[00:04] - Jest taka pora w cyklu każdego tygodnia, kiedy to wspólnie stawiamy żagle na naszym pirackim okręcie, wciągamy na most flagę z konopnym liściem i wyruszamy na żeglugę szerokim oceanem świadomości. Azymut? Pewna mistyczna wyspa, gdzie w głębi gęstego lasu pozorów przedzieramy się przez wyobrażenia o nas samych, aby dotrzeć do chatki, w której żyje prawda. Ta pora to czwartek, godzina 22:00. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich wokół ogniska jednocześnie na stronach radionafali.com, czasnu.com oraz paranormalium.pl, gdzie również znajduje się archiwum naszych przygód w programie Chata mistyka. Co? Jestem w drodze. Żeby to nawet uściślić, jestem na drodze. Witam wszystkich serdecznie. Namaste, namaskaram.
Czas mi rozpocząć kolejny epizod Chaty mistyka. Jest to już drugi raz, kiedy zaczynam to nagranie, drodzy słuchacze, dlatego, że wpadłem na szalony pomysł, że wyciągnę iPada, czyli moje studio nagraniowe, którym jest iPad i słuchawki do telefonu. Właśnie w ten sposób realizuję przez ostatnie parę miesięcy program Chata mistyka, dlatego, że jestem w podróży. Mam nadzieję, że daje się tego w jakiś sposób słuchać, że jakość jest odpowiednia dla szanownego słuchacza ucha. Moi drodzy, powracając do wątku, jestem w drodze w sensie dosłownym. Idę sobie z plecakiem i z jogamatą na plecach. Idę sobie taką wąską górską drogą. Postanowiłem spróbować po raz kolejny dokonać tego nagrania dlatego, że wpadłem na szalony pomysł, żeby nagrywać Chatę mistyka, podczas kiedy idę sobie tym moim spacerem górskim. Chciałem tutaj parę słów dla was, drodzy słuchacze, nagrać, dlatego, że jestem w bardzo przepięknych okolicznościach natury i troszeczkę o tym chciałem opowiedzieć, a troszeczkę też o innych sprawach, jak to zwykle w Chacie mistyka bywa. W zależności od tego, co tam się pichci radośnie na palenisku w kociołku, taki jest temat każdego z epizodów Chaty mistyka.
Czasami troszeczkę odbiegamy od trzonu wypowiedzi po to, żeby zagubić się w pętli szalonych wyjaśnień i szalonych myśli. Ale często udaje nam się wrócić do trzonu opowieści. Czasami udaje mi się nawet nadać jakiś taki zgrabny tytuł audycjom naszym, dlatego, że okazuje się, że całą audycję udaje mi się poświęcić jakiemuś konkretnemu tematowi. Ale dzisiaj troszeczkę inaczej. Dzisiaj bardzo improwizowana audycja. Jestem w drodze, idę sobie z plecakiem. Tu żeby nie strzępić języka, to właśnie zakładam z powrotem mój plecak, z którym to podróżuję przez ostatnie parę tygodni. Co się wydarzyło? Dlaczego droga górska? Dlatego, że jestem, moi drodzy, w Himalajach.
Tak jest, Himalaje. To jest to miejsce, które określane jest koroną świata. To jest to miejsce, które określane jest dachem świata. To jest miejsce na pewno bardzo energetyczne. Przez ostatnie wiele miesięcy byłem również w Indiach, ale w południowej części Indii, w bardzo tropikalnej, gorącej części Indii. Obszar zwany Tamilnadu. Wdrażałem się w tajniki starodawne, aczkolwiek przyprowadzone jest powrotnie do dzisiejszych zasad funkcjonowania sztuka zwana jogą. Tam właśnie wdrażałem się w odpowiednio stworzonych dla joginów warunkach w bardzo tradycyjną, klasyczną sztukę zwaną hathą jogą. Hatha joga to są słowa, które pochodzą z języka sanskryt. Tutaj przepraszam za trzaski, ale dopinam klamry od plecaka w tym samym czasie, kiedy do was mówię.
Hatha joga. Co to dokładnie oznacza? Ha oznacza słońce, tha oznacza księżyc. Joga jest to forma unii, forma zespolenia pewnych elementów, o których to rozmawialiśmy wcześniej. Aczkolwiek samo słowo hatha oznacza właśnie tę symbiozę księżyca i słońca, słońca i księżyca. To jest ta umiejętność pozyskania predyspozycji do bycia podatnym na kosmiczne energie. To właśnie po to praktykujemy hathę jogę, aby w pewien sposób zliniować się z resztą wszechświata. Nie tyle z resztą planety, której jesteśmy częścią, ale również z całą pozostałą częścią galaktyki i z resztą wszechświata. To miejsce, w którym byłem przez wiele miesięcy, tutaj nawet nie będę już wspominał konkretnie ile, dosyć długi to był czas. To znaczy znowuż czy długi, czy krótki?
Można by się nad tym zastanowić. Na pewno niewystarczający, aczkolwiek na tyle długi, aby wyruszyć w kolejną podróż, przynajmniej dla mnie. Wybór padł na góry. Po prostu zew gór odezwał się we mnie ponownie. I otóż jestem tutaj właśnie w Himalajach. Może nie jest to serce Himalajów, dlatego że to są niższe partie Himalajów w północnej części Indii. Po te wyższe trzeba się udać do Nepalu lub do Tybetu, obecnie Chin. Ale powiem wam, moi drodzy, że te górki tutaj są niczego sobie. Odbyłem taką wyprawę parę dni temu. Skończyła się dosłownie parę dni temu.
Taka prawdziwa wyprawa w góry, gdzie spaliśmy w namiotach alpejskich. Mówię spaliśmy dlatego, że była to wyprawa zorganizowana. Grupa, w której uczestniczyli nie tylko uczestnicy wyprawy, ale również tragarze, kuchcik, czyli człowiek, który gotuje strawę, no i dwóch przewodników. A oprócz tego muszę wspomnieć oczywiście osły. To znaczy nie osły, tylko muły. Chyba to się tak nazywa. Czyli taka hybryda pomiędzy osłem a koniem. Takie zwierzę, które jest bardzo wytrzymałe w warunkach górskich i świetnie sobie po prostu radzą takie zwierzaki w górach. Byłem naprawdę pod wrażeniem. No i słuchajcie, wyprawa, która zabrała mnie w głąb tego pasma górskiego.
Tutaj przebiegła koło mnie dosyć spora jaszczurka. Dziś jest bardzo słoneczny dzień. Taką małą dygresję zrobię. Tak jak wspomniałem, drugi raz podchodzę do tego nagrania dlatego, że za pierwszym razem, kiedy do was mówiłem, drodzy słuchacze, mój sprzęt nagraniowy, moje studio nagraniowe pod tytułem Apple odmówiło posłuszeństwa z powodu za wysokiej temperatury. Także słońce chyba rzeczywiście dzisiaj praży. Wysoko w górach jest bardzo łatwo doznać poparzenia słonecznego. Wiem coś o tym dlatego, że spaliłem sobie nos podczas mojej wyprawy, a wydawało się, że wcale tak nie jest gorąco. No ale cóż, wyprawa taka prawie mini ekspedycja powiedziałbym dlatego, że i tragarze, i przewodnicy, i kucharze, no i właśnie te muły, które niosły cały ekwipunek dla nas, wliczając w to namioty, śpiwory, jedzenie, namioty gospodarcze też, a reszta sprzętu każdy we własnym zakresie na plecach. Więc takie wyjścia w góry wysokie bardzo polecam zawsze zastanowić się trzykrotnie, co będziemy tak naprawdę potrzebowali w tych górach. No i trzeba zabrać jak najbardziej minimum.
Aczkolwiek to minimum musi być wystarczające na wszelkie niespodzianki, bo w górach łatwo jest o takowe. Szczególnie, jeśli chodzi o pogodę. Dlatego, że pogoda w górach zmienia się bardzo szybko. Tutaj, w tych partiach Himalajów pogoda jest w stanie się zmienić trzy razy w przeciągu godziny. Może świecić słońce, za chwilę może padać deszcz, a później będzie wichura. Tutaj podziwiam wodospady przepiękne. Ta droga, którą idę, rozciąga się wzdłuż takiej doliny, wzdłuż takiego wąwozu i po każdej stronie tego wąwozu widać wodospady. A ponieważ dosyć sporo pada przez ostatnie parę dni, te wodospady są pełne wody i naprawdę wyglądają imponująco. Jeden z nich tutaj po mojej prawej stronie odwiedziłem na dzień przed tą naszą ekspedycją, przed tą naszą wyprawą, dlatego, że to był taki krótki spacer, taki parugodzinny. Powiedziałbym cztery, cztery i pół godziny.
Więc ten wodospad, na który teraz patrzę, ma około 300 metrów wysokości. Także jeden chyba z najwyższych wodospadów, jakie widziałem w ogóle w mojej karierze podróżniczej. Tutaj natomiast po lewej stronie przechodzę koło takiego malutkiego, no takiego z 50 metrów wodospadu. On właśnie tutaj szumi radośnie w tle. A ten 300-metrowy wodospad prezentuje się w oddali naprawdę wyśmienicie. Pośród takich zielonych, bardzo stromych ścian skalnych. Dlatego, że to są skały bardzo strome, ale porośnięte mnóstwem takiej bardzo soczystej trawy. No i oprócz tego wokół porastają troszeczkę niżej lasy. W tych lasach znajdują się bardzo, bardzo stare drzewa. Szedłem sobie takim lasem parę dni temu.
Miałem takie wrażenie, że gdyby otworzyć oczy, nie wiedząc, że jestem w Indiach, to mógłby być jakikolwiek las w Karkonoszach. Aczkolwiek ten właśnie las, o którym mówię, wydaje się być bardzo, bardzo stary. Te drzewa, sosny porastające zbocze mają potężne, grube pnie i naprawdę wspinają się do nieba wysoko, wysoko. Takie lasy w Polsce rzadko można napotkać. Są dużo młodsze lasy. Nie chcę rzucać datami, ale ten las jest naprawdę stary. Podejrzewam, że on może mieć ze 300, 400 lat. Te drzewa są naprawdę potężne. Także idę sobie tą drogą przepiękną. Szczyty gór wokół tego wąwozu, którym idę, są właściwie już pokryte chmurami.
Nade mną rozpościera się niebieskie niebo, natomiast dookoła te szczyty postrzępione dotykają już chmur. Albo jest to jakaś formacja pogodowa, która często przynosi deszcz. Mijam tutaj różnego rodzaju stworzenia, jaszczurki. Ale muszę czym prędzej wspomnieć o tym, że, moi drodzy, na tym moim szlaku górskim nie mogę się powstrzymać od zanotowania faktu, że wszędzie pachnie cannabis. Ale nie jest to moje widzimisię. Nie są to halucynacje. Po prostu tutaj, w tej części świata, na tej wysokości górskiej wszędzie swobodnie dookoła rośnie marihuana. To jest taki obszar w Indiach, który słynie z pozyskiwania haszyszu z tych roślin. Rośliny rosną swobodnie sobie naprawdę wszędzie: i przy drodze, i na polankach. Dosłownie są to rośliny, które tutaj na pewno przeważają w krajobrazie.
Dla lokalnych ludzi to nie jest nic wielkiego. Oni są bardzo do tego przyzwyczajeni. To jest normalna rzecz. Ja podobną sytuację kiedyś widziałem, będąc na Kujawach w Polsce. Tam jest też bardzo dużo konopi, aczkolwiek tamte rośliny są troszeczkę inne. One nie mają żadnego potencjału psychoaktywnego. Te rośliny na Kujawach miały, pamiętam, po trzy, cztery metry czasami. To były już takie prawdziwe drzewa, ale takie właściwie patyki. Tutaj ta roślinność kanabistyczna w Himalajach, przynajmniej w tej części Himalajów, gdzie jestem, to nie jest indyka. To nie są takie rośliny, jakie my znamy w Europie, z dużymi, potężnymi kwiatostanami i takie bushy, czyli takie jak gdyby nie rosnące wysoko, tylko rosnące na boki.
Tutaj nie. Te rośliny bardziej mi przypominają ten klimat kujawski, aczkolwiek nie są aż tak wysokie. Chwileczkę, bo traktor jedzie. Dobra, traktor przejechał. Te najwyższe rośliny, jakie widzę, to są takie po trzy metry może. I'm all right, thank you, my brother. Przepraszam. Właśnie okoliczny sprzedawczyk herbaty zaproponował mi filiżaneczkę herbaty przy takim zjeździe przy drodze. Aczkolwiek ja już miałem herbatę dzisiaj, więc kontynuuję tę podróż i kontynuuję tę opowieść, idąc pod górę z plecakiem. A opowieść jest w tym momencie o cannabis, który porasta wszędzie, dosłownie, okolice na tej wysokości, przynajmniej w górach.
Tutaj ta miejscówa, w której jestem, dokładnie w tej chwili nie wiem, ale z tego, co pamiętam, 3200 metrów albo 3300 metrów. Teraz idę pod górkę, więc może trochę tych metrów zarobię. Zapach cannabis wszędzie w powietrzu. Ale te rośliny, o których wspomniałem, to jest tak zwana sativa. Takich roślin już jest bardzo mało na świecie, dlatego że one w większości zamieniły się hybrydowo w indykę, czyli w ten mocniejszy gatunek. Sativa nie zawiera aż tak wysokiej ilości THC, dlatego że to są takie rośliny wolno sobie rosnące w tym właśnie słońcu górskim. Ale to słońce nie jest codzienne. Ono nie jest gwarantowane na co dzień, więc okres wegetacji tych roślin tutaj jest dużo dłuższy niż ten, który znamy z upraw pod namiotami albo na przykład z innych stref klimatycznych, więc tutaj te rośliny dojrzewają dosyć długo. One mają dosyć małą zawartość THC. Dlatego właśnie powstała tutaj długotrwała tradycja.
Te rośliny po prostu są zbijane do tego, żeby pozyskać z nich żywicę. Ta żywica jest kompresowana i przerabiana na haszysz. I to właśnie ten haszysz jest jednym z najbardziej wybornych gatunków na świecie. Tutaj to miasteczko, w którym jestem, nazywa się Manali. Jest to miasteczko w obszarze Himachal Pradesh. To jest taki obszar Indii. Ten obszar jest bardzo słynny właśnie z tego powodu, że produkuje bardzo aromatyczny, bardzo miękki, bardzo ceniony przez koneserów haszysz. Tutaj przycupnąłem sobie na chwilę, żeby porozmawiać z wami, aczkolwiek znowu zabieram moją jogę matę. Tutaj taksówkarze radośnie na mnie trąbią, przejeżdżając tą górską leśną drogą. Chcą zabrać mnie na pokład swoich rydwanów.
Ale ja się nie daję, słuchajcie. Idę w tym słońcu popołudniowym, palącym, żarzącym, no i opowiadam wam, co się ostatnio dzieje. Po lewej stronie mam taki zagajnik. To się nazywa... Drzewa z jabłkami. Jabłonie. Jak nazywa się lasek, w którym rosną drzewa z jabłkami? Czy on nazywa się jabłecznik? Szczerze mówiąc, to nie wiem, jak nazywa się lasek, w którym rosną same drzewa z jabłkami, dlatego że zapomniałem. Jestem po prostu.
Jeżeli chodzi o naszą mowę ojczystą polszczyznę, to czasami już po prostu mam, przyznaję się, problemy z wysławianiem się, dlatego że jestem na drodze już od wielu, wielu lat. No ale cóż, tutaj zatrzymałem się koło kolejnego krzaka sativy. Ten posiada takie małe kwiaty, takie malutkie kwiatostany, aczkolwiek większość z nich to są już takie przyrośnięte rośliny z nasionkami. One praktycznie nie nadają się do wytwarzania czegokolwiek z nich, oprócz może sznurówek. Ale tu zatrzymałem się koło takiej rośliny przepięknej. Mojej wysokości. Podejrzewam, że ma tak lekko poniżej dwóch metrów i przepiękne kwiaty pachnące. Myślę, że to właśnie z takiego typu roślin pozyskiwany jest ten olej haszyszowy, o którym tutaj wspomniałem. Ten lokalny krem, jak oni na to mówią cream, dlatego że on jest aż tak miękki, że po prostu rozpuszcza się w palcach. Jak jest produkowany ten olej?
Sprawa bardzo organiczna. Sprawa bardzo naturalna. Tutaj kontynuuję podróż. Taka babulinka z wioski górskiej wychodzi po prostu sobie w pole o określonej godzinie, o określonej porze dnia dla siebie. No i ona idzie sobie na takie poletko, gdzie rośnie cannabis i po prostu zaczyna te wyselekcjonowane przez siebie liście, kwiatostany zaczyna miętosić po prostu. Miętosi sobie, miętosi w dłoniach, dodając co chwilę nowe porcyjki tych świeżych liści. No i miętosi sobie te liście cały dzień, aż do takiego momentu, kiedy po prostu jej dłonie, wewnętrzna część dłoni jest kompletnie pokryta takim czarnym olejem. No i ten olej już po paru godzinach zaczyna być po prostu bardzo wartościowy. To, co zostaje wytłaczane ręcznie z tych liści. No i nazbiera się taka warstewka paromilimetrowa, a to dosłownie dłonie takiej pani babulinki są kompletnie czarne po takim procesie.
Bierze się nóż i tym owym nożem zeskrobuje się właśnie z dłoni ten olej haszyszowy. Zeskrobuje się go do takiej formy, żeby ulepić z niego po prostu taką kulkę. No i w zależności od tego, jak bardzo smakowite były, że tak powiem, rośliny, które zostały użyte do procesu i jak sprawny jest człowiek, który procesuje owy produkt, takiej jakości pozyskujemy haszysz o lokalnym aromacie. Dołączył się do mnie pies w mojej wędrówce. Często tutaj bywa tak, że po prostu jak się idzie przez dłuższy czas drogą, to dołączają się do ciebie psy lokalne, które z tobą czasami kontynuują podróż nawet do końca dnia. Wystarczy po prostu okazać im troszeczkę miłości i te psy stają się najlepszymi przyjaciółmi na dzień, a czasami na parę dni. Także tyle chyba o lokalnych tutaj ciekawostkach psychoaktywnych. Aczkolwiek nie, to nie do końca tak, dlatego że ciekawostek psychoaktywnych w Himalajach jest wiele. Ja będąc tutaj na tej wyprawie parodniowej z mułami, z przewodnikami widziałem parę bardzo ciekawych gatunków grzybów. Mówię tutaj o grzybkach, które mają magiczne właściwości.
Ponieważ nie znam się dokładnie na lokalnych gatunkach i nie miałem nikogo, kto mógłby wskazać mi właściwy wybór. Rozpoznałem tylko jeden gatunek grzybków, które znajome mi są z innych części świata. Takie bardzo klasyczne to były grzyby rosnące bezpośrednio na krowiej kupie. Dlatego, że to jest zwykle najwłaściwszy sygnał do rozpoznania, że owe magiczne grzybki rosną właśnie bezpośrednio na krowiej kupie. Krowa kupa jest bardzo czysta, naturalna. Krówka nie je mięska, je tylko trawę. Poza tym ma parę żołądków. Ma parę takich komnat w żołądku, które sprawiają, że to wszystko jest przepięknie przetrawione. Nie jest w żaden sposób dla człowieka niebezpieczna taka kupa krowia. Zresztą tutaj w Indiach wykorzystuje się ją.
Taka ciekawostka, dygresja. Tę kupę krowią bardzo często się wykorzystuje jako dezynfektant, czyli środek dezynfekujący w pomieszaniu z kurkumą, czyli z takim turmeric powder. Czyli to jest taka żółta przyprawa. Tutaj w Indiach bardzo obecna, wszechobecna w różnych częściach kraju, ale przyprawa, która jest równocześnie lekarstwem. Wiele ma walorów turmeric powder, czyli tak zwana kurkuma po polsku. Nie tylko walory smakowe, ale zdrowotne. Jest wspaniałym środkiem przeciwbólowym na przykład. Polecam, jak ktoś cierpi na migreny, zapoznać się z tematem kurkumy. Bardzo naturalny sposób na pozbycie się bólu głowy. Środek dezynfekujący dla żołądka również.
Oprócz tego tutaj przepraszam, podnoszę sobie z ulicy jabłko, które opadło na drogę. Kurkuma mieszana z tą właśnie kupą krowią z dodatkiem troszeczkę wody staje się taką substancją, takim bardzo rzadkim błotkiem, które ma wartości antyseptyczne, czyli antybakteryjne. I tutaj w Indiach, w gorących klimatach, w gorącej części Indii widziałem wielokrotnie, kiedy kobiety malują tym błotkiem, jak gdyby po prostu rozciągają to błotko. Tą miksturę przed wejściami do domów. Tutaj tradycyjnie do domu wchodzi się bez obuwia. Zostawia się obuwie przed wejściem, więc przechodząc parę metrów przez taki kwadrat wymalowany, to ma dosyć fajny kolor nawet. Przez taki obszar wymalowany tą krowią kupką z kurkumą. Po prostu odkażamy sobie stopy najzwyczajniej w świecie. Proste, nie? Niektórzy to robią również w domu, we wnętrzu.
Jak mają klepiska na przykład. Jak nie mają kafelków, tylko mają klepiska takie ziemiane. Też widziałem takie techniki. No i cóż, mówiłem o grzybkach. Grzybki porastają taką ową kupkę krowią, która jest bardzo czysta. Biologicznie jest czysta. Także jeden z gatunków rozpoznałem tutaj taki bardzo klasyczny. To było na wysokości gdzieś prawie czterech tysięcy metrów. Także nie było już tam drzew na tej wysokości. To już jest ponad linią porastania drzewami w górach.
No i tam dokonałem znaleziska swojego właśnie. Aczkolwiek nie przetestowałem. Przyznaję się tu od razu. Nie było ku temu warunków. Klimat był bardziej podczas wyprawy przetrwaniowy, powiedziałbym dlatego, że po prostu co się okazało? Że pogoda w górach może się zmienić bardzo drastycznie i bardzo dynamiczną jest owa pogoda. Ja planując jedynie siedmiodniowy trekking, czyli tą wyprawę w góry, nie miałem najlepszego sprzętu, jakim bym sobie życzył. Pomimo tego, że jest lato tutaj w Himalajach, to jest to jedyny właściwie moment, kiedy te góry są dostępne. Te szlaki, na których byłem, są dostępne dlatego, że zimą one są kompletnie te wszystkie szlaki zaśnieżone i tam po prostu zamyka się drogę dojazdową i na sześć miesięcy ludzie, którzy po drugiej stronie tej barykady na drodze funkcjonują, oni nie mają dostępu do reszty cywilizacji. No i pogoda jak zwykle, jak to pogoda spłatała nam troszeczkę figla.
Pomimo tego, że lato i najbardziej dostępny sezon właściwie na te podróże w głąb gór, to okazało się, że pogoda była dla nas troszeczkę sroga, dlatego, że padał deszcz codziennie. Czasem padał deszcz całą noc. Była parugodzinna przerwa rano, jak później znowu padał deszcz. No ale to bywa. Tak to w górach jest. Więc przyodziałem wszelaki sprzęt na siebie. No ale tego sprzętu troszeczkę było za mało. Po dwóch dniach takiego marszu byłem po prostu przemoczony do suchej nitki. No i ten ubiór już nie wysechł do końca przez resztę naszej wyprawy. No bo to niestety tak jest.
W takich warunkach nie za bardzo jest gdzie powiesić mokre ubrania, ponieważ dzień w dzień padało, no to nie mieliśmy wyjścia, jak tylko iść po prostu. Namioty też troszeczkę nam nie funkcjonowały tak, jak powinny. Troszeczkę stały się mokre i nieprzyjemne po paru dniach. Ale to nieważne. Ważne jest to, że odbyłem podróż w niesamowite miejsca. Wyprawa była dosyć trudna, powiedziałbym technicznie. Jedzenie było nieprawdopodobne. Byłem naprawdę zaskoczony, jak na takiej wysokości w górach można gotować tak smakowite jedzenie. Także była to miła niespodzianka. Odbyłem podróż Doliną Kwiatów, gdzie po prostu czułem się, jakbym był w Dolinie Muminków dosłownie i niczym owy Paszczak z lupką spoglądałem sobie na różnego rodzaju gatunki kolorowego kwiecia.
W tym wszystkim hasały sobie dzikie konie. Dlatego, że tutaj po prostu w tych dolinach jest mnóstwo dzikich koni. Niektóre z nich należą do jakichś chłopów podejrzewam. Na niektórych można zauważyć powrozy, a niektóre naprawdę wyglądały bardzo dziko, bardzo majestatycznie. Piękne, wolne zwierzęta. No i co oprócz tego? Mnóstwo orłów. Kiedy wspięliśmy się już na najwyższy punkt naszej wędrówki, gdzie to było takie przejście przez ścianę górską. To przejście było na wysokości czterech i pół tysiąca metrów. Także tam już powoli brakowało mi czasami oddechu.
Muszę się przyznać. Ogólnie fizycznie czułem się bardzo dobrze, tylko po prostu miałem taką krótkość oddechu, czasami idąc już pod górkę z plecakiem. No ale to nie było jakiegoś dramatu. Można się było tego spodziewać, jak gdyby. Nie mieliśmy też odpowiedniego zaaklimatyzowania się przed wyprawą, bo zwykle przy takich wysokościach już warto spędzić parę dni w pobliżu i się przyzwyczaić po prostu do ciśnienia powietrza, do nasycenia powietrza tlenem, do wysokości i tak dalej. Spoglądam na takie urwisko skalne nade mną po prawej stronie i widzę wysoko, wysoko nade mną znajduje się gniazdo. Właśnie próbuję tutaj się zorientować, czy to jest gniazdo Czy to są osy, czy to są pszczoły? Z dala wygląda mi to na pszczoły. Jeżeli są to pszczoły, to naprawdę bardzo ciekawy ul. Taki okrągły, wielkości może piłki siatkowej, przyczepiony od spodu do takiego urwiska skalnego.
Bardzo ciekawie to wygląda. Tam sobie te pszczółki chodzą po tym ulu. Ale tu przypomniała mi się historia pewnych poławiaczy czy też poszukiwaczy miodu z Nepalu. Historia znana mi poniekąd z YouTube'a już od paru lat. Mówię tutaj o pewnej wiosce w górach w Himalajach, gdzie lokalni chłopi pozyskują miód, który w naturalny sposób jest kolekcjonowany przez pszczoły na takich wysokich urwiskach skalnych. I ten miód niczego sobie ma bardzo silne właściwości psychoaktywne. Dlatego, że okazuje się, że w tym obszarze, to jest w Nepalu, znajdują się rośliny, tego typu kwiaty, pyłki, które to po skumulowaniu w takim zestawieniu z tym produktem pszczelim, jakim jest miód, stają się bardzo aktywne w sposób psychodeliczny. Niedawno, dosłownie parę tygodni temu, słyszałem tę opowieść już z ust Nepalczyków, dlatego że spotkałem na południu Indii paru bardzo sympatycznych Nepalczyków, młodych ludzi, którzy to właśnie opowiedzieli mi historię owej wioski. Wioska jest słynna chyba na cały świat, dlatego że to jest chyba jedyne takie miejsce, gdzie tego typu psychoaktywny produkt naturalny można nabyć. Także taka opowieść mi się tutaj przypomniała.
Bardzo ciekawa sprawa. Bardzo jestem ciekaw, jak funkcjonuje rozwój duchowy właśnie w obszarze tej wioski. Dlatego, że w naszej kulturze ludzkiej, w historii wydaje się być takim bardzo powszechnym fakt, że bardzo dynamiczny rozwój sztuki, kultury i wierzeniowości, że tak powiem, religijności, następuje, kiedy w danym obszarze znajdują się jakieś charakterystyczne środki halucynogenne. Czasami są to grzybki, czasami jest to cannabis, czasami są to inne różnego rodzaju gatunki roślin, które to w połączeniu z innymi roślinami posiadają składniki, które się aktywują. Nie można rozgraniczać tych stanów psychodelicznych z rozwojem kultury czy też sztuki, bo historia naszej ludzkości właśnie wskazuje na to, że te wszystkie obszary, w których to ludzie nauczyli się odnajdować klucze, które pozostawiła nam mama natura i nauczyli się używać te klucze po to, żeby otworzyć zamki, które to istnieją w pewnych drzwiach. W drzwiach do percepcji, do innego poglądu na rzeczywistość, do innego oglądu rzeczywistości. Dlatego zastanawia mnie właśnie, co dzieje się w owej szamańskiej wiosce, gdzie produkowany jest owy psychoaktywny miód. Miejsce, do którego idę, to jest dom, który jest po prostu w lesie. Dlaczego idę do tego domu? Dlatego, że przez ostatnie parę dni po skończeniu owej wyprawy, mojej ekspedycji górskiej, znalazłem się w takim miejscu, właśnie w tym miasteczku zwanym Manali, które to podzielone jest na część starszą i na część młodszą.
Część młodsza jest jak gdyby u dołu drogi. Część starsza, wydawałoby się z pozoru bardziej tradycyjna, jest u góry, aczkolwiek właśnie okazuje się, że część starsza nie do końca jest bardziej tradycyjna. Część starszą Manali przejęły kompletnie guest house'y, czyli hoteliki, w których można zatrzymać się na noc lub na parę nocy. Więc postanowiłem parę dni temu tutaj sobie zacząć eksplorować okolice tej wioski. I podczas jednej z moich podróży na tablicy znalazłem znaną mi nazwę. Po prostu taka tablica przy drodze pojawiła się. Na owej tablicy napisane było, że „witamy państwa w centrum medytacji". Centrum medytacyjne można by tak przetłumaczyć. I pojawił się też znak Osho. Osho jest to, chyba można powiedzieć najprościej, guru, który funkcjonował w latach 80.
głównie. On już opuścił swoje ciało w roku chyba 1990 z tego, co pamiętam. Zdobył sobie dosyć dużą popularność i w Indiach, i na całym świecie. Był takim naprawdę wyjątkowym przewodnikiem duchowym. Takim, który nie bał się ani krytyki innych, tak zwanych podkapcaczy, fałszerzy i który po prostu bardzo często i sprawnie formułował swoje myśli, które dotykały sedna zagadnienia. To wszystko oczywiście w obrębie klimatów świadomościowych, w obrębie klimatów duchowych, w obrębie klimatów medytacyjnych. Osho wydał wiele książek i jest dostępnych mnóstwo wykładów Osho na temat duchowości i na temat różnych innych systemów duchowych, które nie tylko on proponował, ale on po prostu robił taki- Takie troszeczkę streszczenie z różnych innych mistrzów duchowych. Napotkałem taką tablicę na mojej drodze, idąc sobie na spacer, więc długo nie myśląc podążyłem w kierunku, w którym wskazywała strzałka na owej tablicy. Po paru sekundach dosłownie znalazłem się na takiej bardzo stromej dróżce górskiej, leśnej, która zaprowadziła mnie do fajnego, dużego, białego domu, gdzie bardzo miły pan otworzył mi drzwi i zaprosił mnie do środka. Usiedliśmy na podłodze, mieliśmy pogawędkę.
Opowiedziałem mu troszeczkę, skąd jestem. Opowiedziałem mu o mojej niedawnej historii zagłębiania się w sztukę jogi i sztuki medytacyjne. Od słowa do słowa pan zaprosił mnie do siebie do tego domu, abym mógł tam swoje praktyki prowadzić. Dom jest bardzo fajny, czysty, przestronny. Przede wszystkim cisza jest. Naprawdę jest fajna cisza, dlatego, że jest troszeczkę oddalony od drogi. Jest tak z 45 minut, już idę spacerkiem od tego miejsca, w którym byłem, od tej wioski hipisialskiej, która na okrągło produkuje jakiegoś rodzaju dramaty. Na razie póki co dramatów mam dosyć. Tam posiedziałem sobie parę dni, skosztowałem lokalnego jedzenia, bardzo smakowitego. A teraz tymczasem w mojej tradycji borem, lasem.
Ja bardzo dobrze czuję się w naturze, poza zgiełkiem. Tymczasem schodzę tutaj nadal i szukam wejścia na ten trakt leśny, który chyba przeoczyłem. Tutaj znajoma pani sprzedaje jabłka pod namiotem, straganem przy drodze. Nie pamiętam, czy tą panią widziałem w drodze do tej chatki, czy w drodze z chatki. A mogły być to dwie różne drogi. Powracając do mojej wyprawy górskiej. Warunki były dosyć szczególne. Tak jak wspomniałem, padał deszcz. Także codziennie była tylko kwestia tego, kiedy zacznie padać deszcz. Stopień trudności wyprawy przez pierwsze dwa dni nie był dosyć spory, aczkolwiek trzeci, czwarty dzień muszę przyznać, że już dosyć wymagający był szlak.
Oprócz tego, tak jak mówię, padał deszcz, więc parę osób w grupie już troszeczkę spuchło. Nic poważnego czy przykrego nam się nie przydarzyło. Wręcz odwrotnie. Troszeczkę zmarzliśmy. Wiadomo, byliśmy przemoczeni, ale dosłownie po pół godzinie w suchych namiotach się zapomina o takich rzeczach. Schodzę tutaj, szukam tej tablicy, ale nie widzę jej tak naprawdę. Nie wiem, czy nie poszedłem za daleko. Nic. Czasami trzeba pobłądzić, żeby wkroczyć na odpowiednią drogę. Wspomniałem o krótkim oddechu.
Czasami było ciężko. Już naprawdę idąc pod górkę. Nie byłem jeszcze w życiu na takiej wysokości. Po paru dniach mieliśmy taką wyprawę samochodową. Wybraliśmy się w głąb tego pasma Himalajów. Już tak naprawdę troszeczkę się zagłębiliśmy samochodami tym razem. To już było jakieś 260 kilometrów w głąb pasma, takimi bardzo stromymi, bardzo naturalnymi drogami górskimi. Dlatego, że tam już nie było dróg asfaltowych, tylko takie wertepy, gdzie te lokalne taksówki dla turystów czasami już nie dawały rady. Mnie się wydawało, że te wszystkie pojazdy działają na zasadzie napędu 4 x 4. Ale po pierwszym razie, jak utknęliśmy w strumieniu, a strumień był parometrowy, który przepływał przez naszą drogę, po której jechaliśmy.
Za pierwszym razem, jak utkwił taki samochód wypełniony ósemką ludzi ściśniętych razem i kierowcą, to okazało się, że te samochody nie posiadają napędu 4 x 4, ale tylko na tylną oś. Od tego momentu już miałem pełny szacunek dla kierowcy naszego, który sobie radośnie pociskał tymi wertepami, nie przejmując się tym, że jego pasażerzy są poobijani i radośnie ściśnięci jeden obok drugiego. Dawaliśmy sobie radę. Czasami zdarzyło się tak, że trzeba było wysiąść z pojazdu i wyciągnąć samochód z potoku górskiego dlatego, że zakopał się już po ośkę na przykład. Na szczęście było nas tylu w dwóch samochodach, że fizycznie musieliśmy wyciągnąć ten samochód ręcznie z dziury i przestawić go w inne miejsce. Wszystko jest do ogarnięcia. Jak się okazuje, wszystko jest możliwe. Wyprawa udała się wybitnie. Byłem nad takim majestatycznym jeziorem, które się nazywa Chandratal. Jezioro położone bardzo wysoko w górach, na takiej praktycznie już pustyni górskiej.
Dlatego, że Spiti Vali to miejsce, do którego pojechaliśmy, czyli dolina Spiti jest przepiękna i widowiskowa naprawdę. Aczkolwiek jest to pustynia dlatego, że na takiej wysokości nie ma już drzew, nawet nie ma żadnych krzaków, tylko ewentualnie zdarza się troszeczkę trawy i jakichś lokalnych ziół. Porastać. A tak to po prostu jest susza i nie ma roślin. Ale widoki majestatyczne. Tam w oddali widać było już te takie naprawdę wysokie Himalaje. Szczyty pokryte często śniegiem. Pomimo tego, że jest lato, to tam na tych wysokościach śnieg nigdy nie topnieje. I to jezioro bardzo fajny kolor miało, bo rano jak się przyjdzie do tego jeziora nad ranem, to ono ma taki po prostu niebieski, lazurowy kolor. Później wieczorem ten efekt jak gdyby zanika.
Ale rano, jeszcze zanim zacznie się marszczyć powierzchnia wody w tym jeziorze, to po prostu jezioro ma bardzo fajny, taki lustrzany, niebieski, błękitny kolor. Tam porobiliśmy sobie troszeczkę zdjęć. Oprócz tego tutaj chciałem wspomnieć też, że byłem bardzo blisko Tybetu. Właściwie to jeszcze są oficjalnie Indie, aczkolwiek te wszystkie miejsca, o których tutaj wspominam, te już takie niedostępne, wysokie partie gór, w które musieliśmy jechać. Prawie cały dzień właściwie jechaliśmy tam, żeby dotrzeć po tej naszej wyprawie górskiej z namiotami. Jechaliśmy cały dzień samochodami, żeby tam właśnie się jeszcze bardziej zagłębić w te Himalaje. I to już jest bardzo blisko do granicy z obecnymi Chinami, czyli nieoficjalnie Tybet. Więc po tej stronie granicy, w części indyjskiej żyje bardzo dużo Tybetańczyków. Bardzo miło było mi odwiedzić ich wioski, zobaczyć jak żyją, w tradycyjny sposób uprawiają rośliny. Mają też zwierzęta.
Hodowlę zwierząt. Oprócz tego pierwszy raz w życiu udało mi się odwiedzić takie prawdziwe buddyjskie klasztory. Tutaj z uwagi na bardzo znamienną formę duchowości bardzo mi się podobały te nasze eskapady do tych właśnie buddyjskich klasztorów. Większość z nich bardzo stara. Byłem w takim klasztorze, który jest oficjalnie najstarszym funkcjonującym klasztorem na tej planecie. On został założony w roku 996. Ten właśnie najstarszy funkcjonujący klasztor jest właściwie tak stary, jak nasze ustanowione państwo polskie. Więc bardzo długa tradycja, bardzo starodawna. To jest najstarszy funkcjonujący bez przerwy klasztor, więc na pewno były starsze. Na pewno były takie, które nie przetrwały do tej pory.
Chińczycy zresztą po wtargnięciu do Tybetu bardzo mocno postarali się o to, żeby jak najwięcej wyszarpać z tej kultury tybetańskiej i jak najbardziej ją zniszczyć. Ale niektóre takie miejsca przetrwały. Udało mi się właśnie parę takich klasztorów odwiedzić. Nieprawdopodobna energia dla mnie po prostu po wejściu w takie miejsce. Często w bardzo spektakularnych lokalizacjach są umieszczone te klasztory. Często na zboczach bardzo stromych gór albo wręcz są zintegrowane w szczyty górskie. Także energia jest naprawdę kosmiczna. Są na pewno jakieś określone bardzo powody, dla których te miejsca zostały wybrane na budowę tych klasztorów. Ja na przykład zauważyłem, że jedno z takich miejsc, które zostało praktycznie wmontowane w zbocze góry po prostu istnieje tam prawdopodobnie dlatego, że znajduje się w środku pewna mała jaskinia. I tam właśnie eksplorując wnętrze tego klasztoru, udało mi się po stromych schodkach wejść już na któryś tam level od dołu i okazało się, że tam w zboczu góry jest taka malutka jaskinia, w której ewidentnie jakiś lama, czyli jakiś buddyjski wyższej hierarchii kapłan po prostu siedzi i medytuje albo siedział i medytował.
Oprócz tego w tym samym pomieszczeniu znajdowała się taka malutka drewniana komódka i zwoje takich różnych pergaminów, zwojów, z jakimiś tajemnymi dla mnie przynajmniej znakami graficznymi. Ale to właśnie jest to. Ci buddyjscy mnisi to są tacy bibliotekarze naszej cywilizacji. To są ludzie, którzy są tam po to, żeby studiować największe tajemnice tego świata, tego stworzenia. Ja miałem taką rozmowę krótką z jednym z mnichów. Chciałem się dowiedzieć troszeczkę o praktyki, które wykonuje się w danym klasztorze, o techniki medytacyjne, czy też byłem ciekaw, czy są zintegrowane w tym jakieś techniki, może jogi. Mnich odpowiedział mi na tyle, że oni właściwie nie dokonują żadnych praktyk w tym klasztorze, tylko oni się po prostu tam uczą. Powiedział również, że się modlą. Ja nie wiem. To słowo modlenie się kojarzy mi się bardzo z jakimś adresowaniem naszych modlitw czy też próśb w stronę jakiegoś danego Boga, powiedziałbym.
Dlatego ja jestem bardzo ostrożny używając takich słów jak modlitwa czy religia. Nie wiem, czy mnich powiedział, że modlą się w tym klasztorze dlatego, że nie mógł znaleźć innego słowa po angielsku, czy rzeczywiście mnisi buddyjscy wykonują jakiegoś rodzaju praktyki religijne. Aczkolwiek wytłumaczył mi, że oni są jedną z grup tych buddystów. Których tam jest parę. W tej chwili nie pamiętam ile, które rozróżniają się od tego głównego nurtu, czy też są częścią tego głównego nurtu. I oni są właśnie taką grupą mnichów, którzy to studiują. Oni mają za zadanie studiować właśnie te tajemne księgi i te tajemne rękopisy. Są swego rodzaju bibliotekarzami. To taka ciekawostka. Chińczycy po wtargnięciu do Tybetu czasami nie wiedzieli, jak się zachować.
Nagle znajdowali się w miejscach odosobnienia, w miejscach jakichś niesamowitych sił energetycznych, gdzieś wysoko w górach, w jakichś jaskiniach. Oni po prostu nie wiedzieli, co tam się dzieje. Natomiast mnisi buddyjscy od wielu tysięcy lat utrzymują tam pewnego rodzaju kulturę, pewnego rodzaju pieczę nad przepotężną biblioteką, która istnieje tutaj, w tych górach, Himalajach. W tym miejscu, które tak mocno jest energetyczne. W tym miejscu, które jest bardzo znamienite na tej planecie. To właśnie stąd, z Himalajów, pochodzi większość tradycji i kultury hinduskiej. To właśnie tutaj pojawił się pierwszy nauczyciel jogi, tak zwany Adiyogi, czyli pierwszy jogin. Zresztą poświęciłem na jego temat dwa odcinki audycji „Hatha mistyka”. Także dla tych, którzy nie słyszeli jeszcze opowieści o Adiyogim, zapraszam serdecznie do wysłuchania epizodów pod tytułem „Adiyogi", część pierwsza i część druga. Tam opowiadałem o tym, że tajemniczy przybysz, niektórzy mówią, że przybysz z kosmosu, może nie z tej planety, pojawił się tutaj w wysokich partiach Himalajów.
On posiadał pewną wybitną sztukę rozumienia wszechświata, rozumienia stworzenia miejsca naszego jako ludzi tutaj, w tym stworzeniu. Znał się doskonale na energiach, znał doskonale się na alchemii. On również przedstawił technologię, która miała za zadanie utrzymywać nas w dobrej kondycji nie tyle na poziomie fizycznym, ale również na poziomie energetycznym. On nauczył nas o tym, że mamy ciało nie tyle fizyczne, ale również energetyczne i mamy również sferę emocjonalną. To wszystko razem zostało nazwane jogą. Kultura Himalajów jest przepotężna. Miejsce, z którego pochodzi mnóstwo przewodników duchowych. To jest również miejsce, w którym ludzie szukają oświecenia. Tutaj jest mnóstwo ludzi, którzy przybywają w Himalaje po to, żeby doznać oświecenia albo żeby spróbować rozwijać się jeszcze bardziej pod względem duchowym. A ja tymczasem tutaj się motam.
Chodzę w górę, w dół drogi i szukam mojej tablicy. Dzień dzisiaj nieprawdopodobny, wybitny. Bardzo mi się podoba. Bardzo lubię chodzić sobie z plecakiem po górach. Słońce jest wysoko. Tak jak mówiłem, jest dosyć gorąco, ale może jak dojdę do domu, do którego idę, to dostanę szklankę górskiej wody ze strumienia, która ugasi moje pragnienie. Tutaj przechodzę koło budowy. Miejsce cały czas, jak widać, się rozwija. Co chwilę tworzą się nowe biznesy. Mijam lokalną ludność.
Zostawiam w tyle zgiełk, harmider i imprezy wioski Manali. I zagłębiam się z powrotem w naturę, piękne okoliczności przyrody. To jest takie moje lekkie sprawozdanie z pieszej wędrówki, z tego, co wydarzyło się w górach przez parę ostatnich dni. Cóż, myślę, że to dopiero początek kolejnego epizodu. Mój epizod w południowych Indiach póki co jest zakończony. Dostałem bardzo potężne, bardzo wysublimowane narzędzia jogińskie. To są naprawdę bardzo stare, bardzo potężne techniki. Bardzo miło mi jest z tego powodu, że udało mi się na taki bardzo oryginalny grunt jogi wkroczyć. To znaczy ten taki klasyczny sprzed wielu tysięcy lat, który jest przywracany z powrotem do światła dziennego w dzisiejszych czasach, w dzisiejszych warunkach. Ja myślę, że to wszystko działa.
Ta technologia jest tak stara i działała przez tyle tysięcy lat, że my jako ludzie aż tak bardzo się nie zmieniliśmy. Zawsze mieliśmy te same pokusy, te same dylematy, te same problemy. Teraz może troszeczkę zmieniło się nasze tło technologiczne pod względem używania przez nas technologii i różnego rodzaju gadżetów, ale też dzięki temu mamy możliwość komunikowania się bardzo swobodnego. Miejsce na tej planecie i czas już nie aż tak bardzo odgrywa rolę, jak to zwykło bywać. Chyba przykładem doskonałym na to jest to, że stoję sobie tutaj pośrodku, może nie w sercu Himalajów, ale powiedziałbym w nerce przynajmniej. W lewej nerce Himalajów i nagrywam dla was tę audycję, drodzy słuchacze. To jest chyba największy dowód na to, że ta technologia w jakiś sposób działa. Ten mój głos, pomimo tego, że zakodowany, zarejestrowany może troszeczkę wcześniej, w innym miejscu na tej planecie, o innej porze, dotrze do was w formie podcastu pod tytułem „Chata mistyka”. Jest mi z tego powodu szalenie przyjemnie. Tymczasem borem, lasem żegnam się z wami.
Idę szukać mojej utęsknionej chatki, w której żyją medytatorzy, a może i jacyś mistycy. Nie wiem jeszcze, bo nie spotkałem wszystkich. Do usłyszenia niebawem. Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie. Pozdrawiam wasze boskie istoty, drodzy słuchacze. Pamiętajcie o tym, że nie jesteśmy tylko workiem flaków. Jesteśmy wspaniałymi istotami ludzkimi, które posługują się świadomością, bardzo potężnym duchowym darem, który powinniśmy wykorzystywać jak najczęściej. Pokój i miłość dla wszystkich. Pozdrawiam z drogi Bart. Jest taka pora w cyklu każdego tygodnia, kiedy to wspólnie stawiamy żagle na naszym pirackim okręcie, wciągamy na most flagę z konopnym liściem i wyruszamy na żeglugę szerokim oceanem świadomości.
Azymut? Pewna mistyczna wyspa, gdzie w głębi gęstego lasu pozorów przedzieramy się przez wyobrażenia o nas samych, aby dotrzeć do chatki, w której żyje prawda. Ta pora to czwartek, godzina 22:00. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich wokół ogniska. Jednocześnie na stronach radio nafali.com, czasnu.com oraz paranormalium.pl, gdzie również znajduje się archiwum naszych przygód w programie „Chata mistyka”.
[57:27] - Co?