http://noescape.pl/







Nie zapomnij odwiedzić strony naszych partnerów - ich lubimy, ich polecamy!



Możesz też kupić u nas reklamę!





Tutaj będzie pożyczka, pozycjonowanie, chwilówka, no i w ogóle cały ten reklamowy stuff... no bo w końcu odchudzanie, meble, dieta i dentysta same się nie zareklamują...
Nick:  
Hasło:
Zapamiętaj
Logowanie przy użyciu kont z Facebooka itd. dostępne jest z poziomu forum
POKAŻ / UKRYJ MENU
Przypominamy, iż nie udzielamy odpowiedzi na pytania dotyczące ramówki czy powrotu jakiejś audycji (powody wyjaśniliśmy tutaj)
Nick:  
Hasło:
Zapamiętaj

Może gdzieś tam istnieje życie. W poszukiwaniu ET w mitach i legendach


Dodano: 2016-11-27 01:12:54 | Wyświetleń: 1833 | Przeczytam później


Dla większości z nas szansa, że zaatakuje nas rekin, wynosi około 1 do 11,5 miliona. Gdybyś jednak wybierał się popływać w oceanie codziennie przez trzy godziny, twoje szanse na spotkanie z rekinem wzrosłyby dramatycznie - wystarczająco, aby ostatecznie zaryzykować zostanie pogryzionym.

Kasyna w teorii wykorzystują podobną zasadę, jeśli idzie o gry hazardowe. Powiedzmy, że spędzasz wielką noc przy stole, mając zaś na uwadze twoje wygrane (bądź wydatki, zależnie jak na to spojrzeć), krupierzy zachęcają cię co dalszej gry, spędzisz więc dużo więcej czasu na uprawianiu hazardu. W dłuższej perspektywie jednak wiedzą, że wszystko odzyskają.

Zasada, jaką tu ilustrujemy, nazywana jest prawem wielkich liczb, i mówi ona że jeśli masz wystarczające możliwości osiągnięcia czegoś, wówczas rośnie prawdopodobieństwo wystąpienia nawet najbardziej nieprawdopodobnych zdarzeń. Jest to koncept matematyczny, który można zastosować w stosunku do wszystkiego.

W naszej galaktyce wszystkie gwiazdy powstały w ten sam sposób, podobnie jak planety i księżyce. Pierwiastki, które sprawiły że powstanie życia w naszym świecie było możliwe, można znaleźć w całej Drodze Mlecznej. Również meteory zawierają aminokwasy, które były niegdyś prekursorami życia tu na Ziemi.

Słońce wysyła w naszym kierunku śmiercionośne promienie, dostarczając jednocześnie odpowiedniej ilości energii, jakiej potrzebujemy do przetrwania. Jest to źródło burz wystarczająco okrutnych, by zabić miliony, jak też i zachodów słońca i zórz polarnych, które potrafią być niekiedy olśniewające. Na przestrzeni wieków łączone z mitami i legendami, doczekało się nawet bogów nazwanych na jego cześć.

Tak naprawdę jednak jest to tylko kolejna gwiazda, jedna z prawie 200 miliardów istniejących gwiazd.

Dzięki Keplerowi obecnie jesteśmy w stanie stwierdzić, że większość z tych gwiazd posiada swoje własne układy planetarne. Mając na uwadze tak dużą ilość orbitujących nieruchomości, naukowcy uważają, że tylko w naszej galaktyce może istnieć co najmniej 50 miliardów możliwych do zamieszkania światów.

Prawo wielkich liczb sugeruje, że ponieważ te wszystkie rzeczy są takie same, mamy po prostu zbyt wiele rzutów kosmiczną kostką, by stanowić jedyną grę w miasteczku. Istnienie życia, w tym również inteligentnego, jest wręcz pewne.

Gdzież więc oni są?

Naukowcy uważają, że najlepsze miejsce do poszukiwań znajduje się wokół gwiazd starszych od naszej i bogatych w metale. Szukaliśmy jednak przez ponad 50 lat i nadal nie mamy nic, poza intrygującą, krótką ekscytacją z 1977 roku, znaną jako sygnał Wow. SETI stwierdziło, że ten sygnał się nie liczy ponieważ nigdy się nie powtórzył, poszukiwania więc trwają dalej.

Wielu ludzi wierzy, że pojazdy pozaziemskie przelatują teraz po naszym niebie. Na przestrzeni lat pojawiły się setki tysięcy doniesień o obserwacjach UFO, a przytłaczająca większość z nich znalazła swoje ziemskie wytłumaczenie. Wciąż jednak istnieje niewielki procent doniesień zastanawiających, które wciąż pozostają niewyjaśnione i zasługują na dalszą uwagę.

Niestety, zamiast zagłębiać się w te relacje, wciąż zbyt wiele czasu poświęca się na historie o UFO, które stały się domowym produktem szumu medialnego, który oferuje niewiele w zamian za możliwą sławę i fortunę dla tych, którzy poświęcą swoje życie na ich propagowanie.

Dobrym przykładem niech będzie wyemitowany ostatnio w amerykańskiej telewizji serial o UFO, który - jak wiele innych - obiecywał ujawnić prawdę o NOL-ach, wspartą zbieranymi przez wiele lat aktami MUFON-u, który rozpoczął ujawnianie swoich archiwów przed opinią publiczną. Uznałem to za dziwne, głównie ze względu na to, że MUFON nie wydaje się posiadać jakichś sekretów do ujawnienia. Przecież nie jest to CIA.

Pierwszy odcinek poświęcony był rzekomemu spotkaniu prezydenta Dwighta Eisenhowera z obcymi w 1954 roku, podczas którego miał podpisać z nimi jakieś tajne porozumienie - zabawna fikcja, którą powtarzano wielokrotnie na przestrzeni lat. W następnych tygodniach kolejne odcinki stawały się jeszcze bardziej absurdalne.

Gdy sądziłem, że gorzej już być nie może, otrzymałem zaproszenie na wykład, również wystosowane przez MUFON... w celu omówienia związku między NOL-ami a Bigfootem.

Właśnie w taki sposób przemysł ufologiczny zarabia pieniądze.

Naukowcy z "dr" przed nazwiskiem piszą książki o UFO i trafiają w krąg wykładowy, ponieważ bardziej im się to opłaca. Dyskutują o wspomnieniach z wzięć uzyskanych dzięki hipnozie, nie mając jednak na tym polu żadnej wiedzy ani doświadczenia.

Możliwość, jakoby obcy rzeczywiście rozbili się swoim statkiem w Roswell latem 1947 roku, kiedyś powodowała u mnie bezsenność. Wiele lat później zdałem sobie sprawę, że pojazd o technologii wystarczająco zaawansowanej by przemierzać gwiazdy nie może nagle rozbić się na pustyni w stanie New Mexico z powodu uszkodzonej uszczelki. Nawet większość pilotów i załóg z 509 jednostki nigdy nie uwierzyła w tę historię. Po incydencie Kennetha Arnolda oferowano jednak nagrodę za odkrycie latającego spodka, i przez kilka następnych dni świat zwariował.

Wkrótce życie powróciło do normalności, do momentu gdy w 1978 roku, wraz z wywiadem z Jesse Marcelem, Stanton Friedman wskrzesił zdarzenie-nic z Roswell. Dopiero wtedy zaczęły budzić się z uśpienia obarczone błędem wspomnienia i mało znaczący świadkowie z drugiego planu. Niczym staczająca się ze wzgórza śnieżna kula, ludzie dołączali do wagonu wraz z orkiestrą, zaś nowa książka wytworzyła w pełni rozdmuchany spisek. Ujmując rzecz krótko, świat to łyknął.

Ostatecznie, pojawiające się dowody wykazały, że słynne szczątki widoczne na zdjęciach, na których pozował Marcel, wykonane były z balsy i folii - tak naprawdę należały one do balonu latającego na ogromnej wysokości, który potajemnie wykorzystywano do monitorowania tajnych radzieckich prób jądrowych. Wielu nie chciało w to uwierzyć. A dlaczego nie? A no dlatego, że wszyscy mieli z tego pożytek, włącznie z samym miasteczkiem Roswell.

Z czasem opinie zaczęły się zmieniać. Były pilot, Kent Jeffrey, przez wiele lat był jednym z najgłośniejszych propagatorów Roswell. Był on również autorem Oświadczenia Roswell (The Roswell Declaration), zbioru ponad 20 000 podpisów wysłanych do Białego Domu, w poszukiwaniu prawdy. W przypadku Jeffreya, skończyło się to w momencie gdy w końcu otrzymał dostęp do odtajnionych dokumentów potwierdzających, że Siły Powietrzne USA nigdy nie weszły w posiadanie czegokolwiek co w ogóle przypominałoby latający spodek. Obecnie Jeffrey opublikował w Internecie dokładne wyjaśnienie tego, co tak naprawdę się wydarzyło, w nadziei że nikt nie popełni już tego samego rodzaju błędów, jakich dopuścił się kiedyś on sam.

Istoty pozaziemskie wykraczają obecnie poza granice naszego rozumowania, jednak ludzkie zachowania i wiele cech przypisywanych obcym są z łatwością eksponowane przy niewielkim udziale zdrowego rozsądku. Dla przykładu, kręgi zbożowe były tworzone całymi setkami od lat 70-tych przez Douga Bowera i Dave`a Chorleya dwóch artystów, lub przynajmniej za artystów się uważających. Przytłaczająca większość kręgów pojawiła się najpierw w Anglii, zaś naśladowcy na świecie zaczęły się pojawiać dopiero po tym, jak Bower i Chorley publicznie przyznali się do fałszerstw w 1991 roku. Jak donoszą badacze, formacje te pojawiają się w pobliżu dróg i w obszarach gęsto zaludnionych, zawsze też w miejscach łatwo dostępnych. Rzadko pojawiają się w rejonach otoczonych ogrodzeniem lub zakazami wstępu.

Przypadek? Nie.

Jest to sztuka agrarna, przebiegle wytwarzana ludzką ręką. I tak jak w przypadku Roswell, rynek dla Kręgów Zbożowych stworzył wycieczki autobusowe i helikopterowe, a także sprzedaż t-shirtów i książek.

Są wśród nas tacy, którzy uważają, że światowe rządy znajdują się w posiadaniu istot pozaziemskich. Rozważmy jednak stojącą za tym logikę: Wydaje mi się, że nie wydawalibyśmy miliardów dolarów na poszukiwanie niewielkich mikrobów na Marsie, gdyby w podziemnym ośrodku w Strefie 51 już teraz przetrzymywano obcych szaraków z Zeta Reticuli. Uważam, że gdybyśmy pozyskali - jak sugerowali niektórzy - technologię obcych, wówczas prawdopodobnie jeździłbym do pracy latającym samochodem. Samoloty nie potrzebowałyby pięciu godzin (i ogromnych ilości paliwa rakietowego) aby dotrzeć z jednego wybrzeża USA na drugie, z pewnością też nasze statki kosmiczne przemieszczałyby się szybciej niż marne 35 000 mil na godzinę, potrzebując 75 000 lat na dotarcie do najbliższej gwiazdy.

Według Alberta Harrisona, emerytowanego profesora psychologii, nasza fascynacja NOL-ami stanowi współczesny wyraz dawnego zachwytu zdarzeniami dziejącymi się na niebie, przy czym kosmiczni goście zastąpili znaki od bogów, omeny i znaki przeszłości.

Jeśli ufolodzy chcą respektu, za którym tak desperacko tęsknią, będą musieli dokonać pewnych zmian. Być może nadszedł czas by porzucić Roswell i poświęcić czas i energię na pewne doniesienia, które mogą mieć jakąś wartość. Ufolodzy muszą stworzyć aktywne lobby i zacząć poświęcać środki pieniężne na poważne, niezależne, naukowe badania. Właśnie to robi Planetarna Społeczność, a czynią to poprzez angażowanie swoich członków w finansowanie projektów i wpływanie na polityków. Społeczność ufologiczna musi zrobić to samo.

Istnieją również obserwacje zasługujące na dalsze zbadanie. Kenneth Arnold i jego doświadczenie nieopodal Mount Rainier (jedno z pierwszych we współczesnej erze UFO); tajemnicze światła nad Waszyngtonem w 1952 roku, śledzone na radarze i obserwowane przez setki świadków, lecz nigdy adekwatnie nie wyjaśnione; doniesienia o dziwnych pojazdach z czasów II wojny światowej zwanych "Foo Fighters", które poprzedzają wykorzystanie eksperymentalnych pojazdów wojskowych. Piloci liniowców bez przerwy zgłaszali obserwacje obiektów wykonujących niemożliwe manewry, które wydają się łamać prawa fizyki, i odważyli się o tym opowiedzieć (ryzykując tym samym zawodową reputację). Obserwacje wciąż są dokonywane przez bardzo wiarygodnych ludzi, zaś wśród najbardziej godnych uwagi relacji znajdują się również te dokonane przez co najmniej dwóch prezydentów USA. Czy to automatycznie powoduje, że te obiekty stają się statkami z innego świata? Nie. Jest to jednak tego rodzaju sprawa, którą powinno się potraktować poważnie, i która wciąż domaga się dalszego zbadania.

Porównuję to wszystko do braku sukcesów po stronie SETI, pomimo tego co oni nazywają "Sygnałem WOW". Nie jest to dowód, ale - jak to ujął Robert Gray - jest to pociągnięcie za kosmiczną wędkę, dzięki któremu nadal wypatrujesz.

Ale gdzie?

Wciąż są tacy, którzy kategorycznie stwierdzają: nigdzie. Propagatorzy teorii rzadkiej ziemi głoszą, że inteligentne życie na naszej planecie powstało zupełnie przez przypadek. Asteroida zmiotła z Ziemi dinozaury 65 milionów lat temu i tylko w ten sposób małe ssaki, które niegdyś musiały uważać by nie zostać rozdeptanym, ostatecznie wyewoluowały i stały się dominującym dziś na Ziemi gatunkiem. Wielu jednak wydaje się sądzić, że ewolucja działała na ich korzyść bez względu na te okoliczności. Być może, nawet bez tego kataklizmicznego wydarzenia, pewnego dnia mielibyśmy latające drapieżniki i stegozaury prowadzące kliniki, albo siły policyjne pełne tyranozaurów.

Wykorzystują też Paradoks Fermiego w dużej mierze w taki sam sposób, w jaki teoria względności Einsteina odrzuca możliwość przemieszczania się z prędkością większą od prędkości światła. Skoro Einstein mówi nie, to nie da się tego zrobić. Skoro Fermi głosi, że kosmitów nie ma, bo w przeciwnym razie wykrylibyśmy ich już teraz, to znaczy że tak jest. Sprawa zamknięta. Jakkolwiek bystry był jednak Fermi, jego słynny paradoks zawiera lukę. Za kilkaset tysięcy lat ludzie dość mocno się zmienią. Weźmy na początek rasę obcych zupełnie odmienną od naszej, i dodajmy kilka milionów lat ewolucji i rozwoju technologii. Tego typu stworzenia mogłyby być na tyle mocno rozwinięte, że mogłyby być wręcz nierozpoznawalne jako formy życia podobne do nas. Wykrywanie ich obecności graniczyłoby z niemożliwością, przynajmniej na chwilę obecną. Fermi nigdy jednak nie uwzględnił tego w swoich obliczeniach.

Aby zapewnić sukces, jakakolwiek poważna dyskusja dotycząca możliwości istnienia życia pozaziemskiego musi być przeprowadzona bez antropomorficznego myślenia. Możliwość jakoby kosmici byli humanoidami z dużymi głowami i ciemnymi owalnymi oczami jest niewielka. Nie będą ich interesowały nasze bomby jądrowe, nasze plemniki czy też nasze bydło. Mogą się komunikować poprzez telepatię umysłową, poruszać się z użyciem promieni słonecznych, i być równie odmienni od nas jak my jesteśmy różni od chwastów rosnących w naszym ogrodzie.

Światy, jakie te istoty mogą zamieszkiwać, będą niepodobne do czegokolwiek na Ziemi. Mogą być pozbawione wody i mieć burze z opadami szkła. Gdzieś mogą istnieć morza kwasu, z ołowianymi jeziorami i ognistymi kulami pokrywającymi krajobrazy jak gdyby była to roślinność. Ich domy znajdowałyby się pośród chmur, zaś dla celów transportu mogą wykorzystywać wiatr. W takich miejscach góra byłaby dołem; jeden plus jeden może nie zawsze dawać dwa.

Może być wiele dowodów, dlaczego dowód na obcą obecność wciąż nam umyka. W ciągu jednak kilku lat będziemy w stanie obrazować egzoplanety. Kosmiczna społeczność setki lub tysiące lat bardziej zaawansowana od nas mogłaby również stanąć przed większą szansą na dowiedzenie się o naszym istnieniu, być może jednak istnieją miejsca dużo ciekawsze do odwiedzania aniżeli nasza Ziemia. Po co chcielibyśmy przyglądać się mrówczemu kopcowi na podwórku sąsiada, jeśli możemy pójść obejrzeć film, lub wybrać się do jakiegoś kosmicznego Disneylandu?

Jeśli jednak NOL-e okażą się być pilotowane przez istoty pozaziemskie, istnieje możliwość, że będą dość podobni do nas, a za ich wizytami mogą nawet stać egoistyczne pobudki. Przymiarki do inwazji, a może nawet swego rodzaju kosmiczne safari, poszukiwania inwentarza do jakiegoś międzygwiezdnego ZOO... z nami. Moglibyśmy być po prostu kolejnym przystankiem w galaktycznej wycieczce. Być może nawet miejscem przeznaczenia dla łowców, którzy wybrali się pojmać kilku z nas w charakterze specjału w czyimś obcym menu.

Jest bardziej prawdopodobne że, jeżeli zaawansowani technologicznie kosmici po prostu sprawdzają nas z ciekawości, bezpiecznie będzie przyjąć, że życie w naszej galaktyce jest niezmiernie rzadkie i - być może standardowo - jesteśmy jednym z bardziej interesujących celów.

Stephen Hawking odradzał informowanie galaktyki o naszym istnieniu bez dalszego zbadania. Uważa, że kontakt z zaawansowaną cywilizacją pozaziemską źle się dla nas skończy. Gdy osadnicy z Europy po raz pierwszy zetknęli się z amerykańskimi Indianami, stanowili zaawansowaną technicznie społeczność, i zniszczyli życie takie jakie toczyło się niezmiennie od czasów jeszcze przed powstaniem podwalin cywilizacji. Jak argumentuje Hawking, to samo może stać się z nami dzisiaj. Można sobie wyobrazić, że wiele obcych cywilizacji siedzi cicho, nie chcąc ogłaszać swojej obecności w obawie przed zmieceniem z powierzchni kosmosu przez jakiegoś rodzaju Dartha Vadera i jego złowieszcze imperium.

Mogło być również i tak, że kilka cywilizacji, które nadchodzą i odchodzą, z czasem ewoluuje i dość szybko wymiera, wobec czego szanse na istnienie zaledwie kilku w tym samym czasie są niewielkie. Fizyk teoretyk Paul Davies stosuje przykład miasteczka zamieszkanego przez sto osób. Każdy mieszkaniec otrzymuje instrukcje, aby niezależnie od pozostałych włączyć światła w domu tylko na 10 sekund w okresie 24 godzin. Jakie są szanse na to, że dwóch mieszkańców włączy światła w tym samym czasie, lub nałoży się na siebie na dłużej niż zaledwie kilka sekund? Niedobrze. Możesz jednak dodać więcej ludzi i wydłużyć czas włączenia świateł, i znów prawo wielkich liczb zaczyna działać na naszą korzyść.

Po niekończącym się dodawaniu liczb do Równania Drake`a wielu naukowców teoretyzowało, że ilość zaawansowanych obcych cywilizacji w naszej galaktyce może wynosić co najmniej 20 000 lub co najwyżej jedna lub dwie. Uważam, że nasza galaktyka prawdopodobnie obfituje w życie, lecz ilość wysoko rozwiniętych obcych cywilizacji jest relatywnie niewielka. Powiedzmy, że liczba ta wynosi około tysiąca. To mniej niż wielu miało nadzieję, wciąż jednak więcej niż innym prawdopodobnie może się dzisiaj wydawać, i więcej niż wystarczająco aby podtrzymać przy życiu nasze marzenia o kontakcie. Jeśli liczba ta jest w jakikolwiek sposób bliska rzeczywistości, oznaczałoby to, że na każde około 200 milionów gwiazd istnieje jedna zaawansowana cywilizacja, przy czym wszystkie cywilizacje są znacznie od siebie oddalone.

Przy odrobinie szczęścia, odpowiedzi na te przypuszczenia, jak też na pytania które się do nich przyczyniły, prawdopodobnie zaczną się pojawiać w ciągu najbliższych dwóch dekad, gdy teleskopy staną się wystarczająco silne, by wykrywać pierwsze dowody na istnienie obcych na odległych planetach. Nawet wówczas jednak pytania pozostaną. Czy narody i granice rozmyją się, prowadząc do możliwego nowego porządku świata? I co z naszym pojęciem Boga? Jaki będzie wpływ na religię, i jak postrzegamy siebie w wielkim schemacie rzeczy?

Kwestia być może jeszcze ważniejsza: gdy w końcu dojdzie do kontaktu, czy przybędą jako przyjaciele - życzliwe nam istoty, zaawansowane ponad potrzebę agresji - czy też jako najeźdźcy? Czy będą to bezwzględne i brutalne kreatury nastawione na zdobywanie, żądne pozbawienia nas planetarnych źródeł po wyczerpaniu własnych? Czy ich nadrzędna technologia mogłaby przyczynić się do tego, że jakikolwiek opór z naszej strony będzie najzupełniej daremny, nie dając nam innego wyboru jak tylko podążać za naszymi prehistorycznymi jaszczurzymi przodkami w stronę jałowej ziemi wymarcia?

Społeczność naukowa jest w tej kwestii podzielona, więc twoje przypuszczenia są równie dobre, co moje. Na chwilę obecną jednak, oceniłbym to na fifty-fifty. Innymi słowy, jest to kosmiczna gra w kostkę, a jeśli ją przegramy, cena za to będzie wysoka!

Andrew Fain, FATE Magazine
Tłumaczenie i opracowanie: Ivellios

Kopiowanie i umieszczanie naszych treści na łamach innych serwisów jest dozwolone na zasadach opisanych w licencji.
Komentarze do artykułu

Twój nick:
E-mail (opcjonalnie):
Komentarz:



Powiadamiaj o odpowiedziach na mój komentarz
(wymagany email):
Uwaga: Jeśli chcesz odpowiedzieć na komentarz innego użytkownika, prosimy skorzystaj z przycisku "Odpowiedz". Pozwoli to uniknąć w przyszłości bałaganu w dyskusji.
BBcode:

[b][/b] - pogrubienie
[i][/i] - kursywa
[u][/u] - podkreślenie
[cytat][/cytat] - cytat
[cytat="NICK"][/cytat] - cytat z nickiem

Zanim napiszesz komentarz, koniecznie zapoznaj się z zasadami publikowania komentarzy na łamach strony Radia Paranormalium. Prosimy nie podawać w komentarzach adresów email - do tego służy odpowiednie pole!


  • KWTD (2016-11-27 1:41:38) #34775 | PW | RAPORT | E-mail
    Naprawdę świetny artykuł.

    Odpowiedz
  • speedwayer (2016-12-04 21:26:39) #34883 | PW | RAPORT | E-mail
    Rewelacyjny artykuł! Ivellios, jak zawsze pełen profesjonalizm w tłumaczeniu. Swoją drogą FATE Magazine jakoś przypomina mi Nieznany Świat :)

    Odpowiedz
Tagi
Inne artykuły
o podobnej tematyce
SŁUCHAJ NAS
SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI
NEWSLETTER
RAMÓWKA NA DZIŚ
ARCHIWUM AUDYCJI
WESPRZYJ
RADIO PARANORMALIUM
POLECANE KSIĄŻKI
NAJNOWSZE FILMY
Copyright © 2004-2019 by Radio Paranormalium