[00:32] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek audycji na żywo dedykowanej przede wszystkim molom książkowym, ale nie tylko. Dzisiaj audycja ze specjalnym gościem, Bibliotekarium. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami oczywiście gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Witajcie panowie.
[01:00] - Dobry wieczór.
[01:00] - Dobry wieczór.
[01:02] - Oraz nasz gość specjalny, pisarka pani Marta Kładź-Kocot. Dobry wieczór, pani Marto.
[01:09] - Halo?
[01:09] - Czy się słyszymy? Dobry wieczór. Audycja oczywiście będzie realizowana w całości na żywo. Można będzie dzwonić po godzinie 21:00, ale pisać można już teraz. Nasze kontakty to numer telefonu 32 746 0008, komórkowy 536 624 193, Gadu-Gadu 36 08 80 02, Skype radio.paranormalium.pl. Jesteśmy także na Facebooku na kontach Radia Paranormalium i Bibliotekarium. Można nas także znaleźć na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata, a jeżeli ktoś woli, to może nam również wysyłać pytania, komentarze i oczywiście różne inne wiadomości związane z literaturą i nie tylko na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Halo, halo Bydgoszcz.
[02:03] - Halo, halo! Witamy jeszcze raz. Myślę, że honory gospodarzy pełniąc musimy jeszcze bardziej przedstawić naszego gościa. A zatem pani Marta Kładź-Kocot. Tu mam właśnie problem. To będzie pewno pierwsze pytanie dzisiejszej audycji, bo z jednej strony literaturoznawca, człowiek, który para się, o jakie mądre słowa dzisiaj, para się pracą uniwersytecką, akademicką, bierze udział w różnego rodzaju panelach, dyskusjach podczas chociażby konwentów poświęconych fantastyce. To są dyskusje na wysokim poziomie naukowości i nie tylko. Z drugiej strony osoba pisząca. I takie pytanie na rozgrzewkę na początek: jak to się dzieje, że człowiek zajmujący się literaturą od strony teoretycznej jednak nagle postanawia pisać książki i to książki beletrystyczne?
[03:11] - Kwestia jest taka, że to było zupełnie w drugą stronę. Ja od najmłodszych lat byłam po pierwsze czytelnikiem. I kiedy się jest czytelnikiem i kiedy się człowiek w literaturze zakocha i w tej literaturze zamieszkuje, to nagle się okazuje, że chciałoby się żyć w jakimś bliższym związku z literaturą, bo inaczej po prostu się nie daje. Ja jestem z roczników tych, które jeszcze kończyły starą podstawówkę, więc w siódmej klasie szkoły podstawowej wymyśliłam sobie, że będę pisarką. W związku z tym poszłam na studia polonistyczne, a kiedy poszłam na studia polonistyczne, zaczęłam literaturę analizować. Wcześniej jeszcze też była ze mnie ciekawska bestia. Kiedy dostawałam tekst w ręce, nie zadowalała mnie lektura tekstu, ale chciałam wiedzieć, jak to powstało, w jakich okolicznościach, jakie idee, jakie historyczne uwarunkowania temu towarzyszyły. I pamiętam, że nawet jeszcze będąc naprawdę dzieciakiem czytywałam wstępy do BN-ek, jeżeli miałam książkę w BN-ce w wydaniu Biblioteki Narodowej, bo po prostu byłam ciekawa, co się za tym kryje. I ta ciekawość mnie doprowadziła do pracy literaturoznawczej. A pisanie, na które nie było za bardzo czasu, zostało na wiele lat odłożone, aż pewnego dnia fabuły po prostu wróciły i zostały.
[04:43] - Tak, ja cały czas mam taki niepokój w sobie, bo rozmawiałem z wieloma autorami i kilku z nich również studiowało polonistykę, a kilku z nich powiedziało mi, że studiowanie polonistyki może skutecznie zniechęcić do literatury czy w ogóle do pisania literatury. Ja to cytuję, nie zajmuję stanowiska, po prostu zbieram kolejną opinię. Jak to jest?
[05:11] - Jest to tak, że właściwie mogłoby tak być, muszę przyznać krytycznie. Natomiast kwestia jest taka, że ja zawsze podchodziłam do wielu spraw bardzo indywidualnie i lektury, które trzeba było przeczytać, to były lektury, które trzeba było przeczytać. Natomiast dla siebie czytałam zupełnie inne rzeczy i wychodziłam poza to, co obowiązkowo trzeba było przeczytać. I właściwie polonistyka miała dać mi warsztat literaturoznawczy, teoretyczny. Natomiast nie jest tak, że literatura polska była tą, którą wybrałam. Doszłam do wniosku, że to musi być literaturoznawstwo polskie wyłącznie dlatego, że ja będę pisać w języku polskim. Natomiast niekoniecznie literatura polska była tą, którą wybierałam sama dla siebie.
[06:06] - To teraz odwrócę pytanie. Nie, nie zadam pytania. Teraz Wiktor zadaje pytanie.
[06:11] - Ja zrozumiałem, że nasza rozmówczyni to rzeczywiście prawie chlubny wyjątek. I tak dla anegdotki to-
[06:19] - Chlubny wyjątek od czego, że się spytam?
[06:21] - Właśnie mnie to też interesowało.
[06:23] - Otóż kiedyś przez wiele lat byłem lokatorem akademika Riviery w Warszawie Politechniki Warszawskiej. Obok był akademik polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego dziewczyn. Otóż ja wiem, jak wyglądały pokoje w tym wielkim akademiku Politechniki Warszawskiej oraz pokoje Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie studiowały dziewczyny.
[06:52] - To jest ciekawe jak wyglądały.
[06:53] - Naprawdę. Otóż na uniwerku warszawskim w żadnym praktycznie pokoju nie można było znaleźć żadnej książki, z wyjątkiem lektur. Ale naprawdę żadnej. Natomiast ja byłem tam częstym gościem. Natomiast w akademiku Politechniki Warszawskiej książki były od podłogi po sufit. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Ci studenci na politechnice byli tak znudzeni tą fizyką, materiałoznawstwem, chemią i tym wszystkim, czym się uczyli, że wracali do akademika, żeby odetchnąć. Siadali, kładli się, walili na łóżka i czytali po prostu jak opętani książki. Czytali całą literaturę współczesną i tak dalej, nieważne.
Natomiast tam dziewczyny musiały odrabiać lekcje, czyli czytać, analizować te grube tomy, może nawet książek, które ich nie ciekawiły. I dlatego mnie satysfakcjonuje odpowiedź tutaj pani, że pani zaczynała nie od nauki, bogiem a prawda, ale od czytelnictwa. Od czytania książek, czyli od emocji, od dzieciństwa pewnego, gdzie się żyje jakimiś wyobrażeniami, wyobrażonymi rzeczami i światami jakimiś. I potem się samemu zaczyna kreować.
[08:18] - No tak, a teraz ja postanowiłem jeszcze uzupełnić swoją wiedzę. Jak to teraz jest, znaczy jak teraz, jak już niedawno było na polonistyce, bo ja jestem dziedzicznie obciążony i moi rodzice również studiowali polonistykę oboje i z ich relacji, ale to było dawno, dawno. I z ich relacji wynika, że książek do przeczytania, mówię o tytułach, było więcej niż dni w roku na dany rok. Jak to teraz wygląda? Czy to teraz też wygląda tak strasznie?
[08:48] - To zależy od wykładowcy. Ja akurat na polonistyce nie wykładam, więc nie będę się wypowiadała w imieniu wykładowców.
[08:54] - A z własnych doświadczeń jak było?
[08:57] - Z moich doświadczeń to właśnie też zależało od wykładowcy. Byli wykładowcy, których się dało oszukać prostym trikiem i którzy sami nie wiedzieli, co mają na tych listach, które dają studentom. A byli wykładowcy, którzy zmuszali studenta do spędzania calutkiego tygodnia w bibliotece.
[09:16] - No tak.
[09:16] - Natomiast ja akurat trafiłam na niesamowicie kreatywną grupę takich fenomenalnych wariatów i myśmy naprawdę czytali. Czytali, dyskutowali, siedzieli w bibliotece. To było bardzo pozytywne doświadczenie czas studiów.
[09:31] - Okej, ale dalej jeszcze zapytam. Ja będę ciągnął to pytanie z początku, bo ono mnie jednak dręczy. Bo dobrze, rozumiem motywację. Było czytanie, literaturoznawstwo było później. No tak, ale człowiek siłą rzeczy, jak już się zajmie pracą naukową, to troszeczkę w nią wsiąka. To tak jest, że praca naukowa wymaga i systematyczności, i pewnego nieustannego pogłębiania wiedzy. Nie można sobie odpuścić. Powiedzmy, że na kilka lat przestanę mieć kontakt z tą żywą nauką, z tym, co się pojawia, z kolejnymi artykułami. Człowiek jeśli chce być rzetelny i robić to dobrze, to ma mało czasu w gruncie rzeczy. To skąd pomysł, żeby sobie jeszcze tego czasu ująć?
Ja rozumiem, że pisanie jest przyjemne, sam praktykuję, więc stwierdzam, że jest przyjemne. Niemniej jednak zabiera też trochę czasu. To skąd ten pomysł, żeby napisać powieść i to powieść, to od razu powiem, będziemy o powieści rozmawiać przecież, ale powieść, która wychodzi w dwóch tomach, bo ma bodajże milion dwieście tysięcy znaków.
[10:40] - Tak jakoś się nie zmieściłam w krótszej objętości.
[10:42] - No tak, czyli całkiem spora, więc czasu też trzeba było poświęcić sporo. To skąd taki pomysł, żeby coś takiego grubego napisać?
[10:53] - Nie było pomysłu, żeby napisać coś grubego. Była fabuła, która się rozrosła, zaczęła pęcznieć, a później jeżeli coś napęczniało, to trzeba było to podomykać i z potrzeby po prostu kompozycyjnego domknięcia kompetentnie wszystkiego tego, co mi z głowy wypączkowało, wyszło aż tyle. Przy czym powiem tak: naiwna jestem strasznie zapewne, ale ja nie miałam pojęcia, że to jest takie długie. Kiedy się patrzy na liczbę stron w komputerze, to się to wydaje takie niewinne. A sto stron, jeszcze drugie sto, żeby domknąć i wszystko będzie okej. A później nagle wydawca mi mówi: „Nie no, daj spokój, tego się nie da wydać w jednym tomie”.
[11:34] - No tak, milion dwieście tysięcy znaków to robi wrażenie. To tak jakby patrzeć na przeciętne powieści, które wychodzą w Polsce. To są przynajmniej trzy. Tak jakby z grubsza brać, to trzy się zmieszczą powieści w takiej objętości. Ja mam tylko niejasne wrażenie, że popełniliśmy jako gospodarze z Wiktorem jeden kardynalny błąd, bo nie powiedzieliśmy, jaki tytuł nosi powieść naszego gościa. Więc naprawmy ten błąd. „Noc kota, dzień sowy”. To tyle, jeśli chodzi o tytuł. Wiktorze, masz jakieś pytanie w tej kwestii?
[12:11] - Nie, podoba mi się.
[12:13] - Podoba ci się? Ja powiem tak. Zawsze musiałem sobie otworzyć stronę. Zdradzam teraz szczegóły kuchni. Musiałem otworzyć sobie stronę z tytułem, ponieważ zawsze ten tytuł, od dawna, zawsze mi się przekręca. Naprawdę mi się zawsze przekręca.
[12:28] - Wielu osobom się przekręca, łącznie z wydawcą.
[12:32] - Właśnie. To zdradźmy trochę kuchni. Dlaczego on jest taki podstępny ten tytuł? Mówię o warstwie tej przekręcanej, nie jakiejkolwiek innej.
[12:43] - Ja nie mam poczucia, że on jest podstępny. Po prostu ta fraza mi się ułożyła akurat w ten sposób. Ostatnio dyskutowałam z wydawcą, który się zastanowił, czy jednak by w drugim tomie kolejności nie przestawić, i stwierdził, że ja bronię tego tytułu jak Częstochowy. A ja mu powiedziałam na to: „Nie patrz na to. Usłysz to. To brzmi”.
[13:06] - Tak.
[13:07] - Jest muzyka w tym tytule.
[13:08] - Autor broniący tytułu to jest rzecz chwalebna. Tak powinno być. Okej, ja mam w takim razie pytanie. Zresztą ta kwestia się już pojawiła na krótko w naszej rozmowie, ale mam takie pytanie. Jaką metodą piszesz? Zacznę od tego, że Marek Oramus w jednym ze swoich artykułów postulował, a może podejrzewał. Wydawało mu się, że Lem pisywał od czasu do czasu taką metodą „nie wiemy, dokąd jedziemy”.
[13:46] - Ale Lem się przyznawał do tego.
[13:48] - Tak, ale mówił też czasami, że sobie układa. Lem różne rzeczy mówił. Między innymi dlatego plonem tego pisania „nie wiemy, dokąd jedziemy” był chociażby ten kryminał opublikowany jakiś czas temu przez Agorę. Oramus sugeruje, że jak wszystko poszło dobrze, to się pojawiało „Śledztwo” albo „Katar”, a jak coś poszło źle, to ten niedokończony kryminał się pojawiał. I niestety grzał. Lem też opowiadał, co Mark Oramus trochę poddaje w wątpliwość, że on jak napisze coś, a mu się nie podoba, to wyrzuca do kosza i zaczyna pisać od początku. Miałem takiego kolegę w szkole średniej, który marzył o tym, żeby gdzieś się pod domem Lema zaczaić i gdzieś w jego śmietniku-
[14:41] - Podstępnie wypytać.
[14:43] - W jego śmietniku podstępnie pogrzebać. To mniej więcej taki był plan podstępny. Bodajże jednak go nie zrealizował w każdym razie. Natomiast zapytam, jaką metodą ty piszesz? Czy jest najpierw pomysł, który, tak jak niektórzy autorzy, szczegółowo rozpisujesz na poszczególne punkty, poszczególne wątki, poszczególne rzeczy, które się pojawiają. Różnie przedstawiają autorzy jako drabinki, drzewka i tak dalej, i sobie to budują. Czy też zarysowujesz, to jest jedna metoda, czy też druga metoda, zarysowujesz główne wątki, a te poboczne później się pojawiają w czasie pisania. Czy też masz mniej więcej taki mglisty pomysł i gdzieś jedziesz? Jak to wygląda w przypadku chociażby tak długiej powieści?
[15:34] - W przypadku tak długiej powieści trzeba to było wszystko domknąć, ponieważ tam się rzeczywiście tych wątków mnóstwo naotwierało i nie można było zostawić pewnych rzeczy niedomkniętych. Natomiast zaczęło się od pewnego pomysłu, o którym nie miałam w ogóle pojęcia, jak długo będę go ciągnąć. Nie miałam pojęcia, jak to wypączkuje. Zresztą à propos tego, co mówiłeś, mogłabym parę anegdot o pisarzach też opowiedzieć i o technikach.
[16:05] - Bardzo proszę.
[16:05] - Także może zrobię dygresję. Ja uprzedzam, że ja jestem potworną dygresiarą i trzeba mnie nakierowywać od czasu do czasu na wątek główny, bo mi się coś przypomni i zacznę opowiadać.
[16:15] - Weźmiemy sobie to do serca.
[16:15] - W każdym razie à propos Lema. Lem stwierdził coś takiego, że kiedy w „Solaris” Kris Kelvin wszedł i przestraszył się go snaut, to Lem mówi: „Nie miałem pojęcia, dlaczego on się przestraszył, więc musiałem się dowiedzieć”. I tak samo było z Tolkienem. Kiedy pytano Tolkiena o jakieś elementy „Władcy Pierścieni”, Tolkien odpowiadał: „Nie wiem, spróbuję się dowiedzieć”. To była taka koncepcja pisania jako odkrywania. Natomiast jeżeli chodzi o moje pisanie, to tak jak mówię, powstał pomysł, który mi się jakoś zagnieździł w głowie i wypączkował. I następnie znałam punkt dojścia. Wiedziałam, jak to się musi skończyć. Natomiast poszczególne wątki w różnych momentach się ujawniały, różnie pączkowały i w którymś momencie, kiedy postacie się rozeszły za bardzo i wątki się za bardzo rozeszły, musiałam zrobić sobie rzeczywiście przestrzenną mapę. Powiem szczerze, to przypominało moją metodę pracy nad tekstami naukowymi, bo tak naprawdę to nie są, wbrew temu, co twierdzisz, zupełnie różne rzeczy, tylko następuje pewne przeniesienie jednych kompetencji na inne.
Ja do pisania fabuły tak samo robię research, kiedy czegoś potrzebuję i tak samo sobie rozpisuję pewne pojęcia, kiedy tego potrzebuję, jak w przypadku pisania artykułu naukowego. Moje artykuły naukowe to jest na początek zbiór idei i myśli, które muszę zawrzeć. Następnie to jest wielka kartka i ołówek, na której powstaje wielki chaos, a z tego chaosu dopiero rodzą się uporządkowane treści. I tak samo ja w pewnym momencie musiałam to, co piszę, po prostu rzucić na papier w formie przestrzennej mapy. A kiedy ta mapa się pojawiła, to pozbierałam wszystkie wątki i to doprowadziłam do końca. Także to będzie wyglądało mniej więcej tak, że w pierwszym tomie, który będzie wychodził, wszystkie zagadki się zawiązują, a w drugim będą się stopniowo rozwiązywać aż do finału.
[18:35] - Wobec powyższego wypada powiedzieć, że pierwszy tom ukaże się pod koniec listopada, a na drugi z tymi rozwiązaniami będziemy czekać do...?
[18:48] - To pytanie do wydawcy, a nie do mnie.
[18:50] - A mniej więcej chociażby?
[18:51] - Nie mam pojęcia, naprawdę. To znaczy mam nadzieję, że to będzie pierwsza połowa następnego roku.
[18:58] - Czyli na te mniej więcej 600 000 znaków ma każdy mniej więcej pół roku, żeby to sobie dobrze przyswoić. Te zagadki. Nie za szybko, bo rozwiązanie nie nadejdzie od razu, więc trzeba oszczędnie gospodarować. W każdym razie powtarzam tytuł: „Noc kota, dzień sowy” i myślę, że to jest teraz dobry moment, żeby posłuchać pierwszego fragmentu tej powieści. Marku, głos należy do ciebie.
[19:32] - Marta Kładź-Kocot „Noc kota, dzień sowy” Virbio schował głowę w ramiona. Wydawało mu się przez chwilę, że lecący na niego grad obelg przybierze materialną formę. W panice rozglądał się wokół po drewnianych ścianach obwieszonych pękami suszonych ziół i przydymionym od świec suficie jednego z pomieszczeń winiarni pod Przewróconym Dzbanem. Zastanawiał się, kiedy grzmiący głos jego sąsiada przy stole ściągnie jakieś niepożądane uszy, w najgorszym zaś przypadku zamkową gwardię. Jednak jego rozmówca wydawał się tym zupełnie nie przejmować, wołając do karczmarza o wino i smażone ryby, gotowane kraby, małże, sery i inne smakołyki, a w przerwach systematycznie mieszając go z błotem. A człowiekiem tym był nikt inny, jak jego jedyny tutejszy kontakt, agent Bractwa Dionysius Grandini. Virbio słyszał o nim co nieco jeszcze w Blaviken Gardie, ale rzeczywistość zdołała już przygnieść go do ziemi. Słynny Grandini okazał się średniego wzrostu, niezwykle otyłym człowiekiem po pięćdziesiątce, obnoszącym swoją łysiejącą głowę, rzadką brodę i ogromny brzuch z godnością co najmniej kupca handlującego diamentami. Ubrany był w zapinany na złote guziki, rozpaczliwie trzeszczący w pasie czerwony kaftan, a na prawie każdym palcu nosił złoty pierścień z ogromnym kamieniem. Do tego, odkąd tylko usiedli w winiarni, bez przerwy jadł i pił.
I gadał. Virbio dziwił się głęboko, jakim cudem temu człowiekowi udało się pozostać w Castelburgu po zmianie władzy i dlaczego, u licha, uchodzi on za tak wybitnego agenta, skoro sprawia wrażenie, jakby był w stanie wypaplać wszystkie posiadane tajemnice przy jednej kolacji. A do tego nie krępuje się nawet na tyle, żeby zniżyć głos. Sposób wysławiania się Grandiniego, malowniczy i beztrosko mieszający wszystkie możliwe style, od słów używanych przez wykształconych synów szlacheckich rodów do mowy pospólstwa, również budził podziw i zdumienie Virbia. Chodziły słuchy, że agent za młodu był piratem, a jego sława sięgała ponoć tak daleko, że zapewniała mu bezpieczne poruszanie się po portowej dzielnicy. Patrząc na Grandiniego, młodzieniec sam już nie wiedział, w co powinien wierzyć. „Gospodarzu, wyborny był ten wędzony łosoś. Może by tak jeszcze trochę?” – wykrzyknął agent w kierunku otwartych drzwi. Siedzieli w niedużej tylnej sali i nikogo oprócz nich w niej nie było. Virbio został tam skierowany zaraz po przyjeździe, gdy tylko podał karczmarzowi hasło, a teraz ponownie spotkał się tu ze starszym agentem i dostał twardą szkołę życia.
„Ty ciężki idioto” – kontynuował Grandini w przerwach między wyssaniem szczypców kraba. – „Więc jakim imieniem, powiadasz, się przedstawiła?” „Myar” – wydusił z siebie Virbio. – „De coś tam”. „A tobie to nic, gołą wąsie pstrokaty, nie mówi?” Młody człowiek zaprzeczył bezgłośnie. „Niech mnie ślimaki i piranie zeżrą. Panowie z Blavingardu przysłali mi tu młodzika, którego należałoby do szkół, a nie do Castelburga wysłać. I jak ja mam z tobą coś zdziałać, gdy ty ledwie po wieży poleźć potrafisz, a wracasz z niczym? Dziękuję, przyjacielu” – powiedział do karczmarza, który dostarczył rzeczonego łososia, przynosząc jeszcze na wszelki wypadek dzban wina. Virbio wzdrygnął się, zerkając na wciąż półotwarte drzwi, za którymi zniknął gospodarz, ale Grandini zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. „Czarodziej tu przyjdzie” – ośmielił się zauważyć chłopak.
„Przyjdzie albo i nie, jak mu tam będzie ochota” – skomentował agent. – „Zakładam takoż, że faktycznie przyjdzie. Czarodzieje to ciekawskie plemię. Będzie chciał się dowiedzieć, jaką to sprawę do niego mamy. I jeśli mam rację co do owej Myar, głupku zatracony, to będzie nasz”. Virbio przełknął ślinę i nie powiedział nic. „Wiedz tedy, baranie niestrzyżony” – perorował dalej Grandini w przerwach między słowami, pakując do ust wcale niemałe kawałki wędzonego łososia – „że choć na tego maga kapituła klątwę nałożyła, na banicję go skazując, nie on jeden zniknął wtedy z Emyn Arvalash”. Długo szukali potem również czarodziejki Mitrii zwanej. Ulubienicy i uczennicy samej pani Evelyn von Stein. Nie znaleźli, ale owa nie zawsze to imię nosiła.
Przed wieloma laty przybyła do Emain jako młodziutka adeptka. Nie wiesz zapewne skąd. Chłopak zaprzeczył nerwowym ruchem głowy. Otóż — ciągnął agent, wycierając zatłuszczone palce w serwetę — losy ją przyniosły prosto z dworu królewskiego w Cantalenie. Zaginiona czarodziejka Mitria to nie mniej, nie więcej tylko księżniczka Meer de Witten, uboga krewna króla Alfreda i jego córki, księżniczki Julii. Na cantaleńskim dworze nie za bardzo wiedzieli, co z nią zrobić. Król się szybko zorientował, że coś z kuzynką jest nie tak. Wszystkie księgi w bibliotece wyczytała i zamiast nad haftem siedzieć, toczyła uczone dysputy z astrologami, lekarzami, kronikarzami i innymi darmozjadami, których rację istnienia poczciwe królisko ledwie umiał pojąć. Nic nie miała oprócz tytułu, bo jej świętej pamięci rodzic swoje księstewko w karty przed śmiercią przegrał. Za mąż wydać jej się nie udało, bo ledwie mówić zaczęła, przyszły małżonek uciekał jak przed jaką zarazą.
Przy czym Alfred na posag skąpił, więc przyszło mu na myśl, że skoro taka uczona, to pod opieką pani Evelyn będzie jej najlepiej. Zaopatrzył więc krewniaczkę w stosowne pismo i wysłał po cichu do Emain Avallas. Przekazał zapewne, by się nie chwaliła, kim jest, więc zmieniła imię. I owa zaginiona Meer, czy też Mitria siedzi sobie teraz z mistrzem Jardalem w wieży? — zapytał Virbio. Nie był pewny, czy wszystko do końca zrozumiał. Grandini popatrzył na niego jak na zdechłego śledzia. Skoroś na własne oczy widział, geniuszu niedoważony — stwierdził on, zabierając się za następną porcję kraba — to pewnie siedzi. I jaka nam niby przyjdzie z tego korzyść? — zbuntował się wreszcie wysłannik bractwa.
Otyły szpieg jednak tym razem nie zdenerwował się, a jedynie rozciągnął szerokie wargi w tajemniczym uśmiechu. A taka — rzekł — że dla mistrza nie tylko marchewkę, ale i kijek mamy. W tej chwili w półotwartych drzwiach stanął karczmarz i dla formalności w nie zastukał. Przepraszam panowie, gość do was. Dopytuje o pana Virbio Aranmarga. Młodzieniec i agent wymienili spojrzenia. Prosić — rzekł krótko Grandini. Jardal wkroczył do sali, stukając podkutymi obcasami butów, okryty szarym płaszczem z naciągniętym głęboko na oczy kapturem i z nieodłączną sową na ramieniu. Witajcie mistrzu — pozdrowił go agent. Panie Grandini, panie Alanmark.
Skinął im głową. Przysiadł się do stołu. Virbio bez słowa zrobił mu miejsce na ławie. Obserwował maga z zapartym tchem. Czarodziej odrzucił kaptur z głowy. Ostrożnie posadził sowę na oparciu pobliskiego krzesła. Ptak otworzył na moment szarozłote oczy, jakoś dziwnie inne od czarnych paciorków, jakie zwykle mają płomykówki, a potem przymknął je sennie. Chłopak miał wrażenie, że powietrze wokół czarodzieja lekko zawibrowało. Odczuwał mrowienie na karku i w czubkach palców. Mistrz Jardal utkwił na nim na chwilę szarozielone oczy i Virbio znów poczuł uderzenie powietrza.
Pomyślał, że gdyby czarodziej po prostu przeszedł obok, nie byłby w stanie zapamiętać jego twarzy. Pod powiekami nie pozostałby konkretny obraz, a jedynie rozmazany powidok, odczucie szarości. A jednak wrażenie obecności maga było tak silne, jakby ten zaginał wokół siebie przestrzeń. Gdyby namalować jego portret — pomyślał chłopak — nie byłoby nic bardziej złudnego. Zostałby kształt, który nic nie mówi. Martwa powłoka, kokon. Nawet Grandini na chwilę się zamknął. Jak już zapewne wiecie, mistrzu, mamy dla was ofertę. Milczenie grubego agenta najwyraźniej nigdy nie mogło trwać długo. Jardal nie odezwał się.
Znał trochę Grandiniego, przynajmniej z widzenia i słyszenia, a po prawdzie znało go całe miasto. Nie zdziwił się wcale, ujrzawszy go tutaj razem z młodym nieznajomym. Dionizus Grandini był człowiekiem, który potrafił wkręcić się wszędzie. Dużo gadał, jadł za trzech, miał niesamowite znajomości i umiał załatwić prawie wszystko. A do tego stanowił kopalnię wiedzy o mieście i, co rzadsze, także o tym, co się działo w porcie. I z tym wszystkim jakoś jeszcze nie trafił do lochów pod zamkiem. Najwyraźniej, choć paplał bez przerwy, mówił tylko to, co chciał. Z powodzeniem udawał głupszego niż jest, a wszyscy mieli u niego jakieś długi wdzięczności, co w dużej mierze gwarantowało mu bezpieczeństwo i powodzenie w różnych przedsięwzięciach. Jardal nie należał do ludzi, którzy dają się nabrać na pozory. Instynktownie wyczuwał w Grandinim inteligentnego przeciwnika, przed którym należy się mieć na baczności.
Wstyd, że zaniedbujemy gościa — stwierdził agent, zagadując w ten sposób przedłużające się milczenie maga. Gospodarzu, przynieście no jeszcze trochę wina i tych tam waszych przekąsek. Najlepszych. Byle szybko. Ja płacę. Jardal uprzejmie skłonił głowę. Słucham — powiedział, gdy tylko karczmarz uwinął się z zabraniem pustych naczyń i dostarczeniem w pośpiechu pełnych. Grandini natychmiast wpakował sobie do ust kiść winogron i zaczął obgryzać owoce. Oferujemy wam, mistrzu, udział w pewnym zaszczytnym dziele — rozpoczął. I to, rzecz jasna, nie za darmo.
Jak wam doniósł mój niedoważony wspólnik, mamy moc pojednać was z kapitułą i sprawić, by cofnięto wydany na was wyrok banicji. Jardal lekko zmrużył oczy i uśmiechnął się drapieżnie. Po kociemu. Mogłoby się wydawać, że wszedł do gry. Musimy zatem ustalić dwie kwestie — stwierdził. — A jeśli się upierać przy precyzji, to nawet trzy. Po pierwsze: z kim mam przyjemność? Chciałbym poznać tożsamość waszego mocodawcy, zanim zastanowię się nad jego ofertą. Nie wątpię, panie Grandini, że nie działacie we własnym imieniu. Po wtóre: czego ode mnie chcecie?
Prościej już tego pytania zadać nie można, więc mam nadzieję, że i odpowiedź nie będzie pokrętna. Następnie zaś: skąd pewność, że ja w ogóle chcę wracać z wygnania? Virbia wstrzymał oddech, ale Grandini nie dał się zbić z pantałyku. No cóż, chcecie czy nie chcecie, wasza sprawa. Ale przyjemniej jest mieć wybór, czy się chce, czy nie, prawda? — rzucił niedbale. — Niemniej macie rację, mistrzu, że trzeba was wprowadzić w istotę rzeczy, a wtedy, jak mniemam, zbędziecie ostatnich wątpliwości i sami przyłączycie się do naszego dzieła. Ten tu osobnik — wskazał na wiercącego się na ławie Virbia — przybył tutaj z ważnymi nowinami. Ale zacznijmy od początku. Myślę, że nie muszę was uczyć historii tego miasta, choć mieszkacie w nim od niedawna.
Czemu nie? Historia bywa pouczająca — odparł równie swobodnie czarodziej. — Zaś najbardziej w niej interesujące jest to, że ma dziwną właściwość zmieniania się w zależności od tego, kto ją opowiada. Chętnie więc posłucham kolejnej wersji, choć oczywiście wybierając Castelburg na miejsce mojego odosobnienia, doskonale wiedziałem, co tu zaszło. Kto wie, może właśnie dlatego go wybrałem. Prawdziwą samotność można znaleźć tylko w cieniu tyranii. Grandini zignorował tę paradoksalną sentencję i odparł swobodnie: Cieszy mnie wasze zainteresowanie historią. Zatem posłuchajcie. Pięć lat temu panowała tu jeszcze taka sobie oligarchiczna demokracja. Cechy miały monopole, rzemiosło i kupiectwo kwitło, a każdy stan wiedział, co do niego należy.
A potem stopniowo mieszczaństwo wzrosło w siłę i ubzdurało sobie, że do szczęścia brakuje mu tylko przywilejów należnych szlachcie. Za mało im było miejsc w Radzie Pięćdziesięciu. Chcieli prawa do noszenia herbowych kolorów, zniesieniu ustaw o ograniczeniu zbytku i takie tam. Szlachta, rzecz jasna, zupełnie te śmieszne postulaty zignorowała. Ile było mieszczańskich partii i partyjek i o co się między sobą żarły, sam diabeł się nie wyzna. Szlachcie natomiast przewodził możny ród Malatestów, zawierając i zrywając sojusze wedle własnego uznania. I zawarli niestety sojusz dość niefortunny. Porozumieli się z seneszalem Caerlem z Tradivy, stojącym na czele stronnictwa Białych, a on obiecał im pomoc przeciwko castelburskim mieszczanom, jeśli oni najpierw dadzą mu zbrojne wsparcie w walce z tradivskimi Brunatnymi. Więc wystawione przez Malatestów najemne wojska pomaszerowały do Tradivy. I już nie wróciły.
Zostały rozbite w puch, głównie przez kondotierów w służbie Brunatnych pod wodzą niejakiego Jastrzębia. Jardan skinął głową. To działo się na długo przed jego przybyciem do miasta, ale słyszał co nieco. Znał nazwisko Malatesta. Dotarła do niego krwawa legenda Jastrzębia. Jednak rozgrywki pomiędzy szlacheckimi i mieszczańskimi stronnictwami były charakterystyczne dla większości spośród wolnych miast i maga nie ciekawiły szczegóły. Wynajmowanie kondotierów do walk o dominie nie wydawało się niczym niezwykłym. Ród Malatestów przestał istnieć — ciągnął Grandini. — Piero poległ. Jego synowie również.
Inne szlacheckie rody zaczęły walczyć o schedę, ale nikt nie miał takiego autorytetu, żeby zgromadzić wszystkich wokół siebie. Castelburscy mieszczanie, korzystając z zamieszania, zaczęli wprowadzać własne porządki. Niejaki Soderyni zdobył poparcie kilku mieszczańskich stronnictw. Ustanowił się naczelnikiem. Rozwiązał Radę Pięćdziesięciu. Ściął parę głów. Kilka znaczących rodów wygnał z miasta. Chaos trwał przez jakiś czas, ale potem wszystko się mniej więcej unormowało. Aż do czasu, kiedy trzy lata temu przybył tu niejaki Machiavello Niccoli, wcześniej prawa ręka Piera Malatesty. Wrócił, ale nie sam.
Z nowym panem. Tym, którego twarzy nikt nigdy nie widział i którego nazwiska nikt nie zna. Nazywają go po prostu księciem, a na sam dźwięk tego nazwania nasz obecny tu przyjaciel gotów ze strachu zepsuć nam powietrze. Ale nie martw się, chłopcze — zwrócił się do Virbia — bo tak samo reaguje połowa Castelburga. Agent podrapał się po nosie, westchnął i wrócił do przerwanej opowieści. Wcześniej książę odniósł zwycięstwo nad najemnikami Jastrzębia w jakiejś kolejnej fazie walk o Tradivę. A potem nagle najechał Castelburg. To był przemyślany atak. Pewnego dnia po prostu wkroczył do miasta na czele kondotierów. Żołnierze błyskawicznie opanowali Zamek Cieni, bramy, prochownie, koszary i wszystkie strażnice.
Gdy książę przybył, głowa Soderyniego spadła z karku, a reszta tak jakoś z dobrej woli i czystego szczęścia na wszystko się zgodziła. Zaś ci spośród szlachty, którzy wcześniej wrócili spod Tradivy i jakoś dogadali się z naczelnikiem — i tu dochodzimy do sedna naszej opowieści — uznali w pośpiechu, że wolą zmienić klimat. Przynajmniej ci, którzy mieli głowę na karku. Jeszcze. Czy ta wersja historii zadowala cię, panie? Na razie tak Czarodziej skinął głową. „Wspomniałeś coś jednak, panie Grandini, o dochodzeniu do sedna. Już pośpieszam, a nie myślę na szwank wystawiać waszej cierpliwości. Otóż szlachta na wygnaniu rozpierzchła się częściowo, ale jej przywódcy nie zamierzali zakładać rąk ani tracić czasu. A byli tacy, którzy mieli za sobą kilka kadencji w Radzie Pięćdziesięciu i znali tajemnice Zamku Cieni.
Tego samego castelborskiego zamku, który teraz zamieszkuje książę. I oni właśnie założyli Bractwo Wolnych Miast. Nie będę obrażał twojej inteligencji posądzeniem, że nie domyśliłeś się, iż to właśnie ono jest naszym tajemniczym mocodawcą. Jego cele są jak na razie może zbyt dalekosiężne, ale na początek członkowie Bractwa chcą wrócić do domu. To znaczy odzyskać Castelburg. A ty nam w tym pomożesz. Mówiąc po prostu: trzeba zabić księcia. W komnacie jakby na chwilę pociemniało. Wierbiowi ścierpła skóra. A tak konkretnie chcemy, żebyś ty go zabił — dodał beztrosko Grandini.”
[37:25] - Dziękujemy Marku. Dziękujemy. I co Wiktorze? Słuchałeś z takim zaangażowaniem, że czekam na pytania.
[37:36] - Nie, ja nie po to słucham, żeby chwalić.
[37:38] - Ale ty nie masz chwalić, ty masz pytać.
[37:43] - Ja słuchałem rozpaczliwie, próbując się przyczepić do czegoś i tak dalej. I trochę mam trudności.
[37:52] - No dobrze.
[37:53] - Ale to wyjdzie w praniu. Natomiast ja mam taką uwagę do tematów, które żeśmy wcześniej poruszali. Otóż nasza autorka powiedziała jedną rzecz, którą ja zawsze radzę wszystkim piszącym. Na pytanie Marka, czy wiedziała, jak sobie planowała, powiedziała: „Wiedziałam, jak to się skończy”. I to jest najważniejsze. To, jak się skończy, może się skończyć zupełnie inaczej. Droga może być zupełnie inna. Wszystko może być zupełnie inne. Ale jak się podejmuje robotę, to po prostu trzeba wiedzieć, czy ja chcę zbudować most, czy domek jednorodzinny, czy ja chcę zbudować lokomotywę, czy napisać powieść. Trzeba wiedzieć, jak to się ma skończyć na końcu.
Potem można zamysły— a wyszło zupełnie inaczej. Natomiast to jest chwalebne dla mnie i to już jest dobre tory przynajmniej.
[39:05] - A pytanie?
[39:07] - Pytanie.
[39:08] - Dobrze. W porządku, to ja najpierw zadam pytanie, które pojawiło się na czacie. Szyderca pyta o to, czy tytuł, czy dobrze odczytuje intencje, że kot i sowa to są łowcy, którzy są niezauważalni dla swojej ofiary? Czy to coś wspólnego ma z takim podejściem, czy też to jest słaby trop?
[39:41] - To akurat nie ma wiele wspólnego z tym, co jest istotą bycia kotem i bycia sową. Natomiast co jest istotą nie chciałabym zdradzać, bo to byłby zbyt ewidentny spoiler.
[39:55] - Rozumiem, ale zadam pytanie, które mam zapisane jako pierwsze, ale się powstrzymywałem, bo chciałem, żeby nasi słuchacze troszkę usłyszeli tej prozy. Ale teraz to pytanie mogę spokojnie zadać, chociaż może już niektórzy, co bardziej przenikliwi wiedzą, jaki to jest rodzaj fantasy. To jest taka fantasy jak Tolkien, czy może taka fantasy jak Ursula Le Guin, czy może zupełnie jeszcze inna? Ja wiem, że nie porównuje się autorów ze sobą, ale chodzi bardziej o rodzaj, w którym kierunku to żegluje.
[40:39] - To na pewno nie jest taka klasyczna heroic fantasy. Tam nie ma elfów, nie ma różnych magicznych stworków, chyba że na kartach bestiariów, które się pojawiają w bibliotece. Natomiast tutaj najbliższe to by było może takie low fantasy. Dla mnie w ogóle wszelkiego rodzaju klasyfikacje gatunkowe zawsze są umowne, dlatego że — i tutaj wyłazi ze mnie teoretyk — gatunek literacki jest to pewien zespół wytycznych, które w jakiś sposób przykrawamy do tekstu. Natomiast im tekst lepszy, tym trudniej go zaklasyfikować. Taka jest prawda. Tu się rzeczywiście mieści to w fantasy, natomiast to jest dla mnie zrealizowanie konwencji w dosyć dużym stopniu kanonicznie, bo mamy wyprawę, mamy drużynę, mamy jakiś quest, ale z drugiej strony jest tutaj sporo takich intertekstualnych zabaw.
[41:38] - Ja może będę adwokatem niektórych naszych słuchaczy i zapytam się, co to są intertekstualne zabawy?
[41:53] - Intertekst generalnie jest nawiązaniem w tekście do innego tekstu w taki sposób, żeby to było czytelne, żeby czytelnik rozpoznał aluzję, żeby rozpoznał, w jaki sposób ta aluzja została osadzona w nowym kontekście. Jak tu się okiem do czytelnika mruga.
[42:11] - I to jest pewno, przynajmniej dla mnie, jeden z powodów, dla których warto po tę książkę sięgnąć. Na pewno. Ja lubię takie zabawy, takie mrugnięcia okiem w kierunku czytelnika. Myślę, że to jest jeden z tych powodów, dla których ja na przykład czytam. Wiktorze, halo. Ty jesteś bardzo dzisiaj refleksyjny. Ja cię podziwiam.
[42:37] - Po prostu ja nie wiem, co mam ze sobą począć, bo ja bardzo uważnie słuchałem tego, co Ivellios czytał i nie dam rady. Zamiast robić coś na stronie, to ja chyba walnę oficjalnie w takim razie. Powiem, jakie przemyślenia mi się nasunęły.
[42:58] - Powiem szczerze, że się boję tego.
[43:00] - Spoko. Ostatnio ostro walczyłem z moim przyjacielem Komudą, tępiąc go potwornie za nadużywanie jakiegoś pseudostaropolskiego języka i tak dalej. Szczególnie w dialogach, bo to wyglądało tak, jakby ci ludzie byli trochę debilami u niego, chociaż byli szlachetnymi, wielkimi książętami, krzyżowcami i tak dalej.
[43:32] - Dalej się boję.
[43:34] - Otóż tak. Ja tutaj przy tym całym tekście, który jest stylizowany, miałbym drobną radę. Tutaj praktycznie tego nie było, ale jednak bardzo rzadko się pojawiało. Bardzo delikatnie. Ja słuchałem ten tekst i uważam, że zupełnie mogłoby się obejść bez tego typu nawiązań.
[44:06] - Bez stylizacji?
[44:06] - Bez stylizacji, szczególnie w dialogach. Czystym, zwykłym, nowoczesnym językiem można to samo ciągnąć, ale też zaznaczam, tego tutaj było bardzo malutko. Ja aż musiałem sprawdzać, czy to na pewno. Czasami coś brzdękło. Ale to jest jedna uwaga tylko.
[44:27] - Poczekaj, Wiktor. Zanim zaraz drugą wygłosisz, to ja jeszcze coś powiem. Ja się z tobą tradycyjnie nie zgadzam. Ja uważam, że to właśnie bardzo dobrze, że tak jest. Jakby ci bohaterowie rozmawiali taką literacką, współczesną polszczyzną, to ja bym miał niedosyt właśnie wtedy. Więc nie da się zadowolić wszystkich czytelników.
[44:46] - Ale widzisz, ja ci właśnie wejdę w słowo, bo moja druga uwaga też właśnie będzie.
[44:51] - To będzie dobijająca.
[44:52] - Literackiej polszczyzny. Otóż o ile do samej narracji nie mam nic, bo to twoja wola albo moja wola, albo jego gust. Natomiast jak mężczyzna na przykład siedzi i opowiada pewną historię, dłuższą historię, to ja bym troszeczkę bardziej uwzględniał jego osobisty charakter w tej mowie. Czyli żeby on zamiast pewnych słów używał pewnych sensonasadowczych rzeczy. „Ciach, ucięli mu głowę!” komuś tam. Coś takiego z temperamentu jego wyciągnąć albo nie w ogóle. Ale żeby to nie było tylko narracją prawidłową, czyli opisem historii, tak jak ja to czytam.
[45:48] - Wiktor, ja teraz dopuszczę naszego gościa do głosu, bo chciałbym ci coś powiedzieć. Nie, ja bym chciał tylko zwrócić uwagę, że to jest książka naszego gościa, a nie twoja. Jak sobie będziesz pisał swoją, to będziesz sobie pisał w taki sposób.
[46:03] - Ale to są opinie, które są cenne zawsze. Każdy je inaczej odbiera.
[46:07] - Ale ja uważam, po prostu ja mam do tekstu takie podejście, że ludzie są różni i są ludzie tacy, którzy tak jak Wiktor mówi, którzy mówią „ciach” albo nie „ciach”, albo coś innego. A są tacy, którzy nie używają takich form, jakiejś ekspresji przy okazji tego, co mówią. W związku z tym to może być, nie musi.
[46:29] - Ja też tak mówię. To może być, ale nie musi.
[46:32] - Okej, w porządku. A teraz oddajemy głos naszemu gościowi. My w ogóle zachowujemy się dzisiaj skandalicznie, po prostu.
[46:41] - Już kilka razy usta otworzyłam.
[46:46] - Musimy popracować nad savoir-vivrem.
[46:47] - Dzisiaj akurat trafił taki fragment, który może być odczuwany jako troszeczkę przestylizowany, dlatego, że narracja z punktu widzenia narratora tak nie wygląda. Tutaj akurat dużo gada o Grandini. A Grandini jest postacią charakterystyczną, która być może troszeczkę gdzieś tam pobrzękuje Sienkiewiczem, być może troszeczkę gdzieś tam pobrzękuje Zagłobą, chociaż tutaj nie chciałabym jakichś sztucznych analogii wprowadzać, bo on nie był absolutnie wzorowany na Zagłobie. I tutaj w tym momencie dopiero mi ten Zagłoba przyszedł do głowy. Natomiast to jest postać taka charakterystyczna, barwna, która takim językiem barwnym, trochę stylizowanym mówi, bo po prostu tak ma. I w zależności od tego, jaki ma humor, niekiedy się nawet pojawiają takie wzmianki, że Grandini miał dobry humor, więc zaczynał mówić w taki sposób.
[47:39] - To ja teraz znowu zacytuję kawałek naszego czata. Znowu Szyderca zadaje takie oto pytanie: „Jestem raczej słabym czytaczem. Czytam mało. Dlaczego akurat miałbym przeczytać tę książkę?” To ja posłużę się taką ulubioną swoją figurą. A dlaczego nie, właściwie? Skoro już w ogóle coś czytasz, to myślę, że czasami warto sięgnąć po to, co na przykład pisarz Żwikiewicz poleca, a moja skromna osoba popiera to polecenie. Poza tym jest okazja porozmawiać z autorką. Zawsze można zadzwonić po godzinie dziewiątej i porozmawiać na żywo. Ja myślę, że taki kontakt jest cenny i ja w każdym bądź razie powiem tak. Ja w każdym razie książkę polecam i może chociażby to polecenie uznasz szyderco za godne uwzględnienia.
Poza tym do ukazania się książki jest jeszcze trochę czasu. Zawsze można zebrać kasę albo zorientować się, czy na rynku wydawniczym pojawi się jakiś absolutny hit, który książkę naszego gościa przesłoni. Ja nie sądzę. Myślę naprawdę, że warto po tę książkę sięgnąć. Już nie mówiąc o tym, że jeśli książka jest gruba, a w perspektywie jest jeszcze druga jej część, która jak już mówiliśmy wcześniej rozwiązuje wątki, rozwiązuje pytania zadane w pierwszej części, to moim zdaniem jest to wymarzona sytuacja dla czytelnika, ale być może dla takiego czytelnika, jakim ja jestem. Trudno rzecz rozstrzygnąć. Wiktorze, teraz może ty.
[49:29] - Ach, wiesz.
[49:30] - Aha, to znaczy, że straciłeś wątek. No to dobrze. To ja zapytam. To pytanie zresztą tutaj poza anteną już sobie wymieniliśmy. Usłyszałem odpowiedź, ale zadam je teraz w takim razie oficjalnie. Jak długo pisze się tak grubaśną książkę?
[49:56] - Odpowiedź na pewno brzmi kilka lat. Natomiast ja nie potrafię powiedzieć, dlatego, że czas pisania, a czas powstawania to były dwie zupełnie różne sprawy. Były tutaj interwały spowodowane po prostu sytuacjami losowymi. Natomiast teraz ta książka to jest, jeżeli chodzi o efekt końcowy, potwór Frankensteina. Dlatego, że najwcześniejsze fragmenty, do których się wraca po latach, to już nie jest to. I po prostu na etapie redakcji było tak, że ja patrzyłam na to i stwierdziłam: „Boże, kto to napisał?”. Wywalałam całe sceny i pisałam je od nowa. W związku z tym z tych najstarszych partii powieści nie zostało wiele.
[50:37] - A jakby odpowiadając. To dobrze, nie wprost. Jak dawne są te najdawniejsze partie, które się ostały?
[50:48] - Do tego to ja się nie przyznam.
[50:50] - Dobra, rozumiem. Ale ja jestem człowiekiem dociekliwym.
[50:55] - Kobieć się nie pyta o wiek tekstów.
[50:58] - Ciekawe. To muszę zapamiętać. Okej, zapytam w takim razie: ale ta najbardziej intensywna praca, kiedy już widać było koniec tej powieści. Ta najbardziej intensywna, kiedy autor już wie, że skończy, że to już jest tam gdzieś za rogiem, za progiem, to ile to trwało mniej więcej? Ta najbardziej intensywna końcowa faza.
[51:22] - Też nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Potrafię dokładnie powiedzieć co do dnia, kiedy skończyłam.
[51:26] - To słuchamy. Poznamy dzięki temu cykl wydawniczy wydawnictwa Genius Creations.
[51:34] - Zapamiętałam dlatego, że to było 1 stycznia. Więc 1 stycznia na Facebooku ogłosiłam tryumfalnie, że skończyłam pisać w 2015.
[51:44] - Czy to było zaplanowane, ta data?
[51:46] - Miałam nadzieję, że domknę się w 2014. Nie udało się, więc ostatnie słowa dopisałam 1 stycznia 2015 i ogłosiłam to na Facebooku. Tylko że to też nie był etap ostateczny, bo potem Marcin Dobkowski właśnie pytał, kiedy ja mu przyślę tekst w takim razie. A ja mówię: „Jeszcze trochę, jeszcze muszę to przeredagować”. I ta redakcja trwała następnie też dobre kilka miesięcy i to był pierwszy etap redakcji mój własny.
[52:14] - Przypomnę Marcin Dobkowski, współwłaściciel wydawnictwa Genius Creations, którego gościliśmy tutaj miesiąc temu mniej więcej. Teraz w takim razie chciałbym zapytać, bo poza tym, że nasz gość jest literaturoznawcą, pracownikiem naukowym, poza tym, że tworzy prozę.
[52:41] - Jest kobietą.
[52:44] - A ja jestem mężczyzną. Tak że to akurat tak. Ale jednak zapytam o to, o co mam zapytać. Jednocześnie jest też redaktorem. A ja pytam nie bez przyczyny o to bycie redaktorem, bo przez młodych autorów szczególnie redaktor to jest taka postać, którą w sporej części młodzi ludzie obdarzają uczuciami dosyć nienawistnymi z zupełnie niewiadomych powodów. A ja to na razie zawieszę, to zapytam. Jesteś redaktorem i dobrze ci z tym?
[53:25] - Tak.
[53:26] - Tak? To dobrze, to zadam pytanie inaczej. Nieco bardziej poproszę o rozbudowaną odpowiedź. Na czym tak naprawdę polega praca redaktora? Oczywiście na niszczeniu wspaniałych tekstów innych wspaniałych autorów. To żart był oczywiście.
[53:47] - Praca redaktora polega na spojrzeniu na tekst tak, jak mógłby na niego spojrzeć potencjalny czytelnik i na przyczepieniu się we wszystkich miejscach, w których tylko można się przyczepić. Na znalezieniu wszystkich możliwych niekonsekwencji, dziur fabularnych, potknięć logicznych, potknięć merytorycznych i językowych.
[54:09] - I powiem szczerze, jeżeli ja mogę mieć jakieś doświadczenie, to powiem tak, że tak pojęty redaktor to jest dla pisarza, dla człowieka, który stara się być pisarzem, coś robi w tym kierunku, to jest naprawdę skarb. Ja już pewno mówiłem tę anegdotę, a jak nie mówiłem, to ją opowiem po raz kolejny Miałem taką jedną książkę, którą napisałem i później dostałem redakcję z wydawnictwa. I ja naprawdę czytałem to i miałem coraz taką rosnącą pewność, że na końcu tej książki redaktorka napisze, że całość jest bez sensu i wątki się nie splatają i że znajdzie w tej książce taką dziurę, dzięki której powieść się nie będzie nadawała do niczego. Skąd miałem tę swoją obsesję? Ano stąd, że to właśnie była redaktorka, która znajdowała dziurki i dziureczki takie, które wydawałoby się, że są zupełnie nieważne, a mimo wszystko po takich ingerencjach tekst staje się lepszy. Jeśli autor nawet dobrze panuje nad mechaniką swojego tekstu. Mechaniką to rozumiem kto gdzie stoi, w którą stronę się wychyla, przechyla, dochodzi, przechodzi i tak dalej. Nawet jeśli robi to bardzo dobrze, to czasami redaktor wyłapuje ewidentne potknięcia. Zawieszę tę myśl i powiem troszeczkę inaczej, że ja spotkałem się z bardzo wieloma młodymi ludźmi, którzy twierdzili, nie bez przyczyny żartowałem na początku tego wątku, że redaktor to jest taka pani albo taki pan, który niszczy ich świetne dzieło, które napisali, kreśli im zdania, które wydawały się wybitne i tak dalej. Proszę mi uwierzyć, jeżeli cokolwiek mogę przekazać, to proszę mi uwierzyć, że tak nie jest.
Naprawdę, to stare powiedzenie, że z drugiego brzegu widać lepiej w tym wypadku jest jeszcze bardziej prawdziwe niż w oryginale. Czyli naprawdę redaktor widzi dziury w tym, co napisaliśmy. Widzi rzeczy, których my nie jesteśmy w stanie dostrzec albo bylibyśmy je w stanie dostrzec za dwa lata, jakbyśmy wrócili do tego tekstu. Tu nawiązuję do tej myśli o czytaniu swojego starego tekstu i dochodzeniu do wniosku, kto to napisał. To na pewno nie ja. Niestety coś takiego jest w pracy redakcyjnej. Jakbyś mogła troszeczkę opowiedzieć, jak to jest być redaktorem. Dostajesz książkę. Ile razy czyta redaktor książkę?
[57:09] - Tyle razy, ile trzeba.
[57:11] - A będę drążył jednak mimo wszystko.
[57:14] - Za pierwszym razem dwa.
[57:17] - Po co się czyta pierwszy raz?
[57:19] - Ja już za pierwszym razem nanoszę uwagi, które przyszły mi do głowy, natomiast za drugim razem je koryguję. Z niektórych się wycofuję, inne pogłębiam. Potem odsyłam autorowi i przerzucamy się tym tekstem naprawdę tyle razy, ile trzeba.
[57:33] - Ano właśnie. Bo to jest jeszcze jeden ważny wątek, który poruszyłaś. Nie wiem, jakim redaktorem jesteś. To zaraz będziemy doprecyzowywać. Ale tam, gdzie redaktor wie na pewno, tam poprawia i nie ma dyskusji. Ale są też takie momenty przecież w książce tej dyskusji z redaktorem, kiedy redaktor słucha albo wręcz oczekuje od autora pewnych uzasadnień albo pewnej dyskusji. Czy to tak się właśnie odbywa?
[58:05] - Ja staram się uwagi wszystkie nanosić na margines w komentarzach w taki sposób, żeby autor mógł się do tego odnieść, ustosunkować. Natomiast jeżeli na przykład wydaje mi się, że w jakimś momencie brakuje mi merytorycznej wiedzy, a wydaje mi się, że autor popełnił merytoryczny błąd, to robię research, doczytuję się, sprawdzam i nawet wklejam autorowi jakiś odnośnik do danych, żeby mógł sobie sam to sprawdzić. Albo na przykład jeżeli on jest bardziej kompetentny ode mnie w danej dziedzinie wiedzy, to zadaję mu pytanie, czy rzeczywiście można tę konkretną rzecz w ten sposób uzasadnić.
[58:47] - Czy zdarza się tak, że autor jest w stanie przekonać cię do swojej wizji, do swojego pomysłu, do jakiegoś swojego rozwiązania?
[59:02] - Tak, oczywiście.
[59:03] - Właśnie do tego prowadziłem. Ja mam niestety takie wrażenie, to nie jest wrażenie, to jest nawet wiedza powzięta właśnie z rozmów z młodymi ludźmi, że bardzo wielu ludzi młodych, którzy piszą, postrzega redaktora jako takiego wampira, który po prostu rozszarpuje ich wspaniałe dzieło i właściwie nie ma żadnej litości. To jest jeden z wielu błędów, który popełniają ludzie bardzo młodzi. Powiem tak, a właściwie nie tylko młodzi, bo znam kilku starszych, którzy bardzo podobnie się zachowują, którzy się obrażają na redaktora, że im w ogóle śmie coś poprawiać, bo przecież powinien wziąć ten tekst, zachwycić się nim i powiedzieć: „Genialne, puszczamy do druku”. Ja powiem tak: ja właściwie nie znam takich przypadków, żeby tak to się odbywało. Myślę, że autor skupia się na czymś zupełnie innym, a redaktor na czymś zupełnie innym. I dopiero współpraca tych dwojga ludzi daje pożądany efekt. Ja to tak widzę. A Wiktor widzi to jak?
[01:00:13] - Tak samo mniej więcej, bo trudno to inaczej widzieć. Natomiast chcę zwrócić uwagę na to, co zresztą tutaj autorka powiedziała, że redaktor jest tym pierwszym czytelnikiem. A kto to jest ten pierwszy czytelnik? Pierwszy czytelnik to jest ten pierwszy obcy, który ma przetestować To, co myśmy sobie zrobili. A trzeba pamiętać, że słowo „obcy” ma dwa znaczenia, przynajmniej w naszym polskim języku. Może być to gość, a może być to wróg. Redaktor nie jest wrogiem. Redaktor zwykle jest gościem, który może zwrócić uwagę, że pewne obyczaje mu się nie podobają albo to nie są jego obyczaje, ale nie będzie wrogiem, który będzie tępił to, bo to nie jest w jego interesie, skoro do tego tekstu zgłasza kogoś do czytania. A gościa się nigdy nie traktuje wrogo. Ja jeszcze nie spotkałem redaktora, który byłby wrogiem własnej pracy, własnych książek, które wydaje, bo to zupełnie byłoby chore podejście.
I to tak tyle.
[01:01:32] - Ja jeszcze zapytam o pracę redaktora, bo to jest rzecz, która może bardzo wielu osobom otworzyć oczy. Oczywiście ja przedstawiam taką sytuację idealną współpracy, śmietanki, w ogóle jest wspaniale, wszyscy się kochają, lubią i jest okej. Ale przecież tak nie jest. Bardzo wielu autorów ma jednak w sobie taką iskrę, że nie pozwoli albo nie tyle nie pozwoli, co bardzo walczy o pewne sprawy w swoim tekście.
[01:02:05] - Od razu. Fakt, tutaj nasz gość trochę nam nie raczej wrażenie również osoby, która nie da sobie specjalnie w kaszę dmuchać.
[01:02:15] - Nie, bo ja rozumiem z jednej strony, że autor walczy o swój tekst, ale z drugiej strony jest redaktor, który coś tam widzi. To już zarysowaliśmy. Ja bardziej chcę zapytać w tej chwili o doświadczenia redaktorskie. To znaczy, jak to jest, czy autorzy są zawsze pokorni? Czy autorzy naprawdę walczą o swoje teksty?
[01:02:38] - Powiem tak. Do tej pory odniosłam wrażenie, że jest takie proste przełożenie. Im lepszy autor, tym z większą pokorą podchodzi do swoich tekstów i z tym większą chęcią nad nimi pracuje. Natomiast zdarzyło mi się pracować nad projektem wolontariackim i tam się spotkałam z pełnym spektrum postaw. To były opowiadania, było ich naprawdę mnóstwo. Ja już dostawałam szału od góry maili z drobnymi tekstami, które spływały do mnie, bo kiedy pracuje się nad dłuższym tekstem z jedną osobą, dostaje się mail, wiadomo, co ma się zrobić. A tutaj, kiedy dostaje się tych maili kilkanaście w kierunku kilkadziesiąt i ja już nie pamiętam, z kim na jakim byłam etapie, to rodzą się pewne problemy. Natomiast postaw było mnóstwo. Od postawy totalnego odrzucenia. „Nie, absolutnie to, co zrobiłaś z moim tekstem, się do niczego nie nadaje.
Szukam innego redaktora”. Po czym innemu redaktorowi również zostało rzucone tym tekstem, bo „ja jestem genialny”. Po postawę rzeczywiście pokory w pracy nad tekstem i radości. I zdarzyło mi się, że ktoś na konwencie potem podszedł do mnie i podziękował mi. Ja się zdziwiłam, bo nie uważałam akurat, żebym nad tym tekstem wykonała jakąś genialną pracę. Natomiast ktoś odczuł potrzebę podziękowania mi.
[01:04:18] - Super. Ja myślę, że dla redaktora tego rodzaju postawa to jest taki objaw, że ma się do czynienia z osobą piszącą, która dojrzewa, która już wie, po co w ogóle ten układ jest stworzony. Układ pisarz, osoba pisząca, redaktor. Bo to wbrew temu, co mogłoby się wydawać niektórym ludziom, to jest bardzo zdrowy i w gruncie rzeczy twórczy układ.
[01:04:49] - Natomiast powiem tak, że ja dla własnych tekstów jestem znacznie bardziej surowa niż jakikolwiek redaktor. Cnę siebie bezlitośnie i na ostatnim etapie pracy nad tekstem, powiem tak, że bardzo wiele dały mi uwagi bet, które dostałam. Ten system betowania w wydawnictwie uważam, że jest bardzo ciekawy.
[01:05:12] - Czyli takich czytaczy. Czytaczy tak jak gracze beta.
[01:05:15] - Beta readerów. I naprawdę te uwagi wskazały mi takie punkty zapalne w tekście, które bardzo się cieszę, że poprawiłam, bo te miejsca rzeczywiście trzeba było poprawić. We własnym tekście naprawdę nie wszystko samemu się widzi.
[01:05:33] - To prawda. Ja z kolei też mam takie doświadczenie, że pewne osoby określiły mnie, że ja nie do końca muszę być normalny, bo jak zobaczyły, jak ja się potrafię nad ostateczną wersją swojego tekstu znęcać, czyli bezpardonowo wyrzucać niektóre rzeczy, to były zdziwione. I tak tam nie wyrzucałem wszystkiego, bo niektóre zdania albo niektóre fragmenty tak kochałem, że nie było mnie stać na to, żeby je wyrzucić. Niemniej jednak warto pamiętać, że ja nie pamiętam w tej chwili kto, ale ktoś powiedział, że sztuka pisania to jest sztuka kreślenia swoich tekstów i coś w tym jest. Ja to też bardzo polecam potencjalnym osobom piszącym. Zresztą będziemy dzisiaj o potencjalnych piszących osobach jeszcze mówić. A teraz cóż.
[01:06:27] - Takie skojarzenie mi się... To nie dotyczy naszych dzieł.
[01:06:32] - Nie, naszych absolutnie.
[01:06:34] - Natomiast zwróćcie uwagę, że przecież żaden potwór
[01:06:40] - Nie może dostrzec przecież swojej potworności.
[01:06:45] - Dziękuję ci bardzo. Własnym i naszego gościa. Super.
[01:06:50] - Więc tutaj redaktor jest lustrem, które staje przed potworem, a potwór albo uzna, że powinien się przypudrować, albo się załamie, albo zmieni skórę.
[01:07:01] - Dobrze, to ja teraz duży zakręt wezmę i zapytam w ten sposób: ile możemy opowiedzieć o twojej powieści, żeby nie zaspoilerować, nie zdradzić za dużo, ale jednocześnie żeby podkręcić ciekawość naszych słuchaczy?
[01:07:21] - Co można, Marku, zdradzić z książki, która ma dwa tomy i te milion ileś czego? Będziemy godzinę gadali i dalej nie wygadamy niczego.
[01:07:33] - Jestem spokojny. Dalej ciągnę swoje pytanie, pomimo uwagi Wiktora. Ile moglibyśmy powiedzieć, takiego wprowadzenia dla potencjalnego czytelnika? Gdzie to się dzieje na przykład.
[01:07:47] - To może nie my, tylko autorka.
[01:07:49] - Ale przecież ja nie zamykam, spokojnie. Muszę zagaić jakoś. Muszę. To teraz już spokojnie oddaję głos naszemu gościowi.
[01:07:59] - Gdzie się dzieje? Kto jest bohaterem i kogo zabili?
[01:08:03] - Głos należy do ciebie.
[01:08:07] - Świat jest oczywiście, jak to fantasy, fikcyjny. Natomiast generalnie akcja zaczyna się w mieście, które nieco przypomina średniowieczną Florencję, tylko tak jakby przeniesioną nad morze. Czyli pół Wenecja, pół Florencja. I zaczyna się od takiej sceny widoku na miasto. I tutaj rzeczywiście ta scena była, zdradzę, przeredagowywana wielokrotnie, dlatego, że redaktorom, czytelnikom nie mieściło się w głowie, że to jest w ogóle możliwe, że ktoś stoi na wzgórzu i widzi całe miasto. A ja mówiłam: ludzie, stańcie na Piazzale Michelangelo i popatrzcie na Florencję. To jest widok, który ja zapamiętałam i opisałam. Rzeczywiście trzeba było pewne rzeczy doprecyzować, żeby to się nie wydawało nierealne, że ktoś stoi na wzgórzu, a za chwilę podchodzi do bramy miasta. Ale rzeczywiście we Florencji tak jest. To jest pieszy, niezbyt długi spacerek, a kiedy stanie się na Piazzale Michelangelo, widać te wszystkie przepiękne mosty na Arno, widać Ponte Vecchio i kopułę Duomo, i różne takie niesamowite rzeczy.
Oczywiście tego krajobrazu w książce nie ma, jest inny. Natomiast jest ta scena patrzenia na miasto. Młodzieniec Virbio, który pojawił się tutaj w tym czytanym fragmencie, przybywa do miasta i zderza się z sytuacją po pierwsze polityczną, która tutaj została nakreślona, a po drugie z sytuacją relacji między dwiema osobami, bo powieść ma również wątek miłosny. I tyle. Jeszcze są inne lokalizacje, są inne postacie. Jest inne miejsce, które nosi nazwę wzorowaną na celtyckim Avalonie — Main Avalach. I to jest siedziba magów z kolei. Tam jest biblioteka, a biblioteka to wiadomo, tak jak u Pratchetta czy tak jak u Borgesa, taki topos, symbol świata. Warstwy symboliczne oczywiście nie widać. Czyta się po prostu fabułę i pewne rzeczy się w niej pojawiają.
[01:10:25] - Okej. Ja teraz usiłuję odczytać pytanie z naszego czata. Panie Marku, czy wiele osób przesłało prace na warsztaty? Zachęcam ludzi, ale nie wiadomo. A o warsztatach to jeszcze porozmawiamy. To za chwileczkę. Tego teraz nie planowałem, ale tu jeszcze widziałem, czytam. Fryderca pisze: „Rzadko czytam książkę do końca. Żwikiewicz to jedna z nielicznych osób, które czytałem do końca”. O, Wiktorze, widzisz, ja nie wszystkie twoje książki przeczytałem do końca, do czego się przyznaję.
„Żelkowski zaraża pasją czytania i biblioteka...”. To nie, to sobie też pominę, to sobie przeczytam, będę odczytywał sobie w cichości. Nie będę teraz tego głosił. Marku, nie bądź już taki skromny. Czy nie czasem za skromność?
[01:11:20] - No muszę sobie trochę poudawać, zawsze lepszy PR będę miał. Okej, dobrze. Gdzieś mi uciekło jedno pytanie tutaj z tego czata, ale ja sobie je znajdę. Natomiast ponieważ teraz autorka wprowadziła nas w ten świat, to ja myślę, Marku, że oddamy tobie głos i posłuchamy kolejnego fragmentu.
[01:11:41] - Marta Kładź-Kocot „Noc kota, dzień sowy”. Fragment drugi. Nadszedł czas opowieści. Tych szeptanych w środku nocy przy księżycu, w pościeli rozgrzanej ciepłem żywych ciał i tych powtarzanych nad ranem głosem schrypniętym z braku snu, a czasem opowiadanych w środku dnia na brzegu morza, w zaroślach pod zamkowym murem, w promieniach słońca. Tyle mieli sobie do opowiedzenia. Kiedy przychodzi czas naprawdę, przyjdzie również na tę najtrudniejszą. „Co tak naprawdę tu robiłeś, zanim przybyłeś do Emain?” — zapytała Mitria. Leżeli na mikroskopijnej polance w pobliżu murów, zasłonięci przed światem gęstymi krzewami. Głogie kwitły, siejąc białymi płatkami przy każdym powiewie wiatru. Byłoby to pewnie miejsce spokojne i piękne, gdyby nie przyprawiająca o dreszcze woń zamkowej kanalizacji, której ujście znajdowało się w pobliżu.
Cóż, nie przewidzieli tego wcześniej. Teraz trudno było wydostać się niezauważenie z gęstej plątaniny jeżyn, głogów, tarniny i innych krzewów, obficie porastających ten skrawek ziemi pod murami. A już na pewno nie znaleźliby miejsca bezpieczniejszego i bardziej odludnego. Nie w tej chwili. Ptaki krzyczały wysokimi głosami. Na niebie ponad widocznym z oddali morzem unosiły się mewy. Fale leniwie uderzały w klif. „A może nie było żadnego wcześniej?” – zapytała Mitria, marszcząc nos. Najchętniej rzuciłaby zaklęcie rozpraszające przykrą woń, ale obawiała się, że błysk energii może zostać dostrzeżony z murów. „Było” – odpowiedział.
„Ale opowiedz.” Przekręciła się na bok i oparła głowę o jego ramię. Żardal milczał przez chwilę. Tym razem nie było to milczenie wspólne, bardziej pełne treści niż wiele pustych, ale wypowiedzianych słów. To było jego indywidualne, zakłopotane milczenie. „Zauważyłaś, że mam lekki niedowład prawej ręki?” – zapytał w końcu. Zauważyła, choć myślała, że może tylko jej się zdaje. Odrobinę spowolnione ruchy, trochę sztywniejsze palce. „To się stało tutaj” – powiedział. „W tym świecie takich drobiazgów jak cielesne ułomności nie przenosi się pomiędzy światami.” – uśmiechnął się cierpko. – „Ale powinienem zacząć od początku.
Moje wspomnienia to coś pewnie mało zrozumiałego dla kogoś, kto żyje tylko raz. Chaotyczna mieszanka różnych światów, jak wspomnienia ze snów. Zacierają się. Nie wszystkie są przyjemne, a wszystkie niewyraźne i mętne. Ale do rzeczy. Nie pamiętam, jak tu przybyłem, ale jest prawdopodobne, że ktoś mnie ściągnął. Nie wiem dlaczego. Był czarodziejem, starym, paskudnym, zgryźliwym, skurczonym i karłowatym. Nazywał się Mime. Najpierw mnie uwięził.
Siedziałem kilka tygodni w ciasnej drewnianej szopie o chlebie i wodzie, powiązany grubymi sznurami. Śmierdziało, bo stary odmówił wypuszczania mnie, podobnie jak wynoszenia nieczystości. Teraz wiem, że to było gdzieś w lasach w okolicy Gór Błękitnych, ale wtedy nie miałem pojęcia, gdzie jestem. Czemu nie uciekłem do Międzyświata? Nie mogłem. Nałożył mi obrożę z gwiezdnego żelaza. Czy się bałem? Nie bardzo. Nie wiem dlaczego. Jakoś mi po prostu nie zależało.
Kiedyś przyszedł w nocy, przewrócił mnie, przygniótł do ziemi i próbował, no wiesz. Ale jakoś mu nie wyszło. Ze wściekłości zbił mnie okutym kijem. Z jego przekleństw i mamrotów dowiedziałem się, dlaczego jest taki wściekły. Chciał kobiety. Liczył na to, że ściągnie czarodziejkę. Chłopców nie lubił. Dopiero potem dowiedziałem się, dlaczego tak bardzo mu na tym zależało. Pragnął może cielesnego kontaktu, ale jeszcze bardziej intensyfikacji swojej mocy poprzez obcowanie z czarodziejką. No cóż, nie udało mu się.
Któregoś dnia w końcu mnie wypuścił. Pozwolił się umyć w drewnianej balii. Dał miskę jakiejś zupy, w której pływały kawałki twardego, żylastego mięsa. Bardzo chciałem wylać zupę i dać mu w pysk, ale byłem zbyt głodny. Siedziałem potem pod ścianą jego na wpół przegniłej chaty, mrużąc oczy w słońcu i czując obrzydzenie do samego siebie. Mime miał ze sobą kilka książek. Starych, pożółkłych, cuchnących piwniczną pleśnią i nadjedzonych przez korniki. Był między nimi podręcznik szermierki. Zawierał piękne, choć pociemniałe od brudu ryciny. Zacząłem się uczyć, a raczej on postanowił udzielać mi lekcji.
Najpierw nie mieliśmy prawdziwych ostrzy, tylko patyki. Niezbyt dokładnie pamiętam, jak to się właściwie zaczęło. Chyba zauważył, że ćwiczę. Parsknął, widząc moje nieudolne wysiłki, a potem podniósł jakiś przypadkowy kijek i stanął w pozycji. A wtedy jakby się przeobraził. Okazało się, że Mime jest mistrzem. Bura szata, brudna i postrzępiona układała się na nim jak wytworny płaszcz, kiedy robił zwody i uniki albo wyprowadzał zgrabne pchnięcia. Twarz pokryta siecią zmarszczek i rzadkim szczeciniastym zarostem piękniała. Usta, w których tkwiło kilka pojedynczych zębów, rozchylały się w uśmiechu, który wcale nie był szpetny, bo uśmiechały się również małe piwne oczy. Ćwiczyliśmy codziennie przez kilka godzin.
Mime przestał mnie więzić, a ja z niezrozumiałych dla mnie samego powodów nie odszedłem. Zdobywanie nowej umiejętności pochłonęło mnie całkowicie. Wybudowałem sobie szałas niedaleko chaty Mime'a. Co kilka dni polowałem i przynosiłem zdobycz, którą on oprawiał. Z części gotował swoje niejadalne polewki, do których dorzucał nieliczne ziarenka kaszy, a resztę wędził w specjalnym kominie. Nie było to zbyt wyszukane pożywienie, ale nie cierpieliśmy głodu. Starzec trzymał kilka kóz, więc od czasu do czasu piłem pożywne, ostro pachnące mleko. Przyzwyczaiłem się do tego życia i stopniowo nawet polubiłem Mime'a, choć nigdy w pełni mu nie zaufałem. To, jak traktował mnie z początku i co próbował ze mną zrobić, starałem się wybaczyć, choć nie zapomniałem. Naprawdę nie wiem, dlaczego stamtąd nie odszedłem.
Może takie proste życie było mi potrzebne, zanim mogłem zacząć badać możliwości tego nowego świata. Chyba byłem po prostu zmęczony ciągłymi zmianami, a ćwicząc szermierkę, budując szałas i wędrując po pięknych, jesiennie złocistych i czerwonych lasach pełnych buków, dębów i olszyn odnajdywałem spokój. Mime prawie się nie odzywał, komunikując się za pomocą pomruków i monosylab i tylko wtedy, gdy było to naprawdę niezbędne. Ja też nie próbowałem wiele mówić. Po jakimś czasie zdjął mi obrożę, jednak więźniem przestałem się czuć na długo przedtem.” Ćwiczyliśmy regularnie i stopniowo ja również zaczynałem czuć się mistrzem. Pamiętam uczucie triumfu, kiedy pierwszy raz patyk wytrącony przeze mnie z rąk nauczyciela poszybował, zatoczył łuk i wylądował na trawie. Prawie parsknąłem śmiechem, widząc zaskoczoną minę Majma. Moja radość była jednak zdecydowanie przedwczesna. Niedługo potem starzec wydobył z ukrycia prawdziwe, owinięte naoliwionymi szmatami florety. Każdego następnego dnia ryzykowałem życiem.
Gdyby tylko chciał, nadziałby mnie na ostrze jak na rożen. Co prawda byłem coraz lepszy, ale i tak nigdy mu nie dorównałem. Wydawał się niepokonany. Nie mam pojęcia, gdzie zdobył swoje umiejętności, jak ich używał i co sprawiło, że ostatecznie zamieszkał w rozpadającej się na wpół przegniłej chacie w głębi lasów. Przyszła zima, a ja uparcie nie chciałem przenieść się z mojego szałasu do izby Majma. Codziennie rozpalałem ogień i kaszlałem, kiedy gryzący dym z trudem uchodził przez otwór, jaki zrobiłem w jego poszyciu zamiast dymnika. Okryłem mój szałas grubą warstwą gałęzi i liści, ale to nie wystarczyło. Straszliwie marzłem. Majm podarował mi kołdrę z koźlich skór, a i tak każdego ranka budziłem się przy wygasłym palenisku, zesztywniały i sparaliżowany mrozem ciągnącym od ziemi. W końcu zachorowałem.
Niewiele pamiętam z okresu, kiedy męczyła mnie gorączka. Nie wiem, jakim cudem Majm zdołał przeciągnąć mnie z szałasu do swojej izby, ale obudziłem się w jego łóżku na cuchnącym sienniku, grubo okryty skórami. Na kominku płonął ogień. Nie było bardzo ciepło, a pomimo to na przemian pociłem się i dygotałem. Mój gospodarz mamrotał coś pod nosem i poił mnie wywarami z gorzkich, aromatycznych ziół. Zabił kozę, ugotował wywar nad paleniskiem i karmił mnie co kilka godzin mocnym, esencjonalnym rosołem, a ja majaczyłem, gorączkowałem i co chwila zapadałem w sen. Nie wiem, jak długo to trwało. Może kilka dni, a może dwa tygodnie. Nie potrafię powiedzieć. Kiedy pewnego poranka obudziłem się bardzo słaby, ale już bez gorączki, zobaczyłem, jak Majm śpi na klepisku obok kominka, zwinięty w kłębek i nakryty wyleniałą, zjedzoną przez mole skórą.
Kiedy wróciły mi siły, próbowałem się tam przenieść i oddać mu jego legowisko. Nie pozwolił. Zima zdawała się ciągnąć bez końca, ale ostatecznie minęła nie wiedzieć kiedy. Byłem osłabiony. Dużo spałem. Majm wychodził czasem i wracał z kilkoma rybami złowionymi w przerębli. Raz czy dwa ustrzelił z łuku jelenia i oprawiał go potem przed chatą. Przez jakiś czas jedliśmy świeże i solone mięso. Pamiętam krew na śniegu, jakby ktoś szlachtował świnie. Gdy nabrałem sił, wstawałem i trochę pomagałem mu przy gospodarstwie.
Z nudów przeczytałem wszystkie jego księgi. To znaczy wszystkie pięć, a potem przeczytałem je jeszcze raz. Oprócz podręcznika szermierki był tam jeszcze drugi dotyczący żeglugi i budowy łodzi, a poza tym leksykon mitycznych zwierząt. Dwie kolejne księgi traktowały o magii i te zaciekawiły mnie najbardziej, ale były stare i zmurszałe. Niektóre stronice ledwo dawało się odczytać. Wiedziałem już jednak, że w tym świecie istnieje magia i miałem ostrożne przeczucie, że potrafię nią władać. Na razie jednak nie próbowałem. Wciąż byłem zbyt słaby. W końcu przyszła wiosna. Śniegi stopniały.
W powietrzu czuć było świeżość. Majm zniknął pewnego dnia, a następnego wieczora wrócił z workiem kaszy. Domyśliłem się, że gdzieś w pobliżu musi być wioska. Czekałem. Nigdzie mi się nie spieszyło. Kiedy tylko zrobiło się wystarczająco ciepło, wznowiliśmy nasze szermiercze ćwiczenia. Zimą uszyłem sobie całkiem zgrabną kamizelkę z koźlej skóry, która nie krępowała ruchów, a dawała ochronę przed chłodem i przynajmniej częściowo zabezpieczała przed ciosami kija. Gdy odzyskałem formę, znów zmieniliśmy kije na florety. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to się stało. Nie mogę sobie przypomnieć pory dnia ani pory roku, choć wydaje mi się, że była późna wiosna.
Łąki oszałamiająco pachniały krokusami. Było ich sześciu. Niedobitki jakiejś luźnej bandy, maruderzy? Trudno powiedzieć. Jeden, przywódca w futrzanym kołpaku z orlim piórem, kazał tytułować siebie hrabią. Miał szeroką przerwę w uzębieniu i na pewno nie był arystokratą. Wypadli z lasu na koniach i znaleźli się przed chatą w momencie, kiedy właśnie przygotowywaliśmy się do naszych szermierczych ćwiczeń. Zwykli zbóje, byle jak ubrani i uzbrojeni w przypadkową broń i części zbroi. Jeden miał nawet pancerz ze skóry nabijanej szmelcowanymi na czarno płytkami. Inny nosił na grzbiecie zwykły chłopski kożuch.
Trzeci w czerwonej czapce przekrzywionej na bakier wywijał morgensternem. Pozostałym nie zdążyłem się przyjrzeć. Zeskoczyli z koni, wpadli do chaty, przetrząsnęli ją i wybiegli na zewnątrz. W tym czasie jeden z nich chwycił Majma za kark i przydusił go do ziemi, a drugi przystawił mi do gardła ostrze rohatyny. „Nie mają tu kobiet, Skelet” – rzucił ten czerwony. – „Diabła tam, nie wierzę. Gadaj, gdzie wasze baby” – wielkolud w kożuchu potrząsł tą głową Majma. – „Bo spyżę i dobytek tak czy owak zabierzemy”. I w tym momencie stało się coś niewiarygodnego. Chudzielec Majm wstał, odpychając rękę olbrzyma, jakby to była słomka.
Na moment rozbłysło oślepiające światło i rozległ się zapach przypominający swąd po uderzeniu pioruna, ostrą woń powietrza po elektrycznym wyładowaniu. Wtedy pierwszy raz widziałem działanie magii. Zbój w kożuchu zatoczył się do tyłu. Miał ogłupiałą minę, a z uszu ciekła mu krew. Maim wyprostował się i jakby urósł. Cień za jego plecami zgromniał. W dłoni błysnął mu floret. I nagle mój nauczyciel zamigotał w błyskawicznym tańcu pełnym wypadów, pchnięć i uników. Dwóch przeciwników, nie licząc unieszkodliwionego olbrzyma, leżało już na ziemi, charcząc i konając, gdy opamiętałem się na tyle, żeby wziąć udział w walce. Nie było to trudne, bo Maim cieszył się w tamtej chwili niepodzielną uwagą napastników.
Wyrwałem zbójowi rohatynę z garści i zdzieliłem go drzewcem w łeb, a potem podjąłem upuszczony wcześniej floret i również zawirowałem w szermierczym tańcu. Pierwszemu z przeciwników, temu ogłuszonemu, zadałem czyste pchnięcie prosto w serce i to zanim zdążył wydobyć całe ostrze z pochwy. Z drugim męczyłem się dłużej. Był wprawnym szermierzem. Broń miał cięższą od mojej. Był silniejszy, ale w końcu po kilku zwodach i paradach udało mi się go dosięgnąć. Zrobiłem wariacki wypad i przebiłem mu gardło. Staliśmy z Maimem naprzeciw siebie pośrodku podwórka pełnego trupów, a raczej konających, z których kłaźła krew. Dwóch jeszcze rzęziło cicho. Patrzyliśmy na siebie.
Dysieliśmy. Nie wypuszczaliśmy broni z garści. I nagle starzec rzucił się na mnie. Ledwie zdążyłem się zasłonić. Ostrza zwarły się za szczękiem. Walczyliśmy dziko, zaciekle, na śmierć. Dopadaliśmy do siebie i oddalaliśmy się. Widziałem przekrwione białka jego oczu i poczerniałe zęby wyzierające zza drgającej dolnej wargi. Był ode mnie o wiele, wiele lepszy, ale wściekłość odbierała mu rozum i zaczynało brakować sił. W końcu padliśmy obaj wyczerpani pośrodku zasłanego ciałami podwórka.
Przez kilka następnych dni nie odzywaliśmy się do siebie. Wykopaliśmy w lesie dół i pogrzebaliśmy trupy. Maim zabrał mi prawie cały przyodziewek, broń i wszystkie wartościowe rzeczy. Nawet nie próbowałem się domyślić, gdzie to schował, ale zniknęło bez śladu. Przeniosłem się z powrotem do mojego szałasu. Zdjąłem z niego warstwę gnijących liści i nałożyłem świeżych gałęzi napęczniałych od drzewnego soku. Zabrałem jedną z książek Maima i w tajemnicy przed nim zacząłem uczyć się magii. Udało mi się sprawić, że gałązka leszczyny wypuściła liście, a potem zwiędła, sczerniała jak po spaleniu ogniem i obróciła się w popiół. Po wielu próbach udało mi się również ten proces odwrócić. Ćwiczyliśmy codziennie.
Byłem coraz lepszy. Kilka razy przyparłem go do ściany chaty i zmusiłem do rozpaczliwej obrony. Zawsze udawało mu się wybrnąć i to ja z kolei musiałem się bronić, ale i tak miałem satysfakcję. Kiedyś przyszedł i bez słowa rzucił mi floret pod nogi. Nie chciało mi się ćwiczyć. Byłem zmęczony, potwornie zmęczony. Po głowie zaczynała kołatać mi się myśl o odejściu z tego miejsca. Zieleń pojawiła się już wtedy na łąkach i drzewach. W ciągu dnia mocniej grzało słońce. Stanąłem w pozycji z jedną nogą wysuniętą do przodu, ale byłem nieuważny i roztargniony.
Za pierwszym razem Maim łatwo wytrącił mi broń z ręki. Za drugim zaczął sapać z irytacji, bo moje parady były leniwe i niedbałe. On był mistrzem, fanatycznie zakochanym w szermierce. Nie mógł bez tego żyć. Ja mogłem. Natarł na mnie ostrzej i zmusił do obrony. Zacząłem parować szybciej, ale opóźniałem pracę nóg. Broniłem się niezgrabnie, poniżej swoich możliwości. Nie chciałem z nim walczyć. Naprawdę nie chciałem.
Nie wiem, w którym momencie znów zobaczyłem ten dziki błysk w jego oczach. Trudno mi powiedzieć, co się wtedy właściwie stało. Nie byłem jeszcze zbyt wprawny we władaniu magią. Maim zrobił wypad, a ja uchyliłem się przed pchnięciem. Przerzuciłem floret do lewej dłoni, a prawą posłałem przed siebie wiązkę magicznej energii. Rozbłysło. Odrzuciło starca do tyłu. Wylądował w błocie na chudych pośladkach, z szatą zadartą do pasa. Trudno opisać wyraz jego twarzy. Nie powinienem był tego lekceważyć.
A ja rzuciłem floret, odwróciłem się z uśmiechem i pomaszerowałem przed siebie prosto do mojego szałasu. Zabrałem się za szycie torby ze skóry za pomocą rzemienia i kościane igły, bo ostatecznie już postanowiłem stamtąd odejść. Tej nocy obudził mnie potworny ból, jakby ktoś ściskał moje prawe ramię rozpalonymi szczypcami. Ocknąłem się i w blasku pochodni zobaczyłem oczy Maima, przekrwione i płonące jakąś emocją, która bardzo przypominała głód. Wokół mojej ręki owijał się niematerialny bicz barwy czarnego dymu i ognia. Wyłem, a on mamrotał magiczne formuły i zwykłe przekleństwa. „Nie będzie lepszy czarodziei ani lepszy szermierz” — wydukał. Szarpałem się, ale to tylko potęgowało ból. Wrzeszczałem i kląłem. Płakałem.
W końcu Maim mnie puścił. Wokół prawej ręki, od dłoni aż do ramienia miałem pulsujące czerwone pręgi. Była jak nie moja. Z trudem ją poruszałem. Starzec podniósł się bezszelestnie i wyszedł. Choć z bólu tańczyły mi przed oczami jaskrawe plamy, pognałem za nim w mrok. Księżyc wyszedł zza chmur i rozświetlił polanę przed chatą. Na jej środku majaczyła mi zgarbiona sylwetka Majma. Rzuciłem się na niego z wrzaskiem. Odwrócił się ku mnie.
Lewą ręką wyrwałem tkwiący w ziemi floret i wbiłem mu go z impetem prosto w serce. Patrzyłem, jak upada na kolana z tym bezdennym zdziwieniem w oczach. Chwilę trwał tak, zaciskając dłonie na sterczącym z piersi ostrzu, a potem powoli, ciężko się przewrócił. Nie wiem, czemu florety w środku nocy tkwiły wbite w ziemię na środku placu. Zawsze starannie owijał je w naoliwione szmaty i chował do skrzyni. Czyżby ćwiczył? I może zastanawiał się przy tym, czy wykonać swój zamysł, odbierając mi zręczność i siłę? Nie mam pojęcia. W tamtej chwili pytanie o przyczyny przestało mieć znaczenie. Usiadłem na progu chaty i siedziałem tak do świtu.
Prawa ręka wciąż była bezwładna i owolała. Nie potrafiłem zdobyć się na wyrzuty sumienia ani litość wobec Majma, ani nawet na przerażenie własnym czynem. Czułem kompletną pustkę. W końcu wzeszło słońce, oświetlając nieruchome ciało, w którym tkwiło ostrze floretu. Starzec wyglądał jak niezgrabny żuk przebity olbrzymią szpilką. W pobliżu chaty wykopałem płytki dół i złożyłem w nim ciało Majma. W ręce włożyłem mu podręcznik szermierki, a u boku umieściłem oba florety, starannie zawinięte w natłuszczone płótno. W żaden sposób nie oznaczyłem grobu, bo nie miałem pojęcia, jak się za to zabrać. Przesiedziałem potem resztę dnia w słońcu przed chatą, nie mając siły ani powodu, żeby się stamtąd ruszyć. Noc spędziłem otulony pledem przy żarzącym się ognisku.
Nie chciałem ani wracać do swojego szałasu, ani nocować w chacie. Dopiero następnego dnia wziąłem się za porządkowanie i pakowanie rzeczy na drogę. Wypuściłem kozy z zagrody. Być może zabłąkają się w pobliże jakichś zabudowań i znajdą nowych właścicieli. Miałem nadzieję, że nie zostaną pożarte przez wilki, ale nie wiedziałem sposobu, żeby temu zaradzić. Przeszukałem chatę, znalazłem trochę zeschłego sera, worek kaszy, połać niezbyt świeżej słoniny. Starannie owinąłem w płótno dwie księgi o magii i włożyłem je do podróżnej torby. Wyciąłem długą gałąź i wystrugałem sobie z niej solidny kostur. Zabrałem ciepły pled i kamizelę z kozich skór, hubkę, krzesiwo i mały kociołek. Z narzędzi po namyśle wybrałem tylko solidny nóż.
Nie wiem, jak to się stało, ale dopiero pod koniec moich poszukiwań wszedłem do ogrodzonej skórzaną płachtą komórki, która wcześniej wydawała mi się spiżarnią czy czymś takim. Stał tam stół z rozmaitymi medycznymi utensyliami. Zwieszały się nad nim pęki suszonych ziół. Nagle zakręciło mi się w głowie i musiałem usiąść na stojącym obok zydlu. Na stole leżały rozwinięte bandaże, a obok nich stał moździerz, w którym ktoś ucierał maść złożoną z oliwy i przeróżnych mocno pachnących składników. Dzieło wyglądało na nieukończone. Gapiłem się na to bezmyślnie. Majm co prawda okaleczył mnie, ale zamierzał opatrzeć moje rany. Nie mam pojęcia, co działo się w jego pokrytej brudnymi kłodwami głowie. Nabrałem trochę maści na dłoń i rozsmarowałem po czerwonej pręce widocznej na przedramieniu.
Zapiekło jak siedem nieszczęść, ale potem zaczerwienienie zaczęło stopniowo ustępować. Następnego dnia wyruszyłem. Jardal zamilkł na chwilę. Cisza przedłużyła się i zawisła między nimi. On czekał, ona milczała. Było zbyt prawdziwie, żeby mogły paść głupie, fałszywe słowa o wybaczeniu. Musisz z tym żyć – powiedziała w końcu. Odrobinę się przesunęła, natrafiając na uwierającą w plecy gałązkę. Ale ja nie będę cię potępiać, jeśli o to chciałeś zapytać. Ani usprawiedliwiać.
Tym razem milczenie było dobre i długie. Chodźmy stąd – powiedział w końcu Jardal. Ta woń wychodka może zabić. Jeśli nie od razu, to przynajmniej stopniowo. Mitrie odpowiedziała krzywym uśmiechem. Z gąszczu jeżyn, głogów i tarniny wyleciała nieduża sowa. Pod nadkruszonymi zębem czasu murami zamku przemknął wielki bury kot.
[01:36:43] - Dziękujemy Marku za kolejny fragment. Dobrze, to może zaczniemy naszą rozmowę od pytania, bo pojawiło się na forum kolejne pytanie na naszym czacie. Pytanie, które streszczając, można streścić do takiego pytania: czy ten utwór, czy ta książka nie będzie za trudna dla takiego człowieka, jak na przykład, chociażby szyderca? Czy mu się będzie ta książka podobać? Ja powiem od razu, że to jest pytanie mordercze, czy się będzie podobać, ale z drugiej strony, czy nie będzie za trudna? Co autorka na to?
[01:37:22] - Czy się będzie podobać, to już każdy sobie musi odpowiedzieć sam. Kwestia jest bardzo subiektywna. Natomiast nie sądzę, żeby ta książka była za trudna dla przeciętnego czytelnika. Myślę, że po tym drugim fragmencie już sobie szyderca też sam odpowiedział na własne pytanie, że nie ma tutaj treści podanych w taki sposób, żeby to się nie czytało bez nie wiadomo jakich kompetencji kulturowych do dekodowania jakichś skomplikowanych treści. Nie, to się czyta zupełnie normalnie.
[01:37:56] - A jeszcze przepraszam, malutka uwaga do wymowy imion, bo w tej powieści jest rzeczywiście cały taki tygiel kulturowy. Dominuje taki sztafaż renesansowych Włoch, dlatego jest kilka imion, nazwisk, które czyta się po włosku. Natomiast nie ma tutaj w ogóle w tym spektrum. To jest świat fantasy, więc starałam się, żeby imiona, jeśli są, czytało się w sposób najbardziej oczywisty, więc Jardal, a nie Żardal. Tu nie ma przestrzeni języka francuskiego ani angielskiego, w związku z tym Mim, a nie Maim. A Mim to jest aluzja. Mim to jest imię w mitologii nordyckiej karła, który wychowywał bohatera Sigurda, który potem miał zabić smoka. Więc tutaj Mim ma na imię ten starzec, który opiekuje się bohaterem, który ściągnął bohatera do tego świata i się nim początkowo opiekuje. Lepiej lub gorzej.
[01:39:00] - To ja powiem, że nasz Marek jest o tyle usprawiedliwiony, że ostatnia audycja dotyczyła „Empirowego pasjanse’a” i ponieważ tam było sporo imion, nazwisk francuskich, to myślę, że to pokłosie ostatniej audycji. Dobrze, chciałbym na chwilę przynajmniej zmienić... A nie, Wiktor mi tu macha palcem. To nie zmieniamy. Przepraszam. Nie zmieniamy. Wiktor mówi.
[01:39:34] - Nie zmieniaj tematu, bo ja go tutaj powiedziałem, że ty zaczynasz, a ja to skończę z bardzo prostego powodu, bo jak zaprosiliśmy tutaj naszego gościa, to ty mnie, znając go, uprzedzałeś, że to fantasy. A ja nie lubię fantasy, nie ciekawi mnie i tak dalej. Więc kiedy słuchałem tego tekstu, próbowałem zrozumieć, dlaczego ja tego słucham z pewną ciekawością. Otóż według mnie można tę książkę spokojnie czytać albo słuchać jak powieść historyczną. Zwyczajnie. Ona ma swoją historię, ma swoją fabułę. Można to potraktować jako powieść historyczną. Tam nie ma wielu, przynajmniej jak na razie, odniesień i tak dalej. Czyli mam pewną płynność, pewną narrację, coś się dzieje, coś ku czemuś dąży. Tak jest budowana powieść historyczna.
Od czegoś do czegoś, od sensu do sensu. Fantasy bardzo często ucieka od takiego czegoś, a przynajmniej ja mam takie głupie wrażenie. Mogę się mylić.
[01:40:42] - Wiesz co, Wiktorze? Ja myślę, że każda dobra powieść podąża mniej więcej w tym kierunku, także nie wiem, ku czemu prowadzisz. Ja powiem tak, jakaś taka zbieżność się pojawiła na naszym czacie, bo szyderca pisze: „Żwikiewicza czytałem tylko dla jego zakończeń”. Tak że o tym twoim zakończeniu, to dzisiaj się kręci wokół tego. Ale szyderca pisze też takie rzeczy. Fragment pewno ten, który ostatnio się pojawił. „Fragment równie dobrze mógłby opisywać losy człowieka na obcej planecie”. Tu komentarz zostawił.
[01:41:14] - Dokładnie tak.
[01:41:15] - No tak.
[01:41:15] - Albo historyczny albo science fiction.
[01:41:16] - Ale dopuść gościa do głosu może. Tak, prosimy o komentarz do tej innej planety. Tak szyderca zapisał, że fragment, który wysłuchaliśmy, to równie dobrze mógłby opisywać losy człowieka na obcej planecie.
[01:41:34] - Mógłby, dlaczego nie? Dlatego na przykład takie rozwiązania już w literaturze owszem, były. Bohater na przykład Grzędowicza „Pana Lodowego Ogrodu” leci na obcą planetę. Mamy początek science fiction, a dalej mamy mniej lub bardziej sztafaż fantasy, bo wszystko się zaczyna od takiego potwornego skandalu, że na tej obcej planecie chyba jest magia. Podobnie się zaczyna wprowadzenie do „Peanathemy” Stevensona od informacji, że to się dzieje na innej planecie, a ta informacja okaże się ważna dopiero pod koniec powieści. Natomiast tutaj nie lokalizowałam tego w sensie, dajmy na to, planetarnym. Lokalizowałam to troszkę inaczej, puszczając od czasu do czasu takie oko do czytelnika, że mamy do czynienia tak naprawdę ze światem tekstowym, z tworzeniem opowieści. Pojawiają się tutaj takie trzy prządki, które od czasu do czasu włączają się i komentują. I one widzą, że zaczyna tworzyć się opowieść i postanawiają tę opowieść obserwować. I to jest takie specyficzne pojęcie, obserwowanie pisane wielką literą.
Dobrze, Marku chcesz coś powiedzieć?
[01:42:42] - To jest takie nawiązanie do starożytności wręcz.
[01:42:44] - Tak, oczywiście, że to są częściowo greckie parki. Tu się nazywają po prostu prządki, które gadają, jak to powiedziała moja siostra, jakby miały doktorat. Bo czasami robią jakieś aluzje do fizyki kwantowej na przykład, czy do różnych teorii dziwnych. I prządki stwierdziły, że rodzi się opowieść. Będą śledzić losy właśnie tej pary głównych bohaterów. Obserwują przez duże O. To jest takie specyficzne obserwowanie, ponieważ ono polega na tym, że one muszą zmusić się do tego, żeby skupić swoją uwagę na jednym możliwym wątku. Bo prządki widzą wszystko, widzą całe możliwe rozgałęziające się kłącze wszystkich możliwych rozwiązań. I ponieważ rodzi się opowieść, więc one muszą obserwować, czyli skupić się na tej jednej nitce opowieści, która się wydarza. I to jest dla nich oczywiście bardzo męczące, bo prządki wiedzą wszystko.
[01:43:36] - O rany, ta książka mi się coraz bardziej zaczyna podobać.
[01:43:42] - No widzisz, Wiktorze. Ale ja jeszcze zacytuję, bo tu mówiąc szczerze, nie do końca wiem, o co szydercy chodzi. Czy to jest stwierdzenie, czy to jest pytanie, a brzmi to mniej więcej tak: „Ale autorka musi sponiewierać swoich bohaterów”.
[01:43:57] - Sponiewiera.
[01:43:59] - Nie ma nic lepszego w powieści niż dobrze sponiewierany bohater. To zawsze pobudza akcję, polepsza jej odbiór.
[01:44:11] - My to w ogóle lubimy. To się inaczej nazywa — zbezcześcić.
[01:44:15] - Sponiewieranie i bezczeszczenie bohaterów jest zajęciem niezwykle twórczym. Ja tak przynajmniej uważam. Teraz już mogę zmienić odrobinkę temat? Padło w pewnym momencie pytanie dotyczące warsztatów. Pytano, czy się wiele osób zgłosiło. Trochę się zgłosiło. Pewno chcielibyśmy więcej i mam nadzieję, że się nieco więcej zgłaszających pojawi. Tu informacja pierwsza, że w przyszły piątek o godzinie 20:00 nie będzie co prawda „Bibliotekarium”, bo „Bibliotekarium” jest co dwa tygodnie, ale pojawi się audycja pod nieco dziwnym albo nawet dziwacznym tytułem „ABW”, czyli Antologia Bibliotekarium Warsztaty. To będzie pierwsza audycja, a właściwie nazwaliśmy sobie ją audycją zerową, bo to będzie pierwsza audycja, w której pojawią się utwory naszych słuchaczy, naszych w tej chwili właściwie współpracowników. Pojawią się nasze komentarze do tych utworów, bo to jest taka rzecz, o której każdy autor powinien pamiętać, że bardzo fajnie jest wysłać swój utwór i rzucić go ludziom: „A teraz go czytajcie, słuchajcie i zachwycajcie się”.
Trzeba natomiast wziąć pod uwagę, że nie wszyscy mogą albo muszą się zachwycić, a dajemy temu utworowi swoje nazwisko. To będzie, myślę, dla każdego z autorów, nie tylko tych z następnej audycji, ale w ogóle dla każdego autora często dobra szkoła pokory, kiedy zaczyna czytać komentarze do swoich utworów, bo te komentarze to już taka mechanika, chociażby internetu. Dzisiaj słowo „mechanika” mnie prześladuje. Ja mam zawsze w każdej audycji słowo, które mnie prześladuje. Dzisiaj to jest mechanika. Mechanika internetu jest taka właśnie, że częściej pojawiają się komentarze negatywne niż pozytywne, bo nikomu, jak ma coś pozytywnego do powiedzenia, to rzadko komu się chce to napisać. Natomiast negatywnie bardzo chętnie można kogoś sponiewierać. To jest bardzo przyjemny sport i każdy autor powinien to uwzględniać. Wiktor podnosi palec, zatem milknę.
[01:46:44] - Mam pomysł, żebyś zastąpił słowo „mechanika” — mech internetu, czyli porost, który wszystko zarasta.
[01:46:51] - Oczywiście to jest bardzo fajny porost, natomiast jak się jakieś słowo do mnie przyczepi w danej audycji, to nie ma siły. Będę je powtarzał, póki się audycja nie skończy. Natomiast powiem tak: ta audycja się pojawi. To będzie taki początek. Ale kiedy pojawi się pierwsza audycja, już nie zerowa, to będzie zależało od tego, jak radośnie i jak szybko będą spływały do nas kolejne utwory. Bo to też nie jest tak, że przyjęliśmy z Wiktorem, dlaczego ta audycja pojawia się nie na przełomie września i października, a dopiero pojawi się w przyszłym tygodniu, czyli tak naprawdę w połowie października. Otóż założyliśmy sobie, że nie będziemy stosować taryfy ulgowej. To znaczy nie będziemy robić audycji za wszelką cenę, czyli wtykać tam czegokolwiek, byle tylko audycja się nagrała. Bo pobłażanie autorom po pierwsze źle się kończy dla tych, co pobłażają, bo audycja będzie kompletnie słaba, ale też źle kończy się — zacząłem już o tym mówić — dla samych autorów, bo nie ma nic gorszego niż wypuszczenie autora z niedopracowanym tekstem albo przynajmniej z nieprzemyślanym tekstem. A później te komentarze zabić nie mogą, ale mogą mocno sponiewierać, co daję pod rozwagę.
[01:48:19] - Wiecie, co wyrasta z dzidziusia, kiedy mu babcia tylko: cacy, cacy, cacy, cacy?
[01:48:26] - Psychopata. Psychopata najczęściej. W każdym razie jeszcze raz zapraszam na tę audycję w przyszłym tygodniu. Ona, w przeciwieństwie do „Bibliotekarium”, nie będzie na żywo. Będzie audycją nagrywaną, ale to będzie audycja, w której myślę, że przynajmniej 70 minut zajmą opowiadania. Tych opowiadań do następnej audycji mamy przygotowanych 11. Autorów jest nieco mniej, bo kilku autorów przesłało po kilka opowiadań i to całkiem niezłych opowiadań. Cóż ja mogę jeszcze o następnej audycji opowiedzieć, żeby nie zacząć opowiadać opowiadań? Zmienię wątek. Powiedzmy o samych warsztatach.
Wszystkich, którzy chcą się czegokolwiek o warsztatach dowiedzieć, zapraszam między innymi na stronę wydawnictwa Genius Creations. Tam w zakładce Warsztaty można się dowiedzieć nieco więcej. Można poznać adres, na który należy przesyłać utwory. Warto w ogóle tę notatkę przeczytać, bo tam między innymi przedstawiciele wydawnictwa piszą o tym, o czym wspominaliśmy w jednej z poprzednich audycji, że być może, jak wszystko dobrze pójdzie, to ta inicjatywa wspólna, która się pojawiła w „Bibliotekarium” i w wydawnictwie, zaowocuje gdzieś kiedyś w przyszłości także jakimś tomem prozy. To wszystko będzie oczywiście zależało od poziomu tekstów, które będą nadchodzić. Od Od kreatywności autorów. Zobaczymy jeszcze od czego. Od tego, czy ta współpraca pomiędzy nami a autorami będzie układać się pomyślnie. Tu w pewnym momencie to padło, więc zapytam o to oczywiście, bo nasz gość przeżył już takie bombardowanie opowiadaniami. Już częściowo wspominał o tym bombardowaniu, bo wydawnictwo Genius Creations wydało w formie e-booka, o ile pamiętam, zbiór opowiadań, który jest do ściągnięcia za darmo.
Dobrze pamiętam?
[01:50:49] - Tak, tylko że ja w tym projekcie nie uczestniczyłam.
[01:50:51] - Okej, ale wiem, że coś takiego jest. Natomiast redaktorzy tamtego zbioru też musieli przeżyć niezłe bombardowanie, bo zbiór, z tego, co pamiętam, gdyby był książką, to byłby niezwykle opasły, bo to jest całe mrowie tych opowiadań. To zapytam jeszcze raz o to bombardowanie opowiadaniami. Już częściowo o tym mówiłaś. Jak się redaktor wtedy czuje, jak mu spadają na głowę kolejne opowiadania? Co w nim zwycięża? Fascynacja tymi kolejnymi historiami, opowieściami, czy też poczucie tego, że coraz więcej tych opowiadań i właściwie człowiek nie wie, co z nimi ma robić?
[01:51:35] - Powiem tak, ja generalnie cierpię na coś w rodzaju przypadłości, która niekiedy w życiu pomaga, niekiedy przeszkadza. Czyli bardzo dobrze zapamiętuję wszystko to, co się dzieje w przestrzeni i rozmowie. I potrafię komuś — przepraszam, że ja od Adama i Ewy, tak mi się zdarza odpowiadać na pytania — zdarza mi się, że komuś mogę zacytować słowa, które powiedział kilka lat wcześniej prawie że słowo w słowo. Natomiast w przypadku takiego bombardowania opowiadaniami włącza mi się coś w rodzaju amnezji. Ja przechodzę od jednego tekstu do drugiego i w zasadzie skupiam się na tym, nad czym pracuję w danej chwili, a później muszę niestety wracać, przypominać sobie, bo ta wsteczna amnezja mnie ratuje przed szaleństwem w tym momencie. Bo rzeczywiście poczucie przytłoczenia mogłoby się pojawić.
[01:52:30] - To ja powiem coś takiego.
[01:52:34] - Akurat to nie był z Genius Creations projekt.
[01:52:36] - Okej, ja rozumiem, ale to mniej więcej ta sama sytuacja. W końcu podobne historie się zdarzają. My też mamy na koncie z Wiktorem taką historię. Otóż w swoim czasie, rok temu chyba, też mieliśmy okazję pracować najpierw przy wyborze, a później jeszcze przy ostrzejszej selekcji opowiadań z gatunku grozy pod hasłem „Jakie czasy, taki diabeł”. I też tych tekstów tam były, ja miałem w pewnym momencie wrażenie, że są ich miliony. Było ich tylko około dwustu. Nie tylko na nas dwóch na szczęście te teksty były podzielone, więc tylko te finałowe czytali wszyscy jurorzy. Ale powiem szczerze, że miałem takie wrażenie bombardowania i też w pewnym momencie włączył mi się ten mechanizm wyrzucania niektórych historii. Niejako automatycznie wyrzucałem te, które odpadały. Skupiałem się tylko na tych, które pozostawały.
Więc to myślę, jest chyba naturalny mechanizm obronny. Zresztą powiedz, Wiktorze ty, jak ty to miałeś. Czy ty też pamiętasz wszystkie te opowiadania? Niestety czy niestety?
[01:53:52] - Ja pamiętam wszystkie, a co najgorsze, strasznie żałuję, że wielu opowiadań nie ma w tej finałowej książce, która zostanie wydana. Bo po prostu tam było mnóstwo świetnych kawałków, może jeszcze nie do końca dopracowanych, ale ja je pamiętam. Pamiętam wszystko zupełnie. Każde opowiadanko pamiętam.
[01:54:16] - Nawet te takie lurowate zupełnie?
[01:54:18] - Nawet te do czego.
[01:54:20] - Dobrze, spokojnie. Wiesz co? Żeby jeszcze tylko dopełnić pewnych formalności, to powiedzmy, że w ogóle takim człowiekiem, który stał za tym projektem „Jakie czasy, taki diabeł” była Marta Sobiecka. To ona właściwie sprawiła, a nie właściwie, na pewno sprawiła, że ten tom w ogóle ujrzy światło dzienne i ujrzy go zresztą całkiem niedługo. Ten tom się pojawi. Czekamy z niecierpliwością, bo jako współwinni tej sytuacji, że się te opowiadania pojawiły, to czekamy po prostu. Ale wrócę jeszcze do tych spraw warsztatowych, bo nasza autorka, ale nasz gość także z warsztatami literackimi, z warsztatami pisarskimi trochę coś wspólnego ma przecież.
[01:55:18] - Tak, kilka razy zdarzało mi się prowadzić.
[01:55:20] - No to właśnie. Chciałbym, żebyś troszeczkę o tym opowiedziała. O swoich doświadczeniach czy o swoich frustracjach. Nie wiem, o czym tak naprawdę, bo ja miałem dużo frustracji przy okazji warsztatów. Ale może ja nie jestem taki ważny. Oddaję głos tobie.
[01:55:38] - Ja mam generalnie bardzo sympatyczne wspomnienia z warsztatami literackimi. Kiedyś nawet prowadziłam je jako zajęcia na uczelni i tutaj bywało najciężej, dlatego że studenci musieli wybrać jakiś rodzaj warsztatów. W związku z tym trafiały mi się grupy fenomenalne, które naprawdę czegoś chciały, coś tworzyły. Jako produkt finalny każdy miał stworzyć opowiadanie. I to były bardzo ciekawe niekiedy teksty. Potem je omawialiśmy. Natomiast trafiały się grupy zupełnie drewniane, które faktycznie przyszły tam, bo musiały. Natomiast z drugiej strony te warsztaty, które prowadziłam szerzej dla publiczności, były oparte o różne koncepcje. Raz to były nawet takie warsztaty narratologiczne, na których troszeczkę teorii próbowałam wprowadzić.
[01:56:25] - A tam się nawet książka pojawiła związana z tym tematem. O ile dobrze pamiętam, z UJ chyba była taka książka.
[01:56:33] - Mike Bal Narratologia. Tak. I właśnie pewne elementy teorii narratologii wprowadzałam. Wprowadziłam na przykład pojęcie fokalizacji, czyli punktu widzenia, bo bardzo ważne jest nie tylko, co chcemy napisać, ale z jakiego punktu widzenia. Zupełnie inny efekt osiągniemy, jeżeli fokalizujemy scenę na zupełnie różne postacie.
[01:56:56] - Powiem jedno, książka moim zdaniem dla przeciętnego zjadacza chleba dosyć trudna. Natomiast jak jest ktoś, kto potrafi to przełożyć, jak szyderca w pewnym momencie napisał, na taki język, który jest zrozumiały dla przeciętnego zjadacza chleba, to to jest duży skarb i myślę, że to też jest pewna wartość warsztatów, że jest ktoś, kto potrafi czasami ten dosyć hermetyczny język przełożyć na taki powszechnie zrozumiały. To, myślę, duża wartość warsztatów. A ja wytłumaczę się troszeczkę z tej frustracji, o której mówiłem przy okazji warsztatów, bo te frustracje są rozmaite. To znaczy ja miałem dwojakiego rodzaju frustracje. Po pierwsze takie, że niektórzy autorzy na początku wydają się pokorni. Złe słowo pokorni. Tacy no okej, przyszliśmy tu po to, żeby się czegoś nauczyć. A potem się okazuje, czasami przynajmniej, że oni tu przyszli po to, żeby mnie czegoś nauczyć. I to jest niezdrowa sytuacja, która mnie doprowadza do frustracji.
Natomiast na szczęście są też tacy autorzy, którzy chętnie słuchają. I to jest ta fajna sytuacja z warsztatów. A druga frustracja moja pojawia się później, w miarę rozwoju warsztatów pojawiają się kolejne teksty i człowiek zaczyna zauważać, że właściwie w pewnym momencie niektórym autorom przestaje być potrzebny i właściwie można skończyć z nimi warsztaty. Już trzeba w pewnym momencie przeciąć tę nitkę, bo te warsztaty właściwie można by prowadzić do końca życia. Można by sobie zawsze wymieniać się tekstami i mówić, jakie one są fajne albo niefajne, albo w którym miejscu można by je poprawić. To zawsze można robić, ale myślę, że nadchodzi taki moment dla autorów, przynajmniej dla niektórych, kiedy trzeba powiedzieć: „A teraz kobieto, mężczyzno, radź sobie sam. Już musisz się zderzyć ze światem, z odbiorcą, z czytelnikiem. Nic więcej nie jestem ci w stanie zaoferować. Teraz już musisz zbierać sam cięgi, razy, tudzież pochwały”. To różnie bywa.
Pewno więcej cięgów niż pochwał, ale w pewnym momencie zmieniają się proporcje. To tyle moich refleksji, jeśli chodzi o warsztaty. Aczkolwiek jest satysfakcja. W tym najbliższym ABW za tydzień pojawią się, nie będę na razie zdradzał które to teksty, ale pojawią się takie teksty, przy których narodzinach tych tekstów byłem. I powiem, że to jest takie uczucie, takie same patetyczne słowa mi przychodzą do głowy, że jestem dumny albo coś. Czuję satysfakcję, że byłem przy narodzinach tych tekstów. Szczególnie jeśli te teksty są inteligentne po prostu. Lubię je. Może nie powinienem tak się zdradzać, ale tak, lubię. Niektóre z tych tekstów nawet bardzo.
[02:00:14] - Warsztaty są bardzo podobne do pracy właściwie nauczyciela czy, że tak powiem, belfera z uczniami. Naprawdę nie ma większej satysfakcji, niż jak się znajdzie jedno dobre opowiadanie. Tak samo jak dla nauczyciela. Może nie musi wychować stada baranów w całości na geniuszy. Ważne, żeby się jeden przynajmniej znalazł uczeń, żeby czas ten nie był zmarnowany i żeby była pełna satysfakcja. Jest w porządku. Mamy nowe pokolenie.
[02:00:47] - Po rozmowie ze współwłaścicielem wydawnictwa, Marcinem Dobkowskim, ja mam takie wrażenie, że podążamy z wydawnictwem, my, czyli Bibliotekarium, podążamy w bardzo podobnym kierunku. Bo przecież tak jak powiedziałeś, Wiktorze, nowe pokolenie autorów trzeba sobie wychować, ono się musi pojawić. Ja myślę, że w pracy, to moja refleksja, że w pracy wydawnictwa, które już tak jak Genius Creations pracuje pełną parą.
[02:01:28] - I przede wszystkim inwestuje właśnie w debiutujący klimat.
[02:01:31] - Tak, ale jest pewna granica. To znaczy, nie można uczyć autorów. Wydawnictwo nie ma na to czasu ani takich mocy przerobowych. Fatalnie, ale dobrze. Mocy przerobowych nie ma, żeby jeszcze nie dość, że autorów wydaje, nie dość, że autorów poddaje korekcie, a wcześniej redakcji, to żeby ich jeszcze uczyć pisać.
[02:01:54] - Misją wydawcy jest wydanie książki.
[02:01:57] - Wydawanie, a nie uczenie. Myślę, że dobrze, że podążamy w podobnym kierunku. Wiesz, weźmiemy udział w przyuczaniu, miejmy nadzieję, że skuteczny, ale ja myślę, że nie ma lepszej szkoły niż takie właśnie, to najczęściej będą takie, jak to się mówi, miałem kiedyś przysposobienie obronne, to się nazywało Zdobywanie z marszu, czy jakoś tak, nie pamiętam. Czyli po prostu trzeba pewne rzeczy przygotować. Nawet takie forsowanie z marszu trzeba jednak wcześniej przygotować. I jeśli autorzy poważnie myślą o wydawaniu swojej pierwszej książki, to się najpierw powinni czegoś nauczyć. Bo ja myślę, w gruncie rzeczy, że nie ma nic śmieszniejszego niż szesnastolatek wysyłający swoją powieść do wydawnictwa i piszący, że to jest arcydzieło i że właściwie on oczekuje, żeby to zostało wydane. Bo oczywiście może się tak zdarzyć. Ja jestem człowiekiem wielkiej wiary i zakładam, że raz na jakiś czas się może zdarzyć taki cud, ale w większości wypadków coś takiego się nie udaje. Zresztą powiem tak, zamiast się mądrzyć, to może zapytamy naszego gościa, czy to się udaje w wieku lat 16.
Powieść na 600 000 znaków, która jest arcydziełem?
[02:03:20] - Powołam się na Lema, który co prawda nie pisał opowieści, ale o rozprawie naukowej, którą napisał jako młody człowiek i stwierdził: „Była to rozbuchana, na wiele stron rozpisana bzdura.”
[02:03:35] - Okej, to ja myślę, że tyle tytułem podsumowania. Ja naprawdę wierzę w to, że mamy szansę wspólnie z autorami młodymi stworzyć coś, co będzie naprawdę interesujące. A to jest zawsze takie słowo wytrych. Interesujące. Tym bardziej że te opowiadania, które będą czytane na antenie, one się później, za jakiś czas, mniej więcej co dwa miesiące, będą składały na YouTubie na takiego audiobooka, którego sobie będzie z YouTube'a można zgrać, posłuchać w samochodzie czy gdziekolwiek. Może nie tylko w samochodzie. Myślę, że ponieważ te opowiadania staramy się, żeby nie były rozbuchane, te 10–12 tysięcy znaków to jest tyle, żeby sobie można posłuchać i specjalnie nie wtapiać się w jakiś świat. Tych światów będzie dużo. Każdy, myślę, znajdzie coś dla siebie. Wiktor zgłasza się i mówi.
[02:04:39] - Nie myślcie, drodzy autorzy-
[02:04:42] - Myślcie, myślcie.
[02:04:43] - Że my tak tylko samarytańsko do tego podchodzimy, że tak powiem. My ucząc was, przynajmniej próbując, również się uczymy. To jest nasz wspólny interes, bo może wy na tym nie skorzystacie, ale my na pewno.
[02:05:01] - Rozwiń tę myśl. Rozwiń.
[02:05:03] - Ja się uczę czytając teksty tych młodych chłopaków, którzy pisali o tym „Diable” czy teraz do naszych warsztatów piszą teksty. Ja się przede wszystkim uczę o wiele lepiej współczesnego języka współczesnych młodych gówniarzy, za przeproszeniem. Ja jestem stary lamus i ja już następnego opowiadania nie napiszę tak, jakbym pisał ja, Żwikiewicz. Tylko będę próbował napisać tak, żeby oni to rozumieli. Żeby to było i ja, i oni, a nie osobno po prostu.
[02:05:40] - Po prostu, Wiktorze, rozmarzyłem się. To sielanka taka jest po prostu.
[02:05:45] - A co ty myślisz?
[02:05:45] - Współpraca.
[02:05:46] - A co ty myślisz?
[02:05:48] - Współpracuje audycja „Bibliotekarium” z wydawnictwem, starzy autorzy z młodymi. Po prostu zobaczymy, jak to będzie.
[02:05:55] - Jeśli uważasz ziele za sielankę.
[02:05:58] - A może będzie później polenta.
[02:05:59] - Właśnie, może być tak, że to będzie-
[02:06:01] - Bo naprawdę, tak jak ja wspominam też swoje doświadczenia warsztatowe, to były rzeczy fenomenalne i jeżeli ktoś naprawdę chciał i miał chociaż odrobinę tej iskry, to powstały teksty, które ja do tej pory pamiętam. Naprawdę.
[02:06:14] - No właśnie.
[02:06:15] - Tak jest. Ja myślę, że tu znowu się zgadzamy. A później nasi słuchacze zarzucają nam, przynajmniej niektórzy, że my się za często ze sobą zgadzamy. Wiktor, musimy zrobić jakąś audycję.
[02:06:29] - To znaczy nie, w porządku. Ty mów, że się zgadzamy. Ja będę programowo mówił, że się nie zgadzamy, ale nie muszę tego udowadniać po prostu.
[02:06:37] - Dobrze. Ja powiem tak. Mówię to prowokacyjnie, bo ta audycja ABW jest pomyślana chyba w taki sposób, że będziemy robić za pana plusa i pana minusa. To znaczy każde opowiadanie skomentujemy i będziemy mówić dobre, ale i może czasami... Złe to chyba nie. Inaczej. Będziemy mówić o takich sprawach, które czasami warto przemyśleć, bo ponieważ są to gotowe teksty, które zakwalifikowaliśmy, kiedyś by się mówiło do druku, a tutaj do czytania, to trudno mówić o tym, że są jakoś niedokończone czy niedorobione. Ale to jest tak właśnie z tekstami, że właściwie nie ma takich tekstów, których nie można poprawić. Niektórzy autorzy biorą sobie tak mocno to do serca, że poprawiają swoje teksty przez wiele lat albo czasami przez całe życie, co już nawet znalazło odbicie w literaturze. No dobrze, to myślę, że zakończmy ten fragment poświęcony warsztatom.
Chyba że Wiktor coś chce powiedzieć, bo marszczy czoło.
[02:07:48] - Marek powiedział, że nie ma tekstów, których nie można poprawiać. I tak mi przyszło do głowy, przepraszam serdecznie, ale „Ojcze nasz, któryś jest w niebie...” i co tutaj jest do poprawiania?
[02:07:57] - Wiktor.
[02:07:58] - No?
[02:07:59] - Nie śmiałem nawet podejrzewać, traktować tego w kategoriach tekstu literackiego. Dobra, to żeby uciąć dyskusję, to już doszliśmy do takiej krawędzi, że trzeba dyskusję przynajmniej na chwilę uciąć. Proponuję oddać głos Markowi. Kolejny fragment powieści naszego gościa.
[02:08:23] - Marta Kładź-Kocot „Noc kota, dzień sowy”. Fragment trzeci. Szorstki i mokry jak chlaśnięcie biczem głos ciotki Adeliny. Szara sukienka mokra od deszczu, lepiąca się do pleców, ramion, pośladków i nóg. Dreszcze. „Melindo, wyraźnie zabroniliśmy ci pójścia na ten pogrzeb.” Głos ciotki wibruje irytacją. Jej zmarszczony nos wyraża obrzydzenie, a uniesiony podbródek pogardę. Patrzy z wysokości swojego krzesła na coś tak małego i nieważnego jak ta, pożalcie się bogowie, bratanica. Nigdy nie używa imienia Meara. Jeśli już musi, brzmi ono tak, jakby wypluwała z ust coś paskudnego.
Zazwyczaj nazywa ją drugim imieniem nadanym po babci Florelli Melincie de Villeneuve. Ona była prawdziwą arystokratką, a nie iryjską przybłędą jak matka Mear, która miała przynajmniej tyle taktu, żeby wcześnie umrzeć. „Musiałam być na pogrzebie własnego ojca.” Dziewczynka dumnie podnosi głowę i patrzy ciotce prosto w oczy. Choć to trudne, kiedy się tego czasu zimno, a przemoczone rude włosy kleją się do czoła. „Nie musiałaś” sędzi zimno Adelina. „Co więcej, nie powinno cię tam być, ponieważ wyraźnie ci tego zabroniliśmy. Ja i twój wuj.” „Ale…” „Zamilcz! Twój ojciec był nieodpowiedzialnym hulaką. Sprowadził hańbę na ród de Vitenów. Naszym wspólnym obowiązkiem jest okrycie jego pamięci wiecznym zapomnieniem.
Zrozumiałaś?” Mear wpatruje się w swoje stopy. Chciałaby zdobyć się na odwagę i powiedzieć ciotce coś naprawdę paskudnego, ale nie potrafi. Początkowa pewność siebie jakoś się ulotniła wraz ze ślepym gniewem, który wypalił się jak złamana zapałka. Dziewczynka chciałaby stać wyprostowana i dumna, ale trzęsie się coraz bardziej. Oddycha szybciej, żeby powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Nie może się rozpłakać. Nie teraz i nie tutaj. Czuje, jak zaczyna jej cieknąć z nosa. Próbuje dyskretnie obetrzeć go rękawem. Słyszy ciche, pełne dezaprobaty parsknięcie ciotki.
Łzy same płyną z oczu i już nie można ich powstrzymać. Wybiega. Ostry głos Adeliny Sorro, żony Alfreda de Vitena, ściga ją długo. Mear pędzi przed siebie. Mija westybul, w którym zbiegają się dwa rzędy schodów. Przebiega kilka korytarzy, a w końcu zdyszana dopada małych bocznych drzwi. Przemyka przez pokoje służby. Potrąca w biegu kilka osób, aż dopada do małych, pokrzywionych schodków prowadzących na strych. Tam może wreszcie cieszyć się w kącie pomiędzy starą skrzypiącą szafą a stertą połamanych krzeseł. Ukrywa się tu zawsze, gdy jest źle.
Bardzo źle. Tak bardzo, że w piersi zalęga się kamień. Wokół jest pełno puszystego kurzu i srebrzystych pajęczyn, a jedyne źródło światła stanowią małe, brudne okienka umieszczone tuż pod dachem. Na strychu leży też stara, pogryziona przez mole kołdra i kilka spłowiałych atłasowych poduszek. W szafie wiszą znoszone, niezbyt czyste sukienki z oberwanymi falbankami. Mear lubi sobie wyobrażać, że kiedyś, dawno temu chodziła w nich mama, ale nie ma co do tego pewności, a w tej chwili nie ma nawet ochoty się nad tym zastanawiać. Przytula twarz do szafy i wybucha płaczem. Wiszące obok sukienki są jak starzy przyjaciele, którzy przyjmą każdy ból w milczeniu i ze zrozumieniem. Mitria przewraca się na drugi bok, czując piasek pod powiekami. Zapach lochu jest inny od woni starego budynku.
Bardziej wilgotny i ostrzejszy. Przytulanie policzka do pryczy nie daje pociechy. Pilnowano, żeby nie poszła na pogrzeb. Nie dostała czarnej sukienki ani żałobnego welonu. Wypiła szklankę mleka, którą przyniosła jej miła starsza ochmistrzyni i udała, że kładzie się wcześnie do łóżka. Ochmistrzyni w głębi poczciwej duszy żałowała tego chudego, zaniedbanego dziecka. Pogłaskała je po główce. Miała ochotę przytulić do szerokiej piersi, ale nie starczyło jej na to śmiałości. W końcu dziecko było książęce. Mear odczekała, aż kroki ochmistrzyni ucichną w głębi korytarza, a potem wysunęła się spod kołdry i na paluszkach podeszła do skrzyni.
Wyciągnęła szarą sukienkę, najciemniejszą, jaką miała. Welon zrobiła z odciętego dyskretnie nożem kawałka czarnego żałobnego tiulu owiniętego wokół ramy portretu dziadka Adeliny Sorro. Strzępił się na brzegach i w ogóle wyglądał jak coś wyciągniętego ze schowka na miotłę, ale przynajmniej był. Poczekała przez kilka uderzeń serca, nasłuchując, czy nikt nie idzie, a potem wdrapała się na szeroki parapet, wysunęła przez okno, chwyciła zdrewniałych pędów oplatającej mur winorośli i ostrożnie opuściła się na dół. Wędrówka przez dwa piętra obejmowała kilka gwałtownych osunięć, gdy Mear traciła oparcie dla nóg oraz mnóstwo otarć, syknięć, zadrapań i momentów zamierania z przerażenia, że ktoś ją zobaczy. Jednak ta strona zamku wychodziła na poprzerastany krzewami porzeczek warzywny ogród i prawie nikt tędy nie chodził. Kiedy dziewczynka dotknęła wreszcie ziemi, była cała podrapana, brudna i pokryta zielonymi strzępkami liści. Szara sukienka z cienkiej wełny przedstawiała z przodu widok godny pożałowania. Żałobny welon zrobiony z paska postrzępionego tulu, który owinęła na razie wokół szyi i tak nie mógł już wyglądać gorzej. Poza tym, jak uświadomiła sobie ze zgrozą, nie zabrała ze sobą chusteczki, a zaczynało zbierać się jej na płacz.
Dotarła na cmentarz na krótko przed czasem, przemykając przez zarośla. Grób wykopano na zachwaszczonym kawałku ziemi tuż pod murem, obok spróchniałego, pochylonego drzewa. Daleko od wielkiego, wspaniałego grobowca de Wittenów, który pysznił się bielą marmurów tuż obok kaplicy bóstw Środka Świata, ale równie daleko od małego, bezimiennego grobu, w którym wiele lat temu pochowano matkę Mear. Niebo zaciągnęło się szarymi chmurami i zaczął padać deszcz, odciskając wgłębienia wielkich kropli na świeżo rozkopanej gliniastej ziemi. Dziewczynka w podartej sukience zadygotała. Otuliła się tiulowym szalem, który nie dawał nawet odrobiny ciepła. Od strony bramy rozległy się głosy. Nie było się gdzie schronić. Pozostał pokruszony zębem czasu pobliski grobowiec, w którym złożono członków jakiegoś wymarłego arystokratycznego rodu, ale zardzewiałe drzwiczki nie dawały się otworzyć. Mear przytuliła się do kamiennej bryły i schowana za nią obserwowała tych, którzy nadeszli.
Nie było wśród nich Alfreda de Wittena. Nie było również, dziewczynka odetchnęła z ulgą, Adeliny Sorro. Nie było prawie nikogo. O mały włos zabrakłoby również samego zmarłego. Tak nieważny i nic nieznaczący był to pogrzeb. Czterech mężczyzn zsunęło z drewnianych noszy ciało owinięte w biały całun. Idący za nimi kapłan wymamrotał pod nosem jakieś hymny. Grabarze wzięli się za łopaty i rzucali na zwłoki ciężkie, gliniaste grudy ziemi, które upadały z mokrym patnięciem. Szust, pac, szust, pac. Rudowłosa dziewczynka szlochała bezgłośnie z otwartymi ustami, nie mając kiedy zaczerpnąć oddechu.
Mitria, która nie jest już Mear, przewraca się na kłującym posłaniu ze słomy. Księżniczka. Podobno jest księżniczką. Szepty, chichoty, plotki, spojrzenia na znoszoną sukienkę, na poplamione atramentem dłonie, nieuczesane włosy. Szmer dziewczęcych głosów w korytarzach Hemayn, który zamierał na dźwięk jej kroków. Nieprawda. Jestem córką uczonego. Nazywam się Mitria Scantalady. Najgorsze wspomnienie? Można je opowiedzieć.
Najboleśniejsze, najbardziej rozdzierające. Ale czy można opowiedzieć to najbardziej upokarzające? Od kominka bije przyjemne ciepło. Mear siedzi tuż przy palenisku, otulona postrzępionym kocem z książką w ręku. Opowieść jest ciekawa. Tak ciekawa, że Mear nie słyszy skrzypnięcia drzwi. Obecność dziewcząt zauważyła dopiero wtedy, gdy podeszły i zajrzały jej przez ramię. „Pozwalacie służącym wygrzewać się przy ogniu i do tego brać księgi z waszej biblioteki?” Ostry, świszczący głos przerywa ciszę tuż nad uchem siedzącej. „To nie służąca” – mówi ktoś inny tonem pełnym szyderstwa. Mear poznaje Julię de Witten.
„To moja kuzynka. Wybaczcie, jest zupełnie szalona. Pozwalamy jej robić, na co ma ochotę, bo inaczej płacze i wrzeszczy.” Na policzki Mear wypędza rumieniec. Próbuje patrzeć w książkę, ale litery tańczą jej przed oczami. Chichoty. „Twoja kuzynka? Więc czemu nie przyszła na bal?” – pyta inny głos, dźwięcznie roześmiany, cieniutki i piskliwy. Julia wydyma usta i wzrusza ramionami. „Pewnie nie ma odpowiedniej sukienki” – stwierdza tonem autorytetu inna dziewczyna, wysoka i czarnowłosa. W jej misternie zaplecionych włosach tkwią perły.
„Wstydź się, Julio. Powinnaś była o nią zadbać.” „Ależ zadbałam” – chichocze de Wittenówna, zasłaniając usta wachlarzem z piór. „Przysłała mi odpowiednią suknię przez moją osobistą pokojówkę, a ona, wyobraźcie sobie, odmówiła włożenia jej.” Śmiechy i westchnienia pełne niedowierzania. Mear czuje, że jej policzki płoną. Przełyka ślinę i patrzy w przestrzeń gdzieś pomiędzy krawędzią książki a paleniskiem kominka. Patrzy na siebie oczami tych dziewcząt. Pięknych, wystrojonych, pachnących. Widzi wychudzone, rozczochrane stworzenie w prostej zielonej sukience ze zgrzebnej wełny i wytartym kożuszku. Na nogach opartych o drewniany podnóżek ma grube zimowe skarpety, a nie jedwabne pończoszki. To prawda.
Julia przysłała jej suknię nieco za dużą, obszerną, wyglądającą tak, jakby na spienionej bezie białych koronek ktoś rozpiął krzykliwie różowy parasol i udekorował go mnóstwem czarnych kokardek. Białe koronki i kokardki otaczały również dekolt w kształcie łódki, tworząc wrażenie napuszonego łabędziego tyłka. Mear spojrzała na tę krawiecką pomyłkę i z pogardą rzuciła ją w kąt łóżka. Nawet nie wybierała się na zimowy bal z okazji dnia przesilenia. Zdołała wynieść z biblioteki kilka interesujących ksiąg, a poczciwa ochmistrzyni obiecała, że przyniesie jej trochę smakołyków i grzanego wina z korzeniami. Miała świadomość, że jej nieobecność nie zmartwi ani wuja, ani Adeliny Sorro. Nie przewidziała tylko, że Julia i jej przyjaciółki w przerwie pomiędzy obżarstwem a tańcami wybiorą się w te rejony zamku i zabłądzą aż do jej komnaty. Rozległy się piski i śmiechy. Któraś z dziewcząt znalazła suknię. „Ależ to godne bogini!” – zapiała bladorzęsa blondynka w złotogłowiu, który niezbyt pięknie kontrastował z jej czerwoną cerą.
– Twoja kuzynka po prostu musi to założyć. „Ja tu jestem” – pomyślała Mear. Przełknęła ślinę i zamrugała powiekami, żeby odegnać łzy. – Jestem tu. Czemu mówicie o mnie tak, jakby mnie nie było? „Stanowczo się sprzeciwiam” – odezwała się wysoka brunetka. – Ona nie ma odpowiedniej figury. Ta suknia została uszyta na osobę o obfitszym biuście i dłuższych nogach. Ale nic straconego. Zobaczymy, co ona ma w szafie.
Mear nagle uznała, że ignorowanie głupich i zepsutych arystokratek nie jest jednak najlepszą strategią. Zerwała się z krzesła i jednym skokiem dopadła drzwi szafy, zasłaniając je własnym ciałem. „Zabawiłyście się już?” – syknęła ze złym błyskiem w oku. – Jeśli tak, to wracajcie tam, gdzie wasze miejsce. Na targ! Dziewczęta skupiły się w szeleszczącą jedwabiami grupkę. Spojrzały po sobie, pokręciły główkami, zachichotały, zaszeptały. „Proszę, proszę” – powiedziała pulchna szatynka w gustownej białej sukni zdobionej drobnymi perełkami. – To to umie mówić. Czerwona na twarzy blondynka parsknęła, zasłaniając usta dłonią.
„Tylko nie bardzo z sensem” – odparła wysoka brunetka. – Na targ? „A co wy robicie prócz wystawienia się na sprzedaż?” – prychnęła Mear, przełykając ślinę. – Stroicie się jak malowane słupy i wypatrujecie odpowiednich mężów. „Dość tego!” – krzyknęła Julia de Vitene. – Nie będziesz obrażała moich gości. „Nie.” – oczy Mear zabłysły w półmroku. – To twoi goście nie będą obrażać mnie. „Och, jakie to to jest przewrażliwione.” – kąciki ust wysokiej brunetki uniosły się w górę w nieładnym uśmiechu. – Trzeba dowartościować to stworzenie.
Tym bardziej musimy przejrzeć zawartość jej szafy. Ruszyły na nią. Sześć dziewcząt w pięknych, kosztownych sukniach. Ufryzowanych i obwieszonych klejnotami. Przewróciły ją na posadzkę, a potem zawlekły na łóżko. Rzuciły twarzą w dół i przywiązały pasami tkaniny oddartymi z jej własnej sukienki. Wiła się i krzyczała, ale nie miała szans. Tłusta szatynka usiadła jej na plecach. Z uśmiechem pełnym okrutnej uciechy szarpnęła za włosy i zatkała usta zwiniętą w kłębek chustką. Wcześniej zdarły z niej kożuszek i skarpety.
Julia, krztusząc się ze śmiechu, otworzyła szafę Mear i wraz z dwiema innymi dziewczynami zaczęła wyciągać z niej wszystkie rzeczy, każdą komentując. Niewiele tego było. Kilka skromnych, wypłowiałych i wytartych sukianek. Poszarzała i postrzępiona od wielokrotnego prania bielizna. Młode arystokratki zataczały się ze śmiechu, udając, że przymierzają każdą z tych rzeczy. Potem odwiązały Mear i zdarły z niej resztki odzienia, pozostawiając nagą i drżącą. Nie szczędząc szarpnięć, popchnięć i szturchańców ubrały ją w różową suknię. ciasno zesznurowały gorset, który wpił się boleśnie w ciało na wysokości żeber. Dekolt za to odstawał i sterczał groteskowo. Przekazując ją sobie z rąk do rąk jak lalkę, usadziły na stołku przed lustrem i zaczęły układać fryzurę, szarpiąc i wyrywając włosy, a jednocześnie bez przerwy zataczając się ze śmiechu.
Brunetka, krzywiąc usta w dziwnym grymasie, wepchnęła szczotkę do włosów pomiędzy jej uda, rwąc paskudny różowy atłas i spienione białe koronki. W końcu się znudziły. Któraś zauważyła, że pewnie już czas na tańce. Ręce, które mocno trzymały Mear, teraz pchnęły ją na podłogę. Szeleszcząc sukniami dziewczęta wyszły z komnaty. Julia rzuciła jej tylko przez ramię zażenowane spojrzenie. Nie przewidziała, że przyjaciółki posuną się tak daleko. Mear leżała na zimnej posadzce, zasmarkana, posiniaczona i drżąca. Z miejsca, gdzie ktoś wyszarpnął jej kępkę włosów, ciekła krew. Różowa suknia zwieszała się na niej w żałosnych strzępkach, bo ją również młode arystokratki poszarpały w ferworze zabawy.
Mitria przymknęła powieki. Nie ma już Mear. Nie ma tej, która podpełzła wtedy do wystygłego kominka i na nowo roznieciła ogień, a potem uwolniła się z ohydnej różowej sukni, podarła ją na szmaty i spaliła metodycznie kawałek po kawałku. Dopiero potem zauważyła, że wciąż jest naga. Dwa dni później udało jej się namówić starego, życzliwego ochmistrza, by oczyścił zardzewiały zamek w drzwiach jej komnaty i odnalazł klucz. Ten klucz nosiła potem zawsze przy pasku w jedwabnej sakiewce. Odnalazła w archiwach dokumenty poświadczające podział majątku de Vitenów. Poszła do wuja Alfreda i zażądała, by oddał jej pozostałość schedy po ojcu. Król początkowo protestował, ale potem ugiął się w obliczu niepodważalnych dowodów noszących pieczęć jego własnej kancelarii. Ignorując protesty Adeliny Sorro, przekazał Mear niewielki kuferek złota.
Wszystko, co pozostało po zmarłym Regente Vitenie. A Mear kupiła sobie kilka ascetycznych, ale eleganckich sukien i ciemny aksamitny płaszcz. Nie odzywała się do Julii. Nie reagowała na próby pojednania, nieśmiałe przeprosiny. Nie odzywała się do nikogo Całe dnie spędzała w bibliotece i skryptorium. Nawiązała kontakty z cantalynskim uniwersytetem i zaczęła uczęszczać jako wolny słuchacz na kursy astronomii i filozofii przyrody. Namówiła kilku profesorów, by prywatnie uczyli ją starożytnych i współczesnych języków. A potem na cantalynski dwór przybył czarodziej Adalbert Zimmer. Nie był zbyt bystry, ale to on jako pierwszy odkrył, że Mear ma magiczny talent.
[02:27:28] - Dziękujemy Marku.
[02:27:31] - To tak à propos poniewierania bohaterów.
[02:27:33] - À propos poniewierania bohaterów. Teraz jest taki fragment audycji, który musiał się pojawić. Czyli pytamy autorkę. Wyjdzie za niedługo, pod koniec listopada pierwsza część. Pewnie wiosną przyszłego roku, miejmy nadzieję, wyjdzie część druga, ale to już jest. A co będzie dalej?
[02:28:01] - A co będzie dalej, to się już pisze pod roboczym tytułem „Opowieści z Międzyświata”. I to będzie zupełnie inny świat i zupełnie inne realia i bohaterowie niż jest tutaj. Pierwsze to się zaczęło od opowiadania „Morze Dziwnych Opowieści”, które gdzieś tam krąży po sieci, można je sobie znaleźć.
[02:28:21] - To powtórzmy jeszcze raz tytuł.
[02:28:23] - „Morze Dziwnych Opowieści”. Natomiast potem następuje kolejne opowiadanie i mikropowieść. I kończyć to będzie takie małe, zamykające opowiadanie. Koncepcja jest generalnie taka, że istnieje miejsce poza światami zwane Międzyświatem, które z jednej strony jest odpowiedzią na koncepcję z fizyki wywiedzioną multiwersum, która już w fantastyce na wszelkie sposoby bywała realizowana, a z drugiej strony to nie jest do końca tylko multiwersum wzięte z fizyki, ponieważ w Międzyświecie niekiedy realizują się mity. Koncepcja generalnie polega na tym, że w Międzyświecie spotykają się osoby z różnych wymiarów, z różnych rzeczywistości. Coś się tam dzieje, coś się tam rozstrzyga i się pisze.
[02:29:27] - Się pisze, a się długo będzie jeszcze pisać?
[02:29:31] - To zależy od bardzo wielu zmiennych i nie na wszystkie z nich mam wpływ.
[02:29:36] - A to ja będę osobą dociekliwą niezwykle. Czy autor pisząc jedną powieść, jeden utwór myśli o kolejnych, czy na to nie ma miejsca?
[02:29:50] - Tak, jak najbardziej.
[02:29:51] - Tak?
[02:29:52] - Ja już mam nawet pomysł na trzecią rzecz, którą będę pisać po tym. A po drodze się na pewno jakieś drobniejsze rzeczy urodzą. Gorzej, ja nie jestem osobą, która w jakikolwiek sposób potrzebuje systematyczności. Ja pracuję na zasadzie kolejnych zrywów i dla mnie najdłużej trwa faza koncepcyjna. Pisanie to jest taki etap końcowy, który nie jest już dla mnie w ogóle bolesny, bo kiedy już wiem, co mam napisać, to po prostu siadam i piszę. Natomiast ja bardzo ucieszyłam się, kiedy przeczytałam zdanie Umberto Eco, że przez pierwszy rok pracy nad „Imieniem róży” on nie napisał ani jednego zdania, bo to była praca koncepcyjna. To było katalogowanie motywów bohaterów całej wiedzy o średniowieczu, którą on posiadał, ale którą sobie jakoś tam uporządkował. Modelowanie świata. Więc u mnie też ten etap koncepcyjny trwa tak naprawdę najdłużej. I to nie jest tak, że ja drobiazgowo wymyślam cały świat, bo wiadomo, że nie wolno kastrować własnej wyobraźni.
Wyobraźnia ma swoje narowy, swoje prawa. Trzeba za nią pójść, jeżeli ona w jakimś kierunku nas pociąga. Ale z drugiej strony ja nie siadam do pisania, jeżeli nie mam określonej koncepcji danej sceny, którą chcę napisać. Bo jeżeli nie mam koncepcji, to nie ma po co pisać. Ja muszę wiedzieć, jak tę scenę mam ugryźć, z jakiego punktu widzenia ona ma być przedstawiona. A kiedy to wiem, to pisanie to już jest etap końcowy.
[02:31:21] - Tak jak zwykle ciągnie mnie w kierunku porad warsztatowych, to muszę o coś takiego zapytać. Nie, inaczej zadam to pytanie. Kiedy przerywasz pisanie? Danej sceny, w danym momencie, w danym dniu.
[02:31:45] - Scenę mam w głowie właściwie kompletną, kiedy siadam do pisania.
[02:31:51] - Tak, ale pytam o to, czy przerywasz, kiedy skończysz scenę, czy na przykład w połowie. Jak to bywa? Zaraz powiem, o co chodzi, ale chcę się najpierw czegoś dowiedzieć.
[02:32:04] - Powodem przerwania pisania jest zwyczajnie zmęczenie materiału. Kiedy już się mózg zawiesi, to przerywam, bo na siłę nie ma sensu.
[02:32:15] - Okej, to powiem, że ja też często w ten sposób działam. Wiktorze, jak ty działasz?
[02:32:23] - A ja nie. Piszę do upadłego. Czasami totalne bzdury. Najwyżej potem wyrzucę, jak się obudzę.
[02:32:30] - Dobrze. To ja powiem, o co mi chodziło, gdzie był ten podtekst. Otóż niektórzy, być może się to komuś przyda, doradzają, żeby nie przerywać pisania wtedy, kiedy skończy się nam scena w głowie albo skończy się nam koncepcja, tylko troszkę wcześniej, żeby siadając następnego dnia do pisania zacząć od pisania, a nie od zastanawiania się. Nie wiem, na ile ta rada może okazać się pomocna, ponieważ słyszałem ją od pewnego wziętego pisarza, więc ją po prostu przekazuję bez komentarza i bez jakichś specjalnych poleceń. A Wiktor? Macha na mnie palcem.
[02:33:09] - To znaczy ja wolę radę taką: należy jechać tymi dobrymi torami, kiedy cię ponosi, kiedy ci się pisze, kiedy dobrze i tak dalej, a następnie przynajmniej troszeczkę wytyczyć tory, którymi się będzie jechało jutro, a potem to zostawić. Potem tę jutrzejszą robotę łatwiej zacząć, bo się ma oparcie. Można to skreślić, można to wyrzucić, ale przynajmniej, żeby jechać mniej więcej. To strasznie ułatwia rozpoczęcie roboty następnego dnia.
[02:33:46] - Mam jeszcze jedno pytanie do naszej autorki i do naszego gościa.
[02:33:53] - Pominie? Widzę, że jest podchwytliwe.
[02:33:55] - Nie jest podchwytliwe za bardzo, ale zastanawiam się. Dobrze, ja zapytam wprost: czego nie lubisz w pisaniu? Co cię wkurza w tym? Pomimo że każdy z nas tutaj siedzących w gruncie rzeczy pisanie lubi. Taka jest prawda, że inaczej by tego nie robiło. Ale jest na pewno taki, przypuszczam, ja mam przynajmniej takie elementy, których nie lubię. To czego ty nie lubisz?
[02:34:20] - Nie lubię właśnie tego momentu wyczerpania, kiedy scena skończy mi się, a jeszcze nie mam wymyślonej następnej i mózg się domaga jakiejkolwiek odmiany. W moim przypadku widzę, że każdy pracuje inną techniką i tak naprawdę sprzedanie komuś swojej techniki nie jest możliwe, bo każdy sobie po prostu musi wypracować własną, zgodną z własnym rytmem dobowym, potrzebami i innymi rzeczami.
[02:34:49] - Ale warto podpowiadać.
[02:34:50] - Tak, ja najbardziej nie lubię tego momentu zawieszenia i powiem tak: nie piszę na siłę. Zdarzało mi się pisać na siłę. Efekt był taki, że wszystko wywaliłam potem, bo to po prostu nie było to. Natomiast jeżeli mam na pisanie z reguły mało czasu, więc ten czas, który mam, staram się wykorzystać. Natomiast jeżeli pisanie mi w tym momencie nie idzie, to nie piszę na siłę. Dobrze mi się pracuje wieczorem, więc na przykład przerwa na prysznic, na wyjście do kuchni, na pokręcenie się po mieszkaniu sprawia, że lewa półkula mózgu przestaje być katowana i może się odwiesić. Pod prysznicem przychodzą genialne pomysły zawsze do głowy. Natomiast co jest ciekawe, tak przypomniało mi się, znowu mała dygresja, mózg jest zdolny do przeróżnych rzeczy. I ja pamiętam kiedyś pewne oszustwo, którego dokonała moja siostra. Grałyśmy razem w szachy.
Moja siostra zawsze grała w szachy lepiej ode mnie. W dzieciństwie dużo grałyśmy w szachy i razu pewnego, kiedy ona była na studiach, a jest psychologiem, studiowała psychologię i pracuje jako terapeutka. W każdym razie grałyśmy w szachy i ja skupiałam się na tej partii szachów szaleńczo, a ona sobie czytała książkę. Ograła mnie, czytając książkę bez problemu najmniejszego i widząc moje załamanie, że ja tu się tak przykładam, a ona sobie czyta książkę, stwierdziła: „Wybacz, grałam na dopingu. Kiedy lewa półkula mózgu zajmie się książką, prawa może lepiej operować przestrzennie i lepiej grać w szachy.”
[02:36:36] - Ja myślę, że to jest dobra rada w ogóle dla wszystkich, którzy powątpiewają w to, czy czytanie w ogóle do czegoś się w naszych czasach przydaje. To chyba najlepszy dowód do tego, że chociażby przydaje się do tego, żeby wygrywać w grach strategicznych. Ale pewno nie tylko. Ja znalazłem kilka innych zastosowań, w których czytanie bywa przydatne.
[02:37:01] - Właśnie to jest też rada dla pisarzy. Czytacie jak najwięcej.
[02:37:04] - Tak, to prawda. Ja myślę, że nie tylko dla pisarzy. Polecałbym kilku innym osobom, żeby też sobie trochę poczytały. Myślę, że nie wszyscy muszą być pisarzami. Ja co prawda spotkałem człowieka, który uważał, że właściwie każdy może zostać pisarzem do pewnego poziomu. Nie zgadzam się z tym do końca, a właściwie w ogóle się z tym nie zgadzam.
[02:37:27] - To tak, jakbym powiedział, że każda żaba może być ptakiem do pewnego poziomu.
[02:37:33] - Nie łapię. To jest zbyt abstrakcyjne o tej porze dla mnie. W każdym bądź razie, no cóż. Ale jeszcze chciałbym powiedzieć o jednej rzeczy. Albo nie, o tym to powiemy po kolejnym fragmencie. Tym razem już ostatni fragment. Niestety. Powiem niestety, bo jeśli ktoś będzie chciał zostać w świecie wykreowanym przez naszą autorkę, to będzie musiał troszeczkę poczekać, bo do końca listopada jeszcze trochę czasu zostało.
[02:38:06] - A mi się przypomniało. Autoreklama.
[02:38:09] - Proszę bardzo.
[02:38:09] - Będzie Bydgoski Trójkąt Literacki. 26-28 października będzie się odbywał w kawiarni Szpulka w MCK na Marcinkowskiego i w ramach Trójkąta robimy taką wstępną premierę trzech bydgoskich powieści wydawanych w Genius Creations. Mojej, Marcina Kowalczyka „Pętli pamięci” i „Armadillo” Bartka Orlewskiego.
[02:38:33] - A będzie ten Trójkąt się odbywał w terminie?
[02:38:38] - Jest już wszystko w BIK-u ogłoszone, że tak powiem.
[02:38:42] - Tak, ale nie wszyscy nasi słuchacze mają dostęp do BIK-u. Ja pytam z tego względu, bo rozumiem, że to jest okazja do takiego przedpremierowego chociażby nabycia książki, tak?
[02:38:56] - Nabycia książki jeszcze nie, natomiast już powinny być takie egzemplarze przedsprzedażowe z wydawnictwa przynajmniej. Jeżeli chodzi o wszelkie sprawy związane ze sprzedażą, to już na stronach wydawnictwa na pewno będą informacje, kiedy będzie przedsprzedaż.
[02:39:12] - Rozumiem. A Trójkąt Literacki w jakim terminie mniej więcej?
[02:39:15] - 26 do 28 października. Nasze spotkanie będzie 27 października.
[02:39:20] - Tak że każdego, kto chciałby poznać autorkę, kto chciałby z tymi wstępnymi wstępnym rozpoznaniem książki obcować, to zapraszamy do Bydgoszczy. Bydgoszcz ostatnio wypiękniała, co chyba warto stwierdzić. Nie wiem, czy nasze miasto znajduje fanów w Polsce. Trudno mi powiedzieć. W każdym razie zapraszamy na Trójkąt Literacki. O tej sprawie, która mi przychodziła do głowy, to jednak po tym fragmencie. Marku, prosimy. Ostatni fragment świata wykreowanego przez naszą autorkę.
[02:40:05] - Marta Kładź-Kocot „Noc kota, dzień sory”. Fragment czwarty. Verid okazało się mieściną małą, brudną i przygnębiającą. Pomiędzy domostwami, których dachy reperowano wiązkami byle jak upchanej słomy, kręciły się gromady niedomytych dzieciaków o dużych, smutnych oczach i watahy zabłoconych psów. Chude kobiety pielęgnowały zachwaszczone przydomowe ogródki albo rozwieszały na sznurach szarawe pranie. Drewniane płoty miały tendencję do przechylania się w jedną lub drugą stronę. Mieścina, przynajmniej architektonicznie, nie miała żadnych tajemnic. Z łatwością odkryli logikę wąskich, wypełnionych kałużami i ścieżkami uliczek. Wszystkie prowadziły do centralnego, równie błotnistego placyku, szumnie zwanego rynkiem. Na jednym jego końcu kilka straganów, na których sprzedawano gliniane garnki, drewniane łyżki, końskie rzędy oraz piwo i miód, tworzyło imitację targowiska.
Grandini splunął jak przeciw złym mocom. Na środku owego rynku ustawiono niedbale sklecony z desek szafot, na którym widniała ponura konstrukcja o kształcie szubienicy. Wokół zgromadził się spory tłumek. Na stopniach szafotu stał młodzieniec przypominający łasicę, odziany w zdekompletowany i wytarty strój miejskiego pachołka. Trzymał w ręku zwój pergaminu i sylabizował z niego z namaszczeniem, a zgromadzony wokół lud przytwierdzał jego słowom głośnym szemraniem. Mitria rozejrzała się wokół. Baby, które po drodze widzieli, porzuciły plewienie ogródków i zakasawszy spódnice podążyły na plac. Zgromadzili się tu chyba wszyscy mieszkańcy miasteczka. Pod szafotem stał pulchny, jasnowłosy młodzieniec ubrany w białą szatę skazańca. Ręce miał skrępowane za plecami.
Dygotał jak liść na wietrze. Jego czuprynę koloru słomy rozwiewał wiatr. „I tak oto tego tu, gdyż niechęć ogólną wolnym miastom naszym i szpiegostwo wstrętne względem wszetecznego Tarentu jemu udowodniono, skazuje się wyrokiem prawomocnym” – mamrotał miejski herold, a pospólstwo przywtarzało mu entuzjastycznymi pomrukami. „Jakiż on szpieg?” – jęknął Justin. – „Do trzech zliczyć nie umie. Ofiara małodusznego zadowania w sobie panów radców i małomiasteczkowych przesądów”. „To oczywiste. – Mitria wbiła mu paznokcie w ramię. – Ale pohamuj się trochę. Małomiasteczkowe przesądy mają siłę, o której nawet nam się nie śniło”.
Herold doczytał wyrok do końca i ustąpił miejsca czarno odzianemu katu, który brutalnie chwycił jasnowłosego młodzieńca za kark i pociągnął go na szafot. Tamtemu uginały się nogi, a podbródek drżał w niemym, histerycznym szlochu. „Toż to Żanto!” – zakrzyknęła nagle Mimi. – „Żaden z niego szpieg z Trentu czy innego Targentu. To Żanto z Ugrii!” „Znasz go?” – czarodziejka szarpnęła dziewczynę za ramię i zajrzała jej w oczy. – „Możesz to potwierdzić?” Mimi skinęła głową i zarumieniła się po same uszy. Mitria, działając zupełnie bez namysłu, uniosła dłoń i posłała w kierunku szafotu wiązkę liliowego światła, od którego szubieniczna pętla zajęła się błękitnym ogniem. Tłum zafalował, westchnął i jęknął. Młodzieniec prowadzony przez kata osunął się na kolana. Wokół nich nagle zrobiło się miejsce.
Dość dużo miejsca, zważywszy, jak zapchany był ten niewielki placyk. Virbion zasłonił sobą kobiety i położył dłoń na rękojeści miecza. Z tłumu nagle wyrwał się ubrany w brudną, poszarpaną czarną szatę kapłan. Wspiął się na szafot i wyciągnął przed siebie w kaznodziejskim geście rękę ze wskazującym palcem zakrzywionym niczym szpon. „Widzicie” – zaskrzypiał. – „Czarownicy, pomiot wszeteczny, w sądy nasze już się wtrącają. A może i oni są szpiegami, co prawdopodobne wielce, jako że rodzajowi ludzkiemu z natury są przeciwni. Oni w swych wieżach czarostwo i rozpustę wszelaką uprawiają, oni płody wyjmują z niewieścich żywotów”. „A pewnie i zaplatają koniom warkoczyki” – mruknął Justin. – „Z tą rozpustą to świątobliwy minimalnie przesadził”.
Tłum szemrał i kręcił głowami, nie wiedząc, czy gapić się na kaznodzieję, czy też na grupkę stłoczonych razem, dostatnio odzianych postaci. Pod skazańcem, o którym chwilowo zapomniano, ugięły się nogi, więc usiadł na brzegu szafotu. Kat stał z boku z opuszczonymi po bokach łapskami niczym bezużyteczna kukiełka, której ktoś odciął sznurek. Sytuacja najwyraźniej intelektualnie go przerosła. „Oni to zapowietrzone nasienie demonów chaosu, ludzi uczciwych wrogiem są przyrodzonym” – darł się dalej kapłan, opluwając sobie brodę. – „Dekokty smrodliwe warzą, a zdradliwe jady uroki czynią, by niewinnych do swej chuci i wykonania swych rozkazów tajemnych zniewolić”. Sugeruję zmienić otoczenie — szepnął Justin z flegmą prawdziwego arystokraty. Mitrię odsunęła Virbia i wystąpiła naprzód. Kto sprawuje wasze sądy? Kto wydaje wyroki?
— zawołała dźwięcznym głosem. Tłum zaszemrał. Ktoś próbował odpowiedzieć, ktoś inny splunął pod nogi. Jeszcze ktoś sięgnął po kamień, który ze świstem przeciął powietrze i uderzył czarodziejkę w skroń. Dziwki zapiszczały. Mitria obtarła krew dłonią i zrobiła kilka kroków w kierunku tłumu. Przesunęła wzrokiem po skołtunionych łbach. Wpatrzyła się w rybie, bezmyślne oczy. Widziałeś kiedyś Tarentczyka, dobry człowieku? A ty?
A może ty? — spytała, wymawiając poszczególne twarze z tłumu. — A może ty mi powiesz, gdzie leży Tarent? Nie, nie wystarczy wskazać dłonią. Tym bardziej że to zupełnie nie tam. Tam leżą wolne miasta. Więc może kto inny powie, gdzie ten zapowietrzony Tarent właściwie jest. Bardzo ciekawa. I z jakiej racji cesarz tegoż Tarentu, który siedzi sobie setki mil stąd w złotym pałacu i na złotym tronie, miałby pofatygować się, aby wysłać swojego szpiega do waszej zawszonej wioski? Nie wiecie?
Kapłan próbował ją przekrzyczeć, ale lud gnany ciekawością zaczął skupiać się wokół Mitrii i święty mąż wkrótce został bez publiczności. Za to pierwsze rzędy, na które czarodziejka kierowała swój przenikliwy wzrok, za wszelką cenę starały się choć trochę wtopić w otoczenie, co spowodowało nieobliczalne w skutkach przepychanki i wzajemne rozdeptywanie się z charakterystycznymi odgłosami. Jak często wasz władyka tu zagląda, dobry człowieku? — kontynuowała czarodziejka, zwracając się do jednego z skąpiów. Ano będzie raz na dwa roki albo i ze trzy — podrapał się w głowę staruszek wyposażony w jeden, za to imponujących rozmiarów ząb. Co też gadacie? Będzie ze cztery! — zaprotestowała otyła jejmość z umorusanym chłopaczkiem czepiającym się jej fartucha. Skoro więc — Mitria podniosła głos — wasz własny władyka ma was w końskim zadku, dlaczego miałby się wami przejmować cesarz Tarentu? Co mu zrobicie?
Naplujecie do gulaszu czy nadmuchacie do kaszy? Jakiś mieszczanin, otyły i dość zamożnie odziany, parsknął serdecznym, szczerym śmiechem. Stłoczeni za nim jegomości zaczęli nerwowo przestępować z nogi na nogę. Po łańcuchach z pieczęcią zawieszonych na szyi czarodziejka rozpoznała w nich rańców miasteczka Verit. Patrzyli pod nogi i drapali się po głowach, najwyraźniej od dawna nieczesanych. Kiedy my za radą męża świątobliwego taki wyrok wydalim — bąknął jeden, oglądając się za siebie, jakby w nadziei, że ktoś go wesprze. Nadzieja okazała się płonna. Świątobliwy mąż zamilkł już rozczarowany brakiem zainteresowania, ale nadal sterczał bez sensu na szafocie obok równie czarnego i ponurego kata oraz skazańca, który drżąc, kulił się u stóp szubienicy. Mitria nie skomentowała. Rozejrzała się tylko bacznie po twarzach, na których konsternacja walczyła o lepsze z zaciekawieniem.
Ludu Verit! — odezwała się głośno. Oskarżonego należałoby najpierw wysłuchać, dowiedzieć się skąd, kiedy i w jakim celu do was przybył. Skazywać kogoś bez sądu to rzecz bardzo śliska i nieładna. A gdyby tak was to spotkało? Przybywacie, powiedzmy do Ugrii, odwiedzić siostrę i zwaka, a tu łapią was, oskarżają o szpiegostwo na rzecz verityjskich kupców czy też piratów, o których w życiu całym nie słyszeliście i od razu wiodą na szafot, by powiesić, nie pytając o imię ani pochodzenie. Ten młodzieniec — czarodziejka odrzuciła na plecy rude włosy i teatralnym gestem wskazała w kierunku szubienicy — przybył z sąsiedztwa. Jest tu ktoś, kto może zaświadczyć, że to Jeanhto z Ugrii. Nic złego nie zrobił, nie popełnił żadnego przestępstwa, oprócz tego, że tutaj nie mieszka, a wy go bez sądu skazaliście na śmierć. Ojcowie miasta!
— zagrzmiał patetycznie kapłan. Wszeteczna czarownica sądom waszym przeciwstawia się. Rządzić chce. Tarenckie albo i wiedźmie władanie w waszym szacownym grodzie wprowadzić. Po prawdzie — jeden z rańców splunął zamarzyście — to czas, by już położyć kres rządom waszej świątobliwości. Jeśli ten junak naprawdę z Ugrii, to iście ośmieszylim się — stwierdził drugi. Czarniawy zapewniał, że z taką czupryną jasną i ślepiami wodnistymi to on musi być tarenckie nasienie albo chociaż mieszaniec przeklęty, który ze swoimi skumał się. Justin parsknął. Kapłan zadarł czarną szatę, skuśtykał ze schodów szafotu i zaczął przepychać się pośpiesznie przez tłum, rozdając kuksańce chudymi łokciami. Dopadł do nich i stanął, sapiąc, plując i wytrzeszczając przekrwione oczy, które ziały nienawiścią.
Strzeżcie się! — zasyczał. Wy, którzy śmiecie podważać porządek zadekretowany przez władców Pustej Ziemi. To oni ustanowili kapłanów, którzy mają trzutkę paść, a w radach swoich nieomylni są. Jeśli- Udowodnij swoją nieomylność — wtrącił zimno Justin. Bo zdaje się, że zwykła się mylić. Powiedz mi, nieomylny kapłanie, skąd pochodzę. Jako podróżujący z czarownicą i magią się parający jesteś synem pierworodnym chaosu, plugawym i wszetecznym! — rozdarł się posłaniec bogów. Poza wszystkim innym też jestem magiem.
Justin zmrużył oczy. A skoro magowie bywają tacy niebezpieczni... Kapłan, dla którego najwyraźniej robienie podobnych przedstawień było chlebem powszednim, obrócił się dookoła. Przeszywał swoje owieczki palącym, nawołującym do upamiętnienia spojrzeniem, ale napotkał niespodziewany opór. Nikt nie padł na kolana, by wyznawać grzechy. Mieszkańcy Veritt w milczeniu wbijali wzrok we własne stopy, w plecy sąsiadów albo w ściany obskurnych budowli dookoła placu. Skoro tak. Kapłan uśmiechnął się chytrze, a jego przekrwione oczka zapłonęły. To musicie też szanować prawo. Wiedzieć wam trzeba, że wyrok raz wydany, spisany i pieczęciami rady miejskiej opatrzony, prawomocny jest i cofnąć go nikt nie zdoła.
Prawdą jest — westchnął jeden z rajców. Ten, który uprzednio zgodził się z Mitrią. Kapłan potoczył wkoło triumfalnym wzrokiem. Wtedy przed oczy tłumu nagle wystąpiła Mimi. Śmiało, z podniesioną głową. Uniosła w górę rąbek czerwonej sukienki przewiązanej wąskim, jedwabnym paskiem. Jest u nas zwyczaj — powiedziała — że jeśli skazanego dziewka jakowaś godzi się poślubić, kara jemu darowana jest. Iście był obyczaj taki — zgodził się dobroduszny rajca. Dawno niepraktykowany. Jeno skąd ci, dziecko, o tym wiadomo?
Pochodzę stąd, z Veritt. Mimi zaczerwieniła się pod cebulki włosów. Jestem Aminta, córka Grizeldy Kramarki. Wychowałam się przy Oślim Załuku. I zwróciwszy się w kierunku szubienicy, przemaszerowała przez tłum, który się przed nią rozstępował. Wspięła się na szafot, wyciągnęła białą batystową chustkę i nakrywszy nią głowę skazańca, zawołała na cały głos: Mój ci on! Tłum na placu zafalował i zaszemrał. Nie ważcie się wyroków boskich ludzkimi obyczajami kalać! — wrzasnął kapłan, znowu opluwając sobie brodę. Prawda jest, jej ci!
— krzyknął pojedynczy głos. Jej ci jest! — przywtórzyli inni. Rozsądny rajca wzruszył ramionami. Nie sierdźcie się, wasza świątobliwość — powiedział — bo wasze prawo nie jedyne. Przeciwko inszym prawom nic nie wskóracie. Może być, że bogowie mają inne zdanie, ale oni chyba nie bardzo się rozumieją na ludziach. Mimi, tuląc głowę wybranka w pulchnych ramionach, została razem z nim zdjęta z szafotu i triumfalnie poniesiona do gospody. Biała chustka zsunęła się, ukazując oszołomioną i nad wyraz głupią minę niedoszłego skazańca. Kapłan zamachał rękami i zamilkł, świadom porażki.
Zmierzył rajców nienawistnym spojrzeniem, pogroził im uniesionym w górę palcem, zebrał poły poszarpanej czarnej szaty i odmaszerował. Rozsądny rajca splunął za nim na ziemię.
[02:55:16] - Dziękujemy Marku za ten ostatni fragment. Ostatni fragment, który był dla mnie najlepszym dowodem na to, jak dobrą zabawą będzie czytanie tej książki. Myślę, że każdy rozpoznał, do czego nawiązywała scena, którą tutaj przed chwilą mieliśmy okazję prześledzić. Wrócę jeszcze do wątku dotyczącego Trójkąta Literackiego w Bydgoszczy, bo ktoś sobie może pomyśleć: a co tam, będę jeździł do jakiejś tam Bydgoszczy. Zupełnie się nie opłaca, zupełnie nie warto. Ja powiem tak, że chyba jednak warto, bo gości kilku interesujących na tym Trójkącie Literackim będzie. Kogo będziemy w Bydgoszczy gościć?
[02:56:11] - Nie wymienię wszystkiego, bo niestety nie mam programu teraz przy sobie. Tak z pamięci: pierwszy dzień będzie poświęcony fantastyce dysydenckiej, tej stłumionej przez totalitaryzm, z racji rocznicy rewolucji październikowej.
[02:56:28] - A to rzeczywiście tak.
[02:56:29] - Tak. Będzie wykład, między innymi naszego gościa z Uniwersytetu Śląskiego, profesora Krzysztofa Umiłowskiego. Oprócz tego jeszcze będzie nasz znajomy bydgoski, Tadeusz Krajewski, miał prelekcję na podobny temat. Natomiast drugi dzień będzie pod znakiem transhumanizmu. Generalnie będzie gość z Warszawy, Kamil Muzyka, doktorant, który zajmuje się transhumanizmem i uwaga, uwaga! Astrogórnictwem. Będziemy mieli następnie panel o transhumanizmie z udziałem również Kamila Muzyki i profesora Dariusza Skibickiego tutaj z Bydgoszczy z UTP. Będziemy również gościć pisarkę fantasy, moim zdaniem znakomitą, Agnieszkę Hałas.
[02:57:23] - Zgadza się. Szczególnie, że ostatnio pojawiła się książka tej autorki i myślę, że będzie okazja z nią porozmawiać, zdobyć autograf. To wszystko, co się zawsze na tego rodzaju spotkaniach wydarza. Zostawiłem sobie na koniec do naszego gościa, do naszej autorki takie ostatnie pytanie, które gdzieś mnie tam gryzło i w końcu postanowiłem je jednak zadać. Czy bycie literaturoznawcą brzmi bardzo poważnie? Naprawdę, nie kpię w tej chwili, wręcz przeciwnie. To jest jednak podchodzenie do tekstu w pewien specyficzny sposób, w ogóle do literatury. Pewna analiza się z tym wiąże, pewne spojrzenie analityczne. Pytanie brzmi: czy takie podejście do tekstu, do literatury nie zabija radości czytania?
[02:58:22] - U mnie nie. Są tacy, którzy rzeczywiście mówili, że czytają już inaczej i to nie jest ta pierwotna radość czytania. Natomiast w moim przypadku to wręcz tę radość intensyfikuje. Natomiast ja rzeczywiście rozróżniam. Są teksty, które muszę ugryźć z całym aparatem wiedzy. Są teksty, o których piszę, bo warto. Natomiast są teksty, które czytam wyłącznie dla przyjemności i na przykład nie chcę o nich pisać, żeby sobie tej przyjemności nie psuć. Bardzo lubię Pratchetta, bardzo lubię Sapkowskiego, ale nie będę o nich pisać, bo nie chcę ich mordować czytaniem z użyciem wyszukiwania cytatów pod artykuł, który aktualnie będę tworzyć. Ale zdarzają się też historie takie, że czytam coś dla przyjemności, ale która się okazuje tak inspirująca, że powstaje z tego artykuł. Tak napisałam na przykład artykuł o „Amerykańskich bogach” Gaimana.
Gaiman mnie tak zafascynował, że połknęłam całego w jedne wakacje. Czytam tych „Amerykańskich bogów” i co chwila sobie powtarzam: „Ależ to jest genialne”. Więc po chwili biorę orange, czyli ołówek i zestaw samoprzylepnych karteczek.
[02:59:37] - Żółtych?
[02:59:38] - Nie żółtych, w przeróżnych psychodelicznych kolorach. Pod koniec lektury mam całą książkę obklejoną, a potem jest z tego artykuł. I to wcale nie psuje radości czytania.
[02:59:51] - Chciałbym zwrócić uwagę, że Marka to pytanie sugeruje, że jakoby przynajmniej akademickość mogła przytłumić radość z tworzenia. Zwróć się z takim pytaniem na przykład do Pendereckiego. Jakoś mu nie przeszkadzało zupełnie .
[03:00:12] - Nie wiem. Zdaje się, że tak wysoko nie zajdę, żeby mieć okazję zadać pytanie Pendereckiemu. Natomiast ja zadałem to pytanie dlatego, ponieważ znam pewnego redaktora, który jest świetnym redaktorem. Świetnie to robi, ale on mi się pożalił kiedyś, że właściwie on już nie potrafi czytać książek. Bo ile razy zacznie czytać książkę, która wydaje mu się, że będzie świetna, bo ją zna z jakiejś recenzji, z polecenia, to mówi: „To się kończy po kilku stronach tym, że właściwie zaczynam ją poprawiać, zaczynam ją redagować i koniec. Po prostu nie ma czytania dalej”. To miałem na myśli pytając o radość czytania. Okazuje się, że to nie musi być reguła. Ale my tu tak sobie gadu gadu, a jeszcze nie powiedzieliśmy o bardzo ważnej rzeczy, że oprócz naszego gościa oficjalnego mamy też gościa specjalnego dzisiaj, czyli gwiazdę telewizyjną, która nazywa się Wiktor Żwikiewicz.
[03:01:21] - Oże!
[03:01:21] - Tak. Otóż Wiktor Żwikiewicz w ostatnią środę nagrał u Łukasza Orbitowskiego program, który pewno za niedługo zostanie wyemitowany. Niestety nie jest mi dane powiedzieć kiedy. Należy śledzić TVP Kultura, tam się Wiktor w całej okazałości pojawi. Wiktor ma też kilka refleksji na temat tego, jak się nagrywa programy w telewizji. Muszę powiedzieć, że to było zabawne, kiedy posłuchałem. Więc Wiktorze, podziel się z naszymi słuchaczami.
[03:01:55] - To tak na marginesie wszystkiego, czyli na marginesie wszechświata. Słuchajcie, bardzo wam polecam to, bo po pierwsze nie powiedziałem tam nic absolutnie sensownego. Kilka razy nabierałem oddech i już zmierzałem, ale redaktor, nasz przyjaciel Orbitowski, był tak czujny, że natychmiast zmieniał temat albo urywał rozmowę, jak tylko wywęszł, że ja chcę spuentować to albo w ogóle wyjaśnić, ku czemu zmierzam. Nie zdołałem powiedzieć nic absolutnie sensownego. I teraz podkreślam: jeżeli on z tego zrobi program cokolwiek wart, to będzie świadczyło tylko i wyłącznie o jego genialności, gdyż ja tam nie zostawiłem śladu siebie. To będzie wyłącznie on autorem. Ale też jestem bardzo ciekaw, co potrafią mass media sklecić z zupełnej próżni.
[03:03:03] - A w tym się specjalizują . Z tego, co powiedziałeś, nie doceniasz się.
[03:03:09] - Nie doceniasz. Stanowczo nie doceniasz. Słyszałem też, że zostałeś mocno skrzywdzony, bo miłość twojego życia została wyrzucona ze studia.
[03:03:22] - Nie. W pewnym momencie po prostu chciałem demonstracyjnie pokazać, czego nie wolno.
[03:03:33] - To ja zdradzę, bo Wiktor musiał jechać do Warszawy pociągiem, w którym obecnie nie ma czegoś takiego jak wagony dla palących. Męczył się przez cztery godziny i postanowił zaprotestować.
[03:03:47] - Nie, ja po prostu po trzech i pół godzinach trafiłem prosto do studia i spokojnie. Ogień zostawiłem, oczywiście tak jak sandały, za progiem tego wielkiego meczetu, ale papierosa miałem w kieszeni i wyciągnąłem go. Na co nasz przyjaciel Orbitowski zatrzepotał rzęsami i zamachał: „Proszę go schować. Proszę go schować, gdyż program nie będzie mógł być wyemitowany”. Ja go nie chciałem palić. Ja go chciałem tylko trzymać jako symbol w ręku. Nie wolno. Nie wolno, bo myślimy, że żyjemy w świecie wolno, a nieprawda. My żyjemy w świecie „nie wolno”. I to był taki drobny gest, ale niestety nie wolno mi było.
Trzeba było schować, bo program by nie został emitowany.
[03:04:38] - Okej, to ja myślę, że dla pobudzenia ciekawości, w ogóle dzisiaj cała audycja jest na pobudzenie ciekawości, bo mieliśmy pobudzenie odnośnie książki. Mieliśmy teraz też pobudzenie odnośnie przyszykowanego programu z Wiktorem w roli głównej, czyli nie tylko tak jak tutaj audio, ale będzie audio-wideo. To zawsze okazja zobaczyć, jak Wiktor wygląda i czy się zmienił przez lata. No cóż, zawsze nadchodzi taki moment, że audycję należy skończyć.
[03:05:15] - Chcę zwrócić uwagę.
[03:05:16] - Nie, zawsze jest taki moment, że ja kończę audycję, a Wiktor to przerywa. Proszę.
[03:05:22] - Mimo wszystko jednak lata zmieniły się bardziej ode mnie.
[03:05:27] - Aha, rozumiem. No cóż, jeszcze raz dziękujemy naszemu gościowi. Gościliśmy panią Martę Kładź-Kocot.
[03:05:38] - A ja się świetnie bawiłam, więc dziękuję.
[03:05:40] - Tym bardziej nam przyjemnie.
[03:05:43] - Przepraszam za swoją złą wymowę jeszcze raz.
[03:05:52] - No cóż.
[03:05:54] - Przepraszam bardzo serdecznie.
[03:05:57] - Okej. Natomiast ja jeszcze trzeci raz spróbuję, więc przypomnę. Książka, która ukaże się pod koniec listopada, nosi tytuł „Noc kota, dzień sowy”. Zapamiętałem. Myślę, że po dzisiejszej audycji nie będzie trzeba specjalnie zachęcać do sięgnięcia po tę książkę. Ja na pewno sięgnę. No cóż, mamy dzisiejszą audycję skończoną. Zapraszamy na przyszłotygodniowe ABW, czyli Bibliotekarium, ale w formie warsztatowej. Jeszcze jeden obowiązek, czyli musimy powiedzieć o książce, o której będziemy rozmawiać za tydzień. A ta książka to książka kontrowersyjna.
Powiedzieliśmy sobie z Wiktorem, że musimy trochę namieszać, więc książka kontrowersyjna. Książka Piotra Nowaka. Najpierw myślę, żeby powiedzieć o tym, że kto nie kojarzy nazwiska, to proszę przeszukać internet. Dlaczego to jest autor kontrowersyjny i dlaczego wokół niego się trochę zrobiło szumu? Polecam internet. Nie ma co w tej chwili o tym mówić. Natomiast książka nosi tytuł „Hodowanie troglodytów” i myślę, że kilka ciekawych myśli się w trakcie audycji pojawi. Mam nadzieję przynajmniej. Ta książka poza tym może niektórym wyjaśnić kilka spraw, które nurtują wielu ludzi w tej chwili. Dlaczego na przykład jest tak, że mamy tylu wykształconych ludzi z tytułami, a czasami ciężko się jest dogadać?
To może tyle. Nie ma co opowiadać o książce, o której będziemy opowiadać za dwa tygodnie. W związku z tym jeszcze raz podziękujemy naszemu gościowi.
[03:08:02] - Jeszcze raz dziękuję.
[03:08:03] - Podziękujemy naszym słuchaczom. Zapraszamy za tydzień na warsztaty, a za dwa tygodnie na kolejne Bibliotekarium 21. To żadna okrągła liczba. Poczekamy do 25. będziemy jakiegoś szampana otwierać albo te rzeczy. Zobaczymy.
[03:08:25] - Takie picie na antenie?
[03:08:29] - Jest tak: palić nie wolno, pić nie wolno. To co wolno?
[03:08:33] - Ja zdradzę słodko tajemnicę, że w trakcie naszej audycji Wiktor wypalił kilka papierosów. Broń Boże tutaj, gdzie siedzimy. Także picie na antenie jak najbardziej. W tych momentach cieszę się, że nie poszliśmy za wzorem innych rozgłośni i nie mamy tutaj kamerki, która nas podgląda. Więc będzie można spokojnie dać upust swoim nałogom? Nie, swojemu świętowaniu po prostu. To tyle.
[03:09:06] - Panowie i panie, nie wiem, czy słyszeliście, ale był kiedyś taki eksperyment. Jeden z prezenterów radiowych zrobił taki eksperyment i postanowił pić coraz więcej, z każdą godziną coraz więcej i czytać wiadomości, i prowadzić w tym czasie jeszcze audycję. Gdzieś jest zapis tego eksperymentu, dość ciekawego, dość śmiesznego momentami, ale jednak żałośnie brzmiącego. Jest gdzieś dostępny bodajże na YouTube.
[03:09:36] - Przyznam Marku, że mnie prowokujesz. Aż zatęskniłem za tego rodzaju eksperymentem. Z tym że ja mam jeden podstawowy problem. Z miejsca, gdzie się odbywa audycja do mojego domu jest mniej więcej osiem kilometrów. Ja sobie je pokonuję samochodem, a wracanie piechotą po 23.00 w Bydgoszczy, nie wiem, czy mam na to ochotę. Ktoś powie, że są taksówki. Są, ale kto lubi wozić do domu podpitego gościa, który jeszcze w dodatku jest tak gadatliwy, że najpierw zagada całą audycję, a później jeszcze będzie zagadywał taksówkarza. Także nie sądzę.
[03:10:17] - Science fiction to już jest w ogóle.
[03:10:19] - Tak, w dodatku katujący pewną określoną tematyką. Rozgadaliśmy się na koniec nieco abstrakcyjnie, a właściwie psychodelicznie prawie. Jeszcze raz dziękujemy. Dobranoc i zapraszamy na kolejne audycje.
[03:10:37] - Mówili te słowa do państwa gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dzięki jeszcze raz panowie.
[03:10:43] - Dobrej nocy.
[03:10:44] - Dobrej nocy.
[03:10:45] - I w imieniu słuchaczy podziękowanie również dla naszego dzisiejszego gościa, pani doktor Marty Kładź-Kocot. Dziękuję jeszcze raz i przepraszam za moją bardzo złą wymowę.
[03:10:56] - Nie szkodzi.
[03:10:58] - Mam nadzieję, że będzie mi odpuszczone. Audycję od strony technicznej obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie na warsztatach Bibliotekarium już za tydzień, a na żywo za dwa tygodnie.