[00:00] - To think for yourself and question authority
[00:09] - Wieczorowa. Co ja mówię, jaka wieczorowa pora? Znaczy jest wieczorowa pora. Hiperprzestrzeń. Witam wszystkich serdecznie w Hiperprzestrzeni w Radiu Na Fali w sobotni wieczór. Co by nie mówić i jakby nie było. Zatem witam was. Chciałem tak w ogóle jakoś oficjalnie zacząć, wymyślić jakieś takie oficjalne pożegnanie. Witam państwa w audycji Hiperprzestrzeń. Na imię mam Tomek.
Zapraszam na dwie godziny. Nie, absolutnie, ale witam was bardzo serdecznie. Witam was obecnych online. Witam wszystkich, którzy są obecni na czacie. Zresztą tam jestem od jakiegoś czasu, tam się przyglądam. Dyskusje trwają. Pozdrawiam wszystkich obecnych. Peace and love moi drodzy. Pozdrawiam słuchaczy offline, czyli ciebie słuchaczko i ciebie słuchaczu słuchających tego gdzieś w jakże przemiłych i sympatycznych okolicznościach przyrody niepowtarzalnych natury. Ten teges.
Mam nadzieję, że fajnie się będzie słuchało. Mam dzisiaj taką ciekawą opowieść. Jak zwykle mam nadzieję jakąś opowieść. Właśnie, jak zwykle oprócz tego, że mam jakąś opowieść, to jak zwykle Radio Na Fali jest na Facebooku i jest na Twitterze, a mi się wreszcie udało odrobić wszelkie zaległości, powrzucać wszelkie zaległe rzeczy. Także teraz jestem w miarę na bieżąco. Książę Edward jeszcze się troszeczkę miga, ale dajmy mu parę chwil, bo człowiek troszeczkę się wylatał w tych samolotach, to niech odpocznie trochę, a niedługo zostanie to wszystko powrzucane. Oprócz tego zapraszam oczywiście na Skype'a, jeżeli chcecie zadzwonić. Radionafali.com taki jest adres na Skype. Musicie tam kliknąć zawsze „Dodaj radio do przyjaciół” czy jakoś tak. Ja muszę to zaakceptować, jeżeli chcecie zadzwonić, bo inaczej nie mogę was dołączyć na przykład do konferencji albo takich tam.
Czasami ciężko odebrać. Takie regulacje w Skype. Myślę, że każdy użytkownik doskonale to wie. Zatem zapraszam moi drodzy. O czacie już wspomniałem, że tam jestem jednym okiem i że wszystkich pozdrawiam. No i oczywiście pozdrawiam wszystkich mecenasów Radia Na Fali. Dostałem dzisiaj wieści o mecenasach, o was moi drodzy z polskiego konta jeszcze nie zdążyłem wrzucić, bo miałem troszeczkę zająć na głowie. Taki zagoniony ostatnio troszeczkę jestem. Znaczy bez przesady, nie to, że mi urwało rękę, nogę i tak dalej, ale tak trochę obowiązków i jeszcze się nie wyrabiam ze wszystkim. Dobra, to co zostawiam wszystkie takie krypciochowe rzeczy.
W każdym razie urobiłem się troszkę przy tych sprawach. Wszystko zostało porobione. Mam nadzieję, że macie dużo fajnej zabawy słuchając tego wszystkiego, co tam się pojawiło w archiwum tych wszystkich zaległości i że miło jest, że jest w miarę na bieżąco. Przynajmniej taką mam nadzieję. Cóż, właśnie à propos mecenasów moi drodzy, à propos was kochani mecenasi, to wielkie dzięki za wspieranie radia. Absolutnie wielkie dzięki. Ja jutro albo jakoś tak pewnie wskoczę i wymienię was wszystkich z nickname'ów, wpiszę was, podziękuję wam na Facebooku, Twitterze i na stronie radia. Jee! I oczywiście przypominam, że Grzegorz, który prowadzi „Czas snu”, żebyście mi tu nie zapomnieli o „Czasie snu”, bo ja ostatnio zapomniałem w wieczorowej porze w ogóle powiedzieć o „Czasie snu” oczywiście. Taki rozemocjonowany byłem, rozentuzjazmowany, że zapomniałem.
Wydało mi się to takie normalne, bo ja sobie ostatnio właśnie montuję troszkę tego „Czasu snu”. Znaczy nie montuję, bo to Grzegorz już teraz robi. Także teraz to już wszystko właściwie w rękach Grzegorza. Ja tylko tam dodaję dźwięk i przy dodawaniu dźwięku sobie podsłuchuję troszeczkę. I dla mnie się wydało takie oczywiste, że ja już na pewno powiedziałem, bo tak gdzieś to żyje w mojej głowie, a później przesłuchałem i okazało się, że zapomniałem wam powiedzieć. Zatem „Czas snu”, moi drodzy, a Grzegorz ma dla was jak zwykle książki, także niedługo ruszą do was dwa tomiska Jarka Bzomy „O śnieniu”. Drodzy mecenasi, drodzy mecenasi i droga mecenasko, tak też zostaniecie wybrani. Będzie kobieta i mężczyzna. Mamy dwie książki do rozdania w tym miesiącu jako prezenty, także ktoś z was dostanie, zatem spodziewajcie się listonosza. Co jeszcze chciałem powiedzieć?
Co jeszcze chciałem powiedzieć? Nawet sobie jakąś tam notatkę dzisiaj sporządziłem. No właśnie. Żebyście odwiedzali archiwa, też wspomniałem troszeczkę, bo nie tylko oczywiście „Czas snu”, nie tylko „Hiperprzestrzeń”, nie tylko, absolutnie nie tylko. Są jeszcze inne audycje. Przypominam „Teorię chaosu” jedna z audycji, która tam parkuje. „Synteza” oczywiście, „Etykieta zastępcza”, „Wieczorowa pora”, „Konwent wiedzy alternatywnej”. Materiały z pozostałych poprzednich konwentów. Niedługo się pojawią nowe materiały. „Dokładka” tam parkuje.
Stare odcinki „Pichontarium”, „Kiedy jeszcze nie miał psa” i oczywiście inne rzeczy, które są z prehistorii Radia Na Fali. Także możecie sobie wpaść, pościągać, posłuchać. Wszystko absolutnie za darmo. Nie trzeba się logować, żadnych takich głupot, nic z tych rzeczy. Po prostu normalnie jak dla ludzi. W końcu kim my jesteśmy, prawda? No właśnie dzisiaj się troszeczkę zajmę, kim my jesteśmy, bo to jest taki temat na dziś troszeczkę. No, nawet nie troszeczkę, tylko taki kompletnie temat na dziś. Ale żeby wskoczyć w ten cały temat, żeby to wszystko opowiedzieć, to zacznę od jednej rzeczy, która będzie dosyć istotna przy dzisiejszej opowieści. Muszę zdefiniować jedną sprawę tak na szybko i to jest definicja na potrzeby dzisiejszej audycji.
Nie jest to taka ogólna definicja, która chciałbym, żeby została z nami na wsze czasy. Nic z tych rzeczy. To taka definicja na potrzeby dzisiejszej Hiperprzestrzeni. No właśnie, widziałem, że o czymś zapomniałem. Zapomniałem pozdrowić i powiedzieć wam, że audycja oprócz tego, że w Radiu Na Fali jest w Radiu Paranormalium. Zawsze czegoś zapominam. Paranormalium.pl jest retransmitowana, bo Radio Na Fali to matczyne radio, a Radio Paranormalium retransmituje Hiperprzestrzeń. Pozdrawiam bardzo serdecznie Ivelliosa i wszystkich obecnych na czacie Radia Paranormalium, na który nigdy w sumie nie zaglądam, bo nie mam już takiej podzielności uwagi, żeby to wytrzymać przy tej ilości gałek i pokręteł i ekranów na komputerze, mikrofonie i moim rozdygotanym charakterze w tym wszystkim. I oczywiście moją herbatą. Na zdrowie.
Tak odrobinę właśnie lipy, troszeczkę czarnej herbaty, takiej fajnej z wiórków. Znaczy nie z wiórków, tylko z liści I odrobina, szczypta brązowego cukru. Dzisiaj sobie słodzę, moi drodzy, ale też taki temat, że taka słodkość się bardzo przyda. To może zacznijmy od tej definicji, od czegoś najistotniejszego. Znaczy nie najistotniejszego. Od czegoś bardzo istotnego dla rozpoczęcia tej całej opowieści. Zatem chodzi o definicję wizji. Na potrzeby dzisiejszej audycji muszę rozsądzić, co jest wizją, a co jest snem, moi drodzy. Zatem różnica pomiędzy wizjami a snami na potrzeby tego odcinka wygląda tak, że sny są częścią naszej podróży. Wyobraźmy sobie, że podróżujemy od punktu A do punktu B i gdzieś pomiędzy tymi punktami jest tak zwane w połowie drogi albo coś w tym stylu, gdzie wszystko się dramatycznie zmienia, bo punkt A jest inny, punkt B jest inny i gdzieś jest ten moment, w którym zauważamy, że coś się zmieniło dookoła i to dosyć mocno.
I to jest ta różnica pomiędzy wizjami a snami, że sen to jest ta droga przebyta w jednej trzeciej, czasami w połowie, nigdy więcej niż po połowie i nigdy dalej. Natomiast wizje są czymś, co przebywa tą drogę w całości. I jeszcze jedna definicja: sen jest czymś, co się wydarza, kiedy nas tu nie ma, kiedy śnimy. A wizje są czymś, co się dzieje, kiedy tu jesteśmy. Można sobie trzymać szklankę w ręku i jednocześnie widzieć na przykład w tym momencie różowego słonia i tylko samemu widzieć tego różowego słonia, który stoi tuż obok, uśmiecha się do nas, macha nam figlarnie swoimi uszami i tak dalej. Ale oczywiście nikt poza nami może nie słyszeć i nie widzieć tego słonia, chociaż w pokoju może być parę osób. Może być taka sytuacja. To jest ta różnica pomiędzy snami a wizjami, że sny są w śnie, a wizje są po prostu wszędzie. To jest taka istotna historia. Także taka definicja.
Proszę sobie zapamiętać na potrzeby dzisiejszego odcinka. A dzisiaj o czym? Bo tak powiedziałem, żeby sobie zapamiętać pewną definicję. Bo dzisiaj o istocie totemicznej, o zwierzakach i to dzikich i nas w tym wszystkim. Taki pomysł. I oczywiście specjalna muza przygotowana na dzisiejszy odcinek. Zaczniemy od takiego klasyka, który ja bardzo lubię, która nas naprowadzi troszeczkę na trop i na temat. A wy oczywiście słuchacie „Hiperprzestrzeni”. Ja mam na imię Tomek i możecie śmiało dzwonić, jeżeli macie jakieś pomysły i w ogóle historie związane z dzisiejszą opowieścią, bo mam nadzieję, że być może ktoś z was ma jakieś cenne spostrzeżenia. Who knows?
Puśćmy muzyczkę, zacznijmy od czegoś z przytupem. Dzisiaj nie będzie krótkich numerów. Dokładnie radionafali.com, „Hiperprzestrzeń”. Ja mam na imię Tomek. Audycja jest oczywiście retransmitowana w Radiu Paranormalium. No a dzisiaj o totemicznych istotach, o zwierzakach. To może wyjaśnię od początku, czym jest zwierzę totemiczne, bo tego dotyczy dzisiejsza opowieść. Totemiczne zwierzę to jest taki zwierzak, troszkę później zajmiemy się tą dyrektywą. Na razie ustalmy to w taki prosty sposób. Każdy dostaje pewną dyrektywę i tą dyrektywą jest jakieś konkretne zwierzę, które jest z nim związane i to zwierzę go reprezentuje, tudzież on reprezentuje to zwierzę.
To działa w obydwie strony. Jeżeli trzeba się skontaktować z duchami tego zwierzaka, to generalnie rozmawia się z tym człowiekiem, ponieważ on reprezentuje totem tego zwierzęcia. Czasami jest tak, że całe plemiona mają totem konkretnej istoty, czasami tylko pojedyncze osoby. Różnie to bywa, ale generalnie wygląda tak, przynajmniej w takich starożytnych miejscach, że każdy ma swoją istotę totemiczną. I moi drodzy, bynajmniej nie jest to ani piesek, ani kotek, ani złota rybka. Żadne zwierzę hodowlane. Chociaż może złota rybka tak, chociaż jest hodowlana, to jest zupełnie inna sprawa. Chodzi tu tylko i wyłącznie o dzikie zwierzaki. Ja nigdy w życiu nie spotkałem się z istotą totemiczną, która byłaby zwierzakiem, który żyje normalnie z ludźmi i funkcjonuje troszeczkę według naszych zasad. Nigdy nie słyszałem o czymś takim.
Nie mam bladego pojęcia. Może są takie przypadki, ale ja nic na ten temat nie wiem. Natomiast wszystkie rzeczy, o których wiem na temat zwierząt totemicznych, nie jestem jakimś wielkim ekspertem, także proszę wziąć tutaj spokojnie kredyt. Są to takie moje poszukiwania i być może kilku informacji jeszcze nie znalazłem. Jeszcze ciągle szukam, moi drodzy, tak czy siak. Anyway, ale powiem, do czego dotarłem. Dotarłem do tego, że te istoty totemiczne to w większości są dzikie zwierzaki. To takie różne dzikie zwierzaki. Naprawdę bardzo. Często takie duże koty, często zwierzaki, które funkcjonują w podobny sposób jak my.
W sensie tworzą tego typu społeczności. My czujemy te zwierzaki podobnie do siebie, dlatego mamy pewną sympatię do pewnych istot. A na przykład kiedy widzimy jakieś inne zwierzaki albo pająki, to już troszkę gorzej wygląda u niektórych ludzi, troszkę gorzej się kleją do tego pomysłu. Nie za bardzo widzą to odbicie swoich własnych sił, swoich własnych energii w tym zwierzaku. Natomiast jak zobaczą takiego dużego jaguara, zobaczą dużego niedźwiedzia, zobaczą dużego białego wilka, zobaczą cokolwiek To nagle się zmienia i jest komunikacja w obydwie strony generalnie. Takie tajemnicze istoty pojawiają się. Słuchajcie, czy kojarzycie wszystkie te zagadkowe przedstawienia różnych dziwnych istot na różnych starożytnych rysunkach, gdzie z reguły jest ciało człowieka, a głowa zwierzaka? Zagadkowe przedstawienia dziwnych istot zawsze z ciałem człowieka. Natomiast z tą głową zawsze jest dyskusyjna historia. Ona czasami przybiera bardzo różne formy.
Naprawdę różne, ale ciało jest zawsze to samo. Najlepszy numer jest z rękami, że one z reguły są zawsze ustawione dokładnie w ten sam sposób. Jeżeli ktoś z was odwiedza czasami muzea albo na przykład w British Museum, albo w Egipcie, w tym muzeum, które jest w Kairze, albo w Muzeum w Paryżu, albo egiptologii, albo jednym z najlepszych wydziałów poza oczywiście Kairem w ogóle na świecie, jeżeli chodzi o wydział Egiptu w Muzeum Berlińskim. Oczywiście francuskie też jest tak samo dobre, ale berlińskie jest ponoć jeszcze większe. Jeżeli ktoś był, to widział. I nie tylko chodzi o egipskie historie, bo w sumie chodzi o wszystkie te zagadkowe starożytne rzeźby. Jeżeli się przyjrzymy na tą konstrukcję, która się nazywa Göbekli Tepe, o której mówiłem tu dawno, dawno temu, chyba z dwa czy trzy lata. Także proszę sobie zajrzeć do archiwum. Tam jest troszeczkę na ten temat. Czasami o tym wspominam, bo tam badania nieustannie trwają, a ja sobie lubię monitorować, co się tam dzieje w tym temacie.
Tam też są takie rzeźby, proszę państwa, rzeźby z Wysp Wielkanocnych. Przecież te moai, te duże rzeźby mają też tak specyficzne ręce. Jeżeli przyjrzymy się na taką bardzo starą rzeźbę, jedną z takich najstarszych, datowanych organicznie. Ona jest datowana na jakieś, zdaje się, trzydzieści parę tysięcy lat. To jest taka rzeźba wykopana gdzieś tam na Syberii z jakiejś wiecznej zmarzliny, taki kawał drewnianego pnia, który jest wyrzeźbiony jak totem. Ciekawa historia z tym totemem, bo powiedziałem, czym jest istota totemiczna, czym jest zwierzę totemiczne. Ale totem. Czym jest totem? Totem to jest przedstawienie, można powiedzieć, istoty, która nas chroni i którą my chronimy. I to jest jej fizyczna reprezentacja, czyli kawałek drewna, najlepiej takiego dużego balika, a najlepiej takie potężne duże drewno, drzewo wyciosane i na tym totemie jest cała historia plemienia i wszystkich mocy, które były związane z tym plemieniem.
Często biały człowiek, kiedy patrzy na coś takiego, zastanawia się, o co tu chodzi. Takie totemy indiańskie to wygląda naprawdę taki duży, potężny drewniany pień, który jest rzeźbiony w takie dziwne wzorki. Nie wszyscy łapią, o co chodzi z tymi wzorkami. Dlaczego tam jest kruk, a po kruku pojawia się coś tam, a później pojawia się coś tam, a później coś tam. A to są istoty totemiczne, czyli można powiedzieć, niektórzy mówią opiekunowie. Otóż to. Można też tak to traktować. I właśnie powiem, co wiem na ten temat. Bo nasza percepcja, kiedy używamy słowa opiekun, czasami jest tylko i wyłącznie naszą percepcją tego słowa i nie ma nic wspólnego z tym, jak ono jest traktowane na przykład przez ludzi, którzy budują owe totemy, rzeźbią owe totemy, tudzież posiadają istoty totemiczne i są świadomi, jakie istoty totemiczne za nimi stoją. Tak jak powiedziałem, nie jest to kwestia związana ze zwierzakami domowymi.
To są zawsze takie dzikie zwierzaki. No właśnie. Opowieści o Annunakich i takich tam. Pegaz. Kojarzycie takie stwory? Minotaur. Z Minotaurem jest ciekawa rzecz, bo Minotaur żył w jaskini. Jeżeli przyjrzymy się na starożytne mity tak globalnie, to zauważymy takie paralo. Sytuacja, która się bardzo często powtarza. Czyli mamy istotę, która jest częściowo człowiekiem, częściowo reprezentuje świat mocy zwierzęcych, tak można to nazwać, kosmicznych, z zupełnie innego wymiaru, przynajmniej dla nas, z naszego punktu widzenia.
I to wszystko jest zamknięte w jednej całości, czyli kawałek człowieka, kawałek innej istoty. I to gdzieś funkcjonuje w jakichś podziemiach, często przerażającej scenerii i tak dalej. Wszystkie te historie o Minotaurze chociażby. I że te istoty powstały z narodzin właśnie dwóch istot, które były na samym początku. Taka ciekawa historia. Jeżeli oczywiście tak bardzo mocno uprościmy i upchamy te wszystkie mity niczym coś do pudełka, po prostu upchamy na samo dno, to mniej więcej tyle nam z tego wychodzi. Takie bardzo wspólne paralo, które się ciągnie cały czas. Wszyscy w jaskiniach i labiryntach. Nieustannie. Zapraszam w ogóle wszystkich na czata Radia Na Fali, bo mam parę linków i teraz się to przyda, bo chcę tu wspomnieć właśnie o jednej z takich ciekawych wypraw, która się odbywała przez jakieś 2000 lat do 391 roku naszej ery, kiedy to oficjalnie została zabroniona przez niejakiego Teodozjusza, cesarza Rzymu.
Tego kolesia, który wprowadził chrześcijaństwo między innymi jako taką obowiązkową religię. On miał taki dekret. Już wam czytam, bo nawet sobie znalazłem. Zaraz wam puszczę linka. Ale drogi słuchaczu i droga słuchaczko albo droga słuchaczko i drogi słuchaczu, nie przejmujcie się, że nie macie teraz komputera przed sobą. Chętnie wam to przeczytam, a szczególnie dla was, słuchaczy offline. Znajduje się to na Wikipedii, jeżeli chcecie sobie wpisać, bo dżentelmen nazywał się Teodozjusz I Wielki. Taki specjalny edykt wydał nazywany tesalońskim i napisał w nim tak: „Chcemy widzieć wszelkie ludy, które podlegają miłościwej władzy naszej łaskawości — ale buc, nie? — żyjące w wierze, jak przykazał Rzymom apostoł Piotr, którą głosi się tak jak niegdyś, także dzisiaj i którą wyznaje, jak każdy wie, papież Damazy i biskup Piotr z Aleksandrii. Nakazałem, żeby ten tylko, kto przestrzega tego prawa, mógł przybrać imię katolika, a wszyscy inni, jako nierozumni, szaleni, byli napiętnowani hańbą nauki heretyckiej, winni oni spodziewać się przede wszystkim pomsty Bożej, a następnie naszej kary, stosownie do decyzji, którą powzięliśmy z natchnienia niebieskiego”.
Niezłe łajzy. Generalnie wziął koleś, pociął kogoś nożem i powiedział, że to z natchnienia niebieskiego. No ale oni zawsze tacy byli. To się nigdy nie zmieniło. Zdaje się do tej pory to samo. Te same problemy, te same podejście do życia. Ale to zostawiamy, w każdym razie ten dżentelmen, bo właśnie o nim mowa, ten dzielny, dziarski miłośnik pokoju i miłości, wyznawca Jezusa Zabronił takiej imprezy, która nazywała się Misteria Eleuzyjskie, która trwała przez 2000 lat. To była cała historia praktycznie starożytnej Grecji. Dokładnie w 391 roku naszej ery zostało oficjalnie zakazane. Koniec, koniec.
Jest tylko jeden kult. Ein Reich, ein Führer, czy jakoś tak. On się nazywa Jezus, czy inny tam. Jakoś tak. Ja to jestem zupełnie z innej bajki. Także wybaczcie mi, moi drodzy, jak ktoś się poczuł urażony. Ja też się czuję urażony czasami. Też mogę czuć się urażony, prawda? Kwestia ochoty i chęci, nie? Ale zostawiamy te ciężkie religijne tematy.
Wróćmy do naszej imprezy, która się nazywała Misteria Eleuzyjskie i myślę, że ja tu sobie spokojnie przeczytam wam, o co chodzi w tych misteriach, bo to właściwie kawałek tekstu, a nie będę tu wymyślał niczego na nowo. Myślę, że jest to dosyć dobrze opisane. Mianowicie jest to tekst z Wikipedii. Ja troszkę dzisiaj się posługuję Wikipedią, ale mam kilka innych refleksji, które już będą bez Wikipedii. Także spokojnie, moi drodzy, nie zamierzam tutaj cytować Wikipedii przez cały odcinek. Absolutnie. Ale myślę, że jest to bardzo cenne podsumowanie. Ja wam powiem, czego tam brakuje później, bo to też nie jest do końca taka pełna wersja, ale daje mniej więcej obraz tego, jak to wyglądało, że wielkie misteria odbywały się w miesiącu Bodromion. Ich przebieg wyglądał następująco: 14. dnia miesiąca przenoszono święty obiekt Sacrum do Eleusis w Eleusion w Atenach.
Następnego dnia na Agorze hierofant ogłaszał rozpoczęcie zgromadzenia misteriów. 16. dnia miała miejsce kąpiel w morzu z pochodniami w środku nocy. Tego tam nie ma, ale to się odbywało w środku nocy, zaś dwa następne dni trwał post. 19 dni rozpoczyna się wielka procesja z Aten do Eleusis. W czasie pochodu tłum czcił Demeter radosnymi pląsami, śpiewami. Wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdy kończył się okres postu, który ustanowiono na pamiątkę błąkającej się i nieprzyjmującej pokarmów Demeter. Po dotarciu procesji do Eleusis obrzędy odbywały się w mogącym pomieścić nawet 3000 ludzi telestronie. Dopiero gdy przybywszy na miejsce uczestnicy zagłębili się we wnętrzach sanktuarium — to były właśnie takie labirynty podziemne, tego tam nie ma — zaczynała obowiązywać ich zasada milczenia. Sam ceremoniał wewnątrz świątyni był aktem zindywidualizowanym.
Osoba, która dostąpiła wtajemniczenia, poznawała umówiony znak, czyli hasło będące znamiennym dowodem dopełnienia ceremonii, tak zwanej syntemy. Tak brzmi oficjalna definicja. Kilku rzeczy tu brakuje. Właściwie brakuje chyba tej najważniejszej rzeczy. Czym były owe Misteria Eleuzyjskie? A mianowicie była to impreza, która trwała przede wszystkim, o ile zauważyliście, dwadzieścia parę dni od pełni do pełni, moi drodzy. Tak to wyglądało. I co ludzie robili od pełni do pełni i dlaczego pląsali w ogóle sobie te radosne tańce ku czci Demeter i tak dalej? No więc wszyscy oni byli pod wpływem DMT, psylocybiny oraz innych substancji, które niektórzy nazywają entegonami. Często nazywane są substancjami psychoaktywnymi.
Ja dzisiaj pozostałem przy nazwach psychoaktywnych. To mi bardzo dzisiaj odpowiada. No i te substancje stanowiły podstawę owych misteriów. Nie było misteriów bez substancji, moi drodzy. Absolutnie. To było po prostu niemożliwe. I to były takie specjalne święta. Co było tą substancją? Właściwie główną substancją było DMT rafinowane z kilku roślin, które tam sobie rosną. Są takie drzewka, które mają liście zawierające odpowiednią ilość DMT.
Akacje dokładnie. Nie każdy rodzaj akacji. W Polsce te akacje nie rosną, ale tam rosną i jeszcze kilka innych roślin. Generalnie na Bliskim Wschodzie jest tego troszeczkę. Jeżeli ktoś z was przeglądał kiedyś ilustracje związane z opowieściami o Sumerach, szczególnie tych dziwnych istot, roślin, które są dookoła nich i tak dalej, a szczególnie jeszcze do tego ilustracje z Egiptu, to nagle się okazuje, że starożytni doskonale wiedzieli o substancji zwanej DMT — dimetylotryptamina, czyli to, co znajduje się między innymi w ayahuasce. To jest ta substancja odpowiadająca za wizje. No i generalnie całe Misteria Eleuzyjskie to było nic innego, jak tutaj jest w owej Wikipedii oficjalnie. No, nie wiemy, ile było oficjalnie, bo są to takie bardzo mocne spekulacje współczesnych archeologów. Właściwie wszystko to gdzieś zniknęło w tajemnicy historii, w pyle historii, gdzieś przysypane tym kurzem historii. O, tak bym powiedział.
Ale się zamotałem. I że tam nawet 3000 ludzi. No to 3000 ludzi to musiała być niezła impreza. I to się działo cały czas. Otóż to. Ciekawa historia, prawda? Ciekawa, proszę państwa. I odbywało się w jednym miesiącu, czyli właściwie przez cały miesiąc, raz na rok. Cała społeczność wrzucała bardzo mocne substancje psychoaktywne. Oczywiście w odpowiedni setting, czyli w odpowiednich warunkach.
Była ku temu odpowiednia ceremonia, tak jak jest to opisane, że tam 14. dzień, 19. dzień, coś tam po kolei, jak była do tego dieta i tak dalej. Tego 19. dnia, kiedy już byli przygotowani, wchodzili na spotkanie pewnej historii do tych podziemi, gdzie już przeżywali indywidualny, bardzo mocny trip. Taki naprawdę zmieniający bardzo mocno. Z tym jest związana historia właśnie z tymi tajemniczymi świątyniami w Grecji, o których się mówi, że tam — przynajmniej brytyjscy archeolodzy tak mówią — że tam się gazy wydobywały i tam ludzie wchodzili i dostawali jakieś tam tripy po gazach, bo jakieś takie zatrucie powietrza było coś w tym stylu, a później ktoś im wyświetlał jakiś teatr kukiełkowy. Takie spekulacje, że była to taka rozrywka. Natomiast w rzeczywistości wszystkie opisy tych historii mówią o czymś zupełnie innym. Zostało tego troszeczkę w Rzymie.
Zostało troszkę w Grecji. No i zostało troszkę miejsc, gdzie odbywano owe misteria, bo tych miejsc było troszeczkę. Słynna historia z tą przepowiednią z Delf. To było też miejsce właśnie związane prawdopodobnie z tymi misteriami eleuzyjskimi. Właściwie nie wiemy za dużo na ten temat. No, poza tym, że raz w roku trwało to przez cały miesiąc. Właściwie nie cały miesiąc, ten cały księżycowy miesiąc. No i w tym momencie każdy Każdy uczestniczył w potężnej imprezie. Każdy był, można powiedzieć, po kwasie albo po grzybach, albo po ayahuasca. Generalnie wszystko naraz właściwie, bo na tej imprezie się brało wszystko i to nie ma naprawdę żadnych dowcipów.
Skąd to wiemy? Bo to też nie jest kwestią mojej spekulacji ani wymyślania sobie jakiegoś tam autora. Wiadomo to z pewnych przemilczanych oficjalnie danych pochodzących od archeologów morskich, którzy wykopują czasami te stare statki, szczególnie greckie, z amforami w środku. A te amfory to jest wszystko organic food, moi drodzy, takie naprawdę organiczne jedzenie, a nie takie organiczne jak dzisiaj. Jeżeli ktoś zapeklował słoik 3000 lat temu, to się bardzo często okazuje, że może zawartość nie przetrwała w jakimś idealnym stanie, bo jest to 3000 lat. To może bigos nie przetrwa. Oliwki też może nie przetrwają, ale coś tam przetrwa. Jakiś kawałek tego wszystkiego opadnie na dno i wiadomo mniej więcej, co tam było. Panowie archeolodzy dali do analizy część z tych waz i wyszło to, co wyszło. Słuchajcie, sporysz, psylocybina, DMT.
Nie było to normalne wino. Dużo ludzi spożywających wino i będących miłośnikami wina używa tej nazwy, że wino to napój bogów. A wino było napojem bogów dokładnie dlatego, że zawierało bardzo mocną medycynę i to taką konkretną, naturalną medycynę, która miała mocne właściwości uzdrawiające. Jeżeli się przyjrzymy Grecji i zobaczymy, kiedy Grecja upada, kiedy to wszystko umiera, to też jest to związane właśnie z owymi wielkimi misteriami. Kiedy znikają misteria, kiedy znika część starożytnej wiedzy, kiedy znika właśnie ten wspólny trip, coś zaczyna się dziać takiego nie tak, nie w tą stronę. Ja tymczasem wam tu wklejam na czata, żeby nie było, że zapomniałem linki, wszystkie te linki i do cesarza, i do misteriów eleuzyjskich. Tam jeszcze była taka historia z tymi misteriami, o czym nie każdy wie. Tam była taka ceremonia, w której się brało udział. Tak zwane małe misteria. Były jeszcze wielkie misteria.
Generalnie w Atenach były tak zwane małe misteria, ale to wam zostawię. Przeczytajcie sobie na Wikipedii, bo jest sensownie opisane. Ale tam jest jedna taka ciekawa rzecz. Kiedy zaczynała się część imprezy, neofici, czyli ci, którzy właściwie po raz pierwszy dostępowali tej ceremonii, mieli coś takiego jak hierofanty przy sobie. Hierofant to jest karta z tarota. Dokładnie, moi drodzy, to jest karta papieża w tarocie. Na karcie jest postać starszego dziadka, długi płaszcz, kij w ręku czasami. W dzisiejszych czasach ma papieskie ciuchy i trzyma laskę z potrójnym krzyżem. I siedzi na tronie pomiędzy dwoma wysokimi kolumnami. Taka jest karta tarota.
Ale historia z tą kartą tarota, jak się okazuje, jest o wiele starsza niż nam się oficjalnie mówi. Sięga gdzieś tam do Grecji, ale to może zostawię, bo ja nie jestem takim tarociarzem i też nie chciałbym tu się rozwodzić na ten temat. Ciężko by było powiedzieć, że jestem ekspertem od tarota. Prawie nic nie wiem na ten temat. Oczywiście fascynujący, intrygujący. Jak trafię, zawsze poczytam, ale nie ciągnijcie mnie za język, bo naprawdę nie ma nic, co mogłoby wypaść w tym temacie w waszym kierunku. Także zostawmy te tarotowe historie. Ja tu jeszcze wspomnę na szybciutko o gnostykach, czyli o katarach, czyli tych kolesiach, których wytrzebiły pierwsze krucjaty w Europie, czyli krucjaty abigejskie. Gnostycy to byli kolesie, którzy posiadali część tej tradycji. Oni nazywali to swoim Bogiem.
I to jest ta historia związana z Giom Marco Allegrą. Teraz głośna sprawa, mam nadzieję, że głośna w Polsce po owej prezentacji na Konwencie Wiedzy Alternatywnej, o której rozmawiałem z Basią i Tomkiem, o tym, że Jezus jest reprezentacją pewnej substancji psychoaktywnej o nazwie soma i że soma w rzeczywistości to są grzyby, moi drodzy, jakiś mix grzybów. Amanita muscaria z czymś tam prawdopodobnie. Nikt do końca nie jest tego pewien, jak wyglądał ten mix finalnie. Nikt tego już nie pamięta. Ale wiadomo, co to było. Może kiedyś powinienem spróbować to zmiksować i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Ale to kiedyś. Nie w tym momencie. Teraz to odstawiamy.
Była ta sama tradycja. Oczywiście niewiele zostało do naszych czasów, bo gnostycy zostali wyorani przez sektę jezusową bardzo szybko i bardzo brutalnie. Rozprawiono się z nimi dosyć mocno. Ile jeszcze przeżyli historię związaną z Aleksandrią i z wprowadzaniem tego sekciarstwa i dociągnęli do 1000 roku w Hiszpanii i byli uznawani za heretyków, to niestety 1200 rok i krucjata abigejska rozłożyła wszystkie te historie na łopatki i katarowie, czyli gnostycy, zostali generalnie wytępieni w tej części Europy. I pojawił się wielki moloch, wielkie imperium, tyrania Watykanu. Tak to wyglądało, ale informacja o tym pozostała. Kto chodzi na grzyby, proszę państwa? Bo to już sezon niedługo. Zaczęło się robić naprawdę deszczowo i widać, że już chyba grzybowa pogoda. Już normalne grzyby są.
Ja słyszałem, że ponoć bardzo ładne. Także misterium eleuzyjskie. Może powinniśmy coś pomyśleć troszkę w tym temacie. Właśnie, to może chwila muzyczki. Ja dzisiaj mam wyjątkową muzyczkę, w sam raz na dzisiaj. Dużo dmuchania. Nie przez przypadek. Troszkę inny las, prawda? I troszkę inne granie. Ale to nie przez przypadek, moi drodzy.
Tu zauważyłem, że na czacie rozgorzała jakaś straszna dyskusja. Widzę, że trauma, nieustanna trauma z mieszkaniem w katolickim kraju i porównywaniem wszystkiego do Tej fikcji literackiej nie może opuścić nikogo. Ciągle wszyscy muszą sobie przypominać, że jest jakiś Harry Potter i że ciągle należy konfrontować cały świat i wszystko, co się dzieje dookoła z Harrym Potterem, bo inaczej sprawy nie zadziałają. Nie wiem, skąd to się bierze. Może z tej niewiedzy, że owa księga tak naprawdę jest jedną wielką manipulacją od początku do końca i nic tam się kupy nie trzyma. Są oczywiście pewne drobne fragmenty, które odwołują się do pewnych rzeczy, które naprawdę miały miejsce, ale to normalne. Każdy próbuje się jakoś uwiarygodnić na tyle, żeby ktoś w to uwierzył, prawda? Chyba się udaje. Jak widać, chyba się całkiem udaje. Opanowała umysły, widzę całkiem nieźle.
Pozdrawiam wszystkich na czacie, ale zostawmy te szalone umysły opanowane przez tą szaloną sektę i wróćmy do prawdziwych tradycji, do prawdziwej informacji. Przynajmniej do czegoś, co ja nazywam prawdziwą informacją. Nie wiem jak wy, ale to jest moja źródłowa wiedza. Spójrzcie na inicjacje indiańskie, na postacie, które robią specjalne tańce podczas tych inicjacji, które mają pozakładane specjalne maski zwierząt. I jest to takie dosyć popularne, że podczas pewnych ceremonii, my to nazywamy ceremoniami, nie do końca są to ceremonie w naszym tego słowa rozumieniu, ale tu już zostawię ten temat trochę z boku. Spójrzmy na coś innego. Spójrzmy na to jako na spotkanie towarzyskie, które ma na celu zbudowanie pewnej wspólnej tożsamości przez parę chwil w działaniu, takiej tożsamości w działaniu. Nie na zasadzie, że wszyscy szyją tą samą flagę, wszyscy sobie wymyślają hymn, określają granice i tak dalej. Nie, to jest troszkę coś innego. Partycypują w doświadczeniu wspólnie razem z tym, że są ze sobą i są z tymi wszystkimi mocami, bo tego się to dotyczy.
Duchy zwierząt zawsze są reprezentowane przez jakichś tam tancerzy, czy to duch kruka, orła, jakichś ptaków, innych pozostałych zwierząt, kangura, czegokolwiek innego. Zawsze jakieś takie rzeczy są. Tańce z maskami zwierzaków. W Tybecie też ta sama historia. W Azji, Ameryce Północnej, Afryce, Australii. Praktycznie wszędzie te historie się dzieją. W Europie jest dokładnie to samo. Ślad tego został nawet gdzieś tam w kompletnie wykręconych tradycjach, gdzie gdzieś tam czasami jakieś święta wielkanocne, ktoś zakłada jakieś maski, że niby coś w tym stylu. Jeżeli się przyjrzymy na taką globalną wioskę jako naszą planetę, to jest to taka rzecz: „O siedź, wszyscy mają maski zwierzaków wszędzie”. Wszędzie mają jakieś maski, może nie zawsze zwierzaków, ale jakichś istot.
Ciekawa historia jest z Indianami, którzy sobie mieszkają w Ameryce Północnej. To są Indianie Hopi i oni mają takie fajne istoty, które nazywają Kachunas. Kachina, Kachuna, Kahuna. Nie jest Kahuna, tylko Kachuna. Zdaje się tak się poprawnie powinno chyba wymawiać. Mogę się jak zwykle gdzieś tam pomylić, także wybaczcie mi, jeżeli się mylę, ale będę mówił po prostu Kachuna. Ale zanim opowiem w ogóle o Kachunach, bo skoro jesteśmy przy tych tańcach z maskami zwierzaków, chcę opowiedzieć historię, jak to wygląda w jednym z najstarszych plemion na świecie. U ludzi, którzy do dzisiaj właściwie żyją w takiej dokładnie tej samej formie, w jakiej funkcjonowali prawdopodobnie osiem tysięcy lat temu, może dwanaście tysięcy lat temu. Nikt nie wie, jak stare jest to plemię. Są to jedni z najstarszych ludzi na świecie.
Są to Aborygeni i ich tradycja, tą, którą kultywują, jest jedną z najstarszych tradycji mówionych, przekazywanych ustnie bez żadnych zmian na tej planecie, bez żadnego zawirowania, żadnego przekłamania do dzisiaj. Oczywiście jest to kultura, która jest kompletnie deprawowana. Tu nie chcę się rozwijać na ten temat, jak rząd australijski w postaci niecnych zamiarów, ponieważ tam, gdzie mieszkają Aborygeni, jest często pod ziemią złoto, diamenty, rudy uranu i tak dalej. Duże kompanie, korporacje, które zajmują się wydobywaniem owych minerałów, po prostu robią wszystko, co tylko w ich mocy, żeby wykopać tych ludzi stamtąd. Najlepiej to ich w ogóle eksterminować, żeby w ogóle zniknęli i nie było żadnego problemu, żeby można było postawić wielką kopalnię i wyryć dziurę w ziemi i zarobić na tym w cholerę kasy zupełnie nikomu niepotrzebnej. Ale takie czasy mamy. I taka jest historia z Aborygenami dzisiaj, ale to nie będę wam zawracał tym głowy, bo to nie chodzi o jakieś dramatyczne historie. Jeżeli ktoś z was chce sobie sprawdzić, to myślę, że informacji na internecie jest wystarczająco dużo, żeby sobie zrobić taki solidny research. A ja chciałem wam opowiedzieć o historii, o tradycji tego jednego z najstarszych plemion na świecie i najstarszej mówionej tradycji, jakakolwiek istnieje, przynajmniej znanej nam do dzisiaj. Więc o co chodzi z tymi istotami, które mają inne głowy, ale nasze ciała?
O co chodzi? Więc przychodzi taki dzień, że przychodzą wizje. Taka inicjacja, spotkanie, cokolwiek. W każdym razie przychodzą wizje i do każdego z Aborygenów przychodzi jego zwierzę totemiczne. Przychodzi duch, który wygląda jak jego zwierzę totemiczne i przedstawia mu to zwierzę. Tym zwierzęciem może być krokodyl, tym zwierzęciem może być kangur, tym zwierzęciem może być jaszczurka, tym zwierzęciem może być wąż, tym zwierzęciem może być ptak. Tym zwierzęciem może być cokolwiek innego. Może być jakaś czasami też dziwna istota, ale z reguły zwierzęta totemiczne to zwierzęta totemiczne. Trochę wygląda to jak te wszystkie starożytne rysunki z Egiptu jeżeli kojarzycie na ścianach, że my to nazywamy Ozyrys i tak dalej. Te dziwne postacie z tymi zwierzęcymi głowami.
Więc u Aborygenów każdy ma wizję i do każdego przychodzi konkretne zwierzę i każdy dostaje swoje zwierzę totemiczne podczas takiego dosyć mocnego tripu. W Australii rosną akacje i to takie naprawdę niezłe akacje, jeżeli chodzi o zawartość DMT. Zresztą rośliny, które tam rosną są potężne, a Aborygeni są tak niesamowici, jeżeli chodzi o znajomość terenu i funkcjonowanie wśród natury, że to jest po prostu szokujące. Kiedyś chyba opowiadałem. Odgrzeję ten stary kotlet raz jeszcze. Mam nadzieję, że się nie zaśmiał po drodze. Biali muszą wozić ze sobą karnistry, muszą mieć cały sprzęt przygotowany, bo tam jak się jedzie w teren, to się jedzie w teren. I to tak konkretnie. Najbliższy przystanek jest może tydzień drogi samochodem od miejsca, w którym jesteśmy albo coś w tym stylu. A czasami jak zaczyna się pora deszczowa, to może być tak, że się nie wydostaniemy, bo rozmyje nam drogi.
I w tym momencie, jeżeli nie ma telefonu satelitarnego, nie ma komunikacji, nie ma jak wezwać helikoptera i nikt nie wie, gdzie jesteśmy, no to jesteśmy, że tak powiem, w dupsku. To już troszeczkę po nas. I jest to takie ekstremalne miejsce, dosyć ekstremalne i biali, jeżeli jest susza i lądują w takim miejscu, w ogóle nie są w stanie przetrwać i znaleźć wodę. Natomiast Aborygen nigdy nie nosi ze sobą żadnych bagaży. To jest ta różnica między białym na takiej sawannie, na takiej pustyni a Aborygenem. Aborygen ma tylko tą swoją włócznię i to wszystko. Ewentualnie bumerang przy sobie, nic więcej. Natomiast biały ma jeepa wyładowanego wodą, zapasami, żywnością, nie wiem, kremem na komary, cokolwiek. Wszystkie te rzeczy. Dlatego, że nie wie, gdzie jest woda.
Natomiast Aborygen wystarczy, że stanie na tej sawannie, na tej pustyni i się rozejrzy troszeczkę dookoła i pokazuje wam, gdzie jest woda, po czym wystarczy tam podejść i dosłownie rozkopać ziemię ręką i się nagle okazuje, że tam jest woda do picia. Fenomen. Ci ludzie wiedzą, gdzie jest woda. Nie potrzebują różdżki, nie potrzebują niczego. Naprawdę ciężko ich zaskoczyć. Oni są wiecznie chyba zaskoczeni białymi, którzy i wszystkimi innymi, którzy nie są stamtąd, którzy przyjeżdżają i są tak ślepi i nie widzą, gdzie jest woda, bo dla nich jest to czymś naturalnym. Więc o co chodzi z tym zwierzęciem totemicznym u Aborygenów? Bo tradycja jest naprawdę bardzo piękna. Kiedy nadchodzi czas polowań, bo czas polowań zdarza się bardzo rzadko. Normalnie rzadko kiedy się jada zwierzaki, bo właściwie nie ma takiej potrzeby.
Ale są takie momenty w roku, gdzie się poluje, bo nasza dziatwa, czyli młode ludzie, potrzebują czasami zjeść kawałek mięsa. Może nie jest to niezbędne, ale często jest stosowane we wszystkich możliwych dietach, tych oryginalnych na całym świecie. Jest to zdrowe, wszystko jest okej. No i żeby zjeść ten kawałek mięsa, trzeba ten kawałek mięsa upolować. No i o co chodzi z tymi istotami totemicznymi, zwierzętami totemicznymi? No więc jeżeli nadchodzi czas polowania na żółwie, a ktoś ma zwierzę totemiczne takie jak żółw, to jego robota polega na tym, że jest taka specjalna impreza. Jest to spotkanie przed owym polowaniem, wyprawą na żółwia. Na tej imprezie ten człowiek ma za zadanie w transie, tak jak mówiłem, dużo akacji z DMT i nie tylko, połączyć się z duchem tego zwierzęcia i poprosić go o udane polowanie. Jego zadaniem jest przekazać informację, dlaczego potrzebują tego zwierzęcia, dlaczego muszą akurat zjeść to, bo mają małe dzieci, które muszą nakarmić i tak dalej, i tak dalej. Plemię się musi najeść.
Wszystkie tego typu historie i się ustala deal, ile się w ogóle tego jedzenia weźmie. I zawsze zasada jest taka, że jeżeli się podbiera jajka żółwiom, to się podbiera tylko połowę i to, można powiedzieć w cudzysłowie, mniejszą połowę, że jest większa i mniejsza, ale troszeczkę mniejszą. Także zawsze się zostawia. Nigdy nie zabiera się wszystkiego, tylko pół na pół, a nawet mniej. Tylko tyle, ile trzeba. Ekstremalnie. Jeżeli to jest połowa, to to już się kończy. Więcej nie trzeba, więcej się zostawia już tylko zwierzakom, wraca się do siebie. Z żółwiami jest tak samo, że poluje się w takim momencie, kiedy samica złoży jaja. Już jest po sezonie i trzeba przeprosić zwierzę i w ogóle trzeba się dogadać ze zwierzęciem i powiedzieć mu: „Słuchaj, chcę na ciebie zapolować, bo cała wioska jest głodna”.
No i trzeba się dogadać ze zwierzakiem. Trzeba się z nim umówić. I efekt tego jest taki, że wychodzą na polowanie i znajdują tego zwierzaka bez żadnego problemu. I go oczywiście, że tak powiem, upolowują. Zabijają tego zwierzaka, przynoszą do wioski. I jest jedna rzecz. Osoba, której zwierzęciem totemicznym jest ów żółw, nie może nigdy w życiu zjeść żółwia. Ta osoba może co najwyżej prosić w imieniu plemienia o intencje, wysłać intencje do żółwia i poprosić go o to, żeby się pojawił, żeby przypłynął, żeby dał jedzenie całej wiosce. Nic więcej. Ale nie może ugryźć nawet kęsa przez całe swoje życie żółwia od momentu, od kiedy ma tą istotę totemiczną.
Tak to wygląda w owej tradycji Aborygenów. Czyli istota totemiczna jest istotą, którą się opiekujemy. Istotą, z którą mamy kontakt. To jest nasz brat duchowy po drugiej stronie, można powiedzieć w cudzysłowie po drugiej stronie. To jest zwierzak. To jest istota, która jest dokładnie taka sama jak my, ale żyje w troszeczkę innym wymiarze. My ją widzimy jako zwierzę, przynajmniej tak to nazywamy. Ale to jest dokładnie taka sama istota jak my, która też ma swój potencjał, ma swój intelekt, ma wszystkie swoje własne cechy. I ten dar polega na tym, że możemy spojrzeć na świat oczami tego totemicznego zwierzęcia, jednocześnie reprezentując go w świecie ludzi. A te totemiczne zwierzę reprezentuje nas w świecie zwierząt.
Także jeżeli przychodzi czas polowań na jakiegoś zwierzaka, to od nas zależy-- znaczy nie zależy. No to my się łączymy z tym zwierzakiem i musimy pogadać i że tak powiem, być na tyle w dobrej intencji, dobrej komitywie z tym zwierzakiem, żeby jakiekolwiek polowanie mogło się udać. I tak jest wszędzie na świecie praktycznie, bo to nie są tylko Aborygeni, ta tradycja jest wszędzie. Ale u Aborygenów, jako że są najstarszym plemieniem żyjącym z tą tradycją w ogóle taką przekazywaną ustnie na świecie, no ta tradycja robi największe wrażenie, bo wygląda na to, że no jesteśmy takimi bardzo fajnymi istotami, takimi bardzo ciekawymi, proszę państwa. Ale o tym, gdzie leży ta cała ciekawość i ten cały puzzle się zaczyna składać do kupy, myślę, że może po muzyczce. To skoro tak dmuchamy dzisiaj. Poprzedni utwór nazywał się Beginning, czyli początek, a ten nazywa się Terra Australia. To jest oryginalny dźwięk grany przez Aborygenów. Historia z pozyskiwaniem tego urządzenia do grania jest też bardzo ciekawa, bo dokładnie jest związana z tym samym podejściem do życia, z którym jest związane polowanie, czyli istoty totemiczne. O co tu chodzi?
O to chodzi, że instrument nazywa się didgeridoo. To jest długa rura i jest to pień akacji, który nie jest wydrążony przez człowieka, tylko i wyłącznie wyjedzony przez korniki. W Australii wszędzie są korniki, potężne kopce. Tam chyba są wszystkie możliwe żyjątka, które mogą być na tej planecie. Tak mi się to zawsze wydaje. Od potężnych węży, potężnych pająków, robaków, poprzez wszystko praktycznie. Cokolwiek można sobie wymyślić. Między innymi termity, dowolne odmiany i rodzaje. Są takie termity, które żyją w akacjach, mieszkają w akacjach, wyjadając je do środka, składając tam jajka, rozmnażając się, używają akacji jako swojego domu. Fenomen polega na tym, że te termity nie niszczą akacji.
Akacja cały czas rośnie. To nie jest tak, że one ją wyjadają i ona usycha. Nic z tych rzeczy, moi drodzy. Piękna symbioza. Termity sobie żyją w środku akacji, wyjadając ją tak, że ona jest puściutka w środku. Stanowi taką rurę praktycznie. Akacja sobie cały czas dalej żyje, funkcjonuje i wszyscy są szczęśliwi i nic nie tyka akacji, żadne inne szkodniki, ponieważ natychmiast są wyjadane z liści przez owe termity, które dbają o tę akację. Nie wiem, czy przypadkiem nie jest tak, że te termity mają swoją totemiczną istotę jako akację, a akacja totemiczną istotę jako termity. Może tak być, moi drodzy. Aborygen by dokładnie powiedział, że tak właśnie jest, że to są dwie totemiczne istoty.
Tam się nie używa terminu totemiczna, bo to jest termin, który pochodzi z Ameryki Północnej, od Indian i od nazwy totemu. To też nie do końca jest poprawne używanie tego terminu, chociaż właściwie w naszym tego słowa znaczeniu możemy sobie na to pozwolić. Tutaj nie będziemy purystami językowymi. Chodzi o istotę, która jest naszą reprezentacją w świecie zwierzęcym. Chyba wiemy, o co chodzi. W świecie duchów Mamy Natury, bo właściwie do tego się to sprowadza. Co dalej z tym didgeridoo? Właściwie nie robi się tego instrumentu. Goodfellow, czyli lokalny szaman, wise man, jak to się czasami mówi, ale właściwie w Australii się mówi goodfella, idzie sobie do gaju akacjowego, bierze sobie patyczek w rękę i sobie puka tym patyczkiem po tych wszystkich akacjach, które są objedzone przez korniki od środka, przez termity. Tak puka i nagle jeden z nich fajnie mu brzmi, pokazuje, że to jest ten.
On wie, o który chodzi. Ten jest ścinany i tak nabywamy pierwszy didgeridoo. Nie kupuje się go absolutnie w sklepie. Właściwie trzeba pójść z takim goodfellow do gaju akacjowego i on nam wybiera odpowiedni dla nas, odpowiedni dla naszego wzrostu, dla naszej postury i tak dalej. Po prostu dobry dla nas, bo ten człowiek gra, wie, o co chodzi, a jeżeli jest to nasze pierwsze didgeridoo, to trzeba je wybrać. Dla nas to jest dedykowany instrument, tego się nie da kupić w sklepie. To, co jest w sklepie, nie ma nic wspólnego od rzeczywistej strony z didgeridoo. To jest instrument, który udaje didgeridoo. Często brzmi bardzo podobnie, ale nie do końca, ponieważ ten dźwięk z tego powodu, że termity wyjadają sobie tą roślinkę od wewnątrz, ta roślinka rośnie w dosyć specyficzny sposób. Rośnie okręgami w bardzo sprytny sposób.
Nie chcę tutaj zamotać całej historii, bo i tak nie mogę pokazać wam slajdu, ale jeżeli się przetnie, to widać jak te komórki promieniście sobie wędrują. Tak rośnie promieniście cała roślina i w taki fajny, sprytny sposób, że jest strasznie wytrzymała. Stąd się bierze fajna akustyka tego instrumentu. To są wszystko analogowe rzeczy, bo to jest Mama Natura. Tego się nie da podrobić i wybudować w fabryce, bo to są miliony małych komórek, które sobie funkcjonują jako jeden wielki pień drzewa. Właściwie miliardy komórek, miliardy małych klastrów w drewienkach, które się odpowiednio poukładały przez Mamę Naturę. Ona je poukładała w odpowiedni sposób i tego się nie da zastąpić inaczej. Można oczywiście wydrążyć z jakiegoś pnia, ale po wydrążeniu ten dźwięk nie jest taki sam, ponieważ nie jest wyjedzony przez termity i nie jest obrabiany w ten sposób. Jak się obrabia takie drewno po ścięciu, bo wiadomo, że są termity, wystukuje się wszystkie termity z tego kawałka drewna. Następnie rozpala się ognisko, wrzuca się kilka otoczaków, kilka krzemieni do tego ogniska.
Niech się tam grzeją. Następnie, kiedy się nagrzeją, są czerwone te wszystkie kamulce, to się je wrzuca do tej rury, zatyka się z obydwu stron liśćmi z tej samej akacji z reguły, żeby nie chodzić daleko i się zostawia. Generalnie paruje i tam w środku są te wrzące, gorące, palące czerwone kamienie, które wypalają tą rurę od środka. Czyli wszelkie resztki po termitach, ich jaja i tak dalej, wszystkie te wydzieliny są automatycznie wypalone i ten cały wosk. Wszystko znika ze środka. Następnie, kiedy już jest wypalone, po godzince albo może trochę dłużej, a może po trzech, to się samo robi naturalnie. Jak już jest zimne, to już jest gotowe. Tak zwyczajnie. Wystukuje się ten cały popiół, czyści się troszeczkę liśćmi, zarabia się jedną końcówkę, drugą końcówkę. Czasami używa się specjalnie wosku do tego, żeby ta końcówka lepiej pasowała do ust i to wszystko.
To jest naturalny instrument. Właściwie nic się nie robi poza tym, że trzeba to ściąć i rozpalić ognisko i wypełnić na jakiś czas kamykami, które są gorące i poczekać chwilę i już mamy gotowy instrument do grania. Jak na ironię Ten instrument ma taki rezonans, że tego się nie da powtórzyć w fabryce. To tak à propos owych totemicznych historii, jak ze sobą są powiązane chociażby żyjątka takie jak termity i żyjątka takie jak akacje. Niby dwa osobne światy, a jaka piękna symbioza. I owi ludzie mają właśnie takie połączenie z naturą i generalnie tym się właśnie zajmują, życiem w taki sposób. Ale tak wspomniałem o Indianach z Ameryki Północnej, o Indianach Hopi. Jeżeli ktoś z was oglądał „Gwiezdne wojny”, chciałem zaluć temat muzyczny, ale dajcie spokój. To na pewno kojarzycie księżniczkę z „Gwiezdnych wojen”, która miała taką fantazyjną fryzurę. Mowa o tych oryginalnych trzech pierwszych częściach zrobionych przez Lucasa.
I ta fantazyjna fryzura księżniczki to jest zrzynka z oryginalnych fryzur kobiet Indian Hopi. Jakby ktoś z was się zastanawiał, skąd się wziął taki pomysł, to są Indianie Hopi. Dokładnie tak kobiety upinają tam sobie włosy. To stąd się wziął ten pomysł. Ale wracając do Indian Hopi i tych duchów, tych totemicznych historii, to wspomniałem wam o istocie, która się nazywa kachunas. I co z tym kachunas? Z kachunas jest tak, że jak się kończy lato, kończą się zbiory i zaczyna się zima, czyli nie ma zbiorów. Wszyscy zostajemy w wiosce, żyjemy między sobą, chillujemy, relaksujemy się. Tam jest dużo kaktusów peyoti na pustyni, także jest czym relaksować, jest gdzie podróżować przede wszystkim. I w jaki sposób?
Wehikuły są wszędzie dostępne za darmo. Rosną dookoła wehikuły do podróżowania po kosmosie i to takie konkretne wehikuły, które podróżują z prędkością większą niż światło. I jest cała zima na to. I tam rosną jeszcze inne rośliny. Indianie mają rzeczy, o których nie za bardzo chętnie mówią białym. I bardzo dobrze, niech to sobie zostawią. Wszystko jest okej. My też mamy swoje i jeżeli pewnego dnia się spotkamy razem ze swoimi rzeczami wszyscy razem, to i tak się dowiemy. Ale koniec końców też mają wyprawy i też wracają z tych wypraw. Wracają z duchami i te duchy nazywają się właśnie kachunas.
Kiedy nadchodzi zima, to ci, którzy mają odpowiednie kachunas, kiedy przyszły do nich wizje z kachunas, przebierają się za te kachunas, a kachunas może być duchem kruka. Kachunas może być duchem kukurydzy. Kachunas może być wszelkim możliwym duchem, który się pojawia i manifestuje dookoła nas. Manifestującej się istoty jakiejkolwiek, czy to jest roślina, czy to jest zwierzę, to jest do wszystkich form żywych praktycznie. I te kachunas, kiedy kończy się lato, przechodzi do części Indian i ci Indianie wtedy zakładają, robią sobie takie stroje kachunas, a ci, którzy sobie nie robią stroju, robią takie figurki, małe figurki i to są z reguły postacie ludzkie, takie zwyczajne: dwie nogi, dwie ręce, ale zawsze głowy mają troszeczkę inne. I te inne głowy symbolizują właśnie maski, które są robione z takich pełnych strojów używanych do tańców, właśnie żeby podziękować tym duchom, połączyć się z nimi, żeby w przyszłym roku było tak samo dobrze z kukurydzą, żeby wszystko było okej, żeby wszystko działało. I jest taka tradycja, że zaprasza się na całą zimę kachunas do wioski i że przez całą zimę duchy kachunas mieszkają razem z ludźmi w wiosce i wszyscy razem imprezują. Tak można powiedzieć. Dzieje się do dzisiaj, chociaż plemię Indian Hopi jest tak mocno przetrzebione. To jest bardzo podobna historia jak z Aborygenami.
To jest dramat współczesnego świata, ale to od nas zależy, czy rozwiążemy ten dramat, czy będzie trwał dalej. Spokojnie, moi drodzy, nie smućmy się, po prostu rozwiązujmy te problemy tak, żeby nigdy dramatów nie było. I tak kontynuując tą historię z tymi małymi figurkami kachunas, bo to są małe figurki, takie stroje do tańca, tak jak powiedziałem, bo można się przebrać oczywiście za swojego kachunas i odtańczyć ten taniec. Ale też dobrze jest sobie zrobić właśnie figurkę, która jest z nami przez całą zimę. Później na wiosnę ta figurka jest palona. Ona znika, zaczyna się lato, funkcjonujemy swoim własnym życiem i tak dalej. Kończy się lato, zaczyna się jesień. Kachunas wracają do wioski. I tak co roku. Taka ceremonia.
I one się opiekują wioską, wioska opiekuje się nimi. Taka piękna symbioza. Tutaj się pojawia zagadnienie związane z archeologią w Ameryce Południowej i Ameryce Środkowej, szczególnie właśnie Mezoameryka. Wszystkie te rzeczy związane z Majami, wszystkie te rzeczy z Aztekami z Ameryki Południowej, bo Majowie to Meksyk i Jukatan, a tam dalej to już Peru. Ale tak czy siak w tych miejscach znajdowane są resztki potężnej cywilizacji. Wiemy, że Majowie i Aztekowie to były takie formacje troszkę takie polityczno-religijne, które właściwie ani tego nie wybudowały. Wymyślili sobie swoją własną rzeczywistość troszeczkę na zgliszczach starej cywilizacji, przejmując część starych tradycji, które gdzieś tam ocalały, a część manipulując. Jak to zwykle. Wiemy, co się działo z Majami. Majowie byli szaleni, podcinali głowy swoim wrogom.
To były bardzo krwawe wojny. Rzeźnicy potworni, w każdym razie potworni. Ciężko sobie wyobrazić skalę tego rzeźnictwa religijnego. I oni nie wybudowali żadnych piramid ani nic z tych rzeczy, ale tam są znajdowane różne przedmioty, które oryginalnie nikt nie wie, jak stare są przede wszystkim, ale taka oficjalna archeologia kwalifikuje je w nurcie właśnie, że to są przedmioty Majów, przedmioty Azteków. A była taka kultura, która była grubo wcześniej. To była ta ostatnia pokojowa kultura. My ją nazywamy Olmekami. I właściwie ciekawa rzecz, bo to są te potężne okrągłe kamienne głowy i to takie z rysami afrykańskimi, różnymi rysami. To są jadeitowe maski, które wyglądają dokładnie tak jak z Chin. Niesamowita historia, takie wykopaliska, że głowa mała.
Po prostu widać, że ci ludzie podróżowali po całym świecie, że właściwie była to każda rasa, która mogła być na świecie, począwszy od ludzi z Azji, a skończywszy na ludziach z Afryki. Świat był taką jedną wielką całością i była taka duża pokojowa kultura o potężnym potencjale technologicznym, bo przecież te wszystkie kamienne budowle to jest masakra. My do tej pory nie mamy pojęcia, jak w ogóle zrobić takie rzeczy. Do tej pory nie mamy pojęcia, jak zrobić dżigiridu. A co dopiero postawić w ten sposób kamienie. To jest ciekawa historia. I tam przetrwały takie dziwne figurki, które zabawnie wyglądają. To są małe grzyby. Oryginalnie archeolodzy, kiedy to odkopywali, twierdzili, że są przedmioty kultu płodności, bo grzyby w ich mniemaniu kojarzyły się tylko i wyłącznie z męskimi penisami. Jest to taki problem współczesnej archeologii, że oni chyba za dużo „Playboya” czytają albo za dużo pornosów oglądają i cokolwiek z ziemi nie wyciągną, to mówią albo wagina, albo penis.
To jest taki ogólny problem współczesnej archeologii czasami. Te przedstawienia, które są tam wykopane, to są takie malutkie rzeźby, które mają czasami po 30 centymetrów, 20 centymetrów. Takie, że mieści się w dłoni. I co to jest? To są przedstawienia grzybów halucynogennych zawierających psylocybinę z istotami, które wyglądają jak ludzie, ale nie do końca są ludźmi siedzącymi pod tymi grzybami. Są to brodate istoty w Ameryce Południowej. To jest ciekawe, prawda? Ludzie, którzy mają połowę twarzy. To jest taki częsty motyw, który się tam zdarza. Połowa twarzy jest zwierzęcia, połowa twarzy jest człowieka.
Świetnie na ten temat mówi Graham Hancock. Teraz aktualnie wydał wznowienie jednej ze swoich chyba najbardziej kultowych książek. Słuchajcie, wkleję w linkach jakby co pod audycją, bo w tym momencie nie pamiętam tytułu. Właśnie przegapiłem jego wykład, który był tutaj w Londynie dosłownie trzy dni temu. Ja w tym momencie prowadziłem „Wieczorową Porę” i nagle skumałem, że to jest właśnie w tym momencie i dałem ciała, i się tam nie pojawiłem. Ale ten człowiek ma teraz serię odczytów na temat swojej książki nowej, na temat kilku koncepcji, które jako researcher promuje czy nie promuje. Ma kilka bardzo ciekawych konkluzji i bardzo fajnie o nich opowiada. I są to bardzo ciekawe wykłady, poparte bardzo mocnym materiałem rzeczowym z wykopalisk archeologicznych, bo facet podróżuje po całym świecie, robi wszędzie zdjęcia, buja się po tych wykopaliskach. Nie jest to Indiana Jones. Większość zdjęć na przykład z Yonaguni.
Jak widzieliście ten podwodny kompleks gdzieś tam na samym południu Japonii jest taka wyspa Yonaguni i tam pod wodą 100 metrów poniżej poziomu oceanu znajduje się gigantyczny kompleks kamienny. Po prostu szaleństwo. Niesamowita historia. Właściwie nikt nie wie, co to jest, skąd to się wzięło. Wiadomo tylko tyle, że poziom wody, który by pozwalał cokolwiek robić w tym kamieniu, a to takie potężne kamienne platformy zrobione z niesamowitą precyzją, niesamowitą techniką. I co dalej? I się okazuje, że ten poziom wody na tym poziomie, żeby można było coś tam zrobić, był, ale 12 000 lat temu albo nawet więcej, bo właściwie 12 000 lat temu ten poziom wody się podniósł i zalał to wszystko. Czyli to musiało być przed 12 000 lat. Czyli jeżeli ktoś opowiada historię o tym, że 12 000 lat temu człowiek biegał nago z dzidą, z otoczakiem w ręku, wiecznie głodny i obgryzał korę z drzew, to troszeczkę nie pasuje do tej układanki. I to jest pan, który robi bardzo poważny research, takie investigation, dochodzenie w tym temacie.
Ma masę materiału dowodowego, jest takim fachowcem w tym temacie. Zajmuje się nim od paru lat. Teraz wydał nową książkę. Ja go bardzo sobie cenię. Uważam, że jest jednym z najbardziej łebskich aktualnie poszukiwaczy. Jest to też człowiek, który używa ayahuaski i pracuje z ayahuaską. Bardzo ciekawa osobowość. Mówi bardzo ciekawe rzeczy. Polecam sobie sprawdzić. Graham Hancock.
Ja i tak wkleję linka do jego prezentacji, bo jest bardzo celna i mówi o kilku sprawach, łącząc je w całość. Myślę, że jeżeli słuchacie „Hiperprzestrzeni” od lat, to znacie większość tych tematów z poszczególnych odcinków. Myślę, że frajdą będzie, jeżeli znacie angielski, sobie to połączyć i posłuchać, co myśli Graham na ten temat. Ja wrócę do tych swoich rozważań, bo rozważania Grahama Hancocka to są rozważania Grahama, a ja mam swoje własne. Bardzo podobne, aczkolwiek jakimś tam moim indywidualnym torem to przebiega. Wrócę do tych figurek. Te figurki są niesamowite właśnie z tego powodu, że zawsze reprezentują dokładnie to samo, co pojawia się przy owych misteriach eleuzyjskich. To samo, co się pojawia gdzieś tam przy inicjacjach indiańskich. Te duchy zwierząt. To samo, co się pojawia u Aborygenów.
Te wszystkie maski zwierząt. To samo, co w starożytnym Egipcie. I teraz spójrzmy na starożytną Sumerię. Wszystkie te dziwne opowieści z Azji, a właściwie bardziej z Sumerii, z tej niby kolebki cywilizacji, te dziwne postacie ludzi z dziwnymi głowami. Ameryka Południowa, wszędzie takie pół człowiek, pół jaguar. Są jakieś takie dziwne ślady podróży. I do tego jeszcze chciałem wspomnieć o jednej rzeczy. Mam tu w ręku właśnie książkę. Książkę być może doskonale znaną przez wielu z was, bo książka jest Ricka Strassmana. To jest ten człowiek, który zajmował się badaniem DMT, czyli dimetylotryptaminy, czyli głównego składnika ayahuaski.
To jest ten składnik psychoaktywny. Książka nazywa się „DMT. Molekuła duszy”. Polecam serdecznie. To jest opis jego pierwszych badań nad DMT. Bardzo ciekawa lektura i masa ciekawych refleksji z niej wynikających. O co tu chodzi? Są to opisy tripów w książce. Nie będę mówił, o czym jest książka. Szybko wspomnę, o czym jest.
To jest opis badań z ludźmi, którym podawano DMT w kontrolowanych warunkach i spisywano te wszystkie tripy, te wszystkie podróże, na których owi ludzie byli. I łączono to wszystko, przynajmniej próbowano połączyć w jedną spójną opowieść, żeby zobaczyć, jakie konsekwencje na ludzki organizm i na nasze życie wywiera dimetylotryptamina i jakie będą konsekwencje regularnego używania tej substancji oraz konsekwencje wynikające z wizji. Był to pierwszy człowiek, który dostał zezwolenie potwierdzone przez DEA na badania kliniczne na Uniwersytecie w Nowym Meksyku. I generalnie wstrzykiwał ludziom DMT, ale dożylnie. To nie była ayahuaska. I co w tych wizjach? W tych wizjach gigantyczna ilość ludzi Którzy widzą istoty takie jak my. Tylko że znowu ta sama historia. Głowy nie są dokładnie takie same jak my, chociaż oczywiście te historie się troszeczkę zmieniają. To nie jest tylko jedyna opcja, że to jest ludzkie ciało i głowa zupełnie innego kosmosu.
Często jest tak, że ręka transformuje w coś innego. Kawałek nogi transformuje, że na przykład pół ciała jest zwierzęce, pół ciała jest ludzkie. O tym w swojej ostatniej prelekcji opowiada Graham Hancock. Ja tu nie będę robił tej roboty za niego. Odsyłam was do jego prezentacji, ale troszkę o tym wspomnę, bo to też mi się przydarzyło. To się przydarza przy podróżach, proszę państwa. I też widziałem takie istoty, co tu dużo mówić. Tutaj wiele spraw się łączy ze sobą. Wszystkie te historie związane z Sumerami. Jest jakiś ślad podróży po wymiarach, które na co dzień nie są widoczne, ale są bardzo mocno sklejone z nami.
Znaczy częściowo niewidoczne, bo w przypadku Aborygenów tego pytania nie ma, czy one są widoczne, czy niewidoczne, bo to jest normalny świat, w którym funkcjonują. Jeżeli nie ma kontaktu z duchem żółwia, to nie będzie żółwia na obiad dla całej wioski następnego dnia. Ta opcja odpada. Trzeba mieć to połączenie z naturą, żeby w ogóle móc dealować tą rzeczywistość. Ślad tej podróży właśnie w tej książce Ricka Strassmana „DMT. Molekuła duszy” jest bardzo ciekawy, bo tu podawano DMT w takich bardzo laboratoryjnych warunkach. To nie było wśród natury, nie było w takim naturalnym otoczeniu. I te DMT nie było takie naturalne, tylko było podawane jako ekstrakt. To znaczy potężna dawka, bo to potężnie wyrywa z butów. Wolałbym to robić w naturze.
Wolałbym to robić tak, jak robili przodkowie, bez tych białych kitli, bez tych strzykawek, bez tych wszystkich rzeczy. Uważam, że to jest troszeczkę wykręcona strona tego całego badania i to się w ogóle powinno robić troszkę inaczej, ale to moje podejście. Także tu zostawiamy. Zostawię te swoje wtręty. Jak zwykle już się rozpływam na ileś tam wątków. Tak czy siak, konkluzja tego wszystkiego jest taka, że czy chcemy, czy nie, jest to ślad podróży po zupełnie innych wymiarach. I żeby było zabawniej, tam się odbywa jakaś pierwotna forma komunikacji, o czym piszą zarówno ludzie, którzy się pojawiają w książce „Molekuła duszy”, o czym mówi dużo ludzi podróżujących w różne miejsca. A ja tu mam telefon od Cirka. Halo, halo.
[01:03:41] - Halo, halo.
[01:03:42] - Witam serdecznie, panie Cirku. Jak zdrówko?
[01:03:45] - Bardzo dobrze.
[01:03:47] - To doskonale, proszę pana. Proszę mówić. Zostawiam pana przy mikrofonie.
[01:03:52] - Zainteresowała mnie cywilizacja Kremlów. Czy oni mieli kontakt z substancjami psychoaktywnymi?
[01:04:00] - Czyja cywilizacja? Bo nie dosłyszałem.
[01:04:02] - Kmerów. Gdzie Kambodża. Mnie bardzo ta cywilizacja, te budowle.
[01:04:08] - No nie wiadomo. Nie wiemy nic o Kmerach, bo Kmerowie to takie kompletnie wymarłe plemię, tak to można powiedzieć. Ci ludzie, którzy teraz używają nazwy, że są Kmerami, to raczej tak nie do końca. Mowa jest o czymś, co się działo prawdopodobnie dwa, może trzy tysiące lat temu. Nikt tego do końca nie jest w stanie prześledzić. Także tutaj nie odpowiem ci na to pytanie, ale coś tam pewnie było, to trzeba by poszukać. W tym momencie nie wiem. Nie odpowiem ci na to.
[01:04:33] - A skąd te budowle się wzięły? Te posągi całe.
[01:04:39] - Ten temat dzisiaj odpuszczę. Jestem w zupełnie innym miejscu, proszę pana. Jestem w okolicy DMT i zupełnie inaczej to strzeże.
[01:04:49] - Eksperymenta Alexandra Shulgin. Ciekawie opowiadał o różnych substancjach. DMT na przykład, bo różne izomery DMT i tak opisywał doświadczenia w różnych dawkach.
[01:05:07] - Słuchaj, czy sam używałeś kiedyś jakichś substancji psychoaktywnych?
[01:05:12] - Kanabis.
[01:05:13] - To nie to, proszę pana. To nie jest taka substancja, o której jest mowa. Słuchaj, Cirku, to ja może cię rozłączę i lecę dalej z tą opowieścią, żeby ją zdążyć. I zapraszam cię jeszcze, żebyś zadzwonił pod koniec, bo ja tu mam taką konkretną refleksję na ten temat, którą chcę wyrzucić.
[01:05:31] - Dobrze. Do później.
[01:05:33] - Do później. Zapraszam na później z refleksją, kiedy już będzie po mojej refleksji. Co ty o tym wszystkim myślisz? Dobra, to dzięki za telefon, a ja wracam tu do opowieści, do ucinek. Co dalej z tą opowieścią? Zgubiłem wątek chyba. Nie, spokojnie. Nie zgubiłem wątku. Dalej go mam, dalej gdzieś tu jest. Ten ślad podróży po innych wymiarach, moi drodzy i owa pierwotna komunikacja, bo w tych wszystkich opisach tripów jest bardzo specyficzna rzecz.
My się łączymy z tymi istotami, wchodzimy w interakcję i to taką dosyć konkretną interakcję. Opisy tych tripów są czasami bardzo drastyczne. Ja tu dzisiaj opuszczę te wszystkie rzeczy. Odsyłam was do już istniejących publikacji na ten temat. Jest tego naprawdę masa i myślę, że robią to o wiele lepiej niż ja. Także odsyłam do tych wszystkich spraw. „DMT. Molekuła duszy”, Rick Strassman. Wyszło w języku polskim, także możecie to kupić z polskim tłumaczeniem. Nie wiem, jakie jest polskie tłumaczenie, bo właściwie znam angielskie.
Polskie jest chyba też okej. Znaczy mam też polskie wydanie, ale nie zdarzyło mi się za bardzo. Jeszcze zacząłem czytać i właściwie nie zdążyłem przebrnąć. Anyway, zostawiamy tą książkę. Wracamy do naszych wszystkich rzeczy. Do tego śladu podróży, proszę państwa, bo ta podróż jest bardzo ciekawa. To jest taka, jakbyśmy się troszeczkę zamieniali rolami. Przy czym chcę tu poruszyć jeszcze jeden temat, bardzo intrygujący, który się pojawił właśnie w związku z tymi badaniami z DMT. I to jest taki kluczowy temat na temat właśnie tej podróży i tej pierwotnej formy komunikacji. Zdarzyła się taka sytuacja podczas tych badań, że kilku ludzi miało wizję tej samej istoty.
Można powiedzieć człowiek w garniturze z głową lisa. Przebieg całego tripu był bardzo podobnie rejestrowany przez ludzi. Najpierw opisywali i rysowali sobie rzeczy, w którym momencie tego tripu są i później na końcu pojawiała się ta postać i łapali kontakt z tą postacią. I tam dochodziło do wymiany zdań, która się odbywała oczywiście telepatycznie i tak dalej. Zupełnie inna forma komunikacji. Taka straight, prosto do nas, bez otwierania buzi, mówienia czegokolwiek, podłączania jakiegokolwiek kabla. Tak zwyczajnie się nagle pojawia taka historia. Ciekawa rzecz, bardzo intrygująca, skoro ileś tam pacjentów, którzy nie wiedzą o tym, że sąsiad obok ma podobną wizję, rysują dokładnie te same istoty. Jeżeli spojrzymy na obcych, na UFO, na to, co ludzie opisują jako wzięcia — bardzo podobna historia. Tylko że bywa różnie, moi drodzy, bo o ile w historii z totemiczną istotą z reguły jest ona jedna, przyporządkowana do jednego człowieka, do jednego z naszych, tak można powiedzieć.
A tutaj się okazuje, że po przekroczeniu pewnej granicy wygląda na to, że jest więcej niż jedna taka istota na głowę i zaczynają się pojawiać jeszcze takie istoty, które nie do końca są stąd. Tu właśnie mowa o tych wszystkich obcych, tak zwanych szarakach i innych istotach. O co tu w tym wszystkim chodzi? To może jakaś muzyczka? A po muzyczce zastanowię się głośno, o co w tym wszystkim chodzi, bo mam tu kilka swoich refleksji po drodze. Jeszcze tylko wrócę przed tą muzyczką do tych totemicznych istot w postaci grzybów, które są znajdowane w Ameryce Południowej. Jest tego troszeczkę na świecie i zdaje się nawet w Afryce się pojawiały takie rzeźby i też jak na ironię zostały opisane przez archeologów jako symbole kultu fallicznego. Co by się stało, gdyby taki archeolog poszedł do lasu i miał pozbierać grzyby? Nie wiem, co by się stało. Nie pozbierałby grzybów.
Wróciłby do domu i powiedział: „Same penisy, same penisy w tym lesie!” Taka percepcja rzeczywistości. Ale wizje są naprawdę niesamowite. Żeby tyle osób naraz miało te same wizje, tak wspólne wyprawy, te same opowieści. Coś w tym musi być. I nagle się zaczyna pojawiać więcej istot niż jedna. To już nie jest tak jak u Indian, że jeden Indianin, jedno zwierzę. Nie, tu już ten obrazek zaczyna być coraz bardziej kompleksowy, ale o tej kompleksowości właśnie po muzyczce. Zatem posłuchajmy piosenki o kruku. Radionafali.com. Oczywiście hiperprzestrzeń w Radiu Na Fali jak najbardziej retransmitowana w Radiu Paranormalium.
Miałem na imię Tomek i kończę swoją opowieść na dzisiaj powoli. A na czacie widzę twarde, gorące dyskusje. Ktoś się zapyta: kolega chce spotkać Boga. To mówię kolego, cześć, co słychać? Jednemu i drugiemu. Spotkaliście się. Właśnie. Dobra. Słuchajcie, zacznijcie myśleć o tych duchach, które tu mieszkają obok. Się manifestują w żywych istotach zamiast o takich abstrakcjach.
Może przez parę chwil tylko. Nie to, żebym chciał kazać, ale może tak troszkę przesiadka na inny wehikuł, może mniej Harry'ego Pottera, a trochę więcej rzeczywistej tradycji przodków. Takiej prawdziwej. Właśnie, to wróćmy do tych wszystkich opowieści. Do tego, że więcej niż jeden zwierzak na głowę, jak się okazuje po przekroczeniu pewnej granicy i więcej niż jedna istota na głowę. Okazuje się, że przekraczamy pewien magiczny próg i zaczyna się to manifestować dosyć mocno. To właśnie są te historie, o których wspomniałem, o abdukcji obcych i tak dalej. Wszystko jest to świetnie opisane w książce, o której wspomniałem. Zresztą nie jednej i nie drugiej, bo jest tego trochę już teraz, w dzisiejszych czasach. Nie wiem, jak dużo jest w języku polskim, ale w języku angielskim jest naprawdę sporo.
Inna sprawa, że bardzo dużo ludzi własnoręcznie zaczyna robić tego typu research, szczególnie użytkowników ayahuaski. Wcale się nie dziwię. Wcale się absolutnie się nie dziwię. O czym ja mówię? Powinienem pójść i spojrzeć w lustro. Dokładnie o tym samym mówię. Dokładnie o tym samym. Dobra, zostawmy moje lustro i to, że się w nim przeglądam czasami i wróćmy do esencji tego researchu. Właśnie, bo ja tu chcę dzisiaj zapostulować taką refleksję, że są to ślady, które zostawiła po sobie ta część, która jest w naszej przeszłości. Ja nie mam takiego linearnego podejścia do czasu.
Troszeczkę uważam, że przeszłość, przyszłość i teraźniejszość istnieje, można powiedzieć na tym samym poziomie, tylko jest w troszeczkę innym miejscu. Jedne jest trochę przesunięte w lewo, drugie można powiedzieć trochę w prawo. Tak bym to nazwał. I to wcale nie znaczy, że coś jest tysiąc lat do tyłu albo tysiąc lat do przodu. To zależy od naszej percepcji tego, co nazywamy czasem. To też ciekawa konstrukcja tego, czym jest czas, co to w ogóle jest w naszej głowie. Ale to zostawiam tak czy siak. Tak sobie myślę, że te wszystkie ślady, które spotykamy właśnie na tej drodze, owe totemiczne istoty, to, że spotykamy jakieś zwierzaki. Ja spotkałem swojego zwierzaka. Nie wiem, jak wy.
Mamy jakieś zwierzaki, które właściwie są, można powiedzieć, takim reprezentantem świata zwierząt, naszych braci i spotykają się z nami czasami, żeby przekazać nam informację, żebyśmy razem się wymienili dobrą intencją. Właściwie do tego się sprowadza, żebyśmy razem wyczuli swoją intencję i na bazie swojej intencji zbudowali swoją relację ze sobą nawzajem, ze światem dookoła nas. I to jest ślad, który tak jak wspomniałem, został nam bardzo mocno po przodkach. I to nie są byle jacy przodkowie. Tutaj nie ma mowy o ludziach z otoczakami w ręku, dzidami biegającymi w skórach. Wszystkie te nasze wyobrażenia ludzi tak zwanych pierwotnych. Ja bym wolał używać terminu ludzi pradawnych albo naszych przodków. To chyba najlepszy termin, bo ci dżentelmeni być może to byliśmy my, tylko że zapomnieliśmy o tym wszystkim, podróżując tak przez czas i przestrzeń i te ślady naszej technologii, które zostawiliśmy po sobie, żebyśmy mieli od czego się odbić w przyszłości, kiedy nastąpi jakiś zwrot i zapomnimy o być może ważnych sprawach, które determinują naszą obecność na naszej planecie. I będzie musiało być coś, co nam o tym przypomni. Jakaś struktura, która będzie troszkę lepiej zorganizowana, tak żeby przeżyć nasze cywilizacyjne szaleństwo.
To wygląda na to, że to jest właśnie ta struktura. Jeżeli czytacie, śledzicie dokumentację związaną z UFO, z tymi wszystkimi dziwnymi rzeczami i przyglądacie się światu, widzicie tą całą, można powiedzieć, eksplozję ayahuaski i nie tylko ayahuaski, jakby pewnych wizyjnych opowieści. Można nawet zaliczyć do tego nurt lightworkerów, cokolwiek to oznacza. Ja myślę, że każdy po odpowiedniej dawce substancji psychoaktywnej jest lightworkerem i tu nie ma żadnego podziału na lightworkerów i nie-lightworkerów. Są tylko ludzie leniwi, którzy są konsumentami i chcą czytać o cudzych wizjach oraz ludzie, którzy stwierdzają: okej, jeżeli w mojej głowie majaczy ten koncept, to znaczy, że jest to sprawa, która jest mi dedykowana i powinienem się z tym spotkać. Być może spotkam swoją totemiczną istotę. Ta cywilizacja, na której się to opiera, ta pradawna tradycja jest potężna. To jest ta kosmiczna technologia, to są te piramidy, to jest ten cały kompleks Göbekli Tepe. To jest fenomen, który teraz jest studiowany przez wielu ludzi. Zresztą też siedzę zakopany troszeczkę, może nie akurat w piaskach gdzieś tam na południu Turcji, ale troszeczkę zakopany w tej całej historii, bo jest tam kilka naprawdę niesamowitych rzeczy.
Pierwsza rzecz to są przedstawienia zwierząt, istot, które znajdują się na tych kamykach i są to bardzo dziwne przedstawienia, właśnie wyglądające jak zwierzęcia totemiczne. To wygląda jak indiańskie totemy. Oczywiście nie jest to do końca to samo, ale kształt jest dosyć specyficzny, bo mowa jest o tak zwanym T-shape, jak to się po angielsku mówi, czyli kształcie litery T. I to jest znajdowane praktycznie wszędzie na świecie, począwszy od indiańskich totemów, gdzie na przykład są skrzydła wstawiane na samej górze i dzięki temu jest właśnie kształt litery T. Jest tego sporo i właściwie wygląda na to, że chyba cywilizacja, tak sobie tłumaczę na swoje własne potrzeby, nie wiem absolutnie, czy mam rację, czy nie, to jest moja własna refleksja. Mama natura wysyła nam teraz bardzo mocny, specyficzny sygnał, który mówi i przypomina, że jesteśmy połączeni z troszeczkę większym kosmosem, niż nam się wydaje. Ulegliśmy pewnej iluzji. Wydawało nam się, że nie jesteśmy połączeni z niczym, że mamy jakieś bóstwa, jakichś bogów, komuś, komu trzeba składać ofiary, jakieś takie historie pokręcone i musimy siebie nawzajem wyrzynać. Mieliśmy taki dziwny koncept świata i ten koncept jeszcze niektórym z nas mocno kolebie w głowie i nie chce przestać. Ale mama natura wysyła bardzo mocne sygnały, może nie do wszystkich z nas, może nie wiem, czy większości, ale na pewno niemałej grupy.
I to myślę takiej celnej, przynajmniej dla tej grupy, która chce się tego dowiedzieć. I tych informacji jest masa. I to już nie jest tylko jedno zwierzęcie totemiczne. To już jest cały kompleksowy kosmos. Wyrzuca nas poza, można powiedzieć, granice pasów Van Allena prosto w centrum kosmosu, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak. Razem z naszymi zwierzęciami totemicznymi, razem z istotami z innych miejsc, razem z innymi kosmosami, nami samymi w tych innych sytuacjach. I tu się okazuje, że wszystko to jest takie mocno kompleksowe, taka potężna konstrukcja, że wyprawa jest właściwie nie wiadomo gdzie i nie ma nic wspólnego z tym, o czym nam do tej pory opowiadano o naszej historii jako istot żywych, jako ludzi w ogóle i rozwoju cywilizacji czegokolwiek. Spójrzmy na te misteria eleuzyjskie. Przecież to jest dokładnie ta sama historia, która została wyorana przez jakąś sektę, która miała jakiś kult jednostki i wszystko jest zbudowane na kulcie jednostki. Teraz mama natura tak puka troszkę do drzwi.
Na razie jeszcze bardzo delikatnie. Nie wiem, jak to odczuwacie. Ja odczuwam, że jeszcze mama natura jest bardzo delikatna i tak zaczyna pukać do drzwi bardzo wytrwale i zaczyna być słychać to pukanie i tym pukaniem są owe wizje, które się pojawiają. Kiedyś o tym już wspominałem, że myślę, że to jest ten moment, który jest momentem transformującym naszą rzeczywistość. I tu powiem wam szczerze, że im dłużej żyję, tym bardziej jestem o tym przekonany. Jeżeli nie, jeszcze bardziej albo coś w tym stylu oczywiście. I mam taką refleksję, która wynika jeszcze z kręcenia się dookoła tych wszystkich pobocznych tematów, że tak czy siak ta wiedza, nie wiem, jak to nazwać, ta informacja właściwie, bo nie można tego określić tak stuprocentową wiedzą, bardziej, że jest to informacja, bo wiedza jakby nie oddaje kompleksowości tego zjawiska. Ta informacja, którą dostajemy, której częścią się automatycznie stajemy w tym momencie, kiedy spotykamy swoje zwierzę totemiczne, jest tak potężna, że właściwie możemy zbudować na niej Gigantyczną cywilizację, kosmiczną technologię. Jak widać, te wszystkie wykopaliska tych dziwnych miejsc, o których nic nie wiemy, gdzie jest masa spekulacji, ale widzimy tą niesamowitą precyzję, kosmiczne ustawienie tych wszystkich budynków. Tak precyzyjne, że do tej pory nawet obserwatorium w Greenwich przesuwano już parę razy.
Ta linia, która tam jest, wcale nie jest dokładnie w tym miejscu, w którym przechodzi południk. To jest ściema, bo nawet tego nie byliśmy w stanie wyliczyć posiadając te wszystkie satelity. Jednak jest drobne obsunięcie, którego nie jesteśmy w stanie skalkulować. I tak dalej. A ludzie, którzy budowali te wszystkie budowle, tworzyli tą kulturę, całą cywilizację. My w poprzedniej cywilizacji mieliśmy zupełnie inny świat. To było coś zupełnie innego. Jakoś tak gromko o tym zapomnieliśmy. I teraz jest ten moment, że do nas puka. Być może nie od strony technologii.
Może w ten sposób, że nie jest łatwo zapukać do nas od strony technologii w dzisiejszych czasach, bo zapędziliśmy się gdzieś, gdzie nikt się nie spodziewał chyba, że się tak daleko zapędzimy w takie krzaczory i że będzie taki dym z tego. I się okazało, że nie da się za bardzo z technologią. Znaczy tam powoli już wychodzi, to się już też zmienia, ale o tym to jest osobna historia, bo to jest cała ta sprawa związana z wolną energią i tym, że powoli się odłączamy od elektrowni, zmieniamy nasz sposób myślenia o pozyskiwanych zasobach, że możemy zasoby mieć w inny sposób normalny, nie niszcząc mamy natury. Możemy być jak te termity, które koegzystują razem z drzewem akacji i nie ma z tym absolutnie żadnego problemu. Mamy tą technologię, ale jeszcze ciągle w nas jest jakiś taki rezonans, że oglądamy się na tą demoniczną istotę, która każe składać sobie co tydzień ofiarę albo coś w tym stylu, jakkolwiek by się nie nazwała, gdziekolwiek by nie była, ilekolwiek by tych demonicznych istot nie było na jakieś takie kulty jednostki, zamiast czasami posłuchać mamy natury. Ale myślę, że tak czy siak nie uda nam się uciec od tego daleko. Jesteśmy właściwie aktualnie na zgliszczach naszej prastarej cywilizacji. Jeszcze się tak troszkę obijamy. Wydaje nam się, że te zgliszcza, które mamy, to jest taka wisienka na torcie, że to jest najlepsza rzecz, jaką nam przyszło w życiu spotkać, w naszym w ogóle wszystkim całym życiu i całym istnieniu na tej planecie. A się okazuje, że właściwie jest to tylko i wyłącznie iluzja, którą ktoś nam chyba wpompował do głowy, bo wszelkie ślady, które wykopujemy, coraz częściej pukając tą łopatą w ziemię, wyciągając te wszystkie rzeczy, zastanawiając się, co my do jasnej cholery widzimy, jak wyglądali ci ludzie wcześniej, co oni właściwie robili?
Nagle znajdujemy wszystko, tylko nie potwierdzenie tych wszystkich szalonych teorii o polityce, pieniądzach, systemach. Znajdujemy właśnie takie rzeczy jak misteria eleuzyjskie. Znajdujemy takie rzeczy jak tradycje Kaczua. Znajdujemy tą historię u Aborygenów, znajdujemy stosowanie DMT przez Sumerów, znajdujemy DMT w Egipcie. Znajdujemy dokładnie te same, tożsame przedstawienia postaci, które opowiadają dokładnie tą samą historię. No jak na ironię, niestety te wszystkie teksty, którymi są opisane te postacie dalej pozostają z naszej perspektywy jeszcze nie do odczytania. Nikt do tej pory ich nie rozszyfrował. Tak samo jak pisma z Wysp Wielkanocnych. To jest dalej wielką zagadką dla nas. My się tam próbujemy domyślać, o co może chodzić, co reprezentują te znaki.
Ale dalej jest to zagadką. Ale zagadką nie jest jedna rzecz. Zagadką nie jest przedstawienie głównego archetypu nas na tej planecie. To nie jest żadną zagadką. Normalne jest to, że jeżeli budujemy coś, co ma przetrwać tysiące lat, nie wiadomo, w jakim stanie przyjdzie nam z tego korzystać w przyszłości, nie wiadomo, co się stanie. Musimy zostawić wiadomość dla nas samych, gdzieś tam daleko w przyszłości, która musi przetrwać katastrofy. Musi przetrwać nasze własne szaleństwo. To troszkę jak historia Odyseusza, że trzeba się, ja ją bardzo lubię, przywiązać czasami do masztu, kiedy się przepływa obok wyspy z syrenami i zatkać sobie woskiem uszy, żeby przetrwać. I tak jest zabezpieczona ta wiadomość na wielu różnych poziomach. I ten główny poziom to jest poziom intuicyjny, wizualny, że widzimy i patrzymy.
Jeżeli mamy to doświadczenie, to automatycznie ta prawda się zwyczajnie objawia. Tak długo, jak jesteśmy gdzieś z boku tego wszystkiego, te rzeczy mogą nam się wydawać kultem fallicznym, jakimiś ozdobami, które nie mają żadnego sensu. Ale jak tylko zaczniemy partycypować w tej rzeczywistej podróży, w której jesteśmy, to nagle cała głowa się otwiera i pojawiają się takie refleksje. Pojawią się zwierzęta totemiczne, których nie możemy dotknąć. To są nasi przyjaciele. To my mamy się opiekować niejako ich statusem w naszym świecie, w świecie ludzi, a one się opiekują naszym statusem, czyli ludzi w świecie zwierząt. I to jest bardzo istotna sprawa. I tak samo podejrzewam, wygląda na bardzo wielu poziomach, tak jak właśnie z tymi termitami i tymi akacjami, moi drodzy. Dokładnie ta sama historia. Taki alternatywny pattern nas samych w innych istotach.
I to jest ta chyba najlepsza lekcja, jaką możemy dostać. Wszystkie te rzeźby mówią nam dokładnie o tym samym. To w pewnym momencie zostało zhackowane i zmanipulowane dosyć mocno. Nagle część tych istot poznikała. Okazało się, że już jest tylko jedna, która ma monopol na wszystko. Jakieś takie dziwne hece. Jeżeli spojrzycie na stare alchemiczne przedstawienia związane z owym tajemniczym labiryntem, o którym już wspominałem parę odcinków wcześniej w odcinku „Labirynt Hiperprzestrzeni”. O tych niesamowitych wykopaliskach archeologicznych to was odsyłam do tamtego odcinka. To jest bardzo podobna historia przedstawienia postaci, moi drodzy. Ciężko tego nie zauważyć, że mamy coś, co pokazuje jasno i wyraźnie dwie istoty w jednym.
I teraz jest pytanie, co to oznacza? Co to może oznaczać? Jeżeli spojrzymy, tak jak wspomniałem, na ten rysunek owego labiryntu, tą hermetyczną, tajemniczą rycinę, to zauważymy 12 postaci na dole, 12 po lewej stronie, 12 na górze i 12 po prawej, bo to jest na planie kwadratu. Dookoła narysowanego labiryntu jest 12 postaci z każdej z czterech stron i każda z tych 12 postaci ma ludzkie ciało i głowę jakiejś istoty i każda reprezentuje osobne moce. I nie jest to wcale oryginalny rysunek, bo ten rysunek powtarza się w kilku miejscach na świecie i to są te miejsca, o których możemy powiedzieć praktycznie wszystko i nic, bo nikt nie jest w stanie ich datować. Nikt nie zna technologii, w jakiej zostały zrobione. Możemy się domyślać. Widzimy jakieś tam rysy, tak jak na tych niektórych elementach z Egiptu. Widzimy rysy na takich bazaltowo-granitowych ... wazach.
Weź teraz kawałek granitu bazaltowego z wtrąceniami czystego kwarcum i to przeszlifuj. Możesz zostawić nawet dwa razy większe rysy, ale weź i to przeszlifuj. Okazuje się, że jest z tym drobny problem w dzisiejszych czasach. A ci ludzie, właśnie do tych ceremonii to, co zostało. To jest bardzo ciekawa rzecz, o której między innymi mówi w swojej prezentacji Graham Hancock. Naprawdę bardzo mocno dzisiaj go polecam, bo naprawdę kawał solidnego dochodzenia naukowego i łączenia faktów do kupy i zbierania przede wszystkim dokumentacji na ten temat. Ja też widziałem szczęśliwie na własne oczy te rzeźby. Mieszkam w takim miejscu, gdzie są duże zasoby muzealne, także miałem okazję. Kiedyś dosyć mocno śledziłem ten temat. Zresztą była ciekawa wystawa parę lat, chyba pięć lat temu w Londynie poświęcona dokładnie wszystkim rzeczom związanym z używaniem substancji psychoaktywnych we wszystkich możliwych tak zwanych rdzennych kulturach.
Była to bardzo ciekawa wystawa i jest bardzo ciekawa rzecz, mianowicie takie wazy, które symbolizują kaktus peyote. I to jest znajdowane dokładnie w tych miejscach. I fenomen polega na tym, że jest to zrobione dokładnie w ten sam sposób, w tej samej technologii, jak te wszystkie najstarsze rzeczy. Tu mówimy o tej kulturze, którą niektórzy nazywają Moche, niektórzy Olmekowie, bo Olmekowie to jest nazwa prawdopodobnie tej samej kultury. To jest moja spekulacja już taka prywatna, ale nie jestem tu oryginalny. Myślę, że jak posprawdzacie sobie, to zauważycie, że dużo ludzi mówi o tym samym, że kultura, którą znaleziono, taka prakultura na Jukatanie, tam, gdzie byli Majowie, którą nazwano Olmekami, ma bardzo dużo wspólnych cech z kulturą, która była przed Aztekami w Ameryce Południowej, w Andach i tak dalej. Ciekawe zjawisko. Nikt właściwie za bardzo nie wie nic na ten temat. Pozostała po nich ceramika. Pozostało po nich trochę przedmiotów.
Była to mocno psychodeliczna kultura. Zresztą wykopaliska mówią same za siebie. I fenomen. Jeżeli ci ludzie, którzy jak to się popularnie mówi tripowali tak mocno, przynosili z tych tripów coś takiego, że mogli robić takie wazy, takie urządzenia, operować taką technologią, która dla nas dzisiaj jest zagadką i tajemnicą. Dla większości z nas zdaje się, może nie dla wszystkich. To może warto by było się zastanowić troszeczkę nad tym, o co chodzi z tym śladem podróży po tych wymiarach, z tymi zwierzętami totemicznymi, z tymi istotami z różnych miejsc, które nam się pokazują. Z reguły są nam sprzedawane jako demony i mamy się ich bać. A wygląda na to, że starożytni nam jasno i wyraźnie mówili, że są to istoty, z którymi mamy konwersować. Jeżeli mamy jakieś pytania, to są to dobre postacie, żeby uciąć sobie pogawędkę. I to wcale nie znaczy, że zostaniemy przez nich zaorani.
Aczkolwiek czasami są bardzo brutalne wizje z bardzo różnymi istotami, które robią bardzo dziwne rzeczy, ale też dużo podejrzewam, zależy od naszego nastawienia. To jest moje prywatne doświadczenie przy spotykaniu się właśnie z takimi totemicznymi istotami w moim życiu, na mojej prywatnej niwie, że najważniejsza jest intencja. Jeżeli ma się dobre intencje, to żadne krokodyle nas nie pozżerają, nie odgryzą rąk, nie odgryzą głowy, nic się nie stanie, nic strasznego nie będzie, a wręcz odwrotnie. Dostrzeżemy, właściwie nie tyle dostrzeżemy, ile dostaniemy pełen set informacji, który na nas od zawsze czeka i zawsze tam jest i jest przygotowany i wszystko jest okej, tylko trzeba mieć odpowiednie nastawienie. Tak jak wspomniałem, taki alternatywny pattern nas samych w innych istotach. Dzięki temu pozyskujemy wiedzę, nasze wtyczki, że łączymy się do różnych wymiarów. I jest to naturalna historia, bo każda z tych istot jest tak samo skonstruowana i łączy się z nami. To jest obopólne zajęcie. Wszyscy to robią w całym kosmosie. Jeżeli się przyjrzymy na te egipskie rzeźby, tak nawracam do tego Egiptu strasznie, ale na te stare granitowe rzeźby tej dziwnej kobiecej postaci, która ma słońce, ma twarz lwa albo krowy, to zależy od posągu.
I czasami to dziwnie wygląda, bo ona ma takie wystające rogi, a pomiędzy rogami słońce. Można powiedzieć, że tak zwyczajnie manifestujemy się ze słońca i w różnych postaciach i to dzięki umysłowi. Dlatego właśnie głowa jest zawsze przedmiotem podmiany, a nie nasze ciało. Dlatego też czasami niektórzy, być może w zapomnieniu zaczęli nazywać to bogami, jakimiś istotami. Zapomnieli, że właściwie sami tak wyglądamy, kiedy przekraczamy bramy wymiarów, kiedy jesteśmy zapraszani do świata zwierząt przez nasze totemiczne istoty. I to my jesteśmy w głowie owej totemicznej istoty, ale jesteśmy swoim jestestwem i to być może właśnie jest tą reprezentacją. Bo wszystko to się dzieje dzięki umysłowi. Właśnie dzięki umysłowi możemy odwiedzić sąsiada. Intencja jest naszym wehikułem do podróżowania, ale tym, co jest infekowane przez to doświadczenie, to jest właśnie nasz logiczny umysł i zrozumienie takie do bólu fizycznej egzystencji i fizycznej współpracy i kolaboracji, na takim ekstremalnym poziomie. I to musi uderzyć w umysł, bo inaczej to nie zadziała.
Bo musimy sobie zbudować maszynę, która nie zatruje wody, maszynę, która nie zatruje powietrza, maszynę, która nie zniszczy lasu. I musimy zadbać o nasze wszystkie istoty totemiczne, które nam się pokazują w naszych wizjach i nas odwiedzają. To nie jest przypadek. One dbają o nas na tej planecie. Taka jest moja opinia. A my dbamy o nie. Na tym to wszystko polega. I te obrazki, które widzimy, moim zdaniem opowiadają nam historię o takiej edukacyjnej zamianie ról. Dokładnie. Która jest niezbędna, żeby czasami ogarnąć funkcjonowanie w takim kompleksowym sensie.
Bez tego możemy wiecznie czuć się zagubieni, szukać Boga, szukać bóstw, szukać czarów-marów, zamiast być partnerami w tej rzeczywistości, która jest, co by nie mówić, naszą rzeczywistością. Także nie musimy tutaj odgrywać żadnej roli. My tu jesteśmy u siebie samych, to jest nasz świat. To jest cały kompleksowy świat, którego jesteśmy i zawsze byliśmy i zawsze będziemy uczestnikami. To jest ta historia, która zawsze nas dotyczyła. To nie jest coś, co powoduje, że powinniśmy paść na kolana. Absolutnie. Taka jest moja refleksja, moi drodzy. A grzyby? Grzyby już za chwilę, bo deszcz pada i pada.
Już niedługo być może ktoś z was spotka swoją istotę totemiczną i utnie z nią sobie pogawędkę. Być może ta istota totemiczna będzie wyglądała jak wielki, duży wąż. Być może będzie wyglądała jak duży, drapieżny kot. Być może będzie wyglądała jak czarny kruk, a być może będzie wyglądała jak orzeł albo jak wiewiórka, albo jak mrówka. Kto wie, co zostanie wybrane na totemiczną istotę dla was przez mamę naturę. Jaka ma być ta informacja, czego ma dotyczyć? Czego brakuje w tej cywilizacji? Bo to jest taka kompleksowa układanka. Każdy dostaje swoją totemiczną istotę. Później wszyscy spotykają się przy ognisku i każdy powoli, po kolei reprezentuje swoją istotę w naszym materialistycznym świecie, dzięki czemu wszyscy zaczynamy to dosyć mocno czuć i trafia to do naszej głowy.
I zamiast walczyć ze sobą, zaczynamy współegzystencję, taką elegancką, na równych prawach. Wszyscy ze wszystkimi, tak jak powinno być, tak jak było kiedyś. Dokładnie, moi drodzy. I to jest jedno z tych okienek, dzięki któremu możemy wskoczyć z powrotem w naszą naturalną technologię. Tą kosmiczną technologię, o której już zapomnieliśmy, która jest pochowana pod piramidami. Tak mi się wydaje. Znikam. Czas najwyższy zacząć wieczorową porę i zakończyć tą hiperprzestrzeń. Zatem dzięki wielkie za wysłuchanie tego odcinka „Hiperprzestrzeni”. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy offline, którzy słuchają tego gdzieś tam, nie wiadomo gdzie.
Może właśnie po spotkaniu z jakąś totemiczną istotą albo tuż przed spotkaniem z totemiczną istotą. Pozdrówcie ją ode mnie bardzo serdecznie. Peace and love. Pozdrówcie swoje istoty totemiczne od mojej istoty totemicznej. Poważnie, pozdrawiajcie swoje istoty totemiczne. Nigdy się ich nie bójcie. Oni mają stygmę strażników. Tak niektórzy twierdzą. Tak to się czasami nazywa, ale to niekoniecznie są strażnicy. To są istoty totemiczne, z którymi dealujemy na partnerskich zasadach, a nie na zasadzie sługa i pan.
To jest ta podstawowa, elementarna rzecz, o której trzeba pamiętać. O naszej intencji. I dobrej intencji, bo to wszystko wypływa z serca. Zamieniamy się głowami, odczuwaniem świata, naszą percepcją, naszą anteną, ale nasze serce dalej jest naszym sercem i stąd się bierze nasza intencja, nasza emocja. I ona musi się zgadzać z intencją, która przychodzi z drugiej strony. Właśnie taka edukacyjna zamiana ról. Się zamienili głowami, wszędzie to narysowali. Minęło parę lat i troszkę zapomnieli. Trzeba było DMT z powrotem, żeby się powoli zaczęło przypominać to troszkę coś ze starych czasów, prawda? Dobra, to ja znikam.
Życzę wam miłego spotkania i miłych spotkań z istotami totemicznymi i zapraszam na kolejną „Hiperprzestrzeń”. Jak zwykle w Radiu Na Fali. Oczywiście retransmitowaną też w Radiu Paranormalium. Zapraszam przy okazji moich pozostałych kolegów, żebyście tam wpadli i pościągali sobie troszkę podcastów, bo jak zwykle troszeczkę jest. Jest oczywiście troszkę moich, czyli „Wieczorowa Pora”, „Synteza” i „Dokładka” i tak dalej. Ale nie zapomnijcie o „Czasie Snu”. Już za chwilę premiera nowych odcinków „Czasu Snu”, „Wieczorowej Porze”. Nie zapomnijcie o „Etykiecie Zastępczej”, „Teorii Chaosu”, „Kombecie Wiedzy Alternatywnej”. No właśnie. I nawet „Zabytkowym Pichontarium”.
I w ogóle tych wszystkich zabytkowych podcastach w Radiu Na Fali. Także zapraszam serdecznie do zwiedzania archiwum. No i pozdrówcie ode mnie te istoty totemiczne. Podziękowania dla mecenasów Radia Na Fali i do usłyszenia następnym razem. Słuchaliście „Hiperprzestrzeni” w RadioNaFali.com.