpieczeniu złodziejskiej dziupli męża, bo przy tego rodzaju wydarzeniach policjanci chętnie węszyli, pałętając się po okolicznym terenie.
W małej ziemiance na skraju pobliskiego lasu pracował zacier na kolejny bimber i o niego również trzeba było zadbać. Rawiczowa żona kłopotów nie znosiła, dlatego zanim powiadomiła odpowiednie organy, podniosła alarm, ostrzegając mieszkańców całego bloku, żeby mieli się na baczności. „Nie ma co go przeklinać" – mówiła zgromadzonym na półpiętrze sąsiadom, przyglądającym się ciekawie wynoszonym z mieszkania, przykrytym starym kocem zwłokom. „Chłopisko nie wytrzymało trudów życia i tyle. Tak to jest, jak się wiersze pisze, w obłokach błądzi, a swojej starej cudze brudy każe sprzątać. Świeć, Panie, nad jego duszą". Niedbale zrobiła znak krzyża. „Tylko teraz to już ta jego Alka każdego chłopa w naszym miasteczku zbałamuci". Wchodzący do klatki schodowej policjanci mijali chłopca o smutno-butnym wyrazie twarzy, patrzącego na nich szeroko otwartymi, piwnymi oczyma. Dłonie schował za plecami, mocno zaciskając palce na zeszycie o zatłuszczonej, pobrudzonej okładce.
Obudził się później niż zwykle, co uznał za rzecz całkowicie naturalną. „W końcu mamy święta" – powiedział, przeciągając się i rozglądając za pilotem od telewizora. Właściciele domu, w którym wynajmował pokój, wyjechali na tydzień. Wokoło panowała dzwoniąca w uszach cisza. Nie było nawet słychać przejeżdżających jezdnią aut, gwaru rozmów przechodniów. Wstał. Bez pośpiechu odbył poranną wizytę w toalecie. Zanim wrócił do łóżka, włożył pod pachę plastikową butelkę z wodą. W dłoniach niósł cztery nierówno ukrojone kromki chleba, dwie pozostałe po wczorajszej wigilii parówki. Przyniesione jedzenie rzucił na skołtunioną kołdrę.
Ledwie napoczęta butelka finlandii stała na podłodze obok łóżka. Wypity wczoraj alkohol nie pozostawił w jego organizmie żadnego śladu. Otworzył okno i przez chwilę wsłuchiwał się w odległe odgłosy zburzonego morza. Śniegu nadal nie było. W powietrzu wyczuwało się jedynie lekki podmuch wiatru, ciepłego jak na tę porę roku. Zamknął okno i wrócił do łóżka, uznając, że najlepszą rzeczą, jaką może zrobić, będzie po prostu przespanie tego dnia. Zjadł parówkę, zagryzając ją dwoma kawałkami chleba. Ułożył się w embrionalnej pozycji, naciągnął kołdrę na głowę i leżał tak bez ruchu, oddychając spokojnie, miarowo. Pukanie do drzwi wyrwało go z głębokiego snu. „Już idę, już idę" – mówił, pośpiesznie wkładając spodnie.
Za drzwiami stała Olga. „Wpuścisz mnie?" – zapytała, widząc jego zakłopotanie. Odsunął się, robiąc jej miejsce. Weszła. Podniosła trzymaną w dłoniach reklamówkę. „Wałówka" – informowała go, przybierając minę zdobyczcę. „Gdzie mogę ją postawić?" Zdezorientowany rozglądał się bezradnie po wynajmowanym od ponad trzech miesięcy pokoju, jakby nie miał pojęcia, co się w nim znajduje. „Na stole można?" – wybawiła go z kłopotliwej sytuacji. „Lubisz śledzie? Sama robiłam" – zachęcała, ustawiając słoiki jeden obok drugiego.
„Lubię" – odparł cicho. „A gołąbki? Również twojej roboty?" „Nie, gołąbki to u nas domena mamy, ale pewnie też dobre". Każdą sylabę wypowiadał osobno. Dziewczyna, lustrując całe pomieszczenie, szybko zorientowała się, że w stojącej pod wysoko umieszczonym oknem szafce spełniającej rolę kuchennego kredensu, Kacper zapewne przechowuje talerze, sztućce i szklankę. Zaś na niedużym drewnianym blacie, który z jednej strony przytwierdzony był do ściany, z drugiej opierał się o zlew, ledwie mieści się jedynie jednopalnikowa elektryczna kuchenka i bezprzewodowy czajnik. „Wyposażenie masz tu raczej skromne" – stwierdziła. „Na wakacyjny pobyt może to wystarczy, ale do normalnego życia trzeba znacznie więcej". Siedząc na skraju łóżka, przyglądał się krzątaninie Olgi. „Nie jest tak źle.
Mam jeszcze leżak, dodatkowy koc i parawan" – mówił poważnie. „Sałatki jarzynowej?" „Poproszę. Nie pamiętam, kiedy jadłem" – zamyślił się. „Może jednak zmienisz zdanie i pójdziesz ze mną na sylwestra? Bardzo mi na tym zależy". Czekając na odpowiedź, przyglądała się jego mocno zarośniętej twarzy. Właśnie nabrał powietrza i powoli otwierał usta, kiedy powiedziała: „Jeżeli zgolisz brodę, będziesz moim przystojniakiem". „Nie zgolę" – odparł zdecydowanie, głośno. „Nie jestem żadnym przystojniakiem. Pokurcz ze mnie.
Rozumiesz? Pokurcz". Nakładała na talerz kolejną łyżkę jeżynowej sałatki. Zabieraj to wszystko i idź stąd. Policzki lekko mu drżały. Wyjdź. Mówię chyba jasno. Nie potrzebuję niczyjej litości. Szukaj sobie innych przystojniaków. Kacper, co ja takiego zrobiłam?
Próbowała go uspokoić. Chciałam tylko... Zabierz ten cały majdan, proszę. Z brodą czy bez brody nic to nie zmieni. Nie pasujemy do siebie. Piękna dziedziczka kawiarnianego interesu i ogolony pokurcz. Twoi znajomi przez całe lata zaśmiewaliby się na wspomnienie tej sylwestrowej zabawy. My razem w świetle sztucznych ogni. To się nigdy nie może udać. Nie powinienem wiązać się z nikim.
Co dopiero mówić o dziewczynie takiej jak ty. Gołąbki podgrzej na zimno, potrafią położyć się na żołądku i męczyć godzinami. Zjedz wszystko, proszę. Starała się, żeby jej głos nie zabrzmiał protekcjonalnie. Pójdę, ale to nie jest tak, jak mówisz. Znam się trochę na ludzkiej psychice. Twoje oczy cię zdradzają. W nich można czytać. Nie oszukasz mnie. Nie odstraszysz, panie Rawicz, jak mówi mój ojciec.
Nerwowo przestawiała stojące na spranym obrusie słoiki. Na jej policzkach dostrzegł coraz wyraźniejsze duże czerwone plamy. Patrząc na nie, zastanawiał się, co sprawiło, że twarz Olgi poróżowiała. Zimny grudniowy wiatr. Czy może wzruszenie? Niewinne podniecenie. Myśl o tym, że wystarczą trzy, cztery kroki, aby poczuć jego silny uścisk, miękkość warg. Zmarzłam. Próbowała się usprawiedliwić. Chyba jednak nie jestem jej obojętna — przemknęło mu przez myśl, ale zaraz zganił sam siebie.
Pogięło cię, chłopie. Pogięło? Miał ochotę podnieść się z łóżka, pokuśtykać przez pokój, objąć ją, pocałować. Pośpiesznie nakładała kurtkę, nie zapięła nawet guzików. Smacznego i życzę ci wesołych świąt — powiedziała. Dziękuję. Tobie również, Olgo. Do zobaczenia jutro w kawiarni. Jesteśmy umówieni jutro punktualnie o 10:00 w kawiarni przy deptaku. Wyszła.
Długo stał przy stole, bawiąc się stojącymi na nim słoikami. Muskał palcami ich pokrywki, chociaż dobrze wiedział, że nie znajdzie na nich już śladu ciepła jej dłoni. Pierwszy raz otworzył zeszyt kilka godzin po śmierci ojca. Kacper uznał bazgraninę pijaka za mało interesujące, nic niewarte wypociny. Oddał je więc po krótkiej, słownej utarczce, podczas której wymusił na dopiero co osieroconym przyjacielu obietnicę spełnienia w niedalekiej przyszłości trzech swoich życzeń. Włodek nie protestował i rzeczywiście, tak jak zapowiedział, skopał ogródek Rawiczów, uzupełnił szkolny dzienniczek lektur Kacpra, a następnie jeden dzień poświęcił na wykonywanie zlecanych mu przez Rawiczową domowych prac. Biegał po zakupy, trzepał stare, przeżarte przez mole dywany, a nawet umył okno w pokoju Kacpra i jego braci. Brulion znaleziony w dniu śmierci ojca Włodka na kuchennym stole zapisany był koślawymi, niezgrabnymi literami, niemieszczącymi się w linijkach i nawet po latach świadczącymi o nietrzeźwości ich autora. Widocznie stary Zamber jedynie pod wpływem alkoholu czuł nieprzepartą chęć do wyrzucania z siebie złych i dobrych emocji, z którymi nie potrafił poradzić sobie w codziennym, jego zdaniem normalnym życiu. Może było jednak inaczej.
Dzięki wypitej wódce nabierał pewności siebie, swoistej odwagi. Wiary, że to właśnie on, Zamber, ma coś do powiedzenia, przekazania potomnym. Coś mądrego, posiadającego głębszy sens, mogącego przynieść czytelnikowi chwilę ukojenia, oderwania się od nic niewartego świata. Sam fakt, że pomimo alkoholowej choroby czuł potrzebę przelania swoich myśli na papier, czynił go już kimś. Obojętne więc były powódki, jakimi się kierował i dlaczego sięgał po długopis wyłącznie w chwilach, gdy był nietrzeźwy. Ważny stawał się jedynie końcowy efekt jego pracy. Wiersze, prozatorskie miniatury nie znalazły żadnych czytelników ani za życia Zambra, ani po jego samobójczej śmierci. Czy to przypadek zrządził, czy nie? Trudno powiedzieć. Faktem jest, że ojciec Włodka i Matyldy powiesił się tego samego dnia, na który datowany był jego ostatni wiersz, napisany na ostatniej stronie zeszytu, tym razem starannym, w miarę równym pismem.
A potem Maciej Zamber już tylko wisiał, przez co stał się nikomu niepotrzebny. Jakiś brudny, zafajdany. Nikt nie płakał za niego smutnymi, piwnymi oczyma. Wręcz przeciwnie. Słychać było westchnienia ulgi, bo to właściwie nie było wiadomo, po co taki chłop po ziemi chodził. Pić wypił, kląć potrafił, ale rąk lepkich on nie miał i na łajdactwa żony przymykał kocie ślepia. Wiecznie smutny, nieobecny, zagubiony, patrzący na znajdujące się u jego stóp życiowe bagno jak na skrawek piękna i milczący. Milczał. A o czym ty tak, Zamber, myślisz? Pytali go koledzy pijący piwo przed sklepem.
A czemu ty, Zamber, taki wiecznie smutny chodzisz? Chciały wiedzieć wścibskie sąsiadki. „A na co ty, Zamber, tak ciągle patrzysz?” Dociekał ksiądz. Nie odpowiadał. Twarz wykrzywiał w grymasie mającym symulować uśmiech. I dziwił się. Czemu? Nikt tego nie wiedział. „O, ten znów patrzy, jakby nas pierwszy raz w swoim życiu widział. Zamber, to my, twoi kumple.
Piłeś z nami wczoraj, pijesz dzisiaj. I czemu tu się dziwić? Powiesił się” — mówili później jeden drugiemu. „Kto się powiesił?” „A ten zdziwiony Zamber.” Niech świat trochę ode mnie odpocznie. Chwilę jedną, tych sekund parę. Pójdę sobie powoli, niespiesznie. Tam, gdzie myśleć nie trzeba wcale. Niech świat trochę ode mnie odpocznie. Jeden rok, a może dwa lata. Bo ja muszę, i to niezwłocznie, też odpocząć sobie od świata.
Zamber powiesił się tego samego dnia, na który datowany był jego ostatni wiersz, napisany na ostatniej stronie zeszytu, tym razem starannym, w miarę równym pismem. Wysłuchaliśmy drugiego fragmentu opowieści Krystyny Śmigielskiej „Pokurcz”, a już teraz na antenie Radia Paranormalium wywiad z autorką.
[01:14:45] - Gościem naszej dzisiejszej audycji jest autorka książki, która myślę w najbliższym czasie zrobi sporo zamieszania, bo to po prostu dobra książka jest. Ale nie przedstawiłem gościa. Naszym gościem jest pani Krystyna Śmigielska.
[01:15:01] - Dzień dobry.
[01:15:02] - Dzień dobry.
[01:15:03] - Witam.
[01:15:04] - Dzień dobry.
[01:15:06] - No cóż, to w takim razie zadanie przed nami niełatwe, bo musimy tak lawirować, żeby książki naszym słuchaczom nie opowiedzieć, a przy okazji ich zainteresować. To ja sobie przed audycją ukułem takie pytanie: jak to pani zrobiła, że książka, która trudno powiedzieć, że jest książką sensacyjną, bo nie jest książką sensacyjną, a jednak trzyma w takim napięciu jak dobry kryminał czy dobra powieść sensacyjna gdzieś à la Lundlund czy Forsyth. W związku z tym naprawdę ciężko tę książkę odłożyć po prostu. To jak się to robi?
[01:15:45] - Bardzo dziękuję za takie porównania. Jestem zaszczycona i czuję się nawet troszeczkę zażenowana, że aż tak wysoko. Ale jak to się robi? Ja bardzo lubię tajemnice. To jest jedna sprawa, ale ta tajemnica musi być mądrą tajemnicą. W dzisiejszych czasach tych kryminałów namnożyło się już tyle, książek sensacyjnych, filmów tego rodzaju, że jest przesyt. Ja chcę opowiadać o normalnych ludziach i ich normalnym życiu, w którym praktycznie wydawałoby się, że się nic nie dzieje. W jakiś sposób trzeba tego czytelnika jednak do siebie przyciągnąć. Dlatego też staram się tak skonstruować swoją opowieść, żeby gdzieś ta nutka niepokoju, tego, co to się właściwie wydarzy, z tym i to pytanie, co to się właściwie dalej wydarzy, dlaczego jest akurat tak, a nie inaczej? Kim właściwie są ludzie, których my widzimy i wydaje nam się, że znamy, jednak gdzieś podejrzewamy, że mają swoją inną, ukrytą twarz.
Starałam się bardzo, żeby tą książkę w ten sposób napisać. Przyznam się, kiedy skończyłam pisać, jeszcze w ogóle nawet jej nie sprawdzając, nie czytając, rozesłałam do czterech znajomych pań. Poprosiłam, żeby mi tylko napisały jedną rzecz, kiedy będą wiedziały, kto jest kim. Co tu właściwie się stało? Panie czytały książkę i przesyłały mi refleksje, jakieś takie swoje spostrzeżenia. Niektóre były naprawdę śmieszne, niektóre były bardzo daleko posunące w katastrofizmie. Ale doszłam do wniosku, że wszystkie cztery odnalazły tą prawdę mniej więcej w tym samym czasie, czyli tam, gdzie ja ją chciałam umieścić. I wtedy już byłam pewna, że skonstruowałam ją odpowiednio, że czytelnik idąc jak po nitce do kłębka, jednak tą prawdę gdzieś tam znajduje. Tam, gdzie ja ten swój paluszek przyłożyłam. Tu, popatrz, tu jest to wszystko powiedziane.
Lubię oglądać też takie filmy, lubię czytać takie książki, które za pierwszym razem oglądamy inaczej i dopiero kiedy odkładamy książkę, mówimy: „Zaraz, zaraz, ale to nie było tak, jak nam się wydawało”. Wtedy jeszcze raz tą książkę wertujemy tak niecierpliwie i patrzymy. Rzeczywiście autor nam to wszystko napisał. On nam tu wszystko powiedział. On niczego przed nami nie zataił, tylko myśmy nie potrafili tych tropów odpowiednio odczytać. Bawię się tym. Lubię tak robić. To jest taka moja zabawa z czytelnikiem. To jest druga książka, bo „Kochanek pani Graverskiej” jest w ten sam sposób skonstruowany, że właściwie czytelnik długo nie jest pewny, kim są bohaterowie.
[01:18:51] - Może ja się włączę na moment, bo tak jak pani to opowiadała, to się bardzo uśmiechałem w duchu. Bo wszystko to, co pani mówi o książkach tego typu, współczesnych czy obyczajowych i tak dalej, doskonale pasuje do czegoś, w czym ja wyrosłem. I zresztą nie tylko ja, Marek, czyli do science fiction. W science fiction jest wszystko identycznie tak samo. Też autor zwykle wszystko już czytelnikowi powie, ale czytelnik dalej nic nie wie. Też się to wszystko odkrywa. Tak pomyślałem sobie, że w języku polskim istnieją takie słowa, jak pani mówiła o tajemnicy, o pewnej ciekawości dochodzenia, pewne słowa wieloznaczne, na przykład intrygant oraz intrygantka kojarzą się bardzo paskudnie.
[01:19:54] - Negatywnie, tak.
[01:19:57] - Intryga w książce to jest właściwie-
[01:20:00] - Sól tej książki.
[01:20:01] - Sól tej książki. I to, że ona jest intrygująca, to jest również największy komplement, jaki można powiedzieć.
[01:20:13] - Zanim jeszcze dopuszczę panią do głosu, to jedną rzecz powiem. Kiedy mówiłem, jeszcze nie wymieniłem jednej autorki, z którą mi się pani książka kojarzyła, przynajmniej częściowo. Bo ja w młodości, a właściwie będąc późnym nastolatkiem, pasjami czytałem Agathę Christie i wkurzałem się bardzo, czytając jej kolejne kryminały, bo tam się okazywało dokładnie, że ja wszystkie informacje miałem, tylko niestety nie potrafiłem rozszyfrować tej zagadki, którą rozszyfrowała panna Marple albo Herkules Poirot. Ja tego nie robiłem, a oni to robili. Jak później pani to powiedziała, wracałem, czytałem drugi raz. To wszystkie te punkty widziałem. O, to było, to było. Trzeba było uważać po prostu.
[01:21:02] - Tak, trzeba było.
[01:21:04] - Bardzo podobnie jest z pani książką. Co więcej, ja nie chciałbym, żeby nasi czytelnicy, słuchacze mieli takie wrażenie, że kiedy porównywałem z prozą sensacyjną, wymieniałem Ludluma czy Forsytha. Nie, szanowni państwo, to oczywiście jest tak, że ta książka posługuje się podobnymi mechanizmami, ale to jest tak naprawdę literatura i literatura przez duże L, bo ona dotyka też, poza tym, że posługuje się taką metodą stwarzania pewnego napięcia, że ta intryga jest dosyć gęsta, to jednocześnie to jest proza, która znakomicie obserwuje ludzkie zachowania. To jest proza, którą poza tymi nazwiskami, które już wymieniłem, należałoby porównywać z nazwiskami z pierwszej półki takiego świata literackiego, ogólnego, tego mainstreamowego świata literackiego. Bo to poza tym, że książka oparta o intrygę i tajemnicę, to jest to również książka znakomicie obserwująca współczesnych młodych ludzi. I nie tylko młodych zresztą. To moim zdaniem wielka zaleta tej książki.
[01:22:19] - Ja może tak powiem.
[01:22:20] - Proszę wytłumaczyć troszeczkę z tego.
[01:22:23] - Tak, już właśnie tłumaczę, bo mówiliśmy o intrydze. Ona rzeczywiście musi nas jakoś wciągać. Dzisiejsza proza obyczajowa to są takie schematy bardzo utarte. Sama osobiście bardzo dużo czytam. Sama w tej książce potrzebuję właśnie odnaleźć człowieka, ale nie w jakichś tam jego pięknych chwilach, kiedy to pan z panią, taka sielanka, idą sobie przez pole lawendy i tak dalej. Taka sielanka w życiu rzadko się zdarza. Miło może jak się trafi. Natomiast prawdziwa miłość to jest troszeczkę co innego niż w tej współczesnej obyczajówce w większości można spotkać. Dlatego uważam, że życie ma tyle ciekawych aspektów, tyle trudnych momentów, że warto na nie zwrócić uwagę. Ale tak jak mówię, trzeba się z tym przebić.
Więc gdybym ja tę historię opowiedziała tak normalnie, usiadła i tak jak teraz z panami rozmawiam i opowiadała, że było sobie kilka osób i te osoby były powiązane jakimiś sprawami, takimi właściwie wydawałoby się małymi, nikogo więcej oprócz nich niedotyczącymi, nikt by na to nie zwrócił uwagi. Więc trzeba znaleźć jednak ten punkt zaczepienia, pokazać tę wewnętrzną walkę, która czasem jest mroczna i straszna. Ale my zawsze, każdy z nas tę walkę toczy, bo nikt z nas nie ma idealnego życia. I są chwile, że jesteśmy w rozpaczy i nie wiemy, co ze sobą począć. Są chwile, kiedy patrzymy na życie troszeczkę bardziej optymistycznie i mówimy, jak jest cudownie, bo jednak świat jest piękny. A żeby zachęcić czytelnika, trzeba znaleźć ten taki kluczyk. I kiedy oglądam te filmy sensacyjne, to znaczy ja ich nie oglądam, ja przełączam je tylko jeden za drugim. Proszę zrobić takie ćwiczenie wieczorem w sobotę usiąść przed telewizorem, pilota do rączki proszę wziąć i przełączać. Tam tylko panowie będziecie widzieli krew, pistolety, słyszeli strzały, krzyki, płacze. A gdzie jest to życie, się pytam.
Gdzie jesteśmy my, normalni ludzie, którzy chodzimy ulicami, bo my idąc ulicami nie słyszymy tego, prawda?
[01:24:56] - Tak.
[01:24:56] - My widzimy normalnych ludzi i chcielibyśmy wiedzieć, jakie są ich problemy. I tak jak mówię, ta współczesna literatura obyczajowa polska. Mało jest książek, nie mówię, że w ogóle nie ma. Proszę mnie dobrze zrozumieć, ale mało jest książek, które rzeczywiście tę normalną współczesność pokazują. A ja piszę to, co czuję. Po prostu taki świat widzę. Odnośnie jeszcze fantastyki. To jest gatunek, który mi nigdy nie leżał, chociaż nie powiem, klasyka fantastyki to wiadomo. Wychowałam się na „20 000 mil pod morzem” Juliusza Verne'a, na „Wyprawie na Księżyc” i tak dalej, „Tajemniczej wyspie”. Potem w takich latach, jak miałam 30, 40 lat, pracowałam w bibliotece dziecięcej i książkami, które czytałam pod ladą, to były książki Macieja Kuczyńskiego.
Bardzo lubiłam jego książki i to była taka moja lektura pod ladą. Ale tak prawdziwej fantastyki, takiej jak dzisiaj jest, jeszcze nie doznałam, jeszcze nie weszłam w to. To jakoś nie mój klimat. Chociaż jak panowie mi tu mówią, może warto spróbować.
[01:26:16] - Nie, nie warto, bo to jest coś takiego jak z upodobaniem do różnych gatunków alkoholi. Po prostu ktoś lubi wino, szampan, a nie cierpi whisky na przykład i nigdy się go nie zmusi do picia whisky, bo to jest niedobre dla niego.
[01:26:34] - Zgadzam się z tym.
[01:26:35] - Poza tym mam obawę, że przy większości książek pani by się potwornie nudziła. Z dziedziny science fiction jest naprawdę niewielu magików, takich mistrzów, którzy potrafią w SF. Jest ich coraz więcej, to przyznaję, ale w dalszym ciągu nie ma ich zbyt wielu, którzy potrafią wlać w to science fiction takie rasowe.
[01:27:00] - Tak.
[01:27:01] - Pełne. Wlać jednocześnie to, co pani tak znakomicie robi, czyli tego człowieka, że ten człowiek nie jest papierowy, tylko jest człowiekiem z krwi i kości.
[01:27:10] - Zwykłe ludzkie losy.
[01:27:11] - Tak, zwykłe ludzkie losy to jest bardzo trudne w przypadku SF i to się bardzo niewielu pisarzom udaje. W związku z tym ja miałbym obawę właśnie, że pani by się po prostu potwornie nudziła przy większości z tych książek.
[01:27:28] - Muszę się przyznać tylko do jednego, że mam już napisanych trzydzieści kilka stron młodzieżowej książki, takiej dla młodzieży przeznaczonej, fantastycznej, której akcja rozgrywa się, powiedzmy sobie, tak ze sto lat z wyprzedzeniem. Nawet lubię bohaterów i nawet dobrze, tak powiem, mi się ta książka układa, ale jakoś porzuciłam ten projekt i nie mogę się zdobyć, żeby do niego wrócić. Kto wie? Pomysły już mi się zmieniały kilka razy na nią, na zakończenie jej. Ułożenie tego wszystkiego tak, że jak dojrzeje już tak całkowicie jak to stare dobre wino, to może nawet i taką książkę popełnię.
[01:28:13] - Trzymamy kciuki. Ja natomiast chciałbym zadać kolejne pytanie. We wcześniejszej części audycji powiedziałem czytelnikom, jak to się stało, że natrafiłem na pani książkę. Natrafiłem przede wszystkim dlatego, że pani ją po prostu przysłała do Bibliotekarium. Ale mówiłem tam wówczas, że kiedy czytałem pierwszy raz tę książkę z ekranu komputera, to miałem takie podejrzenie, że oto gdzieś tam pani w tajny sposób przepisała jakąś książkę. Mówię nie.
[01:29:01] - Ja rozumiem pana bardzo dobrze.
[01:29:03] - Ja powiem, skąd to się bierze. Bo jak się jest w takim miejscu jak ja, czyli czyta się sporo maszynopisów. Przyjmijmy starą nomenklaturę. Maszynopisów się sporo czyta.
[01:29:14] - Tak.
[01:29:16] - Jednak gros z tych maszynopisów to są rzeczy słabe albo do odrzucenia. A nagle pojawia się maszynopis, który jest rewelacyjny. Ja wiem, że w tej chwili część słuchaczy mówi: „Co ten Żelkowski tam mówi? Tu wychwala autorkę, bo ma ją na widelcu po drugiej stronie mikrofonu, to ją chwali”. Nie, proszę państwa, to nie jest tak łatwo. Ja mimo wszystko bywam człowiekiem cynicznym, a szczególnie jeśli się odnosi to do literatury. I nie dam się tak łatwo kupić, że powiedzmy kawałek przeczytałem i mi się spodobało. Nie, ja tę książkę czytałem. Ja w tej książce zastawiałem pułapki różne na autorkę, to znaczy takie myślowe pułapki.
[01:29:59] - Tak.
[01:29:59] - Mówiłem sobie: „O, tu nie wyjdzie, to się nie może udać”. Po czym musiałem to odszczekiwać sam przed sobą, bo się udawało. Ja już miałem pewne podejrzenia, że autorka ściga akcję, że już z tego korkociągu nie wyjdzie. Po prostu nie ma szans. Okazywało się za każdym razem, że to się bez większego trudu udawało. To świadczy o tym, że przede wszystkim opanowała pani znakomicie umiejętność nawet nie tyle zaskakiwania czytelnika, co takiego — ujmę to w sposób prosty — robienia czytelnika w konia, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. A mam się za człowieka, który jednak trochę przeczytał w życiu różnej literatury. I ja już myślę pewnymi schematami jednak. A to może być tak.
[01:30:55] - Oczywiście.
[01:30:56] - A tymczasem tu wielokrotnie, w wielu przypadkach Po prostu dałem się wyprowadzić w pole. To brzmi tak sucho w tej chwili, jak ja to mówię, ale uważam, że dla autora to jest duży komplement. Mam takie pytanie. Odniosłem wrażenie, że pani książka musiała być bardzo misternie zaplanowaną książką. Książką rozpisaną na dużo stron planu, szczegółów, bo ten szczegół tam jest bardzo ważny. Gdyby ten szczegół nie był opanowany, to myślę, że mogłoby się skończyć katastrofą. Tymczasem te wszystkie klocki z tych puzzli, za które można uznać pani książkę, elegancko do siebie pasują. Poprosiłbym teraz panią o poradę warsztatową dla słuchających.
[01:31:47] - Już to robię.
[01:31:49] - Jak to pani robi?
[01:31:50] - Tak, już to panu powiem. Pan mówi o rozpisaniu. Gdzieś znalazłabym może tę kartkę, bo mam taką jedną kartkę, gdzie zapisałam na przykład, jak nazywał się nauczyciel, bo to nazwisko jest tam dwa czy trzy razy tylko wymienione i żebym nie musiała potem wertować i szukać, to mam to nazwisko zapisane. Coś tam jeszcze zapisałam. To są te całe moje rozpiski. Kilka stron zapisałam, ale to właśnie też na zasadzie imion, nazwisk, jakiegoś pokrewieństwa przy „Kochanku pani Grabowskiej”, bo to dwie części, to już wiadomo, trzeba było. A tutaj to szło w ten sposób. Pan pyta o warsztat. Ten warsztat budowałam sobie gdzieś tak od dziesiątego roku życia. Nie, od szóstego, piątego roku mojego życia, bo wtedy zaczęłam sama układać sobie w głowie historie.
Nie będę opowiadała swojego dzieciństwa. W każdym razie nie bawiłam się tak jak normalne dzieci lalkami, tylko w tej głowie mi się już te historie gdzieś tam obmyślały same. Pochodzę z domu, gdzie książka była artykułem pierwszej potrzeby. Moja babcia, przedwojenna nauczycielka, czytała nam te książki jeszcze, jak byliśmy całkiem mali. Pamiętam, jak babcia nam czytała „Dzieci kapitana Granta”. Ja wtedy byłam naprawdę małą dziewczynką i bardzo to przeżyłam. Babcia cudownie czytała, z wspaniałą intonacją. I muszę powiedzieć, że moim dzieciom przeczytałam tę książkę również, kiedy były jeszcze bardzo małe, bo ta książka miała dla mnie duże znaczenie. Mój mąż bardzo nie lubi, jak cokolwiek piszę, bo on mówi: „Ty co chwilę zmieniasz zdanie. Tę historię już mi opowiadałaś.
Tu się tylko zmieniły jakieś drobne szczegóły”. On uważa, że to jest nieważne, a ja uważam, że tak. Każdą scenę potrafię kilkanaście razy zmieniać. Czasem w szczegółach, czasem w ważnych rzeczach. Czasem ona wchodzi do tej książki, a czasem jest tylko w mojej głowie i ja o tym wiem, że tam było tak i muszę się tego pilnować, trzymać, bo mój bohater już to przeżył. Bohater musi być wymyślony całkowicie od urodzenia, żeby nie powiedzieć od poczęcia, tak jak jeden z moich bohaterów w „Pokurczu”. Od urodzenia ja wiem dalej, co się z nim dzieje, również po skończeniu książki. Nie będę już mówiła, że do śmierci. W każdym razie ja ich znam, tych moich bohaterów. Oni siedzą we mnie czasem bardzo długo.
Kiedy byłam dziewczyną młodą i to robiłam właściwie przez całe życie, zasypiając, obmyślałam sobie jakieś sceny. Mam historię i codziennie wychodzę z tego samego punktu. Zaczynam myśleć o tej historii i ona codziennie się inaczej układa. I to jest przepiękne ćwiczenie, jak się potem okazało. Okazało się, że takie same ćwiczenie robił też pan, który napisał „Kubusia Puchatka”, że te same historie układał wielokrotnie. I dopiero wtedy, kiedy już jest ta pewność, że to musi być tak, a nie inaczej, wtedy dopiero siadamy i piszemy. A kiedy skończyliśmy, patrzymy i mówimy: „To miało być całkiem inaczej zapisane”, a jednak znowu tutaj coś musiało być zmienione. Po prostu myślę o tych bohaterach. Oni żyją razem ze mną, żyją we mnie i muszą być naprawdę bardzo dojrzali, żebym mogła ich z siebie wypuścić. A wypuszczam ich dopiero wtedy, kiedy książka już jest wydana, kiedy ja ją już trzymam na swojej półce i dopiero wtedy mogę tę historię zamknąć.
Jeszcze się odniosę do jednej rzeczy. Pan mówił, że czyta pan wiele tekstów i nagle trafił pan na tekst, który pana zaciekawił. Byłam też wielokrotnie w różnych konkursach, w komisjach konkursowych brałam udział. Mieliśmy kiedyś dosyć duży konkurs. Było tam nie wiem, czy 100 wierszy, czy może więcej. W każdym razie tych prac było dosyć dużo i poziom tych prac był różny. I nagle trafiłyśmy na cukiereczek. Czytamy, ale jak się skończyło odczytywanie tego wiersza, to ja mówię: „Zaraz, zaraz, proszę państwa, my to dobrze sprawdźmy, zanim wydamy wyrok”. I rzeczywiście okazało się, że ktoś chciał sprawdzić komisję. Oczywiście odnalazłyśmy faktycznego autora.
Trzeba uważać. To prawda, zgadzam się z panem i wcale się nie dziwię pana odczuciom, bo tak jak mówię, też kiedyś były moim udziałem i wolę to sobie sprawdzić.
[01:37:08] - Coś jeszcze powiem, bo ja popełniłem zasadniczy błąd, bo to też była dla mnie nauka. Zamiast sprawdzać, czy ten tekst nie jest skądś przepisany, trzeba było sprawdzić autorkę i wtedy by się nagle okazało, że autorka to jest autorka kilkunastu książek. Jak ja to sprawdziłem w rezultacie, to wszystko było dla mnie jasne, bo jak ktoś napisał tych książek naście, to nie może poruszać się w ciemności, tylko wiadomo, że wie, co robi.
[01:37:41] - W dzisiejszych czasach, panie Marku, jednak też bym miała zastrzeżenia. Czasem tak jest, że ilość książek nie jest adekwatna do tego, ale rzeczywiście jest to już jakaś rękojmia, że jeżeli ktoś wydał w różnych wydawnictwach ileś tam książek, to można pomyśleć, że jednak coś potrafi. Tak bym to ujęła.
[01:38:07] - Jeśli mogę, bo wiele tematów żeśmy tutaj poruszyli, a ja już nie nadążam z komentowaniem tego i muszę wracać do czegoś, co już było dużo wcześniej. Otóż jak z Markiem rozmawiała pani na tematy, skąd się bierze tajemnica, jak się konstruuje, jak się bohaterów traktuje przez pisarzy, to ja miałem taką uwagę, że bardzo często my traktujemy świat cholernie powierzchownie. Czyli widzimy na przykład w środku Warszawy Pałac Kultury, w środku Paryża Notre Dame, gdzieś tam jeszcze. Albo spotykamy człowieka, który ma jakiś taki na oko charakter. Traktujemy to wszystko powierzchownie. Tak samo książki. Nieprawdopodobnie ważne jest konstruowanie. Przecież konstrukcja, na której się trzyma taka Notre Dame czy Pałac Kultury, czy jakikolwiek wieżowiec, o konstrukcji zwykle nikt nie myśli. Konstrukcja jest przykryta. Konstrukcja umysłowa człowieka, bohatera i tak dalej jest również zwykle ukryta przed nami.
My musimy te rzeczy odkrywać. Dlaczego niektóre książki, o których mówiliście, są takie, że się czyta? Dlatego, bo są dobrze skonstruowane. Dlatego, bo ten organizm ma właściwie ułożony kręgosłup, ma doprowadzanie rurociągami tych żył, krwi i tak dalej od mózgu do serca i tak dalej. To wszystko pięknie działa tam w środku i wtedy dopiero to jest dobre. Wszystkie takie topowe, szlagierowe książki, te, które czyta się przez rok i już się nigdy więcej nie pamięta, które na rynku, one mają właśnie cechę powierzchowności. Nie ma do czego wracać i nikt nie będzie ich czytał dłużej niż przez rok na rynku, bo to jest taka moda i cały świat jest dzisiaj taki.
[01:40:36] - Tak, ten świat jest dzisiaj właśnie taki powierzchowny. Właściwie głębiej nie chce zaglądać, jakby się bał tego, co tam głębiej można znaleźć. A ja uważam, że w sztuce my szukamy odzwierciedlenia siebie. Chcemy przeczytać książkę, odłożyć ją i pomyśleć, w jaki sposób ten bądź drugi był człowiekiem mi bliskim. Utożsamiamy się z jego cechami. Ba, niejednokrotnie utożsamiamy się z wydarzeniami. Myślimy: „No tak, rzeczywiście tak się dzieje”. Ja powiem bardzo taki dziwny przykład. Ja wczoraj w nocy oglądałam film, już nie pamiętam, na jakim kanale. Nie będę mówiła tytułu tego filmu.
Oglądałam film amerykański, który był nakręcony w 2010 roku i który do swoich osobistych przeżyć przyłożyłam tak jak kalkę. On po prostu tak idealnie pasował do tego, co ja przeżyłam troszeczkę później. I mówię, historia amerykańska, wydawałoby się, że mocno w realiach osadzona, troszeczkę inny czas, a człowiek przeżywa to tak samo. Kiedyś rozmawiałam z młodzieżą, nawet przez internet, z ludźmi dużo młodszymi od siebie, którzy twierdzili, że ta książka jest przestarzała, tego nie należy czytać. Tam chodziło o książki Dickensa. I to już nie, to absolutnie przestarzałe. Oni tego nie rozumieją, nie łapią. Ale ja te książki czytam właśnie po to, żeby złapać ten kontekst, poczuć ten czas, ten klimat, zobaczyć, że ci ludzie, chociaż dawno temu, mieli podobne problemy jak ja teraz współcześnie. Ludzie, niezależnie nawet od wieków, żyją tymi samymi sprawami. Ich wnętrze jest bardzo podobne.
Świat się tak nie zmienia, ale my teraz się boimy w to wnętrze zajrzeć. My teraz właśnie tylko taką powierzchowność, tak jak pan powiedział, idealnie pan to ujął. Nie interesuje nas, co będzie jutro. Dlatego mówi się, że książka żyje kilka miesięcy, bo ona żyje kilka miesięcy, kiedy jest, dajmy na to, modna, a potem już nikt nie chce nawet po nią sięgnąć, bo w niej nie ma tych głębszych wartości. My pochodzimy z czasów, kiedy nas jeszcze uczono, że ta książka ma nam coś przekazać. Ja staram się w każdej swojej książce coś przekazać. A czy czytelnik to znajdzie, to już tylko i wyłącznie zależy od czytelnika. Przede wszystkim od jego chęci. To jest najważniejsze, żeby chciał dotrzeć do głębi moich bohaterów.
[01:43:37] - Ja tu przyłapałem i panią, i samego siebie na pewnej niby sprytnej, ale dziwnej niekonsekwencji, która jednak daje dużo do myślenia. Otóż my mówiliśmy tutaj o powierzchowności, o krótkotrwałości współczesnych rzeczy i tak dalej. Niby wszystko się zgadza, ale nagle pani mówi, że właśnie obejrzała amerykański film i nagle wszystko, bo w tej powierzchowności również są pewne zmarszczki, jak na fali, na powierzchni jeziora. Tylko trzeba trafić.
[01:44:23] - Nie wszystko jest powierzchowne w tej całej masie. Jednak jest ciągle ta wysoka sztuka, jest ciągle to poszukiwanie, ten niepokój artysty. Pokazywanie świata głębiej. Oczywiście. Trzeba tylko to docenić. Trzeba tylko poszukać, rozejrzeć się. Chociaż jest trudno wyciągnąć to z tej masy. Kiedyś pan Wojciech Mann opowiadał o jakiejś płycie i mówił, że genialna płyta, wspaniała, ale ten artysta nie ma siły przebicia, bo zalany jest innymi artystami, którzy są słabsi od niego, a on piękną płytę nagrał. I tak to jest, szukajmy takich smaczków. Jak idę do księgarni, to starannie dobieram pozycje.
Starannie szukam nie tylko ulubionych autorów, ale czytam kawałki prozy, żeby wiedzieć, że tu jest i dobry język, i dobry styl, że autor zna, może to dziwnie zabrzmi, ale znaczenie słów, którymi się posługuje. Dzisiaj niestety często tak się zdarza, że nawet i słowa potrafią być użyte w złym kontekście. To jest właśnie ta powierzchowność.
[01:45:47] - Ja jak pani słuchałem, to uśmiechałem się w duchu, bo mam taką anegdotkę. To znaczy pewne porównanie. Kiedyś w Bydgoszczy, w dawnych czasach, w ubiegłym wieku żył sobie poeta, którego nikt w Polsce nie pamięta, nikt nie czyta, on nie istnieje i którego całe życie kręciło się wokół jednego zdarzenia. Otóż był kiedyś taki krytyk literacki Artur Sandauer, który występował we wszystkich telewizyjnych opiniotwórczych programach i nadawał na wszystkie tematy. Otóż ten Artur Sandauer raz, a tak mimochodem wspomniał tego bydgoskiego poetę i właściwie nigdy się już więcej tym poetą nie zajmował. Natomiast w życiu tego poety to był przełom i w środowisku naszym bydgoskim to był ogromny przełom, bo zawsze się mówiło: „O nim wspomniał Artur Sandauer”.
[01:47:08] - Tak. Wymieniony był przez ówczesny autorytet.
[01:47:12] - To bardzo ważne jest. Nie uśmiechaj się tak, Wiktorze przy tym, bo wbrew pozorom poruszyłeś dosyć ważny temat. Czasami do perfekcyjnego dzieła literackiego trzeba dodać tę odrobinę szczęścia, chociażby w tym wypadku Artura Sandauera, który o tym powiedział. To jest tak, że dzisiaj panuje nadmiarowość, panuje przesyt i książek, właśnie się dowiedziałem, że jest około pięćdziesięciu. Jak się to przemnoży, i to jest zgrubnie liczone bardzo, więc przypuszczam, że więcej. Jak to się przemnoży przez liczbę dni, to okazuje się, że zalewa nas fala książkowa. Jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałbym, że to świetnie. Dzisiaj już zaczynam mieć wątpliwości, czy to jest tak świetnie. W związku z tym, po pierwsze trzeba być czujnym, dobierając swoje lektury. Po drugie, będąc autorem trzeba mieć odrobinę szczęścia.
Niestety zaczyna być troszeczkę tak, jak stąpanie po polu minowym. Albo się uda, albo się nie uda. A teraz ja mam pytanie jeszcze, bo taką siostrzaną audycją naszego „Bibliotekarium”, w którym dzisiaj rozmawiamy, jest audycja „ABW. Antologia Bibliotekarium Warsztaty”. To jest audycja dla młodych pisarzy, młodych osób, które próbują pisać. Już dzisiaj, w czasie naszej rozmowy pojawiło się kilka wątków czysto warsztatowych pod tytułem „Jak to się robi?”. Więc postanawiam dorzucić następny i zwracam się z pytaniem do pani, bo ja mam takie wrażenie. Proszę mnie poprawić, a właściwie proszę powiedzieć, jak pani to robi. W większości przypadków jest tak, że pisarz dąży do tego, żeby opowiedzieć, skończyć swoją historię, czyli ją po prostu napisać. A później następuje proces dosyć żmudny, polegający na tym, że się te klocki troszeczkę przestawia.
To, o czym pani wspomniała, żeby na przykład doprowadzić czytelnika do tego, żeby on zaczął się domyślać w określonym miejscu. Zaczął wpadać na pewne pomysły w tym miejscu, w którym chce autor, a nie w tym miejscu, w którym to wyszło. I mam pytanie, jak to jest? Czy najpierw pani kończy książkę? Początek, środek, zakończenie, a później pani misternie to poprawia, czyli konstruuje, ujmuje pewne rzeczy, dodaje, czy też robi to pani w jakiś inny sposób? To takie pytanie warsztatowe.
[01:49:57] - Ja powiem tak, panie Marku, pan jest idealistą. Ja na Facebooku mam dużo znajomych, którzy piszą. I kiedy czytam wyznania koleżanek: „Właśnie skończyłam książkę, już wysłałam do wydawcy, nawet jej nie przeczytałam”.
[01:50:15] - O rany boskie!
[01:50:17] - Robi mi się słabo.
[01:50:18] - Bo ja wiem, czemu ja teraz na tyle tekstów słabych trafiam.
[01:50:22] - Tak, ale potem, wie pan, ja czytam tę książkę, bo ją dostaję i mówię: „Jednak trzeba było przeczytać, dziewczyno”. To jest pierwsza sprawa. Ja już nie mówię o warsztacie. Czytajmy to, co napisaliśmy. Jeżeli gdziekolwiek chcemy wysłać, czytajmy. Ale to jest jedna strona, a druga strona jest ta niecierpliwość. Ta niecierpliwość twórcy, żeby już natychmiast. Już zrobiłam, już koniecznie niech wszyscy zobaczą. I wysyłamy, bo już chcemy. Każdy chyba młody, początkujący twórca tak robi i tak działa.
I nie jest w tym nic złego, bo to jest ta jego naturalna całkowicie chęć pokazania tego, co się aktualnie zrobiło. Ja piszę już około 15 lat, więc już troszeczkę potrafię się wyciszyć. Na początku uważałam, że raz napisane tak musi być. Teraz uwielbiam. Mogłabym całymi godzinami poprawiać teksty, czytać, poprawiać, zmieniać każde słowo. Nie, tu jednak trzeba jakiś zamiennik. To nie to. „Po kurcza” doprowadziłam już do takiego stanu, że mąż mówił „zostaw” i koleżanka moja, która niestety bardzo kibicowała „Po kurczowi”, niestety już odeszła, mówiła: „Co ty jeszcze w nim grzebiesz? Co ty jeszcze tam szukasz? Czego ty tam jeszcze, dziewczyno, chcesz?”.
Ale to zdanie mi się nie podoba. Nie wiem, czy to zdanie jest napisane dobrze stylistycznie, gramatycznie i poprawnie językowo. Chodzi o co innego. Czy ono jest tak napisane, jak ja bym je widziała i jak ja bym je chciała przekazać? Naprawdę starałam się, jak mogłam, żeby tu każdy wyraz już był na swoim miejscu, żeby to wszystko było już tak, jak ja bym sobie wyobrażała. Godzinami go poprawiałam. Czytałam całą książkę. Ten tekst znam chyba na pamięć. Ostatnia korekta już po PDF-ie stała się mordęgą, bo nie umiałam się już wyzwolić z tego, że wiem, jakie będzie następne zdanie. Ale to dobrze, bo tak właśnie powinno się pracować.
Sztuka polega na wypracowaniu również. Chociaż nie zawsze można, bo do tego trzeba mieć talent. Musi być ten błysk, bo jak go nie ma, to niestety. Ja nie potrafię malować i choćbym nie wiem, jak się starała, nie nauczę się tego, bo moja ręka nie jest zdatna do przekazania w tej formie swoich treści. Nie potrafię śpiewać i nawet nie próbuję się tego uczyć, bo wiem, że nie mam żadnego talentu. Musi być ten błysk, mała taka iskiereczka. Jeżeli ona jest, zostaje tylko praca i trzeba być bardzo krytycznym wobec samego siebie. Jeżeli nie mamy tego krytycyzmu, jeżeli uważamy, że to, co robimy, jest genialne, to troszeczkę nam może pójść gorzej. Jeżeli jesteśmy krytyczni wobec siebie, potrafimy pracować. Też praca taka samodzielna.
Sam sobie człowiek musi zadać to zadanie. Popraw siebie. Jest to trudne z całą pewnością. I jeszcze jedno, jeszcze wrócę do tego, co pan mówił o ilości i o wyłuskaniu tej perełki. Dzisiaj mamy dużo programów jak „Mam talent” czy inne muzyczne były, gdzie występuje dużo ludzi, ktoś tam wygrywa. Ale co się okazuje? Że najwięcej sukcesów odniosły nie te osoby, które wygrały dany talent show, tylko te, które gdzieś tam się pokazały i zostały dostrzeżone właśnie ze swoim talentem. Najgorzej to jest właśnie pokazać się, stanąć i „Patrzcie, to jestem ja”. Im się jest młodszym, ładniejszym, tym jest łatwiej. Im się ma trochę więcej lat, wiadomo, człowiek już ma też pewną taką, jak to powiedzieć, myśli, że może on już nie jest najatrakcyjniejszy nawet fizycznie.
Także tak to wygląda. To są bardzo trudne sprawy. Naprawdę bardzo trudne. A co do pisania, ja sama prowadziłam kilka warsztatów twórczych i udało mi się natrafić na kilka osób, które rzeczywiście miały taką niezłą frazę. Bardzo ładnie pisały, bardzo pięknie potrafiały dostrzegać pewne rzeczy. Bo to nie chodzi tylko o samo pisanie. To chodzi też o to, że my musimy wiedzieć, co piszemy, o czym piszemy. Musimy potrafić dojrzeć, wyłuskać tak jak pan mówił, nie tylko, że ta wieża Eiffla stoi, ale my musimy zobaczyć, co jest dookoła tej wieży i to wszystko razem zobaczyć w całości. Nie umiem może dobrze tego opowiedzieć. Siadam i piszę to, co wymyśliło się w mojej głowie i mam kilku czytelników.
To mnie cieszy.
[01:56:01] - Powiedziała pani o talent show. Nie ukrywam, że nie mam talentu realizacyjnego czy planowania programów telewizyjnych, ale kiedyś sobie myślałem, że są talent show dotyczące śpiewania, tańczenia, jeszcze kilku innych dziedzin, a takiego talent show dla piszących osób nie ma, bo to jest mało atrakcyjne z punktu widzenia telewidza. Ktoś siada i pisze, może później przeczytać. Może to przeczytać aktor, ale w gruncie rzeczy ta sfera, część twórców, czyli ludzie piszący, są oddzieleni od talent show. Nie ma szans na to, żeby stali się bohaterami telewizyjnymi, bo to jest w gruncie rzeczy mało atrakcyjna praca. Ona jest atrakcyjna wtedy, kiedy jest skończona, kiedy dzieło powstanie. Ale na etapie tworzenia czy nawet przygotowywania się, nie jest atrakcyjna. Później oczywiście porzuciłem swoje marzenia o talent show dla osób piszących, bo to się chyba zrealizować nie da. To taka krótka refleksja. Natomiast chciałem panią zapytać, bo mówiliśmy o różnym planowaniu, ale to pewno nie jest tylko kwestia planowania.
Albo jeszcze od innej strony. Już mówimy o bohaterach, ale powiem tak: w różnych poradnikach dla osób piszących, popularnych, nazwijmy to popkulturowych, pod tytułem „Jak napisać powieść kryminalną” albo „Jak napisać świetną powieść”, mają podobne tytuły mniej więcej. Tam na ogół jedna z rad mówi o tym, że jak sobie planujesz, szanowna pisząca osobo, swojego bohatera, to rzeczywiście skonstruuj go tak, że dla ciebie, dla twojej informacji będzie wiadomo, kiedy się urodził. Już o tym mówiliśmy. Jakie różne przeżycia miał. To wszystko sobie zaplanuj. Zaplanuj sobie jego fizyczność, żeby na początku książki nie był blondynem, a pod koniec brunetem. Różne takie szczegóły sobie zaplanuj i trzymaj się tego. Część z tego wejdzie do książki, część do książki nie wejdzie. Ale zachowuj się, pisząc w ten sposób, jakby to wszystko do książki miało wejść, jakby to była pełna postać.
Owszem, to wszystko jest prawda, ale na przykład w tych samych książkach jest taka oto rada: jeśli, szanowny pisarzu, piszesz jakiś opis, to ogranicz się do trzech zdań, bo więcej nie potrzeba współczesnemu czytelnikowi. Jeśli to jest opis psychologii bohatera, to również nie przesadzaj, nie wdawaj się w specjalnie długie opisy. I teraz jak to pogodzić? Bo pani bohaterowie, ja sobie to jeszcze przed audycją nawet sprawdziłem, to są pełnowymiarowe postacie. To nie są postacie z książki, w której do końca nie potrafimy sobie bohatera nawet wyobrazić, jego fizyczności. Znam takie książki, całkiem niezłe, jeśli chodzi o akcję, ale jakbym miał opisać bohaterów, to miałbym duże kłopoty. I tu pytanie troszeczkę i o tych bohaterów, ale i o psychologię tych bohaterów. Bo psychologia pani postaci, jest tych postaci kilka w książce, jest bardzo, nie mam słowa, głęboka, w każdym razie bardzo szczegółowa. To nie są postaci z papieru. Czuć, widać, że one mają swoją psychikę.
Ta głębia jest wyraźnie wyczuwalna. One nie postępują w życiu tak, bo sobie tak im się zachciało. To jednak jest umotywowane, bo tak przecież w życiu jest. Nasze decyzje, jeśli nam się nawet czasami wydaje, że są ad hoc, bo nam się tak zachciało, to w gruncie rzeczy gdzieś tam przeszłość za nami podąża.
[02:00:03] - To wszystko tak.
[02:00:04] - Więc właśnie to pytanie, takiej natury warsztatowej dla naszych słuchaczy: jak się konstruuje takie postacie? Jak pani to robi? Spisuje sobie pani, kartoteki robi? Jak to się robi?
[02:00:21] - Mój mąż też zawsze mówi: „Ty sobie spisuj. Ludzie piszą, a ty nic”. Ja patrzę, ja obserwuję, mam gdzieś w sobie takie uwarunkowanie. Kiedy zaczynam rozmawiać z człowiekiem, ten człowiek mi mówi: „Dzień dobry, nazywam się tak i tak” i ja go widzę przed sobą, to od razu wiem, czy to jest człowiek godny zaufania, czy nie. Czy warto zastanawiać się nad dłuższą znajomością z nim, czy nie. Jakoś tak szybko tych ludzi potrafię rozszyfrować. To jest taka właśnie zdolność, nadprzyrodzona chyba. Często tak w życiu miałam, że mówiłam od razu rodzinie: „Tutaj to nie zwracajcie na to uwagi, co on mówi, bo on lubi konfabulować”. „Nie, ty zawsze...”. Ale potem było: „Mamo, ty miałaś rację.
Oj, miałaś rację, Krysiu”. No miałam. Z kolei ktoś inny mówi: „Na nim możecie polegać”. No rzeczywiście, życie. Mam trochę już lat, nie chcę mówić ile, ale trochę mam, trochę ludzi w swoim życiu poznałam, trochę przeżyłam. Ale ja powiem może o postaci, tej głównej postaci książki, bo to jest bardzo ciekawe, skąd ona się w ogóle wzięła, jak to się stało, że ja do tego, kurczę, doszłam. Pisząc książkę „Kochanek pani Grawerskiej” wymyśliłam sobie pewną scenę. Tak jak mówiłam, te sceny wchodzą czasem wymyślone, a czasem nie wchodzą. Ta akurat nie weszła. Nie weszła do książki, ale miała dalej pewne konsekwencje, więc to już był cały ciąg zdarzeń wymyślony.
I bardzo mi szkoda było tego ciągu zdarzeń, ponieważ tam była bardzo ciekawa scena Dotycząca porachunków, tak bym to ogólnie powiedziała. Scena, w której brały udział osoby stojące bardzo wysoko, o nienagannym społecznym zaufaniu. A tu coś się wydarzyło i te osoby pokazały swoją drugą twarz. Żal mi było potem, bo mój bohater wyjeżdżał, uciekał właściwie przed wymierzeniem kary i uciekał nad morze. Tam pracował pod innym nazwiskiem w kawiarni. To było pierwsze zetknięcie z moim Pokurczem. Drugim zetknięciem było, nie wiem, czy panowie pamiętacie sprawę ochroniarza, co ukradł chyba osiem milionów, prawda?
[02:02:59] - Tak, oczywiście.
[02:03:01] - Człowiek rok czasu pracował i nie budził żadnych zastrzeżeń. Nikogo. Tak już niestety jest. I to są właśnie sceny prosto z życia. Niczyjego zdziwienia nie budził, ba, nawet dawał się fotografować. I tam widzimy człowieka w dosyć gęstej brodzie na tych fotografiach robionych. I kiedy się okazało, że to nie jest ten człowiek, za kogo się podawał, zaczęłam się zastanawiać, że to jest ciekawa historia, bo on musiał mieć rodzinę, musiał mieć bliskich. Ci bliscy musieli myśleć, że on gdzieś jest. On musiał do tego domu jeździć. Tam był innym człowiekiem.
To mnie zaczęło bardzo nurtować. Wymyśliłam sobie jeszcze inną opowieść, ale szybko od niej odeszłam. A jeszcze następna sprawa. Kiedyś pracowałam też jako nauczyciel w szkole. Przeważnie były to szkoły wiejskie. Nie zawsze, ale przeważnie. Spotykałam się z bardzo różnymi przypadkami. Spotkałam się z przypadkiem chłopca, który miał niesamowite życie. Wydawałoby się, że to taki Hiob, mały Hiob. Wszystko, co może człowieka spotkać, spotkało właśnie jego.
Był to chłopiec niezwykle zdolny i niezwykle wrażliwy. Większość historii to są historie z jego życia. On uczył się przed lekcjami, gdzie inni uczniowie mieli to serdecznie w nosie. On potrafił przyjechać do własnego nauczyciela do domu w niedzielę, przeprosić go za to, że złapał go na paleniu papierosów. Dla mnie to była sytuacja niebywała, bo palenie papierosów przez chłopca z siódmej czy ósmej klasy wydawało mi się wtedy śmieszne w sytuacji, jaką ten chłopak miał w życiu. Kiedy skończył ósmą klasę, rozmawiałam z nim i mówiłam: „Koniecznie, jesteś zdolny, musisz coś ze sobą zrobić”. A on mówił: „Ja jestem naznaczony. Ja się z tego nie wyrwę. Ja już muszę w tym tkwić”. I to był taki pierwowzór mojego bohatera.
Oczywiście to nie jest jeden do jednego przeniesione, ale pisząc tę książkę z tyłu głowy go ciągle miałam, że ta historia jednak jest realna, że ona się rzeczywiście mogła wydarzyć, mogła być nawet jeszcze gorsza niż ja ją przedstawiłam. Z kolei jeżeli chodzi o samego Kacpra Rawicza, takich Kacprów spotkałam wielu na swojej drodze. Bardzo rezolutnych cwaniaków, którzy od najmłodszych lat robili wszystko, żeby zabezpieczyć sobie swoją przyszłość. To nie są wymyślone postaci. To są naprawdę ludzie wzięci z życia. Ja ich tylko połączyłam. Ja tylko im opowiedziałam inną historię i oni w tę historię w mojej głowie szybciutko weszli. Nie wiem, jak by to jeszcze inaczej powiedzieć. O to chodzi chyba w tej sztuce, żeby połączyć wiele rzeczy w jedno i znaleźć to, co jest najciekawsze, co przyciągnie czytelnika, co go zainteresuje, a jednocześnie to, co chcemy przekazać. Że nie zawsze piękno jest takie piękne, że nie zawsze to, co wspaniałe, jest rzeczywiście ciekawe, że czasem pod postacią Pokurcza możemy znaleźć kogoś naprawdę interesującego.
Kogoś, kto jest wart.
[02:06:51] - Pani Krystyno?
[02:06:52] - Nic nie mówię.
[02:06:54] - Wie pani, co pani przed chwilą zrobiła?
[02:06:57] - Nic nie mówiłam.
[02:06:58] - Niech pani zobaczy. My tutaj prowadziliśmy z panią rozmowę. Takie pytanie, taka odpowiedź, takie pytanie. Nagle zaczęła pani mówić, a myśmy długo milczeli, bo dała pani taką lekcję patrzenia na życie, czerpania z życia tego, co umysł czerpie, postrzegania świata. To była świetna lekcja. Dziękujemy bardzo. Szczególnie patrzenia przez osobę, która pisze. Młoda osoba, która ma ambicje pisania, powinna czerpać garściami z tego, co pani przed chwilą powiedziała, że wbrew temu, znowu odwołam się do tych poradników, o których wspomniałem. Owszem, postać literacką się konstruuje, ale to nie znaczy, że buduje się ją zupełnie z niczego. Można oczywiście próbować, ale to, co pani powiedziała, jest niezwykle ciekawe, że tak naprawdę lepi się ją z pewnych kawałków, które się w życiu widziało, obserwowało.
To ja teraz się wcale nie dziwię, że pani nie robi szczegółowej buchalterii notatkowej, bo to jest po prostu niepotrzebne. Pani te osoby ma w swojej głowie, one bez przerwy pani towarzyszą. W związku z tym po co to notować, skoro one są? Po prostu są. Ja mam taką uwagę, bardzo chyba bystrą, jak na mnie przynajmniej. Otóż Marek bardzo często zadaje ludziom piszącym pytanie: „W jaki sposób wpadłeś na pomysł? W jaki sposób napisałeś tę książkę?”. Tego dotyczą również te poradniki współczesne. Jak napisać książkę, jak wpaść na pomysł i tak dalej. Otóż Marek w tej rozmowie z panią też zadał pani takie pytanie, a nie wiem, czy pani zauważyła, Marek, czy zauważyliście, że pani zrobiła absolutny unik?
[02:09:03] - Bo pani zamiast odpowiadać, jak pani urodziła tę książkę, zaczęła mówić, w jaki sposób ją wychowywała.
[02:09:12] - Tak, ale o to właśnie chodzi. To jest moim zdaniem modne słowo w tej chwili level. To jest ten level hard, czyli opanowanie pewnej umiejętności kreowania. Moim zdaniem warto sobie tę naszą dzisiejszą rozmowę gdzieś odznaczyć, nagrać czy też skopiować, bo to myślę jest-- ja wiem, że młodzi ludzie pewno będą musieli sobie to przetrawić, przemyśleć, ale w gruncie rzeczy ja przynajmniej uważam, że ta nasza rozmowa jest znakomitym poradnikiem dla osób piszących. Tylko trzeba z tych porad po prostu skorzystać.
[02:09:54] - Na samym początku pani Krystyna na przykład powiedziała, w jaki sposób tę książkę, kiedy pisała, to pierwsze co znalazła kilka koleżanek, którym tę książkę podkładała. Otóż chcę wam zwrócić uwagę, że minął ten czas, co ja wspomniałem Artura Sandauera, autorytetów. Dzisiaj twórczość jest bardziej towarzyska. Trzeba sobie znaleźć paru kumpli, parę kolegów, z którymi można porozmawiać, tylko trzeba ich dobrać właściwie.
[02:10:26] - Ale ja też uważam, że to jest kwestia tylko testowania. Tak jak pani Krystyna o tym powiedziała, czy te zabiegi literackie zastosowane działają. Bo jak działają, a jak nie działają, to trzeba poprawić. Tak to odebrałem.
[02:10:42] - Tak, tak to było dokładnie, panie Marku, że ja sobie jednak umyśliłam, że to ma być ta tajemnica, że czytelnik niby już wie, a dalej nie wie dlaczego. Że on już się zorientował, prawda? „Aha, teraz ja już wszystko wiem.” Ale potem: „Zaraz, zaraz. Ale właściwie dlaczego tak, a nie inaczej?” I to pytanie dlaczego było bardziej nurtujące niż odgadnięcie, dojście do prawdy. Nazwijmy to who is who. Ale jeszcze chciałam powiedzieć, że z budowaniem postaci to jest jeszcze tak: my możemy sobie wymyślać, jakie chcemy historie i obojętne, czy one będą historyczne, czy będą realne, osadzone w naszym dzisiejszym świecie, czy to będzie fikcja, fantazja literacka. Proszę bardzo. Ale musimy pamiętać o jednym. Wydarzenia są fikcyjne, ale nasze postaci muszą być realne. One muszą być ludźmi pełnokrwistymi.
Nie może być tak, że ktoś jest dobry, a ktoś jest zły. I to też z życia wzięta sytuacja, proszę państwa. Wielokrotnie miałam tak, że ludzie, na których w ogóle by się nie powiedziało, że będą ci pomocni, będą twoimi przyjaciółmi. Wtedy, kiedy ty potrzebujesz tej pomocy, raptem okazuje się, że ci ludzie stają blisko ciebie nawet niewołani i mówią: „Słuchaj, jak nie wiesz, jak przejść przez tą wodę, to weź mnie za rękę, przejdziemy razem.” To tak niestety w życiu jest, że my nie jesteśmy jednakowi cały czas. My nawet czasem coś robimy, złościmy się, jesteśmy jacyś nieprzyjemni, ale potem za chwilę uśmiechamy się, staramy się załagodzić. Taka jest nasza psychika, takimi jesteśmy ludźmi. Więc jak ja czytam i widzę tylko złe, cały czas złe i cały czas dobre i piękne, to mówię: „Historia może być nie wiem jak cudowna. Ona mnie nie interesuje.” Mnie interesuje, jak ten człowiek zachował się w tej historii. A ludzie teraz bardzo rzadko stawiają w ten sposób ocenę sztuki. Ja muszę powiedzieć, że to też jest wina może szkoły, że szkoła nie przygotowuje w ten sposób młodzieży, dzieci do odczytywania właśnie tropów literackich, filmowych i innych.
Idą na film. „O, fajny był film, ale o czym?” I zaczynają opowiadać treść. Nie, nie, nie. Ja nie pytam, jaka była treść tego filmu. Ja pytam, o czym był ten film, bo on o czymś był. Bo autor chciał nam, reżyser przekazać jakąś wiedzę, jakieś hasło, pokazać nam swoją drogę i żebyśmy spojrzeli jego oczami na daną rzeczywistość. Tak samo jest w literaturze, tak samo jest w malarstwie. Musimy znaleźć to i to jest najważniejsze.
[02:13:47] - Ja myślę, że to jest w tej chwili sztuka, która bardzo wielu czytelnikom już umknęła. Że rzeczywiście jest tak, że pytając o książkę, to najczęściej usłyszymy relację scena po scenie albo mniej dokładną relację ogólną. Natomiast rzeczywiście nie ma tego odwołania się, o czym jest ta książka. Być może dlatego nam z Wiktorem nie sprawia nigdy specjalnych problemów nieopowiadanie, bo to jest zasada tej audycji. Nie opowiadamy książek, które omawiamy. My ich po prostu nie opowiadamy scena po scenie. Raczej staramy się właśnie mówić, o czym jest ta książka tak ogólnie i może jako to starsze pokolenie nie mamy z tym problemu. Ale chciałbym zapytać o rzecz następującą, bo już powiedziałem, że ta książka ma w sobie tajemnicę, w jakiś sposób jest sensacyjna, w jakiś sposób jest obyczajowa. Taka jedno pytanie, bo ona w pewnym momencie, pani już tę scenę zdaje się wspomniała, kiedy znajdujemy się w towarzystwie ludzi majętnych, bogatych i pojawia się tam jeden z bohaterów, bo to jest przyjęcie.
[02:15:12] - Tak.
[02:15:13] - Tam nagle dochodzi do brutalnej sceny, nie wchodząc w szczegóły. I z tych wymuskanych, bogatych, kulturalnych ludzi wychodzą, szukam znowu słowa, jakieś takie chamidła. A w dodatku takie cyniczne chamidła i to takie, które się nie liczą z nikim i z niczym. To pokazuje znowu, jak bystrą jest pani obserwatorką, bo powiem tak, łatwiej jest może pokazywać człowieka przy pracy, jakieś elementy jego romansowe czy jakieś elementy obyczajowe związane na przykład z jego dzieciństwem. Ale ta scena to jest jedna z takich mocnych scen, która się pojawia w tej książce. Ja też na nią baczną uwagę zwróciłem, bo czuć w niej moc. W dodatku, znowu nie zdradzając puenty, ona się kończy dosyć tak, że człowiek się nagle otrząsa, mówi „O kurczę, a co teraz będzie?”.
[02:16:19] - Co teraz będzie? Tak. Jak to jest możliwe? Dlaczego? To się nie mieści w głowie. Przyznam się, że ja tę scenę pisałam bardzo starannie. Dużo czasu nad nią spędziłam. Często do niej wracałam i gładziłam, żeby tam nie było jednego fałszywego słowa. Jeszcze przyznam się do tego, że ta scena była jeszcze brutalniejsza. Była naprawdę bardzo brutalna, ale doszłam do wniosku, że nie zrobię tego swojemu bohaterowi.
Nie. I muszę powiedzieć, że zaczęłam ją pisać z taką myślą „A zobacz, czy to potrafisz. Taka jesteś, tutaj sobie piszesz, tak się cieszysz, że tak pięknie ci to idzie, że tak sobie weszłaś w to i tak dobrze się tutaj czujesz w tym świecie. A zobacz, czy potrafisz to„, co tak jak już powiedziałam, było wymyślone do całkiem innej powieści. A to tak pięknie zagrało, mówię „Zobacz, czy tu potrafisz to zrobić„, bo powiem panom, że napisanie takiej sceny wcale nie jest łatwe, zwłaszcza dla kobiety, która brzydzi się jakąkolwiek przemocą. Pokazanie czegoś takiego jest właściwie okropne. Muszę powiedzieć, że ja rozmawiałam ze swoim zięciem lekarzem, pytając go o efekty takiej sytuacji, żeby to wszystko było też realne, choćby z tego względu. Potem oglądałam całkiem przypadkiem taki reportaż, gdzie pokazywano zdjęcia człowieka po takim wydarzeniu i potem ten człowiek już po kilku miesiącach był pokazany. Wyglądał dosyć normalnie. Także doszłam do wniosku, że tak chyba może być.
Nie było to łatwe. To przygotowania takiego psychicznego wymagało przede wszystkim, takiego nastawienia na to, że robię coś, co jest wbrew mnie, ale muszę to pokazać. Cieszę się, że pan mówi, że pan na tę scenę zwrócił uwagę, bo właśnie o to mi chodziło, żeby ta scena wybijała się, żebyśmy wiedzieli, że to, co my czasem uważamy za ten wyższy level naszego życia, nie zawsze zasługuje na uznanie. Tak to niestety jest, że życie bywa brutalne, a ludzie czasem maskują się bardzo długo, a w takich chwilach wychodzi ich taka prawdziwa natura. Oni wtedy mogą odreagować swoje wszystkie stresy, ukrywane ułomności, bo czują swoją siłę, zwłaszcza wtedy, kiedy są w gromadzie. I myślę, że to nie dotyczy tylko jakichś chuliganów i pospolitych rzezimieszków. To dotyczy każdego człowieka, że w takiej sytuacji może w ten sposób zareagować. Cieszę się, że scena wywarła jednak jakieś wrażenie.
[02:19:39] - Wywarła. Od razu mam jeszcze jedną rzecz do powiedzenia. Wbrew pozorom to może tak nie zabrzmieć na początku, ale to jest absolutna pochwała. Otóż pani opanowała do mistrzostwa manipulowanie psychiką czytelnika. Moją psychiką w tym wypadku. Już nie róbmy uogólnienia. Moją psychiką na pewno. Bo ja na przykład miałem takie myśli, kiedy poznawałem bohaterów. Jesteśmy w tej nadmorskiej miejscowości. Jest córka właściciela, jest główny bohater, który, widać to, on się coraz bardziej zakochuje w tej dziewczynie, bo to też była taka mowa o tym.
Ktoś to porównał, że to jest romans, ale bez takiego harlekinowego zadęcia. To jest romans, ale bez tych wszystkich ozdobników. On tam po prostu jest. Dwójka młodych ludzi po prostu-
[02:20:41] - Się kocha. Tak, oczywiście.
[02:20:43] - Tak, ale ta manipulacja na czym polegała? Na tym, że ja mówię tak, on się tutaj w niej zakochuje, a ona taka zimna jest. Okazało się, że to tak nie do końca. Oczywiście to państwo musicie to przeczytać, jak to jest. Ale o tym mówię właśnie, że nawet do tego mnie pani doprowadziła, że już się tak identyfikowałem z tym głównym bohaterem, że nawet miałem pretensje do tej dziewczyny, że ona tak go traktuje, a nie inaczej.
[02:21:16] - On też ma w pewnej chwili pretensje. Mimo wszystko, że poszedł na ten układ. Jest taka scena złożona z kilku jego wypowiedzi mówionych w różnym czasie, że kiedyś powiedział, że może byś została. Dlaczego musisz wychodzić? Dlaczego nie możemy porozmawiać? Dlaczego? On się pierw zgodził na to, a potem jednak chciał coraz więcej.
[02:21:41] - Oczywiście nie pasowało to już mu zupełnie.
[02:21:44] - Ja powiem tak: romans to takie dziwne troszeczkę, bo u nas się teraz nazywa romansem właściwie wszystkie sytuacje, gdzie jest kobieta i mężczyzna. Już jest romans. To nieprawda. Romansem nazywamy zupełnie co innego. Kiedyś przynajmniej romansem nazywano zupełnie co innego. To jest normalna relacja między młodymi ludźmi, między którymi zaiskrzyło, jest jakieś uczucie. Ale to nie jest romans. Romans to jest właśnie taki ulotny, powiewny, taki nierealny, gdzie ci ludzie nie są do końca ze sobą uczuciowo związani. To jest zwykła, normalna miłość, bardzo silna, która zdarza się bardzo rzadko. Już nasza noblistka pisała, że przenigdy nie zdołałaby zaludnić ziemi ta miłość prawdziwa, a tym ludziom się trafiła ta najprawdziwsza w świecie miłość.
Tylko że od tej miłości ich troszeczkę jeszcze dzieliło, bo oni nie mogli pokazać swoich prawdziwych twarzy. Ani jedno, ani drugie. Co prawda Olga była przekonana, że schodzi z otwartą przyłbicą, że on wie wszystko, ale nie powiedziała mu tego. Ona po prostu przyjęła to za pewnik. A on, który nigdy w życiu nawet nie słyszał o takim uczuciu jak miłość, nigdy mu przez myśl nawet nie przeszło, że kiedykolwiek może kogokolwiek kochać. On dopiero się uczy miłości. On dopiero tę miłość poznaje. Jest to dla niego jakaś fascynacja. On nie umie się z tym pogodzić, nawet nie wie, jak to spełnić, bo dla niego jest to tak strasznie obce uczucie. Także tu z tym romansem – miłość, tak bym to nazwała.
I teraz tak, czy można napisać książkę bez miłości? Można. Dlaczego nie? Tylko ta książka nie opowiada też o życiu, bo życie niestety z tą miłością jest związane nierozerwalnie. Bo gdyby nie ta miłość, nie rozmawialibyśmy teraz ze sobą. To jest najnormalniejsze, podstawowe, najważniejsze uczucie człowieka. Więc napisać książkę bez miłości jest naprawdę trudno. Ja kiedyś nawet myślałam, czy to jest możliwe, ale myślę, że raczej nie, bo gdzieś każdym z nas od najmłodszych lat o tej miłości marzy, potem ją w jakiś sposób przeżywa, w taki bądź inny. Mówimy o jednym bohaterze. Powiedzmy o drugim bohaterze, który kochał się w dziewczynce, małej dziewczynce i przez całe życie, chociaż potem jej już nie było obok niego, on dalej ją kochał, a nikt by go o takie uczucie nie podejrzewał, bo naprawdę nie był on człowiekiem wygórowanych psychicznych predyspozycji.
Ale miłość potrafił odczuwać. To jest książka o miłości, o tym, co miłość potrafi zrobić z człowiekiem, jak potrafi nim manipulować. Bo niestety on dla tej miłości był gotów poświęcić całe swoje życie, wszystko w końcu dla jednej chwili. I okazało się, że jego partnerka również, choć przez całą książkę mamy wątpliwości, jak pan tutaj pięknie, panie Marku, zauważył. Te wątpliwości gdzieś są. Myślę, że ładna miłość, jak to piosenka była, brzydka ona, brzydki on, a taka piękna miłość.
[02:25:32] - Tak.
[02:25:33] - Bo miłość jest piękna.
[02:25:34] - Te fragmenty – ja to lubię tak wszystko kategoryzować – ja sobie tak na swoje potrzeby skategoryzowałem. To po prostu są bardzo sympatyczne sceny tej relacji pomiędzy nimi. One są po prostu sympatyczne, nawet w tych momentach, kiedy ona tak troszeczkę się jeży, kiedy ona go tak odrzuca, to widać, że coś się rodzi, że ku czemuś to zmierza. Dlatego ja użyłem sobie tej kategoryzacji właśnie, że to jest sympatyczne. Jak ja o tym teraz myślę, o tej książce, to właśnie te momenty wspominam jako sympatyczne.
[02:26:13] - Ja jeszcze tylko chciałam jedną rzecz, bo tak rozmawialiśmy o konstrukcji tej książki i o warsztacie. Ja jeszcze chciałam powiedzieć, że ja nie wiem, czy to jest wyczuwalne, ale świadomie starałam się użyć jakby dwóch języków w tej książce. Jeden to jest całkiem inny język wtedy, kiedy opowiadamy losy naszych bohaterów, czyli ta warstwa czasowa dawna, a drugi to jest ta płaszczyzna współczesna, właśnie te relacje między bohaterem a Olgą. One są w takim prostszym języku napisane, w takim bardziej oczywistym i jak pan mówi, jaśniejszym, takim pogodniejszym. A tutaj te rzeczy dawne. Starałam się, żeby jednak nadać im taki klimat troszeczkę wiszący, niedomówień, niedopowiedzeń jakichś. Czasem nawet przekazywałam jakieś takie wątki, że one tu są, one gdzieś się tam przewijały, ale starałam się ich nie rozwijać specjalnie, żeby dać czytelnikowi jakąś szansę dopowiedzenia sobie, odnalezienia się w tej sytuacji, poszukiwania. Tu chociaż mówię o tym właśnie wątku też miłosnym głównego bohatera, matki głównego bohatera i nauczyciela. Też miłości niespełnionej, bardzo brutalnej, tych odchodzeń, rozstań. I powrotów.
To są również, wydaje mi się, bardzo ciekawe relacje, ale to już takie drugorzędne. To już trzeba naprawdę chcieć wertować wszystkie wątki, ale one tworzą klimat, prawda? One pokazują, jak to właściwie wszystko tam w tym klimacie się kotłowało w tym jednym tyglu. Te uczucia dobre z tymi uczuciami złymi. Tak chciałam tylko jeszcze dopowiedzieć.
[02:28:16] - Jeśli mogę uwagę na to dictum, że nie ma życia i nie można właściwie napisać książki bez miłości, to ja mam takie samo zdanie. Ale poznałem w życiu sporo ludzi, którym ta miłość rozumiana w sposób taki, jak my to rozumiemy, właściwie nigdy nie zaistniała. Natomiast miłość własna-
[02:28:49] - A tak
[02:28:50] - ... decydowała o całym ich życiu, o wszystkich wyborach, o wszystkich decyzjach podejmowanych i tak dalej. Bo miłość własna jest też potwornie potężnym narzędziem.
[02:29:03] - Tak. Bardzo. To z kolei proponuję „Kochankę pani Graverskiej”. Tam ta miłość własna jest bardzo mocno wyeksponowana. Wszyscy, co czytali tę książkę, twierdzą, że jednego z głównych bohaterów przez to właśnie nie cierpią. Rzeczywiście tu zgadzam się z panem. Ale jakaś forma tej miłości musi być. Jak się nie spotkało drugiej połówki, to niech się chociaż siebie kocha. Zawsze to jest jakaś miłość .
[02:29:36] - Pani Krystyno, ja teraz mam dla pani supertrudne zadanie, bo już troszeczkę rozmawiamy o pani książce. A to ja bym chciał poprosić panią teraz o wygłoszenie tekstu reklamowego. Reklamowego to przesada, ale jakby pani miała polecić książkę zatytułowaną „Pokurcz”, to co by pani powiedziała polecając ją?
[02:30:04] - Że nie jest to historia banalna, nieoczywista. Może się zdarzyć każdemu, ale chciejmy, żeby tak nie było. Warto ją przeczytać, żeby docenić własne, może trochę spokojniejsze życie. Książka mroczna chwilami, ale dająca też perspektywę szczęścia.
[02:30:25] - Pięknie.
[02:30:26] - Jeżeli chcecie poznać bohaterów, których sami byście chcieli mieć wokół siebie, to proponuję przeczytać „Pokurcza”. A którego z moich bohaterów najbardziej polubicie? To już zależy tylko od was.
[02:30:41] - Pięknie powiedziane. W pełni się z tym zgadzam. Nic dodać, nic ująć. Ale ja jeszcze coś dodam w sensie jeszcze jednego pytania. Otóż miałem w swoim czasie możliwość przeczytania wywiadu z panią. On już miał kilka lat. I tam przeczytałem rzecz, którą gdybym nie znał „Pokurcza”, to bym się zmartwił, że pani właściwie zrezygnowała z pisania i że może już wystarczy. Chyba taka fraza tam pada. Mam pytanie. Rozumiem, że ten okres pewnego pesymizmu troszeczkę minął.
A skoro minął, to musi paść takie pytanie: jakie są pani dalsze plany literackie, pisarskie?
[02:31:33] - Tak jak już powiedziałam, ta „Waliera” zaczęła mi znowu troszeczkę przyświecać. Zaczęłam myśleć o tej książce. Chodzi o to, że książka miała już bardzo dobrze wymyślony koniec, ale ten koniec stał się nieaktualny w tej chwili. Mam już następny. Możliwe, że wrócę do tego projektu. Mam zaczęty projekt powieści z kolei bardzo interesujący z innego punktu widzenia. Oczywiście tam będzie miłość również. Bez tego się nie obejdzie. Natomiast tu bardziej chodzi o miłość między mężczyznami, ale nie są to związki bynajmniej jakieś niezdrowe. Chodzi o miłość między ojcem a synem.
Bardzo dziwną, bardzo nieoczywistą. Taką, która rodzi się dopiero w późniejszym wieku. Co z tego wyniknie? Ja już wiem, ale też nie jestem do końca pewna, czy pójdę tą drogą. Książka jest w pisaniu. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Miałam duży-
[02:32:39] - Ma roboczy tytuł?
[02:32:42] - Tak, ma roboczy tytuł. I ten roboczy tytuł to jest „Syndrom Szepszczuręki”. Albo „Co u pana, panie Szepszczurenko?", "Gdzie pan Szepszczurenko?" Jest bardzo tajemniczą osobą. Nie wiem, czy to będę cokolwiek zdradzać przyszłym czytelnikom, jeżeli książka w ogóle się ukaże, bo jest to również postać, która jest i jej nie ma za jednym razem. Ale to jest całkiem inny kontekst, całkiem inna sprawa. Też sprawa wzięta z życia, bo ja kiedyś usłyszałam podobną historię do historii pana Szepszczuręki od pracownika naukowego i wydała mi się bardzo interesująca. Chodzi właśnie o to, o czym już z panem Markiem tu dzisiaj rozmawialiśmy, że przedstawione dzieło nie zawsze jest dziełem autora, który się pod tym dziełem podpisał. I co z tego wynika? Zobaczymy. Nic jeszcze nie mówię.
Zobaczę, jak mi to pójdzie. Dopiero są to plany.
[02:33:48] - Z tego, co się zdołałem zorientować, to w każdym razie motyw zagadki pewnej tajemnicy w tej książce również występuje, w tej pisanej książce.
[02:33:57] - Tak, co najmniej dwa takie motywy zagadki będą, ale oczywiście znowu jest to sytuacja z życia wzięta. Tu już raczej nie będzie pościgów, tu już raczej będzie bardzo spokojnie. Niby normalne życie, ale też pełne jakichś zagadek, spraw niewyjaśnionych, nie zawsze dobrze naświetlonych. I pytanie, kto jest kim i na ile sobie zasłużył miłości, czułości i tak dalej.
[02:34:26] - Pani Krystyno, bardzo serdecznie dziękujemy za naszą rozmowę. Myślę, że ona nie tylko mi dużo dała, ale również naszym słuchaczom również się przyda w tym praktycznym aspekcie, czyli związanym z pisaniem, ale też w aspekcie przemyśleń. Bo poruszyła pani dzisiaj w czasie rozmowy bardzo wiele kwestii takich, które wymagają przemyślenia, wymagają przetrawienia. Każdy to musi zrobić na własny rachunek, musi to zrobić sam, a jeśli myśli o pisaniu, jeśli pisanie go fascynuje, to powinien moim zdaniem to zrobić.
[02:35:12] - Zwrócę wam uwagę na jedną rzecz. Otóż my wszyscy, mniej więcej te pokolenia, wychowaliśmy się w XX wieku na literaturze, jakby nie było, niestety pisanej wyłącznie przez mężczyzn. Bardzo rzadkie przypadki, i to marginalne zupełnie w całej kulturze europejskiej, jakiejś twórczości kobiecej. Dzisiejsze pokolenia może nie czytają, czy czytają książki, ale coraz więcej pokoleń wychowuje się również na matczynej literaturze, na literaturze pisanej przez kobiety. Z czego ja jestem absolutnie zachwycony, bo te kobiety rzeczywiście, tak jak obserwuję od 20 lat, piszą wspaniale. Stanęły w szranki z facetami i to z powodzeniem.
[02:36:15] - Właśnie, bo ja bym powiedziała tak: ja literaturę dzielę na dwie kategorie – dobrą i złą. I powiedzenie „literatura kobieca bądź pisana przez kobiety” w pewnym sensie gdzieś już mnie stygmatyzuje. Dlatego, że trzeba zwracać uwagę na to, jak to jest wszystko napisane, a nie kto to pisał. Oddzielić dzieło literackie od osoby piszącej. Tak sobie myślę, gdybym tak miała 30 lat, była wysokim, przystojnym brunetem, moje książki byłyby w tej chwili naprawdę popularne. Ale to już teraz mogę tylko o tym pomarzyć. Także bardzo panom dziękuję. Bardzo miło mi się z panami rozmawiało i wydaje mi się, że to była przede wszystkim dla mnie bardzo dobra lekcja. A najbardziej dziękuję za takie piękne porównania. To dla mnie niezwykły komplement i bardzo dużo znaczy.
Miło mi było.
[02:37:19] - Dziękujemy pani bardzo.
[02:37:21] - Świetna książka i świetna z panią rozmowa.
[02:37:25] - Dziękuję.
[02:37:30] - A już za chwilę, już za sekund parę na naszej antenie trzeci przygotowany na dziś fragment „Pokurcza”. Radio Paranormalium, audycja Bibliotekarium. Zostańcie państwo z nami. Po tym fragmencie, gdzieś tak za jakieś 25 minut usłyszymy się ponownie z Markiem Żelkowskim i Wiktorem Żwikiewiczem. „Pokurcz”, fragment trzeci. Właściciel restauracji, stojąc przy stoliku, ciężko dyszał. Czekał, aż kelnerzy przestawią do niego wygodny, duży fotel mogący z powodzeniem pomieścić dwie osoby. „Smakuje?” – zapytał, chociaż od razu było widać, że kulinarne gusty gościa zupełnie go nie interesują. „Jedz, nie przeszkadzaj sobie”. Podał Kacprowi spoconą dłoń.
Była miękka, nabrzmiała. „Znasz przysłowie pańskie oko konia tuczy?” Rozglądał się po sali. „Tak, znam”. „No właśnie. Łowicz się nazywasz?” „Nie. Rawicz”. Restaurator potakiwał głową. Był niski, z wyraźną nadwagą. Twarz miał pogodną, chłopięcą, wzbudzającą sympatię. Wycierał mokre czoło lub wachlował się trzymaną w dłoniach serwetką.
Na odkrytym przedramieniu spienione fale unosiły wytatuowany żaglowiec. Przy każdym ruchu potężnego ciała morze burzyło się jeszcze bardziej, a szkuner zabawnie podskakiwał. Kacper przez chwilę zastanawiał się nad wiekiem grubasa i doszedł do wniosku, że z całą pewnością przekroczył on już czterdziestkę. Na jasnej niebieskiej koszuli mężczyzny w okolicach pachy i na plecach pot wymalował abstrakcyjne mazaje tworzące niepowtarzalne dzieło natury. „Zieleń to cwaniak. Nieźle sobie ciebie wymyślił, ale moje chłopaki mówią, że wasza umowa niedługo wygasa. I co? Zostajesz u niego, czy jedziesz z Olgą w góry?” Słysząc imię dziewczyny, Kacper z wrażenia przełknął za duży kęs dorsza. Odruchowo odchrząknął. Nie spodobało mu się, że ten obcy facet wie, jakie stosunki łączą go z Zieleniową.
Zanim jednak zdążył się odezwać, mężczyzna kontynuował monolog. „Ile ci nasz Tomasz płaci? No śmiało” – zachęcał go do szczerej rozmowy. A napiwki? 10% od rachunku, co? Za kawkę, piwko ile można zapłacić? U nas dużo więcej wyciągniesz. Zobaczysz. Przyjedź do mnie, a nie pożałujesz. Mieszkanie na górze ci dam z widokiem na morze.
Obrócił się ciężko w stronę okna, jakby chciał się upewnić, czy Bałtyk nadal jest na swoim miejscu. Lepiej trafić byś nie mógł. Sam powiedz. Tylko niech te Niemry tu przychodzą. A co ty z nimi potem będziesz robił? Rozłożył ręce, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że nie zamierza ingerować w jego prywatne życie i po godzinach pracy pozwoli mu dorabiać zapraszaniem niemieckich kuracjuszek na dyskretne schadzki. Ile za mieszkanie? — rzeczowo zapytał Kacper, pomijając milczeniem niewybredne sugestie rozmówcy. „Wraży typ” — myślał jednocześnie. Nic przecież.
Restaurator zacierał już tłuste łapska. Będziemy razem czerpać korzyści. To taki obopólny i intratny interesik — zapewniał. No co, zgoda? Od połowy września kelnerujesz u mnie? Muszę się zastanowić. Miałem inne plany, ale kto wie. Chyba się zdecyduję. Chociaż na krótko, na jesień — obiecywał. I dobrze zrobisz.
Na Zielenię nie ma co teraz liczyć. Olga pewnie zaraz po ślubie w góry do małżonka pojedzie, a stary sam to już interesu z takim rozmachem nie da rady prowadzić. Zresztą, jak znam życie, Fimiński go wyślizga. Ale ślub to robią z pompą, no nie? Kołobrzeg długo będzie pamiętał jak Zieleń córkę wydawał. 300 osób. Samo to już robi wrażenie. A ty będziesz się cieszył szczęściem szefowej jako gość, czy na weselu wystąpisz w charakterze sługacza? Kacper nie zauważył, kiedy trzymany przez niego widelec wyślizgnął się z zesztywniałych palców i z brzękiem upadł na podłogę. Przyglądał się obcemu mężczyźnie, który z ironicznym, lisim uśmieszkiem przyczepionym do grubej gęby opowiadał mu o planowanym weselu Olgi.
O czym pan mówi? — zapytał, czując mrowienie w stopach i piekący ból za mostkiem. O czym ty, kurwa, mówisz? Restaurator przestał się uśmiechać. Twarz gościa zbladła, żylaste ręce drżały, a krople potu spływały mu z czoła. Spokojnie — prosił zdezorientowany mężczyzna. Wina, piwa, wody? Ignac! — krzyknął w stronę przechodzącego obok kelnera. Zimna woda i piwo na koszt firmy — dodał szybko, widząc, że chłopak powoli dochodzi do siebie.
Kacper, wciąż jeszcze lekko otumaniony, odepchnął talerz na środek stołu. Białą, elegancką serwetką ociera spocone czoło i brudną od resztek jedzenia brodę. Gorąco — stwierdził, żeby usprawiedliwić swoje zachowanie. Kiedy uczynny kelner ustawiał na stole kufel z piwem, Kacper przyglądał się jego ruchom z obojętnością godną pokerzysty. Zabierz to. — głową wskazał na niedokończony obiad. Nie smakuje mi. Pił zimne piwo małymi łykami. Fundator napoju czuł się w obowiązku podzielić z nim posiadaną wiedzą, a widząc, że znalazł zainteresowanego słuchacza, starał się wyłożyć mu temat dogłębnie. Tak, tak — zaczął.
Śliczna Olga już niedługo panną będzie. Ślub zaplanowany na ostatnią sobotę września. 300 osób. Dajesz wiarę? Dzisiaj w interesach nowe panują zasady. Nie wystarczy u notariusza połączenie firm potwierdzić. Fuzję trzeba sakramentem usankcjonować, podkreślić. Zieleń z Fimińskim od zawsze planowali dzieci pożenić i w ten sposób majątki połączyć. Jeden ma sieć pensjonatów, drugi kawiarni. Fabian z Olgą od najmłodszych lat razem się chowali.
Przedszkole, szkoły, wyższe uczelnie. Oni wszędzie razem. Jeszcze Zośka, śmieszna dziewuszka, ta, co teraz u was kelneruje, pałętała się z nimi. Różnie tam bywało między młodymi, ale w końcu się dogadali i ślub będzie. A ty znasz Fabiana Fimińskiego? Znam — obojętnym tonem odpowiedział Rawicz. Wyjął z portfela 50 złotowy banknot. Położył go na stole. Podał kościstą dłoń pulchnej łapie restauratora. Pomyślisz?
— upewniał się tamten. Pomyślę — obiecywał Kacper. Byłeś moim gościem. Nie musisz płacić. Muszę. Skinął kelnerowi na pożegnanie i opuścił restaurację. Zbliżała się pora zachodu słońca. Szedł w ciągnącym się w stronę mola tłumie. W pewnej chwili zdecydowanie zawrócił. W sklepie monopolowym kupił dwie półlitrówki.
Pił wódkę prosto z butelki, siedząc w kącie ciemnego pokoju. O północy podniósł się. Chwiejnym krokiem doszedł do szafy. Wyjął z niej czystą zmianę pościeli. Nie chcąc czuć na poduszce pozostawionego przez Olgę zapachu, przewlekał poszewki. Szybko przywykł do nowej pracy, w której niezależność cenił sobie najbardziej. Brak bezpośredniego przełożonego szczególnie mu odpowiadał. Dyrektorka w nawale innych obowiązków nie zawracała sobie głowy kimś tak nieważnym jak konserwator. Siedział czasem całymi dniami w piwnicy, w małym pokoju na końcu korytarza, gdzie bez konkretnej potrzeby nikt nie zaglądał. Pomieszczenie to znajdowało się za szatnią kanciapą sprzątaczek i lamusem, do którego klucze Włodek dostał już pierwszego dnia pracy.
Kiedy nie miał pilnych zleceń, zamykał drzwi do swojego kantorka, wyciągał z plecaka książki, siadał wygodnie w starym, wyrzuconym z gabinetu dyrektorki biurowym fotelu i czytał. Po kilku tygodniach uznał, że niepotrzebnie złościł się w chwili otrzymania tej posady. Los czasem wie lepiej, czy powinniśmy być rzuceni w wir wydarzeń, czy odsunięci od głównego nurtu życia. I za tę mądrość bądźmy mu wdzięczni – myślał. Niespodziewanie zaczął odzyskiwać wewnętrzny spokój. Nie zwracał uwagi na biegających za nim pierwszo- i drugoklasistów, wykrzykujących usłyszane w domu inwektywy tyczące się jego kalectwa i pochodzenia. Przezwisko Wisielczyk przywarło do niego i po jakimś czasie nikt w szkole inaczej nie powiedziałby o konserwatorze. On sam, słysząc je, uśmiechał się pobłażliwie. W końcu mogłoby być o wiele gorzej. O leżącym na dnie skoroszytu dyplomie dawno zapomniał.
Dokonując drobnych napraw, wkładał małe słuchawki w uszy, włączał przenośny odtwarzacz płyt i odizolowany od reszty świata oddawał się pracy. Z tym discmanem to była zabawna historia. Zamber znalazł go przypadkowo, porządkując lamus. Urządzenie mocno zakurzone, wyglądające jakby przez lata nikt go nie dotykał, leżało na okiennym parapecie. Nie było na nim żadnych informacji dotyczących właściciela, dlatego Włodek uznał za stosowne zwrócić się do dyrektorki z prośbą o pozwolenie na korzystanie z niego podczas pracy. „Co mi nim głowę zawracasz? W lamusie? Nic o tym nie wiem. Zrób z nim, co tylko chcesz. Naprawdę nie mam czasu na takie głupoty” – zbyła go.
Nie zamierzał przywłaszczać sobie odtwarzacza, ale po pewnym czasie zabierał go również do domu. Tomaszek Rawicz zobaczył go w kuchni Zambrów. Wziął urządzenie do rąk i długo przyglądał się mu z miną niewinnego baranka. „Zupełnie jak mój” – prawie się wzruszył. „Miałem kiedyś takie pudełko. Kupę lat temu, jeszcze w podstawówce. Słuchało się muzyki, oj słuchało” – mówił, jakby w tej chwili miał ze sto lat i z rozrzewnieniem wspominał dawno minioną młodość. – „Ile ja bym dał, żeby odzyskać to cacko. Skąd je masz?” „Znalazłem” – lakonicznie odparł Włodek. „A wiesz, ten mój to mi w szkole zabrali.
Był taki młody wuefista, pętak jeden. Włączyłem muzyczkę na rozgrzewce, a ten ciul do mnie: wyłącz to Rawicz. To ja do niego: goń się! Ale nie wziąłem pod uwagę, że facet wysportowany, młodzik. Setkę robił bez zadyszki. Zacząłem spieprzać, to on za mną. Doszedł mnie szybko. Wyrwał mi discmana i zaniósł do tej rupieciarni, co jest w piwnicy. Raz bym go już stamtąd zabrał, bo zwykły łucznik to ja patykiem otworzę. Ale kiedy pośród starych szpargałów szukałem mojego odtwarzacza, słyszę, że ktoś do składziku się ładuje.
Schowałem się za jakiś połamany regał i patrzę, a tam nasz ulubiony pan wuefista sprzątaczkę od tyłu obrabia. Rżnął, że aż wióry leciały. Takiego jebanka to nawet w pornolach nie widziałem. A jak ona mu... ” „Dosyć!” – Włodek przerwał jego wspomnienia. – „Seks to intymna sprawa. Nie lubię, kiedy się o nim wulgarnie mówi”. „Co wulgarnie? Co wulgarnie?” – oburzył się Tomaszek. – „Jak taki z ciebie święty, to oddawaj odtwarzacz, bo jest mój”.
„Goń się!” Włodek ani myślał zrezygnować z posiadania swojego skarbu. Pokazał najmłodszemu Rawiczowi zwiniętą w pięść dłoń i przesunął ją tuż obok jego oczu. Taka groźba wystarczyła. Tomaszek od zawsze wiedział, że kiedy Zamber zapamięta się w walce, nikt nie ma z nim szans. Bije na oślep jak bezwzględny morderca. Od tej rozmowy Włodek uważał się za jedynego, niekwestionowanego właściciela starego discmana. „Jasna cholera!” – zaklął Zieleń. „O Boże!” – jęknęła Olga. – „A temu co się stało?” Dzień zapowiadał się spokojnie aż do chwili, w której oboje zobaczyli Kacpra. Kilku czekających przed lokalem kelnerów zbiło się w zwartą grupkę, wyraźnie nie chcąc, aby posądzono ich o goszczakty z odszczepieńcem stojącym samotnie na środku deptaka i chwiejącym się jak młoda, smagana huraganowym wiatrem brzoza.
Kacper Rawicz rzeczywiście wyglądał nieszczególnie. Włosy miał rozpuszczone, skołtunione, twarz bladą, policzki zapadłe, oczy mocno przekrwione. Nie wsunięty w spodnie podkoszulek wydymał się podczas kolejnych silnych tego dnia podmuchów, sprawiając wrażenie, jakby Rawicz przez ostatnią dobę bardzo przytył. Sznurówki u wysokich butów wisiały niezawiązane. Mężczyzna kołysał się na chudych nogach jak wańka-wstańka. Zieleń podszedł do niego zdecydowanie za blisko, bo już po pierwszym wciągnięciu powietrza w płuca odsunął się od chłopaka na bezpieczną odległość. Co z tobą człowieku? Tak się urządzić, kiedy największy zapieprz mamy? Co to ma znaczyć? Kacper nie odpowiedział.
Patrzył w oczy szefa wyzywająco, groźnie. Do domu – Zieleń wysyczał przez zaciśnięte zęby. Dwie dniówki ci za to odliczę. Do domu. Spać. Jak wytrzeźwiejesz, to pogadamy. Bo co? – zapytał, a na jego twarzy pojawił się drwiący uśmiech. Co mi zrobisz? No co?
Przesunął się do Zielenia i obijając go kościstym ramieniem prowokował, aby tamten uderzył pierwszy. Olga podbiegła i ciągnąc Rawicza za rękę próbowała bronić ojca, ale Kacper odepchnął ją zdecydowanym, silnym ruchem. Odejdź – krzyknął. Sytuacja stawała się groźna. Olga, chcąc udobruchać pijanego Rawicza, przywarła do jego pleców i prosiła szeptem: chodź, odprowadzę cię do domu. Co w ciebie wstąpiło? Chodź. Odejdź – znów ją odepchnął. Sam pójdę. Ostrożnie cofał się, chcąc cały czas widzieć swoich adwersarzy.
Po kilku krokach jeszcze raz zawołał: sam pójdę. Zrobił obrót na pięcie i błyskawicznie wtopił się w ciągnący deptakiem tłum turystów. I po przedstawieniu. Do pracy. Zieleń otworzył kawiarnię. Nie rozumiem. Nigdy bym się po nim tego nie spodziewała. On zawsze jest correct. To nie w jego stylu. Olga była autentycznie zmartwiona.
Tak się kończy spąfalanie z personelem. Prosiłem, trzymaj się od niego z daleka. Wiesz, że go lubię i szanuję, ale coś mi mówi, że to nie koniec naszych kłopotów z panem Rawiczem w Rolling głównej. Tato, co ty o nim wiesz? Chciała w ten sposób zaprotestować przeciwko osądzaniu Kacpra. O, właśnie – podchwycił Zieleń. Nie boję się tego, co nam już pokazał, chociaż i w tej materii mam drobne zastrzeżenia. Znacząco spojrzał na córkę. Boję się tego, czego o nim nie wiemy. Oboje nie wiemy – podkreślił.
Olgo, nieładnie mi to wyglądało, wyjątkowo nieprzyjemnie. Uważaj, bardzo uważaj, bo te jego oczka mogą nam towarzyszyć potem przez całe życie – upominał córkę. Tego chyba byś nie chciała, a Fabian tym bardziej. Dobrze, już dobrze – była zniecierpliwiona i rozdrażniona. A swoją drogą to ciekawe, czego jeszcze zobaczymy – Zieleń dodał jakby od niechcenia. Olga spojrzała na niego zdziwiona. Ona takiej możliwości nie brała pod uwagę. I nie myliła się. Kacper Rawicz pojawił się w kawiarni tuż przed godziną siedemnastą, ubrany w biały podkoszulek z łomotymi, starannie związanymi włosami. Czysty, pachnący, uśmiechnięty.
Wszedł za bufet i bez słowa powitania, nie patrząc na pracującą tam Olgę, wyjął z szafki służbowy fartuch. Ubrany w firmowy uniform ruszył na piętro do gabinetu szefa. Zieleń przyjął go z wyraźnym zadowoleniem. Spanko pomogło? – próbował obrócić poranne nieporozumienie w żart. Owszem, chciałem przeprosić. Szef rozumie. Dziewczyna mnie wyrolowała, a dać się wystrychnąć na dudka to zawsze niehonor. Odreagować trzeba i tyle. Rawicz, jesteś u mnie dziesięć miesięcy.
Wytrzymaj chłopie jeszcze te dwa – prosił. Dziewczyna? Co mam ci powiedzieć? Nie będzie ta, to będzie inna. A od mojej Olgi trzymaj się z daleka. Z tego wszyscy możemy mieć tylko kłopoty. Rozumiesz? Pamiętaj, weź sobie tę radę do serca. Tak, szefie. Teraz rozumiem.
No, mam nadzieję, że nie jest za późno. Kacper spojrzał na Zielenia. Nie wiedział, co tamten ma na myśli, ale postanowił nie kontynuować niewygodnego dla siebie tematu. Sprawę uważał za definitywnie zamkniętą. Idź do pracy, a co do dniówek, to żartowałem. Zapłacę ci za cały dzień. Nie, nie trzeba. Była zbrodnia, musi być i kara. Tak będzie wychowawczo. Panie Rawicz, panie Rawicz, tu nie poprawczak.
Wychowuj ty się lepiej we własnym zakresie. Zieleń miał już zdecydowanie lepszy humor. Olga pełna niepokoju czekała na Kacpra. Wrócił i nie patrząc na nią zabrał się do pracy. O co w tym wszystkim chodzi? – spytała, kiedy przechodził obok niej z pełną tacą. Nie odpowiedział. Powiesz mi, co się dzieje? – nie mogąc pogodzić się z jego obojętnością mówiła łamiącym się głosem. Coś ci się pokręciło – śmiał się z niej wyzywająco, ironicznie.
Pobawiliśmy się i starczy. Koniec balu, panno Lalu. To niemożliwe. Nie zaczepiaj mnie. Pracuję. Nie chcesz chyba, żebym zgłosił twojemu ojcu, że mnie molestujesz. To jakaś paranoja. Matrix, co ty pieprzysz? A nie, nie – znów pogardliwy, drwiący uśmiech. Mylisz się.
Już nie pieprzę. Zwłaszcza cudzych narzeczonych nie pieprzę. Wyszedł zza baru z pełną tacą. Czekała, aż wróci. Teraz masz wyrzuty sumienia? „Po pół roku się opamiętałeś? To chyba trochę nie halo” – mówiła. „Trzeba było mi powiedzieć.” „Nie chcesz chyba mi wmówić, że nie wiedziałeś? Biedaczysko. Zaraz z żalu się nad tobą rozpłaczę.” Stanął przed nią na rozstawionych nogach.
Wciągnął policzki, oczy mu błyszczały, dłonie zwijał w pięści. Żyły na przedramieniu napięły się i wyglądały jak wypukłe sine pręgi. „Nikogo oprócz ciebie nie kochałem. Nawet własnej matki, siostry, ojca. Nikogo. Rozumiesz?” Machnął ręką. „Gówno rozumiesz. Nie tknąłbym cię, gdybym wiedział. Seks bez zobowiązań okej, ale nie z cudzą kobietą. Twoje sumienie mnie nie obchodzi.
Mam je w nosie. Mnie honor nie pozwala na takie ryzykowne zabawy. Nie możesz żyć bez seksu? Idź na deptak. Tam chłopaki czekają. Do wyboru, do koloru. Pójdą z tobą za pięć złotych i jeszcze zadowoleni będą, że się im taka ślicznotka trafiła. Zrobiłaś ze mnie męską dziwkę. Ty. Właśnie ty.” Ukrywając zdenerwowanie, starał się zachować równy oddech.
„Łżesz. Nie wierzę. Musiałeś znać prawdę. Każdy w kawiarni wie. Wszyscy. Ty jeden biedaku żyłeś w błogiej nieświadomości? A może tak było prościej? Nie chcę się z tobą kłócić. Jeszcze dwa miesiące muszę tu przepracować, więc mi tego nie utrudniaj, dobrze?” Uśmiechnął się tym razem prawie przyjaźnie. „Olgo, trzymaj się ode mnie z daleka” – prosił.
„Jak sobie życzysz” – powiedziała zrezygnowana. – „To z naszymi spotkaniami koniec?” „Tak sobie życzę.”
[03:00:20] - I trzeci fragment za nami. Wiktorze, ja myślę, że już teraz możemy powiedzieć coś, co chcieliśmy powiedzieć, co właściwie mieliśmy na końcu języka już wcześniej, ale teraz chyba jest dobry moment.
[03:00:35] - Właściwie to tak, jest to okazja do tego, żeby w Bibliotekarium zajrzeć do naszego ABW.
[03:00:45] - I do warsztatu autora.
[03:00:47] - Do warsztatu autora po prostu. Otóż ja mam do was pytanie, drodzy słuchacze, kto jest bohaterem tych trzech fragmentów, które żeśmy tu słyszeli? Ktoś lubi tego, ktoś lubi tamtego. Możemy wszyscy wymieniać po kolei tą dziewczynę, tego faceta, tamtego ojca, kogoś jeszcze, kogoś jeszcze. Możemy dużo sobie dyskutować, kto jest bohaterem tej książki. A kogo w tej książce nie ma?
[03:01:17] - Na szczęście.
[03:01:18] - Jakiego bohatera nie ma? I co według mnie jest największym walorem tej książki. Otóż, moi drodzy, w tej książce nie ma autora. Książka to jest taka wirtualna rzeczywistość, każda inna, każda własna, jak każdy zupełnie osobny wszechświat. A umiejętność autora powinna polegać na tym, żeby jego bohaterów, ich życia było jak najwięcej, a od autorskich uwag, autorskich dywagacji, autorskiej filozofii jak najmniej. Wtedy w tych tekstach, które my dostajemy od młodych ludzi, bardzo często to jest największy błąd popełniany, że historia jest fajna, bohater jakiś fajny, ale bez przerwy odautorskie komentarze.
[03:02:22] - Albo jakiś taki dydaktyzm wychodzi mi stąd.
[03:02:24] - Dydaktyzm się pojawia, nie?
[03:02:28] - Natomiast tu mamy do czynienia z książką, z opowieścią, która z tego punktu widzenia, który rysujesz, jest absolutnie przezroczysta. I to jest ogromna zaleta, że autor daje żyć swoim bohaterom.
[03:02:44] - Cały świat, jak w dobrym filmie po prostu. I nie myślę o tym, że ktoś to nakręcił, ktoś był kamerzystą, ktoś pisał scenariusz i tak dalej, a ktoś zarabiał tam jako dowożący aktorów.
[03:02:58] - Ja powiem więcej. Ty powiedziałeś o młodych autorach, którzy piszą do ABW, do naszej bliźniaczej czy siostrzanej audycji, w której prezentujemy opowiadania, tej warsztatowej. Ale ja mam wrażenie, że bardzo wielu doświadczonych nawet autorów ma taką tendencję do stawiania czasami kropki nad i. Ale nie o stawianie kropki nad i chodzi. Chodzi o ten taki dydaktyzm, czyli jeszcze ci, szanowny czytelniku, coś powiem, w co powinieneś wierzyć.
[03:03:30] - Od siebie.
[03:03:31] - Od siebie.
[03:03:31] - Od siebie koniecznie.
[03:03:32] - Jeszcze ci powiem-
[03:03:33] - Bo jestem taki mądry, takim genialnym-
[03:03:34] - Jeszcze ci powiem, w co wierzę, a w co nie wierzę. Albo jeszcze ci powiem, jak powinieneś myśleć. Tego w książce Krystyny Śmigielskiej nie ma. I to jest znakomite, bo pozwala nam się w tę prozę zagłębić. Pozwala żyć w niej, poruszać się. Jesteśmy jakby wewnątrz wirtualnej rzeczywistości. No już staram się maksymalnie obrazowo to przedstawić. Więc ja myślę, że o to tak naprawdę chodzi. Dlatego ta książka tak dobrze się czyta. Tak dobrze się słucha, bo człowiek mimo woli wchodzi w te relacje, obserwuje je jak duch.
Obserwuje tych bohaterów, patrzy, jak oni się komunikują, jak się poruszają po scenie, na której umieściła ich autorka. To jest fascynujące. Na początku audycji mówiliśmy o maskach.
[03:04:41] - Książka sprowokowała nas nie tylko okładką, ale w ogóle ideą.
[03:04:47] - Recenzentki z blogów mówiły o maskach, o maskach mówił Tomek Fons, to i my coś powiedzmy o maskach, bo tak naprawdę maska to jest coś, co wydaje nam się bardzo egzotyczne, że to maska, to inni, my nie. A tymczasem to chyba nie jest prawda.
[03:05:09] - Poza tym my uważamy, że maska, przynajmniej w polskim języku, to jest coś „be”, co ukrywa rzeczywistość. To ja mam pytanie: gdzie jest prawda, a gdzie jest maska? Z Markiem dyskutowaliśmy sobie muzą do tego, to ja zadałem mu pytanie: Marku, gdzie jest prawda, a gdzie maska? Czy prawdą jest kogut na płocie piejący, czy kura w rosole? Bardzo prosta rzecz. Gdzie jest maska, a gdzie jest prawda? Maska jest rzeczą straszliwie ważną. Ja zresztą sobie zdaję sprawę z tego, że wszystkie dokonania naszej cywilizacji, nie tylko europejskiej, całe nasze człowieczeństwo-
[03:06:07] - Kultura.
[03:06:08] - Kultura, literatura, muzyka i wszystkie składniki kultury to są przecież maski.
[03:06:17] - To jest nakładanie maski.
[03:06:18] - To jest maski. My tak naprawdę jesteśmy takimi samymi zwierzętami jak pierwotniaki, sarenki, psy i koty. Tylko nasza sztuka tworzenia, budowania maski wokół siebie – maską, którą jest nasze społeczeństwo, cała cywilizacja – my w tym prześcignęliśmy te zwierzęta. Czyli dalej pozostajemy zwierzęciem, ale maskę ubieramy troszkę lepszą od pawia na przykład.
[03:06:55] - Paw nie ubiera masek, on ma ogon. Pomyliły ci się części ciała. Rozumiem, o czym mówisz, i chciałbym też powiedzieć, że w książce Krystyny Śmigielskiej znalazłem jeszcze jeden taki trop. Z tego tekstu widzimy, że właściwie maska towarzyszy nam na co dzień. Ci bohaterowie, którzy tam są, nawet jak starają się być szczerzy, to jednak gdzieś ta maska się wysuwa, nasuwa się na ich twarze. To przywiodło mnie do takiej refleksji, że w gruncie rzeczy, czy my będziemy z tego zadowoleni, czy nie, to my przez cały czas jakieś maski nakładamy. Nawet szczerość, z którą czasami zwracamy się do kogoś, też jest rodzajem maski.
[03:07:58] - Ja to powiedziałem, Marku. Nasza cała kultura jest maską. Nasza dobroć, nasz samarytanizm. Wszystko jest.
[03:08:09] - Nasza wściekłość czasami.
[03:08:11] - Wściekłość również, gniew i tak dalej również jest maską. Ja pamiętam moich profesorów, którzy na mój widok wścieklicę mieli w twarzy, ale oni mnie kochali przecież, tylko musieli mnie ustalić dobrze.
[03:08:24] - Ja patrzę na to troszeczkę z innego kąta. Musimy albo powiedzieć, że maski są zawsze i wszędzie, albo przyjąć taką hipotezę, zrobić eksperyment myślowy, że wszystko jest na poważnie i żadnych masek nie przybieramy. Jak ci się na pierwszy rzut oka czy pierwszy rzut ucha wydaje, które z tych twierdzeń bardziej opisuje rzeczywistość?
[03:08:56] - Nie wiem, Marku.
[03:08:57] - A ja wiem. Ja ci przerwę teraz. Świadomie to zrobię, bo oczywiście, że ten element, o którym ja mówiłem, że cały czas przywdziewamy jakieś maski, to wystarczy się zastanowić, niech każdy z państwa przed głośnikami zastanowi się nad minionym dniem. Ile razy robiliśmy coś i w kontaktach interpersonalnych troszeczkę robiliśmy siebie lepszymi, może rzadziej, ale troszeczkę gorszymi, jakoś się ustawialiśmy. Zresztą współczesna psychologia również o tym mówi, że my na dobrą sprawę przez cały czas trochę podgrywamy, troszkę bawimy się w aktorów. To jest właśnie coś takiego. Jeśli pod tym kątem czytać prozę, z którą mamy do czynienia, to znakomicie to widać. W „Pokurczu” naprawdę świetnie widać, że w zależności od sytuacji, od tego, co się dzieje, bohater zachowuje się tak albo inaczej, że idzie na jakieś kompromisy albo nie. To jest normalne. Wypowiadając te słowa, mam świadomość, że mówię oczywiste banały, ale warto sobie czasami nawet te banały uświadomić, jak to jest Świetnie pokazane w tej książce.
To jest nasze życie. Może dlatego ta książka tak dobrze się czyta, tak dobrze następuje jej percepcja, bo my czujemy, że nie ma w tych słowach fałszu. Nie ma pokazywania spiżowego bohatera. Ci bohaterowie nie są spiżowi. To niby jest we współczesnej prozie nie takie rzadkie, ale myślę, że dużo talentu trzeba było, żeby te postacie zarysować w taki sposób, żebyśmy się do nich po pierwsze przywiązali, żebyśmy tak jak dobremu przyjacielowi wybaczali błędy, wybaczali oczywiste niefajne zachowania. Przecież my bohaterowi, pokurcza, wybaczamy takie rzeczy. Nas interesuje jego los. Interesuje nas, co się stanie z tą miłością, z Olgą.
[03:11:21] - Tu ja ci wpadnę słowo. Niech wszyscy, którzy wysłuchali tych trzech fragmentów, nie myślą, że wiedzą, jak to się skończy.
[03:11:29] - Nie, absolutnie! Proszę państwa.
[03:11:31] - I ku czemu zmierza.
[03:11:33] - Co więcej powiem, jeszcze dzisiaj będzie czwarty fragment i po czwartym też nie będzie wiadomo, jak to naprawdę się skończy i jakie będą rozwiązania. Co więcej, fajne w tej książce jest to — nie wiem, czy to już było w tym fragmencie cytowanej recenzji. Było. Ale powtórzę — pomimo że to rozwiązanie fabularne jest, to my i tak mamy ogromne pole interpretacji całości i poszczególnych zachowań, poszczególnych scen. Powiem tak: autorka naprawdę jest baczną, pilną obserwatorką. To się nie bierze tylko z głowy, z wyobraźni. Myślę, że ta książka pani Krystyny Śmigielskiej nie bierze się tylko i wyłącznie z wyobraźni. To są obserwacje, pewno wieloletnie. Pewne doświadczenie przemawia przez autorkę. Cały czas mam świadomość, że mówię oczywiste oczywistości, ale być może tak mi czasami brakuje we współczesnej prozie takich właśnie cech, które przed chwilą wymieniłem, że uznaję za stosowne teraz je ciurkiem wymieniać i chwalić za to, że są po prostu.
[03:13:03] - Tu się kłania cały warsztat pisarski, Marek. Wiarygodność zachowań bohaterów we współczesnym świecie, w XIX wieku, XVIII. Wszystko musi być wiarygodne w czasie. W tej książce, przynajmniej w tym czasie, w którym możemy sobie wyobrazić, toczy się akcja, bo to jest książka współczesna, wszystko się trzyma kupy, a to jest najważniejsze.
[03:13:34] - Wiesz co, zbliżamy się już do końca audycji. Oczywiście fragment, pokurcza, jeszcze czwarty przed nami, ale o coś cię muszę zapytać. Bo w pewnym momencie powiedziałeś, że maska w języku polskim przynajmniej, nie wiem, jak jest w innych, masz takie czucie, że ma podwójne znaczenie. Ja bym chciał, żebyś to wytłumaczył, rozszerzył.
[03:13:57] - Myślę, że powinny istnieć dwa słowa, a nie jedno, bo jedno to jest słowo takie, że właściwie maska jest czymś, co osłania kogoś, kto się kryje za maską. Co jest jednoznaczne. Natomiast jest jeszcze coś takiego, ciężko mi to tłumaczyć, bo nie jestem teoretykiem, ale zwróć uwagę, Marek, na balu maskowym wszyscy nakładają maski i bawią się świetnie i nie ma w tym nic złego. Ta maska nic złego nie znaczy. Wręcz odwrotnie. Ten prosiaczek na ryju jakiegoś biznesmena jest całkiem sympatyczny. W ogóle wszystko jest świetne. Dlaczego? Bo na balu maskowym nikt nie udaje, że jest tym, kim jest, kogo ma na twarzy. Wszyscy się świetnie bawią.
Natomiast ta maska jako mimikra właściwie, która ma sugerować bliźnim, że jesteśmy kimś innym niż jesteśmy, to już jest zupełnie inna rzecz. Użyłem słowa mimikra, co jest lepsze niż maska w tym momencie, bo maska jest rzeczą niewinną, zabawową dla mnie. Natomiast to przerażające upodobanie niektórych indywiduów do tworzenia z siebie kogoś innego niż się jest, żeby wszyscy bili brawo, to jest straszne.
[03:16:03] - Ale chyba nie uwzględniasz jeszcze jednego, trudno mówić o znaczeniu, ale jeszcze jednego wariantu. Maska jako sposób przetrwania. Nie założona po to, żeby ukryć coś złego, żeby ukryć coś niesympatycznego. Ani też po to, żeby się bawić. Maska po to, żeby przetrwać. Mnie najbardziej do książki Krystyny Śmigielskiej pasuje właśnie taka maska. Maska przywdziana po to, żeby przetrwać.
[03:16:43] - Tak jak mundur. Po prostu maska.
[03:16:49] - Mówiliśmy w jednej z ostatnich audycji o darwinowskich paradygmatach. Troszeczkę w ten obszar zaczynamy wchodzić. Proszę państwa, ta audycja naprawdę trwa już dosyć długo, a jeszcze chwileczkę potrwa, bo tak jak powiedziałem, czwarta część „Pokurcza” przed nami. Chciałem państwa jeszcze raz zachęcić do lektury książki Krystyny Śmigielskiej „Pokurcz”, bo o niej dzisiaj rozmawialiśmy. Książki wydanej przez Bibliotekarium, a więc znajome wydawnictwo. Fakt jest faktem, że przykładaliśmy do tego mocno rękę i jestem z tego dumny i myślę, że długo jeszcze będę mówił o tym, do wydania tak świetnej książki się przyczyniłem i z tego jestem dumny. I pewno, tak jak powiedziałem, długo jeszcze dumny będę. Proszę państwa, naprawdę szczerze polecam. To jest świetna książka. Wiem, że może rozdaję komplementy zbyt często i zbyt łatwo.
To się odwołam do Wiktora. Wiktor taki wyrywny do pochwał i komplementów nie jest jak ja.
[03:18:08] - Bardzo chętnie. Ty zachęcasz czytelników do czytania tej książki, a ja mam szczerą nadzieję, że nie muszę zachęcać-
[03:18:21] - Że już są zachęceni.
[03:18:22] - Nie, że nie muszę zachęcać autorki do tego, żeby pisała dalej.
[03:18:27] - Z tego, co powiedziała nam w wywiadzie, to nie musimy zachęcać i bardzo liczymy na jej dalszą-
[03:18:34] - Jestem zadowolony.
[03:18:35] - Pisarską aktywność. Szanowni państwo, to jeśli chodzi o dzisiejszą audycję prawie koniec. Tak jak powiedziałem, czwarty odcinek „Pokurcza” przed nami, a my zapraszamy na audycję „ABW” za tydzień. Znowu kolejne opowiadania, kolejna porcja naszych, nie wiem, jak to nazwać, wywodów? Nie, naszych połajanek czy pouczanek może. Szczególnie że zbliża się drugi konkurs Rubieży Życzliwości. Na facebookowej grupie Rubieży Życzliwości ucierają się tematy następnego, drugiego tomu, więc autorzy powoli powinni ostrzyć pióra. Może kolejna audycja „ABW” się do tego przyda. Może coś podpowiemy. W każdym razie za tydzień „ABW”, a za dwa tygodnie Bibliotekarium.
Niestety ono również będzie z tej przysłowiowej puszki, czyli będzie nagrane. A to dlatego, że jedziemy z Wiktorem na warsztaty na żywo, tym razem do Gostynia. Tam będziemy rozmawiać z młodymi ludźmi, którzy piszą. Mamy nadzieję, że to będą kolejni autorzy, którzy zaprezentują swoje opowiadania w „ABW”. Z tej racji, że wyjeżdżamy, będziemy musieli audycję nagrać wcześniej.
[03:20:10] - Wiesz, Marku, kiedyś zaczynaliśmy, to było świetnie, bo siedzieliśmy w naszej redakcji i było fajnie, a teraz-
[03:20:19] - Teraz na serio rozwijaj się.
[03:20:21] - Rozwiewać, rozwiewać się po świecie.
[03:20:23] - A to dobrze, czasami się dobrze gdzieś przejechać. Ale wrócę.
[03:20:26] - Panowie, zauważyliście? W zeszłym roku z mojej winy, z powodu moich wyjazdów trzeba było nagrywać Bibliotekarium i puszczać taśmy, a teraz z kolei was ciągle gdzieś wyciągają.
[03:20:39] - Niedługo będziemy się w wątłe piersi uderzać, że to nasza wina, ale to jeszcze troszeczkę. Powiem tylko, że za dwa tygodnie zapraszamy wszystkich państwa, żebyśmy my z Wiktorem porozmawiali, może z państwem porozmawiamy na temat książki „Bóg i Stephen Hawking, czyli czyj to w końcu projekt?”. Książka Johna Lennoxa, o ile dobrze pamiętam. Tak, Lennoxa. Niezwykle ciekawa. W pewnym momencie Hawking napisał jedną książkę „Krótka historia czasu” i tam jeszcze delikatnie mówił, że nie wiadomo, jak to jest. W następnej książce już twardo stwierdził, że Bóg nie jest do niczego potrzebny i w ogóle filozofia zmarła, nie żyje. Za samo to stwierdzenie Stephen Hawking wydał się mocno podejrzany, bo ono jest po prostu nielogiczne, bo to jest, tak w skrócie mówiąc, twierdzenie, które mieści się w ramach filozofii.
[03:21:51] - Marku, będziemy dyskutowali-
[03:21:53] - Oczywiście.
[03:21:54] - Na ten temat. Te dyskusje na temat Bóg czy Stephen King.
[03:22:08] - Bóg i Stephen. Nie King, tylko Hawking.
[03:22:11] - Specjalnie.
[03:22:11] - Bóg i Stephen. Stephen King jako mistrz horroru może by lepiej pasował. A Stephen Hawking nie. Powiem tak Jest to ciekawa książka, ponieważ ścierają się argumenty, ale też pokazuje, że czasami nie warto wykorzystywać autorytetu, który ma się w jednej dziedzinie, bo Stephen Hawking był genialnym fizykiem.
[03:22:33] - Był genialnym matematykiem, który uznał, że matematyka wyjaśniła wszystko. Jeszcze nie znam żadnej rzeczy na świecie, w której matematyka, genialna, wyjaśnia wszystko.
[03:22:46] - Co więcej, nawet nie ma na to... To jest pomylenie porządków. Z tego wywodu zawartego w książce wynika, że Stephen Hawking pomylił porządki, bo o ile wielkim fizykiem był, że tak sobie sparafrazuję, to filozofem był takim sobie. Chociaż niektórym może się wydawać, że wygłaszał wielce głębokie filozoficzne myśli. Chyba nie do końca.
[03:23:14] - Nie można być wszystkim.
[03:23:16] - Nie można być wszystkim. Gorzej, jak się człowiek zaczyna czuć wszystkim. To wtedy jest gorzej. Cóż, proszę państwa, za dwa tygodnie porozmawiamy sobie. Już widzę po tej aktywności Wiktora, pomimo późnej pory, że temat go chwycił.
[03:23:35] - Ja się dopiero budzę.
[03:23:37] - Tak. Temat chwycił i mam nadzieję, że chwycił również państwa. Zapraszamy zatem za dwa tygodnie. Wszystkim życzymy samych dobrych lektur.
[03:23:48] - To znaczy jakich samych? Samej dobrej lektury, bo jedną książkę będą czytać wszyscy.
[03:23:54] - Jeśli chodzi o dzisiejszą, oczywiście. A potem następnych, następnych, następnych. Oczywiście tym, co piszą, ostrego pióra i świetnych pomysłów. Dziękujemy bardzo za dzisiejszą audycję. Pozdrawiamy wszystkich, życzymy dobrej nocy. Ale zanim ta dobra noc, to najpierw sobie jeszcze państwo ugruntujcie to uczucie dobroci kolejnym odcinkiem „Pokurcza”. Dziękujemy bardzo. Dobranoc.
[03:24:23] - Dobranoc.
[03:24:24] - A mówili te słowa do państwa, jak zawsze, gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję od strony technicznej obsługiwał, jak zawsze, Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium. My się jeszcze nie żegnamy. Już za moment, za chwil parę, na naszej antenie czwarty, ostatni przygotowany na dziś fragment powieści „Pokurcz”. „Pokurcz” fragment czwarty. Od dawna podupadły dworzec autobusowy straszył o tej porze pustymi stanowiskami i dwiema mocno zniszczonymi ławkami, na których już drugie pokolenie okolicznej młodzieży skrzętnie zapisywało historię swoich pierwszych nieśmiałych uczuć lub sygnalizowało chęć zemsty na wiarołomnej dziewczynie. Jedyna czynna za dnia kasa od kilku godzin była zamknięta. Po szerokim, ułożonym z betonowych płyt chodniku spacerowały dwie młode kobiety, ciekawie przyglądające się Włodkowi stojącemu przed pomalowaną na czerwono barierką. Wystarczyło mu przelotne spojrzenie, aby zorientować się, że dziewczyny nie są mieszkankami Podgródka. Nie zamierzał ich zaczepiać.
One jednak wyraźnie przygotowywały się do ewentualnego ataku z jego strony, ustalając, która jako pierwsza stawi czoła nowej znajomości. Zamber zdjął marynarkę Tomaszka, złożył ją starannie podszewką na zewnątrz i najdelikatniej jak potrafił, wsunął do plecaka, w którym na samym dnie leżał wręczony mu tego dnia dyplom ukończenia studiów. Ten najważniejszy, najtrudniejszy do zdobycia, wymarzony przez niego dokument. Miał go. Magister Włodzimierz Zamber mógł do woli przyglądać się granatowej, sztywnej okładce, gładzić opuszkami palców po złotym, lekko wypukłym napisie: dyplom. Szczęśliwy Włodek czuł jednocześnie dławiący niedosyt. Radość z ukończenia studiów nie była tak jednoznaczna, słodka, jak się tego spodziewał. Owszem, na uczelni gratulowano mu znakomitej pracy dyplomowej, jej pełnej ekspresji obrony oraz niezwykle wysokiej średniej osiągniętej na piątym roku studiów. Nic jednak z tego nie wynikało. Żałowano bowiem, że nie będzie kontynuował nauki na studiach doktoranckich, po których z całą pewnością znalazłoby się dla niego odpowiednie miejsce wśród kadry wydziału.
Niestety nie mógł sobie na to pozwolić. Stypendium, które otrzymywałby przez trzy lata, było znacznie niższe od renty po ojcu, a przecież żyjąc z niej, ledwie wiązał koniec z końcem. Dodatkowe zajęcie pewnie by znalazł, trochę dorobił. Nie o to jednak mu chodziło. Czas twardo, porządnie stanąć na własnych nogach, znaleźć pracę zapewniającą stałe, wysokie dochody, dającą perspektywę rozwoju oraz awansu. O założeniu rodziny też trzeba by już pomyśleć. Będzie zwlekał, wybrzydzał, to zanim się obejrzy, wszystkie atrakcyjne dziewczyny wyjdą za mąż. Czekając na autobus do Podgródka, odtwarzał w pamięci wydarzenia mijającego dnia, jakby wspomnienia mogły mieć magiczne właściwości. Od tej chwili miało zacząć się jego życie. Jak dziecko stawiające pierwsze kroki, instynktownie wysuwa nogę do przodu i stara się utrzymać wyprostowaną sylwetkę, tak i on stawiał właśnie pierwsze kroki w długo oczekiwaną dorosłość.
Teraz bez zbędnych skrupułów mógł odciąć się od dręczącej go do tej pory przeszłości. Nie był już Włodkiem Pokurczem, synem wisielca. Był magistrem Włodzimierzem Zambrą. Dołożył się do bukietów wręczonych egzaminatorom tuż po ostatniej obronie i wspólnie ze zdającymi tego dnia koleżankami przygotowywał skromny poczęstunek, czując radosne podniecenie, powagę rozgrywających się wokół niego scen. Smutek przyszedł później, kiedy opuścił salę i stanął na korytarzu. Już po wszystkim. Zdał. Z Agnieszką mijał się w drzwiach. Teraz przyszła kolej na jej egzamin. Trzymający za nią kciuki rodzice i przyjaciele, skupieni w zwartą grupę, porozumiewali się ze sobą zdławionymi szeptami.
Monika, pierwsza zdająca z ich trójki, chcąc zapalić papierosa i w ten sposób odreagować stres, wyszła przed uczelnię. Magister Włodzimierz Zamber robił pierwszy krok w dorosłość zupełnie sam. Nikt nie zapytał, jak mu poszło. Nikt. W oczekiwaniu na ogłoszenie wyników i wręczenie im wywalczonych tego dnia dyplomów siedział na twardej ławce. Po pożegnaniu z egzaminatorami odmówił pójścia na obiad w towarzystwie krewnych i znajomych Moniki oraz wspólnego z nimi wieczornego wypadu na dyskotekę. Pocałował obie panie magister w policzki, obiecując odezwać się do nich, kiedy tylko znajdzie pracę. Przez nikogo niezapowiedziany autobus podjechał na stanowisko. Zmęczeni, senni podróżni ociężale stawiali stopy na wysokich schodach. Wymawiali nazwę miejscowości, do której zamierzali dojechać, jak zaklęcie, dzięki któremu za cenę biletu mogliby w tej samej chwili przenieść się o 10–15 kilometrów stąd wprost do swych domów.
Włodek oparł twarz o zimną szybę, za którą przesuwały się czarne, trudne do rozpoznania kontury. Plecak z marynarką Tomaszka i dyplomem trzymał na kolanach. Otworzył kluczem drzwi mieszkania. „To ty?” Matka siedziała w kuchni. „A myślałeś, że kto?” Wyszedł do pokoju. Postawił plecak na wersalce, wyjął Tomaszkową marynarkę, otrzepał ją starannie i rozwiesił na oparciu krzesła. Sięgnął po dyplom. Przez chwilę trzymał go w dłoni, wpatrując się w złote literki. W kuchni zdobyty tego dnia dokument położył na stole przed mocno już wstawioną matką. Nie zajrzała do niego, nie spojrzała na syna.
„To z ciebie teraz ktoś?” – zapytała. „E tam ktoś. Ot, zwykły magister.” Starał się nie pokazać matce, jak dużo znaczy dla niego przemiana z Włodka Pokurcza w magistra Włodzimierza Zambra. „Będziesz nauczyciel.” „Pewnie tak. Muszą mnie jednak wcześniej przyjąć do szkoły.” „Przyjmą. Czemu mieliby nie przyjąć? Dobrze się uczyłeś.” „To nie takie proste. Jak nie będzie wakatu, nikt nic na to nie poradzi.” „No to mam dwóch magistrów.” Matka zaśmiała się, a łzy popłynęły jej po policzkach. Włodek wyjął z szafki szklankę, nalał do niej wody z kranu i oparłszy się o parapet, pił, patrząc na matkę zobojętniałym wzrokiem. „Nade mną byś zapłakała.
Nade mną. Twój magister jeszcze wróci. Tego niestety możemy być pewni, jak amen w pacierzu” – pomyślał. Otworzył okno. Nagrzane powietrze przyniosło za sobą silną woń pobliskiego sosnowego lasu. Wracając do łóżka, rozglądał się po dziwnie odmiennym od reszty domu pokoju. Niedawno musiał być remontowany, a wszystkie zgromadzone w nim pachnące jeszcze świeżością przedmioty pochodziły ze szwedzkiego marketu. Starannie dobrane sprawiały, że całość prezentowała się jasno, ciepło, czysto. Wygląd wnętrza nie interesował Olgi przyglądającej się szczupłej sylwetce Kacpra. Leżąc na brzuchu, ręką podpierała uniesioną głowę.
„Spotykamy się prawie pół roku, a jeszcze nigdy nie widziałam cię nago” – stwierdziła. „I co?” Położył się przy niej. „Niezbyt miłe wrażenia?” Wodziła palcem po jego kościstym biodrze. „Gdyby jak Jasia w bajce trochę cię podtuczyć. Teraz jesteś żylasty. Tak bym to określiła. Chodziłeś kiedyś na siłownię?” Zaśmiał się. „Z życiem się siłuję, dlatego żyły mam na wierzchu, żeby łatwiej było je wypruwać.” Wstydząc się własnych wynurzeń, mówił łagodnie ściszonym głosem. Wędrujące po rozgrzanych, spoconych ciałach dłonie subtelnymi pieszczotami wyrażały ich wzajemne zauroczenie. Twarz Olgi spoważniała.
„Po co ci ta broda?” – zapytała. „Przed kim uciekasz?” „Przed sobą” – przyznał szczerze. Nie uwierzyła. Chwytała sztywne włoski zarostu i dla zabawy pociągała je lekko do chwili, w której z bólu wykrzywiał usta. „Coś ty takiego zrobił, że musisz się ukrywać?” Położył się na plecach, podkładając splecione dłonie pod głowę. Wpatrując się w biały sufit, myślał: „Gładziowany, dobrze wyszlifowany.” Lustrował go wzrokiem, szukając długich, prostych linii złączenia regipsów. Nie znalazł. „Dobra robota. Ktoś znał się na rzeczy” – pochwalił. „Zło cię do mnie przyciąga?
Uważaj, możesz się rozczarować.” To nie ja zrobiłem. To ludzie mnie skrzypcili. Dobrzy fachowcy tu remontowali – dodał jakby od niechcenia. Nie zmieniaj tematu – prosiła, układając się na jego nagim ciele. Nie mógł już podziwiać kunsztu budowlańców. Okrągłe oczy Olgi wpatrywały się w niego z czułością. Miękkie sutki przylegały ściśle do zapadłej, porośniętej drobnymi włosami klatki piersiowej. Objął twarz dziewczyny dłońmi. Przybliżył się do niej i całował systematycznie miejsce po miejscu, czując rozchodzące się po nim ciepło, ponowne podniecenie. Rozumiesz mnie?
– zapytała. Tym razem on zepchnął ją silnym ruchem. Wstał. Chodził po pokoju, zbierając porozrzucane na podłodze ubrania. Podał jej bieliznę. Wkładając spodnie, usiadł na łóżku odwrócony do niej plecami. Szybko zapinała biustonosz. Po chwili stała przed nim gotowa, aby opuścić pokój. Chodź, zjemy coś, potańczymy i wrócimy tutaj, bo nigdy nie było mi tak pięknie, jak dzisiejszej nocy. Może to to łóżko?
Rusz się, idziemy. Pociągnęła go za rękę. Odetchnął z ulgą. Zupełnie niepotrzebnie bał się przesłuchania, trudnych, podchwytliwych pytań. Znów poszło mu nie najgorzej. Niczego więcej nie musiał jej tłumaczyć. Widziała go nago. Będzie mógł powoli odzyskiwać pewność siebie. Ładny pokój – powiedział. Świetnie odremontowany i gustownie urządzony.
Taki jasny. Prawda? Zamknij okno. Wychodzimy. Zasłaniając firankę, zapytał: Nie boisz się, że zajdziesz w ciążę? O to już niech ciebie głowa nie boli. Wiem, co robię. Świadome macierzyństwo to mój cel. Starała się zbagatelizować problem. Nie był pewien, czy dobrze zrozumiał jej intencje.
Jak tam seks? Udany? Przywitała ich na dole Majowa solenizantka. To krępujące pytanie wprawiło go w zażenowanie. Gładząc otwartą dłonią twarz, chciał zasłonić lekko zaróżowione policzki, których spoza brody i tak przecież nikt nie mógł dostrzec. Nie ma się czego wstydzić. Zośka wyraźnie przekroczyła normę spożycia i pod wpływem wypitego alkoholu stała się odważniejsza w formułowaniu poglądów. Człowiek to najbardziej odrażające bydlę – mówiła nie do nich, ale do wszystkich gości obecnych w dużym holu, gdzie odbywała się główna impreza. – Może zrobić najgorsze świństwo, zabić, wypatroszyć, unicestwić. Tylko broń Boże, żeby ktoś przy nim wspomniał głośno o seksie.
A na świecie, łez padole, wszystko stoi na pieprzeniu. Najmniejszy robaczek włazi na robaczka. Tylko pierwotniaki rozmnażają się przez podział. Ale cicho! Sza! Hipokryzja. To nie szkodzi, że wie każdy, co robiliśmy na górze. Chcielibyśmy, żeby to, co niepowiedziane, było jedynie w sferze sennych marzeń? Nie, nie tak dobrze to nie ma. Seks bardzo udany, wyjątkowy.
A czy bez konsekwencji, to się dopiero za jakiś czas okaże. Rawicz prawie wykrzykiwał swoją kwestię. Jakieś dodatkowe pytania? Deklaracją tą usankcjonował związek z Olgą. Ich wzajemne zachowanie nie budziło już żadnych wątpliwości. Najwyraźniej słuchacze czuli się wystarczająco poinformowani, bo nikt z imprezowiczów nie próbował dociec, w jakiej pozycji para kopulowała. Ktoś klasnął w dłonie, co pozostali bezzwłocznie podchwycili. Ktoś głośniej nastawił radio. Kacper objął biodra Olgi. Splotła ręce na jego szyi, tym razem uważając, żeby boleśnie mu nie pociągnąć włosów.
Tańczyli. Uwielbiał wyginać swoje kościste ciało. Wydawać by się mogło, że tańcząc, nie podlega prawom grawitacji. Giętkie, miękkie ruchy wywoływały w nim poczucie wolności, sprawiając wrażenie lekkości, nienaturalnej sprężystości kończyn. Ruchem bioder i nóg znakomicie ilustrował muzyczny utwór, akcentując poszczególne jego dźwięki. Mięśnie pośladków uwypuklały się, nabrzmiewały, drżąc spazmatycznie przy każdym kroku, obrocie, jakby ich właściciel podświadomie odczytywał zapisane nutami ludzkie emocje. Nie wczuwał się w rytm. On cały był rytmem. Drobny defekt prawej nogi paradoksalnie ułatwiał mu nad nią panowanie, co przekładało się na delikatniejsze zginanie kolana, kocie stawianie stopy. Nie dreptał.
Lewitował. Tuląc Olgę w ramionach, zapamiętał się w tańcu. Odpłynął. Wchodząc lub wychodząc z bloku przy Błotnej, musiał zawsze przejść przez wiodące z podwórka schody. Nienawidził ich. W dniu, w którym powiesił się jego ojciec, wracając ze szkoły, ujrzał siedzącą na nich Matyldę, a po wielu latach tkwił w tym samym miejscu, żegnając się z nią, jedyną siostrą, podczas nietypowej stypy. Kilka lastrykowych płyt, betonowych bloczków, schody odgrywały pierwszoplanową rolę w jego nocnych koszmarach. Był pewien, że życie stałoby się spokojniejsze, łatwiejsze, gdyby nie one – popękane, zniszczone. Całymi godzinami planował, w jaki sposób mógłby je roztrzaskać, unicestwić, pozbyć się ich raz na zawsze. Do walki ze szkaradnymi szarymi stopniami potrzebna była wyjątkowa siła, której on jednak nie posiadał.
Rawicz siedział na najwyższym stopniu schodów. Założył nogę na nogę, wyjął papierosa z paczki i rozkoszując się widokiem wciągał dławiący dym. Nieprzypadkowo wybrał właśnie to miejsce. Roztaczała się z niego panorama na wiodącą pod górkę drogę i całe podwórko. Wracający do domu Włodek widział go już z daleka. „O! Menda przyjechała” – pomyślał i odruchowo zwolnił. To nie był jego najszczęśliwszy dzień. Nie miał ochoty na sentymentalne rozmowy z Kacprem, wysłuchiwanie oklepanych przechwałek i źle powtarzanych bon motów. Kiedy podszedł bliżej, dojrzał puszki z piwem stojące obok siedzącego u szczytu schodów Rawicza, co zdecydowanie poprawiło nastawienie Zambra do kolegi.
„No, no, no! – przywitał go Kacper. – Sam pan magister. Patrzcie, patrzcie, jak się nam Włodek wyszkolił. To ty teraz belefreżyną będziesz?” Nawet nie wstał, od razu wyciągając rękę z puszką w stronę Zambra. Włodek chwilę obracał w dłoni otrzymany prezent, sprawdzając, czy piwo jest odpowiednio chłodne. „Na długo przyjechałeś?” – zapytał, nie chcąc dopuścić, aby ich rozmowa dotyczyła poszukiwania przez niego pracy. „Zdążę ci się znudzić. Podobno nauczyciel znów puścił Alkę w trąbę. Trzeba by mu kiedyś skórę przetrzepać, żeby sobie gnój nie myślał, że jak kobieta jest samotna, można ją dowoli wykorzystywać.” „Ciebie to już całkiem pogięło?
Ty będziesz cnoty mojej matki bronił? Ty?” Zamber rzucił otwartą już puszkę na schody. Podskakiwała zabawnie, tocząc się coraz niżej. Spienione piwo wylewało się z niej cienką strużką. „Z tobą to, kurwa, nawet się człowiek przywitać nie może. Siadaj wariacie. Co było, a nie jest. Przecież to już chyba z pięć lat minęło, jak się z nią zabawiałem. Po cholerę ciągle do tego wracasz? Tego nawet czarodziej już nie zmieni.
Tak jak nikt nie wróci życia twojemu ojcu i Matyldzie. Wiesz, kurwa, że zawsze was wszystkich kochałem. No co tak wytrzeszczasz te piękne gały? Siadaj, pogadamy. Dam ci jeszcze jedno piwo, ale obiecaj, że go nie rozlejesz. Dobrze znam wartość pieniądza, dlatego cholernie nie lubię, kiedy coś się marnuje.” Włodek już nie protestował. Czarna, gruba kotka sąsiadów przysiadła przed schodami i oblizywała leżącą na ziemi puszkę. Resztki rozlanego piwa najwyraźniej jej smakowały. „Ona to przypadkiem nie jest kotna? Taka coś okrągła.
A przy nadziei alkohol jest niewskazany.” Rawicz przyglądał się zwierzęciu. „Skąd niby mam to wiedzieć? Nawet jak jest, to nie ze mną. Nie w moim typie. Za czarna i za tłusta” – żartował Włodek. „Kota by się trzeba zapytać. A ty co teraz zamierzasz robić?” – zainteresował się. „Nic wielkiego. To, co zawsze. Oddychać, pić, jeść i pieprzyć, bo to lubię najbardziej.
Wiesz... – Kacper nagle spoważniał, unosząc policzki w grymasie bólu. – Tęsknię za Matyldą. Od smarkacza mnie pociągała. Myślałem, że jeśli się ożenię, to tylko z nią. Takie głupie, pieprzone to wszystko. No powiedz Zamber, powiedz, dlaczego ta wariatka się powiesiła? Może jej też te schody się śniły? A może nostalgia ją zabiła?” „Gówno prawda.” Podniósł się, zgiął w dłoniach pustą puszkę i cisnął nią w najbliższą kamórkę. „Ee, magister!
Oko to ty masz nadal celne” – pochwalił go Rawicz. „To u nas w podstawówce będziesz teraz uczył?” Włodek znów usiadł obok niego i nie czekając, aż go Kacper poczęstuje, otworzył następne piwo. Upił kilka łyków, otarł wierzchem dłoni usta i patrząc przed siebie powiedział: „Wszystkie etaty są obsadzone. Nie ma zapotrzebowania ani na germanistów, ani na anglistów. W całym powiecie, we wszystkich typach szkół totalny brak wakatów. I nawet szans nie ma, bo przez najbliższe dziesięć lat nic się prawdopodobnie nie zmieni. No, chyba że ktoś nogi wyciągnie, ale z moim szczęściem to i na to nie ma co liczyć. Rozumiesz? Nie potrzebują, kurwa, ludzi.” Wypił piwo. Stopą zgniótł puszkę.
Tym razem nie wstawał. Rzucił ją, siedząc. Z cichym jękiem uderzyła w ścianę komórki i spadła na ziemię obok poprzedniej. Rawicz śmiał się głośno. Szczerze. „To ty pięć lat się ścierałeś, żeby teraz na lodzie zostać? Zamber, pojebańcu jeden, pięć lat w dupę? W pierdolę, przez ten czas wyrok za gwałt byś odsiedział. Ja mam kasę, auto, stać mnie na panienki. A ty co?
Gadasz po niemiecku? To tylko potrafisz? Ale jaja.” „Niech mnie! Wal się!” – krzyknął Włodek. Wstał i wchodząc na klatkę schodową z trzaskiem zamknął za sobą drzwi. Kacper nie przestawał zanosić się śmiechem, dziwiąc się bezwzględnej, nieuznającej kompromisów dyktaturze losu. Miecz Damoklesa wiszący nad Zambrową głową przerażał go. Pomimo to nie umiał znaleźć rozsądnego wyjścia z tej matni. Bezradność wobec fatum potrafił wyrazić tylko w jeden sposób: „Ja pierdolę, ja pierdolę.” I tak oto dobiegł końca czwarty, ostatni przygotowany na dziś fragment powieści Krystyny Śmigielskiej „Pokorcz”. Ponownie usłyszymy się, tym razem w ABW, już za tydzień oraz w wyjątkowo taśmowym „Bibliotekarium” za dwa tygodnie W którym punktem wyjścia do dyskusji na linii Żelkowski, Żwikiewicz będzie książka Johna Lennoxa "Bóg i Stephen Hawking".
Radio Paranormalium, paranormalny głos w Twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium www.paranormalium.pl.
[03:47:49] - They took the air from a golden balloon as they trapped all the fish in the sea, meaning as if the gutters have been disbelieved and escaped from the past I've been reading. Say what you will when you will. Say what you do when you don't, don't. Say what you will when you will. Say what you do when you don't, don't. How many ribbons do you need to fill the sky above? I've seen it in a random machine. How many torches do you need to set a life before the hourglass can see what you mean? Say what you will when you will. Say what you do when you don't, don't.
Say what you will when you will. Say what you do when you don't, don't, don't. Abandon it for nothing, just an ordinary morning when the ringing in my ears is just a telephone warning. Not to be too late for this or that. As long as I remember which hat to wear and how much time I've got to spare. As each cloud comes up naturally, I need to type this line to bring the money. How's it going, Mr. Montgomery? He smiles and says, "How the hell did you know our secret sir?" Oh, it's not a secret, hey mama, hey mama! Some people choose the coca leaf to escape with some relief from all the terrible world it is known.
Some people never watch the box or even read it, though the lock is never mentioned in the home. It's all amazing how there's guys who live in caves and hum a tune when in fact we've sent a man to the moon. There's always news of other crazies caught me living in a cage attached to you, to the golden balloon. Say what you will when you will. Say what you do when you don't, don't. Say what you will when you will. Say what you do when you don't, don't, don't, don't. Build your little house just like you see in your fantasy. The liquid with oriental lunacy. Call it tranquility.
Between the walnut and gizzard you can smile far away from the city's inexplicable inconsistency. I found those words today in Webster's dictionary. I hope you don't mind me using them. It's just a game some time ago when to play with my agility. Stop barking up the traceability. How is stop, stop, stop, stop now! They took the dark from the stroke of midnight and stretched it across city limits. They took the song from a soul of nightingale and explained that they didn't need any gimmicks. Say what you will when you will. Say what you do when you don't, don't.
Say what you will when you will, will. Say what you do when you don't, don't, don't, don't.