Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Ciekawe, co sobie pomyślał kurier, gdy zobaczył, ile będzie miał wożenia po ostatnim konkursie w Radiu Paranormalium, który odbył się w sobotę. Tyle książek, tyle czasopism. To ludzie jeszcze czytają? Ano czytają. Czytają i to bardzo dużo. Radio Paranormalium promuje w Polsce czytelnictwo. Kolejny konkurs już niebawem, ale szczegółów dowiecie się z zapowiedzi na www.paranormalium.pl oraz na naszych profilach społecznościowych. A póki co rozpoczynamy kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk Ivellios, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski.
Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:06] - Witam państwa bardzo serdecznie na kolejnym wydaniu Akademii Wszelkiej Fikcji. I nie przedłużając, zacznijmy od mojego słowa wstępnego. Po raz kolejny na temat książki. Książki ciekawej. Książki, która w swoim czasie, jak sobie pomyślę, ile lat temu to było, zafascynowała mnie i sprawiła, że zainteresowałem się między innymi filozofią. Ale jak to było i o jaką książkę chodzi? O tym dosłownie za chwilę. Czy książka, której akcja rozgrywa się w średniowiecznym klasztorze, może zainteresować współczesnego czytelnika? Na pierwszy rzut oka „Imię róży” Umberto Eco wydaje się dosyć trudną i odległą od naszych czasów powieścią. Mnisi, łacina, stare księgi i tajemnicze wydarzenia nie brzmią przecież jak przepis na wciągającą lekturę.
Jednak wystarczy dać tej książce szansę, aby odkryć, że kryje się w niej znacznie więcej niż tylko historia sprzed wielu wieków. Moim zdaniem warto tę książkę przeczytać, ponieważ łączy ciekawą zagadkę natury kryminalnej z tajemnicą, humorem oraz pytaniami, które są aktualne również i dzisiaj. Akcja powieści rozgrywa się w XIV wieku w odizolowanym klasztorze. Przybywają tam franciszkanie Wilhelm z Baskerville oraz jego młody uczeń Adso z Melku. Początkowo ich wizyta ma związek ze spotkaniem religijnym, ale szybko okazuje się, że w klasztorze dzieje się coś naprawdę niepokojącego. Kolejni mnisi giną w tajemniczych okolicznościach, a rozwiązanie zagadki wydaje się coraz trudniejsze. Wilhelm rozpoczyna śledztwo, podczas którego musi zmierzyć się nie tylko z kolejnymi poszlakami, ale także z milczeniem i nieufnością mieszkańców klasztoru. Pierwszym argumentem przemawiającym za przeczytaniem tej książki jest jej kryminalny charakter. Historia przypomina trochę współczesne seriale detektywistyczne. Czytelnik razem z Wilhelmem próbuje połączyć fakty, odgadnąć motywy bohaterów i odkryć, kto stoi za tragicznymi wydarzeniami.
Co ważne, autor nie poddaje wszystkiego na tacy. Trzeba uważnie czytać i samodzielnie wyciągać wnioski. Dzięki temu lektura staje się prawdziwą intelektualną przygodą. Można nawet poczuć satysfakcję, gdy uda się zauważyć coś, co umknęło bohaterom. Drugim powodem, dla którego warto sięgnąć po „Imię róży”, to bohaterowie. Szczególnie interesujący jest wspomniany już Wilhelm z Baskerville. To człowiek inteligentny, spostrzegawczy i otwarty na nowe idee. Nie przyjmuje wszystkiego bez zastanowienia, lecz szuka dowodów i logicznych wyjaśnień. W pewnym sensie przypomina osobę, która nie wierzy we wszystko, co przeczyta na przykład w internecie. On sprawdza informacje i zadaje pytania.
Jego postawa pokazuje, jak ważne jest samodzielne myślenie. W świecie, w którym codziennie dociera do nas ogromna ilość informacji, taka umiejętność jest szczególnie cenna. Kolejną zaletą powieści jest jej tajemnicza atmosfera. Klasztor, jego korytarze, zamknięte pomieszczenia oraz ogromna biblioteka to miejsce, które jednocześnie fascynuje i niepokoi. Biblioteka jest zresztą jednym z najważniejszych elementów całej tej historii. Symbolizuje wiedzę, ale także władzę i kontrolę nad informacją. Eco pokazuje, że ludzie czasami boją się wiedzy, która mogłaby podważyć ich przekonania. To bardzo ciekawy temat, ponieważ również dzisiaj zdarza się, że ktoś próbuje ograniczać dostęp do informacji albo narzucać innym Jeden, według niego właściwy sposób myślenia. Warto też zwrócić uwagę na humor i ludzką stronę przedstawionych bohaterów. Mimo że powieść porusza poważne tematy, nie jest pozbawiona ironii oraz zabawnych sytuacji.
Mnisi, którzy powinni kojarzyć się z powagą i duchowością, mają ewidentnie swoje słabości, ambicje, nie wolni są od zazdrości, a i tajemnice w całym klasztorze pojawiają się nad wyraz często. Dzięki temu te postacie nie są jednowymiarowe. Autor przypomina nam, że niezależnie od epoki ludzie pozostają ludźmi. Popełniają błędy, rywalizują ze sobą i często kierują się po prostu własnymi interesami. Nie oznacza to jednak, że „Imię róży” jest książką idealną i książką dla każdego. Niektóre fragmenty są dosyć długie albo nawet przydługie. Pojawia się wiele historycznych i religijnych odniesień, a tempo akcji nie zawsze jest szybkie. Czasami trzeba wykazać się cierpliwością, zanim historia ponownie nabierze dynamiki. Nie jest to więc typowa lekka powieść kryminalna, którą można przeczytać w jeden wieczór bez większego skupienia. Uważam jednak, że właśnie dzięki temu może być to ciekawe wyzwanie dla współczesnego czytelnika.
Podsumowując, „Imię róży” Umberto Eco to książka, która udowadnia, że dobra historia tak naprawdę nie ma daty ważności. Chociaż jej akcja rozgrywa się w średniowieczu, porusza tematy bliskie również współczesnemu człowiekowi. Poszukiwanie prawdy, granice wolności, znaczenie wiedzy i odwaga samodzielnego myślenia. To jednocześnie kryminał, opowieść historyczna i historia o ludzkich słabościach. Poleciłbym tę książkę osobom, które lubią zagadki, tajemnice i nie boją się czasem zatrzymać nad trudniejszym fragmentem. Może ta książka nie od pierwszej strony stanie się ulubioną lekturą każdego, ale ona z pewnością potrafi zaskoczyć i pozostawić po sobie wiele pytań. A przecież właśnie takie książki często pamięta się najdłużej. Tyle, proszę państwa, o książce „Imię róży” autorstwa Umberto Eco. A teraz tradycyjne polecanki książkowe. Pierwszy tytuł, który przygotowałem na dzisiaj to „Nieproszona”.
Jej autorką jest Freida McFadden, wydawnictwo Czwarta Strona. Data premiery 12 listopada. Czy można zaufać komuś, kto pojawia się w naszym domu zakrwawiony, przerażony i z nożem w dłoni? A może czasami największym błędem jest okazanie komuś pomocy? Właśnie wokół takich pytań autorka buduje napięcie w swojej powieści „Nieproszona”. Historia rozpoczyna się od pozornie prostego zdarzenia. Casey mieszkająca w odosobnionym leśnym domku podczas gwałtownej burzy zauważa pod oknem tajemniczą dziewczynkę. Dziecko jest całe we krwi, nie chce niczego wyjaśnić i kurczowo trzyma nóż. Casey postanawia zareagować, ale szybko okazuje się, że przyjęcie nieznajomej pod swój dach może mieć przerażające konsekwencje. Największą siłą tej historii wydaje się atmosfera osaczenia.
Burza, odludzie, awarie prądu i brak możliwości uzyskania pomocy tworzą scenerię, w której strach stopniowo przejmuje kontrolę nad bohaterką. Autorka umiejętnie wykorzystuje niepewność, bo czytelnik nie wie, komu powinien ufać i czy dziewczynka jest ofiarą, czy może stanowi prawdziwe zagrożenie. To właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że trudno odłożyć tę książkę. Interesujący jest również psychologiczny wymiar opowieści. McFadden stawia pytanie o granice ludzkiej dobroci, o instynkt przetrwania i cenę podejmowanych decyzji. Pokazuje, że czasami intencje, które wydają się słuszne, mogą doprowadzić do sytuacji, nad którą tracimy kontrolę. To także historia o strachu. Strachu, który potrafi zmienić sposób postrzegania drugiego człowieka. „Nieproszona” zapowiada się zatem na intensywny thriller i to thriller psychologiczny. To książka dla osób lubiących tajemnice, nieoczekiwane zwroty akcji i historie, w których nic nie jest oczywiste.
To propozycja szczególnie dla tych, którzy cenią napięcie budowane nie tylko przez wydarzenia, ale również przez atmosferę i psychologię postaci. Jedno jest pewne — po tej historii zwykłe zapukanie do drzwi może już nie wydawać się tak niewinne. Przypomnę tytuł: „Nieproszona”. Autorka Freida McFadden, wydawnictwo Czwarta Strona. Data premiery 12 listopada. Druga książka nosi tytuł "Łowca potworów". Autorem jest Michał Śmielak, wydawnictwo Czarna Owca, a data premiery 12 listopada. Zatem tego samego dnia spotkają się na rynku dwie budzące napięcie książki. Czy człowiek, który całe życie ściga zło, sam może się nim stać? Czy walka z potworami zawsze oznacza stawanie po stronie dobra?
Takie pytania nasuwają się podczas poznawania zapowiedzi powieści Michała Śmielaka "Łowca potworów". To kryminał, który obiecuje nie tylko mroczną zagadkę, ale również opowieść o obsesji, o sprawiedliwości i o granicach ludzkiej wytrzymałości. Głównym bohaterem jest komisarz Paweł Hardy, policjant skuteczny, ale nie zawsze przestrzegający zasad. Tym razem musi zmierzyć się z dwiema niepokojącymi sprawami. Pierwsza dotyczy mężczyzny, który po 10 latach więzienia zostaje uznany za niewinnego. Druga prowadzi na Roztocze, gdzie od 10 lat znikają młode dziewczyny, a ich śmierć konsekwentnie uznawana jest za samobójstwo. Hardy nie wierzy w oficjalne wyjaśnienia i postanawia odkryć prawdę. Najbardziej intrygujący wydaje się psychologiczny wymiar tej historii. Autor stawia pytanie, które wykracza poza typowy schemat kryminału. Co dzieje się z człowiekiem, który przez lata koncentruje się na tropieniu zła?
Czy można tak długo patrzeć w ciemność, nie tracąc przy tym samego siebie? Hardy nie jest więc wyłącznie policjantem rozwiązującym zagadkę, ale również człowiekiem, którego własne przekonania i metody zostaną wystawione na próbę. Dużą rolę odgrywa także miejsce akcji. Roztocze kojarzące się z piękną przyrodą, spokojem i malowniczymi lasami staje się przestrzenią skrywającą mroczne tajemnice. Ten kontrast może dodatkowo wzmacniać atmosferę niepokoju. Szczególnie interesujący jest motyw zaginięć, które przez lata nikogo nie skłoniły do ponownego przyjrzenia się sprawie. Pojawia się więc również pytanie o obojętność, o błędy i odpowiedzialność tych, którzy powinni chronić innych. "Łowca potworów" zapowiada się na pozycję dla miłośników mocnych kryminałów, niejednoznacznych bohaterów i historii, w których rozwiązanie zagadki nie jest jedynym celem. To opowieść, która może skłonić do zastanowienia się, czy potwory rzeczywiście są kimś zupełnie innym niż my sami. Czasami bowiem najtrudniejszym przeciwnikiem okazuje się nie człowiek, którego ścigamy, ale własne odbicie w lustrze.
Przypomnę Państwu tytuł "Łowca potworów", autor Michał Śmielak, wydawnictwo Czarna Owca. Książka na rynku od 12 listopada. A teraz, proszę Państwa, mam nie lada gratkę. Powieść "Otchłań" Grahama Mastertona, wydana przez wydawnictwo Replika. Data premiery to 10 listopada. Czy wszystko, co przez lata spoczywa na dnie morza, powinno pozostać tam na zawsze? W powieści "Otchłań" Graham Masterton pokazuje, że niektóre tajemnice lepiej zostawić w spokoju. Autor znany z tworzenia mrocznych horrorów, tym razem przenosi czytelnika nad polskie wybrzeże, gdzie historia, tajemnica i nadprzyrodzone zagrożenie tworzą wyjątkowo niepokojącą mieszankę. Punktem wyjścia jest odnalezienie u wybrzeży Gdyni wraku ORP Tygrys, polskiego okrętu podwodnego zatopionego na początku II wojny światowej. Decyzja o jego wydobyciu wydaje się szansą na ocalenie ważnego fragmentu historii.
Sytuacja komplikuje się jednak, gdy okazuje się, że na pokładzie wraku znajduje się coś znacznie bardziej przerażającego niż pozostałości dawnej załogi. Wanda Kowalska, pasjonatka nurkowania oraz brytyjski ekspert Michael Flight odkrywają siłę, której przebudzenie może mieć naprawdę tragiczne konsekwencje. Największą zaletą tej historii wydaje się połączenie horroru z prawdziwym tłem historycznym. Wrak wojennego okrętu, tajemnice Bałtyku i pamięć o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat tworzą świetną podstawę dla opowieści grozy. Szczególnie interesujący jest pomysł, że zagrożenie nie pochodzi z odległego, fantastycznego świata, ale zostaje odnalezione niemal na naszym podwórku. Gdynia i Gdańsk stają się miejscem wydarzeń, które burzą poczucie bezpieczeństwa i pokazują, że nawet dobrze znana przestrzeń może skrywać coś przerażającego. Warto zwrócić uwagę również na sam motyw wydobywania tego, co powinno pozostać ukryte. Powieść może skłaniać do refleksji nad ludzką ciekawością i przekonaniem, że wszystko można zbadać, odkryć i podporządkować własnym planom. Czasami jednak ingerencja w przeszłość niesie konsekwencje, których nie da się przewidzieć ani kontrolować. To ciekawy punkt wyjścia do historii o ludzkiej pysze, odpowiedzialności i walce o przetrwanie.
„Otchłań” to propozycja dla miłośników klasycznego horroru, morskich tajemnic i historii, w których napięcie stopniowo ustępuje miejsca prawdziwej grozie. Dodatkowym atutem jest polska sceneria, rzadko wykorzystywana w takiej skali przez zagranicznych autorów horrorów. To książka, która może sprawić, że spojrzymy na spokojne wody Bałtyku nieco inaczej, bo przecież nie wszystko, co znajduje się pod powierzchnią, powinno ujrzeć światło dzienne. Na koniec warto dodać, że „Otchłań” ma szczególny status wydawniczy. To światowa premiera niepublikowanego dotąd horroru Mastertona. Przypomnę państwu tytuł: „Otchłań”, autor Graham Masterton, wydawnictwo Replika. Data premiery: 10 listopada. Proszę państwa, czas teraz na korepetycje filozoficzne. Ale dzisiaj nie będzie filozofa. Żartuję.
Będzie, i to nawet kilku, ale będziemy mówić o pewnej szkole filozoficznej. Postanowiłem dla odmiany zająć się pewną myślą zbiorową wielu ludzi i to na przestrzeni wielu wieków. Zatem startujemy. Wyobraźmy sobie człowieka, któremu właśnie zepsuł się samochód. Szef wysłał mu nieprzyjemnego maila, telefon rozładował się w najmniej odpowiednim momencie, a na dodatek zaczęło padać. Większość z nas uznałaby, że to zdecydowanie nie jest dobry dzień, a stoik prawdopodobnie wzruszyłby ramionami, westchnął i zastanowił się, co może w tej sytuacji zrobić. Nie dlatego, że ten facet nie ma emocji albo wszystko mu jedno. Po prostu on wie, że zamartwianie się nie naprawi samochodu, nie zmieni treści maila i nie zatrzyma deszczu. Tak mniej więcej można rozpocząć opowieść o filozofii, która powstała ponad 2000 lat temu, a dziś wydaje się zaskakująco aktualna. Stoicyzm narodził się w starożytnej Grecji, a jego twórcą był Zenon z Kition.
Swoją filozofię zaczął głosić w Atenach, w miejscu zwanym Stoa Poikile, czyli malowanym portykiem. Od tej nazwy pochodzi określenie stoicy. Zenon i jego następcy próbowali odpowiedzieć na dosyć proste, choć wcale niełatwe pytanie: jak dobrze żyć w świecie, nad którym nie mamy pełnej kontroli? Ich odpowiedź była konkretna. Należy skupić się na tym, na co mamy wpływ, a zaakceptować to, czego zmienić po prostu nie możemy. Greccy stoicy, tacy jak Kleanthes czy Chryzyp, rozwijali tę myśl, tworząc spójny system filozoficzny. Uważali, że człowiek powinien żyć zgodnie z naturą i z rozumem. Największą wartością była dla nich cnota. Cnota rozumiana jako mądrość, sprawiedliwość, odwaga i umiar. Bogactwo, sława, uroda czy pozycja społeczna nie były same w sobie ani dobre, ani złe.
Mogły ułatwiać życie, ale nie decydowały o tym, czy człowiek jest wartościowy. Innymi słowy, można mieć wielki dom, drogi samochód i konto pełne pieniędzy, a mimo to być człowiekiem, z którym trudno wytrzymać nawet pięć minut. Stoicyzm nie pozostał jednak wyłącznie grecką ciekawostką. Szczególnie dużą popularność zdobył w starożytnym Rzymie, gdzie przyjął nieco bardziej praktyczny wymiar. Rzymscy stoicy skupiali się przede wszystkim na codziennym życiu, na obowiązkach, na relacjach z innymi ludźmi oraz na radzeniu sobie z trudnościami. Jednym z najbardziej znanych przedstawicieli tego nurtu był Seneka, filozof, pisarz i doradca cesarza Nerona. Jego życie nie było wolne od sprzeczności, ale właśnie dlatego jego rozważania o przemijaniu, o pieniądzach, gniewie i ludzkich słabościach brzmią dzisiaj tak interesująco. Seneka przypominał, że nie mamy za mało czasu, lecz często go marnujemy. Trudno nie pomyśleć o współczesnym człowieku, który potrafi spędzić dwie godziny na scrollowaniu w telefonie, a potem narzeka, że doba jest zbyt krótka. Inną ważną postacią był Epiktet, który urodził się jako niewolnik, a mimo to został jednym z najbardziej wpływowych nauczycieli stoicyzmu.
Jego filozofia opierała się na rozróżnieniu rzeczy zależnych i niezależnych od nas. Nie mamy wpływu na cudze opinie, na pogodę, na przyszłość czy zachowanie innych ludzi. Mamy natomiast wpływ na własne decyzje, postawy i reakcje. To niezwykle prosta, ale wymagająca zasada. Łatwo powiedzieć, żeby nie przejmować się opinią innych. Trudniej zastosować ją wtedy, gdy ktoś właśnie opublikował w internecie wyjątkowo nieprzychylny komentarz na nasz temat. Wtedy, mówiąc kolokwialnie, szlag może człowieka trafić. A tymczasem stoicy zalecają coś zupełnie innego. Trzecim wielkim rzymskim stoikiem był Marek Aureliusz, cesarz, który mimo ogromnej władzy i odpowiedzialności prowadził osobiste zapiski znane dzisiaj jako „Rozmyślania”. To chyba jeden z ciekawszych przykładów praktycznego zastosowania stoicyzmu.
Człowiek stojący na czele wielkiego imperium każdego dnia przypominał sam sobie, że powinien panować przede wszystkim nad sobą, a nie nad całym światem. On wiedział, że nie uniknie problemów, krytyki, chorób czy przemijania. Mógł jednak zdecydować, jak na nie odpowie. W jego zapiskach znajdziemy wiele myśli o cierpliwości, obowiązku, skromności i szacunku wobec innych. Co ciekawe, stoicyzm wcale nie oznaczał braku uczuć. To jest częste nieporozumienie. Stoik nie miał być kamieniem, który niczego nie czuje i na wszystko reaguje obojętnością. Chodziło raczej o to, aby nie pozwalać emocjom przejmować całkowitej kontroli nad naszym postępowaniem. Gniew, zazdrość czy strach mogą się pojawić, ale nie muszą od razu decydować o tym, co zrobimy. Stoicy proponowali więc coś, co dziś nazwalibyśmy emocjonalną dojrzałością.
Dlatego warto zainteresować się stoikami i to właśnie w naszych czasach. Żyjemy bowiem w rzeczywistości, w której niemal wszystko próbuje przyciągnąć naszą uwagę. Media społecznościowe, wiadomości, reklamy, porównywanie się z innymi i nieustanna presja, żeby osiągnąć więcej, potrafią bardzo skutecznie odebrać spokój. Stoicy przypominali, że nie musimy reagować na wszystko, co dzieje się wokół nas. Nie każda krytyka wymaga odpowiedzi. Nie każda porażka oznacza koniec świata, a niepowodzenie nie musi definiować naszej wartości. Oczywiście stoicyzm nie jest magicznym sposobem na rozwiązanie wszystkich problemów. On nie naprawi gospodarki, nie wyleczy choroby i nie sprawi, że trudni ludzie nagle staną się ludźmi sympatycznymi. Stoicyzm może jednak pomóc nie dokładać sobie kolejnych problemów przez niepotrzebne zamartwianie się i impulsywne reakcje. Nie chodzi też o bierne godzenie się z niesprawiedliwością.
Wręcz przeciwnie. Stoicyzm zachęcał do działania, ale działania rozsądnego, opartego na wartościach, a nie na chwilowym wybuchu emocji. Moim zdaniem największą zaletą stoicyzmu jest jego zdroworozsądkowość. On nie obiecuje szczęścia bez wysiłku ani życia bez kłopotów. Proponuje coś znacznie bardziej realistycznego. Naucz się odróżniać to, na co masz wpływ, od tego, na co go nie masz. Dbaj o własny charakter i nie pozwól, aby każdy drobiazg wyprowadzał cię z równowagi. Brzmi prosto, ale spróbujmy zastosować to choćby w poniedziałkowy poranek, kiedy budzik nie zadzwonił, kawa się skończyła, a autobus właśnie odjeżdża. Może właśnie dlatego warto wracać do Zenona, Seneki, Epikteta i Marka Aureliusza. Ich świat dawno już przeminął, ale ludzkie problemy wcale nie zmieniły się tak bardzo.
Nadal boimy się przyszłości, przejmujemy opiniami innych i próbujemy kontrolować rzeczy, na które nie mamy żadnego wpływu. Stoicy przypominają nam, że spokój nie polega na tym, że wszystko układa się po naszej myśli. Polega na tym, że nawet kiedy nie układa się, i to dosłownie nic, potrafimy zachować rozsądek, godność oraz odrobinę dystansu. A to, niezależnie od epoki, jest całkiem cenną umiejętność. I tyle, proszę państwa, o stoikach. Myślę, że w naszych czasach, czasach pośpiechu i takiego ogólnego szaleństwa, może warto poczytać „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Ta lektura nie tylko wyciszy, ale może też zostawić kilka ważnych refleksji, z którymi warto później podróżować przez świat. Proszę państwa, a teraz czas na „Filmotekarium”. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy film "Ice Cream Man". Proszę państwa, to jest tak, chciałem powiedzieć dziwny film, ale on nawet dziwny nie jest.
To jest film, który pamięta się długo, chociaż wcale się go nie chce pamiętać. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy Filmotekarium, a w tym Filmotekarium film... Jakbym państwu powiedział, że film o wyrywaniu flaków, to w sumie niewiele bym przesadził. Chociaż oczywiście film ma pewne podłoże, pewne ambicje i pewną historię. Jaka to jest historia i czy jest warta uwagi? I co właściwie stoi za tą historią? O tym w dzisiejszym wydaniu Filmotekarium, a dzisiaj będziemy mówić o filmie "Ice Cream Man". Dziwny film.
Wydaje mi się, że chwilami groźny, ale nie z punktu widzenia oglądacza horrorów, tylko groźny w zupełnie innym aspekcie. A teraz już dzień dobry, wieczór Piotrze.
[31:39] - Dzień dobry wieczór. Ja będę dzisiaj ostro jechał. Ostro i zdecydowanie tak wygarnę temu Hollywood, że normalnie im pospadają, nie mogę chyba tak otwarcie powiedzieć, jakie czapki, ale takie małe, okrągłe. Nie wiem, w jaki sposób Eli Roth mógł umieścić ten film w dystrybucji kinowej i nikt się nie zająknął, nikt nic nie powiedział na głos. Może mówili. Ja nie byłem świadkiem tej dyskusji. Nie mignęło mi to nigdzie. Nie słyszałem słów oburzenia, nie czytałem o tym. Umieścił ten film w dystrybucji kinowej nie tylko w Stanach Zjednoczonych, gdzie problem z przemocą w szkołach jest ogromny i wiemy, jak tam traktowane są te tematy, ale też na świecie. Bo ten film jest w kinach gdzieś krótko przed falą ataków w polskich szkołach, tą pamiętną.
Tusk wychodzi i mówi, że to mniej więcej jest wina challenge'ów i gier, ale nie zauważa, że w kinach był taki film. Bo slasher z dorosłymi to jest nic, to można przyjąć. Przyjęło się, jak to się mówi. Ale slasher z dziećmi w roli głównej, masakry dokonywane przez dzieci i to w taki sposób, że na ekranie są miażdżeni w wysublimowany sposób dorośli, rodzice, nauczyciele i tak dalej, gdzie są wypruwane jelita w parku przez dzieci. Chyba tylko pochodzenie i nazwisko reżysera i lobby wiadomo jakie w Hollywood chroni przed krytyką. Im wolno więcej. Tam w Hollywood wiatr niesie ze sobą delikatny zapach czosnku. Wszyscy to wiemy. I to jest oburzające dla mnie, bo jednemu wolno więcej, a drugi gdyby zrobił taki film, to pewnie by dostał zakaz do końca życia i w ogóle film nie wszedłby do dystrybucji. To było w kinach, było normalnie w kinach.
Ja już nie pytam o to, jak pracowano na planie filmu "Ice Cream Man", bo to ponoć jest czarna komedia i horror, i tak dalej. Krew się tam leje strumieniami. Głównymi bohaterami są dzieci, także jako bohater zbiorowy. Dzieci, które wpadają w szał po zjedzeniu lodów od pewnego podejrzanego typa. I się zaczyna eksterminacja dorosłych. Co prawda był już kiedyś podobny film, taki niszowy, gdzie dzieci się zbiesiły, że tak powiem, ale u Rotha to wszystko jest z uśmiechem na ustach, z jakimiś podśmiechujkami i z takim wrażeniem, że to jest wszystko fajne. Co się odwaliło w kinematografii, to ja nie wiem, ale powiem szczerze, że jestem zbulwersowany, bo gdyby to był film, który gdzieś tam sobie gęgał na krańcach internetu, jakaś produkcja niezrównoważonego artysty, to okej. Tyle że to było w kinach, to było reklamowane. Ja nie słyszałem głosów krytycznych. To nie znaczy, że ich nie ma, bo na pewno były.
Samo to, że ten film ma taką niską ocenę o czymś świadczy. Ale jakim cudem, Marku, nie przyszło nikomu do głowy zapytać: jak wyście ten film kręcili z tymi dziećmi? Chociażby o to. Przecież to jest absurd. Jestem głęboko zniesmaczony tym filmem i Eli Rothiem.
[35:07] - Ja powiem tak: całkowicie przyznaję ci rację, bo to, co widzicie państwo na ekranie, to jest jakieś kuriozalne monstrum, w którym dzieci, tak jak mówiłem na początku, bawią się flakami dorosłych. Dosłownie. Wyciągane jelita, rozpruwane brzuchy, miażdżone głowy. Cuda, cuda, cuda. I wiecie państwo, ja rozumiem, że tak naprawdę to jakieś manekiny, jakieś kukły były miażdżone i te flaki były sztuczne. Ja to wszystko rozumiem, ale ja nie wiem, czy któreś z tych dzieci jednak po wzięciu udziału w tym filmie naprawdę nie zaczęło się moczyć w nocy albo jąkać. I nie żartuję w tej chwili. Tam są naprawdę tak mocne sceny, że ja się zastanawiam, tak jak Piotr, jak to było do zrobienia, żeby te dzieci jakoś naprawdę nie zaczęły przeżywać tego. Skoro my na ekranie obserwujemy coś bardzo naturalistycznego. Oczywiście weźmy to jednak w pewien cudzysłów.
Mamy świadomość tego, że to tak do końca prawda nie jest. Nawet pewność, że tak nie jest. Ale jednak młode umysły, bardzo młodzi ludzie patrzą na pewne rzeczy inaczej. I nagle mamy taki taniec śmierci na ekranie i to bardzo realistycznej. Właśnie te bebechy, o których mówiłem, to nie jest żadna przenośnia. To się naprawdę dzieje na ekranie i to w wersji masowej. Rzeczy, które wyprawiane są na ekranie, nie tyle budzą grozę, budzą obrzydzenie, przerażenie i coś obrzydliwego. Piotr bardzo celnie zauważył, że w przypadku dorosłych nie używałbym tych słów. Bo jak sobie dorośli wypluwają flaki. Już kiedyś, pamiętacie Państwo, był taki film kręcony z ręki, gdzie facet szedł, a te flaki zostawały za nim.
Spokojnie to obejrzałem. Mnie to aż tak bardzo nie rusza, mimo wszystko. Natomiast kiedy mamy na ekranie dzieci i niektóre z tych dzieci są naprawdę małe i one robią to, co robią, to człowiek się zaczyna zastanawiać tak jak Piotr. Powtarzam to pytanie za Piotrem: jak to było zrobione, że te dzieci wyszły po tym filmie i nie musiały się spotykać z psychologiem, żeby jakoś odkręcił wszystko, co się wydarzyło? Rzeczy się dzieją tam przedziwne. Ten film, żeby dobrze zrozumieć, stara się nawiązać do takich filmów, które możecie Państwo pamiętać na przykład z lat 80. i trochę wcześniej. Takie poza, nie pozagatunkowe, pozanormatywne. To już były takie słabe horrory, w których nic nie było logiczne, ale chodziło o to, że się flaki wysypywały. I to takie charakterystyczne w latach 80.
na kasetach VHS można było takie horrory klasy Z dostać, obejrzeć i zapomnieć. I to nawiązuje w jakiś sposób do poetyki i stylistyki tamtych filmów. Nawet pewne rozwiązania albo one są robione po to, żeby nas na końcu zaskoczyć. Nie mogę Państwu tego opowiedzieć, ale ten film na końcu stara się zaprzeczać rozwiązaniom hollywoodzkim, gdzie wszystko się kończy dobrze albo często kończy się dobrze. Tutaj kończy się inaczej. Zostawmy sprawy szczegółów gdzieś na boku. Dostajemy, powtarzam, taki taniec śmierci, obrzydliwej w dodatku w różnych swoich wydaniach. I to jest coś, co trudno zrozumieć. Piotr się zastanawiał nad dystrybucją kinową. Ja się natomiast zastanawiam, jak w ogóle ten film mógł się przedostać do szerokiej dystrybucji, ale nawet nie kinowej.
On jest dostępny w różnych innych miejscach poza kinowych i to nikogo nie przeraża. Bardzo często mówi się, że jakiś film jest niedopuszczalny, nie wolno go dystrybuować, bo straszny, a tymczasem dostajemy coś, co jest kuriozum. Chyba tak. I ktoś powie: „Panowie, wy zbyt poważnie podeszliście do tego filmu. To miała być rozrywka”. Naprawdę? To naprawdę miała być rozrywka? Okej, tylko musimy sobie bardzo poważnie zdefiniować ową rozrywkę.
[40:31] - Tak, bo gdyby to był slasher z dorosłymi, nikt by słowa nie powiedział. To znaczy trzeba zobaczyć ten film, żeby zrozumieć, o czym mówimy. Bo nawet na plakacie, Marku, mamy dziecko trzymające głowę dorosłego oddzieloną od ciała. I w Stanach Zjednoczonych, kraju tak wyczulonym na kwestie ataków w szkołach, takie coś przechodzi chyba bez mrugnięcia okiem. Co prawda ten film zgarnia bardzo niskie noty, ultraniskie noty. Jest zjechany przez krytykę, pomimo że zrobiony jest poprawnie, ale to, co w nim pokazano, jakoś się nie staje tematem zauważalnej dyskusji. Może się stało, tylko gdzieś mi przeszło obok nosa. Tymczasem w internecie mamy nagle wrzawę, bo jedna ze znanych aktorek reklamuje bieliznę i wiele osób to oburza, bo się kobita rozbiera i pokazuje tam, że tak powiem, jak powiedział pan Paździoch czy pan Boczek, walory pokazuje. To oburza. Natomiast to, że tam dzieci dokonują krwawej ofiary, to już nie oburza.
Sam film Eli Rotha ma jeszcze jeden element, który może bulwersować. On jest na pewno umyślnie tam osadzony, bo za wszystkim stoją siły demoniczne, ale koniec końców to winien jest pewien ksiądz. Czyli Eli Roth chciał nakręcić podwójnie bulwersujący film z przesłaniem. Taki, który zaboli, oburzy wszystkich, dosłownie wszystkich. Może nawet przesunie pewne granice, wszak pobratymcy Rotha na Bliskim Wschodzie granice bezkarności i brutalności przesuwają co dzień. Nic się z tym nie robi. Może to jest dla niektórych przesadą to, co powiem. Natomiast wyobraźmy sobie, gdyby ktoś nakręcił film taki sam i na końcu obwinił za wszystko rabina. Co by było? Chyba nie muszę tłumaczyć.
Gromiono mnóstwo innych filmów za naruszanie norm różnego rodzaju: równościowych, estetycznych, że ktoś na kogoś krzywo spojrzał, że ktoś miał za krótką spódnicę. To oczywiście w dawnych czasach. A tutaj otrzymujemy nędzną fabułę w szokującej oprawie. Na końcu jest jeszcze scena, w której nieletni bohater odprawia rodziców na tamten świat. To już naprawdę super. Jestem ciekaw, powtarzam po raz kolejny, jak Roth kręcił te sceny z udziałem dzieci i czy im pokazał, w czym potem grały. Super. Jestem zbulwersowany. Nie jestem poruszony scenami, które tam widziałem. Po obejrzeniu tylu filmów takie efekty na mnie nie działają w ten sposób.
Wiem, że to jest fikcja, ale są umysły, które tego nie przyjmą w ten sposób. Szczególnie, że to jest film dla dzieci. To jest film śmieszny ponoć. Nie wiem.
[43:29] - Ja chciałbym jeszcze powiedzieć o czymś, co nie wiem, czy ktoś w ogóle rozważał, ale zastanówmy się, czy ten film narusza czy nie narusza coś, co nazywamy normami społecznymi. Moim zdaniem wulgarność. Tam się pojawiają w tym filmie przekleństwa, obraźliwe określenia. Moralnie przemoc jest przedstawiona w sposób makabryczny, ale te sceny łączą, Piotr o tym wspomniał, okrucieństwo z czarnym humorem. Może ja już jestem za stary na takie filmy, ale mam wrażenie, że granica dobrego smaku jest przekroczona. Chociażby łamaniem norm rodzinnych. Dzieci odruchowo kojarzą się z niewinnością, może nie przesadzajmy, ale z czymś delikatnym. Nagle stają się sprawcami przemocy wobec rodziców, wobec innych dorosłych i to jest rodzaj zabawy. Tam jest taka scena na placu zabaw i te dzieci się tam bawią. Nie tylko na urządzeniach, które temu służą, ale bawią się w zabijanie.
Ta przemoc dzieci wobec dorosłych to naprawdę są brutalne sceny zabójstw, okaleczeń. Naprawdę okrutne, gdyby to traktować poważnie. Ten film oczywiście puszcza do nas oko i mówi: „Nie traktujcie tego poważnie”, ale to jest sprawa tego, jak spojrzymy na ten film. A jeśli spojrzymy na poważnie, to ta przemoc w filmie jest zaskakująca. I to jest chyba przekroczenie norm. Pewnie nie norm prawnych, bo skoro nikt tego nie ściga, to normy prawne nie są naruszone, ale ja się naprawdę poważnie zastanawiam, jak to było w ogóle możliwe. Piotrze, chapeau bas za zwrócenie uwagi tej zbieżności czasowej. Ja nie twierdzę, że ten film oddziaływał w jakikolwiek sposób na to, co się wydarzyło, ale mieszanie w głowach młodym ludziom, przesuwanie granicy tego, co jest dozwolone, czy nie, to jest niebezpieczna zabawa. Pamiętam opowiadania science fiction z lat 80. Autora oczywiście zapomniałem.
Całe opowiadanie polegało na tym, że był taki jeden dzień, chyba 18. urodzin, gdzie młodzi ludzie mogli swoich rodziców rozliczyć. To się odbywało w sposób często okrutny, ale też było w tym opowiadaniu przedstawione bez krwawych szczegółów. Była na to doba, dzieci musiały wykorzystać dobę, a jak nie, to rodzice sobie żyli dalej spokojnie. Nie będę państwu tego opowiadania opowiadał notabene, ale to się dało jeszcze jakoś usprawiedliwić. Tam była za tym jakaś głębsza myśl, pewne odwrócenie, puszczenie oka do czytelnika. Tu nie ma żadnego puszczania oka w tym filmie. Tu jest tak jak mówiłem, taniec śmierci, a właściwie eksplozja okrucieństwa. To jest oczywiście wszystko logicznie uzasadnione. Trudno temu filmowi, skoro już skupiliśmy się na tych rzeczach trudnych do zaakceptowania, przynajmniej przez nas, to powiedzmy też o pewnych lepszych stronach tego filmu.
Ten film jest w miarę logiczny, aczkolwiek to spojrzenie logiczne musi być bardzo rozszerzone, ale tam się pewne rzeczy łączą ze sobą. I ten film jako historia się broni, bo nawet finał, o którym Piotr częściowo powiedział, ma uzasadnienie. To też rodzaj zemsty, bo ten młody człowiek nie wiedział, co zrobi, ale to, że on wyszedł z tego normalny, przynajmniej tak się z nim rozstajemy, to też jest zastanawiające. Mamy do czynienia ze zjawiskiem, które bardzo trudno będzie podsumować. Ja nawet nie potrafię powiedzieć, czy ten film państwu polecam, czy nie polecam. Powiem tak: oglądacie go państwo na własne ryzyko. Tyle, proszę państwa, o horrorze. Westnę sobie już tylko, więcej nic nie będę mówił. Czas na polecanki z pogranicza. Przypomnę państwu: strona Nieznany.pl to jest strona księgarni Galerii Nieznanego Świata, w której znajdziecie państwo multum książek, które dotykają pogranicza.
Umownego pogranicza spraw paranormalnych, ezoterycznych, wszelkich dziwnych, które mogą pasjonować. Poza stroną internetową, jeśli jesteście z Warszawy albo przypadkiem w Warszawie przebywacie, możecie państwo zajrzeć na ulicę Kredytową. Tam jest księgarnia Galeria Realna w realu i tam na półkach stoją książki. Całe mrowie książek. Bardzo państwu to miejsce polecam. A teraz już tradycyjny przegląd książek polecanych. Pierwszy tytuł, który wybrałem na dzisiaj, to "Najdalsza podróż". Autor R.A. Monroe, tłumacz Jerzy Śmigiel. Czy istnieje podróż, która może być dłuższa i bardziej niezwykła niż wyprawa na drugi koniec świata?
R.A. Monroe w książce "Najdalsza podróż" przekonuje, że być może największa przygoda człowieka nie odbywa się w przestrzeni, którą znamy, ale w obszarze, którego wciąż nie potrafimy zrozumieć. To opowieść o świadomości, nieznanym, życiu i śmierci, a także o strachu, który często bardziej niż rzeczywiste przeszkody ogranicza nasze możliwości. Książka jest trzecim tytułem w znanej serii Monroe. Po dalekich podróżach i podróżach poza ciałem autor w tej książce rozwija swoje wcześniejsze zainteresowania doświadczeniami pozacielesnymi i możliwościami ludzkiej świadomości. Tym razem opowieść ma szczególnie osobisty charakter, a jej perspektywę uzupełniają relacje innych osób. Dzięki temu nie jest to wyłącznie zapis indywidualnych poszukiwań, ale również próba spojrzenia na tajemnice ludzkiego istnienia i to z różnych stron. Jednym z najważniejszych tematów książki jest strach. Monroe traktuje go jako jedną z największych barier w rozwoju człowieka. Zachęca, by zamiast uciekać przed nieznanym, spróbować potraktować je jako źródło ciekawości i nowych doświadczeń.
To interesująca myśl, która wykracza poza tematykę duchowości. W końcu każdy z nas boi się czasem zmian, porażek, niepewnej przyszłości czy podejmowania decyzji, których konsekwencji nie potrafimy przewidzieć. Autor proponuje więc zmianę perspektywy. Zamiast pytać wyłącznie, co może pójść nie tak, warto czasem zapytać, czego mogę się dzięki temu dowiedzieć. Drugim ważnym zagadnieniem jest śmierć, czyli temat, od którego większość ludzi woli odwracać wzrok. Monroe próbuje oswoić to, co nieuchronne i zachęca do zastanowienia się nad naturą świadomości oraz granicami ludzkiego poznania. Nie proponuje jednak prostych odpowiedzi na wszystkie egzystencjalne pytania. On raczej zaprasza do poszukiwań i otwartości na to, czego jeszcze nie rozumiemy. Właśnie w tym tkwi siła tej książki. Nie musi przekonać każdego do przedstawianych w niej koncepcji, aby skłonić do refleksji.
Warto jednak pamiętać, że doświadczenia poza ciałem i hipotezy dotyczące świadomości po śmierci pozostają obszarem kontrowersyjnym. Osobiste relacje i przeżycia mogą być fascynujące, ale nie są automatycznie dowodem naukowym na istnienie życia po śmierci. Dlatego najlepiej czytać książkę z otwartą głową, ale również z zachowaniem krytycznego myślenia. Nie trzeba bezwarunkowo wierzyć we wszystko, co opisuje autor, żeby skorzystać z pytań, które on stawia. "Najdalsza podróż" to propozycja dla czytelników zainteresowanych rozwojem osobistym, tajemnicami ludzkiej świadomości i poszukiwaniem odpowiedzi na najtrudniejsze pytania dotyczące naszego istnienia. To książka, która może nie tyle dostarczyć gotowych odpowiedzi, ile zachęcić do spojrzenia na życie z szerszej perspektywy. Bo być może najdalsza podróż wcale nie prowadzi do odległych miejsc, lecz w głąb nas samych. A do takiej wyprawy nie potrzebujemy ani biletu, ani paszportu. Wystarczy odrobina odwagi i ciekawości. Przypomnę tytuł: "Najdalsza podróż".
Autor R.A. Monroe, tłumacz Jerzy Śmigiel. Kolejna książka nosi tytuł: "Prawo przyciągania w praktyce". Autor Moritz Lohmann, tłumacz Agata Wójcik. Czy naprawdę możemy przyciągać do swojego życia to, czego pragniemy? Czy wystarczy odpowiednio ukierunkować myśli, żeby łatwiej osiągać cele, poprawić relacje, znaleźć lepszą pracę czy poczuć się szczęśliwszym? Autor w książce "Prawo przyciągania w praktyce" proponuje podejście, które ma pomóc uporządkować własne pragnienia i zamienić je w konkretne działania bez wielogodzinnych medytacji, skomplikowanych teorii i konieczności wywracania życia do góry nogami. Wystarczy siedem minut dziennie i odrobina konsekwencji. Autor stawia na praktykę, a nie na samo czytanie o pozytywnym myśleniu. Książka zawiera krótkie ćwiczenia, które pomagają precyzyjniej określać cele, rozpoznawać wewnętrzne blokady i zauważać własne zachowania utrudniające realizację planów.
Zamiast ogólnego życzenia: chciałbym, żeby moje życie było lepsze. Czytelnik ma nauczyć się odpowiadać sobie na znacznie konkretniejsze pytania. Czego właściwie chcę? Dlaczego jest to dla mnie ważne i co mogę zrobić, żeby się do tego przybliżyć? Najciekawszym elementem tej propozycji jest codzienny siedmiominutowy rytuał. To tak naprawdę niewiele czasu, szczególnie dla osób, które mają wrażenie, że ich doba składa się głównie z obowiązków, spotkań i niekończącej się listy spraw do załatwienia. Krótkie ćwiczenia mają pomóc lepiej zarządzać uwagą, oswajać stres i budować bardziej świadome nawyki. W tym sensie książka dotyka zagadnień bliskich psychologii i rozwojowi osobistemu. Nie chodzi bowiem tylko o marzenia, ale również o to, jak codziennie myślimy, podejmujemy decyzje i reagujemy na trudności. Warto jednak spojrzeć na temat prawa przyciągania z pewnym dystansem.
Pozytywne myślenie samo w sobie nie gwarantuje sukcesu, a wyobrażanie sobie bogactwa nie sprawi automatycznie, że pieniądze pojawią się na koncie. Podobnie w relacjach czy w zdrowiu. Nie wszystko zależy od naszego nastawienia. Znacznie bardziej przekonujące jest podejście, w którym praca z intencjami pomaga uporządkować priorytety, zwiększyć motywację i dostrzegać możliwości, które wcześniej jakoś umykały naszej uwadze. Myśli mogą być dobrym początkiem, ale to działania przynoszą realne zmiany. Prawo przyciągania w praktyce zapowiada się jako przystępny przewodnik dla osób, które chcą lepiej poznać siebie, uporządkować swoje cele i wprowadzić do codzienności kilka prostych, pozytywnych nawyków. Szczególnie może zainteresować początkujących oraz tych, którzy nie mają czasu na rozbudowane poradniki rozwojowe. To pozycja z kategorii małych kroków, które mają prowadzić do większych zmian. Bo być może siedem minut dziennie nie wystarczy, żeby odmienić cały świat, ale może wystarczyć, żeby zacząć inaczej patrzeć na własne życie. A to już całkiem dobry początek.
Przypomnę Państwu tytuł. "Prawo przyciągania w praktyce", autor Moritz Lohmann, tłumacz Agata Wójcik. I wreszcie trzecia pozycja. "Podróż do Ojca Ciekawości". Autor Bruce Moen, tłumacz Joanna Mądrzak. Czy ciekawość może zaprowadzić człowieka dalej niż wiedza? A także czy może zaprowadzić dalej niż doświadczenie i wyobraźnia? Bruce Moen w książce "Podróż do Ojca Ciekawości" udowadnia, że przynajmniej warto spróbować sprawdzić. To kolejna, czwarta już wyprawa autora w świat świadomości, podczas której granica między tym, co znane, a tym, co tajemnicze, staje się wyjątkowo cienka. Punktem wyjścia jest zwykła ludzka potrzeba zadawania pytań o sens istnienia, o życie, o śmierć i o miejsce człowieka w większym porządku rzeczy.
Moen zabiera czytelnika w niezwykłą podróż, podczas której opisuje między innymi piekła, puste niebo, kobiecin czasu oraz spotkania z tajemniczymi istotami i inteligencją planującą. Nie są to jednak typowe rozważania filozoficzne. Autor przedstawia swoje doświadczenia jako osobiste wyprawy poza granice zwykłej świadomości. Towarzyszą mu przyjaciele, z którymi odbywa tak zwane podróże partnerskie. Według autora wspólne doświadczenia pozwalają porównać obserwacje i lepiej poznawać opisywane obszary. Jednym z najciekawszych elementów książki jest właśnie ta próba odkrywania nieznanego poprzez ciekawość i zadawanie kolejnych pytań. Moen nie ogranicza się do przedstawiania własnych przeżyć, ale zachęca czytelnika do samodzielnego eksperymentowania. Sugeruje, że nie trzeba posiadać wyjątkowych zdolności, aby rozpocząć podobne oszukiwania. Wystarczy otwartość, cierpliwość oraz gotowość do wyjścia poza utarte schematy myślenia. Warto zwrócić uwagę również na humorystyczny charakter opowieści.
Mimo że autor porusza tematy bardzo poważne, nie traktuje siebie ani swoich odkryć z przesadną powagą. Szczególnie interesująca wydaje się wizyta w Centrum Humoru, gdzie pojawia się pytanie o znaczenie śmiechu w naszym życiu. To ciekawy kontrast dla rozważań o śmierci, świadomości i tajemnicach istnienia. Pokazuje, że nawet podczas najbardziej niezwykłych poszukiwań nie warto tracić poczucia humoru. Książka może zainteresować osoby, które lubią zadawać trudne pytania i nie zadowalają się prostymi odpowiedziami. Trzeba jednak pamiętać, że opisywane przez autora podróże poza ciałem oraz spotkania z istotami czy wizje innych wymiarów są jego osobistymi doświadczeniami i interpretacjami. Wspólne relacje uczestników są naprawdę interesujące, ale same w sobie nie stanowią dowodu na istnienie przedstawionych światów. Warto więc czytać tę książkę z otwartością, ale również z własnym krytycznym osądem. „Podróż do Ojca Ciekawości” zapowiada się jako propozycja dla czytelników zainteresowanych duchowością, świadomością i tajemnicami ludzkiego istnienia. To książka, która może pobudzić wyobraźnię, skłonić do refleksji i zachęcić do zadawania trudnych pytań.
Pytań, na które być może nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi, bo czasami największą wartością podróży nie jest dotarcie do celu, ale sama droga i odwaga, by w ogóle w nią wyruszyć. A ciekawość, jak wiadomo, potrafi zaprowadzić naprawdę daleko. Przypomnę tytuł: „Podróż do Ojca Ciekawości”. Autor Bruce Moen, tłumacz Joanna Mączak. Proszę państwa, a teraz zapraszam na Sentymentalnik. Dzisiaj w jego ramach rozpoczniemy nowy podcykl. No tak, podcykl. Podcykl o zapomnianych przedmiotach. Jako pierwszy taki przedmiot pojawia się odbiornik telewizyjny, a właściwie odbiorniki telewizyjne z dawnych czasów. Zapraszam.
Dzień dobry wieczór państwu. Sentymentalnik. Czas zacząć. A dzisiaj w Sentymentalniku porozmawiamy o telewizorach. Nie tylko o telewizorach, ale o wszystkim, co z telewizornią się wiązało. Tak, telewizornią, bo takie słowo również się pojawiało, kiedy człowiek chciał pejoratywnie opowiedzieć o tym, co się wyprawia w nadajniku, a właściwie co przychodzi do nas z Warszawy. Zaczynamy zatem Sentymentalnik. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:03:44] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj pierwszy odcinek podcyklu pod tytułem „Przedmioty, których już nie ma” i przyjrzymy się w tym naszym cyklu takim, jak sama nazwa wskazuje, przedmiotom z okresu minionego, słusznie czy nie, które dzisiaj już nie występują. Zauważymy, że bardzo często one odchodzą w niepamięć i to tak na zawsze. Nie pamiętamy o wielu z nich, aczkolwiek dawniej funkcjonowanie bez nich było albo trudne, albo często niemożliwe, jak to się dzisiaj okaże, kiedy będzie mowa o kilku przyrządach służących do odbioru telewizji. Opowiemy o telewizorach. Może o telewizji nie, o telewizorach z okresu PRL-u i transformacji, bo jak ktoś młodszy, to może nie wie, ale kiedyś to wyglądało wszystko zupełnie inaczej. Takie są uroki technologii. Kto, drodzy państwo, pamięta na telewizorach przyciski do trybów PAL i SECAM na przykład na pilotach? Kto pamięta stabilizatory, tak zwane stabilizatory? Niedługo pewnie też anteny staną się sprzętem retro.
Marku, gdyby ktoś wszedł do komory hibernacyjnej w latach 70. i ocknął się teraz i zobaczył telewizor, to pierwsze, na co by zwrócił uwagę, to płaskość dzisiejszych kontra wypukłość dawnych ekranów. Na pewno. No i rozmiary odbiorników. Ale tych różnic było więcej. Jak wyglądał na przestrzeni lat, PRL-u oczywiście, zestaw telewizyjny? Jak pamiętasz ten najstarszy i jak to się kształtowało? Kiedy pojawił się pilot w tej przestrzeni telewizyjnej? No i czym był ten rzeczony stabilizator?
[01:05:43] - Pilot. To jest sprawa bardzo późna. Tak naprawdę pojawił się pilot użytkowy w drugiej połowie lat 80. Chyba że ktoś rzeczywiście miał sprzęt prosto z Zachodu sprowadzony. Ale tu też były problemy, bo system nadawania na Zachodzie był inny, więc trzeba było przestroić to całe urządzenie, więc to inna sprawa. Ale sięgnijmy dalej, bo czasy były naprawdę ciekawe. Ja jeszcze pamiętam telewizor swoich dziadków. To był telewizor przedziwny, bo państwo pewno widzieli w internecie. To wyglądało jak takie radio z malutkim ekranikiem. Ten ekranik to był...
Ja nie wiem, ile to było cali. Wiecie państwo, pamięć dziecięca wszystko powiększa, ale to było naprawdę malutkie. Myślę, że dzisiaj mam przed sobą w laptopie większy monitor, niż był ten monitor telewizora dziadków. W dodatku ta skrzyneczka była z drewna i to takiego na wysoki połysk. Te regulatory, wszystkie przestawianki, pokrętła, to było z żółknącego plastiku. On chyba żółkł jeszcze w sklepie, bo zawsze był taki jakby stary. Te telewizory, chociaż były nowe, w miarę nowe, to one już wyglądały jak zabytki wtedy, kiedy ja je pamiętam. A pamiętam te telewizory z końcówki lat 60., bo wtedy zacząłem łapać sygnały, które we mnie zostały, że tak sobie znowu zrymuję. Pamiętam ten telewizor. Dzisiaj to byłby zabytek i pewno by po wysokiej cenie sobie chadzał po różnych aukcjach.
Wtedy to było takie coś, oglądało się "Jacka i Agatkę" czy jakieś inne "Dobranocki", "Czterech Pancernych" też tam oglądałem. Ale ponieważ mówimy dzisiaj o sprzęcie, a nie o telewizorni tej, która przychodziła z Warszawy, to ten sprzęt, tak jak powiedziałem, ten pierwszy telewizor bardziej przypominał radio, które ja pamiętam, niż coś, co miało służyć przekazywaniu obrazu. Moja mama na przykład nie miała telewizora w ogóle. Takie to były czasy. Cóż więcej? Kiedy wreszcie w naszym domu pojawił się telewizor, to on był od razu, pamiętam, że nazywał się Beryl i miał całkiem spory ekran, ale też miał gabaryty całkiem spore, bo jak Piotr to sygnalizował, to rzeczywiście te telewizory miały bardzo duże tyły, żeby się nie wyrażać bardziej dosadnie. Te ekrany przede wszystkim nie były takie jak dzisiaj, bo były w innej proporcji. Dzisiaj mamy zupełnie inny rodzaj przekazu, inne proporcje. Te proporcje zresztą zmieniły się dopiero w latach 90. czy na przełomie lat 90.
i XXI wieku. Tego już tak dokładnie nie pamiętam. A wtedy ta telewizja bardziej była w kwadracie niż w prostokącie. To też taka różnica dosyć poważna. Przez długi czas telewizja była czarno-biała i można sobie było mieć odbiornik kolorowy, a i tak pokazywał na czarno-biało, to też nikt takiego szaleństwa nie robił. Zresztą te pierwsze odbiorniki kolorowe, które się pojawiły, to były odbiorniki bardzo drogie, radzieckie i bardzo drogie. To była równowartość kilku pensji. To też nic dziwnego, że to była rzadkość. Zresztą trudno było inwestować w kolorowy odbiornik gdzieś w pierwszej połowie lat 70., ponieważ telewizja nie była kolorowa. Później się zaczęło to zmieniać.
W programie telewizyjnym pojawiały się adnotacje, że dany program nadawany jest w kolorze. I to była informacja specjalna, bo tylko niektóre programy z rzadka kolorowe były. Pamiętam nawet, gdzieś tak mi się obiło o pamięć i zostało takie wydanie bardzo popularnego wówczas programu "Piórkiem i węglem". Tam profesor Wiktor Zin na oczach telewidzów na żywo rysował różne obrazy, pokazywał, jak się tam te różne rzeczy rysuje. Opowiadał przy okazji trochę o malowaniu, trochę o historii, o różnych innych sprawach związanych z kulturą. I pamiętam taki odcinek, który był nadawany, nie pierwszy odcinek audycji "Piórkiem i węglem", tylko pierwszy kolorowy odcinek tej audycji. I tam profesor Wiktor Zin opowiadał, że jak to by była telewizja czarno-biała, to tutaj zamiast kredki czy kredy w kolorze białym mógłby użyć żółtej i nikt by nie zauważył. A teraz się musi starać i rysuje tak, jak trzeba. Więc to na początku była rzadkość i to zaznaczanie, że teraz pojedziemy do państwa z kolorem, to była rzecz bardzo mocno podkreślana. Ale powtarzam, to była rzadkość.
Ja trochę jeździłem wtedy do różnych ośrodków wypoczynkowych z rodzicami, z dziadkami. Nie pamiętam ośrodka, w którym stałby kolorowy telewizor. Wszędzie to było na czarno i na biało. Czasami u jakiegoś znajomego trafiło się na kolorowy telewizor. I ja mówiłem państwu, że telewizory były duże, ale radzieckie kolorowe telewizory były ogromne. To, że one były ogromne, to jeszcze jakoś można zrozumieć, ale to były naprawdę olbrzymie szafy. To, że one były ogromne, to jest pikuś, ale one były przy okazji przeraźliwie ciężkie. Absolutnie ciężkie. I to niestety miało swoje konsekwencje, bo na byle czym takiego telewizora nie można było postawić. To musiał być solidny mebel, żeby unieść potęgę tego kolorowego ekranu i w ogóle tego kolorowego ustrojstwa.
Ja państwu powiem więcej. Kolorowe telewizory w pierwszej połowie lat 80. to w dalszym ciągu była rzadkość. Ja pamiętam znanego bydgoskiego dziennikarza Mieszkał w tym samym bloku, w którym myśmy mieszkali i miał być emitowany film pojutrze czy jutro, taki katastroficzny o wojnie nuklearnej. The Day After. Dokładnie tak. The Day After. I on specjalnie do nas przybiegł, bo zapamiętał, że my mamy duży telewizor, bo już zmieniliśmy. Już nie pamiętam, jaki to był model, ale był duży i on sobie skojarzył, że jak on jest duży, to jest kolorowy. No nie, był czarno-biały u nas i on biegał po całym bloku, bo chciał ten film The Day After obejrzeć w kolorze.
Miał problemy ze znalezieniem kogoś, kto miałby odbiornik kolorowy. Więc powtarzam jeszcze w pierwszej połowie lat 80. telewizor kolorowy nie był już wielką rzadkością, ale częsty też nie był. Poza tym kolorowość tych telewizorów pozostawiała wiele do życzenia, bo te kolory były takie sobie. Mało miały wspólnego z rzeczywistością. My, którzy jesteśmy przyzwyczajeni do tych barw, które dostajemy w nowoczesnym sprzęcie, chyba sobie nawet nie potrafimy wyobrazić albo przypomnieć w pełni, jak szarobure były te kolory w kolorowej telewizji w PRL-u. Może to była kwestia regulacji, ale proszę państwa, regulowanie kolorów w kolorowym telewizorze produkcji radzieckiej to była cała sztuka. Naprawdę, tych pokręteł, zawijasów było tyle, że naprawdę... A w dodatku jeszcze, bo to też znam, ale od swojego znajomego, który miał kolorowy telewizor. Właśnie nie on miał, tylko jego rodzice.
Do tego telewizora nie wolno się było zbliżać, bo była taka miejska legenda, która zresztą coś z jakiejś prawdy w sobie miała, że te radzieckie kolorowe telewizory lubiły od czasu do czasu zapłonąć. I żeby nie kusić losu, to dzieciakowi w ogóle się do tego telewizora nie wolno było zbliżać. I to nie chodziło o bezpieczeństwo tego dzieciaka, tylko żeby nic tam nie przesuwał, bo od samego przesunięcia mógłby się zapalić. Ile w tym prawdy? Tego nie wiem, ale ta legenda, a może nie legenda miejska, była bardzo popularna, że radzieckie kolorowe telewizory płoną. Po prostu płoną. Ja pamiętam, jakie było poruszenie, kiedy pojawił się, znowu nie pomnę daty, ale chyba koniec lat 70., pojawił się pierwszy polski kolorowy telewizor. Pamiętam jego nazwę. Jowisz. Też miał bure kolory, nie za fajne, ale był polski.
Już nie był tak potężny. Bo na czym ta potęga polegała? Na tym, że, już użyję tego słowa nielubianego przez algorytm, ale ten telewizor radziecki miał potężną dupę po prostu. To było tak ogromne, że szafka, już mówiłem, że powinna być masywna, ale ona przede wszystkim, jak to się mówi, głęboka powinna być, bo to ustrojstwo naprawdę było potężne, w tył szło i to bardzo znacząco. Jowisz już taki potężny w tyle nie był. No cóż, te zestawy telewizyjne to warto jeszcze powiedzieć o tym, że końcówka lat 60. to była antena w każdym oknie. Każdy, kto miał telewizor, wystawiał przez okno antenę w jednym, w drugim, w trzecim miejscu, ale gdzieś ją wystawiał, gdzie ten sygnał był najmocniejszy. Pamiętam nawet, jak mieszkaliśmy jeszcze w bloku, w tym pierwszym bloku, w którym mieszkaliśmy, to na balkonie była przymocowana antena. Taki, jak tę figurę określić?
Taki pałąk. To tak wyglądało. Antena. Trochę na takim szyldzie Telewizji Katowice starym było coś, co przypominało taką antenę. Tam był szyb górniczy, a tam w jednym miejscu też było coś w rodzaju takiej anteny. To było bardzo proste urządzenie. To był właściwie, nie wiem, dipol czy nie dipol, ale w każdym razie to chyba z aluminium ja pamiętam, że było. Było wygięte w taki łuk dosyć wąski i to się wystawiało i to całkiem dobrze działało. Ale gdzieś tak na początku lat 70. uruchomiono drugi program telewizji.
To było wydarzenie. No jak to? Można oglądać, co się chce? To duża przesada, bo w ogóle intensywność nadawania telewizji w PRL-u była taka sobie. Program się późno zaczynał, dosyć wcześnie kończył. Przed południem czasami coś było nadawane dla szkół. Mało intensywnie, ale było. Telewizyjne technikum rolnicze było też nadawane z dobrą muzyką na początku jako wprowadzenie wziętą, oczywiście ukradziono ją z Zachodu. „W drogę, Jack”, pamiętam, to taki motyw. „W drogę, Jack”.
It's Road Jack, ale w każdym razie nie pamiętam, kto to grał, ale bardzo dobra muzyka. A później było telewizyjne technikum rolnicze. Mało pasjonujący program. W każdym razie trochę drugi rodzaj anten i ta antena do drugiego programu to, proszę państwa, już było bardziej skomplikowane. To nie był taki prosty dipol czy też taki trochę wygięty, tylko to już miało kilka wypustek. Coś takiego, co było zamknięte w mydelniczce. Pamiętam dokładnie. Używano do zabezpieczenia, nie wiem, czy to była elektronika, ale tego czegoś, co łączyło się z kablem. Tam było jakieś ustrojstwo i to było zamykane w mydelniczce. Po prostu brano z rynku mydelniczki i to było zamknięte w tej mydelniczce i gwarantowało, że będzie drugi program.
I to wisiało przez jakiś czas na balkonie, czyli wisiały już dwie anteny. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, że jak wieżowiec, tyle mieszkań, to zrobimy antenę zbiorczą. Przyszli panowie, zamontowali gniazdka w domu i był luksus. Antena zniknęła, balkon wyglądał całkiem nieźle. W ogóle blok zaczął wyglądać nieźle, ponieważ wyobraźcie sobie państwo, każde mieszkanie miało swoją antenę i to wyglądało naprawdę przezabawnie. Jeszcze przezabawniej wyglądało to w centrum miasta, gdzie są stare kamienice, bo to po prostu las anten w oknach umieszczonych, rozmaicie wygiętych, wyprofilowanych, żeby to coś się tam łapało jednak. I pojawiła się antena zbiorcza. To już, proszę państwa, był luksus, bo się podłączało do gniazdka telewizor i grało. Tak to mniej więcej wyglądało. Piloty, jak mówiłem, pojawiły się bardzo późno, ale ja pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie to, że poszedłem kiedyś do swojego kolegi i tam stał telewizor czarno-biały, ale pan domu, ojciec mojego kolegi, siedział sobie na fotelu i miał urządzenie, którym ten telewizor regulował, zgłośniał.
Inne rzeczy tam też były, jakieś inne regulacje, ale to był pilot na kablu. Był po prostu wyprowadzony z telewizora długi kabel. Na końcu tego kabla było coś, co mniej więcej gabarytami przypomina takie coś na okulary, taką pochewkę na okulary. Tam były różne pokrętła i tymi pokrętłami się regulowało co się chciało. A zatem namiastka pilota, przynajmniej w niektórych modelach telewizorów była. Ale powtarzam, namiastka. Taki prawdziwy pilot to lata 80. To pamiętam bardzo dokładnie, bo ja nawet nie wiedziałem na początku, jak się to ustrojstwo do regulowania na odległość nazywa. Nie miałem pojęcia. Ktoś mi uświadomił, że to pilot.
To zapamiętałem bardzo szybko, ale to taka była moja świadomość, taki stan mojej świadomości jeszcze w pierwszej połowie lat 80. Być może byłem zacofany, tego się nie da wykluczyć, bo wiem, że kolorowe telewizory i telewizory pochodzące z Zachodu, tylko powtarzam przestrojone, bo u nas obowiązywał system Europy socjalistycznej, czyli system SECAM. On się różnił. Ja państwu szczegółów technicznych oczywiście nie podam, bo jestem mało techniczny, ale telewizory przywożone z Zachodu, bo ludzie coraz częściej wyjeżdżali i przywozili, trzeba było oddać do zakładu naprawczego i ten zakład naprawczy przestrajał, żeby odbiornik pierwotnie odbierający PAL odbierał SECAM. To się dało zrobić. A właśnie powiedziałem o zakładach naprawiających telewizory. To był stały rytuał. Do wyboru były dwie drogi: albo się telewizor zawoziło do zakładu, żeby naprawili, to w przypadku tych mniejszych modeli się nawet sprawdzało, jeśli się znalazło kogoś, kto nas podwiózł, bo samochody też były dobrem dosyć rzadkim, a taksówkarze niekoniecznie chcieli brać te telewizory na pokład swoich taksówek. Więc w przypadku mniejszych modeli się to sprawdzało. Jeśli ktoś miał większy telewizor w domu, to się wołało pana od telewizorów.
Przychodził pan z potężnym wyposażeniem. To znaczy on dźwigał coś w rodzaju walizki, bo tam musiał mieć różne urządzenia, różne lampy, różne cuda. A w ogóle pierwsze pytanie to: jaki to jest telewizor? Bo jak szedł do klienta, to nie mógł zabrać wszystkich części, bo tych modeli telewizorów było naprawdę całkiem sporo i on do każdego klienta indywidualnie musiał się przygotować. Musiał zebrać pewien zestaw rzeczy, które mogły wysiąść w danym modelu. Przychodził, a to wymieniał płytkę, a to wymieniał lampę, a to wymieniał jakieś inne cuś, jak to się tak popularnie wtedy mówiło. Taka wizyta raz trwała krócej, raz dłużej. Pamiętam taką wizytę w swoim domu, gdzie pan przesiedział prawie pięć godzin, bo był zamówiony. Przyszedł o 16.00. To teraz sobie państwo piątkę dodajcie.
Wtedy wyszedł. Ta naprawa nawet taka droga nie była, ale pan przy okazji zjadł kolację, był zadowolony i my też byliśmy zadowoleni. Teraz o stabilizatorze. Ja powiem, słyszałem o tym urządzeniu, ale ono chyba było popularne w latach 60., a tak daleko moja pamięć nie sięga. Ja nie zanotowałem tego. Wiem, do czego to służyło, bo mi opowiadano o tym, że ponieważ sieć była mało stabilna, wtedy w Polsce obowiązywało 220 wolt, jak się wtedy mówiło wolt. Więc te wolty znamionowo były 220. Później to zmieniono, teraz mamy 230, ale to tylko tak deklaratywnie było 220, bo tam potrafiło być i 180 albo i 250. Czemu nie? I ponieważ lampy Telewizor, urządzenie lampowe wtedy i to delikatne.
Tych lamp tam sporo, delikatne to wszystko. Więc jak takie były różnice, to nie służyło lampom. I żeby zabezpieczyć te urządzenia, te swoje okna na świat ludzie montowali przed włącznikiem. Najpierw w gniazdko był wstawiany stabilizator, a za stabilizatorem podłączany był telewizor dopiero. I to miała być gwarancja tego, że pomimo tych wahań w napięciu, jednak do telewizora dostarczane będzie takie napięcie, jakie powinno być. Te telewizory, tak jak powiedziałem, były dosyć wrażliwe na te skoki albo spadki napięcia. To tak w skrócie, jeśli sobie przypominam. Później się pojawiły oczywiście telewizory, które miały podwójną funkcję, były na PAL i na SECAM. To ten przełącznik sławny, który się pojawiał. Ja pamiętam tylko mało subtelny dowcip w stylu Strasburgera suchar, że jak Azję wdziewali na PAL, to nic mu się nie działo i on się zaczął śmiać.
Mówi: „Tak, bo ja nie jestem pal, tylko jestem sekam”. Jeśli się państwo uśmiali, to gratuluję.
[01:26:17] - Tak, ja akurat nie wiem, dlaczego stabilizatory pamiętam i nawet jeszcze jeżeli ktoś miał starszy telewizor kineskopowy, to taki stabilizator czasami miał, bo był taki okres przejściowy, kiedy ludzie posiadali nawet jakiś wypasiony telewizor, ale gdzieś tam w głębi chałupy mieli jeszcze schowany drugi awaryjnie, żeby go odpalić. Ja te stabilizatory pamiętam nawet, że jeszcze bywały. Może to po prostu zależy od lokalizacji. Może na wsiach były bardziej potrzebne? Nie wiem, trudno mi powiedzieć. Teraz się nie znam. Ja nie mogę powiedzieć za dużo o tych archaicznych odbiornikach, ale je pamiętam. Pamiętam, że były. Pamiętam, że rzeczywiście były, jak to się mówi, dupne, jebutne, naprawdę duże i ciężkie niesamowicie. Ale w moich czasach wchodziły już odbiorniki mniejsze i sprytniejsze.
Nie wiem dlaczego ja pamiętam zazwyczaj japońskie marki, które były i dla mnie jako dla dziecka był taki paradoks, bo z jednej strony ten telewizor stary często był większy, paradoksalnie był większy, ale jednak jakość tego mniejszego i te wszystkie bajery, które były już zrobiła wrażenie. Mieliśmy w latach transformacji wysyp różnego rodzaju marek pochodzących i ze Wschodu, i z Zachodu. Marku, czy ty zapamiętałeś jakoś tą epokę późniejszą, kiedy wchodzą piloty, wchodzi to wszystko i kiedy ta telewizja robi się już naprawdę taka fancy? Ja na przykład zapamiętałem bardzo dobrze, że były... Nie wiem, czy mogę podawać nazwy firm. Może te firmy jeszcze istnieją, ale jakoś było tak, że może u nas w kręgu popularne były właśnie marki japońskie i one się wykazywały zaskakującą trwałością, bo kiedy ktoś sobie taki telewizor kupował, dajmy na to w latach 90., to były, powiem ci, konstrukcje nie do zajechania czasem. Funkcjonowały bardzo długo. Ja pamiętam też taką tendencję u swoich znajomych, bo wiesz, kiedy już wszedł ten dobrobyt, że ktoś sobie mógł pozwolić na przykład na dwa telewizory albo na nowy telewizor, to kolorowy, taki zachodni czy wschodni, to sobie kupował, ale tego starego nie wyrzucał, bo zawsze mogło być tak, że coś mogło nawalić. Czy ty pamiętasz jeszcze jakieś marki, jakieś przedmioty? Jakieś telewizory, które były obiektem szczególnych westchnień?
I jeszcze chciałbym powrócić do tej awaryjności radzieckich odbiorników, bo rzeczywiście ona się przerodziła trochę w kwestię legendy miejskiej, że one wybuchały, że one się paliły. Nie wiem, czy to jest w jakiś sposób potwierdzone. To funkcjonuje w zasadzie w takiej formie opowieści, że ludzie mówią: „Tak, tak, słyszałem, że u cioci szwagra brata się spalił” i tak dalej, i tak dalej, i wszystko wybuchło. Ale jak to było naprawdę, to chyba tak do końca nie wiemy.
[01:29:35] - Coś na rzeczy musiało być, bo ja znowu mam taką dziwną pamięć, że różne rzeczy zapamiętuję, czasami bardzo mało istotne i takie flesze gdzieś się pojawiają u mnie. I jednym z takich fleszy z dzieciństwa jest, jak mój ojciec czyta notatkę w gazecie o tym, że się spaliło jakieś mieszkanie na jednym z osiedli bydgoskich i że przyczyną był właśnie kolorowy telewizor. To była notka prasowa, więc przynajmniej jeden taki przypadek mogę potwierdzić. Jak to było z częstotliwością czy z masowością tego zapalania się? Tego nie wiem. Po prostu nie wiem, bo jakoś daleko. Tak jak powiedziałem, to było dobro rzadkie. Wyobraźcie sobie państwo, że naprawdę trzeba było kilku pensji i to takich kilku większych kilku niż mniejszych, żeby kupić kolorowy telewizor produkcji radzieckiej. A przecież coś jeść przez te miesiące kolejne trzeba. Zatem oszczędzanie na kolorowy telewizor to było coś poważnego.
To było poważne przedsięwzięcie. To nie było tak, że dwa, trzy miesiące i był kolorowy telewizor. O nie, nie, nie. Nawet jeśli to były niezłe pensje, to tych pensji trzeba było trochę odłożyć. Zatem w ogóle, proszę państwa, telewizory już nie tylko radzieckie, kolorowe, ale w ogóle telewizory nie były tanie. Jakby znowu powiedział Paścioch: to nie są tanie rzeczy. I nie były tanie rzeczy, bo pamiętam jeszcze swoich dziadków, kiedy zmieniali ten mały telewizor, który opisałem. Ja już nawet nie pamiętam jego nazwy. Nawet się zastanawiam, czy to był polski telewizor, ale to już bym musiał sięgać za bardzo pamięcią i trochę by to czasu zajęło. Zatem nie pamiętam, ale zmienili w końcu ten telewizor i to znowu był czarno-biały telewizor o całkiem już niezłym przekroju kineskopu, ale to było przedsięwzięcie finansowe.
Tak jak dzisiaj czasami podejmujemy jakąś szaloną decyzję, że coś kupujemy, inwestujemy w siebie jakiś szalony zakup, to kupienie telewizora było właśnie szalonym zakupem. To nie było tak, że pyk i się kupowało telewizor. Ja już pomijam to, że rynek PRL-owski dawał o sobie znać. To nie było tak, jak jest dzisiaj, że wchodzicie państwo do sklepu, w którym telewizorów jest tyle do wyboru, naprawdę cała masa. Nie, nie. W dodatku one są, te sklepy usieciowione. Nie. Wtedy się wchodziło do jakiejś takiej nory, bo na ogół te sklepy jak nory wyglądały. I tam głównie zdarzało się, że stał sprzedawca, a telewizor to może stał jeden albo dwa i to z tego połowa zepsuty, czyli jeden działał. Tak to czasami wyglądało.
A jak już się telewizorów trochę pojawiło, to były jakieś kolejki, zapisy. Nie było to różowo. Może jeszcze nie brakowało tych telewizorów aż tak bardzo, ale zdarzały się momenty, że jak się chciało kupić jakieś konkretne, to jak zwykle w PRL-u trzeba się było nachodzić, napytać, dowiadywać, kiedy będzie dostawa, a ile jej będzie, a czy się uda, a zaklepać sobie, a może jakąś znajomość zadzierzgnąć ze sprzedawcą, że może by odłożył. Ale jak odłoży, to przyjdzie jakiś komitet kolejkowy i mu zarzuci i napisze skargę. I tak to się radośnie wszystko toczyło. Jeśli chodzi o marki, to już jest trochę problem. Mówiłem o tym, że telewizor nazywał się Beryl. Dużo było telewizorów, których polskie nazwy pochodziły od kamieni szlachetnych i półszlachetnych. Pamiętam, że był jakiś telewizor Agat, różne. Już w tej chwili nie chcę wymyślać, ale ten klucz kamieni szlachetnych i półszlachetnych jest całkiem niezły.
Te telewizory w latach 70. rosły. Powtarzam, na początku lat 70. to okienko było naprawdę maleńkim okienkiem. Jacka i Agatkę oglądałem. Muszę sobie powspominać. Po prostu muszę. Nie lubiłem tej bajki, ale samo to, że się coś ruszało, już było fajne. Później, pod koniec Gierka, to już każdy w domu miał ten telewizor o 24 cale. Panie, to już całkiem potężny telewizor był.
I tak dalej, i tak dalej. Nawet 20 cali to był przedmiot westchnień. Powtarzam, to były inne cale, inne były proporcje ekranu, ale w dodatku on był wypukły. Większość tych telewizorów nie tylko była duża z tyłu, ale sam ekran był wygięty. To zależało od wielkości telewizora. To wygięcie było bardziej widoczne w tych małych. W tych większych trochę się ta powierzchnia zacierała, ta jej obłość, ale jednak to był sprzęt, który trochę zniekształcał obraz. A w dodatku awaryjność nie tylko telewizorów, ale także systemu nadawania była spora, bo bardzo często wjeżdżały takie plansze i to nie były plansze centralne gdzieś z Warszawy, bo takie też się zdarzały. Przepraszamy za usterki albo za chwilę dalszy ciąg programu, ale każde z centrów nadawczych tutaj w pobliżu Bydgoszczy, takie centrum nadawcze jest w miejscowości Trzeciewiec, kilkanaście kilometrów od Bydgoszczy. Wielka wieża.
Wtedy mi się wydawała większa. Dzisiaj aż taka wielka się nie wydaje, ale była. I tam jak to centrum nadawcze miało problem, to wtedy wjeżdżała plansza. Jak oni to robili, tego nie wiem. Wjeżdżała plansza. Właśnie przepraszamy za usterki albo za chwilę dalszy ciąg programu. W dodatku jeszcze pamiętam jedną rzecz związaną z telewizją tu w Bydgoszczy, bo ten pierwszy program telewizji był nadawany ze wspomnianego już Trzeciewca, ale nadajnik drugiego programu został umieszczony na jednym z wieżowców, właściwie biurowców ówczesnych w centrum miasta. Robiono to za pomocą śmigłowca. To było bardzo widowiskowe wydarzenie. W Bydgoszczy prasa o tym pisała.
Zdjęcia, fotoreportaże były, bo całkiem potężne urządzenie umieszczono za pomocą śmigłowca na dachu i od tego czasu jakość programu drugiego w Bydgoszczy poprawiła się i to znacznie. To było potężne centrum nadawcze. Tam zresztą na szczycie tego wieżowca było pierwsze studio, pierwszy ośrodek telewizji w Bydgoszczy. To jeszcze nie była osobna telewizja, bo ta powstała później. To ten bydgoski ośrodek podlegał pod telewizję w Gdańsku i zatem my ten lokalny program, bo taki lokalny program był nadawany, już nie pamiętam, o której godzinie, ale był nadawany, to myśmy oglądali najświeższe informacje z Gdańska. To tak mniej więcej wyglądało. Powtarzam, tych marek nie do końca pamiętam, ale ważne było to, że w latach 80. na początku ważniejsze od telewizorów były magnetowidy. W połowie lat 80. gość, który miał magnetowid to był gość.
Miał wielu znajomych. Wszyscy chcieli do niego przychodzić głównie na oglądanie „Terminatora” i tym podobnych, bo to krążyło na kasetach VHS i to się oglądało.
[01:38:02] - Jeżeli chodzi o te wieże przekaźnikowe, to pamiętam, że w niedalekiej odległości ode mnie jest taka wieża w Niegowie i tam jak żeśmy jeździli na przykład do rodziny albo na cmentarz, to ta wieża się wyłaniała. Ona była taka potężna, czworoboczna, potężna budowla. To wiesz, jak jedziesz tam, masz te góry, wzgórza i nagle ci wyrasta taki potwór, taki behemot. Dzisiaj to nie robi takiego wrażenia, bo to wszystko pozarastało. Natomiast kiedyś, jak te wszystkie wzniesienia nie były zarośnięte i ta wieża tak strzelała... Pamiętam, jak byłem mały, to miałem wrażenie, że to jest takie ogromne, że to jest potężny potwór. Dzisiaj jak na to patrzę, to już takie nieduże, ale całkiem fajny zabytek tamtej epoki. Wspomniałeś o takiej sytuacji, dla mnie na przykład jako dziecka wyjątkowo nieszczęśliwej. Też lubiłem, kiedy się coś rusza na ekranie, kiedy się telewizor psuł. Niedawno jeszcze można było spotkać warsztaty naprawy sprzętu RTV.
One poznikały teraz z wiadomych powodów. Dzisiaj telewizor kineskopowy to jest sprzęt retro, sprzęt kolekcjonerski. Są pewnie tacy, którzy to zbierają, ale naprawiacz telewizora, pan od telewizora to jest ginący zawód. Pewnie w naszym cyklu takich ginących profesji będzie więcej. Powiedziałeś, jak to wyglądało w mieście i z telewizorami produkcji chociażby radzieckiej, że to była duża przeprawa. To było jak przenoszenie co najmniej małego pomnika. Ale jak ktoś mieszkał z dala od cywilizacji, to też był niezły problem, bo ten telewizor trzeba było do warsztatu zawieźć. Nie zawsze był ktoś na miejscu. Dodatkowo im większa specjalizacja, im większe wysublimowanie wchodziło, to też nie wszyscy eksperci się znali. I na przykład u nas była taka sytuacja w okolicach, że o ile byli panowie od telewizorów, to oni się znali raczej na tych markach, powiedzmy starszych.
Jeżeli się popsuł taki ładny, nowy, kolorowy, to oni nie. I trzeba było wtedy jechać do miasta. I to był problem, dlatego że po pierwsze trzeba było znaleźć takiego, co się tym zajmuje. Muszę powiedzieć, że zepsucie się takiego sprzętu w tamtych czasach to był problem. Ale na szczęście okazywało się zazwyczaj, że jest ktoś, kto wie, jak to wszystko zrobić. Naprawiacze telewizorów pojawiają się też w dziełach popkultury. Widzimy takiego człowieka na przykład w serialu „Czterdziestolatek”, kiedy w salce, która ma służyć lokalnej społeczności, jest otworzony właśnie zakład naprawczy telewizorów. I okazuje się, że większość osób chce korzystać właśnie z tego niż z jakichś tam wykładów w tym miejscu czy jakiegoś życia kulturalnego. Czy pamiętasz jeszcze jakieś anegdoty związane z sytuacjami, kiedy ten Agat, Rubin, Jowisz czy jakiś tam inny niedomagał?
[01:41:22] - Tak jak powiedziałem, pan, który zjadł u nas kolację i siedział przez pięć godzin, naprawiał telewizor. To było jedno z takich przeżyć. Nie dość, że obcy w domu, to pan był bardzo rozmowny, dużo mówił, cały czas pracował. Sobie nie wyobrażam dzisiaj, jak można przez pięć godzin naprawiać telewizor. On cały czas coś robił, tylko przez ten czas to on by cały ten telewizor rozkręcił i później skręcił na nowo. A on miał co robić. To z takich rzeczy. Pamiętam, jeszcze te warsztaty działały na początku XXI wieku. One całkiem nieźle prosperowały. Ja pamiętam, że gdzieś pod koniec lat 90.
miałem telewizor Sony. To się Trinitron chyba nazywało. To było potężne bydle. Mówiłem o wielkich telewizorach radzieckich, ale to było po prostu potężne. Jeszcze miało dostawiane kolumny takie dodatkowe. I kiedyś się to zepsuło. Zaczęło wyświetlać obraz na żółto i już trudno było znaleźć kogoś, kto przyjdzie do domu i to ustrojstwo naprawi. Ustaliłem z warsztatem, że trzeba to przywieźć. Przywieźliśmy, tylko całe szczęście ja wtedy miałem samochód kombi i to taki całkiem duży, bo tego cholerstwa nie dałoby się niczym przenieść. Trzeba by bagażówkę zamówić, bo to było potężne.
O ile, powtarzam, te radzieckie kolorowe telewizory były potężne, to ten Sony był gigantyczny. Pochodził później po tej naprawie może trzy miesiące i znowu zaczął świecić na żółto, cały obraz na żółto. To się rozstaliśmy już tak zdecydowanie, bo przewiezienie go do punktu naprawy, który się ostał na drugim końcu miasta, staszczenie go w ogóle do samochodu w dwójkę z kolegą, którego zamówiłem, było nam ciężko. To nie tak, że byliśmy jacyś tacy słabowici, tylko to cholerstwo ważyło naprawdę jakoś... Niewyobrażalną liczbę kilogramów. I tak to było z tymi telewizorami, z tymi punktami naprawczymi. W pewnym momencie w ogóle zniknęli panowie od naprawy telewizorów. Jeszcze sobie przypomniałem, to, co prawda nie dotyczy telewizorów. Ten pan, który siedział u nas pięć godzin, w innych sytuacjach siedział krócej. Tylko pamiętam, już nie będę wchodził w szczegóły.
Ten pan miał bardzo popularne nazwisko, którego się bardzo wstydził. Popularne w sensie, to było od przedmiotu użytkowego, codziennego przedmiotu użytkowego. To było jego nazwisko. I zawsze miałem przekazywane, że jak ten pan przyjdzie, to w ogóle się nic nie pytać, w ogóle nie nawiązywać. W ogóle tego przedmiotu nie wymieniać w rozmowie nawet niewinnej. I pamiętam swojego ojca, który dzwonił do tego pana od naprawy telewizorów. Trzeba było pewien rytuał dochować. Nigdy się nie pytał, czy dodzwonił się, bo taki kiedyś zwyczaj. Czy się dodzwoniłem do tego i tego? Tak.
To mam taką sprawę. Nie. Czy dodzwoniłem się do pana, który naprawia telewizory? Broń Boże nazwiska wymienić. I wtedy cała rozmowa toczyła się dobrze. A z dobrze poinformowanych źródeł, czyli od ojca, dowiedziałem się, że jak któryś z jego kolegów spróbował jednak po nazwisku, to pan nie miał czasu przyjść do niego naprawić mu telewizora. Musiał szukać gdzie indziej.
[01:45:06] - Muszę o to zapytać, bo pęknę teraz. Czy ten pan nazywał się, nie wiem, Nocnik?
[01:45:11] - Nie, ale dobrze. Pan się nazywał bardzo niewinnie. Znowu nie wymienię nazwiska, ale nazywał się Donica i to było absolutnie nieprzekraczalne. Nie, absolutnie nie. Pan sobie nie życzył. I już. To był bardzo neutralny przedmiot. Ale nie.
[01:45:34] - To co? Gruby jakiś był czy coś, że mu tak siadło?
[01:45:38] - Nie wiem. Powiem, że do dzisiaj nie wiem. To z gatunku zjawisk może nie paranormalnych, ale paradziwnych. Bardzo.
[01:45:48] - Na Śląsku jest nazwisko Żelazko na przykład i ludzie się nie oburzają. Nawet w dowcipach jest Ruda Żelazkowo na przykład, ale Donica? Nocnik, to ja rozumiem. Albo jeszcze gorzej. Nie powiem. Ciekawa historia. Drodzy państwo, tak to było z tymi telewizorami. Pewnie jest wiele innych niesamowitych opowieści i zachęcamy do tego, żeby się nimi dzielić. To jest pierwszy odcinek naszego nowego cyklu i pewnie będą następne, dotyczące innych dziedzin życia. Także z biegiem czasu pewnie dotkniemy takich tematów jak komputery, internet.
Bo przecież powiem ci, Marku, że coś jest w tej ulotności techniki. Kiedy się zastanawiamy nad tym, jak to wszystko jeszcze niedawno wyglądało, nie zdajemy sobie sprawy, jak szybko zapominamy o niektórych przedmiotach, o niektórych technologiach nawet. To się staje niepotrzebne i to odchodzi. Są pasjonaci, pasjonaci retro, którzy zbierają różne rzeczy. Ja rozumiem, jeszcze zbierać monety, zbierać stare żelazka, ale zbieranie takich telewizorów radzieckich? Czy to ma sens?
[01:47:06] - A ja ci Piotrze powiem, że ja do dzisiaj pamiętam siebie, jak w jednym ze sklepów w Bydgoszczy stałem przed szklaną witryną, a tam w środku stał ZX Spectrum i wyobraź sobie, miał takie miejsce, do którego wkładało się dyskietkę. I ja po prostu stałem rozmarzony. Jakież to cudowne, bo poprzedni model miał jeszcze wejście magnetofonowe na kasetę, a wcześniejsze jeszcze modele ZX Spectrum w ogóle nie miały żadnych. Dołączało się ewentualnie napęd jakichkolwiek danych z zewnątrz. A ten sobie stał. Była klawiaturka i było wejście na dyskietki te małe. Do dzisiaj pamiętam, że stałem tam długo, nie chcę określać, 10 minut. Stałem zapatrzony i po prostu wniebowzięty, że taki cud techniki mogę obserwować. Ale o tym to już w kolejnych, innych programach. Proszę państwa, czas teraz na odrobinę literatury.
Dzisiaj przygotowałem tylko jedno opowiadanie, ale opowiadanie ze znamienitego cyklu Przemysława Cichonia. Cyklu świnio ryjskiego. Tytuł dzisiejszej opowieści to „Seryjny”. Serdecznie państwa zapraszam. A czyta dla państwa Marek Sęk Ivellios.
[01:48:50] - Przemysław Cichon. Pewnego razu w Świniodejach. Część siódma. Seryjny.
[01:48:58] - W Waldkowej bramie stało czarne Porsche 911 Carrera GT3 z 1999 roku. Nikogo to już nie dziwiło, ale na początku, kiedy zaczęło się tu pojawiać, wzbudzało duże zainteresowanie. Różnie ludzie gadali, że to jakaś mafia do Wandka po porady przyjeżdża albo że biznesmen z Olsztyna, któremu Waldek doradza w interesach. Ale wkrótce się okazało, że to inspektor Smutkowski. Maciej Smutkowski przyjeżdżał poradzić się Wandka w ważniejszych sprawach, z którymi cała wojewódzka policja rady sobie dać nie mogła. Właściwie teraz, odkąd został awansowany na inspektora i mianowany komendantem wojewódzkim policji, przyjeżdżał tu regularnie przynajmniej dwa razy w miesiącu. Nowy komendant powiatowej z Kiczewa też czasami zaglądał. Tylko tamten przyjeżdżał Corsą. Waldek nie mógł narzekać na brak zajęć i towarzystwa. Oczywiście wszystkich tych porad udzielał nieoficjalnie i rzec by można w wielkiej tajemnicy.
Jednak jak to na wsi w Świnoryjach wszyscy dokładnie wiedzieli, czym od jakiegoś czasu zajmuje się Waldek Paciaja. Mundek musiał porządnie wciągnąć brzuch, żeby zmieścić się między słupkiem a zaparkowanym samochodem i nie urwać przy tym lusterka. W Waldkowych oknach paliło się światło. Zapukał i nie czekając na zaproszenie wszedł do sieni, a potem przez otwarte drzwi do izby oświetlonej czterema ledowymi żarówkami nowego żyrandola. Przy stole siedział inspektor i tłumaczył coś Waldkowi. Na stole stał jak zawsze słoik z ogórkami, ale teraz był zakręcony. Obok stała kwadratowa butelka whisky. „Witam pana inspektora” — przywitał się Mundek. „O Waśka, przestań z tym inspektorem. Przecież wiesz, że jestem tu incognito”.
„A no tak, zupełnie zapomniałem, Maćku. Po prostu czuję respekt do policji. Mam to we krwi”. „Nie piernicz Waśka, tylko weź se krzesło i siadaj. Spróbujesz tego.” Waldek chwycił butelkę za szyjkę i przechylił, by Waśka mógł zobaczyć naklejkę. To jeszcze lepsze niż to brandy, które Maciej przywiózł ostatnio. Robią to w Tennessee, w Stanach. Mundek zmrużył oczy i na głos przeczytał napis na etykiecie. „Jacek Danieles Whisky?” „Jack Daniels” — poprawił go inspektor. Właściwie to burbon.
Waldek wyjął drugą szklankę i nalał Waśce solidną porcję bursztynowego płynu. Wypili, stukając się szklankami, inspektor kubkiem z kawą oczywiście. Mundek chuchnął w rękaw i wyciągnął rękę po ogórka. Wtedy Waldek trzasnął go po łapie. „No co ty Wala, odbiło ci?” — obruszył się Mundek. „Po whisky się nie przegryza” — upomniał go Waldek. „Jak to nie przegryza? To chociaż daj coś na przepitkę, bo bardzo pachnący ten wasz rumbon.” Inspektor i Waldek wybuchnęli śmiechem. „No co? Ja tam wolę czystą.
Nie masz jakiejś oranżady?” — zdziwił się Mundek. Siedzieli przy stole i rozmawiali. Mundek w zasadzie się tylko przysłuchiwał. Czasem wtrącił jakąś uwagę. Sprawa miała się następująco. W okolicach Olsztyna, Szczytna i Lidzbarka znaleziono w przeciągu ostatnich trzech miesięcy zwłoki czterech młodych kobiet. Ponieważ, jak dowodzą badania toksykologiczne zwłok, wszystkie ofiary były przed śmiercią odurzone tą samą substancją, a schemat postępowania sprawcy we wszystkich czterech przypadkach był podobny policja podejrzewa, że sprawcą tych morderstw jest jedna i ta sama osoba. Ponadto sprawca jest sprytny, bo nie zostawia śladów. Jak do tej pory nie udało się zabezpieczyć żadnych śladów DNA. Co prawda patolog stwierdził, że dziewczyny przed śmiercią były zgwałcone, to jednak sprawca prawdopodobnie używał prezerwatywy i gumowych rękawiczek, bo na ciele, a także w nim nie znalazł żadnych śladów pozwalających na identyfikację sprawcy.
Prawdopodobnie dlatego, że ofiary były odurzone i nie broniły się. To nawet za paznokciami nie znaleziono żadnego obcego materiału biologicznego. Na miejscach, gdzie odnaleziono zwłoki, też nie dało się zabezpieczyć żadnych istotnych śladów. Za każdym razem miejsce zbrodni było wysprzątane jak po akcji sprzątania świata. Żadnych niedopałków, śliny czy włosów. W zasadzie były tylko poszlaki i hipotezy. Jedna z nich zakładała, że sprawca zna się na policyjnej robocie. To znaczy albo pracował kiedyś w policji, albo ma w policji kogoś bliskiego, dlatego potrafi skutecznie zacierać ślady i wodzić policję za nos. Równie dobrze mógł też czytać dużo współczesnych kryminałów, ale to, że sprawca był osobą nad podziw inteligentną, nie podlegało dyskusji. Sprawa jest poważna, bo jesteśmy prawie pewni, że wkrótce znów uderzy.
Tylko nie wiemy gdzie i kiedy. W zasadzie nic nie wiemy. Stołeczna już mi dupę suszy, a wyników żadnych. Jak tak dalej pójdzie, to mi przyślą specgrupę z Warszawy, a wtedy to już po mnie. Wrócę do Kiczewa na posterunkowego. „Maciuś, ty się nie zadręczaj, nie będzie aż tak źle” — pocieszał inspektora Mundek. „Wala na pewno coś wymyśli. Ja tam w niego wierzę. No Wala, jeszcze po jednym?” Waldek nalał po szklaneczce i wypili do dna, a inspektor wycedził przez zęby resztkę kawy z kubka tak, że zostały już tylko fusy. „Z fusów to Wala nie wróży” — zażartował Mundek, ale ośmiał się z żartu sam.
„Tu mam zdjęcia z miejsc zbrodni i oględzin zwłok” — powiedział Maciej, wyjmując z teczki dużą żółtą kopertę i wysypując zdjęcia na blat. „Kurde, to obrzydliwe!” Stwierdził Mundek i odwrócił wzrok. Zdjęcia przedstawiały zwłoki dziewczyn w wieku mniej więcej 20-30 lat, w różnych pozach i z różnej perspektywy. Ubrudzone, półnagie, blade, z rozrzuconymi rękami i nogami. Leżały bezładnie gdzieś w zaroślach na ziemi, wśród liści i badyli. Ich włosy były zmieszane ze ściółką i glebą, a nawet błotem. Inne ukazywały w dużym zbliżeniu szczegóły obrażeń, siniaków, wybroczyn, zadrapań. Zrobione prawdopodobnie w kostnicy podczas sekcji zwłok. Waldek przyglądał im się z uwagą, ale w końcu nie wytrzymał i odsunął ręką zdjęcia w stronę policjanta. „Schowaj to.
Już się napatrzyłem. Jak mi coś przyjdzie do głowy, to zadzwonię jutro z Waśkowego telefonu, jak zwykle. A teraz muszę się napić.” Mundek odprowadził Maćka do samochodu. „Masz tu dwie stówki, bo on nigdy by ode mnie nic nie wziął. No, chyba że gorzałkę. Jak coś będzie potrzebował, to mu kup. Mogę na ciebie liczyć?” – powiedział Maciek, wsiadając do samochodu. „Jasne, jak zwykle” – odparł Mundek, wkładając banknoty do kieszeni. Jeszcze poklepał porsche po tylnym spoilerze i wrócił do Waldka. Ten siedział przy stole i wpatrywał się z powagą w prawie pustą butelkę.
„Waśka, jakim trzeba być skurwysynem, żeby robić takie rzeczy?” – zapytał nagle. Mundek nie miał zamiaru odpowiadać na to pytanie. A zresztą butelka już się skończyła i zbierał się właśnie do domu. Następnego dnia Waldka nie było za sklepem. Mundek poważnie się zmartwił. Już dziewiąta, a Wali jak nie ma, tak nie ma. Trzeba sprawdzić, co się stało – pomyślał i postanowił od razu ruszyć z ewentualną odsieczą. Zakupił Wyborową, chłodną z zaplecza, nie z półki i poszedł wprost do Waldka. Nikt nie reagował na pukanie, ale drzwi były otwarte. Mundek wszedł ostrożnie do środka.
Waldek leżał na łóżku w opakowaniu, tak jak go wczoraj zostawił, a na podłodze walały się buty i skarpetki. Mundek podszedł do okna i otworzył je. Potem to samo zrobił z drugim. Świeże powietrze zaczęło wypełniać izbę, a smród Waldkowych skarpetek ustępował mu miejsca. Wrócił do łóżka i lekko tyrpnął kumpla w ramię. „Wala, już prawie dziesiąta. Może byś tak wstał. Dobrze się czujesz?” Waldek poruszył się, odwrócił na bok i przykrył sobie głowę poduszką. Mundek jednak nie dawał sobie rady. „Wala, no wstań żeż do jasnej cholery!
Nie będziesz chyba spał cały dzień. Wstawaj, bo ci oczy zgniją.” Waldek zsunął poduszkę z głowy i rozszczelnił powieki. Zupełnie jakby uwierzył, że oczy mogą mu zgnić. Po czym coś wybełkotał: „Uwa, ja mnie bie głowa.” Na stole stały dwie puste butelki po Łyski i jedna po Coca-Coli. „Kurna Wala, ja nie żartuję. Też mam kaca po tej cholernej amerykańskiej okowicie. Napijmy się klina porządnej polskiej czystej gorzały. No, wstawaj.” To mówiąc, postawił na stole butelkę Wyborowej. Wziął do ręki jedną ze szklanek i podsunął sobie pod nos. Wciągnął powietrze i z obrzydzeniem momentalnie odsunął szklankę na wyciągnięcie ręki.
„Łe, w życiu się już tego nie napiję” – powiedział sam do siebie. Wziął drugą szklankę i obydwie opłukał starannie pod bieżącą wodą, po czym wrócił do stołu i napełnił je Wyborową, każdą do połowy. „Ja tam jednak to mam duszę patrioty. Zagraniczne trunki mi nie służą” – pomyślał. „Wala nie żartuję. Jak zaraz nie wstaniesz, to przyniosę wiadro wody i wyleję ci na łeb. Zabiorę butelkę i pójdę sobie za sklep. Tam na pewno ktoś się tam ze mną napije.” Waldek otworzył szerzej oczy, choć nadal nie za bardzo orientował się, co się dzieje. Słyszał głos Waśki, ale nie mógł go ani zlokalizować, ani nie rozumiał żadnego słowa, które do niego wypowiadał. Zupełnie jakby Waśka gadał coś w jakimś obcym języku.
Cały świat zewnętrzny wirował. Izba i wszystkie sprzęty, których zarysy zaczął już powoli dostrzegać, orbitowały wokół jego głowy. Dźwięki docierały do jego uszu zniekształcone i jakby przepuszczone przez elektroniczny wokoder. Natomiast jeśli chodzi o świat zewnętrzny, to widocznie dopiero powstawał na nowo po jakiejś apokalipsie. A jak wiadomo na początku był chaos. I takiż pierwotny chaos panował teraz niepodzielnie w Waldkowej głowie. Kiedy udało mu się zatrzymać przestrzeń i wyostrzyć słuch na tyle, by odfiltrować z głosu Waśki tylko te częstotliwości, które były istotne dla zrozumienia przekazu werbalnego, uchwycił sens ostatnich trzech słów z dość długiego monologu Waśki: „ze mną napije”. Jeszcze w tej chwili nie wiedział, czy to stwierdzenie, czy może pytanie, ale sam fakt, że słyszał słowa i rozumiał ich znaczenie, napełnił go przekonaniem, że jednak żyje. Spróbował się rozejrzeć, ale to tylko znowu wprawiło przestrzeń w ruch wirowy. Zamknął oczy.
Otworzył. Nic. Wszystko nadal poruszało się wokół niego. Zamknął je jeszcze raz i zacisnął ze wszystkich sił powieki, aż poczuł przeszywający ból pod czaszką. Otworzył znowu. Przed nim z wiadrem w ręce stał Waśka. „Co ty kurde z tym wiadrem?” – wymamrotał. „Muszę cię dobudzić, bo już prawie południe, a o drugiej ma tu być doktorowa. Co ci Wala pamięć całkiem odjęło? Obiecałeś doktorowej, że zdradzisz jej tajemnicę, co dolega doktorowi.
Sam jestem ciekaw.” „A! Doktorowa. Ta doktorowa.” „Tak, ta.” A co, znasz inną? Mamy tu tylko jednego doktora i jedną doktorową. No, chyba że o czymś nie wiem. Kurde, Wala, jakbym wiedział, że tak będzie, to bym się nie podejmował dbać o twoje interesy. Ale póki co to nadal jesteś moim agentem? — niepewnie zapytał Waldek. Jasne, że jestem. Na 20%.
Pamiętasz? Pamiętam, Waśka, pamiętam. Podaj mi proszę buty. Waśka kopnął w stronę Waldka granatowe adidasy za kostkę zapinane na rzepy. Dzięki, dam radę — westchnął Waldek. Zaczął zakładać buty, ale niestety były jakieś za małe czy co. W ogóle nie chciały wchodzić. Nawet wypadały z Waldkowych rąk. Mundek z politowaniem kiwając głową, uklęknął i pomógł Waldkowi założyć buty. Jestem twoim agentem, zgoda, ale zakładanie ci butów nie należy do moich obowiązków.
Zrobiłem to tylko dlatego, że jesteś nadal moim najlepszym kumplem. Waldek obuty w adidasy i ubrany w dżinsy firmy Diesel wstał o własnych siłach i wciągnął w spodnie podkoszulek z nadrukiem I love New York. No dobra Waśka, to co ty w ogóle do mnie mówiłeś? Mundek walnął się otwartą dłonią w czoło tak głośno, że Waldek aż przykucnął i zmrużył oczy. To nie ma sensu. Najpierw się napij — stanowczo zażądał Mundek. Podszedł do stołu i odkręcił słoik z ogórkami. Próbował dosięgnąć jednego palcami, ale dłoń nie mieściła mu się w otworze słoika. W końcu zrezygnował i powiedział: sam se wyjmij. A po chwili dodał: i dla mnie też jednego.
Waldek podszedł i wkładając całą dłoń do słoika wydobył cztery ogórki i położył je na zakrętce. Wypili po pierwszym i zakąsili ogórkami. No widzisz Wala, nie lepsza czyściocha, ale zaraz. Mundek spojrzał wymownie na Waldka. Ty przecież nigdy po pierwszym nie przegryzasz. No widzisz Waśka, chyba się starzeję — odparł Waldek i w zadumie pokiwał głową. O 14 przyjechała doktorowa. Mundek koniecznie chciał być przy rozmowie, ale Waldek stanowczo się temu sprzeciwiał, aż w końcu kazał Mundkowi iść do Maśniakowej po wino. Nie takie normalne wino, tylko czerwone, wytrawne. Gdy Mundek wrócił ze sklepu, doktorowa już się zbierała do wyjścia.
Waldek wziął wino od Mundka i wszedł na chwilę do chałupy mówiąc: zaraz wracam, tylko dodam lekarstwo do wina. Wszedł do środka i po dwóch minutach był już z powrotem. W ręce trzymał butelkę wina z wciśniętym do połowy korkiem. Podał ją doktorowej i powiedział: tylko niech pani zrobi wszystko dokładnie jak powiedziałem. A czy to na pewno zadziała? — zapytała z nutką niepewności w głosie. Ręczę pani, że już jutro doktor będzie zdrów jak ryba. To wspaniale. Bardzo panu dziękuję, panie Waldku. Gdyby pan kiedyś coś...
Oczywiście, pani doktorowo, gdybym kiedyś coś, to na pewno. No, proszę już jechać i pamiętać, co mówiłem. Oczywiście, panie Waldku kochany, wszystko tak, jak pan powiedział. Co do joty. Do widzenia. Pa. Doktorowa wsiadła do samochodu i odjechała z piskiem opon. No dobra Waśka, chodź, trzeba się napić. Weszli do chałupy. Mundek usiadł za stołem, a Waldek wyjął świeżą butelkę z kredensu.
Postawił ją przed Mundkiem i wręczył mu dwudziestozłotowy banknot. Co to? — zdziwił się Mundek. Jak to co? Twoje 20%. Czyś ty zwariował? Wziąłeś od niej tylko stówkę. To wino kosztowało 29 złotych — wydzierał się Mundek. To moje koszty. Ty masz prowizję według umowy — tłumaczył się Waldek.
Czy ja cię muszę wszystkiego uczyć od podstaw? Wino, do tego lekarstwo. Jakie lekarstwo? — spytał zdziwiony Waldek. Jak to jakie? To, które dolałeś do wina. Nic nie dolewałem do wina. Otworzyłem tylko butelkę, żeby wyglądało, że coś dolałem. Myślałeś, że będę truł doktora jakimś świństwem? Tak przecież powiedziałeś doktorowej, że idziesz dolać lekarstwo.
No powiedziałem. I co z tego? Problem doktora jest o wiele poważniejszy niż ci się wydaje i żadne lekarstwo by mu i tak nie pomogło. To znaczy, że oszukałeś doktorową, tak? W pewnym sensie tak, ale dla dobra jej i doktora. Zobaczysz, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to doktor już jutro będzie zdrowy. Jakim cudem? No właśnie cudem. Cuda, mój drogi, się zdarzają i to na każdym kroku. Trzeba tylko umieć je dojrzeć.
Mundek spuścił z rezygnacją głowę i nie miał już zamiaru polemizować z kolegą. Wiesz co Wala, ty to jesteś równo porypany. Napijmy się i nie gadajmy już o tym. I tak przy tobie nie dojdę do majątku. Wypili flaszeczkę rozmawiając o bardziej przyziemnych i przyjemniejszych rzeczach niż interesy. Po wyjściu Mundka Waldek zdjął tylko buty i dżinsy i położył się do łóżka. Długo leżał na wznak, nie mogąc zasnąć. Myślał o tych dziewczynach, o ich półnagich, zimnych ciałach leżących w nieładzie, w zaroślach. Widział ich włosy potargane i zmieszane z ziemią, blade, chude nogi rozrzucone na boki. Ich martwe oczy.
Widział ich włosy potargane i zmieszane z ziemią. Blade, chude nogi rozrzucone na boki. Ich martwe oczy. Szedł ścieżką przez niezbyt gęsty las. Nie znał tego miejsca. Nie wiedział, gdzie tak naprawdę jest. Widział tylko drzewa i to z każdej strony. Otaczały go szczelnie. Zaczął tracić orientację. Uspokój się, skoncentruj, bo za chwilę się zgubisz — mówił do siebie.
Chyba w myślach, bo nie słyszał słów. Usłyszał trzask łamanych gałęzi, a potem stłumiony krzyk. Bez zastanowienia ruszył w tamtą stronę. Już teraz wiedział, że to mu się śni. Nogi prawie nie dotykały ziemi. Mknął, jakby szybując tuż nad nią. Drzewa obok migały jak za szybą pędzącego samochodu. Wreszcie dojrzał coś na wprost pomiędzy drzewami. To były brzozy. Te drzewa to były brzozy.
Pomiędzy białymi pniami w odległości przynajmniej 100 metrów stał mężczyzna. Pomimo dystansu, jaki ich dzielił, widział go dokładnie. Stał w rozkroku i patrzył na ziemię. Stał tyłem, bo gdyby się odwrócił, Waldek na pewno zobaczyłby jego twarz i zapamiętał. Ale on stał cały czas tyłem i ani myślał się odwrócić. Waldek nagle zdał sobie sprawę, że to on, ten facet, który jest temu wszystkiemu winien. I wtedy zobaczył, jak 100 metrów dalej pod stopami tego faceta coś się poruszyło. Wtedy zrozumiał i od razu wiedział, co musi zrobić. Właściwie nawet się nie zastanawiał. Ruszył biegiem w jego stronę, nie martwiąc się tym, czy tamten go usłyszy, czy nawet zobaczy.
Widział teraz, jak pod stopami tamtego faceta wije się związana, drobna, spanikowana dziewczyna. Ma potargane blond włosy, zakneblowane usta i olbrzymie, przerażone niebieskie oczy. Starał się z całych sił przebierać nogami, by jak najprędzej znaleźć się przy nich. Nie zastanawiał się, co będzie, jak tam dotrze, co zrobi. Na razie skupiał się z całych sił, by przyspieszyć. Wiedział, że śni i wysilanie mięśni na nic się nie zda. Musi się skupić i biec. Biec nie nogami, lecz mózgiem. Biegu. Przynajmniej tak mu się wydawało, ale dystans dzielący go od dziewczyny i jej oprawcy wcale się nie zmniejszał, a każdy ruch wymagał od niego coraz to większego wysiłku.
Powietrze było gęste jak syrop. Stawiało opór większy niż woda w basenie. Każdy krok wymagał nieopisanej siły. Ale on biegł tylko jakby na zwolnionym filmie. Biegu i obserwował tamtego faceta, który klęczał teraz nad przerażoną dziewczyną ze spuszczonymi do kolan spodniami. Po chwili położył się na niej i zaczął kopulować. Waldek biegł. A to, że każdy krok, każdy ruch dosłownie okupiony był prawie fizycznym bólem, nie było wcale najgorsze. Najgorsze było to, że widział wszystko dokładnie, jakby stał nad nimi i patrzył. I nie mógł przestać.
Nie mógł przestać biec i nie mógł przestać patrzeć. Czas i przestrzeń zmiksowane razem tworzyły coraz gęstszy syrop, ale ów syrop był całkowicie bezbarwny i klarowny. Patrzył przez niego, jak wstaje i zapina spodnie. Potem jeszcze raz nachyla się nad nią i dusi. Jego dłonie w gumowych rękawiczkach pozostawiają sinobrunatne ślady na białej, smukłej szyi. Jej oczy patrzą nieruchomo w niebo tego samego koloru. I wtedy czas przyspieszył. Przestrzeń zaczęła umykać, a dystans szybko się kurczył. Wtedy on, to znaczy ten facet, go zauważył. Pozbierał jeszcze coś do niebieskiego foliowego worka i ruszył biegiem przed siebie.
Dokładnie w chwili, kiedy Waldek znalazł się o krok od niego. Spojrzał na dziewczynę. Wiedział, że nie żyje. Ruszył w pościg za mordercą. Ścigany był szybki i zwinny. Pomimo wielkiego wysiłku Waldek nie mógł zmniejszyć dystansu. W pewnym momencie doznał olśnienia. Czy jakby tego nie nazwać. Zobaczył na leśnej drodze samochód. Srebrne BMW.
Stało zaparkowane na leśnym trakcie, nieopodal niego wylotu na asfaltową drogę. Wtedy jakaś siła zawróciła go w biegu i pociągnęła w odwrotnym kierunku. W kilka sekund znalazł się na tej drodze tuż przy BMW. Zatrzymał się. Rozejrzał wokoło. Ani żywej duszy. Wyjął z kieszeni nóż i przez chwilę patrzył się na niego, ściskając w ręku. To był kozik Waśki. Skąd wziął się w jego kieszeni? Przypomniał sobie, że przecież śni, a we śnie wszystko jest możliwe.
Położył się pod samochodem i przeciął gumowe przewody hamulcowe. Z tyłem nie poszło już tak łatwo, ale po kilku minutach obydwa przewody były przełamane. Wyszedł na asfalt i rozejrzał się w jedną i w drugą stronę. Przy rowie stał drogowskaz. Lidzbark Warmiński, 26 kilometrów. Przeszedł na drugą stronę drogi i wszedł w las. Przed nim było wzniesienie. Postanowił wejść na szczyt. Las kończył się kilkadziesiąt metrów przed wierzchołkiem wzniesienia. Nie rozumiał, dlaczego jeszcze się nie obudził.
Powinien się teraz obudzić, zadzwonić do Macieja i szybko przyjechać z nim w to miejsce. Dziewczynie raczej już nie pomoże, ale mogą schwytać mordercę. Daleko nie zajedzie bez hamulców. Wszedł na sam szczyt wzniesienia, skąd rozciągał się malowniczy widok. Poniżej wiła się asfaltowa droga pośród mniejszych pagórków i jezior. W pewnym momencie zobaczył nadjeżdżający drogą samochód. Szosa na tym odcinku dość stromo schodziła w dół. Teraz widział już dokładnie. To było srebrne BMW. Pędziło jak na złamanie karku.
Lawirowało po asfalcie, jakby kierowca rozpaczliwie próbował zahamować. Droga schodziła coraz niżej, aż skręcała wzdłuż jeziora. Samochód wszedł w zakręt z taką prędkością, że żadna siła nie mogłaby go utrzymać na drodze. Wypadł z niej i kilkoma dużymi susami dosięgnął jeziora. Rozległ się głośny plusk i już po chwili po BMW nie było nawet śladu. Waldek odetchnął z ulgą i obudził się we własnym łóżku, zlany potem i wycieńczony. Spojrzał na ścienny zegarek. Była 5:20. W zasadzie to nie musiał się spieszyć. Maciej zaczynał pracę o 7:00.
Do tego czasu zdąży coś zjeść i się przebrać. Dziewczynie nie uratuje już życia, a mordercą też może się już nie przejmować. Wypił kawę, umył się przy zlewie, założył czysty podkoszulek, tym razem z napisem „You win or you die”. Usiadł przy stole i głęboko zaciągnął się papierosem. Przypomniała mu się twarz błękitnookiej. Stracił apetyt. Wyjął z kredensu butelkę i nalał pół szklanki. „Dorwałem skurwysyna” – pomyślał i przełknął setę potągurka. Była 7:00 lub kilka minut po, kiedy załomotał do drzwi Waśki. „Czego kurna?
Kisbul i wodę mąci” – jak zwykle entuzjastycznie witał gości Mundek. „Bierz komórę i dzwoń do Maćka” – bez przywitania polecił mu Waldek, gdy tylko ten otworzył mu drzwi. „Co? Złapałeś go?” „Można tak powiedzieć. Dzwoń. Powiedz, że mam trop”. Mundek wybrał z listy kontaktów numer inspektora Macieja Smutkowskiego. „Halo, to Mundek Waśka. Mamy trop. Przyjeżdżaj”.
Potem się rozłączył. Waldek siedział na schodach i palił papierosa. „Daj i mnie zapalić i opowiadaj” – upomniał się Mundek. Siedzieli tak sobie na schodach do Mundkowej chałupy i palili papierosy, a Waldek opowiadał Mundkowi swój sen. Zdążył jednak opowiedzieć tylko do momentu, jak zaczął gonić uciekającego mordercę, kiedy na drodze rozległ się sygnał policyjnego radiowozu. Wyszli zza budynku i pomachali w stronę samochodu. Radiowóz zatrzymał się, po czym cofnął i wjechał na podwórko Waśki. Z samochodu wysiadł Maciej i szedł w ich kierunku. „Dzień dobry. Inspektor Smutkowski, komenda wojewó...” – urwał, jak odszedł już wystarczająco daleko od radiowozu, i gdy kierowca już go nie słyszał.
„Cześć Maciek” – powiedział szeptem Mundek. We trzech udali się do drewutni. Tu też już zagościła Unia Europejska, jak śmiał się z Waśki Waldek. W drewutni było zainstalowanych wiele udogodnień. Pierwszą z nich był barek ukryty w ścianie równiutko poukładanych szczapek drewna. Na pozór wyglądało to tak, jakby pod ścianą poukładane były drwa, jednak po naciśnięciu jednego klocka odblokowywały się ukryte drzwiczki i ukazywała się jakże zacna zawartość. Była też podłoga z palet, oświetlenie i elektryczna termodmuchawa, żeby zimą nie marzły stopy. Mundek od razu otworzył barek i wyjął z niego trzy szklanki. „Ja to nie mogę. Rozumiecie?
Jestem na służbie” – oponował inspektor. „A tam pierdzielisz. Chcesz złapać mordercę, to pij” – przemówił mu do rozsądku Mundek. „Zabił kolejną. Zgwałcił i udusił następną dziewczynę.” Waldek zaczął opowiadać bez większych emocji. Dopiero teraz widać było, że jest wycieńczony i niewyspany. Mówił, jakby opowiadał marny film, zupełnie bez emocji. Gdy dotarł w opowiadaniu do tego momentu, w którym skończył opowiadać Waśce, przerwał i zawahał się przez chwilę. Potem kontynuował: „Wyszedłem na drogę i zobaczyłem drogowskaz «Lidzbark Warmiński 26 kilometrów». No i wtedy się obudziłem.” „A morderca?
Jak wyglądał? Dokąd uciekł?” – zaczął gorączkowo zadawać pytania inspektor. „Nie wiem. Nie widziałem go dokładnie. Może jak będę na miejscu zbrodni, to coś więcej zobaczę” – skłamał Waldek. „Dobra, zabieram was na komendę. Zbierzemy zespół i zaczniemy poszukiwania w terenie.” Wypili jeszcze na drugą nogę i ruszyli w stronę radiowozu, który czekał na podjeździe. Wsiedli i natychmiast ruszyli do Olsztyna. Waldek prawie całą drogę drzemał wsparty o ramię Mundka. Gdy dotarli do stolicy województwa, włączyli sygnały i na kogutach przemknęli przez zatłoczone miasto wprost do komendy.
W gabinecie komendanta dostali kawę, a Waldek nawet jakąś kanapkę. Dyskutowali nad rozłożoną na dużym stole mapą. Jeden z policjantów przyniósł cyrkiel i wbijając igłę w Lidzbark Warmiński narysował okrąg o promieniu 26 kilometrów. Oczywiście po przeliczeniu według skali. Waldek przyglądał się mapie i wytypował dwa miejsca w pobliżu drogi wojewódzkiej i powiatowej, obydwa w okolicach jeziora. Po dokładnej analizie okazało się, że do przeszukania jest około 4 hektarów lasu. Inspektor wydał odpowiednie dyspozycje i wszyscy policjanci rozeszli się organizować poszukiwania. Zostali tylko we trójkę. „Bo widzisz, Maciej, to była taka droga jak ta, na której chciałeś mnie zastrzelić. Pamiętasz?
Niedaleko Świnioryjów.” „Pamiętam. Szukaliśmy wtedy tej zaginionej dziewczyny.” „Tak. Byłem wtedy jeszcze komisarzem w powiatówce i ty ją na drugi dzień znalazłeś w tym bunkrze.” „Pamiętam. To była akcja.” „Tej już nie uratuję” – ze smutkiem w głosie powiedział Waldek. „Ale może złapiemy drania i nikogo już więcej nie zamorduje” – pocieszał go inspektor. „Na pewno już nikogo nie zamorduje” – dodał bez żadnych emocji Waldek. W tym momencie do gabinetu wszedł jakiś oficer i powiedział: „Panie inspektorze, wszystko gotowe. Możemy ruszać.” „W porządku. Najpierw na tą powiatówkę. Mam przeczucie” – polecił Smutkowski.
Na miejscu byli po jakichś 45 minutach. Wysiedli z radiowozu dokładnie przy drogowskazie „Lidzbark Warmiński 26 kilometrów”. Waldek rozejrzał się dookoła. Wszystko wyglądało podobnie. „Jeśli to ten znak, a wszystko na to wskazuje, to trzeba szukać tam.” Wskazał palcem kierunek. Las był brzozowy, niezbyt gęsty i delikatnie schodził w dół. Wszystko pasowało. Waldek był już prawie pewny, że to tu. „Chcesz tam iść?” – zapytał inspektor. „Po co?” – odparł beznamiętnym głosem Waldek.
„I tak już nic się nie da zrobić. A mogłem ją uratować”. „Co ty pieprzysz, Wala? Przecież to był tylko sen. Jak miałeś ją uratować?” – włączył się Mundek. „Mógłbym, gdybym był silniejszy”. „Na mózg ci chyba padło. Nic nie mogłeś zrobić. Śniłeś. Rozumiesz?” Waldek już nic nie mówił.
Siedział na tylnej kanapie radiowozu z nogami na zewnątrz i palił papierosa. Inspektor rozmawiał z jakimiś mundurowymi, a Waśka pociągał z piersiówki. Nagle zacharczał radiotelefon. „Znaleźliśmy zwłoki w lesie 400 metrów poniżej drogi. Przyślijcie techników i koronera”. Do Waldka podszedł inspektor. „Znaleźli ją. Nie żyje”. „Wiem. Słyszałem przez radio” – odparł Waldek.
„Chcesz tam iść? Zobaczyć to miejsce?” – zaproponował Smutkowski. „Nie. Po co? Już to wszystko raz widziałem. Nie zniósłbym tego drugi raz”. „Może byś coś poczuł, zobaczył? W sprawie mordercy. Rozumiesz? Musimy go złapać, żeby już nikomu nie zrobił krzywdy” – próbował motywować Waldka inspektor.
„On już nikomu nie zrobi krzywdy” – odparł spokojnie Waldek. „Nie żyje”. „Jak to nie żyje?” – zdziwił się Smutkowski. „Skąd wiesz?” „Wiedziałem to”. „Co widziałeś? Gdzie są zwłoki?” „Wiedziałem, jak wpadł do jeziora razem z samochodem”. „Z jakim samochodem?” „Srebrne BMW na olsztyńskich numerach. To niedaleko. Jak chcesz, to pokażę to miejsce i go sobie wyciągniecie później. Teraz chciałbym już jechać do domu.
Jestem wykończony i bardzo chce mi się spać”. To mówiąc, ziewnął teatralnie. „W porządku. Jak chcesz. Możemy jechać tym radiowozem. Wezmę tylko ze dwóch posterunkowych”. Po kilku minutach stali na feralnym zakręcie, a dwóch posterunkowych przeprowadzało oględziny śladów opon na poboczu i na łące poniżej drogi. Wszystko potwierdzało jak na razie słowa Waldka. „Możesz mnie teraz zawieźć do domu” – poprosił Waldek, słaniający się dosłownie na nogach. „Jasne, jak sobie życzysz” – odparł Maciej.
– „Zaraz ktoś nas zawiezie z powrotem”. Wrócił do samochodu i przez szczekaczkę wezwał drugi radiowóz, który zjawił się w pięć minut. Po prawie półtoragodzinnej jeździe byli w Świnioryjach. Waldek całą drogę przespał na tylnej kanapie. Teraz wyglądał o wiele lepiej i nawet się uśmiechnął, żegnając się z sierżantem, który odwiózł ich pod sam dom Waldka. „Wala” – zaczął rozmowę Waśka. – „Skąd wiesz, że on jest w tym samochodzie na dnie jeziora?” „A, wiem, Waśka. Jestem pewny, bo ja go tam wysłałem”. „Jak to ty? Przecież wtedy spałeś”.
Waldek opowiedział koledze resztę swojego snu. Gdy skończył, Waśka siedział naprzeciwko niego z otwartymi ustami i miał zamiar o coś zapytać, ale Waldek go wyprzedził. „Masz, Waśka, przy sobie ten kozik?” „Jasne, że mam. Zawsze go przy sobie noszę”. „To pokaż”. Waldek wyciągnął rękę w stronę kumpla. Waśka pogmerał w kieszeni i wyjął swój kozik. Otwarł ostrze, podsunął sobie pod nos i powąchał. Był śliski i śmierdział płynem hamulcowym. Potem oddał go koledze.
[02:23:41] - Proszę państwa, nie będę ukrywał, że kolejna odsłona „Akademii Wszelkiej Fikcji” niniejszym dobiega końca. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Życzę dobrej nocy, jak zwykle wspaniałego weekendu. Chociaż jesień daje się nam we znaki, to jednak ważne, że jest weekend i że można go ciekawie wykorzystać. Zatem samych dobrych chwil podczas weekendu, ale też w tygodniu, bo ten tydzień zaprowadzi nas do kolejnego piątku, a w ten kolejny piątek zapraszam państwa na kolejną odsłonę „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Za tydzień będzie spotkanie z pisarzem i to myślę spotkanie bardzo ciekawe. Bohaterem tego spotkania będzie Krystian Kajewski, autor książki pod jakby znajomym tytułem „Wehikuł czasu”. I to jest jego wehikuł czasu. Jeszcze raz pięknie państwu dziękuję i do usłyszenia.
[02:24:53] - Mówi to słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze stroną technicznie obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. „Radio Paranormalium”, „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum „Radia Paranormalium” na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”.