[00:02] - W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu „Chata mistyka”.
[00:54] - Co?
[01:12] - Jestem na dachu. Namaste moi drodzy. Namaskaram. Kłaniam się nisko do pasa. Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie na wstępie i czas mi zacząć kolejny odcinek „Chaty mistyka”. Drodzy słuchacze, jestem na dachu w sensie dosłownym i trochę w przenośni. Rzeczywiście jestem na dachu budynku, kiedy nagrywam tą audycję dla was. Jestem w Himalajach, w północnej części Indii, w północnej części subkontynentu indyjskiego. To nie są najwyższe partie Himalajów. Byłem na wyprawie parodniowej w głąb pasma tych gór, jakieś 240, 250 kilometrów w głąb od miejsca, gdzie jestem obecnie.
Tutaj jestem otoczony troszeczkę niższymi górami, aczkolwiek nie urągając im, bardzo majestatyczne, również bardzo dramatyczne, strzeliste szczyty. Obszar bardzo zielony, porośnięty lasem, dosyć gęsto. Jestem na dachu dlatego, że Himalaje zwykło się nazywać dachem świata lub koroną świata. Dlatego, że jest to najwyższe pasmo gór na tej planecie. Góry są przepiękne, bardzo majestatyczne. Jest coś bardzo magicznego w tym obszarze, w tym regionie, w którym jestem obecnie. Dla stałych bywalców „Chaty mistyka” wiadomym jest to, że wcześniejsze audycje nagrywałem również w Indiach, aczkolwiek w południowej części Indii, w bardziej tropikalnej sferze, porośniętej różnymi tropikalnymi roślinami, wliczając w to przepiękne palmy kokosowe produkujące wodę kokosową, która to jest bardzo dobroczynna dla ludzkiego ustroju. Wspominałem o tym, że woda kokosowa jest praktycznie bardzo podobna w składzie chemicznym do krwi ludzkiej. Także nawet są przypadki takie, że jeżeli ktoś traci dużo krwi i po prostu potrzebny jest substytut nagły, to są przypadki podawania wody kokosowej jako kroplówki bezpośrednio do systemu ludzkiego. Tutaj palm kokosowych nie ma w tym obszarze, w którym jestem.
Są natomiast potężne wysokie sosny. Szacuję wiek tych drzew na co najmniej 300 lat. Naprawdę potężne pnie strzelają ku niebu. Jestem od paru dni w troszeczkę niższych partiach Himalajów. Skończyłem wyprawę połączoną z noclegami w obozach, które sami musieliśmy sobie ustanowić, czyli po prostu rozbić namioty i rozbić namiot kuchenny gospodarczy, gdzie było gotowane jedzenie. Wyprawa ta trwała sześć dni, z czego cztery dni przebyłem pieszo z plecakiem. Reszta sprzętu była niesiona przez muły, które świetnie sobie notabene radzą w tych wyjątkowych warunkach skalistych, górskich. Naprawdę byłem zdumiony, jak dobrze te kopytne zwierzaki sobie radzą na tych skałkach. To nie są ani konie, ani osły. To jest taka hybryda pomiędzy koniem a osłem.
Zwierzę bardzo wytrzymałe, aczkolwiek nie za szybkie. Trzeba wspomnieć, że to są takie zwierzaki, które są strasznie wyluzowane. Tak jak je obserwowałem, są powolne, powiedziałbym, ale brną ku celu. Więc Himalaje, przepiękne widoki. Jest już zachód słońca w tej chwili. Już właściwie końcówka zachodu słońca. W tle znowuż słychać cykady. Ten dźwięk jest mi bardzo znajomy z południowej części Indii, bardzo przeze mnie lubiany. Takie specyficzne muzyczne tło w ciągu nocy, które towarzyszy mi już od wielu lat właściwie. Ja myślę, że w Polsce też można takie odgłosy czasami doświadczyć, usłyszeć w nocy, ale tutaj w Indiach w jakiś sposób jest to bardzo powszechne.
Gdziekolwiek nie jestem, gdziekolwiek się nie poruszam, to zawsze ten odgłos cykad jako tło dla nocy jest obecne. Widokowo wybornie. Jestem na stromym zboczu schodzącym ku dolinie. W dolinie znajdują się różnego rodzaju wioski połączone drogą. To nie jest jedna siedziba ludzka. To jest parę takich mniejszych wioseczek połączonych ze sobą główną drogą po takiej Dosyć wymagającej wyprawie w góry powiedziałbym, postanowiłem sobie troszeczkę odpocząć w takiej bardziej uczęszczanej miejscówce. Początkowo parę dni spędziłem w wiosce, która nazywa się Manali. Troszeczkę opowiadałem o niej w poprzednim odcinku. Idąc pieszo drogą z wioski Manali w kierunku tego domu, w którym się znajduję, a tak naprawdę ku ścisłości, na którym się znajduję obecnie. Dlatego, że jestem na dachu.
Manali dzieli się na dwie części: stara część i nowa część. Tę starą część upodobali sobie neo hipisi, tak bym ich nazwał. Czyli takie ugrupowanie turystów, którzy są bardzo wyluzowani, korzystają tutaj z lokalnych walorów pogodowo naturalnych. Cenią sobie lokalne smakołyki, dlatego, że kuchnia tutaj jest przewspaniała, głównie wegetariańska, aczkolwiek można dostać kawałek kurczaka, jakby ktoś się uparł. Ale wegetariańskie jedzenie tutaj w dolinie w Manali jest naprawdę przepyszne. Całkiem niedrogie, nawet jak na warunki nasze europejskie to powiedziałbym tanie. No i oczywiście wszechobecny dookoła cannabis. O tym wspomniałem w poprzedniej części Chaty Mistyka. Tutaj, w tych partiach gór w Himalajach cannabis rośnie powszechnie. Ponieważ ten cannabis to jest sativa, czyli to jest taki troszeczkę słabszy gatunek marihuany o długich liściach.
Liście wyglądają podobnie do indyki, czyli do tych bardziej nasiąkniętych aktywną substancją THC roślin. Te, które są bardziej znane nam w Europie, chyba zresztą na całym świecie. Tutaj prawdopodobnie jedna z takich ostatnich oaz, powiedziałbym, gatunku sativa, dlatego że w tej chwili na świecie tendencja jest taka, że jeszcze parędziesiąt lat temu można by powiedzieć, że większością gatunków marihuany na świecie była sativa. Zostało to zmienione i w sposób naturalny te rośliny zapylają się na całym świecie pyłkami z różnych części świata, dlatego, że pyłki roślin są niesione przez wiatry i przez różnego rodzaju prądy powietrzne na tysiące kilometrów. Dlatego w pewien sposób naturalny te rośliny przemieniły się w te bardziej nasycone THC gatunki, czyli indica właśnie, czyli tak zwana konopia indyjska. Natomiast sativa jest już bardzo rzadko spotykanym gatunkiem. Zresztą ludzie też postarali się o to, żeby już jak najmniej sativy było na świecie, dlatego że chodziło o to, żeby jak najmocniejsze wyprodukować produkty z tej rośliny. Ponieważ klimat jest zmienny, jak to w górach bywa, często świeci bardzo mocne słońce, a często jest bardzo zimno. Tutaj zimy, z tego, co słyszałem od lokalnych ludzi, są bardzo srogie, więc okres wegetacyjny tych roślin nie jest zbyt długi. No i one posiadają stosunkowo małą ilość stężenia THC w sobie, czyli tej aktywnej substancji THC.
Nie wiem, jak jest z substancją pod tytułem CBD, która jest balansującą i zdrowotną substancją dla systemu ludzkiego. Takich danych nie mam, aczkolwiek co tutaj się robi? Ponieważ jest taka szeroka dostępność tych roślin wszędzie. One po prostu rosną wszędzie i przy drodze, i na polanach do odpowiedniej wysokości w górach. Jak już się pójdzie wysoko w góry, to nie ma już cannabis, ale lokalna ludność produkuje tutaj bardzo specyficzny olej. Olej tłoczony jest na zimno, głównie przez uciskanie kwiatostanów, jeżeli są takowe dostępne, wyselekcjonowane z mnogości tutaj krzaków. One są po prostu ręcznie tłoczone i robi się z tego takiego rodzaju haszysz. Tylko on jest bardzo miękki. On jest bardzo oleisty. On przypomina troszeczkę plastelinę, powiedziałbym.
Jest aż tak miękki czasami jak plastelina. Więc to stężenie zostaje po prostu skompresowane do postaci takiej czarnej kuli, którą to zwykle tutaj lokalna ludność, lokalni farmerzy, czy też nawet takie starsze kobiety widziałem, produkują. No i głównie jest to sprzedawane dla turystów, dla tych, którzy właśnie w Manali świetnie się bawią. Jest to taki ruch neo hipisów powiedziałbym. Głównie to są ludzie z Izraela. Nie ma co ukrywać, większość z nich pochodzi z państwa pod tytułem Izrael. Znaleźli sobie tutaj jakąś taką enklawę w pewnego rodzaju oazie w Indiach. To są ciekawe przypadki ludzi. Ja poznałem paru Izraelczyków tutaj, będąc poprzednim razem w Indiach. W większości oni po prostu przyjeżdżają tutaj po to, żeby odreagować.
Muszą odreagować pewną krzywdę, która wydarzyła im się podczas ich młodego życia. Ta krzywda nazywa się serwisem militarnym, czyli po prostu służbą wojskową. W Izraelu jest tak, jeżeli się nic nie zmieniło przez ostatnie parę lat, to podejrzewam, że jest podobnie. Mężczyźni są zobligowani do tego, żeby zaciągnąć się do armii przymusowo na obszar trzech lat. Natomiast kobiety, bo to nie koniec historii, również służą w armii. Mają pewien przywilej, dlatego, że służą tylko przez dwa lata. Więc taki to jest kraj, taki to obyczaj. Po trzech czy dwóch nawet latach takiego militarnego prania mózgu, dlatego że jest to taka instytucja, która zdana jest na niepowodzenie. Jest to po prostu instytucja stworzona przeciwko ludzkości. Ja wiem, że terytorium, patriotyzm i walka w imię godła i tak dalej, ale wiecie co?
Jeżeli wzniesiemy się na pewien stopień jarzenia, rozumienia tego, o co chodzi tutaj, na tej planecie, na tej kulce, jakie powinny być relacje międzyludzkie, kim my tak naprawdę jesteśmy, że nie jesteśmy jednostkami, tylko jesteśmy wspólnotą i to taką wspólnotą świadomą, to po prostu takie instytucje jak armia czy też banki, czy też nawet posunąłbym się do ekstremum, że nawet instytucje rządowe przestają mieć jakikolwiek sens. Tutaj nie będę na ten temat za długo dzisiaj rozmawiał może. Powracając do Izraelczyków i ich służby wojskowej. Ci ludzie po prostu po trzech latach muszą otworzyć w jakiś sposób wentyl bezpieczeństwa. Tak to bym nazwał. Dlatego, że w naturze ludzkiej nie jest to, żeby podlegać jakiemuś tam kapitanowi, marszałkowi, gubernatorowi i tak dalej, tylko w naturze ludzkiej zawsze jest wola wolności. I ta wolność jest bardzo istotna dla nas. Wolność można by rozgraniczyć tutaj na parę różnych gatunków, ale takie dwa najbardziej oczywiste gatunki, powiedziałbym rodzaje wolności, to jest wolność fizyczna, czyli terytorialna. Po prostu chcemy mieć swobodę poruszania się w naszym ciele, w naszym organizmie, gdziekolwiek mamy ochotę. Niektórzy nie mają ochoty na przykład i nigdy nie wychodzą z domu, ale jeżeli chcieliby wyjść z domu, to powinni mieć taką szansę, prawda?
To samo przekłada się na wolność poruszania się z miasta do miasta czy też z kraju do kraju. W tej chwili te sprawy są ułatwione. Mamy paszporty, możemy podróżować po Europie z dowodem osobistym. Kiedyś to nie było aż tak oczywiste. Były takie czasy, że nawet jeżeli ktoś już miał paszport, to nie wolno go było trzymać w domu. Trzeba było się ubiegać specjalnym podaniem o wydanie własnego paszportu. Taka ciekawostka dla młodszych wizytatorów, gości w chacie mistyka. A drugi gatunek wolności to jest na pewno wolność psychologiczna. Jakby na to nie patrzeć, to obydwa te rodzaje wolności właściwie wiążą się tylko i wyłącznie z naszą osobistą, indywidualną percepcją świata i naszego położenia. Dlatego, że dla kogoś wolnością może być na przykład możliwość poruszania się we własnym mieście czy we własnej wiosce, a dla kogoś na przykład, taka teoretyczna historia.
Dajmy na to, że miasto jest zamknięte, otoczone murem i nie może z niego wyjechać. Dajmy na to Berlin Wschodni i Zachodni. Taki historyczny przykład. Dla tych, którzy chcą zostać w Berlinie Wschodnim i nie mają problemu, nie mają rodzin na przykład po drugiej stronie muru i nie mają aspiracji takich, żeby żyć sobie w świecie zachodnim, żyjąc w Berlinie Wschodnim, oni nie będą czuli się ograniczeni w żaden sposób. Ich wolność nie będzie ograniczona, dlatego, że oni na przykład mają ochotę i możliwość podróżowania na wschód. Mogą odwiedzić Polskę, mogą podróżować na wschód. Taka teoretyczna historia. Natomiast może być osoba, która zamieszkuje w tym samym wschodnim Berlinie, ale która ma na przykład rodzinę po drugiej stronie muru, do której nie może się dostać. Więc ta wolność jest ograniczona dla tej osoby. Ale tak jak ten przykład wskazuje, jest to ewenement, który pojawia się tak naprawdę tylko i wyłącznie w naszej psychice, prawda?
Dlatego, że dwie różne osoby zamieszkujące to same terytorium. Jedna z nich będzie czuła się wolna, nie będzie miała potrzeby wkraczania do Berlina Zachodniego, a druga osoba za wszelką cenę będzie chciała się tam przedostać, a nie może. Więc wolność tej drugiej osoby będzie bardzo ograniczona. To meritum sprawy jest takie, że ta wolność fizyczna, wolność psychiczna, psychologiczna powiedziałbym, to są rzeczy bardzo indywidualne. Teraz to, w jaki sposób my sobie budujemy pogląd na temat samych siebie, na temat świata, naszego otoczenia, to jest kwestia też bardzo indywidualna. I ta kwestia zależy też od tego, w jakiej ilości dostarczymy pewnego rodzaju materiału do analizy na temat naszego otoczenia. Tu chodzi nie tylko o ilość informacji, tylko głównie chyba i przede wszystkim o jakość tej informacji, która do nas dociera. I w ten sposób kształtujemy sobie wizerunek siebie samych. W ten sposób kształtujemy sobie wizerunek naszego otoczenia, naszych bliźnich. Więc powracając teraz do początku historii o ludziach z Izraela, którzy tutaj przyjeżdżają, no to oni muszą po prostu odparować, dlatego że ich wolność została ograniczona.
Prawdopodobnie bardzo mało jest tych, którzy z chęcią w podskokach idą do armii, żeby odsłużyć trzy lata. Oni tam dostają różnego rodzaju benefity. Po skończeniu takiej służby rząd wypłaca im tam jakieś pieniądze, więc oni mogą sobie pozwolić właśnie na przykład na podróż do Indii. Zresztą cała Azja w tej części jest właściwie uczęszczana przez Izraelczyków, no ale tutaj w Indiach jest to jak gdyby nagminne. Oni sobie upodobali parę takich Głównych siedzib jest Goa. Moja pierwsza wyprawa do Indii to był obszar Goa, gdzie spotkałem mnóstwo Izraelczyków. Byłem troszeczkę w szoku, że na przykład karty menu, czy po polsku, czy też z francuskiego menu, po angielsku menu, czyli karta dań jest zapisana po angielsku, a druga strona jest po izraelsku. Po izraelsku? Jaki to jest język w Izraelu? Izraelski.
Niechaj tak będzie. Tu jest podobnie. Manali upatrzyli sobie ludzie z Izraela. Podobnie z tego, co wiem, w miejscówce, która się nazywa Rishikesh, która jest troszeczkę w innej części Himalajów. Nie aż tak bardzo daleko z tego miejsca, gdzie jestem, aczkolwiek parę dni drogi. Ale cóż, ta wolność kojarzy im się, tym ludziom, tym neo-hipisom. Fajnie wyglądają, są uśmiechnięci, ale z mojej perspektywy troszeczkę za dużo imprezują. Tak bym to powiedział, bo to jest ta próba odreagowania tej służby wojskowej po tylu latach prania mózgu. Przyjeżdżają do obcego kraju, zachowują się całkiem dobrze. Nie mogę krytykować, generalizować, że są jakieś burdy, problemy.
Aczkolwiek Manali jest taką wioską, gdzie impreza się nie kończy. Jakikolwiek nie byłby to dzień tygodnia czy pora nocy, to muzyka gra gdzieś zawsze. Bębniarze opracowują nowe rytmy. Także po paru dniach, które spędziłem sobie tam w Manali, postanowiłem wyruszyć na eksplorację okolicy i podczas mojej podróży natknąłem się na tablicę przy drodze, która to skierowała mnie do domu medytatorów. Tylko zaledwie dwóch, ale dom nie jest mały. Bardzo fajny, przestronny, dosyć pusty i bardzo cichy. Jestem tu od paru dni. Znalazłem w końcu ten dom. Dla tych, którzy słuchali poprzedniego odcinka, kiedy to byłem w drodze, a dosłownie na drodze i pieszo przemierzałem tutaj ustępy górskie, idąc z Manali już parę godzin, nie mogłem znaleźć ścieżki, która prowadzi do tego domu. Ale wszystko się udało.
Odnalazłem gospodarzy. Przywitali mnie radośnie. Bardzo mili, spokojni ludzie. Tylko dwóch dżentelmenów. Siedzą w tym domu, w pięknych okolicznościach natury, na zboczu góry i medytują. Mają swojego rodzaju praktyki. Inne troszeczkę niż te, które ja poznałem w południowych Indiach w aśramie. Mają też innego mistrza. Mistrz nazywa się Osho. Pewnie wielu z was to imię jest znajome.
Osho był dosyć znanym powszechnie na świecie, nie tylko w Indiach, przywódcą duchowym czy też liderem duchowym. On nigdy nie nazywał się guru. Wręcz przeciwnie. On mówił, że on nie jest guru, tylko on jest przyjacielem wszystkich. Ale to jest kwestia tylko ubrania tego w słowa. Jego techniki były inne. To był człowiek, który nie praktykował jogi w takim sensie, w jakim ja poznałem jogę w aśramie w południowych Indiach. On zajmował się techniką zwaną Vipassana, czyli stricte medytacyjną techniką, troszeczkę połączoną z technikami oddechowymi. Wspaniała postać. Ja Osho znałem dużo wcześniej, zanim poznałem Sadhguru właściwie.
Tutaj muszę się przyznać, że podróżując po tych ścieżkach świadomości i podejmując próby odkrywania nowych horyzontów, natrafiłem na Osho dużo wcześniej niż Sadhguru. Z Osho problem był taki, że on opuścił swoje ciało, bo to się tak nazywa wśród osób, wśród istot oświeconych. Opuścił swoje ciało w roku 1990 chyba, z tego, co pamiętam. Więc on troszeczkę pomimo tego, że miał bardzo dużą popularność i tutaj w Indiach, i w Europie, i w Stanach Zjednoczonych, to on troszeczkę za wcześnie zaistniał odnośnie tej ery komunikacyjnej, odnośnie ery internetu, połączeń telefonicznych. W dzisiejszych czasach na przykład siła organizacji pod tytułem Isha Yoga Center, czyli tego aśramu, w którym spędziłem te parę miesięcy. Siła poza tym, że lider tego całego przedsięwzięcia, Sadhguru, mój duchowy mistrz, człowiek, który znowu rozpowszechnia oryginalną klasyczną jogę, hatha jogę. Jego atutem jest to, że jest niesamowicie sympatycznym człowiekiem przede wszystkim. Bardzo radosnym, uwielbiającym życie. Człowiekiem, który przeżył już sporo różnych doświadczeń pozytywnych i negatywnych w swoim odczuciu istnienia. Człowiek, który ma niesamowity talent do prowadzenia rozmów i również dyskursów z innymi ludźmi, dlatego że ma dużo ludzi, którzy próbują podważyć jego autentyczność.
Autorytetem jest sam w sobie. Po prostu lata jego pracy spowodowały, że mnóstwo ludzi podąża i słucha wykładów Sadhguru. Zresztą jest stałym bywalcem w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wypowiada się na różnego rodzaju tematy polityczne i ekologiczne. Ma niesamowity dar wymowy i jako mistyk jest w stanie określić stany pozazmysłowe w bardzo zgrabny sposób i ubrać to w słowa, co nie jest aż tak proste. Dla Sadhguru czy dla Osho, takich typowych klasycznych mistyków, próba przetłumaczenia doznań pozazmysłowych i ubranie tego w język, w słowa, wydaje się sztuką bardzo łatwą. Aczkolwiek dla nas jest to atutem na tyle, że jesteśmy w stanie zrozumieć albo przynajmniej doświadczyć ułamka zrozumienia tego, co może zapewnić nam praktyka duchowa. Jesteśmy w stanie usłyszeć opowieści kogoś, kto określa słowami to, co jest praktycznie nie do określenia słowami. To jest troszeczkę nielogiczna sprawa, dlatego, że wykraczając poza nasze doświadczenia zmysłowe, czyli poza to, czego nauczyliśmy się tylko za pośrednictwem naszych pięciu zmysłów, pozostawiamy w tyle obszar logiki. Logika po prostu nie funkcjonuje już, kiedy wzniesiemy się na pewien poziom doznawania stworzenia, doznawania świata.
Tylko do pewnego stopnia jesteśmy w stanie wytłumaczyć sobie pewne sprawy słowami, dlatego, że te słowa mają dla nas znaczenia. Znowuż sprawa bardzo indywidualna. To, jak rozumiemy dźwięk, to jest tylko i wyłącznie nasza siatka interpretacyjna. Dlatego, że to, że ja mówię w tej chwili do was, drodzy słuchacze i że wy rozumiecie ten dźwięk, ten hałas tak naprawdę, który ja wydaję jako słowa, to jest kwestia indywidualnej interpretacji każdego z was. Dlatego, że my umówiliśmy się, że dźwięk zgrzytający, świerszczący, szeleszczący będzie oznaczał to. I okej, w ten sposób się komunikujemy, ale jest to droga na około, gdyby na ten temat tutaj porozważać troszeczkę dłużej. Ale może zostawimy to na inną okazję. Ja doleję sobie tutaj herbatki, którą to przyniosłem ze sobą w dzbanku na tę wieczorną pogawędkę. Herbatka, moi drodzy, jest bardzo smakowita i bardzo wyjątkowa, dlatego, że herbatka ta składa się z ziół, które to pozbierałem dzisiaj podczas mojego spaceru. Dzisiaj znowu wyszedłem oczywiście eksplorować tutaj okolice.
Dolina przepiękna, zielona, wodospady po każdej stronie potężne, może nie wielkie w szerokości, ale bardzo długie, wysokie. Pośrodku doliny płynie rzeka, jak to na dolinę przystało, z potężnymi głazami. No i słuchajcie, moi drodzy, dzisiaj idąc sobie, eksplorując tutaj okoliczne wioski, nazbierałem troszeczkę ziół i ziółek i właśnie z tych ziółek zrobiłem sobie herbatkę, którą to tutaj radośnie popijam na dachu, kiedy snuję tę właśnie dla was historię. Ale jakie to ziółka? Jest ich tylko parę. Znalazłem troszeczkę świeżej mięty. Także zerwałem parę gałązek świeżej mięty. Oczywiście w mojej herbatce również jest parę gałązek świeżego cannabis, specjalnie wyselekcjonowanego przeze mnie. Znalazłem też zioło tymianku. Tymianek bardzo aromatyczny, bardzo pachnący.
Także zerwałem parę malutkich gałązek tymianku. On ma takie małe listki. Również to znajduje się w mojej herbatce, którą to zaparzyłem w garnku w gorącej wodzie. Nie gotowałem, tylko zagotowałem wodę, a później wrzuciłem zioła. Już po wyłączeniu gazu. Taką metodę wszystkim polecam. Generalnie jakiekolwiek zioła medyczne czy relaksacyjne nie powinny być zagotowywane w wodzie. Taka ciekawostka. Najlepiej po prostu wodę doprowadzić do wrzenia, wyłączyć i wrzucić ziółka i przykryć pokrywką i odczekać. Najlepiej odczekać przynajmniej z pół godziny.
Wtedy sobie fajnie ta woda nasiąknie. Jak już się trochę ostudzi, to dodałem sobie do mojej herbatki miodu, lokalnego miodu. Tak jak wspomniałem, miód jest bardzo zdrowotny, bardzo korzystny dla człowieka, również taka supersubstancja organiczna. Również skład bardzo przyjazny dla krwi ludzkiej, dla struktury człowieka. Tylko tak jak wspomniałem kiedyś w odcinku pod tytułem „Jedzenie”, miód jest bardzo dla nas zdrowy, aczkolwiek nie można go gotować. Nie można go wrzucać do gorącej wody, tudzież herbaty, tudzież kawy, dlatego, że miód po prostu ścina się i zachodzi reakcja chemiczna, w której to miód zaczyna być toksyczny dla naszego organizmu. Więc miód jest bardzo zdrowy, ale tylko w formie zimnej lub w letniej wodzie, ciepłej wodzie, ale nie w wodzie gorącej. Także tutaj taka uwaga, ciekawostka. Więc moja herbatka jest również z lokalnym miodem. Wybornie smakuje.
Cannabis. No i mięta oczywiście. Także w takich jestem tutaj okolicznościach. Ale gdzie szedłem dzisiaj? Słuchajcie, szedłem do pobliskiej wioski, w której to odbywał się dzisiaj festyn. A w ogóle może zacznę od tego, skąd dowiedziałem się o tym, że w pobliskiej wiosce jest festyn. Otóż moi drodzy, dzisiaj po porannej praktyce i po porannym śniadaniu, takim brunchu właściwie, czyli breakfast and lunch równa się brunch. To jest takie śniadanio-obiad po polsku. Nie wiem, jak to określić. Śniadanio-lunch, czyli taki posiłek, który je się już po godzinie 10.00 rano.
I pojawił się w domu gość. Pojawił się pewien dżentelmen. Akurat ja i kolega tutaj z domu nie byliśmy w domu, byliśmy w pobliżu. Gościliśmy u lokalnej rodziny, bardzo sympatycznej. Pani, która miała na krużganku wrzeciono do produkcji takich zaplatanych, wygląda to jak koc troszeczkę, ale z bardzo cieniutkiej nitki. To się tutaj lokalnie nazywa szal i po angielsku też się mówi szal. To nie chodzi o szalik, aczkolwiek jest to część garderoby lokalnej. Ja bym to określił jako taki bardzo szeroki szal, czyli szalik i to również nosi się na ramionach, na głowie, tak zawinięte w specyficzny sposób. Taka bardzo sympatyczna starsza pani, praktycznie już bez zębów, ale z potężnym uśmiechem, siedziała sobie na krużganku swoim i właśnie zajmowała się pleceniem, czy też wyplataniem takiego materiału, bardzo kolorowego. Tutaj w ogóle lokalna ludność poza tym, że produkuje wspaniały haszysz, bardzo miękki, to właśnie słynie z produkcji tych szali.
Pani z szerokim bezzębnym uśmiechem produkowała sobie szal, gaworząc w języku hindi z moim znajomym medytatorem z domu. I w tym momencie zadzwonił telefon. Okazało się, że ktoś czeka przy domu. Jest to w końcu centrum medytacyjne pod szyldem Osho, więc każdy z medytatorów, każdy z gości właściwie, kto ma ochotę się tu pojawić, jest mile widziany. Ja zresztą w ten sposób trafiłem tutaj do tego domu. Zostałem zaproszony. Bardzo cicho, a tutaj nagle okazuje się, że gość. Czym prędzej zebraliśmy nasze manatki, ja i partner z Indii i ruszyliśmy w stronę domu. Dom otoczony jest jabłoniami, czyli drzewami, które produkują jabłka. Śmieję się, bo w poprzednim odcinku nie mogłem sobie przypomnieć, jak nazywa się taki zagajnik, w którym rosną same drzewa jabłeczne.
Nazwałem taki zagajnik jabłecznikiem. Nie mogłem przypomnieć sobie słowa tego, że to się nazywa przecież po polsku sad, sad jabłeczny. Tutaj otoczony jestem sadem jabłecznym. Dom jest na uboczu góry. Jest to bardzo częsty widok tutaj, mnóstwo jest tych drzew owocowych, tych jabłecznych dookoła. Przedarliśmy się przez ten nasz jabłecznik, dotarliśmy do domu i okazało się, że na progu siedzi bardzo niesamowita postać, powiedziałbym. Starszy pan z długą posiwiałą brodą, z długimi posiwiałymi włosami, bardzo majestatycznie i dumnie siedzi na schodkach przed wejściem. Ubrany jest w białą szatę. Nie ma ze sobą nic, wygląda bardzo ascetycznie. Okazało się, że jest to lokalny jogi, tak zwany mistrz.
Czym prędzej zaprosiliśmy mistrza do środka. Okazało się, że przewspaniały człowiek. Człowiek bez imienia. Zapytałem się go później, już pod koniec naszego spotkania, jak ma na imię. Powiedział, że lokalni właściwie nazywają go tylko Babaji. Babaji, czyli to jest taki jak gdyby tytuł dla kogoś, kto ma coś wspólnego z duchowością, ale to jest taki tytuł, który wynika z szacunku troszeczkę i dla starszego, i dla mądrzejszego, dla mędrca. Tak bym powiedział, mędrzec. Mędrzec, czyli Babaji. Nie jest to jego imię, jest to jego tytuł jak gdyby. Mieliśmy bardzo fajną rozmowę.
Siedzieliśmy sobie na podłodze w pozycji prawidłowej, jogińskiej, z odpowiednio skrzyżowanymi nogami. Napiliśmy się troszeczkę herbaty. Nie tej herbaty, którą ja tutaj sączę. Takiej zwykłej, a właściwie niezwykłej herbaty, takiej lokalnej z przyprawami. Pan opowiedział mi, że jest nauczycielem duchowości od 19 lat. Pobierał nauki u swojego mistrza przez pięć lat. Od roku 1994 do 1999 był uczniem. Szkolił się różnych technik jogi, energetycznych, kri tak zwanych, czyli sztuki oddychania, kierowania w odpowiedni sposób naszej wewnętrznej energii, kontrolowania naszego ciała energetycznego. Może nie kontrolowania, tylko współpracy, powiedziałbym, z naszym ciałem energetycznym. Taka to jest właśnie technika czy też technologia.
Wymieniliśmy się troszeczkę informacjami. Zapytałem się o jego praktyki. Opowiedziałem mu troszeczkę o tych, które ja poznałem na południu Indii. Zresztą okazało się, że ten pan odwiedził to miejsce, w którym ja spędziłem tak dużo czasu. Ten sam ashram, o którym mówię. Miał bardzo dobre, pozytywne wrażenie na temat tego miejsca. Porozmawialiśmy sobie na temat Sat Guru. Porozmawialiśmy sobie troszeczkę na temat Osho z tego względu, że jestem tutaj w domu, w którym głównie, jest ich tylko dwóch praktykantów Osho, ale wydaje mi się, że Mam przeczucie, że tutaj się pojawi jeszcze parę osób i nawet podczas mojego pobytu. Aczkolwiek lokalny mędrzec, bardzo miły, sympatyczny człowiek, mówił bardzo dobrze, zgrabnie po angielsku. Podróżuje po Indiach, bywa w różnych miejscach magicznych czy też świętych.
Te miejsca święte to nie są miejsca religijne. To nie jest człowiek religijny. To jest człowiek, który odkrył zupełnie inne aspekty życia, funkcjonowania, zupełnie inne wymiary. I on już nie potrzebuje właściwie mistrzów. O tym dzisiaj z nim rozmawiałem. Nie potrzebuje żadnych mistrzów duchowych, dlatego że sam takowym się w pewien sposób stał. Zaprosiłem go bardzo serdecznie z powrotem, dlatego, że nie używa telefonu komórkowego. Przyszedł na piechotę tutaj gdzieś. Nie wiem, czy z daleka, ale chyba parę godzin szedł, bo pytając się go o miejsce, z którego przyszedł, nie mogłem za bardzo rozpoznać nazwy. Ale nie jest to nigdzie w okolicy.
Nie jest to rzut kamieniem, więc przyszedł parę godzin. Zobaczył tą samą tablicę przy drodze, którą to ja zobaczyłem parę dni temu i postanowił tutaj się skierować. I właśnie ten jegomość opowiedział mi, że w wiosce nieopodal dzisiaj odbywa się festyn. On już na festyn się nie udał. Wyruszył z powrotem w stronę swojego domostwa. Natomiast ja z moim partnerem tutaj z domu wyruszyliśmy właśnie do pobliskiej wioski, aby zobaczyć, o co chodzi z tym festynem. Lokalna ludność zgromadziła się z różnych wiosek. Panie były poubierane w najlepsze suknie sari, takie wyszywane świecące, ze świecącą nitką. Panowie nosili tradycyjne lokalne czapki, kapelusze. Oprócz tego byli tancerze i muzycy.
Był cały zespół, który grał. Panowie walili w bębny jak należy. Różnego rodzaju i różnej wielkości bębny. Paru panów miało takie potężne trąby, w które to trąbili, produkując mnóstwo hałasu, bo to nie były przyjazne dla ucha dźwięki. Ja już słyszałem takie dźwięki w południowych Indiach. Z jakiegoś powodu ci trębacze nie grają melodii, tylko oni produkują hałas tymi trąbami. Ale taka widocznie specyfika tego. Oczywiście, jak to na jarmark przystało, mnóstwo było sprzedawców i sprzedawczyków różnych bibelotów, plastików i lokalnego jadła. Skosztowałem również potrawy lokalnej u bardzo miłej pani, która siedziała sobie po turecku pod takim gankiem czy też na ganku domu, na przedzie domu. Potrawa nazywa się momos.
Momos to jest nic innego jak takie pierogi właściwie. To są takie pierożki, ale w zupełnie inny sposób zwijane niż te klasyczne polskie płaskacze. Te są zaklejane w taki specyficzny sposób do góry. I bardzo fajne jest to, że to ciasto w tych pierogach jest bardzo cieniutkie. One zresztą są gotowane na parze. Skosztowałem oczywiście wegetariańskich momos. Przepyszne, z ostrym sosem, takim chili pikantnym. I co jeszcze? Oczywiście oprócz tego, że był jarmark i muzykanci i lokalne potrawy, to w wiosce bardzo tradycyjnej, takiej oldschoolowej, starej wiosce, gdzie domy są pobudowane z drewnianych bali i z takiej zaprawy, z błota właściwie, takie lepianki. Bardzo ciekawa architektura.
W tej oto wiosce odbywał się dzisiaj również mecz sportowy. I nie był to mecz w piłkę nożną ani w krykieta, jak by się mogło wydawać. W Indiach najbardziej popularną grą jest krykiet. Ludzie się bardzo tą grą pasjonują. I nie był to ani krykiet, ani piłka nożna. Był to mecz piłki siatkowej. Okazuje się, że w Indiach siatkówka jest bardzo popularna. Ku mojej uciesze, dlatego, że ja bardzo lubię grać w piłkę siatkową. Byłem naprawdę zaszokowany poziomem tych graczy na tym malutkim boisku, gdzie praktycznie podłoga była z takiego zbitego, sklepanego błota i to boisko było malutkie, wciśnięte pomiędzy te starodawne drewniane domki. Chłopaki, niektórzy nie mający nawet porządnego obuwia sportowego, niektórzy grający w klapkach lub nawet na boso, świetnie sobie radzili z piłką.
Naprawdę skakali bardzo wysoko, blokowali również i ścinali tak jak należy. Także byłem naprawdę mile zaskoczony poziomem. Ale Indie kraj potężny i rozległy, także wiele niespodzianek tutaj można napotkać. Najlepiej sobie chyba nie robić żadnych opinii na ten temat, po prostu nie osądzać nic i czekać na to, jak to się pojawi, jak to się zajawi, przecież przejawi. I podobnie było z tym meczem siatkówki. Byłem mile zaskoczony. Pooglądałem radosny tłum. A teraz o samych ludziach. Zauważyłem, że zmieniła się dosyć istotnie karnacja tutaj lokalnych ludzi. To znaczy zmieniła się z mojej perspektywy dlatego, że na południu Indii ludzie mają bardzo ciemną karnację, taką czarną skórę właściwie.
Natomiast tutaj okazuje się, że chodząc sobie po tych górskich wioskach, eksplorując tutaj ten region Himachal Pradesh, tak nazywa się tutaj ten obszar Indii, ludzie mają dosyć jasną karnację skóry. I to mnie zastanowiło. Postanowiłem poszukać informacji na ten temat. I słuchajcie, ewenementy są nawet takie, że niektórzy tutaj z tych Hindusów Te lokalne ludności mają nawet niebieskie oczy, co było dla mnie ciekawostką. I co się okazuje? Dwie historie mam dla was, drodzy słuchacze. Pierwsza historia jest taka: zwykła teoria migracji ludzi, dawnej historycznej migracji, gdzie materiał genetyczny jest często uznawany, że jest zapoczątkowany na kontynencie afrykańskim. Tutaj są ludzie w Indiach, którzy się spierają czasami z tą historią. Są tutaj ludzie, którzy uważają, że ludzie jako gatunek wywodzą się z Indii raczej niż z Afryki. Jest to kwestia chyba nie do rozstrzygnięcia jeszcze na tym etapie.
Zresztą jest to kwestia, która ma niewielkie znaczenie, udowadnianie skąd pochodzi nasz materiał genetyczny. Jest mnóstwo ciekawostek, różnych zagadnień na ten temat. Czasami materiał genetyczny w danym obszarze na planecie okazuje się bardzo niespotykany dla danego obszaru, a na przykład bardzo znajomy dla obszaru w innym miejscu na tej planecie. Taka ciekawostka. Kiedyś, czytając historie lechickie, czyli to, skąd pochodzą nasi przodkowie na długo przed Polanami, przed Słowianami, takie naprawdę nasze najstarsze zakamarki historii. Pod względem materiału genetycznego Lechici byli bardzo zbliżeni do pewnej kasty społecznej pochodzącej właśnie z Indii. Kasta ta nazwana jest kastą braminów. W Indiach są różnego rodzaju szczeble przynależności do społeczeństwa. One bardzo często kojarzą się nie tylko z wpływami klanów, z których tu pochodzą ludzie, ale bardzo często również wiążą się z kolorem skóry. Im jaśniejsza skóra, tym wyższy status w społeczeństwie w Indiach.
Więc taka ciekawostka, że na przykład materiał genetyczny Lechitów rzekomo był bardzo podobny, czy też na odwrót, z materiałem genetycznym braminów parę tysięcy lat temu. Skąd to się bierze? Nie wiadomo. Albo migracja ludzi, albo po prostu wszyscy rzeczywiście pochodzimy z jednego korzonka, z jednego źródła. Tutaj opracowania, które sobie przeglądałem, mówią o tym, że powodem, dla którego ludzie mają jasną skórę w tej części Himalajów, to jest właśnie migracja rasy kaukaskiej, czyli tej, z której my jako Polacy również się rzekomo wywodzimy, czy do której należymy. To jest taka jedna historia, że te ludy sobie tutaj podróżowały przez tysiące lat i zawitały w te części. Ale ja odkryłem też inną historię. Moim zdaniem dosyć ciekawą. Nie aż tak dawną, nie aż tak pradawną jak tysiące lat. Jest to zaledwie parę tysięcy lat.
Para to dwa. Poznałem historię podbojów aleksandryjskich. Taka ciekawostka. Otóż tak, okazuje się, moi drodzy, że Aleksander Wielki w swoich chorych uzurpowaniach władania światem czy też przejmowania innego imperium, które w tym czasie istniało, które rozpościerało się praktycznie na cały znany nam świat. Imperium, które targane było wewnętrznymi konfliktami. Pan Aleksander, tak zwany Wielki, taki sobie przydomek nabył. On postanowił sobie te konflikty wewnętrzne, tarcia tego imperium wykorzystać i zaczął podbijać co rusz nowe grunty, wyruszając oczywiście z Grecji, dlatego, że pan był Grekiem. Głównym jego przeciwnikiem i główną jego zagwozdką to byli Persowie. Z jakiegoś powodu bardzo nienawidził Persów i chciał ich pokonać. Miał jakieś dziwne ambicje, a może po prostu kompleksy jakieś miał związane z Persją, czyli z obecnym obszarem Iranu.
Więc pan Aleksander podbił sobie Persję. Udało mu się tę ekspedycję na wschód przeprowadzić. To trwało latami. No i dotarł w końcu do obszaru, który zwany jest Pakistanem. Z Pakistanu również brnął nadal na wschód. Okazało się, że dotarł do miejsca, które zwane jest obecnie Punjabem. Punjab to jest obszar Indii. Czyli wtargnął po prostu na chama do Indii, do tej północno-zachodniej części Indii. Z jakiegoś powodu niewyjaśnionego, są różne na ten temat historie, zawrócił swoje wojska. Są historie takie, że wojsko jego było wymęczone latami żmudnej wędrówki daleko od domu, od Grecji.
I kiedy dotarli do Indii i zaczęli tutaj działania militarne w Indiach. Jedna z historii opowiada o tym, że nigdy żołnierze greccy nie widzieli słoni, a tutaj w armii indyjskiej oczywiście powszechnie używane były słonie jako zwierzęta bojowe, więc Grecy rzekomo wystraszyli się tych słoni. Nie wiedzieli za bardzo, jak na swoich konikach ogarnąć sytuację wśród tych potężnych zwierząt trąbiących i szarżujących na nich z tymi swoimi wielkimi kłami. Rzekomo przekonali Aleksandra Wielkiego, żeby zaniechał już misji. No i chłopaki powiedzieli, że już wystarczy. Podbili praktycznie cały świat, a mapy w tamtych czasach nie były zbyt precyzyjne, zbyt dokładne, więc chłopaki powiedzieli, że już są na końcu świata właściwie. Jak doszli do końca świata, gdzie potwory z trąbami szarżują na nich, to może już jest czas wrócić do domu. Aleks popatrzył na swoich chłopów wymęczony i wychudzony i powiedział: „No dobra, to już nam wystarczy. Podbiliśmy Persję. Jestem największym panem świata i możemy wracać do domu".
Także to jest jedna z historii. Ale co się okazuje? Żołnierze i wojacy nauczeni do ruberzy mordowania i gwałtu, rozpowszechnili panowie swoje geny w tej północno-zachodniej części Indii. A ponieważ obszar jest dosyć mało dostępny, zimą praktycznie niedostępny, okazuje się, że tutaj te geny Aleksandryjczyków przetrwały. I rzekomo to jest efektem tego, że wśród lokalnej ludności widzę podróżując, chodząc sobie po tych lokalnych wioskach, bardzo dużo ludzi o bardzo jasnej karnacji, powiedziałbym nawet białej karnacji skóry. Przepiękne kobiety, przepiękni mężczyźni o bardzo charakterystycznych rysach twarzy, panie o długich czarnych włosach z wystającymi lekko, powiedziałbym nawet nie lekko, kośćmi policzkowymi. Niektóre mają niebieskie oczy, błękitne. Naprawdę ewenement. Ta historia podoba mi się również. Jest to historia dużo młodsza.
Jeżeli tutaj Aleks zapędził się w swojej szubrawczej gonitwie, to może jest to dowodem na to, że te geny Greków przetrwały w tych niedostępnych partiach górskich. Popiję sobie herbatki. Rozejrzę się dookoła. Słuchajcie, od paru odcinków nie oddychamy, ale mam nadzieję, że pamiętacie o oddechu. Przez pierwszych parę odcinków „Chaty mistyka” proponowałem, abyśmy zaprzestali jakiekolwiek działania dosłownie na parę minut, dosłownie na dwie, trzy minuty i żebyśmy sobie świadomie pooddychali. Bardzo istotne jest to, żebyśmy byli świadomi wszelkich wrażeń, które dostarczane są z faktem naszego istnienia tutaj na tej planecie. Przede wszystkim jest istotne to, żebyśmy nie zapominali o naszej najbardziej istotnej, najbardziej podstawowej funkcji, która utrzymuje nasze życie, czyli funkcji oddychania. Bez jedzenia możemy wytrzymać parę dni i bez wody możemy wytrzymać parę dni. Natomiast powietrze, wymiana tego drogocennego dla nas, dla naszego życia gazu, którym jest powietrze czy też mieszaniny gazów, jest tak istotna, że często bierzemy ją za coś oczywistego. Ale jeżeli uświadomimy sobie, że każdy nasz oddech dostarcza nam cząstki życia, że powoduje, że ten nasz organizm, ta nasza machineria funkcjonuje, to w zupełnie inny sposób możemy doświadczyć procesu oddychania.
Możemy docenić ten proces oddychania i to może nas również zbliżyć do istoty naszego istnienia. I właśnie ten fenomen wykorzystują różnego rodzaju techniki oddechowe, techniki jogi, również tak zwane krieje. Ten rytm naszego oddechu, próba wsłuchania się w nasz oddech jest to jedna z najbardziej powszechnych, najbardziej podstawowych technik medytacyjnych. Jest to sposób na przeniesienie naszej uwagi, naszej świadomości na zupełnie inne aspekty naszego istnienia. Nie tylko te, które są nam oczywiste, dlatego, że poznajemy je poprzez nasze pięć zmysłów. To, co poznajemy przez nasze pięć głównych zmysłów. Te informacje, które docierają do nas przez te nasze pięć zmysłów, to są tylko i wyłącznie rzeczy, które nam są potrzebne. Informacja, która jest nam potrzebna do przetrwania. Ale tym głównym elementem, który podtrzymuje nasze życie, jest właśnie oddech. Dlatego bardzo polecam zatrzymać się czasami.
Jeżeli nie jesteśmy w stanie na okrągło świadomie obserwować oddechu i oddychać świadomie, to przynajmniej raz dziennie zatrzymajmy się w tym szaleńczym pędzie, w tej gonitwie i po prostu sobie pooddychajmy. Nie myśląc o niczym, nie martwiąc się o nic, nie wykonując żadnych czynności manualnych. Po prostu wsłuchajmy się we własny oddech. I zapewniam was, że takowa praktyka przynosi nieprawdopodobne skutki i zdrowotne pod względem zdrowia naszego organizmu, balansu naszego organizmu i pod względem mentalnym, psychologicznym. Ta technika jest aż tak prosta, ale tak bardzo skuteczna, że polecam ją naprawdę bardzo serdecznie wszystkim. Także dzisiaj, aby tradycji udało się zadość, już na sam koniec proponuję, żebyśmy sobie pooddychali. Zwykle to oddychanie to jest taki przerywnik w trakcie „Chaty mistyka”, ale dzisiaj, skoro siedzę na dachu i jestem na dachu tego świata, to zapraszam was wszystkich serdecznie, żebyśmy sobie na koniec wspólnie świadomie pooddychali. Jeżeli jesteście w stanie, to zostawcie wszystkie czynności manualne dosłownie na parę minut. Usiądźcie sobie wygodnie na krześle, a najlepiej to na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Plecy są proste.
Połóżcie dłonie na swoich udach, ale w ten sposób, że dłonie otwarte są do góry. Teraz zamknijmy oczy. Posłuchajmy przez chwilę odgłosów świerszczy Które towarzyszą mi dzisiejszej nocy, dzisiejszego wieczoru w północnych Indiach, wysoko w górach Himalaja. Weźmiemy sobie trzy i tylko trzy głębokie wdechy poprzez nos i wykonamy wydechy. Weźmy pierwszy bardzo głęboki wdech nosem i wydychając powietrze nosem, zrelaksujmy się. Teraz weźmy drugi bardzo głęboki wdech nosem. Wydychając powietrze nosem, zrelaksujmy się jeszcze bardziej. Teraz trzeci bardzo głęboki wdech nosem i wydychając powietrze powoli nosem, zrelaksujmy się już kompletnie. Kontynuujmy oddychanie swobodnie przez chwilę, słuchając odgłosów nocy w Himalajach, wysoko w górach. Zrelaksujmy się do końca.
Teraz bardzo powoli, każdy w swoim czasie, otwórzmy oczy. Bardzo powoli otwórzmy oczy. I uśmiechnijmy się, bo jesteśmy bardzo zrelaksowani i wykonaliśmy właśnie pierwszy krok w kierunku medytacji, zrozumienia i poznania nas samych, naszej planety, naszej galaktyki i tego wszechświata. A tymczasem borem, lasem żegnam się z wami bardzo serdecznie. Dziękuję wszystkim za odwiedzenie skromnych progów Chaty Mistyka. Zapraszam wszystkich bardzo serdecznie do słuchania poprzednich audycji Chaty Mistyka, które to archiwizowane są na stronie www.paranormalium.pl w dziale Archiwum MP3. Wystarczy wpisać Chata Mistyka. I również zapraszam wszystkich do słuchania Chaty Mistyka na kanale Paranormalium na YouTubie, gdzie również znajduje się archiwum naszych audycji i przygód, i naszych podróży po świadomości i po różnych ciekawych częściach świata. Pozdrawiam wszystkich serdecznie, abyście zdrowi byli. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich do kolejnych odcinków epizodów Chaty Mistyka.
Pranam. W szerokim oceanie świadomości znajduje się wyspa. Ową wyspę porasta gęsty las. W dalekiej głębi tego właśnie lasu znajduje się słoneczna polanka. Przy tej oto polance w gorących promieniach słońca stoi sobie pewna magiczna chata. Właśnie tam żyje pewien mistyk. Mam na imię Bart i zapraszam wszystkich serdecznie do wysłuchania programu Chata Mistyka.