[00:02] - Wyznawcy szatana, członkowie sekt, niewolnicy tajemniczych głosów z zaświatów. Do cna źli ludzie. Krwawy Podwieczorek. Witajcie w kolejnej audycji pod tytułem Krwawy Podwieczorek. Nazywam się Persefona i jak wiecie opowiadam Wam o najniebezpieczniejszych seryjnych mordercach w historii. Zanim przejdziemy do tematu dzisiejszej audycji, chciałam pozdrowić osobę, która w piątek podszywała się pode mnie w Teorii Chaosu. To nie ja dzwoniłam i kimkolwiek jesteś, gratuluję, wyszło dość zabawnie. A teraz przejdźmy już do naszego tematu, czyli do Władysława Mazurkiewicza. Władysław Mazurkiewicz zwany był również Pięknym Władziem lub Eleganckim Mordercą. Dlaczego?
Zaraz się dowiecie. Jesteśmy w połowie lat pięćdziesiątych w Krakowie. Sala do gry. Mamy przed sobą pokerowy stolik. Grają prokurator wojskowy oraz kilku lokalnych biznesmenów. Naszemu bohaterowi karta idzie świetnie. Na stole leży masa gotówki, a on nie ma czym przebić. Ponieważ wszyscy bardzo się szanują, ustalają, że zaplombują karty w sejfie. Pan Mazurkiewicz pójdzie po brakujące pieniądze. I poszedł.
Udał się do znajomej pani L. na ulicę, która dzisiaj nazywana jest Beliny-Prażmowskiego. Zabrał pieniądze, zostawił trupa w domu pani L. i wrócił do gry. Przebił i przegrał. Zabójstwo nie opłaciło się. Władysław Mazurkiewicz urodził się 31 stycznia 1911 roku w Krakowie. Pochodził z niezamożnej rodziny. Jego matka umarła, kiedy miał zaledwie kilka lat i opiekowali się nim ojciec oraz babcia. Skończył szkołę podstawową, potem gimnazjum, po czym udał się na prawo, lecz nie ukończył tych studiów.
Później przeniósł się na politologię, której również nie ukończył. Czemu? Przeszkadzało mu w nauce zamiłowanie do życia towarzyskiego. Aby mieć pieniądze, skończył szkołę poligraficzną i aż do wybuchu wojny pracował w drukarni. Zanim przejdziemy do okresu wojennego, musicie poznać sylwetkę Władysława Mazurkiewicza. Był to człowiek uważany za bardzo inteligentnego. Był zawsze nienagannie ubrany, pachniał drogimi zagranicznymi męskimi perfumami. Miał nienaganne maniery, którymi zachwycali się ludzie z wyższych sfer w Krakowie. Jeżeli wyjeżdżał poza miasto, sypiał tylko i wyłącznie w drogich hotelach. Zawsze miał nienaganną fryzurę.
Jego włosy były zawsze zaczesane do tyłu. Uważany był za przystojnego i kobiety za nim szalały. Uważano, że nie ma zabawy bez pana Władzia. Bywał w wielu salonach powojennego Krakowa i obracał się w kręgach ludzi, którzy obracali dużą walutą. Często przebywał w Hotelu Francuskim, gdzie grywał w pokera. Gustował w towarzystwie inteligenckim, lubił profesorów, finansistów. Jeździł też Oplem Olimpią, którym bardzo zachwycali się ludzie w Krakowie. Na tym kryształowym wizerunku istniała jednak pewna skaza, ponieważ część ludzi bardzo bała się Mazurkiewicza. Mawiano, że współpracował z UB, natomiast w czasie wojny współpracował, tak uważano, z Gestapo. Nawet jeżeli ktoś coś podejrzewał, że coś tutaj może dziać się nie tak, ludzie albo byli nim zafascynowani, albo bali się go właśnie przez jego koneksje.
Chodziły plotki, że w ogóle jest konfidentem na UB, także bano się cokolwiek, jeżeli ktokolwiek coś zobaczył, zgłaszać. Uważano też, że jeżeli ktoś zobaczył, że Mazurkiewicz dokonuje jakiejś zbrodni, że jest to właśnie na zlecenie UB. W czasie wojny Mazurkiewicz nie zasłużył sobie na miano wzorowego Polaka oraz patrioty. Po pierwsze ograbiał mienie pożydowskie po likwidacji getta, a potem obracał tym, co zrabował za granicą. Miał taką możliwość, ponieważ posiadał z Gestapo przepustkę z Krakowa do Lwowa, którą miała mu załatwić kochanka jednego z gestapowców. Miał też posługiwać się papierami, które mówiły, że jest fryzjerem w Gestapo. Wiadomo było, że z Gestapo współpracował. Handlował również walutą. Swoich kontrahentów zabijał i miał ku temu wolną rękę, ponieważ gestapowcy nie interesowali się polskimi trupami. Mazurkiewicz miał kupować dolary, a kiedy dochodziło do płacenia, klient dostawał kanapeczkę z cyjankiem.
Kanapka ta zawierała kiełbaskę, która wtedy była towarem deficytowym, także mógł się połakomić. No i po zjedzeniu takiej kanapki wiadomo, schodził był z tego padołu, a zwłoki Mazurkiewicz zakopywał, ponieważ zwykle spotykał się na pustkowiach albo wrzucał na przykład takiego trupka do Wisły. Mazurkiewicz przez swoje koneksje mógł bezkarnie obracać gigantycznymi kwotami oraz szastać pieniędzmi. Myślę, że jest to jeden z powodów, które go zgubiły, ponieważ w szybkim czasie został hazardzistą, więc musiał skądś brać pieniądze do gry. Właśnie w ten sposób zaczęły pojawiać się kolejne trupy. Kiedy wojna skończyła się, Mazurkiewicz na zlecenie UB miał kierować pociągami PCK z repatriantami ze Szwajcarii. Oficjalnie handlował też skórą, butami oraz różnymi dobrami z wyższej półki. Swojego zbrodniczego procederu oczywiście nie zaprzestał. Po wojnie również wywoził swoje ofiary na odludzia, ale nie truł ich już cyjankiem, tylko strzelał im w tył głowy, a potem denata zakopywał lub też tak jak wcześniej topił w rzece. Żyło się Mazurkiewiczowi dobrze, aż nadszedł wrzesień 1955 roku.
Tegoż to września do warszawskiego szpitala na Solcu zgłosił się pan Stanisław Łopuszyński. Pan Stanisław twierdził, że bardzo boli go głowa. Zaniepokojony lekarz skierował go na prześwietlenie i jak się na tym prześwietleniu okazało, w głowie pana Stanisława tkwiło coś obłego w potylicy. Pan Stanisław został skierowany na operację, ażeby usunąć ten przedmiot. I właśnie to w trakcie tej operacji okazało się, że w jego głowie tkwi kula kalibru 7,65 milimetrów. Jak się nietrudno domyśleć, wszyscy byli niesamowicie zdumieni. Mężczyzna po operacji zaczął zastanawiać się, jakim cudem kula mogła znaleźć się w jego głowie. Fakty zaczęły układać się w całość. Parę dni wcześniej spotkał się ze swoim znajomym, panem Mazurkiewiczem w Krakowie. Mężczyźni udali się do Zakopanego, gdzie pan Stanisław chciał nielegalnie kupić dom.
W zakupie miał pośredniczyć właśnie Mazurkiewicz. Do transakcji nie doszło, więc mężczyźni postanowili wrócić do Krakowa. Pan Stanisław miał przy sobie całą kwotę, która miała być przeznaczona na zakup domu i w trakcie jazdy zmęczony przysnął. Po pewnym czasie zbudził go wielki, strasznie drażniący huk oraz ból w głowie. Przerażony obudził się i zobaczył, że Mazurkiewicz stoi przy otwartych drzwiach samochodu. Samochód zaparkowany jest na poboczu drogi, więc pan Stanisław zapytał się, co się dzieje, a pan Mazurkiewicz odpowiedział mu, że chciał mu zrobić po prostu kawał i odpalił petardę, tak zwaną żabkę. Przeprosił Stanisława i pojechali dalej. Jak to się skończyło? Zaraz się dowiecie. Mężczyzna skojarzył fakty.
Stwierdził, że to niekoniecznie musiała być żabka i udał się na milicję. Milicja początkowo nie podchodziła bardzo poważnie do całej sprawy, ponieważ Mazurkiewicz był niezwykle szanowaną osobą w Krakowie, ale pan Stanisław uznał, że Mazurkiewicz naprawdę chciał go zabić i wskazał Mazurkiewicza jako głównego podejrzanego. Poszukiwanego początkowo nie zastano w domu, wydano więc list gończy i szybko odnaleziono go w Zakopanem w hotelu Orbis. Był 1 listopada 1955 roku. Mazurkiewicz początkowo uważał, że podczas pobytu w Zakopanem pan Stanisław zniknął którejś nocy, a potem wrócił niesamowicie pijany i zakrwawiony. Chciał w ten sposób zasugerować, że wina jest kogoś innego, ale oczywiście nie udało mu się to. W trakcie uruchomionego śledztwa milicja rutynowo przeszukiwała nie tylko mieszkanie Mazurkiewicza, ale również wynajmowany przez niego garaż. Spodziewano się, że w samochodzie, który się tam znajdował, znajdą się ślady strzałów, jakie Mazurkiewicz wykonał do Stanisława. W pewnym momencie uwagę funkcjonariuszy zwróciła podłoga garażu, która w jednym miejscu miała inny odcień betonu. Po rozkuciu pod podłogą znaleziono rozkładające się zwłoki dwóch sióstr.
Kobiety zginęły od strzału w tył głowy. Zofię oraz Jadwigę de la Vaire, które zniknęły pół roku wcześniej, zidentyfikowano po znajdujących się przy nich rzeczach osobistych. Były to kobiety, które były sąsiadkami Mazurkiewicza i pochodziły z bardzo zamożnej, znanej krakowskiej rodziny. W swoich zeznaniach Mazurkiewicz tłumaczył, że zabił je, ponieważ dały mu na przechowanie bardzo cenną biżuterię, a potem zażądały jej zwrotu, a on wszystko przepuścił. W trakcie tych zeznań jeden z oficerów milicji uderzył Mazurkiewicza, a później tłumaczył: „Musiałem mu dać w mordę”. Swoją zbrodnię Mazurkiewicz zaplanował bardzo szczegółowo. Z każdą z kobiet umówił się na inną godzinę w celu zwrotu powierzonych mu rzeczy. Umówił się z nimi w garażu. Zwłoki po zabójstwie ukrył w przygotowanym wcześniej dole, a następnie zalał to wszystko betonem. Ciekawym faktem jest jednak to, że żadnemu historykowi nie udało się odnaleźć w aktach IPN-u jakichkolwiek informacji na temat tego, żeby Mazurkiewicz faktycznie był współpracownikiem UB.
Zbrodnia na dwóch siostrach była dopiero początkiem. Zaczęły wychodzić kolejne zbrodnie, ale tylko kilka udało się udowodnić Mazurkiewiczowi. Dlaczego? Ponieważ uważano, że jest on szpiclem UB i świadkowie po prostu bali się zeznawać. Wkrótce okazało się, że w kręgach Mazurkiewicza zginęło o wiele więcej zamożnych osób. Zaczęto uważać, że jego majątek nie pochodzi z intratnych interesów, ale właśnie ze zbrodni. Przyjaciele zaczęli odwracać się od Mazurkiewicza. Wcześniej był powszechnie szanowanym obywatelem, a teraz stał się po prostu zerem. W trakcie procesu Mazurkiewicz przyznał się do około 30 zabójstw. Udało mu się udowodnić jedynie zabójstwo czterech mężczyzn, dwóch kobiet oraz dwa usiłowania zabójstwa.
Ustalono, że zabijał dla zysku, ponieważ trwonił większość pieniędzy grając w karty. Warto tu wspomnieć o jeszcze jednej osobie, a mianowicie o obrońcy Mazurkiewicza. Był to bardzo doświadczony krakowski adwokat, który słynął z przekonania, że klienta należy bronić za wszelką cenę i wszelkimi sposobami. Mecenas Zygmunt Hofmokl-Ostrowski najpierw twierdził, że Mazurkiewicz jest urodzonym mordercą i jego wrodzone cechy spowodowały, że musiał zabijać. Jak łatwo się domyśleć, tego typu argumentacja nie okazała się specjalnie przekonywująca, więc mecenas postanowił zmienić taktykę na jeszcze bardziej kontrowersyjną. W nowej linii obrony uważał, że Mazurkiewicz zabijał osoby będące niepełnowartościowymi jednostkami, więc nie należy orzekać najwyższej kary za ich zabicie. O co chodzi? Całe to założenie odnosiło się do ideologii socjalistycznej, a tym samym państwowej, według której sylwetki ofiar były sprzeczne z tą ideologią. Ponieważ ofiarami Mazurkiewicza były osoby będące dawnymi ziemianami. Byli też to ludzie zajmujący się nielegalnym handlem złotem i dewizami.
Mord na nich miał być mniej szkodliwy niż na robotniku. Wbrew pozorom było to bardzo sprytne założenie, ponieważ proces był śledzony przez całą Polskę. Mazurkiewicz liczył nawet i bardzo głęboko wierzył w to, że zostanie uniewinniony przez Gomułkę. Tak się jednak nie stało. Mazurkiewicz uznany za poczytalnego w chwili popełnienia zbrodni został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano 31 stycznia 1957 roku w Krakowie na ulicy Montelupich o godzinie 16:30. Był to dzień jego 46. urodzin. Jeśli chodzi o ciekawostki związane z legendą Mazurkiewicza, to warto wspomnieć tutaj o Karolu Kocie, o którym mówiłam w poprzedniej audycji. Mianowicie był sądzony w tej samej sali i siedział dokładnie w tej samej ławie, w której sądzony był wcześniej Mazurkiewicz i był bardzo szczęśliwy z tego powodu.
Ostatnimi słowami Mazurkiewicza miały być: „Do widzenia panowie, niedługo spotkamy się tam wszyscy”. I ja też się już żegnam. Pamiętajcie, hazard to zło. Trzymajcie się. Cześć. Wyznawcy szatana, członkowie sekt, niewolnicy tajemniczych głosów z zaświatów, docna, źli ludzie. Krwawy podwieczorek. Jeśli chcesz o coś zapytać, skontaktuj się ze mną na forum Radia Paranormalium pod adresem radio.paranormalium.pl.