[00:03] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radio Paranormalium. Właśnie tutaj, właśnie teraz, prosto do twoich uszu, drogi słuchaczu i droga słuchaczko, wylewamy powolutku kolejny odcinek audycji Bibliotekarium, jednej z chyba ostatnich, a na pewno jednej z nielicznych takich audycji w polskim internecie. Jak zauważyliście państwo, dzisiaj bez podkładu muzycznego. W porze, kiedy ten odcinek będzie emitowany, będzie obowiązywała żałoba narodowa po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Postanowiliśmy w Bibliotekarium, że tę okazję uczcimy rzadko spotykaną w polskim internecie ciszą. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami, jak zawsze, gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz.
[01:03] - Dobry wieczór.
[01:04] - Oddaję głos do Bydgoszczy.
[01:08] - To jeszcze raz dobry wieczór.
[01:09] - Dobry wieczór.
[01:12] - Tak, rzeczywiście tego podkładu muzycznego dzisiaj nie będzie z wiadomych względów. My tylko możemy obiecać, że w miarę soczyście postaramy się tę ciszę w tle z kolei wypełnić dosyć ciekawymi informacjami. No i cóż, Wiktorze?
[01:28] - Wiesz, jak się spojrzy na cały wszechświat i na to, z czym na przykład Stanisław Lem miał największe problemy, nad milczeniem gwiazd i nad ciszą wszechświata. Proszę ciebie, może cisza wszechświata właśnie jest-
[01:46] - Rodzajem żałoby
[01:47] - ... rodzajem żałoby po tym świecie, który odchodzi. Odchodzi bez przerwy, na bieżąco.
[01:55] - W związku z tym, co się stało, też należy zadać sobie pytanie albo słowami piosenki Niemena: „Dziwny jest ten świat”. Po prostu dziwny, że się takie rzeczy dzieją. My, być może nieprzyzwyczajeni, że coś takiego może się na ulicy zdarzyć, chyba musimy się zacząć przyzwyczajać, ale to niespecjalnie dobrze mówi o naszej kondycji ludzkiej i o kondycji naszej cywilizacji.
[02:24] - Podobnie też, przepraszam, że się wetnę panom w rozmowę, z jednej strony padają apele o poszanowanie pamięci, o poszanowanie się nawzajem, ograniczenie hejtu w internecie. A w internecie tymczasem i w ogóle w życiu takim naszym codziennym wydaje się, że cały czas niezmiennie panuje zasada: „Chuj do dupy z apelami, zniszczmy się nawzajem sami”.
[02:55] - I znowu tak, coś takiego jest. Jakkolwiek to ująć, to mniej więcej tak to wygląda, że każdy chętnie wtrąca swe trzy grosze. Obojętnie, czy je nosi, czy nie nosi przy sobie. Dobra, myślę, że nic mądrego w obliczu tego, co się stało, powiedzieć nie powiemy, bo wszystko ociera się o pewien banał.
[03:22] - Nic mądrego też nie powiemy o tym, co zdarzało się wcześniej, o tym, co się zdarza dzisiaj i o tym, co zdarzać się będzie, bo taka jest natura ludzka. Niestety tak będzie.
[03:35] - Ale możemy się starać przynajmniej coś powiedzieć i daj Boże, żeby nam się udało. Temat dzisiaj niezwykle z mojego punktu widzenia, takiego czytelniczego punktu widzenia atrakcyjny. Bo książka, z którą wiąże się szereg moich wspomnień, szereg przeżyć literackich, odkryta przeze mnie dosyć późno. W sumie przez przypadek, bo socjalizm to był taki czas, gdzie dotarcie do jakiejś książki bardzo często było kwestią przypadku. Ja pamiętam, pewnego dnia odwiedził mnie kolega. Już wtedy byłem dumnym uczniem pierwszej klasy liceum. Odwiedził mnie kolega z podstawówki i mówi, że czyta właśnie książkę. Mówi: „Głupia jest, bez sensu, bo powietrze jest na Księżycu i w ogóle bez sensu i głupia”. No i mówię: „Czytasz fantastykę? A co to za tytuł?
Ja nie znam takiej książki”. On mi powiedział, że Żuławski, że na Srebrnym Globie. Pierwsze słyszałem, ale zrobiłem wszystko, żeby do tej książki dotrzeć. I to był początek właściwie. Początek różnych ciekawych przeżyć. Mnie ta książka zafascynowała. Chociaż, tak jak mówiłem w poprzedniej audycji, moja mama polonistka, ojciec zresztą też, przestrzegali mnie, że to takie młodopolskie, że ten język jest taki sobie, że będę się męczył. Postanowiłem się pomęczyć i być może z wrodzonej przekory, a być może z tego powodu, że to po prostu dobra książka. Ja byłem zachwycony tą lekturą.
[05:28] - Wiesz, ja nie musiałem szukać, gdyż ta książka stała. Mój ojciec nigdy nie czytał science fiction, ale czytał literaturę. Czytając literaturę musiał czytać Verne'a, Wellsa i musiał również czytać Żuławskiego. Trylogia Żuławskiego stała obok trylogii Sienkiewicza i obok „Pana Tadeusza” Mickiewicza. To był po prostu element polskiej kultury, element polskiej literatury. I jak ja jeszcze do przedszkola chodziłem, kiedy zaglądałem do tej książki, oczywiście nie potrafiąc czytać.
[06:11] - Obrazki były.
[06:12] - Były tam obrazki właśnie Żechowskiego oraz przede wszystkim najpiękniejsza rzecz, która była w pierwszym tomie „Na Srebrnym Globie” mapa wędrówki polskiego łunochodu przez powierzchnię Księżyca.
[06:34] - Powiem tylko dla słuchaczy, że z tym łunochodem to żart. On się oczywiście tak nie nazywał, ale skojarzenie bardzo dobre.
[06:42] - W każdym razie ja tą mapę powiększałem, rysowałem, malowałem ogromne landschafty, wieszałem to na ścianie, zasypiałem w nocy, patrząc cały czas na drogę tego pojazdu po pyle Księżyca aż na drugą stronę. Dlatego ten Księżyc, może nie ten na niebie, ale ten Żuławskiego świecił mi całe życie nad głową.
[07:10] - Wiesz co, ten Księżyc... W ogóle zastanawiam się, o czym najpierw. Chyba o Żuławskim najpierw. Kto to był ten Żuławski?
[07:17] - No więc właśnie, wypadł sobie spod ogona. Zapewnienie. Nagle się okazuje, bo my myślimy, że to jakiś tam literat i napisał parę książek.
[07:25] - No właśnie za dużo to on tam nie napisał. Chociaż zaraz, żeby wszystko uporządkować. To był człowiek, który z różnych powodów jest mi o tyle bliski, że przede wszystkim jego nazwisko zaczyna się na „Ż”.
[07:39] - Moje też.
[07:40] - To żart oczywiście, ale dlatego jest mi bliski, ponieważ był filozofem. To był facet, który napisał pracę o Baruchu Spinozie, o jego filozofii. Był nie tylko filozofem, kilka innych nauk również zgłębiał, natury technicznej czy politechnicznej. W każdym razie filozofia była mu bliska i to zresztą widać w jego twórczości. Cała trylogia „Na Srebrnym Globie”, „Zwycięzca” i „Stara Ziemia” jest przesycona filozofią, ale filozofią nienatrętną, czyli nie taką, że nagle pach, robi sobie autor wykład na kilka stron. Nie.
[08:25] - Z filozofii nie robi tematu powieści.
[08:28] - Filozofia jest w tle, ale jest bardzo mocno z tymi utworami związana. Nie da się właściwie mówić o książkach Żuławskiego z cyklu księżycowego, nie uwzględniając owej filozofii. To jest po prostu rzecz bardzo ważna dla niego. I to widać, że to nie jest tak, że on sobie skończył filozofię i teraz bryluje. Nie. Filozofia jest elementem krajobrazu niezwykle ważnym dla niego.
[08:58] - Czy w ogóle filozofię można skończyć?
[09:04] - Mówię akademicko. Akademicko skończyć, a filozofia oczywiście jest nieskończona, bo można ją rzeczywiście w nieskończoność ciągnąć. Ale wracając do Żuławskiego. W 1903 roku ukazał się pierwszy tom trylogii księżycowej, czyli „Na Srebrnym Globie”. Później było sporo lat przerwy, bo poczekał bodajże do roku 1910 i wtedy ukazał się „Zwycięzca” oraz na końcu ukazał się tom „Stara Ziemia”, czyli 1911. My te tomy oczywiście w miarę ogólnie, tak żeby nie spoilerować, omówimy. Natomiast ważne jest to, że jakaś koincydencja czasowa, bo warto sobie uświadomić, że książka Herberta George'a Wellsa, którego często okrzykuje się takim założycielem SF. Oczywiście szuka się korzeni znacznie głębiej w historii, ale bardzo często na Wellsa właśnie wskazuje się, że to on wszystkiemu winien i SF jako gatunek się ukonstytuował. I on gdzieś na początku XX wieku, to był chyba rok 1901. Ale tu zaznaczę, proszę się na mnie nie powoływać, bo tego nie jestem pewien, ale gdzieś w tych okolicach wydał książkę „Pierwsi ludzie na Księżycu”.
Też to była książka, w której Wells zastanawiał się nad tym, do czego prowadzą pewne procesy społeczne. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do książki Wellsa, bo to ciekawe. Jeśli chodzi o wynalazki, które tam są przedstawione, sposób dotarcia na Księżyc jest nieco inny niż te sposoby, o których powiemy za chwilę. Wymyślił specyficzny projekt ze specjalnym metalem, specjalnym pierwiastkiem, dzięki któremu pokonana zostaje grawitacja. Dostają się bohaterowie na Księżyc dzięki temu wynalazkowi i tam właściwie już znowu wkracza filozofia, procesy społeczne. Oczywiście przygód jest co niemiara, ale znowu jakieś filozoficzne wtręty się pojawiają. Co ważne, ta książka Wellsa dosyć szybko pojawiła się na polskim rynku w wersji takiej uproszczonej. Chyba rok później, w 1902 pokazała się na rynku, wzbudzając duże zainteresowanie. I teraz oczywiście nie wiem, czy Żuławski się inspirował tak bardzo powieścią Wellsa, czy też to było samoistne. Tego nie rozstrzygniemy najprawdopodobniej.
Zresztą powiedzmy sobie szczerze, tych podobieństw właściwie nie ma. Tyle że obie wyprawy lądują na Księżycu, więc chyba nie, to raczej impuls. Skoro Wells napisał o Księżycu, to i Żuławski napisał, wydał w 1903 roku na Srebrnym Globie. Tu jeszcze sobie nie odpuszczę i muszę powiedzieć, że tak naprawdę sytuuje to Żuławskiego w czołówce SF. Skoro Wells był tuż przed nim, warto to odnotować. Ktoś powie: owszem, był, ale przedtem był Juliusz Verne i on napisał swoje dwie powieści księżycowe znacznie wcześniej, bo w latach 60. Pierwszą z nich... Jakie one miały tytuły, żebym ja to pamiętał. „Z Ziemi na Księżyc” chyba pierwsza z nich w 1865 roku i później drugi tom, tytułu już nie pomnę, ale cztery lata później, czyli to były lata 60. Napisał drugi tom, „Wokół Księżyca”.
Przypomniałem sobie, o czym jest i zaraz mi się tytuł przypomniał. „Wokół Księżyca”. Co sprawia, że wymieniam te powieści? Dlatego wymieniam te vernowskie powieści, ponieważ podobny jest sposób dotarcia proponowany przez Verne’a i proponowany przez Żuławskiego. Z tym że Żuławski niespecjalnie poświęca w swojej książce temu zagadnieniu dużo miejsca. To raczej jest skrótowo potraktowane. Wrócę za chwilę do tego dotarcia na Księżyc, ale nie mogę nie powiedzieć, że Księżyc, tak jak ty powiedziałeś, Wiktorze, był fascynujący. Był fascynujący. Gdzieś na pewnym blogu, niech ja spojrzę, na jakim blogu. Warto zawsze dobre blogi promować.
Więc powiem: na blogu „Niekoniecznie jasno pisane” taki jest jego tytuł. To się znajduje pod adresem playbackpisze.blogspot.com. Tam znalazłem ciekawy ślad. Otóż o Księżycu pisał również Edgar Allan Poe. On taką historyjkę sprzedał czytelnikom w roku 1835 o tym, jak pewien człowiek uciekając przed wierzycielami ścigającymi go, u których jest mocno zadłużony, ucieka balonem na Księżyc, bo to jest właściwie jedyne miejsce, w którym ci wierzyciele go nie znajdą. I to mógł być koniec tej historii. Koniec czy też początek, jeśli weźmiemy to chronologicznie, że się później na nim wszyscy wzorowali i Verne, i później Wells, a na końcu Żuławski. On wskazał im kierunek, czyli Księżyc. Ale okazuje się, tu znowu nie tyle cytuję, co powołuję się na blog wymieniony wcześniej, czyli „Niekoniecznie jasno pisane”, że jest też w całej tej historii polski akcent, kolejny. Otóż w roku 1785, to zauważcie państwo, pomiędzy pierwszym a drugim rozbiorem Polski, wiek XVIII.
Był taki człowiek, który się nazywał Krajewski. I on napisał powieść zatytułowaną „Wojciech Zdarzyński życie i przypadki swe opisujący”. Przypomnę, autorem był Michał Dymitr Krajewski. I właściwie à propos różnych inspiracji, jakby się na tym skupić, to można by podejrzewać, że Edgar Allan Poe trochę wzorował się na naszym autorze wymienionym przeze mnie, Krajewskim. Nie wiem, czy tak było, czy nie było. To jest dzisiaj nie do odtworzenia. Dzieli te dwa utwory kilkadziesiąt lat. Być może po prostu dobre pomysły, ja to często powtarzam, dobre pomysły krążą w powietrzu i wpadli obaj panowie na podobny pomysł. Chociaż bliskość tych pomysłów jest naprawdę zadziwiająca, bo w polskim wydaniu autora Krajewskiego jest podobna intryga. Też mamy uciekiniera na Księżyc, uciekiniera, który też zmyka przed wierzycielami.
Pewne podobieństwo jest. To tak pokrótce rysując tę historię księżycową. Tu gdzieś jeszcze należałoby wymienić pewną historię z rosą i z dotarciem na Księżyc przez Cyrana de Bergerac, który pisał o tym, że dzięki parującej rosie można dotrzeć na Księżyc. Opisywał, co też na tym Księżycu jest, ale myślę, że nie tędy droga. To jest chyba fałszywa ścieżka. Wymieniłem te literackie konotacje tylko dlatego, żebyśmy wiedzieli, że Żuławski nie był pierwszy, ale na tym tle Żuławski jawi się jako pisarz niezwykle oryginalny.
[17:27] - Wiesz, jak to mówiłeś, to...
[17:31] - Wyrzucałem jak karabin maszynowy.
[17:33] - Powoływanie się na to, kto od kogo ściągnął, nie ma wielkiego sensu z jednego powodu, bo pisarze zwykle odzywali się na tak zwaną ogólnoświatową świadomość społeczną, czyli po prostu na to, jaki był światopogląd wtedy na technikę. Używali tego błyskawicznie. Jeżeli gdzieś w pracowniach inżynierów zaczęto robić Torped i tak dalej, i inne rzeczy, które nie muszą chlapać po powierzchni wody, to natychmiast jakiś Verne pisał o Nautilusie i tak dalej. Pisarze zawsze się odzywali na to, co technika z sobą niosła, co niosła ze sobą cywilizacja. Tylko że spektakularnie potrafili w miarę głośno dąć w te trąby jerychońskie swoje własne. Natomiast tak zawsze było i tak zawsze będzie. Zwróćcie uwagę, że w czasie, kiedy do ogólnoświatowego kanonu weszły komputery i internet, to właściwie dzisiaj prawie wszystkie tworzywa science fiction to jest wirtualna rzeczywistość. Przedtem komputery, przedtem roboty, przedtem latanie po orbitach i tak dalej, bo akurat Sputnika, Biełkę i Striełkę wywalili Rosjanie.
[19:19] - Wcześniej Łajkę.
[19:20] - Wcześniej Łajka. To jest coś takiego. My, pisarze, zwykle się odzywamy na to, co słyszymy. Sami nie, bo nie jesteśmy inżynierami, więc rzadko. Natomiast muszę zwrócić uwagę, że na pewno w tym rozgardiaszu i cywilizacyjnym zamęcie czasami ja mówię, że to są samochody, które się same doskonalą, same mkną te idee, mkną tymi autostradami w przyszłość. Natomiast czasami ktoś wpada na jakiś naprawdę niezły silnik i z całą pewnością takim silnikiem, takim motorem w europejskiej literaturze był Verne. Takim motorem, ogromnym, był Wells, ale na pewno w polskiej literaturze, a i na pewno nie tylko polskiej, ogromnym motorem był właśnie Żuławski. Zwróćcie uwagę potem, myśmy mieli szczęście do tego. Samochody co prawda były syrenki, czyli klekot marny, i trabanty ewentualnie.
[20:37] - To nie NRD-owski.
[20:37] - Tak, ale importowane z miłością przez naszych ujeżdżaczy i tak dalej. Natomiast silniki, jakie Polska konstruowała, czyli Żuławski, Stanisław Lem, Zajdel, Fiałkowski, Boryń, Trepka, cholera, to były takie silniki, takie motory, którymi się naprawdę pochwalić nie mogą inni twórcy samochodów. Jeździli zwykle tym, co im dał jeszcze przedtem Verne i Wells.
[21:09] - Tak, tylko cały numer polega na tym, że język polski jest pewną barierą dla literatury światowej.
[21:17] - Wiesz, jak ten cały Dymitr Zdarzyńskiego przypadek. Już nie mógł innego nazwiska wymyślić.
[21:24] - Przeciętny Anglik nie jest w stanie tego wymówić. Myślę, że nie tylko Anglik. Ale wracając, to chodzi o to, że ta bariera, o której powiedziałem w przypadku Żuławskiego, niezwykle ciekawych powieści, o których będziemy dzisiaj rozmawiać, jest jeszcze dodatkowa. Już o niej wspominałem. Młodopolski język. On jest dosyć specyficzny.
[21:50] - Makabryczny chciałeś powiedzieć.
[21:51] - Dla mnie mękliwy jest, po prostu mękliwy. To jest zmieniona fraza. Chodzi o miejsce czasownika, czasami o pewne bycie egzaltowanym. On jest egzaltowanym chwilami pisarzem, Żuławski. Tak sobie pomyślałem w tej chwili, że my ciągle Żuławski, Żuławski, to warto by powiedzieć, że on Jerzy miał na imię, co może ważne dla niektórych.
[22:22] - Znowu Jerzy Żuławski. Weź to.
[22:26] - Na Zachodzie byłby George.
[22:28] - Byłby George.
[22:29] - To wiesz, to chyba nie szkodzi. Ale Lem, to nie jest tak, że my sobie tu z Wiktorem wymyśliliśmy to w tej chwili i teraz opowiadamy państwu takie historie. To bodajże Lem w jednej „Fantastyce i futurologii” chyba o tym napisał, że gdyby Żuławski używał bardziej takiego neutralnego języka, to miałby naprawdę szansę stać się takim number one w fantastyce, i to światowej fantastyce. Z racji tego, że ten język był właśnie młodopolski, to był ciężko przetłumaczalny. Jednak trzeba niezłego znawcy języka, żeby to prawidłowo przełożyć. Pewno to było przekładane. Na ten temat nie mam wiedzy.
[23:22] - Marek, to jest bardzo proste, bo żeby przełożyć Żuławskiego na francuski czy na angielski i tak dalej, trzeba tłumacza. A skąd go wziąć, żeby się znał na tym, żeby to rozumiał, żeby ten język wyczuwał?
[23:40] - Już nie wspominając o tym, że samo czytanie dzisiaj Żuławskiego potrafi troszkę być hardcorowe. Ja trochę się natrudziłem, żeby te pierwsze kilka stron przeczytać. Tam nieraz takie konstrukcje językowe są wrzucone, że naprawdę masakra.
[23:55] - Właśnie, młodopolski. Na tym to polegało, tak jak powiedziałeś.
[23:58] - Masakra po młodopolsku.
[24:00] - Masakra po młodopolsku, Marku, dokładnie. Ale powiem dla pociechy, też to mówiłem w poprzedniej audycji. Po pewnym czasie, przy większej dawce, powiedzmy przy kilkudziesięciu stronach, ten młodopolski język Przestaje przeszkadzać. Znaczy przyzwyczajamy się do niego i wtedy lektura idzie bardziej gładko i zaczynamy się skupiać na tym, co się dzieje, a warto się na tym skupić.
[24:24] - Ale mógłbym komplement sobie?
[24:27] - Byte bardzo.
[24:27] - Sobie, bo jestem ogromnym, wielkim i dozgonnym spadkobiercą Żuławskiego, jeśli chodzi o te sprawy językowe. Ja poszedłem jeszcze dalej.
[24:37] - O, zdecydowanie!
[24:38] - Zdecydowanie dalej. W takich swoich powieściach, szczególnie w „Imago” czy w „Delirium”, w „Tezis” to już w ogóle tym językiem młodopolskim zabijałem wszelką myśl, którą wymyśliłem przedtem, a one były zwykle całkiem klarowne jak u Żuławskiego. Zresztą były bardzo bystre i naprawdę chwaliłbym się, gdybym nie zabił tego językiem.
[25:01] - Nie dopuszczałeś czytelników do istoty tej powieści.
[25:05] - Nie. Natomiast wiesz co, ja chciałem podkreślić, że zwróć uwagę, że w wypadku pojawienia się takiego delikwenta jak Żuławski w takiej Francji, piszącego po francusku, cały świat miał gotowy warsztat przerobowy, na którym była cała wataha świetnych ludzi, którzy znali język francuski lepiej i oni się rzucali na tą książkę i natychmiast było mnóstwo ludzi, którzy mogło przetłumaczyć tą książkę.
[25:35] - Ale jeszcze to okej. To, że było mało tłumaczy z polskiego to jest jedna rzecz, ale gdyby było takie zjawisko literackie, nie wiem, może było, ale ja o nim nie słyszałem, jak młoda Polska to analogicznie młoda Francja i też używaliby takich dziwnych konstrukcji zdaniowych.
[25:54] - To było wcześniej u Rabelais takie rzeczy były.
[25:57] - No okej, ale to gdzie Rabelais, a gdzie ten okres? Ale gdyby coś takiego istniało, to również ci tłumacze, chociaż przygotowani, znający francuski, też by sobie troszkę głowy łamali nad tym, bo to są takie wygibasy językowe, że się człowiek może zastanawiać, nawet znając język polski, posługując się nim świetnie, czy też czytając tak świetnie jak czyta Ivellios, to jednak można się zapowietrzyć, jak zdanie ma pół kilometra albo jest tak dziwnie złożone, że człowiek właściwie dramatycznie szuka tego podmiotu, orzeczenia i gdzie to w ogóle jest. A tu nie ma i nie ma. A zdanie się toczy. Przesadzam oczywiście, ale czasami nie. Natomiast w każdym razie Lem powiedział to, co powiedział. Czy ma rację? Osądźcie państwo sami. W każdym razie właśnie, bo Wells nie zetknął się ze zjawiskiem młodej Anglii. Używał naturalnego, neutralnego języka i w związku z tym jest dziś pisarzem światowym.
Z tym drobiazgiem, że poza tym pisał po angielsku, miał tę drobną przewagę. I wiesz, my się możemy tutaj zastanawiać, czy Żuławski wielkim pisarzem był, czy nie był.
[27:16] - Nie, tu się nie można zastanawiać . To był wielki pisarz.
[27:19] - Dobrze, mea culpa. Nie tyle zastanawiać nad tym, czy dywagować nad tym, czy jego wielkość byłaby doceniona na świecie, czy nie. Natomiast nie wiemy tego po prostu, bo problemy przekładowe, a dzisiaj to już chyba nikt tego nie chce przełożyć.
[27:36] - Czy to ma znaczenie, Marek, żeby go w świecie czytali?
[27:40] - Wiesz.
[27:41] - Przecież zbudowali swoje piramidy. A to jest nasza piramida polska.
[27:45] - Zaraz, bo jak się śledzi historię gatunku, ja to jestem taki człowiek, że lubię takie rzeczy śledzić, to wiesz, Żuławski się jawi jako człowiek, który zabrał się za ten temat bardzo wcześnie. On startował wspólnie z Wellsem. To jest naprawdę wielka sprawa. Amerykanie ze swoimi magazynami pulpowymi i tak dalej. Kiedy to było? Ile lat później? Ile dziesiąt lat później? Powiedzmy 20. Żeby nie było, że przesadzam, to przynajmniej dwadzieścia kilka. Kiedy się pojawiły te magazyny groszowe, kiedy można było fantastykę na kilogramy wręcz kupować, to wtedy.
Ale tak naprawdę Żuławski był u początku. I tak jak powiedziałem, czy się inspirował, czy nie inspirował, to nieważne. Stworzył dzieło oryginalne. Fakt. Dostają się nasi bohaterowie na Księżyc w sposób zbliżony troszeczkę do tego, jaki zaproponował Verne. Też wystrzeliwują ich z Ziemi. Rzecz się dzieje gdzieś chyba na początku XX wieku. Taki jest czas powieści. Natomiast dostają się. Różnica taka, że w przypadku powieści Żuławskiego wystrzelone zostają dwa pociski.
Jeden z nich się rozbija, nikt nie przeżywa, natomiast w tym drugim przeżywa dwóch mężczyzn i kobieta. To chyba ważne. Chyba nie spoileruję jeszcze za bardzo.
[29:26] - No, ale też...
[29:26] - Tak, ale to jest ta różnica, która jest.
[29:29] - Jest dwóch, a ona jedna.
[29:32] - To ma znaczenie później. To też ma znaczenie w treści powieści później, że tak sobie zrymuję przypadkowo. Natomiast dostają się na ten Księżyc. I co było dla mnie pierwszym, pamiętam, gówniarskim zaskoczeniem, że oni nie tylko wylądowali, ale te pojazdy były zaplanowane tak, żeby po tym Księżycu wędrować. I ten pojazd zaczyna sunąć po powierzchni Księżyca. I wtedy zaczyna się dziać.
[30:01] - Ile ja śladów narysowałem tego bieżnika, bo to jak czołg wyglądało. Tylko że położone poziomo, nie?
[30:08] - Tak.
[30:09] - Położony poziomo, taki gigantyczny.
[30:11] - A można być, powiedz, położonym pionowo? Ja tylko wyjaśnię. My się, proszę państwa, bawimy z Wiktorem. To jest dalszy ciąg naszej zabawy. My się ostatnio łapiemy za słówka z rozkoszą, ale wierzcie mi państwo, tego rodzaju zabawa ma kilkuminutowy wtręt ABW. Otóż tego rodzaju zabawa może się wydawać złośliwa. Wręcz przeciwnie, proszę państwa, ona tak porządkuje język później przy pisaniu. Ja na przykład jestem Wiktorowi bardzo wdzięczny za kilka kąśliwych uwag pod moim adresem, bo to zawsze naprawdę, proszę państwa, dobrze robi. Cóż, nie warto tego robić ze wszystkimi i zawsze, ale dobrze jest mieć człowieka, z którym tego rodzaju uprzejmości się wymienia, bo takie rzeczy zapamiętuje się na długo, jeśli nie na całe życie. Bo jak mi Wiktor powiedział, że coś tam nie tego, że coś na przykład, podobnie jak ja przed chwilą, coś leży czy stoi, to człowiek później pamięta i nawet jak chce coś powiedzieć, to mówi: „O, Wiktor powiedział.
Nie, to tak nie powiem.”
[31:22] - Szczególnie tutaj przy naszym zsypie, jak już o ABW mówimy, zsypie konkursowych opowiadań, w których trzeba czasami z widłami.
[31:34] - Ulubione słówko: sobie. Zrobił sobie herbatę. Zrobił sobie herbatę, proszę państwa. Czy to jest źle? Może źle nie, ale mało fajnie. Mało literacko.
[31:49] - Jak siedzi facet sam w domu, nikogo naokoło nie ma, w ogóle nie wiem. Być może ludzie już wymarli, ale on i tak robi sobie.
[31:57] - Sobie. Wiesz, a jeśli by tę herbatę zrobił-
[32:01] - Normalnie, bez sobie.
[32:02] - Tak. To nic by się nie stało. Chyba że w pobliżu grasowałaby duchem babcia albo dziadek i on mógłby temu duchowi zrobić herbatę, to wtedy warto by powiedzieć, że najpierw zrobił herbatę babci.
[32:17] - A potem sobie.
[32:18] - A potem sobie. Natomiast jak on siedzi w domu sam, tak jak powiedział Wiktor, to lepiej, żeby zrobił herbatę. Już nie sobie. Dobra, odejdźmy od ABW, bo Żuławski czeka. Ja myślę, że zaczęliśmy mówić troszeczkę o treści, to jest dobry moment, żeby oddać teraz głos „Ivelliosowi”. Mamy przygotowany jedyny fragment pierwszego tomu, czyli „Na Srebrnym Globie”. Kolejne będą z kolejnych tomów. Cóż, Marku, oddajemy ci głos.
[32:53] - Jeszcze nawiązując trochę do mających niedługo się odbyć na naszej antenie debat niekontrolowanych o tematyce zaświatowej, powiem: I tak oto za pośrednictwem medium Marka Sęka przemówi za chwilę do państwa właśnie tutaj, właśnie teraz duch Żuławskiego. Jerzy Żuławski „Na Srebrnym Globie”. Fragment rozdziału pierwszego. Rękopisu część pierwsza. Dziennik podróży. Mój Boże, jakąż ja datę mam położyć? Ów wybuch potworny, któremu okazaliśmy się wyrzucić z Ziemi, rozsadził nam rzecz uważaną tam za najtrwalszą ze wszystkiego, co istnieje. Rozsadził nam i popsuł czas. W istocie to jest okropne. Pomyśleć tylko, że tu, gdzie jesteśmy, nie ma lat, nie ma miesięcy ani dni.
Naszych krótkich, rozkosznych, ziemskich dni. Zegarek mi mówi, że upłynęło już z górą 40 godzin od chwili, kiedyśmy tu spadli. Spadliśmy w nocy, a słońce jeszcze nie wzeszło. Spodziewamy się je ujrzeć dopiero za dwadzieścia kilka godzin. Wzejdzie i pójdzie po niebie leniwie, 29 razy wolniej niż tam na Ziemi. 354 godziny będzie świecić nad naszymi głowami, a potem przyjdzie znowu noc trwająca 354 godzin. Po nocy znów dzień taki sam jak poprzedni. I znowu noc, i znów dzień. I tak bez końca, bez odmiany, bez pór roku, bez lat, bez miesięcy. Jeśli dożyjemy.
Siedzimy bezczynnie zamknięci w naszym pocisku i czekamy słońca. Och, ta straszna tęsknota za słońcem! Noc wprawdzie jest jasna, jaśniejsza bez porównania od naszych tam ziemskich nocy podczas pełni. Olbrzymi półkrąg Ziemi tkwi nad nami nieruchomie w czarnym niebie u zenitu i zalewa białym światłem tę pustkę straszliwą wokół nas. W tym dziwnym świetle jest wszystko takie tajemnicze i martwe. I mróz. Och, jaki straszny mróz! Słońca. Słońca. Othamor od chwili upadku nie odzyskał jeszcze przytomności.
Woodbell, choć sam pokaleczony, nie odstępuje go ani na chwilę. Obawia się, że to jest wstrząśnienie mózgu i bardzo mało robi nadziei. Na Ziemi, powiada, wyleczyłby go. Ale tutaj, w tym ohydnym mrozie, tu, gdzie za jedyne niemal pożywienie mamy zapas sztucznego białka i cukru, gdzie musimy oszczędzać powietrze i wody. To by było straszne stracić Othanora, właśnie niego, który jest duszą naszej wyprawy. Ja, Varadol i Martha, a nawet Selena z obojgiem szczeniąt jesteśmy zdrowi. Marta zdaje się nic nie wiedzieć i nie czuć. Wodzi tylko oczyma za Woodbellem, zaniepokojona jego ranami. Szczęśliwy Tomasz. Jak go ta kobieta kocha!
Och, ten mróz. Zdaje się, że nasz pocisk zamknięty zamienia się wraz z nami w bryłę lodu. Pióro wysuwa mi się ze zgrabiałych palców. Och, kiedyż nareszcie wzejdzie słońce? Tejże nocy, w 27 godzin później. Z Othanorem coraz gorzej. Nie można się łudzić. To jest już agonia. Tomasz, czuwając nad nim, zapomniał o własnych ranach i sam teraz tak osłabł, że się musiał położyć. Marta zastępuje go przy chorym.
Skąd ta kobieta bierze tyle sił? Odkąd się otrząsnęła z pierwszego oszołomienia po spadku, jest najczynniejsza z nas wszystkich. Zdaje mi się, że jeszcze nie spała. Ach, ten mróz. Varadol siedzi osowiały i milczący. Na kolanach jego zwinięta w kłębek Selena. On mówi, że im tak cieplej obojgu. Szczenięta położyliśmy w łóżku obok Tomasza. Próbowałem spać, ale nie mogę. Mróz mi spać nie daje i to upiorne światło Ziemi nad nami.
Już tylko mało co więcej niż pół tarczy jej widać. Znak to, że słońce wzejdzie niebawem. Nie umiemy dokładnie obliczyć, kiedy to nastąpi, gdyż nie wiemy, w którym punkcie tarczy księżyca się znajdujemy. Othamor byłby to z łatwością obliczył ze stanu gwiazd, ale on leży nieprzytomny. Będzie się musiał Varadol w jego zastępstwie wziąć do tej roboty. Nie wiem, dlaczego z tym zwleka. Powinniśmy byli według obliczenia spaść na Sinus Medii, ale Bóg jeden wie, gdzie się istotnie znajdujemy. Na Sinus Medii powinno by już słońce świecić o tej porze. Widocznie spadliśmy dalej ku wschodowi — jak na Ziemi tę stronę Księżyca nazywają — gdzie dla nas będzie słońce zachodziło. Niezbyt jednak daleko od środka księżycowej tarczy, gdyż Ziemia jest nad nami niemal w zenicie.
Tyle nowych, dziwnych wrażeń odbieram zewsząd, że ich nie mogę zebrać ani uporządkować. Przede wszystkim to niesłychane, wprost strachem przejmujące uczucie lekkości. Wiedzieliśmy na Ziemi, że Księżyc, 49 razy od niej mniejszy, a 81 razy lżejszy, będzie nas przyciągał sześć razy słabiej, choć się bliżej jego środka ciężkości znajdujemy. Ale co innego jest wiedzieć o czymś, a co innego czuć. Jesteśmy już blisko 80 godzin na Księżycu i nie możemy się jeszcze przyzwyczaić do tego. Nie umiemy zastosować wysiłku naszych mięśni do zmniejszonej wagi przedmiotów, ba, nawet własnego ciała. Powstaję szybko z siedzenia i podskakuję blisko na metr w górę, mimo że się chciałem tylko podnieść. Varadol chciał przed kilku godzinami zgiąć hak z grubego drutu przymocowany do ściany naszego domu. Chwycił go dłonią i podniósł się cały w górę na dłoni. Zapomniał, że waży teraz zamiast siedemdziesięciu kilku tylko niespełna 13 kilogramów.
Co chwilę któryś z nas rzuca gwałtownie przedmiotami, chcąc je tylko przesunąć. Wbicie gwoździa staje się rzeczą prawie niemożliwą wobec tego, że młotek ważący na Ziemi dwa funty waży tutaj zaledwie sto siedemdziesiąt parę gramów. Pióra, którym piszę, nie czuję prawie w ręku. Marta powiedziała przed chwilą, że ma wrażenie, jakby się już stała duchem pozbawionym ważkiego ciała. To jest bardzo dobre określenie. W istocie jest coś nieswojskiego w tym uczuciu dziwnej lekkości. Można by naprawdę uwierzyć, że się jest duchem. Zwłaszcza wobec widoku Ziemi świecącej na niebie jak księżyc, tylko 14 razy większy i jaśniejszy od tego, który ziemskie noce rozjaśnia. Wiem, że to wszystko prawda, a wciąż mi się zdaje, że śnię lub znajduję się w gmachu opery na jakiejś dziwnej feerii. Lada chwila, myślę, spadnie kurtyna i te dekoracje się zwiną jak sen.
I o tym przecież wiedzieliśmy dobrze przed wyruszeniem w drogę, że tak Ziemia będzie świecić nad nami jak olbrzymia, nieruchoma lampa zawieszona wśród nieba. Ciągle powtarzam sobie, że to rzecz tak prosta. Księżyc odbywa swoją drogę zwrócony ku Ziemi wciąż jedną stroną, a więc ona musi się wydawać nieruchomą patrzącym na nią z Księżyca. Tak, to jest rzecz naturalna. A przecież straszy mnie ten świecący szklany upiór Ziemi, wpatrujący się w nas od 70 godzin nieruchomie i uporczywie z samego zenitu. Widzę ją przez szybę w zwróconej ku górze ścianie pocisku i rozróżniam gołym okiem ciemniejsze plamy mórz i rozjaśnione tarcze lądów. Przesuwają się przede mną z wolna. Wyłaniają się po kolei z cienia Azja, Europa, Ameryka. Zważają się na krawędzi świetlistego globu i zachodzą, aby znów po 24 godzinach się ukazać. Tak mi się zdaje, że cała Ziemia zamieniła się w oko rozwarte, bezlitosne i czujne i wpatruje się uporczywie, a ze zdziwieniem w nas, którzyśmy od niej uciekli z ciałem.
Pierwsi ze wszystkich jej dzieci. W pierwszej chwili po upadku, gdyśmy nieco oprzytomnieli i odśrubowali żelazne pokrywy zasłaniające okrągłe szyby naszego domku, zobaczyliśmy ją już nad sobą. Była niemal w pełni. Wtedy podobna była do oka szeroko w osłupieniu rozwartego. Teraz z wolna zasuwa się na tę straszną nieruchomą źrenicę powieka cienia. W chwili kiedy słońce niepoprzedzone świtem wybuchnie zza skał jak płomienna i bezpromienna kula na czarnym niebie, już się to oko zmruży do połowy, a zamknie się całkiem, gdy słońce stanie prostopadle nad nami. I przemówił duch Żuławskiego ustami Marka Sęka.
[43:10] - Wiesz co, jak mówisz Marku o tych całych debatach, to ja dzisiaj, jak się obudziłem, to bardzo intensywnie rozmyślałem nad tym, czy byt ma byt, ale również niebyt jest nie tego. Wiem, Marku, że to masło maślane, ale specjalnie tak podaję. Otóż ja się bardzo ciężko zastanawiałem, że tak: Wellsa nie ma, Żuławskiego nie ma, Verne'go nie ma, Urszulki nie ma i Kochanowskiego również nie ma. Nerona nie ma, nikogo nie ma. Juliusza Cezara nie ma. Nie ma, nie ma. Ale czy może to, że nie ma, jest bytem?
[43:57] - Wiktorze, to jest stary problem filozoficzny, który liczy sobie w tej chwili już kilka tysięcy lat, gdzie się zastanawiano: dobrze, jest byt.
[44:06] - Tak.
[44:07] - No i formą jego obecności jest bycie.
[44:10] - Bycie. Tak.
[44:12] - Ale czy niebyt ma podobnie? Czy byt jest?
[44:19] - Tak.
[44:20] - Czy też formą istnienia niebytu jest niebycie? Problem stary. Jeżeli ktoś nie zgłębi problemu, to się może wydawać absolutnie idiotyczny. Natomiast zaręczam, że jak się człowiek wgłębi, to rzecz nie wygląda tak absurdalnie, jak może wyglądać na pierwszy rzut oka. Problem zostawmy.
[44:40] - Być albo nie być. Nawet chyba w jakiejś piosence Skaldów był poruszany.
[44:44] - Ale co?
[44:45] - Być albo nie być, nie? Coś tam było u Skaldów. Taką ładną piosenkę śpiewali, nie pamiętam. No ale to nieważne, bo i tak kto już pamięta Skaldów, nie?
[44:54] - Bo byt jakiś tam jest poznawalny.
[44:57] - Tak, poznawalny. Tak.
[44:58] - Tak. Życie to forma istnienia białka. Jednak w kominie czas czasem coś załka.
[45:05] - O, tak śpiewali! Widzisz? Podejrzałem.
[45:07] - Tak jest. W każdym razie proponuję jednak wrócić, bo mam piękny obraz przedstawiony przez Marka. Obraz, który nakreślił Żuławski. Proszę, czy państwa ta historia nie zachęca? Kiedy ten księżyc mija ileś godzin w ciemności, do wschodu słońca zostaje jeszcze ileś godzin. Piękna historia tak naprawdę. Cóż, ja jestem pod dużym jej wrażeniem. Powiem ci tak: jak sobie myślałem o życiu Żuławskiego, to taki mam dyskomfort. Czasami jednak szkoda, że ludzie pióra, twórczy zaczynają się zajmować rzeczami ważnymi z punktu widzenia ogółu. Bo istnienie ojczyzny, nas Polaków, świata jest ważne.
Ale czasami szkoda, że my zwykliśmy poświęcać swoich artystów po to, żeby budowali Polskę i zajmowali się rzeczami, do których tak naprawdę chyba nie są powołani. Ja oczywiście muszę wspomnieć o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim. Spełnił swój obowiązek. Tak zresztą sam uważał. Być może byłby nieszczęśliwy, gdyby tego nie zrobił. Ale zastanawiam się, ile wstrząsających utworów powstałoby, gdyby nie zginął w pierwszych dniach powstania. I podobnie jest z Żuławskim. Może nie aż tak dramatycznie, ale Żuławski, jak już w 1911 roku napisał „Starą Ziemię”, czyli ostatni tom trylogii księżycowej, to wkrótce pojawił się rok 1914. Wybuchła wojna. Żuławski zaczął żywo uczestniczyć w ruchu legionowym.
Gdzieś tam nawet dowodził jakimiś siłami. Skończyła rzecz się tak, że w roku 1915, w sierpniu zmarł na tyfus w szpitalu i tak się skończyła cała historia. Jak sobie pomyślę, co ten facet mógłby jeszcze napisać. Ja nawet nie wiem, czy to byłaby fantastyka, bo to był gość, który imał się różnych kierunków. Był filozofem, tak jak powiedziałem, ale był też poetą. Poza tym, że był pisarzem, to był poetą. Pisał dramaty, takie młodopolskie dramaty. Chciał swoje „Wesele” napisać na przykład, a nie udało się. W każdym razie uczestniczył w życiu bohemy krakowskiej. Znał się z wieloma ówczesnymi tuzami tejże bohemy.
Mówi się bardzo często, że wspólnie z takim autorem, dzisiaj też już zapomnianym, Umińskim i człowiekiem, który nazywał się Antoni Lange, byli twórcami polskiej fantastyki naukowej czy w ogóle fantastyki naukowej, która w tamtym czasie się pojawiała. W to nie wchodźmy. Mnie jest zawsze żal, kiedy czytam życiorys Jerzego Żuławskiego. Żal tych książek, które nie powstały.
[48:36] - Ale widzisz Marku, my się bez przerwy ocieramy o wartości zewnętrzne oraz wartości wewnętrzne. I jak mówimy o Żuławskim, bo się Polska, bo tego i tak dalej. Ale ilu ludzi i w Ameryce, i w Europie, i w Rosji, i w Polsce, ilu geniuszy poległo w sprawach honorowych, w pojedynkach, które rozstrzygano szablą, mieczem, pistoletem, czymkolwiek i tak dalej. Mówiliśmy tutaj o genialnym rewolucjoniście francuskim, który miał 19 lat. Jeden z największych matematyków na świecie, który miał 19 lat, kiedy poszedł. Była rewolucja, ale on nawet nie zginął dla rewolucji i dla Francji, tylko wziął i zginął w pojedynku o kobietę z przyjacielem zresztą. Mówię o genialnym matematyku Galois.
[49:38] - A przypadek rosyjski?
[49:40] - Czy Puszkin, który po prostu też stawał dla honoru. Ale tak jak mówisz, ile by powstało absurdalnie genialnych wierszy? A z drugiej strony można powiedzieć, że tak. To jest ten dylemat. Coś po coś, za coś. My mamy tego księdza, który oddał życie za chłopczyka. Prawda?
[50:18] - Nie, to za dorosłego. Mówisz o Kolbe?
[50:23] - Tak.
[50:23] - To za dorosłego.
[50:24] - Ale też wiesz, jaka nauka z tego? Jak się przypomni całą anegdotę życia późniejszego tego, który został uratowany, to właściwie po cholerę on oddawał życie za niego?
[50:39] - Dlatego, żeby żył. Wiesz co, to jest ciekawy ślad, bo właściwie dzisiaj ta historia, czy powinno się oddawać życie, czy nie, ona się pojawi w drugim tomie „Zwycięzców”.
[50:53] - Zgadza się.
[50:54] - To zostawmy sobie na razie. W każdym razie nasz bohater, Żuławski. Trzeba powiedzieć, że znał takie osoby jak, które są zapewne państwu znane. Witkacy, Staff, Kasprowicz, Tetmajer.
[51:09] - To była ta cała paczka.
[51:11] - Tuz polskiej literatury. Żuławskiego zna się dzisiaj, to znaczy zna się, bo jeszcze jego potomkowie działali. W końcu nazwisko Żuławski związane z kinem, ale raczej przez to kino znane, przez skandale różnego rodzaju. Ale czy Jerzy Żuławski i jego „Trylogia księżycowa” są dzisiaj znane? Wybranym osobom tak. Szkoda, że my tak słabo się odwołujemy do tej tradycji. Ale cieszy mnie na przykład to, że Wojtek Sedeńko w swoim wydawnictwie Solaris wydał „Trylogię księżycową”. Wydał ją, bo uważał, że w takim wydawnictwie, które promuje polską fantastykę, tego cyklu nie może nie być, że tak sobie podwójnie zaprzeczę. Nie może nie być. To są absolutne korzenie polskiej fantastyki.
I te trzy tomy u Wojtka Sedeńki w Solarisie się pojawiły. Pojawiły się też w wielu innych miejscach. To są powieści, które dzisiaj są w wolnym dostępie i można z nich korzystać. I warto. W dalszym ciągu warto z nich korzystać. Teraz może troszkę o treści. Tylko o tej treści, jak będziemy mówić, to myślę, że bardziej skupiajmy się na problemach niż na pewnych szczegółach, żeby tradycyjnie nie opowiadać o rzeczach, o których opowiadać nie powinniśmy. Przybywają na tą księżycową pustynię i to, co się nie podobało mojemu koledze, temu, który mi pierwszy raz opowiedział, to to, że ta książka taka głupia jest, bo po jednej stronie tej widocznej z Ziemi powietrza nie ma. Pustynia raz rozgrzewana słońcem do nieprawdopodobnych temperatur, raz mrożona chłodem. A z drugiej strony powietrze, dżungla czy lasy, w ogóle bujna przyroda.
I to bez sensu. I tak, i nie. Były kiedyś, ja nie chcę teraz przytaczać, ale były całkiem uzasadnione naukowo. Naukowo weźmy w cudzysłów, ale uzasadniające teorie, które mówiły o tym, że tam jakaś soczewka powstaje i tak dalej. Brzmiało to w każdym razie bardzo naukowo i bardzo racjonalnie. Pewno racjonalne nie było nawet. Na pewno nie było racjonalne, ale dobrze się sprzedawało. I na tej teorii Żuławski swoją powieść opiera. Inaczej, zacznijmy od tego, że ta książka, pierwszy tom „Na Srebrnym Globie” pisany jest w formie pamiętnika jednego z bohaterów. Pisane jest to relacjonująco, czyli poznajemy kolejne dni na tej księżycowej pustyni.
I chyba nie będzie wielkim spoilerem, jak powiemy, że oni wędrując, można sobie trasę tej wędrówki prześledzić na tej mapce, o której wspominał Wiktor. Wędrując przez Księżyc, docierają w końcu w okolice podbiegunowe i tam rzeczywiście zaczynają stwierdzać, że jest powietrze. Coraz więcej, coraz gęściej. Okazuje się, że docierają do innego świata tak naprawdę. Do innego świata. I to jeszcze nie jest koniec pierwszej części. Chociaż powiem ci tak: do pewnego momentu było tak, że najbardziej mnie fascynowała właśnie ta pierwsza część, kiedy oni przemierzają tą lodową pustynię. Tam jest troszkę szczegółów technicznych. Żuławski podaje nie za dużo, bo się nie bawi właśnie w te szczegóły, ale poznajemy trochę tego, jak sobie wówczas Księżyc wyobrażano, jak to mogłoby być. Ta wędrówka była fascynująca.
Tym bardziej, że jeden z bohaterów jest ciężko chory. Piękna historia. Mamy, tak jak powiedziałem wcześniej, dwóch mężczyzn i jedną kobietę. To jest ważne w kontekście całej dalszej historii. Nad czym tak dumasz, Wiktorze?
[55:26] - Myślę nad tym Księżycem, proszę cię, Marku. Tak zupełnie niezależnie od Żuławskiego, że my chcemy dzisiaj, przy naszej całej konsumpcyjnej cywilizacji wszystko żreć, wszystko wiedzieć. Internet nam to umożliwia. A mam takie jednak wrażenie, że zawsze powinna być ta odwrotna strona Księżyca, która jest niedostępna.
[55:52] - Już teraz jest dostępna. Mówiłem ci ostatnio o Chińczykach.
[55:56] - Dobrze, to już jest w porządku. Ale ta niedostępność powinna się przesuwać dalej. Powinna bezwzględnie zawsze być, bo bez tej odwrotnej strony Księżyca nie byłoby marzeń, nie byłoby wzdychania, nie byłoby chęci poznania po prostu czegoś.
[56:19] - Nie byłoby albumu Pink Floyd „Dark Side of the Moon”.
[56:23] - Też by nie było. To dokładnie załatwiła sprawę odwrotna strona, o której nic nie wiemy. To jest tak jak z naturą kobiety. My wiemy, ale i tak nie wiemy. To jest ta odwrotna strona i dlatego to jest piękne.
[56:40] - I dlatego Żuławski stara się zgłębić, co jest po drugiej stronie. Ale tak jak powiedziałem, co ważne, powieść Żuławskiego to nie jest powieść robiona kabotyńsko. On swój opis, tę historię traktuje ze śmiertelną powagą. To nie są jakieś historyjki, jakieś bzdurki. Nie. To jest poważna relacja z poważnej wyprawy, która się zaczęła dramatycznie, bo po wystrzeleniu i dotarciu na Księżyc, tak jak powiedziałem, jeden z tych pocisków rozbija się. Staje się taką trumną dla tych, którzy wylecieli z Ziemi. Drugi wędruje przez Księżyc. Oczywiście, żeby było dramatyczniej, wędruje na resztkach paliwa, resztkach tlenu, resztkach żywności. Ale na czas oczywiście w to miejsce, w którym trochę tlenu, trochę tych życiodajnych innych składników jest, dociera w odpowiednim momencie.
Powiem tak, kiedyś byłem świadkiem dyskusji bardzo podobnej do tej, którą rozpoczął mój kolega, właściwie próbował rozpocząć mój kolega, czyli: czy to właściwie miało sens, że to powietrze jest, że ta druga strona jest porośnięta, ta przyroda tam szaleje, a tutaj pustynia. Czy to w ogóle ma sens? Bo to Żuławski na przykład czasami pewnych rzeczy nie dopowiada, bo ten pojazd z jednej strony może być napędzany jakimś paliwem rakietowym czy czymś takim, co tam jest używane, ale z drugiej strony jakimś torfem, naftą. I mimo wszystko działają te silniki. Dalej, czy to pożywienie, czy ten tlen w zbiornikach, czy to by starczyło? Proszę państwa, nie skupiajmy się na tym. Ta część powieści ma taki urok opowieści Verne’a. Przecież wiemy, że tak się tego zrobić nie da. I co z tego, że wiemy? W dalszym ciągu ludzie czytają opowieść „Wokół Księżyca” i czasami jest to pasjonująca lektura po prostu.
[59:08] - Bo te imponderabilia, te wszystkie drobiazgi są nieważne, nieistotne i tak dalej. One służą. Natomiast jeżeli ktoś poważnie ich nie traktuje, jako autor po prostu, to potem wydźwięk jest taki właśnie śmieszny. Jeśli się poważnie traktuje wszystko. Nie może stolarz robiący krzesło właściwie wzruszać ramionami i śmiać się nad swoim rzemiosłem, bo robi głupie krzesło zamiast tronu. „O, jakbym robił tron!” Nie. On się pochyla nad krzesłem tak samo jak nad tronem po prostu. I wtedy jest dobrym stolarzem. Tak samo pisarz. Pisarz musi śmiertelnie poważnie traktować swoje dzieci i tak dalej.
A że używa do tego różnych przenośni i tak dalej, to te wszystkie problemy, Marku, czy one są ważne w trylogii „Borunia” i „Treпки”? Czy one są ważne dzisiaj w „Zwycięzcy” Lema na przykład?
[01:00:22] - W „Niezwyciężonym”.
[01:00:23] - W „Niezwyciężonym”, tak.
[01:00:24] - Ale to fajnej rzeczy dotykasz, bo w tym blogu, który już cytowałem, „Niekoniecznie jasno pisane” — taki jest tytuł bloga — autor przytacza te wątpliwości, które dzisiaj niektórzy mają, że dlaczego ta wyprawa, którą opisuje Żuławski Była tak źle przygotowana. Nie było rekonesansu. My mądrzejsi jesteśmy o to, jak robiona była wyprawa Apollo, że najpierw ileś razy latali, oblatywali, sprawdzali. Tak tego wtedy jeszcze Żuławski nie widział.
[01:00:54] - Wiesz, jak sobie wyobrażam tych Polinezyjczyków, którzy najpierw robią rekonesans, a potem dopiero płyną na te gdzieś dalekie wyspy za horyzontem, nie?
[01:01:06] - Tak.
[01:01:06] - Wsiadali i już nie wracali.
[01:01:08] - Autor przytaczanego bloga ma jeszcze bardziej zjadliwą odpowiedź. Taką petardziastą troszeczkę, bo mówi: „Proszę państwa, zastanówcie się nad tym, jakie zarzuty spotkają fantastykę naukową, która jest pisana obecnie. Jak się będą śmiali z tego naszego wyimaginowanego podboju galaktyk, który my opisujemy. Te wszystkie cuda techniki, które nam się wydają cudami.”
[01:01:42] - Jak się w przyszłości będą pokładali ze śmiechu nad samym wyobrażeniem wirtualnej rzeczywistości.
[01:01:50] - I będą pytali, jak można było tak głupio myśleć. Więc troszeczka analogii w tym jest. Po prostu Żuławski tak to widział. A czy to tak bardzo źle? Przygoda w każdym razie jest. W każdym razie mnie to przekonywało. Mnie się to po prostu podobało.
[01:02:11] - Tym bardziej że służyło to, o czym jeszcze wtedy pisząc tą pierwszą część Żuławski nie wiedział, służyło to ogromnej konstrukcji, Bogiem a prawdą na miarę tej gotyckiej katedry, czyli trylogii. Żuławski jeszcze pisząc to chyba nie wiedział, nie wyobrażał sobie, co się z bohaterami, jakie konsekwencje ich przybycia na Księżyc zdarzą w drugiej części tej trylogii, czyli w „Zwycięstwie”.
[01:02:49] - Poczekaj ze „Zwycięstwem” jeszcze poczekaj, bo na razie jesteśmy przy tej pierwszej części.
[01:02:55] - Właśnie mówię, to jest przygotowanie terenu. Powoli.
[01:03:00] - Już w powieści „Na Srebrnym Globie” zaczynają się dziwne rzeczy dziać, bo jak oni już docierają do tych miejsc w pobliżu bieguna, przekraczają i są w tej części Księżyca, w której istnieje życie. Istnieje, za chwilę powiem, nie tylko życie, ale też życie rozumne. Twoje ulubione istoty, też pięknie narysowane. Patrzcie państwo, była inwazja wellsowska, czyli „Wojna światów”. Przedstawienie obcych jako takich galaretowatych, rozmiękłych. A tu mamy kilka lat potem zaledwie wizję istot pozaziemskich nieprawdopodobną.
[01:03:47] - To jest wizja istot na miarę współczesnego, że tak powiem, tego całego nadmuchanego, jak to się teraz nazywa?
[01:03:57] - No nie wiem.
[01:03:59] - No wiesz, to krzyżowanie ludzi z żółwiem, z małpą, z bakterią inną, nie?
[01:04:05] - Dobrze. Eksperymenty genetyczne, mówisz. Ale dobrze, zostawmy na razie. Powiedzieliśmy o szernach. To są ci rdzenni mieszkańcy Księżyca. Ale co się dzieje z tą trójką osób? Mamy tam Jana, który później stanie się tak zwanym starym człowiekiem. To Jan pisze ten pamiętnik, o którym wspomniałem. Już Wiktor zwrócił uwagę na to, że układ, który tam jest zarysowany, czyli dwóch facetów i jedna kobieta, jest układem dziwnym, albo właściwie nie tyle dziwnym, co ze swej natury dosyć konfliktowym, niezdrowym. To musiało oczywiście doprowadzić do konfliktu i oczywiście doprowadza.
Ale cóż, ciekawie to przedstawia Żuławski, bo ta gra psychologiczna, która się rozpoczyna, właściwie prowadzi do tego, że kobieta, z którą mamy tam do czynienia, feministki powinny mieć na indeksie książkę Żuławskiego, bo ona zostaje całkowicie uprzedmiotowiona. Ona nie ma żadnej podmiotowości. Ona jest przedmiotem takiej psychologicznej gry.
[01:05:34] - Mówiliśmy o tym. Żuławski robi z tej kobiety to samo, co Holendrzy w ogóle z kobiet zrobili, nie?
[01:05:40] - Coś takiego. Ale mamy do czynienia z czymś takim, że nagle poznajemy, domyślamy się bardziej, czy pokazane jest coś takiego, że człowiek może być podły, mały, okrutny, krótkowzroczny. Właściwie, jakby to powiedzieć tak ogólnie, wszystkie nieszczęścia mogą go dotknąć. Nieszczęścia wynikające tak naprawdę z jego wnętrza, z jego natury, z tego, jaki po prostu jest. To nie jest fajna diagnoza, którą daje Żuławski, ale on nie tyle ją daje, on ją przemyca. To nie jest tak, że on staje i mówi: „Patrzcie, jacy jesteśmy podli, jacy jesteśmy wredni”. Nie. My to wszystko poznajemy w akcji. Po prostu dochodzimy do wniosku, że niefajni jesteśmy. Przynajmniej w tym opisie, który serwuje Żuławski.
To w oczywisty sposób, jak już mówimy o takim uprzedmiotowieniu kobiety, doprowadzi do tego, że na Księżycu pojawia się Pojawia się cywilizacja. Źle, cofam. Nie cywilizacja, tylko rodzi się nowe pokolenie, ludzkie pokolenie. I oprócz szernów na Księżycu pojawia się ludzka cywilizacja. Tam się rodzi chłopiec i trzy dziewczynki. Zatem praca była wykonana u podstaw, dosyć solidna. I to jest pierwsze pokolenie księżycowe. Cóż jeszcze? Dowiadujemy się już w tym pierwszym tomie, że gdzieś tam są te istoty, ci szernowie. Co więcej, mamy do czynienia z Janem, tym, który pisze pamiętnik.
On się staje coraz starszy i staje się nauczycielem tej nowej ludzkości. Ale takim nauczycielem, jak to powiedzieć, jest w takiej sytuacji jak współcześni nauczyciele. To znaczy jego uczniowie nie wszystko chcą wiedzieć.
[01:07:44] - To samo było z Mojżeszem przecież i to samo było z każdym innym prorokiem, bo on się staje w tym księżycowym społeczeństwie rodzajem proroka, pewnym odniesieniem, ale też punktem, wobec którego negujemy swoje postawy i tak dalej. Co ten stary pierdziel będzie nam mówił o tych starszych?
[01:08:10] - To nie jest takie proste, bo on, Jan, urasta w oczach tej społeczności księżycowej na rodzaj bóstwa, żywego bóstwa.
[01:08:21] - I najchętniej, żeby siedział na tym tronie bóstwa i się nie odzywał.
[01:08:26] - Nie odzywał, a w każdym razie nie za dużo. Wiadomo, że przybył z jakiejś zielono-niebieskiej planety. Coś w rodzaju religii powstaje właściwie. Takiej religii, która w gruncie rzeczy jest płaska, jednowymiarowa. Niespecjalnie się interesuje swoimi korzeniami. Zresztą później te pokolenia kolejne, które są przedstawione w kolejnych tomach, dochodzą do wniosku, że ludzie są rdzennymi mieszkańcami Księżyca, a opowieść o Ziemi, o żyjącej planecie to są jakieś duby smalone. To nigdy nie miało miejsca. I to są mity. Co więcej, „naukowo” na taką księżycową naukę oni wręcz robią całe wywody, dlaczego na Ziemi nie może być życia, dlaczego go tam nie ma i tak dalej. Trochę mi to przypomina takie dyskusje, które się często toczą w naszym świecie naukowym, gdzie różne rzeczy się udowadnia, że istnieć nie mogą, chociaż wcale to takie oczywiste nie jest.
I znowu dumasz, Wiktorze.
[01:09:43] - Wiesz, cały czas myślę o tym faktycznie. O tej drugiej stronie księżyca. Wiesz, ja nigdy siebie nie widziałem od tyłu.
[01:09:54] - Wiesz co? Dobra, dwa lusterka ci są potrzebne.
[01:09:59] - No dobrze. Już będzie problem rozwiązany.
[01:10:01] - Wiesz co, ale to, co Żuławski przedstawia, ta sytuacja tego nauczyciela, który do końca nauczycielem nie jest, to jest taki dowód, że ta cywilizacja księżycowa uczy się od swoich rodziców. Czego się tak naprawdę uczy? Czy pozyskuje wiedzę, którą oni przynieśli ze sobą? Nie. Tak naprawdę uczy się zachowań takich jak zazdrość, wyzysk, kłamstwo, przemoc. Na tym jest ufundowana cywilizacja.
[01:10:36] - Marku, a na czym jest ufundowana dzisiejsza współczesna polska młodzież? Czy ona się uczy od swoich dziadków, pradziadków w ogóle czegokolwiek? Czy dla niej w ogóle Polska jako taka jest ważna? Język ważny, czy uczciwość jest ważna? Czy honor? Nic nie jest ważne. Ważny jest biznes, proszę ciebie, wygodny fotel. Klik, klik. Uśmieszki, uśmieszki, bara-bara i w ogóle cham.
[01:11:07] - Po tym, jak pewien dwunastolatek nie potrafił mi odpowiedzieć, kiedy wybuchła II wojna światowa, to przyznam ci rację. Ale tym bardziej hołd składam czy ukłon w stronę Żuławskiego, że potrafił pokazać cywilizację, która jest nie tylko skarlała fizycznie. Znowu patrz, Żuławski przewidział to, że mniejsze ciążenie i będą fizycznie inni, bardziej drobni.
[01:11:37] - Ale przecież on to opisywał przez to: „Mniejsze, że tak powiem, to i tamto. Kiedyś myśmy mieli husarię, a dzisiaj to co mamy?” On opisywał Polskę współczesną dla siebie. Skarlałą, rozbieraną na lewo i prawo po prostu.
[01:11:55] - Ale myślę, że dla Żuławskiego znacznie poważniejszym problemem nie była ta fizyczna karłowatość, tylko to skarlenie moralne. Mentalne i moralne. Ona uczy się wszystkiego na podstawie przekazu ustnego, ale nie wszystkiego chce słuchać, ta cywilizacja.
[01:12:21] - Uczy się wszystkiego na podstawie przekazu internetowego.
[01:12:26] - Dobrze, to przez analogię. Nie, ale dobre skojarzenie. Powiem tak, że Żuławski miał niesamowitą w takim razie intuicję. Okazuje się, że nie po raz ostatni, bo to jeszcze o tym powiemy. Intuicję mówiącą, że jeśli dopuszczamy do pewnych zjawisk, do pewnej sytuacji To taki plon zbierzemy. I on dokładnie rysuje to w pierwszym tomie „Na srebrnym globie". Robi ogromne przygotowanie pod tom drugi. Ja przypomnę tylko, jakim on musiał być przewidującym człowiekiem, skoro robił to w tomie pierwszym, który od tomu drugiego dzieli siedem lat. Siedem lat od tomu „Na srebrnym globie" do „Zwycięzcy".
[01:13:12] - Ja mam tutaj zastrzeżenie takie. Otóż ty bez przerwy używasz: jakim musiał być przewidujący. Ja wolałbym słowo: jaki był przenikliwy w obserwacji świata, w którym sam funkcjonował. Bo ten świat, tamten na drugiej stronie księżyca, jest odzwierciedleniem świata doczesnego, że tak powiem.
[01:13:40] - Tak, bardzo chciałbym się z tobą pokłócić i zaprzeczyć, ale nie mogę. Masz rację. Dokładnie jest tak, jak powiedziałeś. To jest ten obraz rysowany przez Żuławskiego. Dokładnie tak podąża. To jest rzeczywiście obserwator, ale też obserwator, który potrafi to przetworzyć. Pięknie to przetworzył. To nowe pokolenie księżycowe, powiem tak, zadaje pytania. Ja uważam, że te pytania, które się pojawiają w książce, to jest chyba rzecz, która Żuławskiego musiała niezwykle poruszać, gnębić, być elementem jego dosyć intensywnych przemyśleń. Na przykład: po co stary człowiek przybył na Księżyc?
To oczywiście nie pytanie Żuławskiego, tylko tej cywilizacji neoksiężycowej. Po co on właściwie tam przybył? A właściwie jak to się mogło stać, skoro oni są już w pewnym momencie tego pewni. Na Ziemi nikt nie żyje. Tam nie ma żadnego życia. Co więcej, nikt nie ma zamiaru z tego księżyca na Ziemię się udawać. Kogo w ogóle obchodzi ta Ziemia? Że tam istnieją jakieś cywilizacje, kraje, rzeki to wszystko bzdury są. Zobacz. I znowu analogia twoja internetowa taka właśnie jest.
[01:15:13] - Ale nie tylko internetowa, Marku. Zwróć uwagę, jakie to fajne. Otóż co nas obchodzi, czy tam coś jest, czy tam nie ma? Nie ma już nieba, aniołów, nie ma piekła i diabłów. My jesteśmy, my tylko.
[01:15:29] - Ja wrócę do poetyki Żuławskiego. Po co mamy uczyć się o, na przykład Cesarstwie Rzymskim, o państwach faraonów, o całej historii? Po co się mamy tego uczyć, skoro było na przykład Królestwo Polskie? Odrzucamy to. Tego nie ma. Nigdy nie było.
[01:15:49] - Nie ma, bo my mamy.
[01:15:50] - Ale Żuławski pokazuje ciekawą rzecz, która dzisiaj jest aktualna. Często filozofowie to powtarzają. Jeśli odetniemy się od swojej pamięci, od swojej tradycji, od tego, co było kiedyś, to nam się wydaje, szczególnie młodemu pokoleniu, że coś nic nie stanie.
[01:16:05] - No nic, faktycznie.
[01:16:06] - Tak.
[01:16:07] - Tylko, że będzie nic.
[01:16:09] - Tak. Okazuje się, Żuławski o tym również pisze, że to, czego sobie nie potrafią niektórzy wyobrazić, czyli cóż się stanie, jak nie będziemy wiedzieć, kto był królem w takim wieku, a kto był królem w takim wieku i jakie procesy zachodziły, i skąd w ogóle się wzięliśmy i że było Cesarstwo Rzymskie.
[01:16:28] - Stanie się to, że staniemy się elementem tej niewiedzy, czyli niczym.
[01:16:33] - Tak, ale wiesz, z punktu widzenia współczesnego człowieka wydaje się nic się nie stanie, bo to jest kolejny kawałek wiedzy. Jak będę chciał, to sobie sprawdzę w internecie. Jak będę chciał, to zapytam starego człowieka i on mi o tym opowie. Troszeczkę tak na zasadzie internetu działa stary człowiek w powieści Żuławskiego. Ale Żuławski daje diagnozy, mówi o tym: panie, panowie, to tak nie działa. Brak wiedzy to nie jest tylko brak wiedzy, to jest też odcięcie się od korzeni. To jest karlenie cywilizacji. Karlenie nie fizyczne, tylko umysłowe, emocjonalne, wszelkie. Jak to karlenie wygląda? W drugim tomie o tym się przekonamy.
Ja myślę, że to jest ważna książka, w gruncie rzeczy, ten pierwszy tom. Ja jej kiedyś nie doceniłem, bo tak chciałem bardzo dalszej części tej historii, że zamiast przemyśleć końcówkę „Na srebrnym globie", rzuciłem się natychmiast na „Zwycięzcę". To błąd, bo akcję obu powieści oddziela od siebie około tysiąca lat. Ale cóż. Mówiłem o tej religii, która się pojawia w społeczeństwie księżycowym. To ważne w kontekście kolejnego tomu. O tym będziemy mówić. Ja myślę, że „Na srebrnym globie", poza takimi walorami czysto przygodowymi, czyli opisaniem pewnej historii, to jest wielka metafora. Tak naprawdę metafora ludzkich losów. Nie, to źle powiedziane.
Tylko nie wiem, jak to powiedzieć. Ludzkie losy kojarzą się z losami jednostki. To bardziej jest metafora losów cywilizacji. Jak się rodzi, jak zapomina. I jakie to ma znaczenie, że zapomina? To jest chyba taka konkluzja. Bardzo filozoficzne aspekty poruszyliśmy. Wierzcie mi państwo, w samej książce one nie są tak męczące, jak my to w tej chwili przedstawiamy.
[01:18:49] - Poruszasz jedną rzecz chyba bardzo ważną. Otóż ta książka jest potwornie męcząca jak na dzisiejsze czasy. Nawet mnie potrafi rozłożyć na łopatki. Natomiast Jej odniesienie, ta metaforyka, to, co zostaje potem. Powiem technicznie: przeczytałem książkę, nie podobała mi się, była nieczytelna, wszystko było do kitu. Odkładam tę książkę, mija 30 lat i co? Pamiętam. Odnoszę się bez przerwy do tego, co w mojej głowie pojawiło się dzięki tej książce. Zwróć uwagę, że po Żuławskim pojawiło mi się ogromnie dużo. Po „Księżniczce na Marsie” na przykład, którą czytałem z zachwytem, w przeciwieństwie do czytania dzisiaj Żuławskiego.
„Księżniczka na Marsie” to jest jedna wielka frajda, czytanie takiej książki, bo jest świetna, dynamiczna, wspaniała. Minie 30 lat, został mi tytuł.
[01:19:57] - Jeszcze kilka drobnych historii, ale jakbym ją zaczął opowiadać, to bym wszystko popierdzielił.
[01:20:02] - Dokładnie.
[01:20:04] - Tak. Ale jeszcze czegoś nie powiedzieliśmy o „Na Srebrnym Globie”, bo to uciekło. Kiedy zaczęliśmy mówić, jak ta cywilizacja neoksiężycowa, ludzka się degeneruje, to nie powiedzieliśmy o jednym: że na początku, jak ta trójka przybywa w te okolice już porośnięte i tlenowe, to oni na początku chcą założyć kolonię ziemską opartą na samych najlepszych cechach, na równości, na sprawiedliwości, na socjalnej równości. I to się nie udaje, bo po pierwsze niskie ciążenie, po drugie chów wsobny. Zawsze mam kłopoty z wymówieniem tego. Bo wszystkie istoty ludzkie to są istoty z jednej matki.
[01:20:58] - To tak samo, jak w Starym Testamencie.
[01:21:01] - Tak, dokładnie. Bardzo dobre nawiązanie. Ale też natura ludzka sprawia, że świat księżycowy wcale nie staje się rajem. Wręcz przeciwnie, to społeczeństwo wraz z upływem czasu, to jest społeczeństwo ludzi zniewolonych, w którym jedni są zależni od drugich. Jedni drugich wykorzystują, w którym powstaje kasta kapłańska. Kasta, która z czasem, i tu już nie pamiętam, czy to jest w pierwszym, czy w drugim tomie, zapowiada nadejście Mesjasza, bo stary człowiek, zdradźmy to, w pewnym momencie odchodzi. Odchodzi z tej cywilizacji, udaje się w miejsce, które zapamiętał. Miejsce, w którym stoi ten pojazd księżycowy. W tamtą stronę żegluje. Ale zostawmy.
[01:21:58] - To jest historia, faktycznie, jak zaczynasz mówić, to mi zaczyna brzęczeć w głowie. Nie mówmy tego, nie mówmy. To należy przeczytać.
[01:22:07] - To należy przeczytać. I cóż, dochodzimy do tomu drugiego i ja myślę, że najlepiej zrobimy, zanim zaczniemy o tym tomie opowiadać, kiedy posłuchamy. Posłuchamy, jak zaczyna się „Zwycięzca”, drugi tom „Trylogii księżycowej” Jerzego Żuławskiego. Marku, prosimy.
[01:22:32] - Jerzy Żuławski „Zwycięzca”. Fragment rozdziału pierwszego, części pierwszej. Malahuda drgnął i obrócił się w Karlę gwałtownie. Szelest był wprawdzie tak lekki, lżejszy niż wydać mogła opadająca kartka w pożółkłej księdze, którą czytał, ale ucho starca pochwyciło go natychmiast w tej bezdennej ciszy świętego miejsca. Osłonił oczy dłonią przed światłem rozjarzonego do połowy pająka, który zwisał u sklepionego stropu i spojrzał ku drzwiom. Były otwarte, a w nich zstępując właśnie z ostatniego stopnia, z jedną nogą w powietrzu jeszcze zawieszoną, stała młoda dziewczyna. Była naga, jak kobiety niezamężne zwykły w noc chodzić po domu. Z ramion tylko zwisało jej puszyste białe futro, z zewnątrz i wewnątrz jednakowym miękkim włosem pokryte. Zupełnie z przodu rozwarte i mające jeno szerokie otwory na ręce w miejsce rękawów, spływało miękką falą po jej młodym ciele, aż po drobne kostki stóp w płytkie białe ciżmy, futrzane obotych. Włosy jej złotorude zwinięte były ponad uszami w dwa ogromne węzły, z których jeszcze wolno puszczone końce kos opadały na ramiona, rozsypując złote iskry po śnieżnej bieli futra.
Na szyi miała sznur bezcennych purpurowych bursztynów, które według podania należały przed wiekami do świętej kapłanki Ady i z pokolenia w pokolenie przechowywane były jako klejnot najdroższy w rodzinie arcykapłana Malahudy. „Ihezal!” „Tak, to ja, dziadku.” Stała wciąż we drzwiach, biała na tle ciemnej, zionącej czeluści wiodących gdzieś w górę schodów, z ręką na kutej klamce, patrząc ogromnymi czarnymi oczyma na starca. Malahuda powstał. Drżącymi rękoma zgarniał leżące przed nim księgi na marmurowym stole, jak gdyby je chciał ukryć, nierad i pomieszany. Mamrotał coś do siebie, poruszając szybko wargami. Brał ciężkie foliały i przekładał je bez celu na drugą stronę, aż naraz zwrócił się ku przybyłej. „Czy nie wiesz, że oprócz mnie nikomu tutaj wchodzić nie wolno?” — rzekł niemal gniewnie. „Tak, ale... Urwała, jakby szukając słów. Duże oczy jej, jak dwa ptaki szybkie i ciekawe, przeleciały po tajemniczej komnacie, muskając olbrzymie, bogato rzezane i złotem nabite skrzynie, w których księgi święte chowano.
Zatrzymały się chwilę na dziwnych ozdobach czy znakach tajemnych z kości i złota na wykładanych gładzoną ławą ścianach i powróciły znów na twarz starca. „Wszakże teraz już wolno” — rzekła z naciskiem. Malahuda w milczeniu odwrócił się i poszedł w głąb ku wielkiemu zegarowi, który całą wysokość ściany zajmował. Przeliczył spadłe już kule w miedzianej misie i spojrzał na wskazówki. „Jeszcze trzydzieści dziewięć godzin do wschodu słońca” — rzekł twardo. — „Idź i śpij, jeśli nie masz co robić.” Izel nie poruszyła się. Patrzyła na dziadka, podobnie jak ona w domowy strój odzianego, jeno że futro miał na sobie lśniące, czarne i pod nim kaftan i spodnie z miękko wyprawnej, czerwono barwionej psiej skóry, a na siwych włosach złotą obręcz, bez której nie wolno było nawet arcykapłanom wchodzić do miejsca świętego. „Dziadku!” „Idź spać” — powtórzył stanowczo. Ale ona nagłym ruchem przypadła mu do kolan. „On przyszedł!” — krzyknęła z radosnym, przemocą dotychczas powstrzymywanym wybuchem.
— „Dziadku, on przyszedł!” Malahuda cofnął rękę i usiadł z wolna w karle, spuszczając na pierś bujną siwą brodę. Dziewczyna patrzyła na niego teraz z niewysłowionym zdumieniem. „Dziadku, dlaczego nie odpowiadasz? Uczyłeś mnie jako pierwszego słowa tego pozdrowienia odwiecznego, które nas, ludzi, odróżnia od zwierząt i podlejszych od nich szernów i gorszych, bo postać ludzką noszących, morców. I witałam cię zawsze, jak należy, słowami: On przyjdzie. A ty zawsze odpowiadałeś, jak należy: Przyjdzie zaprawdę. Dlaczegóż teraz, kiedy ten wielki, szczęśliwy dzień nam zawitał, że mogę zawołać do ciebie: On przyszedł, ty mi nie odpowiadasz: Przyszedł zaprawdę?” Mówiła szybko, zapalczywie, z dziwnym gorączkowym błyskiem w oczach, chwytając oddech białą piersią, po której falowały, skrząc się w obfitych, miedzianymi zwierciadłami światłach, bezcenne purpurowe bursztyny świętej kapłanki Ady. „Dziadku! Prorok Tucheja, którego pono starcem znali jeszcze pradziadowie twoi, napisał był ongi: Przyjdzie w dniu największego uciśnienia i lud swój wybawi. A jako odszedł był od nas starcem w on dzień, bo nigdy młodym nie był, tak powróci po dopełnieniu czasów młodzieńcem światłym i promiennym, albowiem nigdy już starym nie będzie.
Dziadku, on jest tam. On idzie! Powrócił z ziemi, na którą odszedł był przed wiekami, aby wypełnił, co przyobiecał przez usta pierwszej swej prorokini Ady. Idzie w glorii i majestacie, młody, zwycięski, piękny. O, kiedyż ten świt nadejdzie, kiedyż go będę mogła ujrzeć i pod nogi jego błogosławione rzucić te włosy?” To mówiąc, szybkim, prawie nieświadomym ruchem, u nóg starca schylona, rozerwała węzły kos ponad uszyma, zalewając posadzkę malachitową wonnym, miałkim, złotym potopem. Malahuda milczał wciąż. Zdawać się mogło, że nie widzi nawet klęczącej przed nim dziewczyny ani nie słyszy potoku jej słów. Oczy przygasłe i zamyślone zwrócił w głąb komnaty, przez przyzwyczajenie może, gdzie w mroku błyszczał na ścianie odblaskami świecznika złoty znak święty, wyobrażać mający wychyloną zza widnokręgu ziemię ze stojącym nad nią słońcem, tak jak są widywane każdej północy przez braci wyczekujących w kraju biegunowym. Ihezal mimo woli poszła oczyma za jego wzrokiem i spostrzegła wyłaniające się z mroku dwie złączone tarcze złociste na czarnym marmurze, wyrażające tak prostym sposobem wszystkie wielkie tajemnice z wieku na wiek, z pokolenia w pokolenie przekazywane. Jako że ludzie przyszli na Księżyc z Ziemi, gwiazdy ogromnej, świecącej nad bezpowietrzną pustynią, i że tam odszedł on, Stary Człowiek, który to imię przybrał i nim się kazał nazywać, nie dozwalając wymawiać innego, i stamtąd powróci zwycięskim młodzieńcem i wybawicielem.
Nabożny lęk ją objął. Uniosła się i wielkim palcem prawej dłoni nakreśliła szybko na czole koło, a potem większe półkole od jednego ramienia przez usta ku drugiemu i linię poziomą przez pierś, szeptając jednocześnie zwykłe słowa zaklęcia: On nas wybawi, pognębi wroga naszego. Tak będzie zaprawdę. Malahuda powtórzył jak echo: Tak będzie zaprawdę. Jakiś spazm gorzkiego bólu czy ironii zdławił mu ostatnie słowo w gardle. Ihezal spojrzała mu w twarz. Milczała przez chwilę, a potem nagle, uderzona snadź czymś niezwykłym, a dopiero teraz w obliczu starca spostrzeżonym, odskoczyła w tył, krzyżując ręce na nagiej spod rozwartego futra wychylającej się piersi. „Dziadku!” „Cicho dziecko, cicho.” Powstał i chciał ją ująć za dłoń, ale ona mu się usunęła. A potem krzyk: „Dziadku, ty nie wierzysz, że to on?” Stała o parę kroków przed nim z naprzód wyciągniętą szyją, z szeroko rozwartymi oczyma i rozchylonymi usty, wyczekująca odpowiedzi, jakby życie jej od słów, które miała usłyszeć, zawisło. Arcykapłan spojrzał na wnuczkę i zawahał się.
Proroctwa się wszystkie zgadzają i jeśli kiedykolwiek miał przyjść zwycięzca... Urwał i zamilkł. Miałże powiedzieć tej tak wierzącej dziewczynie o tym, do czego po długiej walce zaledwie sam się śmiał przyznać przed sobą i co jeszcze od starego serca wszelkimi siłami odpychał? Miałże jej powiedzieć, że on, arcykapłan, stróż prawdy i tajemnicy, ostatni z odwiecznego i wygasającego już na nim kapłanów rodu, on, przodownik wszystkiego ludu mieszkającego na północnym brzegu Wielkiego Morza, hen daleko na wschód, poza śnieżnym szczytem zionącego ogniem Otamora, przy Ciepłych Stawach, najstarszej księżycowej osadzie i dalej poza Przesmykiem na zachód i na północ, aż po Stare Źródła, którędy droga w kraje biegunowe wiedzie i kędy przed wiekami pono pierwszy raz pobłogosławioną naftę odkryto. Miałże powiedzieć on, który całe długie życie szanował i przykazywał wierzyć w przyjście Zwycięzcy, że teraz, kiedy doniesiono mu, iż przyszedł zaprawdy, on przestał wierzyć, że miał przyjść w ogóle? Sam nie umiał dobrze zdać sobie sprawy z tego, co w nim zaszło, czy też snadź wydobyło się na wierzch z nieświadomej jakiej głębi wobec tej wstrząsającej wiadomości.
[01:33:15] - Tak. Historia Zwycięzcy. Chyba nie muszę mówić, że jest ona mi bliska z tego względu, że główny bohater jest moim imiennikiem.
[01:33:28] - Się utożsamiasz.
[01:33:30] - Nie wiem, czy się utożsamiam. Zawsze miło jest czytać swoje imię w powieści. Czy się utożsamiam? Nie wiem, czy tak do końca.
[01:33:39] - Wiem. Te rodowody po prostu. Marek. To tak samo, jak ja urodziłem się 19 marca. Kto się wtedy urodził? Piłsudski. A dlaczego ja jestem Wiktor, a nie Jan?
[01:33:56] - Dlaczego?
[01:33:57] - Dlatego, bo mój tatuś był piłsudczyk, a Piłsudski miał pseudonim partyjny Wiktor. Czyli ja mam imię po Piłsudskim. Rodowody. Marek, Wiktor. Proszę ciebie, my sobie nie zdajemy sprawy, jak świat jest skomplikowany, jak to wszystko jest poprzetykane. Zresztą ten Marek z Żuławskiego nieprzypadkowo zapewne ma na imię Marek. Co to znaczy Marek po łacinie? Czy były grecy? Znasz rodowody?
[01:34:27] - Wiesz co, nie powiem ci w tej chwili. Coś od Aresa było, ale nie wiem dokładnie.
[01:34:32] - Nie sądzę, żeby Żuławski dał przypadkowo to imię.
[01:34:36] - Też nie sądzę. A Ares byłby tu akurat na miejscu. Powiem tak: skąd się ten Marek wziął? Tak jak powiedziałem wcześniej, od pierwszego tomu upłynęło około tysiąca lat. Otóż w pewnym momencie... Nie powiedzieliśmy o tym, że ten rękopis z Księżyca dociera na Ziemię. Nie chcę powiedzieć, w jakich okolicznościach. Zostawcie to sobie państwo do lektury. W każdym razie ten rękopis, pracowicie spisywany przez starego człowieka czy wcześniej Jana, dociera na Ziemię. Ziemianie zaintrygowani, trochę czasu mija, 10 wieków, wysyłają wyprawę na Księżyc.
I Marek jest właśnie tym, powiedzieliśmy dzisiaj kosmonautą. Ląduje. I co zastaje? Otóż w tej okolicy on ląduje bardzo blisko miejsca, w którym pierwsza wyprawa porzuciła ten swój pojazd. A tam jest zakon, który czeka na Mesjasza, ponieważ ta cywilizacja księżycowa ukuła sobie, wymyśliła, że kiedyś pojawi się Mesjasz. To będzie kolejne wcielenie starego człowieka. Tak się rodzi pewien mit. I rzeczywiście on się pojawia. Oni zresztą natychmiast, co ciekawe, zmieniają nazwę zakonu. Bo już są radośni, że przybył Mesjasz.
Co więcej, tak jak powiedziałem przy pierwszym tomie, ta cywilizacja, ta ludzkość księżycowa ma charakter plemienny. Mamy do czynienia z taką sytuacją, w której nie dość, że mamy ludzkie plemiona żyjące dosyć prymitywnie tak naprawdę, to jeszcze te plemiona są w jakiś sposób uzależnione od wspomnianych wcześniej szernów. A to jest dobry moment, żebyś ty powiedział, dlaczego tak tych szernów lubisz.
[01:36:45] - Nie wiem dlaczego. Lem to tłumaczył, dlaczego Żuławski użył takiej nazwy w ogóle szern, bo to jest taki szelest, szmer, coś dziwnego, co przemyka. Nie do końca jest sprecyzowane. Takie brzmienie słów.
[01:37:04] - Dla mnie Szerny to w ogóle jest, jak dzisiaj się mówi o tym, jaki może być nowy człowiek. Czyli omawia rekonstrukcję człowieka w tego skrzydlatego, upłciowowego, skrzylowatego albo rakietowego potwora, bo dlaczego nie? I używanie wszystkiego. To przecież Szernowie to są prekursorzy czegoś takiego. Zresztą ta niesamowita rozpusta, która prowadzi do powiązania ludzkiej cywilizacji z cywilizacją Szernów, czyli obcych, bo oni się nawzajem przenikają.
[01:37:49] - Ale się przenikają! Bo Szernowie podporządkowali. Oni składają rodzaj ofiary Szernom z tych swoich kobiet. To oczywiście niedokładnie tak, ale jakichś przybliżeń musimy używać, żeby nie wszystko opowiedzieć.
[01:38:03] - Ci Szernowie tkwili mi w głowie przez całe życie. Może czytelnicy, którzy nie czytali, to są istoty bardzo wzorowane troszeczkę na wampirach, nietoperzach. Czyli postać niby ludzka, ale skrzydła wielkie, z tyłu błoniaste skrzydła.
[01:38:30] - Trochę elektryczne.
[01:38:31] - Elektryczne, tak. Istoty, organy elektryczne. Już nie powiem jakie organy. Wszystko elektryczne. Mieliby do Internetu wsady.
[01:38:45] - Tak. W dodatku potrafią zapładniać ludzkie kobiety.
[01:38:48] - Zapładniać tak, potrafią.
[01:38:49] - Tą elektrycznością.
[01:38:50] - Tą elektrycznością. To nas czeka zresztą niedługo, bo niedługo już się nie będziemy genetycznie rozmnażali, ale informatycznie. Czyli ja wysyłam swój plik do ciebie. To znaczy nie do ciebie, ale do jakiejś partnerki. Tam to jest dekodowane, rozpisywane na tabletkę. Ona łyka i już rodzi. Albo nawet bez tabletki, bo po co, skoro ona nie musi łykać, tylko wystarczy, że ma plik. Plik wystarczy.
[01:39:20] - Ważne jest też to, że owocem tych krzyżówek są istoty, które nie są ani Szernami, ani ludźmi.
[01:39:28] - Mulaci.
[01:39:31] - Nie pamiętam tej nazwy.
[01:39:32] - Mulaci.
[01:39:33] - Jakoś tak podobnie.
[01:39:35] - Muui.
[01:39:37] - Opisując to, mniej więcej tak. Dla mnie jednak ważniejsze na razie od tego, o czym mówiłeś, czyli o tych Szernach, ważny jest stan ludzkiej cywilizacji, którą zastaje Marek. Otóż mamy te plemiona. Stary człowiek po tysiącu lat jest elementem religii. Ci ludzie mali już w tej chwili, dosłownie duchem i fizycznie mali. Oni wierzą, że kiedyś stary człowiek odrodzi się pod postacią młodego mężczyzny i przybędzie ich uwolnić z łap, czy też z tego czegoś, co mają Szernowie. I nagle wyobraźcie sobie państwo, ten młody człowiek ląduje.
[01:40:23] - Tak, pojawia się.
[01:40:24] - Pojawia się i co jest ciekawe, że mamy też do czynienia w tej książce z przedstawicielem, czy też jak mówią religioznawcy, z funkcjonariuszem kultu. Tam jest pewien kapłan, który od początku wie, że to nie jest tak, że przybył Mesjasz, a jednak wykorzystuje ten mit Mesjasza. Wmawia ludziom. Co więcej, tak działa, żeby Marek się wcielił w tego Mesjasza. Bohater, Marek na początku nie ma ochoty, ale w końcu łyka swoją rolę i staje się przywódcą walczącym z Szernami. Ale ja cię pytałem o twoją fascynację Szernami, bo ty tych Szernów nawet w swoją twórczość wstawiłeś.
[01:41:20] - Nawet w tej mojej naprawdę troszkę grubasznej powieści „Delirium Tarsus” głównym bohaterem jest właśnie Szerny. Czyli on jest projektowany i rodzony w takiej mechaneurystycznej klinice księżyca, czyli księżyc go znosi, to jajo. To jest dziecko księżyca. Na Ziemi i tak dalej. Cała bajka jest powieścią. To jest strasznie skomplikowane i co tam się wyprawia. Natomiast ja mogłem oczywiście nazwać tą istotę, którą sobie wymyśliłem, jakkolwiek inaczej. Ja ją nazwałem po prostu Szernem, bo to nie ja ją wymyśliłem, ale wymyślili ją Żuławski. Ja po prostu podaję adres, skąd tą postać wziąłem.
[01:42:17] - Ja powiem tak: ja nie bez przyczyny przywołałem postać tego kapłana. On się nazywa, niech spojrzę sobie do notatek, bo nigdy nie pamiętam, skomplikowane. Malahuda. Malahuda arcykapłan. Mówiłem, że on od początku wie, że Marek nie jest tym, kim obwołał go lud, bo to lud obwołał go Mesjaszem. Zgodnie zresztą z przekonaniami zaszczepionymi mu przez wieki przez ten Kościół tam istniejący. On od początku wie, że Marek nie jest tym, kim obwołał go lud. Co więcej, mówi Markowi, że swoim przybyciem niszczy porządek społeczny. Nie używa tych słów, ale niszczy porządek. Dlaczego?
Bo istotą takiego mesjanizmu, czekania na Mesjasza jest czekanie.
[01:43:05] - Czekanie.
[01:43:06] - Jest czekanie, a nie realizacja tego, że Mesjasz się pojawi, bo pojawiający się Mesjasz Zaburza stary porządek czekania. Co więcej, cała historia, z którą później mamy do czynienia, bo tak jak powiedzieliśmy, Marek przyjmuje rolę bohatera, który pomoże ziemianom w walce z Szernami. Co więcej, on łączy swój program wyzwolicielski z programem społecznym, zastając tę cywilizację na takim poziomie, na jakim ona jest, czyli plemiennym. Nagle stara się jej zaszczepić nowe wartości, które przywozi z Ziemi. Pewną równość, pewną sprawiedliwość, pewne takie cechy, które nam wydają się oczywiste, a tym małym ludziom z Księżyca nie za bardzo. I to jest kolejny kamyczek, który powoduje, że rusza lawina, że oczywiście lud chciałby, żeby on wiódł ten lud na barykady i pokonywał tych Szernów, ale dla tych, którzy społeczeństwem rządzą, którzy trzymają na tym wszystkim łapę, ale też dla Szernów oczywiście, to się wszystko nie kalkuluje, bo niszczy się stary porządek. Marek pokonując Szernów niszczy porządek. Marek wprowadzając reformy, nazwijmy je społeczne, niszczy stary porządek.
[01:44:41] - A wiesz, jaką rolę, jaką funkcję w tym starym porządku spełnił na przykład taki Napoleon Bonaparte? Dokładnie zrobił to samo co zwycięzca na Księżycu. Że tak powiem, wszedł z tymi swoimi butami do Luwru i zrobił tam porządek.
[01:45:00] - Tak, ale przecież to jest jeszcze tak, że Marek proponuje zastąpienie feudalizmu demokracją.
[01:45:07] - Bo przyleciał z Paryża ten Marek.
[01:45:10] - Nie wiem, skąd on przyleciał.
[01:45:12] - Z Paryża na pewno, bo Żuławski między Paryżem a Zakopanem kursował namiętnie.
[01:45:18] - Generalnie chodzi o to, że Marek jest przywódcą na czas wojny bardzo sprawnym. On powoduje, że właściwie Szernowie zostają zepchnięci praktycznie, o ile dobrze pamiętam, do terenów górzystych. Czyli następuje wyzwolenie, wszyscy powinni być zadowoleni i tak jak w „Gwiezdnych wojnach” powinni wszyscy tańczyć, cieszyć i bawić się. Zresztą pewno się cieszą i bawią, ale to tak naprawdę nie jest koniec całej tej historii, bo jednocześnie Marek wyzwalając ludzkość, tą księżycową ludzkość, widzi, że jego rozkazy nie zawsze są wykonywane, że nie jest w stanie w tym społeczeństwie zaprowadzić tego, o czym marzył, czyli demokracji, równości, sprawiedliwości, bo napotyka na opór.
[01:46:10] - Chociażby on by chciał demokrację i równość, ale na niego patrzą z takim uwielbieniem, że właściwie to powinien sam siebie zadźgać jako tyrana.
[01:46:21] - Nie, jeszcze gorzej jest. Bo tak naprawdę na początku oczywiście jego nie lubią kapłani, ale ci kapłani i w ogóle wszystkie siły działają przeciwko temu przybyszowi z Ziemi, bo on w pewnym momencie ma przeciwko sobie również tych ludzi, których chciał zdemokratyzować, chciał im dać wolność, chciał im dać demokrację. Nawet oni występują przeciwko niemu. To jest, myślę, dramat.
[01:46:55] - Zwróć uwagę, że to jest ogromne wizjonerstwo. Już wtedy nawet księżycowy naród nie chciał demokracji. Wspaniała książka.
[01:47:09] - Nie, to chyba nie do końca tak, bo powiem tak, że ta społeczność księżycowa jest dosyć okrutna. Tak jak ona traktuje kobiety. Ten cały system przekazywania kobiet Szernom na zapłodnienie, to są wszystko chore sprawy.
[01:47:29] - Jak chore? Do dzisiaj znajdujemy te dziewczynki siedzące w jaskiniach w Andach i tak dalej, składane jako ofiary bogom, jako mumie zasuszone i tak dalej. Taki był wtedy tamten świat w Andach, w Peru, taki jest na Księżycu. Taki był u nas, że tak powiem, że Piastowie brali, sprzedawali, Tatarzy chwytali i Turcy chwytali te nasze białki i brali branki. Potem dzięki temu mamy pełno Turków i Irańczyków błękitnookich, bo one tam swoją robotę zrobiły. Taki świat.
[01:48:16] - Piękny nie do końca. Bo tak naprawdę jak się dobrze przyjrzeć, przeanalizować to, o czym pisze Żuławski, to nie pada w powieści. Ale zwróćmy uwagę, że ta społeczność ludzka głosi pewne wartości zgodne ze swoją religią. A zachowanie tego społeczeństwa niemal dokładnie tym wartościom zaprzecza. To jest pokazane przez Żuławskiego bardzo pięknie. Czegoś ci to nie przypomina przypadkowo?
[01:48:55] - Nie.
[01:48:55] - Nie?
[01:48:56] - Nie.
[01:48:56] - A mnie niestety przypomina niektóre zachowania współczesnych ludzi, którzy jak trzeba, to wycierają sobie gębę, czy to chrześcijaństwem, nie wiem, czy jakąkolwiek inną religią. Ale gdy trzeba przejść do praktycznej realizacji, ja nie mówię o jakichś tam, powiedzmy, takich prostych czynnościach, ale trzeba się pod tą religią podpisać, to już nie ma tylu chętnych. Co więcej, bardzo wiele czynów świadczy o tym, że dany system religijny, dany system wartości jest tym ludziom obcy tak naprawdę. Być może tak powinno być, być może nie, ale znowu Żuławski bardzo fajnie to pokazuje na przykładzie tego małego społeczeństwa.
[01:49:41] - Wiesz, jak to mówisz, to tak mi się przypominają wszystkie te, jak jeszcze Eliadę czytałem, całą „Fenomenologię religii” jak przeglądałem.
[01:49:57] - A to nie Eliade.
[01:49:58] - Tak, ale o temacie mówię. Tworzenie się mitu, rozwijanie mitu. O tym jest cała trylogia. Nie pierwsza „Na srebrnym grobie”, ale właściwie to jest taki wzór tworzenia mitu, bardzo podobny do Biblii, a właściwie też do trylogii: Stary Testament, Pismo Święte, Koran. To jest trylogia współczesnego świata również. I to jest bardzo podobne. To wszystko, co jest opisywane u Żuławskiego, jest po prostu odpowiedzią pewnego modelu i on to realizuje, ale robi to w pełni świadomie. Chciałem powiedzieć, że nie jest rewolwerowym, tworzycielem space opery, takiej, że wszyscy jesteśmy zachwyceni. On jednak tworzy. Ale muszę ci powiedzieć, że po pierwszym tomie, jeśli czytałeś kiedyś, bo dzisiaj to się nie czyta, ale czytało się, „Na srebrnym grobie” jest takie zgrzebne, twarde.
Te bieżniki po tym Księżycu, ślady na pyle, ten ciężki torf i ta jedna kobieta w ogóle wszystko do niczego. I tak dalej. „Zwycięzca”, drugi tom, pojawia się nagle jak feeria. Coś się zaczyna dziać. To jest space opera w amerykańskim wydaniu zupełnie.
[01:51:44] - Space opera może nie, ale powieść przygodowa zdecydowanie. Bo zauważ-
[01:51:49] - W porównaniu
[01:51:50] - ... te wojny toczone przed nami, a później ta opozycja. Co więcej, Markowi, ja mówiłem wcześniej o tych naukowcach, którzy udowadniali, że Ziemi nie ma. Czy tych pseudonaukowcach, trudno nazwać naukowcami, tych myślicielach, mądralach, którzy udowadniali Markowi, że Ziemi nie ma. Oni jemu mówili, że Ziemi nie ma, że on jest fałszywym prorokiem, że przybył tu, właściwie nie wiadomo po co. Na początku miał być niby odrodzeniem się starego człowieka, a oni mu w pewnym momencie zarzucają, że jest fałszywym prorokiem, że tak naprawdę ta ludzkość księżycowa nie potrzebuje go wcale, że wprawdzie on rzeczywiście jakoś ich wyzwolił, ale on im jednocześnie zaszczepia fałszywy światopogląd. Oni nie chcą słyszeć o Ziemi. I powiem tak, tu się znowu powołam na blog, o którym mówiłem na początku, czyli „Niekoniecznie jasno pisane”. Autor tego bloga przywołuje Stanisława Lema, który w „Fantastyce i futurologii” obiecał rakietę fotonową temu, kto wynajdzie tekst równie wyrafinowany intelektualnie i konstrukcyjnie spójny w całej science fiction. Tu oczywiście miał na myśli powieść „Zwycięzca” Żuławskiego.
Trudno temu nie przyklasnąć, bo my jak opowiadamy, to dajemy państwu-
[01:53:19] - Takie tylko ślady dotykamy.
[01:53:21] - Ślady, ale też momentami taką esencję wyciskamy. Natomiast to jest tak elegancko rozłożone w całej powieści, że to jest przezroczyste. My to łykamy bez najmniejszych problemów. Żuławski, „Zwycięzca” to jest rasowa science fiction, aczkolwiek już nie mamy tych elementów takich jak przybycie na Księżyc. Ale to jest typowa militarna science fiction.
[01:53:52] - Tak, ale z rozmachem.
[01:53:54] - Z rozmachem. On jest wodzem naczelnym, dowodzi tymi hufcami księżycowymi. I później po zwycięstwie, tak mówiłem, że ci Czernowie gdzieś tam, czy Czerny, nawet nie wiem, jak to odmieniać. Czerny czy Czernowie, nieważne. W każdym razie gdzieś tam się kryją po górach. I wtedy się zaczyna ta szara rzeczywistość. Rzeczywistość reformatora. Zobacz, jak to często w historii było, że ktoś, kto się-
[01:54:22] - Zawsze.
[01:54:23] - Chciałem być delikatny. Ktoś, kto się świetnie sprawdzał jako wódz, jako administrator, niestety nie szło mu. I tu jest bardzo podobna sytuacja.
[01:54:38] - Zwróć uwagę, przypominasz sobie ostatnie opowiadanko Juliana o tym całym komputerze. Nie komputerze, o tej świadomości, która jest w czasie pokoju na Księżycu zresztą również.
[01:54:56] - A!
[01:54:57] - Zauważyłeś? Na Księżycu. Tym strategu, który jest aktywny w czasie pokoju oraz ten, który jest w czasie wojny. To my zawsze tak mieliśmy. Zresztą do dzisiaj mamy. Jest naczelny ten, który, chociaż u nas już niczego nie ma, nic nie mamy. Nie, jeszcze mamy, ale ci nasi wodzowie to się cienko sprawdzają, bo wojny nie mają. To jak się mają sprawdzić?
[01:55:26] - Jest też w tej powieści jeszcze jeden element, który mną nie tyle wstrząsnął, co uświadomił mi, jak prosto można pisać o rzeczach skomplikowanych. Otóż Kiedy gdzieś zbliżamy się do końca książki, to nagle uświadamiamy sobie, że Żuławski zadał nam bardzo proste pytanie. On tego pytania nie zadaje oczywiście wprost, ale przekładając na język powszechnie zrozumiały: czy możliwe jest, żebyśmy sobie wyobrazili, że Jezus, w końcu jednak twórca religii, zestarzał się, nauczał do końca życia i w pewnym momencie odszedł? Nie. Nie powstałaby wówczas religia, ale religia potrzebuje, przynajmniej zdaniem Żuławskiego, krwi. Potrzebuje przemiany. To nie jest tak, że może się wszystko skończyć dobrze. I nie kończy się dobrze. Drugi tom Żuławskiego kończy się w sposób dramatyczny. Jaki?
Oczywiście nie powiem, ale dramatyczny. To myślę, jest bardzo ważna historia, którą poznajemy. Po prostu.
[01:56:51] - To jest wspaniała historia, ale tak mi się skojarzyło to zupełnie, że przecież widzisz współczesny feminizm, ale ja mówię w pozytywnym tego akurat wyjątkowo słowa znaczeniu, gdyby Joanny d'Arc nie posłano na stos, to też by nie było historii.
[01:57:10] - A no dokładnie.
[01:57:12] - Kto by tam wiedział o tej wiejskiej dziewczynce, która tam coś tam i tak dalej.
[01:57:18] - To jest pytanie, które brzmi: czy chrześcijaństwo mogłoby powstać-
[01:57:23] - Bez krzyża?
[01:57:25] - Bez krzyża i Golgoty. Bez męki Pańskiej, która się tam odbyła, czy pustego grobu, który się później pojawia. Czy to mogłoby w ogóle powstać?
[01:57:37] - Nie mogłoby.
[01:57:38] - A może. Odpowiedź Żuławskiego wydaje się jednak zaprzeczać temu, że raczej nie, że mit powstaje inaczej. Bo tak jak powiedział Wiktor, to jest trójksiąg o powstawaniu mitu, że człowiek tworzy mity. My często kojarzymy mity z antykiem, gdzieś z Grecją, z Rzymem, z Sumerem, może z Egiptem, ale nie z nami. A okazuje się, zresztą państwo pewno świetnie o tym wiedzą, że pojawiają się współczesne mity, że mit to jest specyficzny sposób myślenia. Nie będziemy dzisiaj o tym mówić szczególnie rozwlekle, ale mit to jest specyficzne podejście do rzeczywistości i tłumaczenia tej rzeczywistości. Dlatego Żuławski zdaje się mówić o tym, że człowiek tworzył mity, tworzy i zawsze będzie je tworzył, bo taka jest ludzka natura.
[01:58:37] - Nawet jak jest skończonym realistą, to nie zdaje najwyżej sobie jako realista sprawę, że jest elementem mitu.
[01:58:45] - Że jest tym elementem. I to jest chyba rzecz najważniejsza, która wynika z drugiego tomu trylogii, czyli ze „Zwycięzcy”. Ja trochę oddycham sobie, spokojniejszy się robię, bo właściwie nie powiedzieliśmy praktycznie nic o treści. Na szczęście udało się to, a jednocześnie przekazaliśmy pewną tematykę. Ona jest jeszcze bardziej złożona. Tam jest sporo niuansów przy tym powstawaniu mitu. Ja bardzo tę książkę polecam, bo wiecie państwo, ja zawsze polecam i się zachwycam, ale tu mam tę podbudowę lemowską, tego Lema, który mówił, że właściwie chyba tylko przez język Żuławski nie trafił na salony światowe, te salony SF. Bo ja się zgadzam. Chciałbym, żeby obecnie, współcześnie w Polsce powstawała tego rodzaju fantastyka. Tak głęboka, tak rozbudowana, tak analizująca pewne zjawiska.
Mówię chciałbym, ale ona na szczęście powstaje. Część polskiej fantastyki współczesnej to są rzeczywiście książki, które idą w tę stronę.
[02:00:03] - Bardzo często odnoszą się właśnie do tych korzeni po prostu. Także wszystkim, nie tylko pisarzom, ale również zjadaczom książek, jeżeli chcą na moment wzmocnić nie tylko swoje dziąsła, ale i korzonki, to lekturę tej trylogii polecam, bo to są korzenie przynajmniej tej drobnej gałązki, tej rzeczywistości europejskiej, czyli naszej polskiej. Już rozmawialiśmy na ten temat. Nie wiem, co nas łączy. Nic nas nie łączy. I właściwie gdybym miał powiedzieć, to jedynie Żuławski nas łączy.
[02:00:46] - Powiem tak.
[02:00:46] - Przynajmniej miło się czyta.
[02:00:48] - Trochę przesadzasz. No ale dobrze, niech to będzie taka figura retoryczna, która pewne rzeczy bardziej unaoczni. Ważna jest dla mnie jeszcze jedna rzecz. Ponieważ kończymy omawiać drugi tom, w więcej szczegółów nie wejdziemy, ale wierzcie mi państwo, opisy zawarte w „Zwycięzcy”, takie szczegółowe. Tego życia plemiennego, pewnych zachowań społecznych, pewnych wynalazków, pewnych kontaktów międzycywilizacyjnych. Tam w pewnym momencie, ja nie wiem dokładnie, w którym, bo już jakiś czas temu czytałem drugi tom, ale odbywa się dialog między Markiem a szernem. I to jest porażająca lektura, ponieważ ten szern Wydaje się znacznie mądrzejszy od Marka. W tym sensie mądrzejszy, że rozumie mechanizmy, które zachodzą. Jest znacznie bardziej przenikliwy. Wie to, czego Marek nie wie.
Tu znowu, to jest moja interpretacja: wie, jak ta historia się skończy.
[02:02:01] - Jakieś relacje między Szernem a Markiem wybiłeś na wierzch. Ona jest nie tylko między Szernem a Markiem, ale jak wcześniej mówiłeś, między Szernami a gatunkiem ludzkim. I tutaj transhumaniści, że tak powiem, są spóźnieni o ile lat?
[02:02:25] - A może i dłużej.
[02:02:28] - Niech sobie nie wyobrażają, że cokolwiek nowego wymyślają, czego Żuławski nie przewidział albo nie zaczął projektować.
[02:02:38] - Kończąc „Nomera” czyli drugi tom, musimy powiedzieć jeszcze o jednej historii, która będzie ważna z punktu widzenia tomu trzeciego. Otóż w tej drugiej części dwóch członków zakonu, który czekał na Mesjasza, dostaje się do pojazdu i uruchamia mechanizm powrotny. Statek kosmiczny Marka startuje, odlatuje i oni trafiają na starą Ziemię. Bardzo szybko mają okazję przekonać się, że teorie o tym, że Ziemia nie istnieje i tam nic w ogóle nie ma, były błędne. Z punktu widzenia Marka to nie ma żadnego znaczenia, ale dla nich to jest pewien przełom intelektualny, skoro byli świadkiem zaprzeczania temu, że Ziemia istnieje, że tam cokolwiek się rozwija, że Mesjasz może pochodzić z Ziemi. Nagle, naocznie pokazuje im się, że Ziemia jest, że jest zamieszkała, że składa się z lądów, z rzek, pustyń, z życia, z ludzkości.
[02:04:05] - Wiesz, jakim to zaskoczeniem by mogło być, gdyby się całego Dawkinsa albo kogoś innych tak wysłało gdzieś i gdyby się przekonali, że jest piekło i niebo i tak dalej.
[02:04:24] - Coś mniej więcej porównywalnego z tą sytuacją. Tak się właściwie jeszcze w drugim tomie zaczyna tom trzeci, bo warto powiedzieć, że „Stara Ziemia”, czyli trzecia część trylogii, odbywa się niejako równolegle. My musimy mieć cały czas z tyłu głowy, że Marek walczy sobie na Księżycu, a nasi bohaterowie lądują w tym samym czasie w Egipcie. Oni jak się nazywają? Roda i Mataret. Oj, to musiałem do notatek spojrzeć. Mam zawsze kłopoty z takimi dziwnie brzmiącymi nazwiskami. W każdym razie oni lądują w okolicach Egiptu. Ale zanim powiemy o trzecim tomie trylogii, to oddamy głos Markowi, żeby nam przybliżył ten trzeci tom. Marku, głos dla ciebie i „Stara Ziemia”.
[02:05:24] - Jerzy Żuławski „Stara Ziemia”. Fragment rozdziału pierwszego, części pierwszej. Nie umieli sobie zgoła określić czasu, który upływał. Godziny długie mijały, nieznaczone na żadnym zegarze. Pocisk, pędząc w międzygwiezdnej przestrzeni, wpadał z otchłani światła słonecznego w rzucony na bezmiar cień Ziemi, a wtedy nagła noc i mróz obejmowały zamkniętych w stalowej łupinie mimowolnych podróżników. I znowu w czasie krótszym niż jedno mgnienie oka, bez przejścia żadnego, zupełnie niespodziewanie, kiedy marzli już z zimna, strachem bezgranicznej i na pozór wiecznej nocy obłąkani, wpadali znów w światło, które ślepiło im źrenice i rozgrzewało wkrótce do żaru niemal ściany ich wozu. Ruchu nie odczuwali zgoła. Księżyc tylko malał za nimi i świecąc coraz żywiej, stawał się z wolna podobnym do tej gwiazdy zmiennej, co ziemskie noce rozjaśnia. Widzieli, jak cień go z wolna z jednej strony zakrywał i wrzynał się poszczerbionym półkolem w po raz pierwszy oczom ich pokazaną wielką pustynię. Ziemia natomiast rosła na czarnym, gwiazd pełnym niebie i wydymała się do potwornych rozmiarów.
Blask jej, srebrny i mocny, bladł, rzednął niejako. Kiedy sierpem olbrzymim już połowę niebieskiej otchłani zajęła, wydawała się, jak gdyby zrobiona była z opalu, przez którego mleczną barwę przebijały różne kolory mórz, łanów, piasków. Śniegi jeno gdzieniegdzie błyszczały nieodmiennie światłem srebrzystym, rażącym wprost oczy na tle aksamitnej czarności nieba. I tak, nieruchomi na pozór, gnali przez przestrzeń między dwoma jasnymi sierpami Ziemi i Księżyca, z których jeden, wklęsły, zwiększał się pod nimi nieustannie, drugi, wydęty, malał coraz bardziej w górze. Uczony Roda nie odzywał się prawie przez cały ciąg tej niepojętej podróży. Wciśnięty w kąt wozu siedział osowiały, jakby martwy. Policzki mu pożółkły jeszcze więcej niż zwykle, oczy, szeroko rozwarte, przerażone, zapadły gdzieś w głąb orbit pod nastroszonymi brwiami. Mataret natomiast krzątał się i gospodarzył w tym tak nieszczęśliwie owładniętym wozie Zwycięzcy. Znalazł wodę i różne zapasy wyciągów, którymi się żywił, zmuszając i towarzysza, ażeby wziął nieco w usta. Roda jadł niechętnie, spoglądając z lękiem a nienawiścią na rosnącą wciąż Ziemię.
W głowie jego kłębił się wir myśli, które na próżno starał się uporządkować. Wszystko mu się teraz wydało dziwnym, niepojętym i szalonym. Myślał wciąż od początku o tym, co zaszło i gubił się ciągle w jakimś chaosie rzeczy sprzecznych i idących na wspak temu, w co dotąd wierzył jako w prawdę oczywistą i niewątpliwą. Bo też istotnie było w tym dziwne i aż śmieszne nieprawdopodobieństwo. Urodził się i wyrósł na Księżycu wśród ludu przechowującego podanie, iż przed wiekami pierwsza para rodziców pod przewodnictwem legendarnego Starego Człowieka z Ziemi na Księżyc przybyła, dając to początek nowym pokoleniom. I podanie mówiło jeszcze, że kiedy ludzkość przez straszliwych księżycowych pierwowbylców, potwornych szernów nękana, w największym się znajdzie pognębieniu, zjawi się znów z Ziemi na Księżyc przybyły Zwycięzca, aby lud z ręki wroga wybawić. Karmiono go tymi baśniami od dziecka, ale on, zaledwie lat rozumu doszedł, rychło przestał im wierzyć. Owszem, przekonany był, że Księżyc jest odwieczną ludzi kolebką, a Ziemia lśniącą gwiazdą olbrzymią jedynie, co świeci nad martwą i pustynną powietrza nieposiadającą półkulą Księżyca. Martwa, sama i pusta, wszelkiego życia na błyszczącej powierzchni swej pozbawiona. Wierzył tak niewątpliwie w tę prawdę przez siebie odkrytą, którą jeno kapłani dla samolubnych celów chcą zakryć złotymi bajkami o ziemskim rzekomo ludzi pochodzeniu, iż stał się nawet założycielem bractwa mającego na celu rozpowszechniać i rozwijać to przekonanie.
I właśnie kiedy zawiązane przezeń bractwo prawdy zaczęło rość w moc i znaczenie, coraz liczniejszych gromadząc zwolenników, przybywa na Księżyc człowiek tajemniczy a olbrzymi, którego lud rychło z Ziemi oczekiwanym Zwycięzcą mianuje. Tutaj nasuwały się w Rodzie wspomnienia wszystkich walk jego i wysiłków krwawych w obronie prawdy ze wzrastającą dziwnego przybysza przewagą. Nie wątpił on ani na chwilę, że nie z Ziemi spadł ów człowiek ogromny, ale przybył po prostu w wozie swym latającym z tamtej strony Księżyca, pustynnej rzekomo, a w istocie kryjącej w głębokich, jak gdyby obronnych jarach kraj rozkoszny i żyzny, pierwotną ludzi ojczyznę, zazdrośnie przez żyjące tam szczęsne plemię przed wygnańcami ukrywaną. Postanowiono tedy zagarnąć wóz Zwycięzcy zajętego walką z szernami za morzem i zmusić go w ten sposób do wyjawienia drogi do tajemnego wnętrza dawnej ojczyzny. Wóz ogarnięto istotnie i on, Roda, byłby z pewnością dopiął swego celu podniosłego. Dał wydziedziczonym raj utracony z powrotem, gdyby nie ten przeklęty Mataret o łysej czaszce, co razem z nim teraz w metalowej łupinie zamknięty pędzi przez otchłanie międzygwiezdnej przestrzeni i patrzy nań drwiąco wyłupiastymi oczyma. Wiedział przecież dobrze, bo Roda zdołał to od Zwycięzcy wyciągnąć i jemu powiedział, że wóz jest gotowy do drogi, a mimo to, gdy weszli do wnętrza, pewni już triumfu nad znienawidzonym przybyszem, pocisnął przez nieostrożność, czy też umyślnie guzik fatalny. I oto Księżyc rodzimy tak śmiesznie zniknął pod ich nogami, jak gdyby w otchłań się zapadł. I lecą teraz obaj w przestwór, bezradni, uwięzieni, niewiedzący losu najbliższej chwili nawet. Wściekłość go ogarniała tak szalona i wstyd, i rozpacz zarazem, iż wyć miał ochotę w bezsilnym gniewie i ręce targać zębami.
Krępował go jednak w tych wybuchach wzrok Matareta, spokojny i jak mu się zdawało, drwiący. Zaszywał się więc tylko on, uczony i przez zwolenników na Księżycu uwielbiany Roda, jak leśne zwierzę schwytane w najskrytszy kąt wozu i przeżywał bez ustanku wstyd i nękające go myśli, nie mogąc dojść zresztą do żadnego rozumnego wyniku. I teraz, kiedy siedział zadomany po raz tysiączny może nad tym położeniem swoim bez wyjścia, Mataret zbliżył się ku niemu i wskazał ręką na okno w posadzce, poza którym Ziemia rosła z przerażającą szybkością pod ich nogami. „Spadamy na Ziemię” — rzekł. Rodzie wydało się, że szyderstwo w jego głosie posłyszał. Szyderstwo w treści tych prostych i krótkich słów z jego uczoności, wiedzy, powagi, ze wszystkich jego nauk i teorii, wedle których ów rzekomy Zwycięzca nic nie miał z Ziemią wspólnego i krew mu nagle uderzyła do głowy. Było mu w tej chwili już zgoła obojętne, co się z nim stanie za godzinę czy dwie. Byłby nawet chętnie dał życie w tym okamgnieniu, byle tylko znienawidzonego nagle towarzysza zawstydzić i upokorzyć. „Naturalnie, ty głupcze!” — zakrzyknął. — „Naturalnie, że spadamy na Ziemię.” Mataret tym razem uśmiechnął się istotnie.
„Naturalnie, powiadasz, mistrzu. A więc?” „A więc bałwan jesteś!” — ryczał Roda, niezdolny już dłużej panować nad sobą. — „Bałwan, jeśli nie rozumiesz, że w tym wszystkim jest podstęp owego przeklętego przybysza.” „Podstęp?” Tak jest! A tylko człowiek tak ograniczony i nieprzenikliwy jak ty mógł się nań złapać. Gdybyś mnie był posłuchał.
[02:14:20] - Nic nie mówiłeś, mistrzu.
[02:14:23] - Ten ostatni wyraz wymówił Mataret z pewnym naciskiem, mimowolnym może. Owszem, mówiłem ci, abyś nie dotykał guzika. Czy ty myślisz, że ów zwycięzca był głupi na tyle, aby pozostawić wóz gotowy do drogi, który za najlżejszym naciśnięciem przeklętej sprężyny powiezie byle durnia w kraj, skąd on przybył, w szczęśliwe miasta na tamtej stronie Księżyca? To śmieszne doprawdy. Przecież on widocznie naumyślnie wóz tak zostawił, aby nieproszonych natrętów wyrzucić na Ziemię.
[02:14:56] - Sądzisz?
[02:14:57] - Szepnął Mataret, nie mogąc odmówić pewnego prawdopodobieństwa temu przypuszczeniu. Sądzę. Myślę. Wiem. Pozbył się najniebezpieczniejszego przeciwnika. Mnie się pozbył przez twoją głupotę. On w jakikolwiek inny sposób, gdy zechce, do ojczyzny swej się dostanie, a my jesteśmy zgubieni bez ratunku. Pędzimy przecie jak dwa robaki wrzucone z ręki orzechu, bez woli, bez sensu, bez celu, i spadniemy wcześniej czy później na Ziemię, gwiazdę przeklętą, pustą i niezamieszkaną, gdzie zemrzeć nam przyjdzie marnie i rychło, nawet gdybyśmy w chwili strasznego upadku ocaleli. Och, jakże on się teraz śmiać z nas musi, jak szydzić! Na to przypomnienie szał wściekłości go ogarnął.
Wyciągnął pięści ku uciekającemu nad nimi Księżycowi i począł kląć grubymi ludowymi wyrazami tego zwycięskiego przybysza, odgrażając mu się tak, jak gdyby go mógł jeszcze ujrzeć kiedy i pognębić. Mataret nie słuchał już tych krzyków. Zamyślił się, a po chwili rzekł: jesteś więc pewny ciągle, że Ziemia jest niezamieszkana i niemożliwa do życia dla żadnej istoty? Rhoda patrzył przez chwilę w twarz towarzyszowi, własnym uszom nie wierząc, że taka bluźniercza wątpliwość z ust jego wyjść mogła, a potem roześmiał się gorzko. Czy jestem pewien? Patrz! Mówiąc to, wskazał z kolei okno znajdujące się u ich stóp. Rzuceni w przestrzeń siłą wybuchu ściśnionych gazów i wobec szybkości obrotu Ziemi wolnym względnie postępowym ruchem Księżyca, zakreślając olbrzymią parabolę coraz więcej do linii prostej się zbliżającą, spadali na Ziemię, która wirowała z zachodu na wschód przed ich oczyma, coraz nowe morza i lądy im pokazując. Byli jeszcze daleko w przestrzeni i ruch ten, nieznaczny zrazu, i teraz jeszcze dość wolnym im się pozornie wydawał. Jednak lądy jakieś niedawno jeszcze widziane zniknęły im już za rąbek widnokręgu nachylone.
Przelatywali właśnie ponad Oceanem Indyjskim, zajmującym niemal cały krąg ich widzenia aż po łukowatą linię cieniu na zachodzie, którą noc uciekająca wrzynała się w jasny sierp dnia na ziemi.
[02:17:33] - No, Wiktorze, mów.
[02:17:42] - No wiesz, stara Ziemia, stary człowiek. Co mogę powiedzieć o starej Ziemi jako stary człowiek? Dla mnie ona była trudna wtedy. Poczytałem ją za młodo. Pierwsza była trudna, ale fascynująca. O ile druga była bojowa, o tyle trzecia była zbyt skomplikowana jak na ucznia którejś klasy szkoły podstawowej. Gdyż tu już nie tylko filozofia odpaliła swoje dzieła, ale również socjologia, czyli obyczajowość cała, wszystkie relacje między. Ja nic nie rozumiałem. To tak, jak na przykład współczesne dziecko ogląda tatusia i mamusię, którzy siedzą przed telewizorem i oglądają obrazy z Sejmu. Oni oglądają, a to dziecko z boku patrzy i nic nie rozumie.
Tatuś z mamusią rozumie oczywiście. Rozumie, ale to dziecko na pewno nie. Ja w ten sposób odbierałem tą książkę. Ja jej nie rozumiałem, chociaż była to fascynująca rzecz. Pamiętam też właśnie te mechanizmy Rody, jak oni tam zaczynają. Jest takie ładne ruskie słowo betonomieszałka. Taka maszyna do mieszania betonu. Jak oni włażą w tą ludzką cywilizację, właściwie europejską cywilizację rzymską, z tym Paryżem, Londynem i Warszawą również wziętą, bo to gdzieś się tak wszystko toczy. Właściwie żal mi było, że nie jestem znowu z powrotem na Księżycu po prostu. W trakcie czytania cały czas tęskniłem za Księżycem.
Bo to taki ludzki, ziemski wymiar tej książki. A jeszcze wtedy do niej nie dorosłem. A może ona taka po prostu powinna była być.
[02:20:00] - Wiesz co, ja ci przyznam rację. Ja też, kiedy czytałem pierwszy raz trylogię księżycową, to ten tom sprawił mi najwięcej boleści. Użyję swojego ulubionego ostatnio słowa Był mękliwy ten tom. Też tęskniłem za tym, co się działo na Księżycu. Działo się tam sporo, w Fernowie te rzeczy, a tu mieliśmy do czynienia z Ziemią, dosyć nudną. Bohaterowie lądują w okolicach Egiptu. I czego się dowiadujemy? Dowiadujemy się, że tak naprawdę mamy, już to mówiłem, że to tysiąc lat po pierwszym tomie, więc mamy przełom XXIX i XXX stulecia. Ale z punktu widzenia nawet nastolatka czy dzisiejszych czytelników, to jak na XXX stulecie tamten rozwój jest taki sobie, powiedzmy.
[02:20:57] - Tak. Już wtedy science fiction wkraczała do literatury naszej jako dzieci czytających. I w tym momencie nasze wyobrażenia o tym były takie: o co tu biega? Żuławski trochę został w tyle.
[02:21:16] - Powiem ci tak, w tej książce, ja wtedy tego nie mogłem wiedzieć, dzisiaj ta książka paradoksalnie staje się na nowo aktualna, bo mamy do czynienia z Ziemią, w czasach, kiedy to Europa zjednoczyła się w jeden organizm, państwo.
[02:21:34] - Tak.
[02:21:34] - Jakby trochę podobne coś. Dalej, mamy do czynienia, to już może mniej podobne, z czymś takim, że ten system opiera się nie na takim brutalnym kapitalizmie, jak wtedy, w tamtych czasach Żuławskiego, tylko na czymś w rodzaju takich spółek, spółdzielczości. Ludzie żyją właściwie w dobrobycie. Niewiele różnią się od siebie statusem majątkowym. Taka nudna ta Ziemia jest troszeczkę, mówiąc szczerze.
[02:22:14] - Jest taka, jaka jest w tej chwili.
[02:22:17] - Trochę jest u Żuławskiego za mało, bo tam słyszymy o niezwykłych wynalazkach, niezwykłych maszynach, które zapewniają to szczęście i dobrobyt mieszkańcom. Ale jednak to nie jest społeczeństwo egalitarne. Dlaczego nie jest egalitarne? Co prawda nie ma takiego okrutnego wyzysku, jak my to kojarzymy, ale to społeczeństwo jest rozwarstwione, szukam słowa, intelektualnie. To chyba najlepsze określenie. Bo są tacy, którzy na przykład potrafią czerpać z dóbr kultury, są ą, ę i tak dalej. I jest ta szara masa, głupia do imentu. Ale też jest, bo musi być. To co z nią zrobić? Troszkę taki świat rysuje Żuławski.
[02:23:10] - Tak jak ostatnio przywoływałeś te przewidywania jednych przynajmniej na temat, kto będzie kiedyś rządził światem, czyli tego elementu kapłańsko.
[02:23:28] - Nie w tę stronę. Zobacz, to państwo, ta Europa zjednoczona. Tam poznajemy zresztą kumpla Marka, Jacka, który też jest wielkim wynalazcą. W tym czasie w ogóle mam wrażenie, że w literaturze dominowali wielcy wynalazcy. Jacek jest wielkim wynalazcą, który wynalazł jakąś tam cudowną broń, która może wszystko. To zostawmy, bo to są drobiazgi. Zresztą też nie opowiadajmy za dużo. W każdym razie zobacz, to państwo, ta zjednoczona Europa, to nie jest nasza zjednoczona Europa oczywiście, żeby nie było żadnych podtekstów.
[02:24:02] - Słusznie żeś powiedział.
[02:24:03] - Oczywiście nie nasza.
[02:24:05] - Nie nasza.
[02:24:05] - Nie nasza. W każdym razie to państwo u Żuławskiego również ogranicza wolność jednostki. Zobacz, jaki paradoks. To się dzieje na naszych oczach, tu i teraz, a tam mamy u Żuławskiego ponad 100 lat temu bardzo podobną sytuację. To jest dla mnie niezwykle interesujące, że coś takiego Żuławski opisał. Co więcej, Żuławski opisał na przykład takie zjawisko jak bycie celebrytą. Tam są ludzie znani bohaterami takiej masowej wyobraźni. Nie używa oczywiście tych słów. To moje przybliżenie. Są ludzie znani z tego, że są znani i z niczego innego.
Są oczywiście artyści. Jest tam taka śpiewaczka, pojawia się gdzieś na kartach książki. Ale to wszystko czujemy, że ta społeczność jest jakaś taka, nie mam słowa, miałka?
[02:25:11] - Miałka. Taka drobnomieszczańsko smutna i taka rozwydziała.
[02:25:19] - Bo wiesz, u Żuławskiego mamy taką sytuację, już to zacząłem mówić, że kiedyś, czyli gdzieś tam w jego czasach, społeczeństwo było rozwarstwione na tle majątkowym. Natomiast w Starej Ziemi mamy do czynienia właśnie z zupełnie innym rozwarstwieniem. Ja go nazwałbym intelektualnym. Te różnice majątkowe są nieznaczne, natomiast dysproporcja wiedzy, wrażliwości, umiejętności odbierania kultury jest ogromna. I to wbrew pozorom, Żuławski też to pokazuje. Jest ogromna przepaść.
[02:26:00] - Marek, ale gdybyś jakąś maszynkę miał do mierzenia tej przepaści, to wiesz, jaka jest przepaść między słuchaczami naszej audycji a oglądaczami na przykład ogólnodostępnej rzeczywistości telewizyjnej?
[02:26:20] - Jest ogromna.
[02:26:22] - Potworna.
[02:26:23] - Mniej więcej taka, jak zasugerował Ivellios na początku audycji. Jedni oglądają na YouTubie i w ogóle w internecie człowieka, który miesza bigos głową A inni słuchają audycji o książkach. Paradoks naszych czasów polega też na tym, że ci od mieszania bigosu głową uważają, że ci, którzy słuchają o książkach tracą czas.
[02:26:48] - Tak, bo jest to strata czasu.
[02:26:50] - Oczywiście czytanie książek to w ogóle mało porywająca czynność. To sarkazm oczywiście, ale coś w tym jest, że ta Stara Ziemia opisana przez Żuławskiego to takie miejsce. Chyba słowo dekadencja jest tutaj na miejscu. Ono jest dekadenckie we wszelkich swoich przejawach, tak bym to określił. Inaczej, zadam pytanie: chciałbyś żyć w świecie Starej Ziemi Żuławskiego?
[02:27:25] - Chciałbym żyć w świecie na Srebrnym Globie i w „Zwycięzcy”, ale broń Boże nie w trzecim tomie.
[02:27:33] - Dokładnie. Ja mam chyba podobne wrażenie. Co nie znaczy, że dzisiaj, po latach, złe odczucia, które mieliśmy przy pierwszej lekturze, dzisiaj są już nieaktualne, proszę państwa. Kiedy sobie uświadomiłem znowu, jak przenikliwą analizę czyni Żuławski w tej książce i analizę nienachalną. Znowu ja to podkreślam, bo to jest bardzo ważne, żeby książka nie mędrkowała, żeby nie nauczała, żeby nie mówiła: „A teraz zaprawdę powiadam ci”. Nie ma czegoś takiego u Żuławskiego. Jest czasami pokrętny język, który może doprowadzić do szału, ale w gruncie rzeczy książka jest niezwykle mądra. Na co patrzysz, Wiktorze? Na ręce mi patrzysz.
[02:28:28] - Nie, patrzę, proszę ciebie, na tego Żuławskiego. To musiał być bardzo mądry człowiek jednak. Zresztą taki był. A dzieło albo się udaje mniej, albo bardziej. Jemu się udało. Ten rozmach projektu był ogromny.
[02:28:51] - Ale zobacz, wiesz co, tam jest o pewnej przenikliwości. Powiedziałeś, że był mądry. O jego przenikliwości bądź mądrości, jakkolwiek sobie to nazwiesz, świadczy też to, że on wprowadził w powieści postać buddysty. Zobacz, buddyzm to zderzenie z kulturą Wschodu Dalekiego, zupełnie inny sposób myślenia. To jest bardzo dobry kontrapunkt, na tle którego widać jeszcze lepiej pewne niedociągnięcia czy też ułomności tej cywilizacji, którą Żuławski przedstawia. Właśnie przez ten kontrapunkt widać to lepiej po prostu. Dlaczego mówiłem o dekadencji? Ten zanik ducha, ci wkurzeni artyści, którzy właściwie nie mają tylu odbiorców, ilu by chcieli. Ziemia jest miejscem, które nie jest fajne, to już powiedzieliśmy, ale też jest miejscem jałowym, wyjaławiającym się.
[02:29:59] - Ale zwróć uwagę, jak to z perspektywy na przykład amerykańskiej czy azjatyckiej w tej chwili wygląda Europa. Tam w książce Żuławskiego to jest Stara Ziemia. A czym jest Europa? To jest stary kontynent, który się tak samo wyjałowił, spłaszczył. W ogóle już niczego wielkiego nie niesie. Jeszcze, że tak powiem, jest tam dużo zabytków, czyli można to jakoś oglądać, ale fascynuje w pewnym sensie. Tak jak fascynuje ten trzeci tom Żuławskiego, bo jest to pewien obraz taki, ale to już nie są motory napędowe świata. Ta Stara Ziemia.
[02:30:45] - Żeby nie było tak łatwo-
[02:30:46] - Stara Europa.
[02:30:47] - Żeby nie było tak łatwo, to powiem jeszcze jedną rzecz, że wprowadzenie tego buddysty służy też temu. Dobra powieść to jest powieść niejednoznaczna. To wielkie uproszczenie. Niejednoznaczna, niepokazująca świata jednowymiarowo. I ta postać buddysty jest wprowadzona między innymi po to, żeby móc powiedzieć czytelnikowi, że to nie duch zaniknął w tej cywilizacji, bo on nie może zaniknąć. Po prostu ludzie o nim zapomnieli. On tam dalej jest. To w jakiś sposób, taki odległy, nawiązuje do Bergsona. Żuławski był filozofem, i to czynnym filozofem. Bergsona znał i to jego nawiązanie do tego bergsonowskiego nie tyle powiedzenia, szukam znowu słowa, twierdzenia, że duch jest, tylko my go musimy na nowo zacząć zauważać po prostu.
Myślę, że jest to po prostu ważne.
[02:31:55] - To jest coś takiego, że w tym momencie jest to taka nadzieja, ale wiesz, to nie duch. Wiesz, jak zauważyć ducha? Trzeba poczuć ostrogę. Jak poczujesz ostrogę, to nagle czujesz ducha w sobie i nagle ruszasz w galop. Ale potrzebna jest ostroga. Czym jest ostroga w dziejach świata? Ostrogi są bardzo różne. Przede wszystkim najstraszniejsze, czyli wojny. Stare powiedzonko: jak trwoga, to do Boga. Duch nie istnieje, że tak powiem, po to, żeby istnieć.
Musi mieć powód, a tak to się rozwiewa.
[02:32:44] - Powiem tak, starając się nie zdradzić za dużo z fabuły, bo fabuła wbrew pozorom jest ważna w tej książce. Powiem tak: gdzieś tam się pojawia pytanie, że skoro zapomnieliśmy o duchu, to jak sobie o nim przypomnieć? I na to pytanie Żuławski-
[02:33:03] - Odpowiada: rozlej. Nie?
[02:33:05] - Nie odpowiada... Rozlać też by można. W każdym razie odpowiada, jak to powiedzieć, żeby znowu za dużo nie powiedzieć. Odpowiada, że potrzebny jest akt woli.
[02:33:19] - No właśnie.
[02:33:19] - To musi być świadome działanie.
[02:33:21] - No właśnie.
[02:33:22] - Wychodzące ku.
[02:33:23] - Tak.
[02:33:24] - A nie konstatujące: nie ma, nie ma, nigdzie nie ma. No nie ma. Jest. Tylko zacznijmy go szukać i włóżmy trochę wysiłku w to wszystko. Ja powiem tak: ostatni tom, chyba zresztą żaden z tomów „Trylogii księżycowej” nie jest optymistyczny, tylko każdy jest na inny sposób nieoptymistyczny. I ten ostatni jest nieoptymistyczny troszkę mniej, bo Żuławski bardzo emocjonalnie pisze. Ten ostatni tom chyba jest najbardziej emocjonalny ze wszystkich. Czasami to przeszkadza, bo jest wręcz egzaltowany. On już tam naprawdę, młoda Polska się wylewa z tych zdań. Ale to nie jest głupia książka.
Dla miłośników twardej SF może być trochę za mało fantastyczna, bo tak jak powiedzieliśmy, świat XXX wieku jest mało fantastyczny, a jeszcze z perspektywy naszej to on w ogóle fantastyczny nie jest. Natomiast to społeczeństwo, które przedstawia Żuławski jest ciekawe. Ciekawe to jest forma powiedzenia o czymś, że jest coś chwilami przerażające, bo taka właśnie jest ta cywilizacja namalowana. Zobaczcie państwo, jest troszeczkę tak jak współczesna cywilizacja. Wszyscy sobie mówią dzień dobry, wszyscy są za sprawiedliwością, demokracją i że w ogóle żeby było fajnie. Ale jak przychodzi co do czego, to zaczyna się czasami robić strasznie, kiedy ci tolerancyjni, wspaniali, światli ludzie zaczynają mówić o pewnych zjawiskach, to człowiekowi dreszcz po plecach przenika. Ja nie wiem. Żuławski w niektórych momentach tej powieści wydaje się niezwykle nowoczesnym autorem. Znowu mi zarzucisz, że nie przewidział, ale chyba przewidział. Miał zdolności, albo potrafił analizować procesy społeczne.
Chociaż nie wiem, na taką skalę wydaje mi się to mało prawdopodobne.
[02:35:46] - Ja bez przerwy przy takich dyskusjach mam takie wrażenie, że my bez przerwy również popełniamy jedną pomyłkę. Otóż my dyskutujemy o człowieku, o społeczeństwie, o cywilizacji tak, jakby istniało coś takiego jak cywilizacja, człowiek, homo sapiens, rozum i tak dalej. Nie, Marku, to nie istnieje. My jesteśmy po prostu i wyłącznie zwierzęciem społecznym i należy analizować nasze postępowania tak, jak postępuje zwierzę, w tym wypadku społeczne. Zachowania zwierząt są takie, a nie inne i dlatego my jako zwierzęta zachowujemy się tak, a nie inaczej. Tutaj nic ponadto, ponad zwierzęcość jeszcze się z nas nie wykluło. Może kiedyś.
[02:36:37] - Wiesz co, tak mi przyszło do głowy, że rozmawiamy na takim stopniu ogólności o tym trzecim tomie, że coś jednak ze szczegółów trzeba sprzedać. Otóż w tle, a właściwie nie w tle, ona w pewnym momencie zaczyna pełnić ważną rolę. Pojawia się broń wynaleziona przez Jacka, kumpla Marka, żeby wszystko było fajnie. Broń bardzo nowoczesna, bo unicestwiająca materię. Zobacz, nowoczesny wynalazek, prawda? Co więcej, ten wynalazek głównego bohatera ma być wykorzystany przez pewnych ludzi jako element przetargowy w rozgrywce o władzę polityczną. Taki element zachęty, jak to się wszystko skończy, czy dobrze, czy źle. Właśnie, nawet to pytanie, jak sobie wypowiedziałem, to nawet to nie jest na miejscu. Bo znowu, co jest dobre, co jest złe? Warto zapytać: a dla kogo?
I u Żuławskiego to widać, że pewnym osobom, bohaterom jego powieści będzie to nie w smak, a pewne postaci wręcz łakną zmiany, bo stagnacja w tym społeczeństwie, to jest chyba też ważne, że mamy do czynienia ze społeczeństwem dekadenckim, ale jest pogrążone w pewnej stagnacji, społecznym bezruchu. Niektórych to gnębi, niektórych to kole, ale w gruncie rzeczy nie wiadomo, jak sobie z tym poradzić.
[02:38:20] - Nie wiadomo, po co się rodzimy i umieramy właściwie. Nie wiadomo po co.
[02:38:24] - Warto to sobie też zestawić ze współczesnością, bo to też może być dosyć ważne. I ta broń, ten element niszczenia materii, to jest nagle ten element, który może być klockiem, kostką domina, którą przewrócimy i przewróci się wszystko. Czy przewróci. Może lepiej powiedzmy, że zmieni się wszystko, bo nagle będzie ten impuls zewnętrzny. Impuls, który sprawi, że zniknie dekadencja, zniknie stagnacja i pojawi się coś nowego. To oczywiście jest niebezpieczne myślenie, ale chyba dosyć charakterystyczne dla czasów, w których powieść powstała. Bo przypomnijmy, rok 1911, do rewolucji październikowej zostało kilka lat. Jest już po rewolucji 1905 roku. Te nastroje rewolucyjne gdzieś tam są.
[02:39:18] - W tym samym czasie, Marku, w Rosji, mniej więcej w tym samym czasie niejaki Aleksander Tołstoj, nie mylić z Lwem Tołstojem, pisze powieść „Eksperyment inżyniera Garina”, w której również pojawia się cudowna broń, która zbawia świat. Może nie do końca. To marzenie o cudownej broni, o której nikt nie marzył, tylko zawsze wszyscy myśleli o cudownej broni. Bo mówię, jesteśmy zwierzęciem agresywnym. I tak marzono aż do II wojny światowej, kiedy wymyślono wreszcie tą cudowną broń i dzięki temu mamy święty spokój w tej chwili, nie?
[02:40:04] - Ale-
[02:40:04] - Dwa miasta w Japonii prawie zniknęły z ziemi, ale dzięki temu w Europie nie mamy promieniowania, a potem Czarnobyl po drodze, ale w Europie jest cisza i spokój. Możemy spokojnie żyć jak w książce Żuławskiego.
[02:40:22] - Tak, tylko że-
[02:40:24] - Miazga
[02:40:25] - ... co jakiś czas ktoś stara się to status quo naruszyć. I zobacz-
[02:40:30] - Tak, wchodzi jakiś Kaczyński albo Tusk albo coś takiego i narusza tą stagnację, nie?
[02:40:37] - Ale to na gruncie polskim. Ja bardziej myślałem o polityce międzynarodowej. Zobacz, cały czas się wynajduje nową broń.
[02:40:44] - No.
[02:40:45] - Która troszkę na zasadzie rakieta, antyrakieta. Na antyrakietę jest anty-antyrakieta. To oczywiście żart, ale chodzi o to, że cały czas ten wyścig technologiczny trwa. Czy państwo sobie wyobrażacie, że ten wyścig technologiczny toczy się tak sobie, bo zawariowali wszyscy wokoło? Nie. On ma jeden cel: doprowadzić do takiej sytuacji, w której na przykład przewaga związana z bronią nuklearną przestanie być przewagą. Kiedy ktoś będzie sobie mógł wymachiwać tym przyciskiem atomowym, a druga strona powie mu: „No wciśnij. I tak ci nic nie wybuchnie, bo my mamy taką broń, która temu skutecznie zapobiegnie”. To jest przecież główny cel wyścigu zbrojeń. Nie to, żeby sobie powojować, żeby stworzyć kolejną generację śmiercionośnych urządzeń.
To oczywiście też, jak najbardziej, biznes musi się kręcić. Cały interes, pół gospodarki światowej na przemyśle zbrojeniowym i przemyśle śmierci tak naprawdę funkcjonuje. Ale cel jest jeden. Mamy stagnację, mamy pewną równowagę. Trzeba ten świat z równowagi wytrącić. Można zrobić to na dwa sposoby. Albo wywołując wojnę nuklearną. Jak to się skończy, mniej więcej przeanalizowano.
[02:42:09] - Albo uniemożliwiając.
[02:42:10] - Albo uniemożliwiając.
[02:42:13] - Nuklearną.
[02:42:14] - Tak, ale też uniemożliwiając ją w taki sposób, żeby jednak wygrać, czyli żeby zaszachować drugą stronę.
[02:42:20] - Jak bomby nie wybuchają, to my, mudżahedini, idziemy w dym wtedy.
[02:42:25] - Tak jest.
[02:42:26] - O decydujemy my.
[02:42:27] - W każdym razie znowu się chyba udało nie za bardzo opowiedzieć o treści książki „Stara Ziemia”, o trzecim tomie trylogii, ale podać pewne ślady, pewne tropy jak to czytać, czego tam szukać. Cóż, ja myślę, że to naprawdę dobra trylogia. Czy się ją da porównać na przykład z Boruniem i Trepką, którego omawialiśmy ostatnio? Moim zdaniem nie. Bo Borunię i Trepkę zupełnie co innego interesowało. Zupełnie inny był punkt wyjścia. To oczywiste, ale też zupełnie inne pole zainteresowań. Żuławski jest dzieckiem swoich czasów.
[02:43:20] - To znaczy łączy ich jedno. Żuławskiego interesuje właściwie filozofia mitu, rozwój taki społeczny. Borunię i Trepkę interesuje technika, kosmos i tak dalej. Ale łączy ich jedna rzecz, której bardzo często wielu pisarzom brakuje: logika. Logika jest i tu, i tu.
[02:43:44] - Tak, to prawda. Ale mówię, dzieckiem swoich czasów jest Żuławski. To były właśnie czasy, kiedy się nad takimi problemami, które dzisiaj wydają się nieważne, czyli co dalej, ku czemu zmierzamy-
[02:43:59] - Ale zacytuj jeszcze raz, z kim się przyjaźnił Żuławski.
[02:44:07] - Kasprowicz, Tetmajer.
[02:44:09] - A o czym oni gadali przy tym piwie czy winie w knajpach w Krakowie, czy w Zakopcu, czy w Łódzce i tak dalej? Oni rozmawiali o tych problemach polskich wewnętrznych, o tych, o których później bohaterowie rozmawiają w landszafcie całej Europy, że tak powiem, odnosząc do całości.
[02:44:29] - Ja nie chcę mianować niniejszym Żuławskiego kolejnym wieszczem, ale jakieś elementy-
[02:44:36] - Nie musisz, bo był
[02:44:37] - ... jakieś elementy bycia wieszczem są u niego. Zobacz jak on Jak bardzo w niektórych momentach te wszystkie trzy powieści składające się na trylogię księżycową są aktualne. Kiedy Żuławski zaczyna mówić o życiu społecznym, obojętnie czy mówi to w pierwszym tomie „Na srebrnym globie”, czy mówi to w czasie wojny pomiędzy ludzkością a szernami, księżycową ludzkością w drugim tomie w „Zwycięzcy”, czy kiedy opisuje rzeczywistość społeczną Ziemi w XXX wieku w „Starej Ziemi”. To wszystko jest zadziwiająco mądre, zadziwiająco przenikliwe. I powiem tak: ja na miejscu współczesnego czytelnika nie spodziewałbym się, że facet, który napisał to na początku XX wieku, tak dobrze wpisuje się w problemy, które przeżywa ludzkość współcześnie. My mamy te same problemy. Te same problemy z mitem, te same problemy z tożsamością, z życiem społecznym, z systemem wartości, z religią. Czy powinna być, czy nie? Czy to jest fałszywa świadomość, czy może nie?
I tak dalej. To jest dla mnie odkrycie i przyznam się, że dzięki tej audycji, którą zamierzaliśmy przygotować i którą w tej chwili właśnie kończymy, zbliżamy się przynajmniej do końca. Dzięki tej audycji odkryłem, jak aktualny jest Żuławski, bo w mojej pamięci pozostał przez lata jako facet, który napisał interesującą historię o księżycu, o wojnie z szernami. A tymczasem odkryłem, kartkując powieści, że tam jest zadziwiająco dużo współczesnych treści podanych nieco młodopolskim językiem, ale jednak współczesnych. Powiem ci, dla mnie to jest tak zwany szok poznawczy.
[02:46:55] - Marek, ale wiesz dlaczego to jest szok poznawczy? Bo wiesz, jaką my tutaj rolę pełnimy w pewnym sensie? Wiesz, takiej angielskiej albo francuskiej pokojówki.
[02:47:06] - O Jezu, rozwiń to szybko, bo się boję.
[02:47:08] - Ona chodziła z takim pędzelkiem po mieszkaniu, ale jak zachodziła do biblioteki pana domu, to tak odkurzała książki. Z tym pędzelkiem fu, fu, fu przy otwartym oknie, żeby kurz się ulotnił. Odkurzała książki, bo te mało używane zwykle były bardzo zakurzone. I my robimy dokładnie to samo.
[02:47:31] - Wiesz, ja przez chwilę bałem się, że ty masz jakąś taką wizję tego, co pan domu robił z pokojówką w bibliotece. Ale dzięki ci za to, że nie poszedłeś tak daleko i zostałeś przy odkurzaniu tych książek. Tu się z tobą zgadzam. Rzeczywiście temu to ma służyć. Czy kogoś przekonaliśmy? Jak myślisz, przekonaliśmy kogoś, żeby po trylogię Żuławskiego sięgnął?
[02:47:52] - To znaczy chyba tak, bo na przykład ja przekonałem sam siebie.
[02:47:56] - Żeby sięgnąć?
[02:47:57] - Tak. Ja jeszcze raz sobie, że tak powiem, zanim zgon mój nastąpi pełen, to jednak zajrzę do tej książki, bo chyba warto przypomnieć sobie, co się za młodu kochało po prostu. W ogóle nie jestem sentymentalny, ale chyba dzięki tej rozmowie również odkryłem w sobie pewien sentyment do starości. Zajrzę do tej książki.
[02:48:25] - Dobrze, warto też powiedzieć, że to już ostatni element zachęcania. Otóż ja sobie przeczytałem „Starą Ziemię”, „Zwycięzcę” i „Na srebrnym globie”. To był chyba rok 1981 albo 1980, nie pamiętam. Natomiast w mrocznych czasach stanu wojennego, kiedy książek fantastycznonaukowych wychodziło stosunkowo mało, ja ze zdziwieniem odkryłem, jak w masowych nakładach w latach 80. trylogia Żuławskiego się ukazywała. Powiedzmy to, co sobie chcieli drukować komuniści, to jest mało ważne, ale jak ona błyskawicznie znikała i była przyswajana, była czytana i była, tak jak powiedziałem, przyswajana. Czyli, zważcie państwo, jeszcze w latach 80. była strawna. Ja tylko mam nadzieję, że strawna jest do dzisiaj. Co więcej, powiem tak: w dzisiejszej rozmowie z jednym z naszych słuchaczy, takiej rozmowie na Messengerze, miałem okazję przekonać się, że to, co ja uważam za największą wadę wszystkich trzech powieści Żuławskiego, wcale nie musi być tak odczytywane.
Miałem jasny, prosty sygnał o tym, że styl Żuławskiego może również niektórych czarować, wydawać się fajny, wydawać się momentami wzniosły, momentami piękny. To świadczy o tym, co staram się podkreślać często, że percepcja książki, nasz odbiór jest naprawdę tak różny, że nie przywiązujcie się państwo ani do tego, co mówimy źle o jakiejś książce, ani do tego, co mówimy o jej walorach, bo dla państwa może być zupełnie odwrotnie. Język może się wydawać piękny, a warstwa filozoficzna taka sobie. Może mało odkrywcza, może to ona jest odkrywcza dla mnie? Nie wiem. Ważne, żebyście państwo po tę książkę po prostu sięgnęli, bo o tym jestem przekonany, że- Że ona państwa wciągnie. Nie wiem, czy cała, ale „Na srebrnym globie” na pewno. „Zwycięzca” obowiązkowo. Czy „Stara ziemia”? To już będzie zależało, co państwa w życiu interesuje.
Czytałem ją trochę z bólem zębów kiedyś, teraz nie kartkowałem jej już z bólem zębów, a z pewną niezdrową wręcz fascynacją, jak bardzo świat opisany przez Żuławskiego przypomina naszą współczesność. Chciałbym powiedzieć i powiem: naszą europejską współczesność, gdzie mamy deficyt demokracji, mamy mądre gadające głowy, które wiedzą wszystko lepiej od nas.
[02:51:32] - Pełno celebrytów politycznych i kulturowych.
[02:51:36] - I ci celebryci mówią o wszystkim na każdy temat, a niewiele mają do powiedzenia. A ludzie, którzy mają coś do powiedzenia, najczęściej milczą. I tak dalej. To jest dla mnie absolutnie fascynujące, że można było ponad 100 lat temu napisać o tym, co nas dotyka bezpośrednio. Skończmy już zachwyty nad tą książką. Sięgnijcie po nią państwo, jeżeli zechcecie, jeśli udało nam się zachęcić. Jeśli nie, to ja wiem, przynajmniej po streszczeniu, bo warto wiedzieć, co się w tym dzieje. Co ważne, trylogia „Na srebrnym globie”, „Zwycięzca” i „Stara ziemia” jest w tej chwili dostępna bez żadnych ograniczeń w internecie. Możecie państwo oczywiście kupić sobie wersję papierową. To byłoby chyba najlepiej, ale jeśli lubicie czytać na czytnikach, to wersje PDF-owe na pewno, a czy inne formaty, to nie wiem.
Ale PDF-y są na pewno dostępne bez ograniczeń, ponieważ już minął czas ochrony praw autorskich i Żuławski po prostu jest dostępny w wersji elektronicznej. Można sobie więc bezkosztowo wręcz sięgnąć po tę książkę.
[02:53:00] - Cały taki tu paradoks tego świata i tej wolności, współczesności i tak dalej. Otóż my nie możemy cytować, nie możemy się odnosić, nie możemy poruszać tematu. A co trzeba zrobić? Trzeba umrzeć. Musi minąć 100 lat.
[02:53:18] - 50 lat.
[02:53:18] - I wtedy jesteś wreszcie, a przynajmniej nie ty, ale twoje dzieło, wolne. Ono może zasmakować wolności, bo ty za życia nie.
[02:53:28] - Taki paradoks naszych czasów. Cóż, będziemy kończyć. Zapraszamy za tydzień na kolejny odcinek „ABW”. W nim utwory nowe, nowe w sensie ABW, czyli nadsyłane do ABW, ale też kolejne utwory z naszego konkursu, utwory laureatów naszego konkursu. No cóż, to tytułem zachęty do następnego. Notabene muszę powiedzieć, że się pojawił w internecie kolejny tom, kolejny zeszyt. Nie, to nawet nie zeszyt, nie pasuje. Kolejne wydanie naszego internetowego dwumiesięcznika „Podpalacze nieba” z kolejnymi opowiadaniami. Wystarczy poszukać sobie kanału Bibliotekarium i tam „Podpalacze nieba” jak najbardziej dostępni. Cóż, jeszcze nam został obowiązek poinformowania państwa, co będzie w odcinku za dwa tygodnie, w kolejnym odcinku „Bibliotekarium”.
Po dwóch audycjach z kolei, w których omawialiśmy nie dość, że trylogię, to obie SF, zapraszamy państwa do świata-
[02:54:44] - Ale mówiliśmy przede wszystkim, odnosiliśmy się w dwóch do korzeni. Odnosiliśmy się do korzeni. A to ważne.
[02:54:52] - I wbrew pozorom pozostaniemy przy korzeniach, bo tytuł następnej książki, którą chcemy państwu zaproponować, to wielkie dzieło Hannah Arendt, znanej filozofki. Tak, bo teraz filozofki się mówi. Hannah Arendt, a mianowicie „Korzenie totalitaryzmu”. I ktoś by teraz westchnął: „Takie nudy”. Wierzcie mi państwo, że po pierwsze nie nudy, po drugie bardzo wiele książek, myślę, tej social fiction, tego nurtu utopijno-dystopijnego czy dystopijno-antyutopijnego nie powstałoby, gdyby nie analiza, której Hannah Arendt dokonała bardzo dawno temu. Dokonała jej perfekcyjnie. Niezłym językiem jest to zresztą napisane, bo to dzieło natury filozoficznej, ale analizujące bezwzględnie, jak to się rodzi, jak to się pojawia, jak to się dzieje, że totalitaryzm się pojawia i totalitaryzm w różnych aspektach.
[02:56:05] - W różnych aspektach, bo Żuławski przedstawił to po swojemu, Hannah Arendt po swojemu. Syntezy tego dokonano.
[02:56:12] - Przez zupełny przypadek, kiedy sobie przeglądałem tę książkę ostatnio, znalazłem fragment, który mnie zaczarował, bo tam w pewnym momencie pojawia się, będę cytował, a właściwie nie cytował, co przytaczał z pamięci, w związku z czym proszę mi wybaczyć wszelkie niedokładności, ale fragment mówiący mniej więcej o tym, że jedną z podwalin totalitaryzmu jest to, kiedy pozbędziemy się starych wartości, a nowe jeszcze nie nadejdą. To wtedy jest ten moment, kiedy To zbytnie uproszczenie, ale to jest jeden z tych niebezpiecznych momentów, kiedy totalitaryzm, jeśli zostaną spełnione inne warunki, o których Hannah Arendt mówi, kiedy totalitaryzm może się pojawić. Poza tym dzieło Hannah Arendt to jest dzieło z klasyki wiedzy o świecie, wiedzy kultury współczesnej, które warto znać chociażby w omówieniu. Postaramy się państwu to omówienie zapewnić, powiedzieć, co Hannah Arendt najbardziej interesowało, dlaczego to było ważne dzieło i dlaczego pojawiło się w tym momencie, w którym się pojawiło. Tytułem przypomnienia: bardzo wiele książek, myślę, nie powstałoby, gdyby nie analiza dokonana przez Hannah Arendt. Ona wiedziała, co pisze. A poza tym to jest książka, już to mówiłem, ale muszę to powtórzyć, bo bardzo wielu filozofów używa języka bełkotliwego. Języka, w którym jedno zdanie słabo wiąże się z drugim. Jeden z moich profesorów od filozofii mówił kiedyś o tym, że dzisiaj jest taka świadomość społeczna, że jeżeli ktoś dostaje tekst bełkotliwy, w którym nić przewodnia czy myśl przewodnia jest trudno uchwytna, a dużo jest natomiast obcych słów i gaworzenia, to natychmiast mówi się, że to tekst filozoficzny.
[02:58:21] - To napisałem parę książek.
[02:58:24] - Otóż jest wręcz przeciwnie. Filozofia do pewnego momentu jest niezwykle prosta, niezwykle jasno i klarownie wyłuszcza swoje tezy.
[02:58:37] - Czyli nie napisałem paru książek.
[02:58:38] - Wyłuszcza swoje tezy. Natomiast bełkot pozostaje bełkotem i to nie odnosi się do twojej książki. Nieprawda. Napisałeś kilka fajnych książek. Czasami za bardzo przykrywałeś ich tezy, aczkolwiek to nie jest tak, że są nieuchwytne. Ale wracając do Hannah Arendt, ważne jest to, że ona posługuje się językiem prostym, przejrzystym, takim, który świetnie się, proszę państwa, nadaje do cytatów.
[02:59:04] - I w dodatku jest kobietą mądrą.
[02:59:08] - Była niestety.
[02:59:09] - Tak, ale jest. Dla mnie wszyscy, którzy byli, są.
[02:59:13] - Prawda. Przyznaję ci rację niechętnie.
[02:59:16] - Natomiast pojawiła się, jeszcze chyba nie była dzieckiem feminizmu.
[02:59:23] - Broń Boże.
[02:59:24] - A była mądra i pisała książki. Była profesorem. I to jakie książki!
[02:59:28] - „Korzenie totalitaryzmu” to jest taka klasyka. I cóż, zapraszamy państwa na klasykę. A żeby nie było tak smutno, to jeszcze w kilku miejscach oczywiście podwiążemy naszą ulubioną fantastykę do tych „Korzeni totalitaryzmu”, bo tak chyba warto zrobić, bo można wtedy zobaczyć, jak poszczególne elementy kultury się ze sobą przenikają. Gdzieś tam jest dzieło filozoficzne o tym, jak powstaje totalitaryzm, a gdzieś tam pojawiają się książki, które-
[03:00:03] - Które to opisują dokładnie
[03:00:04] - ... totalitaryzm starają się w jakimś stopniu zanalizować. I to tyle tytułem zachęty. Zapraszamy zatem za dwa tygodnie na omówienie, takie nasze pogwarki o książce Hannah Arendt „Korzenie totalitaryzmu”. Za tydzień ABW. Jeszcze raz zapraszamy, dziękujemy, życzymy samych dobrych lektur, samego dobrego pisania i polecamy się na przyszłość. Spotykamy się za tydzień. Dobranoc. Do usłyszenia.
[03:00:35] - Dobrego ś-
[03:00:36] - A mówili te słowa do państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Do usłyszenia już za tydzień w ABW. No i dobranoc. Zostawili wszystkich z ciszą. Czy ją słyszą, czy nie słyszą?