[00:00] - To think for yourself and question authority. No i jest leśna kraina. Nie wiem, czy mnie dobrze słychać. O, mnie dobrze słychać. Mam nadzieję. Już pokręciłem mikrofonem, były trzaski, tak że ewidentnie oznacza to, że zaczęła się hiperprzestrzeń w Radiu Na Fali, ale transmitowana przez Radio Paranormalium, za co wielkie podziękowania z całego serca monsieur Ivellios, gdyż monsieur Ivellios uratował moje nadawanie dzisiaj, bo my tu jeszcze szalejemy. Właściwie ja tu jeszcze szaleję z serwerami Radio Na Fali. Jeszcze kilka rzeczy jest w drodze. Od razu postanowiłem, i nie tylko ja, z księciem, że zrobimy globalne porządki. Jeszcze czas jest naprawdę globalnych porządków i to centralnie.
Dzisiaj będę trochę wbijał w ten wątek, bo mam kilka refleksji życiowych, które są dosyć dla mnie, nie wiem, czy istotne. Właściwie każda refleksja jest istotna. Nie ma refleksji mniej lub bardziej istotnych, chociaż kto wie. Ale tak czy siak spostrzeżenia z zeszłego tygodnia i nie tylko, bo takie spostrzeżenia, które chodzą za mną już od paru lat, o czym tu zresztą nieustannie opowiadam. Dzisiaj troszkę tych wszystkich rzeczy powrzucam. A dzisiaj o wyprawie do siebie samego, tak zwyczajnie. O wyprawie do siebie samego. To jest taka ważna sprawa, myślę sobie. Chyba w sumie najważniejsza sprawa w życiu każdego z nas, żeby wybrać się do samego siebie, bo oczywiście możemy żyć w wielu różnych miejscach naszą głową, ale granie, życie u siebie to chyba najlepsza rzecz. Jak wspomnę troszkę o swoim wątku, życiowym wątku zabawy w detektywa.
Już jakiś czas sobie śledzę tą cywilizację. Wygląda na to, że prawie całe życie sobie śledzę te wszystkie zjawiska. Wiesz, lasem się zajmujesz. Co za las w uszach. To jest taki ciekawy czas w historii Ziemi, o którym ostatnio tutaj mówię. Z wielu różnych przepowiedni dzieje się wiele. Ja mam taką ciekawą zimę w Anglii, że jest tak ciepło jak nigdy dotąd o tej porze roku. I oczywiście niektórzy mówią, że to jest jakiś problem związany ze zmianami klimatu i to jest tymczasowe i tak dalej. Ja dzisiaj wrócę do tego, bo to też jest zabawna historia, bo to jest właściwie część tej mojej zabawy w detektywa, którą sobie tutaj prowadzę od lat w swoim własnym życiu. To jest ta moja wyprawa do samego siebie, związana właściwie z kompleksowym podejściem do rzeczywistości, począwszy od medycyny.
Przynajmniej tak zwykle będę przedstawiał wszystko po kolei. Mikrofony ustawił i tak dalej. Jak zwykle trochę jeziora musi być. Wracając do tego mojego detektywistycznego podejścia. Co by nie było, ciągnie się to już od lat. Tak się przyglądam troszeczkę i wygląda na to, że wszystkie sprawy są ze sobą bardzo mocno związane. To jest akurat rzecz, o której tu często mówię, ale jest to rzecz, która jest na cenzurowanym wszędzie na świecie, właściwie w takich normalnych, nie wiem, jak to nazwać, mediach czy formach przekazu jakiejkolwiek treści. Nie jest to zbyt popularna historia w każdym razie. Nie wiem nawet, jak zatytułować te wszystkie miejsca, gdzie się opowiada mi różne dziwne historie: oficjalne radia, telewizje, filmy, gazety. Cała ta zabawa.
Akurat nie jestem specjalnie uczestnikiem tego cyrku, tak że zupełnie mnie to nie wzrusza. Ale to nie jest tak, że ja nie jestem uczestnikiem tego cyrku. Ten cyrk coś przykrywa. Ja tu nieustannie sobie przyglądam, co jest schowane pod tym cyrkiem. Próbuję odgarnąć tą kupę śmieci, podnieść ten dywan do góry i zobaczyć, co tam się pod tym dywanem znajduje. Jak mówił mój dobry przyjaciel: „Wyjście jest zawsze przez podłogę”. I to chyba jest to dokładnie. Wyjście przez podłogę. Ja może zacznę od czegoś tą swoją detektywistyczną historię dzisiaj. W cudzysłowie detektywistyczną.
Zacznę od tego, że się powinienem rozgadać jakoś do tego mikrofonu. Od opowieści o sczytywaniu danych, o których kiedyś wspominałem w jakichś opowieściach, w „Dokładce” gdzieś tam dawno temu. Parę razy się przewinęło, ale wspomnę jeszcze raz, bo to istotna sprawa dla mojego wątku teraz, dzisiaj, tu i teraz. Chodzi o zbieranie danych i zachowywanie tych danych i statystyki wszelkiego rodzaju. Jeżeli idę sobie z telefonem komórkowym ulicą, przechodzę obok jakiegoś dużego sklepu, supermarketu, jakiejś sieci sklepów, cokolwiek, co jest sklejone w dużą sieć, to normalne jest to, że są tam nadajniki i odbiorniki sieci Wi-Fi. A jako że mój telefon, jak większość telefonów w dzisiejszych czasach, posiada taki układ, że jest widziany przez te nadajniki GPRS i wszystkie historie do namierzania, to przechodząc obok sklepu, ten sklep sobie sczytuje moje dane. Jak wejdę do sklepu, to sklep cały czas mnie śledzi, gdzie ja chodzę z tym telefonem. Ja akurat mam takie podejście do życia, że telefon to właściwie leży w domu. Ja nie używam telefonu, jeżeli wychodzę gdzieś na zakupy. Absolutnie.
Jeżeli wychodzę gdzieś na spacer, telefon zostawiam. Rzadko kiedy się zdarza, żebym go brał ze sobą. Nie widzę takiej potrzeby. Nie widzę potrzeby na życie w sytuacji, gdzie jakakolwiek sprawa zależy od jednego telefonu i od czegoś, co ma być załatwione w pięć minut. Wydaje mi się, że żyję już tak długo na świecie, że ta iluzja, że jakakolwiek sprawa jest załatwiona w ciągu pięciu minut, już mnie za bardzo nie dotyczy. Nie ma takich spraw. Jeżeli jest jakaś sprawa, która wymaga poruszenia świata w ciągu pięciu minut i wykonania 300 telefonów, to znaczy, że jest to gówno warte i zaraz się rozsypie. Tak naprawdę te wszystkie telefony i ci wszyscy ludzie, ta cała napinka i ta cała gonitwa, to całe szaleństwo jest potrzebne tylko i wyłącznie po to Żeby mieć coś, w co da się uwierzyć, że to wszystko ma jakikolwiek sens. Tak naprawdę zawsze mam taką wiarę, można powiedzieć. Nie jest to wiara.
To jest moja wiedza i doświadczenie, które mówi mi, że 99,99999% tych wszystkich spraw jest okalą do dupy rozbić i nikt z tego nigdy nic nie wyciągnął, nic z tego nigdy nie wyniknęło. Wszystko to jest takim paranoicznym światem, gdzie paru ludzi nagle budzi pół świata, stawia go na nogi tylko po to, żeby zamanifestować fakt swojej egzystencji na tej planecie. Oczywiście nic z tego nie ma żadnego sensu. Wiadomo, że jest to tak zwany z angielskiego damage management, czyli zarządzanie stratami. Jeżeli podrywasz tysiące ludzi, może nie tysiące, przesadziłem, ale tak jak się to odbywa dzisiaj przy zabawie w wymienianie się papierkami o różnych numerkach nadrukowanych na tych papierkach, to jest klasyczny numer, że ktoś wykonuje telefon, ktoś podrywa kogoś, ktoś podrywa kogoś. Tysiące ludzi siedzą w zamkniętych pomieszczeniach mniej lub bardziej dotlenieni i czekają na ten moment, kiedy zadzwoni telefon i będą mogli dokonać zrywu i będą mogli uczestniczyć w jakiejś akcji. Nie mają wpływu na tą akcję, właściwie nic z tym nie robią, poza tym, że muszą spowodować, żeby szlag tego wszystkiego nie trafił, bo właściwie wszystko jest i tak z góry skazane na porażkę. Tak to wygląda. Takie jest moje podejście do tej rzeczy zwanej zabawami w podrywanie się natychmiast do załatwiania miliona spraw. I to jest to sczytywanie danych w supermarketach.
To sczytywanie danych jest po to, żeby ktoś kiedyś, a właściwie następnego dnia mógł złapać za telefon, poderwać kolejny przysłowiowy milion ludzi z krzeseł, z łóżek, skądyś od biurek oderwać, wrzucić ich do jakichś spraw, że oni teraz organizowali kawałek historii, który jeszcze się nie wydarzył, bo statystyki pokazują, że Jan Kowalski, przechodząc obok półki z pomidorami co tydzień, a właściwie nie tyle co tydzień, co parę dni, bo tak często bywa w sklepie, widzimy go na swoich urządzeniach, że jego telefon się nam zgłasza, tak że wiemy, do której półki podchodzi. I ten Jan Kowalski podchodzi do tej półki z pomidorami. Nie chce nic innego kupować, tak że wiadoma sprawa. Poczekamy jeszcze trochę i niech wszyscy inni klienci wyrobią sobie swoje własne szlaki komunikacyjne w tym sklepiku. Jak tylko wyrobią sobie swoje szlaki i poczują się bezpiecznie, to zrobimy im taki numer. Pozmieniamy wszystkie produkty na półkach i zmusimy ich do przejścia przez listę produktów, których właściwie nigdy nie zauważali, nigdy nie byli nimi zainteresowani, ale jest to jedyna opcja, żeby sprzedać im ten kit. Trzeba ich przegonić po sklepie. Sami tego nie zrobią. Trzeba sczytać ich dane z telefonu i liczyć na to, że to się sprzeda, kiedy oni przejdą obok tego gówna, które jest wystawione obok nich. Oczywiście nikt nie wie, co się z tego sprzeda, co się nie sprzeda.
To jest wszystko taka spontaniczna działalność, która przypomina wróżenie przyszłości z rzucania wnętrznościami dzikich zwierząt o ścianę. Ale ta spontaniczna działalność kilku wariatów ma to do siebie, że potrafi postawić pół świata na nogi, żeby pół świata w tym momencie zajął się produkowaniem czegoś, co potencjalnie może okazać się dobrym rynkiem. Jest taki jeden z przetłumaczonych w Radiu na Fali na język polski skecz Billa Hicksa, gdzie jest mowa o big dollars, big business, big dollars, big fucking dollars. Yeah! To jest dokładnie to samo. To jest takie wymyślanie sobie części rzeczywistości, która jeszcze nigdy się nie wydarzyła, w ogóle nie istnieje. Nie wiadomo, co się wydarzy. Po prostu bierzesz człowieka, rzucasz nim jak workiem ziemniaków przysłowiowo o ścianę raz jedną, raz drugą. Starasz się go skonfundować, wybić z wątku, zbić z tropu, spowodować, że poczuje się nieswojo i w tym momencie starasz się podać mu jakiś produkt do ręki, mówiąc mu: „Słuchaj, z tym czymś w plastikowym opakowaniu, które tak ładnie błyszczy, poczujesz się bezpiecznie i możesz spokojnie wracać do domu, niezależnie od tego, co myślisz o reszcie tego świata”. I po to służą nam te wszystkie statystyki, te wszystkie dane, żeby móc sobie przewidzieć, co się wydarzy w przyszłości.
W rzeczywistości nikt nie wie, co się wydarzy w tej przyszłości. Absolutnie nikt nie ma bladego pojęcia, łącznie z pogodą. Jest to tylko takie napędzanie sobie kilku spraw do załatwienia na jutro. Oczywiście moglibyśmy być inteligentnymi ludźmi i stwierdzić, że jesteśmy na tyle normalni, że sobie robimy jutro wolny dzień, sobie śpimy do oporu, odpoczywamy. Jakby co, to się spotkamy wieczorem, wypijemy sobie kawkę, porozmawiamy, może sobie zapalimy jakiegoś jointa, spędzimy miło czas. Każdy porobi swoje własne sprawy. Każdy się zastanowi, co chce robić w swoim własnym życiu. Przede wszystkim każdy będzie miał czas na tą wyprawę do samego siebie. Czy to jest wyprawa senna, czy to jest element pobudki, kiedy wstajesz powoli z nogi na nogę i tak sobie przypominasz ten sen, który się przed chwilą przydarzył. Właśnie to jest ta droga do samego siebie.
A tu nagle się okazuje, że właściwie jak tu połączyć ten sen z tą sytuacją, gdzie ktoś ci mówi, że jutro musi się wydarzyć sprzedaż telefonu nowego modelu albo sprzedaż nowego modelu mebla, samochodu, czegokolwiek innego. Po prostu jutro musi się wydarzyć coś, co zmieni życie kilku ludzi. Ty oczywiście nie należysz do tych ludzi, bo w twoim przypadku najczęściej jest to kwestia przetrwania, bo jeżeli się nie sprzeda, to ktoś będzie musiał za to ponieść odpowiedzialność, bo nie sprzedało się, a mamy tutaj cały magazyn nowego towaru. Ktoś tutaj zawalił. Właściwie nie ma żadnego takiego punktu myślenia, takiego punktu złapania refleksji, że może towar był gówniany, może nikt tego gówna nie potrzebuje. Nie, tej myśli można dopuścić do głowy, ale to jest związane z takim ogólnym obrazem całości. Bo kto potrafi przewidzieć przyszłość? Nikt nie potrafi przewidzieć. Ja sobie tak na potrzeby dzisiejszego Mojego opowiadania do mikrofonu ustaliłem dwa wątki, tak żeby sobie skleić tę historię. Inna sprawa, że one się ustawiły w tym tygodniu same z siebie podczas rozmów ze znajomymi i tak dalej.
Wiesz jak to jest, dużo inspiracji w życiu, jak spotykasz ludzi, rozmawiasz z tymi ludźmi i dużo tematów się pojawia. Ta historia z przewidywaniem przyszłości i tym, jak te algorytmy próbują nas czytać i ustawić świat. Właściwie nie wiem, czy ustawić świat, bo ciężko nazwać ustawianiem świata. To jest po prostu ustawianie w gównianej sytuacji całej armii ludzi, którzy zależą od kilku cyferek na kartce papieru, od danych statystycznych, bo ktoś im nawciskał do łbów, że ja jutro przychodzę z obok tej półki, jak nie zobaczę tam pomidorów, to kupię czekoladę. Sorry, ale się sfrajerowałeś koleś. Naprawdę tam przychodzę tylko po pomidory. Naprawdę jesteś tępym frajerem, jeżeli myślisz, że jest inaczej. Inna sprawa, że ja nawet nie mam telefonu przy sobie. Także sorry kolego, nie zobaczysz co ja kupuję. Musisz patrzeć na kamery, musisz mnie śledzić.
Może w tym momencie uda ci się coś przewidzieć. Moje pomidory i kiedy kupię następny raz marchewkę. No właśnie, bo tak normalnie to ciężko przewidzieć. No ale wiadomo, że chodzi o reklamę. Nie chodzi też do końca o przewidywanie. Chodzi o wybieranie trendu. Budowanie tego trendu, tak się nazywa mądrze, czyli budowanie opinii, żeby doprowadzić kogoś do sytuacji, gdzie stwierdza: „Okej, to jest to, czego potrzebuję”, chociaż nigdy tego nie potrzebował. To tylko na poziomie opowiadania ludziom tego, że zbieramy dane, próbujemy nowe strategie marketingowe. Bo w rzeczywistości o tym się tak głośno nie mówi, bo to taki trefny pomysł, żeby ludziom mówić takie rzeczy. Jeszcze się domyślą, o co chodzi.
Ale wiesz, ja tu mamy detektywistyczną historię, także zaglądam pod dywan, a pod dywanem są takie firmy jak Google, są takie firmy jak Cisco, wiele różnych dużych korporacji IBM, Microsoft. I te wszystkie firmy zbierają dla ludzi, którzy są właścicielami ich akcji, właściwie kolejnych firm, które są właścicielami tych firm, dane, informacje. I te informacje nie są zbierane do końca po to, żeby przewidzieć, może nie tyle przewidzieć, co żeby przewidzieć twój kolejny krok na zasadzie, że ja sobie wymyślę reklamę pomidorów, pokażę ci reklamę pomidorów, bo wiem, że lubisz pomidory i w tym momencie mam dużą szansę, że zarobię na tych pomidorach, które ci sprzedam w środku zimy. Okej, to jest jeden model. To jest model dla tej części społeczeństwa, która lubi żyć w takiej wąskiej szufladzie, nie wystawiać za bardzo głowy, włączyć sobie telewizor, obejrzeć sobie dziennik telewizyjny, poemocjować się tym, czy jakiś polityk powiedział coś, czy powiedział coś innego, czy znowu nakłamał, czy jest inaczej, czy jakoś tak. I co na to reszta frajerów, która żyje z tego polityka oraz z robienia tego całego syfu? Można oczywiście całe życie spędzić w ten sposób, śledząc te wszystkie dziwne wątki wymyślane właśnie tak samo jak te dane statystyczne. Ale zaglądając pod dywan widzimy coś zupełnie innego. Widzimy, że te duże korporacje i takie konkretne korporacje nie zajmują się tak do końca ustawianiem trendów, bo tam ludzie zdają sobie sprawę z tego, że trendu nie da się ustalić. To samo jest związane z Giełdą Nowojorską.
Właściwie nie tyle z giełdą, właściwie z całym rynkiem giełdowym globalnie na całym świecie. Wiadomo, że cykle giełdowe są nie do przewidzenia, są możliwości wpływania na te cykle. Są opcje spuszczania hamulca z pewnych zasobów i nagle coś wypływa na rynek w poważnej ilości. I nagle kraj, który ledwo zostawał na nogi, bo odkrył u siebie złoże boksytów, nagle się okazuje, że trafił na moment, kiedy boksyt staniał. Jest tańszy niż woda mineralna w sklepie, a zawsze był potwornie drogi. Nagle się okazało, że właściwie wszystkie te pieniądze, które oni pożyczyli na to, żeby wybudować tę kopalnię, nie ma z czego spłacić tych pieniędzy i że muszą od razu sprzedać tą kopalnię dużej korporacji. I akurat zaraz jak sprzedali tą kopalnię, nie minął tydzień czasu, a akcje owego czegoś, co wykopywali w tej kopalni nagle podskoczyły z powrotem do oryginalnych cen. Ba! Podskoczyły dwukrotnie. I wtedy tamten rząd lokalny sobie pomyślał: „Okej, to może się spytamy, może będziemy mieli lepszą cenę, bo kopalnia jest na naszej ziemi”.
Nagle się okazało, że właściwie rząd nie ma nic do gadania. Właściwie rządu nigdy nie było, właściwie nie było nawet nikogo w rządzie, kto by sobie zadał takie pytanie, bo przecież ten rząd został tam włożony przez tą korporację. To jest taki klasyczny numer wszędzie na świecie, że ludzie się nabierają na nieprzeciętne bajki, bo lubią się nabierać, bo mamy taką naturę, wychowano nas chyba prawdopodobnie od ostatnich lat, że lubimy się nabierać w którymś czasie, bo o to chodzi. To jest taki zabawny model nabierania się, a za tym modelem stoi analizowanie tych wszystkich danych przez te duże korporacje po to, żeby sprawdzić rzeczywiste trendy. Nie te, które jesteś w stanie zrobić, popychając kogoś do przodu w danym kierunku czy w lewo, czy w prawo, albo podstawiając mu nogę. To nie o te trendy chodzi, bo te wiadomo, że można zrobić. Bierze się armię, wysyła na drugi koniec świata, pacyfikuje kraj tak jak Panamę w 1981 roku. Na okładce „Timesa” się daje wielki napis „Solidarność”. Także na całym świecie Ameryka uchodzi za obrońcę solidarności. Natomiast w tym samym czasie marines lądują sobie w Kanale Panamskim i dokonują eksterminacji ludności cywilnej niczym oddziały SS z helikopterów, karabinami maszynowymi.
Bo co się będziemy obcym dawać? I to jest taki klasyczny numer. My o tym oczywiście nie dowiemy się nigdy. Teoretycznie się nie dowiemy, bo jeżeli zapatrzymy się na tą jedną część, to wiadomo, że zbudujemy sobie piękny świat, w którym odzyskanie wolności będzie związane z tym, że będziemy musieli odzyskać rząd, będziemy musieli odzyskać pieniądze, będziemy musieli statystyki odzyskać, policzyć, jak to wszystko będzie działało, jak to wszystko będzie zorganizowane, stworzyć grupy doradców i tak dalej. I nagle się okazuje, że właściwie wszyscy lądują dokładnie w tej samej zabawie jak w „Biuro”, gdzie paręset tysięcy milionów ludzi albo cholera wie ile siedzi codziennie gotowi na to, żeby się poderwać nagle z krzesła, złapać za słuchawkę i podnieść drugie pół świata na nogi i próbować załatwić jakąś zupełnie bezsensowną, paranoiczną sprawę, która i tak nie ma żadnego znaczenia. Właściwie i tak nigdy w rzeczywistości się nie uda tego załatwić, a jeżeli cokolwiek z tego wyjdzie, to kolejna wojna. I to jest cała efektywność tego działania. Co wtedy zrobić? Bo jest ta druga tendencja, te rzeczywiste cykle, które są związane ze słońcem. To są oryginalne kalendarze, to są wszystkie te tajemnicze stowarzyszenia, które gdzieś tam też na zasadzie zabawy detektywów troszeczkę lepszych niż ja, bo wiadomo, że mają lepsze dojścia, mają więcej tego wszystkiego, mają większe archiwa, przede wszystkim mają możliwości zaglądania do tego archiwa.
Bo nawet nie jest kwestia, czy masz, czy nie. Te archiwa na świecie są, tylko nie każdy może do nich wejść. Ja na przykład nie mogę do wielu archiwów wejść i nic mi to nie da, że one są na świecie. Ale oni mogą sobie sprawdzić i sobie sprawdzają. Nie polega to do końca na tym, żeby ustawić cały świat pod jakiś konkretny pomysł, bo wiadomo, że to się nigdy nie uda. Wszelkie próby, które do tej pory były podejmowane, spełzły na niczym, na wielkich katastrofach. Wiadomo, że ta próba jest tylko po to, żeby wyciągnąć pieniądze, żeby gdzieś tam ktoś w to uwierzył, żeby poczuł się częścią wielkiego świata, wielkiej armii, wielkiego narodu, prasłowianinem, pralechitą, zapłacił jeszcze większą frajerską kasę za kolejną słowiańską koszulę i za słowiańską sól. Wiesz, o co mi chodzi. To jest kolejny trend, który doskonale służy polaryzacji opinii, dzięki czemu koleś, który mieszka po lewej stronie rzeki, będzie czuł się wielkim lechitą. Drugi koleś będzie się czuł wielkim Germanem.
Bardzo łatwo będzie jednemu sprzedać tanio broń, drugiemu sprzedać tanią broń, zrobić jakieś zamieszanie lekkie. Może jeden strzeli przez przypadek w kierunku drugiego. Nieważne, czy kula trafi, czy nie. Jeżeli wystrzeli kulę, to już będzie dobry pretekst, bo my tu mamy kolegów, których wyślemy. Oni powiedzą, że są za jednym, za drugim. Efekt będzie taki, że każdy będzie musiał kupić pistolet, a te pistolety tanie nie są i dzięki temu będzie można troszkę kasy zarobić. To jest właśnie takie projektowanie przyszłości jak w supermarkecie. To jest dokładnie ta sama historia, żeby skonfliktować człowieka ze sobą samym, żeby on przeszedł obok tej półki, której już tam nie ma i zaczął się zastanawiać: a może tym razem, skoro wszystko w sklepie się zmieniło, może ja wybiorę inną opcję? Dokładnie tak samo jak na wojnie. Przychodzą kolesie, wycinają ci pół rodziny w pień, robią taką strefę gazy, która nigdy się nie kończy, po czym doprowadzają cię do sytuacji, że właściwie zaczynasz się zastanawiać, jak się ułożyć z tymi kolesiami, jak ułożyć życie według tych dziwnych zasad.
I w pewnym momencie zapominamy, że to nie jest żadna zasada, że to jest po prostu choroba psychiczna i nie ma z czym się układać. Tu nie ma opcji na układanie się z czymkolwiek i do czegokolwiek. To jest objaw takiej choroby psychicznej ludzi, którzy wiecznie biegną za karierą, sławą, widzą siebie wiecznie adorowanych przez innych. Sami chyba nie mają tej wyprawy do siebie i ta wyprawa do siebie wiedzie przez drogę sławy, pieniędzy i wielkiego konta bankowego. I to takie zabawne koncepty na przyszłość. Ale wracając do tego oryginalnego, który stoi za korporacjami. Google robi to dosyć mocno w praktyce. Jest takie oprogramowanie, o którym kiedyś wspominałem, które jest używane tu w Londynie. Zresztą wiem, że nie tylko w Londynie, w dużych miastach w ogóle na całym świecie, globalnie w metropoliach. Służy to do sprawdzania nas słów kluczowych w przeglądarce.
Prosta sprawa. Google sobie zapamiętuje wszystkie słowa, które zostały wpisane do przeglądarki na terenie miasta Londyn. Wszystkie, absolutnie wszystkie. Wiadomo, o której porze, wiadomo z których IP. Jeżeli są to rzeczy wysłane z pierwszych trzech stref głównie, to wiadomo, że są to biura i wiadomo, że jest to aktywność ludzi w pracy i rozmowy o ich rzeczach, o tym, co im się wydarzyło wieczorem i jak się czują. Jest taki piękny korytarz komunikacyjny. Niewielu może od tego uciec. Większość jest zmuszona, zagoniona niczym takie bydło robocze. To trochę jak takie gęsi na farmie. Bierzesz taką gęś, wsadzasz do boksu 20 centymetrów na 20.
Gęś stoi w pionie, wkłada się taką rurę w gardło gęsi i czy gęś chce jeść, czy nie chce jeść, włącza się tam sztuczarcie prosto do żołądka, żeby od razu tak leciało. Od razu, bez zastanowienia. Chodzi o to, żeby gęś utyła, żeby był pasztecik z gęsi w ciągu jednego tygodnia, a nie tak normalnie, że gęś musi żyć sobie na świecie może rok, może dwa lata i może coś z tego będzie, jeżeli będziesz chciał ją zabić. Tu jest troszkę inaczej. Wiadomo, że mamy całą generację ludzi, którzy są niczym te gęsi. Są wpakowani w te boksy, mają wtłoczone te rury, ładuje się im to gówno i wiadomo, że jedyny punkt ekspresji życiowej, jedyne miejsce na ekspresję życiową przebiega przez komputery i laptopy firmowe, służbowe, gdzie jeżeli nie mogą wysłać z pracy, to mogą wysłać SMS-a z prywatnego telefonu. Częsty taki widok, że na ekranie jest normalna praca, obok jest włączony telefon, na którym jest Messenger i wszystkie inne rzeczy. Wiadomo, że to jest jedyny moment, kiedy człowiek właściwie ma odrobinę wolnego czasu. Przynajmniej taki niewolnik, który ma włożoną tą rurkę do samego jelita, żeby go wypychali tą paszą. Wiadomo, że on nic nie zrobi po pracy, bo zanim on dojedzie po pracy do domu, to on tkwi w korkach, w środkach komunikacji i tak dalej.
Mija godzina, dwie. Generalnie co tu dużo mówić, życie przeciętnego mieszkańca Londynu, miasta, w którym mieszkam, który jest zobligowany do bycia niewolnikiem na takiej właśnie farmie gąsek. Życie prywatne ogranicza się do pory lunchu, gdzie może wysłać niezbędne SMS-y do znajomych. To jest moment, kiedy się umawiasz z ludźmi na to, kiedy się z nimi zobaczysz w środku tygodnia. Poważnie, to jest moment lunchu, ta pół godziny albo godzina w środku dnia, bo później jeszcze wracasz do domu. Trzeba życiowe sprawy załatwić, ubrać się, ugotować, coś tam zrobić. Większość ludzi jest już tak wyorana, bo od dziecka jest tak wyorana, że w tym momencie, kiedy nagle się pojawia wolna luka w życiu, nie ma tej wyprawy do siebie, jest tylko wyprawa do telewizora, jest wyprawa do miliona spraw i próba stworzenia takiej alternatywy życia jak w biurze, do tego biura alternatywy. A właściwie ta alternatywa niewiele się różni. Jest dokładnie tą samą gonitwą za Statystycznymi danymi, na przykład jak dużo wzrośnie płatność kredytowa, jak mało wzrośnie, za ile kasy sprzedamy to mieszkanie za parę lat, żeby na tym zarobić. Przeoramy się, może przeżyjemy, może nie.
Zobaczymy. Ale tak czy siak, kasa będzie się zgadzała na koncie. To jest taki model prognozowania pogody, że akurat ta kasa i ta chata będzie jeszcze coś warta za parę chwil. Ale tak obstawiam, że niewiele, szczególnie tu w Londynie. Tym bardziej że coraz częściej się w oficjalnych mediach przypomina mieszkańcom tak: „Excuse me, sir. Dawno temu, milion lat temu, taka ciekawostka naukowa, była tu pustynia. Jest pewna szansa, że może za 20 lat, może nie 20 lat, a może za 100 lat klimat się ociepli i zrobi się po Anglii pustynnie. Właściwie wiemy o tym, się delikatnie przygotowujemy, ale to może nie jutro, nie teraz. Na razie zapieprzaj do pracy, zaiwaniaj. Tam czeka ta rurka w boksie.
Wpinamy ci w tą rurkę i generalnie nocnik pod siebie. My tą rurkę ładujemy i właśnie, człowieku, jak ta kaczka, jak ta gąska na farmie w boksie. A co, nie ma tak, żeby było inaczej”. Wracając do tego algorytmu, bo tak się ciągle rozprawiam z tymi nieszczęśnikami, którzy produkują te dane do algorytmów. Google zbiera te algorytmy, te wysyłane w porze lunchu, te wysyłane z pracy z tych pierwszych trzech stref w Londynie. Czterech. Właściwie zbierane są dane z całego Londynu i okolic i zbierane są dane z całego świata. Tak że nie licz na to, że tylko jedno miejsce jest upośledzone. Upośledzony jest cały świat. I co robi z tymi danymi?
Oficjalnie analizuje te dane. Możesz sobie wejść nawet na jakieś serwisy google'owe, oni o tym piszą, na jakieś fora. Tam są informacje na ten temat. Ba, możesz się udać na wycieczkę do siedziby Google. Jest tu, w Londynie. Jedna z siedzib Google znajduje się w centrum miasta i poważnie możesz pogadać. Tam są ludzie, którzy jak przyjdziesz, powiesz, że chcesz pogadać o takiej rzeczy, bo słyszałeś o tym, to naprawdę jest pan, który siądzie z tobą i powie ci, jak to robią. To nie jest żadna tajemnica, to nie jest jakaś ukrywana pod dywanem rzecz, że te wszystkie dane są sczytywane i algorytm wyszukuje. Co wyszukuje? Na przykład, i to jest bardzo ważna sprawa, tak jest zaprojektowana jedna z funkcji algorytmu.
Wszystkie informacje na temat czy mam katar, kupiłem chusteczki higieniczne, Apap czy jakieś inne krople. Generalnie wszystkie te trucizny, które są sprzedawane w aptekach na tak zwane grypy, katary i przeziębienia. I to jest wszystko sczytywane i wiadomo, że jeżeli w jakiejś części miasta pojawia się delikatna infekcja, bo ludzie w biurach piszą sobie komunikaty na tych messengerach, wysyłają sobie maile, szukają przede wszystkim w przeglądarce informacji. Jeżeli ktoś ma katar, to wpisuje sobie na przykład chusteczki higieniczne i tak dalej. Te wszystkie dane są zbierane i szacowane jest, jak na przykład roznosi się i podróżuje taka infekcja wirusowa przez Londyn. Swego czasu, kiedy to zostało ogłoszone, to była nawet taka atrakcja. W ogóle dużo ludzi wchodziło, była nawet taka strona postawiona tymczasowo przez Google'a, gdzie można było sobie wejść i zobaczyć, w których miejscach miasta ludzie kaszlą, prychają i smarkają częściej niż w innych miastach. Dzięki temu stwierdzono, że będzie łatwiej oszacować dla lekarza lokalnego, rodzinnego, czy będzie musiał się przygotować na nagły atak choroby, który zwali całe miasto z nóg, bo będziemy już przygotowani. Wiemy, że infekcja idzie z południa na zachód. Zaczęła się na Blackfires i powoli idzie przez London Bridge, a później podejdzie Lewisham, a później sobie wróci na Dowich i z Dowich być może przegoni się gdzieś w okolice Battersea Power Station albo i nie.
I w tym momencie wiadomo, wszystkie apteki, które znajdują się po drodze mają złote żniwo. Chusteczki higieniczne i inne takie produkty. Czy jakoś tak. Właśnie, ale do czego zmierzam? Bo jak sam zauważyłeś i ty, moja droga słuchaczko, ten algorytm nie zajmuje się promowaniem tendencji. A jest to bardzo ważny algorytm. Jest ważniejszym algorytmem niż te, które zajmują się promowaniem pewnych rzeczy. Znaczy promowaniem produktów, reklam i tego wszystkiego, za co im płacą ludzie, którzy przychodzą do owego Google'a. Zajmuje się sprawdzaniem rzeczywistych tendencji i tego, co się naprawdę dzieje, bo wszyscy doskonale sobie zdają sprawę na wysokich stołkach, że rzeczywistość można zaprojektować, ale tylko do pewnego stopnia. I to jest zawsze projektowanie, które jest 50 na 50, a właściwie nawet rzadziej 50 na 50.
To jest takie jak się uda, to będzie dużo szczęścia, jak się nie uda, a z reguły się nie udaje. I wszystkie te numery są robione nie dlatego, żeby się udały, tylko dlatego, że jest szansa, że się udadzą. Szansa czasami się doskonale pokrywa z oczekiwaniami. Znaczy rzeczywistość się doskonale pokrywa z oczekiwaniami twórców takich wydarzeń, takich akcji. Chociażby World Trade Center. Myślę, że znakomita część mieszkańców tej planety dalej wierzy w to, że jakiś samolot wylądował w World Trade Center, jeden i drugi, że właśnie z tego powodu się zawaliły trzy budynki, szczególnie ten trzeci, w który nie wylądował żaden samolot. On złożył się dokładnie tak samo. Tak że ludzie naprawdę dalej chcą w to wierzyć. To nie jest kwestia tego, jak wygląda rzeczywistość, tylko to jest kwestia wiary. I tu jest podobnie.
Wiadomo, że wiarę da się zrobić, bo od tego jest CNN, od tego jest „Dziennik Telewizyjny”, od tego jest pan redaktor w telewizji, od tego jest jeden pajac z drugim, który będzie ci opowiadał, że raz PiS jest gorszy, raz PO jest lepsze, raz coś innego. I tak na zmianę będzie rzucał tobą jak workiem kartofli w jedną i w drugą stronę. Prawda jest taka, że z jednej i z drugiej strony mamy tych samych cwaniaczków. Tak że nie ma żadnej różnicy, przecież oni i tak zmienią partie. Wszyscy o tym doskonale wiedzą, ale dalej chodzą na wybory. To jest też taki paradoks sytuacyjny. To jest właśnie ta próba wypracowania sobie planu. Taki telefon, który podrywa pół świata. „Jejku, są wybory, zróbmy coś, może coś się uda”. I dokładnie w tym samym momencie wszyscy wstają, idą na wybory, czyli wykonują taki masowy strzał w kolano.
Zajmują się polityką i w tym momencie, gdyby wyszli do kuchni i stwierdzili: „Okej, nauczę się piec chleb i sobie wymyślę taki pomysł, że wtedy, kiedy trwa akcja wyborcza polityków, to ja organizuję taką akcję Kupię trochę mąki. To nie kosztuje fortuny. Każdy ma wystarczająco pieniędzy w kieszeni, żeby kupić odrobinę mąki. Może nie każdy, ale prawie większość. Upiekę parę chlebów i będę rozdawał te chleby. Nie chcę za nie pieniędzy, po prostu będę rozdawał te chleby swoim znajomym albo ludziom na ulicy, albo cokolwiek. Tak długo, jak będzie trwała kampania wyborcza. Wszystkie pieniądze, całą energię, którą normalnie bym wydał na kupienie sobie chrupków i siedzenie przed telewizorem i tracenie swojego czasu na oglądanie tego bełkotu, jak banda frajerów próbuje wkręcić całą resztę w kolejny krzywy numer, żeby sprzedać jeszcze więcej szczepionek, jeszcze więcej gówna, machając jakąś szmatą, która nosi znamiona jakiejś narodowej sprawy, bo akurat ma kolory, które od paruset lat są używane w tym rejonie jako oznaczenie ludzi z tej nacji. I nagle staje się to wielką, honorową sprawą. I z tej honorowej sprawy trzeba zrobić od razu ludobójstwo masowe dla wszystkich tych mieszkańców.
Oczywiście za to ludobójstwo oni sami muszą zapłacić. Sami muszą wybrać jeszcze swoich oprawców. I na tym polega cała zabawa, że właściwie kiedy spojrzę na to z tej strony, to nie ma tu ani oprawców, ani ofiar. Właściwie wszyscy są frajerami, takimi centralnymi frajerami, bo wiadomo, że ci, którzy zostaną wybrani jako politycy, też szlag ich trafi, bo przecież tak jest zorganizowany świat, że jest to zestaw narzędzi połączonych. Wiadomo, że nikt się o nich nie będzie martwił, bo przecież ta frajernia jest odstawiona na odstrzał przez swoich mecenasów z CIA czy skądś tam by byli, czy z Mosadu. Normalna historia. Wiadomo, że jak agencik w Polsce się skończy, to przecież nie będzie nikt transportował gdzieś na Florydę. Tym bardziej że Florydy już nie będzie. Zdaje się idą mocno w szczęście na Ziemi. Są w drodze właściwie, także wygląda na to, że nie będzie za bardzo gdzie transportować.
Nagle zniknie kasa i co dalej? To jest ta troszkę inna część rzeczywistości. Jest rzeczywistość, którą się projektuje, którą się próbuje zaprojektować, gdzie milion ludzi pracuje nad tym wszystkim oraz jest rzeczywistość, o której wiedzą bardzo poważni ludzie na świecie oraz być może ty, której się nie da zaprojektować. Jest to ta naturalna historia tej planety. Tego się po prostu nie da przeskoczyć. Rzeczy się dzieją, nikt nie jest w stanie tego zatrzymać, nikt nie jest w stanie w ogóle zmienić nawet kierunku ruchu tych wszystkich rzeczy, które się dzieją. Absolutnie. Jedyne, co można zrobić, to wiedzieć parę minut wcześniej przed tym, co się wydarzy i próbować odgrywać pajaca, takiego cwanego pajaca, który się dobrze ustawia do wiatru, że jeszcze sobie troszkę przytjesz na tym. Tu kogoś okradniesz, tu kogoś zamordujesz, tu zrobisz z kogoś kłamcę, oszusta, tak żeby jeszcze na tym zarobić trochę kasy, żeby sobie wypromować swoje własne pomysły, że może jeszcze ktoś ci zapłaci ekstra, może jeszcze zdążysz kupić czerwony samochód. Wiesz, taki skok na kasę w ostatnim momencie.
Tak to wygląda. I tylko tyle. Natomiast wszystkie te rzeczywiste cykle cały czas są nieubłagane i cokolwiek byś chciał zrobić i ty, dziewczyno, nie masz na to ani grama wpływu. Poważnie, nikt z nas nie ma na to wpływu. To jest kosmos i kosmos się przemieszcza w swoim własnym kierunku. I wszystkie te historie dotyczą nas bezpośrednio. Oczywiście jest pewien etap działań istoty ludzkiej, który może spowodować, że siły kosmiczne się zetkną z człowiekiem. Może niekoniecznie w taki pozytywny sposób, można powiedzieć bardzo destrukcyjny. Jest to moment, kiedy człowiek niszczy swój statek kosmiczny, czyli planetę Ziemia i nagle sobie wymyśla, że jego zachowania, że jego koncept na rzeczywistość, który polega na tym, że nagle podrywa pół świata na nogi po to, żeby udowodnić sobie fakt swojej własnej egzystencji, że on naprawdę jest ważny, że to coś oznacza, że armia przemaszeruje z jednego końca na drugi koniec świata i nagle jakiś generał czuje się szczęśliwy, bo nareszcie ma swoją brygadę. Ma brygadę, która maszeruje na mój rozkaz.
To tak samo jak ludzie, którzy wychodzą do restauracji, tak już nałogowo, żeby zażerać swoje własne problemy. Wiesz, o co chodzi. Są ludzie, którzy nieustannie spędzają całe życie w restauracjach, ale tak całe życie. Ja nie mówię o tym, że ktoś nie lubi gotować i tak dalej. Chociaż właśnie to lubienie i nielubienie gotowania to też nie chodzi o gotowanie, tylko chodzi o ogarnianie samego siebie. Taka jest moja opinia. Wszyscy fajni ludzie, uwierz mi, człowieku. To znaczy nie musisz mi wierzyć. To jest moja własna opinia. Możesz lub nie mi wierzyć.
Brzmi tak, że wszyscy fajni ludzie na świecie, naprawdę fajni ludzie, których spotkałem przez całe swoje życie, to są ludzie, którzy niezależnie od tego, czy świetnie gotują, czy naprawdę kiepsko, ale po prostu lubią to robić. Lubią gotować, lubią wejść do kuchni, lubią robić swoje własne rzeczy. Są to ludzie, którzy nie boją się wyprawy do siebie, wyprawy do własnych rąk, do własnej aktywności, do tej własnej sprawy i nie boją się powiedzieć, że okej, moja sprawa, jakakolwiek by nie była, czy to jest zbieranie znaczków, czy zrobienie chleba, czy cokolwiek to jest, to jest ważna sprawa dla mnie i to jest moje życie. Szczęśliwie lub nie. Zależy dla kogo. Dla mnie chyba tak. Nie wiem jak dla ciebie. Moja opinia brzmi tak, że wszyscy fajni ludzie mają to w rękach. Mają tą fajność w rękach i to się nigdy nie zmieni. Zawsze jest tak samo.
Natomiast wszyscy ludzie, którzy nie chcą być fajni, bo to jest kwestia chyba naszego podejścia, to nie jest kwestia tego, że jesteś albo nie jesteś fajny. Po prostu chcemy być fajni sami ze sobą. To nie jest taka fajność na sprzedaż, tylko taka fajność ze sobą samym. Jak mi wszyscy tu wychodzą goście, których tu czasami trochę miewam, to zostaję sam ze sobą i jest mi bardzo dobrze. I albo wtedy jest fajnie, albo jest niefajnie, a ja akurat jestem fajnie ze sobą. Także myślę, że stąd się bierze, że mam fajnych gości, którzy też są fajni ze sobą. Też lubią swoje ręce i to, co nimi robią, też lubią budować swoje własne życie i też lubią mieć swoją ważną sprawę w życiu. I każdy ma tą ważną sprawę indywidualną. I to jest to coś. Bo ten model, o którym cały czas mówię, ten model, próba przewidywania przyszłości świata za pomocą obserwacji naturalnych trendów, tak jak robi to Google, chociażby obserwując rozprzestrzenianie się kataru i innych rzeczy po centrum Londynu, tak samo sprawdza na przykład rozprzestrzenianie się informacji o cannabis.
Tak samo sprawdza rozprzestrzenianie się wszelkich możliwych informacji. Przecież rządy to wiedzą. Rządy kupują te dane, bo firma Google nie żyje z tego, że sprzedaje reklamy tylko dlatego, że pracuje dla dużych rządów i rządy sobie z tego korzystają. I wiadomo wtedy, że można spolaryzować opinię, bo na przykład 50% ludzi nie do końca jest przekonanych, drugie 50% jest na tak i wiadomo, że Jeżeli uderzysz w czuły punkt, to w tym momencie wykorzystujesz tą naturalną falę. Jesteś jak surfer na tej dużej informacyjnej fali, bo wiadomo, że jesteśmy zbiorowym organizmem. Cokolwiek chcesz na ten temat myśleć, rzeczywistość jest brutalna i wszystkie eksperymenty naukowe jasno pokazują, że pole morfogenetyczne, o którym wielu ludzi mówi, że to taka teoria, istnieje cały czas i gdyby nie to pole morfogenetyczne, to by się człowiek na świecie nie urodził, żadna komórka by z tobie nie powstała, nic by się nie działo. Byś sczezł jako brak informacji w kosmosie. Byś był zawsze kosmicznym pyłem, który nigdy się nie może zamanifestować. Manifestujemy się tylko dlatego, że jest to pole informacji. Możesz to nazwać morfogenetyczne pole.
Nazw jest wiele, bo to nie jest nowa sprawa. To jest historia, która jest znana na świecie od tysięcy lat, tylko oczywiście została wypleniona przez naukę i teraz z powrotem odzyskaliśmy ją niejako w swojej świadomości pod naukowym terminem pole morfogenetyczne. Zapraszam do prac Ruperta Sheldrake'a. To jest taki dżentelmen na Cambridge University, który prowadzi taką katedrę biologii zdaje się i wykłada wszystkie te rzeczy, robi eksperymenty. Już starszy pan, zdaje się nawet na emeryturze, ale dalej prowadzi swoje prace badawcze. Zresztą dobry znajomy Terrence'a McKenna. Grzybiarze, można powiedzieć. Panowie, którzy stwierdzili, że przyszłość— właśnie, to jest mój drugi wątek na dzisiaj, bo opowiedziałem ci o jednej części przyszłości, ale jest jeszcze druga część przyszłości i to, co moim zdaniem jest najistotniejsze, jeżeli chodzi o tak zwane naturalne trendy, że to nie jest historia związana z tym, żeby mieć dane i na siłę próbować wyprzedzać rzeczywistość. Czyli jeżeli masz dane z Google'a, bo jesteś rządem, to w tym momencie można na przykład dać komunikat w telewizji, że rząd się teraz obawia nadchodzącej fali grypy i tak dalej. Wiadomo, że jest to bullshit, bo nie do końca jest to specjalna fala grypy.
Po prostu jest to informacja, którą możesz zmanipulować. Jest fala grypy i może się wypowiedzieć ktoś, kto ma stanowisko o nazwie minister. Dzięki temu widzisz twarz w telewizji, która mówi do ciebie, że troszczy się o ciebie. Dzięki temu cały ten cyrk się nieustannie kręci, nieustannie ma swój napęd. Ty jesteś frajerem, który to kupuje. On jest frajerem, który ci to sprzedaje. I tak frajerski świat nigdy się nie kończy. Dzięki temu na święta w twojej lodówce ląduje cała tona butelek Coca-Coli. A przed chwilą mówiłeś, że masz w dupie NWO, Iwo, naczytałeś się Davida Icke'a i tak dalej. David Icke też ma w cholerę Coca-Coli pewnie w lodówce, jak widzę po jego tuszy.
Inaczej się to nie może dziać. W każdym razie to jest ta oficjalna historia i ta oficjalna historia nie jest, tak jak ci mówiłem, chowana w tajemnicy specjalnie przed nami. Wiadomo, że duże korporacje wiedzą o tym, że nie mają wpływu na los świata, nie mają wpływu na tendencje, które się dzieją w mojej i twojej głowie. Nie potrafią wejść do ani mojej, ani twojej głowy. Nie potrafią wymyślić tego, co wymyślimy jutro. Jedyne, co mogą zrobić, to przeszperać naszą pocztę, przeszperać nasze konta na Facebooku, przeszperać miejsca na wirtualnych serwerach i sprawdzić po słowach kluczowych i po typie danych, czym się tak naprawdę interesujemy i dopiero w ten sposób są w stanie stworzyć atmosferę, że są naszymi kumplami. Wiesz, to jest tak jak z tym każdym podpierdlaczem, który kiedy spotyka się z tobą wśród znajomych, mówi, jakim fajnym jesteś chłopakiem, lubi cię i tak dalej, a kiedy tylko znikasz z horyzontu, obrabia ci dupę centralnie, robiąc z ciebie nie wiadomo jaką szuję tylko po to, że ktoś mu za to posmarował, może browara mu postawił albo coś. Wiesz, o co chodzi. Ludzie mają różne zachowania. To jest dokładnie ta sama historia.
To jest dokładnie to samo wybieganie do przodu, żeby skopać innych szybciej niż życie skopie nas, coś w tym stylu. Taka też dziwna postawa, wynikająca z jakiegoś stresu pourazowego. Taka ustawka pod tytułem zawsze musi być katastrofa i jedyna opcja, jaka jest na przetrwanie, to jest to, że jeżeli ja nie wytnę tych kolesi przed tym, zanim coś się wydarzy, to potem jak coś się wydarzy, oni wytną mnie w pień. Szaleństwo. Myśl szalonego umysłu. A ja tymczasem zostawię tę myśl szalonego umysłu i włączę jakiś utwór muzyczny, bo tak się rozgadywuję i zaraz przechodzę do tej drugiej części przewidywania przyszłości. To jest bardzo ciekawe. To się łączy z tym pierwszym, tym, na czym próbują bazować korporacje, naturalnych cyklach. Jeszcze tylko ci powiem, że w rzeczywistości nie robią tego wróżki, wróżbici, takich, których obserwujesz na tak zwanych niezależnych społecznościach internetowych, którzy ci opowiadają niesamowite rzeczy. Nie.
Tam się odbywa to bardzo mocno naukowo i to tak naukowo, że głowa mała. Radio Nafali. Oczywiście, Radio Nafali jak najbardziej. Ja mam na imię Tomek. Oczywiście oprócz tego, że słuchasz w radiu Paranormalium dzisiaj, bo serwery Radia Nafali jeszcze troszkę świrują, myślę, że jest to związane z pewną sprawą, że Radio Nafali po prostu jest nadawane na działających urządzeniach wyprodukowanych według blueprintów udostępnionych przez Fundację Keshe. I jest to powód, dla którego niektórych strasznie mocno zabolało w dupie. I to już tak zabolało w dupie, że musieli ruszyć kilka telefonów albo jakoś tak, żeby być bardzo niemili i bardzo upierdliwi czasami. Między innymi takie historie po drodze, ale właśnie jest to związane z przewidywaniem przyszłości, z tą wyprawą do samego siebie. Ale może zostawię ten temat. Tak czy siak, słuchaj, człowieku, czy chcesz w to wierzyć, czy nie, czy masz z tym problem, czy nie, Radio Nafali w tym momencie wszystkie miksery, cały sprzęt, który tu mam, mam podpięty pod Magravy i wszystko działa idealnie.
To też jest historia związana z tym, co kto uważa za normalność. Zawsze patrząc na te urządzonka się śmieję, bo to jest też taka nasza zabawa cywilizacyjna, że ktoś się uparł na to, że uwierzy w sczytywanie danych, że silnik spalinowy, że coś tam i to w ogóle działa. Jakoś tak. I cały świat uwierzył w bajkę o silnikach spalinowych, o tym, że coś musi wybuchać. I wszyscy zapomnieli o tym, że wydajność tego urządzenia sięga maksymalnie w takich wyjątkowych silnikach, które i tak nie trafiają nigdy na rynek masowy około 20%. Czyli mówiąc po ludzku 80% tej konstrukcji służy tylko po to, żeby to gówno się nie rozpadło w momencie, kiedy zajdzie tam reakcja. Nic więcej. Nie produkuje żadnej energii, właściwie tylko pochłania energię. 80% tej energii, która jest wytwarzana w każdym samochodzie, właściwie jest pożerane na to, żeby ten samochód się nie rozsypał na kawałki. To jest fenomen.
Tylko szczęśliwie lub nieszczęśliwie udaje się jakieś tam 20, 15% przełożyć na to, żeby w ogóle coś ruszyło. I to się nazywa rozwojem cywilizacyjnym. I pracowało nad tym tysiące naukowców, całe sztaby od 100 lat pracują i dalej nie potrafią tego zrobić tak, jak trzeba. To jest dowcip, a ludzie w to wierzą i myślą, że właśnie tak powinno być, że to jest jakieś prawo fizyki, że tu jest jakaś logika, że to ma sens. Naprawdę świat jest zabawny w dzisiejszych czasach i to absurdalnie zabawny. Może pominę ten wątek i lecę w ogóle o tej swojej przyszłości, o tym głównym wątku. On też jest sklejony z tymi maszynami, z tym wszystkim. Technologia dookoła nas też jest częścią naszej rzeczywistości. To jest inna historia. Znaczy nie inna, tylko dokładnie taka sama.
To jest wszystko razem. Tak czy siak okazuje się, że jest jeszcze inna przyszłość. Poza tą mierzoną korporacyjnie, ta przyszłość, poza tą wypromowaną przez tak zwane media masowego rażenia, jest jeszcze ta rzeczywista, która nijak się ma do tych wszystkich pomysłów dużych chłopców albo dużych dziewczynek, które nagle postanowiły, że swoją fobię bycia księżniczkami, królewiczami w dorosłym świecie i posiadania miliona służących, którzy będą stawiali cały świat na nogi, bo akurat komuś się czegoś zachciało i właśnie teraz musi dostać. I powstaje nowy, piękny rynek zbytu czegoś tam pięknego, bo ta druga osoba na końcu świata czeka na coś takiego. I tak nie wie, co to jest i tak nigdy z tego nie skorzysta. To jest po prostu ego trip. Anyway, tak czy siak, oprócz tych wszystkich zabaw jest jeszcze ta druga strona, która się nazywa globalna komunikacja. To jest to pole morfogenetyczne. To jest ten numer, że wszyscy razem mają rację. I to jest ten główny powód, dla którego te duże korporacje tak zasadzają na szczytowanie tych danych.
Bo wszyscy doskonale wiedzą, że jeżeli weźmiesz dużą grupę ludzi i pozwolisz każdemu wyartykułować w tym kawałku jego wolnej przestrzeni, która mu jeszcze tam została przypadkiem, kawałek jego własnej refleksji, to w tym momencie masz prawdziwą możliwość zobaczenia tego, jak wygląda przyszłość. Ponieważ wszystkie twoje dane, wszystkie rzeczy, którymi operujesz, operują tylko i wyłącznie na podstawie tego, z czego się składa twój świat dookoła ciebie. Jeżeli jeździsz pojazdem na silnik spalinowy, w życiu nie spróbowałeś innej technologii, chociażby od tej strony, to wiadomo, że albo nie zaakceptujesz, albo nie uwierzysz, albo ktoś ci obieca lepszy samochód, który będzie mniej spalał i ty stwierdzisz: „O, to jest lepsza opcja”. Tak czy siak jesteś w innym świecie. Nie jesteś facetem ani nie jesteś kobietą, która szuka rozwiązania. Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby ludzie się zebrali na trzy dni na świecie i to jest chyba nawet powtarzana przez bardzo wielu ludzi sentencja, że gdyby tak się ludzie zebrali chociaż na jeden dzień i stwierdzili, że rozwiążą chociaż 1% czy 10%, nawet maksymalnie wszystkich spraw, które nas trapią. Zbierzmy się razem, mamy wszystkie narzędzia, mamy komunikację i po prostu zróbmy tak, żeby nikogo nie bolało. Okazałoby się na przykład w Polsce, że trzeba szybciutko zalegalizować cannabis, bo przecież cannabis leczy z nowotworów i byłby śiet po prostu. Jak można to zrobić? W niektórych krajach przechodzi tak normalnie, bo rzeczywistość jest troszkę inna i myślę, że po prostu kraje są mniejsze i też łatwiej złapać polityka za ucho i wytrącić, wytarmosić, że tak powiem, nie wpuścić go do pubu lokalnego i tak dalej.
On po prostu podlega większej presji społecznej. O to chodzi w tym wszystkim. Natomiast tutaj, gdzie jest więcej ludzi, ta presja społeczna troszkę znika, bo właściwie jej nie ma. Wszyscy są zagonieni gdzieś tam w swoich sprawach. To już się robi troszkę mocno anonimowo. Tak czy siak to wolne miejsce ekspresji własnej jest tym jedynym miejscem, gdzie pojawia się ten kawałek przyszłości. Bo wiadomo, że jeżeli ktokolwiek cokolwiek sobie wymyśli i wyartykułuje, to tylko tam mu się uda to uzewnętrznić. Nie uda mu się tego uzewnętrznić w biurze, nie uda mu się uzewnętrznić tego w żadnym innym miejscu, ponieważ one służą do czegoś innego. To tak, jakbyś chciał reklamować nowe technologie w firmie, która sprzedaje silniki spalinowe. Może skończyć jak John Lennon, który był jednym z największych hipokrytów świata.
To był taki frajer, excuse me, John, but is it true, który kupował sobie Rolls-Royce'y dokładnie w tym samym momencie, kiedy firma Rolls-Royce produkowała silniki spalinowe do samolotów zrzucających napalm w Wietnamie. I gość się przebierał w mundur żołnierza i protestował przeciwko wojnie w Wietnamie, wsiadając do swojego Rolls-Royce'a, którego czasami prowadził, bo miał do tego szofera. Także nie dość, że zatrudnił służęcego, bo on po prostu nie będzie prowadził. On jest zbyt ważny. On chce się przemieścić z miejsca na miejsce i on musi mieć służących, którzy mu zapewnią przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Także prosta sprawa, ale jak pisał piosenkę, to oczywiście trzeba było w piosence, że miłość, pokój na świecie i nie będzie już więcej wojen. Ciężko, żeby nie było więcej wojen, skoro całą swoją kasę wywalasz na silniki Rolls-Royce'a, czyli firmy, która właściwie zajmuje się dokładnie projektowaniem wszelkich możliwych wojen. Bo gdyby nie wojny, to firma Rolls-Royce by nigdy nie istniała. Przecież nie ze sprzedaży samochodu. Zresztą ani ładny, ani specjalny, ani nic.
Tak jakoś. I to jest taka banalna historia. Ilu z nas jest takimi Johnami Lennonami? Oczywiście nie każdy nagrał „Imagine”, bo nie każdy nagrał „Imagine”. To akurat nie jest specjalnie mój ulubiony numer. Uważam, że jest naprawdę kiczowaty, słaby i taki dosyć ciężki. Ciężko się słuchało jeszcze za starych czasów tutaj w anglosaskich krajach radia na święta, po prostu wszędzie leciał ten numer. Jeszcze w Anglii jest inny numer świąteczny, który wszędzie musi polecieć. I to jest takie troszkę prasowanie wszystkich do równego. Wszystkie święta mają być takie same, każdy ma myśleć to samo, chodzić w tych samych butach i tak dalej.
Oczywiście są pozory swobodnego wyboru. Możesz pójść do sklepu i kupić dowolną listę prezentów z tych, które są ci oferowane. Właśnie, to jest ta ciągła historia w projektowaniu przyszłości. Tam jest kilku ludzi, którzy w zeszłym roku zaprojektowali te prezenty i jest kilku ludzi w gazetach, którzy teraz siedzą, sprawdzają ten algorytm w Google, żeby napisać artykuł pod tytułem: „W tym sezonie wygląda na to, że najmodniejszy będzie produkt XYZ”. I to jest puszczane do opinii publicznej po to, żebyś ty był tym człowiekiem, który poczuje się w obowiązku zrobienia tego produktu jeszcze bardziej modnego, czyli wstawienie go do swojego domu. Czyli musisz po prostu za niego zapłacić. Co dużo mówić, musisz po prostu podjąć zabawę, wziąć te gadżety do ręki. Taka zabawa. Zawsze szydzę, bo jest taka jedna rzecz, która do tej pory mi z głowy nie wyleciała. Taki największy abstrakt i absurd, jaki można sobie wyobrazić.
Naukowcy w Szwecji, żeby zbadać procesy zachodzące w naturze, wybudowali kopię jeziora. Oczywiście wybudowali sztuczne jezioro po to, żeby badać naturalne procesy w naturalnym ekosystemie. Wybudowali sztuczne jezioro pod wielkim hangarem. Zawsze się zastanawiałem, czy sprowadzili tam wszystkie jelenie, które piją wodę z tego jeziorka. Wiesz, w końcu mieli zasymulować wszelkie warunki. Symulacja symulacji. I tak oto badają naturalne środowisko, badając symulację naturalnego środowiska. Nieustający dowcip z inteligencji człowieka. Jak nisko można upaść? Bardzo nisko.
Można upaść tak, że ciężko nawet wstać i że można się już, że tak powiem, skleić z podłogą na stałe. Na to wygląda, tak jak ci szwedzcy naukowcy. Anyway, rzeczywistość, przynajmniej według mnie, wygląda dosyć brutalnie. Jeżeli jest globalna komunikacja, to wszyscy mamy rację. I na pytanie, jak wygląda przyszłość, odpowiedź brzmi zawsze tak samo. Przyszłość wygląda tak, jak wygląda dzisiaj. Tak, jak wygląda stan naszego umysłu. Nie ma innej przyszłości. Przyszłość jest dokładnie mną w tym momencie, tobą w tym momencie. Jest tylko jedna przyszłość.
I oczywiście jedyne, co możemy zrobić z tą przyszłością, to spojrzeć na procesy, które się dzieją dookoła nas. Teraz się przyglądamy jaki proces, który za chwilę będzie miał finał, można powiedzieć, taki dosyć głośny finał. Jest proces związany z trzęsieniami ziemi dookoła. Także za chwilę już widać. Zresztą są bardzo ciekawe newsy aktualnie w gazetach. Wszystko się zaczyna mocno ruszać i to mocno przyspiesza. Ja sobie wyłączyłem dźwięk tak, że w tym momencie, nawet gdyby coś wyleciało w powietrze na świecie, w sensie jakiś wulkan, to i tak nie usłyszę, ale podejrzewam, że właśnie w tym momencie i tak coś strzela do góry, bo jest jakoś tak, że co godzinę, co dwie godziny wybucha jakiś wulkan aktualnie. Potężna aktywność Ziemi się odbywa. No i ta zabawa w tym momencie w te wszystkie historie związane z cywilizacją, z wymyślaniem sobie nowego celu w życiu, który jest nowym produktem, naprawdę brzmią bardzo irracjonalnie. Tym bardziej że jedna przyszłość, jaką mamy, to jest przyszłość, którą sobie zrobimy za pomocą, przynajmniej w mojej opinii, wyprawy do samego siebie.
Nie ma innej przyszłości. Przyszłość się składa z mojej ważnej sprawy. Jeżeli moja przyszłość nie składa się z mojej ważnej sprawy, to nie mam już swojej własnej przyszłości. To jestem jak wszyscy ci dżentelmeni i lady żyjący newsem z porannej gazety opowiadanym sobie w różnych wariantach w pracy, później wysyłaniem SMS-a do przyjaciół, w którym dokładnie poruszasz tą samą sprawę, o której było w gazecie, po to, żeby się spotkać już w nieco bardziej kameralnym, prywatnym gronie pod koniec tygodnia, zalać pałę i przy okazji zalewania tej pały, żeby nie było, że jest mocno smutno i nie ma o czym gadać. Pogadać o tym, o czym napisał redaktorzyna w gazecie, bo akurat się okazało, że Google wyrzucił informację, że naturalnym trendem w mieście Londyn jest kupowanie sobie zielonych butów. I w tym momencie wszyscy dyskutują na temat zielonych butów. Takie wrzucanie tematów zastępczych to jest taka permanentna zabawa po prostu. Ja z tą zabawą mam taką historię, że za każdym razem, odwiedzając inne wymiary za pomocą substancji o nazwie LSD i nie tylko, miewam wizje w postaci animacji. Jakichś pięknych, kolorowych, potężnych animacji. Sobie zawsze obiecuję, że pewnego dnia chciałbym to zrobić.
Może tak. Nie wiem, czy to zrobię, ale chciałbym chociaż jedną z tych animacji sobie zrobić, bo są niesamowite. Mam nawet gdzieś tam szkice, trzymam czasami, jak wracam z takiej wyprawy, z takiego tripa. Poważnie, gdzieś tam kolekcjonuję parę tych rysunków. Idealnie to pamiętam, bo są to takie rzeczy, które nigdy nie wylatują z głowy. O ile mogę zapomnieć, kto jest na banknocie, to tych wizji absolutnie nie da się zapomnieć. I są to niesamowite filmy animowane. Takie bardzo prześmiewcze, bardzo rysunkowe, karykaturalne postacie, bardzo mocno karykaturalne. I zawsze dzieją się takie ciekawe scenki. Przekomiczne, można powiedzieć, takie wersje troszeczkę „Folwarku zwierzęcego” czasami.
To trochę tak, jakby ktoś wziął i w jakiś naprawdę bardzo fajny, miły, strasznie kolorowy sposób zanimował i sportretował współczesną rzeczywistość. Więc opowiem ci jeden z takich „filmów”. Sceneria wyglądała tak, że jest taka planeta Ziemia, takie zasnute niebo na horyzoncie i taki horyzont wygolony, wręcz spalona ziemia i to centralnie spalona. I na horyzoncie widnieje taka nie metropolia, tylko ciężko nazwać to metropolią. Taka potężna, wielka fabryka wielkości miasta. Takie kominy ciągnące się jak kolumny do samego nieba. Nie aż tak wysokie, ale takie potężne. Śmierdzi, brud i stamtąd wypływa taki szlam, taka rzeka, która kiedyś była rzeką. Wszystko jest martwe dookoła. Ziemia spękana, szkielety, takie zabawne, prześmiewcze szkieleciki zwierzątek, które tam padły, ptaszków.
Wszystkie takie karykaturalne, takie powykręcane, z takim dziwnym uśmiechem maszkarona, czaszki owiec, krów. Wszystko takie Po prostu kraina śmierci, można powiedzieć. A na horyzoncie wielka fabryka i droga do tej fabryki, taka rzeczka obok, jakiś ściek płynący. Tam już tylko takie kości po rybach zostały. I tak sobie drogą z tej fabryki dziarsko maszeruje taka kompania. Kompania składająca się z dwóch dżentelmenów. Jeden taki malutki, bardzo młody, można powiedzieć taki młodzieniec. Szesnaście lat czy jakoś tak. Czy siedemnaście, osiemnaście, jakoś tak. Taki dziarski, mały.
I taki duży, doświadczony już dżentelmen, który zdaje się być jego mentorem. Jego ojcem dokładnie, który jest właścicielem tej fabryki. Taki wypasiony. Wszyscy tacy tłuści, takie kuleczki, postacie zrobione z kuleczek. Takie małe nóżki. Wszystko takie okrąglutkie. Spasieni, bo chodzi o to, że po prostu wiecznie przeżarci i wiecznie coś jedzący. Tacy spasieni, okrągli. Nie mogą się zatrzymać, jak widzą jedzenie. Stres jest mocniejszy od nich.
Muszą non stop wciskać. I tak sobie spacerują, tak skaczą i z taką radością oglądają domek, do którego idą. Bo dalej jak ciągnie ta droga, kończy się taka spalona ziemia. Jest taki kawałek, taki niewielki kawałek takiej zielonej trawy, taki kawałek ziemi. Ta rzeka gdzieś tam już za horyzontem zostaje i taki piękny angielski cottage, jak to się tutaj nazywa, czyli taka wiejska posiadłość. Piękny dach, taki robiony jeszcze, nie wiem, XVII wiek czy jakoś tak XVIII, taki ze słomy składany. Takie bardzo fajne dachy tutaj na południu Anglii są takie bardzo charakterystyczne. W Polsce też jeszcze są takie piękne, oryginalne. To jest zabytkowa historia. Pięknie to wygląda.
Taki piękny cottage zabytkowy, piękne bielone ściany, takie wow, człowieku, wygląda jak najpiękniejsza Anglia, jaką możesz sobie wyobrazić. Taka skrzyżowana z taką Szkocją. Jest po prostu pięknie, zielono. I to jest właśnie ich domek. I oni sobie idą do tego domku i to jest taka ostoja ich spokoju. Ale widać, że tam cały świat się wali, że tam ta fabryka powoduje takie zniszczenia, że to nie stoi w miejscu, tylko ta ziemia się cały czas zapada i ta rzeka coraz większe, że tak powiem, wyrywa sobie koryto, coraz większy smród idzie, wszystko się zapada, wszystko się rozpada i nadchodzi taki konkretny kataklizm. Widać to po prostu, jak ziemia zaczyna pękać. Oni tak sobie idą, skaczą przez tą drogę i tak się cieszą strasznie z tego, że taki doskonały biznes robią. Dżentelmeni wyglądają w ogóle tak przekomicznie, bo oni, że wyglądają takie kulki napchane, takie nalane kulki. Nikt nie ma podbródka, tylko takie okrągłe głowy.
On już nawet nie ma podbródków. On tylko takim kształtem, narysowaną kreseczką na tej piłce. Małe jakieś świńskie oczka. I oczywiście dżentelmeni w kapeluszach. Ubranie tak bardzo stylowo. To się po angielsku nazywa tweed. Taki tweedowy style. Troszeczkę tak, jakby wybierali się na pole golfowe jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Wszyscy mają takie skarpetki w kratkę, tak elegancko. Bardzo ekskluzywne, bardzo drogie wełniane marynarki, całe takie garnitury pozamykane.
I młody dżentelmen, i ten starszy tak elegancko odstawieni. Uh, mocno elegancko. Widać, że śmierdzi milionami dosłownie. Zegarki powkładane do kieszonek, binokl na oku. Taki ze złota binokl. Nie taki z normalnego metalu, tylko ze złota. I oni tak sobie skaczą. I tak ten mały biega dookoła: „I jak będę dorosły, to też taki będę”. I tak krzyczy do tego dużego: „Też taki będę”. Jak skacze z radości.
Jak fajnie, jak fajnie! I tam zresztą na horyzoncie wszystko pęka. Taki nadchodzi wielki kataklizm globalny. Oni tak skaczą dookoła siebie, w ogóle nie zauważają. Ten starszy idzie palić cygaro, tak pyka cygaro, tak się kiwa z boku na bok. I taki zadowolony, jak patrzy na tego małego, i tak mówi: „Ha! Jak dorośniesz, już niedługo, to wszystko będzie twoje”. A tam na końcu takie rysy idące przez tą ziemię widać takie potężne trzęsienie ziemi, które nadchodzi dosłownie jak wielka fala. I ci dżentelmeni, którzy: „O, wszystko będzie twoje”. Właśnie tak to wygląda trochę.
Ludzie tacy zaaferowani tym, że-- właśnie, bo w tym filmie animowanym właśnie ciężko powiedzieć taki film animowany, bo mają bardzo dużo wątków i te postacie, które widzę, są takie bardzo pełne, bardzo kompleksowe. Nie jest to postać z filmu hollywoodzkiego, która jest bardzo płaska, wypchana jak kartka papieru, której nikt nigdy nie zapisał. Tylko są takie bardzo wielowymiarowe postacie, które rozmawiają ze sobą o konkretnych sprawach, bo połowa ich dyskusji toczy się na temat poprawiania sobie krawata i poprawiania sobie marynarki, poprawiania sobie kamizelki i sprawdzania, czy te guziki są wystarczająco dobre, czy zegarek jest wystarczająco drogi. I oni tak cały czas debatują o jakość swoich garniturów i tak poprawiają, tak jeden na drugiego się oglądają. Mówi: „Ależ niesamowity garnitur, a twój jaki wyborny”. Dokładnie w ten sposób, jak się non stop komplementują, jak dużo kasy wydali na to wszystko, jak pięknie w tym wszystkim wyglądają. A za nimi takie potężne trzęsienie ziemi, jak Indiana Jones. Wiesz, ten fragment z tego filmu „Indiana Jones”, jak koleś podnosi kulkę i nagle taka duża kulka zaczyna go gonić. Dokładnie w ten sposób. Tylko że w Indianie Jones było tak, że Indiana Jones widział tą kulkę, która na niego sunęła i uciekał przed tą kulką, a ci dżentelmeni w ogóle tak-- taka ignorancja i widać było taką pyszałkowatość.
Oni byli tacy dumni, tacy samotni w tym wszystkim. Nie było nikogo dookoła nich. Oni byli sami, jedyni mieszkający w tej chatce. Jedynym sensem życia tego starszego było to, że to wszystko kiedyś odda komuś. On nawet nie wiedział, po co to ma. On miał tylko to drogie coś. Jedynym sensem było, żeby mieć taki wystawny garnitur, żeby tak dobrze wyglądać i żeby mieć dużo i nic więcej. I na tym się kończyła cała percepcja. I ja myślę, że jakakolwiek próba wróżenia przyszłości świata w ten sposób wygląda dokładnie jak ten mój film animowany. To jest zawsze moment, kiedy zamieniamy się w takich pajaców, którzy właściwie w takiej pełnej ignorancji, pełnej bufonadzie zaczynają przyglądać się temu, jaką piękną fryzurę sobie zrobili, jak pięknie się ubrali I koniec końców nie mają nawet siły, nie mają nawet tego czegoś, tego naturalnego instynktu, który by im powiedział w tym ostatnim momencie: „Run, Forest, run”, kiedy leci kamień w ich stronę.
Taki potężny głaz. Absolutnie wyprani z instynktu, tacy bez czucia. Takie ludzie-maszyny, których jedyny sens egzystencji sprowadził się do tego, żeby po prostu być stylish, czyli mieć styl i żeby tak wyglądać w swoich własnych oczach, że to naprawdę ma jakąś wartość, że to coś jest istotnego. A obrazek na horyzoncie, ta fabryka, z której wracali wyglądała niesamowicie. I ta rzeka taka ponura. Właściwie nie było nic nad rzeką. To była dziura w ziemi, w której płynął czarny szlam. I ten szlam wzbierał, wzbierał. Oni tacy niewzruszeni tym wszystkim. Widać było, że ta fabryka już nie ma nawet z czego brać zasobów do swojego funkcjonowania.
Taki czarny dym na horyzoncie. Takie czasy. I to jest właśnie ta zabawa. I to wcale nie jest tak do końca, przynajmniej tak mi się wydaje, że to jest oderwany od rzeczywistości pomysł, bo to taka wizja sprzed już chyba paru lat, sprzed wyprawy jakiejś chyba trzy lata temu, jakoś tak ten film animowany, sprzed dwóch lat, jakoś tak. Nie jest to akurat świeże. Zresztą ostatnie filmy były troszeczkę inne, ale ten akurat idealnie pasuje do mojej dzisiejszej opowieści, bo jak się okazuje w królestwie, w którym mieszkam, gdzie jest taka rodzina, która jest ciągle na zasiłku i ciągle ma pretensje do tych wszystkich, którzy nie pracują, bo oni strasznie ciężko pracują na zasiłku jako rodzina królewska. I jest taki pomysł, który się tu pojawił, już właściwie jest w obiegu. Ten pomysł nazywa się nowy banknot z takim dżentelmenem, który nazywał się Winston Churchill. Takie zwłoki. Jeżeli ktoś zna historię, to doskonale wie, kim był Winston Churchill.
Jeżeli nie znasz historii, to naprowadzę cię na świat. Był to człowiek, który był brytyjską wersją Adolfa Hitlera. Tylko że nie budował obozów koncentracyjnych w Europie, ale odpowiadał za organizację tych obozów koncentracyjnych w Afryce, w koloniach brytyjskich. Wszystkie techniki, które opracowała armia brytyjska w Kongo i kilku innych miejscach, budując obozy koncentracyjne, zagłady, nie przymusowej pracy. Nie mówię o obozach koncentracyjnych, przymusowej pracy, o niewolnictwie. Mówię o obozach zagłady, gdzie całe plemiona były specjalnie zsyłane na specjalną wyspę, na której nie było nic do jedzenia. Dookoła słony ocean i to jeszcze taki, że nie ma golfstromu latem. Jest bardzo zimny, nie możesz tam dopłynąć. Dookoła są rekiny i jedyne co możesz zrobić, to rzucić się z tej skały w paszczę rekina. I w taki oto sposób znaleziono właśnie takie radosne miejsce, gdzie stwierdzono, że będzie się zsyłać wszystkich tych, którzy są niepotrzebni brytyjskim koloniom.
I takie historie właśnie organizował z kumplami Winston Churchill. To trochę tak, jak wyprodukować euro z Adolfem Hitlerem też na okładce. Dokładnie taki sam pomysł. No ale w Anglii się okazało, że nie ma żadnego problemu. Tutaj według tej teologii jest to jakiś lokalny bohater. No i co się okazało? Te pieniądze, nie pamiętam dokładnie, jaki element tych pieniędzy, bo też niespecjalnie siedzę w kwestiach finansowych. Szkoda mi mojego życia. Uważam, że moje ważne sprawy nie są ważnymi sprawami bankierów, także też nie chce mi się nawet o tym myśleć. Natomiast okazuje się, że wprasowano do tych banknotów pewien element, bo oczywiście trzeba zachować coś takiego jak oryginalność banknotów, czyli żeby były ciężkie do podrobienia.
No i jeden element, który tam się pojawił. Nie wiem, co on tam właściwie robi. Nawet nie chciało mi się tego czytać. Przepraszam za moją ignorancję, ale wiesz, co do spraw Babilonu, które mam centralnie w dupie. Generalnie konkluzja jest prosta. W tym banknocie użyto substancji, która jest pobierana ze zwierząt. Po prostu pieniądze ze zwierząt. Mówiąc w bardzo wielkim skrócie, to nie jest wcale taka metaforyczna historia, tylko dosłownie, żeby wyprodukować te pieniądze, trzeba zabić jakieś zwierzaki, trzeba wziąć z nich substancję. No i teraz zastanawiając się tak jak chłop na rowie, jakbym z krową rozmawiał, taka prosta logika. Właściwie wróciliśmy już do czasów, kiedy...
No tak, już chyba osiągnęliśmy poziom kamienia pierwotnego człowieka, który krzesa ogień z hubki w jakiejś jaskini. Dokładnie. Dawniej przynajmniej się wymienialiśmy skórami, które miały jeszcze jakiś sens, zwierząt. Jeżeli taka wymiana istniała i ta skóra miała jakiś sens, bo właściwie nie trzeba było produkować dodatkowej tony papierów, robić biurokracji, biura Banku Światowego, 30 korporacji, wykonać wszystkich tych dziwnych manewrów, zaangażować pół miliona ludzi na całym świecie, żeby wywołali kolejne wojny, żeby akurat ta waluta poszła w górę i tak dalej, i tak dalej, wymyślać giełdy nowojorskiej. Wiesz, zabijałeś zwierzątko, zdzierałeś futerko i wymieniałeś się na futerko. No to teraz wróciliśmy do punktu wyjścia i właściwie, żeby było zabawniej, już obsługujemy zdartym futerkiem ze zwierzątka w postaci banknotów. Czyli właściwie no tak, ale po drodze się pojawiło coś jeszcze. Po drodze nam wyrosła cała instytucja zwana cywilizacją. Nagle się okazało, że wróciliśmy do punktu startu, czyli z powrotem handlujemy skórkami ze zwierzątek i one mają dla nas największą wartość, jak się okazuje. Tylko że po drodze wyrosły instytucje, które spisują wszystkie te dane związane ze skórkami ze zwierzątek i jak się okazuje, ktoś teraz jest właścicielem tych skórek ze zwierzątek.
Już nie my. My tylko się nimi wymieniamy. Zabawna sprawa, ale to też taki obraz cywilizacji, że zawsze świadomie lub nie, nie chcę w tym momencie podnosić tego wniosku do dysputy, ale jeżeli chcesz znać moją opinię, uważam, że to jest zrobione świadomie. Głupi ludzie tego nie robią. To chodzi o składanie ofiary. I ta cywilizacja jest niczym innym, jak tylko składaniem ofiary z człowieka, składaniem ofiary z każdej żywej istoty. To są główne monoteistyczne religie na świecie, które dotyczą tylko i wyłącznie oddawania hołdu postaci jakiegoś lokalnego bóstwa, które jest nieprzeciętnym skurwysynem, którego jedynym marzeniem w życiu jest po prostu wziąć i wyrżnąć wszystkich pień, wszystkich tych, którzy nie kłaniają mu się w pas. I generalnie jeżeli nie zabijesz swoich dzieci, nie zabijesz innych ludzi w jego imię, to nie pójdziesz do nieba. To jest dokładnie ta sama historia. Wszyscy teraz składamy ofiarę ze zwierząt, to równie dobrze możemy wyprowadzić nasze chomiki, koty, psy, cokolwiek co tam mamy, wyprowadzić je na ogródek, zrobić duże ognisko i spalić rytualnie.
A czemu nie? W końcu ofiara musi zostać spełniona. Tymczasem spełniamy ją w banknotach. Także szczęśliwie brytyjski rząd pomyślał o tym, żebyśmy nie robili tego tak dosłownie, bo jeszcze ktoś by puknął się w głowę i zapytał: „Zaraz, o co tu w tym wszystkim chodzi? Mamy 2016 rok. Latamy w kosmos od ponad 50 lat. Stacje orbitalne wiszą z ludźmi nad Ziemią. Mamy niesamowitą technologię. Tutaj kończyny odrastają, dzieją się cuda, niesamowite rzeczy, nanotechnologia, komunikacja wireless i tak dalej”. Nagle się okazuje, że nie ma możliwości wyprodukowania banknotu, który jest nie do podrobienia za pomocą współczesnej technologii, kosmicznej technologii.
Nie ma takiej możliwości. Tylko koniecznie trzeba wziąć i zarżnąć jakieś zwierzę. Trzeba spełnić jakąś ofiarę. Trzeba wmanewrować całe społeczeństwo w składanie ofiary. Oczywiście gdyby to było jeszcze 200, 300, 400 lat temu, być może skończyłoby się tak, że trzeba by było, żeby jakaś królowa albo jakiś król zatrudnił jakiegoś frajera, który wyjdzie i oficjalnie na oczach tysiąca gapiów roztrzaska czaszkę jakiejś krowie po to, żeby jakieś bóstwo poczuło się zadośćuczynione. Właściwie do tego się sprowadza cała ta historia. Czy chcemy, czy nie. Zabawna historia, prawda? Wróciliśmy do punktu wyjścia, gdzie pieniądz z powrotem zamienił się w zwierzątko. Dalej handlujemy futerkami, tylko że już jeszcze zabawniej, bo właśnie jest taki dodatek do tych futerek.
Teraz możemy się zastanowić, czy właściwie ma to sens, bo w sumie jak tak się przyjrzymy historii odkrycia Ameryki, tego ponownego odkrycia przez Kolumba, którego odkryli Indianie u siebie, a on twierdził, że odkrył Indian, co ich mocno zdziwiło, bo oni zawsze byli u siebie. Cóż tu dużo mówić. Wtedy ludzie uciekali z fortów do Indian po to, żeby nie wymieniać tych futerek na dolary czy funty, czy cokolwiek innego na sztabki złota i później nie wymieniać tych sztabek złota na inną wersję futerka, tylko żeby od razu załatwić sprawę. Takie direct, bezpośrednio, że potrzebujesz energii, to budujesz maszynę, która daje ci energię, a nie budujesz maszynę, która jest silnikiem spalinowym, która kasuje 80% energii, którą tam wlewasz. Jeżeli uda ci się odzyskać 5, 10, 15%, to jest to twój największy sukces cywilizacyjny od 100 lat. A nad sukcesem cywilizacyjnym pracują uniwersytety, całe bataliony naukowców, sztaby doktorantów, analityków. Dalej się nikomu nie udało. Wiemy, że się nikomu nie udało, bo jak się okazuje, ta zabawna historia z ropą też jest w sumie tylko po to, żeby zapłacić pewną ofiarę bóstwu, które nazywa się handel ropą. Też taka zabawna historia, ale to akurat pominę, bo to myślę, że wszyscy doskonale wiemy. Każdy doskonale wie, jak wygląda stacja benzynowa i jak wygląda ten rynek.
Każdy widział samolot, zna jego smugę zostawia. Zabawne. Ja zaraz o tym wspomnę, bo to też jest taka zabawna historia, że też niewielu ludzi chce na to spojrzeć od tej strony. Czym są te hermit trials, czym one nie są? Wiadomo, że jest dookoła tego masę kontrowersji, ale też te kontrowersje właściwie są tylko i wyłącznie efektem takiego rozbicia intelektualnego ludzi, którzy tworzą te kontrowersje i nie chcą się pogodzić czasami z takimi oczywistymi faktami, bo te oczywiste fakty zmuszają do tego, żeby złapać wszystko globalnie, tak zwyczajnie potraktować to jako jedną wielką całość. Że nie masz lewa ręka, prawa noga, głowa coś osobno. To nie jest współczesna medycyna, że jak cię boli noga, to ci wstrzykną coś do nogi i sprawa załatwiona. Nawet się nie zastanowią, skąd się bierze ten nerw w nodze i czy przypadkiem w mózgu nie ma drugiej części tego nerwu, który jest odpowiedzialny za tę nodzę. Nie, tego problemu nie ma. Noga boli, odcinamy nogę.
Głowa boli, odcinamy głowę. Proste zabawy prostych ludzi, bez żadnych konsekwencji, bez żadnej nawet namiastki obserwacji rzeczywistości, żeby dojść do jakiejś konkluzji, że może jest inaczej. Nie, tego nie ma. To jest tak jak tych moich dwóch dżentelmenów z mojego animowanego filmu po kwasie. Dokładnie tak samo. Tacy zaaferowani, skaczący dookoła siebie, mówiący, jak jego surdut doskonale wygląda, a drugi mówiący, jak jego koszula doskonale na nim leży i że kosztowała majątek, że jest najdroższa, najlepsza koszula na świecie, a za nimi świat, który się wali. I taka konkluzja, że: „Chłopcy, to jest wasze ostatnie trzy sekundy. Jeżeli akurat chcecie rozmawiać o koszulach, okej, ale to jest wasze ostatnie trzy sekundy. Także jeżeli uważacie, że macie jakiś ważniejszy temat, jakąś ważniejszą sprawę w życiu, to właśnie to jest ten moment”. Ale nie wiem, czy chłopaki by to zauważyli.
Ja myślę, że nie jest to coś, co jest zauważalne przez część naszej populacji na świecie. Nawet gdybyś był w sytuacji Indiana Jones, to być może i ty jesteś takim człowiekiem. To jest pytanie: czy byś zobaczył tą kulę, która na ciebie idzie? Czy byś nie zobaczył tej kuli? To jest ciekawe pytanie. Bo ja uważam, że ta kula jest za nami i jest mocno rozpędzona, już nie zwolni. Widać to po trzęsieniach ziemi z ostatnich paru dni. Jesteśmy już na wylocie, takim potężnym wylocie. Za chwilę zsunie się Nowy Jork do Atlantyku, za chwilę zsunie się Los Angeles do Atlantyku, kilka innych miejsc. Także wygląda dosyć ciekawie.
Mamy tą piękną, wielką śnieżną kulę, właściwie kamienną kulę, tak jak w Indianie Jonesie. Jak już mam się powoływać na Indiego, to niech będzie to kamienna kula. I teraz pytanie: czy my w tym momencie powinniśmy się zajmować swoim własnym surdutem? Czy nie jest trochę tak, że gdybyśmy olali te surduty, olali ten cały bullshit, to nagle byśmy wskoczyli sobie spokojnie w tą globalną komunikację, gdzie wszyscy mamy rację. Razem wszyscy się zgadzamy, razem wszyscy wiemy, o co chodzi. Nie chodzi o to, żeby budować kołchoz, bo Absolutnie nie w tym rzecz. Chodzi o pewną refleksję, że pewne historie dotyczą każdego z nas. Tak długo, jak jesteśmy człowiekiem albo w człowieczej skórze, tak można to nazwać. Także ta globalna komunikacja na poziomie morfogenetycznym może załatwić bardzo wiele spraw i przypadkiem może być tak, że tą najważniejszą sprawą i tą ważną sprawą w naszym życiu jest dokładnie wskoczenie w tą globalną komunikację ze sobą samymi, a nie w ten moment zabawy i opisywaniem sobie, jak pięknie nasze surduty leżą na naszych klatach, jak drogie mamy marynarki, jak fajnie wyglądamy i czy środowisko, do którego właśnie wchodzimy, zaakceptuje nas tylko dlatego, że mamy tą drogą marynarkę, czy nas nie zaakceptuje. To jest ciekawa historia.
Historia jest dosyć prosta, jeżeli chodzi o wróżenie przyszłości. Właściwie jeżeli jestem u siebie i mam swoją ważną sprawę, to nie potrzebuję znać przyszłości, bo jest mi do niczego niepotrzebna od tej strony. Jeżeli znam te wszystkie ważne sprawy, to i tak żadna mnie nie ominie, bo szczęśliwie znając ważne sprawy, jestem w sytuacji Indiany Jonesa i zawsze wiem, że jakaś kółka za mną goni, że jakaś kółka goni. Przepraszam, sobie popijam cichaczem herbatę. Bo taki mało rozgadany ostatnio jestem w mikrofonie. Anyway, to w tym momencie myślę, że jeżeli ktoś nie szuka przyszłości w statystykach, ktoś nie spędza całej swojej energii, całego swojego czasu na dopasowanie się do istniejącego, wymyślonego przez jakiegoś psychopatę schematu, który nigdy nie działał, to automatycznie jest skazany na to, że wraca do swojej ludzkiej natury. Automatycznie wskakuje do globalnej komunikacji i wszyscy w tym momencie mają rację. I on ma też rację. Jeżeli czuje jakieś rzeczy, jakieś przeczucie, jakiś sen, coś go nadchodzi, to zawsze ma te ekstra piętnaście minut do przodu i te ekstra piętnaście minut jest bardziej wartościowe do przodu niż cała ta historia zbudowana przez algorytmy, przez przewidywanie korporacyjne, przez szukanie nie wiem czego, nie wiadomo czego w tych algorytmach poprzez nasze portfele. Bo oczywiście tendencja jest taka, żeby stwierdzić, że jeżeli na czymś nam zależy, to oczywiście wydamy na to pieniądze i jest to doskonały model, którym można obserwować zachowania społeczne.
Przynajmniej sprawdzać takie sprawy, które są dla nas ważne. Co jest dla nas ważne, a co nie jest ważne? A tu się okazuje, że waga może być zupełnie gdzie indziej. Waga może wyskoczyć spoza portfela i w tym momencie cały świat się załamuje. Bo co się stanie, jak waga życia wyskakuje spoza portfela? Wracamy do samego siebie. To jest ta ważna sprawa. Wyobraź sobie właśnie wracając do tych moich pomysłów na wybory, że są pajace, które siedzą i całe życie się zastanawiają przed wyborami, w trakcie wyborów angażują się w to, wiesz, deliberują, dyskutują, nakłaniają. Czasami biorą kasę na to, żeby przekierować ruch ludzki w jedną albo w drugą stronę, bo ktoś im obiecał nie wiadomo co dalej w portfelu. A widzisz, a tu jest globalna komunikacja i w tej globalnej komunikacji jest zupełnie inna historia.
Tu ludzie funkcjonują w zupełnie inny sposób, bo po co komu polityk? Dokładnie. To jest taka ciekawa historia. Przecież jak nie będzie tego polityka, nie będzie tej energii, która będzie szła za darmo wszędzie, trwoniona na darmo właściwie. Sorry, ja tu ciągle kopię ten mikrofon, wiesz, bo mam nowy statyw. Taka jest prawda. Okej, przyznam się. Na moment jeszcze odejdę od tematu. Powiem ci, skąd te wszystkie hałasy. Mam nowy statyw i próbuję się ogarnąć z tym statywem, bo jest taki świeży, że jak się obrócę, to gdzieś stuknę tym statywem i ciągle przestawiam.
Ostatnie poprawki mikrofonu i wracam do tych wyborów. Okej, no więc historia jest banalnie prosta. Zamiast angażować swoją energię, swój czas w to wszystko, nagle pieczesz chleb albo robisz obiad przez tydzień czasu. Czas trwania wyborów. Ostatni tydzień. Zbierasz dupsko w troki. Nieważne, czy dobrze gotujesz, czy źle. Jeżeli nie gotujesz dobrze, to znajdź kogoś, kto gotuje dobrze i będziesz wtedy mu kroił marchewki, będziesz obierał. Zawsze w kuchni potrzebny jest ktoś do brudnej roboty. Może nie zawsze, ale przy dużym gotowaniu zawsze pomaga dodatkowa para rąk.
Wiem o tym doskonale. Jak gotujesz, to też o tym doskonale wiesz. No i wyobraź sobie, że w tym momencie, kiedy nadchodzą wybory, wszyscy ci kolesie, którzy na co dzień są strasznymi tępakami, nie wyobrażam sobie-- znaczy nie do końca, bo część z nich bierze za to kasę. To są tak zwani dziennikarze oraz wszyscy ci, którzy zawodowo przez kawałek czasu przed wyborami, po wyborach oraz w przerwie pomiędzy wyborami opowiadają o polityce. To są wszyscy ci ludzie, którzy w trzecim zdaniu podczas rozmowy z tobą wymieniają nazwę jakiejś partii politycznej i nie mają pretensji do świata, że ta partia polityczna coś zrobiła, coś, co im się nie podoba. A jak się okazuje, sami chodzą na wybory. Teraz sobie wyobraź, że w moment, kiedy ktoś musiałby włożyć energię w wybory, kiedy dzieje się coś ważnego, nagle nasze życie, nasze losy od tego zależą. Nagle ty wychodzisz i mówisz: „Wiesz co? Znikam z tej imprezy. Idę gotować zupę”.
Albo: „Znikam z tej imprezy. Idę upiec chleb”. I nagle połowa ludzi, wystarczy, że połowa, wystarczy nawet 20%, upiecze sobie chleb, ugotuje zupę i wyjdzie z tą zupą na ulicę i ją rozda zwyczajnie. Albo da komuś kanapkę chleba po sąsiadach nawet jak się przejdzie. Nawet po tych wściekłych sąsiadach zapuka do drzwi i powie: „Stary, wiesz co? Nie za bardzo cię lubię, ale to akurat nie jest kwestią mojego lubienia, nielubienia. Uważam, że każdy, niezależnie od tego, czy ja go lubię, czy nie, powinien zjeść raz w życiu fajny, smaczny chleb. Upiekłem fajny, smaczny chleb. To jest twoja połówka. Ja sobie zostałem drugą połówkę.
Smacznego”. Nie musimy sobie mówić dzień dobry, do widzenia, tak czy siak, wiesz, jest okej. Smacznego. To wszystko. I może by się później okazało, że ludzie zaczęliby mówić sobie dzień dobry, do widzenia i ta sytuacja pomiędzy nimi nie byłaby już taka spolaryzowana i nie musieliby rozmawiać ze sobą za pomocą telewizora i pajaca w telewizji, który mówi im, co polityk robi albo co powinni myśleć. Bo to jest takie myślenie, jak ważna jest dla ciebie sprawa i jaka sprawa jest dla ciebie ważna. Wiadomo, że jak włączysz telewizor, okazuje się, że najważniejszą sprawą nie jest zrobienie kupy, kiedy ci ciśnie, tylko jest nowa ustawa, która wchodzi. A w rzeczywistości ta ustawa jest gówno warta, bo i tak idą takie trzęsienia ziemi, że za chwilę te wszystkie pajace, które sprzedały swoje matki i swoje dzieci, i wszystkich przyjaciół dookoła bandzie frajerów Bo tym jest właśnie praca dla polityki. To jest praca dla handlarzy niewolnikami. Jeżeli pracujesz dla polityków, pracujesz dla polityki, piszesz newsy polityczne, redagujesz jakikolwiek kawał gówna związany z polityką, to nic innego poza hodowlą niewolników nie robisz.
Sam jesteś tym niewolnikiem i produkujesz kolejnych. Przychodzi banda frajerów, płaci ci kasę i ty masz zgiąć kark i robić im promocję, bo jak o nich nie powiesz, to świat o nich bardzo szybko zapomni, bo się okaże, że nie mają nic do roboty i nie są nikomu potrzebni. Także tylko dzięki tobie to frajerstwo się buja po świecie. I tak długo, jak będziesz o nich pisał, tak długo jak będzie gazeta, gdzie tematem będzie lokalna partia albo jakieś przepisy, które wprowadza i tak dalej. Tak długo będziesz frajerem i niewolnikiem, tak długo będziesz częścią tego łańcuchu pośrednictwa niewolnikami, handlu niewolnikami. Nawet nie handlu, bo to właściwie już masz dobrowolne niewolnictwo jest w tym momencie na tym etapie, tak to wygląda i nic się nie zmieni. I zapomnij, żeby ktokolwiek kiedykolwiek zmienił twoje życie. To jest właśnie twoja przyszłość. I podejrzewam, że jeżeli wskakujesz w taki numer i w taką wersję przyszłości, to chyba lepiej było, jakbyś zaczął już teraz zbierać pieniądze na to, żeby wykupić sobie karnecik w Google'u, żebyś miał dostęp do tych wszystkich analiz, bo automatycznie odcinasz się od tej globalnej komunikacji. Bo ja w tym momencie już nie złapię komunikacji z tobą i nawet jeżeli będę miał jakieś przeczucie, że coś się dzieje, że ziemia się będzie trzęsła jutro dokładnie pod twoim domem, to nawet ci tego przeczucia nie przekażę na zasadzie kawałka emocji, który się pojawi u ciebie i ty akurat w nocy się obudzisz, bo kilku ludzi w tym momencie czuje to samo i akurat nagle wstają i dzięki temu, że wstali, wyszli w tym momencie, ominęła ich fala tsunami.
Klasyczny numer. Nie wstali tylko bankierzy z łóżek, bo bankierzy śnią o wielkich pieniądzach. On się dokładnie zawsze bardzo podoba. Zaspali zawsze ci, którzy byli bardzo zajęci gnębieniem innych ludzi, bo byli tak zajęci snuciem strategii jak pogłębić innych, jak spowodować, żeby wyciągnąć coś z kogoś i nie dać nic z siebie, bo na tym polega cała zabawa. Całe to gnębienie ludzi. My to tak ubieramy w miliony słów, metafor. W rzeczywistości chodzi tylko o tą jedną zabawną rzecz. No właśnie. No to wiemy, o co chodzi. Żeby się wysłużyć kimś, że ktoś za ciebie wszystko zrobi i ty nie zapłacisz żadnej odpowiedzialności, że ktoś będzie twoim niewolnikiem.
I to jest twój obraz świata. I w tej sytuacji naprawdę wszystkie algorytmy, tak jak wspomniałem, są bardzo potrzebne, bo nigdy nie wiadomo, kiedy niewolnik się zbuntuje. Nigdy nie wiadomo, czy system wytrzyma. Wiadomo, że system nie działa od samego początku. System działa tylko i wyłącznie lufą karabinów i bagnetów. Taka jest prawda. Nie wierzysz? Weź się sprzeciw jakiejś instytucji oficjalnej i zobaczymy, co zobaczysz naprzeciwko siebie. Może zobaczyć kajdanki w łagodnej wersji, a w tej mniej łagodnej zobaczysz lufy karabinów. I wyobraź sobie, że jesteś żywą istotą na planecie Ziemia, która urodziła się z kobiety tak samo jak te pajace dookoła ciebie, które stoją z tymi karabinami.
Ten frajer, który robił tą całą politykę, wymyślał ten świat, doprowadził, jest autorem tego gówna tak samo jak ci politycy. Każdy frajer prowadzący rubryki polityczne, piszący o polityce, robiący to gówno jest dokładnie autorem tego samego gówna, którego autorem są politycy. Odpowiedzialność spada na wszystkich. To się nie zmienia. Bo gdyby w tym momencie zamiast o polityce napisać o tym chlebie i wyjść i zrobić ten chleb, to może by się okazało tak, że nie byłoby już kolejnej ustawy. To jest zawsze ta zabawa z wyborami, o której ludzie mówią, że trzeba iść na wybory, bo to coś zmienia. Nie, nie zmienia. To jest tylko angażowanie frajerów po to, żeby byli jeszcze większymi frajerami. Bo gdyby 99% ludzi nie poszło na wybory, nagle zmądrzeli i nie sfrajerowali się, okazałoby się, że polityk musi wyjść na ulicę bez żadnej ochrony, bo ochrona bałaby się pracować z facetem, na którego nie zagłosowało 90% ludzi na danym obszarze. Wyobraź sobie, że jesteś kolesiem, który mieszka w małej wiosce i nagle chcesz robić coś.
Jesteś ważny przez całe życie. Tu jesteś ważny. Wszyscy się kłaniają w pas. Ty tamtemu dowalisz, tamtemu dowalisz, tego troszeczkę przekupisz, tam zwaniaczysz. I tylko dlatego, że masz trochę kasy z zewnątrz, trochę ekstra produktów, których nie ma nikt, od których zależy kilka procesów lokalnej społeczności. I masz frajerów z karabinami, którzy za tą kasę z zagranicy pracują dla ciebie, ale na rzecz tej społeczności. Tylko dlatego możesz to robić. W tym momencie, kiedy 90% tej lokalnej społeczności mówi ci: „Sorry frajerze, wypad z baru albo porozmawiamy z tobą w inny sposób”. W tym momencie możesz tylko grzecznie się spakować i cichutko, nie przeszkadzając nikomu, wyjść do tyłu tak, żeby jeszcze nikt po drodze się nie zdenerwował i nie wpadł na pomysł, że będzie chciał się na tobie zemścić. Jeszcze póki ludzie są grzeczni w ten sposób i sprawa byłaby załatwiona.
Ale jest to kwestia naszej własnej chciwości, że wyprawa do samego siebie jest chyba najdroższą, najbardziej kosztowną wyprawą w naszym życiu. Nie dlatego, że kosztuje pieniądze, nie dlatego, że kosztuje cokolwiek. Chociaż tak, właściwie kosztuje. Kosztuje sukces. Możesz szukać sukcesu zewnętrznego. Możesz też jako sukces ustanowić taki elementarny punkt, przynajmniej jak dla mnie, czyli to, że znajduję siebie samego w sobie samym. To jest największy sukces mojego życia. To jest moja najważniejsza wyprawa i tam są moje najważniejsze sprawy. I nie ma innych ważniejszych spraw. Nie ma tak, że wstanę i będę żył światem polityki.
Nie ma tak, że wstanę i będę żył światem banknotów albo innych rzeczy. To w ogóle nie gra absolutnie żadnej roli w moim życiu. I tak długo, jak nie gra roli w moim życiu, tak długo jestem okej ze sobą. I teraz jest pytanie, dlaczego świat dookoła nie jest okej? Bo na przykład trafiam na imprezę, słuchaj, i wyobraź sobie, że tam 80% ludzi zaczyna rozmawiać o sprawach, które nie są domeną ich życia. 80% ludzi rozmawia o czymś, co zostało wymyślonym kontentem w gazecie. Tam nie ma ani grama uczciwego człowieka. Jeżeli patrzysz na twarz człowieka, który z tobą rozmawia, widzisz kolesia, który nie wie, o czym mówi. Widzisz, że jego osobowość się nie zgadza z opakowaniem. Widzisz, że w oczach ma coś zupełnie innego niż to, o czym ci opowiada.
Widzisz, że sam nie kuma, o co w tym wszystkim chodzi. Sam nie rozumie, po co tu w ogóle jest i dlaczego z tobą rozmawia. Ale jedno wie: jest przekonany o tym, że jeżeli będzie powtarzał te wszystkie bzdury, których się naczytał, nasłuchał i naoglądał, to wywrze na mnie wrażenie albo złapie ze mną komunikację. Ja tak stoję, słucham i w końcu czasami nie wytrzymuję i po paru minutach mówię: „Słuchaj, to jest okej. A teraz powiedz mi, co u ciebie słychać i jak się czujesz?”. I w tym momencie, nie uwierzysz mi, ale najczęściej zapada wielka konsternacja i grobowa cisza. Człowiek jest zbity z pantałyku. Prawdopodobnie chyba po raz pierwszy ktoś od długiego czasu szczerze się go zapytał, co u niego słychać i jak się w tym momencie czuje. Bo ja się nie pytam, jak się czujesz, how are you, tak jak w angielskim, tylko jak się w tym momencie czujesz z tym wszystkim, co ci się dzieje w życiu. I nagle jest wielka cisza.
Nagle się okazuje, że człowiek sobie uświadamia, że on się jeszcze czuje, że jesteś jak uczucie, że możesz się czuć, że właściwie to nie jest portfel, że to nie jest ta zabawa, że to nie jest ten bełkot kolesi, którzy robią wieczne ustawki, bo czują się wiecznie niespełnieni i boją się wziąć odpowiedzialność za swoje własne życie, bo do tego się sprowadza bujanie się w kręgach politycznych. Zauważ jedną rzecz. Ludzie, którzy potrafią świetnie gotować i robią to nie dla kasy, tylko bo co innego, jak ktoś robi karierę, wiesz, o czym mówię, a co innego, jak ktoś ma to w genach, w rękach, jak się mówi. Ci wszyscy ludzie, którzy pięknie gotują, z reguły rzadko kiedy czytają gazety. Przyjrzyj się uważnie. Ci, którzy robią piękne rzeczy, mają zawsze kontakt z rzeczywistością dosyć dyskusyjny i nie dlatego, że są upośledzeni. To jest to, co wymyśla kultura dookoła, że to artysta albo coś w tym stylu i on taki jest troszeczkę inny. Nie, to nie z tego powodu. Powód jest banalnie prosty. To jest człowiek, który ma wyprawę do samego siebie i to jest człowiek, który wie, jaka sprawa jest ważna dla niego.
I to jest prawdopodobnie najczęściej tylko jedyny egzemplarz w całej okolicy, który nie dostał pierdolca, w przeciwieństwie do całej reszty dookoła, która się ogląda na niego i się zastanawia, dlaczego on nie czyta newsów w gazecie, dlaczego się nie przejmuje prezydentem, dlaczego się nie przejmuje wyborami, dlaczego się nie przejmuje tym, dlaczego się nie przejmuje nowym przepisem, dlaczego się nie przejmuje tamtym i owamtym. I to jest trochę tak jak z tymi wszystkimi ludźmi, którzy protestują albo próbują robić jakieś akcje i w ogóle angażują się w to. Cała ta energia idzie. Się śmieję, bo okej, jeżeli akcja ma sens, ręce i nogi, to działa. Są takie akcje na świecie, są organizowane i się udają, ale to są akcje organizowane przez ludzi, którzy się spotkali w tej globalnej komunikacji, a nie poprzez polityków. Ciężko o taki ruch w dzisiejszych czasach, bo wszystko jest mocno zmanipulowane, łącznie z naszymi mailami i firmami, które to kontrolują, sprawdzają i dopasowują nam rzeczywistość do takiej, żeby pasowała do naszej wizji, którą sobie wysyłamy w mailach, bo tylko to można sprawdzić. Natomiast mamy ten cały emocjonalny świat, który wszyscy tak gromko i ochoczo zapomnieli w ciągu ostatnich lat. Przynajmniej część tam się rzuciła na te wszystkie pieniądze, na kredyt, na dom. Fenomenalną rzeczą w dzisiejszych czasach jest coś, co było nie do pomyślenia jeszcze chyba 100 lat temu. To jest to, że dzisiaj znakomita większość naszych znajomych...
Sprawdź. Nie wiem, czy akurat u ciebie jest tak jak u mnie. Chodzi mi ogólnie o dosyć szeroki przekrój ludzi, bo mam bliskich znajomych, którzy są dosyć specyficznymi ludźmi od tej strony. Mają swoje własne poglądy. Każdy z nich ma wyprawę do siebie. Także nie są to ludzie, z którymi muszę dealować newsy z telewizji, jeżeli o to chodzi. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że mam fantastycznych przyjaciół, także naprawdę jestem well and done. Ale są sytuacje, kiedy trafiam po prostu normalnie na różnych ludzi. I widać, że ta komunikacja globalna tam zupełnie nie działa, że wszystko jest kwestią uciekania odpowiedzialności za własne życie, uciekania odpowiedzialności od tego, żeby sobie ugotować, uciekania odpowiedzialności, żeby sobie samemu wymyślić wieczór, a nie w restauracji, a nie z jakimś tematem, który został już podany z góry. Takie życie indywidualne jest bardzo problematyczne dla tej grupy ludzi, ponieważ ciągle wymaga tej nieustannej rzeczy: brania odpowiedzialności za siebie.
Nieustannie bierzesz odpowiedzialność za każdą czynność, którą robisz, bo w tym momencie nie ma tego wyboru. Jesteś i tyle. Nie ma, że polityk, nie ma, że sram to, że owam to. Są sprawy, które chcesz robić i sprawy, które robisz. I teraz zawsze jest taka prosta linia demarkacyjna pomiędzy tym, co chcesz, a tym, co rzeczywiście robisz i tym, co rzeczywiście ma dla ciebie znaczenie. To jest ten trzeci, najważniejszy punkt. Jak się okazuje, z perspektywy czasu wszystkie te newsy, wszystkie te rzeczy nie miały znaczenia. Bo zapytam się tego człowieka, co u niego słychać w życiu, jak się teraz czuje. I nagle się okazuje, że właściwie człowiek chyba po raz pierwszy się zastanowił nad tym od momentu, kiedy dorósł. Łapie, że faktycznie, mam uczucia.
I to jest taka próba chyba złapania trochę przez część cywilizacji jakiegoś dziwnego pomysłu na rzeczywistość, żeby wyrzucić te uczucia, żeby zredukować wszystko do jakiejś portfelowej historii, zredukować wszystko do takiego stanu state alert consciousness. Tak się nazywa to. Graham Hancock często używa tego zwrotu. Bardzo lubiany autor przeze mnie zresztą. Pozdrawiam serdecznie, Graham, jeśli słuchasz. Anyway, nie zna polskiego. Jest to taki właśnie stan podwyższonej gotowości, że wszyscy żyją na rozkaz, czekają na ten telefon i sami są elementem takiego domina. Ty jesteś popchnięty, popychasz kolejne elementy. Tam tysiąc ludzi staje nagle na rozkaz, załatwia jakieś sprawy, co nie ma żadnego znaczenia. Po to, żeby nie zwariować tych wszystkich spraw, żeby zachować jeszcze jakiś common sense, jakąś logikę, cytujemy artykuły z gazet pomiędzy sobą, żeby nie gadać już tylko o tej robocie, która nie ma żadnego sensu i tak dalej.
To jest właśnie to kółko, które jest zamknięte i wiadomo, że nie robimy fajnych rzeczy. A teraz to już na 100%. Wiadomo, że kasa, którą się wymieniamy, nie jest czysta. Ta kasa jest produkowana ze zwierząt i trzeba zabić zwierzę, żeby wyprodukować pieniądze. I to już nie jest zabicie zwierzęcia po to, żeby zjeść jego mięso, bo dzieci są głodne i zrobić futerko z jego skóry, bo jest zimno naokoło. Nie, tu jest tylko po to i wyłącznie, żeby się zabawić w składanie ofiar. I teraz cokolwiek ty nie robisz Przykro mi to powiedzieć . Jesteś w to wszystko zamieszany. Tadam! Tak samo jak ja, tak samo jak każdy z nas.
I tu mi się wyjawia kolejna wizja, kolejny mój film animowany. Włączę muzyczkę i opowiem ci swój kolejny film animowany, który mi się pojawił na jednej z wielu sesji LSD, dzięki czemu mogę się zanurzyć w komunikację globalną i troszeczkę inaczej spojrzeć na rzeczywistość. Powiem wam serdecznie: uważam, że każdy dorosły człowiek, zanim zostanie uznany za dorosłego, odpowiedzialnego za siebie osobnika w pełni, powinien przeżyć albo trzy sesje ayahuasca minimum, albo trzy konkretne sesje z LSD. Jeżeli tego nie zrobisz, to właściwie jesteś do końca życia dzieckiem, rozkapryszonym gówniarzem, który gówno na ten temat wie. Właściwie jesteś pełen iluzji. Twoje życie jest pasmem nieustannych szaleństw i próby schlebiania sobie, światu nawzajem, kopania się w dupę i niszczenia wszystkiego dookoła. Bo tak jest skonstruowany świat. Jeżeli nie zobaczysz samego siebie i nie wybierzesz się na taką wyprawę, to moim zdaniem w ogóle nie ma rozmowy o niczym. Taka jest moja opinia. Oczywiście nie trzeba się z nią zgadzać.
Mam też kilka innych radykalnych dla niektórych opinii. Nie musisz się z tym zgadzać, jak wspomniałem. Niemniej obowiązkowo każdy dorosły człowiek, zanim podejmie jakąkolwiek ważną decyzję w swoim życiu, odkąd już zadecyduje innych ludzi w jakikolwiek sposób, obowiązkowo trzy sesje ayahuasca albo trzy sesje LSD, albo trzy sesje psylocybiny, albo potężna konkretna sesja ibogi. I nie ma dyskusji na ten temat. A jeżeli ktoś jeszcze chce bawić się w przepisy, politykę i tego typu rzeczy, to myślę, że parę sesji ibogaminy i to takich konkretnych. To on musi spotkać duchy przodków i jak to go nie zabije i się okaże, że jest prawy wewnętrznie i nie jest poharatany, nie jest psychopatą, który jest jak te postacie z moich filmów animowanych, które mi się w głowie wyświetlają czasami na wizjach, to wtedy będzie mógł pomóc mi podejmować moje decyzje i wtedy będę miał gwarancję, że nie jest to najbardziej toksyczny element w moim otoczeniu i że ta moja decyzja, która będzie wspólnie podjęta razem z tym dżentelmenem, nie będzie krokiem samobójczym. To jest jednak gwarancja. Radio na fali, oczywiście gościnnie w hiperprzestrzeni. Absolutnie. Co ja mówię?
Nie gościnnie Radio na fali, gościnnie w Radiu Paranormalium. Hiperprzestrzeń normalnie w Radiu Paranormalium, ale dzisiaj nadawane jest z serwerów Radia Paranormalium. Strasznie się plączę. Proszę mi nie uderzać na Skypie. Naprawdę nie będę siedział teraz, człowieku, z tobą i uprawiał konwersacji. To jest takie egocentryczne, jak się wbijasz na Skype’a i chcesz ze mną gadać. Bierz mikrofon i dzwoń, i tyle. Ja tu nie jestem na twoje usługi, dżentelmenie. Także get out of here! Dokładnie.
Jak chcesz rozmawiać, to rozmawiaj otwarcie, publicznie, a nie gdzieś po kątach mi tutaj opowieści sadzisz. Także ja wyłączam wszelkie zagadywania Skype’owe, które mi się pojawiają. Proszę o tym pamiętać, że jak mówię do mikrofonu, to naprawdę nie jestem po to, żeby w tym momencie siedzieć i klepać do ciebie jakieś prywatne rozmowy. To jest takie spotkanie publiczne w salonie. Wszyscy się spotykamy. Ja też tu wychodzę i się spotykam z tobą. Także nie musisz się chować w kiblu z tym jointem. Naprawdę możesz śmiało dorosnąć do tego, żeby zadzwonić, odezwać się i nie chować się wiecznie w kiblu z fajką w szkole. Dorośnij. Grow up.
Do każdej własnej decyzji. To jest taka choroba współczesnych czasów, że doprowadzono nas do sytuacji, gdzie zamieniono nas w duże dzieci. Takie dosyć sfiksowane dzieci, bardzo egocentryczne, bardzo nielubiące łapać perspektywy. Ale mniejsza o to. Anyway, wrócę do tej swojej podróży, do tej swojej wizji. Jednej z wielu, bardzo ciekawej. Byli ludzie na urządzeniach. Była długa, opowiem ci tylko kawałek tego, bo naprawdę historia była niesamowita, epicka. Była to długa wyprawa z bardzo dużo refleksji. Także opowiem ci tylko jeden fragment z tej całej historii.
Zobaczyłem bardzo ciekawe zgrupowanie ludzi. To byli wszyscy ludzie świata, ale tacy pracujący w ten sposób. Pracujący w biurach, wydający te pieniądze, oglądający telewizję, reklamy, fascynujący się polityką, żyjący problemami świata. Wszyscy ci, którzy nie mają własnego życia, mówiąc w skrócie. Wszyscy ci, którzy nieustannie żyją problemami wymyślonymi przez duże korporacje i im wydaje się, że żyją własnym życiem. Wszyscy ci dżentelmeni i ladies siedzieli na niesamowitych maszynach, które wyglądały jak takie miniskutery. Nie miały kół. Wisiały sobie w powietrzu takie latające, lewitujące maszyny. I były to takie maszyny, które miały wmontowany ekran. Była kierownica, a nad kierownicą- No właśnie, ten statyw.
Nie, nad kierownicą mieli zamontowany ekran. Taki telewizor, dosłownie telewizor kineskopowy jeszcze z lampą. I mieli takie urządzenie, które było podłączone do głowy. Coś w rodzaju słuchawek, ale takie macki na czoło przyczepione tak, że sczytuje informacje z głowy. I oglądali telewizję. Oglądali różne rzeczy w tej telewizji. Ja tak się przyglądam, o co chodzi. Oni tacy zafascynowani i siedzą na niesamowitych maszynach. Te maszyny w ogóle lewitują, wiszą w powietrzu, a oni tego nie zauważają. Oni szukają rozwiązania prostych problemów pod tytułem: jak spowodować, że kółko zębate się nie połamie, jak naoliwić jakiś tam mechanizm.
A wiszą na maszynach, które są rodem z filmu „Star Trek”. Są na kosmicznych maszynach A nad kierownicą mają zamontowany na stelażu taki stary telewizor i czujniki do głowy. W pewnym momencie skumałem, że właściwie projektują swoją własną rzeczywistość, że nagle nie złapali, że przez te czujniki, które miały sterować tym statkiem, na którym siedzą, lewitującym, podpięli się do telewizji i zaczęli sobie wyświetlać własne projekcje swoich lęków, strachów, wszystkich tych dziwnych rzeczy. Dosłownie jak w książce „Mechaniczna pomarańcza” wkleili się w tę wizję rzeczywistości. Trochę w ten sposób, taka mechaniczna pomarańcza. Ale w drugą stronę, bo nikt nie musiał rozszerzać oczu i robić tego na siłę. Robią to dobrowolnie. W pewnym momencie zauważyłem, że to jest taki krąg. Oni tak kręcą, latają w kółko cały czas i nie mogą wyrwać się z tego cyklu. Jakby byli zapętleni.
Okazuje się, że ktoś im na początku pokazał jakąś wizję, oni zaczęli ją rozwijać i teraz już właściwie nikt nie musi ich pilnować, bo nigdy nie zauważą, że siedzą na lewitujących urządzeniach, że mają niesamowitą technologię, że są w kosmosie, są niesamowitymi istotami. Nagle zapomnieli o tym wszystkim i siedzą jak dzieci sparaliżowane, zupełnie bezwolne, bez żadnej własnej intencji, woli, refleksji. Takie bioroboty, dosłownie biomaszyny. Siedzą zafascynowane, wpatrzone w ten ekran. Na ekranach wyświetlają się cały czas te same sceny u każdego z nich i każdy przerabia te same sceny własnej nienawiści. Gdzieś western, ktoś do kogoś strzela, a tamten pada. On się cieszy: „Ha, ha, ha! Zły nie żyje”. Tego typu historie projektują cały czas i nagle się okazuje, że ten film nie jest wyświetlany w telewizorze, tylko jest w ich głowie. I to nie jest film, który ktoś im zaprogramował.
Ktoś tylko ich popchnął, dał im taki drobny impuls, żeby poszli w tą stronę. Oni podjęli ten impuls, podjęli tą grę i zaczęli sobie tworzyć własne scenariusze tych filmów. Nagle okazało się, że wszyscy są w tych scenariuszach, bo telewizor nie był do niczego podłączony, tylko do ich głowy. A najlepszy numer był taki, że nagle ten film był przerywany i w przerwach leciały reklamy. Najlepszy numer, po prostu powiem o tym, że oni nawet sobie reklamy wymyślają, bo nie wierzą w inną rzeczywistość. Siedzą otoczeni kosmicznym sprzętem. To tak jak my. Lecimy na statku kosmicznym, pamiętaj, ta Ziemia. Jesteśmy niesamowitą technologią kosmiczną jako istoty. To się w ogóle w głowie nie mieści, co widać zresztą po resztkach, które zostały po przodkach, którzy troszkę kumali.
Zostały te piramidy. A my tak sami sobie reklamy wymyślamy. Dokładnie taką wizję miałem i był taki ciekawy obraz rzeczywistości. Zastanowiłem się wtedy, że wszyscy chcą poznać sens przyszłości. Fajnie jest wiedzieć, co się wydarzy. Wszystkie te duże korporacje, wszystkie te polityczne historie, wszyscy ci stratedzy, po prostu popierdoleńcy planujący, jak sobie zorganizować jak największą hodowlę niewolników w przyszłym sezonie. Wszyscy ci ludzie są zmuszeni polegać na takiej percepcji rzeczywistości, że muszą znać przyszłość, bo ta przyszłość ich nieustannie każdego dnia wysadza z siodła i za chwilę ktoś przyjdzie i odstrzeli im głowę albo nie wiadomo co, bo już narobili tyle gówna na świecie, że niewiele dobrego ich może czekać. Ciężko się spodziewać, żeby wszyscy im wybaczyli. Ja im wybaczam, absolutnie. Ale może być tak, że już tak narozrabiali, że ktoś się może upomnieć, bo to już są takie skale.
Tyle ludzi zostało pokrzywdzonych. I dalej w to gno. To jest dalej ta sama zabawa w szykowanie sobie niewolników. I żeby to wszystko działało, to jest budowanie przyszłości, pomysłu na to, żeby przewidzieć przyszłość i być zawsze do przodu przed jakimkolwiek ruchem na świecie, globalnym ruchem ludzkości, zwierząt, czymkolwiek. Muszą nawet wiedzieć, w którą stronę popłyną delfiny za dwa tygodnie, bo bez tego nie da się zaprojektować kursów walut Błękitnego Tuńczyka albo jakoś tak. Czego kolwiek. Wszystkie te dane są nieustannie zbierane. Milion ludzi na tym pracuje. Milion ludzi budzi się rano w stresie o godzinie 8.00, żeby dojechać do centrum miasta, przez osiem godzin przewalać te dane, zrytem przyjechać do domu, przewalając dane o szczęśliwych ludziach, przyjechać do domu i opieprzyć osobę, z którą się mieszka razem. Rozumiesz?
To jest ten paradoks, że nagle przewalając dane o globalnej szczęśliwości, stajemy się najbardziej nieszczęśliwymi ludźmi na świecie i najbardziej agresywnymi. Przewalając właśnie te dane o szczęśliwości, to troszeczkę tak, jakby malować najpiękniejsze kwiaty, po czym następnie po namalowaniu tego pięknego obrazu w tym peace and love, wziąć ten pędzelek i zabić cały świat. Dokładnie w ten sposób. Taka obsesyjna żądza. I tylko ci ludzie właściwie potrzebują przyszłości. Zastanowiłem się kiedyś, kto właściwie potrzebuje przyszłości? Czy istnieje przyszłość w wymiarze linearnym? To jest głęboko dyskusyjny temat, bo oglądałem strony naukowe. To już jest pytanie pod tytułem: czym jest przestrzeń, czym jest czas i jak to wszystko złapać sobie w głowie, jak to zorganizować? Wiadomo, że to nie jest linearne.
Wiadomo, że mowa o przestrzeni. Czas jest tylko jedną z wielu nas przestrzeni. Przestrzeń jest multidimensional, czyli wielowymiarowa. I wiadomo, że nie istnieje pojęcie jednego czasu. To jest zjawisko pojawiających się i znikających cząsteczek. Nawet nauka się do tego przyznaje. Nazwali to fizyką kwantową, że im coś znika i nie mogą zlokalizować. Nie wiadomo jak. Było, nie ma i pojawia się w innym miejscu. Po prostu inne wymiary, inne przestrzenie, wiele przestrzeni, wiele wymiarów.
To wszystko naraz w jednym miejscu sprasowane między innymi w naszej głowie, w świecie dookoła. Nic więcej. Czyli czy w tym świecie, w którym i tak masz dostęp do wielu wymiarów, potrzebujesz znać przyszłość? Właściwie może być tak, że sami jesteśmy przyszłością. To ty jesteś swoją przyszłością. To ja jestem swoją przyszłością. To ty jesteś osobą, postacią, istotą, jakkolwiek go nie nazwiesz, która korzysta z globalnej komunikacji i jest podłączona naturalnie z faktu urodzenia, konstrukcji. Jesteśmy anteną, nadajnikiem. Jesteśmy podłączeni globalnie do tej całej kosmicznej sprawy. Jesteśmy podłączeni do uniwersum.
To wszystko to jest uniwers. Wszystko. Gwiazdy, planetoidy, wszystkie te rzeczy, konstelacje na niebie i tak dalej. To jest nasz uniwers, do którego jesteśmy podpięci. To jest ta historia. To jest globalna komunikacja. Jeżeli jesteś w tym miejscu, to co cię obchodzi kurs walut na jutro i to, czy delfiny popłyną w lewo, czy w prawo? To jest klasyczna historia. Jesteś w stanie to przewidzieć, tylko po co? W momencie, kiedy zdajesz sobie sprawę, jak kompleksowy jest proces, w którym uczestniczysz, masz coś takiego jak wyprawę do samego siebie.
Masz tu swoją ważną sprawę. Jeżeli widzisz kompleksowość systemu, to wiesz, jak on działa, bo to jest jednocześnie związane z tym, że wskakując do wody uczysz się pływać. To dokładnie taka historia. Dopóki do niej nie wskoczysz, dopóki czytasz książki na temat pływania w wodzie, zawsze będzie teorią. Dopiero wskakując do tej wody, nagle łapiesz kontakt z wodą i w pewnym momencie zaczynasz pływać lepiej lub gorzej. Tak czy siak zaczynasz pływać. To jest wskoczenie do globalnej komunikacji, która jest kompletną kontrą do tego zdualizowanego świata, gdzie ktoś, kto stracił kontakt z rzeczywistością, próbuje przewidzieć każdy ruch tej planety tylko po to, żeby przetrwać. Wyobraź sobie, jaki sukces osiągnęli ci ludzie, skoro muszą podejmować tak desperackie kroki. Dokładnie. Absolutnie niemożliwe, żeby cokolwiek wiedzieli na temat przyszłości.
Jedyne, czego się mogło obawiać, to to, że każdy krok, który wykonają do przodu, może być tym ostatnim krokiem. Myślę, że to jest jedyny powód, dla którego wszystkie te rzeczy są badane i sprawdzane. Zresztą historia z banknotami i zabawą w zabijanie zwierząt po to, żeby móc się pobawić papierkami, jest moim zdaniem związana z trochę grubszą sprawą. Jest to historia tego, że rząd brytyjski, a mianowicie ludzie, których się popularnie nazywa Iluminatami. The Circle, dokładnie to rodzina Rothschildów, te postacie, bardzo mocno psychopatyczni właściciele Wielkiej Brytanii i całego królestwa. Właściwie królowa ma wszystkie złoto od nich, taka jest prawda, od 200 lat. Tutaj nie ma królewskiego angielskiego złota. To jest kraj należący do Rothschildów, a nie do rodziny królewskiej. Rodzina królewska to są takie popychadła, które są wystarczająco tępe i wystarczająco głupie, żeby wykonywać tą robotę. I git, bo ktoś tą robotę musi robić.
Swoje za to dostają, z głodu nie umierają. Chyba są szczęśliwi. I don't know. Zostawiam ich własnemu losowi. W każdym razie ta historia z banknotami, na których też jest drukowana ta biedna stara kobieta nieustannie, są już z elementami ze zwierząt, czyli są tam zawarte aminokwasy zwierząt. To jest dokładnie tak, jakby ktoś chciał wpieprzyć cały kraj w to, żeby składał ofiarę ze zwierząt fizycznie, żeby każdy fizycznie był odpowiedzialny za to, że partycypuje w składaniu krwawej ofiary. Bo wiadomo, że każda substancja organiczna składa się z czego? Każdy chemik, każdy biolog wie. Składa się przede wszystkim z związań aminokwasów. Każda molekuła to aminokwasy w sumie.
Otóż to. Jeżeli masz banknocik zbrukany krwią, to automatycznie jest taki element, który trafia do ciebie z tego banknocika, z tych aminokwasów. Nie wiem, jak to oddziaływuje na wszystkich ludzi dookoła. Historia jest mocno nieświeża. W ogóle nieświeży jest sam pomysł, żeby wziąć i zaprosić wszystkich ludzi bez pytania o nic, wziąć i zrobić z każdego mordercę. Czy on je mięso, czy nie je mięsa. To trochę tak, jak ja bym przyszedł do ciebie do domu i powiedział: „Ty, stary, zabieram twojego kota i jutro zrobię z niego papier firmowy”. Sorry. I na tym papierze firmowym będę wysyłał listy do wszystkich organizacji o wsparcie charytatywne dla schroniska dla zwierząt na przykład. To jest dokładnie taka hipokryzja.
Po to, żeby zebrać pieniądze na to, żeby ratować zwierzęta, zamordowaliśmy część zwierząt, bo nie mogliśmy tego zrobić normalnie. Nie można było. Taka zabawa. Myślę, że jest piękne podsumowanie, w którym miejscu historii znajdują się ludzie, którzy przez ostatnie lata pasjonowali się polityką i dalej się pasjonują polityką. Jeżeli spojrzysz na takiego człowieka z dystansem, zauważysz, że ten człowiek nie ma własnego życia. Ten człowiek nie potrafi spędzić z tobą 10 minut, żeby nie dyskutować sytuacji politycznej, nie powołać się na kogoś, nie skomentować kogoś. Ten człowiek nie ma nic samemu do powiedzenia, nie ma własnego życia. On tylko ma komentarz na cudzy temat i on zawsze stara się stanąć i ustawić ciebie przede wszystkim w opozycji albo do jednej, albo do drugiej strony, bo on już wszystko wie. Piękna historia, prawda? Piękna.
Szczęśliwie nie kupuję takich historii. Moje wyprawy trzymają mnie bardzo daleko od tego. Te wyprawy do samego siebie poprzez podłogę pokazały mi kilka ważnych spraw w moim własnym życiu. Nie sposób mi uwierzyć w to, żeby ktokolwiek z tych cwaniaków, który kręci się dookoła, miał ważniejszą sprawę dla mnie niż ta moja własna sprawa. To jest mój obraz większej całości. Myślę, że to jest jedyna metoda, żeby jako żywa istota znaleźć komunikację globalną w sobie, która polega na empatii, bo stąd się bierze połączenie. To jest empatia, to jest bycie miłym, sympatycznym dla siebie i normalnie dla ludzi dookoła. Zwyczajna sprawa. To jest ten kanał komunikacji. Jeżeli ktoś skacze ci na plecy, nazywa cię dupkiem i tak dalej, robi ci koło pióra zupełnie bez powodu, tylko dlatego, że ma z tego dobrą zabawę, oznacza, że nie ma kombinacji tego kluczyka, tego magicznego kluczyka do świata interakcji globalnej komunikacji.
Nie ma aminokwasów, nie ma kilku innych rzeczy, nie ma pól grawitacyjno-magnetycznych, bo to się właśnie na tym opiera od strony naukowej. Wiedzą o tym panowie, którzy aktualnie projektują procesory dla rządu Stanów Zjednoczonych. Ktoś tam może się z tego śmiać. Oni już przestali. Oni już zaczynają to używać praktycznie. Nie tylko oni. Ja też tego używam momentami i to nie tylko momentami. Anyway, zostawiamy technologię, bo to nie o tym mowa. Tak czy siak albo jest się empatycznym i otwiera się bramkę do komunikacji z innymi ludźmi, albo wybierasz drugą opcję. Wybierasz zabawę w egocentryzm.
Wybierasz zabawę w bycie takim dżentelmenem jak z mojej kreskówki, którą mam na tych swoich wyprawach po LSD. Siedział albo schodził, albo dyskutował i zawsze dyskutował dokładnie na ten sam temat: jak dobrze albo jak kiepsko wyglądasz, jak dobrze, jak ci się powodzi, jak dużo albo jak mało masz pieniędzy, jaki polityk ci się podoba, jaki ci się nie podoba. Zawsze dyskutował tylko i wyłącznie sprawy, które nie są żadną twoją sprawą, bo żaden z tych ludzi nawet ciebie nie zna i żaden z tych ludzi w życiu się nie zastanowił nawet nad tobą, nad twoim faktem egzystencji na tej planecie. To tylko ty dajesz im swoją energię. To dzięki tobie ci ludzie żyją. Także podziękuj im wielce. Jeżeli to jesteś ty i żyjesz polityką i tworzysz taki świat, to im podziękuj, bo dzięki nim masz cokolwiek masz. I nawet jeżeli to jest tylko ta jedna rzecz, to właśnie dzięki nim masz tą jedną rzecz. Ja akurat tej rzeczy nie mam. Nie jestem już tak naiwny.
Moja ważna sprawa jest moją ważną sprawą. Jest indywidualną historią. I tyle. I nie ma tak, żebym siadł i sprzedał swoją własną sprawę za garść iluzji jakiemuś szarlatanowi. Absolutnie zapomnij o tym. Jest to niemożliwe. Wybieram opcję globalnej komunikacji, zupełnie innego podejścia do życia. Zupełnie innego. Myślę, że to jest właśnie przyszłość świata. To jest dokładnie ta sprawa związana z tym, że kiedy nadejdą jakiekolwiek wybory w twojej okolicy i czujesz się normalnie, upieczesz chleb dla ludzi.
Nie będziesz rozmawiał o polityce i będziesz rozdawał ludziom chleb. Dasz komuś zupę, spędzisz z kimś miło czas i nie będziesz rozmawiał o polityce, tylko będziesz mówił o ważnych sprawach, ale tych naprawdę ważnych sprawach. O tym, jak się czujesz, o tym, co u ciebie słychać, o tym, jak chcesz ogarnąć sprawy w swoim życiu od strony emocjonalnej. I tak dalej. To są ważne sprawy. To jest ta istotna sprawa, jedyna, chyba najważniejsza. Reszta to taki dodatek wymyślony przez kilku frajerów po to, żeby utrzymać hodowlę niewolników jak najdłużej, jak się da. No właśnie. To ja tą refleksją kończę swoją dzisiejszą opowieść, swoją wyprawę do siebie. Opowieści z wyprawy do siebie.
Tak, tak możemy to nazwać. Na temat swoich ważnych spraw. Oczywiście to są moje ważne sprawy. Nieważne jakie. Ważne, że mam swoje ważne sprawy i ważne, myślę, że ty masz też swoje ważne sprawy. Jeżeli nie są to sprawy z telewizora, z gazet i tak dalej, to są to ważne sprawy. Jeżeli coś pochodzi od ciebie, z samego środka, to właśnie to jest ważna sprawa. Jeżeli coś pochodzi z zewnątrz, nie ma z nami nic do gadania. Nawet ta zmiana kosmiczna. Jeżeli ktoś powiedział: „Zmiana kosmiczna przecież idzie z zewnątrz, z kosmosu”.
Nie, ty jesteś częścią tego kosmosu. To jest twoja zmiana. Tak samo jak zmiana planety, trzęsienia ziemi, wszystko to, co nadchodzi teraz, to nie jest coś oderwane od ciebie i ode mnie. To jesteśmy my. To jest ta zmiana, której częścią jesteśmy, czy chcemy tego, czy nie. Organicznie, fizycznie, emocjonalnie, w każdy z możliwych sposobów. Tak długo, jak jestem w stanie udowodnić ci, że urodziłeś się z kobiety na planecie Ziemia i wyszedłeś przez jej krocze i tak tu się pojawiłeś we krwi, w tych wszystkich błonach i śluzach i dalej masz w swoich żyłach krew. Tak długo to, co mówię, jest racją. A ty nie masz nic do gadania, nawet jeżeli się z tym nie zgadzasz. Otóż to.
Bo wszyscy urodziliśmy się z kobiety i to nas stawia na bardzo równej pozycji wszystkich względem siebie, niezależnie od surdutów, które wszyscy zakładamy. I to jasno i wyraźnie oznacza, że ważna sprawa, z którą tu przychodzimy, jest zupełnie gdzie indziej i żadna z tych ważnych spraw nie parkuje w miejscu, gdzie jest coś, co nazywa się cywilizacja. A tymczasem znikam zza mikrofonu. Koniec moich opowieści. Usłyszymy się już niedługo. Pamiętaj, że Radio Na Fali nadal jest, wszystko jest okej. Jesteśmy w trakcie remontów, także robimy jeszcze tam kilka drobiazgów. Będzie kilka nowych rzeczy. Być może. Kto to wie?
Się zobaczy. Ja na razie nic nie chcę uprzedzać, bo to też takie zapowiadanie przyszłości. Wiesz, o co chodzi. Nie ma żadnego sensu. Generalnie pracuję tu nie ja jeden. Pracujemy z Księciem nad kilkoma pomysłami, żeby je wdrożyć w jeden zgrzebny pomysł, żeby wszystko było bardzo fajnie i żeby było miło. Troszkę odświeżamy wszystkie te historie radiowe. Jak zauważyłeś playlistę odświeżoną, jeszcze jest niepodpięta do playera, ale masz tam link na stronie głównej radia. Jak potrafisz czytać po polsku, a na pewno potrafisz, to wiesz gdzie to znaleźć. Jest jeszcze na Facebooku, także nie ma problemu, żeby trafić tą informację.
Kto szuka, ten znajduje. Zawsze tak jest. Także wytrzymaj jeszcze chwilę, tu jeszcze sobie porobimy troszeczkę w spokoju porządki, bo co nagle, to po diable. I cały czas oczywiście radio działa. Także zapraszam cię serdecznie do Księcia w środę bardzo serdecznie na 23:00 polskiego czasu do etykiety zastępczej. Zapraszam do siebie na czwartek. Mam nadzieję, że się pojawisz. Już nie będzie problemu z serwerami i żadnego zamieszania dookoła serwerów i wszystko będzie działało tak, jak należy. Także będzie synteza w czwartek, czyli technologia Keshe. Tak, ta technologia, która zasila mi komputery.
Wiem, że ktoś opowiada niesamowite rzeczy na ten temat, że nie wiadomo co. Ja już słyszałem takie cuda na temat tej technologii, że gdybym jej nie robił i nie wiedział, o co chodzi... No właśnie. To lepiej samemu sprawdzić. Tyle powiem. Anyway, także wszystkie sprawy technologiczne z technologią Keshe w czwartek w Radiu na Fali w syntezie. Ja jeszcze chwilowo będę bazował z wieczorowymi porami, bo jeszcze mam tu troszkę roboty organizacyjnej dookoła radia. Także na razie jeszcze sobie robię takie lekkie zimowe wakacje. Opowiadam sobie w hiperprzestrzeni za pośrednictwem Radia Paranormalium tę historię, zanim odpalimy serwer Radia na Fali. Tu mam informację, że być może synteza będzie na serwerze Radia Paranormalium.
Także zobaczymy. Jest to bardzo dobra wiadomość. Zobaczymy, proszę państwa. Także na razie nic nie mówię. Daj mi chwilę czasu, niech ja ogarnę kilka spraw, bo mam tu Kilka swoich własnych ważnych rzeczy do zrobienia przez kilka następnych dni, kilku ludzi do spotkania, kilka spraw do zrobienia. Żadna z gazety, żadna z telewizji. Nawet nie mam gazety ani telewizora, chyba że na komputerze kliknę, ale mi się nie chce akurat w te miejsca klikać. Anyway, spotkamy się tak czy siak w przyszłym tygodniu w Radiu na Fali. Ja cię zapraszam na kolejną „Hiperprzestrzeń” i dziękuję za cierpliwość i wyczekiwanie na te wszystkie ruchy, zawirowania, które się dzieją na stronie Radia na Fali. Jak zwykle zmiany wymagają pracy.
Nie mamy tutaj 30 ludzi do pracy. To nie jest komercyjna impreza. Wszystko robimy samodzielnie. Jest nas dwie osoby, także nie ma zbyt dużego staffu. Daj nam chwilę, to ogarniemy. Zresztą co nagle, to po diable. Spokojnie, zrób sobie jakąś kawkę, herbatkę. Czas relaksu, nadchodzi święta, ludzie będą mieli więcej wolnego, także można się troszkę powylegiwać i tyle. Zrelaksuj się troszeczkę, a ja tak czy siak wrócę z tym całym staffem radiowym już niedługo. Tak jak zwykle.
Także nie przejmuj się, wszystko działa, wszystko jest okej. To co? To do usłyszenia następnym razem, człowieku. Dziękuję ci za twoją cierpliwość wysłuchiwania moich refleksji na temat podróży po kwasie, wizji, które mam po tych kwasach i tego, jak widzę rzeczywistość. Mam nadzieję, że widzisz podobnie i że nie odbiegamy zbyt daleko od naszego wspólnego pola globalnej komunikacji, że nie jesteśmy ślepcami i należymy do tych ludzi, którzy widzą, co się dzieje dookoła. Dzięki temu nam się fajnie ze sobą rozmawia, mi się fajnie mówi do ciebie, a tobie się fajnie słucha takiego kogoś jak ja. Także nice, miło i jeszcze raz dzięki. Pozdrawiam serdecznie i pozdrawiam przede wszystkim wielce wszystkich mecenasów Radia na Fali. Peace and love, człowieku. Dzięki tobie te serwery tak działają, jak działają.
Cały czas są opłacane, także to wszystko dalej chodzi. Jest strona i dzięki temu jest czas i możliwość na to, żeby wreszcie siąść i po tych chyba pięciu latach zrobić porządek z Radiem na Fali, bo nigdy nie było czasu, żeby tak porządnie posprzątać, zrobić przepierki. Raz się udało zrobić jedną przepierkę jakieś trzy lata temu, czy prawie cztery lata temu dało się zrobić porządki na Radiu na Fali jednym zamachem. Trwało dwa miesiące i mam nadzieję, że teraz się uda zrobić też takie porządki eleganckie. Będzie trwało już krócej i też będzie fajnie. I radio cały czas działa. Tyle. To ja sobie znikam i do usłyszenia następnym razem w Radiu na Fali i za pośrednictwem Radia Paranormalium. Jeszcze raz na koniec wielkie dzięki, monsieur Ivellios, peace and love, człowieku. Wielkie dzięki za wsparcie serwerami do nadawania.
Bez ciebie by się to nie odbyło dzisiaj. To co? To ja kończę tą opowieść na dzisiaj i do następnego razu. Słuchałeś „Hiperprzestrzeni” w radionafali.com.