[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego właśnie lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej oto polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu „Chata Mistyka”. Namaste. Hari Om. Pozdrawiam cię, czcigodny przybyszu, gościu w chacie mistyka. Jest przepiękny grudniowy dzień w północnej części Indii, w miejscu, które nazywa się Rishikesh.
Przepięknie położona miejscowość przy brzegach świętej rzeki Ganges. Bardzo czysta w tym miejscu rzeka Ganges o bystrym nurcie i przepięknym błękitnym kolorze pobłyskuje w promieniach himalajskiego słońca. Dziś jest naprawdę przepiękny, słoneczny dzień. Siedzę sobie w małej restauracyjce. Bardzo fajnie urządzone miejsce. Ściany zbudowane są praktycznie tylko z patyków i z bambusa. Lokalna krzątanina. Jest paru gości. A miejsce jest bardzo szczególne. Rishikesh.
Szczególne dlatego, że w tej całej mnogości i intensywności Indii, tutaj w tym miejscu pojawiają się również przybysze z różnych innych krajów. Jest bardzo wielu podróżników, którzy spotykają się w miejscowości Rishikesh po to, aby praktykować techniki duchowe, po to, aby udoskonalać się w swoich praktykach jogi, medytacji. Można się tutaj nauczyć wielu naprawdę istotnych, ciekawych rzeczy od zacnych, wybornych mistrzów, którzy tutaj już od dłuższego czasu rezydują. Także Rishikesh to miejsce bardzo szczególne, ale całe Indie właściwie są bardzo szczególnym krajem. Bardzo nieprawdopodobną, jak dla mnie, krainą. Bardzo lubię eksplorować ten kraj. Ale Indie to nie tylko cała plejada i gama kolorów. Intensywność lokalnej kuchni, oczywiście mnogość przypraw i różnego rodzaju ostrych smaczków. I to nie tylko lokalny folklor, ale również właśnie miejsca takie jak Rishikesh, gdzie spotyka się mnóstwo podróżników, którzy przywożą ze sobą, każdy z nich, jakąś opowieść z innej części tej planety. Są to naprawdę wspaniali, barwni ludzie.
Ja utożsamiam sobie ten gatunek ludzki, dlatego że tak to nazywam, po prostu z takim szczepem podróżującym. Nie jest to powinowactwo krwi, ale jest to swego rodzaju wspólna energia, wspólna wibracja, która powoduje, że ludzie zbierają się dookoła i generalnie spotykają się po to, aby dzielić się swoimi doświadczeniami. Powiedziała krowa. I po to, aby razem wspólnie przeżywać czas, aby uczyć się od siebie. Dlatego że jest to dosyć szczególny gatunek ludzi. Szczególny dlatego, że właśnie każdy z nas, który znalazł się w pewnym momencie na drodze, kto postanowił wyruszyć w podróż, właściwie rusza zwykle w wielką niewiadomą. I to jest to, co kieruje i steruje wieloma podróżnikami. Właśnie ta chęć przygody, to wyzwanie i w pewien sposób to podniecenie, które wynika z tego faktu, że nie wiesz właściwie, co przyniesie ci każdy kolejny dzień. A w takich uroczych miejscach jak Indie, szczególnie w takim miejscu jak Rishikesh, wśród pięknych himalajskich gór i pośród błękitnej rzeki Ganges, energia jest naprawdę na wysokim poziomie. I to wszystko pomaga, dlatego że ludzie po prostu tutaj spędzają nieprawdopodobny czas.
Nie tylko pod względem przyjemności, ale również można się tutaj bardzo wiele nauczyć. A przypadki są naprawdę rozmaite. Niektóre są bardzo ciekawe, niektóre są dosyć zabawne. Każdy z przybyszy ma jakąś swoją historię. Tutaj dla przykładu wspomnę tylko parę. Udało mi się zapoznać chociażby dżentelmena z Rosji jakiś czas temu, który będąc artystą miał swego rodzaju obsesję na punkcie tak zwanego Drzewa Życia. Drzewo Życia, czyli Tree of Life, to jest taka geometryczna forma, która opisuje w pewien sposób całokształt istnienia świata materialnego. Jest to po prostu graficzne wyrażenie zależności, które panują tutaj, w przyrodzie, w świecie, który przejawia się w sposób dualny, w sposób materialny, w świecie skrajności. To są takie okręgi, które zaplatają się w bardzo specyficzny sposób, tworząc przy tym bardzo charakterystyczne wzory. Bardzo sympatyczny człowiek, młody człowiek z długimi dredami, pochodzący z kultury wschodniej, rosyjskiej.
Znalazł sobie miejsce tutaj w górach, w Himalajach, ale odkrył pewne prawidła funkcjonowania świata, ale nie wie za bardzo, co z tym zrobić. Miałem wrażenie, że jest trochę zagubiony. Wydaje mu się, że odkrył coś nowatorskiego, coś nieznanego ludzkości. Jest to temat, który nie jest powszechny i nie każdy oczywiście zdaje sobie sprawę z tych zależności, z tych relacji geometrycznych panujących w świecie. Aczkolwiek jemu wydawało się, że był dosłownie pionierem, który odnalazł tą metodę. Ten schemat funkcjonowania rzeczywistości. Mieliśmy fajne, długie rozmowy, ale generalnie pewien niepokój, który kierował tym człowiekiem był dosyć znaczący i przebywanie w jego energii, w jego środowisku było, powiem szczerze, lekko uciążliwe. Dlatego, że obsesja porównywania wszystkiego do owego drzewa życia jest troszeczkę wzięciem tematu zbyt głęboko. A może jest to wędrówka w niewłaściwą stronę? Pojawił się również pewien zacny jegomość z państwa, które nazywa się Palestyna.
Podczas moich podróży właściwie spotkałem chyba tylko jednego Palestyńczyka przez te wszystkie lata. Dlatego, że znana nam jest historia tego miejsca. Niestety panuje tam na okrągło konflikt wojenny. Izrael próbuje zawłaszczyć sobie Palestynę. Znana jest również historia tak zwanej Strefy Gazy, tak zwanej strefy niczyjej, która w głównej mierze kontrolowana jest przez Izrael. Parę dni temu doszły mnie niepokojące wieści. Rzekomo prezydent Stanów Zjednoczonych, pan Donald Trump, właśnie iści sobie prawa do tego, aby przenieść stolicę Izraelu, czyli Tel Awiw, do miasta, które nazywa się Jerozolima. Podjął pewne bardzo radykalne decyzje ostatnimi dniami, na przekór właściwie całej opinii publicznej i na przekór temu, co mówią politycy z innych krajów, którzy komentują ten postępek pana Trumpa. Jest to po prostu istne zawłaszczenie sobie miasta Jeruzalem, które jest bardzo istotne nie tylko ze względów strategicznych dla Izraela, ale jest również kolebką kultury, bardzo istotnym i ważnym punktem na mapie dla trzech głównych religii, które panują na świecie. Te religie to chrześcijaństwo, judaizm i islam.
Wszystkie te trzy religie są bardzo mocno powiązane z miastem Jeruzalem z różnych względów, więc mam nadzieję, że nie stanie się to posunięcie pana Trumpa zarzewiem potężnego konfliktu, aczkolwiek nie widzę tutaj za bardzo wyjścia z tej sytuacji. Palestyńczycy to są ludzie, którzy zostali zgnębieni, którzy usiłują zatrzymać to, co im pozostało w ich własnym, suwerennym kraju, który jest bardzo mocno kontrolowany przez Izrael. Dowiedziałem się na ten temat dosyć dużo właśnie od mojego nowego przyjaciela z Palestyny, od Mohameda. Sam Mohamed to postać bardzo ciekawa. Chłopak, który wygląda bardzo atletycznie, jest bardzo wysportowany i silny, z potężnym uśmiechem. Naprawdę pogoda jego ducha ujęła mnie, urzekła mnie. Jest to człowiek, który ma bardzo fajny plan. Postanowił sobie, że będzie trenował bieganie i już od wielu lat trenuje dosyć intensywnie, w bardzo profesjonalny sposób tak zwany sprint, czyli biega na krótkie dystanse. Jego ambicją jest znaleźć się na olimpiadzie, która będzie organizowana w Tokio w roku 2020. Więc Mohamed bardzo intensywnie przygotowuje się, bardzo intensywnie trenuje przed tą olimpiadą i ma bardzo wielką nadzieję, że zostanie zakwalifikowany do drużyny, aby reprezentować państwo Palestyna jako biegacz, jako sprinter.
Nie jest to rzecz częsta. Powiedział mi, że właściwie Palestyńczycy nigdy nie zdobyli medalu olimpijskiego. Więc mój nowy przyjaciel ma aspiracje, aby znaleźć się właśnie w Tokio za trzy lata i zdobyć medal dla Palestyny. A celem jest to, aby pokazać całemu światu, że pomimo tego, że naród ten jest tak zgnębiony, są ludzie światli, są ludzie, którzy przytomnie patrzą na rzeczywistość, na świat i którzy są w stanie osiągnąć tego typu wyniki, pomimo tego, że nie żyją w prostych warunkach. Jego marzeniem jest pokazać całemu światu flagę palestyńską. Także bardzo spodobała mi się jego historia. Oczywiście popieram go i wspieram. Myślę, że zostaniemy przyjaciółmi dlatego, że udało nam się nawiązać naprawdę bardzo fajny kontakt przez parę tygodni, które spędziliśmy tutaj razem. Także przypadki są bardzo ciekawe. Z tego powodu zawiązują się takie kolektywy, grupy podróżników.
Dlatego, że miejsce to w Indiach oraz również wiele innych miejsc w Indiach są tak intensywne w ciągu dnia. Przeżywasz po prostu tyle przygód. Pomimo tego, że wstajesz rano i nie wiesz, co przyniesie dany dzień, okazuje się, że każdy dzień jest wypełniony po brzegi swoim urokiem, swoją intensywnością, swoją mnogością wydarzeń, rozmów, nowych znajomych, których napotykasz na drodze. I zwykle jest tego tak wiele, że naprawdę miło jest podzielić się tymi swoimi wrażeniami z minionego dnia z kimś Przy wieczornej herbacie. Dlatego bardzo często przydarza się tak, że ludzie spotykają się w grupach. Niektórzy przynoszą instrumenty. Odbywają się często wieczorne, tak zwane jam session, czyli improwizowane granie. Niektórzy są naprawdę świetnymi muzykami z tych podróżników. Niektórzy grają przepięknie na gitarze, niektórzy grają na bardzo oryginalnych instrumentach. Zabierają ze sobą w podróż na przykład skrzypce.
Są również bardzo utalentowani wokaliści. Także cała plejada znakomitych muzyków. Miło sobie posiedzieć w takim gronie, poopowiadać o tym, co wydarzyło się w ciągu dnia. No i ja dzisiaj również chciałem opowiedzieć o moim dniu, który właściwie dopiero dobiega takiego wczesnego wieczora, aczkolwiek wydarzyło się już tak wiele dzisiaj, że po prostu chciałbym się podzielić tymi moimi wrażeniami dzisiaj w Chacie Mistyka. Także dzisiaj taka audycja luźna, improwizowana, bez żadnych ciężkich tematów, bez żadnych notatek. I opowiem po prostu o paru przygodach, które to już przeżyłem dzisiaj do tego momentu. Dzień rozpocząłem tradycyjnie moją praktyką Kriyá Yogi. Rano było dosyć chłodno, więc musiałem odziać się w koc. Rankami w górach bywa już dosyć chłodno, więc przyodziany w koc wyszedłem sobie na zewnątrz, aby wykonać moją praktykę jogi. Dzisiaj troszeczkę krócej, aczkolwiek bardzo owocnie.
Krócej dlatego, że umówiony byłem z moim przyjacielem, którego to poznałem parę tygodni temu w Rishikesh. Mój przyjaciel to Baba Mohan-ji. Opowiadałem o nim parę odcinków temu w Chacie Mistyka. Jest to przesympatyczny pan jogin, który ma już siedemdziesiąt siedem lat. Spędził naprawdę długi czas tutaj w Rishikesh. Zna mnóstwo ludzi. Jest to wspaniałe, jak wiele postaci po prostu szanuje tego człowieka tutaj. Także wczoraj przybył ponownie dlatego, że nie było go przez ponad tydzień w Rishikesh, ale powrócił wczoraj na swoim motorze, więc spotkaliśmy się dzisiaj wczesnym rankiem po to, aby pojechać wspólnie w wyższe góry i zobaczyć wodospad. Mohan-ji zaprosił mnie do obejrzenia magicznego wodospadu. Przez całą drogę mówił, że wodospad jest magiczny, aczkolwiek ja już widziałem tutaj parę wodospadów do tej pory.
Są oczywiście one bardzo urzekające, więc nie pokładając żadnych szczególnych nadziei w naszej wyprawie, wsiadłem na motor z Babą ji. On dzisiaj prowadził. Ja siedziałem jako pasażer. Zatrzymaliśmy się po drodze, aby chlusnąć sobie trochę soku z trzciny cukrowej, który to był sprzedawany przez ulicznego sprzedawcę soku z trzciny cukrowej. To naprawdę przepiękny, bardzo energetyczny napój, który daje człowiekowi mnóstwo energii. Sok z trzciny jest wyciskany na miejscu przy użyciu takiej maszyny, która jest dosyć głośna i wyciskany jest z tego sok, który mieszany jest ze świeżą miętą, ze świeżym imbirem i z sokiem z cytryny. Także naprawdę bardzo smaczny, bardzo dobry napój, który również dodaje siły i energii. Więc wsiedliśmy na motor ja i mój przewodnik Baba Mohan-ji, który dzisiaj był kierowcą. No i ruszyliśmy w drogę. Po drodze zatrzymaliśmy się przy plaży.
Jest bardzo fajna, duża, piaszczysta plaża przy rzece Ganges w miejscowości Rishikesh, gdzie wcześnie rano nie było jeszcze ludzi, ale spotkaliśmy po drodze paru dawnych znajomych mojego przewodnika, panów już w starszym wieku. Jeden z nich to był jogin, o którym dowiedziałem się później, że spędził dziesięć lat w jaskini tutaj parę kilometrów od Rishikesh. Także jest to kolejny przykład mędrca, który udoskonalał swoją duchowość i wykonywał swoje praktyki w jaskini, nie schodząc do miasta przez wiele, wiele lat. No, teraz już jest starszym panem z długą, majestatyczną siwą brodą. No i żyje w mieście w troszeczkę bardziej wygodnych warunkach. Sam Mohan-ji śmieje się i mówi, że również jest już na duchowej emeryturze. Nie wykonuje już tak intensywnych praktyk, jak to bywało wcześniej. On również spędził wiele czasu w różnych jaskiniach tutaj w okolicy. W tej chwili dziennie dokonuje sesji medytacji. No i po prostu cieszy się życiem.
Jest naprawdę pogodną, radosną postacią, która jest bardzo lubiana tutaj w środowisku. Z tego powodu właśnie zna mnóstwo ludzi, których tu zawsze pozdrawia z szerokim uśmiechem. Kiedy przechadzamy się uliczkami Rishikesh albo kiedy przejeżdżamy motorem. No ale również spotkaliśmy pewnego podstarzałego, że tak powiem, ale bardzo silnego w swojej posturze, powiedziałbym nawet atletycznego pana z USA. Takiego prawdziwego hipisa z dawnych lat. Pan ten policzył, że z Babą Mohan-ji zna się już prawie czterdzieści lat, więc jest to naprawdę długotrwała znajomość. Panowie pogadali sobie, wspominając dawne czasy, dawne historie, śmiejąc się przy tym naprawdę w głos. Także miło było również spotkać tego znajomego. No i ruszyliśmy w dalszą drogę w stronę magicznego wodospadu. Po jakiejś godzinie jazdy motorem Baba Mohan-ji zatrzymał maszynę i porzuciliśmy ją przy drodze po to, aby znaleźć się pośród gęstego lasu, gdzie wąska, stroma ścieżka prowadząca wzdłuż strumienia pięła się w górę.
Mohan-ji szedł przede mną, tradycyjnie postękując i posapując oraz czasem nawet pobekując naprawdę głośno, niczym lew. Po drodze spotkaliśmy pracowników, którzy przy użyciu krępych koni transportowali piasek i cement gdzieś wysoko w góry, używając tej samej ścieżki, którą to my podążaliśmy. Konie, które wykonują naprawdę potężną pracę, aczkolwiek nie wydawały się zamęczone. Wydawały się dosyć silnymi zwierzętami, które w wolnym tempie osaczane takimi sakwami wypełnionymi piaskiem i cementem pięły się w górę, kierowane przez swojego właściciela, przez swojego gospodarza. Po drodze mnogość leśnej roślinności, wliczając w to parę ziół, które to rozpoznał Baba Mohan-ji i wskazał mi. Po dłuższym spacerze dotarliśmy do miejsca, które zaparło mi dech w piersiach. Widok przerósł jakiekolwiek moje oczekiwania. Potężny, majestatyczny wodospad, gdzie woda opadała z dosyć sporej wysokości, bardzo stromym klifem, który to przyozdobiony był potężnymi nawisami ze skały wapiennej. Takie potężne czapy przypominające kształtem markizy sklepowe z ociekającą nimi wodą, porośnięte gęstą, soczystą zielenią i majestatyczna kaskada wodna, która spadała z dosyć sporej wysokości z nieba. I to wszystko pośrodku gęstego buszu, pośrodku natury.
Także miejsce bardzo szczególne, bardzo wyjątkowe. Byłem zachwycony i naprawdę wdzięczny mojemu przewodnikowi za to, że zabrał mnie w takie miejsce. Przy samym wodospadzie znajdował się mały sklepik z herbatą. Naprawdę wyjątkowe miejsce również dlatego, że głęboko w lesie jeden pan sprzedający herbatę dla praktycznie paru turystów, którzy pojawiają się tam w ciągu dnia. Kiedy ja i Mohan-ji siedzieliśmy tam przez dłuższą chwilę, nie pojawił się oprócz nas nikt inny w tym miejscu. Także rozmawiali sobie panowie w języku hindi. Ja podziwiałem w tym czasie wodospad, ale później dowiedziałem się, że Mohan-ji opowiadał owemu właścicielowi sklepika z herbatą, że to miejsce jest mu bardzo znajome, dlatego, że wiele lat temu, chyba 20 lat temu, spędził tutaj trochę czasu również w jaskini, która znajduje się niedaleko owego wodospadu. Aczkolwiek jaskinia ta jest kompletnie niewidoczna dla przeciętnego turysty. Niewidoczna jest dlatego, że w tym momencie jest już porośnięta gęstą dżunglą. Jeszcze wiele lat temu rzekomo była bardziej odsłonięta i była do niej wyciosana droga pośród zarośli.
Teraz już w dzisiejszych czasach nikt tam nie przebywa, także nie mogliśmy tam nawet dojść do niej, aczkolwiek wskazał mi kierunek. Jaskinia jest podobno niezbyt wielka, aczkolwiek na tyle duża, że Mohan-ji wraz z dwoma innymi joginami spędził tam dosyć sporo czasu, więc jaskinia jest na tyle obszerna, że mogą tam przebywać jednocześnie trzy osoby. No i po tej całej naszej wspaniałej wyprawie wróciliśmy do miasta po to, aby zjeść lunch wspólnie. Na lunch zjedliśmy typową indyjską potrawę, która nazywa się thali. Thali jest to ryż z takimi mącznymi plackami, które nazywają się chapati i do tego podawanych jest parę dań, zwykle cztery do pięciu różnych rodzajów curry warzywne. Oczywiście wszystko jest wegetariańskie. Także zjedliśmy przepyszny lunch. Pożegnałem się z Mohan-ji i siedzę sobie właśnie w tym momencie już w innym miejscu, w restauracyjce przy rzece Ganges i nagrywam tą opowiastkę dla was, moi drodzy. No i nie mogę się doczekać na resztę dnia, dlatego, że jest dopiero godzina 16:00, a wydarzyło się już tak wiele. Jestem przepełniony wrażeniami, przygodami i przewspaniałą energią.
Także jestem zachwycony dzisiejszym dniem. Dziękuję za ten dzień. Jest on naprawdę szczególny. Nie mogę doczekać się tego, co nastąpi dziś wieczorem. Ostatnio w Chacie Mistyka pojawia się trochę muzyczki, więc dzisiaj również mam dla Was specjalny podarunek. Drodzy słuchacze, wczoraj udało mi się być na koncercie muzyki hinduskiej, klasycznej muzyki hinduskiej, gdzie występowało trzech dżentelmenów grających na tradycyjnych hinduskich instrumentach. Jeden z nich grał na tabli, czyli na takich bardzo specyficznych bębenkach, które wydają bardzo ciekawe dźwięki. Mówiące bębny. Drugi dżentelmen grał na instrumencie, który nazywa się harmonium. Harmonium to jest takie pudło właściwie z wyglądu z klawiaturą, które ma z tyłu klapkę.
Poruszając tą klapką tłoczy się powietrze do tego instrumentu. No i dzięki temu można wydobywać bardzo fajne, harmoniczne, jak to sama nazwa instrumentu wskazuje dźwięki. Trzeci dżentelmen natomiast był wokalistą i to okazało się, że jest wybitnym, naprawdę dobrze wykształconym wokalistą muzyki klasycznej. Muzyka zupełnie odmienna od muzyki europejskiej, bazująca na innych skalach, na innych zależnościach rytmicznych. Moim zdaniem bardzo uduchowiona, bardzo ciekawa i w pewien sposób bardzo magiczna. Także póki co żegnam się i zapraszam do wysłuchania fragmentu muzycznego. A ja mam na imię Bart i to była skrócona wersja Chaty Mistyka. Pozdrawiam wszystkich. Obyście byli zdrowi, żyli w miłości, w pokoju. Namaste.
Pranam.
[28:12] - Sun le maa sadaaye, deen tujhko sunaye maa. Sun le maa sadaaye, deen tujhko sunaye maa. Saraswati ke maa Sharada, kar daya, kar daya, kar daya, kar daya, kar daya, kar daya. Sun le maa sadaaye, deen tujhko sunaye maa. Sun le maa sadaaye, deen tujhko sunaye maa. Saraswati tu maa Sharada, kar daya, kar daya, kar daya, kar daya, kar daya, kar daya. Ga ma ga ma dha ma dha ni dha ma ma dha ma. Ga ma ga ma dha ma dha ni dha ma ma dha ma. Ni dha ni dha ma dha ma ga ma ga re ga. Ni dha ni dha ma dha ma ga ma ga re ga.
Sa re ga re ga re ga ma ga ma pa ma pa ma ga re sa. Pa ma ga re sa. Pa ma ga re sa. Veena dhariNi he maa hamko aaj tu aisa var de, gyan swaron ka de- Janu suron ka de ke mere mithe sar ma kar de。 Tere bal se hi ma gun tere har pal gao hans wahini Saraswati ma tera naam dhiao。 Gun tere main gao tera naam main dhiao。 Sun le ma sadaye din tujhko sunaye ma sun le ma sadaye din tujhko sunaye ma Saraswati re ma sharira kar daya kar daya kar daya kar daya kar daya kar daya。
[32:55] - Hatha mistyka