[00:00] - To think for yourself and question authority. No jest las i jestem ja w hiperprzestrzeni w sobotni wieczór w Radiu Na Fali, retransmitowane też w Radiu Paranormalium, w Radiu Czas. No się będę rozgadywał dzisiaj, bo jestem troszkę przy sobocie po robocie. Jakoś tu relaksuję. Właśnie jeszcze skręcam sobie mikrofon, żeby wszystko już było okej i nic mi tutaj nie latało. I chyba jest okej. Także witam cię w hiperprzestrzeni. Mam na imię Tomek i chyba znasz tą audycję, ten podcast, to miejsce w Radiu Na Fali, które się tak dziarsko nazywa. Oczywiście pozdrawiam wszystkich mecenasów, absolutnie wszystkich mecenasów Radia Na Fali. Pewnym jest zaskoczenie już niedługo, ale to jeszcze chwila moment.
Właśnie, ja dzisiaj przy okazji tych zaskoczeń i zaproszeń zapraszam cię na wieczorową porę. Poważnie, zrób sobie dzbanek z kawą. Będzie ciekawa rzecz. Taki kawałeczek jednej sprawy tam się pojawi. Anyway, nie wiem, czy mówić więcej, czy nie, bo to troszeczkę tak: powiem za dużo, to powiem za dużo, to zniszczy cały efekt. Powiem za mało, to się poczuję, że powiedziałem za mało. Anyway, niespodzianka po prostu, człowieku, niespodzianka. Tak że wytrzymaj troszeczkę dłużej, jeżeli oczywiście masz ochotę w Radiu Na Fali dzisiaj, czy w Radiu Paranormalium, Radio Dream Time. Wytrzymaj do końca hiperprzestrzeni. Wytrzymaj troszkę z wieczorową porą.
Mam nadzieję, że będzie ciekawie. Dzisiaj nie mam jakiejś specjalnej... znaczy mam pewien wątek, który tutaj się kolebie nie powiem, że nieustannie, ale od jakiegoś czasu i tak próbuję go poukładać troszkę historycznie do kupy. To jest ten przykład naszej plebejskiej cywilizacji. Otóż to. Kilka takich ciekawostek w ogóle dookoła tego całego zamieszania, tego, jak nam się wmawia, że powinniśmy żyć albo co powinniśmy robić i tak dalej. Wiesz, o co chodzi. Ja nie jestem człowiekiem Babilonu za bardzo, nic z tych rzeczy. Gdzieś uciekłem od tego i tu sobie słodko przesiaduję. Właśnie przy okazji, jako że słuchasz Radia Na Fali, przypominam, że ja tu jestem w sobotę.
W środku tygodnia jest książę Edward. Czasami go nie ma, jak to księciuniu. Pozdrawiam księciunia serdecznie, bo może właśnie jest gdzieś tam w górach i hasa. Serdeczne pozdrowienia. Pozdrawiam Grzegorza jeszcze od czasu snu serdecznie tutaj bardzo się wie. Anyway, zostawiam może te pozdrowienia, bo to i tak wszyscy wiedzą, gdzie znaleźć archiwum Radia Na Fali, czego tam szukać. Wszyscy mniej więcej chyba się orientują i ty koleżanko, i ty kolego, kto i z kim tu się zna i dobrze się ma. Otóż to. Ja będę próbował się rozgadać dzisiaj, bo jestem taki strasznie spolegliwy. Jestem po prostu po tygodniu roboty w domowym laboratorium eksperymentalnym i tak dalej.
Dzisiaj w ogóle temat hiperprzestrzeni to jest taki tytuł sobie wymyśliłem już na początku tygodnia, bo czasami sobie spisuję i robię sobie notatki. Tym razem zostawiłem sobie kartkę bez notatek, ale tytuł jest istotny, bo wiem i wiedziałem, o czym chcę ci dzisiaj opowiedzieć. Kilka takich drobnych historii uzupełniających, można powiedzieć: na spotkanie z własną duszą. Generalnie tak, na spotkanie z własną duszą i na dodatek jeszcze generalnie, czyli będę generalizował oczywiście. Ja tu się odwołam na początku do jednej rzeczy, o której kiedyś dawno, dawno temu mówiłem. Rzecz jest niesamowita. Okej, myśl sobie, co chcesz na ten temat. To jest historia, która przydarzyła się mi i nie jestem tutaj jedyny. Znam kilka osób, którym się też to przydarzyło jakiś czas temu. Nie pomnę roku, było to chyba jakieś cztery, pięć lat temu.
Jakoś tak. Widziałem bardzo ciekawe zjawisko na niebie, atmosferyczne. Nie było to żadne UFO, chociaż takie rzeczy też widuję w życiu, jak do tej pory widywałem i bywało, że w miarę często. W tym momencie nie widzę. Także nie mogę ci powiedzieć, że widzę właśnie w tym momencie braci z kosmosu albo UFO, które próbuje zaatakować Ziemię. Nie. Ale zdarzało mi się widzieć jak do tej pory bardzo często. Ale oprócz widzenia różnych dziwnych pojazdów na niebie, czasami zdarzyło mi się zaobserwować dziwne zjawiska atmosferyczne, jak niektórzy nazywają. Ciekawe zjawiska, bo my je nazywamy atmosferycznymi. W rzeczywistości są też atmosferycznymi zjawiskami, ale mają na sobie taką pieczątkę przybitą przez wszelkich przodków.
Już chciałem powiedzieć cywilizacje przed nami, ale nie wiemy, gdzie oni przybijali swoją pieczątkę. Wiemy, że pewne rzeczy na niebie mają znamiona... Jak to powiedzieć? Człowieku, zagubiłem się. Chciałem powiedzieć wieszczenia, wróżby, zagłady, katastrofy, znaku, który oznacza zmianę wszystkiego. Coś w tym stylu. Takie specjalne znaki na niebie. Historia jest w ogóle zabawna z tym, jak powstał Rzym, ale to Cesarstwo Watykańskie tak zwane, ta psychopatyczna sekta. Ale to zostawię może na inny odcinek, bo to też było związane ze znakiem. Ja też widziałem ten znak, bo on był na niebie zdaje się dwa lata temu, czy może trzy.
Ja nie pamiętam dokładnie w tym momencie. Także nie ciągnij mnie za język. Musiałbym sprawdzić, bo mam to na zdjęciach w każdym razie. Ale zostawiając te zdjęcie i wszystkie te rzeczy, to zjawisko akurat było tak zwanym psim słońcem. To jest moment, kiedy widzisz na niebie, na horyzoncie, kiedy zachodzi słońce albo jest przed zachodem słońca. Widzisz coś w rodzaju krzyża, widzisz cztery słońca dookoła i wygląda to niesamowicie. To jest właśnie jedna rzecz, ale widziałem inną rzecz i to było lata temu. Nie pomnę sobie roku. Ostatnio właśnie przez zupełny przypadek trafiłem na to i sobie przypomniałem, ale znowu zapomniałem. 2008, 2010, gdzieś coś koło tego czy jakoś tak.
Mniejsza o to, trzeba sprawdzić Trzeba sprawdzić na internecie. W tym momencie nie będę klikał, nie będę sprawdzał, ale zjawisko wyglądało nieprzeciętnie. Były to dwa słońca. Przez moment na niebie były dwa słońca. Wyglądało to dosłownie tak, jak powiedziałem. Jest słynna legenda z otchłani pradziejów dotycząca jeszcze początków Bizancjum, mówiąca o tym, że Bizancjum w ogóle nie było katolickie ani z tych rzeczy. Nie było tam żadnej szumowiny. To było troszeczkę inne miejsce. Oczywiście, jak zwykle, jak to się często zdarza na zgliszczach pradawnej cywilizacji. Ale te zgliszcza nie były aż tak permanentne.
Zostało troszkę wiedzy i nad miastem na bramie był symbol dwóch słońc, co zresztą jest zapisane jeszcze przez kilku kronikarzy. Zresztą początek kultu katolickiego tam się zaczął od właściwie troszkę innej wersji, bo był to kult zarówno męskiego, jak i żeńskiego pierwiastka. Nie było Boga jako takiego. Był wspólny podział ról i nawet we władzy w Babilonie był mocny status dla tych par, które sprawowały władzę, że kobieta była dokładnie równoważna z mężczyzną. Królowa i król tak samo ważni. Nie było podziału na jedna płeć wyżej, druga płeć niżej albo coś w tym stylu. Nie było żadnych szaleństw. Wszyscy byli na równej płaszczyźnie i tam był taki symbol dwóch słońc. I wiadomo było, że jest drugie słońce i pewnego dnia się pojawi. To drugie słońce zawsze zwiastuje początek nowej ery.
Tak to się nazywa i to drugie słońce zresztą pojawia się w paru innych miejscach na świecie. Żeby było zabawniej, wątek drugiego słońca pojawia się bardzo często w mitologii. To jest taka spekulacja, bo właściwie nie wiemy do końca, czy było to drugie słońce, ale pojawia się taki zapis gdzieś tam na tych hieroglificznych historiach, które nie do końca są dla nas zrozumiałe. W każdym razie sprawa jest i to nie jest tak, że jej nie ma. Oczywiście ciężko ją spenetrować w jakikolwiek sposób, bo jest to już tak mityczne i odległe wspomnienie po informacji, że ciężko by było przeglądać jakieś kroniki i coś z tego wyciągać. Chociaż kto wie. Jest taka jedna Biblioteka Watykańska się nazywa. Zbierali trochę papierów, może coś więcej na ten temat mają, ale tego nie wiemy, bo zajmują się handlem bronią, także mają troszkę inne rzeczy aktualnie na głowie. Ponoć aktualnie należą do korporacji, która zainwestowała największe pieniądze, jeżeli chodzi o skup, sprzedaż, handel bronią. To właśnie Watykan aktualnie jest numer jeden na świecie.
Tak słyszałem. Ale anyways, zostawiamy tych psychopatów z Watykanu i wróćmy do tego konceptu dwóch słońc. Ten koncept się pojawia, bo oczywiście zostawiam te legendarne, alchemiczne, legendarne rzeczy z prehistorii, ale on się pojawia w alchemicznych sprawach i on reprezentuje konkretną sprawę. Jest słońce czarne, słońce normalne, można w ten sposób określić. Jedno słońce jest niewidoczne i jest lustrzanym odbiciem tej energii, z której składa się słońce, które jest widoczne. Generalnie jest to taka reprezentacja duszy alchemika poniekąd albo miejsca, w którym powinna się znajdować dusza owego alchemika w cudzysłowie. Czyli gdzieś pomiędzy ta dusza widzi jedno słońce i drugie słońce. Czyli jeżeli ty widziałeś dwa słońca, to bardzo dobrze. Ponoć jest to jakiś znak. Ja się o tym dowiedziałem parę lat później, bo oczywiście fakt ten utkwił mi w głowie, bo widziałem to nie sam jeden, ale w towarzystwie.
I jakoś tak się złożyło, że zapamiętałem i po latach się okazało, że to jest jakiś znak na niebie, który się pojawia rzadko kiedy. Część ludzi to widzi, część nie. Nie wiem, może część ludzi po prostu jest disable, może nie. Może to ja jestem disable, czyli niepełnosprawny i ja to akurat widziałem. A może właśnie niepełnosprawni są ci, którzy tego nie widzieli? Kto wie. Może być tak jak ze statkami, które płynęły do Meksyku, a Indianie mówili, że tylko chmury na horyzoncie. Tylko szamani ponoć widzieli, że to statki. Mówili, że złe nadciąga. Anyway, tam chodziło o złe, a tu jest to znak czasów i generalnie pojawienie się takich nietypowych formacji na niebie.
Właściwie nie jest to formacja, jest to drugie słońce. We wszystkich tych legendarnych opowieściach i nie tylko oznacza kres jednego, początek drugiego. Zresztą opowieści o tym drugim słońcu się pojawiają czasami w tekstach, które nie wiem, jak je skwalifikować, bo to ciężkie do zakwalifikowania. Są to wszelkie remote viewing po angielsku. Też nie odpowiada. To są takie sytuacje, w których ludzie poddają się hipnozie, w których mają jakieś sny prorocze. Ludzie takie, które mają status proroczego snu i to sobie wszystko zapisują. To się kolekcjonuje przez lata, stulecia. Ludzie zapisują pamiętniki. Czasami część z tych rzeczy trafia do opinii publicznej, czasami nie.
I wiemy o tym, że ten motyw podwójnego słońca się właściwie często pojawia. Nie jest to taki unikatowy motyw w alchemii szczególnie. W alchemii oznacza on przejście, to, co kiedyś opowiadałem do krainy Duat i takie bycie we wszystkich możliwych wymiarach, bo to drugie słońce nie jest widoczne z naszego wymiaru. Przynajmniej tak mówi jedna z hipotez na ten temat. Ono jest widoczne tylko przez krótki moment, kiedy gdzieś coś tam przechodzi przez siebie, kiedy jest właśnie ten moment zmiany, kiedy Ziemia zmienia swój kosmiczny los, swoją kosmiczną trajektorię, wszystko się zmienia. Przynajmniej takie opowieści krążą dookoła tego zjawiska. Być może widziałem znak. I don't know. Może powinienem założyć jakąś religię. Nie, żartowałem.
Nie będę zakładał żadnej. Wystarczy to radio w sobotę, że się spotykamy i bardzo dobrze. W każdym razie te drugie słońce cały czas w alchemii reprezentuje przeciwwagę do tych normalnych, grawitacyjnych, fizycznych sił, które nas otaczają. Jeżeli chcesz takiego bardzo krótkiego, radosnego wytłumaczenia. Jest oczywiście jeszcze kwestia Księżyca, bo część z nas może pomyśleć: „Tomek, ale tam jest Księżyc, a nie drugie słońce”. To też. Ale Księżyc reprezentuje inną energię Księżycową, srebrną. Inny kamyk, srebro, inny metal. Słońce reprezentuje złoto. Też w ogóle ciekawa historia, bo jeżeli spojrzysz na to od fizyki atomowej, to cokolwiek by nie mówić, jeżeli spojrzysz na metale, to im dalej w galaktyce reprezentacja metalu jest odsunięta, czyli na przykład Słońce od Ziemi, tym większa powinna być wartość tego metalu, który reprezentuje to przesunięcie, ten interwał, odległość pomiędzy Słońcem a Ziemią.
A wartość metalu, który reprezentuje połączenie pomiędzy Ziemią a Księżycem powinna być mniejsza. Proste, prawda? Jak na ironię złoto ma oczywiście większą masę atomową i neutronową od srebra. Nie będę tu podawał proporcji, bo oczywiście nie są to idealnie proporcje takie, jakie obserwujemy w kosmosie, przynajmniej takie, jak się nam opowiada. Ale mniejsza o to. W każdym razie starożytni już widzieli i myśleli w sposób bardzo obrazkowy, bardzo metaforyczny, gdzie właściwie wiadomo było, że obliczenia mogą się wysypać w pewnym momencie. Może się zmienić matematyka. Też pamiętajmy, że setki, tysiące lat temu była zupełnie inna matematyka. Kilku ludzi o niej dzisiaj mówi. To powoli wracający temat, co mnie zresztą bardzo cieszy, bo jest to niesamowita historia i budowanie urządzeń według tej matematyki to jest niesamowita przygoda.
Wiem, bo to robię na co dzień, tak że rzecz jest nieprzeciętna. Też się tego uczę. Trochę sobie przypominam po tych przodkach i sprawdzam w praktyce przede wszystkim. Ale wracając do tych dwóch słońc. Są dwa słońca, czyli jeżeli mamy księżyc, jeżeli mamy słońce, mamy wszystkie te reprezentacje, to co oznacza drugie słońce? Właściwie drugie słońce jest niczym innym jak przeciwnością największej mocy, którą jest słońce. Czyli coś po drugiej stronie, coś, czym my się stajemy. Czarne słońce, punkt, w którym wszystko znika. Przeciwieństwo. Jest coś takiego.
Alchemicy wykorzystywali to do zapisu swoich tajemniczych opowieści, bardzo tajemniczych o tym, jak rafinować różne substancje. Zresztą, cokolwiek by nie mówić, wielu z nich osiągnęło potężne sukcesy w rafinacji różnych substancji. Jeżeli teraz przeglądasz na przykład Wikipedię i postanowisz sobie sprawdzić tabelę pierwiastków okresowych i sprawdzisz po kolei, skąd się brały i sprawdzisz sobie historię po kolei tlenu, wodoru, azotu. Oczywiście historia przynajmniej części z tych pierwiastków sięga starożytnych czasów. Oczywiście oficjalnie do Grecji, bo z reguły większość z nas pochodzi ze starożytnej Grecji. Ale jak wiemy, Grecy byli cwaniakami, złodziejaszkami, którzy buchnęli wszystko z Aleksandrii. Nawet piramidy nie potrafili nazwać normalnie, tylko nazwali to pyramidon, czyli bryła geometryczna. Struktura właściwie. No właśnie. Ale jak trafisz na zapisy, co było sprawdzane z tym metalem, jakie eksperymenty były robione, jak był używany na przykład w średniowieczu.
To jest ten okres czasu, który dzisiaj wyjątkowo będzie mnie interesował i znosi mnie dzisiaj w tym kierunku. Taka alchemiczna historia troszeczkę. Okaże się, że masa tych substancji została właściwie poddana solidnej destylacji i rafinacji właśnie przez te stada alchemików, które się tażały przez Europę. I dopiero kiedy się pojawiła oficjalna nauka, kiedy zniknęła alchemia z nazwy akademickiej, nie było jej w akademii, była po prostu chemia. Pojawiła się oficjalna wersja nauki, oficjalny dogmat. To w ramach tego oficjalnego dogmatu część tych starożytnych mniej lub bardziej tradycji alchemicznych została przywrócona z powrotem. Kilku ludzi zapisało się złotymi głoskami w historii chemii i kilku innych dziedzin nauki, rafinując różne substancje. Jeżeli sobie prześledzisz, to znakomita część tych substancji miała swoje dziwne, metaforyczne znaczenia tuż przed tym momentem, zanim się pojawiło oświecenie i zostały ogolone z tego, wystrzyżone kompletnie niczym owce na piosnę Suterka. Ale nas interesuje ta alchemiczna historia z dwoma księżycami, bo pomimo wszystko, że zostało to wszystko ogolone, ostrzyżone, kiedy nastąpiła reformacja nauki i zaczęto szukać jakichś zasad, które mogłyby usankcjonować wszystkie te zabawne zabawy zwane sprzedażą niewolników, wojnami, religią, wszystkie te szaleństwa. Ci alchemicy wiedzieli jedną rzecz o interakcjach tych wszystkich substancji.
Właściwie wszystko się opierało dokładnie tylko i wyłącznie na interakcjach. Wiadomo było, że część z nich zbudowało bardzo dziwne urządzenia, zrobili bardzo dziwne eksperymenty i o ile część z tego trafiła, tak jak wspomniałem, do tablicy Mendelejewa i gdzieś tam jest to zapisane w Wikipedii nawet, możesz sobie sprawdzić opisy różnych chemików, alchemików, którzy rafinowali różne substancje, które teraz są popularnie używane, to oprócz tego jeszcze pojawiło się kilka historii. Oczywiście nie wiemy dokładnie, czy jest to prawda. Jest to oczywiście do pewnego stopnia spekulacja albo kto wie, pewnego dnia być może się dowiemy. Kilku dżentelmenów robiło taką robotę pod tytułem produkowanie złota i różnych takich dziwnych pierwiastków. Oczywiście to są legendy, o których tu czasami wspominam oficjalnie, ale nieoficjalnie wiadomo, że pewne historie są możliwe. Alchemicy, tak na moment odbiegając od produkcji złota, potrafili robić różne dziwne rzeczy, bo zapis o tych alchemicznych sztuczkach gdzieś tam pozostał. W każdym razie na pewno są to sprawy związane z medycyną, bo to była taka chyba największa sława alchemików, że byli wzywani na dwory królewskie i w takie, że tak powiem, elitarne, prestiżowe miejsca po to, żeby dbali o zdrowie, powodzenie i zapewniali dobrą przyszłość może nie dla królestwa, ale dla tego, kto sprawował władzę w tym królestwie aktualnie. Tak że taki alchemik musiał coś wiedzieć. Pamiętajmy, że były to troszeczkę inne czasy i o ile Dzisiaj możesz zaczarować kogoś zdjęciem reklamowym modelki, która rozepnie swoją bluzkę troszeczkę mocniej, podniesie ją do góry, podniesie sukienkę, pokaże na czym siedzi i ty gdzieś tam obok umieścisz zdjęcie swojego produktu, to akurat będzie się wydawało, że to zadziała i będą chłopaki, które będą myślały, że trzeba kupić taki produkt, inaczej nigdy nie spotkam takiej dziewczyny albo coś w tym stylu.
To w dzisiejszych czasach jest taki wtórny kretynizm, że młody człowiek ogląda reklamę, kiedy widzi modela albo modelkę, albo parę modeli stojących na tle luksusowych posiadłości z luksusowym samochodem, a widać na zdjęciu, że towarzystwo ma może niecałe 20 lat. I oczywiście jest wielka napinka teraz, żeby dogonić to zdjęcie, przegonić je, zarobić na jeszcze bardziej luksusowy dom, jeszcze bardziej luksusowy samochód i pewnego dnia móc powiedzieć sobie samemu, że jest się zwieńczeniem sukcesu o tym luksusie z tej gazety. Dzisiaj mamy do czynienia z bardzo dużą generacją. Mówiłem, że będę generalizował dzisiaj troszeczkę. To troszkę przygeneralizuję. Z dużą generacją głupków i takich wtórnych kretynów wychowanych centralnie na reklamach i wierzących w tym, że świat z reklamy jest właśnie tym światem, który się dzieje dookoła nich. W średniowieczu było troszkę inaczej. Człowiek był mniej kretynem, bardziej przy ziemi. Po angielsku jest takie fajne powiedzonko „ground to earth”, czyli jeżeli coś działa, to działa. Jeżeli nie działa, to nie działa.
To, że ludzie się modlili do kościoła w Europie przynajmniej i wykonywali różne dziwne obrzędy z tego tytułu, wcale nie znaczy dlatego, że to nie działało albo coś w tym stylu. Ci kolesie znali kilka sztuczek, których nie znali inni ludzie. Na tym polegała cała zabawa. Dlatego widzieli, jak skutecznie siłą tak zwanej łagodnej perswazji pod tytułem my wiemy więcej, jak sprowokować pewne zjawiska, przyciągnąć do siebie tych, którzy nie posiadali tej wiedzy, strasząc ich tym, że popadną w niełaskę losu świata, jakiegoś bóstwa i tak dalej. Za tym wszystkim zawsze stała wiedza. Absolutnie. Do tej pory właściwie stoi wiedza. Za reklamą też stoi wiedza. To reklama jest dzieckiem owej wiedzy. Socjotechnik z lat 20.
trenowanych tutaj w Anglii. Ja nadaję do ciebie prosto z Londynu, południowego zresztą, tutaj w Cambridge, zresztą niedaleko w latach 20., o czym opowiadałem już kilka razy chyba nawet. Zaglądnij sobie do archiwum Radia Na Fali. Tam jest taki serial o nazwie „Dokładka” i tam jest troszeczkę więcej na temat tych sztuczek łagodnej perswazji. I o ile dzisiaj można, że tak powiem, łagodnie wpływać na nas, ponieważ nasz sposób życia jest maksymalnie, ekstremalnie, wręcz patetycznie nawet dodał, odcięty od takiego normalnego ground to earth, od bycia przy ziemi. Chociażby przez to, że wszystko jest serwisem. Dzwonisz po coś, przyjeżdżają, naprawiają, coś się psuje, kupujesz gotowe, nie musisz nic robić. Jest tak wszystko gotowe. Ty właściwie nie partycypujesz w tym całym projekcie zwanym swoim życiem. Twoja jedyna partycypacja jest na poziomie otwierania i zamykania portfela i wychodzenia i wchodzenia do pracy.
I to wszystko. Natomiast w średniowieczu trzeba było troszkę mocniej i lepiej o siebie dbać, czy się chciało, czy nie. Nie mówię tutaj o długości życia, o wszystkich takich sanitarnych historiach, które z reguły najczęściej się podejrzewam, kojarzą wszystkim ze średniowieczem. Mówię o takiej logice normalnego funkcjonowania. Nie mogłeś zrobić pewnych rzeczy. Nie mogłeś być głupkiem, bo twoje życie bardzo szybko by się skończyło. Musiałeś wykazywać pewną empatię do ludzi dookoła. Pewien poziom takiej, nie wiem, czy po polsku jest, nie ma chyba takiego odpowiednika. To się nazywa po angielsku common sense, czyli takiej powszechnej logiki, że coś jest tak oczywiste, że się na ten temat w ogóle nie dyskutuje. I to są relacje z ludźmi, kilka innych spraw.
I to, że jeżeli coś mówisz, to musisz to zrealizować. Jeżeli jeszcze jest to zobowiązanie słowne wobec kogoś, za kim stoi kilku facetów z dużymi mieczami, dla których ścinanie komuś głowy nie jest aż takim traumatycznym przeżyciem i właściwie kiedy sobie wypiją troszeczkę tego miodu pitnego, bardzo chętnie zetną ci głowę. To jeżeli coś obiecujesz, to musisz dotrzymać słowa. To nie były czasy, gdzie możesz ściemniać tak jak dzisiaj z firmami na giełdzie, akcjami na giełdzie. Niesamowite cuda. Nie za bardzo. Próby ściemniania kończyły się bardzo szybko w lochach. Kończyły się bardzo szybkim ścięciem albo umieraniem w męczarniach, ponieważ rozczarowany książę, król albo ktokolwiek inny, kto korzystał z usług takiego alchemika, mógł sobie zwyczajnie zlekceważyć jego wiedzę i to tak dosłownie. I żeby nie popaść w niełaski na przykład Watykanu, trzeba było się pozbyć kolesia, który obiecywał dużo opowieści i nic z tych opowieści się nie sprawdziło. Także żeby można było być alchemikiem w Europie, to trzeba było mieć kiepski łeb i naprawdę rzeczywiste umiejętności.
To też chciałem tutaj taki stand-up zrobić. Mocno ugruntować. Dzisiaj się gubię z językiem polskim. Dzięki w ogóle Ivelliosie. Ivellios mi tu podpowiada troszeczkę na boku przez Skype'a. Dzięki wielkie. A dzisiaj się troszeczkę gubię. No właśnie, bo common sense to jest wiedza współdzielona czy jakoś tak. Właśnie taka współdzielona wiedza. Wszyscy wiedzą, że dokładnie to jest to.
Dzięki wielkie. W każdym razie to, na co chcę zwrócić uwagę, to to, że nie można było, że tak powiem, strzelać jęzorem nieprzeciętnych głupot w średniowieczu, szczególnie kiedy naprzeciwko ciebie stali ludzie, którzy płacili ci pieniądze i to duże pieniądze jak na ówczesne czasy. I jeszcze posiadali zbrojnych, którzy wymierzali sprawiedliwość i to jeszcze według ich własnych zasad. Pamiętaj, że wtedy na świecie obowiązywały takie zasady, że prawo obowiązywało w miastach. Też taka ciekawostka, ponieważ poza miastem prawo nie działało. Znaczy oficjalnie to prawo było na każdej drodze królewskiej, ale droga królewska kończyła się bardzo szybko w tym miejscu, gdzie znikała z oczu królewskiej straży. A reszta kraju żyła po swojemu. Zawsze byłeś skazany na interakcje bezpośrednie z ludźmi, którzy czasami być może coś od ciebie chcieli. Jeżeli miałeś wiedzę i podróżowałeś po Europie, a wiemy o kilku alchemikach, łącznie z tymi legendarnymi, takimi jak John Dee, którzy podróżowali sobie po Europie w czasach wojny trzydziestoletniej. To w ogóle fenomen, że Europa jest ogarnięta pożogą, a kolesie sobie tu w jedną stronę, tu w drugą, nie przejmując się za bardzo.
Gdzieś po drodze jakieś okolice Watykanu odwiedzą i jeszcze nikt ich nie spalił. Z powrotem wracają do Bohemii, czyli do dzisiejszych Czech, do Pragi, Królestwa Bohemii, aby tam sobie postudiować w bibliotekach troszeczkę alchemicznych dzieł. Następnie znikają sobie do Niemiec na dwór króla Szwecji, który toczy wojnę trzydziestoletnią z Watykanem, bo on ma doskonałą bibliotekę, też zbiera różne heretyckie dzieła. Jakoś nie ma problemu, żeby później sobie wrócić spokojnie do Anglii. Także można powiedzieć nie posiadając paszportu, a będąc jednocześnie bardzo znanym alchemikiem w Europie, nie miał żadnych problemów z podróżowaniem. Czyli jakąś wiedzę musiał posiadać, bo przecież nikt nie przytulałby kolesia, który jest głupkiem. Tym bardziej że czasami opisy tych alchemików ze średniowiecza nie pozostawiają zbyt wiele wątpliwości. Nie byli to, przynajmniej według tych opisów, tacy najbardziej sympatyczni i modelowi ludzie, żebyś chciał takiego kolesia na okładce swojej płyty albo coś w tym stylu. Niekoniecznie. Czasami były to takie dosyć parszywe charaktery, różne pokręcone charaktery, ale jednego nie można im odmówić.
Nie można odmówić wiedzy. Oczywiście ktoś by powiedział: „Ale średniowiecze, czasy głupków, którzy nie wiedzieli, o co chodzi. Wystarczył, że walnął piorun, wszyscy klękali na kolana i się modlili”. Tak, owszem, ale jeżeli wyszedł koleś i powiedział, że spowoduje walnięcie pioruna, a piorun nie walnął przez najbliższą godzinę, bo ludzie byli bardzo konkretni i stawiana była klepsydra i albo z zmierzchu do świtu, albo parę klepsydr, albo tylko jedna i sztuczka miała się wydarzyć. Jeżeli się nie wydarzyła, automatycznie delikwent był kompletnie spalony. Zresztą to prawo poniekąd takie common sense angielskiego mówiąc. Przepraszam, że jestem taki angielskojęzyczny, ale tyle lat poza ojczyzną, to czasami się wkrada do mojego języka. W każdym razie te same sztuczki, to samo podejście stosowano na Dzikim Zachodzie, gdzie jeżeli koleś wjechał i sprzedawał jakiś bullshit, który truł tylko ludzi, to groziło mu to, że zostanie pojmany przez mieszkańców, związany, pozbawiony odzieży wierzchniej, dosłownie w gaciach, przywiązany do konia, wysmarowany smołą i pokryty pierzem, i następnie wykopany za miasto. Taki przywiązany do konika, że będzie sobie teraz dryfował tam na prerii, już poza miastem. Hehe, taki oznak cwaniaka i łotrzyka.
Podobnie w średniowieczu. Tylko że w średniowieczu zasady były dosyć brutalne. Wiadomo było, że tacy dżentelmeni operują wiedzą, która wymyka się spoza tej oficjalnej watykańskiej wiedzy, doktryny Kościoła rzymskokatolickiego, watykańskiego i tak dalej. Robienie czarów, czyli generalnie od razu na stos. Opcja była jedna: albo naprawdę potrafisz robić czary, w cudzysłowie czary, tak to nazwano wtedy, albo znikasz. Po próbie zadeklarowania się, że potrafisz coś zrobić i nie wywiązania się ze swojej obietnicy, twój żywot bardzo szybko się kończył i wiadomo było, że alchemicy mają pewną wiedzę. Znaczy pewną. Za chwilę powiem ci ciekawą rzecz na temat reaktorów jądrowych, bo alchemicy szukali jednej rzeczy. Szukali prawa magnetyzmu. Znaczy oczywiście nie wszyscy.
Ja nie chcę tutaj akurat generalizować i brać odpowiedzialności za wszystkich alchemików, ale jeżeli zacząłem studiować ich prace, szczęśliwie zdarzyło mi się trafić na kilka przedruków, takich jeszcze XVII-wiecznych. Oryginały były napisane po łacinie, ale ciężko szukając, udało mi się trafić na angielskie tłumaczenia, takie jeszcze z XVIII wieku i strasznie ciężko jest to czytać. Naprawdę nie wyobrażaj sobie, że ja tak przeleciałem jak motylek na jednej nóżce, jak kózka przez połoninę. Nie, nic z tych rzeczy. Było to ciężkie czytanie. W ogóle nie wiem, czy cokolwiek z tego zrozumiałem, ale w każdym razie bardzo często odwoływano się właśnie do mocy przyciągania i ten symbol czarnego słońca, normalnego słońca właściwie reprezentował, gdybym chciał to wytłumaczyć na dzisiejszy język naukowy, reprezentował dwa stany magnesu, czyli dokładnie ta sama moc, tylko w jednym miejscu znika, a w drugim się pojawia. W alchemii w ogóle był bardzo ciekawy koncept, który powoli wraca do świata nauki. Tak myślę. Trzymam kciuki. Jeżeli nie wróci, to nauka będzie skończona.
Taka jest moja opinia. Koncept o tym, że nie ma końca ani początku. To jest główny alchemiczny koncept. To jest właśnie drzewo życia. To jest coś, co jest często interpretowane na milion sposobów przez różnych szalonych wróży, różnych wizjonerów, różnych niesamowitych ludzi i tak dalej. Ale mniejsza o to. Oryginalny koncept mówi o tym, że to, co na górze, to samo co na dole. Czyli właściwie nie ma końca ani początku, jeżeli chcesz to przetłumaczyć w inny sposób. Drzewo metafizycznie i metaforycznie ujmując, pojawia się znikąd. Właściwie zapuszcza korzenie w ziemi.
A właściwie jeżeli spojrzysz na to od strony alchemicznej, nie zapuszcza. Korzenie się tam pojawiają. Ty to traktujesz jako proces rośnięcia, że od nasionka rośnie, a alchemik by powiedział, że on się tam pojawia. Nasionko tylko ma część interakcji, druga jest w ziemi i powstają korzenie. Po prostu powstają. Następnie razem z korzeniami w tym samym momencie powstaje cała reszta i drzewo jest takim zamkniętym obiegiem. Energia, która uderza, wyskakuje z liści, uderza w świat, przelatuje sobie dookoła w postaci takiego pączka i sobie wraca z powrotem do korzeni. Drzewo jest przedstawiane jako takie idealne stworzenie, które samo w sobie Ma otwarcie, wejście do tego magnetycznego pola i wyjście z tego magnetycznego pola. Ono samo sobie ustawia punkt referencyjny, tak to się nazywa, czyli punkt wejścia i wyjścia. Ma kontakt z jakimś dodatkowym wymiarem, przez który pobiera energię do życia.
Tak też sprawy traktowali alchemicy. Chodziło o zbudowanie maszynerii, oczywiście razem ze sobą, bo alchemik był nieodłącznym czynnikiem, składnikiem tej całej maszynerii. O zbudowanie takiej maszynerii, która stworzy zamknięty przepływ energii, w cudzysłowie zamknięty, że cała energia kosmosu będzie przepływała przez to zjawisko. Właśnie wtedy, kiedy przez ciebie przepływa cała energia kosmosu, możesz formować materię, wpływać na jej kształt, możesz robić niesamowite rzeczy. To jest to coś, co było niesamowitym magnesem na wszystkich władców w Europie przez lata, jeżeli chodzi o ściganie się z zatrudnianiem alchemików, ponieważ każdy z nich chciał się nauczyć tej sztuczki. Jak mieć ową magnetyczną moc przyciągania do siebie myślami wszystkich rzeczy, których tylko zapragną. Wiadomo było, że alchemicy potrafią robić część z tych rzeczy. Potrafią przyciągać pewne sprawy, materializować zjawiska, substancje. Niektórzy twierdzą, że legenda. Ja twierdzę, że wcale nie jest to legenda.
Był taki dżentelmen w Europie, który się nazywał Roth Redcide, który był zresztą alchemikiem. Założyciel całego słynnego rodu, który wyprodukował złoto i produkował go naprawdę sporo. Było kilku innych dżentelmenów, którzy też produkowali złoto w Europie. Oczywiście nikt z nas nie jest w tym momencie w stanie powiedzieć na 100%, że tak się właśnie działo. To są dokumenty. Wszystkie te dokumenty były utajniane, ponieważ była to bardzo hermetyczna wiedza i nikt nie chciałby, żeby ktokolwiek się zastanawiał nad faktem tego, czy da się produkować złoto, czy też się nie da produkować złoto. Lepiej, żebyśmy wszyscy myśleli, że złoto znajduje się tylko i wyłącznie głęboko w ziemi, w żyłach skał, które się znajdują, żeby nikt nie wpadł na pomysł, co się stanie, kiedy staniemy w samym środku tej energii, która jest reprezentowana przez czarne i białe słońce. Co się stanie wtedy z nami? Jakie moce wtedy posiądziemy? Władcy wiedzieli, że duże.
Widzieli tych alchemików, spotykali ich na swoich własnych dworach. Przecież zatrudniali ich, ściągali ich, płacili im za to, żeby wymyślali im medycyny, za to, żeby ich leczyli, za to, żeby przedłużali im życie, żeby dbali o ich zdrowie, żeby był ktoś na dworze, kto ma kontakt z tym troszeczkę większym światem, troszeczkę szerszym. Nie tym, w którym o twoim życiu decyduje czyjś miecz albo tego typu fizyczne zjawiska, tylko ten świat, który już się wylewa poza rzeczywistość. Wszystkie te wizje, przyszłość i tak dalej. Zresztą historia bardzo wielu królestw, których losy złożono w rękach owych dżentelmenów, owych alchemików. Ludzi, którzy wiedzieli, jakie są powiązania przyczyn i skutków przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Także często byli wykorzystywani do snucia planów strategicznych wielu królestw. Między innymi jednym z takich królestw był Watykan. Jest tam takie jedno miejsce. Zresztą zatrudniano alchemików na potęgę.
W pewnym momencie Watykan, żeby uniknąć utraty twarzy, powołał, zresztą rękami alchemików, bo to alchemicy stworzyli, tylko że pracujący dla Kościoła katolickiego, czyli tacy, którzy mieli możliwość mieszkania w Rzymie, korzystania z biblioteki, korzystania z całej infrastruktury wszystkich zakonów, które współpracowały z Watykanem wtedy na terenie całej Europy, a jednocześnie mogli wykonywać swoje własne badania naukowe. Przy czym oczywiście musieli się ze wszystkiego rozliczać swojemu zakonowi jezuitów. Oczywiście dokumentować to wszystko i przekazywać kolejnym braciom. Próba nieposłuszeństwa kończyła się w lochu prawdopodobnie albo szybkim ścięciem. Ale było troszeczkę ludzi, którzy pracowali na własny rachunek i ta wiedza była mocno dostępna. Trzeba też pamiętać o tym, że pewna część Europy wcale nie była taka tępa i durna. Był taki ruch katarów, tak to się nazywało. Ciekawa historia. Właściwie jedyne, co mamy na ten temat, to spekulacje. Zabawna sprawa, bo wygląda to trochę tak, jakby to był poważny przełom kulturowy.
Kiedyś zresztą o tym opowiadałem. Grupa ludzi, która kompletnie odżegnała się od Watykanu, zanegowała w ogóle jakiekolwiek zwierzchnictwo nad jakimkolwiek Bogiem, wykopała wszystkie hierarchiczne, oligarchiczne historie ze swojego miejsca. Wszystko działo się na południu Francji. Nagle takie uwolnienie ludzi z kieratu. Okazało się tak popularne, że król Francji bardzo szybko, z przerażeniem, razem z szefem Watykanu, czyli z papieżem, stwierdzili, że trzeba szybko zdławić tą rebelię w zarodku, bo zaraz wszyscy stracą poddanych. Ponieważ człowiek chce się czuć wolny i wcale nie chce zasuwać na kolana do jakiejś patologicznej organizacji co niedziela po to, żeby go okradała ze wszystkiego i niszczyła mu życie. Okazało się, że ruch katarów właściwie nie był niczym aż tak specjalnie oryginalnym, bo też ruch katarów to była ta sama wiedza, która prawdopodobnie przetrwała Aleksandrię, przetrwała dzięki arabskim zapiskom, przetrwała w Europie, być może dzięki tej tak zwanej słowiańskiej części. Kto to wie? Nie znamy właściwie żadnej historii na ten temat, bo wszystko zostało usunięte z powierzchni ziemi, a jeżeli cokolwiek jest, to zapewne zostało schowane w archiwach Watykanu, żeby tam nikogo specjalnie nie kuło po oczach. Ale były takie rebelie i wcale nie było tak, że cała Europa była taka tępa, ciemna i katolicka.
Nie do końca. Część z tych zapisków się ostało, część tej wiedzy się na pewno ostało. Właściwie, jeżeli się przyjrzysz na ... historię alchemii, to właściwie wszyscy alchemicy wywodzą się dokładnie z tych, można powiedzieć, rebeliantów. Jeżeli sprawdzisz miejsce pochodzenia, to jest południowa Hiszpania, środkowa Hiszpania, południe Francji, wszystkie te miejsca, gdzie mieszkali katarzy. Wszędzie tam, gdzie był dostęp do arabskich bibliotek, wszędzie tam, gdzie była możliwość darmowego uczenia się innych języków, pisania i czytania, czego w Europie chrześcijańskiej nie było za bardzo. Chyba że zostałeś jezuitą, ale to trzeba było zostać przyjętym do jezuitów. Galileusz nie chciał, odmówił. Ale on sobie mógł na to pozwolić, bo skonstruował teleskop i nikt nie wiedział, jak skonstruować teleskop poza nim. Tak że on mógł sobie na to pozwolić.
Miał kartę przetargową w swoim własnym ręku w postaci swojej własnej wiedzy. I wielu takich alchemików przeszło po zdławieniu tej rebelii na stronę Watykanu. Zresztą wybór podejrzewam bardzo niewielki. Jeżeli byłeś dobrym alchemikiem, miałeś dobrą wiedzę, to mogłeś oczywiście dyskutować swój kontrakt. Niekoniecznie trzeba było zostawać jezuitą. Jeżeli potrafiłeś zrobić dla jakiegoś księcia, dla jakiejś lokalnej watażki kilka fajnych, ciekawych rzeczy, przewidzieć jego przyszłość, ustawić mu królestwo tak, żeby wszystko działało, wyleczyć go z jakiejś choroby. Rozumiesz, o co mi chodzi. Dostawałeś ochronę tego dżentelmena i mogłeś sobie spokojnie robić swoje własne rzeczy. I ślad kilku takich alchemików istnieje w Europie. Zawsze jest to cicha historia.
Nikt się specjalnie tym głośno nie chwalił, bo wiadomo, że każdy król, książę i tak dalej jest chrzczony, namaszczany przez Watykan. Kto by się oficjalnie chwalił, że najważniejszą osobą na dworze jest królewski alchemik? Raczej nie za bardzo. Oficjalnie to tam raczej biskup występował, ale wiadomo, że alchemicy byli nawet do bardzo późnych okresów czasu, 1700 któryś tam rok i tak dalej. Po cichu oczywiście pracujący. I co robili ci alchemicy? Bo tak wspominam ciągle o tych alchemikach, ale zapominam o tej regule alchemicznej, o magnetyzmie. Ten koncept został przełożony na naukę w 1700 latach, 1800 latach. I to tak dosyć konkretnie. Pojawiły się mocne opracowania naukowe, początki prądu elektrycznego, elektrostatyka, pierwsze próby złapania, o co tu w ogóle w tym wszystkim chodzi, dlaczego my tu jesteśmy i jak to jest wszystko zbudowane.
Jak to rozumieć? Może w ten sposób. Właściwie opierało się bardzo mocno na tym koncepcie alchemicznym, na tym koncepcie przyciągania i odpychania, bo właściwie nic innego tutaj nie wchodziło w rachubę. Chodziło o substancje, które przyciągają się i tworzą coś tam albo odpychają się, tworzą coś tam, albo rozpadają się i tak dalej. Właśnie takie transmutacje, bo w alchemii jest to nazwane jednym słowem. Po prostu transmutacja, czyli przechodzenie jednego stanu materii w drugi stan materii. Bardzo taka ciekawa, egzotyczna rzecz, która została oficjalnie przez naukę okrzyczana, odwołana od czci i wiary dosłownie. To jest coś, co się oficjalnie w nauce akademickiej nie dzieje nigdy, chociaż w nauce normalnej, też oficjalnej, ale już tej niezbyt rzucającej się w oczy, coś takiego absolutnie istnieje. I oczywiście po kłosie tych genialnych alchemików, bo to byli genialni kolesie jak na swoje czasy. Funkcjonować w takich czasach, robiąc takie rzeczy, trzeba być odważnym dżentelmenem.
Przy czym pamiętajmy, że były też kobiety. Zresztą czego historią i zapisem jest manuskrypt Wojnycza. To jest moja hipoteza. Absolutnie nie chciałbym nikogo targać na krawędź klifu, żeby odpowiadał za mnie. Moja hipoteza brzmi tak: manuskrypt Wojnycza jest napisany w całości, przepisany, bo to jest przepisana praca, kropka po kropce, literka po literce przez kobietę. I jest to w ogóle historia związana z zielarkami i wiedzą medyczną. Tak bym to określił. Na to wygląda. I budowaniem sobie takiego reaktora do wzmacniania swojego organizmu, być może nawet do latania, kto to wie? Jest to właśnie taka alchemiczna praca na temat przyciągania i odpychania w naturze.
Jeżeli spojrzysz na te przyciąganie i odpychanie w kontekście medycyny średniowieczno-alchemicznej, jeszcze takiej XI-wiecznej, to zauważysz bardzo często w opisach właśnie kwestie, że złe myślenie przyciąga choroby, dobre myślenie przyciąga zdrowie i tak dalej. To w ogóle był taki oficjalny fakt znany wszystkim. To nie było tak jak dzisiaj w reklamie, że czujesz się źle, weźmiesz tabletkę i nagle się uśmiechasz. Nie. Tam nikt nie był kretynem. To były czasy, gdzie żeby sobie zrobić chleb, trzeba było zasiać zboże. Trzeba było to zboże ściąć, trzeba było to zboże wyklepać, zmielić i wykonać wszystkie te czynności. To nie szło się do sklepu i nie udawało kretyna pod tytułem: „Poproszę najlepszą mąkę, jaką macie”, udając konesera, który w życiu nigdy nie był na polu zboża, bo i tak się zdarza czasami. Rozumiesz, pani? Rozumiesz, pan?
Wtedy człowiek był zmuszony wiedzieć i dealować troszeczkę więcej. Zresztą jeden z alchemików, który nigdy się oficjalnie nie nazwał alchemikiem, doskonałe wykształcenie w tym temacie. Jak się dżentelmen... Bo kilku dżentelmenów mam w głowie, zawsze mi się myli nazwisko. Leonardo da Vinci. Dokładnie. Leonardo da Vinci. On był proteżé pewnego dżentelmena, który był z kolei alchemikiem i też nie wypadł psu z pod ogona. Wszystko to, jak się tak przyjrzysz, to taka kontynuacja starożytnej wiedzy. Akurat w przypadku naszego artysty Leonarda da Vinciego jest to dżentelmen, który właściwie załapał się na spuściznę owej, jak to później Watykan mówił, sekty katarów, czyli tej sekty wyzwolonej, która Operowała sztukami i naukami wyzwolonymi.
Wiedziała, jak sadzić, jak zbierać. Jeżeli chcesz sobie porównać albo zrozumieć katarów, tę wiarę, o co tam chodzi, to myślę, że prawie stuprocentowym tłumaczeniem na język polski, śmiejąc się, będzie „Anastazja”. Jest taka popularna książka we wschodniej części Europy, w Rosji strasznie popularna. Chodzi o opis prawideł rządzących życiem prostego człowieka. Nazywa się to „Anastazja”. I bardzo podobną rzeczą, jeżeli nie tą samą, jest bycie katarem. To jest tak, jak bycie jednym z followersów czy podążających za tym konceptem na świat opisanym w książce „Anastazja”. Dokładnie ta sama historia. Katarowie, dokładnie to samo podejście do życia, absolutnie to samo. Łącznie z całą medycyną naturalną, z ziołami i tak dalej.
Z tym że każdy z nas ma osobisty kontakt z Bogiem, a nie ma swojego księdza, nie ma papieża, nie ma żadnych pośredników, każdy z nas ma wizję i jest to sposób komunikowania się naszej własnej duszy. To jest ciekawy koncept, koncept między innymi alchemiczny. U katarów dokładnie to samo, że tutaj mieszka tylko część naszej duszy, połowa. I my mamy zadbać o to, żeby ta połowa zrobiła dobre życie, kształtując świat swoimi własnymi rękami. Ktoś by powiedział: utopia, szczególnie bankier przeliczający swoje tłuste banknoty powiedziałby: „Człowieku, to jest utopia. Po co to wszystko? Mamy tu wojnę, mamy dobry biznes”. Ale nie, wtedy było inne podejście. Była mowa o tym bardzo jasno i wyraźnie, że tylko tutaj na Ziemi jest część nas. Ta część jest połączona z kosmosem i my posiadamy niesamowite możliwości.
Właściwie jesteśmy rękami Boga. Jesteśmy istotami, które ze swojej natury żyją pomiędzy jasnym a czarnym słońcem. Jesteśmy gdzieś pośrodku. Ta energia przez nas przebiega. To my jesteśmy tym reaktorem, który jest zasilany samodzielnie. To jest kosmiczna historia. I dokładnie te same opowieści ugodziły Watykan strasznie mocno w serce. Przez to katarowie trafili na listę zakazanych dżentelmenów, ale dzięki temu posiadali też potężną wiedzę, bo jeżeli się przyjrzysz temu, co było w Egipcie, szczątki zostały z tych prehistorycznych czasów neolitycznych, to jest dokładnie zapis o tym, że to my jesteśmy tymi bogami, to my mamy tę wiedzę, to my potrafimy budować te niesamowite rzeczy. To jest nasza robota, to jest naszych przodków robota. I dokładnie z tego samego założenia wychodzili katarowie.
Unikali przede wszystkim zbieractwa, unikali banków, unikali wielu innych rzeczy. Najlepszy numer był taki, że żeby sprzątnąć katarów, potrzebni byli rycerze zakonni. Jak się okazało, różokrzyżowcy, maltańscy i tak dalej, wszystkie te cwaniaki, szczególnie różokrzyżowcy, zrobili tę robotę dla Watykanu, a później Watykan się ich pozbył, żeby nie było konkurencji z wiedzą, bo wiadomo, że każda dobra wiedza pewnego dnia, jak każde dobre nasionko, wykiełkuje. Czy to będzie za 100 lat, czy to będzie za 20 lat, czy to będzie za dwa dni. I tak pewnego dnia kiedyś wykiełkuje. Nie zakopiesz tego, nie zniszczysz tego. Możesz co najwyżej odlec w czasie. Wiadomo było, że może Watykan nie był przekonany, może myślał, że to zakopie. I też przedsięwziął wszelkie kroki ku temu. Tak że wszyscy ci, którzy partycypowali w owych wyprawach krzyżowych, tak zwanych wyprawach krzyżowych, czyli wyprawach po informacje, po złoto, po dominację i po władzę, po to, żeby położyć rękę na wszelkiej tajemnej wiedzy, w cudzysłowie tajemnej, czyli tej, która wymyka się poznaniu ówczesnemu, i stworzyć monopol na to wszystko, sprzedając to pod szyldem swojego własnego bóstwa i zmuszając ludzi do niewolniczej pracy na swoją własną korzyść.
To zdominowało wtedy cały świat i to dosyć mocno. Do tej pory ta historia ciągle się za nami. To jest dokładnie wojna o standardy, o to, że na przykład część z nas jest stresowana w konkretny sposób, żeby widzieć tylko i wyłącznie pewne zjawiska, a pewnych nie widzieć, po prostu ignorować. To jest klasyczny numer z Nikolą Teslą, który żył te 100 lat temu, wymyślał te niesamowite rzeczy i kiedy miał wreszcie ten samochód, Pierce-Arrow, który jeździł bez benzyny, to największym problemem było to nie jak zbudować taki kolejny samochód, tylko po co on to robi. Dzisiaj jest dokładnie tak samo. Część z nas niewiele się zmieniła. To jest dokładnie aktywny czynnik w nas samych, jak się okazuje. To, co mówili katarowie między innymi też i te starożytne czasy, że jeżeli upatrujemy swojego sukcesu w zbieractwie, w takim bardzo materialistycznym podejściu do życia, to jest pewien problem. Zaczynamy szwankować jako reaktor i przestajemy procesować tą piękną ponoć wiedzę. Tu nie będę ci mówił, czy ona jest piękna, czy brzydka.
To, co mówią legendy, jest niesamowite i to, co w ogóle z graniem spotykamy dzisiaj w oficjalnej nauce, jest też bardzo intrygujące, bo to ciągle się opiera o tą zasadę magnetyzmu, przyciągania i odpychania, że coś się przyciąga, a coś się odpycha. I my formując własne emocje, własne myślenie o czymś, bo właściwie do tego się stwarza cała ta doktryna. Czy to jest opisane w starych księgach pod szyldem „to, w co wierzyli katarowie”, czy to jest opisane co po niektórych w książce o nazwie „Anastazja”, czy gdziekolwiek indziej, to jest dokładnie ta sama doktryna, po prostu człowiecza doktryna, żeby przekalkulować świat przez swoją własną potrzebę i to jeszcze taką mało destrukcyjną. Potrzebę, która jest jeszcze związana z tym, że być może pomogę komuś przy okazji, że to nie tylko ja jestem na tej planecie i tak dalej. Okazuje się, że to jest właśnie główna część tego magnetyzmu. Te badania były kontynuowane, bo wiadomo, że oczywiście Watykan zrobił swoje. Katarowie zniknęli. Duża luka. Później część tej wiedzy przetrwała gdzieś tam po kawałku. Leonardo da Vinci używał jej do malowania.
To są te fenomeny związane z farbami używanymi do jego obrazów, że ciężko się prześwietlają, że nie widać podkładów podczas prześwietleń i tak dalej. Inne substancje używane w podkładach, robione inaczej niż wszyscy inni. I dżentelmen nie chorował za bardzo. To też mówi troszeczkę na temat tego, jak widział świat w swojej własnej głowie, na temat jego diety. Nie był to taki zwykły, bezczelny koleżka, który biegał z nożykiem i próbował odpinać kupony od swojej sławy. Trochę inne podejście do życia. Przynajmniej tyle zostało po nim w pamiętnikach. Podobne historie obserwujemy na przestrzeni pół stałych stuleci. Chociażby wielcy, dzielni odkrywcy Walter Kiwi czy ktokolwiek inny, chociażby nasz Tesla, o którym dzisiaj już wspomniałem. Też dżentelmen, poza tym, że żyjący sobie spokojnie, w komfortowych warunkach, normalnie, wygodnie, ale właściwie nieposiadający zbyt dużo rzeczy poza laboratorium i niezajmujący się zbieractwem za bardzo, poza rozwijaniem swojej technologii.
Też taka alchemia i też dokładnie ten sam motyw alchemiczny: przyciąganie i odpychanie. Bo właściwie cała ta historia, w którą my trafiliśmy, zaczęła się od tego momentu, że ktoś stwierdził, że jeżeli kawałek metalu się przyciąga, drugi się odpycha, jeżeli zawirujemy to wszystko, to być może coś powstanie. I to, co powstało, jest tym czymś, co zasila gniazdka elektryczne. Niezła alchemia swoją drogą. Hiperprzestrzeń. Coś tu trzeszczy. Nie, wszystko jest okej. O, czasami musi zatrzeszczeć w domowym studiu, przy domowym stole. Właśnie mój chleb jest w piekarniku. Jeszcze nie zdążyłem sprawdzić.
On sobie tam rośnie, bo tutaj opowieści. Przepraszam bardzo, jednak muszę porobić kawę. Jednak opowieści opowieściami, ale troszeczkę jak w tym średniowieczu. Taki common sense. Co prawda nie ja siałem to zboże, nie ja je zbierałem, nie ja je mieliłem na żarłach. Ja po prostu korzystam z gotowej mąki i robię już chleb. Anyway. Taki właśnie wygodnicki, nowoczesny człowiek. Ale wracając do naszej opowieści, bo ja dzisiaj tak alchemistnie trochę. Jest to historia, która się klei z tym całym porządkiem świata, można powiedzieć.
Ale wracając do rzeczy. Wróćmy do tego Nikoli Tesli sprzed piosenki i historii z jego magnetyzmem. Zresztą nie on pierwszy. Przed nim Walter Kiwi, później Wilhelm Reich, po drodze jeszcze Roya. Okej, przepraszam bardzo. Tu jak zwykle troszeczkę się zamieszałem w gałkach i czasami te gałki... Właśnie, już działają. Wszystko jest okej. Sorry za zamieszanie, droga słuchaczko i drogi słuchaczu. Po prostu czasami muszę wstrząsnąć tu systemem, przesunąć potencjometr i zatrzeszczeć.
Anyway, wracając do naszego Nikoli Tesli. Myślę, że doskonale wszyscy wiemy, wręcz lepiej niż doskonale jedną znamienitą rzecz, że kiedy Nikola publikował swoje wszystkie dziarskie wynalazki, właściwie nikt za bardzo nie podążał za Nikolą. Nikt nie podążał specjalnie. Nie za bardzo. Natomiast duża część ludzi związanych z nauką, inżynierią poleciała w-- followersów było dużo podążających, ale w troszkę różnych kierunkach. Znakomita część tego całego zamieszania... Już wiem, co się dzieje. Okej, już wiem, już wszystko poprawiłem. Duża część tego zamieszania pobiegła w kierunku udowodnienia światu oficjalnej wersji tej nauki i próbie zrobienia z tego kolejnego dogmatu. To jest taka historia, która się wydarzyła w kilku innych dziedzinach, w chemii i tak dalej.
Ale tak czy siak, dogmaty dogmatami, ale i Marie Curie-Skłodowska razem z mężem i kilku innych ludzi właściwie badało te wszystkie zjawiska nie po to, żeby zrobić prąd i mielić do gniazdka albo coś w tym stylu. Albo dlatego, że ktoś na giełdzie w Nowym Jorku wymyślił standard prądu elektrycznego w 1883 roku i od tego momentu wszyscy budowali maszyny, które obsługiwały konkretny standard i musiały robić to, co chłopcy na giełdzie wymyślili. Nie za bardzo. To jeszcze był taki piękny, dziki moment lotu po wolność technologicznego. Wiadomo było, że tylko prąd jest, można powiedzieć, opatentowanym w cudzysłowie standardem, ale jeszcze są inne zjawiska, inne rzeczy dookoła i bardzo dużo ludzi, właściwie ta znakomita większość szukała w tych zjawiskach dookoła, a nie w prądzie. Teraz nam się to sprzedaje jako monolityczną konstrukcję, że tylko dwie osoby i później tylko Albert Einstein albo coś w tym stylu. Bzdura, absolutnie bzdura. I było masę różnych ciekawych zjawisk, które oczywiście wskazywały na to, że leczenie się nie jest problemem, że organizm sam wraca do oryginalnego stanu, jeżeli stworzysz mu odpowiednie warunki. Setki tysięcy eksperymentów sto lat temu, w latach 20., 30. Jeszcze resztki tego istniały w latach 50.
Do momentu, kiedy się pojawił tranzystor i potężne globalne korporacje, które wzięły wszystko za mordę. Do tego momentu, kiedy technologia jeszcze była, można powiedzieć, dzika i wiadomo było, że jest troszeczkę inne zjawisko w tej elektryce. Poza elektryką jest jeszcze coś innego. Wtedy się wszystko rozwijało. Była oczywiście wojna o standardy. No właśnie, ale standard to jest takie zakłamanie. To jest sytuacja, w której aktualnie słabszy przegrywa. Słabszym zawsze jest nowoczesna technologia, która wchodzi na rynek. Także ten, kto dyktuje standard, może automatycznie wymusić dostosowanie się kogoś do swoich warunków, które on stawia, do swoich urządzeń. Szczególnie jeżeli dużo ludzi z pieniędzmi za nim stoi.
I na nasze nieszczęście wydarzyło się tak jak w czasach Jak w okresie międzywojennym, w latach 20. w Ameryce, gdzie kilku łebskich kolesi się zebrało i stwierdziło, że koniec samochodów na ropę, koniec dyktatu Rockefellera, koniec dyktowania ludziom, jak mają żyć przez banki Rothschildów i tak dalej, Giełdę Nowojorską, Morganów i wszystkich tych tłustych kotów. Niestety nie udało im się zdążyć z tym pomysłem. Był rok 1927, 1928 i niestety się okazało, że nie można wprowadzić tego na rynek, bo ktoś znowu coś zablokował. A to ciągle taka zabawa w standardy, ciągle ktoś, kto wymyśla standard. Teraz jest jeszcze druga część medalu. Standard standardem, ale najgorszym zamieszaniem w tym wszystkim jest czasami nasza własna głowa. O ile jeszcze w czasach alchemików chyba ludzie pamiętali, że żeby wykonać pewne rzeczy, trzeba być w tych rzeczach swoją własną głową, tak jak alchemik, to już w czasach Nikoli Tesli część ludzi chciała prawdopodobnie bardziej zobaczyć tą dziewczynę w bikini na okładce gazety niż informację o tym, że mogą być wolni. Szybciej przydano w lokalnych nowojorskich gazetach łatkę Nikoli Tesli, że jest jakimś dzieckiem diabła, który jeździ samochodem bez ropy. Oczywiście za pieniądze Rockefellera, bo nie były to artykuły pisane z własnej, dobrowolnej intencji przez pismaków, tylko mocno opłacone.
Ale ktoś w to wierzył. Część z nas w to uwierzyła i część z nas uwierzyła w to, że rzeczywistość jest taka naprawdę spolaryzowana i że ci, którzy nie podążają za standardami, ci, którzy podchodzą troszkę bardziej kompleksowo do tego tematu, nie powinni się w tym świecie pojawiać, bo psują im zabawę. To jest tak zwana wąska perspektywa, tak sobie można w skrócie nazwać. Technologia jest niczym innym, koleżanko i kolego, taka jest moja opinia, jak lustrem nas samych. Tak samo jak owa historia o spotkaniu z naszą duszą. Alchemik musiał się spotkać z własną duszą, żeby stanąć w tym miejscu, które pozwala mu robić transmutację. I w pewnym momencie pojawia się ciekawa technologia na przestrzeni XIX i XX wieku. Z powrotem, już taka troszkę bardziej otwarta dla ludzi. Możesz sobie częściowo sam zbudować w domu. Dokładnie ta sama historia, która powoduje, że konstruktor spotyka swoją własną duszę, czyli może się uwolnić od paradygmatu różnych standardów i tak dalej.
To jest dokładnie ten sam moment. Spotkanie swojej własnej duszy. Zresztą to jest pojawienie się wszystkich tych genialnych wynalazków, które jak na ironię, okazało się, pomimo swojej genialności, służą niestety nam do dzisiaj. Niestety, bo po drodze wymyślono masę innych nowych rzeczy, ale tamte opłacono troszeczkę lepiej. Ktoś inny ma prawa do patentów i musi to ciągle sprzedawać. Tak czy siak, technologia, jak potwierdzali alchemicy jeszcze w średniowieczu, już wtedy było spotkanie ze swoją własną duszą i w tym momencie, w tym specjalnym miejscu pomiędzy jednym a drugim słońcem, w naszej sytuacji, w naszym czasie i przestrzeni jest dokładnie to samo. Technologia jest niczym innym jak odbiciem naszej zbiorowej duszy. Czym jest nasza technologia? Ktoś zaprojektował na przykład stada dzieci, żeby biegały z karabinami, strzelały i tak dalej. No i zobacz, co się dzieje.
Stada dzieciaków, dorosłych ludzi siedzą zlustrowani mniej lub bardziej, mając świetną zabawę. Ja wcale nie mówię, że to jest kiepska zabawa. Siedzą i strzelają po ekranie. I teraz zobacz, co się stanie, kiedy odejdziesz na moment od tych wszystkich kolesi, którzy przy tym ekranie w słuchawkach non stop się napieprzają, kto kogo szybciej zabije i przełączysz się na to, co pokazuje telewizja. Pierwsze co, to zobaczysz ludzi z bronią, jakieś wybuchy, coś się dzieje, świat się przestawia, masz się bać. Otwierasz gazety. Dokładnie ta sama historia. Ten aktywny składnik nas samych zwariował. Po prostu zwariował. Jak się okazuje, na początku stulecia, kiedy wymyślano standardy, bogaci i wpływowi ludzie prawdopodobnie wpadli na pewien pomysł.
Na pomysł, żeby zrobić alchemię, ale bez alchemików. Właśnie. Nasz alchemik był tym czynnikiem, który przyciągał to pole. To on determinował, jak zostanie użyta dana substancja, czy w ogóle zostanie wyprodukowana. I tu nagle wielki finansista, który jest właścicielem Giełdy Nowojorskiej, jest tępym głupkiem, który nic poza pieniędzmi nie potrafi robić w życiu. Nagle zostaje postawiony w bardzo niezręcznej sytuacji, bo wszystko, czym operuje, to jest aktywność intelektualna, duchowa innych ludzi. To oni są okej ze sobą, wymyślają niesamowite rzeczy. Jego rola polega tylko na tym, że musi się tu pojawić, orżnąć wszystkich z patentów, z kasy i stać się właścicielem tego. I korzystając ze swoich opłaconych, płatnych morderców albo kogokolwiek, jak Rockefeller, bo tak zresztą robił karierę, po prostu zagrozić ludziom i ewentualnie tych, którzy się stawiają, powystrzelać albo zamówić tego, kto ich powystrzela i to wszystko. I to jest nasze podejście do technologii.
Chcemy dużo mieć, ale to jest niewiele różniąca się sytuacja od nas samych idących do sklepu i chcących coś, co niekoniecznie jest nam potrzebne. To jest dokładnie ta sama sytuacja. Tu się okazuje, że gdzieś po drugiej stronie ktoś musi to zrobić i o tyle, o ile sami nie pracujemy w fabryce tych ładnych rzeczy, do tego momentu jest to dla nas fascynujące urządzenie. Jeżeli już pracujemy w fabryce tych ładnych rzeczy, to może być tak, że przechodząc obok półki z tymi ładnymi rzeczami, zaczynamy się zastanawiać, czy naprawdę musimy na to poświęcić swój czas, pieniądze, cokolwiek. Swoją energię, swoją duszę władować w tą historię. Do tej pory było tak, że o zastosowaniu technologii i czy ona się rozwinie, czy nie decydowali alchemicy do XIX wieku, ponieważ ten alchemik był aktywnym składnikiem całej technologii. I nagle się okazało, że poprzez opanowanie interfejsu technicznego, takiego czysto technicznego do obsługi kilku urządzeń w bardzo wąskim standardzie, który my nazwałem prądem elektrycznym, okazało się, że można wyeliminować alchemika. Można sobie wyszkolić całą armię alchemików, inżynierów, którzy nie będą nic kumali, nie zrobią ani grama kroku do przodu, w ogóle nie odkryją nic nowego, ale za to doskonale będą obsługiwali ol' vivli istniejącą maszynę. I zasada jest prosta: tak długo, jak ta maszyna działa, tak długo nie będziemy nawet próbowali czegokolwiek zmieniać. Bo myślę, że dżentelmeni, którzy włączali wszystkie standardy dookoła panujące, doskonale wiedzieli, co jest możliwe, a co nie jest możliwe.
I wydaje mi się nawet, że — nie będę cię oszukiwał — widzieli na swoje oczy o wiele więcej niż przeciętny człowiek w dzisiejszych czasach. Kiedyś o tym wspominałem, to wspomnę jeszcze raz. W salonie, w domu Marii Curie-Skłodowskiej, w obecności wielu świadków, profesorów z Sorbony, akademików, polityków, ludzi tak zwanych szanowanych i tak dalej, w powietrzu unosił się pewien dżentelmen. Na zawołanie podnosił się do góry, po czym opadał. Podnosił się i opadał. Wylatywał przez okno i wlatywał z powrotem. Na oczach gości prawie że skaleczył się do kości. Ale takie rzeczy się działy. Także wszyscy wiedzieli, że nie ma czegoś takiego jak limit dla ludzkiej wiedzy. Ten limit pojawił się dopiero w latach 50., ale w zabawny sposób, bo ten limit pojawił się w czasach atomu.
To jest największy paradoks całej tej historii. W czasach, kiedy to, co robili alchemicy w swoich kociołkach i to, co było przez niektórych ludzi uważane za kompletnie bajkowe opowieści, okazało się absolutnie prawdą. Mamy centralnie w lesie w hiperprzestrzeni. Ja mam na imię Tomek, a ty słuchasz oczywiście radia Na Fali, które chwilowo jest ciągle na standbyu, ale nie przejmuj się, za chwilę ten standby się kończy. A w ramach kończenia się tego standby, czyli trybu czuwania, na którym radio stało, zapraszam cię dzisiaj na wieczorową porę po hiperprzestrzeni retransmitowaną w Radiu Paranormalium. Wielkie dzięki Veliosowi, bo to dzięki niemu się to tak fajnie kręci. I dzięki oczywiście Grzegorzowi z Czasu Snu, także pamiętaj też Czas Snu. Są dwa ciekawe radia. Bardzo ciekawe. Ja pozdrawiam serdecznie Ivelliosa i wszystkich uczestników, szczególnie Chrisa, na Kinie Debaty Ufologicznej.
Ostatnio jeszcze nawrócę, bo to troszeczkę wątek sklejony z tymi moimi alchemicznymi opowieściami dzisiaj trochę. Zaraz ci powiem, w jaki sposób. Tam dżentelmeni dyskutowali ostatnio o rzeczy, o której ja jestem, no może nie apologetą, ale jest to punkt widzenia dosyć mocny u mnie na kilka spraw związanych z opowieściami w cudzysłowie „niesamowitymi” na temat spotkania z obcymi z kosmosu, UFO, bazami na Księżycu, na Marsie i tak dalej. Wszystkimi tymi super żołnierzami, którzy są owadami genetycznie. Ja myślę, że połowa z tego, jeżeli nie 99%, to ściema specjalnie produkowana przez rządy po to, żebyśmy żyli w dziwnym otoczeniu. Bo jak to mówią w mętnej wodzie ciężko zobaczyć, kto tam pływa, prawda? Otóż to. Ale ja wrócę do swojej opowieści. Tak przy okazji, jeszcze zanim wrócę, to zapraszam cię po drodze na Debaty Ufologiczne do Radia Paranormalium. Ale wracając do technologii tych wszystkich rzeczy.
Słuchaj, ten pochód nowej energii, która się objawiła i niekoniecznie prądu elektrycznego, bo w ogóle nie było mowy o prądzie za bardzo. Była mowa o prądzie, ale prąd tylko wyzwalał pewną energię, o której ludzie w latach 20. mówili „eteryczna”, mówili „fala skalarna”. Było tyle nazw. Fala grawitacyjna. Poważnie, była tona tych nazw. Niektóre z nich przetrwały do naszych dzisiejszych czasów. I żeby było zabawniej, nie są to bynajmniej jakieś fantastycznonaukowe opowieści, tylko jest to rzeczywisty research, dochodzenie naukowe wykonane przez kilku dżentelmenów, nawet więcej niż kilku, 100 lat temu. Tego było naprawdę sporo. To wcale nie taka mała sprawa.
No i co dalej z tym dochodzeniem? Ponieważ to dochodzenie zataczało coraz większe kręgi, okazało się, że dżentelmeni są doskonałym lustrem swojej własnej duszy. Zauważyli więcej niż prąd elektryczny i w wielu miejscach na świecie, w Europie szczególnie, zaczęto produkować dużo maszyn, które właściwie chodziły na własnym prądzie. Pobierały tylko część prądu z zewnątrz, resztę już robiły swojego własnego i to już zupełnie inny. Właściwie nie było mowy o prądzie, tylko o lampach, o różnych takich dziwnych zjawiskach. I ciągle była mowa o przyciąganiu, magnetyzmie i innych rzeczach. Dopiero udało się to wszystko wytłuc w momencie usunięcia lamp po II wojnie światowej oraz wszystko standardami do gleby. Pozostały tylko takie ciekawe opowieści, mniej więcej podobne do opowieści o tym urządzeniu, które zbudował Nikola Tesla, że siadałeś na specjalnym fotelu, pod którym były specjalne generatory i one robiły takie pole, że cokolwiek sobie pomyślałeś, się manifestowało fizycznie dookoła ciebie. Jeżeli usiadłeś sobie w tym pokoju na tym fotelu i pomyślałeś: „Jestem teraz na sawannie”, to nagle wszystko zamieniało się w sawannę. I to fizycznie wręcz ludzie, którzy byli z tobą, ponoć mieli sensację taką samą jak ty.
Też byli razem z tobą na sawannie, ale był to tylko taki bardzo fizyczny hologram, który utrzymywał się w momencie działania reaktora i tylko wtedy, kiedy ty siedziałeś na nim i wymyślałeś to wszystko. Tak głosi legenda. Był dżentelmen, który o tych urządzeniach wiedział. Zbudował takie dziwne urządzenie na pustyni w Nowym Meksyku. Ale to może zostawię tą historię z Nikolą Teslą i tymi tajemniczymi urządzeniami. W każdym razie jaki jest sens tego, że wspominam nawet o tak niesamowitych historiach? Mianowicie pewne rzeczy, które dzisiaj nam się wydają niesamowite, 100 lat temu nie do końca były niesamowite. To był właściwy kierunek badań i wszyscy wiedzieli, że pewnego dnia Gdzieś za 20, 30 lat my już będziemy latali nad Ziemią. Będzie takie „The Jetsons”, tylko że bez chodzenia do pracy i tak dalej. Świat będzie wyglądał zupełnie inaczej dzięki temu aktywnemu czynnikowi, że każdy z nas będzie miał dostęp do tej technologii.
O ile dzisiaj idziesz do sklepu i sobie wszystko kupujesz, mniej więcej tak samo jak ja, jeżeli potrzebujesz gotową, działającą rzecz. Możemy sobie skręcać sami, ale to rzadko kiedy wyszłaby udana próba skręcenia sobie na przykład miksera od początku do końca. Chociaż możemy spróbować. Wiem, że ludzie robią, ale mniejsza o to. Dawniej ludzie budowali wszystko samemu. Troszkę taki średniowieczny charakter. Radio trzeba było sobie samemu zbudować. Jak coś walnęło, trzeba było sobie samemu naprawić. Jeszcze pamiętam czasy telefonów. Jak się kabelek poluzował w telefonie, to nikt nie dzwonił, nie zanosił do serwisu, nie było takiej opcji.
Brało się śrubokręt, rozkręcało się telefon i się sprawdzało po kolei, czy wszędzie jest sygnał i czy działa. Dopiero w sytuacji ekstremalnej dzwoniło się po pana, który znał się na telefonach, ale z reguły już w takiej sytuacji się podmieniało telefon, bo tamten był kompletnie strzaskany fizycznie. Natomiast jeżeli chodzi o normalne naprawy i świadomość tego, jak działa to urządzenie, nie było żadnego problemu. Można było powiedzieć, że komunikacja była w lustrze naszej duszy. Tak jak alchemik komunikuje się ze swoją własną duszą w nieskazitelny sposób, tak samo my w nieskazitelny sposób komunikowaliśmy się ze sobą i ta cywilizacja jakoś się trzymała. W pewnym momencie pojawiło się kilka konceptów. Właściwie jeden koncept, żeby nas odciąć od tego i zastosować wszystkie tanie sztuczki pod tytułem: pan już teraz nic sobie nie zrobi, pan teraz musi kupić wszystko u mnie, a jeżeli się panu nie podoba, to pan nic nie będzie z tego miał. Nie było to specjalne ultimatum rzucone ludziom na zasadzie: musisz to wybrać, bo to jest kwestia życia i śmierci i wybierasz mniejsze zło albo coś w tym stylu. Nie, to jest dobrowolny wybór, którego dokonujemy samodzielnie. To, że zniknęły samochody elektryczne na przestrzeni okresu międzywojennego w Stanach Zjednoczonych, kiedy była duża szansa na zmianę całej cywilizacji, nie było przypadkiem.
Pojawiła się dumpingowa cena ropy i gdyby nie to, że część ludzi zwariowała i na przykład pomyślała sobie: „Okej, jest wielki kryzys”, bo to też 1928 rok, to czas wielkiego kryzysu. 1929 rok i tak dalej. W momencie, kiedy nowa wiedza zaczyna eksplodować i nagle się okazuje, że właściwie każdy może zostać alchemikiem, każdy może zostać tym aktywnym składnikiem transmutacji całej cywilizacji, bo technologia lampowa jest tak ogólnie dostępna, że właściwie każde dziecko w wieku lat 10 wie, jak złożyć sobie radio i zaczyna myśleć troszeczkę inaczej. Zaczyna być geniuszem. Każdy z nas jest geniuszem, tylko trzeba sobie dać szansę. Jak się okazuje, ta szansa pojawiła się w momencie dostarczenia ludziom do ręki narzędzi. Jak się okazało, narzędzia wyskakiwały troszeczkę dalej, poza obszar swojej epoki tudzież poza wyobraźnię kilku cwaniaków z giełdy. I się okazało, że trzeba wszystkich mocno usadzić na dupie i to tak konkretnie, żeby nikt się nie mógł ruszyć. Być może dzięki temu uda się zrobić ten sam numer, który udało się na przykład zrobić Watykanowi i królowi Francji w 1200 roku, robiąc krucjaty abigejskie, czyli ćwiartując na kawałki wszystkich Katarów. Całą tą katarską herezję, która była w Europie.
Dokładnie ten sam czynnik tutaj zrobił dokładnie to samo. Wszystkie tłuste koty dokładnie jednego dnia wycofały całą kasę z giełdy, doprowadzając do globalnej paniki, która skończyła się tym, że wszyscy padli na pysk i jako objaw sukcesu sprzedawano ludziom opcję, przynajmniej w Stanach, że na przykład pójdziesz sobie pracować do fabryki Forda. Ford daje ci mały domek i daje ci samochód za darmo. Warunek jest jeden. Jest parę warunków. Musisz chodzić co niedzielę do kościoła. Musisz wysłać swoje dzieci do niedzielnej szkółki kościelnej. Musisz mieszkać tylko na terenie zakładu pracy. Musisz robić zakupy tylko w sklepie zakładu pracy. Płacisz dolarami, które obowiązują tylko i wyłącznie na terenie zakładu pracy.
Dosłownie i nie w przenośni. Dosłownie był to pierwszy model obozu koncentracyjnego pracy. Później dodano przymusowej i dokładnie na tym modelu obozu koncentracyjnego pracy niemieccy architekci wzorowali się, projektując między innymi nazistowskie obozy koncentracyjne znajdujące się w Polsce, czyli na przykład Oświęcim. To wszystko pochodzi dokładnie z tego samego miejsca, jak się okazuje. Zresztą kto się przyglądał sprawie, doskonale wie, że gdyby amerykańskie korporacje, nie byłoby z czego i jak wybudować obozu koncentracyjnego Oświęcim ani żadnego innego. Przecież gdyby nie amerykańskie pieniądze i technologia, to ciężko by to poszło. Jak się okazało, wtedy kilku ludzi postanowiło ukraść troszeczkę nasze życie. Na to wygląda. Albo my daliśmy się okraść. To też inna sprawa, bo się pojawiła dumpingowa cena ropy w czasach wielkiego kryzysu i Rockefeller stwierdził, że go stać na to, żeby dopłacać do ropy przez kolejne 10 lat, najwyżej zbankrutuje.
Wiadomo było, że nie zbankrutuje, bo ma kogoś z giełdy, którzy będą dopłacali do ropy i pociągnął biznes 10 lat i tak dalej. Może w 2012 roku biznes ruszy. Nam się tak czasami wydaje, że 10 lat, 12 lat. Naprawdę kolesie byli tacy głupi, że myśleli, iż będą tyle wpłacać i nic z tego nie będą mieli? Nie do końca. Wcale nie byli głupi. Tyle mniej więcej trwają plany strategiczne. Normalnemu człowiekowi może się wydawać to troszeczkę szaleństwem. Chociaż nie. Wielu z normalnych ludzi, w cudzysłowie normalnych, wzięło kredyty na 15, 30 lat i teraz muszą się zastanawiać, jak będzie wyglądało ich życie za 30 lat, zastanawiając się, kiedy to spłacą.
Tak samo działają duże korporacje. Tu się nic nie zmienia. Czekają. Inni się wykrwawią, dorosną, pojawią im się dzieci, zestarzeją się. Sił im nie starczy, żeby się kopać z koniem, a my dalej będziemy robili to samo. Będziemy sprzedawali za cenę dumpingową ropę. Także żaden elektryczny samochód nigdy się nie zwróci. Przynajmniej ta pierwsza seria tych samochodów, żeby zwróciły przynajmniej koszty produkcji. Te pierwsze koszty kupienia maszyn do fabryki i tak dalej. Chodzi o to, żeby uwalić na samym początku ideę i to uwalić tak skutecznie, żeby odciągnąć każdego od możliwości duplikowania tego rozwiązania.
Jeszcze duży kryzys w Ameryce nie aż tak pomógł, chociaż w dużej mierze, ponieważ w tym momencie na okładkach gazet zaczęto nam promować piękne damy w strojach kąpielowych, cudowny styl życia, niesamowite opowieści, piękne samochody, w ogóle świat, który powinniśmy mieć. I zamiast publikować na okładkach gazet rozwiązania pod tytułem: „To uczyni cię wolnym”, zaczęto publikować wizerunki ludzi. „Zobacz na nich. Oni posiadają pieniądze i są dzięki temu wolnymi ludźmi”. To całe lustro naszej duszy nagle straciło swoje odbicie w technologii i to tak konkretnie w tej otaczającej nas na co dzień. Nagle zostaliśmy pozbawieni kompletnie tego całego galimatiasu. Z zaskoczenia założono nam bardzo wąską perspektywę właśnie za pomocą dumpingowych cen ropy. I tak do dzisiaj się to ciągnie. Okazało się oczywiście po dosyć krótkim czasie, że ta metoda się nie sprawdziła. Oczywiście fabryki Forda doskonale działały, ale tylko w czasach wielkiego kryzysu, bo to był jedyny moment, kiedy ludzie w akcie desperacji ruszali z całymi rodzinami, żeby znaleźć pracę w fabryce u Forda.
Przed jego włościami stała długa kolejka ludzi, którzy chętni byli oddać i sprzedać swoją własną duszę tylko po to, żeby w spokoju móc przeharować te pięć dni w tygodniu, w niedzielę przymusowo pójść do kościoła, prześpiewać te piosenki, które on tam każe, bo śpiewnik był taki specjalny i w ogóle były zasady, jak własna konstytucja napisana przez dewotę religijnego, bo Ford właściwie był takim dewotą religijnym. Smutna historia. I zmuszał innych do tego, mając pieniądze, bo wiedział, że inaczej mu się nie uda. Także nie wybudował fabryki po to, żeby ludzie byli wolni, tylko po to, żeby więcej zarobić. W domyśle uczynię ludzi wolnymi. Arbeit macht frei. To się niewiele zmieniło. On poszedł w jedną stronę, budując takie osiedle zamknięte. Dzisiaj jest popularne wśród zamożnych mieszkańców Polski. Osiedla zamknięte.
Ludzie poważnie wyprawiają się z kasy i myślą, że przeprowadzając się do getta, poprawią swój standard życia, że to właśnie na tym polega. Widzisz, jak głęboko jest ta świadomość zakorzeniona w głowie, że dasz człowiekowi pieniądze, które on zarabiał w pocie czoła przez tyle lat, żeby poczuć się wolnym i pierwsze co robi, to buduje wielki mur z drutem kolczastym dookoła siebie, żeby nikt mu tej wolności nie zabrał. Rozumiesz? Sam się zamknął w luksusowej celi. Nawet nie trzeba było go zanosić do pierdla w kajdankach, skuwać i tak dalej, zawozić policyjnym samochodem. On się sam zamknął i jeszcze na dodatek opłaca wszystko w tej celi sam. Kupuje najlepsze rzeczy, najdroższe rzeczy, Ballantine's . I tak dalej, i tak dalej. Jolu, zdjąć kapelusz. Wszystkie tego typu historie.
I wszystko to robi na własne życzenie, ponieważ perspektywa tego człowieka została wzięta z zaskoczenia i została bardzo mocno zwężona przez skierowanie jego uwagi na okolice pomiędzy nogami, czyli włożenie ręki w gacie, a drugą rękę w portfel, trzecią rękę we władzę. To był ten moment, kiedy wreszcie ci, którzy rządzą światem, mogli się odkleić od przysłowiowych alchemików i wywalić ich wszystkich na zbity pysk. Wiadomo było, że alchemikiem może zostać każdy. I to się zaczęło dziać w latach 20. Niesamowity sukces wszystkich urządzeń do biorezonansu w szpitalach. O tym się naprawdę dzisiaj nie mówi. To jest w ogóle okryte wielką tajemnicą w historii. Ale jeżeli spojrzysz na dokumenty i na wyposażenie szpitali z lat 20., 30. i jeszcze z lat 50., to gigantyczny sukces biorezonansu. W ogóle nie było dyskusji.
Do tej pory w tych najlepszych prywatnych klinikach w Szwajcarii, o których większość ludzi nawet nie wie, tam dzień kosztuje w okolicach 15 000 euro, dolarów. Jeden dzień, jedna doba, bez żadnego hospitality, tylko od wizynki. A już takie hospitality kosztują fortunę. Ludzie tam się wyprawiają, płacą w okolicach miliona euro, pół miliona euro za kurację. Poważne pieniądze. Nie mówię o 100 000, mówię o pół miliona czasami. I wyobraź sobie, że w tych miejscach cichaczem są poustawiane najnowszej generacji, produkowane przez specjalne prywatne firmy na zamówienie sprzęty do biorezonansu, o którym oficjalnie się mówi, że w ogóle nie powinieniem się tym interesować. Także widzisz, technologicznie, kiedy powstała taka generacja, która jest w stanie wybudować lustro samego siebie doskonałe i zbudować, jak się po angielsku mówi self-sufficient, independent, czyli własną niezależną off-grid cywilizację, czyli bez podłączenia do elektrowni. Nagle wybucha kolejna wojna, kolejne regulacje, kolejna zmiana technologii. Znowu pojawiają się kolejne standardy.
I w taki oto sposób wykastrowano cywilizację, ponieważ w ręce zamożnych, tłustych kotów dostał się nie kto inny jak aktywny składnik całej transmutacji. Dostała się energia atomowa. I dokładnie w tym momencie, kiedy wszystkie cwane chłopaki z giełdy skumały, że mają atom, w tym momencie wypowiedziały wojnę właściwie każdemu alchemikowi na świecie. Okazało się, że mogą teraz spokojnie wyeliminować ten niezbędny czynnik z rzeczywistości dookoła i całej gawiedzi zacząć sprzedawać coś, co jest kolejną wersją tego samego produktu sprzed roku i robić tak przez kolejne przypuśćmy 100 lat, tak jak się dzieje z silnikiem spalinowym w samochodzie. Przecież to jest ta sama konstrukcja od 100 lat. Wszyscy o tym doskonale wiedzą i nikt się z tym nawet nie chce kłócić. Oczywiście jest wielu ludzi, którzy budują coś nowego, ale widzisz, ich przebijanie się przez to jest niefortunne. We Francji jest taki dżentelmen, który opanował sztukę budowania jakichś układów HHO czy jakoś tak do samochodu na wodę. Jesteś w stanie zbudować sobie ten układ na stole w kuchni w cudzysłowie. Potrzebujesz kilku narzędzi, ale ludzie to robią.
Jest grupa około 200, 300 pasjonatów, którzy to sobie zrobili i ta grupa sobie tam rośnie. Oni sami sobie to skręcają. Widzisz, numer jest taki, że właściwie każdy potrafi to skręcić. Ale nie każdy o tym wie albo nie każdy chciałby się dowiedzieć, bo część z nas zwariowała i właściwie kiedy masz do wyboru okładkę pod tytułem: „Przepis na swój własny silnik, który nie spala już benzyny” oraz tą okładkę z laską, która podnosi sukienkę do góry i nie ma majtek, z reguły ta znakomita część wybiera tą panienkę bez majtek na okładce. Tak się złożyło, ponieważ jakoś tak nas przekonano, że lustro naszej duszy znajduje się zupełnie gdzie indziej, że właściwie nasza dusza nie ma żadnego lustra, że właściwie nie ma naszej duszy. Są tylko nasze potrzeby i właściwie wszystko, cokolwiek musimy mieć, to zrealizowane nasze potrzeby i tam się zrealizuje nasza dusza. Alchemicy mieli troszkę inne podejście do tego. To nas troszkę intelektualnie wykastrowano w tym i poprzednim stuleciu. Ale dlaczego? Jaki był powód?
Bo to jest w ogóle ciekawa rzecz. Taka moja spekulacja. Ponieważ zauważono pewne historie, które dzieją się w reaktorach jądrowych, a dzieją się tam nieprzeciętne historie. Wszystko zaczęło się w latach 50., kiedy powstały pierwsze solidne reaktory, w których dokonywano konkretnych transmutacji. Tak, nie mylisz się, twoje uszy się nie przesłyszały. Transmutacji. Właściwie co się dzieje w reaktorze atomowym, takim stosie atomowym? Masz jedną część reaktora i drugą. I tu powrót do alchemii. Jedna, która jest dużym magnesem i druga, która jest dużym magnesem.
Kiedy są blisko siebie, jedna przyciąga pole drugiej, a druga przyciąga i tak na zmianę. Masz dokładnie to samo co pomiędzy magnesami, tylko to się nie dzieje magnetycznie. To się nie dzieje za pomocą prądu elektrycznego. To się dzieje w polu, które jest niewidoczne, a które zaobserwowała Marie Curie-Skłodowska razem ze swoim mężem. I to pole jest tak potężne, że eksplozja wywołana przyciągnięciem się dwóch ładuneczków, malutkich, takich, które zmieściłyby się spokojnie na twojej i mojej dłoni, roztrzaskała Hiroshimę i Nagasaki. Nagle okazało się, że jest transmutacja. Znaczy transmutacja jak transmutacja. Jest potężna moc i jest wejście do czegoś, co potencjalnie może robić transmutację. Bo oczywiście te transmutacje pojawiły się w reaktorach i kilku ludzi o nich wiedziało, że kiedy masz reaktor i go włączasz i zaczynasz obserwować wszystkie rzeczy, które się tam dzieją, zaczynasz tam zostawiać różne dziwne metale, to pomiędzy jednym a drugim prętem, w tym całym zamieszaniu radioaktywnym te metale zaczynają zmieniać swoje formy, substancje zmieniają się w inne. Następują spontaniczne transmutacje, które wtedy były niekontrolowane przez nikogo.
Właściwie nikt nie wiedział, jak to się dzieje. Największym problemem była w ogóle historia pod tytułem: jak włączyć stos atomowy, bo właściwie do dzisiaj tego nikt do końca nie wie. W teorii wszyscy doskonale wiemy, że trzeba wziąć uranium i tak dalej. To, co potrzebujesz, wsunąć do reaktora i zacząć reakcję. I reakcja się sama zacznie. Ale numer polega na tym, że reakcja wcale nie zaczyna się sama, bo na przykład coś się dzieje w reaktorze albo na przykład reakcja nie jest taka duża, jak powinna być, albo jest za duża i wtedy jest ryzyko, że wszystko wyleci w powietrze i będzie mała bomba atomowa. Właściwie nikt do końca tego nie wie, poza tym, że to jest właśnie ta magiczna przestrzeń, w której materializują się bardzo dziwne substancje i dokonują się dosłownie transmutacje na oczach naukowców. I to jest ten numer, o który marzyli możni tego świata. Bo to jest transmutacja wszystkiego, ale bez aktywnego składnika w postaci człowieka. Przy czym oczywiście nie do końca, bo tu też ten aktywny składnik istnieje, ale ten aktywny składnik wreszcie sobie można wyhodować, bo są to naukowcy, których możesz wyszkolić konkretnie na pamięć z konkretnej dziedziny.
Możesz ich ulepić tak, jak chcesz. To jest już generacja, którą wychowało pokolenie zakochane w okładkach gazet, w reklamach telewizyjnych, w reklamach gazetowych, w reklamach magazynowych, radiowych i tak dalej. Jeszcze wtedy nie było telewizji, ale to już była generacja, która reagowała z powodu na bardzo wąską perspektywę widzenia swojego życia tylko i wyłącznie na świat nieożywiony, tylko na materię, nie widząc w tym absolutnie odzwierciedlenia swojej własnej duszy, żadnej manifestacji samego siebie w tym świecie. Oni po prostu zostali wklejeni w to, że masz, to jesteś, a jak nie masz, to cię nie ma. Na tym polega całe twoje życie. Nie na tym, że ty masz swoją duszę i wszystko to, co robię ja, to, co robisz ty, jest niczym innym jak równowagą pomiędzy tym, kim się jest w kosmosie, a tym, kim się jest tutaj na Ziemi. Brzmi egzotycznie, ale to jest właśnie ta prawda alchemiczna. Dlatego alchemik potrafił wykonywać te wszystkie tak zwane sztuczki, a ktoś, kto był zachłanny albo niezaradny, nie potrafił sobie wykonać tych wszystkich sztuczek. No i kiedy się okazało, że populacja ludzi, która jest zaradna, jest zbyt duża, trzeba było odciąć od technologii. Szczególnie w momencie, kiedy się okazało, że już nie trzeba tym paskudnym kompromisem z tą technologią lampową i tak dalej, z tymi wszystkimi rzeczami się bujać, bo w tym momencie można odciąć wszystkich ludzi od tej technologii, postawić wielką fabrykę nuklearną, produkować broń atomową w tej fabryce oraz kilka innych rzeczy i jednocześnie być właścicielem, panem, stwórcą momentu transmutacji bez posiadania jakiegokolwiek alchemika, który jest w zgodzie ze swoją własną duszą, czyli de facto człowieka, który na przykład powie: „Panowie, nie zgadzam się z tym.
Nie włączę tego reaktora, ponieważ wiem, że substancja tam wyprodukowana zostanie użyta do produkcji bomby atomowej, która zabije miliony, jeżeli nie miliardy niewinnych ludzi”. Tu już tego problemu nie ma. Nie ma buntu od strony alchemika, ponieważ nie ma aktywnego czynnika, nie ma składnika, nie ma alchemika. Tak że tak to się potoczyło i nagle się okazało, że mamy do czynienia z dużą mocą i szczęśliwie dla tłustych kotów są one niekontrolowane, absolutnie poza kontrolą i nie ma nikogo, kto im powie: „Hola, hola, człowieku, ja nie przyłożę do tego ręki”. Tu już jest tylko banda wyszkolonych naukowców, do których się dzwoni i mówi: „Panowie, mam tu budżet na nowy reaktor termonuklearny”. I tak się zaczęła cała historia, która właściwie wykonała wielkie kółko z powrotem do czasów alchemików. Bo właściwie to, co się dzieje w reaktorze, to nie jest nic innego jak reakcja przyciągania się pól dokładnie z jednej substancji do drugiej. Jedna ma bardzo mocne pola, druga ma troszkę słabsze, ale wpadające w siebie nawzajem, jak dwa magnesy. Jeden słabszy, drugi większy, ale obydwa działające w ten sam sposób na tej samej fali. I ten efekt przyciągnięcia się pola pomiędzy tymi dwoma substancjami właśnie tworzy tą radioaktywność.
I panowie zaczęli to studiować. Przede wszystkim studiować to, co wypada z tego reaktora, bo to, co się tam zaczęło znajdować, poza oczywiście złotem, które się zaczęło tam pojawiać, srebrem. Zaczęło się pojawiać kilka substancji, których do tej pory na Ziemi nie widziano. I był tylko jeden problem, że w reaktorach wszystko jest promieniotwórcze i każda z tych substancji wyciągnięta na zewnątrz jest śmiercionośna. Także niestety, przynajmniej jeszcze takie było złudzenie, że być może wyeliminowaliśmy bardzo mało wygodnego, właściwie niewygodnego w tej całej sytuacji, upierdliwego alchemika, który mógłby mieć jeszcze jakieś wyrzuty sumienia, że technologia, którą wymyślił, morduje ludzi masowo. Tu już nie mamy tego czynnika. Możemy mordować tyle, ile chcemy i nie własnymi, tylko cudzymi rękami, ale nie mamy jeszcze możliwości kontroli tego zjawiska. Ale jeżeli wyszkolimy tych wszystkich facetów w białych kitlach z pokolenia na pokolenie, na pokolenie, to pewnego dnia, jeżeli będziemy kontrolowali wszystkie uniwersytety i wszystkie granty, to jest pewna szansa. Trafi się rodzynek w tym całym cieście. Ktoś, kto to doskonale rozumie i skorzystamy z jego wiedzy i popchniemy to dalej.
Tak czy siak siedzimy na górze złota. I taka była prawda. Panowie usiedli na górze złota. Zresztą lata 50., 60., 70. łącznie z 80. to był pochód energii jądrowej i właściwie uzależniania całych społeczeństw krajów od właśnie fabryk nuklearnych. Tak to można nazwać. Radio na fali, hiperprzestrzeń. Wracając do mojej opowieści i moich refleksji właśnie na spotkaniu z własną duszą o tym aktywnym składniku, którym my jesteśmy w tej całej technologii, że bez nas się nie da tego zrobić. Myślę, że doskonałym dowodem jest właśnie powrót do tej atomistyki, bo na przykład kwestia produkcji złota.
Niewielu ludzi chce to w ogóle zaakceptować, ponieważ wielu ludzi uwierzyło w to, co gazety piszą, że jest jakiś rynek złota i że jest jakaś limitowana ilość. Jedno z ciekawszych odkryć w rosyjskich reaktorach jądrowych, już zdaje się w latach 60., bardzo ciekawa historia. Okazało się, że przy konkretnych izotopach, które mają konkretną radioaktywność umieszczonych w reaktorach, kiedy ten cały sygnał przeciska się z jednego pręta na drugi w konkretnym polu tych izotopów, radioaktywnym polu jest włożony kawałek miedzi. To co się dzieje na tym rdzeniu ostatnim? Na tym ostatnim rdzeniu po wyciągnięciu jest masa takich różnych drobinek, które się błyszczą. I nagle się okazuje, że te błyszczące drobinki, które pojawiły się na rdzeniu, którym obrósł ten rdzeń, jest to nic innego jak złoto. Rosjanie produkują własne złoto. Amerykanie też. Rosyjskie złoto z tego, nie wiem, czy do końca tak wygląda procedura, ale z tego, co ja wiem, jest robione właśnie w reaktorach takich radioaktywnych. Jak jest usuwana radioaktywność?
Za pomocą bardzo wysokiej temperatury w specjalny sposób. Mają do tego technologię. To złoto, które jest pozyskiwane na prętach podczas reakcji jądrowej, konkretnej reakcji. Później jest z tych prętów ściągane i przetapiane w bardzo wysokich temperaturach w jakiś sprytny sposób. Dzięki temu pozbawia się je radioaktywności, ale dalej ma tą bardzo charakterystyczną czerwoną barwę, która pochodzi właśnie od współczynnika izotopu z miedzi, czy jakoś tak. Taką historię czytałem. To długa w ogóle historia. Nie będę opowiadał tych wszystkich technicznych rzeczy, bo to można godzinami na ten temat. Jest kilka prac naukowych, takich bardzo poważnych. Ale do czego zdążam i zmierzam?
Okazuje się, że substancja wrzucona w reaktor taki termonuklearny czy stos atomowy dosłownie nagle zmienia ilość elektronów, zmienia ilość przede wszystkim neutronów na orbicie. Te wartości się na tyle radykalnie zmieniają, że ta cząsteczka przelatując przez to pole, automatycznie tworzy substancję, która wcześniej nie istniała. Po prostu czysta alchemia, permanentna alchemia. No i tam się udało oczywiście otrzymać kilka pierwiastków, takich bardzo unikatowych. Nie wiadomo właściwie, co się wyciąga z tych reaktorów jądrowych. Jest to zawsze obwarowane wielką tajemnicą. To są takie supertajne rzeczy i tak dalej. Wiadomo, że są takie uniwersyteckie reaktory, w których nie robi się zbytnio zaawansowanych eksperymentów, takich jak świerk i tak dalej, gdzie jest tylko promieniowanie i takie proste rzeczy. Natomiast gdzie jest mój las? Gdzie jest mój las?
Natomiast Rosjanie i Amerykanie, Japończycy i kilka innych krajów poszło ostro do przodu i używają właśnie tych stosów atomowych do produkcji bardzo rzadkich substancji, przynajmniej tych, które mogą otrzymać w tych reaktorach i usunąć radioaktywne promieniowanie. No i to jest właśnie ta alchemia bez alchemików. Się okazało, że generacja wychowanych cwaniaków w białych kitlach, wyuczonych na pamięć, co mają robić, jak mają obsługiwać maszyny. Jeżeli stos się za mocno grzeje, to mają nacisnąć przyczek, który włącza chłodzenie stosu i go wyłączyć, a jeżeli się nie grzeje odpowiednio, mają go dosunąć, żeby się lepiej grzał. I właściwie do tego się sprowadza ta oficjalna nauka. Bycie oficjalnym alchemikiem. I jak na ironię okazało się, że te wszystkie oddziaływania na poziomie subatomowym znaczy są bardziej ważne niż jakikolwiek prąd i niż cokolwiek innego, co właściwie wkładano nam do głowy przez te ostatnie lata jako taką największą zdobycz cywilizacji, że elektryczność, że elektrony to jest elektron, to jest słuchaj, to jest sens istnienia świata. Okazało się, że to jest bzdura. Już są takie bardzo poważne prace naukowe pisane od co najmniej 10 lat na temat neutrinium. Neutrona.
Dokładnie. Chodzi o neutron, tą część w atomie i się okazuje, że to jest środek świata. To jest środek kosmosu, to jest środek uniwersum i środek wszystkiego. To jest ten magnes. I się okazuje, że właściwie wracamy po zrobieniu takiego dużego kółka z dużą ilością cwaniaków po drodze, z dużą ilością wszystkich dziwnych chorób, które w głowie człowieka mogły się wydarzyć, łącznie z samobójczymi aktami typu bomby atomowe i tak dalej. Właściwie wracamy z powrotem do punktu wyjścia, czyli do momentu, w którym nauka zaczęła być w cudzysłowie oficjalną nauką. Do takiego Rene Descartesa, który jak dostał potężny łomot, ledwo co przeżył od tej kuli, która go dosięgła na polu walki podczas wojen trzydziestoletnich w Europie. Nagle doznał olśnienia. Zobaczył anioła, który mu powiedział, że wszystko może być zliczone i opisane w liczbach. I tak oto Rene Descartes stwierdził, że to jest istota nauki.
Tak długo, jak da się opisać w liczbach, tak długo jest nauką. Nie da się opisać w liczbach, nie jest nauką. Ale pytanie, czy chodziło tylko i wyłącznie o wyobraźnię Rene Descartesa, ponieważ on jako alchemik być może nie dostrzegł w tym lustrze swojej własnej duszy na tyle dobrze, że nie dostrzegł, że matematyka jest tylko metaforą pewnych idei, które się dzieją dookoła nas i rzeczywistości, która się dzieje dookoła nas, a nie sensem samym w sobie. To tylko metafora. To tak jak język. Używasz go, żeby opisać pewne zjawisko, które niezależnie od tego, czy język istnieje, czy nie istnieje i tak jest. To, czy mówimy polskim, francuskim, angielskim, lapońskim, jakimkolwiek językiem, nie zmienia faktu, że jutro na przykład nad ranem wstanie słońce na horyzoncie. To samo zjawisko. A czy ty znasz język, w którym to opisuje człowiek w Laponii albo we Francji, albo w Anglii, albo w Polsce, to naprawdę nie jest istotne. Zjawisko jest dokładnie to samo.
I nagle się okazuje, że właściwie widzisz, ciekawa rzecz. Odkryto potężne zjawisko, które jest schowane właśnie w tych reaktorach termonuklearnych. Odkryto procesy transmutacji wszystkiego we wszystko i schowano to głęboko pod ziemię. Europejska Komisja do Spraw Atomistyki doskonale wie o jednej rzeczy, o której mówiono też 200, 300 lat temu. O tym samym mówiła też Marie Curie-Skłodowska, że są różne typy promieniowania i że to, co my nazywamy promieniowaniem radioaktywnym, to tylko część tego wszystkiego i to taka najmniej istotna, że najważniejsze promieniowanie to jest to promieniowanie, którym zajmowała się właściwie Marie Curie-Skłodowska, czyli to promieniowanie nieradioaktywne, z której wszyscy ją znamy, tylko to promieniowanie naszej duszy, promieniowanie człowieka. Tego tak naprawdę szukała Marie Curie-Skłodowska. Oczywiście ciężko było przejrzeć jej notatki, ponieważ są trzymane w specjalnych gablotach z takim grubym ołowiowym szkłem, bo są mocno radioaktywne, bo pani nie przestrzegała żadnych regulacji bezpieczeństwa, żadnego BHP i wszystko jest bardzo mocno świecące. A też z drugiej strony świecące to jedna rzecz, a z drugiej strony metafizyczność tych zapisków czasami budzi pewną konsternację wśród świata nauki, szczególnie przy takich eksperymentach pod tytułem dżentelmeni lewitujący w salonie przy świadkach. Także Marie Curie jest fajna tak długo, jak jest na znaczku i tak długo, jak w naszej wyobraźni jest wielką kobietą, która stworzyła chemię i odkryła promieniowanie. Więcej nie musimy wiedzieć.
Wystarczą. Mamy mieć wąską perspektywę na to. Musimy zwrócić nasze oczy na tą ładną okładkę z tymi modelami, z ładnym samochodem, z produktem, domem, ogrodem i musimy chcieć takiego życia. To ma być lustro naszej duszy, nie rzeczywiste badania Marie Curie. Ona wiedziała o tym, że jest to drugie promieniowanie, że to obsesja tego drugiego promieniowania, tej drugiej mocy jest tak charakterystyczna dla każdego z ludzi, którzy w rzeczywistości zrobili coś dla nas. Mówię o takich kolesiach jak Tesla, mówię o Reisie. Też mogę wymieniać tutaj paru dżentelmenów, których obecność na tej planecie przyczyniła się do tego, że właśnie słyszysz mnie teraz u siebie w radiokomputerze, a ja mówię przez ten mikrofon i między nami są tysiące kilometrów, bo to nie te tłuste koty z GIŁ, tylko to właśnie ci naukowcy. To, że te połączenie się potrafi na przykład sypać albo coś nie działa, to nie dlatego, że pomysł był kiepski. Pomysł był świetny, działał doskonale, tylko ktoś ciągle próbuje limitować nam dostęp do tej technologii w całości. I te wszystkie bramki, te wszystkie kasy po drodze, które są ustawiane na tych wszystkich kablach, tak naprawdę tworzą to całe zamieszanie, bo ktoś ciągle próbuje wszędzie wcisnąć kasę i sprzedawać bilety wszędzie.
Wszystkie te aplikacje do zliczania statystyk, robienia notowań to przecież wszystko po to, żeby nasycić chciwego człowieka, który sobie wchodzi, ogląda statystyki i mówi: „Ale dużo mnie ogląda. Teraz z reklam zarobię tyle, a tyle pieniędzy”. Rozumiesz? To jest dokładnie to samo. Tylko że w zabawny sposób sprzedano nam wizję takiego świata z filmu Walta Disneya. A najbardziej zabawne jest to, że my w to wszystko tak gremialnie, na szczęście nie wszyscy, ale w znakomitej części uwierzyliśmy. W świat, w który wierzą ludzie, którzy go stworzyli. I efekt jest taki, że mamy technologię, możemy stworzyć lustro nas samych i jesteśmy w niesamowitym miejscu, a widzisz, co się dzieje. Pójść do sklepu i jak się zapewne obejrzysz na stojak z gazetami, zobaczysz tam dokładnie to samo, co Nikola Tesla widział za swoich czasów na stojaku z gazetami. Tylko że w dzisiejszych czasach te majtki są jeszcze mniejsze, żeby było więcej widać.
I to wszystko. To jest jedyna różnica. Natomiast pozostała reszta jest dokładnie taka sama. Wszystko jest sponsorowaną wersją rzeczywistości, która według kogoś, kto to pisze, ma nas uszczęśliwić, ma spowodować, że polubimy to wszystko. Wiesz, taka wąska perspektywa, która ma zdominować wszystko. Tak jak mówiłem, nie sprawdziła się ta perspektywa. Pierwsza rzecz to fabryki Forda, jak się okazało, nie przytrzymały zbyt długo. Szybko się okazało, że stały się siedliskiem jakiejś dziwnej patologii. Tam w ogóle słuch o tym zaginął. Oczywiście jest organizacja, która tam zrzeszała ludzi, którzy tam mieszkali, którzy próbowali robić dobrą prasę do tego i tak dalej, ale w rzeczywistości- Okazało się wielką katastrofą, eksperymentem socjotechnicznym, który nic dobrego nie przyniósł.
Zresztą dzięki efektom tego eksperymentu odpalono go już na skalę troszeczkę większą w Polsce. Za pomocą Niemców zbudowano obozy koncentracyjne nazistowskie i to się wcale nie okazało genialnym pomysłem. Ludzie szczęśliwi się specjalnie nie czuli. Czyli te wszystkie pomysły pod tytułem jak tworzyć sobie życie, gdzie technologia już nie jest obrazem naszej duszy. Technologia jest wypadkowym pomysłem wariata, który wymyślił sobie, że muszę koniecznie używać tego, bo on tego używa i to jest według niego standard. Teraz ja muszę używać tego standardu. Okazała się kompletnym fiaskiem w bardzo krótkiej perspektywie. Wszystkie te pomysły od razu szybko umarły i skończyły się wielkimi katastrofami. Oczywiście jest to zaprojektowane tak, że nawet na katastrofie się zarabia. To już inna sprawa.
Tak czy siak skończyło się to wyprodukowaniem stada ludzi próbujących się znaleźć i zmieścić w za małych butach, próbujących się znaleźć w luksusowych apartamentach z okładek, próbujących się znaleźć w luksusowych ubraniach z gadżetami. Jest cała armia ludzi dookoła, która próbuje się znaleźć w rzeczywistości. Wiadomo, że nie wystarczy dla każdego. Wiadomo, że to jest tylko i wyłącznie po to, żeby zrobić wrażenie na innych, że jeżeli wszyscy na ulicy mieliby dokładnie ten sam samochód jak ty, to na nikim nie robiłby wrażenia. Także trzeba się skleić z czymś, co robi wrażenie. Trzeba wskoczyć w tą wąską perspektywę, która nic innego nie odzwierciedla, tylko punkt widzenia psychopatycznego milionera, który tylko po to robi pieniądze, żeby mieć więcej możliwości finansowych niż ty i ja na przykład. Jeżeli tak samo jak ja nie jesteś milionerem, to dokładnie ciebie to dotyczy. Cała reszta ludzi, która ma dokładnie tyle samo co ty i ja, a nawet jeszcze mniej, ale obsesyjnie próbują się zmieścić w wyścigu po nieistniejące złote runo. Słuchaj, tam nie ma tego domu. Ten dom jest tylko wynajęty na zdjęcia i jest wynajmowany zawsze do różnych zdjęć jeżeli trzeba komuś wcisnąć kit, że to będzie dom jego przyszłości.
Modele są wybierani tam specjalnie, żeby ci się wydawało, że będziesz zdrowszy i że to zdrowi ludzie, że ładni, że są inteligentni, żeby zbudować twoje dobre wrażenie. Te ubrania też są tam wybierane. Ludzie, którzy są na tych zdjęciach, nie chodzą normalnie w tych ubraniach. Ale to jest rzeczywistość, w którą my lubimy wierzyć. I to jest wojna o standardy, którą wygrał standard naszej permanentnej głupoty. Wszyscy może jako społeczeństwo, może nie wszyscy, ale znakomita część z nas zrezygnowała z bycia alchemikami. Zdecydowała pewnego dnia, że przestaje być aktywnym czynnikiem i składnikiem swojego własnego życia. Po prostu idziemy do sklepu. Od tego momentu jesteśmy konsumentem, a nawet jeżeli wybierzemy robotę, to będzie to robota polegająca na mnożeniu, duplikowaniu tego systemu albo na budowaniu kolejnych systemów w ramach istniejących systemów. Czyli przekładaniu z jednej strony biurka na drugą stronę biurka.
Prosta rzecz. To jest klasyczny numer, który zresztą jest wykorzystywany do tej pory w propagandzie bardzo mocno, bo jest to bardzo znana historia już z lat 20. i wykorzystywana przez nazistów, o czym nawet Wilhelm Reich pisał w swojej publikacji naukowej na temat psychologii tumu w 1932 roku. Musisz sprokurować część newsów, stworzyć jakieś medium, czy to będzie gazetka ścienna, czy to będzie obwieszczenie, czy to będzie blog, czy to będzie telewizja niezależna, czy jakakolwiek inna. Rozumiesz, cokolwiek to będzie. Zasada jest prosta. 70 na 30 albo 30 na 70. Niektórzy zmieniają te proporcje. Chodzi o to, że jeżeli 30% newsów, zasada jest istotna, proporcję możesz sobie troszkę przesuwać w zależności od tego, co robisz. Jeżeli 30% newsów jest wiarygodnych i pokazuje ci prawdziwą rzeczywistość, w której ty jesteś alchemikiem, ty jesteś aktywnym składnikiem swojego własnego życia, to druga część tego wszystkiego to jest bełkot.
Obok bardzo sensownych rzeczy, które mają dosyć mocny wpływ na nasze życie, znajdujesz informacje, które kwestionują sens czegokolwiek, bo znajdujesz tam opowieść o jakimś kompletnym wariacie, który twierdzi, że właśnie przyleciał z Marsa i genetycznie jest mrówką. I w tym momencie ten poważny temat albo wszystkie te poważne tematy, które stanowią 30% tego całego zjawiska, jakby nie były poważne, jakby nie było serio, jakby nie były naprawdę super upa-dupa, zawsze będą zakażone i zainfekowane tym cieniem gównianych wiadomości. Możesz sobie zmienić proporcje. Ona i tak działa zawsze w każdą stronę. Zawsze nawet niewielka część dziwnych wiadomości, te 30% dziwnych omamów żołnierzy z przeszłości i przyszłości z kodem genetycznym reptilian. Wszystkie te szalone pomysły. Wystarczy tylko 30% przesłania całościowego w twoim 100% przekazie będzie tak pojechane. W tym momencie masz gwarancję, że wszystkie te ciekawe pomysły, z których niby słyniesz i możesz się nimi obronić, że ja nie jestem taki głupi. To jest tylko kwestia tego, że ja muszę to pokazać ludziom i zaintrygować, że muszę mieć gorące tematy i nagle tymi tak zwanymi w cudzysłowie gorącymi tematami o reptilianach obcinasz sobie całą wiarygodność. Nie tyle sobie, bo sobie wiarygodność możesz zrobić lub nie, bo to nie o to chodzi.
To jest już prywatna sprawa, kto w co wierzy. Ale w tym momencie automatycznie kasuje się wiarygodność wypowiedzi tych pozostałych procent, nawet jakby były bardzo słuszne i zmieniały losy świata. To jest standardowy numer, który się robi w propagandzie nieustannie, że mówi się o miłych, przyjemnych rzeczach i tak dalej. Za chwilę przychodzą wybory, po czym prezenter w telewizji, który mówi, że zawsze był niezależny, mówi, że jest to trudna, bardzo ciężka chwila dla narodu i on mówi jednak, że głosuje na partię X, Y, Z. I wiadomo, że wszystko jest robione tylko po to, żeby właśnie wystąpiła ta trudna Chwila, w której wszyscy będą musieli na to zagłosować. Wiesz, o co chodzi. Takie zaskoczenie, że już za późno. Już musimy pójść korytkie, które nam wytyczono, takim wąskim szlakiem. To jest ta wąska perspektywa, w którą wszyscy się nabieramy. To jest jak cena dumpingowa.
Wiadomo, że zrobienie własnych rzeczy w życiu wymaga wywołania kilku pytań w swojej własnej głowie, kilku własnych refleksji, czy ja naprawdę chcę to robić, czy chcę ponosić odpowiedzialność za swoje życie zwyczajnie na sobie. Nie jest zbytnio mile widziana. Nawet jeżeli byśmy chcieli, to rola tych wszystkich gazet dookoła, rola telewizorów, rola filmów, tych wszystkich cudzych opowieści, cudzych pomysłów na życie jest bardzo prosta. Polega na tym, żeby i ciebie, i mnie odciągnąć od naszego własnego życia, od naszego spotkania z naszą własną duszą, od lustra własnej duszy, żebyśmy nie zobaczyli tam siebie, żebyśmy zobaczyli tam kogoś innego, kogo będziemy komentować, stracimy czas na to wszystko. Będziemy żyli życiem bohatera telenoweli na przykład albo coś w tym stylu. A ktoś tutaj będzie cały czas robił tą alchemię bez alchemików. Wiesz, o co chodzi. Nam się naopowiadało, że są jakieś zasady newtonowskie, że materia ożywiona, nieożywiona. Tu jest zasada termodynamiki, jakieś takie dziwne rzeczy i tak dalej. A tam panowie sobie po cichu w reaktorach jądrowych, bez tego aktywnego składnika, bo już wiedzą trochę, jak okiełznać to zjawisko, produkują sobie dziwne rzeczy.
Myślę, że czasy są takie, że powoli, bo ta cała informacja o tych alchemicznych czasach wyszła troszkę do przodu. O ile Marie Curie szukała tej bezpiecznej fali, nie tego promieniowania szkodliwego, tak samo jak Wilhelm Reich, tak samo jak King Royal, ten facet, który budował nieprzeciętne mikroskopy, które właściwie do tej pory nie mają sobie równych, a minęło prawie 70 lat od tamtej daty, kiedy powstały te mikroskopy. Nic się nie zmieniło do dzisiaj. Ci wszyscy ludzie twierdzili, że jest ta druga siła i że ona jest potężna, jest najmocniejsza i że ona jest właśnie już nieradioaktywna i jest związana z naszym organizmem. I to jest to coś, o czym mówi cały czas alchemia, że najważniejszym składnikiem transmutacji jest alchemik, ponieważ to w nim następuje połączenie wszystkich czynników. I ci kolesie, którzy przychodzą i odchodzą z tą tajemniczą wiedzą, właśnie sobą operują. Nie żadnymi materialnymi hecami dookoła. To też, ale przede wszystkim sobą. I teraz, jak się okazuje, w dobie tego odkrycia, że neutron jest właśnie tą najważniejszą rzeczą, są takie opracowania bardzo poważne naukowo. Możesz to sobie zrobić w domu.
Możesz wyselekcjonować samą masę neutronową z substancji, odklejając ją od jej grawitacyjnego bieguna. Możesz zrobić różne dziwne rzeczy w domu w dzisiejszych czasach. Jak się okazuje, chyba wracają czasy takich pojedynczych alchemików. Chyba wracają czasy, gdzie powoli każdy z nas będzie mógł spojrzeć w lustro swojej własnej duszy. Myślę, że to się powoli zaczyna dziać. Taki chleb, który rośnie ci w piekarniku, u mnie rośnie na 100%, właśnie zaraz pójdę sprawdzić, jest między innymi tym objawem wzięcia sprawy w swoje własne ręce. I to jest coś, co może za chwilę dosyć mocno wybuchnąć, jeżeli jeszcze nie wybuchło w twoim życiu. To jest właśnie ten moment, kiedy historia świata z powrotem wraca na pole z napisem „start” i wracamy z powrotem do miejsca, w którym wiemy, że istnieje więcej niż jedno promieniowanie. Potrzeba było 300 lat, zrobienia nieprzeciętnej ilości wojen, wyhodowania pokolenia psychopatów z rodziny Rothschild z dużą kasą, Rothschildów, wszystkich tych wariatów, wojny, obozy koncentracyjne, wojna o zasoby, ludzie umierający z głodu, religie. Wszystkie te szaleństwa trzeba było przerobić tylko po to, żeby wrócić do punktu wyjścia i skumać, że właściwie wygląda na to, że wszystko operuje na podstawie tych sympatycznych mocy przyciągania w kosmosie, jak to nazywano jeszcze 300 lat temu.
Bo dokładnie takie wnioski aktualnie wychodzą z badań w reaktorach, że jeżeli zmienisz tylko radiację na troszeczkę inną i to już nie będzie promieniowanie radioaktywne, tylko promieniowanie żywego organizmu, to sprawy się naprawdę zmieniają. Potwierdzenie tego jest w eksperymentach i to taki bardzo ciekawy, doskonale znany eksperyment wielu ludziom w Polsce, bo pojawił się w kilku książkach. Zrobił go, zdaje się, dżentelmen o nazwisku nie Braden, tylko... Nieważne. Powiem o eksperymencie. Jak przypomni mi się nazwisko, kto go zrobił, to powiem nazwisko. Wzięto komórki z żaby, wzięto komórki salamandry i dodatkową diszę, to się nazywa disza Petriego, takie szalki Petriego. Zakropiono substancję i prześwietlano specjalnym światełkiem, laserem przez komórkę żabią informację, która przelatywała jeszcze dodatkowo. Jak by się to wytłumaczyć? Łatwo narysować na kartce.
A jak to powiedzieć? Wyobraź sobie, że masz zarodnik salamandry, jaszczurki i zaraz za nią w prostej linii masz zarodnik żaby. I normalnie z tej salamandry wyrasta sobie, znaczy z zarodnika żaby wyrasta żaba, z zarodnika salamandry wyrasta salamandra. I eksperyment polegał na tym, że prześwietlano laserem zarodnik żaby w kierunku zarodnika salamandry. Czyli światło zgarniało informację, przechodząc przez jeden zarodnik i zostawiało go na drugim zarodniku. I co się okazało? Z salamandry, z tego zarodnika wyrosło zwierzątko zwane żabą. Pole morfogenetyczne, tak to się w nauce nazywa. Niezliczone ilości eksperymentów naukowych potwierdzające przenoszenie się pola morfogenetycznego, hodowlę spontaniczną bakterii, pojawianie się aminokwasów wszędzie i tak dalej. Wszystkie te hece.
I co jest zabawnego w tej całej historii, się okazuje Koniec końców, na samym początku XXI wieku, że niekoniecznie jest tak, jak mówił Nikola Tesla. Tu wracamy troszkę wcześniej, przed Nikolą Teslą, mówiąc szczerze. Okazuje się, że wszystko jest polem, wszystko jest pewną radiacją i że mamy chyba aktualnie tę radiację, która buduje żywe organizmy, żywe komórki. Jest to dokładnie to samo co ta promieniotwórcza historia, tylko że w drugą stronę. To jest troszeczkę jakbyś sobie wziął wodę i ogień. Pewne właściwości są dosyć destrukcyjne dla naszych organizmów, a kiedy zmienisz wartości tego promieniowania, nagle się okazuje, że jesteś w stanie zrobić wszystko, przebudować każdy organizm, bo właściwie dokładnie w tym mniejszym promieniowaniu robią się te same rzeczy, które robią się w tym większym. Ta sama historia z magnesikami, że jedno pole jest przyciągane przez drugie w takim reaktorze. Tylko że w tym reaktorze już nie ma promieniowania radioaktywnego, które powoduje wylewanie się krwi z oczu, nosa i uszu po bezpośrednim zetknięciu z nim, tylko na przykład zrobienie organizmu i odrastanie kończyn. Ciekawa historia. Także wszystko powoli wraca do punktu wyjścia.
Ale jest zabawne, jak dużo cywilizacja musi przemielić, ile pokoleń ludzi musi zginąć, ile pokoleń ludzi musi się zakochać w reklamach, w głupotach. Przede wszystkim sami w sobie, bo to właściwie tego dotyczy cała ta historia, że część z nas dobrowolnie wybrała życie takiego ćwoka i głupa, zamiast zostać zgodnie ze swoją naturą w kosmosie, ze swoją naturą we wszechświecie. Zostać po prostu alchemikiem takim przysłowiowym. Właściwie każdy z nas zaglądając do swojej własnej duszy na spotkanie ze swoją własną duszą jest alchemikiem, czy chce, czy nie. Jest dokładnie realizacją tego konceptu dwóch słońc, tego konceptu, który od nieskończoności się ciągnął za nami. I teraz sobie wyobraź, że wszystkie te potężne piramidy, te neolityczne skały. Myślisz, że ci ludzie o tym nie wiedzieli? Myślisz, że ci ludzie szukali złota kopiąc kopalnie w ziemi? Czyść to! Szałam człowieku.
Ja wiem, że jest to popularna moda aktualnie albo popularna koncepcja. Może nawet nie moda, tylko koncepcja mówienia o tym, że przylecieli Annunaki i wykopywali złoto z ziemi. Człowieku, jeżeli ktoś operuje, ja nie mówię o Annunaki i tak dalej. Możesz sobie dowolnie tłumaczyć te rzeczy. Ja tak nie do końca z tym Zecharia Sitchinem jestem. Mam swoją własną koncepcję. To jest jego wytłumaczenie. Wytłumaczenie człowieka, który miał bardzo wąską perspektywę i nie wiedział, co się dzieje w reaktorach nuklearnych, bo nikt wtedy nie wiedział. On myślał, że wszystko jest z gniazdka elektrycznego. Pójdzie, kupi nowy prodiż, nowy samochód, nową rzecz, wsadzi wtyczkę do gniazdka i wszystko będzie działało.
On nie musi tego wiedzieć. On zadzwoni po serwis, pan przyjedzie i wymieni. A widzisz, a świat wyglądał zupełnie inaczej. Jeżeli to zupełnie inaczej, kto posiadający energię, umiejętność pozyskiwania, operowania energią, informacją pozwalającą na przylot na planetę Ziemia będzie siedział i kopał kopalnie w ziemi, żeby wykopać złoto. Jeżeli masz odpowiednią ilość energii, żeby tu dolecieć, to przede wszystkim po drodze na innych planetach masz dużo złota, więcej niż tutaj. A druga rzecz, że jeżeli już masz taką sztuczkę, to w swoim silniku potrafisz zawijać te masy neutronowe w taki sposób, że wyrzucają ci dowolne pierwiastki jakie chcesz. I naprawdę jest takie angielskie określenie, które się nazywa square brain albo narrow mind — kwadratowy umysł albo wąski umysł. Tylko taki umysł może wpaść na pomysł, że to jakieś kopalnie złota i takie rzeczy. Ja myślę, że jesteśmy z dala od tego. To w ogóle pozostałości po czymś zupełnie innym, myślę o wiele bardziej ciekawszym, jeżeli chodzi o stronę archeologiczną i historyczną tego zapisu.
Myślę, że coś tam jest schowane. Absolutnie. Tam wydarzyła się jakaś historia, być może ze złotem, ale na pewno nie to, że były kopalnie złota. W to nie uwierzę. W te kopalnie złota nie wierzą już ludzie, którzy pracują przy reaktorach jądrowych w dzisiejszych czasach od 50 lat w sumie. Oni już w to nie wierzą. To wyobraź sobie, jaką wiedzę mieli ludzie budujący piramidy. To nie są ludzie stawiający reaktory, niewiedzący, czy to wyleci w powietrze, czy nie. Bo pamiętaj, że ta zabawa w reaktory, ta zabawa w promieniowanie alfa, beta, gamma, w reaktory nuklearne, termonuklearne, termojądrowe i tak dalej, radioaktywne to jest dalej zabawa ludzi naprawdę nie mających bladego pojęcia, co z tym wszystkim robią. To jest takie szacowanie, że może tym razem się uda, jeżeli będziemy odpalali.
A może się nie uda. Zróbmy tak, żeby się udało. To zabezpieczmy się na milion sposobów. Zróbmy mniejszy ładunek, wybudujmy grubsze osłony do reaktorów i tak dalej. Ale to dalej nie zmienia faktu, że ci ludzie dalej nie są w stanie zrozumieć, jakie tam są procesy, jak się to wszystko odbywa, bo nikt tego do końca nie wie, przynajmniej z tej perspektywy oficjalnej, naukowej. Natomiast jeżeli wejdziemy od tej strony alchemicznej, jeżeli zaczniemy wchodzić od strony naszej duszy i rozumienia tego wszystkiego, to może się okazać, że cała konstrukcja świata jest bardzo łatwa. I to jest taki dowcip, który sobie zrobiliśmy, że przebiegliśmy te 300 lat czy jakoś tak dookoła, odkrywając wszystko po drodze tylko po to, żeby się puknąć w głowę i stwierdzić: „Wow! Dobra, to robimy wszystko od nowa, ale już poprawnie”. I może właśnie chyba o to chodziło, żeby zrobić wszystkie te błędy po drodze, bo to nie są błędy. Przez parę lat wydawało mi się, że technologia nuklearna jest niczym, jest śmiercią w historii cywilizacji.
Do momentu, dopóki nie wpiłem się w lekturę różnych prac naukowych mówiących, co tam się w tych reaktorach dzieje. I takie właśnie opisy naukowców, jakie transmutacje tam zachodzą. To nagle powoduje, że oczy robią się troszeczkę większe i człowiek zaczyna łapać większy obraz całości. I być może właśnie wejście do tego całego systemu zwanego nami, naszą duszą i naszym operowaniem tą duszą, wejściem z powrotem do naszego zaginionego świata, gdzie potrafiliśmy brać potężne bloki skalne, robić cokolwiek chcemy z tymi blokami, wiercić je od wewnątrz trójkątnymi głowicami, co wskazuje Franz Walewski. Pozdrawiam serdecznie. Dokładnie, nie jest niczym trudnym dla nas. Nie jest niczym nowym, nie jest niczym rewelacyjnym. To jest naturalny stan. To tylko ten stan, w którym jesteśmy teraz, w którym twój sąsiad mówi: „Słuchaj, lecę, bo śpieszę się, bo serial leci w telewizji”. W normalnym świecie spojrzałbyś i powiedział: „Człowieku, jesteś chory, ja ci muszę pomóc”.
I byś się naprawdę zatroskał, bo to po prostu wariat. Leci grać w totolotka. Leci po czerwony, nowy samochód, jeszcze szybszy, chociaż ma już trzy. Leci po nowy, lepszy. Zwariował człowiek, po prostu został pierdolcem. Nic normalnego nie ma w tym człowieku. On już tylko ma rzeczy, tylko go do rzeczy przyciąga. Od ludzi go odpycha. Ma taką nienawiść w sobie. Takie rzeczy się dzieją na świecie.
I teraz wszystko wraca do punktu wyjścia. Ciekawy będzie ten moment konfrontacji, tak mi się wydaje, bo innej technologii przed nami już nie ma. Absolutnie nie ma. Zrobiliśmy już takie kółko, że teraz gdziekolwiek byśmy nie wrócili, to na każdym rogu, na każdym końcu tej uliczki stoi taki napis: „Dead end. Dead road”. Nie ma już dalej wejścia. Prąd. Koniec. Skończyliśmy historię. Wiemy, co się tam dzieje.
Wiemy, skąd się biorą zjawiska i wiemy, że wchodząc na wyższy pułap, że tak ziomalsko powiem, rozkminiania tego zjawiska, wkraczamy już w zjawiska pól, interakcji pól. Zaczynają się fotony, takie rzeczy. Przeskakujemy wszystkie szalone teorie związane z fizyką kwantową i tak dalej. Idziemy prosto do interakcji pól i promieniowań. Ja na razie nie będę tego nazywał. Kto wie, to wie, o co chodzi. Ja tu i tak mam takie urządzenie, które robi poważne redukcje prądu elektrycznego, wywołując właśnie interakcje pól. Nazywa się Magrav. Ale to mniejsza o to. Ja myślę o tym urządzeniu w tym momencie.
Myślę, że cywilizacja tak czy siak, po prostu zwyczajnie, czy chcemy, czy nie, czy się komuś podoba, myślę, że to jest dobry news i doskonały news na dzisiejsze czasy, wyczerpała całą pulę głupich pomysłów, które mogła zrobić przez ostatnie 300 lat. Wszystkie najbardziej durne, denne, chore, popaprane pomysły chyba już zrealizowaliśmy. Tak mi się wydaje. I wróciliśmy do właściwego punktu, gdzie wiemy już, że wszystko jest tą radiacją, jest tym magnetycznym elementem. Tu jest coś więcej. To jest to więcej, co postulował między innymi Nikola Tesla. Wiedział, że tam jest coś więcej. Druga połówka, której on nie zgłębił, on nie mógł jej poznać. Ale ona jest ważniejsza niż to, co on robi, bo on robi tylko mechaniczne rzeczy. Myślę, że stanęliśmy tutaj dokładnie na tej krawędzi klifu.
Ta część, która złapie wiatr bez skrzydła, bym powiedział, to promieniowanie i złapie tą wiedzę, myślę, poleci dalej. A ta część, która zostanie w tym ciężkim, rozpędzonym, mechanicznym, napędzanym benzyną i różnymi mechanicznymi urządzeniami samochodzie, który waży tony, z tego klifu po prostu spadnie. Myślę, że przyszłość cywilizacji wygląda dokładnie w ten sposób, że następuje właśnie taka polaryzacja. Ta część, która zakochała się w tym swoim wizerunku, którego nigdy i tak nie doświadczą, bo to jest wszystko wymyślone w głowie kilku kolesi, którzy składają okładki gazet i reklamówki w telewizji. Ta część cywilizacji naszej populacji jest skazana na zagładę. Właściwie sama siebie skazała na zagładę. To troszeczkę tak, jak ci dżentelmeni, którzy wywalili gigantyczną kasę, żeby zniszczyć Nikolę Teslę, wywalili gigantyczną kasę, żeby zniszczyć jego generację. I ludzie, którzy pochodzą z tych rodzin, niszczyli wszystkich wynalazców po kolei i wszystkie wynalazki tylko po to, żeby zachować swoją własną dominującą pozycję na tym świecie. I koniec końców okazało się, że kolejna generacja tych wszystkich potencjalnie majętnych w możliwości ludzi, którzy mogą robić wszystko na tym świecie, mają wszystkie pieniądze, wszystkie zasoby, nagle okazała się bezdennymi kretynami i dupkami, która w rzeczywistości nie potrafi sobie wysmarkać nosa, kiedy służący nie przyniesie paczki chusteczek, bo oni jedyne co mają, to służącego od dziecka. I to jest cała percepcja rzeczywistości.
I wierzą święcie w to, że wszyscy chcą żyć tak jak oni i że oni są najlepsi. Rozumiesz? A tu taki ząb, że nagle wychodzi człowiek, robi klaśnięcie rękami parę razy i się może okazać, że on jest lepszym alchemikiem i zacznie od zrobienia sobie chleba. I nagle staje się alchemikiem dla piekarza, bo piekarz już też w dzisiejszych czasach kupuje mąkę z tego samego źródła, z którego ty kupujesz. Ba, ty kupujesz lepszą mąkę niż piekarz. Także twój chleb jest już lepszy. Ty jesteś alchemikiem, jeżeli chodzi o konstrukcję chleba w okolicy. To co będzie dalej? Jeżeli się okaże, że możesz to pole zbudować sobie w domu na stole kuchennym, to wszystko wraca z powrotem do czasów odkrywania prądu. Tylko że teraz, po tym dziwnym zakręcie historycznym, myślę, że trafiliśmy na prostą drogę i już nie będzie zakrętów w drugą stronę.
No chyba, że ktoś już na własne życzenie w tym ciężkim samochodzie z milionem kółek zębatych, spalinowymi rurkami, przewodami, tłokami i zbiornikiem wybuchowym z benzyną będzie chciał się samodzielnie stoczyć z klifu. No to tych to chyba zostawiamy. Myślę, że reszta już tutaj chyba płynie w swoim własnym kierunku, bo to te czasy już. Już ta alternatywa się pojawia, już coraz głośniej na ten temat, już coraz głośniej o tak zwanej nowej fizyce z Rosji i nie tylko. Coraz głośniej o Keshe, coraz głośniej właśnie o tym, że właściwie, słuchaj, to my jesteśmy tymi bogami. Na to wygląda. I to się chyba niewiele od tych 6000 lat zmieniło w tym temacie. Poza oczywiście jedną rzeczą, że troszkę zgłupieliśmy z wielu różnych przyczyn. Tak coś mi się wydaje, ale to taka moja refleksja na sobotni wieczór i czas najwyższy, żebym zakończył tą konkluzją, że troszeczkę zgłupieliśmy, a teraz chyba będziemy mądrzeć. Jakoś tak.
Także proszę koleżanki i kolegi, czas na transmutację siebie. Pozdrawiam wszystkich na czacie. Tam się pojawiło zdjęcie talerza i komentarze na temat kultury minojskiej. Tak, talerz niezły i ciekawy komentarz. Oczywiście bardzo ciekawy, że to właśnie ryby smażyć zgodnie z instrukcją, a na środku jajko. Dokładnie. Otóż to. Ciekawe rzeczy. Może właśnie za parę chwil, kiedy- Ta wiedza troszeczkę wróci do nas w większej formie. Te wszystkie fale to, nad czym zastanawiał się Tesla i cała generacja tych wszystkich naukowców, których uwalono.
I tego się nie uczy w szkołach do dzisiaj. W szkołach uczy się innych rzeczy w dzisiejszych czasach. Dokładnie. Dzisiaj fala i ten dylemat, czy to fala, czy nie fala już nie istnieje. Teraz jest standaryzacja, mcdonaldyzacja nauki. Ale widzisz, wszystko się zmienia. Okazuje się, że nawet w czasach układów scalonych, cyfrowych, wszystkich tych rzeczy, które właściwie odcięto od nas, bo ani ty, ani ja nie jesteśmy w stanie sobie zrobić komputera w domu. Zapomnij o takich historiach. Zapomnij. Musisz mieć wyspecjalizowaną technologię, żeby móc ogarnąć ten temat.
Inaczej się nie da. Telefon komórkowy? Też za bardzo sobie w domu nie zrobisz tego urządzenia. Też jest limitowany dosyć mocno. Ale widzisz, jeżeli się okaże, ta technologia, którą tak pilnowano, żeby nikt nie szedł w tą stronę, nikt nawet nie próbował. Może być tak, że właśnie ona jest trywialnie łatwa i że właśnie na tym polega cały dowcip historii, że ci smutni kolesie w historii ostatnich 300 lat się tak strasznie pocili, bo oni widzieli, że to jest krok obok, że to jest dosłownie następny krok i my już tam jesteśmy. I chyba tego się strasznie boją, bo chyba to jest takie bardzo łatwe. Ja myślę, że tak właśnie jest. Patrzę na to swoje urządzenie, jak tutaj chodzi, co robi z prądem i myślę sobie: „No tak, jest to łatwe”. Jest to aż zaskakująco łatwe.
Ale widzisz, klasyczny numer. Jest to łatwe dla kogoś, kto chce być alchemikiem i lubi być alchemikiem. Dla kogoś, kto lubi się spotkać ze swoją własną duszą. Bo ja lubię się spotkać ze swoją własną duszą. Lubię zobaczyć odbicie swoich działań w rzeczywistości, tych wykonanych rękami. Cokolwiek to jest, czy to jest chleb, czy to jest skręcony magraf. Ale jest też grupa ludzi, która nigdy nie będzie chciała niczego zrobić własnymi rękami, ponieważ uwierzyli w ten obrazek z gazety. Tych pozdrawiam serdecznie i życzę dużo powodzenia. A tymczasem czas najwyższy skończyć tą hiperprzestrzeń. Także człowieku, jeżeli robisz coś własnymi rękami, to ja myślę, że właśnie to jest ten moment w historii czasu.
Właśnie po tych krucjatach abigejskich czas zawinął do momentu oświecenia, a w momencie oświecenia wyskoczyło trochę ekstrawiedzy i świat zawinął w dziwne kierunki. I teraz z powrotem jest chyba taki moment w historii naszej cywilizacji, gdzie nagle pojawia się nowe i właściwie dokładnie od nas zależy, czy zostaniemy z ręką w gaciach, oglądając tą laskę na zdjęciu, która próbuje podnieść tą sukienkę trochę wyżej, żeby już wyglądało jak pornos, ale żeby jeszcze można było do wieku lat 15 puszczać jako reklamę. Na tej zasadzie. I tego chłopaka, który tam ściąga koszulkę i te mięśnie pręży. Tam dziewczyna się pośliniła, patrząc na to zdjęcie. Jeszcze nieruchomości w tle, żeby wszyscy sobie pomyśleli o cudownych wakacjach nad szmaragdowym morzem i palmami dookoła luksusowej nieruchomości z ręką w gaciach, a drugą na portfelu, żeby nikt nie buchnął. Rozumiesz? Ci chyba są straceni kompletnie. Bo to nasza decyzja, w którą stronę pójdziemy. Albo po prostu sobie zrobimy własny świat, albo wrócimy do punktu wyjścia po raz kolejny z całą tą resztą i tyle.
Tak sobie myślę. Inna sprawa, że przy tej nowej technologii już nie będzie powrotu do punktu wyjścia. To jest taka moja konkluzja. Jeżeli czujesz się zdołowany, zastanawiając: „Jejku, przypadkiem świat wróci z powrotem do wielkiej katastrofy, będzie kolejny Rothschild, kolejny Rockefeller i tak dalej”. Nie, myślę, że nie będzie. Myślę, że to już się skończyło. Co najwyżej będzie to drastyczny moment porzucania iluzji, bo nagle się okaże, że nie masz kolorowej gazety. Nagle się okaże, że to wszystko było bullshitem, wszystko było kłamstwem i się okaże, że zwyczajnie lubiłeś to akceptować i znajdowałeś zgodę w sobie samym na takie gówniane życie. I tylko dlatego to gówniane życie się działo. Nie było żadnego innego powodu ku temu.
Wszyscy ci kolesie, którzy są tam gdzieś wysoko na stołkach, tłuste, grube świnki z grubymi portfelami są tylko dlatego, że my tam wsadziliśmy ich na własne życzenie. To jest tak, jak ten standard przykuwania uwagi, który po prostu został zasetupowany w tej cywilizacji. Taki, że odbiera nam się możliwość robienia własnych rzeczy w domu po to, żeby tą uwagę, która nam się pojawia w tym wolnym czasie, zagospodarować reklamami w telewizji i dostarczaniem nam jakiegoś pomysłu na życie. Wiesz, to jest władza elit. Dokładnie na tym to polega. Ale ona się odbywa tylko w jeden sposób. Tylko wtedy, kiedy my, siedząc przed ekranami telewizorów albo trzymając te kolorowe magazyny w rękach, chcemy być tą elitą po drugiej stronie. Tylko wtedy to działa. Tylko wtedy ten magnes przyciąga w tamtą stronę i tylko wtedy te konta bankowe mielą tą całą historię. Urządzenia Tesli, technologia.
Kto chce zrozumieć, może zostać drugim Teslą przysłowiowym w dzisiejszych czasach. Naprawdę nie ma problemu. To jest ta indywidualna podróż na nasze własne życzenie. To jest ta podróż do własnej duszy, bym powiedział dokładnie przez wszystko i w naszych akurat czasach, żeby było zabawniej, ta droga wypadła takim bardzo technologicznym, technokratycznym szlakiem, przynajmniej dla nas obecnych w tej cywilizacji. Czyż nie jest to przyjemne? Jak dla mnie doskonała przygoda. A zatem dzięki ci serdecznie, człowieku, za wysłuchanie moich sobotnich refleksji tutaj w Radiu Na Fali w „Hiperprzestrzeni”. Ja mam na imię Tomek. Słuchałeś „Hiperprzestrzeni” retransmitowanej w Radiu Paranormalium i w Radiu Czas Snu. Ja przypominam tobie, że w Radiu Na Fali jest doskonała audycja w środku tygodnia, która się nazywa „Etykieta dostępna” księcia.
Dokładnie. Książę opowiada swoje refleksje z życia. A niedługo pojawi się coś dodatkowego. Ja à propos tych wszystkich dodatkowych rzeczy w Radiu Na Fali i tak dalej zapraszam cię na wieczorową porę teraz, po tej „Hiperprzestrzeni”. Jeżeli jeszcze nie śpisz, to sobie zrób kawkę. Ja sobie też pobiegnę do kuchni, zrobię jakąś kawkę, włączę na parę chwil muzykę i wrócę tu z powrotem. A tymczasem zostawiam cię z tymi refleksjami na temat cywilizacji i technologii i tego, czym jest technologia. Czy to nie jest tak, że to my jesteśmy technologią i że ktoś próbował na siłę oddzielić to słowo od nas i spowodować, żebyśmy myśleli o technologii w kategoriach zewnętrznego urządzenia mechanicznego, a nie próby zrozumienia tego kosmosu, którym jesteśmy, i wszystkich interakcji, z których jest zbudowany świat organiczny? Pomyśl sobie na ten temat, człowieku. Pomyśl, czy ktoś tam przypadkiem nie mieszał palcem.
No właśnie. Także czas najwyższy odgruzować tą wiedzę. Zostawiam cię z tym wszystkim. Myślę, że sobie poradzisz. A ja wpadnę tutaj do ciebie w odwiedziny za tydzień w kolejnej „Hiperprzestrzeni” z jakimś ciekawym tematem, gdzie znowu ci coś opowiem ciekawego albo nie. A ty słuchałeś „Hiperprzestrzeni” w Radiu Na Fali. To think for yourself and question authority.