Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:00] - To think for yourself and question authority.
[00:09] - RadioNaFali.com tak to się nazywa: „Hiperprzestrzeń”. Ja mam na imię Tomek. Ze mną w tle jest las. Jest kolejny dziki las, tym razem inny las. Co tu dużo mówić, las jest najmilszym dźwiękiem, jaki dzisiaj prawdopodobnie można spotkać moje uszy. Jakoś dzisiaj mam taką leśną historię, ale ten las się za mną ciągnie od paru dni. Tak przy okazji rozmowy o tym lesie, o tym, dlaczego się ciągnie las i co ja w ogóle chciałem powiedzieć . Dzisiaj w „Hiperprzestrzeni” miało być o wodzie, miało być o kilku innych rzeczach, ale wyszedł zupełnie inny wątek. Także dzisiaj będzie jak zwykle jakiś ciekawy wątek, ale to może za chwilę. Ja się w ogóle przywitam.
Także witam cię słuchaczko, witam cię słuchaczku. Witam cię ty słuchający tego offline. Ja już nie mogę sobie wrzucić żadnych podcastów na serwer Radia Na Fali, bo pomimo że serwer działa, to działa jak na razie w jedną stronę. Także jeszcze nie można nic uzupełniać, bo nie można nic wrzucać. Także przepraszam za kompletną obsuwę. No trudno, bywa. Jest to zupełnie niezależne ode mnie. Tak się zdarza czasami na łasce losu. Anyway, jak się odblokuje, to wszystko będzie działało. Ja zacznę wrzucanie wszystkich tych rzeczy, także wszystkie te zaległości będą do nadrobienia.
I tak jest ponoć ciepła pogoda, jest ponoć strasznie gorące lato w Polsce. Także człowieku, nie siedź tyle w słuchawkach, nie siedź tyle przy komputerze, nie słuchaj tyle. Posłuchaj lasu, takiego prawdziwego. Idź do lasu i posłuchaj. Właśnie, a co by było gdyby? To jest taki mój temat dzisiaj, bo kontynuuję troszeczkę pewne wątki, które tu się kręcą dookoła jak zwykle, ale to może za chwilę. Jeszcze dokończę, że oczywiście pozdrawiam ciebie mecenasko i ciebie mecenasie wspierający Radio Na Fali. Peace and love. No i też chciałem powiedzieć: pozdrawiam moich wszystkich zacnych kolegów. Przypominam, że pomimo że nic nie wrzucam, bo serwer dalej jest w połowie działający, w połowie nie, nie można nic powrzucać na to radio na razie.
To wszystko, co się tutaj dzieje, się dalej dzieje. Dzieje się na żywca. Także wpadaj tu na żywca, człowieku. Wpadaj w środę do księcia Edwarda. A co! Wpadaj do mnie w czwartek na 22:30 polskiego czasu, do księcia na 23:00 polskiego czasu, a w piątek wpadaj do „Teorii chaosu”, a w sobotę, tak jak dzisiaj, do „Hiperprzestrzeni”. Dobra, to skoro już tu człowieku jesteś, już tu wpadłeś, to ja wreszcie wyjawię, o czym ja w ogóle dzisiaj chcę ci opowiedzieć, bo wątek oczywiście katastroficzny z lekka, ale wątek jest związany z moim szalonym snem albo szaloną senną albo i niesenną wizją potężnych fal uderzających w wybrzeże Anglii. Pomagam. Dzisiaj nad ranem miałem taką jazdę. Albo gdzieś w środku nocy.
Anyway, fale były piękne, były potężne. Wyglądało to niesamowicie. Ja w ogóle troszkę przerzucam tutaj część sennych marzeń, bo dzisiaj nie będzie akurat wieczorowej pory, a mam dzisiaj troszeczkę jeszcze obowiązków na głowie, także dzisiaj wykorzystuję tą opcję, że taka troszkę swobodna „Hiperprzestrzeń”. Swobodna jak swobodna. Żyjemy w ciekawych czasach, w których poniekąd niektórzy czują się swobodnie, a niektórzy słabo swobodnie, a to kwestia czasów, które nas dosięgły, o których tu nieustannie mówię. Bardzo intrygujących czasów. À propos tej fali, tego nadchodzącego czegoś, to ja dzisiaj o pewnych sprawach, o których tutaj właściwie miałem już dawno powiedzieć. I tak ciągnie się ten wątek katastroficznych zmian na świecie wszystkich rzeczy, jak zwykle w Radiu Na Fali, a szczególnie w „Hiperprzestrzeni”. Dzisiaj chcę wrócić do pewnego wątku, który jest istotny i jest związany z naszą percepcją rzeczywistości. Dokładnie.
Ponieważ świat, w którym żyjemy, taka jest moja opinia, wymusza na nas do pewnego stopnia pewną percepcję rzeczywistości. Tak można by to nazwać. Ta percepcja jest niczym innym jak światem, który ty i ja sobie bierzemy na boku. Znaczy na boku, tak mówię teraz, na boczku. Oni tam na boczku robią swoje własne życie. To jest ten nasz świat, nasze własne życie. Ty tutaj tak sobie siedzisz, tak słuchasz tego, co ja mówię. Ja tak sobie siedzę, mówię tutaj, wiem, że ty sobie tam siedzisz, słuchasz i każdy z nas ma swoje własne życie. Poza tym, że wpadamy w jedno i to same miejsce raz na jakiś czas, na przykład w tą sobotę, to każdy naprawdę ma swoją własną jazdę. Anyway, efekt jest taki, że tak czy siak tworzymy coś w rodzaju społeczności i pewnych wspólnych zachowań zbiorowych, grupowych.
Jak zwykle jest grupa ludzi, która próbuje zagarnąć te zachowania albo przynajmniej sprowokować jakieś zachowania, które są im bardziej na rękę albo mniej, żeby z tego wyciągnąć jeszcze więcej albo coś w tym stylu. Co już tutaj chyba jest, zdaje się, doskonale widoczne aktualnie na horyzoncie. To się nazywa polityką globalną czy jakoś tak. Polityka, taka dziedzina. To jest takie science fiction troszeczkę. Jeżeli słuchasz tego radia, to myślę, że doskonale znasz moje podejście do polityki, psychologii i kilku innych pseudonauk. Ja to może zostawię, ale tak czy siak dzieje się troszeczkę. Dzieje się i to dzieje się centralnie. Ja tu sobie opowiadam tą historię o tym, co nas czeka właściwie. Tyle.
Co ja tu będę się obsynawał, co ja tu będę owijał w bawełnę. Czeka nas dosyć mocna zmiana i taka konkretna zmiana. Właśnie, tu w ogóle pozdrawiam jeszcze bardzo serdecznie, bo zapomniałem w woli tych ogłoszeń. Ja zawsze czegoś muszę zapomnieć. No ale taka jest natura prowadzenia audycji na żywca, że „Hiperprzestrzeń” jest oczywiście transmitowana w Radiu Paranormalium i w Radiu Paranormalium można ściągnąć ostatnie odcinki „Hiperprzestrzeni”. Tu pozdrawiam serdecznie Ivelliosa. Ivellios, peace and love, człowieku. I ty słuchaczko i słuchaczu też peace and love. I oczywiście Radio Dreamtime, które retransmituje „Hiperprzestrzeń”. No właśnie.
Wracając do mojego wątku, przed nami dosyć poważna zmiana. Zmiana na tyle poważna, że bora cały system. Ale zostawmy system z boku, bo normalne jest to, że kiedy przetoczy się wielka fala albo przesuwają się kontynenty, zmienia się kształt tych kontynentów dosyć drastycznie. Niektóre kraje gubią poważne połacie swojego, chciałem powiedzieć z angielskiego landu, swojej ziemi. Niektóre nowe ziemie się wynurzają z Atlantyku i tak dalej. Generalnie chodzi mi o to, co ma nadejść, czyli te wszystkie trzęsienia ziemi, które teraz się mocno zaczęły manifestować. Teraz jest taki moment. Od jakiegoś czasu się manifestują, ale teraz to już konkretnie. Dookoła tego dzieje się masa rzeczy. Widzimy dziwne zachowania polityków, próby przypudrowania sobie noska, zrobienia zasłony dymnej, różnych dziwnych operacji.
Widać klasyczną akcję pod tytułem: zaraz zrobi się gorąco, trzeba nawiewać. Zrobimy jakieś wybory, podamy się do dymisji. Każdy powód jest dobry, byleby nas nie było w tym miejscu, kiedy sprawy zaczną się dziać całkiem na serio. Do tego momentu trzeba sobie zrobić miękkie lądowanie. Myślę, że znakomita część establishmentu uparcie wierzy, naprawdę w to wierzy, przynajmniej ja, że przeżyją ten cały galimatias. Może to inaczej nazwać, ale mniejsza o to. Ja to będę nazywał na różne sposoby dzisiaj. Jest taki pomysł, że oni przeżyją, że ten system przeżyje i że trzeba zabezpieczyć ten system. Są takie pomysły, że tu przerzucą coś tam, tu coś tam. Takie troszkę nerwowe ruchy na rynkach finansowych, giełdach i tak dalej.
A przynajmniej taka świadoma, nie powiem, że odważna, bo co to za odwaga, że tak powiem, orznąć ludzi z kasy, ale świadome działanie widoczne mocno w dzisiejszych czasach, że jest dociskanie na maksa, żeby wykorzystać tę chwilę, bo za chwilę jak coś łupnie, to przecież wszyscy o tym zapomną, będą się martwić o zupełnie inne sprawy i może wszystkim ujdzie na sucho. Niektórzy już podają do dymisji. Brytyjska królowa słówkiem pacnęła, że ups, ma już chyba przygotowany helikopter i że też jest lekko przerażona. Scenografia jest zabawna generalnie, polityczna, można tak powiedzieć. Nie wiem, jak to brzmi. Scenografia pajaców, którzy myślą, że ustawiają życie innych ludzi. Mamy takie społeczeństwo podzielone chyba coraz bardziej na część z jednej i część z drugiej, mimowolnie, przez zupełny przypadek, z zasiedzenia. Jedni poszli w lewo, robią swoje życie, inni poszli w prawo. Wszyscy dalej są tymi samymi ludźmi, a jednak dwa zupełnie inne światy. Jeden świat oczywiście jak zwykle zajmuje się niczym innym, jak tylko utrwalaniem dawno zdobytej władzy ludowej.
W tym przypadku władzy dolara amerykańskiego oraz kursu walut i innych takich opowieści o dziwnej, podejrzanej treści ze świata tak zwanej współczesnej religii globalnej ekonomii marketingu. To jest jedna część opowieści. Druga część opowieści to oczywiście prawdopodobnie ty, ja, kilku takich ludzi, a może więcej niż kilku, którzy są troszkę z innej strony, którym to na przykład zbrzydło. Jest taki syndrom związany z używaniem substancji psychoaktywnych, szczególnie przy pierwszych tripach, który się zdarza bardzo wielu jegomościom, bardzo wielu podróżniczkom i podróżnikom, że ta pierwsza wizja, ten pierwszy moment, ta pierwsza wyprawa, to coś, co się pierwszego dzieje, to jest coś takiego zjawiskowego, coś tak pięknego, że kiedy wracają do rzeczywistości, to mają taki ból troszeczkę, że wrócili w miejsce, gdzie już ptaki nie śpiewają tak pięknie, gdzie sprawy nie wyglądają tak łatwo, gdzie funkcjonuje ciężka siła przyciągania i grawitacji. Tak można to nazwać. Mówiąc w bardzo wielkim skrócie, odczuwają bóle egzystencjalne związane z ciśnieniem i parciem na przetrwanie w tym jakże egzotycznym systemie zwanym religią ekonomii współczesnej i tak dalej. Las, znowu las. Ja w ogóle dzisiaj leśny jestem troszeczkę. Taka leśna sobota w hiperprzestrzeni. Ja mam na imię Tomek.
Właśnie, Skype do radia, radionafali.com. Można nawet zadzwonić do tego radia. Dokładnie, radionafali.com na Skypie. Ja jestem jeszcze na czacie oprócz tego radiowym. Wreszcie tam dotarłem, bo się troszeczkę zapomniałem. Pozdrawiam wszystkich czatowników tam obecnych. Lecę troszkę dalej z tym swoim tematem, jak zwykle takie enigmatyczne rozbiegówki, rozmiękłe, rozlazłe. Wracając do całej tej historii zmian, nawiążę troszkę do tego systemu kosmicznego, o czym wspominałem, że jest ta sprawa związana z precesją Ziemi, czyli tym, że obraca się troszeczkę inaczej niż powinna. A wynika to stąd, że jest jakieś ciało, które przyciąga Ziemię w odległym końcu galaktyki. A może nie takim odległym, jest bardzo blisko.
Drugi układ słoneczny i tak dalej. Zostawiamy te wszystkie spiny kosmiczne na razie, przynajmniej te drugie układy słoneczne. Czarne słońce, drugie słońce, bliźniacza planeta Ziemia i tak dalej. Legendy mówiące o tym, że spotykamy się i rozstajemy na rozdrożu dróg przez pewien moment w historii. Tak czy siak, cokolwiek bym nie mówił, tu porzucę te wszystkie spekulacje na temat kto i jak się gdzie spotyka, w jakim celu, co było 12 tysięcy lat temu i kto wybudował piramidy. Chodzi mi o troszkę inną historię. Zostawiamy detale na boku. Mianowicie chodzi mi o pewną synchronizację, o to, że jest to system kosmiczny i że to jest kosmiczna synchronizacja i że jedyny tak zwany mind control, czyli kontrola umysłu, to jest punkt referencyjny naszej cywilizacji, nic innego. Punkt referencyjny cywilizacji, czyli dokładnie moment, na który wszyscy się zagapiliśmy albo zagapiamy nieustannie w tym momencie. Czyli masz swoją intencję, zagapiłeś się na tą intencję albo zagapiłeś się na coś obok, zgubiłeś intencję.
Ups! Przepadło. Potknąłeś się, uderzyłeś głową w podłogę, przeniosłeś się do innego wymiaru. Narodziłeś się na nowo w innym kraju albo coś w tym stylu. Anyway, chodzi o punkt referencyjny. Dlaczego wspomniałem o tych narodzinach i tak dalej? To proste, bo narodziłeś się w innym kraju i masz na przykład inny punkt referencyjny i mówisz w innym języku. Zapomniałeś swojego poprzedniego życia. Zapomniałeś o wielu sprawach. Jeżeli urodziłeś się na przykład w Nepalu albo w Tybecie, akurat w miejscu, gdzie praktykują zjawisko zwane buddyzmem.
Nie mylić z religią. Nie wiem dlaczego. Wiem dlaczego. Jest to taka piosenka przeszłości, można powiedzieć. To jest jak biały protestant, który wierzy w swojego wielkiego Boga, pojedzie gdziekolwiek indziej, gdzie nie ma białych protestantów i zobaczy kogoś, kto spotyka się w dużym pomieszczeniu, śpiewa razem wspólne piosenki. To co powie? Że tamten wyznaje jakiegoś Boga, że to religia. Do nas dotarło to pod pojęciem religia. Chociaż buddyzm nie ma nic wspólnego z religią. Dosyć specyficzny pomysł na życie, bardzo ciekawy i jest to związane z wyzwoleniem, totalnym wyzwoleniem.
Ale może ja zostawię tutaj meandry buddyzmu, bo o co mi chodzi? Chodzi mi o wiedzę, o to wszystko, co się dzieje dookoła nas, bo to jest po prostu kosmiczna ustawka i to tak mocno kosmiczna ustawka, że nikt nie ma prawa tutaj, tak mi się wydaje, nawet kiwnąć palcem w bucie. Spójrzmy na samych mózg, czyli generalnie nasza intencja, nasza myśl. W cudzysłowie mózg, bo nie chodzi fizycznie o zjawisko mózgu, chociaż poniekąd też. To jest jedna historia i nie wiemy, co się w nim dzieje. Wiemy, że odpowiada za najważniejsze role, funkcje naszego organizmu i że jak ktoś cię trzepnie w głowę, to będzie słabo dosyć. Lepiej jakby trzepnął w nogę, bo przynajmniej to można przeżyć. W głowę troszeczkę słabiej. Zostawiając te brutalne historie o tym, jak ktoś kogoś trzepnie, mózg stawiamy na wyższym miejscu, ale tylko fizycznie, że jest taki łatwy do uszkodzenia niż organizm. Bo generalnie jeżeli spojrzymy na medycynę, spojrzymy na naszą cywilizację, na to, czym się martwimy i tak dalej, to właściwie bardziej martwimy się naszym organizmem.
Mózg, nasze intencje nie są niczym specjalnie istotnym. To jest taki dodatek, można powiedzieć, do całej tej historii. To taki dodatek, który świetnie działa tylko wtedy, kiedy materialne aspekty naszego życia są, niektórzy mówią ogarnięte, niektórzy powiedzieli, że zadowalające. I don't know. Ciężko mi to określić. Mniejsza o to. Pierwsza historia to jest właśnie sprawa z podziałem pomiędzy rzeczą niewidoczną, czyli naszą myślą, która steruje wszystkim oraz organizmem. To są te wszystkie paradoksy na styku medycyny i naszego organizmu, że niekonwencjonalna medycyna rozwiązuje lepiej problemy naszego organizmu niż konwencjonalna. I nikt nie potrafi tego wyjaśnić. Nikt nie chce tego wyjaśnić, bo jak się okazuje, medycyna konwencjonalna nie ma za bardzo opcji, żeby robić takie same rzeczy i nie ma też opcji na opatentowanie tego, co robi nam dobrze.
Także z dwojga złego, że tak powiem, wybiera opcję tą, że dalej będzie sprzedawała nam leki, które może patentować i dalej będzie zarabiała pieniądze na nas. Albo jakoś tak. Jeżeli oczywiście kupujemy leki. No i to jest pierwsza taka ustawka, którą sobie tutaj wymyśliliśmy. Pierwszy nasz punkt referencyjny. Kolejny punkt referencyjny to chociażby taki właśnie podział na widoczne i niewidoczne. Normalne jest to, że traktujemy sprawy dopiero wtedy, kiedy się wydarzają. Kiedyś zwykłem powtarzać dawno temu na hiperprzestrzeniach takie zdanie pewnego włoskiego albo fizyka, albo matematyka. Nie pamiętam już dokładnie. Dżentelmena z poprzedniego stulecia, który zwykł mawiać, że gdyby ból przychodził dosłownie dwa tygodnie po walnięciu się w daną część ciała, czyli jeżeli wbijamy gwoździe w ścianę i walniemy sobie w palec młotkiem, to ból przychodzi dopiero po dwóch tygodniach.
To praktycznie znaczy część wszystkich przybijających sobie obrazki na ścianę miałaby skalane palce gwoździem, znaczy młotkiem i dopiero po dwóch tygodniach odkrywaliby tą brutalną rzeczywistość, że jednak coś wydarzyło się takiego w ich życiu, że palec ich boli i mają ten problem, że powiązać skutek z przyczyną. To jest taki właśnie kolejny punkt referencyjny naszej cudownej cywilizacji, że właściwie oglądamy się tylko na moment, kiedy coś wylatuje w powietrze, a nie zastanawiamy się nad tym, kto przypadkiem podłożył tam ładunki wybuchowe. Przecież nic normalnie nie wybucha w powietrze samo z siebie. Ktoś musi podłożyć ładunki wybuchowe, ktoś musi to zorganizować. Czyli mamy kontakt z czymś widocznym i niewidocznym. Klasyczny numer z naszym organizmem, zdrowiem. Właściwie ktokolwiek wie, ktokolwiek widział z oficjalnej medycyny hasło pod tytułem: na czym polega cud stwarzania życia? Jakiegokolwiek życia. Nikt nie zna odpowiedzi. Nawet nie wiedzą, jak stwarzają się kryształy.
Nie wiedzą, jak się cokolwiek stwarza. Medycyna operuje tylko na materii, na tej zasadzie, że jeżeli zginie ci ręka gdzieś w wyniku działań wojennych o wyższą cenę ropy, to ściągniemy cię do naszego laboratorium, przyszyjemy ci nową bioniczną rękę, która może szczęśliwym cię do końca życia nie uczyni, ale zawsze jest to bioniczna ręka i może zrobimy z ciebie gwiazdę, może to zadowoli twoje zmysły albo i nie. Także mamy dwa pierwsze punkty referencyjne. Mamy to rozedrganie pod tytułem, że nasze myśli to jest jedna sprawa, a to, jak funkcjonuje nasz organizm, to jest druga sprawa. To jest ta tajemnica, moim zdaniem chowająca się troszeczkę za tymi cudownie prosperującymi, w sensie ćwiczącymi, biegającymi, uprawiającymi jogging, sporty ekstremalne, cokolwiek, aktywny tryb życia ludźmi, oczywiście zdrowymi, jedzącymi wszystko bardzo zdrowo i tak dalej. Nie to, żebym sam nie jadł niezdrowo. Czasami się zdarza, ale generalnie w miarę jadam okej. Także proszę się tutaj nie martwić o moją kuchnię. Ja też nie do kuchni piję. Ale chodzi mi o po prostu osobników, którzy są obsesyjnie wręcz zgięci na punkcie takiego egocentryzmu pod tytułem ja i moje ciało, moja fizyczność.
Spoko, doskonale. Ale jest to pierwszy taki punkt referencyjny. Fizyczność. Fizyczność dudni jak echo w głowie. Fizyczność, materia, żebym był piękny, śliczny i wyglądał ładnie. I wtedy świat jest u moich kolan. Siebie. Zresztą reklamy, wszyscy wiemy, o co chodzi. Drugi temat, o którym już wspominałem. Ja będę zagęszczał troszeczkę.
To jest właśnie owe widoczne, niewidoczne, czyli różnica pomiędzy tym, co my uważamy za efekt, a przyczynę. Tak do buddyzmu troszkę nawijam, bo to jest system filozoficzny. Nie system filozoficzny, bo to nie jest filozofia. To jest po prostu szkoła, taka stara, hermetyczna szkoła obsługiwania swojego własnego organizmu. Nie wiem, dlaczego ludzie nazywają buddyzm religią. Myślę, że bierze się to z kompletnego niezrozumienia tekstu. A może zrozumienia, bo tak naprawdę mamy ciągle do czynienia z taką kosmiczną ustawką i z naszymi punktami referencyjnymi. Są ludzie, dla których punktem referencyjnym jest pojęcie boskości czegokolwiek, więc będą jak ten dżentelmen, który wylądował kiedyś w Tybecie niecałe 100 lat temu, ten Arnwick. Jak zobaczył budynek, jeszcze nie wiedział, o co tam chodzi. Nie wiedział, co w ogóle ci ludzie robią, o czym ze sobą rozmawiają, ale już stwierdził, że to jest religia, że oni wyznają jakieś bóstwo, że ta figurka, ten uśmiechnięty koleś jest po to, żeby się do niego modlić i że oni się modlą do niego.
Nie, nikt się tam nie modli. Absolutnie. Tam ludzie generalnie wbijają się w taki rytm, troszeczkę inny rytm. Rytm kosmiczny na taką kosmiczną ustawkę. Ale wracając do naszych punktów referencyjnych, zostawmy na moment Tybet, bo chcę dojść do ostatniego, trzeciego punktu referencyjnego. Chociaż to nie są wszystkie trzy. Można je wymieniać w nieskończoność, ale to jest takie moje clou dzisiejszej opowieści, czyli zjawisko i przyczyna. Właściwie wszystko to sprasowane do jednego. Co dużo mówić, chodzi o to cudowne rozbicie tego, że właściwie za punkt referencyjny, tak to nazywam, to niech tak już zostanie, uznaliśmy kawał materii jako cywilizacja i cokolwiek byśmy nie chcieli zrobić, gdziekolwiek byśmy prawdopodobnie chcieli pójść jako żywe istoty albo coś w tym stylu, zawsze będzie to związane z naszym punktem referencyjnym. I to tak dosyć konkretnie.
Czyli jeżeli, tak jak wspominałem, ten dżentelmen wychodzi z jakiejś bardzo protestanckiej, katolskiej rodziny, która nieustannie wali głową w podłogę przed jakimś krzyżykiem albo czymkolwiek, to normalne będzie to, że wszędzie taki dżentelmen będzie szukał potwierdzenia tej swojej rzeczywistości. Właściwie wszystko będzie przykładał do swojej miarki. Jest taki nieszczęśliwiec, któremu tak się złożyło, udało się popodróżować po świecie w czasach, kiedy inni nie mieli aż tyle możliwości albo się po prostu im nie chciało. Akurat stał się na tyle sławny, że zaczął o tym opowiadać. I też doskonale w opowieściach zawsze każdego podróżnika słychać jedną główną rzecz: jego własny punkt referencyjny, z którego wyrusza na wyprawę. Każda książka podróżnicza, każdy z nas, nawet jeżeli jedziesz na drugi koniec miasta spotkać się z kimś po prostu zwyczajnie na kawkę, to i tak jedziesz spotkać się ze swoim punktem referencyjnym, z tym, co sobie o tym wszystkim myślisz. To jest twoja kosmiczna ustawka. Zawsze jest kosmiczna, bo żyjemy w kosmosie. Właśnie, dlaczego zacząłem w ogóle od tych kosmicznych ustawek i od tego, że Ziemia jest magnesem do innej planety i tak dalej, i tak dalej, że wszystko się ustawia i że są te punkty referencyjne cywilizacji, o których kiedyś tu wspominałem. I teraz jeszcze raz przypominam.
Właśnie, o co chodzi z tymi zmianami? Bo kiedy Ziemia się ustawi, a właściwie jest w trakcie tego ustawiania, nasze pola grawitacyjne Ziemi, tak troszeczkę ogólnikowo mówię, jakbyśmy byli małą Ziemią. Ale poczuj się małą Ziemią, dziewczyno i ty, chłopaku, też razem z małą Ziemią się poczuj w tym momencie. Się ustawia do oryginalnego poziomu. Widziałem sobie ostatnio zdjęcia z satelity NASA tych wszystkich pól magnetyczno-grawitacyjnych dookoła Ziemi. Tam jest taka dosyć mocna konkluzja pracowników naukowych na podstawie zdjęć, badań archeologicznych, bo tam się też wykopuje kawałki skał bazaltowych, które zastygają bardzo szybko po tym, jak wylecą z wulkanu. I dzięki temu, że szybko zastygają, a mają dużo metalu w sobie, można teoretycznie pokusić się o próbę na przykład sprawdzenia, w którym kierunku były wyrzucane z wulkanu albo gdzie znajdował się biegun magnetyczny. Co nie jest akurat łatwe, bo wulkaniczna skała generalnie jest po prostu magnetyczną skałą. Co jest w ogóle całą historią samą w sobie, ale tak czy siak są takie opcje, że można sobie posprawdzać, gdzie to pole magnetyczne było wcześniej. Jeżeli oczywiście były tam jakieś lądy.
I się okazuje, że pole magnetyczne ma taką tendencję, że wpierw się rozbija, rozjeżdża na kawałki. Tych, można powiedzieć, mikrobiegunów dookoła globusu jest masa, a później jest taki moment, gdzie to wszystko zaczyna się zjeżdżać razem. Historia jest trywialnie prosta. Jeżeli weźmiesz do ręki piłkę i wyobrazisz sobie, że piłka jest mokra, jest tak jak Ziemia, jest troszkę wody i jakimś cudem to trzymasz w ręku i jest na tym jakaś nalepka, jakiś po prostu zestaw nalepek, tak jak kontynenty na globusie i że to wszystko się ślizga troszkę na tej piłce, to trochę jakby zakręcić tą piłkę i niektóre rozsunięcia pomiędzy kontynentami puszczają, bo Ziemia się kręci w swoim własnym kierunku. Siła grawitacyjna jest jaka jest i normalne będzie to, że kontynenty od pewnego momentu się odpychają, czyli uciekają od siebie po to, żeby przepłynąć przez wszelkie te, że tak powiem, odmęty historii i połączyć się z powrotem w jeden wielki kontynent i z powrotem, że tak powiem, rozejść się w swoich własnych kierunkach. Oczywiście, jak zwykle przy takiej historii jest mowa o strasznie katastroficznych sprawach. I nic dziwnego, bo rozejście się Ziemi na taką skalę, która właśnie przed nami, jest historią w sumie w wielu miejscach katastroficzną, bo wiele miejsc pójdzie mocno pod wodę albo mocno do piachu. Zależy, z której strony. I na pewno wielu ludzi na tym ucierpi, ale przede wszystkim powstanie w ogóle nowy świat. Powstanie w ogóle nowy system.
Bo przede wszystkim jedna rzecz, która ucierpi, to potężne szlaki transportowe, komunikacyjne i to nie tylko dla towarów, produktów, bo to akurat najmniejsze, że tak powiem, zło świata, bo w rzeczywistości, jak się okazuje Znakomitą ilość rzeczy, przynajmniej tak powoli dochodzimy do tego w dzisiejszych czasach, możemy sobie wyprodukować sami. I w tym natłoku tych wszystkich cudowności, które mamy z całego świata, nagle się okazuje, że przynajmniej taka jest historia ze mną, że nie potrzebuję zbyt wiele. Ale nie wiem, jak jest u ciebie. Może potrzebujesz nowego Rolls-Royce'a. Dzisiaj miałem rozmowę z dżentelmenem, który był na takiej ciekawej imprezie dzisiaj po drodze i został zaczepiony. Mniejsza o to, zostawię tutaj detale tej historii jak zwykle. Został zaczepiony do rozmowy i tak dalej. Okazało się, że człowiek świętuje zakup nowego zamku i jego jedynym marzeniem jest prawdopodobnie zakupienie kolejnego Rolls-Royce'a, bo już jednego ma i że dwa będą wyglądały fajnie. I to jest jego punkt referencyjny. Jest to dosyć zabawne, jeżeli spojrzy się na mapę trzęsień ziemi aktualnie, taką mapę sejsmograficzną tej planety.
Zabawnym pomysłem wydaje się inwestowanie w kolejnego Rolls-Royce'a. Tym bardziej, jeżeli się już jednego ma i wiadomo, że dwoma i tak się nie pojedzie. Chyba że ktoś ma taki kaprys, że koniecznie musi mieć dwa w różnych kolorach. Są tacy ludzie, byli w historii nawet rock'n'rolla. Tacy ludzie, którzy mienili się miłośnikami pokoju i w ogóle chcieli samych dobrych rzeczy, jak John Lennon, ale jakoś tak zawsze, kiedy miał grubą sumę w kieszeni, to zamiast zrobić coś sensownego z tą sumą, jakoś nie mógł chłopak się powstrzymać i po drodze zawsze wpadał do salonu Rolls-Royce'a i kupował sobie najdroższego po to, żeby później, siedząc na tylnym siedzeniu, obok zawsze miał szofera do tego Rolls-Royce'a, z tylnego siedzenia owego luksusowego samochodu machać do dziennikarzy i opowiadać o tym, jak bardzo ceni sobie walkę o pokój. Bardzo dobrze. Też mi się podoba taka walka o pokój, która polega na przepalaniu ton ropy. Ale dla tych ludzi to prawdopodobnie nigdy się nie skończy, bo w tej teologii ten pomysł odpada. Bo punkt referencyjny jest zawsze tam, gdzie jest twoja dupa, mówiąc brutalnie. Tam, gdzie jest twoje dupsko.
I się nigdy nie zmienia. I to jest pytanie. Bo skoro to jest taka z angielskiego mandatory, czyli taka obowiązująca wszystkich historia, zasada, że nasz punkt widzenia to jest nasza własna dupska sprawa i punkt siedzenia, to każdy ma swój własny punkt referencyjny. I jak od tego uciec, skoro każdy punkt referencyjny jest tak indywidualny i nie można się czepić do tego, że ktoś ma taki bardzo grawitacyjny punkt referencyjny, że ciągnie innych ludzi za sobą do katastrofy globalnej albo coś w tym stylu. A my się zastanawiamy, o co tym ludziom chodzi. To ten najważniejszy punkt referencyjny jest, ja tu ciągle o tym mówię, schowany w nas. To jest ten moment rekrutacji tej cywilizacji. I teraz albo wskakujemy na tą historyjkę pod tytułem: olewam wszelkie zjawiska, olewam warunki, które są dookoła i patrzę na przyczyny jako na jedną rzecz. Jeżeli na przykład drzewo się przewróci, to w tym momencie jest to dopiero pierwszy moment, kiedy podchodzę do drzewa i się zastanawiam, po jaki kij, z jakiego powodu i dlaczego i jak to drzewo rosło. Taka prosta historia.
Nikt się nie zastanawia dlaczego, skąd się to... Właśnie, nikt już nie ma tego nabiegu do tyłu. Zresztą to widać doskonale po naszej historii. Ja to sobie śledzę kątem oka, nawet troszkę bardziej niż kątem oka, wszystkie te zabytkowe historie z naszej przeszłości, prahistorii, różne tajemnicze wykopaliska i widać jak na dłoni taką tendencję do odcinania się od swoich korzeni. Oczywiście jest taka historia związana z tym, że jest przędutoria spiskowa, jest Smithsonian Institute i ta legenda o tym, że wzięli najbardziej kontrowersyjne zabytki wykopywane na wykopaliskach całego świata, a następnie, żeby nikt nie ujrzał ich na własne oczy, zatopili w Zatoce Meksykańskiej. Czy jakoś tak. Ale zostawiamy tą legendę. W każdym razie robią takie rzeczy, że nie pokazują tych wszystkich kontrowersyjnych rzeczy. Jeżeli jakiekolwiek muzeum ma jakiekolwiek kontrowersyjne artefakty, to ostatnią rzeczą, którą chce zrobić, to wywalić te artefakty przed moje i twoje oczy. To się na pewno nie wydarzy.
Raczej nie. Raczej tendencja jest taka, żeby iść za oficjalną wersją historii i generalnie klepać czołem w podłogę, wierzyć w jakichś bożków, jakieś nadludzkie siły. Właśnie, bo to jest nasz punkt referencyjny. To jest nic innego jak odzwierciedlenie dokładnie momentu, w którym jesteśmy. Mamy w dupie swoją historię jako cywilizacja, bo też troszeczkę jest to obraz nas samych. Mamy też w dupie samych siebie nawzajem. Nie da się tego ukryć. Zresztą oglądając współczesną rzeczywistość, no cóż. Szczęśliwie jest tak, że nie jest to, że tak powiem, przepraszam bardzo, jak zwykle muszę sobie... Musiałem sobie poprawić jeden kabelek.
Ale wracając do tematu, nie jest to taka rzecz, która jest gdzieś tak strasznie obok, ten punkt referencyjny, bo ja myślę, że cała przyszłość, nasza przyszłość, właściwie teraźniejszość, wszystko zależy od tego punktu referencyjnego. I teraz pytanie, gdzie sobie ustawiamy ten punkt referencyjny? Czy jesteśmy dzialskimi obywatelami tej planety, którzy kumają na przykład proces rośnięcia drzewa i są w stanie zrozumieć, skąd się w ogóle bierze las, których punkt referencyjny znajduje się troszeczkę wcześniej, przed momentem, zanim drzewo upadnie im na nogę i zastanawiają się, skąd się to drzewo wzięło, co to w ogóle jest i dopiero wtedy badają sytuację. Czy też punkt referencyjny jest czymś takim, co nazywa się spostrzegawczością? Bo to jest coś, co utraciliśmy. I takim obrazkiem historii jest to, że nie chcemy za bardzo cofać się do tyłu. Jest oficjalna wersja historii. Wszystko jest okej, wszystko działa. Jeżeli coś jest nie tak, to zamiatamy pod dywan. I to jest właściwie efekt naszej takiej globalnej zgody na to, że to się tak odbywa.
To nie jest tak, że to za naszymi plecami gdzieś ktoś coś tam. Znaczy na pewno tak, do pewnego stopnia, ale to za naszymi plecami jest tylko i wyłącznie dlatego, że to my się odwracamy do sprawy plecami, a nie dlatego, że plecy odwracają się do nas. Przynajmniej tak to wygląda z mojego punktu widzenia, niekoniecznie z punktu widzenia pleców. Wracając do tej całej prehistorii, jest tam masa opowieści o kosmicznych ustawkach. Wszystkie te sprawy związane z orientacją na gwiazdy, o których tu nieustannie opowiadam już naprawdę do znudzenia. Ale to jest punkt referencyjny tamtych ludzi, bo moja głowa, kiedy coś robię, musi być w jakimś punkcie. Jeżeli w tym momencie uparłem się, że zrobię sobie kawę, to moja głowa jest w czynnościach, które polegają na braniu kubka do ręki, nasypywaniu tam kawy, zalewaniu wrzącą wodą, dodawaniu sobie mleka i siorbaniu sobie tej kawy z przyjemnością. Smacznego. To jest mój punkt referencyjny i to jest moja najbliższa rzeczywistość. Jeżeli mój punkt referencyjny jest w takim miejscu, o którym współczesna astronomia nie ma pojęcia, bo na przykład jedyne, co może powiedzieć, to: „Mamy budynek, którego nie jesteśmy w stanie datować.
Prawdopodobnie pochodzi sprzed 12 000 lat i wychodzi na Aldebarana”. My tego Aldebarana znamy właściwie dopiero od momentu, kiedy wysadziliśmy teleskop Hubble na orbitę dookoła Ziemi i odpaliliśmy wszystkie te dziwne urządzenia pomiarowe. A tam 20 000 lat temu ktoś już dawno o tym wiedział i to wybudował. Czyli to przez przypadek. To tylko tak. Przechodzili z tragarzami i po drodze zahaczyli o kilka kamieni i tak się samo sypało i się ustawiło. Ale wracając do logiki normalnego myślenia, prosta sprawa. Ktoś, kto budował te budynki, miał punkt referencyjny gdzieś indziej. Gdzieś — delikatnie powiedziawszy. To gdzieś indziej znajduje się wszędzie w kosmosie, bo właściwie nie ma budynku, nie ma struktury, która by pochodziła z naszych zamierzchłych czasów, która nie byłaby zorientowana w ten kosmiczny sposób.
My dzisiaj sobie klepiąc się dziarsko po plecach, mówimy: „Fajna historia. Atlantyda albo jakieś tam królestwo Ur. Fajne, egzotyczne. Ewolucja Darwina” albo coś w tym stylu. Generalnie zawsze jest taki nawrót, taki syndrom troszkę sztokholmski, nawrót niewolnika do tego, żeby być niewolnikiem. Mamy wystarczająco dużo informacji na temat historii świata, żeby zanegować praktycznie wszystko, cokolwiek napisano w jakimkolwiek podręczniku historii, przynajmniej tym oficjalnym. Czy chcemy, czy nie. Same wykopaliska archeologiczne. Tam nawet nie musimy stawiać pytań. Wystarczy, że wymienimy w tych książkach nagłówki, tam włożymy zdjęcia tych artefaktów, które są znajdowane oraz oficjalne dokumenty z testów tych artefaktów na przypadek zawartości jakichś substancji organicznych, która się zwęgliła i dzięki temu można sprawdzić, jak stara jest.
Ja sobie ostatnio siedzę przy Göbekli Tepe, bo to jest ciekawa historia, taki potężny kompleks, o którym tu już nawet opowiadałem nie raz, nie dwa. Jest nawet specjalna audycja „Hiperprzestrzeń” poświęcona temu tematowi, bo tam ciągle odkopują. Niestety główny archeolog, dżentelmen, który to odkrył, odszedł od nas rok temu. Także w tym momencie ktoś inny przejął ten cały site archeologiczny i w głównej mierze turecki rząd, który już wybudował tam jakieś ogrodzenie, stawia jakieś dachy i już jest ponoć problem, żeby zobaczyć w nocy, jak są ustawione te słupki i że to nie jest takie przypadkowe ustawienie. Ale to nie jest jedyne przypadkowe ustawienie. O tym tak zwanym nieprzypadkowym ustawieniu chyba wszyscy wiemy na pamięć. Doskonale. Wszystko wiemy na pamięć z tego tematu. Szafty w piramidzie. Ktoś słyszał?
Wszyscy słyszeli. Taj Mahal. Wszyscy słyszeli o piramidach w Chinach. Wszyscy słyszeli o Meksyku, Ameryce Południowej. W Ameryce Północnej jest masa rzeczy, o których nam się tutaj nie mówi, bo oficjalnie Ameryka Północna jest taką krainą, która została odkryta przez Kolumba albo co najwyżej przez Wikingów troszkę wcześniej. Ale okazuje się, że tam była jakaś potężna cywilizacja. Zresztą zostały ślady tej cywilizacji, potężne kurhany, które były rozgrzebywane. Znajdywano tam różne dziwne artefakty. Do tej pory jest sprawa tak zwanych artefaktów z Michigan, czyli tych dziwnych miedzianych płyt oksydowanych na czarno. Tak, czarna warstwa miedzi.
To nie przez przypadek. Z takimi rysunkami i tak dziwnym pismem, o czym tu wspominałem, że jedyne podobne pismo znajduje się w Europie. I to właściwie gdzieś jest mowa o czasach Etrusków i takiego bardzo wczesnoetruskiego pisma, gdzieś takiego wymiksowanego troszkę z jakimś pismem z Aleksandrii. Właściwie przypomina kufu, czyli to pismo, które pochodzi z Sumerii i na dodatek jeszcze jest bardzo podobne do pisma, które nazywa się rongo rongo i pochodzi z Wysp Wielkanocnych. I właściwie nikt nie wie, o co chodzi, bo elementy są bardzo podobne. Jeszcze oczywiście przypomina troszkę hieroglify, ale z hieroglifami jest w ogóle taka historia, że w tym momencie mam już w sumie takie stuprocentowe potwierdzenie, że te hieroglify, które znajdują się w Australii, są jak najbardziej oryginalne, autentyczne i ich wiek jest prawdziwy. Czyli nikt nie zrobił ich w tym stuleciu ani poprzednim stuleciu. Czyli na pewno nie zrobili tego biali ludzie w Australii. Czyli mamy Australię i mamy tam egipskie hieroglify. Mamy w ogóle takie pismo, które jest prawie wszędzie.
Szukamy naszych przodków w Polsce i myślę, pewnie w wielu krajach, a szczególnie w takich, które szukają nieustannie swojej własnej tożsamości, swojego nowego punktu referencyjnego, bo czują się zagubione ze starym punktem referencyjnym. To właśnie jest gonitwa na słowiańszczyznę, ale tam nikt sobie nie zadaje chyba za bardzo pytań, co dalej, bo słowiańszczyzna to jest jedna rzecz. To jest tylko jeden kawałek kodu DNA. Ostatnio się okazało, że pod kodem RNA, czyli tym niby najstarszym przekazywanym, znajduje się jeszcze starszy kod DNA. Znaczy jeszcze starsza sekwencja, o której w ogóle nikt nie miał pojęcia. Schowana pod RNA jest taki dodatkowy kod i mamy go tam jakieś potężne ilości. Właściwie wygląda na to, że to tam jest ta informacja schowana, a to, co my uznawaliśmy za informację, to troszkę na zasadzie bardziej opakowania i do takiej- Cienkiej folii dookoła potężnego betonowego budynku wielkości stadionów albo paru stadionów. Się okazuje, że jest troszeczkę inaczej. I tu znowu jest cała ta historia pod tytułem: mamy nasz punkt referencyjny, który brzmi pod tytułem „wiemy wszystko” i to nasze widzenie wszystko to jest punkt na materię, że jeżeli potrafię wysadzić coś w powietrze, to generalnie przez wysoką temperaturę może potrafię podgrzać to tak, że się stopi, sklei w jedną całość. Może to później wykuję i uda się odratować urządzenie albo coś w tym stylu.
Ale to jest wszystko od strony materii, tylko oddziaływań grawitacyjnych, czyli takich, w których oddziałujemy trwale na materię. Natomiast do tej pory jest ciężki problem, żeby zobaczyć ten punkt referencyjny w innym miejscu. Ja postuluję, żeby go zobaczyć w kosmosie, czyli tam, gdzie oryginalnie się znajduje. Przynajmniej taka jest moja opinia na ten temat. I ja tu się oczywiście jak Słowianin skopiowałem na przodków oczywiście, których tu nie ma w tym momencie przy mikrofonie, także nie może wyjść pokraśny tłumek ludzi i powiedzieć tak: „Tak, tak, tak, Tomek ma rację”. Ale myślę, że przodkowie by się ze mną absolutnie zgodzili. Ten punkt referencyjny człowieka, który zostawił nam te informacje, był w kosmosie. A co to oznacza? Zastanówmy się chwilę. RadioNaFali.com.
Hiperprzestrzeń. Ja mam na imię Tomek. Otóż to. I dzisiaj o pewnym zaczepieniu naszej cywilizacji. O tych katastroficznych czasach trochę. Mam tu herbatę z mlekiem. Nie czuję się osamotniony. Ty możesz zadzwonić. RadioNaFali.com taki jest adres na Skypie. Jak masz jakąś refleksję i chcesz dołączyć.
A ja tymczasem dalej jadę z tą historią, bo nie na darmo wspomniałem dzisiaj o buddyzmie i o tej słowiańszczyźnie nieszczęśliwej, bo jest taka moda na szukanie nowego wzorca. Ja myślę, że to jest polityka, bo teraz wszyscy są bardzo słowiańscy, wszyscy są już pra-Lechitami czy jakoś tak. Wszystkim już odjechało mocno. Ale wszyscy ci, którym tak odjeżdża, mają taki lot na identyfikację. Przynajmniej ja słyszę takie wytłumaczenia, że to jest nasza historia, nasza tradycja, że trzeba ją znać, że bez tego to w ogóle nie ma nic. Ale to jest taki punkt referencyjny, że tak powiem, od dupska strony, bo to nie jest żaden punkt referencyjny, bo to jest taki klasyczny punkt referencyjny, który się niczym nie różni od kultury z Watykanu. Czyli jeżeli ja nauczę na przykład twoje dzieci, żeby pierwszym wydarzeniem historycznym w ich świecie, w ich kosmosie, w ich punkcie referencyjnym na temat cywilizacji była jakaś wojna, to będą wierzyli w jakąś wojnę. Tak samo jak tutaj wymyślanie sobie punktu referencyjnego. Ale zobaczmy, co się dzieje dalej z naszym kodem DNA, o którym tu wspomniałem. Owym słynnym słowiańskim kodem DNA.
Ten słowiański kod DNA nie jest wcale taki słowiański. Znaczy, jak go nazywa Słowiani, to oczywiście jest prasłowiański, ale w rzeczywistości ten kod DNA sięga dokładnie na Syberię i na takie miejsce, które się nazywa Mongolia i Tybet. Część Tybetu od strony Pakistanu. No i kawałek Indii i tak dalej. Tam po drodze mamy braminów, którzy mają podobny kod genetyczny, właściwie praktycznie taki sam jak my, poza tym, że trochę inny kolor skóry. Ale to normalne, inne warunki grawitacyjno-magnetyczne Ziemi w każdym miejscu. One zmieniają uwarunkowania, nasz kolor skóry i wiele innych rzeczy, nawet kolor oczu. Ale do tego wrócę. Do tych biegunów grawitacyjno-magnetycznych jeszcze dzisiaj za sekundę. W każdym razie tam prowadzą nasze ślady, czyli już w tym momencie nie prasłowianie, ale bardzo stary naród.
Bardzo, że tak powiem, stara linia krwi. To też nie koniec ci bramini. To też nie jest tak, że to się wzięło nie wiadomo skąd. I że teraz możemy powiedzieć, że jesteśmy starsi od braminów albo coś takiego. Takie wykłócanie się troszeczkę, szukanie dodatkowo jakiegoś kontekstu kulturowego, jeżeli samemu się straciło swoją własną wiarę w siebie samego. A gdzie prowadzi nas cały ten kod DNA? Ten kod DNA prowadzi nas nigdzie indziej jak do Australii. To często powtarzam ostatnio. Prowadzi dokładnie do Aborygenów i prowadzi właściwie przez Tybet, co tu dużo mówić. Czyli naszymi starszymi wujkami są, można powiedzieć, mieszkańcy Tybetu, Mongolii, a starszymi braćmi to mieszkańcy Syberii, Indii i Pakistanu i Iranu.
My jesteśmy najmłodsze pokolenie, a ojcami rodu są, na to wygląda, Aborygeni. Przynajmniej jeżeli chodzi o nasze DNA. I tam jest jeszcze zabawniejsza sprawa, bo ostatnio wypłynęły wyniki badań kodu genetycznego Indian w Ameryce Południowej. Nie wiem, czy o tym wspominałem, ale to jest taka rzecz, która chodzi mi ostatnio po głowie, bo rzecz jest naprawdę wow. I się okazuje, że ten marker kodu DNA wygląda bardzo podobnie co do Aborygenów. Czyli najstarsi ludzie na świecie pochodzą z jednego miejsca. I jest taka ciekawa historia. Nie wiem, czy nie mówiłem. Nieważne, się powtórzę najwyżej. Jest najstarszy ród na świecie i jest taki moment w historii, gdzie się rozchodzimy.
Oficjalna teoria mówi o wędrówce ludów wzdłuż brzegów kontynentów i tak dalej. Okazuje się to totalnie bullshitem. Nikt nigdy nie znalazł żadnego potwierdzenia archeologicznego na jakąkolwiek wędrówkę ludów, a wędrówka musiała być potężna. Przecież jeżeli się wędruje wzdłuż linii brzegowych, to się robi szlaki komunikacyjne i coś tam zostaje. Ale ślad komunikacji idzie w ogóle w drugą stronę. Wszystko, co jest znajdowane, idzie w drugą stronę. Nie do, jak wszyscy myśleli, Afryki, tylko z. I wygląda na to, że jakiś czas temu rozdzieliliśmy się. Część z nas wylądowała w Afryce, część z nas wylądowała w Azji. Ale generalnie my jako Słowianie mamy naszego dziadka Aborygena I to się nigdy nie zmieni.
To są nasze najstarsze korzenie. Po drodze jeszcze mamy starszego brata gdzieś tam w Tybecie. Nawiążę do Tybetu, bo tu chodzi o punkt referencyjny. Tam jest trochę inny punkt referencyjny. Widać, że dawniej on był jeszcze inny. O ile w dzisiejszych czasach, jak chcemy odnaleźć przeszłość i niby coś zrozumieć, to bardzo szybko się okazuje, że cofamy się tylko do tego momentu, gdzie nasz radosny konformizm pozwala nam czuć się w błogostanie, bo czujemy się napompowani własnym egocentryzmem, bo wielka słowiańska ludność i tak dalej. A co się stanie, jak pójdziemy dalej do tych kolesi, którzy w ogóle nie budują żadnych zamków? Nie produkowali nigdy szabel, nie interesują ich takie zabawy. Ich punkt referencyjny jest zupełnie gdzie indziej. Ich punkt referencyjny jest w zupełnie innym świecie.
Dream time tak to się nazywało u Aborygenów. Ich punkt referencyjny nie znajduje się w biało-czerwonej chorągwi. Uwaga! Nie znajduje się w żadnej chorągwi. Ich punkt nie znajduje się ani w luksusowym domu z basenem, ani w ekskluzywnym samochodzie oraz wakacjach w modnym miejscu, ani nawet w ulubionym serialu w telewizji. Ich punkt referencyjny znajduje się w miejscu, które z punktu widzenia bardzo grawitacyjnego naszego, naszej cywilizacji jest po prostu niewidoczne. Tu mam jakiś telefon. Odbieram. Halo, halo. Nie potrafię przeczytać.
Witam serdecznie.
[44:08] - Witaj Tomku. Właśnie dzwonię, bo słyszę, że mówisz o buddyzmie i porównujesz do słowiaństwa trochę. Mam do ciebie takie pytanie: jaki jest twój stosunek do buddyzmu? Czy mówisz o nim w pozytywnym kontekście?
[44:26] - Skąd to pytanie się spytam?
[44:28] - Po prostu dopiero co przyszedłem i tak słucham i nie wiem, jaki masz do tego stosunek. Chciałem się zapytać, zanim zaczniemy rozmowę.
[44:37] - Ja tu buddyzmu używam jako pewnego paralon do pewnej sprawy. Moje podejście do tego nie jest związane. Jest bardzo tantryczne. Nie ma nic dobrego ani złego, jest tylko kwestia tego, co wybierasz.
[44:51] - Na pewno nie buddyzm, dlatego, że to są najwięksi zbrodniarze wojenni jak dla mnie.
[44:58] - Nigdy w życiu nie spotkałem ani jednego zbrodniarza wojennego, który był buddystą, ani w życiu nie słyszałem, żeby kiedykolwiek buddyzm odpowiadał za jakąkolwiek wojnę.
[45:06] - Właśnie. W sumie też nie spotkałem. Nie spotkałem żadnego zbrodniarza wojennego żadnej religii ani narodowości, ale słyszałem o zbrodniach buddystów na przykład w Birmie. Dzisiaj to się nazywa Mjanma. Mnisi buddyjscy nawołują do nienawiści wobec innych religii i mniejszości etnicznych.
[45:29] - Nigdy o tym nie słyszałem, a znam ludzi, którzy są z Birmy i nigdy o tym nie słyszałem. Nie wiem, skąd się biorą takie historie.
[45:36] - Takie historie się biorą stąd, że tam trwa wojna od pół wieku.
[45:42] - Zdaje się, odpływamy od tematu. Ta wojna się bierze z prostego powodu. Jeżeli nie wiesz, to mogę ci powiedzieć, co ja wiem na ten temat. Nazywa się to Złoty Trójkąt i jest to miejsce kontrolowane przez CIA. Lokalni badaszowie dostają całe wagony świeżej broni wyładowanej z amerykańskich transporterów wojskowych, które lądują jako wojskowe helikoptery gdzieś w dżungli. Natomiast na pokład z powrotem zabierają heroinę. Tak oto ci biedni ludzie w górach muszą po prostu przetrwać, bo specjalnie jest robiony taki syf, bo jest to tani, łatwy szlak przerzutowy. Tam pieniądze brudne, broń, narkotyki, wszystko. Nic nie jest rejestrowane. Każde służby wywiadowcze MI5 i CIA piorą swoje pieniądze.
Wszyscy są szczęśliwi, a później się opowiada ludziom bajki, że buddyści zaatakowali kogoś. Przede wszystkim to nie o to chodzi, czy buddyzm jest okej, czy nie okej, bo ja nie mam z tym żadnego problemu. Nigdy nie miałem żadnego z tym problemu. Chodzi po prostu o to, czym jest informacja zwana buddyzmem. Tylko i wyłącznie o to. Problem, czy coś jest dobre, czy coś jest złe, jest problemem katolika albo kogoś, kto wierzy w jakiś dualizm i nosi w sobie ten dualizm. To jest nieustanny problem moim zdaniem.
[46:50] - Nie wierzę ani w jakiegoś boga, ani w dualizm.
[46:53] - Buddyzm nie jest religią, tam nie ma bóstwa żadnego, tam nie ma bogów.
[46:56] - Oczywiście wiem, ale wierzę w fakt taki, że to nie jest filozofia pokoju.
[47:01] - To jest filozofia pokoju. Absolutnie.
[47:03] - Zacofania.
[47:05] - I ja zdaje się mogę powiedzieć dokładnie to samo o Watykanie.
[47:09] - Pewnie Watykan też jest.
[47:12] - Natomiast nie wiem, jakie masz dowody na to, żeby powiedzieć cokolwiek na temat buddyzmu takiego, co twierdzisz. Nie znam nic na potwierdzenie twoich słów. Przynajmniej ja.
[47:20] - Mogę ci podać takie miejsce potwierdzenia. Na przykład jest dobry film dokumentalny stworzony przez telewizję Press TV, którzy tam reporterzy byli, pokazywali na przykład wypowiedzi mnicha głównego Birmy, który nawoływał do nienawiści do muzułmanów i oskarżał ich, używając faszystowskiej retoryki, o różne zło świata i namawiał do pogromów.
[47:46] - Nigdy tego nie słyszałem na własne uszy. Także słuchaj, człowieku, nie mam pojęcia, o czym mówisz.
[47:51] - Prędzej czy później to sprawdź. Nie musisz mi wierzyć.
[47:53] - Spoko. Prawda jest taka, że buddyzm nie jest religią. Przede wszystkim nie jest kulturą inwazyjną i jest ofiarą. Taka jest prawda. To ci ludzie płacą ofiarę. To tam lądują wojskowe helikoptery i to tam strzela się im w głowę albo robi taką republikę bananową, że można było przerzucać cały nielegalny towar na świecie albo przynajmniej połowę. Także dosyć prosta sprawa. Zrobiono z nich na siłę kraj trzeciego świata, który uwalono w ten sposób, żebyś wierzył w to, że jest tak spolaryzowany, że jest pełen konfliktów i żebyś patrzył na to właśnie z tego punktu referencyjnego. To nie widzisz tam normalnych ludzi, tylko widzisz w ogóle buddystów, którzy walczą. To jest już tak abstrakcyjnym pomysłem, że to się w głowie nie mieści.
Bo buddyzm po prostu zakazuje czegoś takiego. Do doktryna, bo to jest informacja, do czego ja zmierzam. Nie zamierzam tutaj się kłócić i mówić ci, czy powinieneś lubić buddyzm, czy nie i co ja myślę o twoich rewelacjach. Na ten temat, bo też mam swoje informacje na ten temat, czym to jest, a czym nie jest. Chodzi po prostu o to, czym się zajmuje buddyzm, że jest to resztka informacji, że jest to jedno z takich ostatnich miejsc, punktów referencyjnych, które nie znajdują się ani w basenie, ani w luksuwym samochodzie, ani w wakacjach w ekskluzywnym miejscu, ani w twoich historiach z karabinem maszynowym i tego, do kogo trzeba strzelać, a do kogo nie trzeba strzelać, żeby było lepiej. Że punkt referencyjny znajduje się zupełnie gdzieś indziej i że ten punkt referencyjny znajduje się w sumie w kosmosie. Tadam! I to jest ta różnica pomiędzy naszymi starszymi braćmi a naszym szaleństwem. Co nie znaczy, że ktoś jest lepszy i gorszy.
[49:30] - Co do tego, że imperializm amerykański rzeczywiście narobił tyle brudu, że to jest rzeczywiście-
[49:37] - Tylko tyle. Wiesz co, bo my troszkę zaczynamy. Ja przepraszam, ale był kotaś. Pamiętaj o tym, że Birma i te kraje są okupowane dokładnie od czasów wojen opiumowych, czyli tak ponad 100 lat. Tam nie ma czegoś takiego, że tam w ogóle jest wolny kraj jako taki. Tam nie ma takiej opcji.
[49:57] - No dobrze, tylko że-
[49:59] - Tak jakbyś podawał przykład kraju, że słabo się rozwija, bo na przykład palą papierosy na ulicy i rzucają niedopałki i w takim brudzie ciężko się rozwijać. Ach ta Palestyna. Rozumiesz?
[50:11] - Ale mogę podać inny przykład.
[50:13] - Ale ja nie szukam przykładów na Tybet, bo Tybet na rzecz Nepalu jest aktualnie anektowany przez Chiny. Także jaki chcesz mi przykład podać? Bo ja naprawdę nie chcę dyskutować na temat-
[50:23] - Tybet był niepodległy przed-
[50:25] - Oczywiście, że wiem, ale poczekaj, bo ja nie rozumiem wątku, do którego zmierzamy.
[50:30] - Do tego, że w Tybecie był feudalny porządek zbrodniczy, gdzie zwykły człowiek był warty kupę słomy, a taki Budda, przepraszam, dalajlama i inni mnisi byli warci tyle złota, ile ważyli. I tam było niewolnictwo dopiero-
[50:49] - Nic mi na ten temat nie wiadomo. Na temat niewolnictwa. Nic mi nie wiadomo na temat niewolnictwa w Nepalu, natomiast doskonale znam historię pacyfikowania Nepalu przez Czerwoną Armię Chin.
[51:02] - Tybetu, jak już i nie pacyfikowania, a wyzwalania chłopów tybetańskich.
[51:06] - Ja nie wiem, o czym w ogóle rozmawiamy. Ty masz jakąś doktrynę w głowie. Ty myślisz, że jak ktoś przychodzi do ciebie z karabinem, przykłada ci karabin do głowy, rozstrzeliwuje twoją rodzinę w kierunku, żeby cię wyzwolił? Czyś ty oszalał, człowieku? Jak ja ci przeładuję AK, który ma tam numerek przy czaszce i pociągnę za spust i jak sobie przemaluję twoją ścianę na czerwono, to co, lepiej ci będzie? Jak przemaluję twoim mózgiem? Skąd się takie pomysły biorą? Mnie to zastanawia w ogóle. To jest twój punkt referencyjny. To jest jakiś dla mnie kosmiczny punkt referencyjny, kolego.
Wyciągasz wnioski z historii, która nie istnieje troszeczkę. Ja tu w ogóle do czego innego zmierzam, bo ty chcesz mnie wciągnąć w jakąś debatę polityczną, gdzie jakaś komunistyczna doktryna wyzwała inną doktrynę albo biednych chłopów. Człowieku, o czym ty mówisz?
[51:53] - A jak przedstawiciel kleru lamajskiego, buddyjskiego-
[51:57] - Nie, zostawmy to. Men, naprawdę. Wow, men. Zostawmy to, bo ja naprawdę nie rozmawiam teraz o tym, co ty myślisz na ten temat. Rozumiesz? Ja też znam historię tego kawałka ziemi. Naprawdę nie o tym jest tu mowa, rozumiesz? Ja tu mówię o czymś zupełnie innym. Czy ty rozumiesz, o czym rozmawiamy? O czymś takim, co ja nazwałem tutaj punktem referencyjnym, do którego się odnosimy, myśląc o naszej cywilizacji, o tym, do czego należymy, częścią czego jesteśmy.
Czy jesteś częścią jakiejś zwierzęcej, zwyrodniałej teologii, która każe ci mordować ludzi? Wierzysz w to, że ktoś mordując kogoś, załatwi jakąś sprawę? Czy też przypadkiem zachowujesz jeszcze odrobinę tej refleksji w głowie, która ci mówi: „Wow, men, jest coś więcej. Bo widzę, bo czuję”. Także to jest ta rzecz, o której dzisiaj rozmawiam, o której tutaj do mikrofonu nawijam, człowieku. Także zupełnie nie interesuje mnie twoje, że tak powiem, agitatorskie podejście Komunistycznej Partii Chin na temat Tybetu. Sorry.
[53:10] - To nie jest tylko podejście-
[53:11] - Men, ale słuchaj, bo mam konkretny temat, który chcę tutaj opowiedzieć i nie interesuje mnie naprawdę propaganda Komunistycznej Partii.
[53:21] - Dlatego ten-
[53:22] - No właśnie. Dobra, to dzięki wielkie. Trzymaj się. Ach, no i tak to jest. Tak to jest po prostu. Już teologia się wzięła. Ale wracając do rzeczywistej historii, bo to jak zwykle ściemy dookoła, tyle się naprodukowało tych nowych wersji historii. Czasami aż zaskakujące, jak dużo tych nowych wersji historii. Ale wracając do naszego kodu genetycznego i naszego punktu referencyjnego jako cywilizacji. Widać, że właściwie jedyna różnica pomiędzy tym, że stoję w tym momencie na przykład przed jakimś budynkiem i myślę w głowie to, co myślę na temat tego budynku albo na temat czegokolwiek innego, zależy w rzeczywistości od mojej referencji.
Co tu dużo mówić. Zależy od tego punktu, na którym się zasadzam. Jeżeli mam w głowie jakieś szaleństwo, normalne będzie to, że będę widział wszędzie szaleństwo. Jest to dosyć oczywiste. No i wracając do naszych starszych braci buddystów, tudzież mieszkańców Tybetu, Nepalu, Pakistanu i tak dalej, wszędzie, gdzie występuje właśnie ten kawałek naszej grupy krwi, którą my też nosimy, bo to też nie jest nasza grupa krwi, bo to też jest takie podejście: nasza grupa krwi. To jest tylko jeden drobny kawałek. My jesteśmy akurat najmłodsi w tej linii. To jest grupa krwi należąca prawdopodobnie do najstarszego rodu szlajającego się po tej planecie, przynajmniej takiej linii prostej. I to, co jest najciekawsze, przynajmniej z mojego punktu widzenia, to jest właśnie to, co ci ludzie mieli w głowach, to, co zostało tam jeszcze w tych kawałkach. Oczywiście buddyzm nie jest, moim zdaniem, kompletną historią.
Nie jest to pełna wiedza, jest to część rozsypanej wiedzy. Tak to mogę określić. Brakuje mi tam jednej istotnej rzeczy, ale to już może zostawię gdzieś na boku, bo to nie jest historia na temat buddyzmu i tego, jak go traktować i czy się komuś podoba, czy nie. Myślę, że jeżeli ktoś ma taki problem, to powinien po prostu spotkać się z Dalajlamą albo pogadać z kimś, kto reprezentuje Dalajlamę, jeżeli ma do niego takie pretensje. W każdym razie jest to ciężki job, bo jedyna istota tej roboty, jeżeli zostajesz mnichem, takim buddyjskim mnichem, to jest tylko jeden cel. Dążysz do tak zwanej iluminacji, do tak zwanego oświecenia. A cel posiadania tej iluminacji i oświecenia polega po prostu na tym, że jesteś podłączony do wielu wymiarów. Przy czym nie wiem, czy jest to aż tak komfortowa historia dla tak wielu miłośników buddyzmu. Znakomita część ludzi używa tego po prostu jako termin rekreacyjny, który wypełnia brakującą pustkę w ich życiu w jakiś sposób za pomocą rytuałów mniej lub bardziej zamaszystych. W rzeczywistości jest to bardzo ciężki job i polega na tym, że oduczasz swój organizm konceptu grawitacyjnego, czyli grawitacja Ziemi cię przyciąga coraz mniej.
I w ogóle zjawiska grawitacyjne. Mówię o jedzeniu, mówię o wielu różnych rzeczach. To jest coś, co jest czasami spotykane w Indiach, czyli bramini, którzy odżywiają się praną. To, że właściwie w nieprzeciętny sposób regulujemy swoją własną energetykę organizmu, począwszy od tego, czy jemy, czy nie jemy, w jaki sposób, kiedy śpimy, kiedy nie śpimy. Kontrola własnego zdrowia i wielu innych rzeczy. Dookoła jest masa legendarnych opowieści o joginach, którzy rozpalają ogień klaśnięciem dłoni i tak dalej. Wszystkie te historie. Normalnie uznajemy to za anomalię, ale tylko w naszej części świata, bo jeżeli się przeniesiesz do tej części, gdzie te w cudzysłowie anomalie występują, tam z kolei za wariata uznają ciebie, ponieważ ty jesteś jedynym facetem, który widzi te rzeczy na swoje oczy jeden do jednego, a dalej nie chce uwierzyć. Facet zwariował. Bo jeżeli widzisz, że niebo jest niebieskie, a mówisz, że jest na przykład zielone, to znaczy, że coś jest z tobą nie tak.
Tym bardziej, że jeżeli wszyscy dookoła widzą, że jest niebieskie, a ty jesteś jedyny, który mówi, że jest zielone i faktycznie jest niebieskie, wtedy jest drobna awaria. Może potrzeba dodatkowego okulisty. W każdym razie są takie hece, są takie resztki wiedzy i wiadomo, że jest to sztuka, która polega na wykręceniu swojego organizmu do granic możliwości. To, co robisz, zostając mnichem buddyjskim, to pozbywanie się wiążących nas, ciebie i mnie, jeżeli ty zostajesz, to ciebie to dotyczy, pozbywanie się jakichkolwiek powiązań z fizycznością, która może cię ściągać grawitacyjnie do ziemi. I zaczyna się cały cykl szkolenia. Pierwsza rzecz to jest opanowanie swoich żądzy i tak dalej. Masz inny punkt referencyjny. Twój punkt referencyjny, kiedy jesteś młody i zaczynasz być takim młodzieńcem, który jest ostrzyżony na łyso, chodzi w tych pomarańczowych kubraczkach, jest zajmowanie się myśleniem o innych. Twoim jedynym zadaniem jest koncentrować swoją intencję, swój punkt referencyjny na każdej żywej istocie, ale nie na sobie. Ty nie jesteś tutaj istotną sprawą.
Ty jesteś czymś, co uzupełnia cały bukiet życia na tej planecie. I tak należy się potraktować od tej strony. Od strony kolesia, który przychodzi i daje coś od siebie, a nie od strony kolesia, który przychodzi i mówi: „Ej, chcę coś dostać”. Więc pierwsze, co robisz, to dostajesz nauki, jak pozbawić się tego syndromu oczekiwań w głowie, że „ej, chcę coś dostać”. Możesz zostać na każdym dowolnym etapie tej edukacji, bo to nie jest żadna religia. To jest system edukacyjny, który uczy cię kontrolować swoje własne nie tylko ciało, swoje własne istnienie. Do pewnego stopnia oczywiście i zależy od ciebie, jak dalekiego. Kolejny etap, kiedy stwierdzisz, że chcesz dalej brnąć w to wszystko, to zostajesz w klasztorze i na przykład studiujesz zagadnienie szczęścia. Kolejna historia. Czyli uczysz się, jak koncentrować swój ładunek, który my tutaj nazywamy w świecie zachodnim emocjami.
To jest ładunek energetyczny, energia chi. Uczysz się, jak koncentrować to wszystko w konkretnym celu, który się w tym przypadku, w mojej audycji, w tej hiperprzestrzeni nazywa punktem referencyjnym, czyli tym miejscem, na którym się skupiasz. I kolejna rzecz, której się uczysz, to oczywiście jak przejdziesz ten kolejny stan i szczebel edukacji, możesz już medytować 20 lat od ósmego roku życia. Jakoś tak. Wcale nie trwa to krótko. Wtedy, jeżeli oczywiście chcesz, jeżeli dalej chcesz podążać tą drogą, bo to dalej nie jest religia. Ten Budda to nie jest Bóg, do którego się modlisz. Ten Budda to jest wyobrażenie ciebie samego. To jesteś ty sam. To jest twoje lustro, lustro twojej osobowości, lustro wszystkiego, co masz.
Lustro każdej żywej istoty na świecie. I ty masz się przeglądnąć w tym lustrze. Masz zobaczyć żywego Buddę. To jest ten kolejny moment i to jest ten moment, kiedy widzisz żywego Buddę, że się generalnie sprawdzasz. To już takie ostateczne przygotowanie do roboty, bycia prawdziwym buddystą, prawdziwym lamą. Czyli zaczynasz tak zwane posty. Zaczynasz od paru dni niejedzenia. Różnie to wygląda. Tydzień, dwa, trzy, cztery. I to wydłużasz.
Z angielskiego nazywa się to retreat, czyli takie oczyszczenie organizmu. Wygląda to dosyć radykalnie z naszego punktu widzenia, bo jesteś zamykana i ty też, jeżeli się wybierzesz, bo to nie ma żadnego podziału na kobiety i mężczyzn. Akurat to jest niezależne od płci. Każdy dowolnie, ktokolwiek chce. Jesteś zamykana i ty też, jeżeli wybierzesz taką opcję, w małej komórce na kłódkę. Człowiek zabiera kłódkę ze sobą. Jest tylko małe okienko, którym jest ci podawany posiłek. Na przykład na samym początku posiłek jest ci podawany raz na tydzień i uczysz się, na tym polega twój challenge, twoje zadanie, jeść posiłek w ten sposób, żeby każdy kęs tego posiłku oddał ci całą swoją energię kosmosu, którą posiada. Ty musisz na tym posiłku przeżyć kolejny tydzień, medytując i rozprawiając swoje sprawy. I to, jakim jesteś Buddą w sobie.
Coś w tym stylu. Gra, czas leci. Wychodzisz z tego retreatu i podejmujesz decyzję, co dalej. Niektórzy po takim numerze stwierdzają, że okej, to jest właśnie ten moment, w którym skumali, czego chcą w życiu, znajdują się w swoim własnym życiu i tak dalej. Stwierdzają, że okej, chcę założyć rodzinę, cokolwiek. Wracają do normalnego życia, zostają chłopem, rolnikiem, lekarzem, kimkolwiek chcą zostać. Natomiast powstaje bardzo wąska grupa tych, którzy podążają dalej tymi praktykami. I tu już challenge, bo jest to bycie tym prawdziwym buddystą. Dochodzisz do momentu, dopóki uczysz się, jak wyłączyć wszelkie funkcje grawitacyjne w swoim organizmie. I to nie w sposób czysto duchowy, bo tu nie ma mowy tylko i wyłącznie o jakiejś takiej ezoterycznej duchowości.
Nie, mowa jest o siedmioletnim poście, że praktycznie zamykasz się na przykład siedem lat i nic nie jesz. Są tacy ludzie w Tybecie. To są ci ludzie, na których Chińczycy bardzo polują z pewnych powodów, a mianowicie takich, że ci ludzie są portalami pomiędzy wymiarami, jak głosi legenda. To ci ludzie odpowiadają za to, że jeżeli pojawia się jakaś wiedza z kosmosu, to oni pomagają tę wiedzę propagować po świecie przez to, że zamykają się w takiej totalnej medytacji, ale takiej naprawdę ekstremalnej. To nie jest istotne, jak się nazywa ta odmiana buddyzmu i tak dalej. Droga finalna i ostatnia robota, którą masz do wykonania, jest zawsze taka sama. Izolujesz się od całego świata. Zamykasz się w takiej komórce samodzielnie, bez jedzenia, bez picia i właściwie znikasz na siedem lat. Wyobraź sobie dobrowolnie zamknąć się w celi na siedem lat i medytować. No właśnie, bez niczego.
I to jest ten moment, kiedy twój organizm się przełącza na inny stan funkcjonowania. Były robione badania na Wschodzie, w Indiach i w kilku miejscach. One są rzadko kiedy robione, bo ci buddyści, ci mnichowie, ci lamowie nie poddają się badaniom, bo ich to w ogóle nie interesuje. Oni nie są od tego, żeby ci cokolwiek udowadniać. Oni robią to z wyższych pobudek. Ich punkt referencyjny znajduje się w kosmosie. Także jeżeli ty się zastanawiasz nad tym, żeby komuś coś udowodnić, jakiś słuszny system i jedną prawdziwą drogę, to nawet nie masz pojęcia, czym jest ich punkt referencyjny i ze swojego punktu widzenia nigdy tego nie złapiesz. Ale wracając do ich punktu widzenia, co się dzieje w naszym organizmie przez te siedem lat? Po tych regularnych retreatach, po tych odwykach, ożywieniach można powiedzieć, przeczyszczeniach i tak dalej, które są tam robione regularnie przez miesiąc, dwa, parę tygodni i tak dalej. To jest taki powolny proces przygotowania organizmu do tej długiej wyprawy.
Ta długa wyprawa polega na tym, że w przeciągu tych siedmiu lat ludzkie jelito takiego mnicha, który siedzi zamknięty w takim miejscu, się skraca o połowę. Objętość jego żołądka się skraca o połowę. Zmieniają się organy i narządy wewnętrzne człowieka. I to nie jest wcale dowcip. Ludzie o tym z reguły nie wiedzą i nie chcą słyszeć, ponieważ łatwiej to traktować jako legendę, jako coś takiego bardzo ezoterycznego, bo w tym momencie można to wykorzystać jako attachment i po prostu pobujać się na fali buddyzmu, co tu dużo mówić. Natomiast finalna robota jest dosyć brutalna, bo pozbawiasz się kompletnie jakiejkolwiek historii ze swojego grawitacyjnego życia i przechodzisz w całości na układ sterowany swoją własną energią. Tam się to nazywa energią chi. Jest wiele nazw, nawet nie chcę tutaj specjalnie wymieniać, bo pewnie musiałbym cały słownik tutaj przytoczyć, bo to w każdym dialekcie trochę inna nazwa. W każdym razie po zmianie wewnętrznej organizmu on się przestawia w taki sposób, że dostajesz potężnych mocy umysłowych. Można powiedzieć, że jesteś jak na potężnym tripie.
To jest taki moment, jakby ktoś ci załadował wiadro psylocybiny do głowy i tak centralnie. Albo wiadro ayahuasca, albo wiadro LSD, ale takie wiadro. Parę litrów LSD płynnego dożylnie. I to w taki sposób, że zostaje z tobą do końca życia, że już nigdy z tego tripu nie schodzisz. I na tym polega ta historia. Siadasz i odpływasz. I ten stan, w którym się znajdujesz, pozwala ci utrzymać swoje ciało w egzystencji. Ciebie tam nie ma. To jest tylko kawałek twojej fizyczności, który sobie tam siedzi w tej jaskini. On nic nie musi już jeść.
To jest takie zabalsamowane ciało, z którym jesteś połączony jedną nitką srebrną albo złotą nitką życia, i przez tą nitkę możesz do tego ciała wrócić albo bujać się po kosmosie. I to jest ta jedna cienka linia, która cię łączy z twoim ciałem, także możesz do tego wrócić. Jeżeli chcesz przerwać tą linię, chcesz odejść, możesz odejść w każdym momencie. Jeżeli chcesz Wrócić możesz w każdym momencie. Nie wszystkim się ta sztuczka udaje. Nie jest to taka łatwa droga. W buddyzmie nie ma żadnej receptury na to, jak osiągnąć stan nirwany. Nie ma czegoś takiego. Jest natomiast historia związana ze zbiorem obserwacji, bo właściwie w buddyzmie nie ma jako tako zasad. Ciężko nazwać to zasadami.
Owszem, jest to opisane jako reguły. Tak to się nazywa, że są to reguły. Nasze tłumaczenie reguły jest to, że jest zasada. Nie do końca. Reguła to jest reguła. To jest coś, co się sprawdza, niekoniecznie zasada. Zasada to jest coś, co jest powtarzane w 100%. Reguła natomiast to jest logika, na przykład danego zajęcia, czegokolwiek. Tam się pokazuje reguły i te reguły dotyczą umiejętności obserwacji rzeczywistości. Tym jest buddyzm i to jest taki sam początek tej historii, po to, żeby później, w wieku lat 60 dojść do momentu, że potrafisz się odkleić od swojej fizyczności w całości i wylądować sobie na przykład w takiej jaskini, opuszczając swoje ciało na parę lat.
One są komisyjnie zamknięte. Te jaskinie są zalakowane i opieczętowane. Tam nikt nie może wchodzić. To jest największa tajemnica przed Chińczykami, żeby nigdy nie mogli znaleźć tych najważniejszych mnichów, którzy poświęcili całą swoją fizyczność, przeszli w inny stan po to, żeby być cały czas na granicy światów, żeby móc streamować informacje w jedną i w drugą stronę. Czy jest to nam potrzebne do życia, czy nie, jest to już inna sprawa. Nie chcę tu się zastanawiać nad tym, czy jest to ważne czy nieważne zadanie. Moim zdaniem jest to dosyć istotna rola, aczkolwiek zabrakło tam jednej dosyć kluczowej informacji, że warunki do tych podróży można tworzyć na troszkę bardziej zaawansowane albo prostsze sposoby, że niekoniecznie trzeba robić to metodą 60 lat i w ten sposób. Ale to normalna historia. Wiedza też się zmienia na przestrzeni lat i też czasami się gubi po drodze, bo zanim ta wiedza oryginalnie dotarła z Australii od Aborygenów, gdzieś tam w okolice Nepalu i Tybetu, to też ten punkt referencyjny się zmienił. Jeżeli cofamy się w dół po naszym kodzie DNA do naszego pierwotnego punktu referencyjnego, to tak czy siak już jest nieźle w tym Nepalu, w tych wysokich górach, w tym Tybecie i tych okolicach.
Ale jeszcze zabawniej robi się, kiedy wylądujemy w Australii. Tam ten punkt referencyjny jest już naprawdę, nie wiem, jak to nazwać, taki mega kosmiczny można kolokwialnie powiedzieć, bo to chyba inaczej się już nie da tego opisać. To jest mega, ultra, superkosmiczna historia. Chyba tak. Chyba zdecydowanie tak. To co? To jakaś muzyczka. Ja tu sobie zrobię taki lekki... Co tu się stało? Jak zwykle jakiś problem z nagrywaniem.
Mam nadzieję, że ktoś tutaj nagrywa. Ja tu zaraz sobie szybko zorganizuję tą historię, bo się okazuje, że czasami i u mnie zdarzają się jakieś awarie systemowe, sprzętowe. Dobra, ale mniejsza o to. Tak czy siak i tak nie mogę wrzucać na razie audycji na serwer radia, także jestem unieruchomiony. Ivellios nagrywa zdaje się, także powinno być wszystko okej. Anyway, zostawmy na moment te dylematy związane z technicznymi aspektami prowadzenia audycji w Radiu na Fali i posłuchajmy sobie piosenki. Piosenki, skocznej piosenki, a ja wrócę do tego tematu punktu referencyjnego, bo to się wszystko pięknie zazębia. Jeżeli i tak już tyle wątków dzisiaj porzucałem, że i katastrofa, i Tybet, i buddyzm, i jacyś kolesie, którzy medytują, to może ja skończę jeszcze o tych mnichach, zanim włączę muzyczkę. Okej, dobra. Bo jest taki numer, że tam jest jakaś poważna wiedza schowana za tymi kolesiami.
To nie jest tylko tak, że oni sobie siedzą i medytują. Legendy nie dotykałem, nie sprawdzałem, że tak to powiedzmy. Legendy mówią o tym, że niektórzy mnisi to tak wytrzymują po 200, 300 lat, że właściwie moment, kiedy się przeprowadzasz do tego stanu, kiedy już kontrolujesz swoje ciało z zewnątrz, to jest moment, kiedy właściwie śmierć fizyczna jako taka ciebie w ogóle nie obchodzi. I to jest właściwie job, który masz do wykonania. Nikt tam za bardzo nie wie, jak wykonać ten job. Jest tylko zbiór reguł związanych z obserwacją rzeczywistości, gdzie i na co zwracać uwagę. Jeżeli chcesz doznać tego oświecenia, bo na tym to polega to oświecenie, że nagle dostajesz możliwość wchodzenia przez bramkę do innego wymiaru i wychodzenia, ale jest to związane ze zmianą swojej fizyczności od wewnątrz. Z zewnątrz wyglądasz jak taki sam człowiek. Ty tego mnicha nie rozpoznasz na ulicy, że on jest takim kolesiem. Możesz poczuć, ale nie rozpoznać, że on ma na przykład jelito o połowę krótsze, bo on właściwie nic nie je.
On skończył z jedzeniem jakiś czas temu, bo potrafi robić to na poziomie energetycznym. Potrafi oddychać praną, potrafi wypić szklankę wody i przyswoić sobie wszelkie możliwe posiłki, które sobie wyobrazi w tym momencie. On potrafi medytować w takim stanie na przykład miesiąc bez przyjmowania jakiegokolwiek pokarmu, wody, czegokolwiek albo i dłużej. I są na to świadkowie. To nie jest tak, że to jest wymyślona historia. Anomalią to jest nazywany w świecie człowieka, który swój najdalszy punkt referencyjny ma zdaje się w banku na rogu, gdzie jest jego kredyt do spłacenia za miesiąc. Także tam punkt referencyjny dotyczy raptem 20, może 30 dni. Natomiast tutaj punkt referencyjny dotyczy przekraczania wymiarów poza aspektem naszej fizycznej obecności na tej planecie. Mowa jest o podróżach w kosmos i teraz do Aborygenów. Do Aborygenów i do Amazonii.
Tam jest to po prostu, co tu dużo mówić, jedyną drogą. To jest droga w kosmos. Przy czym tam już nie ma zbioru reguł, tak jak w buddyzmie. Tam już ten punkt referencyjny został gdzieś utracony, że potrzeba specjalnych mocy I pewnych specjalnych artefaktów, bo nie będę udawał, że jest pewna. Można potraktować to jako legendę albo i nie. To zostawiam tobie na głowie. Opowiem ci pewną historię, zanim włączę tą muzyczkę. Nie zawsze było tak i ci najbardziej zanurzeni w tym śnie lamowie, to nie są tak do końca lamowie zanurzeni w tym śnie tylko i wyłącznie własną pracą swojego własnego umysłu, ale ci lamowie mieli pewną pomoc i to taką dużą pomoc. Jest to pomoc związana z pewnym artefaktem, a właściwie grupą pewnych artefaktów, która niekoniecznie musi pochodzić z tego wymiaru, z tej ziemi, z historii, którą znamy. Jest to coś, co ciężko byłoby nazwać, że jest wyprodukowane ludzką ręką w jakikolwiek sposób.
I to jest pewien artefakt. I to jest niejako tajemnica, podejrzewam, że nie tylko ja, owych mnichów, którzy potrafią zatopić się na 200 lat w medytacji, po czym potrafią przywołać się do swojego ciała po tych 200 latach, wrócić do niego i wstać niczym umarły z grobu. I nie jest to nic nowego i nic rewolucyjnego, ponieważ wszystkie te opowieści, o ile w buddyzmie nabierają pewnej formy, bo wiadomo, że są pewne kanony i tak dalej, jest to już dosyć sformalizowana forma przekazywania informacji. Inaczej to wygląda w sytuacji, gdzie znajdujesz się w buszu, gdzie nie ma rytuałów, nie ma ceremonii, nikt nie buduje świątyń, nikt nie musi się układać ze światem zewnętrznym w jakiś niezdrowy sposób, tylko wszystko jest robione naturalnie, bezpośrednio. Czyli podróż w kosmos jest centralnie podróż w kosmos. A ja tu mam telefon od słuchacza. Halo, halo. Janusz Anonim As. Halo, halo.
[01:15:17] - Jest mnie słychać?
[01:15:18] - Jest ciebie słychać, panie Januszu Anonim As. Jak samopoczucie?
[01:15:23] - Bardzo dobrze, nie narzekam. A co u ciebie?
[01:15:26] - Doskonale, proszę pana.
[01:15:27] - Chwila, moment, bo ja nie słyszę za dobrze sobie muszę zgłośnić.
[01:15:31] - Okej, już słychać. Czy już słychać?
[01:15:33] - Tak, teraz już słyszę dobrze.
[01:15:36] - Właśnie, jaki jest pana punkt referencyjny?
[01:15:38] - Mój punkt referencyjny jest taki, że włączyłem tę audycję może z pół godziny temu i słucham, co jest mówione o tej praktyce buddyjskiej. To jest temat, który mnie swojego czasu dość interesował. I tu taka paralela do naszej kultury jest, bo o ile mi się wydaje, nie uznajesz nauk Jezusa i innych takich, nie?
[01:16:02] - Nie, absolutnie.
[01:16:07] - Tu mówisz o tym, że się mnisi buddyjscy mają zrzekać swojego doczesnego stanu posiadania, no nie? I to jest coś dokładnie, co Jezus nakazywał robić swoim uczniom. I czemu by to miało być?
[01:16:20] - Wiesz, ta historia z Jezusem to jest jak historia z Kubusiem Puchatkiem albo Harrym Potterem troszkę dla mnie.
[01:16:26] - Wiesz co, bo jeśli ma być chronologicznie, to jest ten Stary Testament i niby Nowy Testament. Jezus jest pół wieku młodszy od całego buddyzmu. Czy uważasz, że to by było coś, co by mogli zerwać od buddyzmu?
[01:16:42] - Słuchaj, nie wiem, o czym mówisz w kontekście, że jest starszy czy młodszy.
[01:16:49] - Starszy jest. Są księgi, są dowody i się przyjmuje za ten moment stworzenia buddyzmu, że jest jakiś moment, który był dwa i pół tysiąca lat temu, podczas gdy chrześcijaństwo się zaczyna tak jak nasz kalendarz, nie?
[01:17:02] - Wiesz co, chrześcijaństwo zaczyna się w Rzymie przede wszystkim. Może zacznijmy od tego. Zaczyna się w Rzymie. Nie wiem, czy jakiegokolwiek Jezusa, bo o żadnym nie wiadomo. Nigdy taki-
[01:17:16] - Ale możemy o tym mówić jak postaci fikcyjnej. To mi całkowicie nie przeszkadza.
[01:17:20] - Zaczyna się w Rzymie.
[01:17:21] - Taką mamy oś czasu, na której są pewne wydarzenia.
[01:17:26] - To jest taki przerażający punkt.
[01:17:27] - Na naszym kalendarzu uznajemy rok zerowy. I potem mamy.
[01:17:32] - To jest jakiś taki dziwny punkt referencyjny, który polega na tym, że przychodzi jakieś bóstwo i mówi ci na przykład, że musisz poświęcić jakąś żywą istotę i zjeść ją, upiec ją i złożyć z niej ofiarę.
[01:17:46] - Dobrze, ale-
[01:17:47] - I musisz ją zjeść. W tym momencie pozbawiasz się swoich rzeczywistych mocy, bo w tym momencie zjadając, jak żywą istotę. Poczekaj, ale daj mi skończyć. Zjadając za namową jakiegoś demona, jakiegoś demonicznego nie wiadomo czego, zabijasz żywą istotę i ją zjadasz. W tym momencie automatycznie tracisz kontakt ze swoim polem informacyjnym, którym przyjmujesz informacje, bo przyjmujesz ładunek grawitacyjny z drugiej żywej istoty, który nie jest przeznaczony dla ciebie. To jest troszkę tak, jakbyś sobie założył taki plecak, który waży pięć ton z kamieniami na plecy i próbował iść z tym plecakiem.
[01:18:20] - To chcesz mi powiedzieć, że buddyści nie jedzą mięsa?
[01:18:22] - No nie jesz mięsa.
[01:18:25] - Jak nie? Jak przecież nawet współczesny Dalajlama mówi, że jest mnichem, ale nie jest wegetarianinem. Je mięso, ale jest umiary.
[01:18:32] - Ja obawiam się, że próbujesz mnie ustawić w roli kogoś, kto będzie bronił buddyzm, a ty będziesz atakował.
[01:18:41] - Nie, ja tego tak nie uznaję, ale to są fakty, które są nie tylko mi, ale są powszechnie znane.
[01:18:45] - Ale słyszysz, czym ja mówię? Że buddyzm jest pewną lekcją, pewną nauką i końcem tej nauki jest to, że wykonujesz bardzo specyficzny job. Jeżeli chcesz wykonać ten specyficzny job-
[01:18:55] - Co mnie zainteresowało w tym, co mówiłeś.
[01:18:57] - Jeżeli chcesz wykonać, poczekaj.
[01:18:58] - Mówiłeś pewne rzeczy na temat tych nawyków żywieniowych i tego, co robią mnisi.
[01:19:05] - Jeżeli chcesz wykonać ten job, dla którego ćwiczysz te parę lat, zmieniasz swoje ciało, swój organizm. To nie może zjeść mięsa. A Dalajlama jest tylko i wyłącznie głosem. To nie jest osoba, która reprezentuje buddyzm. To jest tylko głos społeczności, nic więcej.
[01:19:22] - Nie, ale przecież to jest jak papież, to jest głowa tego kościoła.
[01:19:25] - Nie. To nie jest Kościół, ona nie jest głową Kościoła.
[01:19:28] - Jeśli mamy być ściśli, to jest wcielenie samej Buddy.
[01:19:32] - Ale ty wiesz, kim jest Budda? Budda to jesteś ty.
[01:19:38] - Nie.
[01:19:38] - Budda to nie jest Bóg. Nie ma, że się Budda-
[01:19:42] - Budda to jest postać historyczna. Jeśli chcesz się kłócić o to, że jest postacią fikcyjną, nikt ci nie broni. Tak może być. Prawdopodobnie jest.
[01:19:48] - Wiesz, Budda-
[01:19:49] - Ale Budda jest ponad wszelką wątpliwość postacią historyczną.
[01:19:52] - Wiesz co? Opieramy się na-
[01:19:54] - To jest udokumentowane. I teraz
[01:19:55] - Ale to nie jest udokumentowane. Poczekaj. Men, ale poczekaj. My o czymś innym mówimy. Men, poczekaj.
[01:20:01] - Teraz ty mi proszę nie przerywaj.
[01:20:03] - Janusz, rozumiesz wątek? Mówisz o czymś zupełnie innym. Ja ci ciągle mówię, dlaczego mówisz, że na przykład Dalajlama mówi o tym, że jedzenie mięsa... Ja ci mówię o czymś zupełnie innym. Dalajlama nie robi tej roboty. Rozmawiamy o konkretnej sprawie. Trzymajmy się tematu.
[01:20:20] - Ale tak samo jest z mnichem.
[01:20:21] - Nie, absolutnie.
[01:20:23] - Każdy mnich, który był w każdej jednej świątyni.
[01:20:26] - Ale jak założysz te szaty, pójdziesz na miesiąc do świątyni, to też jesteś mnichem. To nie znaczy-
[01:20:31] - Tak, ale Dalajlamą nie będę, bo Dalajlama jest 14. wcieleniem Buddy.
[01:20:37] - Ale Budda jest tylko instytucją. Rozumiesz? To jest wcielenie-
[01:20:40] - Nie. To jest postać historyczna i oni wierzą, że ona się wciela powtórnie i powtórnie i powtórnie, tak, że nie osiąga nirwany.
[01:20:48] - I co z tego wynika? Okej, ale ja to wszystko wiem. I co z tego wynika?
[01:20:52] - Spośród kolejnych wcieleń tylko ciągle wraca, żeby nauczać.
[01:20:55] - Okej, dobra. Wiem to od chyba 25 lat. Ale co z tego wynika? Jaka jest twoja konkluzja?
[01:21:00] - Ustosujcie, proszę tą wiedzę.
[01:21:01] - Ale jaka jest twoja konkluzja?
[01:21:04] - Nie, bo to jest coś, o czym dalej chciałem mówić. O diecie mnichów buddyjskich. Bo mówisz, że oni spożywają mało i przez to, że spożywają mało, są w stanie wchłonąć całą informację z tego pokarmu swojego, tak?
[01:21:18] - To dokładnie powiedziałem.
[01:21:20] - Dobrze, a teraz chcę się odnieść do czego-
[01:21:22] - Ale powiedziałem. Poczekaj. Poproszę tylko o odnoszenie się do konkretnych rzeczy. Mówimy o buddystach.
[01:21:28] - Odniosę się do bardzo konkretnej rzeczy.
[01:21:30] - Mówimy o ludziach, którzy podejmują się wykonania swojej roboty. Nie ludziach, którzy wyszli do takiego miejsca, żeby sobie odpocząć, pomedytować przez parę lat, nauczyć się szczęśliwości.
[01:21:44] - Mówimy o tych hardkorowych.
[01:21:46] - Mówię o kolesiach, którzy podejmują tą decyzję.
[01:21:49] - Mnichach, którzy pełnią oficjalnie święte posłannictwo w klasztorze, tak?
[01:21:51] - Nie, oni nawet nie są w klasztorze. Ich nie ma w klasztorach.
[01:21:53] - Niech będą poza ciałem, w planie astralnym, gdziekolwiek.
[01:21:56] - Nie. Widzisz, ale oni nie są właśnie w planie astralnym. Oni są w jaskiniach, w górach. To są specjalne jaskinie.
[01:22:03] - Dobrze. To jest mało ważne, gdzie są. Wiemy, co robią. To jest mało ważne, w jakiej oni są konkretnie lokalizacji, pod jakim adresem pocztowym. Teraz do czego się odnosimy à propos tej diety? Bo mówisz: przez to, że oni spożywają mało, potrafią lepiej całkowicie pochłonąć informację zawartą w tym pokarmie, tak?
[01:22:20] - No.
[01:22:21] - Tak. Dobra, teraz patrz. W stosunku do tego, co ostatnio mówiłeś, a kilka audycji temu mówiłeś, że nie jesz nic. Teraz znowu mówisz, że się odżywiasz dobrze. To jak to jest? Nie umiałeś wchłonąć całej... O co chodzi?
[01:22:33] - Poczekaj, bo ty łapiesz mnie za słówka. Chyba nie zrozumiałeś tej rzeczy, o której ja mówię. Kompletnie.
[01:22:39] - Tak.
[01:22:40] - Ja nie rozumiem.
[01:22:42] - Chodzi mi o to teraz, jakie by było twoje osobiste doświadczenie z tym. Rozumiesz? Patrz, bo mówiłeś w tej audycji-
[01:22:47] - O czym rozmawiamy?
[01:22:50] - Proszę cię, nie przerywaj mi. Ja ci nie przerywałem.
[01:22:52] - Spoko. Ty powiedz mi, o czym rozmawiamy.
[01:22:53] - W tamtej audycji mówiłeś, że woda, którą pijemy, jest całkowicie inną wodą od tej wody, która jest w naszym organizmie i pokarm, który spożywamy, w żadnym stopniu się nie wchłania. A oni są w stanie wchłonąć z tego pokarmu.
[01:23:06] - I jaka jest twoja konkluzja?
[01:23:08] - Chcę, żebyś się do tego ustosunkował.
[01:23:11] - Przecież jasno powiedziałem. Czego chcesz? Mam ci dyplom wypełnić? Mam ci coś napisać?
[01:23:19] - Bo nie słuchałem całej audycji, tylko teraz tego ostatniego 40 minut.
[01:23:25] - Nie rozumiem, do czego mam się odnosić. W jaki sposób?
[01:23:34] - Do tego, w jaki sposób mnisi osiągają sukces, spożywając i pochłaniając całkowicie pokarm, a ty na przykład jako magrawista i ktoś, kto korzysta z technologii Keshe, nie potrafi tego osiągnąć. To znaczy, że jakbyś poszedł do klasztoru, nauczyliby cię tego.
[01:23:50] - Stary, co ty w ogóle mówisz? Nie rozumiem. Nie rozumiem. Byłeś ze mną-
[01:23:59] - Chcę pomówić o tym, że fundamentem-
[01:24:00] - Poczekaj. Czy ty spędziłeś, kolego... Men, naprawdę. Ej! Czy mama nie nauczyła kultury? Słuchaj, men. Czy ja mogę skończyć?
[01:24:12] - Proszę, mów.
[01:24:15] - Czy ty spędziłeś ze mną na przykład ostatni tydzień, żeby widzieć, ile rzeczy zjadłem? Skąd się w tobie bierze taki punkt referencyjny, że dzwonisz do mnie i próbujesz postawić mnie do kąta dosłownie ad persona, bo ja na przykład coś powiedziałem i tobie się to nie podoba. Ja polecam ci: zbuduj sobie magrava i zobaczysz, co się będzie działo z jedzeniem w twoim życiu.
[01:24:41] - Nie, wiesz co?
[01:24:42] - I przestań pieprzyć bzdury naprawdę, bo dzieją się dokładnie. Łapiesz-
[01:24:47] - O co mi chodzi? To, że użyłeś takiego całkowitego stwierdzenia: „Ja nie jem nic w ogóle”.
[01:24:52] - Nie, tego nie użyłem.
[01:24:54] - Może-
[01:24:55] - Ja tego nie powiedziałem. Nie wiem, skąd to wyjąłeś. Z kontekstu wyrwałeś.
[01:24:59] - Nie wyjąłem tego z kontekstu. Nawet gdybym teraz-
[01:25:01] - Wyjąłeś. Naprawdę, człowieku. Ale zobacz, dzwonisz do mnie. Co ty masz w głowie, stary? Zobacz, jaki jest punkt referencyjny naszej cywilizacji. No właśnie. Men, stary. No men. To już chyba jasne, o co chodzi. Także panu dziękujemy.
Jak zwykle klasyczny trolling. Halo, halo? Myślę, że i tam też zgasło. Zgasł mikrofon, niczego nie słychać i bardzo dobrze. Mniejsza o to. Wracamy, bo widzę, że dżentelmeni chyba nie za bardzo łapią, o co chodzi, jak czasami bywa. Michale, witam serdecznie.
[01:25:53] - Cześć! Kurczę, jaki bałagan.
[01:25:56] - No.
[01:25:59] - Dobra, ja od siebie coś dodam. Z kulturą. Wspominałeś o tym, że buddyści doznają takiego wejścia w kosmos, prawda?
[01:26:11] - Mhm.
[01:26:13] - Zauważyłem aluzję do tego, o czym ostatnio zaczął mówić pan Keshe. Dobrze nam obydwu znany. Keshe mówi troszkę od bardziej technicznej strony, a tamci opowiadają to od dłuższego procesu.
[01:26:32] - Ja tu chcę pożegnać tych buddystów. Chcę przejść do naszych prawdziwych, że tak powiem, ojców, do Aborygenów, bo to jest tylko coś po drodze. Mocno widzę rozpala niektórym głowy ten temat.
[01:26:50] - Dobra.
[01:26:51] - Okej. To ja może przejdę. Zapraszam na telefon, jak wyrzucę Aborygenów do końca. Myślę, że to zamknie klamrę i zapraszam do telefonu ponownie.
[01:27:02] - Ja nie przerywam. Żebyś sobie przyszedł do słuch. Dzięki.
[01:27:05] - Dzięki. Wrócę do Aborygenów. Zanim może wrócę do Aborygenów, bo to na sam koniec sklejenie tych wszystkich rzeczy. Właśnie, już wyskoczyła technologia Keshe. Na więcej na temat technologii Keshe zapraszam jak najbardziej w czwartek o godzinie 22.30 polskiego czasu do radia Nafali na Syntezę. Tam troszkę więcej o tym mówię, ale dzisiaj nie o tych sprawach. Zostawiam to na moment. Tylko lecę dalej z punktem referencyjnym, punktem odbicia się, bo ja to nazywam sobie od lat nieustannie, chyba po kimś, punktem referencyjnym. Można to opisać troszkę łatwiej i prościej. To jest punkt, od którego się odbija nasza głowa.
Wszystko to, co mamy w głowie, czyli cała nasza refleksja na temat rzeczywistości, cała nasza refleksja na temat kim jesteśmy, przede wszystkim intencja, co chcemy zrobić. To jest ten moment, że decyduję się na coś i wykonuję tą czynność. Cokolwiek. Jestem po prostu w tej czynności i jestem w swoim życiu, mówiąc kolokwialnie. I ten cały numer, cofając troszeczkę dalej, ten punkt referencyjny do tyłu ląduje w Australii, w miejscu naprawdę fascynującym, miejscu zamieszkanym przez niesamowity tribe ludzi, którzy właściwie nie zhańbili się nigdy wybudowaniem domu z kamienia. Poważnie. Moja opinia brzmi tak, że się nie zhańbili wybudowaniem domu z kamienia, natomiast wszyscy inni pozostali musieli. Coś zrobili, zaczęli formalizować. Gdzieś ta wiedza znikała. Ten punkt referencyjny się na tyle rozmył, że bardzo mocne i bardzo istotne stało się, że tak powiem, zaczopowanie wszystkiego na ziemi, budowanie budynków, robienie królestw, ogradzanie się i tak dalej.
Wszystkie te historie, które się dzieją z reguły w takich miejscach chociażby jak Tybet, Nepal, gdziekolwiek czy jakiekolwiek inne miejsca. Od razu jest budowa budynków i tak dalej. Natomiast Aborygeni jako jedyni mieszkają w miejscu, gdzie występują najbardziej jadowite gatunki zwierząt. Australia jest najbardziej dzikim zwierzyńcem na świecie. Nawet amazońska dżungla się nie kłania za bardzo do tego, żeby jej dorównać. Tam nawet robaki są takie, że jak cię ugryzą, to po prostu schodzisz. Dowody świadczą o tym, że ci dżentelmeni potrafią sobie spokojnie funkcjonować w takim dla nas otoczeniu zupełnie nieprzewidywalnym, zupełnie nie do przejścia. Nic ich tam nie gryzie, nic ich nie wykańcza. Funkcjonowali tam tysiące lat i jedyną osobą, która ich wykończyła, był dziki biały człowiek, który przybył ze swoimi wierzeniami, swoim punktem referencyjnym, który brzmiał, że niebo znajduje się, ale dopiero wtedy, jak niewolniku zdechniesz, pracując dla mnie. Na tym dokładnie to wszystko polegało.
Ciekawa historia. Wracając do punktu referencyjnego, który występuje u Aborygenów, to ten punkt nazywa się właśnie dream time. To jest ten moment, kiedy po spożyciu na przykład odpowiedniej ilości liści akacji albo wywaru z tych liści akacji, albo bardziej miodu z dzikich pszczół, które zbierane z kwiatów owej akacji, która zbiera na przykład między innymi dimetylotryptaminę. W Australii znajduje się bardzo dużo krzewów akacji. Akacja jest narodowym drzewem Australii i jak na ironię, jeżeli mieszkasz w Australii, to pakuj się do samochodu, jedziesz w busz. Żartuję, może nie jedziesz. W Australii masa krzewów, która rośnie, masa tych akacji specyficznych gatunków. Jan mówiłem jakie. Zawiera potężne ilości dimetylotryptaminy, czyli DMT, czyli dokładnie tego samego, co znajduje się w ayahuasca. Tu jest bardzo ciekawe paralelo, bo właściwie Aborygeni podróżują po wszelkich możliwych wymiarach, nie używając ani ashramów, ani nie budując budynków, ani nie zbierając nic, ani nie muszą wybierać swojego przedstawiciela pod tytułem Dalajlama, ani muszą się układać z nikim.
Po prostu funkcjonują po swojemu, nie muszą się układać. Są pacyfikowani przez białą kulturę, jak są. Trudno, bywa. Tak czy siak dalej funkcjonują. Tam przetrwały te najbardziej potężne opowieści o tym, jak powstawała Ziemia, jak powstał cały świat. Dzisiaj opuszczę te rzeczy, bo i tak nie zdążę tego wszystkiego powiedzieć, ale oprócz tego, co tam ocalało? Tam ocalała konkretna wiedza, która już nie jest sformalizowana, nie jest na zasadzie powtarzanych rytuałów i pewnego przepisu na makaron, który albo się uda, albo nie, bo nie wiadomo. Po prostu jest przepis i nie wiadomo. Przepis jest formalny, ale właściwie nie wiadomo, skąd się brał ten makaron, skąd brały się składniki. Jest tylko podana waga tych składników, ile mają być, ale nikt nie wie, jakie były i co one wszystkie robiły w tym całym zamieszaniu.
Tak wygląda mniej więcej z tą wiedzą gdzieś tam w Tybecie. Tak wygląda już z tą wiedzą, szczególnie w Europie. Tak wygląda już w wielu miejscach, za wyjątkiem takich dzikich miejsc, gdzie wiedza jako taka przetrwała bez swojej takiej industrialnej formy. I się okazuje, że to jest chyba ta prawdziwa wiedza. Bo jak to wytłumaczyć inaczej, że ludzie mieszkają w bardzo ekstremalnym miejscu, nie budują żadnych budynków, nic absolutnie. Ich wiedza o roślinach, o naturalnej medycynie jest potężna. Praktycznie w ogóle nie ma czegoś takiego jak chodzenie do lekarza. Normalne jest to, że jeżeli są Aborygeni obok i są dobre kontakty ze starszyzną Aborygenów, to cokolwiek dolega człowiekowi, to idzie się leczyć do Aborygenów, nie do białego lekarza. Czasami nawet zdarza się, że biały lekarz się przełamie i pójdzie się nawet leczyć do takiego goodfella od Aborygenów, jeżeli taki został w okolicy, który jeszcze wie, o co chodzi, bo wiadomo, że tamten przynajmniej wie, o co chodzi. W drugą stronę jest troszeczkę gorzej.
Tamten punkt referencyjny nazywa się dream time, czyli wyprawa w zupełnie inną rzeczywistość. I to jest coś, co jest związane oczywiście z całym światem kosmologicznym, takim spokojnym przekraczaniem tego wymiaru, już bez takiej napinki, bez stresowania się niczym pies policyjny i bez robienia wszystkich tych szaleństw. Tylko tak zwyczajnie, prosto z biegu, tak w kapciach. Bez zastanawiania się, czy można, czy nie można, czy trzeba zbudować jakiś system do tego, czy trzeba założyć specjalne ubranie. Co tak w ogóle kształtuje naszą rzeczywistość? Bo właściwie sprowadza się to do tego momentu, w którym sami mamy na tyle mocy swoich własnych, żeby móc sprostać czemuś takiemu, co nazywamy polami magnetycznymi. Ale te pola magnetyczne, od których zacząłem, opowiadając o tym, jak satelita sobie je fotografuje, jak one się rozłażą po całej planecie i że teraz jest moment, że te pola powoli zbiegają się do jedności, do jednego pola, do jednego bieguna, jest czymś naturalnym. Jak się okazuje, Aborygeni mają taką opowieść, że właściwie wszystko zostało rozrzucone dawno temu. Był taki moment, że po prostu się porozrzucało i każdy dostał kawałek wiedzy i nikt nie miał na tyle energii w umyśle, w cudzysłowie, żeby wszystko to razem załadować do głowy, żeby potraktować to kompleksowo. Więc wiedza została rozdana po kawałku każdemu i tak oto przetrwało do naszych czasów.
Teraz właściwie odsączymy ten element, że została rozdana po kawałku każdemu, że każdy ma kawałek racji. To odkładamy na bok. Ciekawym w tej historii jest to spostrzeżenie, że nastąpił taki moment, że trzeba było tak czy siak rozdać ją po takiej technokratycznej idei, czyli przekazać zasady albo w formie jakiegoś sformalizowanego kodeksu, coś w tym stylu, całą tę historię na temat takiej pierwotnej technologii, bo było ryzyko, że coś z czuciem tej technologii, coś, co właściwie stanowi podstawę, jakieś pierwotne postawy, rozumienie i posługiwanie się tym zaniknie absolutnie. I mowa jest o tym, że to zanika w naszej głowie. Jest taki szczególny moment historii, że sprawy zanikają. I fajną rzeczą jest to, że jest też taki moment w historii, że sprawy po prostu wracają. Czyli dokładnie to, co się dzieje z tą planetą, na której aktualnie przebywamy. I nawet jeżeli komukolwiek z nas tu obecnych wydaje się, że nasz najważniejszy punkt referencyjny to jest kredyt za mieszkanie, basen, lepszy samochód, lepsza szkoła dla dzieci albo coś w tym stylu. Za chwilę może zrozumieć, że właściwie to nie jest punkt referencyjny, że sprawy wyglądają inaczej. Właściwie jak wyglądają inaczej?
Za chwilę złapie kompleksowo obrazek całości, bo to nie jest informacja, która zależy od nas indywidualnie. Przynajmniej tak mówią te wszystkie starożytne podania. To nie jest coś, co jest związane z tym, że samodzielny, niedzielny naukowiec siedzi gdzieś w piwnicy, wykona milion eksperymentów, odkryje coś genialnego. Wszyscy powiedzą: „O! Geniusz, wow! Zmienił oblicze świata”. To jest coś, co się dzieje z nami wszystkimi. To jest taka dekompresja, można powiedzieć, wynurzanie się nas z takiego odmętu grawitacyjno-magnetycznego, z tego zamieszania. Bo kiedy oś Ziemi się wystabilizuje, a dokładnie to nas czeka już prawdopodobnie w tym roku, bo to jest właśnie związane z ruchami tych wszystkich płatów Ziemi, które się cały czas teraz bujają i za chwilę będzie trzęsienie Ziemi. Te wszystkie płyty tektoniczne, na których się znajdują kontynenty.
Ten cały ruch Ziemi to jest dokładnie ten sam ruch Ziemi. To jest właśnie ekliptyka tego obrotu o 72 stopnie, o jeden stopień na 72 lata. Dokładnie tak to wygląda, taka jest podziałka. I to jest ten ruch dookoła własnej osi, który nie jest naturalny. Dlaczego nie jest naturalny? Skąd jest wybity? Bo właśnie mamy nierówne pola grawitacyjne. I teraz nagle się okazuje, że satelita podaje, że Ziemia troszkę się skraca, ustawia się z powrotem w pionie, przestaje się wybijać na boki, co nazywamy tym ruchem precesyjnym, tylko się stabilizuje. I w tym momencie, jeżeli jakiś obiekt się stabilizuje, automatycznie wszelkie pola grawitacyjne, jak i wszelkie pola magnetyczne znajdują swoje miejsce i wyrównują się do tego głównego pola. Głównym polem jest planeta leżąca w konkretnym układzie kosmicznym.
O tym mówią nam wszystkie Przynajmniej mi. Nie wiem, jakie jest twoje podejście. Wykopaliska tych wszystkich naskalnych rysunków, starożytnych tekstów i tak dalej. Bardzo jasno i wyraźnie wszystko jest orientowane na niebo, że musi być pewien specyficzny moment historii i wszystkie sprawy wracają. Wraca nam coś w rodzaju naszej pamięci, naszej historii, wszystkie te sprawy nagle zaczynamy łapać kompleksowo i okazuje się, że być może cała ta kompleksowa wiedza, której jeszcze teraz używamy, żeby oswoić sobie troszeczkę inny punkt referencyjny, nagle zostawiamy ten cały materialistyczny pomysł na życie. Nagle z powrotem odkrywamy ten punkt w kosmosie i jeszcze jesteśmy jedną nogą troszkę w tej materii i stąd jeszcze operowanie na jakichś urządzeniach, tego typu historiach. A być może za parę chwil będzie tak, że w pewien dziwny sposób wylądujemy z pewnymi dziwnymi mocami, które się samoaktywnią w naszych głowach właśnie z tego powodu, że nasze pole się ustabilizuje. Nie możemy korzystać z tych mocy, bo nasze pole jest niestabilne. Krótka piłka. Są te wszystkie legendarne opowieści, które lubimy bardzo powtarzać, że korzystamy z tylko niewielkiej mocy mózgu i tak dalej.
Jasne, że są takie opowieści. Prawda jest taka, że korzystamy z naszego całego mózgu, a nie tylko z jednego kawałka, ale oprócz tego mamy potężną część magnetyczną mózgu, z której w rzeczywistości faktycznie mało korzystamy. Jak robi się skany MRI, to widać doskonale, że na co dzień taki człowiek w stresie state alert consciousness, state of mind, czyli taki wiecznie w pogotowiu, ma praktycznie wyłączone te płaty magnetyczne. A jeżeli się weźmie człowieka, zaaplikuje mu odpowiednią dawkę na przykład substancji o nazwie LSD albo psylocybina, albo jakoś tak, albo może być ekspertem od medytacji i się go włoży na ten skaner MRI. Widać, że podczas tego zabiegu te płaty magnetyczne odżywają. No i to jest też związane z inną percepcją rzeczywistości, że człowiek, który wraca z takiej wyprawy, ma już troszkę inny punkt referencyjny, bo już widzi siebie w troszkę innym otoczeniu. Kiedy widzisz siebie stojącego na górce i widzisz, co się dzieje na dole, że tam jest dolinka, tam są ludzie, tam są ludzie, tam jest coś, tam jest coś. Ta atomizacja i dysfunkcja ze sobą znika. Jeżeli miałeś doł i myślałeś, że jesteś sam jedyny, to wyjście na górkę pokazuje, że nie. Że masz tu masę sąsiadów i praktycznie tylko od ciebie zależy, gdzie wyruszysz w kolejną drogę i kogo przywitasz.
I w tym momencie cała ta historia związana z mind control i tak dalej, troszkę się roztrzaskuje, bo właściwie jest coś takiego jak główny archetyp takiej najbardziej starożytnej wiedzy, która przetrwała do dzisiejszych czasów, która właśnie teraz z powrotem wychodzi na wierzch. I archetyp mówi jasno i wyraźnie: to my jesteśmy odpowiedzialni za cały koncept naszego życia, naszej rzeczywistości, która się nam przydarza. I to nie jest nic abstrakcyjnego. To jest dokładnie tak, jak jest. To my. To nie ma kogoś z boku, kto przyjdzie i ci popchnie, podepchnie i coś za ciebie zrobi. To jest tylko i wyłącznie twoja decyzja. No ale właśnie, jeżeli jest krótki punkt referencyjny, to ciężko łapać się w takie decyzje, że od razu w kosmos. A tu się okazuje, że właściwie co dużo mówić, ten punkt referencyjny też nie zależy do końca od nas. To jest coś, co dziedziczymy razem z tą planetą.
Coś, co jest częścią naszej rzeczywistości, częścią teraźniejszości, częścią wszystkiego. To jest coś, co buduje nasze życie. I teraz jest pytanie: wow, gdzie my wstawimy ten punkt referencyjny? To jest nasze pytanie od nas samych. A z drugiej strony jest taka piękna podpowiedź, że spokojnie, nie musisz się martwić o to, gdzie go wstawisz. Ten punkt referencyjny sam się odnajdzie, jest dokładnie na właściwej drodze i za chwilę wróci do twojej głowy. I jak spojrzysz na to wszystko, złapiesz piękny obraz całości. Także jeżeli jeszcze nic nie łapiesz, nie denerwuj się, za chwilę to wszystko będzie. I to jest chyba ten punkt referencyjny i to jest to, gdzie idziemy. I to jest ten zupełnie inny koncept na rzeczywistość.
To jest to coś, co różni ten koncept widzenia zmian na świecie jako katastrofę albo jako odrodzenie. Dla mnie to, co nadchodzi, jest odrodzeniem. To jest nowy świat, który nadchodzi, który jest pozbawiony toksyczności. A stary świat? Stary świat jest katastrofą. Stary świat jest czymś, co właściwie nie posiada nawet sensownego punktu referencyjnego. Bo jeżeli punkt referencyjny znajduje się, jest obiektem z naszej przestrzeni na skali pięciu, dziesięciu minut chcenia albo niechcenia, no to troszkę ciężko wybudować cokolwiek z takim podejściem do przestrzeni, w której się funkcjonuje. Myślę, że chyba jedyna opcja, jaka istnieje w ogóle na świecie, jeżeli jest w ogóle jakakolwiek opcja do wyboru, to nazywa się po prostu kosmicznym punktem referencyjnym i wszyscy podlegamy dokładnie pod ten kosmiczny punkt referencyjny. Oczywiście nikt z nas nie musi się z tym zgadzać, nie musi wybierać tej drogi. To jest zawsze indywidualna historia.
Nikt nie zmusza żadnego mieszkańca Tybetu, Nepalu, z którejkolwiek strony by nie patrzył na te góry do tego ostatecznego challenge’u, do tego ostatecznego wyzwania, żeby zostać prawdziwym lamą i zniknąć, rozpłynąć się gdzieś w jakiejś jaskini pomiędzy wymiarami i być może kiedyś wrócić tu na Ziemię w swoim własnym ciele, które tam czeka, zaparkowane na ciebie gdzieś w jakiejś jaskini, albo już nie wracać. Niektórym się udało, niektórym się nie udało. Czasami przydarza się tak, że po paru latach, bo ci ludzie, którzy medytują, zostawiają czasami taką informację, żeby po paru latach sprawdzić, co się z nimi dzieje. I czasami jest tak, że są otwierane te drzwi, a dżentelmen już dawno nie żyje. A są też takie dziwne sztuczki, że otwierane są drzwi, a dżentelmena w ogóle nie ma na miejscu. Nie ma nawet śladu po tym dżentelmenie. I teraz pytanie, co jest właściwie anomalią? Anomalią jest przypadkiem nasze abstrakcyjne, kompletnie chore, takie psychopatyczne troszkę myślenie, że punkt referencyjny to jest kawałek błyszczącej monety, kawałek jakiejś rzeczywistości, której chcemy, bo ktoś tam nam opowiadał bajek w telewizorze i wydaje nam się, że jak będziemy mieli taki lifestyle albo cokolwiek innego, to będziemy szczęśliwsi w życiu. Czy to jest nasz punkt referencyjny, czy też rzeczywisty punkt referencyjny jest dokładnie tam, gdzie się znajduje punkt referencyjny naszej planety, wszystkich roślin, które tu żyją? I praktycznie całego kosmosu.
Ja obstawiał to drugie. Myślę, że jeżeli ktoś naprawdę jest taki cwaniak i myśli, że mu się uda z tym swoim rozchwianym punktem referencyjnym przeżyć kolejne lata, myślę, że będzie miał poważny problem, bo wygląda na to, że mama natura jest tak poukładana, że nie daje specjalnie szans nikomu na to, nawet gdyby chciał, żeby coś zepsuł. Może co najwyżej troszeczkę narozrabiać przez bardzo krótki moment czasu, to i tak na zasadzie strzelania sobie samemu w kolano, bo mama natura nic nie zrobi. Ona szybciutko zmienia konsystencję tej części kosmosu i nagle wszyscy dostrzegamy coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy. Świat wygląda tak, że kiedy spojrzymy na przeszłość, to nie potrafimy rozpoznać samych siebie, bo się okazuje, że osoby, które znaliśmy w przeszłości, którymi myśleliśmy, że byliśmy w przeszłości, to nie my, tylko jakieś kłębowisko lęków, paranoi, strachów i tego typu rzeczy. A przyszłość? Przyszłość myślę jest doskonała i pozbawiona tych wszystkich toksycznych historii. Na tym chciałbym zakończyć ten dzisiejszy odcinek „Hiperprzestrzeni”, ale myślę, że zanim zakończę, to może jeszcze jakaś muzyczka, jeszcze na dwa słowa wpadnę. Zrobiło się gorąco od tego buddyzmu. Trolle się pojawiły.
Ciekawe. Cóż, tak to jest. Spokój duszy niektórzy mają nieustannie zmielony albo namielony w głowie, jakby mikser w głowie wsadzono nieustannie, ale i na nich przyjdzie czas. Tak to wygląda. Czas najwyższy zakończyć tą „Hiperprzestrzeń”. Dzięki za słuchanie, człowieku. Nie, nie będę się rozkręcał z tym tematem więcej. W każdym razie zamykając tę refleksję na sam koniec: przyszłość jest niczym innym, przynajmniej taka jest moja opinia, jak naszym punktem referencyjnym, jak chcemy o niej myśleć. Dla części z nas przyszłość jest tylko i wyłącznie kawałkiem zbioru atomów, w którym trzeba się najeść, wykąpać i przytulić do zbioru atomów. Nic więcej.
Interesuje nas tylko fizyczność. To jest ta część, która obumiera. A z drugiej strony jest coś, co wraca jak bumerang za każdym razem. To jest coś, co jest zupełnie innym punktem referencyjnym. Coś, co powoduje, że kiedy myślisz o sobie, to widzisz dookoła dużo gwiazd i sprawy mają się troszeczkę inaczej. Jest to inna perspektywa. Zatem do usłyszenia następnym razem z tej innej perspektywy, innego umysłu w „Hiperprzestrzeni”. Dzięki, człowieku, za wysłuchanie moich refleksji cosobotnich. Jeszcze raz pozdrawiam serdecznie wszystkich mecenasów Radia na Fali. Peace and off.
Nawet trolli pozdrawiam, tych nieszczęśliwych, którzy ciągle próbują zaistnieć. Chłopaki dzielnie, dziarsko walczą nieustannie. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy offline i pozdrawiam wszystkich słuchaczy online. Może na sekundkę sobie wejdę o tej wieczorowej porze. Naprawdę na krótką sekundę. Także jeżeli chcesz posłuchać sobie Radia na Fali jeszcze na żywo teraz, tu w tym momencie, to zostań z Radiem na Fali. A ja tymczasem zapraszam cię, żebyś wpadał do archiwum Radia na Fali, wpadał na profil na Facebooku Radia na Fali. Archiwum jeszcze nie jest do końca sprawne i nie mogę puszczać audycji, które są zaległe, bo jeszcze nie działa, ale już można ściągać, także możesz buszować po tym, co tam jest. Na nowości musisz poczekać. Nie wiem do kiedy.
Nie wiem, kiedy będzie gotowe. Naprawdę ciężko mi cokolwiek powiedzieć w tym momencie. Robimy, co możemy, tylko tyle możemy anyway. Co jeszcze? Zapraszamy do pozostałych kolegów, do księcia Edwarda w środę do „Etykiety zastępczej”, do Michała do „Torichaosu”, i do siebie oczywiście na „Syntezę”. Jutro przy okazji zapraszam na „Kącik Keszystów”. To przy okazji, ale to wszystko możesz za chwilę o wieczorowej porze. To ja się rozłączam z tej „Hiperprzestrzeni”. Jeszcze raz dzięki za wysłuchanie. Człowieku, pomyśl o tym swoim własnym punkcie referencyjnym, gdzie ten punkt referencyjny jest.
Bo ja sobie myślę o tym swoim punkcie referencyjnym i powiem ci szczerze, bardzo mi się to podoba myśleć o nim i naprawdę czuję go bardzo kosmicznie. Myślę, że ty też. Zatem do usłyszenia następnym razem gdzieś w kosmosie. Słuchałeś RadiaNaFali.com.